Text
                    Prenumerata w Warszawiet

Wg wszystkich księgarniach i kantorach pism poryodycznych, po cenie:
rocznie rsr. 8, półrocznie rsr. 4, kwartalnie rsr. 2. miesięcznie kop. 67 i pól
Cena pojedynczego numeru kop. 20.

Prenumerata w Cesarstwie i Królestwie i
kwartalnie rsr. 3, półrocznie rsr. 6, rocznie rsr. 12.

Wydawca S. Lewental.

Ekspedycya główna w Kantorze Wydawcy, przy ulicy
Nowy-Świat, Nr. 1258a (nowy 39).

W W. Ks. Poznanskiem: u M. Leitgebera i Sp., kwartalnie talar, pr. i i pól
wraz z przesyłką pocztową w opasce.

W Cesarstwie Austryacklem: u Gubrynowicza i Schmidta we Lwowie 
kwartalnie flor. 3 kr. 60; na prowincyi z przesyłką pocztową, flor. 4 kr. 40.--
U D. E. Friedleina w Krakowie: kwartalnie flor. 3 kr. 30; na prowincyi, .

prze^yłk pocztową, flor. 4.

(3698)

W wagonie lll-ej klassy.

WYBÓR POSŁA. POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA (na tle stosunków galicyjskich osnuta) przez Jana Zacliaryasiewlcza. TOM I. (Dalszy ciąg. — Patrz Nr. 622.) — Od kiedyż to stałeś się pan nieprzyjacielem rzeczywistości? — zapytała zjasnem wejrzeniem — wszak dawniój zawsze chlubiłeś się tóm, że nie lubisz żadnych marzeń i złudzeń, tylko rzeczywi- stość !.. Wejrzenie i ton Haliny wróciły panu Arturowi dawną swobodę. Zdaje się, że teraz, po krótkióm błądzeniu, wpadł w swoję właściwą rolę. — Tak jest— odpowiedział z powagą — nie lu- biłem dawniój marzeń i złudzeń, bo zdawało mi się, że mam rzeczywistość po mojej stronie. Ale odkąd ta nieprzyjaciołką moją się stała, nie cheę się z nią nigdzie spotykać! — Czy jest ona dla pana tak straszną nieprzy- jaciółką? — Lękam się jej, bo nie widzę sposobu, aby ją pokonać 1 — Nie świadczy to dobrze o męztwie pana! Zdawało się panu Arturowi, że po twarzy Hali- ny przesunął się także cień smutku i uśmiech zado- wolenia przesłonił chmurką zadumy. — Męztwo — odparł po małej pauzie — ma swoje granice, po-za któremi staje się — szaleń- stwem ! Rozśmiała się z lekką goryczą Halina. — Zazdroszczę panu tego talentu—rzekła, przy- tykając goździk do ust różowych — aby wszystko naprzód dokładnie obliczyć. Ja nic umiałabym tego uczynić! Pan Artur patrzał z ukrytym uśmiechem czas niejaki na piękną dziewicę, której twarz blada zafar- bowała się teraz jakiómś ży wszem uczuciem. Być mo- że, że czerwona barwa kwiatka przyczyniła się do tego, ale nie mniój działała tutaj i krew, jak to z naprężonych sinych żyłek na skroni widać było. Dziewicy rumieniec nie chybił wrażenia. Uśmiech zadowolenia, jakim pan Artur może z zwykłój pró- żności ten rumienie powitał, przechodził zwolna w jakieś lepsze uczucie, którego czasami zapragnie serce najbardziej światowe. — Talent ten, jak go pani nazywasz — odpo- wiedział po długiój pauzie — nie jest wcale do po- zazdroszczenia. Jest on prędzój godny litości, bonie pozwała nam pić z słodkiój czary życia wtedy, gdy najmocniej jesteśmy spragnieni!.... Halina oddaliła goździk od ust różowych i spoj- rzała na mówiącego, długióm, badawczem wejrze- niem... W tern wejrzeniu było wiele, bardzo wiele, co nawet mniej czułe serce mogło do żywszych ude- rzeń poruszyć. Takie przynajmniój wrażenie odniósł w tej chwili pan Artur. Podrzucił głowę śmiało do góry. — Oczy pani mają dziwną siłę — zawołał — zwyciężając tego, na kogo patrzą, budzą w nim ró- wnocześnie męztwo i nadzieję... zwycięztwa! Halina cofnęła się nagle... od krzaku róży, do którego się właśnie zbliżali. — Czy pani co przed sobą ujrzała? — zapytał, zdziwiony tym nagłym ruchem, pan Artur. — Nic — odpowiedziała Halina drżącym gło- sem — było to może tylko... przywidziane niebez- pieczeństwo! — Jakie niebezpieczeństwo ?... — Nie cheę... dłużój z panem rozmawiać! Chodź- my na balkon! Obróciła się szybko i poszła naprzód. Za nią, z głową zwieszoną, zwolna postępował pan Artur. XIX. Biały księżyc oświecał cudownóm światłem do- brze nam znaną drogę malowniczą. Po tój drodze toczył się zwolna powóz pana Serwacego, odwożący do domu mieszczańską rodzinę. Ciekawą zaiste byłaby spowiedź każdego członka tój rodziny, spowiedź z tych wszystkich myśli, ma- rzeń, walk i obaw, jakie w tój chwili odbywały się ukryte w sercu !. . Pan Dyonizy zawinął się w szerokie fałdy płasz- cza, jak senator w purpurową togę; a biedne, tysią- cem świateł migocące zdała miasto, nie wiedziało wcale, że w fałdach tój togi zbliżała się do niego... wojna bratobójcza! Na twarzy byłego burmistrza nie było jeszcze wcale widać tój furyi piekielnój. Miała ona, jak zawsze, wyraz zacny i poczciwy ; usta obiecywały wiele słodyczy i rozsądnego pobłażania; tylko z przyciśnionych powieką oczu, strzelał czasem jaśniejszy promień, który zdradzał tlejące w głębi żarzewie... Myśli jego i marzenia były jak zawsze łagodne. Nie miał bynajmniój ochoty wstępnym bojem roz- nieść wokoło postrach i pożogę; nie pragnął eudzój krwi i łez, i byłby się nawet cofnął od wszystkiego, gdyby kto w tój chwili tój krwi i tych łez od niego zażądał! Spokojnie, zlekkiem tylko podrażnieniem jakiójś rozkoszy wewnętrznój, układała się przed nim naj- bliższa przyszłość!... Wszak on pragnie tylko wszystkiego dobrego dla miasta! To, co się teraz tam dzieje (od czasu jak przestał być burmistrzem), jest widocznie tak zle i nieudolne, że sam obowiązek obywatelski na- kazuje wszystkiemu temu, co dziś istnieje, wypowie- dzióć zbawienną wojnę!.. A że wojna bez krwi i trupów nie może się obejść... cóż on temu winien?.. Ale nacóż zaraz krwi i trupów ?.. Przecież lu- dzie i bez walki mogą się opamiętać... uderzyć w piersi... pożałować za grzechy... i dobrowolnie dać mu na powrót krzesło burmistrza!.. A jakby to dobrze wtedy w mieście było! Ja- ki zaprowadziłby porządek! Nic byłoby na ulicach błota; w kasach publicznych nie byłoby defrau- dacyi; administrator szpitala nie wydawałby na ży- cie pięć razy tyle, co pensy a jego wynosi!.. Jakby to dobrze wtedy w mieście było!.. W kry- minale nie siedzieliby małoletni przestępcy po kilka lat dla śledztwa; nie wynosiliby gruntownój nauki z tój wszechnicy złodziejskiej, jak trzeba kraść i rozbijać; a wielce miłościwi radzcowie sądu nie wypuszczaliby tak łatwo za kaucyą lub bez kau- cyi owych trędowatych, o których Mojżesz tak sze- roko się rozpisuje, jakby przeczuwał, że potomko- wie ich, aż w nasze zabłądzą czasy i strony!.. Jakby to dobrze było w mieście!.. Aptekarz na przykład w spółce z lekarzem powiatowym nie był- by mógł tyle w okolicy natworzyć epidemij, za któ- re tak wiele pieniędzy wpłynęło do jego kieszeni!.. Albo znowu na wypadek rzeczywistej epidemii, nie byłby pomiędzy chłopów rozsyłał, zamiast lekarstw, farbowanój wody, która tak dziwny sojusz za- warła z cholerą, i tysiące na lepszy świat wypra- wiła!.. Jakby to dobrze w mieście było!.. Byłaby spra- wiedliwa waga i łokieć wiedeński; a nie tak, jak to dzisiaj wymowni żydkowie po kramach biednych prostaczków miejskich oszukują!.. A nawet jeden z ojców miasta, który wziął na siebie bruki miejskie, musiałby się z wielu dotychczasowy cli grzechów swoich wyspowiadać i serdeczną obiecać pokutę!.. Rewizor policyi musiałby raz ostatecznie zerwać ze złodziejami, o których jest w mieście podejrzenie, że są z nim w spółce!.. Wyszynk piwa i wódki mu- siałby odbywać się formalnie bez żadnych odurzają- cych przymieszek, jak to widać po skutkach, osobli- wie w dni targowe... Powaga hierarchii społecznój musiałaby być z gruntu przywrócona, jak restauracya po wielkiój rewolucyi. Burmistz dzisiejszy i cała rada miejska zanadto się pospolitują, na czóm traci powaga urzę- dowa. Burmistrz chodzi na piwo pilzneńskie do szyneczku, a radni miasta, jak wieść niesie, czasem od żydków łapówę biotą. Jedno i drugie ubliża po- wadze i nie może być cierpiane... Tak dłużój w mieście być nie może!.! Dzi- siejsi kierownicy widocznie prowadzą miasto do zguby... otwierają przed nióm przepaść bezden- ną... trzeba ratować społeczeństwo od zagłady! A wszystko to może się złożyć cicho i spokoj- nie. Przeróbkę społeczną można uskutecznić tanim kosztem i... bez bólu. Niech tylko każdy, kto za- winił, uderzy się w piersi... niech się poprawi i ustą- pi miejsca godniejszym... to wszystko odbędzie się cicho i... bez bólu! A gdyby byli uporczywi?.. Ha! cóż robić? Gdzie rąbią, tam drzazgi padają!.. Rydwan czasu nic mo- że się zatrzymać, jeżeli ktoś nieoględny pod jego ko- ła się dostał! Po nim — dalej!,. Ale to się nie stanie! Nióma żadnej obawy! Cicho, bez bólu odbędzie się restauracya; w mieście zapanuje dawny porządek, a ludzie będą po kościo- łach chwalić Pana Boga, że raz już ta niepotrzebna gorączka, tak zwanych spraw publicznych, szczęśli- wie przeminęła! Tak marzył pan Dyonizy, rozgrzany winem francuzkióm, a marzenia jego były marzeniami spra- wiedliwego. O marzeniach pani Serafii nie można tym razem nic pewnego powiedzieć. Cofnęła je aż do głębi duszy, a niespokojne spojrzenia na męża i córkę zdradzały niepewność, czy u jednego i u drugiej mo- że liczyć na przymierze wojny lub pokoju !.. Halina otoczyła się cała fantastycznem światłem księżyca, który po mistrzowsku uwydatnił wszyst- kie koronki, fałdy i wstążki w jej tualecie, ale był dyskretny co do twarzy. Twarz ta była na pozór blada i napół senna; tylko z pod jedwabnych rzęs strzelił czasami promień życia, badający z uwagą wierzby i topole przy drodze. A wierzby te i topole zbliżały się i oddalały normalnie, jak to nieraz podczas przejażdżki z Igna- cym widziała. Czasami tylko zniknęło niespostrze- żenie to i owo drzewo przydrożne, zakryło się jakiómś marzeniem rozkosznóm, a wtedy nadarmo .wyczeki- wała, czy jeszcze się nie okaże!.. Najtrzeźwiejszy wzrok przy tak ważnych marze- niach swoich zachował pan Dyonizy. Uwagi jego nie uszła żadna charakterystyczniejsza wierzba, ża- den słup ćwierćmilowy nie umknął cichaczem, żadna kupka kamieni nie ulotniła się z przed jego oczu. Wszystko widział wyraźnie, i według tego obliczał przestrzeń, która go jeszcze dzieliła od naftowych latarni miasta. Wprawdzie przechodzący przez chmury księżyc płatał mu różne figle, obcinał jedne drzewa a drugie powiększał grubym cieniem, ale wytrawne oko byłego burmistrza umiało roz- różnić fałsz podstępny od maskującej się prawdy! Wreszcie zbliżył się powóz do pierwszych ulic przedmieścia. Domki spały już spokojnie; tylko tu i owdzie błyszczało jeszcze z okna słabe światełko świeczki łojowój. Narożna gospoda pod złotą kaczką, błyszczała jeszcze jasnóm światłem. Na widok tego światła jakoś markotno zrobiło się panu Dyonizemu. Była to gospoda, w którój zgromadzali się krupiarze z przedmieścia, żywioł niespokojny i ruchliwy, jak to niedawno pan Serwacy tak trafnie powiedział. Gospoda ta budziła w jego duszy niemiłe wspo- mnienia. Tu odbywała się agitacya, która go po- tóm pozbawiła krzesła burmistrzowskiego. Na wi- dok tego niemiłego światła z tych okien zadymio - nych wstrząs! się, jak człowiek, który coś niedobrego ujrzał, i szerokim płaszczem zakrył swoje zacne i poczciwe oblicze. Mimo to w fałdach płaszcza pozostała fatalna szczelina, a przez tę szczelinę widział teraz były bur- mistrz jakieś dziwne rzeczy. W niejakióm oddaleniu od gospody ruszały się przy drodze jakieś ciemne, niewyraźne postacie. Nie były to wcale ani wierzby, ani połamane topole; ale coś, co żyło i miało ruchy ludzkie... Widma te tworzyły jakiś łańcuch ruchomy, któ- ry się ściągał i przedłużał... Wreszcie zasłyszał silne, przerażające gwizdanie, które, postępując wraz z powozem, doszło aż do sa- mój gospody. Wtedy z sieni gospody wynurzył się jakiś cie- mny, niewyraźny orszak; a na czele tego orszaku widział wyraźnie jakąś butną postać, którą świa- tło z okna jaskrawo oświeciło. Człowiek ten miał na głowie włosy rozczochrane i krótką fajeczkę w ustach. Gdy powóz do gospody się zbliżył, wyciągnął ten człowiek rękę i rzekł do swego orszaku: — Czynie mówiłem prawdy?.. Oto wraca j u-
dasz z srebrnikami, za które was zaprzedał!.. strzeż- cie się jego pocałunku, bo ten pocałunek będzie ha- słem waszej niewoli! Głośny okrzyk zagłuszył turkot powozu, który w tój chwili, jak widmo złowieszcze, przemknął po- pod okna gospody! Z siedzących w powozie nikt tych słów wyraźnie nie słyszał, a były burmistrz łniał w tój chwili za wiele w duszy pogardy dla tój gospody, aby na po- dobne krzyki uważać. tom ir. I. Ignacy nie przeczuwał nawet w tój chwili, że nad rodzinnóm jego miastem gromadzą się chmury złowieszcze, które na dalszy bieg jego życia mogą wywrzóć wpływ niemały. To, co go teraz niepokoi- ło, można było także nazwać przeczuciem, ale temu przeczuciu dał on wcale inne powody. Był on teraz w mieście, które w duszy jego bu- dziło dziwne uczucia. Ukoronowane szczyty wież okazywały, że to miasto królewskie, że ongi w tóm mieście był tron króla, który władał od Odry aż gdzieś po Czarne morze!.. Dzisiaj to miasto było tylko skamieniałóm wspomnieniem, było wielkim grobowcem pamiątek! Niemiecki badacz napisał niedawno o nim książkę, dając jej ciekawy tytuł: „Eine verschollene Kónigsstadt!” Tak jest, stare miasto nad Wisłą, jest dziś prze- padłóm, zapomnianóm miastem królewskióm.. Rui ny królewskości sterczą smutno, a niemieckiemu tu- ryście wydało się, może nie bez słuszności, jakoby od tego królewskiego miasta cofnął się nagle prąd dziejów, obrawszy sobie inne koryto, zostawiając sta- re na pastwę nowego czasu i nowych ludzi !.. Osamotnione miasto królewskie nie pozbyło się jednak dumy królewskiej ; nie ugięło się stosownie do nowych warunków dziejowego prądu; a niemo- gąc błyszezóć dawną świetnością, okryło się powa- żnym płaszczem mchu i pleśni... jak przystało na pomnik grobowy! Ta duma królewska miasta, które wmurach swo ich miało Bolesławów i Kazimierzów, była zapewne powodem, że cały prąd nowożytnej cywilizacyi prze- płynął koło niego, nie zostawiwszy żadnych śladów. Stare miasto nie chciało po nowożytne dostatki iść drogami, jakiemi dzisiaj inne miasta chodzą; nie chcia- ło na grobach najdroższój przeszłości swojój za- tknąć sztandaru nowożytnego przemysłu; wołało zbiednióć i zbiedniało rzeczywiście, jak ostatni słu- ga w pustym pałacu nieboszczyka swego pana!j Na środku rynku stanęła odwieczna, podłużna ruina, która widziała czasy Kazimierzowskie. Kształ- tem podobna do olbrzymiego katafalku, przypomina miniowoli króla nieboszczyka, wołając do przecho- dnia : Memerdo! To tóż pod wrażeniem tego widoku i straszli- wego słowa, chowały się liczne pokolenia, przeka- zując jedne drugim wieczyste, żałobne nabożeń- stwo ! Takie wrażenie sprawiło na Ignacym to staro- żytne miasto królewskie. Usposobienie jego dzisiej- sze zbliżało go do tych wyższych, głębszych uczuć, jakiemi natchnąć może smutny grobowiec drogich pamiątek. Zaraz nazajutrz po swoim przyjeździe, obszedł większą część kościołów’, do których ciągnęło go dzi wne, nieokreślone uczucie.' Widział tam ludzi mo- dlących się o jakieś wyższe potrzeby życia, niżeli chleb powszedni! Z tych grup, rozrzuconych pod Wysokióm gotyckióm sklepieniem, mógł wnosić we- dług Pisma Świętego, że tutaj wszyscy lepszą część Wybrali! Zaprawdę, wniosek taki był może słuszny. 2 twarzy wszystkich mieszkańców, którzy tutaj z pra- dziada zamieszkali, było widać, jakoby starania 0 chleb powszedni postawili na ostatnim planie. Zbie- dnieli prawie wszyscy, ale w tóm powszechnóm ubó- stwie była tak piękna harmonia, że razić musiała każda jaskrawsza barwa rozrzuconych tu i owdzie przybyszów, którzy w tym wielkim grobowcu chle- ha powszedniego szukali. Poznać ich było zaraz po nowożytnym pokoście, który z Europy dzisiejszój z sobą przynieśli, a który wyróżniał ich od protopla- stów towarzyszy Krakusa! Niektóre kościoły zatrzymały dawną królew- ską zamożność, a w innych była zupełna harmonia między Bogiem a zbiedniałymi mieszkańcami! Zdawało się Ignacemu, że tutaj Bóg nie chciał się od swoich wiernych odróżniać; pozostał śród nich ubogim jak oni, nie chcąc wraz z nimi być Bogiem bogatego stulecia handlu i przemysłu!.. Za to tam od Wisły, dzieci Innego Boga, wy- roiły się licznie i zbitym szeregiem wtargnęły w sa- mo wnętrze miasta z chorągwią chleba powszednie- go ! To tóż poznać ich zaraz po lepszych sza- tach i twarzach rumianych; a w miarę ich nacisku na stare miasto, cofają się pierwotni, wynędzniali mieszkańcy w najdalsze zakątki!.. Ignacy podzielał teraz eałóm sercem uczucia tych ludzi, stojących dzisiaj poza prądem czasu i dziejów, tworzących tak stosowne sztafaże na tle tych ruin królewskich! Serce jego było w tó, chwili usposobione do tych smutnych ale podniosłych wrażeń. Pragnęło ono wielkiój miłości i skrzętnie chwytało po drodze to wszystko, co taką miiość zasilać może! A takie- go posiłku potrzebował teraz Ignacy, bo mimo wszel- kiój pracy nad sobą, czuł w sobie jakąś zimną próżnię, którój się strasznie lękał!. Był on w najpiękniejszój chwili życia; był na- rzeczonym! Miał słuszne prawo czuć się najszczę- śliwszym ! Wszystko złożyło się, aby tego pra- wa nikt mu nie zaprzeczał. Widział wyraźnie i wierzył, że jest kochany, i zdawało mu się, że sam kocha. Ludzie zazdrościli mu tój miłości, okrzy- czeli go z góry najszczęśliwszym człowiekiem. Na- rzeczona jego posiadała, jak on i cały świat mnie- mał, wszystkie warunki szczęścia; miała niewyczer- pany zasób wdzięków, wiedzy, nauki i rozsądku; for tuną swoją podwajała jego fortunkę; słowem: była ideałem narzeczonej w zwykłóm pojęciu tego wy- razu... Dla czegóż jednak śród najpiękniejszych ma- rzeń odzywał się w jego sercu ten zimny powiew wiatru, który zwykł z sobą unosić zźółkłe liście drzewa?.. Zkądże ta jesień śród skwarnego lata? Zkądźe to przejmujące,'‘choć chwilówe tylko, zimno jesienne?.. Czyż miałby należeć do rzędu tych nie szczęśliwych zapaleńców, dla których poczęta wgorą- cój wyobraźni miłość pozostaje na zawsze tylko mrzonką bez ciała, bo rzeczywistość odmawia jój ra- cyi bytu?.. Czyż mógłby przeto być skazanym na wieczny głód Tantala, którego spragnione usta nigdy niedo- siągną owych czarownych owoców, tylko zdała mu się pokazujących? W takim razie czyżby nie było lepidj zrzec się niebezpiecznych eksperymentów serca, ideał swój zawiesić między niebem a ziemią, i z duszą wiecznie bolejącą w niego się wpatrywać, jak to czynią nie- szczęśliwi poeci?.. Ignacy nie należał ani do jednych, ani do dru- gich. Zawód jego wskazał mu pracę rzeczywistą w społeczeństwie, o którój miał przekonanie, że nie będzie bez korzyści. Do tój pracy chciał się zasto- sować, starał się wynalóźć w niej strony idealniejsze i wierzył, że zastąpi mu owe mgliste ideały, w jakie obfituje zaranie życia. I wszystko dotąd szło mu w wielkim porządku, a jeżeli młodą stopę przypadkowy cierń róży zadra- snął, jakich wiele zazwyczaj jest na drodze mło- dości , to ranę tę sama siła młodości mogła zagoić! Droga dalsza była wciąż bez żadnych ważniejszych przeszkód i można było spokojnie, bez żadnych burz życia, do upragnionego zawinąć portu. I port ten widział już z dala Ignacy. Na dale- kim horyzoncie tego portu rysowało się w błędnych zarysach to wszystko, o czóm dusza tak marzyła!.. Były tam święte, cieniste gaje, poświęcone bogini miłości... swawolny wietrzyk przesuwał się z rozko- szą po liściastych konarach cytryn i pomarańczy... żywy zdrój wytryskał z granitu, chłodząc przyjemnie skwarne powietrze... szczebiotliwe ptaszęta przela- tywały z gałęzi na gałęź... a matka-przyroda rozrzu- ciła jobficie swoje dary macierzyńskie w soczystych i barwnych owocach, które z dala tak nęcą do sie- bie !.. Czegóż więcej potrzeba szczęśliwym, którzy do tego portu płyną z upragnieniem ?.. Wszystko to widział Ignacy ; gdy jednak z uwa- gą serce swoje zbadał, zdawało mu się, że to mu do jego szczęścia nie wystarczy! Czegóż więc żądał? czego pragnął jeszcze? Sam nie wiedział! Miał jakieś ciemne przeczucie, że to szczęście inaczej wyglądać musi. Żądał od niego jakichś silniejszych wzruszeń, jakich mu ono dotąd nie da- wało ! (2?. c.g.) DYABEŁ W TAHAPACIE, W przeszłym numerze „Kłosów", w odczycie o Chodźce, była już krótka wzmianka o tój scenie z Brzegów Wilii, którą dzisiejszy nasz drzeworyt przedstawia; sądzimy jednak, że czytelnicy nasi z przyjemnością odczytają ten ustęp, godny' i ztąd jeszcze uwagi, że go w znacznój części skreślił Odyniec. Owóż kiedy braciszek jezuicki, który wie- czorem przechadzając się nad Wilią z brewiarzem, zaskoczony przez burzę, przytulił się pod głazem na mogilniku, zkąd czarci mieli na drugą stronę rzeki poprzerzucać kamienie, przeznaczone na bu- dowę kościoła, nagle posłyszał blizko siebie jakieś śmiechy szalone i wnet postrzegł dwóch dyabłów. Poznał od razu, że to dyabli, po kozich nogach, po wielkich rogach, po kurtkach niemieckich, po mo- wach zdradzieckich. Przyczaił się więc, jak mógł do kamienia i słyszał taki szatański rozhowor: — Praca jednak nie lada, przerzucić wszystkie te kamienie za rzekę!... Wiósz co? Poweselmy się w tej biedzie. Będziemy grać w metę po siu- dcncku: kamienie będą nasze piłki; przeskocz na tamtę stronę, i do północy stawać będziesz na me- cie, a ja w ciebie trafiać; zaś od północy do kura, wice versa ja stanę na twojem miejscu. — Zgoda; ale cóż po grze bez stawki ? Na pa- cierze grać nie nasza rzecz! Więc tak: za każde tra- fienie sto dusz z kotła do kotła! — I owszem. Stawaj więc, a potem dam ci re- wanż. Wnet zaczęła się kanonada. Dyabeł porywał kamienie i ciskał na skaczącego po drugim brzegu kolegę; kamień burczał, lecąc jak z procy; a za każ- dym razem, szatan na mecie podskoczył, krzyknął „pudlo" i cha, cha, cha, cha. Tak przez kilka godzin dyabeł pudlarz ciskał kamienie, a drugi skakał, wykrzykiwał „pudlo!“ i śmiał się. Często większe bryły nie dolatywały celu i padały w rzekę; wtenczas śmiech dyabelski łączył się z pluskiem wody. Nakoniec, kiedy już mnóstwo poprzerzucał przez rzekę i ponarzucał do rzeki kamieni, tamtobrzegowy szatan krzyknął: — Stój ! dwunasta bije na wieżach wileńskich. To mi ucho, Mospanie, co o dwanaście mil słyszy! — Jeszcze nie dobiła, — wrzasnął zniecierpli- wiony pudlarz, — ale ja cię skałą dobiję... — I wy- ciągnąwszy jak mógł łapę i szpony, porwał oburącz ten ogromny kamień, a końcami pazurów łap za Je- zuitę ! A co Wasanowie na to? — Jezuita, który, jak już mówiłem, siedział cicho przy kamieniu jak ka- mień, albo jak skowronek w jesieni, czując się tak pochwyconym za żywota, zawołał niemym głosem: „Jezus, Marya, Józef!" a ten niespodziewany wy- krzyknik, nie mniejszym nawzajem strachem prze- raził zdziwionego szatana. — Opuścił więc co prę- dzój nieco już w górę podniesiony kamień, i chciał odeń łapy oderwać. Jakoż oderwał jednę; — ale drugą! Paznogieć, albo raczej ostry, krzywy, kro- gulczy pazur drugićj, zahaczył się za suknię bra- ciszka;—ba! i gdybyż tylko, za suknię! Ale co Wasanowie na to? zahaczył się za poświęconą ka- tanę; to jest, za pas druciany, który pobożny braci szek nosił zamiast włosiennicy na ciele. Ciasne jego i mocne ogniwka dyabli pazur trzymały jak w si- dle, a świętość jego paliła go gorzój od ognia — bo do ognia w piekle już nawykł. — Puszczaj mię, puszczaj ty klechu ! — wrzesz- czał na cale gardło, chcąc oderwać się dyabeł. — Puść a zrobię co każesz! Jezuita, nie w ciemię bity, poznał że się dyabeł go boi; nabrał więc świątobliwój odwagi, i nuż do
exovcyzmów 1 Wielkie szczęście, że to uczynił; bo właśnie dyabeł z za rzeki, słysząc wołanie gwałtu- towarzysza, śpieszył mu lotem nietoperza na pomoc; ale usłyszawszy exorcyzm, furknął nazad prędzej jeszcze, niż przybył. Jezuita co chwila wpadał w większy entuzyazm i zapał, jak się to często po zbyt wielkim przestrachu wydarza, i zamiast już. jak pierwej, trzymać się kamienia, sam owszem wielkim ! nkiem następował na dyabła, żegnając go brewia- rzem, a w lewój ręce podnosząc do góry różaniec, i przytóm nie przestając formuł exorcyzmu. — Każ co chcesz, a wszystko uczynię, — powta- rzał cofając się dyabeł. — Znieś mi zaraz te wszystkie kamienie do Zo- dziszek na kościoł. ______ Nie mogę, tego nie mogę; a wreszcie, cóżby na to świat mówił, że dyabeł Jezuitom pomaga, jak- by to już ludzie nie chcieli — Dowcipnyś dyable!— odrzekł Jezuita,— i prawda! Żadnemu świętemu dziełu nie potrzeba pomocy szatańskiej, byleby mu szatan nie szkodził. Przysiąż mi więc tylko, że nie będziesz już więcój przerzucał kamieni za rzekę, ani dopuścisz towarzy- szom swoim. — Przysięgam, — odpowiedział dyabeł. — Przysiąż na Imię Boskie! — Nie, tego nie wymówię; ale przysięgam na honor — (bo to widzicie Wasanowie, jest to czysta przysięga dyabelska zaklinać się na dumę własną). — Niech i tak będzie, — rzeki w końcu braci- szek, — bylebyś przysięgi dotrzymał, do czego cię w Imię Boga przymuszę. — Puśćże już, puszczaj mię panie! — wołał upokorzony dyabeł. — Odczep się sam, jakeś się przyczepił! — N ie mogę, — piszczał dyabeł, — to rzecz kropiona; — dopomóż mi sam swoją ręką. Jezuita przeżegnał siebie i dyabła, który aż ję- knął, znać z bólu, jak zbójca gdy go piętnują; po- tóm obwinąwszy rękę różańcem, szturchnął nią na- gle z dołu w uwięzioną łapę i wybił ją tym sposo- bem z kateny. Dyabeł, nie zaśmiawszy się nawet jak zwykle, czmychnął jak oparzony i plusnął do rzeki, a kamienie tutaj zostały. A co Wasanowie na to? Koresponiencya CzasoDisma „Kłosj“. Toruń w maju 1877 r. W dniu 24 maja odbyło się doroczne walne po- siedzenie Towarzystwa Naukowego Toruńskiego, pod przewodnictwem prezesa p. Ignacego Dyakow- skiego. Ze złożonego przezeń sprawozdania roczne- go ustnie i na piśmie, dowiadujemy się, że Towa- rzystwo w ogóle posiada 146 członków, z których dwudziestu przypada na wydział teologiczny, dzie- więtnastu na lekarsko-przyrodniczy, a reszta na wy- dział historyczno-archeologiczny. Każdy z wydzia- łów w ciągu roku odbywał osobno posiedzenia, a mianowicie: wydział teologiczny odbył posiedzeń jedenaście, lekarsko-przyrodniczy dwa, a historyczno- archeologiczny cztery, czy pięć. Wydział teologi- czny na tych posiedzeniach wysłuchał kilkunastu rozpraw, napisanych i odczytanych przez członków, do ważniejszych z tych prac należą: „Fundacye naj- dawniejszych kościołów w dyecezyi Kujawsko-Po- morskiój” (3 odczyty); „Początki dyecezyj pomor- skich” (dwa odczyty); „O duszy” i t. d. Na posie- dzeniach dwóch wydziału lekarsko-przyrodniczego, z których jedno odbyło się w Tczewie, a drugie w Pelplinie, dr. Rydygier na pierwszem miał wy- kład „O kwasie salicylowym w medycynie,” a na drugióm „O zdrojach ojczystych i stosunku ich do zagranicznych.” Wydział historyczno-archeologi- czny, oprócz jednego, czy dwóch wykładów histo- rycznych, jak np. „O Łokietku” przez ks. Kujota— głównie zajmował się wykopaliskami w różnych miejscowościach Prus zachodnich, w skutek czego wzbogacił cennemi nabytkami swoje muzeum. W ostatnich zaś czasach we wsi Trzebczn, majętno- ści należącój do p. Śląskiego, odkryto pod osobistóm kierownictwem jednego z członków, bardzo rzadkie pomniki, posiadające wielkie podobieństwo do Man- hirów, lub do pewnych odmian tych ostatnich, tak nazwanych Cromlechów. Są to w ogóle pomniki, złożone z głazów wielkich i z pomniejszych kamieni, ustawionych w pewne formy np. w koła, trójkąty i t. p. z dodatkiem do nich niekiedy chodników, po- dobnież z kamieni we dwa rzędy ułożonych. W po- mnikach tych znajdują się rozmaite współczesne im wyroby, przypadkowo zgubione lub z umysłu zło- żone, a niekiedy i groby. Pomników tych w Trze bczu odkryto trzy; w dwóch z nich znaleziono pod podłogą kamienną wyroby bursztynowe, metalowe i kamienne, oraz szczątki wyrobu ceramicznego-, w trze- cim znaleziony został grób z urnami. I z pomników tych, i z przedmiotów w nich znalezionych, sporzą- dzone zostały rysunki, które członkom na posie- dzeniu Towarzystwa przedstawiono. W Mgonie zaś odkryto grób kamienny, w którym znajdowały się kości ludzkie, pochowane w urnach. Z inieyaty wy Towarzystwa dokonywał także pan Ossowski robót świdrowych w Prusach Zachodnich pod Hermanowem; z robót tych zdawał pan Ossow- ski na posiedzeniu sprawę i okazał rysunek schema- tycznego przecięcia skorupy ziemnej w tój miejsco- wości. Świder doszedł do bardzo znacznój głębo kości, ale dalój zagłębiać go nie było można, gdyż natrafiono na skałę; przy świdrowaniu natrafiono także na węgiel brunatny, ale pokład tego węgla był bardzo cienki, tak, że eksploatacya przemysło- wa nie opłaciłaby się. Po dość obszernój dyskussyi, Towarzystwo postanowiło wydawać roczniki swoje; pierwszy taki rocznik ma się ukazać niebawem i mieścić w sobie będzie: dokładne roczne sprawo- zda nie Towarzystwa z czynności wszystkich wydzia- łów, mowę p. Działowskiego na otwarcie Muzeum i obszerną rozprawę historyczną ks. Kujota z Pelp- lina o Łokietku. Ze sprawozdania dowiedzieliśmy jeszcze, że Mu- zeum Tewarzystwa od ostatniego sprawozdania po- większyło się o sześćdziesiąt kilka numerów, że To- warzystwo od wielu osób i instytucyj naukowych otrzymało różne dary dla muzeum i biblioteki, i że Zarząd Towarzystwa wszedł w stosunki z rozmaite- mi towarzystwami naukowemi polskiemi i niemie- ckiemi. W końcu zarząd zawiadomił, że w miejsce sekretarza Towarzystwa d-ra Kąsinowskiego, który wystąpić musiał z powodów służbowych, objął obo- wiązki sekretarza p. dr. Różycki, i w tych obowiąz- kach przez Towarzystwo zatwierdzonym został. Za- powiedzianego odczytu o poemacie Mickiewicza: „Konrad Wallenrod,” który miał mieć p. Danielew- ski, nie było wcale. Na posiedzeniu tern była mała scyssya z ko- misarzem policyjnym Rexem, przeciwko obecno- ści którego Towarzystwo protestowało, z tego powo- du, że jako instytucya naukowa nie podpada pod kontrollę policyjną. Sprawa ta oddaną zostanie pod rozstrzygnięcie sądu administracyjnego, przed którym Towarzystwo upoważniło stanąć w swojem imieniu p. prezesa Dyakowskiego, regeneya bowiem na protestacyą zarządu Towarzystwa odpowiedzi" la piśmiennie, że ponieważ w Towarzystwie znajduje się wydział teologiczny, zatem Towarzystwo ma już barwę polityczną, i jako takie ulega kontrolli policyjnej. Jest nadzieja, że sąd aministracyjny nie podzieli takiego zapatrywania się regencyi. Kończąc moję korespondencyą dzisiejszą, mam sobie za obowiązek zwrócić uwagę Szanownego Ko- respondenta do „Kłosów” z Poznania, że zupełnie mylnie poinformowany został co do wydawnictwa Albumu posłów, wychodzącego w Toruniu nakładem księgarni Nowej (W. Małecki). Wbrew temu, co Szanowny Korespodent donosił w przedostatniej swojój korespondencyi do „Kłosów,” żaden z posłów nie odmówił udziału w tern wydawnictwie; udział bowiem ludzi, których się życiorysy pisze, jest ża- den i wydawnictwo Albumu zgłaszało się tylko do nich o daty co do urodzenia i pobierania nauk, a więcej o nic. Pochwały, oddawane w życiorysach posłom wybitniejszym,, jak Niegolewskiemu i Dy- akowskiemu, nie są przesadzone, a całe wydawni- ctwo cieszy się sympatyą ogółu i uznaniem krytyki, że wspomnę tu tylko recenzye J. I. Kraszewskiego, który po dwakroć wydawnictwo Albumu podniósł w jednym z fejlietonów pism i przyznał mu zalety pod względem literackim i artystycznym. Dotąd wyszły trzy zeszyty Albumu z trzema portretami, a mianowicie: Ignacy Dyskowski, Władysław Nie- golewski i Stanisław Kostka Thokarski; gotowe są zaś do druku drzeworyty i życiorysy posłów: Ta- czanowskiego, Dubieńskiego, Donimirskiego, Ko- złowskiego i Kantaka. M. D. Ch. IGNACY CHODŹKO I OGÓLNA CHARAKTERYSTYKA PISM JEGO. Odczyt na rzecz Towarzystwa Dobroczynności, przez Adama Pługa, (Dokończenie. — Patrz Nr. 622.) Jeżeli Brzegi Wilii nazwaliśmy całą galeryą obrazów, to jeszcze słuszniój, jeszcze w rozleglej- szóm znaczeniu, powinniśmy tak nazwać Pamiętniki Kwestarza, będące nietylko najcelniejszym z utwo- rów Chodźki, lecz i w ogóle jednym z takich w ca- łój literaturze naszój. I tu wprawdzie niema intrygi powieściowej, nióma nawet tój odrooiny pierwiastka erotycznego, co w Brzegach Wilii, i być zresztą nie mogło, już przez to samo, że autorem domniema- nym pamiętników jest kwestarz; i tu całość się składa z epizodów, mniój jeszcze organicznie po- wiązanych jedne z drugiemi, niż gdzieindziej u Chodźki; ale każdy z tych epizodów, wzięty nie- zależnie od innych, sam w sobie jest skończonym, doskonałym obrazem, uwydatniającym z prawdą najżywszą obyczaje, zwyczaje, wady i zalety spo- łeczeństwa owoczesnego, każdy z nich tryska nie- zrównanym dowcipem, obfituje w sceny i typy wy- raziste i ucieszne w najwyższym stopniu. W pamię- tnikach tych, Pan Michał Dawrynowicz, jeszcze jako Marszałek dworu JW. Wojewody Potockiego, postanowiwszy za przykładem swojego pryncypała prowadzić tóż dyaryusz, rozpoczyna go pełnym ży- cia obrazem sejmiku burzliwego w Usaczu roku 178...; następnie zapisuje w nim swą ucieczkę przed gniewem wojewody i chronienie się po klasztorach; dalój śluby zakonne, wykonane za namową księdza Kustosza Bernardyńskiego; spokojny żywot mniszy; obowiązek swój kanaparski; klasztorną kapitułę w Nieświeżu, na którój książę Karol panie kochanku, zasiadający ex offew syndyka, różne brewerye wy- rabia; a w końcu swój zawód kwestarski i wędrówki po kweście, w których przesuwa przed oczyma na- szemi wspomniany już wyżój szereg obrazów, prze- platając je gawędami swego woźnicy, albo tóż poda- niami, zbieranemi tu i owdzie po drodze. Pamiętniki się kończą, a raczej urywają na roku 1812; Nowe zaś, pośmiertnie wydane, na 1830. Te już, wrzeko- mo, są pisane przez innego kwestarza, a jest nim brat Rafał Karęga, zachęcony do tój roboty przez Kustosza, który-to ostatni, dostawszy w ręce pamię- tniki brata Michała, niezmiernie w nich sobie podo- bał i zapragnął, żeby brat Rafał w taki sam sposób swoje kwesty opisał. I te więc, jak i tamte, składają się z luźnych obrazów, przeplatanych pogadankami z księdzem jubilatem, księdzem kustoszem i panem prezydentem, prowadzonemi przy czytywaniu tych pamiętników przez autora, a zawierającemi różne refleksye, porównania dawnych czasów z nowszemi i sąd o nich krytyczny, jako tóż podaniem żydów- skiem, opowiedzianem przez rabina w klasztorze. Forma to była pomyślana bardzo szczęśliwie, po- zostawiała bowiem autorowi wszelką swobodę do po ruszania się w przestrzeni i czasie. Obaj kwestarze jego, przenosząc się z miejsca na miejsce, wprowa- dzają nas i do pałaców pańskich, i do dworków szla- checkich, i do zagród włościańskich; obaj wybornie malują nam życie klasztorne, a pierwszy z nich, jako jeszcze człek świecki, ma doskonały pretekst do kre- ślenia scen sejmikowych, których, jako zakonnik,, byłby nie mógł być dość świadomym. Okres przy- tem dobrze wybrany, od schyłku XVIII wieku, aż po-za pierwszą ćwierć XIX, nastręczył autorowi sposobność do scharakteryzo wania przełomu w oby- czajach, zwyczajach i wyobrażeniach społeczeństwa, naszego, co.szczególniój się wydatnia w różnicy no- wych pamiętników od dawnych, lubo i w tych ostat- nich jaskrawo odskakuje epoka sejmiku Usackiego
[Nr. 623 — Tom XXIV.] KŁOS Y. (3699) Pracownia Stanisława Chlebowskiego w Konstantynopolu. CO o
od roku 1812, a nawet pierwsza kwesta brata Mi- chała od ostatniej. Różnicę tę sam Chodźko dosko- nale charakteryzuje i wyjaśnia nam przez księdza kustosza, który powiada: „wszystko dziwnie i nagle zmienia się i przemija w naszym czasie, w naszych towarzystwach, w naszych obyczajach, w naszóm co- dziennem nawet życiu. Kilka zaledwie dziesiątków lat oddziela kwestę Ławrynowicza od kwesty brata Rafała, a jakże one dalekie obrazem i pojęciem!... Obrazy Ławrynowicza, nam odzwyczajonym i z po- dań już tylko świadomym tamtych czasów, oryginal- nością, kolorytem same biją w oczy i same się tłó- maczą, a przywiązują wspomnieniami, jeszcze nie- wygasłemi w sercach. Twoje (t. j. brata Rafała) są i być muszą tóm, czóm i jakióm było towarzystwo w czasie twej kwesty: bezbarwne prawie, zamiera- jące, źadnemi szczególnemi faktami nie odznaczające się... Życie ojców, a tern bardziej dziadów naszych, po którego ostatkach kwestował brat Michał, było pełne, szerokie, swobodne, niewyrozumowane, bra- terskie i szlachetne, dobroduszne i szczere, rozmaite codziennym czynem i animuszem, choć podobne po- wszechnym narodowym obyczajem. Kiedy zaś kwe- stował brat Rafał, — po wielkim paroksyzmie wo- jennym, był to u nas czas chorowitej niedołężności; trącał się więc on, zamiast dawnych pańskich fanta- zyj i animuszu, o rozmaite ideje, to nierozważnie przyswajane u młodzieży, jak np. bajronizm, to o ja- kąś manią, bez celu i bez skutku upowszechnioną, jak np. frankmasońia u starszych, to nareszcie o po- spolite wady samolubstwa, które obrazy obyczajów w krytykę zamieniają”. Uwydatnić te zmiany tak wybitnie i żywo, w spo- sób tak zajmujący i tak ponętny, i obraz tak szeroki, pełny takiój rozmaitości, w jednych ramach umie- ścić,—zaiste było to zadanie nie lada, i słusznie na- zwać mistrzem tego się godzi, kto zadaniu temu umiał podołać. Treść sucha, przytoczona powyżej, mniój tu jeszcze niż w brzegach Wilii może dać pojęcia o za- letach tego utworu, epizodów zaś w nim i typów takie mnóstwo, a każda scena, każda postać tak wy- studyowana i tak charakterystyczna w najdrobniej- szych swych rysach, iż nie sposób ich uogólnić, nie zatarłszy zupełnie tych subtelnych odcieni, które ich największą wartość stanowią. Napomknienia więc, jakie tu koniecznie muszę uczynić, dla osób, którym dzieła Chodźki mało są znane, zaledwie tyle będą znaczyły, co oschły, summaryczny katalog galeryi obrazów dla tych, którzy jój nigdy nie widzieli na własne oczy. Bo jakże tu swojemi słowy opowie- dzieć np. taki sejmik w Usaczu, z całym jego gwa- rem, zamętem, z całym animuszem zawadyackiój szlachty, z zabiegami Jaśnie Wielmożnego Woje- wody Potockiego, z konceptami i burdami jego ad- herentów i adwersarzy! Tu co kartka, to nowy obraz, a każdy wyśmienity w swoim rodzaju. Pyszna jest wieczorynka u rotmistrza Imci Pana Rudominy, co to przybył do miasteczka w sto szabel, wiodąc po za sobą sześć pięknych, młodych, wysokich a opie- kłych dziewek, grzmiących na waltorniach hucznego marsza, — które na onój wieczorynce, gdzie pito lautissime, wyśpiewy wały przy wiwatach: wypił, wypił nie zostawił, bodaj go Bóg błogosławił, a potóm huk- nęły Kurdesza i Czumadrychę, szlachta zaś porywała je od waltorni i dalej w obertasy, a tak rozocho- cona garściami im rzucała talary, co trwało w noc do późna, aż póki e.rcessanci jacyś, gruchnąwszy dwo- ma wystrzałami z za okna, nie rozproszyli biesiadni- ków wesołych. Przewyborny tóż pojedynek Pana Swiebody z szambelanicem, który za strój zielony nazwał go wzgardliwie Strzelczykiem. Wyśmienita sessya sejmikowa w kościele, w którym gdy jedna partya drzwi zaparła przed drugą, ta doń przez zakrystyą wtargnąwszy, głównego z niój krzykacza przepłoszyła zręczną insynuacyą, że jest heretykiem, gdyż w świątyni Pańskiej dyabła wspomina, a zatem powinien być spalonym, a przynajmniej pławionym; gdy zaś przyszło sessyą solwować, a uparci ustępo- wać nie chcieli, Pan Swieboda huknął na całe gar- dło: Panie Mateuszu! a prowadź Waszeć! i tym zrę- cznym konceptem dopiął celu, bo ilu tylko było Mateuszów śród szlachty, każdy mniemając, że jest uważanym za promotora swej gromady, czynił co mógł, aby dowieść swojój przewagi i wkrótce Mate- usze większą połowę tłumu wyciągnęli z kościoła, W końcu doskonałym jest także obiad u Pana Wo- jewody, na którym forytowany przezeń na posła, Imć Pan Sulistrowski, pisarz Litewski, wytrawny dworak i statysta, wilią dnia tego wprost przybyły z Warszawy, z pełnemi kieszeniami łask królew- skich już gotowych i obiecanych, zręcznemi mane- wrami i obrotami wszystkich przeciwników swoich kaptuje i cel pożądany osiąga. Po tych scenach burzliwych, idą całkiem odmien- ne, kiedy raptem z forum sejmikowego autor nas do klasztorów przenosi i zamiast szlachty rozhukanój, pomiędzy cichych zakonników wprowadza, których żywot i charaktery również biegle i z równą znajo- mością rzeczy maluje. Następnie znów się obraz ożywia podczas kapituły w Nieświeżu u ojców Ber- nardynów, dzięki księciu Panie kochanku, który tam występuje z tradycyjnym swoim humorem rubaszno- jowialnym i swą pańską fantazyą, i rządzi się jak szara gęś po klasztorze, ad oelle sui, bez ootów i con- siliów wyznaczając kustoszów i gwardyanów; a wresz- cie każę ogień wygasić w kuchni, powywracać ron- dle i garnki, pozamykać spiżarnie i piwnice, i wartę przy nich postawiwszy, a do siebie klucze zabraw- szy, do swego zamku zakonników prowadzi, żeby przy hojnym traktamencie, przy antałach wina i miodu, nauczyć ich penitencyi i obediencyi. Dalój wyjazd na kwestę, podczas której brat Michał, oprócz baranów i talarów, z własnych przygód i cudzych opowiadań, zbiera do pamiętnika swego materyały wielce ciekawe. Do najciekawszych bez wątpienia należy śmierć tragiczna Wołodko wi- eża, skazanego na rozstrzelanie za gwałt, jakiego się dopuścił w trybunale, o czóm opowiada świadek na- oczny, podłowczy Radziwiłłowski, Pan Bielewicz. Tu znów występuje książę Radziwiłł, w młodszych lecieeh, jeszcze za życia ojca, księcia Michała ry- beńku, a występuje w całój prawdzie charakteru swojego już ze strony poważnój, jako gwałtowny, samowolny, namiętny, niczótn nie okiełzany, lecz razem jako wierny i szlachetny przyjaciel, gotów zburzyć cały trybunał i wszystkich sędziów po- wysiekać, byleby swego druha salwować. Opo- wiadanie to jest jednern z najudatniejszych u Chodź- ki, przy ńajwyźszój prostocie, skroś przejęte siłą porywającą i prawdą najszczytniejszą, tak w wybu- chach księcia Karola, pędzącego z dworem swym i strzelcami na ratunek Wołodkowicza, jak też i w dzikich uniesieniach, a w końcu w pełnym rezy- gnaeyi i skruchy chrześciańskiój zgonie tego ostat- niego. Nad to zaś, nader ważny jest to epizod, jako przyczynek i komentarz do dziejów obyczajowości w epoce owej, gdzie pomimo całej przewagi i samo- woli możnowładców, jeden z nich, mimo potężnych kolligatów swych i przyjaciół, musiał przecież dać gardło za zniewagę najwyższej instytucyi krajowój, lubo i śród sędziów samych, miał swoich. Z dalszych przygód kwestarskich wielce zajmu- jącą jest gościna brata Michała u starosty, gdzie obok zacnych obyczajów starodawnych, już się spo- tykamy z Francuzem nauczycielem, wolteryaninem, szczepiącym jad w młodych umysłach. Dalej wy- śmienity casus fatalis, gdzie szlachcic jakiś zagrabia kwestarzowi wszystkie barany, które doń zabiegły na łąkę, a jójmość jego odpędza je napowrót z do- datkiem jednego od siebie i zmywszy dobrze głowę jegomosteczkowi swojemu, co zawsze głupstwa robi, skazuje go na spowiedź, obiecując, że o pokucie z księdzem spowiednikiem sama poradzi. Znakomicie też skreślony opis roku 1812, szcze- gólniej zaś pobytu Napoleona w Wilnie, oraz testa- ment i śmierć księdza definitora; późniój pieszą wę- drówka do Bienicy w towarzystwie maroderow fran- cuzkich i powtórny pobyt w domu starosty, gdzie po śmierci zacnych rodziców, panował młody dzie- dzic, wychowaniec owego bezbożnego Francuza, i już wszystko szło innym trybem, całkiem niepodobnym do dawniejszego; wreszcie pełna dowcipu scena u wdowy. Co do typów, taka ich tu obfitość, a każdy taki przedni, że zaprawdę trudno się zdecydować, któryby z nich wyróżnić, o wszystkich zaś mówić nie sposób. Wszelakoż bodaj kilka najwybitniejszych nic od rzeczy będzie wymienić. Najprzód więc sam brat Michał, prawdziwy typ nad typy, dworus w ha- bicie, nigdy nic zapominający języka w gębie, a tak doskonale świadomy, gdzie, jak i kiedy go używać, czy żartując wesoło, czy to mądre sy- piąc przysłowia i senteneye, czy szermując z ju- rystą, czy to wreszcie gromiąc bluźnierców i bez- bożników. Dalej nieoceniony, zacny, serdeczny, mądry ksiądz Definitor, z s wojem ot co jest; i ten ksiądz kustosz, ex-professor infimy, z swojóm bra- cie, bratuniu, bratunieczku; i woźnica klasztorny, Marcin, stary bywalec, gaduła poufały, który uczy brata Michała konceptów i przymówek kwestarskich do chwytania baranów i talarów; i ci dwaj narwani poczciwcy, stary ex-marszałek dwo- ru i stary rezydent u starościca, z których pierw- szy z apokalipsy, drugi z konstcllacyj i aspektów niebieskich wielkie prognostyki wciąż snują, a raz w raz się o to sprzeczając i mając się wzajemnie za waryatów, w najlepszej jednak zgodzie wyśpiewują społem godzinki. Nareszcie nieoszacowaną jest owa wdówka, co to pociągając ratafią, wesoło wyśpie- wuje: słodząc swoję biedę, za mąż sobie idę, i naprawdę o tóm zamyśla, choć już trzech mężów opłakała rzewnemi łzami. Paradna jest, gdy opowiada kwe- starzowi o pożyciu z każdym z trzech nieboszczy- ków, z których nad pierwszym sama przewodziła w najlepsze, a w dwóch po nim następcach srogich mścicieli jego krzywdy znalazła; gdy się go wypy- tuje, czy jej trzeci małżonek może spełnić swoję po- gróżkę, t. j. stać się upiorem, aby kark jój skręcić na nowiu, jeżeli wyjdzie za czwartego, i czy nie by- łoby bezpieczniej uciąć mu rydlem głowę i między piętami położyć; i gdy wreszcie córce dowodzi, jako Rzeczpospolita postanowiła, że jeśli gdzie jest matka i córka, a obiedwie chcą iść za mąż, to córka musi czekać, póki matka nie wyjdzie, i woła na jój cichy objaw powątpiewania: „mikaj nie mikaj, a tak bę- dzie,jak Rzeczpospolita postanowiła! co to? bunt?!“ Przyznając jednak znakomite zalety Pamiętni- kom kwestarza, musimy tu zrobić uwagę, że nie jest to wyczerpujący obraz społeczeństwa; brak w nim wielu ważnych objawów życia i nie wszystkie stany narodu występują na scenę; to tóż, jakoby uprzedza- jąc ten zarzut, autor daje nam wiedzieć, że manu- skrypt brata Michała w części spalonym został przez Francuzów, a ztąd wynikły znaczne luki w jego układzie; nadto zaś w Nowe Pamiętniki Kwestarza wprowadza nowe elementu: zagląda do szlachty zagonowej, do Tatarów litewskich i do chaty wło- ściańskiej, i przedstawia oryginalne typy żyda neo- fity i mądrego rabina, chcąc niejako w ten sposób malowidło swoje dopełnić. Dworki na Antokolu, tak samo jak Brzegi Wilii, oraz Pamiętniki Kwestarza, główną fabułę mają bardzo prostą i krótką. Syn szlachecki, piękny, zacny i pełny poetycznych uniesień młodzian, Dowiat, rozmiłowany w starościance, Pannie Elżbiecie, znajduje nieprze- partą przeszkodę dla serdecznych swoich affektów w dumie jój matki, Sapieżanki, która nadto, tak dla podreparowania podupadłej fortuny swojej, jak i dla stanowczego zerwania z Dowiatami, zapozywa ich o nieprawne posiadanie zaścianku. Lecz wdanie się księcia Karola Radziwiłła i mądre pośrednictwo Pana Sulistrowskiego, przełamują pychę inagnatki i wszystko się kończy jak najpomyślniój. I tu więc luźne epizody, charaktery i typy sta- nowią najprzedniejszą wartość tego utworu, wsze- lakoż nawet już pobieżnie napomykać o nich nie będę, bo lubo taki Pan Porucznik Stelnicki, taki Su- listrowski, pisarz Litewski, taki starosta Kapinowski z przewodzącą nad nim dumną małżonką, taki ksiądz prokurator Trynitarski ex-jurysta, sami się gwał- tem napraszają pod pióro, lecz już miejsca dla nich nie starczy. Muszę jednakże kilka słówek jeszcze poświęcić postaci najprzedniejszej, mianowicie księ- ciu Radziwiłłowi, który tu po raz trzeci występuje u Chodźki, a który tylokrotnie był wyprowadzanym na scenę przez naszych pierwszorzędnych pisarzy, iż stał się równie popularnym w literaturze, jak był za życia i długi czas po śmierci wpośród całój szlachty na Litwie. Uważam za właściwe o tę postać potrącić, prze- dewszystkióm dla tego, żeby obronić Chodźkę od zarzutu idealizowania ujemnych stron przeszłości, który jest całkowicie niesłusznym. Ani szlachty burzliwój, rozhukanój, pijackiej na sejmiku w Usa- czu, ani takiego Radziwiłła i podobnych mu Panów, nie podaje on nam do ukochania; tak ich tylko ma- luje, jak się przedstawiali naówczas. Owóż szorstki
i rubaszny ten awanturnik, jakkolwiek jest dziś dla nas figurą, wcale nie sympatyczną; dziwić się jednak nie możemy, że wówczas był on ulubieńcem, bożysz- czem szlachty, pamiętając, że jój tysiące z jego laski chlób jadły, jemu zawdzięczały swoje fortuny i pro- mocyą swych synów, że widziały w nim własny prototyp, uosobienie swoich własnych, złych i do- brych, skłonności, wad i zalet, nałogowi przesądów, przedstawiciela i obrońcę narodowości przeciw wstrę- tnej dla nich obczyźnie, że wreszcie czarodziejskim urokiem otaczała go niepożyta i dobrze zasłużona sława antenatów jego potężnych. Chodźko dokła- dnie znał go ze świeżej tradycyi, z opowiadań świad- ków naocznych, to tóż i najwierniejszy jego portret nakreślił. W Dworkach na Antokolu, gdzie się najkorzystniej przedstawia, ukazuje się z sercem dobrem i poczciwą fantazyą pańską, ale z głową nie tęgą, co się wyśmienicie odbija w jego sądach kom- promisarskich, kiedy w sprawie zawiłej Pani Staro- ścinój z Dowiatem, po długim a mozolnym namyśle, zadekretował wreszcie: niechaj baba zaścianek bierze, a ja Douńatowi zapłacę! Dworkami na Antokolu Chodźko zamyka swe Obrazy Litewskie, malujące przeważnie sam już schy- łek XVIII i pierwszą ćwierć XIX wieku, to jest czasy i obyczaje, które bądź na własne oglądał oczy, bądź tóż badał i odgadywał w żywych jesz- cze ich świadkach i przedstawicielach najlepszych, w tych ludziach starej daty, co-to wśród nowych form towarzyskich i nowych wyobrażeń, po staremu czuli, myśleli. wierzyli i działali. Podania w odleglejszą przeszłość sięgają; treści też do nich, jak sam tytuł jasno wskazuje, dostarczyła głównie tradycya, ga- wędy starych ludzi już nie o tern, w czóm udział brali, albo co się działo za ich pamięci, lecz co od swoich ojców albo dziadów słyszeli, a po części tóż dawne akta i archiwa domowe. Kamień w Olgienia- nach, naprzykład potrąca o najazdy tatarskie w r. 1589; Pustelnik w Proniunach o pierwszą ćwierć XVII wieku; Wyklęty — o pierwszy dziesiątek XVIII, Drugi zaś Pustelnik w Proniunach mniój wię- cój na połowę tegoż przypada, a tylko Zegota Mila- nowski wkracza w epokę Dworków na Antokolu. I w Podaniach, zarówno jak w. Obrazach taż pro- stota pomysłów, jakkolwiek treść w Wyklętym, Pu- stelniku, oraz w Zegocie, jest wysoce tragiczną, i cał- kiem w nowóm świetle talent Chodźki przedstawia; w obrazach bowiem, jeden tylko ustęp w Boninach z żałosnych dziejów ostatniego pustelnika na Litwie, zabójstwo Kiejstuta w Duchu opiekuńczym, i historya Wotodkowicza w Pamiętnikach Kwestarza ledwie się pozwalały domyślać, że ten niezrównany jowialista zdolcn jest tak potężną silę rozwinąć w malowaniu sęen krwawych i pełnych zgrozy. Z żalem prawdziwym muszę sobie odmówić przy- jemności, jakiej mógłbym doświadczyć, zdając spra- wę z podań Litewskich i poprzestaję jedynie na po- wyższej charakterystyce ogólnikowój; należyta bo- wiem ocena Łych utworów, wymagałaby jeszcze więcej czasu i miejsca, niż ocena Obrazów, o któ- rych powiedziawszy tak wiele, nie mogłem przecież ani w przybliżeniu dać poznać ich przymiotów nieo- cenionych , ani rozwinąć wszystkich wniosków o stanie społeczeństwa owoczesnego, które autor ma- lując objektywnie, sąd o nióm pozostawił czytelni- kowi i tylko w Nowych pamiętnikach kwestarza, wy- powiedział wyraźnie, że przy wielkich zaletach, były w nióm i wady niemałe, mianowicie zaś pycha, zarozumiałość, lenistwo, lekkomyślność i zapomnie- nie obowiązków panów względem poddanych, a na- wet i nadużycie władzy dominialnej. W obrazach tedy Chodźki, przy tych motywach byłoby można znaleźć doskonały materyał do wykazania wszyst- kich niedostatków w publicznóm i prywatnóm życiu z epoki owej, oraz do wyjaśnienia ich przyczyny; lecz byłoby to studyum nader obszerne, na które brak tu miejsca i czasu, a wypada mi jeszcze rzec słów kilka i o duchu utworów Chodźki. Jakem już powiedział na wstępie, cechą ich naj- wybitniejszą jest gorąca miłość ziemi rodzinnej i cześć synowska drogiej przodków pamięci; lecz miłość to nie ślepa i cześć nie bałwochwalcza. Myliłby się, ktoby chciał twierdzić, że Chodźko dawne czasy z dobrój tylko strony malował, a starał się ukrywać, co było w nich zdrożnego; świadkiem Zegota Milanowski, świadkiem Wyklęty i Pustelnik w Proniunach, że gdzie wypadało użyć barw czarnych, tam ich wcale nie szczędził, że się nie wahał wad, występków a nawet zbrodni w całój ich grozie i ohydzie przedstawiać. Lecz zbadawszy przeszłość gruntownie, tak z archi- wów zbutwiałych, heraldyków i. dziejopisów, jak i z żywój tradycyi, ocenił ją z właściwego punktu widzenia, i przekonał się, że przodkowie nasi bywali słabi, lekkomyślni, burzliwi i gwałtowni, lecz nigdy źli z natury, którój zasadą były dobre przymioty; że zbrodnie stanowiły tylko wyjątki i to nie liczne, skoro imiona wyjątkowe w tym względzie, okryte nienawistną pamięcią, aż do naszych czasów do- trwały, że nawet, choćby tych wyjątków było i wię- cej, to z nich o ogóle wyrokować nie można, bo i cóż-by to był za lekarz, któryby, ukazując wrzody na skórze pacyenta, dowodził, że w nim cała krew już skażona? Jest więc Chodźko bezstronnym sędzią i mala- rzem przeszłości; lecz wziąwszy sobie za najmilsze zadanie: „Pomiędzy bracią krzewić cnót wzory Poczciwych naszych naddziadów11; na te cnoty rzuca najżywsze światło, i najskrzętniój zbiera to przede wszystkiem, co o tych cnotach naj- wymowniój może zaświadczyć, a z nich najprze- dniejszemi były, według niego, wiara i miłość. Żywe bowiem, gorące uczucie religijne, największych na- wet gwałtowników, krnąbrnych i nieuległych prawu pospolitemu, nieraz hamowało w dzikich zapędach, lub opamiętywało i wiodło do poprawy; miłość zaś, czy to w ogólnych prawach i uchwałach dla dobra kraju, czy to w szczególnych osobistych zamiarach, łagodziła i naprawiała szkody, przez dumę i zarozu- miałość zrządzone. Hasłem onój miłości było słowo, rozgłośnie brzmiące niegdyś po całym kraju: kochajmy się! „Słowo to, mówi Chodźko, jakże wielkiego jest zna- czenia w dziejach, obyczajach, a nawet naturze na- szój ! Żaden naród takióm się nie poszczyci, bo ża- den go nic miał swóm godłem, żaden go tak nie pojął i nie przyswoił, jak my: a nawet my sami dziś się ledwie na nióm poznajemy i odkrywamy wartość jego, jak dzieci znajdujące w spuściźnic po śmierci matki drogi klejnot, drogi talizman ich dobra, na który za życia jej nie zwracały uwagi i oszacować go nie umiały, choć w czasie dni godowych i uczt ro- dzinnych błyszczał on na jój czole“. Mnogie przykłady tój miłości w swoich dziełach Chodźko przedstawia, a przez usta Porucznika Stel- nickiego, tak jój skutki określa: „Oddalenia od do- mu i od krewnych obawiać się nie należy, bo u nas po całym kraju zda się jedna rodzina, a gdzie tylko godnój i zacnej krwi szlachcic zajedzie, to go wszę- dzie z otwartemi rękoma przyjmą. Jak zaczną, wy- prowadzać antenatów, a liczyć kto z kogo rodził się, kto gdzie bywał, kto gdzie komu jaką pomoc uczynił, kto z kim do szkół chodził, albo u dworu służył, albo sejmikował, albo jaką wyprawę robił: to jak po nitce dojdzie się, żeś albo w domu kolliga- ta, albo wnuka czy prawnuka przyjaciela naddzia- da twego. A ztąd zaraz i komitywa, i przyjaźń, i człek jak u siebie, choć o sto mil nawet od gniazda.” A na potwierdzenie słów swoich przytacza po- rucznik przykład z własnego życia, jak go zdała od domu wyratował z ciężkiój przygody niejaki pan Szczyt, obcy mu i wcale n e znany, a to tylko dla tego, że miał po swym przodku sławnój pamięci Mi- kołaju Szczycie, Wojskim Połockim, wielką księgę, w niój zaś zapisaną taką perorę : „Ktokolwiek z następców, i choćby najodleglej- szych potomków moich Szczytów, będziesz czytał to moje pismo, wiedz i pamiętaj, że gdy w roku 1563, nie folgując zdrowiu memu, ani krwi, w obronie Połocka, zostałem wzięty w niewolę i zaprowadzo- ny na Moskwę do Cara Jegomości Iwana Groźne- go, gdziem przez lat dziesięć zostawał; obok ze mną walczący namiestnik chorągwi mojój, Justyn Stelni- cki, również w niewolę był wzięty, i przez cały ćzas ze mną tam zostając, wszelkiemi posługami i stara- niem w chorobach i niedostatkach nieraz mi zdro- wie i życie ratował. A gdy po powrocie z Moskwy, miał dążyć do swój rodziny w województwo Sando- mierskie, zginął na pojedynku, z racy i, jaką, poniżej opiszę. Tak więc Bóg mi nie dozwolił wynagro- dzić mu i zawdzięczyć, jako chciałem, za jego dla mnie usługi i życzliwość. Nie zapominając zatem aż do zgonu mego o jego duszy i na pamiątkę, w miejscu gdzie był śmiertelnie ugodzony, wymuro- wawszy slup; gdy widzę, że i sam wkrótce ten świat pożegnać muszę, zapisuję więc w tę księgę, w którój całe życie moje i wszelkie onego ewenta wiernie opisałem, i tę okoliczność, zaklinając wnuków i po- tomków moich w najdalszej descendencyi, aby na- przód w ofiarach i modłach za moję duszę (na co i legacyą czynię stałą), nie rozłączali nigdy mego imienia od imienia Justyna. A nadto, jeżeli zdarzy się któremu z nich spotkać się z jakimkolwiek Stel- nickim, z województwa Sandomierskiego rodem, her- bu Róża, a tóm bardziój z potomkiem Justyna; niech- że pamięta, że jest w obowiązku czynić mu wszel- kie pomoce i salwy, jakich by jego stan i położenie wymagały. Owszem nich mu opowie tę historya, aby dobro sobie świadczone mógł uważać jakby sukcessyą po swym przodku Justynie., A każdego z mych potomków, któryby w zdarzeniu nie speł- nił ochotnie tój mojój woli, na sąd straszny zapozy- wam.” Pomimo jednak całe uwielbienie dla cnót prze- szłości, Chodźko dobrze rozumiał, że na dzisiejsze czasy w dawnej formie przenieść ich niepodobna, bo gdybyśmy np. w dawnych składach znaleźli starą, pradziadowską ferezyą karmazynową, to choćby na niój była najprzedniejsza sajeta, nie zbutwiała i sto- kroć lepsza niźli półsukienka dzisiejsze, nie przysta- łaby ona jednak do wymagań i potrzeb naszych, i chcąc zużytkować dobry materyał, wypadłoby ko- niecznie krój i kolor jego odmienić. Tak więc i z da- wnemi cnotami: wartość ich niewątpliwa, ale po- trzeba do dzisiejszój chwili je zastosować, zgodnie z prawem postępu. Prawo to Chodźko należycie uznawał, czego dowodem Nowe Pamiętniki Kwesta- rza, gdzie w Kollokwiach Pana Prezydenta z księ- dzem Kustoszem, pełno jest zdrowych myśli, i rozu- mnych poglądów na wady i zalety czasów dawniej - szych, równie jak i na charakter epoki nowój, na wszystko, co przyniosła ona dobrego, na nowe dro- gi, jakie dla nas otwarła, na nowe prace, do jakich nas wezwała, i obowiązki, jakie na nas włożyła. Tam właśnie ów Prezydent, zacny i mądry starzec, który właściwie jest przedstawicielem samego Chodź- ki, mówi między innemi: „Nie powstawaj, księże kustoszu, przeciwko postępowi, bo potępisz wyraz dziś święty, a przynajmniój poświęcony. Wskazuj drogę, po którój postęp iść ma, ale nie stawaj mu na drodze, bo obali cię nieprzepartą siłą i zdcpce.” Jednak przytóm nie wątpi wcale, że dwie najpię- kniejsze cechy naszej przeszłości, które się starał uwydatnić w swoich utworach, nie mogą być prze- ciwne prawom postępu, lecz owszem być powinno najlepszemi jego drogoskazami. Powiada więc : „zdajmy synom i wnukom naszym skarb, któryśmy od naddziadów przyjęli, któryśmy piastowali w ró- żnych losu przemianach, a którym jest głównie mi- łość i wiara, zdajmy im je czyste, niepokalane, a w tym skarbie, i wszystkie uczucia rodzinne, i ten wyraz kochajmy się, nie tyle jako hasło braterskie- go toastu, lecz bardziej jako godło braterskiej miłości, która w złój doli krzepi, a dobrą ustala i wzmaga.” Wysadzenie w powietrze monitora tureckiego Litli-Dżelil pod Brailą. Przed południem d. 11 maja, pokazały się mię- dzy Maczynem i Geczetem, pod Braiłą, na odnodze Maezyńskiój, trzy wojenne okręty tureckie mane- wrujące. Około godziny drugiej po południu, dwa z nich się zatrzymały mniej więcój o 3,000 kroków od bateryj rossyjskich, które natychmiast ognia da- wać zaczęły. Po dziesiątym wystrzale jeden okręt
(3700) DoWodZCft Kabyłdw modlący Sie W meczecie W 'fangorze. Podług akwarelli Fortunyego, rymował na drzewie Wojciech Kossak.
„OBRAZY LITEWSKIE” IGNACEGO CHODŹKI Illustrowane przez M. Andriollego. Dyabeł w urapacie. (Brzegi Wilii.) „Porwał oburącz ten ogromny kamień, a końcami pazurów łap za Jezuitą!"
się cofnął, drugi nie odpowiadając na strzały, pozo- stał nieruchomo na miejscu. Niebawem trzeci okręt całą siłą pary, pośpieszył mu na pomoc z Maczyna, gdy w tern nagle na pokładzie stojącego okrętu, który, jako się późniój dowiedziano, był monitorem Litfi-Dżelil, pokazał się kłąb dymu, a z niego tejże chwili trysnął promieniami płomień we wszystkie strony, i ze środka tój gwiazdy, w mgnieniu oka strzelił w obłoki, na wysokość potrójną masztu, snop pędzących jedne za drugieini słupów ognio- wych, jakby z paszczy wulkanu. Słupy te z pod obłoków chyliły się ku morzu, kreśląc łuki ogrom- ne ; ale rychło to widowisko ogniste zmieniło się w stożkowatą olbrzymią kulę dymu, którój ostry koniec zdawał się unosić tuż nad wodą, a pod- stawa, obrócona ku górze, pochylała się na lewo ku lądowi. Rozległ się głuchy łoskot, poczóm huk straszny jak piorunu wstrząsnął powietrze, ziemia zadrżała, i gradem spadły jakieś niewy- raźne przedmioty. Oczy daremnie już szukały okrę- tu. i Przepadł! przepadł, i ani ży wój duszy po nim nie pozostało. Wierzchołek tylko masztu z porwa- nemi linami unosił się nad falą, a widać było przy nim, nawpół zanurzoną już w wodzie, czer- woną Hagę z półksiężycem i gwiazdą. Po tym wybu- chu, pozostałe okręty tureckie czómprędzój rzuciły się do ucieczki, nie myśląc nawet spuścić łodzi, choćby dla próby żali się nie da uratować którego z majtków, walczących rozpaczliwie ze śmiercią pod szczątkami Litfi-Dżelila. Generał rossyjski Sałow, dowodzący w Braile, wysłał natychmiast pod ko- mendą wielkoksiążęcego adjutanta[Krukowa i dwóch oficerów, trzy parostatki na miejsce katastrofy, zna- czne po szczątkach okrętowych, pływających na wo- dzie; lecz ci zdołali uratować jednego już tylko człowieka, i to zranionego śmiertelnie, którego przeniesiono do ambulansu. Dowódzca monitora Gazim-Bej i razem z nim cała załoga stała się ofiarą tój klęski. Flagę okrętową, odczepiono od masztu i przy tryumfalnych okrzykach zabrano do bateryi rossyjskiój ; a mieszkańcy Braiły głośno tóż wyrażali swą radość ze zniszczenia okrętu, który był uważanym za jeden z najstraszniejszych we flotylli tureckiój na Dunaju. WYCIECZKA NA PODOLE GALICYJSKIE. PRZEZ A. H. Kirkora. (Dalszy ciąg. — Patrz Nr. 622.) IV. Z południa przenieśliśmy działalność naszę do Chlebowa, już ku północy Podola zbliżonego, nieda- leko Podwołoczysk i zawiązku kraty Podolskiej, wspaniałych Miodoborów. Chlebów, nad Gniłą, w powiecie Skałackim położony, zaliczyłem już do najprzytulniejszych, najprzyjemniejszych re- zydencyj na Podolu. Właściciel jego, hrabia Szczęsny Koziebrodzki, z małżonką swoją hr. Olgą, z hr. Golejewskich, bez zbytków, przepychu, wysta- wy, potrafili tak wszystko urządzić, że oko najmilej spoczywa na całóm otoczeniu. Dom nie wielki, ale wygodny; biblioteka doborowa, ubranie i przyozdobie- nie gustowne i noszące we wszystkióm cechę piękna ; dość duży taras kamienny, śród kwiatów i latorośli bujnie się wspinających aż pod dach pierwszego piętra gdzie u góry, śród zieleni obraz Matki Boskiój Czę- stochowskiej z lampką gorejącą; chodniki kamienne dokoła domu i główniejszych zabudowań; tuż ogród, a dalej rzeka i staw, ubarwiają krajobraz; szczerość zaś, uprzejmość, gościnność, każą zaliczyć chwile spędzone w tój wiejskiej zaciszy, w tóm łu- bem ustroniu, do najprzyjemniejszych w życiu. Od Chorostkowa (w pow. Husiatyńskim) jadąc w kierunku doGrzymałowa (hr. Pinińskiego) i Chle- bowa, już wieje atmosferą stepową. Wzgórz coraz mniój, płaszczyzna coraz większe obejmuje obszary. Strój ludu zupełnie się zmienia. Dziewczęta noszą chustki na głowie z końcami rozpuszczonemi. Haf- tów i wyszywań, jak na Pokuciu, a i na południu Podola nie widać już zgoła. We włosach kwiaty u góry przypięte ze świecidełkami z papierów jas- krawych kolorów. Buty u wszystkich prawie żółte safianowe, pasy czerwone, na koszuli kaftan w kształ- cie surducika, spiętego w pasie, z krótkim odkłada- nym kołnierzem. Mężatki noszą czepki białe obci- słe, siatkowe, a na nich chustki duże kolorowe. Na szyi paciorki. Typ kobiet dość piękny, budowa kształtna. Z Chlebowa robiliśmy z hr. S. Koziebrodzkim wycieczki w dalsze okolice; a to głównie dla wykry- cia zabytków pierwotnych. Mnóstwo tu mogił, któ- rych zbadanie wiele czasu i pracy wymaga. Cho- dziło nam przeważnie o zapoznanie się z miejscowo- ścią pod względem archeologiczne - antropologicz- nym. Jakoż udało się nam wykryć niemało takich mogił i cmentarzysk, o których nawet miejscowi mieszkańcy nie mieli żadnego pojęcia. Niedaleko Chlebowa, w Oknie, p. Władysława Fedorowicza, na niwie, dużo jest mogił, zupełnie prawie zniszczonych i zaledwo widocznych; sza- nowny właściciel kazał rozkopać w naszój obec- ności niektóre. Były to mogiły ciałopalne, nic wszakże przy nich, oprócz urn z kosteczkami i przy- stawek, nie znaleziono. Przeciętna jedhój z urn wy- nosiła 32 c. Kosteczki mocno przepalone, a większa ich część leżała obok urny, sama zaś urna była przewróconą. Skalat, miasto powiatowe, odznacza się bardzo piękną, dopióro budującą się cerkwią. Jest tu i kościół. Mieścina w ogóle licha. Skałat należał do niedawno zmarłego izraelity Ziskinda Rosenstocka, który z dzierżawcy karczem, małych folwarków, wreszcie samego Skałatu z przyległem! wsiami, został ich właścicielem i zostawił dzieciom milionowy majątek. Zapisał wszakże 40,000 guld., na szkoły ludowe polsko-izraelsko-niemieckie. Niedaleko Skałatu, w - Zerebkach szlacheckich (p. Aloizego Fedorowicza), na niwie Karamaszka, zaczy- nają się skaliste załomy, dające początek Miodobo- rom. Ztąd kierują się one ku Nowosiołkom i Chmie- lisku, w pobliżu którego, na występie skały jest źródło, uważane za cudownie uzdrawiające. A więc wzniesiono kapliczkę, bywają doroczne festy, lud pokornie ofiary składa i skałę Świętą górą zowie. Nie za naszych czasów, t. j. nie za chrześciań- skich powstało to nazwanie. Mogła być świętą i za pogańswa. Mogło tu stać bożyszcze jakie. Wiado- mo, że podobne święte u pogan miejsca przeistacza- no na święte i z wprowadzeniem chrześciaństwa, aby lud od tajnych pogańskich modłów odciągnąć. Mniej niż o ćwierć mili ztąd, w Miodoborach, samotnie stoi karczma, która przechowała nazwę Kuli-baby. Ciekawa to nazwa, wiele do myślenia dająca. Kuli, może kulawa, kulejąca baba; może na wyniosłościach i urwiskach skalistych przy samój karczmie znajdu- jących się stał posąg baby? Starożytna i tak pamiętna w dziejach Trębowla (Terebowl), do dziś dnia przechowała jeszcze nie- mało pamiątek z wieków ubiegłych. Ruiny zamku na wyniosłój górze, nad Gniezną, sterczą dotych- czas w bardzo opłakanym stanie. Daleko lepiej do- chował się mur obwodowy i 4 baszty, dziś kościół Karmelicki otaczające, ale które niezawodnie w XIV wieku, za rządów Witolda razem z zamkiem obronnym na górze, za Gniezną, wzniesione zostały. Był to zamek dolny. Karmelici daleko późniój w b- toczeniu zamkowem fundowani; kiedy mianowicie, nie wiemy, to tylko pewna, że w r. 1675, klasztor już istniał, że był obwarowany i dzielnie odpierał napad turecki. Sto jeden lat Trębowla zostawała pod panowaniem litewskióm, od r. 1390, kiedy ją Jagiełło odstąpił Witoldowi. Rządzili tu Koryatowi- czowie. Położenie miasta nadzwyczaj piękne. Gnie- zna przerzyna je w kilku kierunkach, a w końcu, zaraz prawie za miastem wpada do Seretu. Wysokie wzgórza okalają Trębowlę. Za górą zamkową nastę- puje góra Trzykrzyzlca, dalój za nią, już nad Seretem sterczą na bardzo wyniosłój górze ruiny starożytne- go monasteru Bazylianów, a który przedtem jeszcze, był Skitem prawosławnym, t. j. wyższego rzędu mo- nasterem, gdzie mnisi mieszkają w zupełnóm odoso- bnieniu, każdy w swojej celi. Nestor zalicza Trębowlę do miast stołecznych w XI już wieku. Ludowa tradycya sięga daleko głębiój. Powtórzymy ją tu, gdyż w żadnym z opisów nie znajdujemy o niój najmniejszój wzmianki, a jest ona wielce poetyczną, nawet rzewną. Pewien władzca miał trzech synów: w zabójczej walce; stoczonój na górach dziś Trębowlę okalających, wszyscy trzej polegli. Strapiony ojciec na miejscu wiecznego ich spoczynku wzniósł trzy krzyże, odna- wiane i do naszych czasów, a samo miejsce nazwał try-boli {trzy-bole). Zapewno, że poetyczna ta legen- da, krytyki nie wytrzymuje. Trębowla, albo wła- ściwiej Tmbowla, pochodzi od trzebienia (terebit’) lasu, a trzy krzyże musiały być postawione, jak i w niektórych innych miastach, podług domniemań Daniłowicza, na pamiątkę nadania przez Jagiełłę prawa magdeburskiego. Z monasteru, z góry widać w północno-wscho- dniej stronie, w Zieleńcach, nad Gniezną, gdzie ona wpada do Seretu, zamczysko z fossą. Monaster był bardzo bogaty. Ruiny, dziś jeszcze sterczące, stanowią własność grodu Trębowelskiego, gdy ziemia, na którój wzniesione, należy do sąsiednie- go Sęmenowa księżnój Czartoryskiój. Na święty Jan (24 czerwca) był tu doroczny fest i jarmark, który tłumy ściągał. Po przyłączeniu Galicyi do Austryi, cesarz Józef skasował monaster Bazylianów, jak twierdzą niektórzy, przez zabiegi zazdrosnych Kar- melitów. Wtedy Bazylianie zabrali figurę Iwana i osiedli w Ulaszkowcach, także na Podolu, nad Sere- tem i tam uroczyście doroczny fest obchodzić zaczęli, a więc i jarmark do Ulaszkowiec się przeniósł. Idziś corocznie trwa on w tóm miejscu dwa tygodnie od Ruskiego Św. Jana zaczynając, i jest nader ważny dla krajowców, gdyż na nim głównie ceny zboża uchwalają. Zjazd bywa zwykle bardzo znaczny i wielki dowóz rozmaitych towarów, oraz mnóstwo bydła, koni i t. d. Podobno, że część bogactw i drogocennych zabytków przewieziono także z Trebowli do które- goś z monasterów na Bukowinie. O ile nam wiado- mo, znany uczony lwowski ks. Antoni Pietrusze- wicz, zamierza wydać dokładny opis historyczny tego monasteru. Ruiny monasteru stanowią szworobok obwodo- wy, z muru wzniesiony, z czterema wieżami; w środ- ku tego obwodu ocalały jeszcze ruiny cerkwi i klasz- toru. Wysokość góry nad powierzchnią morza wy- nosi 167 sążni. Idąc w dół, napotyka się kilka mniej- szych wyniosłości, malowniczo zdobiących krajo- braz. Z jednego z takich wzgórz, na sto kroków od Seretu, i na 12 metrów nad Seretem, na głębokości 2-1- metrów, licząc od powierzchni wzgórza, wydobyliś- my trzynaście egzemplarzy kości zwierząt przedpo- topowych. Tkwiły one w warstwie tłustój gliny z piaskiem zmieszanej, tak twardej, że rydlem prze- bić jój prawie niepodobna, gdy przeciwnie, po nad tą warstwą, na półtora metra wysokości, glina jest zu- pełnie kruchą *). Trębowla, dziś miasto królewskie, posiada własny autonomiczny zarząd i dość znaczne dochody, które przeważnie na oświatę ludową obraca. Do miasta należy bogaty kamieniołom (dewońskiego piaskow- ca). Zagłębienie dość wielkie, bo na 211-metrów od powierzchni, Do dziś dnia kamieniołom jest w piątej warstwie. Pierwszą warstwę, licząc od po- wierzchni, stanowi glina na głębokości 8 metrów ; druga warstwa : łupek i drobny kamień czerwony 3| metra; czwarta wastwa: łupek, 1 metr; piąta war- stwa: twardy kamień czerwony, 4 metry. Wszakże do końca tój ostatniój warstwy jeszcze daleko. Ko- piąc, raczej łamiąc głębiej, kamień coraz twardszy i ładniejszy pokazuje się. Miasto, dzięki tój własno- ści, ma już w znacznój części wyborne chodniki. Wyrabiają się także rozmaitej wielkości płyty, stoły, stopnie, drobne narzędzia i t. d. Na mniejszą, skalę, zawsze jednak bogate kamie- niołomy, tuż prawie obok Trębowelskiego, w Zaścia- noczu księżnój Czartoryskiój, i trochę dalcy w Pod- hajczykach, generała Justyna hr. Koziebrodzkiego. Wiadomo, że obywatele Podolscy powzięli myśl wzniesienia pomnika bohaterce Trębowelskiój, Zofii Chrzanowskiej, którój męztwu zawdzięcza ten gród Oprócz tych kości, 12 innych, wielkich rozmiarów, zło- żyłem w muzeum fizyograticznóm Akademii, jako pochodzących z darów pp. Przybysławskiego oraz hr. Szczęsnego i Eugeniu- sza Koziebrodzkich, a znalezionych ponad Dniestrem i Gniłą.
ocalenie swoje w czasie napadu Turków w r. 1675. Zebrana już znaczna summa na pomnik, ale komitet na ten cel utworzony, nie może jeszcze powziąść sta- łego projektu, w jaki sposób uczcić pamięć Chrza- nowskiej ? Jedni są za utworzeniem stypendyum, dru- dzy za wzniesieniem pomnika w mieście. Pytanie: gdzie? śród tych brudnych domów żydowskich? Je- den zaś z członków, hr. Szczęsny Koziebrodzki, podał następujący projekt: śród ruin zamkowych, w zachodnio-południowej stronie od miasta, jest baszta okrągła, lepiój zachowana. Z łatwością-by przyszło odrestaurować ją, zachować od zagłady na wieczne czasy, a we wnętrzu umieścić marmurową tablicę, ze stosownym napisem. Nam się zdaje, że byłby to najgodniejszy i najtrwalszy sposób uczczenia pamię- ci bohaterki Trębowli. W zamku ona głównie dzia- łała, tu i pamięć jej powinna być uświęconą, a zara- zem choć jedna z baszt historycznych nie uległaby zniszczeniu. Nakoniec, mówiąc o Trębowli, niepodobna prze- milczać, że ma ona gorliwego badacza, skrzętnie zbierającego wszelkie szczegóły, dziejów miasta do- tyczące. Niezmordowanym tym badaczem jest Dr. Julian Olpiński. Pod względem zabytków pierwotnych, okolica ta nadzwyczaj bogata. W Semenowie, prawie na- przeciw ruin monasteru, na niwie zwanój czerncow oliorod (ogród mnichów), oraz w Zieleńcach, odkryto groby kamienne-, a na wzgórzu, przy drodze, prowa- dzącej z Podliajczyk do Trębowli, rozkopaliśmy pięć mogił,—kurhanów. We czterech były szkielety, w jednej tylko ciało spalone. W jednej z mogił zna- lazły się na szkielecie kobiecym piękne okazy, które w rysunku podajemy (ob. Tab. VI N. N. 1—6). Mamy tu obrączkę bronzową, kręconą, wyobrażoną na pierwszym stawie kości palca, tak jak wydobytą zo- stała z grobu (N. 1). Dalej kolczyki bronzowe (NN. 2 i 3). Bronzowe ozdoby na szyję, dęte, z uszkami srebrnemi (NN. 4 i 6) i paciórkę karniolową (N. 5). Ozdoby te na szyję należą do bardzo rzadkich i pięknie wyrobione. Aby zaś przekonać, jakie skarby z epok przedhi- storycznych posiadają Podole i sąsiednie Pokucie, podajemy tu w wiernym przerysie jeszcze kilka przedmiotów bronzowych, pochodzenia rzymskiego, zdobytych w czasie ostatniój naszej wycieczki dla muzeum AkademiiUmiejętności, a za pośrednictwem Wł. Przybysławskiego, przez p. Breta, dyrektora fa- bryki w Tłumaczu, ofiarowanych. Mamy tu piękny grot bronzowy, (z przodu i z boku — ob. Tab. IV, NN. 1—-2) którego długość 7 cent., szerokość 37 mm. (ostrze ułamane), długość osady (z wydrąże- niem) 70 mm. Bransoleta bronzową, prześliczny wy- rób, średnica wynosi (światłej strony) 63 mm. (ob. Tab. IX). Oba te przedmioty przypadkowo wyorane zostały na niwie w Chocimierzu, na Pokuciu. Dalej mamy tu niewiadome naczynie bronzowe (może lam- pa?) z ramionami, które wkładały się do uszek, w naczyniu umieszczonych. Naczynie ma ornamen- tykę kreskową i ozdobę w kształcie krzyży, jak to na rysunku wyraźnie oznaczono (ob. Tab. VIII). Dwa tego rodzaju naczynia, na nieszczęście pokru- szone, wyorano przypadkowo w Jeziorzanach, w pań- stwie Tłumackióm, na Pokuciu. (D. n.) PRZEGLĄD POLITYCZNY. Dnia 5 czerwca 1877 r. Na europejskiej widowni wojny stan rzeczy nie- zmieniony od przeszłego tygodnia. Ogień działowy z obu stron Dunaju; ale ruchu wojsk — żadnego. Kalafat ucierpiał od strzałów tureckich. Rumuno- wie musieli na tym punkcie, przerwać nowe roboty ziemne, rozpoczęte już dla spotęgowania obronności twierdzy. Pod Braiłą, gdzie działanie ze strony ar- mii wkraczającej najwcześniej i najsilniej się obja- wiło, żadnej zgoła nie było rozprawy. U wejścia tylko do Suliny, na morzu, walczono na działa: mo- nitor rossyjski usiłował przebić się na odnogę rzeki; stawiły mu opór baterye lądowe i wodne Turków. Na ezem się ostatecznie skończyło? Nie wiemy. Ruch stanowczy w tych dniach nastąpi — i zakoń- czy pierwszy wstępny okres kampanii. Za Dunajem dopiero właściwa się rozpocznie kampania. W Azyi Turcy od zdobycia Ardaganu, widocz- nie ustępują z placu. Kars wydali już na dolę i nie- dolę i sami donoszą, iż się ta warownia „osaczona11 przez wojska rossyjskie „jeszcze trzyma". Niczego więcej nie potrzeba dla stwierdzenia faktu, że utra- cili panowanie strategiczne nad całą północno-wscho- dnią częścią Armenii, z wyjątkiem jedynie tylko Batum, w którym niespodziewanie znaczne siły zgromadzili, i który, jak to widać z telegramów urzę- dowych J. C. W. Głównodowodzącego armią kau- kazką, nic jeszcze z obronności swej nie utracił. Od- dział wojska generała Okłobżio znajduje się ciągle nadym samym terrenie. Muktar Pasza — którego, pomimo krzyku softów, wcale pod sąd nie oddano — obawiając się odcięcia od Erzerumu przez lewe skrzydło rossyjskie, operujące od Bajazidu i Kagizmanu, po utracie pierwszej linii obronnój, idącej od Karsu przez Ardagan do Batumu — ściągnął główne siły swoje na południe, bliżej Erzerumu i według najnowszych doniesień stał pod Koprikoi, o jakie 10 mil od Erzerumu na Wschód. Prawe skrzydło rossyjskie w szybkim pochodzie po- sunęło się jazdą swoją już poza Olti; środek wszak- że, o ile z buletynów donoszących o rozprawie w d. 31 maja r. b. widać, jednocześnie zajmował jeszcze pozycyą bardziej na północ wysuniętą. Nie pozwa- lało to jeszcze uważać walnój bitwy za blizką w cza- sie; ale ze wszystkiego widać, że się do takiej walnej bitwy obie strony przygotowują i sam rzut oka na mapę przekonywa, iż rozprawa ta tylko w pobliżu Erzerumu nastąpić może. Na wybrzeżu morskióm w Zakaukazyi, Turcy nie zaprzestają usiłowań, zmierzających do zajęcia coraz liczniejszych stanowisk, ażeby uorganizowaw- szy na nich powstania, sprawić tóm dywersyą armii działającej w Armenii. Dotychczas wprawdzie, oprócz Suchum-Kale, leżącego w gruzach i Ardi- leru (fort S-go Ducha), zajęli jeszcze trzecie, na po- łudnie od Suchum położone, stanowisko—mianowicie Dżymczurę; lecz w głąb kraju wcale się nie posu- wają i całe to ich przedsięwzięcie, po nadejściu po- siłków dla nielicznych załóg Czarnomorskich, skoń- czy się klęską, o ile zbrojne oddziały, wysadzone na ląd dla uniknięcia tej właśnie klęski, nic zoeheą za- wczasu wsiąść na statki, któremi przypłynęły. Cała kampania turecka w tej stronie, w skutek niemocy Turków, nie mających dość wojska prawidłowego do rozporządzenia, — żadnej przed sobą nie ma przy- szłości, nawet na tyle, aby chociażby chwilowćm tylko powodzeniem zaznaczyć się mogła. W Czeczni przybyły do już zanotowanych na tern miejscu nowe działania wojenne; spowodowane trwającem tam ciągle powstaniem. Telegramy urzę- dowe donoszą o rozbiciu 500 powstańców pod Siuch, o zniszczeniu dwóch aułów, Artluch i Danuch, o zburzeniu osady głównego przywódzcy ruchu Ali- beka i o spokojnem zachowaniu się reszty ludności czeczeńskiej, jakoteż milicyi. Rozbici w owój miej- scowości powstańcy, pozostawili naplacu80 trupów; 100 schwytano z bronią w ręku. Parlament angielski zaledwie się zebrał po Świątkach, zarzucił zaraz ministrów pytaniami, do- tyczącemi sprawy wschodniej. D. 31 z. m. EIcho zapytał: czy Anglia przygotowana jest do wojny? Odpowiedział mu minister właściwego wydziału Hardy, że lepiej było nie pytać, ale skoro się już złe stało, to niechże EIcho wie, iż Anglia gotowa jest na wszelkie możliwe wypadki, i jakkolwiek on minister wojny, trzyma wojska na stopie pokoju, ma jednak możliwości wszelkie na uwadze i za obowią- zek swój uważa być przygotowanym do wojny. Tego samego dnia Bourke odpowiadał w Izbie Niższej Sandfordowi. Polityka Anglii, — mówił, — zależy od okoliczności. Anglia ma powód do mniema- nia, że ani Rossya sama, ani żadne inne mocarstwo nie może mióó tej otuchy, aby warunki pokoju z Turcyą mogły być inne niż te, jakieby cała Europa za do- bre uznała. Żadnych zgoła rokowań z Rossyą o umiejscowienie wojny Anglia dotychczas nie prowadziła. Rząd nie może parlamentowi zakomu- nikować rozmów, jakie miał Salisbury w listopadzie z Bismarckiem i Decazes’em. Ta odpowiedź Bourkego zbija odrazu wszelkie pogłoski o blizkiem już porozumieniu się Anglii z Rossyą, — w którym-to przedmiocie dziennikarze, chodzący po powietrzu, zapisali już całe łamy swych gazet. Wykazuje ona jeszcze ważność i poufny cha- rakter rokowań z gabinetami berlińskim i paryzkimi a wreszcie może służyć za wskazówkę istniejącego w Europie porozumienia się co do politycznych na- stępstw wojny. We względzie tych następstw na uwagę zasługuje korespondeneya Norda z Peters- burga, w którój powiedziano, że Rossya ma nie- przerwanie jeden tylko cel przed oczyma: poprawie- nie losu chrześcian w Dobrudży i Bulgaryi — z po- zyskaniem dla nich rękojmi większych niż te, jakie na drodze dyplomatycznej proponowała. Wiadomości o, teraz jakoby już odbywanych z ministrami pełnomocnymi, bawiącymi w Petersbur- gu, Nowikowem, Szuwałowem i Oubrilem, naradach nad ewentualnościami pokoju,— wiadomości, niepo- twierdzone urzędownie, nie zasługują na wiarę. Toż samo powiedzieć potrzeba o pośrednictwie, wrzeko- mo przez Niemcy ofiarowanym. Zaprzecza temu te- legram urzędowy z Berlina. W Grecyi nowy gabinet utworzył się pod naczel- nictwem Komundurosa. Zapowiadane ministeryum pojednawcze ogólno-narodowe nie przyszło do skut- ku. Miał na czele jego stanąć, znany jeszcze z pierw- szej walki o niepodległość, Kanaris. Nowy gabinet, jeśli prędko wojny nie zrobi, może się rychłego spo- dziewać strącenia. Ambicye i niezgody Nowo-Gre- ków nie dozwalają nigdy rządowi należycie się utrwalić. W dziennikach czytamy zapowiedzi, że dnia 15 czerwca ma nastąpić urzędowe wypowiedze- nie wojny Turcyi. (Nord. Times. J. des Deb. Ind. Bel. N. Allg. Ztg.) Pracownia Stan. Chlebowskiego w Konstantynopolu. Ponieważ w Stambule nikt wtenczas o pracowni malarza pojęcia nie miał, Chlebowski był zmuszony urządzić ją sobie z dużój sali bilardowej w Kiosku kawiarni, przy ulicy Syra-Sylwi, w części miasta zwanój Taxim, a łącząeój Perę z dzielnicami turec- kiemu Na prawo od niój rozciągał się duży ogród, świeżo założony (grand-champs), dalej Europejskie przedmieście, w lewo zaś zwężona uliczka i osobne tureckie drewniane domki, z zakafesowanómi (za- kratowanymi) oknami. Taki Kiosk ma gęste podłu- żne okna ze wszech stron,—trzeba je było pozakry- waó, ztąd makaty i kobierce, obwieszające całą pra- cownię, — nade drzwiami zaś od ogródka duże kwa- dratowe okno, daje pożądane światło. Przy stalu- gaeh z obrazkiem zaczętym siedzi sam właściciel pracowni, zgarbiony i zmęczony (zapewne nocą bez- senną). Po lewej jego ręce dwie nizkie szafeczki, a na jednój z nich manekin po arabsku przystrojony. Na drugiój poustawiane naczynia gliniane, Waza Chińska, etc. Dalej malutki stoliczek snycer- ską robotą, jakich Turcy używają do kawy lub gry jakiej, stawiając pomiędzy siedzącymi na sofach; (do czytania bowiem mają specyalne pulpity perskie, a do pisania dłoń własną). Dalój komoda rzeźbiona starożytna, nad którą stosowne półki, zapełnione porcelaną chińską, japońską, sewrską i t. d. (której wielką kollekeyę posiada), naczynia z terra-cotty i t. d. Nad tern wszystkióm jeszcze zawieszony ta- lerz chiński, rozmiarów niezwyczajnych, bo więcej niż łokieć średnicy mający. Na prawo duży zaczęty obraz dla sułtana, jeden z przedstawiających wojny Turków z austryakami, — manekin na koniu drew- nianym, i szafka szklarnia, zawierająca szacowniejsze zbiory starożytności, wschodnich wyrobów jubilerskich, antyków greckich, egipskich, dzbanki z porcelany kosztownej etc. Przed szafką fotel z XVI w., rzeź- biony i złocony, na którym porozrzucane rozmaite kostiumy i draperye z materyj wschodnich. Dalej jeszcze stoliczek mały, makatą pokryty, na nim znów naczynia starożytne ibronzy. W głębi pracowni dwie duże szafki flamandzkie (napełnione kostiumami i roz- maitemi zbiorami), między niemi, nade drzwiami do drugiego pokoju, zbrojownia starożytna i rozpięty nad nią parasol chiński. Cała pracownia wysłana dywanem perskim i otoczona sofami tureckiemi, na ścianach etażerki tureckie zwane Kauklub, rzeźbione i złocone, portrety, obrazy; u sufitu drewnianego świecznik starożytny hebrajski. I otóż prawie wszyst- ko, co się daje widzieć na obrazie pracowni.
KRONIKA LWOWSKA. Lwów, w Maju 1877 r. (N. E. R.j Nie pamiętamy od lat wielu tak brzydkiej wiosny jak tegoroczna. W dawniejszych latach już w końcu kwietnia drzewa by wały pokryte liśćmi, a pola zielonością; w roku obecnym, dopiero w połowie maja roślinność na dobre zaczęła się roz- wijać. Deszcz prawie nieustanny,, często ze śniegiem, padał u nas przez kwiecień i połowę maja, zimno było tak dokuczliwe, iż nikt zimowego ubrania nie porzucał, a zajęcia i zabawy zimowe przedłużyły się aż do ostatniego czasu. Dopiero od trzech dni słoń- ce z chmur się wychyliło, wiatr północny wiać prze- stał, slota ustała i ustaliła się pogoda. Spragnieni ciepła i zieloności mieszkańcy Lwowa, tłumami na- pełniają ogrody, robią wycieczki w okolice i ukła- dają projekta zabaw i prac letnich. O tych pracach jednak pisać dopióro będę w na- stępnym liście ; teraz wypada mi rzucić okiem na czas ubiegły od daty mojego ostatniego listu, który nie tylko w zjawiskach natury, ale i we wszystkich objawach życia ludzkiego miał charakter zupełnie zimowy. Koncerta, opera, prelekcye były na po- rządku dziennym. Pierwszych nie brak nam było. Występowali na nich jednak przeważnie artyści krajowi, a nie cu- dzoziemcy, jak w innych latach. Przyobiecałem w przeszłym liście donieść wam o wrażeniu, jakie zrobi na publiczności kantata Ja- reckiego „Hugo", skomponowana do słów Juliusza Słowackiego. Wrażenie było wielkie. Jest-to dzieło piękne i poważne zarazem, wykazujące wielką zna- jomość natury głosów i instrumentów. — Całość jest imponująca, co nie przeszkadza bynajmniej temu, iż niektóre części piękniejsze są od innych. Marsz żałobny, którym p. Jarecki rozpoczął część piątą, szczególniój się podobał, tak powagą, melodyą, jak i efektowną instrmnentacyą. Krytycy zarzucają tyl- ko jedną wadę Hugonowi, to jest brak symetryczne- go rozstawienia tempa, który sprawia monotonią, a który tłómaczymy wiernem trzymaniem się tekstu Słowackiego. Pomimo jednak tój wady, Hugo jest znakomitą kompozycyą, przez którą p. Jarecki sta- nął w rzędzie niepospolitych kompozytorów. „Hugona" wykonano dwa razy, dzień po dniu. Pierwszego, dnia obok kantaty p. Jareckiego, grano uwerturę Władysława Tarnowskiego Joanna Grey, napisaną do dramatu wielkiej piękności, pełnego scen efektownych tegoż samego autora. Uwertura ta jest dziełem wielkióm ; odegranie jój w całości, mogłoby zapełnić koncertowy wieczór, dla tego tóż p. Jarecki wziął tylko część jej pierwszą, pastoralną, która zachwyciła nas i więcój się nam jeszcze podo- bała od Hugona. W uwerturze tój zamknął kompo- zytor cały dramat, z obrazem wszystkich walk, przez jakie przechodziła czysta, rozumna, kilkodniowa królowa Anglii, i obraz wszystkich namiętności, jakie walczyły z czystą dziewicą i zaprowadziły ją narusz - towanie. Koncert ten utwierdził stanowczo w nas przekonanie, iż posiadamy tu obecnie dwóch pier- wszorzędnej wartości kompozytorów muzyki, którzy wieniec Szopena i Moniuszki godni są nosić na swoich skroniach. Pierwszy z nich, p. Jarecki, pojechał jako dyre- ktor opery do Tarnowa, gdzie obecnie opera lwow- ska daje przedstawienia; drugi, Władysław hr. Tar- nowski, odbył w marcu i kwietniu artystyczną wy- cieczkę po Saksonii i lubo nie dawał koncertów pu- blicznych, grywał przed licznym areopagiem pier- wszych powag muzycznych Drezna, Lipska i Wej- maru. Korzystając z bytności swojój w Saksonii, Wł. hr. Tarnowski wydał w Lipsku wyciągi na for- tepian z opery przez siebie skomponowanój Achmed; Nową Sonatę, Des dur, na fortepian; Ewtases au Bos- phore, wielką fantazyą z motywów wschodnich; mu- zykę do Alpuhary Mickiewicza, którą sam kompozy- tor przełożył na język niemiecki; Melodyą do pieśni Hammerlinga, Marsz żuto bny na pogrzeb Augusta Bie- lowskiego i wreszcie Ave Maria, którą wykonał chór śpiewaków pod dyrekcyą profesora Ridla w kościele Sw. Tomasza w Lipsku. Piękna to wiązanka, świad- cząca o wielkiój i łatwój muzykalnej twórczości Wł. hr. Tarnowskiego, którego Niemcy nauczyli się już wysoko cenić, jako kompozytora i wirtuoza. Z innych koncertów, wspomnimy tylko o popisie młodój orkiestry „Harmonii", która w tym czasie po raz pierwszy wystąpiła i przekonała Lwowian, iż nie darmo składki robili na jój naukę i umunduro- wanie. Lwów nie miał dotąd orkiestry, któraby wy- stępowała podczas zabaw publicznych, wycieczek letnich i różnych uroczystości. W braku swojej, potrzeba się było posługiwać wojskowemi orkiestra- mi. Ponieważ kilka razy zdarzyło się, iż kapela woj- skowa grać nie mogła i uroczystości odbywać się musiały bez muzyki, zawiązało się we Lwowie towa- rzystwo Harmonia, które za cel położyło sobie sfor- mowanie miejskiój kapeli. Raźnie wzięto się do rze- czy; otworzono szkołę dla chłopców od 16 do 20 lat, których się zapisało sześćdziesięciu, po większój czę- ści sierot lub synów ubogich rodziców; wyuczono ich grać: i oto pod dyrekcyą p. Szyrera, byłego dyrekto- ra orkiestry teatralnej, mamy już własną, miejską kapelę, która nie wiele ustępuje wojskowój austryac- kiój muzyce, jak wiadomo, wybornój. Wspomniałem o operze. Pozwólcie mi więc cho- ciaż krótko o niej nadmienić. Wiadomo, że Lwów posiada od niewielu lat operę polską. Jest to druga po warszawskiój opera polska, która dzięki śpiewakom, przybyłym z War- szawy, zwłaszcza pani Friderici-Jakowickiój, pannie Kwiecińskiój dzisiejszej Dobrzańskiój, panom Cie- ślewskiemu, Kohlerowi i Mikulskiemu, bardzo pręd- ko zorganizowała się i zakwitła. Kilkuletnia jój hi- storya miała chwile świetności i chwile mroczne. Od- jazd pani Jako wickiój i p. Cieślewskiego spowodował, iż przez czas jakiś nachylała się do upadku. Pierw- szą zastąpiono panią Juniewiczową, drugiego p. Za- krzewskim i znowuż cokolwiek się opera podniosła. Dyrekcyą pana Dobrzańskiego miała szczery za- miar posługiwania się tylko śpiewakami polskimi. Gdy jednak ci stawiali, jak na Lwów, zbyt wygóro- wane żądania, sprowadzić musiano Włochów. Od roku więc mamy operę na pół włoską. Jedni śpie- wacy śpiewają po włosku, drudzy po polsku, co brzmi cokolwiek dziwnie, — wprawdzie niektórzy z Włochów nauczyli się po polsku, ale tylko kilku oper, w innych śpiewają po włosku. Z solistów naszej opery zasługują na zaszczytne wymienienie: panny Katarzyna Marco i Adalgiza Gabbi; panowie Zakrzewski, Raverto tenorowie; p. Tercuzzi bas i Verdi baryton. Panna Marco rodem jest z Ameryki. Ojciec jój Marco Smith, niedawno zmarły w Paryżu, był je- dnym z najznakomitszych artystów dramatycznych amerykańskich. Córka jego, skończywszy kon- serwatoryum w Medyolanie, została włoską śpie- waczką. W naszój operze śpiewała przez cały rok, jako primadonna koloraturowa. Głos jej średniój siły, wyrobiony umiejętną szkołą, — zachwycał nas uczuciem i rzewnością. Postawa wiotka a kształtna, twarz piękna, gra doskonała, wszystko składało się na to, że panna Marco zawsze mile była u nas wi- taną na scenie. Bez niój, nie mielibyśmy Lohengri- na, w którym panna Marco śpiewa trudną partyą Elzy, a śpiewa tak doskonale, że zadowolnićby mo- gła nawet kapryśnego autora tój opery. Panna Marco nauczyła się u nas po polsku partyi Halki, i zapewne za granicą będzie ją śpiewać, ażeby dać po- znać cudzoziemcom nieznanego tam jeszcze naszego mistrza, którego muzykę podziwiała, jako jedną z najpiękniejszych. Drugą śpiewaczką jest panna Gabbi. Młoda to jeszcze śpiewaczka, która dopiero na naszej scenie wyrobiła umiejętnie swój piękny, a wielkiój siły głos. Publiczność zawsze ją wita bardzo sympatycz- nie i uważa ją za swoję, z powodu, iż tu we Lwowie odbyła szkołę. W ciągu roku Gabbi zrobiła tak wielki postęp w języku naszym, iż w niektórych ope- rach śpiewa po polsku, a zwłaszcza tóż w Strasznym Dworze Moniuszki. Z innych śpiewaczek naszój opery, zasługują na zaszczytne wymienienie: pani Dobrzańska, która już teraz rzadko występuje na scenie; panna Wajcówna, Lwowianka, bardzo użyteczna w każdój operze śpie- waczka, która Lwów podobno w tym miesiącu opu- ściła; pani Tańska, wdowa po byłym dyrektorze, jest wychowanką sceny Iwowskiój, głos ma niewielki, ale bardzo miły i dźwięczny, umió tóż śpiewać igrać, a za każdóm przedstawieniem widać w jój grze i w śpiewie ciągłe doskonalenie się; pani Rudecka, ob- darzona silnym, pięknym głosem, który teraz bardzo pilną nauką wykształca, — opera nasza będzie w niój miała w niedługim czasie primadonnę; — i wreszcie pani Skalska, młoda, piękna, początkująca śpiewacz- ka, która już, zwłaszcza w operetkach, zadawalnia śpiewem swoim surowych krytyków. Personel męzki opery Iwowskiój również jest li- czny. Pierwsze w nim miejsce należy się p. Zakrzew- skiemu, Lwowianinowi i wychowańcowi tutejszej ope- ry. Tenor jego potrzebuje tylko lepszój szkoły, ażeby odpowiedział wszelkim wymaganiom sztuki. Wiele w nim metalicznego dźwięku i siła niepospolita, — pamięć i zdolność niezwykła, lecz kapryśny i zmienny charakter stanął na przeszkodzie wyrobieniu się na pierwszorzędnego śpiewaka. Chociaż wiele brakuje p. Zakrzewskiemu, ażeby nam zastąpił Cieślewskie- go, przecież i z taką umiejętnością, jaką posiada, mógłby być ozdobą każdój opery, a jest już nieza- wodnie ozdobą Iwowskiój. Pan Racerto Włoch, także tenor, śpiewa o wiele lepiej od Zakrzewskiego, lecz głos jego nie ma już pierwszej świeżości. Śpiewak to jednak niepospolity; po rocznym pobycie opuścił nasze scenę. Pan Kohler, niezrównany barytonista, znany wam w Warszawie, pomimo późnego wieku, śpiewa za- wsze jak młody. Lata, zdaje się, nie mają żadnego wpływu na jego głos, zawsze silny i zawsze świeży. Kohler, w operach zwłaszcza Moniuszki, jest nie do zastąpienia, dla tego tóż z niechęcią przyjęła publicz- ność wiadomość, iż śpiewak ten, w skutek poróżnie- nia się z dyrektorem, opuścił naszę operę i zajął się dawaniem lekcyj śpiewu. Zastąpił go pan Verdi, któ- rego właściwe nazwisko jest Grim, amerykanin, ze szkoły włoskiój, śpiewający po włosku. Głos to po- tężny i piękny, któremu jeszcze tylko braknie co- kolwiek większego wykształcenia, ażeby zrównać się mógł z najlepszymi barytonistami. Pan Tercuzzi śpiewa także po włosku; jest to Słowianin z Krainy, dlatego tóż łatwo mu przyszło wyuczenie się języka polskiego, w którym doskonale śpiewa w Strasznym Dworze. Głos jego basowy, czysty, silny, gra dobra i szkoła również dobra. Stał się ulubieńcem publiczności. Pan Borkowski, bas głę- boki, śpiewak to niegdyś znakomity, dzisiaj już wy- śpiewany, — zużycie materyału naturalnego zastę- puje umiejętnością. Pomimo tego, ma on niektóre role, w których jest doskonałym, jak np. w roli Me- fistofelesa w Fauście, w Robercie Dyable i w in- nych. Również pożytecznym śpiewakiem jest p. Kon- cewicz. Głos silny, nie zupełnie jednak wyrobiony. Występuje w najrozmaitszych rolach, a nigdy ża- dnój nie zepsuje. Pana Mikulskiego znacie w Warszawie. Tenor jego ma coś, że tak powiem, drewnianego w sobie. Ponieważ jednak umie śpiewać i każdą rolę wystu- dyuje należycie, właściwie użyty, p. Mikulski za- wsze zadowolnić może publiczność. Lepszego nau- czyciela śpiewu i lepszego reżysera opery trudno jest żądać. Sumienny, akuratny i skromny, użytecz- ność swoję wielostronnie umió okazać. Chóry, od czasu objęcia dyrektorstwa orkiestry teatralnój przez pana Jareckiego, są o wiele lepsze niż dawniej, okazało się to mianowicie w Isohengrinie Wagnera, który nie był jeszcze przedstawionym na żadnój scenie polskiej. Dyrekcyą postarała się o świetną wystawę i nic niczego zaniedbała, ażeby tę wielką a trudną operę mistrza muzyki przyszłości przedstawić jak należy. Wykonanie jej wypadło tóż jak najlepiój. „Lohengrin" oprócz Berlina, Wie- dnia, Monachium i Lipska, nigdzie nie był lepiej wykonanym w Niemczech, jak u nas w tłómaczeniu polskiem pana Aurelego Urbańskiego. Publiczność jednak nie rozentuzyazmowała się tą muzyką przyszłości i wcale obojętnie przyjęła „Lohengrina". Próba ta zapewne powstrzyma dyrekcyą od przed- stawienia innych oper Wagnerowskich. My mamy cokolwiek odmienne zdanie od publi- czności, — a jakkolwiek w pochwałach i w entu- zyazmie nie posuwamy się tak daleko jak Niemcy, przecież oceniamy kompozycye Wagnera, a miano- wicie tóż muzykę do Lohengrina, jako utwór wyż- szój, niepospolitój piękności. Nie zastąpi ona nigdy muzyki włoskiój i jak tamta, z powodu swojój małój
melodyjności, popularną, nie będzie, — wszakżeż bo- gata jój instrumentaeya, wielka harmonia przy ści- śle dramatycznym charakterze, to zalety, które dla znawców muzyki, będą, po wszystkie czasy przed- miotem podziwu. Wprowadzenie tój opery na lwowską scenę, ró- wnież jak Aidy i Strasznego Dworu, poczytujemy za wielką zasługę lwowskiej dyrekcyi. Czyni ona wszystko, co do niój należy, aby operę postawić na możliwym stopniu udoskonalenia. Dalsze jój utrzy- manie i postęp zawisły od publiczności i od sejmu. Publiczność powinna liczniój uczęszczać do teatru, jeżeli chce aby u nas nie upadła muzyka dramaty- czna i aby rozwijała się z równóm powodzeniem, jak inne gałęzie sztuk pięknych. Sejm zaś, który zastę- puje nam mecenasów, zważywszy, iż utrzymanie opery jest bardzo kosztownóm, że w mieście takióm jak Lwów, liczącóm 100,000 mieszkańców, konie- czną jest dla niój znaczna subwencya, powinien pod- nieść dotąd wypłacaną w ilości 12,000, przynajmniej do 25,000. Nie samym chlebem człowiek żyje. Do- bre gospodarstwo krajowe, oprócz uwzględnienia potrzeb czysto ekonomicznych, wymaga odpowie- dniój opieki nad naukami i sztukanu pięknemi. Spo- dziewamy się tóż, że sejm nasz, wzmocniony siłami inteligencyami, pozbywszy się balastu w głosach ciemnych chłopów, zrozumie, że również produkcyj- nym wydatkiem jest grosz, wydany na szkoły i tea- Tab. VI. tra, jak grosz wydany na budowę dróg i szpitali, i że subwencyą dla opery naszój znacznie powiększy. Opera lwowska wyjechała 10 Maja do Tarnowa, trzeciego co do ludności galicyjskiego miasta i tam zabawi do 1 Czerwca, poczóm na całe lato ma być rozpuszczoną. Od muzyki przechodzę do malarstwa. Mieliśmy tu przez kilka tygodni otwartą wystawę obrazów p. Wilhelma Leopolskiego, malarza lwowianina, obdarzo- nego niepospolitym tuleniem. W wystawie tój, złożonój z dwudziestu kilku obrazów, mogliśmy ocenić postęp, jaki malarz zrobił w rysunku, w kolorycie i w kompozycyi, — postęp ogromny, chociaż już i te obrazy, które malował przed dwudziestu laty, w młodzieńczym wieku, no- szą na sobie ślady wielkiego talentu. Pan Leopol- ski nie lubi chodzić utartemi drogami, niezadawal- nia go to, co technika w malarstwie dotąd zrobiła. Robi on ciągłe próby, ciągłe studya i doświadcze- nia. Ponieważ zaś na żadnym z osiągniętych rezul- tatów dotąd cię nie zatrzymał, ztąd rzadko który obraz jego był wykończony. Zaniedbywał dalszego malowania, jak tylko próby zrobione naprowadziły go na jaką nową kombinaayę farb. Dla tój to przy- czyny istnieje tyle niewykończonych obrazów Leo- ।polskiego, które jednak pomimo tego są utworami wyższój artystycznój wartości. Takim niewykończonym obrazem jest „Śmierć Klonowicza". Jest on dzisiaj w- posiadaniu p. Marka, muzyka. P. Marek posłał go na wystawę do Wie- dnia w r. z., tam pomimo iż obraz był niedokończo- ny, wszyscy krytycy uznali go za jeden z piękniej- szych obrazów nowoczesnego malarstwa. Leopolski jednak był z niego niezadowoluionym i postanowił wymalować drugi obraz tójże treści, ale wymalować inaczój. Otóż takim sposobem powstał drugi obraz, tejże samój treści i tegoż samego pędzla, pod nazwą „Śmierć Sebastyana Klonowicza". Obraz ten drugi został zupełnie wykończony, a jeszcze był na szta- lugach, gdy go nabył Dr. Weigel, lekarz we Lwo- wie, znawca i mecenas polskiój sztuki. Są na nim tylko dwie figury: Klonowicza spo- czywającego na łożu, z głową opartą na ręku i pil- nie słuchającego uwag mu czynionych — i Jezuity, który siedzi obok łoża na krześle i prawi poecie Tab. VII. Tab. VIII. Wykopaliska bronzowe, znalezione w okolicach Trębowll, w Chocimicrzu i w Jeziorzanach. nauki, porusza w nim sumienie, aby skłonić go do odwołania tego, co napisało Jezuitach w „Worku Judaszowym". Z oczu błyskających ogniem geniu- szu widać, iż daremnemi są słowa Jezuity, — na obliczu bowiem, śmiertelną bladością pokrytóm, wy- raża się głębokie przekonanie i pewność. Głowa Klonowicza prześlicznie została pojętą i naryso- waną. Jest to jedna z tych pełnych charakteru głów, w których malarz genialny umie zamknąć dzieje całego żywota i całą potęgę, twórczego ducha. Twarz Jezuity również jest piękną. Niemiec lub Francuz, idąc, za pospolitóm wyobrażeniem o Jezui- tach, które przypisuje tym zakonnikom gorliwość przerodzoną w fanatyzm, byłby wymalował w tój twarzy chytrość, podstęp, przebiegłość i fanatyzm. W twarzy wymalowanój przez naszego malarza, nió- ma nic podobnego. Jest to twarz kapłana gorliwego, ale bez fanatyzmu, twarz człowieka uczciwego. W takióm pojęciu Jezuity, przemawiającego do Klo- nowicza przed śmiercią, jest już oznaćzona samo- dzielność talentu artysty i zarazem jego wyższość ponad malarzami zagranicznymi, którzy Jezuitów i gorliwców katolickich malują nie jako ludzi, ale jako szatanów. Przed łożem Klonowicza stoi nizki stół, a na nim stosy ksiąg; jedna z nich otwarta, — znać nieda- wno poeta w niój czytał. Przy księgach niedopa- lona, łojowa świeczka. Pod stołem widać spadły z łóżka dywan. Na boku oparty o ścianę teorban. Ściany sali szpitalnój, w którój Klonowicz spoczy- wa, są kamienne,—ozdobione krzyżem. Drzwi stare, żelazne, — w kątach pajęczyna. Kompozycya wielce szlachetna i taka, że nic dodać do niój, ani tóż nic z niój ująć nie można, co jest zawsze dowodem doskonałości. O rysunku nie ma co mówić,—jest on wyborny, linie w calem znaczeniu tego słowa piękne. Koloryt niepodobny do żadnego z kolorytów nam znanych. Nie jest to koloryt Matejki, ani Siemiradzkiego, ani Roda- kowskiego, ani nawet Brandta;—jest to zupełnie oryginalny, właściwy Leopolskiemu, bardzo świetny i żywy koloryt, którego jaskrawość zlała się harmo- nijnie w blask niezmiernie miły dla oka, łagodzący wszelkie sprzeczności w barwach. Obrazu tego powinszować możemy p. Leopol- skiemu. Stworzył w nim arcydzieło, które nie po- Tab. IX. (3702) wstydzi się sąsiedztwa Przysięgi w roku 1569 Zygmunta Augusta, iprzez Matejkę malowanej, ani tóż sąsiedztwa Świeczników chrześciaństwa, Siemiradzkiego. „Śmierć Klonowicza" odbędzie podróż po Europie, gdzie wielce przyczyni się do utwierdzenia opinii, iż berło panowania w Kró- lestwie Sztuki pięknej do nas, na naszę ziemię się przeniosło. Mówił mi artysta, iż z imierza wysławić ten obraz i w Warszawie. Oprócz Śmierci Klonowicza, było na wystawie cztery rodzajowe obrazki, które także, zwłaszcza też jeden, przedstawiający Żydów w brodzki&j bożnicy, do rzędu arcydzieł zaliczonym być może. Mały to obra- zek, ale jakże przepyszny, co za charakterystyka, jakie subtelne na sposób Meisonniera wykończenie! Prawdziwe to pieścidełko sztuki. Również jest pięknym mały obrazek, przedsta- wiający Protazego z Pana Tadeusza, czytającego w okularach przy świecy wokandę trybunalską. Pan Leopolski mistrzem jest w charakteryzowaniu, — to tóż jego Protazy jest typem skończonym, charakte- ryzującym najzupełniój polskich dawnych woźnych, typem szlachetnym. Żałujemy, że pan Marek, przez upór dla nas niepojęty, nie chcial, pomimo próśb ar- tysty, dać na wystawę Gerwazego, który jest w jego posiadaniu, a w którym Leopolski z równąż siłą charakterystyczną, doskonałym pędzlem odtworzył sławnego Mickiewiczowskiego klucznika.
Trzeci rodzajowy obrazek przedstawiał Trzech Bernardynów ze zakrystyi. Kompozycya bez zarzutu, charakterystyka również dobra. Czwarty wreszcie rodzajowy obrazek przedstawiał Rodzinę szlachecką w niewoli Kozaków z czasów Jana Kazimierza, biwa- kujących na dziedzińcu starego, zniszczonego zamku. Temu obrazkowi, aby był arcydziełem, brakuje tylko wykończenia jednój gruppy, to jest owej szla- checkiej rodziny. Wszystkie te obrazki, które po- trzebaby także pokazać Europie, nabył również Dr. Weigel. Oprócz opisanych i jeszcze jednego szkicu, przed- stawiającego modlących się w kościele, — wystawa złożona była z samych portretów. I w portretach wybiła się oryginalność talentu. Są one malowane inaczój, niż zwykłe portrety. Wszystkie są dziełami znacznej artystycznej wartości, wolimy jednak hi- storyczne i rodzajowe obrazy Leopolskiego; te tylko imię jego jako mistrza przekażą potomności. Artysta, którego znamy osobiście, opowiadał nam pomysł do nowego obrazu historycznego, w któ- rym chce przedstawić Jarosława Bogoryę Skotnic- kiego, arcybiskupa gnieźnieńskiego, w charakterze sędzi polubownego pomiędzy królami i w charakte- rze opiekuna włościan i budownika kościołów i zam- ków. Zaraz po zgromadzeniu potrzebnych do tój pracy funduszów, p. Leopolski ma zamiar wymalo- wać tę znakomitą, może jedną z najznakomitszych historycznych postaci XIV wieku. Pomysł jest świe- tny — i jeżeli go wykona podobnie, jak Śmierć Klo- nowicza, będzie to obraz, który artyście i naszemu malarstwu sławy przysporzy. Przygotowania do wystawy przemysłowo-rolni- czej we Lwowie, w miesiącu Wrześniu mającój się odbyć, bardzo żwawo postępują. Na placu Jabło- nowskich odbędzie się wystawa. Wiele pawilonów blizkich jest już wykończenia. Sądząc z planu i ze skrzętności komitetu wystawy, jako też z zamówień miejsc przez wystawców, będzie to jedna z najświe- tniejszych wystaw, jakie kiedykolwiek odbywały się w naszym kraju. O ruchu umysłowym i literackim u nas, rzecz odkładam do następnego listu, nie chcąc ram tój ko- respondencyi zbytecznie rozszerzać. Na zakończenie zaś tej powiemy, iż straciliśmy w tym czasie kilku ludzi dobrze zasłużonych, a pomiędzy nimi histo- ryka Maurycego hr. Dzieduszyckiego, którego ży- ciorys wam nadeślę. POKŁOSIE. Nie chcemy się powtarzać, nie podobna nam je- dnak nie wspomnieć ostatnióm słowem pobytu Ros- siego w Warszawie, pobytu, który powinien na dłu- go zostać pamiętnym dla publiczności, a nie bez wpływu i to wielkiego dla artystów. Odświeżył on powietrze argetyczne, natchnął nowym duchem, zachęcił do podnioślejszego traktowania sztuki; a kto wie, czy nie wywołał szlachetnych na przyszłość am- bicyj. W siedmiu przedstawieniach, z wyjątkiem Keana, widzieliśmy szereg arcydzieł Szekspirow- skich, wystawionych w całości poprawnie, a w głó- wnych charakterach wspaniale. Jesteśmy przekonani, że gdyby niektórzy artyści nasi dłużój mieli sposo- bność przypatrywać się Rossiemu, zwlekliby z siebie rutyniczne szaty starój szkoły, a rzucili się do nowój, której główną podstawą: konsekwentna psychologi- czność i natura. Artysta ten wreszcie nauczyłby robienia studyów, — sam bowiem opowiadał, że z powodu Króla Lira, przez rok cały studyował w ogóle stan psychiczny człowieka w podobnóm po- łożeniu, a potóm zabrał się już do studyów nad tra- gedyą specyalnych, przytem jeździł po świecie i przy- patrywał się odtwarzaniu Lira przez najrozmaitszych aktorów. Niepodobna wreszcie nie widzieć wpływu Rossiego na towarzyszącą mu truppę; składa się ona wprawdzie z artystów drugo lub trzeciorzędnych, ale ensemble każdej sztuki wykonywane jest z wielką pre- cyzyą, ze zrozumieniem przewodniej idei, z poszano- waniem szczegółów, oświecających jasno główne utworu zadanie. Jeżeli zawsze stanowczo jesteśmy przeciwni rozszerzaniu się drobiazgowemu nad dzia- łalnością, często równie drobiazgową, naszego tea- tru, to występy Rossiego powinny być wyjątkiem, bo rzeczywiście w kronice teatru naszego stanowią epokę. Wobec tego, jakże ubolewać nam przycho- dzi już z góry nad teatrzykami ogródkowemi, które w tych dniach byt swój rozpoczęły. Czyż można tu mówić o zrozumieniu i uczczeniu prawdziwej sztu- ki, o jój wpływie estetycznym? czy nawet względy wpływu moralnego na massy mogą tu przyjść pod uwagę? Co do pierwszego, dość powiedzieć, że zaraz na wstępie, sławną a tak znaną sztukę jak „Szkolę obmowy” Sheridann, przechrzczono na afiszach na sztukę polską, utworu Fredry ojca! Tyle nawet znajomości literatury dramatycznej nie mają ci, którzy stoją na czele tego rodzaju in- stytucyj! _ Nie pierwszy raz twierdzimy stanowczo,Mże tea- trzyki te są zwykłemi spekulacyjnemi przedsiębior- stwami, a sztuki grywane, sposobnością do siedzenia na świcżóm powietrzu, palenia cygar i popijania ba- warem, wśród dokuczliwych upałów. * * * W dniu 10 b. m. odbędą się coroczne wyścigi konne. Mają być bardzo ożywione; jedna nagroda wynosi do 6000 rubli, a świat elegancki gotuje się wystąpić w całej świetności strojów i zaprzęgów. Więc jest i u nas wyłączny świat elegancki? Niby, lubo trudno nam tak go scharakteryzować, jak to uczynił ktoś, mówiąc o elegancyi Francuzów, Angli- ków, Niemców i Hiszpanów. „Elegancya u jakiegoś narodu — twierdzi ten ktoś — zależną jest od wyróżniających go znamion moralnych. Naród angielski naprzyklad, jest py- szny, wspaniały, bogaty i lubiący się okazać, ale za- zwyczaj brak mu gustu. I oto ujrzysz Angielkę w pięknej sukni, lecz to jej nie wystarcza, garniruje ją koronką, a do koronki dodaje jeszcze jakiś szcze- gół toaleto wy jeden i drugi, a na to wszystko brylan- ty, lecz i na tóm nie koniec, tak, że w ostatku pię- kna dama wygląda jak szyld magazynierski. Szcze- góły są piękne, ale całość przesadzona i ciężka. Obiad angielski odznacza się tą samą cechą prze- ładowania i zbytniej obfitości, która zastępuje wybór. Francuzki naród wstrzemięźliwy, wyobraźni miarkowanój logiką, pozytywny, matematyczny, szybki, żywy, raczej ubogi aniżeli bogaty w idee i sło- wa, — odznacza się elegancyą, której główną zasługą jest czystość linii, skromność i staranność. Fran- cuzka tak zawsze wygląda, jak gdyby cała spięta była szpilkami. Elegancya jój, jest podobną do po- prawnego rysunku. Elegancya hiszpańska przeci- wnie, zdaje mi się odtwarzać koloryt natury gorą- cój; Niemiecka ujawnia charakter dobroduszności, połączonej z bogactwem i wymysłami dziwacznemu Usiłuje na gwałt okazać się naiwną, gdy tymczasem wydaje się czworograniasto-niezgrabną. We Wło- szech — elegancya wrodzona, świeci się i błyszczy, w Neapolu zwłaszcza i w Syrakuzach; na Wschodzie nareszcie, złoto, jedwabie, i bogate draperye głó- wną odgrywają rolę.” Chyba już według tego szematu, zaliczyć trzeba Warszawianki do Paryżanek, gdyż tradycyjnie trzy- mają się one mody paryzkiej, o berlińskiej, która miała pretensyą czas jakiś do opanowania świata ca- łego, ani słyszóć nie chcąc. * * * „Kaliszanin” ubolewa bardzo słusznie nad losem nauczyciela wiejskiego, o którym się wyraża, że na- leży do istot godnych politowania. Zle bardzo pła- tny, pozbawiony jest jeszcze wszelkiego towarzy- stwa, gdyż w ukształceńszóm towarzystwie uważa- ją go za intruza, a u włościan bywać mu nie wolno. Jeżeli u nich bywa, oskarżają go o poniewieranie się i złe nałogi. Nadto ciężar składki, niedbalstwo uczniów, na niego spadają wyłącznie, stając się po- wodem do wydalenia go przy pierwszej lepszój spo- sobności. Ten krzewiciel światła, zwiastun moralniejszój przyszłości, żyje w poniewierce i prawie w nędzy. Przy największej oszczędności i rządności, nie jest w stanie, wobec ciągle wzrastającój drożyzny, wy- starczyć na zaspokojenie najpierwszych potrzeb. Co gorsza, że o swą zapłatę pokornie prosić musi, sły- sząc w odpowiedzi oschłe słowa: „jeszcze szkolne nie zebrane,” lub „nie ma w szafie szkolnych pie- niędzy.” Nam się zdaje, że inteligencya wiejska, powin- naby wpłynąć na polepszenie bytu tych ludzi, któ- rymi każdy kraj, dbający o swe dobro, troskliwie zajmować się powinien. Za granicą np. nauczycie- le szkół elementarnych, nietylko że obecnie nie- zgorsze już mają uposażenie, ale, co jest niezbędnóm, pobierają je w terminach pewnych i stale oznaczo- nych. W ten tylko sposób mogą wywierać wpływ na pokolenia włościańskie, a zarazem ochronić się od zażyłości z chłopami w karczmie, jako jedynem miejscu, w któróm o biedzie swój zapomnióć im wol- no. Pozycya ich społeczna daje im wstęp do do- mów klas wyższych. Narzekania na sługi stają się u nas coraz po- wsźechniejszemi i sprawiedliwszemu Dawniój zdarzało się, że popędliwy pan lub ka- pryśna pani nie hamowali się w uniesieniu gniewu, nie szczędząc słów obelżywych; dziś pomiarkowali się, przypuśćmy nawet, że z obawy surowój odpo- wiedzialności. Lecz czy sługi nasze, przy większych z ich strony wymaganiach i przy podwyższonej za- płacie, odwzajemniają się nam porządniejszą usługą, doskonalszóm pojęciem swych obowiązków lub mniój szorstkiem obejściem? Bynajmniej. Przekonani, że o lada co wolno im się skarżyć przed sędzią po- koju, stawiają hardo opór danym sobie poleceniom ; w razie zaś zguby drobniejszych jakich rzeczy, jak- to często bywa w gospodarstwie, z dyplomatyczną zaledwo ostrożnością zapytać się ich o to można. A nuż wyrwie się prędkie słowo lub mimowolne po- sądzenie, z pewnością usłyszysz pogróżkę sądowej od- powiedzialności. Opowiadano nam fakt, który na- wet podobno powtórzyły „Nowiny niedzielne,” że jedna pani dała służącój dziesięć rubli na zakupno do miasta. Ta wróciwszy po kilku godzinach, od- dała resztę tylko z dwóch rubli. Zapytana, gdzie podziała rubli ośm, odpowiedziała zuchwale', że dwa tylko ruble otrzymała na wydatki. Ponieważ pani nie miała świadków na poparcie swój słuszno- ści, zatóm musiała się zadowolnić resztą, jaką jój od- dano. Stosunki codzienne między chlebodawcami a słu- gami, powinnyby być koniecznie oparte na jakichś odpowiednich ad hoc przepisach, mających natych- miastową moc wykonawczą, inaczój trzeba będzie po amerykańsku samemu sobie buty czyścić i wo- dę przynosić. Będzie to co prawda oszczędniój, ale niewygodnie] i nieprzyjemnej, a w każdym ra- zie, co zyskamy na gotówce, to stracimy na czasie. ______ \ OBRAZKI L PRZYRODY, kopiowane przez Kazimierza Langiogo. W bardzo bezludnój podówczas okolicy mieszka- jąc, spotykając się częściej niemal z dzikim zwie- rzem, niż z cywilizowanym człowiekiem, dzieląc czas swój między obowiązkowe zatrudnienia rolnicze, a dyletanckie zapoznawanie się z tajemnicami przyro- dy, — doznałem był przyjemności wielkiój, otrzy- mawszy tam wiadomość, że „Życie kwiatów” opo- wiedziane przeze mnie w Kłosach, zainteresowało czytającą społeczność naszą, i łaskawie przez nią by- ło przyjęte. Przybył więc nowy bodziec do pro- wadzenia dalej ulubionych studyów, i do skrzętnego spisywania ciekawych, niekiedy zachwycających zja- wisk. Od owej pory upłynęło nie mało czasu, ale tóż i nagromadziło się w teczce materyałów cokol- wiek do nowych opowieści, jeżeli łaskawiście ich słuchać. Gdzież-bo więcój jest sposobności do poznajo- mienia się z przyrodą, jak w tym naszym rolniczym stanie, który ciągle i nieustannie ma z nią stosunek, już to na swoją korzyść wyzyskując jój właściwości, już to zjój kaprysami wojując? Gdzież więcój cza- su także na zaznajamianie się z nią, jeżeli nie na
wsi, — gdzie latem, mimochodem, wśród najgoręt- szych zajęć gospodarskich, bez uszczerbku w nich, spostrzeżenia najrozmaitsze pod tym względem ro- bić sobie możemy, — a na długich wieczorach zimo- wych, (zwłaszcza gdy preferans lub inne ważne za- jęcia nie stają, komu na przeszkodzie), gdy przyro- da śpi na dworze, rozpamiętywać sobie przy komin- ka te spostrzeżenia własne z całego Jata, i uzupeł- niać je sobie spostrzeżeniami, przez innych oglasza- nemi? Bo już-to człowiek, co raz się w cudach przyrody rozkocha, nie poprzestaje w ciekawości swo- jój na tój odrobinie wiedzy, jaką sam zdołał zdobyć, podpatrzeć lub odgadnąć, ale radby ogarnąć umy- słem i to wszystko, co jego oczom dotąd niedostę- pnym było; więc chwyta skwapliwie wyniki badań drugich na tóm polu — i to już nie dyletantów jak sam, ale ludzi, co całe życie nieraz poświęcili na zbadanie jednej drobniutkiej cząsteczki tego ogro- mu, który zowieray ogólnóm przyrody mianem. Z takich to luźnych, niekiedy przyjemnie opowie- dzianych, ale częściój suchych i ciężko uczonych wywodów, roztaczają się przed oczyma myślącego kompilatora najświetniejszych barw obrazy, któ- ro byle umiał tylko, czy to malowaniem czy pismem przenieść wiernie na papier, Siusiałyby zachwycić każdego widza, poprawić każdego człowieka! Nie- stety za mało w ogóle ludzi zadaje sobie trud bada- nia tych cudów przyrody, a i ci co je badają, nic- umieją dobrać farb ni wynaleźć słów, któremi-by cuda te w całój ich świetności odmalować zdołali. Człowiek, choćby jąk mądry, zawsze przecież tylko człowiekiem, zawsze okruszyną tylko, pyłkiem za- ledwie w tym gmachu i labiryncie, zbudowanym przez Stwórcę. Tylko Ten, co go zbudował, może bez kłębka nici i bez obawy zbłądzenia puszczać sie na wędrówkę po wszystkich tych tajnych chodni- kach, i On tylko sam, mógłby wiernie opowiedzieć tajemnice jego i narysować jego plan. Człowieko- wi dozwolonóm jest tylko żmudne odgadywanie tych tajników, z drobnych oderwanych objawów, jakie przedstawiają się jego zmysłom, — na to, by w py- sze swojój poznał, jak sam jest maluczkim, i żeby nawzajem z cudów tych drobiażdżków, ocenił' wszechwładność i potęgę Tego, który je stworzył. Drobiażdżki tóż tylko, skrawki obrazów1, jakie suują nam się w wyobraźni, oderwane i luźne tylko cząstki wszechżycia w przyrodzie, mogą być przed- miotem opowiadania naszego. Jako od dyletanta, nie specyalisty, nic wymagajcie ode mnie sprawozdań z własnych wyłącznie obserwaeyj natury; sprawo- zdania podobne bowiem byłyby nader ubogie, nie- kompletne i nudne. Opowieści moje będą nieudol- nerni kopiami tylko tych obrazków, jakie śniłem czy widziałem po przeczytaniu mnogich studyów Audu- bona, Ehrenberga, Humboldta, Lecoq’a, Masiusa, Millera, Moleschotta, Skaua (Schouw), Schleidena, Tschudiego, Vogta, Voigta, Zimmermanna, i in- nych sumiennych badaczy przyrody, do których to studyów speeyalnych, tu i owdzie tylko, ośmieliłem się wpleść mimochodem jakieś spostrzeżenie własne. Podróżomania w przyrodzie. Jeden z powyższych znakomitych uczonych żali się na to, że Niemiecka ojczyzna jego pocięta jest na tyle udzielnych państw i państewek, — że mię- dzy państwami temi istnieją granice i rogatki, — że na tych granicach spotykają spokojnych podróżnych rozmaite przykrości, — słowem, że tamowany jest ruch swobodny ludziom po szerokim kraju. Oczy- wiście pisać to musiał nieborak dawno, a przynaj- mniój wcześniej, nim się ziściły marzenia wolnomyśl- nych Niemców, to jest przed zjednoczeniem ich Yaterlandu pod wspólny bat — przepraszam, chcia- łem powiedzióć tylko pod wspólny hełm pruski. Ale posłuchajmy go samego, jak się skarży i jak pociesza się potóm: „Dla wytchnienia po całorocznej pracy, dla po- krzepienia sił duchowych i fizycznych, po części też i w celu uzupełnienia przyrodniczych mych zbio- rów, wybrałem się był pewnego lata w góry, w któ- rój to wycieczce towarzyszyła mi i żona, ciekawa na własne oczy zobaczyć raz cuda, które jej nieraz o widokach górskich opowiadałem. Z powrotem, skracając sobie drogę, najeżdżam naraz na grani- czne słupy. Każą stawać, wysiadać, kuferki otwie- rać; niezgrabną ręką kontrabandy szukając, buszu- je mi sługa bezpieczeństwa publicznego po moich skarbach, uzbieranych mozolnie, i naturalnie nic w nich zdrożnego nie znalazłszy, pozwala wejść do miasta. Rozdrażniło mnie już i zatrzymanie samo, i popsucie części drogocennych mych nabytków; chmurny więc, manatkami podróźnemi obciążony, przyśpieszam kroku, by czómprędzój znalóźć gdzieś sobie schronienie od słoty i nocleg, — gdy w tern znowu halt! słyszę przed sobą, i rozkaz okazania pasportu i legitymacyi. Rozłączają mnie z żoną: mnie każą iść z sobą do kancelaryi prefekta, jej nie wiem już, czy dla tego że politycznie nie podej- rzana, czy owszem, jako kobieta, podejrzana może o gadatliwość, mogłaby przeszkadzać w ważnej ope- racyi wizowania paszportu, dość że niepozwolono towarzyszyć mi, lecz kazano iść gdzie sobie chce — wśród nocy, deszczu, burzy, i ciemnych ulic niezna- nego jój miasta. Małżonek protestuje, ale napró- żno. Nareszcie po przebyciu czyśćca wszystkich formalności, wypada na ulicę do swojej ukochanej — i nie znajduje jój!.. Głucho, pusto, ciemno i bez- ludno, nióma nawet zapytać kogo, w którą udała się stronę i gdzie szukać zgubionej ?” Tu już wyczerpała się jego cierpliwość. Już już ma usta otworzyć i wyrzucić z nich straszne jakieś, niechrześciańskie przekleństwo... gdy nagle w sa- rnę porę przypomina mu się — że jest badaczem przyrody! I flegmatyczny widać z natury Niemiec zapo- mina naraz o przedmiocie swej troski, a fundamen- talnie zaczyna rzecz rozbierać, czyby przecie nie uda- ło się wymyśleń czegoś, coby w ogóle rodu ludzkiego na podobne troski nie narażało w przyszłości ? Na- suwa mu się pytanie, czy tóż to i w gospodarstwie przyrody utrudniane tak bywają wędrowcowi po- dróże? To być nie może! A iantazya rozbudzona wiedzie go dalej na pole marzeń, rozwija przed wzrokiem jego ducha jakiś zamglony ideał państwa, które ma się rządzić nie ludzkiemi, na utrapienie lu- dzi obmyślanemi prawami, ale niewątpliwie lepszemi prawami przyrody. Tam to dopiero musi być ży- cic rozkoszne, tam muszą być balsamy na wszelkie runy i zmartwienia, tam — myśli sobie — musi pa- nować wieczna zgoda, powszechny pokój i ogólne zadowolenie. Wprawdzie, jakoś, — gdy zaczyna teraz pod- malowywać wymarzony swój obraz, gdy pędzel w rzeczywistych przyrody farbach umoczy, — wy- stępują na jaw dziwne jakieś rzeczy, które nieszcze- gólnie się do harmonii z jego ideałem nadają. Na- wołuje sobie w pamięci, co sam widział w przyrodzie lub co widzieli uczeni jego koledzy. Przypomina badania niezmordowanego Audubona, a te wpro- wadzają go w brazylijskie lasy. Tu spotyka osobli- wy jakiś pochód: to silnie zbudowane mszyce, czy pluskwy leśne, maszerują długą zwartą kolumną, pa- rami, w porządku i ładzie, który utrzymują w tych szeregach mrówki, niby oficerowie jadący w pe- wnych odstępach po flankach tój kolumny. Po- chód dosięgnął nareszcie drzewa, które było celem wyprawy; mszyce stają do frontu, a mrówki wspi- nają się na drzewo, z którego w okamgnieniu spada mnóstwo liści, odgryzionych przy ogonku; poczóm każda mszyca obładowaną zostaje jednym liściem i pochód znowu porządnie uszykowany rozpoczyna odwrót. I znowuż silnóm ukąszeniem karcą ofice- rowie opieszałość niewolników, wyszłych z szeregu wpychają weń, przy zostających w tyle kolumny na- pędzają do pośpiechu; aż do mrowiska ich doprowa- dziwszy, zdejmują z nich juki i zamykają całą gro- madę do kazamatów. Tu wydają im mrówki w skromnie wydzielonych porcyach paszę, z zapa- sów, które na ich grzbietach sprowadziły były z la- su, obchodzą się z niemi ni lepiej ni gorzój jak my naprzykład z krówkami naszemi w oborze: od cza- su do czasu doją je z płynu miodowego, który za największy poczytują przysmak, od czasu do czasu znowu używają ich do posług rozmaitych około go- spodarstwa, jak to widzieliśmy, do transportowania ciężarów *}. *) Pokrewne tamtym brazylijskim mszycom, lecz mniejsze znacznie od nich, mieszkają w naszym kraju i wyrządzają nam znaczne szkody, niszcząc przez wysysanie młode pędy i pączki róż, a niekiedy i drzew owocowych. Podobnie jak tamte, wy- dzielają one za połechtaniem z sterczących na kadłubie rurek, słodki i lepki sok, rosą miodową zwany; a niemnićj od bra. To znowu przychodzi muna pamięć, co nie mniej wiarogodny Karol Vogt opowiada: że widział na własne oczy w Szwajcaryi, wśród winnic pod Ge- newą, niewolnictwo czarnych murzynów, zaapliko- wane z całą ścisłością w mrowiskach. Czarne mró- wki, mniejsze, ale zdaje się że silniejsze od swoich rudych panów, zamieszkują wespół z nimi ogromne mrowisko i czynią im wszelkie posługi, tak około budowy gmachu, jako tóż i około ich osób; a więc głaskają, czyszczą, karmią, a nawet noszą na sobie półtora raza większą od siebie mrówkę czerwono- żółtą, która usadawia się jak może najwygodniój na karku swojego sługi, i objąwszy go silnie łapkami za szyję, każę wieźć się na spacer. Zaintrygowany tym widokiem sprawozdawca, śledził pilniój odtąd sposób życia czerwonych mrówek, i sprawdził że ta- kowe wyruszają niekiedy z domu, w bojowym szy- ku na łupież, wysełając mnóstwo rozproszonych flankierów na boki, a szpiegów na szpicę urucho- mionej swój armii; że nareszcie napadają na wiel- kie mrowisko drobnych mrówek czarnych, zdoby- wają tę fortecę, i unoszą z niój, jako łup wojenny, białe poczwarki (pospolicie mrówczemi jajami u nas zwane) — które, przyniesione do domu i tu wylę- gnięte i wychowane, stają się powolnemi sługami swoich rabusiów... „Toż to czysto ludzkie, amery- kańskie stosunki w miniaturze!” powiada sobie po cichu nasz marzyciel, niekontent z siebie, że mu nic stosowniejszego w tej chwili na myśl przyjść nie mo- że, coby go w ideałach jego poparło. Więc rzuca okiem na ul pszczelny; — tu skrzę- tność, pracowitość, zgoda w gromadzie całej, pracu- jącój pospołu około wspólnego dobra... ale zaraz, zaraz, jakże to tam wewnątrz wygląda? Gromada nieporadna idzie w niwecz, gdy jej matki zabraknie; nierządnica króluje temu społeczeństwu; część tego społeczeństwa nic pracuje wcale, jakby utworzoną była tylko do używania rozkoszy cielesnych i zja- dania zapasów, w pocie czoła gromadzonych przez drugich. Nareszcie pracownikom biednym prze- biera się cierpliwści miarka — robią rewolucyą, i wycinają w pień zastęp magnacki trutniów darmo- zjadów. „Fe! toż to coś podobnego zupełnie tra- fiało się u nas; w mojej nawet ojczyźnie w Niem- czech, podobno najpierw, bo jeszcze w roku pańskim 1525, a potóm we Francyi 1793.“ 1 tak dalej, coraz wyraźniój, coraz to w ostrzej- szych konturach zarysowuje się obraz w wyobraźni naszego badacza przyrody. (2Z c. n.) Wiadomości bieżące i pola literatury, nauki i sztuki. Krajowe. — Dwie Babki. Pamiętnik Berlicza Sasa. I. Pani Kasztelanowa Trocka. II. Pani Starościna Horodełska^. Taki ma tytuł dzieło w dwóch tomach, wydane na- kładem Gebethnera i Wolffa. Autor hr. Strutyński, sędziwy już w latach, który zawód swój literacki rozpoczął od wierszy, w tym pamiętniku opisuje wspomnienia swoich lat młodocianych i wychowa- nie. Zajmującóm jest nadzwyczaj to opowiadanie, z dwiema wydatnemi postaciami poważnych matron polskich. Koloryt wieku doskonale oddany, a wszyst- kie figury otaczające je, są urozmaiceniem wybor- nego w całości malowidła. — W Wilnie drukiem Józefa Blumowicza wy- szło dziełko p. n.: „Opis Dzienny Szkól Wileńskich, akademii i Uniwersytetu, oraz Dyaryusz znaczniej- szych wypadków w Wilnie od roku 1781 po rok 1824 nastałych", (w 12-e str. 167). Wydał z ręko- pismu autentycznego Władysław Tekieliński, a do- chód poświęcił dla trzech ubogich sierot. Książeczka ta, wiele cennych zawiera szczegółów tak dla histo- ryi szkól na Litwie, jako tóż i dla dziejów samego Wilna. Instytucye te rozwijały się na zasadach po- łożonych przez Komissyą Edukacyjną, która tro- skliwie czuwała nad wychowaniem religijnóm i mo- zylijskich dowcipne nasze mrówki, zwiedziały sią rychło o tej własności i nie omieszkają z niój korzystać. Sam widziałem nieraz w lipen na krzaku róży operacyą taką dojenia mszyc przez mrówki, nie wiadomo mi przecież, czy chęć tą wyzyski- wania posuwają aż do odebrania wolności mszycom i zamie- nienia ich w swoje bydło domowe, jak w Brazylii.
(3703) Wysadzenie w powietrze monitora tureckiego Litfl-Dżelil na Dunaju. ralnem młodego pokolenia. Widać, że utrzymywa- nie takich po szkołach dzienników było obowiązkowe, albowiem kilka znajdujemy w różnych datach pod- pisów wizytatorów, naprzód słynnego Piramowicza, a po nim innych. Na końcu dodany: Regestr wydanych patentów i świadectw od 24 Stycznia 1811 roku, obejmuje wiele imion uczniów, którzy się następnie w kole obywa- telskiem, w literaturze i w duchowieństwie odzna- czyli: dość nam tu wymienić Michała Balińskiego znanego historyka, i Wacława Żylińskiego, później szego arcybiskupa Mohylewskiego i Metropolity Rzymsko-katolickich kościołów w cesarstwie Rossyj- skim; pierwszy świadectwo szkolne z ukończonych sześciu klas otrzymał w roku 1812, drugi z piątój klassy w roku 1819. — W Wilnie, nakładem zasłużonej oddawna fir- my Józefa Zawadzkiego, wyszły trzy tomy ważnego dzieła p. n.: Rys Dziejów Literatury Polskiój, Zdano- wicza. Obecnie druk IV już jest skończony i obej- muje najbliższy nam okres, bo czasy po Mickiewi- czowskie. Wiadomo że Rys ten, jakkolwiek nosi imię Zdanowicza, z którego notatek korzystano, jest wy- łączną pracą Leonarda Sowińskiego, o czóm już pi- saliśmy w „Kłosach". Tom IV jakkolwiek rozmia- rami swemi przewyższa trzy poprzednie, jak otrzy- mujemy wiadomość, ma być dopełniony piątym, który dzieje literatury doprowadzi do chwili ostat- tniój. Będzie to więc dzieło ze wszystkich dotych- czasowych w tym przedmiocie najzupełniejsze, i jako podręcznik w wychowaniu domowóm nieocenionego pożytku, albowiem z życiorysami pisarzy i poglą- dem krytycznym na ich prace, łączą się i obszerne piękniejsze wyjątki. — Z drukarni Gazety Lekarskiej wyszło: „Szóste Sprawozdanie z Instytutu Oftalmicznego imienia Edwarda księcia Lubomirskiego w Warszawie, za rok 1876 przez Witolda Narkiewicza Jodko, doktora Medycyny". (Warszawa 1877 w 8-ce str. 7). — Helena ze Skirmuutów Skirmuntowa, o któ rój „Kłosy" podały już wspomnienie, załączając w drzeworytach pracę jój rzeźbiarską Szachy, pozo- stawiła wiele materyału do Pamiętnika od r. 1827 do 187'1. Z listów jój i notatek, przechowanych w Rzymie u przyjaciółki zmarłej H. Skirmuntowej, Bronisław Zaleski ułożył zajmujący pamiętnik. — Wydawnictwo dzieł Wincentego Pola już do- biega kresu swego. W r. b. wyszły tomy VI i VII: brak więc tylko ostatniego według ogłoszonego pro- spektu. Wydane obejmują: Tom VI pisma prozą, geograficzne rozprawy: „Rzut oka na północne stoki Karpat", „Rzut oka na umiejętność geografii ze sta- nowiska uniwersyteckiego wykładu". „Dwie prelek- cye o potrzebie wykładu geografii hundlowój". „Za- sługi Długosza pod względem geografii". „Polska krzyżownica wiatrów". „Geografia Ziemi Świętej", w dwóch księgach. Wszystko to prace przygoto- wane w czasie, gdy Pol objął katedrę w Uniwersy- tecie Jagiellońskim, lubo krótko ją zajmował — bo centra liści przewagę mający, usunęli prawie wszyst- kich Polaków z katedr. Tom VII. Utwory poe- tyczne: „Stryjanka", „Starosta Kiślacki", „Rok myśliwca" (prozą i wierszem), „Słowo a sława" i „Drobne poezye". Publikacja ta, zbyt wolno się rochodzi, jakkolwiek zasługuje na jak naj- większe rozpowszechnienie, dla swój prawdziwój wartości. Powód tego jest w niesłychanie wyso- kiój cenie, jak na dzisiejsze czasy, i nieumieję- tnym rozkładzie prenumeraty. Pani Michalinie Przylęckiej. Prosimy o wskazanie Stacyi Pocztowej do której „Klechdy" wysłane być mają. Dla prenumerujących przy Kłosach: Bibliotekę najcelniejszych utworów litera- tury europejskiej w arkuszach, dołączamy: Dzieła Franciszka Zabłockiego. Tom pierwszy, ark. 1. Treść: Wybór posła. Powieść współczesna (na tle stosunków galicyjskich osnuta), przez Jana Zacharyasiewicza. (C. d.) — Dyabeł w tarapacie. — Ko- respondencya czasopisma Kłosy: Z Torunia. — Ignacy Chodźko i ogólna charakterystyka pism jego. Odczyt na rzecz Towarzystwa Dobroczynności, przez A. Pługa. (Dok.) — Wysadzeńie w powietrze monitora tureckiego Litfi-Dźelil pod Braiłą.— Wycieczka na Podole Galicyjskie, przez A. H. Kirkora. (C. d.) — Przegląd polityczny. — Kronika Lwowska. — Pokłosie. — Obrazki z przyrody, kopiowane przez Kazimierza Langiego. — Wiadomości bieżące z pola literatury nauki i sztuki. — Ryciny! 14' wagonie trzeciej klassy. — Pracownia Stanisława Chlebowskiego w Konstantynopolu. — Dowódzca Kabylów modlący się w meczecie w Langerze. Podług nkwarelli For- tunyego.—„Obrazy litewskieii Ignacego Chodźki [Ilustrowane przez M. Andriollego: Dyabeł w tarapacie. {Brzegi Wilii.)— Wykopaliska znalezione na Podolu Galicyjski&m.— Wysadzenie w poicietrze monitora tureckiego Litfi-Dżelil na Dunaju. W drukarni S.Lewe.ntala, ulica Nowy-Swiat, JV»39. — jfosnojeno Ifensypoio. Bapmana 25 Maa (6 Iiohmi) 1877 r.—Redaktor odpowiedzialny S. Lewental. Do dzisiejszego Numeru Kłosów, dołącza się dla wszystkich prenumeratorów, ciąg dalszy powieści przez F. E. Trollope, p. t.: „Czarne i białe dtichy“.