/
Text
Prenumerata w Warszawiet
Wg wszystkich księgarniach i kantorach pism poryodycznych, po cenie:
rocznie rsr. 8, półrocznie rsr. 4, kwartalnie rsr. 2. miesięcznie kop. 67 i pól
Cena pojedynczego numeru kop. 20.
Prenumerata w Cesarstwie i Królestwie i
kwartalnie rsr. 3, półrocznie rsr. 6, rocznie rsr. 12.
Wydawca S. Lewental.
Ekspedycya główna w Kantorze Wydawcy, przy ulicy
Nowy-Świat, Nr. 1258a (nowy 39).
W W. Ks. Poznanskiem: u M. Leitgebera i Sp., kwartalnie talar, pr. i i pól
wraz z przesyłką pocztową w opasce.
W Cesarstwie Austryacklem: u Gubrynowicza i Schmidta we Lwowie
kwartalnie flor. 3 kr. 60; na prowincyi z przesyłką pocztową, flor. 4 kr. 40.--
U D. E. Friedleina w Krakowie: kwartalnie flor. 3 kr. 30; na prowincyi, .
prze^yłk pocztową, flor. 4.
(3698)
W wagonie lll-ej klassy.
WYBÓR POSŁA.
POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA
(na tle stosunków galicyjskich osnuta)
przez Jana Zacliaryasiewlcza.
TOM I.
(Dalszy ciąg. — Patrz Nr. 622.)
— Od kiedyż to stałeś się pan nieprzyjacielem
rzeczywistości? — zapytała zjasnem wejrzeniem —
wszak dawniój zawsze chlubiłeś się tóm, że nie
lubisz żadnych marzeń i złudzeń, tylko rzeczywi-
stość !..
Wejrzenie i ton Haliny wróciły panu Arturowi
dawną swobodę. Zdaje się, że teraz, po krótkióm
błądzeniu, wpadł w swoję właściwą rolę.
— Tak jest— odpowiedział z powagą — nie lu-
biłem dawniój marzeń i złudzeń, bo zdawało mi się,
że mam rzeczywistość po mojej stronie. Ale odkąd
ta nieprzyjaciołką moją się stała, nie cheę się z nią
nigdzie spotykać!
— Czy jest ona dla pana tak straszną nieprzy-
jaciółką?
— Lękam się jej, bo nie widzę sposobu, aby ją
pokonać 1
— Nie świadczy to dobrze o męztwie pana!
Zdawało się panu Arturowi, że po twarzy Hali-
ny przesunął się także cień smutku i uśmiech zado-
wolenia przesłonił chmurką zadumy.
— Męztwo — odparł po małej pauzie — ma
swoje granice, po-za któremi staje się — szaleń-
stwem !
Rozśmiała się z lekką goryczą Halina.
— Zazdroszczę panu tego talentu—rzekła, przy-
tykając goździk do ust różowych — aby wszystko
naprzód dokładnie obliczyć. Ja nic umiałabym tego
uczynić!
Pan Artur patrzał z ukrytym uśmiechem czas
niejaki na piękną dziewicę, której twarz blada zafar-
bowała się teraz jakiómś ży wszem uczuciem. Być mo-
że, że czerwona barwa kwiatka przyczyniła się do
tego, ale nie mniój działała tutaj i krew, jak to
z naprężonych sinych żyłek na skroni widać było.
Dziewicy rumieniec nie chybił wrażenia. Uśmiech
zadowolenia, jakim pan Artur może z zwykłój pró-
żności ten rumienie powitał, przechodził zwolna
w jakieś lepsze uczucie, którego czasami zapragnie
serce najbardziej światowe.
— Talent ten, jak go pani nazywasz — odpo-
wiedział po długiój pauzie — nie jest wcale do po-
zazdroszczenia. Jest on prędzój godny litości, bonie
pozwała nam pić z słodkiój czary życia wtedy, gdy
najmocniej jesteśmy spragnieni!....
Halina oddaliła goździk od ust różowych i spoj-
rzała na mówiącego, długióm, badawczem wejrze-
niem... W tern wejrzeniu było wiele, bardzo wiele,
co nawet mniej czułe serce mogło do żywszych ude-
rzeń poruszyć. Takie przynajmniój wrażenie odniósł
w tej chwili pan Artur. Podrzucił głowę śmiało do
góry.
— Oczy pani mają dziwną siłę — zawołał —
zwyciężając tego, na kogo patrzą, budzą w nim ró-
wnocześnie męztwo i nadzieję... zwycięztwa!
Halina cofnęła się nagle... od krzaku róży,
do którego się właśnie zbliżali.
— Czy pani co przed sobą ujrzała? — zapytał,
zdziwiony tym nagłym ruchem, pan Artur.
— Nic — odpowiedziała Halina drżącym gło-
sem — było to może tylko... przywidziane niebez-
pieczeństwo!
— Jakie niebezpieczeństwo ?...
— Nie cheę... dłużój z panem rozmawiać! Chodź-
my na balkon!
Obróciła się szybko i poszła naprzód.
Za nią, z głową zwieszoną, zwolna postępował
pan Artur.
XIX.
Biały księżyc oświecał cudownóm światłem do-
brze nam znaną drogę malowniczą. Po tój drodze
toczył się zwolna powóz pana Serwacego, odwożący
do domu mieszczańską rodzinę.
Ciekawą zaiste byłaby spowiedź każdego członka
tój rodziny, spowiedź z tych wszystkich myśli, ma-
rzeń, walk i obaw, jakie w tój chwili odbywały się
ukryte w sercu !. .
Pan Dyonizy zawinął się w szerokie fałdy płasz-
cza, jak senator w purpurową togę; a biedne, tysią-
cem świateł migocące zdała miasto, nie wiedziało
wcale, że w fałdach tój togi zbliżała się do niego...
wojna bratobójcza!
Na twarzy byłego burmistrza nie było jeszcze
wcale widać tój furyi piekielnój. Miała ona, jak
zawsze, wyraz zacny i poczciwy ; usta obiecywały
wiele słodyczy i rozsądnego pobłażania; tylko
z przyciśnionych powieką oczu, strzelał czasem
jaśniejszy promień, który zdradzał tlejące w głębi
żarzewie...
Myśli jego i marzenia były jak zawsze łagodne.
Nie miał bynajmniój ochoty wstępnym bojem roz-
nieść wokoło postrach i pożogę; nie pragnął eudzój
krwi i łez, i byłby się nawet cofnął od wszystkiego,
gdyby kto w tój chwili tój krwi i tych łez od niego
zażądał!
Spokojnie, zlekkiem tylko podrażnieniem jakiójś
rozkoszy wewnętrznój, układała się przed nim naj-
bliższa przyszłość!...
Wszak on pragnie tylko wszystkiego dobrego
dla miasta! To, co się teraz tam dzieje (od czasu
jak przestał być burmistrzem), jest widocznie tak
zle i nieudolne, że sam obowiązek obywatelski na-
kazuje wszystkiemu temu, co dziś istnieje, wypowie-
dzióć zbawienną wojnę!..
A że wojna bez krwi i trupów nie może się
obejść... cóż on temu winien?..
Ale nacóż zaraz krwi i trupów ?.. Przecież lu-
dzie i bez walki mogą się opamiętać... uderzyć
w piersi... pożałować za grzechy... i dobrowolnie
dać mu na powrót krzesło burmistrza!..
A jakby to dobrze wtedy w mieście było! Ja-
ki zaprowadziłby porządek! Nic byłoby na ulicach
błota; w kasach publicznych nie byłoby defrau-
dacyi; administrator szpitala nie wydawałby na ży-
cie pięć razy tyle, co pensy a jego wynosi!..
Jakby to dobrze wtedy w mieście było!.. W kry-
minale nie siedzieliby małoletni przestępcy po
kilka lat dla śledztwa; nie wynosiliby gruntownój
nauki z tój wszechnicy złodziejskiej, jak trzeba
kraść i rozbijać; a wielce miłościwi radzcowie sądu
nie wypuszczaliby tak łatwo za kaucyą lub bez kau-
cyi owych trędowatych, o których Mojżesz tak sze-
roko się rozpisuje, jakby przeczuwał, że potomko-
wie ich, aż w nasze zabłądzą czasy i strony!..
Jakby to dobrze było w mieście!.. Aptekarz na
przykład w spółce z lekarzem powiatowym nie był-
by mógł tyle w okolicy natworzyć epidemij, za któ-
re tak wiele pieniędzy wpłynęło do jego kieszeni!..
Albo znowu na wypadek rzeczywistej epidemii, nie
byłby pomiędzy chłopów rozsyłał, zamiast lekarstw,
farbowanój wody, która tak dziwny sojusz za-
warła z cholerą, i tysiące na lepszy świat wypra-
wiła!..
Jakby to dobrze w mieście było!.. Byłaby spra-
wiedliwa waga i łokieć wiedeński; a nie tak, jak to
dzisiaj wymowni żydkowie po kramach biednych
prostaczków miejskich oszukują!.. A nawet jeden
z ojców miasta, który wziął na siebie bruki miejskie,
musiałby się z wielu dotychczasowy cli grzechów
swoich wyspowiadać i serdeczną obiecać pokutę!..
Rewizor policyi musiałby raz ostatecznie zerwać ze
złodziejami, o których jest w mieście podejrzenie,
że są z nim w spółce!.. Wyszynk piwa i wódki mu-
siałby odbywać się formalnie bez żadnych odurzają-
cych przymieszek, jak to widać po skutkach, osobli-
wie w dni targowe...
Powaga hierarchii społecznój musiałaby być
z gruntu przywrócona, jak restauracya po wielkiój
rewolucyi. Burmistz dzisiejszy i cała rada miejska
zanadto się pospolitują, na czóm traci powaga urzę-
dowa. Burmistrz chodzi na piwo pilzneńskie do
szyneczku, a radni miasta, jak wieść niesie, czasem
od żydków łapówę biotą. Jedno i drugie ubliża po-
wadze i nie może być cierpiane...
Tak dłużój w mieście być nie może!.! Dzi-
siejsi kierownicy widocznie prowadzą miasto do
zguby... otwierają przed nióm przepaść bezden-
ną... trzeba ratować społeczeństwo od zagłady!
A wszystko to może się złożyć cicho i spokoj-
nie. Przeróbkę społeczną można uskutecznić tanim
kosztem i... bez bólu. Niech tylko każdy, kto za-
winił, uderzy się w piersi... niech się poprawi i ustą-
pi miejsca godniejszym... to wszystko odbędzie się
cicho i... bez bólu!
A gdyby byli uporczywi?.. Ha! cóż robić? Gdzie
rąbią, tam drzazgi padają!.. Rydwan czasu nic mo-
że się zatrzymać, jeżeli ktoś nieoględny pod jego ko-
ła się dostał! Po nim — dalej!,.
Ale to się nie stanie! Nióma żadnej obawy!
Cicho, bez bólu odbędzie się restauracya; w mieście
zapanuje dawny porządek, a ludzie będą po kościo-
łach chwalić Pana Boga, że raz już ta niepotrzebna
gorączka, tak zwanych spraw publicznych, szczęśli-
wie przeminęła!
Tak marzył pan Dyonizy, rozgrzany winem
francuzkióm, a marzenia jego były marzeniami spra-
wiedliwego.
O marzeniach pani Serafii nie można tym razem
nic pewnego powiedzieć. Cofnęła je aż do głębi
duszy, a niespokojne spojrzenia na męża i córkę
zdradzały niepewność, czy u jednego i u drugiej mo-
że liczyć na przymierze wojny lub pokoju !..
Halina otoczyła się cała fantastycznem światłem
księżyca, który po mistrzowsku uwydatnił wszyst-
kie koronki, fałdy i wstążki w jej tualecie, ale był
dyskretny co do twarzy. Twarz ta była na pozór
blada i napół senna; tylko z pod jedwabnych rzęs
strzelił czasami promień życia, badający z uwagą
wierzby i topole przy drodze.
A wierzby te i topole zbliżały się i oddalały
normalnie, jak to nieraz podczas przejażdżki z Igna-
cym widziała. Czasami tylko zniknęło niespostrze-
żenie to i owo drzewo przydrożne, zakryło się jakiómś
marzeniem rozkosznóm, a wtedy nadarmo .wyczeki-
wała, czy jeszcze się nie okaże!..
Najtrzeźwiejszy wzrok przy tak ważnych marze-
niach swoich zachował pan Dyonizy. Uwagi jego
nie uszła żadna charakterystyczniejsza wierzba, ża-
den słup ćwierćmilowy nie umknął cichaczem, żadna
kupka kamieni nie ulotniła się z przed jego oczu.
Wszystko widział wyraźnie, i według tego obliczał
przestrzeń, która go jeszcze dzieliła od naftowych
latarni miasta. Wprawdzie przechodzący przez
chmury księżyc płatał mu różne figle, obcinał jedne
drzewa a drugie powiększał grubym cieniem, ale
wytrawne oko byłego burmistrza umiało roz-
różnić fałsz podstępny od maskującej się prawdy!
Wreszcie zbliżył się powóz do pierwszych ulic
przedmieścia. Domki spały już spokojnie; tylko tu
i owdzie błyszczało jeszcze z okna słabe światełko
świeczki łojowój.
Narożna gospoda pod złotą kaczką, błyszczała
jeszcze jasnóm światłem. Na widok tego światła
jakoś markotno zrobiło się panu Dyonizemu. Była
to gospoda, w którój zgromadzali się krupiarze
z przedmieścia, żywioł niespokojny i ruchliwy, jak
to niedawno pan Serwacy tak trafnie powiedział.
Gospoda ta budziła w jego duszy niemiłe wspo-
mnienia. Tu odbywała się agitacya, która go po-
tóm pozbawiła krzesła burmistrzowskiego. Na wi-
dok tego niemiłego światła z tych okien zadymio -
nych wstrząs! się, jak człowiek, który coś niedobrego
ujrzał, i szerokim płaszczem zakrył swoje zacne
i poczciwe oblicze.
Mimo to w fałdach płaszcza pozostała fatalna
szczelina, a przez tę szczelinę widział teraz były bur-
mistrz jakieś dziwne rzeczy.
W niejakióm oddaleniu od gospody ruszały się
przy drodze jakieś ciemne, niewyraźne postacie.
Nie były to wcale ani wierzby, ani połamane topole;
ale coś, co żyło i miało ruchy ludzkie...
Widma te tworzyły jakiś łańcuch ruchomy, któ-
ry się ściągał i przedłużał...
Wreszcie zasłyszał silne, przerażające gwizdanie,
które, postępując wraz z powozem, doszło aż do sa-
mój gospody.
Wtedy z sieni gospody wynurzył się jakiś cie-
mny, niewyraźny orszak; a na czele tego orszaku
widział wyraźnie jakąś butną postać, którą świa-
tło z okna jaskrawo oświeciło. Człowiek ten miał
na głowie włosy rozczochrane i krótką fajeczkę
w ustach.
Gdy powóz do gospody się zbliżył, wyciągnął
ten człowiek rękę i rzekł do swego orszaku:
— Czynie mówiłem prawdy?.. Oto wraca j u-
dasz z srebrnikami, za które was zaprzedał!.. strzeż-
cie się jego pocałunku, bo ten pocałunek będzie ha-
słem waszej niewoli!
Głośny okrzyk zagłuszył turkot powozu, który
w tój chwili, jak widmo złowieszcze, przemknął po-
pod okna gospody!
Z siedzących w powozie nikt tych słów wyraźnie
nie słyszał, a były burmistrz łniał w tój chwili za
wiele w duszy pogardy dla tój gospody, aby na po-
dobne krzyki uważać.
tom ir.
I.
Ignacy nie przeczuwał nawet w tój chwili, że
nad rodzinnóm jego miastem gromadzą się chmury
złowieszcze, które na dalszy bieg jego życia mogą
wywrzóć wpływ niemały. To, co go teraz niepokoi-
ło, można było także nazwać przeczuciem, ale temu
przeczuciu dał on wcale inne powody.
Był on teraz w mieście, które w duszy jego bu-
dziło dziwne uczucia. Ukoronowane szczyty wież
okazywały, że to miasto królewskie, że ongi w tóm
mieście był tron króla, który władał od Odry aż
gdzieś po Czarne morze!.. Dzisiaj to miasto było
tylko skamieniałóm wspomnieniem, było wielkim
grobowcem pamiątek! Niemiecki badacz napisał
niedawno o nim książkę, dając jej ciekawy tytuł:
„Eine verschollene Kónigsstadt!”
Tak jest, stare miasto nad Wisłą, jest dziś prze-
padłóm, zapomnianóm miastem królewskióm.. Rui
ny królewskości sterczą smutno, a niemieckiemu tu-
ryście wydało się, może nie bez słuszności, jakoby
od tego królewskiego miasta cofnął się nagle prąd
dziejów, obrawszy sobie inne koryto, zostawiając sta-
re na pastwę nowego czasu i nowych ludzi !..
Osamotnione miasto królewskie nie pozbyło się
jednak dumy królewskiej ; nie ugięło się stosownie
do nowych warunków dziejowego prądu; a niemo-
gąc błyszezóć dawną świetnością, okryło się powa-
żnym płaszczem mchu i pleśni... jak przystało na
pomnik grobowy!
Ta duma królewska miasta, które wmurach swo
ich miało Bolesławów i Kazimierzów, była zapewne
powodem, że cały prąd nowożytnej cywilizacyi prze-
płynął koło niego, nie zostawiwszy żadnych śladów.
Stare miasto nie chciało po nowożytne dostatki iść
drogami, jakiemi dzisiaj inne miasta chodzą; nie chcia-
ło na grobach najdroższój przeszłości swojój za-
tknąć sztandaru nowożytnego przemysłu; wołało
zbiednióć i zbiedniało rzeczywiście, jak ostatni słu-
ga w pustym pałacu nieboszczyka swego pana!j
Na środku rynku stanęła odwieczna, podłużna
ruina, która widziała czasy Kazimierzowskie. Kształ-
tem podobna do olbrzymiego katafalku, przypomina
miniowoli króla nieboszczyka, wołając do przecho-
dnia : Memerdo!
To tóż pod wrażeniem tego widoku i straszli-
wego słowa, chowały się liczne pokolenia, przeka-
zując jedne drugim wieczyste, żałobne nabożeń-
stwo !
Takie wrażenie sprawiło na Ignacym to staro-
żytne miasto królewskie. Usposobienie jego dzisiej-
sze zbliżało go do tych wyższych, głębszych uczuć,
jakiemi natchnąć może smutny grobowiec drogich
pamiątek.
Zaraz nazajutrz po swoim przyjeździe, obszedł
większą część kościołów’, do których ciągnęło go dzi
wne, nieokreślone uczucie.' Widział tam ludzi mo-
dlących się o jakieś wyższe potrzeby życia, niżeli
chleb powszedni! Z tych grup, rozrzuconych pod
Wysokióm gotyckióm sklepieniem, mógł wnosić we-
dług Pisma Świętego, że tutaj wszyscy lepszą część
Wybrali!
Zaprawdę, wniosek taki był może słuszny.
2 twarzy wszystkich mieszkańców, którzy tutaj z pra-
dziada zamieszkali, było widać, jakoby starania
0 chleb powszedni postawili na ostatnim planie. Zbie-
dnieli prawie wszyscy, ale w tóm powszechnóm ubó-
stwie była tak piękna harmonia, że razić musiała
każda jaskrawsza barwa rozrzuconych tu i owdzie
przybyszów, którzy w tym wielkim grobowcu chle-
ha powszedniego szukali. Poznać ich było zaraz
po nowożytnym pokoście, który z Europy dzisiejszój
z sobą przynieśli, a który wyróżniał ich od protopla-
stów towarzyszy Krakusa!
Niektóre kościoły zatrzymały dawną królew-
ską zamożność, a w innych była zupełna harmonia
między Bogiem a zbiedniałymi mieszkańcami!
Zdawało się Ignacemu, że tutaj Bóg nie chciał
się od swoich wiernych odróżniać; pozostał śród
nich ubogim jak oni, nie chcąc wraz z nimi być
Bogiem bogatego stulecia handlu i przemysłu!..
Za to tam od Wisły, dzieci Innego Boga, wy-
roiły się licznie i zbitym szeregiem wtargnęły w sa-
mo wnętrze miasta z chorągwią chleba powszednie-
go ! To tóż poznać ich zaraz po lepszych sza-
tach i twarzach rumianych; a w miarę ich nacisku
na stare miasto, cofają się pierwotni, wynędzniali
mieszkańcy w najdalsze zakątki!..
Ignacy podzielał teraz eałóm sercem uczucia tych
ludzi, stojących dzisiaj poza prądem czasu i dziejów,
tworzących tak stosowne sztafaże na tle tych ruin
królewskich!
Serce jego było w tó, chwili usposobione do
tych smutnych ale podniosłych wrażeń. Pragnęło
ono wielkiój miłości i skrzętnie chwytało po drodze
to wszystko, co taką miiość zasilać może! A takie-
go posiłku potrzebował teraz Ignacy, bo mimo wszel-
kiój pracy nad sobą, czuł w sobie jakąś zimną próżnię,
którój się strasznie lękał!.
Był on w najpiękniejszój chwili życia; był na-
rzeczonym! Miał słuszne prawo czuć się najszczę-
śliwszym ! Wszystko złożyło się, aby tego pra-
wa nikt mu nie zaprzeczał. Widział wyraźnie
i wierzył, że jest kochany, i zdawało mu się, że sam
kocha. Ludzie zazdrościli mu tój miłości, okrzy-
czeli go z góry najszczęśliwszym człowiekiem. Na-
rzeczona jego posiadała, jak on i cały świat mnie-
mał, wszystkie warunki szczęścia; miała niewyczer-
pany zasób wdzięków, wiedzy, nauki i rozsądku; for
tuną swoją podwajała jego fortunkę; słowem: była
ideałem narzeczonej w zwykłóm pojęciu tego wy-
razu... Dla czegóż jednak śród najpiękniejszych ma-
rzeń odzywał się w jego sercu ten zimny powiew
wiatru, który zwykł z sobą unosić zźółkłe liście
drzewa?.. Zkądże ta jesień śród skwarnego lata?
Zkądźe to przejmujące,'‘choć chwilówe tylko, zimno
jesienne?.. Czyż miałby należeć do rzędu tych nie
szczęśliwych zapaleńców, dla których poczęta wgorą-
cój wyobraźni miłość pozostaje na zawsze tylko
mrzonką bez ciała, bo rzeczywistość odmawia jój ra-
cyi bytu?..
Czyż mógłby przeto być skazanym na wieczny
głód Tantala, którego spragnione usta nigdy niedo-
siągną owych czarownych owoców, tylko zdała mu
się pokazujących?
W takim razie czyżby nie było lepidj zrzec się
niebezpiecznych eksperymentów serca, ideał swój
zawiesić między niebem a ziemią, i z duszą wiecznie
bolejącą w niego się wpatrywać, jak to czynią nie-
szczęśliwi poeci?..
Ignacy nie należał ani do jednych, ani do dru-
gich. Zawód jego wskazał mu pracę rzeczywistą
w społeczeństwie, o którój miał przekonanie, że nie
będzie bez korzyści. Do tój pracy chciał się zasto-
sować, starał się wynalóźć w niej strony idealniejsze
i wierzył, że zastąpi mu owe mgliste ideały, w jakie
obfituje zaranie życia.
I wszystko dotąd szło mu w wielkim porządku,
a jeżeli młodą stopę przypadkowy cierń róży zadra-
snął, jakich wiele zazwyczaj jest na drodze mło-
dości , to ranę tę sama siła młodości mogła
zagoić! Droga dalsza była wciąż bez żadnych
ważniejszych przeszkód i można było spokojnie,
bez żadnych burz życia, do upragnionego zawinąć
portu.
I port ten widział już z dala Ignacy. Na dale-
kim horyzoncie tego portu rysowało się w błędnych
zarysach to wszystko, o czóm dusza tak marzyła!..
Były tam święte, cieniste gaje, poświęcone bogini
miłości... swawolny wietrzyk przesuwał się z rozko-
szą po liściastych konarach cytryn i pomarańczy...
żywy zdrój wytryskał z granitu, chłodząc przyjemnie
skwarne powietrze... szczebiotliwe ptaszęta przela-
tywały z gałęzi na gałęź... a matka-przyroda rozrzu-
ciła jobficie swoje dary macierzyńskie w soczystych
i barwnych owocach, które z dala tak nęcą do sie-
bie !.. Czegóż więcej potrzeba szczęśliwym, którzy
do tego portu płyną z upragnieniem ?..
Wszystko to widział Ignacy ; gdy jednak z uwa-
gą serce swoje zbadał, zdawało mu się, że to mu do
jego szczęścia nie wystarczy!
Czegóż więc żądał? czego pragnął jeszcze?
Sam nie wiedział!
Miał jakieś ciemne przeczucie, że to szczęście
inaczej wyglądać musi. Żądał od niego jakichś
silniejszych wzruszeń, jakich mu ono dotąd nie da-
wało ! (2?. c.g.)
DYABEŁ W TAHAPACIE,
W przeszłym numerze „Kłosów", w odczycie
o Chodźce, była już krótka wzmianka o tój scenie
z Brzegów Wilii, którą dzisiejszy nasz drzeworyt
przedstawia; sądzimy jednak, że czytelnicy nasi
z przyjemnością odczytają ten ustęp, godny' i ztąd
jeszcze uwagi, że go w znacznój części skreślił
Odyniec. Owóż kiedy braciszek jezuicki, który wie-
czorem przechadzając się nad Wilią z brewiarzem,
zaskoczony przez burzę, przytulił się pod głazem
na mogilniku, zkąd czarci mieli na drugą stronę
rzeki poprzerzucać kamienie, przeznaczone na bu-
dowę kościoła, nagle posłyszał blizko siebie jakieś
śmiechy szalone i wnet postrzegł dwóch dyabłów.
Poznał od razu, że to dyabli, po kozich nogach, po
wielkich rogach, po kurtkach niemieckich, po mo-
wach zdradzieckich. Przyczaił się więc, jak mógł
do kamienia i słyszał taki szatański rozhowor:
— Praca jednak nie lada, przerzucić wszystkie
te kamienie za rzekę!... Wiósz co? Poweselmy się
w tej biedzie. Będziemy grać w metę po siu-
dcncku: kamienie będą nasze piłki; przeskocz na
tamtę stronę, i do północy stawać będziesz na me-
cie, a ja w ciebie trafiać; zaś od północy do kura,
wice versa ja stanę na twojem miejscu.
— Zgoda; ale cóż po grze bez stawki ? Na pa-
cierze grać nie nasza rzecz! Więc tak: za każde tra-
fienie sto dusz z kotła do kotła!
— I owszem. Stawaj więc, a potem dam ci re-
wanż.
Wnet zaczęła się kanonada. Dyabeł porywał
kamienie i ciskał na skaczącego po drugim brzegu
kolegę; kamień burczał, lecąc jak z procy; a za każ-
dym razem, szatan na mecie podskoczył, krzyknął
„pudlo" i cha, cha, cha, cha.
Tak przez kilka godzin dyabeł pudlarz ciskał
kamienie, a drugi skakał, wykrzykiwał „pudlo!“
i śmiał się. Często większe bryły nie dolatywały
celu i padały w rzekę; wtenczas śmiech dyabelski
łączył się z pluskiem wody. Nakoniec, kiedy już
mnóstwo poprzerzucał przez rzekę i ponarzucał do
rzeki kamieni, tamtobrzegowy szatan krzyknął:
— Stój ! dwunasta bije na wieżach wileńskich.
To mi ucho, Mospanie, co o dwanaście mil
słyszy!
— Jeszcze nie dobiła, — wrzasnął zniecierpli-
wiony pudlarz, — ale ja cię skałą dobiję... — I wy-
ciągnąwszy jak mógł łapę i szpony, porwał oburącz
ten ogromny kamień, a końcami pazurów łap za Je-
zuitę !
A co Wasanowie na to? — Jezuita, który, jak
już mówiłem, siedział cicho przy kamieniu jak ka-
mień, albo jak skowronek w jesieni, czując się tak
pochwyconym za żywota, zawołał niemym głosem:
„Jezus, Marya, Józef!" a ten niespodziewany wy-
krzyknik, nie mniejszym nawzajem strachem prze-
raził zdziwionego szatana. — Opuścił więc co prę-
dzój nieco już w górę podniesiony kamień, i chciał
odeń łapy oderwać. Jakoż oderwał jednę; — ale
drugą! Paznogieć, albo raczej ostry, krzywy, kro-
gulczy pazur drugićj, zahaczył się za suknię bra-
ciszka;—ba! i gdybyż tylko, za suknię! Ale co
Wasanowie na to? zahaczył się za poświęconą ka-
tanę; to jest, za pas druciany, który pobożny braci
szek nosił zamiast włosiennicy na ciele. Ciasne jego
i mocne ogniwka dyabli pazur trzymały jak w si-
dle, a świętość jego paliła go gorzój od ognia — bo
do ognia w piekle już nawykł.
— Puszczaj mię, puszczaj ty klechu ! — wrzesz-
czał na cale gardło, chcąc oderwać się dyabeł. —
Puść a zrobię co każesz!
Jezuita, nie w ciemię bity, poznał że się dyabeł
go boi; nabrał więc świątobliwój odwagi, i nuż do
exovcyzmów 1 Wielkie szczęście, że to uczynił; bo
właśnie dyabeł z za rzeki, słysząc wołanie gwałtu-
towarzysza, śpieszył mu lotem nietoperza na pomoc;
ale usłyszawszy exorcyzm, furknął nazad prędzej
jeszcze, niż przybył. Jezuita co chwila wpadał
w większy entuzyazm i zapał, jak się to często po
zbyt wielkim przestrachu wydarza, i zamiast już. jak
pierwej, trzymać się kamienia, sam owszem wielkim
! nkiem następował na dyabła, żegnając go brewia-
rzem, a w lewój ręce podnosząc do góry różaniec,
i przytóm nie przestając formuł exorcyzmu.
— Każ co chcesz, a wszystko uczynię, — powta-
rzał cofając się dyabeł.
— Znieś mi zaraz te wszystkie kamienie do Zo-
dziszek na kościoł.
______ Nie mogę, tego nie mogę; a wreszcie, cóżby
na to świat mówił, że dyabeł Jezuitom pomaga, jak-
by to już ludzie nie chcieli
— Dowcipnyś dyable!— odrzekł Jezuita,—
i prawda! Żadnemu świętemu dziełu nie potrzeba
pomocy szatańskiej, byleby mu szatan nie szkodził.
Przysiąż mi więc tylko, że nie będziesz już więcój
przerzucał kamieni za rzekę, ani dopuścisz towarzy-
szom swoim.
— Przysięgam, — odpowiedział dyabeł.
— Przysiąż na Imię Boskie!
— Nie, tego nie wymówię; ale przysięgam na
honor — (bo to widzicie Wasanowie, jest to czysta
przysięga dyabelska zaklinać się na dumę własną).
— Niech i tak będzie, — rzeki w końcu braci-
szek, — bylebyś przysięgi dotrzymał, do czego cię
w Imię Boga przymuszę.
— Puśćże już, puszczaj mię panie! — wołał
upokorzony dyabeł.
— Odczep się sam, jakeś się przyczepił!
— N ie mogę, — piszczał dyabeł, — to rzecz
kropiona; — dopomóż mi sam swoją ręką.
Jezuita przeżegnał siebie i dyabła, który aż ję-
knął, znać z bólu, jak zbójca gdy go piętnują; po-
tóm obwinąwszy rękę różańcem, szturchnął nią na-
gle z dołu w uwięzioną łapę i wybił ją tym sposo-
bem z kateny. Dyabeł, nie zaśmiawszy się nawet
jak zwykle, czmychnął jak oparzony i plusnął do
rzeki, a kamienie tutaj zostały. A co Wasanowie
na to?
Koresponiencya CzasoDisma „Kłosj“.
Toruń w maju 1877 r.
W dniu 24 maja odbyło się doroczne walne po-
siedzenie Towarzystwa Naukowego Toruńskiego,
pod przewodnictwem prezesa p. Ignacego Dyakow-
skiego. Ze złożonego przezeń sprawozdania roczne-
go ustnie i na piśmie, dowiadujemy się, że Towa-
rzystwo w ogóle posiada 146 członków, z których
dwudziestu przypada na wydział teologiczny, dzie-
więtnastu na lekarsko-przyrodniczy, a reszta na wy-
dział historyczno-archeologiczny. Każdy z wydzia-
łów w ciągu roku odbywał osobno posiedzenia,
a mianowicie: wydział teologiczny odbył posiedzeń
jedenaście, lekarsko-przyrodniczy dwa, a historyczno-
archeologiczny cztery, czy pięć. Wydział teologi-
czny na tych posiedzeniach wysłuchał kilkunastu
rozpraw, napisanych i odczytanych przez członków,
do ważniejszych z tych prac należą: „Fundacye naj-
dawniejszych kościołów w dyecezyi Kujawsko-Po-
morskiój” (3 odczyty); „Początki dyecezyj pomor-
skich” (dwa odczyty); „O duszy” i t. d. Na posie-
dzeniach dwóch wydziału lekarsko-przyrodniczego,
z których jedno odbyło się w Tczewie, a drugie
w Pelplinie, dr. Rydygier na pierwszem miał wy-
kład „O kwasie salicylowym w medycynie,” a na
drugióm „O zdrojach ojczystych i stosunku ich do
zagranicznych.” Wydział historyczno-archeologi-
czny, oprócz jednego, czy dwóch wykładów histo-
rycznych, jak np. „O Łokietku” przez ks. Kujota—
głównie zajmował się wykopaliskami w różnych
miejscowościach Prus zachodnich, w skutek czego
wzbogacił cennemi nabytkami swoje muzeum.
W ostatnich zaś czasach we wsi Trzebczn, majętno-
ści należącój do p. Śląskiego, odkryto pod osobistóm
kierownictwem jednego z członków, bardzo rzadkie
pomniki, posiadające wielkie podobieństwo do Man-
hirów, lub do pewnych odmian tych ostatnich, tak
nazwanych Cromlechów. Są to w ogóle pomniki,
złożone z głazów wielkich i z pomniejszych kamieni,
ustawionych w pewne formy np. w koła, trójkąty
i t. p. z dodatkiem do nich niekiedy chodników, po-
dobnież z kamieni we dwa rzędy ułożonych. W po-
mnikach tych znajdują się rozmaite współczesne im
wyroby, przypadkowo zgubione lub z umysłu zło-
żone, a niekiedy i groby. Pomników tych w Trze
bczu odkryto trzy; w dwóch z nich znaleziono pod
podłogą kamienną wyroby bursztynowe, metalowe
i kamienne, oraz szczątki wyrobu ceramicznego-, w trze-
cim znaleziony został grób z urnami. I z pomników
tych, i z przedmiotów w nich znalezionych, sporzą-
dzone zostały rysunki, które członkom na posie-
dzeniu Towarzystwa przedstawiono. W Mgonie
zaś odkryto grób kamienny, w którym znajdowały
się kości ludzkie, pochowane w urnach.
Z inieyaty wy Towarzystwa dokonywał także pan
Ossowski robót świdrowych w Prusach Zachodnich
pod Hermanowem; z robót tych zdawał pan Ossow-
ski na posiedzeniu sprawę i okazał rysunek schema-
tycznego przecięcia skorupy ziemnej w tój miejsco-
wości. Świder doszedł do bardzo znacznój głębo
kości, ale dalój zagłębiać go nie było można, gdyż
natrafiono na skałę; przy świdrowaniu natrafiono
także na węgiel brunatny, ale pokład tego węgla
był bardzo cienki, tak, że eksploatacya przemysło-
wa nie opłaciłaby się. Po dość obszernój dyskussyi,
Towarzystwo postanowiło wydawać roczniki swoje;
pierwszy taki rocznik ma się ukazać niebawem
i mieścić w sobie będzie: dokładne roczne sprawo-
zda nie Towarzystwa z czynności wszystkich wydzia-
łów, mowę p. Działowskiego na otwarcie Muzeum
i obszerną rozprawę historyczną ks. Kujota z Pelp-
lina o Łokietku.
Ze sprawozdania dowiedzieliśmy jeszcze, że Mu-
zeum Tewarzystwa od ostatniego sprawozdania po-
większyło się o sześćdziesiąt kilka numerów, że To-
warzystwo od wielu osób i instytucyj naukowych
otrzymało różne dary dla muzeum i biblioteki, i że
Zarząd Towarzystwa wszedł w stosunki z rozmaite-
mi towarzystwami naukowemi polskiemi i niemie-
ckiemi. W końcu zarząd zawiadomił, że w miejsce
sekretarza Towarzystwa d-ra Kąsinowskiego, który
wystąpić musiał z powodów służbowych, objął obo-
wiązki sekretarza p. dr. Różycki, i w tych obowiąz-
kach przez Towarzystwo zatwierdzonym został. Za-
powiedzianego odczytu o poemacie Mickiewicza:
„Konrad Wallenrod,” który miał mieć p. Danielew-
ski, nie było wcale.
Na posiedzeniu tern była mała scyssya z ko-
misarzem policyjnym Rexem, przeciwko obecno-
ści którego Towarzystwo protestowało, z tego powo-
du, że jako instytucya naukowa nie podpada pod
kontrollę policyjną. Sprawa ta oddaną zostanie
pod rozstrzygnięcie sądu administracyjnego, przed
którym Towarzystwo upoważniło stanąć w swojem
imieniu p. prezesa Dyakowskiego, regeneya bowiem
na protestacyą zarządu Towarzystwa odpowiedzi" la
piśmiennie, że ponieważ w Towarzystwie znajduje
się wydział teologiczny, zatem Towarzystwo ma
już barwę polityczną, i jako takie ulega kontrolli
policyjnej. Jest nadzieja, że sąd aministracyjny
nie podzieli takiego zapatrywania się regencyi.
Kończąc moję korespondencyą dzisiejszą, mam
sobie za obowiązek zwrócić uwagę Szanownego Ko-
respondenta do „Kłosów” z Poznania, że zupełnie
mylnie poinformowany został co do wydawnictwa
Albumu posłów, wychodzącego w Toruniu nakładem
księgarni Nowej (W. Małecki). Wbrew temu, co
Szanowny Korespodent donosił w przedostatniej
swojój korespondencyi do „Kłosów,” żaden z posłów
nie odmówił udziału w tern wydawnictwie; udział
bowiem ludzi, których się życiorysy pisze, jest ża-
den i wydawnictwo Albumu zgłaszało się tylko do
nich o daty co do urodzenia i pobierania nauk,
a więcej o nic. Pochwały, oddawane w życiorysach
posłom wybitniejszym,, jak Niegolewskiemu i Dy-
akowskiemu, nie są przesadzone, a całe wydawni-
ctwo cieszy się sympatyą ogółu i uznaniem krytyki,
że wspomnę tu tylko recenzye J. I. Kraszewskiego,
który po dwakroć wydawnictwo Albumu podniósł
w jednym z fejlietonów pism i przyznał mu zalety
pod względem literackim i artystycznym. Dotąd
wyszły trzy zeszyty Albumu z trzema portretami,
a mianowicie: Ignacy Dyskowski, Władysław Nie-
golewski i Stanisław Kostka Thokarski; gotowe są
zaś do druku drzeworyty i życiorysy posłów: Ta-
czanowskiego, Dubieńskiego, Donimirskiego, Ko-
złowskiego i Kantaka. M. D. Ch.
IGNACY CHODŹKO
I OGÓLNA CHARAKTERYSTYKA PISM JEGO.
Odczyt na rzecz Towarzystwa Dobroczynności,
przez
Adama Pługa,
(Dokończenie. — Patrz Nr. 622.)
Jeżeli Brzegi Wilii nazwaliśmy całą galeryą
obrazów, to jeszcze słuszniój, jeszcze w rozleglej-
szóm znaczeniu, powinniśmy tak nazwać Pamiętniki
Kwestarza, będące nietylko najcelniejszym z utwo-
rów Chodźki, lecz i w ogóle jednym z takich w ca-
łój literaturze naszój. I tu wprawdzie niema intrygi
powieściowej, nióma nawet tój odrooiny pierwiastka
erotycznego, co w Brzegach Wilii, i być zresztą nie
mogło, już przez to samo, że autorem domniema-
nym pamiętników jest kwestarz; i tu całość się
składa z epizodów, mniój jeszcze organicznie po-
wiązanych jedne z drugiemi, niż gdzieindziej
u Chodźki; ale każdy z tych epizodów, wzięty nie-
zależnie od innych, sam w sobie jest skończonym,
doskonałym obrazem, uwydatniającym z prawdą
najżywszą obyczaje, zwyczaje, wady i zalety spo-
łeczeństwa owoczesnego, każdy z nich tryska nie-
zrównanym dowcipem, obfituje w sceny i typy wy-
raziste i ucieszne w najwyższym stopniu. W pamię-
tnikach tych, Pan Michał Dawrynowicz, jeszcze
jako Marszałek dworu JW. Wojewody Potockiego,
postanowiwszy za przykładem swojego pryncypała
prowadzić tóż dyaryusz, rozpoczyna go pełnym ży-
cia obrazem sejmiku burzliwego w Usaczu roku
178...; następnie zapisuje w nim swą ucieczkę przed
gniewem wojewody i chronienie się po klasztorach;
dalój śluby zakonne, wykonane za namową księdza
Kustosza Bernardyńskiego; spokojny żywot mniszy;
obowiązek swój kanaparski; klasztorną kapitułę
w Nieświeżu, na którój książę Karol panie kochanku,
zasiadający ex offew syndyka, różne brewerye wy-
rabia; a w końcu swój zawód kwestarski i wędrówki
po kweście, w których przesuwa przed oczyma na-
szemi wspomniany już wyżój szereg obrazów, prze-
platając je gawędami swego woźnicy, albo tóż poda-
niami, zbieranemi tu i owdzie po drodze. Pamiętniki
się kończą, a raczej urywają na roku 1812; Nowe
zaś, pośmiertnie wydane, na 1830. Te już, wrzeko-
mo, są pisane przez innego kwestarza, a jest nim
brat Rafał Karęga, zachęcony do tój roboty przez
Kustosza, który-to ostatni, dostawszy w ręce pamię-
tniki brata Michała, niezmiernie w nich sobie podo-
bał i zapragnął, żeby brat Rafał w taki sam sposób
swoje kwesty opisał. I te więc, jak i tamte, składają
się z luźnych obrazów, przeplatanych pogadankami
z księdzem jubilatem, księdzem kustoszem i panem
prezydentem, prowadzonemi przy czytywaniu tych
pamiętników przez autora, a zawierającemi różne
refleksye, porównania dawnych czasów z nowszemi
i sąd o nich krytyczny, jako tóż podaniem żydów-
skiem, opowiedzianem przez rabina w klasztorze.
Forma to była pomyślana bardzo szczęśliwie, po-
zostawiała bowiem autorowi wszelką swobodę do po
ruszania się w przestrzeni i czasie. Obaj kwestarze
jego, przenosząc się z miejsca na miejsce, wprowa-
dzają nas i do pałaców pańskich, i do dworków szla-
checkich, i do zagród włościańskich; obaj wybornie
malują nam życie klasztorne, a pierwszy z nich, jako
jeszcze człek świecki, ma doskonały pretekst do kre-
ślenia scen sejmikowych, których, jako zakonnik,,
byłby nie mógł być dość świadomym. Okres przy-
tem dobrze wybrany, od schyłku XVIII wieku, aż
po-za pierwszą ćwierć XIX, nastręczył autorowi
sposobność do scharakteryzo wania przełomu w oby-
czajach, zwyczajach i wyobrażeniach społeczeństwa,
naszego, co.szczególniój się wydatnia w różnicy no-
wych pamiętników od dawnych, lubo i w tych ostat-
nich jaskrawo odskakuje epoka sejmiku Usackiego
[Nr. 623 — Tom XXIV.] KŁOS Y.
(3699)
Pracownia Stanisława Chlebowskiego w Konstantynopolu.
CO
o
od roku 1812, a nawet pierwsza kwesta brata Mi-
chała od ostatniej. Różnicę tę sam Chodźko dosko-
nale charakteryzuje i wyjaśnia nam przez księdza
kustosza, który powiada: „wszystko dziwnie i nagle
zmienia się i przemija w naszym czasie, w naszych
towarzystwach, w naszych obyczajach, w naszóm co-
dziennem nawet życiu. Kilka zaledwie dziesiątków
lat oddziela kwestę Ławrynowicza od kwesty brata
Rafała, a jakże one dalekie obrazem i pojęciem!...
Obrazy Ławrynowicza, nam odzwyczajonym i z po-
dań już tylko świadomym tamtych czasów, oryginal-
nością, kolorytem same biją w oczy i same się tłó-
maczą, a przywiązują wspomnieniami, jeszcze nie-
wygasłemi w sercach. Twoje (t. j. brata Rafała) są
i być muszą tóm, czóm i jakióm było towarzystwo
w czasie twej kwesty: bezbarwne prawie, zamiera-
jące, źadnemi szczególnemi faktami nie odznaczające
się... Życie ojców, a tern bardziej dziadów naszych,
po którego ostatkach kwestował brat Michał, było
pełne, szerokie, swobodne, niewyrozumowane, bra-
terskie i szlachetne, dobroduszne i szczere, rozmaite
codziennym czynem i animuszem, choć podobne po-
wszechnym narodowym obyczajem. Kiedy zaś kwe-
stował brat Rafał, — po wielkim paroksyzmie wo-
jennym, był to u nas czas chorowitej niedołężności;
trącał się więc on, zamiast dawnych pańskich fanta-
zyj i animuszu, o rozmaite ideje, to nierozważnie
przyswajane u młodzieży, jak np. bajronizm, to o ja-
kąś manią, bez celu i bez skutku upowszechnioną,
jak np. frankmasońia u starszych, to nareszcie o po-
spolite wady samolubstwa, które obrazy obyczajów
w krytykę zamieniają”.
Uwydatnić te zmiany tak wybitnie i żywo, w spo-
sób tak zajmujący i tak ponętny, i obraz tak szeroki,
pełny takiój rozmaitości, w jednych ramach umie-
ścić,—zaiste było to zadanie nie lada, i słusznie na-
zwać mistrzem tego się godzi, kto zadaniu temu
umiał podołać.
Treść sucha, przytoczona powyżej, mniój tu
jeszcze niż w brzegach Wilii może dać pojęcia o za-
letach tego utworu, epizodów zaś w nim i typów
takie mnóstwo, a każda scena, każda postać tak wy-
studyowana i tak charakterystyczna w najdrobniej-
szych swych rysach, iż nie sposób ich uogólnić, nie
zatarłszy zupełnie tych subtelnych odcieni, które ich
największą wartość stanowią. Napomknienia więc,
jakie tu koniecznie muszę uczynić, dla osób, którym
dzieła Chodźki mało są znane, zaledwie tyle będą
znaczyły, co oschły, summaryczny katalog galeryi
obrazów dla tych, którzy jój nigdy nie widzieli na
własne oczy. Bo jakże tu swojemi słowy opowie-
dzieć np. taki sejmik w Usaczu, z całym jego gwa-
rem, zamętem, z całym animuszem zawadyackiój
szlachty, z zabiegami Jaśnie Wielmożnego Woje-
wody Potockiego, z konceptami i burdami jego ad-
herentów i adwersarzy! Tu co kartka, to nowy
obraz, a każdy wyśmienity w swoim rodzaju. Pyszna
jest wieczorynka u rotmistrza Imci Pana Rudominy,
co to przybył do miasteczka w sto szabel, wiodąc po
za sobą sześć pięknych, młodych, wysokich a opie-
kłych dziewek, grzmiących na waltorniach hucznego
marsza, — które na onój wieczorynce, gdzie pito
lautissime, wyśpiewy wały przy wiwatach: wypił, wypił
nie zostawił, bodaj go Bóg błogosławił, a potóm huk-
nęły Kurdesza i Czumadrychę, szlachta zaś porywała
je od waltorni i dalej w obertasy, a tak rozocho-
cona garściami im rzucała talary, co trwało w noc
do późna, aż póki e.rcessanci jacyś, gruchnąwszy dwo-
ma wystrzałami z za okna, nie rozproszyli biesiadni-
ków wesołych. Przewyborny tóż pojedynek Pana
Swiebody z szambelanicem, który za strój zielony
nazwał go wzgardliwie Strzelczykiem. Wyśmienita
sessya sejmikowa w kościele, w którym gdy jedna
partya drzwi zaparła przed drugą, ta doń przez
zakrystyą wtargnąwszy, głównego z niój krzykacza
przepłoszyła zręczną insynuacyą, że jest heretykiem,
gdyż w świątyni Pańskiej dyabła wspomina, a zatem
powinien być spalonym, a przynajmniej pławionym;
gdy zaś przyszło sessyą solwować, a uparci ustępo-
wać nie chcieli, Pan Swieboda huknął na całe gar-
dło: Panie Mateuszu! a prowadź Waszeć! i tym zrę-
cznym konceptem dopiął celu, bo ilu tylko było
Mateuszów śród szlachty, każdy mniemając, że jest
uważanym za promotora swej gromady, czynił co
mógł, aby dowieść swojój przewagi i wkrótce Mate-
usze większą połowę tłumu wyciągnęli z kościoła,
W końcu doskonałym jest także obiad u Pana Wo-
jewody, na którym forytowany przezeń na posła,
Imć Pan Sulistrowski, pisarz Litewski, wytrawny
dworak i statysta, wilią dnia tego wprost przybyły
z Warszawy, z pełnemi kieszeniami łask królew-
skich już gotowych i obiecanych, zręcznemi mane-
wrami i obrotami wszystkich przeciwników swoich
kaptuje i cel pożądany osiąga.
Po tych scenach burzliwych, idą całkiem odmien-
ne, kiedy raptem z forum sejmikowego autor nas do
klasztorów przenosi i zamiast szlachty rozhukanój,
pomiędzy cichych zakonników wprowadza, których
żywot i charaktery również biegle i z równą znajo-
mością rzeczy maluje. Następnie znów się obraz
ożywia podczas kapituły w Nieświeżu u ojców Ber-
nardynów, dzięki księciu Panie kochanku, który tam
występuje z tradycyjnym swoim humorem rubaszno-
jowialnym i swą pańską fantazyą, i rządzi się jak
szara gęś po klasztorze, ad oelle sui, bez ootów i con-
siliów wyznaczając kustoszów i gwardyanów; a wresz-
cie każę ogień wygasić w kuchni, powywracać ron-
dle i garnki, pozamykać spiżarnie i piwnice, i wartę
przy nich postawiwszy, a do siebie klucze zabraw-
szy, do swego zamku zakonników prowadzi, żeby
przy hojnym traktamencie, przy antałach wina
i miodu, nauczyć ich penitencyi i obediencyi.
Dalój wyjazd na kwestę, podczas której brat
Michał, oprócz baranów i talarów, z własnych
przygód i cudzych opowiadań, zbiera do pamiętnika
swego materyały wielce ciekawe. Do najciekawszych
bez wątpienia należy śmierć tragiczna Wołodko wi-
eża, skazanego na rozstrzelanie za gwałt, jakiego się
dopuścił w trybunale, o czóm opowiada świadek na-
oczny, podłowczy Radziwiłłowski, Pan Bielewicz.
Tu znów występuje książę Radziwiłł, w młodszych
lecieeh, jeszcze za życia ojca, księcia Michała ry-
beńku, a występuje w całój prawdzie charakteru
swojego już ze strony poważnój, jako gwałtowny,
samowolny, namiętny, niczótn nie okiełzany, lecz
razem jako wierny i szlachetny przyjaciel, gotów
zburzyć cały trybunał i wszystkich sędziów po-
wysiekać, byleby swego druha salwować. Opo-
wiadanie to jest jednern z najudatniejszych u Chodź-
ki, przy ńajwyźszój prostocie, skroś przejęte siłą
porywającą i prawdą najszczytniejszą, tak w wybu-
chach księcia Karola, pędzącego z dworem swym
i strzelcami na ratunek Wołodkowicza, jak też
i w dzikich uniesieniach, a w końcu w pełnym rezy-
gnaeyi i skruchy chrześciańskiój zgonie tego ostat-
niego. Nad to zaś, nader ważny jest to epizod, jako
przyczynek i komentarz do dziejów obyczajowości
w epoce owej, gdzie pomimo całej przewagi i samo-
woli możnowładców, jeden z nich, mimo potężnych
kolligatów swych i przyjaciół, musiał przecież dać
gardło za zniewagę najwyższej instytucyi krajowój,
lubo i śród sędziów samych, miał swoich.
Z dalszych przygód kwestarskich wielce zajmu-
jącą jest gościna brata Michała u starosty, gdzie
obok zacnych obyczajów starodawnych, już się spo-
tykamy z Francuzem nauczycielem, wolteryaninem,
szczepiącym jad w młodych umysłach. Dalej wy-
śmienity casus fatalis, gdzie szlachcic jakiś zagrabia
kwestarzowi wszystkie barany, które doń zabiegły
na łąkę, a jójmość jego odpędza je napowrót z do-
datkiem jednego od siebie i zmywszy dobrze głowę
jegomosteczkowi swojemu, co zawsze głupstwa robi,
skazuje go na spowiedź, obiecując, że o pokucie
z księdzem spowiednikiem sama poradzi.
Znakomicie też skreślony opis roku 1812, szcze-
gólniej zaś pobytu Napoleona w Wilnie, oraz testa-
ment i śmierć księdza definitora; późniój pieszą wę-
drówka do Bienicy w towarzystwie maroderow fran-
cuzkich i powtórny pobyt w domu starosty, gdzie
po śmierci zacnych rodziców, panował młody dzie-
dzic, wychowaniec owego bezbożnego Francuza, i już
wszystko szło innym trybem, całkiem niepodobnym
do dawniejszego; wreszcie pełna dowcipu scena
u wdowy.
Co do typów, taka ich tu obfitość, a każdy
taki przedni, że zaprawdę trudno się zdecydować,
któryby z nich wyróżnić, o wszystkich zaś mówić nie
sposób. Wszelakoż bodaj kilka najwybitniejszych nic
od rzeczy będzie wymienić. Najprzód więc sam brat
Michał, prawdziwy typ nad typy, dworus w ha-
bicie, nigdy nic zapominający języka w gębie,
a tak doskonale świadomy, gdzie, jak i kiedy go
używać, czy żartując wesoło, czy to mądre sy-
piąc przysłowia i senteneye, czy szermując z ju-
rystą, czy to wreszcie gromiąc bluźnierców i bez-
bożników. Dalej nieoceniony, zacny, serdeczny,
mądry ksiądz Definitor, z s wojem ot co jest; i ten
ksiądz kustosz, ex-professor infimy, z swojóm bra-
cie, bratuniu, bratunieczku; i woźnica klasztorny,
Marcin, stary bywalec, gaduła poufały, który
uczy brata Michała konceptów i przymówek
kwestarskich do chwytania baranów i talarów; i ci
dwaj narwani poczciwcy, stary ex-marszałek dwo-
ru i stary rezydent u starościca, z których pierw-
szy z apokalipsy, drugi z konstcllacyj i aspektów
niebieskich wielkie prognostyki wciąż snują, a raz
w raz się o to sprzeczając i mając się wzajemnie za
waryatów, w najlepszej jednak zgodzie wyśpiewują
społem godzinki. Nareszcie nieoszacowaną jest owa
wdówka, co to pociągając ratafią, wesoło wyśpie-
wuje: słodząc swoję biedę, za mąż sobie idę, i naprawdę
o tóm zamyśla, choć już trzech mężów opłakała
rzewnemi łzami. Paradna jest, gdy opowiada kwe-
starzowi o pożyciu z każdym z trzech nieboszczy-
ków, z których nad pierwszym sama przewodziła
w najlepsze, a w dwóch po nim następcach srogich
mścicieli jego krzywdy znalazła; gdy się go wypy-
tuje, czy jej trzeci małżonek może spełnić swoję po-
gróżkę, t. j. stać się upiorem, aby kark jój skręcić
na nowiu, jeżeli wyjdzie za czwartego, i czy nie by-
łoby bezpieczniej uciąć mu rydlem głowę i między
piętami położyć; i gdy wreszcie córce dowodzi, jako
Rzeczpospolita postanowiła, że jeśli gdzie jest matka
i córka, a obiedwie chcą iść za mąż, to córka musi
czekać, póki matka nie wyjdzie, i woła na jój cichy
objaw powątpiewania: „mikaj nie mikaj, a tak bę-
dzie,jak Rzeczpospolita postanowiła! co to? bunt?!“
Przyznając jednak znakomite zalety Pamiętni-
kom kwestarza, musimy tu zrobić uwagę, że nie jest
to wyczerpujący obraz społeczeństwa; brak w nim
wielu ważnych objawów życia i nie wszystkie stany
narodu występują na scenę; to tóż, jakoby uprzedza-
jąc ten zarzut, autor daje nam wiedzieć, że manu-
skrypt brata Michała w części spalonym został przez
Francuzów, a ztąd wynikły znaczne luki w jego
układzie; nadto zaś w Nowe Pamiętniki Kwestarza
wprowadza nowe elementu: zagląda do szlachty
zagonowej, do Tatarów litewskich i do chaty wło-
ściańskiej, i przedstawia oryginalne typy żyda neo-
fity i mądrego rabina, chcąc niejako w ten sposób
malowidło swoje dopełnić.
Dworki na Antokolu, tak samo jak Brzegi Wilii,
oraz Pamiętniki Kwestarza, główną fabułę mają bardzo
prostą i krótką. Syn szlachecki, piękny, zacny i pełny
poetycznych uniesień młodzian, Dowiat, rozmiłowany
w starościance, Pannie Elżbiecie, znajduje nieprze-
partą przeszkodę dla serdecznych swoich affektów
w dumie jój matki, Sapieżanki, która nadto, tak dla
podreparowania podupadłej fortuny swojej, jak i dla
stanowczego zerwania z Dowiatami, zapozywa ich
o nieprawne posiadanie zaścianku. Lecz wdanie się
księcia Karola Radziwiłła i mądre pośrednictwo
Pana Sulistrowskiego, przełamują pychę inagnatki
i wszystko się kończy jak najpomyślniój.
I tu więc luźne epizody, charaktery i typy sta-
nowią najprzedniejszą wartość tego utworu, wsze-
lakoż nawet już pobieżnie napomykać o nich nie
będę, bo lubo taki Pan Porucznik Stelnicki, taki Su-
listrowski, pisarz Litewski, taki starosta Kapinowski
z przewodzącą nad nim dumną małżonką, taki ksiądz
prokurator Trynitarski ex-jurysta, sami się gwał-
tem napraszają pod pióro, lecz już miejsca dla nich
nie starczy. Muszę jednakże kilka słówek jeszcze
poświęcić postaci najprzedniejszej, mianowicie księ-
ciu Radziwiłłowi, który tu po raz trzeci występuje
u Chodźki, a który tylokrotnie był wyprowadzanym
na scenę przez naszych pierwszorzędnych pisarzy,
iż stał się równie popularnym w literaturze, jak był
za życia i długi czas po śmierci wpośród całój
szlachty na Litwie.
Uważam za właściwe o tę postać potrącić, prze-
dewszystkióm dla tego, żeby obronić Chodźkę od
zarzutu idealizowania ujemnych stron przeszłości,
który jest całkowicie niesłusznym. Ani szlachty
burzliwój, rozhukanój, pijackiej na sejmiku w Usa-
czu, ani takiego Radziwiłła i podobnych mu Panów,
nie podaje on nam do ukochania; tak ich tylko ma-
luje, jak się przedstawiali naówczas. Owóż szorstki
i rubaszny ten awanturnik, jakkolwiek jest dziś dla
nas figurą, wcale nie sympatyczną; dziwić się jednak
nie możemy, że wówczas był on ulubieńcem, bożysz-
czem szlachty, pamiętając, że jój tysiące z jego laski
chlób jadły, jemu zawdzięczały swoje fortuny i pro-
mocyą swych synów, że widziały w nim własny
prototyp, uosobienie swoich własnych, złych i do-
brych, skłonności, wad i zalet, nałogowi przesądów,
przedstawiciela i obrońcę narodowości przeciw wstrę-
tnej dla nich obczyźnie, że wreszcie czarodziejskim
urokiem otaczała go niepożyta i dobrze zasłużona
sława antenatów jego potężnych. Chodźko dokła-
dnie znał go ze świeżej tradycyi, z opowiadań świad-
ków naocznych, to tóż i najwierniejszy jego portret
nakreślił. W Dworkach na Antokolu, gdzie się
najkorzystniej przedstawia, ukazuje się z sercem
dobrem i poczciwą fantazyą pańską, ale z głową nie
tęgą, co się wyśmienicie odbija w jego sądach kom-
promisarskich, kiedy w sprawie zawiłej Pani Staro-
ścinój z Dowiatem, po długim a mozolnym namyśle,
zadekretował wreszcie: niechaj baba zaścianek bierze,
a ja Douńatowi zapłacę!
Dworkami na Antokolu Chodźko zamyka swe
Obrazy Litewskie, malujące przeważnie sam już schy-
łek XVIII i pierwszą ćwierć XIX wieku, to jest
czasy i obyczaje, które bądź na własne oglądał
oczy, bądź tóż badał i odgadywał w żywych jesz-
cze ich świadkach i przedstawicielach najlepszych,
w tych ludziach starej daty, co-to wśród nowych form
towarzyskich i nowych wyobrażeń, po staremu czuli,
myśleli. wierzyli i działali. Podania w odleglejszą
przeszłość sięgają; treści też do nich, jak sam tytuł
jasno wskazuje, dostarczyła głównie tradycya, ga-
wędy starych ludzi już nie o tern, w czóm udział
brali, albo co się działo za ich pamięci, lecz co od
swoich ojców albo dziadów słyszeli, a po części tóż
dawne akta i archiwa domowe. Kamień w Olgienia-
nach, naprzykład potrąca o najazdy tatarskie w r.
1589; Pustelnik w Proniunach o pierwszą ćwierć
XVII wieku; Wyklęty — o pierwszy dziesiątek
XVIII, Drugi zaś Pustelnik w Proniunach mniój wię-
cój na połowę tegoż przypada, a tylko Zegota Mila-
nowski wkracza w epokę Dworków na Antokolu.
I w Podaniach, zarówno jak w. Obrazach taż pro-
stota pomysłów, jakkolwiek treść w Wyklętym, Pu-
stelniku, oraz w Zegocie, jest wysoce tragiczną, i cał-
kiem w nowóm świetle talent Chodźki przedstawia;
w obrazach bowiem, jeden tylko ustęp w Boninach
z żałosnych dziejów ostatniego pustelnika na Litwie,
zabójstwo Kiejstuta w Duchu opiekuńczym, i historya
Wotodkowicza w Pamiętnikach Kwestarza ledwie się
pozwalały domyślać, że ten niezrównany jowialista
zdolcn jest tak potężną silę rozwinąć w malowaniu
sęen krwawych i pełnych zgrozy.
Z żalem prawdziwym muszę sobie odmówić przy-
jemności, jakiej mógłbym doświadczyć, zdając spra-
wę z podań Litewskich i poprzestaję jedynie na po-
wyższej charakterystyce ogólnikowój; należyta bo-
wiem ocena Łych utworów, wymagałaby jeszcze
więcej czasu i miejsca, niż ocena Obrazów, o któ-
rych powiedziawszy tak wiele, nie mogłem przecież
ani w przybliżeniu dać poznać ich przymiotów nieo-
cenionych , ani rozwinąć wszystkich wniosków
o stanie społeczeństwa owoczesnego, które autor ma-
lując objektywnie, sąd o nióm pozostawił czytelni-
kowi i tylko w Nowych pamiętnikach kwestarza, wy-
powiedział wyraźnie, że przy wielkich zaletach,
były w nióm i wady niemałe, mianowicie zaś pycha,
zarozumiałość, lenistwo, lekkomyślność i zapomnie-
nie obowiązków panów względem poddanych, a na-
wet i nadużycie władzy dominialnej. W obrazach
tedy Chodźki, przy tych motywach byłoby można
znaleźć doskonały materyał do wykazania wszyst-
kich niedostatków w publicznóm i prywatnóm życiu
z epoki owej, oraz do wyjaśnienia ich przyczyny;
lecz byłoby to studyum nader obszerne, na które
brak tu miejsca i czasu, a wypada mi jeszcze rzec
słów kilka i o duchu utworów Chodźki.
Jakem już powiedział na wstępie, cechą ich naj-
wybitniejszą jest gorąca miłość ziemi rodzinnej i cześć
synowska drogiej przodków pamięci; lecz miłość to nie
ślepa i cześć nie bałwochwalcza. Myliłby się, ktoby
chciał twierdzić, że Chodźko dawne czasy z dobrój
tylko strony malował, a starał się ukrywać, co było
w nich zdrożnego; świadkiem Zegota Milanowski,
świadkiem Wyklęty i Pustelnik w Proniunach, że
gdzie wypadało użyć barw czarnych, tam ich wcale nie
szczędził, że się nie wahał wad, występków a nawet
zbrodni w całój ich grozie i ohydzie przedstawiać.
Lecz zbadawszy przeszłość gruntownie, tak z archi-
wów zbutwiałych, heraldyków i. dziejopisów, jak
i z żywój tradycyi, ocenił ją z właściwego punktu
widzenia, i przekonał się, że przodkowie nasi bywali
słabi, lekkomyślni, burzliwi i gwałtowni, lecz nigdy
źli z natury, którój zasadą były dobre przymioty; że
zbrodnie stanowiły tylko wyjątki i to nie liczne,
skoro imiona wyjątkowe w tym względzie, okryte
nienawistną pamięcią, aż do naszych czasów do-
trwały, że nawet, choćby tych wyjątków było i wię-
cej, to z nich o ogóle wyrokować nie można, bo
i cóż-by to był za lekarz, któryby, ukazując wrzody
na skórze pacyenta, dowodził, że w nim cała krew
już skażona?
Jest więc Chodźko bezstronnym sędzią i mala-
rzem przeszłości; lecz wziąwszy sobie za najmilsze
zadanie:
„Pomiędzy bracią krzewić cnót wzory
Poczciwych naszych naddziadów11;
na te cnoty rzuca najżywsze światło, i najskrzętniój
zbiera to przede wszystkiem, co o tych cnotach naj-
wymowniój może zaświadczyć, a z nich najprze-
dniejszemi były, według niego, wiara i miłość. Żywe
bowiem, gorące uczucie religijne, największych na-
wet gwałtowników, krnąbrnych i nieuległych prawu
pospolitemu, nieraz hamowało w dzikich zapędach,
lub opamiętywało i wiodło do poprawy; miłość zaś,
czy to w ogólnych prawach i uchwałach dla dobra
kraju, czy to w szczególnych osobistych zamiarach,
łagodziła i naprawiała szkody, przez dumę i zarozu-
miałość zrządzone.
Hasłem onój miłości było słowo, rozgłośnie
brzmiące niegdyś po całym kraju: kochajmy się!
„Słowo to, mówi Chodźko, jakże wielkiego jest zna-
czenia w dziejach, obyczajach, a nawet naturze na-
szój ! Żaden naród takióm się nie poszczyci, bo ża-
den go nic miał swóm godłem, żaden go tak nie
pojął i nie przyswoił, jak my: a nawet my sami dziś
się ledwie na nióm poznajemy i odkrywamy wartość
jego, jak dzieci znajdujące w spuściźnic po śmierci
matki drogi klejnot, drogi talizman ich dobra, na
który za życia jej nie zwracały uwagi i oszacować
go nie umiały, choć w czasie dni godowych i uczt ro-
dzinnych błyszczał on na jój czole“.
Mnogie przykłady tój miłości w swoich dziełach
Chodźko przedstawia, a przez usta Porucznika Stel-
nickiego, tak jój skutki określa: „Oddalenia od do-
mu i od krewnych obawiać się nie należy, bo u nas
po całym kraju zda się jedna rodzina, a gdzie tylko
godnój i zacnej krwi szlachcic zajedzie, to go wszę-
dzie z otwartemi rękoma przyjmą. Jak zaczną, wy-
prowadzać antenatów, a liczyć kto z kogo rodził
się, kto gdzie bywał, kto gdzie komu jaką pomoc
uczynił, kto z kim do szkół chodził, albo u dworu
służył, albo sejmikował, albo jaką wyprawę robił:
to jak po nitce dojdzie się, żeś albo w domu kolliga-
ta, albo wnuka czy prawnuka przyjaciela naddzia-
da twego. A ztąd zaraz i komitywa, i przyjaźń,
i człek jak u siebie, choć o sto mil nawet od
gniazda.”
A na potwierdzenie słów swoich przytacza po-
rucznik przykład z własnego życia, jak go zdała
od domu wyratował z ciężkiój przygody niejaki pan
Szczyt, obcy mu i wcale n e znany, a to tylko dla
tego, że miał po swym przodku sławnój pamięci Mi-
kołaju Szczycie, Wojskim Połockim, wielką księgę,
w niój zaś zapisaną taką perorę :
„Ktokolwiek z następców, i choćby najodleglej-
szych potomków moich Szczytów, będziesz czytał to
moje pismo, wiedz i pamiętaj, że gdy w roku 1563,
nie folgując zdrowiu memu, ani krwi, w obronie
Połocka, zostałem wzięty w niewolę i zaprowadzo-
ny na Moskwę do Cara Jegomości Iwana Groźne-
go, gdziem przez lat dziesięć zostawał; obok ze mną
walczący namiestnik chorągwi mojój, Justyn Stelni-
cki, również w niewolę był wzięty, i przez cały ćzas
ze mną tam zostając, wszelkiemi posługami i stara-
niem w chorobach i niedostatkach nieraz mi zdro-
wie i życie ratował. A gdy po powrocie z Moskwy,
miał dążyć do swój rodziny w województwo Sando-
mierskie, zginął na pojedynku, z racy i, jaką, poniżej
opiszę. Tak więc Bóg mi nie dozwolił wynagro-
dzić mu i zawdzięczyć, jako chciałem, za jego dla
mnie usługi i życzliwość. Nie zapominając zatem
aż do zgonu mego o jego duszy i na pamiątkę,
w miejscu gdzie był śmiertelnie ugodzony, wymuro-
wawszy slup; gdy widzę, że i sam wkrótce ten świat
pożegnać muszę, zapisuję więc w tę księgę, w którój
całe życie moje i wszelkie onego ewenta wiernie
opisałem, i tę okoliczność, zaklinając wnuków i po-
tomków moich w najdalszej descendencyi, aby na-
przód w ofiarach i modłach za moję duszę (na co
i legacyą czynię stałą), nie rozłączali nigdy mego
imienia od imienia Justyna. A nadto, jeżeli zdarzy
się któremu z nich spotkać się z jakimkolwiek Stel-
nickim, z województwa Sandomierskiego rodem, her-
bu Róża, a tóm bardziój z potomkiem Justyna; niech-
że pamięta, że jest w obowiązku czynić mu wszel-
kie pomoce i salwy, jakich by jego stan i położenie
wymagały. Owszem nich mu opowie tę historya,
aby dobro sobie świadczone mógł uważać jakby
sukcessyą po swym przodku Justynie., A każdego
z mych potomków, któryby w zdarzeniu nie speł-
nił ochotnie tój mojój woli, na sąd straszny zapozy-
wam.”
Pomimo jednak całe uwielbienie dla cnót prze-
szłości, Chodźko dobrze rozumiał, że na dzisiejsze
czasy w dawnej formie przenieść ich niepodobna, bo
gdybyśmy np. w dawnych składach znaleźli starą,
pradziadowską ferezyą karmazynową, to choćby na
niój była najprzedniejsza sajeta, nie zbutwiała i sto-
kroć lepsza niźli półsukienka dzisiejsze, nie przysta-
łaby ona jednak do wymagań i potrzeb naszych,
i chcąc zużytkować dobry materyał, wypadłoby ko-
niecznie krój i kolor jego odmienić. Tak więc i z da-
wnemi cnotami: wartość ich niewątpliwa, ale po-
trzeba do dzisiejszój chwili je zastosować, zgodnie
z prawem postępu. Prawo to Chodźko należycie
uznawał, czego dowodem Nowe Pamiętniki Kwesta-
rza, gdzie w Kollokwiach Pana Prezydenta z księ-
dzem Kustoszem, pełno jest zdrowych myśli, i rozu-
mnych poglądów na wady i zalety czasów dawniej -
szych, równie jak i na charakter epoki nowój, na
wszystko, co przyniosła ona dobrego, na nowe dro-
gi, jakie dla nas otwarła, na nowe prace, do jakich
nas wezwała, i obowiązki, jakie na nas włożyła.
Tam właśnie ów Prezydent, zacny i mądry starzec,
który właściwie jest przedstawicielem samego Chodź-
ki, mówi między innemi: „Nie powstawaj, księże
kustoszu, przeciwko postępowi, bo potępisz wyraz
dziś święty, a przynajmniój poświęcony. Wskazuj
drogę, po którój postęp iść ma, ale nie stawaj mu
na drodze, bo obali cię nieprzepartą siłą i zdcpce.”
Jednak przytóm nie wątpi wcale, że dwie najpię-
kniejsze cechy naszej przeszłości, które się starał
uwydatnić w swoich utworach, nie mogą być prze-
ciwne prawom postępu, lecz owszem być powinno
najlepszemi jego drogoskazami. Powiada więc :
„zdajmy synom i wnukom naszym skarb, któryśmy
od naddziadów przyjęli, któryśmy piastowali w ró-
żnych losu przemianach, a którym jest głównie mi-
łość i wiara, zdajmy im je czyste, niepokalane,
a w tym skarbie, i wszystkie uczucia rodzinne, i ten
wyraz kochajmy się, nie tyle jako hasło braterskie-
go toastu, lecz bardziej jako godło braterskiej
miłości, która w złój doli krzepi, a dobrą ustala
i wzmaga.”
Wysadzenie w powietrze monitora tureckiego
Litli-Dżelil pod Brailą.
Przed południem d. 11 maja, pokazały się mię-
dzy Maczynem i Geczetem, pod Braiłą, na odnodze
Maezyńskiój, trzy wojenne okręty tureckie mane-
wrujące. Około godziny drugiej po południu, dwa
z nich się zatrzymały mniej więcój o 3,000 kroków
od bateryj rossyjskich, które natychmiast ognia da-
wać zaczęły. Po dziesiątym wystrzale jeden okręt
(3700)
DoWodZCft Kabyłdw modlący Sie W meczecie W 'fangorze. Podług akwarelli Fortunyego, rymował na drzewie Wojciech Kossak.
„OBRAZY LITEWSKIE” IGNACEGO CHODŹKI
Illustrowane przez M. Andriollego.
Dyabeł w urapacie. (Brzegi Wilii.)
„Porwał oburącz ten ogromny kamień, a końcami pazurów łap za Jezuitą!"
się cofnął, drugi nie odpowiadając na strzały, pozo-
stał nieruchomo na miejscu. Niebawem trzeci okręt
całą siłą pary, pośpieszył mu na pomoc z Maczyna,
gdy w tern nagle na pokładzie stojącego okrętu,
który, jako się późniój dowiedziano, był monitorem
Litfi-Dżelil, pokazał się kłąb dymu, a z niego tejże
chwili trysnął promieniami płomień we wszystkie
strony, i ze środka tój gwiazdy, w mgnieniu oka
strzelił w obłoki, na wysokość potrójną masztu,
snop pędzących jedne za drugieini słupów ognio-
wych, jakby z paszczy wulkanu. Słupy te z pod
obłoków chyliły się ku morzu, kreśląc łuki ogrom-
ne ; ale rychło to widowisko ogniste zmieniło się
w stożkowatą olbrzymią kulę dymu, którój ostry
koniec zdawał się unosić tuż nad wodą, a pod-
stawa, obrócona ku górze, pochylała się na lewo
ku lądowi. Rozległ się głuchy łoskot, poczóm
huk straszny jak piorunu wstrząsnął powietrze,
ziemia zadrżała, i gradem spadły jakieś niewy-
raźne przedmioty. Oczy daremnie już szukały okrę-
tu. i Przepadł! przepadł, i ani ży wój duszy po nim
nie pozostało. Wierzchołek tylko masztu z porwa-
nemi linami unosił się nad falą, a widać było
przy nim, nawpół zanurzoną już w wodzie, czer-
woną Hagę z półksiężycem i gwiazdą. Po tym wybu-
chu, pozostałe okręty tureckie czómprędzój rzuciły
się do ucieczki, nie myśląc nawet spuścić łodzi,
choćby dla próby żali się nie da uratować którego
z majtków, walczących rozpaczliwie ze śmiercią pod
szczątkami Litfi-Dżelila. Generał rossyjski Sałow,
dowodzący w Braile, wysłał natychmiast pod ko-
mendą wielkoksiążęcego adjutanta[Krukowa i dwóch
oficerów, trzy parostatki na miejsce katastrofy, zna-
czne po szczątkach okrętowych, pływających na wo-
dzie; lecz ci zdołali uratować jednego już tylko
człowieka, i to zranionego śmiertelnie, którego
przeniesiono do ambulansu. Dowódzca monitora
Gazim-Bej i razem z nim cała załoga stała się ofiarą
tój klęski. Flagę okrętową, odczepiono od masztu
i przy tryumfalnych okrzykach zabrano do bateryi
rossyjskiój ; a mieszkańcy Braiły głośno tóż wyrażali
swą radość ze zniszczenia okrętu, który był uważanym
za jeden z najstraszniejszych we flotylli tureckiój na
Dunaju.
WYCIECZKA
NA PODOLE GALICYJSKIE.
PRZEZ
A. H. Kirkora.
(Dalszy ciąg. — Patrz Nr. 622.)
IV.
Z południa przenieśliśmy działalność naszę do
Chlebowa, już ku północy Podola zbliżonego, nieda-
leko Podwołoczysk i zawiązku kraty Podolskiej,
wspaniałych Miodoborów. Chlebów, nad Gniłą,
w powiecie Skałackim położony, zaliczyłem już
do najprzytulniejszych, najprzyjemniejszych re-
zydencyj na Podolu. Właściciel jego, hrabia
Szczęsny Koziebrodzki, z małżonką swoją hr. Olgą,
z hr. Golejewskich, bez zbytków, przepychu, wysta-
wy, potrafili tak wszystko urządzić, że oko najmilej
spoczywa na całóm otoczeniu. Dom nie wielki, ale
wygodny; biblioteka doborowa, ubranie i przyozdobie-
nie gustowne i noszące we wszystkióm cechę piękna ;
dość duży taras kamienny, śród kwiatów i latorośli
bujnie się wspinających aż pod dach pierwszego piętra
gdzie u góry, śród zieleni obraz Matki Boskiój Czę-
stochowskiej z lampką gorejącą; chodniki kamienne
dokoła domu i główniejszych zabudowań; tuż
ogród, a dalej rzeka i staw, ubarwiają krajobraz;
szczerość zaś, uprzejmość, gościnność, każą zaliczyć
chwile spędzone w tój wiejskiej zaciszy, w tóm łu-
bem ustroniu, do najprzyjemniejszych w życiu.
Od Chorostkowa (w pow. Husiatyńskim) jadąc
w kierunku doGrzymałowa (hr. Pinińskiego) i Chle-
bowa, już wieje atmosferą stepową. Wzgórz coraz
mniój, płaszczyzna coraz większe obejmuje obszary.
Strój ludu zupełnie się zmienia. Dziewczęta noszą
chustki na głowie z końcami rozpuszczonemi. Haf-
tów i wyszywań, jak na Pokuciu, a i na południu
Podola nie widać już zgoła. We włosach kwiaty
u góry przypięte ze świecidełkami z papierów jas-
krawych kolorów. Buty u wszystkich prawie żółte
safianowe, pasy czerwone, na koszuli kaftan w kształ-
cie surducika, spiętego w pasie, z krótkim odkłada-
nym kołnierzem. Mężatki noszą czepki białe obci-
słe, siatkowe, a na nich chustki duże kolorowe. Na
szyi paciorki. Typ kobiet dość piękny, budowa
kształtna.
Z Chlebowa robiliśmy z hr. S. Koziebrodzkim
wycieczki w dalsze okolice; a to głównie dla wykry-
cia zabytków pierwotnych. Mnóstwo tu mogił, któ-
rych zbadanie wiele czasu i pracy wymaga. Cho-
dziło nam przeważnie o zapoznanie się z miejscowo-
ścią pod względem archeologiczne - antropologicz-
nym. Jakoż udało się nam wykryć niemało takich
mogił i cmentarzysk, o których nawet miejscowi
mieszkańcy nie mieli żadnego pojęcia.
Niedaleko Chlebowa, w Oknie, p. Władysława
Fedorowicza, na niwie, dużo jest mogił, zupełnie
prawie zniszczonych i zaledwo widocznych; sza-
nowny właściciel kazał rozkopać w naszój obec-
ności niektóre. Były to mogiły ciałopalne, nic
wszakże przy nich, oprócz urn z kosteczkami i przy-
stawek, nie znaleziono. Przeciętna jedhój z urn wy-
nosiła 32 c. Kosteczki mocno przepalone, a większa
ich część leżała obok urny, sama zaś urna była
przewróconą.
Skalat, miasto powiatowe, odznacza się bardzo
piękną, dopióro budującą się cerkwią. Jest tu i kościół.
Mieścina w ogóle licha. Skałat należał do niedawno
zmarłego izraelity Ziskinda Rosenstocka, który
z dzierżawcy karczem, małych folwarków, wreszcie
samego Skałatu z przyległem! wsiami, został ich
właścicielem i zostawił dzieciom milionowy majątek.
Zapisał wszakże 40,000 guld., na szkoły ludowe
polsko-izraelsko-niemieckie.
Niedaleko Skałatu, w - Zerebkach szlacheckich (p.
Aloizego Fedorowicza), na niwie Karamaszka, zaczy-
nają się skaliste załomy, dające początek Miodobo-
rom. Ztąd kierują się one ku Nowosiołkom i Chmie-
lisku, w pobliżu którego, na występie skały jest
źródło, uważane za cudownie uzdrawiające. A więc
wzniesiono kapliczkę, bywają doroczne festy, lud
pokornie ofiary składa i skałę Świętą górą zowie.
Nie za naszych czasów, t. j. nie za chrześciań-
skich powstało to nazwanie. Mogła być świętą i za
pogańswa. Mogło tu stać bożyszcze jakie. Wiado-
mo, że podobne święte u pogan miejsca przeistacza-
no na święte i z wprowadzeniem chrześciaństwa, aby
lud od tajnych pogańskich modłów odciągnąć. Mniej
niż o ćwierć mili ztąd, w Miodoborach, samotnie
stoi karczma, która przechowała nazwę Kuli-baby.
Ciekawa to nazwa, wiele do myślenia dająca. Kuli,
może kulawa, kulejąca baba; może na wyniosłościach
i urwiskach skalistych przy samój karczmie znajdu-
jących się stał posąg baby?
Starożytna i tak pamiętna w dziejach Trębowla
(Terebowl), do dziś dnia przechowała jeszcze nie-
mało pamiątek z wieków ubiegłych. Ruiny zamku
na wyniosłój górze, nad Gniezną, sterczą dotych-
czas w bardzo opłakanym stanie. Daleko lepiej do-
chował się mur obwodowy i 4 baszty, dziś kościół
Karmelicki otaczające, ale które niezawodnie
w XIV wieku, za rządów Witolda razem z zamkiem
obronnym na górze, za Gniezną, wzniesione zostały.
Był to zamek dolny. Karmelici daleko późniój w b-
toczeniu zamkowem fundowani; kiedy mianowicie,
nie wiemy, to tylko pewna, że w r. 1675, klasztor
już istniał, że był obwarowany i dzielnie odpierał
napad turecki. Sto jeden lat Trębowla zostawała
pod panowaniem litewskióm, od r. 1390, kiedy ją
Jagiełło odstąpił Witoldowi. Rządzili tu Koryatowi-
czowie. Położenie miasta nadzwyczaj piękne. Gnie-
zna przerzyna je w kilku kierunkach, a w końcu,
zaraz prawie za miastem wpada do Seretu. Wysokie
wzgórza okalają Trębowlę. Za górą zamkową nastę-
puje góra Trzykrzyzlca, dalój za nią, już nad Seretem
sterczą na bardzo wyniosłój górze ruiny starożytne-
go monasteru Bazylianów, a który przedtem jeszcze,
był Skitem prawosławnym, t. j. wyższego rzędu mo-
nasterem, gdzie mnisi mieszkają w zupełnóm odoso-
bnieniu, każdy w swojej celi.
Nestor zalicza Trębowlę do miast stołecznych
w XI już wieku. Ludowa tradycya sięga daleko
głębiój. Powtórzymy ją tu, gdyż w żadnym z opisów
nie znajdujemy o niój najmniejszój wzmianki, a jest
ona wielce poetyczną, nawet rzewną. Pewien
władzca miał trzech synów: w zabójczej walce;
stoczonój na górach dziś Trębowlę okalających,
wszyscy trzej polegli. Strapiony ojciec na miejscu
wiecznego ich spoczynku wzniósł trzy krzyże, odna-
wiane i do naszych czasów, a samo miejsce nazwał
try-boli {trzy-bole). Zapewno, że poetyczna ta legen-
da, krytyki nie wytrzymuje. Trębowla, albo wła-
ściwiej Tmbowla, pochodzi od trzebienia (terebit’)
lasu, a trzy krzyże musiały być postawione, jak
i w niektórych innych miastach, podług domniemań
Daniłowicza, na pamiątkę nadania przez Jagiełłę
prawa magdeburskiego.
Z monasteru, z góry widać w północno-wscho-
dniej stronie, w Zieleńcach, nad Gniezną, gdzie ona
wpada do Seretu, zamczysko z fossą.
Monaster był bardzo bogaty. Ruiny, dziś jeszcze
sterczące, stanowią własność grodu Trębowelskiego,
gdy ziemia, na którój wzniesione, należy do sąsiednie-
go Sęmenowa księżnój Czartoryskiój. Na święty Jan
(24 czerwca) był tu doroczny fest i jarmark, który
tłumy ściągał. Po przyłączeniu Galicyi do Austryi,
cesarz Józef skasował monaster Bazylianów, jak
twierdzą niektórzy, przez zabiegi zazdrosnych Kar-
melitów. Wtedy Bazylianie zabrali figurę Iwana
i osiedli w Ulaszkowcach, także na Podolu, nad Sere-
tem i tam uroczyście doroczny fest obchodzić zaczęli,
a więc i jarmark do Ulaszkowiec się przeniósł. Idziś
corocznie trwa on w tóm miejscu dwa tygodnie od
Ruskiego Św. Jana zaczynając, i jest nader ważny
dla krajowców, gdyż na nim głównie ceny zboża
uchwalają. Zjazd bywa zwykle bardzo znaczny i wielki
dowóz rozmaitych towarów, oraz mnóstwo bydła, koni
i t. d. Podobno, że część bogactw i drogocennych
zabytków przewieziono także z Trebowli do które-
goś z monasterów na Bukowinie. O ile nam wiado-
mo, znany uczony lwowski ks. Antoni Pietrusze-
wicz, zamierza wydać dokładny opis historyczny
tego monasteru.
Ruiny monasteru stanowią szworobok obwodo-
wy, z muru wzniesiony, z czterema wieżami; w środ-
ku tego obwodu ocalały jeszcze ruiny cerkwi i klasz-
toru. Wysokość góry nad powierzchnią morza wy-
nosi 167 sążni. Idąc w dół, napotyka się kilka mniej-
szych wyniosłości, malowniczo zdobiących krajo-
braz. Z jednego z takich wzgórz, na sto kroków od
Seretu, i na 12 metrów nad Seretem, na głębokości 2-1-
metrów, licząc od powierzchni wzgórza, wydobyliś-
my trzynaście egzemplarzy kości zwierząt przedpo-
topowych. Tkwiły one w warstwie tłustój gliny
z piaskiem zmieszanej, tak twardej, że rydlem prze-
bić jój prawie niepodobna, gdy przeciwnie, po nad tą
warstwą, na półtora metra wysokości, glina jest zu-
pełnie kruchą *).
Trębowla, dziś miasto królewskie, posiada własny
autonomiczny zarząd i dość znaczne dochody, które
przeważnie na oświatę ludową obraca. Do miasta
należy bogaty kamieniołom (dewońskiego piaskow-
ca). Zagłębienie dość wielkie, bo na 211-metrów
od powierzchni, Do dziś dnia kamieniołom jest
w piątej warstwie. Pierwszą warstwę, licząc od po-
wierzchni, stanowi glina na głębokości 8 metrów ;
druga warstwa : łupek i drobny kamień czerwony 3|
metra; czwarta wastwa: łupek, 1 metr; piąta war-
stwa: twardy kamień czerwony, 4 metry. Wszakże
do końca tój ostatniój warstwy jeszcze daleko. Ko-
piąc, raczej łamiąc głębiej, kamień coraz twardszy
i ładniejszy pokazuje się. Miasto, dzięki tój własno-
ści, ma już w znacznój części wyborne chodniki.
Wyrabiają się także rozmaitej wielkości płyty, stoły,
stopnie, drobne narzędzia i t. d.
Na mniejszą, skalę, zawsze jednak bogate kamie-
niołomy, tuż prawie obok Trębowelskiego, w Zaścia-
noczu księżnój Czartoryskiój, i trochę dalcy w Pod-
hajczykach, generała Justyna hr. Koziebrodzkiego.
Wiadomo, że obywatele Podolscy powzięli myśl
wzniesienia pomnika bohaterce Trębowelskiój, Zofii
Chrzanowskiej, którój męztwu zawdzięcza ten gród
Oprócz tych kości, 12 innych, wielkich rozmiarów, zło-
żyłem w muzeum fizyograticznóm Akademii, jako pochodzących
z darów pp. Przybysławskiego oraz hr. Szczęsnego i Eugeniu-
sza Koziebrodzkich, a znalezionych ponad Dniestrem i Gniłą.
ocalenie swoje w czasie napadu Turków w r. 1675.
Zebrana już znaczna summa na pomnik, ale komitet
na ten cel utworzony, nie może jeszcze powziąść sta-
łego projektu, w jaki sposób uczcić pamięć Chrza-
nowskiej ? Jedni są za utworzeniem stypendyum, dru-
dzy za wzniesieniem pomnika w mieście. Pytanie:
gdzie? śród tych brudnych domów żydowskich? Je-
den zaś z członków, hr. Szczęsny Koziebrodzki,
podał następujący projekt: śród ruin zamkowych,
w zachodnio-południowej stronie od miasta, jest baszta
okrągła, lepiój zachowana. Z łatwością-by przyszło
odrestaurować ją, zachować od zagłady na wieczne
czasy, a we wnętrzu umieścić marmurową tablicę,
ze stosownym napisem. Nam się zdaje, że byłby to
najgodniejszy i najtrwalszy sposób uczczenia pamię-
ci bohaterki Trębowli. W zamku ona głównie dzia-
łała, tu i pamięć jej powinna być uświęconą, a zara-
zem choć jedna z baszt historycznych nie uległaby
zniszczeniu.
Nakoniec, mówiąc o Trębowli, niepodobna prze-
milczać, że ma ona gorliwego badacza, skrzętnie
zbierającego wszelkie szczegóły, dziejów miasta do-
tyczące. Niezmordowanym tym badaczem jest Dr.
Julian Olpiński.
Pod względem zabytków pierwotnych, okolica
ta nadzwyczaj bogata. W Semenowie, prawie na-
przeciw ruin monasteru, na niwie zwanój czerncow
oliorod (ogród mnichów), oraz w Zieleńcach, odkryto
groby kamienne-, a na wzgórzu, przy drodze, prowa-
dzącej z Podliajczyk do Trębowli, rozkopaliśmy
pięć mogił,—kurhanów. We czterech były szkielety,
w jednej tylko ciało spalone. W jednej z mogił zna-
lazły się na szkielecie kobiecym piękne okazy, które
w rysunku podajemy (ob. Tab. VI N. N. 1—6).
Mamy tu obrączkę bronzową, kręconą, wyobrażoną na
pierwszym stawie kości palca, tak jak wydobytą zo-
stała z grobu (N. 1). Dalej kolczyki bronzowe (NN.
2 i 3). Bronzowe ozdoby na szyję, dęte, z uszkami
srebrnemi (NN. 4 i 6) i paciórkę karniolową (N. 5).
Ozdoby te na szyję należą do bardzo rzadkich
i pięknie wyrobione.
Aby zaś przekonać, jakie skarby z epok przedhi-
storycznych posiadają Podole i sąsiednie Pokucie,
podajemy tu w wiernym przerysie jeszcze kilka
przedmiotów bronzowych, pochodzenia rzymskiego,
zdobytych w czasie ostatniój naszej wycieczki dla
muzeum AkademiiUmiejętności, a za pośrednictwem
Wł. Przybysławskiego, przez p. Breta, dyrektora fa-
bryki w Tłumaczu, ofiarowanych. Mamy tu piękny
grot bronzowy, (z przodu i z boku — ob. Tab. IV,
NN. 1—-2) którego długość 7 cent., szerokość 37
mm. (ostrze ułamane), długość osady (z wydrąże-
niem) 70 mm. Bransoleta bronzową, prześliczny wy-
rób, średnica wynosi (światłej strony) 63 mm. (ob.
Tab. IX). Oba te przedmioty przypadkowo wyorane
zostały na niwie w Chocimierzu, na Pokuciu. Dalej
mamy tu niewiadome naczynie bronzowe (może lam-
pa?) z ramionami, które wkładały się do uszek,
w naczyniu umieszczonych. Naczynie ma ornamen-
tykę kreskową i ozdobę w kształcie krzyży, jak to
na rysunku wyraźnie oznaczono (ob. Tab. VIII).
Dwa tego rodzaju naczynia, na nieszczęście pokru-
szone, wyorano przypadkowo w Jeziorzanach, w pań-
stwie Tłumackióm, na Pokuciu. (D. n.)
PRZEGLĄD POLITYCZNY.
Dnia 5 czerwca 1877 r.
Na europejskiej widowni wojny stan rzeczy nie-
zmieniony od przeszłego tygodnia. Ogień działowy
z obu stron Dunaju; ale ruchu wojsk — żadnego.
Kalafat ucierpiał od strzałów tureckich. Rumuno-
wie musieli na tym punkcie, przerwać nowe roboty
ziemne, rozpoczęte już dla spotęgowania obronności
twierdzy. Pod Braiłą, gdzie działanie ze strony ar-
mii wkraczającej najwcześniej i najsilniej się obja-
wiło, żadnej zgoła nie było rozprawy. U wejścia
tylko do Suliny, na morzu, walczono na działa: mo-
nitor rossyjski usiłował przebić się na odnogę rzeki;
stawiły mu opór baterye lądowe i wodne Turków.
Na ezem się ostatecznie skończyło? Nie wiemy.
Ruch stanowczy w tych dniach nastąpi — i zakoń-
czy pierwszy wstępny okres kampanii. Za Dunajem
dopiero właściwa się rozpocznie kampania.
W Azyi Turcy od zdobycia Ardaganu, widocz-
nie ustępują z placu. Kars wydali już na dolę i nie-
dolę i sami donoszą, iż się ta warownia „osaczona11
przez wojska rossyjskie „jeszcze trzyma". Niczego
więcej nie potrzeba dla stwierdzenia faktu, że utra-
cili panowanie strategiczne nad całą północno-wscho-
dnią częścią Armenii, z wyjątkiem jedynie tylko
Batum, w którym niespodziewanie znaczne siły
zgromadzili, i który, jak to widać z telegramów urzę-
dowych J. C. W. Głównodowodzącego armią kau-
kazką, nic jeszcze z obronności swej nie utracił. Od-
dział wojska generała Okłobżio znajduje się ciągle
nadym samym terrenie.
Muktar Pasza — którego, pomimo krzyku softów,
wcale pod sąd nie oddano — obawiając się odcięcia od
Erzerumu przez lewe skrzydło rossyjskie, operujące
od Bajazidu i Kagizmanu, po utracie pierwszej linii
obronnój, idącej od Karsu przez Ardagan do Batumu
— ściągnął główne siły swoje na południe, bliżej
Erzerumu i według najnowszych doniesień stał pod
Koprikoi, o jakie 10 mil od Erzerumu na Wschód.
Prawe skrzydło rossyjskie w szybkim pochodzie po-
sunęło się jazdą swoją już poza Olti; środek wszak-
że, o ile z buletynów donoszących o rozprawie w d.
31 maja r. b. widać, jednocześnie zajmował jeszcze
pozycyą bardziej na północ wysuniętą. Nie pozwa-
lało to jeszcze uważać walnój bitwy za blizką w cza-
sie; ale ze wszystkiego widać, że się do takiej walnej
bitwy obie strony przygotowują i sam rzut oka na
mapę przekonywa, iż rozprawa ta tylko w pobliżu
Erzerumu nastąpić może.
Na wybrzeżu morskióm w Zakaukazyi, Turcy
nie zaprzestają usiłowań, zmierzających do zajęcia
coraz liczniejszych stanowisk, ażeby uorganizowaw-
szy na nich powstania, sprawić tóm dywersyą armii
działającej w Armenii. Dotychczas wprawdzie,
oprócz Suchum-Kale, leżącego w gruzach i Ardi-
leru (fort S-go Ducha), zajęli jeszcze trzecie, na po-
łudnie od Suchum położone, stanowisko—mianowicie
Dżymczurę; lecz w głąb kraju wcale się nie posu-
wają i całe to ich przedsięwzięcie, po nadejściu po-
siłków dla nielicznych załóg Czarnomorskich, skoń-
czy się klęską, o ile zbrojne oddziały, wysadzone na
ląd dla uniknięcia tej właśnie klęski, nic zoeheą za-
wczasu wsiąść na statki, któremi przypłynęły. Cała
kampania turecka w tej stronie, w skutek niemocy
Turków, nie mających dość wojska prawidłowego do
rozporządzenia, — żadnej przed sobą nie ma przy-
szłości, nawet na tyle, aby chociażby chwilowćm
tylko powodzeniem zaznaczyć się mogła.
W Czeczni przybyły do już zanotowanych na
tern miejscu nowe działania wojenne; spowodowane
trwającem tam ciągle powstaniem. Telegramy urzę-
dowe donoszą o rozbiciu 500 powstańców pod Siuch,
o zniszczeniu dwóch aułów, Artluch i Danuch,
o zburzeniu osady głównego przywódzcy ruchu Ali-
beka i o spokojnem zachowaniu się reszty ludności
czeczeńskiej, jakoteż milicyi. Rozbici w owój miej-
scowości powstańcy, pozostawili naplacu80 trupów;
100 schwytano z bronią w ręku.
Parlament angielski zaledwie się zebrał po
Świątkach, zarzucił zaraz ministrów pytaniami, do-
tyczącemi sprawy wschodniej. D. 31 z. m. EIcho
zapytał: czy Anglia przygotowana jest do wojny?
Odpowiedział mu minister właściwego wydziału
Hardy, że lepiej było nie pytać, ale skoro się już
złe stało, to niechże EIcho wie, iż Anglia gotowa
jest na wszelkie możliwe wypadki, i jakkolwiek on
minister wojny, trzyma wojska na stopie pokoju, ma
jednak możliwości wszelkie na uwadze i za obowią-
zek swój uważa być przygotowanym do wojny.
Tego samego dnia Bourke odpowiadał w Izbie
Niższej Sandfordowi. Polityka Anglii, — mówił, —
zależy od okoliczności. Anglia ma powód do mniema-
nia, że ani Rossya sama, ani żadne inne mocarstwo nie
może mióó tej otuchy, aby warunki pokoju z Turcyą
mogły być inne niż te, jakieby cała Europa za do-
bre uznała. Żadnych zgoła rokowań z Rossyą
o umiejscowienie wojny Anglia dotychczas nie
prowadziła. Rząd nie może parlamentowi zakomu-
nikować rozmów, jakie miał Salisbury w listopadzie
z Bismarckiem i Decazes’em.
Ta odpowiedź Bourkego zbija odrazu wszelkie
pogłoski o blizkiem już porozumieniu się Anglii
z Rossyą, — w którym-to przedmiocie dziennikarze,
chodzący po powietrzu, zapisali już całe łamy swych
gazet. Wykazuje ona jeszcze ważność i poufny cha-
rakter rokowań z gabinetami berlińskim i paryzkimi
a wreszcie może służyć za wskazówkę istniejącego
w Europie porozumienia się co do politycznych na-
stępstw wojny. We względzie tych następstw na
uwagę zasługuje korespondeneya Norda z Peters-
burga, w którój powiedziano, że Rossya ma nie-
przerwanie jeden tylko cel przed oczyma: poprawie-
nie losu chrześcian w Dobrudży i Bulgaryi — z po-
zyskaniem dla nich rękojmi większych niż te, jakie
na drodze dyplomatycznej proponowała.
Wiadomości o, teraz jakoby już odbywanych
z ministrami pełnomocnymi, bawiącymi w Petersbur-
gu, Nowikowem, Szuwałowem i Oubrilem, naradach
nad ewentualnościami pokoju,— wiadomości, niepo-
twierdzone urzędownie, nie zasługują na wiarę. Toż
samo powiedzieć potrzeba o pośrednictwie, wrzeko-
mo przez Niemcy ofiarowanym. Zaprzecza temu te-
legram urzędowy z Berlina.
W Grecyi nowy gabinet utworzył się pod naczel-
nictwem Komundurosa. Zapowiadane ministeryum
pojednawcze ogólno-narodowe nie przyszło do skut-
ku. Miał na czele jego stanąć, znany jeszcze z pierw-
szej walki o niepodległość, Kanaris. Nowy gabinet,
jeśli prędko wojny nie zrobi, może się rychłego spo-
dziewać strącenia. Ambicye i niezgody Nowo-Gre-
ków nie dozwalają nigdy rządowi należycie się
utrwalić. W dziennikach czytamy zapowiedzi, że
dnia 15 czerwca ma nastąpić urzędowe wypowiedze-
nie wojny Turcyi.
(Nord. Times. J. des Deb. Ind. Bel. N. Allg. Ztg.)
Pracownia Stan. Chlebowskiego w Konstantynopolu.
Ponieważ w Stambule nikt wtenczas o pracowni
malarza pojęcia nie miał, Chlebowski był zmuszony
urządzić ją sobie z dużój sali bilardowej w Kiosku
kawiarni, przy ulicy Syra-Sylwi, w części miasta
zwanój Taxim, a łącząeój Perę z dzielnicami turec-
kiemu Na prawo od niój rozciągał się duży ogród,
świeżo założony (grand-champs), dalej Europejskie
przedmieście, w lewo zaś zwężona uliczka i osobne
tureckie drewniane domki, z zakafesowanómi (za-
kratowanymi) oknami. Taki Kiosk ma gęste podłu-
żne okna ze wszech stron,—trzeba je było pozakry-
waó, ztąd makaty i kobierce, obwieszające całą pra-
cownię, — nade drzwiami zaś od ogródka duże kwa-
dratowe okno, daje pożądane światło. Przy stalu-
gaeh z obrazkiem zaczętym siedzi sam właściciel
pracowni, zgarbiony i zmęczony (zapewne nocą bez-
senną). Po lewej jego ręce dwie nizkie szafeczki,
a na jednój z nich manekin po arabsku przystrojony.
Na drugiój poustawiane naczynia gliniane, Waza
Chińska, etc. Dalej malutki stoliczek snycer-
ską robotą, jakich Turcy używają do kawy lub gry
jakiej, stawiając pomiędzy siedzącymi na sofach; (do
czytania bowiem mają specyalne pulpity perskie,
a do pisania dłoń własną). Dalój komoda rzeźbiona
starożytna, nad którą stosowne półki, zapełnione
porcelaną chińską, japońską, sewrską i t. d. (której
wielką kollekeyę posiada), naczynia z terra-cotty
i t. d. Nad tern wszystkióm jeszcze zawieszony ta-
lerz chiński, rozmiarów niezwyczajnych, bo więcej
niż łokieć średnicy mający. Na prawo duży zaczęty
obraz dla sułtana, jeden z przedstawiających wojny
Turków z austryakami, — manekin na koniu drew-
nianym, i szafka szklarnia, zawierająca szacowniejsze
zbiory starożytności, wschodnich wyrobów jubilerskich,
antyków greckich, egipskich, dzbanki z porcelany
kosztownej etc. Przed szafką fotel z XVI w., rzeź-
biony i złocony, na którym porozrzucane rozmaite
kostiumy i draperye z materyj wschodnich. Dalej
jeszcze stoliczek mały, makatą pokryty, na nim znów
naczynia starożytne ibronzy. W głębi pracowni dwie
duże szafki flamandzkie (napełnione kostiumami i roz-
maitemi zbiorami), między niemi, nade drzwiami do
drugiego pokoju, zbrojownia starożytna i rozpięty
nad nią parasol chiński. Cała pracownia wysłana
dywanem perskim i otoczona sofami tureckiemi, na
ścianach etażerki tureckie zwane Kauklub, rzeźbione
i złocone, portrety, obrazy; u sufitu drewnianego
świecznik starożytny hebrajski. I otóż prawie wszyst-
ko, co się daje widzieć na obrazie pracowni.
KRONIKA LWOWSKA.
Lwów, w Maju 1877 r.
(N. E. R.j Nie pamiętamy od lat wielu tak
brzydkiej wiosny jak tegoroczna. W dawniejszych
latach już w końcu kwietnia drzewa by wały pokryte
liśćmi, a pola zielonością; w roku obecnym, dopiero
w połowie maja roślinność na dobre zaczęła się roz-
wijać. Deszcz prawie nieustanny,, często ze śniegiem,
padał u nas przez kwiecień i połowę maja, zimno
było tak dokuczliwe, iż nikt zimowego ubrania nie
porzucał, a zajęcia i zabawy zimowe przedłużyły się
aż do ostatniego czasu. Dopiero od trzech dni słoń-
ce z chmur się wychyliło, wiatr północny wiać prze-
stał, slota ustała i ustaliła się pogoda. Spragnieni
ciepła i zieloności mieszkańcy Lwowa, tłumami na-
pełniają ogrody, robią wycieczki w okolice i ukła-
dają projekta zabaw i prac letnich.
O tych pracach jednak pisać dopióro będę w na-
stępnym liście ; teraz wypada mi rzucić okiem na
czas ubiegły od daty mojego ostatniego listu, który
nie tylko w zjawiskach natury, ale i we wszystkich
objawach życia ludzkiego miał charakter zupełnie
zimowy. Koncerta, opera, prelekcye były na po-
rządku dziennym.
Pierwszych nie brak nam było. Występowali na
nich jednak przeważnie artyści krajowi, a nie cu-
dzoziemcy, jak w innych latach.
Przyobiecałem w przeszłym liście donieść wam
o wrażeniu, jakie zrobi na publiczności kantata Ja-
reckiego „Hugo", skomponowana do słów Juliusza
Słowackiego. Wrażenie było wielkie. Jest-to dzieło
piękne i poważne zarazem, wykazujące wielką zna-
jomość natury głosów i instrumentów. — Całość
jest imponująca, co nie przeszkadza bynajmniej temu,
iż niektóre części piękniejsze są od innych. Marsz
żałobny, którym p. Jarecki rozpoczął część piątą,
szczególniój się podobał, tak powagą, melodyą, jak
i efektowną instrmnentacyą. Krytycy zarzucają tyl-
ko jedną wadę Hugonowi, to jest brak symetryczne-
go rozstawienia tempa, który sprawia monotonią,
a który tłómaczymy wiernem trzymaniem się tekstu
Słowackiego. Pomimo jednak tój wady, Hugo jest
znakomitą kompozycyą, przez którą p. Jarecki sta-
nął w rzędzie niepospolitych kompozytorów.
„Hugona" wykonano dwa razy, dzień po dniu.
Pierwszego, dnia obok kantaty p. Jareckiego, grano
uwerturę Władysława Tarnowskiego Joanna Grey,
napisaną do dramatu wielkiej piękności, pełnego
scen efektownych tegoż samego autora. Uwertura
ta jest dziełem wielkióm ; odegranie jój w całości,
mogłoby zapełnić koncertowy wieczór, dla tego tóż
p. Jarecki wziął tylko część jej pierwszą, pastoralną,
która zachwyciła nas i więcój się nam jeszcze podo-
bała od Hugona. W uwerturze tój zamknął kompo-
zytor cały dramat, z obrazem wszystkich walk, przez
jakie przechodziła czysta, rozumna, kilkodniowa
królowa Anglii, i obraz wszystkich namiętności, jakie
walczyły z czystą dziewicą i zaprowadziły ją narusz -
towanie. Koncert ten utwierdził stanowczo w nas
przekonanie, iż posiadamy tu obecnie dwóch pier-
wszorzędnej wartości kompozytorów muzyki, którzy
wieniec Szopena i Moniuszki godni są nosić na
swoich skroniach.
Pierwszy z nich, p. Jarecki, pojechał jako dyre-
ktor opery do Tarnowa, gdzie obecnie opera lwow-
ska daje przedstawienia; drugi, Władysław hr. Tar-
nowski, odbył w marcu i kwietniu artystyczną wy-
cieczkę po Saksonii i lubo nie dawał koncertów pu-
blicznych, grywał przed licznym areopagiem pier-
wszych powag muzycznych Drezna, Lipska i Wej-
maru. Korzystając z bytności swojój w Saksonii,
Wł. hr. Tarnowski wydał w Lipsku wyciągi na for-
tepian z opery przez siebie skomponowanój Achmed;
Nową Sonatę, Des dur, na fortepian; Ewtases au Bos-
phore, wielką fantazyą z motywów wschodnich; mu-
zykę do Alpuhary Mickiewicza, którą sam kompozy-
tor przełożył na język niemiecki; Melodyą do pieśni
Hammerlinga, Marsz żuto bny na pogrzeb Augusta Bie-
lowskiego i wreszcie Ave Maria, którą wykonał chór
śpiewaków pod dyrekcyą profesora Ridla w kościele
Sw. Tomasza w Lipsku. Piękna to wiązanka, świad-
cząca o wielkiój i łatwój muzykalnej twórczości Wł.
hr. Tarnowskiego, którego Niemcy nauczyli się już
wysoko cenić, jako kompozytora i wirtuoza.
Z innych koncertów, wspomnimy tylko o popisie
młodój orkiestry „Harmonii", która w tym czasie
po raz pierwszy wystąpiła i przekonała Lwowian, iż
nie darmo składki robili na jój naukę i umunduro-
wanie. Lwów nie miał dotąd orkiestry, któraby wy-
stępowała podczas zabaw publicznych, wycieczek
letnich i różnych uroczystości. W braku swojej,
potrzeba się było posługiwać wojskowemi orkiestra-
mi. Ponieważ kilka razy zdarzyło się, iż kapela woj-
skowa grać nie mogła i uroczystości odbywać się
musiały bez muzyki, zawiązało się we Lwowie towa-
rzystwo Harmonia, które za cel położyło sobie sfor-
mowanie miejskiój kapeli. Raźnie wzięto się do rze-
czy; otworzono szkołę dla chłopców od 16 do 20 lat,
których się zapisało sześćdziesięciu, po większój czę-
ści sierot lub synów ubogich rodziców; wyuczono ich
grać: i oto pod dyrekcyą p. Szyrera, byłego dyrekto-
ra orkiestry teatralnej, mamy już własną, miejską
kapelę, która nie wiele ustępuje wojskowój austryac-
kiój muzyce, jak wiadomo, wybornój.
Wspomniałem o operze. Pozwólcie mi więc cho-
ciaż krótko o niej nadmienić.
Wiadomo, że Lwów posiada od niewielu lat
operę polską. Jest to druga po warszawskiój opera
polska, która dzięki śpiewakom, przybyłym z War-
szawy, zwłaszcza pani Friderici-Jakowickiój, pannie
Kwiecińskiój dzisiejszej Dobrzańskiój, panom Cie-
ślewskiemu, Kohlerowi i Mikulskiemu, bardzo pręd-
ko zorganizowała się i zakwitła. Kilkuletnia jój hi-
storya miała chwile świetności i chwile mroczne. Od-
jazd pani Jako wickiój i p. Cieślewskiego spowodował,
iż przez czas jakiś nachylała się do upadku. Pierw-
szą zastąpiono panią Juniewiczową, drugiego p. Za-
krzewskim i znowuż cokolwiek się opera podniosła.
Dyrekcyą pana Dobrzańskiego miała szczery za-
miar posługiwania się tylko śpiewakami polskimi.
Gdy jednak ci stawiali, jak na Lwów, zbyt wygóro-
wane żądania, sprowadzić musiano Włochów. Od
roku więc mamy operę na pół włoską. Jedni śpie-
wacy śpiewają po włosku, drudzy po polsku, co
brzmi cokolwiek dziwnie, — wprawdzie niektórzy
z Włochów nauczyli się po polsku, ale tylko kilku
oper, w innych śpiewają po włosku.
Z solistów naszej opery zasługują na zaszczytne
wymienienie: panny Katarzyna Marco i Adalgiza
Gabbi; panowie Zakrzewski, Raverto tenorowie; p.
Tercuzzi bas i Verdi baryton.
Panna Marco rodem jest z Ameryki. Ojciec jój
Marco Smith, niedawno zmarły w Paryżu, był je-
dnym z najznakomitszych artystów dramatycznych
amerykańskich. Córka jego, skończywszy kon-
serwatoryum w Medyolanie, została włoską śpie-
waczką. W naszój operze śpiewała przez cały rok,
jako primadonna koloraturowa. Głos jej średniój
siły, wyrobiony umiejętną szkołą, — zachwycał nas
uczuciem i rzewnością. Postawa wiotka a kształtna,
twarz piękna, gra doskonała, wszystko składało się
na to, że panna Marco zawsze mile była u nas wi-
taną na scenie. Bez niój, nie mielibyśmy Lohengri-
na, w którym panna Marco śpiewa trudną partyą
Elzy, a śpiewa tak doskonale, że zadowolnićby mo-
gła nawet kapryśnego autora tój opery. Panna
Marco nauczyła się u nas po polsku partyi Halki,
i zapewne za granicą będzie ją śpiewać, ażeby dać po-
znać cudzoziemcom nieznanego tam jeszcze naszego
mistrza, którego muzykę podziwiała, jako jedną
z najpiękniejszych.
Drugą śpiewaczką jest panna Gabbi. Młoda to
jeszcze śpiewaczka, która dopiero na naszej scenie
wyrobiła umiejętnie swój piękny, a wielkiój siły
głos. Publiczność zawsze ją wita bardzo sympatycz-
nie i uważa ją za swoję, z powodu, iż tu we Lwowie
odbyła szkołę. W ciągu roku Gabbi zrobiła tak
wielki postęp w języku naszym, iż w niektórych ope-
rach śpiewa po polsku, a zwłaszcza tóż w Strasznym
Dworze Moniuszki.
Z innych śpiewaczek naszój opery, zasługują na
zaszczytne wymienienie: pani Dobrzańska, która już
teraz rzadko występuje na scenie; panna Wajcówna,
Lwowianka, bardzo użyteczna w każdój operze śpie-
waczka, która Lwów podobno w tym miesiącu opu-
ściła; pani Tańska, wdowa po byłym dyrektorze, jest
wychowanką sceny Iwowskiój, głos ma niewielki,
ale bardzo miły i dźwięczny, umió tóż śpiewać igrać,
a za każdóm przedstawieniem widać w jój grze
i w śpiewie ciągłe doskonalenie się; pani Rudecka, ob-
darzona silnym, pięknym głosem, który teraz bardzo
pilną nauką wykształca, — opera nasza będzie w niój
miała w niedługim czasie primadonnę; — i wreszcie
pani Skalska, młoda, piękna, początkująca śpiewacz-
ka, która już, zwłaszcza w operetkach, zadawalnia
śpiewem swoim surowych krytyków.
Personel męzki opery Iwowskiój również jest li-
czny. Pierwsze w nim miejsce należy się p. Zakrzew-
skiemu, Lwowianinowi i wychowańcowi tutejszej ope-
ry. Tenor jego potrzebuje tylko lepszój szkoły, ażeby
odpowiedział wszelkim wymaganiom sztuki. Wiele
w nim metalicznego dźwięku i siła niepospolita, —
pamięć i zdolność niezwykła, lecz kapryśny i zmienny
charakter stanął na przeszkodzie wyrobieniu się na
pierwszorzędnego śpiewaka. Chociaż wiele brakuje
p. Zakrzewskiemu, ażeby nam zastąpił Cieślewskie-
go, przecież i z taką umiejętnością, jaką posiada,
mógłby być ozdobą każdój opery, a jest już nieza-
wodnie ozdobą Iwowskiój.
Pan Racerto Włoch, także tenor, śpiewa o wiele
lepiej od Zakrzewskiego, lecz głos jego nie ma już
pierwszej świeżości. Śpiewak to jednak niepospolity;
po rocznym pobycie opuścił nasze scenę.
Pan Kohler, niezrównany barytonista, znany wam
w Warszawie, pomimo późnego wieku, śpiewa za-
wsze jak młody. Lata, zdaje się, nie mają żadnego
wpływu na jego głos, zawsze silny i zawsze świeży.
Kohler, w operach zwłaszcza Moniuszki, jest nie do
zastąpienia, dla tego tóż z niechęcią przyjęła publicz-
ność wiadomość, iż śpiewak ten, w skutek poróżnie-
nia się z dyrektorem, opuścił naszę operę i zajął się
dawaniem lekcyj śpiewu. Zastąpił go pan Verdi, któ-
rego właściwe nazwisko jest Grim, amerykanin, ze
szkoły włoskiój, śpiewający po włosku. Głos to po-
tężny i piękny, któremu jeszcze tylko braknie co-
kolwiek większego wykształcenia, ażeby zrównać się
mógł z najlepszymi barytonistami.
Pan Tercuzzi śpiewa także po włosku; jest to
Słowianin z Krainy, dlatego tóż łatwo mu przyszło
wyuczenie się języka polskiego, w którym doskonale
śpiewa w Strasznym Dworze. Głos jego basowy,
czysty, silny, gra dobra i szkoła również dobra. Stał
się ulubieńcem publiczności. Pan Borkowski, bas głę-
boki, śpiewak to niegdyś znakomity, dzisiaj już wy-
śpiewany, — zużycie materyału naturalnego zastę-
puje umiejętnością. Pomimo tego, ma on niektóre
role, w których jest doskonałym, jak np. w roli Me-
fistofelesa w Fauście, w Robercie Dyable i w in-
nych.
Również pożytecznym śpiewakiem jest p. Kon-
cewicz. Głos silny, nie zupełnie jednak wyrobiony.
Występuje w najrozmaitszych rolach, a nigdy ża-
dnój nie zepsuje.
Pana Mikulskiego znacie w Warszawie. Tenor
jego ma coś, że tak powiem, drewnianego w sobie.
Ponieważ jednak umie śpiewać i każdą rolę wystu-
dyuje należycie, właściwie użyty, p. Mikulski za-
wsze zadowolnić może publiczność. Lepszego nau-
czyciela śpiewu i lepszego reżysera opery trudno
jest żądać. Sumienny, akuratny i skromny, użytecz-
ność swoję wielostronnie umió okazać.
Chóry, od czasu objęcia dyrektorstwa orkiestry
teatralnój przez pana Jareckiego, są o wiele lepsze
niż dawniej, okazało się to mianowicie w Isohengrinie
Wagnera, który nie był jeszcze przedstawionym na
żadnój scenie polskiej. Dyrekcyą postarała się
o świetną wystawę i nic niczego zaniedbała, ażeby tę
wielką a trudną operę mistrza muzyki przyszłości
przedstawić jak należy. Wykonanie jej wypadło tóż
jak najlepiój. „Lohengrin" oprócz Berlina, Wie-
dnia, Monachium i Lipska, nigdzie nie był lepiej
wykonanym w Niemczech, jak u nas w tłómaczeniu
polskiem pana Aurelego Urbańskiego. Publiczność
jednak nie rozentuzyazmowała się tą muzyką
przyszłości i wcale obojętnie przyjęła „Lohengrina".
Próba ta zapewne powstrzyma dyrekcyą od przed-
stawienia innych oper Wagnerowskich.
My mamy cokolwiek odmienne zdanie od publi-
czności, — a jakkolwiek w pochwałach i w entu-
zyazmie nie posuwamy się tak daleko jak Niemcy,
przecież oceniamy kompozycye Wagnera, a miano-
wicie tóż muzykę do Lohengrina, jako utwór wyż-
szój, niepospolitój piękności. Nie zastąpi ona nigdy
muzyki włoskiój i jak tamta, z powodu swojój małój
melodyjności, popularną, nie będzie, — wszakżeż bo-
gata jój instrumentaeya, wielka harmonia przy ści-
śle dramatycznym charakterze, to zalety, które dla
znawców muzyki, będą, po wszystkie czasy przed-
miotem podziwu.
Wprowadzenie tój opery na lwowską scenę, ró-
wnież jak Aidy i Strasznego Dworu, poczytujemy
za wielką zasługę lwowskiej dyrekcyi. Czyni ona
wszystko, co do niój należy, aby operę postawić
na możliwym stopniu udoskonalenia. Dalsze jój utrzy-
manie i postęp zawisły od publiczności i od sejmu.
Publiczność powinna liczniój uczęszczać do teatru,
jeżeli chce aby u nas nie upadła muzyka dramaty-
czna i aby rozwijała się z równóm powodzeniem, jak
inne gałęzie sztuk pięknych. Sejm zaś, który zastę-
puje nam mecenasów, zważywszy, iż utrzymanie
opery jest bardzo kosztownóm, że w mieście takióm
jak Lwów, liczącóm 100,000 mieszkańców, konie-
czną jest dla niój znaczna subwencya, powinien pod-
nieść dotąd wypłacaną w ilości 12,000, przynajmniej
do 25,000. Nie samym chlebem człowiek żyje. Do-
bre gospodarstwo krajowe, oprócz uwzględnienia
potrzeb czysto ekonomicznych, wymaga odpowie-
dniój opieki nad naukami i sztukanu pięknemi. Spo-
dziewamy się tóż, że sejm nasz, wzmocniony siłami
inteligencyami, pozbywszy się balastu w głosach
ciemnych chłopów, zrozumie, że również produkcyj-
nym wydatkiem jest grosz, wydany na szkoły i tea-
Tab. VI.
tra, jak grosz wydany na budowę dróg i szpitali, i że
subwencyą dla opery naszój znacznie powiększy.
Opera lwowska wyjechała 10 Maja do Tarnowa,
trzeciego co do ludności galicyjskiego miasta i tam
zabawi do 1 Czerwca, poczóm na całe lato ma być
rozpuszczoną.
Od muzyki przechodzę do malarstwa. Mieliśmy
tu przez kilka tygodni otwartą wystawę obrazów p.
Wilhelma Leopolskiego, malarza lwowianina, obdarzo-
nego niepospolitym tuleniem.
W wystawie tój, złożonój z dwudziestu kilku
obrazów, mogliśmy ocenić postęp, jaki malarz zrobił
w rysunku, w kolorycie i w kompozycyi, — postęp
ogromny, chociaż już i te obrazy, które malował
przed dwudziestu laty, w młodzieńczym wieku, no-
szą na sobie ślady wielkiego talentu. Pan Leopol-
ski nie lubi chodzić utartemi drogami, niezadawal-
nia go to, co technika w malarstwie dotąd zrobiła.
Robi on ciągłe próby, ciągłe studya i doświadcze-
nia. Ponieważ zaś na żadnym z osiągniętych rezul-
tatów dotąd cię nie zatrzymał, ztąd rzadko który
obraz jego był wykończony. Zaniedbywał dalszego
malowania, jak tylko próby zrobione naprowadziły
go na jaką nową kombinaayę farb. Dla tój to przy-
czyny istnieje tyle niewykończonych obrazów Leo-
।polskiego, które jednak pomimo tego są utworami
wyższój artystycznój wartości.
Takim niewykończonym obrazem jest „Śmierć
Klonowicza". Jest on dzisiaj w- posiadaniu p. Marka,
muzyka. P. Marek posłał go na wystawę do Wie-
dnia w r. z., tam pomimo iż obraz był niedokończo-
ny, wszyscy krytycy uznali go za jeden z piękniej-
szych obrazów nowoczesnego malarstwa. Leopolski
jednak był z niego niezadowoluionym i postanowił
wymalować drugi obraz tójże treści, ale wymalować
inaczój. Otóż takim sposobem powstał drugi obraz,
tejże samój treści i tegoż samego pędzla, pod nazwą
„Śmierć Sebastyana Klonowicza". Obraz ten drugi
został zupełnie wykończony, a jeszcze był na szta-
lugach, gdy go nabył Dr. Weigel, lekarz we Lwo-
wie, znawca i mecenas polskiój sztuki.
Są na nim tylko dwie figury: Klonowicza spo-
czywającego na łożu, z głową opartą na ręku i pil-
nie słuchającego uwag mu czynionych — i Jezuity,
który siedzi obok łoża na krześle i prawi poecie
Tab. VII.
Tab. VIII.
Wykopaliska bronzowe, znalezione w okolicach
Trębowll, w Chocimicrzu i w Jeziorzanach.
nauki, porusza w nim sumienie, aby skłonić go
do odwołania tego, co napisało Jezuitach w „Worku
Judaszowym". Z oczu błyskających ogniem geniu-
szu widać, iż daremnemi są słowa Jezuity, — na
obliczu bowiem, śmiertelną bladością pokrytóm, wy-
raża się głębokie przekonanie i pewność. Głowa
Klonowicza prześlicznie została pojętą i naryso-
waną. Jest to jedna z tych pełnych charakteru
głów, w których malarz genialny umie zamknąć
dzieje całego żywota i całą potęgę, twórczego ducha.
Twarz Jezuity również jest piękną. Niemiec lub
Francuz, idąc, za pospolitóm wyobrażeniem o Jezui-
tach, które przypisuje tym zakonnikom gorliwość
przerodzoną w fanatyzm, byłby wymalował w tój
twarzy chytrość, podstęp, przebiegłość i fanatyzm.
W twarzy wymalowanój przez naszego malarza, nió-
ma nic podobnego. Jest to twarz kapłana gorliwego,
ale bez fanatyzmu, twarz człowieka uczciwego.
W takióm pojęciu Jezuity, przemawiającego do Klo-
nowicza przed śmiercią, jest już oznaćzona samo-
dzielność talentu artysty i zarazem jego wyższość
ponad malarzami zagranicznymi, którzy Jezuitów
i gorliwców katolickich malują nie jako ludzi, ale
jako szatanów.
Przed łożem Klonowicza stoi nizki stół, a na
nim stosy ksiąg; jedna z nich otwarta, — znać nieda-
wno poeta w niój czytał. Przy księgach niedopa-
lona, łojowa świeczka. Pod stołem widać spadły
z łóżka dywan. Na boku oparty o ścianę teorban.
Ściany sali szpitalnój, w którój Klonowicz spoczy-
wa, są kamienne,—ozdobione krzyżem. Drzwi stare,
żelazne, — w kątach pajęczyna.
Kompozycya wielce szlachetna i taka, że nic
dodać do niój, ani tóż nic z niój ująć nie można, co
jest zawsze dowodem doskonałości. O rysunku nie
ma co mówić,—jest on wyborny, linie w calem
znaczeniu tego słowa piękne. Koloryt niepodobny
do żadnego z kolorytów nam znanych. Nie jest to
koloryt Matejki, ani Siemiradzkiego, ani Roda-
kowskiego, ani nawet Brandta;—jest to zupełnie
oryginalny, właściwy Leopolskiemu, bardzo świetny
i żywy koloryt, którego jaskrawość zlała się harmo-
nijnie w blask niezmiernie miły dla oka, łagodzący
wszelkie sprzeczności w barwach.
Obrazu tego powinszować możemy p. Leopol-
skiemu. Stworzył w nim arcydzieło, które nie po-
Tab. IX.
(3702)
wstydzi się sąsiedztwa Przysięgi w roku 1569
Zygmunta Augusta, iprzez Matejkę malowanej,
ani tóż sąsiedztwa Świeczników chrześciaństwa,
Siemiradzkiego. „Śmierć Klonowicza" odbędzie
podróż po Europie, gdzie wielce przyczyni się
do utwierdzenia opinii, iż berło panowania w Kró-
lestwie Sztuki pięknej do nas, na naszę ziemię się
przeniosło. Mówił mi artysta, iż z imierza wysławić
ten obraz i w Warszawie.
Oprócz Śmierci Klonowicza, było na wystawie
cztery rodzajowe obrazki, które także, zwłaszcza też
jeden, przedstawiający Żydów w brodzki&j bożnicy, do
rzędu arcydzieł zaliczonym być może. Mały to obra-
zek, ale jakże przepyszny, co za charakterystyka,
jakie subtelne na sposób Meisonniera wykończenie!
Prawdziwe to pieścidełko sztuki.
Również jest pięknym mały obrazek, przedsta-
wiający Protazego z Pana Tadeusza, czytającego
w okularach przy świecy wokandę trybunalską. Pan
Leopolski mistrzem jest w charakteryzowaniu, — to
tóż jego Protazy jest typem skończonym, charakte-
ryzującym najzupełniój polskich dawnych woźnych,
typem szlachetnym. Żałujemy, że pan Marek, przez
upór dla nas niepojęty, nie chcial, pomimo próśb ar-
tysty, dać na wystawę Gerwazego, który jest w jego
posiadaniu, a w którym Leopolski z równąż siłą
charakterystyczną, doskonałym pędzlem odtworzył
sławnego Mickiewiczowskiego klucznika.
Trzeci rodzajowy obrazek przedstawiał Trzech
Bernardynów ze zakrystyi. Kompozycya bez zarzutu,
charakterystyka również dobra. Czwarty wreszcie
rodzajowy obrazek przedstawiał Rodzinę szlachecką
w niewoli Kozaków z czasów Jana Kazimierza, biwa-
kujących na dziedzińcu starego, zniszczonego zamku.
Temu obrazkowi, aby był arcydziełem, brakuje
tylko wykończenia jednój gruppy, to jest owej szla-
checkiej rodziny. Wszystkie te obrazki, które po-
trzebaby także pokazać Europie, nabył również Dr.
Weigel.
Oprócz opisanych i jeszcze jednego szkicu, przed-
stawiającego modlących się w kościele, — wystawa
złożona była z samych portretów. I w portretach
wybiła się oryginalność talentu. Są one malowane
inaczój, niż zwykłe portrety. Wszystkie są dziełami
znacznej artystycznej wartości, wolimy jednak hi-
storyczne i rodzajowe obrazy Leopolskiego; te tylko
imię jego jako mistrza przekażą potomności.
Artysta, którego znamy osobiście, opowiadał
nam pomysł do nowego obrazu historycznego, w któ-
rym chce przedstawić Jarosława Bogoryę Skotnic-
kiego, arcybiskupa gnieźnieńskiego, w charakterze
sędzi polubownego pomiędzy królami i w charakte-
rze opiekuna włościan i budownika kościołów i zam-
ków. Zaraz po zgromadzeniu potrzebnych do tój
pracy funduszów, p. Leopolski ma zamiar wymalo-
wać tę znakomitą, może jedną z najznakomitszych
historycznych postaci XIV wieku. Pomysł jest świe-
tny — i jeżeli go wykona podobnie, jak Śmierć Klo-
nowicza, będzie to obraz, który artyście i naszemu
malarstwu sławy przysporzy.
Przygotowania do wystawy przemysłowo-rolni-
czej we Lwowie, w miesiącu Wrześniu mającój się
odbyć, bardzo żwawo postępują. Na placu Jabło-
nowskich odbędzie się wystawa. Wiele pawilonów
blizkich jest już wykończenia. Sądząc z planu i ze
skrzętności komitetu wystawy, jako też z zamówień
miejsc przez wystawców, będzie to jedna z najświe-
tniejszych wystaw, jakie kiedykolwiek odbywały się
w naszym kraju.
O ruchu umysłowym i literackim u nas, rzecz
odkładam do następnego listu, nie chcąc ram tój ko-
respondencyi zbytecznie rozszerzać. Na zakończenie
zaś tej powiemy, iż straciliśmy w tym czasie kilku
ludzi dobrze zasłużonych, a pomiędzy nimi histo-
ryka Maurycego hr. Dzieduszyckiego, którego ży-
ciorys wam nadeślę.
POKŁOSIE.
Nie chcemy się powtarzać, nie podobna nam je-
dnak nie wspomnieć ostatnióm słowem pobytu Ros-
siego w Warszawie, pobytu, który powinien na dłu-
go zostać pamiętnym dla publiczności, a nie bez
wpływu i to wielkiego dla artystów. Odświeżył
on powietrze argetyczne, natchnął nowym duchem,
zachęcił do podnioślejszego traktowania sztuki; a kto
wie, czy nie wywołał szlachetnych na przyszłość am-
bicyj. W siedmiu przedstawieniach, z wyjątkiem
Keana, widzieliśmy szereg arcydzieł Szekspirow-
skich, wystawionych w całości poprawnie, a w głó-
wnych charakterach wspaniale. Jesteśmy przekonani,
że gdyby niektórzy artyści nasi dłużój mieli sposo-
bność przypatrywać się Rossiemu, zwlekliby z siebie
rutyniczne szaty starój szkoły, a rzucili się do nowój,
której główną podstawą: konsekwentna psychologi-
czność i natura. Artysta ten wreszcie nauczyłby
robienia studyów, — sam bowiem opowiadał, że
z powodu Króla Lira, przez rok cały studyował
w ogóle stan psychiczny człowieka w podobnóm po-
łożeniu, a potóm zabrał się już do studyów nad tra-
gedyą specyalnych, przytem jeździł po świecie i przy-
patrywał się odtwarzaniu Lira przez najrozmaitszych
aktorów. Niepodobna wreszcie nie widzieć wpływu
Rossiego na towarzyszącą mu truppę; składa się ona
wprawdzie z artystów drugo lub trzeciorzędnych, ale
ensemble każdej sztuki wykonywane jest z wielką pre-
cyzyą, ze zrozumieniem przewodniej idei, z poszano-
waniem szczegółów, oświecających jasno główne
utworu zadanie. Jeżeli zawsze stanowczo jesteśmy
przeciwni rozszerzaniu się drobiazgowemu nad dzia-
łalnością, często równie drobiazgową, naszego tea-
tru, to występy Rossiego powinny być wyjątkiem,
bo rzeczywiście w kronice teatru naszego stanowią
epokę. Wobec tego, jakże ubolewać nam przycho-
dzi już z góry nad teatrzykami ogródkowemi, które
w tych dniach byt swój rozpoczęły. Czyż można
tu mówić o zrozumieniu i uczczeniu prawdziwej sztu-
ki, o jój wpływie estetycznym? czy nawet względy
wpływu moralnego na massy mogą tu przyjść pod
uwagę? Co do pierwszego, dość powiedzieć, że zaraz
na wstępie, sławną a tak znaną sztukę jak „Szkolę
obmowy” Sheridann, przechrzczono na afiszach na
sztukę polską, utworu Fredry ojca!
Tyle nawet znajomości literatury dramatycznej
nie mają ci, którzy stoją na czele tego rodzaju in-
stytucyj! _
Nie pierwszy raz twierdzimy stanowczo,Mże tea-
trzyki te są zwykłemi spekulacyjnemi przedsiębior-
stwami, a sztuki grywane, sposobnością do siedzenia
na świcżóm powietrzu, palenia cygar i popijania ba-
warem, wśród dokuczliwych upałów.
* *
*
W dniu 10 b. m. odbędą się coroczne wyścigi
konne. Mają być bardzo ożywione; jedna nagroda
wynosi do 6000 rubli, a świat elegancki gotuje się
wystąpić w całej świetności strojów i zaprzęgów.
Więc jest i u nas wyłączny świat elegancki? Niby,
lubo trudno nam tak go scharakteryzować, jak to
uczynił ktoś, mówiąc o elegancyi Francuzów, Angli-
ków, Niemców i Hiszpanów.
„Elegancya u jakiegoś narodu — twierdzi ten
ktoś — zależną jest od wyróżniających go znamion
moralnych. Naród angielski naprzyklad, jest py-
szny, wspaniały, bogaty i lubiący się okazać, ale za-
zwyczaj brak mu gustu. I oto ujrzysz Angielkę
w pięknej sukni, lecz to jej nie wystarcza, garniruje
ją koronką, a do koronki dodaje jeszcze jakiś szcze-
gół toaleto wy jeden i drugi, a na to wszystko brylan-
ty, lecz i na tóm nie koniec, tak, że w ostatku pię-
kna dama wygląda jak szyld magazynierski. Szcze-
góły są piękne, ale całość przesadzona i ciężka.
Obiad angielski odznacza się tą samą cechą prze-
ładowania i zbytniej obfitości, która zastępuje
wybór.
Francuzki naród wstrzemięźliwy, wyobraźni
miarkowanój logiką, pozytywny, matematyczny,
szybki, żywy, raczej ubogi aniżeli bogaty w idee i sło-
wa, — odznacza się elegancyą, której główną zasługą
jest czystość linii, skromność i staranność. Fran-
cuzka tak zawsze wygląda, jak gdyby cała spięta
była szpilkami. Elegancya jój, jest podobną do po-
prawnego rysunku. Elegancya hiszpańska przeci-
wnie, zdaje mi się odtwarzać koloryt natury gorą-
cój; Niemiecka ujawnia charakter dobroduszności,
połączonej z bogactwem i wymysłami dziwacznemu
Usiłuje na gwałt okazać się naiwną, gdy tymczasem
wydaje się czworograniasto-niezgrabną. We Wło-
szech — elegancya wrodzona, świeci się i błyszczy,
w Neapolu zwłaszcza i w Syrakuzach; na Wschodzie
nareszcie, złoto, jedwabie, i bogate draperye głó-
wną odgrywają rolę.”
Chyba już według tego szematu, zaliczyć trzeba
Warszawianki do Paryżanek, gdyż tradycyjnie trzy-
mają się one mody paryzkiej, o berlińskiej, która
miała pretensyą czas jakiś do opanowania świata ca-
łego, ani słyszóć nie chcąc.
* *
*
„Kaliszanin” ubolewa bardzo słusznie nad losem
nauczyciela wiejskiego, o którym się wyraża, że na-
leży do istot godnych politowania. Zle bardzo pła-
tny, pozbawiony jest jeszcze wszelkiego towarzy-
stwa, gdyż w ukształceńszóm towarzystwie uważa-
ją go za intruza, a u włościan bywać mu nie wolno.
Jeżeli u nich bywa, oskarżają go o poniewieranie
się i złe nałogi. Nadto ciężar składki, niedbalstwo
uczniów, na niego spadają wyłącznie, stając się po-
wodem do wydalenia go przy pierwszej lepszój spo-
sobności.
Ten krzewiciel światła, zwiastun moralniejszój
przyszłości, żyje w poniewierce i prawie w nędzy.
Przy największej oszczędności i rządności, nie jest
w stanie, wobec ciągle wzrastającój drożyzny, wy-
starczyć na zaspokojenie najpierwszych potrzeb. Co
gorsza, że o swą zapłatę pokornie prosić musi, sły-
sząc w odpowiedzi oschłe słowa: „jeszcze szkolne
nie zebrane,” lub „nie ma w szafie szkolnych pie-
niędzy.”
Nam się zdaje, że inteligencya wiejska, powin-
naby wpłynąć na polepszenie bytu tych ludzi, któ-
rymi każdy kraj, dbający o swe dobro, troskliwie
zajmować się powinien. Za granicą np. nauczycie-
le szkół elementarnych, nietylko że obecnie nie-
zgorsze już mają uposażenie, ale, co jest niezbędnóm,
pobierają je w terminach pewnych i stale oznaczo-
nych. W ten tylko sposób mogą wywierać wpływ
na pokolenia włościańskie, a zarazem ochronić się
od zażyłości z chłopami w karczmie, jako jedynem
miejscu, w któróm o biedzie swój zapomnióć im wol-
no. Pozycya ich społeczna daje im wstęp do do-
mów klas wyższych.
Narzekania na sługi stają się u nas coraz po-
wsźechniejszemi i sprawiedliwszemu
Dawniój zdarzało się, że popędliwy pan lub ka-
pryśna pani nie hamowali się w uniesieniu gniewu,
nie szczędząc słów obelżywych; dziś pomiarkowali
się, przypuśćmy nawet, że z obawy surowój odpo-
wiedzialności. Lecz czy sługi nasze, przy większych
z ich strony wymaganiach i przy podwyższonej za-
płacie, odwzajemniają się nam porządniejszą usługą,
doskonalszóm pojęciem swych obowiązków lub mniój
szorstkiem obejściem? Bynajmniej. Przekonani, że
o lada co wolno im się skarżyć przed sędzią po-
koju, stawiają hardo opór danym sobie poleceniom ;
w razie zaś zguby drobniejszych jakich rzeczy, jak-
to często bywa w gospodarstwie, z dyplomatyczną
zaledwo ostrożnością zapytać się ich o to można.
A nuż wyrwie się prędkie słowo lub mimowolne po-
sądzenie, z pewnością usłyszysz pogróżkę sądowej od-
powiedzialności. Opowiadano nam fakt, który na-
wet podobno powtórzyły „Nowiny niedzielne,” że
jedna pani dała służącój dziesięć rubli na zakupno
do miasta. Ta wróciwszy po kilku godzinach, od-
dała resztę tylko z dwóch rubli. Zapytana, gdzie
podziała rubli ośm, odpowiedziała zuchwale', że dwa
tylko ruble otrzymała na wydatki. Ponieważ pani
nie miała świadków na poparcie swój słuszno-
ści, zatóm musiała się zadowolnić resztą, jaką jój od-
dano.
Stosunki codzienne między chlebodawcami a słu-
gami, powinnyby być koniecznie oparte na jakichś
odpowiednich ad hoc przepisach, mających natych-
miastową moc wykonawczą, inaczój trzeba będzie
po amerykańsku samemu sobie buty czyścić i wo-
dę przynosić. Będzie to co prawda oszczędniój,
ale niewygodnie] i nieprzyjemnej, a w każdym ra-
zie, co zyskamy na gotówce, to stracimy na czasie.
______ \
OBRAZKI L PRZYRODY,
kopiowane przez
Kazimierza Langiogo.
W bardzo bezludnój podówczas okolicy mieszka-
jąc, spotykając się częściej niemal z dzikim zwie-
rzem, niż z cywilizowanym człowiekiem, dzieląc czas
swój między obowiązkowe zatrudnienia rolnicze,
a dyletanckie zapoznawanie się z tajemnicami przyro-
dy, — doznałem był przyjemności wielkiój, otrzy-
mawszy tam wiadomość, że „Życie kwiatów” opo-
wiedziane przeze mnie w Kłosach, zainteresowało
czytającą społeczność naszą, i łaskawie przez nią by-
ło przyjęte. Przybył więc nowy bodziec do pro-
wadzenia dalej ulubionych studyów, i do skrzętnego
spisywania ciekawych, niekiedy zachwycających zja-
wisk. Od owej pory upłynęło nie mało czasu, ale
tóż i nagromadziło się w teczce materyałów cokol-
wiek do nowych opowieści, jeżeli łaskawiście ich
słuchać.
Gdzież-bo więcój jest sposobności do poznajo-
mienia się z przyrodą, jak w tym naszym rolniczym
stanie, który ciągle i nieustannie ma z nią stosunek,
już to na swoją korzyść wyzyskując jój właściwości,
już to zjój kaprysami wojując? Gdzież więcój cza-
su także na zaznajamianie się z nią, jeżeli nie na
wsi, — gdzie latem, mimochodem, wśród najgoręt-
szych zajęć gospodarskich, bez uszczerbku w nich,
spostrzeżenia najrozmaitsze pod tym względem ro-
bić sobie możemy, — a na długich wieczorach zimo-
wych, (zwłaszcza gdy preferans lub inne ważne za-
jęcia nie stają, komu na przeszkodzie), gdy przyro-
da śpi na dworze, rozpamiętywać sobie przy komin-
ka te spostrzeżenia własne z całego Jata, i uzupeł-
niać je sobie spostrzeżeniami, przez innych oglasza-
nemi? Bo już-to człowiek, co raz się w cudach
przyrody rozkocha, nie poprzestaje w ciekawości swo-
jój na tój odrobinie wiedzy, jaką sam zdołał zdobyć,
podpatrzeć lub odgadnąć, ale radby ogarnąć umy-
słem i to wszystko, co jego oczom dotąd niedostę-
pnym było; więc chwyta skwapliwie wyniki badań
drugich na tóm polu — i to już nie dyletantów jak
sam, ale ludzi, co całe życie nieraz poświęcili na
zbadanie jednej drobniutkiej cząsteczki tego ogro-
mu, który zowieray ogólnóm przyrody mianem.
Z takich to luźnych, niekiedy przyjemnie opowie-
dzianych, ale częściój suchych i ciężko uczonych
wywodów, roztaczają się przed oczyma myślącego
kompilatora najświetniejszych barw obrazy, któ-
ro byle umiał tylko, czy to malowaniem czy pismem
przenieść wiernie na papier, Siusiałyby zachwycić
każdego widza, poprawić każdego człowieka! Nie-
stety za mało w ogóle ludzi zadaje sobie trud bada-
nia tych cudów przyrody, a i ci co je badają, nic-
umieją dobrać farb ni wynaleźć słów, któremi-by
cuda te w całój ich świetności odmalować zdołali.
Człowiek, choćby jąk mądry, zawsze przecież tylko
człowiekiem, zawsze okruszyną tylko, pyłkiem za-
ledwie w tym gmachu i labiryncie, zbudowanym
przez Stwórcę. Tylko Ten, co go zbudował, może
bez kłębka nici i bez obawy zbłądzenia puszczać sie
na wędrówkę po wszystkich tych tajnych chodni-
kach, i On tylko sam, mógłby wiernie opowiedzieć
tajemnice jego i narysować jego plan. Człowieko-
wi dozwolonóm jest tylko żmudne odgadywanie tych
tajników, z drobnych oderwanych objawów, jakie
przedstawiają się jego zmysłom, — na to, by w py-
sze swojój poznał, jak sam jest maluczkim, i żeby
nawzajem z cudów tych drobiażdżków, ocenił'
wszechwładność i potęgę Tego, który je stworzył.
Drobiażdżki tóż tylko, skrawki obrazów1, jakie
suują nam się w wyobraźni, oderwane i luźne tylko
cząstki wszechżycia w przyrodzie, mogą być przed-
miotem opowiadania naszego. Jako od dyletanta,
nie specyalisty, nic wymagajcie ode mnie sprawozdań
z własnych wyłącznie obserwaeyj natury; sprawo-
zdania podobne bowiem byłyby nader ubogie, nie-
kompletne i nudne. Opowieści moje będą nieudol-
nerni kopiami tylko tych obrazków, jakie śniłem czy
widziałem po przeczytaniu mnogich studyów Audu-
bona, Ehrenberga, Humboldta, Lecoq’a, Masiusa,
Millera, Moleschotta, Skaua (Schouw), Schleidena,
Tschudiego, Vogta, Voigta, Zimmermanna, i in-
nych sumiennych badaczy przyrody, do których to
studyów speeyalnych, tu i owdzie tylko, ośmieliłem
się wpleść mimochodem jakieś spostrzeżenie własne.
Podróżomania w przyrodzie.
Jeden z powyższych znakomitych uczonych żali
się na to, że Niemiecka ojczyzna jego pocięta jest
na tyle udzielnych państw i państewek, — że mię-
dzy państwami temi istnieją granice i rogatki, — że
na tych granicach spotykają spokojnych podróżnych
rozmaite przykrości, — słowem, że tamowany jest
ruch swobodny ludziom po szerokim kraju. Oczy-
wiście pisać to musiał nieborak dawno, a przynaj-
mniój wcześniej, nim się ziściły marzenia wolnomyśl-
nych Niemców, to jest przed zjednoczeniem ich
Yaterlandu pod wspólny bat — przepraszam, chcia-
łem powiedzióć tylko pod wspólny hełm pruski.
Ale posłuchajmy go samego, jak się skarży i jak
pociesza się potóm:
„Dla wytchnienia po całorocznej pracy, dla po-
krzepienia sił duchowych i fizycznych, po części też
i w celu uzupełnienia przyrodniczych mych zbio-
rów, wybrałem się był pewnego lata w góry, w któ-
rój to wycieczce towarzyszyła mi i żona, ciekawa
na własne oczy zobaczyć raz cuda, które jej nieraz
o widokach górskich opowiadałem. Z powrotem,
skracając sobie drogę, najeżdżam naraz na grani-
czne słupy. Każą stawać, wysiadać, kuferki otwie-
rać; niezgrabną ręką kontrabandy szukając, buszu-
je mi sługa bezpieczeństwa publicznego po moich
skarbach, uzbieranych mozolnie, i naturalnie nic
w nich zdrożnego nie znalazłszy, pozwala wejść do
miasta. Rozdrażniło mnie już i zatrzymanie samo,
i popsucie części drogocennych mych nabytków;
chmurny więc, manatkami podróźnemi obciążony,
przyśpieszam kroku, by czómprędzój znalóźć gdzieś
sobie schronienie od słoty i nocleg, — gdy w tern
znowu halt! słyszę przed sobą, i rozkaz okazania
pasportu i legitymacyi. Rozłączają mnie z żoną:
mnie każą iść z sobą do kancelaryi prefekta, jej
nie wiem już, czy dla tego że politycznie nie podej-
rzana, czy owszem, jako kobieta, podejrzana może
o gadatliwość, mogłaby przeszkadzać w ważnej ope-
racyi wizowania paszportu, dość że niepozwolono
towarzyszyć mi, lecz kazano iść gdzie sobie chce —
wśród nocy, deszczu, burzy, i ciemnych ulic niezna-
nego jój miasta. Małżonek protestuje, ale napró-
żno. Nareszcie po przebyciu czyśćca wszystkich
formalności, wypada na ulicę do swojej ukochanej —
i nie znajduje jój!.. Głucho, pusto, ciemno i bez-
ludno, nióma nawet zapytać kogo, w którą udała
się stronę i gdzie szukać zgubionej ?”
Tu już wyczerpała się jego cierpliwość. Już
już ma usta otworzyć i wyrzucić z nich straszne jakieś,
niechrześciańskie przekleństwo... gdy nagle w sa-
rnę porę przypomina mu się — że jest badaczem
przyrody!
I flegmatyczny widać z natury Niemiec zapo-
mina naraz o przedmiocie swej troski, a fundamen-
talnie zaczyna rzecz rozbierać, czyby przecie nie uda-
ło się wymyśleń czegoś, coby w ogóle rodu ludzkiego
na podobne troski nie narażało w przyszłości ? Na-
suwa mu się pytanie, czy tóż to i w gospodarstwie
przyrody utrudniane tak bywają wędrowcowi po-
dróże? To być nie może! A iantazya rozbudzona
wiedzie go dalej na pole marzeń, rozwija przed
wzrokiem jego ducha jakiś zamglony ideał państwa,
które ma się rządzić nie ludzkiemi, na utrapienie lu-
dzi obmyślanemi prawami, ale niewątpliwie lepszemi
prawami przyrody. Tam to dopiero musi być ży-
cic rozkoszne, tam muszą być balsamy na wszelkie
runy i zmartwienia, tam — myśli sobie — musi pa-
nować wieczna zgoda, powszechny pokój i ogólne
zadowolenie.
Wprawdzie, jakoś, — gdy zaczyna teraz pod-
malowywać wymarzony swój obraz, gdy pędzel
w rzeczywistych przyrody farbach umoczy, — wy-
stępują na jaw dziwne jakieś rzeczy, które nieszcze-
gólnie się do harmonii z jego ideałem nadają. Na-
wołuje sobie w pamięci, co sam widział w przyrodzie
lub co widzieli uczeni jego koledzy. Przypomina
badania niezmordowanego Audubona, a te wpro-
wadzają go w brazylijskie lasy. Tu spotyka osobli-
wy jakiś pochód: to silnie zbudowane mszyce, czy
pluskwy leśne, maszerują długą zwartą kolumną, pa-
rami, w porządku i ładzie, który utrzymują w tych
szeregach mrówki, niby oficerowie jadący w pe-
wnych odstępach po flankach tój kolumny. Po-
chód dosięgnął nareszcie drzewa, które było celem
wyprawy; mszyce stają do frontu, a mrówki wspi-
nają się na drzewo, z którego w okamgnieniu spada
mnóstwo liści, odgryzionych przy ogonku; poczóm
każda mszyca obładowaną zostaje jednym liściem
i pochód znowu porządnie uszykowany rozpoczyna
odwrót. I znowuż silnóm ukąszeniem karcą ofice-
rowie opieszałość niewolników, wyszłych z szeregu
wpychają weń, przy zostających w tyle kolumny na-
pędzają do pośpiechu; aż do mrowiska ich doprowa-
dziwszy, zdejmują z nich juki i zamykają całą gro-
madę do kazamatów. Tu wydają im mrówki
w skromnie wydzielonych porcyach paszę, z zapa-
sów, które na ich grzbietach sprowadziły były z la-
su, obchodzą się z niemi ni lepiej ni gorzój jak my
naprzykład z krówkami naszemi w oborze: od cza-
su do czasu doją je z płynu miodowego, który za
największy poczytują przysmak, od czasu do czasu
znowu używają ich do posług rozmaitych około go-
spodarstwa, jak to widzieliśmy, do transportowania
ciężarów *}.
*) Pokrewne tamtym brazylijskim mszycom, lecz mniejsze
znacznie od nich, mieszkają w naszym kraju i wyrządzają nam
znaczne szkody, niszcząc przez wysysanie młode pędy i pączki
róż, a niekiedy i drzew owocowych. Podobnie jak tamte, wy-
dzielają one za połechtaniem z sterczących na kadłubie rurek,
słodki i lepki sok, rosą miodową zwany; a niemnićj od bra.
To znowu przychodzi muna pamięć, co nie mniej
wiarogodny Karol Vogt opowiada: że widział na
własne oczy w Szwajcaryi, wśród winnic pod Ge-
newą, niewolnictwo czarnych murzynów, zaapliko-
wane z całą ścisłością w mrowiskach. Czarne mró-
wki, mniejsze, ale zdaje się że silniejsze od swoich
rudych panów, zamieszkują wespół z nimi ogromne
mrowisko i czynią im wszelkie posługi, tak około
budowy gmachu, jako tóż i około ich osób; a więc
głaskają, czyszczą, karmią, a nawet noszą na sobie
półtora raza większą od siebie mrówkę czerwono-
żółtą, która usadawia się jak może najwygodniój na
karku swojego sługi, i objąwszy go silnie łapkami
za szyję, każę wieźć się na spacer. Zaintrygowany
tym widokiem sprawozdawca, śledził pilniój odtąd
sposób życia czerwonych mrówek, i sprawdził że ta-
kowe wyruszają niekiedy z domu, w bojowym szy-
ku na łupież, wysełając mnóstwo rozproszonych
flankierów na boki, a szpiegów na szpicę urucho-
mionej swój armii; że nareszcie napadają na wiel-
kie mrowisko drobnych mrówek czarnych, zdoby-
wają tę fortecę, i unoszą z niój, jako łup wojenny,
białe poczwarki (pospolicie mrówczemi jajami u nas
zwane) — które, przyniesione do domu i tu wylę-
gnięte i wychowane, stają się powolnemi sługami
swoich rabusiów... „Toż to czysto ludzkie, amery-
kańskie stosunki w miniaturze!” powiada sobie po
cichu nasz marzyciel, niekontent z siebie, że mu nic
stosowniejszego w tej chwili na myśl przyjść nie mo-
że, coby go w ideałach jego poparło.
Więc rzuca okiem na ul pszczelny; — tu skrzę-
tność, pracowitość, zgoda w gromadzie całej, pracu-
jącój pospołu około wspólnego dobra... ale zaraz,
zaraz, jakże to tam wewnątrz wygląda? Gromada
nieporadna idzie w niwecz, gdy jej matki zabraknie;
nierządnica króluje temu społeczeństwu; część tego
społeczeństwa nic pracuje wcale, jakby utworzoną
była tylko do używania rozkoszy cielesnych i zja-
dania zapasów, w pocie czoła gromadzonych przez
drugich. Nareszcie pracownikom biednym prze-
biera się cierpliwści miarka — robią rewolucyą,
i wycinają w pień zastęp magnacki trutniów darmo-
zjadów. „Fe! toż to coś podobnego zupełnie tra-
fiało się u nas; w mojej nawet ojczyźnie w Niem-
czech, podobno najpierw, bo jeszcze w roku pańskim
1525, a potóm we Francyi 1793.“
1 tak dalej, coraz wyraźniój, coraz to w ostrzej-
szych konturach zarysowuje się obraz w wyobraźni
naszego badacza przyrody. (2Z c. n.)
Wiadomości bieżące i pola literatury, nauki i sztuki.
Krajowe.
— Dwie Babki. Pamiętnik Berlicza Sasa. I. Pani
Kasztelanowa Trocka. II. Pani Starościna Horodełska^.
Taki ma tytuł dzieło w dwóch tomach, wydane na-
kładem Gebethnera i Wolffa. Autor hr. Strutyński,
sędziwy już w latach, który zawód swój literacki
rozpoczął od wierszy, w tym pamiętniku opisuje
wspomnienia swoich lat młodocianych i wychowa-
nie. Zajmującóm jest nadzwyczaj to opowiadanie,
z dwiema wydatnemi postaciami poważnych matron
polskich. Koloryt wieku doskonale oddany, a wszyst-
kie figury otaczające je, są urozmaiceniem wybor-
nego w całości malowidła.
— W Wilnie drukiem Józefa Blumowicza wy-
szło dziełko p. n.: „Opis Dzienny Szkól Wileńskich,
akademii i Uniwersytetu, oraz Dyaryusz znaczniej-
szych wypadków w Wilnie od roku 1781 po rok
1824 nastałych", (w 12-e str. 167). Wydał z ręko-
pismu autentycznego Władysław Tekieliński, a do-
chód poświęcił dla trzech ubogich sierot. Książeczka
ta, wiele cennych zawiera szczegółów tak dla histo-
ryi szkól na Litwie, jako tóż i dla dziejów samego
Wilna. Instytucye te rozwijały się na zasadach po-
łożonych przez Komissyą Edukacyjną, która tro-
skliwie czuwała nad wychowaniem religijnóm i mo-
zylijskich dowcipne nasze mrówki, zwiedziały sią rychło o tej
własności i nie omieszkają z niój korzystać. Sam widziałem
nieraz w lipen na krzaku róży operacyą taką dojenia mszyc
przez mrówki, nie wiadomo mi przecież, czy chęć tą wyzyski-
wania posuwają aż do odebrania wolności mszycom i zamie-
nienia ich w swoje bydło domowe, jak w Brazylii.
(3703)
Wysadzenie w powietrze monitora tureckiego Litfl-Dżelil na Dunaju.
ralnem młodego pokolenia. Widać, że utrzymywa-
nie takich po szkołach dzienników było obowiązkowe,
albowiem kilka znajdujemy w różnych datach pod-
pisów wizytatorów, naprzód słynnego Piramowicza,
a po nim innych.
Na końcu dodany: Regestr wydanych patentów
i świadectw od 24 Stycznia 1811 roku, obejmuje wiele
imion uczniów, którzy się następnie w kole obywa-
telskiem, w literaturze i w duchowieństwie odzna-
czyli: dość nam tu wymienić Michała Balińskiego
znanego historyka, i Wacława Żylińskiego, później
szego arcybiskupa Mohylewskiego i Metropolity
Rzymsko-katolickich kościołów w cesarstwie Rossyj-
skim; pierwszy świadectwo szkolne z ukończonych
sześciu klas otrzymał w roku 1812, drugi z piątój
klassy w roku 1819.
— W Wilnie, nakładem zasłużonej oddawna fir-
my Józefa Zawadzkiego, wyszły trzy tomy ważnego
dzieła p. n.: Rys Dziejów Literatury Polskiój, Zdano-
wicza. Obecnie druk IV już jest skończony i obej-
muje najbliższy nam okres, bo czasy po Mickiewi-
czowskie. Wiadomo że Rys ten, jakkolwiek nosi imię
Zdanowicza, z którego notatek korzystano, jest wy-
łączną pracą Leonarda Sowińskiego, o czóm już pi-
saliśmy w „Kłosach". Tom IV jakkolwiek rozmia-
rami swemi przewyższa trzy poprzednie, jak otrzy-
mujemy wiadomość, ma być dopełniony piątym,
który dzieje literatury doprowadzi do chwili ostat-
tniój. Będzie to więc dzieło ze wszystkich dotych-
czasowych w tym przedmiocie najzupełniejsze, i jako
podręcznik w wychowaniu domowóm nieocenionego
pożytku, albowiem z życiorysami pisarzy i poglą-
dem krytycznym na ich prace, łączą się i obszerne
piękniejsze wyjątki.
— Z drukarni Gazety Lekarskiej wyszło: „Szóste
Sprawozdanie z Instytutu Oftalmicznego imienia
Edwarda księcia Lubomirskiego w Warszawie, za
rok 1876 przez Witolda Narkiewicza Jodko, doktora
Medycyny". (Warszawa 1877 w 8-ce str. 7).
— Helena ze Skirmuutów Skirmuntowa, o któ
rój „Kłosy" podały już wspomnienie, załączając
w drzeworytach pracę jój rzeźbiarską Szachy, pozo-
stawiła wiele materyału do Pamiętnika od r. 1827
do 187'1. Z listów jój i notatek, przechowanych
w Rzymie u przyjaciółki zmarłej H. Skirmuntowej,
Bronisław Zaleski ułożył zajmujący pamiętnik.
— Wydawnictwo dzieł Wincentego Pola już do-
biega kresu swego. W r. b. wyszły tomy VI i VII:
brak więc tylko ostatniego według ogłoszonego pro-
spektu. Wydane obejmują: Tom VI pisma prozą,
geograficzne rozprawy: „Rzut oka na północne stoki
Karpat", „Rzut oka na umiejętność geografii ze sta-
nowiska uniwersyteckiego wykładu". „Dwie prelek-
cye o potrzebie wykładu geografii hundlowój". „Za-
sługi Długosza pod względem geografii". „Polska
krzyżownica wiatrów". „Geografia Ziemi Świętej",
w dwóch księgach. Wszystko to prace przygoto-
wane w czasie, gdy Pol objął katedrę w Uniwersy-
tecie Jagiellońskim, lubo krótko ją zajmował — bo
centra liści przewagę mający, usunęli prawie wszyst-
kich Polaków z katedr. Tom VII. Utwory poe-
tyczne: „Stryjanka", „Starosta Kiślacki", „Rok
myśliwca" (prozą i wierszem), „Słowo a sława"
i „Drobne poezye". Publikacja ta, zbyt wolno
się rochodzi, jakkolwiek zasługuje na jak naj-
większe rozpowszechnienie, dla swój prawdziwój
wartości. Powód tego jest w niesłychanie wyso-
kiój cenie, jak na dzisiejsze czasy, i nieumieję-
tnym rozkładzie prenumeraty.
Pani Michalinie Przylęckiej. Prosimy o wskazanie Stacyi
Pocztowej do której „Klechdy" wysłane być mają.
Dla prenumerujących przy Kłosach:
Bibliotekę najcelniejszych utworów litera-
tury europejskiej w arkuszach, dołączamy:
Dzieła Franciszka Zabłockiego. Tom pierwszy,
ark. 1.
Treść: Wybór posła. Powieść współczesna (na tle stosunków galicyjskich osnuta), przez Jana Zacharyasiewicza. (C. d.) — Dyabeł w tarapacie. — Ko-
respondencya czasopisma Kłosy: Z Torunia. — Ignacy Chodźko i ogólna charakterystyka pism jego. Odczyt na rzecz Towarzystwa Dobroczynności, przez A. Pługa.
(Dok.) — Wysadzeńie w powietrze monitora tureckiego Litfi-Dźelil pod Braiłą.— Wycieczka na Podole Galicyjskie, przez A. H. Kirkora. (C. d.) — Przegląd polityczny.
— Kronika Lwowska. — Pokłosie. — Obrazki z przyrody, kopiowane przez Kazimierza Langiego. — Wiadomości bieżące z pola literatury nauki i sztuki. — Ryciny!
14' wagonie trzeciej klassy. — Pracownia Stanisława Chlebowskiego w Konstantynopolu. — Dowódzca Kabylów modlący się w meczecie w Langerze. Podług nkwarelli For-
tunyego.—„Obrazy litewskieii Ignacego Chodźki [Ilustrowane przez M. Andriollego: Dyabeł w tarapacie. {Brzegi Wilii.)— Wykopaliska znalezione na Podolu Galicyjski&m.—
Wysadzenie w poicietrze monitora tureckiego Litfi-Dżelil na Dunaju.
W drukarni S.Lewe.ntala, ulica Nowy-Swiat, JV»39. — jfosnojeno Ifensypoio. Bapmana 25 Maa (6 Iiohmi) 1877 r.—Redaktor odpowiedzialny S. Lewental.
Do dzisiejszego Numeru Kłosów, dołącza się dla wszystkich prenumeratorów, ciąg dalszy powieści przez F. E. Trollope, p. t.:
„Czarne i białe dtichy“.