/
Text
, .
.... .f-'.
",-
i
:.
-.
:'
/. o::
:!
- .
.:' 1--
: #
J
. .
- r .
. r
-. .
't'
.
.
,
¥'
ł
I
: = .; --=- ....---
=-
. .
.
1
Ot
G
WSPOMNIENIA CZACIIOWCZY1tA.
z 1863 r.
(Błędl druku 118 kOlicu)_
WPOINIENIA ClACHOWClYKA
z 1863 r.
eNTOGO RĄiKIEWICZA.
. ,
LWOW.
6UBRYNOWICZ I SCHMIDT.
1890.
I
l,
\
.
- \
ROZDZIAŁ {
Charakterysty ka i skład oddziału.
l\Iając na celu upisanie kampanji r. 1863 od-
działu pod wodzą bohaterskiego Czachowskiego, pol-
skiego Naczelnika Wojennego Województwa Sandu-
mierskiego, uważam za naj:,;tosowniejsze. kreślenie
niniejszych wspomnier'1 zacząć od obeznania na
wstępie czytelnika z tą postacią mego byłego a nie-
. odzałowanego naczelnika w wiekopomnem powstaniu
styczniowem.
Bohater to narodowy niezwykłej miary, wart,
aby przeszedł do utomności w najdrobniejszych
szczegółach.
Dyonizy Czachowki, porucznik ka walerji z przed
r. 130, adjutant jenerała Henryka Dembiliskiego,
towarzysz jego sławnej wyprawy na Litwę, posiadał
wieś .lankowice pod l:-adomiem, na trakcie do War-
szawy. Miał jeszcze oprbcz tej i kilka innych
wiosek w różnych okolicach Polski; lecz cały ten
majątek, na lat parę przed powstaniem, przelał na
imie swych dzieci. Z jego syn(,w do powstania przy-
l
4
łączyło się dwóch: Karol i .luljan, którzy obok mnie
walczyli: Karol jako olicer kawalerji, a .J uljan wolun-
tarjusz w sztabie, przy osobie ojca naczelnika. Według
własnej rachuby, co z jego. ust sam słyszałem, w r.
1863 liczył sobie lat lat 67. Wzrostu był dosyć
wysokiego, silnie i krępo zbudowany, spojrzenie
miał bystre, organ głosu silny i donośny, włos mocno
szpakowaty. Postawa jego i wydawana przez niego
komenda znamionowały prawdziwego wojskowego.
Charakteru był nadzwyczaj gwałtownego, niezno-
szącego żadnego oporu, i żadnego «ale». l\Iaio hyło
ludzi, których poznałem, cohy chcąc zmienić jego
gwałtownie przez niego wydaną decyzją, wazyli
się don odzywać reflektująco. Kto poznał lepiej jego
charakter, zwykle zaczynał od słów - «Dobrze Ojcze!
\Vola twoja wfkonaną będzie. Ale racz rozważyć»-
i tu dopiero następowało wyjaśnienie jak się zapa-
trywali inni pau:ioci.
l\Iimo tego swego temperamentu, nie widziałem
nigdy, aby jaką niesprawiedliwość względem kogo
sam lub komukolwiek dozwolił popełnić bezkarnie,
jeZeli to tylko doszło jego wiedzy.
Był nieprzyjacielem formułek prawnych, i dla
tego nie zawsze się ich trzymał. W tym względzie
błądził o tyle, że dał pozór wrogom swoim,-
a któryż to człowiek energiczny, prawy, a sprawie-
dliwy ich nie ma? -- do pozorny.ch przeciw niemu
..
5
() tę gwałtowność zarzutów. Zarzucali mu, że sądy
wojenne przezeń zwołane, musiały były podług jego
woli wyrokować. Ależ one nigdy stronniczo nie są-
dziły; a toż przecie był stan wąjenny, i my ża-
{lnych regularnych trybunałów nie posiadaliśmy?
Istota przeto rzeczy zawsze pozostałaby taż sama,
chyha tylko forma przeprowadzoną byłaby dokła-
dniej. Nieprzyjaciele nie objaśniają w jakich to chwi-
lach mianowicie, tak ab80lutnie sobie postępował.
Zawsze atoli bardzo wiele więcej pociągał win-
nych do kary za wyrokami sądów wąjennych niż
he nich. Pamiętać trzeha, że były to chwile wy-
jątkowe, w których złe puszczone bezkarnie, mogło
się stać wielce zaraźliwem, i przyprawić cały oddział
() zgubę.
Mimo późnego wieku, zachował całą energię
lat młodzieJiczych, popartą doświadczeniem i hartem
duszy, męstwem i wytrawnością lat dojrzałych.
\V jeździe konnej, robieniu pałaszem, w strzelaniu
celnie i to z konia, nie znajdował sobie równego
w oddziale. Był zawołanym myśliwym a to się od-
hijało i w komendzie. Wszystkie też ruchy jego
oddziału, któremi sam kierował - tak dalece, że na-
wet dowódzcy bataljonów, ani dowódzcy innych
oddziałów, gdy pod bezpośrednią jego komendą ma-
szerowali, nie wiedzieli nigdy naprzód, którędy,
dokąd i po co pójdą - naśladowały: albo tropienie
l'"
6
i pOSClg za dzikiem zwierzem, lub przeciwnie, za-
bezpieczanie się myśliwych przed drapieżnością gro-
madnie spotkanych dzikich zwierząt.
Nie wiele on musiał po latach 1830/1 zaglądać
do książek, zwłaszcza traktujących o sprawach woj-
skowych, dlatego też z dawnej nauki tego fachu
pozostały mu najlepiej w pamięci: karność i służba
obozowa. Trzeba znów przyznać z drugiej strony.
że gdyby co i więcej mu w pamięci z niej pozostało.
to nie mógłby zawsze tego zastosować. Często się
bowiem trafiało, że w parę godzin po wstąpieniu
powstańca do oddziału, tenże się już z nieprzyja-
cielem bić musiał. Trudno więc było żądać, aby
taktycznie nim komenderowano.
Do tego biliśmy się prawie zawsze, szczególnie
strzelcy, w linji tyraljerskiej - a to dla szczupłości
sił naszych, i lepszego imponowania oraz wprowa-
dzania w błąd wroga, o istotnej liczbie oddziału.
- bardzo rozrzuconej, jednej linji, bez zadnych re-
zerw, i działaliśmy najwięcej na terenie lesistym
a zatem często zaledwie sąsiad sąsiada tylko do-
brze widział. Doboszów i żadnych trębaczy nie
mieliśmy. To też o zupełnem taktycznem wykształ-
ceniu wszystkich żołnierzy powstańczych, nawet
mowy być nie mogło; bo ani czasu, ani miejsca,
ani sposobności do tego nigdy nie było. Przemaga-
jący nas cyfrą i bronią zawsze w każdej okolicy
7
od kilku do kilkudziesiąt razy wróg, niedopuszczał
do uzywania zwykłej taktyki.
Utrudniał jeszcze więcej, doznawany ciągle
przez nas brak dobręj broni wojskowej, a nade-
wszystko nieustanny niedosatek amunicji. Jednego .
i drugiego tyle tylko mieliśmy, co z początku pra-
wie gołemi rękoma na wrogu zdobywaliśmy i co
następnie wydzieraliśmy mu podczas bitew.
Dla tego tez zawsze prawie, zwłaszcza w le-
sie, w chwili bitwy, ustawała naczelna jego ko-
menda, i przechodziła z konieczności w ręce ko-
mendantów kompanij; a często nawet na rzecz
komendantów plutonów, półplutonów i sekcyj. Tra-
fiały się nawet chwile, ze prawie kaidy pojedyńczy
powstaniec musiał niejako radzić sam sobie.
Kawalerja i kosynjerzy jako zawsze zwarci
mogący tylko dobrze działać i dla tego najwięcej
w rezerwie trzymani - ci tylko stosownie do otrzy-
mywanej od niego komendy zawsze działali.
Dla tego też wszyscy oficerowie strzelców
i piechoty, w chwili rozpoczynania się bitwy, z ka-
rabinem i bagnetem w ręku stawali w pośród t y-
ra}jerskiej linji, na równi ze wszystkiemi swymi
podkomendnymi, i sami walcząc z wrogiem, stoso-
wnie do uznanej przez się potrzeby, wydawali od-
powiednie ustne rozkazy, co do rodzaju działania
dalszego, swoim dwom, obok walczącym sąsiadom;
8
a CI Je swoim kolegom po linji, w jedną.i drugą
stronę powtarzali.
Jedna tylko ogólna zasada decydowała bez-
względnie o naszych ruchach. Oto gdy większość
. linji tyraljerskiej posuwała się naprzód, to samo juz
obowiązywało kaZdego bijącego się nie oglądając
się na nic toż samo wykonywać, z tym chyba wa-
runkiem, żeby zawsze starał się przy strzelaniu do
wroga korzystać z naturalnych osłon jakie mu na
terenie się natrafiły, i dla tego gdzie brak ich było
w prostym kierunku, to wolno mu było, wyprzedzić
lub pozostać za takową o kilka kroków.
Drugą zasadą było stosowanie się do ilości
ładunków, mianych przy sobie.
Trzecia zasada obowiązywała nas bez względu
na stopnie, a to by dwóch sąsiadów rannego lub
poległego ich to.warzysza, skoro tylko usłyszeli krzyk
jego lub dostrzegli, że upadł na ziemię - natych-
miast, bez względu na wielkość grożącego im samym
przez to niebezpieczeństwa, musieli opuścić swe sta-
nowisko i udać się do niego, dla sprawdzenia: czy
już poległ czy tylko został ranny. Jeżeli poległ, za-
bierali jego brOli i amunicją; jego zaś samego przę-
żegnawszy i zmówiwszy wieczny odpoczynek, wra-
cali do boju.
Po bitwie dopiero, gdy ta na naszą stronę
przechyliła zwycięztwo, zbieraliśmy poległych swo-
9
ich i grzebali na cmentarzach sąsiednich parafij lub
we wspólnej mogile, wśród . lasÓw usypanej, ozna-
czając ją krzyżem, poświęconym przez kapelana
odllziału, a to stosownie do sprzyjających lub nie
dla nas okoliczności. .Jeżeli zaś przekonali się, że.
jeszcze żyje, to musieli rozebrawszy brOił i amuni-
cję jego pomiędzy siebie, zabrać go i odnieść w tył,
do rezerw; a ztamląd po bitwie, lub w marszu
dalszym, wysełano ich w odpowielInie miejsca na
kuracją.
Czachowski tak w obozie i marszu jak i w bi-
twie, zawsze w pośród nas przebywał, dzień i noc.
\V bitwach usuwał się jak regulamin każe,
zaraz za linją bijącej się piechoty i strzelców: ale
zdarzały się wypadki. że stawał konno, wśród
samej linii, i brał czynny osobisty udział w boju.
Oficerowie wszakże instynktem pojmowali jego
plany, chociaz ich nigdr im nie objawiał; w sku-
tek czego w smutnej konieczności przebijania się
przez Moskali, jak np. w dniu 11 czerwca, gdy ci
nas usiłowali otoczyć zupełnie, przpszło trzydziesto-
krotną siłą w lasach wąchockich, nie dostali nigdy
w ręce swoje na placu bitwy ani jednego z ran-
nycha tern mniej żywych naszy,ch towarzyszy.
Czachowski był typem sl"O-dawnego szlach-
cica polskiego ze wszyslkiemib cnót i dawnemi
nieoględnościami: - ale czyż godzi się starca bo-
\
10
hatera, co i dzieci sw na ołtarzu ojczyzny skła-
dał, pomawiać o nie ostro?
Był dzielnym i walecznym zołnierzem, ale co
prawda administratorem naj gorszym.
Wymagał od podkomendnych prawie nadludz-
kich wysileń, ale mało się troszczył o ich niezbędne
potrzeby.
To tez gdy inne oddziały bijące się obok nas,
w naszem województwie, choć niektóre z nich na-
lezały do innych województw i potrzeby swe obficie
zaspakajały, my tymczasem cierpieliśmy wielki niedo-
statek. tTłodowaliśmy bardzo, a to tak dalece, że często
po czterdzieści ośm god,dn nie mieliśmy nic w ustach.
często. nawet wody; gdyz wróg ze wszystkich od-
działów najwięcej nas, aż do samego końca ścigał.
Byliśmy obdarci jak nieboskie stworzenia; gdyz
chodziliśmy do końca w tern ubraniu jakie który
z domu do obozu na sobie przyniósł. z tą róźnicą,
ze z wiosną zrzuciliśmy z siebie zimowe suknie,
obdarowując niemi napotykanych dziadów, zupełnie
juz zniszczone i przez gałęzie drzew leśnych po-
darte, a pozostawaliśmy w lzejszem, letniem, w które
kaMy idący w zimie do powstania, w przewidy-
waniu swego dalszego losu, na spód się ubrał.
Z bielizny tylko strzępki na kazdym się z nas trzy-
mały. Owady tez nam strasznie dokuczały. \Viększa
połowa nashyła ?:upełnie bosą; a tu trzeba było
11
wciąż mazerować, i to na.iczciej bezdrozami, po
szpilkach, szyszkach, cierniach i kolcach leśnych
a do tego najczęściej po nocach. Kazdy też piecho-
tyniec, zamiast podeszew u swej stopy, miał ma-
teryą i krew, którą wciąz musiał moczyć i łojem
smarować, skoro go tylko dostać mógł.
Gzachowski sam nawet w początku czerwca 1863
r. był ubrany w sławną swoją kurtkę i szara\vary
z baranów, na które burkę narzucał.
Był to prawdziwy polak bohaterski starzec.
l\limo swego podeszłego wieku, mimo tak groźnych
sił jakie wróg pod koniec powstania rozwinął,
mimo ostrej zimy z roku 1R63,4, mimo ze wszystko
sprzysięgło się na zgubę powstania 1863 r. - nie
ustąpił z ziemi ojczystej, z placu boju, i jak za wsze
przyrzekał tak dotrzymał. Z przytomnością i pra-
wie rozmyślnie upadł na niej, potykając się z wro-
giem do ostatka, jak na prawdziwego rycerza przy-
stało. Zginął w obronie wolności ojczyzny a ta
go powinna zaliczyć między święte bohatery swe,
co krucjatę przeciwko szatańskiemu najazdowi mo-
skiewskiemu podjęli.
Wzorowy ten rycerz porozbiorowy, .wyzszy
i szlachetniejszy o całe niebo od «regularnie:> płat-
nego zołnierza z musu lub karjery osobistej, przy-
stąpił do powstania zaraz w pierwszej nocy z 2
na 23 stycznia 1863, przy nieudałem zdobywaniu
12
Szydłowca przez Langiewicza, z powodu zdrady
żyda z maziarni w rządowych lasach. Klęska ta
atoli nie dotknęa przyszłego wojewody sandomier-
skiego. Miał on bowiem zadanie uderzenia tej nocy
na .Szydłowiec od strony traktu z Chlewisk a ro-
hiąc łorsownymarsz ze swym oddziałem przez
!'itawy i moczary, wszedł był właśnie do miasta,
gdy już nasi pierzchali przed przeważną a do tego
regularnie przygotowaną do obrony siłą moskiewską.
Czacbowski, rzec można śmiało, ocalił tu wą-
tek dalszej akcji bohaterskiego powstania wojewódz-
twa krakowskiego i sandomierskiego, zachowując
przy sobie zawiązek ze lOU ludzi karnych i mężnych,
do ktÓrych nazajutrz przyłączył się i Langiewicz
sam swoją osobą. przy tych to kadrach, już w ty-
dzień po tern, przyszły dyktator, liczył znowu S\Vf\j
oddział na tysiące, choć to wyglądało na niepodo-
hieństwo po porażce pierwszej nocy. W dniu l lu-
tego 1863 r., Czachowski, już jako major wojsk
polskich, otrzymał przeznaczenie od Langiewicza.
by z dwoma bataljonami nie dopuścił do połączenia
się Markowa z Czengerim maszerującym z Kielc
na Sucdnió'W do Wąchocka. Obc,adził kompalJją
srzelców i kosynjerów las przy trakcie z Suchpd-
niowa do Bzina wiodący; sam zaś zajął osally
Suchedniów i Berezów, opierając się o rzekę Be-
rezówkę. Zasadzka w lesie spełniła, co mogła, a re-
13
sztki tylko dragonów moskiewskich, połączyło się
z Czengerym; mając dwa bataljony piechoty, 4 dział
i kilka sotni kozaków, musiał sam zdobywać osady
dom po domie, choć cały oddziałek Czachowskiego
prócz kos bardzo mało miał broni palnej, i to
myśliwskiej wyłącznie. Wyparty .przewazną siłą
z osad, Czachowski, pod ogniem dział uprowadził
w porządku do lasu swÓj bohaterski zastęp, pod-
czas gdy siły J .angiewicza rozpierzchły się znowu
i pod Wąchockiem. .
Karne i męzne szeregi, bohaterskiego starca,
wykonały ów niedościgły kontrmarsz dla wjska
regularnego odskakując najprzód pod Bodzętyn.
słynny z. pobicia w puch i"perzynę pierwszej nocy
z 22 na 23 stycznia, kompanji właśnie tych strzel-
ców, co pierwsi 'strzelali \V Warszawie 25 lut. 18tH
do ludu hezbronnego; następnie ruszając do Słupi,
zkąd pod ogniem działowym zawrócił do klasztoru
św. Krzyza, by go nie dać ubiedz Moskalom. Do
Bodzętyna o 12 w nocy zjawił się samotnie znowu
Langiewicz, i ohjął dowództwo naczelne.
Do Staszowa Czachowski nie wpuścił Gawry-
łowa, tak że ten uciekł a nas zosia wili w mieście.
Pod Małogoszczą pułk jego zasłaniał rejteradę Lan-
giewicza, i tak strzegł armji narodowej az do Oj-
cowa. Pod Nowym folwarkiem i Pieskową skałą
on główny bój prowadził, i znowuż odwrót zasła-
14
niał. Pod Chrobrzem, wcześnem obsadzeniem cmen-
tarza, umozliwił zwycięztwo dyktatorowi, i przej-
ście armji powstańczej przez rzekę Nidę. Z uszczerb-
kiem własnych sił, przysłał był swych kosynjerów
pod majorem Piórem pod Grochowiska, a ci tam
cudów waleczności dokazali, zapędzając Czengerego
z artylerją i jego «zuchami» smoleńskimi do chle-
wów z czystego pola.
Po haniebnej ucieczcze Langiewicza do (alicji
a to w celu zabicia powstania, starzec bohater,
splunąwszy na wiadomość o tej strategii poznań-
skiego powstańca, zawołał do swoich:
- Marsz za mną, walczyć dalej za wolność i
Ojczyznę!
I jak duch mściciel krzywd. ojczyzny z 270
ludźmi swemi wpadł do PUE'Zczy lłzeckiej, i z tam-
tąd rozniecił na nowo znicza narodowego ognisko,
podstępnie gaszone.
Ze śpiżu to ulana postać starego Polaka, któ-
remu Bóg włozył w rękę miecz zemsty, aby nim
pęla niewinnie pokrzywdzonego narodu porozcinał.
Czachowski to legendowy bohater, który zyć wie-
cznie będzie w pamięci ludu polskiego. O sobie
nie mam co wiele mówić.
Urodziłem się w roku 1830 w mieście ,0-
dzentynie u stóp gór Świętokrzyskich położonem.
15
Ojciec mój był rolnik, trudniący się obok pilnowa-
nia własnej ziemi i handlem zboza.
W ósmym roku mego zycia, już zostałem
bratem szkaplerza ś-tego a byłem tez w siedemna-
stym Sodalis marjanus.
Chodziłem do szkół publicznych: w Sandomie-
rzu, Kielcach i Piotrkowie, dla tego az w trzech
miejscach, że to od woli mej rodziny nie zalezało.
Drodzy Rodzice moi nakazywali mi się wystrze-
gać a co ważniejsze pilnowali od wszelkiego ro-
dzaju próiniactwa, mianując go: przyczyną wszy-
stkiego złego; przyświecając do tego własnym pra-
wym a pracowitym przykładem, wskazywali mi jako
główny cel w życiu, obronę i pomoc wszystkim
niesprawiedliwie uciskanym i prześladowanym, oraz
niesienie im wszelkiej mozliwej pomocy.
Rezullat życia ziemskiego oznaczali maksymą:
c \Vszystko, co w zyciu osiągniesz, nawet nai-
c uczciwiej, mw:isz tu na ziemi pozostawić. To
cjedno tylko za grób, w drugie, wainiejsze zycie
c weźmiesz z sobą, co tu dobrego uczynisz. A to
decydować będzie o twojej wieczności.» cMale-
cparta zaś idzie zawsze do czarta» - dodawali. Do
pracy tez przyzwyczaili mię, a w kaZdej klasie
byłem, tak zwanym cprymusem.» - Profesorowie
nasi byli to sławni, a nigdy nieodżałowani mistrze po
najviększej części sekularyzowani pijarzy, choć tak
Ul
potępionych dzisiaj starych poglądów i systemów.
Uczyłem się pilnie i zwazając na kaZde słowo, które
z ust tych zacnych męzów a prawdziwych synów
ziemi naszej, kapłanów nauki wychodziło.
Ze to zaś były jeszcze czasy, w których bru-
onym geszeftem pogardzano i hrzydzono się nie-
słychanie, a ubogich kolegów w szkołach hyła wię-
ksza połowa, na obyczaje przeto prowadzenie się zdro-
wie ducha a takze i ciała, oraz potrzeby ich baczną
zwracali uwagę; przyczem pierwsi w klasie uczniowie
byli przez profesorów wskazywani ubogim, a sła-
bszych zdolności kolegom jako naturalni a bezpłatni
korrepetytorowie. Publiczna szkoła i jednakow-y mun-
dur, nawet co do kosztowności i kroju jego, zacie-
rały wszelkie róznice i zaprowadzały równość zu-
pełną pomiędzy nami.
Stopień tylko wyrózniał nas, wobec naszych
zacnych przełozonych a mistrzów. Przestrzegaliśmy
tez wielce, ahy zaden z naszych kolegów munduru
tego postępowaniem swojem nie plamił. Solidarność
przeto, wskutek powyzszych norm, była pomizy
nami nad wiek nasz niesłychani: silną. Koleżeństwo
nie było czczą formą i pustym tylko frazesem. Przy:-
jaciół tez, i to w prawdziwem tego słowa znaczeniu,
zupełnie mi oddanych, posiadałem w róznych oko-
licach kraju mnóstwo, co mi niejednokrotnie' potem
udowodnili.
.
17
Po WYJSClU ze szkół, w r 1848, zaraz zmu-
szony byłem weJść do służby rządowej.
Jacy to byli ludzie, urzędnicy Królestwa Pol-
skiego, zwłaszcza w służbach sądowych i karbo-
wych, pozostawili oni dokładne dowody, w spra-
wowaniu obowiązkÓw administracji Królestwa z przed
r. 1863. Byłem urzędnikiem od r. 1848 aż do 185/
w Opocznie, w jednym z naj obszerniejszych powiatów
w całem Królestwie. Mieszkałem u brata, kanonika
i proboszcza Opoczna.
.l\liasteczko powyższe było licho zbudowane
i potężnie brudne, jako przez ludność przeważnie
izraelską zaludnione. Interesantów do powiatu i jego>
jedynej kasy, jako też do sądu, przybywać musiało
zawsze mnóstwo.
(ościnność na naszej ziemi była jeszcze wów-
czas obowiązującą i pilnie przestrzeganą. Musieliśmy
pl"Zeto dom otwarty prowadzić a każdy potrzebny,
uie mogąc znaleźć przyzwoitego dla siebie chwilo-
wego pomieszczenia, zajeżdZał do proboszcza.
Nie wiedząc znów jak sobie często radzić
z drakońskiemi moskiewskiemi, narzucanemi już
wówczas Królestwu przepisami, szukał rzeCz prosta
rady i pomocy u jego brata a urzędnika.
\V r. 185/, w marcu, przeniesiony zostałem
z awansem do radomskiego rządu gubemjalnego,
i zostawałem w nim, awansując, o chwili wyj-
\\lI'q;
'T
K.lE.LCĘ
'\-,
.
18
ścia mego wprost z bióra tegoż do obozu powstaIl-
czego.
Dwóch ś. p. braci miałem kapłanami. Gdy byli
jeszcze alumnami, mieli zalecone sobie na kaZde
święta i wakacje przywozić il sobą dwóch uboż-
szych kolegów. Zwyczajem utrzymywanym święcie,
zwłaszcza względem tych, co przepędzili w domu
ś. p. rodziców czasy wakacyjne, było za powrotem
do seminarjum, zaopatrywać ich za to i w nową
garderobę. - Cały też prawie kler sandomierskiej
dyecezji był mi osobiście znany, i przyjaciół w nim
liczyłem bardzo wielu.
Od dziecka prawie podrózowałem wiele. Kaj-
przód wysełany przez drogieh mych rodziców,
w ich interesach, i to już w ósmym roku mego
życia a do tego dosyć daleko, Lu często () mil 20
ud domu; następnie w swoich własnych, a najwię-
cej - później w rządowych, służbowych sprawach.
Nabrałem ztąu dokładnej wiadomości kraju.
(;uy wstąpiłem do oddziału, podziwiali wszyscy
moi przełożeni i towarzysze, ze \V którejkolwiek
okolicy, zwłaszcza Sandomierskiego województwa,
zjawiliśmy się, ja znajdowałem się zawsze jakby
w własnym domu. Wszystko im też,. co do okolicy
i główniejszych mieszkańców jej, naprzód nazwałem
i opisałem.
(;u1' zaś zetknęliśmy się z mieszkalicami, witali
19
nas najserdeczniej, prawdziwie po staropolskur
z otwartemi jakto mówią sercami i rękoma. Przy
ich to patr:iotycznej pomocy, zwłaszcza żem nie
zapomniał na wszelki wypadek wziąść ze sobą do
obozu znaczną. część, bo prawie połowę swej wła-
sności.- mogłem koić niedostatek własny i kolegów
oraz wiejom z nich oddawać liczne przysługi, zmniej-
szać nędzę podkomendnych.
Że zaś jako już lat. 33 liczący wówczas, byłem
przeto wyrozumiały na niektóre t.ych ostatnich błędy,
jeżeli tylko sprawie dobra narodu w niczem nie
zagrażały; w przeciwnym razie byłem na nie nieu-
błagany, i bez względu na stopień tych, co się ich
dopuścić ośmie]ili, ścigałem takowe surowo.
A że w służbie rządowej musiałem na wiele
szkarad moskiewskich pat.rzeć, przeto złe w samym
zarodzie dostrzegałem i na jaw wyprowadzałem,
ścigałem i bez żadnej różnicy tępić usiłowałem.
Wszyscy też łot.rzy serdecznie mnie nienawidzili.
i ciągle potajemnie podemną dołki kopali; lecz
wszyst.kie ich niecne intrygi, zawsze na czas odkry-
wszy, na ;aw wyprowadzałem i należną t.akim indy-
widuom zapłatę sam wymierzałem lub wymiar ta-
kowej wyjednywałem.
Z chwilą wstąpienia mego do oddziału Cza-
chowskiego, zaliczony zostałem jako wo]untarjusz
do kompanji imienia jego. a z najce]niejszych i naj-
i
"
l)
Więcej ostrzelanych strzelCl)\V oddziału kompleto-
wanej. Kompanja ta zawsze była odkomenderowaną
przez niego do rozpoczynania kaZdej bitwy, i osta-
tnia schodziła z placu. Dla osiągnięcia tego celu,
ile razy spodziewał się Czachowski nieprzyjaciela
lub maszerował z zamiarEm atakowania go, to
kompanja nasza postępowała, gdyby to i dwa lub
trzy dni po sobie trwać miało, zawsze w awan-
gardzie luh arjergardzie, stosownie do tego, zkąd
napad był oczekiwany. Nie powinno tedy zad nemu
czytelnikowi wydawać się dziwnem, gdy podaję
bardzo wiele szczegÓłów o wszystkiem.
Czachowskiego sztab cały składał się ze szefa,
którym był Władysław Eminowicz. Adjutantem ka-
żdorazowo był jeden z oficerów oddziału, którzy
bardzo często zmieniać się musieli, gd yż na jednego
zawsze człowieka słuzba ta do wiecznych posyłek
była za ciężka; poniewaz wódz nasz nie zwykł był
mu dawać ani chwili spoczynku, tylko go wiecznie
i wszędzie posyłał. Ja zaś, po odbytej słui:bie fron-
towej, tak w bitwie jako i w marszu, w ch\\ iIi
przeznaczonej innym na wypoczynek, musiałem
udawać się zawsze na miejsce, które przedstawiać
miało jego główną kwaterę, i tam załatwiać wszel-
kie korespondencje. Byłem obecny przeto za wsze,
nie tylko przy odbieraniu wiadomości i korespon-
dencyj, ale i wydawanych dyspozycjach i składa-
I
. \
2l
nych z pojedyńczych działań części oddziału ra-
portÓw i ich sprawozdaniom. O ile przeto prze-
szkody terenu nie dozwalały mnie widzieć samemu,
na własne oczy, działań części innych oddziału,
w ktÓrej ze stoczonych przez nas bitw, to zawsze
miałem najlepszą sposobność dokompletowania ca-
łego przebiegu tych ze, przy pomocy opisanych wyzej
jU:l środków.
Cyfr'y, dotyczące sił i strat nieprzyjaciela, do-
starczali mi jego jeńcy, sąsiedni obywatele, ze stron
którędy nieprzyjaciel na nas ciągnął i ci którędy
w razie pobicia go przez nas się cofał; porówny-
wałem je jeszcze, z dostarczanymi przez licznych
moich przyjaciół w służhie carskiej pozostałych naj-
dokładniejszymi o tych wiadomościami, które zawsze
znajdowałem zgodnemi z naszymi cyframi, gdyśmy
pobiwszy zupełnie Moskali, sami ich trupy liczyli.
KaZdodziennie w obozie i marszu, z wiedzą mego
wodza, zapisywałem sobie w chronologicznie pro-
wadzonym raptularzu, najmniej dwa razy dziennie:
miejsca, przez które przechodziliśmy; bitwy, jakie
gdzie stoczyliśmy z wrogiem; siły, jakie on i my
, mieliśmy; straty jego i nasze, ponoszone w tako-
wych oraz treść tego wszystkiego ważnego, co od-
dział i sprawy narodu dotyczącego zaszło pod wła-
ciwą datą.
Wroga nigdy nie napadaliśmy w mieście lub
2*
j
22
wsi. I odwrolnie, zawsze staraliśmy się nie przyjąć
pod samemi temiZ, a tembardziej wewnąlrz ich
bitwy. Czyniliśmy to dla tego, aby odjąć mu wszelki
pozór do obrabowania i wymordowania ich mie-
szkańców a następnie spalenia przez niegoz ich bu-
dynków. Dla tej samej przyczyny, unikaliśmy samego
nawet przemarszu naszego przez takowe.
Szliśmy przeto zawsze bocznemi drozynami
a nawel bezdrozami, prawie samemi najwięcej la-
sami; unikaliśmy nawet pól, klóremi lylko z konie-
czności maszerowaliśmy.
Szyk marszowy kolumny naszej za wsze był
naslępujący. Najprzód jechała szpica kawaleryjska
złozona z 2 jeźdźców, w odległości 300 kroków
od nie.l na terenie odsłoniętym, płaskim i w prostym
kierunku w dzień; w odległości 150 kroków i w mniej
płaskim i w prostym kierunku w dzień i na prostej
szerokiej drodze, wśród lasów; w odległości 1 JO
kroków i w więcej wzgórkowatym i osłoniętym lez
w dzień; w odległości 50 kroków, na krętych
leśnych drozynach w dzień; w odległości 10-20
kroków, na krętych leśnych drozynach w nocy;
za nią jechała reszta połowy kawalerji jaką kolumna
nasza posiadała, i 8tanowiła awangardę kawaleryj-
ską kolumny. W odpowiednim odslępie do powyzej
wymienionych szło za kawalerją 6 -8 celnych
strzelców z podoficerem, stanowiąc tak zwaną szpicę
23
awangardy strzelców. Znów w odpowiednim odstę-
pie do powyżej wymienionych szła reszta kompanji
strzelców, z której szpica odkomenderowana została.
.Tuż w zwykłym kolumnowym związku za strzelcami
postępowała połowa karabinierów, strzelców z bro-
nią myśliwską i kosynjerów. Za tymi furgony, któ-
rych najwięcej 3-4, a często tylko wszystkiego
trzy były. Za furgonami odwrotny opisanemu wyżej
utrzymywaliśmy szyk kolumny, to jest druga po-
łowa kosynjerów, broni myśliwskiej, piechoty ba-
gnetowej broni, strzelców (arjergarda), szpica strzel-
ców (arjergardy), druga połowa kawalerji (arjer-
garda kawalerji) a nakoniec szpica kawaleryjska
arjergardy. Hdzie. ukazywała się nadto potrzeba
tego, strzelcy wyprawiali po bokach kolumny ma-
szerującej flankierów.
Obozowaliśmy zawsze na gołej ziemi, nakrytej
tylko chyba darnią, jeżeli błota nie było. Nocowa-
liśmy prawie zawsze w lesie, wybierając do tego,
jeżeli tylko wróg nam na to dozwolił, miejsca przy-
pierające do wody, zd:ltnej do picia, więc bardzo
często na terenie wielce wilgotnym. Zakryci zaś
byliśmy tylko konarami niebotycznych drzew nad
nami rosnących przed śniegiem i deszczem na wal-
nym. Kilka razy wszystkiego, zwłaszcza w nocy,
wśród takich gwałtownych ulew wprowadzono
nas do budynków z lasu, i to więcej ze względu,
"
24
aby zupełnie nie zamokła nam broń.
Żywiła nas i przewodników potrzebnych nam
dostarczała głównie ludność wiejska, do której wysy-
łaliśmy urzędowe z lasu rozkazy, treści następując('j :
«Gromada wsi NN., pod karą za opór kodeksem
wojennym przewidzianą, ma dost'łrczyć natych-
miast: tu następował spis potrzebnej zywności
i furażu dla oddziału a następnie znów:
«Dwór wsi NN. ma się do tego w stosunku
«części na niego przypadającej przyczynić. O czem
«gromada obowiązana go powiadomić i część tego
«wraz ze swą do obozu odstawić.» Kończyły ten
rozkaz, data, podpis Czachowskiego i pieezęć wo-
jewództwa Sandomierskiego.
Doręczający sołtysowi wsi rozkaz, wskazywał
mu punkt po za obozem. na zewnątrz lezący; dzień
i godzinę tej dostawy, oraz objaśniał go, ze niedo-
stawienie zażądanych przedmiotów lub niedost.ar-
czenie odpowiednich a wiernych przewodników, po-
ciągnie za sobą jak równie naj mniejszy objaw do-
strzezony zdrady dla niego samego, jako sołtysa
carskiego i dla wszystkich zdrajców, karę śmierci
przez powieszenie, dla opornej zaś wsi, zup(>łne
spalenie przez powstanie. Ale te gro:lby wogó!e
uzywane były tylko dla osłonięcia wieśniaków
przed zemstą Moskali a oni ochotnie wszystko, co
mieli, dostarczali nam sami.
2!J
Marsze nasze, szczególniej wśród lasów, często
gdy nas przeważny wróg, ale jedną kolumną ścigał -
my zaś dla niezalpznych od nas przyczyn nie mo-
gliśmy bez widocznej zguhy oddziału przyjąć wtem
miejscu bitwy - :tnikaliśmy mil nagle w takowych,
rol1iąc w zakrytych dla niego gąszczach kontrmarsze
i to często oddzieleni, zaledwie od kilkaset do ty-
siąc paruset kroków, równoległy do jego marszu;
mistępnie wyszedłszy na drogę, którą poprzednio
my, a on za nami maszerował, po przeczekaniu'
jaki,< czas w gąszczach obok tejżp, pozwalając mu
gonić nas niby. sami potem za nim ostrożnie a po
wolnie maszerowaliśmy, szukając i czatując na
sposoLmość czy g{h::ie nie wla nam się część jaką
jego odkomenderuwaną na bok napaść i wytępić;
Lub tpz. jeżeli lias slar-ał się wielu kolumnami oto-
czyć zualeka i po tem koncentrycl.nie przpeiw nam
chciał iść, lo Czachuwski rozwijał całą kolumnę
od obozu zaraz w tyraljery i na przełaj, lasami
jak jaką obławę, w jeden obmny przez siebie punkt,
w którym dwie najsłabsze i najwięcej od siebie
oddalone kolumny wroga na nas Tniały operować,
w to miejsce nas wiódł. Postpowaliśmy wtedy
z największą ostrożnością. Każdy, który natratił
brak pod stopami murowy lub piasek, zanim na to
miejsce postąpił, robił na lewo zwrot w tył, i ty--
6
łem go przechodził a następnie już naprzód postę-
pował.
Kawalerją zawsze w naszym oddziale w nad-
zwyczaj szczupłej liczbie utrzymywano - gdyż ta je-
dynie była przez niego, do służby obozowej jako
podjazdy, czaty i dostawa furażu, używaną - dzielił
na części, i wskazawszy jej odpowiednie luki
i punkt zborny, a nawet i z furgonami toż samo
robił, wyprawiał ich zaraz z obozu częściowo na-
przód, w oznaczonym dla nas kierunku. l zawsze
szczęśliwie wychodzili::'my z zarzuconej na nas
przez Moskali matni.
\V obozie zawsze u nas musiała panować głę-
boka cisza, spokój, przyzwoitość i karność. Nie
wolno było nawet do innego obozu, choćby o kilka-
dziesiat kroków stał obok, a nawet do innych kom-
panij w obozie naszym bdących, samowolnie się
od swej składowej części oddalić. Każdy zawsze,
choćby spiąc, musiał broń wciąż obok siebie posia-
dać, a nawet w ręku trzymać, zwłaszcza z początku;
gdyż mieliśmy takową różnogatunkową i różnoka-
librową. Bardzo często, chuć zimno i wichry mocno
nam dokuczały, nie było wolno nietylko ognisk roz-
łożyć, ale nawet cygar i fajek zapalić, zwłaszcza
w nocy. Gdyśmy czasem z konieczności musieli
przechodzić przez jakąś wieś lub miasteczko, naj-
częściej własnością rządu będących, nie wolno było
7
niczego od mieszkałlców zażądać maczeJ jak pła-
cąc za to natychmiast gotówką.
Zołdu nie pobieraliśmy zadnego.
Oficerowie, i to nie zawsze, nosili na lewej
ręce rodzaj szarfy trójkolorowej amarantowo niebie-
skiej i białej. Jako nagrodę za męztwo i waleczność
rozdano nam dwa razy: raz pięć amarantowych
z lampasem z białych sztucznych baranków konfe-
deratek, przyzdobionych kazda orłem białym, na ko-
kardzie w czerwonem polu umieszczonym i sre-
brnemi galonami w rogach i naroznikach zwierz-
chniego kwadratu poobszywanych, ze spadającemi
na dół od jednego rogu, takiemiż sznurkami i ko-
kardami; drugi raz, dziewięć srebrnych medalików
do noszenia na. szyi i na piersi, objawiając nam,
ze są udzielone przez Piusa IX papieża z zu-
pełnym odpustem - nadesłane zaś były w liczbie 100
sztuk do rozdania, pomiędzy najwięcej odznacza-
jących się, we wszystkich oddziałach powstańczych.
.łednę i drugą odznakę otrzymałem.
Ponieważ znałem całą topografją województwa,
w którem się biliśmy, nadto pracowałem w kwa-
terze głównej, i byłem zawsze świadom odbie-
ranych różnych wiadomości, przeto choć Cza-
chowski, jak pisałem nie zwierzał się przed nikim
ze swych planów, po bardzo krótkim czasie, tak
go nauczyłem się przenikać, ze zawsze gdyśmy ru-
28
szyli z obozowiska i uszli z jaką milę, to chociaz
często tych mil az do 12 na 24 godzin robiliśmy,
byłem w stanie powiedzieć w sekrecie. dopytującym
się mnie o to dowódzcom bataljonów i innym ka-
pitanom:. gdzie dązymy i w jakiej okolicy zajdzie
i z jakiem i siłami moskiewskie mi hitwa.
Dzień jej i okolicę samego spotkania, zawsze
przewidywałem. Do takiego stopnia zaś posiadałem
jego zaufanie, ze niby na obojętne zapytanie, do prze-
jeżdżającego kolumnę w marszu Czachowskiego,
gym z szeregu rzucił mu pytanie - daleko ojcze
do t{'j a tej miejscowoś<;i? - to popatrzył mi się
tylko w oczy, u:śmiechnął, pokręcił wąsa i prze-
jeZdzając dal{'j oboli: oddziału, zawsze mi wskazał
ouległość, o którą go prosiłem. I tak jakoś wy-
padało. ze przy tej miejscowości zawsze:śmy się
z wrogiem spotkali.
Hyły nawet wypadki, ze odgadując podstęp
wroga wśród toczącej się z nim bitwy, gdym ujrzał
Czachowskiego blisko siebie, ważyłem się to mu
przepowiadać i radę wczesną przeciw temu pod:<u-
wać, i byłem łaskawie zawsze przezeń wysłuchallY
a przekonał się, ze znów dobrze umiałem odga(ly-
wać i zamiary :l\Ioskali. Ztąd był nadzwyczaj dla
mnie przychylnym i łaskawym, co mi niektórych
starszych robiło niechętnymi.
Kapelana oddziahI posiadaliśmy zawsze. Pa(.ierz
29
i modlitwy porannej wieczorne, dopełnialiśmy pod
bronią regularnie.
Za to doktora, nigdy żadnego nie mogliśmy
dostać. Co się zjawił który i otrzymał żądane pie-
niądze, na sprawienie potrzebnych instrumentów
chirurgicznych i medykamentów najniezbędniejszych,
i wyjechał po nie niby z obozu do miasta - jużeśmy
go więcej nie widzieli. Jeden tylko izraelita, felczer
z 'Varszawy, Antosiem 11 nas zwany, który wstą-
pił do oddziału jako prosty ochotnik żołnierz, ten
do kOlica wiernym pozostał, i jednocześnie bijąc
się dzielnie, gdy okazała się potrzeba, to wśród
gradu kul opatrywał, a nawet mniejsze operacje
dokunywał z całą przytomnością i poświęceniem
dla rozmaitych towarzyszy broni. Tak z doktorami
było Pl.no we wszystkich naszych oddziałach po-
wstaliczych r. 1863 i lR6i.
.
ROZDZIAŁ II.
Wpływ ostatnich czynów Dyktatora na
mieszkańców Radomia i :Moskali.
Nadchodzące do Radomia, jedna po drugiej do-
kładne wiadomości - o zdziałanych przez Langiewi-
cza fatalnych czynach pod Goszczą, Chrobrzem,
Hrochowiskami a ostatecznie przekroczeniem jego
granicy królestwa pod Opatowem, prawdziwą zgrozą,
oburzeniem i boleścią wystkich miłujących 5wÓj
kraj a pojmujących ważność ich, niety]ko już mie-
szkańców Radomia, ale wszystkich ziem dawnej
Polski, pod zaborem moskiewskich jęczących - serca
i umysły napełniły.
Moska]e zaś i ich adherenci jawni, ktÓrzy do-
tąd trwożliwie się oglądali i z ludnością dość oglę-
dnie, zwłaszcza w tych czasach postępowali, nabie-
rać poczęli co raz więcej, nietylko dawnej buty
i szerokiej a barbarzyńskiej, bizantyńsko mongol-
skiej swej natury, lecz widocznie zaczynali już
przekraczać o wiele granicę, dawniejszą rodowych
31
swych, wymienionych wyżej własności. Nawet skryci
dotąd ich stronnicy, zaczynali już powoli z siebie
zrzucać przybrane na się patrjotyczne maski.
Trwoga zaczęła obsiadać wszystkie prawe
serca i zmysły a dlielność objawiająca się już, ja-
wnie w czynach jednych, a podłość najnikczem-
niejsza w uługach dla pierwszych drugich, zmu-
szały każdego wytrawniejszego, do zastanowienia
.. się: co począć dalej, aby można powstrzymać szał
dziki jednych a nikczemny drugich, i ratować ho-
nor narodu, na szwank właśnie przez tego wysta-
wiony, który zaprzysiągł hronić go a tak rozmyśl-
nie go poniżył?
Moskwa gromadziła coraz większe siły w wo-
jewództwie, i JUż jawnie zapowiadała, jak zamie-
rza teraz po azjatycku gospodarzyć w Królestwie.
Lazarety wojskowe napełniały się wprawdzie
rannymi i chorującymi Moskalami; lecz znaczną
część tych wypełniali także ranni powstańcy, z któ-
rymi naj haniebniej zaczynali się pierwsi obchodzić.
Więzienia przepełnione były nietylkojużpowstań-
cami, ale i spokojnemi, Bogu duszę niewinnemi mie-
szkańcami, których najczęściej na pierwszy lepszy
donos, poszlak na wet pozbawiony, po nocach chwytano,
i odsyłano w głąb Moskwy w kajdanach w towarzystwie
zawyrokowanych już, prostych zbrodniarzy krymi-
nalnych. Sławne komisje śledzcze (opraweze) mimo
32
znanego ich nie troszczenia się wcale, o zbadanie
dokładne sprawy, nie mogły wystarczyć juz wcale
poruczonemu im zadaniu. Fantazja tez i kaprys
chwilowy jaki nawinęły się któremu z tych carskich
satrapów, decydowały same już tylko o losie od-
danego w ich oprawcze ręce. I tak naprzykład:
obywatel z pod Radomia Gasiński, były dymissjono-
",any porucznik moskiewski, chwilowo przyjechał
do Radomia; przy rewizji znaleziono u niego w bry-
czce nienabity pistolet, ale ładunków do niego wcale
nie posiadał. Został pomimo to natychmiast rozstrze-
lanym. \V padano w dzień j w nocy po domach na
rewizje. Obchodzono się podczas tych ze z ich mie-
szkańcami pra wdzi wie po moskiewsku.
Trzeba być cllyha bardzo podłym lub głupim,
by twierdzić, że l\1oskale miękko niby to tłumili po-
wstanie, umyślnie dozwo1ili mu rozwijać się -
a to na co?
Badom obstawiony był ciągle, od wybuchu
powstania, dzień i noc, kordonem wojskowym i wy-
suniętemi placówkami, oraz i rozsyłanemi na wszy-
stkie strony podjazdami.
Tych wszystkich ostrozności i szykan l\loska-
10m jeszcze było za mało. Tu dopiero odkryła się
cała przepaść zbrodni tych, co zamierzyli byli po-
wstrzymać ruch zbrojny juz rozpoczęty. Piekielni
ci wyrodki lub idjoci nikczemni, wiązali swemu
S:ł
narodowi ręce, a najazdowi rozwiązali. Za ten 1'0-
d7.aj zdrady, mało kary śmierci!
Łotry Moskale w swem hestjalskiem wyuzda-
niu wymyślili, .że to Polki wynoszą za miasto pod
krynolinami: broń, ładunki, siodła, czapraki, proch,
ołów, kapsle, tornistry i ładownice dla powstańców;
podczas niby to spacerów odhywanych po za obręb
miasta. Wydają tedy rozkaz, aby wszyscy żołnierze
na odwachach rogatek przytrzymywali każdą Polkę
chcącą iść na spacer za miasto, i objąwszy ją silnie
jedną ręką, drugą zapuszczali ai pod ich krynoliny
i tam starannie przeszukiwali. Możnaż wymyślić wię-
kszą podłość i krwawszą obelgę dla narodu!
W mężczyznach wszystkich, którzy hyli godni
nazwiska Polaków, krew i żądza wzięcia za to
strasznej pomsty zawrzała. \Viadomość bowiem,
o losie pierwszych ofiar, lotem hłyskawicy przehie-
gła miasto.
Polki musiały odtąd pożegnać się ze spacerem
po za miastem. Nagromadzenie coraz większych sił,
dało możność Moskalom urządzać częste nocne
alarmy załogi. Bębnienie i strzelanina w różnych
stronach miasta, co noc się powtarzały. Ukryte
tymczasem zasadzki czatowały, czy kto nie wysu-
nie się z domów na odgłos tych, niby to atakó\\"
powstańczych, w celu łączenia się z nimi.
Podli głupcy. zamiast powstrzymać, popchnęli
E'
I
S4
teraz cały naród do powstania. - Oto ten rozum
stanu, który śmią dzisiaj p. p. crozwazni:o wy-
chwalać !
Te straszne bezprawia wroga i wiadomość
o nominacji Czachowskiego przez Rząd Narodowy,.
po upadku dyktatury, na naczelnika wojennego
wojew. Sandomierskiego, wskazały mi obowiązek
zgłosić się wprost do jego oddziału, mimo ze wro-
gowie okrzyczeli go za niesłychanego despotę.
Dnia kwietnia 1883 r. przypadł właśnie po-
grzeb jednego z najzamozniejszych mieszkańców
Radomia. Cmentarz lezy tam dość daleko, za mia-
stem.
postarałem się więc, ze zrobiono za obszerną
trumnę zmarłemu, którego ułożono na paru sztu-
kach rozebranej myśliwskiej broni, dwóch pałaszach,.
para pistoletach, kilku tuntach prochu i kilku oło-
wiu, oraz paru kwaterkach kapsli. Następnie obok
tych, co i tak mieli iść za tym pogrzebem wysta-
wnym, poszło do tysiąc kilkuset męzczyzn, wszy-
scy w obszernych płaszczach z pelerynami; między
temi było 40 ochotników, ze stanu l11ieszzańskiego.
Ci wszyscy znowu nieśli na ciele, pod ubraniem:
tornistry patron tasze, pasy i dość bielizny, roze-
branej pomiędzy sobą.
Ja zaś sam udałem su do kościoła, gdzie
I
)
r;
55
wysłuchawszy ofiary mszy świętej na mą intencję
udprawionej i odbywszy świętą spowiedź przed
hielutel'1kim jak gołąb starcem, któremu wyznałem
otwarcie, że pragnę spowiadać się z błędów całego
mego życia i upraszam o absolucją in articulo
mortis; gdyż natychmiast zamierzam opuścić mia-
sto, i iść za kraj nasz i wiarę ś., przez wrogów
tak straszliwie uciskane, walczyć; nie mam przeto
nadziei, pozostać - dalej przy życiu. Rozrzewniony
starzec przyjął wyznanie mych błędów, i udzielił
uietylko żądanej absolucji, ale i błogosławieństwa
w imieniu Stwórcy, dodąjąc:
- Idź synu i walcz mężnie; ja zaś za tobą, nie-
dołężny starzec, już tylko modlić się mogę i pro-
sić Ojca wspólnego, aby wiódł szczęśliwie twe kroki,
i ochraniał twoje życie; jeżeli to bdzie zgodnem
z Jego Najwyższą wolą.
A gdym przyjął na tę drogę wieczności ś.
komuują, ofiarując przy niej życie moje na służbę
Bogu i Ojczyźnie, to pomodliwszy się szczerze po
niej, skorom znowu wyszedł ze Świątyni Pańskiej
i spojrzał po świecie, ten wyglądał jakby inny
jaki cudnie odświeżony.
Udałem się następnie do jednego ze sklep()\V
i zażądałem od kupcowej zapakowania mi <:ałt:go,
jaki się w nim znajdował, zapasu buljonu. Gdym
zapłaciwszy za takowy, chciał wychodzić z niego,
3
36
pani kupcowa wręcza mi naj niespodziewaniej paczk
z koszulą jedwabną, w oliwie wygotowaną, mówiąc
do mnie: Proszę przyjąć odemnie, wielce to panu
okaże się użytecznem.
Podziękowałem zdumiony, bo bliższej żadnej
znajomości z nią nigdy nie miałem. Lecz któż poj-
mie moje zdziwienie i rozrzewnienie, gdy jakaś
nieznajoma dama, która weszła przed chwilą do
tegoż samego sklepu, a do tego nadzwyczaj piękna,
-cała w żałobie, zaledwie lat 30 mieć mogąca, po-
wstała raptownie z krzea, odrzuciła welon, a
-chwytając mnie w swe objęcia, złożyła serdeczny
pocałunek na mem czole, i robiąc ręką znak KI zyza
Swiętego nad niem, wymówiła nadzwyczaj wzru-
.szona i przyciskając mnie do n'aąobnych swych
piersi:
_ Bądź zdrów mój bracie. Niech cię Bóg pro-
wadzi, osłania cię i powróci nam zdrowego i ca-
Jego!
Nadzwyczaj wzruszony i zmięszany tern wszy-
.stkiem, ucałowałem rączkę pięknej nieznajomej, a
ledwie zdoławszy wymówić parę słów podzięki tym
zacnym, tak troskliwym polkom, wyszedłem na
ulicę.
Tu już oczekującemu oddałem obydwie paczki
do wyprawienia, opisanym wyżej sposobem, za
miasto. W stąpiłem do opróżnionego mego pomie-
37
zkania, w którem już tylko łóżko i pościel a na
tej na poduszkach dwa moskiewskie medale «za
<uśmierzenie Węgier z r. 1849", w których wcale
'przedtem nigdy nie byłem i «za 1853/56 lata" to
jest wojnę krymską, w której wcale też nie uczę-
13tniczyłem, a które oba, z tytułu tylko, że już wów-
'czas w służbie rządowej Królestwa Polskiego zo-
-,stawałem, nosić byłem zmuszony. Udałem się. jak
zwykle o g. 9 do biura kont!'oli kas i rachunko-
'Wośc w którem jako p. o. rachmistrza pracowa-
łem, i uporządkowawszy mój referat w dzień po-
-wyższy, rozpocząłem peregrynacje po gmachu rządu
-gubernjalnego, z biura do biura, z sali do sali, do-
..pokąd nie obszedłem i nie pożegnałem w nim licznie
racujących mych kolegów i przełożonych, którzy
.mnie swą przyjaźnią szczerą i względami zaszczycali.
Dziwne to hyło pożegnanie, gdy przyszedłem
.do którego z kolegów i przyjaciół. .
- No, być może, że nie zobaczymy się już
-więcej tu na ziemi. Jeżelim ci co zawinił, to wy-
.bacz mi.
Żegnany tak, nic nie mówiąc, spojrzał mi tylko
w oczy a jego własne łzami zaszły. Serdecznie mnie
ścisnął, i wzajemnie:
- Bądź zdrów! Bądź zdrów! a z czasem «i mnie
tam ujrzysz...
3*
38
Kończyło to rzewne, bo rzeczywiście ostatni
nasze wzajemne pożegnanie.
Z przełożonym zaś:
_ Darujesz pan..., że doznawszy tyle jego wzglę-
dów, gdy nie mam nadziei więcej oglądać go i wy-
nurzyć mu tego tu, na ziemi, przyszedłem panu,
serdecznie dziękując za przeszłość pożegnać, i po-
prosić, abyś nie miał żalu do mnie, gdfm go w czem,
nie zrozumiał.
Tu następowało zakończenie jak wyżej, tylkom,
JUZ ani jednego: ci mnie tam uJrzysz» nie usłyszał.
O g. 11 r. wyszedłem ostatecznie w mundurze-
z gmachu rządu gubernjalnego, niby ciężko pra-
cowany prejść się trochę, po za tuż przy gmachu
leżącą rogatkę lubelską, traktem lubelskim, na spacer__
Od chwili bowiem powstania z choroby, to jest od.
dwóch tygodni, o tym właśnie czasie codzień cho-
dziłem tym i skaryszewskim trakem na przechadzkę_
Z początku, bardzo blisko a potem każdodziennie,..
co raz dalej.
\V ojsko trzymające od wach i kordon, oswoiłem.
przeto dobrze i ze swoją osobą i z temi mojemi
rogatkowemi spacerami.
Tą razą jednak jakem poszedł na spacer, takem,
już więcej do dziś dnia do niego nie w.rócił.
ROZDZIAŁ III.
"Działania Oddziału Czachowskiego.
Czas od 8 do 15 kwietnia 1863 r.
Uszedłszy traktem Lubelskim przeszło wiorstę,
i zakrywszy się budynkami na prawo tegoz poło-
-żonemi, poszedłem przez pola, ku traktowi skary-
'szewskiemu, a następnie kołując polami, doszedłem
.do wyznaczonego punktu zbornego. Tu zastałem
'wszystko i wszystkich w największym pl.. rządku.
Poniewaz nadchodziła godzina, o której dra-
-goni z Radomia podjazd w tę stronę regularnie
'wykonywali, przeto udałem się do dworu, w celu
uzyskania potrzebnych mi podwód, aby zaraz
z ochotnikami jak najprędzej opuścić ten niebez-
.pieczny punkt.
Dziedzica nie zastałem w domu. Wozu tez ani
jednego nie było na folwarku; gdyz wszystkie były
już wysłane, za domem. Żona zaś tego posiadacza,
tej właśnie nocy powiła syna.
'iedziawszy się od słuzby, ta zacna polka,
40
ze jestem we dworze i w jakiem groźnem dla mnie-
i towarzyszów położeniu, kazała mię prosić do sie-
bie. Po widzeniu się tern, dała mi zupełną w obec-
swej :służby władzę, abym użył jakie uznam tylko.
za stosowne na folwarku i we wsi, wszelkich po-
trzebnych mi środków, dla uchronienia mnie i to
warzyszy od popadnięcia w ręce moskiewskie. Zło-
żywszy serdeczne za jej patrjotyzm dzięki, oraz
życzenia dla nowonarodzonego, który gdy przyszedł
w tak ważnej dla narodu chwili, może kiedyś d&
Bóg, będzie mścicielem krzywd mu wyrządzonych)-
pożegnałem chorą, i udawszy się do stajen, gdym
w tych zastał jeszcze kilka koni i trochę więcej\
wołów, rozkazałem sobie otworzyć gumna, a w nich
wyszukawszy części składowe starych wozów i dr:l--
bin, zarządziłem natychmiastowe złożenie wozów,_
i wyjechanie z temiż przez wrota gumien na pole-
w południowej stronie tych leżące, aby nikt we-
wsi ich wyjazdu ze dworu nie widział.
Powróciwszy do restauracji, dałem rozkaz.
otwarty do sąsiednich dworów, do wyprawienia
ich natychmiastowego dalej, do punktu zbornego,..
który wyznaczyłem im po pod samemi lasam
nżeckiemi; natychmiast po dwóch a najwięcej trzech
w kierunku różnych wsi, polami a niektórych na-
wet zwróciłem w prawo, ku pobliskiemu iaso.wi,. i.
jako niby spacerujących dalej wyprawiłem...
41
Za tymi wyprawiłem podobnież część innych,.
w tym samym kierunku, ale już na wozach, do
których pojedyńczo doszli drożynami polnemi,
z rozkazem otwartym do dworów, aby im wymie-
niły pociągi wołowe na końskie i pośpieszne do.
tegoż samego punktu dalej odstawiły.
Dopadliśmy szczęśliwie koło Skaryszewa do
wsi . . ., dzierzawionej przez byłego oficera z r.
1831. Ten pI".lyjął nas z otwartemi rękami i pra-
gnął nas ugościć prawdziwie po staropolsku,.
tak natarczywie, że nie mogłem go na żaden spo-
sób odwieść od tego. Szczęściem dla nas, że pa-
trjotyczny lud tej wsi, domyślając się jakich to pan
jego ma gości u siehie, czuwał i dał znać natych-
miast, gdy spostrzegł zdaleka, że na trakcie od
Skaryszewa zjawili się cwałujący kozacy. - 7.er-
waliśmy się od stołu, pożegnalimy gościnnego gospo-
darza, i w jednej chwili siedzieliśmy na bryczkach
dzielnemi kOlimi zaprzężonemi. Pędziliśmy galopem
do sąsiedniego lasu, a przeleciawszy takowy, do-
jechaliśmy galopem do folwarku K gdzieśmy
zastali znów podjazd, ale tą razą już kawalerji
Polskiej.
O ile na widok .ij i harw narodowych, serce
mi zabiło mocno w piersi, o tyle ścisnęło się, gdym
zobaczył jakie to brewerje w tym dworze fura-
żując zataczając się wyprawiała.
42
W jednej chwili skoczyłem jak z procy obu-
rzony z bryczki, i postąpiwszy gwałtownie do ofi-
cera dowodzącego nią, oświadczyłam mu: że jadę
ścigany przez kozaków; i pędzę dalej do obozu
Czachowskiego z ochotnikami; złożę mu przeto ra-
port jak to żołnierze polscy po za ol)ozem jego
sobie pozwalają.
Ten wysłuchawszy mnie, uśmiechnął się, mru-
gnął na mnie okiem, i odkomenderowawszy część
swych kawalerzystów traktem ku Skaryszewu,
kontynuował w najlepsze swe krzyki, wywijanie
nad służbą dworską i oficjalistą nahajką i naka-
zywał na gwałt, ładować dalej: uwies, ziarno
i prowiant na wozy.
Ekonom, dziedzica tu bowiem nie było, podszedł
ku mnie, a rzekłszy do mnie wobec swej służby:
- Biorę Pana na świadka, co to tu z nami wy-
rabiają - poprosił nas w gościnę do domu.
Tu dopiero dowiedziałem się, że te brewerje
i to niby upicie się kawalerzystów i ich dowódcy,
i ten niby opór ekonoma - były tylko komedją,
potrzebną w obec służby, dla oka :Moskala i że to
był podjazd oddziału Kononowicza.
Gośiliśmy tu serdecznie podejmowani nie-
długo, bo wpadł konny posłaniec donosząc, że
Moskale od Zwolenia weszli w tej chwili do Iłży,
a zatem na linję naszej dalszej d")i, do lasów
43
ł
lł:leckich i to w dość znacznej sile piechoty i ka-
walerji. Do tej zaś było zaledwie dobre pół mili.
Wyjechaliśmy tez z folwarku natychmiast; podą-
żyłem do punktu zbornego, którym był dom le-
śnego wśród łąk, niedaleko sal1lej puszczy.
(Myśmy zmrokiem polami a następnie dość
wilgotnemi łąkami do tegoż, od strony gdzie żadna
<Iroga do niego nie prowadziła, podjechali: stary
gajowy rządowy a wysłużony, prawie kaleka in-
walid, wyszedł na przeciw nas, powitał chlebem
i solą, ofiarowanemi nam szczerze, lecz językiem
tak popsutym, ze więci po moskiewsku niż po
polsku brzmiał. Był to żołnierz polski z r. 1831,
lecz tak złamany długą niewolą traszną, tak na
ciele i umyśle, ze niktby, gdyby sam się z tern
nie oświadczył, ani śladu jego przeszłości w nim
nie dostrzegł i nie odszukał. (;oszcząc nas wszy-
stkich, gdyz i drudzy juz przybyli, solą, chlebem,
śledziem i trochę wódki, w którą si zaopatrzył,
na nasze przybycie - opowiedział on nam z bole-
ścią swe straszne dzieje, odhytej niewoli w carskiej
słuzbie; ponoszonych w niej katuszy i upokorzeń,
i gorąco wzywał Boga, by Ojczyzna wskrzeszoną
została.
l'ożegnaliśm y najserdeczniej wszyscy tę nie-
szczęśliwą ofiarę moskiewskiego despotyzmu, którą
na samym wstępie w nowe nasze zycie los nam
44-
na naszej drodze poslawił. Poprzysięgliśmy leż gło-
śno, wysłuchawszy jego strasznego opowiadania
raczej paść z bronią w ręku za kraj i wiarę, ani-
żeli być na podobne co on przejścia narażonymi.
Mimo gęstPj ciemności nocy, jaka już zapadła
postępowaliśmy i szczęśliwie na drogę, w głą la-
sów wiodącą wyjechaliśmy. Jadąc dalej, ujrzeliśmy
trzy silne łuny, a te według udzielonej informacji
przez gajowego, były obozami naszymi: dwie bardzo
blisko od siebie, a trzecią znacznie słabszą, jakby
znacznie dalszą, za poprzednimi. trochę w bok na
firmamencie niebieskim, nad ciemnem tłem pobli-
skich już borów, wysoko się po nad temiż odbi--
JaJące.
Naraz droga raptownie skręciła się. i dostrze-
gliśmy niedaleko już od siebie jakąś lichą karczemkę
z której okienek maleńkich i zabrudzonych dość-
silne światło biło; usłyszeliśmy jakiś gwar tłumny
a przy płocie, kilkanaście przywiązanych koni wierz-
chowych, widocznie do \vojskowych należących, ale-
bez zadnej straży przy nich.
Zatrzymałem wozy, kazałem pookręcać słomą
koła; wysiedliśmy, i zasłonięci cieniem wozów wraz
z temiz, noga za" nogą postępującemi, przecisnęliśmy
się obok rzeczonej karczmy, nie widząc nikogo na
zewnątrz. Gdyśmy, opisanym wyżej sposobem uje-.
chali przeszło sto kroków po za karczmę, wskoczy--
4!i
łiśmy na wozy i pogalopowaliśmy dalej, o jakie-:
jeszcze tysiąc kroków.
Tu w ciemności rozległ się silny głos: «Stój!"
bo strzelę! Kto jedzie?»
A gdy się dowiedział, że jesteśmyochotnicy,._
rzekł:
- Niech r;ejdzie jeden z was z wozu, i bez broni
do mnie podejdzie.
Uczyniłem zadość temu wezwaniu, a gdym-
postąpił naprzód około kilkadziesiąt kroków, spo-
tkałem się ze strzelcem, trzymającym wymierzoną
ku mnie dubeltówkę; tuz obok stał kosynjer ze
swą straszną bronią do ataku, ku mnie skierowaną_-
- Kto panowie jesteście? - Imię i nazwisko? -
Do którego obozu panowie dązycie, kogo w nim
macie znajomego? - posypały się jedne za drugiemi.
do mnie powyższe pytania. A gdym je zaspokoił,
dopiero opuścili swą broń, i serdecznie podająC"mi
swą dłoń, rzekł strzelec wesołym głosem:
- Witamy was nowi nasi koledzy! Niech zyje-
Ojczyzna! skoro dla niej serca i po za naszemi o-
bozami biją i ciągną do nas, na dalszą za jej wol-
ność walkę. Zsiauajciez teraz wszyscy, panowie r
a wozy niech idą noga za nogą, aby przewieśĆ"
was przez topiel, jaką przebyć będziecie musieli;:
Lo niebezpiecznie to dla was byłoby na pierwszą
noc powstańczą zbyt się w niej zamoczyć. Jutro..
46
-gotowy byłby katar... A kto wie, czy na toż już
nasz ojciec, nie dostarczy nam jakiej roboty...
A obróciwszy się do kosynjera, dodał:
_ Ty zaś, stary kolego, odprowadź miłych na-
szych gości do następnej wedety.
Co paręset kroków postępując naprzód zatrzy-
mywani byliśmy w podobny sposób, lecz już kró-
cej; gdyż towarzyszący nam kosynjer załatwiał
'wymagane za nas formalności.
Przeprowadzani, minęliśmy na tej drodze kilka
ustawionych wedet.
Następnie wprowadzono nas na nową drogę,
w lewo prostopadłe do dawnej z niej wychodzącą,
.a dążącą już do wnętrza puszczy Iłżeckiej. Minę-
liśmy znów kilka wedet, na nowej drodze, skrupu-
.łatnie swą służbę pełniących, i już zdała zaczęły si
.przebijać ognie obozu, po za ołbrzymiemi pniami
drzew gdzie niegdzie migające. Towarzyszący nam
-ostatni kosynjer, huknął silnie:
_ Dawać światła!- a do nas-zatrzymajcie się
koledzy, bo tu zaczyna się topiel.
- A na co światła? - brzmiała udpowiedź
z przeciwnej strony topieli.
_ Czterdziestu trzech ochotników z Radomia do
naszego obozu przybywa, - wyrzekł wesoło nasz
przewodnik.
_ Świecić! świecić! - powtarzano za topielą.
41
Za chwilę kilkunastu powstańców z łuczywa--
mi płonącemi jak pochodnie, skacząc z kępy na
kępę na około pojedyńczych drzew po obu bokach
drogi, przez moczar wiodącej, oświetliło nm ta-
kową jakby w tryumfie; gdy biedne koniska po.
brzuchy a wozy po szynkle grzęznąc w niej,- szczę-
śliwie choć z wielką biedą, przebrnąwszy do-
stały się na twardy grunt. W obozie mnóstwo na
przeciw nas wyległo, -zwłaszcza .z Radomia i bli-
skiej jego okolicy.
Powitaniom i dopytywaniom się końca nie
było. te zaś odbywały się półgłosem; gdyż Czacho-
wski na rozciągniętej derce, podłożywszy siodło i
rękę na to pod głowę, nakryty burką w pełnem
swem ubraniu, smacznie a głęboko spoczywał.
Nadzwyczajne wrażenie wywarł na mnie wi-
dok tego obozowiska wiernych synów ojczyzny,
niosących w ofierze za jpj wolność własne swe
życie i mienie; narażających się na okrutne barba-
rzyństwo dzikiego i ciemnego wroga i szyderstwa
a naigrawania się nikczemnych własnych braci.
wyrodków i zdrajców, nieprzyjaciół własnego kraju
a stronników wroga.
Te niebotyczne drzewa, w pośród których
w wolnych pomiędzy temiż odstępach porozkładano.
ogniska, płonące różnobarwllem a ciągle migocącem
się światłem. oświecającem je od samego ich spodu.
/
-..
48
aż do jch ku niebiosom wzniesionych szczytów,
były urocze. Te postacie, lezące i odpoczywające
w róznych pozach na obfitej a wilgotnej leśnej
murawie, inne przechadzające się wspólnie i po
cichu gwarzące, inne znowU miarowym krokiem
wchodzące lub wychodzące z obozu, inne jeszcze
spiące na wilgotnem leśnem posłaniu, tak głęboko
a smacznie, jak może na naj wygodniejszej pościeli
nigdy im w życiu, dotąd nie przytrafiło; ten
zresztą bohaterski starzec wódz, nad którego snem
<:zuwały setki ócz - przedstawiało to wspaniały
a nader rzewny swojski obraz. U wszystkich, mimo
ze ogromną większość stanowiła sama młodziez,
mars osiadł na czole; determinacja i zadowolenie
z siebie widniały w wyrazie twarzy, choć powierz-
chowność ich więcej wyglądała na cyganów niż na
ludzi tutejszokrajowych, tak obszarpani i zabru-
dzeni byli. Całą oznaką. ze to był obóz wojskowy,
stanowiły: wedety, podjazdy, patrole, raporta, oraz
ze każdy był zupełnie od stóp do głów ubrany
i odpowiednio do swego przeznaczenia i możności
zawsze uzbrojony. Spokój i cisza były uderzające,
w stosunku do licznie nagromadzonej tu zwykle
gwarliwej młodziezy, a to tern więcej, że i obóz
pułkownika Kononowicza zaledwo o jakie paręset
kroków w lewo od obozu Czachowskiego lezał.
Uprosiłem mego oficera, aby nie budził głę-
49
ł»oko uplOnego wodza, do którego nas przypro-
-wadzili znajomi i dawni przyjaciele; gdyż nie przy-
.noszę z sobą żadnej takiej wiadomości, dla której
koniecznem by było, przerywać tak pożądany dla
jego pói.nego wieku, silny a widocznie pokrze-
piający sen.
Mnie zabrali z sobą oficerowie powstaliczy ,
którzy do tego wyszli z Radomia a głównie: To-
Iffiasz BurzYliski, były kancelista z bióra naczelnika
powiatu Radomskiego, obecny intendent oddziału
-Czachowskiego, major powstaliczy z nominacji
Langiewicza, a późniejszy Dyrektor spraw wewnę-
trznych i policji w ostatnim Rządzie Narodowym.
.skazany przez Moskali na całe życie do ka-
torżnych robót w kopalniach Nerczyńskich; młody
w ówczas, bo zaledwie dwadzieścia i par-ę lat. wieku
liczyć mogący, a wielki mój przyjaciel admirator,
z tytułu Żem był znacznie od niego starszy wie-
kiem, zajmował dotąd w urzędowaniu rangę wyż-
zą, a równie z uim kraj swój kochałem i szczę-
:ścia tegoż pragnąłem.
Gdy mnie wraz z dwoma towarzyszami, wię-
-cej wykształconymi kolegami. do swego stanowiska
przyprowadził, ujrzałem leżącego koło ogniska na
murawie, na dłoni wspartego, obok w podobnejże
pozie spoczywającego, widocznie oficera powstalicze-
go, rozmawiającego oficera moskiewskiego, w zupeł-
50
nem ubraniu, z epoletami kapitana Smoleńskieg
pułku, i uzbrojeniu, a ktÓrego głowę okrywała.
konfederatka niebieska aksamitna z białym baran-
kowym lampasem, przyozdobiona oficerską powstań-
czą amarantową na białe m tle rozetą, w której
na czerwonem polu widniał srebrny, biały orzet
polski. Był to męiczyna średniego wzrostu, krępej
lecz zgrabnej figury, blondyn z niebieskiemi oczymat"
z pięknym wąsem, nadzwyczaj przystojny i ku
sobie pociągający, choć z silnym marsowym wy-
razem na twarzy, uwydatniająl:ej prawdziwie męzką
determinacją, a mogący mieć najwyzej lat 38 wieku_
Burzyński przystąpił do opisanego oficera i wy-
mówił:
_ Przedstawiam ci, kapitanie (;rzmot - tu wy-
mienił me 'imie i nazwisko oraz byłe stanowisk
w urzędzie.
Po paru słowach wymiany grzeczności i zdalit"
przyklęknąłem na murawie, i uścisnąwszy serdecznie
tego bohaterskiego patrjoty Polaka rękę, nachyliłem
się do jego ucha i rzekłem:
- I ja cię serdecznie witam, kapitanie DoLro-
goj ski !...
JakLy iskrą elektryczną tknięty, zerwał się
Grzmot z ziemi, stanął na równe nogi, i utkwiwszy
przenikliwy swój w.lfok we mnie, rzekł:
51
- Skąd pan wiesz jak się- w świecie nazy-
wałem?
Nachyliłem się do jego ucha i odpowiedziałem:
- Koledzy i przyjaciele serdeczni twoi, ofice-
rowie wojsk rosyjskich, a równiez przyjaciele moi,
pozdrawiają cię przezemnie.
Tu wymieniłem mu, ciągle do ucha, ich imiona,
nazwiska i zajmowane przez nich stopnie wojskowe.
Zaledwie to wysłuchał, chwycił mię w objęcia
i uśdskał serdecznie. Poprzysięgliśmy sobie dozgonną
przyjaźń. Obecni tej scenie inni oficerowie oddziału,
podali mi swe ręce i zainstalowali w swe m kole.
Przedstawiłem im następnie moich towarzyszy,
świezo przybyłych. Powitali ich równiez serdecznie.
I zaledwie wstąpiliśmy w obóz powstańczy,
w jednej chwili juz mieliśmy pełno przyjaciół jakby
od Uóg wie jak dawno znajomych.,>,.
Pełno serc do wspólnej w obee wroga obrony
i pomocy. A sprawiło to jednakowe bicie ich
w piersiach naszrch, dla świętej sprawy wyzwole-
nia nieszczęśliwego naszego narodu z pod strasznego
ucisku najezdzców.
W tej samej chwili, herbata jnz gotowana przy
ogniu tam w garczkach. na posilenie nas po po-
drózy, została nam podaną; bo do jedzenia nic
sami ci ofiarnicy nie posiadali. W z3jemnie posiliłem
ich, siebie i tuwarzyszy moich, przywiezionym z sobą
buljonem
Widząc na wielu z nich brak czystej a nawet
u niektórych tylko ślady hieli:my, błagając ich, zmu-
szalem do rozebrania- i r,)zdzielenia pomiędzy naj-
potrzebniejszych, zabranej z sobą do obozu mej
4
52
własnej; miałem zaś wówczas jak na kawalera,
bardzo sporo. Toz samo uczyniłem i z zabraną
częścią mojej garderoby.
Zostawiłem sobie tylko algierkę bobrową, bo
trzymały mocne zimna, śnieg czasami pruszył a
przymrozki, zwłaszcza w nocy i nad ranem, dość
jeszcze silne panowały; ubranie i bieliznę razem
z wiktuałami musiałem dźwigać na sobie w tornistrze.
Obok piechoty stała kawaler ja Czacbowskiego.
Gdy oficerowie jj dowiedzieli się o przybyciu li-
cznem na raz ochotników do oddziału, a byli to
właśnie dawni bardzo moi koledzy i przyjaciele, bo
niektórzy z nich jeszcze nawet z ław szkolnych,
pospieszyli do naszego ogniska, a serdecznym po-
witaniom i uściskom, zdawało się, ze nie będzie
końca.
Zjawiły się u nich rozłozone na murawie:
pieczeń cielęca, wędliny, chleb, n'awet ser, masło
i na twardo gotowane jaja, a w dodatku butelka
rumu i parę butelek wina. Serdeczna tez wesołość
i bardzo ozywiona rozmowa między nami zapano-
wała, i przeciągnęła się do północy.
Poczciwi oficerowie kawaleryjscy, chcąc mię
uchronić jako rekonwalescenta i świezo rozpo-
czynającego zycie obozowe, ti pierwszej mocno
zimnej a zarazem wilgotnej nocy, podzielili się ze
mną: jeden dał swój czaprak, inni zaś siudło pod
głowę, na którem połozyłem jeszcze mój tornister;
usłali mi tym sposobem zbyt wygodne jak dla po-
wstańca łoze na matce ziemi, którą piersiami swemi
i zyciem odtąd osłaniać miałem.
Oddawszy sobie dobranoc, już przy - prawie
53
.
ałym w mocnym śnie pogrązonym obozie, i gdzie
niegdzie jeszcze tylko dopalających się ogniskach,
rozpocząłem serdeczną rozmowę z Panem W szech-
.świata, zanosiłem modły: o wyzwolenie mej drogiej
Ojczyzny i moich spółbraci z tego strasznego ci-
sku wroga, ofiarując Mu w zamian moje własue
zycie. Nie przypominam sobie, abym kiedy wcze-
śniej lub później po tej chwili, tak był mocno i do
głębi przęjęty modlitwą. Zakończywszy moje modły
.słowami Zhawiciela: .Lecz Ojcze nie moja, ale
Twoja święta niech się spełni wola», natychmiast
silnie usnąłem.
Gwar budzącego się ze snu obozu i mnie roz-
budził. Otworzyłem oczy, szaro było na niebie
.a prawie ciemno jeszcze w puszczy.
Widząc, ze inni już około siebie i koni się
krzątają, zel'wałem się i ja na równe nogi.
Witającym mnie i dopytującym się przyjacio-
-łom, jak się czuję po tej pierwszej nocy przespanej
na ziemi i pod golem niebem? - odpowiedziałem,
że czuję się jakby odmłodzonym i na siłach po-
.krzepionym.
Udałem się natychmiast do potoku, a dopełni-
wszy nad nim swego rannego umywania się, uczu-
łem się jeszcze rzeźwiejszym.
W tej chwili zawezwano mnie, wraz z przy-
byłymi ze mną ochotnikami, do stawienia się przed
wodzem. Udaliśmy się wszyscy razem.
Ujrzeliśmy Czachowskiego, siedzącego na kło-
dzie, w swym sławnym krótkim kozuszku baranim,
takichze szarawarach, juchtowych butach i czarnej
.z lampasami podobnejZe barwy z baranków konfe-
4*
64
deratce. Przez ramię i piersi miał przewieszoną sze-
roką amarantową na hiałem tle szarfę. Przy hoku
kawaleryjski pałasz. Na plecach spoczywała u niegO'
dubeltówka wyborna. Na smyczy przez szyję, ze ·
sznurów zielonych zrobionej, wisiały w futerałach,
przyczepionych do szerokiego pasa rzemiennegO'
z wielką klamrą na przodzie, na której widniał
orzeł biały, dwa rewolwery. Z za cholewy prawegO'
buta wyglądała rękojeść schowanej tam a nigdy
nieodłącznej, sławnej jego napajki. kozackiej.
Oficerowie stali za nim po obydwóch bokach.
Powitał nas serdecznie, odpowiadając na szczery
nasz okrzyk:
- Niech iyje nasz wódz!
Przedstawiłem siebie i towarzyszy, wymiemaJąc
nazwiska, oraz stan każdego z nas. Oddałem na-
stępnie do dyspozycji jego przyniesione przez nas
trO'chę uzbrojenia i amunicji. OchO'tników zaraz
rozdzielił, dając każdemu z nich ol1powiednie prze-
znaczenie. Dla braku palnej hroni, najwięcej wcie-
lono ich do kO'synjerów. Dwóch zaś moich towa-
rzyszy z inteligencji prze7.Daczył: jednegO' do kosy-
njerów a drugiego do strzelców.
ldyśmy zostali sami z oficerami, zakomuni-
kO'wałem mu wiadomośc od organizacji, z Radomia,
jego O'ddziału dotyczące; zawiadomiłem, że Uszaków
na doniesienie szpiegów, - o' zjawieniu się oddziału
jego z powrotem w Sandomierskiem, wyprawił puł-
kownika DobrowolskiegO' z dwoma hataljonami pie-
choty, odpowiednią kawalerją i artyleI:ią, i że ten
zrobiwszy z niemi kilkudniowy marsz pO' las:łł:h
od Szydłowca, przez \Vąchock, Brody, OstrO'wiec, lira-
55
})owiec, Iłżę, Zwoleń, powrócił do Radomia i złożył
-raport, że nie powziął nigdzie nawet wiadomości
o istnieniu jego oddziału. Kolumna zaś moskiewska,
wchodząc z powrotem do Radomia ze śpiewami
i skokami, naśladowała niby bijących się powstań-
ców a chwytających się to za nogi, to za ręce.
boki i różne części swego ciała i wrzeszczących
w niebogłosy, jednocześnie zmierzając się bronią
do wystrzału na przechodzącą ulicą tą ludność.
Rozśmiali się wszyscy, oświadczając, że gdy ta ko-
lumna, o tak przeważających sitach, pośpiesznie
traktem przez puszczę nżecką się przesuwała, -
to oddział Czachowskiego, znacznie wtedy jeszcze
szczupljszy i gorzęj uzbrojony, przypatrywał się
z po za drzew jej trwożnęl przed sobą defiladzie.
Zawiadomiłem następnie dowódzcę, że na ty-
dzień przed tem przybył do R:łdomia pułkownik
Klewcow, który 20 lat już poprzednio walczył na Kau-
kazie wraz z pułkiem świeżo !?prowadzonych z Ros-
sji, do Królestwa, dragonów. Ze zawezwany z Kau-
kazu do Petersburga, jako doświadczony partyzant.
dał słowo Carowi, że w miesiąc uśmierzy powstanie
w Polsce. Żaządał tylko, aby nm dozwolono z dwóch
dywizij piechoty, konsystujących w województwach
Sandomierskiem, Krakowskiem i Kaliskiem oraz przy-
-dzielonej do tych jazdy, wybrać sobie na ochot-
nika z nich: 1200 strzelców, 300 dragonów, 20!)
kozaków, 170 razem ludzi. A sformowawszy
z nich, tak z\\-any ruchomą lotną kolumnę, dzia-
łającą zupełnie niezależnie od innych oddzia-
łów moskiewskich, rozłożonych na załogach po-
wojów. Sandomierskiem jako głównem ognisku
66
powstania - ma prawo wzywać Je do pomocy
na wszystkie strony; będzie palił -miasta i wsie;
rznął ludność, bez względu na stan tej wiek i płeć;
kaie obrzynać niewiastom piersi i zywoty rozpru-
wać a musi dotrzymać danego słowa bezdusznemu
d('spocie. Dodałem dalej, ze przy przeglądzie, przez
Uszak owa i na manewrach w obec tego dokonanych,
przypatrywałem się dobrze temu barbarzyńcy i przy-
prowadzonej przez niego dziczy_ WS?yscy to sta-
rzy, wytresowani wielce zołnierze. K0nie mają wy-
borowe, trochę tylko za cięzkie. Od chwili przy-
bycia do Radomia, dragoni ci, dwa razy kazQego
dnia ćwiczeni są po za miastem w manewrowaniu
z ogniem. Połowa Judzi i koni tego pułku stoi za-
wsze w pogotowiu do wymarszu. Druga zaś połowa
odpoczywa w zupełnem ubraniu. Ludzie i konie
karmieni są obficie. Wysłuchawszy tego i innych
tajnych sprawozdań, zapytał się mnie Czachowski.
_ A cóz lam w Radomiu mówią o sposobie
prowadzenia dotąd powstania?
Odpowiedziałem mu otwarcie na to, krytyku-
jąc działanie Langiewicza i zamykając w następu-
jących słowach.
Ogólne przekonanie, tak patrjotów palakó w jak
i oficerów rossyjskich, którzy dotąd sprzyjali spra-
wie wolności naszej Ojczyzny, jest jako Maryan
Langiewicz, nie ma.ią ani uzbrojonych, ani wy-
ćwiczonych, ani ostrzelanych zołnierzy, ani amu-
nicji, ani dział, ani doslalecznej ilośei odpowiednich
oficerów, a nawet instruktorów dla tych, bez przy-
sposobienia nalezytych a koniecznych środków do>
tego, - zaczął się bawić w regularną armję; i V'e-
57
dług zasad tej chciał prowadzić .zaraz z samego
początku nasze powstanie r przez co je zwichnął;
ogłoszeniem zaś dyktatury, dobił takowe fizycznie
i moralnie.
W miarę odpowiedzi, ;lpdziłem bacznie wyraz
twarzy Czachowskiego i jego oficerów; zauważy-
łem, że ta u niego coraz więcej zadumą smu-
tną, tamtych zaś. pomięszaniem się okrywały;
jeden tylko Grzmot patrzył mi w oczy wesoło
a serdecznie.
- No, więc ;akże ci, co krytykowali, prowadziliby
nasze powstanie? - wyrzekł dość ostro Czachowski,
gdym skończył moją odpowiedź.
Opowiedziałem na to śmiało i otwarcie po-
gląd oparty na zasadach partyzantki Czerkiesów,
broniących swej ojczyzny tak długo przed naja-
zdem dziczy moskiewskiej. a zastosowany do te-
rellu i położenia naszego, podając takowy, jako zdanie
wyższego dowódzcy moskiewskiego, z walką party-
zancką dobrze obznajomionego.
Czachowski podumał chwilę jeszcze smutniej,
wąsy opucił. Naraz powstał raptownie a pokręcając
swego zawiesistego wąsa i gładząc brodę, wyrzekł:
- Według rozporządzenia Rządu Narodowego.
należy ci się kolego u nas stopień wyższy jakiś
pusiadał u rządu Moskiewskiego; ale dziś mam
wszystkie komendy obsadzone. Oto i kapitan Grzmot,
dla tego do d/.iś jest u nas bez komendy; musisz
więc i ty na to poczekać.
- Ojcze - odpowiedziałem - ja nie przyszedłem
tu dla awansu lub tytułu - i tak zakończyłem -
}Jl"uszę Cię przeto, przyjmij mnie jako wolontarjusza
5
do strzelców swoich i zostaw mi tylko wolność
stawania w czasie bitwy, tam gdzie będę uwaał
za odpowiedne, w celu obznajomienia się z rodza-
jem i sposobem, prowadzonej tu walki z wrogiem.
_ Dobrze! - odpowiada na to uśmiechnięty
Czachowski, i zwracając się raptem do adjutanta,
Jana Hr. Wielhorskiego z Pogłodowa, wyrzekł -
jest tam jeszcze jeden sztuciec belgijski wolny, do
rozporządzenia, niech go tu podadzą. - Sztuciec żą-
dany, gdy przyniesiono; podał mi, mówiąc - trzy-
dzieści tylko sztuk posiadam wybornej tej broni,
niech Ci więc służy! W marszu będziesz jako
wolontarjusz postępował przy mojej kompanji strzel-
ców, dowodzonej przez kapitana Ludwika Michal-
skiego.
_ Ojcze! mam prośbę jeszcze do ciebie - od-
powiadam - skf1fl) na cały oddział jest tylko 30
sztuk tak doborowej broni, a ja myśliwym dotąd
więCl z półmiska ni:! z powołania byłem, zrzekam
się nawet i tego przeto wyszczególnienia na rzecz
lepszego 0:1 siebie strzelca.
Zezwolił Czachowski i na to, coś do oficerów
mrugnąwszy. Podano mi dubeltówkę, ale bardzo
lichą.
- Choćby mi przyszło bić się tylko kolbą-
rzekłem biorąc broń -- to mam nadzieję, że wkrótce
Moskale wymienią mi tę broń na lepszą.
_ Dopomó ci Boże! - dodał stary wódz, i wraz
z oficerami niektórym i zaprosił mnie do siebie,
gdzie przy ognisku uczęstował gorącą herbatą i po-
lew ką winną.
Szef sztabu, Eminowicz, szepnął coś Czacho w-
59
skiernu. Ten zaś wziął mnie na stronę i badał:
czy nie znam czasem niejakiegoś policjanta z Ra-
domia, który w kilka godzin, po przybyciu swojem
do obozu, przez wedety przytrzymany lIa tych
i odstawiony został, wraz z dwoma dubeltówkami,
ostro kulami nalJitemi, które miał na sobie, i po-
d.aje się za ochotnika dążącego do oddziału. Po-
. prosiłem, aby mi go z daleka }Jokazano. Eminowicz
poprowadził i ukazał mi rzeczonego policjanta.
Oświadczyłem wtedy, poznawszy go, że dotąd był
on największym prześladowcą i tropicielem wszy-
stkich objawów patrjotycznych. Radziłem przeto,
aby nie okazywać mu nieufności, lecz swoją drogą
najsilniejszy nadzór nad wszelkiemi jego krokami
i ruchami rozciągnąć; gdyż nie mogę wpaść na
żadną rozsądną myśl, któraby tak raptowną zmianę
w przekonaniach i pojęciach jego spowodować
mogła.
Dzień się zaledwie rozjaśniać począł, a byliśmy
wszyscy już na wymarszu z tego obozowiska na-
szego, przy północno zachod'lim krańcu puszczy
Iłżeckiej a przez nas Podlipiem nazywanego, i po-
dążyliśmy z niego w kierunku południowym, trochę
ku wschodowi.
Oddział Czachowskiego w tym dniu, juz z przy-
prowadzonymi przezemnie ochotnikami i innymi
towarzyszami, nie dochodził jeszcze 400 ludzi
i liczył: 50, zaledwie uzbrojonych w karabiny
moskiewskie i sztućce belgijskie; 120, uzbrojonych
dubeltówki tylko i pojedynki, bez bagnetów. -
Zaden z powyższych ani pałasza. ani pistoletów nie
posiadał. A wiele sztuk broni myśliwskiej było sznur-
60
karni powiązanych, do tego z poszczerbionemi i po-
giętemi lufami i uszkodzonemi brandkami i zamkamL
- 150 kosynjerów, tylko w tę jedną broń uzbrojo-
nych; 53 kawalerzystów, uzbrojonych w lance,
dubeltówek trochę. reszta zaś pojedynek lub samych
pistoletów tylko, a wszystkich w pałasze kawale-
ryjskie; 16 oficerów, wliczając już w tę liczbę:
dowódzcę, szefa sztabu, adjutanta, majora i in-
tendenta, wszystkich uzbrojonych w dubeltówki,
rewolwery i pałasze, z tych 7 towarzyszyło oddzia-
łowi konno. Ogółpm 38fJ powstańców.
Oddział powyższy na czele kolumny masze-
rował. Tuż za nim, w zupełnym związku takty-
cznym, postępował oddział pułkownika Kononowicza,.
przybyły pF.led paru dniami do puszczy z lasów
Kozienickich na wezwanie Czachowskiego jako na-
czelnika wojennego W ojewództwa. Oddział ten
liczył: 80, z bronią bagnetową, belgijską i moskiew-
ską; 160. z bronią myśliwską, z dubeltówek i po-
jedynek złożoną; 200 kosynjerów; 80 kawalel'zy-
stów i 26 oficerów: 546 ogółem, zupełnie tak samo
uzbrojonych jak w oddziale Czachowskiego, tylko
że karności tak ścisłi tu nie widziałem.
Kompanja imienia Czachowskiego, do której
przydzielony zostałem. postępowała w awangardzie
kolumny. Maszerowałem przed pierwszą rotą a obok
mnie postępowali kapitanowie: Grzmot i Michalski.
Ludwik Michalski był oficerem Garibaldowskim;
krótko z nim byłem, więc bliższy<;h szczegółów
o nim podać nie. mogę, prócz że poznałem w nim
dzielnego i przytomnego oficera, zimną kre\y, wy-
kształcenie, serce patrjotyczne i znajomość słuzby:
"
61
wojskowej posiadającego. Kapitan Grzmot (Stanisław
Dobrogójski) był synem owego majora Dobrogój-
skiego, który wspólnie z majorami Łukasillskim
i Dobrzyckim przed r. 1830 z rozkazu W. Ks. Kon-
stantego Pawłowicza w Zamościu był sądzony i ka-
towany; a jego, car Mikołaj, jako dziecko, kazał'
oddać do małoletniego korpusu kadetów. Ukończy-
wszy szkoły wojskowe, Stanisław Dobrogójski, wy-
szedł na oficera piechoty, nie znając nawet mowy
ojczystej i nie wiedząc prawie, ze jest Polakiem.
.lako odznaczającego się zdolnościami i stopniami
naukowemi, po dwóch latach odbytej słuzby w ar-
mji, wstąpił do akademji wojennej, którą chlubnie
ukończył. Po wojnie wschodniej z lat 1853/6, w któ-
rej uczestniczył, został wysłany zagranicę, dla zba-
dania ulepszeń w broni i taktyce oraz strategji;
głównie zaś miał poleconem sobie, zwracać uwagę
lIa słuzbę strzelców w innych armjach. Za powro-
tem, złozył odpowiedni memorjał i projekt ustawy
oraz regulaminu nowego.
Projekt ten został zatwierdzony przez cara
jako obowiązujący dla całe.i armji moskiewskiej.
Jarosław Dąbrowski, Zygmunt Sierakowski, Pa-
d1ewski i on wraz z kilkoma jeszcze innymi, byli
duszą patrjotycznego związku oficerów moskiewskich,
pracującego dla sprawy wolności Polski i Rosji, a do
którego należało mnóstwo rodowitych Moskali, czu-
jących, ze tą drogą tylko mogą złamać straszny
(ll'spotyzm aotjatycki swych carów. On to był auto-
rem kursujących pomiędzy wojskiem odezw Smo-
leńszczan do Kostromców i odwrotnie, objaśniają-
cych o własnościach carskiego powyższego despo-
.
62
.
tyzmu, ich własnej niewoli. dążności Polaków do
odzyskania wydartych im Boskich i ludzkich praw,
i wskazujących siłę dostateczną jaką samo w sobie
posiada, aby straszną swą dolę własną zmienić,
wolność własnej ojczyźnie i braciom przez carów
zagrabioną przywrócić. Przed r. H\63 dowodził już
bataljonem Smoleńsl{iego pulku, będąc znacznie
wcześniej przedstawionym do awansu na majora.
Pusiadał trzy ordery wojskowe: ś. Jerzego, ś. Wło-
dzimierza i ś. Anny. Uwielbiany hył przez Czen-
gierego, oficerów i żołnierzy. Nawet sługa, cdień-
szczyk:>, był tak do niego przywiązany, że w ślad
za panem poszedł do powstania.
W marszu, Czachowski, wciąż od awangardy
do ar:jergardy i odwrotnie przejeżdżał, dając ciągle
baczność na postawę i zachowanie się oficerów i żoł-
nierzy, ucząc i musztrując tym sposobem.
Mgła, kwra rano się zjawiła w puszczy, za-
częła w drohny kapuśniaczek się przemieniać.
. Około godziny 11 r., zrobiwszy przeszło 2 lis
mile samą puszczą, zatrzymaliśmy się około jakichś
górniczych budynków, «koszary górnicze.. zwanych.
Staliśmy w szeregu z bronią do nogi jaki kwa-
dr.ans dobry; gdy z przeciwnej strony zjawił się
oddział Grelińskiego, który za trzecim dopiero wy..:.
słanym przez Czachowskiego jako Naczelnika Wo-
jennego Województwa do niego, w górach Wito-
sławskich organizującego się tylko wciąż, rozkazem
- wyciągnął przecież raz na widownię, z tego cią-
głego przez sześć prawie tygodni ukrywania s:ę,
w rzeczonych górach i lasach. i daremnego tylko
objadania i obierania z podatków narodowych mie-
63
szkańców powiatów: Sandomierskiego i Opatowskipgo
Obecnie przybywał- na wyznaczony punkt w pu-
szczy, aby przedstawić slebie i swój oddział Na-
czelnikowi.
Major (reliński, w towarzystwie kapitana Bo-
gdana, podjechał ku oczekującemu go konno, w o-
toczeniu kilku oficerów swego i Kononowicza od-
działów wraz z tym ostatnim, także na koniach
siedzących - i salutując starego wodza, złozył mu
o!1powiedni raport.
Czachowski zawezwał oficerów wymienionych
do zsiadania z koni, oraz kilku oficerów pieszych
ze swego oddziału, i wszedł wraz z nimi do wnę-
trza, stojącego z lewego boku naszej kolumny pu-
stego budynku.
Major lreliński, był to człowiek przystojny
i zgrabny, na powstańca zbyt elegancko wygląda-
jąC}, z ciemnemi włosami i takiemiż maleńkie mi
wąsikami; pochodził z Galicji a pierwszy zadoku-
mentował jawnie u nas zasady polityki utylitarno.
fruktyfikacyjnej, która tam zaszczepiona przez po-
tomków Targowicy, przez dwaozieścia lat przeszło
tak obfite plony wydawać miała na zgubę naruLlu.
O rodzaju tego sportu Grelińskiego, obszerniej
mówić nie warlo.
Kapitan Bogdan, wYl)ki, chudy, blondyn z ja-
snem okiem, ubrany w krótką powstańczą kurtkę,
Luty juchtowe, z pałaszem przy boku, rewolwe-
rem na smyczy za pasem rzemiennym, z głową
krótko ostrzyżoną, nakrytą czerwonym fezem tu-
reckim a sam do tego w rudej burce powstańczej
- postawą, chodem i znalezieniem się swoJem,
64,
zrobił na mnie wrażenie prawdziwego, starago słu-
żbislego oficera jakim w islocie był. Lal mógł mieć
. około 50.
Gdy kapilanowie ł:;-rzmol i Michalski, odcho-
dząc na wezwanie dowódcy do wnęlrza budynku,
szepnęli mi do ucha, że idą na naradę wojenną,
i abym miał bacznoŚĆ na wszystko, co zajść może,
stanąłem wyproslowany prJ;ed czołem kompanji,
i wsparly na swej nieczynnej dubeltówce, oczeki-
wałem, co nasląpi dalej, wodząc oczyma po oddziale
Grelińskiego, który jako slojący na niższem trochę
miejscu, mogłem łalwo od końca do końca widzieć.
Slan oddziału rzeczonego był naslępujący:
180 szlućców belgijskich, 60 dubellówek pojedyń-
czych (piechota i slrzelcy), 150 kosynjerów, 60 ka-
waleIji wraz z dowódzcą i uficerami; 4f>0 ludzi
. ogółem.
Umundurowanie było jednakowe: białe sukmanki
i takież szarawary w juchtowe buty wpuszczone,
. ciemne rogatywki z lampasem barankowym, z wy-
jąlkiem kawalerji, mającej ciemne kurlki w miejsce
białych sukmanek i takież szarawary a nadlo i lu-
dzie w nim byli prawie sami młodzi, ale dobrze
już rozwinięci. Z wyjąlkiem kawalerji oraz większej
połowy oficerów, klórzy należeli do.inteligencji, reszla
składała się z synów mieszczańskich i włościańskich,
rzeczonych wyżej dwóch powiatów.
Slaliśmy znów przeszło godzinę w największem
milczeniu i oczekiwaniu. Mimo żem slał przeszło
.<) sto kroków na samem czele kolumny, która
wyminęła już wymieniony wyżej pusty budynek,
dochodził z t.amtąd jakiś gwar czy sprzeczka, oraz
65
'Podawane przez szeregi uwagi od tych, co stali na-
-przeciwko «Koszar górniczych». Po upływie jeszcze
nieco czasu, wyszedł z budynku, widocznie wzbu-
rzony, X. Agrypin Konarski, kapucyn, wzięty później
z oddziału Kononowicza do niewoli i powieszony
w lecie 1883 r. na stoku cytadeli Warszawskiej,
-a ówczesny nasz kapelan. Przechodząc obok, mó-
wił do siebie: zobaczymy! a minąwszy mnie i wy-
przedziwszy, o jakie trzydzieści kroków, podniósł
krzyz kapłański do góry, i wygłosił silnym "Swym
organem podniosłą religijno - patrjotyczną do od-
-działu G-relińskiego przemowę, wzywając w imie
.ukrzyzowanego Chrystusa, do wspólnego połączenia
się przeciw wrogom.
Na ukazany znak męki Zbawiciela i zarliwe
wezwanie kapłana bohatera, kilku prowodyrów z od-
,działu Grelińskiego wrzasnęło z całej siły:
_ Nie za krzyzem, ale my tylko za majorem
<Irelińskiem pójdziemy. Niech zyje major Gre-
łiński ! ! !
Okyk powyzszy, zaczęli powtarzać bezustanku
krzykliwie i prostaki z lego oddziału, widoeznie do
tego poprzednio przysposobieni.
Ksiądz Konarski wielce się zmięszał takim
.objawem, wcale dla niego niespodzianym jako sły-
nącego z wymowy i zarliwości kapłańskiej.
Zrozumiawszy, ze (i:reliński działając podobnie
rozpoczął już podziemną agitację, aby i u nas,
w Królestwie, przy pomocy prostaczków, dalej
nad koniec własnego nosa nie widzących, nurtować,
i na początek wyjednać sobie bułą i arrogancją
.autonomią od Rządu Narodowego, dla utworzonego
66
z naszych braci i za nasz krwawy grosz swego.
oddziału. A tym sposobem zasiawszy między nami
rozdwojenie, prowadzić dalej rozpoczęte .luz przez
jego panów. pedłe a głupie dzieło zabicia spra wy
powstania, przysposobienia im wolnego gruntu, ob-
ficie krwią męczenników uzyźnionego za wolność
ginących, pod zasiew ich niewolniczej wielkości
i śmierci narodu..
Skoczyłem przeto ku kompanji swej a wyr-
wawszy z rąk najblizszego nabity sztuciec w za-
mian za moję dubeltówkę, pospieszyłem do oddziału
(j-relińskiego, w którym dostrzegłem najwięcej ha-
łasującego, znanego mi H. W., blagiera, kancelis-
tę przed powstaniem w powiecie Radomskim a
jak ujrzałem, teraz juz oficera.
Gdym się zrównał z X. Konarskim. wymówi-
łem do tegoz na cały głos, aby mnie oddziały
słyszały.
- X. Agrypinie! gdzie idzie o sprawy wojskowe.
racz to pozostawić wojskowym a łatwiej się po-
rozumieją. Wszak widzisz X. dowodnie, ze w naj-
lepszej intencji, swem przemówieniem, stałaś się
mimowolną przyczyną obrazy Boga przez blu-
źnierstwo.
Następnie zbliżywszy się do samego czoła od-
działu (i-relińskiego, który naraz krzyczeć przestał,
z całem oburzeniem i całą siłą krzyknąłem:
- Wstyd i hańba wam! to nie Polacy. ale wy-
rodki chyba, podłe i nikczemne zdrajcy Ojczyzny.
takie wrzaski tylko wydawać mogą! - l lu wpadłszy
w zapał oratorski, zdołałem ich opamiętać.
Cisza zupełna zapanowała. H. W. skonster no-
.
t7
wany stał przedemną i bąkał ze spuszczonemi
w ziemię oczyma:
_ Kiedy wasz dowódzca dał się słyszeć, że
nas rozbroić każe? A my, gdyby przyszło zginąć,
to się rozbroić nie damy!
_ Zapominasz się! - odpowiedziałem - to nie-
tylko nasz, ale i wasz dowódzca l- i dalejże ich
reflektować rzetelnie a otwarcie.
Gdym domawiał ostatnich słów, nie uważałem,
że już rada wojenna opuściła budynek. Przejeżdża-
jący za jakimś rozkazem adjutant Wielhorski, gdy
się zrównał, odezwał się do mnie:
_ Nie potrzebnie się pan mięszasz do tego. Pro-
szę iść do swej kumpanji.
Nadjechał na to Czachowski, zatrzymał konia
i zapytał mnie: .
- O cóż to idzie?
Opowiedziałem mu co tu zaszło.
_ Dobrze kolego"! - wymówił do mnie życzli-
wie i wesoło, a pokręcając wąsa, dodał: - \Vszy-
stko już wyrównane. l\lusi iść jak powinno...
Przejezdżał obok rias i Greliński, ale już fan-
taja zrzedła mu bardzo, jakiś wielce zmięszany
i nie swój. Oddział jego przeszedł całkowicie pod
rozkazy Czachowskiego, po zlustrowaniu jako przed
starszym naczelnikiem.
Po chwili, Czachowski: zupełnie uspokojony,
znów swym zwyczajem zaczął cwałować na około
kolumny.
Deszcz nie ustawał. '
Kapitanowie, Grzmot i Michalski, postępując
obok mnie, wtajemniczyli mnie o odbytej naradzie.
5
68
Przedstawili arrogancją i butę początkową Greliń-
skiego i cbęć stawiania oporu wspólnemu działaniu
z Czachowskiego oddziałami, w zamierzonym wła-
śnie planie. który ma być wykonanym za dni dwa, to
jest w wielką SObl.tę, według wschodniego kalennarza.
Na objawioną przez Grelińskiego, wbrew gło-
sowi wszystkich członków rady wojennej, butę, ar-
rogancję i pretensje autonomji dla swego oddziału,
zagroził mu Czacbowski sądem wojennym i natych-
miastowem rozstrzelaniem. Gdy i to do poddania
się zupełnego pod rozkazy Rządu Narodowego nie
skłoniłu go, wtedy stary wódz porwał za rewolwer;
ale stojący obok niego, pochwycili go z błaganiem
za ręce, prosząc, aby swej własnej ręki na winnym
nieposłuszeństwa doraźnym wymiarem sprawiedli-
wości nie kalał. Usłyszawszy to, dopiero (;reliński
zbladł, spokorniał, i w tym stanie poddał się roz-
kazom naczelnika wojennego.
Objaśnili mnie również, ze zaraz po SkOIiczo-
nych ruskicb świętach bić się z Moskalami będziemy,
którzy wyruszą niezawodnie gromadnie, dla odem-
szczenia się za zamierzone niepokojenie ich podczas
świąt oraz za powieszenie w dniu wczorajszym tu,
w pusz-czy, dwóch ich szpiegów, kolonistów z nie-
mieckiej kolonji, Jawór.
Gdy tak rozmawiając maszerowaliśmy, prze-
jeżdżający Czachowski, wyrzekł łaska wie do mnie:
- Kolego źle trafiłeś. Na pierwszy dzień twego
przybycia pada deszcz, zmokłeś. (iotoweś dostać
kataru...
Za odpowiedź na ten żart, rozśmiał się serdecznie
i wesoło stary wódz, i pomknął ku czołu kolumny_
tP
Około godziny 2 po południu wyszliśmy z puszczy
-do leśnictwa rządowego Lubień, nie daleko traktu
z W ąchocka do Ostrowca, pod lasem, a na granicy
od zachodu pól wsi Lubienia. Wieś Lubiel'i prawie
wokoło puszczą nżecką jest otoczona. Oddział Cza-
chowskiego zajął Lylko leśnictwo, gdyż wziął na
siebie całą służbę na zewnątrz. KononoMcza zaś
i Grelińskiego oddziały zajęły wieś. Kompanja, do
której naletałem, dostała dziś dyżur czyli służbę
odwachową i wedet.
Przysposobiony dostatecznie, co do służby jaką
mam wkrótce pełnić, o g. 1/..4 zostałem odprowa-
dzony na wedetę, a to z moją nieczynną dubeltówką
i w najfatalniejsze miejsce, bo postawiono mnie
w łańcuchu od strony szosy, zkąd Moskali oczeki-
waliśmy.
Staliśmy o sto kroków jeden od drugiego, i to
bez towarzystwa kosynjerów. Przyznam się, że tro-
chę mi markotno zrobiło się; bo chyba w potrzebie
obrony na kolbę mej dubeltówki liczyć mogłem,
a postawiono mnie mimo to prawie w najniebez-
pieczniejszem miejscu, przy zbiegu dwóch, dróg.
Pomyślałem, służba wedet nie darmo nazywa się:
straconą placówką.
Przez ten czas miałem wizyty: majora Trzciń-
skiego, pułkownikó w Kononowicza i Czachowskiego.
Jakieś strzały od północy kilka razy się powtórzyły.
O g. 6 w. ściągnięto placów ki i pomaszero-
waliśmy znów do puszczy, do wiosczyny Budy.
Zastaliśmy tu już obozujące oddziały Kononowicza
i Grelińskiego.
Służbę odwachową i zewnątrz obozu objęła
6*
70
kompanja, dowodzona przez kapitana Dolińskiego t
garybaldczyka i oficera następnie z armji włoskiej.
W dniu 10 kwietnia nad samym dniem, Cza-
chowski, odkomenderował kapitana Ludwika Michal-
skiego do oddziału Kononowicza na instruktora;
gdyz takze i ten był pod Garibaldim, a następnie
w armji włoskiej.
Dowództw9 zaś kompanji swego imienia, gdyz
ciągle była u nas tern mianem nazywaną jako po-
siadająca w składzie swoim dość jeszcze zołnierzYt
co byli z Czachowskim w pierwszem dniu wybu-
chu powstania z rangą kapiana, - powierzył ka-
pitanowi Dobrogojskiemu.
Rozwidniać się poczęło, gdy oddziały z tego
miejsca, kazdy osobno, we wskazanym przez Cza-
chowskiego kierunku, wyruszyły.
l\ly pociągnęliśmy puszczą na połnocno-zachód,
i przed południem zajęliśmy z powrotem obozowi-
sko pod Lipiem. Kapitan (;rzmot zajął się zaraz
nauką robienia pronią, przykładania się do celu,
parowania i ataku na bagnety, oraz obrotów i po-
ruszeń niniejszych; gdyz drzewa przeszkadzały do
wykonywania obrotów większych. Nauczał komendy
i sygnałów na malutkich kościanych świstawkach,
dla całej piechoty i kosynjerów przez niego usta-
nowionych.
Musztrowaliśmy się i uczyli gorliwie a pojętnie,
tern więcej ze miał dar jasnego i ujmującego wykładu
praktycznego, przez kilka godzin, tak ze zupełnie
o dokuczającym nam głodzie i pragnieniu zapo-
mnieliśmy.
Po musztrze tej, kto co z sobą miał w torni-
.
71
-gtrze, to przekąsił; ale większość tylko wodą mo-
gła ugasić palące ją z głodu pragnienie.
Dobrze po południu wyszliśmy z tego obozu,
.dążąc na północny wschód; na marszu, w puszczy,
połączyły się znów wszystkie trzy oddziały.
Prawie całą połączoną kawalerję, Czacho-
wski, gościńcem na północ przez puszczę od Ostrow-
ca do Iłzy wysłał, dla zaalarmowania trzech rot
piechoty moskiewskiej, przybyłej z Radomia na za-
łogę do tej ostatniej. Piechota zaś i kosynjerzy, po-
maszerowaliśmy w rzeczonym dalej kierunku, i wy-
sz!iśm y z puszczy na drogę do wsi Pasztowej Woli,
na wschód od rzeczonego miasta lezącej.
(;dy przednie konne czaty moskiewskie ujrzały,
wysuwającą się z puszczy długą linję kawalerji po-
wstańczej z równiez długą piechoty i strasznych
jeszcze wówczas dla nich kosynjerów, - pierzchnęły
czwałem pędząc do miasta po strzałach alarmo-
wych, cofając się natychmiast, a piechota moskie-
wska, gotująca właśnie swój obiad, wylawszy go
na ziemię, - wsiadła na podwody i śpiesznie umknęła
z Iłzy do Radomia, roznosząc po drodze wieść, ze
massa powstańców z Czachowskim ciągnie z pu-
szczy Iłzeckiej na zdobycie stołecznego miasta.
Zawiadomieni, przez wysłanego do Czacho w-
ski ego kawalerzystę o tym sukcesie, przez samo tylko
rozwleczone ukazanie wrogowi połączonych naszych
sił, byliśmy zentuzjazmowani. Cała tymczasem
odkomenderowana kawalcIja, udawała wciąz po-
ścig pędząc za gwałtownie umykającym wrogiem,
.az prawie pod samo miasto; my zaś skręciliśmy
'42
na wschód, i stanęliśmy we wsi Pasztowej Woli,.
już nad samym wieczorem.
Nie wiedzieliśmy jak długo w niej stać bę-
dziemy. Koledzy moi, zaczęli narzekać na wielce-
dokuczający im głód. We wsi zjawiliśmy się nie-
spodziewanie. Nie było więc nic dla nas przygo-
towanego, a do tego był to czas przednowku. Wieś
ta, na biedę, nie posiadała i żadnego dworu.
Postarawszy się o drzewo i garczki, kazałem
na boku, od strony pola, rozpalić małe ognisko,
i choć wody na herbatę i do bulionu zagrzać;
a tymczasem wysłałem paru towarzyszy z pienię-
dzmi, aby co od włościan z żywności zakupili.
Wrócili wkrótce smutni, przynosząc zaledwie kilka
bochenków chleba i donosząc, że więcej nic innego,
ani nawet tego już nie dostanie. Wiedząc, ze w niej
jest. kilku zamożnych gospodarzy, wziąłem z sobą
odpowiednią liczbę towarzyszy, i w pierwszej cha-
cie powziąwszy języka, udawałem się kolejno do
każdego z nich. Gdym tylko wchodził do izby, na-
tychmiast wymawiałem:_
_ Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Następnie zwracałem się do gospodyni, przed-
stawiając naszą potrzebę i wręczając jej do rąk
pewną ilość drobnej a nowiuteńkiej srebrnej mo-
nety; prosiłem ją, aby jako lepiej odemnie znająca,
co u kogo z gospodarzy: z chleba, mleka, sera,
śmietany, masła, jaj, słoniny, i krup, a 11l0Że
gdzie gotowej już kapusty i kartofli dostać będzie
mogła - zechciała mnie zastąpić, kupiła we wsi,
i to towarzyszowi mojemu, który na to będzie-
czekał w jej domu, doręczyła.
78
Pośrednictwo tych zamoznych gospodyń, tak
poskutkowało, iz wkrótce naniesionem przez nie
jadłem kilkudziesiąt moich towarzyszy pozywiło
się, i jeszcze do mego tornistra przybyło: parł
funtów słoniny, sera i kilka jaj na twardo zgoto
wanych, i to bardzo tanim kosztem.
Tak trzeba z ludem naszym poczynać, jezel.
chcemy skuteczną pomoc i solidarność jego pozyskać.
Wchodząc do jego chaty, nalezy najpierw jego
religijne i narodowe zwyczaje uszanować, dowieść
mu, ze one 8ą i naszemi. Następnie okazać mu
zupełną ufność, po przedstawieniu jasnem swej
potrzeby, a dopiero zażądać, nie zupełnie wszakze
bezinteresownej pomocy. Lud od wieków krzyw-
dzony i na wszystkie strony wyzyskiwany, stra-
sznie się obawia wszelkich darmoch, i mieć je bę-
dzie wiecznie w nienawiści.
Po spełnieniu dopiero powyższych warunków,
gdy się przekona dowodnie, ze ukryte przed okiem
wrogów i jego spÓlników głęboko na dnie jego
duszy uczucia: religijne, narodowe i pragnienia
wspólnego dobra dla wszystkich, u ządającego jego
pomocy, odpowiadają jego własnym - mozna być
pewnym, ze wszelkiej w jegu mocy będącej po-
mocy udzieli; a udowodnił juz niejednokrotnie, ze
i krwi własnej z pod serca swego utoczyć, dla
niego i jego zasad nie pożałuje.
Ta znajomość moja ludu sprawiła, ze gdy się
stry wódz o niej dowiedział i przekonał, odtąd,
mImo ze sam u ludu doznawał wielkiego posza-
nowania i miłości, uzywał mnie do porozumiewa-
nia się z nilI\ skoro zachodziła tego potrzeba.
740
Zaledwie jeść zaczęliśmy, przypadł do mnie
zdyszany posłaniec od oficerów, abym natychmiast
na drugi koniec wsi pospieszył, bo kapitan Dobro-
gojski chce sobie palnąć w łeb.
Zerwałem się zlękniony. dopadłem do szamo-
cących się z Dobrogojskim oficerów, który powziął
stanowczy zamiar samobójczy; w skutek ublizenia
mu, jakiego się dopuścił na nim adjutant Czachow-
skiego, wyz rzeczony hr. Wielhorski, a rzecz tak
się miała.
Gdyśmy weszli do Pasztowej Woli, Czacho-
wski, zajął na własną kwaterę dom niedaleko końca
wsi, od strony Iłzy. My zaś jako idący w awan-
gardzie, dosięgliśmy drugiego końca jej, od strony
miasteczka Grabowca. Dobrogojski mając jakiś inte-
res do dowódzcy, po otrzymanej wyz rzeczonej ko-
mendzie, gdyśmy spoczęli w miejscu. udał się do
jego kwatery. Gdy się zbliżył do niej i wszedł do
sieni, Wielhorski, który widział go przez okno,
otworzył raptem takowe, i niby do stojącego w pier-
wszych drzwiach, ze dworu do sieni, na warcie
powstańca krzyknął:
_ Mówiłem ci durniu, ze nie wolno wchodzić
nikomu!
Dobrogojski, człowiek wysokiego taktu i de-
likatności, płynących z jego gruntownego wy-
kształcenia i az do egzaltacji posuniętego punktu
bonoru, stanął jak piorunem razo.ny, biorąc słowa
powyzsze hrabicza do siebie.
Oprzytomniawszy, wyskoczył z sieni na ulicę,
monologując, co go w tej chwili spotkało i o swym
tajemnym Zalu, z powodu nieufności Czachowskiego,
75
łośno wypowiadając, wyciągnął z za pasa rewol-
wer i podniósł go do czoła.
Kilku ze stojących tuz oficerów, poskoczyło
ku niemu a wydarłzy z rąk broń, schwycili go
pomiędzy siebie, i postanowili nie dopuścić do wy-
konania tego rozpaczliwego kroku. (dy jednak spo-
-str.legli, ze wszystkie ich przyjacielskie perswazje
nie pomagają, wezwali i mnie do pomocy. Moje
dopiero gorące i serdeczne słowa rozbroiły go, bo
miał serce dziwnie miękkie jak u panienki.
Ze łzą w oku podał mi Grzmot swą rękę,
łowo honoru wymówił i uściskaliśmy się serde-
cznie wszyscy obecni. .la zaś, wziąwszy z sobą
dwóch, udałem się do Czachowskiego, a poprosiwszy
zeby Wielhorski wyszedł, tak skutecznie mu moję
propozycję przedłożyłem, ze ten w tej chwili kazał
Wielhorskiemu przeprosić Grzmota, co tenze w po-
korze uczynił.
.Jak zwykle między młodymi ]udźmi bywa,
którzy pierwszy raz broń w zyciu przy boku uczuli,
niektórzy zaczęli mówić o pojedynku, ale nic
z tego nie było. Ta powszechna manja pojedyn-
kowania się podczas wojny u nas, naprowadziła
mię potem na dobrą myśl, a Czachowski ją przyjął.
Na tern stanęło, aby ci, co pojedynkować się z sobą
postanowili, bez względu na zajmowany przez nich
:stopień i rodzaj broni, dostawali po 75 ładunków
w kieszenie i karabiny do rąk. Następnie, gdy bę-
<lziemy w bitwie, szli o 150 kroków po przed łań-
cuh tyraljerski i strzelali do wroga nieustannie.
przy czem jednakze niewolno hyło zasłonić się drze-
wem, kamieniem i nierównością gruntu a lem mniej
76
pełzać; - musieli natomiast postępować naprzód
jawnie jak struna wyprostowani, aż do zupełnego
wystrzelania 75 ładunków. Któryby zaś, nie wy-
strzelawszy swych wszystkich ładunków do wroga,
cofnął się lub chciał się zasłonić, tego podłym uznamy
i jako takiego wykluczymy nadal ze swego od-
działu. .
Z chwilą ogłoszenia tego nowego prawa poje-
dynkowpgo, zupełnie grasować u nas przestały po-
jedynki.
Zmrok zapadać zaczął a z nim otrzymaliśmy
i rozkaz do wymarszu.
Pożegnawszy się z ludem patrjotycznym tej
wsi, co nam niejednokrotnie czynami swemi udo-
wodnił potem, wyruszyliśmy pociemku wieczorem
i zniknęliśmy w puszczy Hżeckiej. Wkroczywszy
do puszczy, oddziały się rozeszły dla zajęcia no-
cnych leż.
Oddział nasz skierował się na wschód. Uszedł-
szy kawał drogi, wyszliśmy na pola i wkroczyliśmy
do wielkiej wsi. Wólki Modrzejowej, i w niej roz-
łożyliśmy się na nocleg. Kompanja Czachowskiego
dostała na tę noc obowiązek pełnienia służby dy-
żurn£>j.
. O g. 12 w nocy, zjawił się ordynans dowódcy
na odwachu i wezwał kapitana (;rzmota do domu.
Na odchodne m, Dobrogojski, zdał mi słuzbę w za-
stępstwie siebie, i poinformował co do słuzby obo-
zowej zewnętrznej głównie. O g. IIi 1 w nocy, po-
wrócił rzeczony wyżej ordynans, i przyniósł mi
rozkaz Czachowskieio, abym dwóch aresztantów:
Kotkowskiego i Celiliskiego z odwachu, uo jego
71
kwatery pod eskortą dostawił. Zdałem więc służbę
Franciszkowi Tylmannowi, dzielnemu żołnierzowi ze
szkoły wojskowej w Genui i Cuneo, a obowiązki
wtedy starszego sierżanta w naszej kompanji peł-
niącego; zabrałem rzeczonych dwóch aresztowanych
młodych ludzi, i takowych do dworu poprowadziłem.
Po sprowadzeniu do dworu aresztantów, za-
trzymał mnie Czachowski, i ukazując mi drzwi
przyległego pokoju, dokąd wprowadzono więŹlli,
klepiąc mnie po ramieniu, rzekł:
- I ty wejdź tam! będzie to sąd wojenny nad
nim a ty do jego składu jesteś potrzebny.
Wysłuchawszy rozkazu powyższego i spre-
zentowawszy broń, wszedłem do następnego obszer-
nego pokoju. Salon, w którym czuwał dowódzca,
choć tylko świecami, atoli był dość jakoś jasno
oświecony.
Gdym przeto się dowiedział, że to ma być sąd
wojp,nny, na którym dotąd w życiu swojem nigdy
nie uczestniczyłem, i wszedł do następnego, również
obszernegu a prawie zupełnie opróżnionego pokoju,
w którego rogu stał stół, okryty zielonem suknem,
z dwoma łojowemi tylko świecami, po obydwóch
stronach krucyfiksu palącemi się, a pełnemi plikami
papierów zarzucony, do tego jeszcze o g. 1 w nocy,
i w tej ponurej prawie grobowej ciszy - uczułem
grozę niewymowną. Na środku izby stało w mil-
czeniu poważnem koło oficerów naszego oddziału
bez broni a w pośrodku jego dwóch aresztantów.
Wybrano majora Alanazego Kicińskiego na
prezesa i Zdzitowieckiego, b. oficera moskiewskiego,
na audytora sądu.
78
Widząc, że wszyscy stoją bez broni, postawi-
łem i ja moją dubeltówkę, i bezbronny stanąłem
w miejscu zostawionem mi w obwodzie koła. Major
Kiciński, otworzył zresztą posiedzenie oświadczając,
ze ten jest w kOll1plecie i zawezwał audytora Zdzi-
towieckiego, do wniesienia oskarżenia, które opiewało:
Że stojący obecnie przed sądem, ze służby we-
det, na których jako kawalerzyści postawieni byli,
porozumiawszy się z sobą jednej nocy, obaj z od-
działu naszego, z bronią, końmi i ich rysztunkiem
zbiegli do oddziału Kononowicza. Że następuie, za
zbliieniem się tegoi oddziału do naszego, areszto-
wani zostali.
A jako ci, co dopuścili się jednego z najwię-
kszych i najcięzszych przestępstw, w czasie trwa-
jącej wojny, podpadają więc najsurowszemu wy-
miarowi kary, której na podstawie obowiązujących
praw wojennych się domaga.
Oskarżenie domaga się przeto: kary śmierci
przez rozstrzelanie.
Gdy przyszło do zatwierdzenia tego wyroku,
stojący pierwszy w kole, kapitan Grzmot, wymówił
z powagą:
- Kula!
Drugi lmpilan także strzelców, Dolnicki, Gary-
baldczyk, rodem z Galicji, właściwym sobie szorst-
kim i brutalnym głosem wypowiedział:
- Stryczek!
Trzeci, porucznik strzelców a takiż oficer z armji
pruskiej, z Poznańskiego, Franciszek Boczkowski, wy-
mówił znów z powagą:
Kula!
79
Czwarty, podporucznik strzelców ze szkoły
Genueńskiej i Cuneońskiej, młodziutki Izydor Karls-
bad, izraelita 7. Warszawy, wymówił również:
- Kula!
Piąty, major Stawecki, były kupiec z Radomia
a dowódzca kosynierów, głosował znowu:
- Stryczek!
Szósty, Stanisław JagieIski, porucznik kosynje-
rów a jak mówili w oddziale, były subjekt kupiecki
a dowódzca drugiej kompanji kosynjeI'Ów, idąc śla-
dem dowódcy swej broni, wymówił tez:
- Stryczek!
Gdym usłyszał, wymówiony przez Dolnickiego -
stryczek J - wstrząsnąłem się cały, ale powstrzymując
swe oburzenie, przysłuchiwałem się bacznie reszcie
głosów. Skoro tedy na siódmego, mnie, przyszła
kolej, rzekłem silnym głosem, wrząc cały z obu-
rzenia :
- Stryczek dla zdrajców, kula dla żołnierza!
Widziałem jak wszyscy na mnie zwrócili swe
oczy. ,Jedni z sympatją, drudzy prawie z nienawiścią.
Osmy, stojący obok mnie szeregowiec. powtó-
rzył me słowa. Za gim dziewiąty, podporucznik
strzelców, Wojdacki, młody chłopiec, ze szkół do
powstania wyszły, toż '5amo uczynił. Dziesiąty, pod-
porucznik strzelców z kompanji Dolnickiego, też ze
szkół Radomskich, Zygmunt Piutrowski, wielce pro-
tegowany przez Czachowskiego, jako syn znanego
obywatela i wielkiego patrjoty, a jak się później
pod Rzeczniowem okazało, lubiący w czasie naj-
gorętszym boju cofać się w tył, mówiąc: że idzie
po rozkazy do dowódzcy; ztąd powstało, że.
80
każdego później w bitwie przystającego pytano:
czy nie zamyśla iść po rozkazy ?-zarozumiały wielce
do tego ze swego urodzenia a za to od wszystkich
towarzyszy unikany, znów wyrwał się:
- Stryczek!
Za to stojący za nim oficerowie naszej kawa-
lerji: Antoni \Vielobycki, z Opoczyńskiego syn oby-
wateiski; Górski, bardzo majętny syn obywatelski,
z pod Warszawy; Lipski, syn takichże rodziców,
z Opoczyńskiego i Józef Laskowski, syn zmarłego
inżyniera powiatu opoczyńskiego - wszyscy jedno-
głośnie a z widocznem oburzeniem, powtórzyli
dosłownie moje wyrazy.
Major Kiciński ogłosił przeto z powagą:
_ Sąd wojenny jednogłośnie wydał na winnych
wyrok śmierci! Większość zaś bardzo znaczna człon-
ków tegoż, zastosowała się do prawa wojennego,
orzekając wykonanie takowego przez rozstrzelanie.
Na ogłoszony, powyższy smutny dla nich wy-
rok, młodzi przestępcy, a mieli najwięcej od 19 do
21 lat, zaczęli ręce łamać i lamentować rozpaczli-
wie, mówiąc, że boli ich to najwięcej, iz z rąk
własnych braci Polaków, mają ginąć.
A starszy z nich i przytomniejszy, Kotkowski,
mówił rozpaczliwie, błagając zwrócony ku mnie:
- Przecież dwa razy prosiliśmy wprzód pułko-
wnika Czachowskiego, aby nam jako pochodzącym
z Warszawy, pozwolił się przenieść do oddziału
pułkownika Kononowicza, w którym jest dużo na-
szych z tamtąd przyjaciół i znajomych. Gdy nam
stanowczo to odmówił, dopiero wtedy zbiegliśmy.
Prawda, żeśmy bardo źle zrobili, uchodząc z wedet;
81
ale zbiegli8my przecie nie do Muskali. lecz tylko
do drugiego oddziału, także polskiego i za Polski
wolność się bijącego. Przecież nie uroniliśmy nic
z własności rządowej. ani koni, ani ich rynsztunku,
ani własnego uzbrojenia, lecz jak z wedety nieroz-
ważnie zeszliśmy, w tymże samym stanie i do
oddziału Kononowicza wstąpiliśmy, aby wśród swoich
bić się z wrogiem dalej - mówił wiele a potem dodał:
Przecież my należeliśmy do tajnej żandarmerji
Warszawskiej, która tyle usług świętej naszej spra-
wie oddała. .Ja to przecież własną pracą, i z niej
zdobytym groszem utrzymywałem przez dwa ty-
godnie 12 dobranych lowarzyszów; gdy mi dorę-
<:zono polecenie komitetu Centralnego, zasztyletować
naczelnika tajnej moskiewskiej policji, Felknera. Ja
to jestem, który czatowałem na niego, tak długi czas,
gdyż był i sam zanadto ostrożny ado tego jeszcze
przez liczną straż policyjną, po cywilnemu prze-
braną, był pilnowany nadzwyczaj starannie; przeto
prawie niepodobna było na nim, wyrok powyższy
wykonać.
JednakZe, gdy mi ostatniego dnia powiedziano:
.ie gdybyśmy paŚĆ mieli ofiarą, nawet wszyscy,
to Felkner tego dnia jeszcze zginąć musi a gruba
laska trzcinowa jaką się podpiera, komitetowi do-
starczoną być powinna; gdyż inaczej papiery, we-
wnątrz tej ukryte, skoro się dostaną w ręce rządu
moskiewskiego, to straszne szkody i ofiary dla
sprawy narodowej za sobą pociągną, albowiem
wykryją główną organizacją naszą. Felkner padł
trupem z mojej ręki, a laskę z papierami ukrytemi
w niej oddałem komItetowi!
82
Dla nas, co tak ukochaliśmy drogą naszą Ma-
tkę, Polskę, kamieniem padły słowa więźniów pa-
trjotów na umysł i duszę; bo przeszłości tych
młodzieńców nie znałem dotąd wcale. Gdym przeto
wysłuchał ich narzekania, podczas których wszy-
scy milczeliśmy, widziałem z wyrazu twarzy człon-
ków sądu, że większość również jak ja, wcale nie.
wiedziała, kogo zasądziła. Przerwałem narzekania
więźniów i ciszę z naszej stron,., zwracając się do
prezesa, prosząc go o objaśnienie czy to prawda
wszystko, co tu słyszymy?
Major Kiciński odpowiedział na to -«prawda.»
Przyznam się, że ich młodość, poświęcenie dla
sprawy, rozpacz z całem okazywanem przez nich
pojęciem wielkiej swej winy jakiej się względem
oddziału naszego dopuścili, nadzwyczaj mnie wzru-
szyły i dla nich usposobiły. Obawiając się przeto,
aby Doliński nie popsuł swem odezwaniem się,
przychylniejszego dla nich nastroju umysłów sądu.
jaki teraz nastąpił - mimo ze byłem najświezszym
ochotnikiem w oddziale:, a zatem naj młodszym
w pośród sądu - pospieszyłem zabrać głos w ich
obronie. Moje gorące słowa przemówiły do dusz
sędziów patrjotów, i złamało ich spartaliską su-
rowość.
W niosłem na ostatku: o zmianę wyroku po-
przedniego, ze względu na objawione po nim oko-
Jiczności, tak wielce sprawę ich i występek łago-
dzące. \Viększość członków, znów bardzo znaczna,_
stanęła po mojej stronie a co najważniejsze: oto
i prezes przystąpił do niej.
Wniósł zatem zmianę poprzedniego wyroku_
83
Major Kiciński zawezwał nas do głosowania pono-
wnego, dla oznaczenia wysokośd i rodzaju kary.
Tylko Grzmot i Boczkowski wynekli tą razą :
- Kula!
Dolnicki, Stawecki, Jagielski i Piotrowski gło-
sowali tą razą jednomyślnie za cbatami».
(,dym usłyszał, wychodzące z ust Dolnickiego
cbaty!» w tej chwili, znów oburzony do głębi mej
istoty, spneciwiłmll się temu dobitnie, patrząc ostro
temuz w oczy, za co odtąd wzajemna pomiędzy
nami niechęć zapanowała; psułem mu jego szorstkie
wybryki, on zaś u Czachowskiego starał się ró-
zne dołki podemną kopać; to wszakze na nic mu
się nie przydawało, przeciwnie jednało mi cora-z
większą przychylność, zyczliwość i uznanie u sta-
rego wodza.
_ Baty hańbią zołnierza polskiego. Albo łaska
zupełna, albo kula -- knyknąłem zawzięcie.
\V szyscy pozostali członkowie sądu, jedno-
zgodnie powtórzyli obuneni me słowa.
Major Kiciński skonstatowawszy większość zna-
czną za łaską, udał :się z przedstawieniem do Cza-
chowskiego.
Wniosłem zaś, poddtłjąc łasce wodza pod-
sądnych: aby tych z oddziału naszego, lecz hez
koni, rynsztunku i uzbrojenia wydalił do oddziału
Kononowicza, gdzie mamy nadzieję, ze walcząc
w pośród swoich dalej, wielki błąd młodości swej
naprawIą.
Wniosek mój znów znaczna większość poparła
a Czachowski zatwierdził.
Ukoiwszy zal młodzieńców podsądnych, odpro-
6
8
wadziliśmy ich na odwach, gdzie Kotkowski opo.
wiedział mi nadzwyczaj ważne szczegóły' history-
czne o egzekucji Felknera.
Komitet centralny osiągnął dowody, że naczel-
nikiem wszystkich tajnych carskich szpiegów w War-
szawie był inspektor szkół Felknel', na ulicy Freta
mieszkający; wydał był wyrok śmierci na niego,
i wykonanie powierzył wybranym z żandarmerji
tajnej polskieJ. dwunastu jej członkom pod do-
wództwem Kotkowskiego.
Przez dwa tygodnie nie mógł go dosięgnąć.
Gdy mu jednak w ostatnim dniu objawiono,
że dziś bądź co bądź musi zginąć, a laska jego
znaleźć się w posiadaniu Komitetu; przeto rozsta-
wiwszy swoich towarzyszy po wszyslkich ulicach,
w pobliżu ul. Freta koło jego mieszkania, jedną
z nich musiało wypaść koniecznie przechodzić mu,
z poleceniem zawiadomienia go o tegoz zblizaniu
się do własnego domu, gdyz w chwili, gdy otrzy-
mał zawiadomienie powyższe komitetu, Felknera
nie było już w dpmu - Kotkowski sam zajął stano-
wisko w cukierni, po przeciwnej stronie ulicy Freta.
Usadowił się tak, aby nie zwracając niczyjej uwagi,
mógł wciąż obserwować ulicę, pijąc niby to herbatę
powoli, paląc papierosy i jedząc ciasta tylko, a na-
tychmiast po ich dostawieniu płacąc. Oczekiwał
umówionego poprzednio od towarzyszy znaku, za-
wiadomiającego go o zbliżaniu się delinkwenta.
Zaczęło się zmierzchać, gdy ujrzał umówiony
znak. Opuścił więc najspokojniej cnkiernię udając
się naprzec;wko skazańca. Gdy odebrał drugi znak,
że Felkner jest już blisko, wrócił z powrotem tym
85
ogamym trotoarem, ku jego domowi powoli bardzo
postępując.
Przed głównym szpiegiem postępował po cy-
.wilnemu przebrany uzbrojony szpicel policyjny,
i minął się z nim. Przeszedł obok niego i główny
carski wyżeł, podpierający się sławną swą laską.
Minął go i postępujący za tymże zwierzchnikiem
.drugi przebrany policjant, a zaszło to już bardzo
blisko domu Felknera. Kotkowski tuz postępował
.za drugim policjantem. Zaledwie więc Felkner skrę-
cił do bramy własnej, w ślad za nim poszedł.
Zmrok zapadał.
Brama jak zawsze zamknięta a tylko mająca
.furtkę otwartą, przy wązkim dziedzińcu domu, była
prawie zupełnie ciemną, z czego znów korzystając,
ścigający, pchnął skazańca z tyłu tak silnie i tra-
fnie pod łopatkę, ze sztylet jego przebił od razu;
a szpieg zamordowany, wydawszy tylko bardzo
słaby jęk, zagłuszony przez drwali za drugą bramą
piłujących i rąbiących w dziedzińcu drzewo, padł
trupem przy progu własnego mieszkania.
Kotkowski zaś uchwycił jego laskę, i jak gdyby
się nic nie stało, wyszedł z bramy na ulicę, w któ-
rej, jako zawsze wielce ozywionej, zmięszał się nie-
spostrzezony z tłumem przechodzących. i znikł w tym-
ze, wydawszy rozkaz równegoż zniknięcia swym
towarzyszom. Laska naj wierniejszego przyjaciela
-carskiego została odstawioną natychmiast we wska-
zane miejsce.
Sługa Felknera, niedługo po wypadku wycho-
dząc po coś do sieni, przewróciła się na trupie
-swego pana, klnąc na czem świat stoi, jakiegoś
6*
\
8
jak sądziła pijaka; wróciła się do domu po światło r
i tu dopiero poznała straszną prawdę; ale wyko-
nawcy wyroku juz byli daleko.
Podobno, pierwszy z piszących, na jaw wyko-
nawcę słynnego w swoim czasie wyroku na Fel-
knerze na całą Europę podałem.
Kot ko wski był to młody pracownik, dziecię
Warszawy, nadewszystko miłujący ojczyznę.
Kotkowski i Celiński dostali się do niewoli,
a dzięki tajemnicy zachowanej, poszli tylko na
Sybir. Oni to dwaj, obok Szaramowicza, byli głó-
wnymi sprawcami buntu nad Bajkałem, za co zo-
stali rozstrzelani. Takichto młodzieńców szlache-
tnych i bohaterskich o włos nie stracili właśni ro-
dacy, i to patrjoci! - Nauka to straszna jak trzeba
być wstrzemięźliwym z wyrokami na własnych
spółtowarzyszy pracy.
Za tę krzywdę mimowolną, niechże tu pozo-
ztanie wieczna cześć ich pamięci!
Jeszcze za ciemna, dnia l kwietnia rano, a była
to wielka sobota przed świętami wielkanocnemi
według starego kalendarza, gdy pożywieni przez
gościnnych włościan, wymaszerowaliśmy z powrotem
do puszczy.
W przemarszu znowu połączyliśmy się z od-
działem Kononowicza i Grelińskiego oraz kawalerją
naszą, która z pościgu za Moskwą powróciła a sfor-
mowawszy wspólną kolumnę; przez Pasztowę \Volę,
Rżę, Krzyżanowice, Skaryszew, traktem bitym wprost
ku Radomiu pomaszerowaliśmy. Poprzednio posta-
raliśmy się rozgłosić, przez jadących ku rzeczonemu
miastu podróżnych, ze Czachowski na czele wielu
81
tysięcy powstańców, dobrze uzbrojonych i wyćwi-
czonych w puszczy nżeckiej, wystąpił z niej i idzie
.na Radom, dla zdobycia takowego.
Kawalerja nasza podzielona została na pięć.
-części, z których jedna maszerowała prosto traktem
jako nasza awangarda; druga, maszerowała z pra-
wego jej boku; 3 i 4, debuszowały z lewej jej strony.
Każda też niby oddzielna, a wszystkie razem 4
stanowiąc prawie jedną linją prostą, tylko z duremi
-odstępami, formowały naszą linję kawaleryjską
w szyku bojowym. 5 zaś postępowała jako nasza
arjergarda i rezerwa.
Szliśmy weseli i rzei.wi jakby na jaką zabawę,
ze spiewami patrjotycznemi. Czachowski, zwyczajem
swoim, galopował wciąż od awangardy do arjer-
gardy długiej naszej kolumny. Ludność okoliczna
wysypywała się z wsi i miasteczek, nietyłko przez
które przeciągaliśmy, ale i hliższych, obok traktu
leżących, witając nas z entuzjazmem okrzykami:
- Witajcie bracia! Witajcie waleczni! Niech
.zyje Polska! Niech żyje ojczyzna!
- Niech żyją wolni, nasi bracia! - my znów w
zamian odpowiadaliśmy.
Witaniom, żegnaniom, uśiskom naszych dłoni,
podczas całego tego marszu, końca nie bło, choć
nigdzie nie przystanęliśmy ani na chwilę, wprost
aprzód wciąż dążąc. Furgony nasze, przez wita-
ący nas. serdecznie lud, napełnione zostały rózną
zywnośclą.
Cwałujący w tym marszu Czachowski był celem
dziecęcego przywiązania objawów tłumu, który go
88
jak świętego czy króla swego okrzykiwał i cześĆ"
okazywał.
Było .luz dobrze po południu, gdyśmy idąc
w awangardzie, ujrzeli wznoszący się przed nami
Radom. Postępowaliśmy do niego od połuclnio-
wschodu.
Przed ....ozwiniętą w długą, jedną linję, na lewo-
od traktu, a znacznie naprzód od nas kręcąca się'
i maszerująca a rzadkie strzały ze swej broni my-
śliwskiej posyłająca nasza kawalerja, spędziła za
mury miasta, stojące na zewnątrz tegoż, placówki
i wedety moskiewskie.
Zbliżywszy się do wsi D., własności rodziny:
Asłanowiczów, będącej o niecałe wiorst cztery od
miasta, dostaliśmy rozkaz zejść z traktu na pola,
w prawf', i maszerować wprost na północ. Ko1umn31
nasza była dość rozwleczona a teraz otrzymaliśmy
rozkaz, jeszcze więcej ją przedłużyć.
Defilując tak przed mieszkańcami miasta i za-
łogą, czoło kolumny doszło traktu bitego z Rado-
mia do Lublina. Kawalerja nasza, dotąd manewru-
jąca głównie na polach od południa miasta, prze-
rzuciła się na wschodnią stronę, pomiędzy nas
a mia!'to. Gdyśmy przeszli trakt Lubelski w poprzek,
mniej niż o wiorst 3 od miasta, i dążyliśmy trochę
skośnie w północnozachodnim kierunku, po pod wsią
Gołębiowem, doszliśmy znów traktu z Radomia-
do Kozienic, nie o całe dwie wiorsty ed Radomia.
Kawalerja nasza, wciąż głównie dotąd manewru-
jąca z lewego naszego boku, zaczęła na raz się-
formować niby do ataku ulic przyległych.
Przeszliśmy następnie i trakt Kozieniecki w po-
89
przek; maszerując ornemi polarni, zwróciliśmy na
północny zachód i pomiędzy Radomiem, zaledwie
o kilkaset kroków od jego koszar wojskowych,
a dworem w tiołębiowie, przeszedłszy po przed jego
ogrodami - skręciliśmy teraz zupełnie na zachód,
i tui zaraz po za samemi magazynami wojskowemi
a od których straże wojskowe zbiegły, weszliśmy
na trakt Warszawski, na północny zachód, zaledwie
o wiorstę od koszar, na tej stronie Radomia, a tuż
po 'Za .jego kamienicami pobudowanych. Kawalerja
na-sza, teraz z lewego naszego boku. przerzuciła
Słę również na północnę stwnę miasta, i pomiędzy
koszarami a nami postępowała. (-idyśmy zaś wyszli
na trakt Warszawski. to zwróciliśmy "Się do Ra-
domia, a doszedłszy do rzeki Mlecznej, po!;zliśmy
w prawo polami, po prawym jej brzegu, na pół-
nocny wschód, za jej Liegiem.
PodcZ3s opisanej naszej kilkugodzinnej demon-
stracji wyzywającej, oprócz zmykających naprzód
gromadek nieprzjaciela i pojedYiiczych jego strza-
łów a1arfl.łowych, więcejśmy go niewidzieli, ani ża
dnej szkody od niego nie ponieśliśmy; schował się
przed nami haniebnie po za murami Il}iasta, i to
nawet nosa w obec nas nie wychylił, a' przecież
załoga .;ego w ówczas przeszło 6000 żołnierzy i 12
dział liczyła. Oto wa.leczność moskiewska.
Sły-szeliśmy tylko wewnątrz miasta ciągłe bę-
bnienie i granie rogów, zapędzających Moskali
z .jednego końca miasta na drugi, w miarę posu-
wania się naszego; ale choć hyli pięciu na jednego,
.nie śmieli zajść w oczy polskiemu wojsku zaim-
90
prowizowanemu... Tylko z okien górnych piętr
i ich balkonów tej naszej demonstracji się przy-
patrywali.
Mieszkańcy zachowali się najspokojniej, bo
taki dostali rozkaz od naszej organizacji.
Bitwy więc nie było.
Mimo to, ta bezkrwawa demonstracja zbrojna,
dużo nam dobrego zrobiła.
Przedstawiwszy bowiem wrogowi pr;;:esadnie
nasze siły, jako niby tylko samego jednego Cza-
chowskiego, gdy wiedział dobrze od szpiegów, Ze inne
oddziały jeszcze po województwie się uwijają, tak
śmiałem i tak blizkiem podsunięciem się, i to
w biały dzień, pod samą załogą główną i najsil-
niejszą w województwie - rzuciliśmy trwogę i zmu-
sili go do oględniejszego postępowania z mieszkań-
cami. Nadto budziliśmy na nowo przygaszony przez
Langiewicza zapał, dla sprawy wyzwolenia narodu
z barbarzyńskiej, upadlającej niewoli i powoływa-
liśmy do wytrwałości, cierpliwości i nie ZI'aZania:
się chwilowemi przeciwnościami losu.
W żołnierzach zaś powstańczych, to schowa-
nie się tak licznego wroga za mury miasta, obu-
dziło niezwykły zapał i wiarę we własne siły;
udowodniło im dotykalnie, że choć tworzymy
osobne oddziały, jednakże gdy jednocześnie i zgo-
dnie a roztropnie razem, przeciw wrogowi zawsze
działać będ:i'!iemy - to w kOllCU, wyćwiczywszy
się w sztuce wojskowej i uzbroiwszy się dokładnie
a ciągle wzrastając w siły przez napływ nowych
do nas ochotników, ostatecznie możemy liczyć na
91
zwycięztwo nad nim i wygnanie go z ziemi oj-
-czystej.
Wracam teraz do dalszego naszego marszu.
W miarę oddalenia się naszego od traktu
Warszawskiego, kolumna nasza, coraz więcej się
skracała, powracała do zwykłego marszowego szyku.
Zmrokiem już, minęliśmy po lewym brzegu
połączonych z sobą rzek Radomki i Mlecznej wieś
Goryń a idąc dalej w ciemnościach, znikliśmy w Bo-
browickich lasach.
Wkroczywszy do nich, skierowaliśmy się ra-
ptem na południowy wschód, i wciąz puszczą ma-
-szerując, o godzinie 11 w nocy, weszliśmy do pa-
trjotycznej wsi Jedlni.
Obstawiwszy się nalezycie wedetami i roze-
słanemi podjazdami, parę godzin w niej odpoczy-
waliśmy.
Tutaj policjant z Radomia, o którym pod
dniem piątym pisałem, zaniósł do Czachowskiego
prośbę, aby go puścił na urlop, do tego miasta.
Starego wodza prośba ta, podejrzywanew:> jui
. ochotnika ze złą przeszłością, po paru dniach za-
ledwie jego pobytu w oddziale, i do tego w punk-
cie o mil dwie tylko od rzeczonego miasta odle-
głym, wielce zastanowiła. Odmówił tego urlopu.
W dodatku do spełnianej nad nim obserwacji, za-
rządził znaczne obostrzenia.
KawaleIja Dasza, pozostała w połowie w oko-
]jcy blizkiej Radomia, kręcąc się wciąz, z roz-
kazem alarmowania ciągłego z róznych f\tron Mo-
- skali, tak w dzień jak i w nocy, a to przez całe
.natępne dwa dni, z tą tylko odmianą, ze co dzień
92
część jej będzie wracać do nas, do obozu wf3pół-
nego, aby takowy nie został ogołocony zupełnie
z mozności prowadzenia słuzby forpocztowej.
Gdyby jednak ujrzała. ze wróg z przewaznemi
siłami 7. Radomia przeciwko niej wystąpi, to miała
się natychmiast plutonami lasami i drogami ukry-
temi ku nam się cofać
Dobrze .luz po północy, w dniu 9 kwietnia,
wyruszyliśmy z Jedlni do puszczy, dążąc wciąż
w południowo wschodnim kierunku. Był dzień, gdy
wyszedłszy pod lezącą w puszczy wieś Czarną,
niedaleko miasta Zwolenia, skrzyżowaliśmy się z od-
działem Jankowskiego, naczelnika wojennego po-
wiatu Staniławowskiego, na prawym brzegu \Visły
a do wojew6dztwa Mazowieckiego nalezącego. Ten
ścigany przewazną siłą moskiewską, przeprawił się
przez Wisłę i ukrył w puszczy Kozienieckiej swój
oddział; tu na nowo go reorganizował, i siłami
naszego województwa wzmacniał, zmieniając wciąz
swe stanowiska.
Oddziały nasze, nie zatrzymując się wcale,
oddały sobie wzajemnie. honory wiskowe. Do-
wódzcy tylko podjechali do siebie, i salutując się
wzajemnie, parę słów ze sobą zamienili. My zaś,
dostrzegłszy w spotkanym oddziale wielu znajo-
mych z naszego województwa a nawet z Radomia
i okolicy, ręką tylko posłaliśmy sobie nawzajem
pozdrowienia.
Po półtorygodzinnym marszu wyszliśmy z la-
sów, pod Zwoleń, z którego moskiewska jego za-
łoga na samą tylko wieść o zbliżaniu się naszem
- zemknęła, uchodząc z trwogą pospiesznie na
,.
93
prawy brzeg Wisły, do Puław, w województwo
Lubelskie.
Przekonawszy się dokładnie o tern, przedefi-
lowaliśmy znowo mocno rozciągniętą kolumną po- .
lami, po pod samem miastem na zachód, i prze-
kroczywszy trakt bity z Radomia do Puław, po-
szliśmy dalej w kierunku południowym, przewaznie
samemi polami.
\V marszu dalszym z powiatu Radomskiego
weszliśmy w Sandomierski. Czachowski wysłał znaczną
część kawalerji tej, która z nami maszerowała,
z rozkazem rozgłaszania 'wiadomości o jego zbli-
zaniu się, dla ataku na moskiewskie załogi: Solca,
Zawichosta, Sandomierza i Opatowa.
Przeszedłszy kawał drogi Sandomierskiem,
zwróciliśmy znów w prawo, i maszerując teraz
ku południowemu zachodowi, obok róznych wsi
i miasteczek powiatu Opatowskiego, przeszliśmy
następnie na zachód i południe polami od Sienna,
i na chwilę znikliśmy znów w puszczy Iłzeckiej,
w której skręciwszy raptownie w lewo, poszliśmy
na wschód. Późnym a ciemnym wieczorem zaję-
liśmy miasteczko, zduńskie przewaznie, Danków,
bardzo obszerny rynek mające, a w powiecie Opa-
towskim lezące.
Gdyśmy w tym dniu przez pola maszerowali,
kapitan Dobrogójski, zaczął najprzód ze swoją kom-
panją praktyczny wykład formowania bez zatrzy-
mania się z dwójek czyli rot, czwórek, sekcji pół-
plutonów, plutonów itd.
Stosunkowo bardzo szybko pojęliśmy i wyko-
94
nywaliśmy dokładnie komendę uwielbianego przez
nas Grzmota.
Ujrzawszy rezultat ten, Czachowski, zaządał
od niego, aby to czynił i z innemi kompanjami
całej kolumny.
Najtępiej pojmowali i wykonywali komendę
kosynjerzy. Ale zapał patrjotyczny tak wielki pa-
nował pomiędzy powstańcami, i tak wszyscy rozu-
mieli konieczność posiadania choćby szkoły rekruta,
Ze pod wieczór, gdyśmy się zblizyli do puszczy
IłZeckiej, juz i kosynjerzy jako tako komendę wy-
konywali. .
Jak zaś wielką czuliśmy sami potrzebę dokła-
dnego przyswojenia sobie znajomości musztry i wie-
dzy wojskowej i z jakim zamiłowaniem usiłowali-
śmy je posiąść, niechaj słuzy za dowód, Ze oto
chociaz cały dzień, bez odpoczynku i pozywienia
musztrowaliśmy się, ani głodu ani pragnienia, ani
co najmniej znuZenia nie czuliśmy.
Za to, zająwszy kwatery w Dankowie, gdy pa-
trjotyczna i zamozna ludność jego uraczyła nas
swemi prostemi, ale zdrowemi potrawami obficie,
a na wygudnej, pod dachem i w cieple, prostej ze
słomy i siana okrytych prześcieradłami i poduszkami
pościeli, pod osłoną silny<;h wedet i podjazdów,
ułozyliśmy się zawsze z bronią w ręku do snu - to
wydawało nam się, po sypianiu na śniegach, grudzie,
deszczu i błocie, ześmy się do raju dostali.
Równo ze świtem, UD kwietnia, wysypaliśmy
się na rynek miasteczka. A gdy Czachowski otrzy-
mał pomyślne wiadomości, ze pomniejsze załogi
moskiewskie na samą wieść o zbliZaniu się jego,
96
pośpiesznie a trwożliwie opuściły zajmowane przez
się miasta, uchodząc ku silniejszym, i nawet złą-
czywszy się z niemi, nie śmią nosa wychylić po
za obręb budynków przez siebie zajętych - posta-
nowił przeto przednIo wać w Dankowie. Kawalerja
nasza dopełniała przy tern wiernie dany jej rozkaz,
ciągłego przez dni parę niepokojenia Moskali. My
zaś, uzyskawszy wolny, spokojny a odpowiedni
plac do musztry ---: oddaliśmy się jej z całym za-
pałem, zwłaszcza pokrzepieni wielce jak nadmieni-
łem na siłach.
UstawIOno nas kompanjami na rynku, i roz-
poczęto musztrę na .komendę dowódzców, pod okiem
stojących na środku trzech głównych naczelników
oddziałów; głównie jednak pod kierunkiem Dobro-
gojskiego, jako wspólnego naszego instruktora.
Następnie kompanje wykonywały swe marsze
i kontrmarsze; formowały fronty na wszystkie strony,
i powtarzały musztrę w dniu wczorajszym w mar-
szu wykonywaną.
Gdy i to już dość dokładnie a pospiesznie
wykonywały, kapitan Grzmot, rozpoczął naukę for-
mowania dywizjonów, a wkrótce przeszedł z tych
do tworzenia bataljonów.
Przed południem zaś samym, stworzywszy
z nas jedno wielkie kare, konno, donośnym swym
głosem zaczął komenderować wspólne. robienie bro-
nią całego oddziału.
Powstańcy, przy jego jasnej a dobitnej komen-
dzie, po paru powtórzeniach, robili już następnie
bronią jak starzy żołnierze. Dowódzcom oddziału
i jemu a niemniej otaczającym nas i przypatrują-
913
.cym się temu mieszkańcom, tryskała z oczu radość
z naszych w musztrze postępów; nam zaś serca rosły
i pewności oraz wiary w samych siebie przyby-
wało. \Vidząc to Grzmot, zakomenderował nareszcie:
- Broń do nogi! spocznij w mijscu!
Dowódzcy teraz złozyli mu szczere podzięko-
wanie za naukę i pracę a nam pozwolono rozejść
się na godzinę, na oczekujący nas u mieszkańców
obiad.
Po upływie godziny, staliśmy znowu uszyko-
wani kompanjami na placu.
Teraz Gr.lmot przystąpił do wykładu musztry
tyraljerskiej; najprzód w pojedyńczych kampanjach,
.a następnie w dywizjonach i bataljonach.
Z początku robiliśmy na ustną komendę, po-
tem doręczył oficerom małe kościane świstawki do
sygnałów, które były jednakowemi z sygnałami
moskiewskiemi - tylko posiadały tę róznicę, że czem
się sygnał moskiewski zaczynał, tern się u nas koń-
czył, a były przy tern znacznie szybsze od mo-
skiewskich.
Gdy ujrzał, że sygnałów tych wyuczyliśmy się,
dopiero sam tyraljerską musztrę na sygnały zaczął
pokazywać. Potem przystąpił do nauki zasłaniania
się bronią pojedyńczego, w tyraljerce, przed atakiem
kawalerji i piechoty.
Bóg nam zesłał dzień pogodny i ciepły, słOlIce
pr.lyświecało jasno; wiara pr.leto przyjmując na-
ukę gorliwie i pilnie, nie czuła znużenia, choć się
miało już dobrze ku zachodowi.
Na zakończenie, rozentuzjazmowany nasz instru-
ktor, na cały głos wyrzekł do Czachowskiego:
S!7
:- Ojcze! proszę cię, daruj mi drugi dzień takiej
sposobności, a ręczę ci, ze zołnierze nasi, będą
dokładniej znali musztrę i lepiej manewrowali nii
starzy moskiewscy. .
Już się zmierzchło, gdy zakończyliśmy musztrę.
Sformowaliśmy znowu kare. kapelan oddziału w kom-
iy i stule wszedł do środka jej z krzyżem i kro-
pidłem a na komendę przyklęknąwszy i odkrywszy
głowy, odmówiliśmy i prześpiewaliśmy nasze wie-
czorne modlitwy oraz religijnopatrjotyczne pieśni,
tak jak to co dnia w ohozie czyniliśmy i kończyliśmy
każd y dzień.
Modłom tym i śpiewom towarzyszyła cała
prawie miiscowa ludność, z którą powróciliśmy
na kwatery, również gościnnie jak wczoraj podej-
mowani.
({dy wróg z iadnej ze swych załóg jeszcze się
nie wychylił, przeto ranek szary, dnia 14 kwietnia,
znów ujrzał już nas zgromadzonych w rynku, a po
odbytem rannem, zwyczajnem naboieństwie, rozpo-
czynających na nowo musztrę.
Wieczorem, dnia tego, wymaszerowaliśmy z Dan-
kowa do puszczy nżeckiej.
Oddaliwszy się znacznie od miasta, w ciemnoci,
stosownie do Czachowskiego poleceń, Greliński
wraz z swym oddziałem podążył dalej na zachód,
do puszczy, a Kononowicz na północno-zachód,
w lasy Czerwonowolskie ; my zaś zwróciliśmy się
w lewo, a kołując w oddali, poszliśm y nareszcie
samemi polami na wschód, i około godziny 11
w nocy załoiyliśmy obozowisko bez ognia na po-
chyłości jakichś wzniesionych pól, po nad rzeką
"8
Kamienną. w powiecie już Sandomierskim, w miej-
scowości Stoki zwanej, do dóbr Piątkowic należą-
cej, żadnego budynku w pobliżu nie posiadającej.
Obstawiwszy się silnie wedetami i podjazdami, znu-
żeni musztrą i marszem, mimo zimnej bardzo nocy.
w której się ziemia i murawa silnym szronem po-
kryła, ułożyliśmy się do snu, a pomimo' parzącej
od mrozu mocno w dłonie broni, którą zwyczajem
naszym, musieliśmy spiąc w ręku trzymać, prze-
spaliśmy się dobrze.
Równo z rankiem, 1'3 kwietnia, staliśmy już
wszyscy pod bronią. Słońce się ukazało. Wykąpa-
liśmy się w rzece Kamienicy. z brudów i owadów
a orzeźwieni, pomaszerowaliśmy samemi polami na
północ, mijając lisiemi naszemi zwrotami różne wsie
i miasteczko Sienno, aż na koniec zniknęliśm v
- w lasach około Czerwonej woli. i ostatecznie obo
zem tam stanęliśmy, pod samym dworem Czerwo-
nowolskim, gdzie spożyli:-imy ugotowany dla nas
obfity obiad.
Staliśmy tu kilka godzin. Czachowski otrzy-
mał zawiadomienie, że oddział pod duwództwem
majora Łopackiego, byłego kapitana armji austr-
jackiej. który 7. Tarnowskiego pr.lez Wisłę wkro-
czył do Królestwa niedawno, dązy do niego. Gdy
nasza szpica kawaleryjska wysunęła się z lasów,
drogą do Ciecierówki. major Greliński, który z od-
działem swym podprowadzał. oddział (ralicyjski do
nas, wraz z majorem Łopackim poskoczyli konno
naprzeciw cwałującego jak zwykle Czachowskiego,
i przedstawił nowego dowódzcę, którego nasz wódz
powitał serdecznie.'
99
Nie przerywając naszego marszu. weszliśmy do-
t:iecierówki, wzdłuż której stały uszykowane pre-
zentując broń i witające nas okrzykiem: - «Niech
zyją waleczni!» - rzeczone wyżej, dwa oddziały.
Odpowiedzieliśmy - «niech żyją nasi bracia!.
Prawdziwie zażenowałem si, gdym porównał je-
dnostajne, praktyczne umundorowanie i dmść do-
bre uzbrojenie powyższych oddziałów, ze stanem
obdartego zupełnie i prawie do połowy bosego na-
szego oddziału, licho uzbrojonego; brawura tylko
nas uratowała.
Oddział (alicyjski był umundorowany jedno-
stajnie: w sukmanki i szarawary karowe, w ju-
chtowe buty wykładane, rogatywki czarne z da-
szkami, tornistry a na tych menażki. Pasy, łado-
wnice i broń bagnetową, miał w części belgijską,
przeważnie zaś starą wybrakowaną Austrjacką, z li-
chego materjału robioną; lada bowiem kropla de-
sz{;y.u ją rdzawiła, a lada zawadzenie bagnetu
o urzewo, zginało go jak by był ołowiany; a gdy
go chciano odprostować, kruszył się i odłamywał
natychmiast. Oddział Łopackiego składał się: ze
loU piechoty, 60 kosynjerów, 30 kawalerzystów;
2:)U ludzi razem. Oficerami jego wówczas byli:
1 major Łopacki; 2 kapitan Markowski, były pod-
pułkownik wojsk tureckich; 3 kapitan Witold Ro-
gÓjki, b. oficer inżynierji Austrjackiej i właściciel
dóbr w I ;alicji; 4 kapitan Aleksander Briickman, L.
oficer Austrjacki; i'> kapitan, W ójkiem przez nich
nazwany; 6 rotmistrz Bertholdi, oficer kawalerji
Austrjackiej; 7 Olszewki; 8 Briickman, drugi brat
powyższego; 9 kapitan Tabaczyński, z wojsk Ame-
'1
100
\
rykańkich; 10 oficer Tabaczyński, hrat powyzszego ;
11 Gąsiorzewski, adjutant Łupackiego, a następnie
-chwilowo Czachowskiego.
Nie zatrzymując się, maszerowaliśmy w awan-
:gardzie rzeczonych oddziałów, które z nami złączyły
'się w jedną kolumnę, i wieczorem zajęliśmy na
nocne leze miasteczko Grabowiec.
Oddziały do nas przybyłe, rozkwaterowane
zostały w mieście. Oddział zaś Czachowskiego sta-
nął pod gołem niebem, i wziął na siebie całą słu-
zbę obozową.
Wódz miał wiadomość, ze Moskale wyruszyli
juz znów: z Radomia, Opatowa, Staszowa, i ciągną
koncentrycznie na nas.
Dobrogojskiemu, z kompanią Czachowskiego,
wskazano do zajęcia na noc obmurowany cmen-
tarz, przy kościele parafialnym, na zewnątrz Gra-
bowca, od strony północno wschodniej jego lezący.
Wiatr zimny, bardzo przenikliwy, zaczął dąć
silnie, i mocno Dam dokuczać, a tu ognia niepo-
dobna było rozpalić w tern miejscu, albowiem tej
nocy wszędzie go rozkładać zakazano. Wystarałem
się o dwa snopki słomy, i zasłoniwszy się murem,
od strony wiatru, rozłożyłem je pod tymże, i z lrzmo-
tern, wziąwszy pomiędzy siebie dzieciaka powstańca,
niejakiego Edwarda, mogącego 1,1, lat dopiero liczyć,
ułożyliśmy się do snu, obstawiwszy się strażą.
Edward powyższy, nigdy nie chciał wymówić
swego nazwiska. Przybył on do oddziału Kurow-
skiego jeszcze, uciekłszy od jakiejś ciotki z Kra-
kowa, kórej nazwiska również wymienić nigdy nie
chciał. Zalił się tylko bardzo, na złe obchodzenie
101
jej ze sobą. Miała w rzeczonem mieście utrzymy-
wać jakiś pensjonat. Do nas przeszedł jako spuści-
zna po Langiewiczu. Bawił nas swoją rezolutno-
ością i od wagą nad swój wiek. Litując się nad nim,
zawsześmy go brali pomiędzy siebie; gdy przyszło
o nakarmienie i ochronienie od zgubnych wpływów.
-sypiania pod gołem niebem, o każdej porze roku,
w naszym zwłaszcza klimacie. Trzymał się on
wiernie powstania, przechod7;ąc z oddziału rozpro-
:szonego przez Moskali do innego. nowoformującego
się w Królestwie, aż też zupełnie znikł mi w zmien-
nych kolejach ruchu narodowego z lat 1863f
z oczu zupełnie. Słyszałem tylko od towarzyszów
.dwie różne warsje o nim.
Jedna utrzymywała. że w pewnej bitwie od-
.działu Chmielińskiego został rozsiekany przez dra-
gonów; druga zaś. że po upadku powstania wy-
.szedł z Królestwa, dostał się do Węgier, i tam miał
-o wiele lat później umrzeć.
Zaledwie okryliśmy rzeczonego dzieciaka, (:rzmot
.częścią swego wojskowego moskiewskiego jeszcze
płaszcza, ja zaś połą swej bobrowej algierki, którą
na noc brałem zawsze z powrotem z furgonu. na
którym ją wożono. i ogrzawszy się trochę wzaje-
mnie, zaczęliśmy usypiać, aż tu przypadł adjutant
i przyniósł nowy rd'zkaz wodza.
Grzmot, z dowodzoną przez siebie kompanją,
ma udać się na cmentarz, po za miastem już w polu
będący, i tam zająwszy go, stanowić grangardę od-
działu; gdyi jest wiadomość, ie tej jeszcze nocy
pułkownik moskiewski Zwierow od strony miaste-
-czka Sienna ma nadciągnąć, i na (rabowiec ude-
7*
102
rzyć. Wystawi przeto ku temuz wedety i czaty. Noe
była ciemna nadzwyczajnie. Wiatr coraz silniejszy-
i mroźniejszy. A. tu rzecz wiadoma, ze na gran-
gardzie, nietylko ognia, ale nawet cygara i fajki za-
palić, ani spać nie wolno.
Choć ze spuszczonem jak to mówią nosem na
kwintę i kwaśną miną, wysłuchała cała kompanja
powyzszą wiadomość; lecz ani słowem, ani znakiem
tego oLjawić nie wolno było.
Na sygnał, wydany przez Dobrogojskiego, po-
wstała i uszykowała się, i jak niepyszni szukaliśmy
po omacku wskazanego nam, nuwego stanowiska
wśród nocnych ciemnoci.
Była niem płaska nizina, niczem i z nikąd nie-
· osłonięta, małym rowkiem tylko okopana.
Wystawiwszy czaty i wedety, choć nie byb
nam całkiem do smaku stanowisko na cmentarzu,
musieliśmy być zadowoleni; bo ułozywszy się na
zmarzniętej ziemi mogił, nie jeden z nas przed
ostrością mroźnego wiatru północnego mógł się
osłaniać cokolwiek jaką świezo z nich usypaną.
Zmówiwszy modły za duszę zmarłych, każdy
z nas wyciągnięty jak struna legł między niemi,
żeby dla mogącego się zblizać wroga, nie pozosta-
wić żadnego śladu naszego istnienia w Lem miej-
scu, a wszyscy bacznie, wszelki nawet szmer w cie-
mnościach nocy obserwując.
Po północy byliśmy juz, nasza trójka, od zi-
mna skostniali. Zmieniwszy po raz drugi, stoją-
cych na wysuniętych wokoło posterunkach, za-
częliśmy z Grzmotem szukać jakiej przed mro-
źnym wiatrem osłony. Znaleźliśmy drewnianą, li-
103
.chą i szczupłą kostnicę, całą zasypaną stosem ko-
ści ludzkich. przy kopaniu nowych groMw ze sta-
rych wydobywanemi, a na środku jej w wielki ostro-
słup się wznoszących.
Z początku wzdrygnąłem się, po obmacaniu
w ciemności rękoma tych kości, ale polem jednak
na nich się przespaliśmy.
Nieprzyjaciel się nie zjawił. Nas cofnięto na
drogę, przechodzącą po pod murem cmentarza pa-
I"a(jalnego, dnia 1 fi kwietnia rano.
.
.
,
ROZDZIAł". III.
Atak Moskali na Grabowiec.
(dyśmy stanęli na rzeczonem wyzej miejscu,.
rzekł do mnie Dobrogoj5ki:
- Daj bacznoŚĆ na kompanją a ja idę poszu-
kać, czy byśmy się czem trochę rozegrzać nie mogli.
Byliśmy całkiem skostniali.
Po niedługim czasie wrócił, wskazując dom,.
gdziebym gorącej nieco strawy znalazł.
- Przysłuchuj się tylko jedząc bacznie-rzekł-
bo oczekujemy właśnie ataku Moskali, z których
najblizsi ciągną od Iłzy, i są już niedaleko od miasta.
Pobiegłem co tchu do wskazanego mieszkania,.
wpadłem pochwaliwszy Jezusa Chrystusa, poprosi-
łem gospodarza, aby wyszedł przed dom i nasłu-
chiwał a jak tylko dosłyszy jaki strzał, by natych-
miast mi dał znać.
Zaledwie kilka łyzek gorącej kapusty przełknąć
zdołałem, wpadł gospodarz.
- Panie! strzał.
- W której stronie? - zapytałem jedząc dalej
spiesznie gorącą potrawę.
- Zdaje się. że \V mieście.
105
- Idź jeszcze przed dom, i słuchaj bacznie, czy
będzie więcj strzałów, i w której stronie? Bo to
moze tylko strzał, wypadkowy, przez nieostrożne
ohchodzenie się którego z powstańców ze swą bronią.
Gospodarz wyszedł zn()w przed mieszkanie,
lecz natychmiast wrócił przeraZony, wołając:
- Panie! strzał drugi i trzeci już padł...
W której stronie miasta? - zapytałem.
- Od strony Iłży.
- To Moskale .luz nadciągnęli. Będziemy się
z nimi bić - wymówiłem, porzucając niedojedzoną
strawę. - Bywajcie mi zdrowi!
- Niech was Najwyższy ma w swej świętej opiece
- Bóg wielki zapłać!
A podając gospodarzowi rękę na pożegnanie,
wsunąłem mu drobną monetę, jako zapłatę za goś-
cinność. Przyjąć jej nie chciał, mówiąc, iz Bóg by
ich za to ukarał, ze od tego co się bije za wiarę
świętą i kraj, zapłatę za pozywienie . przyjęli.
Dopiero gdy wyrzekłem.
- W olicież, abym chciwość Moskali jeszcze zwię-
kszał, gdyby przy mnie ją znaleźli? Ktoż zaś moze
ręczyć za to, ze dziś nie padnę trupem? l\I{,dlcież
:-:ię przeto za siehie i za mnie.
Dopiero poczciwy zaszlochawszy i robiąc znak
krzyża świętego nademną, drobne wynadgrodzenie
przyjął.
'Vybiegłem rozrzewniony na ulicę, i dopadłem
swej kompanji, w chwili gdy dojeżdżał do niej galo-
}Jem adjutant, z rozkazem dla nas:lej kompanji: przejść
przez miasto na drogę do Iłży, i wy:-:tąpić do boju,
106
przeciw nadciągającemu z tej strony nieprzyjacielowi.
Poszliśmy biegiem z miejsca.
Gdyśmy z ulicy wpadli w rynek, wszyscy po-
wstańcy powitali nas okrzykiem, przy wyrzucaniu
konfederatek w górę.
- Niech zyją waleczni!
Na co odpowiedzieliśmy:
- Niech zyje wolna nasza ojczyzna! - i pędzi-
liśmy dalej.
Wypadliśmi za miasto.
Z lasu, od strony Pasztowej Woli, wysunęła
się kolumna piechoty moskiewskiej, w odległoci
przeszło dwóch wiorst od nas, i zaczęła się rozwi-
jać w prawo i w lewo od gościńca. Kawalerja zaś
nasza goniła za kozakami, uciekającymi i wrzeszczą-
cymi swym azjatyckim piskliwym zwyczajem.
. Towarzyszył nam Czachowski.
O parHet kroków, zewnątrz miasta. zrobiliśmy
front. Za nami wystąpiła z miasta kompanja Dol-
nickiego i ustawiła się frontem obok. Za nią wyszli
kosynjerzy i stanęli frontem, po za bronią palną.
Czachowski, wysłuchawszy rad Dohrogójskiego,
wydać juz miał odpowiednie dyspozycje do pr'zyję-
cia boju: gdy naraJ: wypadać zaczęła liryczka za
bryczką z miasta, wioząc ohywateli ziemskich, ka-
żdego z innej strony t:I'abowca. Ci podchodzili do
Czachowskiego, i coś pu cichu z nim rozmawiali.
Nareszcie wypadła galopem jeszcze jedna bryczka,
a z niej wysiadł jakiś doŚĆ niski rnęzczyzna. z krę-
cącemi się trochę na głowie włosami ciemnemi,
cery śniadej, drobnych oczu, i jakiś spór z Cza-
howskim rozpoczął.
107
l'rze(;"uciem jakiemś wiedziony, będąc kilka-
.łaście kroków od miejsca, gdzie stał Czachowski-
bacznie na wszystko zwracałem uwagę. Widziałem
jak dowódzca wielce niezadowolony opierał się
wszystkim radzącym cywilnym panom, a czego do-
wodziły raptowne szarpania wąsów i brody_ oraz
-gwałtowne podnoszenie się na strzemionach.
Nareszcie mały człowieczek, komisarz Rządu
Narodowego, kOTICZąC dysputę, coś półgłosem chropa-
wym, nierównym wymówił, i odwrócił się spiesznie do
bryczki, na której przyjechał; reszta obywateli przy-
byłych. jakby za pociągnięciem sznurka w teatrze
marjonetek, spiesznie toż samo zrobiła; wskoczyli
"Wszyscy do bryczek, i z turkotem i trzaskiem bi-
-.czów znikli.
Czachowski wyprostował się dumnie na koniu,
szarpnął jeszcze raz wąs potężnie, machnął ręką
jakby miał mówić: niech i tak będzie, i zachmu-
.rzony, widoczniG zły i niezadowolony, wydał roz-
kazy, aby majorowie: Łopacki i (;reliński opuścili
miasto, i z oddziałami swemi szli na Wólkę 1\10-
(}rzejową, do puszczy Iłżeckiej.
Stawecki i Dolnicki wrócili z kompanjami swemi
i poszli tuż za oddziałami tamtemi. Kosynjerzy i pie-
hota hagnelowa cofali się do miasta, (;rzmot zaś
z naszą kompanją został warjergardzie.
(;rzmot, usłyszawszy w kompanji, półgłosem
:a z całem oburzeniem przez wszystkich wymawiane,
:pytania: .
- Jakto? nie będziemy się bili z Moskalami?
- Więc nie będzie tu już bitwy? - za wolał
(irzmot. za odjeżdżającym do miata Czachowskim.
lO:ł
Nie! - odpowiedział stary wódz zachmurzony,.
a gdy go doleciały powyższe nasze pytania, spoj-
rzał po nas ostro. Wyraz jednak twarzy, na której.
malowała się chęć boju z wrogiem, jakoś zamiast
się rozognić, udobruchał.
- W imieniu Rządu Narodowego - rzekł -
doręczono mi zakaz stoczenia w tern miejscu bitwy.
(dy cofaliśmy się do miasta, w stronie pół-
nocnej od niego, po pod lasami Czerwonowolskiemi_
wznosiły się tumany kurzawy, oznajmiając, że te>
jakaś kolumna wojskowa, mająca w poród siebie-.
ka walerję.
W mieście zastaliśmy już tylko smutnych i strwo-
żonych mieszkańców, widokiem naszego się cofania
i zbliżania Moskwy. Biedacy przeczuwali swój przy-
szły los straszny.
\V ulicy, wiodącej do Wólki l\Iodrzejowej, po-
łączyliśmy się z naszą kolumną. Tu się (:rzmot
odez\\""ał do Czachowskiego.
- Ojcze! daj mi pozwolenie, abym uszykował
naszą kolumnę, jako cofającą się na spos()b dzisiej-
szych wojsk regularnych.
-- Ależ m()wiłem ci kapitanie, że Rząd Narodowy
zakazał nam staczać tu bitwę - odpowiedział Cza-
chowski.
- Właśnie dla tego pozwól tego szyku. Jak zo-
baczą nas l\Ioskale, tak maszerujących jak obecnie-
idziemy, to uderzą na nas, i bitwa' będzie musiała
tu nastąpić. Skoro zaś ja oddziały uszykuję, to prze-
konasz się, ojcze, że takiego respektu dla nas l\Io-
skali tern nauczę, iż z daleka tylko za nami po-
109
suwać się będą, aż do miejsca, które za odpowie--
dnie do stoczenia bitwy uznasz.
- Dobrze - odpowiedział na to Czachowski-
uszykuj że sobie na sposób dzisiejszy.
Dosiadł (-jrzmot konia, i kazał kompanji sztu-
cernej Dolnickiego, gdy się skończyły budynki mia-
sta, cofnąć się w tył, i o kilkadziesiąt kroków od-
stępu od kolumny rozsypać się w tyraljery, o pięć:-
kroków odstępu jeden od drugiego. To samo roz-
kazał kompanjom sztucernym innych oddziałów. Ka-
w alerją, dotąd na zachód miasta goniącą za koza-
ctwem, ściągnął do kolumny i podzielił ją na dwie-
części jako flankierów, rozsypanych na obu końcach
naszej tyraljerskiej linji; poczem sam galopem do
nas powrócił, i przy nas dalej jechał.
(-jdyśmy wychodzili z miasta, usłyszeliśmy kilka
silnych salw karabinowych, przez l\Ioskali danych
do nieszczęśliwego (;rabowca. Po nich nastąpił ro-
towy ogień z dzikiemi wrzaskami, wydawanemi przez
stojących w linji sołdatów, krzyczących wciąż-
Ura! ura! ura! - na widok naszego cofania się.
Nasi cywilni zwierzchnicy, co nakazali rejterad';!
w oczach wroga, nie pojmowali jaką szkodę nam
czynili a Moskwie pomoc nieśli.
Gdy jednak za cofn!ętą przez f-jrzmota kawa-
lpr:ją, kozacy posunęli się więcej na południe, i na
zachodniej stronie pól miasteczka ujrzeli nas jU:l
z tej strony jego dalej maszerujących, i jakby do-
I.ilwy się szykujących, - dali znać o tern swojemu
dowódz(w.
Ogień ich karabinowy nagle ustał. a jakby
djaLeł ich opętał, z piekielnem swem wyciem, z na-
110
jezonemi bagnetami do ataku, biegiem rzucili się
<10 wnętrza miasteczka.
Zaledwie uszliśmy od miasta kilkaset kroków,
gdy przeleciawszy je a nie zastawszy w niem ni-
kogo oprócz mieszkańców, przerazonych tern wy-
ciem i sypaniem do ich mieszkaI'1. drewnianych, po
większej części strzechą krytych, ogniem - wysy-
pali się na południowej stronie goniąc za nami.
Uszykowani w długą linję, na sześćset krokÓw
od nas zaczęli znów sypać gęstym ogniem ze swej
.dalekonośnej broni.
Czachowski widocznie zadowolony sprawionym
przez (Trzmota szykiem odwrotowym, przecwałował
.całą linję tyraljerską z podniesionym w prawej ręce
rewolwerem, z którego sławnie strzelał.
- W łeb palnę kazdemu - krzyczał swym sten-
torowym głosem - kto powaiy się na strzały mo-
skiewskie odpowiedzieć, choćby jednym strzałem.
. Był to, niestety. jeden z nieprzeliczonych przy-
kładów poświęcania honoru i bezpieczeństwa po-
wstańców przez tchórzliwą szlachetczyznę, dla ja-
kiejś idjotycznej mary dyplomatyzowania z wrogiem.
Przeto mimo ze kule Hwistały nad głową i koło
w,;zu, maszerowaliśmy dalej jakby jakie statuy ka-
mienne.
\Y takich opałach maszerowaliśmy przeszło
półpiętej wiorsty, az do wejścia naszego do puszczy
Iłzeckiej.
Nam. cośmy szli w ściśniętei kolumnie. marsz .
ten był o wiele przykrzejszym od tyraljerów, gdyz
nieprzyjaciel ku nam więcej swe strzały kierował.
Najprzykrzejszym wszakże był przemarsz przez
111
Wólkę l\Iodrzejową. Tyraljerzy musieli tu, ulrzymu-
jąc bacznie swe odstępy, przełazić wszyslkie jej
płoly, rowy, błola, slrugi; my zaś skr-ęcaliśmy w ró-
żnych kierunkach, slosując się do zwykle kręlo-
przez małe wioski przechodzącej błotnistej drogi,
a że słońce Lyło już wysoko, przelo i lego nie bra-
kowało. Doszedłszy do puszczy, najprzód zwinięto
kawalerję, za nią c0fnięto tyraljerów. Oslalnia na-
sza kompanja, sądziła, że zakaz bitwy pod lrabo-
wcem do puszczy Iłżeckiej już się nie rozciągał;
widząc zaś przed sobą mnóslwu kozaków, po pod
las się podsuwających pojedyńczo, zamierzyła na
nich zapolować. Oddzieliłem się więc z kilkudzie-
sięciu towarzyszami od kompanji, i rozruciwszy się-
w tyraljery, podpełzliśmy z powrotem za pierwsze
drzewa; leżąc na ziemi, ukryci, oczeki waliśmy na
tłumniejsze zebranie się kozactwa i przybliżenie się.
do nas na slrzał.
Leżeliśmy już z pół godziny, nie odpowiadając
na wszyslkie moskiewskie wyzywania i strzelania,
gdyż daliśmy sobie słowo, ze dopiero, gdy się ko-
zacy zmasują, aby wejść na naszą drożynę, i o 60
jakich kroków do nas się przybliżą - to wtenczas
na umówiony znak naraz lak przywitamy ich salwą,
najprzód z jednej a polem z drugiej lufki, aby o ile
można żaden z nich cały nie uszedł.
Naraz usłyszeliśmy silny galop i slentorowy
głos Czachowskiego.
- Slrzelcy! gdzie w y?
A lrafiło nas to właśnie, gdy kozacy zaczęli
gęslo długim fronlem się formować, i byli już tylko
o jakie 80 kroków od nas.
112
Podniosłem głowę od ziemi, gdzie na korzeniu
-rzewa miałem ją przyłożoną do celu, i odpowie-
.działem na zapytanie.
- Co tu robicie? - na to Czachowski, i nie
chciał. pozwolić na dłuższe czatowanie nasze.
Uszliśmy borami z jakie półtorej mili, i tu nas
zatrzymano. \V. tym marszu zaszło jeszcze inne
przykre dla nas wydarzenie.
X. Serafin Szulc, kapelan oddziału (-:-relińskiego,
niepotrzebnie wlazł na furgon, gdy to było zakaza-
nem; jeszcze gorzej, bo na przekór oficerowi, ma-
jącemu ich dozór a czyniącemu mu na to uwagę.
namówił siadać i innych, którzy go usłuchali chętnie.
Oficer, rozgniewany, zaraportował natychmiast
Czachowskiemu.
Ten rozdrażniony widocznie, i zły dla tego na
wszystkich, przygalopował w tej chwili. Zapomnia-
wszy zwykłą dla księży uprzejmość, krzyknął obu-
rzony na kapelana:
- Złaś z woza, popie!
A gdy ten go nie usłuchał. wziął go za ucho
i sprowadził z wozu na ziemię, dodając: - teraz
możesz sobie iść, gdzie tylko chcesz. .Ja nie zniosę
popa w wojsku. który się do rzeczy .wojskowych
mIęsza.
ł natychmiast znów pogalopował wzdłuż ko-
lumnv.
Obrażony ksiądz, zabrał krzyż. komżę i stułę,
i znikł nam w puszczy, przenosząc się do oddziału
Kononowicza.
Ponieważ ksiądz Szulc był bardzo lubiany,
zwłaszcza przez włościan. którzy służyli w oddziale;
lU
przeto scena ta i gwałtowność wodza przykre na
.wszystkich wywarła wrazenie, i być moze, ze przy-
-czyniła się do upozorowania dalszej ku niemu złej
woli jaką Greliilski i Kononowicz względem niego
okazali.
Na tym przystanku otrzymał Czachowski do-
kładne wiadomości. o p0stąpieniu barbarzyilskiem
<dziczy moskiewskiej z nieszczęśliwymi mieszkail-
cami trabowca. Łotry Moskale, po powrocie z pod
puszczy, do której wejść za nami nie śmieli, wy-
warli całą swą zemstę na bezbronnych mieszkati-
cach. - Tu się okazało w pełni całej głupstwo stru-
siej dyplomacyi szlacheckiej.
Zostałem nagle wezwany do Czachowskiego.
- Potrzebuję - rzekł -- azeby wszystko, co
odemnie będzie wyprawione na piśmie, nosiło ce-
chę urzędową. Poniewaz zaś, kolego, byłeś długie
lata urzędnikiem i wszystkie przybory do pisania
masz z sobą; widziałem, ze coś piszesz, a powie-
dziano mi, ze piszez pamiętnik - przeto napisz do
Uszakowa zawiadomienie, ze o:ltqd kaZdego, kogo
z nich dostanę w swe ręee, to go natychmiast po-
wiesić kazę
Skończywszy to, podał mi maleilką karteczkę
na cieniutkim angielskiem papierze, drobniutkim
charakterem zapisaną, a zawiadamiającą o szcze-
gółach okrucieństw moskiewskich w lrabowcu.
Przeczytawszy kartkę, wydobyłem z tornistra
przybory do pisania i na plecach .jednego z kosynje-
rów napisałem następujące zawiadomienie:
«Do J.\V. t:enerała Lejtnanta Uszako\\a, do-
114
wód ze y 4 dywizji piechoty, wojsk Cesarsko-Rossyj-
skich, kawalera wielu orderów, w Radomiu.
Miałem sposobność rozbicia wojsk waszych
pod (rabowcem.
Nie chcąc atoli mieszkańców narazić na ogra-
bienie i wymordowanie, miasta zaś, na spalenie-
przez was - zmusiłem żołnierzy moich, maszeru-
jących pod waszemi strzałami, przeszło wiorst 4 1 /»,
o sześćset tylko kroków oddalenia od was, że ani
jednym strzałem nie odpowiedzieli na takowe.
Nie mieliście odwagi postąpić za nami d alej.
Ale cofnąwszy się do (rabowca pospiesznie: o gra-
biliście go i wymordowaliście. Tu następowało wy-
mienienie z imienia i nazwiska siedmiu zamordo wa-
nyc;h przez Moskali w okrutny sposób mieszkań-
ców frabowca, «a pomiędzy nimi, miejscowego księ-
dza i burmistrza strasznie poraniliście. Tu znowU
wymieniłem trzynastu ciężko postrzelanych, pokłó-
tych bagnetami, pokaleczonych pałaszami obywateli
tego nieszczęśliwego miasteczka. «Znęcaliście się po-
harbarzYIisku nad pozostałymi: kolbując, bijąc ich
nahajkami i pięściami, oraz gwałcąc niewiasty.
A tego wszystkiego dopuściliśc.ie się, bez dania
wam przez nas lub ich jakiegokolwiek pozoru do tego.
Oświadczam wam przeto, ze odtąd oko za oko,
ząb za ząb.
KaMy z waszych, który żywy się w ręce nasze-
dostanie, bez względu na jego stopień - powie-
szonym przez nas zostanie.
Puszcza Iłżecka, 16 kwietnia lH63 r.
T;.vĆlj kolega.
115
Czachowski, w miarę jak czytał zawiadomienie,
z zamyślonego i pochmurnego, coraz stawał się
czujniejszy; potem gdy całe przeczytał, wybuchnął
nagle wesołym a rubasznym Hmiechem, i rzekł do
mnie:
- Bardzo dobrze! podaj że mi twego pióra!
A podanem, z zamachem podpisał:
. «Dyonizy Czachowski»
«Pułkownik wojsk polskich. naczelnik sił zbroj-
nych województwa Sandomier<;kiego.
Zacyfrowałem z Loku pierw:,;zemi swemi lite-
rami, a wydobyws:lY świecę łQjową, którą :lawsze-
z subą nosić musiałem, gdyż ł()j służył mi jako je-
dyne lekarstwo na odparzającą się skórę u podeszw
stóp i na wilki, powstające z forsownych mar'szów-
na iiwiecy okopciłem pieczęć, któri z władzami na-
roduwemi nie uzywaliśmy, a tylko z :\Ioskalami.
na odezwie wycisnąłem i wysłałem na pocztę do
Radomia.
. ;dy ekspedycję skończyłem, rzekł do mnie
Czacho wsk i :
- OddałeH, kolego, i zgadłeś całą moją myśl.
Odtąd stanowczo należeć będziesz do mego sztabu
i prowadzić hędziesz wszelką korespondencją moją.
Dostaniesz więc konia, szablę i pistolety.
Nie przy ją wszy konia, ani szabli, przystałem
na propozycję naczelnika. ale wymówiłem sobie
tylko, żeby pamiętano o mnie co do jedzenia, bo
na to czasu nie wystarczy.
Odtąd do sztabu jako piechur się zaliczałem.
W marszach zaś i bitwach, towarzyszyłem jego
kompanji celnych strzelców.
8
'"
116
Czytając jak rozmaite «liczmany» literackie
z Krakowa walą podstępnie odpowiedzialność na
powstanie za Grabowiec, podaję nieco szczegółów
o Moskalach.
Otóz atakował nas major Rydygier, syn osła-
wionego bohatera z pod Ostrołęki, co to lezał wów-
,czas w błocie, w rowie ukryty, gdy się jego kor-
pus z Polakami bił. Szedł na nas ten Rydygir syn,
tylko ze swym bataljonem i dwiema sotniami ko-
zaków. A zatem, nie z całym tysiącem ludzi tchó-
r.ł:liwych, dla dodania im odwagi spojonych, i grozą
tylko pałki naprzód pędzonych.
Tymczasem stan naszych oddziałów, od 6
kwietnia, znacznie się powiększył.
Ochotników bowiem mnóstwo do nas przyby-
wało i to dzielnych. Lecz Czachowski, dla braku
broni i amunicji, tylko tych przyjmował, co choć
w części jakieś uzbrojenie, i trochę amunicji z
sobą do oddziału przynosili. Tych, co tego nie
mieli, notowano imię, nazwisko i miejsce zamie-
szkania, nakazując, aby powrócili i stawili się, gdy
będą zawiadomieni, kiedy do oddziału zgłosić się
mogą; gdyz obecnie stan Jego jest już zapełniony.
A że byli to ludzie dzielni i z poświęceniem pra-
wdziwem, dowody tego składali, gdy przez bitwy
i nadzwyczaj forsowne marsze oraz głód cierpiany
tworzyły się w oddziale luki, a my zblizyli się
w stronę ich przebywania, i posłali im zawiado-
mienie tylko, że miejsce dla nich jest juz wolne-
natychmIast się stawiali i dzielnie się z wro-
giem bili.
Stan czynny naszego oddziału pod Grabowcem
117
'WynosiHj60 lut!zi,.oddziału ( relińskiego 500, oddziału
-Łopackiego 250. Kurz od Ciecierówki sprawił był
nam pomoc w zabiet'ającym tyły Moskalom od-
dziale Kononowicza, liczącym wtedy już 650, razem
.tedy 1960 ludzi, pełnych zapału i prawdziwego
poświęcenia, z których wielu już było z bitwami
.oswojonych i ostrzelanych. Gdyby był więc Cza-
'cbowski mógł wtenczs przyjąć bitwę, a poszedł za
radą (lrzmota, i przyjął ją na łące, pod laskiem,
między Grabowcem a Rzeczniowem, - mogliśmy
,byli być pewni, że noga z kolumny Rydygiera nie
wyszłaby z tej bitwy wolna. llrabowiec więc padł,
nie wskutek nierozwagi Czachowskiego, ale dzięki
. niecnym wybiegom szlachciców strachajłów, którzy
dla miłego spokoju i używania, poświęcili własną
krew i honor narodu. Oni też okłamali i owego
małego człowieka, którym był Stanisław Jaramud,
komisarz Rz. narod., a były inżynjer komunikacji
lądowych i wodnych z Warszawy, i jak w pewną
liczbę lat potem okłamali tegoż inni i w innych
stronach nieszczęśliwej Ojczyzny naszej; lub znowu
jeszcze inni, mitrowcy, którzy człowieka tego,
prawdziwego patr:jotę, wyciągnęli z Paryża na to,
aby jako mającego wielkie poważanie w Emigracji,
a do rozbicia Zjednoczenia emigracyjnego stojącego
im na zawadzie, sprowadzić do kraju, na wysoką
niby posadę autonomiczną, by następnie go z niej
zhańbionego usunąć. Takich to mistrzów kabał
i spodlenia miało powstanie za wrogów: na nich
więc niech krew Grabowca spada!
Dla podłej rachuby wydarto nam zwycięztwo,
które nas mogło lepiej uzbroić i powstanie w San-
8*
118
domierskiem całkiem zorganizować. Zwycięstwo to-
miałoby olbrzymią doniosłość, gdy zwazymy, ze w tym.
czasie właśnie miała powstać Litwa i Ruś.
Jakie zaś było usposobienie nasze w po-
wstaniu: oto, gdyśmy się w późniiszych marszach
w okolicy I :rabowca znaleźli, a wiara z ust mie-
szkańców dowiedziała się o Powyżs7em niecne m
postąpieniu wyrodnych synów _ Ojczyzny, to odtąd
skOl'ośmy się kiedykolwiek zblizali do dwom zamie-
szkałego przez dwuznacznego obywatela - witała
natychmiast takowy patrjotycznym śpiewem: ci :dy
nal'()d na pole wystąpił z oręzem» zawodząc takowy
z calym ferwurem i zacięciem. Nie chcieliśmy okazaĆ"
mu rozwiniętego naszego sztandaru, który stanowiła
dawna chorągiew bractwa niby Rożańcowego, przy
kościele xx. Bernardynów w Radomiu, co słuzyła
patrjotom tego miasta. podczas słynnej demonstracji
w r. 1861 na Buze Ciało, podczas której pułko-
wnikowi Ehn>nrothowi, bohate!'owi późniejszemu.
w Bułgarji, czapkę z głowy zrzucono. Zmieniono ją
o tyle, ze na amarantwem tle widniał duży orzeł
pobki, srebrem wyszyty, a nad imieniem Marja7"
na wierzchołku drzewca, został osadzony mały
masyw srebrny orzeł biały. .
Po wyprawieniu odezwy do Uszak owa, poszliśmy
w dalszy mar'sz na północny zachód, i stanęliśmy-
obozem pod Lipiem.
Oddział Lopackiego stanął w miejscu dawniej
zajmowanem przez Konooowicza, zaraz obok nas
w prawo. t;relińskiego zaś w lewo, znacznie dale.1_
Zaledwie upłynęło pół godziny, i znuzeni a gło-
dni rzuciwszy się na ziemię odpoczywać zaczęliśmy 7"
119
dy od strony oddziału ostatniego usłvszeliśmy gło-
.śny i dłuzszy okrzyk, który spotęgowany ee;hem
puszczy naszych uszu doszedł. .
Sądząc, że to l\Ioskale napadli na niego, mia-
.nowicie, ze Czachowski rozkazał jak największą
cichość zachować w obozie - zerwaliśmy się na
'równe nogi, i stanęliśmy uszykowani natychmiast
:pod broI), oczekując dalszych jego rozkazów.
Czachowski zrywając się. krzyknął:
- Adjutant! Zobacz, co tam się dzieje?
Adjutant wrócił niebawem na spienionym ko-
niu i zdał raport następujący:
- Oddział ({re1ińskiego. zamiast stosować się do
-()trzymanych rozkazów, uszedł pośpiesznie na po-
-łudnie, a gdy się znacznie od nas oddalił w tej
ucieczce, zaczął wiwaty wznosić swemu dowódzcy.
Na usiłowanie za wrÓcić go. (;reliński oświadczył:
2e więcej już wspólnie działać nie będzie.
- .Jak tylko tego łotra dostaniemy w nasze ręce,
'natychmiast go jako zdrajcę kraju powiesić rozkażę!
- wybuchnął na to C;r.achowski, a nam dał ko-
mendę spocząć w miejscu.
To pewno, że starszyzna, z małym wyjątkiem,
z Gali<:ii i Poznańskiego. począwszy od niefortunnego
parodniowego dyktatora, żabiła głl)wnie powstanie
r. 1803.
(dyśmy następnie ruzpalili ogniska, bo deszzyk
zaczął rosić, udałt>m się na chwilę do oddziału
Łopackiego. aby się hliżf>j z nim zapozłlać - tu
hyło inaczej, choć dowótJzca był też (;alicjanin,
naturalnie c wyjątkowy»...
Resztę dnia zatrudnił nas Dobrogojski, ucząc
120
moskiewskiej musztry z ogniem. Tłómaczył nam,
własności elewacji sztucernej i uzycia jej wizerów.
oraz gwintów na kierunek kuli.
O godzinie 11 w nocy strzały alarmowe po-
sta wiły w jednej chwili cały oddział pod bronią.
Cofające się wedety, złozyły raport: ze gdy w cie-
mności najdalej na trakcie od Lubienia wystawiona
para, usłyszała stąpanie jakicM ludzi przez puszczę'
idących i rozmawiających głośno po moskiewsku,.
posłała w kierunku ich strzał i cofnęła się do obozu.
Inne, umieszczone z tejże strony obozu, powtó-
rzyły sygnał alarmowy i równiez cofnęły się do.
obozu. (i-dzie niegdzie juz dopalające się inne ogni-
ska wodą natychmiast zalano, aby najmniejszego.
światła w ciemności nie wydawały. Inne wedety,
na innych stronach obozu ustawione, polecono na-
tychmiast do oddziału ściągnąć.
Dobrogojski sformował wtedy w największej
ciszy w mgnieniu oka kare z samej broni pal-
nej, umieszczając wewnątrz jego kosynjerów, na
czlery części podzielonych. Za nimi stali kawale-
rzyści spieszeni, a w samym środku nasz stary
wódz, równiez pieszo. Wszyscy zołnierze piesi na
cichą komendę, na około powtórzoną, legli na zie-
mię i z odwiedzionemi kurkami przyłozyli broń
mierząc wpr03t przed siebie. Dobroojski obszedł
leżące kare, zakazując strzelania wprzód, zanim.
wyda głośną komendę.
Zagroził nawet natychmiastowem rozslrzela-
niem kazdego, ktoby rozkaz ten przestąpił. Poinfor-
mował dalej, że mamy obserwować błysk pierwszy
ognia broni nieprzyjacielskiej, i w to miejsce celować_
121
Inne boki kare, nie atakowane przez l\Ioskali,
. rozkaz miały, aby przez bez potrzebne i nieużyteczne
strzały, nie zdradzić naszego szyku.
Wedety ściągnięto.
Cisza zupełna zaległa lasy. ·
Leżeliśmy blisko godzinę, nieprzyjaciel tymcza-
sem się nie zjawił. Wyprawiono przeto kilka silnych
patroli w różnych kierunkach, dla przetrząśnienia
nas otaczających borów. Gdy jednak te nigdzie i nic-
podejrzanego nie znalazły, wyprawiono wtedy dwa
podjazdy w stronę traktu, w kierunku Lubienia i do.
Iłży. Rekonesans, w kierunku tej ostatniej, spro-
wadził nam trzech Polaków, którzy z kieleckiej za-
łogi, w szynielach carskich i z bronią do powsta-
nia zbiegli; i oni to tułając się po puszczy, po mo-
Rkiewsku głośno ze sobą rozmawiali, aby, gdyby
przypadkiem natrafili na podjazd nieprzyjacielski,
łatwiej jako niepodejrzani, bo niby jego rodacy..
zlJlizyć się korzystając z ciemności i uderzyć na
niego mogli. Tymczasem nie napotkawszy śladu na-
szego ani Moskali, najniespodziewanj zostali spło-
szeni strzałami naszych właśnie wedet. Nie wiedząc
czyjeby to były, pod osłoną puszczy, spiesznie z nij
uszli do Iłży, gdzie ich rekonesans nasz wyśledził
i z sobą zabrał. Przyjęliśmy ich z otwartemi ra-
mionami, zwłaszcza, że ich Grzmot rekomendował.
Byli to: junkier l\Ianowski, który mimo jede-
nastoletniej carskiej służby przymusowej, jako po-
df'irzywany o patrjotyzm polski. nareszcie dał dowód
Zf' się najezdnicy nie mylili. Drugim był podoficer
1I('hacki, rodem z Radomia, także wzięty poborem
do armji naje"uniczej. l trzeci, podoficer również,.
122
Polak, który tym samym sposobem do carskich nie-
wolników zaliczonym zosŁał.
Dwóch pierwszych Czachowski wcielił do kom--
panji własnej; trzeciego zaś, do dowodzonej przez
Dolnickiego.
Szczęśliwy traf tylko zrządził, że za swój go-
rący patrjotyzm o mało od polskiej kuli nie polegli
lub rannymi nie zostali.
Z takiemi to zwykle narażeniami życia mu-
sieli przedzierać się przez przez tłumy otaczających
nas najezdników patr:ioci, dla połączenia się z nami)
choć wiedzieli naprzód, że ich nic więcej nie czeka
nad: trud. głód, clJłód i nowe narażanie się na
śmierć oraz gorsze od niej stokroć kalectwo lub
dostanie się w ręce dzikiego wroga, który z wście-
kłością barbarzyńcom właściwą a chytrością i wy-
myślnością okrucieństwa azjatyckiego, będzie się
nad nimi znęcał.
Znaleźli się jednak wyrodki, wynajęci pr'zez
tegoż wroga narodu polskiego, co się poważyli
plwać i wyśmiewać te poświęcenia idealne a na
groby ofiary i męczenników świętej sprawy wy-
zwolenia ciskać kamień potępienia obłudnego!
Nocy powyższej i dnia poprzedniego głodo-
waliśmy wielce, albowiem od chwili pożywienia nas
we dworze Czerwonowolskim, od li'Jgo, mało co kto
z nas miał w ustach. Zamożniejsi tylko, a było ich
zaledwie kilku, przytomniej wybierając się z domu
do obozu, wzięli byli ze sobą nieco grosza i zań
kupo\'.'ali dla siebie i kolegów żywności, ale takiej,
coby nie obładowywała i obciążała pakunek jak wę-
dliny, słonina, ser, masło: jaja gotowane na twardo,
123
'Cukier, herhata, a tern się nasycić niepodohna hyło,
przy wilczym głodzie jaki się przy tak forsownych
ruchach, i to na świeżem powietrzu dzień i noc
odbywanych rozwijał. .Jaka zaś uczciwość panowała
pomiędzy powstańcami, niech słuzy za dowód, że żaden
nie poważył się nigdy, gdyśmy przez wieś lub miasto
przechodzili, zażądać czego bez zapłaty. Nie tknął
"Się też nigdy, w największej potrzehie, własnoci
drugiego. Posiadający przy sobie pieniądze. ani gru-
"Sza nie uronili, choć wszyscy wiedzieli, ze je pr7.Y
-sobie posiadali a żaden z nas z tego tytułu ani nawet
na nagahywanie o takowe narażonymi nie byliśmy.
Do tego stopnia pos.uwali swą szlachetność. co zn6w
było błędem z ich strony, że żaden z nich za nic
w świecie. nie byłhy sięgnął ręką do kieszeni swego
poległego towarzysza, dla przeszukania C7.y w nie.i
'Co nie pozostało, choć tu huo7.iło chciwość jeszcze
większą w dzikich carskich niewolniczych żołdakach,
którzy też IJardzo często pr7.Y poległych powstań-
'Cach znajdowali gotówkę, a hyły wypadki, że gruhą;
oprócz niej i kosztowności jak zegarki, sygnel y,
pierścienie i spinki wielkięj wartości, dla zdobycia
których, odważniej -Lo hestjalstwo spełniało rozkay.y
swych przełożonych, mimo że ci, dustrzegłszy co
z wymienionych wyżej przedmiotów w ich posia-
-daniu. ni"y to jako wJaSIJlJŚĆ carską, wnet im od-
bierali, a rzeczywiście dla siehie abierali. Oficero-
wie moskiewscy wynagradzali tylko tych, co lo
"Sami się z r7.ec7.ami 7.rabowanf'mi do nich zgłosili,
i to szcwplą miarką boskiego ich nektaru, ordynar-
nej gorzałki 1uh paroma grosy.ami najwięcej - w ra-
zie zaś nieokazania łupu dohrowolnego, walono ra-
U4
busiowi potężną porcją kijów, od kilku setek aż do.
tyluż tysięcy.
Tej to właśnie nocy, wspomniany wyżej paro-
krolnie policjant z Radomia, zauważył, żeśmy ju:z
zasnęl podniósł się i wyszedł z obozu; lecz gdy
starał się przemknąć na zewnątrz wedet, czuwający
nad nim z daleka, pomimo udawania silnego snu
podnieśli się również i postępowali za nim z tyłu
ostrożnie, zasłaniając się drzewami; na samym ju:z.
przemykaniu się przez łańcuch forpocztowy uchwy-
cili, rozbroili i do obozu z powrotem odstawili na.
strażnicę jako aresztanta.
Resztę tej dziwnpj a głodnej nocy przebyliśmy
dość spokojnie.
W pierwszej chwili ucierania się kawvlerji,
naszej z kozakami, przed wycofaniem nas z Gra-
huwca, został ciężko rannym dzielny rotmistrz Ber-
toli, były oficer z armi austryjackiej, więcej żadnych.
strat dnia tego nie ponieśliśmy.
ROZDIAŁ IY.
17. 18 i 19 kwietnia 1863 r.
Przyjaciele pozostali w Radomiu, a posiadający-
zawsze dokładne wiadomości, donieśli mi potem, że
Uszakow, odebrawszy odezwę Czachowskiego do
siebie - nie posiadał się z wściekłości, zwłaszcza
za ostatni wyraz: c Twój kolega,. Rzucał się gwał-
tuwnie, biegał, skakał, i tupiąc wył po salonie, zu-
ppłnie jakby go szatan opętał, choć ten tytuł za
w lele temu bydlęciu carskiemu honoru robił.
Należał on, w młodości do spisku Dekabrystów,
a mimo że był z tych, co to Mikołaja I po szpie-
gowsku jako zdrajcy pojaśnili, choć doszedł do sto-
pnia jenerała lejtenanta i już 25 lat na nim po-
zostawał, wyzej się wszakże nie posuwał.
W dniu 17 kwietnia. o g. 9 r., organizacja
df\starczyła nam trochę wódki i chleba, i to w ta-
kipj ilości, że zaledwie po małym skrawku i kie-
lis7.eczku wódki każdemn z nas się dostało, a na
200 przeszło lud7:i jedną, starą chudą krowinę.-
Takich opiekunów nie rzadko miewaliśmy...
Zaledwo jednak mięso z biedaczki gotować:'
za c-zęliśm y, gdy naraz otrzymał Czachowski wia:-
126
domość, że wojska moskiewskie z czterech stron
idą na nas koncentrycznie do puszczy. Zaraz też
huknął grzmiącym swym głosem:
- t:asić ogień!
A w pięć minut już staliśmy pod bronią. Mięso
rozparzone a niedogotowane. chwytaliśmy do tor-
nistrów lub torb plóciennych.
Kilkunastu nowicjuszów. którzy nie znali, co
to jest rozkaz naszego wodza a mniej jeszcze
oswojonych z zawsze towarzyszącym nam głodem,
radziby byli, ab)' choć jakie pięć minut podgoto-
wało się ich mięso. Krzątają się więc znowu okolo
.gaszenia zupełnego swych ogni,;k, ale jakoś to nihy
im się nie udawało. Dopatrzył to Czachowski. wy-
jął rewolwer i huknął potężnie:
- W łeb palnę każdemu, co się tylko ociągać
będzie!
Biedacy, przerażeni potłukli rÓwniez swe garnki;
wyciągnęli z popiołu mięso, i umknęli z niem do
szeregÓw.
Chcąc wyjść z matni, Czachowski, podzielił
kawalerję na części, i każdą z nich osobno a w je-
dną stronę. lecz w odstępach, naprzód wyprawił,
dając im wskazówki, co mają dalej robić, na wy-
padek zetknięcia się z opasującym nieprzyjacielem,
i gdzie z sobą wzajemnie a następnie z oddziałem
mogą się połączyć. .
Furgony. których mieliśmy wszystkiego cztery,
również każdy z nich pojedyliczo, a były to zwv-
czajne wasągowe wozy, osobną drożyną leśną. z je-
dnym iylko na każdym wozie wiejskim parobkiem
\V stroju właściwym wyprawił. z podobnąż inst-
127
rukcją jak i dla kawalerji; tylko inną JUZ mIeJsco-
wość, bardziej oJdaloną, Z!ł potąclenie się ich
z nami przeznaczył. Naturalnie opróżniono je ze.
wszystkiego, coby mogło naprowadzić wroga na
domysł, że to są wozy powstańcze.
Następnie, wszyscy pozostali, rozsypaliśmy się-
w prawo l w lewo w jedną linję tyraljerską, o pięć
kroków odstępu od siebie. i biorąc w środek ze
sobą piąty, malutki wózeczek amunicyjny, przez-
małego konika ciągniony, pomaszerowaliśmy z po-
czątku na przełaj puszczą prosto przed siebie, to
jest ku środkowi jej, z zastosowaniem ostł'ozności
wszelkiej. Kazdego. kto na swej prostej drodze na-
stąpił na odkrytą z murawy lub piaszczystą ziemię,.
musiał sam pamiętać, aby tyłem ją przechodził.
Uszedłszy w ten sposób wiorst parę, lewe skrzy-
dło dostało rozkaz zachodzić w prawo a prawe
stać w miejscu, dopóki długa linja nasza, z połu-
dniowo wschodniego nie przeszła w południowo
zachodni kierunek, którym juz stanowczo poszliśmy
dalej.
Około godziny. 4 po południu prze:3zliśmy,
po poprzededniem zrekognoskowaniu pól i drozyny,..
węższy pas lasów Wąchockich od puszczy lłzeckiej.
z którą w tem miejscu się bezpośrednio łączyły.
Zwinęliśmy dtugą naszą linją, i weszliśmy w te
nowe lasy, bez zetknięcia się z Moskalami. Uszedł-
szy jeszcze niemi z jaki kwadrans czasu, wyszlismy
znów na drożynę a ja.ko przez grunt gliniasty
i truchę wzgórkowaty przechodzącą, więc na wy-
sokość przeszło człowieka w tern miejscu zagłę-.
bjoną.
12R
Tu juz sformowaliśmy znowu kol urnę pocho-
.. dową; gdyż właśnie i kawalerja nasza szczęśliwie,
bez spotkania się z nieprzY.iacielem, z nami się
połączyła. Grzmot przedstawił Czachowskiemu, ko-
nieczność dokładnego zbadania przez rekonesans
terenu oraz przekonania -się, gdzie teraz znajdują
się rzeczywiście Moskale, zanim naprzód dalej po--
suwać się zaczniemy'? Czachowski wezwał na ochot-
nika do tego rekonesansu, wystąpił z szeregu je-
den, któryś z oficerów kawalerji, oraz, kilku z niej
szeregowców. Czekano dobrą chwilę. Zaden z nich
z miejsca się nie ruszył.
Oburzony w najwyż::;zym stopniu, Grzmot, sta-
nął oko w oko z kawalerzystami, i z największą
pogardą odezwał się mniej więcej w te słowa:
- Toż wy jesteście synami dawnych rycerzy
polskich. Na wino, herbatę i przysmaki do dworów
jest was pełno zawsze. Lecz spojrzeć wrogowi oko
w oko, z bliska, to was ani jednego nie masz. Po-
dłymi tchórzami a nie kawalerzystami polskimi
jesteście! - a zwróciwszy się do Czachowskiego
dodał: - Ojcze! pozwól, że ja, oficer piechoty, w tym
mundurze jeszcze moskiewskim, nie zawaham się
wypełnić ten konieczny obowiązek dla Ojczyzny,
który do nich należy i t. d.
Na powyższe słowa wystąpił szeregowiec Ga-
wroński, oświadczając, że chętnie mu towarzyszyć
będzie. Słysząc to, obstąpiliśmy szlachetnego Grzmota,
błagając go, aby tego nie czynił, i we dwóch tylko,
na widoczną zgubę nie szedł.
Nic nie pomogło; nie dał się odwieść od raz
.powziętego zamiaru, widocznie koniecznego. Odje-
129
. chał tylko z Gawrońskim drozyną, oddzielającą lasy
W ąchockie od Iłzeckich, a kierując się na południe,
ku traktowi z Wąchocka do Opatowa.
Smutni staliśmy z półtorej godziny, oczekując
rezultatu jego wyprawy zbyt ryzykownej.
Naraz usłyszeliśmy jakiś gwar od tyłu na we-
detach, ustawionych z tamtej strony właśnie, czyli
na drozynie, o której dopiero co pisałem. Po gwa-
rze, doleciał nas okrzyk:
- Niech zyj€ (;rzmot! lirzmot powraca z jeń-
cami! - doszły nas głosy od arjerg-drdy. - .
Kolumna się nareszcie rozstępować zaczęła po
bokach drozyny a środkiem jej jechał wesoły Grzmot,
prowadząc za sobą w tryumfie wózek wieśniaczy,
przez gospodarza wiejskiego powozony, a na nim:
podoficera Moskala, rannego kozaka, kilkadziesiąt
bochenków chleba, beczkę wódki i worek z gro-
chem polnym. a za wózkiem z fantazją jechał (;a-
wroński.
-- Niech zyje nasz (;rzmot! - wołano. - Brawo
f;awroński !
Reszta kawalerzystów nie wiedziała, gdzie SCllO-
wać swoje oczy ze wstydu.
lirzmot, gdy się polami podsuwał pod trakt
bity, kazał Gawrońskiemu w tyle przyzostać i czekać
na znak jaki mu poda. Dostrzegł właśnie posuwa-
jący się, przyprowadzony ze sobą wóz i jego ładunek;
dawszy przeto znak Gawrońskiemu, obskoczyli go ró-
wnocześnie obad waj. Podoficer co eskortował rannego
kozaka za kolumną moskiewską, zgłupiał rormalnie
na widok kapitana moskiewskiego, jednocześnie
. z powstańcem ku niemu cwałującego, i zapomniał
uo
zupełnie zrobić uzytku zę swj broni, choć był
w pełne m uzbrojeniu.
Kozak zaś, ciężko ranny, nie mógł się bronić
Rozbrojenie i zawrócenie wozu w inną stronę były
dziełem jednj sekundy, tak że kolumna moskiewska
spustrzedz się nie miała czasu.
Z badania przywiezionych jeńców dowiedzie-
liśmy się dokładnie, ze z wojsk nalezących do ko-
mendy Czengerego sformowana kolumna, a roz-
lokowana w okolicy Bodzenłyna, Suchedniowa,
Wąchocka, traktem z ostatniego miasta wiodącym
p()dtąpiła pod puszczę Uzecką. i od południa d()
tj7.e wkroczyła. Natrafiwszy w niej na zbiegły
w (lniu wczorajszym z naszego obozu oddział C-jre-
liń,.;kieg-o. takowy zupełnie rozbiła, połozywszy tru-
pem wielu a rannymi jeszcze więci, jak zwykle-
w każdej bitwie, zwłaszcza przy rozbiciu. Zabrała..
znaczną część tegoz do niewoli, oraz mnóstwo po-
rzuconej przez uciekającą rpszłę oddziału broni.
Kolumny zaś, złożone z załóg radomskij i kie-
leckiej, gdy zetknęły się w puszczy ze sobą i innemi,.
do załóg Zwolenia i C )patowa należącemi, - nie
znalazły wszystkie w lasach żadnego juz więcj
oddziału powstańczego, pierwsze dwie złączyły się:
z sobą, wyszły z tjże na południe i [raktem ku
Wąchockowi podążyły; drugie tymczasem dwie,.
kaida również poszła z powrotem do miasta, z któ-
rego na wyprawę wyruszyła.
Wiedząc teraz, gdzie Moskale przebywąją. po-
szliśmy w marsz d:łłszy, dążąc teraz na zachód,.
z bardzo małem nachyleniem ku południowi. Lecz
zaledwie uszliśmy małą milę, a słońce miało się
131
jui właśnie ku zaehodowi, gdy przy rozstajnej
jakiejś drożynie leśnej usłyszeliśmy bliski gwar i ha-
łas tłumny.
Kolumnę zatrzymano i wyprawiono w tamtą
stronę podjazd z paru kawalerzystów. Ten natych-
miast powrócił, raportując Czachowskiemu, że to są
właśnie resztki uciekinierów treliń8kiego, w popło-
chu uchodzących.
Czachowski wysłał część kawalerji, aby ich
obskoczyła i zatrzymała.
Kolumna, gdy ruszyła dalej, ujrzała niebawem,
jak kawalerzyści pędzili między sobą osiemdziesięciu
zupełnie bezbronnych i niezmiernie przerażonych
Grelińszczyków.
- Łotry! - gdzie wasza broń? - krzyknął Cza-
chowski grożąc, że ich każe rozstrzelać.
Przerażeni, padli na kolana: naraz zaczęli się-
tłómaczyć i błagać, usprawiedliwiając się postępu-
waniem dwuznacznem swego dowódzcy. Odkryli
teraz, że tenże oddawna prowadził romans z panną
B., córką zawiadowcy rządowych hut żelaznych
w Parszowie. Oskarzyli go, że bardzo duże składki
narodowe pobierał w powiatach Sandomierskim
i Opatowskim, i z nich bardzo kosztowne prezenta,
z pereł i fortepianu i innych przedmiotów, 3;ż z Wie-
dnia dla damy swego serca sprowadzał. Ze wczo-
raj, gdy uszli za jego rozkazem z naszego obozu,
nie wiedzieli z początku, że to jest jego samo\\-olny
rozkaz, ale sądzili, że to w skutek rozkazu naczel-
nika wojennego województwa; później choć się
z przyniesionego przez adjutanta, innego rozkazu
dowiedzieli, że tak. nie jest - to cóż oni sami mog1i
D
132
na to poradzić, skoro obowiązani byli go słuchać?
Następnie gdy podeszli do obozowiska swego da-
wnego, pod Starachowicami i Brodami, to (;reliński
.zaraz od nich odjechał i udał się do Parszowa.
A gdy najmniej się tego spodziewali, bardzo
dodnia dziś rano, nadzwyczaj silna kolumna Mo-
skali, podszedłszy drzemiące ich wedety, nagle na
{)h6z napadła. Że kapitan Bogdan, dawny oficer
moskiewski, który go zastępował, czynił wszelkie
wysilenia, aby .Moskwie dać odpór, lecz taki popłoch
między nimi ten nagły napad nieprzyjaciela wy-
wołał, ze wszyscy, co prędzej w tył uchodząc, od-
strzeliwali się, a mało kto do szeregu stawał; sa-
mego, nareszcie ciężko rannego kulą w hok, zaledwie
go zdołali odnieSć w tył i ukryć w lesie, po którym
rozsypawszy się i broń zakopawszy, uchodzili da1j
z puszczy, i dopiero w lasach Wąchockich, ci, co
przed nami stali, zaczęli się świstaniem zwoływać
i zgromadzać szukając swego dowódzcy, którego
od dnia wczorajszego wcale nie widzieli. Zaczęli
utrzymywać stanowczo, że byle ich z powrotem
w puszczę Iłiecką wprowadzono, to ukrytą własną
broń zdołają odszukać.
Tak to sama Nemezys pomściła strasznie u-
cieczkę niekarnego oddziału i jego nikczemnego, py_
szałkowatego dowódzcy. Wysłuchane powyższe
oskarżenia, natchnęły nas najsilniejszą za wziętością
i wzgardą względem nikczemnika Grelińskiego, który
zamiast pełnić śięty obowiązek wodza powstań-
czego, lekceważył krew i życie swych podkomen-
dnych, a dla swych zmysłowych chuci zmarnował
133
-oddział, oraz krwawy grosz narodu, dla !iwiętej
:sprawy mu powierzony.
I dyby był wówczas wpadł w nasze ręce, z pe-
wnością haniebną śmiercią od stryczka byłby natych-
miast zginął; gdyż czyny jego powyższe były pro-
stą zdradą, dowodzącą, że on to zapewne sam
,naprowadził i Moskali na własny oddział. Skoro
więc oskarżenie powyższe sprawdzone zostało, i oka-
zało się prawdziwem a do tego przybyła jeszcze
pewność. że (-;-reliński uciekając teraz z Kongresówki
nie złozył żadnych rachunków z 60.000 rubli
srebrem, które powinien był mieć jeszcze przy so-
bie, ani obja!inienia nie pozostawił żadnego, co się
z tern stało-Czachowski złożył nań sąd wojenny.
O jego dalszych losach wspomnę w końcu mej
pracy.
Wysłuchawszy do końca, Czachowski, powyż-
szych tłómaczeń uciekinierów, zakomenderował:
- Wyciąć tyle wysokich jodłaków i z gałęzi je
{)krzesać, ilu jest tych tchórzów!
Hąbiąc siekierami, pałaszami i pionjerskiemi
tasakami, w lot ułożyliśmy wysoki a długi stos, do
15 łokci długich a dość grubych, pookrzesywanych
z gałęzi drzew.
. - Nie chcieliście się bić bronią - krzyknął
Czachowski - za ciężką wam była, rzuciliście ją
podli tchórze: bierzcież teraz łajdaki tę broń, którą
się bić z wrogiem dotąd będziecie, dopóki na nim
lepszej nie zdobędziecie.
Jak niepyszni, winowajcy, musieli rozebrać jo-
dłaki, każdy z nich starał się tylko uchwycić za
cieńszy. .
9*
134
Uzbrojonych w ten sposób, sformowano z nicm
osobną kompanję, i umieszczono po za kosynjerami,.
z wyraźnym rozkazem: palenia w łeb kazdemu
z nich, gdyby tę nowomodną broń który z nich po-
rzucił lub z szeregu zbiedz chciał. - Pocili się też,
a dźwigali i maszerowali. Kolumna zaś zdala wy-
glądała jak jaki potwór, w środku olbI'zymiemi.
kolcami najeżony.
Uszliśmy znowu z dobrą milę lasami, gdy nas
zatrzymano. A był to .luz wieczór.
(-irzmot z (awrońskim znów na południe od,
nas pojechali, na rekonesans.
Staliśmy już wówczas w lasach na północ, po.
nad samym Wąchockiem leżących, około trzech.
kwadransów. i to pod bronią, nic nie naruszając'
szyku. (-irzmot z powrotem doniósł, że gdy wyjechał
z lasów, sam podsunął się aż do brzegu stawu'
i za nim ujrzał Moskali, dopiero co z wyprawy do.
puszczy powracających. którzy założyli tam obóz
i porozpalali swe ogniska. Zrekognoskował i obliczył
ich dokładnie. A mimo że księżyc na chwilę wyj-
rzał z po za chmur, i to jego kręcenie się po nad
obozy zdradził; lecz wedety, v. idząc oficera konno.
w mundurze ich uwijającego się, sądziły, że' to któ-
ryś z wyższych ich oficerów po za obóz wyjechał.
Dopiero gdy osiągnął cel, skręcił konia, i zamiast
ku miastu, zaczął cwałować ku lasom. sypnęły'
się za nim str.lały, lecz żadna kula go nie trafiła.
Wiedząc teraz, że Moskale zaalarmowani, bo.
i Gawrońskiego, gdy księżyc wyjrzał, zobaczyli--
już na pewno ztąd w nocy nie ruszą, poszliśmy'
dalej jeszcze ze ćwierć mili na zachód, i skręciwszy'
1i)
'ł1a południe, po jakichś kładkach przeszliśmy na
prawy brzeg rzeki Kamiennej. o małe pół milki tylko
po za Wąchockiem, i po nad samym jej brzegiem
pomaszerowaliśmy.
(:dyśmy w tym kierunku uszli z pół mili, po
kładkach wśród ciemnej nocy przeszliśmy znowu
na lewy brzeg rzeki, i udaliśmy się na północny
. zachód dalej.
Była już północ, gdy zbliżyliśmy się ku jakie-
muś trochę na dworek szlachecki wyglądającemu
budynkowi; usłyszeliśmy naraz jakieś silne dobija-
nie się do okien. z wzywaniem natychmiastowego
otwarcia i podania sobie ognia, aż zaczęły z brzę-
kiem spadać wytłuczone szyby. (-:-rzmot natychmiast
poskoczył tam konno, a znalazłszy paru naszvch
paniczów z kawaler:ji. którzy w ten sposób chcieli
..dostać ognia do zapalania cygar i fajeczek - zgro-
mił ich ostremi siowami za tę burdę nocną. zmu-
sił do złożenia natychmiast na wybitych oknach
należności za stłuczone szyby i precz napędził.
Mieszkańców zaś przerażonych uspokoił i najgrze-
.czniej przeprosił.
My tymczasem, zrównawszy się z tym budy-
neczkiem, pomaszerowaliśmy od niego w kierunku
północnym. Dnieć zaczyn:łło, gdyśmy wyszli z lasów
i ku Skarzyskowi Kościelnemu, długiej wsi rządowej,
podchodzili. Rankiem. dnia lR kwietnia. przeszliśmy
nie zatrzymując się ani chwili przez tę włość. dą-
.ząc ciągle prosto na północ. O godzinie 7 r., do-
szedłszy do drugiej wsi rządowej, Skarzyska Ksią-
-żęcego. skręcilimy pod kątem prawie prostym,
.w lewo, i pomaszerowaliśmy wprost na zachód.
.
136
Przeszedłszy i takową, około 8 rano, doszli-
śmy do traktu bitego z Szydłowca do Suchedniowa
i Kielc.
Tu, w znanej mi od dzieciństwa okolicy, będący
w kompanji towarzysze ukazali widoczne z traktu
tego miejsce, które Langiewicz na gromadzenie się ich,
w dniu 22 stycznia, wybrał, i dozwolił w tak od-
krytej miiscowości liczne ogniska porozkładać;
opowiadali mi to wszystko z najdrobniejszemi szcze-
gółami.
Teraz kolumna nasza zawróciła znów w lewo
i podązyła traktem bitym na południe, az do kar-
czmy, do wsi Pogorzałe nalezącej. Ztąd udaliśmy
się mów na zaehód przez zwyz rzeezoną włość;
a około godziny 10 r., doszedłszy południowego
końca innej wsi, Majdowa, zawróciliśmy jeszcze'
raz w lewo i po pod leśnictwem l\lajdów dościgli-
śmy do wierzchołków gór, powyzsze nazwy no-
szących.
Po tym 24 godzinnym bez spoczynku
odbytym forsownym marszu, uszliśmy przeszło mil
10, i tu pozwolono nam, choć z dalszem zachowa-
niem szyku, spocząć w miejscu, usiąść lub połozyć-
się- na ziemi.
Znuzenie, pragnienie i głód okropnie dokuczały,
a naszych furgonów z nami nie było. Towarzyszyły
nam tylko: wózek z amunicją i wóz z rannym ko-
zakiem, które przy przejściu przez kładki rozbierano
i częściowo na rękach przeno<;zono a konie z uprzęzy
rozebrane wpław rzepro",apdzano.
Otrzymawszy pozwolenie na załozenie małego
ogniska, i wypożyczywszy od Galicjan kilka mena-
137
zek blaszanych, z pomocą towarzyszy, którzy cos
z leśnictwa l\Iajdowa przynieśli wody, sporządziliśmy
trochę herbaty i buljonu. PQ zaspokojeniu głodu,
udałem się do Czachowskiego, równiez wygłodzonego
i znuzonego a na szronem okrytym jeszcze smugu
odpoczywającego. Ległem po za (irzmotem, pomiędzy
otaczającymi starego naszego wodza oficerami.
W tern Grzmot przemówił do dowódzcy:
- Ojcze! co zamierzasz uczynić z przyprowa-
dzonymi przezemnie jeńcami?
- Powiesić psie bestye! - wpadł na to jak
zwykle szorstko i gburowato, lezący z drugiej strony
wodza Dolnicki.
(irzmot oburzony. trącił mnie łokciem niezna-
cznie, gdy Czachowski i inni oficerowie na to
milczeli.
- Przyznam się - wymówiłem - ze nie pojmuję
jak podobna dzika rada, mogła wyjść z ust olicera
Polskiego? Toż Moskale mieliby zupełną słuszność,
gdybyśmy ją wykonali, powiedzieć, żeśmy ich prze-
szli w barharzyństwie. - Na moją ohronę ohudwu
jeńców, Czachowski rzekł:
- A wiesz przecie, że twierdz nie posiadamy, aby
ich gdzieś zamykać? Postępowaliśmy z nimi ła-
godnie z początku, i puszczaliśmy opatrzywszy
jeszcze w pieniądze na drogę, sądząc, że to na tę
dzicz wpływ przychylny nam wywrze. Zaledwo
jednak puszczeni przez nas na wolność oddalili się
? jaką milę, to odpłacali się zaraz: rabowaniem
l podpalaniem wiosek. oraz mordowaniem spokoj-
uych ieh mieszkaliców. broniących swego mienia.
Ale ja stałem mocno przy ocaleniu rannego
138
kozaka, mając jakieś przeczucie, ze darowane mu
życie, przyniosłoby wiele korzyści naszej świętej
sprawIe
- Więc cóżbyś z nim zrohił'? - wymówił zwró-
cony do mnie opryskliwie Czachowski. - Przecieź
wiesz, ze szpitala nie mamy, więc leczyć go ani
też wozić z sobą nie mozemy?
Ja odpowiedziałem na to, ze posłałbym po
podwodę do Majdowa, i odesłałbym rannego ko-
zaka do lazaretu wojskowego w Radomiu.
Zadumał się Czachowski a potem . przystał na
moją propozycję, i kazał kozaka odesłać do Ra-
domia.
Oddaliłem się, dla wydania odpowiednich roz-
porządzeń. Przystąpiłem tez do wozu z rannym,
który zastałem otoczony przez kilkudziesięciu po-
wstańców, odgrazających się jeńcom. Ranny trząsł się
od zimna i przerazenia. Zestrofowawszy młodzież,
za niewłaściwe postępowanie z jellcami wojennymi,
oddaliłem ją od wozu, a przystąpiwszy do rannego,
pozdrowiłem go uprzejmie po moskiewsku.
W wybladłego jeńca widocznie nowy duch
wstąpił; radość objawiła się w jego twarzy i oczach
a sądząc. ze byłem ofieerem moskiewskim, podniósł
palce ręki prawej. salutując. Mówiłem do niego
długo uspakajając i zapewniając, ze mu włos
z głowy nie spadnie, bo gQ do lazaretu w Rado-
miu odsyłamy. Następnie zacząłem go nawracać
na naszą stronę. co widocznie głęboko trafiło do
jego przekonania.
.Jednocześnie z kozakiem wprawiliśmy ze
smugu i podwodę włościańską, ze Starachowic, do
139
omu, wskazawszy jej którędy ma jechać, i ze musi
-milczeć, zkąd ją odprawiliśmy. Sami zaś, około
.godziny 12, ruszyliśmy w dalszy marsz, pozywieni
zaledwie po skrawku chleba; okolica bowiem, przez
którą przechodziliśmy, jest nadzwyczaj ubogą.
PomaszerowaMmy naprzód na południowy
zachód drożyną jak po stopniach, bardzo stromą,
w dół z tych wysokich i spadzistych gór, do za-
kładu żelaznego, Mroczków rządowych. Nie docho-
-dząc do samego zakładu jako na zewnątrz horów
już znajdującego się, gdyśmy doszli do drogi, od
niego do drugiego zakładu, Aleksandrowa, prowa-
dzącej - skręciła kolumna nasza w prawo, idąc
'prosto na północ. Nie dochodząc do fabryk znowu,
zrohiliśmy obrot w lewo, i poszliśmy na zachód.
Gdyśmy w tym kierunku do!'zli do traktu bitego,
"Z Szydłowca na Chlewiska, Aleksandrów, Nieklań
i inni pomniejsze miejscowości. od H.adomia do
Końskich wiodącego, skręciwszy w lewo, poszliśmy
-na południowy zachód.
Nie dochodząc zaś do Niekłania. nie daleko tegoż,
zrohiliśmy w głuchych borach ohrót nowy w lewo,
i z traktu. wszedłszy w wysokopienne a dość gęsie
łasy, podążyliśmy niemi na wschód. z jakie 2U()O
kroków. l 'rzeszedłszy obok stożkowatego wzgórza,
wierzchołek którego płaski, zaledwie dwa do trzech
morgów liczący, na około po hrzegach jakby omu-
1'O\\'any ułożonemi pojedyńczerni ogromnych rozmia-
rów, ho od {) do 40C] melrów głazami, który lud
--okoliczny Piekłem nazywa - rozłożyliśmy u wscho-
.dniego jego podnóżka nasz obóz.
Głód i pragnienie nadzwyczaj nam dokuczały
140
a słońce stojące jeszcze wysoko tego dnia, dosyć-
przygrzewające w sosnowych borach, zwiększało.
jeszcze to ostatnie.
Zaczęliśmy szukać wody. Była ona wprawdzie-
na zewnątrz lasów, pod Niekłaniem, lez z tych
zabroniono nam się wychylać, aby zawczasu nie.
zdradzić naszego w tych strunach pobytu. Musieli-
śmy więc pić wodę z dołów, po wykopanej rudzie
zelałmej. Woda 'a była czerwoną, a co gorsza,..
mnóstwo robactwa białego, pojedyńcze sztuki któ-
n'go do paru cali długości dochodziły, w niej pły-
wało, co straszne obrzydzenie sprawiało, ale ogrom
pragnienia, był silniejszy po nad wstręt - i piliśmy
ją, wprawdzie zagotowując w garkach poprzednio-
ze szczyptą herbaty. A ci, co jej nie mieli, musieli
pić czystą.
Kawalerja nasza dostarczyła nam dnia tego,..
na sprowadzonych naszych furgonach, zapasy: chle-
ha, krup, jagieł, słoniny, wódki i kartofli, któremi
pusililiśmy się zresztą, po tak długim głodzie.
Rano, dnia 19 kwietnia, około godziny 9, od-
dział Kononowicza przymaszerował także do nas,
stosownie do polecenia, przesłanego mu przez Cza-
chowskiego. X. Augustyn Konarski. przed wysta-
wionym obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej
w srebnej sukience z białemi firankami - widocznie
z kościoła jakiegoś pochodzącym - bo i aparata, li-
chtarze cynowe, światło duże woskowe. kropielnica
miedziana, krzyż cynowy na ołtarzu, kielich i wszy t-
kie przybory do mszy świętej, dowodnie to wska-
zywały - odprawił nam mszę, kt(lrej pod bronią
141
z calem skupieniem wśród borów tych wysłucha-
liśmy.
Oddział powyzszy maszerował ku nam w nocy r
niepostrzezenie przechodząc przez wieś Grzybową-
górę, i mając na czele tylko kapitana Ludwika Mi-
(-halskiego, od 7 kwietnia dodanego Kononowiczowi
na instruktora. Bo tak Kononowicz, jak majo-
rowie Trzciański i Sadowski, zabrawszy z sobą
po jednej kurjerce, których trzy w puszczy Kozie-
nieckiej, dla załatwienia interesów tego oddziału,
utrzymywali, przebrani w suknie cywilne, odjechali
ud oddziału, dla łatwiejszego upozorowania i w in-
teresie tegoż wstępując do dworów. Tymczasem
w (irzyhowej górze, prawie w połowie tejże, wśród
<:iemności nocnych spotkał się oddział z kolumną
moskiewską, dowodzoną przez jakiegoś podpułko-
wnika z Hadomia, z przeciwnego kOlica dopiero co-
" eszlą.
awrzała pomiędzy niemi bitwa.
Moskale pierwsi dali ognia ze ściśniętej swej
kolumny pomiędzy płotami. Ogieli ten niespodziany
oświecił naszym drogę, oraz ukazał, z ilu mają do-
czynienia.
Strzelcy na sygnał :Michalskiego rzucili się przez
płoty w prawo i w lewo, i za chałupami bipgnąc,-
z za budynków zaczęli razić celnemi swemi strza-
łami ściśniętą kolumnę nieprzyjacielską.
Kapitan Michalski, po ustąpieniu strzelców r
mając plc otwarty do ataku, rzucił się z kosynje-
rami na Moskali, rąbiąc od czoła.
Nieprzyjaciel ujrzawszy. że z atakującego za-
mienił się na atakowanego, i do tego z trzech stron"
H2
zwłaszcza kosami masakrowany, zaczął spiesznie
się cofać. Gdy zaś podpułkownik padł, porwali z
sobą ciało jego, i w największym popłochu uciekli,
nie oparłszy się az dopiero w Radomiu.
Michalski, zabrawszy hroń po nieprzyjacielu,
szczęśliwie oddział doprowadził do nas, a w krótce
Kononowicz i Trzciński się w obozie naszym zjawili.
'Tak więc 650 powstańców pohiło co najmniej dwa
razy tyle regularnego żołnierza. a są u nas tacy,
co powątpiewają o waleczności bojowników 7. r.
1H63. -Leży chory lew, ot go i kopnie nogą osieł,
chućby pański...
Ku wieczorowi tegoż dnia, zgłosiły się z Ra-
domia trzy młode kobiety niby do objęcia zarządu:
kuchni, pralni i posług kurjerskich naszego obozu,
i przyjęte do tych obowią7.ków zostały; co lepza,
jakiś skrzypek w obozie Grelińskiego się znalazł,
i już tan y rozpoczęto.
Będąc nieprzyjacielem pohytu kobiet w obozach
powslańczych, gdym nadto usłyszał obok leżących
kosynjerów sarkania, z dworna towarzyszami z Ra-
domia udałem SIę do Czachowskiego.
ZblilYwszy się do jego szałasu z gałęzi. usły-
szeliśmy rzępolącego grajka, i ujrzeliśmy trzech mło-
kosów, prowadzących tany z jakiemiś czerwonemi
krępemi dziewkami, W stroju przedmieszczanek.
Przypatrzywszy się im z bliska, gdy żaden z nas
nie mógł sobie przypomnieć, aby te twarze kiedyś
widział przedtem; posłałem jednego z towarzyszów
po innych z Radomia powstańców, a do klasy rze-
mieślniczej I przedmieszczańskięj nalezących.
(dy i ci, przybywszy, orzekli, że żadnej z nich
143
nigdy nie widzieli, wystąpiłem wtedy śmiało przed
dowódzcę.
_ Ojcze - rzekłem - racz rozważyć, ze wię-
kszoŚĆ naszego oddziału składają wieśniacy i mie-
szczanie. Ludzie ci, nie pojmujący dziś jeszcze do-
kładnie, co t.o jest ojczyzna, stanęli z nami do
szeregu, w przekonaniu, Ze idą bić się za uciskaną
i prześladowaną przez Moskwę świętą naszą wiarę.
Jakże się przeto moze patrzeć lud, tak jak nasz
religijny, na pobyt w obozie naszym kobiet? -
i na ten temat rozwiodłem się szeroko, dowodząc,
Ze lud nasz kobietę u<!zciwą widzi tylko przy ognisku.
domowem.
(idym zaczął moją przemowę, Czachowski spo-
chmurniał; ale w miarę słuchania oblicze jego wy-
pogadzało się, a kiedy doszedłem do końca. zw ykły
jego rubaszny uśmiech się pojawił. Wydobył 3
pięciorublowe banknoty, i kaZdej z trzech kobiet
powstańców po jednym doręczając, podziękował
grzecznie za ich dobre chęci, i kazał, by wróciły
zaraz, zkąd przyszły.
Około godziny 6 w. zbliżyła się znowu jakaś.
muzyka: z dwóch skrzypek. klarnetu, basów i lJrzę-
kadeł, a za nią wjechał w nasz obóz Stamirowski,
b. oficer kawalerji moskiewskiej, rozbitek z oddziału
Łakińskiego, doŚĆ wysoki i przystojny blondyn, około
40 lat liczący, na dzielnym koniu, po krakowsku
przebrany: w karazji białej z amarantową suknią,
obficie sieczką i różnemi świecidłami wyszytą. pa-
senl rzemiennym, z kosztownemi świecidłami i takimiz
kółkami, z amarantową kl'akuską z białym baran-
kiełl1 i pękiem czaplich piór, drogocenną spinką do.
144
niej przypiętych; kara hela, ostrogi, czaprak na ko-
niu amarantowy z białemi po rogach srebrnemi
polskiemi orłami- wszystko to bardzo ozdobnie, i niby
to patł:iotycznie wyglądało. choć nieco teatralnie.
-Szarfę miał przez ramię szeroką, trójkolorową, puł-
kownikowską. Za nim postępowało 45 kawalerzy-
stów, trochę z kozacka ubranych, na dzielnych ko-
niach. Z miny ich wyglądało zawadjadwo, męztwa
jednak i karności widać wcale nie było. Za nimi
jechała kawaler:ia nasza, z por. Wielobyckim wy-
słana z rozkazem Czachowskiego do Stamiro\Vskiego,
by stawił się natychmias z oddziałem swym
w ohozie jego jako naczelnika sił zbrojnych wo-
jewództwa.
Stamirowski i jego towarzyszy spodziewali się,
swym hucznym a fantazyjnym wjazdem wywrzeć
wielkie na nas wrażenie. Tymczasem wiara nasza
leżała sobie i wypoczywała przy ogniskach a na
sprawiony rzępoleniem ich muzyki i cymbałków
hałas, zaledwie raczyła podnieść gdzie niegdzie
głowę.
Powstanie 1863 r. było zanadto moralne, by
znosić jakiebądź u siebie komedje.
Ja zaś, ponieważ wiedziałem, co się właści wie
święci, poszedłem natychmiast wraz z (irzmotem
do Eminowicza, i byliśmy świadkami, jak Stami-
rowski 'nadjechał i -z tęgą fantazją broń swą przed
Czacho wsk im sprezentował a następnie złożył mu
raport. \V ojewoda nasz, powstawszy z burki, na
której w szałasie odpoczywał, wyszedł do niego,
przyjął raport, ale bardzo obojętnie; nastę-
145
'Pnie pochmurnie wyrzekł dOI1, wskazując mIejSCe
we wnętrzu obozu:
_ Tam stall z twą kawalet:ią! - a obróciwszy
się doń tyłem, wszedł z powrotem do szałasu i po-
łozył się znów na burce.
Stamirowskiemu bardzo zrzedła fantazja, po ..
powyzszem przyjęciu go przez naczelnika, a być
moze i przeczucie coś mu niedobrego szepnęło. -
Przed jakimś bowiem czasem, dowódzca nasz, otrzy-
mał od Rządu Narodowego lakoniczny bardzo rozkaz:
cStamirowskiego, mianującego się niewłaściwie puł-
kownikiem, zawezwać i rozstrzelać, a oddział jego
kawaleryjski wcif:lić do swego». Stamirowski wi-
docznie domyślał się, ze jego rabunki i gwałty na
sucho nie ujdą. Zaledwo się dowiedział o zblizaniu
naszego oddziału, natychmiast z sąsiedztwa ucho-
dził, tym tez sposobem i o wyroku na siebie Rządu
Narodowego nie wiedział dokładnie.
Gdy wówczas nie znaliśmy powodów powyz-
szego, doraźnego wyroku, przeto postanowiliśmy
z Grzmotem, przez Eminowicza i innych oficerów,
wpłynąć na Czachowskiego, aby pod pozorem, ze
juz wieczór właśnie zapadał, a w nocy wyroki
sądów wojennych się nie wykonują, - wyjednać
«;>dłożenie, spełnienia takowego przynajmniej do
Jutra.
Wiedzieliśmy bowieni, iz Moskwa gromadzi
siły i otacza nas wokoło, a zatem ze i do hit w Y
lada chwila przyjść musi. Postanowiliśmy przeto
z tego skorzystać, aby Stamirowskiego wziąść do
niej, i wystawić na pierwszy ogień.
Liczyliśmy na to, ze kula moskiewska wyrę-
14
czy nas, od spełnienia powyższego, bolelilnego, wy-
roku na rudaka powstańca. Eminowicz i inni ofi-
cerowie, przed którymi zwierzyliśmy się z naszego.
planu, zgodzili się na takowy.
To tez gdy nas wkrótce potem przywołaĆ'
kazał Czachowski, i dał rozkaz złozenia sądu wo-
jennego na Stamirowskiego, prawie jednogłośnie-
oświadczyliśmy: ze tu wyrokować nie ma już co,
tern więcej, ze oskarzenia motywów nie zna z nas-
nikt, a wyrok jest juz gotowy, skoro go Rząd
Nilrudowy wydał; więc dla nas jest jw prawem
nUJwyiszem, którego nikt tu kwestjonować nie-
może. Poniewaz zaś wyroki sądu wojennego nie-
wykonywują się po nocy, przeto upraszamy Na-
czelnika o odłozenie spełnienia jego do jut.ra, do-
światła dziennego. Czachowski przyznał nam słu-
SZłlOŚĆ, i wykonanie do dnia następnego odłozył
O godzinie 9 wieczór przywołał do siebie Czachowski
(,rzmota i polecił mu, aby z wyborowym oddziałem
uderzył na Przysuchę, o przeszło mil 4 od nas,
a dokąd na stałe przyszła kompanja Moskali.
Grzmot jak zwykle, delikatnie starał się przed-
stawić niewykonalność tego rozkazu, i Czachowski
przystał na to, by zaczekać do jutra na dukładniejsze-
infurmacje.
Około północy odebrał tez rzeczywiście Cza-
chowski wiadomość, ze nie rota, ale jest d wie,.
nie w Przysusze, lecz we dworze R.zeczniowskim,
własności nędzników, Krtigura i Przybylskiego. Spo-
jone niby to przez nich, nocować mają w dwor-
skich stodołach. I że ciz oczekują naszego przy-
bycia, a z łatwością je pobijemy, i zabierzemy do.
147
niewoli. Cała ta wiadomoć wydała się wielce po-
dęjrzaną, jedno tylko było pewnem, ze ci nikczem-
nicy poslarali się poslawić pomięu.zy sobą a nami
siły nieprzyjacielskie. w obawie, abyśmy ich czasem
w ich mająlku, nawidzieć nie zechcieli, i jako no-
torycznych zdrajc,',w do odpowiedzialności nie po-
ciągnęli.
10
ROZDZIAŁ Y.
Bitwa pod Skłobami i Stefankowem.
Gdy szarzeć na niebie zaczęło; dnia 20 kwie-
tnia, zawiadomiono mnie, że wydalone wczoraj ko-
biety, jakimś sposobem dostały się z powrotem
w nocy do obozu, nocowały w tymże, i właśnie
teraz wynosiły się z niego. - Natychmiast zdałem
raport naczelnikowi o tym nieporządku wedet.
Rozpustnice te zuchwałe, zaraz za linją wedet przy-
trzymane i sprowadzone, po odliczeniu każdej
po kilka rózg na drogę, już na dobre precz wy-
prowadzono.
Dnieć zaczynało. Czachowski na czele: jednej
kompanji swojej i jednej Łopackiego, w broń palną
zaopatrzonych, i dwóch kompanij: swojej i galicyj-
skiej kosynjerów, oraz kawalerji: całej Stamirow-
skiego wraz z jej dowódzcą, oraz majorem Ło-
packi m, - zdając zarazem ogólną komendę nad resztą
naszego i galicyjskiego oddziałów, na zostającego
w obozie ze swym oddziałem Kononowicza - wy-
ruszył z niego na zachód.
Gdyśmy doszli do traktu bitego w prawo, po-
maszerowaliśmy nim na północ, przy zachowaniu
149
zbyt rozciągniętego szyku naszej kolumny. Stami-
:rowski, z dodanym mu do towarzystwa naszym
kawalerzystą, jechał sam w szpicy na!i'zej kolumy.
Było już dobrze po godzinie 7., gdy szpica
,nasza doszła, w lasach wsi Skłoby, niedaleko za-
kładu fabryk żelaznych rządowych, domków gór-
niczych, zwanych Stefanków. Naraz z lasu, po lewej
stronie drogi, zagrzmiała do niej długą linją salwa
karabinowa. Z tej przekonaliśmy się dopiero, że
wróg, naprzeciw któremu maszerowaliśmy, lepiej był
.od nas obsłużony przez szpiegów. My bowiem nie
wiedzieliśmy dokładnie jak obecnie daleko jest od nas ?
Ukrył swych żołnierzy po za drzewami, ażeby
niewidzialnie mógł obserwować każdego, ktoby się
zja wił na trakcie.
Dlatego też Stamirowski z Gawrońskim nie
ostrzegli Moskali, choć już na sam środek ich
szyku wjechali.
Za głowę Czachowskiego rząd carski wyzna-
czył wysoką cenę. Moskale przed nami będący,
.a na wet i inni, nie znali osobiście Naczelnika. Gdy
przeto ujrzeli przed sobą, ubranego tak kosztownie
z taką fantazją i ozdobami, a nadto przepasanego
pułkownikowską szarfą, Stamirowskiego - byli naj-
pewniejsi, że mają przed sobą Czachowskiego.
Nie zważając przeto, że przez zawczesne da-
nie ognia do dwóch tylko powstańców, zdradzą
własną zasadzkę; sypnęli ogniem całym frontem, aby
tylko domniemany Czachowski im nie uszedł. Tym
sposobem ocalili nas od klęski, jaką mogli byli nam
zadać; a sami sobie zgotowali zgubę.
Stamirowski, tylko ranny lekko w lewą rękę,
10.
]50
z Gawroilskim, którego kule ani drasnęły, - za-
wrócili w miejscu, i jak wiatr w tył do nas uszli_
Pędząc zdaleka, Stamirowski, wydawał już ko-
mendę swej kawalerji, aby cofnęła się w tył; ale-
ta nie czekając na komendę, zaledwo ujrzała i usły-
szała piekielną salwę Moskali, sama dawno dra-
pnęła za piechotę.
Grzmot, jadący konno warjergardzie, zaledwo-
usłyszał ogień moskiEjwski, wnet pospieszył do Cza-
chowskiego, który znalazł gię podczas niespodzie-
wanego przywitania Moskali w samym środku i po-
dąZał teraz na czoło kolumny.
\ / Dopadłszy wodza, (;rzmot zawołał:
- Ojcze! daj rozkaz, aby dwie kompanje ko-
synjerów, które tu nie będą potrzebne, poszły za
mną. Moskale zrobili na nas zasadzkę, a ja zaś
swoją kompanją i kosynjerami tyły im zabiorę;
gdy ty ich tu zabawiać będz:esz. Zwycięztwo
pewne.
Czachowski wydał żądane rozporządzenie. Sta-
wecki z kosynjerami przeszedł pod rozkazy (rzmota.
Przypadł teraz do nas z powrotem ( ;rzmot,
zsiadł z konia i oddał go kosynjerowi. Sam zaś
stanął na czele naszej kompanji, stojącej zupłnie
na widoku Moskali, a przeszło na 1200 kroków
od nich oddalonej. Kompanja Galicyjska, przez Ło-
packiego dowodzona, rozpoczęła ogień plutonami
a reszta kolumny ustępowała z gościńca za drzewa.
Naszą zaś kompanję sprowadził w lewo z tra-
ktu. Następnie poleca Staweckiemu, cofnąć dwie
kompanje kosynjerskie, które postępowały w środku
kolumny, i za nami postępować.
151
({dyśmy uszli ókoło 600 kroków, prostopadle
-od drogi na zachód, wydał komendę półgłosem, choć
to było w głębi iasów:
- Kompanja lewem ramieniem, naprzód «marsz !:o
A po wykonaniu tego, dodał:
- Kompanja prosto, naprzód «marsz!»
U<;zyniliśmy to, idąc teraz na północ, a równo-
lpgle do traktu. Kosynjerzy szli za nami.
Słyszeliśmy silne salwy karabinowe i okrzyki:
«hura !:o i «ura!» które powstańcy i Moskale, wciąż
ku sobie wysyłali a echo borów wiernie je oddawało
i potęgowało.
Moskiewskie były silniejsze, bo kilka razy licz-
niejsze, a trzały głośniejsze, bo ciągłemi prawie
salwami, jako nie oszczędzających amunicji; podczas
gdy powstańcy, cierpiąc zawsze na brak jej, strze-
lali rzadko, ale celnie.
(;dy (';rzmot obliczył, ze kOJrJpanja nasza sta-
nęła w głębi lasu równolegle po za frontem mo-
!'kiewskiej linji bojowej, a czego dowodziły wprost,
przed nami odzywające się strzały, i zbyt wyra-
źne, silne okrzyki: «urra! urra! urra !:o, wciąż
wrzeszczącej - zatrzymał nas i kazał nam zrobić
front do pleców nieprzyjaciela.
Następnie rozsypał kompanję w jedną. linję
tyraljerską. Za nami ustawił kosynjerów, o trzy kroki
odstępu, a w jedną linję, również długą jak była
strzelców. Kazał kosynjerom kierować się głównie,
na pozostawione przez nas luki; wszystkim zaś
nam, broń Boze, dopuścić się jakiego wypadkowego
strzału, rozmowy, łamaniu gałęzi itp. Kazał iść na
162
)Jalcach. Stanął sam, z rewolwerem w ręku, w środku y
i półgłosem wydał komendę - -naprzód!
Ruszywszy z miejsca, posuwaliśmy się równo-
a bacznie i ostrożnie, zachowując nakazane przez
ukochanego dowódzcę odstępy. Moskale, zajęci cią-
głem sypaniem ognia ze swego zakrycia do strze-
lających do nich Galicjan, którzy podczas naszego
zachodzenia tyłów wroga, bardzo mało naprzód
się posunęli, - żadnej rezerwy swej w. tej stronie nie
pozostawili; przeto doszliśmy nieledwo na kilka
kroków do ich pleców, całkiem niepostrzeżeni.
(;rzmot, widocznie i1la lepszego zamaskowania
się do ostatniej chwili, podnosząc rewolwer, wydał
ostatnią komendę z moskiewska:
- Koledzy! Moskwa przed nami - ognia! - i je-
dnocześnie z nami, p;dyśmy w plecy nieprzyjaciela
sypnęli kulami. zliczął sam strzelać z rewolweru.
Ci, co nie mipli bagnetów, zaczli szybko na-
bijać broń.
Kos}'njerzy tymczasem przebiegli ze swą stra-
szną hronią przez nasze luki, i wraz z bagneto-
wymi wiek1e rzucili się na wroga, tnąc go z tyłu
kosami, kłując bagnetami.
Tuż przed nim stał poduficer moskal, który
długie lata służył na Kaukazie, poznał po głosie
wnet Dobrop;ojskiego: bo trzeba było nieszczęścia-,
że obecny dywizjon, dowodzony przez kapitana Nikiro-
rowa, syna lekarza powiatowego z Radomia, rene-
gata Litwina prawosławnego, - należał do pułku
Smoleńskiego, konsystujęcego w Kielcach a z któ-
rego Grzmot wyszedł właśnie do powstania.
....
153
Ach! i ty odstępco tu - wrzasnął Moskal pod-
oficer - przeciwko nam!
Dobrogojski, który dotąd trzy razy z rewol-
weru wypalił, widział to, i chociaż łatwo mógł da-
wszy skok w prawo zasłonić się drzewem od roz-
wścieklonego podoficera, nie uczynił jednak tego;
lecz stojąc w miejscu, złożywszy się do niego, po
raz czwarty wystrzelił. Lecz tą razą piston spalił
a rewolwer nie wystrzelił. W ślad Moskal, podofi-
cer. wystrzelił celnie, i trafił w samą brodawkę
prawej strony piersi rycerskiego Dobrogojskiego;
kula przeszyła takowe na wylot.
Szlachetny, waleczny a mężny wódz zachwiał
się; podskoczyli do niego dwaj sąsiedni nasi strzelcy,
i chwycili go w swe objęcia. Słabym, gasnącym gło-
sem. opuszczając rękę 7. rewolwerem, ale zrozumiale
jeszcze wyszeptał:
- MO)1owski! tobie oddaję komendę...
A gdy mu w lot na piersiach mundur roz-
pięto, chcąc zatamować buchającą na dwie strony
jego szlachetną krew, lejącą się za Ujczyznę, szu-
kał konający bohater ukryte.j na SWł'j piersi foto-
grafii panny P.. z Kielc. a swej narzeczonej; umo-
czył ją we własnej krwi, i podał nam takową,
szepnąwszy:
- Koledzy! to jej na pamiątkę... i w objęciach
strzelców stojąc skonał.
(;dy strzelcy nabijający broń. usłyszeli słowa
podoficera. i spojrzeli na jego złożenie się do Dobro-
gojskiego, porzucili nabijanie, i z kolbami do góry
jak Boża pomsta rzucili się w szeregi mokiewskie,
rozbijając głowy wrogów. Moskale o ile trupem nie
}fił
padli ud strzałów. ::;tras.mych kos. bagnetl)\\I i kolb -
rzucali swą hroił, błagając (I pardon na klęczkach,
z rękami nad głowami.
- Zmiłujcie się! moja matka hyła Polką - krzy-
czeli niektórzy.
Ale nieopisany szał. wzięcia z nich strasznej
pomsty 7.a śmierć nieorliałowanego dowódzcv bo-
hatera, usunął z serc naszych wszelki siad uczu-
cia 1itosci dla tej l"iemnej dziczy. Mordowaliśmy
wszystkich hf>Z pardollu jak wilki wpadłe do dołu.
(:oni1iśmy il.h zawzięcie, a jako młodzi i lze.j
uhrani. niczem do tego nieohladowani. dopędzalismy
żywo. i kaMy swego upatrzonego słal trupem.
\.z3('howski wirlząc, ze l\Io!<ka1e po naszE'j sal-
wie z tyłu .luz pr.leslali strzela do odd7.iału (;ali-
cyjskiego i zae7.ę1i przerażeni nieprzytomnie wyska-
kiwać z lasu na trakI i ucieka jak 7.ające, wslr'.ly-
mał ogieli. i z reł:iztą przy nim będących powtal\-
cńw, galopując, sam poprowadził ich biegiem, na
pierzehają,'ego w nieładzie nieprzyjaciela.
Na całą d1ug08ć nałlzego frontu. żaden z !\ło-
skali, z wyjltkiem olicE'row i !<zarży. nie wys7.E',łł
żywy. .Jen('ów zas. których e"wylaliśmy wprost za
kołnierze, w lot rozbroiwszy, oddawaliśmy kosyn.ierum
z zakazem ich dohijania.
Czę tylko lewego skrzydła mo:-okiewskiego
jako o połowę prze5.f.ło od nas dłuzszego. widząc,
jaki los spotkał towarzys.f.Y, nie c7.ekając lIslatniego
rezultatu hoju. 7.aczęła gwałtownie uciekać na poł-
noc; przed nią rowniez pośpiesznie uciekały i fur-
gony; a za temi jeszcze dalej. w lewo, kozacy, ktl)-
nr pierwsi drapnęli z p1a<"u. nawet nie racz!e ohej-
155
t"zeć się w tył, co też tam się teraz dzieje; toż samo
i rezerwy wspÓlnie zrobiły.
Bijący się na lewem naszem skrzydle. slrzelcy,
widząc powyższą rozsypkę, niezajętej przez nich
reszty linji bojowej moskiewskiej - pozostawili do-
bijanie kosynjerom zajętego frontu wroga, a sami
rzucili się w pościg za uchodzącymi Moskalami,
wołając na gwałt, o wysłanie w pomoc kawaleł:i i , dla
zaskoczenia i powslrzymania w ucieczce reszty
nieprzyjaciela.
\V ezwanie powyższe doszło uszu cwałującego
z reszlą oddziału r.zachowskiego. Nie widząc przy
:"ohie kawaler.ii Stamirowskiego, wysłał po nią na
wałt paru oficpr{lw konno, w tył.
Lecz kawaleł:ja ta zawadjacka, gdy przy rozpo-
częciu się hilwy przeleciała jak wicher po obu
hokach kolumny w t}"ł, ani weź nie dała się nigdzie
w lesie odnaleźć. (idy w miarę przedłużania się
walki, liczba strzałów i krzyków: «hurra!. i «urra!.
wzrastała, a do tego echo okoliczny('h gór i borow
do nieskończoności tę wrzawę potęgowało. tak że
.już i przerwy pomiędzy niemi rozpoznać trudno
hyło; lęk ją zac7ął taki opanowywać, że powiązała
konie do drzew, i gotowała się do drapnięcia dalej
w las. Skoro za5 usłyszała naraz zwiększoną iloŚĆ
strzałÓw, po wydanej nam komendzie lirzmota,
a następnie icł-. przvciszenie i tylko pojed'ilcze
strzały, tchorze ci, sądząc, że Moskwa nas już zja-
dła i teroz tylko nas dogryza, spiesznie od koni
zaczęli uchodzić w głąh lasu. Oficerowie, wysłani
przez (:7.adlowkiego po nich, nie zastawszy ich
151)
przy koniach, zaczęli dopiero szukać ich po lesie,
i drżących do koni sprowadzać z powrotem.
W miarę jak ktory w lesie pokończył z mo-
skiewsą linją, biegł zaraz na północ, w kierunku
powtarzających się rzadkich jeszcze strzałów.
Wypadłem i ja z lasu, i ujrzałem właśnie jak
Suski, geometra prywatny z Radomia, wraz z kil-
koma powstańcami, ze sztućca belgijskiego, z ucho-
dzących w cwał przez pola niezmiernie daleko trzech
furgonÓw nieprzyjadelskich, siedzących na nich kilku
moskali jak gruszki z drzewa zhijali, bez chyby.
Inni zaś strzelcy, którzy przedemną z lasu
wypadli, w półkole rozsypani otaczali jakieś ogro-
mne głazy narzutowe, obficie pod w.sią Stefankowem
leżącf' a po polach porozrzucane Tu z po za ukry-
cia. Moskale, co zdołali jeszcze uciec z życiem z 1asn,
leżąc za nif'mi. pojedyńczo się odstrzeliwali. Połą-
czyliśmy się z naszymi, przedłużając ich łańcuch a ob-
chodząc miejsce zasiane olbrzymiemi kamieniami,
zaczęliśmy z boków razić slrzałami, ukrywających
za niemi nieprzyjaci,..ł.
Ci podniełi się wkrMce z ziemi, i po za domki
1.lrnicze uchodząc, zaczęli znów do nas strzelać.
Powt()rzyliśmy p<'wyższy manewr. biegnąc
i strzelając wciąż, czem znów przerażeni. uchodzili
gwahownie dalej traktem. bienąc VI kierunku półno-
cnym do mostu na rzece, w tern miejscu głębokij,
jako już blizkif'j wpadu do stawu zakładu huty
żelaznej, Stefanków.
Przyzywaliśmy wciąż na pomoc kawalerję. aby
nam za wodę nie uciekli; oglądaliśmy się biegnąc
167
wciąz naprzód za nią, lecz tej jak zaklętej nigdzie-
widać nie było.
Piechota moskiewska, w liczbie ;)0-60 głów,
uszła więc z rąk nazych przez rzeczony most,
zrywając pokład jego za sobą; i pędziła na łeb
na szyję dalej na północ, znikając nam nakoniec-
z oczu w lasach wsi Rzucowa.
Zerwany most i zniknięcie ich w lasach, do-
piero powstrzymały nasz pościg.
Dopadł nas Czachowski, a poświęciwszy slow
parę rzewnych pamięci (:rzmota, oddał dowództwo
kompanji swej, stosownie do woli poległego boha-
tera, .l\lanowskiemu; lIa mnie zaś zlał obowiązki
starszego sierzanta (feldfebla) tejze. Pochwalił nasze-
znalezienie się. za wierne wykonanie rozkazów i pla-
nów nieodzałowanego Dobrogojskiego.
\V tern przypadła depesza od organi7acji da
C:zachowskiego, zawiadamiająca, że jen prał juz obe-
cnie, Czengiery, wyruszył z silną kolumną i dzia-
łami z Kielc przeciwko nam, i te ma znajdować"
się juz nie daleko od pozostawionego przez nas
obozu naszego, pod Piekłpm. !;formowa1iśmy się-
więc natychmiast w kolumnę marszową i pośpi p-
szyliśmy z powrotem do obozu.
(;rotny widok uderzył nasze oczy, gdy w po-
wrocie nadeszliśmy, na dopiero co przez nas opu-
szczone pobojowisko i slanę1iśmy na chwilę. dla
pozbierania leżącej tam broni car!!kiej, porozrzu-
canej pomiędzy drzewami, krzakami i trupami po-
ległych.
(idyśmy ścigali uchodzącą resztę Moskali. kc-
synjerzy, wid7.ąc, ze w polu nie będą uiyci, od
158
skraju lasu zawrócili na plac bitwy - i tu mszcząc
się za śmierć Grzmota i barbarzyństwa spełnione
przez pobitych Moskali w Suchedniowie i Wąchocku,
oraz za wszystkie krzywdy swoje od carskiej dzi-
czy doznawane, a zarazem chcąc się wprawić do
dokładnego wykonywania cięć i pchnięć kosą, - po-
.siekali na kawałki poległych Moskali. \V śród tego
piekielnego szlachtuza z ciał ludzkich zdołaliśmy
w pośpiechu zebrać przeszło kilkadziesiąt sztuk ka-
rahinów, a pomiędzy temi kilka sztućców strzele-
ckich. kilka rewolwer(,w i tyleż szabel oficerskich
oraz kilkanaście tasaków podoficerskich.
Gdy pilno nam hyło dążyć do ohozu naszego,
pod Piekło. Czachowski przeto wydał rozkaz sołty-
sowi wsi sąsiedniej, aby włościanie resztę hroni
moski2wskiej po lesie w ucieczce poro;r.rzucanej po-
zbierali i do obozu naszego dostawili; za każdą
sztukę wypłacić przyrzekł po rublu srehrem, co też
i dotrzymał. Dał im drugi także rozkaz, aby ciała
posiekanych Moskali pochowali natychmiast.
Zahraliśmy z ohą powyższą zabraną przez
nas broń na trzy furgony moskiewskie. (;dy je uj-
rzałem, dopiero zrozumiałem. dla czego tak gwał-
townie z nich, a głÓwnie z tego, na kt6rym wie:tli
dwa -rotne- OJlromne kotły na 2:)0 lurlzi, wylecieli.
Kotły te były z blachy miedzianej, grubej, je-
den do drugieo wsadzone; otóż kula z naszego
sztućca be1gijskieo, trafiwszy w same centrum den
i przebijając takowe, narobiła takiego zgrzytu
i huku, że Moskale przerażeni wnet odhiegli je. Za
ich przykładem poszli i powożący dwoma innemi
furgonami.
159
Na drugim furgonie znaleźliśmy kilka tysięcy
gotowych ładunków karabinowych. Na trzeciem 1e-
zała: kasza, chleb i wszystkie fraczki, które Mo-
skale pozrzucali, aby swobodniej walczyć, i bili się
tylko w samych szynelach. Oddani przez nas jeńcy
w ręce kosynjerów, gdY8my powrócili, 8tali juz
tylko w bieliźnie i boso, a na co zaczęli się nam
żalić. mówiąc: ie kosynjerzy im zabrali opr(lcz
uhrania i huty, furażerki a także i pieniądze. Na-
kazano natychmiast: zwrócić im, ich ubiory i buty.
Za pieniędzmi zaczęto poszukiwać i sprawdzać, co
kto im odebrał; z czego okazało się, ze tych .jede-
nastu jelic(lw posiadało p...-ą sobie przeszło t tOoO
zł. polskich. .leden starszy felczer posiadał sam
przeszło pięć tysięcy złotych w samych półimper-
jałach. zaszytych w szynelu
(idy znaną jest powszechnie nędza wieczna
u każdego carskiego wojaka, przekonaliśmy się tu
dowodnie, jak wiele w czasie powstania na rabo-
wali ci łotrą. Pieniądze te, odebrano kosynjerom,
i złożono do kasy oddziału. Czy mipl. jeszcze jakie
pieniądze i ile ich posiada1 i inni, obecnie już po-
siekani, i kto je od nich zabrał? - o tern się nikt
z nas dowiedzieć już nigdy nie mógł.
Tak skończyła się ta fatalna dla !\I08ka1i bi-
twa, w której czyniąc na nas zasadzkę, tyle świe-
tnych sukcesu w z niej dla siebie się spodziewali,
a tymczasem ponieśli jedną znajhaniebniejszych
porażek w powstaniu.
Wzięło w niej udział, pru'szło 4(K) piechoty
moskiewskiej i około 6U kozak..w. a 7.alclI1 do :-I(}I'
Moskali.
..::=
160
My zaś mieliśmy z sobą: dwie kompanje strzel-
.cł-m", razem licząc ludzi 18U, uzbrojonych w różno-
kalibrowe karabiny 1. dubeltówki. Dwie kompanje
kosYlljerow. w kosy tylko uzbrojonych. 200; kawa-
lm:ji Stamirowskiego z ł iawrońskim 16 oraz ofice-
rów wraz z Naczelnikiem naszym; razem ludzi 43R
Przez czas naszego zachodzenia tyłu wrogom,
(iali('janie: major Łopacki, kapitan Tabaczyński, ofi-
cer Olszew:5ki i podoficer (;rotl, zostali trzej pierwsi
ranni w lewą nogę a ostatni w prawą rękę ku-
lami. 1\Iy zaś, wśród ataku z tyłu i dalszej po nim
pogoni, straciliśmy, zabitego: Stanisława Dobro-
.gojskiego i ciężko rannego, bo przez piersi prze-
titrze1onego szeregowca: Antoniego 1\Iazura, z \V ar-
S7.3WY, którego jednak nadspodziewanie uratowano
od śmierci i wyleczono potem zupełnie.
a samym zaś wstępie, raniony był Stami-
rowski.
Straty więc nasze w lej bitwie były: Ranych
6. Poległy l. Hazem 7 ludzi.
Na cyfrę.. lo nie wiele, ale ze względu na ja-
koŚĆ osób, były to straly bardzo ciężkie. Strata
Iliezrowllanego Oobrogojskiego była za wielką, w po-
rownaniu do pobitej dziczy carskiej.
Nikt też odtąd nie zastąpił nam ubytku tego
mężnego a bohaterskiego, wysoce utalentowanego
dowódzcy, który ofiarą życia własnego dał nam po-
wyższe świetne i stanowcze zwycięztwo, co rzuciło
popłoch w szeregi wroga; nas zaś podniosło mo-
ralnie i fizycznie, oraz uzbroiło we własną wroga
broń i amunicję. Cześć niechaj będzie wieczna, pa-
mięci tego zacnego polaka patrjoty, dziecka w rę-
161
kach Moskwy, chuwanego i przerabianego na car-
skie kopyto, a który mimo to idąc za głosem kr wi
szlachetnego, męznego, patrjotycznego ojca swego,
męczennika za matkę Ojczyznę. opuścił szeregi
ciemięzcy, porJ:ucił najświetniejszą kaI:ierę, i przy-
szedł do bratnich szeregów, aby dać nam wzor,
przykład, naukę jak się powinno walczyć i ginąć
za wolność Polski. Pomnik mu kiedyś tu potom-
kowie winni postawić.
Zabrawszy z subą drogiego poległego oraz
rannych naszych i jenców, ze zdobyczą wojel1ną po-
maszerowaliśmy pospiesznie, biegiem prawie, z po-
wrotem do naszego obozu, do którego zdążyli8my
() 3 po południu.
Ponieważ rannych, pod eskortą części kawalerji,
wysłaliśmy przodem przed nami, przeto wchodzą-
cych nas pozostali koledzy przywitali entuzjasty-
cznemi okrzykami jako zwycięzców. Opowiadali też
nam, że jak X. Konarski odprawiał na naszą intencj,
około godziny 8 rano, w obozie mszę świętą, tak
zaraz jedna świeca woskowa na ołtarzu zgasła;
o tej samej wła:inie godzinie "rawie, gdy Grzmot
zginął. Przedewszystkiem wyprawiono na kurację
rannych. Następnie, Czachowski wraz z kilkoma
oficerami i kilkunastu naszymi kawalerzystami, od-
prowadził ciało uwielbianego przez nas Dobrogoj-
skiego do Niekłania, i spisawszy akt jego zejścia
w księgacb stanu cywLlnego paralji tamecznej oraz
zamówiwszy i zaspokoiwszy u proboszcza nabo-
teństwo za jego duszę i pogrzeb uroczysty, złożyli
je w kościele na katafalku, w trumnie dotąd uży-
wanej przy odbywaniu nabożeństw żałobnych za
162
dusze zmarłych. - (.;dy przyprowadwnych jeliców
wprowadzono na strażnicę obozową. zaobserwo-
wano, ze wzięty du niewoli dowódzca moskiew-
3kiego dywizjonu, Nikiforów, natychmiast znakami
jakiemś porozumiewać się zaczął z więzionym wspól-
nie znanym policjantem z Radomia. Obecnie już
nie ulegało wątpliwości, że polijant był szpiegiem
moskiewskim. To tez pu powrocie z Niekłania na-
czelnika i spożyciu obiadu, około godziny;) pu
południu, po dopełnieniu sprawdzenia jako jeliey
moskiewscy pochodzą 7. tego samego bataljonu Smo-
leńskiego pułku, ktt'lry tak się zhallhił okrueieńst
wami w zydłowcu i \\"ącluK"ku.. sąd wojenny,
a głównie dla dotl'zymania słowa danego w mIt--
zwie do jenerała Uszakowa, skand wszystkich, wraz
z arestowanym policjaniem oraz z podolicer(.m
zaLran}'m do ni{'woli, jeszl"ze prez Dohrogo.iskiełr:o.
w d. 1"1 kwietnia - na mierc pl'zez powies1ellle.
W dniu t'm sam jel1pn .iuz t}'lko puedstawia-
łem, ie śmiereiq h'go rmlza.;u, na jeńcach pnez nas
\\'kunauą. ł'rwiemr Q!,;tatuią nić związkow z ofice-
rami muskiewskimi. mlln sprzyjając} mi. i głoso-
wałem za rozstre1aniem lal..o\\ ych.
lachetny Dohroojski jUl me. żył. nikt mnie
pl'Zeto więcej nie pOl1arł, dlatego W} rok PUWY7.8ą
się utrzymał. ł'rzysląpionu do wykonania :>traszneJ
egzekucji.
\\.} konanie wyroku. Czachllw:;ki, pll\\ił'rl.ł
kumpanji kosynjerow. \\ ypr(lwadl.iwsJ;f ska:t.3łl-
ców po za oLuz, na małej pulance tui; za nim,
mającej kilkana:>cie dęLow w ukuło niej roną('('h.
prystąpjła ona do wykonania wyroku.
11)3
Usłyszałem, leżąc na ziemi, 110chodzące mnie
głosy, za pośrel1nictwem innych, leżących od tam-
tej strony, przy ogniskach powstańców:
- Ha! jeden już wisi!
- Drugi już \\< isi !
Na mnie rohiły te wykrzykniki bardzo przy-
kre wrazenie. Po nich zawołano:
- Urwał się!
Zapytałem czy nie na jakim starym ł(o po-
stronku powieszono '! - ()l1powiedziano, że zupeł-
nie nowych do tego używają. Hzekłem pr7£to na
głos, 110 1pżących t.)warzyszy:
_ Willocznie człowiek niewinny; pro:icie o łaskę!
Otaczający mnie powstaIicy, jednocześnie za-
wołali :
- Łaski!
W ypal1ł Czachowski zły, wołając:
- Co to za kr.f.yki?
Udpowied.f.iałem śmiało, idąc do niego:
_ Ujcze! wieszany )Ioskal na zupełnie nowym
:,:znurze urwał się. Widać. 7£ je<;t niewinnym okru-
cienstw, za klore ich kard sp.Jtyka. A towar.f.ysze
moi, pros7.ą cię, o łaskę I1la niego.
_ Żal1nej ła",ki! - ol\rzekł rozniewany w(.dz
i d(,dał groźnie. - \V .f.ią" inny postronek, ten lI1o.i;e
hył za cienki, i wies7.ać da1pj!
WI'tJciłem przeto nd swoje miejsce, i usłysza-
łem zaraz na nowo: - Vrwał się, po raz drugi!
\\" ynlllwiłem przeto zn,;w:
_ Willoc.f.nie nipwinny, 7.<1dajcip ła,I.i lila nieo.
11
164
Wipksza znacznie ilość powstańców zawołała
głośno: .
- Łaski!
Na to, Czachowski, wypadł z rewolwerem w ręku
z szałasu i zapytał znów, jeszcze więcej zły:
- Co to znów za krzyki?
OdpowiE'działem mu zn()w śmiało, patrząc
w oczy:
- Ojcze! na nowym. innym postronku, tego sa-
mego drugi raz powieswno, i znów się urwał;
a zatem widać, że jest niewinny. A twoi wierni
zołniere błagają ciebie, dla niego o łaskę.
-- Zadnej łaski! - zagwniał znów rozsierdzony
wodzo - \Vziąść innv postronek i wieszać dalej.
A w łeb palnę każdemu - dodał grożąc swym re-
wolwerem - kto mi się poważy zawołać jeszcze:
-łaski. .
Za chwilę usłyszałem jeszcze znow, po raz
trzeci. . łosy ilne:
- lrwał się trzeci I'"cl.'.!
Oburmny w najwyż...zym stopniu na te mę-
c...arnie nieszc7.ł:"liwego jenca.. nie podejrzywając,
aby to urywanit' się sztucznie urządzonem być mogło,
zerwałem się na rowne nugi, i \\"}"f7.ekłem na cały
głos:
- Widocznie Uog nie chce śmierci człowieka nie-
winnego, kiedy po I'"clZ trzeci wieszany. co I'"clZ na
innym i now}"m postronku, ciągle się urywa. A za-
tem, koledzy. łaski!
.lak jeden zerwał się cały oddział z ziemi
a opierając się na swej hruni, wszyscy razem krzy-
knęli jednogłośnie z całej swej piersi:
165
Laski!
Wypadł wzburzony, w najwyższym gniewie
Czachowski z rewolwerem z szałasu, i znów za-
grzmiał:
- Co to: bunt?
_ Nie ojcze! - odpowiedziałem, występując ku
niemu smiało - to nie jest żaden bunt; lecz Bóg
widocznie nie chce smierci człowieka niewinnego,
kuro oto po raz trzeci wieszany, na co raz innym
a za każdą razą nowym postronku, ciągle się llrywa.
O łaskę dla tego tylko jednego, niewinnego, błaga
cię ojcze cały tak zawsze wierny ci oddział!
po.irzał Czachowski, rzeczywiście cały oddział
jego stał za mną pod bronią i oczekiwał od niego
łaski milcząco: spuścił więc swój rewolwer, i rzekł:
_ .leżeli przysięgnie nam na wierność, i hędzie
z nam! słutyć, to go ułaskawiam.
\\' szedł potem do szała.';u i legł na swej burce.
Udałem się natychmiast do skazańca na polankę,
gdzie oczekiwano rezultatu naszego okrzyku, i oświad-
czyłem warunki, pod kŁóremi może dostąpić łaski.
Blady, przerażony przyjął i wykonał przysięgę,
ktorą odebrał od niego X. Serafin Szulc, ubrany
w komżę i stułę; gdyż spowiadał właśnie tych, co
tego obowiązku przed nim dopełnić się zgodzili
a on przybył lu wraz z od1ziałem Kononowicza.
, . W lat kilka na emigracji, gdy znalazłem !Się
z rzecwnym księdzem razem w l\Ionachjum, przy-
znał się dopiero, że gdy ze spowiedzi dowiedział
się, że podoficer wzięty do niewoli przez Dobro-
gojskieg " , a nim był właśnie wieszany, nazywający
się Antoni Turlin, r(dem z Króleslwa, powiatu
11.
166
Olkuskiego, religji rzymsko katolickiej, tylko dług
już służył poprzednio w głębi Rosji, i dla tego po
części zapomniał swego języka ojczystego, a przy-
tern zaczął go zapewniać o swojem przywiązaniu
do wiary ojców i swego kraju - postanowił go
uratować od śmierci. Uprosił w tym celu jednego
z kosynjerów, że ten podając nowe postronki, ta-
kowe kozikiem podrzynał, w skutek tego i urywania
się powyższe wieszanego następowały.
l:dym wrócił z jeńcem uwolnionym, zabrałem
go bowiem do naszej kompanji, ujrzałem obok po-
wieszonych dwóch, i naszego szpiega policjanta.
chłopa zaledwie 28 lat mieć mogącego, dawniej
przystojnego blondyna, a obecnie strasznie wyglą-
dającego w swej carskiej skÓrze (mundurze poli-
cjanckim) z językiem na zewnątrz wywalonym.
Umiesciwszy uwolnionego pod opieką innych towa-
rzyszy, którym oświadczyłem, że ten w naszej kom-
panji hędzie odtąd służył, usłyszałem znÓw na około:
- Oho! trzeci już wisi! - i tak po kolei aż do
siódmego.
Naraz słysz, że mnie wołają.
Coś chce mówić, ale nikt go nie rozumie,
bo po moskiewsku coś gada - proszą więc mię.
abym tłómaczył. .
Władając językiem moskiewskim, pobiegłem,
sądząc, że jaką tajemnicę skazaniec chce wyjasnić.
Gdy przypadłem do niego zwolniono go z ł-"4k trzy-
mających za ramiona kosynjerów, z założoną mu
już peUą na szyi; obrócił się twarzą do dębu, na
którym mieli go powiesić, zwiesiwszy głowę w dół,
i machając prawą ręką, mówił po moskiewsku:
161
Car bije! Bóg bije! Zwierzchnicy biją! Bieda
bije! A teraz i Polacy juz biją!
Odwrócił się naraz frontem do nas wyprosto-
wany, podniósł głowę, i plecami przysunął się do
dęha i dodał sarkastycznie:
- To juz teraz wieszaj, bracie!
\Vytłómaczyłem kosynjerom tę rozpaczliwą
skargę przed samym sobą, i jego niewolniczą de-
terminacją; a ci go natychmiast powiesili. Sam zaś
poszedłem w tył, przejęty zgrozą na tę ciemną,
zwięrzęcą, hezmyślną, a zawziętą nieszczęśliwego
do nas nienawiść.
Słyszałem znow głosy jeszcze dalej liC7.ące
wyegzekwowanych, aZ do dwunastu, a po tej cyfrze
wydany okrzyk zgrozy:
- A to się dopiero uhrał!
Domyśliłem si, jakie niehezpieczeństwo nam
grozić moze.
W padłem na plac tracenia. Okropność! W szy-
scy dwunastu wisieli na dwunastu dębach, w fore-
mne koło rosnących, zwróceni twarzami do siphie
Jedenaslu carskich niewolników wojskowych wisiało
tylko .łUŻ w samych koszulach. Ostatnim ,"lraconym
hył dywizjoner, Xikiforów. Slraszną hyła śmierć
jego, jak mi opowiadali ohecni.
-'łusiał howiem patrzeć na skon jedenastu
swuich spo1ników zhrodni, zanim sam zawisł na hań-
biącem drzpwie. C idy go nareszcie powieszono ze
związanpmi w tył rękoma, osobnym sznurem w pa-
sie przytwierdzonym, ręka jego lewa wymknęła
się jakimś sposobem z peslronka - hył silny, krępo
zhudowany mężczyzna: - skoro więc petła zaczęła go
168
mocno dusić, miał robić bardzo silnie piersiami
kręcąc się; rzucając i podnosząc w górę uwol-
nioną z więzów rękę po trzykroć, otwierał swe
oczy i podnosił się siłą wewnętrzną, podnosząc
się w górę na duszącym go sznurze, a chcąc schwy-
ciĆ nią za konar, na którym go powieszono. Lecz
gdy ten był przeszło na parę łokci nad głową jego.
wyżej położony, przeto go nie dosięgnął.
Oględziny wisielców przekonały mię, że wszyscy
oni byli zarażeni. Doniosłem o tern do sztabu; na-
tychmiast kazano spalić całą ich odzież i bieliznę.
Taki był stan wówczas carskiej armji. wysłanej na
zniszczenie nieszczęśliwej mej ojczyzny.
O zmroku odcięto ciała powieszonych. i w wy-
kopanym w lesie, pod Piekłem, dole wspólnym po-
grzebano.
O dwunastej w nocy. a byłem dyżurnym, przy-
stawiono mi z wedet, od strony Niekłania, trzech
włościan, aż z okolic l\1niowa ścieżkami górskiemi
przybyłych spiesznie do nas. Oświadczyli oni, że
mają bardzo pilny interes do Czachowskiego. Ode-
szliśmy z dowódzc.ą i tl'zema wieśniakami trochę
na bok od niespiących je8zcze powstmiców, a to
na żądanie ostrożnych tych, a prawdziwie patrjo-
tycznych wieśniaków. którzy z niekłamanem uwiel-
bieniem powitali starego wodza, donosząc: że je-
nerał Czengiery wyszedłszy z Kielc. zajął na nocne
leże ich wieś. l\hliów, idąc na nas z siłą: dwóch
bataljonów Smoleńskiego pułku piechoty, dwoma
szwadronami dragonów. trzema sotniami kozaków
i czterema działami. Jutro zaś rano maszerowat:
będzie na nas traktem bitym, idącym do Koń:ikich:
189
ztąd zaś przejdzie na Nikłań, by uderzyć niespo-
dzianie na nasz obóz. - Poczciwi wieśniacy, z na-
rażeniem własnego życia, przynieśli nam tę istotnie
ważną wiadomość.
Uściskał stary wódz również starych a patrjo-
tycznych włościan, a dziękując im za przestrogę
i ich poświęcenie, wtykał im do rąk po [) rubli
srebrem każdemu. Lecz zacni ci. a prości na po-
zór ludzie,. zwrócili mu pieniądze ze słowami:
_ .Tpnerale! - tak bowiem WSZYSCy włościanie
tytułowali naszego naczelnika. - Iy przecież choć
chłopi, ale także Polacy! - i mówili dalej również
szlachetnie i patrjotycznie, kończąc tak: - Pobij
jenerale i wypęrlź z kraju. a nas już raz uwolnij
od :\Ioskali, to najlepiPj nas zapłacisz. A pieniądze
więcej ponoś wam potrzebne jak nam, chłopom.
Uściskaliśmy wszyscy zaenych chłopów, i zaraz
wypruwadziliśmy ich za wedety. Czachowski dał
mi natychmiast rozkaz: ściągnąć wedety, wysłać
odpowiednie dyspozycje podjazdom; udać się do
obozu Kononowicza. zbudzić go i zawezwać. do
siebie, oraz kapitana Markowskiego, który objął
dowództwo oddziału galicyjskiego po rannym ma-
jorze Lopackirn. a także szefa sztabu Eminowicza;
niemniej zbudzić wszystkich powstanców, kazać
im stawać natychmiast do szeregÓw pod hroń, oraz
ognie gasić.
(idym wykonał powyisze zlecenie i rzeczeni
wyżej oficerowie przyhyli, po naradzeniu się z Emi-
Dowiczem, wydał Czachowski rozkazy: natychmia-
stowej!o wymarszu z obozu pod Piekłem, i wska-
170
zał każdemu inną drogę i dalszy marsz, aż do
punktu zbornego, w la:;;ach za Salachowym borem,
o mil 8 ztąd na południo-zachód od mia<;ta Koń-
skich, a 21 kwietnia był terminem przybycia na
miejsce.
ROZDZIAŁ n.
Od 21 kwietnia do 3 maja.
W kilka minut, po 12 w nocy, trzy oddziały
nasze, stały już sformowane w trzy kolumny po-
chodowe, jedna za drugą; ogniska zalewano i ziemią
narzucano. O godzinie 1 po północy, wśród nad-
zwyczajnej ciemności w wysokopiennych a dość
zwartych i podszytych, bo mięszanych tych lasach,
wyruszyliśmy, ręką namacując poprzednie roty, po-
stępując na południe.
Wyszedłszy z lasów, na wschód od wsi Nie-
kłania, od drogi bitej od tej wsi ku Odrowążowi,
oddział Kononowicza, idący w al'jergardzie, odłą-
czył się i zawrócił na zachód od Niekłania, by
pójść na południowy zachód, górami Niekłańskiemi
i Stąporkowskiemi, pokrytemi borami; aby niemi
od wschodu i południa obejść najkrótszą drogą
miasto Końskie z załogą moskiewską, a następnie
przejŚĆ w lasy Budy l\Ialenieckiej i Radoszyckie,
i dopiero kuło Salachowego boru zająć stanowisko.
Oddział zaś nasz z (:alicyjskim, podąZył na
wschód, ku Udrowążowi. Uszedłszy wspólnie dobre
pół mili, oddział (.a1icyjski, z arJergardy podobnież
17t
się oddzielił, i podążył też na południowy-zachód,
rownolegle do oddziału Kononowicza, a oba (J()
prawej stronie rzeki Czarnej. temiż samemi górami
i lasami; dopiero w borach Rudy Malenieckiej,
i przeszedłszy na jej lewy brzeg już w puszczy
Radoszyskieskiej, około Salachowego boru, połączyć-
się mieli z nami.
l\ly zaś szliśmy na wschód, ciągle otwartemi
miejscami, jeszcze z pół mili, a obszedłszy góry
Niekłańskie i Stąporkowskie, doliną rzeki Czarnej,
7.robiwszy pólkole, pomaszerowaliśmy nią na za-
chód.
Pod zakładem huty żelaznej Stąporków, prze-
śliśmy rzekę Czarną, na lewy jej brzeg; i przez
wieś Stąporków pomaszerowaliśmy dalej, na za-
chÓd, z malem nachyleniem ku południowi. Nad
ranem, dochodząc do wsi Czarnej, kawa1erja nasza
w awangardzie schwytała droinika drogi bitej
z Sie1pi do Kielc, w tej wsi mieszkającego, a by-
łego wysłużonego żołnierza moskiewskiego; obe-
cnie, oprócz powyższego zajęcia, szpiegostwem się
trudniącego, który przed godziną dopiero został
wysłany przodem przez Czengierego, dla rozpuzna-
nia dokładnego stanu naszego obozu w lasach,
za Niekłaniem, i zdania mu raportu z tej zdrajczej
misji. Drożnik, gdy ujrzał niespodzianie, na skręcie
drogi, naszą kawa1erję, rzucił się w krzaki, chcąc
się ratować ucieczką; ale ponieważ ten jego ma-
newr wydał się właśnie podejrzanym. przeto szpica
schwyciła go i przyprowadziła do nas.
Jako szpieg moskiewski, był on już u nas
notowanym; gdy i mieszkailCY toż samo stwier-
17!ł
dzili, a w ostatniej indagacji sam zeznał, że jako
dawny żołnierz musiał słuchać rozkazów Czen-
gierego, przeto sąd wojenny miał bardzko łatwą
z nim sprawę - skazał go na powieszenie. Aieby
zaś wsi tej nie narażać na zemstę Moskali, wypro-
wadzono go z niej kawał drogi, ku Stąporkowowi,
i na przydrożnej karłowatej sośnie powieszono.
Zostawiwzy powieszonego na gałęzi, po skon-
statowanej śmierci tegoi. pomaszerowaliśmy dalej
w poprzednim kierunku, idąc wciąż lewym hrze-
giem rzeki Czarnej. u stóp gór i Lorów Krasnow-
skich i 1\Iiedzierskich ku Sielpi, do klórejśmy we-
zli dopiero w kilka godzin po przejściu kolumny
Czengierego przez nią; gdy ta przez KtJlikie poma-
szerowała, ahy napaść nas niespodzianie w ohozie
:7a iekłaniem. Przeszedłszy trakt bity w tej ostatniej
wsi, zawrócilimy w lasach już H.adoszyckich teraz
na połuduiowy zachód. O godzinie 7 wieczÓr, na
smuł!u leśnym, pod 1eśnie:twem Salachowy bór, po-
łączyliśmy się znowu z oddziałami Markow!<kiego
i Kononowicza, upaliwszy jednym ciągiem przeszło
ośm mil hez odpoczynku i pożywienia. Znużeni
i zgłodniali, gdy zakomem]erowano spocząć i po-
łożyć się w miejscu lwz rozpalania ognisk: padliśmy
jak nieżywi, zasypiając snem kamiennym.
Tymczasem (:zengiery przeszedłszy bez zatrzy-
roania się przez !\iekłati - prawie w tern samem
miejscu, gdzie my skręciliśmy na wschód - po-
dzielił kolumnę swą na trzy czści, i poszedł w lasy,
otaczając od północnego zachodu i południa wzgórze
Piekło; a ustawiwszy na zachodniej jako najwznio-
ślejszej stronie płaszczyzny, lasem porosłej, działa.
114
.
zaczął ostrzeliwać obwarowany gałęziami wierz-
chołek, gdzieśmy przed kilku godzinami istotnie obo-
zowali.
(dy po upływie pewnego czasu, tego sypania
z dział kartaczami na wierzchołek rzeczonego wzgó-
rza, nie odbierał z tamtąd żadnej odpowiedzi,-
mniemał Czengiery - że się podstępne a przebiegłe
«Lachy", ukryli i zaczaili za olbrzymiemi głazami,
aby się zawczasu nie zdradzić, że tam obozują. Po
tern ostrzeliwaniu na wiatr, poszła piechota nie-
przyjaciela do szturmu Piekła jak zwykle z dzi-
kiemi, ciągłem i wrzaski: «urra! urra! urra!" sy-
piąc na oślep, rotowym ogniem.
Echo powtarzało, te ich dzikie wrzaski. a Mo-
skale sądzili, że to my im odpowiadamy. Utwier-
dziło ich :ieszcze w tern i to, że wierzchołek wzgó-
rza okrył się dymem wystrzałów.
Niedorzeczna przytem dyspozycja Czengierego,
posuwania z ogniem z przeciwnych stron., wydała
ten wynik, że Moskale zaczęli sami siebie razić.
To powstrzymało ich na chwilę: lecz oficerowie
płazami popędzili ich naprzód, chcąc raz z nami
skOńczyć. Dopiero przy wdarciu się z Lagnetami
między głazy, przekonali się, że zostali wykierowani
na dudk()\v. Znalazłszy zresztą, to co szukał na
górze t. j. mnóstwo wygasłych ognisk i różnych
pozostałości, świadczących, że właśnie tu był oboz
powstańczy, Czengiery, rozes!ał po lesie kozaków,
a sam z częścią dragonów wrucił do Niekłania,
i sposobem moskiewskim, przy pomocy nahajek,
indagował mieszkańców o powstalicach.
Bici i katowani, nieszczęśliwi ci ludzie, jedno-
175
zgodnie zeznali, że wczoraj dobrze po połudńiu
jakichś kilkunastu powstańców konno przyjechało
do kościoła, i złożyli w nim ciało jakiegoś oficera,
co zginął im w hitwie pod Stefankowem, w lasach.
Lecz z jakiego oddziału byli, i ilu ich jest w lesie,
tego nie wiedzą; bo nikt z nich tam nie był.
Udał się przeto Czengiery do kościoła, i za-
stał rzeczywiście ciało, a to tego, którego tak cenił
i przyjacielem swym nazywał, mianowicie: byłego
swego podkomendnego - DobrogQjskiego. Opowia-
dano, że łlapłakał, bodaj czy nie obłudnie, nad
za wcześnym zgonem, tego utalentowanego, boha-
terskiego, swego niedawnego kolegi, i dozwolił
na uroczysty jego pogrzeb. \Vróciwszy do pozosta-
wionej w lesie piechoty, ktÓra myszkując odkryła
dwanaście trupów wisielców, kazał ich wszystkich
na furmanki pobrać.
Ciała te straconych zabrał na swe kibitki. nakry-
wając je rogóżkami, i z kolumną swą podążył pod
Stefankow.
Kozacy jak zwykle, przetrząsający przodem las,
pierwsi natrafili ml straszny plac bitwy wczorajszej,
gdzie znaleźli wszystko jeszcze, w stanie takim sa-
mym. w- jakimeśmy wczoraj go odeszli.
Włościanie bowiem nie posłuchali nas, ale sto-
sując się do praw ohowiązujących, obawiali się
szczątko\\ posiekanych Krzebać bez wiedzy sądu.
Przerazeni widokiem lej jatki ludzkiej, kozacy
uciekli w tył, donosząc, co zobaczyli.
Czengiery wstrzymał kolumnę, i w towarzyslwie
tylko niektórych oficerów i kozakuw. pojechał oglą-
dać pobojowisko. Slrach zmitygował w nim wsde-
1'/6
kłoć ; kazał więc sprowadzić nalychmiasl sołlysów
i włościan sąsiednich w:3i, aby go objaśnili o po-
rażce oddziału Nikirorowa. Wysłuchawszy, na len
raz bez bicia. zarządził pod surową karą: natych-
miaslowe pogrzebanie tego bigosu ze swych rabusi
umundurowanych, posiekanych naszemi kosal!W
Ciała zaś owych wisielców, jako corpus delicli
naszego okrucielislwa, odesłał do Uszakowa, do Ra-
donlła; sam zaś traklem do Niekłania, ze swą
ko1U1l}ną, powrócił.
Zołnierze moskiewscy pocierpli z przerażenia,
gdy im kozacy swym przesadnym sposobem odma-
lowali pobojowisko z bigosem k05ynjerskim: po-
skromiło to zuchwalstwo lej łupieżczej dziczy, jak
wiadomo, tylko takimi środkami mogącej b «prze-
konaną». W powrocie ku Niekłaniowi,olrzymał CLen-
gier' wiadomość od swych podjazdÓw, co były
w ląporkowie, Czarnej, Papierni i innyci1 dro-
hniejszych miejscowościach, a przez które już w dzień
przechodził nasz oddział, że przez te znacznie odda-
lone a na tyłach jego miejsca przeszły znaczne siły
powstalIcze; że powiesiliśmy wysłanego jego szpiega
znÓw przy drudLe, pomiędzy tąporkowem a Clarną,
i lIakoniec najważniejszą: że śpiesznie maszerujemy,
ahy niespodzianie uhiedz Kielce, których załogę tak
osłahił przez wyprowadzenie swej kolumny. Wszy-
stkie podjazdy jednozgodnie powtarzały puszczaną
pl'zez nas pogłoskę o marszu na Kielce, a to niby
tak, od niechcenia i pod wielkiem sekretem.
Przerażony tą ostatnią wiadomością, rozesłał
natychmaist rozkazy do pobliższych załóg małych
miasteczek województwa krakowskiego, aby te śpie-
177
sznie maszerowały na pomoc załodze stolicy, i sam
rorsownemi marszami dązył do Kielc z powrotem;
podczas gdy tymczasem my, doszedłszy do puszczy
Radoszyckie.j i maszerując bezdrożami. znik1imy
w niej wszystkim z oczu.
Uszakow wraz z raportem Czengierego otrzy-
mawszy prezent z dwunastu carskich męczenników,
jako dotrzymanie mu danego słowa, polecił złożyć
takowe w sekrecie w lazarecie wojskowy!Jl.? i prze-
br'awszy ich w mundury napowrót - po kilku
dziennie z całą wystawą i honorami wojskowemi
jako niby zmarłych ze zwykłych chorób w szpitalu,
rozkazał grzebać na cmentarzu prawosławnym w Ra-
domiu. Sekr'et ten atoli na nic się nie zdał, gdyż
wszystkim w mieście dokładnie było wiadome uka-
ranie tych rabusiów i mo!'derców umundurowanych.
Uszakow zawrzał chęcią, wzięcia na nas pom-
sty za śmierć swych zbójów. N:ł głowę Czacho-
wskiego podwyższył cenę. Nas za zawyrokował,
że kaMy z naszego oddziału, coby w ręce jego
dostał się, powieszonym zostanie bez pardonu. -
Odtąd też ani chorych, ani maroderów , ani żąda-
jących choćby chwilowego urlopu do rodziny, nie
mieliśmy. Lekko nawet w bitwach draśnięci nie
chcieli iść na kurację, lecz się wlokąc i przesia-
dując na furgonach leczyli.
\V ydał też Uszakow najgroźniejsze swoim pod-
komendnym rozkazy, zniszczenia naszego oddziału
przed innymi: jakby dotąd co innego robili?!
Na prostych zaś żołnierzach, postąpienie po-
wyższe nasze, wręcz przeciwny skutek wywarło;
gdyż natchnęło ich nieopisaną trwogą, jak to wyżej
178
było powiedziane. Zwali nas odtąd: wcielonymi
szatanami, cwopłaszcziennyje satany.
l czy to w skutek tego, czy tez mowy zmar-
łego kozaka, dość taki wpływ na wysyłanych do
tropienia naszych śladów jego ziomków wywarła,
ze przez dwa tygodnie, wyprawiane na nas. kolumny
moskiewskie, nigdzie nie mogły nas znaleść. Recepta
nieomylna...
Pewnej nocy, o czem będzie nizej. w lasach
Krasnowskich, około północy. przechodziliśmy z catą
naszą kolumną środkiem pomiędzy dwoma wede-
tami kozackiemi, a kaMą z nich zaledwie kilka-
dziesiąt kroków od nas oddaloną; pl'zeto nie mo-
gliśmy pojąć jak się to stać mogło, ze gdy my je
dobrze widzieli a tylko nie zaczepialiśmy - to oni
jednak nie dali znaku, zeby nas, maszerujących w po-
przek, przez drogę, dostrzegli? Wysyłane później na
nas kolumny, przystępowały zawsze do spotkania
z nami trwogą napełnione i nadzwy<,zaj ostrożnie,
az do zbytku, a to tak dalece, Ze gdy z koniecz-
ności, przed nadzwyc7ajuą przewagą wroga, i dla
róznych a nie sprzyjających nam okoliczności,
zmuszeni byliśmy rozsypywać się, cofać a nawet
przebijać przez nich i uchodzić głębiej w lasy - tu
nie odwazyli się potem nigdy głęboko w takowe
za nami się zapuszczać, podejrzywa.1ąc nas, że mv
tylko U'iajemy tę rosvpkę, aby ich wciągnąć za
sobą głębiej w zasadzkę. t,dyśmy zaś przez nich
juz się przedarli lub od nich cofnli, sami się wy-
cofywali spiesznie z lasów, a czemu nie jednokrot-
nie po tem zawdzięczaliśmy, ze nas wówczas zu-
17!ł
pełnie nie wytępili. - Trafić do moskiewskiego
sumienia inaczj -- niepodobna.
W dniu 22 kwietnia, zaledwie zaczynało sza-
rzeć na niebie, gdy dano sygnał wstawać i formo-
wać kolumnę do pochodu.
Jaklez było nasze zdziwienie. gdy kaZdy z nas
podniósłszy się ze smugu leśnego, na którym w sze-
regu lezał, ujrzał odciśniętą na ziemi formę wła-
snego ciała a w tejze kilka cali wody! - Dopiero
poznaliśmy, Ze nocowaliśmy na rudawicy, której
po nadludzkiem wytęZeniu snem zmorzeni nie uczu-
liśmy pod nogami. To tez gdyśmy z ziemi powstali,
dopiero zaczęły nas przejmować dreszcze; lecz gdyśmy
następnie zaraz poszli w dalszy marsz i zaczęli
wdzierać się, coraz wyzej w góry, tośmy się ich
pozbyli, przeciwnie, maszerując spiesznie, zaczęliśmy
się tęgo pocić.
Dniało, gdy wyszedłszy z puszczy zbliialiśmy
się do pierwszej wioski, po drugiej stronie gór le-
Zącej. Kawalerja, porozsyłana dla zaskoczenia mie-
szkańców wiosek, do Wólki Kłuckij naleZących, póki
jeszcze do dnia będą takowi w domu - powróciła
i zdała raport Czachowskiemu, że chaty w nich
wszystkie pozamykane zasIała a ludność uszła
cała w lasy przed nami, przez kogoś o bytności
naszej w tych stronach juz widać uwiadomiona.
Wkroczyliśmy do pierwszej wsi, Strawczyna,
i sprawdziliśmy, ze tak było istotnie. Toż samo
zastaliśmy i w innych wioskaeh, przez które prze-
chodziliśmy forsownym marszem; wkroczyliśmy już
bowiem na terytorjum dóbr do Wólki Kłuckiej na-
leżących, a to w celu aby przy jednym ogniu upiec
U
180
dwie pieczenie, to jest: zniknąć z oczu, zbyt dla.
nas przeważnej kolumnie Czengierego do spotkania
się w otwartym polu, a zarazem spełnić rozkaz.
Rządu Narodowego.
Przed pewnym czasem, jeszcze Komitet Cen-
tralny, nadesłał był Czachowskiemu listę imienną
z tych dób.. 52 włościan, których jako głównie
winnych wywołania ruchu ludowego przeciw dwo-
rom, jaki się w tych stronach na początku powsta-
nia ujawniła skazał za to na karę śmierci przez po-
wieszenie, i wyrok ten polecił mu wykonać. Dotąd
nie mogliśmy się zbliżyć w te strony, nad któremi
Moskwa czuwała. A to ztąd, że dziedzic tych dóbr,
Eustachy Kołłątaj, był zięciem jawnego zdrajcy
kraju, Niemojewskiego; do tego i sam najwier-
niejszym adherentem najezdników, i dlatego jeszcze
że przewidywał jako powstalicy zechcą ukaraĆ"
zdemoralizowanych przez niego włościan.
Do tego \V ólka Kłucka letała jeszcze zaledwie
o niecałvch mil dwie od Kielc.
l:dy więc Naczelnik upewnił się, że załoga
Kielc jest o połowę zmniejszoną, przez wymarsz
kolumny Czengierego, postanowił przeto skorzystać
z tego, i wyrok powyższy wykonać.
Widząc atoli, że ludność zbrodnicza uszła
w lasy, rozesłał wszystką kawalerję, dla ich prze-
trząśnięcia; sami zaś do dworu Wólki Kłuckiej
pomaszerowaliśmy.
lidyśmy wychylili się z lasów, na tę stronę
gór, zastaliśmy ziemię przy silnym mrotnym wichrze
sZronem okrytą a miejscami lodem i grudą. Tym-
czasem wielu w oddziale naszym zupełnie już boso
181
maszerowało, przeto bolesnem było patrzeć jak nie-
którzy z nich znaczą ślady swego pochodu na
grudzie własną krwią, z nóg ich broczącą.
Radomiacy, gdyśmy weszli do Wólki Kłuckiej.
zajęli ogród angielski, na brzegu jego, przed sa-
dzawkami, za któremi wznosił się fronton pałacu.
ustawiwszy brOI} bagnetową w kozły, której ilość
znacznie nam się po onegdajszej bitwie zwiększyła,
_ i spoczęli naIwniec, otoczyli mię, zaklinając na
miłość ojczyzny, pokazując swe nogi pokaleczone,
oraz strzępki swej bielizny, pełne owadów, - bła-
gali, abym udał się do dziedzica z prośbą, o dostar-
czenie im uhrania.
W tern wiara zawiadamiała mnie, że dziedzic
ten, w składzie swym miejscowej rafinerji spirytu-
sów, dla nas podwyż...zył cenę każdej flaszki wódki
o groszy 20.
Rozgniewany tą jego bezczelnością, zabrałem
mój sztuciee strzelecki, zdobyty przezemnie pod Ste-
fankowem, i udałem się do pałacu. Posłałem lokaja.
aby pan jego do mnie wyszedł, gdyż mam ważny
bardzo interes osobisty, żadnej zwłoki nie cierpiący.
Upłynęła chwila a Kołłątaja nie widać było;
stałem przeto dalej gniewny, wsparty na łęku ba-
gneta, gdy wychodzący z pałacu kapitan Do1nicki
zapytał mnie, kogo tu oczekuję?
Opowiedziałem mu, o co chodzi nam, a gdy
właśnie przesuwał się znĆ)w koło mnie lokaj, jak
nie huknę na niego:
_ Posłuchaj no durniu! powiedz swemu kpu panu,
że to czas wojenny; niech za tern nie żartuje, lecz
12 9
18%1
wychodzi natychmiast; jezeli me chce, abym go
sam poszukał.
Wypadł w lej chwili Kołłątaj, widać ze mu
powtórzono wiernie moje słowa, i przepraszając
za zwłokę. zapraszał do wnętrza pałacu. Odpowie-
działem mu na to:
- Żaden uczciwy Polak nie powinien przestąpić
progu pańskiego, jezeli tylko wie, kto pan jesteś-
i wiele innych nie miłych rzeczy dorzuciłem, ządając
tylko dla kolegów obuwia i bielizny, za które za-
płacimy gotówką. Wyrzucałem mu tez, za podniesie-
nie ceny dla nas na wódce.
Panek utylitarysta, znikł jak zmyty we wnę-
trzu pałacu, a Do1nicki zawrócił w ślad za nim,
i opowiedział Czachowskiemu, ktÓry stanął w pa-
łacu kwaterą, co między nami zaszło.
Za chwilę wrÓcił z czerwonym od gniewu
dowódzcą, który z uśmiechem swym rubasznym.
- Wyobraź sobie, kulego, mój kłopot - rzekł
do mnie - Kołłątaj utrzymuje, ze gdyśmy go nie-
spodziewanie naszli. nie moze zgoła nic zna1eść dla
nas na pożywienie, nawet ziemniaków. Wysełałem
Dolnickiegu sprawdzić. czy tak jest istotnie; bo nie-
mogło mi się pomieścić w głowie, aby tam, gdzie
gorzelnia jest, ziemniaków nawet nie było, i wy-
staw sobie: wszędzie przeszukali, i nic nie znaleźli
rzeczywiście. A tu oddział juz drugi dzień nic nie jadł.
Podjąłem się zrobić ponowną rewizję, i otrzy-
małem na to skwapliwe zezwolenie.
Czachowski z Dolnickim wrócili do pałacu.
Ja zaś iakoś za długo juz czekałem, i grly mi się
183
nawinął jakiś sługa dworski, wysłałem go znów
do dziedzica z pogróżkami.
Wybiegł też z pałacu wraz z lokajami, nio-
sącemi kilkanaście par butów cielęcych, już. noszo-
nych i dwudziestu kilku koszulami webowemi. On
zaś niby obrażony, do mnie mówił:
- .Jakże też pan, mOŻesz mnie tak w obec mej
służby kompromitować?
- Mój Panie! - odpowiedziałem znów na to-
wszys("yście siebie jedno warci, a panu już nikt
ubliżyć nie może - i zażądałem, aby powiedział;
co chce za Luty i koszule.
- Ależ ja. Panie, pieniędzy za to, na żaden spo-
sób przyją nie mogę - odpowiedział.
Lokaje zanieśli ofiarowane rzeczy do oddziału,
któremi natychmiast najpotrzebniejsz.ych obdzie-
liłem. Po czem mkręciłem się tylko pomiędzy jego
oficjalistami i jużpm się dowiedział, gdzie Kołłątaj
kazał ukryć przed nami swe zapasy żywności.
Wziąwszy przeto z sobą p6ł kompanji do rewizji
niby wszystkich jego hudynkÓw pkonomicznych,
aby nie dać w podejrzenie oficjalistów, przetrzą-
snąłem po kolei wszelkie hudynki, gorzelnię, pi-
\mice i nic nigdzie nie znalazłem; pozostała już
do zrewidowania tylko ogromna szopa, pełna wy-
młóconej słomy, przpto kazałem wyrzucić z niej
takową, a nawet i chrust używany od spodu; do-
piero pod nim odkryłem do ziemi przypasowane
ukryte drzwi, na kłódkę zamknięte, które kazałem
odbić, i znalazłem loch a w nim pełno wszelkich wi-
ktuałów. Ponieważ furgony nasze wyprawione o50b-
nemi drogami z obozu pod Piekłem już przybyły t
184
kazałem przeto wyładować takowe: krupami, ka-
szą, jagłami, mąką, słoniną, solą i mięsem.
Okrzykiem jakby po odniesieniu tryumfu ja-
kiego, powitała nas głodna nasza wiara.
Oburzony na taką niellJdzkość Kołłątaja, ka-
załem w ogrodzie, po przed sadzawkami, rozłożyć
na trawnikach ogniska i nstawić zreperowane już
kotły moskiewskie z pod Stefankowa. Dla okazania
zaś naszej wzgardy. dla tych wyrodnych rodaków,
gdy słońce już się dość wysoko na niebie podnio-
sło i zaczęło przygrzewae, połowa kaidej broni, ro-
zebrawszy się, kąpała się w sadzawkach, kiedy druga
leżała w pogotowiu przy broni, śpiewając za wzięcie:
- Gdy naród wystąpił na pole z oręzem i t. d_
Czachowski po powyższem odkryciu i poro-
bionych już przygotowaniach do nakarmienia od-
działu, taką passją się uniósł na Kołłątaja za jego
bezczelne słowa honoru i zaklęcia jako nic nie
.posiada z wiktuałów, że wyrwawszy nahajkę z za
cholewy, wysmarował nią jego plecy, i splunąwszy.
pałac opuścił i wedetami kazał J{O obstawić, aby
ustrzedz się przed możebną zdradą. Nie pomogły
nic ani łzy, płacze, lamenty i spazmy jego godnej
pani; zakaz został utrzymany, aż do naszego wy-
marszu. Naczelnik zaś ulokował się z nami, na tra-
wnikach. Nawet u jego oficjalistów, chociaż wie-
dzieliśmy, że niektórzy z nich Lyli dobrzy Polacy,
żaden z nas gościny nie przyjął.
S7.lachta okoliczna zaczęła dość licznie do
obozu naszego zjeżdżać, przywożąc z sobą pełno:
wlin, pieczywa, spirytualjów i win. - Nawet
181)
muzyka SIę zjawiła, °i to wcale dobra, choć zy-
dowska.
Pań i panien znalazło się pomiędzy przyby-
łemi podostatkiem. A gdy do tego wiara naleZycie
się posiliła, oddała się przeto zabawom, śpiewom
i tańcom, wprawdzie pod gołem niebem, .ale na
TÓwniutkich jak kobierce trawnikach ogrodu, a to
z całym zapałem i ogniem młodzieńczym, jakby
przed chwilą nie była znużoną nadludzkiemi wysił-
kami i głodem; mimo libacyj dosyć rzęsistych.
z całą przyzwoitością i grzecznością się znajdo-
wała.
Kawalerja tymczasem pracowała bezustannie,
_polując po krzakach i brzegach lasu na włościan,
i do godziny 5 po południu znaczną ilość schwy-
tanych dostawiła, za którymi zjawiły się zaraz
kobiety i ich dzieci, lamentując i błagając litości.
Badaliśmy każdego skrupulatnie wobec świad-
:ków, od których X. Tomaszewski, proboszcz ze
Strawczynka, złą już bardzo wówczas opinją jako
.kapłan i Polak posiadający, dostawiony równieZ
przez kawalerją - musiał przysięgę odbierać. Oka-
zało się, że tu tylko jedenastu z będących na liście
-komitetu centralnego się znajdowało; reszta zaś
uszła daleko, w bory.
lidy się wieczór przybliiał i zabawy dosyć już
mieliśmy; przeto pożegnawszy się serdecznie z miej-
-scO\\ ymi patrjotami, wyruszyliśmy ze śpiewami:
- Gdy naród na pole wystąpił z oręiem i l d.
Pani Kołłątajowa, gdyż on już się więcej nie
.pokazał, błagała, aby mogła ujrzeć rozwinięty nasz
186
sztandar, który po okazaniu go obywatelstwu p-
trjotycznemu schowaliśmy do pokrowca napowrót.
Lecz Czachowski krzyknął oburzony swym
marsowym głosem:
- Zdrajcy kraju nie mogą oglądać sztandarG
polskiego, bo go swoim wzrokiem splamiliby.
Po czem ruszyliśmy ostrożnie, gdyż dano znać,
ze dwa tysiące przeszło chłopstwa z tych dóbr
miało się zaczaić w lasach, Mniów od nas oddzie-
lających, uzbrojonych w kosy, cepy, widły, aby na-
paść na nas niespodziewanie i odbić schwytanych
zbrodniarzy; tern więcej, że traf zrządził, iż właśnie
ci jedenastu, byli to rzeczywiście naj win niejsi ich
herszci.
Bolesna też myśl towarzyszyła temu naszemu
marszowi, że może lada chwila będziemy zmuszeni
utopić broń naszą w pieriach ciemnych i wyro-
dnFh iomków, niemniej przeto naszyc.h własnych
braci. Spiewy też nasze zaraz po za wsią umilkły.
Daliśmy sobie jednak słowo wszyscy, nie wyj-
mując włościan, którzy w szeregach naszych wal-
czyli. że jeżeli okaże się prawdą. co duwódzcy
naszemu (1 tym napadzie wyrodnch włościan do-
niesiono, a ci spróbują napad wykonać; to śpie-
sznie rozsypawszy się. otoczymy cały icb tłum,
i takowy w pień wytniemy. Chłop musi być takim
samym patl:iotą jak i każdy uczciwy człowiek.
Odetchnęliśmy też swobodniej, gdy rzeczone lasy
minęliśmy, nie spotkawszy nikogo.
Przeszedłszy Mniów, poszliśmy na wschód, i la-
sami maszerując, doszliśmy do lasów rządowych,
pod zarządem nadleśnictwa Samsonów zostających;
187
tu prowadzonych jednastu herszlów powieszono.
na prawo przy drodze w rzadszym lesie, w półkole.
Był to odwet za moskiewskie wieszania a głó-
wnie przez lud wymagany. .
Reszcie i księdzu. zaleciwszy. aby nadal j:łko
dobrzy Polacy się zachowywali - darowano życie.
Ułaskawieni zmiatali jakby na nowo odżyli.
Upewniwszy się, że powieszeni nie żyją, skrę-
ciliśmy teraz na północ. i wciąż idąc borami. około
godziny 12 w nocy, doszedłszy wierzchołka gór
Krasnowskich, drożyną leśną. z zachodu na wschód
biegnącą, mieliśmy na wchód maszerować; gdy
szpica kawaleryjska dała_ nam znać, że dostrzegła
przy księZYcu z po za chmur dwóch stojących na
wedecie kozaków, o 'jakie kilkadziesiąt kroków za-
ledwie. z prawej i lewej strony, i że ci, choć ją
widzieli, żadnego znaku życia nie dawali, lecz stoją
w miejscu konno jak wryci.
Widocznie groza naszej sławy sparaliżowała
kozaków; pomaszerowaliśmy więc dalej na północ,
wiedząc, że będą milczeć teraz jak zaklęci, w oba-
wie przed sądem wojennym. Kozacy udawali. że
nas nie widzą, chociaż my ::;ię wszyscy dobrze im
przypatrywali.
Zaledwie szpica uszła paręset kroków borem,
zwróciła się w prawo, i my za nią, równolegle do
drożyny; gdyśmy zaś uszli z jakie ćwierć mili, za-
wróciliśmy jeszcze więcej w prawo, i wyszliśmy
z powrotem na przekroczoną drożynę, na której
były ustawione wedety kozackie; gdyż Czengiery
czatował na nas na południe od tego punktu, a na
północ od Samsonowa. Około godziny 2 po pÓłnocy,
188
doszedłszy do jakiejś pustej chaty, obok drożyny
tej leżącej, położyliśmy się w szeregu, pokotem;
i mimo mroźnego wiatru, na tej wysokości panu-
jącego, obstawieni wedetami, bez niecenia jakich-
kolwiek ognisk, znużeni usnęliśmy. O 4 rano, dnia
23 kwietnia, poszliśmy dalej w tym samym kie-
runku, maszerując wciąż wierzchołkami gór Odro-
wązkich i Blizińskich, z poprzedniemi bezpośrednio
się łączących. Około zaś godziny 9 r., spoczęliśmy
na ich kończynach wschodnich a na zachód od
Suchedniowa, po nad traktem bitym z Radomia do
Kielc, zmcczeni obficie deszczem. - To wyliczanie
stacji przemarszu, da wyobrażenie o naszych mar-
szach i wytrwałości powstańców.
O godzinie 10 r. przybył do naszego obozo-
wiska były major Ignacy Dawidowicz, wraz z dwoma
b. junkrami (kadetami), wyszłymi do powstania,
z pułku w Piotrkowie: (romejką i Rudowskim;
oni zawiadomili dokładnie Czachowskiego, o losie
oddziału majora Zawadzkiego, w którym służyli
dotąd. -
Od nich się dopiero dowiedzieliśmy, że szpie-
gami, którzy zawiadomili Moskwę o miejscu for-
mowania się jego a następnie naprowadzili wrogów,
byli: dróżnik z Sielpi wraz ze swą żoną, ten sam
właśnie, który w d. 21 kwietnia został przez nas
powieszony.
.Junkrów powyższych, Czachowski, przJjął do
swego oddziału; lecz Dawidowiczowi oświadczył,
z widoczną jakąś wówczas dla mnie niepojętą nie-
chęcią, że nie ma dlań miejsca w swoim oddziale,
po czem tenże natychmiast się oddalił.
t!ł
Organizacja dostarczyła nam jakąś nędzną
krowę, którą zabito; a gdy krupy mieliśmy z Wólki
Kłuckiej, przeto spożyliśmy jaki taki obiad.
O godzinie 5 po południu, wciąż przez deszcz
moczeni, spuściliśmy się do Suchedniowa; a dla
uczczenia jego zgliszcz, gdzie niegdzie, o ile te były
poprzednio własnością prywatną, już odbudowują-
eych się na nowo, z rozwiniętemi sztandarami
i śpiewem patrjotycznym naszych marszów, wśród
nawalnicy, która nagle spadła, przeszliśmy.
Przeciągnąwszy przez spaleniska, wydzielono
oddział Markowskiego czyli dawny Łopackiego, który
dostał rozkaz: wraz z dodaną mu kawalerją, da-
wniejszą Stamirowskiego, maszerować przez Bere-
zów, .1ędrów, Michniów, lasy Wąchockie a w oko-
licy Wierzbnika, przejść Kamiennę, i na noc zająć
stanowisko po nad Brodami i Starachowicami,
w lasach Iłżeckich, dawniej przez oddział Greliń-
skiego zajmowane. Oddziały C7.achowskiego i Kono-
nowicza, pomaszerowały traktem ku Wąchockowi,
aż do Parczowa. Tu znów, Kononowicz, dostał
rozkaz, pomaszerowania na zachód od \V ąchocka;
przejść na lewy brzeg Kamiennej, i lasami na pół-
noc od tego miasta, dążyć również do puszczy
Iłżeckiej, i zając w niej obóz pod Lipiem. - My
zaś, z Parczowa, pociągnęliśmy polami na południe,
do prawie już odbudowanego Wąchocka; a po pod
lasami, od tej strony miasta położonemi, obeszliśmy
takowy, i na wschód tegoż, w lasach, przekroczywszy
również rzekę Kamiennę, weszliśmy do lasów łączą-
cych się z rzeczoną wyżej puszczą; i w nocy za-
. jęliśmy p08rednie pomiędzy obydwoma oddziałami
190
stanowisko, w którem juz w dniu 12 bm. obozo-
waliśmy.
W dokonanym tym przemarszu, tylko na Mar-
kowskiego dragoni pod Michałowicami uderzyli
z tyłu; lecz gdy należyty im dał odpór, cofnęli się
natychmiast, nie wyrządziwszy mu zadnych strat.
Kawalerja tylko Stamirowskiego, porozumia-
wszy się ze swym lekko rannym, dawnym dowódzcą,
zniechęcona' ciągłemi marszami, głodem i wyma-
ganą od niej karnością, a do czego dotąd wdrozoną
nie byla - korzystając z pierwszego wrazenia jakie
strzały dane przez dragonów, na tyłach oddziału,
niespodziewanie wywołały: drapnęła znów w las,
i więcej się juz nie pokazała, bo pogalopowała
w mif'jsce, wskazane przez poprzedniego jej do-
wódzcę.
W dniu 24 kwietnia, do dnia, wyruszyliśmy
na północ, do obozu pod Lipie, który Kononowicz
za porozumieniem się z naczelnikiem tegoz dnia
opuścił, udając się równiez na północ, do dawniej-
szych swoich obozowisk w lasach Zwoleńskich
i puszczy Kozienieckiej.
Zaledwie zajęliśmy obóz, gdy musieliśmy zeń
wystąpić i rozwinąwszy się w tyraljery, dązyć na
pomoc l\Iarkowskiemu, którego Moskale w obozie
zaatakowali.
Lecz gdy dzielny ten oficer karności oddziału
i słuzby obozowej ściśle pilnował, przeto wedety
wcześnie. dostrzegły nieprzyjaciela; oddział zaś na-
tychmiast energicznie go, wkraczającego do lasu,
powitał. Gdy ujrzał przeważne siły, bacznie ko-
191
rzystając z zaslony drzew, wgłąb puszczy z ogniem
w tył się cofał, dając Czachowskiemu znać o ataku
Moskwy i żądając pomocy.
Moskale, widząc ten porządny udwrót i oba-
wiając się zasadzki, nie wyrządziwszy prawie za-
dnych szkód a sami je poniósłszy, i to dość zna-
czne, spiesznie się z puszczy cofnęli. My zaś ra-
zem już wróciliśmy, i zajęliśmy obóz pod Lipiem,
w którym spokojnie resztę dnia tego i noc prze-
byliśmy.
W dniu 25 kwietnia. dodnia, poszliśmy na po-
łudniowy-wschód. Dzień był mglisty, wilgotny bar-
dzo, z imnem przejmującem powietrzem. Około
godziny 10 r. zeszliśmy się ze szczątkami oddziału
niegdyś Turkiettego, pod wsią Bąkową, na błoniu.
Zląd rozeszliśmy się wkrótce po chwilowej, na
boku gwałtownej sprzeczce pomiędzy Czachowskim
a majorem TurkieUym oraz niejakimi Sadowskiem,
zawadjaką, wcale powierzchowności wojskowego
nie posiadającym, o zbyt wstrętnej fizjognomji, co wi-
dać było szczególnie z ruchów i grozeniajf:go pięścią ku
naszemu oddziałowi, gdyśmy się znacznie od niego
juz oddalili. Gniew tego na zbyt ordynarnego czło-
wieka na naszego dowódzcę pochodził zląd, ze tych
zuchów, gdy rozkazom jego się nie chcieli poddać. ka-
zał, aby niekarne swe szczątki rozpuścili lub ustąpili
z województwa, i nie objadali darmo mieszkańców,
gdy się bić nie chcą. Pociągnęli oni na północ,
a przy znikaniu dopiero w niedalekich lasach, po-
'grózki powyzsze nam przesłali.
Na emigracji, w r. 1866, w Szwajcarji, spotka-
łem pierwszego; w r. zaś 1869, we Lwowie, dru-
19t
giego, obu już pułkownikami się tytułującymi;
a ostatni nawet, podobno aż Generałem się mia-
nował. Kto zaś, kiedy i za co, nadał im powyższe
tytuły - to wypadki r. 1863 milczą o tern; w na-
szem bowiem województwie, ani śladu ich jakiego-
kolwiek działania niepodobna było natrafić lub
słyszeć. Zdaje się, że podkomendnym ich naprzy-
krzyło się próżniacze pod ich komendą życie, i ci
porzuciwszy swych awnych wodzów, do oddzia-
łów Kononowicza i Jankowskiego przeszli.
Odpocząwszy, pomaszerowaliśmy dalej w pier-
wotnym, północno-wschodnim kierunku.
Przeszedłszy trakt bity, z Radomia do Zwo-
lenia, podczas ulewnego deszczu, na polanie wśród
borów, spotkaliśmy się z oddziałem Kononowicza
tu obozującym; przeczekawszy takową, udaliśmy
się z tego punktu na zachód lasami, i wśród cie-
mności zajęliśmy na nocne leże wieś Suchę.
o mil dwie od Radomia, na wschód w borach po-
łożoną, której patrjotyczni a zamożni włościanie
z całą gościnnością nas przyjęli i pożywili; - rzecz-
prosta, nic od nas nie biorąc.
Dnia 26 kwietnia, do dnia, gdy ciemność je-
szcze panowała, wyruszywszy z tej wsi, pomasze-
rowaliśmy na północ lasami, do wsi Jedlni, gdzie
nas znów, gościnni włościanie, śniadaniem około
godziny 7 rano uraczyli. Odpocząwszy trochę, po-
dążyliśmy ztąd puszczą na południo-wschód, a około
godziny 2 popoł. do wsi Czarnej przybywszy, za-
staliśmy tam znowu oddział Jankowskiego, właśnie
wtej chwili obiadujący. przygotowanym obiadem.
podzieliły się oddziały, których towarzysze przy wspÓl-
HIS
nem spozywaniu, blizszą znajomość z sobą dopiero
zabrali; a dowódzcy ułozyli plan dalszego działania,
dopóki oddział rzeczony będzie potrzebował zorga-
nizować swe siły na terytorjum naszego woje-
wództwa. Po godzinie 4 popoł. wyruszyliśmy ztąd
lasami ku Zwoleniowi, z którego znów załoga mo-
skiewska, na samą wieść zblizania się naszego,
zwyczajem swoim umknęła pospiesznie za Wisłę,
do Puław.
Wieczorem zajęliśmy opuszczone przez :Moskwę
miasto, lecz nie stanęliśmy w nim na kwaterach;
ale sformowawszy kare w rynku, połozyliśmy się
na bruku, i tak przenocowali, mimo zimnego a bar-
dzo dzdzystego powietrza.
Na drugi dzień od tego dostałem nieopisanego
bolu zębów.
Z Czarnej, Jankowskiego oddział, poma"zerował
w lasy :Myślenickie, i w nich przenocował.
Po spozytem przez nas w Zwoleniu, dnia
27 kwietnia, śniadaniu, rano, wymaszerowaliśmy
ciągnąc na południe, przewaznie otwartemi polami,
a dobrze po południu zajęliśmy miasteczko Lipsk,-
pamiętne bitwą korpusu Samuela Rozyckiego w r.
1831, w którem stanęliśmy na kwaterach. Cały
dzień, 2R kwietnia, staliśmy w tern mieście, poświę-
ciwszy go musztrze, zwłaszcza, ze mieliśmy dość
świezych zupełnie towarzyszy. A"w dniu 29 kwietnia,
przed południem, opuściliśmy to miasto maszerując
niby z niego na północ; gdyśmy uszli około sIł
mili, zrobiwsiy zwrot w lewo, pociągnęli równiez
ze SIł mili z tego punktu na zachód i znów, przez
wykonanie zwrotu w lewo, pomaszerowaliśmy na
194,
południe około jednej mili; tu znowu obrotem w lewo
podązyliśmy hlil:ko II/ł mili maszerując na wschód,
a- następnie na południowy-wschód, mijając w tych
marszach wioski. Wieczorem nakoniec stanęliśmy
obozem u stóp jakichś wzgórz y lasem okrytych, na
małej dolinie, tu się znajdującej, w poblizu jakiejś
gorzelni, do dóbr Daniszewice na lezącej, i bez ognia,
mimo przykrego zimnego wiatru po dość gorącym
około południa dniu, przenocowaliśmy. Dnia 30, po
ugotowanem w kotłach śniadaniu, całe rano znów
trwała musztra.
Dolnicki nam, strzelcom, wykładał praktycznie
sposób formowania łańcucha tyraljerskiego, według
regulaminu armji włoskiej, i prowadzenia go na-
przeciw nieprzyjaciela. Po południu zaś pomasze-
rowaliśmy dalej, i na noc zajęliśmy małe miaste-
czko, Gliniany, \V którem stanąwszy po kwaterach
przenocowaliśmy. A w dniu 1 maja wymaszero-
waliśmy z tej małej mieściny, i około godziny 10
r. zajęliśmy miasto Solce, połozone nad samą
Wisłą. przy samem wejściu powitał nas tu deszcz
ulewny, i resztę dnia 1 oraz cały 2 maja padając
nawalnie, prawie bez ustanku zmusił pozostać na
kwaterach.
Ztąd Czachowski z częścią naszej kawalerji,
przeprawiwszy się na promach .przez Wisłę, oto-
czył naprzeciw lez4cy magazyn rządowy, z któ-
rego trochę soli sprzedał na potrzeby oddziału.
W dniu 3 maja, przededniem, gdy wypogodziło się,
opuściliśmy Solec, a maszerując na południe, przez
Rajskie, Pawłowską Wolę, pamiętną bitwą Karola
Rózyckiego w r. 1831, zajęliśmy miasteczko Tarłów,
195
aby uroczyscle nabozełistwem uczcić pamiętny ten
dzień w dziejach narodu naszego. Zawiadomiona
przez organizac;ę o tern szlachta i lud okoliczny,
tłumnie napełnili k.osciół paraljalny. Jankowski ma-
szerujący za nami, po prawej stronie, wydelegował
do nas dwie kumpanJe piechoty z kapitanami:
Zameczkit:m i Zielińskim.
O godzinie 11 r. rozpoczęła się uroczysta suma.
Do wnęlrza kościoła wstąpili tylko kosynjerzy
i spieszeni kawalerzyści, ° ile ich po wyprawionyeh
do pełnienia słuzLy oLozowej zewnętrznej pozosta-
wało; wszyscy zas z bronią palną otoczylismy na
około, wewnątrz mUrll\V cmentarza kO:5ciół, po
wschodniej stronic zbUlluwany na zewnątrz miasta,
i stojąc pod bronią assystowalismy nabozeństwu.
(idy nam dano sygnał, po skOliczonej Ewangelji,
dwie kompanje jednocześnie w górę wypaliły ze
swej hroni. Przed Podniesieniem, drugie dwie, to
samo uczyniły. A pu Podniesieniu, trzecie dwie. Po
oslatniej Ewangielji, czwarly raz wypaliły pierwsze
dwie kompanje.
Tym sposobem przestrzelIlismy b rOli, ktÓra
podczas poprzednich naszych marszów od częstej
wilgoci i ulewnych deszczów łatwo mogła była za-
moknąć, a wiedzieliśmy, ze załogi moskiewskie wy-
ruszyły już znów na nas w pole, i lada chwilę
przyjdzie nam zmierzyć się z niemi. Nie zmarno-
waliśmy pn:ytem amunicji, bo uczciliśmy nią ten
uroczysty dziel). Po skończonem nabozelistwie, mie-
szkańcy guścinnie nas uraczyli, i w towarzystwie ich
resztę dnia powyższPgo przepędziliśmy bardzo wesoło.
la
ROZDZIAŁ nI.
Dzień 4 maja 1863 r. Bitwa pod Boryą.
W dniu 4 maja, dodnia, opuściliśmy gościnny
i patrjotyczny Tarłów, maszerując na południowy
zachód. Około godziny 8 r., wśród przecudnego
poranku, zbliżyliśmy się do miasta Ożarowa, z któ-
rego przy biciu dzwonów wystąpiła naprzeciw nas
uroczysta procesja z krzyżem, chorągwiami, obra-
zami i trzema księżmi na czele.
Gdyśmy zbliżyli się do procesji, kolumna się
zatrzymała sprezentowawszy broń; po wzięciu na-
stępnie do nogi, orikryła głowy. Prowadzący pro-
cesją kapłan siwiutenki, błogosławiąc postępował
wzdłuż kolumny, kropił ją święconą wodą; po-
oCzem z pięśnią: «Ciebie Boże chwalimp wprowa-
odził nas do miasta, wśród tego uroczystego śpiewu.
'Tu na samym początku obszernego rynku, gdy księża
i procesja znikli we wnętrzu kościoła, przywitała
.nas sławna, Ożarowską zwana, muzyka żydowska
hucznym marszem: «Jeszcze Polska nie zginęła»
a wysunąwszy się na same czoło, poprzedzała nas.
Trzej zaś rabini, stojący obok niej z torą
197
pod baldachimem, błogosławili przechodzącej obok
nich kolumnie, otaczające zaś tłumy starozakonnych:
- Niech żyją nasi bracia, Polacy! - wciąż okrzy-
kiwały.
Gdy nasza kolumna przechodziła obok kościoła,
zprezentowała broń i pomaszerowała dalej. Dopiero
zupełnie za miastem, obok drogi do Glinian, na
obszarze samych piasków, mających w pośród sie-
bie spory stawek wody opadowej, zatrzymała się
i rozłożyła obozem.
Tu, mieszkańcy Ożarowa, nanieśli nam tyle
różnych pieczyw, mięsiw już upieczonych i ugoto-
wanych, wędlin, piwa, wódki, miodu, wina i porteru,
że nas wszystkich obficie niemi uraczyli. Gdy zaś
niezmęczeni muzykanci, wciąż jedne za drugiemi:
to marsze, to tańce nam przygrywali, a obóz nasz
odwiedzała znaczna ilość młodych przystojnych
męzatek i panien, rozpoczęły się na dobre tańce;
nawet piasek nie zawadzał ochoczej zabawie, która
przeciągnęła się aż do godziny l po południu. Na
raz, Czachowski, stanąwszy w pośrodku zajętego
przez nas pola, wydał donośnym swym głosem
lakoniczną zwykłą w podobnych razach komendę:
- Oddział! w pięć minut pod broń.
Jak oparzeni ukropem, wypuściliśmy z rąk
tancerki, dziękując im za miłą chwilę; stanęliśmy
pod bronią a w pięć minut potem kolumna nasza
pomaszerowała już na południowy wschód. Muzyka
i Ożarowianie towarzyszyli nam jeszcze jakiś czas;
nakoniec okrzykami życzliwości, damy wiewaniem
swych chusteczek a my zaś ukłonami ręką, wza-
jemnie się pożegnaliśmy. Wkrótce przemaszero-
13*
198
waliśmy przez Gliniany; obok nich, po lewej stro-
nie lasu, ujrzeliśmy ciągnące ku nam wielkie mnó-
stwo: wron, gawronów i kawek z przeraźliwym
swem krakaniem i wrzaskiem. Towarzysze poka-
zywali je sobie i rózne prognostyki z tego wypro-
wadzali. Słysząc to, roześmiałem się na cały głos,
i wyrzekłem:
- Moskwa ciągnie, a ptactwo to przepowiada,
ze dziś duzo świezego mięsa będzie spoz y wało.
Maszerowałem dnia tego z kompanją Czacho-
wskiego, którą od kilku dni Dolnicki dowodził;
Manowskiemu zaś oddano kompanją-; dawniej przez
powyzszego dowodzoną, w awangardzie kolumny.
Dokąd dązyliśmy, zaden z oficerów, jak pisałem
w rozdziale 1, nigdy nie wiedział.
.Jako pracujący przy sztabie, wiedziałem, ze
Moskwa wyruszyła ze wszystkich, na około nas lezą-
cych załóg, i łącząc się w kolumny, z przewagą
maszerowała koncentrycznie na nas. Z wykonanych
juz lisich naszych marszów, domyślałem się. ze
gdy niepodobna, abyśmy w otwartem polu przejęli
bitwę: Czachowski więc zamierza się prześliznąć
z nami pomiędzy dwoma ich kolumnami, i uparł-
szy się o puszczę Iłzecką, o czem kierunek naszego
marszu mnie pouczał, na skraju jej spróbować
szczęścia oręza; aby w razie zbytniej przewagi
Moskali, zniknąć im z oczu w obszernej tej puszczy,
i znów w innej stronie Województwa, za pomocą
leśnych przesmyków, na jaw się okazać i jakim nie-
spodzianym sukcesem swą bytność tam zaznaczyć.
Groza egzekucji na moskalach i zdrajcach, znowU
199
-odzywiła w masach zapał patrjotyczny. Czachow-
ski chciał to wyzyskać.
Gdy rozmyślałem nad tern, pocwałował obok
mnie Czachowski z Eminowiczem i adjutantem, któ-
:rym dnia tego był ({romejko; gdyz Wielhorskiego
i audytora Zdzitowieckiego wydalił juz znacznie
pierwej z oddziału. Widząc to, odezwałem się z sze-
regu do starego wodza:
- Ojcze! jak moze być daleko ztąd do Bał-
towa'!
Wstrzymał konia, spojrzał mi bystro w oczy;
a gdym wzrok jego wytrzymał, uśmiechnął się zy-
czliwie, i odpowiedziawszy lakonicznie:
- Dobre pół mili - pocwałował ze sztabem
dalj drogą naprzód.
Weszliśmy 7.araz potem w l:as, a wkrótce padł
przed nami w oddali strzał.
Droga była kręta, nie mogłem przeto rozpoznać,
z której strony padł strzał. Ohróciłem się do jadą-
cego obok mnie konno oficera, Franciszka Boczkow-
skiego, mówiąc:
- Franek! mozeby który z oficerów konno ja-
dących lub kawalerzysta sprawdził, czy to czasem
nie wypadkowy był ten strzał, bo jakoś więcej ich
nie słychać?
Boczkowski. wyciągnąwszy z futerału rewol-
wer, pocwałował naprzód. Wkrótce potem, przy
samem prawie wyjściu awangardy z lasu, strzały
się posypały. Z okrzykiem:
Moskwa! - przyspieszyliśmy kroku na sa-
mem wyjściu z lasu. Czachowski ze sztabem obok
.
200
nas przecwałował na spienionych koniach a do-
padłszy nas, zakomenderował:
- Dolnicki! rozsyp kompanję moją na prawo
w tyraljery, i prowadź ją przeciwko Moskalom.
Las gęsty na lewo od drogi się skoii.czył. Na
prawo zaś mógł być siany przed laty kilkunastu,
o czem świadczyły jeszcze widoczne ślady dawnych
zagonów, lecz na bitym piasku, gdzie nie gdzie ro-
snąca jodełka, sm erek i sosienka, cienkie i liche do-
zwalały dość daleko widzieć. W prawo jak sięgnąć
wzrokiem w oddal, ten się zatrzymywał na gęstym,
lecz młodym lesie; na lewo drogi, na piaszczystych
zupełnie prostych wzgórzach ornych. Szukałem mym
silnym wzrokiem nieprzyjaciela, ale nawet śladu
jego odkryć nie nH Igłem.
Na powtórzoną przez Dolnickiego komendę
w «tyraljerp, jako idący Ila skrzydle pędziłem skośnie
w prawo, a kompanja biegiem rozwinęła się w je-
dnej chwili. t idym zobaczył, ie się cała jui rozwi-
nęła prostopadle do drogi, dodałem za pośrednic-
tweru biegnących w łalicuchu na prosto: aby lewe
skrzydło nie oddalało się od drogi.
Dnia tego do' c2łej mej wesołości, jaka mnie
oiywiła, nie wiem, czy skutkiem podniosłej wczo-
rajszej uroczystości narodowej, a może i te dnia
dzisiejszego błogosławieństwa siwych starców, tak
chrześcijańskich jak i izraelickich, tyle rzewności
w mej duszy obudziły, ii przy całym podnieconym
jej stanie: ani na chwilę dobrej fantazji nie traci-
łem, choć ciągle nasuwało mi się przeczucie, że
dzisiaj padnę zapewne w bitwie.
ldy biegliśmy w łańcuchu, miałem obok 10-
201
warzysza, Franciszka Kozerańskiego, kominiarza
przedtem, rodem z Krakowa, dzielnego żołnierza
podoficera naszej kompanji.
- Franek! ja mam przeczucie, ze w dniu dzisiej-
szym zginę. Dajże mi słowo honoru, że skoro uj-
rzysz, żem ranny, to uniesiesz mnie w tył, a ja
przysięgam względem ciebie nawzajem to wyko-
nać, gdyby na cię ten sam los wypadł - i dalejże'
robić testamentowe rozporządzenia.
Dzielny ten prawy patrjota. Polak i żołnierz,.
przyrzekł mi naj uroczyściej spełnić moją wolę'
ostatnią.
Upaliwszy szalonym hiegiem około tysiąc kilku-
set kroki"lw, mipliśmy, zaledwie o sto przeszło kro-
ków w prawo, gęściejszy lasek, ktÓrego wzrokiem
nie mogłem ,iuz przeniknąć. l;dym do tego ujrzał,
ze przede mną znÓw o jakie kilkadziesiąt kroków
zaczynał się także gęsty lasek, kazałem ostrożnie-
łańcuchowi ku temuż się posuwać; nie dostrzegłszy
zaś i teraz ani śladu Moskali, oglądnąłem się po-
za siebie, aby zaządać z góry ruzkazów, co dalej
cZJnić mamy; bom obawiał się, czy w tych gęstych
lasach szpilkowych nie jest czasem ukryta za-
sadzlm. Ze zdumieniem jednak spostrzegłem, że ni-
kogo z oddziału, ani nawet Dolnickiego, za nami
nigdzie dostrzedz nie było można.
Dałem przeto komendę łańcuchowi stanąć. Na-
stępnie kazałem, aby prawy koniec łalicucha za-
chodził i posuwając się ostrożnie, pojedyńczo wcho-
dził do lasku, przetrząsając go bacznie i postępu-
jąc wciąż naprzód.
Objaśniłem przy tern. że las ten, choć tak gę-
202
sty, musi być w tem mIeJSCU hardw wąski; gdyz
Czachowski powiedział mi jak wyżej, ze do Bał-
towa jest tylko dobre pół mili. A ze pod tą wsią
płynie od naszej strony rzeka Kami6nna, w doŚĆ
głębokieJj i szerokiej pomiędzy wzgórzami kotlinie,
przeto my obecnie stoimy już gdzieś na jel brzegu.
Dodałem przytem słowa nieodżałowanego (rzmota:
- Kupa, to śmierć! -- Hozrzl1cić się w lewo!
Na to usłyszałem orlpowiedź, półgłosem, od
lewego skrzydła:
- Ba! na lewo, kiedyż tam czyste pole?
- Pole! -- powtórzyłem oburzony, - więc cóz
2: tego ze pole?
A biegnąc na koniec Powyz5zeg<, skrzydła,
wołałem w najwyzszem oburzeniu:
- I wy śmiecie twierdzić, zeście Polacy? r:zyż
w lasach tylko wiecznie się bić myślicie? Któż
więc wroga wyrzucić ma z naszych wsi i miast.?
Lasy są dobrodziejshvem: do gromadzenia się w nich,
uzbrojenia i zorganizowania. ale tylko na polach,
we wsiach i miastach a w końcu w twierdzach,
przez wroga zajętych, musimy toczyć nasz bÓj za
ojczyznę. Podli i tchórze więc są ci, co tylko la-
.sów wiecznie się chcą trzymać.
A dobiegając do końca skrzydła, wzburzony
zapomniałem, i zdawało mi się, ze to była środa
wtedy, choć nią właściwie nie była i dodałem:
- Dziś jest środa, dzień Matki Najświętszej,
a zatem w Imie Ojca, Syna- i Ducha Świętego
Amen - i przezegnawszy się przy słowach powyz-
szych. dodałem przeskakując przez drogę - kto
;W3
Polak, za mną, naprzód! Marja nas płaszczem swym
()słoni !
Gdym wyskoczył po za las, na drogę, rzeczy-
wiście wpadłem jakby w rój pszczół na wyroje-
niu się. Kule leciały po prawej mej stronie, z za-
chodu na wschód, a których lot w poprzek prze-
-cinać musiałem. l\Iimo to, choć dobrzem się rozglą-
dał, Moska]a ani jednl:'go nie ujrzałem, a kule ich
padały z po za piaszczystego wzgórza. z pod Borji,
przez elewację ze sztućców sypane.
Dojrzawszy jedną jedyniuteńką na całym tym
obszarze bitego piasku, o jakie dwieście kroków
przeszło na prost, sosienkę niegrubą, zatrzymałem
się przy niej i obserwowałem bacznie teren. Z to-
warzyszy moich, ani jeden do tej chwili jeszcze
w ślad za mną nie poszedł.
Na froncie zasłoniło mi widok piaszczyste
wzgórze, którego wierzch ostrzeliwali stojący wi-
o .docznie naprzeciw tegoż Moskale, sądząc zapewno,
ze drogą, którą postępował poprzednio nasz oddział,
zeszedł z tej - i za niem do ataku się formował. -
W prawo, na równi ze mną, stał nasz łańcuch,
03. w lewo zaś na odległość 1000 kroków, ujrzałem
:3kośnie do mnie domostwa i stodoły wsi Boryi.
Za sobą nie dostrzegłem jeszcze wówczas żywej
duszy z naszego oddziału.
Kule zaczęły za gęsto obok świstać, i to jakby
do mnie celowane. Wpatrzyłem się więc bacznie
w tę stronę, i ujrzałem dopiero przed stodołami wsi
Horyi sianożęcie, przy których ogrodzeniu rosły
tarniaki, a z pomiędzy tych ukazywały się płomyki
i dymki strzałów. Leżeli tam ukryci tyraljerzy
204
moskiewscy, w publiżu wyż rzeczonej rzeki. Przed
nami pole się wkrótce z bujnem zboiem otwarło.
W zdłuż całej tej strony lasku, ani śladu Mo-
skali nie natrafiłem. Przeszedłem w zboże naprzód
i po ujściu dwóch stojali w niem, ujrzałem pod
stopami naszemi cały widok doliny rzeki Kamieu-
nej i przeciwległydl płaskowzgórzy, z urodzajnemi
polami i wioskami.
W lewo zaś widać było po części ruiny zamku
Bałtowkiego, dawnej rezydencji ksiąząt Lubomił'-
skich w andomierskiem. Lasek przebyty przez nas,.
mający kształt trojkąta wysokiego a bardzo ostrego,
który w jego wierzchołku przebyliśmy, zasłaniał
nam widok ,,\'si Boryi, \V dolinie Kamiennej, a po
tej już jej stronie, naprzeciwko Bałtowa leżącej.
Tu wydałem rozkaz, aby ponownie uformowali łałi-
cuch. oczekując rozkaJ':ów dalszych. w nadziei, że
kogoś ze starszych w łańcuchu napotkam. Po roz-.
stawieniu łmicl1cha, zaledwie kilkaset kroków usze-
dłem, cofając w lewo towarzyszy, aby zachować
odpowiednie do wydanej komendy odstępy - gdy
usłyszałem sygnał rogu moskiewskiego za lasem, od
strony Horyi, do rozpoczęcia ognia. Kule zaczęły
przelatywać lasek i ścinać gdzie niegdzie cieniutkie
wierzchołki drzewek, świstać i furczeć obok na-
szych włosów i uszów, a tu w lewo ujrzałem za
wielu moich kolegów w kupkach, po kilku razem.
zbyt blisko siebie stojących. Niezwłocznie rozkaza-
łem im rozrzucać się w lewo, do właściwych od-
stępów.
tidym tak wyprawił kilku z nich, z obserwu-
jących mnie za lasem moich współtowarzyszy, wy-
205
sunął się naprzód za śladem moim, przyjaciel mój,
były urzędmk rodem z Radomia, syn także rach-
mistrza wydziału skarbowego, Hipolit .Jurkowski,
a przebiegłszy nachylony ławicę przelatujących z za
wzgórza moskiewskich kul, umieścił się po za mną.
i zaczął z drugiego boku sosny, oparłszy na innym
sku swój sztuciec, na wskazaną mu przezemnie
elewa(;ję i punkt w który ma strzelać, również
klęcząc na ziemi, zaczął celować i do wrogów
palić.
Upłynęło ZllllW kilka minut, gdy z za lasu od
kompanji wysunął się znów Antoni Ciepielewski,
młody lH letni syn sędziego z olca, również jak
poprzedni, celnie strzelający, i uczynił to samo,
co mymy z .lurkowskim już wykonywali. Prze-
leciawszy znów schylony szczęśliwie, przez rzeczony
grad kul, umieścił się za poprzednim, i gdym mu
znów wskazał cel i elewację, otwarł także ze sztućca
swego ogieli.
(:dy patrzący z za lasu towarzysze ujrzeli, że
cali dotąd wymienialiśmy strzały z wrogiem, wysu-
nęło się z tamtąd jeszcze dwóch celnie strzelają-
cych, ktÓrych już dokładnie nazwisk powtórzyć nie
mogę, gdyi mniej z temiż znajomy byłem, i śladem
poprzednich, przebywszy znów szczęśliwie linją
strzałów moskiewskich, wyżej opisanych, umieścili
się po Z::l nami a otrzymawszy też same. co naprzód
do mnie przybyli, objaśnienia, chcieli rozpoczynać
także swój ogień na wroga.
Widząc, że gdy sosienka mnie już nie dawała
dostateczni osłony, to dalszym zupełnie jej nie do-
starczała: skupienie zaś nasze mogło dać tylko bardzo
} -
206
wygodny i pewny cel dla strzelców moskiewskich,
wydałem rozkaz kolegom, cofnąć się o parę kroków
w tył jeden za drugim, i dodałem - a teraz pra-
ktycznie zastosujemy rezultaty tyraljerów włoskich.
Ten, co będzie pierwszym, po tym co wystrze-
lił, gotowym do strzału, zasłoni się sosną, i oparłszy
swój sztuciec na jej sęku, wypali w dostrzezony
cel; następnie przęjdzie na piątego, i nabiwszy
swą broń, będzie posuwał się i oczekiwał na pier-
wsze miejsce, z którego tylko będziemy strzelali,
a przez czas ten mają być wszyscy nachyleni po
nad ziemią.
Powoli zresztą zaczęli i inni do mnie się przy-
łączać.
Ciągle takie niepokoiła mnie myśl, czy nie
napI'Óżno czasem marnowaliśmy amunicji naszemi
wystrzałami? - Gdym to myślał schylony nad
ziemią, raptem szarpnęła mi róg konfederetki jakaś
kula z po za mnie. Obejrzałem się natychmiast po
za siebie, kto to z tamtąd po nad nasze głowy
może strzelać? - i ujrzałem o czterdzieści kroków
w tyle, na wyzszym cokolwiek terenie. gęsty krzak
jałowcu, z po za którego unosił się jeszcze dym
wystrzału.
Zirytowany tą nieostroznością i głupotą z tamtąd
strzelającego, zawołałem w gniewie:
- Co tam za dureń z po za jałowcu po nad
nasze głowy strzela?
Okazało się, ze to nasz Edwardek, powstaniec
-dziecko, tak sobie niefortunnie poczynał a co naj-.
zabawniejsze było, ze strzelał z myśliwskiej duhel-
tówki na 800 kroków jak my ze sztućców. Dla
207
dokazania tej sztuki, przeleciał przez grad kul mo-
skiewskich. Odesłałem przeto go n{tpowrót do lasu,
pomimo niekłamaną jego chęć po 'zostania z nami
do końca.
Podniósł się jak zmyty, przywiązany wielce
do mnie Edwardek, i schylony po nad ziemię prze-
biegł szczęśliwie po pod deszczem kul moskiewskich
z powrotem do lasu; my zaś dalej strzelaliśmy, ale
wywabić Moskali na widok za nic nie mogliśmy.
Lezeliśmy dość długo nieruchomie, niby juz
pozabijani; Moskale jednak z ukrycia swego nie
wyłazili, lecz ciągle jeszcze ku nam strzelali.
Na raz ustały u Moskali strzały, podniesli się
z tarniaków ich tyraljerzy, i migali się nam tylko
schyleni uciekając pomiędzy rzadkie z żerdzi wy-
grodzone płoty, i znikali szybko po za stodołami
wsi Boryi. Podniosłem głowę i spojrzałem, aby zo-
baczyć, przed kim tez to oni tak uciekali i zasła-
niali się rzeczonemi budynkami. Ujrzałem o jakie
dwa tysiące kroków w tyle, a czterysta w lewo od
lasu za mną, ze z po za wzgórzy a na ich szczyty,
wyszło rozwiniętym frontem z kosami jakby broń
na ramieniu, tylko za dolne kOllce ich rzewców
a zatem bardzo wysoko .wystającemi po nad gło-
wami, dość i tak juz wysokiego wzrostu będących
- parę kompanij naszych kosynjerów.
Pusty śmiech mnie ogarnął na widok powyz-
szej pąnicznej trwogi jaką okazali carscy niewol-
nicy, w obec tej rzeczywiście strasznej broni, ale
tylko wpośród lasów i wąwozów skalistych.
W polu zaś czystem i równem jak było obe-
cne, do żołnierza zasługującego na to nazwisko,
203
a uzbrojonego w broll palną i dobrze dowodzonego -
we dnie nie podobna było z takową nawet się
zbliżać, hez narażenia kosynjerów na zupełne zni-
szczenie wprzód, zanim by mogli zaatakować swą
lwonią nieprzyjaciela.
Ukazałem towarzyszom przyC'zynę powyższe.i
ucieczki z tarniaków Moskali, i zaleciłem, aby bru-
zdami czołgając się zajęli szczyt wyniosłości, z ktÓ-
rej razić mogliśmy nieprzyjaciela.
Była może już 3 po południu, gdśmy wypełzli
na wierzch. Dzień jakoś się zamglił. Ujrzeliśmy teraz
dokładnie, że frontem przed nami stał w oddali,
siny ciemny płot na czystym piasku, którego końce
z niczem nie były połączone, za nim widać było
dwÓch jeźdzcÓw stojących. Na lewo w tyle tego
płotu, o jakie paręset krokÓw też w lewo rozpo-
czynały się budynki wsi Horyi, skośnie w lewo
ku rzece Kamiennej pobudowane. \V małych zaś
lukach jakie pomiędzy budowlami widać było, do-
strzegłem siedzących na koniach, ukrytych za
niemi kawalerzystÓw moskiewskich. Co się zdawało
płotem. była to piechota nieprzyjacielska, ktÓra
w tej chwili ostrzeliwała wierzch wzgÓrza ogniem
plutonowym.
Bruzdy, w ktÓrych głowy nasze pochowaliśmy
jakby przylepione, ochraniały nas przed gradem
kul moskiewskich, z przeraźliwym świstem i fur-
czeniem ukośnie lecących na prawo.
Po zagonach obliczywszy odległość, kazałem
nastawić wizer na odległość ROO krokÓw, z tern
abyśmy pojedyńczo strzelali, przedewszystkiem do
dwóch jeźdźców, znajdujących się wśród piechoty,
2011
jak widać dowódzców głównych. Strzelaliśmy, ale
bez skutku, po kolei wszyscy. Rozkazałem przeto
podnieść wizjery du ] noo kroków, co i u siebie
zrobiłem.
Wystrzeliłem.
Prawy jeździec widocznie się poruszył a konia
szarpnął l1>ęzlą i dotknął ostrogą; gdyz ten dał
szczupaka naprzód, a potem zwrócił w lewo, kolisto
i wolno, stępo odszedł wraz z jeźdzcem swym
z placu bitwy do wsi.
Strzelali moi koledzy do drugiego oficera, lecz
ten w miejscu ciągle stał. UJrzawszy to, zarządzi-
łem obnizenie wizjeru z powrotem na 800 kroków,
i zaleciłem brać na cel sam płot, dodając, ze szkoda
na darmo mafł10wać amunicję. Za kazdym strza-
łem moim zaświtało w płocie ciemnym jak gdyby
ząb z tegoz wypadł, i zaraz się z powrotem w tern
miejscu ściemniło.
Dwadzieścia siedm razy dałem ognia z tego
wzgórza, a kiedym 28 raz nabijał, leząc za ka.zdem
nabijaniem na wznak, nie mogłem już ładunku do-
bić, tak grubo osad z ordynaryjnego prochu, przy
powyzszym sposobie nabijania nierówno na wszy-
stkie strony lasztokiem zsuwany osiadał w lufie.
Klucza do oczyszczenia sztućca nie posiadałem,
poszedłem go szukać.
Gdy mnie to spotkało, w tej samej chwili za-
baczyłem, że czoło kolumny dragonów zaczęło wy-
suwać się ze wsi; gdy zaś szwadron tychze znalazł
się już na zewnątrz jej, zrobił front w naszą stronę,
i zaczął się w bok prawego skrzydła ich piechoty,
a na le\\ o od nas, naprzód ku nam ostrożnie posu-
210
wać. Roześmiałem się przeto, i wyrzekłem do to-
warzyszy, gdy dragoni byli już od nas zaledwie
o czterysta kroków:
- Koledzy! widzicie jak ostrożnie dragoni ob-
chodzą własnej swej piechoty ogień i posuwają się.
aby sprawdzić jak też jest wielką nasza siła za
tern wzgórzem ukryta, a która im już tyle kołków
z ich płota na ziemię powaliła? --'- poznawszy nie-
możliwość dalszego utrzymania się na tej zbyt wy-
suniętej pozycji, zarządziłem odwrót do lasu. Dra-
goni zaś widząc, że nas było wszystkiego pięciu,
w tył zawrócili, i pogalopowali z powrotem do wsi.
Podniósłszy się, dopiero ujrzałem, że kompanja
nasza przeszedłszy lasek, za którym ją pozosta-
wiłem, wysunęła się na jego skraj wycięty, od strony
Boryi leżący, naprzód i w lewo oli frontu moskiew-
skiego, i zl.amtąd strzelała.
Kosynjerzy zaś schodzili ze wzgórz, i wolno.
naprzód się pusuwali. Jankowskiego dwie kOIll-
panje wysunęły się z lasu, i stanęły obok kosynje-
rów jako nasze rezerwy. Na HOO kroków zaś ode-
mnie, w lewo postępował długi łańcuch naszych
tyraljerów, wyszły z po za wzgórzy, na których
poprzednio zjawili się i stali nasi kosynjerzy,
sięgając końcem lewego swego skrzydła, gdzie
znowuż flankierowała nasza kawaler:ia, aż ku łą-
kom po nad rzeką Kamienną, z położystemi polami
się łączącym. Widocznym był tu plan nasz, od-
cięcia Moskali od linji ich odwrotu, a głównie
od mostu. Tym sposobem, nasza linja bojowa z jej
przerwami, zakrytemi, to laskami, to wzgórzami,
przedstawiała wielkie półkole, przeszło 5-6000 kro-
211
kw dug.ie, kOlicami swoich skrzydeł do Ka-
mienneJ sięgaJące.
Na kilka mInut, przed podniesieniem się mo-
jem z ziemi, znów kula, lecz tą razą moskiewska,
zerwała mi moją konfederatkę, i drugi róg jej uszko-
dziła. Postanowiłem tę kulę wyszukać, bom widział.
gdzie padła.
Zajęty tern poszukiwaniem, usłyszałem nad
sobą tentent galopującego konia. Poznałem, że to
Czachowski w tę stronę od rezerw cwałował. Stary
wódz dopadając do mnie, za wołał ostro:
- Czego to w tym piasku grzebiesz i szukasz?
Zdjąwszy więc konfederatkę dwa razy przestrze-
loną i trzymając palec na ostatnięj dziurce. oświad-
czyłem, że kuli szukam, co mi tę psotę wyrzą-
dziła.
- Czyś zwarjował, czy co, pod takim gradem
kul jej szukać? zawołał -Ruszaj do lasu! .Jeżeli
ci Bóg przeznaczył kuJę, to ją z pewnością znaj-
dziesz. Ruszaj żywo, bo dragoni cię zabiorą.
Hzekłszy te słowa, pocwałował znowu w prawo,
i po za laskiem, z którego na tę wyprawę wyszedłem,
zniknął mi z oczu. .Ja zaś pobiegłem, aby połączyć
się z towarzyszami, którzy znacznie mnie wyprze-
dzili, a",żąc do strzelającej skośnie w lewo naszej
kompanji, rozstawionej w lasKu około dwóch mor-
gów obszaru. Tu, po za pniakami, bez dokładnego
porządku, ułożyli się strzelcy i prowadzili żwawy
ogieli.
Spieszyłem więc ku nim, aby jako:5 ład po-
między nimi zaprowadzić, i klucza do sztućca za-
żądać.
14
212
Udałem się więc drożyną w głąb lasku, o ja-
kie sto kilkadziesiąt kroków, i tam za grubem drze-
wem znalazłem mego kapitana, samotnie filozofu-
Jącego...
Zdziwiony, co tu sam porabial, nie mogąc nic
wiedzieć ani widzieć, co jego podkomendni robią.
ukazałem mu karabin zagwoZdzony, i zażądałem
()d niego klucza. Rozzłoszczony żem go w tern ustro
niu wynalazł, odprawił mnie szorstko i opryskIi-
wie do kosynjerów, bo nie ma klucza.
- Dobrze kapitanie! - rzekłem - ja idę do
kosynjerów; lecz wiedz, że przy bijącej się naszej
kompanji nie masz obecnie żadnego oficera, co gdy
sprawdzi naczelnik a jest właśnie w tej stronie,
to może wypaść z tego bardzo coś złego.
Z temi słowami porzuciłem Dolnickiego, któ-
rego pierwszy raz podczas bitwy z bliska miałem
sposobność ujrzeć. Wiem, że nie brak mu odwagi,
ale znowuż ta oziębłość jego mnie gniewała.
Odszukawszy Baczkowskiego, z jego kompanją
kosynjerów, ukrytą na drożynie w lm'ku, opowie-
działem przebieg do tej chwili bitwy, oraz co mnie
tu sprowadziło, i zapytałem go na ucho, jaki też
duch tu, u niego panuje; gdyż zdaje mi się, że
chwila stanowczego a1:alm na Moskali jest bIizka,
albowiem łańcuch strzelców, okoliwszy ich pozycje,
co raz żwawiej naprzód postępuje. W odpowiedzi
ukazał mi na kosynjerów jakby przerażonych a że
było zimno, i dygocących niby przed strasznym,
-ciągłym wrzaskiem hordy moskiewskiej, oraz bez
.ustannym jej rotowym ogniem, którego kule i tu
213
. jeszcze mimo drzew dość gęsto rosnących docho-
dziły. Rzekłem przeto doń szeptem:
- Ja stanę na czele, ty zaś stań warjergardzie
z rewolwerem, i pal w łeb pierwszemu, który się
będzie cofał, gdy otrzymamy rozkaz iś!'j do ataku;
a przekonasz się, ze dobry duch w nich tym spo-
sobem obudzimy.
Do kosynjerów zaś, którzy mieli dla mnie bar-
dzo wielką sympatJą, bom dość często do nich za-
chodził, i starał się o zaspokojenie ich niewyszu-
kanych potrzeb, oraz zawsze z powitaniem i do-
brem słowem się odzywał, co u ludu naszego ma
wielkie znaczenie - zwróciłem się niezwłocznie.
Pomówiwszy i tą razą serdecznie., przemówi-
łem do nich stosownie, i to ich zaraz ożywiło, zwła-
szcza gdym dodał, że Bóg i Matka Najświętsza
nam dopomogą, boć to przecie bijemy się za świętą
Wiarę i Ojczyznę naszą.
Po czem zarzuciłem sztuciec na ramię, i od
pierwszego wziąwszy jego kosę, a jemu kazawszy
poszukać sobie innej, których zapas zawsze z sobą
prowadziliśmy, stanąłem wyprostowany, przed nimi
a Boczkowski udał się na tyły. Gdy obęjrzałem się
po chwili, kosynjerzy moi jakoś nie drżą, i wy-
prostowani również cierpliwie oczekują rozkazu do
ataku. - Były to więc widocznie niesłuszne po-
dejrzenia, a co się rychło sprawdziło. Usłyszeliśmy,
że ogień karabinowy z obydwóch stron zwiększono
zawzięcie. Słońce właśnie zachodziło, gdy przynie-
siono nam rozkaz do wystąpienia z ukrycia i ataku
na Moskali. Odwróciwszy się do kompanji, prze-
mówiłem:
14*
214
- Kosynjerzy! Bóg i Matka Najświętsza nam.
dopomogą. Za wiarę świętą i ojczyznę, naprzód.
do ataku na wroga! biegiem marsz! marsz! Niech
zyje Polska!
Powtórzywszy jak grzmot, święty ostatni okrzyk,
wypadliśmy na pole. W biegu rozwinąłem ich
w jeden szereg, frontem do Boryi, przeszło ztąd
jeszcze 1500 kroków odległej, na południe od nas.
Pędziliśmy na drogę, przez wieś do Kamiennej
wIOdącą.
Widziałem jak kolumna piechoty moskiew-
skiej, na której lewe skrzydło z boku atakowaliśmy,
zwinęła pospiesznie do wsi. Od południowo zaś
wschodniej strony. na zewnątrz wsi, wśród zapa-
dającego juz zmroku, błyskały ognie strzałów bar-
dzo blisko zabudowania, pochodzące od naszej linji
tyraljerskiej, lewe skrzydło stanowiącej. Juz zale-
dwie paręset kroków, od pierwszej chałupy wiej-
skiej, linja nasza, na której prawem skrzydle bie-
głem, oddaloną była, gdy przypadł do nas adjutant
G-romejko, i przywiózł rozkaz: cofać się z kosynje-
rami. Poniewaz trochę widać było, zaleciłem ko-
synjerom krzyczeć wciąz - hurra! - i na miejscu
skakać, aby Moskale, jezeli nas jeszcze widzą, mnie-
mali, ze wciąz naprzód pędzimy. Obawiałem się
bowiem, obeJrzawszy się i nie widząc ani przed,
ani za nami naszych strzelców, aby Moskale do-
strzegłszy nas, ze się cofamy, nie zechcieli ze wsi
wystąpić, przeciw nam zaczepnie, i w kosy tylko
uzbrojonych, ogniem swym przerzedzić.' (-idy się
ściemniło dobrze, przestaliśmy dopiero skakać i co-
fnęliśmy się w tył; lecz juz na drogę ku G-linia,-
216
uianom, to jest na wschód, a to kołując ku połu-
dniowemu wschodowi z pod Boryi. Tu, we wskaza-
nem nam miejscu, połączyliśmy się z czekającą na
nas a sformowaną jui do pochodu kolumną. Ko-
synjeny właściwe stanowisko zajęli; ja zaś po-
biegłem do swojej kompanji znów w awangardzie,
której dowództwo z rozkazu Czachowskiego obją-
łem, nie zastawszy jui w niej Dolnickiego, jak się
później w dwa dni dowiedziałem, wysłanego w lasy
Iłieckie. dla przyprowadzenia do nas resztek tuła-
jących się uciekinierów Grelińskiego.
W marszu opowiadali koledzy. którzy się bili
na lewem naszem skrzydle, ie majorowi Kicm-
skiemu kula przebiła prawą rękę; Manowski zaś
został ranny w biodro a jedyny nasz felczer, An-
toni, wśród gradu kul, dokonał wyjęcia kuli z niego,
i odniósł go bez szwanku na tyły. Dowództwo po
Manowskim kompanji powierzył naczelnik Rudow-
skiemu.
Ze gdy lewe nasze skrzydło, głównie prawy
jego koniec. na początku wsi od naszej strony
podstąpił jui niedwie o 30 kroków od stodół, a 1\10-
skal pewien składał się do strzału przeciw kole-
dze memu z urzędu w Radomiu, Hipolitowi .Jurkow-
skiemu, któremu w czasie bitwy pożyczyłem
tuzurek, aby czerwoną swą koszulę schował - to
ten, w przystępie wesołego humoru, odwrócił się
od niego tyłem, i stanąwszy na czworakach wy-
rzekł:
- trzelaj! masz dobry cel.
Rozwścieklony wróg tą obelgą, wypalił i chy-
.bił. \V tej chwili orlwrócił się Jurkowski, i ze słowami:
216
- Patrz durniu! tak u nas strzelają - dał ognia,-
i połozył trupem Moskala. Co widząc inni Moskale.
z krzykiem: djabeł! djabeł! djabeł! - uciekali w tył,
i schowali się za budynki.
Czachowski w tej samej chwili wydał rozkaz
cofania się z pod Boryi, nie chcąc narazać jej na
spalenie a mieszkańców na wymordowanie przez
Moskali; powstańców zaś, na bezpotrzebne straty,
które musiałyby wypaść, podczas ataku na znaczną
jeszcze siłę nieprzyjaciela, co się wewnątrz budyn-
ków schroniła. Znowuż spędziwszy o wiele silniej-
szych Moskali z placu bitwy, przez nich. poprzednio
zajętego, a 8ami na tern przeszło godzin dwie po-
zostawszy, honorowi naszemu uczyniliśmy zadoŚĆ.
'. O większe sukcesa przy naszej partyzantce obecnie,
trudno nyło się kusić.
Pod Boryą spotkalismy właśnie ową sławną
rucł'1omą kolumnę ochotników, pod dowództwem
Klewcowa, który tyle carowi zrolJiwszy zapewnień,
pierwszy raz do boju tu wystąpił a dostaws':?:y kulę
w brzuch, gdy oprócz tego miał ogromnę rupturę,
gangrena zaraz u niello wkrótce się zjawiła, i tejze
nocy we wsi tej zmarł.
Kolumna ta ruchoma, jak pisałem wyzej. liczyła:
piechoty, dragonów i kozaków, 170U ludzi. l\Iy zaś,
potrąciwszy dwie kompanje strzelców Jankowskiego, .
które przedstawiały podczas bitwy jakoby naszą
rezerwę. ale do końca udziału w niej zadnego nie
wzięły, a po skończeniu, pomaszerowały połączyć
się z swym dowódzcą - mieliśmy w ogniu: 4 kom-
panje piechoty i strzelców, razem karabinów i du-
beltówek nie całe ludzi 500; 3 kompanje kosynje--
217
rów, 280; szwadron kawalerji, 60; oficerowie wraz
z sztabem i dowódzcą, 24; ogółem sił powstańczych
bijących się, 864.
Moskale stracili w poległych: Klewcowa, któ-
rego ciało wysłali do Opatowa, 1 ; włościanie spra-
wdzili liczbę zakopanych w piasku trupów, gdzie
kolumna frontem rozwinięta stała, 132; rannych
odwieźli z placu bitwy, przeszło ludzi 240: to jest
razem poległych i rannych 373. Rannych podawano
nam według liczby podwód, więc trudno było
dokładnie obliczyć; gdyz pierwszymi ich wiozącymi,
byli zwy(;zajnie słabi rachmistrze, nasi włościanie.
Myśmy straeili wszystkiego poległych 3. Rannych
zaś tylko 2. razem 5.
Pr:ilyczyną tego było to, ze linja nasza długa
miała znaczne odstępy. Trzy czwarte naszych sił,
operujące na tyłach nieprzyjaciela, gdzie stali tylko
kozacy i dragoni wewnątrz wsi ukryci, nie było
wcale wprowadzone w ogień do samego końca
bitwy.
Ta zaś częć, co się potykała, była równiez
rozrzucona, a zasłaniając się terenem, z daleka celnie
raziła, stojącego w ściśnionym szyku nieprzyjaciela,
na otwartem miejscu.
Maszerowaliśmy dalej, podczas bardzo ciemnej
nocy. az do godziny 2 po północy. Prowadzono
nas jakiemiś bocznemi droiynami. Po kilku pół-
obrotach. a ciągle lewEm ramirniem naprzód, gdyśmy
weszli w jakieś duze lasy, i temi maszerowaliśmy,
rozpoznałem. ze obecnie stanowczo_ idziemy na za-
chÓd. znacznie już oddal pni na południe od Boryi.
Na drozynie leśnej pozwolono nam spocząć. Znu-
18
zeni wielce, odbytą hitwą i długim po nięj jednym
-ciągiem marszem, zaledwie siedliśmy na drodze. już
każdy w tejże chwili zasypiał.
W lesie było 'nadzwyczaj zimno; wkrótce tez
przeziębnięty, zacząłem szukać mego futerka, wo-
ionego na furgonie, zwłaszcza, że silny mróz pokrył
murawę.
Poszedłem w tył, ku furgonom. ostroznie, abym
któremu ze spiących w poprzek drozyny na rękę,
nogę, lub tez broI'i nie nastąpił. Ale. napróżno tu
szukałem. wcale go nie znalazłem. Namacawszy
w ciemności trzech leżących tuwarzyszy, okrytych
płaszczami, zaządlłem ud nich, aby mnie wpośród
siebie dla ogrzania się przyjęli. (idy mi na to nic
nie odpowiedzieli, układłem się bez ceremonji na
nich, sądząc, ze własnym cięzarem zmuszę ich do
rozsunięcia się i pomieszczenia mnie pomiędzy
sobą. Z pół godzin v tak leżałem, koledzy jednak
nie ustępowali, jakoś mię jeszcze większe zimno
od nich przejęło, a oprócz tego i bardzo nieprzy-
jemna woń od nich zalatywała, że nie mogłem oka
zmrużyć, choć czułem nadzwyczajną senność. Po-
oniosłem s:ę p!'zeto a wymyślając im za nieprzy-
zwoitość, starałem się ich silą rozsunąć. (.dy się
.do tego zabierałem, znalazłem ciała ich zupełnie
skostniałe, i dopiero wtenczas poznałem, mm leżał
na wiezionych ze sobą, wyżej rzeczonych trzech
poległych towarzyszacb. Zmięszany tern mimo-
wolnem nieuszanowaniem, okazanem śmiertelnym
szczątkom, zlazłem z woza, i ukląkłszy, zmówiłem
pacierz za spokój ich duszy.
Nareszcie odszukałem moje futro, lecz dwóch
219
malców, rozesławszy go pod spód i do siebie się
przytuliwszy. a połami jego się okrywszy, smacznie
w takowem zasypiało. Litość mnie opanowała, aby
rozgrzanych niem nie wyrzucać na okrytą siwym
mrozem ziemię.
Rozdzieliwszy ich tylko przez WsuOlęcle się
pomiędzy nich, abym choć od nich mógł trochę
się rozgrzać, nareszcie usnąłem. .
VIII ROZDZIAŁ.
Dzień 5 maja, 1863 r. Bitwa w lasach
Bałtowskich.
o godzinie 5 r. zbudzeni, wyruszyliśmy tą!
drozyną leśną. A około godziny 9 rano zatrzymano
nas, dano.po kromce świezego chleba razowego
i po kieliszku wódki. Około godziny 10 rano poszliśmy
w dalszy marsz.
Zaledwie jednak uszliśmy nie wiele, gdy od
awangardy naszej, do której przed chwilą prze-
znaczono kompanję Rudowskiego, ja zaś z moją
szedłem warjergardzie - usłyszeliśmy silną salwę
moskiewską, z towarzyszącemi zawsze dzikiem i,
okrzykami: «UITa !», które echo borów silniej jeszcze
powiększało.
Rzuciliśmy się biegiem na przeciw wroga i wy-
padliśmy na polanę, na której za sągami ustawieni
Moskale, ci sarni, których wczoraj tak przetrzebiliśmy
pod Boryą, cofając się z niej do Opatowa, po wy-
słaniu naprzód rannych i Klewcowa, odkrywszy
jakimś sposobem bytność naszą w tych stronach
urządzili na nas zasadzkę.
Gdy więc awangarda nasza, w której dziś było.
221
tylko kilku kawalerzystów, Czachowski bowiem ro-
zesłał marszem nocnym gdzieś w rózne strony
resztę takowych - przechodziła przez powyzszą
polanę - ukryta piechota nieprzyjacie]ska ją prze-
puściła, nie dawszy znaku swej bytności, a dopiero
gdy strzelcy Rudowskiego na takowej się zjawili,
z wYZSZf>go terenu, gdzie sągi stały, wystąpiwszy
z ukrycia, sypnęła na nich salwą, a następnie ra-
ziła ich rotowym ogniem. .
Lecz gdy w skutek wczorajszej bitwy, duch
dobry naszych żołnierzy spotęgowanym został, przeto
natychmiast rzucili się z ogniem, a następnie z ba-
gnetami na nieprzyjaciela. Idący za piechotą kosy-
njerzy, gdy U!:,łyszeli salwę i okrzyki moskiewskie,
w tej chwili wpadli, zrobiwszy front w lewo, pę-
dząc skośnie ku rzeczonej polanie; wypadli wprost
na prawe skrzydło ]inji bojowej wroga, z okrzy-
kiem: «hurra!» Niech zyje Polska! - i z nasta-
wionemi kosami jak huragan pędzili.
Zdemoralizowana i osłabiona wczorajszą bitwą,
kolumna moskiewska, a do tego część jej przewa-
żnie z dragonów i kozal{ów użytą została na eskortę
swych poległych i rannych - gdy ujrzała z dwóch
stron nasz alak, w tej chwili, rozsypawszy się
w gęsty las, pierzchnęła, i w dzikim popłochu ucie-
kała na południowy zachód, pojedyńczo się odstrze-
liwając.
Ścigaliśmy ją wiele sił nam slarczyło prze-
s.do trzy ćwierci mili lasem, kładąc trupem do-
padniętego wroga. W pościgu tym zachodziły, ze
zbytniego naszego rozgorączkowania zapałem bitwy,
222
dziwne pojedyńcze zapomnienia i _objawy paniki
brzydkiej.
Kosynjer pewien, goniący dragona, gdy go do-
padł, zamiast go ciąć kosą, chwycił go za nogę,
aby go zrzucić z konia; lecz przytomny Moskal,
palnął do niego z pistoletu, i połozył go trupem.
Inny znów kosynjer dogonił kozaka, i znów zamiast
uderzyć bronią, schwycił równiez za nogę i ściągał
go z konia na ziemię. Kozak, zapomniawszy w prze-
raieniu o swem uzbrojeniu, wrzeszczał tylko ścią-
gany z konia, aby nad nim się zlitował, bo jego
matka była Polką. Lecz zawzięty kosynjer, gdy
kozak lezał juz rozciągnięty na ziemi, odstąpił kika
kroków w tył, i ze słowami:
- Ja się nad tobą zmiłuję, zbrodniarzu, psi
synu?! - i dopiero porąbał go kosą.
Z la!:u wypadli pojedYIiczo, w tej stronie gdziem
był, Moskale i uciekali ku jakimś kilku murowanym
domkom} na wschód od Dankowa, i tych dopadłszy,
na ich strychy, z dachów wydarłszy trochę gontów,
zaczęli do nas, ścigających, zawzięcie strzelać.
Gdy ujrzeli, ze i to nie wstrzymało nas w po-
ścigu, jak nie pyszni, wziąwszy nogi za pas, co
sił starczyło uciekali dalej. Widząc, ze ich juz nie
dopędzimy a obawiając się. abyśmy nie oddalili się
zbytecznie od odziału, cofnęliśmy się z powrotem
do frontu. Trafiliśmy do rezerw pozostałych w miejscu
tern łatwiej, że Czachowski rozesłał za nami kawa-
lerją, która z wyprawy powróciła, i sygnałami do
zbierania się ciągle wzywała. Przynieśliśmy prze-
szło sto sztuk karabinów moskiewskich, przyprowa-
.dziliśmy czterech dragonów do niewvli żywcem
223
wziętych, i kilka koni. oraz trzy powózki a na je-
dnej z nich tylko 900 ładunków karabinowych.
Z prowadzących jeńców, pewien powstaniec-
oskarzył jednego z dragonów przed Czachowskim,
że był takim naszym zawziętym wrogiem, że choć
sam już był rannym, to jeszcze do naszych strzelał.
Przykre na mnie bardzo zrobiło wrażenie, że
powyższe oskarzenie, które powinno było dowieŚĆ"
tylko, że uskarżony był dobrym żołnierzem, tak
rozgniewało naczelnika, iż siedząc na koniu, porwał
za rewolwer, a krzyknąwszy strasznym głosem:
- \Y ypchnąć go na. przód!
A gdy to uczyniono i ten się naprzód poto-
czył, spuścił swój rewolwer, i palnął w łeb drago-
nowi, aż mózg wyskoczył mu z głowy. Zapomnia-
łem, że to był zbój najezdnik a widziałem w nim
tylko człowieka. Czachowski, uniesiony, krzyknął
powtórnie, wskazując na pozostałych trzech mło-
dych i silnie zbudowanych a po moskiewsku wciąż
litości i darowania im życia błagających, i przy-
sięgających, że się z nami połączą, wiecznie Matce
Polsce jak się wysławiali, odtąd służyć będą.
- Tych trzech rozstrzelać! - i zaczął okiem
wodzić po szeregach a ja właśnie stałem pierwszy
od strony jego na skrzydle.
Oburzony, na dokonaną przez niego własno-
ręcznie egzekuGią i ten doraźny znów samowolny
jego wyrok na jeńców pozostałych, dla których
jakąś litość a nawet sympaią na powyższe ich
zaklęcia uczułem - nie byłem w stanie ukryć w so-
bie, przejmujących mnie uczuć, które zbyt wido-
cznie na twarz mą wystąpiły. Gdym przeto dostrzegł
I 224
jego wzrok szukający: komuby wyrok do wykonania
powierzyć? ze zbyt widocznym wstrętem odwróci-
łem się w bok, przypatrując się niby kompanji,
a z mocnem postanowieniem, raczej sobie w łeb
palnąć, gdyby mnie go poruczył, niz takowy wy-
konać. Usłyszałem następnie dalszy, lecz już mniej
namiętny rozkaz:
- Przywiązać ich twarzą tam do drzew!-
i wskazał na las, na tyle frontu.-Trzech z dubel-
tów karni, niech tam idą i ich rozstrzelają!
Gdym powyzszą komendę usłyszał, obróciłem
się znów do frontu, i słyszałem za sobą wciąz
powtarzane błagania o zycie jeńców, które przer-
wały dopiero strzały. Spojrzałem w tył natychmiast
po takowych; ujrzałem ciała ich zwisłe na przy-
trzymujących ich sznurach, co ich do drzew przy-
wiązywały, a które kosynjerzy przeciąwszy, za-
mierzyli teraz swej broni na trupach juz spróbo-
wać. - Skoczyłem -na ten straszny widok, ze sztuć-
cem ku nim, krzyknąwszy:
- Trupem położę kaZdego, który mi poważy
się zabitego jeszcze rąbać! Daj dowody kaZdy swej
odwagi na zyjącym, ale nie na trupach.
Kosynjerzy odskoczyli w t ył jak oparzeni, a ja
przypadłem do rozstrzelanych. Wszyscy trzej, po
przecięciu sznurów, upadli na wznak juz martwi,
z otwartemi szklannemi oczyma, niebieskiemi po-
przednio. Smutny powrócilem do frontu.
W czasie dalszego oczekiwania na wracających
z pościgu, moi przyjaciele, widząc mię wielce przy-
gnębionego, dla rozweselenia opowiedzieli przygodę,
zaszłą w czasie bitwy.
22')
Czachowski jak okazało się, wysłał kawalerją,
dla zrekognoskowania dalszej okolicy i sprawdze-
nia wiadomości nadesłanych nam, o otaczaniu nas
ze wszech stron przez nieprzyjaciela, oraz dla ścią-
gnięcia rozpisanych podatków narodowyc na po-
trzeby oddziału.
Stary, przeszło siedemdziesięcio letni dzierzawca
młynów Bałtowskich, według ogólnej opinji wielce
majętny żyd, gdy nie chciał zapłacić przypada-
jących na niego 10.000 zł. polskich, został przeto
przywieziony do obozu, w chwili właśnie rozpoczę-
cia bitwy, a to razem z zoną, równiez wiekową
osobą, która go nie chciała puścić z domu samego.
Gdy go przedstawiono Czachowskiemu, ten za-
pytał go ostro, dla czego nie chce podatku zapła-
cić? - Stary dzierZawca tlómaczył się, ze on jest
wielce biedny; i na młynach ciągle traci.
- Wszyscy cię znają, ze jesteś bogaty - rzekł
na tegoz groźnie Czachowski i dodał:
- Kiedy więc nie chcesz podatku narodowego
zapłacić, to musisz wielce załować, ześmy wczoraj
przetrzepali Muskali pod Boryą?
- O! i jak jeszcze -odpowiedział przebiegły zyd
i dodał - niech wielmozni panowie co dzień ubiją
takiego Klewcowa, a ja będę juz codziennie płakać.
Z dalszej rozmowy, dowiedzieliśmy się dopiero,
że oficerem, który od bijącej się kolumny moskiew-
skiej pod Boryą zjechał w czasie bitwy z placu,
był właśnie dowodzący nią, Klewcow, i ze w nocy
zmarł, oraz bliższych wiadomości, dotyczących siły
i strat moskiewskich w dniu wczorajszym. Gdy
od podatku narodowego stanowczo się chciał uchy-
220
lić zyd, oświadczył mu naczelnik, ze dotąd będzie
jeździł z nami, dopóki tego nie uiści, a miał z sobą
własną bryczkę.
Za chwilę rozpoczęła się bitwa, a gdy kule z prze-
raźliwym świstem i furczeniem zaczęły przelaty-
wać koło uszu i głów więzionej pary gołąbków
starozakonnych, echo powtarzać okrzyki wojenne
bijących się, oraz ich wystrzałów - to za kaMem
zaświstaniem obok nich kuli, zaczęli uchylając się
w przeciwną od tej stronę, którą taz przeleciała,
wrzeszczeć przeraźliwie:
- Aj waj! Co wielmozni panowie robią, to moze
zabić?
A gdy znów na ich nieszczęście, nowa kula
przeleciała, toz samo powtarzali, chyląc się w prze-
ciwną stronę. Pilnujący zaś ich kosynjerzy, pękali
ze śmiechu, na te pantominy z wrzaskiem, i dora-
dzili im, aby się schowali pod bryczkę, co tei
i uczynili. Lecz gdy i tam ich kule niepokoić za-
częły, wyskoczyli czempręcizej z ukrycia i zączęli
lJiegać - z rozstawioną jedną ręką, a drugą chwy-
tając się jedno drugiego, i starając się niemi zasło-
nić. Widząc to ich tracenie wszelkiej przytom-
ności, pilnujący ich, wskazali im dopiero grubą so-
snę, którą starzec ohją wszy rękoma a za nim stara
zydowica, chwyciwszy się pasa męzowskiego, oboje
tańcowywali do k0ła, w miarę zkąd przeleciała
kula, a to z dodatkiem niesłychanego wrzasku
i perswazji, klnąc się na wszystko, ze juz zapłacą,
i pieniądze natychmiast odeszlą, byle ich tylko pu-
ścić z tego paskudnego jak mówili, miejsca. Ulito-
wawszy się nad nimi, wskazano im stronę, w którą
227
mają uciekać, a ci jak szaleni, znikli w przeciwnej
stronie od kul; podatek rzeczywiście natychmiast
odesłali. .
Uśmiałem się serdecznie, przedstawiając sobie,
jak ci biedni ludzie będą później opowiadać przed
innymi swymi współwyznawcami, jak to straszno
, być na wojnie...
Gdy ściągnęli się wszyscy, obliczyliśmy dopiero
nasze straty, z czego okazało się: że, poległo na-
szych 4, rannych zaś zostało 18, których natych-
miast wyprawiono na potajemną kurację.
Moskali tymczasem padło około dwustu, 200tu,
ponieważ nasi wszystko rąbali w pień, nie dając.
nikomu pardonu.
Siły nasze użyte, w tej bitwie, wynosiły tylko
pięćset kilkadziesiąt ludzi; gdyż część piechoty i ko-
synjerów musiała jako rezerwa pozostać w miejscu,
w chwili rozpoczynania się takowej. Potem zaś
niepodobna jej było użyć; sami bowiem biegnąc,
o ile walka i siły starczyły, cośmy zaraz na Mo-
skali się rzucili, zaledwie mogliśmy pojedyńczo ich
doganiać i tępić, tak zmiatali, i stawali do jakiejś
obrony, gdy się ich prawie już za kołnierz chwytało.
Kawalerja zaś nasza, nie była obecną; nawet gdyby
była się znajdowała, to w lesie, bez wystawienia
jej na widoczną zgubę, użytą by być nie mogła.
Moskali zaś mogło być w lasach Bałtowskich
około 900 ludzi, i to przeważnie piechoty. Resztę
bowiem jak nadmieniłem wyżej, odkomendero-
wano przudem, jako eskortę do Opatowa.
PooiewaZ ku kOłicowi bitwy, Czachowski otrzy-
mał od organizacji zawiadomienie, że major Go-
15
1,ł!-
828
_lfI _. i
łubow i pułkownik Zwierów w dwóch kolumnach
silnych, bo z trzech bataljonów Kostromskiego pułku
. piechoty wraz z i!koma szwadronami dragonów
i. .podobnąż ilością ...otni kozackich - maszerują
z dwóch stron na nas, i są już niezbyt od nas od-
,-daleni, zachodząc głównie nam z przodu; ,Pl'zeto
- natychmiast z polany w bok ruszyliśmy 7. powro-
tem a przys7.edłszy na jakieś wzgórze. lasem okryte,
na którem drożyna szła w pÓłkole, pochowaliśmy
przy niej, z prawej jej strony, siedmiu naszych po-
ległych, nad którymi usypaliśmy mogiłę, i nad nią
ustawiliśmy krzyż dębowy z korą. Po skończeniu
smutnego obrzędu, rozwinęliśmy się zaraz w łmicuch
tyraljerski, i z tego punktu frontem na północny
wschód, na przełaj lasami pomaszerowaliśmy, . aby
uniknąć zbyt przeważnej pułapki. .
. ..1:' W skutek bitw pod B<,>ryą i w lasach Bał-
towskich, przetrzebiona i zdemoralizowana ocho-
tnicza ruchoma kolumna Klewcowa, została roz-
wiązaną a ochotnicy do właściwych pułków, w któ-
rych poprzednio służyli, wcieleni z powrotem.
A z dwóch zasadzek Moskali na nas, okazała się
ogromna wyższość powstania polskiego w lasach
nad regularnym ich żołnierzem. Tu się sprawdziło
Mickiewicza: '.
. . . Pomnij Ryków kamrat: I
Żebyś nigdy na Lachów nie chodzil bez armat !...
. , ' (n Pan Tadeusz.")
Już się miało ku wieczorowi; gdy ze wzgórzy
- lasem okrytych spuściliśmy się na trakt z Opatowa
do Bałtowa. Przeszedłszy przez Kamiennę, masze-
rowaliśmy jej doliną, ku widniejącemu zdala staro-
229
';tylnemu zamkowi, w rzeczonej wsi, na wysokiem
,i.od tej strony nadzwyczaj stromem wzgórzu, z traktem
'-,ptJdchodzącym do".samych jego stóp. Uderzył mój
''Wzrok zdałeka jakiś siny znów pło, na szczycie
wymienionego wyiej wzgórza, o!>ok zamczyska, po-
<>bu jego 'stronach ustawiony. Uka<':słemgo to\\'a-
«,zfS'zom i oświadczyłem, 'że jeżeli płot ten stanowi
'piechota m6skieWBka, to nas strasznie przerzedzi,
zanim -będziemy lJlogli przy pomocy jedynej drogi
na szczyty się dostać, i z. nią -módz zmierzyć.
Dziwiło t0 tylko, że gdy przybliżyliśmy się na jakie
tysiąc kroków, to Czachowski, wraz ze swym
.sztabem, wysunął się naprzód ku Bałtowu i galo-
'pem tam popędził. Skoro zaś na szczycie usta-
wione wojsko nie strzelało do nich, zrozumiałem
dopiero, że to Jakiś oddział powstańczy tam stoi.
1 rzeczywiście, gdyśmy weszli na dziedziniec zam-
.czyska, zostalIśmy powitani serdecznym okrzykiem,
przez stojący tam pod bronią i prezentujący takową
-oddział Jankowskiego, który zajął go na swe no-
.cne leże.
Oddawszy wzajemnie honory wojskowe, gdy
-otrzymaliśmy komendę spocząć, zaczęliśmy się oglą-
dać za jakiem pokrzepieniem naszych sił, strasznie
wyczerpanych marszami i po w yższemi bitwami;
.tern więcej, że oprócz bardzo mikroskopijnych
racyj chleba i wódki, któreśmy zrana otrzymali, od
wczorajszego rana w Ożarowie, nic więcej, na wet
wody w ustach nie mieliśmy, a niesłychane pra-
gnienie nas paliło, i głód nam straszny dokuczał.
Tymczasem Jankowskiego oddział, przyszedłszy
pierwej do Bałtowa, tak jego zapasy żywnościowe
15.
230
wyczerpał, że dla nas literalnie nic' się' już me-
znalazło.
Ugasiwszy przeto wodą nasze pragnienie, i na-
piwszy się wódki po kieliszku, gdyśmy z godzinę-
tu wypoczęli, wieczorem, już zupełnie ciemnym,
pomaszerowaliśmy dalej, idąc na północ. Przyszedłszy
pod jakiś las, w okolicy Daniszewic, w wąwozie,-
choć wiatr znów wielce mroźny nam dokuczał,-
po jego bokach ułożyliśmy się do . spoczynku na.
noc, bez najmniejszych ogni.
ROZDZIAŁ IX.
Dzień 6 maja, 1863 r., bitwa pod Rze-
czniowem.
Słońce już wschodziło, dnia 6 maja, gdyśmy
zziębnięci potężnie przebudzili się i zaczęli znowu
oglądać za pożywieniem i rozgrzaniem jakiem; lecz
:ani jednego, ani drugiego jakoś nam nie dostarczono,
ognia rozniecić nawet nie dozwolono. Zdesperowani
prawie, choć milczeliśmy, jednak w spojrzeniu ka-
:.Zilego z nas można było wyczytać niezadowolenie,
z nadzwyczaj opieszałej administracji woj8kowej,
co do zaopatrywania naj niezbędniejszych potrzeb
.naszego życia, wystawionego na tak nadludzkie wysiłki.
,O godzinie 9 rano, dopiero przybył do nas
Jankowski z swym odziałem, i utworzywszy z niego
awangardę, wspólnie pomaszerowaliśmy dalej, znów
w kierunku północnym. .
Przed godziną 9 rano, wyszliśmy z powyższego
łasu, mając po lewej ręce drogi jakiś dwór bez
ogrodów, nawet żadnego sadu; nie daleko leżały
jego zabudowania, czworobo:::zne folwarczne dre-
wniane, gontami kryte; po prawej zaś stronie
drogi, ciągnął się dalej jeszcze o jakie stajanie 00-
I3t
dalony bór. Dworek powyższy i jego. gospodarcze'
zabudowania, choć leżały w pośrodku pól, nie po-
siadały jednak najmniejszego ogrodzenia.
Przeszedłszy o kilka staj od powyższych bu-
dynków, pomaszerowaliśmy w poprzednim kierunku.
dalej, i doszliśmy do kolonji niemieckiej Jawór,
z którejto przed miesiącem przeszło, bo 4 kwietnia,
Czachowski, dwóch kolonistów w puszozy Iłżeckiej,
schwytanych na szpiegostwie, kazał powiesić. Wrodzy
ci krajowi naszemu przy-bysze, nietylko że umknęli.
ze swych siedzib przed nami, gdy o naszem posu-
waniu się w te strony dowiedzieli; lecz nawet po-
psuli swe żurawie i kubły w studni, żebyśmy się'
z nich choć wody napić nie mogli.
Pomaszerowaliśmy przeto dalej, a olwło gQdz._
11 rano, gdyśmy zbliżyli się ku wsi Jaworów,
ujrzałem po za tąż, na wschód, znac:.i:ną ilość pod-
wód i jakieś wojsko. Wielu zaczęło umzymywać,
że to są Moskale. Zaśmiałem się, ukazując im.
amarantowy sztandar tego wojska; bo jU:l sam ko-
lor powinienby ich objaśnić, że \\-ojsko to nie mo-
skiewskie.
Gdyśmy weszli na wzgórze, na którem była
pobudowana wieś, i zbliżyło się czoło naszej roz-
wleczonej kolumny do krzyżowych dróg, spoczęliśmy
w miejscu, o godz. 11 ranO. Tego dnia z kompanją,
Czachowskiego stanowiłem arjergardę kolumny.
Słońce paliło silnie, poranek bowiem sam jJ.lż.
był przecudny.
Nie wiedząc jak długo będziemy tu stali, kaza-
łem upadającym ze znużenia, głodu i pragnienla:
strzelcom położyć się na drodze. Za przyJdadełJl:l
2as
moim, uczyniły toż samo, l mne kompanje. Grunta
tamtejsze, jako żwirowo piasczyste a dobrze upra-
wiane, okryte były już wyrosłem żytem: Kawalerji
z' sobą nie mieliśmy' żadnej, gdyż takową 'gdzieś'
znów' wyprawiono. .m
Około' godziny" 12 popołudniu, gdy odpoczy-'
waliśmy na drodże, ukrytej pośród wyrosłego ozi-
mego zboża, widżiałem, mając "\\'Zrok przeważnie
w tył zwrócony jak z lasów, tąż samą drogą cośmy
rano wyszli, wysunęli się - także 'Moskale, i. usta-ł
wiwszy się we front, po prawej stronie opisanego'
wyżej dworku i jego budynków, rozpoczęli kara-
binowe salwy plutonowe, po tern kompanijne' a
ostatecznie w nieustający, rotowyogień do tychże
przeszli.
Z pewnej slrony pusty śmiech mnie porywał,
na to marnowanie amunicji przez Gołubowa; gdyż
wiedziałem, że kolumna przez niego dowodzona
ciągnie śladem naszym. Z ilości kompanij, co' się
ustawiały oraz szwadronów dragonów i sotni ko-.
zackich, poznałem, że to jego być musi oddział; bo
kolumna pułkownika Zwierowa, dwa razy liczniej-
sza, z innej slt'ony się ukazać powinna była. ża-
łowałem biednych mieszkańców dworu, wystawio-
nych na harb8rzyństwo dziczy moskiewskiej.
.1 ul: przeszło godzinę trwał ten alak -ogniowy.
na rzeczone budynki. gdy Jnljan Czachowski, syn,
naczelnika, przypadł na spienionym koniu od ozoła
kolumny, pytając się mnie o swego ojca - gdzie jest
teraz? Zdziwiony wielce, odpowiedziałem, że nie
wiem, a on od czoła kohHłJny, powinienby raczej
sam mię o tern pojaśnić. 0,\"
.. fI'll
:834
- Niezawodnie do siostry Leszczyńskiej, do Wierz-
chowisk pojechał, kiedy go tu nie masz - doda-
łem. - Pędź więc, co koń wyskoczy za ojcem,
i zawiadom go, o tern co się na naszych tyłach
dzieje; bo moie być z nim i z nami bardzo źle,
jeieli dłużej jego nieobecność tu potrwa.
Zawrócił konia i pogalopował ku Jaworowi,
w prawo od krzyżowych dróg. W pół godziny
potem czoło kolumny powstało z ziemi, i posunęło
drogą od Jawora ku Rzeczniowu, wymaszerując
ku rzeczonej ostatniej wsi. Powstały i inne kom-
panje oraz aIjergarda, posunęliśmy się do krzy-
żowych dróg. Nareszcie ukazał się od strony Ja-
wora, galopujący ze swym sztabem Czachowski,
który rzeczywiście zabiegł na chwilkę do swojęj
córki; dopiero syn go sprowadził, zawiadomiwszy
o groźnem położeniu oddziału. - Wstrzymawszy
konia, rzekł do mnie:
Dolnicki z Wielobyckim przyprowadzą ci tu
uciekinierów Grelińskiego, umieścisz ich w kolu-
mnie, przed swoją kompanją. Daj baczność tylko,
aby nie zechcieli znów uciekać.
Wymówiwszy te słowa, pogalopował zwycza-
jem swoim wzdłuż kolumny.
Ze słów tych dopierom się przekonał, że pod-
wody i wQisko, które dostrzegłem na wschód po
za wsią Jawór, były rzeczywiście nasze a to z re-
sztkami oddziału Hrelińskiego, przez wymienionych
wyzej oficerów sprowadzonemi. Czoło kolumny za-
częło, gdy nacelnik do niego przygalopował, szybko
maszerować. Zeby nie rozwlec zbyt takowej jako
idący warjergardzie, kazałem towarzyszom moim
235
chodu przyspieszać, oglądając się wciąż po za
siebie.
Wypadło ze wsi .Ja wora biegiem około dwu-
stu (jrelińczyków. przewainie samych kosynjerów;
broni palnej, pomiędzy niemi było około 30 sztuk
zaledwie, a w tyle ich kłusował, rotmistrz Wie-
lobycki ze 40 naszymi kawalerzystami. Gdy do
mnie dobiegli, ustawiłem ich, gdzie mi kazano.
Wielobyckiemu zaś z kawaler:ią, wskazałem stano-
wisko po za sobą.
Nie szliśmy teraz wprost na północ dalej, tra-
ktem w lasach Czerwono wolskich, zaledwie małe
pół mili od krzyiowej drogi, ale przeciwnie; robiąc
prawie kontra marsz, i do tego w polach odkry-
tych zupełnie, dążyliśmy na południowy zachód, ku
wsi Rzeczniowu, do której mieliśmy od tejże krzy-
-żowej drogi małą milkę. liołubow tymczasem
strzelał wciąż do budynków, a potrzebował zale-.
dwie dobre ćwierć mili na zachód się posunąć, aby
przed nami takową zająć. Domyśliłem się, ie Cza-
chowski musiał oba wiać się, na podstawie jakichś
świeiszych zawiadomień, ie kolumna Zwierowa jest
juz niezbyt. daleko, a batalja tiołuhowa z wiatrem
w polu, jest sygnałem wzywającym go do natych-
miastowego przybywania z pomol:ą; aby gdy udamy
. się na północ, w lasy wyż rzeczone, stanowiące
niejako obszerną kępę w pasie polnym, nie łączącą
się ani z puszczą Kozieniecką ani lei 1łiecką - na
raz ze czterech stron otoczyć nas, przez kolumny
wysłane z Radomia i Zwolenia, oraz dwóch po-
wyij już wymienionych.
Z przyspieszanego zaś ciągle przez czoło na-
236
szej kolumny marszu, który zniewalał arjergardę'
maszemwać wciąż pełnym biegiem a kawalerzy-
stów kłusować, wniosłem, ze Czachowskiemu zależy
na tem, aby ubiedz Rzeczniów;. w najgorszym'
razie, choćby pod ogniem przesunąć się obok ko-
lumny wciąż strzelającej (jołubowa, i dopaść puszczy
Iłżeckiej. Byłem jeszcze o jakie tysiąc kroków od
wsi Rzeczniowa, gdy wysłany po za prawe skrzy-
dło piechoty (iołubowa, szwadron dragonó w, roz-
winiętym równiez fronttm postępujący wolno zja-
wił się o jakie tysiąc kilkaset kroków odemnie, _
wśród zbóż z lewei mej strony. Wymijając opisane
budynki. dopiero dostrzegł naszą kolumnę, jako.
nizszym trochę terenem wśród wyrośniętych bujnych
zbóż postępującą; ponieważ drogę z .Jawora do.
Rzeczniowa, od miejsca. na którem ustawił się Go-
łubow z wojskiem, oddzielała mała wyniosłość.
W chwili jednak powyzszej, czoło rozwlekłej:
a wielce imponującej naszej kolumny, bo wraz z od-
działem Jankowskiego i resztkami (jrelińskiego, li-
czączej przeszło 1400 ludzi. wchodziło już do wsi
Rzeczniowa, uprzedziwszy tam Moskali.
(idy dragoni to ujrzeli, nie zważając na zbyt
wielką odległość, rozpoczęli przeciw nam ogień,
i z tym ku nam się posuwali a kilku z nich na tyły
podskocz yło.
Ogień piechoty moskiewskiej wkrótce ucichł.
Za to z drugiej, przeciwnej, południowej strony,_
tyle razy rzeczonych budynków, zaczęli się znów
z po za nich ukazywać dragoni; i mimo zbyt wiel-
kiego od nas oddalenia, ku nam jadąc, wszYf:cy,
z koni swych strzelać zaczęli.
I t
237
Śmieliśmy się, żartując sobie, z tych nieszko-,
dliwych dla nas wcale ich manewrów ogniowych
i postępowaliśmy szybko, aby utrzymać 'szyk ko-'
lumny, nie odpowiadając wcale na ich nieustanny
ogień. Gdy jednak zaczęli się bliżej podsuwać do
nas, Wielobycki i jego towarzysze, molestowali
mnie, abym rozkazał strzelcom rozpocząć ogień. Tłó-
inaczyłem się, że bez wyraźnego rozkazu naczelnika,
p.czynić tego nie mogę, tern bardziej, że posiadając
sam broń moskiewską marnowałbym tylko na-
próżno amuniję, której zawsze i tak wielki brak
czujemy; bo skoro ich kule, nam szkody nie wy-
rządzają, to i jabym również ich strzałami nie do-
sięgnął. Ale jednak gdym dostrzegł wielkie zanie-
pokojenie, pomiędzy postępującą za mną naszą ka-
walerją, rozkazałem zresztą ostatniemu półpluto-
nowi swoich strzelców cofać się w tył, poprzed
awaleI:ią rozsypać się od strony dragonów w t y-
raijery i pomiędzy temi uwiema jazdami, spokojnie
maszerować, wcale nie ważąc się dać żadnego strzału,
bez wyraźnego mego rozkazu. To uspokoiło ka-
walerJę naszą, a gdy kompanja moja zbliżyła się
do wsi Rzeczniowa, jak po większej części wszy-
skie nasze wioski w Iwtlinie, bodaj po nad naj-
mniejszym strumykiem lub moczarem zabudowanej
- oświadczyłem Wielobyckiemu - gdy zwłaszcza
dragoni przybliżywszy się znacznie, nie zaprzesta-
,wali swego ognia, a kule ich już świstały i fnr-
.czały w koło po nad głowami naszemi i dźwię-
c.zały po kosacb i bagnetach naszych, aby z kawa-
lerją swoją pogalopował teraz na czoło naszej ko-
lumny; bo łatwo być może, że jednocześnie ze
, c "riO m
,
iS8
'mną, zechcą i drogoni wkroczyć teraz do wsi; on
.zaś i jego towarzysze, stawiliby mi wtenczas tylko
przeszkodę, do nalezytego ich przywitania naszym
ogniem. Nie potrzeba było wcale im dwa razy tego
powtarzać, zaraz tez jak wiatr obok nas przele-
.cieli, na swe nowe stanowisko.
Gdym prawie ostatni wchodził do Rzecznio-
\\'skiej wsi, wciąz mając głównie wzrok w tył zwró-
.cony ku nieprzyjacielowi, ten tak nas obficie obrzucał
.swemi kulkami, ze bagnety nasze nieustannie dzwo-
niły, lecz żadnej najmniejszej szkody dotąd nam
nie wyrządziły.
Wieś rządowa Rzeczniow jest wielką, a wło-
ścianie jej byli jeszcze wówczas bardzo zamozni.
Wielu też zgłodniałych a pragnieniem do tego
niesłychanem palonych powstańców, widziałem jak
z poprzedzających mnie kompanij wpadało do do-
mów, aby choć wody lub mleka się napić. A gdym
ich upominał i ostrzegał, że nieprzyjaciel już nie-
daleko za mną postępuje, aby się wracali na swe
miejsca w szeregi; to tłumaczyli się, że otrzymali
pozwolenie od swoich kapitanów, i że natychmiast
stawią się z pQwrotem.
. Zaledwie zdołałem własnych towa=rzyszy utrzy-
mać w szeregu, a co mi nawet niektórzy z nich
za złe poczytywali, tern więcej ze widzieli innych,
którym tego dozwolono, jak utrzymywali.
Jednakowoż, gdy widziałem, ze lada minuta..
starcie z.wrogiem nastąpi.mus wolałem przenieść
to chwilowe usposobienie ich dla mnie, aniZeli brać
na siebie odpowiedzialność, za dozwolenie im lekko-
myślnego narażenia swego życia.
289
Dragoni jednak, choć się wielce zbliżyli ku wsi,
w obawie jakięjś zasadzki w tejże, nie poważyli się-
wejść do niej, by postępować za nami jej środkiem
. we dwa rzędy dość odległe od siebie zabudowanej.
. Z dwóch stron, pólnocnej i południowej, gdyż wieś-
ciągnęła się ód wschodu na zachód, po za opłot-
kami jej, za ogrodami, drożynami polne mi ostrożnie-
się posuwali, posyłając nam wciąz swe kule; gdf
tylko ich oczom, choć jakaś część naszej kolumny
się ukazała.
Na zachodnim samym końcu wsi, po za osta-
uim budynkiem włościańskim, rozpoczynała się duża
łąka dworska, obok której droga skręcała się pół-
kolisto z zachodu na południe, a od której na za-
chód, o paręset kroków jeszcze dalej leżał dwór;
ogrody zaś i sady jego, dotykały samej drogi, na-
przeciw łąki. Południowa drożyna opłotkowa polna,
dochodziła prosto do tej drogi, idąc na zachód,
i wpadała na drogę opisaną, a przeciąwszy ją,
stanowiła dalej drogę, do tak zwanego na wsi pa-
łacu. Po za drogą i dro2yną opłotkową a ze 400,
kroków od drogi głównej, prowadzącej do sąsiedniego
miasteczka Grabowca, leżały na wschód gumna
dworskie.
Gdy arjergarda nasza wyszła ze wsi i masze-
rowała około łąki, dragonów kilkunastu, co połu-
dniowemi opłotkami towarzyszyli naszemu pocho-
dowi z tego boku ciągle, wysunęło się tą drożyną,
i kilku z nich zaczęło do nas przez łąkę powyższą
strzelać.
Towarzysze moi niecierpliwili się wielce, tem
lłO
upartem draznieniem ich strzałami a to tern więcej,
ze nie dozwalałem im wcale na takowe odpowiadać.
Zaczęli juz teraz glośno sarkać. Gdym więc
doszedł do gumien, dałem rozkaz trzem celnym
strzelcom. dać odpowiedź dragonom. Ci zaledwie
wypalili, a dragon jeden Vadł trupem; trzej zaś, co
mu w tern wysunięciu się ku nam towarzyszyli,
zwróciwszy swe konie opłotkami w tył, galopem
uciekać poczęli; przypadł ku nam również galopem
Czachowski, z podniesionym rewolwerem w ręku,
i zapytał się kto strzelał.
o - Ojcze! - odpowiedziałem mu na to - za-
nadto blisko dragoni się ku nam powazyli podsu-
"nąć i za długo drażnili nas swą strzelaniną. Dla
tego, chcąc jch większego dla nas szacunku nau-
czyć, kazałem trzem strzelcom odpowiedzieć na ich
strzały, a oto jest rezultat - dudałem pokazując
mu, na leżącego w opłotkach trup:! i umykających.
- Żadnych sLrzałów! - krzyknął Czachowski -
w_ łeb palnę kazdemu, kto poważy się strzelać.
Marsz dalej!.
Brzmiała lakonicźnie odpowiedź starego wodza,
_,po udzieleniu której, zawrócił konia i pogalopował
znów do czoła kolumny.
" Droga, prowadząca do' tirabowca, podnosiła .'się
. ,coraz wyzej, w pośród pqJ dworskich, około 2000
koków połozysto na dość. wysokie wzgórze, około
kilkaset stóp po nad wsią górujące; na' wierzchu
lotegZ - x:ozpoczynał się niewielki las, którym ,," dalej
prowadziła.
Po lewej naszej stronie, to jest na wschód od
JW
su
takowej, rozciągało się pole nie obsiane, czyli tak
zwany ugor. I .........
, Grunta jego były podmokle, przeto dla odpro-
wadzenia zaskórnych zbytnich wód, niewelacyjnemi
rowami poprzecinany.
_ Gdy posłuszni rozkazowi wodza,. maszerowa-
-ltsmy milczący dalej i zaledwie uszliśmy kilkadzie-
-siąt kroków, wypadło z za gumien okolo 30 dra-
gonów i rozwinąwszy, się. zaczęło głównie arjer-
gardę ostrzeliwać.
Towarzysze znów teraz głośno wyrzekali, prze-
ciw bezczynności na jaką skazani zostali, wobec
.atakującego nas swym ogniem wroga. '
Uśpakąjałem iL-h O ile mogłem; lecz widziałem,
. ze słowa moje i zakaz wodza nie na dlugo jU:l ich
wstrzymają.
Odniosłem się prżeto do jadącego konno, obok
resztek Grelińskiego, kapitana Dolnickiego, któremu
Czachowski powierzył dowództo bataljonu i przed-
stawiłem mu moje przykre położenie.
- Cóż na to poradzę -- odpowiedział mi Dol-
nicki - - słyszałeś przecie rozkaz dowódzcy...
. Dragonów pnybywało eoraz więcej, i nie prze-
stawali nas ostrzeliwać. Odniosłem się teraz, słysząc
dalsze wyrzekania, ecierpliwienie i rwanie ..się' do
strzałów moich podkomendnycb, których zaledwi.e od
tego powstrzymać zdołałem do dowódzcy ,ba-
taljonu ; ale i tą razą powtórzył te- samo. Gdr zaś
ujrzałem, że już cały szwadron dragonów ł"Qwi-
niętym frontem, idzie nas o!5trzeliwając" j,ił'uwa-
żalem, ze lada chwila wykona szarżę, podszedłem
do DOlnickiego, i rzekłem:
2ł2
_ Z usposobienia mych podkomendnych widzę,
ze wbrew wszelkim zakazom dadzą ognia, a wten-
czas stanie się większe złe, bo nieposłuszeństwo
jawne wybuchnie - i dalej argumentowałem.
_ No! to prowadź swoją kom panję, i rozpocznij
ogień - odrzekł Dolnicki i sam zsiadł z konia.
Wydawszy kompanji komendę. rozrzuciłem ją
biegiem w tyraljery, w lewo, skośnie do frontu
dragońskiego, każąc rozpoczynać pojedyńczo, wolny
a celny ogień - sam rzuciłem się na prawy koniec
rozwijającego się łańcucha.
Zaledwie kilkanaście strzałów padło z nasze,i
strony a juz we froncie dragonów powstało za mię-
szanie, spowodowane spadaniem jeźdźców z koni.
Rażony kulami przez nas szwadron, umknął 7.a
gumna, by pod osłoną ich, na nowo się sformować.
Dragoni wkrótce wystąpili, ale tak samo zmu-
siliśmy ich do nowego pierzchnięcia po za gumna.
A gdy się na nowo posuwać zaczęli, to kapitan
Rogójski rozsypał swoją kompanję bagnetową, z dru-
giego bataljonu, powyżej naszego łańcucha, i zaczął
po nad naszemi głowami razić nieprzyjaciela.
Rozpatrując się, co takiego spowodowało wzmo-
cnienie naszego ognia - dostrzegłem, że już drugi
szwadron dragonów przybywał pierwszemu w po-
moc. Ale nasze łańcuchy zresztą zlały się raze'm,
i powstrzymały dalsze zachcianki dragonów, nas
atakowania. Postępowaliśmy coraz to wyżej, przeto
dokładnie widziałem jak piechota moskiewska, przez
oficerów pędzona, z tyłu nadbiegała i już się we
front rozwijała. Wtedy z trzeciego naszego batal-
jonu, po bitwach bowiem pod Boryą i Bałlowem,
2ł3
zniósł Czachowski odrębność {alicyjskiego oddziału,
a mięszając jego zołnierzy, pomiędzy nas i odwro-
tnie, postanowił z tegoz i części naszego utworzyć
dwa bataljony a ze swej kompanji, starych naszych,
najdawniiszych kosynjerów i resztek Grelińskiego
oddziału, uformować trzeci bataljon, i wymienio-
nych wyzej kapitanów. na ich dowódców prze-
znaczyć - plan ten w marszu właśnie przepro-
wadzał. Markowski, z 3go bataljonu z 7 kompanją
przeszedł w tyraljery, a kompanję Czachowskiego,
w broń bagnetową uzbrojoną, rozwinięto wyzej,
po nad nami. w łańcuch tyral.ierski, o znacznie wię-
kzych od nazego odstępach. Odstrzeliwając się
nit-'przyjacielowi, złączyliśmy się zresztą ze trzela-
jącymi po nad nami, i wzmocniliśmy nasz ogień
znacznie.
Gdyśmy zasłaniając swój odwrót, weszli na
wierzch wzgórza, ujrzałem, ze takowe zamieniło się
w płaszczyznę, zaledwie <;to kroków przed nami
jako pole uprawianą, za którą rozpoczynał się nie-
wielki las, ale bardzo stary i szanowany, z mię-
z;.lłlych drzew i mocno miodziezą podszyty. Zale-
dwie kilkanaście kroków płaszczyzną postąpiliśmy,
przestaliśmy być zupełnie widzialnymi dla nieprzy-
jaciela; wstrzymaliśmy więc zupełnie ogień.
(-idy zaś Moskale ciągle wrzeszcząc «Ufra!,.-
rozwiniętym frontem równolegle za nami szli nie
przestając strzelać, i gdy kolumna nasza weszła
drogą w las, zakomenderowałem: aby łańcuch przy-
śpieszył zajęcie brzegu lasu.
Sądziłem błędnie, ze Czachowski i Jankowski,
wszedłszy w las. zajmą pozycję za nami jako re-
16
:246
nas, odezwał się róg moskiewski. Nieprzyjaciel tyły
nam zastępował.
Pędziliśmy przeto ku naszym z okrzykiem:
_ Cofać się na prawe skrzydło! -Moskwa od
drogi tyły nam zachodzi - i sami skośnie, w tym
samym kierunku, ku bijącym się przez gęsty las,
przedzieraliśmy się pojedyńczo.
Gdy tk pospieszałem, na raz w trochę rzad-
szem miejscu, pomiędzy zielenią liści, błysnął mi
kolor jakby amarantowy.
Ucieszony sądziłem, ze to krakuski naszej ka-
walerji; zblizyłem się, i ku niemałemu przerazeniu
poznałem, ze to lampasy czapek moskiewskich Smo-
leńskiego pułku. Byłem sam jeden, gdyz towarzysz
znikł mi gdzieś z oczu pomiędzy drzewami; za-
cząłem przeto pośpiesznie uciekać na południe.
Moskale dostrzegłszy mą amarantową konfe-
deratkę z orzełkiem, srebrnemi obszyciami i kor-
donkami, puścili się za mną, z krzykiem:
_ Trzymaj! łapaj! to naczelnik - nie ujdziesz!
Pędziło za mną ze 30tu.
Byłem najpewniejszy, ze ostatnia godzina moja
wybiła. Sztuciec miałem nabity. Odwiodłem kurek,
i przeZegnawszy się, powziąłem mocne postano-
wienie: temu, co się najwięcej do mnie zblizy, strze-
lić w łeb, aby mię raczej zabili, a żywcem w ręce-
swe nie dostali.
Po niejakiem błąkaniu się po lesie, Moskale,
nie daleko mię gonili, spotkałem nareszcie jednego
z naszych. Nalezał on do kompanji Rogój skie go,
a gdy ich Moskale tak samo oskrzydlać zaczęlit
247
musieli się przez nich przebijać i rozsypać nastę-
pnie po lesie.
Posuwaliśmy się na wschód, bo wiedziałem,
gdzie Moskale w polu czatują; zacząłem ostrożnie
-jak wilga pogwizdywać, i wkrótce było nas jedy-
nastu, tj. ja i 10 rodem z Galicji. Między tymi, był
niejaki N. człowiek około 60 lat, «kapitasiem wuj-
kiem» przez współziomków zwany, sławny gaduła.
Gdy się tedy przyłączył do nas Wujko, wyrwał
swój rewolwer, i krzyknął:
- Teraz nie mamy się czego już obawiać, bo
jest nas 13. Ja będę dowodził wami. Niech mi śmią
pokazać się tu Moskale, to ja ich moresu nauczę.
Roześmialismy się z powyższej fanfaronady
Wujka, i doszliśmy do końca drugiego lasu, samemi
oprawnemi polami otoczonego, na brzego którego
ktoś zaczął budować jakieś domostwo.
Wujko krzycząc, «trzeba choć mleka się napić!»
rzucił się do budynku. Zaledwie zdołałem ich od-
wieść od tego nierozważnego kroku, zapewnieniami,
że na własne oczy widziałem Mo::;kali na zewnątrz
lasu, dragonÓw i kozaków, co było prawdą; bom
to dopatrzył, podczas błąkania się po lesie; zwró-
-ciłem się więc z nimi na północny zachód, a gdy
się wahali iść w powyższym kierunku, wprowa-
dziwszy ich w kępkę zagajniku świerkowego, ol-
brzymi świerk otaczającego, przedstawiłem im ko-
nieczne obejrzenie pobojowiska.
W czasie tej narady, usłyszeliśmy trzeszczenie
gałęzi, tuż koło nas. Nie mogliśmy dojść, co to jest.
Wkrótce atoli powtórzyło się to po raz wtory, ale
28
tą razą usłyszeliśmy i głos ponad sobą jakby z po-
śród gałęzi starego świerka.
- Koledzy czy to wy?
Ubawili:5my się z hiedaka, który jednak broń
mial ukrytą pod drzewem. Nauka z drączkami wi-
docznie nie poszła w las.
Lepszy duch zaczął w nas wstępować. Po-
szliśmy zatem już ufniej na pobojowisko. Znale-
liśmy na niem Hj ciał naszych, zupełnie nawet
z bielizny obdartych. i w najokropniejszy sposób
pokaleczonych, a to tak że na jednym aż 32 pchnięć
hagneta naliczyłem.
Ukrytych atoli przez nas rannych, wróg wcale
nie odkrył.
. Na końcu lewem łańcucha już się lias teraz
zgromadziło 5. Wszyscy hiliśmy uzbrojeni. Ła-
dunków tylko mieliśmy najwyżej po 3 na jednego.
Za to ani jednego Moskala, przez czas powyższego
przemarszu, nie ujrzeliśmy. (;dy zhliżyliśmy się ku
urodze, z Kzeczniowa do (;rahowca, już było szaro.
Usłyszałem jakiś gwar oddalony. Paradowskie-
mu, z Kongresówki rouem, kazałem podpełznąć pod
drogę, i obejrzeć takową.
Doleciał nas wkrótce głośniejszy wybuch gwaru
i okrzyki radoci.
_ Keszta naszych zyje! Nikt nie dał się do
niewoli!
. Rozpoznawszy głosy kolegów, rzucaliśmy się
ku drodze, na której o 100 kroków zaledwie ku
Grabowcu stał na cza tach kozak; lecz ten zadnego
znaku życia wcale nie dał. choć dokładnie jego
i konia widzialem. Wpadliśmy w rosnące gęsto-
2ł9
krzaki. a w rzadszem ich miejscu rzuciliśmy się
w ohięcia swoich towarzyszy ze łzami radości
w oczch.
Markuwski, Rogójski i Dolnicki -rzucali mi się
na szyję i móstwo innych kolegów i przyjaciół,
z prawdziwym szałem radości i rozrzewnienia.
Uspokoiwszy się ze wzruszenia, ustawiliśmy się
w kompanję i zaczęliśmy się obliczać. Było nas
jeszcze pou bronią zupełnie zdrowych 2U6, 16 zabi-
tych w głębi lasu i ukrytych pomiędzy krzakami
leszczyny a nakrytych chrustem i !iśmi 2, razem
24i'>, L j. tyle, ile weszło nas do lasu.
Z opowiadania. okazało się. ze l\Iuskale nie
śmip!i zapuszczać się głębiej w las. po obejściu
naszych tyłów: ale wnet. po lJierzchnięciu naszych
przed it'h pięćkroć przeważającą siłą, nauczeni
świeżo na swych zasadzkach, sami co żywo ucho-
uzili z lasu.
(idzie się pudziały oddziały Jankowskiego
i CzacllOwski z resztą naszPj kolumny? Co mieliśmy
teraz z sobą tlalej począć? Pozbawieni bowiem
zwłaszcza amunicji. nie posiadaliśmy przy sobie do
tego, ani jednpgo Iwsynjpra, ani tpż kawalerzysty.
ł'ierwszpgo zagadnienia nikl na razie nie umiał
ruzwiązat.
ł'rzysłuclmjąc się r,-)żnym zdanium, zapropo-
nowałem dwa plany na::;tępująee:
Jeden plan, łatwiejsz;y do wykunania, ale mniej
użyteczny, polegał na lem, aby zwróciwszy się na
północny-zachÓd, udać się pl'zez wąski pas leśny,
którym dostać się mogliśmy na p{)łnoc wsi Rze-
czniuwa, w lasy Czerwonej woli, a idąc dalej niemi
250 -
przekroczyć nocą niezbyt szeroki {Jas pól,-
następnie w lasach Zwoleńskich, łączących się
z puszczą Kozieniecką. o jaki inny oddział powstańczy
się oprzeć i w amunicję się zaopatrzyć.
Plan ten, lubo łatwy do wykonania, pociągnąłby
jednak zgubę całego oddziału Czachowskiego, po-
zbawionego przez naszą nieobecność najlepszej ca-
łej jego broni i takich ze zołnierzy - dla tego sam
go odradziłem stanowczo.
Widzieliśmy przy tern wszyscy, że .lankowski
i Czachowski z większością naszego oddziału we-
szli do lasu drogą, na południe wiodącą, a zatem
nam honor nakazuje dążyć w tym kierunku i usi-
łować, bądź co bądź z nim się połączyć. Widzia-
łem dragonów i kozaków obserwujących las, w któ-
rym my się dzisiaj bili od stron y jego południo-
wej, a to było niezawodnym znakiem, że nasi t11m
poszli.
Plan pójścia za l\lokalami clo Czachowskiego
przyjęto, a mnie obrano za komendanta i swego
przewodnika.
Napisałem zaraz do cywilnej organizacji, aLy
natychmiast, i to w nocy jeszcze, zabrano rannych
z lasu. i udzielono im wszelkiej pomocy ; aby
nadesłano nam chleba, słoniny i wÓdki, bo przesy.ło
48 godzin nic nie mieliśmy w ustach; razem z pro-
wizją, niech kilku pewnych z okolicą puszczy Ił-
żeckiej obeznanych dobrze włościan na przewo-
dników przyszlą, oraz niemniej zawiadomiono, co
się stać mogło z resztą oddziału Czachowskiego
i Jankowskiego, i gdzie jest dowóclzca nasz? 3. by
pogr.-;ebano uroczyście 1(-; naszych poległych.
,
251
Zawiadomienie i wezwanie zarazem powyższe,
:napisawszy na małym kawałeczku papieru angiel-
skiego, do tajnej korespondencji przez nas uzywa-
nego, doręczyłem znów Poradowskiemu jako zu-
pełny strÓj wieśniaka posiadająeemu, i rolę tegoż
zupełnie odegrać w rar.ie potrzeby mogącemu.
Obstawiwszy się wedetami, ułożyliśmy się do
spoczynku, hez najmniejszego ognia.
Przed godziną 11 w nocy, powrócił Porado-
wski z Rzeczniowa z odpowiedzią, żywnością, prze-
wodnikami orar. 4U powstmicami, którzy to za po-
zwoleniem swych kapitanów jak pisałem wyzej,
w naszym przemarszu przez rr.eczoną wieś, wstę-
powali do jej domow, dla napicia się mleka i wody;
tymczasem byli przez l\Ioskali od nas odciętymi,
i w niej się ukrywali. Patr:iotyczny lud. przed grozą
bijących Się l\Ioskali nie ulęKniony, pochował ich
pomiędzy swoimi.
Przeczytawszy odpowiedź organizacji, dowie-
działem się, że .Jankowski swym fatalnym zwycza-
jem, na który uzalali mi się i inni dowódzcy pu-
wstańczy, idąc w awangardzie naszej kolumny, gdy
wszedł drogą w las, w brew zawartej umowie
z Czachowskim, nie przyjął bitwy, a do tego nie
.zawiadomiwszy nikogo r. nas, ie zmienił swoje słowo
i plany - zeszedł z takowej ze swym oddziałem
w prawo, w krzaki. i poszedł dalej na północno-
zachód i stanął w lasach, po za H.zeczniowem, ku
.Czerwonej woli się rozciągających. Przysyłał fura-
żerów do Rzeczniowa po żywność, w tej chwili
właśnie,.gdy wysłaniec nasz tam bawił i propono-
wał pułączenie się z nim.
252
Lsuniecie się Jankowskiego z placu hitwy, na-
stąpiło włśnie w chwili, gdy wszystkie trzy nasze
kompanje, bijące się już z piechotą nieprzyjaciel-
ską, ztliżały się do wierzchołka wzgórza. Szwadron
dragonów, na prawem skrzydle Moskali. gdyśmy
zajęli pozycje w lesie, zaczął był drogą i na prawo
tejże szyhko naprzód się posuwać z ogniem. Wtedy
rsztki (relińskiego, nieostrzelane należycie i wysta-
wione na ogieIi, przez pó.iście nasze w łaiicuch t y-
raljerski a ubrane do tego w białe sukmany, gdy
je krew hroczyć poczęła, biegiem zaczęły pchać się
na swych poprzedników, i psuć cały s:r.yk kolumny,
w której przez to powstało wielkie zamięszanie.
Mało tego, wrzeszc7.ą(, że już dragoni szarżują, krzy-
knęli: «uciekajmy 1» - czem spowodowali ostateczny
popłoch i strach paniczny w reszcie kolumny, mimo.
że my. kr-Mewiacy, me tak to łatwo jf'mu się pod-
dajem y.
CzadlOwski krzye7.ał, rąLał i zastrzelił paru
niegodziwych uciekinierów, lecz wszystkie te jego
usiłowania spełzły na niczem. Kosynjerzy. furgony,
pichota, kawalerja. słowem ws:?:yscy powstaticy
teraz zmięszali się w jeden ucikający i wrzeszczący
tłum a tak pośpiesznie, że jadący konno, znajllo-
wali się na r(nmi z pęd7.ącymi pieszo. Dopadłszy
zaś miasteczka (;l'3bowca, okoto osiemd7.iesięciu
wpadło chroniąc się przed wrogiem. az na stryeh
kościoła, i dopiero Boczkowski ledwie pałaszem
i groźbą strzelania do nich z rewolweru, ztamtąd
wygonił i pognał za drugimi, którą przelecia wszy
to miasteczko, pędzili dalej do puszczy 1łże"kiej,
i w takowej znikli.
253
Haniebna ta rozsypka byla poźniej powodem,
ze Czachowski nie starał się juz więcej używać
inne oddziały do wspólnego działania a nawet i do
powiększenia znaczniejszego własnego świezemi si-
łami, tylko na czele wypróbowanych własnych zoł-
nierzy walczył- Gołubow tymczasem, wziął ją za
zupełną rozsypkę powstańców.
Utwierdziło go w tern błędnem mniemaniu i to,
że wymknęliśm y się, poniosłszy stosunkowo do sił
Czachowskiego, o których zbyt przesadzone miał
wyobrazenie, bardzo małe straty; gdy przeciwnie,
:;:am stracił pod Rzeczniowem: 6 oficerów i 87 sze-
regowców zabitych, a pr.leszło 200 rannych, zabra-
nych na 36 podwód obok własnych kibitek. Obecnie
zaś nocował w firabowcu.
Zbudziwszy towarzyszy, rozdzieliłem zywność,
i około 1 w nocy, wysławszy naprzód na 100 kro-
ków jednego:!': przewodników, by umówionym znakiem
dawał znać, gdyby co spotkał, bo choć noc była
bardzo ciemna, ale i cicha - ruszyłem w drogę.
Postanowiłem jeszcze w ciemnościach nocy
przejść las ten niewielki i następnie, oddzielające go
od puszczy Iłzf'ckiej pola; lecz juz nie do Grabowca,
ale do wsi, \V oli Pasztowej, należące.
Pierwszy przewodnik miał wejść do (irabowca
.luZ nad ranem, drugi zaś trochę później; lecz juz
drogą od Pasztowej Woli. A trzeci miał czekać,
przy samem wyjściu traktu z odnogi lasu wązkiej
do puszczy Iłzeckiej. Inni znowu mieli ustawić się
w pewnej, dla oka dostępnej odległości, az do osta-
tniego, który towarzysząc nam miał po przejściu
drogi stać na czatach, przy nas spoczywających
2M
w tarniakach, po pod samą juz prawIe puszczą,
i oczekiwać nadejścia pierwszego z wyprawionych
do miasteczka naszego wysłańca lub W najgorszym
razie, danego przez tegoz odpowiedniego a umó-
wionego znaku, który inni rozstawieni, sposobem
telegrafu optycznego mieli az do mnie powtórzyć.
Około godziny 4 rano, juz spoczywaliśmy u-
kryci w tarniakach, z kąd tez wyprawiłem przowo-
dnika do Pasztowej Woli z karteczką, aby gromada:
barszczu, kartofli lub kapuśniaku i chleba nam
dostarczyła.
Nie tylko w Królestwie, ale i na Litwie, lud
nasz, pod grozą mordu i rabunku od Moskali, o-
choczo atoli niósł pomoc tego rodzaju powstańcom,
i to be7.płatnie najczęściej.
ROZDZIAŁ X.
Czas od dnia 7 -11 maja.
Dnia 7 maja, o wschodzie SłOlICa, po obfitej
rosie usłyszeliśmy muzykę moskiewską; wydawało
się nam, że nieprzyjaciel był tuz koło nas. Zerwali
się ze snu wszyscy, co dostrzegłszy, dałem znak,
ahy przynajmniej usiedli.
Sam zaś klęknąłem, i wzniosłem modły do Boga,
przekonany, że za chwilę przyjdzie może zmierzyć
się nam po raz ostatni z wrogiem. Uspokoiłem się
jednak zaraz, na widok spokojnie stojących na
stanowiskach przewodników, mimo ciągłych bębnień
i wygrywań marszów przez Moskali, i to przeszło
godzinę. Byliśmy teraz pewni, że nas nie odkryli.
Gdy już upłynęło przeszło pół godziny, po uci-
chnięciu muzyki i bębnień moskiewskich, wrócili
ustawieni włościanie z zawiadomieniem, że i dwaj inni
idą spokojnie. Ostatni oświecili nas, że Gołubów,
nie zastawszy już nikogo z powstańców w mia-
steczku, a bojąc się widać na noc udać do puszczy
za Czachowskim. w temże zanocował. Dalej, że sto-
larze całą noc musieli robić 6 trumien dla tyluż
oficerów, poległych wczoraj pod Rzeczniowem, a któ-
2)6
rych przebranych w żołnierskie płaszcze, Moskale,
jako niby jedynych zabitych swych szeregowców
przywieźli, i dzisiaj ze słyszaną przez nas muzyką
i wielką paradą, na cmentarzu parafjalnym w Gra-
bowcu pogrzebali, a potem jUl poszli do puszczy
za Czachowskim, przez Wolę Modrzejową.
Podziękowawszy patrjotycznym przewodnikom
za ich braterską dla nas usługę, i wynagrodziwszy
ich za trudy, choć tego przyjąć się wzhraniali, od-
prawiłem ich du domu. Tymczasem zacni mieszkańcy
Pasztowej Woli, pozywili nas i dali nam trzech
nowyc:h przewodników i szperaczy po puszczy, dla
odkrycia nie tylko Moskali, ale i śladu Czachow-
.skiego.
W dniu H maja. ktÓry był równiez pięknym
i gorącym jak wczorajszy i onegdajszy, upew-
niwszy się, ze w pohliżu nie natrafimy na Moskali-
wyszliśmy z lasu do Lubienia, gdzie oczekiwało
n;;l nas juz jakie takie śniadanie; gdyz wieś ta,
-ehociaz dosyć duza, mając jednak liche, sapowate
i niewielkie grunta, nie była wcale zamozną. a czę-
sto gościła i zywiła rózne nasze oddziały. Tu ró-
wniez jak i w dniu wczorajszym, dowiedziałam się
tyle tylko, ze Czachowski zaledwie w środku pu-
szczy, przy pomocy oficerów i kawaleł:ji. zdołał
wstrzymać pierzchających podkomendnych i część
przodujących w haniebnej tej rozsypce, (..reliń-
skiego uciekinierów. Choć trochę takowych upo-
rządkowawszy, zajął był w powyższem miejscu na
noc stanowisko.
Lecz upadek moralny jego podkomendnych,
głównie z powodu niewiadomości, co się stało z naj-
257
. dawniiszymi jego zołnierzami,. i najlepszą broń
posiadającymi, hył tak wielki, ze około 2;)0, prze-
waznie kosynjerów i reszta (Trelińszczyków, wym-
knąwszy się w ciemności nocy z bronią swą, którą
wielu porzuciło w lesie. uciekli.
:\Iozna sohip wystawić ohurzenie i gniew sta-
rego wodza! Ulegaiąe jednak chwilowej sytuacji,
udał spokój: rOi':kazał porzuconą przez ucikinierów
broń puzbier-a(: a naładowawszy j'1 na swe fur-
gony, \\' pułudniowo wchodniem kierunku dalPj
pomaszerował.
Przeciągnęliśmy przez Lubień, jako w dzień
-świętego Stanisława. ze śpiewami: «Kto się w opiekę
poda Panu swemu»-i pomaszerowaliśmy dalj jut
sami ku obozowisku. pod Budami; gdyż przed wie-
czorem, wczoraj, zacnych włościan wsi z Pasztowej
woli pozegnaliśmy, wyprawiając ich z powrotem
do domu.
Około godziny 12 rano, wyprowadziłem swych
towarzyszy na trakt z [łzy do Ostrowca, zaledwie
o paręset kroków od karczmy. Tu, obok potwier-
di':enia wieści o kolumnie Czachowskiego, dodano
objaśnienie: iz nowa kolumna moskiewska, z czte-
rech rot piechoty i kawalerji, dzisiaj rano tędy
przeciągnęła, i poszedłszy na południe, drogą ku
Ostrowcowi, rzeczywiście skręciła na wschód. ku
Dankowu horami wiodącą. Poprowadziłem więc
i ja towarzyszy traktem na południe, a około go-
dziny 12 w południe dopędziły nas pospiesznie dwie
bryczki mieszczan z patrjotycznej łłzy, wiozące pełno
na nich różnych wędlin dla oddziału Czachowskiego,
który według nich miał nocować w Dankowie. Za-
258
kupiłem więc od nich dla siebie i towarzyszy część-
takowych, i przepuściłem ich dalej, przed sobą.
Opowiedzieli mi przytem mieszczanie, jaki skutek
bezwzględne nasze postępowanie z Moskalami, w bi-
twach pod Stefankowem i w Bałtowskich lasach.
dla naszych rannych sprowadziło.
Pułkownik Zwierow, gdy w miasteczku Siennem
zastał naszych rannych, na \'; iedził wszystkich, a prze-
mawiając do nich, po moskiewsku, uspokajał, aby
się go nie bali; bo on. chociaz Zwierow, ale nie
zwierz, i nie Czengiery, jak się sam miał wyrazić.
Prócz tego kazał natychmiast swym felczerom i le-
karzowi rany ich opatrzyć, nastawić samowary,
i herbatą ich częstował. Zaś przed wymarszem
z tego miasta, pozostawił na piśmie pozwolenie
na załozenie szpitala dla rannych powstańców
w miastach: Siennie. lłZy i Wąchocku, a to pod
kontrolą swoją. .
Otóż i tu, pokazał się dowodnie charakter azja-
tyckiej Moskwy.
Dopokąd bowiem powstaI-łcy z r. 186;J po ludzku
oLchodzili się z jej jeńcami wojenne mi, obdarzając ich
wolnością, a. nawet dając im i pieniądze na drogę,
to ci, zaledwie uszli po za ich obóz o pół mili lub
trochę dalej, odpłacali się im za to: rabowaniem
i paleniem siół, lezących na drodze ich i mordo-
waniem spokojnych mieszkańców; towarzysze zaś
ich, znów mordowali i dobijali naszych rannych.
Jakze tylko zaczęliśmy bezwzględnie z nimi w rze-
czonych bitwach .postępować, tak zaraz jakby
w nagrodę tego. otrzymaliśmy akt ich urzędowy,
dowodzący szacunku i względności dla nas. Z czego
25\1
niech kazdy, którego los fatalny zmusi do przesta-
wania lub walczenia z tym barbarzyńskim, okrut-
nym, ciemnym i zupełnie dzikim, a podstępnym
i przewrotnym narodem i jego azjatycko-bizantyń-
skim rządem, missję tylko zniszczenia i zburzenia
wszelkiej cywilizacji za jedyny swój cel istnienia
i powołania uznającym - tu czerpie na dowodach
opartą naukę, mianowicie: ze tylko siłą pięści, zmusić
go mozna do poszanowania praw ludzkich, bo ża-
dnego hamulca moralnego nie pojmuje nawet.
Maszerując dalej śladem mieszczan lłzeckich,
ku Dankowu, była mo ze juz 3 po południu, gdy
ujrzeliśm y ich wracających spienionemi końmi i wo-
łających z daleka: ze Czachowski nadedniem opu-
ścił już Danków, i pomaszerował ze swymi ku Wi-
śle; bo Moskale zewsząd ciągną na. niego. Ci zaś,
co tędy dziś śladem Jego ciągnęli, zkądś się dowie-
dzieli, ze idziemy za nimi. Opuściwszy przeto ślady
jego, wracają się na nas, i ztąd są niedaleko.
({dy poczciwi mieszczanie znikli, tyłem we-
szliśmy w gąszcze, i po zrobieniu kontr marszu,
poszliśmy na północny zachód.
Maszerując forsownie, wraz z zachodzącem
słońcem przeszliśm y przeszło mil 3, i wyszliśmy do
kilku chałup, zwanych l\Iaziarze, pomiędzy wsiami
«Koszary lłzeckie» a ..Pasztową Wolą, jednakze
wewnątrz puszczy jeszcze. Przeszedłszy około dwóch
chałup osady tej, i zaleciwszy mieszkańcom ich
zupełne o nas milczenie, a mieszkali tu w nich
ludzie sprawie naszj narodowej zupełnie oddani --
zajęliśmy klin zaszanowanego mocno podszytego
17
260
lasu za osadą powyższą, na \kl'aju puszczy leżący,
.a zaledwie jakie sto morgów liczący.
\V godzinę po rozlasowaniu się. usłyszałem
po rosie granie rogów i bicie bębnów moskiewskich
na południowy zachÓd, traktem od Ostrowa do
Iłży.
\Vyprawiłem natychmiast dwóch podoficerów,
=3żeby od południa i wscpodu począwszy, obiegli li-
ują naszych wedet. Sam zaś pohiegłem szybko
w kierunku południowo zachodniego rogu lasku.
i za pierwszemi drzewami ukryty, szarzejący już
trakt obserwować zacząłem.
Kolumna moskiewska składała się: z batajlonu
piechoty, szwadronu dragonów i sotni kozaków.
Kilku kozaków poskoczyło do chałup, i w krótce
powróciło do reszty swej awangardy spokojnie,
.a o kilka tylko krokówodemnie.
Poczciwi mieszkańcy, mimo groźb i razow
nahajki, przez Moskali zwykle używanych przy
rozpytywaniach, sta.'lOWCZO oświadczyli, że żadnych
powstańców tu dzisiaj nie było.
Wieczorem przyjechała do nas niejaka pani
L. ze swą có!'ką, az z Warszawy, pragnąc się zo
baczyć z swym synem, młodym chłopcem, w ostat-
nich dniach na oficera awansowanym, którego je-
dnak między nami nie było, gdyż się znajdował przy
Czachowskim.
Pani L., niespokojna o los jedynaka, postano-
wiła na całą noc jechać, i wraz z naszym wodzem
go odszukać. Skorzystałem z tak szczęśliwego trafu,
i napisawszy do Czachowskiego treściwy rap port,
t61
ządałem dalszych jego rozkazów. Z paniami poje-
chał Dolnicki przebrany.
Następnie wyprawiłem do członka grganizacji
wezwanie, aby dnia następnego, przed wschodem
słońca, w Pasztowej Woli, oczekiwało na nas trzy-
dzieści sześć podwód i gotowe śniadanie.
W nocy usłyszałem sprzeczkę na pierwszej
wedecie, na drozynie nie daleko chałupy wsi Mazia-
rze, po polsku i po moskiewsku toczoną. Był to
dezerter, Jan MarKowski, ze Smoleńskiego pułku,
z kolumny, która tędy dopiero co przeszła. Chociaz
Moskal i prawosławny, ale chciał wstąpić do nas
jako ochotnik. Wzięliśmy go na obserwację mię-
'dzy siebie.
Oprócz swego karabina przyniósł i. drugi,
zarzucony przez plecy, drugi tasak zołnierski i po
75 ładunków w dwóch patrontaszach z odpowie-
dnią ilością kapsli.
Dnia 9 maja, dodnia, wymaszer(\waliśmy i sta-
nęliśmy w Pasztowej Woli, gdzie -zjadłszy ugoto-
wane d,la nas przez zacnych włościan tej wsi śnia-
danie, siedliśmy na podwody, i temiz przez Ciecie-
rówkę wjechaliśmy w lasy, około Czerwonej woli,
gdzie był oddział Jankowskiego, aby się chwilowo
o niego olJrzeć. Znaleźliśmy go tam istotnie, i zo-
staliśmy jak najserdeczniej przyjęci, pomimo bardzo
brzydkiego figla spłatanego Czachowskiemu. Chciał
nas koniecznie przy sobie zatrzymać, aleśmy od-
rzucili tę kusicielską propozycję, chociaz U niego
ani głodno, ani takich nadludzkich wysiłków i nie-
ustannych bojów nie znano. Chodziło nam jednak
o dostanie od niego potrzebnej nam amunicji, dla
17*
262
tego z początku udawaliśmy, że się wahamy z przy-
jęciem jego propozycji. Mówiliśmy mianowicie, że-
jeżeli życzy sobie, abyśmy z nim wspólnie poszli.
dalej, możemy to tylko uczynić wtedy, gdy zao-
patrzy nas choć cokolwiek w amunicję, której u Cza-
chowskiego wieczny brak czuliśmy.
Wtedy zaczął nam opowiadać Jankowski, jak
to u niego, w Stanisławowskim, zawsze jej jest do-
statek, oraz że broni belgijskiej posiada w różnych
stronach powiatu rzeczonego do 1500 sztuk, i wię-
cej jeszcze ma już zamówionej i zapłaconej za-
granicą, którą przez Prusy, puszczę Myszyniecką
i moczary oraz lasy nad ,Narwią, Bugiem i Liwem,
sprowadzać mimo czujności wroga jest łatwo. Zbywa..
mu tylko na odpowiednich ludziach, szczególniej
dobrze już ostrzelanych i z prowadzeniem party-
zantki obeznanych; lecz nie moze takiej wyborowej
broni w ręce nowicjuszów powierzać, którzyby
mogli łatwo takową zmarnować. Miło mu jest przeto,
skoro decydujemy się z nim dalej maszerować,-
i moze zaopatrzyć nas w amunicję. A kazawszy
wydobyć z furgonów mnóstwo: pieczonych prosia-
ków, słoniny, wędlin, wódki, piwa, chleba, obficie
niemi nas uraczył; dla oficerów zaś, i wina dosta-
tek się znalazł. Gdy pożywaliśmy to drugie dziś
śniadanie, podkomendni jego, lali odpowiedni kaliber
do naszych broni kul, i robili ładunki dla nas, tak
że w kilka godzin pozywiwszy się i naprawiwszy
sobie wzajemnie komplementów, pomaszerowaliśmy
juz z nim niby dalej.
Lepsza tez otucha i fantazja do nas przystą-
piła, gdy uczuliśmy się na nowo uzbrojeni, i o dość-
6jJ
,
:silny oddział, liczniejszy od naszego dawnego oparci,
a obecnie posiadający kawalerję. Wino, którego
u Czachowskiego nie znaliśmy, podochociło, a po-
żywny pokarm wrócił nam siły, strasznie wycień-
czone rekolekcjami i postem wiecznym, jaki odby-
waliśmy u starego naszego wodza. \Viara też nasza,
dogodziwszy sobie należycie, wyśpiewywała teraz
ochoczo rózne patrjotyczne śpiewy, które echo la-
sów daleko roznosiło.
Około 1, po południu, zatrzymaliśmy się przy
jakimś dworku, niedaleko od Kazanowa, pod sa-
memi lasami. Tu znów czekał na oddział ugotowany
obfity obiad. Oficerowie zaś wszyscy jego, których
miał bardzo wielu, wraz z nami udali się do
tego dworku, gdzie do osobno zgotowanego dla nas
-obiadu. suto: w wino, porter, piwo, zaopatrzonego,
. zasiedliśmy.
U Jankowskiego oficerowie byli: honorowani,
wyróżniani i zbytnio komplementami, z jego strony
.obsypywani, co llas przykro raziło.
Gdy po zbytkownym jak dla powstańców 0-
,biedzie, Jankowski oświadczył, że dopiero zmierz-
ochem, udamy się w pochód dalej; więc raczono
onas: herbatą z rumem, ponczem, cygarami dobremi,
tytoniem, i w różny sposób starano się uprzy-
jemnić pobyt, nam, Cz;achowczykom, niejako zdzi-
czałym i odwykłym od wszystkiego, nie już kom-
tortu, Ie i wygód. Napisałam ztąd znów sekretne
zawiadomienie do organizacji Radomskiego powiatu,
.aby natychmiast postarała się llwiadomić Czacho-
(W&kiego i Dolnickiego, dokąd za nami mają dążyć.
2d-l
Urządzanie osobnych obiadów dla oficerów,
uważałem za największy błąd.
Kraj nasz, jako wyniszczony rozmyślnie przez
wrogów, był ubogim; pieniędzy na daleko ważniej-
sze rzeczy, .lakierni były broń i amunicja, okazywał
się ciągły brak, a tu marnowano bezpotrzebnie-
grosz krwawy narodu, szkodząc jednocześnie świę-
tej jego sprawie.
Znudzony i smutny, wieczorem ciemnym do-
piero, wymaszerowałem z powyższego dworku z Jan-
kowskim, i przeszedłszy przez jakieś mocno wodą
zalane łąki, a następnie miasteczko Kazanów, skrę-
cając polami, weszliśmy w lasy Zwoleńskie. Prze-
kroczywszy tu trakt z Radomia do Zwolenia, poszliśmy
dalej znów na północny zachód, i około północy,
na jakiejś polanie, stanęliśmy obozem i przenoco-
waliśmy bez ognisk.
Dnia 10 maja, rano, wyruszyliśmy z noclegu,
i pomaszerowaliśmy w kierunku wchodnim, nieco
na południe. Około godziny 10 rano, stanęliśmy
obozem na polu, od strony południowej wsi Czar-
nej. Tu znów osobno gotowano obiad dla żołnierzy
i podoficerów w polu a osobno, i to wystawny. dla
oficerów we dworze.
Na obiedzie tym, gdy Jankowskiemu się zda-
wało, że dostatkiem wina nas rozruszał; bo by-
liśmy ciągle zamyśleni i smutni, myśląc o naszym
starym wodzu i towarzyszach, z którymi się zżyliśmy
i zrośli naj mocniejszym węzłem krwi przelanej za
ojczyznę - zaczął teraz wprost podsuwać nam
propozycję, złączenia się z jego oddziałem.
Gdy jednak ujrzał, że udajemy jak byśmy tego
266
nie słyszeli luh nie rozumieli, zaczął rozwijać przed
nami plan, dla którego nas, choćby tylko na jakiś.
czas pozy!'kać chciał.
Plan ten zależał na tern: by teraz, gdy Moskwa
ma zaledwo 6000 żołnierzy w Warszawie, pod-
stąpić pod stolicę i zaalarmować takową od strony
Pragi.
On, mając już 1500 dobrze wyćwiczonych żoł-
nierzy, w róznych lasach Stanisławowskiego po-
wiatu ukrytych i w broń belgijską zaopatrzonych,
a tu pod Czarną 600 ludzi pod bronią - gdybyśmy
się więc zdecydowali, moglibyśmy to wykonać.
(;dyby ta siła była podług nas nie wystarcza-
jącą, mógłby dodać z tOOa ludzi, bo jest pewnym,
że na jego każde zawezwanie, nawet więcej się-
znajdzie tam ochotników. Maszerując nocami i la-
sami, zgromadzić zdoła te wszystkie siły, które-
wtenczas przeszło 3000 ludzi wyniosą, i ani się
spostrzegą l\loskale jak z niemi uderzy jednej nocy
na Pragę. Nie myśli wcale kusić się o jej zdoby-
cie, co bez artylerji byłoby po prostu szaleństwem,
lecz chodzić mu będzie tylko o zaalarmowanie
stolicy, dla obudzenia ducha patrjotycznego u ludno-
ści, i zmuszenia Moskali pościągania swych sił
z województw, któremi gniełą ostatecznie powsta-
nie po kraju.
Przyznam się, że myślą powyższą mocno nam
zaimponował; odrzekliśmy przeto zgodnie, ze je-
żeli Czachowski. do chwili przejścia przez nas Wi-
sły, jakiego rozkazu nie nade szle, to do wykona-
nia powyższego planu, wspólnie należeć będziemy.
Na co daliśmy sobie słowo i rękę.
266
Około 4, po _ południu, wyruszyliśmy z Czarnej
na północny zachód a o 10 w nocy, przybyliśmy
do wsi Jedlni, w której oddział Jankowskiego sta-
nął po kwaterach i objął słuzbę obozową; my zaś.
w szyku biwakowym, stanąwszy frontem za jej
()grodami, ułożyliśmy się zwyczajem naszym w polu
do snu.
Dnia 11 maja, w którym mieliśmy rozpocząć
marsz na Warszawę, około godziny 3 rano, do-
pędził nas kapitan Dolnicki, przywożąc dla nas
inny rozkaz Czachowskiego.
Po wymarszu swym z Dankowa, naczelnik
nasz, wymykając się z rąk otaczających go kolumn
moskiewskich, z pozostałą częścią oddziału, wielce
upadłą na duchu i w dalszym pochodzie, coraz
więcej topniejącą - wszedł z temi resztkami do
miasteczka Solca wieczorem. Tu, nad ranem, za-
wiadomiono go, ze Galicjanie z dawnego oddziału
Łopackiego, widząc się tylko o mil trzy od granicy
swej prowincji, w nocy umknli w większej po-
łowie a co naj gorsza, posprzedawali swoje uzbro-
jenie żydom, biorąc od nich po rublu srehrem za
karabin.
Taką to wielką demoralizację i upadek moralny
sprawiło wcielenie zdemoralizowanych resztl-'k Gre-
lińskiego i zły przykład, dany przez Jankowskiego!
My, zakordonowcy, o takiej podłości pojęcia nie
:mieliśmy.
Zawrzał też nieopisanym gniewem,ohurzeniem
. i pogardą, nas stary naczelnik, i natychmiast wy-
kupiwszy od Zydów, sprzedaną im krwawo przez
267
.
nas okupioną broń, z takową i resztkami swej
kolumny wyruszył na południowy zachód.
lidy doszedł w dość duże lasy, koło Ciszycy
i Wilczyc, w takowych zatrzymał pozostałych przy
nim, a w uniesieniu, zapominając się, ze właśnie-
ci trzymaniem się dalszem sztandaru udowodnili,
że najmniej byli winnymi haniebnego zejścia, na placu
hitwy pod Rzeczniowem, w ostrych słowach wy-
rzuciwszy im tchórzostwo i stratę naszą - dotąd
bowiem nie wiedział o dalszem naszem istnieniu
_ rozkazał im natychmiast złozyć broń, i wrócić
do domów. Przedstawienia i błagania, aby ich nie
gubił; gdyż otaczający go Moskale, po wyjściu z tych
lasów ich wyłapią, i zabrawszy do niewoli, mścić
się nad nimi za miłość ojczyzny nie omieszkają-
nic nie wskórały. Nieugięty starzec, w najwyższej
passji, krzyknął do nich:
_ Tchorzów i sprzedających broi., za cenę krwi
szlachetnych zdobytą, nie potrzebuję więcej. l\Iając
broń, będę miał dosyć ludzi, którzy z godnością
takową na pożytek ojczyzny nosić i bić się nią
będą. Składać nś.tychmiast broń!
A gdy to wykonano; zatrzymawszy tylko ofi-
cerów i część podoficerów, reszcie kazał iść precz,
gdzie oczy poniosą. Utaił tak swój plan :la potem.
n'dy szeregowcy zrozpaczeni musieli się odda-
lić, Czacho\Vski, rozkazał spakować wszelką broń
i amunicję na furgLny. Reszcie kazał siąść na ko-
nie, tworząc z nich kawalerją, w liczbie 45 jeźdźców;
a następnie w lasach, blizko tego miejsca, gdzie
było więcej: liścia, szpilek i szyszek, podściółkę tę
leśną ,usunąwszy na boki, wykopał doły, i w nich
.
268
I
złoył przywIezIOną broń i amunIcJę, przysypuJąc
po wierzchu tą podściółką, aby wszelki ślad dla
Moskali zatrzeć.
Gdy wydostał się z lasów na pole, furgonistów,
których do czynnoś<;i powyższej nie używał, roze-
słał polnemi drogami pojedyńczo do różnych dal-
szych dworów, dla ukrycia ich aż do dalszych roz-
kazów; z kawalerją zaś, podążył i zajął wieś Słupię
Nadbrzeżną, po nad samą Wisłą.
Postanowiwszy przejść w Lubelskie, na jakiś
krótki czas, aby Moskalom choć na chwilę zejść
z oczu - rozkazał we wsi rzeczonej natychmiast
robić tratwy, dla przeprawienia się na drugą stronę
rzeki.
Tu dopadł go w nocy, czuwającego osobiście
nad spiesznem wygotowaniem rzeczonych tratew,
Dolnicki z raportem naszym i wezwaniem objęcia
na nowo dowództwa.
Rozpłakał się jak nam potem wysłany przez
nas oświadczył, i wyrekł radośnie:
- Dzięki Ci Boże! Więc żyją i są wolni. mOl
strzelcy? Nie wszystko zatem stracone.
Bo uważał dotąd nas za przepadłych.
A gdy przeczytał nasz raport, to się ucieszył,
że lubo ponieśliśmy ciężkie straty; ale o wiele do-
tkli wze zadaliśmy nieprzyjacielowi.
Ze zaś liczba poległych Moskali. prócz oficerów,
których Bergi i Racze też podają, wynosiła istotnie
prócz tych 87 - sprawdzili to włościanie z Rze-
czniowa, którzy po hitwie szukając swoich zabitych
i rannych, natrafili na dół, wykopali trupy pole-
głych .Moskali, i porachowali je skrupulatnie. Kto
269
zna nienawiść ludu zakordonowego do Moskali, dla
tego postępek ten będzie całkiem naturalny. Inny
dowód nabicia znacznego tu znienawidzonych najezd-
ników, było to upamiętnienie tego faktu, miano-
wicie: chłopi powydłubywali kule moskiewskie
z drzew, i lejąc z nich pierścionki i obrączki, jako
pamiątkę bitwy pod Rzeczniowem, za dobre pie-
niądze je sprzedawali, tak że pełno ich po tern w San-
domierskim widzieliśmy, przez inteligencję nawet
noszonych. - Moskalofile nowomodni ze swym bydlę-
{;iem krętaczem Spasowiczem, złotomostowicze głu-
pcy, bo o łotrach nie mówię, warto, aby dobrze to
zapamiętali.
Rozkaz Czachowskiego brzmiał: abyśmy w nocy,
Jr. 11/ 12 maja, we wsi Wielgie około północy się sta-
wili, gdzie pode dworem oczekiwać nas będzie.
Odczytawszy na głos powyższy rozkaz wszy-
stkim towarzyszom, wyprawiliśmy Dolnickiego do Jan-
kowskiego, aby oświadczył mu: że ulegli rozkazwi na-
czelnika, za chwilę do niego wyruszamy.
Gdy Dolnicki powrócił, opowiadał nam, że Jan-
kowski wpadł w gniew, i nie potrafiwszy się poha-
mować, wyrzucał, żeśmy go podeszli, by z amunicji
go ogołocić, jak by ta nie była nabytą za pienią-
dze" narodowe. Przykro nam się zrobiło, po wy-
słuchaniu powyzszego sprawozdania; myśleliśmy, że
Jankowski się uspokoiwszy, zjawi się przynajmniej
do nas na pożegnanie; oczekiwaliśmy pewien czas
na niego, stojąc pod bronią, lecz napróżno. Trwało
to jednak krótko, bo mieliśmy dnia tego przeszło
mil dziesięć rlo zrobienia.
Ruszyliśmy w pochód jakby naelektryzowani
270
pewnością spotkania naszego starego wodza; duch
we wszystkich nas energiczniejszy wstąpił, i ze
śpiewem patrjotycznym pożegnaliśmy zdaleka, bu-
dzącą się ze snu Jedlnię. Pomaszerowaliśmy ku
południowemu wschodowi.
Niedaleko Zwolenia, w lasach jeszcze, prze-
szliśmy z powrotem trakt do Radomia a około
godziny 12 w południe. polami, przyszliśmy do wiel-
kiej i zamożnej wsi, Tuchowa, której mieszkańcy
zawiadomieni obfity dla nas obiad na środek wsi,
obok kościoła. natychmiast wynieśli, i serdecznie
a szczerze nas ugościli.
Znużony silnym marszem, pragnąłem choć
chwilowego spoczynku; ale figlarz Dolnicki zwabił
mnie do dworu, gdzie śliczne panie z Radomia,
dobre moje znajome, serdecznie mnie powitały,
rozpytując się o losy swych krewnych, którzy byli
w naszym oddziale. Byłem ogromnie żenowanym,
bo padając w rów pod Rzeczniowem, potłukłem
przy sobie flaszeczkę z aLramentem chemicznym
do tajnej korespondencji, a ten mi haniebnie spo-
dnie powypalał i odzież poplamił. Ale to nic nie
umniejszało serdeczności i uwielbienia tych pań,
cnotą i patrjotyzmem rozpłomienionych.
Utraktowani we dworze suto, z winem, poże-
gnaliśmy jego zacnych gospodarzy, i około godziny
4 po poło wyruszyliśmy dalej, w południowym kie-
runku; punktualnie około 1 ej, w nocy, doszliśmy
do d"ioru wsi \Vielgie.
Maszerując na czele koiurny, dostrzegłem w cie-
niach nocy stojącego o kilka kroków przed rogiem
271
dworu, w jego krótkim baranim kozuszku i roga-
tywce. starego naszego wodza.
Gdym się zblizył do niego, i milcząco salutując
minąć chciałem, rzucił mi się na szyję, ściskając
mnie i całując serdecznie, ze słowami:
- Jakże się fo tało, stary, że ty żyjesz? -
i zaczął opowiadać jak mnie widział padającego
w rów, i sądził, zem zabity.
Rozrzewniony, tern serdecznem powitaniem
i pamięcią ukochanego wodza, uśmiechnąłem się-
i odpowiedziałem:
- Widać, ojcze! że jest wolą Bożą, abym żył
długo; skoro po śmierci i pogrzebie, rozpoczynam
na nowo teraz drugi swój zywot.
Rozśmiał się na to rowniez, stary wódz, i od-
wracając się do reszty przeciągającej, a milcząco
tylko prezentującej przed niem broń wiary, wyrzekł:
- No, idziez spać, do stodół! Macie tam otwarte
klepiska, i pełno na przyjęcie wasze przygotowanej
aż po banty mierzwiastej słomy; a na rano, jut.
zamówione śniadanie. Wyśpijcież się choć raz do-
brze, bo jutro juz weźmiemy się znów do roboty.
Ja dzisiejszą noc, sam z moją kawalerją, będę oso-
biście nad bezpieczeństwem wasze m czuwał.
Byliśmy rzeczywiście, odbytym dzisiaj forsownym
marszem, nadzwyczaj znużeni i senni; gdyśmy też
weszli do stodół, pozaszywaliśmy się literalnieo
w słomę, i snem kamiennym posnęli.
X[ ROZDZ[AŁ.
Czas od 12 do 14 maja..
Dnia 12 maja, dopiero o godzinie 9 rano, ledwie
się nas dobudzono. Wyłaząc ze słomy, podziwialiśmy, .
ze jedni drugich cięzarem własnym nie podusiliśmy;
gdyz rzeczywiście prawie jedni na drugich, war-
stwami coraz wyższemi, a idącemi w górę. az
ku bantom, jak się wysłowił Czachowski, spaliśmy.
Uraczono nas zaraz śniadaniem z dobrego
kapuśniaku z wędlinami, a około godziny 12 obia-
dem, ugotowanym już w naszych kotłach: z ro-
sołu, sztuki mięsa i kaszy jaglanej ze szwedall1i.
Wypocząwszy do godziny l popołudniu w Wiel-
giem, wymaszerowaliśmy na wschód a w lasach,
na Rozdrożu, stanęliśmy obozem i przenocowaliśmy.
Nazajutrz, 13 maja, przenieśliśmy obóz w inną
stronę lasów. Musztrowaliśmy się tu cały dzień,
ładunki robili i organizowali na nowo; gdyz i z ro-
zpuszczonych przez Czachowskiego, w lasach około
Ciszycy i Wilczyc, dawnych naszych towarzyszów,
pojedyńczo z powrotem do szeregów wstępować juz
niektórzy zaczęli.
273
Od nich dowiedzieliśmy się, że gdy po rozpu-
szczeniu z lasów wyszli, otaczająca Moskwa, za-
trzymywała ich na drodze; ale ponieważ w tym
czasie, car ogłosił amnestyą, przeto oni, śmiało
jej odpowiadali, ze wracają z lasów do domów,
albowiem Czachowski kazał im broń złozyć, i od-
dział swój zupełnie rozpuścił. Zapisawszy ich imiona
i nazwiska oraz miejsce zamieszkania każdego
.:1; nich, l\Ioskwa, pod strachem Europy wtenczas,
dozwoliła im odejść swobodnie, upominając tylko
grzecznie, aby prosto do swych dawnych siedzib
i zajęć wracali.
(idy zaś Czachowski znikł był wtedy z jej
oczu, uwierzyla przeto naprawdę tym bajkom, i dała
możność nam się wzmocnić. - Oto rozwiązanie
zagadki rozpędzenia chwilowego oddziału.
Tegoż dnia: Markowski, Rogójski iDolnicki,
awansowani zostali na majorów. A jednocześnie
przybył do nas Zacharczenko, z Kaukazu podoficer,
kozak Czarnomorski, potomek dawnych Zaporożców,
przez Katarzynę tam przesiedlonych, a syn gene-
rała moskiewskiego; żonaty i ojciec kilkorga dzieci,
który gdy go doszła wiadomość, że Polska powstała,
porzucił: dom, żonę i dzieci, i uzbro.jony po kozacku
należycie, nawet zbytkownie, bo aż w dwie dobre
i kosztowne janczarki, - o 2000 wiorst z górą, na
Charków, Kijów i Warszawę, do Królestwa jako
ochotnik, za sprawę Polski walczącej stanął do
szeregów.
Organizacja wysłała tego bohatera do oddziału
naszego, gdzie go z otwartemi rękami i sercem,
prawdziwie po bratersku, przyjęliśmy. Dzielnego też
2i4
zdolnego i walecznego w nim ka walerzystę i instru-
ktora pozyskaliśmy. - Był to wzór idealnego Ru-
sina, do naśladowania dla dzisiejszej młodzieży ruskiej,
zamiast lizania łap Moskwie.
Las na Rozdrożu był sosnowy, wysokopienny,
wcale nie stary; gdy też drugiej nocy napadł nas
tu naj niespodziewaniej po gorącym dniu, chłodny,
rzęsisty i długi deszcz w nocy, i przemoczył do nitki,
musieliśmy przeto, około północy, głównie ze względu
na broń, poszukać gdzieś schronienia pod dachem.
Zbudzeni ze snu, dzwoniliśmy zębami, dygocąc od
chłodu, i nareszcie dobiliśmy się do jakichś dwóch
chałup i stodółek, kt6re to ostatnie zajęliśmy, nie
budząc nawet ich właścicieli.
Umieściwszy się w nich jak śledzie w beczce,
na gołej ziemi ułożyliśmy się do snu, obstawiwszy
się silnie wedetami i czatami; przy zamkniętych
wrotach, przenocowaliśmy spokojnie. Około 8 rano,
gdy deszcz się zmniejszył, dnia 14 maja, powró-
ciliśmy znów w też same lasy, ale idąc już na
północno zachód. Słońce około południa nas obsu-
szyło, a potem, dobrze później, pomaszerowaliśmy
znów samemi lasami i bezdrożami, dążąc na wschód.
i nad samym wieczorem stanęliśmy na skraju,
w niskich i zwartych krzakach dębiny. pod kolonją
Annopol, pomiędzy miasteczkami Ciepielowem a Lip-
skiem położoną.
Ztąd, stosownie do rozkazu Czachowskiego,
wyprawiłem wezwanie do wszystkich okolicznych
obywateli ziemskich, aby w dniu 15 maja, o 10
rano, w Giepielowie się zjawili.
75
Pożywieni, ugotowanym dla nas tu krupnikiem
z wołowem mięsem, zaszywszy się znów w krzaki
dębiny, vbstawieni silnie wedetami i czatami, oraz
podjazdami - noc tę spokojnie w nich przebyliśmy.
jednak bez najmniejszych ognisk.
18
ROZDZIAŁ XII.
Dzień 15 maja, ogłoszenie Rządu
Narodowego.
Ze wschodem słońca, z lasu pod Annopolem,
uporządkowawszy około siebie, o ile to było mo-
zebne u nas, ruszyliśmy w kierunku północno
zachodnim. Była to niedziela, słońce świeciło ja-
sno. Zboza i łąki bujnie porosłe, radowały przy-
szłym plonem duszę rolników.
Po wczorajszym deszczu, odświeżony krajobraz,
przedstawiał się dla kazdego, jakby uroczystą szatę
na dzień dzisiejszy przywdział a pszczoły, trzmile
i owady brzęcząc, akompanjowały niby ptactwu,
w ogólnym hymnie przyrody na cześć Wszech-
mocnego Pana. Raźnie też, z uroczystym a pełnem
wesela nastrojem, z śpiewami patrjotycznemi, z pe-
wnością i otuchą w lepszą przyszłość oraz fantazją
dobrą - polami samemi maszerowaliśmy.
Po wybuchu powstania, zarysowały się silniej,
choć niby potajemne we wszystkich dzielnicach
polski komitety, które powszechnie głosiły wśród
mieszkańców odnośnych dzielnic i prowincji: ze
jedyny cel ich istnienia stanowią niby dążności, do
277
wydobycia się z wiekowej niewoli, najgroźniejszych
i najokrutniejszych naszych wrogów, t. j. Moskali.
Z tych, te co się wytworzyły w granicach za-
boru moskiewskiego, istotnie czynami swemi udo-
wodniały, ze do tego celu rzeczywiście dązyły,
i dla tego w zarządzeniach swych oglądały się za-
wsze na serce Polski, Warszawę, tę prawdziwie
świętą arenę męczenników i męczennic za sprawę
naszej Ojczyzny. Tymczasem po za granicami za-
boru moskiewskiego, znalazł się jeden, i udowodnił
potem jawnemi swemi czynami: ze nie tylko nie
()i';uł, ale nawet nie pojmował cięzkiej doli i hańby
niewoli narodu.
Owz komitet ten, nie dosyć, ze marnował grosz
krwawy narodu, i naj niezbędniejszych potrzeb, które
się zaspakajać podjął, nie tylko nie chciał, ale
wprost przeciwnie działał. My, bijący się w polu,
w stosunkach z nim, już w onczas doświadczyliśmy
niejednokrotnie jego zbrodniczo-nikczemnych pod-
stępów i zdrad oraz kłamstw, które krwią najszla-
chetniejszą świętych ofiar hojnie opłacaliśmy. Nie
mówię, aby wówczas nie było patrjotów w Galicji;
mieliśmy ich sporo w oddziałach a i wśród cywil-
nych było dosyć ofiarnych niewiast i męzczyzn,
którzy z prawdziwem poświęceniem powstaniu słu-
żyli. Lecz występują tu przeciwko owej «głośnej»
opinji publicznej, co to z kainowskiem krętactwem
obełgiwała przez usta «Casów» i nawet «Gazet
Narodowych» ogół po nocy styczniowej, 22go: że to
żadne powstanie narodowe, ale tylko popisowi ucie-
kają a sami Moskale strzelają; i dopiero do niego
się przyznało, gdy Langiewicz już siedział w wię-
18*
278
zieniu Krakowskiem. Stefan Bobrowski, przypłaciwszy
zyciem, z rąk mordercy nasadzonego przez łotrów
Kainów, kierowników tej cgłośnej» opinji - niedo-
puścił był do podłego zaniechania nadal powsta-
nia, nad czem za ruble moskiewskie pracowali ci
zgnilce sobki: w herby, mitry i birety uczonych
l20łskich przystrojeni. Ówcześny safandulski patrjo-
tyzm Galicji nie umiał sobie dać rady z tern po-
dłem machjawelstwem zamaskowanej zdrady, co
rzeczywiście szła śladami: Gontów, Szczęsnych Po-
tockich, Szelów, Wielopolskich, i jak upiór ssała
ciepłą krew narodu, wałczącego o najświętsze swe
prawa - owszem - w zdziecinieniu niedołężnem,
podobnem do przedrozbiorowego, oddało w jej ręce
ster sprawy powstania na gruncie tutejszym. Ci to
właśnie, widząc, że koncept ośmio-dniowej dykta-
tury nie zdołał zabić powstania. przeciwnie, WZfl,st
jego stawał się coraz potężniejszym, gdyz teraz
powstała cała Litwa i Ruś - chwycili się nowego
fortelu, przez popchnięcie u nas t. z. cbiałych,»
w rzeczywistości niedołęgów lub brudnych utyli-
tarystów, aby ponownie uchwycili w swe bezsilne
dłonie ster sprawy narodowej w \Varszawie, prze-
obrażając Komitet Centralny na Hząd Narodowy.
Na dniu więc 10 maja, został ogłoszony ten Rząd
Narodowy a my, nieświadomi tych wszystkich za-
kulisowych intryg, szliśmy go ogłaszać do Ciepielowa
uroczyście.
Około godziny 8 rano, weszliśmy do Ciepielowa
ze śpiewem patrjotycznym, z rozpuszczonym sztanda-
rem postrzelanym, przy biciu we wszystkie dzwony
79
kościoła parafjalnego, położonego na zewnątrz mia-
steczka. .
Stanęliśmy w szeregach na około świątyni
i spoczęliśmy w miejscu, złożywszy w kozły, obecnie
już samą bagnetową broń naszą. Na przyległem
polu rozniecilśmy niewielki ogień, i przy nim go-
towano dla oddziału obiad, bo mieścina ta, była
ubogą i w połowie przez żydów zamieszkałą. W y_
jątkowo tą razą postanowiono dla oficerów i ma-
jących się zjechać obywateli, ugotować osobny obiad
na plebanji. A że proboszcz tutejszy, chciał zawsze
uchodzić za wielce biednego, przeto na koszt od-
działu kupiono nieco mięsa na rosół i z jakie kilka-
naście funtów cielęciny na pieczeń.
Około 10 rano, zjehało się okoliczne ziemiań-
stwo. Lud też napływał, ale daleko skwapliwiej.
Gdy się zresztą kościoł wypełnił paraf janami,
i z bliższych wiosek, które ujrzały nasz marsz
i pędziły . śladem naszym, oraz część naszego od-
działu weszła do niego wewnątrz pod bronią-roz-
poczęła się pontyfikalnie celebrowana msza.
Przy skończeniu mszy, kapelan nasz, wszedł
na ambonę i wygłosił patrjotyczno religijne kazanie.
W końcu mowy przedstawił konieczność ustano-
wienia dla dobra swiętej naszej sprawy Rządu Na-
rodowego, i ogłosił takowego zaprowadzenie, za-
miast dotychczas rządzącego Komitetu Centralnego.
Następnie uroczyście podniosłszy rękę prawą,
ze złożonemi do przysięgi palcami, odczytał głosem
. doniołym odpowiednią. a wielce wstrząsającą duszę
(przYSIęgę.
Obywatelstwo, choć pot spływał kroplami z czoła
280
ze zbytniego gorąca, bo' upał był niesłychany
a mały kościoł przepełniony, całkiem jednak jakoś
ozięble przysięgało, i to półgłosem. Za to włościanie,
a wyraźniej jeszcze od nich i z większem się prze-
jęciem, mieszczanie - każde słowo kapłana powtórzyli
głośno. O nas nie potrzebuję dodawać, że dobitnie,
z uroczystym nastrojem a powagą, z całem prze-
jęciem się ważnością i uroczystością tego aktu, z za-
pałem i szczerością, bijącą z każdego oczu, czoła.
twarzy i postawy - wykonywaliśmy powyższą
przysięgę, którą jednocześnie i stojący na cmenta-
rzu koledzy powtarzali.
Po przysiędze, wycofaliśmy się z kościoła na
cmentarz.
Celebrant zaintonowł Te Deum». W dzwony
wszystkie bito, a my wtórowaliśmy trzykrotną salwą
wszystkiej naszej broni.
l.dy po skońzonem nabożeństwie, ludność wy-
sypała się z kościoła - dzięko"ała też nam ze
łzami w oczach, ręce ściskając, za wyrządzenie jej
ezci aktem powyższym. Oddział zasiadł zaraz do
obiadu a my w tymże zamiarze poszliśmy do ple-
banji, gdzie już nie czekając na nas, nitktórzy szla-
(;hcice jeść 7.aczęli.
l>dy to ujrzał Czachowski, spochmurniał, i mru-
gnąwszy na adjutanta (Tfomejkę. zrobił znak, abyśmy
wymknęli się nieznacznie do sieni. Adjutant w lot
ż przed plebanji pocwałował.
Niezdołali jeszcze jedzący do połowy wypróżnić-
swych talerzy z zupy, gdy naraz padł strzał, od
strony Lipska. a następnie z dwóch jeszcze innych
stron.
21
Na zasłyszany pierwszy, Czachowski, grzmią- _
cym swym głosem kr7.yknął:
- Adjutant, sprawdzić natychmiast, co znaczy .
ten strzał?
Obywatele przerażeni, pozrywali się ze swych
krzesełek, a my niby zaczęliśmy chwytać za sto-
jącą przy ścianach naszą broń, i wybiegać do od-
działów.
Gdy {{romejko przypadł z powrotem na spie-
nionym koniu, i zaraportował: że Moskale ciągną na
nas z trzech stron a kolumny ich juz' widać -
powstało wtedy wśród cywilnych niesłychane za-
mieszanie, wykr?:ykniki przerazenia, otwieranie okien
wychodzących na dziedziniec i nawoływania do
czemprędszego zaprzęgania. Rwetesu i uciekania
nie mogły powstrzymać szyderstwa Czachuwskiego.
- Tacyz to wy Polacy? - mówił naczelnik-
dopiero co przysięgliście walczyć do oSlatniej kropli
krwi za ojczyznę, a teraz gdy przychodzi nam
zmierzyć się z wrogiem, to nas opuszczacie i ha-
niebnie uciekacie i t. d. - Ale to nic nie pomogło,
wymknęli się wszyscy piorunem traktem do Zwo-
lenia.
Po zemknięciu ziemiaIistwa, powróciliśmy na-
tychmiast. i zartując z «cywilnpj odwagi potomków
dawnego nazego, tak walpcznego niegdyś rycer-
stwa, z czystem sumieniem spożywaliśmy pozostałą
resztę obiadu, którego nie używszy rzeczonego for-
telu, byliśmy w dniu owym nie kosztowali nawet.
Po obiedzie przystąpiliśmy natychmiast do prze-
prowadzenia poboru z Ciepielowa do wQjska, obeenie
Narodowego. Z miasta tego 1n młodzipzy, samych
282
prawie Langiewiczowskich i nieco z innych oddzia-
łów, do szeregów naszych wcielono. Po dokonaniu
tego, o godzinie 3 popołudniu, w kierunku Zwolenia
pomaszerowaliśmy.
O małe cwierć mili za miasteczkiem, wysunęło
się z lasów na pole, na północny zachód, kilkunastu
dragonów, lecz ci pospiesznie cofnąwszy się, w tychze
z powrotem znikli.
Wieczorem tegoz dnia, wkroczyliśmy do opró-
znionego znów przez nieprzyjaciela Zwolenia, i w
nim zanocowaliśmy, obstawiwszy się silnie wede-
tami i czatami. Byliśmy bowiem pewni, ze gdy dnia
dzisiejszego ogłoszeniem Rządu Narodowego, odpowie-
dzieliśmy: jako z amnestji carskiej, nietylko korzystać
nie myślimy, lecz ją z pogardą od siebie odrzucamy-
to zaraz będziemy mieli «dziegciarzy» na karku, do
zmuszenia przyjęcia ich dobrodziejstw niedźwie-
dzich. Woleliśm) przeto być więcej czynni, niz czuli
na te zapędy czułości słowiańskiej.
ROZDZIAŁ XlII.
Czas od 16 do 28 maja.
Po dokonanym i w Zwoleniu poborze. 35 mło-
-dziezy, prawie z tej samej. co w Ciepielowie ka-
tegorji, dnia 16 maja, około '7 rano, wyruszyliśmy
w kierunku północno zachodnim, i w lasach ku
Czarnej znikliśmy. Zaledwie jednak upłynęło dobre
pół godziny marszu lasami, gdy ozwały się już
w lewo nas, od strony traktu bitego z Radomia do
Zwolenia, silne salwy karabinowe. Pochodziły one
.od kolumny, wyprawionej przez Uszakowa z Ra-
domia, po . otrzymaniu wiadomości o zmartwych-
powstaniu naszego oddziału - biegnącej na odsiecz
Zwolenia, a niewiedzącej, że załoga jego zwyczajem
swoim po raz trzeci, na samą wieść naszego mar-
szu, zbiegła już poprzednio do Puław.
(-{dy kozacy jej awangardy, powzięli wiadomość,
że w ZwolefJ.iu nie tylko ich załogi. ale i nas już
nie ma; otóż chcąc fortelem ślad nasz odkryć, za-
częli na wiatr dawać salwy, sądząc, że pospieszymy
zwyczajem naszym na pomoc atakowanemu kole-
dze. My jednak dobrze wiedzieliśmy, że tam nikogo
z naszych nie było.
284
Po pewnym czasie, gdy strzały powyzsze nie
ustawały, zwróciliśmy na hezdroza, w lewo, i idąc
równolegle do traktu w kierunku zachodnim, prze-
szedłszy dobrą milę-poszliśmy znowu w lewo, na
południe, i przekroczyliśmy rzeczony trakt., jeszcze
wśród lasów. Wyszedłszy na południowy skraj bo-
rów, ku zachodnio południowej stronie, skośnie do
powyzszego kierunku, dalej. maszerowaliśmy polami.
Horyzont zakrył się chmurami, i wiatr chło-
dny zaczął przeciągać. Około '3 po poł., zaczął się
zja",iać po naszej lewęj stronie podjazd kozacki
i dragoński, a czepiając się przeszło pół mili na-
!'Izego pochodu i zasłaniając się od nas: to bu-
dynkami wiosek, to pojedYBczerni drzewami lub.
krzakami i terenem, hukali do nas salwami strza-
łów, które wcale nas nie dochodziły lUb nie szko-
dziły.
To tez maszerowaliśmy dalej milcząc, i udając
jakobyśmy ich wcale nie widzieli a strzałów ich
nie słyszeli. Tylko jeden kapitan Wujko wyskaki-
wał z szeregu ku nim, ze sławnym swym rewolwe-
r: em . i groZąc nim, wymyślał Ba czem świat stoi.
Smialiśmy się chórem z tego jego zapału i rycer-
skości w gębie. Po za Skaryszewem, rachując od
Radomia, maszerując wciąz samem i polami w wyżej
rzeczonym kierunku, i przechodząc w hród wszel-
kie rzeki. przeszliśmy około ó po południu trakt bity
z Radomia do Hzy, a zwrociwszy się ostatecznie-
w lewo - szliśmy dalej. również polami na połu-
dnie, mając po prawej stronie lasy, a z lewej, ró-
zne wioski i miasto !łzę. \V poblizu .Jasieńca
Iłżeckiego weszliśmy ciemnym wieczorem do pu-
285
szczy Iłżeckiej, i dawny swój obóz, pod Lipiem,.
zająwszy, przy ogniskach przenocowaliśmy.
Dzimi 17 maja upłynął nam, na zwiedzaniu
w marszach dawnych naszych obozowisk, w za-
chodniej stronie borów, od traktu z Iłży do Ostrowca
położonych i na reorganizacji wzrastającego znów
w siły oddziału naszego. Na noc stanęliśmy \V zu-
pełnie nowem miejscu, pomiędzy dawnem obozo-
wiskiem, nad Starachowicami i Brodami, i tu prze-
nocowaliśmy; lecz już bez ognisk, i do tego głodni.
18 maja dopełnialiśmy poprzedniego dnia czynność,
tylko z różnicą, że tą razą przetrząsaliśmy wscho-
dnią stronę puszczy od traktu; na noc zaś, stanę-
liśmy pod Maziarzami, i tam przenocowaliśmy ró-
wnież bez ognisk, zjadłszy zaledwo chleba z wódką.
A w dniu 19 maja, rano, pomaszerowaliśmy do
miasteczka Iłży.
Tu. zwiedziwszy pole bitwy, stoczonej w r.
1831, pożywiwszy się i odpocząwszy-po południu
wyru8zy"limy na północny zachód, i wieczorem
przybyliśmy do wsi Kowali, o półtory mili tylko
l,d Radomia, niedaleko drogi bitej do Szydłowca,
i po za tąż, obok parafjalnego kościoła, obozem
:stanęliśmy i przenocowaliśmy.
Dnia 20 maja z powyższego noclegu poma-
::zerowaliśmy na zachód. do traktu, a zrobiwszy
zwrot w lewo. pociągnęliśmy nim na południe, ku
:-izydłowcowi. Doszedłszy pól (uzowskich, sławnych
bitwą Zygmunta 1II z rokoszanami, przeszliśmy przez
plac bitwy powyższej, zrobiwszy zwrot w prawo
z traktu na takowe, i podążyliśmy na zachód. Po
upływi{' pewnego czasu, zrobiliśmy zwrot znowu
286
. w prawo, i pomaszerowaliśmy teraz na północ;
a przeszedłszy po wschodniej stronie miasteczka
Wola nowa, dotarliśmy do traktu z Radomia do
Przytyka, i pomiędzy wsią Cerekwią, zaledwie
o milę na zachód od stolicy województwa lezącą,
na takowy wszedłszy, zwróciliśmy się nim znów
w lewo, i na zachód ku temuz pomaszerowaliśmy.
Tym sposobem, od 16 maja, ukazywaliśmy się
ciągle na widoku Radomia, obchodząc go z trzech
stron t. j.: wschodniej, południowj i zachodniej,
w punktach zaledwie o 1 1 / 2 mili, i bliżej jeszcze od
niego oddalonych; ukazując się w obec jego silnej,
nieprzyjacielskiej załogi, a tern samem zadając kłam
raportom moskiewskim, o zniszczeniu oddziału na-
szego pod Hzeczniowem*). Bitwa ta, stosunkowo za-
dała Moskalom o wiele większe straty, a w nas
spotęgowała ufność we własne siły. Nowo wstę-
pujący do oddziału, oddali się nam z zupełną
ufnością, i z prawdziwą czcią a dumą na nas spo-
glądali.
Powyzszym marszem budziliśmy na nowo fał-
szywe wyobrazenie o liczbie naszej. u Moskali.
Nikomu by bowiem byli nie uwierzyli, ze w tak
szczupłej liczbie a do tego z tak słabym zapasem
amunicji, jaki rzeczywiście posiadamy, tak ich śmiało
wyzywamy. My zaś korzystaliśmy z tego, aby w mar-
szach po wsiach i miasteczkach lepiej się zreorga-
nizować i podtrzymać ducha w okolicznych mie-
*) le nasze ukazanie się pod Radomiem bylo na wiel-
kanoc, w niedzielę, ale nie w sobotę jak to błędnie w druku
wyszlo. Patrz błędy druku.
21:\7
szkańcach. Uszakow, w skutek powyzszych śmiałych
marszów, zaczął niedowierzać własnej załodze.
Przybywszy do Przy.ł.yka, pOQczas odpoczynku,
obejrzeliśmy plac Litwy, w r. 1831 tu stoczonej; a
pozywiwszy się dobrze, pomaszerowaliśmy traktem na
zachód, i do Potworowa późnym wieczorem weszliśmy.
Odpocząwszy tu w nocy kilka godzin, wyszliśmy
zaraz po pół nocy; a juz dnia 21 maja, maszerując
na południo-wschód, następnie, na południe zwró-
ciliśmy - i przed..odząc w bok miasteczka Skrzynna,
i, wielu wsi jak naprzykład główniejsze: Wieniawy,
Zukowa, Nińkowa, Radestowa, po pod samemi Bor-
kowicami, na wschód obok pałacu i ogrodu angiel-
skiego - weszliśmy w lasy i góry, tegoz nazwiska,
i w nich znikliśmy.
Tu dopiero zwróciliśmy się w lewo, i dążąc
na wschód, zajęliśmy podczas deszczu, na noc, za-
kład fabryk żelaznych Aleksandrów, w lasach Chle-
wiskich, na trakcie bitym z Szydłowca do Końskich.
W czasach, gdy pierwszy raz, to jest od 18
do 20 kwietnia, oddział nasz stał obozem w tych
stronach, pod Piekłem, w okolicznym pasie leśnym
formował się, z pozostałych resztek po oddziałach,
w powiecie Opoczyńskim, nowy oddział, wyłącznie
z samej kawalerji, pod dowództwem (Sończy) To-
maszewskiego, byłego oficera moskiewskiego. (dy
rzeczony dowódzca złożył raport Czachowskiemu
jako naczelnikowi wojennemu województwa, że for-
mowanie swe ukończył, i liczy juz 200 koni, otrzy-
mał teraz rozkaz: aby z kawalerją swą udawszy
się pasem leśnym ku Przedborzowi, Małogoszczy,
Włoszczowie, Seceminowi - przerzucił się w woje-
288
wództwo Krakowskie, i w pasie polnym tegoż, równo-
legle do nas, manewrował, ku czemu otrzymywać
będzie odpowiednie wskazówki; w Krakowskiem bo-
. wiem, od chwili przekroczenia Langiewicza do Ga-
licji, tylko jeden oddział polski, pod dowództwem
Cieszkowskiego, istniał, i prawie wyłącznie w pasie
leśnym, w północnych okolicach powiatu Olkuskiego
i południowo-wschodnich Kieleckiego i niekiedy po-
łudniowych Wieluńskiego, operował. Rozkaz po-
wyższy był wydany: l. aby utrudnić :Moskalom
wysyłanie z załóg tego województwa większych sił,
w pomoc załogom ich w województwie Sandomier-
skim; 2. oraz umożliwić nam sprowadzanie z za-
granicy amunicji a jeieli będzie moina, to i bel-
gijskiej broni.
Dnia 22 maja, rano, wymaszerowaliśmy z Ale-
ksandrowa traktem bitym ku Chlewiskom a niedo-
chodząc do nich, w lewo, ku jakimś kilku chałupom
zwróciliśmy się, gdzie kawalerja przychwytała ko-
wala, szpiega udowodnionego, którego atoli w miejsce
powieszenia, ukarano sporą liczbą batów, co go nieza-
wodnie oduczyć musiało od zbrodniczej chciwości
grosza wroga, zarabianego judaszowstwem.
Wróciliśmy ztąd ku traktowi, i przez Chle-
wiska jako w dzień niedzielny, z rozwiniętym sztan-
darem oraz śpiewem patrjotycznym, na wschód,
ku Szydłowcowi, tymze podążyliśmy. Nie dochodząc
do Szydłowca, choć z niego załoga nieprzyjacielska
ku Radomiowi na wieść samą naszego marszu
umknęła, na widoku obeszliśmy go do traktu bi-
tego do Kielc, i w okolicy Smolarni, z której wy-
szła pierwsza zdrada w tych stronach w chwili
889
rozpoczynania powstania, przeciw oddziałowi Lan-
giewicza, chcieliśmy zdrajcę złapać. Ale wypra wiona
przodem nasza kawaler ja, nikogo tam nie zastała.
Idąc dalej, gdyśmy doszli drogi od Skarzyńska Ko-
ścielnego, zeszliśmy z traktu, i takową na wschód,
przez wieś Smolarni pomaszerowaliśmy do Ska-
rzyska kościelnego. Przeszedłszy i tQ wieś, lasami,
przez Pogorzałe, doszliśmy do wierzchołka gór Maj-
dowskich, i na dawnem stanowisku. z 17 kwietnia,
na smugu, stanęliśmy obozem, ale hez ognisk.
Gdyśmy odpoczywali, na raz, ni ztąd ni z owąd
zwrócił się ku mnie Czachowski, w obec lezących
obok niego kilku oficerów, i wprost zapytał mię:
czy to prawda i czy wiem co o tern, że większość
szeregowców chce oddzielić się od niego, a ze mną
osobny oddział utworzyć?
Oburzony jakąś nikczemną intrygą, bo mi nic
podobnego w myśli nawet nie postało, odpowie-
działem na to stanowczo, ze to wszystko fałsz. Ale
gdy .iuz przyszło do otwartej między nami rozmowy,
to mu ośmielę się podać mój plan. Zaproponowa-
łem, aby wybrał z oddziału 120 strzelców, którzy
za mną pójść zechcą, a ja ich miałem rozrzucić
po wsiach, pomiędzy ludem okolicznym, i utworzyć
z nich kadry oraz instruktorów do prawdziwej
wojny ludowej, opartej o jego oddział. Wtedyby
żadne poczty itransporta, zaden kur jer czy pod-
jazd nieprzyjacielski, nie przeszedłby bez naszej
wiedzy. Postarałbym się zawjązać i w miastach
podobne organizacje zbrojne. Srodków pienięznych,
koniecznych do przeprowadzenia powyzszego zda-
nia, dostarczyłby mi nieprzyjaciel ze swych kas,
290
oraz udowodnieni stronnicy jego. Podatków oso-
bistych, na cel powyzszy, obowiązuje się od ludno-
ści tych stron nie wymagać; wszelki zaś zdoby-
wany na wrogu gotowy pieniądz w ręce organi-
zacji narodowej składać, i na sprowadzanie amunicji
i broni, niemniej ciągłe zwiększanie siły po-
wstańczej obracać.
Zsolidaryzowawszy lud wiejski i miejski ze-
sprawą powstania, czego byłem pewny. ze dopnę
tego - za 120 danych mi strzelców, w przeciągu
miesiąca, oddam do frontu: uzbrojonych, wyćwiczo-
nych i w strój wieśniaczy umundurowanych, naj-
mniej 200 ludzi, oraz wpływać będę na zwiększe-
nie sił głównych, i zawczasu powiadamiać o nie-
przyjacielu. \V przeciągu paru miesięcy, działając-
w przedstawiony sposób, miałem oddział mój po-
większyć do 600 ludzi, uzbrojonych i wyćwiczo-
nych nalezycie.
Gdym SkOllCZył, stary wódz, podał mi rękę-
i wyrzekł: .
- Z krzyżujących się wciąż różnych zarzą-
dzeń jakie z góry otrzymujemy, wymagających
przedewszystkiem legalnego działania, dla uzyskania
przyobiecanego nam poparcia innych państw -
jestem pewny, że dziś twój plan byłby uznanym
za rad kalny przez skład obecny naszego Hządu
Narodowego; zatem wypada z użyciem jego, jeszcze-
ię wstrzymać, aż dzisiejsze prądy znów się zużyją
l miną.-
NiepQjętą i niezrozumiałą była i j€st dla mnie
ta, zkądinąd u najpatryotyczniejszych nawet Pola-
ków, epidemiczna choroba w czasie walk o niepodle-
291
głość, zwana «legalnością». Ludzie, którzy przyjęli
powstanie jako fakt dokonany, prowadzili lub po-
pierali je dali, a jednocześnie prawiący o legalności:
wydają mi się, jakby dopiero co wyszli niewyle-
czeni z zakładu obłąkanych. WszakZe sam wyraz-
powstanie, wskazuje jego nielegalność w obec rządu,
przeciw któremu jest skierowane? Siła, radykalnemi
środkami zdobyta, ta jedna zniewala Rządy, do uzna-
nia go jako strony wojującej a zatem nijako legalnej,
i daje mu dopiero moznośc, spotęgowania się jeszcze
przy ich pomocy. Po uzyskaniu czego, a przy rozwi-
nięciu jej do wszelkich możliwych granic, zniewala
dopiero rząd, przeciw któremu wybuchło, do usiępstw,
i to tak daleko idących, o ile zywotności i siły ta-
kowe okazało czyli wywalczyć na nim zdołało.
Nasi zaś. z tytułu tylko urodzenia swego, przy-
właszczający sobie zawsze prawo do wielkiej po-
lityki i jej kierownictwa swemi niednłęznemi a nie-
umiejętnemi rękami, zaślepieni i w głupocie swej,
jezeli juz nie z góry zdrajcąch planach, - nie dając
się rozwinąć powstaniu, przez użycie, choćby nie
krwawych, lecz radykalnych środków, - sprawiali
zawsze, iz ono tylko wegietowalo, posiadając w grun-
cie wszelkie warunki zwycięztwa. Ci zniedołęznieli
arystokraci czy tam głupcy doktrynerzy, jakby nie
znali tej fundamentalnej podstawy naszego wieku:
że kazdy samemu sobie winien dopomódz, i dla
tego odrzucali radykalizm ludowy.
Jeszcze raz, w późnej jesieni, plan powyzszy
z odpowiedniemi, do ówczesnego juz połozenia
kraju zmianami, do przyprowadzenia przedkładano ;
lecz choroba legalności, znowuz go usunęła, aby
19
:t92
copomódz wrogom do stłumienia ruchu naro-
dowego.
O wschodzie słOlIca, 23 maja, wyruszyliśmy
.z rzeczonego smugu. i spuściwszy się z wierz-
-chołka gór na pola, obok wsi UbYSZOW3, na trakt
bity z Szydłowca do Kielc. w okolicy wsi Bzina,
podązyliśmy na poludnie, .ku Suchedniowu, przez
Występę. Na wierzchołku odrośli gór BliJ:illskich,
przecinając trakt powyzszy, ohęjrzawszy plac hi-
twy strzelców naszych z dragonami w d. 3 lutego,
nie dochodząc do wspomnianej osady -zwróciliśmy
w prawo. na zachód, i znikliśmy w lasach dąząc
{]o Samsonowa.
Zapuściwszy się w lasy, zwróciliśmy się znów
w prawo, i zrobiliśmy zupełny do poprzednich
kontrmarsz, idąc obecnie z wierżchołka gór Bliziń-
skich na północ, od płynącej u ich stóp rzeki Ka-
miennej. Gdy dosięiśmy rzeczonej rzeki, i takową
po pod pierwszą fryszerką zelazną, na zachód od
Występy lezącą, po moście przebyliśmy, i do tra-
ktu z Bzina do Końskich wiodącego doszliśm y, - to
wszedłszy na powyzszy trakt, zwróciliśmy się te-
raz w lewo, i na zachód się udaliśmy, do Blizyna,
gdzie obok opuszczonych murów, niegdyś budowa-
nego a nieukończonego kościoła, obozem stanęliśmy,
ugotowali i spozyli obiad. Zaś około godziny 3, po
południu, pomaszerowaliśmy dalej na zachód tra-
ktem a przeszedłszy wieś Mroczków, skręciliśmy
na północny wschód, i obszedłszy hutę zelazną
Mroczków, poszliśmy na północ, w lasy, niby do
wczorajszego naszego obozu, niedaleko ztąd juz le-
zącego; a rzeczywiście do wsi Aleksandrowa, obok
......
293
huty żelaznej tegoż nazwiska leżącej, i tu zanoco-
waliśmy.
W dniu 24 maja, do dnia, wyruszywszy z rze-
czonej wyżej wsi, poszliśmy traktem na północ, ku
Chlewiskom, a niedochodząc ich, zwróciliśmy
w same lasy; skręciliśmy temi z traktu w lewo,
i wykonując samemi bezdrożami kontrmarsz, w kie-
runku południowo zachodnim, przeszedłszy mil kilka,
wyszliśmy około południa pod wieś i zakład huty
zelaznej, Furmanów, na zachód, o dobre pół mili,
od wsi Niekłania. Odpocząwszy tu, przez chw:lę
i pożywi wszy się zaledwo chlebem i wódką, podą-
zyliśmy dalej lasami Niekłańskiemi, a następnie
Koneckiemi na południe, z których wyszliśmy,
pod wieś Piłę, na wschód od miasta Końskich. Ztąd
pomaszerowaliśmy na zachód od Końskich. Lecz
przeszedłszy tylko obszar pałacu Małachowskich, na
północno wschodnim końcu miasta tego, i otarł-
szy się niejako o samo mi&sto, bo ulicą jego
idącą ku Małachowu, za pałacem wyszliśmy na po-
łudnie. Zbliżywszy się tu do lasów, po pod te-
miż zwróciliśmy w prawo a doszedłszy traktu
z Końskich do Kielc, zwróciliśmy się znów polami
\\< prawo, i poszliśmy na północ. Gdy doszliśmy
.do traktu, z Końskich do wsi i klasztoru XX. Ber-
nardynów w Kazanowie, okrążyliśmy miasto z trzech
stron, wschodniej południowej i zachodniej, doty-
kając się różnych magazynów rządowych, na ze-
wnątrz jego leżących. Załoga tegoż, zamknąwszy
się w kilku murowanych dużych gmachach, nie
śmiała nosa wytknąć po za miasto. Moskwa straże
magazynów do siebie pościągała, zostawiając je'
19*
294
nam niejako na pastwę; nie tknąwszy jednak ta-
kowych, widocznie wskutek nakazów rządu «bia-
łego», pomaszerowaliśmy traktem, przez Kazanów
ku Rudzie Malenieckiej, a uszedłszy nim przeszło
mil dwie, późnym wieczorem, skręciliśmy na prawo,
w zwarte sosnowe lasy, i w nich przenocowaliśmy
bez ognisk.
Dnia 25 maja, do dnia, wróciliśmy na trakt,
i idąc nim dalej, w poprzednim południowo za-
chodnim od Końskich "kierunku, przybyliśmy do
Rudy Malenieckiej, gdzie zjedliśmy śniadanie. Ztąd
pomaszerowaliśmy traktem ku Tarkowu, na zachód.
Kiedochodząc rzeczonej wsi, zwróciliśmy w prawo,
i podązyliśmy na północ borami około Machór
i Klewa, a zwróciwszy jeszcze w prawo, na wschód,
wyszliśmy do wsi Maleńca. Z niej maszerując da-
lej na wschód, przybyliśmy znów w lasy po oby-
dwóch bokach traktu z Końskich do Rudy Male-
nieckiej rozciągające się, i w takowych znów prze-
nocowali. W dniu zaś 26 maja, pomazerowaliśmy
z lasów tych na północny zachód; a pomiędzy
wsią Bedlno, a Końskiemi, przeszedłszy polami,
następnie około Sędowa i Jezowa lasami, wyszliśmy
do huty zelaznej Ruda, do dóbr Białaczewskich
nalezącej; obok niej przeszliśmy rzekę Orzewiczkę,
i kierując się teraz samemi polami, na północ, po-
między wsią Korytkowem a miasteczkiem Go-
warczowem, gdyśmy doszli do lasów na północ
od tych rozciągających się, - skręciliśmy temiz
na północny wschód, i na wierzchołku gór Bosko-
wickich, na zachód już od Furmanowa, bez ognisk
295 .
przenocowaliśmy. Zaś 27 maja, pomaszerowaliśmy
grzbietami na zachód.
W marszu powyższym spotkaliśmy się z Wi-
śniewskim, dowódzcą konnej żandarmerji powiatu
OpOczYńskiego, byłym burmistrzem miasteczka
Jastrzębia, wziętym do niewoli znacznie później,
i powieszonym w jesieni przez Moskali w Rado-
miu. - Nieliczna jego żandarmerja, bo zaledwie
z 12 ludzi, dzielnie jednak wyglądała i dobrze
uzbrojoną była; siedziała na rosłych, doborowych
koniach, i tylko mundury jej jaskrawe zbyt daleko
widoczną ją czyniły.
Około godziny 2, popołudniu, przybyliśmy do
huty Przysuskiej, gdzie obiad ugotowaliśmy i zje-
dliśmy.
Odpocząwszy tu kilka godzin, udaliśmy się do
kąpieli, dla oczyszczenia się z dokuczających nam
owadów; gdyż o zmianie bielizny. ani mogło być
mowy, bo dotąd nikt nam nowej jeszcze nie do-
starczył, każdy z nas dodzierał, co na sobie z domu
przyniósł; było zaś pomiędzy nami wielu, co jeszcze
22 stycznia do oddziału wstąpili.
Gdy większość kąpała się w stawie, ja z pa-
roma innymi, tymczasem pod upustem spadowego
natrysku używałem.
Ztąd, z dołu, gdy Czachowski nademną do
skakania w staw rozebrany stanął. nie dowierzając
własnym oczom, aż wybiegIem na wierzch -- i spra-
wdziłem z blizka ślady pokąsania od nędzy jaka
w jego baranim kożuszku zagnieździwszy się, ogry-
zała tego silnie zbudowanego starca, do tego kilku-
nastu jeszcze czerakami okrytego.
29ó
Z prawdziwem uwielbieniem spojrzałem na tego
bohaterskiego starca, który dotąd niczem poznać nie
dał jak wielkie cierpienia na ciele znosił. Pochło-
nięty cały myślami wodza, zapomniał o sobie zu-
pełnie.
Ku wieczorowi pomaszerowaliśmy ztąd w bar-
dzo strome a wysokie góry, lasami Przysuskiemi,
Korytkowskiemi i Medlińskiemi okryte. Tu, około
9 godziny wieczór, spadła straszna nawalnica wraz
z gradem, co przemoczyła nas do nitki a prze-
mieniwsz'y się następnie w zimny, drobny ciągły
deszcz, nawet z krupami na wierzchołkach ich -
całą noc nam w marszu towarzyszyła; tymczasem
na tych wyżynach nie było nigdzie miejsca, aby choć
I:a chwilę się gdzie osłonić i osuszyć można było.
Do tego obok naszej drożyny leżało pełno opusz-
czonych już szybów do wydobywania rudy iela-
znej, które trzeba było wymijać ostrożnie. Co chwila
też musieliśmy zapalać stoczki a- od tych szczapy,
i rozświetlać sobie drogę, aby gdzie nie wpaść
w głębokie nadzwyczaj, niecembrowane niczem,
górnicze studnie; a tu do tego noc była tak ciemna,
że choć oko wykol.
To też z szarzejącym rankiem, dnia 2R maja,
gdyśmy na wierzchołku okrytych śniegiem gór skrę-
cili na zachód a następnie na północ, i wyminą-
wszy Mechlin, z gór rzeczonych spuściliśmy się pod
Goździków, i minąwszy go, około H rano przybyli-
śmy do Rusinowa, a otworzono nam stodołę prawie
pełną jeszcze słomy i siana-to przemoczeni i zzię-
bnięci aż do szpiku kości, znużeni nie do opisania.
okropnym całonocnym marszem, jak bobaki, kamien-
297
nym snem posnęliśmy. Zaledwo około 3, po południu,..
zjedliśmy obiad ugotowany w kotłach.
Przysłano z pałacu po mnie na obiad, gdyż
mieszkali tam blizcy nasi znajomi; ale nie chcąc być
żenowanym mym strojem, pozostałem z podkomen--
dnymi a czego wielce po tern żałowałem. Gdy bo-
wiem, około 4 po południu, idąc w awangardzie,
w kierunku północnym, zbliżyliśmy się do bramy
ogrodu angielskiego, wyjechał z niej Czachowski,
a obok niego postępowało pełno obywateli i księży
z Opoczyńskiego, wszyscy zaś oni byli moi dawni
znajomi i najlepsi przyjaciele. Chwytali mnie przet()
w objęcia i ze łzami vrawdziwej przyjaźni witali.
Opowiadali mi przy tern, że poczciwy Czacho-
\\"ski, wielce pochlebnie o mnie się wyrażał:
- Dajcie mi stu takich jak on - niby miał po-
wiedzieć - a pokażę wam drogę do Petersburga!
- i wiele innych komplemenlów.
Rozśmiałem się w duszy na ten wyskok szla-
checkiej fantazji starego wodza, i pożegnałem, prze-
praszając przyjaciół jako prowadzący awangardę.-
Tak to, pomimo ze bracze łachmany i plugawy owad.
co po nich pełzał, - witali nas wszędzie patrjoci.
bądź pod słomianą strzechą, bądź po salonach pa-
łaców!
Skręciwszy w dalszym marszu na pÓłnocno-
zachód, ciemnym wieczorem przybyliśmy do Potwo-
rowa. Ztąd po parogodzinnym wypoczynku, ruszyli-
śmy dalej, w tym samym kierunku, wśród ciemnej
nocy, na podwodach. - Ja dostałem rozkaz ze swą
kompanją stanowić ar:iergardę, z czego również jak
i z wiadomości, że Moskale. z Opoczna i innych
298
załóg na południe za nami leżących, już przeciwko
nam wyruszyli, a Radom był tylko o mil 4 od nas
na wschód i Białobrzegi również o 4- na północno-
wschód - powziąłem mocne przekonanie, że w po-
lach tych na jakie obecnie wystąpiliśmy, do bitwy
z wrogiem koniecznie przyjść musi, naczelnik zaś
pierwszego ataku wroga spodziewa się od tyłu ko-
lumny.
W skutek ciągłego psucia się uprzęży i wozów,
musieliśmy ciągle stawać. To też po pewnym czasie
arjergarda odcięła się od reszty kolumny. Ujrzawszy
to, część kawalerji za mną, zniecierpliwiona tem
wiecznem zatrzymywaniem się, pocwałowała naprzód,
niby szukać śladu, którędy kolumna dalej pocią-
gnęła. Ja zaś, z ał:iergardą. oświetlając zapałkami
sobie drogę, i szukając na nięi świeżego śladu wo-
zów, posuwałem .się naprzÓd ostrożnie, aż do mięjsca,
gdzie rozchodziły się dwie drogi a na obydwóch
były ślady świeże kół. Tu zatrzymać podwody byłem
przymuszony i doczekiwać ('o Róg da, tem więcej że
działo się to w nocy, wśród pustych pól. Czekałem
tak z dobrą godzinę, zanim kawaleł:ia do mnie
wróciła, i dalszą drogę wsl(azała.
.......
ROZDZIAŁ XIV.
Dzień 29 maja, bitwa pod Radzanowem,
Jakóbowem i Chruściechowem.
Szarzało dopiero na niebie, dzień był wilgotno-
mglisty. (-.dy przyhyłem do Radzanowa, zastałem
cały oddział siedzący jeszcze na wozach. Zapytałem
przeto, dla czego oddział się zatrzymał ?-Odpowie-
dziano mi, że Czachowki wraz ze sztabem udał się
do miejscowego proboszcza, który jest stryjem nie-
znanego mu dotąd naszego szefa sztabu, i ze ztam-
tąd następnie zaproszono na śniadanie wszystkich
oficerów a szef prosił, abym tam się równiez udał.
Przykre na mnie to wywarło wraienie, ze w chwili,
gdy starcie z nieprzyjacielem w bardzo niekorzy-
stnych dla nas warunkach stawało się nieuniknio-
neru, dla zabrania prywatnej znajomości, narażano
cały oddział na zniszczenie i zycie wielu z pod-
komendnych. Oswiadczyłem przeto, ze tego nie
uczynię, a zziębnięty będąc, wysłałem do wsi po
gorące mleko, które na szczęście zaraz dostałem.
Za chwilę zjawił się major Eminowicz, a za-
cząwszy od wyrzutów, ze widać, iz mu dobrze nie
300
zyczę, skoro na prośbę jego stryja nie przyszedłem,
następnie zaczął mnie przynaglać, do udania się za
innymi. - Znowuz stanowczo mu odmówiłem, o-
świadczając, ze dla tego właśnie to czynię; bo wiem,
iz śladem naszym idą Moskale. a ja dowodzę arjer-
gardą, podczas gdy wszyscy oficerowie oddalili się
od oddziału. Przeciwnie. prosiłem go na wszystko
o ostrzeżenie Czachowskiego, aby wizytę tę jak
naj prędzej skrócił; gdyż przed przejściem traktu
z Radomia do Białobrzeg, przez to niepotrzebne za-
trzymanie się przyjść już musi do bitwy, i to nie
z jedną już teraz wroga kolumną. A gdyby to nie
nastąpiło, i nam bez bitwy trakt powyższy udało
się przekroczyć, przed otoczeniem nas przez nie-
przyjaciela, oraz zniknąć w lasach Bobrownickich
lub Myślenickich-to musiałbym wszystkich oficerów
sztabu moskiewskiego mieć za niedołęgów lub osłów,
czego jednak dotąd nie mOlna powiedzieć. Dodałem,
że prawie połowa oddziału składa się z nowoza-
ciężnych, . choć to w innych oddziałach służyli
jakoby.
Na powyższe uwagi, szef sztabu, odpowiedział,
że za czarno na obecne nasze położenie patrzę;
i że zatrzymano się tu, poniewaz dokonamy w tej
wsi poboru do wojska, przez co jeszcze zwiększymy
naszą siłę. Obrazony tez jak zauważyłem, za mój
jak go nazwał upor, powrócił na probostwo.
Około godziny 10, rano, dopiero przszedłszy
przez Radzanów, udaliśmy się do niedaleko w kie-
runku północno wschodnim leżącego małego lasku,
i tam obozem stanęliśmy.
W pół godziny moze potem, kawalerja nasza
dostawiła nam 18 nowo zaciężnych z rzeczonej wsi,
od których odebrawszy przysięgę, wszystkich prawie-
do kosynjerów wcielono. A ledwo o jedynastej, rano,
dostawiono dopiero nieco: chleba, jagieł, wódki i chudą
wielce jakąś starą krowę_ Chleb i wódkę na szczęśc;ie
zaraz rozdzielono. Bo krowę, zanim zabito, oporzą-
dzono, mięso z niej rozdzielono i kotły nastawiono,
o godzinie 1 popołudniu, padły już strzały alarmowe
od strony Radzanowa. Nieprzyjaciel bowiem, idący
za nami: w siedem rot piechoty wraz z dwoma
szwadronami dragonów i tyluż sotniami kozaków,
r;!dy doszedł, do powracających z Radzanowa naszcb.
podwód, któremi w nocy jechaliśmy, zatrzymał
je, i sam następnie siadłszy na takowe, nas dogonił.
:-;zczęściem dla nas. że cała jego siła na nich się
I-JOmieścić nie mogła, i z temi tylko przystępował
ubecnie do ataku na nas.
Wylawszy niedogotowany rosół z kotłów na
ziemię, a rozebrawszy rozparzone zaledwie mięso
do torb i tornistrów, żołnierze głodni musieli sta-
wać do boju.
Czachowski sformował oddział w kolumnę po-
('hodową, rozkazując mnie zasłaniać z arjergardą
udwrót.
Teren, na którym bitwa stoczoną została, cią-
gnął się od Radzanowa aż pod wieś Kadłubek,
7. zachodu na wschód przeszło mil dwie. Był on
przeważnie płaski, mocno podmokły, choć małemi
wzgórkami okryty, na którym rosły nie wielkie
kępy lasków, miejscami od południowej ich strony,
na którejśmy właśnie się bili, smugami rudawicznych
łąk i klinami pól poprzerzynany.
02
Na południe mieliśmy wieś Jak6b6w i Chru-
ściechów, o parę tysięcy kruków oddalone, dla czego
też wielu różne nazwiska hitwie tj nadawali.
Kolumna zaczęła posu wać się na wschód, a ja,
rozrzuciwszy kompanję w tyraljery, na jej tyłach
postępowałem za nią. Pierwsi, których z nie-
przyjaciół ujrzałem za sobą, byli to kilkunastu dra-
gonów; ale parę strzałów naszych wystarczyło do
spłoszenia ich, i schowania się za drzewami lasu
Radzanowskiego.
Gdy kolumna wychodząc z pierwszego lasku
przebyła za nim leżący zrąh, i występować zaczęła
na drogę, po grobli przez smug leśny do drugiego
wiodącą, a ja z łańcuchem doszedłem do tego zrębu,
i zastałem na nim dogodne do zasadzki ustawione
stosy drzewa: zatrzymałem łańcuch, i strzelcom po
za takowemi ukryć się poleciłem.
Kolumna nasza nie zaczepiona znikła w nastę-
pnym lasku, a gdy dotąd z nieprzyjaciół nikt wię-
cej się za nami nie ukazywał, obawiałem się, ze
Moskale chcą mię odciąć od głównych sił. Przecze-
kawszy więc chwilę, znikąd nie zaczepiany, rozka-
załem strzelcom wyjść z ukrycia i rozciągnąwszy
z powrotem w łańcuch, sięgający przez całą dłu-
gość smugu ai do jego południowego końca, sam
w tymże na linji z nimi ostatni postępowałem dalej,
na wschód.
Smug. który łańcuchem przechodziliśmy, im
więcej ku południowi się chylił, tem coraz w sil-
niejszą ruda wicę przechodził. a to tak grzązką, że
ja blizko po kolana, chociaż wówczas dość lekki
jeszcze byłem, brnąłem. Starałem się, aby strzelcy,
303
o ile tylko się to da, powoli i równo szli, nie oka-
zując swemi ruchami na jaki grunt tu natrafiliśmy;
robiłem bowiem sobie jeszcze nadzieję, ze może
dragoni zdecydują się nareszeie wyjść z lasu, i ro-
zwiniętym frontem przejść smug zechcą.
Przeszliśmy go nareszcie, zajęliśmy pozycję za
rzeczonemi wytej drzewami, i czekaliśmy za niemi
z dobre pM godziny; tu przypadł do mnie naraz
adjutant, i zapytał dla czego i na co tu czekamy?
Odpowiedziałem, że na Moskałi, gdyż jest to wy-
borna pozycja do ich przywitania. Oświadczył mi
na to rozkaz Czachowskiego, abym od zasadzki od-
stąpił i dalf'j z łańcuchem maszerował.
Przeszliśmy w szyku i drugi las, i tak wyszliśmy
na wschodnią stronę jego, w klin pól, zachodzący
dość głęboko od tej strony ku północy.
Klin ten obsiany był wyrosłemi już żytami
a w nich od południowej strony, na wzgórku, za-
staliśmy dragonów na północ frontem rozwiniętych,
i z ogniem naprzód się posuwających.
Wypadliśmy więc z lasu, a szykując się bie-
giem do frontu, odpowiedzieliśmy im niespodzianie
naszemi celnemi strzałami, których kilkanaście zmu-
siło ich do ucieczki na południe. Rzuciliśmy si
biegiem za nimi; w tern z następnego lasu, usły-
szeliśmy Czachowskiego, wołającego na nas swym
grzmiącym głosem:
-- Strzelcy! do mnie. Moskwa wam tyły za-
chodzi.
Wstrzymaliśmy się w pościgu. za uchodzącymi
galopem ku wsi Jakóbowu, i biegiem a chyłkiem,
żytami, śpieszyliśmy do naczelnika.
30
Zaledwie wybiegliśmy z wyrosłych zbói i do-
padliśmy po za pierwszemi drzewami lasku kom-
panji Bruckmana, stanowiącej część bataljonu ma-
jora Rogójskiego, za którą znajdowało się ukrytych
kilku kosynjerów i kawalerzystów - gdy tuż za
nami wysunęła się ze zbóż kolumna moskiewskij
piechoty; ale przywitana ogniem kompanji Briick-
ma na, część jej wstrzymała się, i ustawiwszy się
frontem do nas o 100 kroków, z piekielnym wrza-
skiem: urra! -- otworzyła ogień a reszta, nie za-
trzY!!lując się wcale, z tyłu jej pomaszerowała dalej
na wschód.
Stosownie do rozkazu Czachowskiego. gdyśmy
dopadli prawego skrzydła kompanji Bruckmana, po
za jej plecami, zaledwie o pięć kroków odstępu
maszerowałem ze strzelcami dalej, również na
wschód.
Błogosławiłem w duchu wynalazek wizjerów
u karabinów. Gdyż niczemu innemu nie mogłem przy-
pisać, że będąc tak blizko Moskali i piekielnego
ich rotowego ognia, przez cały czas przemarszu,
-po za plecyma bijących się z nimi, nietylko że
nie ponieśliśmy żadnej straty, ale nawet jednej
'kuli jego koło naszej głowy i uszu przelatującej
nie słyszeliśmy; wszystkie one przeszło kilka łokci
wyżej nad nami przelatywały, obcinając gałęzie
jodłaków i sośniaków, gęsto w tern miejscu rosną-
cych lub grzęzły w nich.
Po wyminięciu bijących się towarzyszy, ma-
szerowałem ze strzelcami gąszczem leśnym dalej,
prosto na wschód, kilkaset kroków, i trafiłem znów
na kompanję Rudowskiego, w takiż sam szyk i spo-
305
, sób jak poprzednia usta wioną jako 'kadry bataljonu
Markowskiego, z ukrytą za nią częścią naszej ka-
walerji, gdyz większość, Czachowski, poprzednio,
z rotmistrzem Wielobyckiem dokądś odkomendero-
wał, oraz niewielką ilość kosynjerów; albowiem
w tę broń niewielce się obecnie już zaopatrywaliśmy,
mając zakopanych dosyć karabmów, tymczasem do
ich odkopania zastępowaliśmy je u nowozacięznych,
przyniesioną z sobą hronią myśliwską. Nowoza-
cięzni stali obecnie pod osobistą komendą majora
Markowskiego i samego naczelnika.
W chwili, gdym doszedł do tej drugiej naszej
kompanji, zaczynała i ona skośnie strzelać, do ob-
chodzącej na zewnątrz las reszty kolumny mo-
skiewskiej, która na podwodach przez nas odpra-
wionych zabrać się zdołała, i za nami przybyła.
Obecnie, ta część Moskali, starała się swym po-
śpiesznym marszem i ogniem wstrzymywać nas,
dopóki reszta jej, co pieszo szła, oraz i inne ich
kolumny nie nadciągną, i nie .otoczą, aby zupełnie
nas zniszczyć i zabrać do niewoli. Tu Czachowski
przyłączył się do mnie; gdyz ani Dolnickiego, ani
Eminowicza, nie. dostrzegłem wówczas przy nim.
Po wyminięciu bijącej się .luz i drugiej naszej
kompanji, uszliśmy znów, w kierunku wschodnim,
gąszczem przeszło 1000 kroków, postępując gę-
siego, jedeu za drugim.
Szedłem wtenczas blizko w połowie swej kom-
panji, gdy dostrzegłem, że las na wschodzie za-
czynał mocno rzednąć, przemieniając się w rzadkie
karłowate sO"ienki, a pomiędzy niemi przeświecał
już horyzont. Pospieszałem biegiem do czoła linji,
306
gdy naraz z okF.lYkiem - Moskale! - i ono F.lU-
ciło się również naprzód biegiem.
Rzeczywiście o jakie 4-00 kroków tylko od
lasu, na południe, ujrzałem dwa szwadrony dra-
gonów, stojące frontem do lasu najspokojniej.
O ile tylko płuca me pozwoliły, a miałem je
wówczas jeszcze bardzo silne, nakazywałem, aby
żaden strzału nie ważył się dać, dopóki cała kom-
panja pozycji za drzewami nie zajmie, a wtenczas
wszyscy jednocześnie do nich damy ognia.
Dawni żołnierze wstrzymali się w biegu; lecz
kilku nowozacięznych, a w dubeltówki tylko uzbro-
jonych, nie mogąc opanować szału popisania się swą
nienawiścią do wroga, dopadło kraju lasu i do
dragonów wystrzeliło. \V najwyższem uniesieniu
wyrzucałem im, ich nierozważny i niekarny po-
stępek, przedstawiając zarazem całą krzywdę jaką
nam wyrządzili; dragoni bowiem poznawszy z ich
strzałól\', że i ten las przez nas jest juz obsadzo-
nym, zrobili natychmiast lewo w tył, i galopem,
ku wsi Chruściechowu, o parę tysięcy kroków od
brzegu tego lasll oddalonej, popędzili, i nie daleko
budynków folwarcznych, frontem do nas znów
stanęli.
Mogła być wtenczas już godzina 5, po potud-
niu, a horyzont zaciągnął się drobnemi, ale gęstemi
dosyć, chmurkami.
Dragoni wraz z swemi końmi, dla mego by-
strego wzroku przedstawiali teraz wysokość chru-
ścianego płotu, na horyzoncie sino się zaznaczają-
cego. Jakiś jeździec przed frontem się kręcił; wido-
307
eznie go porządk9wał, po CZf'm przed środkiem
frontu stanął.
Wściekły i rozżalony, zacząłem rachować od-
ległość; na szczęście zagony znowuż jak pod Bo-
ryą, dopomagały mi, do dokładnego obliczenia. Na-
liczyłem J 600 kro Zacząłem sobie w duchu rozumować:
ze jeżeli podniosę- wizer odpowiednio do potrze-
bnej mi doniosłości sztućca a siła wyrzutu prochu
do ciężkości kuli, pozostanie zawsze taż sama, to:
gdybym go postawił prostopadle do lufy, to jest
na całe ćwierć koła, gdy zaś 1/8 tegoż daje ele-
wacji jego siłę doniosłości na 1200 kroków - więc
wówczas powinna by dać jej na 2400 kroków.
Chociaż wizer sztućca mego pokazywał wszy-
tkiego na 1200 kroków, na los szczęścia, nięjako
na próbę ustawiłem go na oko na 1600 kroków;
zrobiłem ręką potrójny znak krzyż św., wymawia-
jąc głośno:
- W Imie Ojca i Syn i Ducha Świętego. Amen.
\V Imie Boga, w Trójcy Swiętej Jedynego! - Tego,
co porządkował te szwadrony, a co przed frontem
na koniu stanął.
Oparłem sztuciec o sęk karłowatej sosny i strze-
liłem. Dym przeszkodził mi widzieć. Usłyszałem ra-
dośne wołanie towarzyszy:
- Spadł z konia!
- Ile kroków? - na raz odezwał się Cza-
chowski.
Odwróciłem się, i dopiero dostrzegłem, że
o parę zaledwie kroków z konia wszystkiemu się
przypatrywał.
Odpowiedziałem, że 1600 kroków z górą, a na-
20
SO:!
hijając znów sztuciec, pokazałem i reszcie jak usta-
wić elewację. Wystrzeliliśmy po raz drugi.
Pięć koni teraz juz po polu galopowało bez
jeźdźców.
Mój płot zrobił lewo w tył, i znikł wewnątrz
Chruściechowa.
W tej samej prawie chwili, gdy nasze strzały
powyzszy rezultat osiągnęły, przypadł do nas prze-
razony i zdyszany podoficer Franciszek L;{jtz, który
z Łopackim z Tarnowskiego do nas przyszedł, a od
pewnego czasu ohowiązki intendenta oddziału, wła-
ściwie komendą Bad naszemi furgonami sprawo-
wał. Zaraportował naczelnikowi: ze kilku spie-
szonych dragonów l!derzyło na nasze furgony,
w głębi lasu ukryte. Ze furmani jego, czterej zwy-
czajni parobcy wiejscy, uzbrojenia zadnego nie
posiadający, i dodani do strazy dwaj kosynjerzy,
drapnęli w las na widok Moskali; on zaś, obejrzał
się za swoją dubeltówką, lecz ta gdzieś z furgonu
mu znikła; pewno jakiś strzelec, potrzebując tako-
wej, musiał mu ją wziąść. Chwyta więc kolejno
z wozu, co mógł i ciskał na postępującego nań
dragona, lecz go chybił. Porwał nareszcie garnczek
z suroweml-jajami, i zaczął niemi ciskać. Rozdra-
zniony tern Moskal, wziął go bardzo z bliska na cel;
lecz ten trafił go jajem pomiędzy oczy i rozbił na
twarzy, a dragon chybił.
Rowścieczony Moskal podszedł, i rzucił się na
oślep z bagnetem; ale mając oczy zalane jajem,
gdy (;otz usunął się trochę w bok, nie trafił go;
a nie znalazłszy oporu przy silne m pchnięciu, za-
nadto się nad furgonem z rękami swemi wysunął.
30\1
Tfymczasem, waleczny lTOlz, swym artyleryjskiem
tasakiem rękę m na półdrabku obciął, wypusz-
-czony karabin schwycił, i przebił go; po czem ze-
.skoczył z wozu, i sam umknął w las przed nad-
biegłymi Moskalami.
Cały powyzszy opis zdawał się być niemo-
zliwym, lecz widząc zakrwawiony bagnet u kara-
bina, którego osada była na Zółto lakierowana
a jakie tylko dragoni posiadali, W>tz zaś poprze-
dnio go nie miał, musieliśmy temu uwierzyć. -
Tak waleczny Moskal, od jaja powstańczego po-
legł...
Odkomenderowałem przeto zaraz z liotzem
-część strzelców, dla odebrania dragonom furgonów.
Po upływie pewnego czasu, dano znać, że
odpędzeni od furgonów dragoni, powrócili d ta-
kowych obecnie wsparci piechotą, my zaś tu sta-
liśmy bezczynnie; udaliśmy się więc tam z resztą
strzelców i kilkoma kosynjerami, a gdyśmy wy-
,padli na polanę, na której były umieszczone nasze
wozy, Moskale, natychmiast na widok nasz pierz-
-chnęli, uciekając w przeciwną stronę lasu.
Odpędziwszy nieprzyjaciela od furgonów, z
polany ujrzałem znów jakiś przesmyk z dalszem
jakiemś polm. się łączący. Rozglądnąwszy się na-
około, dostrzegłem o paręset zaledwie kroków od
skraju lasu, na południowy wschód ciągnący się
inny las, a w odstępie zaledwie o kilkaset kroków
od siebie dostrzegłem, i trakt bity z Białobrzeg do
Radomia. Na polu jak daleko okiem zajrzeć, nie
było nigdzie nieprzyjaciela. W lesie tylko, z którego
wyszedłem, rozlegały się silne ciągłe wystrzały ka-
20*
310
rabinowe i okrzyki bojowe, w różnych stronach
grzmiące, a które echo lasów nieustannie powta-
rzało potęgując.
Wróciłem do Czacho wsk i ego, i zaproponowa-
łem, ze nie mamy czego dłuzej tu czekać. Radzę.
przeto: posłać rozkaz majorom :Markowskiemu
i Rogójskiemu, aby w kierunku północno wscho-
dnim pojedyńczo się cofali; gdyz i Moskale będą
się musieli takZe za nimi pojedYliczo posuwać,.
a co uniemozliwi skrzydłami swemi ich otoczyć,.
z obawy przed naszą zasadzką.
Pozbierajmy naszych rannych na furgony,
i póki czas przekraczajmy trakt bity; CZęSClą
zajmijmy takowy, aby ułatwić cofającym się przej-
ście przez ten do większego lasu, bo za chwilę
moze już być dla nas za późno; a cofaj m y się ku
lasom Bobrownickim, jezeli nie chcemy być wy-
tępionymi co do nogi.
Zgodził się na to Czachowski, i wydał odpo-
wiednie dyspozycje.
Furgony z rannymi wyszły na pole, nie-
zaczepiane przez nikogo; wszyscy pomaszerowaliśmy
ku traktowi bitemu. Gdyśmy byli od niego zale-
dwie o kilkadziesiąt kroków, ukazał się wy-
jezdzający z lasu od Białobrzeg wóz pocztowy,.
kUI:jerKą zwany, z Warszawy przez Radom, Kielce
do Krakowa kursujący.
Pospieszyłem więc biegiem ku temuz, i za-
trzymałem takowy. Natrafiłem na kilku podróznych,.
dobrze mnie znajomych. Powitali mię tez ser-
decznie i zawiad0mili, ze się dopiero co wyminęli
SIl
z kolumną moskiewską, która tutaj maszerowała
z Białobrzeg.
Dowiedziawszy się o tern, Czachowski, po-
łowę moich strzelców wysIał zaraz z furgonami
i rannymi do Kadłubka, ną wschód; mnie zaś.
z drugą połową rosypaną w tyraljery i ukrytą po
za drzewami, {Jo obydwóch bokach gościiica po-
.sunąć się na spotkanie Moskali kazał. Zająwszy od-
powiednią pozycję, oczekiwaliśmy na nieprzyjaciela.
Zjawiło się też wkrótce czoło zapowiedzianej
kolumny moskiewskiej, spokojnie maszerującej ku
nam w zwartym szyku. Gdy więc podsflnęło
-się na pareset zaledwo od nas kroków, powita-
liśmy Moskali. na uany przezemnie znak. skośnie
z obydwóch stron drogi, paląc w ściśniętą ich
masę salwą.
Przywitani najniespodziewaniej a celnie, Mo-
skale, gdy nadto nie mogli pojąć, co to znaczyć
mogło: że na zachodniej stronie drogi, w lasach
w paru miejscach, oddzielnie toczył się silny.bój.
- tymczasem tu, znów w trzecim punkcie, tak
-silnie na nich, uderzono ?-sądzili, że mamy wielkie
.siły - zachwiali się przeto, i porwawszy swych zabi-
tych oraz rannych, śpiesznie ku Białobrzegom, z po-
wrotem uchodzić poczęli. Gdy coraz dalej traktem
-się oddalali, ściągnąłem strzelców, i poszedłem
pzez las na wschód, juz położony pod Kadłub-
kIem; tu połączyłem się z Czachowskim okuło go-
dziny 9, wieczorem.
Gdyśmy wchodzili do Kadłubka, wtedy do-
piero strzały z lasu padać zaczęły; lecz my już
byliśmy przeszło pół mili oddaleni.
31
W stodołach dworski('h, w Kadłubku, Czacho-
wski chciał pozostawić naszych rannych, i w tym
celu kazał je otworzyć. A Je rządzca ti wsi, nale-
żącej do A. Wrotnowskiego, meeenasa z Warszawy,
chciał temu stawić opór; Czaehowski przy znanej
swej gwałtowności, u mało że go nie zastrzelił
z rewolweru.
Na szczęście, obecni temu gospodarze, patrjo-
tycznej tej włości, zaczęli prosić naczelnika. aby
rannych, opiece ich powierzył a oni za całość ich
i troskliwe pielęgnowanie ręczą. Poparłem tę prośbę,.
przedstawiając, ze istotnie w rękach ich będą bez-
pieczniejsi. W ódz nasz ochłonął. i zgodził się na
"ddanie rannych gospodarzom. Poczem pomaszero-
waliśmy w ciemności na wschÓd. a okołu godziny
11 w nocy, pod hutami szkIannemi i wsią Wierz-
chowiska, połączyliśmy się z oddziałem Markowskiego
i Hudowskiegn.
Ten ostatni, gdyby kwadransem wcześniej do-
padł był pewnego dworu, to zabrałby 40 koni dra-
gońskich, w czasie bitwy tam po. poległych i ran-
nych ulokowanych, które kozacy, dopiero co przed
nim wpadłszy, z sobą uprowadzili.
W czasie chwilowego odpoczynku, pod wymie-
nionemi hutami, przemówiliśmy się z Rudowskim
łJardzo ostro; z powodu ze tenze, gdy mu się po-
dobał koń powstańca kawalerzysty, Wolskiego, bę-
dąey jego osobistą własnością, chciał mu go na
podstawie swego oficerskiego stopnia pod siebie za-
hrać. w zamian za licha szkapę, na ktÓrej jeździł.
A gdy Wolski nie chciał na to przystać, płatnął g()
313
szablą po głowie, ale ta po ułance się zemknęła,
i omal mu całego ucha od głowy nie odwaliła.
Czachowski w' tej chwili był we dworze. (ldy
mnie przeto dano znać o tem ząjściu, pobiegłem
gdzie stali kawalerzyści, a widząc krwią zbroczo-
nego Wolskiego, z obwisłem na szyi uchem, zawe-
zwałem Hudowskiego, aby nie zapominał, ze nie
sluzy .luz więcej w moskiewskiej hordzie, gdzie ofi-
cerowi wszystko wolno; lecz pomiędzy Polakami,
za wolność się bijącymi, i kiedy zaś chce próbować
swej szabli, to niech to czyni na karkach moskie-
wskich, a nie swych współtowarzyszy.
Rozwścieklony Rudowski, uderzył po pochwie
swej szabli, na co odpowiedziałem mu podobnymż
gestem. Udałem się do Czachowskiego. i przedsta-
wiłem w właściwem 5wielle powyższy szkandaL
Rudowski wysłuchać musiał słów prawdy z ust
starego wodza, za okazany nietakt; Wolskiemu
ZP. wstydem oddać zabranego konia, i jeszcze go
przeprosić.
Po godzinnym spoczynku pod Wierzchowiska-
mi, pomaszerowaliśmy razem na południowo-wschód,
i o wschodzie słońca, we wsi loryń połączyliśmy
się z trzecią naszą częścią, która biła się pod do-
wIJdztwem Rogójskiego i Brilckmana.
Teraz dopiero mozna było przedstawić sobie
cały przebieg stoczonej bitwy, i siły rozwinięte prze-
iwko nam przez Moskali; straty ich jak r6wni€Ż
l nasze.
Z załogi oPoczYllskiego powiatu, wyprawiono
za nami: 7 rot piechoty i 2 sotnie kozaków. Lt,cz
314
w skutek forso\vego naszego n1arszu, i nie przyję-
cia przez nas bitwy w jednej stałej pozycji - zdo-
łało wejść w akcję z nami tylko cztery kompanje
piechoty, to jest: około 800 zołnierzy i dwie sotnie
kozaków, 200.
Z Radomia na Przytyk i traktem ku Biało-
brzegom wyprawiono dla zajścia nam od czoła,
i przeszkodzenia wejścia do puszczy Kozienieckiej:
3 szwadrony dragonów, 360 a bataljon z Białobrzeg,
o którym pisałem, wynosił 800. Ogółem zatem, mo-
skiewskich sił, 2160 zołnierzy. .
Siły zaś nasze liczyły: piechoty i strzelców,
uzbrojonych w karabiny i dubeltówki, kompanij 3
czyli 370 powstańców, kosynjerów 50, kawalerji
19; ogółem powstańców 43R
Moskale slracili w powyzszej bitwie: majora
od dragonów i 7 oficerów róznej broni poległych,
szeregowców zabitych 76; oficerów i szeregowców
rannych 230. Razem ludzi 314.
Myśmy znów stracili oficera kawalerji, Górskiego,
który poległ i szeregowców poległych 4, oraz ran-
nych, których zabraliśmy z sobą wszystkich, 14.
Razem 19.
Poniewaz po pierwszych strzałach alarmowych
poszliśmy w marsz, manewrując i dzieląc się częś-
ciowo, a tylko w róznych punktach gęstych i mocno
podszytych, związanych z sobą kęp leśnych, ulm-
zywaliśmy się, i odpierali wroga az do ciemnej nocy
- nigdzie nas przeto wszystkich razem nie ujrzał,
i wzbudziliśmy w nim przekonanie, ze najmniej
z trzema oddziałami osobnemi, Czachowskiego, miał
w tej bitwie do czynienia.
3L5
Powyzszemi wywodami, dowódzcy moskiew-
scy, przeciwko nam wyprawieni, usprawiedliwiali
wielkość swych strat, i niedokonanie przez nich, po-
ruczonego im planu osaczenia nas w polach i zni-
szczenia zupełnego.
Sztuką, niedźwiedzi tłuką...
ROZDZIAŁ XV.
Czas od 30 maja do 4 czerwca.
Odpocząwszy około dwóch godzin w Goryniu,.
i pożywiwszy się choć chlebem i wódką, wyszliśmy
30 maja z tej wsi na południowywschód ; a prze-
!:'zedłszy rzekę Radomkę, weszliśmy w lasy Bobro-
wnickie, i w nich zniknęlimy.Maszerując niemi
wciąz, w kierunku połudłhQo wschodnim, około
godziny 11 rano, we właściwej już puszczy Kozie-
nieckiej, której poprzednio wymienione lasy stano-
wią jej składowe części, niedaleko wsi Zagożdżany,
spotkaliśmy stojącego konno na leśnej drożynie
i trzymającego za cugle dwa inne osiodłane konie,
}Jez jeźdzców, byłego junkra od dragonów Assie-
jewa, Czerkiesa rodem, przed dwoma miesiącami
zbiegłego z Radomia do oddziału Kononowicza,
7. którym spotykaliśmy się kilkakrotnie, i dla tego
td zaraz go poznaliśmy.
Trudno było przeczuć, że wtenczas już był
postanowił zbiedz od Kononowicza, i powrócić do
Moskali, przez których widać był upoważnionym
do poprzedniego zbiegostwa, i wstąpienia niby jako.
317
ochotnik patrjot8, do któregokolwiek z oddziałów
polskich, aby rozpoznać; naszą organizację, siły,
miejsca przebywania, stosunki i sposób prowadze-
nia przez nas partyzantki; gdyz ten zbieg następnie
gdy wrócił do Moskali, do Radomia. to został zaraz
a wansowany na oficera, i powierzano mu częściowe
wyprawy dragonów przeciw powstańczej kawalerji,
zwlaszcza ze posunięto go wkrótce aż do stopnia
romistrza.
Dopiero w zimie 1863/4. r. dostali go znów
w swe ręce powstańcy, w fabryce zelaznej pod
Starachowicami i Brodami, zniszczywszy zupełnie
jego szwadron. i dostawili go do Bosaka żywcem,
d o Kunowa. Lecz Bosak, zamiast powiesić łotra,
wziąwszy od niego słowo honoru, ze nie będzie
szkodził powstańcom, udarował go zyciem i wol-
Ilością. Dzikus ten jednak złamał słowo, i szkodził
dalej nam okropnie.
Otóz spotkawzy go wówczas, zapytał Cza-
chowski, co tu robił? Assiejew zmięszany, odpowie-
dział, ze czekał tu z rozkazu Kononowicza. (dzie
hył wówczas oddział Kononowicza, badał go dalej
nasz dowódzca. Assiejew wzbraniał się atoli dać na
to wyjaśnienia, tłumacząc się, ze mu to zakazano.
/<; gdy mimo objaśnienia, ze podkomendny, na zą-
lianie naczelnika wojennego województwa, obowią-
zallY jest wskazać miejsce przebywania innych jego
podkomendnych, Assiejew ciągle nie chciał wskazać
miejsca przebywania Kononowicza; to Czachowski
zagroził mu w razie dalszego oporu natychmiastowem
rozstrzelaniem. Na takie dictum, dopiero Assiejew,
318
wyjaśnił, że Kononowicz z oddziałem ztąd niedaleko,
w puszczy Kozienieckiej obozuje.
: Czachowski wystosował wezwanie do Konono-
wicza, objaśniając, że gdy jenerał major Zakamel-
skij, z piechotą gwardji i strzelcami, maszeruje za
nami. to poleca mu, aby natychmiast przybył pod
Zagożdżany do nas, dla połączenia się i stawienia
skutecznego oporu siłom moskiewskim. Razem wy-
prawił kawalerzystę i oficera z tym rozkazem
i Assiejewa, z tern, że gdyby chciał im zemknąć lub
okazać się nieposłusznym, to mają go natychmiast
zgładzić, i powrócić dopiero skończywsy missję.
Po odjechaniu powyższych wysłańców, poma-
szerowaliśmy w poprzednim kierunku dalej, i około
godziny 11 rano, stanęliśmy w starym a rzadkim
dębowym lesie, na skraju, od północnej strony wsi,
obstawiwszy się wedetami, czatami i podjazdami.
Był upał. Znużeni wczorajszą bitwą i całono
cnym marszem, do tego nadzwyczaj głodni i spra-
gnieni, mimo to gdyśmy ustawiwszy się szeregami
w miejscu spoczęli - sen nas tak zmorzył, że mimo
palącego słońca, kamieniem usnęliśmy. Dopiero około
1, popołudniu, zbudziła nas ze snu, grzmiąca ko-
menda Czachowskiego w gniewie:
- Wstawać, w tej chwili pod broń!
A następnie gdyśmy stanęli.
- Oddział formuj się! Kawalerja rozdziel się,
i staII na skrzydłach! Kosynjel'zy i furgony w śro-
dek frontu!
A gdyśmy powyższe komendy wykonali. Wy-
dawszy jeszcze komendę:
- Piechota i strzelcy w tyraljery! W jedną linję,
319
w prawo i w lewo o pięć kroków odstępu: rozsyp
się! - następnie zagrzmiał do nas: - pójdziemy
naprzód obławą, i otoczymy tych malkontentów;
a gdyby potrzeba była, to i bagnetem ich zmusimy,
aby albo się bili z wrogiem, albo z województwa
ustąpili, i tegoż darmo nie objadali.
Przyzwawszy teraz do boku swego wysłanych
poprzednio z Assiejewem kawalerzystów, którzy
przed chwilą powrócili, rzekł do nich:
- Prowadźcie teraz do obozu tego łotra! -
a do rozwiniętej, naszej długiej linji dodał: -oddział
frontem naprzód za mną - marsz!
Przyczyną gniewu i wydanych powyzszysh dy-
spozycyj, była odpowiedź ,Kononowicza.
A była ona taka: Ze jeżeli oddział Czacho-
wskiego czuJe się osłabionym i znużonym, odbytemi
bitwami i marszami, oraz zogrożonym przewagą
sił postępujących za nim Moskali; to niech stanie
w puszczy tej obozem, a on, mając obecnie oddział
z tysiąca przeszło ludzi, weźmie go pod swoją o-
piekę, i obstawi tak swemi wedetami i czatami, że
pod osłoną ich, będzie magł dłuższy czas wypocząć
i się zreorganizować. O połączeniu się bowiem, do
wspólnego działania przeciw wrogowi, mowy być
więcej nie może; a on o tern nawet ani myśli.
Ironja, obelga i nieposłuszeństwo okazane Cza-
chowskiemu, jako naczelnikowi województwa, na
którego terytorjum Kononowicz wciąż się ukrywał,
siłami tegoż organizował się i żywił swój oddział-
spowodowały powyższe słuszne uniesienie naszego
wodza.
Maszerowaliśmy więc w }'ozwiniętej linji bo-
320
rami, przeszło półtory mili. Lecz Kononowicza
w ostatniem jego obozowisku, już nie zastaliśmy.
Wyszedłszy pod nadleśnictwo Augustow, i powzią-
wszy tam wiadomości, że Kononowicz pomaszerował
ku Kozienicom, zwinęliśmy się w kolumnę pochodową,
i za nim podążyliśmy. (i-dyśmy znów wyszli z puszczy
na pola, już należące do wymienionego miasta,
a z trzech stron w półkole lasem otoczone, ujrzeliśmy
na przeciwnym skraju lasów, na wzgórku, konną
czatę Kononowicza, która na widok wysuwającej
się naszej szpicy kawaleryjskiej, dawszy do niej
jakby do wroga ognia, czwałem wpadła do prze-
ciwległych borów, na północ od pól rzeczonych, ku
rzekom Pilicy, i na wschód ku Wiśle się rozcią-
gającym.
Szarawo się już robiło, albowiem było to już
po godzinie H, wieczór. Zeszedłszy preto z drogi
do Kozienic, po pod lasami w prawo, zawróciliśmy
na wchód, i podążyliśmy do tak zwanej hamerni,
o pół mili od miasta. Ciemnym wieczorem, tu na
stoku wzgórka dość wysokiego, okrytego jałowcami,
a na wierzchu zasianego wyrosłym już kawałkiem
żyta, a dalej szpilkowym lasem, znużeni i głodni,
obstawieni silnie wedetami i czatami, przenoco-
waliśmy.
Ztąd jeszcze raz Czachowski wyprawił kawa.
lerzystów z kategorycznem wezwaniem do Kono-
nowicza: albo stawiania się z oddziałem, i stoczenia
wspólnej bitwy z wrogiem, albo natychmiastowego
opuszczenia województwa Sandomierskiego.
Całą noc tłukli się wyprawieni po lasach ka-
walerzyści, lecz nigdzie najmniejszego śladu bytności
321
Kononowicza nie znalazłszy, nad ranem zniczem
do nas powrócili.
I zaiste, dziwny to był ten naczelnik wojenny
powiatu czerskiego, Kononowicz. Siedział ciągle
w puszczy Kozienieckiej, rzekami Pilicą i Wisłą
z dwóch stron zasłoniętej, a na terytorjum woje-
wództwa Sandomierskiego się znajdującej. Z jego
mieszkańców organizował sw6j oddział, jego ży-
wnością tenże karmił. Z magazynów rządowych
w Magnuszewie i Ryczywole, w powiecie Radomskim
się znajdujących, sól sprzedawał. Czasem wysunął
się i po za Pilicę, ale w powyzszym jedynie celu.
t. j. po sól w tamtych magazynach. A gdy Moskale,
dowiedziawszy się o ,jego tam pojawieniu się, wy-
stępowali przeciw niemu, to umykał znów czem-
prędzej z tamtych stron, przeprawiając się z po-
wrotem, za wymienioną rzekę, i tu w spokojn,
zniknąwszy w puszczy, wiecznie się tylko organi-
zował. Zawezwany zaś do działania spólnego, przeciw
Moskalom, tłómaczył się za wsze, że nie moze tego
uczynić, bo należy do województwa Mazowieckiego.
Aż też Nemezys w kilka dni potem w straszny
sposób się pomściła, o czem dalej będzie.
Noc była nadzwyczaj zimna. Ziemia, jałowiec
i drzewa, szronem i okiścią się okryły. Skostnieliśmy
bo nawet ani cygara lub fajki nie wolno było zapalić.
W Kozienicach bowiem jako też w niedaleko ztąd
leżącej twierdzy Dęblinie i w miastach: Zwoleniu,
Radomiu, Białobrzegach i Warce, wszędzie stały
silne załogi moskiewskie, zaledwie o jeden zwykły
marsz kilkumilowy oddalone; my tymczasem w środ-
kowym punkcie obozowaliśmy.
322
-
Dla tego tez, dnia 31 maja, jeszcze przed
wschodem słońca poszliśmy w dalszy marsz, na
południe, ku Zwoleniowi. Uszedłszy w tym kierunku
z półtorej mili, zeszliśmy z traktu, na wschód, bez-
drozami w lasy- l\Iyślenickie; w głębi Łych, znów
zwróciwszy się jeszcze raz na południe, i przeszedł-
szy dość wysokie wzgórze lasem sosnowym okryte,
w kotlinie po za niem, około godziny g rano, sta-
nęliśmy obozem.
W tern miejscu spoczywaliśmy dwie godziny,
podczas których pozywiono nas: świezym chlebem,
wędlinami, słoniną i wódką.
Poszliśmy dalej o 11, rano, idąc na wschód
lasami, i około południa wvszliśmy w pola, mając
po lewej ręce klasztor 'dawny X. X. Benedyktynów
w Sieciechowie. W dalszym marszu, doszliśmy do
starej łachy rzeki Wisły; postępując drogą po nad
takową, po prawej st!'onie widniały schludne domki
w jedną linję zbudowane, jakiejś osady czy wsi; po
lewej zaś naszej stronie, po za łąkami, rozlewała
swe wody Wisła i łączący się z nią Wieprz a w ich
widłach wznosiły się wały i mury twierdzy, lwan-
groda (Dęblina).
Hozpuściwszy sztandar nasz na wiatr, i sfor-
mowawszy się, tak ze jeden za drugim pojedyńczo
o parę kroków był oddalony, wolno maszerowaliśmy,
udając d wójki lub czwórki, dla mogących nas ob-
serwować z twierdzy; przedefilowaliśmy przed nią
na dostępnym dla gołego oka widoku.
Gdy teren juz zakrył nas, sformowawszy się
znowu w zwykły szyk pochodowy, pomaszerowaliśmy
na południe, a około D po południu, przechodziliśmy
,.
323
na widoku klasztoru X. X. Dominikanów. w Wy-
sokiem Kole. Zwróciwszy tu czoło kolumny ku po-
łudnio zachodowi, przed zmierzchem, weszliśmy z ro-
zwiniętym sztantlarem i śpiewami do Czarnolasu,
dawnej siedziby sławnego z Zygmuntowskich czasów
poety. Jana Kochanowskiego.
Ja z paroma towarzyszami, ulokowałem się na
noc w ulubionej naszego wieszcza altanie, gdzie
niektóre jeszcze po nim pozostałe pamiątki, jak
najdrozsze relikwie do owych czasów przechowy-
wane były; z największą czcią takowe oglądaliśmy.
Podniesiony dużo na duchu, 19o czerwca,
nasz cały oddział, do dnia, raźno ze spiewem poże-
gnał Czarnolas, i przeszedłszy trakt bity z Radomia
do Lublina, dązył prosto na południe okolicami
Lezleśnemi, a na noc zajął miasteczko Lipsk.
Dnia 2 czerwca, odpoczywaliśmy w rzeczonem
mieście. Tu zjawił się podleczony z rany, którą
otrzymał pod Buryą, major KiciilSki, i jakaś awan-
tura zaszła w kwaterze Czachowskiego; gdyż w dniu
tym, major rzeczony jak i Markowski, wyjechali
z poyższego miasta, i więcej już nie wrócili do
naszego oddziału. .
Markowskiego podkomendni często jeszcze wspo-
minali i żałowali; byłto bowiem energiczny i dzielny
żołnierz i patrjota, co udowodnił bohaterską śmiercią:
. wzięty bowiem du niewoli w lasach lłżeckich, w zi-
mie 186 3 / 4 , wieziony pod silną strażą i do tego
okuty do Iłzy, -gdzie Moskale postanowili go po-
wiesić, z3czął niby z wysileniem skrobać się wciąż
w kark. Tymczasem wyjętą długą stalową, od kra-
wata, z czarną główką szpilkę, w kręgi wkręcił,
21
321
aż po samą główkę. do szpiku pacierzowego; i gdy
l\Ioskale nie pojmując, co się z nim dzieje, przy-
wieźli go do rzeczonego miasteczka, zdjęli z powózki,
- to znaleźli już tylko trupa, którego niepodobna
już było wieszać.
Dnia 3 czerwca, przededniem, opuściliśmy Lipsk
i różnemi marszami i kontt"marszami, zwykłemi
każdodziennemu marszowi Czachowskiego - zwła-
szcza, gdy nieprzyjaciel postępował za nami dosyć
blizko - przez Daniszewice, doszliśmy do Słupi
Nadbrzeżnej. Tu uroczyście, w kościele, doręczono
Czachowsliiemu nominację Rządu Narodowego na
generała i znak do tego stopnia: szarfę przez piersi
noszoną.
Ztąd wyprawiono kawalerją do odkopania broni
po bitwie Rzeczniowskiej, w cofaniu się oddziału
Czachowskiego, w niedalekich ztąd lasach zakopa-
panej. Ku wieczorowi wymaszerowaliśmy z powyż-
szej wsi na zachód, a zabrawszy między siebie
odkopaną i na furgonach ułożoną broń, podążyliśmy
w poprzednim kierunku dalej. Ciemną już nocą sta-
nęliśmy po kwaterach w miasteczku Gliniany.
Dnia 4 czerwca, przededniem, wyszliśmy z Wi-
nian, i róznemi znów partyzanckiemi marszami
doszliRmy do miasta Sienna, na samo nabożeństwo
Bożego Ciała. Udaliśmy się wprost do kościoła,
gdzie uroczystej tej ceremonji towarzyszyliśmy, po-
dobnie jak w Tarłowie, w dniu 3 maja.
Po nabożeństwie spożyliśmy, w kotłach ugoto-
wany dobrze, prawdziwie żołnierski obiad. Tu, Cza-
chowski, znowuz musiał wykonać smutną egzekucję.
Pewien syn mieszczański, w kłótni, uderzył swego
325
:slarego ojca w twarz, i do tego zadenuncjował go
:Moskalom jako sprzyjającego powstaIicom.
Sąd wojenny skazał go za czyny powyższe na
karę śmierci przez powieszenie, ale w zamian tego,
wyliczono mu 150 kozackich nahajek. Wątpię, aby
przy pomocy samego cara, nie tylko Moskali, z ta-
kowych się wylizał, bo prawie trupa zostawiono
na placu.
Po tej egzekucji, udaliśmy się do szpitala, od-
wiedzić naszych towarzyszy broni, rannych w bi-
twach: pod Boryą, Bałtowem i Rzeczniowem, a pod
kontrolą rządu najezdniczego leczonych. Ale jakoś
tak szczęśliwie udawało się, że zanim który z nich
zupełnie się wyleczył, i Moskale mogli go schwytać,
__ to już gdzieś jak kamfora znikał, i niepooobna
było im go już odszukać
Ze szpitala zaproszono nas, kilkunastu, do domu
prywatnego, gdzie młody oficer \V., z kompanji
przezemnie dowodzonej, miał również zaledwie do-
rastającą narzeczoną.
Tu zastaliśmy sute a szczere przyjęcie; zgro-
.madzone już liczne grono młodych, prawdziwie
pięknych panien, i dość dobrą muzykę. Gdy do
tego uczęstowano nas dobrem winem, rozpoczęły
i ciągnęły się tańce, tak bez żadnego prawie prze-
stanku jak gdybyśmy wiecznie za piecem siedzieli.
Każdy patrząc na nas żwawo a z fantazją tań-
czących. w mazurze hołubce za hołubcami zama-
szyście wycinających, - nie byłby nigdy uwierzył,
gdybyśmy mu byli wyrachowali, ile te nogi mil
drogi podczas powstania przemierzyły!
W lem, około godziny [) po południu, otwo-
21"1<
326
rzyły się naraz drzwi do sali, i w nich pojawił
się postać naszego generała, który wydał lakoni-
czną komendę, zwykłym silnym głosem:
- Oddział w pięć minut ma stanąć pod broń
Nieprzyjaciel nas okrąża, i jest już o pół milj.f
Usłyszawszy wstęp powyzszej komendy, lmzdy od-
prowadził swoją damę do krzesła. a uścisnąwszy
rączkę i spojrzawszy w zasmucone, tak nagłem,
a nieprzewidzianem rozstaniem oczęta-schwycił za
stojącą w kątach broń, i pozegnawszy gościnnych
gospodarzy, wypadał do szeregów, tuz naprzeciw
domu formujących się zwawo. Nie minęło nawet
!) minut, gdy oddzi3ł cały zegnany z daleka je-
szcze powiewającemi chusteczkami, wymaszero-
wawszy na zachód, wkrótce potem skręcił pół-
obrotem w lewo, i zniknął w niedalekiej, -nzeckiej
puszczy.
\V marszu dopiero dowiedziałem się od gene-
rała: ze Kononowicz, Sawicki i Nałęcz, majorowie-
z oddziału pierwszego, zostali, w dniu 3 czerwca,
w barbarzyński sposób rozstrzelani przez Moskali r
w mieście Warce.
W miarę jak który z nich miał u Moskali
opinją osobistej waleczności, oraz okazał w zezna-
niach w obec sądu wojennego hartu duszy-o tyle-
w mniej okrutny sposób wykonali rozstrzelanie.
Pierwszy t. j. Konowicz, dostał 12 kul trochę po-
nizej serca; drugi, .luz znacznie nizej. A trzeci..
w sam brzuch, by,.iak najwięcej cierpień przyspo-
rzyć przy zgonie. Zyjących jeszcze odcięto od pali
nad dołami, i w nich zywcem zasy pano ziemią.
Jęki słychać było, gdy mogiły tratowano działami-
3'ł7
Tak utrzymy wały osoby, które były obecne te,i
krutnpj a barbarzyilskiej egzekucji.
Tak Nemezys okrutnie się pomściła nad nie-
karnymi oficerami, co słuchać nie chcieli tak do-
świadczonego i starszego naczelnika jak Cza-
chowski!
\V chwili bowiem, gdy Kononowicz ze swym
oddziałem cofał się przed nami, następnie .znikł
w puszczy na północ od Kozienic - jenerał Zaka-
melskij .- szukając śladu naszego natrafił na niego,
kryjącego się na kępie, \V lasach Rozniszewskich.
Kępa ta była nadzwyczajnemi trzęsawiskami wokoło
otoczona, dość obszerna. i suchy grunt, ła5em po-
rosły posiadająca. Jedyny mozliwy do niej przy-
.stęp stali owiła węzykowata ściezka, wodą pokryta,
.a nie wielu tylko mipszkarlcom tamtych okolic
znana, dlatego w razie niebezpieczellstwa Kono-
nowicz się wiecznie na niej chronił, i tam się or-
ganizował. Zakamelskij, sposobem moskiewskich
dowóuzców, nie znających zadnych przeszkód i n:e
widzących zadnej potrzeby oszczędzać zycia swych
żołnierzy, otoczywszy trzęsawiska, - wprost przez
takowe nakazał atak na kępę. Moskałi padło w tym
ataku duzo, gdyz grzęznących po otwartym miejscu,
powstańcy łatwo z po za drzew razili. Co widząc,
moskiewski do\\ ódzca, nakazał niby odwrót. Cof-
nąwszy się więc, otoczył wieńcem posterunków
moczary i kępę, i wysłał do Radomia po posiłki.
Zawiadomiony o tern przez okolicznych mieszkul-
ców, Kononowicz, postanowił oddział swuj n3. ja-
kiś czas rozpuścić na urlopy i broń zakopać, co
328
tez i wykonał. Broń zakopano w czterech dołacB7'
zołnierzy zaś rozpuszczono.
Z tych zaledwie 200 ludzi zebrał później ma-
jor Ludwik Michal!3ki, i to prawie samych kosyn-
jerów, z miej!3cowej ludności formowanych, którzy
jako znający dobrze puszczę. zdołali wymlmąć się-
z rąk moskiewskich. Resztę oddziału Moskale w czę-
ści wystrzelali i wymordowali, a większą połowę-
zabrali do niewoli, między tymi X. Agrypina Ko-
narskiego, kapelana oddziału, z zakonu XX. Kapu-
cynów, którego później powiesili na stoku cytadeli,
w 'Varszawie.
Kononowicz, Sawicki, Nałęcz, adjutant Komo-
rowski i niektórzy z oficerów zdołali się przem-
];nąć za linję posterunków nieprzyjacielskich ; lecz
zaraz, w pierwszej wsi, uznali za slosowne odpo-
f"zywać. Tu niespodziewanie zjawili się kozacy.
Komorowski ujrzawszy ich wpadł do jakiegoś obej-
ścia włościaliskiego, a zakopawszy swój pugilares
z ważnemi papierami w trzaskach. ukrył się w ta-
kowem. Kozacy, którzy go równiez zoczyli, od-
szukali go zaraz; a gdy ten padł przed nimi na
lwiana, krzycząc: pardon !-rozwściekliło ich to do
lego stopnia, Zf: go natychmiast rozsiekali; - pu-
gilares w trzaskach znalaźli, a \V nim papiery,
kompromitujące organizac'ją tych stron, i natrafili
na ślad Kononowicza, Sawiekiego i Nałęcza. Wy-
słano do dworu kozaków, i ci schwytali ich tam
przy herhaie. Odwiezionych następnie do \Varki,.
tamże i rozstrzelano.
\Vracam do wymarszu naszego z Sienna.
(-idyśmy dosięgli, nie zaczepiani od Moskali
329
puszczy lłzeckiej, chociaż tu najwięcej głodu do-
znawaliśmy, mimo to uczUliśmy jakbyśmy się do-
stali do własnego domu. Zrozumieliśmy od razu
krytyczne nasze połozenie, po zniszczeniu Kono-
nowicza. Zostalimy teraz jedynym oddziałem pie-
szym na przestrzeń przeszło 600 mil D a do tego
zb)'t znienawidzonym i ściganym przez nieprzyja-
ciela ośmdziesiątkroć liczniejszego. Oprócz bowiem
wysłanego przez Czachowskiego oddziału kawale-
ryjskiego Bończy, działającego w W ojewót1ztwie
krakowskiem, i kilkunastu konnych żandarmów
powiatu Opoczyńskiego, my tylko jedni jeszcze na
przestrzeni wojewód;-.tw : Sandomierskiego, Krakow-
skiego, Sieradzkiego i Kaliskiegu w owym czasie
jn;; walczyliśmy, - i to w droł-meJ ilości, zaledwie
4\:0 ludzi wszelkiej broni.
Moskwa, zgromadziwszy zaś swe siły w tych
t1wóch województwach i na pograniczu Kaliskiego
oraz Mazowieckiego, liczące w owym czasie: 8 puł-
ków piechoty, 4 dragonów, 4 kozaków i 60 dział
pr.leszło - osadziła je na stałe załogi, pewnych
miast i miasteczek; potworzyła szachownice, tak
że. wysełając za nami kozaków i dragonów, tro-
pić nas i napędzać w takowe mogła wszędzie,
gdzie tylko nas dostrzezono ; wyruszała w cztery
kolumny, każdą trzy do czterech razy od nas sil-
niejszą, i szła niemi za wsze koncentrycznie na nas,
uo to było łatwo. My zaś, tylko manewrami i umie-
jętnem wyzyskaniem osłon terenu musieliśmy po-
między temiz się wymykać, a w ostateczności
skrzydłową bitwą przyjmować'z jedną kolumną;
slarłszy się zaś z nią, maszerować znów dalej, co
330
tchu starczyło. Mimo, że czuliśmy wszyscy, gdyż
przed podkomendnymi nie kryliśmy wcale fatal-
nego naszege położenia, iż istnienie naszego od-
działu już tylko na dni rachować można, - nie
upadaliśmy atoli wcale na duchu; ani jeden
z pod chorągwi nie zbiegł, aż dopiero wyczerpa-
nie zupełne przez nas amunicji, położyło koniec
jego istnieniu a co udowodnią t"akta opisane później.
Jak forsownie maszerowaliśmy, aby wyjść
z osaczenia, niech służy za dowód: ze na godzinę
12 w nocy, bez żadnego odpoczynku, przeszliśmy
puszczę na jej południowo zachodni koniec, pod
hutę Starachowicko - Brodzką, to jest mil 5, i tu
dopiero przeszedłszy rzekę Kamiennę, na trakcie bitym
z Wąchocka do Ostrowa, obstawiwszy się wedetami,
czatami i pojazdami, biwuakiem do snu się uło-
żyliśmy, bez ognisk.
Nie uwierzyłbym był nigdy wprzód, aby na
gołych kamieniach. w pyle wapiennym, można było
usnąć. Tu się dopiero o tern przekonałem, gdym
twardo zasnął. W dzieli był upał, a w wieczór
parno; noc zaś, zwłeszcza nad rankiem, stawała
się chłodną i zimną. Zbudziłem si znużony, ale
zawsze snem trochę pokrzepiony. Herbata, z jaką
:t do dnia poczciwe okoliczne mieszkanki pospieszyły,
orzeźwiła mnie do reszty.
ROZDZIAŁ XVI.
Czas od 5-7 czerwca, 1863 r.
-
Pozostawiwszy w okolicy do reperacji uszko-
dzoną broń, a zabrawszy zreperowaną, 5 czerwca,
o g. 3 r., pomaszerowaliśmy z powrotem na Lubień
w lasy lłzeckie. O godzinie zaś 10 r., przeszliśmy
juz znów takowe, tylko mnifj w kierunku półno-
cno wschodnim, i stanęliśmy na północnym skraju
puszczy, nie daleko miasteczka IUy, prawie tuz
pod samą wsią. Koszary Iłzeckie.
Tu oczekiwała juz na nas kawaleł:ja z ::G
koni, świezo z Galicji przybyła; przewaznie z ko-
rO!1iarzy, dawnych Langiewicza podkomendnych,
sfonnowana a przez majora Figettego dowodzona.
Porucznikiem w niej był Karol Czachowski, syn
naszego jenerała; podporucznikami: H. K. dawny
kancelista rządu gubernjalnego Radomskiego, oraz
M. z legji Algierskiej. Kawalerja ta, o ile była nif>-
liczną, o tylez dobrze uzbrojoną, i na pięknych ro-
słych koniach siedziała; lecz na pierwszy rzut oka
mozna było twierdzić, ze te w partyzantce jaką
my prowadzić byliśmy zmuszeni, wkrótce zmarnieją.
832
Kaidy z kawalerzystów posiadał karabinek
belgijski, na 600 kroków celnie bijący i lancę, z ama-
rantową z białem chorągiewką, pałasz i parę pi-
stoletów; oficerowie i szarie, w miejsce tych,
mieli rewolwery. Umundorowaną zaś była z pra-
wdziwym przepychem: w amarantowe jedwabne
koszulki, spinane pasem z klamrą emaljowaną na
przodzie; granatowe na to kartki, takiei pantalony,
w palonych eleganckich z ostrogami butach, i ułanki
wysokie, amarantowe z daszkami; a na tych pełno
szychów, kordonków i na nich róinych sznurów
i świecideł. Posiadała w dodatku jeszcze i burki.
Siodła i czapraki równie eleganckie i kosztowne.
\V ymusztrowaną lepiej i liczniejszą była od pozo-
stałej reszty, z naszej dawnej; mimo to przykre
nas, gdy patrzyliśmy na nią, przeczucie trapiło,
że mimo jej powyzszej zalety. nie dorówna ona na-
wet poprzedniej, i ze nie wiele na nią rachować
mozemy, - tak się nam zniewieściałą od razu
w ydała, a co na nasze szczęście rzeczywiście się
p.)źniej nie okazało.
Z tego miejsca, wspomniany wyzej potomek
kozaków Zaporozskich, Czarnomorskich albo Ku-
hańskich, wachmistrz Zacharczeńko, wysłany zotał
z jednym kawalerzystą na podjazd w puszczę,
\\' kierunku Luhieni. Obskoczony na krętej drozy-
nie leśnej przez moskiewskich dragonów i koza-
kÓw, gdy postępujący za nim kawalerzysta w porę
umknął, - męznie walcząc, i ubiwszy kilku z nich,
nie mógł się jednak z pośród najezdników wy-
rąbać, i po bohatersku poległ. Ciało jego, roz-
wścieldony wrÓg dzielnym jego oporem, i pozna-
333
wszy, że był rodowitym kozakipm, na kawałki
rozsiekał.
Musiała przeto ta, lak wyszydzana i ironicznie
szlachecką i anarchiczną przezwana, Polska, dobrze
szczepić i zasiewać pojęcia wolności, szlachetności
oraz pogardę dla zwierzęcego tylko żywola w swych
ludach - skoro zostawiła tak silne pomiędzy tenliz
(I sobie przychylne wspomnienia; bo oto potomek w
czwartem pokoleniu, do tego ludu zbałamuconego
przy pomocy mamony i spodlonych popów, wie-
dzący o niej już tylko z legendy i podań, krążą-
cych pomiędzy wnukami i prawnukami, porzucił
własną rodzinę i mienie, przyszedł dać życie w ofie-
rze za wolność jej; gdy tylko posłyszał, że ta po-
wstała, aby zrzucić z siebie ohydne jarzmo niewoli,
lIarzucone jej przez najezdników, zdrajców i przy
pomocy (,szukanych jego przodków.- Wyruszyliśmy
z obozowiska głodni, o godzinie 2 po południu,
w kierunku północnym, i maszerowaliśmy polami,
pomiędzy miastem Iłżą a Pasztową Wolą; tu do-
szedłszy do wsi Chwałowice, skręciliśmy w lewo,
) IrakIem na Skaryszó\V posuwalismy się mby ku
Radomiowi. Po za Skaryszewem, zwróciliśmy się
jf'dnak znów na północ, i w bok W ojsła wic do-
::,zliśmy traktu bitego z Radomia do Zwolenia,
którym jakiś czas maszerowaliśmy na wschód niby,
znów do wymienionego ostatniego miasta; nako-
niec, wśród pochmurnej ciemnej nocy, zrobiwszy
zwrot w lasy, po lpwej stronie tegoż lezące, niemi
przybyliśmy do patJ:jotycznej wsi Suchej, gdzie za-
Ialiśmy gościnne przyjęcie i pożywienie, mimo tak
ł)I"ŹIJpj pory. Przenocowaliśmy smacznie, po zrobie-
334
niu w tym dniu przeszło 11 mil marszu, i tylko
z jednym wypoczynl{iem. Niech która arrnija regu-
larna czegoś podvbnego dokaze!
6 Czerwca, do dnia, pomaszerowaliśmy dalej
puszczą, na północny zachód. a około 10 r. sta-
nęliśmy we wsi .Jedlni. Tu zaaresztowano starego,
siwpgo, sołlysa tej wsi, za naprowadzenie Moskali
na oddział Kononowicza, dla marnych 1000 zł. pol-
skich, któremi go wróg do tego haniebnego czynu
skusił; onci wykrył i zakopaną przez rzeczon)' on-
dział broń. którą Moskale zabrali.
Sąd wojenny, po sprawdzeniu istoty CZYlÓW,
skazał go na karę śmierci, przez powieszenie. Zebr
zaś wsi nie narazać na zemstę Moslmli, za wyko-
nanie wpośród niej egzekucji na ich słudze, wy-
prowadzono go za wieś i na gruszce, przy trakcie,
na polach rządowych powieszono.
Tymczasem po ogłoszeniu wyroku. deputacja
po deputacji od włościan wsi powyzszej zjawiały
się w kwaterze Czachowskiego, z prośbą o daro-
wanie zycia staremu zdrajcy. W końcu przybyła
prawie większa połowa gromady, z księżmi miej-
scowymi na czele, przedstawiając: że na nich 1\10-
skwa mścić się będzie, za śmierć swego przyjaciela,
błagają więc o darowanie zycia zbrodniarzowi.
Poniewaz zdrajca już był wyprowadzony po za
wieś, Czachowski przeto wysiał oficera, wraz z pa-
roma członkami dpputacji i rodziną winowajcy, aby
niby to wstrzymano egzekucją. Lecz zanim wysłani
doszli, stary zdrajca .luz wisiał.
Około godziny L po południu. wymaszerowa-
liśmy z powyzszej wsi traktem do Kozienic, to jest
335
na wschód, i przechodziliśmy właśnie obok rzeczo-
nego wisielca. Nikogo jut': nawet z rodziny przy
nim nie było, wiatr nim tylko kołysał..
Uszedłszy z milę traktem, lasami zakryci, skrę-
ciliśmy w lewo, na północ; a o pół mili dalej,
w głuchych ostępach, zwróciliśmy znów w lewo,
i pomaszerowali na północny zachód. Szliśmy prze-
szło 3 mil, potem skręciliśmy znów w lewo, dąząc
na zachód, i około godziny 10, w nocy, przeszliśmy
pod osłoną jej cieniów trakt Radomsko - War-
szawski, po pod samemi prawie Białobrzegami.
\V ynurzywszy się z puszczy Kozienieckiej, to jest
rÓznych nazw lasów, w skład jej wchodzących, któ-
rej samemi najgłuchszemi kniejami od zejścia
z lmkLu kozienickiego wciąz az do tej chwili
maszerowaliśmy-pociągnęliśmy dalej. Przekroczyw-
. szy trakt Warszawski, zwróciliśmy się jeszcze raz
tego dnia w lewo, i tą razą podążywszy na połu-
dniowy zachód, o godzinie 1 w nocy, polami, we-
szliśmy do dworu, w Chruściechowie, na którego
wyLrukowanym dziedziJ'lcu folwarcznym w szere-
gach ułozyliśmy się do snu.
Od wymarszu naszego do dnia z Suchej, az do
wymienionego miejsca noclegu naszego, pod osłoną
puszczy Kozienieckiej, zjednem naszem ukazaniem
się we wsi Jedlni, i odbytym tam wypoczynkiem
i pożywieniem nas-cały powyzszy dzień kołowaliśmy,
obchodząc Radom: od wschodu, północy i zachodu.
Przemierzywszy nogami swemi w dniu tym dobre
mil 12, dopięliśmy swego celu; albowiem po zja-
wieniu się naszem, w okolicy: Iłży, Skaryszewa,
Jedlni, i wymarszu z niej ku K')Zienicom, gdy Moskwa
336
gwałtownie pędziła na wschód od Radomia swe
kolumny; to my najspokojniej, choć na kamieniach.
ale za to i prawdziwym kamiennem snem, resztę
tej nocy o mil 21/9 na zachód od Radomia prze-
spaliśmy.
7 czerwca, po wschodzie słOlica, pożywiliśmy
się w Chruściechowie; sprawdziliśmy, że miejsce na
którem stał rozwiniętym frontem dywizjon drago-
nów moskiewskich, podczas bitwy 29 maja, gdzie
padł major oraz kilku żołnierzy - było odległem
od pierwszych karłowatych sosen, z po za których
wypadły nasze strzały o 1530 kroków. Wtedy wy-
rzekł Cchowski rubasznie a dobrotliwie, klepną-
wszy mnie po ramieniu:
- Teraz widzę dowodnie, bratku, ze to twoja
kula takze wyprawiła i Klewcowa na tamten świat.
Dotąd każdy z czterech towarzyszy moich.
którźy podczas bitwy, d. 4 maja, pod Buryą sta-
nowili siłę naszego centrum i strzelali wraz ze mną,
do stojącego frontem do nas nieprzyjaciela-mimo,
że strzelaliśmy pojedyńczo, i mimo że po moim
strzale jeździec drgnął a koń podskoczył, i obaj
następnie zeszli z placu bitwy do wsi-rościli sobie
pomimo to pretensje do wyprawienia do piekła, do
bezpośredniej juz służby u samego Lucypera, tego
wiernego carskiego narzędzia, które despocie swemu
ślubowało, stać się najsławniejszem z okrucieństw,
byle zadosyć uczynić krwawej jego chuci.
Około 6, rano, wymaszerowaliśmy dalej ku za-
chodowi, nieco m. południe; i weszliśmy do wsi
Bukowca, aby znów obchodzić uroczystość Bozego
Ciała, w niedzielę po wsiach naszych odbywaną.
,
337
Po ukończonem nabozeństwie, pomaszerowa-
liśmy dalej, w poprzednim kierunku; lecz juz Pl)
za wymienioną wsią, w polach, zjawili się dragoni,
po naszej lewej stronie, zdala nam flankierując i po-
jedyńczemi a zupełnie dla nas nieszkodliwemi strza-
łami, nam towarzysząc w pochodzie. Piechota tym-
czasem, wysłana z Radomia na Przytyk i Potworów,
śpieszyła przeciąć nam drogę w Opoczyńskie. Nie
śmieli nas wzywać, gdyz czuli, ze ich było za mało,
aby chcieć nas ostrzej zaczepić.
To tez i my, wiedząc, o co im chodzi, maS7.e-
rowaliśmy zupełnie obojętnie jakby ich wcale na
świecie nie było. Doszedłszy zaś do K07.inek, i zba-
dawszy przy pomocy kawaleł:ji, -ioe lubo trocbę
wyprzedziliśmy silną kolumnę, wyprawioną na na5
z Radomia, ale ta juz przybyła do Potworowa,
{) małe pół mili od nas, i ze maszerując dalej,
w poprzednim kierunku, będziemy przeto musieli
z nieprzyjacielem cztery razy od nas silniejszym,
i do tego w czystych polach bój stoczyć, a tern
samem w najgorszych dla nas warunkach; zwró-
ciliśmy więc z Kozinek w prawo, w pas leśny, po
nad rzeką Pilicą. i znikliśmy w nim, maszerując
następnie w kierunku północno zachodnim.
Około godziny 8, wieczór, po przebyciu róznych
nazw borów, samem i kniejami, wyszliśmy z nich
po pod. same Nowe Miasto, nad rzeką Pilicą; lecz
juz za to i na terytorjum woje\\-ództwa Mazowiec-
kiego leżącego. Po moście drewnianym przebywszy
rzekę, wkroczyliśmy do niego z rozwiniętym sztan-
darem, przy śpiewie patrjotycznych pieśni.
Stan wody, szeroko tu juz płynącej Pilicy,
338
z przyczyny dłuższej posuchy, na gl)rnym jej biegu,
był tak nizki, że w bród takową w wielu miejscach
przejść łatwo mOŻna byto; to też zara7. zarząd,w-
nem zostało zdjęcie pokładu z bardzo długiego mostu,
i obsadzenie tegoż przez część strzelców.
(Tdyśmy stanęli w hardzo obszernym rynku
miasteczka, ten wkrótce, zwłaszcza Że to była nie.
d;ł,iela. zapełniony został świątecznie przybranemi
mieszkańcami, tak jego jak i wsi do parafji tame-
c;ł,nej należących. Serdecznie i radu,,;nie nas witano,
z nadzwyczajnem ze strony mieszkańców rozrze-
w Ulemem.
Czachowski zakomenderował:
- Odział formuj kare! - a następnie-broń do
nngi! - Do modlitwr klęknij! - Odkryj głowy!
Kapelan oddziału, przybrany w komżę i stułę,
z krzyżem w ręku, stanął w pośr()d tegoż i rozpo-
cął zwyczajne nasze w obozie nabożeństwo z nami
odprawiać, którego nigdy nie opuszczaliśmy; choć
klęczałem, rzuciłem jednak okiem, i ujrzałem, że \
na wszystkie strony, cały otaczający nas tłum, któ-
rego 3t.ł stanowili sami Izraelici, przeważnie to miasto
zamieszkujący, również z nami klęczał, a po skoń-
czonych modłach i religijnych naszych pieśniach,
gdy generał wydał nam ostatnią swą komendę:
- BroIł w kozły!-w miejscu spocznij! - i my
takową wykonali; - to rzucił się na nas, i za-
czął ze łzami wzruszenia nas witać i serdecznie
ściskać; co, gdy mu z rÓwną wzajemnością odpła-
caliśmy, w parę minut naniósł tyle różnych: pie-
czeni, polędwic, kur, gęsi, kaczek i różnych wę-
dlin, chleba, bułek, ciast, kugli, obarzanków, pier-
339
ników; a z trunków: wina, porteru, piwa, rozma-
itych wódek, likieru, miodu - ze nas wszystkich
nie tylko nakarmił i napoił, ale zaledwie połowę
ich spozyć i wypić bylibyśmy w stanie.
Nad samym wieczorem, kolumna nieprzyja-
cielska, wyprawiona przeciw nam z Radomia,
składająca się: z j komp. piechoty, dywizjonu drago-
nów i drugiego kozaków, zjawiła się już po dru-
giej stronie Piliey; a znalazłszy. most na niej
w części rozebranym, przy nim się zatrzymała.
Stu czterdziestu z piechoty i strzelców udało
się tej nocy na wedety, które szczególniej po na-
szej stronie rzeki, silnie i gęsto ustawionemi zostały,
obserwując w milczeniu wszelkie ruchy Moskali.
Kawalerję, prawie wszystką, z odpowiedniemi in-
strukcjami wyprawiono na podjazdy i dla spro-
wadzenia potrzebnych nam na gwałt podwód.
lldY:5my bowiem przebiegali w różnych kie-
ł'Unkach Sandomierskie, z wyjątkiem dopiero c(;
przez nas przebytego kawałka p'lSU leśnego, opo-
wiadano nam niejednokrotnie, jakiemi to wielkiemi
siłami powstańczemi, w tych stronach: Drewnow-
ski, Gborski, Sejfard v. Sejfrid i Bjer rozporzą-
dzają. Słowem, że wymienieni dowódzcy stoją je-
szcze na czele przeszło 400;' dobrze zorganizowa-
nych, uzbrojonych i wyćwiczonych powstańców.
Tymczasem w dopiero co dokonanych mar-
szach, sprawdziliśmy dokładnie, ze te oddziały i ich
dowódzcy już wcale nie istnięją; a strony rzeczone
nawiedza jeszcze tylko czasem nieliczna wcale
Imwalerja: Grabowskiego i Lipskiego, do :Mazo-
wieckiego \V ojewództwa już należąca, która przed
22
340
naciskiem tyllw wroga, chwilowo pod ich osłonę
się chroni.
W rozmowie z mieszkańcami Noweo Miasta
i organizacją jego skonstatowaliśmy, ze zaden już
oddział powstańczy pieszy w powiatach: Warszaw-
skim, na którego powierzchni wówczas staliśmy,
ani sąsiadujących z nim: Rawskim, Piotrkowskim
i Łowickim, już nie istnieje, i tylko rzeczona wy-
żej kawalerja czasami po nich przebiega; natomiast,
że oprócz kolumny Moskiewskiej, której wedety
stały naprzeciw naszych, mamy przed sohą na
północ, w Grójcu: pułk pieszy, baterją artylerji i od-
powiednią ilość kawalerji, stałą załogę rzeczonego
miasta, o 3 mil tylko od siebie a nawet jeden
z bataljonów tegoż pułku stojący, w Mogielnicy,
o milę tylko jedną oddalony; - w lewo, na zachód,
w Rawie, takąż samą silną załogę nieprzyjaciela,
również o mil tylko 3 od nas odległą; na prawo
zaś, na wschód, w Białobrzegach, o mil 4 nie całe:
bataljon piechoty, szwadron dragonów i sotnię ko-
zaków. Gdy do tego wszystkiego wiedzieliśmy, że
okolica, w której się ukazaliśmy, jest prawie bez-
leśną, a od naszych oddziałów ani wsparcia. ani
amunicji spodziewać się nie mogliśmy; przeto mu-
sieliśmy się postarać, aby jak niespodziewanie tu
przybyliśmy, tak również jeszcze niepostrzeżeniej
ztąd się wymknąć, i to jak naj prędzej. Mimo więc,
że nas powyższe smutne uwagi dojmowały, bawi-
liśmy się wesoło i ochoczo, biwakując w rynku,
nieopuszczającymi nas mieszkańcami, aż do go-
dziny 12 w nocy. Tu przeprosiliśmy resztę z nami
jeszcze przesiadujących, oddaliślllY im dobranoc,
Sil
i ułożyliśmy się do snu, w szeregach każdy ze swą
bronią; wkrótce w najlepsze jakoby mocno snem
zdjęci, chrapać poczęliśmy. Radzi więc nie radzi,
zapóźnieni mieszczanie, w nadziei poniedzialkowa-
nia jeszcze z nami, udali się na spoczynek do
swoich mieszkań.
Tymczasem zaszły sprowadzone przez kawa-
lerję podwody, z okręconemi słomą kołami i kopy-
tami końskiemi; a my, w cichości powstawszy z uda-
nego snu, siedliśmy na takowe, i noga za nogą,
uśpionem już miastem, po godzinie pierwszej po
północy, na wschód wyjechaliśmy, i podążyliśmy
drogą po lewym brzegu rzeki Pilicy.
2
ROZDZIAŁ XVII.
Dzień 8 Czerwca, 1863 r. Bitwa pod
Przystałowicami, Bąkowem i Rusi-
nowem.
Około godziny 3, w nocy, zatrzymano pod-
wody; a Czachowski zabrawszy całą prawie kawa-
lerją, galopem z takową pocwałował w lewo.
W niespełna godzinę, powrócili wszyscy pro-
wadząc 46 koni, z całem kawaleryjskiem umonto-
waniem i uzbrojeniem oraz bryczkę w parę koni
zaprzęzoną a na niej siedzącą jakąś damę.
Generał dowiedziawszy się, ze Stamirowski,
który po ułaskawieniu nakłonił swych dawnych
kawalerzystów do zbiegostwa z oddziału Markow-
skiego, w starciu z dragonami pod Michałowicami-
obecnie jako rekonwalescent, prowadził dalej ohydne
rzemiosło pozornego partyzanta a rzeczywistego
zdrajcy, w służbie carskiej zostającego; i z temiz rabo-
wał jak poprzednio dwory i włościan; w czasie
zaś naszego wczorajszego przemarszu, przez pas
leśny, zbiegł za Pilicę, i nocuje we wsi Stamiro-
3"
wicach, u swoich dziadków. Z wziętą przeto ka-
walerją, otoczył rzeczonych rozbójników, którzy
właśnie hulali we dworze i zabrał ich do niewoli.
Na widok naszych kawalerzystów, banda Sta-
mirowskiego, zawiadomiona przez swoje czaty, wy-
sypawszy się ze dworu, zaczęła siadać na koń.
Czachowski, który z kilkunastoma swojemi jeźdź-
cami wpadł na dziedziniec z rewolwerem w ręku,
grzmiącym głosem rozkazał im zsiąść z koni
i odstąpić od nich, grożąc w razie oporu najmniej-
szego, wystrzelaniem ich co do nogi.
Maroderzy wykonali ślepo rozkaz, konie oto-
czono a ich rozbrojono w okamgnieniu. Stamirow-
ski, wypadłszy ze dworu, chciał także na koń wsia-
dać. Zobaczywszy jednak, co się stało, uciekł do
dworu z powrotem, i w takowym się ukrył. Odko-
menderowani, do wyszukania i wyprowadzenia go,
powrócili zniczem.
W tern, adj utant zdrajcy - a miał go już trze-
ciego z rzędu, bo każdy z poprzednich, jak sami
potem zeznawali, umykał niby od niego, wynosząc
zawsze po kilkadziesiąt tysięcy z rabunku pocho-
dzących - przystąpił do ofic-era kawalerji z Galicji,
Mikoszewskiego, i szepnął gdzie jest jego dowódzca
ukryty. Udano się przeto jeszcze raz do dworu,
pociśnięto ukrytą w tapetach sprężynę, i tu ukazał
l:iię mały ciemny schowek, z którego wyciągnięto
zdrajcę, z pod stoliczka, w skulonej postawie sie-
dzącego.
Gdy go wyprowadzono przede dwór, krzyknął
Czachowski:
344
- Kto ci dał upoważnienie do formowania od-
działu i nominację na dowódzcę?
Za całą odpowiedź, Stamirowski okazał nomi-
nację z pieczęcią Rządu Narodowego.
- Daj ją tu! -- krzyknął znów stary wódz.
A gdy mu ją podał, i bliżej obejrzał takową, unie-
siony najwyższą pasją, huknął - rozbójniku! ra-
bujesz dwory i włościan; zdrajco! udajesz party-
zanta, a Moskwie służysz, i w dodatku jeszcze
fałszerzem jesteś? - Wypchnijcie go naprzód!
A gdy trzymający go za barki, popchnęli sko-
śnie naprzód, Czachowski spuścił swój rewolwer,
i do niego wypalił.
Nie rozumiem, jak wytłumaczyć sobie, chyba
zbytniem unieieniem jenerała, ze tak sławny strze-
lec, nie połozył go na miejcu trupem; kula tymcza-
sem wyrwała mu tylko kawał wierzchniej wargi
i chrząstki nosowej, a zdrajca oblany krwią runął
jak długi na ziemię, krzycząc:
- Dobij!
Czachowski zwrócił się wtedy do Mikoszew-
skiego, który z powrotem już siedział na koniu,
i znów zagrzmiał:
- Popraw!
Oficer spiesznie wyciągnął pistolet z olstr,
strzelił do lezącego, i znów tylko rękę mu prze-
strzelił.
- Dobij! - krzyczał Stamirowski ciągle.
Zalterowany Czachowski, rozkazał oficerowi
jeszcze raz strzelić.
l\Iikoszewski zsiadł z konia, i wziąwszy wła-
sny rewolwer Stamirowskiego, wiszący na smyczy,
345
przyłożył lakowy mu do serca, i pociągnął za cyn-
giel. Piston spalił;. lecz rewolwer choć nabity, nie
wypalił. -
Stary wódz, widząc to, wyrzekł:
- Zostawcie łajdaka!
Wydał rozkazy zabrania koni i rekwizytów
wojskowych, oraz jakiejś przystojnej młodej ko-
biety, rolę niby to kurjerki przy samozwańcu od-
grywającej, którą śmiał w dom swych dziadów
wprowadzić. Zabrano kurjerkę z torbą pieniężną,
którą przy sobie miała, a w niej znaleziono czter-
dzieści kilka tysięcy zł. pol., oraz i bryczkę do
zbrodniarza należącą, którą wyładowano uzbrojeniem.
Rozpędziwszy na cztery wiary resztę bandy, jenerał,
pospieszył do nas z powrotem.
Podąży liśmy dalej, a o wschodzie samym słońca,
przez most, pod Grzmiącą, przejechaliśmy znów
na prawy brzeg Pilicy, i dwór, powyższego nazwi-
ska zajęliśmy, nie rozbierając za sobą mostu, na
prośbę dziedzica; obsadziliśmy.go tylko silnie strażą.
Stanęliśmy z boku dworu, w obszernych jego
sadach, a korzystając z sadzawek w nich, zaczę-
liśmy się kąpać, oczyszczać z nędzy i pokaleczell
z forsownych marszów. Ciało popękane i matery-
zujące, wymywszy, łojem ze świec nacieraliśmy.
(idy w najlepsze powyższą czynnością zajęty
byłem, ukryty między drzewami i wysoko wyro-
śniętą trawą, usłyszałem, że szef Eminowicz dopy-
tywał się o mnie. Znalazłszy zaś, oświadczył mi,
że dziedzic i cała jego rodzina, dobrze mi z Rado-
mia znani, zapraszają mnie koniecznie do dworu.
Zmięszany, przedstawiłem stan obecny mego u-
341)
brania, i oświadczyłem, ze serdecznie ich przepra-
szam, ale zadosyć uczynić zaprosinom obecnie nie
mogę. Widząc, że wszelkie perswazje na nic się
nie zdały, pozostawił mnie w spokoju. Uniform bo-
wiem mój cały stanowiła jedynie koszula jedwa-
bna, w oliwie wygotowana i z zaglowego płótna
spodnie, zniszczone w najważniejszem miejscu;
nosiłem to po krakowsku, czy tam po szkocku, to
jest: po wierzchu opasując się szerokim rzemiennym
pasem. Obraz, zwłaszcza dla młodych a pięknych
dam, które wiedziałem, że tam zastanę, wcale nie
ponętny i nie szczególnie przedstawiający dawnego
kawalera Radomskiego.
Za chwilę atoli wrócił Eminowicz, wzywając mnie,
lecz już teraz do generała, dla załatwienia ważnych
służbowych interesów. Wpatrzyłem się w niego,
zapytując: gdzie jest kwatera dowódzcy? Odpo-
wiedział, że jest osobno, na piętrze, w pałacyku.
Zrobiwszy uwagę, że uczułbym się obrażonym,
gdybym się przekonał, że jest to tylko wybieg;
w opisanym uniformie, z bronią. której z nas żaden
na chwilę nie opuszczał, udałem się za szefem do
pałacyku. W sieni, oficer ponowił wezwanie do na-
czelnika.
Zatrzymawszy mnie, na przeciwko drzwi, do
wnętrza parteru wiodących, niby o coś pytać się
zaczął.
Naraz, drzwi rzeczone się rozwarły, a jedno-
cześnie oficer i Eminowicz, raptem w nie poprostu
mnie wepchnęli. Za progiem sali, stojący Czacho-
wski, przywitał mnie homerycznym śmiechem i sło-
wami:
34'1
- Przecież, bratku, choć służbą odludku zwabi-
1iśmy cię tutaj - i dodał: - rekomenduję państwu
pierwszego mego strzelca a mordercę przeważnie
oficerów moskiewskich - i dodał wiele innych
arcypochlebnych pochwał.
Zaczerwieniłem się zmięszany, raptownem mem
wpadnięciem do salonu i powyższą rekomendacją
wodza, czułem bowiem, że panie, powróciwszy do
Radomia, nie omieszkają powtórzyć ją dosłownie
przyjaciółkom pod sekretem, te znów znajomym,
a tą drogą dostanie się ona z dodatkiem do Mo-
skali - i wyjedna mi szczególną ich troskliwość
() moją osobę.
Nie zważając przeto na czynione mi wymów ki,
:że chciałem życzliwy zawsze ich dom, tern więcej
obecnie. pominąć-przerwałem prawione mi komple-
menta, prosząc przedewszystkiem: o pozwolenie u-
sięścia. co natychmiast wykonałem, obciągnąwszy
na kolanach swoją jedwabną z koszuli bluzę. Par-
sknięto w salonie wesołym śmiechem, panie po-
czerwieniały, i grzecznie a z prawdziwie przyjacieI-
skiem uczuciem podały mi swe rączki.
Ożywiona a serdeczna rozmowa, i prawdziwie
staropolskie, szczere a wielce gościnne przyjęcie
prawie wszystkich oficerów, z wyjątkiem służbę
zewnętrzną pełniących, o których także nie zapo-
mniano i co potrzebować mogli, obficie im dostar-
czano - trwały we dworze tym kilka dobrych
godzin.
Oddział zaś, ugotowanym w kotłach pożywnym
obiadem, dostarczonym choć w porze tak rannej,
i wódką a piwem, również uraczono suto.
348
Przed wymarszem naszym, w wielkim tym ma-
ją.tku, został zarządzony pobór do wojska narodowego,
który faktycznie stanowił kilkunastu ochotników, co
poprzednio w innych oddziałach już walczyli. Panie
a nawet i inni obecni. pragnęli być przytomnymi
ceremonji składania przysięgi na wierność ojczyźnie.
Gdy więc jenerał dał mnie polecenie odebrania
takowej, to pozegnawszy się z gospodarstwem i gośćmi,
powróciłem z sztandarem i strazą tegoz pomiędzy
kląb lipowy przed pałacem, a kapelan, w komzę
i stułę ubrany, z krzyzem w ręku, stanął i przemó-
wił do zgromadzonych juz tam nowych naszych
towarzyszy broni: o wazności i wielkości przysięgi
i obowiązkach z niej wypływających; połozył kaidy
dwa palce prawej ręki na drzewcu, trzymanego
poziomo sztandaru, i rotę przysięgi hardzo silnie
i krępująco ułożoną, dobitnie wygłosił. Po słowach:
«Tak mi Panie Boże w Tr()jcy świętej jedyny i nie-
winna syna .Jego męka, dopomÓz! Amen» podany
przez kapłana krzyż całowali. Po czem, kapłan,
odmówił następnie benedyk('ję i wodą święconą
pokropił; a my po bratersku ich ucałowaliśmy, jako
naszych juz braci i kolegów. Przed przysięgą wszyscy
odbywali spowiedź.
Pozegnawszy się potem ostatecznie, zaraz z
lirzmiącej wymaszerowaliśmy; gdyz około !-J godz.
rano, Moskale zjawili się juz po drugiej stronie
Pilicy, i dązyli do niezniszczonego przez nas mostu.
Siadłszy na podwody, któremi przybyliśmy do
Grzmiącej, wyruszyliśmy w kierunku południowo-
zachodnim, i dostaliśmy się wkrótce po pod pas
leśny, na drogę, którą wczoraj prawie o tym sa-
:349
mym czasie maszerowaliśmy z Bukowna. Dojecha-
wszy zaś do Kozinek, odprawiliśmy wczorajsze
podwody, a zaządaliśmy nowych.
We wsi rzeczonej, zaledwie przy pomocy Emi-
nowicza, zdołałem wyjednać u dowódzcy puszczenie
na wolność damy Stamirowskiego, której stary wódz
groził chłostą.
Około godziny 2, popołudniu, gdy wysłany re-
konesans w kierunku Potworowa starł się juz z dra-
gonami, siedliśmy znów na nowe podwody, i ru-
szyliśmy w dalszą drogę, w poprzednim kierunku.
Była blizko 4ta, gdy przejechaliśmy wieś Przysta-
łowice i Bąków. Gdyśmy wyminęli ostatnią wieś,
o jakie 2000 kroków od Grzmiącej, a prowadziłem
a wangardę, uderzył mój wzrok wysoki tuman ku-
rzawy, bardzo silny, na znanej mi piasczysj, z Sul-
gustowa do rzeczonych wsi wiodącej drodze.
Obejrzałem się za jenerałem, aby zwrócić jego
na to uwagę; i gdy zajęty głównie obserwacją :ł;ja-
w iska, nie zajmowałem się niczem innem, to do-
strzegłem dopiero teraz: ze Czachowskiego, Emi-
nowicza, całego sztabu a nawet bardzo wielu ofice-
rów od innych kompanij, nie było przy p08uwającym
się na podwodach oddziale.
W strzymałem przeto podwody, i zacząłem się
rozpytywać, gdzie się mogli podziać? Objaśniono
mię, ze podczas przejazdu przez rzeczone wioski
przy zostali się w tyle, i nie wydawszy iadnej dy-
spozycji oddziałowi, sami wstąpiii do jednego z dwo-
rów. Przyznam się, ze boleść wraz z oburzeniem
opanowały mną na widok tej nowej lekkomyślności.
Nie mogłem sobie w zaden sposób wytłumaczyć,
350
aby dla nędznego przyjęcia ryzykować życie i wol-
ność własną a oraz i podkomendnych, w tak sta-
nowczej chwili jaką była obecna.
Droga, na której wstrzymałem podwody, leżała
na płaszczyźnie, a po prawej jej stronie nieznacznie,
o parę zaledwie stóp była podniesioną i obsianą
zbożem ozimem, bardzo wysoko wyrosłem, w które m
rosły wieśniak z swą wysoką baranią na zawiasach
czapą byłby się zupełnie schował. Na lewo była
powierzchnia cokolwiek niższa, do tego miejscami
na parę stóp znów zaklęśnięta, i pozostawiona ugo-
rem, za którym o parę stajań zaledwie, na poiudnie
i południowy wschód, rozpoczynały się młode, nie-
wielkie, ale bardzo gęste laski.
Stanąłem na litrach podwody, aby zbadać przy-
czynę kurzawy; a gdy łan zbożowy, przeszło na
dwadzieścia stajań długi, ku północy się trochę
obniżający, dopuszczał sprawdzić takową, rozka-
załem, aby kawalerzysta stanął na siodle i odkrył
powód. Nie mógł i tak nic dojrzeć. Zaniepokojony
szybkiem i zbyt wysokiem wznoszeniem się tumanów
- rozkazałem oficerowi H. K. wziąć pięciu kawa-
lerzystów, i co koń wyskoczy pędzić z powrotem
do wyminiętych wsi.
Dopadłsz y zaś do nich, po jednym ka w ale-
rzyście miało się oddzielić, i wpaść do dworów,
zawiadamiając jenerała i resztę oficerów, o nadcią-
gającym nieprzyjacielu.
Oficer t'am, z pozostałemi trzema, mieli dalej
pędzić galopem, aż ku końcowi drogi topolowej,
którą im ukazałem, a która z Sulgostowa, do Przy-
stało wic prowadziła - i o ile się tylko uda, zbliżyć
351
do rzeczonych tumanów kurzawy. Powstańcy się
śmiali, utrzymując, ze to pewnie stado owiec lub
bydła tamtędy pędzą; ale ja od razu poznałem,
Ze to pędzi kawalerja moskiewska, co tez jeden
kontra wszystkim utrzymywałem.
Z natężoną uwagą obserwowaliśmy szaloną
jazdę naszych kawalerzystów.
Znikłszy nam w pierwszej wsi, dopiero po kilku-
nastu minutach ujrzeliśmy ich po przecwałowaniu
drugiej wioski, którą nam pierwsza zasłaniała. Gdy
wpadali w aleję do Sulgustowa, zbliżyli się do jej
końca, to wy<;trzeliwszy przed siebie, w miejscu zwró-
cili konie, i zaczęli z powrotem dalej pędzić. Do-
piero śmiechy ustały, a zastąpił je okrzyk: Moskale!
Ja zaś dopowiedziałem, Ze to są dragoni, co wczo-
raj stali po drugiej stronie Pilicy, pod Nowem mia-
stem, a dziś, prostemi przez lasy drogami, tu do-
pędzają, i chcą w polach do bitwy zmusić; zanim
piechota moskiewska, która gdzieś nam tu front
zachodzi, takowy zajmie, aby nie dopuścić nas
do gór i lasów, do których jeszcze mamy mil 21/»
przeszło.
Zakomenderowałem przeto natychmiast, oddzia-
łowi: zsiadać z podwód, i. formować się frontem, na
północ do drogi i żyta. wybrawszy do tego naj niższy
jaki był teren na ugorze. Piechocie i strzelcom roz-
kazałem zdjąć bagnety, i stanąć z bronią do nogi.
Za poprzednim frontem, sformowałem o kilka
kroków kosynjerów, z opuszczonemi w dół kosami,
a to dla tego, aby dragoni sądzili, że natrafili na
samą tylko kawalerję, i aby zachęcić ich do ude-
rzenia wprost przez zboża, szarzą na takową. Po-
352
stanowiłem nie przepuścić ich skośnie, drogą Sul-
gostowską do Przystałowic, a następnie do rzeczo-
nej wsi przez Bąków, do nas wiodącej, przeszło
trzy razy dłuzszą od pierwszej; i w ten dopiero
sposób ocalić Czachowskiego i oficerów, od dosta-
nia się w ich ręce. Gdyby zaś po mojej myśli, wprost
przez zboza do ataku przystąpili, wystąpić niespo-
dziewanie ze strzelcami, i dać im nalezytą odprawę.
W tym celu na wabika rozkazałem kawalerji,
z l-ialicji przybyłej, od której juz Czachowski majora
Figettego odprawił: sformować się w jedną linję,
o kilkanaście kroków za piecholą na wyzszem
juz miejscu, i o ile się tylko da, otworzyć na pier-
siach granatowe kurtki a błysnąć Moskwie amaran-
towemi koszulkami i ułankami, oraz wznieść wy-
soko chorągiewki amarantowe z białem. Po za tą
kawalerją zaś, kazałem się ustawić reszcie starej
naszej jazdy.
Z początku, nowoprzybyli, zaczęli trwoznie robić
uwagę, czy mam zamiar ich na rzeź wystawić
zwracając zbytnio na nich uwagę Moskwy? Na to
rozśmiałem się, ukazując na piechotę przed nimi,
i zapewniając ich, ze po trupach tylko naszych,
dopiero dragoni dostaliby się do ich ślicznych ama-
rantowych mundurków... Podwodom zaś kazałem
oddalić się natychmiast po za nasze tyły, w laski,
i w nich się ukryć. Dodałem im jednak ze informa-
cję, ze gdy połyszą, iz na piękne tutaj bitwa się
rozpoczęła, to mają pojedyńczo a róznemi drogami
do swych domów wracać, aby nie wpaść w ręce
nieprzyjaciela.
Zaledwo wykonano powyzsze dyspozycje, gdy
363
stojąca w tyle kawalerja zawiadomiła mnie, ze
widzi juz dokładnie dragonów moskiewskich, formu-
jących się do szarzy na końcach łanów, od północy
obsianych jaremi zbożami, a następnie juz posu-
wających się coraz prędzej.
Zaządałem, azeby starała się poda wać o ile
tylko moze, dokładnie odległość ich, w równych
setnych cyfrach albo oznakach stajali łanu.
Gdy kawalerzyści wymieniając mi od 1000
kroków, przyszli do 800-to na Boga .luz prosili, aby
wystąpić przeciw pędzącemu w liczbie dwóch szwa-
dronów nieprzyjacielowi, starającemu się jak mnie
objaśniali, uderzywszy skośnie frontem, przez ich
lewe skrzydło, tyły im zająć; gdyz w dalszym swym
pędzie kierują, się w prawą swoją, a lewą naszą
stronę. Uparcie milczałem na ich wyrzekania. Do-
piero gdy mi wymienili 500 kroków, zakomende-
rowałem piechocie i strzelcom bagnety załozyć,
a kosynjerom, kosy do góry podnieść; następnie,
rozsypawszy swoich strzelców, przewaznie w lewo,
poszedłem na wyzszy teren, w zyta, rozpoczyna-
jąc pojedyńczy, wolny a celny ogień.
Jeszcze i trzecia czść strzelców nie wystrze-
liła, gdy dragoni moskiewscy mając od ich kul
swój szyk złamany, jak oparzeni, w tył gwałto-
wnie, po za linję strzalów uciekali, mimo, ze w tym
ich gwałtownym odwrocie, na dalsze dystanse strze-
lać nie dozwalałem, z przyczyny braku amunicji.
Trzeci juz raz szli Moskale do szarZy, pędzeni
przez oficerów pałaszami, towarzyszeni przez umyśl-
nie zaprawionych wyzłów do tropienia powstań-
ców, gdy Czachowski z oficerami i wysłanemi
354
kawalerzystami do nas powrócił, i stanowisko przed
kawalerją zajął.
Dragoni szli na nas ciągle z ogniem karabi-
nowym. Traf zrządził, że tą razą kula ich tak bli-
zko przeszła r. warczeniem swem niemiłem obok
lewego mego ucha, że mimowoli obróciłem się na-
tychmiast śledząc ją wzrokiem, i ujrzałem jak kla-
pnęła oraz uwięzła w prawem biodrze tylnej nogi
konia Czachowskiego, a farba się po drodze z rany
polała. Czachowski, który w tej chwili miał stopę
swej prawej nogi znacznie w tył ku zadowi konia
podaną, żachnął się, i wyprostowawszy ją, a uniósł-
szy się w strzemionach, wymówił mimo woli : -
oho! \V całem otoczeniu natychmiast powstał okrzyk:
- Ojciec ranny!
----1 Nie! - odpowiedziałem i dodałem - Higin,
podaj swego konia Ojcu! To koń Ojca został ra-
niony. Tego zaś wziąść' w tył.
A gdy odparci i tą razą dragoni uciekali w tył,
odwróciłem się do Czachowskiego, i rozwinąłem
przed nim pogląd mój na przyczynę ich ataków
udawanych. Przyjęcie stanowczej bitwy w tern
miejscu. uważałem za największy błąd, mogący
sprowadzić tylko i stanowczą klęskę. Radziłem przeto,
póki czas, gdy piechota moskiewska dalszego nam
marszu jeszcze nie przecięła: sformować kolumnę
pochodową, i dążyć forsownym marszem do gór,
po za Goździkowem się wznoszących. Ja zaś, ze
strzelcami, odwrót będę zasłaniał.
Podumał kilka sekund generał, i zakomen-
dero wał:
- Rudowski! - rozsyp kompanję w tyraljery;
Sf)!)
dla zastąpienia jego strzelców. Ty zaś zwijaj strzelców,
i pójdziesz z uiemi w awangardzie kolumny. -
H.eszta oddziału, formuj się w kolumnę pochodową!
Gdy kompanja Rudowskiego rozsypywała się
i zajmowała pozycję. moich strzelców, zwinąłem
w kolumnę pochodową. Oddział sformowany w ko-
lumnę, pomaszerował drogą na południe, do Rusi-
nowa. Przechodząc mimo ze swą kompanją w awan-
gardę, dostrzegłem w kompanji Briickmana jakiego::;
mlodziutkiego Galicjanina, który trzymając na le-
wem ramieniu karabin, w prawej ręce trzymat
białą mocno pokrwawioną chusteczkę. przyciskając
takową do wierzchniej swej wargi; gdy na szyi
poniżej lewego ucha, krew się mu z rany odkuli
sączyła. Zapytałem go przeto, w które miejsce ranny?
Odjąwszy chustkę od nosa, ukazał mi lejącą się
:r. rany krew, oświadczając: ze to nic, gdyż kula go
w poprzek, po ustach tylko drasnęła.
Z tego poznałem, ze biedak nie wiedział na-
wet, iż taż sama kula po za uchem, przez jego
twarl i usta przebiwszy. przeleciała. Nie mówiąc
o tem, rozkazałem mu tylko odebrać karabin a po-
dawszy mu własną białą chustkę. w uwolnioną
lewą rękę, zaleciłem mu przytrzymywać tęż, po za
uchem, oświadczając i ukazając zarazem znów
krew, że tam go i druga, cW poprzek drasnęła;» tak
obok mnie doszedł aż do furgonu, na który go
wsadzono. Zająwszy stanowisko. maszerowałem na
czele kolumny, ku Rusinowu, odległemu od Bąkowa
o dobrą milę, samemi równemi jak stół polami.
l\.ompanja zaś Rl1dowskiego, odstrzeliwając się wciąt
Z3
!ł56
atalmjącym ją i cofającym się dragonom, postępo-
wała łańcuchem tyraljerskim za nami.
Przypatrując się co chwila s7.arzom moskiew-
skiej lmwalerji, utwierdziłem się jeszcze więcej
w pierwszem mem przekonaniu: Ze jej szło tyllw,
o wstrzymanie naszego pochodu, aby dać mozność
swej piechocie przecięcia nam rlalszego mar::;zu.
Byłem pewny, że gdy zhlizymy się więcej ku Ru-
-sinowu, to połowa dragonów zechce nas hokiem
wyminąć, i zająć przed nami tenie, aby nas w miej-
scu zatrzymać. Pałac Rusinowski otoczon y był
angielskim parkiem, dziewięćdziesiąt przeszło morgów
chehmllskich zajmującym, i na wysokość człowieka
<>murowanym w kształcie elipsy. Od drogi, którą
maszerowaliśmy, a w dalszym ciągu drogi od Smo-
gorzewa, pod liątem pr05tym takową przecinającą,
była jedyna główna droga do dworu. Przy tych
drogach, na zewnątr/' muru parku. było killm mu-
rowanych budynków. z nich parę piętrowych. Za-
jęty ciągle powyzszą myślą, gdyśmy połowę drogi
od Bąkowa uszli, dałem rozkaz sierzantowi Kalinow-
skiemu, ze straży ogniowej Warszaw5kięj: aby na
czele dwudziestu dziewięciu strzelc6w, pojedyilczo
i schyleni, występowali z szeregu; zaszywali się
w rosnącą po prawęj stronie drogi pszenicę. i bru-
zdami tejze równolegle do drogi chyłkiem biegli ku
-Rusinowu; a gdy się zboza skoilCZą, żeby dopełzli
()stroznie, do opisanych budynków; przekonawszy
się zaś, ze nieprzyjaciół tam jeszcze nie ma, ta-
kowe obsadzili; okna i drzwi pootwierali zawczasu,
.oraz za temiz i ich węgłami się ukryli, i oczekiwali
na przepowiadany przezemnie atak połowy kawa-
::157
1erji moskiewskiej. A jeżeli ten rzeczywIscle nastą-
pi, by takowy odparli. - Moi strzelcy, nie postrze-
.żeni na wet przez inne kompanje, w pszenicy
,znikli.
Gdyśmy zbliżyli się na ćwierć mili do Rusi-
nowa jak przewidziałem. oddzielił się szwadro n
moskiewski; i czwałem jak wiatr, przeszło o 2003
,krok'lw od prawego boku kolumny, pędził, aby
wyminąć i zająć wieś przed nami.
Ujrzawszy ten manewr nieprzyjaciela, Cza-
chow::;ki, przypadł galopem zmięszany do mnie,
i zakomenderował gwałtownie:
-- Część strzelców biegiem wysełaj, dla uprze-
dzenia dragonów w Rusinowie !
- To byłoby już za późno Ojcze! - odpowie-
działem - bo Rusinowskie budynki, przy naszej
drodze, już są przez moich strzelców obsadzone.
- Jakto? kiedy? Nie widziałem wcale, abyś ich
wysłał? .
Opowiedziałem mu wtedy całe moje zarządze-
nie. Czachowski rozchmurzył się, z radością i z za-
.dowoleniem spojrzał przeciągle po mnie; a jadąc
obok, bacznie tylko obserwował szaloną jazdę, pę-
dzącej ku wsi kawalerji nieprzyjacielskiej.
Zaledwie upłynęło kilka minut, i ta dopadając
-do omurowania parku, zmieniwszy swój rozwinięty
.front, którym naprzód sadziła, obok tegoż, trochę
w lewo, na południowy wschód, przybliżyła się do
obsadzonych budynków, na paręset kroków: gdy
posypały się na nią pojedyńcze celne strzały, od
których jak ukropem oblana, ze stratą kilku swoich,
'IN tył zawróciwszy, uciekać zaczęła, a obleciawszy
sa-
858
północną stronę parku, na zachodniej z oczu na-
szych znikła.
- Brawo! dzielnie się spisałeś z twoimi strzel-
cami dzisiaj, po raz drugi - wyrzekł zadowolony-
generał. W tej właśnie chwili dostrzegłem, wysu-
wającą się z niskich a długich kurzaw, wznoszących
się po prawej stronie, na drodze z Nieznamiero-
wic do Rusinowa, piechotę moskiewską. Droga ta
była traktem zwyczajnym, nadzwycząj piasczystym..
z Nowego miasta na Wysokin, Odrzywol i Rusi-
nów, z północnego zachodu idącym.
Zrobiłem uważnym jenerała, ie piechota nie-
przyjacielska po przekątnej może nam jeszcze dziś..
w wieczór, pod Goździkowem drogę przez Zycho-
rzyn do gór zastąpić.
- Ocaliłeś nas od pewnej klęski dzisiaj - wy-
rzekł serdecznie do mnie Czachowski, i rozkazat
przyspieszyć marszu.
Doszedłem wkrótce do Rusinowskich budynków,
i ze strzelcami wybiegającemi z nich podzieliłem
się zasłużoną pochwałą. W tern ujrzałem Moskali
o 3000 kroków, na końcu alei ze wsi do Zycho-
rczyna, na południe, ku górom wyżej wymienionym,.
od zachodu frontem rozwiniętych na wzgórzu;:
i oczekujących sposobności uderzenia z góry na
dół, na czoło naszej kolumny, w przekonaniu, że
musimy z trzech stron widocznie już być otoczeni;:
starać się więc będziemy przebić się ku górom
i na nich wielkim lasom. Nie odnosząc się tą razą
już do Czachowskiego, wszedłem z awangardą na
drogę do Smogorzewa, na wschód od Rusinowa.
a za mną poszła i reszta kolumny; Rudowski zaś.
359
'PO przkątnej, nie dochodząc Rusinowa, połączył się
-z nami.
Zanim piechota nieprzyjacielska przebyła dość
.duży Rusinów, i wychyliła się po za ten na wschód,
my jut z zaszłem słońcem znikliśmy w nieszero-
kim pasku lasów, od Potworowa po naszym lewym
.boku, at po za Goździków nieprzerwanie się cią-
'gnącym, a od Rusinowa zaledwie półlory wiorsty
odległym. Moskwa zaś jak się później o tern do-
wiedzieliśmy, zwiedziona powyższem wymknięciem
się naszem i rozzłoszczona forsownym marszem,
-oraz stratą 7 zabitych i 24 rannych dragonów,
-gdy mieliśmy wszystkiego 1 rannego, dziką żądzą
zemsty, rabunku i niszczenia rozszalał - zatrzymała
się w Rusinowie, i zrabowawszy, spaliła dwór oraz
budynki folwarczne.
Dla tego przebyliśmy nie zaczepiani rzeczony
wązki pasek leśny, a wyszedłszy z niego, zawróci-
Mmy znów na południe. Wkrótce przeszliśmy nie-
daleko od lasku leZącą wieś, Smogorzew.
Zaledwie jednak kilkaiziesiąt kroków uszedłem
za takową, padła wielka mgła i powiększyła szybko
-cieml:ość nocy; do tego droga do Goździkowa,
juz na górze, i w gruncie gliniastym poprzerzynana
rouzaj('m małych wąwozów, wodą z gór wyżłobio-
nych, ?anusiła kawalerję z awangardy odesłać w tył,
i postawić na czele szpicę strzelecką. Na raz usły-
.szałem w tyle głos serdecznego mego przyjaciela,
w tej wsi zamieszkałego, a dopytującego się o mnie;
nastvnie, gdy mnie dopadł, chwycił mię w ob-
J..cia: czyniąc wyrzuty, za wyminięcie swego domu,
i wszelkimi sposoby starał się też nakłonić do
360
wstrzJmania marszu, i odwiedzenia go. Oświadczył
zarazem: że generał, sztab i prawie wszyscy ofice-
rowie oddziału naszego, są oLecnie u niego w go-
ścinie; że od nich się o mnie dowiedział, i niepo-
dobna, abym domem i prośbą jego wzgardził. Dla
większego zaś zobowiązania, zaczął mi prawić
grzeczności; że czuje się być dumnym z mej przy-
jaźni, w obec tego, co Czachowski o mnie w domu
jego przed chwilą wypowiedział. Ale byłem głuchy
na te serdpC'zne objawy niezrównanej gościnności
polskiej, w ubec p!onąeego obok dworu w Rusi-
nowie. Pamię tałem bowiem dobrze, co to do dworów
wizyty w dniu tym samym m()gły nas kosztować.
Obecna chwila była również groźną, bo jak to mó-
wią, w tej chwili wszystko już wisiało na włoku.
1'0wiedziałnł1 przeto bez ogródek: że da mi uaj!e-
pszy dowód swej życzliwości i przyjaźni, skoro
skróci swą gościnność, ostrzeżeniem odemnie naczel-
nika - iż Moskwa idzie tuż za nami, a dragoni, któ-
rych widzieliśmy pod Rusinowem stojących na końcu
alei, pod Zychorzynem zachodzą nam front, aby
przez las uprzedzić nas w ({oździkowie; i dlatego
maszeruję do tej wsi pospiesznie, aby nie dopu-
ścić nieprzyjaciela do wykonania jego planów.
W miejsce zaś ofiarowanej mi gościnności, prosi-
łem, aby nadesłał dla oddziału, ile tylko może: wę-
dlin, słoniny, sera i chleba.
Już więks7.ą połowę drogi do Goździkowa
z oddziałem przeszedłem, gdy Czachowski, ze szta-
bem i zatrzymaną przy sobie kawalerją, połączył-
się z nami; jednocześnie otrzymałem i nade-
31>1
słaną skrupulatnie przez przyjaciela dość znaczną
ilość prowizji, którą natychmiast kolegom rozdałem.
Podstąpiwszy pod samą wieś, aby uniknąĆ'
mozliwego stal'(ia w ciemności zupełnej jaka nas
otaczała, wystąpiliśmy z drogi w lewo; i maszeru-
jąc na wschód polami, tuz po za płotami, od pół-
nocy sadyby i dwór odgradzającemi, - obeszliśmy
ją. Następnie przekroczywszy trakt z Przysuchy, po-
lami poszliśmy na południe, dotknąwszy się drgi
obok zakładu kąpielowego w ruinach.
I:idyśmy zresztą zaczęli się wspinac:!-po stro-
mej bardzo skalistej drozynie, a następnie dosięgli
wierzchołka gÓr, ku Mechlinowi, tom odetchnął już
pełną piersią z hezpieczelistwa. Na noc dzisiejszą,
oddział nasz, stanowczej katastrofy uniknął; znałem
bowiem az nadto Moskali, i wiedzialem, że w noc
tak ciemną jal{ była ówczesna, na manowce w ja-
kie się wydostaliśmy, za nic w świeeie udać się
nie od wazą. Wiedzac jednak: ile posiadaliśmy juz
tylko przy sobie amunicji, i ze oprócz niej mamy tylko
jeszcze nieco prochu i ołowiu, lecz i te były aż
w puszczy Iłżeckiej - czułem, ze klęska naszego od-
działu, z powodu hraku głównie ładunków, lada
dzieil musi nastąpić. Tego przed kolegami nawet
podkomendnymi, nie taiłem wcale, wychodząc z do-
świadczenia: ze wcześnie przewidziane nieszczęście
każdy przyjmuje z większym spokojem, i łatwiej
mu przeto przychodzi radzić o sohie w chwili ka-
tastrofy. Znałem przy tern dobrze swych towarzy-
s zy, ze wiadomość podobna nie tylko nie osłabi
w nich hartu ducha, ale tylko do wszelkich możli-
wych wysileń i oględnego użycia ognia nakłoni.
Sh2
Od chwili bowiem reorganizowania oddziału, po
bitwie Rzeczniowskiej, prócz odsyłaniem niezdol-
nych .luz do marszów, w skutek pokaleczonych nóg
łub wyczerpania sił fizycznych u słabszych oraz
rannych, pomiędzy włościan prze waz nie, na kura-
cją potajemną, i poległych - żadnego ubytku innego
nie mieliśmy, zbiega tez z pod sztandaru nie zna-
liśmy u siebie. .Jedno stanowcze zwycięztwo, któ
reby oddało w moC naszą znowu pewną ilość
amunicji wroga, mogło by stanowczo .leszcz {>,
na jakiś czas zapewnić nam istnienie; lecz przy
nieustannym sposobie s;ł;achowania nas przez Mo-
skali, i ścigania zbyt przewaznemi siłami, ani
można się było tego spodziewać.
Maszerowaliśmy tymczasem bez przerwy noc
całą wierzchowinami gór, okrytych lasami: z po-
czątku na południe, następnie na wschód, a ku
rankowi, na północny wschód.
ROZDZIAŁ XVIII.
Dzień 9 czerwca. Starcie pod Hutą
Przysuską, Niekłaniem i Czarną.
Równo ze wschodem słońca zeszliśmy z gór
na trakt bity z Przysuchy do Niekłania, kotliną
idący, i zwróciliśmy się nią na południowy wschód;
lecz już dragoni moskiewscy, pod Hutą Przysuską,
wkrótce się za nami zjawili.
Przywitani odpowiednio przez arjergardę, tył
podali, cofając się ku Przysusze; po zniknięciu ich.
zeszliśmy znów w miejscu bezłudnem z traktu,
w lewo, i podążyliśmy na wierzchołek drugiego
Dd północy, równoległego pasma gór Borkowickich,
i tymże pomaszerowaliśmy pod osłoną rosnących
na nim lasów, na wschód, i doszliśmy niem tra-
ktu bitego: z Szydłowca na Chlewiska, Niekłań do
Końskich; zeszliśmy nań, i zawróciliśmy w prawo;
poszliśmy tu na południowy zach{)d, błizko milę;
następnie zwróciliśmy się w lewo, w lasy na wschód,
a wyminąwszy dawne nasze obozowisko, pod Pie-
kłem, wysliśmy z nich, i stanęli obozem pod bu-
ilowlami administracji dóbr Niekłańskich.
3fJł
Tu zaledwie ugotowaliśmy w kotłach obiad,
i spożyli takowy, wypocząwszy przez ten czas ze
dwie godzin, około godziny 1 po południu, ujrzelismy
spiesznie cofający się nasz podjazd, przed ścigającymi
go dragonami. Stanąwszy' natychmiast pod broń,
kilkunastu strzałami odpędziliśmy nieprzyjacielską
ka walerją. i pomaszerowaliśmy zaraz na południowy
wschÓd, ku Odrowążowi.
Po zbliżeniu się do góry, na wierzchołku któ-
rej ta wieś jest położoną, weszliśmy znów w do-
linę rzeki Czarnej. i takową obszedłszy od wschodu
i południa góry po nad Stąporkowem od Niekłania
go oddzielające, po pod hutą żelazną Stąporkow,
przeszliśmy rzekę, i lewym brzegiem podążyliśmy
dalej na zachód *). Zaledwie jednak doszliśmy do ws
Czarnej, już od traktu bitego z Kielc do Końskichi'
po tym samm brzegu rzeki, zastąpili nal11 znowu
drogę; ale teraz inni dragoni nieprzyjaciels(;y, i ala-
kowali naszą awangardę. I1dyśmy i tyell odpędzili
*) Kawaluja nasza rckognoskując drogę do Czar-
nej napotkała babę, która przed nią w krzaki śmignęla.
Ujęła ją wszakże; a lJO przeprowadzeniu dochodzeniu,
okazała się być żon!} powieszonego z Sielpi drożllika.
Jako zostającą pod zarzutem tdrady stanu wspólnie z mę-
żem, obccnie ZI1Ś dowiedziollo jej, że \\"ysłaną byla nil
przeszpiegi przez Ehremota - przeto bez dalszych za-
cbodów, sąd wojenny, skazal ją na powieszenie. Powie-
8Zono babę szpiegówkę na suchej wierzbie, tuż lIie opo-
dal, gdzie zawisł był i jej msłżoDek na sośnie. Los
więc i po emierci zbliżył do siebie występn1ch malżonków...
365
strzałami, zwróciliśmy się w lewo, i podążyliśmy na
południo wschód, w góry Krasnowskie, maszerując
przez Małachów do Krasnej.
W marszu tym. wielce uciążliwym, podczas
silnego gorąca, po piasku, na bardzo stromo i wy-
soko wznoszącym się północnym stoku rzeczonych
gór, porosłych w tern miejscu tylko samą sośniną -
ustał nam zupełnie w marszu przeszło 70 letni,
siwiuleńki starzec, wówczas górnik a niegdyś ot1cer
z przed roku 183°/1; zaczął z tego powodu łzy
ronić, wyrzekając na los, który dozwolił mu tak
ważnej chwili dożyć, ale odebrał siły, do złożenia
ostatnich dni życia swego na ołtarzu OjCZY7.11Y, w walce
z wrogami. Przyłączył się on był nocy upłynionej
do nas, uzbrojony tylko w broń myśliwską. Nad-
zwyczaj wzruszony tą sceną, -- gdy poprzednio wy-
stawiałem mu, że walka jaką obecnie toczyć mu-
simy, jest nad jego wiek i siły, a nie dał sobie o tem
ani mówić, utrzymując uparcie, że nie mamy po-
jęcia jaki jest jeszcze zapas u niego tychże, gdy idzie
o sprawę świętą wolności ojczyzny: uściskałem
przeto starego wiarusa i wytłumaczyłem, że musi
nas opuścić, udając się na wschód lasami. Błogo-
sławiąc nam na dalszą drogę naszego żywota ze
łzami, we wskazanym mu przezemnie kierunku się
oddalił, i wkrótce znikł nam z oczu w borach.
Dosięgnąwszy wierzchołka pasma gór. nie
dochodząc do wsi Krasnej, zawróciliśmy raptem
w prawo i podążyliśmy dalej na zachód, aż do jego
kończyn, z których, pomiędzy wsiami Miedzierzą
a Sielpią, łąkami, do traktu bitego z Kielc do Koń-
skich przytykającemi, na takowy wyszliśmy; tu
366
zwróciliśmy znów w prawo, przeszło pół mili niemi
maszerowaliśmy na północno-zachód ku Siepli, pod
którą równo z zachodem słońca z traktu rzeczonego
zeszliśmy w lewo, maszerując na zachód, i zniknę-
liśmy Moskalom z oczu w puszczy Radoszyckiej,
którąśmy całą noc bez żadnej przerwy maszerowali.
ROZDZIAŁ XIX.
Dzień 10 czerwca, 1863 r. Bitwa pod
Bobrzą, Cmińskiem, Tumlinem, Samso-
nowem i Szwedami.
z puszczy Radoszyckiej weszliśmy w lasy dóbr
Wólki Kłuckiej; przeszedłszy je, o g. 5 rano, w kro-
czyliśmy do rzeczonej wsi; następnie nie zatrzy-
mując się, przebyliśmy góry od Kielc ją oddzialające,
i zwróciliśmy się w lewo, na wschód, i u południo-
wych stóp tychze, a u wschodnich stóp gór Mie-
dzianogórskich, rozłożyliśmy się obozem po sadach
i obok sadyb wsi ObIągórka, o 6 wiorst tylko od
Kielc, w których stał Czengiery z załogą: z Smo-
leńskiego pułku piechoty, pułku dragonów, pułku
kozaków dońskich, bataljonu saperów, paru komo:
panij celnych strzelców, komendy inwalidów, trzy
kompanje liczącej, i baterji pozycyjnej artylerji o 12
działach.
Maszerowaliśmy z pod Niekłania od godziny
1 popołudniu do g. 9 r. czyli godzin 20 bez naj-
mniejszego wypoczynku. Bo gdzie tylko chcieliśmr
368
5pOCZąĆ, na podjazdach spotykano Moskali. Wciąż
nas okrążali.
Byliśmy tak znużeni, spragnieni szczególnie
snu, głodni, paleni pragnieniem. a tu na hiedę wię-
ksza połowa zupełnie już boso mas7.erowała: po
szpilkach, kolcach, gałęziach i cierniach, znacząc
drogę pochodu krwią ze st6p broczącą. Noc do
tego -hyła całkiem chłodną i wilgotną. w górach
dotkliwą wielce pu upale dziennym. doctlOdl:ącyrn
do 30 stopni. Szliśmy jakby jakie cienie, s(Jiąc
w szeregach na marszu, machinalnie dokonywanym;
zaledwo za nastąpieniem na jaką za wadę lub po-
tknięciem się o poprzednika. budziliśmy się, by znów
w sen zapadać. Tymczaspm trzeha było wciąż po-
wtarzać:
- Marsz, rÓWIlO, naprzód! - To też zaledwie
usłyszano komendę - spocząć !-mimo silnie palących
promieni, wszyscy z wy,iątkiem służbę zewnętrzną
pełniących, kamiennym snem natychmiast posnęliśmy.
C,dyśmy dochodzili do Obiągórka, Czachowski,
wysłał z drogi naszą kawa1e:r:ią do Stawczynka,
żeby chwyciła i dostawiła księdza Tomaszewskiego,
proboszcza tamecznego. Niegodny ten kapłan i Polak,
chciał na wzór swojego kuzyna, hiskupa kuj a wsko-
kaliskiego, którym został za zasługi swe w r. 183°/ 1 -
dostąpić przy pomocy moskiewskiej wyższych go-
dności kościelnych; wyrodek ten pomiędzy zacnymi
i czcigodnymi kapłanami d yecezj i sandomierskiej,
był zupełnie pogardzany, i dla tego na kI"dńcu umie-
5zczony, na jedne m z lichszych probóstw, na któ-
rem mimo to, obrzydłiwem skąpstwem i niesłycha-
nem zdzierstwem paraf jan, lichwą, przez wszystkich
3611
nienawidzony, żyjąc jak wieprz w odludnej a nę-
dznej kuczy naj podlejszą strawą, otoczywszy się
liczną rodziną, z prostej, równie ordynarnej a chci-
wej baby wiejskiej - gromadził grosz, z pomocą
tejie szczęśliwie obrabianemi spekulacjami, w są-
siednich Kielcach dokonywanemi. i potrafił przez
szereg dtugich lat z tak lichego beneficjum zehrać
przesło 120000 zł. polskich; gdy innym kaptanom
na zamożnych nawet prohóswach, ale po chrt:eściati-
sku żyjącym na pokrycie ciążących ohowiązków
kapłmiskich zaledwie wystarczało. Zapmgnąwszy
obecnie pod koniec swego dlugiego, nędznego ży-
wota, wyższych kościelnych dostojeństw, wzywał
publicznie z ambony parat:ian, uważając się dosta-
tecznie uLel'pieczonym silną zatogą nieprzyjacielską
poblizkich Kielc: aby żadnego, buntowniczego Rządu
Narodowego rozkazów nie słuchali, gdyż tylko car
i rząd moskiewski są legalnemi ich władcami, zaś gd yby
im wpadł w ręce jaki powstaniec, aby temuż ręce
i nogi ucięli, i w tym stanie generałowi Czengieremu,
do Kielc odstawili, a on im za każdego jeszcze za-
płaci po 5 rb. - Otóż kawaleria przystawiła nam
lego ptaszka. _
Przybyła wraz z nim takZeokoło lat 30 licząca
jegoż gospodyni, wielce do niego podobna, córka
zmarłej jego starej, przywożąc z sobą 10000 zł.
polskich i ofiarując je dla sprawy narodowej, lecz
ich się wcale nie tknięto.
Wysłuchano i zaprzysiężono świadków, złożono
sąd wojenny, który potwora tego jednogłośnie na
karę śmierci przez powieszenie skazał. - Po wyroku,
zabrałem głos do Czachowskiego, wnosząc: że lubo
370
obowiązek sumienia spełniliśmy, reflektuję jednak
na to, że ksiądz Tomaszewski, nosi na sobie cha-
rakt.er kapłański jeszcze; więc póki hierarchja ko-
ścielna nie zdejmie z niego sacry,. wypada się
wstrzymać z wykonaniem wyroku. Owczesny ka-
pelan oddziału, ksiądz Markowski, poparł silnie
mój wniosek.
Zapadły wyrok ogłoszuno księdzu Tomasze-
wskiemu; lecz z wykonaniem wstrzymano się. a
do chwili zdjęcia z niego sacry.
Około godziny 11 r.. zjawiła się w obozie pani
Kostecka, wraz z najpiękniejszą z licznych swych
córek; przybyły one z Kielc. Zdziwiłem się mocno'
widząc je w pośród nas. Znałem je bowiem bar-
dzo dobrze obiedwie lecz z nienajlepszj strony.
Mąż jej siedział od półtora roku w więzieniu kry-
minalnem Kieleckiem, za popełniony defekt 116.000
zł. polskich w kasie powiatowej Stopnickiej, któ-
rej był poborcą, trwoniąc głównie w towarzystwie
kapitana tamecznego żandarmskiego i w. innych
Moskali. Cóś mnie tknęło, że te panie zapewne
przybywają w jakiejś tajnej missji moskiewskiej.
Niemając dotykalnego dowodu, milczeć musiałem.
O 11 g. r. wjechał pomiędzy nas Gzachowski, i za-
komenderował:
- Wstawać! - pod broń!
Śpiący na upale, pod palące mi promieniami
słońca, strudzeni moi towarzysze, zdający się nie-
czuć wcale takowych, zerwali się jednak na równe
nogi, na magiczny głos powyiszej komendy, i stali
już gotowi w szeregach. .
Zwrócił się generał do mnie, i wyrzekł:
371
_ Z kompanją pójdziesz teraz warjergardzie,
a Briickmann w awangardzie! -i dodał - Oksiński
ztąd niedaleko.
.Jak daleko, Ojcze? - zapytłem.
- Pół mili.
- Jak dużo ma żołnierzy?
- 'przeszło 1 UOU ludzi.
- A jaką posiadają broń?
- ::5amą bagnetową.
.lak iskra elektryczna przeleciały powyższe
:słowa jenerała przez cały oddział, i nim wstrzą-
;nęły :
_ Niech żyje polska!-wykrzyknąłem a za mną
powtórzyli W8ZYSCY, wyrzucając konfederatki i kra-
kuski w górę. Zwróciwszy się do rozentuzjazmo-
wanych, zaproponowałem śpiew: «Dalej Uracia da-
h'j żwawo, niech nam Naród krzyknie brawo itd.:.
.\ zdający się dopiero przed chwilą być mart-
wymi na wp()ł, obojętnymi, wyprostowali się, i z fan-
tazją zaczęli pełną piersią jakby odrodzeni śpie-
wać. H.uszyliśmy składnie naprzód żwawo.
Zaraz za wsią, zwrÓciliśmy się drogą w lewo,
!la północ, nad prawym brzegiem I".leki Nidzicy
n wschodniego pudnóża wysokich i dość stromych
gór: Obiągórskich, Wólki Kłuckiej i Pępickich, któ-
rych stoki, posiadające dolJl"ą gliniastą glebę, wy-
rO:5łemi zbożami, a wierzchołki bu.inemi i sla-
I'emi lasami okryte wówczas były. Droga szła po
falistych wzgórkach, których wybiegające podnóża
rz!-'czonej rzeki dotykały. Po lewym brzegn rzeki,
-w pewnem od niej oddaleniu, tworzącym jakby
p!aski spód osuszonego jeziora, pomiędzy górami
24
872
Miedzianogórskiemi a ObIągórskiemi, - wznosiła
się przeszło sto stóp nad lustro wód górska fali-
sta dolina, długości mil 4 a szerokości przeszło
milę jedną i pół licząca; w 3/ 4 swej dluguści a po-
łowie sl.erokości, od wschodniegu i pułudniowego
jej końca lasami okryta; kilkanaście wsi i zakła-
dów zelaznych rZ!ldowych w sobie mieszcząca;
otoczona górami Swięto'{rzyzkiemi, w lit znów,
zachodniej swej części, była zupełnie utwartą
i uprawną, a na niej mieściły się: wieś (:'llińsko,
()raz dwór i probostwo tegoż nazwiska. Bobrzą
zaś nazywano nagie mury, wzniesione jeszcze przed
rokiem l R30, za ministerstwa Lubeckiegu, a na
podstawie pomysłów i plant')\v X. Leona Sapiehy,
jako ówczesnego naczelnika okręgu górniczego
wschodniego, w Suchedniowie urzędującego. - Był
to kwadrat obmurowany z trzech stron, trochę
pochyłym na zewnątrz, na kilkadziesiąt łokci
wysokim murem, po nad dolinę rzeki Nidzicy, w naj-
węższem jej miejscu, a po nad najwyższym wy-
skokiem płaskowzgórza na łokci parę jeszcze wznie-
sionym, i tak grubym, że po wierzchu jego z wy-
jątkiem dwóch kątów, można było jak po drodze
bezpiecznie bryką jechać. Czwarty zaś bok tego
kwadratu, stanowiły mury: przyszłego olbrzymiego
magazynu, bram i budynków administracyjnych.
Wewnątrz kwadratu, przy zachodnim boku, były
trzy olbrzymie wielkie piece, a przy północnym
j południowym, takichże rozmiarów węglarnie; na
zewnątrz zaś murów, na wschód, było kilkanaście
domków mieszkalnych, na warstaty ręczne prze-
znaczonych. - Wielko-pański, powYZszy ekspery-
373
men t, 1mszt.ował skarb królestwa polskiego 13 mi-
Ijon/)w złotych polskich, zmarnowanych tu fundu-
szów emerytalnych urzędników; gdy bowiem mury
i budyn1{i były już gotowe, dopiero wtedy raczono
się przekonać, Że grunt w dolinie rzeki nie da się
w żaden sposÓb użyć, ażeby w tern miejscu mo-
gły bvć urządzone szluzy i tamy; gdyż stanowiła
go, lak zwana purchawka. Przeto, po parisku, po
wyknriczeniu, go odstąpiono, i mury pozostawiono
pustką...
Na wschód, o 1200 krokÓw od opisanego
kwadratu. wznosiło się kształtu głowy cukru, na
kilkaset stóp nad nim góruJące, nagie wzgórze
a na południowy wschód, widać było znów drugą,
również stoż1mwą. dość wysoką a lasem pokrytą
górę. pomiędzy Samsonowem a wsią Tumlinem
Jeżąeą.
Z północno zachodniego węgła gór, z siodła
z pod Mniowa, wysuwał się z lasów trakt bity
z Końs1{icb, w kierunku południowo wschodnim
w dolinę spadający, 1dóry zbliżywszy się do Ni-
dzicy i zachodniego boku l{wadratu omurowanego,
równo z południową jego stroną przyjąwszy drogę
z ObIągórka, którąśmy właśnie maszerowali, zwra-
-£ał się na wschód, i za doliną rze1d wchodził
w górs1{ą kotlinę; dążył nią przeszło parę tysięcy
kroków na wschód, o kilkaset l{roków na połu-
dnie od pierwszego nagiego stożkowatego wzgórka,
gdzie u południowo zachodniego boku leżał folwark
.{:mińsko. Tu wydzielał, w poprzednim kierunku,
boczny trakt bity: na Samsonów, Bartków, Za-
ańsk do Występy, pod którą się z głównym, bitym
2'*
374
traktem z Kielc do Warszawy prowadzącym łączył;.
sam zaś, po za zachodmm bokiem, drugiej stozko-
watej rzeczonej wyzej góry, lasem okrytej, zwracał
się prawie pod kątem prostym na południe, a do-
szedłszy gór Miedzianogórskich, siodełkiem przekra-
czał takowe na południowy ich stok; raptownie'
spadał na wschód, trochę ku południowi, i dązył
do Kielc, o wiorst 10 od murów Bobrzy odległych.
O kilkaset kroków na wschód, za kwadratem, skrę-
cała drożyna boczna po przekątnej o połowę od-
ległość, chcąc wyminąć kolano, w jakie trakt do
Kielc po przpd pasmem gór l\Iiedzianogórskich się
załamywał. W rodku drozyn.v przekątnej, po jej.
prawej stronie, stoi kościółek Cmiński, a naprzeciw
plebanja.
O dobre 1000 kroków, od północnego boku
kwadratu, w k.ierunku północno zachodnim, lezała
dawniej wieś Cmińsk, w owych czasach kolonjalnie
urządzona, to jest: ze kaMa jej sadyba wznosiła
się na przydzielonym do niej nadziale gruntu.
Pomiędzy drugą stozkowatą górą, Tumlińsklł
zwaną, lasem okrytą. po za traktem bitym do Kielc
a pasmem gór Miedzianogórskich, w kotlinie lezała
tez rozkolonizowana wieś TumIin, 180 sadyb li-
cząca, i mająca kaMy dział płotem w podłuz od
góry Tumlińskiej, az do Miedzianogórskiej, odgro-
dzony; równiez i droga przez wieś, na wschód, była
wygrodzoną.
Upał dnia tego był niesłychany, z pewnosclą
w południe ze 30°/0 Reomiura, na słońcu.
Juześmy z pół mili odeszli od ObIągórka, gdy
w stronie awangardy padł strzał.
376
Maszerowaliśmy z powodu upału i kurzu roz-
-wlekłym bardzo szykiem: nie widząc przeto, ze
słuchu tylko się dowiedziałem, że szpica nasza ka-
waleryjska, dostrzegła w okolicy ku Ćmińskowi
kręcących się kozaków, i do nich to dała ognia.
Zaraz pot.em nastąpiło znów kilka dalszych w tam-
tej stronie wystrzałów. Skoczyłem teraz biegiem
ku furgonom, chwyciłem swój tornister ważący
jeszcze w tym dniu przeszło 20 funtów, a na ta-
kowy palto, i przynaglałem do biegu już ledwie
maszerujących strzelców, aby skrócić zanadto roz-
-wleczony szyk. Z przyspieszenia nagłego marszu,
wniosłem, że awangarda musiała już dążyć po-
-dwójnym krokiem naprzód; a gdym usłyszał tego
.potwierdzenie, przyszedłem do przekonania jako
lIiepodobna, aby przeciw kilku tylko, i to tak tchó-
rzliwym żołnierzom jak kozacy, tyle strzałów nie-
potrzebnie marnowano, i że bitwa nastąpi. I otrzy-
małem wkrótce wyjaśnienie, że natrafiono na kom-
panję ukrytą m05kiewskiej piechoty.
Liczba strzałów coraz wzrastała. Moskale ukryci
byli w murach Bobrzy. Mówiłem do towarzyszy,
że jeżeli Czachowski uprze się, abyśmy koniecznie
'0,1 tej strony szturmem je wzięli, to wszyscy pad-
niemy a celu nie dopniemy, gdyż osiągnąć go bez
pomocy artyleI:ji jest rzeczą niemożliwą ; nawet
nie pojmuję: dla czego i po co mielibyśmy zdoby-
-wać to miejce, kiedy zdobytego nie moglibyśmy
utrzymać i iadnej potrzeby posiadania nie widzę?
Pędząc ze wzgórka na wzgórek, wybiegliśmy
nareszcie tak wysoko, że ujrzałem już mury rlo-
ddadnie; lecz zarazem uderzyło to mój wzrok, że
376
z północnego boku a nie południowego kwadratu
nie ku nam, ale w przeciwną stronę -- padały strzały.
Stanęły mi teraz w myśli słowa generała w Oblą-
górku, o Oksińskiego oddziale, co nie było wszakze
zgodne z prawdą jak się później pokazało - więc
wyrzekłem wesoło:
- Chwała Bogu! widać Oksillski od północy Mo-
skali atakuje. skoro w tamtą stronę broniąc się,
strzelają. N(I, teraz wierzę, że ich z tamtąd wyku-
rzymy; trzeba nam tylko na wschodni bok IDUl'ÓW
się wedrzeć, i zamknąć ich wewnątrz tychże.
- To nie Moskale. ale kompanja galicyjska,
która już wpadła na mury, i strzela ztamtąd do
Moskali - przysłano mi odpowiedź.
Usłyszaw:-,zy takową, krzyknąłem:
- Koledzy! więc Czachowski dał się wciągnąć
w urządzoną przez Moskali zasadzkę - i dalej
stawić smutne horoskopy począłem. licząc za wiele
na rozum i waleczność l\loskali.
Dubiegłem wkrMce do .....traktu. i zwróciłem się
nim na wselu'ld, po pod mury Bobrzy, ze swą
kompanją, pędząc w ślad poprzednieh broni. (dyśmy
wpadli na dół- w dolinę Nidzicy, tu dopiero po-
witały nas nadzwyczaj gęste kule wroga, dźwięcząc
po naszych bagnelach, słowem znaleźliśmy się jakLy
wśród mnóstwa roi pszczelnych, na raz wyrojonych
koło głów i uszu, na różne tony brzęczących, świ-
szczących i furczących. Wkrótce dostała się po-
między powyższą muzykę jallczarską śmierci, i ar:ier-
garda kawałer:ji, z połowy niedawno przybyłych
.z Galicji złożona; zaczęła mi wyrzucać, i na miłość-
377
Boską krzyczeć, po cośmy ją tu, w to piekło wpro....
wadzili 'ł
Parsknęli8my śmiechem wszyscy, na powyższe-
wykrzyki i lamenta a strzelcy zaczęli szydzić i na-
śmiewać się z ich przestrachu; gdyż dotąd, nawet
w tym całym dniu, mimo upartego boju, jaki się-
w nim IJastępnie odbył. żadeu z nich ani zabitym,
ani rannym lJie został.
- Więc tylko na herbatki. wina i dworskich
spożywanie przysmaczków, przybyliście tu, do nas,
panicze"! - przedrzeźniali strzelcy moi - przysłu-
chajciesz się przeciez choć raz, z bliska, jaką to.
nam tak często muzykę l\Ioskale sprawiają, aby
jak wrócicie do domów, mogliście powiedzieć, :lf'ście
choć raz na prawdziwej wojnie byli...
Chcąc przerwać sypiące się jak z rękawa rozne
żarciki i docinki, wydałem komendę kompanji: zejść,
w lewo z traklu, po pod poludniowy hok murów
kwadratu, i ściezką wdzierać się na stromo wzno-
szący się po nad doliną rzeki zachodni kraniec..
wysoko położonej płaszczyzny; a do oficera, dowo-
dzącego powyższą kawalerją. aby pomykał naprzód.
Kopnęli się leż galopem z miejs(-a, i na wschód
traktem pocwałowali.
tidym się wdrapał z kompaują na płasko-
wzgórze, wbieliśmy otworem we wschodnim hoku
kwadratu, pomiędzy budynkami i murami, na bramę-
niegdyś pozostawionym. a przez czas niszczący zua-
czme rozszer7.onym.
Kule nieprzyjacie\!.;kie silnie takowy ostrzeli-
wały.
Ujrzałem kompanję Brilckmana jak zasłonięta
878
murem, północny bok kwadratu stanowiącym, przez
wierzch tegoż ogniem na strzały mo"kiewskie od-
powiadała; kompanją zaś Rudowskiego, zasłaniającą
ię zachodnim murem kwadratu i po bokach trzech
budynków, niegdyś na wielkie piece przeznaczonych.
-odpowiadającą slrzałami skośnie, na północno-zachód,
którego widzieć jednak nie mogłem, gdyż mury
i ogień widok na nieprzyjaciela mi zasłaniały. -
Oglądałem się za Czachowskim. aby otrzymać roz-
kaz, gdzie mam zająć pozycję ze swymi strzelcami.
W tem się zjawił adjutant, (romejko, i wska-
zał mi długi budynek bez dachu, dwie trzecie części
wschodniego boku kwadratu murami swemi stano-
wiący, jako wyznaczony do obsadzenia moimi strzel-
-cami. Wszedłem tam otworem w południowej ścianie,
niegdyś na bramę wjazdową przeznac7.0nym do ma-
azynu, i ustawiwszy przy jego ścianie strzelców.
zastanawiałem się: covy mogło być przyczyną dzi-
wnego tego umieszczenia nas, które uważałem
za całkiem niestosowne? Mury bowiem rzeczone,
na łokci 4 1 /1 wysokie, bez najmniejszego okna lub
otworów jakichkolwiek, kt()reby mogły służyć za
trzelnice, nie nakryte niczem, ściallami wązkiemi
zwrócone na północ i południe - nie dawały żadnej
osłony przed strzałami z północy miotanemi, zwła-
szcza stojącym dalej. od północnej ściany: a prze-
-cież 102 strzelcÓw, .lakierni w dniu tym dowodziłem,
nie mogłem wszystkich blizko powyzej zasłaniającej
ściany pomieścić. tem więcej, że dostałem rozkaz
budynek ten obsadzić? Oprócz otworu w południo-
wej ścianie, znajdował się blizko drugi, znaczny
379
()twór w górnej wysokości wschodniej .Jego ściany,
który tez nalezało obsadzić.
Zaledwie tez upłynęło z dziesięć minut, a .luz
jeden strzelec, nie widząc wcale wroga, ranionym
został; po kilku znów minutach, toz samo drugiego
spotkało. Zwróciłem się przeto do Franciszka Bocz-
Kowkiego, kapitana dywizjonera, który za mną do
budynku tego wszedł i ukazałem ranionych towa-
rzyszy, oraz zapytałem go: czy on nie wie lub nie
migaduje przyczyny i planu Czachowskiego, co do
obsadzenia tego fatalnego dla nas miejsca, w któ-
rem bezuzytecznie stoimy i straty ponosimy? -
Odpowiedział mi, ze nic nie wie o planach jene-
rała, tylko słucha rozkazu. Prosiłem więc, aby objął
komendę nad mymi strzelcami. (-idy się zgodził na
to. udałem się do otworu we wschodniej ścianie;
oostawszy się tam. przeżegnałem się, i nim na
zewnątrz z murów zeskoczyłem. aby rozpatrzyć się
w zajmowanej przez nieprzyjaciela pozycji lub doj-
rzeć gdzie Czachowskiego. tegoż objaśnić o fatal-
nej pozycji strzelców, i zarazem donieść jakie straty
{)otąd bez zadnego pozytku już ponieśli:5my.
.Jeżeli miejsce wewnątrz kwadratu było silnie
ostrzeliwane a budynek w południowym kOlicu ró-
. wniez silnie, to plac po wschodniej stronie murów
daleko więcej obsypywały kule nieprzyjacielskie.
I1twierdziło to mnie w przekonaniu, ze Moskwa bez
oporu umyślnie dozwoliła nam zająć mury Bobrzy,
w celu zamknięcia nas w takowych. A teraz za-
częła wytężać ogień głównie na wschodni zewnę-
trzny bok. powstrzymując nas od opus7.czenia tych
murów.
380
Będąc wrogiem wszelkiej fanforanady i juna-
kierji, gdym się znalazł w pośród gradu kul, uzna-
łem za stosowne położyć się na ziemi, i pełzając
pustkowiem, aż do północnego krańca budynków
pozostawionem na pastwisko, na którem gdzie nie-
gdzie stały stosy kamieni, zasłaniając się niemi, do-
pełzałem do północnej granicy mego pustkowia.
Równolegle do traktu był rów, a na wyrzuconej
z tego>. ziemi, na półnoną jego stronę, był płot
z kamifni.
(idym dopełzł do rowu, wyjąłem z płofu par'ę..
kamieni, i szczeliną rozglądałem się na około. Uj-
rzałem najdokładniej: jak południowo zachodni i po-
łudniowy bok doliny pustj, w której dawniej była
zabudowana stara wieś Cmillsko, były napełnione
piechotą moskiewską, leżącą na niej pokotem. w sile
przynajmniej óciu przeszło kompanij pieszych; jak
na trakcie bitym. z lasów i gór od Mniowa, sunęły
jeszcze trzy rlługie, ciemne plamy, jakby po liściu
drzewnem gąsienice czyli trzy inne kompanje pie-
choty moskiewskiej; jak na kOłicu, z południowego
boku, wyłazili już na pole naprzeciwko mnie t y-
rajjerzy wroga na czworaku i posuwali się łańcu-
chem. na południo wschód, kierując się widocznie.
ku stożkowatemu nagiemu wzgórzu. pierwszemu
na wchód, na zewnątrz budynków BoLrzy, tylko-
o jakie 1200 kroków od tej strony - widocznie dla
zajęcia tegoż i przecięcia nam wyjścia, z zajętych
przez nas nieoględnie murów.
To wszystko łatwe było dla mego bystrego-
i daleko sięgającego wzroku rozpoznać, tern bardziej,
ze miejsce moje, było o kilkadziesiąt st6p wyższe
381
aniżeli najwyższe brzegi doliny, w której wróg
się ukrył.
Ujrzawszy ten groźny stan rzeczy dla nas,
i obrachowawszy odległość na 800 kruków od węży-
kowato raczkującego łańcuchu tyraljerów moskie-
skiewskich a na oślep ku nam strzelających, gdyi
naszych mury Bobrzy zasłaniały, wezwawszy Boga
na pomoc, i przeżegnawszy mój sztuciec krzyżem
świętym - zacząłem do nich strzelać.
Zaraz po pierwszym moim wyslrzale, zostali
zaniepokojeni. Odgłosem jego zwabieni, Boczkowski
i kilku strzelców, dopytywali się z za wyłomuj
do kogo strzelałem? Na to wezwałem go, aby wzią-
wszy kilku najlepszych strzelców, dopełznął bez
junakierji do mnie.
(;dy Boczkowski wraz ze strzelcami przypełznął
do mnie, ukazałem im wtedy Moskali, i dodałem,
czym słusznie przepowiedział, ze te mury dobro-
wolnie nam oddane, były tylko prostą zasadzką?
- Na Boga! sprzątajcif'ż tyraljerów; bo nam
przetną IJrogę odwrotu - wykrzyknął przerażony
Boczkowski.
Raziliśmy łmicuch nieprzyjacielski, lecz gdy ten,
ciągle wzmacniany świeżemi siłami z doliny jakby
z pod ziemi wyłażąeemi mimo ponoszonych strat.
wciąż się posuwał naprzÓo: przeto zażądałem od
dywizjoniera, aby wracał w mury, i przysłał mi
jeszcze kilkunastu slrzelców do pomocy. Z pół go-
dziny jeszcze potem, z nowo przybył) mi strzelcami,
raziliśmy posuwający się łańcuch tyraljerski wroga,
strzelając wciąż w jego czoło. Na raz dał się sły-
38'3
szeć grzmiący głos Czachowskiego, z wnętrza kwa-
dratu:
- Strzelcy! wracajcie wewnątrz murów.
.Jak niepyszni, wróciliśmy więc na poprzednią
fatalną pozycję. w której znÓw staliśmy nieczynni
blizko pół. godziny. Lecz gdy mi raniono znów po-
rucznika Zelechowskiego, wyszedłem wtedy bramą,
na wewnątrz kwadratu, aby przedstawić generałowi
powyższe straty; wyjpdnać zmianę pozycji, lub
przynajmniej dowiedzieć się, dla czego je ponosić mu-
simy. Zanim jednak udałem się w powyższym celu,
już uderzyła mię nagla jakaś cisza, która raptem
wewnątrz kwadratu nastąpiła, po powrocie moim
w mury. Teraz przeto, gdym wyszedł z budynku
wewnątrz kwadratu, przerażony zostałem; nietylko
bowiem Czachowskiego, lecz ani kompanij Briick-
mana i Rudowskiego, słowem żadnej żywej duszy
z oddziału prócz nas, wewnątrz murów Bobrzy,
nikogo nie było. Obiegłszy cały kwadrat, gdym wyj-
rzał kp traktowi, i nigdzie ani jednego towarzysza
nie ujrzałem, wpadłem z powrotem do magazynu
i zapytałem Boczkowskiego: gdzie stali przynajmniej
kosynjerzy i kawalerzyści, oraz zawiadomiłem go.
że już tu tylko sami zostaliśmy. więc niechże teraz
decyduje, co mamy z sobą począć?
- Wiem tylko, że Czachowski wydał rozkaz.
abyś zajął te mury; bez jego przeto odwołania,
nie możemy ich opuścić. Wiesz, na co by się każdy
z nas przy jegO" gwałtowności naraził, gdyby inaczej
postąpił? - odpowiedział mi dywizjoner.
__ Nie - odrzekłem. - Ponieważ niczem uspra-
wiedliwić sobie nie mogę, konieczności obsadzenia
383
tego budynku, w którym mi ludzie be:lczynnie giną
a oprócz tego, gdy nas samych bez kosynjerów
tu pozostawiono. Nieprzyjaciel niech tylko stanie
naprzeciw tych dwóch otworów, to nas co do nogi
wystrzela, sam mało co ryzykując - przy tern
słowie wskoczyłem znów na wyłom wschodni i od-
wróciwszy się do kompanji, uraz przeżegnawszy
się krzyżem świętem, wydałem ku mendę. - Na moją
odpowiedzialność. wychodzić tędy, za mną,- naprzód
marsz! - i wyskoczyłem znów na pastwisko, lecz
tą razą maszerując juz na wschód, wraz z całą
kompanją i niesionymi rannymi towarzyszami.
\V tern, w lewo, z wyrosłych zbóż, po za opi-
sanym wyżej kamiennym płotem. na terenie o kilka
stóp wyższym, doszła mnie ze znacznego już odda-
lenia komenda.
- Kompanja rozrzuć się w tyraljery, o trzy
kroki odstępu. przeciąć łańcll,:h moskiewski-
naprz6d, marsz!
\Vyrzekałem, przeto usłys.f.awszy ją, do masze-
rującego obok mnie Boc;.-.kow:skiego. Powiedziałem,
że jest to głos Rudowskiego, a komenda powyższa
jest najwłasciwszą w tej chwili. A zatem C:lacho-
wski. sztab, kompanja BI"iickm ma i reszta naszych
powinna się tam znajdować. N'e pojmuję tylko, dla
czego nas samych w murach pozostawili, nie za-
wiadamiając o opuszczeniu takowvch? Może wy-
słany do nas nie wiedział dokładnie o naszem sta-
nowisku, a że znajdowaliśmy się tam nieczynni,
nie ods:lukawsl.Y nas przeto, sądził, żeśmy już z nich
także wyszli i sam do nich powrócił? Dosyć, że
musieliśmy się wziąść więcej w prawo. aby wymi-
384-
nąć domki i wyjŚĆ na trakt, oraz rozpatrzyć się,
co znów w tamtej stronie się dzieje, i stosownie
do tego zarządzić; gdyż niepodobna było iść za
Rudowskim w zboże, ho z tyłu stalibyśmy się znów
nieużyteczni, a oni i tak cofnąć się będą musieli
ku nam. Przejścia pewnego i bezpiecznego na pół-
noc nie masz, aż dopiero pod Samsonowem: gdyż
w tamtej stronie leżą błota i mocr.ary pn nad Ni-
dzicą. a niepodobna, ahy generał chciał w nie wpa-
kować kawalerję i furgony_ Tu zaś stanowić bę-
dziemy niejako ich rezerwę; gdyż jest znów niepll-
dobnem, aby Moskwa w tej sronie si nie pojawiła,
zabezpieczymy im w razie ich odwrotu tyły. l sto-
sownie do powyższych uwag. zarządziłem dalszy
marsz strzelców.
Zaledwie jednak wyminęliśmy domki i weszli
na trakI bity, gdy ujrzeliśmy, że Czachowski, z ka-
walerją, furgonami i kosynjerami maszerował opi-
saną wyżej drożyną przekątną, i znikał już nam
p'omiędzy budynkami plebańskiemi a kociółkiem
Cmińskim. Jakiś tylko jeździec na hiałym koniu
zjawił się na wierzchołku nagiego stożku, i horyzont
obserwował.
Usłyszawszy zaś podkomendnych. wskazują-
cych sobie odwrót wodza.
_ Patrzcie! patrzcie! Toz to Ojciec z kawaler:ią.
furgonami i kosynjerami, już się cofa. Musi być
już bardzo źle z nami, kiedy się chcą sami ocalić?!
Krzyknąłem gzoźnie:
_ Milczeć I Tak mu z jego planu wypadło; prze-
cież nie jesteśmy jeszcze otoczeni. aby o ocaleniu się
potrzeba było mówić'ł-wydałem komendę, - po-
385
dwójnym krokiem, naprzód marsz!- Gdy zaś dosze-
dłem do drozyny, na której znikł jenerał ze swem
otoczeniem, ujrzałem: jak właśnie w tyle nas, tra-
ktem z doliny Nidzicy, wypadła masa moskiewskiej
piechot y, i z dzikim wrzaskiem -- urra! urra! - oraz
ogniem karabinowy wpadła wewnątrz IllIm:,>w 130-
brzy, otoczywszy juz widać poprzednio takowe,
i wzięła je w posiadanie niby to szturmem.
l'arsknęli:5my śmiechem, na widok powyższej
walecznoci dzikiego tłumu carskich niewolników
na puste .luz mury. Tymczasem sami, rosypawszy
strzelców o 30 kroków odstępu, po trakeie bitym
i przez pola, dla osłonięcia cofających się z Cza-
chowskim, J-!oszliśmy. TY1"aljerzy nasi mieli rozkaz
przez jednego, po strzale kolejno się cofać.
Drożyną przekątną wysłałem kilku strzelców;
gdyz dwa boki naszego łańcucha musiały się w wierz-
chołku na chwilę przerwać, dla obejścia budynków
i og.rodzeń plebanji i kościoła, wraz z cmentarzem
w Cmilisku, zwanym Kościelnym; po wyminięciu
dopiero ich, mieli znowu iść jedną prostą linją.
z północy na południe.
Zaledwie strzelcy zdołali się rozsypać biegiem,
gdy oprócz kul, z północnego zachodu, które nam
od wyjścia naszego z murów Bobrzy towarzyszyły-
zaczęły teraz przybywać nowe, o wiele gęściej-
sze, z tyłu, od zachodu. Hyła to moskiewska pie-
chota. która męznie zdobyła puste mury Bobrzy,
i dopiero zaczęła za nami gonić. Maszerowała ona,
ieby nas powstrzymać, i dać czas załodze Kielc.
do przecięcia nam drogi odwrotu. Plan moskiew-
ski od samego początku bitwy odgadliśmy; przelo
386
tem spieszmej, O ile tylko własna obrona i honor
wojskowy pozwalały, maszerowaliśmy; i od czasu
do czasu, rzadkim, ale celnym ogniem odpowia-
daliśmy.
Postępowałem na skrzydle łańcucha, po trakcie-
bitym, i zbliżyłem się wkrótce do moc9-ych a gę-
stych płotów, otaczających sad dworu Cmil'iskiego.
Południowo zachodni róg ich stanowił gruby dę-
bowy słup, słysząc zaś w lewo coraz więcej zbli-
żające się do mnie dzikie wrzaski: «urra! urra!,.
coraz liczniejsze strzały w tamtej stronie, - zatrzy-
małem przeto przy sobie kilku strzelców, by z ty-
miż urządzić zasadzkę. Czekaliśmy już kilka minut,
gdy słuch mój uderzył !.entent galopującego ku mnie
na siwym koniu adjutanta, tłromejkę. Zrównaw':'
szy się ze mną, ciekawie dopytywał się: czemu się
zatrzymałem, i na kogo czatujemy? (ldym mu wy-
jaśnił, oświadczył. że włai:3nie przynosi mi rozkaz
Cl.achowskiego, abym szedł pospie5111ie ze strzel-
cami za nim; ze stroną, na którą zwróciłem uwagę,
pojedzie właśnie dalej. do bijących się naszych kom-
panij: aby zanieść i tym rozkaz cofania się, oraz
wskazać im drogę odwrotu. Przekonałem się teraz,
że Czachowski dobrze o nas pamiętał i wiedział; bo
to (rom.ejko był na wierzchu nagiego stożka, tylko
na innym koniu, który z daleka wydał mi się bia-
łym, i z tamtąd rozpatrzywszy starannie widokrąg.
pędził dalejrozwożąc wodza dyspozycje.
Zerwaliśmy się więc dalej przy akompanjamencie
muzyki moskiewskich kul, na które kiedy niekiedy
odpowiedź wysyłaliśmy. W tem, gdym doszedł do
frontu dworu Ćmili;;kiego, tuż przy gościl'icu, ujrza-
887
łem przed mm stojącą młodą a wielce przystojną.
wsoką wysmukłą brunetkę, o pięknych oczach,
widocznie jakąś panią ubraną w załobę, którą wszy-
stkie w ówczas z inteligencji patrjotki u nas
nosiły. Powitała nas wdzięcznym uśmiechem, z ra-
dością i zadowoleniem, tryskającemi widocznie z jej
oczu i całej postawy; starała się dać nam poznać
jak szczęśliwą się czuje, że tak uroczystej chwili,
jaką jest widok walki za wolność ojczyzny dozyła.
Odkłoniwszy się grzecznie mi jej wdzięczny
a życzliwy bardzo ukłon, przerażony grozącem nie-
bezpieczeństwem tej śmiałej pani, stojąci spokojnie
wśród gęsto przelatujących kul, jakby świstu i war-
czenia ich wcale niesłyszała, rzekłem:
- Na miłość Boską! proszę panią, wejść na-
tychmiast do dworu; bo tutaj toczy się bój a kule
zanadto gęsto padają, i do tego wróg za nami goni,
a my w obec wielkiej p!'zewagi jego musimy się
cofać.
- Ja się kul jego wcale nie lękam, przeciez i ja
Polka! - odpowiedziała ta odwazna niewiasta. Lecz
zaledwie to wyrzekła, krzyknęła - ach! - i jak
długa padła na ziemię.
Skoczyliśmy z jednym z towarzyszy ku niej,
a chwyciwszy ją na ręce czy zabitą czy tylko zem-
dloną, gdyz rany lub krwi po wierzchu nie wio
dzieliśmy, wnie6liśmy ją do sieni domu; zawez-
wawszy pomocy, gdy się służba zjawiła, opiece ta-
kowej ją powierzyliśmy, wracając czemprędzi na
swoje stanowiska. - Kto była owa pani, i co się
z nią właściwie stało? - nie wiem.
Gdym dalej traktem wymijał ogrodzenia bu-
25
,
388
dynków płeLanji Ćmiliskiej. znowuż jakiś chłopaczek
porzt-{dnie ubrany, 10-12 lat, stał na rogu budyn-
ków: najspokojniej przypalrywał się nam i postępu-
jącemu za nami wrogowi, a serdecznie do nas się
wdzięczył. Ostrzegałem go. że tu bitwa i kule za-
bijają; radziłem, aby zmiatał do domu, i ukrył się
przed Moskalami. Nie. chciał mnie słuchać, mówiąc:
że się wcale nie boi. Chcąc go jakimkolwiek spo-
sobem od nieszczęścia lIchronić, skoczyłem gwał-
townie, z nastawionym bagnetem, grożąc po mo-
skiewsku i nazywając go: buntownikiem, lachem,
.aż mó.i biedny chłopczyna, wybałuszył swe oczęta,
na tę mistyfikację, i dopiero oszukany dał drapaka
do plebanji.
Tu wydałem komendę zachodzenia końcowi
łańcucha, i poszedłem połączyć się z północnym jego
końcem drugiej części, która z południowej strony
kościoła i cmentarza Ćmińskiego obchodziła budynki.
Wyciągnięty w 1illji prostej a długiej. ho przeszło
na pół mili z północy na południe się ciągnącej,
frontem na wschód, łańcuch nasz ogniem w tył
wrogowi, od czasu do czasu odpowiadał. -
Czachowski, ze swem otoczeniem, wówczas już
przeszedł trakt bity w poprzek, i wchodził na drogę
przez kolonję Tumiin. Sprostowawszy przeto łań-
ucb, maszerowaliśmy w ślad za nim; a zaledwie
kilkaset kroków oddaliliśmy się, gdy z północy,
z po za nagiego stożka na wschód, wśród wyro-
słych zbóż, zaczął się wychylać i drugi nasz t y-
Taljerski łańcuch, odstrzeliwający się w kierunku
północno zachodnim.
Rozkazałem marsz zwolnić, i ku południowi
3,9
()dstępy zmmeJszyć, zostawiając dla przybywają-
cych odpowiednie miejsce w północnej części łań-
cucha. Wkrótce też połączyliśmy się, stanowiąc
()dt.ądjeden, wspólny tyraljerskiłańcuch, tylko z mniej-
szemi już odstępami; i takowym przekroczywszy
trakt bity, gdyśmy doszli do płotów żerdzianych,
oddzielającyeh pojedyńcze własności kolonjalne,
opierając północny koniec łańcucha o górę Tum-
lińską a południowy o pasmo gór Miedł:ianogórskich,
przełażąc ,ciągle ogrodzenia - przeszliśmy całą wieś
Tumlin. Zeby zaś kawalerja nieprzyjacielska nie
rzuciła się drogą przez wieś, kazałem kilku strzel-
com takową postępować.
Nie wiem, przy którym z przebytych płotów,
południowy koniec łańcucha, będący już o paręset
kroków tylko od brzegu okrywającego lasu górę,
z pasma Miedzianogórskiego - zaczęły witać po-
jedyńcze strzały wroga; był to dla mnie już nowy
znak, że jakaś część załogi Kieleckiej przybyła
na plac bitwy; a skośne, z południowego zachodu
padające strzały, objaśniły zarazem, iż się spóźniła,
aby nam przeciąć lin.ię odwrotu. Byłem spokojny,
gdyż wierzchołkami góry, dla wyrw wąwozów
i przeszkód w lesie, nietylko nie mogła dopiąć tego,
ale i nawet wyrównać nam w dalszym marszu.
Rozkazawszy przeto strzelcom cofać się od
lasu, w duszy modliłem się tylko, aby Moskalom
do reszty się umysły pomąciły, i by ci doliną, któ-
rą odpływają wodr z lasów, na południe od Za-
gnańska a na wschód za Szwedami, od rzeki Tru-
pieńca pod wsią Niewachlowem, i od Kielc wiorst
'2b*
3IJO
tylko dwie oddalonej - nie wpadli na pomysł.
przecięcia nam drogi odwrotu.
Wkl'ótce potem odezwały się strzały i z lasu
góry Tumliliskiej, z tej strony dość długiej, bo aż
pod wieś Samsonów się ciągnącej - do półno-
cnego końca łańcucha naszego; lecz znów tylko
z północnego zachodu. Był to więc nowy znak,
że Moskale atakujący od północy Bobrzę zdołali
już tam dójść, ale nie zdołali jeszcze nam drogi
przeciąć.
Cofnięto znów więcej od lasu i koniec półno-
cny naszego łańcucha. Ja zaś ciągle modliłem się,
aby traktem Samsonowskim nie zaszli nam drogi
po za Tumlinem dragoni, których nigdzie dnia dzi-
siejszego dostrzedz wcale nie mogłem, a z czegom
wielce zadowolony był; ponieważ hył to dla nas
jeden z najniehezpieczniejszych po Finlandzkich
i celnych strzelcach żołnierz moskiewski: przy
pomocy nóg końskich, spełniając strzelecką służbę,
mógł też nam wszędzie i zabiegać drogę.
. Czachowski, który po za kościołem i plebanją
Cmiliską już zwolnił swój marsz, po przebyciu
traktu, jeszcze powolniej iść zaczął; a gdy wszedł
do kolonji i otrzymał raport, o wycofaniu się na-
szem z pod Bobrzy i połączeniu się pod Tumlinem,
noga za nogą szedł tylko przed nami, o jakie 201)
kroków.
Teraz, po większem zmniejszeniu się odstępów
łaricucha, zaczęła się nam zwięks?.ać liczba strat.
Upał przytem był niesłychany; my zaś: zgłodniali,
spragnieni, zIluzeni marszami i bezsennością -
nie- mogliśmy szybko przełazić płotów, i mimowol-
391
nie musieliśmy dawać z siebie lepszy dla wro-
ga cel; więc przy przechodzeniu ich, najwięcej
ucierpieliśmy. Lecz też za to i ciężki niewolnik
carski, wódką i nahajką, oraz grozą strasznych
kar, naprzód pędzony, w kilkanaście razy przewyż-
szającej liczbie nas atakujący, - o tyleż doświadczył
cięższych sirat. Furgonów, w tym dniu, mieliśmy
z sobą wszystkiego trzy. Na jednym złożone były:
kotły, parę korcy owsa, worek z kaszą i brudna
bielizna a na dwóch innych: zapasowa broń i kosy;
przeto dla rannych mieliśmy bardzo mało miejsca,
tylko po wierzchu takowych.
Była jeszcze wprawdzie bryczka ks. Toma-
szewskiego jako więźnia, i nie odstępującej go ani
na chwilę gospodyni; lecz dali mi znać, że ten
nędznik nie pozwalał na takową kłaść naszych
rannych. Zaraz więc rozkazałem strzelcom zbro-
dniarza tego wyrzucić z bryczki na ziemię wraz
z jego towarzyszką i furmanem, a kłaść na nią
rannych.
Gdy atoli liczba rannych coraz wzrastała, ka-
załem następnie wrzucić brudną bieliznę do jednej
z chałup, oddając pod opiekę gospodarzy -Tumliń-
skich: do schowania przed wrogiem, wyprania
i oddania nam jej z powrotem. Skoro i tego było
za mało, kazałem im oddać i kaszę, oświadczając:
że łatwiej nam, ożywionym miłością ojczyzny, wy-
trzymać dzień jeszcze bez pożywienia niż koniom.
Byłem już tak bez sił, że gdyby poczciwi
strzelcy, widząc to, nie byli rozgrodzili przedemną
piorunem trzech ostatnich płotów, - to nie mógł-
bym w żaden żywy sposób. o swej sile ich prze-
892
leźć. Zatrzymano furgon z bronią, i na rozworę
musiano mię posadzić, bo takie mdłości z osłabie-
nia na mnie uderzyły. .Jadąc zawieszony na niej
z kwadrans, przyszedłem do siebie a była to już
wówczas godzina blizko 9, wieczorem.
_ Wkrótce potem zjawili się przed nami, pmwie
równocześnie kozacy z doliny Niewachlowskiej i od
strony Samsonowa; dzikiemi swemi wrzaskami
i strzelaniem na wiatr z janczarek, z zanadto wiel-
kiego oddalenia, chcieli nas zatrzymać, zachodząc
drogę odwrotu; lecz kilkanaście naszych strzałów
wystarczyło, by w również nagłym popłochu zni-
kli nam z oczu. Kule bowiem nasze, zdobyte krwią
na Moskalach, okropnie były spragnione ich farby
niewolniC'.zej...
Bój widocznie i ze strony Moskali słabł; choć
posuwali się jeszcze naprzód, ale coraz więcej
przyzostawali w tyle, za nami. Wyminąwszy, około
Wtej g., bokiem Samsonów, i przeszedłszy przez
Szwedy, weszliśmy nareszcie w lasy, w które za
nami pójść się już nie poważyli. Uszedłszy z wiorstę.
zatrzymaliśmy się na wąskiej drożynie. aby się
obliC'.zyć i sprawdzić: ile też strat ponieśliśmy i ile
jeszC'ze posiadamy amunicji? .
Dnia powyższego rano, liczył jeszcze nasz od-
dział: kompanja imienia Czachowskiego strzelców
102, kompanje dowodzone przez Bruckmana i Ru-
dowskiego 158, kosynjerów 80, kawalerji i oficerów
konno wraz z Czachowskim i sztabem 62. Ogółem
ludzi 402. Z kawalerji, oficerów i kosynjerów nikt
dnia dzisiejszego nie padł, ani raniony nie został:
lecz przerażenie nas w pierwszej chwili ogarnęło,
39ił
gdy liczący szef sztabu, wymówił ogólną cyfrę
strzelców i piechoty: 162 ludzi, a zatem brak 98!
Wiedzieliśmy, iż 6 poległo, i broń od nich za-
brano, a ciała ich na placu bitwy pozostawiono,
oraz że 13 rannych wieziemy z sobą. Ale gdzie
się mogło podziać jeszeze 79? - tego nikt pojąć
nie mógł; albowiem wszyscy stojący w szeregu za-
pewniali najsolenniej, że żadnego rannego towarzy-
sza nie pozostawili. a więcej poległych nikt również
nie widział.
Gdy Czachowski i Eminowicz zachodzą w głowę,
przystąpiłem do jpnerała i poprosiłem, aby mi po-
zwolił szeregi przepatrzyć.
- Rachuj i przypatruj się - wyrzekł Czacho-
wski - może ci jaka szcz«:śliwa myśl to wyjaśni.
. Rachowałem więc znów, narachowałem 1&2
ludzi; lecz przypatrzywszy się rachowanym bardzo
z bliska, bo już ciemno się robiło, odkryłem, że
brakło nam całPj kompanji Rudowskiego.
- Lecz gdzie się mogli podziać wszyscy? - za-
pylał Czacł.owski.
- .Tak to? - rzekłem -- więc ojciec nie wydał
jakiego osobnego rozkazu Rudowskiemn. dla jego
kompanji?
-- Nie.
Wtedy upowiedziaJem: że słyszałem tylko,
gdym opuścił magazyn w Bobrzy jako H.udowski
w oddaleniu odemnie, w zbożach, komenderował,
aby kompanja jego przecięła skrzydło tyrałjerów
moskiewskich, ku nagiemu stożkowi się przesuwa-
jących; . lecz ('o się dalej z nim sIało, to trudno
objaśnić.
39:1
Teraz przypomniał sobie także i Briickmann,
że słyszał na lewo od siebie powyższą komendę
w Zb01..ach; podkomendni zaś jego, którzy bliżej
brakującej kompanji się bili, oświadezyli: że kom-
panja Rudowskiego, przeciąwszy łańcuch tyra-
ljerów moskiewskich, w kierunku północnym, w zbo-
żach, gdzieś im znikła z oczu.
Odetchnęlimy dopiero wolniej lubo to odłą-
czenie się od nas, wytłumaczyć sobie niczem inne m
nie mogliśmy jak tylko zwątpieniem dowodzącego
nią oficera, na widok zbyt przeważnych sił nie-
przyjacielskich, co nas otaczały w czystych polach,
i to tuż pod Kielcami - postanowieniem wyco-
fania się, je!:'zcze przed stanowczą klęską oddziału,
i pragnieniem ocalenia, przynajmniej siebie i swych
podkomendnych. Z innej strony byliśmy pewni, że
tylu razem i tak już wyćwiczonych, zahartowanych
i ostrzelanych powstańców - nie mogło dozwolić
się zabrać żywcem do niewoli, tern bardziej, że
w stronie, którą się przez łańcuch wroga przebijali,
był on za słaby na to.
Uspokojeni i podniesieni niejako byliśmy na du-
chu z jednej strony, że w dZlewięciogod7.innym boju na
przestrzeni przeszło dwóch mil, do tego w tak fa-
talnej pozycji, i naprzeciw tak wielkich mas nie-
przyjacielskich, zewsząd nas otaczających, - zdołali-
śmy wyjść z matni, ze stosunkowo małemi stratami,
a widzieliśmy przytem dokładnie, o wiele więcej
niewolników carskich powalonych naszemi strzałami.
Ale 7.nowu zostaliśmy przerażeni, dokonawszy prze-
glądu pozostałej nam amunicji, której okazało się
li 162 powstańców ze sztućcami i karabinami: tylko
396
150 ladunków wszystkiego! Zapasu przy oddziale
nie było żadnego; posiadaliśmy wprawdzie do
czterdziestu jeszcze funtów prochu i kilkadziesiąt
funtów ołowiu, lecz takowe zakopane były w pu-
szczy Jłżeckiej a do niej w prostej linji do 12 mil
mieliśmy. Do tego wszyscy wyglądaliśmy jak cienie
ludzkie, a nieprzyjaciel zewsząd nas szachował
i nieustannie ścigał; o nikogo zaś oprzeć się nie
mieliśmy dla chwili spoczynku, ani nawet poży-
wienia nigdzie uzyskać.
Po zrobieniu tego smutnego dla nas odkrycia,
rozpoczęła się w kilku narada, co wypada dalej
zarządzić? Poważyłem się przedstawić Czacho-
wskiemu i Eminowiczowi, by dla samego uniknię-
cia większych strat, w mogącem nastąpić lada chwili
niespodzianie otoczeniu nas zupełnem przez wroga,
zawczasu odkryć nasze fatalne połoienie podko-
mendnym i wydać im stanowczą instrukcję: aby
każdy z nich, gdy chwila ta nadejdzie, umiał ze
sobą dalej radzić i postępować; co też, po krótkię-j
wymianie słów za i przeciw, wykonano.
Wszyscy uwiadomieni zaraz zostali o stanie
prawdziwym w jakim się nie z naszej winy zna-
leźliśmy. Wydano następnie zarządzenie, aby w dal-
szym naszym marszu, skoro usłyszą jednocześnie
padające naze strzały, tak od strony awangardy
jak i arjergardy naszej, zrozumieli zaraz, ?oc nie-
przyjaciel nas otacza. Na otrzymaną wtenczas ko-
mendę: «rozsypać się. - ma każdy w imię Boże,
jak mu przeczucie doradzi, przedzierać się pomiędzy
wrogami, ratując wszakże honor, broń i życie
swoje; następnie ukryć się na trzy tygodnie po-
396
między okolicznymi włościanami; a po upływie po-
wyzszego czasu, otrzymają wszyscy, kiedy i gdzie
ze swą bronią mają się stawić z powrotem, i na
nowo sformowawszy się w oddział, prowadzić dalej
walkę z wrogiem. Dla łatwiejszego zaś przeprowa-
dzenia planu, mają po wyjściu z lasów, przebrać się
za wieśniaków, i wszelkie roboty gospodarcze jako
niby parobczaki u włościan, wykonywać.
Po wydaniu powyzszych rozporządzel1, udali-
śmy się natychmiast. mimo szybko zapadającej cie-
mności, w dalszy, i to forsowny marsz, kierując się
lasem na północno wschód, ku Zagnaliskowi.
Trzeciego dnia po tern, gdym był zmuszony
przedzierać się za granicę, przejezdzając blizko Kielc,
wstąpiłem do znajomej mi dobrze osoby, wysokie
stanowisko UI'zędowe tam zajmującej a za wielce
lojalną przez Moskali uważaną. Z natury swego-
urzędu pozostawała w stosunkach bardzo blizkich
z Moskalami, tak z cywilnymi. jako i wojskowymi.
Dopiero dowiedziałem się od niej z całą dokładnoś-
cią o planie ich, który zmusił nas do stoczenia
hitw i potyczek w ostatnich dniach, z dodatkiem
jeszcze rezultatu starcia naszego w lasach \Vąchoc-
kich, dnia 11 czerwca, o czem ponizej podaję.
Pułkownik Ehrenrot, znany niefortunnie z ma-
nifestacij przedpowstal1czych w Radomiu, ten co
w kilkanaście lat później został był uszczęśliwicielem
z carskiego ramienia Bułgarów, był odkomendero-
wany przez Uszakowa. ze specjalnem poleceniem:
by na czele pułku piechoty, konsystującego w Ra-
domiu, oraz z dodanych pułków, dragOliskiego i ko-
zackiego, a przy pomocy załóg miast i miasteczek
397
w szachownicę wyzej opisaną ustawionych-rozbił
i wytępił nasz oddział, gdybyśmy się wychylili z pu-
szczy Kozienieckiej na pola. "-
Na podstawie tej, jedna z kolumn jego t. z.
.letuczawo otriada , latającego oddziału, ścigała
nas od Bukowna pod Nowe Miasto a następnie
starała się zmusić nas do bitwy pod Rusinowem,
i w jego okolicach otoczyć przy pomocy innych
sił, tej prawdziwej obławy wojskowej na nas. Gdy
zaś to mu się nie udało, wtedy przez rozesłaną na
wszystkie strony liczną swą kawalerję i przerzuci-
wszy oddzielnie działające kolumny piechoty prze-
kątnemi, stosownie do otrzymanych od swej kawa1erji
i licznych szpiegów wiadomości, o dalszych ruchach
naszego oddziału, choć były one tak starannie przez
nas maskowane - forsował nas dalej, ścigając i ota-
czając wszędzie swą jazdą. azeby gdzieś napędzić
na wszędzie zasadzają("ą się na nas piechotę.
Czachowski jednak, na podstawie zawiad omień
urganizacji a przedewszystkiem z kierunku zaska-
kiwań od czoła i ataków z tyłu jazdy nieprzyja-
C'ielskiej - rozpoznawszy, ze 9 czerwca niepodo-
bieństwem było przekroczyć bez klęski na wschód
lraktu głównego od Szydłowca po za Suchedniów,
raptownie zwrócił się z pod Krasnego na zachód,
i przekroczywszy n8jnie8podziewaniej trakt bity
z Koń8kich co Kielc - próbował manewrowaniem
w puszczy Radoszyckiej, omylić czujność wroga,
hy niepostrzezenie przemknąć się na wschód bez
bitwy pomiędzy jego kolumnami, gdy takowe za
nami pójdą. Skoro jednak dowiedział się, ze Ehren-
rot, na wiadomość, ześmy mu się z matni wymknęli,
398
i trakt rzeczony na zachód przekroczyli, cały swój
pułk ściągnął i eszelonomi na przestrzeni niecałych
mil trzech traktu bitego z Końskich do Kielc, po-
między Bob.'zą a Lipią. ustawił - zmienił posta-
nowienie. Pamiętał howiem, ze za nami idzie do
tropienia i napędzania 16 kompanij piechoty Ehren-
rota, mające du pomocy z prawego skrzydła swe.j
nowej linji bojowej, frontem na zachód zwróconej,
załogę miasa Kielc, oraz załogi miast: Przedborza,
Radoszyc, Zarnowa, Opoczna, stanowiące szacho-
wnicę, w którąśmy właśnie weszli, a ktÓre na nas
już z tychże wyszły. Nieprzyjaciel prócz tegl) wysiał
swą liczną jazd, aby taż w urządzoną nową ma-
tnię napędzała: gdyż do tego rzeka Pilica, granicę
zachodnią naszego województwa stanowiąca, hyła
już od nas niedaleko, a znajdujące się na niej mosty
silnie przez niego obsadzone. Nadto okolica 1-'0 za
wymienioną rzeką była bezleśną, linją kolei War-
szawsko Wiedeńskiej przeciętą; i znów tak silnie
przez nieprzyjaciela zajętą. ze tam już w.)wczas
żaden oddział polski nie istniał. Ujrzawszy przeto,
że bitwy juz nie uniknie, a im więcej od wschodu
się oddali, tem większe niebezpieczeństwo dla od-
działu z powodu braku amunicji będzie gro:liło-
zdecydował się wreszcie na takową; dla tego
raptownie znow zwrócił się na wschód, i w punkcie,
w którym najmniej się spodziewano jako pozornie
najgroźniejszym dla nas, to jest w okolicy Bobrzy,
na takową. się zdecydował. Ujrzawszy nas masze-
rujących z Obiągórka pod Bobrzę, Ehrenrot, był już
pewny naszego otoczenia i zniszczenia; dla lepszego
zaś wciągnięcia w matnię. kompanję swej piechoty,
399
co zajmowała mury ku Ćmińsku - cofnął nibyodstę-
pując je nam bez bit\\oy. Tymczasem ściągał na gwałt
resztę swej piechoty, licząc nadto, że w ślad za
nami zjawi się zaraz, na naszych tyłach, wypra-
wiona przez niego jazda; i że na sam odgłos to-
czącego się boju. załoga Kielc. przetnie nam linję
odwrotu. Wszakże omylony sztuką Czachowskiego.
powstrzymał impet swego ataku; gdy spostrzegł, że
obronnością pozycji Bobrzy i małemi z początku
swemi siłami nie daliśmy się złudzić: zamiast
bronić się, atakować go zaczęliśmy, a jakaś część
sił naszych, to jest Rudowski, nieobliczalny w wy-
rosłych żytach, przebiwszy mu tyra1jerski łmicuch,
przeszła na tyły jego; druga znów część, Brlick-
mana, także po kryjących zbożach cofał się obronnie:
trzecią zaś, strzelców, ujrzał dopiero po ponownem
obsadzeniu mUf(}w, co wszystko dało mu przesadne
o nas pojęcie. To wszystko po bitwie dało nam możność
bez żadnej przeszkody trakt hity na wschód pr.le-
kroczyć. a zabezpieczywszy swe skrądła górami
i lasami, groźny odpór naciskowi zmasowanej
jego piechocie stawić, wyrządzając stosunkowo bardzo
dotkliwe straty w jego szeregach. Powiadają, ie
rozfurjowany z rozchwiania jego planów, Ehren-
rot, zaczął wyrzucać Czengieremu jego opó-
źnienie na plac boju, z czę5cią załogi Kielc. Czen-
giery jako już wówczas jenerał, zbeształ E.hrenrota
za to, że chcąc nas sam pokonać, za późno go
zawiadomił o potrzebie wystąpienia. W skutek więc
rywalizacji i wzajemnej ku sobie niechęci, powyż-
szych dowódzców, tą razą katastrofy jeszcześm-
uniknęli, wyrządziwszy wrogowi następne straty:
400
oficerów mol<iewskich poległo 11, podoficerów
i szeregowych 98, oficerów i szeregowych rannych
324; razem 435.
Różnica ta olbrzymia w porównaniu z naszemi
stratami, 6 poległych i 13 rannych, dowodzi, Ceł
mogło było dokazać powstanie dobrze zorganizo-
wane!
O kompanji Rudowskiego, też dowiedziałem się
wtenczas, że przerwa",szy łańcuch tyraljerów nie-
przyjacielskich, w dalszym pochodzie swym na
północ, natrafiła na moczary po nad Nidzicą, i ta-
kowe szczęśliwie przebywszy, znikła w lasach tam-
tejszych, bardzo rozległych. Moskale zaś, co ją ści-
gać chcieli, gdy doszli do moczarów, nie spieszyli
za nimi, gdyz tamci się cofali wciąz odstrzeliwając.
Gdy zaczęli znowuz probować przebyć takowy,
jako starsi, z cięzkiemi swemi tornistrami, oraz
amunicją obładowani, grzęźli w nich, a tymczasem
nasi z za drzew poczęli okropnie ich razić; przeto
ze znaczną stratą zaniechali pościgu, i cofnęli się
do głównych sił. .
W jakiś czas potem, Rudowski, napadł pod
Blizinem, gdzie i 16 marca r. 1.864 drugi raz zwy-
cięzył, na kawalerją moskiewską, nocującą bez
przedsięwzięcia środków ostrożności; gdyż liczyła,
że wszystkie oddziały nasze w tych stronach już
wówczas były zniszczone. Kazawszy podpalić w nocy
karczmę wraz z nocującymi w niej kozakami, przy
łunie jej, zadał uciekającym z ognia, oraz w:5iada-
jącym na koń, co pod murami kościoła ohozowali,
znaczną klęskę. Ale też Moskale wkrótce, pod Uby-
szowem, w lesie, tuz po nad Blizinem, w okolicy
łOI
Majdowa i Pogorzałego, - nad samem ranem znów
napadli na nich spiących i rozproszyli ostatecznie,
przyczem wielu miało paść na placu i dosŁać się
do niewoli.
Tak opisywały ówczesne gazety
Ile zaś było w tym wszystkiem prawdy, oraz
dla czego z bitwy pod Bobrzą samowolnie od od-
działu się odłączył, żyjący dziś rzeczony oficer,
winienby sam wyjaśnić. P. Karlsbad świadczy, ja-
koby Rudowski zszedł z pola, dla tego że nie był
zawiadomiony: dokąd Czachowski poszedł, i że mieli
dostateczną ilość amunicji.
ROZDZIAŁ XX.
11 czerwca.. 1863 r. Otoczenie oddziału
w lasach Wąchockich i zarządzona chwi-
lowa rozsypka.
o godzinie 1, po północy, przebywszy lasy
z pod Szwedów, weszliśmy do Zagnańska, drożyną
obok szpitala parałjalnego. W szpitalu złożyliśmy
naszych rannych a zbudziwszy kilku gospodarzy
wsi, oddaliśmy ich pod opiekę takowych, którą
nie tylko przyjęli, ale jeszcze z rozrzewnieniem
i łzami, całując ręce Czachowskiego, poczciwi ci
wieśniacy, dziękowali mu za położone w nich zau-
fanie. Natychmiast przyzwawszy innych, wszystkich
pomiędzy siebie zaraz rozebrali.
W zruszeni do głębi duszy powyższą sceną,
która się w kilkanaście minul w ciemnościach
odbyła, pomaszerowaliśmy natychmiast dalej, zwra-
cając się traktem bitym na wschód. Maszerowaliśmy
nie całe pół godziny, i zwróciliśmy się z niego na
lewo, na północno wschód, pnąc się drożyną w góry
403
do których wierzchołka okrytego lasem, gdy doszliśmy,
otrzymaliśmy półgłosem komendę:
- Stój! - w miejscu spocznij!
KaZdy z nas, siadłszy na drożynie, zadrzemał.
Tak jest, powtarzam zadrzemał. Boć snem nazwać
nie maZna stanu w jaki zapadają ci, u których
zapas sił fizycznych prawie zupełnie wyczerpanym
juz został. Po jakimś czasie tego spoczynku. zale-
dwie nie całą godzilłę, przebudziło mnie jakieś stą-
panie i chrapnięcie konia; a byłem wówczas do-
wodzącym arjergardą, i umieściłem się na samych
jej tyłach. Zerwałem się więc na równe nogi, są-
dząc, że się kOli któremu kawalerzyście od drzewa
odwiązał i schwyciłem go za grzywę; lecz tu do-
stały mi się pod rękę dość silnie trzymane tręzle.
po czem poznałem, ze ktoś na nim siedzi. - Zmię-
,.;zany, zapytałem się półgłosem: kto to?
Siedzący na koniu wyjaśnił mi, że hył posłmi-
eem od organizacji. To mnie więcej jeszcze zmię-
s7.ało. Dopytywałem się go przeto półgłosem, z czem
przybył i jak mógł niepostrzeżuny przez nasze czaty
kawaleryjskie, następnie wedety a ostatecznie obok
arjergardy naszej kawalerji, aż do szpicy strzelec-
kiej się dostać, nie znając wcale dzisiejszego na-
szego hasła, ani ode7.wu - którędy się więc tu do-
stał? - Zaniepokojenie moje doszło do najwyższego
stopnia, gdy dowiedziałem się, ze jechał prosto za
nami. drogami lit(iremi maszerowaliśmy z Zagnań-
ska. Tymczasem na tej drożynie właśnie ustawione
hyły najgęściej czaty i wedety, za mną zaś stała
arjergarda kawalerji, tylko ze w lesie dawna dro-
zyna zamieniła się w szeroki. w,lny pas, na kt(l-
26
404
rym właśnie spoczywaliśmy; przybył z bardzo wa-
żnem zawiadomieniem do jenerała; z czat zaś, wedet
i kawalerji w ciemności nie zauważył nigdzie, i ni-
kogo o nic nie pytał, ani też wC'd1e- zatrzymywał;
sądził nawet w pierwszej chwilI, że wróg już nas
otoczył, i czaty i wedety cichaczem uprzątnął. -
Dawszy mu się z na7.wiska poznać, zapytałem je-
szcze, co słychać w Zagnańsku? Na co odpowie-
dział. ze nie upłynęło pół godziny po naszem przyj-
ściu, gdy do tegoż wpadły od strony Kielc dwa
szwadrony dragonów moskiewskich; i nie pytając
się nikogo i o nic, pogalopowały traktem na za-
chód, ku Samsonowu. - Tak tedy ogólny sen stał się
przypadkowo opatrznościowym, bo posłaniec bez
hałasu dostał się do nas.
Odszukawszy jenerała, zbudziłem go i Emino-
wicza. Przy zapalonym stoczku, odczytaliśmy do-
ręczoną Czachowskiemu karteczkę. Zawierała ona
powyższą wiadomość, z dodatkiem: że z Kielc Czen-
giery, po północy, z pułkiem moleńskim wyjdzie
na podwodach. aby przeciąć nam 1inję odwrotu.
do Suchedniowa.
Uściskawszy i wynagrodziwszy wysłanego.
ściągnęliśmy natychmiast wedety i czaty, które
wszystkie spały, i wyruszyliśmy w dalszy marsz.
Szarzało na niebie, kiedy wyszli3my z lasów, ku
Odrowążkowi; przeszedłszy po pod takowym,
następnie zwróciliśmy się w prawo, i spuściliśmy
się z gór na trakt główny, z Suchedniowa do Kielc.
Pod karczmą W ysŁępą, w której wszystko jeszcze
spało, a leżącą u samego podnóZa, lasami okrytych
gór Klonowskich, obok zwróciliśmy w lewo, i na
406
północny wschód, przez stare sadyby wsi Łącznej,
podążyliśmy; gdy juz <;łońce wysoko stało, po nad
órami Wzdolskiemi i Łączyńskiemi.
Dziwna a nadzwyczajna jakaś cisza i mart-
wota na około uderzyły nas. Słońce przypiekało już
-silnie, a marsz po pustkach, po drodze kamienistej,
pełnej przerw, wciąz pod górę się pnącej, stawał
się nadzwyczaj uciązliwym. Przeszedłszy zacho-
dniemi stokami gór Łączyńskich a następnie Wzdol-
skich, dosięgaliśmy juz ich wierzchołków. Naraz
traktem bitym z lasów, z po za zachodniego końca
ór K1onowskich i karczmy Występy, wychyliło
się czoło kolumny a następnie i cała, z którą
Czengiery na podwodach spieszył z Kielc, aby linję
odwrotu nam przeciąć. Zapótnił się na nasze szczę-
ście, znów przeszło o godzinę. Ujrzawszy jednak
nas, zsadził swą piechotę z podwód, i ku nam
podązył. My tez, wydobywszy ostatki sił, posuwa-
liśmy się, o ile tylko mogliśmy naprzód od Odro-
wązka samemi polami, wyrosłemi wysoko zbozami
okrytemi.
Z wierzchołka gór W zdolskich, zwróciwszy się
trochę w prawo, spuściliśmy się starym traktem
-od Suchedniowa na wschód, w głęboką kotlinę,
w której dawniej obszerna bardzo wieś, Wzdół, le-
żała. Gdy i ztąd wydobyliśmy się na przeciwległe
nizsze płaskowzgórza, i przez jedną z części kolon-
jalnym sposobem urządzonej tej wsi dalej na wschód
dąZyliśmy - to kolumna moskiewska, ukazała się
juz na dawne.j naszej drodze, za nami, na wierz-
.chołkach gór powyzej rzeczonych.
Obserwując jedni drugich co chwila. posuwa-
16.
ł06
liśmy się naprzÓd. Widocznem się atoli stawało, że-
Moskale mając żołnierza wypoczętego i świeżego
dogonią nas, i doprowadzą do nieuniknionego osta-
tecznego starcia. Zaledwie bowiem minęliśmy rze-
czoną część kolonji, i wsią Leśllą maszerowaliśmy;
gdy kolumna Czengierego wychyliła się już'z do-
liny Wzdo1skiej na płaskowzgórze. Skręciliśmy więc
po przejściu ostatniej wsi w lewo, na północny
wschód, ku kolonji Siekierno, allY przez tę obejść
wierzchołki gór: Sieradowickich, Bronkowickich
oraz Ratkowiekich a co prędzej wejść w lasy Wą-
chockie, za północnemi ich stukami lezące, i temi!
dostać się do puszczy Iłzeckiej.
Zdołaliśmy jeszcze dopaść lasów Wąchockich.
na szczęście zaszanowanych, których drzewostan
był mięszany, gru/'y, zwarty, i gęsto mniejszemi
krzewami podszyty.
(;dyśmy się dobrze już w nich zanurzyli, i ta-
kowe przepołowili, naraz padł strzał z arjergardy,
w której dnia tego maszerowałem. Po chwili lak
krótkiej, że mógł się wydawać prawie jednocze-
śnym, padł i drugi, w stronie awangardy naszej.
Były to więc znaki zapowiedziane nam wczoraj,
przez Czachowskiego, że Moskale z dwóch stron
nas slarają się otoczyć, i że mamy iść w rozsypkę.
Po usłyszeniu powyzszych wystrzałów, gdym się
obejrzał po za siebie, ujrzałem, że kawalerzyści
niedawno przybyli z l;alicji a stanowiący wówczas-
reszto: naszej arjergardy, wydobywszy ostrogami
ostatki sił z niesłychanie zbiedzonych, wychudłych
do niepoznania poprzednio tak pięknych swych
kuni, pędzą jak wiatr na nas, po wązkiej drożynie
407
leśnej, którą maszerowaliśmy nie probując ods trze- .
lić się nawet ścigającym ich dragonom. Zaledwie
zakomenderowałem: Rozsypać się! - i odstrzeliw-
szy się dragonom, skoczyłem w las, w lewo a tu
własna kawalerja. wpadła i tratowała ocięzalszych
naszych kosynjerów, którzy nie zdołali jeszcze wy-
konać powyzszej komendy.
lidy Czachowski wiedział, o ile skompromito-
wany politycznie byłem, w stosunku do Rządu
(.:arskiego, powierzył mi przeto misję zagranicę,
do Krakowa, a to bym w komitecie tamecznym,
wszelkiemi możliwemi środkami wyjednał: dostar-
czenie nam przedewszystkiem amunicji, a jezeli
mozna, to i broni. - Dla tego skoczyłem w lewo,
bo tędy szla moja droga.
Po za sobą, oprócz niewielkiej liczby strzałów,
nie słyszałem wcale okrzyków wojennych lub więk-
szego ognia karabinowego. W niosłem przeto z rap-
townie nastąpioni ciszy, ze nieprzyjaciel rachując
na wielkość swoich sił. jakiem i rozporządzał, nie
zarządziwszy wprzód wzajemnego pomiędzy swemi
kolumnami połączenia dokładnego, za wcześnie zdra-
dził swą bytność z dwóch stron; ze zaś u nas
wypadek ten był juz wcześnie przewidzianym. i
odpowiednie instrukcje podkomendnym wydanemi,
przeto rozsypka szczęśliwie musiała się udać.
W skutek atoli haniebnego znalezienia się z arjer
gardy naszej kawalerji, miałem przeczucie, Ze bez
pewnej straty obejść się ona zupełnie nie mogła.
Przezorność Czachowskiego zrządziła, ze roz-
sypka ta spotkała nas w tern, a nie innem miejscu;
gdyż drzewostał1 jaki lasy te posiadały, był rze-
4(\8
CZywlHcle prawie wyjątkowym a ludność, która je-
otaczała, jedną z najpatł:iotyczniejszych i najza-
rnozniejszych.
Rozsypka nasza wypadłaby bez strat, gdyby
nie popłoch naszej kawalerii z ał:iergardy, który
wyżej opisałem; w skutek niego dragoni dopadli do
tratowanych przez takową kosynjerów i z tych:
4 na śmierć na miejscu zarąbali, a 6 poranili i zy-
jących zabrali do niewoli. Dopiero po raz pierwszY'
nas spotkało. że do niewoli naszych wzięto: reszta
oddziału, zupełnie szczęśliwie rozsypawszy się w
rózne strony, i ściśle trzymając się danej instrukcji y
ocaliła się, i jak kamień w wodę przepadła
Sztandar, furgony z bronią, kosami, oraz ko-
tlarni ocalone :wstały; i innemi stronami, do puszczr
Jłżeckiej przewieziune.
Różni. rózne miejscu tego rozpuszczenia chwi-
lowego oddziału nasJ.:ego nazwy dawali, a to w
miarę jak który opisujący takowe, chciał zaliczyć
do jednej z mnóstwa różnych nazw miejscowości,
po skrajach i wśród obszernych tych lasów się-
znajdujących, i dawał mu jednę z takowych, co
się również i do dawanych nazw róznym stoczonym
przez nas bitwom też w zupełności stosuje.
Z wziętych do niewoli naszych rannych naj-
starszym był dzielny podoficer kosynjerów, (;uzowski y
z War:5zawy. Gdy, gu do Kielc przywieziono, wydał
go starszy podoficer moskiewski, Antoni Turlin, ten
sam, co w bitwie Stefankowskiej do niewoli był
wzięty, a następnie pod Piekłem trzykrotnie wie-
szany, rwał się i ułaskawiony; którego za dzielne
sprawowanie się jego, w bitwach pod Boryą i w
\
409
lasach Bałtowskich uściskaliśmy i obsypali pie-
niędzmi jakich ze szczodrego carskiego zołdu nigdy
nie widział; z którym obchodziliśmy się jak z bra-
tem, i który znikł nam w bitwie pod Rzeczniowem -
otói teraz dopiero dowiedziałem się, ie będąc w kom-
panji Rudowskiego, w powyiszej bitwie, skoczył'
ze swym karabinem w las, a był do tego jeszcze
w <szynelu., i przeszedł z powrotem do Moskali
oświadczając im, ie wydobył się od nas, zabiwszy
przy tem kilku powstańców. Za spełnione to bo-
haterstwo, Moskale awansowali go na oficera. Ten
łotr oskarzył Guzowskiego, ie to on właśnie po-
wiesił własnoręcznie Nikiforowa pod Piekłem, za
co powieszono go w Kielcach.
Drugi nędznik, X. Tomaszewski. tez wyszedł
cało: uciekł podczas rozsypki. - Czachowski miał
rozum, gdy chciał zgładzić tych obu łotrów.
"dr uchodząc w rozsypce, razem z byłym
junkrem wojska moskiewskiego L. S., upewniłem
się, iem wydostał się na tyły kolumny Czengierego
szczęśliwie; postępowaliśmy lasami dalej. w kierunku
południowo zachodnim. Zblizywszy sit; zaś do wsi,
na skraju położonej, udałem się tam do znajomego
mi członka organizacji, ale zupełnie juz bezbronny;
opowiedziałem o wszystkiem, oddając broń do
dyspozycji oddziału. Huszyłem kIJ granicy. (dy
przechodziliśmy koło Łączny. spotkaliśmy idącego
parobka przez ogrody, kartollami zasadzone, które
właśnie kilka kobiet i parę mężczyzn obsypywali,
a ten kłaniając się po chłopsku do kolan. wymówił
pÓłgłosem:
- .lak się kolega ma?
410
W pierwszej chwili nie poznałem go, przeto
zmięszałem się nieco. Po czem wesoło dodał:
- Chwała Bogu! to i nasi nie łatwo mnie roz-
- poznają; skoro kolega ze swym szczególnym wzro-
kiem mnie nie poznał.
Wpatrzywszy się teraz dohrze, poznałem w nim
wczurajszego jeszcze towarzysza broni. jednego z
kawalerzystów, co z (alicji do nas przybył, mło-
dego i przystojnego parobka, z wsi którąśmy wła-
śnie przechodzili, pracującego już we własnem ro-
dzinnem kółku, a chrzestnego syna ś. p. mojej
matki. Jego to z pod Bobrzy, Czachowski, wraz
z drugim, takimze samym kawalerzystą z Bodzen-
ty na rodem. organistę z klasztoru PP. Bernardy-
nek pod górą św. Katarzyny, którzy obaj do po-
wstania zaraz pierwszego dnia wyszli, - odkomen-
derował do spełnienia wyroku śmierci, przez Rząd
Narodowy wydanego, na tiajasiaku, chłopie ze wsi
ra.ina, co w roku 184!) zdradził sprzysięzenie X.
Sciegiennego i takowego schwytanie ułatwił; a za
co rząd najezdniczy medalem i udotowaliem go
potrójnym działem wieśniaczem, we wsi Beczkowie.
wynagrodził. - Wykonanie zaś wyroku odbyło
si tak:
Około godziny lO, w nocy, 10 czerwca, jacyś
'węglarze dostali się do chaty Gajasiaka i nozami,
w obec włani jego rodziny, przebili; co dokona-
wszy, w ciemnościach znikli. Ponieważ gospodarze
wsi, w której stary zbrodniarz mieszkał, stronili
zupełnie od niego, a przytem 'domyślali się !'Ipełnie-
nia na nim tajnego wyroku. prlez wszystkich
z upragniem wyglądanego - przeto wcale nie skwa-
411
pliwie rzucili się w pogoń za uchodzącymi, i ci
uszli Lez śladu na razie.
11ajasiaka odwiezła rodzina do Kielc, gdzie
rząd carski umieścił go w szpitalu, pomiędzy ran-
nymi żołnierzami. Co się z nim dalej stało, czy go
z ran wyleczono, czy tei skończył swój zbrodniczy
żywot -- tego nie wiem. Wyczytałem tylko w dzien-
nikach, pod koniec powstania 1863/4 r. wyszłych:
że Wojciecha Łap, rodem z Łączny i Józefa Pie-
trala, jeieli co do imienia tego pamięć mnie nie
żawiodła, bom go' sobie nie zanotował wówczas.
organistę ze św. Katarzyny - jako podejrzanych
o morderstwo polityczne, dokonane na Gajasiaku,
ąd wojenny najezdniczy, choć im tego nie udo-
wodnił, skazał ich na powieszenie. Ofiarnicy ci bo-
haterscy, zginęli na szubienicy.
Po przejściu gór Klonowskich, podszedłszy la-
ami do jednej z kilku wsi, doczekałem się w nich
zmierzchu, i pod osłoną jego zbliżyłem się do domu
ednego z dawnych mych przyjaciół.
Powitano i ugoszczono nas serdecznie a przy
ich partjotycznej pomocy, po paru dniach pery-
ł!rynacij i zaopatrzeniu nas w potrzebne legityma-
{'je wewnątrz kraju, przeszliśmy Zf' szwarcownikami
granicę, 17 czerwca. i szczęśliwie dosialiśmy się
obaj do Krakowa.
ROZDZIAŁ XXI.
Pobyt w Krakowie, ostatnia wyprawa
zbrojna i zgon Czachowskiego.
Następnegu dnia spotkałem w rynku majora
naszego oddziału, Witolda H.ogójskiego, byłego ofi-
cera inżynierji austrjackiej, w dawny mundur swej
broni jut przebranego, który po serdecznem mnie-
przywitaniu. zwiastował. że wczoraj, o g. 10 rano,
i sam Czachowski przybył do Krakowa. Zaraz też
podobnie jak i ja, odwiedził miejscowy Komitet
organizacji narodowej.
Wódz mój, swym zwyczajem, w casie pobytu
w Komitecie, bardzo się unosił na zawody jakich
doznawał, pl'zez niedość gorliwe niesienie ztąd po-
mocy zbrojnemu ruchowi za kordonem. Nieznający
jego porywczości wrodzonj, jeden z członków ko-
mitetu, podobno Seweryn E1żanowski, zaczął go
reflektować. To tak oburzyło krewkiego starca. ie.
aż się porwał do nahaja, ktÓry .iak wiemy zawSze-
nosił za cholewą.
Pełnomocnik Rządu Narodowpgo, Seweryn .je-
413
'----
\ke, sam mię objaśnił, podczas mej bytności w Ko-
mitecie, ie jest I z niego zupełnie niezadowolony,
i w teraźniejszym jego składzie nie podobna nieść
za kordon potrzebną pomoc bądź w ludziach bądź
w broni czy amunicji; zdrady bowiem są tu na
porządku dziennym, a słuiba narodowa i jednocze-
śnie wrogowi, wcale nie obciążały przestronnych
sumień krakowsko-galicyjskich. Gdy zakordonowi
bracia robili nadludzkie wysilenia, tutaj, z małym
chyba wyjątkiem, patrzano na tę walkę cudowną
jak na szał, warjację, nieszczęście zresztą, ale nie
jako obowiązek święty: protestowania w imieniu
honoru narodu, niewolą zbezczeszczonego, krwią
najszlachetniejszą, rzucaniem wszystkiego na szalę
hazardu dziejowego. - Nic dziwnego przeto, ie
w podobnej atmosferze, i tak dzielny a zasłuiony
patrjota jak S. Elianowski, nieco osłabł, i został
zmonitowany przez Czachowskiego. Gdym go spo-
tkał po tern, i :Moiyłem sprawę z zabiegów moich
w Komitecie na rzecz oddziału i jego zaopatrzenia,
zaśmiał się, słysząc przy tern, że i ja jakoś nie
zupełnie parlamentarnie postępowałem sobie z tą
władzą narodową.
_ Dzielnieś się spisał jak prawdziwy Czachow-
czyk! - rzekł i dodał z dwuznacznym uśmiechem
_ i ja tegoz dnia. tylko rano, o 10 godzinie, tam
byłem...
Podczas pobytu w Krakowie ciągle z sobą
znosiliśmy się. ile razy tylko jaka sprawa wypadła.
Byłem tei obecny przybyciu deputacji chłopskiej
z puszczy Kozienieckiej. którą wyprawili sami wło-
414
ścianie do jenerała, wzywając go, żeby wracał na
powrót do kraju, i dalej prowadził powstanie.
Wielokrotnie słyszałem fałszywe zdania jakoby
u nas lud wiejski hył przeciwny dziełu powstania
zbrojnego; pomijając niezliczoną ilość faktów, tu
pI'Zytoczonych a przeczących temu oszczerslwu,
rzuconemu na palr:iotyzm chłopski - przyoczę
o ile pamiętam, cały ten wypadek. Deputacja ta,
z 2 chłopów, p,"zybyła z końcem lipca do jenerała
mieszkania, u ks. Słolwińskiego w Pijarach, i hędąc
przez niego serdecznie powitaną. oświadczyła na-
stępuj,ące :
Ze wysłaną zoslała z własnego popędu chłopów,
aby mu oświadczyć, że bf'z niego i jego oddziału
bardzo źle dziać się u nich poczyna. Proszą przelo,
aby jak najprędzej <10 nich wracał. i przyprowadził
razem z sohą przynajmniej jakich tysiąc ludzi, dobrze
uzbrojonych i przyćwiczonych w rzemiośle wojsko-
wem. Oni nalomiasl, za jego ukazaniem się, obo-
wiązują się dostarczyć zaraz, na początek, f>()()O
uzbrojonych samych chlopów. Nie chcą oni bowiem
znosić więcej tych «psuhratów», Moskali. i nie mogą
dłużej dopuszczać, by kalali swemi stopami święlą
ziemię rodzinną i prześladowali wiarę świętą.
O broń nie trzeba się troszczyć; ho oni, chłopi,
już ją mają. To samo i co do umundurowania, bo
każdy pójdzie w pole w swem ubraniu. Również
i O prowijanly może być spokojnym, bo gromady,
co ludzi będą wyprawiać, hiorą na siebie i ich
przekarmienie.
Wielce charakteryslycznym był warunek, aLy do
Iłich nie przystawiał żadnych oficerów z «panów»
ł15
(dosłowne); bo ci nawykli zawsze traktować chło-
pów z pogardą lub lekceważeniem. Pójdą bić się,
tylko pod wodzą Czachowskiego i starszych, których
sami wybiorą z gromad. Jenerała rzeezą będzie
wskazywać, gdzie się mają stawić, a ich «tłuc»
Moskali.
Warunek zaś 1000 ludzi dobrze uzbrojonych
na to położyli, 1>0 chcą robić tak jak to sobie po-
stępuje dobry myśliwy, mianowicie: biorąc z sobą
młode psiaki na pierwsze polowanie na grubego
zwierza, zabiera z niemi i stare ogary, aby nau-
czały jak dajmy sobie takiego dzika osadzić na
miejscu. Stare osadzą besię a młode od nich toż
samo się nauczą. Po tern obejdzie się już i bez
starych. - Czyli mówiąc jaśniej, lud prosty, sam
proponował wojnę narodową, t. z. w powstaniu:
pospolite ruszenie, na wspomnienie którego łydki
drżały Moskalom i zdrajcom; bo czy byłaby wy-
grana czy przegrana na ostatku, ale czerniawa
nasza poczciwa wybrukowałaby «świętą ziemię»
swoję od końca do kOlica trupami tak jednych jak
drugich... Znowuż oszczerstwem byłoby innem, gdyby
chciano imputować przyszłej wojnie ludowej jakiś
szelizm galicyjski czy hajdamactwo ruskie: - lud
Korony i Litwy był tak u:;posobin.'1Y 5/.lachetnie
w r. 1863, że racze.ihv sam zycie swoje za cstar57.ą
brać», szlachtę i inteligeneję, położył i ostatkami
z nimi się dzielił a nie dotknąłby się c panskif'go».
_ Ani wynarodowionej przez własny macbjawelizm
(-ialicji, ani rozbestwionej Rusi ludu. nie wypada
brać za skalę do porównania z inllf"ni prowincjami,
gdzie żyje dotąd dusza nieskażl.na prawdziwej
416
Polski, za którą ludność wszystko w ofierze skła-
dała; ale nic na niej nie zarabiała, zupełnie tak
samo jak to bywa z religiją. - Chłopi deputaci,
tak dlej ciągnęli:
Ze gdy jenerał uczyni zadość ich «chłopskiej
proźbie», to wkrótce ujrzy. ze jak Pan Bóg im do-
pomoze w pierwszej bitwie z Moskalami, natenczas
i reszta chłopów rzuci się do broni, którą każdy
sam sobie przysposobi. - «Bo juz przyszedł kres
ostateczny cierpliwości ludzkiej, i wiara oraz ziemia
«święta» - być muszą raz na zawsze od gwałci-
cieli, Moskali, oswobodzone».
PatIjotyczni kmiecie deputaci, po nalezytem
i serdecznem ich podejmowaniu, znikli, i niepo-
postrzeZenie wrócili do swej puszczy, oczekiwać
na swego «ojca», Czachowskiego. - Mozna tu zrobić
uwagę, ze Bosak i TrauguUa Rząd Narodowy nie
mylili się wcale, gdy na podstawie przyszłego po-
spolitego ruszenia rozwinęli byli plan działania
wojennego na wiosnę, r. 1864. Owe dwie linje
czynne, które równolegle do granicy południowej
miały iść obławą na Moskali, w głąb kraju, pod-
trzymywane rezerwą ustawioną w trzeciej linji,
w Galicji - były to rzeczy dobrze obmyslane, które
istotnie mogły być zastosowane dopiero po pół-
rocznej szkole rekruta partyzantki jaką naród Polski
obecnie odbył. Nie tyle tu chodziło o zbrojne od-
działy, które po dwóch trzech potyczkach, mniej
więcej udałych lub nieudałych i rozsypkach, sta-
wały się ostatecznie hu£cami «zbarazczyków» .I e-
remiego Wiśniowieckiego, - ale o lud wieśniaczy,
.zeby go nalezycie zorganizować i oswoić z wybie-
ł17
gam\ ł okrucieństwem wroga. Plac musztry po-
wstańczej dla Polaków otwierał się dopiero na
zgliszczach wsi i miasteczek jak na Litwie zaory-
wanych przez Murawjewa zbója, a lud nasz prosty,
wśród tej pustyni dymiącej, usłanej pokrwawionemi
koŚĆmi bohaterów powstańców, pokazałby, że jest
równiez odważnym, przedsiębiorczym oraz wytrwa-
łym jak hiszpański; tak samo jak obrońcy Czę-
stochowy, i zastępy Czarnieckiego, wymiótłby najezd-
ników za progi swej świętej ziemi. Bo zna on
dobrze stare przysłowie: c Lepiej spalić, dom roz-
walić, niźli wroga chować» .,. Lecz tego nie mf'gli
pojąć patrjoci poznańscy i galicyjscy, mając lud
wynarodowiony, podsuwaniem mu ciągle teorij uty-
litarnych, co kazały patrzeć na ojczyznę jak na
dojną krowę, ale nie ołtarz całopalenia Boga Pol-
ski cświętej». Byli też bezsilni, gdy wyrodki gali-
cyjscy, zapłaceni rublami moskiewskiemi, poczołgali
się do Wiednia, i tam szynkując krwią dymiącą
zakordonowców na kieliszki i kwaterki judaszow-
skie (być może i na strawę krwawą dla swego wil-
czego rodzeństwa? !...) - wykołatali stan uniemożli-
wiający dalsze prowadzenie walki zbrojnej. Wszakże
jeden z nich. zmarły, wielki dygnitarz i hrabia, co
ze strachu płacił podatki narodowe w r. 1863, nie
zawahał sie przecie w r. 1877 stanąć po stronie
aljansu z Moskalami za sztrafy, za zdefraudowaną
gorzałkę w zakordonowych gorzelniach, którego
syn zrenegacił się na szyzmę - a za co cała mo-
narchja stęka teraz od dziesięciu .luZ lat pod cię-
żarem nieznanych dotąd światu uzbrojeń, i Galicja
co dnia drży przed widmem najazdu moskiewskiego,
4L8
co ją miłjonami trupów pokryje i spiętrzy stosami
zgliszcz do Karpat podobnemi?... Tak to mści się
za zbrodnie i głupstwa naszych Targowiczan nemezys
dziejowa! - Ci, coby chcieli przeczyć patrjotyzmowi
chłopa polskiego, niech spojrzą: na unitów podla-
skich, na Litwę juz od pół wieku oderwaną od
katolicyzmu, ,zresztą niech sobie przypomną groźny
ruch ludu Zmudzkiego w powstaniu 1863 r. -
a z pewnością, jeżeli są ludźmi uczciwymi, nie
krętaczami utylitarystami, przyznają mnie słusznoŚĆ.
Cóz innego zresztą było za .lana Kazimierza i za
Kościuszki, tego «świętego» chłopskiego wodza?
Wracając do opowieści o .dalszych losach na-
szego oddziału i jego bohaterskiego wodza, acz l1ie
będę chwalił jego nieuszanowania dla najwyższej
władzy narodowej. przytaczam tu filkt, który do-
wiedzie niezbicie, ze Komitet Krakowski miał wów-
czas az nadto wystarczającą ilość amunicji. dla
udzielenia jej walczącym za kordonem. Amunicji
w Krakowie było dl;) nas az nadto dostatecznie.
tylko brakowało Komitetowi odpowiednij gorliwo-
ści - kto wie? - przy rozpierającej się wszędzie
tu zdradzie, może i dobrej woli?...
Podczas mego pobytu krótkiego w Krakowie.
nastąpiła sławna explozja fabryki tajnej, wyrabia-
nia ładunków dla powstania, przy ulicy Szewskiej.
-W chwili \\ ybuchu znajdywałem się \V rynku.
Domyśliłem się też odrazu, usłyszawszy huk. c
to ma znaczyć. i pobiegłem z kolegami powstar-ł-
cami na miejsce strasznej katastrofy.
l\1łodziez nasza wpadłszy do }Jogorzeli. wynio-
sła z niej dwa trupy bohaterek, panien Kmlikow-
419
kich, które padły ofiarą przy robieniu ładunków.
Tu po raz pierwszy ujrzałem slawną panią Mo-
drzejewską, ktom też do fabryki należała a teraz
rozpaczała nad dwiema ofiarami koleżankami; je-
żeli się nie mylę, to i jej krewnemi. - Dachy i fe-
jermury wszystkich sąsiednich domów czerniały od
powstańczej młodzieży, którd.j inna część, na dole,
wynosiła wszystko z sąsiednich domów pogorzeli
w hezpieczne miejsca od ognia. Z narażeniem wła-
sm'go życia, bez pomocy narzędzi ogniowych, dzielna
nasza młodzież, opanowała straszny żywioł, zanim
nadciągnąć zdołały sikawki i pomoc ogniowa z
zamku.
Mimo grozy położenia, śmiech nas porywał,
gdy młodzież nasza, zbita w jedną kupę, z ognia
i z piwnic sąsiedniej kamienicy wynosiła prochy
i ołowie narodowe jako niby niewinne narzędzia
gospodarcze. Tak z rąk do rąk przelatywały paki
kilkocetnarowe; a na pytania ciekawskich - co
to? - odpowiadano im chórem, że to: mydło,
świece, sery, i t. p. niewinne utensylja lub arty-
kuły handlu. Słowem w mgnieniu oka ta kontra-
banda wojskowa znikła, zanim ją policja odkryć
zdołała. Przybyły przy tern na plac nieszczęścia,
główno komenderujący, jenerał Bamberg, chociaż
widział dobrze, kto ratunek niesie i co ratują, ale
nikogo aresztować, ani też rewidować pak nie na-
kazał. - Tu dopiero nabrałem gruntownego prze-
konania, że wszystko co nam w komitecie mó-
wiono: tak o braku zapasów amunicji jak również
i o niebezpieczeństwie przed czujnością wladzy
wojskowej i policji - było po prostu zmyśleniem,
27
420
.
wykrętem dwuznacznym... Dowód inny następnie-
mieliśmy, gdy rwącego się do boju Czachowskiego,
wyprawiono gdzieś w Sandeckie, do Dąbrówki,.
i przytrzymano tam aż 4 miesiące, pod pretekstem.
formowania dla niego porządnego oddziału w Ga-
licji, w okręgach Sandeckim i Wadowickim.
Wprawdzie, co do amunicji, ocalonej z ognia,
mówiono w komitecie, że była ona przeznaczoną
dla jenerała Zygmunta Jordana wyprawy; ale było.
jej tyle jak to na oko ocenić zdołałem. iz mogła.
starczyć nie tylko na tę, lecz i dla nas wyśmieni-
cie. Zresztą czyż można nawet przypuścić, by ktoś.
przy zdrowych zmysłach i uczciwy powazył się-
wstrzymać amunicją bijących się na linji wojsk,_
dla jakichściś nowoprojektowanych oddziałów?-
Nie; były tu po prostu nowych Targowiczan zdra-
dzieckie rady, by najdzielniejsze powstańcze siły-
rozbrojone wydawać na rze .Moskwie a za co oni
judaszowskie srebrniki od niej dostawali. - Przy-
niesłychanej łatwowierności poczciwych patrjotów
i naszej ogólnej wadzie narodowej - upadania przed
panami, choćby to był wór wypchany sieczką głu-
poty oślej lub śmieciem podłości i łotrowstwa,
stała się podobna machinacja komitetu zupełnie-
możliwą.
Co do nieszczęśliwej wyprawy, Z. Jordana,.
która nam amunicję zabrała i zakończyła się klę-
ską, ostrzegałem komitet zawczasu, że tak będzie.
Podczas bowiem mego przekradania się przez gra-
nicę, naocznie stwierdziłem fakt niesłychanej czuj-
ności Moskali po nad Wisłą, w pasie nadgranicz-
nym, a uniemożliwiająeych fizycznie wygórowaną,
. 421
ofiarność, poświęcenie i wytrwałogć tej najpatrjo-
tyczniejszej ludności, wśród której my, zbiegi po-
wstańcy, obracalIśmy się podczas bytności Moskali
pomiędzy nią jakbyśmy byli w oddziale, w lesie.
Komitet zarządził był, aby w * * * trzymano kilka-
dziesiąt podwód dzień i noc w pogotowiu, dla
wyprawy Jordana, i to trwało już od paru tygodni,
a rządzcy dóbr, p. Rościszewskiemu, dostało się za
to stokilkadziesiąt nahajów od Moskali; wątpić
przeto nie wypadało że najezdnicy doskonale o tern
są powiadomieni. - Moje jednak uwagi wyśmiano,
a nawet zapaleńsi zaczęli wołać: że chyba jestem
szpiegiem, gdy ich od wyprawy odwodzę. Jor,lan
sam, obecny w komitecie, nie ledwo, że mię zfukał
i żadnych przedstawień kolegów nie przyjmował.
Nie ja to jeden mówię, ale wszyscy niemal
żarliwsi patrjoci, że gościnność galicyjska dla po-
wstania 1863 r. była raczej zgubą jego niż pomocą.
W czasie mego pobytu w samym Krakowie, tysiąc
kilkaset powstałiców, i to ostrzelanych, niektórzy
jeszcze co z Langiewiczem przeszli do Glicji, z dnia
na dziełi bezczynnie oczekiwało na rozkaz komitetu, .
przekroczenia na powrót granicy, całemi miesiącami.
1\Iy, cośmy bliżej stali wielkiego ołtarza działalności
patrjotów galicyjskich, widzieliśmy jak na dłoni, że
te wszystkie zwłoki były po prostu naprzód obmy-
ślonym fortelem, żeby na ostatku całkiem unie-
możliwić wyprawę czyli jak to się tutaj mówi: tak
robić, aby nic nie było zrobionego. - D<Jwodem
tego dwadzieścia i dwie większych wypraw z Ga-
licji do powstania, z których tylko dwie właściwie
dostały się w głąb kraju; reszta z, bądź została
27*
422
wyłapaną przez wojska austrjackie na granicy, bądź
tuż przy niej rozbitą i wpartą na powrót, zkąd
przyszła, przez Moskali dziesięćkroć liczniej zgro-
madzonych umyślnie na tym punkcie! - Wprawdzie
Getkemu, pełnomocnikowi R. N., udało się posta-
wić nowy komitet. w Krakowie a do czego i ja .
czynnie ręki dokładałem; lecz to się nie na Vviele
zdało, bo po niejakim czasie, wszyscy dawniejsi
członkowie znowu powrócili do niego.
Podczas gdy więc my kiśliśmy, poprzydzielani
do rozmaitych oddziałów formujących się w Galicji,
ja n. p. byłem organizatorem przy X. oddziale wo-
jewództwa Lubelskiego, oddany pod dowództwo
jenerała Waligórskiego - nasi dawni koledzy z od-
działu Czachowskiego, skoro Eminowicz drogą pry-
watną zdołał amunicję sprowadzić, co też nastąpiło
mniej więcej po trzech tygodniach jak to zadyspo-
nował był Czachowski na odjezdnem, - wnet wy-
stąpili znowu w pole, pod byłym szefem sztabu
a teraz zastępcą nieobecnego wojewody Sando-
mierskiego. Mężny i roztropny, Władysław Eminowicz,
b. oberlejtenant austrjacki, siedząc ukryty w Kró-
lewstwie, dawał baczne oko na tajnie rozkwatero-
wanych swych podkomendnych; w terminie też
oznaczonym, na zbornym punkcie, stanęli i wszyscy
oficerowie: Rudowski, Gro mej ko, nawet Markow-
ski powrócił do komendy, i major Figietty zja-
wił się ze swą kawalerją, której wcale nie roz-
puszczał po jeneralnej rozsypce w lasach W ą-
chockich, ale ciągle z nią krążył niepostrzeżenie
po puszczy nżeckiej, nie zaczepiając Moskali. -
Wypoczęty należycie i odkarmiony a do tego w
łl3
amumcJę podostatkiem zaopatrzony, nieustraszony
oddział nasz, znowu rozpoczął zuchwałą swą walkę
z dziesięćkroć od siebie liczniejszym nieprzyjacielem,
ośmielonym do tego bezkarnem w tym czasie: wie-
szaniem, rozstrzeliwaniem, rabowaniem i paleniem
wszystkich i wszystkiego, co mogło mieć przypu-
szczalnie jakąbądź styczność z powstaniem. Toczyli
bój dalej jak prawdziwi bohaterowie bajeczni, co
to się wcale nie liczą: ani z ilością nieprzyjacieia,
ani najstraszliwszemi innemi przeszkodami i nie-
bezpieczeństwami.
Po sformowaniu się oddziału, Eminowicz. po-
prowadził swoich pod Kowa!ę, i tutaj stoczył świetną
potyczkę, zdobywając cmentarz obsadzony Moska-
lami. Manewrując dalej, stoczył bitwę pod Wirem,
również zwycięzką. Po tem otrzymał wezwanie od
jenerała Kruka-Hejdenrejcha, wojewody Lubelskiego,
i z oddziałem swym uczestniczył czynnie w zwy-
ąięztwach: 4go sierpnia, pod Chruśliną a 8go, pod
Zyżynem. Ztąd spólnie z Ruckim i innymi należał
do wypędzenia Moskali z Chełma, i chwilowego
obsadzenia tego miasta przez siły zbrojne narodowe.
W dalszym ciągu krążenia orlrlzia,lu po Lubelskiem,
połączywszy się z Lelewelem i Cwiekiem. należał
do wielkiego zwycięztwa nad Moskalami pod Pa-
nasówką, 4go września. zkąd zawrócił napo wrót
w granice swego województwa, i dla tpgo nie był
obecny w klęsce pod Batorzem, 6go t. m., gdzie po-
legł niezrównany Borelowski czyli Lelewel. - Po
niejakiem manewrowaniu, niepostrzeżony przez nie-
przyjaciela, przeprawił się przez Wisłę. i znowu
osiadł w puszczy Iłżeckiej.
424
Należy tu dodać jeden szczegół, który powta-
rzam za innymi, choć za jego prawdziwość nie
ręczę. Zdarzył się więc wypadek, że w bitwie pod
Wirem, sztab cały z wodzem był podejmowany
we dworze, którego dziedzicem był niejaki Do-
mański, pensjonowany urzędnik moskiewski, uży-
wający podejrzanej sławy w ogóle. Otóż po skoń-
czonej bitwie, wszyscy ci, co byli na śniadaniu we
dworze, raptownie podostawali kurczów i wymio-
tów, zupełnie jak po zazyciu trucizny. Musiała to
jednak nie być trucizna a po prostu zepsuta wę-
dlina, Lo choćby jeden przecie umarł, a znowuż
jak to wiadomo powszechnie, organizacja narodowa
nie puściłaby płazem podobnej zbrodni zdrajcy, i
jeżeli strycżek, to sztylet by go nigdy nie minął.-
Zanotowałem ten wypadek, dla tego że jest on
jedynym w ciągu całego powstania, w szeregu roz-
maitych zbrodni o jakie posądzano podejrzanych
w wierności sprawie narodowej.
Nastąpiła pauza w działaniach wojennych,
w czerwcu i lipcu, spowodowana nie tyle terro-
ryzm£ln łotrów Bergów i l\Jurawjewów oraz ich
opryszkowskiej armji, ile raczej głupiemi a nie-
patrjolycznemi machinacjami napędzonego Rządu
Narodowego z cbiałych», który się rozsiadł w Kra-
kowie. i dalej zamącał wszystkim głowy swą tchó-
rzowską polityką: dyplomatyzującą z wojną i wo-
jującą dyplomacją oraz jakąś chorobliwą manją
naciągania struny moralnej w narodzie, zamiast go
wszyslek popchnąć do boju. - Zresztą upadł i
następny po nim, terrorystyczny Rząd N., a 17go
października: nastała tajna dyktatura Traugutta,
425
'która gdyby była zastąpiła Langiewiczowską na
początku powstania, to onoby niezawodnie dotąd
.stało w całej sile, jeZeli jui nie zwyciękie, to przy-
najmniej dobrze zorganizowane. - Zelazna siła
woli dyktatora Litwina, urodzonego o miedzę z
gniazdem Kościuszki, natychmiast wprawiła w ruch
prawidłowy wszystkie siły powstańcze, a właściwie
resztki ich ocaliła przed intrygami zdrady wewnę-
trznej, nowej Targowicy, zuchwale już teraz gospo-
darzącej, i daleko skuteczniej nas pobijającej niż
carscy zbóje, w mundurach cregularnych- na
grzbietach i takąi cregularną- drżączką w łydkach:
ile razy się z gołym, bosym, lecz z kawalkiem
ielaza w garści i paru ładunkami w kieszeni cmia-
tieznikiem-, Polakiem spotkali. - Podczas tej to
pauzy w powszechnym ruchu zbrojnym narodu,
pokazało się, ze rdzeń jego szlachetna, niezepsuta
i niespodlona - była okrucieństwami carskich
zbójów oprawców raczej podniecaną do nowych
wysiłków bohaterskich nii niemi przerazoną ; za-
'częła też cudów waleczności większy<;h nii dawniej
.dokazywać na polach: Chruśłiny, Zyżyna, Pana-
sówki. Wojna ludowa, pospolite ruszenie. wisiało
w powietrzu. - Nie mogąc powtórzyć sztuki am-
nestji kwietniowej z dyktaturą Langiewiczowską,
nowi Targowiczanie, wydając jedną ręką. za ple-
.cyma, bohaterów pod stryczek i kule nieprzyjaciela
podłego - drugą wyciągnęli jawnie, wciąając do
kapuańskiej Galicji i Poznańskiego resztki obroń-
ców Polski wojującej, by ich zaraz wrzucić potem
do lochów Ołomuńca i 1\loabitu. - Grę tę dosko-
.nale zrozumiał Traugutt, boć przecie był w ścisłych
,
426
stosunkach z Czartoryszczyzną i całą arystokracją...
i dla tego zaraz pchnął w ruch zwabione po ka-
puańsku zagraniczne siły powstałicze. - \V skutek
tego i Czachowskiego oddział stanął gotowy d
przekroczenia granicy w lasach Szczucińskich, w oko-
licach Baranowa, \V dwa dni po objęciu rządów
przez Traugutta.
Oddział ten w liczbie; 700 piechoty i 100 ja-
zdy, przekroczywszy w nocy Wisłę w bród. pod
Baranowem, d. 20 października, po zwycię;:kiej
utarczce z załogą najezdniczą m. Osieka, co mu
usiłowała drogę zastąpić, ale musiała uciekać 1.I'zed
nim - następnie posunął się o mil 3 w głąb kraju,
i tu, pod Rybnicą, spotkawszy juz przygotowaneg
nieprzyjaciela w jeszcze większej sile, w polu, miósł
go i rozpędził. - Tu nastąpił błąd strategi ;zny
Czachowskiego. Nie czekając bowiem rozwiązania
bitwy tej, zabrawszy tylko z sobą kawalerją. 100
koni, razem z naczelnikiem powiatu Sandomierskiego-
Skotnickim i dowódzcą jazdy, J. Prendowskim, nic-
nie opowiedziawszy się swej piechocie,- która pod
majorem Lewoczym biła się, zszedł z pola, i szy/,ko.
pomaszerowął w głąb kraju, ku Iłzy.
Na mój sąd, znając nawyczkę Cza(;howsl,iego'
krycia się do ostatniego ze swemi planami. pl'zy-
puszczam, że to uczynił tak samo jak z nami. sh'zel-
cami, pod Bobrzą i Rzeczniowem, będąc tego Pl'ze-
konania, iż ślad zgubiony piechota odnajdzie i przy-
łączy się znowu do niego. Mogła była być i inna
rachuba, rzucania na próbę wytrwałości młodego
20łnierza; ale tą razą zakończyło się to wszystko
straszną klęską naszych. Po Lilwie bowiem, wie-
427
czorem, choć spostrzezono zniknięcie dowódzcy
z placu, zwycięzki oddział zamierzył dalej iść w głąb.
kraju; nie znając jednak dobrze pozycji i nie ma-
jąc dokładnych informacij, co do rozkwaterowania
nieprzyjaciela, zamiast rzucić się na północ, ku
Iłzy, postanowiono maszerować na zachód, ku Jur-
kowicom, gdzie właśnie stał sztab moskiewskiego,
Kostromskiego pułku piechoty, i dokąd przez noc
zbiegały się wszystkie najezdnicze siły okoliczne.
Nieszczęście chciało. ze w dodatku w nocnym mar-
szu gdzieś się zapodział dowódzca Lewoczy ze 4(}
podkomendnymi, a walecznych nie było komu upo-
rządkować, gdy weszli w sam środek hord najezd-
niczych. - Dzień 21 października zastał ich posu-
niętych o 1 1 / 1 mili, pod Jurkowicami, gdzie się
przeprowadził ostatni bój tej garści walecznych..
zalanej dokoła dziesięćkroć liczniejszej tłuszczy na-
jezdniczej siłami. Zasypywani gradem kul najezd-
niczych, padli niemal wszyscy nasi: bądź jako za-
bici, bądź ranni, a niewielka tylko część uszła
z placu boju na powrót, za Wisłą.. Grozą świętą
atoli i czcią najwyższą przejmuje postępek boha-
terskiego kapitana Rosnera, b. oberlejtnanta armji au-
str.iackiej a syna doktora Rosnera z Rzeszowa,
który z HO swymi powstańcami zamknął się był
w owczarni, i rozpoczął obronę straszliwą. Boha-
lerski ten oficer, ze swą garścią walecznych. usłał
był wał z trupów najezdników na około owczarni,
lak ze ci przerazeni podpalili budynek racami, i nie.
śmieli do niego się zblizyć, bo jeszcze z płomieni
buchających owczarni padały na nich śmiercio-
nośne strzały. Nikt nie poddał się żywcem, wszy-
.ł.
428
"Scy płonęli w ogniu, a ręka wroga nie dotknęła
nawet ich zwłok świętych!
Rząd narodowy oddał był całą tę sprawę pod
sąd wojenny, ale zanim ten ją rozpatrzył, poginęli
wszyscy główni uczestnicy' wyprawy Jurkowickiej.
- Nie podobn przy tern nie oddać tu pochwały
b. oficerom austrjackim: bądź to Niemcom, Węgrom
czy Polakom, którzy przystępowali do powstania
naszego w r. 1863. Z nic nieznaczącemi chyba wy-
jątkami, odznaczali się więc oni wszyscy: nadzwy-
czajną brawurą, męstwem, taktem i wiadomościami
wojslwwemi. Byli oni przeto nietylko podziwiani
przez ludność miiscową, ale i uwielbiani przez
kolegów broni. - Walka o wolność porywała wszy-
stkie szlachetne zywioły. choćby jak się zdawało
zostające politycznie w niemozliwym do niej sto-
sunku, niestety, nie mogła ona tylko porwać na-
szych braci Słowian. IJO, i zapewne ich sprzymie-
-rzeńców - naszych Targowiczan...
Czachowski tymczasem, zmyliwszy pościg, do-
tarł do Iłzeckiej puszczy, i znalazł tam swój dawny
oddział; ale Eminowicz nie uznał juz teraz nad
sobą jego zwierzchnictwa. Pomijając zdobycie roz-
leglejszej sławy na polach walk zwycięzkich innego
juz województwa, oraz daleko staranniejsze zaopa-
trzenie oddziału we wszystko, Eminowicz i jego
podkomendni, ze stanowiska czysto wojskowego,
byli zupełnie w prawie postąpić tak ze swym by-
łym wodzem; skoro ten az 4 miesiące przebywał
za granicą i następnie, popełnił tak straszny i nie-
.dodarowania błąd jak pod .I urkowicami.
\V powstaniu tłukła się w naszych szeregach
429
. jakaś mara studenckiego koleżeństwa i staroszla-
checkiego poszanowania urzędu narodowego, wła-
snowolnie wybranego; - owóż to wszystko skła-
dało się na to, że Eminowiczowi miano po tern za
złe jego ścisłe, prawdziwie wojskowe zachowanie
się z dawnym swym dowódzcą. Ta_ to mara nie-
szczę!'iliwa, choć z jednej strony bardzo poetycznie
wystawiająca nasz charakter narodowy w ogóle-
popełniała massę błędów, które zasadniczo roz-
sadzały wewnętrzny organizm spiskowo wojennej
machiny powstańczej. I tak, jeżeli z jednej strony
dziecinne koleżeństwo posuwano, szczególniej w sfe-
rach wyższej hierarchji narodowej, aż do śmie-
szności piętnowania mianem denuncjacji: ostrzega-
nie gorliwszych patrjotów przed zdradą główną
w zarodzie, - to z innej strony również skwapli-
wie podawała dłoń kożuchowemu patr:iarchalizmowi,
co jak wół czy baran gospodarzył na grzędach na-
rodowych, obsianych mądremi i sztucznemi roślin-
kami strategii i polityki powstańczej. - Wszyscy
nasi więksi politycy wołali o potrzebę rozgrzania
ducha w narodzie a tymczasem nie rozumieli tego,
że stan ten dopuszcza pewien rodzaj zawrotu głowy,
w dodatnim kierunku, który wtedy porywa z sobą
nawet słabe lub i całkiem nęd7.ne natury. Ludowe
przysłowie uzmysłowiło tę prawdę, słowami: - «dla
kompanji dał się cygan powiesić; ale o tern wła-
śnie owi nasi paryści egzaltowani, co stanęli byli
na czele ruchu powstańczego, słys;leć nie chcieli,
i dla tego nieświadomie burzyli jedną ręką, to, co
drugą wznosili. - Na ten raz jednak stało się za-
.dość prawdzie, i Czachowski, gdy Moskale znowu
430
rzucili się za nim w pogoń, dowiedziawszy się, że-
uszedł cało z pogromu Jurkowickiego, - opuścił
Eminowicza ze swą kawaler ją, uchodząc za Wisłę,
w Lubelskie.
Po zrobieniu tej dowersji, mającej na celu
zmylenie pościgu Moskali, Czachowski, znakomicie-
powiększył swój oddziałek konny, bo blizko w ty-
dzień po tern miał już 160 koni. Z tą siłą prze-
prawił się napowrót w Sandomierskie, koło Solca,
i na Lipsko podążał znowu ku Iłżeckiej puszczy.
Ludność po drodze wszędzie witała z zapałem
swego starego bobatera, nie zważając na tłoczącego
się zewsząd nieprzyjaciela. Z Lipska, już ścigany
przez Moskali, szedł na Krępę dolną i w Krępie
górnej, z 25. na 6 listopada, zanocował z oddziałem
we dworze, zakazawszy ludziom od koni odcho-
dzić, które od bramy wjazdowej po pd bu<1ynkami
były karmione osiodłane. Widety były do koła po-
ustawiane w najlepszym porządku.*)
Nad ranem, jeszcze nie dniało, a już oddział
kończył śniadanie i miał siadać na koń - gdy na
raz padł strzał na widecie. Wszyscy skoczyli na
równe nogi, by biedz do koni. Czachowski wszakże
pozostał spokoJny, i na raport dyżurnego, odpo-
wiedział:
- Niech go kule biją! a to któryś musi być.
co do swoich strzelił ?..
*) Opowiadanie o zgonie Czachowskiego podaj'} ze
slów p. Augusta Charzewskiego, który służył w jego od-
dziale w tym dniu, i ciężko ranny dłuższy czas leczył 8i
w poblizu, aż lIa ostatku uciekł za granicę.
431
Zaledwo jednak te słowa wymówił, padł drugi
15trzał, i w ślad za nim wleciał cwałem na dzie-
dziniec widetowy, donosząc: ze nieprzyjaciel zabił
jednego a on, drugi, oznajmia o wielkiej sile z jaką
się ku dworowi posuwa. Czachowski z ganku wy-
dał komendę - na koń, formuj się! - A zanim
dosiadł konia, zakomenderował znowu - stępą,
marsz! - Komendy te wypada podać dosłownie,
bo w nich zawiera się cały akt oskarZenia winnych
zgonu naj dzielniejszego z partyzantów powstania
1863 r.
Jadący wszakże na czele swego szwadronu,
przed lszym plutonem, rotmistrz Jan Prendowski,
zaledwo się z bramy wysunął, pomknął cwałem
a za nim i podkomendni, skręcając ku sąsiedniemu
lasowi. Prócz czwartego plutonu, przed którym
jechał sam Czachowski, reszta plutonów, wszystkie
umknęły w ślad za pierwszym, prowadzonym przez
swego rotmistrza. Tymczasem stary wódz prowa-
dził dalej stępą swój pluton, manewrjąc nim
widocznie w ten sposób, aby umożliwić innym
ucieczkę. Lecz powolność ruchu jego sprowadziła
szkodliwy fakt - światłości dziennej, przy której nie-
przyjaciel coraz lepiej poznawał z jaką to tylko
garstką będzie miał do czynienia, i dla tego coraz
żwawiej doganiał ją, oskrzydlając zewsząd.! Ma.fąC\
widocznie jakiś fortel partyzancki w głowie a przy
tern będąc pewny, że po pod lasami kryje się juz
piechota nieprzyjacielska, C7.achowski, skręcił na
czyste pole, należące do Wierzchowisk, majątku
córki jego, p. Leszczyńskiej. Dochodził właśnie do
ruszy polnej, gdy nieprzyjaciel już w rozwiniętym
43
szyku zaczął atak na niego z dwóch stron. Wódz
powstańczy stanął, i uformowawszy ze swych 40
walecznych kare, dał ognia z karabinków na na-
cierającego nieprzyjaciela, po czem rozwiną wszy
się, rzucił się z nimi na przebój. Ale i to nie mogło
się udać; bo Moskale dziesięćkroć liczniejsi, a do
tego prowadzeni przez takich wprawnych dowodz-
ców jak słynni żołdacy rabusie: Miedianów i Assie-
jew, obaj Czerkiesi, obskoczyli do koła, tak że nikt
ujść nie mógł, i tylko myślał jak drożej swe życie
sprzedać. -- Wszyscy już prawie padli, pozostał
jeszcze prz} życiu bohaterski wódz powstańc/.y,
który po zabiciu mu konia i otrzymaniu ran, zdołał
jeszcze odskoczyć pod gruszę, szerząc dalej śmierć
i kalectwo w szeregach wrażych.
Co który Moskal skoczył pod fatalną gruszę,
to go wnet strzałem z rewolweru strącał z siodła
dzielny starzec lub ciął krzyżową sztuką. Dragoni
i kozacy widząc wał trupów swoich. przed boha-
terem powstańcem, nie mogąc konno szarżować
pod gruszą, zaczęli zeskakiwać i hurmą lecić na
niego. Ale straszliwe, po fechtmistrzowsku zadawane
cięcia i pchnięcia, wnet ich precz z pod gruszy
wypędzały. Wtedy to jeden z wachmistrzów nie-
przyjacielskich strzelił z boku do strasznego pow_o
stańca, i trafiwszy go w głowę, trupem na miejscu
położył.
Tak naprawdę skończył po rycersku, boha-
terski wódz powsta,nia Sandomierskiego, jenerał Dy-
onizy Czachowski. I Wieczna pamięć żyć po nim
będzie u ludu mi ejs cowego, boć naprawdę trudno,
aby najbujniejsza fantazja potrafiła stworzyć poe-
433
tyczniejszy charakter starca rycerza patr:ioty, co
nawet swym zgonem sławnym usiłował dźwignąć
wysoko honor narodu, przezeń reprezentowanego.
Na takich tylko olbrzymach duchowych dźwiga
się gmach niepodległości narodowej, niebacznie
uronionej.
O zgonie Czachowskiego błąka się i inna wersja,
mianowicie: że ranny, broniąc się, na ostatku strza-
łem z rewolwera odebrał sobie życie. Opowiadanie
to wszakże wyszło od Moskali, którzy hyli niby to
świadkami zgonu jenerała; lecz tutaj do świadectwa
rannych naszych, przybywa i fakt bronienia się
jego na pałasze a co mogło tylko nastąpić po wy-
strzelaniu całego rewol wera, oraz że cały ten epizod
walki trwał zaledwo może kilkanaście sekund. -
Do rzędu podobnychże opowieści należy podanie
jakoby to watażkowie carskich opryszków umun-
durowanych: Miedianów i Assiejew, porąbali byli
trupa bohatera powstańczego. Nie potrzebując wcale
bronić tych cyganów carskiej psiarni umunduro-
wanej, którzy jak psy pijawki zapisali się naj-
krwawszemi i najbrutalniejszemi. czynami - jako
mordercy, złodzieje i infamisi pod koniec naszego
powstania, z r. 1863-4, dosyć będzie prostego
zastanowienia, by zrozumieć, że im wiaśnie cho-
dziło najwięcej o zachowanie w całości trupa bo-
hatera, aby go potem obwozić pomiędzy ludem, na
pokaz; porąbali go «sołdaci.. moskiewscy, przez
zemstę za pobicie tylu im ludzi, bo na prawdę
w chwili walki nie wiedzieli, z kim się to właśnie bili.
Do prawdziwie historycznych faktów należy
zarządzenie najezdniczych władz zaliczyć, które.
434
'I
t
trupa Czachowskiegu, kazały obwozić po okolicznych
miastach i wsiach, gdzie go dobrze pamiętano.
Ciało przeto naszego bohatera było: w Siennem,
w Grabowcu, w Iłży, Skaryszowie, aż na ostatku
-obwożono je po ulicach Radomia, pokazując ludowi.
- Oto wasz Czachowski! oto wasz król Polski!
- krzyczeli Moskale, pijani tryumfem pokonania
naj straszniejszego swego przeciwnika.
Zaiste w słowach tych najezdników prosiaków
była spora doza prawdy, gdy zechcemy sobie uprzy-
tomnić postacie takich: Kazimierzów odnowicieli,
Łokietków, Janów Kazimierzów, którzy partyzantką
musieli zdobywać na powrót utracony tron. Po ga-
wroniemu otwarte usta barbarzyńców odsłaniały
tajemnicę trwogi ich, że i obecne powstanie mogło
było jedno wskrzesić królestwo Polskie; ale nie ża-
dne tam innejakieii faramuszki naukowo organiczne,
'Co to przez tłusty brzuch obżartucha i zniewieś-
ciałość zgnilaka eleganta, kanałem cuchnącym do-
brobytu, zamyślają wskrzesić byt niepodległy pań-
stwa polskiego. Z krwi i kości tylko takich Cza-
chowskich oraz jego towarzyszy bohater:5kich, cud
wskrzeszenia bytu politycznego narodów jest mo-
żliwy. - Moskale przeto szydząc z nas, patrjoty-
czniej postępowali niż nasi panowie uczeni i sta-
tyści, co to głoszą: że «czapką, i papką» (bo już
«szkapki» tradycyjnej nie siało...) wytumanią na
wrogach Polskę od morza do morza, zapewne, po-
dobnież jak i żydzi, co to tańcząc przed księycem,
myślą, że zdobywają napo wrót swe królestwo
..J udzkie ? 1...
Patrjotyczni mieszkańcy Radomia jak ewange-
\
\
43:;
liczny Józef z Arymatei, naturalnie za grubą opłatą.
Moskalom, dostali zresztą jego ciało, i uczcili je
uroc-ł;ystym pogrzebem! Smutny ten obrządek odbył
się przy niesłychanie licznym udziale ludności miej-
scowej i okolicznej na cmentarzu para(jalnym Im-
tolickim. Pomnika Moskale nie pozwolili p05tawić,
ale pamięć jego żyć wiecznie będzie między ludem.
dla którego stał się on ideałem patrjoty i rycerza
niepodległości. - Czy i tę pamięć zdołają wyglu-
zować z umysłów prostaczków nasi panowie, co to
zjadaniem pasztetów i marcypanów a chowając się
w mysie nory przed śmiercią walecznych, myślą
im zaimponować? - Sądzę, że tego nie dokażą,
chociażby jeszcze dziesięć razy tyle sprowadzili:
Szujskich, Tarnowskich, Płoszczańskich. Bohrzyń-
skich, Naumowyczów, Moszyńskich, Walewskich,
Lisickich i oraz rozmaitych innych bazgraczy, ga-
dzinowemi rublami tuczonych...
Krótko mówiąc: gdyby Polska, w r. 1863. cho-
ciażby przy jakiem takiem uzbrojeniu i opatrzeniu
w amunicję, miała po jednym takim Dyonizym
Czachowskim, na każde województwo - to do chwili
jego zgonu, jużby z pewnością noga moskiewska
nie postała na ziemi polskiej. - Nie żadna to prze-
sada, ale święta prawda mówi przez me usta;
zrozumiała zresztą dla każdego, co zechce sobie
uprzytomnić nadludzki zapał i męstwo .iakie ozy-
wiały zabór moskiewski, podczas wiekopomnego
powstania styczniowego. Nie uczonych, baletników
lub śpiewaków dajcie Polsce, ale takich Czachow-
skich, a stanie ona wnet.: bo cBóg zwycięztwa
wtedy tylko swej łaski jej użyczy!
23
łS6
Właśnie wtenczas przypadła była reorganizacja
całego powstania, podług regularnych armij podzia-
łów, którą jenerał dowodzący silarni zbrojnemi le-
wego brzegu Wisły, Józef Bosak Hauke, przepro-
wadzał obecnie; otóż i dawny oddział Czacho-
wskiego przestał istnieć, chociaz komendantem tej
nowej taktycznej jednostki, co zawierała w sobie
większą część dawnych mych towarzyszy, pozo-
stawał zawsze jeszcze Wł. Eminowicz. Sztandar
tego jedynego oddziału znajduje się w muzeum
Rapperswylskiem. Śmierć Czachowskiego i zniszcze-
nie bohaterskiego plutonu jego jazdy, podburzyły
opinją przeciwko Eminowiczowi; może jednak nie
całkiem słusznie, skoro zaczniemy się zapatrywać
na wypadek ze stanowiska sztuki wojskowej. Emi-
nowicz został usunięty od komendy za tę stralę..
Czy jednak słusznie? Ale niedługo było tych dąsów
opinji, bo już w walce pod Opatowem, 25 lutego-
1R64 r., idąc w szeregu ulicą, zosŁał śmiertelnie
ranny, ukryty skończył zycie w niewiadomem miej-
scu - padł i len bohater, którego wykołysał gród
Podwawelski. - Kraków śmiao może być du-
mnym, że wydał ze swego społeczeństwa takiego.
Władysława Eminowicza, jednego z na.iwylrwalszych
rycerzy powstania i niezrl)wnanego planisty, który
system CzachowsKiego mamlenia l\loskali dopro-
wadził hył istotnie do artyzmu.
Z Czachowczyków lIowolJoformowanemi od-
działami dnwodzili do końca powstania: Gromejko.
i Rudowski, a ten oslatni jeszcze 16go marca
1864, zadał był ciężką porazkę Moskalom pod
Blizinem. - To samo trzeba powiedzieć i o sła-
437
wnym oddziale, niezaprzeczenie najgenjalniejszego
partyzanta z r. 1863, Chmielińskiego Zygmunta,
którego kadry pierwotne stanowili przeważnie Cza-
chowczycy, po rozpuszczeniu ich w lasach Wą-
chockich, gdy luzem się błąkali jeszcze. Nie brakło
ich i w posągowym oddziale Mareckiego, w Lubel-
skiem, co w ostatniej bitwie większej, pod koniec
marca 1864, krwią swą szlachetną zapieczętował
zakończenie orężnej walki styczniowego powstania,
wstępnym bojem prowadzonej. - Zresztą pod ko-
niec powstania, gdy żołnierze rozprószeni umyślnie
czy też przewagą sił nieprzyjacielskich szli w świat,
to dla tego tylko by się wnet w innem miejscu
skupiali, i zaraz na nowo walkę orężną rozpoczy-
nali; serdecznych też towarzyszy moich kości ubie-
liły zapewne całe wzdłuż i w poprzek wielkie po-
bojowisko, za jakie trzeba było wówczas uWaZać
Polskę od morza do morza czyli tę, którą oręż
Chrobrego i mądrość Jagiełły stworzyły, na chwałę
cywilizacji a na postrach jej wrogom i burzycieiom.
Z tych kości białych legł pokład mogilny nad
Ojczyzną trójjedynego narodu, a na nim przeczysta
ich krew purpurą zapisała bohaterskie dzieje walki
ośmnastomiesięcznej narodu nie uzbrojonego z naj-
straszliwszym potworem zdobywcą, stokroć silniej-
szym liczebnie, a wrogiem śmiertelnym wszelkiej
wolności i rzetelnego postępu. Sen ich wiekuisty
będzie wciąż wywoływał - tylko nie złudne, lecz
prawdziwe obrazy - u żyjących na ziemi Polskiej,
Litewskiej i Ruskiej jak to się kocha . rzeczywiście
Ojczyznę i jej wolność niepodległą. Swiatłość zaś
dziejowa, którą wywołali swym zapałem szlache-
218*
438
tnym, będzłe ich opromieniała i na tamtym SWlecle
jako tych, co się na ziemi najlepiej zasłuzyli, bo
krew swą z oręzem w dłoni wylali do ostatniej
kropli za niepodległość swej ojczyzny. Wiecznemu
ich odpoczynkowi towarzyszyć będzie przeczysty
dźwięk miecza archanielskiego, rzuconego na szalę
sprawiedliwości dziejowej, który nigdy nie da ustać
walce dobrego ze złem, cnocie i wolności z nie-
wolą i zbrodnią na ziemi.
I zaprawdę tak być musi, albowiem narody
są ustanowieniem bozem a kto ich broni, ten się
staje sługą Przedwiecznego, godnym czci i nagrody
najwyzszej, tutaj i na tamtym świecie. - Polska
o nich wiecznie pamiętać będzie.
Na zakończenie musiałbym parę słów o wła-
snych losach dalszych coś dodać. Ale jak było
maluczkie stanowisko moje w powstaniu, tak jeszcze
mniejsze obecnie zajmuję. Nic tez ciekawego nie mam
do dodania, chyba tylko to, ze byłem świadkiem
czynnym w dwóch wyprawach zbrojnych za kordon:
jenerała Waligórskiego i pułkownika Dąbrowskiego,
które się obie nie udały a dowiedły prawdy tego,
com na kartach niniejszych wspomnień o Galicji
powiedział. - To trudno, gdzie duch ostygł, tam
musiał i zmaleć, jezeli nie całkiem skarłowaciał-
a na takim gruncie nie podobna było budować
prac, odmierzonych olbrzymią dłonią Boga... podług
zasług wielkich i gorących jego czcicieli...
W pawie piórka stroić się też nie myślę: owóz
nie będąc człowiekiem pióra, uprosiłem kolegów
broni i niem wprawniej władających, aby mi w li-
terackiem obrobieniu niniejszych wspomnień dopo-
..
439
mogli po bratersku; ale co do części historycznej,
gdzie sam byłem czynny, to wszystko zebrałem
z mej pamięci i ułozyłem, nie uciekając się do
pomocy niczyjej, zwłaszcza strzegłem się jak
morowego powietrza moskiewskich źródeł histo-
rycznych o powstaniu 1863 r., które ze zgrozą
i oburzeniem największem widzę, ze weszły u nas
w modę, chociaz są one wszystkie stekiem bez-
czelnych łgarstw i naj śmieszniejszych bajek, prócz
chyba dat jednych: dni i roiesiąców. Oprócz tego,
Galicja i Poznańskie, zwłaszcza to ostatnie, stwo-
rzyły u siebie za ruble moskiewskie całą szkołę
potwarców powstania styczniowego; - otóz i na
tych powagę: nie tylko się nie oglądałem nigdzie,
ale miałbym za wstyd dla siebie wprowadzać łaj-
dackie te baz gry do jakichhądź prób porównaw-
czych, tego co tu z I,:eligijną czcią prawdy podałem.
Napisałem zresztą te Wspomnienia, aby ulzyć
sumieniu swemu oddając piórem nieudolnem hołd
pamięci winnej prdchom moich bohaterskich towa-
rzyszy broni z r. 1863- 4 i wiekopomuej sławy
wodza naszego, skoro widziałem, ze nikt wpraw-
niejszy odemnie tego się dotąd nie podjął.
Rzucam na ostatku ten szelązek mój wdowi
do skarbnicy dziejopisarstwa narodowego, w na-
dziei: ze wielce uczeni nasi, urzędowi historycy,
zajmą się dziejami najzywotniejszejszemi dla narodu
Polskiego jakiemi są niezaprzeczenie jego ruchy
zbrojne, zamiast marnować swe zdolności na wy-
-szukiwanie drobiazgów z zamierzchłej przeszłości,
które mogą chyba służyć za zabawkę dla nauki,
440
lecz naprawdę nikomu korzyść nie przynoszą..
a tern mniej ogółowi naszemu, spragnionemu wie-
dzy patrjotycznej, co prawda - owocu zakazanego,..
ale życie mu wracającego...
Lwów, 21 marca 1890 r.
KONIEC.
PIS ROZDZIALÓW.
-
R o z d z i a ł I Charakterystyka i skład oddziału
R o z d z i a ł II. Wpływ ostatni czynów Dyktatora
na mieszkańców Radomia i Moskali
R o z d z i a ł III. Działania oddziału Czachowskiego
od 3. do 15. kwietnia .
R o z d z i ał IIIbia. Atak Moskali na Grbowiec
Rozdział IV. ]7,18 i :}'.kwietllia :
R o z d z i a ł V. Bitwa pod Skłobami i Stefankowem
R o z d z i a l VI. Od 2. kwietllia do 3. maja .
R o z d z i a ł VII. Dzień 4. maja, I :;63 r. Bitwa
pod Bory!} .
R o z d z i a ł VIII. Dzień 5_ maja, 1863 r. Bitwa
w lasach Bałtowskich
R o z d z i a l IX. Dzień 6. maja, ] 803 r. Bitwa
pod Rzeczniowem .
R o z d z i a l X. Czas od 7. do 11. maja .
R oz d z i al XI. Czas od 12. do 14. maja
R o z d z i a ł XII. Dzień 15. maja, ogl08Zeftie Rzl}du
Narodowego
Ro z d z i al XIII. Czas od 16. do 28. maja
R o z d z i al XIV. Dzień 29. maja, bitwa pod Ra-
dzanowem, Jukubowem i Chruścicchowem
R o z d z i a ł XV. Czas od 30. maja do 4. czerwca
Rozdział XVI. Czas od 5-7 czerwca lH63 r.
Strona..
3
BO-
39.
104
125
148
17]
196
220
231
255
272
276.
283
299
316.
331
-
442
Strona.
R O Z d Z i a I' XVII. Dzień 8. czerwca, 1863 r. Bitwa
pod Przystałowicami, Bl}kowem i Rusinowem 3-12
R o Z d z i a I' XVIII. Dzień 9. czerwca. Starcie pod
Hutl} Przysus, Niekłaniem i Czarną 363
R o z d z i a I' XIX. Dzień 10. czerwca, J :;63 r. Bitwa
pod Boryą, Ćmińskiem, Tumlinem, Samsono-
wem i Szwedami . 367
R o z d z i a I' XX. 11. czerwca, ] 863 r. Otoczenie
oddziału w lasach Wl)Chockich i zarzl}dzona
chwilowa rozsypka 402
R o z d z i a I' XXI. Pobyt w Krakowie, ostatnia wy-
prawa i zgon Czachowskiego -112
MI
Błędy druku (ważniejsze).
.tr. ..,ier8T.: w)'drukowano: CZYhaj:
.30 fi Opatowem Opatowcem
2 7 Gasiński J asiilski
.3ł 10 8 kwietnia 3 kwictnia
39 wtytule 8-]i) 3 do li'>.
.64 14 i 15 pojedynczych i pojedynek
70 3]0 6 kwictnia
76 l do wielkiej niewielkiej
82 18 Doliński Dolnicki
.g6 20 dnia I. dnia 8
86 21 wielka sobota Wielkanoc,
.88 14 wiorst cztery pół tory wiorsty
ti8 25 wiorst 3 o l wiorstę
88 H dwie wiorsty pół wiorsty
89 f> zachód północno-zachód
9 ] 1) do Radomia od Radomia
. l 10 Bobrowickie Bobrownickie
94 20]3 ]U kwietnia
97 18 14 11 kwietnia
. n 22 tego następnego
ł8 2 Pi:}tkowice Pętkowice
'98 11 15 l a kwietna
98 ] 3 Kamienicy Kamiennej
-98 po] 6 opu'Jzczono: (w puszczy nżeckiej, gdzie no-
cowaliśmy w obozie 118 Maziarzach; w dniu zaś 14,
poszliśmy do obozu pod Lipiem, z którego marszem
przez pnszczę na wschód, następnie polami, po za
Pasztową Wol:) i Ciecierów lu} d:}żąc na północ, skry-
liśmy się:)
II
Str. wienz; wyd."ukowano : ea) ł..j :
100 2 GI}8iorzewski Gąsiorowski
116 8 Rydygir Rydygier -
117 17 Jaramud Jarmund
122 10 . przez (opuści6)
125 18 200 1200.
143 27 sukni!} sukę
146 28 Rzeczniowem Rzucowem
153 18 Monowski Manowski
16t 13 S:Jydłowcu Suchedniowie-
172 6 Radoszyskiej Radoszyckiej
173 14 Końkie Końskie
174 l gałęziami glazami
174 26 na górze po za gór!}
190 l 12 14
191 11 i 12 południowy zachód północno- wschód
194 20 Solce Solec
197 20 południowy wschód południo-zachód
202 po 6 należy czyta6 wiersz ] . na str. 204 od
alowa: Przed, aż do końca 30 wiersza, &
potem wróci6 dopiero do 7. na str. 202
203 12 bitego litego
211 29 po alowie nogień", opuszczono: (Da tyły
moskiewskiej kolumny, po za któr!} z boku,
ale już przeszło 300 kroków po za nil}-
się znalazła)
212 20 Baczkowskiego Boczkowskiego
212 21 ukryt!} ukrytemi
214 12 po nboku" dC'da6 i tyłu
2]4 32 po njuŻ" doda6 nie
215 1 a to ale
216 21 rupturę kilę,
.
Słr. wiersz:
232 7
232 16
249 10
256 6
269
286 3
288 8
289 4
294 ]2
294 30
296 7
330 15
349 14
359 14
360 12
364 15
364 16
366 1
366 2
368 21
398 4
410 18
411 3
411 13
418 32
wydrukowano:
m
czytaj:
4 2
Jaworów Jawór
po n ukrytych" dodać rannych
Wolę Wólkę
bydlęciem bydlęcym
Wola nowa Wolanowa
poludniowo wschodnich połudn.-zachodnich
SkarŻyńska Skarżyska
Tarkowu Fałkowu
Boskowickich Borkowickich
Medlińskiemi Mechlińskiemi
Ostrowa Ostrowca
od (Grzmi:}cej) od tejże
rozszalal rozszalała
to te
ws
Końskichi
lJiemi
Siepli
Stawczynka
Lipi:}
Gajasiakn
Gajasiaku
Gajasiaku
dwa
-1Y
,,\\U"l, '-.
- \
r-tT" r
_ ..........J-I"'a;,
wsi
Końskich
nim
Sielpi
Strawczynka
SieI pi:}
Gajosiaku
Gajosiaka
Gajosiaka
trzy
Z drukami J. Czaińskiego .. Gródku.
"
...""
. -
,'1
"
J,( 5 ,,="
. :
- .
I
'J
, J
I '
1-
ol
t'