/
Tags: czasopisma kobieta współczesna czasopisma czasopismo społeczno-polityczne
Year: 1928
Text
WJPOŁ CZEJKA
/LyjTnCWANy T<VGCDNII4
/PCŁECZNO-^L/TEDA CU!
NR. 51.
WARSZAWA, J>NIA 16 GRUDNIA 192G ROKU.
ROK II
TREŚĆ. Rueh kobiecy w Szwajoarji' Stanisłaim Adamowiczowa. Z cyklu „Wieś i miasto" K. B. Żony
— z notaitniika lekr.rki Dr. Zofja Bo.^enblttłn. Domowe Drogi M. D(0)rowaka. Strach S. Zweig. W 70-
Jetiiią rocznicę un'cdz,in Selmy La.g-eilceF St. GoryńAm. Lucia Delauio Mardius o kobiecie 40-letnicj
M. — s. Salon doroczny Zachęty N. Seniotyhowe. Wystawa Sto-warzyszcnia Wydawców Er. S. Naj¬
piękniejszy upominek Zofja Popławska. O Rycie Gnus - kompozytorce ( . Waleioska. Upoiminki
u-wiazdkowe Z. Popławska. (Jry i 'zabc.'wy dla małych dzieci C, W. Z tcatrót.y. Z. Popławska. Życie
i praca 11. C.
DODATbM: ...MOJ DOIM" (Nr. 51) wraz z tablicą robót.
"ż: POH.BKincdi fiKKCJii W f5Ai,n>N'[b; ,j:I';s![e:nnym w pary^zu
ZOFJA STRTJEASKA
Nr. 51
STANJSLAWA ADAA1()WI0Z()WA
KUCH KOBIECY W SZWAJCARII
NA TLE „SAF1Y“.
liuch kobiecy w Szwajcarji iiio uosił nigdy iia so¬
lno znamienia rewolucyjiiości, nie wj'buclial wielkim,
jasnym płomieniem. Nie odpowiadałoby to cliaraktero
wi kobiety szwajcarskiej, żyjącej w odosobnieniu, zajt;-
tej do niedawna wyłącznie sprawami domowemi, obec¬
nie coraz to wiqcej oddającej siq wytqżonej pracy za¬
wodowej. Nie odpowiadałoby to również, zdaniem
Szwajcarek, demokratycznemu światopoglądowi iudwe-
tów, budujących wszystko „na świadomości i czynie
szerokich mas“. W porównania z nicheni kobiecym
w imiycłi krajach ruch szwajcarski płynie spokojiiom
łożyskiem, pogłębiając się stale, łecz nie wyrywając
brzegów.
Praw politycznych kobiety szwajcarskie nie po¬
siadają. Podczas wojny i po wojnie złożone były w cia¬
łach ustawodawczych poszczególnych kantonów
(w Szwajcarji każdy kanton tworzy odrębną republi¬
kę) projekty nadania kobietom praw wyborezycli.
W czterech kantonach w Neuenburgu, Bazylei, Zu-
richu i Genewie projekty zostały nawet przyjęto przez
Wielką lladę (Grand Conseił), cóż kiedy zostały następ¬
nie odrzucone, w powszechnem głosowaniu łudowem.
Próbowano szczęścia raz jeszcze w Zurichu w 1923 roku,
dążąc do otrzymania skromniejszych praw, a miano¬
wicie udziału w wyborach do gmin kościelnych i urzę¬
dów opieki nad ubogimi oraz małoletnimi, ale również
bez powodzenia. W innycli kantonach już Wielkie Ra¬
dy zakładały swe Veto oszczędzając kobietom dałszycii
iłuzyj. W r. 1918 przedstawiciele „rewolucyjnego" mia¬
sta Oltew wnieśli do zgromadzenia Federalnego pro¬
jekt nadania ogólnego prawa wyborczego kobietom.
Ale jeszcze i po dzień dzisiejszy śpią te projekty snem
zaklętej królewny w pięknym pałacu federalnym nad
Aarem.
Organizacje kobiece różnego typu są obecnie bar¬
dzo liczne w Szwajcarji, jednak ich zbiorowe wystą¬
pienia nie należą do zjawisk częstycłi. Pierwszy Kon¬
gres poświęcony sprawom kobiecym zeł)rał się w Ge¬
newie Av 189G roku z poAVodu ogólno-narodowej wysta¬
wy. Bezpośrcdniem następstwem Kongresu było zało¬
żenie związku stowarzyszeń kobiecych do którego na
początku przystąpiło 17 stoAvarzyszeń, (nie należą doń
ani stowarzyszenia katolickie ani socjalistyczne). Po¬
tem w ciągu 25 lat była cisza i dopiero po wojnie w 1921
roku zebrał się drugi Kongres, który obradował w roz¬
szerzonym składzie nad sprawami wychowania i kształ¬
cenia, pracy zawodowej, ubezpieczeń społecznych oraz
cywilnego „bezprawia" kobiet. Już wtedy powstawała
myśl urządzenia ogóliio-krajowej Avystawy pracy ko¬
biecej, doczekała się ona jednak realizacji dopiero
w 1928 roku.
Ze sposobu realizacji swycłi zamierzeń na wysta¬
wie Szwajcarki naprawdę mogą być dumno. Wystawa
udała się zarówno nazewniątrz jak i nawewnątrz. N,i
zewnątrz, bo ł)yła nadzwyczaj udanym pokazem pracy
kobiecej na wszystkich polach i uwypukliła udział ko¬
biet we wszystkich dziedzinach życia; na wewnątrz, bo
w pracy dookoła wystawy komitet organizacyjny po¬
trafił zespolić kobiety pochodzące ze wszystkicli części
kraju, należące do najróżnorodnie.iszych warstw s])o-
łecznych, mówiące różnemi językami, należące do róż-
nycłi wyznań. Propaganda na rzecz Saffy była l)ardzo
umiejętnie prowadzona przez okres dwu łat. (Scłiwei-
zeriscłie Ausstellung fur Frauen).
Postawiono sobie za cel, aby wystawa stała sii;
bliską każdej kobiecie, i cel ten osiągnięto. Nie było
gminy do którejl)y nie dotarły wysłanniczki Komitetu
Organizacyjnego, aby niekiedy przy ogarku jaki
w umyśle naszym nie łączy się nawet z pojęciem SzAvaj-
carji o])owiedzieć j)i'ostym wieśniaczkom o Avielkiem
współnem dziele, które się tworzy i otrzymać na celo
wystawy kilkadziesiąt centymów, chociaż koszta po¬
dróży delegatki do tego ogarka wyniosły niejednokrot¬
nie kilka lub kilkanaście franków. Bo też to kilkadzie¬
siąt c(Mitymów ł)yło symltolom łączności wszystkicli
w imi<; jednego celu i dlatego stawały się cenne ponad
mian;. Ta cłięć uczynienia z wystawy łącznika iiomię-
dzy Avszj"stkienii kobietami była przeprowadzona nie¬
zmiernie konsekwentnie. Następnym krokiem w tym
kierunku było umożliwienie masowego zwiedzania wy¬
stawy. Ceny biletów kolejoAvycli były bardzo zniżone,
codziennie do Berna przybywały liczne pociągi specjał
ne z różnych okolic kraju i widyAvało się na wystawie
kobiety, które na pewno nietylko po raz pierwszy w ży¬
ciu liyly na jakiejś w^ystawie, ale i poraź pierwszy zna¬
lazły się w środowisku miejskiem.
Wystawa na pierwszy rzut oka nie przedstawiała
się imponująco. Zajmowała wprawdzie duży teren
(94.000 m." z czego zabudowanych 32.000 m.’*), ale jej
rozplanoAvanie nie bardzo się udało architektom szwaj¬
carskim, In-ak było perspektyAvy, niektóre pawilony
nie udały się, inne raziły swą brzydotą, a kwietniki
liyły tak niegustowne naAvet w porównaniu z tern, co
się widuje jirzy iirzeciętnych hotelach szwajcarski cdi,
że odnosiło się wrażenie, iż kwiaciarstwo należy do za¬
wodów w których cechują w Szwajcarji mężczyźni.
Wszystkie to jednak braki znikły całkowicie jirzy
zapoznaniu się z treścią wystawy, która była tak im¬
ponująca, żo się o wyżej wymienionych niedomaganiacli
zapominało odrazu. Ponieważ szczegółowy opis działÓAV
wystawy był umieszczony w „Kobiecie Współczesnej"
pozwolę sobie tylko na parę uwag natury ogólnej. Naj¬
bardziej charakterystyczną cechą wystawy, najwięk¬
szym triumfem jej Komitetu Organizacyjnego było,
iż potrafiły w swą „Saffę" tchnąć życie. Czy zwie¬
dzało się olbrzymią halę przemysłu, gdzie huczały dzie¬
Nr. 51
siątki warsztatów fabrycznych, obsługiwanych Avylącz-
nie przez kobiety, czy hale rzemiosł, gdzie mieściły siq
przedstawicielki 35 gałęzi rzemiosł, wykonywujące na
wystawie swą zwykłą prace, czy przyglądało sie fun¬
kcjonowaniu poczty, telegrafu, telefonu, lub pracy
biura wzorowego, zaopatrzonego w najnowsze przyrzą¬
dy i maszyny, czy śledziło sie sprawną obsługę ku¬
chenek gazowych najrozmaitszych systemÓAv i pralek,
czy najrozmaitszych form i wielkości, wreszcie wypo¬
czywało sie w wytwornej czytelni w której zgroma¬
dzono było około 7.000 dzieł napisanych przez kobiety,
a obejrnującycb różne dziedziny nauki, literaturę,
sztukę i publicystykę, wszędzie miało sie wrażenie, że
sie nie jest na wystawie, ale że ma sie możność przy¬
glądania sie codziennemu życiu Szwajcarek we wszyst¬
kich jego przejaAvach, dzieląc jego troski, radości,
przejmując sie jego dążeniami i pragnieniami.
TTrządzonie niektórych dzilałów było niezmiernie
pomysloAVe, pra^dot^ze tu dla przykładu! iirządzeniie stai-
cji opieki nad dziieckiem. a raczej Avzoirowego domu dla
dz'iieci. Z sieni wchodziło sie do pokoju, który milał
służyć za wzór nieładu. Na łóżeczku, zasłanem brudną
pćldartą bielilzną siedziała lalka roizmiarów kiłkołetnie-
go dzilecka trzymająca w roku podartą książko, obok
leżał niedźwiadek ł)oz głowy i konik. % rozpratjnn brzu¬
chem. Na środku poko.ju znajdował sie stół, na nim
przeAvrócony dzbanek do kawy, a ogromna ciemna
l)łama zdobiła, zmięty iii ł)rudny obrus. Obok dzbanka
i-esztki .szynkil w papieiku, skorupki od jaja, kaAcałki
chleba nie pokrajane, ale AUprost wyłamane z bochen¬
ka, kiłkai ołoAyianyełi żolniei-zyków — inwałiidón' i Avy-
świfechtana ścieika. Podłoga nie zamiiatana. kupa- śmie¬
ci AV kąeife dopełniały obrazu. Nieład rziocyAciściio był
oddany po mistrzoAysku. Z tego pokoju Accbodziło sie
do ob.s7ernego korytarza. ,Tedna ze .ścian korytarza
byłą szklana ii przez nią można było obserAyowa-ć avzo-
roACo uiy.ądzjony dom dla dzieci. W jednym pokoju
AA' czyściiiutko po.słanydli łóżeczkach spały praAA'dziiAA'e
ŻA'Ave niemoAAdeta.. Można było oglądać jak .sie je prze-
AA'ija, jalkl sie im Avolno od ozasn do raasn l)aAyić, użyA\'a-
jąc zupełnej sAA-obody rączek i nóżek; av nastenn^nn
ookoju AA'ażono niemoAAdeta i kąpano; aa' trzecim —
karmiono je; av czwartym—przygotoAvyA\'ano jedzenie.
Podczas ogłądaniiia znalazła sie koło mni-e jakaś kobie¬
cina z 7 — 8-letnią córeczką PrzĄ^sladała s'e AA'szA'st-
kiiemu, co sie w szklanym domku działo przez dłuż.szy
czas, Acreszeie zabrała sie do odejścia inÓAAÓąe do dziĆAA'-
czynki „no chodźmy, AAiidziałam jnż AA'sz>'istklo, tajn —
to jest ookój dziiiecka av domn, a tn jest .szpital*'.
ł>/,iiał pracy społecznej i dążeń kobieo^ełi (Soziale
Arl)eit nnd Pranenl)estrebnngen, grnpa X) zajTnoAA'ał
stosnnkoAA'o nieAAucłe miejsca i należał podol)nie jak
dział zdroAA'ia do mniej udanych części AvystaAVA'. Pa,
żeniom kobiet szwajearskicb do otrzjnnania pełni praAA'
nie liyło pośAAdeeono ani AAiićle iiAAngi. ani miejsca.
Trocbe łiaseł, trocin; AA'yobrażeń graficzinycb i dAiży
plakat; na nim różne państAA'a przedstaAAnone zapomocą
dAv'u posla-ffli; me.slciej i kobiieeej aa' słrojaiob narodo-
AVA'cli. Kraje które dalA' ko1)ietom praAAp AAWliorcze zo-
brazoAYane l)yly zapomocą postaci jednakoAA'ycłi Avieł-
kości; AA' innych krajaołi gdzie kobiety nie posiadają
])raAA' poliftycznych obok dużego mężczyzny znajdoAA'ała
sSaj malutka kobieta.
Nio było nuty łmijoAApj av pi-zemÓAAnenikiicłi, AA'y-
głoszonych na otAya-rciu A\'ystaAA'y. „Dążymy, mÓAviła
Rosa NeuenscliAVander, prze\A'odniidząca Komitetn
Organizacyjnego Wj-staAA^', do zdobycia naA\'ych Avia-
domości i pcgłebitenia starycłi, dążymy do AA-ydajnej
pracy aa' domach naszj'ch i] aa' zajeciaob zaAA'od.oAA'yełi,
dążymy do ŚAAńeżości duchoAcej pogody**. A Prezydent
SźAA'ajoarji przyjmując AA'ystaAA’e z rąk Komitetu Orga¬
nizacyjnego odczAA'ał sie aa' te słOAA'a; „Witam jak naj¬
goręcej dążenia kobiet do współudzilałn av życiu dn-
ełiOAA'em, ckonomśeznem i kułturalnem kraju, ale ełiciał-
bym je przestrzec av imie godności icłi AA'ysokiego po-
AA'ołania: in-zcd pi’zyjimoAA'aniibm udziału av zgiblkn ży¬
cia politycznego, do którego nie są one ani stAA'orzonc,
ani przeznaczone**. PrzeAA'odn’ieząca, AvystaAA'y p. Gliitlli-
Graf próboAA'ała AA'in-aAA'dzie zadać i'roniez.no pytanib:
. czemu ua.istarsza demokracja ŚAA'iata n-b przyznała do-
ta.d praAA' politycznych lAołoAAie narodu**, ale AA'yczuAA'a-
jąc AA'idoczn,;o dysonans pomiedzA' saapiu pi"zomÓAAńe-
niem, a nastrojem ogólnAUn pośpieszyła, dodać, że ko-
l)ibty szAAnajeanskie iirzy pomooA' AA’ystaAvy mogą z du¬
mą pokazać, że istnieją ińżne drogi. abA' dojść do celu,
że AA' SzAA'a,jcarji kobieta jest AAnżniejszym czAmnikiem
AA' ŻA'c'u okonomicznem, niż koibietj' av innych krajacli.
AV których posiadają one pełnie praAU połitycznA'cb.
..TdziemA' .snokOjnio aa' dalszą drogę, mÓAviłai p. Glatli-
Graff opierając sie aa' AA'icrze w osiągniecie na.szycb
dążeń na łiberałiźmie naszOgo narodu li na naturalnym
rozwoju AA'jnAadlkÓAV**.
-Takież są na.jl)liższe problemy do rozAA'iązanib;
którycl) aa' drodze naturalnego* rozAA^oju dąży obecnie
nuk kobiecy aa' SzAAujearj*!. Pi"zedeAA'szA'stkiOm są to
spraAvy Aujksztaleenia 'ząAVodoAA'ego. daniia koWibcie
możności zdo*bA'cia tak grnntoAAinego przA'goto*AA'ania do
pracy, aby gdy AA'ejdzio aa' życie nip można l)yło jej
ofiaiioAA-yAA',!^ niższego Avyna.grodzenia, motArwująe to
niższemi kAAnliffikacjami;. Z tego Avypłj''AA'a troska o aatao-
roAve zOrganizo*AvanilO pora.dnictAA'a zaAA'odoAVcgo. Żąda
rÓAYnież meb kobiecy AA’!proAA'adzenia do szkolnictAA-a
poAA'szocłinego ołwnAdlązAijącego jednorocznego kursu go-
spodarstAAU domowego dla dziewcząt, aby dom był pro
AA'adzony facbOAA'o. .Tak dotąd oboAAiązuje to tylko
AA' kantonie fryburskim.
Problemat koedukacji jest rÓAAUiież szeroko dy-
skutoAYanj'. SzAA'ajcarki mają szereg zastrzeżeń tej
»])raiAA’ii(e, z których najAA'ażniejszc, ich zdaniom, je.st
przerabiauk av szkołach koodulkbicyjnych AA-szelkilch
l)rzedmiotÓAA' i)iod kątem AA'idzenia potrzeb* mężczyzn.
Z di-ugiej jednak strony poAAutają słuszne obaAA-y, że
'.ozbudzenie prze.ŚAA'iadczenia, iż celem ŻA'cia i jedynem
.szczleściem kobiletj' jest dom *ii rodi^bia, jest bledem,
bo jak dadzą sobie rade te, które rodziny nie stAVorzą.
lub któiwm małżeństAAm nie Avypołn'i/ życia, WyohoAva-
iiio dzieAA'eząt oińerać nalcŻA' na poozinńu o*dpoAA"iedzial-
ności za prayjete na sieb'ib oboAA'iązki; niezależnie od
tego czy są to ol>OAA'iązki indzinne, znAVodoAA'e czy spo-
Icezue.
Nr. 51
NastQpną dziedziną są sprawy zawodnwe. A więc
dostęp kobiet do niektóryciii zamikniętych jeszcze zar
wo'dów, jak to do sądoiwnietwa, riarczania w wyższyeli
i iiEioktórycli śr(;dni(;h zakładach, do st;i;iiowisk hiorar-
ehji kościelnej, a cjo jest jeszcze znacznite ważniejsze
wywalczenie wyższych szczebli w zawo^lach, do któ¬
rych dostęp już jest uzyskany. Łączy się z tern bez¬
pośrednio zagadnienia równej płacy za równą pracę.
Na uwzględnienie zasługują również talkio sprawy,
jak zatrudnienie kohóet zamężnych (najbardziej pod
tyrn względem są zagrożcne zawody intelektualne);
wreszcie do' tej samej daiedzimy należy zasiugującc na
wielkie uznanie dążenie_ kohiiet sziwajcarskich do za¬
pewnienia kobietom prowadzącym gospodarstwo do¬
mowe, wzjoirem Szwecji w drodze ristawodawczej prawa
do okT-eśkmej części zarobku męża.
IJhezpieczenliia spoi!e('zne to równiteż dziedzina, rcz-
wojcnwiii której ruch kobiecy w Szwajcarji poświęca, du¬
żo uwagi. Obecna walka toczy się oi rozciągnięcie obo-
wiązkowych ubezpieczeń od starości na kobiety za¬
mężne oraz rozszerzenie prawa ubezpieczenia macie¬
rzyństwa, i wyodrębnienie tych ubezplieczeń od uljez-
pieczeń na wypadek choroby. Sj)rawa, ta jest uważana
za najbardziej palip;ą, gdj^ż Łczba kol)iet ubezipieczo-
nych od choroby nie jest znaczną.
Mamy dalej kwestje zwilązane z wykonywaniom
prawa cywilnego. Chociaż nowy kodeks cywilny roz-
szei-za prawa kobdet, jednakże wielo paragrafów tego
kodeksu czeka jeszcze na zmianę zarówno w ])rawie
majątkowem jak i w kwestjach dotyczących wykony¬
wania prawa rodzicielskiego' oraz opieki nad małolet¬
nimi. Nawet dziwolągi w tej dziedzinie prawodawstwa
dziś jeszcze nie są raadkie (w kantonie genewskim ko>-
b eta zamężna winna naprzyklad otrzymać pozwolenie
męża na 'otwarcie rachunku' htteżącego w banku, cho-
cia,żhy sama zaroibikowata).
Wreszcie poza temil wszystkiemi sprawami o cha-
raktei-ze żądań „dla siebie'*, ruch kobiecy w Szwajcarji
dąży do zaii)ewnienfja Ikoihietom możliwie większego
wpływu na o^rganizację opóeki .społecznej looiezynając
od najniiaszyoh komórek praicy w gminach, ko'ńcząc
(jak dotąd w marzeniach) na szerokiej robocie na te
renie ogólno - związkowym.
Iie7'n w czasie wjj:duivy.
WIES I MIASTO
Rozwój wsi i miast odbywał się wszędzie i zawsze
na różnych dro'ga'Ch; jestto jedna, z przyczyn różniey
w poziomie kulturalnym wsi i miasta. W niektórych
państwach Zachodu (Relgja, Danja) istnieje tendencja
do zacieraira się tej różnicy, i)0'między wsią lil miastem,
LI nas różnica ta jest 0'groinna; można, powiedzieć, że
między życiem wsi i miasta — leży istna przepaść.
Ruch pomiędzy wsią i miastem, który w tycli paii-
stwaich zaichodu przedstawia się jako wymiana elemen¬
tu wiejskiego' i mi'ejs'kiego, u nas jest tylko stałym
odpływom ze wsi do miasta.
Co jest przyczyną tego zjawiskal
Oto w tamtych państwach istnieją po wsiach licz¬
no placówki' Ikiulturalne, przycóa.gająco ludność miej¬
ską, z p'ol)udek bądź maiterjalnycb, bądź ideowych, ja¬
ko tereny stało pracy. Placówkami taldemi są różne
wiejskie instytucjo krłturalno, w.spóklzieleze, ekono^
niŁczne. Podobne zjawi.i;ko' ma miejscje w Malopolsco
Wschodniej, gdzie nadmiar inteligencji ukraińskiej,
nie mogąc znaleźć pracy p'o miastach, odpływa na wieś
i tam pracuje w iustytncjaieli wspóldzielozych i kultn-
lalnych. Stąd między innemi wysoki rozwój wsi>ół-
dzielności! ukrai'ńskiej w tej części Ikraju.
Naogól jednak, jak już zaznaczyłem, to, oo w Da-
nji i Belgji jest wymianą pomiędzy wsią i miastem,
u nas przyjmuje jedo'n tylko kierunek: stałego i hez-
powrotnego odpływu ze wsi' do miast. (Podobnie jak
we Prancji aiczko'lwiek z innych przyczyn i w mniej¬
szym stopniu,). Przedewszystkiem owe instytucje spo*-
loczne, wspóldziielcze, kulturalne, oświatowo po wsiach—
są u nas jeszcze av z'ai"odku. Stąd brak tych pbncówek,
tych terenów stałej pracy. Podki-eślaui: stałej, gdyż
naLsz inteligiient miejski, rzucony na wieś 'zrządzeniem
losu, czuje się tam jak na, wygnaimiu, i liczy dnie i gO'-
dziny dzielące go od chwili, kie<ly się wyrwie znów do
miiiasta.
Nic dziwnego — składa się na to wiele przyczyn.
Jedna z najważniejszych — to nł'eslychanie twarde wa-
ruinlki życKa wsi. Rządy zaboiraów zaniedbały zupełnie
stronę kulturalną i gospO'dai'ozą życia wiejskiilego,
i iiti'zyma'y wieś naszą na pozimnie krdturalnym tak
niskim, żo żaden inteligent miejski nie może się na
ni'm dobrze (t/uć.
Oo Avięcej, nic może na nim dobrze czuć się nawet
człowiek wsi, o ile jnż się zdołał z niej „wyi'Wać“ do
mi'asta, jakiś czas w mieście pi-zobył, i zaznał życik
miejskiięgo.
Tom się tlomaczy, że najzdolniejsi z synów cblop-
skicb, którzy się pi-zeLstoczyli w miejskiich inteligien-
tów, nigdy prawiic na wiieś nie wracają, i zrywają
wszelkie nici ze wsią.
K. R.
Nr. 51
Z OYKLU: „W OBRONIE KOBIETY“
ŻONY
(Z notatnika lekarki)
Weszła oioha, zgarbiona^ z niemoAvlQeiem szczel¬
nie otulonem w chustki.
— Bardzo kaszle, grymasi i w nocy tchiiife.
Słuchałam uważnie, czy w małych płuckacłi nie
ma żadnego proeesui zapalnego. Nie — ani jednego
rzężenia.
— Niio poważnego babciu. Uamy ułepek od kaszlu.
Za dzień — dwa będzie zdrowa dziew"ozyria.
— To Bogu dzięki. Już niech panii doktór dobrae
ją poleczy, tę moją siei'otkę jedyną.
Sierotkę!
Spojrzałam uwmżnie i poznałam. Przecież to z tom
samem z rozbawjonem niemoiwdęciem, aż pachnącem
czystością, przychodziła stale do mego gabinetu w' Ka¬
sie Chorych młoda zdrowm. matka.
Ozyżby!
Nile, to nie do pomyślenitu
Wszak była dopilero nliledawno, może przed tygod¬
niem.
— A cóż się z mamusią dzieje!
— Już jej nie ma, córuchny mojej rodzonej. Już
dalelkb od nas poszła.
W grobie leży.
Aż solei-płam.
Na pytanie, zawarto w mycli oczach, odpowiedzia¬
ła cicho.
— Krwotok.
— Płucny!
— Ale.
W cilszy gabinetu wsluiohilwałyśmy się obie z pie¬
lęgniarką w jej opowdeść.
Żyli sobie szczęśliwie z mężem, porządnym rze¬
mieślnikiem i chowali tę jedną dziewczynę. Promie¬
niem ich była li najwdększem uko'chaniem. Skończyła
szkołę, pomagała w domu, a, do wszystkiego taka zdol¬
na, a taka chętna, miła, zarwsze z piosenką na ustacli,
rozświegotana niby szczygiełek. Ojciec to taki dumny
był ze sw^ej jedynaczki, że chciałby ją uczyć dalej ii na
pensję posyłać i na prawdziwą pani'ą wychować.
Śmiała się z niego z matką.
— Na żadną pensję nie pójdę tatusiu. Dobrze mi
tu z wami i z mamusią.
A iKrtem poznała Józka.
Wrócił był właśnie z wojska, posady nie mial,
kręcił się koło fabryki, w której ojciec pracował, obie¬
cywali mu robotę. Tam się zobaczyli! po raz pierwszy.
I odrazu przylgnęli, do siebie. Długo się ojciec opierał,
nie chciał pozw'ołenia na ślub daAvać, że za młoda, aż
mu u nóg leżała i śmierciiią groziła., jeśli nie 'zezwmli.
To i uległ. Wiadomo — jedynaczka była, oczko w gło-
wde. Wzięli zięcia do siebie, w'ystarał mu się ojciec
o pracę, przyszło na śwnat dziecko.
Szczęśłilwd byli.
Niedługo!
l^ó roku spotkał ikołegówę zaczął pić.
Więc zarzucała chustkę na głowę, ze zbielałą z bó¬
lu twmrzą — .szła pod fabrykę w'yozekiwać męża.
Nie skarżyła się nigdy, nie płakała, przed rodzi-
(ami, ale ona, matka, nieraz w^ nocy — słyszała jej
stłumione łkania, wiidziala coraz bai-dzicj wynilszczoną
twarzyczkę. To inr się starym aż serce krajało, że swe
dzieckoi jedyne na talką poniowderkę oddali. Od kilku
miesięcy byto coraz gorzej. Bil ją nienrilosiernie, za
wdosy szarpał, aż rrrusia'a matka sąsiadów na pomoc
wpłać.
Poterrr odszedł i długi czas go rrio było.
Odetohrręli. Może nie wróci.
— Jakoś się Bóg nad tobą córeczko ulitował; mo¬
że się dola odmieni.
Nie śmiała się przyznać, że codzień Boga błagała,
aby z/ęć do nich więcej nie wracał.
A że córka spodaiew’ała się znown dziecka, wdęc
wdeczorami szyły małą wyprawdcę, a ojciec głośno czy¬
tał im gazetę.
Aż tu pr-zed tygodniem wrócił. Nie było jej w" do¬
mu, tylko młoda żona sama otwm-zyła drzwi j)ijakowd.
Długo nie zatr-zymywal silę, naur-ągał, naw^ynryśła.ł
i z pasją ją kopnął w' łn-zuch. Gdy matka wróciła po
godzinie — już go nie było.
— Nawet mi o tern nie mówiła, tylko rrri są.siadki
potem powdedziały.
Od tego czasu ciągłe się pokładała, łedwp się na no¬
gach tr-zymała, Wllęc uradziły, że pójdą do Kasy cho¬
rych do lekarza. Ale gdy zaczęła się r-atro ul)ierać,
krwotok ją clnrycil. Zanitrr pogotowie przyjerdrało —
biała już była jak clru.stka. Nic nie nrówiła. lVlko jałc
ojciec ją r’ikładat na rrosze aby pi-zewieźć do szpitala
prosiłai, żeby wycłrował rrrałutką, Iro już cłtyba wdęcej
do donrrr nie Avróci.
W szpitalu umarła ik) godzinie. Pęknięcie macicy
rxl uderzenila. — tak powdedziełi doktorzy.
Staruszka rrrrrilkła i długo siedzie'a niei"uchoma,
patrząc przed siebie kamiennym w^zr-ekicm. Wi-eszcie
wstała, otuliła szczelrrie rnaleństwo', któi-e rtsiręło i spy¬
tała głosem, jakby z oddali:
— To rrłepek dawać co 3 godziny łyżeczkę f za
trzy drri przyj.ść!
Oo tydzierr w\suwała się do mego gabiinctu naj¬
pierw złotowłosa głowina Jasia, a, zia nim dopiero uka¬
zywała się śmiejąca tAVPr'z matki.
Jaisió wuKlrował <xłrazu do stołu, w\spinal się na
kraesełko i ł)ez cerernonji sięgał i>o ])owite rtrałe czer-
A\pne pudełeczko dobrze mrt znarre.
— Jasiek, bezWęstydniku, nie można lak. Złaź
w tej chwili. — Obur-zała się mamusia.
Jasio nie przeczył, że tak nie nrożna, ale złaził do-
ptiero Avtedy, gdy w obydwm thrstych łapkach dusił
Nr. 51
AviQcej landrynków, niż mógł pomieścić i gdy go matka
przemocą ściągnęła na, dół.
— Moja ty pocieełio jedyna! Prawda pr<xszQ pani
doktór — że .sip poiijnawiP?
Jasio wędrował na wagQ, stwlerdziiłyśmy, że mu
pr7ył)yło znowu 200 gr. i matka w uniesienilu tuliła do
siebie małego gołaska, niecierpliwie wierzgającego
nóż;kami.
Małego Jasia znałam niemał od chwili jego przyj¬
ścia na świat, leczyłam w wszystkich ołiiorohach (a cho^
rował niestety dużo) i zadzierzgnęła sie miedzy nim,
mannisią ii mną. serdeczna, pizyjaźń.
— No, a pani, i)anil Majewska! łłardzo pani jesz¬
cze kaszłe! Co powiedział doktór!
Spochmurniała. Nie bardzo dołjrze jiowiedział do¬
któr, wola,łail)y o tern nie mówdć ale skoro już zaczę¬
łam, to owszem, woli sie nawet mnile spytać, żeby sie
X’isi)okoić, bo si(; talk strasznie, tak strasznie ł)oi
0 dz'ecko.
Doktór radził sanatorjum, a właściwie nawet nic
radził, tylko bezwzględnie wyjechać kazał. Zro1)ili fo-
tografje płuc, są dnże zmihny i jeśli nife wyjedzie te¬
raz — to może być bardzo źle i małego Jasia napewno
zarazi'. i
Słyszeć nie chciał doktór o widnem łeraeniu w do¬
mu; jak tylko przysłali te fotograf je i badanie plwo¬
ciny — zaraz ją zapisał na; kortiisje. a komiisja przy¬
znała ■\\^etaz'd do .sanatoi-jum. Niechileko, do Otwocka.
iMiejsce jest, mogłał)y pojecbać jutro, ale .jakże tu dzie-
dko zostawić. Takii ją straełi ogarni.a., taki' lek szalony.
Do to sąsiadka oł)ie(?ała, że Jasia przypilnuje, i babcia
go na cały dz'eii bexlzie 1)rala do siebie i mąż przeciież
Jasia, synka jedynego, kocha, ale cóż — kiedy na, meżą
libzyć nie może. Cały tydzień dobry, aż do rany przy¬
łożyć, i zabawkę dziecku kui>i, i pogłaszioze i! przytuli,
ale .jak sie w sobotę upije i w gni'en'' wpadnie.
Aż sie wzdrygnęła.
— Jednak, póki jestem w domui — dziecku krzyxv-
dy zrobić nie pozwcde.
— Ozy tak dirżo piije!
Nie odpowiedziała; slkine^a milcząco, wzięła chłop¬
czyka za rąozike li wyszła.
Po długoli namcywaoh i)rzekonałain jednak panią
łNlajowsiką, że właśnie dla Jasia powinna, być zdrową
1 xvyjeohać do sanatorjum.
Oddała dziecko babci, przyszła, sie ^^e mną poże¬
gnać i Acyjecbała i'ado.sna, pełna otuchy, że Acróci zdro-
Ava, w pełni sił.
Lecz nie upłynął miesiąc, gdy wyoliudzomi, zmie¬
niona z zapadnietemi ocmimi była znów w mym gabi¬
necie.
— Przyj,ecbał raz, zaczął sie aAcanturować, krzy¬
czeć, żebym zii.raz z nim jechała; że nie po to sie żenił,
żeby .sie stonować po restauracjach, że chce mićć kobie¬
to AV dranu. To i doktór mu t'omaczyl i pani piełegniar-
ka i ona sarna u nóg mu łeżała i błagała, żetry pozwolił
Sie wyleczyć dla dziecka. Nile — tylko zbieraj sie i jedź.
Aż sie doktór rozgniewał i w pasji mu naArymyśłał.
Ale to nie iromoglo.
Wiec cóż milala robić.
Przyjechała. .
A mówiił ddktór, że gdyby pozo.stała jeszcze dwa
miesiące, toby sie wyleczyła.
Od tego czasu: bładła i nikła cx)raz łrardziej.
W zimie mały Jaś zachoroAvał na odre i cieżikie
ziapałenie płuc. Byłam wtedy codziennym gościom
w małym pokoiku na jrarterze na Pawdej. Pachniała
sosną choinka, jarzyły sie świecidełka av półmroku;
pordiylona nad dzieckiem, popra,Avia'a mu poduszki, da-
Ava’a pić.
Nie skarży'a sie nigdy, tylko raz gdy było trochę
lepiej — .szepnebr. mi:
— Jak Jaś AA'yzdrowieje — Avezme dziecko na re
ke i pójdę z domu. Dłużej nie Avyti-zymam.
Jaś Avyzxlrowiał; był ł)łady jak opłatek, miiiał cie¬
niutkie nóżki jak patyczki i( nie mógł już o Avłasnej
sile gramolić sie na krzesło.
Raz spotkała ją av Kaśie (diorych moja, służąca.
— A Avio pani doktór*, że ta Anka to była 1} lata
temu śliczna dzicACczyna. Jej ojciec był zarnożirym
szoAV*cem ii ona odnosiła czasem obuwie do tych p.art-
stA\ia,, co u nich dawniej slużylnni. Jaka ona by^a we-
.sola, i Avystrojona i elegancka. PrawdziAvio jak dobrze
Avy<'jhowana panienikla.
Potem ojciec urnarl, ona Avyszla za mąż i ktoś nri
mówił, że jej sie niedobrze Aviedzie, no ale żeby tak
zmarnieć!
Dowiedziała śie Majewśka kiedyś, że ttroja służąca
wyclrodzi za mąż i pr-zypadła mi do rąk:
— Niech mnie pani weźmie z Jasiem, choć za
uti’zymanie.
— Ależ najchetniilej, T>^inil Majewska, ale czy mąż
])ozwoli!
Wzruszyła, beznadziiejnio ramiionamil
Rozwiała sie ostatnia nadzieja.
Z domu ją Avyrzucał, bił, mailti-etował, ałe gdy od¬
chodziła — przychodził do matki, szukał po sąsiadach,
rol>'t a.AA''antur*y.
W Iccie Avyjechabirn na długi urłop i niejedno-
krotu'10 A\’'raca'arrr trryślą do pani Majewskiej i małego
Jasia.
W kilka, tygodnil i)o powrocie spotkałam kiedyś
na. Okopowej AA^ystrojoną dzieACczyne z ordA"narnii'e
podrnaloAvaną tAvarzą, ukarrninowanemi ustami, w du-.
żyrn jaskrawym kapeluszu. Ukłoniła mi sie; skinęłam
machinalnie gloAA^^ą i nagle błysnęło a\* mej świiadol-
rności: '
^ MajeACska! Nie...
A i ona jrrż .sie odwróciła i .stanęłyśmy obie ira
Okopowej. ( * ! : j
— Tak, to ona,. Zaraz po rnoiin AWyjeździe Jaś za-
choroAA*al na zapalenie mózgu. Mówdla d'olkltork'a, żo
gruźlica. PilnoA\mła go, jak źrenice oka. po nocach irie
.spala, irie .jadła. Nawet go na trzy dni do szpiitała od¬
dała... A gdy umarł, to naAVet nie płakała, tylko po¬
sprzątana Av domu, zamkn(;ła mieszkanie, kupiła, sobie
różu i .szminki i kapelusz zi ikAwiatami i| po.szłą na ulit
ce. — Do jak jej .Tasih zabi*ali — to- do domri teraz nie
AVróci, za żadne .skarby świata,.
T po co? A bo to na ulicy źle!
Ńr. 51
Coś tam jeszcze mówiła, ale już nie słyszałam. Pa-
ti załam z wytężeniem w jej twarz tQ sarną, a talk zmie¬
nioną i sznikiałam dziew-zęcydi rysów młodej mamusi
Jasia.
Odeszła i dopgdziła mnie:
— A wie pani, ostatnim razem, to ważył dzlesieć
kilo i trzysta gramów?
Jeszcze długo pati"załam na jej syłwetkrj, gdy, ko¬
łysząc sie w biodi’ach, zniknęła mi na skręcie ulicy.
o
Nie, pani Zawadzka, tak nie możnai, wykrzyczeć
dziecko, jak nie usłucha, ukarać! nawet, ałe zi-zędzić
i gderać od rana do nocy — to nie ma sensu. Dziew¬
czynka pi-zyzwyczaja się do tego głędzenia, nie zwraca
na to uwagi i wytwarza się w domu przykry nastrój,
który powoduje usposobienie panii córki.
Bo pani Zawatlzka przyszła do poradni! ipedolo-
gicznej zasięgnąć mej rady co do dziwnej cłioroby, Sta-
.si. Stasia poprastu nigdy się nie śmieje.
W szkołę uczy się bardzo dobi-ze, jest pilna, obo-
wiązkowa^ spełnia wszystko, cO' zadane, w domu matce
l>ornoże, jro spi-awnmkil pójdzie, dzićcko młodsze zalrawi,
ałe żacłnym sposobem nie można inzchmurzyć jej 1 wa¬
rczy. Ma stale zasępioną, nastroszoną minę, usta za¬
ciśnięte i matka nie pamięta, żeby od dzieoMstwa wi-
dziiala .śmiejące się dziecko. A przecież Stasia ma dopie¬
ro 12 lat. Więc eliociiaż w domu bieda, to ją i do kina
weźmie i do cyrku i ira spacer, bo to ją tak boli, że już
wołalałry, żeby Staśka była bai‘dzo cliora na jakąś cho-
i'obę, a potem wyzdrowiała.
— A parti sarrra, pani Zawadzka — czy pani się
śmieje?
— Uśmiecha się z zakłopotaniem.
— Mój Boże, dawniej to się tuk .serdeczrrre śmiała,
że ludzie, co j;i kto słyszał, to się musieli też roześmiać,
bo taki był ten śmiech zaraźliwy. Potem, wiadomo,
życie — przestała się śmiać. Jest nerwowa, zrzędzi,
gdera. Ałe jeśli pani doktór mówi, że nie wolno — to
nie będzie wdęcej.
Postanowiłyśmy, że postar-ają się obie o wesoły
na.strój w domu i za tydzień przyjdą rui powitHlzieć,
czy było lepiej.
Przyszły w oztraczouy dzień:
Stasia, może mrriej poclirnurria niż zazwyczaj,
pr'zyznała, że matka nie gderała, była dla niej bardzo
dobra. Nic jej zresztą nie dolega — a jeśli nie jest we¬
selsza, to dlatego, że już jest taka. Zresztą lepiej, nie
trzeba się będzie odzwyczajać od śrtriechu, łro życie
i tak jest złe.
Życie? Co ty Stasiu wiesz o życiu?
Matka przyznała zakłopotana, że trerwy poskra¬
miała, jak mogła. Złego słowa dzieciom nie powie¬
działa i poeliwaliła, gdy Irylo czego. Nawet śpiewała
trochę.
No, a pośmiała się parri z dzieciakami?
Odwr-óci'a głowę zażeriowarta. — Ałe gdy dziew¬
czynka wyszła z pokoju — zaczęła mówić hezładrrie:
— Nie, nie śmiała się i nigdy jiiż się śmiać nie
będzie. Ani orta, arri Stasia, tra twarzyczce której jesz¬
cze rrie łryto promierria uśrrriechu. Bo gdy raz, KI łat
temu siedziały irrzytulorre do sielrie w dlttgi zimowy
wieczór i opowiadały sobie wzajeriruie bajki i tak ser¬
decznie, serdeczrrie się śrtrrał.y — rra scliodaełi rozległy
się ciężkie, chwiejne kroki i wszedł pijany mąż i za
ten śrnieełr zdzielił ją jrięścią w twarz, tak że aż krew
buclinęla z nosa.
1 czuła, że ten śmiecli zamarł w niej na zawsze, -
i z rozpaczą spojrzała w zastygłe z przerażenia oezy
dziecka.
Od 10 lat i ona i Stasia co wieczór, nasłucliują,
ezy te kroki się nie zbliżają, czy można będzie usn.ąe
spokojnie, czy też mała izdebka napełni się wrzaskiem
i przekleństwem pijaka.
Wie, że jeszcze wiele, wiele łat tak będą naslncdii-
wały i że nigdy nie usłyszą dobrego słowa i nie ł)ędzie
miała dobrego dnia.
Dla siebie już nie nie pragnie, ale clieiałaby jesz¬
cze raz usłyszeć srebrzysty śmiecłi Staeliy i tuóc spoj¬
rzeć w jej oczy, l)o wciąż jej się zdaje, że widzi w nicli
ten szalony strach.
— Czy pani doktór teraz rozumie, dlaczego mam
takie chore nerwy i nie mogę się uśmiechnąć?
Dr. Zofja Rosenbluin.
MARJA DĄBROWSKĄ.
DOMOWE PROGI
POWIEŚĆ.
Niedaleko mostu, przez który szło się na Karoliń¬
ską do Ostrzeńskicli, panowie przystanęli, zapalili pa-
p!ei';:isy i, rn.szywszy dalej, złiczęli nagle mówić o poli¬
tyce.
Pani Barbara miała teraz utrudnione zadanie. Na-
próżno coraz to zatrzymywała towarzystwo i starała
się odłączyć od Ostrzeńskich, żel)y nakoniec odwieźć
Agnisię i pojechać do domu. Panowie stawali, owszem,
ałe tak jakl)y nie wiedzieli poco ich zatrzymano. Wuj
34)
Daniel zdawał się wcale nie słyszeć, co ])ani Barbara
do niego mówi.
Patrzył tępo w niecierpliwiącą się twarz siostry,
a jednocześnie idąc za biegiem swycli myśli mówił do
Bogumiła:
— Ałe co do jednego, myślę, że się nie mylę, to co
<lo' tego, że Eniropie nie już 1 listo rycz no go niie grozi.
To znaczy żadna wojna, żaden awanturniczy zatarg.
To rzeczy mogą się jeszcze odbywać gdzieś w Azji,
Nr. 51
w Afryce, u Boerów, u Chińczyków, ostatecznie w Ja-
ponji — ale nigdy u nas.
Pani Barbara usłyszawszy ten wywód przycichła
1 znów szli dalej.
Uzieei wysunęły się znacznie naprzód i, pochyliw¬
szy się przez iioręez mostu, patrzyły jak Żydzi zamy¬
kają stojące iia pomostaełi kramy rybne.
Rzeka była malbiowa od zorzy. Nadbrzeżne domy
zbiegały się z dwu stron ku sobie, tak że kominy dałe-
łciego lirowaru zdawały się wyrastać wprost z wody.
Cd tego krajobrazu wiało mglistą i fioletową ciszą,
w której ubogi zgiełk miasta dźwięczał melodyjnie jak
pieśń. Przez most nikt nie przejeżdżał. Wuj Daniel
ciągnął swojo.
— I przyznam się tobie — mówił, śmiejąc się sam
z siebile — że cibociaż jak mnie znasz, że kooham siię
w stratogji, a nawet w dyplomacji, to muszę powie¬
dzieć, że jestem koiitent z takiego stanu i‘zeczy. Zawsze
wygodniej ołiserwować wielkie wypadki z odległości
historycznej, a przynajmniej geograficznej.
— (blyl)y wszyscy tak myśleli, toby się nigdzie nic
nie działo i nie byłoby eo obserwować — wtrąciła pani
Barbara krytycznie.
łłognmil słnebat z przyjemnością, ucieszony, że się
rozmowa jakoś toczy — nie ze wszystkiem się jednak
godził.
Miał on do czynienia z ziarnem i ziemią, z kup¬
nem, sprzedażą, siewem, zbiorem. Wydawało mu się,
że te wszystkie potoczne sprawy życia są pełnemi ma¬
jestatu wydarzeniami historji. Według niego — to są
właśnie wielkie wypadki.
Wyrazić te myśli zgrabnie i gładko nie potrafił.
Rzekł jednak grubo się namyśliwszy:
— Jaliym jiowiedział, że wszystkie czasy są zaw¬
sze historyczne. Może nawet takie spokojne czasy, kied.v
l^ażdy uczciwie robi swojo, są ważniej.sze od wo¬
jen i tam roziuaityeli awantur. Całe szczęście,
że już mniej na świecie tych wielkich ludzi, co prą
do wojny. Chociaż ja myślę, prawdę mówiąc, że wojna
czy rewolucja, wogółe rozruch, może się zdarzyć dzi¬
siaj tak samo dolirze jak i dawniej. O ile nie z takich
powodów jak dawniej to z innych, z takich tam róż-
uycli powszednieli spraw gospodarskicłi. Ja wcale tego
nie clicę, ale mówię, że mogą się takie rzeczy zdarzyć
jeszcze i u nas.
— Rewolueja? — podchwycił wuj Ostrzeński.
Epoka rewolucji tembardziej już minęła. Na zacho¬
dzie iiiistynlkty rowolucyjmo mają ujście w parlamenta¬
ryzmie. Patrz no co robią socjaliści we Francji'? Polsku
wogóle do rewolucji nie jest zdolna — chyba że ją
Rosja w co Aveiągnie. A Rosja? Rektor Mianowski mó¬
wił w moieli młodycli łatacłi, że tam gdzie się kończy
łacina, tam się zaczyniają Baszylnizuki. Co za rewolucja
może być u Ba.szybiizuków?
Panią Barbarę zaczęła pochłaniać ta rozmowa.
— W Rosji — rzekła spiskowo — jest ciągle re¬
wolucja, tak jak jest ciągle cholera. A te u.stawicznc
zamacliy, a studenckie awantury, a zamykanie uniwer¬
sytetów — czy to nie rewolucja?
Wuj Daniel teraz dobrze usłyszał co mówiła.
— Co do cholery, to prawda — przyznał. Dlatego
ja nigdy niie mogę zrozumieć, ipooo ta Micbasdla jeździ
do Petersburga i czego Anzelm tam szuka — też nie
rozumiem. Rosja zginie nie przez rewolucję, tylko
lirzez brak kanalizacji.
— I wiesz — ty, Bogumile, masz rację — zwrócił
się do Niecbeica. Masz rację kiedy mówisz, że potoczne
sprawy są ważne. Kanalizacja jest ważniejsza od kon¬
certu europejskiego, od wojny Imrskiej, od powstania
Cbimehuzów, nawet od sprawy Dreyfusa. Kanalizacja
i antyseptyka. Przyjdą czasy, że historycznym, co ja
mówię, przodującym w historji krajem będzie ten, gdzie
przy dojeździe do najmniejszego miasteczka już z po¬
ciągu zdaleka widać będzie najpierw wieżę ciśnień.
Dlatego ja tak szanuję Niemców. Oni to zrozumieli.
— Mnie specjalnie o kanalizację nie chodziło, wię¬
cej o pracę — rzekł Bogumił dość miękko, uradowany,
że wuj Daniel mniej więcej się z nim godzi.
— Wszystko jedno, ale to jest punkt wyjścia •—
zawyrokował Ostrzeński, również konteiit, że się jak
gdyby dogadali.
Rozmowa się zamknęła. Stanęli przy bramie do¬
mu, do którego dążyli.
Daniel Ostrzeński rozejrzał się z przestrachem.
— A gdzie Bodzio? — spytał głosem nagle jakby
rozl)itym.
— Dzieci weszły już na podwórze — oznajmiła
pani Barbara. Ale Agnisię trza zawołać, bo owszem,
odproAvadziłiśmy was, bardzo było przyjemnie, ałe już
dalej stanowczo nie pójdziemy.
Wuj Daniel zaczął wołać, nie Agnisię jednakże,
tylko Bodzia. Chłopiec przybiegł i bez żadnych oznak
zniecierpliwienia wziął ojca pieszczotliwie za rękę.
— Moje dziecko, czemuż ty giniesz mi z oczu —
rzekł pan Daniel i przycisnął rękę cliłopca do serca.
A następnie, zwróciwszy się do siostry, teraz jej do¬
piero odpowiedział:
—■ Wiecznie dalej i dalej. Kiedyż ta Basia wresz¬
cie przestanie się tak śpieszyć. Jakeścio doszli do bra¬
my, to przecież śmieszne jest, żeby nie wejść. Michasia
już iiapewno jest w domu.
Bogumił l)yl przejęty tern, że mu się udało roz¬
mawiać z Danielem przyjemnie i życzliwie. Ze świecą-
cemi oczyma powiedział prosząco i nieśmiało.
— Rzeczywiście, jakeśmy aż tu przyszli, to może
jednak wejdźmy.
— No to dalej — rzekła pani Barliara z gniewną
determinacją. Chociaż według mojego zdania Michasi
napewno w domu niema.
Daniel miał takie same podejrzenie. Ale zdawało
mu się, że jeżeli prowadzi gości do domu, to tern sa¬
mom odwraca jakby od siebie to smutne prawdopo¬
dobieństwo. Miał nawet niedorzeczną nadzieję, że o ile
Michasi niema, obecność krewnych sprowadzi ją na¬
tychmiast do domu.
Minęli bramę, nad którą wisiał oświetlony już
gazowym palnikiem szy]d z napisem:
TEATR LETNI W OGRÓDKU
Restauracja I rzędu, A. Wylengi. Codzień orkiestra
damska i atrakcje artystyczne.
(D. e. n.).
Nr. 51
STEFAN ZWEIG
STRACH
SZKIC POWIEŚCIOWY
Przekład Melanji Wasermanóvmy.
Na widok łotrzycy, panoszącej się w jej własnym
domu, zaw'rzało w'reszcie w pani Irenie.
— Czego cłicesz ode mnie, ty szantażystko! Aż do
mego domu znałazła pani drogę! Ale ja się nie dam
dłużej dręczyć, o nie! Ja zawiadomię...
— Proszę nie mówić tak głośno — przerwała tamta
z ubliżającą poufałością — drzwi są otw'arte, służba
może wszystko słyszeć. Mnie tam na tern nie zależy!...
Niczego się nie wypierani! Boże drogi, ostatecznie
w więzieniu nie będzie mi gorzej, niż mi jest teraz
w mojem psiem życiu. Ale pani, pani Wagner, powin¬
na być trochę ostrożniejsza. Przedew^szystkiem zaniknę
drzwń, jeżeli pani ma zamiar się gniewać. Tylko mu¬
szę panią uprzedzić, że wymyślania nie robią na mnie
żadnego, ale to żadnego w'rażeniu.
Siły pani Ireny, zdwojone wybucbem gniewu,
znów się wyczerpały wobec niewzruszonej postawy
tamtej osoby. Jak dziecko, które czeka na dyktando
trudnego zadania, stała pokornie i bezradnie.
— A więc, pani Wagner, nie będę robić długicli
ceregieli. Żo mi się źle pownidzi, pani wio o tern. Już
nieraz pani mówiłam. A teraz, trza mi forsy na komor¬
ne. Długi mam, nie chcą czekać. Musi mi pani pomóc,
trochę grosza dostanę — no, ze czterysta koron.
— Nie mogę! — Jęknęła pani Irena, przerażona
Avysokością sumy, której nie posiadała — naprawdę,
nie mam! Przecież dałam już pani trzysta koron w tym
miesiącu. Skąd mam brać, na miłość Boską?
—' No, no, znajdą się, niecli pani tyłko dobrze po¬
szuka. Taka bogaczka, jak pani. może mieć forsy jak
łodu. Chcieć tylko trzeba, pani Wagner, cłicieć!
— Ależ ja naprawnłę nie mam! Cliętniebym dała,
gdybym miała! Tyle nie mam jednak... Może pani sto
koi'on weźmie?
— Powiedziałam, że potrzebuję czterysta.
Rzuciła te słowm szorstko, jakby obrażona tar¬
giem.
— Ależ ja nie mam! — Krzyknęła Irena zrozpa¬
czona (Mąż może łada ełiwila nadejść — przemknęło
jej przez myśl).
— Przysięgam pani, że nie mam!...
— To ])i’oszę się wystarać!
— Kiedy nie wiem skąd!
„Osoba" obejrzała Irenę od stóp do głów, jakby
pragnąc ją otaksować.
— No... a ten pierścionek, na ten przykład? Mo-
żeby go zastawić, co? Ja się na tern nie znam, nigdy
świecidełek nie noszę... ale ze czterysta koron toliy chy-
l)a dali...
— Pierścionek! — krzyknęła pani Irena.
Był to zaręczynoAvy pierścionek z pięknym drogo¬
cennym kamieniem, którego nigdy nie zdejmownnła
z palca.
8)
— No, a dlaczegożby nie? Przyślę kwit lombardo¬
wy, będzie go pani mogła wykupić, kiedy tylko zecłice.
Ja go tam trzymać nie łiędę, na co takiej nędzarce
pierścionki?
— Za co pani mnie tak prześladuje? Za co? Ja już
nie mam sił! Nie mogę dłużej! Proszę posłuchać: zro¬
biłam Awszystko, co mogłam! Więcej niż mogłam! Li¬
tości!
— A dla mnie miał kto litość? Małoiii z głodu nie
zdecłila! Co mam mieć litość — akurat dla takiej łmr-
żujki?
Irena zamierzała odpowiedzieć, gdy wdem usłysza¬
ła — serce w' niej zamarło — trzask zamykanych drzwi.
To mąż wracał z biura. Bez namysłu ściągnęła piei-
ścionek z palca i podała nieznajomej, która go spiesz¬
nie ukryła.
— Niecłi się pani nie boi, już uciekam!
Niewymowny lęk malował się na twarzy Ireny,
gdy z natężeniem Avsłuchiwmła się w' szmery, dochodzą¬
ce z przedpokojn, w wyraźny odgłos męskicłi kroków.
„Osoha" otAYorzyła drzAvi, skinęła gloAvą na znak
poAvitania AYchodzącemu małżonkoAva Ireny, który
zi'esztą nie zAvrócił na nią szczególnej invagi, i znikła.
— Ta pani przyszła do mnie po peAvne informac¬
je — ostatniem Avysiłkiem Avoli zdobyła się Irena na
AYyjaśnienie, gdy drzAvi zaniknęły się za nieznajomą.
Straszna cłiAviła minęła.
Mąż, nie mÓAviąc ani słoAva, spokojnie AYszcdł do
jadalni, gdzie stół już był nakryty do obiadu.
ZdaAYało się Irenie, że odsłonięte miejsce na pal¬
cu płonie niby ogień i że AYSzyscy muszą dostrzegać
ten znak, jak palące piętno. Podczas obiadu starała
się schoAYać dłoń pod stołem, zarzucając sobie ironicz¬
nie przewn'ażłiAvienie, które jej jiodszeptyAYało uparcie.-
że mąż bezustannie patrzy na jej ręce i dostrzega icłi
manipulacje. Wszełkiemi siłami zadaAvała sobie tritd.
Itrowadzenia rozmowy, aby przy ])omocy iiiezłiczonycli
pytań odAYrócić UAYagę męża od siebie. MÓAYiła, mÓAAńła
bez końcay do męża, do dzieci, do bony, podsycając pło¬
mykami ])ytań AYygasającą rozmoAYę. Tchu ay iiiersiacli
jej brakło, dusiła się niemal, a jednak po cliAYiłi rozpo¬
czynała odnoAYa.
UsiłoAYała być AYesołą i zarazić innycłi dobrym
łiumorem, żartoAYała z dziećmi, próboAYała je poróżnić
między sobą, ałe dzieci nie śmiały się i nie doAYcipko-
AYały. Czuła, że \y jej AYesołości liyła fałszyAYa nuta, któ¬
ra dziwiła otoczenie. Im bardziej się AYysiłała, teni
mniej udane były .jej próby. Wkońcu zmęczyła się i za¬
milkła.
Milczeli i inni. Słycłiać liyło tylko dźwięk noży
o talerze. Nagłe mąż zapytał:
^ A gdzie ty masz pierścionek?
10
Nr. 51
Drgnęła. Przepadło! — przefrunęło jej przez myśl,
jak lodowaty wicher. Ale instynkt bronił się jeszcze.
Tylko trzymać się ze wszystkich sił! Jeszcze jedno
słówko — jedno zdanie — jedno małe, ostatnje kłam¬
stewko...
— Oddałam... oddałam do wyczyszczenia.
1 juk gdyby umocniona wypowiedzianem zda¬
niem, dorzuciła bez wahania:
— Pojutrze będzie gotów.
„Pojutrze". A więc odtąd była związana, kłam¬
stwo musi się wydać w razie niedoti-zymania słowa.
Określiła termin — klamka zapadła.
Wraz z obłędnym strachem Aveisnęło się do duszy
nowe uczucie, niepojęte, napół radosne, że oto cłnyiła
rozstrzygnięcia jest tak bliska! Dziwny spokój opano-
Aval nerwy. Pojutrze!
Narastała w Irenie nowa siła — siła przetrzyma¬
nia życia i przetrzymania śmierci.
Ustalona wreszcie świadomość zbliżającego się
przesilenia zbudziła w' duszy Ireny nieoczekiwaną po¬
godę. Zdenerwowanie ustąpiło na rzecz rozwagi,
a strach na rzecz niezaznanego dotychczas, kryształo¬
wego niemal spokoju, dzięki któremu wszystkie spra¬
wy jej życia stały się naraz przejrzyste w świetle icli
istotnej wartości. Według tej nowej miary czuła się
gotowa do podjęcia wszystkiego od początku, ale już
bez dotychczasowego zakłamania, w obliczu innych,
wzniośłejszycłi zasad, których wyuczyły ją dni przeży¬
tej trwogi. Lecz żyć jako rozwódka, jako wiarołomna
mężatka, obryzgana błotem skandalu... — nie, na to by¬
ła za bardzo zmęczona! Zabardzo też była znękana, by
ciągnąć tę niebezpieczną grę i by nadał kupować soł)io
łcrótkoterminowy spokój.
Czuła, że opierać się dalej niepodobna, że koniec
już bliski — zdrada groziła zewsząd, ze strony męża,
ze strony dzieci, nawet ze strony jej własnej Avytrzy-
małości. .Jakżeż uciekać od przeciwnika, który jest
wszecholjecny. A wiedziała, że po najpewniejszą pomoc
zwrócić się nie można.
.Jedyna więc przed nią droga stała otworem, lecz
z tej drogi niemasz powrotu.
Przed obiadem zniszczyła korespondencję, dopro¬
wadziła do porządku wszystkie drobiazgi, lecz unikała
możliwości zobaczenia nietyłko dzieci, ale wszystkiego,
co było jej drogie i miłe.
Eaz jeszcze wyszła na ulicę, chcąc poraź ostatni
wypróbować los — i spotkać szantażystkę. Niezmordo¬
wanie krążyła po ulicach, nie odczuwając wszakże owe¬
go podniecającego napięcia, którego ongi doznawała.
Znużona, udręczona przejściami straciła ufność w moż¬
ność dalszych zmagań.
Irena szła, szła — około dwóch godzin chodziła,
jakl)y wypełniając nakazany obowiązek. Nigdzie nie
było widać „osoby". Wkońcu przestała na to spotkanie
czekać, przestała go pragnąć, w poczuciu własnej bez¬
silności. Twarze przecliodniów wydawały się jej obce
i martwe, jak mumje. Wszystko było odległe, zamglone
i jak nięiiależące już do tego świata.
Nagle Irena drgnęła. Odwróciła głowę — przywi¬
działo jej się, że w tłumie po drugiej stronie ulicy do¬
strzega ją ów ostry, przykuwający wzrok mężowski,
który znała nie oddawna. liaz jeszcze obejrzała się lęk¬
liwie lecz przejeżdżający samochód zasłoni! jej widok.
Uspokoiła ją myśl, że o tej porze mąż był zawsze zajęty
w sądzie.
Długotrwałe oczekiwanie na ulicy przytępiło
w niej poczucie miary czasu — spóźniła się na obiad.
Lecz męża też jeszcze nie było, przyszedł dopiero po
kilku minutacłi, trocłię wzburzony, jak się Irenie wy¬
dawało.
Licząc godziny do wieczora, spostrzegła z przera¬
żeniem, jak niewiele ich było, jak mało, jak dziAvnie
juało czasu trzeba na ])ożegnanie, i jak kruclią ma war¬
tość to wszystko, czego z sobą zabrać nie można. Ogar¬
nęła nią niepokonana senność. Znów meclianicznie wy¬
szła na ulicę, ot, na cłiybi! trałił, nie oglądając się, nie
myśląc o niczem.
Na skrzyżowaniu rucliłiwych ulic woźnica szarp¬
nięciem, cudem zatrzymał konie, gdyż dyszel pojazdu
już, już dotykał piersi pani Ireny. Woźnica zaklął gru¬
bi jańsko, lecz Irena nie zwróciła na to uwagi. Szkoda!
Przypadek zaoszczędziłby jej decyzji! Ospałe powlokła
się dalej. .Jakże ł)łogo ł)ylo tak o niczem nie myśleć, do¬
znając nieokreślonego poczucia zł)łiżającego się końca,
które opadało wolniutko, jak tuman, mgłąc i przesła¬
niając zarysy trzeźwycłi myśli.
Przypadkowo rzuciła okiem na tabliczkę z nazwa,
ulicy. Wdrygnęla się, bezcelowa błąkanina zaprowadzi¬
ła ją aku"at przed dom w którym mieszkał były kocłia-
nek. Możj to byt właśnie znak? Może stamtąd przyjdzie
pomoc!... On z pewnością liędzie znał adres owej tajem¬
niczej osoby!
Irena aż zatrzęsła się z radości. Jak można było
0 tern zapomnieć, nie wpaść na najprostszy pomysł! Na¬
dzieja uskrzydliła gnuśne dotąd myśli, aż skłębiły się
1 zawirowały, żywe, ruchłiwe, połotne.
— Tak... Edward pójdzie ze mną do niej! Raz bę¬
dzie koniec! Zagrozimy jej procesem o szantaż... A jak
trzeba, dostanie jeszcze pieniędzy — dużo, dużo pienię¬
dzy... tyle, ile wystarczy, aby raz na zawsze opuściła
miasto! Tak, tak, wszystko dobrze!!
Przez cłuviłę przykro zrobiło się Irenie na myśł,
że tak źle potraktowała biedaką, co nie mąciło w niej
jednak pewności, iż Edward przyjdzie z pomocą. Jakie
to dziwne, że ratunek przyszedł dopiero w ostatniej
chwili!
Spiesznie poliiegła po schodacłi i zadzwoniła. Nikt
nie otwierał. Nasłucłiując, miała wrażenie, że ktoś się
za drzwiami ostrożnie porusza. Zadzwoniła jeszcze raz.
Znów milczenie. I cichy szmer za drzwiami. Zaliraklo
jej cierpliwości: poczęła dzwonić, dzwonić liez przer¬
wy — szło wszak o życie!
— To ja! zawołała Irena spiesznie.
Drzwi otworzyły się naościcż.
! (D. c. n.).
Nt. 51
11
W 70-LETNIĄ ROCZNICĘ URODZIN
SELMY LAGERLOEF
Selma Lacjcriocf.
Selma Ottiliaiia Lagorloef, wielka pisarka szwedzka
i laureatka Nobla, urodziła sic; w r. 1858 w Maarbacika,
wiejskiej siedzibie prowincji Warmlaiulji. Po mieczu
i po kądzieli pochodzi ze starożytnych, w literaturze,
AV obronie ojczyzny i w' krzewieniu słowa bożego za-
slużonycb rodzin. Wpływy środowiska, z którego po-
(diodzi, i tradycji rodzinnych cechują prawie w^szystkie
jej utwmry. Po ukończeniu seminarjum nauczycielskie¬
go pracuje na polu pedagogicziicm w Skaiiji, najbar¬
dziej na południe wysuniętej prowincji szwedzkiej, po¬
czerń przenosi sią do Falun, w* serce Szwecji, Dałekarljc-
Pierwsza jej jrowieść „Goesta Berłing“, drukoAwana
w najstarszern szwedzkiern piśrrrie kobiecem „Idurr“,
otrzymuje pierwszą nagrodo konkursu literackiego. Po
niej ukazują sie kolejno „Niewidzialne ogniwa", „Cuda
Antychrysta" osnute na tle podań sycylijskich, „Hi-
storja dwmru wiejskiego". W rokir 1899 wychodzi
szwedzka powieść historyczna „Królowe z Kungahaella".
Światową slawe zyskuje „Jerozolima", bistorja zwią¬
zana z przeżyciami religijnerni chłopów', ernigrantóiw
szw'edzkicli do zieiiri świętej. Po „Pieniądzacłi Pana
Arno" i „Legendach Chrystusowych" wydaje śłiczną
opowieść dła dzieci o przygodach Nilsa Holgersona
w wędrówce z dzikierni geśmi, służąca dziś jako podr-ecz-
nik geografji w' szkołach szw'edzkich. W „Historji lir-
storji" opowiada nam Selnra Lagerloef o genezie swej
literackiej czynności. Dalej idą przepojone praw'dziwą
miłością wszystkiego, co ojczyste „Dom Lilienkrony"
i „Dziew'czyria ze Sormyr", „Woźnica"—krótkie now'ele
0 podłożu religijnern. „Cesarz Portugalji" bistorja mi¬
łości i przywiązania ojcow'skiego, zbiór opowiadali
„Chochliki i ludzie", „Banita", dzieje Avalk społecznych
1 religijnych, „Zachris Topelius" biografja w'ielkiego
finlandzkiego pisarza dla dzieci, „Maarbacka" o])ow'ia-
danie o odzyskaniu domu ojczystego, „Pierścień Loe-
yenskołdów" rów'nie jak „Charłotta Loevenskoeld“ opo¬
wiadania z Warmlaudji. Ostatnia powieść „Anna Sve-
ard“ opowiada o duchownym człowieku o słabym cłia-
rakterze, który żeni siQ z „dalkullą", dziewczQciem wiej-
skiem z Dałekarji, i o tragicznych losach tego mał¬
żeństwa.
SQdziw'a autorka szw’edzka oprócz nagrody Nobla
Av ojczyźnie swojej uzyskała w'szelkie uznanie, jakiego
tylko żyjący literat od swoich współczesnych spodzie¬
wać siQ może. Doktór honoris causa uniwersytetu
W' Upsałi, jest członkiem naukowego i literackiego to-
w'arzystw'a av Gothenburgu, posiada zloty medal Aka-
demji w Stokłiolmie, jest członkiem szAvedzkiej Aka-
dćmji i literackiego stowarzyszenia ,J)ziewięciu".
Wszędzie zagranicą, także u nas w Polsce, p. La¬
gerloef posiada liczne grono w'ielbicieli, a jej „Podi-óż
Nilsa Holgersona" należy do najpiękniejszych książek
literatury dla młodzieży.
Proszona temi dniami o wypowiedzenie swego
zdania o kobiecie współczesnej, Selma Lagerloef od¬
powiedziała:
„Zamiast opinji o kobiecie współczesnej wolała¬
bym postawić pytanie: Czy istnieje typ kobiety współ¬
czesnej! Kobieta dawnych czasów, rozwijająca się
]>rzez wieki pod naciskiem przymusu i surowego nad¬
zoru, potrafiła doprowadzić się prawie do doskonałości
iiietyłko dołiroci serca i przepojonego czułością poświę¬
cenia, ale do pełnego wdzięku wyglądu i zachowania
się. Kobieta nowej ery, rozwijająca się wśród niepo¬
równanie większej swobody, królowa, odpowiedzialna
za swe uczynki tylko przed sobą samą jest, śmiem ])0-
Aviedzieć, dopiero powstającą istotą. Powinno się jej
pozostaAvić dość czasu, by mogła róść w spokoju, bes
poniżania jej lub wywyższania. My starzy możemy
jej tylko życzyć, by stała się tern wspaniałem stwo¬
rzeniem, o którem marzyłyśmy, gdyśmy wywalczały
jej wolność". st. Goryńska.
12
Nr. 51
LUCIE DELARUE MARDRUS
U KOBIECIE 40-LETNIEJ
Lucie llelaiue j\iardrus jest jedną z najwybit¬
niejszych wsj)()lczesnycb francuskicii aiitoi-ok. Głęboka
znajomość duszy kobiecej oraz niezAvykle piękna for¬
ma, — oto główne ualory jej lic“znycli powije.ścil. Jedną
z nieli „Ta,ka soirie dziowozyiika" driikowaia „Kobieta
Wsi)ói.“. Przytaczaiiny poniżej kiilka jej cickawycli
retleksyj na. temat kobiety czterdziestoletniej:
Niejednokrotnie już pizokoiiałani się, pisze Luicie
Dalerue Mardrns, że około czterdziestki stają się kobiety
znacznie bardżiej pociągająco, aniżeli były w okresie
swej pierwszej miodośoi, oo zresztą tłumaczy się zupeł¬
nie prosto.
Stając w obliczu Avalki obronnej, odnajdują in-
stynlkito'wiiie to, rm co dotychczas nie zwracały uwagi,
ti mianowieliie swój Avlasny iudywildualny styl.
Ilekroć zdarzyło mi sl'ę spotkać po upływie lat
piętimstn kobiety światowe lub aktorki, które straci¬
łam z oczu, gdy miały lat dwadzieścia piięć, tyle razy
nie mogiani się powstrzymać od okiy.yku zdumienia
i zachwytu.
Ubranie icli, ucze.sanie, cbarakteryzjieja nabrały
cecli prawdzhrej sztuki; nauczyły sliię w>"zyskiwać
wszelkie najdrolrniejsze walory swego ty])u; odnalazły
najwłaściwsze dla siebie barwy lil formy ubrania:, Avy-
stiuljowaly owe delikatne pociągnięcia olówlka,, które
podkreślają swoisty kształt onzu; wybrały i)iidcr naj-
odpoAviedniejszy dla cery, a kolor pomadki dla Avarg,—
ulożyiy włosy av .siKisób najbaidziiej ich typowil odpo¬
wiadający.
W beztroskim obresie piiierwszej młodości liczyły,
i słusznie zresztą, Ayylącznie tui SAvą Aciośniaiiii ŚAwie-
żość. Ale z l)icgiem lat niepokój AV\'’i-ol)ił je niby Avy-
tniwny mttstrz i stały się wielkiemi artystkami.
iMówiąc to, nie mam na myśli swojej osol)y, gdyż
mając zaledwie lat siedemna.śeie, zdaAcalaui już sobie
spra.wę z tego, że młodość zar(>wno ciaia jak i ducha
jest bezbarwna.
Uzyż cei'a bez śladu iTrztr/yć, oczy bez praeszlości,
iistii bez imc*zarowań mogą zastąpiić piękno Avyrazii
doświiidczonria, ciei-pieii i r-julości oraz wszystkiego te¬
go, co życie dorzuca do twarzy kobiety]
Ileż to iTii()dy(*li dziewcT/ąt zsizdroścL l)ezwiednie
staiuzym ich dramatów życiowych! I tern wliuśnic tłu¬
maczy się fakt, że malnijii się bez poti'zeby, a\" sposób
dżieci.linio rażący.
Zmmi AV swojej Avlasnej rodzinie dziewczęta, któ¬
re, nie mając lat dwudziestu, odczuwają riotraobę czer¬
wienienia ust, różowania policzków i to w sjiosól) daleko
bardziej rażący, aniżeli ja to czynię. Zależy im na tein,
aby owa cliarakter>"zacja rzucała sii; w oczy i to jest
Avla.śnlo cłiaralkiterystycMne dła icli Aviekri. Później łię-
dą robiły wszystko oo można ..żcliy tego nie łiyło wi-
dać“. I na tom właśnie polega cała różnica dwóch okre¬
sów życia kobiety.
IMając łat czterdżieśoi (piv.y Avicłkicj npraojmości
można, powiedzieć — iiięćdziesiąt) ma Acięe. jeszcze ko^
hieta wszelkie dane ])o temu, aby iiye piękną, musi
tylko umieć opcroAvać a,tuta.uii, jakie jej pozostały i nie
zaniedbać iiiczi.‘go, aby je oalkowiibio Avyzyskae. Oczy-
wiściię nie ma ten, że się tak A\'yrażę, poAvtórny rozkwit
przed sohą. żadnej przyszłości i iirzychodzi talki dzień,
gdy, mimo Avszelkie bohaterskie wysiłki, smutne jutro
staje slik> nieodAvolalnem.
Koł>i(eta crzterdziestołetnia. nie iiia praAAm łiyć zmę¬
czoną, nie wolno jej oboro.wać. Gdy jest zmęczona nie
wystaciziy ż>adon róż na pokrycie liladości połiezkÓAV,
tusz liędzie .się rozmazywał na powiekach, a pomadka
na wargacli Avygląda jak źle rozsmaroAvana konfitura.
i jest każdy taki dzień smutneni ostrzeżeniem, że bliz-
ką je.st cłiAC lai, gdy eala przyszłość tak, a nie inaczej,
wyglądać liędzie.
Go zaś do choroiiy, to av sześć miesięcy potrafi' ona
dokonać zniszczenia normalnycli dziesięcin lat.
Kobiety czterdziesto lub pięedziesięcio-Ietnie sza¬
nujcie się, dbajcie o .silebie!
Ale gdy wybije godzina, kiiedy szminka i róż tyl¬
ko śmie.sznie na Avaszej tAcarzy Avyglądać będą, nie uiiie-
rajoie się, lecz zgódźcie s.ię, że oto nadeszła starość.
I starość kobiety może liyć piękna,, ale staraniia,
jalGcli od was wymaga stają się coraz suliteiniejsze, bo
nigdy, w /aubiyni Aviekii nie ayoIuo się zaniedliywać. Czas
jest niegodziwym zdrajci\ i miisi.łny stale mieć się na
baczności, by nie uioc jego niecnym podstęiMim.
Nie namawiam liynajinniej do walczenia o młodość
poii-CAycziasio, sprytnitej może jest udawać starą, gdy się
iiio ma jeszcze do tego pełnego prawa. SiAve fryzury
i czarne suknie mają też swój urok, a milej jest nsly-
.szeć „jaka o'iia kiedyś musiała być piękna", aniżeli; za¬
służyć na miiiano „starej Ayiedźmy". M.-a.
SALON DOROCZNY ZACHĘTY
Wiosenny dzień.
liafdl Malczewski.
Ilość prac, składającycii się na. ten Salon dorocz¬
ny. JL'st Iniponująta. Wohcc wyiirzątiUęińa dla nldi
nawet .sali IMatojkowskiej iirzejezdni nib będą mieli
Nr. 51
13
Stasiek z lalka.
Pla Górska.
możności zobaczenia Batorego, Skargi, Grunwaldu i in¬
nych niiiezaiprzoozetnio cennych obrazów wystawy stałej.
Ilościowo przeładowany. Salon jest bardzo nierów¬
ny pod względem podiomu. Jak perły wśród obojęt¬
nych, lub w'yraźnio lichycli, tkwią tu świielnio wymo-
dclowaiio, bardzo indywidualne pod względem (kolo-
i-ystycznym akty i pół-akty Weis.sa, — delikatny w bar¬
wach, o ślicznym czystym rysunku akt Borueiilskiitego
i jego dwlio szablonowe w ujęciu i; w kolorze, leczi jak
zawsze precyzyjne w wykonaniiu głowy górali, — kraj¬
obrazy St. Czajkowskiego, — Tatry Filipkiewicza, —
impresjonilstyczno, pełne światła akwarele Fałata, —
ciekawe studjum matki, z dzieekbem K. Mackiewicza, —
liealiistyczne, dobre w wyrazie portrety Z. Nirnstei-
nav — rybaicy flamandyzująoego dzielnie i po^ swojetnu
młodego Grabarza, — coraz lepsze pod względem for¬
my i bardzo nobliwe w barwie portrety i kompozycje
Pia Górskiej.
W tłoku obrazów, rozmiesziczoiiych ziu])elnie przy¬
padkowo — może na zasadzie doboru formatów — war¬
szawski widz, niiedzielny miłośnik sztuki, orjentuje się
z trudnością, błądzi oszołomiony, wreszcie opiera swe
oko na dużych płótmreh z „pseudo" — ai"tysty(®nego
repertuaru, który i)rzema,wia „tematem", P'Oczem kie-
nijąc swą uwagę na zaszczytne kartki: „na,gi‘(>dzony“,
„wyróżniony", „medal" — c 'ja niewielkie obrazki,
niepodiadająee żadnej etykietj.
Nie wiem, czem kierowało się grono jurorów Za¬
chęty w przyznawaniu nagród; chyba jednak mało,
albo wciile, nie brało T)od uwagę ^raględów artystycK-
nyeh i, zasuggestjonowane si)OSobem „widzenia" naj-
przeciętniejszego mieszczucha, zgodnie z jego gustamii
^vydawało wyroki.
Nie mogę w krótkiem sprawozdaniu podnieść
kwestji odpowiedzialnośoii, jaką i>onosi Zachęto wobec
Sztukli polskiej praez swą lato cale trwającą nieudolną,
niefadiową, zaśniedziałą, gospodarkę. Każda, wjistawa,
organiizowuna przez nią., musi z, jakiegoś w^zględu wy¬
wołać sprzecilw. Stało się już np. niemal zasadą, że
])i'aee a,rtystów młodych, mającydi coś do powiedzenia,
IKJszukujących i twórczydi. Znajdą się w salce malej,
sJisfiiadującej z dawną bibljoteką. Możnaby AWjbec tego
nazwać ją „salle d‘honnour“ Zaidięty. Tu i w przy¬
ległej; mieściło się Bractwo Ś-av Łukasza, tu — poznaii-
nzycy, innym razem — moderniści. Oł)ecnie tu skupio¬
no — może praypadkowo — uajł)ardziej interesujące
prace wystarry. Przedewszystklłem Riahila MałcKiewf-
skiego trzy obrazy. Działają one w znijdńie szczególny
sposób na emocjonalność umiejącego patraeć człowie¬
ka. Pisałam już kiedyś na tein miejseui o jego sztuce.
Dziś podnieść jeszczie raz muszę nieKwykle wyniki, ja¬
kie daje rodzaj jego kompozycji pejzażowej. Składniki
rzeczywistości powiązane są w niej wolą artysty
w kompleksy dzawne, prawie irrealne ,i irracjonalne.
Tak up. „krajobraz wiosenny": ścieżka kwietna, bieg¬
nąca wśród drogi poiżólkłydi traw, gói-ał i stadko ba-
ranów, ustawifonydi równiutko jak zabawki dziecka,
draewa — iw najdalszej perspdvtywiio ściana gór —
a W' tern wszystJkiem pi-zestiY.eń, powietrzą szeroki dech
i jaltiś ogarniający nas niepokój „ metafizyczny".
,W niedałdciem sąsiodztwile Małozewskiego znaj¬
duje silę ołirazek Roułiy, pełen nieprawdopodobieństw
perspektywdcznych, lecz niezmiernie miły pod wzglę¬
dem łiarwy — i dwa z fugą i u-ykwintnile w^dtouane
krajobrazy Eug. Gepperta. Pani Węgierkowa, wysta¬
wiła duży oliraz o^ zaletadi dckoracyjnydi; Wadaw'
PitotrowTski dał solidnej rołioty „Kopac*za piasku".
Z Wileńczyków obecni są Jamoait i mniej łuł) więcej
związani ze Śłendzińsiłiim Skaiigiel i Sztorn. Hannyt-
kicwicza mocny obraz „W kieracie" reprezentuje
])oznańezyków'. L. Kłopotow'^skiiego „Zwiastowanie",
ładno i pełne nastroju;, powstało, zdaje się z iioszuki-
w'ań kompozycyjnydi klasy iirof. Tidu'go.
Ti-zy obrazy ,Jal)łoń.skiegO‘, ucznia, prof. Weissa,
wnoszą do sali tej śmiało, aż ostre, łiarw'^y jasne, W’yzie-
i'ające z ni/di za:miłowania kolorystyczne i delkoracyj-
ne okupują pewien łirak smaku tych kompozycj.
Piękne, łiardzo oiwginalne rzeźby w^ drzewie sta¬
nowią jeszcze jeden, ważny atut tej małej, łionorowej
salki Zacłięty. N. Sainotyhowa.
WYSTAWA STOWARZYSZENIA
WYDAWCÓW
KSIĄŻKA W 1’OLSCE ODRODZONEJ 1918 — 1928 R,’
Doincwnym zwyc,zva,jem, popraedzając w'ysta\\'y
toalet na baladi w okresie karnaAvalowym, w’ sałonadi
Resursy Ołiywatełskiej rozgościły się ksią,żki. Jak
w Tóżnycłi dziedzinadi naszego samodzielnego życia,
tak til w tej, wildać postęp: coraz Acięcej ks:'ążx'k szla¬
chetnych AV Avyglądzie, książek potrzebnych, — coraz
mniej zliytkownydi ii z,])ytocznydi.
14
łfr. 51
Afisz wystawy zapowiada, że ma oua aobi-azować
wysiłek wydawniczy dziesiQoiolooi'a niepodległego bytu
pa listwo we go*. Mimo* to obecna AvystaAVa zajęła mndlej
miejsca, niż podobne z lat ubiegłych. Wiele firm, nawet
warsza^YskicJi, nio stanęło do przeglądu. MAi*tej wiec
tłoku, wieeej ładu; piiei-wiastki piilękna i| pewnego stylu
nie giną w kramarskibj zigielkliwośoi szaryoh tłumów
byłejakiibh książek i demilmondyzmlite jaSkirawyeh okła¬
dek literatury *bruko*wej. Podobiro — oby! ta ostatnia
już nie idzie.
Na pierwszy plan wystawy wybij*ają sile najwięk¬
sze firmy — potentaci: Mortkowicz, Gebethner i Wolff,
Książniiea — Atłćis i Dom Książki Polskiej, reprezen¬
tujący wydawców, zwłasacjza z iinnycli miast Polski, nie-
mających w stolicy własuyeli filjii.
Książnica-Atłas przei)rowadzila jasny podział
o o do treści swych wydawntetw i najlepiej może
pozAvala zorjentować sie w swym doro*Miu wydawni¬
czym. Są to *dzie*ła użyteczne i)oważne — solidne —
pedagogiczne; wśród iiicłi płody kartograf jiii polskiej —
liomerowskie atlasy.
Os.solineum — zasłużona instytucja lwowska —
ma wyraz dystyngowany, czego nie można powiedzieć
o ekspozyturze Arota. Jest ona tak saano bez smaku, jak
iii jej wystawyr macierzysto z Nowego Światu. Zasti*ze-
gam sie, że nie mam tu na myśli samych wydawnictw
Arcta, wśród których nie iiiało znaleźć można książek
pożytecznych — mowa tu tylko o wystaAvie.
Wśród zapchanych półek działu Gebetłmera i Wolf-
la* zwraca w gal)locie uwagę wydanie luksusowe „Chło¬
pów" w 4-ch tomaołi in 4-o. Jest tu piękny Reymont dla
niewielu, jak i wydana pi"zez Bibłjotelke Polską już
da.wmiej „Lege*nda“ tegoż autora, wystawilona w Avi*el-
kopaiiskliicli szklanyeJi skrzyniacłi, nil)y w opancerzo¬
nych kasach.
W przeciwstawieniu do Reymonta mamy „Żerom¬
skiego dla wszij^stkicli", \vy'd. J. Moi-tkowioza^ Tzeczyw*i*-
śoib ładne i tanib, — to też podobno książki te idą ma-
.sowo na Polskę całą. Stoisko Mortłklowiicza cechuje naj¬
bardziej może przemyślana forma; zdradz;i ono dąże¬
nie do wytworzenia, typu książklł! w dobrym smaku;
obrazuje ono ja*ko.ść rezultatów, otrzymanych przez
zaslirżonego ksiegaraa, który av tych dniaełi obchodził
25-loete swej pracy wydawniczej.
Kk.si)łoatujący polowanie na sensacje ruełili.wy
>,R6j“ podnosi/ ro'lv roicznib zewmetrzną szatę swycłi wy¬
dawnictw'. Ołieeon, ł)y książka trafidła do dcunÓAY, jeżeli
już nie dla interesującej ti-eśei, to przynajmniej jak
w Paryżu, dla udelkorowania nowoczesnycłi wneti'z
(patrz: „Now'ośei Literackie" Nr. 6 r. b.)..
Tnne fiirmy: Księgarnia. Wo.i.skowa, Ś-ty Wojciech,
Wegner — stoją ua naszym — warszaw'skim — po¬
zwem ie.
Er. S.
NAJPIĘKNIEJSZY UPOMINEK
o WYBOIiZE KSIĄZIU.
Świętom książki możnaby nazwać otkres gwiazd¬
kowy, są to bowiem jedyne dnie w Polsce (za wyjątkiem
początku 1-O'ku szkolnego) klledy w księgarniach panuje
iniciłi ii ożywienie i ludzie prz.ypomiuają sobib, że istnie¬
je rzecz taka, jak Książka.
Nliiekażda jest ciekawa, niekaiżMa dobra, niekażda
waiia -praoczytaiijila, a tembardziej o*fiąi-owana komuś,
jako ogniwo, łączące poszczególne jednostki w potężny
lańcucih Umiejących Czytać.
A Av okresie gwiazdkow'ym najwięcej o takie Avłaś-
nio książki chodżii, ho Ayiiblu jest jeszcze, na szczęście,
ludzi w Polsce, którzy choćby w' tym jednym dniu
pamiętają, że genjałiiy wynaJazelk Gutenberga znalazł
zastosow'anie nietyiko w prasie* codziennej, drukowa¬
niu afiszów, cenników li( t. d. ale również av rozpoAvszeołi-
nianiu dzieł z zakresu literatury pieknej i naukowej.
Może zresztą, nie myślą nawet o* tern, ale kui)ują książ¬
ki, 1)01 pomimo oki-zyozanej drożyzny !il zachłanności Avy-
daw'eów', jest ona najtańszym upominldem i naj¬
mniej kł opotlilw^y m: idzie sie poiprostu do księ¬
garni *il ma odpowSiedzialność i sumienność sprzedającego
bierze to czy inne dzieło I tu leży błąd zasadniczy,
gdyż, dając komuś książkę, 'określamy siebie, Avy-
dajemy o sobie samych sąd, nieraz niesłuszny, gdyż ni¬
cość ofilarowanej książki może nie być wyrazem naszej
diichoAYej miernoty, ale oAAWem lenistwa i. zbytniej
ufności w innych.
Pi-zypomnijiny sol)ie, jak często mówńmy o czy¬
imś braku kułtui-y artystycznej i smakii/ na zasadzite
ofiarowanych praez ńibgo prezentów. Ja osobiście, mam
wyrobione zdanie o osobadi, posiadająoycłi lul) ofiaro-
wującyełi poduszki w kształcie psa, zro*bionego z av1ócz-
ki. Mackartowskie bukiety ze szltuczmycli traw nie zna j¬
dą dziś ciłiyba an!il jednego obronicy, podobnie ow'e po¬
tworne gipsowe ,,'ozdo'by" ścienne z nalopionemi na nich
„główkami" z pocztówelk. Dywaniki z gałgtinków, malo-
AVane pi^zez ainatonki parawanlkii — czyż podobna zresz¬
tą \v'yl'iiezyć wszystkfib potAvornościi, które nie zła wola,
ale brak smaku przyjaciół w najlepszych intencjach
w'proA\'adza do domu? Czemże jednak są owe wszystkie
])0fcworności, Arobeo ofiai'o\viania komuś pieknio opraw¬
nej Dzikuski, niieśmiitertelnej Trędowatej w to-
wmraystwie wiernego Ordynata M i e łi o r o w-
s'kie go, lub kompłetui poiwieści pe*Avnego „fonomen*al-
nego poAvieśeiop'isaiVja polskiego^ (który piisze 12 sensiir
syjnych, i t. d.“. Sądzę, że naAvet osoby które przeczytia-
łj' Zai-zj'cką, MniszkÓAVne i Mareziyńskiiiego nie byłyby
szczególnie zadowolone gdyl)yśmy tydi autorów uAvia-
żać chcieli za idi dudiowydi przewodników Inh przy¬
najmniej Avyrazideli ich dusz?...
Niib pi-zecze, że k:.sii(ążł<il te są ł)ai-dzo* czytane, że
miały wieeej wydań, niż. o wiele łei)szo dzida, nawet
z zakresu literatua-y poAvieściowej i scaisacyjnoj, ale —
czy nie zauAYażyłyśde, że naA\'et ta czytająca puł)ii!cz-
ność ma do tego TOKlziiiju lliteraturA' stosunek pobłażlii-
AVA'. że trodie... troszewJke AYstydzi sie „Dzikuski" i \\\y
Nr. 51
15
, lałaby uałiodzić za rozmiłoAvaiią w antoracłi, Ikltóryoh
wielkość podświadoimile czu.ie, ohooiaiż oi autorzy uio
5ldą, I»o ta sama publiczność popiera Dekolirę, Staśka!
Mam wrażenie, że żadna, z czytelniczek „Koliioty
Współczesnej" nie w’Zboga'ci tomii arcydziełami ksilęgo-
zliiorn swoich przyjaciół!
Może natomiast popełnffi błąd inny. Np. wiełłKcileło('
łuil) wiełł)ioiiełowi Marszałka ofiarować dzieło Ołecbóiw-
śkiego p. t. „Wódz". Wielbiciel czy wdellifilcielka Mar-
sizałka, a nawet osołia bez.stronna, obdarzona, przecięt¬
nym smakiem, orjentująca sie av polityce ii mająoći
zdroAvy pogląd na .spraAcy i łudzi, mogłaby śmiato AA^ziiąć
ÓAV ko<sztoAvny podarunek za izłoślitAvy żart łul) Avyrobil-
łaliy eol)ie może niezupełnie spraAAdedłiwe, ale jakże
uzasadnione zdanie o osobie ofilarodaAVCzyni...
Talkicłi nieimrozumień i* 1)łQ'dÓAV popcłniić można ty¬
siące, bo, niestety, Av'iecej jest na ŚAAdecie kśilążek złych
niż dolirych, AAdęcoj takich, o któiToh sile zapomina,
a mnitej — do* których sie AAdnca. A‘ tylko takie kslilążki
posiadają istotną AAmrtość i tylko takie daAAmć traełia.
Książka, Ictóra ma zostać aa" domu — nie Ikśiążka
„do przecz.yt!inia". pożycjzona, za\v'sze troclie obcji —
zostać ma po to, żełiy AA^yirełnić aa- nim poAvną lukę, żeby
zająć AA'' 'iiiilm peAvme niezastąińone przez nile miejsce.
Inaczej — po co ją było daiAA'iaćl Dająe książkę — idzie-
mi, które temu ŚAviatu .są najbliższe, które on najłatAviej
czyjąś diQć, bogacimj’- czyjś ŚAciat duchoiAvy elementa¬
mi, które temrj ŚAwilatn są najbl'ż.sze ,które on najłatwiej
asymiluje.
Chociaż to, co napisa.lam, dotyczy w’szystkich ksią¬
żek, a AvfiiQo i tycli, któremi ziasilamy bibljoteki naszych
młodych i najmłodszych przyjaciół, ay AA^yborze tyoli
ostatnich 'kiermAYai; sie musimy ihnomi jeszcze, niemnitej
AYażnemi/ AYZgledami.
Książka dla dzibdkiii jest iczemś niesłyclianie AAiitel-
kiom, co zoshi.AYia A\'Tażenilo nienaz na cało życie. Mali
pożeracze książek łyłmją je łakomife, łul) delektują sie
każdem zdaniem .jak praAA-dziAYii; smakos7>e. Znpełnib —
jak doraśłi. Ramietajmy jednak, że wganizm ich .jest
delikatny, mniej od naszego odporny i że in.stykt nie-
zaAYSze przestraega pr'zed tom co złe i szlcodlilAYC, albo
tylko bezużytecfflne. Wybór lełctnry dla dziedka jest
raoczą dlatego tak trudną, że AYalrtość pedago-
gi o z na książk i nie może być jedynym mo¬
mentem decydnj^ącym. Trzeha uimieć patrzeć
na śwdat oczyma ozteroletnibgo hąka ii pietnastoletnieigo
AATix>st.ka, aby z poAA'odzil ksiilążek AYybrać takie, iktórc
{)d7)OAviadają. icłi psychologji, zainteresoAYaniom oraz
pojemności duelioAYej i nmj-słoAAmi. Zupa OAYSiana jest
bezPYzględnie zdroAraza od czekolady il opyelianie dzie¬
cka: czekoladą jest bezATOględniife szłvodliiAV'o. Utrzymanie
złotego środka między tern co pożyteczno (z pominię¬
ciem oczyAciście, tego co złe, trudne) i tern, co tylko
I>rzyjem;no — jest niełatA\'om do: rozAA-^iązanSb, ale jakż/e
AYdzięcznem zadaniem dla tyeli, któray av życiu dzmdkia
chcą brać udział.
RM
^^^afny wybór.
Radosny uśmiech obdarowanei osoby jest
świadectwem,iż wybórprezentu był trafny.
Nawet obok najdroższych podarunków.
Kasetki Gwiazdkowe Elida wyróżniają się
przez swą elegancję i praktyczność.
Pamiętajcie, by znalazły się one wśrófł
spisu świątecznych upominków.
KASETKI ELIDA
Mali ludzie majtv zamiłoAAnnila niemniej silne i- nie¬
mu ej skrystałizoAYane niż Indzie dorośli. Szanujmy je.
NaAYet AYicdząc, że potrAYają niedługo. ZanriroAYanie to
laka cenna i tak rzadka rzecz! umiejmy je pibłęg.:oAA'ać,
uczmy się je rozAvijać przez staranny dobór straAYy du-
cIioAYej miszych r)i<;«io, dziesięcio i cz)"^emastoIatkÓAY!
Nie daAYajmy do iiicli dostępu siiołtizmoAYi i fałszyAYoj
czułostkoAYoścl, nie lękajmy się fantazji, nie usuA\"aj-
my w cień rzeczyAYiBtościil A itrzedcAwszystkiem — za¬
dajmy soł)ie trud AYyczucia. i zrozumioniiiii, czego od
książki oczekują ci, którzy jiikże prędko przestaną, nie¬
stety, AA^idzieć ay nlibj przyjaciółkę!
NioA\’iiiełe książtk cieszy się śród młodzieży laką
pocjzytnośeitą .jak „Boczna Antena" Brunona WinaAYcra
(Bibłjoteka GroszoAva) który ay szeregu ŚAYietnie uję¬
tych, dowcipnych i ściśle naukoAYycli artyknłÓAY zazna¬
jamia ttzytelnilka zi najiiioAYszemi zdobyczami! AYiedzy
i tochnikli „Boczną Antenę" czyta się jak najciekaw¬
szą poAYieść, i po jej przeczytaniu jest się bogti.tszym
o ojile mnóstA\'o AYiadomości' i nazAA"łKk, które ay itasz.A'ch
czasach nie mogą łtyć ohcc żadnemu knlturałnemu czło-
AA'itekoAYiL Blj^SikotlliKYy talent i jasny umysł Brunona
WintiAYera spraAYiajti, żo najtrudniejsze zagadnienia
AY jego interpretacji AYydają nam się zrozumiało. Książka
ta. ma jeszcze jędrni AAńelki\ zasługę: łiudzi, czo.ść i sz;i-
16
Nr. 51
■ cunok dla ogroirm pracy, dokonanej przez niedoceniony
świat Ludzi Nauki.
Pozinamy go również z dwue-h dosikonale napilsa-
iiyeh książeik Dr. Fel;(ks.ii Burdeokiego (K.siążnim At¬
las). Jedna nosiii tytuł „Budowa W.szeehświata“, druga
„Podróże między planetami**. M'odoeiiani miłośnicy
astronomjti dowiedzą siię z ksiiiżek Felilisa Burdockie-
go —. (k-siążkii są zaopatrzone w mapy, rysunki i wy¬
kresy) wielu ciiekawyoli .szcaogółów o, A\"szechświeote,
którego na.sz glob jest tylko niidą cząstką.
Histo-rję tego globu poznają z książki Dr. Siemk
radzkiego „G czem mówią kamienie** (Książnica Atłas).
Jest to, krótki/zarys dziejów i przeobra,żeń .świa.tai orga-
• uiiezuego na ziemi, napi.sainy żywo i interesująoo —
prawdziwy skarb bibłjotek dla młodzieży.
Miłośnikom pcw‘'leś:0 fanta,styc7hycib polecamy
„Tełowk/or Orkiza** Dąl)roiwy i „Wyprawę wgląb Afry¬
ki** Yernego, .która po raz pierw.szy ukazała się w języ¬
ku polskim. (Tamże).
Tak zwano Ozierwone Książki Arebi — mam icb
przed sobą cztery: „Jeźdźcy Purpurowego stepu** Gre-
ja; „Mareilon** Barszczewskiego' „Żelazny Szeik** Beaeh*a
i „Tajenrnicza Bryła Lodu** Hugliesa. nałożą do łitera-
tuiy sensaciyjno-p'odróżniilczej, Iktóra ciieszy się obeeniie
eoim Aviększom powodzeniem. Nie są arcydzieła, nie
są to 'książki godne ofiaroWanid komu.ś — czyta się jo
jednak przyjemnie, wędrując z antO'i-ami od brzegów
Oceanu północnego do palących piiasków pustyni. Naj-
taiiszy sposól) p'odróżowania, dla ludzlil nieza,możnyołi,
a obdarzonydi wyobraźnią.
Jestem szczególną wielbicielką Kiplinga i nie mo¬
gę się dość nacieszyć noAvem wycbinicm „Takich .sobiie
Bajeczek** (Arct). Jest liob aż dAvie książki, razem kil¬
kanaście opowikidań, z których każde stanoAWi małe ar¬
cydzieło. Książki zdoibilą ilustracje autora.
Od krajócv egzotycznych przejdziemy z p. Haber-
kantówTią na rodzinne podwórko, przepraszam: „śmiet¬
nik**, gdziie dzlileją się rzeczy niOmniej ciekawe, niż
V.' dżunglach Indji — o ile umie się na nie patrzeć, jak
aritorka tycdi ślicznych opowdadań pi-z>Todniczycb
(Książnica Atlas).
Nazwisko Zof.jii Bogoszówny mócvi same za slilebie.
,.Dziecinny Dwór** (Książnica Atlas) i dla starszych
dzieci: „Ko.szalki oimłki (Arct) z muzyką i! mnóstwem
iłustracjil p. Gramatylklil O.stmwskioj dla najmłodszych
poAVitany znaleźć się pod każdą elioilnką.
Zofja Popławska.
O RYCIE GNUS
z POWODU KOLFD JFJ DLA MŁODZIEŻY*).
RozśpieAva,ła Ryta Gnus przedszkola nasze. Masze¬
rują dzieci, kręcą się w kółeczko, przytupują, klaszczą
rączkami w takt jej rytmicranycli, melodyjnych, ży¬
wych i ł)arwnycłi piosenek, do których nidkiiedy, nilekie-
dy zakrad'a się polskil smętek i t(jskni’ca^ trafiająca
wprost do duszyczek dziecięcych.
*) Warszawa 1928. Nakładem autorki. Skład głów¬
ny L. Idzikowskiego.
Rozśpiewała Ryta Gnus także i szkoły nasze. Wy¬
szło już kilka śpiewników^ dla młodzieży, obejmujących
piaśni dwa, tray i czterogłosow’'e do slów' najAwybitniej-
szych polskich poetów.
Wnuczka Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego, nasze¬
go wybitnego kompozytora — symfonisty z pieiwwszej
połoAwy 19 Awieku — ma pani Ryta w sobie ten żywy
płomień twArczych pienwilastków, któi-ych nie zdusi z'a
dola i nie złamią kołczaste 'zasieklil twaiAlej powszednio¬
ści. Rodzą, się w^ pilei-ATOzem., gasną z ostatnilem tcbnie-
niein, obce niekiiedy najbliższemu nawet otoczeniu. Pod¬
trzymują to bożo palenisko zazwyczaj nSb dosyt, nile
l)ujdiy życia, nie mocne wdno, nie .szały wrażeń. Trwa,
goreje, świieci, dopóki nie zamrze s?imo a\^ sobie.
Śpieszył się Sclmbert, pisząc — w'' nieopałanej swo¬
jej izdebce cuda, Istóremil zaczaro'wa> śwńat, gdy jego
.samego już nie było. Kostniały p a ł c e. Dusił kaszel,
ale on tAWorzył, tAwrzył... Bo musiał...
Z pałąoyełi czarnych oczóaw Ryty Gnus ł)ije ten
płomień, którego nie stłumifio a,ni' AAdęzicniie bolszeAvi-
dkie, ani) chłodna łzdol)tka gdzieś na podmiejskich pia-
skacli i Awykrotacb. Grzeje, płonie...
I śpiieAAm...
Dała nam Ryta Gnus — po za drobiazgami dla
dziieoi) — pieśni o głębokim uczucioAA^ym nastroju.
0 liaiTnonizyficji, toobniee i modulacji naAWsikroś noAA'0-
ezosnej, z doskonałem opanowaniem glosoiAAych możli-
AA''ośai, z akompanjamentem fortepilanoAvym', który gra
I>ierAA’szorzędną rolę (Cień Cłiopina do sIóaz Tetmajera
1 inne). W tece ma dnżo' poAArażnycłi, nib Avydanycb do¬
tąd utAWorów.
Ostatnim i"zutem tA\'órczych jej dokonań są Kolę¬
dy na 3 głosy a capełła dla młcKłzieży. PięrA\''sze 4-y do
pastorałek i kolęd z 1843 r. Piąta do tekstu z Symfonii
Anielskich — DuchnoAWskiego (lAilk 1631). Inne do noAV-
szych jrż kraikoA\-slkich kantyczek z 1911, 1915 r. Wszyst¬
kie doskonale rozpbinoAwane na głosy oi ŚAAńteżycb, barw^-
nych, utrzymanych w kolędoAvym cbaralkterzc moty-
Awach.
TaaAi-z, pieśniarko nasza!... Nięch nib AAygasa pa¬
lenisko tw''oje AV żelaznycli obręczach trosk i trudów
l)rzyziemnych. TAwórz i — AAierz av swoje dzieło!...
C. Walewska.
UPOMINKI GWIAZDKOWE
Najmilsze na ŚAAlibcio ŚAAÓęto, najbliższe sercu
święto dzieci i Dzieciątka, kiedy dorosły człowiek roz¬
grzesza siebie a naiAATioj radości na Avidok choinki
11 gAAłilazidki z opłatka
Trndye.;a każe aa’ ten dzi'eń zapi-osić pod swój dach
wszystkich bezdomnych i samotnych, aby nikt nie czuł
się smutny ii opuszczony. Pi-aktycznie Avyglątla to w ten
sposól>, że pi-zesądne gospodynie (Iktóż nie jest przesąd¬
ny!) bojąc się z.asiadać do Avigilijnego stołu w niepa-
i-zystej łilczJ)iie osób, praypominają sobib o istnieniu da-
lekicli krownycli iiieżo'natych przyjacilół Awcielając iołi
na ten dzień do rodzinnego grona i obdarzając drób-
Nt. 51
17
nym choćby npommkiem. Bo polska Avilja to nietyłko
Icarp na szaro, maik z 'kluskami ii Aviele innych smacz¬
nych rzeczy, alo ‘ii prezenty pod choinką, dla wszystkich
domoAvnilków i AVszystkiioh gości.
Prezenty są poważną trosiką pani domui aV okresie
przedŚAnąteoznym. Chciałoby się kupić każdemiu coś
ładnego, nie przekraczając sum, przeznaczonych na ten
ceł. A to nile .jest rzeczą latAA^ą, naAA'et jeśli si'ę ma zgóry
ułożony plan działania, bo av ostatniej chwili zobaczysz
coś ładniejszego', albo doA\’iesz się — dobrae, jeżeli
wczas — że Lucia kupiła już KazioAvii szalik, wdięc po-
cóż Kaziowi dAva szaliki, i t. d.! Jeżeli nie pT'zyjdzie
ci do głowy nic innego — ostatocznile. skąd mam Avie-
dziieć, kto co komu kupuje!! — Kazio dostanie dAva
szaliki. Zdarzyć się jednak możxj, że cała rodzina po-
stanoAyiła kupić KazioAń szalilk i szalikÓAV zebrało się
cztery lul) pięć. Wtedy trzeba zrobić mądro przesunię¬
cia, rodzaj handłu zamiennego nie obrażając niczyich
uczuć. I szalik, pi-zeznaczony dla Kazia dositanile Józio,
cygarnileę Józia KaziO'. ,.Kazio nie pali!“ przypomi¬
nasz solne AA'' ostatniej ełiArili. Próbujesz innej kombi¬
nacji. Jożelil i ta się nie uda, Kazio ma śliczny zbiór
szalików^ uzupełniony przezi ten, litóry kupił sobie .sa¬
memu na gAA-^iazdkę. -
Tak. DaA\'ać ])rezenty jest rzeczą miłą, ale nieła-
t\A’ą. Aby każdemu dogodzić, trzelia znać Avszystkie gu¬
sta; AAAszystkie zamiłoAcania-; pamiętać AA^.szJystkie nu¬
mery rękaAA^iczek; AAdledzieć, kto nali; kto jest tak bo¬
gaty AV popilelniozki), że sam AA’iidok u 'nielniezki Inidzi
AA' nim AA-^ręcK nieprzyjazne uczucia; kto lubi ceramikę,
a kto jej nie lubi; że ciiocia Zof.H obraża si'ę o prezent
nraktyczny; a AAUij Artur UAA“aża za marnotraiAA^stAA^o
i rozrzutność Arszystko, co Avychodzi i)oza granice
przędniiotÓAA'' pierAA'szej jmtrzeby. Pamiętać się tóaa''-
nież musi, że osobom nieznmożuAmi nie można da-
AA''ać bardzo kosztoAAmych upomiinkÓAA'. lio sic lich ponie¬
kąd zmusza do AAydatkÓAV nad stan lub każe AA^stydzić
(AA'styd jest fałszyAvy, ocizyAviśc(ih ale niemniej przy¬
kry!) za ich sikromne prezientA' To nih znaczy, że nor¬
muje się prezenty stanem majątkoAAwm obdairzonAreh.
PrzeciAvnib! Prezenty poAA'i'>rny 1)A'ć AA-ybierane aa' ten
sposób, żeby mogły nasuAA"ać myśli, żeśmy się aa' aaw-
borz© ich kieroAAmli cziemś iinnem n!ż serdeczną życzli-
AAmścią i chęcią zrobienia przyjemności:.
Rzeczy piękne są, niestety, nrzoArażnie kosztoAA'ne.
Nie sięgając jednak do AA-A^żyn 'doisikionalości ani artj'z-
mu, dostępu av któiyeb lironilą nam nasze moiżłiAA'’oś(*i
finansoAA’'©, możemy Arybrać rzecz gustoAArną, niedrogą,
nie konmc.znie pra!kty(‘zną, ale też i nile bezUżyteiCizną,
harmonizującą z wnętrzom czyjegoś domu łub odpo-
AA’iadaiacą czAimś gustom i zamiłoAAmniom. Książki,
ceramika, filiżanka:, perfumy poduszka na kanapę, rę-
i-nT.jif.yi,-; Oto drnbilazgi, któro można, dać każdemin
Bliskich sAAmich obdarza się prezentami praktycznemi
(z dzieciństAva pozostał mi neAAnen niesmak do takiego
rozumienia prezentu...). OczyAviście, z AVA'kłuczeniem
dzieci! .leszcze d'zioAA''ozAroke ucieszy noAA^a sukienka, ale
cihłoiriico jest na, te TY.oezy obojętny.
Pozostaje osoba najAA'ażnie.;sza: służąca, .leżeli
.1'est AV domu parę lat, należy się jej AA'iększy prezent
ii praAvio niema pani, którabj' tego nie rozumiała. Przed
AA^ojną'—odległe, ])rzedbi.storyczm' czasj'! — daAA'ało się
na gAA'iazdkę materjał na suknię. Teraz nitekażdA'' może
.sobie na to pozAA'ołić. Ale gAAÓazdka dla służącej poAA'in-
na być solidna — lepiej sobie czegoś odrnÓAvić, niż kiie-
TOAA'ać się w tym AA'zglQdzilę przesadną oszczędnością.
Znakomita
SZWEDZKA KĄPIEL PIENIĄCA
OSMOS-PENG
CUDOWNY i PROSTY SPOSÓB
ZESZCZUPLENIA i ZACHOWANIA LINJI.
£>o f^A B vc/A yysz. KS r/r/e/j'
O/^OGBf^JACH iP£BrC/Afe^yAC/V
'.Tp.aPiO '
I
P-a.
Gry i zaliawy dla małych dzieci
Gzem najlepiej lubi baAvić się dziecko av Avieku
l)rzedszkoliiym! Rodzice, opiekunowie, boii>', goście, za-
giądającA' do dziecięcych pokojÓAv przez grzeczność dla
młods'cli mateczek, aie mają o tern iiojęcia. Skupują lalki
z rozczochraiiemi czuprynami, dAA'ornycłi pajaców, kosz¬
townych iduszoAA'A'cli MłsiÓAA'. Po kilkunastu diiiacli już
spoczyAAuiją tc dary na śmietniku z poAvykręcaiiemi rę¬
kami, AAylupioiiemi oczami, poszarpanym pluszem. Cie¬
szy się mały dra])ieżnik pajacem-i Misiem, dopóki nie-
iiasyci swoich iiiszczycielskicb iiistynktÓAV. Patrzy obojęt¬
nie, jeżeli ])ilnuje ktoś starszy, żeby nie popsuł zabawki.
Tjunczasem — najmniej okazały drobiazg jest
w stanie pochłonąć uwagę dziecka, jeżeli trafi na jakiś
AAłaściAYj' niu kącik umiejętnie wyz>'skaiiej refleksji.
Zrozumiały to AA'ychoAvaAvczynie i kierowniczki przed¬
szkoli. Badając dzieci, doszły do znakomitych Avyników
na drodze kombinowania takich gier, któreby je zajmo-
Avały bezpodzielnie, rozAvijająe przA'tem i kształcąc umysł
bezwiednie.
Nie czekała Sekcja Wychowaniu przedszkolnego
Magistratu m. st. WarszaAv>', aż Avejdzio lui Avłaściwe to¬
ry nasz przemjusł zabawkarski. Na Avłasiią rękę ])odjęła
już od dAAÓeh lat AvydaAvnictAvo gier i zabawek, oiu-acoAva-
nA’ch AA'edług uajuoAYSzych metod pedagogicznych, a przy-
tem 1). estetycznych zeAyiiętrznie i — co najAvażiiie.isze •—
nie drogich. Są tutaj barAAUio domina, układanki, łami-
głÓAA'ki, loteryjki, obrazki do cAA-iczeń uu)ava', gry liczbo-
A\'e i t. d„ które uabA'AA’ać można aa' biurze Sekcji (llaniło-
AA-iezowska 1',' teł. 276-79), gdzie z całą gotowością udziela
się objaśnień i wskazówek.
18
Nr. 51
Wydawnictwa Seke.ii zdobyły uznanie już nietylko
w kraju, ale i zagranicą. Demon.strowane w Locarno na
Międzynar. Kongresie Wychowania (sierpień 1927 r.)
wzbudziły zainteresowanie najwybitniejszych pedago¬
gów starego i nowego świata. Eksponaty zostały zabrane
przez delegatów Ameryki na wystawę do Nowego Jorku
i Tlio de Janeiro. Wysłano je również do Tokio, Genewy,
Paryża i — na zaproszenie polsk. T-wa Emigrac. — do
różnych przedszkoli polskich na obczyźnie, zwłaszcza we
ITancji.
C. W.
Z TEATRÓW
Teatr Narodowy: „Lelewel", Dramat St. Wyspiań¬
skiego w .') aktach.
Nie ł)ył to pomysł najszczęśliwszy, czcić rocznicę
powstania listopadowego „Lelewelem". Widmo klęski nie¬
ubłaganej, której przyczyn szukać należy nie w nierów¬
ności sił stron walczących, ale w psychice przywódców
jiowstania unosi się nad sierpniem roku 1831-ego, wieje
z każdego słowa członków Rządu Narodowego. Ludziom
tym brak już nie wiary,' ale woli zwycięstwa, jak bra¬
kowało jej wszystkim aktoroTii listopadowej rewolucji.
Może miał ją jeden Mochnacki, ale młodzieńczy jego za¬
pał załamał się przy zetknięciu z Lubeckim. Czartoryski,
Nieinojowski, Barcykowski, Morawski — któż tym lu¬
dziom odmówi szlachetnego partjotyzmu? Ale ludzie ci
niezdolni' byli pojąć przewrotu, jak się dokonywał w du¬
szy narodu, niezdolni byli przekuć zapału na czyn, nie¬
zdolni stać się prawdziwym rządem, który weźmie na sie¬
bie całą odpowiedzialność i kierować potrafi siłami, które
do walki o niepodległość wybuchły. Najwybitniejsza in-
dywńdualność w rządzie Narodowym — za wyjątkiem Le¬
lewela — książę Adam Czartoryski — wrósł korzeniami
swych tradycyj w świat obcy duchowym przywódcom dni
listopadowych. On i L(dewel — to T)rzecież dwa przeci¬
wieństwa dwa serca, które połączyć może marzenie, ale
które nigdy nie będą biły zgodnie w momencie czynu.
Naczelny bohater dramatu — Lelewel — jest bez¬
silny wobec marazmu duchowego pozostałych członków
rządu. Zawiódł się na Czartoryskim, zawiódł się na mło¬
dych. Jedną ma wiarę — w przyszłość Polski. I ta wiara,
ugruntowana na przeświadczeniu w konieczność istnienia
Polski, w niemożność starcia z powierzchni ziemi narodu,
posiadającego tak silną świadomość swojej odrębności
duchowej i politycznej — podsuwa mu wizje przyszłości,
jako jedyny, ratunek przed rozpaczą i klęską. „Armaty
moskali", ostatnie słowa dramatu Wyspiańskiego, zapo¬
wiedź końca dzieła zrodzonego z zapału i ofiarności... Słu¬
chamy tych słów w Niepodległej Polsce inaczej, niżeśmy
ich słuchali przed dziesięciu laty. Ale — czyż nie lepiejby,
nie słuszniej było przypomnieć nam w' dniach listojjado-
wych inne momenty! Tyle w nas wciąż jeszcze negacji,
tyle niewiary w Tę, która wbrew niewierzącym przyszła,
że karmić by nas należało raczej zapałem i nadzieją, niż
beznadziejno.ścią, najboleśniejszą, bo tkwiącą w nas sa¬
mych!...
Teatralnie biorąc, jest „Lelewel" jedną ze słab-
.szvch sztuk Wyspiańskiego, aczkolwiek posiada momenty
silnego napięcia dramatycznego. Grany był w Teatrze Na¬
rodowym nierówno zwłaszcza pod względem interpretacji
wiersza, który jedni aktorzy mówili, inni deklamowali.
Jeden Brydziński wczuł się w swoją rolę — Lelewela.
Finał trzeciego aktu wyreżyserowany bardzo ciekawie (p.
Chaberski). Dekoracje kłóciły się z realistycznemi kostju-
mami.
Teatr Polski; „Ostatnia nowość", komedja w 4 .ak-
tacb E. Bourdeta.
Aż dwie sztuki „Księgarskie" w Teati'aeh Szyflma-
nowskich. Zestawienie tych sztuk mogłoby być bar¬
dzo ciekawe dla panów wydawców, pouczając ich,
że człowiek bez inicjatywy, żerujący na cudzym do¬
robku kulturalnym — pan llertmański — ma kłopoty
z niewykuj)ionemi wekslami i uratować się może tylko
przyjęciem pieniędzy których wolałby nie przyjmować;
zaś człowiek z inicjatywą, j). Moscat, który chciałby i sam
zarobić i dać zarobić innym, który zamiast wyzyskiwać
nieszczęsnych autorów i podtrzymywać w nich ŚAviado-
mość swojej nicości wobec pana wydawcy — hoduje ich
jak cenne kwiaty lub rasowe zwierzęta — robi pieniądze
i jest pożyteczny.
Panu Tournier, skromnemu ixrzędnikomi, udało się
nai)isać powieść, powieść sensacyjną, rokującą najlepsze
nadzieje na handlową wartość autora. Sprytny wydawca
Moscat, finansuje go nie wiedząc o jego zupełnej nie¬
mocy twórczej. Powieść pana Tournier została przejjisana
z dzienniczka jego żony, Żakliny, która miała przed ślu-
benr romans z pewnym młodym lekarzem. Było to
jedyne źródło natchnienia iiana Tourniera. Gdy się wy¬
czerpało — nie jest zdolny nic stworzyć i ])an Moscat
straci dane mu ..a conto" 200.000 franków.
Ale i)an Moscat nie może stracić 200 000 franków.
Jest to suma zbyt poważna żeby pozwolić jej się prze¬
ślizgnąć między palcami. Pan Tournier musi mieć prze¬
życia? Pędzie je miał! od czegóż si)rytny wydawca, mło¬
dy i pełen uroku ])an Marechal — i ambitna Zaklina!
To czyTiniki — i wiele innych złożą się na nowy dzienni¬
czek, to ziiiiczy nowe przeżycie pana Tourniei’, a więc
nową powieść, nowe nagrody literackie, nowe tysiące
zgarniane przez gonjalnego Moscata.
Sztuka Bourdeta jest doskonałą satvrą nietylko na
wydawców i robienie sławy, ale i na świat literacki, dla
którego w e|)oce ogólnej obojętności dla książek zdoby¬
cie nagrody czasami jest naiirawdę kwcstją „być albo
nie być".
Sztuka grana i wyreżyserowana była znakomicie.
Jerzy Leszczyński był nietylko świetnym amantem, pa¬
nem Afareclial, ale, i wytwornym dyrygientem, mistrzowsko
l)rowadzącym zesnół Samborski — Modzelewska — Du¬
czyński — Bogusiński i inni.
Zofja Popławska.
ŻYCIE I PRACA
z DZIAŁALNOŚCI ZWIĄZKU PRACY OBYWATEL-
SKIEJ KOBIET.
WYSTAWA PRACY KOBIET W KRAKOWIE.
4-go grudnia otwai-to wystawę pracy kobiet zorganizo¬
waną i)rzez Krakowskie Zrzeszenie wojewódzkie, w i>o-
lozumieniu z Wydziałem Wytwórczości przy Zarządzie
Cł. Związku. W wystawie biorą łidział placówki Związku,
oraz instytucje i osoby postiauine z całego kraju. Wo¬
jewództwo Warszawskie przysłało na wystawę cały sze¬
reg bardzo pięknych i oryginalnych eksponatów: płótna,
hafty, bieliznę, ozdoby- choinkowe, w których kompono¬
waniu najprostszymi środkami niewyczerpaną jest pomy¬
słowość kobieca, kilimy, szale itd. Wystawa połączona
jest z wyprzedażą gwiazdkową. Można zatem mieć na¬
dzieję, że skromne warstaty pracy kobiecej uzyskają
chwilowy przynajmniej, rynek zbytu. Otwarcia wystawy
dokonała p. Zofja Moraczewska.
BAL POLSKIEGO JEDWABIU.
Celom poparcia wytwórczości krajowej, a mianowi-
_eie tak doniosłej dla nas, a nowej i spornej jeszcze ga¬
łęzi przemysłu, jaką jest jedwabnictwo. Wydział wy¬
twórczości Zw, i)r. ob. kobiet wpadł na pomysł urządze¬
nia w karnawale balu p. n. ..Bal polskiego jedwabiu".
Myśl zyskała uznanie Pani Prezydentowej Mościckiej,
która i)rzyi'zekła i)rotektorat swój tej interesującej za¬
bawie, Bal odbędzie się w ))ołowie styczniii roku i)rzy-
szłcgo, w salonach Ministerjum rolnictwa. Lista gospo-
Nr. 51
19
<lyń balu, na której znajdzie się oczywiście elita towa¬
rzystwa warszawskiego, zostanie niebawem ogłoszona,
tilicjalnym, niejako, momentem balu będzie polonez, któ¬
rego uczestniczki ukażą się w toaletach z jedwabiu wy¬
hodowanego i wyrobionego w Polsce. Jedwabie krajowe
zamawiać można w biurze Związku. Chmielna 49 m. 3, co-
<iziennie w godzinach biurowych.
Ś TADANIA DLA URZĘDNIKÓW.
Oryginalną i zdaje się szczęśliwą myśl powziął. Wy¬
dział Finansowy Zw. i>r. Ob. kobiet, organizując w ea-
iem mieście sprzedaż śniadań dla urzędników. Dotychczas
urzędnicy musieli przynosić je z domu, albo korzystać
z bufetów dorywczo organizowanych na korytarzach lo¬
kalów biurowych, przyczem warunki higjeniczne tych
biesiad pozostawiały wcale do życzenia. Obecnie fabry¬
kacja śniadań odbywa się w świeżo odnowionym, błyszczą-
c\m czystością, lokalu Związku przy ul. Złotej Nr. 72.
'Pam, pod nadzorem dyżurnych pań z organizacji, od g. 6
rano odbywa się przyrządzanie śniadań, które w zaklejo-
n.rch, firmowych torebkach z pergaminowego papieru,
rozsyłane są do zamawiających je biur i urzędów. Cena
bardzo przystępna, świeży i w doskonałym gatunku ma-
tfujał, bigjcniczne opakowanie zapewnią, zda się, wkrótce
śniadaniom tym zasłużoną popularność.
ZJAZD DELEGATEK WOJEWÓDZTWA
WARSZAWSKIEGO.
Wyznaczony na dzień 2-go grudnia Zjazd warszaw¬
skiego Zrzeszenia wojewódzkiego zgromadził spory zastęp
tlelegatek. Województwo warszawskie należy do najlepiej
zorganizowanych w całym kraju. Dwadzieścia kilka od¬
działów i przeszło 1000 członkiń liczy Związek na tym
Charakterystyczną rzeczą dla poczynań związku jest
si(>ganie w głąb społeczeństwa, tam. gdzie żaden promyk
oświaty nie pada, gdzie nędza, ciemnota, bezdomność
straszne swoje szerzą spustoszenia, gdzie grasuje bez¬
karnie agitator komunistyczny i handlarz żywym towa¬
rem...
Przytaczamy tu. jako bardzo pod tym względem
znamienne sprawozdanie delegatki ze Skierniewic.
Oddział tamtejszy rozpoczął pracę na krańcach
miasta, śród ludności najuboższej i najciemniejszej; po¬
wodowała nim myśl, że jakkolwiek posiadają Skiernie¬
wice różne organizacje, działające śród inteligencji, to
j('dnak przez to nędza, ciemnota i występki nie zmniej¬
szają się wcale. Wystarano się tedy o lokal na krańcach
miasta, złożony z 6-ciu pokoi. Tam otwarte zostało przed¬
szkole. urządzone wzorowo. Tam także odbywają się ze¬
brania matek celem uświadomienia ich o potrzebie istnie¬
nia takich iJacówek, jak żłobki, przedszkola, poradnie
i I. p. Dalekie bowiem dziś są te matki od odczuwania
potrzeb tego rodzaju. Mają one swoje systemy: spiesząc
do pracy zostawiają dzieci w mieszkaniach zamknięte na
cały dzień. T5y zachowywały się spokojnie poją je przed¬
tem wódką albo odwarem z niakn. Dzieci odurzone, w pół¬
śnie, siedzą luernclioino po kilka godzin na łóżkach...
Zakłada też Związek sierociniec i spodziewa się, że
za miesiąc będzie on już uruchomiony. Na dalszym pla¬
nie jest szkoła gospodarcza, kształcąca pomocnice w pra¬
cach domowych. Przy szkole funkcjonować będzie tania
jadłodajnia.
Zorganizowano już świetlicę dla kobiet — członkinie
Związku pełnią dyżury. W świetlicy są pisma, można do¬
stać szklankę gorącej herbaty.
Dla ożywienia życia towarzyskiego, które z powodu
ciasnoty mieszkań w sforze półinteligencji zupełnie nie
istnieje, urządzone będą w karnawale zabawy dla mło¬
dzieży. Chodzi o dziewczęta, by nie zawierały znajomości
na ulicy, by bawiły się w sposób kulturalny, pod okiem
najlcpfe) pielęgnujesz włosy
użv'i*Oj<^ do mycia głowy
ShQmpoona.^au
którego wspaniała piana myje
włosy z łatwością igruntownie
Życzliwych opiekunek. Matki tych dziewcząt zajmą się
zorganizowaniem przyjęcia. Związek pomyśli o atrakcjach
i urozmaiceniacb. Do tych ostatnich należeć będą n. p.
konkursy na najładniejszą i zarazem najtańszą sukienkę.
Podobno już z góry cieszy się młodzież perspektywą tych
wieczorów, które w szarość małomiasteczkowego życia
wnoszą pewno rozsłonecznienie.
Członkinie od. Skierniewickiego wezmą udział czyn¬
ny w akcji przeciwgruźliczej. Objazdy w tym celu po
wsiach i miasteczkach powiatu dadzą im sposobność roz¬
szerzenia stosunków, i upowszechnienia informacji o za¬
mierzonej szkole gospodarczej. Istnieje plan urządzenia
przy' tej szkole izby gościnnej, w której kobiety przyby¬
wające na targi, znajdą posiłek, miejsce wypoczynku
i ośrodek kulturalnych wpływów. Jak wszechstronną jest
działalność oddziału dowodzi fakt, że jedna z członkiń
podjęła zadanie odwodzenia pewnej części miasteczka,
wzniesionej na bagnach i zalewach Skierniewic. Zabie¬
gom w tym kierunku u władz współdziała organizacja.
Przytoczone tu szczegółowo sprawozdanie jest nie¬
mal typowem.
Wszędzie działalność Związku przybiera, mniej
więcej, podobne formy.
Włocławek, gdzie oddział istnieje od 30 września
ma 166 członkiń, w tein koło robotnic fabrycznych, zło¬
żone z 68-n uczestniczek. Zorganizowano opiekę nad 70
najuboższemi rodzinami. Na święta Bożego Narodzenia
organizuje się gwiazdkę dla 400 dzieci.
Mława, gdzie oddział funkcjonuje od 26 paździer¬
nika przygotowuje się do otwarcia żłobka na 18 łóżeczek
w m. styczniu r. p. Referat wytwórczości przejął zarząd
nad sejinikoweini warstatami kilimów i tkanin, które
dotychczas pozbawione były jakiegokolwiek kierownictwa.
Wyroby ich wysłano na wystawę do Krakowa.
Pułtusk otworzył już czytelnię i zakłada przed¬
szkole.
Piaseczno uruchomiło wypożyczalnię książek i czy¬
telnię.
Mińsk Mazowiecki, w dniach najbliższych, otwiera
świetlicę dla dzieci szkolnych.
W Aleksandrowie otwarto kurs haftu artystycznego
i koronkarstwa. Napływ kandydatek ogromny. Nie można
było przyjąć wszystkich.
Na dalszym planie szkoła hotelarstwa. Otwarto już
biuro pośrednictwa pracy'. Otwarto przedszkole na 80
dzieci. Pracują 2 wychowawczynie i 2 pomocnice. Są ką¬
piele dla dzieci. Dzieci są dożywiane. Otrzymują śniada¬
nia i owoce, korzystają z opieki lekarskiej. Wszystko —
bezpłatnie. Zachwyt matek przedszkolem jest tak wielki,
iż niebawem otwarty zostanie oddział 3-ci płatny po 5 zl.
miesięcznie.
H. C.
20
Nr. 51
NłedosTńżegalnle;
Trwale usuwa siwizną
ORIENTINE
NADA7E WŁOSOM POŁYAK
f MIĘ,KKOSr paoSTYvv UŻYCIU
bezwarunkowo nieszkodliwy-
.PARPUMCRIE DORIENT
• VARSGVIE •
♦cabi*.
PROSZEK ^
KOGUHi
DOROSŁYCH
USUWA NAJUPORCZYWSZY
OSTRZEŻENIE! Chcąc uabyć proszki
naszego wyrobu, należy przy kuipnie
akceiiłować i wyraźnie żądać oryp;!-
nahiych proszków z „Kop;utkiem“ Oą-
seckiego, znanych od lat trzydziestu.
Zwracajcie uwagą i odrzucajcie ui)or-
czywie polecane naśladownictwa w po-
dohneiii do naszego opako'wan'u.
CARTIER^RESSON
NICIITAŚMY "Z KRZYŻEM
KOLORY
Firma zała/ona w roku 1825.
^ TRWA^lE
„"Ł Krzyżem”
do damskich robót
KOLORY TRWAŁE
(300 odcieni)
Bawełna perlć
Rawdna do haftu
Monlinee
Nici do koronek
Kordonek
Lniane nici C • B
OD REDAKCJI. Drobnycli rąkopisów nic ZAvraca sią. Artykuły Avinny być nisane b. czyteliiem pismem Inb
na maszynie. Redaktorka przyjmuje avc wtorki i czAvartki od 1—3-ej. Administracja czynna od 9—5 po poł.
Prenumeratą „Kobiety Współczesnej * przyjmują wszystkie ksiągarnie i urządy pocztowe w kraju
oraz Administracja pisma w Warszawie, ul. Górnośląska 20. Tel. 401-24. P. K. O. 14560,
PRENUMERATA:
w Warszawde i na prowincji
Miesięcznie
Kwartalnie
Półrocznie
."i zł.
14 zł.
26 zł.
Dla prenumeratorów w Warszawie, którzy bedą odbierać
numer w naszej administracji . . 4 zł. 50 gr.
Dla nauczycieli szkól powszechnych wprowadzamy wy¬
jątkowo ulgową prenumeratę . . 3 zł. 90 gr.
PRENUMERATA ZA GRANICZN A:
w Czechosłowacji i Węgrzech — jak w obrocie we¬
wnętrznym; w innych krajach:
miesięcznie 6.50 gr.
kwartalnie 18.— gr.
półrocznie 35.— gr.
Ceny ogłoszeń: Na wewnętrznych stronach okładki i Ogłoszenia na ostatniej stronie okładki i za tekstem
1 stronica —400 zł., str. —200 zł. K str. —100 zł. || o 50% drożej.
Redaktorka: W. Pelczyiiska. Druk. „Kobiety Współczesnej". Marszałkowska 148. Wydawca: E. Groołiolska.