/
Text
*
4®
WfDAJSl
PRZE
4 8 4 5
:ł
w
o
.
u /
CZCIONKI I LITOGRAFIA PIOTRA PILLERA-
b
■
iBtfi
^O D O ^
Am k
Mro fi.
DZIBHHIK MÓD PABTSKIGI.
Lwów, f styexuia 1845.
Rok szósty.
W y c h o d z i co d ru g a so b o ta r e g u la r n ie ; do k a żd eg o num eru d o łą c z o n ą j e s t r y c in a m ód p a r y s k ic h z d o k ła d n y m opisem . K o s z tu je
w m iejscu p ó łr o c z n ie 5 z ł r . 15 k r .; c a ło r o c z n ie 10 z ł r . m. k . ; na p r o w in c ii d o lic z a s ię p r z e s y łk a p o c z to w a do cen p o w y ż s z y c h
p ó łr o c z n ie 4 3 k r , m . k . P r e n u m e r o w a ć m o żn a w e w s z y s tk ic h u r zę d a c h p o c zto w y c h , tu d z ie ż w r e d a k c ii p o d n r e m 3 0 J. - w e L w o w ie .
m
m
m
ul.
P a r y ż , dnia 1 4 grudnia 1 8 4 4 .
kiet z drobnych żółtych kwiatów i wąziutkich koru
nek; drugi kapelusz zfijałkowego axamitu z marszczo
ną główką także korunkami ubrany; z resztą najwię
cej axamitnyeh lub atłasowych kapeluszów, najwięcej
korunkami i piórami ubieranych.
S t r o j e d a m § k i e . Chociaż krótkie mieć bę
dziemy zapusty tego roku, świat tańcujący wcale się
tern niezasmuca i owszem lepszej zabawy robią sobie
Czepeczki noszą zawsze małe; denka tylko więcej
wszyscy nadzieję, bo zwykle im mniej czasu pozo niż dotąd, p rz y s tra ja ją ; krepa lub tiul karbowany
staje do zabaw, tym z większa ochota zabieramy się najwięcej są teraz na czepeczki używane.
do nich; a zatem przez ciąg zapust tegorocznych
N a zabawy wieczorne‘najświeższe ubranie głowy
liczne i częste odbywać się będę wieczory tańcują jest całkiem bez denka; składa się ono z szarfy blonce, na których nasze piękne panie będą miały spo dynowej w srebrne bukiety; jeden koniec tej szarfy
sobność popisywania się z bogatemi i gustownemi stro spada na le w o ; drugi kończy się bukietem z dro
jami, których im nasze modystki tak obficie dostar bnych różyczek. Ubranie to nie tylko że je s t bardzo
modne, ale oraz każdej z pań bardzo do smaku przy
czają, a które tu choć po części opiszemy.
Z pięknych sukien któreśmy dotąd widzieli wy padające.
U brania więcej do ciepła i wygody niż do stroju
mienimy: suknię z błękitnej włoskiej materii ubrana
w koło fartuszkami z tej samej materii, które są w służące są nastę p u ją c e : twina z axamitu granatowego,
kilku miejscach przypinane do sukni fontaziami z błę podszyta białym atłasem od ramion aż do dołu sze
kitnego a tła s u ; stanik u tej sukni gładki, z trzema rokim pasamonem obszyta. Płaszcz z sukna czarne
szwami, i bardzo szpiczasto kończący s i ę ; druga su go, pensowym podszyty atlasem, ubrany na przoknia z atłasu różowego mająca za ustrój dwa bukie dzie szerokiemi wykładami axamitnemi, z małą axaty z róż białych przypięte u dołu, troche wyżej obrąbka mitną pelerynką; rękawy otwarte i sznurowane.
p rzy brzegach bryta przedniego; na tej sukni je st
Stroje męskie. Suknia Giboun która bie
druga, tarlatanow a biała, po której szeroka a tła s o rze swój początek od słowa zibun czyli tzibun, co
wa wstążką spada na wskos od stanika aż do kolan, znaczy tyle co wierzchnia suknia, jest strojem sk ła
skąd wkoło opasując spódnicę zakończa się także bu danym, a zatem podobnym do wszystkich teraz uży
kietem róż po lewej stronie; stanik mocno wycięty, wanych; a ponieważ suknia ta je s t mimo swej obgładki, ze szpicem, z ubraniem tarlatanowem w k s z ta ł szerności, dość kształtna więc ma prawo nosić to n a
cie berty, przypiętem u ramion i u gorsu bukietami; zwanie przybyłe z za Renu. Aby dać jakiekolwiek
rękawy krótkie półszerokie, podpięte tak że prawie o żibunie wyobrażenie, powiemy iż szlafrok u które
go stan nie jest obcinany, mający wielki szal z pr"°całac reke
widzieć można.
c c
Z kapeluszów które nas najwięcej zajęły sa n a du, podobny jest bardzo do żibuna, również l a ^ i
stępujące : kapelusz z atłasu żółtego, obszyty dwoma szlafrok grecki, i paletotsak który znowu ^ szlaf
rzędami korunek angielskich spadajacemi jeden na roka greckiego zbliża się bardzo.
Oprócz żibuna w i d / ^ l:'*
drugi, i które całkiem prawie zakrywają kani • spód
kapelusza także takąż ubrany k o ru n k ą ; na ł
i- z przodu p
rokie wyłogi, i nie zapinają sie na guziki, ale na | równania jednego z dawnych naszych pisarzów, który
klapki.
powiada, że jest podobne do lutni, szyją do zamku
R y c i n a p r z e d s t a w i a : płaszcz pasamonicką zwróconej; albo do orla, którego głowę zamek, szyję
robotą i korunkami ubrany. Drugi szlafroczek moro kanonna i grodzka ulice, a pierś obszerny rynek z su
wy. Trzecia suknia z tarlatany, bukietami ubraua. kiennicami i domem radnym stanowią. Po prawej i
Czwarta twina z kapiszonem i liberia salonowa.
lewej stronie rozpuszczone są, jakby skrzydła, długie
przedmieścia.
Oglądając niektóre z naszych okolic staje mimo
wolnie na myśli owa bajeczka, słyszana zapewme przez
PRZYPOMNIENIA
niejednego z nas w dzieciństwie, o jakiejś bardzo ła
'Ł P O D U Ó Ż Y ®»© l i B i a t
dnej dziewczynie, której zazdrosna o swoje dzieci ma
PHZEZ
cocha, zapoinoco zaczarowanych perełek, u szyi za
A U G U STA BIELOWSKIEGO.
wieszonych, życie odjęła. Mnóstwo przechodzących
patrzało na tę dziewczynę i poszło dalej niemogąc
I.
dostrzedz nic więcej prócz trupa. Między widzami
Z jednej z tych pięknych mogił które zdobią K ra trafił się także mniej obojętny, ten na pierwszy rzut
ków, nadając mu oryginalną a dziwnie zajmującą fizio- oka dostrzegł owe wrogie perełki, zdiąt je, a zaunomię, przypatrowałem się miastu i jego okolicy. Da m arła przemówiła....
wno ją widzieć pragnąłem. Są zdarzenia, które choć
Rudowle znaczniejsze Krakowa, obok głębokiej sta
by w najobszerniejszych opisach odczytywane, tylko rożytności, mają zaletę wrytworności i gustu. Wiele
na miejscu dokładnie pojęte i zrozumiane być mogą. z nich wykonanych jest w stylu czysto gotyckim, któryto
Dzień był pogodny: jeden z tych niewielu dni pię rodzaj architektury w znacznej części na ziemi polskiej
knych jakicheśmy tego roku zaznali. W opromienio się kształcił. Nadewszystko godne są zająć uwagę
nej przestrzeni przeciągały się z lekkim oddechem znawcy: sukiennice. Gmach ten wzniesiony w rozmia
wiatru czarowue włókna pajęczyn które poetyczna wy rach olbrzymich w środku rynku, którego część zn a
obraźnia ludu naszego za przędzę boginek podaje, a czną zajmuje, może być uważany poniekąd za po
które są zwykłą wróżbą dłuższej pogody. Ponad mnik budownictwa czysto polskiego, jak już o tern na
wzgórza dostrzedz było można przemykające fale po pomknął jeden z niepospolitych znawców. Wznoszono
wietrza jakiemi się tylko najładniejsze ranki wiosen go wtedy kiedy szczególniejszą starannością Kazimie
ne przymilają, chociaż pora w której podróż moja przy rza wielkiego drewniana Polska w murowaną przei
padła daleka była od wiosny. Ryłato nasza polska staczać się poczęta. Budowniczy grzejąc w swej gło
jesień, co nam w spóźnionych nawet dniach swoich wie myśl wyższą, rozpatrywał się po owej Polsce
nieraz cały urok wiosny przypomni, jakby wynagra drewnianej, i najpiękniejsze a główne swej budowli odzając za słotne i mroźne dni maja. Jakoż przy ca zdoby wzorował z owych pomników które niebawem,
łym rozblasku słońca było w powietrzu coś co jakby po większych przynajmniej miastach, należeć m ia
w melancholijną powłokę przystroiło cały krajobraz. ły do minionej przeszłości. Ztąd ozdoby architekto
Cudnabo też to okolica! Przy wszelkich opowiada niczne sukiennic wyglądają tak jakby były rzezane
niach o niej widok jej przewyższać się zdaje to co na drzewie.
kolwiek się o niej roiło. Zbiegło się tu wszystko co
W podobnymże stylu wzniesiona była budowla do
do silniejszego na umyśle widza wrażenia przyczynić mu radnego, która już nieistnieje; sama tylko wieża
się może a co niełatwo znaeliodzim zjednoczone w przy opustoszała przypomniała mi żywo zawaloną przed
rodzie. Wielka rzeka, w ielki^ góry i wielkie prze kilkunasto laty siostrzycę swoją, wieżę lwowską.
stwory pól żyznych, obstawione plonami i urozmai Gmachy z podobnemiż ozdobami widywałem niegdyś
cone pasmami lasków i borów, jest przy nie tyle o- w Sądomierzu, a i w naszem obwodowem mieście
gromnem, jako raczej spaniale i na wielki rozmiar za- Tarnowie widzieć można dom radny w tym guście.
b&dowauem mieście tym rysem charakterystycznym,
W upiększeniach czy okolicy czy m iasta, wielką
który j e z pomiędzy wielu stolic wyszczególnia. Same jest rzeczą zbadać charakter miejscowości. Zwykle tu
.miasto Ławniej wraz z zamkiem opasane wałami, a dziś jest potrzebny pewien rodzaj natchnienia. Pominą
w ich miejscu roskosznemi plantaciami oddzielone od wszy tedy wszelki wzgląd inny, uczułem głębokie po
"zedmieść, ma postać podłużną, a dość foremną, szanowanie dla pierwszego twórcy tej myśli, która
-ująć się w nią niemożna nieuznać trafności po- Kraków w miejscu rzeźby lub zwyczajnej budowli, po-
mnikiem czasy patriareh aln e przypom inającym ozdo
biła. W ysokość pięknych w łoskich topoli, które się
w znoszą u stóp jego, niknie daleko przy wysokości
jego wierzchu, na którym prócz zielonej dokoła darni,
tylko dwie prostych ław ek kam iennych dla wypoczynku
przychodni się znajduje. Stałem w raz z moim w fi.
zyczne siły nie zbyt bogatym tow arzyszem , bo rozbu
dzone okolicznemi obrazam i myśli spocząć nam tutaj
nie dały. N a zachód sz a rz a ła przyćm ioną ju z barw ą
gó rzy sta okolica B ielan; od północy na prom ień mil
kilkunastu widać było wznoszące się z pomiędzy la
sków i dołów białe kościoły i dwory; dalej ku wscho
dowi ostatk i puszczy niepoiomickiej. N ajpiękniej je
dnak przedstaw ia się tu stro n a południow a w ysoką
ścianą Tatrów w której wzrok b y strzejszy dostrzeże
kilka różnych w ierzchołków : Łomnicy, Gewontu, K ry
wania w jeden rząd niby uszykow anych, a które kie
dyśmy n a nie p atrząli ju ż od m iesiąca przeszło śnieg
gęsty okryw ał.
Te ubielone wierzchołki n a których tak wcześnie
w szelkie życie zaski zepło, oddzielały jakby grobowe
wieko św iat rzym ski od naszej nadw iślańskiej krainy.
Blade, chw iejące, ja k widma z pól elizejskich, są
wszelkie wieści, jak ie się w m uraeli św iatow ładnego
Rzymu o m ieszkańcach tutejszych odbiły. Party o rę
żem T rajan a D ak lub B astarn a cofał się bezpiecznie
w tę schronę: tu oczekiwał pory sposobnej, aż u k rzepiony nowemi zw iązkam i ludów sta n ą ł ra z jeszcze za
Dunajem w postaci furiów szarp iąc rzym skiego p a ń
stw a w nętrzności.
Nie więcej znane było Rzymianinowi i ujście ja k
sam e źró d ła W isły, i choć ju ż nadbałtyckim b u rszty
nem zdobił swoje tryum fy, o rodow ości ludów tu z a
m ieszkałych ro zstrzy g ać nie umiał.
się nad ich początkiem u ludów rozm aitych, tak opi
suje pow stanie ich na jednym wielkim półwyspie.
»Panowie mieli na zam kach swoich długie rym o
wane kroniki i rom ance pisane na pargam inie, ozdo
bione m isternemi ara b esk i; lud zaś zbierał się na p la
cach i słu c h ał trubadura który mu śpiew ał dziwne
przygody rycerzy, owe powieści obozów i miłości, po
dzielone na ballady, i składane stosow nie do upodo
bania pospólstw a w w ierszach assonancow ych lub ry
mowanych. Poezia ta, tw orzona pod golem niebem,
niebyła pisaną, a rap so d zista szczęśliw y z serdecz
nych i prostych oklasków często i niew ym ieniał sw e
go nazw iska; lecz za to gmin chw ytał te pieśni c zer
stw ą pam ięcią i pow tarzał je sobie w chw ilach wy
poczynku i na w ieczorach. Z biegiem czasu osobli
w sza z aszła o d m ia n a: owe rękopism a przepisow ane
z tak ą pracą, tak staran n ie przechow ywane, zaginę
ły ; a podanie gm inne na pozór tak n iestałe, n iezu
pełne, przechow ało się do późna. Tak więc zbiera
cze romanców w braku xiążek udawali się do pamięci
starców.®
Jakkolw iek wiele z napomknionycli tu szczegółów
nieda się zastosow ać do życia i zwyczajów naszego
n aro d u ; godzi się atoli mniemać że coś podobnego z a
chodziło i w naszym kraju, zw łaszcza co do podań
niektórych.
Jeżeli które z krążących po ziem iach dawnej Pol
ski podań zasługuje na najw iększą uwagę badacza,
to niezawodnie te których ogniskiem a poniekąd i ko
lebką je s t Kraków. Nie sam a trad y cia czyli wieść ustn a je s t podstaw ą tych tu pow iastek; odłam ki ich
zapisane zostały w pomnikach których wiek je s t nie
rów nie daw niejszy niżli pow szechnie mniemają.
III.
II.
N a południowym brzegu W isły wznosi się pasm o
wzgórzów zwanych dawniej L asotnią, dziś K rzem ion
kami : u stóp ich rozciąga się Podgórze niegdyś je
dno z przedm ieść Krakowa. Do tych wzgórzów przy
ro sło podanie o człowieku uczonym, przed p arą wie
N a tej przestronnej ziemi, od wyżyn gór i ich s to
ków po krańce m orskich brzegowisk, snu ją się popod
dymiące strzechy i wkoło wieżyc strażniczych poda
nia i pieśni. Czas i przygoda nieraz niemi dziwnie
pom iata. P rzelatu ją z m iejsca n a miejsce ja k te św ie
cące w łókna w czasie pogody, nad któremi się oko
ludzkie zdumiewa. N ieraz zaciszniejsza ustroń gę
ściej się niemi obm ota: daw niejsze m ieszają się z n o wszerni, przyjm ują naleciałości obce zacierając b a r
wę pierw otną, i pow staje ja k a ś tk an k a niepodobna p ra
wie do rozw ikłania. O ich pochodzeniu o ich p ier
wszym zasiew ie różne są domniemywania, a ztąd
też niejednaka ich cena u różnych. Przyjaciel mój,
który się niemi żywo zajmował i niemało zastanaw iał
ków żyjącym, a dziwnym czarnoxiężniku w edług po
jęć ludu, który jedną ze skał tutejszych szkołą T w ar
dowskiego nazywa. W ierzch Ł asotni w ystrzela nie
rów nie starożytniejszym pomnikiem. W miejscu n aj
stosow niej dobrauem stoi m ogiła usypana w niepa
miętnych czasach, p rzedstaw iając się oku podróżnego
ju ż o mil kilka na niebieskiem tle niebios. Wysokość
jej wynosi ośm i pół sążni, a obejmuje w sobie bryłow atości 2392 sążni sześćsciennych. r u ż obok je s t
u dołu kościółek ś. Benedykta, bardzo dawny, bo ju ż
1
J*L
o nim Długosz w niedrukowanemswem dziele spomina.
Jestto znana mogiła K raka; z nią łączy się w umy
śle ludu pamiątka założenia stolicy. Jest u ludu i
pewien obrzęd przywiązany do tej pamiątki. W dzień
trzeci świąt wielkonocnych zdiodzi on się tu groma
dnie i wyprawia wkoło mogiły różne igrzyska. 0brzęd ten zowie r ę k a w k ą mniemając ze takową
nazwę dano mu z tej przyczyny, iż tę mogiłę ręka
mi niegdyś bohatyrowi usypywano. Nic prawdziwsze
go nad to ze ta mogiła istotnie sypaną była rękami,
ztemwszystkiem wywód ten, jak wszystkie jemu podo
bne, jest mylny.
Położenie tego pomnika na wzgórzu panującem
całej okolicy, jakie zwykłe na tak zwane g r o d z i s k a
obierano, połączenie z nim jakowegoś zapomnianego
obrzędu, i jakby na potwierdzenie tego kościółek u
stóp jego, które jakto wiadomo z niektórych rozpo
rządzeń kościelnych, zakładano w pierwiastkach
chrześciaństw a na miejscach do których lud jakowąś
cześć bałwochwalczą przywiązywał, wszystko to zda
je się wskazywać dość wyraźnie, iź pomnik ten nie
samemu uczczeniu świeckiej jakiejś potęgi, ale raczej
myśli religijnej winien jest swój początek. Kroniki
tez najdawniejsze nic niewiedzą o mogile którąby nad
zwłokami bohatyra sypano, lecz tylko mówią ze ku
wieczystej czci jego stolica Kraków założoną została.
Tu należy jeszcze jeden pomnik nie mniej cieka
wy, który nietylko wiąże się ściśle z mogiłą na Lasotni, ale ją nawet w pewnym względzie objaśniać
zdaje się.
O parę mil od Krakowa ku stronie wschodniej
leży między Wieliczką a Niepołomicami wieś Krakusowice, należąca wraz z Wiatowicami do szanownej
rodziny Romerów. Charakterystyką tej strony jak ca
łej okolicy koło Wieliczki i Bochni są rozrzucone
wzgórza wznoszące się dość znacznie zpomiędzy
drobnych pagórków które ich w kształcie amfiteatru
otaczają. Na takowej górce w Krakusowicach stoi
dziś mieszkanie właścicielki wraz z ogrodem, dawniej
wieś sam a tędy się rozciągała. Na tern wznioślejszem
miejscu, tuż obok dworu, od strony północnej je s to gromna mogiła, sypana, i okopana rowem głębokim,
a równie dawnych czasów sięgająca jak ta co pod
Krakowem. Takież same jak i o tamtej krąży tu o niej
podanie, zatwierdzone nazwą wioski: Krakusowice.
To co tu jednak na szczególną uwagę zasługuje jest
rozłożysty dąb wyrastający ze środka mogiły która
jest dość obszerna u wierzchu i nieco podługowata.
Dąb ten, mimo pielęgnowania, usechł juz od sta
rości w znacznej części konarów sw oich; jest on jednem z tych drzew co przez swoją dawnowiekowość
jednają sobie pewne poszanowanie w umyśle widza dzi
siejszego, a którym tak piękny ustęp w P a n u T a d e u
s z u poświęcił pierwszy z naszych poetów. Upewniali
mię miejscowi że ten dąb, jakkolwiek grubości nad
zwyczajnej, jest tylko odroślą z pnia dawniejszego
który jeszcze ludzie zapamiętają, a który miał być
bez porównania większej grubości. Drzewa jednak
samego nikt ju ż we wsi niepamięla.
W okolicy wcale nieleśnej i na mogile wyraźnie usypanej, takowrn rozrośnienie drzewa musiało mieć
szczególną jakąś przyczynę. Kroniki spominają że u
pogan, przodków naszych lub ich pobratymców, były
dęby i lipy święte, które nigdy nieusycliały. Wiel
kość ich podają taką, że ich opis zdaje się oczywistą
przysadą lub bajką. W cienistych ich konarach i ga
łęziach poustawiane były posągi bóstw rozmaitych.
Wiadomo co za przyczyna była owego olbrzymiego
tych drzew rozrostu i tej mniemanej zieloności ich
wieczystej: były to tak zwane ż e r t w y czyli ofiary
krwawe składane bożkom. Krew rzezanych bydląt utłuszczała do najwyższego stopnia takowe miejsca i
odżywiała dziwnym sposobem znajdującą się na nich
roślinność. Takiem miejscem dawnych pogańskich
objat zdaje mi się pomienione Krakusowickie grodzi
sko. Mogiła ta w jednakiem niemal położeniu co i
krakowska znajdująca się, i z jednej strony widok
ku Wiśle z drugiej na Karpaty odsłaniająca, a osłonio
na cieniem odwiecznego dębu, zdaje się potwierdzać
to co wyżej o mogile na Lasotni wznoszącej się n a
pomknąłem, i w bacznem rozczytywaniu się w zna
czeniu podań krakowskich pominioną być nie powinna.
Osadę wielką czy stolicę można pod pewnym wzglę
dem przyrównać do bogacza który zapomocą swoich
dostatków i nastręczanych wkoło korzyści, wszystko co
go otacza, przyciąga do siebie i poniekąd w własność
swoją obraca. Toczeni urosła i zcharakteryzo wała się
ich wielkość naciągnione zostało cząstkami z całej oko
licy której one są niejako przedstawiaczami. Nie s a
ma ludność ze wsiów i mieścin zapełniała powoli
wygodniejsze ich domy; biegła wraz z nią i myśl i
podanie pod ustronną strzechą wygrzane i nasięknione barwą dawnej zagrody, które się nieraz do innej
tkanki przyczepiało. Myliłby się mocno i nietrafił w
cel pożądany ktoby widownię czynów jakie wieść kra
kowska głosi, samemi murami miasta zacieśniał i w
nich tylko szukał pojaśnieli do jej w ykładu; u źródeł
Prądnika stoi maczuga którą kiedyś tam, wprzedwieku, miał zabić brat brata, a nie na jednej Lasotni
wznoszono cześć tej istocie której imię w kronice da
wnej G r a k wypisano.
Dokończenie nastapi.
5
Mocna dum ka sieroty.
A ch ! i w ten czas gdyś n ieży t, w tw arz b iałą Jak chusta
D łu go się w p atryw ałem , całow ałem usta,
Duchu ojca m ojego! sp ły ń do mej samotni,
I długom jak niem ow lę po tw ych piersiach p e łz a ł,
G w ary m iasta już z c ic h ły , c a ły św iat niem ieje,
Nim ból długo w ięzio n y , na s z a ł się rozk iełza ł,
A sy n twój dotąd czu w a, łz ą oho w ilgotni,
Nim promień mej pam ięci, co się b y ł r o zszerzy ł
Duchu ojca m ojego! sp ły ń , twój syn boleje.
Gdzieś w dalekie, s z c z ę ś liw e lata niem ow lęce,
I oto w staje pamięć, jako upierzyca
Z nów się śc ie śn ił i ocknął w rzeczew istej m ęce.
Blada, lecz k ied y zacznie krew moją w y s y s a ć ,
A jam w moje n iesz częśc ie i rospacz u w ie r z y ł.
A z oczu mi w ybierać iskrę po isk ierce,
Och! bo zjaw isk iem nagłem , rażącem , zdradzieckiem
Życiem płonie i nieda już się z a k o ły sa ć ,
W id ziałem ojca trupem, a siebie n ie d zieck iem !
A sen p ło sz y w o łając : ta noc to rocznica
P am ięci! o, tyś cicha jak potoku w od y
Śm ierci jego; ten pokój dla ciebie św ią tn ic a :
Gdy się w tobie obije ja sn y kw iat p ogod y;
W nim sk o n a ł. S yn u ! sy n u ! nie pęka ci serce?
P a m ięci! a w n ieszczęściu to ty sępią szponą
Duchu ojca mojego, och! dawno już pęka,
Głęboko ostrza w p u szcza sz, i rozdzierasz łono
Od tej ch w ili gdy twoja konająca ręka,
P a m ię c i!!...
K o r n e l U . .......
Chcąc utulić me p ła cze i rospaczne krzyki,
Nad moją z w is ła g ło w ą k reśliła k r z y ż y k i.
T y ś k o n a ł! straszna ch w ila b yła po p ółn ocy,
0 ścianę tłuk łem g łow ą, c z y ściana rozm iękła?
Czy moja cza szk a b yła tak żelaznej mocy ?
D z iw n a ! że mur nie p r y sn ą ł, lub gło w a nie p ę k ła !
.....
Sam zostałem , przy lampy płom yku,
Grobowo cień m a ja czył, a w jednym kąciku
Moja matka p łak ała, dalej doktor drzym ał
1 z z w y cz a ju zegarek w śpiącej ręce trzym ał.
A jam tobie mój ojcze na tw ych piersiach le ż a ł
I cicho, jednym śladem łz a moja sp ły w a ła ,
A ty ś m ó w ił że ona zimną pierś ci grzała,
Że czując g ło w ę moją ży w ie j puls ci b ieża ł.
I coraz słab iej, słabiej twoje serce biło,
I coraz w ięcej, w ięcej dokoła się ćm iło,
Nagle d rgnąłeś, ostatnią zestrzelon ą siłą
© rom ancach I |»teśi»Iacli
hiszpańskich.
Mając zamiar dać czytelnikom naszym w prostym
i pełnym wdzięku przekładzie niektóre z najpiękniej
szych pieśni i romanców hiszpańskich, widzimy po
trzebę obeznać ich poniekąd tak z samym krajem jak
i z przygodami jego mieszkańców, które na zrodze
nie się tego rodzaju poezij wpłynęły i są ich objaśnie
niem najlepszem. Uskuteczniamy to za pomocą niniej
szego wstępu, w którym staraliśm się w krótkich a
prawdziwych rysach zebrać to wszystko co gdziein
dziej stanowi treść obszernych xiąg i rospraw.
Objąłeś mnie Żelaznie i do piersi cisn ą ł,
A k ied y okres lam py ży w szem św iatłem b ły sn ą ł,
W id zia łem jak ci usta konw ulsijnie d rżały
Które mię tchem ostatnim b ło g o sła w ić c h c ia ły ;
W id ziałem jak ramiona nademnąś r o zszerza ł;
T y ś k o n a ł!
a jam je sz c z e na tw ych piersiach le ż a ł.
S ły sz a łe m jak p rzy stąp ił doktor obudzony
I ziewrając w y ją k n ą ł: interes sk oń czon y;
S ły sz a łe m k rzyk i łosk ot gdy na ziem ię padła
Matfca, która słó w strasznych zn aczen ie odgadła.
S ły sz a łe m jak się z b liż a ł jakiś obcy c zło w iek
I ręką św iętokradzką się g a ł do tw ych pow iek,
I zgadując dłuż truny tw e ciało przem ierzał,
S ły sz a łe m !
a jam je sz c z e na tw ych piersiach le ż a ł.
I b yłbym dłużej leża ł, bo mi się zdaw ało
Że to sen, a me serce tak się obłąkało
Że czu ło siebie dzieckiem , kiedym złotym w łosem
Z wiatrem igrał, na łą c e dzień c a ły przetańczył,
A potem b ieg ł do ciebie i sercem i głosem ,
A ty ś mnie o mój o j c z e ! na sw y ch rękach n iań czył.
O! bo mi się zd a w a ło, że z promiennem czołem
D ziecięciem śn ię p rzy tobie, że w ężo w em kołem
P u ściłem
w okrąg ciebie p ieściw e rączęta,
A ty sen udawając, gdym z a c z ą ł cię nudzić,
Całow ać i łask otać, by pozbyć natręta,
M usiałeś sie uśmiechnąć a potem obudzić.
I.
W czasie wtrząśnień na zachodzie pod panowaniem
Honoriusza, w początku 5go wieku, zalaną została
Hiszpania przez Swewów, Alanów, Wandalów i Wizy
gotów. Półwysep ten, hołdujący Rzymianom prz ■
sześć wieków, całkiem już był przyjął ich język ic y
wilizacię, dopiero z przechodem ludów, przez zmie
szanie się zwycięzców ze zwyciężonymi, doznał owe
go odnowienia się obyczajów, wyobrażeń, ducha wo
jennego i języka, co równie jak w Galii i Italii miało
dać życie tak zwanym narodom romańskim. M iędzy
zdobywcami Wizygoci byli najliczniejsi i to zrządzi
ło szczęście Hiszpanii, ponieważ ze wszystkich hord
północy, Gotowie tak wschodni jak zachodni byli najoświeceńsi, najsprawiedliwsi, i najmniej ciężący nad
podbitemi narody. Onito najprzód zgnietli Alanów
Wandalom przejść tylko pozwolili do Afryki, Swcho
wie choć się opierali półtora wieku, ulegli na^oniec.
Panowanie W'izygotow rozciągnęło się na
H isz
panię, oprócz kilku miast nadmorskich, które pozo
stały w ręku Greków bizantyńskich, a przezto za po-
6
średnictwem handlu przyszły do wielkich bogactw i
ludności. Dawniejsi poddani rzymscy, przypuszczeni
do używania tych samych prerogatyw co ich zwycięz
cy Wizygoci, ukształceni tymże samym trybem wy• chowania, wyznający jedną z nimi religię, prędko
zlali się w jedno ciało, tak, iż gdy w r. 710, M auro
wie naszli półwysep, wszyscy chrześcianie tworzyli
,, naród powiązany tożsamością ustaw i wyobrażeń.
Powszechne jest zdanie że język hiszpański utworzył
się w ciągu trzystoletniego” panowania Wizygotów;
przebija się w nim widocznie mieszanina gotycyzmu
i łaciny. Arab wprawdzie zbogacił go później, mnó
stwem słów, które w języku romańskim zachowały
swój odrębny charakter f niemniej wpłynął też na wy
mawianie, ale ducha języka nie zmienił! Hiszpański
i włoski język, aczkolwiek z jednego źródła pochodzi,
jednakże wybitnie się różni między sobą. Pierwszy
dźwięczniejszy, mocniej akcentowany, nosi większe
piętno godności, jedności i powagi niż ostatni. Dotąd
nieodkryto wprawdzie żadnego zabytku języka h isz
pańskiego z czasów wizygockich; prawa °ich bowiem
i kroniki pisane były po łacinie; lecz ślady charak
teru hiszpańskiego spotykają się tak w jednych jak
w drugich, mianowicie owa zbyteczna zazdrość o żo
ny, niedająca postrzegać się wcale u ludów północ
nych. Zepsucie się gotyckiego ducha pod ostatnimi
królami przyspieszyło ich upadek w chwili gdy A ra
bowie rozpościerali zwycięzki oręż w Afryce. Król
Rodryk wygnał syuów’ Witycy prawych następców;
śmiertelną obrazą dotknął hrabiego Juliana rządcę
prowincij położonych po obu wybrzeżach Gibraltaru”,
zhańbił bowiem jego córkę. Ztąd Julian i synowie
Witycy udali się o pomoc do Maurów. Musa dowodzący w Afryce posłał im w r. 710, armię muzuł
mańską pod wodzem Tarikiem, z którą złączyli się
wszyscy Wizygoci niekontenci ze swego rządu. Sto
czono wielką bitwę pod X eres; Gotowie zwyciężeni,
Rodryk zniknął, a dla monarchii Gotów wybiła osta
tnia god? aa
Gar. ( a walecznych chrześcian schroniła się w
H r j ci; na; się na północy półwyspu. Z części
.siy.rił
gnali chrześciańskiego gubernatora narzuonego im przez Arabów, i przezto ugruntowali swoą niepodległość. Za ich przykładem poszli i inni;
■ejl t walki narodowej utworzyli się naprzód królowie
Owiedu pochodzący od Pelaga potomka królów wi
zygockich ; następnie królowie Nawarry, hrabiowie
Kastylii, Soprarbii, którzy panowali potem w Aragonii, i hrabiowie Barcelony, którzy po długim prze
ciągu lat mieli odzyskać cały półwysep na muzułma
nach. Owi to górale zachowując religię, prawa, ho
nor i wolność Wizygotów, z zatrzymaniem języka ro
mańskiego, niemówili wszędzie jednym i tym samym
dialektem. W Katalonii używany był dialekt prowensalski czyli lim uzyński; w Asturiach, w starej Kas
tylii i królestwie Leonu, kastylski; w Galicii język
G a lle g o z którego pochodzi portugalski; wBiskai
tylko i niektórych częściach Nawarry przechował się
język biskajski, będący dialektem keltyckim, dawniej
szym niż zabory Rzymian. Później po roku 1031, gdy
chrześcianie korzystając z wygaśnięcia kalifatu Omniadów Korduby, i z niezgod między xiążętami arab
skimi, zaczęli rozpierać się orężem, wtedy z posu
waniem się ich ku południowi i język przechowany
w górach, trzema podłużnemi pasami rozlał się po
półw yskie; i tak : katalanski wzdłuż śródziemnego
morza ciągnął się od Pireneów do M urcii; kastylski
w środku szedł także od Pireneów aż ku Grenadzie,
a portugalski od Galicii do królestwa Algarbii.
Potomkowie Wizygotów którzy w górach ocalili
swą niepodległość, byli to ludzie surowi, półdzicy, ale
dumni, odważni i niecierpiący żadnego jarzm a. Każ
da dolina składała małe państwo; rządzili w nich
hrabiowie ustanowieni jeszcze od królów”wizygockich,
wymierzali sprawiedliwość i prowadzili lud do boju;,
nawet po upadku monarchii, powaga ich nie upadła,
ale uważano ich tylko ^za wodzów i obrońców ludu,
nie zaś za panów. Każdy broniąc osobistej wolności
znał własne prawa, każdy miał świadomość swojej
godności > wymagał dla siebie tego samego szacunku,
jakiego drugim nieodmawiał. W ogóle byłto naród
złożony z wychodźców przenoszących wolność i ubóstwo nad bogactwa i znaczenie pod obcym panem,którzy odbiegli rodzinnych zagród, aby na dzikich
skałach zachować religię ojców i prawa. Kawał łach
mana okrywał nieraz grzbiet jakiego rządcy pro wincii, a pod poziomą strzechą tułał się bohatyr co wy
grał bitwę. Godność kastylska która po dziś dzień
przechowała się nawet w żebraku, ów szacunek dla
człowieka bez względu na jego majątek, wszczepiły się
w obyczaje hiszpańskie, zapewne od tej jeszcze epoki!
W Hiszpanii zatem rozwinęła się wolność cywilna
tak zupełna, jakiej nawet najliberalniejsza konstytucia niewyrodziła za naszych czasów; zdawało się
że naród dla tego ustanowił sobie królów, aby lepiej
opisać władzę jaką był zmuszony im powierzyć. Chciał
on w nich widzić dobrych wodzów, sędziów w sp ra
wach honoru, i wzór rycerskiej prawości niespuszczając wszakże z oczu granic po które rozciągała sie
prerogatywa panującego; dla tego ustanowił nad ni!
mi sędziów w czasach zwyczajnych, przytem z pe
wnym spokojnym rozmysłem urządził formę legalną
opozycii przeciw nadużyciom władzy; przypuścił
wszystkie stany do równej reprezentacii w sejmie, i
wszystkich zarówno przeniknął uczuciem szlachetno
ści krwi wizygockiej. Ten więc dwór, ta szlachta, ta
równowaga stanów, z których żaden niebył pogar
dzonym, sprawiły, że Hiszpanie w swoich obyczajach,,
w języku, w pieśniach przechowali pewną wytworność,
ton wysokiej godności i powagi, jaka się w żadnym
z ludów nieobjawia a najmniej u Włochów, którzy w
średnich wiekach wyrobili u siebie tylko wolność mie
szczańską.
II.
Do rozwinienia poezijnych żywiołów w ludzie
hiszpańskim, który potrafił zdobyć sobie niepodle
głość polityczną, najgłówniej wpłynęli Maurowie, acz
kolwiek różni duchem i obyczajami od. szczepów gockich które odnowiły ludność łberii. Byłoto w ósmym
i dziewiątym wieku, kiedy Arab pan wschodu z kąd
pierwsze wiadomości rozlały się na ziemię; żyźnego
Egiptu gdzie się starożytna przechowywała mądrość;
Azii mniejszej kwitnącej poezią i sztukami piąknemi,
poniósł zwycięski oręż na półwysep. Podobnie jak
ich zdobycze i literatura nosiła cechę nadzwyczaj
DZIENNIK MOD PABYSKICR
Lwów, f f stycsfila 1 8 4 5 .
R o k szósty.
W y c h o d z i co d ru g a so b o ta r e g u la r n ie j do K ażdego num eru d o łą c z o n ą j e s t r y c in a m ód p a r y s k ic h z d o k ła d n y m opisem . K o s z tu je
w m iejscu p ó łr o c z n ie 5 z ł r . 1 5 k r .; c a ło r o c z n ie 1 0 z ł r . m, k . ; n a p r o w in c ii d o lic z a s ię p r z e s y łk a p o c z to w a do cen p o w y ż s z y c h
p ó łr o c z n ie 4 8 k r . m . k . P r e n u m e r o w a ć m o żn a w e w s z y s tk ic h u r zę d a c h p o c zto w y c h , tu d z ie ż w r e d a k c ii p o d n r e m 3 0 1 . ; w e L w o io ie .
■ mmiii i ii i —
—
—
^
—
i
skiego, obszyta szerokiemi korunkami alansońskiemi;
z stanikiem mocno kończastym, rękawami krótkiemi,
Paryż korunką obszytemi; także suknia z pekinu we dwa,
Stroje damskie. Paryż przedstawia w tej trzy lub cztery cienie, przystrojona dwoma ukosami
chwili widok jakiego miasta moskiewskiego, co tern które na przednich brytach idą do góry i kończą
dziwniej się wydaje jeśli sobie wspomniemy źe przed się w kształcie fartuszka.
kilkunastu niemal dniami, ranki były jeszcze tak cie
Ubraniem głowy są najczęściej bogate zawoje
płe jak w najpiękniejszej jesieni. Ta nagła zmiana z siatki złotej lub śrebrnej, stroje hiszpańskie, algier
powietrza przykrąby bardzo była, gdyby przemyślne skie, egipskie lub brezylijskie; także niektóre stroje
nasze artystki niebyły tego przewidziały, i starannie historyczne jakoto:
Marii
temu zapobiegły; mnóstwo mamy ubiorów zimowych, padour,
iV
eldatp., także śliczne czepeczki blondyz nich niektóre jako najdogodniejsze wymienimy. Pa- nowe z kwiatami, półzawoje gazowe z piórami lub
letoty axamitne podszyte materią jedwabny i mocno kłosami śrebrnemi. Grzebienie są coraz więcej uży
watowane; strój ten będąc bardzo ciepłym, robi oraz wane, należy jednak bardzo na ich kształt i zgrakibić zgrabną i wydatną; rękawy u góry są prawie bność uważać, szczególniej na te, które się biorą pod
gładkie, w dole nieznacznie się rozszerzają; długość czepeczki.
ich mało co niżej łokcia sięgać powinna, tak aby rę
Stroje i s i ę s f e t e . Z powodu wielkiego zimna
kawy sukni były dość widoczne; jeśli suknia jest jakie od kilku dni panuje, ukazało się mnóstwo stro
także axamitną, wtedy strój taki należy do najwy jów zimowych różnego kształtu i gustu, jakie kto
tworniejszych. Dodać jeszcze należy że i kapelusz miał, mniej się tą razą stosując do mody; dużo jest
powinien być także axamitny z piórem koloru takiego płaszczów, z których jedne są z rękawami bez pele
jak suknia.
ryny, drugie okrągłe prosto lub ukośnie krajane.
H Do codziennego wyjścia najwięcej używane są
Największą nowością jest dziś opończa, czyli tak
płaszcze które się zwykle robią zaxam itu; peleryny zwana kabana, strój zupełnie w guście arabskim;
przy nich są futrzane i dość obszerne; rękawy małe, wszystkie takowe opończe strojne są galonami i ob
niewidome, tojest ukryte w mnogich fałdach płaszcza. szyciem ; mają prócz tego kaptur złotem haftowany
Zresztą futra różnego rodzaju, rozmaitym krojem są lub śrebrem, stosownie jak dno jest ponsowe lub nie
używane; także płaszczyki, chustki, rańtuchy obszy bieskie.
wane sobolami lub łabędzikami.
Noszą też powszechnie surduty na dwie strony
Jestto teraz pora najświetniejszych strojów; w ca zapinane i strój zwany żibun któryśmy poprzednio ołym podobno roku tyle galowych i ładnych nie zrobi pisali. Kamizelki noszą długie, sięgające niżej biodr.
się sukien, ile przez te kilka karnawałowych tygo
R y c i n a p r z e d s t a w i a : suknię jedwabną wprzodni; zauważaliśmy już że materie jedwabne są w o- dzie fałdami ubraną, stanik gładki z bertą, na gło
góle więcej lubione jak lekkie i przezroczyste; i że j wie ubiorek gazowy. Drugi szlafroczek biały, w przokorunki zawsze wielką grają rolę; i tak: jedną znaj- j dzie otwarty wstążkami zawleczony, na głowie nestrojniejszych sukien, jest suknia z atłasu mogador- j gliżyk kwiatami ubrany. Trzecia suknia krepowa po-
M O D Y .
1©
dwójna, w przodzie falbang w bufki i kwiatam i ozdo
biona, stanik z koronkową berig,
L a z z a r o ! teraz s y p i a s z na puchu,
Oddech twój piersi w lekkim podmuchu
K o ł y s z e f ręz lą k o t a r y ;
Czegóż tak sm utna sied zisz od ran k a,
Cz yli przechodnia j a k a c y g a n k a
R z u c i ła na ciebie c z a r y ?
głow a tapirow ana
i s z a r f | korunkową ubran a . C z w arta twina axamitem
obłożona.
P rz e b ó g ! k r w i ą tw'oja splamiona w a r g a ,
G niew na tw a r ę k a na sz m a t y targa
Srebrnego zaw oju końce.
L a z z a r o ! p owiedz co ci brakuje,
P o w i e d z ! bo w d u sz y taką noc czuję
J a k kied y zag aśn ie sło ń ce.
Łazzara.
S u ttan ko moja! g w ia z d o ha r e m u !
P e r i ! podobna k w ia tu złotem u
Co w siódmym raju z a k w i t a ;
J a k ażlo c hm ura p r z e s z ł a nad tobą
Ż e blas k ócz tw oich zć m iła ż a ło b ą ?
K o rny n ie w o ln ik lwój pyta.
0 p o w iedz! j a k i e s ą t w e ży cze n ia ,
Choćby jak dziecka b y ł y zachc en ia
J a je w y p e ł n i ę od razu.
Oto niew oln ik k lęk a przed tobą,
Miej litość nad nim, miej j ą na sobą,
W y r z e k n i j s ł o w o r o zk azu .
Gn iew twój bo les ny j a k g n i e w Allaha,
Ja k sznur jedw abny z rąk Padiszaha
Gdy n iem y T atar p rzyn iesie;
I d u sz a moja przed twoim gn iew em
J a k z a S am u ru stru n a p ow iew em ,
R ozstraja, z s y c h a i r w i e się.
„ O m arze \u b ran k a p r z e r w a ł a grecka,
„M yśl moja niejest zachceniem d zie c k a .“
I w z n i o s ł a oczy płonące.
1 l w i c ą b y ł a z tern okiem w b l a s k u :
„B a sz o ! twój k i n d ż a ł chcę mieć z Daiu ask u
„N a nim, tw e serce drgające!
D ź w i ę k tw^ego głosu, śp i e w Pzrafila,
T w ó j uśmiech welum r a ju odchyla,
T w e serc e o k ryte lodem.
B ęd ęż z u st twoich i z tw eg o czo ła,
J a k z T rebizon dy ogrodu p s z c z o ł a
T ru cizn ę w y s y s a ć z miodem?
K o rn el U.
PRZYPOMNIENIA
Nie j e d e n ok ręt w pięknej B a sso rze,
Dla ciebie fale błęk itne porze
S z u k a ją c p e r e ł u b rzegów.
Boga lem futrem zgięte w ielb łąd y ,
Gdzieś przebiegają dla ciebie l ą d y
I białe p u sz cze ze śn ie g ó w .
Z PODRÓŻY F© KRAJU
PRZEZ
A U G U S T A BIELOW SKIEGO .
D okończenie.
Dla ciebie w s z y s t k i e sz ale w bazarze,
D la ciebie gr eckich w y s e p k o rsarze
R a b u ją F r a n k ó w to w a r y .
Z p ieczar ind yjsk ich olbrzym ie sło n ie
Niosą klejnoty, by ciemne sk ronie.
Oświecić mojej L a z z a r y .
D la ciebie stroją s ł u p y z porfiru,
Kobierce Y ezd u i K aszem iru
J a k w n ę t r z e św ią t y n i K aaby.
Dla ciebie p ł a c ą har acz z kad zid eł
T en potępiony lud bez w ę d z id e ł,
S y n y E b lis a : Araby.
D la ciebie biją śrebrne fo ntann y
Chłodem i w o n ią. T w e j ł a ź n i w a n n y
Kute z greckiego marmuru,
Bielsze s ą n a w e t ni żli tw e ciało,
I j a k o po niem k r ą ż ą nieśmiało
P r z e j r z y s t e ż y ł k i lazu ru .
0 z w a ż S u t t a n k o ! gdy Klefty żo n ą,
W b u r z l i w y c h nocach nogą s k r w a w i o n ą
P o górach z a nim b ie g a ł a ś ;
To on dla ciebie nie m iał ni domu
N i c ! prócz sw ej strzelb y, z nim pośród łomu
Na o strym kam ien iu s p a ł a ś .
1 ciebie piękn ą i ciebie m ło d ą
T w ó j Klefta k a r m i ł Chlebem i wodą,
Grubą t k a n in ą o s ł a n i a ł ;
J a k antilopa sk a c z ą c p rzez s k a ł y
Z tobą i z nożem w ręku, z u c h w a ł y !
Z brojne me S pahi ro zg an iał.
To też mnie srogo m ę c z y ł a trwoga,
Z an im n a d e s z ł a ta ch w ila błoga
K ied y p r z y b lasku kagańców',
Głow ę p s a lego ujrzałem w w o rze,
A ciebie P e r i! w iód ł n a me ło ż e
W ó d z moich c z a r n y c h rz e z a ń c ó w .
IV.
»Pójdźmy do biblioteki \« m ówiła jedna z św ia tły ch
pań n aszych z którę niespodzianem
a bardzo p rzy-
jemnem zdarzeniem zeszedłem się pod róża.
D roga
jej b iegła daleko na zachód, m nie z każda chw ila ku
w schodow i od w oływ ała pow inność
a tylko jednaka
przyjem ność ogladania niektórych pam iatek p o łą czy ła
n as
m iejscem
i czasem .
chętnie i niebawem
W ezwanie jej przyjąłem
byliśm y na ulicy ś. Anny.
A ka
demia ja g iello ń sk a , ta matka nauk w P olsce, m ieści sic
w gm achu pochylonym starością, z krużgankam i w askiem i i bardzo wydeptanemi sch o d a m i; przerobiony
on, był niegdyś z dwóch kam ienic, kupionych od osób
pryw atnych i nie w jednym cza sie.
S ale w których
w ykładał Brudzew ski budowę niebios,
Jan z G łogo
wy system A rystotelesa, a poprzednicy Dąbrówki tradycie o pochodzeniu rodu n aszego i dzieje naszej sp o
łeczn o ści, sato ciasne i dość ciemne izby w których
sie niew ielka liczba słu ch a czy zm ieścić m ogła. R a
dzono sob ie podziałam i i wykładem w różnych g o
dzinach dla pojedyńczych w ydziałów .
P. Kremer, brat naszego estetyk a,
zajmuje się
z polecenia rządu odnowieniem całego gmachu. Parę
przestronnych sa l na pierwszem piętrze zastaliśm y
w łaśn ie na ukończeniu. D uże różnobarwne okna wpu-
31
szczają światło na ściany i sklepienia gotyckie które ] wskiego. Ten mniemany czarnoxieznik stał się od
szczęśliwa myśl odnowiciela w kwiaty i floresy z da niejakiego czasu ulubionym przedmiotem naszych piwnych rękopismów odwzorowane ustroiła. Do tak sarzów i każdy szczegół o nim choćby najmniej po
zwanych drzwi złotych prowadzić b ę d ą , w miejscu dobny do prawdy skrzętnie wydobywają z różnych
niewygodnych przejść krużgankowych, schody, podno broszur. Znana jest powieść Naramowskiego że czytąjącemu w cichości, w wileńskiej bibliotece, mnicho
szące się wprost z dziedzińca.
Wprowadził nas potem p. Muczkowski, autor wielu wi dal się naraz słyszeć szum wielki i łoskot z ja
dzieł gruntownych a teraźniejszy bibliotekarz kra kim duchy nieczyste xięgę Twardowskiego z tejże bikowskiej akademickiej biblioteki, do sali, której ścia blioteki porwali, i zanieśli zapewne do Krakowa, bo
ny przedstawiają w pięknych pęzla Stachowicza o- tu się później znalazła. Zato też przykuta tu była
brazach
alfresco dzieje akademii, skreślone wnagłó
łańcuchu. Oglądaliśmy tę xięgę ogromną, spisa
wniejszych zdarzeniach. Poczynają się daniem przywi ną w wielkich arkuszach, a zaw ierającą ja k to dziś
leju miastu przez Kazimierza wielkiego, którym aka powszechnie wiadomo, rodzaj encyklopedii, która jest
demię na przedmieściu Kazimierzu ustanowił, gdzie dziełem zupełnie czyjem innem nie Twardowskiego.
niegdyś wioska Bawół leżała, a ciągną aź do czasów Pismo jej jakkolwiek staranne i piękne, a pełne o S tanisław a Augusta. Niektóre obrazy są ju z całkiem zdób zwyczajnych tego rodzaju rękopismom, wydać się
zamazane, inne uszkodzone dość znacznie. W ysta może i dziś nieobeznanemu z dawnemi charakteram i
wione są tu i niektóre uboczne a mniej znane u nas oku, jakowemś dziwowiskiem, a w zabobonnych ze
zdarzenia. Tak widzimy na jednym obrazie mogiłę szłego wieku umysłach wrażało to przekonanie że
Kraka, a przy niej, w miejscu które lud szkołą czar- tylko sprawą czartowską powstać mogła ta xięga.
noxieznika Twardowskiego okrzyczał, robi optyczne P. Muczkowski, który przed kilką laty podał o niej
postrzeżenia, sławny Witeliou czyli Ciołek, optyk nasz dokładną wiadomość w osobnej xiążeczce, wynachoz XIII wieku. P. Muczkowski oprowadzając nas koło dził nam z wielką biegłością pojedyncze miejsca w
obrazów opowiadał nam ich treść zwracając szcze których autor, Czech rodem, mówi o sobie. Z ręko
gólniejszą baczność na mnogie anachronizmy jakich pismów innych które nam tenże pokazowa! dnia tego
się z powodu wielu niewyjaśnionych jeszcze za cza zajęły nas szczególniej dwa listy Zygmunta Augusta,
sów Stanisław a Augusta dziejów tej akademii, dopu bliskiej po sobie daty, a w domowych dziejach tego
ścił pęzel Stachowicza. Mimoto żałować trzeba wielce króla wielce ciekawe. Ojciec, ile się domyślać można,
iż te piękne zabytki malarstwa polskiego, które czas powziął z ubocznych doniesień wiadomość o miłos
coraz bardziej niszczy, dotąd przerysowane nie są.
tkach Augusta i napisał mu list groźny karcąc jego
Biblioteka akademicka krakowska jest bardzo zna postępki. August odpowiada mu na to z wielkiem
komita. Co do wielkości równa siec niemal ilościąu wzruszeniem i skruchą, zaklinając ojca na wszystko
dzieł drukowanych z biblioteką lwowską imienia Osso aby niedawał ucha żadnym pogłoskom, gdyż wszystkie
lińskich i podobnież jak ta obfituje w rzadkie druki są kłamliwe, i zamyka list temi słowam i: »kończę,
i wzorowe w ydania; atoli liczbą i wyborem rękopismów bo mi łzy pisać niedozwalają.« To przemówienie do
znacznie biblioteki lwowskie przewyższa. Dzieł dru czułości ojcowskiej, zrobiło wyborny skutek, jak wi
kowanych liczą w niej 42 tysięcy, a 45 tysięcy tomów. dać z listu pomniejszego. Starzec rozpłakał się i
Pisma ulotne, dzienniki i tym podobne, których znacz wszystko synowi przebaczył, albo przynąjmniej uwie
na jest ilość, do tej liczby niewehodzą. Ilość ręko rzył że on tiiewinny.
Do najdawniejszych bibliotek w naszym kraju na
pismów wynosi 2210 tomów w których mieści się au
torów 4380. Pierwsze swoje nabytki winna ta biblio leży xiążnica kapituły krakow skiej; tu było ognisko
teka nauczycielom akademickim, którzy od czasów chrześciańskiej cywilizacii naszego kraju, tu powsta
najdawniejszych nietylko te xięgi z których nauki wały pierwsze roczniki, pierwsze fragmenta dziejów
wykładali, ale całkowite, niekiedy nader liczne xią- Polski. Kilku następujących po sobie biskupów k ra
żnice swoje tak rękopisemne jak i drukowe testamen kowskich, których po imieniu nazwać umie historia
tem bibliotece przekazowali. Stąd też są tu rękopisma literatury, ma sławę pierwszych zarazem kronikarzów
do pierwotnych dziejów naszych bardzo cenne, o j a naszych, i imto winniśmy przechowanie tego co dziś
kich niesłychać w lwowskich bibliotekach. Podałem wiemy ze zdarzeń za początkowych naszych Piastów.
o nich wiadomość osobną do biblioteki Ossolińskich. Wczytawszy się w ich dzieła można się przekonać na
Osobliwością ściągającą uwagę niektórych zwła ocznie że mieli pod ręką xięgi takie jakiemi w owym
szcza gości je st tak zwana dawniej xięga Twardo wieku ledwie jaka stolica poszczycić się mogła. Z tej
*
xiaznicy przyniesionyrekopism dekretaliów dar niegdyś
Kazimierza wielkiego, na którego stronicy pierwszej
odmalowany był król ten w młodym wieku, siedzący
na tronie i miecz w prawym reku trzymający, ro z
strzygną! wyborem Warneńczyka, którego obiorcy
z powodu młodości na tron powołać wahali się.
Tu znajdował się przed niebardzo dawnym czasem
jeszcze autograf dziejów Długosza, który podobno
przez jednego z nunciuszów w Polsce przebywających
pożyczony, wywieziony został później do Włoch, i
dziś je s t prywatny w łasnością jakiejś włoskiej r o
dziny. Do rzadkości nadzwyczajnych jakie ta xiaznica dziś jeszcze posiada, należy Iher beneficiorum
D ługosza, czyli xięga założeń i nadań różnych k o
ściołów w Polsce, spisana na pargaminie. Rękopisom
tego jednak wczasie naszej bytności, mimo życzenia,
oglądać nie mogliśmy. Pare innych rękopismów w a
żnych dla naszej historii, a znajdujących się w tej
xiążnicy oglądałem częścią za pośrednictwem p an a
Muczkowskiego, częścią kanonika Scypiona w którym
znalazłem człowieka bardzo światłego i uprzejmego,
a zamiłowanego mocno w ojczystern pismienictwie.
Ma on sie niebawem zająć ułożeniem dokładnego ka_
talogu rękopismów znajdujących się w bibliotece lir.
Tarnowskich w Dzikowie.
Piękny i wyborowy zbiór xiąg i rękopismóm r z a d
kich osobliwie w7 przedmiocie literatury ojczystej po
siada także sam p. Muczkowski i z niego chętnie
znajomym użytkować pozwala.
W*
Gdy rolników z pługami w y w o ł u j e zorze,
Ja zielon y stoliku, ja przy tobie orzę,
T yś mi jedno d zied zict wo: staniesz mi za niwę.
Gdzie dziatkom chleb obmyślam łub imię poczciwe.
T y d zień c a ły najemnik; ale w dzień św ią tecz n y
W w ieczn o ś ć myślą się puszczam nad ten świat k on ieczn y ;
A w p rzyspieszonym świata zmiennego obrocie,
Cichej prawdzie hołduję i starej prostocie.
K . Brodziński .
Tych kilka wierszów byłego nauczyciela niegdyś
w Warszawie, może niecałkiem niestosownem bedzie
położyć tu gdzie cokolwiek o literaturze i literatach
w Krakowie powiedzieć postanowiłem.
Dzisiejsze życie literackie w Krakowie, nie nale
ży do najczynniejszycli: ma w tej mierze Kraków wiele
podobieństwa z innemi niektóremi stronami. Zapewne
niejedna w ażna przyczyna dałaby się przytoczyć na
wytłumaczenie tego; wszakże nie ostatnią zdaje mi
się i ta, ze nauki potrzebują wyłączniejszego oddania
się, aby w uprawie ich wielkie i ciągłe widno było
postępy, a do takowego pewnej rezygnacii i mocy we
wnątrz, a zewnątrz okoliczności nader pomyślnych
potrzeba.
znamy.
Tamtych u nas za mało; tych wcale nie*
Ztemwszystkiein życie to w Krakowie nie je s t w
sobie tak mdłe i bezbarwne jakby sic to na zewnątrz
wydawać mogło. Miasto w którem już według słów i
pragnień szlachetnych Kazimierza wielkiego miała być
>/perła nauk, i zdrój wylewny z któregoby obfitości
czerpać mogli w szy scy ;« ma i dziś mężów w różnych
gałęziach nauk znakomitych. J e st tu towarzystwo uczonych, które ogłasza prace członków swoich w osobnych rocznikach, a prócz tego pojawiają tu się od
czasu do czasu dzieła gruntowne w swoim rodzaju.
Dwa nowe pisma periodyczne przybyły do dawniej
szej gazety krakowskiej: D w u t y g o d n i k l i t e r a c
k i i K u r i e r k a . Pierwsze zasilane jest prócz wielu
innych, estetycznemi artykułami Józefa K re m e ra i n a
uk o we mi Józefa Muczkowskiego który w dzisiejszych
okolicznościach bardzo wielka położyłby zasługę, krytycznem wydaniem kroniki Wincentego syna Kadłubka,
do czego właśnie i wiadomości rozległe i łatwość p o
siada, mając kilkanaście różnych jej rękopismów pod
ręka. Widziałem u niego rekopism w którym wiele
ju ż je s t przygotowanego do tej pracy, i godziłoby się
aby inne zatrudnienia na czas odłożywszy nią się
głównie zajął, a przy swej wzorowej pilności i po
mocy j a k a mieć może od ziomków z powodu rozleg
łych swoich stosunków, mógłby to uskutecznić wy
bornie.
K urierka zdaje się mieć cel popularny, ro z sz e rz a
nia wiadomości potrzebnych w7ja k największej masie
czytelników.
Literaci tutejsi udzielają się sobie dość chętnie i
widziałem znaczne ich grono na jednym z literackich
wieczorów. Rozmawiano o dziełach niedawno wyszłych i dawano bardzo trafny sąd o n i c h ; z a s ta n a
wiano się nad sztuka, nad odnowionemi lub mającemi się odnawiać budowlami do czego rząd teraźniej
szy ze znajomością rzeczy przystępuje, i odpowiednio
swojej możności nakładów na to nieszczędzi.
X. Jakubowski przyniósł był z sobą kilkanaście
sztuk nowoznalezionych pieniążków. Właśnie ten n u
mizmatyczny znalazek w strząsał wtedy umysły w s z y s
tkich starożytników i posiadaczy monet. Jakoż je s t
on jeden z najrzadszych, i jakkolwiek numizmatykiem
niejestem, zajał mię do tyła, żem się s ta r a ł z a siąg n ą ć
o nim pewniejszych wiadomości. N a początku w rze
śnia we wsi Pełczyskach, powiecie miechowskim, wy
płukały tegoroczne słoty garnuszek z pieniążkami
w bruździe, na górze zwanej Olbrycht, gdzie nieda
leko znajdują się fundamenta bardzo starożytnego
zamku. Pieniążków tych z których niektóre są dwu-
stronne czyli denary, inne znów ze stępieni na jednej m ogło to ujść zaledw ie w czasach kiedy niedaw no
4yik o stronie czyli brakteaty , było kilka tysięcy. S z a zm arły N estor literatury nowszej pierw szą próbę te
nowna Polka do której rak skarb ten, jakkolw iek u- go rodzaju w pięciotomowem dziele swojem pokazał.
szkodzony ja z, dostał się, oddała go całkow icie w R ozgatunkow anie ich w edług w ażn ości i epok, by
ręce znawców i na ich w łasn ość, byle tylko zrobili stre wglądnienie w autentyczność i w szelka staran
j/n ie g o dla nauk w szelki użytek. P. Strzelecki, bie n ość w wydaniu powinna być nieodłączna w takich
g ły w num izm atyce krajowej, je st d ziś w posiadaniu robotach. Do porządnej i starannej publikacii h isto
najznaczniejszej jego części: pokazyw ał mi go, obja rycznych naszych pomników należą S tarożytn ości
śn ia ł wiele nieznanych mi szczegółów i robił n iek tó G rabowskiego przed kilką laty wydane, a teraz pra
re ogólne nad całkow itym zbiorem uwagi. Zdaje się cuje on nad dalszym ich ciągiem . W idziałem u n ie
ze zakopany był nie później jak w wieku XIII, co ju ż go spore tomy dokumentów różnych, opatrzone dosam o nadaje mu nader wielka wartość. S § tu monety kładnem i indexami, i mile kilka chw il na rozm owie
zupełnie nowego stępia, sa blaszki na których próbo z nim spędziłem . Krótkość pobytu niepozw olila mi
wano dopiero stęp ia jak też będzie się wybijać, a zfcad k orzystać z ofiarowanego mi uprzejmie przew odnic
pokazuje się że w m iejscu w którem znachodził się twa w zw idzaniu niektórych pamiątek.
skarb ten, była mennica. S a w reszcie blaszki srebrne,
N auki przyrodzone mają zdolnego i czynnego urozpłaszczon e młotkiem i przygotow ane pod stępel praw iacza w p. Ludwiku Z e isz n ę r z e ; nie zastałem go
które odpić nie uścigniono, tudzież k aw ałeczki śre- w Krakowie; sły sza łem tylko o jego tegorocznym po
hra topionego. Pieniążków z napisam i je st tu nie w ie byciem w celu naukowym w Tatrach. ~
le ; najw iększa część bez żadnych napisów lub tylko
Autor »Listów z Krakowa« J ó zef Kremer pracu
•z kółeczkam i lub punkcikami, które w ła ściciel sp ra je, nad drugim tomem tego d zieła które je s t jedyną
w ied liw ie uważa jako skazów ki, iż w stęplu pierw o estetyką w dzisiejszej naszej literaturze. D aw ał mi
tnym litery w tein miejscu znajdow ały się . Trzy im io do czytania ustęp z drugiego tomu, k tó ry m i się bar
na głów nie czytać można na tych m onetach : W łady dzo podobał. Zajmuje się 011 żyw o w szystk iem co tyl
sła w , B olesław , L eszko. Z napisem W ładysław znaj ko ma styczn ość z n aszą literaturą, a jego m iłe to
dy się pewne pieniądze Hermana. L eszek będzie n ie w arzystw o w ielce mi uprzyjemniło1, mój pobyt.
wątpliw ie L eszek biały; co do B olesław ów za ś jak
W narożnym domu ulicy S zczep ańskiej m ieszka
je s t rzecz§ pewna że B olesław krzyw ousty a może na drugiem piętrze jeden z najszanow nieszych na
nawet i śm iały się znajdzie, tak też ile z rosadnych szy ch pisarzów . Prócz niektórej rannej godziny któ
p ostrzeżeń p. Strzeleckiego powziąć m ogłem , niema rą mu jego obowiązek n auczycielski zabiera, z a w sz e
podobieństwa żadnego, aby między niemi był pieniądz niem al go w domu za sta n iesz. N iebyw a praw ie w
B olesław a w ielkiego, o którym m arzył tylko obja- żadnych towarzystw ach, sam też zgrom adzeń w ię
śn ia cz monet trzebuński, a uczony Kene zgan iw szy jego kszych nie miewa, jakkolw iek rad je s t gdy go kto z e
m arzenia, podsunął potym sw oje i p rzyp isał jak iś znajomych w wolniejszej godzinie odwidzi. C hociaż
pieniążek B olesław ow i chrobremu, który mniej jeszcze jest w samej sile wieku, g ęsty czarny w łos jego pruma podobieństwa do niego. Prędzejby można m nie szy niezrzadka siw iz n a ; w p ostaw ie jego i w yrazie
mać, że niektóre z beznapisowych monet w tym zbio tw arzy maluje się pewna moc i rezygn acia. Ogromne
rze będ§ tak w ielkiej starości, ale o dowody na to wolumina to rękopism ów i sp isów x ią g po Czackim
zbyt trudno. Cokolwiek badź w ielce będzie ciekawe to drukowanych d zieł rzadkich stanow ią głów ne je g o
i w ażne w numizmatyce krajowej dziełko nad któ towarzystw o: im oddąje w szystek cza s rodzinie i przy
rem p. Strzelecki obecnie pracuje, a w którem przed jaciołom odjęty, i ju ż sz e ść grubych tomów pięknego
staw i nam w w iernych odciskach w szystk ie rodzaje d zieła jego, w roku 1840 poczętego, ma w swoim rę
znalezionych tam monet, da ich dokładny opis i o- ku publiczność. Jestto M ichał W iszniew ski autor h i
bjaśnienie, jako w ynikłość długich sw oich nad tym storii litefatury polskiej. W szedłem do niego z Kreprzedmiotem zastanow ień i kombinacij. Zostaw iłem merem: przyjął nas bardzo grzeczn ie, i po krótkiej
go w łaśn ie rozm yślającego nad dwoma ustępam i kro chw ili za w ią za ła się szczera , poufna, literacka p oga
niki M arcina Gala, w których opisana w alka Bole danka. Podobała mi się otw artość z jaką mi p ow ie
sła w a III., z dzikiem i zw ierzętam i, zdaw ała się dzi d ział bez ogródki, że niew iele trzyma o niektórych
w nie przypadać do wyobrażenia na niektórych pie- moich usiłow aniach, i tern chętniej mu się z nich tłu
m ażkach z tych czasów .
m aczyłem . W iszniew ski zam yśla po ukończeniu sw ej
Do bardzo szanow nych pracowników w literaturze h istorii literatury zabrać się do n aszych dziejów m ia
n aszej należy Ambroży Grabowski, autor h istorycz now icie z epoki J agiełłów . Żapomocą długich sw oich
nego opisu Krakowa i jego okolic, który już czw ar zastanaw iań się nad ośw iatą n a szą i dziejam i p rzy
tego w ydania doczekał się. Zajmuje on się zw ielk iem sz e d ł on do pewnych w ynikłości, które w yznaje tern
zam iłowaniem pamiątkami dawnemi i takowe z su śm ielej że potrafił je sobie w pewną porządną c a ło ść
m iennością o g ła sz a . Starożytnictw o u nas zn alazło u łożyć. Tym czasem żadne obce potrące°nie^ żadna
w now szych czasach dość znaczną liczbę pracow ni m yśl innorodna nieprzesuw a się koło niego bez sk u
ków, w ięk sza ich część jednakże nieprzyjęła się wa tku, a jego duch czynnny umie ją sobie natychm iast
żn ością sw ego pow ołania i nierzadko w idzim y w o- uzupełnić i podciągnąć do widoków w y ższy ch , z tagłoszonych pomnikach brak piln ości lub obszerniej kiem zaparciem siebie, ja k ie zw ykle tylko czystą d ąż
szej znajom ości przedmiotu, a niekiedy nawet złą ność ku prawdzie cechuje. J eżeli w ielu z p iszą cy ch
wiarę. Już dziś niedość jest lada zbiorek dokumen dziś u nas spotkać może ten zarzut, że się tylko do
tów jakotako drukiem ogłosić, aby mieć za słu g ę istotna: ryw czo i nawiasowo oddaja naukom, to najmniej W i-
11
szniew skiego: żyje on cały w literaturze, w n i | główne
siły swoje wytęża, i w każdej z nim rozmowie spo
tkasz się z ideami któremi rozstrzelone zabytki pol
skiego pismienictwa z kilku wieków, w jednorodny
m assę zlać i w jednym obrazie narodowi przedstawić
usiłuje. Nie trzeba go długo poznawać, aby wyczerpnęć to przekonanie że taki człowiek wytrwa w swojem przedsięwzięcia do końca, choćby był na większy
jeszcze rozmiar zaczęł swojy historię literatury pol
skiej. Praca ta choćby tylko dla tego że jest pier
w sza w swoim rodzaju, powinna autorowi jednać sza
cunek u wszystkich. W dotychczasowych sadach o niej
było dużo lekkomyślności. Nie sy poczęści wolne od
tego zarzutu i pisma poważne. Biblioteka6warszaw ska
np. mieści w jednym szeregu Wiszniewskiego historię
literatury z Obrazem bibliograficznym Jochera, niekie
dy nawet dostaje się temu ostatniemu nad Wisznie
wskim pierwszeństwo i to w artykułach pisanych wprost
imieniem redakcii. *) Takowa mieszanina dziwna jest
w piśmie które sprawiedliwie skydinnyd do pism p ier
wszego rzędu należy, i od rachuby materialnej nie
zawisłe być może. Mógłby kto mniemać żeśmy podu
padli dotyla na sydzie, iż już kompilatorstwa od twór
czości, prac bezzyskownych od spekulacij xiegarskich,
dziejów oświaty od bibliograficznej łataniny rozeznać
nie umiemy. Jakykolwiek może mieć wartość xiężka
Jochera, niestosowność jej miejsca obok historii ‘lite
ratury, choćby nawet nie według wszelkich wymagań
krytyki, skreślonej, uczuje każdy ktokolwiek miał choć
troehe do czynienia z naukami. Zostawić więc biblio
graficzny obraz, bibliografii; a historię literatury Mi
chała Wiszniewskiego której pojedyńcze usterki nie
jeden prostować, ale jej żywego, porywajycego wykładu
nikt zastypić nie potrafi, przyznać istotnej historii.
O romancach 1 pieśniach
hiszpańskich.
D okończenie.
IV.
Trobador, tworzyciel, wynalazca, był owym śpie
wakiem ludu który unieśmiertelniał czyny rycerzy i n a
miętne poruszenia duszy tłumaczył poezyjnym języ
kiem. Byt ich społeczny zapewne był taki jak bar
dów bretońskich; u gminu czekała ich gościnność i
uwielbienie; od uczonych i wyższych, pogarda. Niedarmo Juan del Encima powiada:
hay
de
m as, Canto,
sennor
d
a
mi
esclavo,
ver,
ay
V.
Romance hiszpańskie możnaby podzielić na trzy
oddziały: do pierwszego należę historycznej treści;
maluję one to miłość niepodległości narodowej, świe
tne zwycięstwa nad M auram i, samodzielność chara
kterów, a oraz właściwę Hiszpanom pychę i chełpli
wość. W rzędzie tych główne miejsca zajmuję pieśni
o Cydzie, zapewne zaraz po śmierci bohatyra stwo
rzone. Coś odpowiednego temu utworowi ludu nieznajduję tylko w serbskich pieśniach o Marku królewi
czu; zachodzi nawet jakieś podobieństwo między terał
olbrzyiniemi postaciami. Cyd służy z poczętku Mau
rom, Marek Turkom; koń Babieka i miecz Ticona
odpowiadaję Szaraczowi i owemu buzdyganowi co
tylu wrogów powalił. Cyd po śmierci zwycięża jeszcze
Maurów, a Serbowie wierzę że Marko zjawi się
kiedyś na Szaraczu by zadać ostatni cios Turkom!
Pokazuje się że do tworzenia podobnych bohatyrów
upostaciajęcych w sobie ducha ludu, zdolny jest tylko
naród w którym wszyscy żyję życiem politycznem, a
de
d Ztem
#3
wszystkiem, tylko w ich utworach mieści się sama
treść narodowej poezii Hiszpanów, tej poezii obozów,
zamków i chat; tej poezii która rej wodzi na wszys
tkich zebraniach, która żyje w ustach każdego i roz
grzewa każde serce. Cerwantes mówiyc o romancy
sławiycej Gayferosa, powiada, że każdy ję umie, a
dzieci na ulicach spiewaję. Można twierdzić że wszys
tkie wspomnienia Hiszpanii mieszczę się w tych ro«■) S ty czeń 1842 str, 223.
mancach. Sę one razem i podaniem dziejowem i na
rodowy epopeję, i xięgę bohatyrów; znajdziesz taro
i powieści rycerskie pełne uroczych obrazów i św ie
tnych czynów, i owe miłośue śpiewy brzmięce z okien królewskich pałaców, aż do mulnika, który nie
mi uwesela samotnę drogę; na koniec wojenne himny
dodające ducha żołnierzom cięgnęcym na bitwę.
Hiszpanom należy się wysoka zasługa iż pierwsi
między narodami podali rękę ludowej poezii i ogłosili
ję w licznych zbiorach. Najdawniejszy drukowany byt
w r. 1555 pod tytułem :
Canc po
tem inny w r. 1604.
Roman że później
sze pominę. Cpiewaję one wszystkie nieledwo zda
rzenia o ostatnich zachodnio- gockich królach aż do
ustanowienia monarchii hiszpańskiej i wypędzenia
Maurów. Niema żadnego ważniejszego wypadku któ
ryby był pominiony w rom ancach; dla tego wiele
z nich sę czystemi kronikami ulożonemi w redondillach i opowiadajęcemi sucho i jednotonnie panowanie
królów lub wyprawy wojenne. Depping powiada, że
gdyby sobie kto zadał pracę odszukania tych pieśni,
niezawodnie znalazłby cięg historycznych zdarzeń od
lOgo do l6go wieku. Romance te i pieśni układane
sę wierszem zwanym redondillo *) jedne rymowane,
drugie w assonancach; jedne w nieregularnych stro
fach, z zwrotkę
(if)aen
rna końcu. W dawniejszych
zapomniano nawet o rymie, i tylko gdzieniegdzie
jakby z przypadku trafia się assonanca.
Jestto w iersz nieprzechodzący 8 zg ło se k . N ajdaw niejsze
w ie r sz e h iszpańskie b y ły a lex a m iry n y ; w takich p i s a n y
poemat o Cydzie, przez dystyn k cie zap ew n e uczon ych
p oetów chcących się różnic w miarze w iersza od truba
durów u żyw ających red on d illów ; w iersz dw unasto i w ię . cej z g ło sk o w y n a z y w a n o : del ar te m ayor. N iektórzy u czen i u trzym yw ali że Goci m ogli byli rym y p rzy n ieść
z sobą do Hiszpanii; lecz najdaw niejsza forma w ie r sz o
w an ia która się przechow ała u Skandynaw ów niejesfc
z rymem, lecz z aliiteracią c z y li z powtarzaniem niektó
rych sp ó łg ło sek ua począiku i końcu w iersza . W j ę z y
kach południow ych p rzeciw n ie m a sie z assonancam i, któ
re są powtarzaniem jednych i tych sam ych sam ogłosek^
jakto się postrzega w p oezii arabskiej.
15
prościej, w którym każdy jest synem ojczyzny. Dla tego też
romanse Cyda zostaw ały dtugo w ścisłym związku ze sprawą
K astylii; a każdy żołnierz chrześciański śpiewając dzieła Ruy
Diaza u czył się dziejów ojczystych; przez pięć bowiem w ie
ków historia Hiszpanii niezawiera nic innego tylko ustawną
walkę z Maurami. Następne trzy wiersze z romansu o Cydzie:
Say el Cyd, honora d'Espana ;
Si alguno pudo ser mas
En mis obras le veras.
(jestem Cyd, zaszczyt Hiszpanii; jeśli ktoś może być w ię
kszym, zobaczycie z mych czynów } oddają wiernie całą w ie
dzę narodu o swojej wielkości, jak równie w wierszach innego
romansu rozlega się głos ducha lękającego się nawet cienia
n iew oli: ,,wolni urodziliśmy sięu mówią Leończykowie gdy
król Alfons chciał ich poddać Francii, „płacimy królowi nasze
mu to cośmy mu winni. Niech Francuzom odda sw ą własność;
lecz nas w azali niemoże darować; gdyż nad duszami naszemi
król niema w ładzy.
De les el Rej sus aver e s;
Mas no les de sus vassalos ;
Que en someter voluntades,
No tienem los Reyes mando.u
Oprócz Cyda, który zaćmił w szystkie sław y, ulubionym bohatyrem jest jeszcze Bernard del Carpio, ten Herkules kastylsk i; on to przeciw Karolowi W . łą czy się z Maurami, Rolan
dowi zastępuje pod Ronceveaux i w oła w obliczu swego króla:
„Odpowiedź którą nam Francia dała, odnosimy wypisaną na na
szych piersiach.
Inne romanse odnoszące się do tej kategorii, opiewają szcze
gólne wypadki bądź wojenne, bądź z życia domowego. O Rodrygu ostatnim królu wizygockim, który zw yciężon y ucieka
z pola bitwy, załączam przekład. W tej pieśni żyje pamięć
w ielkiej bitwy która w r. 711 otworzyła Arabom wstęp do
Iberii i przechował się żal narodu uważającego się za dziedzi
ców sła w y gockiej, aczkolwiek zamierzchłej i bajecznej. Do
najdraraatyczniejszych, najtkliwszych utworów, należą romanse
& hrabi Aiarcos i Don Pedrze okrótnym; pierw szy przytaczam
w treści, jako malowidło obrażonego uczucia honoru oddycha
jącego zemstą, a oraz miłości w zapasach ze zbrodnią. Aiarcos
uwiódł królewnę, potem ożenił się z inną kobietą. Gdy się król
0 tern dowiedział przywołał go i rzekł mu: „ażeby wrócić spoJtojność mej córce i pomścić mój honor, masz natychmiast za
mordować w łasną żonę. „Hrabia oburza się na len pomysł, lecz
król niedaje się w zruszyć. „Musisz to uczynić, powiada, ina
czej głow ą nałożysz. “ Nieszczęśliw y przyrzeka usłuchać i od
chodzi z płaczem. W ylew a łz y nad sobą, nad małżonką i nad
trojgiem dziatek, które mu na świat w ydała; jedno jest jeszcze
przy piersi i chociaż ma trzy mamki, niechce niczyjej piersi
tylko matczynej; dwaj braciszkowie są tak malutcy że zaledwie
wiedzą czy żyją. Gdy hrabina dowiedziała się o przybyciu
małżonka, w ybiegła na przeciw' niego a ujrzawszy go smutnym
1 zrozpaczonym, zaklina by jej w yznał przyczynę boleści, lecz
hrabia m ilczy; u siada przy stole, nic nieje, niepije, tylko gło
w ę w' dłoniach ukryw’a i stół zw ilża potokiem łez. Nakoniec,
gdy noc nadeszła, zamyka drzwi i rozkazuje żonie by się przy
gotowała na śmierć. N ieszczęśliwa niewydała żadnej skargi
tylko błagała by jej pozwolił dzieci obaczyć i ostatni raz uści
skać najmniejsze z trojga, które najbardziej potrzebuje macie
rzyńskiej pieczy; lecz hrabia opiera się temu i każe jej mówić
pacierz, poczem ją dusi a ona mu przebacza konając.
Dodać mi jeszcze wypada że zbrodnia w7 romansach w\szędzie odbyw a się z krwią zimną, nigdzie skrucha nieowłada ser
cem zabójcy, jakby popełniający takow7ą uw ażał się nie za istotę
z własnego popędu działającą, ale za narzędzie jakiego fatali
zmu. Ta cecha ducha Hiszpanów, wyciśniętą im została przez
Maurów, i charakteryzuje ten naród aż do naszych czasów.
VI.
Drugi oddział romansów mógłby stanowić utwory rycerskie,
jakoto w iążące się z historią Karola W . i dwunastu parów oraz
Lancelota, Tristana, i Amadisa. Gmin wyrabiał z tych źródeł
Poezię sobie w łaściw ą w następny sposób. Panowie mieli na
zamkach swoich długie rymowane kroniki i romanse pisane na
pargaminie, ozdobione misternemi arabeski; lud zaś zbierał sie
na placach i słuchał trubadura który mu śpiew ał dziwrne przy
gody rycerzy, owe powieści obozów i miłości podzielone na bal
lady i składane stosownie do upodobania tłumu, w wierszach
assonancow'ych lub rymowanych. Poezia ta tworzona pod gołem
niebem niebyła pisaną; a rapsodzista szczęśliw y z serdecznych
i prostych oklasków7, często i niewłymieniał sw ego nazwiska;
lecz za to gmin chwytał te pieśni czerstw7ą pamięcią i powta
rzał sobie wr chwilach wypoczynku i na wieczornych kołach.
Z biegiem czasu osobliwsza zaszła odmiana: owe rękopisy prze
pisywane taką pracą, tak starannie przechowywane, zaginęły,
a podanie gminne, na pozór tak niestale, niezupełne, przecho
wało się do późna. Tak w ięc zbieracze romansów w brakli
xiążek, udawali się do pamięci starców.
Kiedy zamczyska rozsypały się w gruzy, a pierwiastków7©
pomniki sztuki poginęły, zagadywano się, kędyż jest owa po
ezia dawniejszych wieków ? na odpowiedź pokazało się że jaka
prosta wieśniaczka umiała ją powtórzyć co do słow a; albo też
ślepy dziadek śpiew ał ją żebrząc na gościńcu. W zbiorach do
tychczasowych liczne są romanse rycerskie, z nich to odgaduje
się najlepiej charakter Hiszpanów7, heroiczny, namiętny a oraz
zabobonny. Kiedy np. infantka Sewrilla rozkazuje Calaynosowi
aby jej przyniósł głow7ę Oliwiera, Rolanda i Renoda Montoban
(Renaud de Montauban), nieihyślmy aby biedny rycerz wahał
się na chwilę wystąpić sam jeden przeciw trzem najdzielniej
szym bohatyrom chrześciańskim. Bynajmniej ; uszczęśliw iony
rozkazem kochanki, dosiada rumaka, przybywa do Francii i pa
da pod pierwszym ciosem kopii Rolanda. W innym romansie
widzimy mężnego Durandarta umierającego z ran: nieskarzy
się, niewydaje żadnego jęku, nie żałuje tego co się stało; tyl
ko postrzegłszy przyjaciela sw ego Montesinos, zaklina go aby
mu w7ydarł serce i zaniósł Bellermie, pani jego uczuć. Znowu
w innym, Tristan raniony śmiertelnie, kona; przychodzi doń
Izelda, usta ich łączą się ostatnim pocałunkiem, a z łez obfi
tych potoków które nad sobą w yleli, w7yrastają lilie.
Co do zabobonności, takowa objawia się w owych snach i
przeczuciach wstrząsających wyobraźnią ognistą i łatw ow ier
ną. Pew'nego dnia Donna Aida, małżonka Rolanda, widzi wre
śnie sępa ściganego przez orła; przestraszony sęp chroni się
do niej, lecz orzeł dopada go, i rozdziera. Aida chce odgadnąć
snu tajemnicę i nazajutrz dowiaduje się o bitwie pod Ronsew7©
(Roncevaux). Podobnież na dzień przed bitw7ą w której Rodryk
został zw yciężony, małżonka widzi go we śnie okrytego rana
mi, i z zaknvawionemi oczyma. Rodryk bierze ją za rękę i mówi
ze łzami: „Żegnaj mi nieszczęśliw a królowo, żegnaj mi, w
świat idę. Maurowie zw yciężyli mię, Maurowie panami kró
lestwa. Nieopłakój mej śmierci, nieopłakuj niedoli; uchodź w
najskrytszy zakątek, gdzie w niedostępne góry, jeżeli chcesz
głow ę ocalić; niema innego już środka, cała bowiem Hiszpania
podbita przez wnroga.
W ogóle powiedzieć można, że romance hiszpańskie całe
kiem są ogołocone z owrej cudowności jaka się pojawia w e
wszystkich starych balladach niemieckich. Zdawałoby się że
niebo pochmurne i mgliste północy może tylko wydawać ow e
fantastyczne utw7ory olbrzymów, karłów, smoków7, elfów, trol
lów7, itd., gdy przejrzysta jasność południowego słońca rozpę
dza te mgliste obrazy i ossianiczne postacie; jabym sądził je
dnakże, że tylko lud którego formaeia odbyła się bez napływui
obcych cząstek, może przechować swoje myty w pieśniach i
podaniach, gdy przeciwnie taki jak hiszpański utworzony
z przychodnych Gotów7, a rozwijany um ysłowie przez Arabów7,
niemógł przysw7oić sobie my tycznych pojęć pierwiastkowych
Iberii mieszkańców7, bądź wytępionych wojnami, bądź przecywiiizowranych przez Rzymian. Z tern wszystkiem znajdują się
niektóre romanse gdzie cudowność byw7a wprowadzona, ale
wróżki niewystępują tam jako działające, dotykalne osoby, tyl
ko mowa jest o skutkach ich zaklęć i czarów7. Do takich na
leż y romans o Espinellu, o zaklętej królewnie i o hrabi Arnaldos. Pierw szego treść następna: Espinello leży chory na w spaniałem i bogatem łożu, w głowach jego siedzi Matalcona i prosi
aby jej opowiedział sw7oje życie. Espinello mówi w7 tej treści:
Ojciec mój był królem francuskim; matka moja wydała pew'ne
go czasu wyrok, że która niewiasta porodzi bli/ tięta będzie ja
ko przeniewierna wrzucona w morze. Zdarzyło się z boskiego
16
zrządzenia że sama w krótce pow iła dwóch sy n ó w ; w idząc
swój w styd, udała się o radę do czarow nicy M aurytąnki. Ta
je j poradziła aby jednego z bliźniąt w ło ż y ła w skrzyneczkę i
rz u ciła w morze w raz z klejnotami i złotem, dlateg o , coby dzie
c ię znalazł i w ychow ał. Matka mnie w y b rała i rzucony zosta
łem na burzliw e fale które mię w y n io sły na brzeg pod cień
k rzew u zw anego espina, od któregoto i moje nazw isko w z ią
łem . Ż eglarze p ły n ą c y tam tędy znaleźli mię; zabrali z sobą do
S y rii na dwrór S u łtana; ten zaś, dzieci niem ając, p rz y b ra ł mię
z a syna, i teraz po jego śm ierci jestem w tym kraju sułtanem .
W drugim o królew nie zaczaro w an ej; siedm w różek na siedm
la t skazują królew nę zam ieszkiw ać d ą b ; w t trzecim o hrabi A rnaldos, pojaw ia się jakiś tajem niczy żeglarz, który sw oją pio
sen k ą m iesza morze i przyw abia ptastw o. W yobrażenia te
przypom inają osobliwie w Espinellu, niejedną pow iastkę z tysią ea nocy, omijając naw et grecką o P erseuszu. Dla tego stro
n a cudowności w prow adzona w romanse należy się całkiem
Maurom, nierachując już owej bujności obrazów, przy sady w y
rażeń i owej amplifikacii niemającej miejsca w treściw ych i
jędrnych pieśniach słow iańskich i skandynaw skich.
VII.
Jeszcze jeden oddział składają rom anse m aurytańskie, to
je s t takie które, jak się domyślać można, tłum aczone b y ły z ara b sk ie g o ; bo trzeba wiedzieć, że gmin rów nie jak autorow ie
z powołania, tłum aczy niekiedy utw ory pobratymcze, lub sąsie
dnie. W iele tego przykładów znachodzi się w pieśniach holen
derskich, zupełnie jednakow ych z niemieckiemi i skandynaw skiem i, w polskich i ruskich w łużyckich i niemieckich.
W racając się do rom ansów m aurytańskich, widzimy" w nich
zw ierciadło życia orientalnego w pełnym blasku życia, które
nam się pojaw ia jużto uśm iechłiw e, rozmaite, kapryśne, jak
architektura A lham bry; ju ż ponure i dzikie jak ow a góra, gdzie
n ieszczęśliw y Boabdyl stanął, aby po raz ostatni spojrzeć na
Grenadę, a którą od tej chwili nazw ano el monte del sospiro
(górą w e stc h n ie n ia ); już nakoniec jako ciąg nieustannych festy
nów i chw il m iłosnych w sadach pom arańczowych, przeplata
nych krzykiem w ojny i żałobą po stracie jakiego grodu zdoby
tego przez chrześcian. Urok tych czarowanych zm yśleń poezii
arabskiej k a za ł zapomnieć Hiszpanom o rodowych nienawiściach,
a zapalając ich wdziękiem rycerskości pogańskiej, obudzał w
sercach chęć do sław ienia m ęztw a A benceragów jakby ich
w łasn y ch bohatyrów .
T E A T R .
Dnia 3 stycznia r. b. przedstaw iono na naszej scenie pię
cioaktową komedię Skribego: W i ę z y . Do zalet z jakiem i się
rozwodzono gdziekolwiek nad tą komedią, niebędzie rzeczą
zbyteczną dodać : że jej osnowę zesznurow ano tu owdzie najnienaturalniejszem i scenami, a w całem przeprow adzeniu roz
sypano brudu pełną garścią, W idzim y np. pew ną panie która
p rzy szed szy po raz pierw szy w dom zupełnie sobie obcy, ubogi w praw dzie ale uczciw y, w yprasza wrszystkich do drugie
go pokoju, a sama rozpoczyna najpatetyczniejszą a haniebną w
jej położeniu scenę m iłosną. Później znowu daje się zam ykać
w jakiejś komórce a doznaw szy zaw stydzenia i będąc .w poło
w ie już w ykrytą, prowadzi sw oją rzecz dalej w tymże samym
pokoju, chociaż niebezpieczeństw o, być przydybaną od męża, niem inęło. N adew szystko jednakże rażący jest sw oją brzydotą
m oralną ten ton i w yraz w jakim w ypadki te zestaw iono: dzie
je się to tak jakby to w y p ły w ało z porządku rzeczy, jakby do
uczciw ości, do dobrej sła w y osob nieprzeszkadzało bynajm niej.
Dla polskiego słuchacza je st przedstaw ienie tej komedii rażące
także obcemi zwrotam i jęz y k a i w yrażeniam i niew łaściw em i
których się tłum acz zgęsta dopuścił. Niechcemy sobie to tłu
m aczyć nieznajom ością ję z y k a ; lecz raczej pospiechem i p rzy
Redaktor TOMASZ KULCZYCKI.
w iązyw aniem się do słów oryginału. Panna Emelina Szym ań
ska w ystęp o w ała po raz drugi w tej sztuce jako amatorka, w
roli L aury, zony kontr-adm irała Saint—Geran. Grała wTybornie:
każdy ruch, każdy w yraz tw arzy pokazyw ał że zna sw oja ro
lę, i że się nią przejąć um iała. W ielka swoboda, w ielka n a
turalność cechuje grę panny Szym ańskiej: gra ona tak jak b y
była nie na scenie ale w pokoju, i to jest jej w ysoka zaleta
dla której samej o niektórych niedostaikach zapomnić się go
dzi. W rolach salonowych jest ona bardzo na swojem m iejscu
i w itam y w niej już dziś niepospolitą i niem al jedyną u nas
w tym rodzaju artystkę. Pan Rejmers, jako adwokat H ektor
B allandard, zachw ycał w szystkich tego w ieczora ; rola jego
jedna z najkom iczniejszych, nadzw yczaj mu się pow iodła: od
dał ją tak iż nic do życzenia niepozostało. N iew szyscy je
dnak artyści byli tak szczęśliw i w oddaniu ról swoich.
Dnia 6 tegoż m iesiąca przedstawiono tragedię Józefa Ko
rzeniow skiego, w ierszem , w p ię c iu aktach, pod napisem D y
mi t r i Maria,
Jestto jeden z najsłabszych tw orów Ko
rzeniow skiego; w y stąp ił on z nim jeszcze jako autor p r ó b
d r a m a t y c z n y c h tudzież bladych i nudnych dialogów ja k
M n i c h d tp ; podczas kiedy drainata istotne: A k t p i ą t y ,
D w a o ś w i a d c z e n i a i Ż y d z i pióra jego jeszcze b y ły
n iew sław iły . D ziałanie w D ym itrze i Marii, rozw ałkow ane na
pięć aktów , ciągnie się leniwo i nudnie; dialogi lub monologi
pełne czczych w y g ła sz a ć zapełniają w iększą część sztuki.
Przydaje ckliwości słuchaczom w iersz nieszczególny, rozw lo-k ły i wiatrem napchany, w którym autor sadził się na k w ie cistość (oznaka początkowego p isarza) a to w takim stopniu,
że pow ażny włosem siw ym i dostojnością w ojewoda, k tó ry
w iekiem czasów L eszczyńskiego sięga, w y ra ża się niekiedy
tak sentym entalnie jak gesnerow ski pastuszek. W różbiarstw a
i perory cyganki, pustelnik, chóry duchów m akbetowskie i
tym podobne zjaw iska przeplatają, mniej lub w ięcej niepotrze
bnie, główmą osnowę której koniec jest taki, że bądź na sce
nie bądź za kulisam i zabijają się w’szyscy, prócz w^ojew'ody I
suflera. W tej tragedii w y stą p iła po raz p ierw szy na scenę
Maria Cenecka w roli g łó w n ej: Ma r i i . Z widocznem pobłaża
niem p rz y ję ła ją publiczność, z w łaszc za że piękny w zrost, ry s
tw arzy i zgrabnosc wTlaściwra osobom lepiej w ychow anym n iepomału ją oku widza zalecają. P rz y tak małem działaniu boh atyrki w tej sztuce, a nieskończonej gadaninie jednych i tych
sam ych niemal sentym entów i obaw, coraz innemi słowam i, ro
la jej staje się niezm iernie trudna dla w ytraw ionej naw et a r
ty stk i, jeśliby chciała sam ą w artością w ew nętrzną i łamiącemu
się w t ruchach i tw arzy odcieniami duszy porwać i uw iezie u w agę publiczności. Panna Cenecka oczywiście temu podołać
niem ogła. Opowiadała sw oją rolę gładko, bez zająknienia (do
wód pilności i pamięci) z pew ną m odulacią dość słabego gło
su swego, tak jak ją w yuczono.
W ygłaszanie u m łodych
z w łaszc za artystów trąci najczęściej szkolnictw em ; n ieb y ła
w olna od tego i boliatyrka tego w ieczora i w łaśnie na to u w agę jej zw rócić mamy sobie za powinność, bo z tej w a d y
riielatw’o się otrząsnąć, jak tego moglibyśmy pokazać przy k ład
na daw niejszych niektórych naszych artystach, grających z n ią
tegoż w ieczora. Co do innych ról w tej sztuce, zdaje nam się
że nieb y ły stosownie rozdane tą razą, prócz p. Smochowskiego*
który był na swojem miejscu i grał wybornie. W oddaniu roli
ojca Marii przez p. Nowakowskiego może było zanadło p ła c z liw ości, która niezdaw ała się w y p ły w a ć z tego charakteru ja
kim go autor zak re ślił P. Dawison grał starannie, tylko niekie
dy z d aw ał się nie artystow ską deklam acją a raczej krzykiem
.przeraźliw ym za oklaskami ubiegać, które też b y ły na zaw o
łan ie.
DRUKIEM PIOTRA PILLERA.
.
; -
V
\
.
, 1•
>
^R 0°
' ■
V
D Z I E N N I K MOD P A B T S K I G 9.
-----------------
L w ów ,
—
m iii,i
$ 'S 5 .'.4 5 i5 5 = i= = « —
s ty c z n ia f 84*3.
—
-----------------------------------
M©1ł sz ó sty .
W ychodzi co druga sobota regularnie', do Każdego numeru dołączoną je s t rycina mód paryskich z dokładnym opisem. K osztuje
w miejscu półrocznie 5 z ł r . 15 k r.; całorocznie 1 0 złr. m. k .; na prowincii dolicza się przesyłka pocztowa do cen powyższych
półrocznie 48 kr. m .k. Prenumerować można we wszystkich urzędach pocztowych, tudzież w redakcii podnrem 3 0 1 .; we Lwowie.
I
M
©
Pary%, dnia 12 s ty c z n ia 1 8 4 6 .
Stroje tl&msMe* Jużeśmy otem poprzednio
wspominali ze tak na wieczory tańcujące jak i na wszel
kiego innego rodzaju zabawy, piękne jedwabne ma
terie więcej sa od naszych pań lubione, jak wszystkie
tkaniny przezroczyste. Materie te sa rozmaitego ko
loru i rodzaju; lecz w ogólności wszystkie ładne, gu
stowne i bogate.
Na zabawę tańcujac§ najbardziej odznaczająca się
jest suknia p o m p a d o u r z atłasu w wielkie kwiaty cie
niowane, z spódnica otwarta na fartuszku korunkowym, z stanikiem konczastym, rękawami obszytemi
szerokiemi korunkami. Rękawiczki półdługie z ładnemi zapinkami, cokolwiek klejnotów i wachlarz boga
ty sa nieodzownemi dodatkami do podobnego strojuWspomnieliśmy tez dawniej ze do sukień gorsowanych bardzo s§ używane wielkie wyłogi w kształcie
berty; teraz dodamy źe wyłogi te powinny być obszy
wane koronka.
Zajmuja się też bardzo strojami do odwiedzin;
materie jedwabne mienione, axamity gładkie lub wy
ciskane, s§ bardzo do tego rodzaju strojów używane;
przytoczymy tu suknię axamitn§ przystrojona rzędem
guzików śrebrnych, albo kamieniami wysadzanych;
stanik powinien być także podobnie ubrany.
Strój głowy po największej części stanowię pióra,
marabu całkiem nowego wynalazku, także pióra z złoeonemi brzegami i z złota rosę na końcach; perły,
klejnoty i łańcuchy nie sa także zapomniane.
Suknia do ślubu powinna być z atłasu białego,
z stanikiem wysoko zachodzącym, gładkim, z okrągłą
przepaska u której zapinka jest diamentowa; rękawy
h góry gładkie, do półręki tylko dochodzące, z pod
których wychodzę długie z tiulu rurkowanego; stanik
obszyty w górze tym samym tiulem; przy spódnicy
nieznaczny ogon, welon także tiulowy.
Do strojów zimowych damskich, przybył strój cał
kiem nowTy, o którym wspomnieliśmy dawniej mówiąc
o modach męskich; jestto strój żibun; bo przemyślne
artystki paryskie widząc go bardzo stosownym dla
płci pięknej, nieomieszkały zastosować go dla niej.
S t r o j e m ę s k i e . W paletotach tegorocznych
daje się spostrzegać stan szeroki i długi, guziki je
dnakże z przodu nie sięgaja niżej biodr; tojest isto
tna różnica po której można rozeznać czy paletot w
tym lub też przeszłym roku był zrobiony; podszewka
daje się jedwabna, watowana i pikowana w kratki, a
kołnierz, klapy i wyłogi wykładaja się axamitem. No
szą tez surduty zimowe zapinane na dwie strony. Spo
dnie noszą dość szerokie i u spodu okrągło wycięte.
Fraki mocno sę na piersiach wykładane tak żeby zu
pełnie widać było kamizelkę; wycięcie kołnierza przy
klapie ma postać głoski m co nam dokładniej dzisiej
sza rycina przedstawia; kołnierz i klapy nie powin
ny być bardzo sztywne, ale zupełnie wolne i rozcho
dzące się podczas rozpięcia.
R y c i n a p r z e d s t a w i a : suknię krepow7a białę
na boku ubrana bukietami z róż; włosy włoki, kwia
tami upięte. Druga suknia różowa gros d/A fru /u e, w
przodzie korunkami w sposobie fartuszka i girlandę
z kwiatów ubrana, stanik z podwójnę berta korunkowa, na główne kapełuszyk piórami ubrany. Trze
cia suknia z materii brązowej w przodzie sposobem
fartuszka, korunkami i fontaziami ozdobiona, włosy
w loki, kwiatami upięte. Czwarta suknia jedwabna
śrebrnemi szlaczkami naszyta, stanik fałdowany
z karoczkiem, głowa piórami ubrana. Piaty frak do
salonowego ubrania.
IS
Romanca
o Rodryku, ostatnim królu gockim *)
Huf o r ę ż n y Don R od ryk a
Z b ie g a ł z pola, trupem p a d a ł;
Niep rzy jaciel w ósmym boju,
O s ta te c z n y cios mu zadał.
R o d r y k w ł a s n y kraj o p u sz c z a ;
Z pod namiotu k rólew sk iego
Sam w y s k o c z y ; z w y c i ę ż o n y ,
Ż y w e j du sz y k olo niego.
W boju s t e r a ł moc r y c e r s k ą ,
Koniem t o czy ć ju ż n iem o że;
I koń sk a cze po sw ej woli
Dołem , górą, n a bezdr oże.
Omdlew ając król na po ły
W strzem ien iach się led w ie trzym a,
Głód go trapi i pra gnienie,
Z lito w ać się kom u niema,
A k r e w zbroję tak oblała,
Ż e j a k g ł o w n i a lśni płomień m i ;
P r z e w i e r c o n e w s z y s t k i e b lachy
P o cisk a m i i kam ieńmi.
I m iecz c a ł y jako p iła
P o s z c z e r b io n y w gęstym boju ;
H ełm r o z p ę k ł y na t w a i z sp ada
O b rzękn iętą z ran i znoju.
Sił d ob y w a, kon ia bodzie,
D ł o n i ą pot ociera z czoła,
I w yjeżdża na najw yższy
S z c z y t pagó rk ów , a do k o la,
Z tamtąd p a t r z y w dół, na pole
T ru pem m ę ż n y c h skróś okryte,
Na cho rąg w ie, na znam iona
P o t r z a s k a n e , w ziem ię wbite.
Gdzie h e t m a n y ? ni jednego,
A n i zbliska ni z d a l e k a i
T y lk o pow ód ź k r w i tam stoi
S trum ieniam i sobie śc iek a
Na ten wido k Don Uodrygo
Ł z a m i z a l a ł się go rzk iem i:
W c z o r a b y ł e m ziem tych panem,
Dzisiaj niemam piędzi ziemi.
W c z o r a m iałem miasta, zamki,
Dziś ni dachu, p r z y t u l i s k a ;
W c z o r a d w orzan , s ł u g bez liku,
Dziś odbiegła słu ż b a w s z y s t k a .
Dziś w t y c h m urach jednej ceg ły ,
Niema, coby moją b y ł a ......
O n i e s z c z ę s n y dzień, godzina,
W k tó r ą m atk a mię p o w i ł a .
W k tó rą sp ad ło to kró lestw o
T a k ie w ielk ie na mnie d ziałem ;
Gdy w dniu jed n y m , ach w dniu j ed ny m
T ak ie p a ń s tw o stracić miałem !
Śmierci! cz em uż cię \ u n iem a?
Czemu niecheesz w y w l e c duszę
Z ciała, co się ledwo t r zy m a ?
Śmierci! n igd yż cię nie w z r u s z ę ?
Jestto jed na
niedoli j a k
w ygnańca,
porównany
z n a jle p s z y c h ro m anców . Obraz tak wielkiej
strata p ań s tw a, j a k ta zam ian a k o r o n y n a kij
n a tc h n ą ł jak iem uś ludowem u p i e w c y ten n i e
utwór.
Rfeśń sUidcnc&a, *)
Z ła p ię cię, złap ię d ziew cz y n k o ,
Oj ze mnie biegus nie lada!
A ona z figlarną minką,
To z ła p mię, to z ł a p powiada.
B y ogród z różnem i k w i a t y
P ł a s z c z y k na grzbiecie studenta,
Same tam ł a t y a ł a t y ,
Najmniej pó ł w i e k u pamięta.
Matulu! czy j a k i e c z a r y ?
Kiedy z d a le k a obaczę
S utan n ę i p ł a s z c z y k stary ,
Serce mi sk a c z e a skacze.
R az się z c z a i n e m i oczym a,
S potkałam krótko, tajem nie;
Umieram k ied y ich niema,
A one śm ieją się ze mnie.
3 I a t u l u ! te sz kolne żaki,
T o musi być ród ladacy r
Niech z o c z y d z i e w c z y n ę jaki,
Ju ż n ien apędzisz do p r a c y .
Okienko niech się odm yka:
O czy oglądać cię rade;
Cała studencka m u z y k a
W y p r a w i a ci sere nadę.
Ć
w
i e r ć
c s ę s i
.
SZKIC O B Y C Z A J O W Y .
— Ćwierć gęsi?... dziki przedmiot obrałeś.
Dziki?... przepraszam!... piszę o ćwiartce gęsi
swojskiej, upieczonej u pani Madejowej, a spożytej
na ulicy.
— Przebóg hańbisz zawód p isa rsk i! N ie maszto
czarownic, upiorówr, zbójców, zamkowych więzień i
tym podobnych drżeniem i ciekawością zaprawnych
łakoci ?
— Wyszły z mody puszczyki i ropuchy.
— To pisz co historycznego.
— Szczerze radzisz? proszę!...Siwiej nad staremi
szpargałam i!... trop w ciemnych pokładach przeszło
ści ówczesne drobiazgowe potrzeby, nawyknienia ogołne, i indywidualne widzenie rzeczy; słowem trzymaj§c się zdania z t i r o c i n i u m do pamięci dyscip lif§ przykutego: Eaungiie pilnuj
żeby pazórki szczerze były łwiemi, nie s u r o g a t e m
z kocich lub krecich; i wykuwszy dzieło historycz
nej wartości pochwali cię znawca przy końcu sążnio
wej krytyki, a piękne czytelniczki chórem zaśpiewają
P i e ś n i te z e b r a ł e m z d z ie ła napisanego z w ielkim ta le n
tem p rzez Karola D em bowskiego bar ona c e s a r s t w a , pod
t y t u ł e m : D eux ans en E spagne et en P o rtu g a l 1841. J e s t
to n a jle p s z y obraz tego kraju, tak co do ocenienia ch a
r a k t e ru ludu, j a k i do zbior u w y b o r n y c h pieśni. Ż a ł o w a ć
n a l e ż y że pan Dem b ow ski w y c h o w a n y w e W ł o s z e c h
n iepo sia d a pol sk ieg o j ę z y k a , b y ł b y bowiem p r z y n i ó s ł
z a s z c z y t tem dz iełem n as zem n pi śm iennictwu, tak ubo
giemu w opisy k rajó w i podróże.
19
miły himn dla autora »jakże je st nudny!* Albo, nie
trudząc się mozolnem badaniem dziejów, na okładce
xiazki śmiało każ tłoczyć wiek Xty a rzeczywiście
zbroje i sznurówkę wieku dziesiątego, nadziej lwem i
Iwicg p aryska z roku bieżącego, oczywiście dla wier
ności historycznej odrzyj ich pierwej z rękawiczek
Zackmara, i....
— Biuźnisz! pisz co chcesz, tylko nie o poziomej
gęsi.
— Zatwardziały w uprzedzeniu! Zważ bezstronnie
z jakiego chcesz stanowiska, a przyznasz, że nad
gęś niema wyborniejszej istoty. Gdyby mózg starego
Jo w isza wyszlamowany Minerwa miał własność od
ra s ta n ia w czaszce ja k torf na naszych błotach, gęś
zajęłaby miejsce ulubionego ptaka, jedynie dla jej pió
r a straszniejszego od gromu. Komuż Rzym winien
swoje ocalenie a tern samem następna wielkość? Ktoż
tulgc miękkim puchem główkę twojej kochanki, n a
sy ła słodkie sny o tobie ? Ktoż jest najsilniejszym bi
czem hydropatii ? odziana pierzastym kocem, wierna
przepisom pana Prysznica czy żyje długo?
Jej przepowiednie zimy niezawstydzajęż często
kroć Knauera i innych meteorologów? A panowie fiziognomiści spojrzyjcie na jej nos i oczy i miejcie
czoło twierdzić, że czerwononosaci sa miłośnikami
gorących napojów, lub że czarne oczy s§ oznak§ mo
cnych nam iętności!...
— N udzisz przystąp do rzeczy.
— Zgoda! .. Dzisiaj sprawię sobie dzień wesoły
wykrzykn§ł pan Hipolit, ogladajac dwudziesty raz
cwancygiera.
— Ktoż to je s t ten pan Hipolit ?...
— Urodziwy młodzieniec, i
poeta. Zaspokoi
wszy konieczne periodyczne wydatki,
chciał użyć
świata stosownie do możności, tak monologując nad
jedynie pozostałym cwancygierem.
Prim o. Kupię za trzy krajcary cygaro w, to noble!
Secundo: czas ju ż wchodzić w porządne towarzystwa,
pójdę więc pod L a t a r n i ę na plucera to dziewięć
kraj carów.
T ertio : zagram ze trzy partie w bilard ; jeśli nie
będzie ani Julka, ani Olesia, mogęć wszystkie p rze
grać, na przypadek zostawię ośmnaście krajcarów.
Q u a rto : muszę co zjeść!... ale <co za piętnaście i półkra jc a ra? ... chyba pół sztufada z kartoflami... ba!...
ale to nie bardzo noble pół sztufada... i niesmaczne... i
przejadło się. Ale tak! ziem nie widziany w kacie u
Maciejowej ćwierć gęsi za dwanaście krajcarów, po
tem na plucera i w bilard; a jeśli wygram, mogę je
szcze pójść do kawiarni na czarna kawę i fajkę wy
palić. Tak!
św ia tu !
trzeba
się dawać
poznać
wielkiemu
Ułożywszy plan przystąpił do wykonania.
Z słodkim uśmiechem powiedział dobry wieczór
sprzedającej cygara, odbierając zdawkowe pieniądze
nieomieszkał uścisnąć raczki pięknej oddającej; na
pożegnanie westchnąwszy serdecznie, baletniczym k ro
kiem posunęł do Maciejowej. Pilnie obejrzawszy sie
i przekonawszy, że nikt nań nie zważa, nagle wsko
czył do sieni a następnie do izby. N a długim stole
rozstawione były zimne przysmaki. Tu krajcarowe
raki, i bobu miarka, dalej dudkowa słoninka i k ieł
basa, a stopniując cena i doborem kończyły szereg
łakoci dziewięciodudkowe udo indyka i głowa pro
sięcia. Nasz bohatyr niedoszedłszy stołu, już po
gardliwym wzrokiem zmierzył raki, bób i słoninkę,
połknął ślinkę z tajemnem uszanowaniem dla pro się
cia i indyka, a kokietujacem okiem zawisł na ćwiartce
gęsi....
— Dobry wieczór kochanej pani.
— Dobry wieczór! co pan każe.
— Te*; ćwiartkę.
c
— Służę: Maciejowa kładzie wybrany kąsek n a
talerz; nasz Hipolit upatruje tajemniczego k§tai.... spo
strzega starego J a n a nad miską studzonych nóg i
kwartą piwa. Ja n był służącym w tym samym domu
gdzie ón nauczycielem.
— Proszę pani w papier zawinąć, szepnął ledwie
słyszalnie, wlepiwszy trwożne oko w Jana. Dobra
Maciejowa nieskąpiła Gonzalwa z Korduby.
— Więcej p a p ie r u !... Dołożyła okupacii łacińskich.
Hipolit zabezpieczony od splamienia jasnego surduta
w7brew zwykłej grzeczności nie powiedziawszy dobra
noc, wymknął się cicho z szynku.
— Ma być dobrze na świecie mruknął odchodząc,
kiedy lokaje, zamiast korzystnie używać drogiego cza
su, trawią go po s z y n k a c h ; wstyd dla prawodawstw a
dziewiętnastego wieku, że ostro nie karze podobnego
nierządu. No! no! panie Janie, gdybym j a był p r a
wodawcą, miałbyś się zpyszna 1
Do każdej gęsi trzeba chleba; białe światło świe
cy ocierając się o chleby, bułki, i rogale złotą j a
snością wypływało na ulicę przez szklanne drzwi k r a
mu piekarskiego. Za stołem ja k Amaltea przy rogu ob
fitości siedziała kędzierzawa piękność. Pięknością
lub bułką nikt z śmiertelnych nie gardzi, nasz Hipo
lit nie będąc nawet półbożkiem czciciel obojga rzeczy,,
wstąpił do sklepu.
— Zgadnij pani, co mię tu sprowadza.
— Zapewne świeże bułeczki odpowiedziała nado
bna Józia, mierząc okiem nowo przybyłego.
%&•
— Chybiłaś pani! w łaśnie wracam z pod G r u s z k i i szlachcic a ja lwowska m ieszczanka; a je śli h ra b ia .....
najadłszy się s a r n in y ; straszn ie łubie sarny.
Zabrzęczał kom ar przy uszku, nieodegnała go, bo w
— Tu ich pan nieznajdziesz.
brzęku w yraźnie sły sz a ła hrabiiiiina. Daj boże! we
— Wiem, ze zw ierzęcia sarn y nieznajdę, ale D ian- stchnęła i utonęła w myślach łaskaw ie dozw alając
nę boginię w szystkich sa rn , mam przed sobą.
pożywić się komarowi.
Z abrakło odpowiedzi pannie Józefie; komplement
W yszedłszy Hipolit ze sklepu rozm yślał, gdzieby
był ja k bekas nagle z hałasem zryw ający się przed spożyć sw oją ucztę, do domu było d a lek o ; niew ypanosem zdumionego chłopca, skradającego się za w ró dało jak... pod niebem; skierow ał więc kroki na ulicę
blami. O tworzyła szeroko oczy i u sta ukazując dwa w tym czasie mniej ludną. N a zakręcie spotkał mło
rzędy ząbków białości nie palonej kości. Czemże mam dzieńca przeciw sobie idącego z cygarem w ustach.
służyć zap y tała, ochłonąw szy z zadziw ienia.
Cygaro niezaprzecznie je st triumfem modnym ciwi— R ozstrzygnięciem zakładu. J a i mój przyjaciel
hrab ia przechodząc kolo sklepu, zdum ieliśm y się nad
św iatłem buchającem szybam i. On tw ierdził, że to
je s t ja sn o ść ja k a ś niebiańska nadzm ysłowa, a ja ze
niebiańska ziem ska z niebieskich oczów pani płynąca.
Więc założyliśm y się a j a przychodzę przekonać się ;
ktoż ma słuszność między nami, powiedz pani sam a,
bo to idzie o kosz szam pana.
Kazden komplement H ipolita był ja k kamień lecą
cy z kuszy a trafiający tak silnie w ciemię Jó zi, ze
mowę i przytom ność na chwilę stra c iła , bo proszę
zw ażać! h ra b ia zak ład a się o jej oczy, z kim ? n a
tu raln ie jeśli nie z xieciem , to przynajm niej z b a ro
nem pasącym się s a rn in ą ; opam iętała się przecie.
— T aką rzeczą zak ład rozw iązany, bo św iatło
pochodzi od świecy odbitej w zw ierciedle.
— Ale rów nie płom ień jej oczów ja k i tej świecy
ma w łasność palenia na popiół. Jej oczy moje serce,
a św ieca moje cygaro jeźli pani pozwoli.
— I owszem odpow iedziała z dygiem podając św ie
cę. To ja k iś m agnat pom yślała.
— Jed n ak należy dać co utargow ać pani.... ale co ?
— Może placuszki na m aśle?...
— Mówiłem że ju z jestem po w ieczerzy! teraz
spieszę na wino, bo lękam się, żeby sa rn in a nieszkod z iła m i: zjadłem az dwie porcie.... Co kosztuje ta
gom ułka?
— To chleb za k ra jc a r śrebrny.
— Choć skąpy prezent, zaw sze będzie miły memu
żokejowi, jak o dowód, że choć pan pam iętam o słu
żącym.
— Dobranoc.
— Dobranoc, padam do nóg. Postrzelony ! albo
fanfaron pom yślała, a nie! ju ż to widać po mowie,
że ja k iś pan.... Pan i chleb za k ra jc a r? No! chciał
się zam ów ić; ba, to wolał karm elków przynieść, pewno
pierw szy ra z mię zobaczył i żal mu było odejść, pan
niezaw odnie, pan ładny!... ón pan a j a
m achinal
nie ukąsiła z gniewem rogalik... I
zaw ołała po
chwili nam ysłu przeglądając się
w zw ierciedle, on
lizacii naszego wieku, czyni i gładzi różnicę stanów .
Cygaryści jako cech uw ażani, są częścią odrębną ogólu a nawzajem między sobą rów ni s ą kłębami dy
mu z pod nosa buchającego. Częstokroć cy g ary sta
daje większe wyobrażenie o sobie św iatu, niż nań z a
sługuje, przeto, że pali cygaro. Eto pali jeden k ra j
car, m ożna wnioskować, lubo czasem mylnie, ż e ja k
ten spopieleje znajdzie się drugi w kieszeni na za
spokojenie dymnego upodobania i to je s t najpienvsza
i najgłów niejsza za słu g a ten problem atyczny drugi
k ra jcar. C ygarysta zaw sze je st syty, inaczej w olał
by kupić chleba, cygarysta je st dumny, kryjąc przed
niegodnym gminem obłokami dymu dostojne oblicze;
z drugiej strony cyg ary sta je s t najpopularniejszą istotą, należąc do cechu z tak różnorodnych człon
ków złożonego i każdemu przystępnego. C ygarysta
szczególne uszanow anie wzbudza w żebrakach, lubo
z dośw iadczenia wiedzą oni, że bezskutecznie jednak
o całą stopę niżej zchylają czapki przed cygarystą,
ja k inszym człowiekiem. A ! i przekupki z wielką
czcią ty tu łu ją ich stosowmie do wieku, jegom ością
albo paniczem , odtrącając sobie za udzielony ty tu ł
śliwkę jed n ą na krajcarze, a gruszkę na dudku.... ale
cyg ary sta je s t pan mało dbający o drobnostki a w ie
le ceniący honor.
— Zmiłuj się do sądnego dnia nieskończysz powie
ści, ciągle robiąc ustępy.
— Ten je s t ostatnim . Otoż przy spotkaniu sta rli się
dwaj cygaryści ja k nieprzyjacielskie flankiery dwoma
kłębami dymu, a następnie obydwa sięgnęli do kie
szeni, nie po ła d u n k i!... jeden po gęś, drugi po z e
g a re k ; obejrzeli się za sobą i znowu odw7rócili. N asz
Hipolit uszedłszy kilkadziesiąt kroków, obejrzał się
dla przekonania, czy je st samotnym.... N iestety! no
wo przybyły postępow ał za nim. R ozjątrzony zw rócił
się, toż samo i nieznajom y... po kilkakrotnęm spo
tkaniu i zw racaniu chodząc ja k dwa szyldw achy za
sobą, rozskoczyli się młodzieńce.
— Czego on mię szpieguje m ruknął pan Hipolit
numer pierw'szy.
3ft
— Czego on mie szpieguje ? mruknął pan Hipolit snym chorym pocieszenia, ulgi i wytrwałości w cier
-numer drugi, bo nowo przybyły równie nazywał się pieniu, i zalecający poddanie się pod wolę stwórcy,
Hipolit.
obrał Chrystusa na górze oliwnej, z tą prawdą i wy
— Czy moją gęś zwąchal ?
razem, że i niechrześcianin nieznający przedmiotu,
— Czy go mąż nasadził ?
juz w pierwszej chwili odgadłby, że zbawiciel wy
— Niecli spróbuje mnie zaczepić i machnął po rzeka pokornie: »nie moja, ale twoja wola niech się
tężnie
laska.
stanie
U<Juz w samym wyborze widać prawdziwe i
c
c
— Zle wybrałeś sie bratku i silniej ujał trzcinę. szczytne pojęcie stanowiska sztuki chrześciańskiej i
Chociaż cele były odrebne, znienawidzili sie mło- celów sztuki w ogóle. O v e r b e c k przeżył lat 30 w
dzieńce : ten myślał o kochance, tamten o gęsi; a je Rzym:e i cieszy się mnóstwem artystów, których wy
dnak jeden drugiemu zawadzał w drodze! Częste te kształcił lub dotąd wykształca.
go przykłady w zwyczajnem życiu!...
Ostateczności stykają się, więc wytykam antago
Ciąg d a lszy nastąpi.
nizm sztuki, której posadą, powodem, środkiem, dzie
łem i celem jest ułuda. Łechtliwość ułudy, tej duszy
tak zwanego efektowego malarstwa, i sprawienie przy
W YJĄT EK Z LISTU
jemnego
wnas uczucia, zasadza się na wywołaniu w
Kornela Szlegla ni*ilarza^
widzach łatwości przypomnienia i porównywania oPISANEGO Z RZYMU DNIA 20 GRUDNIA 1844 ROKU, DO
g ó ł u pięknych wrażeń przyrody. Jestto ułuda uwo
PRZYJACIELA.
dząca chwilowo, gdy przeciwnie z ł u d a zm agająca,
In die Tiefe m usst du steigen
stała, w głąb zaciekająca, wymaga od nas poprzedniej
Soli sich d ir das W esen zeigen
głębszej uwagi przy wrażeniach plastyczności przy
Schiller.
rody, skąd przypomnienie i porównanie jej w dzie
Wiesz, ze uważałem zawsze sztukę za kwiat ludz łach sztuki, trudniejszem i mniej łechtliwem, czucie
iach dążności, z tego powodu źe ma za podstawę po zaś trwalszem i wznioślejszem j e s t ; ta gałęź malar
ję c ie piękności, rodzoną siostrę równie przyrodzone stwa ma z malarstwem ściśle klasycznem to podo
go nam pojęcia prawdy i dobrego. Sztuka przeto w bieństwo, że jest jak wszelki klasycyzm sztuką dla
eałem swojem świetle nie jest wynikiem tylko pier sztuk, nie zaś sztuką z zasad etycznych dla życia.
wszego, ale wszystkich trzech razem, jest ich szczy Reprezentanci rzeczonego rodzaju m alarstwa w Rzy
tem i kwiatem; bo człowiek z dzieciństwa zwykł prze mie są Niemcy R i e d e l i P o ł ł a k i Flamandczyk
chodzić zapoznawszy się z rzeczywistością do pojęć M a e s z długim szeregiem mniejwięcej zdolnych na
prawdy i prawdziwości, potem pojęcia prawości, po- śladowców. Mają oni najrozmaitsze sposoby do wy
. jęcia dobrego i złego, przeszedłszy to wszystko mo łudzenia od przyrody ułudzających środków, jakoto
że być w istocie przejętym pięknością. Wielu umni- malowanie przedmiotów częściowo w słońcu, praco
:hów nie widząc r z e c z y w i s t o ś c i w prawdzie po wnie o dwóch światłach, zasłony różnej barwy dla
etycznej, nie pojmuje jej prawdziwości, a przez to większej potęgi lub przysady odbijanych świateł itp .;
samo jej ogromu; ztąd też pochodzi pewien rodzaj słowem, dążą do jakkolwiek niezawsze prawdziwego,
sztuki pełen drobnostek, w którym niemile nas ude ale przyjemnego malownictwa, i w istocie, kto weso
rzają zamiast wiary wiarkowanie, zamiast miłości mi ło patrzy w życie i niekoniecznie w niem wielkich
łostki, zamiast czucia czułostki. W Mnichowie i w celów upatruje, znajdzie w niem wielkie zadowolenie.
Rzymie rozwinęła się sztuka w rozmaity sposób. Jednak inni artyści, ja k o to np. R a h l , szukający
W Rzymie na czele sztuki kościelnej stoi oddawna w malownictwie prawdy na wzór dawnej szkoły we
F r. O v e r b e c k , wywierający wpływ na artystów neckiej, uważa taką ułudę bez ogródki za obłudę przy
wszystkich narodów, poświęcających się tej gałęzi rody i rzeczywiście, chociaż R a h l co do traktacii
sztuki. Każdy cudzoziemiec już na wchodzie do jego może innym ustępuje, to co do prawdziwego i piękne
pracowni odgadnie powód jego natchnień do sztuki, go intonowania nad wieloma góruje. Właśnie wysta
zoczywszy rysunki lub obrazy przedmiotów religij wił obraz przedstawiający »prześladowanie pierwszych
nych, jakoto: Triumf wiary w sztukach, życie Chry chrześcian w katakombach rzymskich. Obraz ten zno
stusa, itp. Lecz nie tylko podmiotowość jego powo wu celuje szczególnie prawdą infonacii, stałych ko
dowała przedmiotowością obrazów, ale i miejsce do lorów karnaeii.
którego przeznaczone s ą : tak n p : do lazaretu pewne
Bardziej nad ten obraz celuje co do zachowania
go jako najwłaściwszy przedmiot udzielający nieszczę całości i znajomości zastosowania rozmaitego tła na-
as
"wzajem, kolosalny obraz przez S c h e n t z ’a , dyrek
to ra tutejszej francuskiej akademii, malowany, które
go przedmiotem jest epizod zburzenia miasta Akwilei.
Widzimy w pierwszej przestrzeni
rannego wojownika z odzieży odartego, pielęgnowa
nego przez matkę, której rospacz powiększa jeździec
z tłuszczy Atylli uwodzący córkę jej, w średniej prze
strzeni obrazu umieszczony. Tło obrazu stanowią ra
bujący wojownicy wśród gorejącego m iasta; obraz ma
i tę zaletę źe wolen jest od wad rysunkowych.
Właściwy reprezentant fraucuski malarstwa dzie
jowego p. D e l a r o c h e bawił w Rzymie gościem przez
rok. Przed powrotem jego do Paryża można było u
niego widzieć dzieł kilka, między któremi jaśn iał za
letami portret papieża dla króla Francuzów malowany.
Z reszty malarstwo ściśle dziejowe jest i tutaj w
Rzymie mało obrabianem polem; gdyż część umysło
wa w niem wymaga tych samych zdolności co i ma
larstw o kościelne; wykonawcza zaś jako złudy rz e
czywistej wymagająca, z większemi trudnościami jest
połączona, itd.
T E A T Ig.
Dnia 16. b.m. przedstawiono na scenie: F i e s k o
W G e n u i , tragedię Fr. Szyllera w 5 aktach.
Sam tytuł tej sztuki uwalnia nas od jej oceniania.
Bo mogliżby być jeszcze czytelnicy którzyby nie znali
jej treści i jej w artości? Jestto w porządku następ
stwa druga po Rozbójnikach tragedia napisana w pier
wszej młodości kiedy w autorze jeszcze gwałtowność
uczuć i zbytnia drażliwość w zapatrywaniu się na
ludzk§ niesprawiedliwość i nadużycia, przemagały
nad estetyczny świadomością. Jednakowoż jest w niej
daleko mniej zapalczywej burzliwości, wszystko prze
ciwne sobie bez względu na ustawy i rzeczywistość,
depcącej i niszczycej jak w Rozbójnikach. Objawia
się w niej wprawdzie zawsze duch silny i namiętny
ale głęboki więc cichy i sam się poskramiajycy w
spokój pozorny; dopinajycy zamiarów nie na przebój
lecz z obliczeniem środków, z przezornościy, z chytrosciy i rozumem. Tem tedy odznaczył się postęp
ducha szyllerowskiego w jego dwóch pierwszych utworaeh. Juz widać drogę jaky obierze, przyszłość
jaky wyrobi. Już w Fiesku klujy sie zarody tego oburzenia przeciw zepsuciu i znikczemnieniu świata
wielkiego z jakiem obszerniej i otwarciej wygadał się
nieśmiertelny pisarz dopiero w następnej swojej tra
g ed ii: w Podstępie i miłości. Niedługo przed napisa
niem Fieska objawił autor jego w rozprawie o współ
czesnym teatrze niemieckim zdanie następujyce: »Pisarz dramatyczny powinien malować dla oczu mrów
czych, bo ludzie stojy przed dziejami świata jakgdyby mrówki przed wspaniałym budynkiem; a podzi
wiającym z przodu jego okazałość, części boczne i
tylne sy niewidzialne zupełnie. Przeto powinien umnik
zdrobnić stosunkowo te członki olbrzymie, aby sp ra
wić widzom estetyczny roskosz oglydania całości.
Przypominam to twierdzenie gdyż kiedy piętno jegonoszy wszystkie sztuki szyllerowskie, to Fiesko szcze
gólniej. Cała osnowa jest jakby -w drobne połamana
kawałki z których autor jak najzręczniej ułożył dzi
wnej piękności mozaikę. Rzeczywiście sztuka ta je st
ułożeniem czynów drobniejszych wjedny wielką ca
łość, której część każda przyczynia się do wypuklejszego wysadzenia jednej dążności i zcliarakteryzowania dziejowego zdarzenia według potrzeby umnika.
Działanie jest nieustające a charaktery osób ozna
czone smiałemi, głównemi rysami bez wdawania sie
w dokładne drobiazgowe ich oddawanie. Chociaż je
tedy autor w wykonaniu niby nie wykończonemi zo
stawił i tylko ważniejsze rysy skreślił; czuć jednak
że w duszy jego były wykończone a słuchacz myślą
cy łatwo je u siebie wykończa. To niezaprzeczone
znamię dramatycznego geniuszu a nawet każdego umnictwa ażeby kilkoma rysami jakby liczby dany natrycić odgadnienie liczby niewyrażonej, nadaje dziełu?
szczególniejszy zwiyzlosc i sprawia widzom nadzwy
czajny przyjemność czyniąc ich niejako współpraco
wnikami i współtwórcami. Jakkolwiek ta sztuka dla
ważności przedmiotu, dla geniuszu autora i tro sk li
wości w układzie podziśdzień, do najpierwszych n a
leży między sztukami wszystkich narodów, ma jednak
wady które nie tyle usprawiedliwia poczytkowość'
autora, ile przeważa obfitość zalet i piękności; prze
cież przemilczeć je nie można przez wzgląd na stan
krytyki u nas, i potrzeby naszej dramatycznej litera
tury. Szczególniej charaktery kobiet sy mylne. Z Leonory wnosićby trzeba że sentymentalność jest przy
rodzony szaty, niejako powierzchownością cnoty i uległości niewieściej, kiedy przeciwnie jest ona naj
częściej obłudny pokrywką zepsucia, lub wyrazem niedołężności bezsilnej i bezmyślnej. Nie godziło się za
tem tak chorowitem znamieniem oszpecać osoby' ma
jącej z zamierzenia autora ujmować cały powagą i
prawdziwy głęboką pięknością duszy kobiecej. Nie
równie biedniejszym i całkowicie prawie chybionym
jest charakter hrabiny Imperiali. Złośliwość jej, du
ma i zalotność wyradzają się często dość niezręcznie
w gburowatość, nadęte prostactwo i rozwiązłość.
Czulto później sam Schiller i przyznawał p rzy jad ę-
23
łowi swojemu z e : »W o diese Grdfin Im periali beleidiyen w ill , tvird sie bduerisch grób, und wo sie beglucken und begluckt w erden will, w ird sie im hochsten Grade unweiblich und beinahe wiederlich.« Ró
wnież wymuszonym i nieprawdopodobnym jest cały
stosunek Fieska z murzynem; szczególniej zaś nie
dorzeczne odprawienie go w trzecim akcie kiedy naj
niebezpieczniejszym być może, sprzeciwia sie całko
wicie zwykłej Fieska przezorności i przytomności umysłu. Jestto gwałtowne nakręcenie ku temu ażeby
murzyn wydał spisek przed JDoria. Autor mógł wpraw
dzie tego potrzebować, ałe Fiesko nie powinien
był w tern mu pomagać. Po tych kilku uwagach głó
wniejszych które spodziewam sie sa tylko odświeże
niem przy podanej sposobności w pamięci czytelników
rzeczy dawno znajomych, przejdziemy do gry akto
rów. Jeżeli zbyteczne przechwalanie aktorów po raz
pierwszy występujących jest rzeczywiście, (w co jednak
nie wierze) zachęta poczynającego talentu, to ma tę
niedogodność że kiedy w miarę wzmagającej się p r a
cy, usilności i wprawy, a rtysta wyglada coraz go
rętszych uniesień i pochwał, to takowe wypaliwszy
z p o c z ę tk u na wiwat, nie mogę oczywiście tylko przy
gasać i chłodnieć. Następuje zatem niejako zrażenie
i zniechęcenie. Myśl ta obudzą się gwałtem p rzy
stąpiw szy do ocenienia gry panny Cenecki starszej
pp tych szumnych tyradach jakie ję witały ja k ż a k
owskie moździerze wieżdżajacego na praźnik baka
larza. Nie przeczę że w roli Julii były ustępy które
pan na Cenecka odegrała z instynktowem podobno po
jęciem przedmiotu i charakteru; ale ra z iła cięgle niejednostajność gry nie tylko w całej sztuce ale w szcze
gólnych nawet scenach, w mowach bezpośrednio po
sobie następujących. Tern tylko przekonuje arty sta
że ma jakiekolwiek pojęcie roli czylito w duchu au
to ra czyli według własnego wyobrażenia jeżeli w ró ż
nych jej odcieniach i odmianach zachowuje pewna
jednakowość odpowiednia przyjętej zasadzie czyli swo
jem u pojęciu. Bez tego może aktor z przypadku lub
z naśladownictwa grać tu i owdzie dobrze lub złe,
ale takowa przypadkowość i ehwiejność nie czyni n i
gdy artysty pierwszego rzędu. Potrzebne je st zatem
rozumowe zgłębianie i zastanowienie, aby z każdego
ruchu, gestu, przycisku itd. zdać sobie sprawę s a
memu. Aktor z wyższem ukształceniem powinien znać
historię sztuki i jej rozbiory. Z takiem naukowem
przygotowaniem nie byłaby Julia chcęc w drugim ak
cie dać Leonorze uczuć swa wyższość, opryskliwościę rzutów i mimiki podnosiła ju ż samemu autorowi
zarzucana szorstkość i prostakowatość tej roli; ale
owszem złagodziłaby je tw arza i układem ciała. Cierp-
kieby wprawdzie płynęły przekęsy ale nie wyglądały
by ja k łajania i obelgi grożących sobie pięściami prze
kupek. W pannie Ceneckiej jedno tylko już teraz mo
żna chwalić i cenić z pewnością, tojest gotowość do
ról rozmaitych i dobre chęci. Zdatnyto na sławę m a
teriał byleby dodać zdolności przez wprawę nabytych
i wrodzonego talentu ja ki podobno przygnieciony do
tąd jarzmem szkolnictwa jeszcze bez paska ośmielić
się nie może. Rola Leonory nie nastręcza w pier
wszych aktach zręczności objawienia talentu i zaję
cia g r a ; przedstawia ona biernę drewniana! prawie
cierpliwość i uległość. Dopiero w czwartym akcie kie
dy Leonora usiłuje odwieść męża od zamysłu opano
wania steru rzędu, staje się czynna i rozwija cał§
świetność swej duszy. Scenę tę odegrała pani A szpergerowa wybornie z odpowiednia tkliwością i mocę.
którychto różnych objawów konieczne i stopniowane
połęczenie w tem miejscu robiło oddanie trudnem
sztucznem. Pan Dawison w roli murzyna spieszył się
zbytnie z recytowaniem bez żadnej przyczyny bo wie
my że goracość afrykańska nieczyni ję zy ka ruchli
wszym, owszem gnuśniejszym, a i dziecko słońca powinnoby mieć wzgląd jakiś na uszy słuchaczów pół
nocy, czego widz uważny mógł się domyśleć po bra
wach, sykaniach, i wywoływaniach. Jednejby tylko
grze pana Smochowskiego nic zarzucić nie można,
dowodziła ona każdym odcieniem zgłębienie przed
miotu a wiernościę samej sobie wytrawność artysty.
L. D - B
.
I¥owośei literackie.
Do najważniejszych wiadomości w literackim świę
cie naszym, należy założenie nowej drukarni, czyli
raczej nowej xiegarni, która powstała jw Warszawie
z dobrowolnych składek, kilku możnych l u d z i ; zamia
rem jej jest, wydawać pożyteczne i kosztowne dzieła,
których nakładem niechcieli się dotąd zajmować xięgarze. Kapitał wkładany wynosi ju ż dotąd 300,000 złp.
W Warszawie zawiazało się towarzystwo numiz
matyczne, które zbiera medale i monety polskie ; z a
miłowanie do tego przedmiotu je s t tak wielkie, ze
towarzystwo to zgromadziło znaczne fu n d u s z e ; zbio
rów pierwszego i drugiego rzędu numizmatycznych
polskich, liczy dziś Warszawa przeszło czterdzieści.
Młody Ryszczewski oby w a t e i z Wołynia, który osiadł w Warszawie, zawiazał tam towarzystwo, które
się zajmuje gromadzeniem i wydaniem źródeł do h i
storii polskiej a mianowicie wydaniem oryginalnych
dyplomatów z piastowych i jagiellońskich czasów;
funduszów dostarcza towarzystwo a głównie Ryszcze-
31
wski; redakcią kieruje Antoni Helcel, który daje do
tego zbioru, także cały zbiór swych własnych dyplo
matów ; ważne jego dzieło: »Historia prawodawstwa
polskiego« postąpiło znacznie.
W niedługim tedy przeciągu czasu powstało tak
ważnych cztery towarzystw jak je s t:
1) Redakcia biblioteki warszawskiej.
2) Towarzystwo numizmatyczne polskie.
3) Towarzystwo dyplomatów polskich.
4) Xi ogarnia z tak znacznym niezawisłym fundu
szem, kierowana przez światłych i zacnych ludzi.
Czemu to przypisać należy, że mimo nieprzyja
znych wpływów zewnętrznych, widać
tych usiło
waniach stolicy niezaprzeczone życie i postęp, ku le
pszemu ?
Nowa xiegarnia w Warszawie zamyśla rozpocząć
swe czynności od wydawania xiążek i dzieł nauko
wych; i tak, zacznie znowu wychodzić dalszy ciąg
»Bibliografii polskiej* którą wydawał Jocher w Wil
nie, opuszczony pfzez xięgarza Zawadzkiego.
Pan Ludwik Zeiszner, sławny nasz geolog, wy
daje z rysunkami swoją Paleontologią Polski, w ze
szytach jako dodatek do Biblioteki warszawskiej i
udało mu się skłonić xiegarza Orgelbranda do wy
dania K u r s u h i s t o r i i n a t u r a l n e j ogłoszonego
w Paryżu a przez towarzystwo, spierające we Francii
dobre dzieła, zaleconego; trudność cała jest w tern,
czy się uda nabyć ^francuskie drzeworyty do tego
dzieła, które przełożone na język polski, pociągnie
za sobą znaczne koszta: 12,000 złp. będą kosztować
same drzeworyty. Warto protegować to przedsięwzię
cie, jestto bowiem xiążka arcywyborna, podług naj
nowszych odkryć i dzisiejszego stanowiska umie
jętności, napisana.
Pietrusiński wydał podróż w Tatry; jestto zbie
ranina miałkiemi dowcipami ubrana; zawsze jednak
ma swą dobrą stronę w tern, że sobie autor obrał
Tatry za cel i zapewne masa lepiej się z niej o Ta
trach dowie, niżeli z poważnej xiążki. ‘'Duch jej do
bry; Staszic uwielbiony w apoteozie; częste apostro
fy doZeisznera; ale dziś już wymaga sięŁczegoś wię
cej po xiążce, z której ma naród poznać Tatry.
Projekt karty geologicznej królestwa polskiego,
któraby mogła posłużyć za dalszy ciąg kart nauko
wych geologicznych Prus i Rosii, i być niejako ich
dopełnieniem, poczyna się realizować; zdaje się że
Zeiszner obejmie jej kierunek, i ta praca połączy się
zapewne z pomiarami południka w Polsce, który za
cznie się wymierzać z wiosną tego roku wt królestwie;
przytem mają zamiar 12—15 punktów astronomicznie
wyznaczyć. Pracą tą kieruje jenerał Tenner, człowiek
zdatny ze wszech m iar; cała robota ma potrwać lat
dziewięć, a vvytkniecie południka polskiego będzie nie
małą korzyścią dia geografii północnego wschodu
Europy.
Cieszkowski August powrócił z podróży swojej do
Warszawy; niepomogły mu przejacielskie i prywatne
przestrogi, więc zaczynają go napominać publicznie,
aby się bardziej zajmował sprawami kraju niż zagraRedaktor TOMASZ KULCZYCKI.
nicznemi interesami; jak np. T r a k t a t a m i o P a
r o s t wie.
Malarz Wysocki ukształcony we Francii, osiadł
teraz w Krakowie i wziął się do rzeźbiarstwa; obe
cnie pracuje on nad modelem do posągu Jana Ko
chanowskiego przeznaczonego na pomnik do katedrykrakowskiej._________ ______
W Budzynie wyszło niedawno dziełko pod napi
sem : Emersona początkowa xiążka rachunkowa po
dług dziełka pospolicie w zjednoczonych stanach amerykańskich wprowadzonego, przełożone z angiel
skiego na język polski przez Jana Hofstettera pro
fesora c. k. akademii tereziańskiej w Wiedniu i
członka towarzystwa uczonego w Krakowie.
W przedmowie powiada profesor: że ^początkowe
ćwiczenia w rachunku nietylko dla dzieci w pierwszej,
młodości stosowne są, lecz też przez przyzwyczajenierozumu
do
pn
ysłu,ostęp w każdym innym
am
ludzkich wiadomości wielce przyspieszają* kończy zaś
przedmowę^następującem życzeniem:
»Niecliże tedy ta xiążeczka także z tej strony oceanu użyteczność swoją
okadiniech t
pożytek nauczycielów i uczniów
‘
Ciekawsze jeszcze od przedmowy oryginalnej wy
dawcy jest tłumaczenie. I tak, na stonie 9 znajduje sienastępująca uwaga dla nauczycielów: *Ucznie powin
ni teraz powiedzieć na pamięć iekcie
Wiązkami. Bardzo młode dzieci mogą opowiedzieć
lekcię
otwartemi
T
. ablice które się znajdują
iązkam
w
przy każdej lekcii muszą w pamięć
Po takiej uwadze idą różne przykłady, bierzemy
z nich pierwsze lepsze, tak jak się pod rękę nawinęły,
odsyłając ciekawych do samego dziełka!
Str. 17. »Szczepan wetknął?
w igielniczkę,,
a Basia jeszcze 3 wetknęła; wiele
wetknęli?*
»Gdybyś
7 szpilkina jednym rękawku m ia
na drugim, wielebyś wtedy na
rękawkach
miała ?«
»Zygmunt dał 8
pióra za jeden arku
za jedną strzałę ; wiele piór dał za
Str. 19. »Jeżeli wyciągnę 9
i potym jeszcze 4 wyciągnę, wiele tedys^ wyciągnięte?*
Str. 25. ^Podniosły się 8
do góry, lecz 3
z nich pokazały się wkrótce spuszczone; wiele
stały podmesione do góry?«
»Oto stoją 9
onki;z których 3 są obalon
dzw
wiele jeszcze stoją?*
»W jednym podwórzu stoją 6
z których 4
mają baranki. Wiele z nich niemają
Str. 53. »Kiedy 6
chłopcy potrzeb
ciągnąć, wiele
akw
sn
óm
ogą 30 chłopcy w tym samym
czasie ciągnąć ?«
Z drukowanej okładki przy tej xiązeczce można sie
dowiedzieć że ten profesor wydał już dwadzieścia kilka
dzieł w różnych językach, a między innemi dziełko któ
rego tytuł powiada, że gramatyka jest niepotrzebna:
( K e in c
Gramatik!
W ien bei ).
Może to na dowód tego twierdzenia wydał dzieł
ko niniejsze.
DRUKIEM PIOTRA PILLERA.
/
jfie*
#«>
40 i
4
ag
DZIENNIK MÓD PARYSKICH.
Lwów, 8 intcga 1845.
K ok
szósty.
W y c h o d zi co druga sobota re g u la rn ie; do każdego num eru d o łą czo n ą je s t rycina mód paryskich z d o kła d n ym opisem. K o s ztu je
w m iejscu p ó łro c zn ie 5 z ł r . 1 5 k r .; całorocznie 1 0 z ł r . m. k . ; na prow incii dolicza się p rze sy łk a pocztow a do cen p o w y ższych
p ó łro c zn ie 48 kr. m . k . P ren u m ero w a ć m ożna w e w szystkich urzędach pocztow ych, tu d zie ż w redakcii p o d n re m 3 0 1 .,• we L w ow ie,
M
O B
T.
Paryż,
Stroje damskie. Suknie najmodniejsze s ą :
czarne korunkowe których spódnice ozdabiane trzema
szerokiemi falbanami z gładkiej korunki, z których
każda mało bardzo jedna od drugiej jest odstąpio
na, a na boku wszystkie są podpięte bukietem róż
z liściami; rękawy bardzo krótkie, składające się
z dwóch małych falban korunkowych różą podpiętych;
stanik gładki, bardzo wycięty, przytem berta korunkowa podwójna także bukietem z przodu przypięta;
na głowie girlanda z liści i drobnych różyczek. Su
knia z żółtej krepy na białym atłasie, której przód
nbrany trzema rzędami róż białych i żółtych; pier
wszy rząd powinien być przyszyty w środku spódnicy,
dwa drugie wyżej tak że formują fartuszek; stanik
gładki i mocno wycięty, z ubraniem krepowem i bu
kietem z róż podobnych jakie są przy spódnicy: rę
kawki małe bardzo; na głowie strój z białych pereł.
Suknia z adamaszku w cienie żółte i błękitne, przy
strojona korunkami które cały bryt przedni zakrywają
a których rząd każdy przy zakończeniu przypięty jest
fontaziem z żółtej atłasowej wstążki.
Do najmodniejszych materij na suknie należy tak
że bareż atłasowy w pasy poprzeczne; materia ta naj
więcej w różowym kolorze bywa używana.
Do strojów głowy należą głównie: strój
z bruxelskiego tiulu z drobnemi białemi piórkami;
czepeczki z czarnej siatki mające po jednym boku bu
kiet z żołędzi, po drugim bukiet z ró ż; także cze
peczki z siatki złotej i śrebrnej; czepeczek
niere z blondynowemi końcami całkiem nowym gu
stem i kształtem; zawój murzyński z axamitu do
którego koniecznie być muszą użyte perły lub pióra,
także zawój nie mniej piękny i bogaty jest z tiulu
bruxelskiego naszywanego złotem.
Do każdego stroju eleganckiego nieodzownym jest
dodatkiem wachlarz ozdobny i bogaty.
Nowe zapinki (które równie z dobrym skutkiem
dadzą się zastosować do długich i krótkich rękawi
czek są powszechnie używane; należą one wprawdzie
do przedmiotów zbytkowych niemniej jednak dla każ
dej z pań koniecznych; najwięcej z nich jest złotych
kamieniami nasadzanych.
Stroje męskie. Fraki balowe są o dwóch
rzędach guzików z klapami wyłożonemi aż na ramio
na. Wyłożenie takowe nie pochodzi z tąd ażeby te
fraki miały przodki dłuższe, lecz tylko wykładają je
tak dla tego ażeby więcej widać kamizelkę bo natem
zależy modność. Kołnierze dają się szerokie i przy
stające dobrze. Poły są średnej szerokości i bez pat
ko w; rękawy są obcisłe koło dłoni a u ramion dosyć
szerokie i wygodne. Kamizelka do takiego fraka za
pina się tylko na pare guziczków u dołu. Spodnie
są dosyć obcisłe u kolan a u spodu ze strzemionczkaini dobrze i wyciągnięte.
Z wierzchnich sukien widać najczęściej gatunek
płaszcza z rękawami albo paletotsaki.
R y c i n a p r z e d s t a w i a : snknię krepową z tuni
ką rulonami atłasowymi obszytą. Drugi szlafroczek
jedwabny, ubrany pasamonikową robotą. Trzecia su
knia jedwabna bufami ubrana. Czwarty ubiór dziecka.
Piąty paletot axamitein wyłożony. Szósty burnus naj
nowszego kroju.
ĆWIERĆ
C5ĘSI.
SZK IC O B Y C Z A J O W Y .
Ciąg dalszy.
ii.
Marzenia! czarujący pączku wiosny życia! błogo
sławiony kwiecie! owocu przeklęty; skosztowanie cieI bie opłacamy dożywotniem cierpieniem, jednak niezra-
so
zeni przykładem rajskiego jabłka wyciągamy chciwie
za tobą ręce niewierząc w straszną karę obudzenia
się w rzeczywistości; szczęśliwy kto w' upojeniu mło
dzieńczej wyobraźni usnął na zawsze; przecie! wte
dy ludzie zlitowali się, nakryli kołdrą z murawy, we
stchnęli, zapłakali a nawet jakiś czas wspominali póki
co ważniejszego pamięci zgasłego nie zastąpiło, na
przykład skoki Zoka; lub uroczysta mowa, pęcherz
nadęty wewnątrz pusty, zewnątrz upstrzony arabes
kami modnych farb, w których kaźden widzi lieroglify dla swego głębokiego rozumu tylko przystępne.
wrzecion. Mylisz się, taz sama rzecz co raz w in
nym kształcie przedstawiać ci się będzie, stosownie
jak zmieniasz stanowisko, z którego ją uwazasz.
Piszący jak owo słońce nad piaskiem Saehary bez
względu i czucia bezstronnem okiem wszystko przej
rzeć powinien, wszystko w prawdziwem świetle z wy
soka obejrzał; znana mu piękności brzydota, krąglośe
i chropowość przedmiotu obranego. Lecz wzbijając
się skrzydłem wyobraźni, czuje, ze nie wszyscy z o tacząjących go razem w ten punkt równowidzenia
wzlecą; a jednak zapowiedział widowisko, mające
zadowolić każdego mogącego złozyć skromną wkład
— H a u !!!
kę czytania, przy rozlicznych odcieniach okoliczno
— Ziew'asz? spodziewałem się!...
ści uczuć i pojęcia czytelników nie może z jednego
— Dlaczego ?
— Bo chciałem morze czucia przelać w dołek pię lub wszystkich stanowisk rzecz ukazywać; raz mimo
cioma palcami wygrzebany. Więc nie zualazłeś za wolny Paganini przygrywa na jednej dozwmlonej stru
nie ; to jak kuglarz przerzucać musi gałki z ręki do
dowolenia P
ręki; smażyć bez ognia naleśniki w kapeluszu; wy
— Widziałeś skutek.
woływać cienie um arłych: i dla tej odmienności po
— Ziewnięcie ?
zyskuje
możność jako takiego zadowolenia widzów.
— Tak jest.
— Tak! więc pisarz ma być pajacem, myśli z ko
— Bo nie wgłębiasz się w myśl moją.
ziołkiem mieszającym ?
— Co mi tam latać jak bąk ręką la k a puszczony,
— Bynajmniej, lecz resztkami biesiadnego stołu
i tłuc się po ścianach twardej twojej wyobraźni. Ja
żywią się psy, okruchami myszy.
chcę bawić się, ja chcę drukowanego ziółka, które
— Ach! słuchałem powieści, niepragnąłem rozu
miałoby własność tyzanny przynoszącej miły sen, do
mowania.
bre strawienie i wesołą myśl.
— Sam je wywołałeś, gdyz chciałem postawić cię
— Przecie!, ze chcesz m yśli!
na stanowisku, z którego rzecz moją tą razą chcę u— Tak jest pragnę ich, ale nienawidzę i lękam wazać. Skracając dalsze uwagi, przystępuję do tre śc i:
się tychże nawału, jak podróżny piasku libijskiej
Panna Helena dziewica siedmnastoletnia, niesły
puszczy zasypującego oddech i życie każdemu zyjące- chanie na prowincii wiele czytała romansów, powie
cemu stworzeniu, wyjąwszy strusia skorego do biegu, ści i morałów a wszystko historycznych lub niehistociężkiego do lotu.
rycznych, ale tak wiele czytała, ze mama niemogła
— Nieradbyś więc na grzbiecie owego strusia dość nagadać się, a papa wraz z sąsiadami, ekono
skorego do biegu, ciężkiego do lotu przebiedz owe mem i lokajem ulubionym nadziwić geniuszowi, w ro
stepy niby bajeczne, niby prawdziwe, gdzie około słoń dzie nie genialnym pojawionemu; dość ze panna He
ca nieruchomie, bezwzględnie, przegląda przeszłość lena była nieodwołalnym sędzią wszystkiego co przekażdego ziarna, każdego pyłu, a kazden atom może strychowało kurę i w olu; lecz rzeczywiście z wszy
opowiedzieć ci byłą swoją przeszłą wielkość, nikczem- stkich xiąg nie jak pszczółka ssąca jednaki miód
ność, do każdej cząstki pyłu wiąże się pamiątka prze równie z zabójczej, jako balsamicznej rośliny, lecz
żytej doli; niechciałbyś chwilowem zadumaniem, za
jak r e m i z dziwne nplotła gniazdeczko dla swojej
topić nagą teraźniejszość, niepewną przyszłość, pu wyobraźni. Strumyki, miecze, łzy Wertera, całun Bąjchową przeszłość, i pijany marzeniem, chwilowem o- rona misternie splątane kołysały ją na wiotkiej g a
trętwieniem uciszyć bole codziennej jednostajności, łązce młodości i fantazii. Przyszła pora od dziewie
z podobnego sobie na oku pyłu odrodzić byłe świą
wyglądana, gdzie pan Julian, młodzieniec przystojny,
tynie, palmy, karawany?
m a j ą c w i e ś a z a t e m i r o z u m , zaządał jej ręki.
— N o n o ! wszystko to pięknie cha! cha! cha! Jak poeta błyskotnemi skrawkami wyobraźni, stro i
ale coz to za związek z ćwiartką pieczonej gęsi.... świat zimny i spruchniały pstrą szatą wzorów zachwy
Wszakto miała być szpulka twojej powieści? widać, cających, tak i dziewica ubiera umysł przystojnego
ze w słabej prządki dostała się ręce, skoro często młodzieńca w suknie najmilszych barw, a dym mate
rwie się, a ty chwytasz wątek pobliskich i odległych rialnego płomienia zaciemnia oczy zdrowego rozsądku
i zinniej r o z w a g i ; słowem p a n J u lia n z czarnem i Wą
zał, oczywiście swoim c h ł o p o m ; ale ja k o p r z e z o rn y
sa m i i jeczącem i ostrogam i, obd arz o n y cnotą niepo-
niechcąc być okradzionym od biedaków, co p r z e ż y
. sp olitą milczeć i u śm iechać się, kiedy czego nierozu-
w szy młodość i siłę p r ac o w a n ia w u słu g a c h jego p r z y
m iał, z d a w a ł się Apisein p o sz u kiw an ym dla św iątyni
ja c ió ł lub są sia d ó w , dobrotliwie, gdy prosili o pomoc,
sercow ej p a n n y Heleny. 0 ! byłto bardzo piękny A pis,
szczuć ich psam i k a z a ł ; przytem Ju lia n p o sia d a ł p r z y
j e d n a k ż e krajow y nie egipski, a o zna ki w znoszące go
mioty niezbędnie potrzebne do to w a rz y stw a w k tó r e m
n a bożka, były tęczowego utw oru w dzięcznych m arzeń
zo s ta w a ł, z n a ł się lepiej j a k zoolog n a cnotach zw ie
sz e ro k o z rozum u słynącej panny. P om ijając tok p r z e d
r z ą t domow ych; z niższem i to je s t mniej zamożnemi
ślubnych zalecanek, powiem, że p a n n a H elena dziry-
nigdy się nie w daw ał, rów ny ch najserd ec zn iej ś c i
tem swoich sp o jrze ń i m ajątku pochw yciła ry ce rsk o -
s k a ł, wyższym najniżej się k ła n ia ł, g r a ł do za c h w y
m a łż e ń sk i pierścień. P an Ju lian poślubił p an n ę H e
cenia odw ażnie w karty, a do w spom nianej w aleczno
lenę i poezia pocz ęła rea lizow a ć się w prozie.
Z dej
ści łą c z y ł i ry c e rs k ą zalotność. W szystkie niemal d a
m ow anie bielma choć boleśne, jed n ak ż e j e s t pożądane
my co pozornie w yłączone s ą z cnotliwego społe cz eń
lecz z d a rcie bielma poezii z m ło
stw a w iedziały o przybyciu j a k nazyw ały swego J u l k a
docianej m a rz en ia m i tchnącej d u s z y ; z a w sze j e s t w
z a r a z w dzień przy ja zd u jego do L w o w a ; nie w sty d ził
brew woli i przeklęte. P an n ie Helenie po upływie efe
się ubogich krew nych,
m erycznej po ry r o sk o sz y i upojenia zmysłowego, u-
stryjecznego z p ryw a tnyc h lekcij utrzy m u jąc eg o się,
i bło gosław io ne,
b óstw ia n y
niegdyś
młodzieniec a te ra źn ie jsz y mąż,
biednego ja k ie g o ś tam b r a ta
za w sze poczęstow ał h e rb a tą ,
a naw et obiecał je że li
bez m iło sie rd z ia wzrok otwierał. Nie dla tego, ażeby
ten zdo ła o w łasnych siła c h skończyć praw o, z a s t ą
p a n Ju lian był pozbawiony przym iotów w ym arzonych
pić k o s z ta doktoryzatu.
w głów ce byłej p anny Heleny, p o sia d a ł on je,
lubo
Czegóż więc b rakow ało zacnem u J u li a n o w i? S a m i
w innym ustroju. H elen a są d z iła znaleść Korydona,
widzicie, że nic.
w zdychającego nad szeleszczącym
kiem po w inna b yła rzeczy u w ażać p r z e z w zgląd n a
strum ykiem , m a
Gdyby Helena p a t r z a ł a okiem, j a
r z y ł a o dzielnym ry ce rz u kru szą cy m tysiąc e mieczów
urodzenie, byłaby członkiem s ta d a istot szczęśliwych
i kopij z a jed no jej spojrzenie, s z u k a ła fantazii zdol
ale H elena choć z szumow inam i c z erp n ęła dużo p r a
nej wzbić się z jej im ag in a cią w w yższe sz lak i, m a
wdziwego ja d u umysłowości, prze d którym troskliw i
r z y ł a o ow ych
rodzice powinniby je sz c z e lepiej, j a k dotąd okitowy-
gdzie
w ieczorach
wolnych od zatrudnień^
x ia z k a wspólnie cz y ta n a
chwile, m a rz y ła,
u p rzyjem nia
nudne
że jej m ąż będzie dobroczynnym,
•
wać głowy dziecięce, je śli p r a g n ą mieć je rów nie
szczęśliwem i, j a k sam i s ą obecnie.
Z p rze ra żen iem
kochanym od w szystkich, sz anow any m , miłym, r o z u
s p o g lą d a ła on a n a piękne z w a liska swojej w yobraźni,
m nym i utalentow anym .
p ła k a ł a w cichości
P an J u lia n sz cz erze w zdy
i d arem nie s z u k a ła przedmiotu,
c h a ł nad strum yk iem , jeśli z a m a rz ł i n ie d o sta rc z y ł
którenby z ą ją w s zy j ą z a g łu s z y ł g łos szepczący nieu
wody potrzebnej
sta n n ie ty je s te ś nieszczęśliw a, ty nie m asz p r z y ja
do gorzelni, p o s ia d a ł nie sły c h an ą
p o rc ie w aleczności,
w ięk szą nad poziomych ry ce rz y
ciela,
którenby ścieżki twoje prostow ał; s z u k a ła po
bijących się, bo on sa m bił, chłopców7, fornalów , a
ciechy w muzyce; fortepian się ro zstroił, Ju lia n znu*
p r z y w ezbranej dzielności
dzony ciągłem klekotaniem, j a k nazyw ał, tak stucz-
naw et i s t a r ą klucznicę;
okazyw ało się
nie m anew row ał,
to po ja r m a r k a c h ołom unieckich, gdy poprzedniczo
z a s ta ł posłaniec.
p r z e w a ż a ła w agę łoju z kilkuset wołów, pomimo, że
zd ro w ie; dla oszczędzenia puszczono wieś w d z ie r ż a
c ie r p ia ł x ią ż k o w strę t, sła b o ść dość za g ę s z c z o n a po
wę, a na k uracię przyjechano do m iasta.
n ie z b y w a ło mu n a bujnej im aginacii,
że nigdy stro jącego w domu nie
Ciągła w alka um ysłu
zw ą tlila jej
P ięk n a a
d w o ra c h nasze j prowuncii, je d n a k niezaw iódł ze wszy-
n ieszczęśliw a kobieta prędko znajd zie pocieszyciela.
stk iem nadziei Heleny, trzy m ał g azetę i czytał r e g u
Helenę byw ającą dla przyzw oitości w to w a rz y stw a c h ,
la rn ie z wielkiem zadowoleniem listę p rzy jeżd żających
otoczyło mnóstwo wielbicieli.
P ostanow ienie jej było
i w yjeżdżających ze Lw ow a, sp is z m arły ch i donie
sta łe , być w ierną i n ie s z c z ę ś liw ą ; lecz j a k wiadomo,
s ie n ia pryw atne.
postanow ienie j e s t r ze czą najczęściej niezgodną z czy
Był dobroczynnym ; ilekroć z d a r z y
ł a się p o ra u k a z a n i a hojności, o której w szyscy mogli
nem.
W gronie otaczających ją , pan
Hipolit nro II.
wiedzieć, n ie o m ie szk a ł być sz cz o drym ; do tego s to
nadobny młodzieniec zrobił z a k ła d , ze swoimi p rz y -
p n ia naw et p o su w ał sw ą dobroć że nieszczęśliw ym
jaciołam i, że H elena będzie jego, a z a k ła d n ie za p rz ec z-
podróżnym co o kilk a se t mil mogli imię jego r o z g ło
nie dodaje siły i wytrwałości w dopięciu sz la c h e tn e
sić nieża ło w ał dać n a śn ia d an ie porcii kartoflanki i
go celu.
— Coż to za jed en ten pan H ipolit?
chleba z masłem, co więcej naw et przew ozić ich k a
28
— Pan Hipolit nro. II. zwiezie mówiąc, był pię
kny nagrobek zwłok prześlicznego majatku. Pan Hi
polit grał nie tylko w karty ale i na fortepianie, śpie
wał, tańczył, mówił po francusku, ubierał sie modnie
na rachunek i wszystko to cudownie; wojażował, był
w Paryżu widział króla Filipa, panów Tiers i Guisot, zyraffe i pannę Taglioni, znał sie wybornie na
koniach i winie, jednem słowem pan Hipolit był skoń
czonym lwem paryskim, dla tego piękności ubiegały
sieG za nim jak słowiki za mrówkaG z taG różnica,
z e taG
G '
razą mrówka połykała słowików. Jaką radość rekru
towi sprawia pochwała wielkiego wojownika i każde
mu początkowemu w jakim bądź zawodzie, pochwała
m istrza, tyle zachwyca i najcnotliwszą nawet osohę
hołd składany przez bożyszcze salonów. Z dumą spo
gląda uwielbiana na ofiary, które pokonał niewolnik
u jej nóg będący, choć może i gardzi nim w duszy>
jednak nie radaby go wypuścić z mniemanych więzów;
ponieważ posiada tego, którego żadna otrzymać nie
mogła, i mieć, póki ona zechce, nie może. Hipolit
posiadał tę wielką korzyść, że pomimo straconego ma
jątku i niezbyt obszernych wiadomości, wiek młodzień
czy, uroda, imię, powierzchowna ogłada, utrzymywa
ły go na jednakim stanowisku. Przygody miłośne nietylko nie zrażały damy, ale owszem wzbudzały współubieganie, która usidlić na wieki go zdoła. Pan Hi
polit był niby ów smok na którego zgnębienie wybie
rali się pojedynczo, i tłumy pięknych, błędnych ry
cerzy, i dotąd nieznalazł się żaden czypkowy Tezeusz oczyszczający świat niewieści z strasznego i lu
bego potworu. Helena zrazu z pogardą, później obojętnie a nareszcie zniejakiem upodobaniem spoglą
dać nań poczęła. Cierpiąca dusza niemęskiej piersi
pospolicie potrzebuje wynurzenia, ale biada jej, jeśli
zaufanie daruje istocie niegodnej, pierwsze zaufanie,
pierwsze zwierzenie, będzie początkiem nici kłębka
jej serca; ręce nawet mniej zgrabne wysnuwają całe
tajemnicze pasmo boleści, roskoszy, doskonałości i
ułomności, robiąc z nich dowolny użytek. Hipolit czychał wytrwale na ów początek nici, zręcznie ją po
chwycił w młodem, niedoświadczonem, zawiedzionem
i zbolałem sercu i krok po kroku wkradał się w za
ufanie i przyjaźń. Helena swobodniej teraz rozpuściła
skrzydła wyobraźni, a lotem długo tamowanym jeszcze
wyżej jak pierwej wzbiła się w krainę urojonego szczę
ścia. Hipolit lubo nie mógł wzlecić myślą nad krańce
zwykłych wyobrażeń, posiadał takt stosowny nigdzie
nie zmylić, gdzie ma westchnąć, wykrzyknąć, oburzyć
się. Tak więc Helena sądziła, że znalazła duszę od
powiednią swojej. Hipolit znudził się przybraną rolą
przyjaciela i sądził, że rzuciwszy larwę przyjaźni i
okazawszy się w postaci kochanka, aż nazbyt ugruntowany jest w jej sercu, by był wzgardzonym.
Lecz zawiódł się, odepchniętym został. Nietyle szło
mu o Helenę, co o honor i wstyd przegranego zak ła
du; zmienił więc postępowanie; przybrał postać po
nurą, zamyśloną i niby obojętną, biednej Helenie zda
wało się dostrzegać rozpaczy bliskiej ostateczności,
drżała o jego życie. Śledziła poruszenia, słowem He
lena kochała. Jej tak lubo było przy jego boku, w jego
oczach czytała współczucia swojej doli. A teraz znów
samotna, znów opuszczona, boleść ściskała jej serce,
posępność ogarnęła duszę i ocieniła czoło. Hipolit
zbliżył się już półprzyjaciel, półkochanek, radośnie był
przyjętym, wkrótce zrzucił pół maski przyjaciela; odepchnięty ale bez wzgardy, to odepchnięcie był to
pusty wystrzał z honorem broń składających. Hipolit
dla dopełnienia ceremonii oddalił się, lecz jeszcze
prędzej przybliżył i zaczęły się słodkie początkowe
chwile nieprawej, ale nieskażonej jeszcze miłości.
On na niej nie poprzestał.
— Pani! jutro mąż o szóstej idzie na karty, niewróci przed północą... przyjdę o siódmej.... I błysnął
oczami, aż Helena zadrzała.
— O nie! nie! zlituj się nie przychodź!
— Przyjdę... stanowczo odrzekł.
— Nieclicę, nie pozwalam.
— Tak!... więc byłem igraszką pani, więc miłość
którą tylekroć poprzysięgłaś była udaną dla zabicia
nudnego czasu ?... Dzięki za ten zaszczyt... ale pomnij
pani, że jestem mężczyzną nie dzieckiem. Obudzić w
sercu człowieka najtkliwsze uczucia dla zabawki je s t
równie czyn szlachetny, jak pożar ręką Nerona wznie
cony. Żegnam panią. Cha cha cha! zaśmiał się tak
patetycznie, żeby mu pan Bensa pozazdrościł.
— O boże!... Hipolicie.... i pochwyciła rękę odcho
dzącego. J a udawała.... ja zdolna obłudy ?.... puściła
rękę, zakryła dłońmi twarz zarumienioną i gorzko
płakała.
— Więc kochasz mnie... i padł na kolana pochwy
cił ręce, z zapałem całując.... Więc jutro o siódmej,
zaszeptał głosem szatana.
— O nigdy! nigdy!
— To miłość ?
— To twój szacunek dla mnie! Porwał się Hipolit.
— Kocham, szanuję, lecz igraszki z siebie robić
niedozwolę... Jutro o godzinie siódmej, zaczął uro
czystym głosem, będę przechodził się koło jej kamie
nicy; jeśli nie weźwiesz mnie, dzisiejsze widzenie
się nasze, jest ostatnie na tym świecie. I zwrócił sie
ku drzwiom.
*9
— Hipolicie! wykrzyknęła wyciągając błagalnie
ręce.... Hipolit głęboko się skłonił.
— Jestto niezmienne postanowienie, namyśl się
pani... Zegnam... Wyszedł spiesznie i przez drzwi
wpół otwarte przechylony do pokoju grobowym gło
sem powtórzył:
— Jutro o siódmej.
— O! ja nieszczęśliwa... boże! boże! za coż mię
tak karzesz.
Wygrałem zakład z radością pomruknął, i poszedł
do przyjaciela a konto wysuszyć parę butelek, ucząc
go taktyki zapewniającej zwycięztwa podobnego ro
dzaju....
III.
»swojej przewagi nademną lecz kocham cię...- przy
c h o d ź , mój mąż za kwandrans wychodzi.*
— Proszę... pomyślał Hipolit... mam przewagę nad
nią. Ktoby się spodziewał, żeby spojrzenia mężczyzny
tak silny, magnetyczny wpływ miały na kobietę... aleć
bo ogniście na nią spoglądałem. Trzeba wiedzieć, że
Hipolit nro. I. widując Helenę w oknie, zachwycony
jej wdziękami, codziennie poświęcał parę godzin na
przechadzkę pod oknami, ciskając straszliwe spoj
rzenia i westchnienia, zwykły pierwszy period takich
promenad. Drugi bowiem zaczyna się kłanianiem, jeśli
piękność odkłoni się, przechodzi do trzeciego prze
syłając czuły list... jeśli nie odkłoni, boliatyr w raca
do pierwszego stopnia... cierpliwością chcąc zmięk
czyć nieczułą... jeśli szczęśliwie idzie, młodzieniec
szybko dochodzi czwartego stopnia to jest zroku, po
którym w kilka lat następuje ożenienie łub w kilka tlni
rozłączenie i nowy romans nowa wyprawa pod okna.
Zdarzają się wypadki, że po siedm lat, jak Jakób o
Rachel dosługuje się owego odkłonieuia stały kocha
nek. Czasem przypadek zrządzi, że w godzinach, w
których zajęty jest młodzieniec piękność uwielbiana
przeniesie swoje pomieszkanie i insza też zajm ie; Koleander upośledzony któtkim wzrokiem, widząc w
oknie postać niewieścią i mając ją za swoją Leonidę,
odważa się przejść do stopnia drugiego, gdy ten wraz
z następnemi uda się, jakież zadziwienie i przeraże
nie biedaka, gdy zamiast Racheli Liję otrzyma....
Widzą, ze gęsi, jak kapitol wzięły mnie pod
swoje skrzydła.... Skończę najprzód rzecz z pieczoną,
a potem lecę jak zefirek w objęcia żywej.... I poskoczył uradowany na pierwsze stanowisko, gdzie go
spotkał ów ciekawy jegomość. Nikogo niebyło.... Ro
zwinął papiery i z apetytem prawdziwie spartańskim
zaczął pozywać wieczerzę... ktoś wchodzi w kamie
nicę... schował prędko chleb a tłustą gąskę chciał ob
winąć w papier.... Byłto ów jegomość, z którym raz
się już spotkał.
— Kto tu?
— Swój....
— Co za swój ?... groźnie zapytano.
— A panu sto d
do tego... odpowiedział czupurnie, a prędko zawijał papiery. Przybysz ciekawie
poglądał, Hipolit skrzętnie zasłaniał... przecież do
kończył pracy... wsunął w kieszenie i gniewny wyszedł
na ulice.
c
Zniecierpliwiony i zgłodniaty Hipolit nro I. w stą
pił do kamienicy... w jej cieniu spożyć swoją ćwierć
gęsi. Już sięgnął do kieszeni, gdy ciężkie stąpanie
schodzącego ze wschodów usłyszał. Zatrzymał się oczekując przejścia nieznajom ego; lecz ten, gdy nad
szedł, stanął przy nim wpatrując się ciekawie w na
szego bohatyra.
— Pan tu zapewne kogo szuka?
— Aha!
— Jestem tutejszy mogę objaśnić.
— Niepotrzeba, już jestem objaśniony.
— Hm, hm, odkrząknął przybysz i oparł się w
progu sieni, ani wychodząc ani wracając.
— Tfu... splunął Hipolit i wbiegł z gniewem do
innej kamienicy.
— Aha mruknął Hipolit nro II. skryty dotąd w
przeciw-ległym domu, mam cię ptaszku, zaraną cho
dziłeś... nieszkodzi!... W tej kamienicy mieszkała He
lena. Hipolit nro. II. utwierdził się w mniemaniu, że
Hipolit nro. I. jest jego dostrzegaczem.... Godzina sió
dma uderzyła.... Hipolit nro. I. już radośnie dobył po
raz drugi swoją gąskę, gdy bieżenie po wschodach
zmusiły ją schować.
— Cy pan, Hipolit ? zapytała dziewczyna ma
zurskim akcentem.
— Ja , odpowiedział zdziwiony.
— Jest kartecka od pani... i wsunęła
mu w reke
c
ot,
mały bilecik.
— Od pani ? wykrzyknął zdziwiony.
— Z pierwsego piętra... nie mam casu; i jak sarna
poskoczyła na górę.
— Szczególniejsza, pomruknął... dostrzegła przecie
— Szczególniejsza, m ruknął nieznajomy... i poskomoją tajemną miłość.... O błogi liście! coż w sobie za czył na wschody.
wierasz?..'- wybiegł przeczytać karteczkę.... Przy świe
Kwandrans na ósmą już przebrzmiał.
tle latarni niedługo potrzebował mozolić się. Kartecz
— Bogdajcie pioruny biły, stary koezkodanie...
ka te tylko słowa mieściła. ^Hipolicie nadużywasz głodno iś ć na schadzkę to także głupstwo... cha COŻ
30
robić dodał z westchnieniem i pobiegł na pierwsze ciwko naszemu poecie. Pogoń Juliana za Hipolitem
piętro. Otworzył drzwi pierwszego pokoju... próżny! nro. I. dała sposobność ucieczki drugiemu.
postąpił kilka kroków.... Blada przerażeniem wybiegła
— A to feralis... wszystko się nie wiedzie... ani
Helena z drugiego, a widząc nieznajomego, ciekawie kochać się ani jeść niedają.... Otoż w brew wszelkim
się weń wpatrzyła.
przeszkodom na ulicy jeść będę, nie szukając żadne
— Najszczęśliwszy z szczęśliwych biegnę na we go innego przytułku...
zwanie pani, u stóp twych złożyć me hołdy.
Rozwinął gęś, papiery wsunął do kieszeni, laskę
— Coż to znaczy? wykrzyknęła zdziwiona.
pod ramię, a uzbroiwszy jedną rękę gęsią, a drugą
— Wszak ta kartka
odparł Hipolit pomieszany, Chlebem, niemiłosiernie zaczął połykać; w tej chwili
dobywając z kamizelki otrzymany liścik.......
dopadł go Julian.
— Pan id zie! krzyknęła wpadając Mazurka.
— Co robiłeś w moim domu ?...
— To widzę omyłka jakaś wybąknął Hipolit, in ie— Ja?... zapytał zmieszany bohatyr szybko za sie
czekając ani odpowiedzi, ani jegomości kwapił się ku bie chowając ręce. Ja?... przez omyłkę zaszedłem,
drzwiom, ale w samym progu spotkał Juliana.
gdyż szukałem jednego z moich przyjaciół.
— Kogoż mam szczęście ?... zapytał z zadziwieniem
— A to czyje rękawiczki? i w strząsnął groźnie
przychodzący gospodarz.
po przed oczy.
* — Nic
to
ja się omylił i przemknął się
— A mnie tam d
do pańskich rękawiczek...
zgrabnie jak piskorz w niewodzie.
śmiało odpowiedział Hipolit, bo już chleb schował a
— Wróciłeś ? zapytała drżąca Helena.
laskę w tę rękę pochwycił.
— Zapomniałem pieniędzy i przeszedł do drugiego
— A jesteś ptaszk u ! ozwał się głos już nam zna
pokoju.... Na sofie leżały męskie rękawiczki... przy jomy pana Hilarego owegoto jegomości z którym dwa
padkowo dostrzegł je Julian. Podejrzenie, gniew, za razy dziś Hipolit zdybał się. Mam cię... i pochwycił
zdrość jak mina prochowa naraz wybuchły.
za kołnierz Hipolita....
— Coż to znaczy ? krzyknął obrażony Hipolit, od
— Co to jest? krzyknął piorónującym głosem pory
trącając
łokciem Hilarego.
wając rękawiczki i w strząsając niemi przed oczami
— Oddaj zaraz tabakierkę, bo cię oddam na poHeleny.
— Niewiem odpowiedziała drżąc, nieprzywykła o- policię... zaraz... bez żadnej ceremonii.
— Jaką tabakierkę?... w tern pudel zwabiony mi
błudzie.
— N iew iesz!... to ja ci zaraz powiem i poskoczył łym zapachem gąski, którą Hipolit nieruchomie w rę
ku trzymał, myśląc, że ktoś dobroczynny chce go ta-za naszym Hipolitem.
Hipolit nro. II. po przeminieniu siódmej godziny jemnie nakarmić, z zręcznością pudlom właściwą, po
blisko już kwandransa oczekując zniecierpliwiony, chwycił gąskę i niespodziewającemu się Hipolitowi
pomimo groźby, niewidzieć się z Heleną w razie nie trzeciego napadu, z łatwością wyrwał. Hipolit zapo
otrzymania odpowiedzi, ufny w swojej przewadze nad mniał i o Julianie i o Hilarym, pragnąc, jeśli nie od
jej sercem, poszedł stanowczo rozwiązać dramat.... J u zyskać wieczerzy, przynajmniej pomścić się; nagłe
lian już był odszedł.... Helena walcząc sama z sobą więc zwrócił się i z kijem w górę wzniesionym pędem;
uklękła i modliła się. Hipolit zastał ją w tej postaci... poskoczył za wydziercą....
— Łapaj!... złodziej!... wrzasnął Hilary biegnąc za
tak była zachwycającą, że stojąc na progu długo niemogł się jej napatrzyć... ona westchnęła i opuściła w nim, a zgraja lampartów, żydków, i inszych indiwizadumaniu głowę na ręce. On przystąpił cicho do duów ze wszech stron powtarzając złodziej! złodziej!
wnet go pochwyciła.... Znalazł się usłużny policiant,
niej, objął jej kibić i pieszczotliwie zaszeptał.
co na zaręczenie pana Hilarego obywatela znanego
— Jakież myśli niebo ci zesłało ?...
miastu, bez miłosierdzia wziąwszy pod rękę Hipolita,
Milczała niepowstając z m iejsca; zdawało się,
prowadził w przyzwoite miejsce złodziejom. Opór, lub
jakby korną postacią chciała się bronić od kochanka*
tłumaczenie byłyby daremne, pojął to od razu n asz
— Módlmy się razem rzekł Hipolit klękając przy Hipolit pragnąc tylko, ażeby kto z znajomych nieniej i szepcąc zaklęcia, przysięgi.
widział go; chciał się zasłonić.... Niestety! chustki
Szelest dał się słyszeć w drugim pokoju. Zerwali nie by ło ; pokrowcem więc z gęsi, owemi papieram i
się oboje... Hipolit przestraszony schwyciwszy kape od pani Maciejowej szczodrze udzielonemi, zakrył za
lusz na sofie będący, zapominając o rękawiczkach, wstydzone policzki, zgadzając się z fatalnym losem.
poskoczył do trzeciego pokoju; Helena wybiegła prze Pan Hilary przed urzędnikiem formalnie oświadczył,
31
jako widział i poprzysi§dz gotów, skradaj§cego się
Hipolita a następnie od niego wychodzącego i zaw i
jającego, oczywiście... ze jego tabakierkę, wartującą sto
dukatów.... Tłumaczenie Hipolita jakkolwiek szczere,
zdawało się nie naturalne, a szczególniej owa pogoń
za psem, domniemywana od Hilarego ucieczka.... Po
nieważ prawo dziwne ma grymasy nie przyjmować
za dowód słow a honoru, nasz Hipolit zrewidowany,
do wyjaśnienia rzeczy został zamkniętym. Hilary za
spokojony wrócił do domu. Julian długo w zadziwie
niu stojąc na miejscu, długo rozmyślając, wyprowa
dził logiczny wniosek. »Moja żona przecież nierormansowalaby ze złodziejami.... ale skąd te rękawicz»ki? « będę się pytał znajomych, może któren za
pomniał....
D okończenie n astąpi.
A
011
p ra w i: » 0 k r ó lo w o !
Z k r ó le w s k ie g o to r o zk a zu ;
Z m iło sie r n ą ła s k ą b o sk ą ,
Z rób cie lic z b ę a od r a zu .
P r z y s z ł a c h w ila , m u sis z w drogę,
Z a n ic o d w ie c jej nie m o g ę.«
»N iech aj bóg ci to p r z e b a c z y ć
R z e k ła B lanka; » g d y in a c z e j
B y ć n ie m o ż e ; n ie c h s ię z iśc i
W y r o k p a ń sk iej n ie n a w iś c i.
N ie clicę ła ja ć m oim lo s o m ;
L e c z za b ro n ić m i n ie m o ż e ,
W y s p o w ia d a ć s ię n ieb iosom
J e ś li w z b r o n i, odpuść b o ż e .ć
Ł z y r z ę s is t e , ż a ło ś ć sroga
P o r u s z y ły nawret kata,
K ied y k lę c z ą c tam n ieb oga
W s p o m in a ła le p s z e Jata;
»F ran cio m oja porodziun a,
0 bu rb ońsk a k r w i n ie w in n a !
R om anca
o królu Don Pedrze
S ied em n a ste k o ń c z ę latk o,
W o sie m n a s ty r o c z e k w schodzę,
okrutnym. *)
P a n n ą g in ę , bo m ę ż a tk ą
D onno M aria de P a d illa
K ról z a b r o n ił b y ć n ie b o d ze .
N iep a trz n a m n ie ta k pochm urnie ;
M ów K a s ty lio , com z w in iła ,
J eślim ż e n ił s ię p o w tó rn ie
C zym n ie w ie r n ą ż o n ą b y ła ?
G w o li tw ojej tom u c z y n ił.
O b d a rzy ła ś m ię k oron ą
C h c e sz m ieć dow ód ja k w z g a r d z o n a
Z k r w i i ł e z m ych u p lecio n ą ,
D o n n a B la n k a m oja ż o n a :
L e c z c e n n ie js z y w ie n ie c za to
Do S y d o n ii ją w y s ł a łe m ,
B ę d z ie w n ie b ie mi z a p ła tą .
N iech a j zbroje mi w y s z y w a ,
L e d w ie r z e k ła , aż tu ra zem
N ie ch ją k r w ią u b a rw i w ła s n ą ,
Kat ją w glow ’e c ią ł ż e la z e m ,
W y h a ftu je łe z k ą ja s n ą .
1 w y t r y s n ą ł m ózg na ś c ia n y
W s z y s t k o M ario tobie g w o li,
K rw ią c z e r w o n ą z fa r b o w a n y .
Ku s z c z ę ś liw s z e j n a sz ej d o li.
I p r z y w o ła ł D o n Ortiza,
B y ł to s z la c h c ic c n y i p r a w y ;
Pożegnanie Saragosgy.
C hce go w y s ł a ć do M ed in y,
B y tam s p e łn ił ro zk a z k r w a w y .
S a r a g o sso ż e g n a j-ż e m i
A le z a c n y r y c e r z na t o :
Ż egn aj p rz ed m ie ść tw y c h p on ętą,
T ak i c z y n n ie dla r y c e r z a ;
D z ie w c z ę ta m i żegn aj sw e m i
B o kto p a n ią s w ą zabija,
I M adoną # )
ż eg n a j ś w ię tą .
T en s ię panu s p r z e n ie w ie r z a .
G n ie w n y o d s z e d ł k ró l i d zik i,
Otoż je s te m w tw e j u lic y ,
S k r y ł s ię w kom nat s w y c h ta jn ik i,
D łu g o w ło s a ty lilio ;
Z n ó w p rzed s ie b ie z w ą c s ie p a c z a
G d zież są tw o i z a lo tn ic y ?
Ł o w ie c k ie g o d o jeż d ż a c za .
K ied y z u c h y , n iech s ię biją,
Na m o d litw ie B la n k a tr w a ła ,
T a p ierś ostrza s ię n ie lę k a ,
Gdy w s z e d ł do niej śm ierci g o n ie c ;
C iało, s z y d z i z ic h o ł o w i ;
L e d w ie w progu go u jrza ła ,
P a t r z ! k r e w k ip i, sk a c z e r ę k a .,...
J u ż p r z e c z u ła b lisk i k o n ie c .
Oni dotąd n ie g o to w i.
N a u lic y k a łu ż d u ża,
C a łk iem o p iera s ię na tle liisto r y c z n e m . O ż e n iw s z y s ię
w roku 1 3 5 3 , z s z e s n a s t o le tn ią B la n k ą z domu burboń's k ie g o , u d a ł s ię potem do in n y c h n ie w ia s t, m ia n o w ic ie
do M arii de P a d illa z a której n a m o w ą , w y g n a ł K rólow e
do M edina S id o n ia , a potem k a z a ł za m o rd o w a ć. P r z y p o
m ina m i to m ie jsc e p ie śń i pod anie o n a s z e j L u d g a rd zie.
D la p rzech od u zro b ię m o s te k ;
M ostek s k le c ę z e k r w i tchu rza,
Z M atamoru s k le c ę k o s te k .
#)
Madona del P ila r.
3®
Dobranoc ci piękne daję,
Snu p ow iek i chcą zn u żon e;
Serce moje tu zostaje
Do drzw i tw oich p rzygw ożd żon e.
D z ie w c z y n a n a d m o r z e m .
Matulu! w stałam o brzasku
W sam dzionek św iętego Jana,
I w id zę, na morskim piasku,
Stoi d ziew czy n a nieznana.
Samiutka bieliznę cienką
P ierze, choć m orze się burzy;
Samiutka bieluchną ręką
R o zw iesza na krzaczku ró ży .
A nim ją w iatry w y s u s z ą ,
Taką piosen k ę z a d z w o n i:
»Gdzieś ty kochanku, gdzie duszo!
W ołam po górach po błoni.«
i upodobania. W oddaniu charakterystyki przez au
tora widać głębokie zastanowienie się nad n aturą
ludzką i wybadanie jej słabości. Przedziwna np. jest
ta myśl, że królowa, która ledwie w najosobistszych
swych stosunkach jakąkolwiek energię pokazuje, a
zresztą jest igraszką intryg, ciągle powtarza iż ona
to robi sama przez siebie, i z zadziwieniem spomina
ja k mógł ktokolwiek powiedzieć iż ona je st słabego
charakteru. Słowem mówiąc, sztuka ta jest jedną
z najlepszych komedij naszego czasu, i jakkolwiek
nie jest nowością, warto aby ją nie raz jeszcze po
wtórzyć. Właściwością i najwyższą zaletą jej jest,
jakeśmy to już niegdyś zdając sprawę z dawniejszego
jej przedstawienia w dzienniku naszym powiedzieli,
że cała śmieszność leży w zawiązku sztuki: w zesta
wieniu przyczym i skutków; a nie w pojedyńczych do
wcipach lub scenach niewiążących się z całością. Nie
ma tu dialogów kwiecistych, ale jest dramatyzowa
nie bardzo trafn e; rozwiązanie też jest mistrzowskie.
Pani Aszperger, jako xiężna Mallborough, grała
wybornie, w niektórych zwłaszcza scenach była niepo
Chodzi po morskiej u b oczy,
równana. Wjednem tylko podawaniu wody zdawało
I cz e sz e złotem grzebieniem
się nam dostrzedz pewną nienaturałność i przysade.
W ło s rozp u szczon ych w ark oczy.
Scena bo też ta, chociaż jest głównem ogniwem w bu
»Ż eglarzu! niechaj bóg strzeże
dowie sztuki, zdaje się trącić u autora samego pewną
T w ego okrętu najdłużej ;
rubasznością, niezwyczajną w królewskim salonie, i
C zyś tam nie w id zia ł, m ów sz czerze
tern więcej wymaga starannności ze strony artystów.
Mego kochanka w podróży ?«
Panna Teofila Cenecka w roli królowej grała bardzo
dobrze, i słusznie można powziąć o tej młodej artystce
najlepsze nadzieje na przyszłość. Pana Nowakowskie
go widzieliśmy tego wieczora w roli która zdawała
T E A T 11.
się najmniej przypadać do charakteru jego zdolności*
Dnia 31 stycznia przedstawiono na scenie polskiej grze atoli jego tego wieczora nic zarzucić niemożem.
komedię Eugeniusza S k r i b e g o w pięciu aktach: Masham, chorąży w pułku gwardii królewskiej, owe
^ S z k l a n k a w o d y« na dochód instytutu ubogich. istotne czy też zmyślone jabłko niezgody, po które
Niewchodząc w to o ile osnowa tej sztuki zgodna skłonności trzech przeciwniczek, na wzór bajecznych
jest ze zdarzeniami prawdziwemi, bo te nigdy nie- bogiń Olimpu sięgały, był wyśmienicie oddany przez
raogą krępować artysty w jego celach, przyznać trze pana Dawisona. Dobrze też grała panna Starzewska
ba ze rzecz sam a tak jak ją sobie autor wystawił, kuzynkę xiężnej Mallborough.
je s t wybornym i bardzo szczęśliwie zchwyconym
W czwartym akcie na pokojach królowej, odśpie
przedmiotem wyższej komedii, którą tenże od począ
wany był pięknie i z wielkiem zadowoleniem publicz
tku do końca z interesem i prawdopodobieństwem prze
ności duet przez artystów sceny niemieckiej: pannę
prowadzić umiał. Najwydatniej jaśnieję dwa chara
b. Riese i pana Schtitki’ego.
k tery : xiężny Mallborough faworyty królowej i wice
hrabiego Bolinbrocke, którzy chwyciwszy między sie
bie słabą i nieudolną królowe, moc§ swego talentu i
przewrotności rzucają nią jak piłką według swej woli
I z takiem smutnem nuceniem
R edaktor TOMASZ KULCZYCKI.
DRUKIEM PIOTRA PILLERA.
’'* >
gd0'
.
S
iit
3Z
ZZ
20
y
v'0 ltV
■■
DZIENNIK MÓD P i K Y S K I C E
Lwów,
lutego I §45.
R ok szósty.
W y c h o d z i co d r u g a so b o ta r e g u la rn ie ; do k a żd e g o num eru d o łą c z o n ą j e s t r y c in a m ód p a ry sk ic h z d o k ła d n y m o pisem . K o s z tu je
W m iejscu p ó łr o c z n ie 5 z ł r . 15 k r . ; c a ło r o c z n ie 1 0 z ł r . m. k . ; na p r o w in c ii d o lic z a s ię p r z e s y łk a p o c z to w a do cen p o w y ż s z y c h
p ó łr o c z n ie 48 k r . nu k. P r e n u m e r o w a ć m o żn a w e w sz y s tk ic h u r zę d a c h p o c zto w y c h , tu d z ie ż w r e d a k c ii p o d n r e m 3 0 1 . ; w e L w o ic ie .
M
O D Y .
Paryż, dnia 8 lutego 1845.
Stroje damskie.
Dnie postu jako dnie sm u
tku, powinnyby być dla naszych niespracow anyeh modystek niejakim wypoczynkiem; lecz one i teraz niem ają spokoju, bo lubo tańcujące i głośne u sta ły zaba
wy, ciche, nietańcujące zastąpiły je herbaty, które
niemniej dobornych i elegankich w ym agają strojów,
toteż po w szystkich pracow niach widzieć można mnó
stwo ładnych, praw ie galowych sukien, z których nie
które, tojest te które nas najwięcej zachw yciły wy
m ienić tu nieomieszkojemy.
S uknia z axam itu różowego, z przodu o tw a rta ;
su k n ia pod spodem z białego a t ł a s u : obydwie strony
spódnicy wierzchniej połączone są z sobą atłasow em i
różowem i w stążkam i, które przy obu brzegach spódni
cy kończą się fontaziem ; stanik u tej sukni gładki,
z ubraniem z różowej krepy, przez całą sw ą długość
ubran y sprzączkam i w ysadzanem i piękuemi kam ienia
m i; rękaw y krótkie także krepą ubrane. Suknia z bia
łej mory do której pow inna być tu n ik a z gładkiej k re
py z przodu otw arta, trochę niżej kolan dochodząca,
obszyta wkoło ponsowym jedwabnym szlaczkiem do
którego dużo złota powinno być p rzydane; stanik
g ładki, mocno wycięty, z bertą na przodzie zao k rą
gloną i tak samo ja k i tunika obszytą, zawój z ponsowego axam itu, z białem długiem piórem spadającem
aż na ram ię. S uknia różow a atłasow a, której sp ó
dnica obszyta je s t dołem dwowa rzędam i karbow anych
w stąż e k ; tu n ik a do niej z krepy koloru zielonego, pod
p ięta z każdego boku bukietem z różnokolorowych
sto k ro tek ; stan ik gładki, mocno wycięty, ubrany w
koło g o rsu zieloną karbow aną w stążką, tudzież bu
kietem podobnym ja k przy tu n ice; rękaw y krótkie,
dwoma rzędam i w stążek zielonych u b ra n e ; we wło
sach bukiet ze stokrotek. D la młodych panienek n a j
stosow niejszą je s t suknia tarlatanow a z potrójna sp ó
dnicą, strojna w liście dębowe i fontazie ze w stążek;
strój wprawdzie nie bogaty ale bardzo gustowny i
dla młodego wieku przyzw oity.
K repa gładka i gaza atłasow a czyli
w siedmiokolorowe cienie niemniej są
zumi się, spódnice wtedy powinny być
potrójne i podpięte
dzanemi kamieńmi.
przezroczysta
używane, ropodwójne łub
d
la
pom klam ram i w
Długo zapom niany tiul w końcu odzyskał sw oją
dawną w ziętość; suknie tiulowe są bardzo lubione;
p rzy straja ją je w stążkam i, bukietem u spódnicy, albo
girlandam i z kwiatów alpejskich.
S troje do codziennego w yjścia s ą : paletoty, p łasz
czyki axam itne, pod które biorą się rańtuchy
zońskie sukienne lub axam itne, suknie wysoko z a
chodzące z mory, adam aszku, pekinu lub a tła su ,
w szystkoto czarnem i pospolicie obszywa się korunkami.
Z kapeluszów najwięcej noszą kapotki atłasow e
axam item ubierane, także kapotki axam itne w różne
cienie, bukietem marabu przystrojone.
Stroje męskie. Opisaliśmy w poprzednich
num erach wszystko cokolwiek z nowości w stro jach
m ęskich dostrzedz można było. Dotąd n iezaszła ża
dna odmiana.
Rycina prz e d sta w ia :
szlafroczek morowy
z rabatkam i z przodu axamitem ubrany, kapelusz
z niestrzyżonego axam itu z piórem. D ruga su k n ia
jedw abna z podwójną spódnicą bufkam i z tej samej
m aterii ubrana, na głowie girlanda z kwiatów. T rzeci
szlafroczek jedw abny axamitem obłożony, kapelusz
jedw abny. Czwarty surdut zimowy. P iąty frak do
strojnego ubrania.
34
PORĘKAWICZNE.
a pokoje brucza. Mówią... ale ty pewnie o tern niesłyszałaś... że Wenus; to jest bogini piękności wy
szła z piany morskiej... wierutne kłamstwo, tak jak
MARIĄ Z CH. P . . .
wszystkie bajki mitologiczne. Teraz z tej pianki nigdy
— Ten wazon tam postawie... a ten kryształowy nic innego niewychodzi, tylko szkaradny dym kopkubek tutaj : nieprawdaż Teklusiu, ze tak będzie le cęcy, niezmiernie szkodliwy dla piękności. Niezawo
piej?... mówiła pani G. do nadchodzącej służącej... te dnie pułkownikowa dla tego taka czarna, że jej maż
kwiaty gdy się odbija w źwierciedle beda podwójna nadzwyczajnie wiele fajki pali, i to jeszcze przy niej.
ozdoba. Im więcej kwiatów, tern pokój świeższy, tern
— Proszę pani, i to doprawdy tak mówią że z faj
piękniej ubrany. 0, nic tak nie łubie, jak pełno kwia ki piankowej wyszła bogini... czy tylko nie jaka świę
tów, pełno w oni!.. A te śliczne drobnostki porozrzu ta?... Może mi to dla tego tak drza ręce kiedy pian
cane na pałeczce, na etażerce i na stoliku, jakże mi kę niesę?... Ah! na coż ja nieszczęsna tyle na fajki
łe dla oka robią wrażenie. Niewiedziec co wyżej ce nagadała!... Może ja zgrzeszyłam?...
nić, kryształ czy złoto... srebro czy porcelanę?...,
— Nie bój się, nie bój... rzekła śmiejąc się pani G...
wszystko śliczne, świecące, zgrabne. Ach!... pienię była to święta, taka sama jak i ty, lubili ja panowie
dzy!... pieniędzy!... O bo nieuwierzysz moja Teklusiu tak jak i ciebie lubi§ i swoje pianki... Nieprawdaż że
co te bagatele kosztują... Ja jeszcze mam ich tak ma się do ciebie umizgaja ?...
ło... wszystkie moje sasiadki pozakładały już prawie
— Ej! co sobie tam pani żartuje, j a doprawdy
sklepy... aja... kiedy bo ten mój Wacław taki nudny... zmartwiona....
powiada, że i to co mam, już n adto ; że to cacka dla
— A j a znowu bardzo się cieszę, bo jutro.... ale...
dzieci, a tak dużo kosztują. Tak mnie tern gniewa!... idź się też spytaj ekonoma czy Icek aredarz powró
Wpraw7dzie dobry on dobry... ale ma czasem jakieś cił?...
dawne, zastarzałe zasady.
Teklusia wyszła. Pani G. poprawiała jeszcze czas
— Pan, czy to niema także swoich cacek?... A te jakiś rozkład swoich świecidełek, przestawiała umy
fajki piankowe... bursztyny z muchami, przykrywki ślnie tak wszystko aby się wydawało od niechcenia,
śrebrne, jakieś tam zatyczki, przytyczki, zapałki, cy i siadła na sofie przypatrzyć się swojemu dziełu. Po
garniczki, puszki na tytoń, kapszuki... i bóg nie wie, chwili wyrzekła sama do siebie: (bo trzeba wiedzieć
jakie cudaki. Czy to także nie sa same tylko cacka?... że damy elegantki maja zwyczaj rozmawiać same
A co kosztują ?... Panie święty... żeby to choć czystość z soba; czyto poprawiając przed zwierciadłem swój
i ozdobę w pokoju robiło... ale jak się pozjeżdżają pa ubiór, czy też robiąc jakieś nowe odmiany w umeblo
nowie , nakopca, nadym ia, popiołu natrzęsa, to tak waniu pokoju, zwyczaj wyborny, który powinienby
pokój wyglada jak pogorzelisko. Ma się pani czem wejść więcej w używanie u tych, którzy Iubi§ dużo
bronić ma. Niech się pani uprze i przekona pana, że mówić, zdawałoby się im iż salon napełniony słucha
to wszystko co pani kupuje, przynosi ozdobę i poży czami, a przez te niewinna iluzię, możeby niejednym
tek w domu, a te fajczane rupiecie to tylko niepo ulżyło się uszom) już wszystko ładnie, porządnie...
rządek i utrapienie. Pani jak postawi jedna z tych ale brak jeszcze, brak wielki... nie ma na kwiaty
najpotrzebniejszych rzeczy na swojem miejscu... rze pięknej wazy. Kryształowa, lub porcelanowa byłaby
kła uśmiechając się filuternie Teklusia... to i rok stoi mi koniecznie potrzebna... jednak marmurowa w lep
nietykana, chyba proch się z nich zetrze. A za panem szym guście, a zatem, potrzebniejsza. Gdyby można
noś, przenoś, aż drz§ ręce. Oj! pamiętam ja dobrze... dostać z białego marmuru imitacie wazy warwickiej. *)
kiedy raz niebyło Michała w domu... te przeklęta pian Ach! co za śliczna nowość!... prawdziwe rokoko. Przed
kowa fajkę, com ja stłukła... jeszcze mi dziś od niej dwoma tysiącami lat takaż robili... może także do s a
cybuch na plecach cięży!...
lonu jakiej damy greckiej lub rzymskiej ?... Nie wiel
— Mądrze mówisz... moja ty filutko... tylko że mi ka, en petit w miniaturce. Toby niewiele kosztowa
zawsze ten cybuch na plecach przypominasz, a to już ło... a wiele zrobiło zazdrości!... A potem klosza...
taka dawma historia. Czy ci się tylko znowu jaka klosza trzeba koniecznie nowego na stolik. Ten bronchusteczka niepodobała u mnie?...
*) W a za w arw ick a nosi nazw isko teraźn iejszego jej p o sia
— Ta zielona proszę pani ładna... ale już przedacza hrabiego W arw ick . To piękne dzieło sztuki w y
brukana. Prawie dla służącej.
kopane pod zw aliskam i w illi cesarza Adriana w T iw e li
w e W ło szech , ma być robione przez sław n ego greck ie
— No, weźże j a sobie... Masz słuszność, każdy
go artystę L isipusa z S ycion u , który ż y ł za czasów A rozsądny przyzna, że pianki daleko więcej kosztują,
iexandra w ielk iego 330 lat przed n. Chrystusa.
PRZEZ
35
zo w y j u ż całkiem uie woła... pewnie ma z a p r u s z o n e
jedli.
lub za rd z e w ia łe serce... Ah f e !... z a p r u s z o n e serce!...
salonów to
O negdaj trz y r a z y dzw oniłam na T eklu sie, n ie prz y -
— A » k o c h a m « w ychodzić
by z a m ia n a .
s z ła .
P rz e c ie ż
nie
przez
krnąbrność
dziew czyna, choć tro ch e filutka.
bo to dobra
Gniewa mnie to niesły c h an ie .
»k o c h e w <
za c z y n a
J u ż naw et i do
wchodzić.
a to fata ln a b y ła
D zw oniłam j a k n a
— Ty z a w sze ż a rtu jes z... a j a się dopraw dy g n ie
g w a łt ; w y exkuzow ala się że n ie s ły s z a ła , że nic a nic
wam. T a n ie z n o śn a j a k a ś tam K o k o sz y ń s k a n a w ie
n ie sły s z a ła , oczyw iście, to w ada kłoszą. S ta ry , dźw ięk
czorze
m a zepsuty, niedonośny. Kupić sz k lan n y , ju ż też co
m e lsz pajz ie z kartofli. Czy nie dosyć że i o tern t r z e
to, to tan ie będzie i dobre... bo te ra z ta kich używaja...
ba czasem
przecudow ny, w net sie stłucze...
żeby też je sz c z e ta k a prze sy ca jąc y rozm o w a się b a
Ah, bo też p r a w d a
ze co tr w a wiecznie, w iecznie nudzi. T a k szklanny...
a le ze złotem sercem
z ła dnem
zg ra b n em
pół
w domu
g odziny
p r a w iła
o ja k im ś
pomyśleć, że trze ba jeść... lecz
wić!... a to też j u ż zanadto.
uszkiem .
— P rz y z n a ję ci zu p e łn a słu szn o ść .
A ch! Icku, Ick u ! p rzy je żd ż aj prędzej!...
— Z a ja k im ż e to Ickiem
u pani D.
— Otoż kiedy ju ż z a c z y n a s z być grzecznym , p r z y
ta k tę sk n isz ? ... r z e k ł
śm iejąc sie m a ż nadchodzący... D zięki bogu!
że to
n ie ro m a n so w e imię niemoże wzbudzić p odejrz enia , bo
znajże i to, że z nowego, eleganckiego n aczynia, da
leko sm aczniejsze
sta re g o .
mleko
będzie, j a k
śm ie ta n k a ze
p r z y z n a m ci się iż s ł y s z ą c że ro z m a w ia s z g łośno s ta -
— Co tego to nieprzyznam .
n§łem p odedrzw iam i, i u sły s z a łe m nie bez niespokoj-
— J a k chcesz... kiedyś tak i uparty. W reszcie m o
ności, te s ło w a : »Co wiecznie trw a, wiecznie n u d z i.«
żemy sobie oboje dogodzić i mieć co któ re lubi.
T o j a j a pew nie ju ż nudzę... pomyślałem... a potem...
— N ap rz y k ła d ... ty ze złotem
uszkiem... a ja....
ze złotem sercem z ła dn em zgrabnem uszkiem... Ach?
k tó ż to ta k i? ... zgrzytn ąłem .
sercem,
z małem
I gdyby mnie było w e
— Nie kończ p r o sz ę cię, bo wiem że znowu co t a
z w a n ie Icka nieuspo koiło, bylibyśmy w tej chwili od
kiego pow iesz, że mnie p r z y p r o w a d z is z do gniewu albo
p ra w ia li je d n ę z tych czułych scen m a łżeń skich, któ
za zd ro śc i.
r a ta k często m ałżonkow ie o d g ry w a ją pomiędzy soba
L epiej powiedz mi kiedy Icek przyjedzie.
— N a coż to tego Icka tak w yg lą d a sz ? ...
p o d tytułem zazdrości....
— Czyś zap o m n ia ł że rok jego a rę d y m in ął, ma
— P odziękujże mi zato że m a sz ta k w ie rn a żonę
k t ó r a tylko do Icków w zdycha i niepsuje ci żółci. Ale
ci złożyć now a r a tę na ro k n astę p u ją c y i moje tr z y
dzieści dukatów porękaw iczneg o.
g d y b y ś w iedz ia ł co j a się nam artw ię!... j a k się to dłu
-A
co te ra z to zupełn ie pojąłem nie zw ykłe u-
go ten rok w lecze; a tu ta k ie w szy stk o dawne, n ie
tęsknienie z a Ickiem. Ale moja luba... niewiem ja k to
św ieże, cebrzyczki zażółknięte....
z nam i będzie, a osobliwie ztw o je m p oręk a w iczn e m .
— To każ je w yparzy ć moja luba... I m a s ła św ie
Ojciec M athew s a żn istem i kroki dyży do nas z I rla n
żego do stać m ożna, chociaż zim a; praw dziw ie niema
dii... w sz y s tk ic h a r ę d a r z y ła p ie za brody i z a na s z e
kieszenie.
się czego m a rtw ić; ale to dowodzi żeś dobra g o sp o
dyni.
— Co, co?... Czyżby to głupstw o j u ż i d o n a s do
— I, że ty z a w sze tylko o dobrem je dze niu myślisz.
stać się m iało?... Biedny chłopek niepije kaw y,
ani
K to ż znow u o m aśle mówi?... byłożby się czem kło
herb aty, żeby też je sz c z e nie m iał wypić sobie kie-
potać!... p rze cie ż te tro sk i n a le ż a do mojej klucznicy.
liszczyny w ódki?.,.
J a mówię o cebrzyczkach k ry sz ta ło w y c h na s u r o w a
b a rba rz y ństw o!...
ś m ietank ę, któ re j u ż ze sta ro ś ci pożółkły,
trzebaby
kupić nowe.
A to praw dziw e
— J a sa d zę że to nie je s t
uciemiężenie*
b a rb a rz y ń stw o , lecz
owszem postęp cywilizacii... a chętne p rzyło żen ie się
— Aha... to o to rze cz idzie.
Ale w ierz mi że
j a k dobra ś m ie ta n k a to i z tych je sz c z e sm a cz n a.
— Ze wy też to mężczyźni o niczem potrzebniejszem niemyślicie tylko aby dobrze zjeść....
— A wy kobiety aby tylko siebie i swoje salony
stroić....
do r o z s z e r z e n ia tego
to w a r z y s tw a j e s t s z la c h e tn y
bez interesow n ością w yższego um ysłu w wyższej k la s sie... Może być iż w strzem ięźliw ość
od tru nków bę
dzie istotniejszym i łatw iejszym sposobem do po lepsze
nia bytu wieśniaków, j a k w sz y s tk ie dotąd za m ie rz a n e
środki.
— N iechże w reszcie j u ż i ta k będzie, że te dwa
— P rz y pom nisz sobie je d n a k j a k p a n W. był temu
g u s ta s a p r z e w a ż n a cecha w płci obojej, zezw alam
przeciwny. Mów ił iż z tego m oga dla ch opstw a w iel
n a to, w idzisz
żem nie sp rze cz n a.
D aw niej je d n a k
wygodniej dla n a s było kiedy Polacy więcej pili j a k
kie
w ypaść k lę s k i: zuchw alstw o z dobrego mienia*
lenistw o, a naw e t epidemia... bo czemże chłopek w
36
czasie słotnym oddali od siebie zaraźliw e pow ietrza
wyziewy jeźli nienapije się wódki?...
— Albo te z ; czem go łatw iej nie wciągnie w sie
bie ja k napiciem się jej, gdy rozpalone w nętrzności
mało pokarmu przyjm ując sta ją sie więcej usposobio
ne do podlegania wpływom pow ietrza. N ie można się
dziwić panu W* iż z podobnem odzywa się zdaniem...
propinacia stanow iła w iększą część dochodów jego
wioski... trzeba więc wielkiej rezygnacii aby znieść
cios tak nagły bez szem rania. Dla niego towarzystwo
w strzem ięźliw ości więeej szkody przyniesie ja k sz a
rań cz a lub p o ż a r; bo nie jednoroczny lecz kilkoletni
uszczerbek w mieniu zostaw i. N a domiar biedy, kie
dy zniszczonego sz arań czą, ogniem lub wodą, żałują,
tu naw et zam iast pożałow ania, uśm iechają się na
w szelkie egoistyczne argum enta. A tu darm o!... e g o
żyć musi, i to nawet w tonie w którym żył pierwej.
S u sz sobie głowę na now o; wypędzaj węże parowe
z gorzelni które niedawno w prow adziłeś... i rój tysiące
nowych kusicieli po twoim mózgu, abyś z drzew a
w szechw iedzy u szczk n ął sobie złote jabłko do kieszeni— Ale proszę cię, że też to inne innowacie z a g ra
niczne, nie wchodzą do n as tak łatw o, jak wchodzi
w strzem ięźliw ość od wódki. Rzecz tak pozioma, nizka,
tycząca się tak nizkiej klassy. Bo ktoż też wódkę pije
i myśli o niej ?... Czemu to u n as niepomyślą ażeby
w yrabiano w kraju prześliczne m alińskie korunki,
m aterie ługduńskie, szale indyjskie, a coż dopiero
mówić o użytecznych nowszych wynalazkach. Czy też
kto u n as w idział axam itne korunki w ynalazku pana
Riou?... ja przynajm niej niew idziałam dotąd, chociaż
o nich tak dawno czytamy w dziennikach mód... To
do nie uw ierzenia. A ja k to gniew a żeby naw et niewiedzieć co in si m ają. Ledwie że tam gdzieś pomy
ślano o chłopach, o wódce ju ż i tu z a ra z o tern my
ślą. Gdyby to jeszcze istotnie tak im źle było ja k się
napiją, toby mi ich praw dziw ie żal było, ale oni tacy
w eseli ja k się upiją, tak śpiew ają!...
.O jciec M athew tyle je s t poważany i szanow ny w Iclandii ile niegdyś był w górach szkockich Ossiau....
Wystaw sobie ja k to w spaniały widok być musi. K apłan
z krzyżem w ręku stojący na wzgórzu lub na skale...
około niego lud zgrom adzony wykonywa przysięgę....
— To lud sąsiedni Szkocii... którą tak lubię, z je j
Ossianem, bardam i, M alwiną... To praw dziw ie w spa
n iały musi być widok. Lubię ojca M athew.
— L ubisz go?... Gdyby ci naw et porękaw iczne odebrał?...
— P orękaw iczne?... A to jakim sposobem ?...
W szak ón tu nieprzyjdzie. A to co xięża z ambon
mówili to w cale tak pięknie wyglądać nie będzie....
P rzestańm y o tern mówić na teraz, a wróćmy się do
naszych interesów . Jak ci ju ż wspomniałam mam
wiele spraw unków robić, tych bagatelnych, n a które
p rzeznaczyłeś mi porękaw iczne. Jeźli ju tro Icek p rzy jedzie, po ju trz e , jad ę do....
— Ale bo teraz mówiąc o porękawicznem trzeb a
koniecznie i o ojcu M athew wspominać. Tow arzystw o
w strzem ięźliw ości, w strzym a i nas od wielu rzeczy,
bo przyniesie znaczny ubytek w dochodach. Jed n ak
mimo szkody k tó rą ponoszę, niemogę zaprzeczyć iż
to uczyni dobry wpływ na m oralność i mienie wielu
R o m a 11 c a
o w z ię c iu A lh a m y .
C w a łe m p ę d z ił M aurów x ią ż e
U lic a m i, w z d łu ż G r e n a d y ,
Od e lw ir sk ie j p ę d z ił bram y
A ż do bram y B iw a r a m b li.
Ż al m i, ż a l A lh a m y !
L is t y d o s z ły go p r z e z goń ca
O z d o b y c iu tw ie r d z A lh a m y ,
G n ie w n y , w og ie ń c is n ą ł li s t y ,
A łe b u c ią ł p o s ła ń c o w i.
— O ta k ! śpiew ają!... a ten śpiew bezrozumny...
sm ętny czy bezw stydny, coż w yciska z ich p ie rsi? ...
w ódka, wódka, k tó rą zalew ają żal, rospacz... tłoczą
się nią w w iększą nędze lub występek. W ódka to ich
lekarsto na sm utek, to podnieta ich szczęścia. Widziałażeś kiedy szczęście śmiejące się w domu obłą
kanych
?...
— Ty bo czasem m asz okropny sposób w ystaw ia
n a rzeczy, k tóre mi się zabawne lub zw yczajne tylko
wydawały. Ten ojciec Mathew zaczyna mnie in tere
sow ać; powiedz mi ja k on w ygląda?...
Pan G* który znał rom antyczne nieco usposobie
nie swojej żony rzek ł uśm iechnąw szy się n iezn aczn ie:
Ż a l m i, ż a l A lh a m y !
z
grzb ietu m u ła co go n o s i ł ,
K ról s ię p r z e s ia d ł na r u m a k a ,
P ę d z i w górę Z ak atin em
D o A lh am b ry zam ku w p ad a
Ż a l m i, ż a l A lh a m y !
f/f)
N a jd a w n ie jsz a rom anca m a u r y ta ń sk a , n a jp e w n ie j p r z e ło
ż o n a z a r a b sk ie g o . A lham a n a jm o cn iejsza tw ie r d z a m au ry
ta ń sk a w G renadzie, b y ła w roku 1 4 9 0 p r z e z c h r z e ś c ia n ,
k tó r z y p r z ed a rli s ię w ą w o z e m Z afa ra y a , po d łu gim o p o
r z e zd o b y tą , p r z y cz e m ogrom ną r z e ź sp r a w io n o w z a ło d z e .
G dy F erd yn an d k a to lic k i z d o b y ł potem G renadę, ś p ie w a
n ie tej rom an cy z a k a z a n e b y ło n a js u r o w ie j, p o n ie w a ż
s ię ob aw ian o ja k ieg o buntu m ię d z y M auram i, tak m ia ła
n a nich d z ia ła ć p o tę ż n ie .
37
Gdy w Alhambry grodzie sta n ą ł,
Nagłym oz w a ł się rozkazem :
0 A lfaki, Maurze sta ry ,
Z siw ą brodą aż do p a s a ,
Niechaj zagrzm ią srebrne trąb y ,
Król siepaczom brać cię każe
I wojenne zagrzm ią rogi.
Ż al mi, żal Alhamy !
Pow etujesz za A lham ę:
Żal mi, żal Alhamy!
W głuche k o tły niechaj b iją .
Każe mieczem głowę strącić,
By co żyw e za broń b ra ło ,
1 na w ieży zatknąć szczycie,
By sły sz e li Maury moje
W sz y scy z W egi i G renady:
Ż al mi, żal Alhamy!
Za pokutę tobie, drugim
Gdy Maurowie posłyszeli,
Glos co na bój ich z w o ły w ał,
Po jednemu po dwóch po trzech
»W y rycerze, w ierni męże,
Nieście słowra te ostatnie,
1 królowi je powtórzcie
Do gromady się zbierali:
Że niwinnie gardło daje.
Ż al mi, żal Alhamy'.
I Maur jeden m ówił sta ry ,
W oczy m ów ił tak k ró lo w i:
Za przestrogę, aby’ drżeli
Żal mi, żal Alhamy!
Żal mi, żal Alham y!
Po Alhamy naszej stra cie,
Czemu królu nas zw ołujesz
I mnie serce równie boli,
Król utracił jedno m iasto,
I szykujesz w zbrojne liufy?
Ż al mi, żal A lham y!
inni więcej utracili.
Żal mi, żal Alhamy!
»ZwTołałem w as drużbo moja
Ojcom sy n y , żonom męże
Poginęli w krwawiej r z e z i,
ByT żałosną w ieść objawić ,
Jako zdrajcy clirześcianie
W ypędzili nas z Alham y.«
Ż al mi, żal A lham y!
Na to rzeknie mu Alfaki
Jakiś stary siw obrody:
Dobrze ci tak dobrze królu,
Dobrze ci tak za twe spraw y.
Ż al mi, żal Alhamy!
W y rze za łeś Benceragów ,
B enceragów kw iat Grenady,
I z Korduby onej pysznej.
Cudze wojsko w dom przyjąłeś.
Ż al mi, żal Alhamy!
K rólu, za to cięższa w dwoje
Ów utracił co najdroższe,
Inny stracił cześć i imię.
Żal mi, żal Alhamy !
Mnie samemu córkę w z ię to ,
Najpiękniejszy kw iat tych krain,
Gdyby mogło sto sztuk złota
W ykupić j ą , dałbym z duszyr.
Ż al mi. żal Alhamy!
Kiedy starzec tak przem aw iał,
Z karku głow ę mu odjęto,
I z rozkazu królew skiego
Na Alhambry szczyt zatknięto.
Żal mi, żal A lham y!
P rzyjdzie na cię boża k ara,
M ęże, ż o n y , dzieci p łaczą,
Po Alhamy ciężkiej stracie,
Koniec to b ie, państwru tw em u,
I Grenadzie samej koniec.
Ż al mi, żal A lham y!
Ile tylko ich w Grenadzie.
Ż al mi, żal Alhamy!
Kiedy praw u gw ałt zadany'
Na ulicach, na balkonach,
S łu szn y będzie nasz upadek
W szędy jęki się rozchodzą,
Sam król naw et, by n iew iasta,
Straconego płacze m iasta.
I królestw o grenadyjskie
I tyr królu padniesz słusznie.
Ż al mi, żal A lh am y !
Gdy król s ły s z a ł taką mowę
W zrok z ap ałał mu iskraw ie ;
Na zarzutyT o słuszności
Odpowiada zarzutam i :
Ż al mi żal Alhamy.
Jako pan twój wiem że prawro
N iepozwala lżyć mi w o c z y ;
T ak w ykrzynie król Grenady
I z w ściekłości pianę toczy.
Żal mi, żal Alham y!
P ła cz ą w s z y s tk ie , w szystkie damy
Żal mi, żal A lham y!
Ć W IER Ć
GĘSI.
SZK IC O B Y C Z A J O W Y .
Dokończenie,
VI.
Brakuje nam jeszcze obrazu Hilarego. Hilary bylto człowiek wielce szanownego cechu lichwiarskiego.
Lichwiarze, jak wiadomo są tak odrębnero stwo-
38
,
rżeniem w postaci człowieczej, źe możnaby ich do indiwiduów zoografią objętych policzyć; te oczy małe za
padłe, iskrzące, nos ostrokątny, wzrok którym prze.
biega cię to stworzenie, najprzód wpadający na miej
sca, na których noszą się kosztowności, dalej na odzież, na końcu na oblicze, jakoby szukając skali, po
dług której ma mierzyć wartość przed sobą będące
go; ow żołądek bezdenny na jadło i napój cudzy, na
wzajem tak mały jak ucho od igły najszczuplejszego
kąska własnego chleba, ów instynkt hieny w wynaj
dywaniu swoich ofiar pomiędzy lekkomyślnymi, lub
dobrodusznymi, są cechy zupełnie odrębne od zwyczaj
nych ludzi. Lichwiarza umysł zwykle jest tak szczel
nie w czaszce zamknięty, jak fanty w jego skrzyni; a
jadnak spoluje on na swój pożytek istoty mające p ra
wo , lub tez pretensię do rozumu. Godzien uwagi
jest sposób jakim lichwiarz zastawia swe siei. Upa
trzywszy zdobycz, kręci się on koło niej nieustannie,
jak bąk nad spokojnym koniem, wgłębia się w stosun
ki domowe, wdziera w zaufanie, oświadcza z przyjaź
n ij bezinteresowną, z chęcią uczynienia wszelkiej mo
żliwej przysługi; upatrując niezmordowanie owej chwi
li, kiedy potrzebujesz jego pomocy, wtedy znika,
rozpuszczając po cechu głośny okrzyk twego upadku,
tamaje wszelką sposobność ratow ania; zmusza cię do
krążenia koło siebie, jak on pierwej krążył. N aresz
cie niby, od ciebie zmuszony, niby ubłagany, niby
oszukany z ciężkiem westchnieniem rzuca ci kęsek z
ukrytą wędkę, z której bez szwanków boleśnych zdjęć
się nie zdołasz; to jest główne polowanie, nieprzejuczonych jeszcze zdobyczę; później syci plonu, spoczywaję, spokojnie siedzęc jak sumy z otwartą pasz
czą, w którą ryby same idę. Wyssawszy krew z obranych ofiar, przemieniwszy je w upiory, maję w
nich naganiaczow nowych ofiar; i tak następnie kształ
cą się coraz obszerniejsze koła panowania lichwiarza,
a on jak krzyżowy pająk na szeroko rozsnutej tkan
ce więzi niebaczne muchy, co konania brzękiem przy
wabiają inne, dawniej swobodnego lotu, współtowarzyszki. Opisawszy ogólnie ogólną cechę rodzajow ą,
przystąpmy do pana Hilarego.
Pan Hilary był to geniusz spekulacyjny z urodze
nia, niemowlęciem prawie będąc już z starszą siostrę
handlował codziennem’ śniadaniem, kaszę warzoną na
wodzie. Pod pozorem, że gorącego jeść nie może,
naznaczał wysokość potrawy w talerzu, potem oddzie
lał swoją połowę, zatrzymując ją łyżką ; w czasie gdy
siostra jadła, dokładał gąszczu na swoją stronę do
dawnej wysokości, tak, że dziewczynie zwykle dosta
wała się juszka, jemu krupy; jednak zawsze skarżył
się z płaczem przed matką że był oszukany: a dobra
mama na zadośćuczynienie ulubieńcowi obdarzyła cór
kę klapsem, jednak bezskutecznie, bo dziewczyna choć
ukarana i głodna, szczęśliwa że była mędrszą od bra
ta , niezaniechała codziennego działu.
W szkołach
jeszcze żakiem mienia! z spółuczniami pukawki, po
strach żydów i przekupek, za xiążki i scyzoryki.
Sikory zaś i szczygły swego łowu za gołębie, a czę
stokroć śrebrne łyżki i tympodobne drobnostki. N a
stępnie pożyczał zamożniejszym kolegom mianowicie
w zapusty, pieniądze, biorąc niby za wynalezienie wie
rzyciela, jako biedak w podarunku odzież, dywany, na
wet stare buty, słowem wszelkie ruchomości, bez któ
rych mógł się pacient obejść; zawsze krzywdzony jak
na owej kaszy dorobił się biedak kilku tysięcy, ale
że los igraszki lubi stroić, i nasz Hilary dwa razy w
życiu, był jego ofiarą, raz zakochawszy się, dla przy
podobania swojemu bóstwu, niekazał podkuć calowemi podkówkami obcasów, a gwoździami podeszew,,
zdarł więc prędzej jak zwykle buty; niewidząc żad
nego względu na swoje koperczaki, zaniechał miłość
zaprzysięgając wieczną nienawiść kobietom. Drugi
raz ( co szatan nie m oże) wyczytawszy w jakiejś ga
zecie ile Byron, Walter Scot, Hugo, Skribe i tympodobni, za swoje dzieła ryczałtem otrzymali, obrachowawszy, że dwadzieścia lat spekulacii posiadanym k a
pitałem niewyrówna ich korzyści, postanowił sobie
zostać uczonym i sławnym, czytał bez braku co schwy
cił, pisał bez końca; przepędziwszy w tej gorączce
dwa lata, upamiętat się porachowawszy, że tylko 50
od sta miał rocznie procentu, a prac literackich jego
nieumiano cenić, zarzucił więc nauki, uznając pisarzów za szarlatanów, a dzieła za wierutne głupstw a;
jednak czas tak marnie stracony, przyniósł mu nie
jakie korzyści, mógł bez przestanku i dobę rozpra
wiać, szpikując rzadkiemi lub sławnemi nazwiskami
swoją mowę. Napoleon, Mammut, Kant, Azot jak po
żelaznej kolei pędzili za so b ą, dopuki przednim stała
nie próżna szklanka, lub puszka z tytoniem odwiedzo
nego słuchacza. Huffeland także niepospolitą wyświad
czył mu przysługę, dowodząc że chcąc długo żyć*,
trzeba żyć regularnie. Hilary niesłychanie bał się zna
jomości z nieboszczykiem pradziadkiem. Przyjął więc
kucharkę i najął na pierwszem piętrze dwa pokoje z
kuchnią. W pierwszym przyjmował gości, w drugim
umieścił łoże, kilkanaście skrzyń i szaf warownie za
mkniętych i ogromną szkatułę, nad głową zawiesił kil
ka par pistoletów, od dwudziestu lat nabitych. Czy
stość wszędzie panująca, niebyła winą Hilarego, lecz
zasługą Marianny gospodyni i kucharki jego. Onato
uważając się za panią wszystkiego, zachowywała ści
sły porządek. Pistolety tylko niemiłosiernie zardze-
39
wiałe były, bo tych bała się gospodyni ruszyć. D w a
dzieścia lat niezachwiane zaufanie, zgoda, a nawet
przywiązanie panowało pomiędzy panem i sługa, gdy
swawolna miłość zaplątawszy się jak oś w wasy Mać
ka, ugodziła w serce grubopłaska Mariannę. Oczy
wiście byłato najściślejsza tajemnica dla Hilarego.
Pewny jej wierności, wydziwić się nie mógł, ze waga
i miara wiktuałów n a ra z zmniejszyła się, okazując
się w potwornokarlej postaci, na jego półmiskach.
Dalipan Marysiu, źle będzie, przemówił Maciek, j e
dna rękę odstawiając rynkę, a druga wycierając stłuszczone wasy. Niemasz co z a s t a w i ć ? — A ch! niem a m ! ostatnie korale i chustkę wziąłeś na oddanie
tych dziesięciu ryńskich, co panu zgubiłeś.
— Ba! człowiek chodzi po bożej ziemi, a p rz y p ad ki po człowieku; chyba daj co pańskiego.
— Niech bóg broni! J a dwadzieścia lat słu ż y ła ,
wzdrygnęła się M arianna.
— Widziszbo kochanko, i ujęł j a za szyję — pan
mój strasznie zły, jeśli szkody nie zapłacę, niedość
że mnie ukarze, ale każe odesłać do Pacykowa z kad
rodem jestem.
— Dalekoż to?
— Byłaś w Kołomyi ?
— J a za rogatkami nigdy nie była.
— Otoż widzisz do Kołomyi mamy sto mil, a z Ko
łomyi do Przew orska drugie sto, z Przeworska do
Śniatyna ośmdziesiat a do domu jeszcze czterdzieści i
sześć, to przeszło trzysta mil —
— Aj! aj! trzy sta mil.
— Tak, tak, przeszło trz y sta ; wtedy ju ż po naszem
ożenieniu.
— To pięć ryńskich potrzeba.
— Pięć ale srebrem, wykrzyknę! Maciek, widzęc już
gotowość M a ry n y — chodźmy do pańskiego pokoju
a straszęc trzystoinilowem oddaleniem, przemógł jej
sumienie.
Fanty pomimo zaufania pańskiego były zamknię
te, tylko tabakiera złota osierocona śmiercią prawego
właściciela, leżała na stole; otworzył ję Maciek, po
ciągając sz czy ptę, przemówił:
— O tę tabakierkę zastawię za pięć ryńskich.
— Pozna.
— Aj gdzie tam , zaklnij się , że wziął do kiesze
n i i z g u b ił; a ja k miesięczna zasługę odbiorę, to
wykupię i podrzucisz. Wahała się.
— No, bo za tydzień już będę w Pacykowie.
— A kiedy wykupisz? —
— Wykupię, wykupię — no badź zdrowa, bo już
pan musiał do domu powrócić, i uścisnąwszy j a na
pożegnanie wybiegł z tabakiera.
Ej, będzie bieda! westchnęła M a ria n n a , ale p rzy
najmniej o trzy sta mil go nie poprowadzę i pięćdzie
siąt nie dostanie. Hilary spotkawszy Hipolita drugi
r a z w sieni, słysząc szelest papieru i widzęc pomie
szanie tegoż, powziął podejrzenie nieczystych zamia
rów. Za najgłówniejsza rzecz uważał, obejrzeć swo
je ruchomości. Zamki były nieruszone, drzwi wchodowe z wewnątrz zamknięte, gdyż zwykle przechodzi
ło się przez kuchnię , gdzie stało łoże Marianny, z a
słonięte dla przyzwoitości parawanem. Wszedłszy, spo
strzegł natychmiast brak tabakiery. Wybiegajęc za
Hipolitem zapytał nawiasem:
— Wychodziłaś gdzie teraz z kuchni?
— Tylko po wodę.
—
—
—
—
Drzwi pewno nie zamknęłaś za sobę?
Wszakto tak blisko. — A tabakierki już niema.
Wszak jegomość wziął z sobę, ja k mi się zdaje.
G łu p ia ś! już skradziona, i wybiegł za Hipolitem.
D alsza przygoda wiadoma.
— Czy ty niezamykasz drzwi ja k wychodzisz z kuch
ni? rzekł Hilary, wracajac po schwytaniu naszego boh a ty r a , złapałem złodzieja, co skradł tabakierkę.
— Chwała Bogu! ja już myślałam, że jegomość zgu
b ił.—
Hipolit Nro I. musiał się wykazywać czasem, ja k
wieczór przepędził. Między dowodami załęczył bilet
od Heleny. Maciek sprzedający tabakierkę był p rzy
trzymanym , rzecz cała wyjaśniła się. Zkompromitowana Helena dziękując niebu, że choć tak boleśnym sposobem ocalona została, wyjechała z miasta
wraz z mężem. Maciek przykładnie ukarany został.
Hipolit Nr. II ani wygrał, ani p rzegrał zakładu. Pan
Hilary dalej spekulował.
M arianna miejsce s tr a
ciła.
— A Hipolit Nro. I ?
— Uwolniony jako nie w inny; od tego czasu gęsi
niecierpi.
— A J ó z ia ?
— Ach jeszcze o Józię pytasz ! — Dotąd bez czep
ka, bułeczki s p r z e d a je , oczekując ziszczenia prze
powiedni komara.
Amilkar Lelowski.
T E A T H.
Do przyjemnych zjawisk na scenie naszej należy
S a m p i e r o , pięcioaktowy dramat znanego ze swych
utworów H a l m a , tłumaczony na polski przez je
dnego z literatów naszych. Główny pomysł tej sztuki,
poświęcenie wszystkiego dla miłości ojczystego kraju,
jest ju ż sam w sobie tak piękny i wzniosły, iż słu-
40
chacz najsurow szy, staje się pobłażającym dla wad
niektórych, jakie krytyk bezwzględny odkryłby zape
wne. S a m p i e r o ów bohatyr poświęcający wszystko:
spokój, majątek, znaczenie, a w końca i żonę, którą
kochając zabija sam, byle się oczyścić z zarzutu zdra
dy, zrobionego mu przez współwygnańców; mąż któ
rego godłem niezmiennem: K o r s y k a nade wszystko!
czy to żegnając ziemię rodzinną, by na dalekie udać
się tułactw o, czy to dając zbawienne rady ziomkom
swoim, by na wygnaniu wierni byli sprawie K o r s y
k i , czy okiem zapału rzucając naprzód, przeczuwa
przyszłość K o r s y k i , tyłą różnemi a silnemi wraże
niami uderza w uczucia słuchaczów, iż staje sięnajinteresowniejszym, mimo tego, że autor bodaj czynie
naumyślnie starał się większą część interessu zlać
na W a n i n ę , żonę S a m p i e r a . Jakoż w ostatnim
akcie dąjąc w usta W a n i n i e wymowne zarzuty, za
wymowne, przy zupełnym prawie z drugiej strony bra
ku walki uczuciowej w Szampierze jako m ę ż u i j a
ko o b y w a t e l u , chciał być autor wierniejszy poda
niom historycznym, które bóg wie dla czego zniżają
Sampiera do roli dowódzcy stronnictw a; niżeli pra
wdzie artystycznej, wedle której S a m p i e r o raz poję
ty przez autora jak bohatyr, nie powinien karleć w koń
cu. I w rzeczy samej, chociaż autor zdaje się być
natchnionym wielkością przedmiotu, który go mimo
własnej wiedzy unosi nad mierność cechującą dawniej
sze twory jego; jednakże nieśmiałym a często nieszczerem ujęciem onego, podobnym się wydaje do chło
pięcia bawiącego się ze zbroją olbrzyma: to ją z je
dnej, to z drugiej podniesie strony, to kwiatkami ob
sypie, ale nie zdoła silną dłonią ująć i wznieść do
góry ku podziwieniu wszystkich. Ułożenie intrygi jest
słab e; perory bowiem jakiemi Om b r a n o, uosobiona
zdrada czyhająca na bohatyra, przekonywa żonę jego,
by przeciw woli mężowskiej oddała się w ręce G e
n u i , są za błahe i nie przekonywające słuchaczów;
a przecież tyle jest miejsc szczytnych przez się, apoetycznie obrobionych przez autora, iż interes nie sty
gnie do końca. Zakończenie nareszcie przedstawia
jące wygnańców K o r s y k i , przysięgających na trup i e W a n i n y wierność S a m p i e r o w i i oswobodzenie
K o r s y k i jest piękne, poetyczne, ale nie czyni zadosyć ani p r a w d z i e h i s t o r y c z n e j , wedle której
S a m p i e r o ginie od zdrady domownika, ani u c z u
c i u a r t y s t y c z n e m u , które wymaga całości i za
okrąglenia, bez czego może być piękny obraz drama
tyczny, ale nie dramat doskonały. Autor odcieniowa!
Redaktor TOMASZ KULCZYCKI.
tak jaskrawem i barwami zdrady Om b r a n a i nie
nawiść b r a c i W a n i n y , którzy za siostrą mścić się
przysięgają, iż gdy potem te dwa główne dramatu za
rysy na bok odrzuca, a W a n i n a bez zemsty ginie,
natężenia zaś nieludzkie zdrajcy O m b r a n a pełzną
na niczem, czuje się potrzeba, pójść po całość do
dziejów, które nam pokazują b r a c i W a n i n y wal
czących przeciw zabójcy siostry, a jego po długich
walkach skaranego za morderstwo żony, skrytobój
czym ciosem. Tłumaczenie jest piękne, i co się nie
zawsze trafia u nas prawdziwie polskie, jakkolwiek
przykro nas uderzały niektóre wyrazy wyszukane,
między któremi j ą d r o nazbyt często się powtarzało.
Gra aktorów w rolach głównych zrobiła ogólnie efekt
w ielki; nam się tylko z d a ło , że dla braku czasu za
pewne wszyscy prawie nie wyuczyli się ról swoich.
Pan S m o c h o w s k i ( Sampiero ) g rał wybor
nie , bo zrozumiał i czuł rolę swoją, a jego umy
słowe i moralne wykształcenie robi go zdolnym i go
dnym takich ról. Pani A s z p e r g e r o w a (Wanina)
grała jak mogła najlepiej ; były chęci dobre i rutyna,
a jeżeli nic więcej nie było, to nie jej wina. Pan Re j m e r s (Ombrano) wypracował rolę swoje sumiennie,
lecz nie zawsze strzegł się przysady. Pan D a w i s o n
jako jeden z braci Waniny, miał rolę niewielką, ale
i w tej potrafił tyle umieścić gwałtownych zapałów
i gwałtownej m im iki, ż e , wywołanym został. Roli
podrzędne prócz roli p. N o w a k o w sfc i e g o , były
nieszczęśliwie obsadzone. Ścisk w sali był niewidzia
ny, a oklaski sowite.
Ogłoszenie przedpłaty.
Wedle przyrzeczenia w rozprawach moich danego
wygotowałem Gramatykę języka polskiego, i do jej
jej wydania wzywam pomocy ziomków.
Dzieło będzie zawierało około 30 arkuszy druku.
Cena exemplarza na papierze białym zwyczajnym 2 ZR.
m. k., cz y li: 8 Złpol. — Na welinowym 3 ZR.,czyli:
12 Złpol.
Uważając na tak niską cenę, spodziewam s i ę ,
ziomkowie, nieprzypiszą mi chęci samego z y s k u / i
raczą nieodmówić tej małej pomocy, od której przy
spieszenia i przyspieszenie druku zależy.
Po wydrukowaniu, exemplarze będą złożone we
wszystkich znaczniejszych xięgarniach do odebrania.
Po zamknięciu przedpłaty, przedawać się będzie
exemplarz jeden na papierze zwyczajnym białym po
2ZR. 3 0 k r.m .k ., czyli: 10 Złpol. — na welinowym
4 ZR. czyli: 1 6 Złpol.
Łańcut 1845 roku.
Jan Nepomucen Deszkiewicz.
DRUKIEM PIOTRA* PILLERA.
2
lit TIP ill era.
^>07%
0
V
\
>o1%
m
\
DZIENNIK MOD P A H Y S I I C i
Lw«»^ 8 m arca 18-15.
K oli saósty.
W y c h o d z i co d r u g a s o b o ta r e g u la r n ie ; do k a ż d e g o num eru d o łą c z o n ą j e s t r y c in a m ód p a ry sk ic h z d o k ła d n y m opisem . K o s z tu je
iscu fp ó łr o c z n ie
* 5“ z ł' r . 1 5- k r .; c a■ło
* r o c z n ie 10 z ł r . m.
“ k . ; na p r o w in c ii d o lic z a s ię p r z e s y łk a p o c z to w a do cen p o w y ż s z y c h
w m iejscu
p ó łr o c zm
n ie i4S k r. m. k. P r e n u m e r o w a ć m o żn a w e w s z y s tk ic h u r zę d a c h p o c z to w y c h , tu d z ie ż w r e d a k c r i p o d n r e tn 3 0 1 . ; w e L w o w ie .
mi fu
i.
P a r y ż , dnia 22 lutego 1846.
Stroje damskie. Zima jeszcze nas porzu
cać nie myśli, toteż i stroje zimowe więcej wszystkich
teraz zajmują niż lekkie i eleganckie snknie. Kapelu
sze axamitne lub atlasowe z głęboko zachodzącą kanią
najwięcej są używane; płaszczów futrzanych także
dużo widzieć można, oraz paletotów axamitnych i z in
nych ciężkich materij stosownych do tej pory roku.
Z sukien eleganckich całkiem nowym gustem zro
bionych wymienimy: suknię tiulową o trzech otwar
tych spódnicach, których końce są zaokrąglane i szlarkami blondynowemi obszywane; te trzy spódnice są
zespojone przy rozcięciach fontaziami ze srebrnych
wstążek; stanik ubrany bertą rozciętą na ramionach
i obszytą blondyną srebrną; rękawy greckie podpięte
klamrami diamentowemi; przód stanika także diamen
tami ubrany.
Druga suknia z adamaszku koloru brunatnego,
z gładką spódnicą, stanikiem wysoko zachodzącym
na ramiona a w przodzie otwartym do połowy i wy
łożonym axamitem, co mu nadaje podobieństwo do mę
skiej kamizelki; rękawy gładkie, do łokcia tylko do
chodzące z pod których wychodzą rękawy drugie muszlinowe; do tej sukni stosowną jest pelerynka hafto
wana z muszlinu indyjskiego, tudzież czepeczek zlcorunek angielskich bardzo mało namarszczonych i za
okrąglonych koło twarzy; czepeczek ten powinien być
ubrany plecionką w kształcie wieńca, z różowej wstąż
ki, z fontaziem na boku. Wspoinniemy jeszcze o su
kni z czarnej mory, z wysoko zachodzącym stanikiem
którego przód wyszywany jest sznureczkami tego sa
mego koloru; przy rękawach są mankietki zapinane
na guziczki.
Mówiąc o strojach koniecznie też wspomnieć trze
ba o korunkacli i blondynach; jedne i drugie są nie
odzownym dodatkiem do tualety; szerokie falbany,
mantyle i rantuchy blondynowe są bardzo poszuki
wane.
W stroju głowy wielką teraz wygrywają rolę ma
łe, zgrabne, grzebienie, żółwiowe, bez nich niepodo
bieństwem jest prawie ładnie upiąć włosy, które coraz
wyżej nosić zaczynają. Pióra zawsze dadzą się zasto
sować do każdego poważniejszego stroju; długie do
kapeluszów, drobne do ubrania włosów najwięcej są
używane.
Z kapeluszów do odwidzin wymienimy; kapelusz
z białego atłasu, blondynami i piórem ubrany; także
kapotkę z krepy różowej z girlandą z drobnych kwia
tów i liści zielonych.
Stroje m ęskie. Jako gońce wiosennych stro
jów męskich które się w
onopkazać mają uL
ważane są dziś fraki Beckera, tudzież kamizelki z materijki walencyjskiej haftowanej: łączą one w sobie
wygodę z elegancją; krój ich spodziewamy się dać
na naszych rycinach; nazywają je frakami wiosennemi, a poszukiwane są od wszystkich dandysów. To
co dodaje wielkiej wartości strojom wychodzącym
z pracowni Beckera jest że on jeden tylko posiada
sposób nieochybny za pomocą którego wszelka materia
wystawiona na deszcz nieprzepuszcza wody przez sie
bie, powietrze jednak przepuszcza i niewydaje żadne
go nieprzyjemnego zapachu.
R y c i n a p r z e d s t a w i a : suknię jedwabną fręzlami szmuklerskiej roboty ubraną, stroik na głowie.
Druga suknia z adamaszku, z rabatkami axamitnemi,
na głowie negliżyk. Trzeci płaszczyk kaszemirowy
z pelerynką i kapelusz z niestrzyżonego axamitu.
Czwarty paletot z tyflu. Piąty frak do eleganckiego ubrania u którego wyłożenie na piersiach jest jed
wabne.______________ _____
13
POIiĘHlWSC/i^E,
PRZEZ
MAUIĄ fi CIL P . . •
D o k o ń czen ie.
Długo jeszcze rozmawiali z sob§ państwo G. P a
ni G. długo niemogla przypuścić, aby jej ulubione
porekawiczne, mogło być zniesione przez obce układy
w Irlandii bez wpływu i wołi jej męża i Icka. Lecz
nazajutrz przyszedł oczekiwany arędarz i wprost oświadczył że porękawicznego nieda, a nawet i arędę
porzuci, jeżeli proboszcz będzie z ambony zakazywał
pić wódkę, wystawiając złe pijaństwa skutki i zachę
ci do wstrzemięźliwości parafianów.
Pani G. była niepocieszona, tymbardziej iż jej
porekawiczne padło pierwszą ofiarą wstrzemięźliwo
ś c i/T a bagatelna na pozór strata, napełniła ją smu
tkiem i nieukontentowaniem. Miałyż te brązy, mar
mury, szkła, kryształy rozpłynąć się przy tym pro
mieniu ludzkości, jak lody przed słońcem?...
W pare dni jednak bez żadnego powodu zmiany w
finansowych okolicznościach, wyjaśniło się chmurne
oblicze pani. Była to niedziela. Miano jechać na mszę
świętą do kościoła. Pani G. kazała prędzej jak zwy
kle "zaprzęgać do sani. Owinęła się w płaszcz ślicznem podszyty futerkiem, kapelusik zimowy axamitny,
ciepłe ciżemki i lekką gazową zasłonę... jak gdyby na
urągowisko zimie, która przez te lekką zaporę nie
śm iała się zbliżyć do wiosennej jej twarzy.
Państwo G. usiedli w saniach; oboje milczeli;
gdyż milcząca natura mrożąc tchnienie w człowieku
nakazywała uszanowanie dla swej niemej spokojno ści. W białą przyodziana szatę, chcąc wzniecić uwiel
bienie, obsypała się brylantami i błysnęła niemi w oczy pani G. która uiemogła sobie przypomnieć, aby
choć jeden takiej piękności, miała w swojej tualecie.
Dalej znowru, jadąc koło rzeki prześliczny wodospad
ja ru obrócił się w martwy lodowiec i w najdziwacz
niejszych kształtach przedstawiał niby kryształowe
kandelabry, świeczniki, kubki, flakoniki; a promień
słońca świetniejszy nad wszelki blask ziemski, barwił
ich cudowne kształty różnemi kolory. I znowu z ż a
lem musiała im pani G. przyznać pierwszeństwo w
piękności nad swojemi ulubionemi kryształami. Było
wreszcie coś tak wspaniałego w tej igraszce natury...
tak wkoło nich św ietnie, majestatycznie, bogato... iż
zima zdawała im się być pyszną lecz nielitośeiwą
królową, która wszysto niszczy, umarza, odbiera ży
wioły życia aby się tylko sama w sutej okazała sukni.
Człowiek tylko i zwierzę opiera się jej niszczącej po
tędze... źwierzę instynktem lub opatrzności odzieniem,
człowiek całym przemysłem swego rozumu. Nieszczę
sny!... kto lekceważy jej praw surowość i nieuzbroi
się przeciw jej napaści... Zimnem tchnieniem odbiera
mu życie i przyjmuje w państwo śmierci tę nową ofiarę swego zniszczenia.
Gdy tak oboje państwo G. przypatrowali się tej
monarchini północnej w milczeniu, nagle wzdrygnęła
się pani G. Dziecię w koszuli, boso na jednej nodze,
bo drugą podniesło"w górę dla zimna... z wytrzeszczonemi oczyma, ze skrzywioną twarzą, drżące, stało
na środku drogi niemogąc uciekać przed jadącymi,
całe skośniałeod zimna. »Dlaboga! zawołała pani G.
dla czegóż to dziecię, prawie nagie stoi na środku
drogi?...
— Ojciec pijak... odezwał się woźnica... matka po
szła zapewne do kościoła, a on pijany powypędzał
dzieci z domu.
— Weźże go Szymonie... rzekła odwracając się do
lokaja... i zanieś do najbliższej chałupy.
W tej chwili właśnie dojeżdżali do kościoła, i fur
man skręcał na plebanią, gdyż tak kazała wyjeżdża
jąc pani, aby przede mszą wstąpić do plebana.
— Do kościoła... do kościoła zajeżdżaj! zawołała
prędko...« Ździwił się mąż tak nagłą zmianą ułożo
nego projektu lecz niesprzeciwiał rozkazowi.
Pani G. modliła się jak zazwyczaj przykładnie i
szczerze. Lecz gdy w środku mszy ś. pleban wszedł
na kazalnicę, zaczęła słuchać z niezwykłą uwagą ka
zania, chociaż nie na otwartem powietrzu, nie ze
wzgórza ani skały lecz ze zwyczajnej ambony mówio
ne było....
Xiądz przeczytawszy list pasterski biskupa, w któ
rym zachęcał do wstrzemięźliwości w trunkach swoje
owieczki... zaczął powoli, pojętliwie i wyraźnie tłum a
czyć słuchaczom życzenia wyższej władzy duchownej.
Przeczytał rotę przyrzeczenia wstrzemięźliwości, na
mawiał do jej wykonania i przedstawiał wszystkie
nieszczęścia i przypadki wynikające z pijaństwa.
Wzdrygnęło się szlachetne serce pani G. na tak
okropny obraz i zaczęły opadać z jej umysłu szklanne ogniwa łańcucha który ją wiązał do bawidełek
młodości, jak ową zaczarowaną xiężniczkę spoczywa
jącą na dnie morza w szklannej bani, zaldętą by się
bawiła perłami, koralami, muszlami, dopóki myśl
szlachetnego czynu nie uniesie ją na wierszch by
znowu oglądała światło dzienne... natenczas pękała
szklanna bania, a najpiękniejsza xiężniczka ukazywa
ła się światu i żyła w pośród jego uwielbień i podzi
w u ../lecz jeśli znowu myśl płocha zajęła jej umysł...
na skinienie czarnoxieznika szklanna bania otaczała
ją na powrót a bałwany morza pochłonęły ją na dno
toni, do czczych bawidełek któremi przerzucała, dnie
i nocy ziewając. Obraz xiezniczki był obrazem pani G .;
piękna zawsze... skłonna do uniesień i czynów szla
chetnych, była chwilami uwielbieniem i szczęściem ją
otaczających... dopóki gust zbyteczny do strojów, bły
skotek i wszystkiego czem ładna kobieta otoczywszy
się lubi błyszczeć jak brylant w pierścieniu... ozdobę
tylko nie użytek stanowiąc.
Pani G. jadąc wcześniej do kościoła, miała za
miar uproszenia plebana, aby jeszcze nie ogłaszał pomienionego listu pasterskiego i nieodbierał przysięgi.
Niewątpiła iż osiągnie swój zamiar przynajmniej na
ezas jakiś... bo pleban który ją lubi! jako dziecię, któ
re chrzcił, któremu ręce wiązał stułą, i nieraz z ubogimi błogosławił... nieodmówi jej pewnie tej zwło
ki. Wszakże nie raz dogadzał jej kaprysom n p : po
przestał chrzcić Eufemie i Klotyldy... chociażby so
bie takie imię przyniosły wiejskie Baśki i Kaśki i zno
wu tak jak ich matki nazywały się Kaśkami i Baś
kami. Tak pani G. ufna swemu wpływowi, była pe
wna iż dobry pleban schowa jeszcze list pasterski
do szufladki... tym czasem Icek przyniesie poreka
wiczne z którego pokupiwszy wszystko potrzebniej
sze, może jeszcze zostanie się co na wyhaftowanie
43
pięknej stuły lub poduszki do kościoła na przebłaga
nie nieba... bo jednak coś jej się takiego krążyło po
umyśle jak gniew nieba i plebana... którychby za ten
krok przebłagać potrzeba. Lecz widok zźiębniętego
nagiego dziecięcia, zmienił jej zam iar i zamiast na
plebani§, wprost do kościoła jechać kazała. Tu
znowu kazanie utalentowanego kapłana przedstaw iaj§ce okropny obraz nieszczęść wynikaj§cych z pijań
stwa dorzuciło przewagi do szali szlachetniejszych
uczuć.
Nic jednak nie jest tak trudnego jak trwać w nienawykłych surowych zasadach gdy zniknie z oczu
przedmiot który je w nas obudził. Pani G. powróci
wszy z kościoła zastała uwiadomienie od przyjaciółki
iż kilka domów z s|siedztw a dziś zamyśla j | odwidzić. Wzięła się zaraz do przegl|du swoich pokojów
czy wszystko w należytym porządku. Znalazła iż
czystość, porz|dek i elegancia świeciły z każdego
kąta. Uśmiechnęła się z zadowoleniem iż wszystko u
niej tak piękne... lecz w tej chwili, myśl iż niebyło
nic nowego uderzyła ja k grom niszcz§cy jej zadowolnienie. Przypomniała sobie iż właśnie była to pora
w której jej serdeczne przyjaciółki zwykły były za
zdrościć jej pięknych nowych rzeczy, nakupionycli za
porękawiczne... i kto wie, czy nie w tym zamiarze ułożyły sobie ja odwidzićP... Siadła na kanapie uciśnięta ta fatalna myślę. ^Niepodobna abym zniosła
cios ten... pomyślała... to nad moje siły.... Uśmiechy,
spojrzenia i szepty zabiję innie... będę myśleć że mnie
mój Wacław już nie kocha!... Miłość mego męża dla
mnie nie będzie im błyszczała sztyletem zazdrości
z pięknych jego podarunków.*
Pan Wacław G. był wzorem rzadko się trafiającyrn miłości niezmiennej ku swojej żonie. Przystojny,
miły w towarzystwie i dla wszystkich grzeczny nie
dał nigdy rzetelnego powodu do zazdrości swej żo
nie; i najpiękniejsze kobiety niemogły się we własnein przekonaniu poszczycić, aby oddał której hołd
jej ubliżajęcy. Dumna i szczęśliwa tym tryumfem nad
sąsiadkami które tych przymiotów nieposiadały w
swych m ężach; pielęgnowała miłość jego jak najdroż
szy klejnot w wieńcu swego szczęścia. Widzęc go
dność postępowania Wacława, który tak jak inni, mógł
by był korzystać z łaskawej opinii świata i popełniać
m a ł e zdrożności... rumieniła się na sarnę myśl po
pełnienia płochości serca, i całą śwą dumę” wszystkie
staran ia obróciła na przypodobanie się jemu i upe
wnienie w’ tern mniemaniu wszystkich iż ani o jedno
westchnienie nieumniejszyło się dla niej przywięzanie
i uprzejmość męża od dnia ślubu. Jeżeli było w tern
cokolwiek próżności... próżność ta jest do darowania.
Wacław lubo ję kochał szczerze, zajęty jednak ważniejszemi swego stanu obowiązkami i gospodarstwem,
niemiał zawsze czasu zająć się kupnem dla niej fra
szek, które ję tyle cieszyły. Przeznaczył jej różne
dochody na jej potrzeby pomniejsze, a sam ucieszył
ję niekiedy małą niespodzianką. Lecz ona tak lubiła
się szczycić miłością i uprzejmością męża, iż zawsze
dawała do zrozumienia swym sąsiadkom iż to co mia
ła najpiękniejszego, co ich najbardziej zachwycało,
było zawsze darem jej męża... myślę o niej.
Pan G. znał wady swojej żony. Poprawiał je
.zręcznie, nieznacznie i tylko co zwiększa. Wiedział
iż wszystko uczynić gotowa, czegoby istotnie od niej
żądał, i właśnie dla tego był pobłażającym, niewymagał ofiar częstych i niekoniecznie potrzebnych w zmia
nie jej gustów i małych nawyknień kobiecych które
się im niezbędne w zwyczajnom staję życiu. Dla tego
też był od niej prawie wielbionym i słowa które wy
rzekł do niej w tonie poważnym w które chciał aby
wierzyła... wierzyła jak w wyrocznię.
Jeszcze siedziała na kanapie pani G. w rozpacza
jącej postawie, gdy wszedł inęż i jak gdyby niewidział jej smutku, rzekł:
— P atrzajże!... a to prawdziwe udręczenie... przy
szedł arędarz i nietylko iż niechce dać twego porekawicznego, ale nawet raty niezłoży, i chce uciekać
z szynkowni. To cios niespodziewany... właśnie prze
znaczyłem te kwotę na wymurowanie nowej owczarni,
do której juz fundamenta założone... to fatalny wy
padek... tak niespodziewany!...
— Z ciebie przynajmniej nikt się śmiać nie bę
dzie... rzekła z żalem pani G.... Ale mnie czeka dziś
okropne upokorzenie. Cała okolica będzie myśleć że
mnie już nie kochasz....
— A to jakim sposobem ?.... Coż to za związek ma
towarzystwo wstrzemięźliwości z moją miłością dla
ciebie?....
Tu dopiero pani G. odkryła przed mężem swoje
niewinne kłamstwo, chełpliwość przed sąsiadkami i
całe swoje udręczenie, które ju ż teraz czuła w przyjść
mającem szyderstwie.
— Zasłużona kara.... rzekł uśmiechając się panG.
nad jej wybiegiem kobiecym, i chociaż z” niezupełnie
czystego źródła wypływała ta jej chluba, bo ję często
używała na zmartwienie swoich przyjaciółek... *nie
miał serca zmartwić ją bardziej naganą, bo nowy do
wód jak była dumną ż jego miłości, ujął go na jej
stronę. Jednak pozostał stały w swoim zamiarze.
I chociaż mu jej żal było, i mógł zaradzić jej zmar
twieniu, rzekł jednak obojętnie:
— Spotkał nas cios niespodziewany. Obaczymy
kto mężniej i rozsądniej zniesie przeciwności.
Niepocieszona pani G. już w tych słowach widzia
ła życzenie męża, i jęła się z udaną wesołością a we
wnętrznym smutkiem do ułożenia jak najlepszej miny,
aby tylko niestanęć niżej niego.
Po południu nadjechali goście. »Przecież my się
raz do ciebie wybrali... rzekła wysoka brunetka skła
dając zarękawek na sofie odwijąjąc szal kilkakrotnie
okręcony koło szyi, i strzepując śnieg z futra i ka
pelusza... prześliczny ranek zniknął z całą swoją bry
lantową wystawą. Pochmurno, śnieg płatami leci...
myślałam że się” uduszę tak mnie opakowano. Ale
czyż niewarto rezykować życie, dla tak miłej, drogiej
sąsiadki!... A tak ładnej... ładnej d z isia j!... Prawdzi
wie... jakżeś interesująca! sądziłby kto żeś płakała...
gdyby można wnosić że ci się szczęście przeniewierzyło ?....
— Rozpakujże się pani pierwej... na miłość boga!...
Cała zźiębnięta a tyle ognia dla przyjaźni.^odpow iedziała gospodyni troche nieukontentowana iż poznano
że była zmartwioną... śnieg cię olśnił... mieni ci się
w oczach i zdaje się wszystko blade. Dzięki za tro
skliwość... wszystko* mi wierne jak było.
— Jakaż ona nudna!... rzekła zagadniona zcicha
as
do drugiej z nią przybyłej damy, prosząc głośno aby
jej rozwiązała kapelusz... ręczę że tą wierność juz
do męża stosuje.
— Ah! bo też pani U. ma wzorową cierpliwość
dla wierności... r/.ekla druga dama... ja już nią cał
kiem znudzona. Wystaw sobie pani mój Fidel mało
dziś nie rozdarł pana Gustawa... szczęściem iż mu się
jego paletot nawinął... na nim zostawił dowód swojej
dla mnie wierności.... Niedouwierzenia ile rai przykro
ści robi to jego do mnie przywiązanie... nieda się ni
komu zbliżyć, targa, szczeka, warczy... i jeśli to dłu
żej potrwa, mimo przywiązania muszę się go pozbyć.
Pani G. którą ubolało, iż śmiano ślepy instynkt
wiążący źwierzę do ręki która go karmi... nazywać
wiernością i przywiązaniem, rzekła ze znaczeniem :
»Biedna p s in a !... gdyby zamiast ukąszenia mogła się
była zapytać... powiedzianoby jej iż są ludzie którzy
lepiej umieją niewierność i obojętność" jak wierność
nagradzać....«
Zagryzła usta na te słowa wdówka. Gdyż każde
mu było wiadomo, iż pan Gustaw był z rozkazu ma
jętnego stryja ju ż od dwóch lat konkurentem tej także
majętnej lecz nie ładnej wdówki... zwlekał pod różnemi pozorami zaślubiny, umizgał się tym czasem do
inszych, a ona go pomimo bardzo widocznej niewier
ności szalenie kochała.
— Jużeśmy przecie otrzęsły z siebie tę łupinę...
niezostało tylko serce, którem cię witamy... rzekła
wysoka brunetka rozpakowawszy się już całkiem....
I po tych miłych słówkach któremi zaraz na wstępie
pokłóły się delikatnie, ja k szpileczkami, zaczęły się
trzy przyjaciółki całować najserdeczniej.
Po uściśnieniach, wśród obojętnej rozmowy na
stąpiły oględziny tu alety ; ale tak zręczne iż lubo w
pierw szych'kilku minutach doskonale^ każda wiedzia
ła co która ma na sobie, niespotkała przecież jedna
drugiej na tym bojowym przeglądzie z któregoby zwy
cięstwo lub bojaźń klęski wyczytać się dały w oczach
przeciwniczki. Niech nikt nie sądzi iż to jest łatwo
podobne odbyć czaty... z których się wietrzy posteru
nek nieprzyjaciela. Jestto walka w której spojrzenie
godząc jak cięcie pałasza... czeka korzystnej chwili.
Gdy się odwrócisz wtedy ugodzą... odbij równą bro
nią... wnet gdzieindziej raz uderzy. Nogi, ręce, gło
wa, serce... koło serca... wszystko przeszyte, prze
bite... i rzecz dziwna!... im więcej na tobie poległo
razów, gdybyś je mógł uczuć lub'widzieć, tein pewniej
szy byłbyś zwycięstwa !...
Przybyło więcej sąsiedztwa, i z niem więcej oglę
dzin, strojów, przecinków, uścisków, śmiechów, kom
plementów, ukłonów... a za niemi wszystkiemi, temiż
samemi drzwiami herbata... zapaszysta, kipiąca, ulo
tna, cienka, słodziutka... wystrojona i... czasem n u
dna ; jak nie jedno towarzystwo, którego ta słodka
woda jest duszą. A że herbata jest ogniskiem, wa
rem, ultropem... czyli duszą schadzek, łatwo tego do
wieść. Wszakże nie prosi się sąsiadów aui przy
jaciół ta k : Proszę cię przyjedź abyś się ubrała do
mnie.... Proszę cię przyjedź abym cię obgadała.... Pro
szę cię przyjedź abyśmy się nawzajem zgrywali, i
naszym żonkom w miłem oczekiwaniu powrotu... całą
noc bezsennością i niepokojem uprzejemnili.... Proszę
cię przyjedź abym cię wybadał o twoich spekulacyj
nych zamiarach i ubiegł w nich z twoją szkodą....
Proszę cię przyjedź abym ci odebrała, tak... dla z a
bawki... z plochośei tylko, najdroższą w życiu osobę....
Proszę cię przyjedź, abym cię upokorzyła jeżeli się
tylko poda sposobność.... Proszę cię przyjedź, abyśmy
się uśmiali z kogo i z nas kto?... A ,bron boże!
któżby też na takie liche rzeczy prosił do siebie ko
go?... Ale prosi się wprost na samą tylko herbate;
a te wszystkie dodatki, dają się zwykle gościom r a
zem z slodkiemi grzaueczkami przy herbacie. Niechże
kto śmie powiedzieć iż herbata nie jest duszą towa
rzystwa?....
— Ah! jakże to ślicznie... jak a elegancial... z a
wołała jedna z dam szczerego serca i nieczęsto by
wająca u pani G; widząc zbliżającą się herbatę w
pysznym samowarze otoczoną ślniącym służebnicżym
sobie dworem... którą znać uprzedziły inne sąsiadki,
iż herbata dzisiąj wystąpi w nowych sukienkach u
pani G.
— Coż może należeć do pani G. aby nie było pię
knem?... ozwal się słodziutko pan Gustaw, na po
chwalne słowa wykrzykującej damy.
— Zaraz ten komplement który należy do pani G.
nie jest wcale pięknym, bo za nadto trywialny... zzużywany... odezwała się kwaśna wdówka... mój panie
Gustawie weź go nazad do siebie, jeżeli chcesz abyś
my panią G. widzieli w piękności prawdziwej bez ob
cych dodatków. To mówiąc obróciła się prędko do tej
pani która była powodem klęski pana Gustawa i rz e
kła: *Znaćiż rzadko bywasz u naszej pięknej sąsiad
ki, kiedy tak podziwiasz rzeczy któreśmy ju ż sto r a
zy widziały. Pani G. chce nam dzisiaj zrobić niespo
dziankę, i wszystkie ładne rzeczy które zazwyczaj ku
puje o lej porze, czyli co jej kupują... na samym ostatku nam pokaże.* A sądząc iż się już dość zemści
ła za ową wierność pieska i niewierność Gustawa,
rzekła z słodszą m inką: »Nieprawdaż moja droga
pani... że nam dowiedziesz iż twój mąż jest zawsze
najgrzeczniejszy z mężów ?...«
Pani G. myśląc iż^obrażona wdówka już przeczu
ła lub się zkąd dowiedziała o wypadku z jej porękawicznem... i źe to zapytanie było nową zem stą...'od
powiedziała z odwagą jakby karząc się za dawną cheł
pliwość: »Tą razą pokaże się iż wcześniej czy póź
niej mężczyźni w grzeczności dla żon, lubią troche
leniwieć.... Nawał interesów... ważność innych zatru
dnień, lub co innego... dosyć iż zwykłych nieotrzymałam upominków.«
Uśmiechnęły się prześlicznie wszystkie panie,
z zupełnym tryumfem w którym ich upewniało zmie
szanie sic przy wymawianiu pani G. z dwóch pocho
dzące przyczyn; raz iż w obecności męża musiała
jeszcze połowę nieprawdy wmieszać do słów swoich,
powtóre iż istotnie gniewała się, iż nic nowego niema
do pokazania. Lecz na ten uśmiech tryumfalny obu
rzyła się jej duma... rzekła więc szyderczo: »Nieuskarzajcie się moje panie iżbym wam tego roku m il
szej od lat zeszłych nie zrobiła niespodzianki?
Wszakże to zupełnie coś nowego... ten obrót
rzeczy w moim domu... a nowinę przyjmujemy zawsze
z jakimś zadowolnieniem, czy ona złą lub dobrą.
Na tę odpowiedź, która zdawała się im wykrywać
iż pani G. tak jak każdego roku musiała mieć piękne
45
podarunki od męża, i dawniej się ich zazdrością ba ich do zwady; wyszli z karczmy przeklinąjąc sie i
wiła, równie jak teraz ich niewczesnym tryumfem... czubiąc wzajemnie. Nikt na nich niezważał, gdyż
aaniemiały wszystkie....
widok taki przez przyzwyczajenie, stał się dla ludu
Pan Gustaw śmiejąc się rzek ł: »Niechże kto zga prostego bardziej zabawę i śmiech obudzająey niż li
dnie ozy się panie kochacie czy nienawidzicie pod tg tość. Zazwycząj na podobne bójki pijaków, patrzą się
dowcipną grzecznością?... Lepiejto było kiedy kobie starcy, kobiety, dzieci i ludzie silni, trzeźwi, którzyty tylko o piękność walczyły... teraz trudniejszy sąd by mogli zapobiedz kłótni, lub rozbronić tych nie
Parysa, gdzie piękność, dowcip, talenta idą w zawo szczęśliwych, lecz zamiast tego, patrzą się tylko z ody...* jabłko niezgody rzucone... niewiedzieć w którą bojętnością na ich cierpienia, robiąc sobie z nich ga
potoczyć go stronę?...
tunek widowiska podobnego hiszpańskim walkom by
Jednak pan Gustaw... rzekła jedna z dam... umiał ków, daleko jednak sroższym... bo tam człowiek obraca
by się i teraz zręcznie znaleść na miejscu Parysa: swoją srogość przeciw źwierzęciu, tu zaś przeciwko
przyzwyczajony do nierobienia zawiści, nosi zawsze bratu, przyjacielowi, żonie i sąsiadom. Jeżeli upodo
kilka jabłek do rozdania.
banie w walce człowieka z zwierzęciem, jest poniżaTon ironicznej rozmowy zmienił się teraz w śmiech jącem wszelką moralną wyższość, niemniej nikczemny
powszechny. Kobiety lubo powierzchownie tolerują jest nałóg pozbawiania się przez trunek rozumu, lub
rozsiewacza komplementów i uczuć u stóp wszystkich, ułatwianie zachęcających środków do pozbawienia go
pogardzają nim w gruncie.... Uczucia i słowa takiego drugich.
mężczyzny działają na czas tak długo jak rozsiewa
Już też przecie zniknęły z pola mody, i z xiążek
ny proszek do kichania... zażywszy, trzeba z całą pu westchnienia za szczęściem wieśniaków." Owe rom an
blicznością kichać i śmiać się.... Wszystkie więc ko se pasterskie, owe i) amony i Filisy w sielankach,
biety obróciły broń którą się raniły przeciw panu Gu skotopaskach itd. które nam tak błędnie przy fruktach,
stawowi, htóren się broni! dosyć zręcznie.... Rozmo- mleku i miłości przedstawiały życie wieśniaka; teraz
'Wa stała się coraz weselszą i zabawa zajęła ogół to znajdujemy go przy ziemniakach i wódce w nędzy,
warzystwa.
i która wszelkie uczucia prócz zachowania bytu oddala
Jedna tylko pani G. nicmogła przyjść zupełnie do | od tych nieszczęśliwych. Niejedna z kobiet nieznaswego humoru... nawet i nazajutrz jeszcze się ślady jąca tylko z romansowych opisów stan ich, wzdycha
dnia wczorajszego niezatarty... niemogła zapomnieć... ła zazdroszcząc im szczęścia ułudnie wystawionego...
jak jej się zdawało... o swojem upokorzeniu. Strawiła i będąc sama otoczona zbytkiem, przepychem, i wszelnoc przykrą, złorzecząc nawet czasami ojcu Mathew. kiemi wygodami... szczególniej też te które mało po
Pan G. słysząc skarżącą się żonę na ból głowy, ; za mury miasta się oddalały. Mężczyzna ma zawsze
zaproponował jej przechadzkę. Dzień był prześliczny. więcej sposobności poznania ich rzetelnego stanu nieSzli zadumani oboje, tylko skrzypienie zmrożonego ■będąc nawet mieszkańcem wsi. Podróże, polowania,
śniegu, przerywało ich milczenie. Nagle stanęli... jęk j przechadzki dalsze, stan wojskowy... wszystko ich
głuchy obił się o uszy... jednak chwilę niemogli roz j z niemi obeznajmia... i jeżeli z tamtąd wynosili dawniej
poznać z kądby pochodził. Byli właśnie na mostku | obrazy fałszywe, któremi bawili w xiążl:ach wyobrapod którym "w głębokim parowie płynął potok pod po j źnią kobiet... teraz widzimy rzetelne przedstawienia
krywą lodu. Pani G. pobiegła ku poręczy i nagle w powieściach obyczajowych, z których wrażenia mo
krzyknęła.- mąż jej nadbiegł i ujrzał okropny powód żna powiedzieć z chlubą, nie na samej kończą się li
przestrachu żony: chłop pijany leżał rozciągnięty na tości, lecz na wsparciu czynnem i zapobieżeniu złemu.
ziemi, zkrwawiony, z rozdartą koszulą, z wejrzeniem
Najważniejszej jednak przyczynie nędzy niezapo-okropnem. Drugi także zbity, poszarpany... nie mniej biegano dotąd czynnie, nieszukano złego* w korzeniu...
pijany, jednak mogący się utrzymać na nogach, walił ganiono pijaków i pijaństwo, a podsycano wszelkiemi
bez miłosierdzia leżącego w głowę, twarz i piersi. sposoby źródło onegoż. Stan wyższy nieprzypisywał
Pan G. pobiegł sam, odepchnął pijanego zabójcę, któ- sobie przyczyny złego, gdyż nie wprost lecz pośre
ren za lekkiem potrąceniem zatoczył się i upadł.
dnio był tegoż sprężyną. Lecz czyż nieprzekona nas
Nim nadeszli ludzie z bliskiej karczmy, którym ta prosta uwaga, iż dom poprawy i karności... odsu
polecono, jednego odwieść, drugiego zaprowadzić do wa człowieka nagle od wszelkich zbrodni, pomimo je
swojej chałupy; pani G. miała czas przypatrzyć się go skłonności, przyzwyczajenia i chęci do złego... Niez oburzeniem krwawej scenie, która pamiętne zrobi palić wódki, niezachęeać do pijaństwa, a niebędzie
ła na niej wrażenie. Przez długi czas, gdy wspomnia pijaków. Czyż niełatwlejszy i pewniejszy środek usu
ła na ten okropny widok, niemogła dopić filiżanki nąć z przed oezów nieszczęśliwej skłonności zgubny
kawy, a uśmiech zwężał się w wyraz płaczliwy. Ta napój, niż wszelkie kazania, uwagi, i roztrząsania
głowa krwią oblana, włosy zlepione, oko podbite, wy sumienia ?...
Pan G. chcąc skłonić umysł swojej żony do sp ra
sadzone... plamy sine i żółte, ta krew na czystym bia
łym śniegu, od którego nędza brudnego odcienia, od wiedliwego ocenienia dobroczynnych zamiarów towa
bijała przerażająco, mieniły się w jej oczach i przy rzystw a wstrzemięźliwości, tak mówił do niej wra
pominały z odrazą jej śliczne błyskotki kupione za te cając z przechadzki:
Ł— Czyż sądzisz iż ja stratę dochodów moich zprośińce, guzy, krew1 i rany. Ludzie którzy przyszli na
zawołanie jej męża do rozłączenia pijanych, powięk pinaeii zniosłem zupełnie obojętnie?... Wcale nie...
szyli jej zdumienie i oburzenie, opowiadając: iż ci żałowałem ich tak jak ty twego porękawicznego. Gdy
dwąj pokaleczeni ludzie byli przed trzema godzi mnie doszła wiadomość tego nadużycia władzy kościel
nami przyjaciółmi i kumami. Wódka przyprowadziła nej... jak się wielu podobało wyrazić temi słowami...
46
oburzyłem się także. Lecz powoli gdy się zastanaw iać
— Powoli, powoli... rze k ł uśm iechając się pan G.,
zacząłem nad wpływem dobroczynnym n a mienie i o- ! nietylko iż ich nędzy zapobieżemy, aie za" lat p a rę
byczaje tych nieszczęśliw ych, którzy w yrzekną się n a w ynagrodzim y sobie szkodę i nieodmówimy naw et
ło g u pijaństw a... zam ilkł egoizm... a myśl się n a su n ę m ałych przyjem ności bez zbytków. Z am iast m nóstw a
ła , iż przez wódkę, popełniam y kradzież upraw nioną ziem niaków, bedziemy siać więcej lnu, konopi. Bedą
n a tych biedakach p rzez ich w łasne nam iętności... k ra więcej kupować odzienia, a to co idzie na szkodliwy
dzież chytrzejszą i niegodziw szą, k tó ra i najuboższe trunek, obracać będą na lepszą straw ę, porządniejsze
mu zabiera g ro sz ostatni... niszczy m oralność i każe m ieszkanie i odziewę gołych dzieci....'
je sz c z e bezrozum nem u być zabójcą przyjaciela!... N ie
s ą d ź moja luba, aby to złe dało się dobroczynnością
Za tydzień państw o G. stan ęli pierw si u oltarza,
nagrodzić.... Wejdźmy do tej chaty ‘a obaczysz nędzę by złożyć przyrzeczenie w strzem ięźliw ości i zachęcać
nad k tó rą się w zdrygniesz....
do niej... pani G. p rz y p o m n iała ‘ sobie w tej chw ili
Wtedy zaprow adził żonę pan G . d o m ieszkania słodką przysięgę która ją w iązała z szlachetnym czło
p ijak a. S tanęli w progu niechlujnym... dym zam iast wiekiem którem u lepsze i najszczęśliw sze chwile ży
ciep ła p rzyw itał ich gry ząc w oczy... pani G. ch ciała cia winna była... w tein samem m iejscu, u stóp togo
się cofnąć, lecz mąż je j, chcąc aby zupełnie poprze sam ego o łta rz a wykonaną.... S p o jrzała łzawcm okiem
s ta ła żałow ać porękaw icznegó, namówił ją aby się na swego męża, a widząc iż i jego w zruszenie w tą
sch y liła i w eszła pod chm urę dymu. W szedłszy u jrz e błogą chwilę sięgło pamięcią, uczuła się najszczę
li n a środku izby leżącego chłopa pijanego. Klął i śliw szą z kobiet. Ktoż nie wie iż chwila rozczulenia
rz u c a ł się po ziemi, lecz gdy chciał w stawać, zaw sze i w łasnego szczęścia, robi człow ieka czulszym n a
się przew rócił na pow rót. »A dąjesz pieniędzy bes.... obcą niedolę?... Pani G. prócz zwyczajnej form uły
zabełkotał... A gdzieś s c h o w a ła !... będę p ra ł póki du przyrzeczenia poprzysięgła w duchu m ierność w zbych a sta n ie ! m usisz dać resztę...* Kobieta do której tkowych rzeczach... i dotrzym ała święcie obietnicy—
m ówił te słow a, sied ziała pod oknem n a ław ie, w łach a gdy odchodzili od o łta rz a widziała* z radością iż
m anach... p łak ała i tu liła dwoje dzieci obite, pchając cała grom adka za ich przykładem posunęła do ślubu...
im w gębę ziem niaki. N ędza, brudy, nieczystość, z każ a naw et i ów nieuleczony pijak ślubował i zo stał od
dego w yglądały kąta.... Ktoż niezna naszych chat wiej tąd trzeźwym i uczciwym kmiotkiem.
skich !... po coż je opisywać.... Chałupa naw et bogacza
(jak czasem zwać zwykli lepiej się m ąjącego chłopa)
je s t dla n as miejscem z którego chętnie się oddalam y,
coż dopiero ubogiego pijaka?...
0 WYDANIACH MARII MALCZEWSKIEGO.
— Jak że m ożesz śc ie rp ie ć tę nędzę... zaw ołała p a
n i G ... skoro ją z n a sz !..-u c iek a ją c z tego m iejsca nie
szczęścia i rzeczyw istej nędzy ludzkiej.
L ipskie wydanie M arii w typografii pp.
Atsenarius,znalazło hojne pochw ały w bibliotece
w arszaw skiej za m iesiąc styczeń r. b. Że »każda s tro
— Ju ż kilk a razy wspom agałem tę biedną i p ra nicę xiążki o k reśla cienka ja k włos obw ódka,“ tylko
cow itą kobietę, lecz to zam iast ulżyć jej niedofi, przy na zachyleniacb czyli w rogach kłoniąca się do m i
czyniało się do jej nieszczęścia. Wiele razy ją w sp a r łego gustu rokoko* że xiążfca ta »jest o 140 stro n i
łem , tyle razy niemogło się obejść, aby m ąż niedowie- cach, gdy M aria w swojcm pierwotnem wydaniu by ła
dział się, lub niepom iarkow ał że żona ma znowu gro sz xiąźeczką tylko ze 48 k a rt z ło żo n ą;« że »cena je j
lub ziarno w dom u; bo poczciwa kobiecina niem ogła siedra złotych, a form at n ak sz tałt małego 4to t r a f n a sobie p rzenieść aby niepodzieiiła się z nim lepszą n e m je st pomyśleniem;* w szystko to dało sie zam
stra w ą , k tó rą sam a ja d ła i z dziećmi. Bił j ą więc pod knąć w kilku w ierszach i może w łaściw sze miałoby
chm ieliw szy sobie dopóty, dopóki nieoddała co jej miejsce po rogach ulic, wytłoczone wielkieini czcion
posłałem . A nędza coraz okropniejsza o siad ła w tym kami w guście rokoko; niżeli w piśm ie uczonem i
domu. A ni dobroczynność, ani k a ra k tó rą mu nieraz między krytycznem i spraw ozdaniam i. AJeż bezimien
wymierzyć kazałem , an i kazania, spowiedź i sum ie ny autor chciał mieć z tego arty k u ł p rz y d łu ższy ; ja k o ż
nie... nic nie je s t w stanie w strzym ać nałogow ego pi zabiera on trzy kartki, i między mnogiemi uw agam i
ja k a . U sunięcie trunków ... a może uroczyste p rzy rze które dla zecerów i preserów , gdyby ci czytać mogli
czenie u o łta rz a zapobieże złem u, lecz bądźmy dalecy bibliotekę, raożeby bez korzyści niebyły, znalazła sie
od p rzeszk ad zan ia tak dobroczynnym zam iarom dla tez wzm ianka króciuchna o daw niejszych M arii wy
ludzkości, owszem bądźmy pierw si do zachęcenia w daniach.
w strzem ięźliw
ości....
e
Czytelnikom wiadomo że z pomiędzy w szystkich
— O c h ę tn ie ! chętnie! mój drogi... dziś, ju tro , kie przedsiębierców którzy się z jakichkolw iek pobudek do
dy chcesz... pójdźmy do o łta rz a , dla p rzy k ładu tych w ydania M arii szarp n ęli, J a n M ilikowski ma te nie
Biednych ludzi, przyrzeczem y iż ich w strzym ywać zaprzeczoną zasłu g ę iż sam jeden tylko s ta ra ł się
będziem y od tego nałogu.
dać dokładniejszą wiadomość o jej autorze i jego p ło
— A twoje p o ręk aw iczn e!... twoje sz k ła ulubione ?... d ach ; nieograniczając się nigdy na samym gołym
przedruku. Każde jego wydanie (a było ich kilka)
— O! niechcę, niechcę, ani ich widzieć więcej!... dorzucało coraz nowe szczegóły o tym znakomitym
nic... nic mieć niechcę kupione ze szkoda tych bie rodaku, i w tern tylko co te w ydania ogłosiły, je s t
daków !...
a lfa iomega krążących
podziśdzień wiadomości o
el
47
Malczewskim i jego pismach: na nich oparło się ostatecznie i pomienione wydanie lipskie. Mimo to je
dnak żadne z wydań Jana Milikowskiego nie znala
zło poczciwego słowa u sprawodawcy biblioteki war
szawskiej.
Pod względem typografii, o której głównie rosprawia, nie wiele mógłby zarzucić tym wydaniom: »czarność liter i białość papieru* na których według niego
doskonałość druku zależy, zachowane tu więcej niż w
xiazkach polskich drukowanych gdzieindziej. Choćby
z a ! te wydania przewyższały pięknością swoją xiążki
paryskie, wątpię żeby i wtedy przyznał sprawozdawca
Janowi Milikowskieinu jaką zasługę, gdyż na stroni
cy 185 tak mówi: ^Piękność lub dokładność typogra
fii w naszych xiążkacli nie u nas drukowanych (Milikowski drukował w Wiedniu i Lipsku) nie przynosi
nam żadnej chluby, niechże przynajmniej pożytek przy
niesie.* Ależ właśnie te słowa podkopują zaletę wy
dania lipskiego u pp.
Brockhau i jeżeli
j e autor szczerze myślał, tedy niepotrzebował się r o
zwodzić nad cienkiemi jak włos obwódkami xiążki i
tym podobnemi drobiazgami, bo Lipsk przecie nie w
P olsce; a co do pożyteczności xiążki, pytam : kto przy
niósł istotniejszy narodowi pożytek, czy ten co roztrząśnione a niknące z każdym dniem szczegóły o Mal
czewskim zebrał z ust żyjących; czy zaś ten który je
z drukowanej już xiążki powyjmował? Biblioteczny
sprawozdawca zostaje częściej z sobą w takiej niekonsekw cueii: i tak, kiedy na stronicy 184 czytamy, że
skromne warszawskie wydanie (1825) jest »najodpowiedniejsze narodowej naszej czystości* nasuwa się
samochcąc pytanie: jakże się zgadza z tym puryzmem
zachwalanie rodakom przepysznego wydania lipskiego,
z rycinami, których chociaż autor, jak powiada, niewhlział, jednakże niewątpi że są odpowiednie dosko
nałości xiążki ?...
Na potępienie wydania Jana Milikowskiego wyna
lazł on niestosowność tytułu. Nam się zdąje że skoro
rzecz jaka sam a z siebie jest dobra i pożyteczna, ty
tuł jej jakibądź dany, byle zrozumiały i polski, w ar
tości jej wewnętrznej nie ujmie. O stosowności zaś lub
niestosowności napisu, miałby ów sprawozdawca wię
cej prawa sądzić, wtedy, gdyby był przyznał każdemu
wydaniu to co mu słusznie należy i okazał w dążeniu
swojem mniej podobieństwa do przywabiać kupieckich
z jakie mi żydkowie przechodzącemu gościowi ze wszech
stron w oczy zabiegają. Co do nas, w napisie jaki nosi
wydanie Jan a Milikowskiego nie postrzegamy żadne
go uchybienia. Imię człowieka jak jest najzrozumialszem znamieniem jego za życia, tak też samo jedno
najtreściwszą jest nazwą duchowej jego puścizny,
która się bądź w pismach jego, bądź w poczesnem o
nim spomnieniu, bądź też w innych pamiątkach znaj
dować może. Na dziełach starożytnego mędrca grec
kiego położmy napis »Plato« a możeź być prostszy,
treściwszy napis xiąg jego? Wydanie Jana Miliko
wskiego ma napis: A n t o n i M a l c z e w s k i , i to
jest pierwszy i główny wyraz tej xiążki; dalsze, drobniejszemi głoskami i w osobnych odstępach położo
ne słowa, jako to : j e g o ż y w o t i p i s m a o z d o
b i o n e p o p i e r s i e m ; tłumaczą z czego właściwie
składa się ta po Malczewskim puścizna. Sprawo
zdawca biblioteki warszawskiej sprawdzał, jak po
wiada, tytuł tej xiążki w len sposób: znalazłszy bio
grafię autora, znalazłszy wszystkie pisma jego i por
tret, s z u k a ł jeszcze Malczewskiego samego — i oczy
wiście nieznalazł. Byłaż wjego postępowaniu logika?...
HAM LET.
Wystąpiwszy w Hamlecie pan Dawison zapowie
dział nam, że jeszcze w jednym rodzaju ról drama
tycznych sił swoich doświadczać zamyśla. A gdy przez
usunięcie się pana Bensy role podobne osierocone zo
stały, warto więc zastanowić się, czego po jego za
stępcy spodziewać się można.
Najpierwej wypada nam osnuć charakter Hamleta,
aby ztąd wywinąć zastosowanie do gry aktora. W
chwilach zgnilizny społecznej, lub zupełnego rozprzę
żenia zjawiają się mężowie których myśl nieskalana
wśród powszechnego zepsucia, dozna przykrej boleści
i usłyszy głos ducha odwiecznego, który ich powoła
do czynów, aby świat moralny chwiejący się w po
sadach na nowo na mocnym gruncie usadowić. Za tym
głosem gdy pójdzie bohatyr, czyny jego napiętnowane
będą namiętnością, bo wypłynęły z namiętnie wytę
żonych myśli i uczuć; gwałtowności tej nie uniknie,
choćby miał najgłębsze uczucie prawdy. Gdzie drwa
rąbią, tam drzazgi lecą i lecieć muszą. Im energicz
niej kto, choćby w najświętszym celu działa, tym mniej
ręczyć może iż wszelkie prawo poczci. Gdyby boha
tyr się zastanaw iał, ujrzałby się w sprzeczności z s a
mym sobą. Za świętą sprawę walczyć zamyśla, a w
walce znieważyć musi nie jedną świętość. Lecz że
stosunki rzeczywiste nie można tak gładko ułożyć jak
myśli, bohatyr coby przemyśliwat, jak wielkim czynom
zachować czystość dziewiczą, nigdyby nie przystąpił
do czynu. Takie zachcenie jest chorobą, a jej koniecz
nym rezultatem, bezczynność. Z tego stanowiska za
patrywać się trzeba na charakter Hamleta. Idealnej
natury, pała miłością dla wszystkiego co wielkie i
szlachetne, nieprzyjaciel podłośeii i przewrotności, mi
strza okiem dopatruje wszystkich stosunków ludzkich,
głęboki znawca serca i filozof. Lecz uczeń uniwersitetu wittembergskiego, gdzie już podtenczas zwra
cano myśl do wewnętrznego życia człowieka, na ści
słych pojęciach zaczęto budować świat myśli, tak się
w tym świecie myśli nauczył wszystko do największej
ścisłości wyrachowywać, że gdy go śmierć ojca po
wołała do domu na dwór duński, Hamlet wszedłszy
w stosunki rzeczywiste i powołany do działania, chce
jakto czynił w systematach myśli tak i w czynach,
najdalsze konsekwencje przewidzieć, nim działać za
cznie, dojść do dna prawdy, do największej ścisłości
we wszystkiem, przekonać się najdokładniej czy isto
tnie popełnionozbrodnię, kto? ja k ? gdzie? z jakich po
budek? doliczyć się ostatecznych skutków, jakie po
mszczenie ojca za sobą pociągnie. Lecz że stosunki
rzeczywiste to nie myśli, więc i do działania przyjść
mu niepodobna. Największa potęga myślenia, staje się
największą nieudolnością w życiu praktycznem. Jestto
tragedia rozumu ludzkiego. Wina bezczynności cięży
na Hamlecie okropnie, ma albowiem jasne wyobraże
nie co światu konieczną potrzebą, uczuwa się od o-
4$
patrzności powołanym, aby pomścić ojca, ukarać sro
dze skażenie najświętszych uczuć człowieka, lecz nie
może spełnić powołania, aby czystej myśli nie pokalał,
bo jemu nigdy nie jasno, kto zbrodnię popełnił, bo w
zastępie jego nieprzyjaciół duchowych0matka rodzona.
Ztąd nieskończona boleść dla duszy wielkiej, a sprzecz
ność chęci z czynu w olbrzyma rośnie, a im więcej ją
godzić, tym większa niemoc owłada ducha, tym wię
cej choroba się wzmaga.
Śród tej choroby zaskakuje przypadek i parodiuje
wszystkie rozumowania. Hamlet chciał się ustrzedz
namiętności a chrząknięcie Poloniusa za kotarą, traf
marny... pozbawia bohatyra wszelkiego zastanowienia.
I potrzeba znowu drugiego przypadku, coby go potrą
cił ku zamierzonemu dziełu. N ajsroższa to kara opatrzności, koniec tragedii rozumu. Potrącony bowiem
od trafu bohatyr spełnia wprawdzie dzieło, lecz bez
żadnej zasługi, bo pełnił bez tej boskiej świadomości,
jak ą każdy twórca przejęty. Nie on rozstrzygnął spra
wę, lecz przypadek. Bohatyr, co miał być wodzem
walki, sternikiem nowego kierunku ducha, stał się
prostem narzędziem opatrzności, której obojętna było,
kogo używa do zamierzonych celów. Tak rozum, któ
ry niedał bohatyrowi działać, aż wszystko przemyśli
i przewidzi, pozbawia go na ostatek zasługi, owoców
czynu, z potężnego ducha robi karła, z reformatora
świata narzędzie
losu.
c
W charakterze Hamleta rozwinięta więcej wewnętrz
n a niż plastyczna strona. Ztąd zadanie artysty,*aby
momenta wewnętrznego rozwoju ducha wyrazisto, upostaciować w tej sztuce, najwięcej o to rzecz idzie.
N a scenie nie widzieliśmy aby pan Dawison usiłował
wewnętrzny rozwój ducha ukazać widzom. Hamletowi
obok silnego ducha brak energii do czynu, a energii
brak w fizycznej sile okazać się powinien, więc w nieruchawości, ociężałości, w gnuśności ruchów i chodu.
Lecz jeśli aktor sprężyście, ruchawo przedstawia
Hamleta, a czasami tak się rzuca i kręci jak murzyn
w Fiesku Szyllera, trudno odgadnąć, dlaczego Hamlet
zaraz w pierwszym akcie nie zabija króla, trudno po
jąć tę duszny chorobę, tę sprzeczność między myślą
a czynem, która przekleństwem stała się dla Hamleta,
która treść całej tragedii stanowi.... Hamlet po razy
kilka postanawia wykonać czyn zamierzony; ju ż,ju ż
zdąje się, że wszystko się skończy lecz natychmiast
pojawia się zły demon jego, zaczyna rozumować, po
wątpiewać i znowu w bezczynność wpada. Otoż te
chwile aktorowi trzeba wynieść plastycznie, aby widz
zrozumiał, co bohatyrowi na zawadzie. Pan Dawison
zamalgamował wszystko razem, i postanowienie i pa
raliżujące rozumowanie pod jedną linię podsunął. Przytem głębokość i potęga myśli Hamleta, w twarzy i w
głowie odbić się powinny, tak jak nieudolność prak
tyczna w gnuśności i ociężałości ruchów. Trudno więc
było zrozumieć H am leta: gdy aktor przedstawił go
z okiem zamało duchowem a głosem zamało ideal
nym, przytem sprężystym i ruchawym, a z humoru,
co z głęboko rozwiniętej myśli płynął, zrobił prostą
Redaktor TOMAS Z KULCZYCKI.
ironię, (scena z fletem) a nawet szyderstwo niezgra
bne jakto w pokazywaniu chmury Poloniusowi uczyniL
T K A T R.
Dnia 28 lutego przedstawiono na scenie polskiej
L u d g a r d ę , tragedię wpięciu aktach,L udw ika Kropińskiego. Sztuka ta przed trzydziestą kilką laty na
pisana, była pierwszą ważniejszą próbą u nas francuskoklasycznej szkoły, i miała wraz z późniejszą
o lat kilka B a r b a r ą czasy wielkiego powodzenia po
narodowych teatrach. Sława tych dwu arcydzieł po
niekąd w swoim rodzaju, w naszych już niemal oczach
poczęła się, wzrosła i przebrzmiała. Dziś każdy p ra
wie potrafi na palcach wytknąć ich wady, chociaż
z drugiej strony słuszność każe wyznać, iż dzisiejsza
właśnie epoka która tak zuchwale niekiedy dziełom
epoki mienionej urąga, niewydała dramatu treści dzie
jowej któryby był tern, czem była w czasie swoim Lud
garda. Na przedstawienie jej teraźniejsze szliśmy
z prawdziwą ochotą chociaż nam całkowite a główne
sceny dosłownie tkwiły w pamięci. Ludgarda" ma to
do siebie że jest piękniejszą w xiążce niż na scenie.
Miłośnicy pięknego, harmonijnego wiersza, scen rz e
wnych ale opisowych więcej niż dramatycznych, do
znają istotnych rozkoszy w tiważnem odczytywaniu,
które podczas wystawienia w znacznej części znikają,,
zwłaszcza gdy jeden lub drugi niedostatek w czynach,
tern wydatniejszy na scenie, rozczarowywa urok zdzia
łany sztuczną i świetną dykcią. Innego jeszcze ro
dzaju wady rażą oko choćby tylko cokolwiek obznajomionego znaśzem i dziejami.
Przedstawienie co do ogólnego wrażenia było do
bre : artyści zadawali sobie wszelką pracę aby tak
długo na scenie niewidziany dramat w korzystnein
świetle wystawić. Przedewszystkiem zasługuje na naj
wyższe pochwały pan Smochowski (Przemysław). A r
tysta ten jest dziś jedną z najpierwszych ozdób pol
skiej sceny. Charakter Ryxy oddała dobrze panna
Teofila Cenecka: uiektóre zwłaszcza rzuty znamiono
wały w niej dokładne pojęcie swojej roli. Ludgardasama, była słabo przez młodszą pannę Cenecfcę od
dana. Godziłoby się (śmiemy tu z wszelkim wzglę
dem zrobić tę uwagę dyrekcii teatru) iżby początku
jące artystki nie obarczano w pierwszych wystąpie
niach rolami nad siły ; ale raczej oswajano ich stopnio
wo z dramatycznym zawodem występowaniem w ro
lach łatwych i podrzędnych. Godna jest także za
szczytnego spomnienia gra pana Nowakowskiego któ
ry talentem swym pokrywał jak mógł nijakość za
kreślonej mu roli.
DRUKIEM PIOTRA PILI,ERA.
>;
V
V
< /
A
\
\
\
V
\
X
\
/A
>
\
/
\
\
/
\
\
i
\
/
\
\
\
\
\
\ /
v
X
/ X
/
\
/
\
/
\
\
V
/
/\
/
t
\ X
I
/
X
/ 1
/
/
\
A
I
L
J
\
\
\
\
J\
A
M Jr
\
DZIENNIK HOD P łD Y S K IC Ł
Lwów, 3$ marca 1845.
Bok szósty.
W y c h o d z i co d r u g a s o b o ta re g u la rn ie ; d o k a ż d e g o nu m eru d o łą c z o n ą j e s t r y c in a m ód p a r y s k ic h z d o k ła d n y m opisem . K o s z tu je
w m iejscu p ó łr o c z n ie 5 z ł r . 15 k r . ; c a ło r o c z n ie 1 0 z ł r . m. k . ; na p r o w in c ii d o lic z a s ię p r z e s y łk a p o c z to w a do cen p o w y ż s z y c h
p ó łr o c z n ie 48 k r. m . k . P r e n u m e r o w a ć m o żn a w e w s z y s tk ic h u r z ę d a c h p o c zto w y c h , tu d z ie ż w r e d a k c ii p o d nrem 3 0 1 .; w e L w o ic ie .
M
O
D
Y
.
axamitnemi; rękawy podwójne; jedne obcisłe, drugie
szerokie, od środka ręki otwarte, także axamitem wy
P 1845. kładane.
Stroje damskie. Niewielka dotąd zaszła
Strój głowy po największej części stanowią wło
w strojach odmiana dla ciągle trwającego zimna, do sy dość wysoko zczesywane i grzebykiem podpięte:
piero gdy nastąpią pierwsze dnie ciepła wiosennego, mieszają też we włosy girlandy z liści i kwiatów, tak
znaczną ujrzymy różnice tak w kobiecych jak i mę że perły lub łańcuchy złote.
skich strojach •, nieomieszkujemy jednak opisać tym
Czepeczki prawie wszystkie są z denkam i; naj
czasem wszystko cokolwiek warte jest wspomnienia. nowsze są te których denka są w kształcie chuste
Z sukien najmodniejsze s ą : tarlatanow a o dwóch czek w tył spadających. Czepeczki muszlinowe bar
spódnicach, z których pierwsza ma nad obrąbkiem dzo są używ ane; również czepeczki tak zwane
szeroki szlak haftowany; druga spódnica dochodzi paysanne ubierane bardzo wązkiemi
wstążeczkami.
o
c
do szlaka pierwszej i także jest haftowaną wkoło,
iTkapeluszów zauważaliśmy następujące: axamitny
gdyż dodać należy że spódnica wierzchnia powinna koloru fiołkowego, takim samym ubrany axamitem,
być z przodu o tw artą; stanik gładki, mocno wycięty, korunką obszyty, i bukietem znaslurcij przystrojony;
z bertą korunkową o dwóch rzędach szlarek, i fonta- i felpowy koloru błękitnego z piórem, i blondynami
ziami z atłasowych wstążek u b ra n ą; na głowie wie obszywany, także kapotka z różowej krepy, z girlan
niec z liści, mocno na czoło nasunięty.
dą z białych kwiatów.
Druga suknia z niebieskiego bareżu w pasy atła
Stroje męskie. Do osobliwości w modach
sowe, której spódnica trzema szerokieini falbanami męskich należą spodnie, których krój jest niezmier
u b ra n a ; stanik mocno wycięty, z bertą składającą się nie szeroki tak że u dołu zakrywają prawie całą sto
z pięciu ukosów bareżowych; do tej sukni strój gło pę ; mimo to jednak u kolan są ważkie a to tak że
wy powinien być z błękitnego axamitu.
w czasie prędkiego chodu, wydają się zdaleka podo
Suknia z materii jedwabnej koloru perłowego, ze bne do kołyszących się dzwonów. Niemożna pochwa
stanikiem wyciętym i mocno kończastym, z szeroką, lić gustu tego lecz skoro zostanie powszechnie przy
u przodu otwartą spódnicą, pod którą druga z tej jęty nieomieszkamy dać wzór takich spodni na rycinie.
samej materii być pow inna; stanik i rękawy ubrane
Szczegółowy opis innych strojów odkładamy aż
korunkami, między które i wstążki koloru ponsowego do zbliżenia się wiosny. Wsporaniemy tu tylko że
są wmieszane; obydwa końce otwartej spódnicy fon- strojem zwyczajnym dla dzieci jest paletot axamitny
taziami z podobnej wstążki są przypięte, a brzegi je z szerokiemi i rozciętemi rękawami, bez kołnierza
den z drugim takąż także wstążką zesznurowane. zapinający się na pętlice. Innym znowu strojem dla
Strój głowy z ponsowego axamitu z białem piórem. dzieci jest połonezka obłożona futrem i taśmami la
Także suknia z materii jedwabnej w cienie zielone, mowana.
ubrana fartuszkam i z ukosów obszywanych czarnemi
R y c i n a p r z e d s t a w i a : suknię jedwabną fręzlakorunkam i; stanik gładki, wysoko zachodzący, otwar mi obszytą, na głowie ubiorek. Drugi szlafroczek jed
ty w przodzie przez całą swą dłngość, z wyłogami wabny z otwartym stanikiem, kapelusz axamitny.
5#
Trzeci szlafroczek z klapami, axamitną taśmą obszy
ty, kapotka jedwabna. Czwarta polonezka z potrze
bami. Piąty frak do przechadzki z dlagim stanem
i okrągłemi połami.
nadwornego lekarza Piotra Bajera do użycia przeciw
długoletnim bolom w nodze. Odtąd Karlsbad staje się
rok w rok w letnich miesiącach stolicą wielkiego świa
ta, kalejdoskopem rozlicznych osób i zdarzeń.
W pędzie zatrzym ał się diliżans przed pocztą, i
po jednemu z pośpiechem wysuwamy się z pojazdu,
aby komu z przechodzących nie zprezentować naszych
§K H 1€
Z POBYTU W KARLSBADZIE S MARIENBADZIE zapylonych twarzy, bezładnych strojów, a ja mej rozmierzwionąj, odkrytej głowy. Szczęściem że jeszcze
PR ZEZ
w mieście pusto i tylko szum jednostąjny wytryskuA D A M A K ł.O B U K O W S K I E G O ,
jącego że tak rzekę wulkanu wody, łamie się dalekiem
0 drugiej z południa pożegnałem majestatyczną echem. Pary rozwijające się z tego mokrego krateru
Pragą.... Rozmowa towarzystwa podróżnego w poczto wiszą jak płótno namiotu nad sianem z granitu ło
wej karecie, ożywiona w pierwszych chwilach pozna żem Tepeli. Gdzieniegdzie błyśnie otwierające się okno
nia,1 zwolna cichnąć
i rwać siea zaczęła.
Brązowe
lub zgrzytnie klucz w bramie domu, z którego wysu
G
c
G
chmury zwęziły widokrąg i grzmot coraz bliższy głu wa się żólto-błada twarz pilnego pacienta. Skromny
szył nasze słowa. Przykra, górzysta podróż przy jego ubiór świadczy, że nienależy do wielkiego świa
ciągiem zbaczaniu na bezdroża z nowego gościńca, ta, który się lęka chłodu wschodzącej jutrzenki. Ale
zaledwo kawałkami wykończonego, rozlała wyraz o- w krotce samotne z różnych stron ukazujące się po
bojętności na twarzach moich sąsiadów. Wkrótce zni stacie zrastają się w małe grona, zawięzuje się prędka
kła burza i drzemanie jakby zaraźliwe jęło w takt znajomość, bo jeden cel pobratnił wszystkich. I ruch
ruchów pojazdu karambolować naszemi głowy. Wtem coraz większy, rozmaitość coraz jaskraw sza! Otwar
uderzyły kola o wał murowanej na wysokość kilku to wreszcie kratę strzegącą przystępu do Szprudla i
piątr drogi, wijącej się pierścieniami węża, dla zró sto rąk wyciągnęło się podając kubki, które wpra
wnoważenia stromej pochyłości ku dolinie, i wszystkich wna Hebe machinalnie napełnia i zwraca.
niby na komendę podrzuciło o ćwierć łokcia, a czapki
Natychmiast zmienia się obraz. Jedni ustępują aby
nasze jak ptaki wypuszczone na wolność mignęły w powoli wychylić zbawienny napój; inni uradowani
spuszczonych oknach karety. Jaki taki naczas jeszcze sposobnością przeciśnienia się torein odchodzących,
posiągnął za zbiegiem ulatującym błyskawicą, ale ja dobijają się o łaskę pierwszeństwa, inni znow rozgrza
mniej byłem szczęśliwy, i moja axamitna, ukochana ni już ognistym warem przebiegają wonne ulice przy
fezka wiarołomnie wolała odpocząć w pyle i bóg wie ległego kwietnika, albo dążą do innych źródeł, aby
komu potem służyć, niż dalsze harce odbywać na mo /.kombinowaną mieszaniną ich płynu dopić się jak
jej głowie.... Konie pędziły wytężonym kłusem, turkot najrychlej zdrowia. Wtem z trzaskiem roztwierają się
kół tłumił wszelkie wołanie o pogoń, i zaledwo mia podwoje licznych sklepów i najpiękniejsze utwory mo
łem czas wyrzec słowami Hamleta: Adieu,
dy malują się różnowzorym blaskiem. Tu lśnią kolo
member
m e !kiedy jeden z mych towarzyszów' rem
prze
tęczy jubilerskie wyroby, tam / dźwiękiem rozwie
tarłszy oczy, jak majtek kiedy ląd zobaczy, głosem szone mienią się materie jedwabne, owdzie skład dro
gich korunek, dalej arcydzieła stolarskiej roboty, tu
tryumfu zaw ołał: otoż jesteśm y u celu.
Wychyliłem się z karety... nocny szafir lipcowego porcelanowe zastawy, tam bazar wykwintnych strojów.
nieba wyzłacał się na wschodzie cieniami barw od A wszystko piękne, wszystko świeże, coś widział
bladego tła róży aż do fioletu. U stóp naszych drze wczoraj już dziś nie ujrzysz, bo tylko nowość dogo
mała wklęsła, długa dolina przekreślona białą wstę dzi motylim gustom.
gą rzeki w objęciu zasłaniających ją gór, w głębi ry
Szósta uderzyła na wierzy. Orkiestra Labickiego,
sują się sznurem ulice niewielkiego miasta. To łaźnia najśmielszego z współzawodników S trausa i Lannera
europejska, ulubiony Karlsbad.... Nad mostem, ster w dwa oddziały rozkrojona, rozwesela posępne cier
czy jak wielkie godło szmat skały, który miejscu te piących twarze czarującą swą harmonią, i nie jedne
mu nadał imię i wziętość. Ztąd w czasie łowów Karo piękne nóżki podleciałyby może porwane wirem rosla czwartego w rokn 1358, rzucił się w pogoń za je kosznego walca, gdyby surowa powaga nie była go
leniem jego pies, i przeraźliwem wyciem topiąc się w dłem zgromadzonego towarzystwa. Ale zato wesel
wrzącym ukropie, przywabił myśliwców, którzy ujrzeli sze wiążą się rozmowy, tu i owdzie wdzięczny uśmiech
bijące źródło, przeznaczone później cesarzowi przez przeleci po ustach, tłum cudzoziemskich, różnonaro-
51
dowych wyrazów coraz głośniej rozbrzmiewa, aby
■wyróść nad dźwięki m uzyki; to istna wieża Babel..’
tu poważny Anglik w dłogim wiszącym stroju syczą
cą urywaną swoją wymową ociera się o pełne, grube
brzmienie tureckiego narzecza, tam zwinny Francuz
melodią wysłowienia odbija od rubasznego dźwięku
węgierskiego języka, tu Włoch zagłusza pieszczonem
echem zdrobniałych swoich słówek, owdzie dumny
H iszpan, tam Grek o pięknem licu, tu ogorzały Arab,
tu znów bogaty Amerykanin, każdy swoją przemamia
mową, każdy rad jeżeli posłyszy z ust ziomka znane
sobie od kolebki dźwięki. Grupy plączą się, rozwikła
ją , zrastają i łamią w miarę czasu, który rozkazują
cą skazówką zegara odwołuje niekiedy od najinteresowniejszej pogadanki do zbawczego źródła. Wtem
ukazuje się jakiś mężczyzna, młody jeszcze i przy
stojny, i zewsząd odbiera powitania, ten najbliżej do
niego doszedłszy przemawia słów kilka, i odpowiedzią
zadowolniony odchodzi, inny znów przeciska się przez
coraz bardziej powiększający się tłum, podczas gdy
piękna, młoda dama podaje tamtemu rękę, i trafnie
opierając się na jego ramieniu, coś niby do ucha szep
ce, że aż zazdrość na ten widok bierze. To jeden
z kąpielnych lekarzy najbardziej poszukiwany, bo
piękny i najlepiej umiejący rozwiązywać wielkie pro
bierca, ile kto szklanek i z jakiego źródła pić powi
nien. A to nie błahe zadanie... zdaje się że kilka kro
pel codziennie nad potrzebę i siłę natury człowieka
użytych, jak piorun zabić mogą potęgą burzy, którą
w krwi rozniecą. Słońce zaczyna już nieco skwarniej
dogrzewać i większa połowa pijących wody przenosi
się na niedaleką ulicę Wizę, ażeby używszy potrze
bnej przechadzki spotkać się z pożądaną kawą i nieocenionemi kipflami. Przy źródłach widać już tylko
obrazy antypodycznych ostateczności, albo żółto-woskowe twarze zadawniałych śledzienników, którzy nie
mogli jeszcze wychylić licznie przepisanych kubków,
albo choże, różowe lica pięknych dam, które tylko
dla towarzystwa mężów lub krewnych przybywszy w to
miejsce, po smacznie przespanym poranku zarzuci
wszy na siebie uroczy negliż, wychodzą aby obudzić
podziwienie młodzieży znakomitszej również w tym
celu i o tej porze tu przebywającej. Tu powstają projekta na resztę dnia, jedni zamierzają przejażdżkę do
Hamer dla zwidzenia fabryki porcelany i nasycenia
się dalej widokiem dziwacznych kształtów skały HansHeiling, gdzie ich czeka bajeczne podanie o tegoż imie
n ia pasterzu, którego upodobawszy sobie nimfa wy
brała za męża i wielkie skarby przyniosła w posagu.
Ale bogactwo przesyca, brak troski wykarmia melan
cholią i nasz pasterz chociaż wszystkiego używał jak
w raju, coś go jednak wewnątrz dręczyło bo był mil.
czący, posępny.... Często zbiegał w odległą dolinę, po
całych duiaeh tam przebywał, nadziemska małżonka
myślała że się za zwierzyną zapędza, a on tam od
wiedzał kochankę, rów nie śmiertelną jak sam, cudnych
wdzięków pasterkę. Nareszcie aby zupełnie związki
z nimfą zerwać postanowił się z pasterką ożenić.
Sprosił liczne grono z sąsiedztwa, ale nim jeszcze
obrządek się zaczął, nim narzeczeni wiecznym się
skojarzyli węzłem, nimfa chciwa zemsty za zdradzo
ną wiarę małżeńską, w mgnieniu oka całą grupę prze
mieniła w głazy.... Ale tu o podania podobne nie tr u
dno, gdziekolwiek ujrzysz ślady gruzów przyrosła do
nich bez wątpienia dziwna powiastka ich dziejów,
która przechodząc przez usta całych wieków niestraciła jednak piętna swej cudowności.
Inni z kąpielnych gości wybierają się do Elbogen,
aby zwidzie po drodze piękną okolicę i ujrzeć w zam
ku tamtejszym kamień m eteoryczny; ci przedsiębiorą
wycieczkę do Joachimsthal, tamci do Altrohlan, a naj
większa część przestaje na bliższych, równie miłych,
równie interesujących przechadzkach. Tu napotyka
się co chwila jakąś pamiątkę wielkości, wdzięków,
talentu, a czasem tylko bogactwa, które uezczono po
mnikiem; tu widać plac Fryderyka Wilchelma, tam
ulubioną ławkę Razumowskiej, owdzie skałę Parnasu,
dalej spoczynek poety, z kąd nieśmiertelny Góthe n a
pawał się czarującym widokiem, tam znów wznosi się
świątynia Lorda Findlater, gdzieindziej wzgórek przy
jaźni, aż dojdziesz w końcu do zwykłego wszystkich
przechadzających się portu, ładnego Posthofu, gdzie
wdzięczny ogródek, obfity cień, zachwycająca muzyka
i wyborna restauracja i kawiarnia zadowalniąją wszys
tkie potrzeby przybywających. Tu przesuwają się jak
w czarnosięskiej latarni najwybitniejsze odcienia ży
cia karlsbadzkiego. Ranniejsza przy źródłach popu
larność przybiera tutaj ostrzejszy zarys towarzyskie
go przedziału, tu wszyscy są razem, a jednak każdy
otacza się nimbem swej kasty, każdy albo przycho
dzi w' swojem albo szuka swego towarzystwa. Godzi
na szósta lub siódma popołudniejsza je st tu hasłem
schadzki dla wszystkich, tu nowoprzybyły odnawia
lub robi świeże znajomości. Kawy, herbaty, czokolady pięć, dziesięć porcij, zewsząd rozlegają się głosy,
i w okamgnieniu każdy jest obsłużony....
— Czy nie raczysz pan napić się z nami kawy ?
zagadnął mnie poczciwy ziomek z Opoczyńskiego po
dając mi filiżankę. — Przepraszam , nie miałem za
szczytu być panu przedstawionym. — Niema czasu,
niema czasu! pierwej się zabawmy, a potem się po
znamy. Cały powód znajomości był że mówiłem z zna-
jomemi mu damami. Ale nie wszyscy tak są do zna
jomości skwapliwi. Spojrzyj na tego Lorda w krótkim
półfraczku z szerokim aż do uszów kołnierzem, ktoś
do niego przemówił, ukłonem i śmiechem się przymilił, a on zimno spojrzał i nic nie odrzekł. Gdziein
dziej usiadło kilka osób około stolika, ozdobnego
piękną herbacianą zastawą; o kilka kroków obok umieściło się inne towarzystwo ich rodaków, dźwięki
jednego języka mieszają się z sobą znają się nawet
osobiście, ale jakaś siła uprzedzeń wzbrania im na
wzajem zbliżyć się do siebie. Jedni nie dbają, dru
dzy nie chcą, bo mógłby w tenczas ktoś nadejść z wiel
kich osób, i ujrzeć nie historyczną mieszaninę. Ale
poco zajmować się badaniem towarzystw, piękne wi
doki, świeże powietrze i muzyka lepiej ducha do ra
dości nastroić mogą, a tu wesołość pierwszym jest
warunkiem.
Przypatrzmy się oto jak liczna kara
wana złożona z dam na osiołkach i obok postępują
cych kawalerów, drapie się na szczyt czarującego
Hirszbergu, aby z pięknej gloriety umieszczonej w
miejscu skoku jeleniego, rozeprzećsię okiem nad podnóżną okolicą, nad miastem, którego domy możnaby
ztamtąd policzyć, nad białą wodą Tepeli, która jak
by wstążeczką przewiązuje dolinę. Z wysokości ska
ły wydaje się cala panorama okolicy, jakby stos za
bawek dziecinnych. A jednak tak błogo, tak dumnie
ztamtąd się spogląda, nasza wielkość zda się nam
stopniowaną o całą miarę zdrobniałości ziemskich
przedmiotów, a wyobraźnia tak ochoczo tworzy sce
ny jakie się tu od kilku wieków przesunąć mogły.
Taki zbiór osób różnych narodów, różnych usposo
bień i uczuć, tyle obudzonych wrażeń, jakież to pole
dla poety, dlapowieściopisarza, dla psychologa!... Ale
we wśzystkiein są odcienia, a największe w wraże
niach ludzkich, co jednego zachwyca, drugi na to
zimnem spoziera okiem. — Jakże znajdujesz lubciu!
widok z tej gloriety na miasto ? zapytała hrabina po
wierzoną swej opiece w czasie spaceru ładną szesna
stoletnią blondynkę? — Nic osobliwego; jabym wola
ła tańcować. — To dowodzi moje serce! odrzekła
dowcipna hrabina że promień naszych uczuć wstecz
ny obrał kierunek, ja mam uczucie w oku, a ty w
nogach. — W powrocie z gloriety osiołek pięknej
blondynki, jakżeby stosując się do jej tańczących usposobień, ciągłe wyprawiał harce, a obok idący ka
waler całej mocy musiał używać, aby go powstrzy
mać od zbiegania się. Z resztą spuszczono się w do
linę do sali przyjaźni
rsuF
den( gdzie po
trzebny spoczynek, i orzeźwiająca kawa czekała na
całą jezdną karawanę. Dalsza przechadzka odbyła się
W zupełnie niezamąconym porządku, osiołki poprze
stały swoich wybryków, piękne panie ośmielone za
padającym zmrokiem głośniej i weselej zaczęły prze
mawiać i ztąd wyrósł projekt, odwidzenia bez wy
jątku publicznego balu, który w tym dniu był zapo
wiedziany. Huczna orkiestra porwała melodią wal
ca wirujące pary, wielkie koło stanowiło niemal je
den nieprzerwany łańcuch, którego ogniwa jednostaj
nym obrotem z każdej strony przedstawiały się wi
dzom. Pilnie upatrywali nie tańcujący mężczyźni pię
knych twarzyczek w walcowem kole, ten na tę, tamten
na ową natrafił, gusta niezgadzały się, bo też i wdzię
ki nie były klasyczne. W tern otwarły się drzwi sali
i weszły dwie damy, jedna wiekiem dojrzalsza, lecz
piękna jeszcze, okazała postacią; tuż obok niej mło
da, jasnowłosa z niebieskiem okiem dziewica, cudna
jak Wenus medycejska. Jakaś niebiańska łagodność,
jakiś wyraz niezmysłowego wdzięku wybił się na jej
obliczu. Młodzież hurmem cisnęła się w ślady czaru
jącej cudzoziemki, wszystkie oczy były na nią jedy
nie zwrócone. Krótko zabawiła w sali, a za nią wielka
cześć zgromadzenia opuściła bal, jedni niechcąc po
zajściu gwiazdy, patrzeć na płomyki kaganków, bo
takiemi wydawały się przy niej jej rówiennice, inni
chcąc dotrzeć do mieszkania pięknej nieznajomej, dla
niestracenia tropu, o podał postępowali, tworząc pla
ny jakim wybiegiem będą mogli dowiedzieć się kto
jest i zkąd przybyła. Ale ktoż opisze przyjemną
niespodziankę, gdy nazajutrz przy wspólnem stole uj
rzeliśmy obiedwie damy. Do zajmującej powierzcho
wności łączyły wdzięki umysłu. Przy osobnym stole
siedział samotny o kilka kroków, trzydziesto kilkoletni mężczyzna, oko jego w piękną cudzoziemkę wy
tężone jak w tęczę zdało się być głazowo nierucho
me. Odtąd codziennie jak posąg do miejsca swego
przymurowany, wpijał się wzrokiem w lica swojej uwielbionej. To jego ciągłe bezczynne siedzenie przy
stole, ilekroć nieznajoma się pojawiła, wzbudziło ogóluą uwagę i chęć dowiedzenia się istotnej przyczy
ny. Dowcipna dziewczyna usługująca do stołu zaspo
koiła naszą ciekawość, wkradłszy się zręcznie w za
ufanie. Wielbiciel platonik był to mieszkaniec o mil
kilka odległego miasteczka, codziennie przybywał w
obiadowej godzinie i najmował za drogą cenę stolik,
niekażąe sobie podawać potraw, by to nieprzeszkadzało jego wpatrywaniu się. Jedynym pośrednikiem
miłości miała być posługująca dziewczyna, którą opłacał za to żeby jego ubóstwionej wspominała o nim,
z czego sowicie umiała korzystać. Dowiedziawszy się
o tern stołowe grono chciało mu ułatwić zbliżenie, ale
on niechciał wystąpić ze sfery swej platoniczności. Po
niejakim czasie lekarze kazali pięknej cudzoziemce u -
33
dać sie do Marienbadu. Wielka część męskiego to
warzystwa przeniosła się tamże, jedni również z ro
zkazu lekarzy, inni dla przepędzenia czasu, inni znów
dla zwidzenia tylko. Ostatnich było najwięcej. Pe
wnego dnia cale znajome towarzystwo Karlsbadu uj
rzało się w jednej z marienbadzkich restauracij. Pię
kna cudzoziemka siedziała wraz z swą matką przy
gościnnym stole, a kilka kroków7 naprzeciwko znowu
wielbiciel platonik, w postaci tyiekroć juz widzianej,
nieruchomy, z oczami skierowanemi w luby przedmiot.
Jak i koniec wzięła taka miłość? niewiem.... żałowa
no jednak ogólnie biednego adonisa....
A ludzie przed tobą zmaleją jak pył,
I spojrzeć w twe oko nie będą mieć sił,
I serca pokruszą i padną ci twarzą
I może choć we snach o cnocie zamarzą.
O ! skromny mój kwiatku, nad połysk i dzień
Potulne przenosisz zacisze i cień,
Lecz gdy cię osłoni noc skrzydłem swem cichem,
Ku gwiazdom, ku niebu woniejesz kielichem,
0 ! gdybym mógł kiedy z podniebnych mych jazd
Przechować dla ciebie niebieskich siedm gwiazd,
Ich wieńcem ubrałbym skroń twoją tak białą,
Ich blaskiem, promieniem spowiłbym cię całą.
1 sarka i p y sz y się grzeszny już lud,
D o k o ń c z e n i e n as tą pi,
I gdyby pan w gniewie chciał zniszczyć nasz ród,
Potopem żelazne chciał ugiąć nam karki
Dla ciebie by jednej otworzył drzwi arki.
II kuć żal niew ieści!
Rzuć żal niewieści, zwiej wdowią łzę,
Poprzestań tęsknić do zeszłych lat,
Próżno zatruwasz pielgrzymkę twę,
Smutki nie w skrze sz ą minionych strat.
Co raz przeszłości zaległo grób
Nad tem rozbratu krzyż św ię ty zrób!
Miło nam wspomnieć młodości szał,
Boskich widziadeł czarowne sny,
Anioła stróża co każdy miał,
Co mu dziecinne ocierał ł z y ;
Dziś gdy śród życia w ś liz n ął się w ą ż
Zdeptać go siłą powinien mąż.
Od czoła twojego rozjaśnia sięjm rok,
J a chory na duszy gdy spotkam twój wzrok
Choć gorycz okrzywia mi serce i wargi
To szepcę modlitwie miast k lątw y i skargi.
Przed nami i dla nas odmiennych dwie dróg,
T w ą ścieżkę do nieba w y g ła d ził ci bóg,
Ty w kółku rodzinnem, w zakątku, śród ciszy,
On jeden myśl twoją i duszę u słysz y .
A śpiewak dla ludu, szalony brat twój,
Popędzi po śwlecie na burzę na bój.
Poszarpią go żądze, pokrwawią go ciernie,
O ! siostro, w pacierzu wspominaj go wiernie.
Jeśli mnie, młodego, grób zimny i głaz
Młodość kwitnąca nie długo trwa,
Zwiędnie, opadnie jak drzewa kwiat,
To wyobraźni półsennej gra
Raz nam po męzku trza wstąpić w ś w i a t ;
Z kwiatu się owoc rodzi śród drzew
Młodość to równie p rz yszłyc h lat siew.
Rzuć żal niewieści, zwiej z oka łzę,
Przestań młodzieńczych żałować strat;
A męża siłą uzbrój pierś twę,
Prz e d tobą pasmo przyszłych twych lat.
Co raz przeszłości zaległo grób,
Nad tem rozbratu krzyż św ięty zrób,
jDnia 14. grudnia 1843.
R a d o sła w z R ......
J»a Karoliny W**
Mój cichy aniele! domowy zejdź próg,
Nie czeka cię orszak klaskaczy i sług,
Li śpiewak nieznany obsypie cię kwiatem
I piosnką pasterzy oznajmi przed światem.
Przed naszą sw aw o lą odwrócił się bóg,
Mój cichy aniele! domowy zedjź próg.
I pośród nas grzesznych stań czysta i dumna
Ja k wieków minionych odkryta kolumna.
Oderwie od czynu, od pieśni, od was,
To może pan sądu umieści mnie w niebie
Bom ciebie czcił tutaj i siostrą miał ciebie.
Dnia 17 stycznia 1845.
K orn el Ujejski.
Fawłokokeiztu w Anglii.
Uwagi napisane przez Kokeja.
Skoro kto pomyśli o literaturze francuskiej wnet
stawa przed nim straszliwa fantasmagoria odrażających przedmiotów, morderstw, kazirodztw, ojcobójstw
i wszystkich postaci zbrodni jakie tylko zgroza poj§ć
a wyobraźnia wymyśleć mogła. Widzi on wszystkie
usiłowania prassy drukarskiej pełnej energii i talen
tu, skierowane przeciw temu wszystkiemu co dotąd uważane było za palladium towarzyskiego porządku i
szczęśliwości domowego pożycia... instytucia mał
żeństwa okrzyczana i bez fapelacii potępiana, jako
główna przyczyna wszelakiej niedoli socialnego sta
nu: i rzecz dziwna że w tej antimatrymonialnej kruciacie najostrzejsze miecze, najpotężniejsze lance
dźwigane są dłonią kobiet. Takie kobiety przyjmowane
hywąją w najwykwintniejszych towarzystwach ; żony
i córki uczciwych obywateli zaprzyjaźniają się z nie
mi, a ich pisma rozgłaszane po dziennikach bez ża
dnej przestrogi na szkodliwość ich zasad, i owszem
z takiemi pochwałami jakie niegdyś udzielane były
jedynie dziełom geniuszu i cnoty. Smak publiczności
angielskiej widocznie zaraził się gorączką Francuzów
i zepsuł niepospolicie w przeciągu lat kilku; a po
pularność ta najlepsza wskazówka gustów publiczno
ści, jeżeli nie zasług pisarza, dostaje się tym dzie
łom które są najgłówniejszym magazynem zbrodni i
hultajstwa. Za pomocą jakiejś demonicznej potęgi,
chorobliwej energii, potrafili pisarze dzisiejsi rzucić
cień interesujący na rzezimieszków i rabusiów. Gdy
by jeszcze to czułe zainteresowanie się niemi wypły
wało z naturalnej, godziwej przyczyny jako wykazują
cej nam namiętności ludzkie pod rozmaitemi wpływa
mi okoliczności i charakterem działającego indywidu
um; gdyby ono pochodziło z rozwinięcia realnego, ży
jącego, myślącego, działającego i cierpiącego serca
człowieka, wtedy dziwilibyśmy się tylko nad dzi'
wactwem autora, który wybrał sobie podobny przed
miot, lecz gotowi bylibyśmy przyznać, iż on rozprze
strzenił granice naszej wiedzy, i potrafił dać nam uczuć,
nam nawet którzy nie myślimy ciągnąć korzyści z tych
pięknych przykładów jak to czynią kawalerowie prze
mysłowi we Francii, że będąc ludźmi sympatyzujemy
ze wszystkimi, nawet i najlichszymi najprzewrotniejszymi z naszego rodu. Lecz owo zainteresowanie j a
kie podobne dzieła obudzają, nie pochodzi wcale z tak
godziwego źró d ła; nie z rozwinięcia wspólnej nam
natury, lecz z utworzenia jakiejś nowej dotąd nam
nieznanej; z krzyczących sprzeczności, nie dwóch
odrębnych charakterów ale jednego: czułość i wspa
niałość na jednej stronnicy; srogość morderstwa na
drugiej. Lecz chociaż nasze angielskie gusta, zepsu
ły się już aż do tolerowania lub nawet wielbienia tych
sztucznie spisanych regestrów okrucieństw i zbrodni
które dziś co dzień wychodzą z druku; nasza angiel
ska moralność cofnęłaby się z przerażeniem przed tą
rozmyślną przewrotnością która stanowi główną ce
chę dzisiejszej francuzkiej szkoły romansów. Same
nawet przedmioty obierane do powieści przez naj
znamienitszych u nich pisarzy płci żeńskiej, skazują
stan uczucia w autorze stokroć bardziej odrażający
dla oczu naszych, niżeli najkrwawsze najobrzydliwsze
sceny Newgatu *) opisane z całą szorstką prostotą
przez kronikarzy naszych. Przytoczymy kilka próbek:
Kobieta zamężna, heroina, wysoko urodzona, świetnie
*3 Newgat# w ięzienie Kryminalistów.
wychowana, pełna wykształcenia, talentów, jaśnieją
ca urodą, ma za bohatyra podłego zbrodniarza któ
ry uciekł z galerów. Nie ma żadnej wzmianki o je g a
zbrodniach; nie jesteśmy powołani ścigać go w jego
przestępstwach lub patrzeć jak podrzyna komu g a r
dło w sposób przemyślny naszych krajowych hultajów. Jest on filozofem, nauczycielem, przewodnikiem.
Celem jego wystąpienia jest okazanie niegodziwości
praw ludzkich; celem jej wystąpienia jest okazanie
niedorzeczności instytucji małżeństwa. Coś podobne
go nigdyby w Anglii tolerowanem niezostalo. Gdzie
indziej widzimy znowu kobietę zamężną; bo gdy u nas
najtkliw sza sympatia towarzyszy młodej parze przy
wstąpieniu do świątyni pańskiej; we Francii przeci
wnie ta sympatia poczyna się dopiero od chwili gdy
nowozaślubieni opuszczają progi kościoła: otóż ta
mężatka będąc jeszcze dzieckiem, została przez ro
dziców przeznaczoną dla człowieka równego jej uro
dzeniem; w pięć lub sześć lat potem, niewyleczony
idiotyzm napada narzeczonego; lecz to nieprzeszkadza do małżeństwa które następuje gdy heroina ma
lat ośmnaście; mąż jest zawsze jeszcze niedołężnem
dzieckiem, gdyż umysł jego ani na krok nie postą
pił, chociaż jego fizyczna budowa doszła do dojrza
łości; niczyja wyobraźnia wymyśleć sobie nie zdoła
nic bardziej odrażającego jak opis stanu żony idiota,
jej zgrozę dla męża a ztąd namiętność dla kochanka.
Najtkliwsze sceny pomiędzy kochankami przerywane
są przez obrzydliwego reprezentanta małżeństwa, głupowatego męża, który podnosi z sofy swoje skrzy
wione i zaślinione oblicze i przejmuje nieszczęśliwą
swą żonę świętym przestrachem uroczystych obowiąz
ków małżeńskiego stanu.
Indziej znowu postrzegamy pięćdziesiątletniego
dandysa, którego skłonność dla pupilli swojej czekała
z wybuchnięciem w gwałtowny płomień miłości, aż
do chwili w której taż pupilla oddala swą rękę inne
mu. Jest on zawsze troskliwym dla niej opiekunem,
i strzeże jej silnie przeciw nadskakiwaniom drugich;
bo zazdrość jest zawsze chwalebną w każdym męż
czyźnie, tylko w mężu śmieszna i niedarowana. Mąż
w tym przypadku występuje znowu jako przedziwna
próbka nieszczęśliwych skutków związku na całe ży
cie ; jest on wielomownym, przysadnym, politycznym,
ekonomistą sowicie ograniczonym, i niepoślednie z a
rozumiałym; przesadzony typ dyplomaty z Hume-Bowring, kocha on siebie przedewszystkiem a żona
niego sprzęt domowy, ztąd naturalnie wynika obu
dzenie sympatii naszej dla tej zaniedbanej nieszczę
śliwej żony i cieszymy się widząc że jej piękność i
talenta, delikatne jej uczucia i czyste pomysły są n a -
55
koniec ocenione przez młodego eleganta arcy pięknych
przymiotów, któremu udało się podejść i naszego ory
ginalnego przyjaciela, pięćdziesiątletniego dandysa i
pana męża, napuszczonego filozofa; całość zostawujyca miłe wrażenie na umyśle czytelnika, a to z po
wodu tego przekonania, że heroina nie jest ju ż więcej
zaniedbany i zapoznawany.
Ciąg da lszy nastąpi.
T E A T R.
go od śmierci ratować? ani nam odkrył łamanie się
ciekawe owoczesnych stronnictw, ni też zajął zawikłaniem intrygi jakiej, posłużył na to tylko, aby ciygłemi strzałam i powstrzęsać nerwy pań naszych. Nie
będziemy się nawet w dalszy rozbiór tych sztuk wda
wać, bo i nie warto, i trudnoby przyszło niebędyc
wtajemniczonym w myśli autorów, rozwikłać jasno te
labirynta dramatyczne. Tak w jednej jak i w drugiej
sztuce pan S m o c h o w s k i główny miał role, i g r a ł
jak w nich można było najlepiej; jakoż musimy prawdę
wyznać, że on jeden może, który nie spuszczając się
tylko na rolę większe i wybitniejsze, lichsze nawet
role, jeżeli mu się te dostaną, sumiennie stara się
oddać w jak najlepszem świetle. W M e r y n i e pan
Z e n o p o l s k i odegrał N u g u e z a , jako żebraka, w
pierwszym akcie z wielką prawda i naturalnością; j a
ko G e r i l a s w aktach późniejszych był już więcej
wym uszony; gra jego była niejednostajną, jakby pró
bował która lepsza; ztemwszystkiem należy on niezaprzeczenie do artystów znakomitych. I inne główne
role oddane były należycie, prócz strzelb i pistolotów
które nieraz zawTodziły, co znowu przywodzi nam na
myśl uwagę, który nasz artykuł kończymy, że arty
sta, który ma zwykle rok prawie czy pół roku czasu,
do wyszukania sobie benefisowej sztuki, od której oczywiście spodziewamy się czegoś więcej niż od innego
przedstawienia, jeżeli nie znajdzie nowego arcydzieła,
boć te na drodze nie rosną, zam iast zawodzenia pu
bliczności szumnym tytułem, niechby lepiej powtórzył
sztukę choć znajome, którejby wartość już uznany
była.
Szereg przedwielkanoenych przedstawień polskich
zakończyły dwa przedstawienia benefisowe, to je s t:
Z y d w i e c z n y t u ł a c z , Klingemana, dany dnia
b. m. na dochód pana D a w i s o n a , który w niej
główny ż y d a odegrał rolę, i M e r y n o w ó d z Ger i l a s ó w , składkowy utwór francuski, odegrany dnia
14 b. m. na dochód pana Z e n o p o l s k i e g o . Oby
dwa te widowiska dramatyczne, jakkolwiek różniy się
o wiele między soby, co do przedmiotu i gustu dwóch
epok odrębnych, które się w nich odbijajy, zchodzy się
jednakże w tein podobieństwie że żadej niemajy ca
łości, a mało bardzo wartości dramatycznej; w Ż y
d z i e w i e c z n y m jest m a r z e n i e , a w M e r y n i e
h i s t o r i a obrobnione ladajako. Kl i n ge m a n dotybajycy czasów jeszcze, kiedy ulubione były powiastki
duchów i rycerzy, porwawszy bajkę o ż y d z i e za
karę tułąjycym się od wieków po świecie, przyczynił
do niej drugy bajkę prawie, przynajmniej niedowiedzione dotyd podanie o śmierci szwedzkiego Gusta
wa Adolfa pod Liitzen z ręki jakiegoś m ordercy; po
m ieszał jedno z drugiem, i rozłożył na aktów pięć,
które nikogo zainteresować nie mogą, bo niema ani
Nowości literackie.
wyższej idei, ani pewnego dyżenia, ani też myśli po
Zapowiedziane przez nas dawniej »Obrazy przez
etycznych; wszystkie rysy sy chwiejyce się i niepe
Wincentego
Pola. Lwów. Nakładem Jana Milikowskiewne. M e r y n o zaś jestto utwór, czyli raczej poitwór nowej szkoły dramatycznych rzemieślników, któ go 1845* opuściły od niejakiego już czasu prasę i sy
rz y wszystkie imiona ludzi i zdarzeń znaczniejszych do nabycia po wszystkich krajowych xiegarniach. N a
dramatyzuję na pożytek głodnej a przesyconej publicz stępujące artykuły stanowią treść tej xiyzki: I. Tańka,
ności pary sk iej; sklejona to przez trzech wspólników powieść góralska. II. Powrót. III. Trefniś. IV. Obiad
recepta: troche zdarzeń dziejowych, nieco nazwisk czwartkowy. V. Karusia, powieść. VI. Powieści Sehistorycznych, pare położeń dramatycznych pożyczo menowe. VII. Nieźli są ludzie. — Miłośnicy pięknych,
nych, i już dramat gotowy. Dodać potrzeba, że sztuki z natury kreślonych rysów, dotykających tak dawniej
takie jak M e r y n o nawet w P a r y ż u grajy tylko szego życia narodu jako i dzisiejszych miejscowych
stosunków naszego kraju, znajdą w tym zbiorze przy
po teatrach drugiego rzędu, głównie w teatrze
jemny
dla siebie rozrywkę i korzyść tem szacowniej
nase, gdzie strzelajy, pukają i bijy się jakby na
rzeczywistym placu bitwy. Publiczność chętna takich szą że i przedmiot jest nasz domowy i obrobienie nie
widowisk idzie tam, bo wie naprzód co jy czeka; ale pożyczone zza granicy; ale wyszłe zpod pióra pisarza
u nas M e r y n o który nas ani historii G e r i l a s ó w który od niemałego już czasu doznaje sprawiedliwej
nie nauczył, ani powiedział, dla czego naprzykład u ziomków wziętości.
>bił się pierwej z E m p e c i n a d o s e m , a potem chciał
Nakładem i drukiem Wawrzyńca Pisza w Bochni
5©
wyszły przed parą miesiącami.- Fryderyka Szyllera
ballady i poezie liryczne, tłumaczone przez Adama
Gorczyńskiego. Chociaż Szyller tak mnogich i tak
dobrych miał u nas tłumaczów, jak rzadko który au
tor obcy, przekład jednak niniejszy niejest zbytecz
n y ; owszem porów nyw ają niektóre pieśni tu umie
szczone z przekładami dawniejszemi jak np. Godność
niewiast; Uczta elizejska; Obca dziewczyna itp. przy
znać trzeba panu Gorczyńskiemu bez wahania się
wyższość. S ą tu jednak i tłumaczenia słabsze. W ogólności zaś zalecaj§ się przekłady pana Gorczyńskie
go śpiewnością i słodyczą języka w wysokim stopniu.
Tenże autor napisał dramat w pięciu aktach z epilogiem, pod napisem »Niepoznany«. Wartoby żeby
śmy go mogli ujrzeć ua naszej scenie.
W Warszawie u Sennewalda wyszły z druku dwie
nowe komedie Józefa Korzeniowskiego to jest: »Zaręczyny aktorki* komedia we dwu aktach, tudzież
»Mąż i artysta* komedia w jednym akcie.
Tamże wyszły:
Dzieje Krzyżaków oraz stosunki ich z Polską,
Litwą i Prusami, poprzedzone rysem dziejów wojen
krzyżowych; czerpane z najlepszych źródeł i ozdo
bione 12 rycinami na stali.
Wspomnienia W'enecii, kolei żelaznej lipnickowiedeńskiej, Wiednia, Karpat wadowickich, F rank
furtu i T atr spiskich; dwa tomy.
W drukarni Strąbskiego w yszły: » N i e w i a s t y
p o l s k i e « zarys historyczny K. Wł. Wójcickiego
z drzeworytami Smokowskiego. Warszawa 1845. Treść
d z ie ła : Nazwa kobiet, przysłowia o niewiastach, cno
ty i wychowanie Polek. M aszkary; najdawniejsze
imiona niewiast. Mieszczki. Zaloty. Oświadczyny.
Pieśni miłośne. Zbigniew M orsztyn o niewiastach.
Dnia
Wesoła. Formuła ślubna, mowy przy ślubie. Szcze
góły obrzędów weselnych; cudzoziemki królowe. Za
kończenie.
U Spiessa i spółki w yszedł: kalendarzyk tualetowy.
Autor » Listów z Krakowa« Józef Kremer gotuje
do druku nowe a bardzo ważne dzieło: »Antropologię* którą według systemu Hegla popularnie wy
łożył.
Jan Bentkowski znany dotychczas z niektórych
rozpraw umieszczanych po pismach periodycznych,,
pracuje nad Estetyką.
Do ważnych nowości literackich należy »Grama
tyka języka polskiego* napisana przez Jana Nepomocena Deszkiewicza na której wydanie ogłosił au
tor przedpłatę w jednym z przeszłych numerów dzien
nika.
Przy dzisiejszym niedostatku prawdziwie dobrych
gramatyk języka polskiego, gramatyka pana Deszkie
wicza wypracowana na zasadach które tenże w zna
nych i z powszechnem zadowoleniem przyjętych Rosprawach swoich ogłosił, jest zjawiskiem bardzo pożądanem, i nie można jak tylko życzeć rychłego wyjścia
jej z druku, którego przyspieszenie zależy od tego
jak ziomkowie przybędą w pomoc zaliczeniami rychłemi. Zaliczać można na tę gramatykę w xiegarniach
lwowskich pp. Sztokmana i Jabłońskiego, tudzież u
samego autora. Dzieło to pożyteczne co do przedmio
tu, gruntowne co do obrobienia, jasne w wykładzie,
zawierać będzie blisko 30 arkuszy druku, a przed
płata na nie w kraju wynosi tylko ZłR. 2 w m. k.,
na papierze zwyczajnym; na welinowym 3 ZłR. m. k.
Po wyjściu dzieła cena będzie podwyższona.
72utego
l
b. r. o godzinie pół do drugiej z południa umarł w Gwoźdźcu, obwodzie ko-
łomyjskim, w domu sąsiada i przyjaciela swego
Uwisiiiiili Magiiuszewsfei,
parą miesiącami pierwej, bolesnej straty w śmierci swej żony.
doznawszy
Pisma swoje tak dawniejsze jako i
te nad któremi do ostatniej chwili pracował, powierzył przyjaciołom, którzy nieomieszkają zrobić
z nich użytek publiczny.
Redakcia Dziennika zawdzięcza mu niejeden artykuł który był prawdziwą
tego pisma ozdobą.
Redaktor TOMASZ KULCZYCKI,
DRUKIEM PIO TRA PILLERA,
%
^łiteteiwsi
v O U *-7
v
S'
V.-?
^(? 0 O °
#
%
*
.
o* M.,
-V
*4>
&
4
i
1
'
■
-o
DZIIHHIK HOD FABTSKIGH.
sS Z S m im a ^ & ^ Q '^ m m S m S summ,
Lwów, 5 kwietnia f 845.
—
R ok szósty.
W ych o d zi co druga sobota reg u la rn ie; do Każdego num eru d o łą czo n ą j e s t rycina m ód paryskich z d o kła d n ym opisem. K o s ztu je
w m iejscu p ó łro c zn ie 5 z ł r . 15 kr. j ca ło ro czn ie 1 0 Z łr. m. k . ; na prow incii dolicza sie p rz e s y łk a pocztow a do cen p o w y ższych
p ó łro c zn ie 48 kr. m . k . P ren um erow ać m ożna w e w szystkich u rzędach pocztow ych, tu d zie ż w re d a k c ii p o d n re m 3 0 1 .,* w e L w ow ie.
M O R Y .
Głównym strojem głowy są teraz tak zwane za woje paziowskie; jestto strój średnich wieków, a
P a r y który bardzo do smaku przypadł naszym paniom,
Stroje damskie. Sposób całkiem nowy przy gdyż łatwo poznać mogły ze im w nim będzie do
strajania sukien, a szczególniej sukien balowych, za tw arzy ; strojem tym są zawoje z białego gładkiego
leży na tem, aby spódnice były ozdabiane piramidami, tiulu, okręcane sznurkami stalowych paciorek.
tojest: wielką ilością kół w pewnej od siebie odległo
Do codziennego wyjścia używane są kapelusze
ści, których szerokość jest stopniowana tak, ze kolo z materii
poult
desoie,t akże z mory, koloru lilio
u góry które powinno dość blisko stanika znajdować wego ; do stroju, kapelusze z mory białej, najczęściej
się, jest bardzo wązkie, a koło u dołu bardzo szero z białemi piórami.
kie. Rodzaj i gust tych piramid zalezą od materii
Czepeczki noszą troche większe niż dotąd; naj
z jakiej jest su k n ia; wstążki axamitne, nowo wyna
więcej z nich są z denkami rzęsisto garnirow anem i;
lezione korunki
a la
ir,f renzle przezroczyste
zeph
tiul gładki i muszlin są najbardziej do tego rodzaju
i mnóstwo innych przydatków, bardzo dobrze się wy
stroju głowy używane.
dają w tym rodzaju przystrajania sukien. Co jednak
nąjbogaeiej i najkorzystniej wygląda, to piramidy
Stroje męskie. Tużurki najnowszej mody
z prawdziwych nicianych korunek, lub z blondyny w mają zwykle axamitny kołnierz, kieszonki po lewej
szerokie desenie. To jednak jeszcze dodać musimy stronie na piersiach, rękawy z wyłogami bardzo wązże kola tych piramid, w takiej od siebie powinny być kiemi, a na przodzie pięć guzików. Do takich tużurodległości, ażeby dobrze widzieć można było m aterią ków spodnie są zwykłego kroju jakeśm y juz dawniej
z jakiej jest suknia.
opisali.
Z kilku sukien których gust całkiem nowy, nas
Fraki noszą bez wycięcia, ze stanem długim, z krózachwycił, wymienimy. Suknię z włoskiej materii, tkiemi połami, u dołu bardzo wązkiemi. Do takiego
frenzlami obszytą, także suknię na zabawę wie fraka służą sdodnie których krój jest taki że szwy
czorną, z materii
poult dekoloruboczne
białego,
i u- aż do dołu wypadają na przodzie.
od pasa
braną trzema rzędami kół z których każde składa się
R y c i n a p r z e d s t a w i a : suknię z fularu gład
z siedmiu, dziewięciu do jedynastu fontaziów z tiulu
kiego,
na dole bufkami i śrebrnemi sznureczkami ubruxelskiego, wspomniemy jeszcze o sukni atłasowej
braną.
Drugi szlafroczek z jedwabnej materii. Trze
koloru popielatego, przystrojonej trzema rzędami frenzli z szlakiem tej samej szerokości co frenzla; stanik cia suknia jedwabna z dwoma falbanami korunkoweu tej sukni gładki, mocno kończasty, zachodzący wy mi, stanik gładki z bertą równie korunkową. Czwar
soko na ramiona, a z przodu do połowy otw arty; ty tużurek z kieszonką na piersiach. Piąty frak od
przechadzki.
do tej sukni powinna być m ała pelerynka kończąca
się z przodu śpiczasto, a dochodząca tylko do poło
wy stanika; wkoło obszyta frenzlą; rękawy gładkie;
kołnierzyk haftowany, batystowy, koruneczką obszyty.
58
S Z K IC
Z POBYTU W KARLSBADZIE I MARIENBADZIE
PR ZEZ
A D A M A KŁOBU KO \YrSKIEGO,
Dokończenie.
Marienbad jestto wielki park angielski: duży okręg
gdzie się w środku znajdują źródła, zapełniony roskosznemi klomby i chodnikami, obrzucony naokoło
wspaniałemi domami, stanowi serce Marienbadu, z któ
rego w różnym kierunku rozbiegają się żyły długą
doliną, okoloną górami, zewsząd zieleniącemi bujnym
wieńcem lasu. Kto chce poznać ognisko wielkiego
świata, niech się przypatrzy Karlsbadowi, kto chce
czystym powietrzem z pełnej piersi odetchnąć, niech
się w Marienbadzie rozgości. Ja k a ś spokojność s t a
nowiąca ogólne piętno tego miejsca, milej przemawia
do duszy, ja k ten gwar, co tylko wabi ponętą nowo
ści, ale wreszcie męczy, nudzi. I Marienbad nie je s t
ogołocony z ozdobnych błyskotek, ale kto w patrzy
wszy się w nie, rzuci znienacka okiem na piękną n a
turę, mniej przekształconą ręką sztuki ja k najbliższa
okolica Karlsbadu, ja k o ś nie prędko znowu się od
wraca, by dalszy robić przegląd błahych drobnostek.
W dnie piękne wielką liczbę kąpielnych gości zwabia
K o n igsw artzamek xiecia Meternicha, o tyle przyle
gły że można w jednym dniu zwidziwszy go dokła
dnie, wcześnie powrócić i żadnej tein nie zrobić p rze
rwy w przedsięwziętej kuracii. Inaczej ma się zwycieczką do Karlsbadu, tą niby stolicą do której marienbadzcy parafianie ja d ą czerpać wzory mody i to
nu. Odległość kilkomilowa, ogromnemi górami pogarbiona, dłuższego potrzebuje czasu, i przebywa się już
zwykle z jakimś uszczerbkiem źródłowych obowiąz
ków. Prócz tego napływ komunikacii między temi
liśmy się, znajomość nasza zapożyczyła się, że ta k
rzekę, u p rzeszłości: w parę godzin znałem ich wię
cej, jak znam częstokroć osoby najbliżej mnie będąceJedna z jadących dam była hrabina B* druga jej sio
stra, mężczyzna im towarzyszący, jen e ra ł S*. Piękne
damy, pełne otwartości i wdzięku, pełne żywości i
najlepszego wychowania osładzały w całem z n acze
niu tego wyrazu, przykrą drogę dzielącą Marienbad
od Karlsbadu. Cały wątek przeszłego ich życia i do
mowych stosunków stan ą ł na widoku przedemną. Ro
zmowa krążyła na przemian około przedmiotów po
ważnych i wesołych. Je n e ra ł opowiadał nam zajm u
jące wypadki ze swego życia wojskowego, i do w szys
tkiego łączył ożywiającą iskrę dowcipu. — Czy wie
rzycie państwo rzekł w końcu, że przez kilka godzin
byłem um arłym ; a co dziwniejsza, że później byłem
sędzią przeciw i o własną śmierć moją. Byloto w r o
ku 1833. L ekarze wyprawili mnie do Teplitz. P rz y
końcu przepisanej kuracii odbieram listy z D rezna że
moja kuzyna puszczająca się w daleką podróż, czeka
na moje przybycie. W okamgnieniu zaprzężono do me
go pojazdu parę najętych koni, i puściłem się w
drogę pomimo nadchodzącej nocy. Xiężyc świecił
wspaniale w całym blasku swego m ajestatu na sz a firowem niebie, powietrze było czyste i chłodne, je
dnostajny ruch pojazdu coraz bardziej wprowadzał
mnie w sferę przyjemnych marzeń, które opanowa
wszy moje władze umysłu, oskrzydliły je coraz zgęszczającą się chmurką odurzenia. Widziałem jed nak
jeszcze dokładnie, ja k mój woźnica zsiadłszy z kozła
podcinał rzęsiście biedne rumaki drapiące się na szczyt
góry, i wtem nagle zdrzemnąłem. Wraz uczułem że
się niewstrzymanym pędem toczę w ja k ą ś niezm ierzo
ną głębię. Dziesięć, dwadzieścia razy okręciłem się
ju ż w pędzie, a obrót mój staw ał się coraz szybciejszy, coraz niewstrzymańszy. Chwytałem za spotyka
ne szczypty traw y lub pęki krzewów całą siłą mej
ręki, ale traw a i krzewy wyślizgiwały się z dłoni,
albo toczyły się za mną, wyrywane mocą mego w ła
dwoma miejscami je st zadziwiający. Codziennie zaledwo kilka a czasem kilkanaście pocztowych poja
zdów potrafi pomieścić masę chciwych rozrywki, zmia
ny miejsca i towarzystwa, a najczęściej powitania zna
jomych lub krewnych. Ponieważ na poczcie zachowa snego ciężaru. I jeszcze chwilę miałem przytomność,
ny je s t zwykle w udzielaniu miejsc jadącym porządek w tern ra z jeszcze uderzyłem ostatnim podrygiem kuli
pierwszeństwa, ujrzałem z żalem wszystkie wygodniej działowej, i ju ż niewiem co dalej ze mną się stało,
sze pojazdy ju ż zajęte, i w dwóch tylko ciasnych ko- już byłem bez czucia i życia. Otwarłem oczy, z tr u
czykach zostawiono mi wybór miejsca. Powierzcho dnością mogłem rozróżnić co się ze mną dzieje, do
wność i wewnętrzne pojazdów urządzenie przypomi tykałem rę k ą około siebie, chcąc tern zastąpić zupeł
nały mi polskie nasze p rz y sło w ie : »z deszczu pod r y n ny brak wiedzy. Poznałem wreszcie że jestem w łóżku,
nę* gdy nagle w jednym koczyku ujrzałem dwie młode jasność była koło mnie, ale nieumiałem sobie wytłódamy i jednego mężczyznę mówiących moją rodzinną maczyć zkąd to pochodzi. Wkońcu poznałem je d n a k
mową. W okamgnieniu byłem obok nich, zdało mi się jakieś dwuświatło. Słońce zdające się ju ż zachodzić,
że kogoś z dawnych znajomych powitam. Ale nie czerwono przebijało się przez okna, a bliżej mnie uj
zupełnie zawiodłem się. Chociaż pierwszy raz widzie rzałem płomyczki dwunastu gromnic palących się w
59
około łóżka postawionego na środka pokoju. P rzy
pomniałem sobie, źe j a może ju z umarłem, a myśl ta
dodała mi siły do przewrócenia się na drugi bok.
Wtem ostry w ykrzyk: Żyje dzięki bogu! obił sie o
moje uszy. Spojrzałem i wtej chwili mój wierny Jan
uchwycił mnie za rękę, okrywając j a pocałunkami.
Długo niemogłem przemowie jednak wkrótce wszystkie
moje władze zaczęły w właściwa kolej wstępować i
nareszcie zdobyłem sie na zapytanie gdzie jestem, i
co sie ze mna dzieje? Pan jesteś w Kulm odpowie
dział poczciwy Jan, jako miejscu najbliższym wypad
ku, który mało o śmierć cię nie przyprawił. Przez
szesnaście godzin pan byłeś bez znaku życia, i do
ktorowie osadzili go umarłym.
Dowiedziałem sie
dalej ze drzymiacy czy pijany woźnica, wywrócił po
ja z d na szczycie wysokiej góry, który w pędzie opi
syw ał kolo mnie elipsy, nim sie zatrzym ał na dnie
parowu, oparty o moj§ szyje wpijający sie ostrern
krajem swego wierzchu w moje ciało. Woźnica z J a
nem chcieli mi dać ratunek ale ich największe wysi
lenie pogororszało tylko moje niebezpieczeństwo: koła
wywróconego pojazdu były oparte o stroma wzniosłość,
dla tego w żaden sposób dwóch ludzi podnieść go niemogło. Upłynęło kilka chwil, j a zsiniałem pod gnio
tącym mnie ciężarem, a ratunek nie przybywał. Wtem
dały sie słyszeć głosy na górze, ludzie moi zawołali
o pomoc, i wkoócu wydobyto mnie zpod pojazdu. Za
wieziony do miasteczka i otoczony pomocą lekarska
długo nie dawałem znaku życia, przyszedłem jednak
po długiej chorobie do siebie, bez skutków okropnego
tego wypadku. — W trzy lata później przejeżdżałem
ta sama droga, szczytem tych samych gór w poczto
wym szybkowozie, w towarzystwie dwóch Anglików,
którzy wspomniawszy sobie ten wypadek niezgadzali
sie w zdaniu co do rezultatu. Jeden utrzymywał że
mnie zpod pojazdu wyciągnięto zabitego, drugi że
dopiero drugiego dnia umarłem. Sprzeczka coraz s ta
w ała się głośniejsza, przyspieszona ich mowa, gwał
towne g usta przepowiadały groźniejszy wybuch. Wtem
jeden z nich obrócił się do mnie z zapytaniem, czy
mi ten wypadek niewiadomy. »Lepiej niż komukol
wiek odpowiedziałem.* Wszak jen erała zabitego zna
leziono, rzekł jeden. — »Wszak w parę dni dopiero umarł, przerw ał drugi.* Ani jedno ani drugie odrze
kłem zimno. — J a k t o ! pan z nas żartujesz? Coż się
więc stało z je n e rałe m ? — Żyje do dziśdnia i widzicie
go oto przed soba. Podziwienie było powszechne, a a n
tagoniści rozśmiali się z swego bezzasadnego uporu.
Dojeżdżając do P etsch au , stacii pocztowej między
Marienbadem i Karlsbadem opowiadano nam podo
bny wypadek wydarzony przed kilku dniami pewnemu
lekarzowi, który spadł z ogromnej góry z pojazdem
u którego sworzeń się złamał. Wśród tych opowia
dań posłyszeliśmy nagle śpiew kanarka, coraz bliż
szy, coraz dokładniejszy, i wtem wyjrzawszy z po
jazdu ujrzeliśmy chłopczyka, który talentem swoim
złudzenie doprowadza do ideału. Szybkim biegiem to
warzyszył pojazdom, a koncert jego niedoznał naj
mniejszej przerwy. Posiada on bowiem te dwie zdol
ności: szybkość biegu i gwizdania w wysokim s to
pniu. Ilekroć ktoś przejeżdża, odprowadza swojem świ
staniem czy to do góry, czy z góry przynajmniej
ćwierć mili drogi. — Podróż nasza jakkolwiek s z ła
powoli, wydała nam się jednak zbyt szybk§, tyle po
wabu miało towarzystwo osób, których wyobrażenia i
sposób widzenia rzeczy w wielu punktach się zbiegały,
osób które przelotnie poznane zostawiaja miłe pamięci
wspomnienie, chociaż ju ż może nigdy więcej wspomnie
nie to nie rozbudzi się radościa wspólnego zbliżenia.
Przybywszy do Karlsbadu, kiedyśmy wysiadali
z pojazdu, każda z osób zdawała się unosić ja k § ś
cząstkę tęsknoty, niby za rodzinnym domem. — Nowe
obrazy osób i zdarzeń codzień przesuwające się przed
oczyma zdaja się zacierać wrażenia przeszłości, kto
jednak myślą potoczy po chwilach upłynionej swobody,
dojrzy owych świetlejszych punktów, niby gwiazdek na
horyzoncie jego bytu, tern dokładniej, ile że chwil niezamaconych żadna troska tak mało w życiu codziennem.
P a m ię c i
JÓZEFA DUNINA BORKOWSKIEGO
I
DOMINIKA
M A G N U S Z E W S K I E GO.
Znowu zg a s ła n owa gwiazda!
I w otchłań nadziemną
Do słońc ją uniosła jazda;
Jej tam lepiej! nam bez gniazda
I smutno i ciemno.
W s z y st k o , w s z y s t k o swój krzyż m iew a;
Przezn aczen ia ramię
Chwastem nasz ogród ?,asiewa,
Kwiaty ziębi, nasze drzewa
Owocowe łamie.
I latarnię po latarni
W naszych minach gasi,
A my trwożni, błędni , marni,
Trzodą idziem, gdzie nas czarni
Wiod ą stróże nasi.
Grom po gromie w w ś c ie k ły m gniewie
W nasz kościoł uderza;
Jak się skarżyć dusza n iew ie
Czyli w płaczu, czyli w śpiewie,
Czy w sz ep cie pacierza.
%
oo
Oto druga nam od gromu
Upadhi Kolumna;
Nie zastąpić ją nikomu!
Kolo walącego domu
Chodzi gaw iedź tłumna.
I ciekawie tłum poziera
Jak pęka powała,
A nam boleść pierś rozdziera.
O ! bo z wami zaumiera
Nasza p rzy s zło ść cała.
Żeby kościoł obbudować
Nieinamy sposobu;
W a s z ą pamięć chcemy chować,
P r z y w a s z y c h trumnach k o łow ać
I zstąpić do grobu.
Zw a lc zać jako w y zw a lcza li
Hydrę od powicia,
Konać jako w y konali,
W niebo lecieć jak w y biali
Po koronę życia.
Kormanice 14 marca 1045.
Kornel Ujejski.
l*awł©li.®ls.eiz;3sa w Anglii.
ciem a jakim siś nieznajomym na ulicy, i nagłem upo
dobaniem xięcia w nieznanej mu córce która zamie
szkuje jeden z najlichszych suterenów w
w Paryżu! Inne
drammatis sy przekona
ni zbrodniarze, przemycarze skradzionych rzeczy,
hultaje, rozbójnicy, intryganci rozmaitych sta n ó w ;
wyżej wspomniany xiyże, to przebrany za robotnika,
to za rzezimieszka odgrywajycy wpośród nich rolę
opatrzności, nagradzając dobre a karzyc złe. Osoby co
Anglików przedstaw iajy: hrabina Sarach
gor, prawa małżonka siecią; jej brat Tom i Sir
ter
Murpli
ire.W szystkie te stworzenia boże
squ
E
czyli raczej pana Eugeniusza Sue, kręcy się w wirze,
potrycajy wzajem, przesuwajy w tłumie z wielkim po
śpiechem, zrazu w ulotnych światełkach jakby w pa
noramie, tam gdzie język jest energiczny rzemiosłowy,
dalej, już nieco wyraźniej, w wiejskich zagrodach;
nakoniec, w przedpokojach i pałacach, a wszystko
w tak dziwacznej mieszaninie, tak zagmatwane, że
najbystrzejszy umysł zagubić się musi w tym powie
ściowym labiryncie; a czem dalej w las, tern więcej
drew.
Okropność, jest główny ingrediencją, dzisiejszych
belletrycznych płodów we Francii, a w t a j e m n i
Ciąg d a l s z y .
c a c h P a r y ż a najchciwszy żarłok na tego rodzaju
Ze ścisłego podobieństwa między sobą podobnych przysmaczki może być do sytu nakarmiony. Od tego
powieści, (a wyjęliśmy pierwsze lepsze z brzegu z po śinieciska brudów, zepsucia i okropności, miło nam
śród nieprzeliczonej ich hurmy) okazuje się że głó odwrócić się na chwilę, chociaż i ta przyjemność nie
wna ich myśl jest prawie taż sama. Lecz gdy zej najwznioślejszej będzie natury: do nieco za grubiańdziemy niżej jeszcze w ten odmęt i porzucając filozo skich żarcików i rubasznych opisów Pawła Koka.
ficzne romanse weźmiemy się do powieści, tak zwa To też nasz przyjaciel Paweł Kok niema innych grze
nych: zżycia istotnego, wyznać musimy że te ich po chów do wyrzucenia sobie jak tylko grubiaństwo i
wieści z życia sy jeszcze niedorzeczniejsze dla zupeł bufoneria. Co się tyczy przypisywanych mu celów:
nej ich fałszywości, niżeli pierwsze dla ohydnych zepsucia moralności ludu, cele takowe nigdy mu przez
swych celów. Właśnie niedawno pokazała się była głowę nie przeszły. On o tern nic niewie co to je st
najprzód w jednym z główniejszych dzienników pa moralność; ona nigdy nie wchodzi do wyobrażeń jego
ryskich, powieść tak dziwacznie przesadzona, że gdy o charakterach lub zwyczajach. Jeżeli uczciwy czło
by jej zamiarem było przedstawić w karykaturze naj wiek wejdzie mu w drogę, spogląda on na niego z ja
gorszy stronę naszych pisarzy, lubowników scen szu kimsiś rodzajem komicznego zadziwienia, jak na coś
bienicy i galerów, mogłaby się wielce podobać; ale nieznajomego; zadziwienia, które dochodzi prawie do
pisana tak na
serio w zamiarze abyśmy
uwielbiali lecz niezawodnie okazuje on gorętsze
uszanowania,
wielką potęgę talentu jej autora i wylewali nad nią współczucie i poufalszy znajomość z ludźmi jak nałzy rzew ne; jest ona najciekawszy próbky smaku na przykład kupczyki, fryziery, zalotne gryzetki i cały
rodowego i niesłychanej zuchwałości pisarzy. T a ród męski i żeński imbierowiczów. Bez wątpienia by
j e m n i c e P a r y ż a Eugeniusza Sue, rozciągająpo łoby wielkim postępem gdyby żartobliwy Paweł Kok
wolnie swoję dziwaczny gmatwaninę przez długi prze- mógł uwierzyć w istnienie uczciwej kobiety; lecz za
ciyg czasu, a nie dajy i znaku aby były bliżej rozwiy- to te kobiety które mu wchodzą w drogę, opisuje on
zania jak od samego poczytku. Posłuchajmy treści (ale wprost z życia prawdziwego. Bal w prywatnym po
komuż ona już nieznana!) Panujycy xiyże jest boha- koiku jakiego pana m ajstra, lub metra tańcu, na
tyrem ; jego własna córka której on się wyrzekł bo- szóstem piętrze, piknik na jednem z przedmieść, ohatyrky! a powieść rozpoczyna siębójky między xię- biad u restauratora, lub familijna narada nad proUwagi napisane przez Kokeja.
61
jektowanem małżeństwem, lepiej przypadają do smaku i płatają sobie wzajemne figle. Zdają się walczyć o
naszemu Pawłowi, niżeli powieści o tajnych i jasnych lepsze w żarcikach i wesołości; wiadomo dobrze że
zbrodniach w orderowych frakach; okropnościach i wszystko uchodzi na wsi; a zebrana grupa mieszczzepsuciu w atłasowych spódniczkach. Jedna tylko ków zdaje się być o tern jak najmocniej przekonaną.
rzecz jest arcy niemiła dla czytelnika, że często Wesoły, pięćdziesiątletni staruszek przywódzca tej
wśród tylu wesołości i dobrego humoru, przychodzi uczty już od kwadransa poci się nad rozbieraniem
mu się potknąć o taką scenę lub opis uczucia, że go indyka, ale na żaden sposób nie może odciąć potę
napada niepowściągnięta chętka rzucić xiążkę w o- żnej jego łapy. Mała, tłusta, czerwona i jak bania ogień, lub wraz z C e z a r e m wyskoczyć na wierzch krągła kobiecina pospiesza mu w pomoc i chwytając
dyliżansu aby autora potargać za ucho. Ale nastę obiema rękami łapę indyka, ciągnie z jednej strony
pna karta znowu wszystko przywraca do porządku; do siebie, a wesoły staruszek do siebie; łapa indyka
i znowu radnierad śmiać się musisz do rozpuku ustępuje na koniec tym podwojonym siłom, ale tak
nad komicznem nieszczęściem pana sąsiada Rajmun nagle, że tłuściutka dama pada wraz z nią wznak na
da, lub unosić się nad wdziękiem małpiej grzeczno trawę, a uparty jegomość przewraca koziołka w dru
ści pana
de
elqu.B
N aturalność Francuzuw jest gą stronę trzymając w garści resztę pozostałego pta
zupełnie odmiennego charakteru od tych wszystkich ka. Zwiększają się okrzyki śmiechu i wesołości, a
które nam są znane; a jednak chociaż ona jest dla pan
Moutonet,tak się zowie wesoły staruszek, sa
nas obcą i nową, musimy przyznać że to jest istotna dowi się nazad na swoje miejsce oświadczając je już
naturalność, rzeczywistość, jak mówi Tomasz Kar- nigdy w życiu swojem nie będzie więcej nic krajał.
lyle, a nie zaś fałsz i obłuda. Osoby jakie nam Pa »Ja naprzód wiedziałam co się stanie, bo ty nigdy
weł Kok przedstawia, zaledwie nazwane być mogą, nie umiesz nic zrobić po ludzku* odezwała się dama
w ścisłem znaczeniu tego miana, istotami ludzkiemi; wysoka i gruba, tonem ostrym i pogardliwym który
ale za to są oue istotami francuskiemi, i rzeczywistą zgadzał się wyśmienicie z jej twarzą napuszoną i
krwią i ciałem, mówiące i myślące po francusku, w wiecznie zadąsaną. Siedziała ona po przeciwnej stro
sposób najdecydowniejszy, i czasami, w najpierwszych nie naszego upartego jegomości i patrzała ze zgor
napadach, posiadające uczucia które skłaniają nas szeniem na uprzedzającą grzeczność z jaką malutka
do zamieszczenia ich w wielkiej rodzinie rodzaju ludz kobiecina pospieszyła na sukurs panu
— »Od lat dwudziestu jak żyjemy z sobą* mówiła da
kiego, chociaż z tak wielu nierozdzielnemi wypadka
mi, iż ani na chwilę nie podobna nam jest zamknąć lej »czyliżeś aspan potrafił rozkroić co kiedy w domu
oczu na stanowcze, odznaczające się przymioty tego
— »Nie, moje kochanie! to wielka prawda* odrzekł
rodzaju do którego one przedewszystkiem należą. zkonfundowany jegomość, pokornym głosem, i usiłu
Lecz tak jakiemi oni są w swoich kramarskich bud jący uśmiechem pokryć swoje pomieszanie.
kach, przedpokojach, szynkowniach balowych, salach
— »Tybyś nie potrafił rozkroić sobie sam jajka a
i wiejskich ucztach, takiemi też są i u Pawia Koka; bierzesz się do krajania czegoś podobnego.*
nic nie zmodyfikowani, troszeczką złośliwości po— »Moje kochanie... na wsi ty wiesz....*
trząsnięci, próżni, pustogłowy, wietrzniki, wesołego
— »Na wsi mój panie, czy to w mieście, ludzie
humoru, eleganci, żywi i dziwaczni. Oto pójdźmy nie powinni porywać się do tego, czego nie umieją.*
wraz z Pawłem Kokiem do lasku
dla
— »Wiesz dobrze pani
Mż
e zazwyczaj
nigdy nic podobnego nie robię... ale dzisiaj....*
obchodzenia rocznicy zaślubin pani i pana
— »Dzisiaj powinieneś był robić tak jak w każdym
w dniu św. Eustachego.
»W niewielkiej odległości od głównego balu, ku innym dniu* odrzekła dama.
— »Ach! ależ moje życie zapominasz że to dziś
środkowi lasku, dość liczne towarzystwo obsiadło
kółko na trawniku czyli raczej na piasku; obrusy mamy św. Eustachego.* — »Tak, tak, dziś świętego
zaścielone są na ziemi i okryte talerzami, półmiskami, Eustachego!* powtarza chórem cała kompania, i na
zimnem mięsiwem, ciastami i owocami. Butelki z trun pełniają się szklanki i potrącają wzajem jak wprzódy.
kami postawione są w chłodzie w cieniu drzew. Szklan »Zdrowie solenizanta I niech żyje Eustachi!*
— »Zdrowie wasze szanowne panie i panowie!*
ki napełniają się i wypróżniają żwawo; dobry apetyt
Moutonet,uśmiechając się wdzięc
i otwarte powietrze dodają wszystkiemu wyśmienite odpowiada pan
go smaku. Zgromadzeni robią sobie talerze z papie nie.... »W ręce twoje mój aniołku!*
ru, gdy innych zabraknie i podają wzajemnie kawał
Do swojej to szanownej połowicy pan
ki mięsiwa i sosy. Jedzą, piją, śpiewają, śmieją się stosował ostatnie słowa, usiłuje ona przybrać jak
63
może .najwdzięczniejszy minę i zezwala na zetknięcie
swej szklanki ze szklanką. Pan Eustachi
net, jest bogatym szmuklerzem z ulicy
człowiekiem wielce szanowanym w kupieckim sta n ie :
żaden z jego rachunków nie podlegał nigdy zaprze
czeniu, ani też żaden u niego obstalunek nie został
zawiedzionym. Od lat trzydziestu jak utrzymywał sklep
nie zaniedbał nigdy siedzieć w nim od ósmej z rana
do ósmej wieczór. Do niego należy czuwać nad xiegy
dziennych zapisów i wielką xięgę. Pani Mutonet
przyjęła na siebie listowanie, tudzież prowadzenie in
teresów handlowych. Zatrudnienia w samym sklepie
i rachunki powierzone sy staremu subjektowi i pan
nie Eugenii Mutonet z który natychmiast lepiej się
zapoznamy.
Pan Mutonet, jak już można było zauważać, nie
je st głowy swojego domu. Jego żona rozkazuje, pa
nuje i rozrządza [wszystkiem samowładnie. Jeżeli się
trafi] że jest w dobrym humorze, a trafia się to bar
dzo rzadko kiedy,fpozwala swojemu małżonkowi pójść
i napić] się szklaneczkę kawy, rozumie się że pod tym
jedynym pozorem wyprasza on się do kawiarni przy
ulicy
Man-consul,gdyż słynie ona z hojnego udzie
lania cukru, a pan Mutonet przynosi zawsze do do
mu kilka kawałków dla kochanej żony. W dzień świąteczny!,obiadujy trochę wcześniej niż zwykle, aby mieć
czas nafprzechadzkę do 1’uileriów lub
Turc
w ycieczki|na wieś bardzo rzadko przytrafiajy się j
tylko’w nadzwyczajnych okolicznościach jak np. ro
cznica ślubujlub dzień imienin pani i pana MutonetTen cichy jednostajny rodzaj życia nie przeszkadza
wcale naszemu gospodarzowi aby się czuł zupełnie
szczęśliwym, takyto jest prawdy że co jednemu tru
cizna to drugiemu przysmaczek. Pan Mutonet urodził
się z [prostemi i skromnemi gustami, potrzebuje on
koniecznie aby go zawsze ktoś prowadził i obchodził
się z nim jak z delikatnem dzieckiem. Nie śmiejcie
się i niewzruszajcie na to ramionami, wy samowła
dni i nieposłuszni panowie, tak dumni z praw wa
szych, ] tak napuszeni waszemi zalety. Wy! którzy
sydzicie się być zawsze i wszędzie panami waszych
czynów, wy ulegacie co dzień żydzom waszym! one
wami kierujy, a kierujy często bardzo źle. Otoż pan
Mutonet nie obawiał się tego wszystkiego, on uiemiał żadnych niespokojnych namiętności, on nie
wiedział o niczem oprócz o swoim handlu i posłu
szeństwie dla żony. Znajduje on że mężczyzna mo
że być bardzo szczęśliwym chociażby nie umiał ro
zbierać indyka, i dozwalał we wszystkiem przewodzić
nad soby swej żonie. Pani Mutonet oddawna przesko
czyła czwarty k rzyżyk; ale również od dawna rzecz
to ju ż ułożona, aby nigdy nie miała więcej nad lat
trzydzieści i sześć. Ona nigdy nie była ła d n y ; ale
za to jest wysoka i gruba, a myż przekonany że ona
wyglyda wspaniało. Nie jest ona zalotny, ale w mnie
maniu swojem sydzi się być wyższy nad kogokol
wiek w talentach i urodzie. Nigdy ona wiele nie
dbała o swojego mężulka; ale gdyby tenże okazał jej
się choć na szpilkę niewiernym, niezawodnie wydrapalaby mu oczy. Pani Mutonet jak widzicie nieskoń
czenie zazdrosna o prawa swoje. Córka jest jedynym
owocem zwiyzku pana Eustachego Mutonet i panny
Barbary Dezormo. Ma teraz lat ośmnaście: a w o śm nastu leciech młode panny we Francii sy już dobrze
dojrzałe. Lecz Eugenia była surowo wychowany, a
chociaż posiada wiele bystrości pojęcia, jest nieśmiały,
łagodny, potulny i nigdy nie pozwala sobie najmniej
szego słowa oporu w przytomności rodziców. Jest
ona biegły w zatrudnieniach swoich, wdzięczny w układzie i czuły, lecz wcale niewiadomy o przymio
tach jakie odebrała z ryk przyrody; uczucia jej, jak
dotąd, zamknięte sy w najtajniejszej kryjówce jej ser
ca. Nie jest ona w cale zalotny, czyli raczej nie ulega nigdy owej skłonności przywabiania, przypodo
bania się, tak wrodzonej kobietom, która czyni je tak
troskliwemi na to aby ładnie wyglądały i aby się na.
nie patrzano. Lecz tez Eugenia wcale nie potrzebu
je żadnych podobnych zabiegów', żadnej sztucznej po
mocy, tak niezbędnej dla drugich, ani też uciekania
się co chwila do swojego źwierciadła. Posiada ona
zgrabna postać, i jest prawdziwie ładny; jej oczy
łagodne i pełne wyrazu, głos jej czuły i przyjemny,,
białe jej czoło ocienione kruczemi kwiatami gęstych
włosów, a malutkie koralowe usteczka zamykają dwa
sznurki równych, białych perełek. W całej jej postaci?
zawiera się jakiś bezimienny urok, który zachwyca?
od pierwszego rzutu oka, a nie zawsze jest udziałem
większych piękności i regularniejszych rysów twa
rzy. Znamy już teraz cały rodzinę Mutonetów; a
gdyśmy zapuścili się już tak daleko, zróbmyż więc
znajomość z innemi osobami które składają towarzy
stwo przybyłe do lasku
Rom dla obchodzenia
uroczystości św. Eustachego.
Malutka kobiecina która tak żwawo pospieszyła
na pomoc panu Mutonet, jest żony wysokiego jego
mości nazwiskiem Bernard, kupczącego zabawkami
dla dzieci. Pan Bernard odgrywa rolę przyjem nisia
oraz i pajaca: śmieje się, dowcipkuje, stroi rozm aite
miny, strzela konceptami, a nawet robi kalam bury^
słowem jest to
bel
esprit swojej koterii.
wica była niegdyś przystojny i pragnie być taką do
tąd. W skutku czego ściska się w pasie tak potężnie
63
£e zaledwie może oddychać, i całą godzinę obraca nie możecie sobie wyobrazić jaki to chwat był ze mnie.
na wdzianie jednego trzewika: bo ułożyła sobie aby Mój syn jestto wykapany mój portret.
mieć małą nóżkę. Jej twarz jest trochę zanadto kar
Siostra pana Gerard, stara panna około lat czter
mazynowa; ale zato jej oczy pełne ognia, żywości, dziestu sześciu, jeżeli nie więcej, która nie zaniecha
i stara się o to bezustannie aby im nadać wyraz jak żadnej sposobności oświadczenia głośno iż nigdy nie
najniebezpieczniejszy. Pan Bernard ma słuszną, pię myśli iść za mąż, a wzdycha za każdą razą gdy pan
tnastoletnią córkę, którą ubiera jak pięcioletnią dzie Dupont spojrzy na nią nawiasem, siedzi tuż przy pa
wczynkę, każe jej się bawić lalkami, traktuje jak dziec nu Mutonet. Stary subjekt szmuklerza, pan
ko, aby ją jak najdłużej utrzymać w dzieciństwie. 0 - który oczekuje na pozwolenie pani Mutonet aby 0bok pani Bernard siedzi ośmnastoletni młodzieniec, tworzyć gębę, i napełnia swoją szklankę za każdą
który jest prawie tak nieśmiałym jak Eugenia i płoni razą gdy ta dama nie patrzy na niego, zajmuje miej
się co chwila ilekroć kto do niego przemówi, chociaż sce po drugiej stronie panny Cecylii Gerard; która
/juz od sześciu miesięcy siedzi za kantorem w sklepie. chociaż przysięga co chwila że nigdy za mąż iść nie
Jest on synem przyjaciela pana Bernard, a zona te myśli i że nienawidzi cały rodzaj męski, bardzo jest
goż przedsięwzięła opiekować się nim i wprowadzać w złym humorze i dostała pana
za sąsiada, i
go w dobre towarzystwa.
daje do poznania nawpół zrozumiale, nawpół złośli
Mężczyzna około lat czterdziestu, zjedna z tych wie że pani Bernard monopolizuje wszystkich mło
głupiowatycli, naiwnych, fiziognomij na których oszu dych i ładnych chłopców. Młodzieniec około lat dwu
kać się niemożna od pierwszego rzutu oka siedzi o- dziestu, słuszny, zgrabnie zbudowany, pięknych ry
bok Eugenii. Pan Dupont, tak się on zowie, jest boga sów twarzy których wyraz pełen dowcipu i przeni
tym imbierowiczem z ulicy
d Używa
011 zwiastuje
pudru i iż
kliwości
wprzyszłości może
nosi perukę zharcopem, bo mu jego fryzier wyperswa sze błyszczą dla niego przeznaczenia, niżeli wieczne
dował że to w dobrym tonie i wielce arystokratycznie. odmierzanie łokciem kolikusu, siedzi obok Eugenii.
Jego jasnoniebieski surdut, i cytrynowa kamizelka je Ten młodzieniec który nazywa się Adolfem, jest po
szcze wydatniejszemi czynią prostoduszny wyraz ca- mocnikiem w jednym ze znaczniejszych modnych skle
ł®j Jeg° postaci, i zgadzają się przedziwnie z wyra pów, w którym pani Mutonet robi swoje kupna; a
zem zadziwienia jego zielonawych, cybuiowych oczu. ponieważ on zawsze daje dobrą miarą, zaprosiła go
Przebiera on bezustannie palcami, z wielkiem zadowol- tedy na ucztę. A teraz już zaznajomiliśmy się z całą
nieniem swojem, po dwóch złotych łańcuszkach od ze kompanią która obchodzi uroczystość zaślubin pań
garka, które dygocą po wierzchu jego nankinowych stwa Mutonet.
spodni; zdaje on się być w ciągiem zachwyceniu nad
Nie myślimy zapuszczać się dalej z Pawłem Ko
wysokim rozumem swoich własnych postrzeżeń; ma kiem w rozmaite przygody tego towarzystwa które on
siebie za niebezpiecznego dla płci pięknej, pełnego do nam tak troskliwie opisał. Przeglądając powyższy uwcipu, słowem, czarującego. Posiada on wszelką z a stęp zamiarem naszym było aby czytelnik mógł się
rozumiałość głupstwa podpartego pieniędzmi, koniec przejrzeć w zwyczajach i obyczajach ludzi którzy
końców jest on kawalerem, co mu nadaje wielkie powa zgromadzają się na pikniki w lasku
i
żanie u wszystkich rodzin gdzie się znajdują panny na mógł, jeżeli zechce, porównać pana Mutonet i jego
wydaniu. Pan i pani Gerard perfumarze z ulicy
przyjaciół do jakiego bogatego szmuklerza i przyja
M artin, należą także do dzisiejszego zgromadzenia. ciół jego jakichby zaznał w Londynie. U nas szmuPerfumarz przedrzeźnia eleganta, wesołego Lotario, a klerz mający takie stosunki w handlowym świecie jak
w swoim obwodzie posiada on reputacię libertyna, i u- pan Mutonet, imbierowicz tak bogaty jak pan Du
wodziciela, chociaż jest brzydki, licho zbudowany i zy- pont, a nawet perfumarz tak
jak pan
zowaty. Lecz jemu się zdaje że on pokrywa te wszys Gerard, zamówiliby sobie w podobnej okoliczności
tkie ułomności rozlewając na siebie zdroje paehnideł; to pyszny obiad w
e,lub zrobili konną prze
lackw
B
też o pół mili czuć go można piżmem i ambrą. Jego żo jażdżkę do Epsom; a co się tyczy przyjęcia do towa
na jest młoda i ładna, poszła za niego mając lat pię rzystwa swego, tak lichej i pokornej istoty jak pan
tnaście, a dziewięcioletni jej syn wygląda na jej brata. Bidois, a nawet tak mało znaczącej jak kupczyk z han
Młody Gerard, hałasuje i skacze; tłucze butelki i dlowego sklepu pan Adolf, byłoby dla nich toż samo
szklanki, i robi więcej wrzawy niżeli cała kompania ra co zapraszać do kompanii swojej którego z uliczników.
zem wzięta. »To mały Iewek« woła pan Gerard; on O pięć mil od miasta trzej nasi przyjaciele, mieliby
jest zupełnie tern czem ja byłem w jego wieku. O! wy siebie za lordów i zfukaliby należycie w najarystokra-
64
tyczniejszy sposób kelnera któryby nie pospieszał co
tchu na ich rozkazy i niepodaw ał dość prędko sp iry
tusu b r a n d y z woda. We F ran cii, a przynajm niej
u Paw ła Koka, nikt nie goni za pozoram i. Szm uklerz
je s t szmuKlerzem tak w sklepie, ja k za sklepem o mil
k ilk a ; a nawet żona szm uklerza, choć kobiety zwy
kle próżne (?) nie ma żadnej p retensii aby ja wziet§
za żone jakiego h rab i lub m arkiza.
Pani M utonet
zdaje się o tern zupełnie nie wiedzieć aby była gdzie
kolwiek ja k a dama w yższa od niej w stopniu lub
położeniu w świecie. H erbarz je s t dla niej zapieczę
tow any xi§żky.
Jej przyjaźnie, nienaw iści, ambicie, zazdrość i dyżność, ograniczają się w jej zak re
sie. Przeciw nie w A nglii, żona bogatego szm uklerza
p a trz y z góry na żonę każdego innego kupca i g a r
dzi nia z religijny gorliw ościy; ona zaledwo wie o
o tern gdzie sto i sklep jej męża, lecz z wysokości
Balham lub H am pstaud spoglyda na dół z pyszna
w zgardy na pracujyce istoty które przez dzień cały
stoją za kantorem w sklepie. Pan maż z swej strony
usiłu je odrzucić od siebie wszelkie przypom nienie budy
kram arsk iej, w trzechmilowej przejazdce omnibusem,
a o godzinie szóstej lub siódmej w ziąłbyś oboje to
czcigodne m ałżeństw o za xiecia i xiężnę, gdy siedzą
pow ażnie na kanapie w pysznie umeblowanej baw ial
ni, przysłuchując się dwom eleganckim, młodym da
mom ja k męczy fortepiana, i trzeciej jeszcze wykwin
tniejszej k tó ra niem iłosiernie szczypie h iszp ań sk ą gi
ta rę . Skutkiem tego w szystkiego je st, o ile się to
tyczy naszych angielskich Pawłów Koków, że ich kup
czyki, szm uklerze, bogaci imbierowicze, i eleganci
perfum arze muszy być przedstaw iani w przybranym
a nie we własnym ich ch arakterze, w m ałpow aniu lu
dzi których mylnie poczytują za lepszyeli od siebie;
gdy tym czasem nasz prawdomówny Paw eł Kok m a
luje kupców p aryskich bez żadnej przesady. N asi
przed staw ian i być muszy w k a ry k a tu ra ch , p rzesadza
ni w śm ieszności, k tó ra je s t zw ykła cechy wszelkich
m ałych czy wielkich pretensij, bo niepodobna schwy
cić właściw y im ch arak ter u ludzi którzy sa w cią
głej m a sz k a ra d zie ; podczas gdy rzeczyw ista, szcze
r a n a tu ra kupiectwa francuskiego je st główna cecha
charakterystycznych szkiców Paw ła Koka, i stokroć
razy więcej maja one w artości, i w reszcie daleko wię
cej mogy nas zainteresow ać. Kogoż naprzykład ob
chodzić mogą przesadzone pretensie i grzeczności
jakiego kupczyka z M anszestru i u siłow ania jego w
R edaktor TOMASZ KULCZYCKI.
pocie czoła aby m iał minę arystokratyczny?... Jestto?
zaw sze aktorstw o i zm yślanie, i nie dozw ala nam
wgladnać w jego rzeczyw isty ch arakter, lub c h a ra
kter jego klasy, tak w łaśnie, ja k z pretensii jak ieg o
p artacza który na gw ałt chce odgrywać rolęR om ea, nie
możemy poznać czyby on był zdolny do czego innego.D okończenie nastąpi.
T E A T B.
Jako pierw sze przedstaw ienie po św iętach w iel
kanocnych, odegrali aktorow ie sceny polskiej dnia 26
z. ra. dram at pięcioaktowy wierszem napisany p rzez
A d a m a G o r c z y ń s k i e g o pod nazw ą Z b y d o w s c y . D ialanie dram atu tego z ż y c ia domowego n a
szych przodków, z wieku siedm nastego wyjęte, ma
mało jednakże cechy owoczesnej co do ogólnej idei,
chociaż wiele surogotów je s t praw dziw ie narodow ych,,
a oddanych, pom inąwszy nieco zaniedbania, w ierszem
gładkim , a nawet zwrotam i pelnemi myśli potężnych.
Jakoż by praw dę wyznać, dram at ten niema całości
praw dziw ie arty sty czn ej; są położenia dram atyczne
szczęśliw ie schw ytane, ale tak różnorodne, a naw et
powiedziećby można, różnoczasow e, że przy najw ięk
szym talencie trudno je było powiązać razem . N ie
wdając się w więcej szczegółowy rozbiór tego utw oru,
to tylko dodamy, że miłym zaw sze dla nas je s t zja
wiskiem na scenie polskiej, tak dotąd ubogiej, każdy
utw ór oryginalny. Może gdyby było więcej p ra cu ją
cych na polu dramatycznym, przyszlibyśm y z czasem
do lepszych dzieł dram atycznych, które że nie są ła
twe, najlepiej św iadczą słabe dram ata sław nego a u
tora C h i l d e - H a r o l d a i K o r s a r z a . Gra a k to
rów w ogólności była dobra, mianowicie p an a N o
w a k o w s k i e g o w roli starego c z e ś n i k a Z b y d o w s ki e g o , i pana S m o c h o w s k i e g o w roli młod
szego Z b y d o w s k i e g o . Pani A s z p e r g e r o w a od
d ała rolę K l a r y pracowicie, lecz zdaniem naszem
rola ta była z swoją zbytnią tkliw ością i m lodziuchną naiw nością, mniej stosow na dla niej. Pan D a w i s o n w roli W i e s ł a w a Z a w i s z y był n ie n atu ra l
ny ; co może przypisać należy samejże roli p rz e s a dziście sentym entalnej.
DRUKIEM PIOTRA PILLERA.
r
"28
- M
33
1K
■•’A
'W
.*
*■
O
DZIENNIK MOD PABYSKICIL
Lwów, 19 kwietnia 1845.
R ok szósty.
W y c h o d z i co d r u g a so b o ta r e g u la rn ie ; d o k a ż d e g o nu m eru d o łą c z o n ą j e s t r y c in a m ód p a r y s k ic h z d o k ła d n y m o pisem . K o s z tu je
w m iejscu p ó łr o c z n ie 5 z ł r . 1 5 k r .; c a ło r o c z n ie 1 0 z ł r . m . ft. ; n a p r o w in c ii d o lic z a s ię p r z e s y łk a p o c z to w a do cen p o w y ż s z y c h
p ó łr o c z n ie 48 ftr. m . ft. P r e n u m e r o w a ć m o żn a w e w s z y s tk ic h u r zę d a c h p o c z to w y c h , tu d z ie ż w r e d a k c ii p o d n r e m 301.,* w e L w o w ie .
M O D Y .
Paryż
LONGCHAMPS.
Po stokilkudziesięciu dniach ciągłego mrozu,
champs tegoroczne, z którego właśnie sprawę zdać
nam przychodzi, niemoglo być tak świetne i uroczy
ste a tchnące tą wesołością jaką się zwykle powrót naj
piękniejszej pory roku objawia. Mimo to jednak lu
dność była wielka; pojazdów mnóstwo, elegantów' i
elegantek moc nieprzeliczona, a ztąd mnóstwo nowości
tak w materiach jak i strojach.
Nic łatwiejszego jak dać prosty ich spis czytelnicz
kom ; lecz z niego niewieleby skorzystały, bo w tej
liczbie zazwyczaj więcej nierównie bywa dziwactw, ni
żeli oznak dobrego gustu. Najtrudniejsza zaś zchwycić pewne skazówki po których moznaby zapowiedzieć
co się z tego tłumu nowości utrzyma i przyjęte będzie
z upodobaniem od wszystkich.
Materie najnowsze jak powiedzieliśmy są bardzo
rozm aite: tkaniny chińskie, batysty, muszliny jedwa
bne, batysty szkockoindyńskie w swoim rodzaju do
skonałe, organtyny wybijane w guście arabskim, palmirki w odcienia rozmaite i w kratki, balzorki i mnó
stwo innych. N atura każdej tych różnych m aterij wpro
wadzi zapewne wiele modyfikacij co do kroju samego
sukień modnych, a o ile ta nasza przepowiednia
sprawdzi się, pokaże się to niebawem. Wszystkich
tych materij użyć można na eleganckie penioary,
piękne redyngociki, i suknie w stylu maurytańskim wy
nalazku jednej z pierwszych paryskich modystek, po
trzeba tylko troche więcej ciepła aby wystąpić można
w tych strojach. Teraz zaś wypadało pozostać przy
redyngotach am azońskich których opis niżej dajemy.
Co do kapeluszów i kapotek forma ich, jakto mo
żna twierdzić z pewnością, przyjęta będzie taka jaka
będzie w największej harmonii tak ze strojem całkowitym, jako tez nadewszystko z fizjonomią dam. Kape
lusze ryżowe ozdobione gałązką akacii lub bluszczu
albo też narcyzową girlandą są ju ż dziś poszukiwane
po tutejszych pracow niach; podobnie też i kapelusz
z
poull-de-soie ze stosowną k o runką; najwięcej je
dnakże poszukiwane są nowe kapelusiki z krepy w
trzy odcienia jednego koloru; nic nie masz bardziej
eleganckiego i wyszczególniającego się nad ten strój
głowy, który przypada bardzo odpowiednio do sukień
ciemnych z jedwabnego muszlinu lub tym podobnych.
Zajmują się teraz więcej niż kiedykolwiek tern, jak
ozdobić elegancką kapotkę fontaziem w nowszy spo
sób lub też innym jakowym przystrojem. Widzieć tak
że można turbany przezroczyste z gazy tęczowej lub
tarlatany, koloru białego z różowym, albo białego
z bladoniebieskim. Z czepeczków, najlepiej się wy
dają tak zwane
a ta
zproten
ęal, wielkim fontaziem
na przodzie, z opadającemi końcami.
Pokazało się kilka nowych rodząjów rańtuchów,
które niezawodnie otrzym ają wziętość powszechną;
lecz nierównie większą otrzyma nowy rodzaj mantyli
z m aterii jedwabnej koloru czarnego lub kameleono
wego, całkiem nowym krojem wygodnym i eleganc
kim zarazem : damy ich model na jednej z najbliż
szych rycin, tłarnirunek do nich może być albo w
sposobie rurek, albo z falban, albo z korunek axam itnych; ten ostatni jest najwięcej ozdobny.
S t r o j e od p r z e c h a d z k i : redyngocik axamitny w stylu Ludwika X III; stanik wysoki w rodzaju ainazonek z dwoma szpicami z przodu rozdzielonerai
od siebie; rękawy buchaste rozcięte u dołu zpod
których widać rękaw ki; rzęd wielkich guzików idzie
przez cały stanik i spódnicę.
Suknia z materii
epim
h
s ze stanikiem obcisłym
i przepaską, ozdobiona haftam i; poły sukni ozdo-
66
bione piramidą uformowani z siedmiu kolek stopnio
R y c i n a d z i s i e j s z a p r z e d s t a w i a : suknię
wanej wielkości. Mantyla z
koloru k a jedwabną z płaskiemi falbanami w ząbki wybijane,
meleonowego z biał§ podszewkę. Kapelusz krepowy czepeczek kwiatami ubrany. Drugi szlafroczek z fu
blado-różowego koloru ozdobiony tiulem w rurki u- laru w przodzie wstążkami ozdobiony, kapelusz je
kładanym pod kanię.
dwabny to sarnę materią ubrany. Trzeci równie szla
S t r ó j w i e c z o r n y : włosy obwiedzione przepa froczek jedwabny w przodzie pasamonicką robotą oskę, na nich turban algierski z gazy gładkiej, z fręzla- zdobiony; stanik otwarty z rabatkami, na głowie nemi zlocistemi, po bokach spadaję końce zawoju; su gliżyk wstążkami ubrany. Tudzież dwa surduty ró
knia wygorsowana m aterialna, ze stanikiem fałdowa żniące się krojem i wyłogami.
nym, obcisłym, ozdobionym na przodzie sprzęczkę
bogatę, rękawy drapowane podpięte u góry różę
z w stążki; spódnica po obu stronach otwarta, któren
to otwór przewiedziony węzkę szlarką korunkową
PAN WINCENTY.
w sposobie drabinki, powyżej zaś otworów służę za
Cz y n ie ta k się d zieje?
ozdobę róże z wstążeczki; rękawiczki zasłaniające
czwartą część ręki opatrzone sprzęczkę do zapina
Łukaszu miejcie też staranie o gumnach i domie,
nia, nowego wynalazku.
niechaj z wieczora czeladź ognie pogasi, gromadzkim
Strój głowy zkorunek angielskich zbieranych w nakazać zmłocki do jęczmienia na ju tro ; trzeba po pół
rurki, ozdobiony kwiatam i; suknia krepowa ze stani kopy wysadzić żeby jednego dnia sprzątnąć; ja dnia
kiem kończastym ozdobionym podwójnemi wyłogami jutrzejszego wcześnie powrócę; powiedźcie Czepkowycinanemi w zęby, które to wyłogi są u góry tak sze wsldej niechaj ma pilne oko na stróża, żeby kucha
rokie że aż ramiona zakrywają, u dołu zaś co raz rzowi wódki nie przyniósł.
bardziej się zwężają, u samego końca zasłonione są
Tak mówił pan Wincenty majętny piędziesiąt-kilsprzęczkę bogatę. Rękawiczki takiejże długości jak koletni kawaler jadąc w sąsiedztwo na imieniny pana
pierwej z haftami. Pęk kwiatów z ogrodu.
Rłażeja. A wziąwszy niedźwiedzie na siebie wsiadł
S t r ó j od k o n c e r t u : suknia muszlinowa je spie’sznie do sanek i niedając żadnej odpowiedzi na
dwabna z g irlan d ę; stanik z gorsem ozdobiony wy kilka zapytań starego karbownika wyjechał za bramęcinanemi wyłogami; spódnica ubrana trzema szeroKiedy tak rusza czterma siwemi klaczami, my tym
kiemi wolantami w zęby. Stroik bez denka w stylu czasem zatrzym ując się w jego mieszkaniu, posłu
m aurytańskim ; chustka z gotycką cyfrę. Flakonik chajmy rozmowy Łukasza z Czepkowską wszechwła
z wodę pachnącą.
dną ochm istrzynię domu pana Wincentego od lat kil
Stroje m ęsk ie. Zdaje się że wracamy do kunastu.
mód dawnych, bo wszystkie wynalazki nowe są naCo też się naszemu panu dzieje?... (m ówiłŁukasz
śladowaniami wzorów dawniejszych. Otoż widzimy skrobiąc się po głowie) od niejakiego czasu, ani to
fraki z długim szerokim stanem, podobniuteńkie do rozmowy ni dobrej dyspozycii, jeździ raz na raz do
starych fraków
a la asęr;in
fenne znow są z krótkietych państwa Rłażejów, a jak powróci chodzi po po
mi połami i zdaję się odwzorowane z czasów cesar kojach rękami głowę pociera, a myśli... myśli jakby
stw a; nakoniec z ogromnemi kołnierzami przypomi- chciał xiążki napisać... boję się przyznam się wam
nającemi tęż samą epokę. Klapy szerokie które aż szczerze, żeby na koniec niezachorował, bo nawet
na ramiona zachodzę, pochodzę z czasów nierównie troche zmizerniał....
bliższych, a ta forma wznowiona dziś, żartobliwie na
— »Nic mu nie będzie,« odrzekła klucznica, »ot,
zwana została o t w o r z yW s t aO.
na starość oszalał* lecz w tej chwili żegnając się
Istotne więc wzory naszego fraka dzisiejszego sę wielkim placem po ustach dodała »panie odpuść mnie
składaninę z czasów Ludwika XV; z czasów cesar grzechy* bo też pierwszy raz na swego pana takie
stw a; z wzorów angielskich i niektórych innych.
wyrzekła słowa.
Najwyśmienitszy z nich jest frak obcisły przyle— »Jaktol* przestraszony Łukasz wykrzyknie....
gajęcy dobrze do figury, którego żadna część niewy- Lecz klucznica ochłonąwszy z pierwszego zapału, po
kracza poza gust dobry i w którym daję się tylko dając mu otwartą tabakierkę, rzekła po cichu.. »to
takie zmiany jakich wymaga szczególna i przyrodzo się ma znaczyć że się zakochał*. »No, to nic tak złe
n a postawa jednej lub drugiej osoby. Taki frak odzna go, lepiejby było żeby się ożenił, bo mu tak nudno
cza się między innemi we wszystkich pracowniach. na świecie i szkoda tego majątku*.... »Lepiej! ofuknie
67
Czepkowska, i wy chcecie podobnie radzić ja k temu
dni kilka xiądz proboszcz z panią Szymonowa, tam
ten mu prawił o daremnych zabiegach... tęsknocie,
nawet o zbawieniu duszy.... A pani Szymonowa jak
się zaczęła zasiadać na kanapie z naszego pana przy
szłą małżonkę, jak mu zaczęła sprowadzać małe aniołki, to nasz pan i wzdychał i kaszlał i śmiał się
aż mnie go żal było.... Bo trzeba żebyście wiedzieli że
właśnie w tym czasie byłam przypadkiem w alkierzu
i chcąc nie chcąc cał§ tę rozmowę dobrze słyszałam....
Dla tego jak tylko odjechali ci nieproszeni goście, po
wiedziałam panu szczerze, jakito ład będzie w domu
gdy się ożeni, jak do niczego nie trafi, jak wszystko
poleci na stroje, a najwięcej mówiłam o tych miłych
przez panią Szymonowę zwerbowanych aniołkach....
Co go tak zafrasowało że mnie powiedział iż jeszcze
ten raz pojedzie do państwa Błażejów, a potem już
się niewyruszy z domu.
ny, zabiegły.... A za to podobała mu się ta blada
m aska pod lasem.
Powiem... powiem panu jak on się zepsuł bo czy
nie prawda.... Jak pan w domu to on się kręci, krzy
czy, niby pilnuje, jak pan wyjedzie, to tylko spi, fajkę
pali albo czeladzi na skrzypcach rzępoli, a teraz je
szcze będzie fornałki zajeżdżał.... Dość tego wysadzę
go tak jak już wielu innych, kiedy nie chciał znać
się na rzeczy... i zarzuciwszy na głowę starą weł
nianą chustkę, pospieszyła na folwark....
Tam słychać było wrzawę i śmiechy bo chociaż
nadeszła południowa godzina i bydło ryczało w oborach, czeladź jednak licznie się zebrała w swej ulubionej sali bawialnej.... Pastuch z owczarczykami
piekli stosy kartofli przeznaczonych dla kotnych ma
cior, dziewki pachtarskie prażyły w rądlach mleko,
gromadzki kiwając się na ławie z przymróżonemi oczami, dopalał fajkę, a kucharz Stanisław już dobrze
— »To szkoda* odrzekł stary Łukasz, »dobre pa podchmielony stojąc na środku izby deklamował jak ąś
nisko, majątek piękny... budynki czyste... bydła łaska tragiczną scenę trzymając szlafmycę na rożnie; słu
pana boga; a kto to w e ź m i e » K t o weźmie, to weź chając jego rubasznych wyrazów całe towarzystwo omie, nie wasza w tem głowa, ale to pewna że nigdy kazywało serdeczne zadowolenie, lecz najwięcej okla
niedopuszczę żeby pan na starość miał się żenić.... sków udzielał swemu pryncypałowi zamurdzany stróż
Stary Łukasz podniósł się a wychodząc m ruczał Tomek, wierny i nieodstępny pana kuchm istrza S ta
nisław a adjutant; trzymając się bowiem za boki, prze
pod nosem : »Daj go katu jak a mi pewna.*
wracał się od śmiechu na stole bijąc piętami po ławie.
Tymczasem pani Czepkowska rozdmuchała na
Na widok pani Czepkowskiej wszyscy zamilkli, a
kominku ogień, postawiła czajnik, butelki z rumem, gdy porwała za miotłę jakby na komendę rzucili się
sucharki i cukier, a wziąwszy stroik z różowemi do drzwi gdzie w strasznym natłoku tylna straż do
wstążkami na głowę i kitajkowy fartuch przed siebie stała po plecach.... Jeden tylko Stanisław włożywszy
zaw ołała Jagi... której stanowczym głosem takie wy z powagą szlafmycę na głowę z miłym uśmiechem za
d ała rozkazy »Pójdź na folwark i powiedz panu eko intonował następującą śpiewkę:
nomowi że go proszę do siebie, gdyż pan odjeżdża
B iegn ie kw ok a ze szpichlerza
jąc zostawił u mnie różne dla niego dyspozycie*.
S m aczny k ąsek n iesie,
Gdy jednak dziewczyna zamiast wypełnienia jej roz
Kogut się jej p rzen iew ierza
Bo pieje przy le s ie .
kazów, stała w miejscu wijąc fartuch w swych rę
kach. Pani Czepkowska zniecierpliwiona jej milcze
Darmo, darmo, b ęd ziesz kw okać
niem w ykrzyknie: »Czy nie słyszałaś ?« — »Ach bo
Na gniazdeczko w abić,
Bo twój sam czyk ......
proszę jejmości (drżąca Jaga odpowie) kiedy pana ekonoma niema w domu, jak tylko nasz pan wyjechał
W tej chwili dowcipny spiewca tak niespodziewa
za bramę, on zapalił fajkę i gdzieś na fornalce dru nego odebrał policzka że się zachwiał na nogach, a
g ą bramą cwałem poleciał*. ^Poleciał... poleciał! pis pani Czepkowska z miotłą w ręku i rozognionem li
kliwym klucznica wykrzyknie głosem.... »A więc do cem wybiegła na dziedziniec.... Kiedy się ugania za
leśniczyny... ruszaj do swojej roboty boście wy wszy czeladzią po wszystkich kątach i kiedy Stanisław na
scy tacy; gdy dziewczyna wymknęła się za drzwi, pocieszenie przerwanej poezii do reszty się zapił, nie
pani Czepkowska rzuciwszy ozdobne stroje na łóżko mając w tej chwili co robić w domu pana Wincentego
duszkiem wypiła szklanki herbaty z rumem, a potem jedźmy na imieniny pana Błażeja.
w tych słowach zaczęła rozwodzić swe żale....
Otoż to wdzięczność takich młokosów, karmiłam,
okrywałam, bo jak tu przyszedł nie miał butów na
nogach... chwaliłam przed panem, jaki on dobry, pil
II.
Dom państwa Błażejów znany był w całej okolicy
z wesołej gościnności, tańców i zabaw, dla tego też
■ *
68
w każdym czasie nie brakowało tam na licznem z g ro przez panią Szymonowę proponowane i przez niego
madzeniu, a chociaż nie jeden z przybywających gości, dwuznacznie przyjęte mogą nie przyjść do skutku,
znając dobrze kłopotliwe interesa pana Błażeja zaocz jedno urocze i przeciągłe spojrzenie panny Sabiny,
nie śmiał się zje g o próżności i widocznego nieładu, potrafiło myślom jego zupełnie inny nadać kierunek.
wesoło jednak w tym domu spijał przy każdej s p o
Wkrótce zaczęli się zjeżdżać goście, odgłos h a
sobności szampana.
rapów i dzwonków n astaw ał jeden po drugim na dzie
Pan Błażej był to człowiek jeszcze w średnim dzińcu domu pana Błażeja, i po krótkiej chwili n a
wieku, okazały z postawy, rubaszny w mowie i zawsze pełniły się pokoje licznem zgromadzeniem dam i
wesołego humoru, umysł jego mało wykształcony, mężczyzn których gospodarz z wypogodzonem li
próżny, nadęty, dążył cale życie do złe zrozumiałej cem przyjmował w swych pro gach; witając jednych
pańskości.
poufałą dłonią, drugim podając łaskawie jeden tylko
S ądził on że człowiek dobrego tonu powinien się palec, w dowód jednostajnie łaskawej przyjaźni.
odznaczać pięknym ekwipażem, wytworną liberią,
Gdy damy zajmowały swe miejsca w pokoju ba
wystawnym obiadem i zawsze głośną, stanowczą cho wialnym z których nie jedna siadając na boku spoj
ciaż często
niedorzecznau mowa.
rz a ła niecliętnem okiem na już zajęte kanapy, męż
o
u
Nie myślał on o tern wcale że w dzisiejszym cza czyźni zaczęli rozmawiać o handlu zbożowym, czyn
sie, tylko prawdziwy rozsądek, uprzejma lecz nie prze szach i wstrzemięźliwości.
sad na grzeczność, szczere postępowanie w każdem
N a s ta ła wkrótce ta nudna przedobiadowa chwila
zdarzeniu i szlachetna pomoc w niedoli, s ą jedyną w której zwykle kobiety czynią w milczeniu swe t a
ozdobą łudzi wyższego stanu.
jemnicze uwagi a mężczyźni spoglądają nieustannie
Dla tego chociaż odziedziczył piękny szlachecki na drzwi do sali jadalnej.
po swoich rodzicach majątek, pędząc za śmiesznemi
Nakoniec zjawił się najpożądańszy gość, to jest
błyskotkami, doszedł do tej ostateczności że jego in kamerdyner pana Błażeja w czarnym fraku i jedw a
teresa majątkowe z wystawą domową w zupełnej były bnych pończochach z oznajmieniem: »że obiad n a
sp rzeczności; kiedy bowiem nieszczęsna chwila szyb sto le c
Wtenczas gospodarz domu posunął się do
kim się zbliżała krokiem, w której kredytorowie mieli pani Szastalskiej, majętnej wdowy siedzącej na pierrozciągnąć a re sz t na jego cały majątek, w domu sły wszem miejscu, ta mimo podeszłego wieku i otyłości
szałeś jeszcze huczną muzykę, tańce, widziałeś koszto podniosła się lekko z uśmiechem zadowolenia z k a
wne na stołach srebra, galonowanych lokai i herby napy ; i wkrótce dwa wielkie pióra kołysały się nad
złocone przy bramach.
jej karmazynowym nosem, a zfałdowane i obnażone
Zona pana Błażeja była to osoba cicha, potulna, plecy były dowodem że ta pani chociaż w późnej j e
czytająca po całych dniach nowe romanse, które sieni jeszczeby z chęcią przypięła do swego boku
w szakże na jej wyobraźni nie zostawiały żadnego kwiatek rozkosznej wiosny.
śladu, gdyż po przeczytaniu xiążki zaledwie pamięta
Za pierwszą parą szły inne ochoczo do stołu, a
ł a im i ę : autora, jednem słowem była to osoba z tym na samym końcu prowadził pan Wincenty pannę S a
wiecznym uśmiechem słodyczy na ustach, który nie binę która mając umysł jedynie zajęty szczęściem
jednego męża przyprowadził do niecierpliwości lub swych rodziców z miłem spojrzeniem podała mu rękę.
pogrążył w nieuleczonej melancholii.
Zaczął się obiad... zpoczątku tylko brzęk naczyń
Ich córka Sabina prawdziwą była ozdobą domu stołowych, dał się sły sz e ć # w sali jadalnej, wkrótce
państw a Błażejów; młoda, ładna, uprzejma, utalento jednak głośniejsze powstały rozmowy, a nakoniec
wana za wiele jednak we wszystkich uczuciach (co muzyka, wiwaty i w ystrzały z moździerzy zwiastowa
się u nas bardzo często zdarza) wyexaltowana. I dla ły wesołą biesiadę w dniu imienin p ana Błażeja.
tego kiedy się dowiedziała o smutnym stanie majątku
Pan Wincenty siadł do stołu obok panny Sabiny
rodziców, i gdy jej ojciec oświadczył że jedynie za- w milczeniu, walcząc ze swemi myślami... lecz niebamęźciem z panem Wincentym może się ratować, bez wnie szumiący napój, czarowne oczy a nawet kilka
w ahania się przyjęła ten projekt w tern przekonaniu miłych wyrazów, tak mu zmieszały szyki, że z praw
że poświęcając swoją osobę, ustali szczęście rodziców dziwym zdziwieniem całego towarzystwa, jeszcze przy
których namiętnie kochała.
stole pocałował kilka razy białą panny Sabiny rączkę.
Kiedy pan Wincenty przyjechał do państwa B ła
żejów mało jeszcze było gości, a chociaż wszedł do
pokoju z tem przekonauiem że związki małżeńskie
Gdy dano ostatnie wety po których z łoskotem
cafnęły się krzesła, mężczyźni odprowadziwszy da
my do pokojów bawialnych na kilkagodzinne duma-
69
nia, poszli do oficyny z panem Błażejem gdzie ich
czekały... wesoła pogadanka, kawa i cyg ary; z ja k
żywą chęcią chciałem zostać z temi paniami chcąc
bydź uczestnikiem tylu szczerych oświadczeń przyja
źni... szacunku... i tylu z ubiegłych czasów p rzy
jemnych wspomnień; jakże chętnie chciałem podsłu
chać owe dowcipne... często złośliwe i zawsze wesołe
zdania młodszego wieku.... Może nawet byłbym pod
chwycił nie jedno przelotne westchnienie... nadziei...
szczęścia a może i ciężkiego smutku.
Lecz czyłiż mogłem się narażać sam jeden na tę
str a s z n ą chmurę ostrych pocisków wymierzonych do
serc tych obrzydłych fajkarzy?... Wolałem uniknąć tak
niebezpiecznej przygody i siadłszy w kłębach tytuniowego dymu spocząć chwilę po dobrym objedzie. ..
III.
lata, która im wznawia w pamięci tylko chwilowe uczucia miłości, i przykre bo częstokroć obłudne przy
ja ź n i związki, która złożonemu na łożu śmiertelnem
starcowi tylko najemnicze podaje dłonie, i nie zro si
jego grobowca czułą łzą stroskanej rodziny.
T a k a myśl nie zajmowała wcale jego wyobraźni,
bo pan Wincenty nawykły od młodości jedynie do z a
trudnień rolniczych i handlu, daleki od czytania xiążek, a szczególniej od obcowania z kobietami obdarzonemi tkliwem uczuciem, dążył zawsze do jednego
celu, to je st do spekulacii, a tą była w tej chwili dla
niego p anna Sabina, wiedząc dobrze w ja k smutnym
stanie zostaje majątek p ana Błażeja, a widząc pannę
Sabinę młodą, przyjemną i z czułem dla rodziców
sercem zapewniony nadto przez panią Szymonowe o
dobrych dla niego państw a Błażejów chęciach, po
długim wahaniu się postanowił właśnie w tej chwili
z nią się ożenić, nie w myśli ażeby ją uszczęśliwił
zapisem swego majątku, lecz jedynie dla tego, że
chciał mieć w późnych latach przy sobie osobę miłą,
przyjemną, któraby nie tylko m iała o nim troskliwe
staranie lecz razem wyręczała go w zatrudnieniach
gospodarskich.
Komuż z nas zw łaszcza po obfitym w trunki obiedzie, nie je st z nana ta szumna mężczyzn wymowa,
t a pewność zdań rozmaitych, i te szczere wysłowie
nia się stałej przyjaźni a czasem i ostrych wymówek?
ktoż je s t w stanie opisać te górne, dowcipne a czę
sto wcale niedorzeczne frazesa?... Przypatrzm y się r a
W chwili kiedy zapaliwszy fajkę oddawał się z u
czej w milczeniu całemu towarzystwu a szczególniej pełnie tym myślom, młodzież zgadując jego zam iary
panu Wincentemu który w tej pogadance najwięcej mordercze na niego ciskała pociski, na której czele
nas zajmuje.
najwięcej mu dokuczał pan Walery młody człowiek
Pan Wincenty j a k ju ż namieniliśmy był to czło pełen satyrycznego dowcipu. Daremnie jednak silili
wiek podeszłego wieku, niskiego wzrostu z przyjem- się na coraz nowe wystrzały, bo pan Wincenty niczem
nem wejrzeniem i niezachwianem zdrowiem.
nieobrażony każdemu odpowiadał temi wyrazy »i pana
Syn ubogich rodziców którzy mu przy zgonie zo proszę na wesele«. Tak niezachwianą flegmą znu
stawili bardzo mało rozwinięty umysł i jeszcze mniej dzeni, rzucili się w inną stronę, a pan Wincenty
sz ą spuściznę, przez zdrowy rozsądek w rolniczych przeszedłszy z wyrachowaniem najpierwszą i najtru
pracach i kilkadziesiątletnią oszczędność, doszedł dniejszą próbę, chodził po pokoju układając swego
do znacznego majątku, a przechodząc stopniową co ożenienia dalsze projekta.
r a z większe dzierżawy, z których zawsze szczęśliwie
Słuchając przez pare godzin tej różnobarwnej
wychodził i czyniąc trafnie wyrachowane spekulacie, gawendy, mimo szczerej chęci nie byłem zdolny skreujrzał się nie tylko w stanie kupienia dwóch wsi w śleć choć w części owe wesołe, dowcipne a najczę
żyźnej okolicy ale nadto zebrał znaczny w gotowiźnie ściej rubaszne o kobietach żarty, powtórzyć imiona
kapitał.
koni, psów gończych i chartów, a cóż dopiero te fa ł
Zajęty całe życie zbieraniem pieniędzy, kiedy w szywe zle zrozumiałe a najczęściej egoizmem tchnące
późnym wieku ochłonął w tych ciągle handlowych o towarzystwie wstrzemięźliwości zdania.
podróżach i osiadł w domu, chcąc użyć swobodnego
Z wielką przeto chęcią powróciłem w gronie męż
spoczynku, uczuł ja k ą ś wewnętrzną tęsknotę a szcze czyzn do pokojów bawialnych gdzie znudzone da
gólniej żal zostawienia tak ciężko zapracowanego my przeszedłszy gruntownie wszystkie metody wycho
majątku w zupełnie obcych rękach. Ta myśl z k a ż wania dzieci, bale, loterie i paryskie mody przejrza
dym dniem silniej zajmowała jego spekulacyjną gło wszy się mimo chęci kilkakrotnie w zawieszonych
wę, a nakoniec dręczyła go po całych nocach.
lustrach, doczekały się nakoniec muzyki i tańca.
Nie była to wszakże myśl pochodząca ze smętnej
Nieznajomy w tej okolicy, chciałem poznać osoby
duszy, która często ludziom bezżennym zwłaszcza całego zgromadzenia, dla tego siadłem obok pana Te
przy schyłku życia przedstawia samotnie przebiegłe odora z którym dawniej za granicą ścisłą byłem po-
70
ł§czony przyjaźni|, był to człowiek wytrawny, oczy
tany, widz§cy rzeczy w prawdziwem świetle, a teraz
najbliższy s§siad pana Błażeja.
A oto teraz chylę gałązki
Strojone kwiatem i wonią
Smutny, bo p rzy szły ch plonów zaw iązk i
Śmierć może ztargać sw ą dłonią.
D okończenie n astapi.
I mamże panie ! już tak za młodu
Zbiegać w początku mego zaw odu ?
I bliskiej śmierci z sy ła sz mi w różbę,
Przeczucie śmierci.
D ziw nato chw ila! pokój mam w duszy
I serce ciche, a św iat tęczowry
Śmieje się do mnie, i nibym zdrow y;
A jednak czuję ja k mi się k ru szy
O statnia struna z życiem w iążąca,
A jed n ak patrzę na zachód słońca
Jakbym go ujrzeć ju ż w ięcej niem iał,
A jednak głow a tak mi obwisa
Jak liść żałobny, sm utny, cy p ry sa
Kiedy mu słow ik nagle oniem iał.
D ziw nato c h w ila ! przed memi oczy
Św iat się tak m glisto ja k przez łz ę toczy,
I chłód grobow y kości me w ierci;
J a k liść o lszyny tak jestem drżący
I tęskny jestem i jestem śpiący,
Jakby mnie skrzydłem tk n ą ł anioł śmierci.
I taką nutą gra mi pow ietrze
Ja k gdy się z gościem nieziem skim zetrze,
A moje imię sły sz ę w tej nucie.
Kiedym rozpoczął już św iętą służbę
Ku chwale twojej, mego narodu.
Oto przed moim rodzinnym progiem
Strzeń taka żyzna le ż y odłogiem,
Chęcią płom ienną, rę k ą gotową,
Chcę po niej rzucać nasienie: słow o.
M iałożby ramię twojego gniew u
Myśl mą krępow ać łańcuchem zgonu?
Z w ichnąć mi rękę w środku z a sie w u ?
Oślepić oko na widok plonu?
Oniemieć usta w połow ie śpiew u?
Jam tak dalece już się z a d łu ż y ł
U ciebie panie, u braci ludzi,
Że mnie m yśl owa dręczy i trudzi
Żem się wam dotąd nic nie odsłużył*
I z niem owlęcia i od kołyski
Ojciec i m atka jak dwa anioły
Nie oszczędzali trudu, m ozoły,
Żeby prostow ać duszę w oskow ą,
Żeby w niej tłoczyć sw ych cnót odciski*
Chciałbym się w ptaka, w chmurkę p rzew inąć,
I formowali mnie w k sz la łt kolumny
B y za tym głosem do gw iazd popłynąć,
Je stże to śm ierci przeczucie ?
Czystej i białej, w niebo patrzącej,
A burzom, gromom urągającej,
Coby nikomu pokłon sw ą głow ą
A oto jestem ja k kw ietna trześń,
W koło mej głow y, m ajową nocą
Myśli, pszczółeczki, rojem brzękocą,
A w koło serca ptaszki św iegocą,
A ja rozw iew am w oń... pieśń.
Lecz coż po kw iecie, lecz coż po w oni,
Li kw iatem , w onią, — nic w ięcej?
Będęż sechł tylko przy białej skroni
Albo p rz y piersi dziew częcej ?
Jabym palące chciał czoła bliźnie
N ieuderzyła; chyba w dno trum ny.
A teraz przy szed ł już czas w y p ła ty ,
D ług mej wdzięczności przez tyle laty
Niczem nie zm niejszył się od pow icia;
0 panie! panie! daj życia, życia.
1 kiedy z b ry ły chropawej dziecka
Z ich rą k w ybiegłem pięknym filarem,
OI to ta p rzyszłość szorstka, nieświecka*,
Nie m iłym dla mnie była ciężarem .
Osłonić cieniem i chłodem ,
U sta m aczane w' k lątw y truciźnie
I zam iast kościoł boży podpierać,
Osłodzić owocu miodem.
Jabym chciał w mroźnej, trętw iącej zimie
Zam iast piorunom nadstaw iać czoła,
Lubiłem rzew no, tęskno pozierać,
Jak ze sklepienia nocnego szczytu
Kiedy im serce oskrzepłe,
W śnie letargicznym , w gnuśnym zadrzym ie,
W ybuchnąć w* płom yki ciepłe.
Jabym zaśw iecić chciał im pochodnią
Między spodleniem a zbrodnią.
Jabym chciał błysnąć ogniowym ciosem
W ręku anioła m ściciela.
Jabym się spalić chciał n aw et stosem,
B yleby z moim popiołem,
Na zmazę w iny, ru n ę ły społem
P opioły odkupiciela.
P rz e z siatkę chmurek, przez m głę błękitu*,
'fańcem się w iła gw iazda w eso ła.
Lubiłem kiedy miękkim powojem
G ałąź się do mej piersi tuliła,
Kiedy zielonym , w^onnym zawojem
W koło mej skroni się zakręciła,
A w tedy dusza senna pokojem
Niemęzko w takim objęciu śniła.
I gdyby teraz mnie lud z ap y tał
Com mu za w ieszczby z nieba w y c z y ta ł*
TI
Czy wypełniłem cel posłannictwa;
Paweł Kok nie stara się zainteresować nas przez
wyszukiwanie dziwacznych i nienaturalnych sprzecz
O ! bo lud k lą tw ąb y mnie p rzy w ita ł.
ności, równie też nie wie on nic o podziemnych ja
Ł ecz d zięki panu! jeszczem p rzech ow ał
skiniach, więzieniach i ło tra c h ; ale za to zna każ
Moc d u szy m łodej, i n iezm arn ow ał
dy zakącik kawiarni, szynkowni, sal kasynowych.
W sz y stk ie g o czasu ; w yjd ę z ukrycia
A
te kasynowe sale dostarczają mu znowu cały s e r
I lud mi klaśnie w ch w ili roz w icia
wis
nowego rodzaju charakterów zupełnie nieznanych
L ecz p an ie! panie! daj ży c ia , ż y cia .
dla
św iata fikcii w Anglii, ponieważ nic z tego
D a w id ó w 29 sty czn ia 1845.
K orn el U jejski,
wszystkiego w Anglii nie istnieje. U nas żaden kup
czyk ani subiekt etc. nie wziąłby z sobą swojej ko
chanki na publiczną tańcującą zabawę w którymkolPaw łokokeizm w Anglii.
wiekbądź uprzywilejowanym domu tańcu. Żadna uU w a g i napisane przez Kokeja.
czciwa dziewczyna tamby nie poszła, nawet tak a
D okończenie.
która przynajmniej pragnie zachować pozory przy
Kupczyk z M anszestrn, chociaż mu się nie uda zwoitości. Żadne umizgi któreby zakończyć się mo
je jego elegantomania i arystokratyczne tony, mo gły małżeństwem nie zajdą pomiędzy poczynającym
że być przezto prawdziwie czcigodnym i pracowitym szewczykiem a córką goli-brody w poważnym tańcu
anglaise wpośród drzew w Green-Park, albo
człowiekiem, a z wyjątkiem tej jednej słabości, nie chaine
Jorkshire
Stingo.Ojcowie u nas, mają k a
przedstaw ia on dla najbystrzejszego badacza nic ta nawet w
kiego coby go odróżniało od innych głupców lub czci mienne serca, a wyżej wzmiankowany goli-broda nie
godnych ludzi w którejkolwiek części świata, dla zawodnie powiększyłby piękność »wesołych czarnych
tego też każdy występujący u nas jako historyk ży oczu« swej córki, dając jej wcale inne, gdyby tylko
cia mieszczańskiego, spotykać musi nieprzezwyciężo ośmieliła się pisnąć mu o balu czy to pod dachem
ne prawie, na swej drodze trudności. Czy to nasz czy na świeżem powietrzu. Purytanie pozostawili za
lud je st tak flegmatyczny, głupi, czy czuły... wszystkie sobą głębokie ślady. Taniec jest zawsze grzesznym,
te trzy przymioty dadzą się powszechnie zastosować a szatan zawsze czatuje na balu. Lecz pódźmy za
do jednego indywiduum... lub czyli niema sposobności naszym goli-brodą, czyli fryzierem, gdyż najlichszy
okazania właściwości swoich z domowego życia i z Figarów ma wstręt do właściwego imienia swego, i
zwyczajów człowieka-źwierzęcia; to tylko pewna, że przypatrzmy się jego zabawom. U Pawła Koka, idzie
chociaż może lepiej je st Hzdolniony do rozmaitych on do kaw iarni, wypija małą filiżankę kawy, i cho
zatrudnień w życiu niżeli jego sąsiedzi, daleko mniej wa w kieszenie pozostałe kawałki cu k ru ; lub też uprzyda się do zapełnienia stronic xiążki. Dowodem daje się na jaki balik publiczny gdzie wypełnia wszel
tego jest, iż ilekroć który z naszych powieścio- kie obowiązki dworskiego szambelana, i ujmuje wszys
pisarzy wprowadzał na scenę kupca, ta osoba była tkie serca przez swoje pełne wdzięku znalezienie się.
zawsze albo szczerym wymysłem albo karykaturą. Jego żona często mu towarzyszy, i zawsze znajduje
tam dlaar-siebie ważne zatrudnienie kokietowania w naj
Nawet
Baile Nicol
Jaw ie nigdy nie żył w Sant-M
ket z tak rzeczywistą krwią i ciałem z jakiem i żyje poważniejszy sposób kupca tytoniu lub kogo się trafi;
w Rob-Roj’u. W każdym względzie nienaśladowany podczas gdy panna córka kręci się w wirze walco
Baile znanym jest całemu światu przez dodatki przy wym z jakim panem Eugeniuszem lub Adolfem m ło
lepiane do rzeczywistego charakteru jego, szczodrą dym cukiernikiem, a to z taką przyzwoitością i ele
dłonią jego biografów, i śmieszne sprzeczności w ja gancją jakby jak a hrabianka z swoim narzeczonym
Droushirehou w Angli.
kich go umieszczają stosunki z celnikami i hurtowni w balowej sali w
kami. Wmieście Glazgowie jest on wielce poważany i przyjaciel fryzier, idzie sobie na fajeczkę, lub jeżeli
słusznie, bo to jego miasto rodzinne które się nim ma troche wykwintniejsze gusta, na cygaro i spirytus
pyszni. Wzywany bywa do rady we wszystkich tru z wodą do sąsiedniej kawiarni, albo też, jeżeli uło
dnych przygodach, i słynie ze swej znajomości św ia żył sobie przepędzić noc wesoło na racionalniejszych
ta i wrodzonej przenikliwości. Lecz czy to wszystko przyjemnościach idzie do jakiej restauracii gdzie wo
je st obfitym przedmiotem do opisów? i czy słuszna kalna mużyka co wieczór się odprawia. Człowiek sil
nej budowy siedzący w wygodnem krześle, puka po
to rzecz robić sobie igraszkę z szanownego
przedstaw iając go w sposobie tak śmiesznym w jakim ważnie młotkiem o stolik, a jako gospodarz domu,
nn jest przedstawiony w romansach górnej Szkocii ?... czyni najprzód swym gościom bezinteresowne zapyO! tobym sp ło n ą ł w stydem zw od n ictw a?
79
tanie, czyli każdy z
gentlem ma
napełnione
surdut;
i przychodzi nareszcie do domu z wielkę sa
szklanki. Poczem oświadcza że będzie śpiewał i że tysfakcję żony i córki które tymczasem już* się
mu akompaniować ma na fortepianie znakomity a r zdradliwie spać pokładły z tę zaspakajajęcę myślę
ty sta; tu występuje naprzód młody, słuszny i chudy że ich szanowny małżonek i ojciec, leży gdzieś w
mężczyzna z chorobliwym wyrazem w twarzy, wło bezpieczeństwie zamknięty w kordygardzie. Co się
sami przylepionemi pomadę do czoła, i po nizkim u- tyczy Francuza, ten nigdy nie wpadnie w żadnę akłonie całemu zgromadzeniu, siada do fortepianu. wanturę z powodu zbyt obfitego użycia
choć
Gruby gospodarz śpiewa, chudy artysta gra, i grzmo tez czasem podochoci sobie aż do zuchwalstwa parę
ty oklasków, i liczne wywoływanie o świeży dostaw szklaneczkami vdn
rdinae,odla nas to prawdziw
smażonych nerek, mocnego
pasztetów z królika rzecz zadziwiajęca widzieć jak mało potrzeba ilości
z serem i zimnyeh marynat, sę nadgrodę tego kon najlekszego napoju aby zawrócił najtęższę głowę u
certu. Przez jak iś czas tylko jędzę i piję, a posłu pospólstwa we Francii. U nich też lud nigdy się nie
gacze latają od bęta do kęta z tacami szklanek ku- upija aż do stracenia zmysłów, tylko staje się rozmoflćw i półmisków. N asz fryzier staje się czem raz wniejszym i skłonnym do kłótni po najmierniejszem
rozmowniejszy ze swoim najbliższym sęsiadem rze- użyciu krajowego ich piwa, w ilości takiej w jakiejby
źnikiem z Whilecliapel, i rozprawiają żwawo o paszte u nas najmocniejsza gorzałka zaledwie upoić mogła.
tach z nerek i muzyce w ogólności, jako też o ner Na piknikach, schadzkach i ucztach wiejskich, kiedy
kach i muzyce udzielanych im tego wieczora. W kilka jedna butelka wina obejdzie dwa razy kółko, ju ż całe
minut potem łysy, pękaty, zyzooki
siedzą zgromadzenie jest ożywione, rozmowne, zuchowate,
cy w samym środku izby zdejmuje swoj kapelusz, a przedrzeźniajęce się wzajem, wrzaskliwe i paplajęce
po kilkakrotnem zastukaniu młotka gospodarza domu, dowcipniejsze głupstwa niż wprzódy, a kiedy przyj
rozpoczyna śpiewać pieśń tak sowicie komicznę, że dzie do sprzeczki, jakaż babilońska wieża słów i ja
po ukończeniu onej, cała rozochocona kompania woła kie machanie głów i r ę k ! Zam iast kułaków, szturjednogłośnie o wieczerzę i świeże butelki ulubionego chańców i wdania się policii, jak to się dzieje u na
ale. Teraz izba cala zostaje przepełnionę zgłodnia szego ludu skłonnego do boxów, u nich, jeżeli ju ż
łymi wychodźcami z teatrów, a wielce znakomity a r przyjdzie na najgorsze, potręca jeden drugiego z lekka,
tysta, zgodzony za gwineę tygodniowo, usiada przy z miejsca na miejsce, a potem wszyscy wołąją wesoło
naszym fryzierze. Tymczasem, czcigodny ten
na policię... i cieniutkim głosikiem piszczęce kobie
lemen tak jest napchany nerkami, i tak należycie o- ty, i świegotliwi mężczyźni, i niewiadomi parafianie
pojony gorzałkę z wodę, że zaledwie jest w stanie i eleganty kupczyki, i żartobliwi imbierowicze, napyzrozumieć uwagi rzeźnika z
który ma chaję się, klnę, łaję, grożę i hałasuję jak opętani;
wielkę skłonność do 'aktorstw a i pragnie zmierzyć lecz przytem ani jedno silniejsze uderzenie, ani je
się talentem swoim ze s ł a w n y m artystę, przy ku den kułak po naszemu. Dozorca publicznej spokojflu gorzałki. Nowe zastukanie młotka gospodarza, ności, ukazuje się, a potykajęcy rycerze jakby ich
spraw ia chwilowe uciszenie, a mały człowieczek wy wymiótł: i w kilka minut po tej straszliwej
skakuje na sam środek zgromadzenia z pieśnią na skrzypce huknę walca lub kontradansa i znowu
prędce zaimprowizowanę, w której hojność i gościn wszystko idzie jakgdyby nic nie zaszło. Nie chcemy
ność gospodarza jako też wyborność jego wieczerzy utrzymywać, przynajmniej w tej chwili, że jeden z tych
godnie sę wychwalane. N asz fryzier słyszy pomie sposobów zakończania sporów jest lepszym od dru
szane okrzyki uwielbienia, brawa i oklaski, i usiłu giego, (chociaż wyznajemy to szczerze, że przyjaje nawet przyłęczyć się do nich, ale namyśla się źniejsi jesteśmy potyczkom z pieczenię lub zakorko
wreszcie że już czas odejść. Idzie on tedy, czyli wanym ldaretem, niż boxom i kułakom) chcieliśmy
raczej tańcuje w zygzagi przez ulicę, gdzie o mało co tylko wykazać, że z temi materiałami jakie Paweł
Uie zabierze scisłej znajomości z pewnym jegomościa Kok ma na swoje zawołanie, jako wierny malarz scen
w niebieskim fraku z laseczkę w rę k u ; gdyż co krok prawdziwych, posiada on wielkę przewagę nad opisyokazuje wielkę chętkę potłuczenia plecami swemi waczami scen tego rodzaju w Anglii.
wszystkich po drodze latarni o które wyciera swój
Hedahtor TOMASZ KULCZYCKI.
DRUKIEM PIOTRA PILLERA.
! .
% 00 °
-
.
'
I
dn ia,
■/&/??dl n ddmatdtitó'
„
^0iv
\BN^
W°
tO.
DZIENNIK MtiD P A B Y S I I C 1
►
~
Lwów, 8 maja 1845.
'
---------------------------------
Hok szósty.
Wychodzi co druga sobota regularnie; do Każdego numeru dołączoną je s t rycina mód paryskich z dokładnym opisem . K osztuje
5 z ł r . 15 kr.; całorocznie 1 0 z łr . m. k . ; na prowincii dolicza się przesyłka pocztowa do cen powyższych
półrocznie 43 kr. nu k. Prenumerować można we wszystkich urzędach pocztowych, tudzież w redakcii podnrem 3 0 1 .* we Lwowie.
w miejscu półrocznie
Płaszczyki niebyły jeszcze nigdy tak wzięte jak
teraz; krój ich jest w ieloraki; wspomniemy tu o dwóch
M O D Y .
P aryż,
będących w największej w ziętości: przy jednych pe
leryna jest tak obszerna jak spódnica od sukni; dru
gie są mniejsze dochodzące tylko niżej pasa; pier
wszych przednie poły zupełnie są podobne do koń
ców rańtueha, obszyte bywają falbaną wycinaną w
zęby okrągłe, bardzo długie lub też bardzo drobne.
Ponieważ te płaszczyki są bardzo obszerne, zatem
szwy znajdujące się na ramionach, zbiegają na bok i
przez to formują rodzaj pólrękawów, które mogą być
w potrzebie użyte. Płaszczyki takie robią się zwykle
z najładniejszych jakie są teraz materij.
S t r o j e d a m s k i e . Opiszemy naszym czytel
niczkom trzy rodzaje strojów najświeższych, a to nietylko suknie lecz i resztę dodatków stanowiących ca
łość ubrania. Najpierwej redyngocik z materii
de
soie,dwoma szerokiemi falbanami korunkowemi
obszyty jedna na drugą spadającemi, a które dwie
trzecie części spódnicy zakrywać powinny; zprzodu zaś rozdzielone od siebie rzędem guzików kratko
wanych; stanik u tego redyngocika wysoko zacho
dzący, całkiem gładki, mocno kończasty, ubrany tak
że rzędem guzików, które się schodzą z temi któremi
Kapelusze które najwięcej uwagę naszą ściągnęły,
ubrana jest spódnica; rękawy gładkie, z długiemi ko są z włoskiej słomy i zupełnie nowym kształtem ; ka
runkowemi mankietkami; do tego stroju kapotka z ma pelusze te są głównie przeznaczone na w ieś i do wód ;
terii
poult
de p
soie, takiem rajskim ubrana. Niemniej
są one dość niskie, z szerokiemi i spłaszczonem i
ładnym strojem jest suknia z zielonego peplinu, któ brzegami, troche krótszemi po bokach niż zprzodu
rej spódnica ubrana w przodzie pasamonikami przy- i ztyłu; wstążki do wiązania wychodzą ze środka;
szywanemi w kształcie kolumn, z stanikiem gładkim, przystrajają się podług upodobania girlandą z fioł
wysoko zachodzącym, w przodzie także pasamonika ków, bukietem z róż, lub wstążkami różnego koloru.
mi ubranym; rękawy gładkie; do tej sukni kapotka
z białego atłasu, obszyta wkoło główki rzędem koS t r o j e m ę s l s l e . Ponieważ tegoroczne
runek bardzo mało namarszczonych, kania również champs wypadło w porę niekorzystną, dwa pierwsze
jest obszyta korunką; ptak rajski przypięty z lewego dnie bowiem były niepogodne a tylko trzeci piękny
bobu. Także suknia z adamaszku, koloru brunatne lecz chłodny; przeto niewidzieliśmy strojów innych
go, której przód spódnicy przystrojony atłasem w rur jak tylko stroje zimowe albo półzimowe ja k o to : paki układanym; stanik gładki, wysoko na ramiona za letotsaki, twedy, konfortable i inne które pokrywały
chodzący, a otwarty w przodzie przez całą swą dłu niekiedy strój istotnie wiosenny. O tych wierzchnich
gość; rękawy pół długie; pelerynka muszlinowa; strojach niebędziemy mówić bo one się dłużej jak
kapelusz różowy, ubrany gałązką wierzby płaczącej. pare dni nieutrzymają. To tylko zauważać godzi się
Dawniej już o tem wspomnieliśmy
rańtuchy że jak w strojach damskich tak i męskich pokazała
różnego rodzaju i kształtu są zaw sze bardzo poszu się wielka rozmaitość materij, osobliwie piękne są
kiwane ; jedne są z prawdziwego tyftyku, inne z ma materie na kamizelki ja k o to : rypsy morowe z hafta
terii albańskiej, z krepy chińskiej, koronkowe lub mi dwukolorowemi tudzież tkaniny algierskie i wiele
blondynowe.
innych. Najmodniejsze materyjki na spodnie są w pa-
74
sy niebieskie n a dnie chińskiein. Później damy szcze.
golowy opis sam ych strojów .
R y c i n a p r z e d s t a w i a : suknię ślubn§ z trzem a
faibanam i z korunek w stążk ą przew likanem i, stanik
gładki wysoki podobnie korunkam i ozdobiony, na gło
wie girlanda z róż, welonem upięta. D ru g a suknia
z mieniącej m aterii jedw abnej, z podwójną spódnicą,
n a boku otw artą, korunką i różam i zpiętą, stan ik z ber
tą korunkow ą. Trzeci szlafroczek z lew antyny w de
seń, ubranie sta n ik a i rękaw ów je s t z tej samej m a
terii, kapelusz jedw abny piórem ozdobiony. T udzież
frak i tużurek od przechadzki.
aby w szystkie następne drzwi z całego rzędu otw ie
rać, dopóki na w łasna nie natrafi izbę. Takim je st, i
takim był W inglebury-W appen przed Kilka chwilam i,
to je s t przed przybyciem londyńskiego dyliżansu.
Z łoskotem pędził tenże po bruku poprzed gospodę,
zatrzym ał się przed nia, ja k a ś dama wrysiadła z nie
go, za żad ała osobnej izby, i z o sta ła pod num er 25
w prowadzona.
— T hom as! zaw ołała pani domu.
— Ma am odrzekł Tom asz i ukazał się n a ty c h
m iast.
do
POJEDYNEK W GREAT WINGLEBURY.
Z D A R ZEN IE P R A W D Z IW E
Z ANGIELSK IEG O
DICKENSA.
M ałe m iasteczko G reat W inglebury, je s t ani mniej
ani więcej ja k czterdzieści dwie i trzy ćwierci mili
od H yd e-pa rk oddalone. P o siad a ono dług§, nieró
w na, p u sta głów na ulice, ra tu sz z ogrom na zeg aro
wy tarczy, targow ice, wiezienie, sale publiczna, ko
ściół, m ost, kaplicę, dom gry, czytelnię, gospody,
studnię i pocztę.
W in glebu ry-W ap p en w samym środku głównej
ulicy w prost na przeciw m ałej budowy z ogrom na ze
garow a tarcza, je s t n ajpierw sza gospody, a razem
b u rsa , biórem poczty, a k c y z y ; miejscem zebrania ko
m itetu, » a f the blue«*) przy każdym wyborze, i przy
sięgłych w czasie posiedzeń, jakoteż główmy kwa
te ra klubu w istow ego, gentlemanów, p a rtii rad y k ali
stów z W inglebury; a jeżeli do m iasta W inglebury
zaw ędruje ja k i k uglarz lub posiadacz gabinetu wo
skowych figur, albo a rty s ta dajacy koneerta, natych
m iast nieprzeliczona mnogość p isanych ogłoszeń oznajm ia całemu m iastu że pan ten a ten, ufny w zn a
ny pow szechnie w ypaniałom yślność m ieszkańców
G reat-W inglebury k tó rzy w każdym czasie sztuki
piękne w spierali, z wielkim kosztem najył obszerna
gustow na salę zgrom adzenia w W inglebury-W appen.
W inglebury-W appen je s t w rzeczy samej obszerna
budowy i p osiada cały lab iry n t wschodów i przejść,
kaw iarnię, gościnna salę, i mnoga liczbę p rivatechamber, w których o tyle znaleść się można ubez
pieczonym przeciw wszelkiem u natrętctw u, o ile to
je s t rzeczy podobny w domu, gdzie co pięć m inut j a
kaś zabłakana isto ta otw iera pryw atny pokój cudzo
ziem ca, a poznaw szy bład swój, usuw a się nazad,
*) Radykalistów.
go
cił
na
— Oto list przyniesiony przez chłopca z pode lw a
pan a pod numerem 19.
— Oto list do was, sir! rzekł Tom asz i położył
w num erze 19. na stole.
— Do m nie? odrzekł numer dziew iętnasty, i zw ró
głowę, k tó ra p a trz a ła przez okno w dziedziniec
przeprzeganie koni w dyliżansie.
— Tak je s t s i r !
Kelnery m aja często zwyczaj urywkowo p rzem a
w ia ć — »tak je st, sir!* chłopiec zpode lwa s i r ; miss
wym ieniła num er 19 s i r ; E ugeniusz T rott E sg, sir .
— Imię moje je st bezw ytpienia T rott, rz ek ł nu
mer dziew iętnasty, list rozpieczętow ujac. M ożesz odejść....
Tom asz podniósł firanki u okna i nazad je s p u
ścił... gdyż dobry kelner musi zaw sze wynaleźć sobie
coś do czynienia, zanim którg gościnna opuści izbę,
uporządkow ał stojące szklanki na biufecie, o ta rł stó ł
który niebył zapruszony, z a ta rł ręce, poszedł zw olna
ku drzwiom i zniknął.
L is t zaw ierał w sobie coś choć niezupełnie nieo
czekiwanego, jednak bardzo nieprzyjem nego. Pan
E ugeniusz T rott opuścił go z rak i znowu w ziął go
ze stołu, przeszedł się po kilkakroć tam i nazad, i
czynił próby, ta ra z a na nieszczęście zaw sze mu się
n ie u d a ja e e : zagw izdać ja k a ś piosenkę. Jak o ś mu nieszło w żaden sposób. Zniecierpliw iony rz u cił się
w reszcie na krzesło i czytał w głos list następującej
treści.
Great Winglebury, pod niebieskim lw em .
Środa p rzed p ołu d n iem .
S ir!
»Skoro tylko zam iary jego doszły do mojej wie»dzy, opuściłem natychm iast in tere sa moje przy biu»rze i udałem się za waćpanem. Znany mi je s t cel
»jego podróży... nigdy je j niedokończysz.«
»Niemam tu obecnie żadnego przy sobie p rz y ja
c i e l a , na którego milczenie mógłbym się spuścić. To
»jednakże niebędzie żadną tam ą dla zemsty mojej. A n i
15
.
.1*
^Emilia Brown niepowinna być dłużej narażana na
^natarczywe nalegania chciwego pieniędzy, wzgar
d z o n e g o przez nia, jakoteż podłego w oczach w szys
t k ic h uczciwych ludzi hultaja; ani też ja dłużej znoi>sić cierpliwie niemyślę podstępnych nagabań jedneygo pospolitego fabrykanta parasolów.«
» S ir! od tutejszego kościoła prowadzi ścieżka
»przez laki do oddalonego miejsca stiff'-acre zwane»go (tu dreszcz zimny przejął pana Trott). N a tern
^miejscu czekać będę jutro rano o szóstej godzinie
»bez minut dwudziestu, na przybycie waćpana, a je »żeli nieprzybędziesz zrobisz mi te przyjemność iż
5?udam sie ztad za toba dokądkolwiek sie schronisz
C
G
G
G
C
»z szpicruta w ręku.«
H ora ce H u n ter .
»P. S. N a głównej ulicy pod numerem 15. mieszka
rten co proch przedaje a po zapadnieniu nocy już tam
»niewolno nic kupować. Rozumiesz mię s ir ?«
»P. P. S. Dobrze zrobisz jeżeli przed naszem spo
tk an iem nie będziesz jadł śniadania, oszczędzisz so»bie przeto niepotrzebnych kosztów.^
— Zapamiętały! krwichciwy! zuchwały drab! wie
działem dobrze iż do tego przyjdzie, zawołał nieszczę
śliwy Trott; jamto zawsze mówił ojcu, skoro mię na
tę expedycie w ysyłał, iż Hunter jako żyd wieczny
ścigać mnie wszędzie nieprzestanie. Już to samo złe,
żenić się na rozkaz starych i bez zezwolenia dzie
wczyny ; lecz coż pomyśli o mnie Emilia gdy ja je
szcze bez tchu uciekając przed ta piekielny salaman
dra, stanę przed nia! Coż mogę? coż mam czynić?
Jeżeli nazad powrócę do City (starego Londynu), to
zostanę na wieki spodlony, zhańbiony *, utracę dzie
wczynę, a co gorsza i pieniądze. Gdybym nawet dy
liżansem udał się jak najspieszniej do B r o v n -h o u se ,
czyliż Hunter niedopędzi mię extrapocztę; a jeżeli
pójdę do tego przeklętego miejsca s tiff-a c re (tu zno
wu napadł go dreszcz) jak amen w pacierzu będę za
strzelony. Widziałem go na własne oczy jak w P a ll M a t na strzelnicy, namalowanego człowieka na sześć
strzałów pięć razy trafił i zawsze w drugi guzik od
kamizelki a gdy szósty raz chybił, to wypalił w sam
łeb po raz siódmy. Coż mam robić? zawołał powtór
nie pan Eugeniusz Trott, nato pocieszające przypo
mnienie.
Siedział długo z głowg oparta o dłoń w głębokiem zadumaniu. Wrócić natychmiast do Londynu; to
przedewszystkiem byłby najchętniej uczynił. Pomy
ślał jednakże o gniewie obydwoch ojców i o przy
rzeczeniu które stary Brown staremu Trott uczynił,
wraz z córkej swoja oddać całe swe mienie młodemu
Trott. To znowu o liście Huntera zpod niebieskiego
lwa. Byłoto rozpaczliwe położenie! Zdecydował się
nakoniec, i w ysłał posługacza do niebieskiego lwa
z biletem, jak na prawego gentlemana przystało uło
żonym, w którym było napisano: iż pan Trott pra
gnie krwi pana horaciusza Hunter, i jak najwyraź
niej oświadcza, że niezaniecha stawić się na umówionem miejscu, aby pana Hunter wyprawić w podróż
do wieczności. N apisał przytem drugi bilet, zadzwo
nił i prosił aby mu drugiego posługacza przywołano.
Ten ukazał się natychmiast.
— Czy jesteś z Londynu? zapytał pan Trott.
— Właśnie tam się mam udać, była lakoniczna
odpowiedź.
— Dlaczegóż nie jedziesz natychmiast? zapytał
dalej pan Trott.
— Bo zmęczyłem szkapę, odwożąc star§ panie;
dodał z precyzia pocztylion.
— Czy wiadome ci mieszkanie tutejszego burmi
strza ?
— Tak, bezwatpienia, odrzekł zapytany ze zna
czącym gestem, jak gdyby miał dobre powody przy
pomnieć sobie o tern.
— Czy niemógłbyś oddać mu ten bilet?
— Dla czegóż nie?
— Bilet ten, mówił dalej pan Trott z paralitycznem drżeniem, trzymając złożony papier w jednej dło
ni a w7 drugiej pięć szylingów, bilet ten jest a n o n im .
— Coż to znaczy ?
— Anonim... to jest... iż on niepowinien wiedzieć
od kogo bilet ten pochodzi.
— Aha! rozumiem; odrzekł pocztylion, przymru
żając oczu z dowcipna mina, i bez okazania najmniej
szej niechęci przeciw powierzonemu poselstwu; rozu
miem, figlarna sztuczka! he?... Ale nasz burmistrz
jest prawnikiem i spi spokojnie. Jeżeli macie jak§ do
niego urazę, to lepiej zrobicie niewłazić mu w dro
gę.... Niech mię diabli porwą, jeżeli mu to niesprawi
największej w świecie radości.
Gdyby pan Trott nieznajdował się był w tak rozpaczliwem położeniu, byłby niezawodnie uczciwego
pocztyłiona albo za drzwi wytracił, albo zadzwonił
i dał radę gospodarzowi by go od służby uwolnił.
Nieuczynił jednakże ni jedno ni drugie, podwoił tylko
zapłatę i rzekł do pocztyłiona iż tu idzie o zaburze
nie pokoju. Poseł oddalił się z uroczystem zapewnie
niem iż zachowa tajemnicę, a pan Eugeniusz Trott,
usiadł z spokojnościa, jakiej od odebrania listu Hun
tera niedoświadczał, do zastawionego od dawna śnia
dania.
D o k o ń c ze n ie n a s tą p i.
_
^
76
PAN W I N C E N T Y .
Czy nie tali. się dzieje ?
Dokończenie.
Odezwała się muzyka i wkrótce bal się zaczął od
polskiego ta ń c a ; nie był to wszakże ów taniec poważny
w którym nasi pradziadowie zarzuciwszy od kontu
szów wyloty szli przy karabelach zwolna w takt i
wzniesioną głowę. Bylato raczej jakaś podrygująca
skakanka, ochrzczona jedynie nazwą polskiego tańca.
Dla tego kiedy w sali wykrzyknięto mazur!... ma
zur!... usłyszeliśmy z prawdziwem ukontentowaniem
tę muzykę wesołą, śpiewną, tak silnie przemawiającą
do naszych narodowych uczuć.... Niebawnie stanęli
liczni tancerze do koła, uderzono hołubca i wkrótce
rozmaite pary przesuwały się przed naszemi oczami.
Na moje zapytania pan Teodor będąc dnia tego
w wesołym humorze tak mnie zapoznawał z osobami
tańczęcemi mazura.... Ten jegomość młody, nazwiskiem
Ludwik, tańczący w pierwszej parze, je st synem ma
jętnych rodziców, z rzadkiemi zdolnościami i najlepszem sercem; szkoda wielka że przy zabawach które
wszakże niezbędną są potrzebą młodego wieku, za
niedbuje zupełnie dalsze ukształcenie umysłowe, któreby go z czasem mogło postawić w rzędzie znako
mitych obywateli kraju.
Ta pani z nim tańcująca jest jego kuzyna, widzisz
z jak czułem wejrzeniem i giętką kibicią kołysze się
na wszystkie strony, niepomna że w domu zostawiła
słabego męża i czworo drobnych dzieci.
W drugiej parze ta hoża panna z tak śmiałemi
oczami jest córką pani S zastalsk iej; taniec jej jest
skoczny, wesoły tak jak jej umysł; z nią tańczy pan
Walery przystojny i zgrabny młodzieniec, jest on du
szą wszystkich balów, polowań i składkowych za
baw; żałuję go jednak szczerze, że swój wykształco
ny umysł i trafny dowcip na szyderczych trwoni ob
mowach.
Za niemi tańczył pan Wacław, wysoki, chudy i
łysy k aw aler; z przykrością patrzałem na jego scho
rzałą postać i jego niepewne nogi czyniące jakieś
nadzwyczajne trele, sądziłem nawet że już ostatnie
przebywa skoki.
Kiedy z zdumieniem dowiedziałem się od mego
przyjaciela, że ten jegomość mimo ciągłej kuracii i
słabego zdrowia żadnej nieopuszcza zabawy, w tem
przekonaniu że jego naukowy taniec i zawsze czułe
i słodkie dla dam wyrazy, powinny być wzorem dla
całej młodzieży.
— »Jestto prawdziwe poświęcenie się dla sprawy
krajowej....* odrzekłem memu przyjacielowi. Obok
niego posuwistym krokiem i z wielką radością ska
kała panna Dorota, osoba niskiego wzrostu, pękata
i z czerwonem licem; patrząc na tę parę sądziłeś że
masz przed oczami prawdziwy obraz... szczęścia
z niedolą....
Kiedy za tym ciekawym kupletem śledczem spo
glądamy okiem, wyskoczył pan Dionizy z panną P auliną; czub jego najeżony, rozpięty frak, przechylona
postawa, zwiastowały nam jakąś nową scenę, jego
dama byłato osoba z długą wyciągniętą szyją; jej loki
rozpuszczone i martwe oczy, były wyrazem melan
cholijnego cierpienia; mimo to niebawnie puścili
się żwawo około sali, wymierzając zaraz z miejsca
przeciwne muzyce takty; pan Dionizy zapalony tan
cerz łam ał się na wszystkie strony a gdy stan ął w
miejscu bijąc zawzięcie nogami, panna Paulina około
niego wysoko podskakiwała, nakoniec gdy się zaczęli
na wszystkie strony wywijać, kręcić i szarpać, z prze
strachem dam i mężczyzn padli na śliskiej posadzce.
Na pocieszenie nasze po tak tragicznym wypad
ku posunął pan Paweł z panią Szymonową; ta z p ra
wdziwy gracią podawszy mu rękę, tańczyła hożo,
przyjemnie, bez żadnej przesady, mając wzrok z uśmiechem zwrócony na swego tancerza, który będąc
nad miarę otyły, oblewał się potem i sapał w różnych
dyrekciach, chcąc gwałtownie na swych ciężkich no
gach nadążyć za swoją lekką tancerką. Dla czegóż
ten jegomość tak mozolną sobie zadaje pracę? zapy
tałem mego przyjaciela; jestto sąsiad państwa Szy
monów i stały wielbiciel pani Szymonowy, śmieje się
ona z niego, nawet i teraz jak widzisz czyni sobie wi
doczną igraszkę. Lecz że jej mąż ma z nim częste
w interesach stosunki, dla tego ta pani nieodmawia
mu nigdy pierwszego mazura.
Widać że mu nie wiele sprzyja kiedy tak okropnemi fumigacjami osłabiajego wierne uczucia!
Lecz ktoż jest ten jegomość tak sztywnie stojący
z tą wńelką brodą i lornetką w ręku ? zapewne jak i
cudzoziemiec?...
Mylisz się, jestto Polak, goniący zawzięcie za
modami obcych narodów, dla tego nieznalazłszy w tem
społeczeństwie kompana któryby chciał podzielać je
go zagraniczne uczucia nudzi się, i patrząc z litością
na nasze nieokrzesane figury, ma pewnie te słowa na
myśli: s>Biedne istoty! bawią się i skaczą wesoło, bo
nie znają bulwarów Paryża... nie znają sławnych po
lowań A nglików ; ani rozkosznych małp nadsekwańskich ogrodów... ani lakierowanych butów londyńskich
żokiejów.*
W tej chwili na nasze szczęście ujrzeliśmy w ta ń
cu ładną, kształtną i nader zajmującą pannę S ab in ę;
77
jestto osoba rzadkich przymiotów i wzniosłych uczuć
(rzekł mój przyjaciel) szkoda że rodzice dając swej
córce tak troskliwe wychowanie, nie pamiętali o przy
szłym losie; mówią wprawdzie bardzo głośno o jej
zamęzciu z panem Wincentym, co do wieku zachodzi
juz wielka między niemi różnica, życzyłbym z serca
żeby i inne nie zaszły w jej przyszłem szczęściu za
wady....
Po ukończonych mazurach nastały inne tańce do
których nawet swawolna młodzież wciągnęła pana
Wincentego, ten będąc dnia tego swobodnej i wesołej
myśli nie tylko ze w tańcu krakowskim agronomicz
nie wyrzucał nogami, ale nawet zaśpiewał o mirto
wym wianku kilka rubasznych zwrotek....
Nakoniec przed daniem wieczerzy muzyka spo
częła, a damy zebrały się przy fortepianie, wtenczas
usłyszeliśmy kilka ustępów muzykalnych wykonanych
przez pannę Sabinę z prawdziwem czuciem i mistrzo
wską ręk§.
Lecz gdy się zbliżył pan Walery, wszystkie da
my prosiły go żeby im co wesołego zaśpiewał, nie
dał się długo namawiać i wziąwszy kilka akordów,
miłym lecz figlarnym głosem odśpiewał następującą
piosnkę, zwracając się często do grona męszczyzn
.gdzie stał pan Wincenty.
Dopókiż. z kw ialk a na k w iatek
P rzelatać b ęd ziesz n iesta ły ,
D opókiż postrachem matek
N apełniać będ ziesz kraj c a ły .
S ześćd ziesią t w io se n u b iegło,
Jak d ręczy sz biedne ofiary,
Krocie 'ry w a lów p o le g ło ;
T y z a w s z e m iły i jary.
Dla ciebie P elagia płonie,
D la ciebie Róża om dlewa,
Dorota zb ieg ła w ustronie;
Zofia się łzam i za lew a .
W strzym aj z a p a ły m iłosne
T w oje urocze w ejrzenia,
T w e skoki, trele ża ło sn e
I tw e mordercze w estch n ien ia.
A ch, przestań bujać z wiatrami
R zuć w onne pukli czernidła,
W ierzgaj jak dotąd nogami
L ecz o zło ć hymenu sid ła.
Przy samym początku tej piosnki panna Sabina
::z zapłoniony twarzy wziywszy jedne z swych przyja
ciółek pod rękę wyszła do drugiego pokoju, a pan
Wincenty śmiejąc się serdecznie wołał po ukończonym
śpiewie., brawo... brawo....
Lecz gdy młodzież zaczęła krzyczeć bis... bis...
pan Błażej z niechęcią oświadczył, że wieczerza na
stole; wtenczas damy wziywszy się pod ręce poszły
do sali jadalnej gdzie im męszczyźni ochoczo służyli.
Po wieczerzy tańczono jeszcze kilka godzin, a kie
dy pobliscy goście odjeżdżali do swych domów, a dal
si szli na spoczynek do przyrządzonych dla nich po
koi, ja wsiadłszy z panem Teodorem do sanek poje
chałem do jego wioski, gdzie z miłą chęcią miałem
dni kilka zabawić....
IV.
Przejeżdżając po pięciu latach tę wesołą okolicę,
tak żyźną w obfite plony rolnicze, odwiedziłem pana
Teodora, gdzie po przywitaniu przyjacielskiem, chcia
łem się dowiedzie o wielu mnie znajomych osobach, a
szczególnie o domie państwa Błażejów, ładnej Sabińci
i panu Wincentym.
Przychylając się do mego żądania mój przyjaciel
siadłszy obok mnie na sofie, tak zaczął mówić.
W krótkim czasie po twoim odjeździe o niczem u
nas niemówiono jak tylko o nastąpić mającym związ
ku małżeńskim panny Sabiny z panem Wincentym.
Możesz sobie wystawić jak złośliwe, śmieszne a na
wet zazdrosne z tego względu biegały wieści... nic to
jednak nie wstrzymało przygotowań weselnych, gdyż
dzień nawet do tej uroczystości oznaczony przez pana
Błażeja spiesznym zbliżał się krokiem.
Właśnie w tym czasie chcąc wypełnić obowiązki
bliskiego sąsiada, a może wyznając szczerze, wie
dziony ciekawem uczuciem jakie też na umyśle panny
Sabiny tak stanowcze postanowienie uczyniło zmia
nę, dla której zawsze miałem wielki szacunek, poje
chałem w odwidziny do państwa Błażejów.
Tam zastałem gospodarza domu jak zwykle w we
sołym humorze, żonę jego z niezachwianym uśmie
chem czytającą nowo przybyłe xiążki, a pannę Sa
binę nachyloną nad krośnami ze smętną twarzą.
Gdy dano herbatę, dostrzegłem jak była troskliwą
w pełnieniu obowiązków gospodyni, z jak czułym wy
razem w oczach podawała herbatę swoim rodzicom,
jak często nawet ze łzawem okiem całowała ich ręce.
Odgadłem przyczynę tego wzruszenia i pomyślałem
sobie.... Biedna... jak wcześnie szuka pociechy.... Lecz
czyli te tkliwe uczucia potrafią jej zastąpić obowiązki
szczęśliwej żony i m atki?..
Tak sprzeczne widząc ze sobą umysły doznałem
nieprzyjemnego wrażenia, i nie bawiąc długo w tym
domu powróciłem do siebie.
Nazajutrz bardzo rano z prawdziwem zdumieniem,
spostrzegłem wchodzącego do mego pokoju pana Win
centego, prosiłem go ażeby usiadł, co on też z chęcią
wypełnił, lecz gdy go pytałem o przyczynę tak ran
nych odwidzin, zaczął się jąkać, nos wycierać, pokaszliwać, a nakoniec tak się do mnie odezwał:
»Wiesz pan dobrodziej że ja się żenię.« Na znak
S'S
potwierdzenia schyliłem głowę.... Ale bo widzisz pan w domu p ań stw a Błażejów... lecz niewystawisz sobie
dobrodziej (ciągnął dalej ją k a ją c się) »jabym chciał że radości z ja k ą pan Wincenty w dniu przeznaczonym
by się kto inny ożenił.« N a te słowa podniosłem r a p do swego ślubu, wprowadzał z wielkim bukietem
townie głowę, sądząc że dostał pomieszania zmy Ludwika na swoje miejsce: Odurzenie obecnych było
słów.... On zaś po krótkiej chwili tak dalej mówił; niepojęte, a szydercze śmiechy i pokątne mowy w
przeszedłszy scisłym rachunkiem moje lata i panny jednej chwili, zamieniły się w głośne i szczere uwiel
Sabiny, obliczywszy wszystkie wypadki
i
bienia....
widzę nakoniec bardzo ja sn o żebym zrobił t§ r a ż ę
Po ślubie pan Wincenty śmiejąc się serdecznie,
zupełnie mylną spekulacią, dla tego chcę kogo in pow tarzał każdemu z młodzieży te sło w a : »Wszakże i
nego z nią ożenić, a że ją kocham statecznie, z a p i pana prosiłem na wesele*. A kiedy szczęśliwa Sabina
szę jej mój cały majątek, z tym jednak warunkiem została matką ładnego syna, pan Wincenty trzym ając
żeby młodzi małżonkowie zawsze ze mnę mieszkali; go na kolanach pokazywał z żywą radością pani Szytu przestał mówić i nastąpiło między nami milcze monowej mówiąc »Otoż mam i miłego aniołka.*
nie. ..
Lecz coż się stało z panem Błażejem i jego żoną?'
Ochłonąwszy z pierwszego w rażenia odrzekłem
Żyją w mieście z pensii którą im pan Wincenty
panu Wincentemu. »MyśI pana je s t Szlachetna i z a słu płaci.
guje na szczerą pochwałę, lecz czyliż pan niemasz
A owa gadatliwa Czepkowska? Szczerze kocha
jak iego krewnego któregobyś mógł połączyć z panną Sabinę i jej małego synka.
Sabiną, a tym sposobem nie tylko uszczęśliwiłbyś oA to prawdziwie szczególne zdarzenie!
sobę którą tak tkliwie kochasz, ale nadto majątek twój
N a tern podobno trzeba naszą ukończyć pow ias
zostałby w twojej rodzinie ?...«
tkę ; wybaczcie łaskawe czytelniczki, że tak patry Nie... nie... odparł żywym głosem, mam wprawdzie archałnie skreśliłem koniec tej gawendy.
dalekiego kuzyna, lecz to je s t hultaj nad hultajami i
Chciałem iść wprawdzie w ślady Balzaków, Ber
dla tego jedynie przyjechałem do pana dobrodzieja a- nardów i w strasznych cierpieniach umorzyć moją
hyś mnie z tak wielkiego kłopotu wybawił.
bohatyrkę.
Kiedy to mówił, wpadł mnie na myśl Ludwik mło
Lecz czyliż nie dosyć macie w tej chwili obrazów
dy człowiek troche wprawdzie roztrzepany lecz z naj- niedoli... zmartwienia.... miałżebym jeszcze rozczulać"
lepszem sercem ; słysząc go kilkakrotnie mówiącego wasze tkliwe serca zgonem biednej Sabiny?...
z uwielbieniem o pannie Sabinie i wiedząc nadto że
....
i ona nie byłaby przeciwna temu związkowi, oświad
czyłem myśl moją panu Wincentemu, który zrywając
$tacia pocztowa w Hulczy.
się z miejsca z najw iększą radością szybkim zaczął
Komedia
J ó z e f a K o r z e n i o w s k i e g o w jednym akcie.
po pokoju chodzić krokiem, i bijąc ręką o rękę wołał...
brawo... brawo... dobry chłopiec ożenię go z panną S a
Mało je s t u nas pisarzy którzyby w raz obranym
biną, a potem zbliżywszy się do mnie mówił z z a p a zawodzie z taką wytrwałością iz t a k i e r a powodzeniem
łem ... Proszę pana dobrodzieja... jedź... jedź... i po pracowali ja k Józef Korzeniowski. Zaledwie rozpa
wiedz mu, że go z a ra z ożenię; to tylko sobie wyma trzyliśmy się w zaletach niektórych większych jego
wiam, żebyś mnie dał słowo honoru, że przed dniem tworów, zaledwie odczytaliśmy dwie nowe jego ko
oznaczonym do mego związku, nikomu półsłówka nie medie świeżo drukowane w Warszawie, już oto do
wspomnisz o tej zamianie, i to samo musisz mnie za chodzi nas komedia nowa; a chociaż ta nie je s t tego”
ręczyć ze strony Ludwika i jego rodziców.
rodzaju iżby się zbliżyć nawet mogła do tworów więk
Chętnie przystałem na jego żądania, obiecując że szych, odczytanie jej jednak, (bo wystawiona w teatrze
n a z a ju trz pojadę.... Lecz pan Wincenty ściskając mnie dotąd niebyła), zrobiło na nas miłe wrażenie i z nie
oburącz, w o ła ł: Nie... nie... za ra z musisz jechać, nie go chcemy tu zdać sprawę w kilku słowach.
odstąpię... nawet się z tego domu nie ruszę, póki nie
Żartow ał sobie niegdyś nasz nie bez talentu i nie
wrócisz.... Nie było więc żadnego ratunku, kazałem bez zasług, ale zbyt uszczypliwy, a dziś z powoda
zajść powozowi.... A gdy wychodziłem z pokoju pan swego renegatostwa potępiony powszechnie pisarz, że
Wincenty pchając mnie silnie do drzwi wołał ciągle... niemasz u n a s zatrudnienia, w któremby żydek niebrawo... brawo... szczęśliwy pomysł....
grał ważnej a częstokroć też najgłówniejszej roli:
Możesz się domyśleć, j a k łatwo dopełniłem wszys
tkie zlecenia nie tylko w L udw ika rodzeństwie ale i
jestto, ja k powiada, wyskok narodowego przemysłu, i
oś około której wszystko się u nas obraca. Złośliw y
*9
ten przycinek odświeżył niedawno w pamięci naszej
jeden z synów Izraela, któremu dostała się w ręce osobliwsza a przynajmniej niepraktykowana u nas, ga
łąź przemysłu: rozwozi on po wszystkich częściach
kraju rękopisma najpłodniejszego naszego pisarza i
jest, jak nam powiadano, wtajemniczony, w najskry
tsze ruchy wyobraźni i poetyckiego natchnienia, któ
rych płodami handlować wyłączne ma prawo. Kome
dia o której mówimy dotyka tejże samej strony w ży
ciu dzisiejszem jednej części narodu. Rzecz dzieje się
między Ostrogiem a Dubnem na Wołyniu. Główną ogobą R aj ci a żydówka, utrzymująca w Hulczy stacię
pocztowe. Goto za wyśmienita posada dla przemy
ślnej izraelitki do koncentrowania wszystkich wiadomostek, wszystkich plotek, całej statystyki sąsiedz
twa, a przy lada ogładzie i obrotności, do chwycenia
W oswojone z zyskiem ręce swoje najdelikatniejszej
tkaniny mariażów, w czasie kontraktów dubieńskich.
Przedmiot ten łatwoby mógł przejść u pisarza ladajakiego w karykaturę i w kłamliwe oszczerstwo; u
Korzeniowskiego nieprzechodzi on w niczem granic
przyzwoitości i prawdopodobieństwa, a wykład rzeczy
jest prosty i nie bez wdzięku. Marszałkowa SkaJińska wraz z swoją siostrzenicą Hortenzią, pragnącą
z każdą minutą zlecić czemprędzej na zabawy dubieńskie, nie zastaje koni na poczcie. Może też je umy
ślnie pochowano. Niezastaje ich także Erazm Czar<noziemski spieszący dokąd innąd za swemi interesa
mi. Ztąd mimowolne zetknięcie się i znajomość uła
twiona już wcześniej przez gagatliwą Rajcie. Wszys
tkie te osoby są takie jakbyśmy ich w naturze wi
dzieli. Rozwiązanie, czy jak właściwiej może nazwaćby wypadało, urwanie zawiązanej osnowy w tej
sztuce, zdaje się nam bardzo stosowne. Oddzielono
tu to co właściwą było komedią i co związane było
z tern miejscem, z którego tytuł ułożono. Reszta mo
gła być wcale innego rodzaju i dla tego z lekka ją
tylko natrącono domyślnemu widzowi. Następująca
iscena między służącym Erazma Marcinem a Kasią
pokojówką Hortenzii jest w swoim rodzaju wyborna.
SCENA
K A SIA , MARCIN potem TOMASZ.
Kasia i Marcin
potem
ona
idzie
(przyp
do
samowara
n
jak i ciężki!
Ma r c i n . Proszę mnie pozwolić, kazałbym sobie
oczy wyjąć żeby się panieneczka fatygowała kiedy ja
tu jestem.
(przysuwa
samowar)-
K a s i a . Jaki pan Marcin grzeczny!
bardzo
dziękuję. Wszak pan, pan Marcin?
M a r c i n . Do usług. A jak mam honor zwać pa
nienkęc ?
K a s i a . Katarzyna.
M a r c i n . Znałem już trzy Katarzyny, i wszystkie
bestyjki były śliczne jak sto diabłów.
Ka s i a . A to musiały być bardzo ładne.
M a r c i n . To się tak tylko mówi; ale jednakowoż
żadna niebyła taka jak ostatnia panna Katarzyna,
(chce
w zią ść
je j
rękę,
ona
mu
nalew
Aj!... ale to nic, z pięknych rączek wszystko miło.
(d,
s.
trzepiąc
D
ręką) iabła tam n ic!
K a s i a . Doprawdy
? (d. A on wcale nie
(Tomasz
przynosi
szkatułkę
z
cuk No dawa
gapiu prędzej.
T o m a s z . Aha prędzej, żeby tobie tak skostniały
palce jak mnie.... Wam tylko fiu! fiu! w głowie... wa
łęsać się zimo, niewiedzieć po co, człowiek marznie
przy karecie jak pies.
K a s i a . Idź, idź ogrzej się, już ja tu przyrządzę
sama.
T o m a s z . Temci lepiej, a ja napiję się wódki
chodzi)-
M a r c i n . Ale niegrzeczny państwa kamerdyner.
Ka s i a . Kamerdyner? to sobie prosty lokaj z poddańczuka; nasz kamerdyner pojechał naprzód z kre
densem i końmi. A, tamto człowiek wcale nie taki...
proszę ini tę szkatułkę przysunąć.
Ma r c i n .
(z partesem przysuwa)Panna Katarzyna
zapewne spieszy do tamtego?
Ka s i a .
(sypie
arbtę)Wcale nie, boon już żonaty.
h
M a r c i n . To zapewne w domu został taki, za któ
rym serduszko tęskni... który się już upodobał ?
K a s i a . Niezgadł pan Marcin... mnie nie tak ła
two podobać się jak sobie kto myśli... a potem ja so
bie postanowiłam niezajmować sic nikim, póki moja
panna nie wyjdzie za mąż.
M a r c i n . To panna Katarzyna tak jak ja. Ja so
bie dałem słowo uczciwości, choćby mnie diabli brali,
nieprzypuszczać nic do głowy i do serca póki mój pan
się nie ożeni.
K a s i a . Toby trzeba żeby pan pana Marcina
prędko się ożenił, bo jak pan Marcin stracisz zęby i
wyłysiejesz, któraż potem pana Marcina zechce?
a r c i n . To prawda, aleby trzeba żeby i pani
AM
ch!
panny Katarzyny wyszła prędzej za mąż, bo inaczej
panna Katarzyna będziesz starą panną, a wtenczas...
to jakoś trudniej...
Ka s i a . Do tego nieprzyjdzie.
so
M a r c i n . Spodziewani się ; a ja k się nazywa p a
n i panny K atarzyny?
K a s i a . Hortenzia Róźnicka.
M a r c i n . Jakie piękne imię, panna Hortenzia, a!
bardzo piękne.
K asia.
(ptueząc szklan
i)I imię piękne i po sag
lada, i dwie wsie na Podolu, to nie każda ma.
M a rc in .
(w y ciera ją c serwetą
daje) Gdzie tam u diabla każda! Ależ to ip r e te n d e n
tów musi mieć taka pann a?
K a s i a . Naturalnie. Ale moja pani zupełnie taka
ja k ja... bardzo wybredna, jej nielada kto się p o d o b a ;
przytem moja pani widzi bardzo dobrze że teraz u
n a s młodzi panicze: rozpustni, gracze, fajkarze, pró
żniaki, tylko im konie w głowie i ja r m a r k i; żaden
się niczem porzędnem niezajmuje, żaden niestara się
być uprzejmym, każdy okopcony dymem j a k furman,
a zarosły ja k żyd. I dlatego dotąd nikogo niewybrała.
(podaje
mu
h
erbatn
iczkę)P rO SZ ę tu nalać WOdy.
A pan
p a n a M arcina ja k się nazyw a?
M a rc in .
ając)Erazm Czarnoziemski, depu
(dolew
tat sędu głównego... czy dosyć?
K a s i a . Jeszcze trochę. Zapewne ju ż zaręczony?
M a r c i n . Zaręczony? gdzie u diabła; mój pan to
ta k ja k ja , niełatwo się kim zajmie.
K a s i a . A toż dla czego? ale dosyć! dosyć! ot le
j e się przez wierzch... ja k i pan Marcin niezgrabny!
M a r c i n . Zapatrzyłem się na pannę K atarzynę i
o świecie bożym zapomniałem.
Kasia.
(d. s.)Widzisz go, moję miarkę mi od
mierza... pewnie wysłany na zwiady... ale, nie w cie
mię bity....
Marcin.
(a.
F
s.) ilutka pewno ma jakie
cenie... niema co mówić, śliczna i sprytna bestyjka !...
nie K a s i a .
(zaglądając
do
K
e iedy p
h
M arcina taki stateczny człowiek, to musi już być w
pewnym wieku ?
M a r c i n . Wcale n i e ; mój pan ma trzydziesty rok...
a mnie też wiele ?... ja k pann a Katarzyna myśli ?...
K a s i a . Sędzęc po tym rozumie, z jakim pan
Marcin gada... myślę że musisz mieć najmniej lat ze
czterdzieści.
M a r c i n . O co to, to ju ż panna Katarzyna tęgo
s k ł a m a ł a ; mnie dopiero lat dwadzieścia jeden do usłu g ; co? może panna K atarzyna nie wierzy?
K a s i a . W ierzę; ale herb ata już dawno gotowa.
Marcin.
le)Ach to szkoda panno Katarzyno
(czu
K a s i a . Czemuż to panie M arcinie?
Marcin.
(bierze
jejrękę)Bo mi tak mi
K atarzynę konwersować... bodaj mnie diabli wzięli
jeżeiibyin piechotę nieposzedł za pannę Katarzynę do
Dubna.
K a s i a . A pan Marcin taki trudny w wyborze?...ale proszę mnie puścić, trzeba paniom dać znać.
M a r c i n . Czy my się zobaczymy jeszcze kiedy
panno K atarzyn o?
K a s i a . N a tamtym świecie panie Marcinie
«.)
wolałabym jednak na tym. Zeby to moja panna miała
Adieu panie Marcinie 1
K a s i a . D oprawdy?
(u.A o rozum
n widzę wcale (głośno)
nie
M
a
r
c
i
n
.
(
sam
)
Aj!
żebyto
mój pan miał olej w
głupi.
(groźno, nakryioając herbatniczkę Niech tCTUZ
głowie
i
przypuścił
do
tej
panny
atak miłośny......
nacięga, ale dla czegoto panowie tak trudni w wyborze?
M a r c i n . Ha, byliśmy w Krzemieńcu w szkołach wtenczasbym i ja.... bo ta Kasia to dziewczyna jak
panno Katarzyno, mamy więc rozum. Mojemu panu złoto, bodaj mnie diabli w zięli!
niełatwo dogodzić, a i mnie także. Mój pan uważa
to dobrze: że teraz panny lubię tylko kontrakty, bale,
stroje, że siedzęe w domu, zamiast co czytać, lub co
szyć, patrzę tylko w okno czy nie jedzie jaki żydek
z towarami, żeby ja k najwięcej nakupić; lub jaki gość,
ż-eby ja k najprędzej się wystroić. Mój pan człowiek
stateczny, rozumny, ma dużo xiężek, wielkie gospo
darstwo, majętek czysty i chialby żeby i jego żona
była rozumna i gospodarna; a takich teraz mało.
Słyszałem nieraz ja k m ów ił: kto się w tych cza
sach żeni, zyykle nabywa długów, pełnę garderobę
niepotrzebnych gałganów, i pełne szafy francuskich
rom ansów ; a mój pan boi się długów i romansów ja k
wszystkich diabłów: i ja także.
R ed a k to r TOMASZ KULCZYCKI.
Koncert Samuela Kossowskiego.
Dnia 24 kwietnia miłośnicy i z n a w c y muzyki doznali bar
dzo przyjemnego wrażenia. S ł a w n y nasz wiolonczelista Samuel
K oss ow sk i po kilkoletniej podróży swojej dał p ierw szy kon
cert w sali towarzyslka muzykalnego. Grał same w ła sn e sw o
je utwory, które s z ł y po sobie w naslępującym porządku, l )
Ouwertura. 2) Wariacie na temat piosnki: pożegnanie domku,
z operetki k r ó l d u c h ó w a l p e j s k i .
3 ) Fantazia melancho
lijna, grana bez tow arzyszen ia orkiestry.
4 ) Ouwertura. 5}
Karnawał w en eck i 6) Potpourri
Koncercista znany jest do
brze naszej publiczności, tu bowiem przez lat kilka ć w i c z y ł
się w sw oim zawodzie Uważano źe ostatnia podróż nadzwyczaj
p o s ł u ż y ł a mu do rozwinięcia w całej świetności w y so kieg o
sw eg o talentu: stanął on już na stopniu na którym mierzyć się
może z najw iększemi muzykami w Europie, a jako wio lonczeli
sta jest dziś zjawiskiem bardzo rzadkim. S ł y sz e liś m y ż e zaba
w i między nami czas d łu ższy, i da je s z c z e więcej koncertów.
Niniejszy mimo cen nieco za w ysokich był dość liczny, a częste
braw a i rzęs iste oklaski św i a d czy ły że publiczność była w w'ysokim stopniu zadowolniona.
DRUKIEM PIOTRA PlLLERA-
^ 0,(f
*50 Ifj. -S T
h
*
«*£ J - f j L
*
>
'^'O D 0'4’
%4
• '■ ’
*.
,<LI%
^° 0 q ^
DZIBHHIE HIB FABTSKICE
Lwów, fi? maja, 1845.
Kok szósty.
W ych o d zi co druga sobota regularnie; do każdego numeru do łą czo n ą j e s t rycina m ód paryskich z dokładnym opisem. K o sztu je
w miejscu p ó łro c zn ie 5 z ł r . 15 k r . ; całoroczn ie i o z ł r . m. k . ; na prow in cii dolicza się p rze sy łk a pocztow a do cen pow yższych
p ó łro c zn ie 48 k r. m .k . Prenum erow ać m ożna w e w szystkich urzędach pocztow ych , tu d zież w red a k cii podn rem Z O i.; w e L w ow ie•
z mory popielatego koloru, której spódnica ubrana w
przodzie rzędem dużych stalowych guzików; stanik
Paryż, dnia S maja i 846. u tej sukni gładki, spięty przez całą swą długość
Stroje damskie. W chwili gdzie tyle róż zprzodu rzędem guzików które stanowią ciąg dalszy
nych pojawia się na suknie raaterij, słuszna jest za garnirowania spódnicy; rękawy proste, półdługie,
wiadomić nasze czytelniczki, które z nich największy z szerokim wyłogiem i trzema guzikam i; drugie rę
będą miały wziętość, które najlepiej do czego dadzą kawy muszłinowe z korunkowemi mankietkami.
Redyngociki z białego bareżu uważane są bardzo
się zastosow ać; i t a k : na suknie fulary chińskie w
kraty lub pasy cieniowane, które nad innemi m ateria słusznie za strój gustowny i szlachetny; podszywają
mi mąją tę wyższość iż pomimo to źe się wydają ła się one liliową, różową lub błękitną k ita jh ą ; a obszy
dnie z wielką łatwością prane być mogą; tak zwana wane bywają fręzlami lub lamówkami przewlekanemi
mora królewska jest przepyszną i bogatą m aterią; wstążkami tego koloru co podszewka.
Kapelusze z korunkowych pasamoników coraz się
materia
p o m p a d o u r je dynie do galowego stroju uży
w ana; dwukolorowe materie, tudzież pekiny koloru więcej podobają, i coraz widać ich więcej; mimo to
ślazowego, materie w cienie, muszliny smyrneńskie jednak lubione są słomki przezroczyste jako bardzo
tarlatany wschodnie, także płócienka i batysty chiń stosowne do tej pory roku. Co się zaś tyczy kapoteh,
skie. Do nowości należą także materie glansowane, tych najwięcej widzieć można z krepy lub innej ja
zielone z czarnem są najwięcej poszukiwane; tkaniny kiej materii koloru jasno-zielonego; i w ogólności po
wełniane w pasy atłasowe, które mają tę własność iż wiedzieć można że kolor zielony jest tego roku pa
nujący.
suknie z nich są lekkie i nie tak prędko się mną.
Kapelusze z przezroczystej słomki mąją za naj
Płaszczyki zawsze modne, zawsze jednakowo Iubione, wielorakiego są gustu i k ształtu; ryps indyj zwyklejszy ustrój szarfę koloru bławatowego, podszy
ski, mora, materie glansowane używane są pospolicie te są także grodenaplem tego samego koloru.
Zauważaliśmy iż bardzo dobrze się wydają przy
do tego rodzaju strojów.
Z sukien najwięcej godne wspomnienia są nastę białych kapotkach duże piwonie, bukiety z kwiatu
pujące : suknia z materii
po przystrojona dalia lub róż tureckich.
M O D Y .
fartuszkiem z czarnych korunek; z stanikiem gładkim,
również korunkami ubranym ; rękawy obcisłe z czarnemi korunkowemi mankietkami. Suknia z materii
jedwabnej koloru niebieskiego w cienie, której spó
dnica ubrana w przodzie pasamonikami w kształcie
podłużnych obrączek ukośnie układanych, a które do
sukni przymocowane są jedwabnemi guzami tegoż sa
mego co i suknia koloru; stanik wysoko zachodzący
z ubraniem takiem samem jak przy spódnicy, rękawy
gładkie, aż po łokieć na guziki zapinane. Suknia
Stroje męskie.
Kamizelki w guście napo
leońskim bardzo są poszukiwane; krój ich je s t pro
sty : zapinają się aż pod szyję, kołnierz mają wykła
dany, poły są na kilka cali szerokie a wycięte zprzo
du okrągło.
Spodnie ulubione są z lampasami po bokach; krój
ich jest bardzo szeroki; w jednej z następnych rycin
damy ich wzór.
R y c i n a p r z e d s t a w i a : amazonkę z półsukna
francuzko-czarnego, wyłożenie kołnierza i klap jest
S5B
m ory; kapelusz kastrowy z welonem koronkowym.
D ruga suknia jedwabna z podwójną falbaną w ząbki
dziergane, stanik wysoki z podwójną bertą, kapelusz
jedwabny korunkami i kwiatami ubrany. Trzeci szla
froczek z gros d ’Afrique, spódnica korunkami obszy
ta, stanik poniżej bioder spadający, wkoło korunkami
obszyty, kapelusz jedwabny, również korunkami ubra
ny. Tudzież twina o jednym rzędzie guzików, i takiż
frak od przechadzki. Spodnie z lampasami czarnemi.
'Wspomnienie z podróży
PR ZEZ
WINCENTEGO POLA.
Słońce chyliło się ku zachodowi: po Elbie pły
nące statki przybijały do brzegu; lekkie dymy przecią
gnęły się po przedmieściach Drezna, i cicho było na
brylowskim terasie. Ponad drogą, która się od Nowegomiasta przewija malowniczo ku saskiej Szwaj
carii, pomiędzy ogrodami i mnóstwem ozdobnych wiej
skich mieszkań, wznosił się tuman kurzu, wponsowera
świetle zachodzącego słońca. Powozy powracały z dal
szych wycieczek do miasta, i długi szereg jezdnych
i pieszych, przemykał się po przepysznym moście,
który łączy śmiałemi lukami Nowemiasto z Dreznem.
N a samym jednak brylowskim terasie nie było niko
go, i cały ten piękny widok, miał w sobie tę spokojność
i to pewne oddalenie poruszonych w nim przedmio
tów, które nieraz daje podobieństwo widokom natury
do olbrzymich obrazów i tern więcej zajmujących, że
tylko ujętych w ramę źrenicy i ducha. Byłato jedna
z takich chwil w życiu, które tajemnym jakimś uro
kiem tak bardzo pociągają ku sobie, że o nich już
nigdy zapomnieć nie można; chociaż trudno jest z tego
uroku i sobie i drugim zdać sprawę. Byłato chwila, w
której dusza przyjmuje cierpliwie wrażenia, szukając
w widoku natury i świata, nieświadomie, ukojenia dla
siebie...,
Długo stałem wszystek zatopiony w tym widoku i
tak mi dobrze było, bom się czuł samotnym; bom odetchnął po wrzawie miejskiej na chwilę, i mogłem po
wrócić do tych myśli i uczuć, z których mnie obiera
ło towarzystwo ludzi.
Długo sądziłem żem był sam jeden na terasie;
wtem spojrzawszy na stronę, ujrzałem w niejakiem
oddaleniu, o drzewo opartego człowieka. Z splecionemi
na piersiach rękoma, wlepił ponuro nieruchomy wzrok
w jak iś odległy przedmiot okolicy, a z całej jego po
stawy widać to było, i z tego zaniedbania, z jakiem stał
o drzewo oparty, że był mocno zadumany i że się
niedopiero zadumał. Cała twarz i postawa jego zajęła
mnie mocno. Miał czarny, axamitny kolet na sobie i
takiż biret na głowie, a krój jego sukni przypominał
lekko, jakiś strój staroniemiecki. Miał czarne, dłu
gie włosy, takież wąsy i wielką hiszpańską brodę;
twarz jego była bardzo blada, a cały fantastyczny układ jego stroju i postawy nie miał pomimoto nic
rażącego w sobie. Nie byłto kostium, ale powszedni
ubiór człowieka, w dziwnej zgodzie z wyrazem ca
łej jego twarzy, który tak często cechuje artystów,
zwłaszcza w młodszym ich wieku.
Długo patrzałem na niego, i on też postrzegł mnie
po chwili; sprostował się nagłe i przystąpił ku mnie
raźno, jakoby chciał we mnie powitać znajomego.
Spojrzeliśmy sobie długo i spokojnie w oczy, niemówiąc nic do siebie....
— Waćpan omyliłeś się zapewnie? rzekłem w koń
cu; bom uczuł, nie wiem dla czego, że się bez słów
nie rozstaniem z sobą.
— Nie, nie omyliłem się... rzekł mi *, i piękne jego
oczy ożywiły się jak ąś dziwną otwartością.
— J a nie przypominam sobie...
— I ja n ie !...
— Więc coż? zapytałem.. .
— Zdaje mi się, że kiedy się nie znamy, toby się
nam poznać warto. J a jestem malarzem a waćpan
jesteś artystą.
— Jakto? czy ja jestem malarzem?...
— Malarzem, czy rzeźbiarzem, to dla mnie jedno!
byle piękna dusza, byle artysta!
— Proszę mi wierzyć, że nie jestem ani malarzem
ani rzeźbiarzem....
— To nic nie szkodzi... my się rozumiem ; jeżeli
nie jesteś artystą, musisz być Polakiem... każda
Polka którą aż dotąd poznałem, była gracią i czemś
więcej ja k grecką gracią; a z was każdy jest żołnie
rzem. S iła i gracia, to życie, to daje natchnienie; a
więcej pono znaczy być artystą w życiu, niż artystą
w sztuce.... My się rozumiem! gdybym był Polakiem,
nie byłbym pewno malarzem....
— Zle waćpan mówisz, rzekłem ; my się nie mamy
potrzeby porozumiewać z sobą, bośmy się już zrozu
mieli....
— Dobrze więc, rzekł mi... ścisnął za rękę i po
wiódł nad brzeg wyniosłego terasu który ku Elbie
spadał, i wskazał ręką na piękną okolicę położoną
za Elbą.... Coza prześliczna okolica! a sądzisz, że
prócz nas dwóch, jest kto więcej w tej chwili coby
widział i czuł jej piękność i ten zachód słońca? Ci
tam, co w tych powozach jadą w tym kurzu za go
ścińcem, ziewają z znudów, i myślą otem jalc zabić
83
przyjdzie wieczór, kiedy dziś włoskiej nie ma opery. serca. On mówił z uniesieniem o błękitnych oczach
To mrowie co tam po tym moście pełza, myśii tylko pięknej Polki i o chwili w której się przed rokiem
o tem jakby się dostać co prędzej do domu, gdzie na z nią ro z sta ł; a ja myślałem o owej dalekiej wiosce
nich czeka wieczerza, a ci flisacy na łodziach nie wi na Rusi, którą obsiadły dąbrowy dokoła, a jakby jakieś
dzą w tej Elbie nic więcej, prócz wody; w tym brzegu, odległe echo grały mi w duszy słowa owej piosnki:
nic więcej prócz miejsca na nocleg dla siebie; a pa
Do niej tęsknię z w ieczora,
Z ranną jutrznią za p ła czę:
trząc na zachodzące słońce, myślą sobie zapewne ze
Bora
p ożegn ał nie w czora
noc będzie i ze się dobrze przespać warto! Niechże
I nie jutro obaczę.
mi tu ktoś potem powie, ze życie jest nąjlepszem mo
Rozmowa ucichła w końcu, każdy z nas pogrą
delem dla sztuki ? A przecież jestto wszystko razem
ogrzane w sercu i odrodzone w duszy tak prześliczne, żony w swoich własnych myślach i uczuciach postę
tak urocze, tak prawdziwe, że obraz tego odrodzenia pował dalej; nie wiedząc prawie, zeszliśmy z terasu
staje się rzeczywistością, koniecznością która artystę i ujrzeliśmy się u drzwi pięknego kościoła. W ro ztar
zmusza do wydania go światu w czystych barwach gnieniu, nie rzekłszy ani słowa, ścisnął mój towarzysz
i znikł rpo chwili w ciemnościach
ideału, która go zapala jak miłość, która mu spać mnie lekko za reke
c c
nie daje jak zgryzota sumienia, która go robi twórcą ulicy. Jak zbliżenie się nasze do siebie, tak rozsta
nie się miało coś szczególniejszego w sobie, i snem
lub mu daje śmierć.
Rozmowa nasza szła bardzo żywo i fantastycznie. wydało mi się to wszystko, gdy mnie nazajutrz obu
Umysł nasz przerzucał się nagle z przedmiotu na przed dził dopiero huk bębnów, zaciągających żołnierzy na
miot z tym niszczącym dusz młodych niepokojem, który wartę, około południa. Zdało się, że się nasza zna
jak ogień chwyta wszystko i trawi, nic nie zostawia jomość na tem jednem widzeniu zakończy, bo ani jam
jąc po sobie, prócz chwilowego żaru w duszy. Mówi go nie zapytał o jego nazwisko, ani on mnie o moje.
W pare dni później byłem w galerii obrazów, z któ
liśmy o sztuce, o literaturze, o historii, o życiu i mi
rej
zawsze
wynosiłem ból oczu i głowy; upojony nad
łości, o podróżach i poezii, o niebie Rafaela, o pie
kle Dantego, o sędzię ostatecznym M ichała Anioła i miarem tylu przedmiotów, ułożyłem sobie w końcu po
o ostatecznym sędzię historii, o północnej lutni Ossi- święcać codziennie tylko pewną chwilę opatrywaniu
obrazów
i nie zajmować
się, jak tylko widokiem je
ana, o ponurym
Jean
Paul’u
,o bitwach
Napoleona,
o
Talmie, o pani Stael i o fiziognomiach vernetowskich dnego, lub kilku malowideł. W jednej sali zastałem
koni. Mówiliśmy o ideałach Szyllera, o posągach Angielkę którą zawszem tam widywał, zajętą kopio
waniem obrazów ; w drugiej dwóch pruskich oficerów,
Kanowy i Fauście Goethego.
Mówiliśmy o włoskiem niebie, o raju utraconym którym przewodniczył jakiś wywiędły estetyk. Ci drę
Miltona i o raju utraconym w sercu człowieka... mó czyli mię oklepanemi frazesam i, exaltując się wido
wiliśmy o Wenecii i Rzymie, o alpejskich okolicach i kiem madony Rafaela; a wywiędły estetyk tłómaczył
cichych widokach chłodnej północy. Płynęliśmy z Baj- im, trzymając wielkie szkło powiększające w ręku, pię
ronem do Grecii przez Helespont... byliśmy przy zdo kności obrazu, w długich okresach, zamglonych filo
byciu Misolungii i w późniejszych jeszcze bitwach od zofią berlińską. Pocieszna byłato prelekcia, która
oblężenia Missolungi. A to wszystko mijało tak szybko po chwili jeszcze kilku innych ściągnęła słuchaczy.
w rozmowie, że te świecące punkta sztuki, historii, Estetyk dowodził: iż Rafael przeczuł w natchnieniu
literatury były niby jedynie tonami muzykalnej fan- swojern, to wysokie stanowisko na którem dziś sta
filozofia,> i doszedł na drodze uczucia i na drotazii, która właściwie świadczyła tylko o stanie na nęła
c
dze
tajemnicy
kolorytu, tam, gdzie dziś filozofia do
szych umysłów....
Płomienna byłato dusza w tym malarzu, choć był szła, na drodze wiedzy. Typ madony był tylko sym
rodem z północy, znad chłodnych jezior Hanoweru. bolem dla niego; bylto, jak nasz wielki Góthe powiada,
Wyniósł on czysty, pełen natchnienia umysł z ojczy »welon poezii, rzucony z rąk prawdy wieczystej.*
zny, pokochał miłością południowego nieba sztukę we A temwięcej przychodzi podziwiać Rafaela, iż napojo
W łoszech; a w Dreźnie pokochał sercem artysty pię ny przesądami swojego wieku i wyznania, przeczuł
kną Polkę, z którą razem czytywał, malował podróżo jednak postęp ludzkości, który dla św iata gotowała
feformacia.
wał i bujał po niebiosach.
Tu wyskoczył nagle z koła słuchaczy młody czło
Drezdeńskie zegary wybiły północ i chłód powiał
od Elby doliną wzdłuż brylowskiego terasu, gdyśmy wiek, któregom dotąd nie był spostrzegł, bom się od
w rozmowie naszej przechodzili rozkosze i boleści wrócił do okna, wyglądając chwili, w której estetyk,
84
swojąi perorę zakończy; uderzył go po ramieniu i za
wołał :
— T ak! wielki Rafael i Giithe wielki! a może i
waćpan który ożywiony jesteś duchem reformacji
a ja waćpanu przecież powiadam, że żaden estetyk
nie wnijdzie do królestwa niebieskiego. Bylto ma
larz, któregom poznał owego wieczora na brjrlowskim terasie. Wyrzekł to z uczuciem wielkiej znie
wagi; estetyk odskoczył, a jeden z przytomnych ofi
cerów, miał minę, jak gdyby chciał żądać tłómaczenia. Bez urazy mój panie! rzeki mu m alarz; wam się
moi panowie należy jeszcze coś więcej za wasze bluźnierstwo; przysłuchuję wam się od dawna. Oszpe
ciliście ten obraz waszemi uwagami i wydarliście klej
not z mej duszy! Jam znal istotę, co się tu tylko mo
dlić przychodziła, kiedy nie było nikogo. Rafael ma
lował dla kościoła; przenieście ten obraz do Rzymu,
umieśćcie go w kościele, a dopiero nabierze prawdzi
wego znaczenia i będzie mógł być pojęty; ale nie
przez was, lecz przez tych którzy tam czerpią ducha,
gdzie go Rafael czerpał! Rafael nie malował ani dla
poruczników gwardii, ani dla profesorów berlińskich,
i nie sadził zapewne, że się znajdzie w tak ziem to
warzystwie, jak go dziś widzę. Pójdźmy ztąd, rzekł,
biorąc mnie za rękę; otożto i korzyść kiedy się święte
rzeczy umieszcza w galeriach profanów.
— Pójdźmy ztąd! bo tu bóg bez czci, a geniusz
na wygnaniu!...
Zdziwieni stali panowie porucznicy, z osłupienia
swego nie mógł przyjść do siebie estetyk. Ja posia
dając klucz do tajemnic tej ognistej duszy, pojąłem
go i to co mówił. Porwał mnie ze sobą; od drzwi sali
powrócił, i rzekł do estetyka: Pana nie mogłem obra
zić bo pan jesteś estetykiem, a ja artystą, i pan sobie
po swojemu wytłómaczysz te rzeczy przy wolniejszym
czasie....
•— Lecz co do panów, dodał obracając się do po
ruczników, cieszyłbym się bardzo tem, gdybyście się
obrazić chcieli... i cisnął im swoją kartę pod nogi....
Od tego czasu widywaliśmy się prawie codziennie
W galerii obrazów. Obok chwili zapału i uniesienia,
bywały także chwile chłodnej rozwagi i cichego roz
rzewnienia. Obieraliśmy godziny, w których mało kto,
albo nikt nie bywał w galerii, i przeszliśmy po kolei
razem wszystkie szkoły i sale. Były jednak obrazy,
o których nic nie umiał powiedzieć, pomimo wielkiej
znajomości rzeczy, a to były właśnie originały naj
większej wartości. Wówczas obrał mi tylko punkt wi
dzenia, postawił mnie w nim, a sam przechadzał się
po sali i nucił sobie coś z symfonii Bethowena, gar
nąc włosy od czoła.
Pojmuję, rzekł mi raz, gdyśmy stali przed obra
zem nocy Corregia; pojmuję dla czego Bajron tak ró
żę lubił, zapewne dla tego, dla czego ja nie cierpię
peonii i tych flamandzkich obrazów. Powiedz mi
waćpan dla czego ten obraz nazwano nocą? wszakże
i dzień nie ma już nic światlejszego, jak to jasne, świę
te dziecię... jak ta światłość, która z niego na świat
wypłynęła i wypływa jeszcze ciągle....
To nie jest noc! to jest dzień, i najpiękniejszy dzień
Corregia !...
A przy madonie
del
ixtrzekł mi raz: Mnie ten
S
obraz trzyma w Dreźnie, nie wiem co pocznę jak się
z nim rozstać przyjdzie. My się dziś chwalimy7, że
znamy diabla
wmuzyce, że znamy szatana i ca
nię piekła; jakgdyby go już w życiu zabrakło, tchnie
wszystko apoteozą szatana w sztuce i literaturze, ja
sam mam tego diabla w sobie... a z westchnieniem do
dał... my znamy piekło; oni znali niebo i anioły! Je
dno spojrzenie na ten obraz wypędza ze mnie diabła
jak exorcyzm.
— Czyś waćpan katolik ? zapytałem go....
— Co za dziwne pytanie!... wszakże jestem mala
rzem, i zostałem nim w Rzymie, i kocham Polkę! rzekł
mi, i oddalił się z niesmakiem....
C iąg d a ls z y n a s tą p i.
D o M arii.
Z n ik n ę ł a ś ! ś le d z i c ie b ie nad arem n ie o k o ,
Z n ik n ę ła ś ja k b y g n ie w n a ż e cię n ie p o j ę t o :
A p r z e c ie ż d r z ą ce m ser c em , pok orą g łę b o k ą ,
Ja c ie b ie m ię d z y nam i w ie lb iłe m ja k ś w ię t ą !
N ie śm ia łe m p o d n ie ść o czu , p lam ić c ię sp o jr z en iem ,
T łu m iłe m oddech, a b y n ie u n ie ść w e stc h n ie n ie m ,
I ż e b y ś , g ó r n y c h krain m ie sz k a n k o s k r z y d la ta ,
W w e s tc h n ie n iu n ie s p ły n ę ła do w y ż s z e g o św ia ta .
K tóraż s ię d z isia j tobą p y s z n i o k o lic a ?
G dzie ż y ją z a s łu ż e n i b y c ie b ie dostali ?
C z y ś u b ie g ła na srebrnym prom yk u x ie z y c a ?
C z y n a p o w ie tr z a ś p ie w e m p o ru szo n ej f a li? ...
P o m ię d z y k tó r y c h oko p o n io sła ś ty lu d z i,
T am pan ują d z iś ś p ie w y i ł z y i p o c ie c h a :
T a k z ie m ia , g d y ją s ło ń c e w sc h o d z ą c z e sn u b u d zi,
Z ra d o ści p ła c z e r o są i k w ia te m u śm iech a.
A le m n ie ... odkąd b rak ło pośród n a s a n io ła ,
G w ia z d y ciem n iej na n ie b io s p r z y ś w ie c a ją c z o le ,
I sk r z y d la te j m u z y k i p ie śń ju ż n ie w e s o ła ,
I sm u tk iem p o ż ó łk n ia ło z ie lo n e P o d o le .
M ło d y ... s ta n ą łe m w dobę w ie k ie m p o c h y lo n y
B o b u rz liw e j s ą tr e śc i m ego ser c a d z ie j e ! ...
K ie d y ż z n o w u , ja k w io s n a z a w ita s z w te stro n y ,
I k ie d y ż w id z ą c c ie b ie s z c z ę ś c ie m r o zm ło d n ieję ?..*
1$ grudnia 1 8 4 5 .
C elestyn W .
85
POJEDYNEK W GREAT WINGLEBURY.
ZD AR ZEN IE P R A W D Z I W E
Z A N GIELSKIEGO
DICKENSA.
Ciąg dalsz y.
Londyńskim dyliżansem przybyła dama, zaledwie
wprowadzony została do numeru 25, i zrzuciła po
dróżny salopę, gdy również usiadła aby napisać bi
let do Józefa Overton Esquire, prokuratora i burmi
strza w Great-Winglebnry, w którym wzywała go aby natychm iast w bardzo ważnej okoliczności raczył
się do niej udać. Pan Overton niemało został zdzi
wiony odbierajyc ten bilet, nie wahał się jednakże i
chwili, a w dziesięć minut później wprowadzony zo
stał pod nr. 25. Bogato ubrana, około czterdziestu lat
majaca dama podniosła się z sofy. Burmistrz na jej
widok stanył jak przykuty na dwa kroki przededrzwiami, i oboje patrzyli na siebie zadziwionemi oczami.
— Miss Ju lia M anners! zawołał wreszcie bur
m istrz: pani mię w najwyższe wprawiasz zadziwienie.
— To rzecz niesłuszna z twej strony Overton,
gdyż ja znam cię ju ż dość długo aby niedziwić się
niczemu co ty czynisz, zdaje mi się iż tej samej
grzeczności mogłabym słusznie wymagać od pana.
— Ależ wykradać się w calem znaczeniu tego
wyrazu wykradać się... z młodym człowiekiem, od
rzekł burmistrz.
— Wszak nieżyczyłbyś mi abym się ze starym
wykradła, niedbale odpowiedziała miss Julia.
— I jeszcze odernnie wymagać, wprost odemnie,
człowieka mojego wieku, burm istrza m iasta; odemnie
żędać coś podobnego! zawołał Józef Overton z nieukontentowanę minę, rzucił się na krzesło, wyjęł
z kieszeni list miss Manners, aby raz jeszcze prze
konać się czyli dobrze przeczytał i zrozumiał.
—- Overton, wyrzekła dama z niecierpliwościę, po
trzebuję twojej pomocy, i musisz mi jej udzielić. Za
życia dobrego starego pana Cornburry, który... który....
— Który panię chciał poślubić i tego nieuczynił
gdyż umarł, a cały swój majętek bez uciężliwego do
datku swej osoby jej pozostawił, dodał burm istrz w
sarkastycznym tonie.
— Overton! kończyła dalej miss Julia lekko za
rumieniona tę przerwę, za życia dobrego starego Corn
burry, ciężyła na jego majętku znana z uciężliwości
taxa, z twojego zarzędu; doprawdy rzecz dziwna iż
zam iast majętku, jego właściciel um arł na suchoty.
W tedy pomagałeś sobie... teraz mnie pomóż....
Pan Józef Overton był człowiekiem znajęcym świat
i prawo; pewne ciemne przypomnienia o kilku tysię-
cach funtów szterlingów, które błędnie zawędrowały
do jego kieszeni, przedstawiły się naraz myśli jego,
odkaszlnęł, uśmiechnę! się, milczał przez parę minut
a nakoniec zapytał....
— Czegóż pani źęda odemnie ?
— To w dwóch słowach opowiem, odrzekła miss
Julia. Kochany lord Peter....
— A, ten sam młody człowiek nieprawdaż? zaga
dnę! znowu burmistrz.
— Młody gentleman,przerwała dama z mocnym
wyrazem ; lord Peter obawiał się mocno gniewu swej
rodziny, i dla tego uznaliśmy za rzecz doradnę taje
mnie się poślubić. Opuścił on Londyn pod pozorem
odwidzenia swojego przyjaciela lorda Augusta Flaix,
ztęd o mil kilkanaście w wiejskiej jego posiadłości,
i wzięł z sobę tylko zaufanego kamerdynera. J a sto
sownie do naszego układu przybyłam sama jedna dy
liżansem do Winglebury, a on dziś po południu miał
tu już stanęć.
— Przewybornie; teraz tylko wypada wzięść konie
pocztowe i udać się do Gretna-Green, a pomoc trze
ciej osoby wcale tu niepotrzebna. Uczynił uwagę pan
Overton.
— Przeciwnie, odrzekła miss Julia, mam wszel
kie powody do mniemania... gdy kochany lord Peter
u swoich krewnych nie uchodzi za zbyt roztropnego,
i gdy oni skłonność jego dla mnie już zwietrzyli... Se
natychmiast ścigać nas będę w tym kierunku, skoro
tylko o oddaleniu się jego dowiedzę; więc aby zniwe
czyć ten plan ścigania nas, życzeniem je st mojem,
rozgłosić w tym domu że lord Peter cierpi pomiesza
nie zmysłów, lecz wcale nie jest niebespiecznym, a ja
oczekuję na niego aby go odwieść do Bervik, w do
zór tamtejszego lekarza obłękanych, to wszystko stać
się ma niby bez wiedzy, a gdy ja niebędę się tu zbyt
pokazywać, ujdę może za jego matkę.
Burmistrz pomyślał sobie w duchu, że miss Julia
mogłaby się najbezpieczniej ukazywać oczom wszyst
kich bez wszelkiej obawy posędzenia, gdyż dwa razy
tyle miała lat co jej przyszły narzeczony. Zamilkł
jednakże, a dama tak dalej mówiła.
— Wszystkoto już z kochanym lordem Pater, uło
żyliśmy; nieżędam nic więcej od pana jak tylko abyś
powagę twojego urzędu potwierdził to niewinne na
sze oszukaństwo, oznajmujęc gospodarstwu tej oberży
powód mojej tu bytności. A ponieważ niezgadzałoby się z ułożonę przez nas bajeczkę bym ja widziała
się w tym domu z lordem Peter, wprzód nim ten
że wsiędzie do dyliżansu, żędam więc jeszcze abyś
się pan udał do niego i oznajmił mu że wszystko
pójdzie dobrze.
80
— Czy on juz jest tutaj ? zapytał Overton.
— Niewiem tego, odpowiedziała dama.
— Jakże więc ja dowiem się o tem? on, jak rzecz
naturalna przybierze inne nazwisko.
— Prosiłam go aby skoro tylko przybędzie uwia
domił pana biletem, wymieniając numer swej izby, a
dla bezpieczeństwa w tajemniczych tłumaczył się wy
razach i bezimiennie.
— O nieba! zawołał burm istrz, powstał nagle i
przetrząsnął swoje kieszenie; dziwny zbieg rzeczy...
on ju z w istocie jest tutaj... jego tajemniczy bilet odebrałem właśnie przed biletem pani, niewiedziałem
jednak co mam z nim zrobić... lecz oto właśnie...
jestźeto pismo ręki jego wysokości ? zapytał Overton,
podająć damie z biedą wyszukany w kieszeni bilet pa
na Eugeniusza Trott.
— O kochany, punktualny człowiek! zawołała miss
Julia. Tak, jego to jest ręka; wprawdzie raz tylko
podobnoś czy dwa czytałam jego pismo, wiem jednak
że iż pisze niewyraźnie, rozwlekle, i niezbyt dowci
pnie w wyrażeniu swych myśli. Wszak wiesz Overtonie, ci kochani, niedbali młodzi
— O tak, tak, przerw ał burmistrz, konie i psy,
g ra i wino, żokieje, baletniczki i cygara... kursa itu aleta, bordell i Tawerna a nakonicc prawodawczy
senat... gdzie tu jest czas na co innego. Lecz posłu
chaj pani co on pisze.... Sir! młody yenti-lmen zpod
nru. 19. w Winglebury-Wappen zamyśla jutro skoro
świt popełnić zbyt nierozsądną czynność; (bardzo do
brze, to ma znaczyć ożenić się chciał powiedzieć) je
żeli obchodzi pana spokojność miasta, zachowanie ży
cia jednej lub może dwóch istot ludzkich.... Coż u li
cha rozumie on przez to ?
— Iż on tak namiętnie pragnie przyspieszyć chwi
lę naszego zaślubienia, iż umrzeć gotów, gdy ta od
wleczoną zostanie, i że ja również może tego nieprzeżyję; odrzekła dama z wielkiem zadowoleniem.
— Uczynię według rozkazu, rzekł powstając bur
m istrz.
— Ułóżcie wszystko jak najlepiej.
— Zdaje mi się że najstosowniej będzie, pocztowe
konie na pierwszą po połnocy zamówić.
— Doskonale, rzekł burmistrz, pożegnał się z da
mą, a przeklinając w duchu niesmaczną rolę którą
mu okoliczność i dawna znajomość odgrywać kazała,
zawołał kelnera i kazał zameldować się panu pod nu
mer 19.
Kelner wypełnił natychmiast rozkaz.
Pan Eugeniusz Trott, gdy mu oznajmiono iż ja
kiś obcy pan chce z nim pomówić, postawił nazad
szklankę z płynem którą już do ust swoich podnosił,
wstał spieszno, i zbliżył się do okna, jak gdyby przezto chciał sobie utorować wolne na wszelki przypadek
przejście, jeżeliby straszliwy Horaciusz Hunter sta
nął przed nim we własnej osobie. Skoro jednakże uj
rz a ł spokojną postać Józefa Overton, znikły jego obawy, ja k najgrzeczniej przysunął nieznajomemu pa
nu krzesło, kelner oddalił się, Overton położył swój
szeroki kapelusz na stronie, i przemówił cichym ostrożnym głosem.
— Milord....
— Jak to... milord? zawołał pan Eugeniusz Trott
bardzo głośno, wlepiając zdziwiony i osłupiały wzrok
w przychodnia.
— Pst... pst... wyrzekł ostrożny prawnik... rozu
miem już... dobrze, dobrze... żadnego tytułu tutaj... je
stem Overton, sir.
— Overton !...
— Tak jest miejscowy burmistrz... pan to przysła
łeś mi bezimienny bilecik.
— J a sir? zawołał Trott ze źle udanem zadziwie
niem, bo jakkolwiek był tchórzem, chętnie chciałby
był zaprzeć się swojego pisma, J a sir?...
— A tak... jabym przecie zato ostatnie nie ręczył.
Lecz słuchaj pani co dalej... dwóch istot ludzkich, to
postarasz się o oddalenie tego młodego człowieka
jeszcze nocy dzisiejszej. Nieobawiaj się działać na
odpowiedzialność twoją, gdyż jutro przekonasz się iż
to było niezbędną koniecznością. Niezapomnij numer
19, nazwisko młodego człowieka jest Trott. Nie masz
i chwili do stracenia., śmierć lub życie zawisło od
twego pośpiechu — Namiętna mowa.... mamże się na
tychmiast udać do niego?...
— A tak, sir, sir... czyliż tak niejest? odparł 0verton nieukontentowany tym, jak mu się zdawało, do
wodem za daleko posuniętej nieufności. Ten bilet, tu
wyciągnął papier z kieszeni, pochodzi od pana albo
nie. Jeżeli od pana, to możemy natychmiast mówić o
rzeczy z zupełnem bezpieczeństwem... w innym razie,
jak rzecz naturalna nie mam tu nic więcej do czy
nienia.
— O błagam pana zatrzymać się przecież na chwi
lę, wybąknął T rott; tak... odemnie to pismo... coż mi
czynić pozostało sir ? Niemam tu żadnego przyjaciela.
— A tak, tak, odrzekła miss Ju lia; poleć mu
przytem aby rolę swoją dobrze odegrał, aby z roztro
pnością działał.
— Nic lepszego niemogłeś pan uczynić, odrzekł
burmistrz tonem zachęcenia. Teraz wypada panu tej
jeszcze nocy odjechać pocztowemi końmi, a im prę-
87
dzej tem lepiej. Tutaj niejesteś pan bezpieczny od
pogoni.
— Wielki boże! jestżeto rzeczą do prawdy podo
bną, aby w takim kraju jak Anglia coś podobnego się
działo, zawołał Trott, w niewypowiedzianej trwodze.
Jakiż nieprzebłagany duch prześladowania! przy tych
słowach otarł z czoła zkoncentrowaną na temże
essencię tchórzostwa i przestraszony wzrok swój wle
pił w Overtona.
— Istotnie, rzecz to arcynieprzyjemna, wyrzekł
z uśmiechem burmistrz, aby parka ludzi w kraju tak
wolnym jak Anglia nie mogła sic pobrać bez prze
szkody. Jednak w przypadku o którym mowa, jak
pan wiesz dobrze, dama chętnie przyzwala, a to za
wsze jest rzeczą główmą.
— Dama chętnie przyzwala! powtórzył Trott me
chanicznie, a zkądże pan wiesz o tem iż dama przy
zwala natoP...
— Ach żarty ; wyrzekł burmistrz w tonie poufnym,
uderzając z lekka po ramieniu Trotta, swym szeroko
brzeżnym kapeluszem; znam ja ją dobrze i to od da
wna, gdyby kto o tem mógł powątpiewać to ja bynaj
mniej, i pan najmniejszej nie powinieneś mieć w tym
względzie obawy.
— Hm, hm... tak, tak, pomruknął Trott gubiąc się
w domysłach, rzecz to szczególna... zupełnie niedocieczona.
— Proszęc cie
milordzie Peter,' rzekł burmistrz *poc
wstając; ach, zapomniałem. Tak dobrze, panie Trott,
więc... przedziwnie... ha ha, ha!... Sir, dyliżans po
cztowy będzie o wpół do pierwszej w pogotowiu.
— A coż dalej stanie się ze mną? zapytał Trott
niespokojnie; czyliż nie wypada udawać jakobym ulegał przemocy i był strzeżony pilnie.
— Ach przewyboma myśl... w rzeczy samej wy
śmienita myśl, zawołał Overton, idę natychmiast i
przyślę tu kogo. To wcale niezaszkodzi... tak... opieraj się pan trochę gdy cię do dyliżansu wsadzać
będziemy, jak gdybyś wcale jechać niechciał.
— Zupełną masz pan słuszność, odrzekł Trott.
— Milordzie, cichym głosem wymówił Overton,
życzę waszej wysokości dobrej nocy! do zobaczenia.
— Wy... wysokości! zawołał znowu Trott, cofając
się wtył parę kroków i w niewypowiedzianem zadzi
wieniu zmierzył od stóp do głów burmistrza zabiera
jącego się do wyjścia.
— Ha, ha, ha! widzisz milordzie... przewybornie,
ćwiczysz się w roli szalonego tak?... W rzeczy samej,
bardzo dobrze, wzrok osłupiały... kapitalnie, milordzie
kapitalnie... dobra noc panie... Trott... ha, ha, ha!
— Burmistrz widocznie na zabój spity, rzekł Trott
sam do siebie, i rzucił się w zamyślenia na sofę.
— Przebieglejszy chłopak, ten młody
niżelim się tego mógł spodziewać. Diabelnie dobrze
udaje wariata; pomyślał Overton, udając się do szynkownej izby aby dalsze poczynić rozporządzenia. Te
wkrótce zostały uskutecznione. Ułożona powiastka
znalazła zupełną wiarę w całym domu, a jednooki
stróż oberży odebrał natychmiast rozkaz udania się
pod nr. 19. i aż do wpół do pierwszej po północy
pilnowania mniemanego wariata w jego izbie. Nieco
oryginalny w swoim rodzaju stróż, uzbroił się w gru
bą laskę i ze zwykłą sobie obojętnością udał się do
izby pana Trott; wszedłszy tam bez ceremonii, usiadł
sobie spokojnie na stołku opartym o drzwi wchodowe, i począł dla rozrywki, uradowany niby swoją wa
żną rolą, gwizdać jakąś piosenkę.
— Czego chcesz tutaj ty łotrze ? zawołał na niego
pan Eugeniusz Trott, z dobrze udanym gniewem.
Stróż podniósł w górę jedno swoje oko, uśmiech
nął się z wyrazem politowania a wybijając takt gło
wą zagwizdał w Adagio... tempo.
— Czy tu jesteś na rozkaz pana Overton ? zapytał
Trott nieco zdziwiony szczególnym postępowaniem te
go człowieka.
— Troskaj się sam o siebie mój rybeóku i niemów
nic do nikogo; odparł stróż i znowu zaczął gwizdać.
— Słuchaj! zawołał Trott, który swoją rolę chciał
do końca odegrać, jak gdyby pragnął koniecznie po
jedynku, gdyby mu tylko przeszkadzać do tego niechciano; ja protestuję przeciwko mojemu uwięzieniu
na tem miejscu; zaprzeczam zamiar mój jakobym się
miał skim pojedynkować, i tylko jedynie dlatego iż
byłoby daremnie walczyć przeciw przemocy będę sie
dział spokojnie.
— Jak się wam podoba, uczynił uwagę powabny
stróż, podnosząc z znaczącym gestem swoją laskę.
— Ja jednakże protestuję przeciwko temu, dodał
Trott, z udanem nieukontentowaniem na twarzy, a
wielką radością w seicu; ja protestuję przeciwko
temu.
— Jak się wam podoba; powtórzył znowu stróż,
to mnie wszystko jedno....
— Ten urwisz pewno spity!
— Siedź spokojnie mój rybeńko, wymówił z powa
gą stróż, i z grożącą niedozapoznania mimiką wywi
nął w powietrze swą grubą laską.
— Albo wariat! mówił dalej Trott, nieco niespokoj
ny.... Idź sobie ztąd człowieku, i powiedz tam na dole,
niechaj tu przyszłą kogo innego kiedy im się podoba.
— Siedź spokojnie i nic niegadaj, odrzekł stróż.
88
— Idź ztąd precz natychmiast! zawołał Trott i
zadzwonił gwałtownie, przerażony tem nowego rodza
ju niebezpieczeństwem.
— Nieruszaj dzwonka ty nędzny szaleńcze! wy
krzyknął stróż, pchnął nieszczęśliwego Trotta na
krzesło i w strząsnął groźnie laską przed okiem jego,
siedź spokojnie ty biedne stworzenie i nierób hałasu,
trzebaż aby się cały świat dowiedział że w domu ma
my wariata.
— Dla boga, dla boga, on doprawdy wariat! wy
krzyknął przerażony Trott, patrząc z niewypowiedzia
nym przestrachem na jednookiego rudowłosego stróża.
— Niech mię diabli porwą, mruknął stróż, to taki
nie żartem wariat.
— Słuchaj mię ty nieszczęśliwa istoto, aha, zno
wu swoje.... i zlekka uderzył pana Trott po głowie,
gdy biedny chciał powstać jak się zdawało w zamia
rze powtórnego zadzwonienia, chciałeś swoje powtó
rzyć, aleś ptaszku na uczynku złapany... siedź tu
siedź.
— Oszczędź moje życie! zawołał Trott wznosząc
ręce do góry z błagalnym gestem.
— A mnież na licho tego, odrzekł pogardliwie
stróż, nie mam zamiaru odbierać ci życie, choćby mo
że było dobrodziejstwem gdyby ci go kto odebrał.
— Nie, nie... ja... ja radbytn go zachował, prze
rw ał spieszno nieszczęśliwy Trott.
— Bardzo dobrze, rzekł stróż, kiedy ci tak do
smaku... każdy według swego upodobania, jak mówił
ów co wypił truciznę. Ałe słuchaj co ci powietn: siedź
tu na tem krześle, a ja usiądę na przeciwko ciebie...
będziesz zachowywał się spokojnie i nieruszał z miej
sca, to ja ci nic niezrobię... jeżeli zaś podniesiesz
tylko o jeden cal w górę nogę lub rękę, to ja ci cerę
twej twarzy tak doskonale przemienię, że gdy po raź
pierwszy popatrzysz się w lustro, sain siebie zapy
tasz, czy to ten sam Trott co był wprzódy, czyje
go dawniejsza twarz kiedy powróci. Tak więc radzę
ci po przyjacielsku siedź cicho.
— Dobrze, dobrze, wybąknął nieszczęśliwy' Trott,
usiadł na wskazanem krzesełku a stróż z laską w po
gotowiu na wszelki przypadek tuż naprzeciwko niego.
Leniwo i nudno upływały następne godziny; wy
biła dziesiąta, a dopiero o wpół do pierwszej nastą
pić miało spodziewane wybawienie. Przez pół godzi
ny jeszcze niejaki ruch w domu i odgłos żyjących
istot na ulicy osładzały niemiłe położenie pana Trott,
lecz po dziesiątej stało się ono prawie nie do wytrzy
mania. Stróż wstawał od czasu do czasu dla popra
wienia światła, siadał jednakże natychmiast znowu
naprzeciwko więźnia jak w’przody; a ponieważ w sam
czas przypomniał sobie iż mu ktoś opowiadał że w7e
wzroku człowieka spoczywa nieodporna władza utrzy
mywania na wodzy obłąkanych i powściągania ich zapalczywości, ciągle więc bez przerwy trzymał swe je
dyne oko wlepione w oblicze swojego pupilla. Nie
szczęśliwy z swej strony patrzał na niego osłupiałym
wzrokiem, dopóki mu się w oczach niezaćm iło,astróż
jakby mgłą owiana mara w olbrzymiej postaci prze
suwa! się przed zamgloną źrenicą. Usnął riakoniec,
Hedaktor TOMASZ KULCZYCKI.
i dopiero turkotem na ulicy i wykrzyknieniem,
c h a is e dla nru. 25., został przebudzony.
N astąpił
ruch w domu, słychać było stąpanie po wschodach,
drzwi się otworzyły a pan Józef Overton z orszakiem
czterech barczystych ludzi za którymi postępowała
m isstriss Williamson, gospodyni z Winglebury-Wappen, WSZedł do izby.
Nowości literackie*
Nakładem K a j e t a n a J a b ł o ń s k i e g o we Lwo
wie, wyszły następujące dzieła w tym ro k u :
E l e k t o r ó w p o c z e t , którzy niegdyś głosowali na
elektów: Jana Kazimierza roku 1648, Jana III
r. 1674, Augusta II r. 1697 i Stanisława A ugu
sta r. 1764, najjaśniejszych królów polskich,
wielkich xiążąt litewskich itd. itd. itd. Ułożył i
wydał Oswald Zaprzaniec z Siemuszowej Pietruski. 4to (maj.) Lwów 1845, obejmuje 59 arkuszy
druku. Cena 5 złr.
K r o n i k a m i a s t a L w o w a , przez Dionizego Zu
brzyckiego. 8vo (maj.) Lwów 1844. 4 złr.
F a r m a z o n przez autora powieści Jadama, druga
część 12mo Lwów 1844. 1 złr.
Z e n o , powieść przez autora Farmazona. 2 tomy
12mo Lwów 1845. 1 złr. 30 kr.
Drukują się:
Z a k i k r a k o w s k i e J. I. Kraszewskiego.
S t u d i a h i s t o r y c z n e l i t e w s k i e : Stryjkowski i
jego kronika krytycznie obejrzana przez J. I. K ra
szewskiego.
B a d a n i a w przedmiocie rzeczy przyrodzonych w
Galicii, w Królestwie polskiem, na Wołyniu i na
Podolu, z przydaną mapą geognostyczną.
D o k ł a d n a n a u k a czyszczenia i naprawiania obrazów, olejnemi wodnemi i suchemi farbami ma
lowanych itd.
D z i e j e K r ó l e s t w a p o l s k i e g o , krótko porząd
kiem lat opisane.
S y l v a R e r u m , Jadaina, zeszyt II i III.
Na wsparcie włościan klęskami wylewu rzek i nie
urodzaju najsrożej dotkniętych, wyjdzie najpóźniej
z końcem sierpnia r. b. pismo zbiorowe pod n azw ą:
do którego chlubnie znani pisarze tutejsi podjęli się
prac swoich dostarczyć.
Niniejszem ogłoszeniem zapraszam do udziału w
wykonaniu tej myśli tak piszących przez rychłe na
desłanie artykułów, jak wszystkich przyjaciół ludzko
ści przez liczne i spieszne rozebranie przedpłaty, aby
się prędzej cierpiącej braci pomogło.
° Xiegarnie lwowskie i na prowincii przyjęły na sie
bie, beż wynagrodzenia, zbieranie przedpłaty po 2 złr.
m. k. za egzemplarz, nie kładąc tamy dobroczynności. ■*
Po zamknięciu przedpłaty z końcem lipca, cena egzem
plarza się podniesie.
Wydawca
DRUKIEM PIOTRA PILLERA.
♦
„v>*
^R0°
\
!
DZIENNIK MÓD PABYSKICi
Lwów, 3 1 maja 1 8 4 5 .
K ok szósty.
W ychodzi co druga sobota regularnie; do każdego numeru dołączoną je s t rycina mód paryskich z dokładnym opisem. K osztuje
w miejscu półrocznie 5 z ł r . 15 k r .; całorocznie 1 0 z łr . m. k . ; na prowincii dolicza się przesyłka pocztowa do cen powyższych
półrocznie 48 kr. m. k. Prenumerować można we wszystkich urzędach pocztowych, tudzież w redakcii podnrem z o \ . ; we Lwowie.
I
wany, rękawy półdługie: spódnica pod spodem z gę
stego muszlinu całkiem gładka.
Suknia z materii koloru zielonego, z trzema szeP rokiemi korunkowemi falbanatni, stanik gtadki z ber
Stroje dam skie. Do nowości które zasłu tą korunkową; rękawy półdługie.
Z tego cośmy dotąd powiedzieli, dostatecznie wi
guj! na uwagę naszych czytelniczek, należą kapelu
dzieć
można iż korunki jak były dotąd tak i nadal
sze korunkowe, któreśmy zauważali od dni kilku, a
które co do wytworności i elegancii celują między będą bardzo poszukiwane i modne; nie ma bowiem
wszystkiemi innemi. Materia na tych kapeluszach jest- dziś prawie stroju, któryby się mógł obejść bez tego
to przezroczysta tkanina j'edwabna w różnych odcie kosztownego a razem eleganckiego dodatku. Szcze
niach, a tak delikatna i lekka, jak najcieńsza korunka; gólniej zaś korunki axamitne prześlicznie wydają się
kapelusze takowe podszywają się lekką jaką jedwa na sukniach materialnych jasnego koloru.
bny materią, gazą lub tiulem, a mają jeszcze tę za
Czepeczki zawsze małe i niebardzo na twarz za
letę iż do wytworności kapeluszów materialnych łączą chodzące. Tiul karbowany, wstążki axamitne lub alekkość i wdzięk słomkowych. Zdaje nam się iż ka tlasowe, kwiaty lub drobne liście służą im zwykle za
pelusze korunkowe poszukiwane będą tylko przez wyż ozdobę.
szą klasę towarzystwa, gdzie też i utrzymają się dłu
Stroje m ęskie. Suknie do codziennego wyj
go; równie jak i kapelusze
z włoskiej ścia są najczęściej kroju
Przodki są
i innych słomek, które przez swoja formę całkiem o dwóch rzędach guzików i zaokrąglone. Klapy cał
odznaczają się od innych.
kiem się wykładają, tak że piersi zupełnie są odsło
Z sukien letnich któreśmy dotąd widzieli wymie nięte, zapinają się zwykle na guzik podwójny. Poły
nimy następujące: suknia z batystu nicianego, z nie- są krótkie ale nie tak wązkie jak dawniej.
bardzo wysokim stanikiem marszczonym u góry; spó
Noszą też fraki
fr jednym rzęd
d
la
dnica u tej sukni gładka, szerokim szlakiem haftowa guzików: przodki u tych fraków są albo całkiem za
nym i szerokim w dole obrąbkiem przystrojona; rę pinane albo też całkiem wyłożone.
kawy półszerokie, u ramion podwójnie namarszczone.
Surduty mają stan długi, poły krótkie; a najzwyDo tej sukni fartuszek z glansowanego grodenaplu klej są czarnego koloru.
haftem i sznureczkami ozdobiony.
Kamizelki ulubione są tak zwane napoleońskie,
Suknia z jedwabnego kolorowego muszlinu; sta z końcami zaokrąglonemi u dołu.
nik wycięty w’ kształcie serca; przy spódnicy trzy
Spodnie noszą bez strzemionczek i fałdowane.
szerokie falbany.
R y c i n a p r z e d s t a w i a : suknię z krepy wełnianej
Suknia z jedwabnej materii, popielatego koloru, naprzodzie w sposobie fartuszka, garnirowanie z tej
przez całą długość spódnicy roztwarta, a po każdej samej materii, stanik otwarty z pod którego drugi biały
stronie rzędem guzików z perłowej macicy ubrana; widzieć się daje, rękawy półdługie, czypeczek korunstanik bardzo wysoko zachodzący na ramionach, a kowy kwiatami ubrany. Drugi szlafroczek z
wprzodzie otwarty, także podobnież guzikami naszy
d’O rleans, po którym mantyla w sposobie rańtucha
M O D Y .
O
90
wkoło haftowana, kapotka wstążkami ł kwiatami ozdo
biona. Trzeci szlafroczek z
w przodzie
otwarty, neżem z tej samej materii obszyty, nagłow ie
ubiorek. Czwarty frak do przechadzki. Pięty surdut
z długim stanem, spodnie w pasy i z lampasami.
Wspomnienie * podróży
PRZEZ
W INC E N T EGO P O Ł A .
II.
Ciąg d a lszy •
nieszczęśliwa, i jak grzech pierworodny cięży na czło
wieku, ciężył jeszcze smutek na jego geniuszu.
— Dla mnie n iem a odkupienia! bluźnił nie ra z ,
bez pociechy patrzyć w świat, garnył włosy od czoła,
i bladł jak gdyby go mdłość napadała. Z taky twa
rzy wstąpił raz rankiem do pokoju mego. Na pierw szy
rzut oka spostrzegłem że spędził bezsennie noc cały.
— Co ci to? zapytałem....
— Nic! rzekł mi obojętnie.
— Nic! nic! rzekłem... Jak i gdzie spędziłeś noc?
— Malowałem przy lampie....
— Coś smutnego zapewnie?
—- N ie! prędzej coś wesołego, kiedym sam tak osm utniał; i rzucił mi list na stół... Czytaj, to list od
mojej matki!...
Pare tygodni upłynęło od czasu znajomości na
— Co tu łez w tym liście! co tu serdecznej m iło
szej. Często bywaliśmy z sobą na przechadzkach, ro ści dla mnie, matka mię zaklina abym do niej pow ra
biliśmy i większe wycieczki na okolicę, jadaliśmy u c a j ja jy ta k kocham, a jednak wracać nie mogę. Rzu
jednego stołn, czytywaliśmy nawet razem płynąc czę cił się na kanapę, zakrył oczy ręky i leżał długo milstokroć statkiem po Elbie. Wiedziałem o tern że był czycy. O, gdybyś wiedział czemto dla mnie jest, ta
malarzem, ze był majętnym człowiekiem, znałem naj macierzysta moja strona, rzekł mi po chwili, mój chło
skrytsze tajemnice jego serca, wszystkie najskrytsze dny Hanower! te ciemne głębokie jeziora, stada ła
jego myśli; a jednak nie przyszło mi nigdy zapytać się będzi i północnego ptactwa na nich, te wsie i mia
0 imię i mieszkanie jego; i on zdasię także nieprzy- steczka po brzegach jezior, te stare dęby, zielone tra
wi§zywał wagi do tego. Instynktowo nieraz szukałem wniki pod niemi, żagle po wodach... rankiem spuszcza
go i znajdowałem tam zawsze, gdzie mnie powio ją się ku nim mgły Skandynaw ii; a nocy snują się nad
dło przeczucie; toż samo mawiał mi i on o sobie. Taki niemi duchy O ssianaL.
sam był jego stosunek do wszystkich prawie, kto go
— Gdybyś znał moją matkę, (jam jedynak u niej)
tylko znał w Dreźnie. Widywał się ze wszyst-kiemi, to taka niewiasta, jakby żyła kiedyś przed wieki. Zda
łatwo było wejść z nim w znajomość i zapuścić się je mi się czasem, iż muszę pochodzić z tego pokolenia,
daleko w rozmowę... dla wszystkich jednak, był równie które gościło nad brzegami m orza, na ucztach kon
znajomy i obcy, a nie żył właściwie z nikim. Śpiewał chowych Fingala. Zdaje mi się czasem, że nad ko
prześlicznie, g rał na fortepianie z wielką duszą, czy lebką mojej matki, spuszczał się duch Ossiana, że
tał wiele, malował, wiedział o wszystkiem niby, co się nad nią brzmiała arfa Fingalowego barda: Ulina ...
w świecie dzieje, wszystko co tylko wzniosłe i piękne,
— Dom mojej matki stoi nad jeziorem, u wielkiej
co tylko się w czasie zacnego budziło, porywało je zielonej dąbrowy: obraz jego drzy po długich falach
go duszę. N ieraz był juz przed wschodem słońca za białym rąbkiem, a te fale rozchodzą się wielkiemi krę
miastem, nieraz, jak trubadur, przechodził pięknę gami i płyny, aż do serca mego! Widzę jeszcze do
noc'miesięczny z gitary wręku, nucyc włoskie piosnki, tąd matuę stojący nad brzegiem, w chwili pożegnania,
czarowne piosnki Uhlanda lub rycerskie pieśni Kór- kiedym skoczył w łódkę, wyrywając się z jej objęcia,
nera. Nieraz zasiadłszy z wieczora przy lampie, ma a łódź wesoła odbiła od brzegu. Matka rzuciła je
lował, pisał lub czytał noc cały. W istocie zaś nie szcze chustką za mną, i jej chustka spłakana, nie pa
wiedzieć kiedy pracował a kiedy spoczywał, i zdawa dła w jezioro, lecz zawisła na łodzi. Chustkę tę kładę
ło się źe próżnował zaw sze; raz zapomniał o śnie, na mem sercu kiedy bardzo boli, a ból się uśm ierza.
drugi raz o jedzeniu, wiecznie róztargnięty, wiecznie Ja rozwinę ją, jak flagę, kiedy znowuż na tej łodzi po
zamyślony, wpadał często w zapał, często w niemoc wracać będę do domu, a matka przeczuje mój powrót
1 otrętwienie chwilowe i podobał sobie w tym niestatku i pozna ju ż zdaleka łódź moją po znaku... K rótsza
i w tej niesforności, nazywajyc życie takie, życiem droga prowadzi wodą przez jeziora do domu naszego,
płastycznem, życiem artysty. Dusza jego jednak była słyszę już bełkotanie żagla nad moją głową, widzę
daleka od owej wzniosłej spokojności twórczego ge już matkę nad brzegiem stojącą, widzę ja k się ro z
niuszu, bo go traw iła niszczyca nam iętność: miłość koszne kręgi roztaczają dokoła łodzi po jeziorze, i
91
słyszę tę ostatnią szczęśliwą falę, która mnie z szu
mem na brzeg wyrzuca w objęcia mej matki !...
Rzucit się powtórnie na kanapę i płakał cicho i
długo. Potem uspokoił się i dobył z pularesu list.
— A tu list drugi z P olski! od n iej! w którym mnie
zaklina żebym na nią tutaj czekał w Dreźnie, w któ
rym mi robi nadzieję ze tego jeszcze lata będzie w
Karlsbadzie. Mogęż odjechać kiedy mnie zaklina ? Mogęż tu zostać kiedy matka wzywa? I myślisz może że
ju z koniec na tern? O! nie, jest tu jeszcze list trzeci
od mego m istrza Korneiiusa z Rzymu, w którym mnie
wzywa, żebym się obliczył z bogiem i sumieniem, że
bym niezapomniał co jestem winien sobie i sztuce, i
nakazuje mi powagą m istrza powracać do Rzymu....
Te trzy listy, to trzy goździe, któremi jestem do krzy
ża przybity, a co najgorsza, że nie czuję w sobie siły
rezygnacii, że nie umiem się wyrzec niczego, że nie
umiem uledz memu przeznaczeniu; przeciwnie: mój
szatan budzi się silnie we mnie i zerwałbym się chę
tnie, gdybym mógł, z tego krzyża, i wydałbym wojnę
niebu dla tego tylko, bo czuję, żem go niewart....
— Ktoś z moich znajomych wszedł do pokoju i
przerw ał naszą rozmowę: rad byłem temu, bo znając
gwałtowność fantastycznego mego towarzysza lęka
łem się o zdrowie jego....
— Jakżeś trafił do pomieszkania mojego ? zapy
tałem go.... Rzecz to zabawna, rzekł mi; garson, z te
go hotelu, gdzie zwykle jadamy, przyprowadził mnie
tu ; lecz istotnie zabawnie to było, bo kazałem mu się
prowadzić, nie wiedząc sam dokąd i do kogo?... więc
długo trwało nim mnie zrozumiał....
W tej dopiero chwili poznaliśmy się po imieniu, a
że mnie odwidził, więc miałem prawo żądać po nim,
żeby mnie zawiódł do swego pomieszkania.
Na odległem przedmieściu, pośrodku pięknego
ogrodu, stał piękny samotny dom za ozdobnemi szta
chetami. Mój towarzysz zadzwonił, i po chwili wy
biegła prześliczna szesnastoletnia dziewczyna: smu
kła, biała, blondynka, oczy miała niebieskie, kwiatek
na głowie, mały szary fartuszek przed sobą; otwo
rzy ła nam prędko furtkę ogrodową, i skłoniła się z tą
m ilą uprzejmością, która wszystkie cechuje Saxonki.
— A cożto, zapytała troskliwie, pan dotąd jeszcze
bez śniadania? wyszedłeś tak rano z domu, a możeś
nie nocował wcale ?...
— Proszę moje dziecię o śniadanie dla nas, rzekł
jej z łagodnym uśmiechem. My pójdziem do ogrodo
wej altany.
— Cożto za piękny model? zapytałem mego to
w arzysza. Jestto córka mojej gospodyni, bardzo do
bre dziecko. Chociaż na próżno szukałbyś tej poezii
w jej duszy, która przemawia z tych oczu; ona nic nie
wie o tem jak wygląda; jest to niewinne dziecko, któ
remu bóg dał wszystkiego pod miarę, jak całej Saxonii. Zycie jej upływa cicho, jak spokojna woda, a
wysnuwa się pracowicie jak śnieżna nitka z kądzieli.
Serce bije w tej istocie, jak w zegarze, jednostajnie
i spokojnie: na godziny liczy dzień, dnie liczy po p ra
cy, po wesołych zabawach z przyjaciółkami i wytchnie
niu liczy święta i niedziele; a lata po zielonych wio
snach. Mnie daje widok takiej istoty spokojność, a
jedynem jej zmartwieniem jestem ja podobno, bo mar
twi się bardzo i mojemi smutkami i mojem życiem bez
ładu....
Ogródek który dom i altanę ogrodową otaczał, był
jak wszystkie saskie ogródki niewielki, czysty, pełen
kwiatów i woni, drzew nie wiele, chtodniczek mały,
kilka kanapek zacienionych krzewami, i duża altana
opięta winem. Rozpięte powoje, kwitnące akacie i
pnące się róże, okrywały ściany domu od strony ogrodu. Przed jednem dużem weneckiem oknem, biła
mala fontanna, i wody jej zbierały się w kształtnej sa
dzawce poniżej, do której kamienne spuszczały się
schody; dwa łabędzie pływały po wodzie i mała gon
dola stała u brzegu, upięta na w ici; dwie papug sie
działo na berłach przed głównemi drzwiami od stro
ny ogrodu, a kilka klatek z ptaszkam i wisiało po
drzewach. Na trawniku pasło się kilka białych kró
lików, a duża, czarna, zwierciadlana kula, zapięta śród
traw nika na ozdobnym trójnogu, odbijała dziwacznie
te drobne widoki sztucznej natury. Wszystko razem
robiło bardzo ciche i łagodne wrażenie na umysł, komtrastując bardzo z duszą burzliwego artysty, który so
bie to ustronie obrał za mieszkanie....
Po śniadaniu rzekł mi mój towarzysz. Teraz pójdź
my do mojej m alarni! i poszliśmy do domu; lecz jakież
było zadziwienie moje, gdym ze słonecznego ogródka
przeszedłszy sień, wstąpił do ciemnego dużego salo
nu, oświeconego mdłem światłem lampy, która znać
jeszcze od nocy paliła się ponuro przed obrazem za
czętym, który stał na trójnogu. Okiennice były jeszcze
od nocy zamknięte; przez jedną tylko szparę przebijał
się mały promyk słońca; jakiś dziwny, nie miły chłód
byt w pokoju i duszący odor lampy. Mój gospodarz
obejrzał się po pokoju posępnie, jakgdyby mu znowu
nocne widziadła stawały przed duszą. Tu nie miło,
rzekł, poskoczył ku oknu, rozsunął firanki i oderwał
okiennice. Slońee uderzyło nagle na pokój i teraz do
piero ujrzałem te wszystkie przedmioty wyraźnie któ
re się tylko dziwacznie ćmiły przy świetle nocnej
lampy.
Ryłto duży, biały, mozaikowy salon, ozdobiony
99
s z tu k a t e r ia u góry i u okien. S p rz ętó w
nie było w
życia w oku 1 o żyw ia j a k Pigm alion g ła z y , t r z y m a ł a
nim wiele, lecz w szy stk o co było, było ozdobne a n a
ska lp el przed g o d z in a nad trupem , aby się dowiedzieć
w et w ytw o rn e i zbytkowne.
W ew nętrzna ś c ia n a s a
wiele błon oko p o k ry w a i co się szkli w tej soczew ce
lonu była z ła m a n a w dwie niże, ozdobione g reckiem i
oka.
kolum nam i.
tw o rzy ć i wiedzieć o tern, co i j a k t w o r z y ; dla c z ło
W je dn ej
sta ło
piękne łozę, w drugiej
To j e s t m ę c z a r n ia !
bo tylko
bóg je d e n
m óg ł
s t a ł a w a n n a m a rm u ro w a w k sz ta łc ie wielkiej konchy.
w ieka j e s t to to r tu r a ,
P onsow e ada m a sz k o w e firanki były u okien z a w ie s z o
tyście, zta d obok n a tc h n ie n ia i z a p a ł u je s t ta g o r ż k a
n e ; kilka sta ro ż y tn y c h poręczow ych k r z e s e ł obitych
ir o n ia w życiu i w sztuce. J a mam tc h n ą ć życie n a
pon sow ą tr y p ą , ozdobionych złotem i rzeźbam i, z n a jd o
płótno, a m u szę r o z p r a w ia ć się z pokojem o sto s o w n e
ztąd to się budzi s z a t a n w a r
w ało się w salo n ie obok pow ażnej kanapy, a n a je-
św ia tło, z dniem o pogodę, z poeta o myśl, z filozo
dnem z nich s ie d z ia ł obok o b raz u sz kielet człow ieka,
fem o du szę,
n a któ rym był z a rzu co n y p ła s z c z p u rp u ro w y p r z e z
rykiem o tajem nicę dziejów, z chemikiem o farby, z a -
ram ię.
N a d m arm urow ym kominkiem
wielkie
natom em o m u sz k u ły i kości, a te r a z p r z y b y ła j e s z c z e
z w i e r c i a d ł o ; c h a r t a n g ie ls k i le żał n a poduszce przy
i fre n o lo g ia i cyrkłem k a ż ą mi m ierzyć r ó ż n e w y p u
łó ż k u , a nad łóżkiem w isia ł za m sz ony wieniec z k w ia
kłości c z a s z k i; i to n ajm ils ze ze w szy stk ieg o j e s z c z e ,
tu. W szystkie praw ie śc ian y były ozdobione olejnemi
że sam e m a larstw o , ja k o sz tu k a , m a znow uż in s z e i
obrazam i różneg o wieku i p ę z l a ; k ilk a za czętych o-
z up ełnie odmienne p rete n sie , bo to w szy stk o nie da mi
b raz ó w naw p ó ł lub zupełn ie ukończonych, sta ło bez
a n i r y s u n k u , dla k tó re g o w zorów trz e b a sz u k a ć g d z i e ś
r a m n a ziemi, oparty c h o ścianę. N a m ałych stolicz
daleko
k a c h ro z sta w io n y c h po pokoju nie ró w no, le żały n a
w sz y s tk o nie d a je sz c z e kolorytu, dla którego w zorów
łoż on e palety i p ę z le ; n a jed n y m wielkim stole, p rz y
p o trz e b a s z u k a ć w ruchom ej sferze m uzyczny ch t o
któ ry m sta ło lekkie m ałe k rz e se łk o , le ża ły w n ie ła
nów, bo to nie d a je s z c z e m ieszan iny i z l a n ia się k o
dzie xią żk i i p apiery. N a łó ż k u le ż a ła g ita r a , na k a
lorytu k tórego tajem n ica leży w uczuciu.
nap ie lalk a zu tre fio n em i w łosam i, m a ją c a k s z ta ł t p ię
p ra w d z iw a i r o n i a ! j a mam tc h n ą ć życie n a p ł ó t n o ; a
knej kobiety, n a śro d k u p ra w ie pokoju s ta ł o tw arty
sp ę d za m nocy bezsenne w to w arz y stw ie szkieletu te
fortepian. Słowem byłto bard z o piękny ale dziw acznie
go, lub takiej trefionej lalki__
u rz ą d z o n y salon i widać to było,
było
z estetykiem o u kła d o b raz u , z h i s t o
iż s łu ż y ł za pom ie
s z k a n ie i do pracy, że był raz em sy p ia ln ia i ła z ie n k a ,
k a n c e la r ia , m a larn ią ,
s a l a do m uzyki, pokojem b a
w ialn y m ; sz cz ęśc ie było dosyć m iejsca n a to w szystko.
Gdy n a s ow iało św ieże pow ietrze sło ne cz n eg o ś w ia
w naturze,
g dzieś
głęboko w duszy, bo to
0 ! to j e s t
To mówiąc p o d ją ł b łękitny p ła sz c z k tó ry le ż a ł n a
ziemi i o k r y ł nim n a k a n a p ie le żą ca lalkę....
— Spij m oja gracio!
Fotem p o d n ió sł z le k k a kościotrup n a k rz e śle s i e
d z ą c y ; kości z a c h r o p o ta ly
w sta w a c h , a on z ło ż y ł
ta p rz e z o tw arte okno, przed którem b iła w o g rodzie
go w m arm urow ej w annie, o k ry ł j ą purpurow ym p ł a
fo n ta n n a , o detchnąłem nieco swobodniej i zapytałem
szczem i r z e k ł :
coby z n a c z y ł ten gość z tam tego św iata, ta k pow ażnie
— Spij mój m entorze !...
sie d z ą c y n a ponsow em wyzłoeonein k r ze śle? ...
— A c h ! to j e s t wielkie n ie szczęście! r z e k ł mi s m u
191.
t n o ; św ia t z a d a po n a s biednych m a la rz a c h dwóch
r ze czy , k tó re pogodzić trudno. Z a d a ją po n a s n a tc h n ie
n ia poety i znajom ości ana to m ii c ia ła ludzkiego, ta k
Z obrazów k tóre zdobiły ten sa lon za ją ł mię s z c z e
gólniej widok m orskiej sceny.
Byłto Bajron p ły n ą c y
doskonałej, j a k a j e s t nieodbicie p o trze b n a do c h i r u r
z S e sto s do A bidos. W dali nikły w równej o dle g ło
giczn ych operacij,
a tu gdyby można naw et być r a
ści oba brzegi europe jskie go i a z ia tyckieg o lą d u , i
zem poetą i chirurgie m , tru d n o się je sz c z e sp o tk a ć
z d a ło się że śm iały pływ ak, j a k drugi L e a n d e r , p r z e
z m a larze m ,
p ły n ą ł dopiero pół drogi do mety, chociaż go na z a m
dla którego nie w y s ta r c z a je sz c z e an i
eter poezii, a n i widok ja tk i i sali obdukcijnej.
Od
kilk u la t prac u ję nad an a to m ia , i czem więcej j a zg łę
kowej wieży nie cz ek a ła H ero.
pół p ie rs i i je d n o ram ię
G łow a cała, s z y ja ,
w ychyliły się śm iało z fal
biam , czem lepiej j a pojmuję, tern się czuję n ie sz c z ę
m orsk ich. P ie r ś była mocno w ysklepiona, w idać że
śliwszym . O ! życie a r ty s t y je s t m ę c z a rn ią o której
sobie p r z e z chw ilę odpoczyw ał w miejscu, że r z u c e
ś w ia t nie m a naw et p rz e c z u c ia ! J a mam tch n ąć życie
niem głow y n a s tro n y ,
n a płótno, mam o d k radać p ię k n o ść niebu, du szę a n io
k r y ł g enialn e czoło i utrefił w ło sy ; po chwilowem wy
łom, mam za p alać , u sz la c h e tn ia ć s e r c a ; a mnie o s t u
tc h n ien iu r z u c a się znow u n a z n a k i g a r n ie ś m i a ły
d z a tylko w szystko, bo ta s a m a rę k a k tó r a z a p a l a is k r ę
r ę k ą fale.
r o z r z u c ił p e rły dokoła, o d
W y ra z genialnej tw a r z y i m yśli Bajrona*
był tak szczęśliwie oddany, ze się ani na chwilę nije
można było pomylić w jego osobie. Koloryt grają
cych do bola fal zapowiadał juz niby świat i lato
Grecii, a roskosznie bujał w tyra żywiole pływak, niby
delfin morski, ałbo syn starej Hellady, tak pewny siebie,
jakgdyby wzrósł na morzu albo na małym greckim
ostrowie. Oczy jego były wzniesione ku niebu, lecz
nie mierzył on niemi, ani sklepienia wschodniego błę
kitu, ani szukał tego co tam wyżej jeszcze nad lazu
rem niebios; ale urągał szydersko orlu, który nisko
nad nim zawisnął, jak nad łupem swoim, czekając
niby, rychło mu zdobycz swoją wyda morze. Śmiało
mierzyli się okiem, a wzrok Bajrona zdawał się mó
wić z pogardą, »precz mi nikczemny latawcze! gdzie
ty bywasz, tara i ja by wara i wyżej od ciebie; ale gdzie
ja przebywam stale, gdzie ja żyję, tam nie był jeszcze
żaden z was orłów i żaden z śmiertelnych!...*
Obok tego obrazu wisiał drugi równej wielkości,
podobnego kolorytu, także wyobrażający scenę morską
i wielkiego poetę płynącego śród fal rozhukanych....
Byłto Kamoens, w chwili rozbicia okrętu, unoszący
swój poemat w jednej ręce na zwitkach pargaminu, a
drugą garnący od piersi natarczywą falę. Na twarzy
jego malowała się spokojna odwaga, którą tylko ta
myśl mącić się zd aw ała: żeby nie uronił najdroższe
go skarbu swojej duszy. Dziwnie kontrastował wyraz
jego twarzy z wyrazem Bajrona: w obydwoch malo
wała się wyższość duszy; na twarzy jednak hardego
lorda był wyraz nieunoszonej namiętności, kiedy twarz
Kamoensa mówiła, że się złamał z nią i umie pano
wać nad sobą. Twarz Kamoensa była wyższą o całą
religijną rezygnacię od twarzy natchnionego męczen
nika poezii i śpiewaka cierpień bez' pociechy.
Nad łożem malarza, powyżej zeschłego wieńca
kwiatów, był umieszczony jakiś portret młodej kobie
ty, zakryty czarną gazą. Byłto portret pięknej Polki,
której nazwisko pozostało dla mnie podziśdzień ta
jemnicą.
Prosiłem aby zdjął zasłonę. To jej portret! rzekł
ini; nie zdejmę tej zasłony, dopóki jej nie ujrzę. Ten
obraz zrobiłem z natury, więc go nie pokażę bez
zasłony... lecz tu ją masz z pamięci! i wskazał na
inny obraz... Nie mogąc się pocieszyć po jej odjeździe,
nie spocząłem póty, dopókimjej czarownej postaci nie
odlał na płótno.
Spojrzałem na obraz w którym się trzy żywioły
artystycznie zlały: miłość, niebo Skandynawii i poezia Ossiana.
Bylato piękna Malwina, córa sędziwego barda,
królewska wnuka Fingala, siedząca na skale z arfą
w ręku, obok ojca wspartego na królewskiej dzidzie.
N a zachodzie chylił się miesiąc poza ciemne lasy,
od wschodu uderzał pierwszy promień zorzy rum ia
nej. W oddaleniu widać było pomiędzy skałami jezioro
i pole pobojowiska, a po mogiłach gryzły mech jele
nie. Zawoje mgły lekkiej zawisły nad skałami i nad
głową Malwiny, a śród nich kryły się i nikły święte
cienie mężów Morwenu w boju poległych. Znać pieśni
słuchały przez noc całą, i wracają teraz na chłodny
odpoczynek, zasępieni wspomnieniem pominionej sła
wy.... Arfa też Malwiny umilkła, i stary' Ossian po
chylił smutkami ociężałą głowę. Widaćto było po obojgu, że bezsenną noc spędzili, owiani wspomnie
niem i tchem bohatyrów. Starcowi zaciężyło ciało o
świcie; ale w postaci Malwiny nie znać] było utrudze
nia, cała jej istota była przezroczystą prawie jak
mgła nad jeziorem, jak cienie na posłaniu chmur,
jak pieśni Ossiana. M iała coś eterycznego w sobie i
lekkiego, jak te ostatnie tony które z arfy uleciały.
Jedną połową swojej istoty i postawy, którą xiężyc bla
do i chłodno oświecał, nie zdawała się należeć do
ziemi; drugą, którą różana zorza osypała wdzięka
mi życia i młodości, czarowała sercem. Blada twarz
i śrebrna broda Ossiana pływała cała w świetle xiężyca, bo się odwrócił od rumianej zorzy i Malwiny,
i gonił myślami wspomnienia, chyląc się jak ten xiężyc,ku ziemi i tęskniąc do grobu....
— A teraz, rzekł mi m alarz; gdyś ju ż ten obraz
opatrzył, nic więcej tu już widzieć nie warto! Więc
pójdźmy z tą d dalej »i rozpacz szczęściem być{może!«
IV .
N azajutrz rano, ledwo że się słońce zpoza gór
wychyliło, na które był widok z mych okien, otwo
rzyły się drzwi, i do pokoju wszedł mój miły towa
rzysz, z małym tlómoczkiem na plecach, z laską po
dróżną w ręku i cygarem wuściech. Ubieraj się! rzekł
mi, dzień piękny, zwidzimy kawał saskiej Szwajcarii.
Dobrze! rzekłem, i miło przypomnieć te czasy w
którychto tak z łatwością i bez żadnego namysłu i
przygotowania, można było wziąwszy laskę w rękę,
wyruszyć w świat na pierwsze wezwanie, niemyśląc
dokąd? po co? na jak długo?... nie żegnając się z ni
kim, nie mając nic do załatwienia, żadnej obawy, a
wszystkie nadzieje przed sobą, jakie tylko młodość
daje i świat szeroko rozłożony i otwarty szeroko przed
młodą du szą! Pusto było jeszcze na ulicach Drezna,
gdyśmy się już ujrzeli za miastem. Dzień był prze
śliczny, maj na niebie, przed świtem przekropil deszcz
mały, ochłodził powietrze, a świeżo, wesoło i zielono
leżał świat przed nami! Umysł pasz był ożywiony,
94
lekko oddychały piersi, smutek pozostał niby w mie
ście gdzieś daleko przed nami, wiejskie widoki i twa
rze przesuwały się około nas i sporo ubywało drogi.
Dwie mile dopiero za miastem piliśmy kawę u miłych
ludzi, w ogródku, pod gołem niebem... a potem w świat
dalej a dalej l i tak dzień cały i drugi i trzeci... Każda
gospoda była wyborna, wszystko co nam podano, było
dobre... każdy żart miły, każdy widok czemsić zajrauj§cy, każda przygoda pożądaną, każdy spoczynek po
krzepiający... bo mieliśmy to z sobą, co niejednemu
tak bardzo zawadza w jego podróży, czegoby się nie
jeden europejski włóczęga rad pozbył... bo mieliśmy
samych siebie!
On ciskał szkice na p ap ier; ja poczynałem wów
czas nucić sobie pierwsze piosnki; czego on niedorysował w swych szkicach, to dopowiedziała mi twarz
je g o ; czego on niemógł zrozumieć w mych pieśniach,
tego domyślał się po ich nucie. Zdało się nieraz że
śmy się najlepiej rorumieli wówczas, gdyśmy nic niemówili do siebie, idąc obok siebie... to już dziś i zro
zumieć trudno; a przecież tak było!... Jest w młodych
duszach pewna sympatia, pewny tajemny magnetyzm,
który w późniejszym wieku niezręcznie tylko zastę
pują słowa.
Tabto szliśmy milczący obok siebie, niemyśląc
zkąd i dokąd... noc była ciemna, cicha i ciepła, za
lekkiemi chmurami przesuwały się gwiazdy ponad n a
mi... przed nami bieliła się droga, a obok nas szumiał
pomiędzy skałam i nagły górski potok; czasem pierz
chło coś zpod nóg naszych, w trawę, na stronę..’
czasem poderwał się świecący robaczek jeden i drugi
i trzeci zpod ciemnego krzaku, poznaczył jasne cętki
i rąbki i szlaczki po ciemnem tle Docy i zginął zno
wu gdzieś w k rz a k u ; czasem odbiła się gwiazda pod
nogami w potoku i zadrzała i popłynęła z wodą. Pię
kny Luat biegł na staję przed nami i stawał co chwi
la, i nadsłuchiwał czujnie czy się co gdzie nieruszy P
czy za nim idziemy, a my, szliśmy ciągle dalej, choć
pono już było zpółnocy.
Nagle skręcała się droga, a na jej zawrocie uj
rzeliśmy na stromem brzegowisku skały, nad sobą,
kościoł wiejski... noc była tak ciemna, iż się zaledwo
odznaczały na tle nieba zewnętrzne liście kościoła i
kościelnej wieży; a właściwie poznaliśmy, że to ko
ścioł, tylko po konturze długich, gotyckich okien, któ
re oświecone były od środka. Przed wielkim ołtarzem
paliła się nocna lampa i gasła i buchała światłem
n a przemian, co chwila, rozświecając sklepienia wy
niosłe. Niby oddech tego mistycznego światła, zajał
nas dziwnie: bo kiedy się ćmiło, chwytały ciemności
z a oczy; a kiedy znowu na chwilę silniej rozświeca-
ło sklepienia, odrzynały się piękne kontury okiem
z całą starożytną rzeźbą gotycką, bardzo wyraźnier
na ciemnem tle muru....
JDokończenie
nastąpi
.
Do Helenki*
Siostrzyczko moja! zawcześnie twa ghówka
Marzy coś i buja w e śn ie ;
Zawcześnie w rymy w iążą się twe słów ka,
I serce puka coś w cześnie.
Zwolna, o zwolna do lotu się zrywaj,
Słodka ty nasza ptaszyno!
A bogu tylko piosnki twoje śpiewaj,
Bo niebo twoją krainą!
Nieskaiaj niczem świętego zawodu,
Nędzne dowcipy ztłum w sobie,
Pomnąc, żeś córką wielkiego narodu
I urodzona w żałobie*
Kochaj i słu ch aj! to niech będzie godło
Helenko na wiek twój cały;
Kochaj i słuchaj, a będzie w tern źródło
Szczęścia, mądrości i chwały*
D ziecię-poeto! dziecię mojej ziem i,
Tulę cię w serce me b liźn ie;
W ięcej cnotami niż pieśniami swemi
Z asłyń nam kiedyś w ojczyźn ie!
W r
POJEDYNEK W GREAT WINGLEBURY.
ZD A R ZEN IE P R A W D Z IW E
Z ANGIELSKIEGO D I C K E N S A .
Dokończenie.
— Panie Overton, zawołał Trott w najgwałtowniejszem uniesieniu spiesząc naprzeciw wchodzącego..Spojrzyj pan na tego tu człow ieka; pomyśl w jakiem
ja zostawałem położeniu od trzech nieskończenie dłu
gich godzin; człowiek którego dla pilnowania mnie
przysłałeś, jest zapalczywy, wściekły, zbójecki sz a
leniec.
— Brawo! poszepnął mu do ucha Overton.
•— Ach biedny miody człowiek! wyrzekła litościw a
gospodyni: wariaci zawsze drugich poczytują za wa
riatów.
— Biedny młody człowiek! zawołał Eugeniusz
Trott, coż u licha chcesz asaui przezto rozum ieć?
Jesteśże gospodyni tej oberży ?
— Tak jest, odrzekła miss W iliamson; zachowaj
95
.się spokojnie mój młody kochany panie, miej wzgląd
a a zdrowie swoje.
— Zachować się spokojnie, do kroćset diabłów,
krzyczał rozjątrzony Trott, juzem i tak długo siedzieć
musiał spokojnie, i przed trzema godzinami przez teio jednooką poczwarę, o małom co do wiecznego spo
koju niezostał wyprawiony. Jakże asani ważysz się
trzymać w domu wariata, który gości przestrasza i
życiu ich zagraża.
— Ja odtąd nigdy żadnego w dom mój nieprzyjmę;
odrzekła miss Williamson, poglądając z wyrzutem na
burmistrza.
— Kapitalnie, kapitalnie, poszepnął znowu Over
ton w ucho Trotta, pomagając mu do wciągnięcia
ciepłego podróżnego płaszcza.
— Kapitalnie s ir ! krzyczał Trott, raczej okropnie
.straszliwie ; dreszcz mię porywa na samo wspomnienie.
Jużbym wolał w trzech godzinach cztery odbyć
pojedynki, rozumie się gdybym trzy pierwsze przeżył;
niżeli raz jeszcze siedzieć tak długo na przeciwko
wariata.
— Dobrze, dobrze, poszepnął znowu Overton utrzymuj pan swoją rolę do końca, rachunek zapłaco
ny, tłumoki w dyliżansie.
— Ten pan już gotów, dodał głośno skinąwszy na
pachołków.
Pachołcy otoczyli w okamgnieniu Trotta, jeden ujął go za prawą, drugi za lewą rękę, trzeci szedł
naprzód z latarnią, a czwarty za niemi, stróż i miss
Williamson składali straż tylną; tak został Euge
niusz Trott sprowadzony ze wschodów, a w ciągu tego
procesyjnego transportu, wygłaszał na przemiany pio
runującym basem, udaną niechęć swoją do wyjazdu,
i nieudany gniew iż go na tak długi czas zamknięto
z wariatem.
Overton udał się był naprzód i czekał przy drzwicz
kach powozu, gdzie też zgromadził się tłum kelnerów,
furmanów, dziewcząt posługujących itd. aby widzieć
jak będzie odjeżdżał młody pan cierpiący pomiesza
nie zmysłów. Eugeniusz Trott stanął jedną nogą na
stopniu karety, gdy słaby promień latarni oświecił w
tej chwili głębie tejże, i ukazał oczom jego staran
nie osłoniętą postać ludzką.
— Ktożto j e s t! zapytał z cicha Overtona.
— Pst, pst! wkrótce się o tern dowiesz. Aie ha
łasuj trochę, opieraj się, wzbudzimy podejrzenie,
szeptając dłużej do siebie.
— Jabo niechcę jechać w tym dyliżansie, krzy
knął Trott, którego nagle objął strach i podejrzenie
aby go w nowe niewprawiono niebespieczeństwo. Je
szcze wkońcu gotowi mię zamordować.
— Brawo, brawo, poszepnął Overton, teraz po
pchnę cię do dyliżansu.
— Ależbo ja niechcę jechać. Ratunku, ratunku 1
krzyczał Trott; uprowadzają mię naprzeciw mej woli;
to spisek na życie moje!
— Ach biedny młody człowiek! zawołała powtór
nie miss Williamson.
Burmistrz z pomocą pachołków popchnął Trotta
do dyliżansu, zamknął za nim drzwiczki powozu i za
wołał:
— Ruszaj teraz co konie wyskoczą i nie zatrzymuj
się nigdzie, bądź co bądź aż do najpierwszej stacii.
— Konie są zapłacone Tom, zawołała miss Willi
amson, i jakby na skrzydłach burzy popędził czwałem dyliżans unosząc pana Eugeniusza Trott i miss
Julią Manners.
Przez pierwsze dwie lub trzy mile angielskie, pan
i pani w dyliżansie, każde w swoim kąciku, siedzieli
cicho i nieporuszenie, jak najgłębsze zachowując mil
czenie. Nakoniec poczęła miss Julia Manners sto
pniowo bliżej przysuwać się do pana Eugeniusza Trott
który w tymże stopniu dalej i jak mógł najdalej usu
wał się w swój kącik czyniąc przytem nadaremne usiłowania przedrzeć wzrokiem otaczające ich ciemno
ści by zapalczywe rysy Horaciusza Hunter rozpoznać.
— Możemy teraz mówić, ozwała się nareszcie da
ma, przerywając pierwsza milczenie; pocztyliony ani
nas widzieć ani słyszeć niemogą.
— To nie jest głos Huntera; pomyślał zadziwiony
Eugeniusz Trott.
— Kochany lordzie Peter! mówiła dalej miss Ju
lia w pieszczotliwym tonie, i oparła przytem poufale
dłoń swoją na ramieniu Trotta; kochany lordzie Pe
ter! czyliż ani słówka dla mnie nie masz?
— A to doprawdy kobieta! zawołał Trott zcicha
w największem zadziwieniu.
— Ach czyjżeto głos ? wyrzekła miss Julia, niejest to wcale głos lorda Peter.
— Nie! to jest mój głos, odparł pan Trott.
— Jakto ?... co ? wykrzyknęła miss Julia Manners,
człowiek obcy! litościwe nieba! jakże asan dostałeś
się do tego powozu?
— Ktokolwiek jesteś pani, mogłaś o tern najdokła
dniej wiedzieć, iż ja przeciwko mej woli tu się do
stałem, odrzekł Trott, czyliż nieopierałem się i niekrzyczałem dość głośno gdy mię gwałtem do dyliżan
su wsadzano.
— Czy pan przybywasz od lorda Peter? zapytała
miss Manners.
— Niech go kaci porwą! odparł nieukontentowany Trott, ja nie znam żadnego lorda Peter... niesły-
06
szalem nigdy o lordzie Peter aż do dzisiejszego wie
czora, w którym tak nadmiarę lord peterowany byłem,
l i w końcu zacząłem wierzyć, ze albo doprawdy zwa
riowałem albo mi się to wszystko śniło....
— Gdzież my więc jedziemy ? zapytała dama w
tragicznym tonie.
— A jakże ja o tern wiedzieć mogę? odparł Trott
z tajonym gniewem.
— Czekaj, czekaj! wykrzyknęła dama wychylając
głowę z przedniego okienka dyliżansu.
— Wstrzymaj się trochę moja droga pani wyrzekł
Trótt, zamknął nazad okno lewę rękę a prawę ścisnęł
źlekka rękę miss Julii. Tu zachodzi jakoweś niepo
rozumienie. Pozwól niechaj z mej strony wytłumaczę
Się nieco; musimy az do najbliższej stacii jechać ra
zem; wszakże w nocy w środku gościńca nie możesz
pani wysiadać i pozostać sarnę.
Dama przystała na to, i wkrótce zostały wyjaśnio
ne nieporozumienia z zadowolnieniem strony obojej.
Pan Trott był młodym człowiekiem, posiadał wiele
obiecujęce węsy, nienaganny krój sukni i układnę
p ostać; brakowało mu tylko na odwadze, lecz coż
znaczy ta bagatelka, gdy kto pochlubić się może ro
cznym dochodem kilku tysięcy funtów szterlingów? To,
i więcej jeszcze posiadała dam a; jej potrzeba było
młodego męża, a pan Trott utracony honor, mógł je
dynie odzyskać przez bogatę żonę. Przyszli nareszcie
do tej ostatecznej decyzii, iż byłoby wielką szkodę,
ponosić te wszystkie trudy i wydatki, nadaremnie, i
że najlepiej będzie, gdy już tak długo z sobę jechali
udać się razem do Gretna-Green i tam się połączyć.
Co też i uczynili. Wkrótce po tej czułej parze, no
tariusz z Gretna-Gren, na swych szlubnych regestrach
naznaczył imiona Emilii Brow'n i Horaciusza Hunter.
Hunter zawiózł żonę do domu swego, błagał i otrzy
m ał przebaczenie, i Trott również zawiózł swoją da
mę do siebie i również otrzymał u ojca przebaczenie.
Lord Peter którego w miłośnej wyprawie zatrzymał
klub i szampan, udał się z bezowocnej do Winglebury
wizyty na powrót do swojego przyjaciela lorda Augu
sta H aiz; odbył jeszcze jedne kursa spadł z konia
i kark skręcił. Horaciusz Hunter chlubił się tem nie
mało iż tchórzostwa Trotta tak zręcznie użył do za
pewnienia swego szczęścia. Całe to zdarzenie rozgło
siło się wkrótce, a jeżeli kiedy kochany czytelnika
los zaprowadzi cię do Winglebury, usłyszysz tam radnierad opowiadanie wszystkich szczegółów sławnego
pojedynku w Winglebury Wappen tak zupełnie i wier
nie jak ja ci go właśnie opowiedziałem.
Jak dalece angielski xiąże Albert stara się być
popularnym, widzieć to można z następującego do
niesienia wyjętego z dzienników angielskich, a umie
szczonego w g a z e c i e p o w s z e c h n e j a u g s b u r
s k i e j z d n i a 11. m a j a r. b. w nr. 131. Lon
dyński cech krawiecki i handlujących sukniami udzie
lił xięciu Albertowi prawo na honorowego m ajstra
krawiectwa. Xiążę ten przyjął je chętnie, złożył oso
biście przysięgę w bursie krawieckiej, i znajdował się
na śniadaniu, które tamże z powodu tej uroczystości
dano dla niego.
1 0 “ Poleca się szanownej publiczności skład meblów p. A n t o n i e g o K i r s z n e r a przy placu dykasterialnym pod liczbą 337. Jest on w tych czasach
najwytworniejszy tak co do gustowności i elegancii
jako też wyboru i trwałości mebłów w nim znajdują
cych się: właściciel bowiem jego nieszczędzi starań ,
aby cokolwiek się pokaże nowego, gustownego i wy
godnego w tym rodzaju sprzętów ; wszystko, to miał
wcześniej w swym składzie. Ceny ich są słuszne i umiarkowane. Prócz mebli można też dostać w tym han
dlu luster najpiękniejszych rozmaitej wielkości, oraz
różnych wyrobów galanterijnych jakie tylko do ubra
nia najpiękniejszych salonów służyć mogą.
Z numerem następnym kończy się prenumerata na pierwsze półrocze
dziennika, o czem uwiadamia się szanownych prenumeratorów, aby ci którzy ży
czę sobie trzymać i nadal ten dziennik, wcześnie zamówić go na drugie pół
rocze, w redakcii lub w urzędach pocztowych, raczyli*
Redaktor TOMASZ KULCZYCKI.
DRUKIEM PIOTRA PILLERA.
Tc8
I
W"J I S .
DZIENNIK MÓD PABTSKIGE.
Lwów, 14 cieciwca 1845.
Rok szósty.
W ych odzi
co
d r u g a s o b o ta
re g u la rn ie ; do k a ż d e g o
numeru
If
m iejscu
półroczn
ie5
z ł r . 15 k r . ;
c a ło r o c z n ie 10 z ł r :
tf.;
p r o w in c ii
p ó łr o c z n ie 48 k r. m . k . P r e n u m e r o w a ć m o żn a w e w s z y s tk ic h u r zę d a c h p o c zto w y c h , tu d z ie ż w re d a k c ii p o d n rem 3 0 ] . ; w e L w o ic ie
.m
d
]
U
iI)
dyny i wstążek w kształcie piram idy; dól spódnicy
ezterma rzędami szlarek w rurki układanych
z tej samej co i suknia krepy. Suknia z białego mua la
ienz rękawkami c
szlinu z stanikiem
drobnemi szlarkarni naszytemi; u spódnicy dwie sze
rokie falbany.
V.; obszyty
Paryż,
Stroje damskie. Ludności eodzień ubywa
w P aryżu, gdyż jedni do wód, drudzy rozjeżdżają się
na wieś, dJa korzystania z pięknej pogody jaka od
dni kilku tu mamy i która zdaje się trwały już być
powinna; modystki zaś tutejsze zawsze dbale o wy
godę i ładne wyglądanie pań naszych, nieomieszkały
przysposobić mnóstwo rozmaitych strojów które nietylko iż elegancją i dobrym gustem mogą zachwycić
w szystkich, lecz są oraz wygodne, lekkie i proste,
słowem: bardzo stosowne do pory roku i miejsca w
którem mają być użyte.
Zaczniemy od kapeluszów z których jako najgo
dniejsze wspomnienia wymienimy; kapelusz z krepy
dahlia z półwoalem korunkowym, dwoma bukietami
z kwiatów do kapelusza przymocowanym. Kapotka
z różowej karbowanej krepy, girlandy z liści ubrana.
Kapelusz z białej krepy, którego kania obszyta
w koło trz'ema ukosami tiulowemi a który ma za ustrój gałązkę wierzby płaczącej i zielone atlasowe
wstążki. Kapelusz z przezroczystej słomki podszyty
różową krepą ubrany piórem, ale najzwyklej do przy
ozdabiania kapeluszów słomkowych używają kwiatów
z których najulubieńsze tego roku są : akacia, róże i
inne kwiaty wiośniane, niemniej wziętość mają wiel
ką gałązki laurowe, jaworowe i wierżby płaczącej;
ptak rajski zawsze należy do modnego u b ran ia; w ogóluości zaś co się tyczy kapeluszów uważać należy
że kanie są znacznie rozszerzone, a główki troche
w górę wzniesione.
Z sukien wymienimy: z gładkiej krepy, z stani
kiem wyciętym, krótkiemi rękawami obszytemi blon
dyną ; po obu stronach spódnicy garnirow anie z blon-
Podwłosienniki najczęściej robią się z batystu lub
m uszlinu; widzieliśmy także jeden bardzo ładny zfu laru błękitnego, otwarty przez całą długość spodnicy z szerokiemi wkoło wyłogami haftowanemi po
marańczowym jedwabiem; przepaska zbłękitnej w stąż
k i; rękawy półdługie
a la rel drugie ręka
muszhnowe obszywane szlarkarni w drobne rurki układanemi.
W szlafroczkach zaszła znaczna zm iana; gdyż sta
nik przy nich nie jest oddzielony od spódnicy, lecz
bryty tak przednie jak i tylne wychodzą od ramion, a
w pasie zwężają się, co je robi podobnemi do męskiej
twiny; szlafroczek taki przepasuje się sznurem ; w
gorsie może być podług upodobania zamknięty lub otw arty ; w ostatnim razie powinna być na gorsie
szw ajcarska fałdowana koszula w górze obszyta ko
ronką; rękawy powinny być u takich szlafroczków
szerokie, z wyłogami.
Stroje męskie. Coraz gęściej widzieć się
dają stroje fantazyjne; każdy ubiera się według woli,
według swego gustu, wygody swojej lub przewidzenia.
Śród dziwactw dzisiejszych niewstydzilibyśmy się
wcale gdybyśmy postrzegli kamizelki z mocno wystającemi połami jak ju ż widzimy i teraz fraki ze s ta
nem tak długim że w stosunku do niego poły mało
co w idać; a spodnie bywają tak szerokie że prawie
nieznaczne są nogi. Te wszystkie jednak dziwactwa
niewyłączają dobrego gustu któren umie wszystkie
nowości tak umiarkować że przestają być rażące,
owszem zgadzają się harmonijnie z budową ciała.
9%
Fraki według najnowszego kroju maja kołnierz i
kłapy zaokrąglone a przodki zbiegają się prawie w
jedną linię z połami. Patki dają się nieco ukośnie, po
ły zaś są szerokie.
Co do spodni opisaliśmy ich krój w numerach po
przedzających, dodamy tu tylko że tak twiny jak su r
duty na dwie strony zapinane, dosyć często widzieć
się dają.
R y c i n a p r z e d s t a w i a : suknię z
na dole bufkami po boku w sposobie fartuszka korunkami i fontaziami ubrana, włosy kwiatami ubrane.
Druga suknia z tarlatany z podwójną spódnicą u któ
rej stanik w przodzie otwarty do półkoszulka, kapotka z krepy iiściami ubrana. Trzeci szlafroczek j e
dwabny ze stanikiem otwartym , kapotka jedwabna
kwiatami ubrana. Tudzież frak do przechadzki i su r
dut z okrągłemi klapami.
Wspomnienie
podróży
PRZEZ
WIN C EN TEG O P O L A .
D okończenie.
— O jakże jest ubogą sztuka nasza!... zawołał mój
towarzysz po chwili... jakiżto ubogi język, ten język
m alarski!... jakże mało środków mamy do oddania na
szych m yśli!... duszę dałbym zato, gdybym mógł zro
bić taki obraz, bo czuję to, iż w niein utopiłbym cały
mój smutek... ale, jakże go oddać?... Wszystko co się
widzieć d aje, zdaje się iż musi mieć jakiś kolor, bo
by inaczej niemogło być widzialnem ?... Goethe napi
sał całą xięgę o kolorach, a i on pono, niebyłby mędr
szym od nas w tej chwili.
»Proszę mi powiedzieć, co za koloryt ma ten obraz
w naturze ? a przecież je st tu światło i cień, a i wstę
ga kolorów tęczowych i promień słońca letniego, nicsprawi czasem w obrazie tak wielkiego skutku, niezrobi takiego wrażenia ja k mdły promyczek tej jednej
kościelnej lampy... cały ten obraz wisi w powietrzu,
w średniej niby dali, w tym obrazie niema ani przo
du ani tła, ani stopniowania wr kolorycie, ani perspe
ktywy. Gdyby go kto rzucił na płótno w tym sposo
bie odesłanoby go do szkoły; bo ktoż widział kiedy
kościoł wiszący w powietrzu?... Obraz bez barwy i ry
sów? ale w szkole zmartwiłby się biedak jeszcze wię
cej... bo i tam nienauczyłby go nikt jak takie malować
obrazy....*
Zamyślał się i dodał po chwili: każdy krawiec,
zna krój sukni, która je st w modzie; ale tylko ta
jemnicza przepaska starożytnej bogini Cypru dąje urok piękności. Usiedliśmy sobie ponad drogą na k a
mieniu i patrzyliśmy na kościół wiszący niby w po
wietrzu nad nami. Luat zniecierpliwiony, żenieidziem
za nim, zaszczekał w niejakiem oddaleniu i powrócił do
nas po chwili i ułożył się u nóg, a szczerząc się zda
wał się wpatrywać w pewien jakiś punkt nieruchomy
i warczał zcicha od czasu do czasu. To niedarmo...
rzekł mój towarzysz, on czuje coś! jakoż ujrzeliśmy
w ciemnej framudze wieżycy, która sterczała tuż nad
nami, że się coś niby ruszało.... Niby bladem fosforycznem światłem, czy pruchnem, zajaśniał najprzód
jeden punkt w ciemnościach, potem drugi... potem za
gasły oba, i zaświeciły znów po chwili oba... ru szając się i świdrując niby w ciemnem tle framugi ... Co
to takiego?... cicho! to oczy szatana... patrz jak za"
świeciły nagle mocniej żółtem fałszywem światłem,
jak się w tych szyderskicli źrenicach toczy dokoła
jad piekła okrągło!...
Luat się porwał zpod nóg i szczeknął gwałtownie,
mój towarzysz klasnął w ręce, a z wrzaskiem zerw ała
się duża sowa z framugi i przeleciała nisko, tuż nad
naszemi głowami i zwinęła się około nóg naszychr
jakgdyby chciała uderzyć na psa....
— To jest prześliczne! to daje mi obraz! zaw ołał
mój towarzysz... już go widzę, już go mam! teraz
tylko pęzli!... koloryt jest w duszy! odgadłem go! sowieini oczyma przyświeci mi szatan i dobędę farb !..ale zaraz, zaraz wracajmy do Drezna!...
Niedaleko za kościołem znaleźliśmy gospodę... bu
telka szampańskiego wina pokrzepiła siły... nieczuliśmy znużenia i snu niebyło. Mój rozogniony towa
rzysz puścił wodze swemu artystycznemu zachceniu
i jeszcze tej samej nocy, niósł nas lekki kabriolet
drogą ku Dreznowi.
V.
Parę tygodni było upłynęło od powrotu naszego
do miasta, i od owej pamiętnej nocy. Po całych dniach
siedział mój przyjaciel zamknięty w swym pokoju, i
malował jakiś obraz. Często kiedym go odwidzał, niepuszczał mnie nawet do pokoju, a kiedy drzwi stały
otworem, był obraz za zasłoną i prosił mnie, żebym
niepatrzał na niego, dopóki niebędzie skończony.
Często niebywał nawet na obiedzie, a gdym go w koń
cu odwidzać zaprzestał, niechcąc mu przeszkadzać,
widywaliśmy się tylko wieczorem, chodząc zazwyczaj
do późna w noc po terasie briilowskim. Nigdy nie
mo wił ze mną o swej pracy; uważałem to jednak, że
w pierwszych tygodniach był jeszcze bardzo niecier-
pliwym i niespokojnym... leez z każdym dniem czem
więcej się zbliżał obraz do ukończenia swojego, wypogadzała się dusza jego coraz więcej, i nabierała
coraz więcej spokoju i równowagi. Pewnego ranka odebrałem bilet w którym stały te słowa: Przybywaj!
tylko zaraz... obraz jest gotów!
Kiedym wstępił do jego salonu stał przed obra
zem i oczy jego grały dziwnem jakiemś światłem. Poskoczył ku mnie z radością: Ha przyjaciela! rzekł:
chodź, stań tu i patrz! teraz jestem lekkim, pozby
łem się mojego szatana! tum go uwięził, tu w oczach
tej sowy ! i tu będzie mi siedział wiecznie ! teraz je
stem swobodnym! pozbyłem się mojego szatana!...
Gdym spojrzał na obraz, czułem się nagle prze
niesiony w ciemności owej majowej nocy, w Szwajca
rię saskę, gdzie nagle przed oczyma naszemi, na za
wrocie drogi zawisł kościół w powietrzu, oświecony
ze środka promykiem jednej mdłej lampy... tło obra
zu było wybornie trafione, mistycznie, jak tajemnice
owej nocy, sercem tylko odgadnięte, tylko oku artysty
widzialne. Na tern tle widać było kawał wieży awniej
framugę starożytnego gotyckiego wykroju, w której
siedziała sowa ogromna. Byłto prawdziwy obraz mi
stycznej nocy, bo cały był oświecony światłem, które
wypływało z ócz sowy, światło to było mdłe, podobne
do dymięcego fosforu potartego w ciemności; a jednak
oświecało cały obraz wyraźnie i wpatrzywszy się weń,
występowały wyraźnie wszystkie odcienia kolorytu i
przedmiotów mniej widocznych na pierwszy rzut oka.
Trzema ozdobnemi dębowemi iiściami gotyckiej rzeź
by, były zakończone śpiczasle łuki framugi i cecho
wały wiek budowy, a po rozpadlinach muru wspiera
ła się jednę stron§ arkady gałęzka germańskiego
bluszczu. Niebyło ani ziemi w tym obrazie, ani nie
ba nad niem, w powietrzu gdzieś wysoko jak się zda
ło, sterczał kawał muru; głównym przedmiotem obrazu była sowa, wśród tej framugi, a właściwie, jej
oczy. Żółte, to znowu niby bielejące światło, które
z tych ócz wypływało, nadawało temu obrazowi jakiś
wyraz okropnego, demonicznego życia. Wielka źrenica
w oczach sowy, zdawała się nabierać ruchu. Kry
stalicznie żyłkami podzielona z ogniska na promienie
rzucała coraz inne światło, z nowego widziana punk
tu. Chłodny, trzeźwy rozum wypatrywał z tych ócz;
a jednak miały one w sobie coś tak sardonicznego i
niepokojącego, tyle ironii, tyle dumy i złości nieludz
kiej, że tylko na chwilę trzeba się było spotkać z tym
wzrokiem, ażeby zostać niemiło dotkniętym na długo,
i utracić na długo skokojność i pogodę duszy. Wzrok
ten przenikał na wskroś, a zimna źrenica niemiała
dna, byłto niby tylko otwór, przez który, można było
spojrzeć, w jakęś otchłań przedwieczny niezbadanej
okropności; przepaść ta, jak przepaść wśród gór, d y
gnęła do siebie, i rozum tracił tu równowagę, jak
tam traci równowagę ciało.... Krystaliczność promieni
w których się rozstrzelało ognisko źrenicy, sprawiało,
że oezzy sowy zarzucały niby zyzem, czasami z pe
wnego punktu widziane, i w tych promieniach grała
najżywiej fałszywa żółtość ironicznego światła; w miar f tego,
się
vóżnych
r
punktów widziana m
zdawała źrenica wytrzeszczonych ślepi, mieniły się
także i rysy tej potwornej głowy, bo raz były podo
bne do sowy, to znów do łba kociego, a w końcu zda
wały się podrzeźniać nawet rysom ludzkiej twarzy,
szczególniej ów kozubowaty zakrzywiony dziób, przy
bierał kształt orlego niby nosa i wyraz szatańskiej
genialności.
Tal: przerzucał widok tego obrazu umysł w coraz
innę istotę: i złość zwierzęcia, niepokój demona, szy
derstwo piekła a w końcu potęga jeniuszu i duma upadłych aniołów’, jaśniały z tych oczu jedno drugie
mu obce, a jednak razem za tło służyła noc bez zie
mi i niebo bez gwiazd, otchłań ciemności bez dna....
A co ? zapytał mnie mój przyjaciel po chwili, którę jeszcze teraz po leciech wielu niejest wspomnieć
miło; a co czyś mnie zrozumiał?... co to jest ?...
— Szatan! rzekłem.
— Zgadłeś! zawołał z radościę... i teraz dopiero
czuję... dodał, że będę religijnym malarzem, bom już
był w odchłani ciemnych duchów, teraz jestem czy
stym i lekkim znowu jak po modlitwie. Pozbyłem się
mojego szatana! przykułem go do ócz tej sowy i tu
będzie mi siedział wiecznie! na pierwszy promień, któ
ry z nieba spadnie, pierzchnę ciemności tej nocy i
zgaśnie szatańskie światło tych oczu, które tylko
śród odchłani świecę, bez ludzi, bez boga, ni bogu
ni ludziom....
Tu mógłbym urwać, bo we dwa dni później roz
stałem się z moim fantastycznym przyjacielem na
długo, może na zawsze! Jak sen niezwykły otarła się
jego postać o moję duszę... i o drogę mego życia.
Pożegnanie się nasze było krótkie; ale pamiętne
dla mnie na zawsze: byłato jedna z tych chwil, którę
niewolno jest mierzyć skalę czasu, w której się uczu
cia tak skupiaję, że już wspomnieniem jednej takiej
chwili w życiu bogaci się serce na zawsze... Ów fan
tastyczny pełen natchnienia młodzieniec któregom po
znał owego wieczora na brtilowskim terasie, byłto
Alfred Knorr, artysta, malarz głośnej dziś sławy w
całej Europie. Od wielu lat dowiaduję się o jego losie
i powodzeniu artystycznem tylko z pism publicznych,
najwięcej jednak zajmujęcym był dla mnie opis tej
*
wystawy obrazów, na której po raz pierwszy ujrza
no obraz jego sowy, w Berlinie i w Mniehowie.
Byłoto w parę lat po rozstaniu meiu z Knorrein,
burza jesiennej nocy zaszumiała naii naszemi lasami,
w zacisznym polskim dworze górskiej wioski palił
się ogień na kominku, a kiedy do pokoju wniesiono
św iecę, wstąpił posłaniec z pocztową torbą na pier
siach. W ustroniu wiejskiem jest widok listów, gazet
i pism czasowych niby uśmiechem cywilizowanego
świata, który nam przesyła Europa chcąc uweselić
i pocieszyć ustronie zapomnianych samotników.
Z westchnieniem wziąłem za pisma estetycznej
treści i czytam : » Wystawa obrazów, albo raczej: sowa
Knorra* Knorr! sowa K norra! pomyślałem, jak cza
rodziejską rószczką czułem się przeniesiony w taje
mnice owej nocy Szwajcarii saskiej, i Knorr stanął
przed oczyma memi i te ostatnie słow a jego brzmia
ły mi znów w duszy, jak odgłos odległego echa, gdym
ujrzał po raz pierwszy obraz jego sowy... Ile zajmu
jącym był dla mnie ten artykuł łatwo sobie wyobrazić
można, gdyż znąjąe Knorra, byłem pewnym, ze dwóch
sów niemalował w życiu, i ze to mowa o tej samej
sowie, którą wypłoszył Luat /.framugi śród ciemno
ści owej nocy, w której Knorr uwięził swojego sza
tana. Wziąłem tedy pismo i czytam.
»Jaki wpływ' wywiera na postęp sztuk pięknych te
goczesna filozofia, najlepszym dowodem tego jest so
wa Knorra... a lubośmy sobie zamierzyli mówić tu o
wystawie obrazów... będziemy tylko mówili o obrazie
sowy Knora, gdyz należy on do tych artystycznych
płodów, które stanowią epokę w dzisiejszej historii
sztuk pięknych. Obraz przedstawia sowę siedzącą w
głębi framugi gotyckiej na urwisku muru starej wie
życy. Sowa jest ptakiem Min er wy, a w obrazie który
tycka budowa powstała z tej głuchej idei, którą Ger
manowie wynieśli z uroczej ciszy pogańskich gajów;
tak pojawiła się na tle religijnej gotyckiej budowy
filozofia seholastyczna, filozofia średnich wieków, któ
ra dala początek i wzrost następnym systematom filo
zoficznym, aż do dni naszych. Oczy sowy reprezen
tują genialnie dualizm filozoficznych systematów, któ
re się zniosły nawzajem, a te trzy liście dębowej go
tyckiej rzeźby, które wieńczą i zakończają framugę
gotycką nad głową sow y: to trójca heglow ska! a ta
framuga, to świątynia germańska, w której osiadł ptak
greckiej Minerwy dziś śród oświeconej Europy, jak
niegdyś zasiadał wśród pogańskiego Olimpu u stóp tej
bogini, która juz dorosłą i uzbrojoną wyskoczyła
z głowy Jow isza władnącego Olimpem i ziemią!...
Takie obrazy jak genialny obraz sowy Knorra mo
gą się rodzić tylko na tle niewcielonych ideii, na tle
tegoczesnej filozofii.*
Tyle było słów recenzii... ze smutkiem odłożyłem
ją na stronę w poczet tych tysiąca kłamstw, które
się drukują na świecie... i niestety brać zw jkły za do
brą monetę. Wyobrażam sobie jakie wrażenie musia
ła sprawić ta recenzia na umyśle artysty, który w
tym samym obrazie uwięził swojego szatana, w któ
rym estetyk uczony, ujrzał obraz filozofii tegoczesnej.
Wówczas obraziła mnię ta recenzia; dziś zdaje mi
się ze obydwa mieli słuszność za twierdzeniem swojem obstawać, i może jest naturalną rzeczą ze to jest
dla artysty szatanem, co dla recenzenta jest filozofią.
Knorr pozbył się swojego szatana i został wielkim
artystą i jest zapewne po dziś dzień tego przekona
nia : ze żaden estetyk nie wnijdzie do królestwa nie
bieskiego.
opisujemy daje nam artysta symbol narodowej mą
A
drości, symbol filozofii niemieckiej. Jak w genialnym
P OWI AS TKA.
obrazie nocy Corregia jest cały obraz oświecony ja
snością, która z dziecięcia wypływa, tak i tu jest cały j
— Anaslazio! Anastazio! taki ty zobacz.
obraz oświecony światłem, które wśród ciemności pa- i
— Ktoś tam wszedł do pokoju (odzywa się głos)
dołu ludzkiego, wypływa z ócz sowy. Tu leży właśnie
— To tego ten pan; odpowiada wychylając swą
najgłębszy pomysł artysty, jesłto obraz naszej filo głowę kucharka.
zofii, która obróciwszy oko na wnętrze ducha wystar
— Taki się dowiedz... jaki to pan?
cza sama sobie, i nie św ieci obcym pozyczanem św ia
— To tego, ten pan z prowincii....
tłem nieba lab ziem i; lecz wydobywa z treści własnej
— Czy zastałem panią sekretarzowę... zapytuje sie
istoty promień przedwiecznej jasności, która w nie przybyły pan z prowincii.
skończoność upływa. Jak sama myśl artysty jest wiel
— Kiedy to tego, niewiem, co pani każe powie
ką tak i wykonanie i użycie środków i wyposażenie dzieć. Odpowiada kucharka, i cofa się do drugiego
obrazu jest godne wielkiego artysty. Sowa siedzi w pokoju.
głębi gotyckiej framugi, a jedną część tej arkady wy
Pytający się pan z prowincii, niebyt kto inny tyl
plata bluszcz, którym wieńczono naszych bardów sta ko pan Kolanowicz, najbogatszy mieszkaniec jednego
rą! Germanii. Wiadomo jest powszechnie ze jak go z najuboższych miasteczek kraju naszego.
8 W
w m.
lO l
Na szyldzie jego handlu, który zwał się korzenny, łych miasteczek, do tych domów gdzie jeszcze re
widziałeś w pięknem malowidle miasto i morze; na zeda i goździk stanowią przyzwoitą okien ozdobę 1>„
drugiej tarczy podlatywał z swemi skrzydełkami u
Pan Kolanowicz liczył już ezterdziestówkę, a je
pięt bożek
erku
M
isz,n a piersiach trzymający a r szcze na średnim palcu nie nosił obrączki; pomimo
kusz białego papieru, na którym był napis p r a w d z i swatów pani pocztmistrzowej na przekor zdaniu pani
w a b r y n d z a ; pod tą bryndzą w isiał m i l i o n zło Ferlegrowej; szczęśliwa ta matka trzech piegowatych
tych ryńskich w. w ., z tym dopiskiem ze bilet na tę córek utrzymywała i dowodziła że kawaler mający
korzystną loterię kosztuje
n5fortunę
w moneeie.
W tym
do wyboru
żony przystąpić powinien. O losie!
handlu korzennym pana Kolanowieza mogłeś stać się twoja to była sprawa, że pan Kolanowicz, acz później
właścicielem rozynków i tarcic, łańcuszków na kro zapisał się na zdanie pani Ferlegrow ej; z trzech jej
wy id o zegarków ; ta sam a ręka odważyła tobie funt córek, niestety, nieubyła jej żadna.
Pan Kolanowicz z końcem roku 1842 po oblicze
holenderskiego, w Szłąsku robionego sera, i funt my
sozachorował
dła ; równie chętnie podano ci żelazo albo cukier. niu swojego ha hel und
Pan Krzysztof, prawa ręka pryncypała pełnił tu rolę Nie zawadzi tu wspomnieć że pan Kolanowicz raz da
subjekta, i zdawał się być stworzonym do swojej roli. roku około S. .Michała odbywał swoję podróż do Lwo
Zawsze czynny, chętny i prędki, usłużnym bywał na wa. Przyjeżdżał do stolicy po odebranie procentu od
primo
locou pewnej
wet pamięcią swoją, która umiała przypomnieć wcho sumki ulokowanej
dzącemu do sklepu jego domowe potrzeby; z słodkim ścicielki kamienicy o dwóch piętrach i dwóch oknach.
uśmiechem na ustach umiał przedawać nawet ocet; Przybywszy do stolicy pan Kolanowicz oddawał się
najuprzejmiej, kiedy zażądano, podał i kajdanki; a zwykle wszystkim zabawom i przyjemnościom miasta.
jakibądź towar stawał się własnośeią kupiciela, w 1 zaraz nazajutrz po swoim zajeździe do Jud ki udodatku do towaru odbierał zaręczenie
że jest brany czysto w nowym fraku z złotemi guzikami, w
gatunku,
von
den
.P an Kolanowicz chusteczce
estn
B
mając w białej na szyi, rozpoczynał swoją prze
panu Krzysztofie tak grzecznego subjekta, zdawał na chadzkę po rynku. Nie naglony interesem powoli ją
niego wszystkie przyjemności korzennego handlu, so odbywał, zatrzymywał się co chwila, tu się przypa
bie zostawił tylko prace obliczenia zebranych przez trzył perukom, tam flotrowersom i smyczkom opra
dzień banknotów i krajcarków, po zamknięciu k a s s y , wionym w ramki, szkłem nakrytym ; tu przynęciła go
cukiernia, tam xiegarnia. Pan Kolanowicz lubił k ar
to je st: szufladki sklepowej.
melki i obrazki; w cukierni obaezył na spinającym
Pan Kolanowicz (opis jego osoby będzie tu na
się koniu króla Sobieskiego 2), w xiegarni Polkę 3=)
właściwem miejscu) był wzrostu małego, komplexii
w kołpaku czworospiczastym, jakiego na żadnej pol
szczupłej, oczy miał szafirowe, a włos jasny, który
skiej głowie niewidział; do niej na rozpędzonym ru
szczoteczką zgarnięty zasłaniał połyskującą łysinkę;
azepbez czapki i bez sukien. Przypa
M
maku leciał
na twarzy drobnego zarysu nie bogate faworyty dwo
trzywszy się nareszcie całej długiej galerii sztychów,
ma esamizakręcały się ku ustom, nad któremi mszył
(bo xiążek w tej xiegarni zapewne niebyło, bo ich na
s ię subtelny wąsik.
wystawie, tern godle sklepu, nie widziano).
Dalej następowały przeglądy tu czypków, tam cy
Z resztą cała jego postać od bucika, który do sa
buchów, tu kamizelek, tam pieczątek. Po obiedzie na
mego wieczora świecił się jak Zwierciadło, aż do bia
którym uczęstował siebie scidłem wina mołdawskie
łej chusteczki na szyi na węzełek związanej, przed
go, wyspacerowal się po walach, wykąpał w malo
staw iała człowieka, który o swoią tualetę miał przy
wanej wannie w jezuickim ogrodzie: wypiwszy nazwoite staranie, i trzym ał się sumiennie mody jaką
reście mleka szklankę w żelaznej wodzie; wrócił do
zastał przed laty dziesięciu.
stancii. N azajutrz czekały go nowe przyjemności i
na
Ta staranność tualety był to hołd wymierzony dla rozkosze. Usłużny fiakier zawiózł go do
; gdzie
płci pięknej, dla której był z wielkiem uszanowaniem, kromkę chleba z m asłem ; z tamtąd do
dla której rysował wzorki, spisywał krakowiaki, wy się napatrzył jak kaczki pływają po wodzie, z potem
rabiał pierścionki z włosienia z literkami, którą na1) Pożal się boże, mila rezeda i słodki goździk
reście obdzielał
Inkasami,
W
teraz z okienek miejskich, ich miejsce zastępuje
ną,
Gonzalwem
z
iK
by tym podobnemi xiążordu
to roślinne monstrum.
kam i; xiążki te nie widząc ju ż dla siebie miejsca na
2) Domyślam się cukrowego Sobieskiego.
3) Zapewne sztychowaną w Paryżu.
Wielkim piśmiennictwa świecie, schroniły się do ma
znikają
kaktus*
102
czoła wydrapał się na piaskową górę, gdzie mu po
kazano trawkę, którą piasek porasta.
Po wypoczynku nareście przyzwoitym, ubrawszy
ręce w czarne rękawiczki, z laseczkę najtańszą jaką
znalazł u
lixegodążył pan Kolanowicz, do pani
G
sekretarzowej, fpo procent. Byłato sobota. Przeby
wszy schody ciemno i wązko spinające się na piętro,
po długim szukaniu drzwi i dłuższem jeszcze maca
niu klamki, wstąpił do przedpokoju, gdzie brakowało
tylko gwiazd, a byłaby noc prawdziwa. Tu znalazł
się znowu w położeniu tego człowieka któremu zada
no zagadkę, Rozwiązał ją pan Kolanowicz szczęśli
wie, znalazłszy drzwi do pokoju; że się znajdował
w bawialnym salonie, poznał to wchodzący po piasku
którym grubo posypana była podłoga *) a wreszcie i
po kanapie, zwierciedle i familijnych portretach za
wieszonych na ścianie, bawialnego pokoju tych
qua
non.
Po scenie na wstępie opisanej weszła do pokoju
pani sekretarzowa; była w bluzie popielatej i kacabąjce kanarkowego koloru, obłożonej futerkiem, które
kolorem swoim przypomnieć mogło... jaszczurkę. Są
panie, co zaprzyjaźniwszy się przed laty piętnastu
z kacabajkami, do śmierci już je nieopuszczą.
Jej czepek zakrywał tylko pół głowy, podobnie
jak rękawiczki z obciętemi palcami połowę ręki zasła
niały. Na nogach miała żółte pantofle. Cera jej peł
nej twarzy była mocno, bardzo mocno śniada; dobrej
tuszy w ciele, ramieniem swojem mogłaby obdarować
Goliata, a byłby to dla Goliata stosowny prezent.
Wiadomość o wizycie tego pana z prowincii, któ
ry po swój procent rokrocznie ją nawiedzał, wywo
łała na jej czoło wyraz nieukontentowania.
Zagniewana, zadąsana weszła do pokoju, siadła
na kanapie... i zażyła tabaki.
— Niech taki pan siada, rzekła.
Pan Kolanowicz wybiera sobie w rzędzie ostatnie
krzesło.
Pani sekretarzowa: Pan taki dawno zjechał do
naszego Lwowa?
Pan Kolanowicz (z uśmiechem).
Wczoraj pani
dobrodziejko, a dzisiaj... zaraz... pani dobrodziejko...
pospieszyłem do pani dobrodziejki.
Pani sekretarzowa (wołając w głos) Anastazio!
Do kucharki wchodzącej:
Ty taki niewidzisz
że ten pan z prowincii nie przymknął drzwi za sobą.
Pan Kolanowicz ogląda się i postrzega drzwi nieprzymknięte; kucharka drzwi przymyka.
* ) Jestto domowy obyczaj miasta, który ma swoją piasko
wą górę.
Pani sekretarzowa: to pan taki z prowincii, zje
chał do naszego Lwowa ? To pan taki może się już
ożenił na prowincii?...
Pan Kolanowicz zabiera się do odpowiedzi; pani
sekretarzowa patrząc na nos gościa, wola: Anastazio!
Do kucharki wchodzącej... Ty taki nie widzisz,
że ten pan z prowincii przywiózł nam muchę do na
szych pokojów, zawołaj że taki, kogo do pomocy.
Pan Kolanowicz poczuwa się do winy i spędza
muchęo z nosa.
Pani sekretarzowa: To pan taki dawno już nie
był w naszym Lwowie, to pan taki dawno niewidział na Łyczakowie znowu dwie kamienice murując
ale taki to przecie nie nasza ulica; taki pan przy
znaj że mam racię.
Pan KoJanowicz przyznaje pierwszeństwo naszej
ulicy; pani sekretarzowa woła znowu Anastazii. Bru
dna kucharka wchodzi znowu; pani sekretarzowa.
szepce.
— Taki ty zbiegnij na dół i zobacz czy ten pan
z prowincii obtarł sobie bóty na schodach.
Pan Kolanowicz podsłuchawszy ten rozkaz spo
gląda niespokojnem okiem na obuwie swoje.
Pani sekretarzowa: Taki czemu się pan nieżeniP
czy taki na prowincii trudno o żonę ?...
Pan Kolanowicz zaczyna się uśmiechać.
Pani sekretarzowa: To taki ja pana wyswatam,
w naszym Lwowie; każdy powinien się żenić, kto
może; to taki pan przyznaj że mam racię.
Gdy tych słów domawia pani domu, drzwi się otwierają, i wchodzi do pokoju dama wysoka, twarzy
cienkiej i białej jakby z papieru wykrojonej, oczka ma
niebieskie, koloru i wielkości niezapominajek, loczki
jasne.
Jakiego wieku nieznajoma ta dama... niewiem...
Poznać w niej lwicę miejską (na oszczędną jednak
skalę) poznać to z ruchu, gestów, z uśmiechu i z gło
su, kiedy się odezwie, poznać z gustu, i że powiem
z tego dowcipu w stroju, który sukienkę i chustecz
kę, szaliki i wstążeczki, tak zręcznie ułoży, tak zgra
bnie obwinie, obtuli, nadmie iobstroi ciałko niewieście,
że ujrzysz tam nawet wdzięki, gdzie ich niebyło i
niema.
Spróbójmy opisać detalicznie ubiór nieznajomej
damy.
Na główce ma kapeluszyk lila, z gałązeczką na
której listki i ponsowe jagódki; z kapelusika szpuszczona szlarka na oczy i na tw arz; twarz i oczy utrzymuje w figlarnem półcieniu, z pod kapelusza spada
kilka loczków, a w każdym po kilka włosków. Ubra
na jest w szlafroczek kitajkowy zręcznie przykrojony.
103
który nadaje także smukły kształt, gdzie potrzeba
zw ija się w fałdy, wyokrąglą wdzięk gorsu, wydyma
się, rozszerza i przyzwoity wypełnia się cirkumferencią. Szalik lekki i przezroczysty, istna mgła gazo
wa, mantylka z ramion spadająca, maleńki boa bia
ły, bransoletki, pierścionki na palcach, wenecki na
reszcie łańcuszek, zawieszony na szyi, którego ko
niuszki toną w fałdach gorsu, dodają wdzięku, bla
sku i elegancii tualecie tej nieznajomej damy.
Nieznajoma po wielu serdecznościach i uściskach,
skromnym ukłonie dla pana Kolanowicza, poprawiwszy
szalika, spuściwszy z ramion spadającą mantylkę uśmiecha się wdzięcznie i zapinając klamerkę u bran
soletki siada, a pierwsze słowo na jej u stach : H ra
bina moja kuzynka.
— Wystaw sy (zaczyna mówić odpinając guziczek
z perłowej macicy u rękawa). Imaginuj sy z hrabiną
moją kuzynką ułożyłyśmy sy wyjechać na spacer, za
ra z po obiedzie, byłam dzisiaj u hrabiny na objedzie;
już... zajeżdża kareta... w tern... meldują gości; h ra
bina moja kuzynka trzyma dom otwarty *, odłożyłyśmy
spacer na piątą, teraz niebędzie jeszcze jak trzy kwa
dranse na czwartą....
To mówiąc wyciąga mały złoty zegareczek, pairzy , przykłada go do ucha.
znowu cyłinderkowi swojemu, a niekiedy go otw iera
i kluczykiem potrąca.
— To pan mieszkasz na prowincii P ja bo, nie
chwaląc się, gustuję w prowincii, i wyobrażam sy
ja k to musi być romansowo, mieć swój własny dom
z ogrodem, maleńki swój stoliczek... gospodarstwo.
— W istocie pani dobrodziejko (odpowiada Kolano
wicz zawstydzony nieeo) ale ja , tak dalece, mieszkam
w prawdzie w mieście....
— W mieście ? (podchwytuje nieznajoma udając
smutną).
— Ale w istocie mogę zapewnić panią dobrodziejkę
że miasteczko nasze posiada bardzo wiele przymio
tów wiejskich, aprzytem ma dogodności i awantaże.
— Wystawiam sy, są sklepy, spacery, kilka do
mów znajomych.
— W istocie pani dobrodziejko w naszem mieście
mieszka pan pocztmistrz z familią, pani Ferlegrowa
z córkami, jest także dom pana sendyka; i w istocie
możnaby powiedzieć że życie w naszem miesteczku
byłoby dosyć rozerwane; tylko jże w istocie między
temi domami niema jakoś... harmonii....
— Harmonii ? podchwytuje nieznajoma.
— Z hrabiną moją kuzyną harmoniujemy od tylu
lat, czy zna pan przypadkiem hrabinę moją kuzynę?
— Ach, jak mamę kocham, zapomniałam sy na Hrabina moja kuzyna posiada dobra....
Pan kolanowicz zawstydzony zapytaniem, widzi
kręcić, pozwolisz moja droga.
się być zmuszonym do niemiłego wyznania, że pa
Nieznajoma zaczyna nakręcać zegarek; i kontynią h ra b in ę .. nie zna; atoli zręcznem napomknięciem
nuje rozmowę, w której jak ulubione
po
o państwie Rzeplickieh obywatelstwie u których bywa,
w tarza się co chwila słowo, hrabina moja kuzyna.
napraw ia opinię o sobie. Nieznajoma kontynuje dys
—
A propos wspomniałam sy,imajnuj
sy hrabina
kurs, chociaż jej cylinderek nie piątą ale godzinę
moja kuzyna sprowadziła sobie prosto z Drezna... ale szustą już pohazhje.
to mówię ci....
Pan Kolanowicz śród marzeń i słodkich snów o
Tu nieznajoma przykłada znowu cylinderek do
nieznajomej
damie, przespawszy noc ju ż dłuższą bo
ucha.
odbiera nazajutrz maleńki bilecik złożony
— Idzie...
a
w
pros, spomniałam sy, nie jesienną,
jesteś
w
pierożek
a przypieczętowany opłatkiem. Był na
samą, możem ci przeszkodziła, nie rób sy subjekcii,
stępujący
;
j a k cię szacuję serdecznie.
Szanowny panie dobrodzieju!
— To taki ten pan zjechał z prowincii, (odpowia
d a gospodyni) prezentuję ci taki pana Kolanowicza
bogatego kawalera... z prowincii.
Temi dwoma słowami kawaler i bogaty jak cza
rodziejską rószczką uderzona nieznajoma, zaczyna
być niespokojna, pomieszaną; jej twarz stroi się w
wdzięczny uśmiech, jej głos nowego wdzięku, cała
jej postać przybiera jakiś blask... nowe życie. Nawza
jem pan Kolanowicz po kilku ukłonach przybliża się
się i robi znajomość z nieznajomą, która z coraz
większą afektacią odpina guziczek u rękawa, przy
słuchuje się na przemian panu Kolanowiczowi, to
^Ponieważ dziś jest niedziela, to jeżeli pan niema
^zamówienia na dziś to proszę pana na łyżkę rosołu
»do siebie, w obiadowej godzinie; proszę taki b ez ża»dnej sabjekcii do mnie, bo to objadek całkiem fami
lia rn y .*
Zostająca sługa;
(Przypis do biletu)
»Muszę panu donieść komplement; że s ię p a n b a r»dzo spodobał pewnej osobie; jeżeli nie będzie mia»ła zaprosin do hrabiny, swojej kuzyny, albo gdziei
»indziej, ta osoba taki mi się obiecała na objad.*
104
Po odczytaniu biletu twarz pana Kolanowicza na
biera dziwnej wesołości. Przechodząc się po stancii
zatrzymuje się przed zwierciadłem, poprawia kołnie
rzyka i czubka, uśmiecha się, a wspomniawszy sobie
nareszcie że wysłana z biletem kucharka czeka, wy
biera ćwiarteczkę na której miasto Lipsk wysztychowane w landszafcie; zasiada, myśli długo i pisze w
końcu. Anastazia juz odebrała odpowiedź i odeszła,
pan Kolanowicz w samotności oddaje się cały słod
kiemu zadumaniu o nieznajomej damie.
— Niema co mówić (do siebie mówi).
— Osoba cale przyzwoita, to widać: maniery ma
a przytem, takie to zaszczytne kuzynostwo, a przytem....
Tu pan Kolanowicz staje znowu naprzeciw źwierciadła, poprawia włosy, uśmiecha się.
Atoli naraz twarz jego powleka się smutkiem, za
myślony głęboko medytuje, rozważa.°
grodzie tureckie okopy zwanym, fetuje p an i| sekretarzowę i nieznajomi damę ruskiemi pierogami.
We wtorek, już w towarzystwie z sani| damą nie
znajomi płynie po stawie w Kisielce łódeczki.0Przy
nachyleniu się łódki, rączka nieznajomej chwyta sie
ręki pana Kolanowicza, następuje uniesienie, bojaźn
zatonienia daje do tego niewinny powód. Ale part Ko
lanowicz szczęśliwy; r|czym krokiem zbliża się do
upragnionego celu.
Utrzymuje Francuz że
a
la
poesie,więc nie analizując zatem uczucia, na
dzieje i marzenia zakochanego, powiemy krótko, że
w przeci|gu sześciu tygodni pan Kolanowicz z bukie
tem u fraka prowadził nieznajomi damę do ołtarza,
gdzie między inneini posłyszał przyrzeczenie niezna
jomej ; a iż cię n i e o p u s z c z ę aż do ś mi e r c i .
W miesiąc potym akcie solennym odbytym we Lwo
wie, już po powrocie do miasteczka, państwo młodzi
Przyszła mu na myśl jego trzechletnia konkuren- Kolanowicze pewnego wieczora (był piękny wieczór)
cia o pannę Izabellę, to przypomnienie zaprawia go wyszedłszy z swojej kamienicy na miasto, prowadząc
ryczy jego radość, cznje jakby ciężki jakiś kamień się za ręce, szli gościńcem.
Naraz posłyszeli turkot pojazdu, byłto szybkowóz
staczający się na sumienie.... O boże!... Po długiej mektóry
chm ur| kurzu obwinięty po gładkiej toczący się
dytacii sięga do pularesu, wyciąga bilet, i odczytu
drodze szybko do nich się zbliżał.
je go po dwunasty raz. Rył taki.
Stanęli, alić ledwie co nadjechał szybkowmz, o»Piszę do pana
ebobym nie ośmieliła
anoim
się tegoż oknem w ygl|daj|ca głowa wydała otwartem
s>nigdy pisać do kawalera, a życzeniem jest mojern aże- krzyk. W jednej chwili drzwiczki pojazdu zostały
»by pana zawiadomić: że mój tato nie da sobie nawet odemknięte, a z pojazdu wyskoczył mężczyzna w
•wspomnieć o panu; moja mama jak panu musi być wieku studenta gimnazialnego, wyskoczył i rzucił
•wiadomo, wypowiedziała panu dom; mój stryjaszek się w obięcia pani Kolanowiezowej, która z widoczni
•zabronił się widywać z panem, moja ciotka gniewa radościę na twarzy zaczęła się z nim witać, ściskać
•się na p a n a ; a ja panu odsyłam piórko i pierścio go i całować. Pan Kolanowicz obecny tej rozczula
n e k własnej pańskiej roboty, na bilecie się niepodpi- jącej scenie zadziwił się mocno.
»suję dla tego ażeby był
a
— Oh! prawda (ozwała się żona) ty nieznasz je
szcze mego Ignasia, jak go poznasz pokochasz go,
Sługa pańska.
on taki dobry, taki ładny nieprawdaż, jak urósł....
Odczytanie tego biletu ulżyło nieco ciężaru na su
— Ale... zacz|ł się j|k a ć zakłopotany nieco mąż....
mieniu pana Kolanowicza, i już swobodniej, już śmie
— Ach prawda, ty niewiesz jeszcze (dodała żona
lej, już stałej myśli o nieznajomej damie. A skoro na spuszczając oczy) to mój syn....
zegarze wybiły dwa kwadranse na pierwszą, pan Ko
— Jakto? co mówisz? niewiedziałem?...
lanowicz, pospiesza na objad, uposażywszy się po
— Niewiedziałeś o tern, że byłam wdową kiedyś
drodze u cukiernika półfuntem karmelków. Wcho my się pobrali P...
dzie do pani sekretarzowej pokoju, zastaje nieznajo
— Byłaś wdową? powtórzył pan Kolanowicz z pe
m i damę sam | przy fortepianie. Wejściem pana Ko wnym akcentem, który oddać, ani wytłómaczyć mia
lanowicza walec pana Straussa przerwany zostaje.
ra nie podoła.
Dnia następnego oglądasz pana Kolanowicza w o
iW
numerem
niniejszym kończy sie prenumerata na
pierwsze półrocze dziennika, o czem uwiadamia sie sza
nownych prenumeratorów, aby ci którzy iycz^ sobie
trzymać na dal ten dziennik, wsześnie zamówić go na
drugie półrocze, w redakcii lub w urzędach pocztowych,
raczyli.
R edaktor TOMASZ KULCZYCKI.
DRUKIEM PIOTRA PILLERA.
C sWaL-
/ytitivV
.
>
O