/
Text
Wtem rozpryskuje się obok Miniewskiego zie-
mia od ciśniętej, jakby na waletę, kuli kartaczowej, a on
pada jak długi...
Zatrąbiono do odwrotu.
Wycofawszy się za linię strzałów, porządkujemy
w grobowem milczeniu szeregi. Fantazya odleciała wszyst-
kich. Aliści., nagle przypada do nas jeździec bez czapki,
na oklep... na białym koniu...
Miniewski...
Obryzgany, zwalany ziemią, z owiązaną, bezwładną
wskutek kontuzyi lewą ręką, i skontuzyowaną również
nogą — lecz pozatem żyw i cały.
Uratowało go siodło, które niósł na ramieniu. Klapa
siodła, leżąc na kapturze burki, była mu puklerzem,
tak, że rykoszet kartaczowy nie zgruchotał kości. Twardy!
Zygmunt Niesobia Kępieński.
^3
Urywek z pamiętnika.
Po pomyślnej w d. 10. lutego na Świętym Krzyżu
bitwie, pułkownik Langiewicz, naczelnik wojskowy woje-
wództwa sandomierskiego, postanowił opuścić tę miej-
scowość i udać się do Śtaszowa, aby zbliżyć się do
granicy Galicyi, skąd spodziewał się dostać broni. Tego
samego dnia, o g. 1-ej w nocy, oddział opuścił klasztor,
w kierunku Słupianowej, a okrążywszy góry, skierował
się na południe ku Łagowu. Odpoczął w rzadkim lesie,
pod wsią Łachówek i około g. 3-ciej po południu stanął
pod wsią Ociosęki. Żołnierz zmęczony był mocno cało-
nocnym marszem, postanowił więc Langiewicz nietylko
tu dłużej odpocząć, ale i zanocować.
Nazajutrz, d. 12. lutego, po śniadaniu, wyruszyliśmy
dalej ku Rakowu. W drodze spotykało się małe od-
działki po 20-tu, 30 tu i więcej ludzi, bądź to ochotników,
bądź też rozbitków z oddziału Leona Frankowskiego,
rozgromionego pod Słupczą d. 8. lutego. Największy je-
dnak był oddział, złożony z 60-ciu ludzi, w połowie
jazdy, w połowie piechoty, doskonale uzbrojonych i odzia-
nych, pod dowództwem majora Ulatowskiego, oficera
jeszcze z r. 1831. Maszerował on ze Sandomierza. Wszyst-
kie te oddziały przechodziły zaraz pod komendę Langie-
wicza, zwiększając jego wojsko.
Do Rakowa przybyliśmy jeszcze za dnia, gdzie ży-
dzi, stanowiący prawie że wyłączną ludność miasta,
przyjmowali Langiewicza uroczyście z torą, Chlebem
i solą. Rozebrali oni wszystkich żołnierzy po kwaterach,
karmiąc ich i pojąc. Langiewicz zakupił zato prawie
wszystkie, znajdujące się w mieście kożuszki.
Muszę tu objaśnić, że ja, wraz z ks. Mikoszewskim,
jako członkowie Komitetu centralnego, a więc tymcza-
sowego Rządu narodowego, przyjechaliśmy w sprawach
powstania do Langiewicza na Święty Krzyż, jeszcze d.
6. lutego i że teraz uczestniczyliśmy w tym marszu do
Staszowa.
W Staszowie rezydował i bardzo czynnie zajmo-
wał się organizacyą powstańczą stary pułkownik Kraku-
sów z r. 1831., Krzesimowski.
Nazajutrz, d. 13. lutego, w piątek, po śniadaniu,
około g. 10-tej rano wyruszył oddział do Staszowa. Ja
z Walerym Tomczyńskim, komisarzem wojskowym Lan-
giewicza, pojechaliśmy naprzód, ażeby uprzedzić pułko-
wnika Krzesimowskiego o nadejściu Langiewicza; przy-
byliśmy tam około południa. Pułkownik, już starzec
70-cio letni, przyjął nas poważnie, ale bardzo serdecznie,
a zadowolenie z roli, jaką tu odgrywał, malowało się
w całej jego postaci. Starzec ten, powłóczący nieco no-
gami, był pięknym przykładem miłości Ojczyzny, po-
święcenia dla niej i poczucia obywatelskich powinności.
Wziął on na siebie dobrowolnie obowiązek formowania
z okolicznej młodzieży wiejskiej oddziałów, które wła-
snym kosztem ubierał, uzbrajał i wysyłał w pole.
Pułkownik ucieszył się serdecznie wiadomością
o nadchodzącym Langiewiczu. Zajął się też natychmiast
wydaniem rozkazów rozmaitym młodzieńcom, których
miał pod ręką, by przygotowali wszystko dla przyjęcia
i rozlokowania w mieście przybywającego wojska. Oświad-
czył nam, że sam wyjedzie naprzeciwko naczelnika san-
domierskiego powstania, gdyż uważa się za jego podko-
mendnego. Wysłał też zaraz patrol z kilku konnych,
uzbrojonych i umundurowanych Krakusów z rozkazem,
żeby w pół mili za miastem oczekiwali i uwiadomili,
gdy ujrzą zbliżający się oddział.
W Staszowie wieść o rychłem nadejściu naszych,
wywołała ruch ogromny i przygotowania do uroczystego
przyjęcia.
Pomiędzy g. 3-cią a 4-tą po południu przybył konny
posłaniec z doniesieniem o zbliżaniu się Langiewicza.
Wówczas pułkownik Krzesimowski wyjechał natychmiast
powozem z eskortą około dwudziestu konnych, umundu-
rowanych i uzbrojonych Krakusów. Ja z Tomczyńskim
wyruszyliśmy za nim jako spektatorowie piechotą. O do-
bre pół wiorsty za miastem, spostrzegłszy zbliżający się
orszak, zatrzymaliśmy się obaj.
Naprzód szła szpica, około 20 koni, własnej kawa-
leryi Langiewicza, pod dowództwem porucznika, Jana
Prędowskiego. O parę staj dalej straż przednia, pod ma-
jorem Ulatowskim, złożona z kilku plutonów strzelców
i kosynierów i paru plutonów kawaleryi. O jaką znowu
staję muzyka i część eskorty pułkownikaKrzesimowskiego.
Muzyka grała »Jeszcze Polska nie zginęła*. Dalej puł-
kownik Krzesimowski w powozie, po lewej stronie po-
wozu Langiewicz, z dwoma adjutantami konno, a po pra-
wej adjutant Krzesimowskiego. Za powozem majorowie
Dyonizy Czachowski i Korycki z adjutantami i reszta
eskorty Krzesimowskiego. Teraz szło czwórkami wojsko,
strzelcy, kosynierzy, kawalerya, dalej wozy z bagażami.
Pochód zamykał oddział kawaleryi.
Cały ten orszak, liczący do siedmiuset ludzi, ale
rozciągnięty na długości trzech wiorstwowej, wyglądał
dość imponująco i w oczach tłumu, prawie wszystkich
mieszkańców miasta, rósł na potęgę parę tysięcy woj-
ska wynoszącą. Pełne zapału, nie udane, szczere okrzyki
tego ludu, przeprowadzały maszerujących aż do rogatki
miasta. Tu czekali burmistrz z radą gminną, miejscowe
duchowieństwo, bractwa z chorągwiami i tłum żydów
z rabinem. Na wszystkich twarzach widać było radość,
a w niejednej ze łzami połączoną. Wreszcie oddział za-
trzymał się na rynku i uformował się w szeregi po trzech
jego bokach. Stary pułkownik wysiadł z powozu i pie-
szo, w towarzystwie Langiewicza i całego sztabu, po-
włócząc nogami, przeszedł przed frontem wszystkich
szeregów, witany głośnem: »nie żyje!<
Obaj pułkownicy wraz z sztabem udali się do mie-
szkania Krzesimowskiego w rynku. Rozłożono ognie dla
ogrzania się żołnierzy. Mieszczanie poczęli znosić roz-
maite pożywienia i rozdawali je żołnierzom.
Przed nocą rozesłano w kierunku głównych trak-
tów, do Sandomierza, Opatowa, Szydłowca i Stopnicy,
grand-gardy, złożone z kawaleryi i piechoty. Na rynku