Text
                    

Kazimierz Knrkozowicz To ja, umarły...

Kazimierz Korhozowicz To ja, umarły... WYDAWNICTWO MINISTERSTWA OBRONY NARODOWEJ
Okładkę projektował KONSTANTY MARIA SOPOCKO Redaktor ELŻBIETA SKRZYŃSKA Korkozowicz Kazimierz’. To Ja. umar- ły — Wwa 1974 Wydaw. Min. Obrony Nar 16° s. 256 — Labirynt Powieść polska — XX w. 884 — 3 Współczesna powieść sensacyjna.
Rozdział 1 Właściwie trudno ustalić początek tej historii. Czy zaczęła się ona od rozmowy osaczonego czło- wieka z jego rozkazodawcą niewidocznym w ciem- ności owego późnego, zimowego wieczoru w pu- stym pokoju, czy też w chwili kiedy Alina zauwa- żyła z rana, że krzesło zajmowane swego czasu przez Komasę zostało w nocy odsunięte? A może po prostu tego wrześniowego popołud- nia, kiedy w bieszczadzkim schronisku czytano prasę dostarczoną właśnie z miasteczka? Ostatecznie nie ma to nawet większego znacze- nia. Historię bowiem i bez tego ustalenia warto opowiedzieć. Ponieważ padła już wzmianka o schronisku, do- brze będzie przyjrzeć się mu dokładniej. Stało na szczycie wzgórza. Jego nowoczesną sylwetkę z białego piaskowca widać było z da- leka. Skośny dach znacznie wystawał ponad du- ży taras, który pochyłą ścianą opadał w dół sto- ku. Ciosane kamienie, z których zbudowano schro- nisko, dobrze harmonizowały ze skalistym pod- łożem i kilku starymi jodłami, zapewne celowo 5
pozostawionymi przez architekta przy budynku, by ciemnią zieleni kontrastowały z bielą jego ścian Ta od strony tarasu była prawie całkowicie przeszklona, otwierając siedzącym w jadalni wspa- niały widok na stoki wzgórz, pokryte lasa- mi W miarę jak przenosiło się dalej wzrok, wzgórza stawały się coraz bardziej sine, bardziej zamglone, by wreszcie na horyzoncie zlać się zu- pełnie z tłem nieba. Gdzieś w dole u stóp wzniesienia, na którym stało schronisko, jakby przemykając się między stokami, wiła się wstążka nasypu wąskotorowej kolejki, a poza torem, ukryta wśród lasów, oto- czona pasem kolczastych drutów ogrodzenia, le- żała Wojskowa Baza Remontowa. Kolejka łączyła miasto z tartakiem. Mała, za- dyszana lokomotywka z fukaniem ciągnęła kilka razy dziennie parę wagoników, przewożąc drew- no lub pracowników tartaku i Bazy Miasto nazywało się Jodłów i poza Ekspozy- turą WSW oraz Komendą MO posiadało szpital, własną elektrownię i cały szereg urzędów i in- stytucji związanych z jego powiatową rangą Po- za wspomnianą już Bazą Remontową, jak i ona ukryte w lasach, rencrągało się lotnisko wojsko- we. skąd grzmiący buk silników docierał często do ulicznych przechodniów z zainteresowaniem obserwujących krążące śmigłowce i samoloty łącz- nikowe. Jedna -z nielicznych stacji kolejki znajdowała się u podnóża schroniska. Była ona właściwie ®ie- 6
czynna, ale na widok uniesionej ręki maszynista haandwał, by zabrać oczekującego pasażera' Sam bodynek stacyjny, zabity na głucho, świecił o za- chodzie czerwonym blaskiem szyb, brudnych od kurzu i zasnutych pajęczynami • Łączność pomiędzy schroniskiem a miastem utrzymywała jednak głownie ciężarówka dowożą- ca prowiant, ale jeśli jej nie było, kolejka oszczę- dzała blisko dziesięciokilometrowego spaceru. W czasie zimy w schronisku pełno było gości, zwabionych dobrymi terenami narciarskimi Właś- ciwie jednak nigdy nie świeciło ono pustkami, gdyż i latem piękno okolicy przyciągało tury- stów. Poza tym parę pokoi na piętrze zajmowali miejscowi pracownicy. Wracając zaś do wyrażonych uprzednio wątpli- wości, z trzech wymienionych wariantów wybie- rany ostatni — owo- popołudnie w schronisku, kiedy to po obiedzie całe towarzystwo siedziało jeszcze przy stole, a Alina wniosła do jadalni dzienniki. Ten wybór pozwala bowiem z jednej strony naj- lepiej wejść w tok akcji, a z drugiej od razu po- znać wszystkie osoby biorące w niej udział, A więc przede wszystkim — kierowniczka schro- naska, pani Ewa Bemel, szczupła i igrabna bru- netka ® dużych, ciemnych oczach, których skupio- ne spojrzenie mogło poruszyć niejedno męskie serce swoim niepokojącym urokiem. Wiek jej, ja- ko kobiety dbającej o swój wygląd, trudno usta- lić: bez popełnienia znacznego nawet błędu, Mo- gła Mieć równie dobrze lat trzydzieści pięć, jak 7
i o dziesięć więcej, ale na jej pociągłej twarzy o lekko oliwkowej cerze nie było ani jednej zmarszczki Zajmowała główne miejsce przy sto- le, mając po prawej ręce panią Wirginię Klekot, której lata łatwiej już okieślić chociażby dlatego, że była emerytką i miała, włosy zupełnie siwe. Ale i jej twarz, okrągła i rumiana, również nie miała zmarszczek, bo pani Wirginia była osobą korpu- lentną, a u takich osób zmarszczki ukazują się późno. Poza tym była kobietą dobroduszną i peł- ną jowialnego humoru, chociaż... chociaż były chwile, w których pan Jętka (o którym niżej) podejrzewał, że jowialność ta była tylko pozą. Pani Klekot przybyła do schroniska wczesną wios- ną i nie mając podobno bliższej rodziny, przedłu- żała swój pobyt z miesiąca na miesiąc tak, że wreszcie poczuła się nieomal jego stałą mieszkan- ką. Dowodztło to. że pani Klekot musiała mieć jakieś dodatkowe dochody, gdyż sama emerytu- ra nie starczyłaby jej na pokrycie kosztów utrzy- mania, które w tych warunkach nie mogły być niskie. Równie długo jak ona siedział tu zajmujący miejsce po lewej stronie pani Ewy pan Zenobiusz Ledwoś, jegomość sporo po pięćdziesiątce, z za- wodu (jak podawał) księgowy, który z powodu przewlekłej choroby płuc i leczenia w sanatorium zatrzymał się na okres rekonwalescencji w schro- nisku i również jakoś się sasiedział. Był to chu- dy. nieco przygarbiony starszy pan o dużym no- sie, sterczącym między zapadłymi policzkami, i odstających uszach. Zapalczywy i bezpośredni 8
ale i nieco... zresztą, me plotkujmy. Przecież bę- dziemy mieli okazję poznać go bliżej. Trzecim „zasiedziałym" mieszkańcem był Da- niel Wiński, przystojny brunet o lekko falujących włosach i ciepło brzmiącym tonie głosu. Okazy- wał pewność siebie w stosunku do kobiet i kor- dialną kolezeńskość w stosunku do mężczyzn. Zawsze bardzo dobrze ubrany, a nawet można by powiedzieć — z elegancją nieco przesadną, cp. jak wiadomo, nie dowodzi zbyt wyrobionego smaku. Jego środki materialne zdawały się być dość spore, ale o ich pochodzeniu nie wypowiadał się szczegółowo. Podobno posiadał wytwórnię „cze- goś tam", którą w czasie tego nieobecności pro- wadził brat, a on sam (jak twierdził) szukał wśród przyrody zapomnienia po bolesnych przeżyciach rodzinnych. Wszystko to było zupełnie prawdopodobne, Ist- niała jednak pewna okoliczność, która mogła wy- dać się nieco dziwna — kiedy do schroniska przy- jeżdżali nowi ludzie, Wiński znikał, Zjawia) się dopiero po pewnym czasie, równie jednak swo- bodny i kordialny Fakt ten nie uszedł uwagi nie- których mieszkańców, ale nie był przez nich ko- mentowany. Ostatecznie to osobista sprawa pana Wińskiego Może po prostu bał się, że znajdzie go tu kłótliwa żona? Pozostali mieszkańcy schroniska to pracowni- cy zatrudnieni na miejscowym terenie A więc inżynier Jerzy Wierzyca, lat około czterdziestu, przystojny brunet o siwiejących skroniach, regu- larnych rysach twarzy i szarych oczach, którym 9
można by zarzucić jedynie zbyt ostre spojrzenie. Ostrość ta jednak znikała w chwilach uśmiechu — uśmiechał się zaś dość często, co mogło dowo- dzić pogodnego usposobienia, gdyż od beztroski — bo i tę cechę należałoby brać, pod uwagę — Wie- rzyca był daleki Drugim pracownikiem Bazy zamieszkałym w schronisku był Piotr Barcza. Nieco młodszy od Wierzycy, raczej oschły. Poza tym nie umiał zbyt- nio maskować ani myśli, ani pragnień, co z kolei dowodziłoby albo wrodzonej uczciwości, albo ogra- niczonego sposobu myślenia Może zresztą po- siadał obie te cechy. W każdym razie już naj- bliższa przyszłość wykazała, że ta druga na pew- no wchodziła w grę. I wreszcie ostatnim stałym mieszkańcem był pracownik pobliskiej Stacji Meteorologicznej, pan Joachim Jętka, wysoki, szczupły mężczyzna około trzydziestki, o którym trudno właściwie powie- dzieć coś bliższego, gdyż skrywał się za maską dobrodusznej (chociaż nie zawsze) kpiny. Wyso- kie czoło nadawało mu wygląd intelektualisty. Nie jest jednak wykluczone, że zamiłowanie do drwiącego tonu maskowało wrodzoną nieśmia- łość. Ze względu jednak na zachowanie koniecz- nej ostrożności w ocenie ludzi należałoby jednak wystrzegać się sympatii, jaką zwykle wzbudza ta cecha charakteru, Teraz z kolei należy wymienić osoby, które przybyły w ostatnich dniach, co zwalnia od okreś- lania ich, charakterów. Poprzestańmy więc tyłka 16
na opisie ich wyglądu i pewnych cech uchwyt- nych na pierwszy rzut oka. Były to dwie młode kobiety. Helena Nurska, zgrabna blondynka o pociągłej twarzy, dużych, piwnych oczach, i Beata Rutt, nosząca się z męs- ka, o rudych (zapewnie farbowanych), krótko przystrzyżonych włosach, bystrym spojrzeniu pięk- nych oczu i swobodnym, nieco nonszalanckim spo- sobie bycia. Natomiast obsługa pensjonatu składała się z trzech osób: Aliny — pokojówki, Reginy — kucharki, i Dominika — palacza, montera, jak i specjalisty od wszelkich Moraw. Obiad skończył się. ale całe towarzystwo sie- działo jeszcze przy stole Pani Wirginia słuchała wywodów pana Zenobiusza Ledwosia. popartych zdecydowanymi gestami rąk Panna Nurska w mil- czeniu patrzyła na szklankę z resztą herbaty sto- jącą przed nią. a pan Barcza. który od czasu przy- jazdu panny Rutt lokował się stale obok niej, prowadził z dziewczyną przyciszoną rozmowę Wówczas to weszła Alina z gazetami w ręku. Położyła je na stoliku stojącym przed kominkiem i nabrała się do sprzątania stołu. Pan Jętka -na widok dzienników wstał i z krót- kim dziękuję sięgnął po gazetę, po czym uloko- wał się z nią na jednym z foteli .stojących przy kominku Po chwili zza płachty papieru rozległ się jego głos: 11
— No proszę: był Komasa, nie ma Komasyl ' — O co chodzi? — Pani Bemel odwróciła gło- wę w stronę Jętki. Zamiast odpowiedzieć Jętka przeczytał: „Wyrok Sądu Wojskowego w sprawie Cezarego Komasy, skazanego za działalność szpiegowską i zabójstwo strażnika na karę śmierci, w dniu dzisiejszym zo- stał wykonany". Alina, która stała przy stole zbierając na tacę nakrycia, znieruchomiała raptownie, a potem obró- ciła pobladłą twarz w stronę Jętki. Filiżanka, któ- rą właśnie miała w ręku, zaczęła z wolna zsuwać się ze spodka i upadła na podłogę, rozpryskując się na kawałki. — Alina?! — Pani Ewa spojrzała ze zdziwie- niem na pokojówkę. — Co się z tobą dzieje?! — Proszę pani... Więc to był na pewno on... — Kto?! — Pan Komasa... On tu był... Siedział przy tym stole! — Przecież to wiemy! — Ale on był tu także dzisiejszej nocy... Całe towarzystwo raptownie zamilkło i wszyst- kie oczy zwróciły się na dziewczynę. — Co ona plecie?! — prychnął Wierzyca. — Co ty wygadujesz?! — oburzyła się pani Ewa, ale widać było, jak jej ciemna cera z lekka przybladła. — Nie mówiłam tego pani kierowniczce, ale wczoraj, kiedy weszłam rankiem do jadalni, krze- sło na niiejscu zajmowanym przez pana Komasę było odsunięte, a nakrycie nosiło ślady użycia —< 12
zaczęła swoją relację Alina. — Tam gdzie teraz siedzi pan Barcza — wskazała ruchem głowy. — Myślałam... Myślałam. że to on zszedł wcześniej, ale przecież nikomu śniadania jeszcze nie poda- wałam... Więc zrobiło mi się głupio... Przysunęłam krzesło na tnieisce. a nakrycie zmieniłam. A dziś rano' zdarzyło się to samo... — Brednie! — powtórzył swoją opinię Wierzy- ca, tym razem już ze zniecierpliwieniem. .— Panie Piotrze, niech pan uważa! — rozległ się kpiący glos Jętki. — To duże ryzyko siadać na tym miejscu! — Pozbieraj skorupy i nie zawracaj nam gło- wy takimi bzdurami! — rzuciła z irytacją pani Ewa, zdradzając jednak, że relacja Aliny zrobiła na niej wrażenie. — Nie nazwałbym tego brednią — odezwał się pan Ledwoś. — Tego rodzaju przypadki są zna- ne. aczkolwiek lekkomyślnie lekceważone. Je- stem zdania... — Ze odwiedził nas nieboszczyk? — przerwał mu szorstko Wierzyca — Ubolewam, że muszę wysłuchiwać takich głupstw! — Może pan sobie ubolewać! — rzucił już z podnieceniem Ledwoś. — Ale to w niczym nie zmienia 'ego, co widziała Alina! Jak pan to wy- , tłumaczy? — Albo coś jej się przewidziało, albo... Słuchaj, moja droga — zwrócił się do pokojówki która zebrała już skorupy i kierowała się ku drzwiom. — Czy jesteś pewna, że nakrycie to istotnie było używane? 13
— Ależ oczywiście, proszę panal Nóż i wide- lec leżały na talerzyku... — A więc skoro tak, może ktoś z obecnych jadS coś z.'własnych zapasów o wcześniejszej porze? — Wierzyca powiódł wzrokiem po obecnych. Odpo- wiedziało mu jednak milczenie. — No proszę! — zatryumfował pan Zenobiusz.— Któż to zatem był?l Wierzyca wzruszył ramionami. — Może ktoś chciał nam zrobić głupi kawał? — Kawał? A skąd wiedział, że Komasa został stracony? — Jest jeszcze i radio, panie Ledwoś™ — Kto to był ten Komasa? —• wtrąciła się do rozmowy Beata. — Z przebiegu rozmowy domyś- lam się, że tu mieszkał, ale nazwisko nic mi nie mówi. Ponieważ chodziło o pannę Rutt, Barcza nie dał się ubiec nikomu. Tak było zresztą od chwili jej przyjazdu. Pospieszył z wyjaśnieniem. * — Komasa, tak jak pan Wierzyca i ja, był pra- cownikiem Wojskowej Bazy Remontowej, która znajduje się niedaleko schroniska, i tu mieszkał. Rozpoczął pracę w zeszłym roku, ale okazało się, że dostał się do nas w specjalnym celu, a miano- wicie - dla dokonania kradzieży pewnych części wymiennych do noktowizorów nowego typu, za- pewne na polecenie obcego wywiadu. Został na tym przyłapany, a w czasie ucieczki zastrzelił strażnika, który stanął mu na drodze. Ostatecz- nie ucieczka nie udała mu się i został ujęty. Ucie- kając wyrzucił pistolet, ale mimo śniegu znalezio- 14
no i broń. Jak stwierdzono, kula, od której zginął strażnik, pochodziła z tego pistoletu. Były to nie- zbite dowody winy, został więc skazany na karę śmierci i, jak pani słyszała, został właśnie stra- cony. — A więc był szpiegiem? — Jak się to mówi, agentem obcego wywia- du. Zresztą przyznał się do tego, tak przynaj- mniej słyszałem. Natomiast... — Barcza przerwał i zapatrzył się przed siebie. — Co natomiast, panie Piotrze? — przynagliła go Beata. — Inne aspekty tej sprawy nie wydają mi się takie proste — mruknął Barcza z wyraźną nie- chęcią, po czym dorzucił już z uśmiechem: — te- raz orientuje się pani, o co chodzi. Nasza Alinka, jak się zdaje. jest pewna, że to ten nieszczęśnik odwiedza ostatnie miejsce swego ziemskiego po- bytu. Może i nie bez powodu. — Co pan ma na myśli? — z zaciekawieniem podchwyciła dziewczyna. — Wolę o tym nie mówić. — A jakie jest pana zdanie o tej historii opo- wiedzianej przez Alinę? Przecież trudno uwierzyć w coś podobnego! I to przy dzisiejszym, racjo- , nalnym sposobie myślenia! Barcza wzruszył ramionami. — Oczywiście, że trudno, zwłaszcza że prze- staliśmy ulać rozmaitym koncepcjom dotyczącym zaświatów. — A skąd pewność, że mamy słuszność? — 15
wtrącił się do rozmowy podniecony tematem pan Zenobiusz. — A może jest jakaś „tamta strona"? Bo inaczej czyż życie miałoby sens? — A czy wierzy pan również w życie pozagro- bowe ńa przykład zajęcy? — odezwał się ze swe- go fotela Jętka. — Nie mówię o zającach, a o ludziach! .— Jaki zatem sens ma życie zajęcy? Rozległ się ogólny śmiech, który rozładował na- pięcie. Towarzystwo ruszyło od stołu. Zanim nastąpi relacja o dalszych zdarzeniach, należy zorientować się, gdzie one miały miejsce. Otóż z dużego holu, dó którego wchodziło się z tarasu, prowadziło troje drzwi. Na prawo do ja- dalni, na lewo do pokoju biurowego kierownicz- ki. który łączył się z jej sypialnią, a ta z kolei miała wyjście na korytarz służbowy. Drzwi z holu na wprost prowadziły do tegoż korytarza, przy którym znajdowała się łazienka, magazyn pod- ręczny, następnie pokoje personelu, a z drugie- go krańca kuchnia i zejście do piwnic. Z holu, gdzie na kawałku sęka obok lustra i wieszaka siedziała wypchana sowa, biegły drew- niane schody o rzeźbionej poręczy. Prowadziły one do podobnego holu na piętro, urządzonego ja- ko pokój rekteacyjny, bo z radiem i telewizorem. Stamtąd otwarte przejście prowadziło na korytarz, który ciągnąc się wzdłuż całego domu przedzie- lał położone po obu jego stronach pokoje gościn- ne. Na krańcach znajdowały się łazienki, a w sa- 16 - /
mej głębi, już przy szczytowej ścianie, wąskie schody prowadziły do kilku pokoi mansardowych. Te właśnie, jako najtańsze, wynajmowali Barcza i Jętka, natomiast Wierzyca zajmował pokój na piętrze, położony na wprost holu. Dużą i dzięki oszkleniu bardzo widną jadalnię oddzielał od położonego za nią saloniku tylko kilkumetrowy kawałek ściany, dzięki czemu z tych dwu pomieszczeń powstawała niejako całość. . Drzwi w rogu jadalni wychodziły na korytarz służbowy. Tędy Alina podawała do stołu. Ponieważ nie było nic ciekawego w telewizji, nikt po kolacji nie opuścił jadalni. Nie udało się jednak stworzyć partii brydża, gdyż Barcza nie odstępował panny Beaty, skrywszy się z nią w sa- loniku, a Jętka prowadził cichą rozmowę z pan- ną Nurską pod stojącą w rogu jadalni lampą. Rzucała ona spod szerokiego abażura ciepły krąg blasku. Drzwi wychodzące na taras były otwarte. Szło stamtąd ciepłe, wrześniowe powietrze i widać by- ło bezmiar rozgwieżdżonego nieba. Na kominku nie palił się ogień, ale panie Kle- kot-i Bemel oraz pan Ledwoś zajęli stojące przed nim fotele, a i Wierzyca podsunął sobie ku nim krzesło. Pan Ledwoś przetarł dłonią lśniącą skórę głowy i zagaił rozmowę, zwracając się do kierowniczki schroniska. — Muszę wyznać, że wciąż mnie nurtuje ta re- lacja Aliny — głos pana Zenobiusza zdradzał prze- jęcie tematem. — Jestem przekonany, że mamy do 2 — To ja, umarły. .17
czynienia z tajemnicą przerastającą naszą- zdolność rozumienia. I na nic tu sceptycyzm niektórych osób — tu mówiący zerknął na Wierzycę — bo zastanówmy się: kto z nas i po co miałby robić tego rodzaju dowcipy, zresztą w danych okolicz- nościach wręcz nie na miejscu! — Robi się różne kawały — odpowiedziała pani Klekot — żarty często trzymają się młodych... — Oto właśnie chodżi! — z ożywieniem po- chwycił pan Zenobiusz. — Szanowna pani poruszy- ła sprawę, którą rozważałem po południu. Otóż młodzieży wśród nas nie ma! Bo ani panny Nur- skiej czy pani Rutt ani pana Jętki do młodzieży nie można zaliczyć! A zresztą nie wyobrażam so- bie, aby oni lub ktoś z reszty naszego grona mógł szukać rozrywek! Nie, drogie panie, im bardziej zastanawiam się nad tą historią, tym bardziej je- stem przekonany, że stanęliśmy przed czymś zu- pełnie niepojętym dla naszych ludzkich umysłów! A jakie jest pani zdanie? — pan Zenobiusz obró- cił długi nos w stronę pani Bemel i zamilkł wy- czekująco. Ta zerknęła przez ramię, obrzucając Wierzycę krótkim spojrzeniem, po czym powiedziała z wa- haniem: — Trudno zająć stanowisko w sytuacji, której nie sposób zrozumieć. Tym bardziej że i mnie nie trafia do przekonania przypuszczenie, że ktoś stroi sobie z nas żarty. Ten człowiek istotnie nie żyje, i to od niedawna, a więc, jak pan już to pod- kreślił,' byłby to żart bardzo niesmaczny. Nie wie- rzę, by ktoś z nas był zdolny do takiego postęp- 18
ku. Swego czasu interesowałam się spirytyzmem, byłam świadkiem ciekawych zjawisk, które zacho- dziły przy zachowaniu ścisłej kontroli, ale też zetknęłam się z szalbierstwem, co ostudziło moje zainteresowanie tymi zjawiskami. Nie wiem, jakie zająć stanowisko w tej sprawie. Widziałam bo- wiem fakty, których autentyczność była bezspor- na, a jednocześnie i'głupie oszustwa, dokonywa- ne dla zarobku. — Z tego mogę wnosić, że i w tym wypadku dopuszcza pani możliwość autentyzmu zjawiska? Pani Bemel nieznacznie wzruszyła ramionami. — Przede wszystkim mam nadzieję, że zdarze- nie wyjaśni się w sposób naturalny. — A jeśliby miało się powtórzyć? — Wówczas zobaczymy. Na razie jestem skłon- na, tak jak na przykład pan Jętka, nie zajmować w tej sprawie, w gruncie rzeczy przecież błahej, określonego stanowiska. Jętka- na dźwięk swego nazwiska spojrzał w stronę kominka, zdradzając tym, że rozmawiając z panną Nurską, słyszy jednak i tę wymianę zdań. Wierzyca natomiast siedział nie zabierając głosu, ale ironiczny uśmiech nie schodził z jego twarzy. • — Ciekawe, czy rzeczywiście zdarzy się jesz- cze coś w tym rodzaju? — odezwała się pani Kle- kot. — Wówczas stanę się chyba stronniczką po- glądów pana Zenobiusza. — Pani Wirginia uś- miechnęła się. — Muszę przyznać, że ciarki mnie -'przeszły, kiedy usłyszałam opowiadanie Aliny! — Tak, pani ma rację! — zgodził się Ledwoś. — 19
Gdyby historia miała się powtórzyć, wówczas o żartach nie mogłoby być mowy! — Albo dopiero właśnie! — mruknął Wierzyca. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w otwartych na taras drzwiach ukazał się Wiński. Zatrzymał się chwilę w smudze światła padającego z salo- niku na lśniący parkiet jadalni, a potem zbliżył się do kominka, przysunął sobie krzesło i usiadł przewieszając ramię przez jego oparcie. — Czy nie przeszkadzam? — zwrócił się z ga- lanterią ku kobietom. — Wracam właśnie z krót- kiego. spaceru, bo wieczór jest zupełnie letni: pięk- ny i ciepły! I co za powietrze! — A mnie zrobiło się właśnie zimno — odpo- wiedziała mu z lekkim uśmiechem pani Ewa, obró- ciła się i poprosiła: — Jerzy, proszę, przynieś mi szal... Wierzyca wstał i bez słowa skierował się dó holu. Wiński rzucił okiem w stronę saloniku i odezwał się: — Barcza pogrążył się z uszami! Nie odstępuje Beatki na krok! Ale nie dziwię się, bo dziewczy- na na medal! Z której strony by człowiek nie spojrzał, z każdej jest co oglądać! — Panie Wiński! — obruszyła się pani Kle- kot. — Takie uwagi być może są dopuszczalne, ale w męskim towarzystwie! — E, albo to pani szanowna nie wie, jak to jest?! — Wiński nie przejął się karcącym tonem starszej pani. — Tu sterczy, tam sterczy, a głupi chłop traci głowę! 20
Pani Klekot chwyciła go za ucho, rzucając z uda- nym gniewem: — Zamilczże, ty bezwstydniku! Może Wiński nie spotkałby się z taką naganą, gdyby pani Klekot w tej chwili mogła słyszeć Barczę. Pochylony ku dziewczynie, która siedziała naprzeciw niego, mówił wzburzony: — Nigdy nie umiałem, a i teraz nie umiem mó- wić... Dlatego trudno przychodzą mi te słowa. Je- steś dziewczyną, która... dla której... I to od razu, jak cię zobaczyłem... Od razu straciłem głowę... Mówiąc, patrzył jej w oczy, potem przeniósł wzrok na miejsce, gdzie śmiały dekolt ukazywał cień rozdzielający piersi, i gwałtownie odchylił się na oparcie fotela. Beata słuchała go bez słowa, nie odwracając spojrzenia od jego twarzy. Kiedy zamilkł, opuś- ciła głowę i wolnym ruchem dłoni wygładziła nie- istniejącą zmarszczkę na spódniczce. — Ale to chyba nie miłość, co, Piotrze? — spy- tała z lekką drwiną. — Skąd mogę wiedzieć! — wybuchnął. — Prze- cież znam cię zaledwie od trzech dni! Ale za to Wiem, że muszę cię mieć! — Przynajmniej szczerze stawiasz sprawę — uśmiechnęła się kpiąco. — Ale jako kobieta nie czuję się obrażona. Proponuję jednak, abyśmy zmienili temat, chociażby dlatego, że mówimy nie- co za głośno. — Zazdroszczę ci zimnej krwi — burknął, ura- żony jej rzeczowym tonem. — Nie dąsaj się. Na pocieszenie powiem ci, że 21
podobasz mi się również i wcale się nie zmuszam, by przebywać w twoim towarzystwie. Uważam jednak, że zbyt dobrze słyszymy głosy reszty- to- warzystwa, aby ono nie słyszało naszych. — Ależ... — Sza! — położyła mu palec na usta. — Mów- my o czymś innym, przynajmniej teraz — dodała z uśmiechem. — A zatem dobrze — zgodził się, nadal jednak nieco nadąsany. — O czym sobie życzysz, o upra- wie kapusty czy hodowli jedwabników? — Nie, opowiedz mi raczej historię tego, jakże mu tam, Komasy. Przecież to odbyło się właśnie tutaj, on mieszkał w tym pensjonacie? Barcza uśmiechnął się z przekorą. — Jest to temat, którego również nie chcę po- ruszać w obawie, że ktoś usłyszy. Najlepiej więc umówmy się na jutrzejsze popołudnie u mnie w pokoju. Tam będę mógł wszystko ci opowiedzieć. • — Zarzucasz przynętę biednej, złotej rybce, ty podstępny szczupaku! Chcesz ją złapać w sieć jej, własnej ciekawości? — Ależ skąd! — rzucił z podkreśloną przesa- dą. — Jestem tylko równie ostrożny jak ona! — Gdyby była istotnie ostrożna, odrzuciłaby propozycję... — Ale? — Ale ostrożna nie jest. Poza tym liczy, że za- chowasz się przyzwoicie. — A więc, najdroższa, jutro po południu, do- brze? ~ ' — Niczego nie obiecuję. A teraz chodźmy, .nale- 22
ży przyłączyć się do towarzystwa, bo na pewno już nas wzięto na języki. W tym czasie Jętka prowadził rozmowę z pan- ną Nurską. Rozmawiali cicho, siedząc po obu stronach lampy, której światło zabarwione kolo- rem abażuru kładło na ich twarze ciepłe blaski. — ...po dwunastu godzinach dyżuru mam dwa- dzieścia cztery wolne. Taki układ godzin pracy bardzo’mi odpowiada, bo to stwarza możność róż- nego wykorzystania wolnego czasu, w zależności od upodobania lub pogody. — Pracując na stacji meteorologicznej ma pan chyba dość problemów z pogodą i bez tego... ----Niestety, wpływu na nią nie mam, więc nie zawsze mogę korzystać z nart, za czym przepadam. Zimą są tu wspaniałe szlaki zjazdowe. -— Zazdroszczę panu tej pracy. Jest pan ciągle tak blisko natury. — Grzebię się w niej, proszę pani... A zatem to pociąg do natury skierował panią właśnie tu- taj? Spojrzała na niego, potem pochyliła głowę. — Szukałam odosobnienia. Opowiadano mi o tym schronisku i zapewniano, że teraz będzie tu pusto. — I chyba tak jest. Bo tych kilka osób...? Dostrzegł, jak na moment zmarszczyła brwi, ale nie odpowiedziała. — Zaczynam czuć się niepewnie. Może narzu- cam się ze swoim, towarzystwem, panno Heleno? Znów rzuciła na niego krótkie, tym razem nie- co rozbawione spojrzenie. 23
— Moi przyjaciele skracają to imię na Lena.; Osobiście wolę ten skrót. — Uważam zatem, że i ja mogę korzystać z te- go przywileju. Ale czy to znaczy również, że cza- sem będę mógł dotrzymywać pani towarzystwa? Zamiast odpowiedzi uśmiechnęła się lekko. Był to pierwszy uśmiech, jaki do tej pory ujrzał na jej twarzy. Otwarłszy drzwi z klucza Beata zapaliła światło i przede wszystkim poszukała wzrokiem swojej torebki. Leżała tak jak ją zostawiła, na stoliku przy tap- czanie. Ale od razu spostrzegła, że ktoś ją otworzył i pozostawił nie zamkniętą. Szybko podeszła do stolika i sprawdziła zawartość. Wśród niezliczo- nych kobiecych drobiazgów znalazła złożoną kart- kę papieru. Rozwinęła ją i przeczytała, potem chwilę trwała w głębokiej zadumie. Wreszcie sięgnęła powtórnie do torebki, wyjęła zapalniczkę i spaliła kartkę nad popielniczką. I dopiero kiedy ostatni języczek płomieni zgasł, zabrała się do wieczornej toalety. Mężczyzna oczekujący u siebie pierwszej wi- zyty interesującej go kobiety zachowuje się na ogół stereotypowo. A więc skrapia się wodą ko- lońską, lustruje pokój krytycznym spojrzeniem, sprawdza w podręcznym barku, czy kieliszki są 24
czyste i alkohol w dostatecznej ilości, a wreszcie z uodparniającym: „przyjdzie to dobrze, a nie, to też dobrze", zabiera się do czytania książki lub gazety, łudząc się, że w ten sposób zabije czas. Wszystko to Barcza miał już za sobą. Kiedy uświadomił sobie, że niewiele rozumie z tego, co czyta, odłożył ilustrowany tygodnik i rozpoczął niecierpliwą wędrówkę po pokoju, co i raz spo- glądając na zegarek. Jednak w takich chwilach czas jest wyjątkowo przekorny. Ostatecznie gdzieś około szóstej usłyszał lek- kie pukanie do drzwi, a kiedy je szybko otwo- rzył, ujrzał na progu Beatę. — A więc jestem — oświadczyła z uśmie- chem. — Ciekawość okazała się silniejsza niż oba- wa! Rozejrzała się po pokoju, po czym zajęła jeden z foteli stojących przy tapczanie. Barcza napełnił kieliszki i przysiadł koło niej na brzegu tapczana. — Wyjaśnienie niezbyt dla mnie pocieszają- ce... — nawiązał do słów jej powitania. — Przecież powiedziałam ci to jeszcze wczoraj! Ale jako mężczyzna oczywiście nie brałeś tego pod uwagę, łudząc się, że to babski wybieg! — A ty pozbawiasz mnie obecnie resztek tego Złudzenia. — Chcesz, żebym starała się pocieszyć cię za- przeczając, co równałoby się... No, ale mniejsza o to! Wróćmy do tematu, jeśli postanowiłeś do- trzymać słowa. Jak to było z tym Komasą? :— No dobrze. Z nas dwojga niechże chociaż' 25
ja będę słowny. A więc Komasa rozpoczął u nas pracę przeszło rok temu, o czym zdaje się już ci mówiłem. Jak dostał się do naszej Bazy i kto go polecał, tego nie wiem. Był to cichy, opano- wany i bardzo skryty człowiek i, trzeba przyznać, dobry pracownik. Znał się na elektryce naprawdę świetnie. Z racji swego opanowania i pracowi- tości był łubiany przez kolegów i ceniony przez kierownictwo. I tu raptem doszło do czegoś, co było niby grom z jasnego nieba. Którejś nocy został przyłapany na wydzielonym terenie Bazy, gdzie prowadzimy naprawy podzespołów elek- trycznych i elektronicznych. Komasa sforsował płot i przez małe okno wszedł do magazynu częś- ci zamiennych. Znał dobrze rozmieszczenie wszy- stkich szaf i półek, wiedział, co znajduje się w plombowanych skrzyniach. Od razu znalazł to, czego szukał — komplet nowego typu kryształków do noktowizorów. Nasi fachowcy z Centralnego Instytutu Fizyki pracowali nad nimi kilka lat, dla wywiadu była to więc cenna zdobycz. Opuszcza- jąc magazyn przypadkowo przewrócił pusty kani- ster na betonowej płycie. Strażnik usłyszał hałas, zobaczył uciekającego. Niewiele brakowało, a użył- by broni, ale Komasa uprzedził .go. Strzelił z pi- stoletu i, niestety, trafił. W Bazie natychmiast ogłoszono alarm. Wykorzystując nerwową biega- ninę, bo w pierwszej chwili nikt nie wiedział, co się stało i kogo należy szukać, Komasa zdołał opuścić strzeżony teren. Złapano go nad ranem w sąsiednim lesie dzięki pozostawionym na śniegu śladom. Był już bez broni, pistolet odszukał jed- 26
nak pies z patrolu pościgowego. Jak się potem okazało, na rękojeści były ślady palców Koma- sy. Ustalono też, że strażnik zginął od pocisku wystrzelonego z tego właśnie pistoletu. Dla sądu były to dowody niepodważalne, stąd wyrok mógł być tylko jeden — kara śmierci. -r- Skąd tak dobrze znasz te szczegóły? Częściowo ze śledztwa, a poza tym sprawa Wywołała ogromne poruszenie wśród całego per- sonelu Bazy. Wierzyca nie mógł sobie znaleźć miejsca po śmierci strażnika... •— Nie rozumiem, dlaczego akurat on? — Tej nocy miał dyżur w Bazie. Po ogłoszeniu alarmu wzywał lekarza, żeby jak najszybciej od- wieźć strażnika do szpitala. Niestety, było już za późno. Przestrzał płuc w okolicy serca spowodo- wał wewnętrzny wylew krwi. — A te kryształki? - — No cóż, nie wszystkie udało się odzyskać. W oryginalnym opakowaniu fabrycznym, któro przy nim znaleziono, brakowało sześciu kryształ- ków. A więc przynajmniej częściowo kradzież mu się udała. — Wspomniałeś mi o jakichś swoich wątpli- wościach. Co to było? Barcza. patrzył chwilę przed siebie, zanim ode- zwał się: — Znajdowałem się akurat na wartowni, kiedy żołnierze WSW przyprowadzili Komasę. Był uba- brany w błocie, zadyszany, a w oczach miał prze- rażenie. Widać uciekając zadrapał się o jakąś ga- łąź,, bo pó policzku ciekła mu strużka krwi. Kie-, 27
dy mnie mijał, słyszałem, jak z uporem powtarzał eskortującym go żołnierzom: „Ależ ja nie miałem pistoletu... ja nie miałem pistoletu... ja nie miałem pistoletu! Ukradłem, ale nie zabiłem, przysięgam, że nie zabiłem...!1' Był tak przejęty śmiercią straż- nika, o której musieli mu zapewne powiedzieć, że wbrew bezspornym dowodom uwierzyłem, iż mó- wił prawdę... Uwierzyłem i wierzę do dziś. I dla- tego wstrząsnęła mną wiadomość o egzekucji, bo wyobrażałem sobie, że zagadka ta w jakiś sposób zostanie wyjaśniona. Teraz jestem przekonany, że ten nieszczęśnik został stracony za przestępstwo, którego nie popełnił. — O Boże! — szepnęła dziewczyna. — Czyżby to było przyczyną... Ale Czego on tu szuka po śmierci?! Barcza uśmiechnął się z lekka. -— Nie wierzę w żadne duchy, ale i mnie zro- biło się głupio, kiedy usłyszałem o tym zdarze- niu. — Ale chyba nie to jest przyczyną twoich wąt- pliwości? — Oczywiście, że nie. Dużo myślałem o tej sprawie i zdaje się, że znalazłem rozwiązanie za- gadki. Mianowicie tych śladów na rękojeści pi- stoletu, którego Komasa chyba istotnie nie miał... — Jakie to rozwiązanie?! Mów, Piotrze, a go- towani cię ucałować! — Rozwiązanie jest zbyt sensacyjne, by o tym można było mówić już teraz, gdyż łatwo mogę narazić się na śmieszność. Muszę jeszcze spraw- dzić pewne aspekty możliwości, którą biorę pod 28
uwagę. Stanowiłoby to novum kryminologiczne.w Przekonany jednak jestem, że się nie mylę. A jeśli fachowcy potwierdzą moje założenie, śledztwo bę- dzie musiało być wznowione, bo okaże się że Ko-; masa istotnie nie popełnił zabójstwa... — Słuchaj, powiesz, o co chodzi, czy nie?! Barcza uśmiechnął się i pochylił nad dziew- czyną. — Teraz ja postawię warunek. Najpierw do- trzymasz obietnicy, a potem... — Nie było żadnej obietnicy! — zaprzeczyła ze Śmiechem Beata, odchylając się do tyłu, gdyż Barcza zaczął przybliżać twarz do jej twarzy. Jednak w tej chwili Beata jednym zwinnym ruchem zerwała się z tapczanu, stając na nogi. Jedną ręką oparła się o jego ramię, by odzyskać straconą równowagę, palec drugiej przyłożyła do warg gestem nakazującym milczenie. W chwilę po- tem ujrzał ze zdumieniem, jak obraca się i do- pada drzwi. Wyjrzała na korytarz, potem wróciła do pokoju i spytała spokojnie: — Słuchaj, kto miał dziś na sobie brązowe ubranie? — Czemu pytasz? — spytał nadal zdumiony. — Ktoś nas podsłuchiwał. Usłyszałam skrzyp- nięcie parkietu za drzwiami. Niestety, nie zdąży- łam przyłapać faceta. Dojrzałam tylko kawałek brązowego rękawa marynarki, znikający za za- łamaniem ściany przy schodach. — Jesteś nadzwyczajna! Zaraz... Aha, już wiem! Brązowe ubranie miał dziś Jętka! -r- Jętka? — w głosie dziewczyny zadrgało zdu- 29
mienie, ale i coś niby rozczarowanie. — Jesteś pewny? — Chyba tak. Ale czy ty z kolei wyraźnie do- strzegłaś kolor rękawa? Jest już ciemno... — Na korytarzu pali się światło, dlatego nie mam wątpliwości. — Mógł to być i ktoś inny... — mruknął w za- myśleniu Barcza. — Ktoś, kto chwilowo włożył brązowy strój. Widziałem u Wińskiego brązową bonżurkę... — Jeśli jednak w ciągu dnia Jętka był ubrany na brązowo, nie mam wątpliwości, że to był on... — Chwilę milczała, po czym mruknęła jakby do sie- bie: — Skąd ta ciekawość? Barcza spojrzał na nią spod oka. — Cóż w tym dziwnego? Mógł iść do mnie, posłyszał nasze głosy, więc zatrzymał się pod drzwiami, a ponieważ przyłapanie na podsłuchiwa- niu nie przynosi zaszczytu, uciekł, kiedy usły- szał, że się zbliżasz. — Mogło być i taki — odpowiedziała z uśmie- chem, odwracając ku niemu twarz. — Jednak dla kobiety nie jest przyjemne, jeśli ktoś dowiadu- je się, że przebywa ona w pokoju samotnego męż- czyzny! Nie powinieneś więc dziwić się, że nie lekceważę tego incydentu. - — Ludzka rzecz, nie warto tym się przejmo- wać! Ale swoją drogą jesteś godna podziwu! — dorzucił głosem, w którym więcej jednak było sarkazmu niż uznania. Spojrzała na niego z wyrazem zaskoczenia. — Z jakiego powodu? 30
— Przecież byłem tak blisko ciebie... Dla mnie otoczenie przestało istnieć... Ty jednak potrafiłaś w takiej chwili usłyszeć, że ktoś jest pod drzwia- mi. Beata wybuchnęła śmiechem: — Och, ty głuptasie! Zaraz ci to wyjaśnię. Oba- wiam się jednak, że będziesz się dąsać! Otóż wiedz, ze cały czas przemyśliwałam, jak wybrnąć z tej sytuacji, bo... no, bo uważałam, że tempo jest zbyt szybkie! A poza tym mam wyśmienity słuch' — Bardziej cenię spontaniczność — odpowie- dział z ironią Barcza — niż stosowanie kroplo- mierze... — Przestań man tyczyć! Pojutrze na przykład jest niedziela. Słucham twoich propozycji. — Nie sądzę, by ktoś znów kręcił się pod mo- imi drzwiami... Pogroziła mu palcem. — Wciąż jedno i to samo? — Gdzieś zostało powiedziane, że w miłości pierwsze stacje należy przebywać galopem. Było to zapewne- w epoce dyliżansów, ale zasada jest słuszna do dziś. — Nie masz innych propozycji? c Milczał przez chwilę. — A więc ostatecznie może wybierzemy się do miasta? Chociażby do kina? — O, widzisz! To już lepiej! - — Ate wieczorem wpadniesz do mnie na drin- ka? 3f
. — Po co ci taka obietnica? Zostaw to nastro- jowi chwili. — Właśnie chcę stworzyć odpowiednie warun- ki dla takiego nastroju. — Na razie mówmy o kinie. Wołałabym jed- nak, abyśmy razem nie wychodzili. — Spotkamy się zatem na stacji kolejki o czwar- tej. Wyjdę kwadrans wcześniej i poczekam na cie- bie. — A teraz musimy się pożegnać. Po tym zda- rzeniu wolę nie narażać się na plotki, nawet w tak szczupłym gronie. Barcza próbował protestować, ale robił to bez przekonania, czując, że nastrój prysł i odtworzyć już się nie da. Poniechał więc perswazji, godząc się z niepowodzeniem, ale też pocieszając się, że co się odwleka, nie zawsze jest stracone. Rozdział 2 Była szósta rano, kiedy Alina zjawiła się w ja- dalni. Weszła przez drzwi prowadzące ze służbo- wego korytarza i spojrzawszy na stół, znierucho- miała. Potem ruszyła biegiem w stronę holu, ku drzwiom sypialni pani Bemel. Kiedy usłyszała zza nich jej głos, zawołała z podnieceniem: — Pani kierowniczko! Znów krzesło odsunięte! Po chwili, dopinając jeszcze szlafrok, stanęła na progu pani Ewa. Już obie pospieszyły do jadalni. Jeden rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że 32
Istotnie krzesło ńa dawnym miejscu Komaśy by- ło odsunięte nieomal pod samą ścianę,, a nakry- cie wyraźnie ruszane. • Pani Ewa wpatrywała się bez słowa w to na- krycie. Ale ani nieruchome krzesło, ani połysku- jący w porannym świetle metal sztućców' nie chciały odpowiedzieć na nurtujące ją pytanie: kto pozostawił te dowody bytności? Obróciła się ku / stojącej za nią Alinie: Biegnij i poproś pana Wierzycę, by tu przy- szedł! . Inżynier był już ubrany, gdyż właśnie miał schddzić na śniadanie, toteż zjawił się niemal na- ' tychmiast. Pani Bemel, która czekała na niego nie ruszając się z miejsca, wskazała bez słowa krze- sło. , — /Jo proszę, więc jednak nasz gość znów zło- żył- wizytę! — rzucił ironicznie Wierzyca. — Nie '.podchodziłyście do stołu? — spytał i nie czeka- jąc na' odpowiedz mówi^ —, Bo przeciągnąłem W pobliżu krzesła nitkę tuż przy samej ziemil . Zobaczymy więc, czy ten duch nie porusza się .przy pomocy zwykłych nóg! — mówiąc to Wie- rzyca obszedł stół i przyklęknął. Po chwili wstał, dtrzepując spodnie na kolanach. Na jego twarzy < Malowało się zdumienie. -i. Nic nie rozumiem... .Nie została ruszona... Wykluczam, by widziano .mnie podczas przygotowywania tej pułapki! By- łem na to zbyt ostrożny! . ; —- Nitką nie żostałą zerwana? — pani Bemel w'oli ściszyła głos. Właśnie. I to jest dziwne... — Wierzyca -> — To Ja, umarty..* 33
zmarszczył brwi, zdecydowanym ruchem przysu- nął krzesło do stołu i poprawił nakrycie, po Czym Zwrócił się do pokojówki: * — Nie mów o tym nikomu. A teraz przynieś mi śniadanie! ; Mimo zakazu tajemnica nie została zapewne za? chowana, gdyż wkrótce wszyscy mieszkańcy pen- sjonatu wiedzieli już o tym nowym wydarzeniu. Mimo sceptycznego nastawienia niektórych osób zapanował nastrój podenerwowania. Widać to by-' ło zwłaszcza u pani Bemel, Może dlatego, że sa- ma, jak wyznała, zetknęła się już z tego rodzaju Zjawiskami w czasach, kiedy interesowała się spi- rytyzmem. po kolacji Beata zaczęła ostentacyjnie uwodzić Wińskiego. Barcza. z dezaprobatą obserwujący jej zachowanie zasiadł dot brydża, pan Ledwoś umieś- cił się z gazetami W pcfcliżu lampy, zajmując kąt anektowany dotychczas przez pannę Nurską i Jęt- kę, Ci więc ulokowali się w fotelach stojących przed kominkieA Jętka wyraźnie zabiegał o po- głębienie znajomości z milczącą, zamkniętą w sobie, ale i pełną uroku dziewczyną. Jej opano- wanie zaczęło go intrygować coraz bardziej-, prag- nął dociec, co za tym Się'kryło: zwykła nieśmia- łość. głębia natury czy tylko umysłowa płycizna? Jakiś ćzas siedzieli w milczeniu, ale musiała- wyczuć, że patrzy na nią? gdyż uniosła raptem powieki spotykając się z jego spojrzeniem. Hą- policzkach Heleny ukazał się nieznaczny rumie- 34
ńiec, ale nie odwracała wzroku. Wyraźnie zmie- szanie starała się pokryć uśmiechem, który niby muśnięcie wiatru na jedną krótką chwilę prze- mknął przez jej usta. Odniósł wrażenie, że zapatrzona w siebie oglą- da obrazy jakichś wspomnień, do których broni mu dostępu, odsuwając go niejako i być może za- pominając nawet o jego obecności. - Z ciemności poza oknami rozległ, się warkot przelatującego nisko śmigłowca, który- szybko ścichł, a od brydżowego stolika doszedł głos jed- nego z graczy. Potem zabrzmiał śmiech panny Rutt. Jętka przerwał trwające już od dłuższej chwili milczenie, recytując cicho: — ...„Uciekam pod szczyty nieba cichym myśli lotem Przed wspomnień dni minionych bolesnym powrotem..." Dziewczyna drgnęła, potem spytała' ze zdumie- niem w głosie: — Skąd...' skąd pan... Czyj tó wiersz?! — Nie pamiętam. Gdzieś go czytałem i tych pa- rę linijek utkwiło mi w pamięci. Sądzę, że dobrze oddają pani nastrój. Opuściła ęłowę. Widział tylko jasne pasmo jej włosów spływające falą na skronie, końce długich rzęs pod zarysem czoła i usta bez uśmiechu, któ- rych zmysłowy rysunek obudził w nim raptowne pragnienie zaznania ich smaku. A kiedy uniosła głowę i znów spojrzał w jej oczy, zdawało się, że widzi w nich iskry przekory. Nie był jednak
pewny swego wrażenia, gdyż mogły to być tyl- ko refleksy światła, które docierało tu do nich od lampy, pod którą siedział pan Ledwoś. — Zależy .panu, bym .potwierdziła? spytała z lekkim dąsem. Sądzę, że prócz- zaspokojenia ciekawości, nić panu z. tego nie przyjdzie. — A więc Kie giówmy o tym. Chyba że ma pani ochotę słuchać moich zwietżeń.^ 'Po raz drugi daje.pan dowód swojej przenik- liwości— powiedziała dfwiącó; — Proponuję zmianę tematu. Na przykład, co zrobimy z jutrzejszą, niedzielą? • — Ja spędzę ją na leżaku z książką w ręku. — Nie wypada czytać w towarzystwie. Poczu- ję się urażony. ' . Uśmiechnęła się. — Zatem pogawędzimy sobie. Na przykład opo- wie mi > pan szczegółowo, ceo siętu zdarzyło. To, co słyszałam, to strzępy różnych wersji, z któ- rych nie umiem tiłożyć sobie całości., A muszę wy- znać, że ta dziwna historia z krzesłem zaintrygo- wała mnie mocno. .— Chętnie pani opowiem, ale' tylko to, co sam słyszałem. Przybyłem tu wprawdzie akurat w cza- sie, kiedy wszystko się zdarzyło,-jednak Kómasy osobiście nie znałem, 1 — Szkodar Byłam ciekawa usłyszeć pańską opi- nię o nim. ~ Interesuje panią ten człowiek? •• , c — Przede wszystkim przebieg dramatu. Jak pan sądzi, dlaczego to zrobił?. 36 c ,
—Był agentem obcego wywiadu i przybył tu z określonym zadaniem. * • —• Ale dlaczego'był agentem? — Tiudno na to pytanie odpowiedzieć. Pobud- ki mogły być bardzo różne. — Co mogło go zmusić do takiego czynu?' Jętka spojrzał na Nurską uważnie, ale nic nie powiedział. Pochwili ona sama podjęła rozmowę: —: A co pan sądzi o tych objawach? Czyżby, to on? Chyba to niemożliwe?! Przestaliśmy już .wie- rzyć w takie rzeczy, ale czy to znaczy, że nie zdarzają się? Wzruszył lekko ramionami. v — W jakiś sposób to się wyjaśni... —’ Ale w jaki? — Gdybym to wiedział, nie byłoby już zagad- ki, a pan Zenobiusz straciłby okazję do krasomów- czych popisów. . — A jeśli nie wyjaśni się? • — Wtedy staniemy się zwolennikami jego teo- - rii — odparł żartobliwie. » , — Gdyby znów zdarzyło'się coś takiego, bała- bym się nadal tu mieszkać... — Zawahała się chwi- lę,, po czym dodała: — Bałabym się, ale nie opuś- ciłabym pensjonatu. Ta cała historia jest zbyt frą- ; pująca... — To dobrze — odpowiedział z uśmiechem. — Bo i ja zacząłem Się bać... - — I pań? — zdziwiła się, — Czego? —• 2e stracę pani towarzystwo. Chociaż swoją drogV- — urwał w pół zdania, jakby wahając się, ety. go. dokończyć. . ’ ' ’ - ' 37
r Co pan chęiał powiedzieć? - Chciałbym spytać,* Czy: tylko ta zagadka za- trzymuje panią tutaj? Kiedy spotkali się wzrokiem, ujrzał w jej oczach popłoch. Nie odpowiedziała mu, a on już nie na- legał. W nocy obudżił panią Bemel gwałtowny stuk. ' Ocknęła się. ale jeszcze nie rozbudzona zupełnie, urywkami myśli zamroczonych snem, zastanawia- ła się nad przyczyną hałasu. Potem, kiedy Już wró- — ciła pełna świadomość, leżała z otwartymi ocza- mi, nasłuchując, czy ten dź w jęk nie powtórzy się. Ale w ciemności wypełniającej pokój trwała zu- pełna cisza. Jedynie zza okna dochodził słaby szum wiatru w gałęziach jodeł. Tu, w pokoju. Ciszy ńie zakłócało nic, a mimo to raptem opano- wał ją strach. Ktoś był tu jeszcze, coś czaiło się w. czerni wypełniającej pokój. I.wtedy, właśnie rozległ się szept Wplno i jakf by z wysiłkiem wyrdŁęane- słowa. W pierwszej chwili1 nie rozeznała ich treści, ale szept. pęwtór rzył się wkrótce, natarczywy i nakazujący, i wów- / czas usłyszała: „powiedz im... powiedz, jak by- ło*.." Nikły dźwięk tych słów nie miał swego źródła. Szedł z ciemności, rozpływał Się w niej docho- dząc zewsząd, jakłyy chciał otoczyć ją, osaęzyć, zmusić do uległości... Pełna przerażenia wyciągnęła trzęsącą się rękę ku nocnej lampce i po'omacku, gorączkowo, szti- 3®
lała, przełącznika. Wreszcie wyczuła, go i gwał- townie nacisnęła guzik. Przyćmione abażurem światło wypłoszyło ciem- ność. Nieruchome i obojętne w swej martwocie tkwiły w półmroku meble. Jej szlafrok przerzu- cony przez poręc^ krzesła tak, jak go pozosta- wiła, idąc spać, rzucał się w oczy kolorową pla- mą, '.czarno-biały jedwabny arlekin tkwił we wgłę- bieniu fotela, wlepiwszy w nią paciorkowe oczy, , a zza ciemnego prostokąta okna nadal dochodził szum gałęzi. Również czarne jak okno było wnę- trze przyległego pokoju biurowego, zionące groź- bą poprzez otwarte drzwi. , Zerwała się z pościeli i z dłońmi przy twarzy rozejrzała się dookoła. Nikogo jednak nie było. -Wzrok jej w pewnej chwili zatrzymał się na dwóch .książkach leżących na podłodze, tuż przy nocnym stoliku. Te książki położyła na nim wieczorem i to, jak prżypomniała sobie dokłądnie, na pewno nie przy, samym brzegu. Same więc spaść nie mogły, kto zatem zrzucił je na ziemię? Bo ten właśnie stuk musiał ją obudzić... Dopadła krzesła i już w obłędnym strachu chwy- ciła szlafrok. Zaczęła go nakładać, gorączkowo ' szukając rękawów. ' Czuła przez cały czas, że nie jest sama. Nadal zdawało się jej, że ktoś lub coś jest tu, przy niej, być może właśnie w czerni za otwartymi drzwia- Jakby na potwierdzenie tego przypuszczenia 39
Magle rozległ się stamtąd* #tuk maszyny,< do pisa- nia — wolne/miarowe Uderzenia czcionek. Z krzylhem przerażenia-rzuciła się ku, drzwiom prowadzącym na korytarz. Wypadła z pokoju z wołaniem^ „Jerzy! Jerzy!” i szukając po ciemku f poręczy schodów biegła na ąprę. Dopadła drzwi pokoju Wierzycy i szarpnęła za-klamkę. Wewnątrz paliło się już światło,, a Wierzyca V zrywał się właśnie z pościeli* przeczesując pal- cami włosy. Dopadła do niego ze szlochem. . .Co się< stało?) — rzucił wzburzony, przy- J trzymując ją za ramiona. / -i-— On jest u mnie! Poznałam jego, głos! Z korytarza, w którym Jttoś zapalił światło, s fOżległ się sfek'otwieranych'drzwi *<i -wystraszone głosy. Wszystkie trzy kobiety wbiegły do pokoju, a u wylotu schodów prowadząfcyeh na mansardę < ukazały się sylwetki Barcza i Jętki.- .Wierzyca od- sunął ,pd siebie spazmującą nadal panią -Bemel , i podprowadził ją dp fotela .Opadłą nań bezwłąd- nje i z, twarzą w dłoniach powtarzała bez przer;- < wy; — To był on! To oni 2 Wszyscy Skupili się wokół niej. Pani -Klekot bezceremonialnie odtrąciła .najbliżej stojących i zwróciła się. d°-dętki rozkazująco: . . Proszę przynieść wody! . Wen nie zdążył - jednak spełnić pol ecenia, gdyż uprzedziła go Alina i po minucie wróciła z wo- dą. Pani Kłekot odsunęła ręce pani Bembl i przy- stawiła jej szklankę do ust. ' . 40 • ® *
» ‘--Żiąby* wystraszonej ^kobiety zadzwdniły o sźkłó. Wypiwszy parę łyków odwróciła głowę. Wierzyca nachylił się nad nią. — A terbz mów! Co się stało? . Obudził mnie jakiś stuk w pokoju, potem Usłyszałam szept... To był głos Komasy... — Poznałaś głos, mimo że mówił szeptem? 1 Pani Bemel skinęła głową. Tak. tó był jego głos. Najpietw zrzucił książ- ki ze stolika, a potem..; ten szept i stuk maszyny W Ciemnym pokoju. Wtedy już nie wytrzymałam i uciekłam. — Ktoś pisał w biurze na maszynie? I nie'spraw- dziłaś,' kto? , -A. ... .. •r ł— Bo-tam , było ciemno... Nie starczyło mi od- '. . wagi;.. " . . »• — A co mówił? •, Już teraz nie wiem., Nie męcz mnie... * — Trzeba przeszukać ten drugi pokój! Na pew- iv- no pozóstała jakaś wskazówka, którą •pozostawił , nam zmarły! ^—odezwał się pan Ledwoś, kierując " . się ku drzwiom. i? — Stać! Sam pan tam iiie pójdzie! — wstrzy- ; mał go głos Wierzycy. — Słusznie! — poparła inżyniera pani Klekot. —< • - t Bo może naprawdę ktoś tam się kryje... G — Nonsens! Nie o to mi chodzi! — zaprote- E' Stował Wierzyca. — Pójdziemy razem, by mieć Ł-'pewność, że nikt niczego tam nie ruszy ani nie fc.4jwĄrauci. Spojrzał wrogo'-na Ledwosia. K&. jen oburzył się. 41
A - ' . . . v < -—Cóż za paskudne podejrzenie! Doprawdy, tracicie głowy! Mało tego, co jest?! Ostatecznie zeszła na dół trójka: pani Klekot ©raz panowie Ledwoś i Wierzyca. Reszta skupiła się wokół wystraszonej kobiety, tworząc barwny bukiet różnokolorowych piżam. Wreszcie dały śię słyszeć kroki na schodach i za chwilę weszła do pokoju pani Klekot, a za nią mężczyźni. Starsza pani trzymała w ręku kartkę : papieru. — No i co? — zwrócił się do niej Barcza kpią- _. cym tonem. — Przynosicie zapewne porzuconą przez ducha opończę albo parę kajdan? — Nie, ale znaleźliśmy ten papier Okręcony ? w maszynę! — pani Klekot podała Barczy kartkę. ] ' Ten wziął papier i rzuciwszy nań okiem prze- czytał: ' '. /j — „Powiedz im, bo go żabiórę..." — Litery były I rozrzucone nieregularnie^ — Hm... >— mruknął po przeczytaniu nie bardzo rozumiem... Co i komu * należy powiedzieć i kto to jest ten „go"? \ — Od razu odpowiedzi na to nie znajdziemy — J zaopiniował, pan Zenobiusz. — Trzeba będzie za- stanowić się,, ale chyba już jutro, bo teraz pora wracać do łóżek! ' - — Ja do siebie nie wrócę za nici — Oświad- czyła stanowczo pani Bemel. — Mam dwa tapczany, nićch pani idzie ze inną! — zadecydowała pani Klekot i nie czekając na zgodę poleciła Alinie: Weź pościel kie- rowniczki i przenieś do mnie! A reszta spać! Pan Ledwoś ma rację, teraz nie póra na gadanie! 42 /
. Następnego* dnia była niedzielą, całe towarzy- \ stwo zeszło na śniadanie dość późno. Ostatnia zja- wiła się bohaterka nocnej przygody w towarzy- stwie pani Klekot. .. j Pani Bemel była blada, pod jej czarnymi, peł* j nymi wyrazu oczami zalegały głębokie cienie, ha- t tomiasl na obliczu pani Klekot rysował się wy- L raz zadowolenia z siebie, któremu towarzyszył do- P bróduszny uśmiech. F Pan Zenobiusz był oczywiście pierwszym, który poruszył aktualny temat. Upił łyk kawy i ode- ‘ zwał się: Mamy więc zapowiedziany przeze mnie no- wy dowod, że z jakichś jemu znanych przyczyn r zmarły, Panie, świeć nad jego duszą, zjawia się w naszym pensjonacie. Ale czy zastanowiliście się J państwo, dlaczego niepokoił właśnie panią Be- t mel? — pan Ledwoś na jedną krótką chwilę za- - wiesił głos, po czym zapewne w obawie, by go i ktoś nie ubiegł w odpowiedzi, ciągnął zaraz da- lej: — Otóż, jak przypuszczam, dlatego, że jest niejako reprezentantką całego pensjonatu. A stąd Z kolei wniosek, że ta wizyta i wezwanie zmar- łego dotyczy nas wszystkich. Zmarły z jakichś ,nieznanych nam powodów nie chce wskazać wy- raźnie nikogo Żąda po prostu, by ten, kto wie Coś o sprawie, sam udzielił- informacji..^ Barcza poruszył się mimo woli na krześle, . ZWłaszczaże przyłapał porozumiewawcze spojrze- nie Beaty, które przesunęło się po jego twarzy. Zamiast słuchać tych wywodów wołałbym f- ' 43
rctóważyć, kto z nas jest autorem tych sztuczek!—ł ’ wybuchnął Wierzyca. : — Sztuczek? — parsknął Ledwoś. — A więc jeszcze nie- został pan przekonany? Przecież na- sza szanowna kierowniczka stwierdziła, że ten głos poznała1 Głos nieżyjącego człowieka! Jesz- cze panu mało? . Wszystkie spojrzenia skierowały się na panią Bemel. która skinęła tylko .głową, milczącym ge- stem potwierdzając słowa pana Zehobiusza. — Ó ile to pan sam nie jest autorem tycK bzdur I Głos, a zwłaszcza szept,' nie jest tak trud- no naśladować! — zaatakował- Wierzyca. Pan Ledwoś ze zdumieniem!.rozejrzą! się po obecnych. To zdumienie, udane lub nie, na mo- ment odebrało mu głos. — Ja? Ja miałbym to robić? — wykrzyknął wreszcie. — I po jakiego diabła, łaskawy pa- nie?!— Głos zrobił mu się cienki z oburzenia, ostatnie słowa nieomal zapiał. — Dla nadania wagi swoim wywodom, dla pod- budowania przykładami głoszonych przez siebie teorii. Pragnął pan przekonać słuchaczy, wzbudzić w nich wiarę w głoszone przez siebie poglądy. A* cóż może lepiej służyć temu celowi niż fakty?. Wobec tego trzeba było faktów tych dostarczyć ciągnął bezlitośnie Wierzyca* — Coś niesłychanego! To doprawdy nie może się pomieścić w głowie! —: oburzył się pan Ze- nobiusz. — Więc posądza mnie pan o tego ro- dzaju szalbierstwo?! - 44
— Nie bez podstaw... — rzucił zgryźliwie Wie- rzyca. * . — Jakież są te. pańskie podstawy? — pan Ze- nobiusz zdobył się na ironię. v—- Zjawił się pan pomiędzy nami ostatni, i to dopiero po pewnym czasie. — Cóż według pana błyskotliwego rozumowa- nia było tego przyczyną? . Co mogło być przyczyną — poprawił go Wierzyca. — A to mianowicie, że .odcięto panu Odwrót. Pani Bemel podniosła alarm, zanim zdą- - Żył pan opuścić pokój biurowy. Po jej krzyku nie- mal natychmiast korytarz napełnił się ludźmi. Na- leżało' Więc chwilę przeczekać, aź wszyscy żbiofą się u mnie, potem pfzemknąć do siebie, by wresz- cie ostentacyjnie opuścić pokój. To. wszystko za- brało jednak nieco czasjt i dlatego przybył pan do nas ostatni, i to zę znacznym opóźnieniem. '•— Istotna przyczyna była zupełnie inna•158- jłbwiedział nadspodziewanie Spokojnie pan "Zeno- biusz, wysłuchawszy! uważnie wywodu Wierzy- cy. — Ta mianowicie, że śpię; dość mocno i obu- dziło mnie nie wołahie patii Bdmćl, o którym pan •mówi, a trzaskanie drzwiami na korytarzu. Poza tym zanim się ogarnąłem, również upłynęło' kil- ka^ minut... - ’ ’ — Kogo óh mógł mieć na myśli, mówiąc „go"? —> odezwał się raptem Wiński, przerywając spór. —- przecież mieliśmy mówić <y tym, a nie skakać so- bie do oczu. — Można by sądzić, że jest- to. jakieś celowe 45
działanie, skierowane ku określonej osobie? — rzucił Jętka. • ' — To przecież jasnel pan Ledwoś znów włą- czył się do dyskusji. — Dowodzą tego słowa, wystukane na maszynie! Mam tę kartkę, oto ona., „powiedz im, bo go żabiorę..." To jest wyraźne ostrzeżenie! —- Dlaczego ostrzeżenie? — zabrała głos pan- na Rutt ’ — „Bo go zabiorę..." Przecież to nawet nie ostrzeżenie, a groźba! I to zupełnie niedwuznacz- na, przy czym wyraźnie skierowana pod adresem mężczyzny. Panie mogą więc nie obawiać się zmarłego, natomiast zagrożony jest któryś z pa- nów! A o co tu Chodzi, wie tylko osoba zaintere- sowana; Wiński przechylił się do Jętki, obok którego siedział, i rzucił mu do ucha: Można z tego dostać hyzia! Przecież oni wszyscy zaczynają mówić tak, jakby istotnie umarlak spacerował po tej chałupie! — To objaw ogólnej psychozy — również szep- tem odpowiedział mu zagadnięty. — I muszę panu Wyznać — tu Jętka podrapał Się frasobliwie za uchem —- że ja sam pomału zaczynam jej ulegać. Diabli wiedzą, co w tyrri jest! — Właśnie, toś pan trafił! Tylko oni mogą to wiedzieć! — Niech pan uważa, bo zmarły może zechcieć osobiście pana przekonać o swoim istnieniu i pan z kolei narobi wrzasku po.nocy! 46
— Pypeć panu na język f — mruknął Wińskf, mimo okazywanego sceptycyzmu wyraźnie prze- straszony. Rozdział 3 Pogoda dopisała, dzień był piękny, toteż pen- sjonat niemal zupełnie opustoszał. Panującą w nim ciszę zakłócał jedynie przytłumiony szczęk naczyń, dochodzący skądś od strony kuchni — znak, że jednak są w nim żywe istoty. Ale jak się potem okazało, nie wszyscy miesz- kańcy korzystali ze słońca — część z nich pozo- stała u siebie, co wynikło z późniejszych drobiaz- gowych ustaleń. Tylko dwie osoby nie opuściły pensjonatu i nie kryły się w swoich pokojach. Byli to Nurska i. Jętka. Spędzali to niedzielne przedpołudnie na tarasie, wyciągnięci w ustawionych obok siebie leżakach. Opalali się na wrześniowym słońcu, pro- wadząc rozmowę przerywaną dłuższymi chwilami milczenia. - Takie właśnie milczenie zapadło zaraz po tym, jak Jętka szczegółowo zrelacjonował Lenie spra- wę Komasy. Dziewczynę wyraźnie zainteresowała opowieść, gdyż parokrotnie wracała do niej, do- pytując się o drobne nawet szczegóły. Jętka sta- rał się w miarę możności zaspokoić jej cieka- wość, cierpliwie udzielając wyjaśnień. Robił to obojętnym tonem sprawozdawcy, bez komenta- 4P
rzy ani sdbiektywnycłi naświetleń, jakby, ńie do- strzegąjąc natarczywej dociekliwości słuchaczki. Ale zastanawiał się nad tym szczególnym zain- teresowaniem, zapatrzony w panoramę wzgórz podobnych morskim falom, znieruchomiałym w swym biegu ku dalekim kresom horyzontu. Zamyślenie to przerwała dziewczyna: — Jedno wydaje mi się w tej. sprawie dziwne. Dlaczego przyznał się do kradzieży, i to niemal od razu, a tak zdecydowanie zaprzeczał zabójstwu? Jętka uśmiechnął się. — Odpowiedź nie jest trudna. Za zabójstwo ""grozi kara śmierci, za kradzież kilka lat więzie- nia... Dziewczyna pokręciła głową. — Bierze panto zbyt... zbyt arytmetycznie. Wy- da je mi się, że w takiej chwili, mam na myśli ową noc, noc zabójstwa i pojmania, człowiek nie kalkuluje na zimno. Za to dwadzieścia lat, a za to dwa. Gdyby tak ppstąpił później, w czasie ko- lejnych przesłuchań, to być może... Ale nie wów- czas. tuż po pojmaniu, w chwili takiego napięcia nerwowego... Wtedy chyba trudno o wyrozumo- -=wane postępowanie. Jestem przekonana, że on mówił to spontanicznie, ą więc zgodnie z prawdą. Z pana relacji wynika przecież, że wiadomość ó śmierci wartownika wywołała w nim przeraże- nie. Czyżby był zdolny wówczas do odgrywania komedii? Bo jęśli istotnie strzelał, nie mógł być zaskoczony, że-^ostawił z< sobą zwłoki... •>— Zatem jakie inne rozwiązanie pani widzi? — Mógł przecież strzelać ktoś inny, ktoś, kto 48 —< -
do dziś pozostał w cieniu. Komasa posłużył głów- nemu przestępcy za parawan. Zmuszono go lub... lub przekupiono, by popełnił kradzież, a ponieważ został przy tym nakryty, człowiek, który go do- strzegł, został usunięty w nadziei, że Komasa zdoła uciec i w ten sposób nie da się ustalić, kto popełnił kradzież. Jętka uśmiechnął się i rzucił żartobliwie: — Cóż za uparty z pani obrońca! Doprawdy zazdroszczę temu draniowi! Ale jest jeden szcze- gół, o którym pani zapomina! — Jaki? — Siady palców na pistolecie, z którego strze- lano do ofiary. To obala możliwość wszystkich innych rozwiązań! Dziewczyna patrzyła przed siebie nie odpowia- dając. Jętka obserwował nieznacznie jej nieru- chomą twarz, prosty nosek zakończony ostro za- rysowanymi nozdrzami i wypukłość ust z dwoma kuszącymi kącikami u szczytu górnej wargi. Obróciła ku niemu głowę i z pewnym wzru- szeniem spotkał wzrokiem spojrzenie jej zielo- nych oczu. — A jeśli... -— zawahała się. — No, nie wiem, może mówię głupstwo, ale czyż nie jest możliwe, że odciski na pistolecie pozostawiono wcześniej... zanim Komasa miał go w ręku? — O ile wiem, Komasa w ogóle zaprzeczył, by kiedykolwiek widział ten pistolet. A to już jest zdecydowane kłamstwo, bo obala od dawna spraw- dzoną teorię dotyczącą linii-papilarnych. —- Mimo wszystko nie wierzę, że jest on mor- “4To ja, umarły... 49
dercą! w głosie dziewczyny zadrgał upór. — Nie wiem, jak to się stało, jak rzeczywisty za- bójca to zrobił, ale zapewnił sobie przez to bez- karność okupioną śmiercią innego człowieka! Sam zaś żyje i działa, może nawet w tym pensjona- cie! — Ponoszą panią nerwy, Leno.., — powiedział uspokajająco Jętka. — A czy nie udało się dociec, z czyjego po- lecenia działał Komasa? I dlaczego podjął się te- go zadania? — Tego dokładnie nie wiem, bo nie znam prze- cież wszystkich aspektów śledztwa. Ale podczas rozprawy była o tym mowa. Podobno Komasa nie wiedział, kto to jest, bo rozmowa zasadnicza i zresztą jedyna, w czasie której otrzymał wy- tyczne, odbyła się po ciemku, w pustym mieszka- niu remontowanego domu. A powodów, dla któ- rych podjął się zadania, nie chciał podać. — A więc i tu mgła... Ale jedno wydaje mi się jasne. Zagadka tkwi w tych śladach na pisto- lecie. Jej rozwiązanie wyjaśniłoby chyba i resz- tę. — Jeśli uważa pani, że zabójca wartownika nie został zdemaskowany, nie radzę okazywać zain- teresowania tą sprawą. — Czyżby? — dziewczyna spojrzała uważnie na Jętkę. — To zabrzmiało trochę jak groźba... panie Joachimie. . Jętka roześmiał się. — Tylko przyjacielskie ostrzeżenie! Zresztą mu- 50
szę panią powiadomić, że jest tu jeszcze ktoś, kto ma podobne podejrzenia! I jest znacznie niebez- pieczniejszy dla ewentualnego sprawcy, bo twier- dzi, że ma koncepcję wyjaśniającą pochodzenie tych śladów na pistolecie! Jemu również zalecił- bym ostrożność. — A widzi pan! Zatem moje przypuszczenie po- dziela ktoś jeszcze. Kto to jest? — Barcza. — Ciekawa jestem, co on o tym wie? •— Coś tam sobie wykoncypował — rzucił lek- ceważąco Jętka. — W takich wypadkach każdy stwarza własną teorię, której siłą rzeczy jest za- ciętym rzecznikiem. Zwykle jednak okazuje się, że teorie takie nic nie są warte.. Nie należy za- pominać, że sprawa była w rękach fachowców rozporządzających pełnym materiałem. Gdyby ist- niała najmniejsza wątpliwość, nie byłoby aktu oskarżenia. A jeśli nawet, obrona potrafiłaby to wykorzystać. Natomiast i wyrok, i brak ułaska- wienia powinien usunąć wszelkie pani wątpli- wości. — Tyle już było pomyłek sądowych... — rzu- ciła cicho dziewczyna. Oparła głowę o płótno le- żaka i zamknąwszy powieki obróciła twarz ku słońcu. — Cała ta sprawa z wolna szła już w zapom- nienie. Zaczęto znów o niej mówić w związku z tą hecą z duchem zmarłego, —1 A co pan o tym sądzi? — spytała nie otwie- rając oczu. — Muszę przyznać, że jestem w roz- 51
terce. Rozsądek nakazuje sceptycyzm, ale z dru- giej strony mamy do czynienia z faktami, któ- rych nikt nie potrafi wytłumaczyć. Co może się za tym kryć? Albo kto? Jętka wzruszył ramionami. — Bardzo to wszystko dziwne... — ciągnęła cicho Lena. — Najpierw ta cała zagadkowa spra- wa z Komasą, a potem, jeszcze bardziej nieocze- kiwany, dalszy jej ciąg... — Dlaczego tak panią interesuje ten czło- wiek? — równie cicho spytał Jętka. — Przez cały czas naszej rozmowy nurtuje mnie to pytanie. Po- czątkowo miałem zamiar nie zadawać go, ale... — A może lepiej było zamiaru nie zmieniać? — Dlaczego pani tak sądzi? — Bo moje zainteiesowanie tą sprawą nie po- winno pana zbytnio obchodzić. — Otóż to. Ale jest inaczej. Stwierdziłem mia- nowicie, i to nie bez zdziwienia, że w czasie tej całej rozmowy o Komasie odczuwałem coś w ro- dzaju zazdrości. A skoro już się do tego przy- znałem, chciałbym wiedzieć, czy był on dla pani kimś bliskim? O ile wiem, żadnej rodziny nie miał, był człowiekiem zupełnie samotnym. — Uchylam pytanie. Odpowiedzi pan nie otrzy- ma. — Leno... A jeśli ja naprawdę jestem zazdrosny? — Czy w ten sposób chce pan mnie skłonić do zwierzeń? — spytała drwiąco. — Dobrze, nie powiem już ani słowa na ten temat — odparł urażony, ale dorzucił: — Przy- najmniej na razie. 52
Obrzuciła go rozbawionym spojrzeniem. — Jeśli chce pan już koniecznie wiedzieć, to interesuje mnie sprawa, a nie osoba Komasy. Obiad przeszedł na ogół w pogodnym nastroju mimo słownych utarczek pomiędzy panem Led- wosiem i Wierzycą, sprytnie zresztą podsycanych przez Wińskiego. Wypowiedzi Wierzycy straciły jednak wiele ze swej gwałtowności, gdyż inżynier stwierdził ze zdziwieniem, że nie ma zbyt wielu poplecz- ników. Panie Klekot i Bemel (a zwłaszcza ta ostat- nia) opowiadały się raczej' po stronie starszego pana, reszta natomiast zachowywała rezerwę. Wzmianka Barczy o zamierzonym wyjeżdzie do miasta kolejką o szesnastej z minutami — może dlatego, że rzucona mimochodem — nie wywo- łała żadnego komentarza. Jedynie Wiński wyra- ził żartobliwe zdziwienie, że opuszcza tak miłe tc warzystwo, przy czym nie omieszkał spojrzeć zna- cząco na pannę Rutt. Ta jednak nie zareagowała na aluzję. Obiad właśnie już się skończył, Alina zbierała nakrycia i panna Beata zamiast odpo- wiedzieć Wińskiemu poprosiła dziewczynę o szklankę kawy, którą zamierzała wypić u sie- bie w pokoju. Zaraz potem towarzystwo wstało od stołu 1 jadalnia opustoszała. . Krótko po czwartej rozległo się wołanie pani Klekot, które poderwało wszystkich na nogi. Oka- zało się, że nagle zachorowała panna Rutt. Star- sza pani i tym razem me..straciła głowy. Przy- 53
wołała pomoc, żądając mleka, a potem usiłowała u chorej wywołać wymioty. Objawy zatrucia by- ły bowiem zupełnie wyraźne. Wkrótce udało się sytuację opanować. Beata, przykryła kocem, leżała nieruchomo, jednak mimo osłabienia zaprotestowała stanowczo przeciwko wzywaniu Pogotowia, co zaproponował pan Led- woś. Nikt jakoś nie poparł starszego pana, mimo że niejedno spojrzenie pobiegło( ku nie dopitej szklance kawy, stojącej na stoliku przy tapczanie Beaty — zapewne dlatego, by nie uczestniczyć w ewentualnym śledztwie. Tylko jeden z mieszkańców nie podzielał obaw ogółu i zaprotestował przeciw tej niemej konspi- racji. Był to Wierzyca. — Jeśli panna Rutt uważa, że lekarz nie jest jej potrzebny — oświadczył inżynier — to jej sprawa! Ale wobec podejrzanego charakteru tego zdarzenia uważam, że należy zgłosić go władzom! Nowy wypadek roztrząsali pensjonariusze już w pokoju rekreacyjnym na piętrze. Jedynie pan- na Nurska pozostała w pokoju Beaty. — Ależ, Jerzy._ — pani Bemel skierowała spoj- rzenie wielkich ciemnych oczu na mówiącego. — Może ta dziewczyna zatruła się czymś przy obie- dzie? Przepytam zaraz kucharkę'... Już mam dość przesłuchań, nie chcę jeszcze raz tego przeżywać, jeśli nie ma koniecznej potrzeby! Wierzyca spojrzał na mówiącą. Pani Bemel zmi- zerniała w ciągu ostatnich dni, jej twarz zdra- dzała zmęczenie i niepokój. 54
.— Przy obiedzie? — powtórzył powątpiewają- co. — I tylko ona, nikt więcej? — To niczego nie dowodzi! — oświadczyła pa- ni Klekot, popierając tym samym panią Ewą. — Produkt mógł być zepsuty tylko częściowo, a ta część właśnie dostała się biednej dziewczynie! — Jasne, że tak! — z kolei zabrał głos Wiń- ski. — Znam wypadek, kiedy dwóch ludzi jadło z tego samego talerza i jeden kojfnął, a drugiego nawet nie zabolał brzuch! — Muszę jednak obstawać przy swoim! — Wie- rzyca był nieustępliwy. — Nie wolno nam zlekce- ważyć tego wypadku, zwłaszcza na tle zdarzeń, jakie ostatnio miały tu miejsce! Czy nie zdaj ecie sobie sprawy, że ktoś prowadzi tu zagadkową i podstępną akcję! I powiedzmy to sobie otwar- cie, ktoś z nas! — Ależ, panie inżynierze! — obruszył się Led- woś. — Jak pan może twierdzić coś podobnego z taką pewnością?! Wierzyca machnął ręką. — Pańskie poglądy znamy wszyscy! Nie wia- domo tylko, czy są one wynikiem głupoty, czy przebiegłości! — Proszę pana! — pan Ledwoś, raptownie po- czerwieniały na twarzy, nie mógł wymówić nic więcej. — Po co zaraz tak ostro, panie inżynierze? Ostrożnie, bo wpadniesz pan w poślizg — prze- sadnie niedbałym tonem rzucił Wiński. — Ja doprawdy mam tego dość! I jak sobie po- myślę, że zacznie się wszystko od nowa... — Pani 55
Bemel spojrzała z wyrzutem na Wierzycę, przy- kładając dłonie do skroni. Jętka, który dotąd nie wtrącał się do rozmowy, przeniósł spojrzenie z twarzy pani Bemel na Wie- rzycę i odezwał się: — Może znalazłoby się jakieś rozwiązanie kom- promisowe? — Mianowicie? Nie bardzo widzę, aby istniała taka możliwość! — Wierzyca nie poniechał ostre- go tonu. — W zasadzie podzielam pana zdanie — oświad- czył rzeczowo Jętka. — I ja uważam, że należy zawiadomić władze, bo niech się jeszcze coś zda- rzy, a wyjdzie na jaw i ten wypadek... Wierzyca przerwał mówiącemu. — Jeszcze coś się zdarzy? Co pan ma na myś- li? — spojrzał z uwagą na Jętkę. — Mało panu tego, co było dotąd? Ten jednak mówił dalej, nie zwracając uwagi na komentarz inżyniera: — Gdyby więc dzisiejsze zdarzenie wyszło na jaw, narazimy się na zarzut niedopuszczalnej zmowy. Z drugiej jednak strony i mnie nie bar- dzo chce się przechodzić przez magiel nie wiado- mo ilu przesłuchań Dlatego proponuję zabezpie- czyć resztę tej kawy, bo poza obiadem tylko ona chyba może wchodzić w rachubę jako źródło za- trucia. Przelejmy ją do jakiejś flaszki i niech wy- brana przez nas osoba przechowa flaszkę na wy- padek, gdyby zaszła konieczność dalszego bada- nia tej sprawy. Wierzyca skinął głową. 56
— Komu ją powierzymy? — spytał, dając tym do zrozumienia, że przyjmuje takie rozwiązanie. •— Proponuję panią Klekot — rzucił Wiński. Na kolację panna Rutt nie zeszła, aczkolwiek jej stan wyraźnie się poprawił. Poprosiła tylko o szklankę herbaty, którą pani Bemel zaniosła jej osobiście. Natomiast drugie puste krzesło stało na miej- scu zajmowanym przez Barczę, ale ponieważ zda- rzało się, że z miasta nie zawsze wracano na ko- lację, nikt się tym nie zainteresował. Rozdział 4 Dzwonek telefonu rozległ się krótko pr/ed szó- stą. Przebudzony już pierwszym sygnałem, major Szeruda sięgnął po słuchawkę. Daleki głos służ- bowym tonem składał meldunek. Major słuchał w milczeniu lekko potakując. — A więc już ustaliliście, że o szesnastej nie odjechał? — zapytał, kiedy w słuchawce zapadło milczenie. — Albo więc nie wyszedł z pensjonatu, albo zaginął po drodze na stację. Obejmiemy za- tem poszukiwaniem odcinek stacja — pensjonat, zaczynając od stacji. Przyślijcie tam ekipę, ja już wyruszam. Major, jako przyjezdny, zajmował jeden z po- koi gościnnych Bazy. Po odbyciu krótkiej rozmo- wy telefonicznej z porucznikiem, miejscowym do- wódcą kompanii obsługi, w parę minut ^później wyszedł z budynku. Od strony garaży gnał właśnie 57
na pełnym gazie łazik, a zza vzęgła ukazał się porucznik, dopinając w biegu pas. Samochód zatrzymał się gwałtownie, a kiedy zajęli w nim miejsca, ruszył ostro, wyrzucając spod kół smugę żwiru. Wypadli za bramę i gnali ze świstem opon po asfalcie dojazdowej drogi. Potem, kiedy skręcili ku stacji, asfaltu już nie było, nie zmniejszyli jed- nak szybkości, mimo że wóz co i raz podskakiwał gwałtownie na kamieniach leśnej drogi. Porucznik milczał, czekając, aż major sam ze- chce go poinformować o celu wyjazdu. Istotnie ten w pewnej chwili przerwał milczenie: — Był telefon z pensjonatu do Ekspozytury. Je- den z mieszkańców nie wrócił na noc. — Kto 2 — Barcza. Porucznik uśmiechnął się nieznacznie: — Może znalazł wygodniejszy tapczan... To amator częstych zmian. Przyjdzie wprost do pra- cy i będzie łaził z kacem. — Być może, ale istnieją i inne niepokojące okoliczności. Jedna z zamieszkałych tam kobiet uległa zatruciu. Szczęśliwie skończyło się na wy- miotach. Barcza miał jechać kolejką o szesnastej z minutami do miasta. Zdążyli już odszukać ma- szynistę. Twierdzi, że nikogo na przystanku nie było. — Hm... — mruknął porucznik. — Czy widzia- no, jak . Barcza opuszczał pensjonat? — Tego jeszcze nie wiem. Ale zapowiedział, że 58
Wychodzi. Postanowiłem przed udaniem się do pensjonatu przeszukać trasę. Leśna droga skończyła się i wypadli na rozcią- gający się przed budynkiem dawnej stacji placyk zarośnięty chwastami. Łazik zahamował ostro i obaj oficerowie wyskoczyli na ziemię. Major rozejrzał sę dookoła. Kilka wielkich lip ocieniało opuszczony, zanie- dbany podjazd. Spomiędzy kamieni, którymi był wybrukowany, wyrastały kępy trawy i zielska. Las dochodził półkolem nieomal do samych zabudo- wań stacyjnych, składających się z parterowego domku i położonej obok szopy o wysmołowanych kiedyś, teraz jednak pełnych dziur ścianach. Jedno z okien stacyjki było zasłonięte okienni- cą, drugie miało parę szyb wybitych, a na pozo- stałych smugi brudu znaczyły drogę ściekającej W czasie deszczu wody. Obaj oficerowie obeszli dookoła budynek i za- trzymali się przed drzwiami prowadzącymi do wnętrza. Szara farba, którą były pomalowane, miejscami poobłaziła, ukazując przegniłe drzewo. Drzwi zabezpieczała niegdyś sztaba. Teraz jed- nak została zerwana; skobel, na który zwykle ją zakładano, był skręcony i wygięty, a na futrynie widniały wyraźne ślady wgnieceń. — Ktoś się tu włamywał... — odezwał się po- rucznik, mimo woli ściszając głos. — Ano widzę — mruknął major. — Kaźcie eki- pie zdjąć odciski z tej sztaby. Niech zbadają, czy nie ma na niej śladów. Na klamce również. — Na- 59
cisnął kciukiem jej koniec i pchnął drzwi. Uka- zało się mroczne wnętrze. Zanim przestąpili próg, porucznik rzucił w ten mrok snop światła elektrycznej latarki. Była to obszerna sień. Drzwi w lewej ścianie i znajdujące się przy nich okienko kasy były zamknięte. Po- tem światło latarki powędrowało dalej, wykry- wając parę beczek leżących w głębi, na wpół przy- walonych jakimiś szmatami, przesunęło się na prawą ścianę i zatrzymało na drugich drzwiach. Były one nieco uchylone, jakby zapraszając do wejścia. Major skierował się w tamtą stronę. Końcem buta odchylił nieco szerzej drzwi i weszli do po- mieszczenia, które kiedyś służyło zapewne obsłu- dze stacji. Obszerny pokój był jednak niemal pu- sty. Przez brudne szyby ledwo przedzierało się światło dnia, wypełniając wnętrze szarą poświa- tą. Pod jedną ścianą stała jakaś na wpół rozwa- lona szafa, obok niej krzesło z wyłamanym sie- dzeniem, a dalej, już pod oknem, stół, przy któ- rym leżało na podłodze przewrócone drugie krze- sło. Sufit i ściany pełne były zacieków i szarych włókien pajęczyn. Szeruda zatrzymał się tuż za progiem, ruchem ręki wstrzymując porucznika. Słońce musiało właś- nie ukazać się zza szczytów drzew, bo w pokoju zrobiło się raptem, widniej, toteż major nie musiał czekać na latarkę porucznika, by dostrzec wysta- jące zza stołu nogi leżącego na ziemi człowieka. Na warstwie kurzu zaścielającej podłogę tu i ów- 60
dzie widać było niewyraźne ślady stóp. Ruszyli wzdłuż ściany, by ich nie zadeptać. Mężczyzna był ubrany w płaszcz ortalionowy. Leżał' na piersiach z odrzuconą na bok głową. Jed- no z ramion miał podkurczone, jak gdyby próbo- wał się podnieść, drugie, nieco zgięte w łokciu, wyciągnął przed siebie. — To Barcza... — rzucił cicho porucznik, prze- suwając światło latarki. — Proszę pozostać na miejscu — polecił ma- jor. Wziął latarkę z ręki porucznika i zbliżył się do leżącego. Nietrudno było stwierdzić, że nie żył, jak i od- kryć przyczynę zgonu. Na plecach, wokół dziury W płaszczu, krew utworzyła dużą, ciemną plamę. Major nachylony nad zabitym przesunął wokoło białym kręgiem światła i zatrzymał go nagle przy wyciągniętym ramieniu. Na kurzu podłogi widać było jakiś napis. Zmar- ły pozostawił go zapewne na chwilę przed zgonem. Krzywe, niezdarne litery tworzyły słowo: „rę- kaw". Jednak „w" znajdowało się nieco dalej od poprzednich liter. Może uciekające siły spowo- dowały ten odstęp, a może inaczej należało prze- czytać to słowo? Może nie „rękaw", a „ręka w"? Major ze zmarszczoną brwią rozważał tę zagad- kę. Tak czy inaczej było oczywiste, że konający chciał dać żywym jakąś wskazówkę. W tej chwili rozległ się warkot motoru. Nasi- lał się gwałtownie, by raptem się urwać. W ciszy, jaka potem nastąpiła, dały się słyszeć przytłumio- ne głosy ludzkie. 61
— Chodźmy stąd — Szeruda obrócił się ku sto- jącemu nieruchomo porucznikowi. — Przyjechali technicy, niech zabierają się zaraz do roboty... Kiedy łazik majora Szerudy z sierżantem Pa- luchem za kierownicą zatrzymał się przed pensjo- natem, wszyscy jego mieszkańcy — prócz Wierzy- cy, który wyjechał już swoim skuterem do Bazy—- kończyli właśnie śniadanie. Samochód widać dostrzeżono z daleka, gdyż w holu czekała na Szerudę pani Bemel. Po dokonaniu prezentacji poprzedzany przez nią wszedł z sier- żantem do jadalni. — Pan major Szeruda z WSW — zakomuniko- wała obecnym pani Ewa i dodała wyjaśniająco: —• Chće z nami mówić... Przybyły powiódł spojrzeniem po obecnych i po- wiedział: — Na razie chciałbym z państwem odbyć wspól- ną rozmowę. Potem może znajdzie się jakiś po- kój, gdzie mógłbym przeprowadzać przesłuchania oficjalne. Zapowiedź ta wywołała poruszenie. Wszyscy przyglądali się gościowi, nie spuszczając z niego wzroku. Był to wysoki, trzydziestokilkuletni mężczyzna o ciemnych, lekko falujących włosach, ostrych rysach twarzy, uważnym, ale jakby nieco sen- nym spojrzeniu i powolnych, opanowanych ru- chach, właściwych ludziom o dużej sile fizycz- 62
nej. Był ubrany w szare, cywilne ubranie zdra- dzające dobrego krawca. — Ależ oczywiście! — rzuciła*z pewną skwap- liwością pani Ewa. — Właśnie skończyliśmy śnia- danie, a mój pokój biurowy będzie do pana dys- pozycji! Jest tam również i maszyna do pisa- nia... — urwała raptownie, wyraźnie speszona, a potem dorzuciła, by zamaskować zmieszanie: — Zaraz każę sprzątnąć ze stołu... Kiedy Alina wyszła z pełną tacą, Szeruda ode- zwał się: — Proszę o zajęcie miejsc, bo nasza pogawędka zajmie nam nieco czasu. Sierżancie, wiecie, co do was należy... Nie będzie to, jak już nadmieniłem, przesłuchanie oficjalne — znów zwrócił się do milczącego towarzystwa — bo to przeprowadzę z każdym z osobna, ale taka sobie pogawędka, w czasie której będę chciał uzyskać od państwa nieco informacji... — Co pana tak zainteresowało? — rozległ się podniecony głos Wińskiego. — Czy ten umarlak, co tu łazi po nocy? Szeruda zwrócił na niego wzrok. Pod wpływem tego spojrzenia Wiński zapewne stracił panowa- nie nad sobą, bo dorzucił już wyzywająco: — Czy za swoją monetę człowiek nie może spokojnie wypocząć? Apiać mamy iść do spowie- dzi? Jak długo jeszcze tego będzie?! 'Szeruda odpowiedział spokojnie: •— Muszę prżyznać, że istotnie wybrał pan do odpoczynku niezbyt dobre miejsce. Wprawdzie, jak się to mówi, „z-a lasami, za górami", ale pań-
scy kumple z baru „Batawia" chyba nie pochwa- liliby tego wyboru... Reszta obecnyfch ze zdumieniem dostrzegła wra- żenie, jakie wywarły te słowa na Wińskim. Wpa- trywał się w Szerudę z raptownie pobladłą twa- rzą i dopiero po chwili opanował się na tyle, by rzucić kilka urywanych słów: — Ja tylko tak, nawiasem... Oczywiście rozu- miem, że obywatel musi... tego... wszystko, co wiem... Ja się zupełnie zgadzam... — Widzę, że się porozumieliśmy — odpowie- dział Szeruda jakby nie dostrzegając zmieszania Wińskiego. — Przede wszystkim chciałbym stwier- dzić, czy wszyscy są tu obecni? — spojrzał pyta- jąco na panią Bemel. — Pan Wierzyca udał się do pracy, a panna Rutt jadła śniadanie w pokoju... — Sypia dłużej? — Nie... — pani Ewa przesunęła wzrokiem po swoich gościach, jakby szukając u nich popar- cia. — Panna Rutt uległa wczoraj niedyspozycji żołądka i jeszcze nie jest zupełnie zdrowa. — A więc porozmawiam z nią potem — Szeruda skwitował wyjaśnienie tymi słowami i zwrócił się znów do zebranych: — NadszedŁ czas, abym wreszcie wyjaśnił pań- stwu, dlaczego tu jestem i zapewne pozostanę przez najbliższych kilka dni. Nie wiem, co miał na myśli pan Wiński, mówiąc o jakimś przyby- szu z tamtego świata, ale to również wyjaśnimy sobie później. Otóż przyczyną mojej wizyty jest nieobecność w waszym gronie pana Barczy... 64
Zawiesił na chwilę głos, lustrując spojrzeniem zwrócone ku sobie twarze. — Czy coś się z nim stało?! — wykrzyknęła pani Klekot. — Sądziliśmy, że jest w pracy! Szeruda bez słowa pokręcił głową. — Czyżby... czyżby spotkało go coś złego? — Właśnie. Jak najgorszego. Pan Barcza nie źyje. Temu oświadczeniu odpowiedziało milczenie wy- mowniejsze niż najgwałtowniejsza reakcja. Mil- czenie to w pewnej chwili przerwał okrzyk, któ- rym pan Ledwoś dał wyraz swemu podnieceniu: — A więc jednak! Groźba została spełniona! Tym razem major Szeruda okazał zdziwienie. — Kto mu groził? — rzucił z wyraźnym zain- teresowaniem. — Hm... jakby tu powiedzieć... — pan Ledwoś nie bardzo wiedział, jak w paru słowach udzielić odpowiedzi, zdając sobie sprawę, że to, co powie, w najlepszym razie zostanie skwitowane pobłaż- liwą uwagą. Aby nie dopuścić do takiej reakcji, opowiedział o ostatnich zdarzeniach i skończyw- szy zamilkł, gotów do odparcia ewentualnych wąt- pliwości. Ale słuchacz zaskoczył go oględnością wypowiedzi: — To ciekawe... To bardzo ciekawe... — po- wtórzył. — ? tego rodzaju objawami spotykam się po raz pierwszy i zupełnie nie orientuję się w zagadnieniu, toteż byłbym ciekaw sam zaobser- wować podobne zjawiska... Wątpię jednak, czy mi si^ to uda — uśmiechnął się z lekka. — Więc -9 — To ja, umarły.., cc
sądzi pan, że to była w jakimś sensie zemsta zmarłego? — W tej kartce zapowiedział to przecież wy- raźnie! Zaraz ją panu przyniosę! — Pan Ledwoś uniósł się z krzesła. — To'później — powstrzymał go Szeruda. — Mamy dużo czasu. Teraz wróćmy do sprawy za- sadniczej. — W jaki sposób zginął ten biedak? — spyta- ła panna Nurska. — Został zamordowany na pobliskiej stacji ko- lejki. — A czy są... czy są jakieś ślady wskazujące, kto mógł to zrobić? — To nie jest temat, który nadaje się do oma- wiania, proszę pani. To, co już wiem, i to, cze- go chcę się dowiedzieć, wchodzi w zakres śledz- twa, a zatem nie może być ujawnione. Muszą państwo pogodzić się z tym, że będę pytał, a nie odpowiadał. — Ale może zechce pan powiedzieć nam coś bliższego o jego śmierci? Jak to się stało? Prze- cież to chyba jest możliwe? Tyle czasu mieszka- liśmy tu razem... — zabrała głos pani Klekot. — Już powiedziałem. Został zamordowany. Ude- rzeniem noża w plecy. — Dlaczego? — panna Nurska patrzyła z prze- rażeniem na Szerudę. — Czyżby dlatego, że^ :— urwała raptownie. — Że co, proszę pani? 1— Podobno coś wiedział... Coś w sprawie JCo- C*
masy... — Dziewczyna spojrzała nieco bezradnie na Jętkę, jakby szukając u niego poparcia. — Może i dlatego — rzucił obojętnie Szeru- da. — Według dotychczasowego rozeznania mor- derstwo miało miejsce wczoraj po południu. Chcę teraz ustalić, kto gdzie przebywał w krytycznym czasie. Proszę więc o jak najbardziej szczegóło- wą wyjaśnienia. Pani jest kierowniczką i nazy- wa się Bemel, czy tak? — Szeruda zwrócił się do pani Ewy. Ta skinęła głową bez słowa. — Proszę zatem podać mi, kiedy i w jakich okolicznościach widziała pani po raz ostatni Bar- czę? — Sądzę, że nie tylko ja, ale i reszta osób wi- działa go wczoraj w tym samym czasie. Mam na myśli tę chwilę, kiedy wszyscy siedzieliśmy po obiedzie przy stole, a pan Barcza wstał pierw- szy i oświadczył, że udaje się do miasta. Słysza- łam go jeszcze w holu, jak nakładał płaszcz. Po- tem stuknęły drzwi wyjściowe. To są te szczegó- ły, o które panu chodziło — pani Ewa zamilkła, ate nie spuszczała: wzroku z twarzy Szerudy. — O której to było? — Dokładnie nie wiem. Obiad zaczął się krótko przed trzecią. A więc gdzieś około pół do czwar- tej- - — Było pięć po wpół — odezwał się Wiński. — Wiem, bo spojrzałem wtedy na zegarek, odrucho- we sprawdzając, czy Barcza zdąży na kolejkę •. szesnastej dwadzieścia. ' «— Jak długo idzie się stąd na stację?
— Szybkim krokiem chyba około kwadransa. Z powrotem dłużej, bó droga pnie się w górę, — A biegiem? Wiński zawahał się: — Bo ja wiem... Nie próbowałem. Sądzę jednak, że połowę tego czasu. Ale trzeba mieć do tego do- bre serce... — Czy później nikt z państwa Barczy nie wi- dział? Odpowiedzią było ogólne milczenie. W panują- ce] ciszy słychać było jedynie szelest kartek pa- pieru, które przerzucał sierżant Paluch robiąc no- tatki. ' ' — A wiec nikt — stwierdził Szeruda. — A czy wszyscy byli przy stole? * — Wszyscy! — oświadczyła pani Klekot przy potwierdzających głosach innych. — A panna RUtt? Przecież była chora? — Zachorowała dopiero po obiedzie — wyjaś- niła pani Ewai — Panna Rutt wstała od stołu za- raz po panu Barczy. Oświadczyła, -że idzie do sie- bie i poprosiła Alinę o szklankę kawy do poko- ju. Prośba została spełniona zaraz, a w kwadrans potem panna Rutt poczuła się niedobrze. Pani Klekot zastała ją na tapczanie wijącą się z bólu. — Czy stwierdzono, co było przyczyną? Może zjadła coś w czasie obiadu? Czy nikt inny nie za- chorował? -j- Nie. Nikt... — odpowiedziała z pewnym ocią- ganiem pani Bemel. — Ha... Zatem przyczyną zatrucia, bo tak to 68
f trzeba nazwać, musiała być kawa. Na górę za- niosła ją pokojówka, czy tak? — Tak — potwierdziła pani Ewa. [ — Chciałbym zamienić z nią parę słów. ’ — Zaraz ją przywołam — pani Bemel nacisnę- l ła guzik dzwonka. ’ — Proszę bliżej — zwrócił się do dziewczyny j Szeruda, kiedy ta ukazała się na progu. — Pro- f szę, niech pani siada i powie mi, jak to było z tą | kawą dla panny Rutt? Kto ją przyrządzał? L — Kucharka, proszę pana. ł — A pani zaniosła ją na górę? — Tak. — Czy spotkała pani kogoś po drodze? ' — Nie, proszę pana. — Więc wprost z kuchni udała się pani na piętro? T — Tak... to jest... — Alina zerknęła na panią » - Bemel. — Kiedy przechodziłam przez hol, zawo- <:' łała mnie pani kierowniczka. Więc na chwilkę po- Ł, , stawiłam szklankę na toaletce i weszłam do biu- ira. Ł- ; — O co chodziło pani kierowniczce? Ł — Przypomniała mi, żebym oddała jutro obru- K _sy do prania. • — Jak długo to trwało? — Nawet nie minutę. Zaraz zawróciłam, wzię- Jam szklankę i poszłam z nią do panny Rutt. p — a w korytarzu? Nie było nikogo? BL' — Nie, proszę pana, nie było. KL — Hm... No to dziękuję. Na razie to wszystko. B. Po wyjściu Aliny nikt nie zabierał głosu. 69
Grzmot samolotu, który nagle wybuchnął, również nagle ścichł. Szeruda przez pewien czas spoglą- da! przez oszklone drzwi tarasu na rozległą pano- ramę okolicy. — No cóż. — odezwał się po chwili z lekkim uśmiechem — trzeba będzie porozmawiać jeszcze z panną Rutt o tej kawie. Czy zatrucie było bar- . dzo ostre? — Dość silne, proszę pana — oświadczyła pani Klekot. — Ale udało mi się spowodować wymio- ty, a potem dałam chorej mleko. — Sądzę, że dobrze pani zrobiła, bo kto wie, jakby się skończyło. A ta kawa? Nie zwróciła pani uwagi, czy panna Rutt wypiła całą szklankę? — Nie, została blisko połowa. Tę resztę odle- liśmy do buteleczki, którą mam u siebie. — Moje uznanie! — ucieszył się Szeruda. — Później poprószę panią o tę buteleczkę. Wnoszę jednak, że podejrzewaliście od razu, że z tą ka- wą coś jest nie w porządku? — Tak. a przede wszystkim pan Wierzyca. Do- magał się natychmiastowego zawiadomienia mi- licji, ale ustaliliśmy, że wystarczy, jeśli przecho-. wamy kawę. — Dobre i tp, chociaż lepiej było usłuchać Wie- rzycy. Kiedy wraca? — Około szesnastej. — A teraz poproszę, -by każdy z państwa szcze- • gółowo opowiedział, co robił bezpośrednio po obłę- dzie. Zacznijmy od pań — zwrócił się d® pani Bemel. — Po óbiedzie udałam się do biura, zająć TO
się sprawdzaniem rachunków. Jak pan już wie, słysząc, przechodzącą Alinę zawołałam ją do sie- bie i pracowałam aż do chwili, kiedy usłysza- łam wołanie pani Klekot. — A kiedy to dokładnie było? , — Około czwartej piętnaście. — Bez „około". Chodzi mi o ścisły czas. — Tego, niestety, nie wiem. Nie spojrzałam na zegarek. — Może ktoś z państwa może to stwierdzić? Zwłaszcza pani... — Szeruda zwrócił się do pani Klekot — Wirginia Klekot. I ja nie spojrzałam na ze- garek, ale to było chyba tak, jak mówi pani Be- meL Nie później niż piętnaście po czwartej. -— Co panią tknęło, by udać się do panny Rutt? — pytaniu temu towarzyszył uśmiech. — Nic mnie nie tknęło, proszą pana. Po prostu zabrakło mi białych nici, więc poszłam do niej po- życzyć. No i zastałam biedaczkę bliską zgonu. — To było aż tak źle? — A pewnie... Jęczała tak, że ogarnęło mnie przerażenie, więc zawołałam innych! — Kto zjawił się na pani wołanie? — Chyba wszyscy. Pamiętam panią Bemeł, pa- na Wierzycę... Wkrótce po nich nadbiegli Ledwoś i Wiński, potem zdaje się Jętka... Ostatnia była panna Nurska... — Czy tak, proszę państwa? — Szeruda spoj- Etói uważnie po obecnych. — Proszę sobie dokład- ni* uprzytomnić, czy nie brakło nikogo. To bar-
dzo ważne, gdyż mniej więcej w tym czasie zo- stał zamordowany Barcza. — Zgadza się — Wiński skinął głową. — Byli wszyscy. — Tak, przypominam sobie dobrze, że nie brak- ło nikogo — potwierdził, pan Ledwoś. — A więc to już mamy ustalone — stwierdził pogodnie Szeruda, aczkolwiek był daleki od ta- kiego stanu ducha. — Teraz pani... — zawiesił głos zwracając się do Nurskiej. — Helena Nurska — przedstawiła się dziew1- czyna. — Wracamy do tematu. Co robiła pani po obie- dzie? — Cały czas byłam w swoim pokoju. Niestety nic więcej nie mogę panu powiedzieć. Na woła- nie pani Klekot wybiegłam tak jak inni. Podobne oświadczenia złożyli i mężczyźni: Led- woś, Jętka i Wiński — toteż Szeruda zakończył rozmowę, zwracając się do obecnych: — W miarę potrzeby będę kolejno wzywał pań- stwa do złożenia formalnych już zeznań. Poza tyra muszę niestety zabronić opuszczania pensjonatu bez porozumienia się ze mną. Zechce pani — zwrócił się już bezpośrednio do pani Bemel — skierować do mnie personel. Skorzystam z zezwo- lenia i ulokuję się w pani pokoju biurowym. 'Ani zeznania kucharki, ani powtórne przesłu- chanie Aliny nie wniosło nic nowego. Nadal brak było najmniejszego punktu zaczepienia. Dopiero 72
Dominik., wezwany jako ostatni, dostarczył infor- macji, która — jak się zdawało — ruszy śledz- two z miejsca. Na stereotypowe pytanie Szerudy, co robił po obiedzie, Dominik, starszy już, siwy mężczyzna wyjaśnił bez pośpiechu: — Ano, udałem się do garażu za domem. Ma- my tam podręczny warsztat, toteż chociaż była niedziela, poszedłem popracować. Już od trzech dni naprawiam... — Mniejsza z tym — przerwał zapowiadający się długi wywód Szeruda. — O której poszedł pan do warsztatu? — Po obiedzie. Jemy wcześniej niż stołownicy. Musiała być trzecia. — Dokąd wychodzą okna warsztatu? — Na podwórze, między domem a garażem. — Czy zauważył pan coś, co zwróciło pana uwagę? — Nie, nic takiego nie widziałem... Chyba... —‘ Dominik zawahał się i popatrzył spod oka na Sze- rudę. \ — No, proszę, słucham? — zachęcił go. — Pracowałem juz chyba z pół godziny, kiedy usłyszałem warkot motoru, więc spojrzałem przez okno Był to skuter pana Wierzycy, ale siedział na nim pan Wiński. Widziałem go wyraźnie, choć krótko, bo właśnie skręcał za róg domu. — Która mogła być wtedy godzina? • Toć mówiłem: jakieś pół godziny po powro- cie =-z obiadu. . — I Jest pan pewny, że był to Wiński? 73
Szeruda zadawał pytanie również spokojnie' jak uprzednio, ale długopis sierżanta zaczął szybciej biegać po papierze. — Nie mam wątpliwości. Znam jego płaszcz w kratę i tę czapkę co zwykle nosi. — Czy twarz widział pan również? — Nie — zaprzeczył Dominik po chwilowym namyśle. — Twarzy nie było widać, bo obrócony był do mnie plecami, a zaraz potem znikł mi z oczu. — Może widział pan i jego powrót? — Nie, bo nie zainteresowałem się tym. Zresz- tą zapuściłem zaraz wiertarkę i pracowałem na niej już do końca, więc nie mogłem usłyszeć mo- toru. — Czy to wszystko? Może widział pan jeszcze eoś? — Nie, proszę pana. Co widziałem, tom powie- dział. ----Zatem proszę podpisać protokół. Dziękuję panu. Kiedy palacz wyszedł, major i sierżant wymie- nili spojrzenia, ale żaden przez chwilę nie za- bierał głosu. Pierwszy przerwał milczenie Paluch. — Patrzcie no, ten Wiński... Wezwać go? — Nie tak szybko, sierżancie, nie ucieknie. Coś mi tu nie gra... — Co ma nie grać! Jeśli go widział, i to na skuterze, sprawa jest jasna. W dziesięć minut mógł facet wszystko załatwić!- Zamordować tam- tego i na czas wrócić do pensjonatu... 74
— O, właśnie! — Szeruda uniósł głowę. — W tym rzecz! Co to znaczy: „na czas"?! — Jak. to, co znaczy? To przecież jasne. Na ten. moment, kiedy wszyscy zbiegli się do dziewczy- ny. — A. więc z góry zakładacie, że to ten sam sprawca? A skąd wiedział, kiedy to nastąpi? Przyjmuję, że to on dosypał trucizny do kawy, ale nie wiedział przecież, kiedy dziewczyna ją wypije i kiedy znajdą zwłoki. — Brał zapewne pod uwagę najgorszą dla sie- bie ewentualność — zastanawiał się Paluch. — Obliczał, że będzie to trwało tylko piętnaście, dwadzieścia minut. Wziął więc skuter, by zmniej- szyć ryzyko. — Chyba macie rację, ale reszta to gąszcz moż- liwości... — Grunt, że mamy sprawcę! Zeznania tego pa- lacza nie nastręczają chyba wątpliwości? — Nie jestem tego taki pewien. Nie zapominaj- cie, kto to jest Wiński. Zwykły waluciarz, który po wykantowaniu wspólników, i te na dużą su- mę, skrył się tu przed nimi. Czy może on mieć cos wspólnego z wypadkami, które rozegrały się tu poprzednio? — Szeruda snuł głośno rozważa- nia. — Co mogło go łączyć z Barczą? Barcza albo coś wiedział, albo był bliski odkrycia jakiejś prawdy. To przestraszyło sprawcę. A Wiński ze sprawą Komasy nie miał nic wspólnego, to wie- W— A więc co obywatel major przypuszcza? — 75
Sierżant Paluch odłożył protokół i spojrzał wy- czekująco na oficera. — 2e to nie Wiński jechał tym skuterem. — A więc ktoś wziął skuter Wierzycy, a płaszcz i czapkę Wińskiego? — Albo tylko to drugie. Bo mógł to być i sam Wierzyca. No, wołajcie teraz Wińskiego! Zoba- czymy, co nam powie. Wiński znalazł się wkrótce przed Szerudą. Ten wskazał mu krzesło naprzeciw siebie, co przy- bysz skwitował ukłonem i usiadł z uśmiechem na twarzy. Szeruda przyglądał mu się przez pewien czas bez słowa. Uśmiech na twarzy Wińskiego z wolna zaczął gasnąć. — A więc wpadka, panie Wiński — odezwał się wreszcie Szeruda — Był pan bardzo nieostroż- ny. — Nie rozumiem... — Wiński na moment uniósł brwi. — Mam na myśli sprawę Barczy, nie tamtą. Twarz Wińskiego straciła wyraz napięcia, co nie uszło uwagi Szerudy. " — Sprawę Barczy? — powtórzył ze zdziwie- niem. — Cóż mnie ona obchodzi?! — Nie obchodzi pana? A dlaczego pan to zro- bił? — O co panu chodzi? Ja nie mam z tym nic wspólnego! — Więc gdzie pan jeździł skuterem po obie- dzie? — Skuterem? Hm... Chwileczkę... Ach! — Wiń- ski raptem zaniemówił i siedział bez słowa, wpa- 76
trując się w Szerudę szeroko rozwartymi ocza- mi. Po chwili pojawił się w nich błysk — ni to tryumfu, ni to radości — którego major nie po- trafił- sobie wytłumaczyć. — No, słucham! — przynaglił go więc. — Cze- mu pan milczy? Wiński opanował się wreszcie i odpowiedział: — Bo pan majoi raczy żartować! Nigdzie nie jeździłem na skuterze! Zresztą nie umiem prowa- dzić żadnych mechanicznych pojazdów, nawet na rowerze ledwie utrzymuję równowagę! — A jednak widziano pana wczoraj właśnie na skuterze, i to w bardzo nieodpowiedniej chwili, bo właśnie wpół do czwartej. Mam na to świadka i jogo zeznanie. — A skąd wiadomo, że to byłem ja? Ten pań- ski świadek mógł mnie pomylić z kimś innym. — Poznano pana po stroju: płaszczu i czapce. — Zatem ktoś wziął z wieszaka moje okrycie! Pan maior zapewne teraz mi nie uwierzy, ale swój ptaszcz znalazłem dzisiaj zupełnie na innym ha- ku, niż go powiesiłem wczoraj! — To już pan będzie wyjaśniał prokuratoro- wi. Muszę pana zatrzymać. Dómero teraz Wiński przestraszył się napraw- dę. Opuścił głowę i siedział zamyślony, przygry- zając dolną wargę. Wreszcie wyprostował się. — Panie majorze, niech pan mnie wysłucha — powiedział z prośbą w głosie. — Przecież pan wie, że interesuję się czymś innym! To, co pan mi ra- no ’ powiedział, starczyło, abym dośpiewał sobie resztę. Wy wiecie o każdym z nas wszystkol Ale 77
dlatego powinien pan wiedzieć, że ani z tym Ko- masą, ani z Barczą nic mnie nie łączyło! Po co miałbym go szturchać nożem? Dla mnie jest jas- ne, że ktoś wziął mój płaszcz i czapkę i teraz śmieje się w kułak! A będzie śmiał się jeszcze bardziej, jak mnie przymkniecie! A potem dowo- dów zabraknie i trzeba będzie Wińskiego prze- praszać! Ale co sobie posiedzę, to posiedzę.. Po- wiedziałem, co miałem powiedzieć, i teraz iriecfe pan robi, co chce. Wiński opuścił głowę gestem pełnym rezygna- cji, ale gestowi temu towarzyszyło uważne spoj- rzenie, lustrujące twarz Szerudy. Ten uśmiechnął się. — Nieźle pan to zagrał, Wiński. Jestem skłon- ny zmienić decyzję. Nie radzę jednak znikać mi z oczu. — Spokojna głowa, panie majorze! Wiński nie taki głupi! - — Na razie zatem niech pan wraca do siebie. Potem się zobaczy. Wiński zerwał się z krzesła i ruszył ku drzwiom jakby w obawie, że Szeruda zmieni decyzję. — Czy stan panny Rutt pozwala na przeprowa- dzenie z nią rozmowy? — spytał .Szeruda,, odna- lazłszy panią Bemel w jadalni. — Byłam u niej przed półgodziną. Wprawdzie leży, ale czuje się już na tyle dobrze, że żarnie^ rza zejść na obrad. ?•
I Wał się więc na piętra. Na pukanie do drzwi f usłyszał ciche „proszę" i wszedł do pokoju, y Był urządzony tak, jak wszystkie inne. Jasne | meble, nieduży dywan, na stoliku wazon z paru ł kwiatami. Kolorowe, na wpół zaciągnięte zasło- L ny przydawały intymności i tak przytulnemu r wnętrzu. } Panna Rutt leżała na uprzątniętym tapczanie L przykrzą kocem, z książką w ręku. Na widok r Szerudy odłożyła ją na nocny stolik. ł Po wzajemnej prezentacji, którą uśmiech dziew* 6 -czyny pozbawił urzędowej sztywności, Beata rzu- . «$a: ' . — Słyszałam już o panu, panie majorze... Szeruda podsunął sobie krzesło bliżej tapczanu, jt . — Mam nadzieję, że nic złego — odpowiedział jE również z uśmiechem i zapytał: — Starczy pani mb sU na krótką pogawędkę? »-• — Ależ oczywiścieI Czuję się już żnacznie to* piej i mam zamiar wstać. — To dobrze, bo chciałbym, aby udzieliła mi g'. pani paru informacji. Jak pani sądzi, co było WEk' przyczyną pani niedomagania? Może poza tą ka*. *ą, o której już wiem, jadła pani po obiedzie eat Jaszcze? Czy nikt pani niczym nie częstował? "HE ‘ — Nie, była tylko ta kawa. ’ — Czy w jej smaku nie było nic, oo zwróciło* pani uwagę? Panna Rutt zastanawiała się przez chwilę. — hłte... — odpowiedziała wreszcie zdecydować gfe. — Nic takiego nie zauważyłam. A nie przy* jgwrsr'Miiii,- by rozmowa z panem Wierzycą zaab- Bt »
' Ą . sortowała mnie do tego stopnia, bym nie poczuła różnicy w smakii... — Chwileczkę, proszę pani! A więc Wierzyca bezpośrednio po obiedzie był tutaj? Beata spojrzała na Szerudę oczami szeroko roz- wartymi ze zdziwienia. Mimo woli stwierdził, żę były to piękne oczy. W ich ciemnej głębi iskrzy- ły się Wesołe ogniki. Czy było w nich tylko roz- bawienie, czy też — zachęta? •— Dlaczego to pana zaskoczyło? Gawędziliśmy sobie o tym i owym — powiedziała, a widząc, że -Szeruda częka na dokładniejsze wyjaśnienie, do- rzuciła: — Powiem panu wszystko, bo wolę, aby usłyszał pan to ode mnie, a nie od innych w for- mie plotek. Interesowałam się Barczą i prosiłam pana Wierzycę o chwilę rozmowy, bo chciałam z nim porozmawiać o Piotrze. Przyszedł więc, ale w dość nieodpowiedniej chwili, bo właśnie mia- łam wyjść i nie mogłańi poświęcić na rozmowę więcej niż piętnaście minut. — Wnoszę z tego, że utrzymywała pani bliższy kontakt ze zmarłym.., — Nie tak bliski, jak może pan podejrzewa. Mimo to... — urwała, a potem cicho dorzuciła: — Jego śmierć wstrząsnęła mną bardzo... Staram się tego nie okazywać,, bo i tak już zaczęto zbyt du- żo mówić na nasz temat. — Czy Barcza nie mówił pani czegoś, co mogło- by wyjaśnić przyczynę jego śmierci? — Nie wiem, czy to właśnie będzie to, o co panu chodzi... Piotr wspominał mi, że wpadł na jaką? koncepcję w związku ze sprawą, która mia- 8a
ła tu miejsce... tego... zdaje się Komasy... Ale ni- czego bliższego na ten temat nie powiedział. — Kiedy rozmawiała pani z nim na ten temat? — Jakieś dwa dni temu. — Dziewczyna utkwi- ła w twarzy Szerudy oczy znów rozwarte szero- ko. Ale tym razem ujrzał w nich strach. — Pani przypomniała sobie coś? O co chodzi? — Nasza rozmowa miała miejsce w pokoju Piotra... pana Barczy. W pewnej chwili usłysza- łam za drzwiami jakiś szmer. Kiedy je otworzy- łam, na korytarzu nie było już nikogo, dostrze- głam tylko rękaw brązowej marynarki, znikają- cej za załamaniem moru... — Czego, proszę pani? — Szeruda wyprostował się na krześle. — Rękaw... Dlaczego pan tak na mnie patrzy? Szeruda pokrył uśmiechem wrażenie, jakie zro- biła na nim ta informacja. — Zdziwiła mnie pani spostrzegawczość. Chcę teraz wrócić do pewnej wzmianki, którą pani uczyniła. O ile sobie przypominam, powiedziała pani, że Wierzyca wybrał nieodpowiedni moment do odwiedzin, gdyż miała pani zamiar wyjść. Czy nie można było tego wyjścia odłożyć, zważyw- szy na interesujący panią temat? — Nie, gdyż byłam umówiona z Barczą. Mieliś- my spotkać się na tej stacyjce, by wybrać się do kina. — Ach, to dlatego Barcza opuścił pensjonat — pokiwał głową Szeruda. — No i pewnie dlatego Otrzymała pani tę zatrutą kawę. Mordercy cho- dziło o zatrzymanie pani w pensjonacie, a nie 31 — To ja, umarły.o<
o uśmiercenie. Chociaż... — major zawahał się — mógł również obawiać się, że Barcza podzielił się z panią swoimi podejrzeniami. A wówczas, jeśli były one słuszne, a na to wygląda, należało usu- nąć i panią... Panna Rutt spojrzała z przerażeniem na Szeru- dę. — A skoro mu się to nie udało? Czy nie bę- dzie usiłował powtórzyć zamachu? — Nie sądzę — powiedział uspokajająco Sze- ruda. — Obecnie byłoby to niepotrzebne ryzyko. Śledztwo już się zaczęło, wstępne przesłuchania dobiegają końca, morderca musi się domyślać, że to, co było pani wiadome, już zostało ujaw- nione. — Będę zamykała się na noc i nic poza stołem nie wezmę do ust! — zdecydowanie rzuciła Beata. Opadła na poduszkę, podciągając koc. — Pana pocieszenia niezbyt mnie przekonują! — Zachowanie ostrożności jest zawsze wskaza- ne, dlatego my również będziemy czuwać nad panią. A teraz chcę wrócić jeszcze do tej kawy. Kiedy Alina ją przyniosła? Przed czy po wizyc-ie Wierzycy? — Przed. Kiedy pan Jerzy wszedł, właśnie za- czynałam ją pić. — W jaki sposób odbywała się rozmowa? Gdzie znajdowała się pani, a gdzie on? — Ja siedziałam na tapczanie, a kawa stała. na tym. stoliku. Pan Wierzyca siedział przy stole. — Czy w czasie rozmowy nie zmieniał miej- sca? A może chodził po pokoju? 82
— Nie, przez cały czas swojej wizyty nie ru- szał się z miejsca. — Nagle w oczach dziewczy- ny' pojawił się błysk zrozumienia. — Ach, domyś- lam się! Pan podejrzewa, że być może to on? Nie, cały czas miałam szklankę albo w ręce, albo tuż przy sobie i pan Wierzyca nie zbliżył się do niej! Jestem tego zupełnie pewna! — Jest jeszcze inna okoliczność, która, zdaje się, wyklucza udział pana Wierzycy w tej spra- wie. Morderstwa dokonano przed godziną sze- snastą dwadzieścia, kiedy Barcza dotarł już do stacji. Należy przypuszczać, że ten, kto wsypał tru- ciznę do kawy, zabił jednocześnie Barczę. A Wie- rzyca, spędzając u pani poobiedni kwadrans, nie zdążyłby dokonać morderstwa, a potem zjawić się na wołanie pani Klekot! — No, to przynajmniej jego jednego nie muszę się bać! — z lekką ironią oświadczyła panna Rutt. — To są tylko takie wstępne koncepcje. Kogo trzeba było się bać. dowiemy się dopiero po za- kończeniu śledztwa. No. dziękuję pani! Szeruda wstał, kierując się ku drzwiom. Po zakończeniu przesłuchań, kiedy towarzystwo zaczęło się rozchodzić, Nurska podeszła do Jętki. — Jestem wstrząśnięta tą tragedią — powiedzia- ła Cicho. — Co to ma znaczyć? — Chodźmy pa nasze leżaki — zaproponował zamiast odpowiedzi. — Będziemy mogli swobod- nie porozmawiać. .Wyszli na taras. Wrześniowe słońce oblewało 83
pełnym blaskiem rozciągniętą przed nimi pano- ramę wzgórz. Zza ściany lasów dochodził przy- tłumiony huk startujących śmigłowców. Gdzieś z piętra rozlegały się nikłe dźwięki radiowej mu- zyki i ledwo dosłyszalne słowa piosenki: ........do zakochania jeden krok..." — Panie Joachimie —> zagaiła dziewczyna, kie- dy usiedli. — Co się tu dzieje? Dlaczego ten bied- ny Barcza zginął? — Pani sądzi, że to ja jestem mordercą? —> odpowiedział nieco ironicznie Jętka. — Być mo- że przyczyną jego śmierci była koncepcja, o któ- rej mówiliśmy tu wczoraj. — A może istotnie to pan go zabił? — spojrza- ła pizekornie na Jętkę.— Bo skąd pan wiedział, że Barcza miał jakąś koncepcję? Wzruszył lekko ramionami, ale wyjaśnił: — Był na tyle nieostrożny, że robił aluzje na ten temat. To gadanie musiało dojść i do spraw- cy. •— Zatem coś w tym musiało być. Coś tak istot- nego, że morderca podjął ryzyko... A więc spraw- ca istnieje, a ja miałam rację, nie wierząc w winę Komasyl — Sam się przyznał... — Ale tylko do kradzieżyl <— Leno, niech mi pani powie, dlaczego ten człowiek tak panią interesuje? W każdej naszej rozmowie wraca pani do tego tematu. A muszę wyznać, że wołałbym, aby ten człowiek nigdy nie istniał. 84
•— Pan ponawia pytanie, a ja ponowię odpo- wiedź. Interesuje mnie sprawa, nie on sam. — Czy pani jest dziennikarką? — Nie, nie jestem. Moje zainteresowanie nie ma charakteru zawodowego. — A więc czysto prywatny? Dziewczyna uciekła spojrzeniem przed jego wzrokiem, ale rzuciła kpiąco: — Skąd taka uparta ciekawość? — Powinnaś wiedzieć sama, jeśli to prawda, że w takich wypadkach kobieca intuicja jest nie- zawodna. — Mnie ona nic nie mówi — odpowiedziała z przekorą, zerkając na niego. — Więc mi nie powiesz? Chwilę milczała, a potem odezwała się z lek- kim westchnieniem. — No dobrze, skoro nalegasz. — Przeszli na „ty", nie zwracając nawet na to uwagi. — Ale tylko do twojej wiadomości, czy obiecujesz mi to? — O ile ujawnienie tego miałoby ci w czymś zaszkodzić, to tak. Sytuacja, w której tkwimy, może przynieść różne niespodzianki. Zachowanie tajemnicy nie zawsze wychodzi na dobre jej wła- ścicielowi. — Zapewnienie dość mgliste, ale skoro się już zdecydowałam, to ci powiem. Może to zmniejszy zainteresowanie, które mi okazujesz — powie- działa żartobliwie i dodała innym już tonem: —• A więć byłam narzeczoną Komasy. Zresztą po- wiedzmy to odważniej, jego kochanką. Czy to zaspokaja twoją ciekawość? 85
— Nie, nie zaspokaja. A więc to uczucie do niego kazało ci przyjechać tu i grzebać się w tej sprawie? Znów zamilkła, jakby ważąc słowa odpowiedzi. — Nie, nie uczucie, bo to należy już do prze- szłości. Postanowiłam jednak przyjechać tu, by w miejscu, w którym ostatnio przebywał, od lu- dzi, z którymi się stykał, dowiedzieć się szczegó- łów dramatu. Bo to nie był człowiek, który po- pełniłby przestępstwo dla pieniędzy. Cezary był impulsywny, wrażliwy, może o słabym charak- terze, ale nie miał w naturze nic z fałszu i nieć uczciwości. I raptem taki czyni Co go do tego zmusiło? — Może jakiś grzech z przeszłości, wykorzy- stany przez kogoś? — Faktem jest, że o swojej przeszłości mało mi mówił. Więc kiedy dowiedziałam się o jego aresztowaniu, początkowo nie mogłam uwierzyć, że chodziło tu o Cezarego! No, więc teraz wiesz — zakończyła i znów wracając do lżejszego tonu dorzuciła: — Mam nadzieję, że to cię uleczy z ro- mantycznych ciągot. — To żadne lekarstwo. Zresztą domyślałem się tego. Czy byłaś przesłuchiwana w jego sprawie? — Nie. Sądzę, że Cezary wystrzegał się wzmian- ki o nas. by nie narazić mnie na przykrości. Mo- że dlatego pozostałam na uboczu, a może dlate- go, że jego wina była tak oczywista, iż dodat- kowe zeznania nie były potrzebne. — Być może — Jętka skwitował krótko to wy- jaśnienie. — Odnoszę wrażenie — powiedział po 86
chwili zastanowienia — że do tego wyznania skło- niło cię coś w rodzaju poczucia wstydu. Ten wstyd kazał ci też, jak sądzę, przyjechać tutaj i badać Całą sprawę. Chcesz znaleźć jakieś usprawiedli- wienie dla samej siebie. — Być może, że masz trochę racji. To nie jest przyjemne tak się zawieść na człowieku, które- go się kochało... — Za to nie odpowiada się nawet przed sobą. W każdym razie dziękuję ci, żeś mi to powie- działa. Położył dłoń na ręce dziewczyny wyciągniętej na poręczy leżaka. Lena ręki nie cofnęła, szybko jednak zmieniła temat: — Ale co się tu teraz dzieje? Nieoczekiwana śmierć Barczy i te dziwne nocne historie? Jak są- dzisz. czy mają ze sobą związek? — Trudno dopatrzyć się jakiegoś związku. Mo- że dlatego, że o śmierci Barczy wiemy jeszcze zbyt mało. Tyle co nam zechciał powiedzieć ten major. — Bardzo przystojny mężczyzna — zaopinio- wała przekornie, spoglądając z ukosa na Jętkę. Ten jednak pominął uwagę dziewczyny milcze- niem. Najpierw pan Ledwoś przyniósł kartkę, którą Szeruda po przeczytaniu wsunął — jak się star- szemu panu wydało — bez zbytniej pieczołowi- tości do kieszeni marynarki. Potem pani Klekot 87
stwierdziła, że buteleczka z kawą przechowywana przez nią w szafie — i pod kluczem — zniknęła. Nie pomogło przepytywanie Aliny i pensjona- riuszy. Nikt oczywiście nie przyznał się, że ma coś z tym wspólnego. Krótko przed obiadem zjawił się Wierzyca. Sze- ruda odbył zaraz kolejną rozmowę. Nie wniosła ona jednak do sprawy wiele no- wego. Inżynier wiedział już o morderstwie — wia- domość rozeszła się w Bazie. Potwierdził swoją obecność w pokoju panny Rutt, a na pytanie, co było przedmiotem ich rozmowy, wyjaśnił zgodnie zresztą z informacją dziewczyny: — Wypytywała się o Barczę. To jego osoba była przyczyną, dla której prosiła mnie o tę roz- mowę. — Dlaczego Barcza tak ją interesował? Wierzyca uśmiechnął się. — Sądzę, że chciała go upolować, a ponieważ należy do osób praktycznych, zapewne postano- wiła upewnić się najpierw, czy zwierzyna warta zachodu. > — Słyszałem, że Barcza istotnie bardzo jej nad- skakiwał. Czy i pan to zaobserwował? — Tak. to zresztą widzieli wszyscy. Było spo- ro żartobliwych komentarzy na ten temat. i— Czy to ona wyznaczyła termin rozmowy? — Nie. W sobotę po kolacji prosiła mnie, abym ją odwiedził przy najbliższej okazji. Obiecałem to, a że akurat wczoraj po obiedzie nie miałem nic do roboty, poszedłem do jej pokoju, / 83 i
*— Czy pan wie, że właśnie w tym czasie ktoś posłużył się pana skuterem? — Naprawdę? I pan przypuszcza, że to mógł być morderca? — rzucił z ożywieniem Wierzy- ca. — Teraz rozumiem, dlaczego dziś rano mu- siałem szukać -kluczyka do motoru! — Nie nosi go pan przy sobie? —'Nie, bo stale obawiam się, że go zgubię. Kładę go zawsze na tym samym miejscu, na noc- nym stoliku. Dziś rano nie było go tam i chcia- łem już sięgnąć po drugi, ale wreszcie się zna- lazł! — Gdzie był? — Leżał na podłodze, w pobliżu drzwi. — Hm... to ciekawe. A więc sprawca pofaty- gował się, aby go panu zwrócić. Bardzo to uprzej- mie z jego strony, bo przecież wiązało się z tym pewne ryzyko. Ktoś mógł zobaczyć, że wrzuca ten kluczyk do pańskiego pokoju. — Większe ryzyko podjął popełniając to mor- derstwo — mruknął Wierzyca. — Tym bardziej nie powinien podejmować ko- lejnego. Ale widać to skrupulant. Czy ma pan jeszcze jakieś spostrzeżenia, które warte są na- szej uwagi? Jeśli nie, to dziękuję — zakończył przesłuchanie Szeruda. W chwilę potem na biurku zadzwonił telefon. Był właśnie do niego. W czasie rozmowy na twarzy Szerudy ukazał się wyraz zdumienia, a kie- dy odłożył słuchawkę, jeszcze przez dłuższy czas siedział głęboko zamyślony.
Nikt nie miał ochoty na rozmowę, toteż obiad mijał w milczeniu i nastroju nieomal ponurym — przy stole stało przecież puste krzesło Barczy. Panna Rutt zjawiwszy się w jadalni zamieniła pa- rę cichych słów z Aliną i przesiadła się na inne miejsce. Jętka, który siedział po drugiej stronie pustego krzesła, zagadnął ją w pewnej chwili: — Czy na tym nowym miejscu bardziej .pani służy apetyt? — Ma mi pan za złe, że się przesiadłam? Nie mogłam się zdobyć, aby tam pozostać, gdyż ciąg- le miałabym wrażenie, że... że on siedzi obok mnie... — głos jej zadrżał, jak gdyby przeniknął ją dreszcz. — Rozsądek powinien być silniejszy od wy- obraźni, panno Beato — odezwał się Wierzyca. — Zapewne bała się pani usłyszeć szept nie- boszczyka — usprawiedliwiająco, ale z drwiną, rzucił Jętka. — Niech pan przestanie! — wybuchnęła pani Bemel z pobladłą twarzą. — To są niestosowne żarty, zwłaszcza obecnie! — Zupełnie słusznie — mruknęła pani Klekot, — Ależ to nie są żarty! — obruszył się z po- zorną powagą Jętka. — Również nie żartowałem, ostrzegając Barczę, by nie zajmował miejsca po Komasie! No i proszę, czy nie miałem racji? — powiódł pytającym spojrzeniem po obecnych. — Ależ tak! — wykrzyknął z ożywieniem pan Ledwoś. — Przypominam sobie bardzo dobrze! Ale on nie potraktował tego poważnie i proszę, znów mamy puste miejsce! 90
— Panowie! — upomniał rozmawiających Wie- rzyca. — Zmieńcie temat, chociażby ze względu na panią Ewę. Czy nie widzicie, że niedobrze się czuje? Te żarty są naprawdę nie na miejscu. Nie sądzę, by pan Jętka naprawdę wierzył w to, co mówił — Trudno nie wierzyć faktom — rzucił z prze- kąsem Ledwoś. — A co pan o tym sądzi, panie majorze? — zwróciła się do Szerudy pani Wirginia. — Mamy tu dwa obozy reprezentujące przeciwstawne opi- nie. Pozycja realistów staje się jednak coraz słab- sza. Do którego pan by się przyłączył? — Czy muszę? — spytał z uśmiechem zagad- nięty. — Sądzę, że zachowanie neutralności jest najlepsze. Ale to nie jest takie łatwe, bo otrzy- małem dziś wiadomość, która chyba pozycję reali- stów osłabi jeszcze bardziej... — Co takipgo, panie majorze?! — pan Ledwoś aź przechylił się nad stołem. — Przed godziną miałem telefon z miasta... Wszyscy zamilkli, oczekując dalszego ciągu. Musieli jednak zachować cierpliwość, gdyż właś- nie Alina zaczęła sprzątać ze stołu. Dopiero gdy wyszła, Szeruda wrócił do tematu: — Otóż badania daktyloskopijne na miejscu zbrodni dały zaskakujący rezultat. Znalezione i zdjęte odciski palców należą do człowieka, któ- ry już nie żyje... — Do Komasy? — ledwie dosłyszalnie szepnął Ledwoś, a Szeruda skinął głową. 91
— Właśnie. I dlatego odpowiedź na pytanie pani Klekot nastręczyła mi pewne trudności. — Czy zostało to stwierdzone bez żadnej wąt- pliwości? — spytała pani Bemel wzburzonym gło- sem. — Znajdowały się w kilku miejscach i były zupełnie wyraźne — stwierdził Szeruda, udając, że nie dostrzega pełnego zdumienia wzroku sier- żanta Palucha. Po obiedzie zaś, kiedy znaleźli się w pokoju biurowym, sierżant jak zwykle sprawdził, czy przyległa sypialnia pani Bemel jest pusta, a po- tem zwrócił się do Szerudy: — Obywatel major zapuścił im nielichą bombę z tymi odciskami! — To istotnie bomba, ale nie wymyślona prze- ze mnie. Informację dostałem z Ekspozytury. Oczy sierżanta, utkwione w mówiącego, stały się nieomal okrągłe. — Cóż to za... heca?l Co to znaczy?) Szeruda wzruszył ramionami. — Jeszcze jedna zagadka więcej... I myślę, że nie ostatnia. — Skąd oni wpadli na to, by porównać ślady z odciskami Komasy? — Stało się to przypadkowo. Mają odciski po- równawcze jeszcze z jego sprawy. Pracownik, porównywał je po kolei, więc wziął i oskarżonego, no i natknął się na tę nieoczekiwaną zgodność. — Co to wszystko znaczy, obywatelu majorze?!. Przecież to nie do uwierzenia) — To by znaczyło, Paluch, że te ślady na pi- 92
stolecie, stanowiące dowód przeciw Komasie, prze- stały być dowodem. — A więc Komasa... obywatelu majorze, gadają tu różne rzeczy o nim... że zjawia się po nocach... Cholera wie, ale coś w tym przecież musi byćl — Obywatelu sierżancie — głos Szerudy był surowy, ale towarzyszyły mu wesołe błyski w oczach. — Nie zamierzacie chyba traktować tych bzdur poważnie? Paru mieszkańców tego pensjo- natu może sobie urządzać różne seanse, jeśli z nu- dów nie mają innego zajęcia, ale nas na to nie nabiorą... Paluch nie dawał za wygraną. — W takim razie może obywatel major wytłu- maczy mi, co to wszystko znaczy? Czyżby ktoś celowo wytwarzał atmosferę strachu, licząc na naiwność? Kto i dlaczego? — O, nareszcie rozmawiamy po ludzku — przy- znał Szeruda. Na razie mogę wam tylko obie- cać, że przy waszej pomocy znajdę odpowiedź na postawione pytanie. Czas i cierpliwość,- oto cze- go potrzebujemy. Jasne? — Oczywiście, ale ja z duchami nie miałem dotąd do czynienia — oświadczył rozbawiony Paluch. — Gdybym powiedział o tym komuś z ko- legów, parsknąłby śmiechem. My i duchy, dobre sobie.' Coś jak bajka dla grzecznych dzieci. — Tak, to prawda — westchnął major. — Ale skoro znaleźli się tutaj ludzie, którzy wierzą w brednie o życiu pozagrobowym, możemy przecież wykorzystać i ten element w prowadzonej spra- wie. Różne drogi prowadzą do celu. Mnie też set- 93
nie bawi ta sytuacja, staram się jednak zacho- wać twarz. Wam również radzę zachowywać się podobnie. Niewiele na tym tracimy... Sierżant zastanawiał się chwiię. Widać przyszło mu na myśl coś innego, gdyż zmienił temat: — A to słowo wypisane przez Barczę na po- dłodze? Chyba chodziło mu o rękaw, który wi- działa Rutt, a nie o żadną „rękę", jak obywatel major przypuszczał. Wiemy już, kto nosił brązo- we ubranie. Nie chce pan pójść tym śladem i tro- chę pocisnąć Jętkę? — Wykręci się byle czym, a zostanie ostrze- żony, iż wiemy o tym, że podsłuchiwał. Z nim jeszcze zaczekamy. Teraz zastanawia mnie inny problem... Sierżant rzucił na Szerudę zaciekawione spoj- rzenie, ale milczał wyczekująco. — Mianowicie, co by było, gdyby ta dziewczy- na nie zamówiła kawy? — Nie rozumiem... — Morderca przygotował truciznę, A gdyby nie • miał w czym jej podsunąć? Z tą ewentualnością musiał się liczyć. Co wtedy miał zamiar zrobić? — Pomysł usunięcia tej Rutt mógł mu przyjść do głowy, kiedy usłyszał, że zamawia kawę. — Planując morderstwo musiał jednak wiedzieć o zamierzonej -wyprawie tych dwojga do miasta, a więc o czasie i miejscu ich spotkania. Zatrzy- manie Rutt w pensjonacie było zatem konieczne, gdyż wówczas... — O, właśnie — przerwał sierżant. — Gdyby nie ta kawa, na stacji znaleźlibyśmy dwa ciała. 94
Szeruda pokręci! głową. — To nie takie proste, zwłaszcza że posłużył się nożem. — A może zamawianie poobiedniej kawy na- leżało do zwyczaju panny Rutt? Stąd z góry wie- dział, że będzie okazja, i przygotował truciznę. — Możliwe. Trzeba będzie to sprawdzić. — A potem resztę kawy wykradł z szafy tej baby. Te zamki meblowe otworzy byle gwóźdź — rozważał dalej sierżant. — Tylko że według mnie wiele nie osiągnął, bo i tak wiemy, że była za- truta. A czym, to już nie takie ważne... — W naszej pracy wszystko jest ważne. Użyty środek mógł przecież wskazać mordercę. I mu- siało tak być, skoro zatarto ślad. A poza tym ta kradzież mogła nie zostać popełniona. Sierżant spojrzał ze zdziwieniem na majora, który widząc to dorzucił: — Przecież kawę mogła usunąć sama Klekot. — Klekot? Ta stara baba? — Ej, sierżancie, sierżancie... A nie przychodzi wam czasem do głowy, że ta „stara baba" umyśl- nie wyliczyła tak czas alarmu, by zabójca mógł zjawić się w porę i być obecnym wśród reszty osób? — Cholerna sprawa! — mruknął sierżant sięga- jąc po leżące papierosy. Klepnął się parę razy po kieszeniach, wyciągnął zapałki. — Jest nad czym łamać głowę! — A to jeszcze nie wszystko, bo przecież cze- ka nas najważniejsze zadanie: odzyskanie tych sześciu kryształków do noktowizorów! Nie zapo- 95
minajcie, że zginęło ich dwadzieścia sześć, a przy Komasie znaleźliśmy tylko dwadzieścia! Tych sześ- ciu nie zgubił... — Sądziłem, że najważniejszym zadaniem jest wykrycie mordercy. — To na jedno wyjdzie. Trzymam zakład o pacz- kę piastów. A teraz muszę jechać, pułkownik we- zwał mnie na siedemnastą trzydzieści. Wezmę ła- zika, a wy zostańcie na gospodarstwie. I nie pod- rywajcie tutejszych dziewczyn, to może być nie- bezpieczne... Z tymi słowami Szeruda wstał zza biurka. Rozdział 5 To, co zdarzyło się tego wieczoru, było jeszcze bardziej niezrozumiałe niż wszystkie dotychcza- sowe wypadki. Szeruda wrócił z odprawy około dwudziestej i jeszcze zdążył na kończącą się właśnie kola- cję. Nastrój przy stole nie był lepszy niż w cza- sie obiadu, toteż wkrótce po skończonym po- siłku towarzystwo zaczęło się rozchodzić. W ja- dalni został Szeruda, pani Ewa, Wierzyca i Led- woś, — Nie zaszło nic nowego? — spytał Szeruda pa- nią Ewę, częstując ją papierosem. — Na szczęście, nie. Już doprawdy mam tego dość... Nachyliła twarz nad płomieniem podanej za- palniczki. Szeruda przez chwilę obserwował jej 96
rysy oświetlone płomieniem. Były ściągnięte Ja- kąś troską, która musiała gnębić tę kobietę. Z ko- lei sam zapalił papierosa, potem z krótkim stuk- nięciem zamknął zapalniczkę. — Jeszcze trochę, a wszystko się wyjaśni —‘ rzucił uspokajająco. — Morderca nam nie ujdzie. — Oby — powiedziała cicho ze wzrokiem utkwionym w stojące przed nią nakrycie. — To wszystko jest już doprawdy nie do wytrzyma- nia... — Zbyt mocno to przeżywasz — wtrącił Wie- rzyca. — I mnie żal Barczy, ale mam nadzieję, że major dotrzyma obietnicy! — Panowie uważacie zatem, że za tą śmiercią kryje się zwykły zabójca? — zabrał głos Ledwoś. — A pan wciąż swoje?! — parsknął ironicznie Wierzyca. — Tak, ja wciąż swoje, szanowny panie inży- nierzel — z przesadną grzecznością potwierdził Ledwoś — gdyż wciąż mam nowe dowody! A co pan ma na uzasadnienie swego sceptycyzmu? — Chodzi panu o te odciski palców Komasy na miejscu przestępstwa? — Wierzyca nie porzu- cił ironicznego tonu. — Dla mnie wypływa stąd £• tylko jeden wniosek, i to zupełnie oczywisty! *— Cóż tó za wniosek? — zainteresował się Szeruda. — Morderca, a jednocześnie sprawca tych, po- ' Wiedzmy, „objawów”, to jedna i ta sama osoba, £_ A na pytanie, jak poradził sobie z tymi odcis- fe tami i z resztą, odpowiedzi oczekujemy od pana, fe-' 1 — To Ja, umarły^ gy
panie majorze! — Wierzyca skłonił się z lekka w stronę Szerudy. — To... to doprawdy niesłychane! — Ledwoś pokręcił głową i zwrócił się bezpośrednio do pa- ni Bemel. — Wciąż mnie zduińiewa, proszę pani, to uparte zamykanie oczu na fakty, których wy- mowa nie zgadza się z osobistymi poglądami! Do- wody są aż nadto oczywiste, a mimo to neguje się tę oczywistość. Cóż za upór! Oby tylko dalsze zdarzenia, które zapowiadam, nie uderzyły w nie- dowiarków! Wierzyca chciał właśnie udzielić odpowiedzi na ten wywód, ale w tej chwili od strony holu roz- legł się gwałtowny łoskot, któremu okienne szy- by odpowiedziały rezonansem. Wszyscy zerwali się z miejsc. Po powrocie z kolacji panna Lena zastała w swoim pokoju Almę, ścielącą na noc tapczan. Oświetlająca pokój lampka rzucała smugi światła na ścianę i podłogę To ona sprawiała, że ruchom Aliny towarzyszył wielki, pokraczny Cień. — Okropny dzień... Biedny ten Barcza... — we- stchnęła Nurska, opadając na fotel Była zadowo- lona, że chociaż chwilowo ma towarzystwo. — Tak marnie zginąć — przytaknęła Alina, po- trząsając poduszką. — Teraz znów nie dają nam spokoju. — Może podejrzewają, że to kłoś t nas? Ale to chyba niemożliwe! Na pewno się okaże, że to ja- kiś włóczęga! 98
— I ja nie wierzę, aby wśród nas był morder- ! cal — zgodziła się Alina. — Gdyby tak miało | być, nie zostałabym tu ani dnia! Zresztą i bez te- | go jest czego się bać... — zniżyła głos. — Ale nie myślę, aby to był włóczęga. Przecież podobno przy Barczy znaleźli ślady nieboszczyka... Ale dla- czego się na nim zemścił? — Trudno uwierzyć w taką wersję — rzuciła z wahaniem Lena. f — On wrócił, by dojść swego, ja pani mówię! j. Bo przecież nie po te rzeczy, które tu zostawił! — Zostały jakieś rzeczy po panu Komasie? — zainteresowała się dziewczyna. — A zostały! Po śledztwie kazali kierowniczce przechować je do czasu, jak ktoś się zgłosił Ka- zała je wynieść na strych. j — Co to za rzeczy? — Ja tam dokładnie nie wierni — Alina wzru- ,; szyła ramionami Skończyła słanie tapczanu i sta- l. ła oparta o tramugę drzwi, również rada z okazji . :?* do pogawędki. — Jakaś walizka i torba z książ- - kami.„ — Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale w tej chwili doszedł je z dołu głuchy łoskot. Obie c t ' dziewczyny znieruchomiały wystraszone, a po- jŁ" tern zgodnie rzuciły się ku drzwiom jK'- Mały kinkiet wiszący przy lustrze nie palił się , i hol zalegała ciemność, rozpraszana tylko smu- łtk gą światła padającą z otwartych drzwi jadalni. Po Ś?; poręczy schodow ślizgały się srebrne refleksy od grającego na górze telewizora. Kiedy znaleźli się W holu, Wierzyca rzucił się ku drzwiom sypialni 99
pani Bemel, gdyż właśnie stamtąd doleciał ten za- gadkowy hałas. — Staćl Proszę zaczekaćl — wstrzymał go Sze- ruda rozkazującym tonem. Zza tych drzwi dochodziły właśnie dziwne od- głosy. Były to ciężkie, sapiące postękiwania, przy- tłumione i urywane. — Dlaczego? — Wierzyca zatrzymał się spoglą- dając zdziwiony na Szerudę. Ten przyłożył palec do ust i szepnął: — Chcę najpierw posłuchać, co to może być... —‘ potem dorzucił wyjaśniająco: — Drzwi od biura są zamknięte na klucz, a klucz od zewnętrznych mam w kieszeni, nie może nam ujść. Stanęli więc we czworo i nasłuchiwali z po- chylonymi głowami. Chwilę panowała cisza, a po- tem znów odgłosy powtórzyły się. Za drzwiami sypialni coś się ruszało ociężaie i wolno, a od- głosom tym wtórowało jakieś bełkotliwe mrucze- nie. Na piętrze odezwały się głosy, rozległ się tupot nóg... Za drzwiami zapanowała raptem Ob- sza, wreszcie do uszu nasłuchujących doleciały słowa wymówione łamiącym się, pełnym rozpa- czy tonem: „Powiedz im... Kiedy im powiesz?" \ Szeruda podszedł do drzwi, chwilę stał jeszcz& pod nimi, a potem gwałtownie szarpnął za klam- kę. Widzieli, jak znikną) w ciemności wypełnia- jącej pokój; w sekundę potem rozbłysło w nim światło. W sypialni nikogo nie było. Meble stały na Swoich miejscach, jedwabny, czarno-biały pierrot nadal siedział z rozrzuconymi ramionami w fotelu, joo
wnętrze po- rysowały się Szeruda wy- a ostre elektryczne światło migotało na politurze szafy i stołu. Jedyny znak, świadczący o tym, że ktoś tu był, to rozbity na kawałki, leżący na dy- wanie wazon. Wierzyca ruszył natychmiast ku oknu, a Szeru- da ujął za klamkę drzwi prowadzących do biura. Klamka ugięła się, ale drzwi nie ustąpiły. — Są zamknięte na klucz, a klucz tkwi po. tam- tej stronie — stwierdził obracając się do Wie- izycy, który zakończył właśnie badanie okna. — I ono jest zamknięte — oświadczył inżynier, ze zmarszczonymi brwiami lustrując koju. Zdumienie i rozterka wyraźnie na jego twarzy. — Zaraz sprawdzę drugie drzwi — jął klucz z kieszeni i skierował się do wyjścia. Wierzyca chciał ruszyć za nim, ale w tej chwili pani Bemel zachwiała się i upadłaby na podłogę, gdyby nie pochwycił jej w ramiona. — Zemdlała... — Obrócił głowę ku Szerudzie ponad ciałem kobiety. • — Chyba tak — mruknął Szeruda. — Proszę ją położyć na tapczanie. Zaraz wrócę. Pokój tymczasem zapełnił się pensjonariusza- mi. Szeruda bezceremonialnie rozsunął przyby- ł^eh i wyszedł do holu, kierując się ku drzwiom biurowym. Wsunął w zamek klucz, przekręcił go tiwa\ razy, otworzył drzwi i zapalił światło. Aldi tu nie zastał nikogo. Okna były zamknię- jfe, a za- ich szybami zionęła czarna pustka pocy. pokoju, wszedł sierżant, a za nim Wiński i Led- SWOŚ, który kończył właśnie zdawać im relację fe lot
z przebiegu zdarzeń. Z kolei Ledwoś zwrócił się do Szerudy. Ton słów starszego pana był nieco ironiczny, a na jego twarzy gościł pobłażliwy uśmiech: — Spodziewał się pan znaleźć tu kogoś, panie majorze? — Nie bardzo, bo jak pan widzi klucz od poko- ju pani Bemel tkwi w zamku, a drzwi, jak stwier- dziłem, były zamknięte, — Zatem, gdyby to był zwykły sprawca, musiał- by znajdować się w przyległej sypialni? — To chyba oczywiste — stwierdził spokojnie Szeruda. — Do jakiego więc wniosku pan doszedł? — ton pytań pana Ledwosia nadal był pełen wyro- zumiałej pobłażliwości. — Trudno mi od razu odpowiedzieć na to py- tanie — Szeruda zastanowił się. — Zwłaszcza nie- zrozumiałe są dla mnie te słowa, które usłysze- liśmy... — Czy pamięta pan kartkę z maszyny, którą panu dałem? Tam było podobne wezwanie! — tym razem w głosie Ledwosia zadrgała nuta triumfu. Szeruda skinął już bez słowa głową i zwrócił się do sierżanta: — Kto jest przy pani Bemel? — Wszyscy pozostali, panie majorze! Już pew- nie ją ocucili. — No, to chodźmy do nich. Nic tu nie znaj- dziemy. Światła jednak proszę nie gasić! Pani Bemel biała jak płótno siedziała w fotelu i głową opatią na ręku. Wierzyca musiał już 102
opowiedzieć przybyłym przebieg zdarzeń, gdyż trwała ożywiona wymiana zdań. — Bóproszę państwa o przejście do jadalnil — rzuci/ od progu Szeruda. — Chcę zamienić parę słów z panią Bemel. Sierżancie, proszę pozostać w jądalni i dopilnować, by nikt nam nie prze- szkadzał, Kiedy Paluch starannie zamknął za sobą drzwi, Szeruda przysunął się z krzesłem ku fotelowi pani Ewy i usiadł naprzeciwko. Ta rzuciła nań krótkie, nieco zalęknione spojrzenie, a potem nie przery- wając milczenia opuściła oczy. — Chciąłbym zadać pani parę pytań, i to już teraz. \ — Proszę \pytać... chociaż ja panu nie wyjaś- nię, co tu sie dzieje... — To na iazie zostawmy. Mnie bardziej inte- resuje odpowiedź na pytanie, dlaczego się dzieje. To nieprawdopodobne zdarzenie ma jakiś głębszy sens, którego nie mogę jeszcze uchwycić. Sądzę jednak, że nie odmówi mi pani pomocy. — Czy zdołam panu pomóc? Jeszcze teraz nie mogę otrząsnąć się z wrażenia... To było okrop- ne... Zdawało mi się, że jakieś niesamowite zwie- rzę dostało się do mego pokoju. Spodziewałam -się, że zastanę tam rozgardiasz, ale poza wazonem nic nie uległo zniszczeniu. I właśnie ten porządek w zestawieniu z tymi dziwnymi odgłosami tak -Siną wstrząsnął... — Mnie\ utkwiły w pamięci przede wszystkim fłnwa. Co\one mogły znaczyć? Co pani wie, że i 03
ź tak błagalnym naciskiem głosu ten domagał się pani wyznania? — Kiedy ja... ja doprawdy nic nie wiem... — wyszeptała kobieta załamującym się głosem. —' Doprawdy nie wiem, o ćó tu chodzi... — Pani wie — stwierdził krótko Szeruda. — Dlaczego nie chce pani zrzucić tego ciężaru? Pani musi coś wiedzieć, coś bardzo ważnego, bo skąd te same słowa skierowane po raz drugi właśnie do pani? Wszystko wyraźnie wskazuje na to, ż« pani ma udzielić odpowiedzi... Bemel ujęła twarz w dłonie i wybuchnęła pła- czem. Przez jej szloch Szeruda usłyszał wyma- wiane szeptem słowa, i to raczej do samej siebie niż do niego. — Nie mogę... ja tego nie mogę przecież zro- bićll! — No, trudno... — Szeruda postanowił ponie- chać dalszego nacisku. — Proszę teraz odpocząć i nieco ochłonąć. Przyślę tu którąś z pań. — Nie, niel — wykrzyknęła gwałtownie. — Proszę mnie samej nie zostawiać w tym pokoju! Nie zostanę tu za nic! — wykrzyknęła wstając z fotela. — Pójdę z panem. Proszę mi tylko nie- co pomóc... Szeruda wsparł ramieniem-słaniającą się na no- gach kobietę i wyprowadzi! ją do holu. Z jadalni wyszła im naprzeciw pani Klekot, jak zawsze go- towa do udzielenia pomocy. Obie kobiety poszły na górę, a Szeruda skierował się ku jadalni, gdzie zebrane towarzystwo komentowało nowe wyda- rzenie, 104
Obdęnie nikt już nie sprzeczał się z panem Led- yrosierĄ. Nawet Wierzyca ponuro Szertjda zajął fotel obok niego czas przysłuchiwał się wywodom tTen uftaśnie rekapitulował dane: więc i jedne, i drugie drzwi od biura by- ły zamoknięte na klucz, który znajdował się w kie- szeni na majora. Tamtędy nikt więc nie mógł się przedostać. Okno w pokoju pani Ewy było zamknięte\ co stwieidził sam pan Wierzyca, w po- koju biurowym zresztą także. I oto, proszę pań- stwa, najpierw słyszymy gwałtowny huk w sy- pialni naszej kierowniczki, potem stojąc już we czwórkę pod jej drzwiami jakieś dziwne odgło- sy, a kiedy drzwi zostały otwarte, okazuje się, że w pokoju nie ma nikogo... Czyż może być zatem inne wyjaśnienie tego nadzwyczajnego zjawiska niż to, które już podałem na wstępie?! Szeruda? przerwał starszemu panu: — Proponuję, abyśmy rozważania nad istotą tego zjawiska odłożyli na później. Do tego rodza- ju dyskusji trzeba by włączyć fachowców, mnie zaś interesuje w danej chwili ćo innego. Pragnę, Mbyście państwo pomogli mi to wyjaśnić. Wszyscy zamilkli wyczekująco. — Obciąłbym zająć się zagadnieniem przyziemnym, czy. Gdzie £ legł się ten nie zwalniam pana Wierzycę i Ledwosia, bo znaj- ffowaliśmy się razem, tu w jadalni. Pani? — za- jpzął od Nurskiej. miiczał, i przez pewien starszego pana. Sądzę, że pan Ledwoś mi ństwo byliście chwili, ? Od owiedzi na bardziej to wyba- gdy roz- to pyta- 105
— Byłam u siebie w pokoju — odpowiedziała dziewczyna. — I to nie sama, bo zasiałam u sie- bie Alinę, która przygotowywała na noc pościel. Rozmawiałyśmy trochę i wtedy właśnie... — Dziękuję. Panna Rutt? — Udałam się na górę z panną Nurską, panem sierżantem i panem Wińskim, Pożegnaliśmy się na korytarzu, a wkrótce potem, już u siebie w pokoju, posłyszałam ten hałas. Obaj panowie skinęli głowami na potwierdze- nie tych słów. — Gdzie pan był, panie Wiński? — Tak jak i panna Rutt u siebie w pokoju. — A pan Jętka? — Szeruda spojrzał na młode- go człowieka. — Wyszedłem z jadalni pierwszy i nie zapa- lając światła w górnym holu włączyłem telewi- zor. Kiedy te cztery osoby udawały się do siebie, oglądałem audycję. Tam też dotarł do mnie ten dziwny hałas. — Tak, przypominam sobie — oświadczyła pan- na Rutt, a sierżant i Wiński znów skinęli głowa- mi. — Widziałam wyraźnie zarys postaci pana Jętki w poświacie, jaka biła z ekranu. — Zatem w ten sposób kółko zamknęło się -— stwierdził Szeruda. — Wątpię, aby kucharka czy Dominik mogli coś ciekawego powiedzieć, ale jeszcze ich o to zapytam. Zagadka — kto lub co buszowało w pokoju pani Bemel — pozostaje nie wyjaśniona. Zobaczymy jak długo. 106
Rozdział 6 Następnego dnia koło południa przed tarasem pensjonatu zatrzymał się lśniący czerwonym la- kierem volvo Wysiadł z niego przysadzisty, tęgi mężczyzna z walizeczką w ręku i ruszył ku stop- niom tarasu, niknąć z pola widzenia Szerudy, któ- ry obserwował go z okna biurowego pokoju. Rano otrzymał wiadomość z Ekspozytury o tym przyjaździe. Oczekiwał go z pewnym zaintereso- waniem, nie wiedząc, jak rozwinie się dalej sy- tuacja.\ / Po ostatnich wydarzeniach pani Bemel zmieniła sypialnię\i przeniosła się/do jednego z pokojów na piętrze/Śzeruda z kolei zajął jej dotychczaso- wy pokój, mając~w"ten sposób w pobliżu telefon. Posłyszał w bólu głosy. Cichy, przytłumiony pa- ni Bemel i męski, nieco sepleniący, przybysza. Po chwili rozległo się pukanie i na przyzwalające „proszę" na progu stanęła pani Bemel. — Muszę załatwić pewne formalności — rzu- ciła przepraszająco — a wszystkie moje teczki zostały jeszcze tu. Mamy nowego gościa. — Oczywiście, proszę bardzo! A jeśli będę przeszkadzał... — Ależ nie, to tylko chwilal Muszę odebrać skierowanie i załatwić niektóre formalności. Za panią Bemel wszedł przybysz i teraz Szeru- da mógł go, sobie dokładnie obejrzeć. Był to męż- czyzna około czterdziestki z pierwszymi oznakami Otyłości. Pełne policzki czyniły twarz niemal okrąg- 107
łą, a ciężkie, nabrzmiałe, powieki stale ukrywały spojrzenie małych, czarnych i ruchliwych oczek. Był ubrany w jasny garnitur z angielskiej wełny, na jego ramieniu zwisał płaszcz zdradzający rów-* nież zagraniczne pochodzenie, a na jednym z krót-* kich, grubych palców Szeruda dostrzegł ciężki, złoty sygnet. — Pan major Szeruda — przedstawiła go pani Bemel. Szerokie, czarne brwi przybysza uniosły się na moment w górę. Ale to trwało tylko moment. Na twarzy gościa ukazał się natychmiast uśmiech, Postawił na ziemię walizeczkę i wyciągnął doi Szerudy tłustą dłoń. — Kozior jestem — oznajmił dobitnie, a po-* tem dorzucił: — To i nasze wojsko korzysta z wypoczynku w tej pięknej okolicy? , . — Przebywam tu służbowo — stwierdził krótko Szeruda, nie odwzajemniając uśmiechu. — Popeł- niono tu morderstwo — mówiąc to nie spuszczał wzroku z twarzy przybysza. — Co?... — wyjąkał Kozior. — Morderstwo? Więc pan jest z milicji? — Mniejsza o to, skąd jestem — uciął Szeruda.. ' Kozior przejęty usłyszaną wiadomością nawet nie zwrócił uwagi na wyraźnie opryskliwy ton odpowiedzi, bo wykrzyknął: — Morderstwo? Tutaj? W tak spokojnym ustroi niu? Kto by to mógł przypuszczać... Prasa nid o tym nie pisała. — Jeszcze napisze... — uspokoił go Szeruda, — Czy dawno zostało popełnione? łoą
Sd paru dniami. w pensjonacie? w pobliżu — objaśnia! cierpliwie Sze- Ale zabity został jeden z tutejszych ców. jeśli wolno wiedzieć?! — Kozior rap- aiósł głowę. — Czemu pan pyta? Czyżby znał pan tutaj ko- goś? — odpowiedział pytaniem Szeruda. Kozior na sekundę zmieszał się. — Nie. skądże! Ale znajomych człowiek może spotkać wszędzie! — wyjaśnił sentencjonalnie. — Zabity został Piotr Barcza. Kozior opuścił głowę i stał chwilę w milcze- niu przygryzając dolną wargę. Potem odezwał się Z wyraźną rozterką: — Hm... To ja... K Nie zdołał jednak dokończyć zdania, gdyż pa- . ni Bemel, zajęta przez cały czas tego dialogu swo- ją papierkową robotą, uniosła głowę i zwróciła się do niego: — Ma pan pokój piętnasty. Schodami w holu . dotrze pan do korytarza. Proszę, oto klucz od pań- y skiego pokoju. Pory posiłków są podane na wy- .- Wieszkach. Tak więc tego zdania, rezygnację z Xnu klucz. Tego braku zdecydowania bardzo po- w/.tem żałował. Potem już bez słowa skierował się ku drzwiom, Szeruda wyszedł za nim, by poszukać w jadał- pan Kozior nie dokończył rozpoczę- w którym chciał zdaje się wyrazić pobytu, i odruchowo przyjął podany 109
ni ostatnich gazet. Znalazł się więc w holu razem z panem Koziorem, który zaczął właśnie wstępo- wać na schody. U ich szczytu ukazał się raptem Wiński. Zaczął schodzić w dół, pogwizdując jakąś melodię i bez- trosko kręcąc na palcu klucz od swego pokoju. Gdy zobaczył Koziora, jego gwizd urwał się nagle. Wiński zatrzymał się i spoglądał na przy- bysza, jak gdyby ujrzał upiora. Ten zatrzymał się również, ale nic nie wskazywało, by spotkanie to zrobiło na nim jakiekolwiek wrażenie. Dzielił ich zaledwie jeden stopień. Kozior prze- łożył walizkę do lewej ręki, prawą wyciągnął do Wińskiego i odezwał się z uśmiechem: — Zapewne pan również jest tu gościem? Pan pozwoli, że się przedstawię. Kozior jestem... — Ja... ja... — Wiński robił wrażenie człowie- ka. któremu zabrakło tchu. Zdołał jednak opa- nować się i ujął wyciągniętą dłoń. — Wiński... Istotnie jestem tu gościem. Niedaw- no... to jest od pewnego czasu... — Cieszę się zatem, że jeszcze się zobaczy- my. — Kozior skinął głową i ruszył w górę, zni- kając po chwili za rogiem. Wiński zszedł na dół już opanowany i widząc, te Szeruda był świadkiem całej sceny, zawołał- — Cóż za podobieństwo do człowieka, którego kiedyś znałem! — Tak, widziałem, że to spotkanie nieco pana zaskoczyło — stwierdził obojętnie Szeruda. — Nie zna pan tego jegomościa? — Ależ skąd — zaprzeczył żywo Wiński. ?— 110
Jednak zgłupiałem zupełnie, bo tamten facet od dwóch lat nie żyjef — gBywaią takie podobieństwa — zgodził sią Szeruda, gdyż utrudnianie sytuacji Wińskiemu uznał za niecelowe, i skierował się do jadalni. Jednak gazety, które miał zamiar przejrzeć, wziął w swoje władanie pan Ledwoś, ulokowa- ny w jednym z foteli. — Proszę, nieclt pan siada — starszy pan wska- zał majorowi fotel obok siebie, odkładając na ko- lana dziennik, który czytał. — Oczywiście, jeśli pogawędka z takim nudziarzem jak ja nie będzie dla pana zbyt uciążliwa! Szeruda opad! na fotel. — Ależ przeciwnie! Pana wywody są niezmier- nie frapujące — zapewnił bez zmrużenia oka. — Początkowo byłem niemal odosobniony W swojej ocenie zdarzeń, może... może poza panią Bemel — rozpoczął swój wywód pan Ledwoś. — Bo tylko ona zetknęła się z tym wszystkim bez- pośrednio i dla niej nie był to temat do kpin. — A dla innych? — Niektórzy pokpiwali, ale tylko na początku, bo obecnie zmieniają zapatrywania. Na przykład Jętka, tak zwykle skory do drwinek, teraz ich . zaniechał. Wymowa faktów stała się zbyt oczy- wista. — A Wiński? — Dla mnie Wiński, proszę pana, to typowy .przedstawiciel pewnej grupy ludzi. Tych, co to uważają, że wiara w życie pozagrobowe a wiara ,w gusła to jedno i to samo i że należy się jej 111
wstydzić. Ale w gruncie. rzeczy nie. wiedzą, co o tym sądzić, i w duchu trzęsą się ze strachu na myśl o takiej „przygodzie". —• A więc jedynym i nieprzejednanym oponen- tem pozostał Wierzyca? Takie przynajmniej od- niosłem wrażenie. — Tak — zgodził się pan Ledwoś. — Chociaż i jego wystąpienia przeciwko mnie straciły na ostrości. — Naprawdę? A więc było gorzej? Czemu pan to przypisuje? — Niedwuznacznej wymowie faktów. Nie po- trafi ich sobie wytłumaczyć. Zresztą pan Wierzy- ca w ostatnich dniach nie tylko pod tym wzglę- dem bardzo się zmienił. — Tak? Od kiedy? I na czym ta zmiana pole- ga? — Chyba od śmierci Barczy. To nie ten sam człowiek. Przedtem był bardziej zrównoważony i towarzyski. Teraz stale widuję go w ponurym nastroju. Stał się opryskliwy i jakby czegoś zde- nerwowany. — Bardzo ciekawe spostrzeżenia zwłaszcza dla mnie, gdyż zjawiłem się tu niedawno i dopiero po dramacie, nie mam więc możności dokonywania porównań. A co pan sądzi o innych? Pan Ledwoś zadowolony z pochwały podjął z ożywieniem: — Najgłębiej przeżywa obecne wypadki nasza kierowniczka. Ta biedna kobieta mizernieje z dnia na dzień. Proszę zaobserwować ją przy stole, ostat- nio nic nie jej m
— Wydaje mi się, że te zdarzenia najmniej- sze wrażenie zrobiły na pannie Nurskiej i Jętce. Czy i pan jest tego zdania? .Ledwoś skinął głową. — Chyba tak, ale oni są najmłodsi w naszym gronie. Natomiast już z panną Rutt jest inaczej. Okazuje nerwowość i przygnębienie, ale to zro- zumiałe, bo podobno interesowała się Barczą. Mo- że bardziej, niż sądzimy, i stąd zapewne ta zmia- na w jej zachowaniu. — A pani Klekot? — Ta z powodzeniem panuje nad sobą, trudno więc o niej coś powiedzieć. -— Użył pan określenia: „panuje nad sobą". Znaczy to, że jej spokój jest pozorny? Czy zauwa- żył pan coś, co by wskazywało, że pod maską tego spokoju coś się kryje? — Tak,' proszę pana. Ale to tylko parę spoj- rzeń, nic więcej. Ale rzuconych w chwili, kiedy mogła przypuszczać, że nie jest obserwowana. — Cóż było w tych spojrzeniach? — spytał z zaciekawieniem Szeruda. Ten starszy pan oka- zywał się bystrzejszym obserwatorem, niż można było przypuszczać. — Radość, a może triumf I to' wtedy, gdy pa- trzy na tę biedną Bemel. Muszę przyznać, że bar- dzo mnie to zaskoczyło. — Pana diagnozy są bardzo ciekawe i dowo- dzą dużej spostrzegawczości — stwierdził Szeru- da, tym razem zgodnie z wewnętrznym przekona- niem. — Chętnie usłyszałbym również pańską opinię o Wińskim. • — To ja, umarły... 113
—Muszę panu wyznać, że właśnie zachowanie Wińskiego było dla mnie najbardziej uderzające. Wszyscy inni, każdy na swój sposób, okazują wrażenie, jakie na nich wywarła śmierć Barczy. Otóż Wiński jest tu wyjątkiem. Morderstwo trak- tuje tak, jakby to był dla niego błahy wypadek. Ale jednocześnie wyczuwam w nim stan we- wnętrznego napięcia. Jest jak wyścigowy gracz, który postawił na konia, i teraz dygocze z pod- niecenia. Wygra, czy nie wygra? — Hm... — Szeruda zamyślił się. — To bardzo ciekawe,' co mi pan powiedział. Było już późne popołudnie, kiedy panna Nurska wyszła ze swego pokoju i rozglądnąwszy się uważ- nie po korytarzu zamknęła za sobą drzwi. Korytarz był pusty i mroczny. Wszędzie pano- wała cisza, wypełniała korytarz 1 trwała za po- łyskującymi taflami drzwi. Nurska ruszyła przed siebie, starając się jej nie zakłócić. Chodnik tłu- mił kroki, ale schody prowadzące na mansardę skrzypnęły pod nią dwukrotnie. Za każdym razem zatrzymywała się i chwilę czekała, czy dźwięk ten nie wywabi z pokoju któregoś z pensjona- riuszy. Korytarz na mansardzie był znacznie krótszy 1 nie tak ciemny, gdyż z jednej strony oświetla- ło go wąskie, podłużne okno. Nie było tu chod- nika, ale drzwi na strych, do których zdążała z kluczem w dłoni, były blisko. Klucz wszedł w otwór cicho, kiedy jednak go IM
przekręcała zgrzytnął głośno i piskliwie, obejrza- ła się więc trwożnie za siebie. Znów ogarnął ją mrok, choć nie tak gęsty jak na korytarzu, bo dwa nieduże okienka przepusz- czały tu nieco światła poprzez zakurzone szyby. Jednak nikłe światło nie było zdolne wypłoszyć wszystkich cieni, czających się po kątach roz- ległej przestrzeni strychu z rzędami drewnianych słupów podtrzymujących więźbę dachu. Pomiędzy kilku takimi słupami, na przeciągniętym sznurze, suszyła się bielizna. Dając pannie Nurskiej klucz, Alina objaśniła dokładnie, gdzie znajdują się rzeczy Komasy. Dziewczyna bez wahania minęła pierwszy komin, potem następny. Miało tu być przepierzenie z de- sek, a gdzieś przy nim walizka i torba. Przepierzenie znalazła. Obok zarysowały się z półmroku kontury starych, połamanych sprzę- tów, pokrytych kurzem i zapomnianych, bo bez- .. użytecznych: duży, marmurowy wazon z utrą- t. eonym uchem, zapewne z jakiejś dawnej, pańskiej .siedziby zawleczony tu koleją swego losu, pozba- wiona drzwi szafa zionąca czarnym wnętrzem, a przy niej, rozpraszający swoją pogodą ponury nastrój tego kąta — koń na biegunach o białej sierści, z dziarsko nastawionymi uszami. ó Walizkę znalazła obok szafy. Na jednej z pu- Styeh, drewnianych skrzyń stała ceratowa torba. Ponieważ stwierdziła na pierwszy rzut oka, że tor- ba była wypełniona książkami, zajęła się przede ||, Wszystkim walizką. |T.‘ Nie była ciężka, toteż bez trudu przeniosła ją
bliżej okienka. Dopiero teraz przyszło jej na myśl, że jeśli będzie zamknięta na klucz, cała jej wy- prawa okaże się daremna. Ale zasuwki zamków odsunęły się posłusznie i mogła unieść wieko. Zawartość rozczarowała ją. Wewnątrz zna- lazła nieco bielizny parę podniszczonego obu- wia zawiniętą w papier, równie starą marynar- kę, a pod nią skręcony w kłąb sweter w koloro- we pasy. Z pewnym wzruszeniem sięgnęła po ten swe- ter, gdyż przypomniała sobie chwilę, kiedy ofia- rowywała go w prezencie kochanemu wówczas człowiekowi. Rozwinęła go więc z podświadomym pragnieniem bardziej starannego ułożenia. A wte- dy wysunęła się z niego długa biała rękawiczka i upadła na zakurzone deski podłogi. Podniosła ją ,i zbliżywszy się do okna oglądała z zacieka- wieniem. Rękawiczka miała wydłużony mankiet i była zrobiona z jakiejś dziwne], srebrzyście połysku- jącej masy,- w dotyku przypominającej gumę. Ale najdziwniejsze było to, co dostrzegła na jej we- wnętrzne] stronie — linie powstałe ze zgięcia pal- ców i dłoni. Oglądała ją zaciekawiona tymi szczegółami, za- stanawiając się, do czego mogła służyć Komasie? I wtedy nawiedziło ją raptowne przeświadczenie, że nie jest sama, że coś dzieje się za jej plecami. Nie zdawała sobie sprawy z przyczyny tego odczucia. Być może wywołał go jakiś szelest, któ- ry doszedł do jej podświadomości, być może był to instynkt alarmujący o niebezpieczeństwie. 116
Przez chwilę stała, nie mogąc zdobyć się na żaden ruch, a potem poczuła raptowny bezwład nóg i skurcz gardła, gdyż wyraźnie już usłyszała za sobą ciche, przeciągłe sieknięcie. Obróciła się gwałtownie. Z otaczającego ją mro- ku, chwiejąc się, posuwał się ku niej biały kon- tur. Zbliżał się wolno, z jakąś ociężałą powolnoś- cią, ale odległość zmniejszała się nieubłagalnie. Potem na ten obraz opadła czarna zasłona. Wszyscy byli w jadalni i czekali na kolację, którą lada chwila miała podać Alina. Nowo przy- były gość zdołał już poznać wszystkich i brał udział w ogólnej rozmowie. W pewnej chwili Wie- rzyca rozejrzał się i zagadnął panią Bemel: — Nie widzę wśród nas panny Nurskiej. Zwykle jest bardzo punktualna... Właśnie weszła Alina z ustawionymi na tacy półmiskami, więc pani Ewa zwróciła się do niej: — Idź, moja droga, do panny Nurskiej i po- wiedz, że kolacja jest już na stole. Atmosfera w pensjonacie była tak napiętą, że po wyjściu pokojówki wszyscy mimo woli zamil- kli. Zapanował nastrój niespokojnego oczekiwa- nia. Kozior, jako świeżo przybyły, rozejrzał się zdzi- wiony i spytał najbliżej stojącego Ledwosia: :— Cóż w tym nadzwyczajnego, że ktoś się spóźnił? Dlaczego wszyscy raptownie zamilkli? — Gdyby był pan z nami nieco dłużej, pytanie byłoby zbędne. 117
— Nie rozumiem... — Kozior spojrzał z kolei na Wińskiego. — Były tu hece, że pękać ze śmiechu! — objaś- nił ten. — Duchy nie dają nam spokoju! — Śmierć Barczy trudno nazwać hecą! — obu- rzył się pan Ledwoś. — No tak... — przyznał Wiński — .ale nie o tym myśłałem... W tej chwili ukazała się Alina i rzuciła już od progu: — Panny Nurskiej nie ma w pokoju! Zapanowało ogólne poruszenie. Wierzyca, by zapanować nad ogólnym gwarem, zawołał: — Proponuję, abyśmy natychmiast rozpoczęli poszukiwania! Trzeba przetrząsnąć cały dom! Wszyscy spojrzeli na Szerudę. Ten skinął gło- wą, ale dodał: — Sierżant obejmie kierownictwo. Dwie osoby przejrzą górę, dwie piętro. Ja z panem Ledwosiem przeszukamy dół. Reszta pozostaje na miejscu. Rozpoczęte poszukiwania przerwane zostały wkrótce przez okrzyk Wińskiego, który wraz z Jętką udał się na przeg’ąd mansardowych po- koi i strychu. W chwilę potem obaj wnieśli dziew- czynę do dawnej sypialni pani Bemel i ułożyli ją na tapczanie. - . Nurska żyła, ale była nieprzytomna. Przynie- siono wodę, ale ani spryskiwanie twarzy, ani in- ne próby przywrócenia przytomności nie dawały rezultatu. Wreszcie pani Klekot, która jak zwykle weszła w rolę pielęgniarki, odstąpiła od tapczanu i powiedziała stanowczo: 118
To nie jest zwykłe omdlenie. Ona dostałs Jakiś zastrzyk! W tej chwili głowa dziewczyny przechyliła się na bok, a wargi^jaczęły się poruszać. Zdawało się, że coś szeptała, ale nie można było z tego szeptu wyłowić ani jednego słowa. Szeruda nachylił się i z uchem przy jej ustach czekał cierpliwie. Cierpliwość ta nie okazała się daremna, gdyż wreszcie zdołał wyłowić z szeptu parę urywanych słów. Najpierw usłyszał nieco wyraźniej: „Cezary przyszedł...", a potem ledwie dosłyszalne: „...po rękawiczkę..." Wyprostował się i spojrzał po obecnych, któ- rzy milcząc wpatrywali się w jego twarz. Mil- czenie to przerwał Wierzyca: — Dosłyszał pan coś, panie majorze? — Nic zrozumiałego. Coś w rodzaju: „Cezary przyszedł..." — Tylko tyle? — w głosie Wierzycy zadrgała ledwie uchwytna nuta kpiny. — Dla mnie i to wystarczy, by wiedzieć, o co tu chodzi! — zaopiniował zdecydowanie pan Led- , WOŚ. — Jeśli pan zezwoli, pójdę zadzwonić po pogo- towie! Lekarz jest tu niezbędny! Czy biuro za- mknięte? — spytał Wierzyca. — Nie, proszę dzwonić — zgodził się Szeruda i zwrócił się do obecnych: — I znów muszę pań- stwa prosić o opuszczenie tego pokoju. Pozosta- ną tu sierżant i pani Klekot, o ile zechce zaopie- kować się panną Nurską. 119
— Oczywiście, że pozostanę — zgodziła się pani Wirginia. — Ale bez lekarza nic tu nie po- radzimy! Kiedy towarzystwo z wolna kjprowało się ku drzwiom, Szeruda zwrócił się do Palucha, odcią- gając go na bok. — Gdzie znaleziono dziewczynę? — spytał ci- cho. — Na strychu, obywatelu majorze. — Kto ją znalazł? — Wiński i Jętka, bo im przydzieliłem górę. Zresztą... — Sierżant zawahał się. — No, co chcieliście dodać? — zachęcił go Szeruda. — Nie wiem, czy to ma znaczenie, ale Wiński wyraźnie nalegał, bym go wysłał na strych... — Odnieśliście takie wrażenie? — Szeruda lek- ko zmrużył oczy, zastanawiając się, i polecił: — Teraz przygotujcie się do wyjazdu. Chcę, abyś- cie pozostali przy dziewczynie również w szpitalu aż do otrzymania zmiany. Załatwię to telefonicz- nie. Zwińcie się szybko, będę na was czekał. Po powrocie sierżanta Szeruda udał się do ja- dalni, gdzie wszyscy zebrali się, omawiając nowe zdarzenie. Jedynie Kozior trzymał się na uboczu, ale pilnie słuchał wygłaszanych komentarzy. — Połączył się pan z pogotowiem? — zwrócił się do Wierzycy, wchodząc do pokoju. — Tak. Już wyjeżdżają. — Tym razem nie będę pytał, gdzie kto był w ciągu ostatnich minut, gdyż nie sądzę, by wszy- scy powiedzieli mi prawdę — oświadczył na wstę- 120
pie. — Natomiast poproszę, by pan Wiński opo- wiedział nam, jak znalazł pannę Nurską, a pan Jętka zechce korygować ewentualne nieścisłości. Szeruda odszukał wzrokiem Wińskiego. Kiedy ich spojrzenia zetknęły się, ze zdumieniem ujrzał w oczach tamtego wyraz lęku. Kiedy zaś odezwał się, słowa początkowo padały chaotycznie, jakby mówiący z trudnością łapał wątek tego, co chciał powiedzieć. — Zaraz poszliśmy na górę... To znaczy ja i pan Jętka... To znaczy do mansardowych pokoi... ale nic w nich nie było... no, były puste...,Potem uda- liśmy się na strych — tu Wiński już się nieco opanował — po kilku krokach ujrzeliśmy pannę Nurską. Leżała niedaleko okna, za drugim komi- nem. Obok otwarta walizka, z której ona czy ktoś inny wyrzucił na podłogę rzeczy... Stwierdziliś- my, że dziewczyna oddycha... — Chwileczkę. Co' to były za rzeczy? — Było tam trochę bielizny, jakieś stare buty, marynarka i sweter w kolorowe pasy. — Nic więcej? W oczach Wińskiego, kiedy odpowiedział z rze- czywistym czy udanym zdziwieniem, zjawił się wyraz popłochu: — Nie... chyba nie... A co miałoby być? Szeruda spojrzał przelotnie na Jętkę, który w milczeniu skinął głową. ' — Nie wiem co — odpowiedział Wińskiemu zimno — pytam dla ścisłości, bo łatwo czegoś nie dostrzec. No a dalej? 121
— Dalej to już nic. Wzięliśmy pannę Nurską j 1 zanieśli na dół... — Wiński urwał i odetchnął jak po długim biegu. — Czy pan Jętka nie ma nic do dodania? ! Tym razem zagadnięty zaprzeczył. j — Zatem wynikałoby z tego, że panna Nurska sama udała się na strych i tam znalazła walizkę. No i ktoś ją przy tym zaskoczył. Ktoś, kto potem ! dał dziewczynie zastrzyk... j — Sądząc z jej słów, zetknęła się tam z czymś ś niezwykłym — odezwał się Ledwoś. — Bo Ko- j masie było przecież na imię Cezary. ' — Zachodzi możliwość, że została tam zwa- ! biona. — Interesowała się bardzo sprawą Komasy — i odezwała się panna Rutt. — Może ktoś podsunął | jej wiadomość o tej walizce? I — To ja powiedziałam pannie Nurskiej o rze- I czach pana Komasy! — oświadczyła Alina, któ- ra przysłuchiwała się rozmowie. — Ach tak?! Więc to pani... — Szeruda chwilę zastanawiał się: — Kiedy to było? I — Parę dni temu... Chyba przedwczoraj. i — Czy ktoś był przy waszej rozmowie? I — Nie. nikogo. Rozmawiałyśmy o panu Koma- sie w pokoju panny Nurskiej i wtedy powiedzia- łam. — A potem może jeszcze komuś? — Nie, proszę pana — zaprzeczyła dziewczyna. W tej chwili doszedł ich warkot samochodu, a potem światła reflektorów przesunęły się po tarasie. J22
— Przyjechała karetka — stwierdził z wyraźną ulgą Jętka. — Nareszcie będziemy mieli lekarza! Szeruda wyszedł do holu, gdzie zobaczył sanita- riuszy z noszami, poprzedzanych przez niskiego, szpakowatego mężczyznę w białym kitlu. Szeruda zwrócił się do niego: — Pan doktor? — Zgadza się — przybyły uśmiechnął się, uka- zując rząd równych, białych zębów i wyciągając rękę wyraźnie wymówił swoje nazwisko. Doktor Ferbei miał czerstwą, gładko wygoloną twarz, prosty gruby nos i mocne szczęki. Zza oku- larów bez oprawy patrzyły oczy o uważnym, ba- dawczym spojrzeniu diagnosty. Szeruda powiedział: — Jestem tu oficjalnie w związku z morder- stwem, o którym pan zapewne słyszał. Obecnie potrzebujemy pańskiej pomocy. Podejrzewam, że jednej z mieszkanek pensjonatu dano zastrzyk, po którym nie może odzyskać przytomności. . -— Szczegóły te znam z meldunku, jaki otrzy- maliśmy. Gdzie pacjentka? — Tu, na lewo — Szeruda wskazał drzwi. Doktor ruszył we wskazanym kierunku, za nim sanitariusze. Szeruda również wszedł do pokoju. W czasie, kiedy doktor badał wciąż nieprzytom- ną dziewczynę, zwrócił się do sierżanta: — Jesteście gotowi? Macie wszystko, co wam może być potrzebne? — Spojrzał uważnie w oczy Pałucka. 123
— Tak jest! — odpowiedział służbiście sierżant. Tymczasem doktor musiał skończyć badanie, gdyż obrócił się do Szerudy. —' Otrzymała usypiający zastrzyk. Działanie po- winno zniknąć za parę godzin, ale musi pozosta- wać pod fachowym nadzorem. Muszę zabrać ją do szpitala. — Liczyłem - się z tym, panie doktorze. Poleci- łem więc sierżantowi, by również czuwał nad chorą. Prosiłbym więc o zezwolenie dla niego na pobyt w szpitalu. O ile przekracza, to pana kom- petencje, załatwię to z zarządem. Lekarz na moment uniósł brwi. — To nie przekracza moich kompetencji, ale czy sądzi pan, że jest potrzebne? — Nie wiem, doktorze, ale muszę zachować ostrożność., Sprawa jest bardzo zawikłana. — To w związku z tym morderstwem? — dok- tor Ferber zwrócił głowę w kierunku dziewczyny. — Tak należy przypuszczać. Sanitariusze unieśli Nurską i złożyli ją na no- szach. W tej chwili w drzwiach ukazał się Jętka. — Panie majorze... Może... Może pozwoli pan, że odwiozę pannę Nurską do szpitala? Szeruda spojrzał na mówiącego, przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Wreszcie major uśmiechnął się lekko i odpowiedział: — To zbyteczne. Przed chwilą takie polecenie otrzymał sierżant Paluch. — Nie wiedziałem... — mruknął Jętka nadal 124
zmieszany i wycofał się, bo właśnie nosze obró- l . cono ku drzwiom. Kiedy grupa eskortujących znalazła się w ho- lu, Szeruda klepnął sierżanta po ramieniu. — Telefonuj w razie czego... I — Rozumie się. Będę miał oko. Po odjeżdzie sanitarki Szeruda odbył dłuższą rozmowę z oficerem dyżurnym Ekspozytury, a na- I stępnie wziął latarkę i udał się na strych. i Kiedy po półgodzinie zszedł na dół, przerwana kolacja dobiegała właśnie końca. Zdążył ją jesz- cze zjeść, zanim przyszła Alina, by sprzątnąć na- j • czynią. Nikt jednak nie wstawał od stołu, trwa- j ła żywa wymiana poglądów na temat ostatniego j zdarzenia, Szeruda przysłuchiwał się temu w mil- k czeniu, zanim nie dosłyszał z biura telefonicznego dzwonka. L Kiedy uniósł słuchawkę, usłyszał głos oficera, L. z którym niedawno rozmawiał. p — Rozmowa dla majora Szerudy. L . — Jestem przy aparacie. L — Zatem po czwartku nastąpi piątek. r — Nie. Po wtorku. k — Słuchajcie, majorze — usłyszał po wymia- p--> nie hasła — napadnięto sanitarkę. Dziewczyna zo- F.' stała porwana, a sierżant Paluch ranny znajduje się w szpitalu. Macie natychmiast stawić się w Ekspozyturze. Szef będzie za pół godziny. K. — Już jadę. — Szeruda odłożył słuchawkę L-Z i chwilę stał ze zmarszczonymi brwiami, nie od- S’, rywając od niej ręku 125
Kamienista draga nie pozwalała na rozwinięcie •większej szybkości, toteż sanitarka posuwała się wolno, omijając większe nierówności gruntu. Mi- mo to siedzącymi we wnętrzu rzucało mocno. Na tle świateł reflektorów Paluch widział zarys głowy lekarza i profil kierowcy. Światło to wy- rywało z czerni nocy coraz to nowe fragmenty przydrożnych zarośli, a kamienie na poboczach drogi rzucały przed siebie długie, ostre cienie. Cały obraz tworzyły tylko hiałe plamy światła i intensywnie czarne cienie. Jechali już z dziesięć minut i znajdowali się pomiędzy stokami wzgórz, kiedy sierżant ujrzał daleko przed sobą dwa małe światełka, które szybko rosły, otaczając się wachlarzami blasku. Były niby para oczu mrugających ku nim z ciem- ności. Oczy te stawały się jednak coraz większe, rozszerzały w cfcva oślepiające słońca, a potem raptownie zgasły, jakby opadły na nie powieki. Jakiś wóz nadjeżdżał im naprzeciw i w ostat- niej chwili wygasił reflektory. Paluch dojrzał, jak kierowca na.chwilę obrócił twarz w stronę lekarza, i coś mu powiedział. Potem światła sa- nitarki przygasły, ale nie na tyle, by nie wyłowić z ciemności konturów zbliżającego się samocho- du, błyskającego refleksami szyb. Kontur ten raptem zmienił kształt, gdyż nad- jeżdżający wóz nagle skręcił, stając w poprzek drogi. Teraz reflektory gwałtownie hamowanej sa- nitarki oświetlały cały bok wozu i wyskakujących z niego ludzi bez twarzy. Wszystkie trzy osoby miały w rękach pistole-
ty. Jedna zatrzymała się przy kierowcy, dwie in- ne szarpnęły za tylne drzwiczki i otworzyły je Z głośnym rozkazem: — Wysiadać! Paluch pierwszy wyskoczył na drogę 1 wyszarp- nął swój pistolet W chwili kiedy oddawał strzał, otrzymał cios od tego, który stał przy kierowcy. Zdążył wprawdzie uchylić głowę, jednak uderze- nie zamroczyło go. Upadł na ziemię, wypuszczając broń. Kiedy w parę sekund potem ocknął się, spo- strzegł, że leży w pobliżu obcego wozu. Tylny błotnik znajdował się niedaleko jego głowy. Ką- tem oka dostrzegł, jak obaj sanitariusze stoją z podniesionymi rękami, trzymani pod pistoletem przez jednego z napastników, a dwaj pozostali niosą zemdloną dziewczynę do samochodu. Pistoletu nie było. Sierżant podciągnął się nie- postrzeżenie jeszcze bliżej błotnika. Na resztę czynności nie stracił więcej jak pół minuty. Dziewczyna była już wewnątrz samochodu i do- piero teraz Paluch zorientował się, że jeśli go cofną, to tylne koło może ominie jego głowę, ale przednie akurat trafi na brzuch. Mimo to ruszać się już nie próbował, by nie zwrócić na siebie uwagi. Doszły go jeszcze słowa: — Żeby nie zechciało się wam próbować po- Scigu! — Rozległ się strzał, a potem syk ucieka- jącego z opony powietrza. Paluch nawet nie zdą- żył odtoczyć się na bok, kiedy spod kół tajem- niczego samochodu trysnęły fontanny piasku 1 wóz szarpnął — na szczęście do przodu. A kie- 127
dy z trudnością wstał na nogi, tamta maszyna roz- pływała się już w ciemnościach. Sierżant zdążył jedynie zauważyć, że jej numer rejestracyjny za- . kryto. Teraz dopiero doktor i kierowca, oszołomieni jeszcze napadem, wyskoczyli z sanitarki. Lekarz zwrócił się do sierżanta: — Coś niesłychanegoI Bandycki napad! Nic się panu nie stało? Ma pan zakrwawioną twarz, pro- szę pokazać głowę! W czasie kiedy lekarz zakładał opatrunek, kie- rowca przy pomocy sanitariuszy zabrał się do wymiany koła. Sierżant odnalazł swój pistolet i zaczął przynaglać do odjazdu, a kiedy dotarli do pierwszych zabudowań miasta, mimo że lekarz proponował zmianę opatrunku w szpitalu, kazał podwieźć się do Ekspozytury. Rozdział 7 — Co z Paluchem? — Szeruda nachylił się nad biurkiem oficera operacyjnego Ekspozytury. — Cześć, obywatelu majorze — porucznik wstał z krzesła. — Jest w szpitalu, ale rana nie groźna. W ostatniej chwili odchylił głowę i kolba pisto- letu rozcięła mu tylko skórę nad uchem. — Skąd macie te wiadomości? — Szeruda usiadł po drugiej stronie biurka i przeciągnął dłonią po twarzy, mrucząc: — A niech to cholera... — Zgłosił się sam, bezpośrednio po napadzie. Proszę, oto notatka, jaką zrobiłem na podstawie >28
Jego ustnego raportu. Odesłałem go potem do le- karza. Szeruda zagłębił się w czytaniu. Kiedy skoń- czył, położył notatkę przed sobą i jakiś czas sie- dział zamyślony. Porucznik spojrzał na niego spod oka, ale nie zabierał głosu. Wreszcie Szeruda ode- zwał się: — Kiedy odprawa? — Szef telefonował, że się spóźni, bo musiał czekać na śmigłowiec, ale jest już w drodze — porucznik spojrzał na okrągły, elektryczny zegar wiszący na ścianie. — Jeśli doliczymy czas, po- trzebny na dojazd z lotniska, powinien tu być za pół godziny. — Kto ma brać udział w odprawie? — Szef Ekspozytury, komendant MO i obywa- tel major. Aha, będzie jeszcze oficer łącznikowy z lotniska. — Porucznik wskazał na leżącą na biurku notatkę służbową. — Oficer łącznikowy? Nie rozumiem — zdzi- wił się Szeruda. — To decyzja szefa. Przewiduje się użycie śmig- łowca z anteną kierunkową do pościgu. Łatwiej ich wytropimy. Wiatraki latają tu całymi dniami i nikomu na myśl nie przyjdzie, że z powietrza ktoś będzie miał ich na oku... — Tak, to jest niezły pomysł — przyznał ma- jor. — Na pół godziny skoczę jeszcze do szpita- la. Wrócę punktualnie. — Ale nie później, bo obywatel major wie, jak to jest z naszym starym! Po paru minutach Szeruda był już w szpitalu. To ja, umarły^ 499
Pozostawił łazika przy bocznym wejściu i udał się na poszukiwanie sierżanta. Palucha zapakowa- no do łóżka, więc przyjazd Szerudy dał mu okazję do skomentowania tego faktu w soczysty, ale nie- zbyt dla lekarzy przychylny sposób. Powtórzył swoją relację z przebiegu napadu, ale nie wnio- sła ona niczego nowego. Jeszcze raz stwierdził, że numer samochodu był zakryty, a napastnicy mie- li na twarzach maski porobione z pończoch. Tu nie było więc punktu zaczepienia. — Dobrze, że miałem przy sobie ten brzęczyk — zakończył sierżant i westchnął: — Jak to nigdy nie wiadomo, co może człowiekowi być potrzeb- ne... Czy już ich szukają? — Jeszcze nie, ale rozpoczną lada chwilą. Spi- saliście się na medal z tym sygnalizatorem. No, trzymaj się, stary, jak będę miał czas, to jutro wpadnę. Teraz mam tu jeszcze coś do załatwie- nia! — To obywatel major myśli, że jutro jeszcze tu będę?! Ani mi się śni! Z kolei Szeruda odszukał centralkę telefonicz- ną. Pokoik był mały. Pajęczyna przewodów bie- gła z czarnego pulpitu rozdzielczego, przed któ- rym siedziała młoda dziewczyna. Światło połys- kiwało na falistej grzywie jasnych włosów, za- słaniających jej twarz. Kiedy ją odwróciła, major ujrzał wpatrzone w siebie duże, niebieskie oczy, otoczone kreskami czarno malowanych rzęs. Za- darty nosek ciekawie wyglądał spomiędzy piego- watych policzków. — Chciałbym z panią porozmawiać — Szeruda, 130
który jak zwykle był w cywilnym ubraniu, podał jej rozłożoną legitymację, — Może pani na chwi- lę porzucić swoje królestwo? Dziewczyna rzuciła okiem na legitymację, a po- tem spojrzała z zaciekawieniem na majora, — Nie ma teraz dużego ruchu. Co pan chce wie- dzieć? — Od której ma pani dyżur? — Od szesnastej. — A więc to pani przyjęła telefon z pensjona- tu PTTK? — Tak, pamiętam. I oba zgłoszenia połączyłam z gabinetem dyżurnego lekarza, — Jak to: oba zgłoszenia?! — Szeruda pochylił się ku dziewczynie. — No tak, bo były dwa. — Ejże, jest pani pewna?! Dziewczyna spojrzała na Szerudę z cierpliwą wyrozumiałością. — Skoro panu mówię... — Kto w gabinecie przyjmował telefony? — Doktor Ferber. — W jakich odstępach czasu telefonowano? — W ciągu dwóch, może trzech minut. Pamię- tam to, bo pomyślałam, że musieli tam chyba po- tracić głowy, skoro dzwonią raz po raz, — Czy zgłaszający się podawali sWoje naz- wiska? — Ni^a, tylko miejsce wypadku. — A głos? Może był ten sam? — Nie. Pierwszy nieco cichszy, jakby mówiący nie chciał, aby go słyszało otoczenie. Drugi mówił 131!
tonem bardziej energicznym i rozkazującym. Aha, ten drugi od razu zażądał połączenia z lekarzem dyżurnym. — Nie słyszała pani przebiegu rozmowy? Tym razem dziewczyna spojrzała na Szerudę z lekkim wyrzutem. — Nie słucham rozmów, zresztą nie miałam czasu. Chociaż zaraz... tak, właśnie było jeszcze jakieś zgłoszenie do Pogotowia, więc chciałam się przekonać, czy tamta rozmowa jest już skończo- na. Włączyłam się na chwilę, ale jeszcze rozma- wiali, i słyszałam, jak ten ktoś z pensjonatu mó- wił z naciskiem, że wypadek jest nagły i żądał natychmiastowej interwencji. — Interwencji? A może przyjazdu? — Możliwe... Już nie pamiętam. Interwencji czy przybycia. — Może zapamiętała pani czas tej rozmowy? — Nie, ale to musi być odnotowane w książce zgłoszeń i wyjazdów. Jedna z klapek opadła i dziewczyna przerwała rozmowę, by dokonać połączenia. —.' Czy ktoś obcy mógł słyszeć tę rozmowę? Albo może pani komuś wspomniała o wypadku w pensjonacie? — Nie dzielę się z nikim tego rodzaju wiado- mościami. — A pani nazwisko? — Jabłońska, a na imię Maryla. Niech pan pi- sze na poste restante, panie majorze... Kiedy odwrócił się, pokazała mu koniec języ- ka, niezbyt przejęta przesłuchaniem. 132
Miał szczęście, gdyż w parę minut po jego po- wrocie przyjechał podpułkownik Wierusz z cen- trali i wkrótce wszyscy zaproszeni zebrali się w gabinecie szefa Ekspozytury, kapitana Lecho- wicza, który przygotował kawę i kilka komple- tów map. Podpułkownik był tęgim mężczyzną o pełnych, nieco obwisłych policzkach i ciężkich, opuszczo- nych powiekach, spod których widać było jednak uważne, badawcze spojrzenie, którego nie odwra- cał od rozmawiającego z nim człowieka. Nikt jęsz- cze nie słyszał od niego słowa powiedzianego podniesionym głosem. Ten spokój wypowiedzi, jak i pewna powolność ruchów oraz ogólny wy- gląd spowodowały, że niektórzy podwładni na- zywali go między sobą „Ramzesem". Mimo jed- nak spokoju w sposobie bycia i wypowiadaniu się oficerowie czuli przed nim respekt. Podpuł- kownik bowiem był wyjątkowo wymagający, ale nie bał się podejmowania decyzji i umiał docenić Wysiłek podwładnych. . Poza przybyłym porucznikiem lotnictwa i Sze- rudą w gabinecie zasiedli: komendant miejscowe- go posterunku milicji i szef Ekspozytury. Na bocz- nym stoliku plutonowy stenotypista ustawił mag- netofon i zajął przy nim miejsce. Podpułkownik Wierusz przystąpił od razu do rzeczy. — Po pierwsze chciałbym zwrócić uwagę, że spotykamy się stanowczo za późno — powiedział z wyrzutem. — Oczywiście, to was nie dotyczy, pbywątelu poruczniku — zwrócił się do oficera 133
lotnictwa. — Przeciwnie, chciałbym od razu wy- razić podziękowanie za gotowość udzielenia nam -pomocy. Jest coś niepokojącego w tym, że prze- stępcy działali tak zuchwale, nie cofając się przed użyciem broni. Rozumiem, sprzyjający teren, pust- kowie, noc, ale z tym należy się zawsze-' liczyć w naszej służbie. Napastnik też ma głowę na kar- ku. Ale wy... — zawahał się, spoglądając na ko- mendanta posterunku MO — nie wykazaliście peł- nej operatywności. Strzały w nocy to przecież alarmujący sygnał. W takim przypadku trzeba na- tychmiast poderwać wszystkich, zorganizować pa- trole, pchnąć ludzi w teren... Jest tu przecież kom- pania obsługi bazy. Oni także nie odmówiliby pomocy. Słowem, wstęp do sprawy przegraliśmy. — Zarządziłem alarm, ale przybyliśmy na miej- sce już po wszystkim — przyznał kapitan Lecho- wicz. — Wartownik słyszał strzały, przypuszczał jednak, że to ktoś poluje... — W nocy? — zdziwił się podpułkownik. —> Kapitanie, przecież to nonsens. — Mamy tu kłusowników — dorzucił komen- dant posterunku. — Ja też tak pomyślałem, wsia- dając na motor. Mogli to być także żołnierze, któ- rzy ćwiczą w różnych porach doby. Do strzałów jesteśmy po prostu przyzwyczajeni. — No cóż, to zmienia nieco obraz sytuacji, ale moich ^zastrzeżeń nie cofam — stwierdził szef.— Przejdźmy teraz do spraw zasadniczych. Według dotychczas uzyskanych informacji przebieg na- padu był następujący... — W paru zdaniach prze4- 134
stawi) okoliczności przestępstwa i nasuwające się wnioski. Kończąc, powiedział: — Sierżant eskortujący dziewczynę zdołał przy- mocować sygnalizator pod błotnikiem samochodu napastników. Metalowa masa wozu ułatwi prze- kaz sygnałów, dzięki czemu, mam nadzieję, szyb- ko zidentyfikujemy uciekinierów, jeśli... — Jeśli będą poruszać się tym właśnie samo- chodem — dodał kapitan Lechowicz. — Otóż właśnie, w tym tkwi szkopuł — zgo- dził się podpułkownik. — Nic trudnego, gdyby przekazali wóz jakiemuś kierowcy. Przesłuchamy go i uzyskamy dodatkowy ślad. Gorzej będzie, gdy porzucą samochód i przesiądą się do innego, który być może stał gdzieś w ukryciu. Ta ewen- tualność niepokoi mnie najbardziej. Zawiadomi- liśmy wprawdzie milicję w całym województwie o napadzie, ale cóż z tego, skoro nic, a przynaj- mniej niewiele wiemy o napastnikach. — Tracimy czas, obywatelu pułkowniku — za- uważył oficer lotnictwa. — Liczy się teraz każda minuta. — Macie rację. Kiedy może wystartować śmig- łowiec? — Natychmiast po moim telefonie. Dobraliśmy najlepszą załogę. Pilot wie, o co chodzi. Chociaż nie brał dotychczas udziału w takich akcjach, spisze się na medal. Ręczę. — W porządku. Dzwońcie na lotnisko — pole-* fcił podpułkownik. Porucznik od razu podniósł słuchawkę. „Trójką", daj zezwolenie startu —» rzucił J35
krótko. — Strefa bez zmian, niech wchodzą na tra- sę. Będę na podsłuchu. Koniec. Komendant posterunku spojrzał na obecnych, jakby nie pojmował, na czym ma polegać pomoc lotników. — Spenetrują całą okolicę w promieniu wielu kilometrów — wyjaśnił podpułkownik. — Wóz napastników emituje sygnały w paśmie fal ultra- krótkich z określoną częstotliwością. Załoga mą odbiornik z anteną kierunkową. A to są mapy —» dodał, wyjmując z teczki trzy sklejone arku- sze. — Wasze, kapitanie, nie będą potrzebne* Załatwiłem to sam na lotnisku przed przyjazdem. Podzieliliśmy obszar województwa na sektory literowe i wycinki liczbowe. Dzięki temu, jak stwierdza przedstawiciel lotnictwa, będziemy moi gli określić każdy punkt, w którym znajdzie się poszukiwany wóz. Nadajnik będzie pracował przez dziesięć godzin, mamy więc spory zapas, czasu... — Obywatel pułkownik pozwoli, że przejdę do radiostacji — powiedział porucznik lotnio* twą. — Kto pójdzie ze mną? — Major Szeruda, on kieruje całą akcją. Przed budynkiem Ekspozytury stał gazik z wy'* sokim prętem rozgałęzionej anteny. W przyjętym schemacie łączności ustalono, że załoga śmigłow- ca przekazywać będzie bezpośrednio z powietrza meldunki sytuacyjne, które miał odbierać porucz- nik i major Szeruda. Ponieważ nie spodziewano się od razu jakichś rewelacji, szef zaproponować J36
i 1 t i i t I i >- 1 l r i f- f i aby do czasu pierwszego meldunku dyżurował przy radiostacji tylko porucznik. — Obciąłbym zadać wam, obywatelu majorze, jeszcze parę pytań — zwrócił się do Szerudy. — Oczywiście wy, komendancie — spojrzał na ofice- ra MO — też będziecie potrzebni. Ilu macie ludzi w pogotowiu? — Sześciu, w tym dwóch umundurowanych, plus dwa wozy z radiotelefonami — odparł ko- mendant. — W razie czego mógłbym zadzwonić do powiatówki, żeby podesłali swoich... — Nie, na razie wystarczy — przerwał podpuł- kownik. — Kapitan Lechowicz też ma odwody pod ręką, prawda? — Tak jest, chłopcy rwą się do roboty — od- powiedział zagadnięty. — Jak sądzicie, majorze, skąd i w jaki sposób napastnicy dowiedzieli się o wypadku i wyjeżdzie sanitarki? Czy wiecie, kto telefonował do Pogo- towia? — Inżynier Wierzyca i jeszcze ktoś. Podpułkownik uniósł brwi i uważnym wzrokien lustrował Szerudę. — Kto? — Jeszcze nie wiem... — Więc skąd wiecie, że były dwa telefony? — Przed odprawą zdążyłem wyskoczyć do szpi- tala i przesłuchałem telefonistkę. — Nie słyszała którejś z rozmów? — Tylko Wierzycy, i to urywek. Ale doszedłem do wniosku, że samo wezwanie Pogotowia nie mu- siało być sygnałem do wszczęcia akcji. Wypadki 137
na strychu rozegrały się zapewne przynajmniej na godzinę przed znalezieniem dziewczyny. Sprawca miał więc dość czasu na przekazanie wiadomości. — Czy waszym zdaniem przypuszczalny wspól- nik napastników, jeśli można załozyć taki wariant, nie obawiał się, że telefonistka w centrali przypad- kowo usłyszy treść prowadzonej rozmowy? — No cóż, musiał w pewnym sensie ryzykować. Czasu miał wprawdzie sporo, ale możliwości kon- taktu były raczej ograniczone. Pozostawał telefon. Obawy? Bo ja wiem — zastanowił się na mo- ment — czy w ogóle wchodziły w grę? Mógł mó- wić żargonem, to najpewniejszy sposób porozu- miewania się. — Nawet podając godzinę i trasę? — spytał komendant MO. Nawet — potwierdził major. — Znam z prak- tyki wypadek, kiedy przestępcy uzgodnili między sobą słowny zegar. Godziny były zastąpione naz- wami artykułów spożywczych, minuty — wskaź- nikami wagi. Na przykład zwrot „kupiłem trzy- dzieści deka szynki" oznaczał dziesiątą trzydzieś- ci... — Mówicie o sprawie „Astry", tak? — zagadnął szef. — Pamiętam, sprytnie się urządzili. W śledz- twie dopiero rozgryźliśmy ten spożywczy kramik w punkcie „zegar”. No, towarzysze, my o zega- rach, a tu czas rzeczywiście leci — zauważył. — Spać chyba już nie będziemy. Proponuję, żeby to- warzysz komendant udał się na posterunek i cze- kał na nasz telefon. Kapitan Lechowicz. też na 138
razie jest wolny, proszę być w pogotowiu. A was, majorze, jeszcze zatrzymam. Kiedy oficerowie opuścili gabinet, podpułkow- nik nalał sobie trzecią już filiżankę kawy z ter- mosu — Powiadają, że to pomaga w orzeźwieniu umysłu, a ja tego jakoś nie odczuwam — stwier- dził zmęczonym głosem. — W ogóle ten wyjazd wypad! mi w nieodpowiednim czasie, ale cóż zro- bić. Służba W centrali przekazano mi ostatnio nadzwyczaj pilną sprawę. Z trudem zdołałem się od niej oderwać, żeby zobaczyć na miejscu, co tu u was słychać. Ale wróćmy do rzeczy: jak oceniacie całokształt sytuacji? — Zatrzymam się na wstępie przy dwóch punk- tach, które zresztą już poruszyłem w swoich ra- portach Pierwszy to ta wyrwana sztaba w budyn- ku stacyjnym, drugi to napis na podłodze pozo- stawiony przez Barczę. Pierwszy punkt może jest mnie; ważny, ale nie pominę go ze względu na całość obrazu. Tym bardziej że przez cały czas in- trygowało mnie, dlaczego ta sztaba przy stacyj- nym budynku została oderwana, powiedziałbym — tak ostentacyjnie? Podpułkownik zmarszczył brwi, ale nie przery- wał. — Jej sforsowanie wymagało czasu, i to co najmniej dziesięciu, piętnastu minut. A przecież morderca czas miał bardzo ograniczony, tak ze względu na konieczność jak najszybszego powro- tu do pensjonatu, jak i możliwość nadejścia w każ- dej chwili kolejki, która zbytnio nie trzyma si<j 139
rozkładu. Raz przybywa później, raz wcześniej, i to w granicach dobrych kilku minut. — Barcza był tam, zdaje się, umówiony z tą Rutt? — Tak, ale jej przybycia zabójca mógł się nie obawiać, bo przecież podał truciznę. Sztaba zosta- ła więc na pewno wyłamana zawczasu, a potem posłużyła motdercy za pretekst, by zwabić Barczę do środka Zabójca wpada na skuterze na stację, usprawiedliwiając swoją obecność chociażby proś- bą o kupno papierosów w miasteczku, potem niby spostrzega wyłamaną sztabę i interesuje się nią. Wchodzą razem do środka i tu dosięga Barczę cjos. Morderca w pośpiechu niedostatecznie do- /kładnie stwierdza śmierć swojej ofiary. I tu prze- chodzę do punktu drugiego. Ciężko ranny Barcza zdołał jeszcze na kurzu podłogi napisać jedno sło- wo „rękaw". Ponieważ ostatnia litera znajdowała się w pewnej odległości od początkowych, nie wie- działem, jak odczytać ten napis Potem przypom- niałem sobie zeznanie Rutt, która wyglądając na korytarz ujrzała rękaw marynarki podsłuchujące- go. Stąd nasunęło mi się przypuszczenie, że Bar- cza chciał dać nam wskazówkę dotyczącą sprawcy. — Prościej byłoby przecież napisać nazwisko mordercy niż dawać tak mętną wskazówkę — wy- raził wątpliwość podpułkownik. — I mnie przychodzi to na myśl Nie napisał nazwiska? Zatem to słowo reprezentowało coś, co w jego umyśle wysunęło się na pierwszy plan, i to z taką siłą, że nawet kwestia, ktp pchnął go no- żem, stała się mniej wiażna?'! te tazckiddy zorien- 140
towałem się — jak mi się wydaje — na czym polegał mój błąd w odszyfrowaniu tego słowa, w dalszym ciągu nie mogę dojść, dlaczego kona- jący tę właśnie informację uważał za najważ- niejszą. — Cóż to za błąd? — Otóż Nurska wymówiła parę słów, które udało mi się zrozumieć. Było to: „Cezary przy- szedł po rękawiczkę..." A więc Barcza chciał napi- sać słowo „rękawiczka", ale nie zdołał go dokoń- czyć... — Hm... — mruknął podpułkownik — zupełnie mpżliwe... — Ale stąd wynika, że przedmiotem ó kapital- nym znaczeniu dla sprawy jest jakaś rękawiczka. Najpierw konający Barcza, który w jakiś sposób wpadł na jej ślad, przypłaca to życiem, a potem to porwanie dziewczyny. Nurska widać znalazła rękawiczkę i oglądała, a sprawca musiał ją śle- dzić — snuł dalej swoje przypuszczenia Szeru- da — Odebrał wiec rękawiczkę, potem dał za- strzyk, by mieć pretekst do usunięciu dziewczyny z pensjonatu. -— Mógł ją po prostu zgładzić. — Mógł, i trudno teraz odpowiedzieć, dlaczego tego nie zrobił. — Przyczynę możemy poznać wcześniej, niż przypuszczamy. Ale dlatego też uważam, że życiu jej nie grozi bezpośrednie niebezpieczeństwo. Trzeba ją jednak koniecznie znaleźć, majorze, bo to atut w ręku przeciwnika! — Rozumiem to doskonale. 141
— Dlaczego jednak mówiąc o rękawiczce wy- mieniła imię Komasy? — Domyślam się, jak doszło do odebrania jej rękawiczki. Napastnik nie mógł iść ha ryzyko szamotaniny, bo dziewczyna narobiłaby krzyku. Ale oglądając strych stwierdziłem, że wśród wi- szących tam prześcieradeł jedno z nich było prze- rzucone niedbale przez sznur/ a nie rozpięte na szczypcach jak inne. Przyszło mi więc na myśl, że napastnik wykorzystując' panujący w pensjonacie nastrój okrył się nim udając zjawę, co tak prze- raziło dziewczynę, że zemdlała. To pozwoliło mu na chwilę zastanowienia i powzięcie decyzji — nie zabijać, a dokonać porwania. Wraca więc do siebie po zastrzyk, aplikuje go nieprzytomnej, a potem podaje kodem wiadomość do miasteczka i spokojnie już czeka na przewidywany przebieg dalszych zdarzeń. — Dostęp do telefonu jest swobodny? — Pokoju, gdzie znajduje się aparat, celowo nie zamykam. — Zobaczymy, co nam powie taśma magnetofo- nowa... — Ustalę to jak najszybciej. Jedyna szansa to rozpoznanie głosu. Bo samą wiadomość mógł po- dać mówiąc o byle czym. — Równie ważne jest ustalenie, kto był tym drugim alarmującym szpital. Macie jakiś materiał z ostatnich dni? — Nadal sama mgła. Cholerna sprawa, w której wciąż błądzę po ciemku, bo nie ma punktów za- czepienia. Same błahostki, Które mogą znaczyć 142
wiele, a mogą i nic. I tak, po kolei, zaczynając od Klekot: Czy jej wizyta u Rutt to tylko zbieg okoliczności czy działanie celowe, w z góry zapla- nowanym czasie? Skąd jej niechęć do Bemel? Co wiemy o Rutt? Mamy tylko opinię ogólną i nie- wiele więcej, na przykład to, że stara się o wy- jazd na zagraniczną wycieczkę. A znów Ledwoś — starszy pan, w naiwny sposób wierzący w życie pozagrobowe albo udający, że w nie wierzy, tro- chę nudziarz i safanduła, raptem okazał się by- strym i bardzo wnikliwym obserwatorem! A teraz Wierzyca — jego alibi to właśnie ze- znanie tej Rutt. Kto korzystał z jego skutera? A może on sam? Czy kpiący ton, jakim mnie spy- tał, o czym szeptała Nurska, nie ma głębszego znaczenia? Czy jego ciekawość nie wynikła z oba- wy? Dlaczego ostatnio jest taki rozdrażniony? A Wiński? Wiemy, co o nim sądzić, ale dla- czego w czasie pierwszego przesłuchania okazał radość na moją wzmiankę o skuterze Wierzycy? A nawet w oczach pojawił mu się wyraz tryum- fu. Do obecnej chwili nie mogę sobie wytłumaczyć tego spontanicznego odruchu. A poza tym — co może jest jeszcze ciekawsze — po wypadku z Nur- ską był wyraźnie przerażony i jak najprędzej chciał dostać się na strych... I to jego pytanie po stwierdzeniu, co było w walizce Komasy, to odru- chowe: „nic więcej?" Czyżby to wskazywało, że on ukrył rękawiczkę, a zabrał ją kto inny? To są, obywatelu pułkowniku, te znaki zapytania, na któ- re muszę znaleźć odpowiedź. — Hm... — mruknął podpułkownik — istotnie 143
--------------- trochę to jest zagmatwane. Ale mamy teraz nit- | kę, która pozwoli nam uchwycić i kłębek. Co | z tym samolotem, do diabła? Ciągle brak wiado- mości... Odwrócił głowę w stronę okna i nasłuchiwał przez chwilę. Słychać było nadal warkot śmigłow- ca, ale obecnie znacznie cichszy. Widocznie ma- szyna krążyła gdzieś dalej. — Jak zachowuje się ten Kozior? — podpuł- kownik przerwał zaległe milczenie. — Na razie spokojnie, ale spodziewam się, że nie obejdzie się bez incydentu z Wińskim. — Chyba nożami się nie porzną? — To nie ta branża. Ale Kozior robi wrażenie niebezpiecznego faceta. Teraz, pułkowniku, mam jeszcze jedną sprawę wymagającą waszej decyzji... — No? Przez następne pięć minut pułkownik słuchał uważnie Szerudy nie przerywając mu ani słowem. , Kiedy major skończył, chwilę zastanawiał się, ' a potem rzucił: ! — Dobrze, zgadzam się. Postaram się to zała- twić z Warszawą. W tej właśnie chwili do pokoju wszedł podcfi- < cer dyżurny. — Obywatel major proszony jest do samocho- du — powiedział. Szeruda skoczył do drzwi, jakby go tajfun por- wał. Po dwóch minutach był już w gaziku i szyb- ko nałożył drugą parę słuchawek, którą mu po- dał porucznik. Nie zdążył uchwycić początku mel- dunku, ale nawigator powtórzył go jeszcze raz: 144
— Ewa do Beaty, Zidentyfikowałem obiekt, jest w ruchu. Lewy skraj kwadratu D-6,_ przesuwa się na wschód od E-l. Odbiór. — Beata do Ewy — skandował powoli porucz- nik. —- Prowadź ich dalej. Czekam ha kolejny mel- dunek. Koniec. — Gratuluję, dobra robota — przyznał Szeruda, spoglądając na oficera w stalowym mundurze. — Nie przypuszczałem, że tak szybko złapiecie ten .wóz. Do samochodu podszedł podpułkownik z kapi- tanem Lechowiczem. Major pochylił się nad roz- łożoną mapą i sjuknął długopisem w punkt na jed- nej z dróg. — Są w tej chwili przypuszczalnie tutaj — wy- jaśnił. — Zaczynamy? Wierusz zerknął na zegarek, dochodziła dwu- dziesta czwarta. — Jeśli ich mamy, to już nam nie uciekną —? stwierdził z ulgą. — O której będzie następny meldunek? — Jestem ciągle ńa podsłuchu — odparł po- rucznik. — Mogę od razu wywołać załogę. Pro- szę bardzo, już łączę. Beata do Ewy, daj namiar, powtarzam: Beata do Ewy... Spod czarnej kopuły nieba dolatywał przytłu- miony warkot Wiedzieli, że gdzieś tam w górze dwóch ludzi — pilot i nawigator — wpatruje się w kontrolny wskaźnik anteny kierunkowej, wyła- pującej sygnały nadawane z pędzącego samocho- du, że dzięki nim napastnicy nie mogą wyjść z pola obserwacji, że wreszcie uruchomiony po- ro — To ja, umaiły.^ J45
Ścig bezbłędnie trafi na ślad przestępców w do- wolnie wybranym miejscu. — Ewa do Beaty — zatrzeszczało w słuchaw- kach. — Jadą w kierunku śródmieścia, zwolnili prędkość. Kwadrat „zero". Koniec. — Zrozumiałem. Prowadź — powiedział porucz- nik i po chwili dodał, spoglądając na podpułkow- nika: — Nie chciałbym wtrącać się w nie swoje sprawy, ale moim zdaniem grupa przechwytująca już powinna wyruszyć. Jeśli zaczną krążyć po uli- cach i zobaczą wiszący uparcie śmigłowiec, mogą zorientować się, że coś nie jest w porządku. — Nie wierzę — zbagatelizował ostrzeżenie Szeruda — To dla nich za poważna kombinacja. Skąd mogliby wiedzieć, po co włóczy się po nie- bie ta ważka? Przecież one tu ciągle buszują... Podpułkownik przychylił się jednak do obaw lotnika. — Nie lekceważmy przeciwnika, majorze — po- wiedział. — Uważam, że dalsza zwłoka nic nam nie da. Wozy czekają. Kolejny meldunek z powietrza był już sygnałem alarmowym. Obserwowany samochód zatrzymał się i po parominutowym postoju zawrócił, kierując się w stronę południową. Z powodu ciemności za- łogą śmigłowca nie mogła dostrzec, co działo się na dole podczas tego nieoczekiwanego postoju. Napastnicy mogli w tym czasie przesadzić dziew- czynę do innego wozu lub w ogóle wysiąść, po- zostawiając tylko kierowcę. Mogli też kogoś za- brać z ulicy, kto na nich akurat w tym miejscu czekał. 146
— Ruszamy — zadecydował major. W pierwszym wozie, wojskowym, znajdował się aparat goniometryczny, który wskazywał orien- tacyjny rejon jazdy poszukiwanego samochodu. Zgranie współrzędnych z ziemi i z powietrza da- wało precyzyjną odpowiedź, gdzie w danym mo- mencie znajdują się uciekinierzy. Za wozem Ekspo- zytury jechały dwie milicyjne warszawy. Po kilku minutach cała ekipa pędziła pustymi ulicami, zachowując niewielkie odstępy między sa- mochodami, żeby nie stracić kontaktu wzrokowe- go. W pewnej chwili Szeruda odebrał jeszcze je- den meldunek z pokładu śmigłowca: — Ewa do Beaty, uwaga. Stoją. Kwadrat F-4 na styku południowym z kwadratem H-7. Koniec. — Zrozumiałem. Major szukał na planie miasta wskazanego punktu, a porucznik lotnictwa, czuwający na swoim posterunku, jeszcze przez kilka minut rozmawiał z pilotem, posługując się żargonem, któ- rego nikt poza wtajemniczonymi nie byłby w sta- nie zrozumieć. Jego słowa brzmiały dziwnie obco ź powodu wzrastającej odległości i gdyby nie zna- jomość tego systemu łączności, major mógłby są- dzić, że to ktoś inny włączył się na falę. Zatrzymali się obok skweru w miejscu, skąd widać było . zarysy na jbliższych domów wtopio- nych w gęsty mrok, Szeruda wezwał funkcjona- riusza MO, który, jak zapewniał komendant poste- runku, uchodził za wysokiej klasy fachowca w chodzeniu ,,na słuch". — Nadajnik?
— Gra, towarzyszu majorze — zapewnił cicho milicjant. —; Proszę być na podsłuchu. — W porządku. Pójdzie z wami mój kierowca. 5Vidzicie ten pierwszy dom z prawej? To na pew- no tam. No, do dzieła. Czekam. Dwie sylwetki oddaliły się szybko od stojącego gazika. Upłynęła jedna minuta, druga, trzecia.„ Nagle z głośnika padły słowa: — W celu, towarzyszu majorze. Wóz stoi w szo- pie na podwórzu. To jest warsztat mechaniczny. Dom mieszkalny od ulicy, jedno okno z tyłu oświetlone. Psa nie ma, furtka otwarta. Czekamy. Szeruda wyskoczył z wozu. Dalsze rozkazy pa- dły szybko i po chwili oba opustoszałe samocho- dy zostały tylko pod opieką kierowcy warszawy, który tkwił nieruchomo na swoim miejscu. Major wysłał jednego z ludzi za róg ulicy, a po odczekaniu pięciu minut przewidzianych na obję- cie przez załogę drugiego wozu wyznaczonych po- sterunków, ruszył przed siebie. Kiedy dochodził do furtki obstawionej posesji, gdzieś w jej głębi rozległ się krótki gwizd. Szeruda pchnął furtkę i z dwoma milicjantami w mundurach obszedł dom 'dookoła. Znajdował się tu mały ganeczek z paru stopniami, a na wybetonowane podwórze padała smuga światła z oświetlonego okna-. W odpowiedzi na pukanie usłyszał za drzwiami powolne stąpnięcia i stereotypowe pytanie rzuco- ne ochrypłym głosem: — Kto tam? ‘— Milicja. Proszę otworzyć. 148
Nad ganeczkiem zabłysła biała kula lampy i rozległ się zgrzyt klucza. Drzwi zabezpieczał jednak łańcuch, gdyż uchyliły się tylko nieznacz- nie. W czarnej szparze zamajaczyła twarz i dwo- je połyskujących oczu. Szeruda odsunął się na bok, by swoim cywil- nym ubraniem nie zasłaniać mundurów funkcjona- riuszy. Łańcuch opadł z brzękiem, a drzwi uchy- liły się szerzej. Poprzedzany przez barczystego, przygarbionego mężczyznę’ z otokiem siwych włosów wokół łysej czaszki Szeruda znalazł się w kuchni. Paliło się tu światło, które widzieli z zewnątrz, a przy kuchen- nej płycie stała chuda kobieta, spoglądająca z po- nurym wyrazem twarzy na wchodzących. Męż- czyzna miał lat około pięćdziesięciu, wystającą szczękę 1 jasne, szare oczy pozornie spoglądające z dobrodusznym humorem, nad którym chwilami brały jednak górę przebiegłe błyski. — Kto jeszcze jest w domu? — spytał go bez żadnych wstępów Szeruda. — Normalnie to syn, ale teraz go nie ma. Wi- dać gdzieś się dłużej zabawił — objaśnił przyjaź- nie gospodarz. Szeruda skinął na jednego ze swoich ludzi, któ- ry rozumiejąc o co chodzi, bez słowa ruszył do następnych pokoi. — Pana nazwisko? — z kolei zwrócił się do gospodarza. — Przychodzi pan w odwiedziny nie wiedząc dó kogo? — spytał tym razem kpiąco siwy mężczyzna. <— Pana nazwisko? — powtórzył Szeruda, jakby. 149
nie słyszał pytania. Gospodarz na moment zmarsz- czył brwi, ale odpowiedział: — Antoni Małek. — Ma pan samochód? Szeruda dostrzegł krótki wyraz popłochu w oczach tamtego. Potem spojrzenie stało się prze- biegłe i taksujące. — Ano mam... — Gdzie jest? — Co się stało? Czyżby ten dureń miał jakiś wypadek? — O kim pan mówi? — O synu, Szymonie... Albo o kimś, kto tym wozem jechał... — To syn wyjeżdżał wozem? — Teraz nie, ale myślałem, że może rano. Był z godzinę na mieście, ale po powrocie nic mi nie mówił... — A wieczorem? Czy nie wyjeżdżał pan gdzieś? — Ja? — zdziwił się Małek, nie udzielając bez- pośredniej odpowiedzi, co było widoczną oznaką, że nie wie, co mówić. Wrócił funkcjonariusz, wysłany na przegląd do- mu, i na pytające spojrzenie Szerudy pokręcił przecząco głową. — Pytam przecież pana — rzucił już ostro Sze- ruda. — Co pan ode mnie chce?f — gospodarz uznał za wskazane okazać oburzenie. — Nigdzie nie ru- szałem się z domu! Żona świadkiem! Zwrócił głowę ku kobiecie w milczeniu przy- słuchującej się rozmowie. 150
— Obejrzymy wiec ten wóz. Ciekawy jestem, co pan powie, jeśli okaże się, że motor jeszcze jest ciepły I A odciski palców też się zdejmie i będziemy wiedzieć, czy jeździł pan nim, czy niel Motor istotnie był ciepły, odciski zostały zdjęte, a wóz zabezpieczony w garażu. Natomiast rewizja domu od piwnic aż po strych niczego nie dała. Dziewczyny tu nie było. Potem, już w Ekspozyturze, kiedy wstępne da- ne znalazły się w protokole przesłuchania. Szeruda wyciągnął przez blat biurka paczkę papierosów ku siedzącemu po drugiej stronie Maikowi. Ten wziął papierosa, jakiś czas zmiękczał go w palcach, w końcu przechyliwszy głowę przytknął do podanej żapałniczki. — Teraz warto by zastanowić się nieco, panie Małek, i obrać właściwą drogę. Nie jest pan już młody, swoje doświadczenie pan ma i to nieliche, sądząc po tej karcie, którą właśnie otrzymałem. Pięć lat za rozbój z bronią w ręku, trzy za kra- dzieże samochodów, potem znowu trzy za włama- nie... Nazbierało się tego sporo. Ale stąd sądzę, że ma pan już pewne doświadczenie w stosunkach z władzami śledczymi i wie pan, że zawsze wy- łuskamy prawdę. Wie pan też, jak sąd traktuje krętaczy, a jak oskarżonego, który daje dowody skruchy i od razu rżnie prawdę... A pan co? Z me- ty próby uników? I co to panu dało? Wozu pan nie używał, a motoY był jeszcze nie ciepły, a go- rący... A odciski też się znajdą... Wiem więcej, niż pan inyśli, toteż moja rada, mówić prawdę, nic 151!
nie zatajać i w ten sposób zdobyć szansę na oko- liczności łagodzące. ’ - Małek spojrzał z ukosa na Szerudę, po czym opuścił głowę i zaciągnął się dymem. — Ja tam nic nie wiem — słowom towarzyszy- ło wzruszenie ramion. — Syn wyszedł, zaraz jak skończyliśmy pracę w warsztacie, a ja siedzia- łem cały czas w domu. Musiał ktoś cichaczem wyprowadzić wóz. — Ach taki Coś podobnego już pan mówił u siebie! A więc taką wersję obrał pan zawczasu na wypadek wpadki? Ale trudno będzie ją utrzy- mać, bo nie jest za mądra. Nie słyszał pan mo- toru? — Spałem godzinkę, to może wtedy... Kluczyki zaś pozostawiam zwykle w wozie, żeby się nie zgubiły... A żona przygłucha, to też nie słyszała. — Ten cwaniak natomiast, który zabrał pana wóz z garażu, był tak grzeczny, że nie porzucił go na ulicy, a ryzykował odstawienie go na miejsce? Znów wzruszenie ramion. — Tego ja już nie wiem... Może to był ktoś z sąsiadów i nie chciał, by milicja zaczęła szukać wozu? Szeruda milczał przez chwilę, przyglądając się zatrzymanemu. — Widzę, że nie chce pan usłuchać mojej rady. No cóż, czasu mamy sporo. Sprawa jest zbyt po- ważna, żeby mógł pan liczyć na powrót do domu jeszcze tej nocy... Małek obrzucił Szerudę spojrzeniem spod na- ' straszonych brwi i mruknął; * • 152
Poważna? Nic z tego nie rozumiem. Powiedz pan wreszcie, o co właściwie chodzi. — Dobrze, niech pan słucha. Około godziny dwudziestej na drodze do schroniska wziął pan udział, zapewne ze swoim synem, w napadzie na karetkę pogotowia i porwaniu przy użyciu broni Wiezionej dziewczyny. Jeden z napastników zra- nił przy tym eskortującego ją funkcjonariusza, który obecnie znajduje się w szpitalu. W dwie godziny później tym samym wozem wywiózł pan porwaną na peryferie miasta. W okolicy Granicz- nej została przesadzona do innego samochodu — Szeruda z konieczności improwizował — potem Wrócił pan i odstawił wóz do szopy, nie spodzie- wając się tak rychło* naszej wizyty. Zostanie pan także oskarżony o przynależność do szajki, która ma na »woim koncie morderstwa. Sprawa nie jest Więc taka błaha, jak pan może sądzi, i dlatego udzieliłem panu rozsądnej rady — mówić. No więc? W miarę słów Szerudy usta Małka zaczęły się rozchylać i siedział teraz wpatrzony w majora, z papierosem przylepionym do dolnej wargi, i wy- straszonym spojrzeniem szeroko rozwartych oczu. — No, słucham... — przynaglił go Szeruda. Usta i powieki zamknęły się, a pomiędzy brwia- mi ukazała się pionowa zmarszczka namysłu. Wreszcie Małek odezwał się: — Będą względy, panie...? — zawiesił głos. — Jestem majorem — objaśnił Szeruda zamie- niając szybkie spojrzenie z protokolantem. — My- ślę. że będą, panie Małek... 153
P^2ijDobrze. Proszę pytać. — Kto odebrał od was dziewczynę? — Tego nie wiem. Przyszło polecenie odstawić ją do Granicznej i oddać temu, który się zgłosi.. — Od kogo było to polecenie? — Tego też nie wiem... — Jak to? — Szeruda uśmiechnął się kpiąco. — Jakoś zbyt dużo nie wiecie... — Mówię, jak jest. Facet swoje polecenia wy- daj e tylko telefonicznie. — Często otrzymujecie takie polecenia? — Nie za bardzo. Raz na kilka miesięcy. Jak dotąd, były to bagatele. Dopiero teraz nadał ta- ką robotę. Ale obiecał dobrze zapłacić. — Ile? Małek na chwilę zaciął usta, ale odpowiedział: — Dziesięć patyków. — Hm... to istotnie sporo. Ale skoro za usługi otrzymywaliście pieniądze, musicie wiedzieć, kto wam płacił? — Nie wiem. Pozostawiał forsę w umówionym miejscu. — Gdzie? — W „Małgosi", przy rynku. W pierwszej mę- skiej toalecie z brzegu była przylepiana do tylnej Ściany zbiornika na' wodę koperta z pieniędzmi. — Nie udało się panu dostrzec, kto tę kopertę zostawiał? — Nie. Obserwowanie toalety było zakazane. Zresztą był wyznaczony czas na odbiór. Nie wcześniej jak o jedenastej następnego dnia. — Kawiarnię otwierają o dziesiątej? 154
— Tak. — Zgodził się pan wysługiwać człowiekowi, którego pan nie znał? Nic o nim ani o jego spra- wach nie wiedząc? — Ale on wiedział o moich aż za dużo... — mruknął Małek odwracając wzrok. — Hm... A więc był pan poniekąd w sytuacji przymusowej? — O, właśnie, panie majorze! Tak było! — pod- chwycił Małek — Jak pierwszy raz zadzwonił, po- słałem go do wszystkich diabłów! Mnie na jego forsę napluć! Ale kazał mi zamilknąć i zaczął mó- wić, a wtedy od tego gadania nie jemu, ale mnie wyschło w gardle. No i zgodziłem się... — Nie będę was pytał, co tam mieliście na su- mieniu, bo nie to mnie interesuje. Natomiast chcę wiedzieć, co się stało z dziewczyną? Gdzie została ukryta? — Tego nie wiem... — Małek pokręcił głową. — Może podczas przekazywania jej padły ja- kieś słowa lub dokonaliście obserwacji, które mo- głyby być wskazówką? Przypomnijcie sobie. — Nie, nie wiem... — powtórzył z uporem Ma- łek. — Tyle już powiedziałem, to powiedziałbym i to... Wszystko odbyło się szybko i bez słowa. Stało już tam auto z wygaszonymi światłami. Pod- szedł do nas facet i tylko spytał: „macie ją?" Po- twierdziłem i więcej do siebie nie gadaliśmy. -— A teraz, panie Małek, co z synem? Powie- dział pan że „podszedł do nas facet", zatem nie był pan sam? 155
J2 Powiedziałem panu, le wyszedł z domu. Mor - że już wrócił? — Co pan ukrywa przede mną? A może to Jjj? znów muszę panu powiedzieć? Małek popatrzył chytrze na Szerudę. 5 ’ — Jak pan wie, to po co pytać — rzucił kpiąca, — Pana syn odjechał tamtym samochodem. T® dowodzi, że był bliżej od pana związany z szaj- ką, a pan chciał to zataić I Szeruda obserwując bez przerwy twarz przesłu- chiwanego stwierdził; że strzał oddany na ślepo okazał się celny. W spojrzeniu Matka ukazał sią i; wyraz popłochu, a poteip oczy uciekły w bok. — Kiedy ja doprawdy... — mruknął, ale Szeru* • da przerwał mu ostro: — Pan zdaje się zapomina, że to jest przęsłu* ' chanie, a nie towarzyska pogawędka. Dam panu trochę czasu do namysłu i spotkamy się jeszcze raz. Kiedy wyprowadzono Małka, Szeruda rozłożył mapę i zaczął ją studiować. Fakt, że przesadzono dziewczynę do innego samochodu, dowodził, żs miejsce jej ukrycia nie znajdowało się zbyt blis-* ko. Główna arteria miasta, jaką była ulica Klono- wa, prowadziła we wschodnim kierunku na Skal- ne, dalej szosa łączyła się z trasą Sanok — Ustrzy- ki, ale to już były odległości zbyt duże. Dziewczy- nę musiano ukryć gdzieś pod miastem, bo była przestępczej grupie potrzebna — dlaczego, Szeru-' da po trosze zaczął się domyślać. Sztabowa mapa w skali 1 : 25 000 była tak dokładna, że były na . niej oznaczone wszystkie obiekty, interesujące 158
Jota. Gdzieś w zasięgu kilku kilometrów na .wschód od miasta znajdowała się dziewczyna. Ale gdzie? Należało przeszukać ten leren. Okna najpierw poszarzały, a potem jasność dnia zaczęła pokonywać światło elektrycznej lampy. Szeruda zgasił niewiadomo już którego papierosa i wstał zza biurka. Rozdział 8 W tym dniu pierwszym gościem w „Małgosi" był Szeruda Jeszcze kelnerki krzątały się po sali, robiąc drobne porządki na stolikach, kiedy rozej- rzawszy się po sali major zdjął miejsce w samym jej rogu. Kiedy już usiadł, przekonał się, że wybór był dobry. Widział stąd i drzwi wejściowe, i tych dwo- je z białymi tabliczkami, na których figurowały trójkąt i kółko. Wyciągnął gazetę i zamówił śniadanie, a potem pozornie zatopił się w interesującej lekturze. Dwaj funkcjonariusze, również w ubraniach cy- wilnych> nadeszli zaraz po nim. Jeden zajął stolik W pobliżu wejść do toalety, drugiemu przypadła mniej przyjemna rola. Zniknął za jej drzwiami, by na dłuższy czas zająć kabinę obok wskazanej przez Małka. Szeruda skończył zamówione śniadanie i właś- nie wyciągał papierosy, kiedy ujrzał w drzwiach, znajomą postać doktora Ferbera. Lekarz zatrzymał się obok szatni i rozejrzał po
sali. Na widok Szerudy na chwilę zmarszczył brwi jakby przypominając sobie, skąd go zna, potem ukłonił się z lekka. Szeruda odwzajemnił ukłon z uśmiechem. Zachęcony nim doktor ruszył ku Szerudzie. — Witam, panie majorze! — rzucił kordial- nie. — W pierwszej chwili nie mogłem sobie uprzytomnić, skąd pana znam. Kiedy zaś przy- pomniałem sobie, nie mogłem opanować ciekawoś- ci, by nie zasięgnąć informacji o dziewczynie! Szeruda wstał od stolika, wskazując zapraszają- cym gestem wolne krzesło. — Nie, dziękuję — odmówił lekarz. — Wpad- łem tylko na chwilę, bo szukam znajomego, i mu- szę zaraz uciekać! No i jak, macie już tych na- pastników? — Uważa pan nas za cudotwórców, doktorze! — Dużo się słyszy o sprawności naszych orga- nów śledczych, więc bazowałem na tej opinii — roześmiał się Ferber i dorzucił: — No więc jak? Odbijecie ją? — Trudno, abym dał panu negatywną odpo- wiedź. Problemem jest tylko, kiedy? — Oczywiście, że to nie takie proste! No, mu- szę już iść! — Ferber wyciągnął rękę. — Do wi- dzenia, majorze, mieszkam na Sanockiej dziesięć. Jeśli będzie pan miał wolny wieczór, proszę do mnie wpaść na pogawędkę. Kieliszek dobrego ko- niaku zawsze się znajdzie... — Dziękuję, ale wszystko będzie zależało od te- go wolnego czasul 158
Po odejściu lekarza Szeruda krótkim spojrze- niem zlustrował salę i znowu sięgnął po gazetę. Najbliższy kwadrans nie przyniósł nic nowego. Ale potem ujrzał w drzwiach człowieka, którego najmniej się spodziewał. Podobnie jak doktor Ferber pan Ledwoś rozej- rzał się po sali, na widok Szerudy uśmiechnął się szeroko i ruszył ku niemu. — Nie spodziewałem się, że pana tu spotkaml Cieszę się jednak z tego spotkania! Mogę przy- siąść? — Nie czekając na pozwolenie bezceremo- nialnie zajął miejsce. — Miałem wprawdzie zamiar już wychodzić, ale chętnie jeszcze trochę pozostanę. Ledwoś spojrzał nań z lekkim błyskiem weso- łości w oczach. — Proszę mi wybaczyć, ale może pan na kogoś czekał? — Skądże! Wpadłem tu tylko na śniadanie, gdyż nocowałem w mieście. A co pana skłoniło do tej porannej wycieczki? — Musiałem dokonać kilku zakupów, a po po- łudniu są niemożliwe kolejki. —• I przy okazji na kawę? — Właśnie. Ale teraz najważniejsze: czy zna- leźliście już tę biedną dziewczynę? Wszyscy bar- dzo są poruszeni nowym wydarzeniem. Doprawdy, dzieją się historie jak w sensacyjnym filmie. — Gdybyż jak w filmie, gdzie sprawiedliwość zawsze zwycięża... — westchnął Szeruda. — Wyobrażam sobie pana sytuację. Zawsze po- dziwiałem ludzi waszej służby. 159
-— A co słychać w pensjonacie? — Ten nowy przybysz chyba zaprzyjaźnił się i Wińskim. Wychodząc widziałem, że wybierali się na wspólny spacer. — Nic dziwnego, bo pogoda jest piękna — rzu- cii zdawkowo Szeruda i spytał: — A duch? Nie pokazał się więcej? — Ano właśnie! — ożywił się Ledwoś zadowo- lony, że rozmowa zeszła na jego ulubiony te- mat. — Niech pan sobie wyobrazi, że znów dał o sobie znać! — Co pan powie? W jaki sposób? Pan Ledwoś nie odpowiedział jednak bezpośred- nio na to pytanie, a przechylił się przez stolik i zniżając głos szepnął: —. Sytuacja jest już dla mnie jasna, proszę pa- na... On zjawia się tylko tam, gdzie jest Bemel. Wyraźnie tylko od niej czegoś się domaga i tyl- ko jej grozi... . — Grozi? — Teraz już tak! — stwierdził stanowczo star- szy pan. — Początkowo sądziłem, że swoje żąda- nia wysuwa do nas wszystkich, kierując je tyl- ko pod adresem pani Ewy jako kierowniczki pen- sjonatu, ale teraz doszedłem do wniosku, że tę Żądania dotyczą tylko jej osobyl — Na czym pan opiera ten sąd? ” — Objawy miały początkowo miejsce tyłka W pokoju pani Bemel, prawda? — O ile wiem, to tak... — Teraz zaś, kiedy zajęła pokój obok pani Kle* X6Q
kot, kolejne zdarzenie zaszło na jej nowym miej- scu. zamieszkania. — A więc zaszło coś nowego? — Tak. I miało charakter ponurej groźby. — Naprawdę? — Szeruda okazał zainteresowa- nie. — Co się stało? — Dziś .rano pani Ewa, która obecnie co noc zamyka się na klucz, zwracam na to pańską uwa- gę, znalazła swego ulubionego pierota z zaciśnię- tą pętlą sznurka na szyi... —- I mówi pan, że pokój ną noc był zamknięty? — Tak. Natychmiast to sprawdziła. Klucz tkwił jtr zamku od wewnątrz. — Jak to przyjęła? — Ona robi na mnie wrażenie osoby znajdują- cej się u kresu sił. Wydaje mi się, że przeżywa jakąś wewnętrzną walkę. A poza tym brak jej pańskiej osoby... — Ledwoś uśmiechnął Się, przy- mrużając oko. — Czyżby? — zdziwił się szczerze Szeruda. —* Z czego pan to wnioskuje? — Z jej słów. Znalezienie tego uduszonego pie- rota wstrząsnęło nią okropnie. Byłem wtedy przy niej wraz z panią Klekot. W pewnej chwili pani Bemel szepnęła do siebie, ale na tyle wyraźnie, że usłyszałem jej słowa: „Zebyż on wreszcie wró- cił...*‘ — To bardzo dla mnie pochlebne, ale nie jestem pewien, czy to dotyczy właśnie mnie — stwier- dził z powagą Szeruda. XI — To ja, tunaiły^ 16f
Pan Ledwoś wstał od stolika. — Gonię, bo już sklepy na pewno są otwarte! Kiedy ujrzymy pana w pensjonacie? — Zapewne jeszcze dzisiaj. Szeruda pozostał jeszcze przy stoliku, ale na- dal od strony toalety nie nadchodził ustalony syg- nał. Zbliżała się dwunasta i stawało się coraz bar- dziej oczywiste, że tym razem koperty z pie- niędzmi dla pana Małka nie zostawiono. Szeruda nie zastał sierżanta w szpitalu. Od dy- żurnej siostry usłyszał natomiast pełną potępienia opinię o pacjentach, którzy mimo perswazji i ostrzeżeń rezygnują z leczenia. Powracając do pensjonatu major wiedział więc, że zastanie tam Palucha, Istotnie był pierwszą oso- bą, która go powitała, Zameldował się zgodnie z przepisami i zdał krótką relację. Brzmiała ona niepokojąco Otóż tuż przed powro- tem sierżanta zjawił się w pensjonacie Kozior. Udał się do swego pokoju, a następnie zszedł na dól z walizeczką w ręku, wsiadł do swego volvo i od- jechał, Natomiast Wiński do chwili obecnej nie wrócił mimo że zbliżała się już pora obiadu. — Będą nowe kłopoty, sierżancie... Trzeba dzwonić do Ekspozytury, niech ich szukają. — Poczekajmy do obiadu. Jeśli coś się stało, godzina nie gra roli Może przyjdą do stołu. — Dobrze, poczekajmy. Pójdę teraz przerzucić gazety. W jadalni Szeruda zastał panią Bemel siedzącą 162
*w fotelu z głową podpartą na ręku, głęboko nad czymś zamyśloną. — Dobrze, że pan już jest, panie majorze... — wyciągnęła ku niemu rękę. — Przy panu raźniej się czuję... — Miło mi to słyszeć — odparł Szeruda zajmu- jąc miejsce obok niej. — Czy zaszło coś nieprzy- jemnego? — Dziś w nocy znów miałam odwiedziny...— uniosła powieki i wpatrywała się w jego twarz wielkimi, ciemnymi oczyma. r— Coś mi się obiło o uszy — odpowiedział lek- ko. — Co się stało? Opisała mu zdarzenie, o którym już słyszał od Ledwosia. — Zatem pokój był zamknięty na klucz, który tkwił od środka? — Tak, o to właśnie chodzi. i— A boczne drzwi? — Nie ma tam żadnych bocznych drzwi, a ukry- te przejścia może i bywają, ale w: dawnych bu- dowlach. Ten dom został wzniesiony kilka łat te- mu. — Okno? — Było zamknięte, poza górnym lufcikiem.. Nie mogę sobie jednak wyobrazić, by ktoś mógł do- stać się tamtędy i mnie nie obudził. Zresztą nie wiem, czy nawet małe dziecko przecisnęłoby się przez taki otwór. — Przy okazji obejrzę sobie pani pokój, ale 163
Sądnych rewelacyjnych odkryć nie spodziewani się. To istotnie zagadkowa historia... A co poza tym? Słyszałem, że pan Kozior wyjechał? Czy po- dał pani przyczynę tego nagłego opuszczenia pen- sjonatu? — Ależ ja nic nie wiem, że wyjechał! To dziw- ne, bo pobyt miał zapłacony za dziesięć dni! Co mogło go do tego skłonić? — A więc zapewne lada chwila wróci, tym bar- dziej że zbliża się chwila obiadu — Szeruda bez- trosko wzruszył ramionami. —‘ Zapytam Aliny, może jej coś mówił? — unio-, sła się z fotela. Szeruda zatrzymał ją. — To później, proszę pani. Ponieważ tak się szczęśliwie złożyło, że akurat jesteśmy sami, wolę wykorzystać ten czas na szczerą pogawędkę. Zwłaszcza szczerości tej oczekuję od pani. — O co panu chodzi? Wyczuł, że kobieta zesztywniała wewnętrznie. •— Panią coś gnębi, to jest zupełnie wyraźnie widoczne. Pragnę dowiedzieć się, co jest tego przyczyną, i z czysto ludzkiej życzliwości do pa- ni, i — czego wcale nie taję — jako oficer śled- czy. Wszyscy tu jesteśmy potrosze jak dzieci, ba- wiące się w ciuciubabkę, z tą różnicą, że nie jed- na osoba ma zawiązane oczy, a przeciwnie: to jed- na osoba wie, co robi, a reszta błądzi po omac- ku... Proszę mi szczerze powiedzieć, co panią martwi, bo jestem pewny, że ma to ścisły zwią- zek ze sprawą. Poza tym, jakby z tymi duchami 164
RT." - Mie było, Ir jednak ten ktoś, żywy czy umarły, domaga się, by pani zaczęła mówić... Bemel słuchała z opuszczoną głową. Kiedy Sze- < ruda skończył, uniosła ją i znów spojrzał w głę- I’ bię jej mrocznych oczu. — Pan... pan się myli — szepnęła. — Ja nic nie Wiem... Położył dłoń na jej ręce spoczywającej na po- k ręczy fotela. — Po co to zaprzeczenie — powiedział cicho. —1 Pani przecież wie, że ja wiem, że pani wie... — uśmiechnął się lekko i dalej ciągnął już poważ- K -nie: — Jest to coś bardzo istotnego, coś związa- nego ze sprawą Kornasy, a więc i ze śmiercią Bar- czy, bo ona jest dalszym ciągiem tamtej sprawy. Gnębi panią ta tajemnica i te zagadkowe apele O jej wyjawienie, dlaczego więc nie chce pani t'- pozbyć się tej troski? K. — Bo się boję... •— szepnęła cicho. — Zapewnię pani całkowite bezpieczeństwo. B * jeśli obawia się pani narazić kogoś innego, to p - pani powiem, że nie ochroni pani swoim milcze- j niem nikogo, a jedynie narazi życie innych, jak Ł na przykład tej porwanej dziewczyny... — Proszę... niech pan mnie nie męczy... Ja do- prawdy nic nie wiem... — Szkoda. Słyszę już głosy nadchodzących, ? - Więc musimy kończyć naszą rozmowę. Tak zupeł- nie na marginesie pozwolę sobie zaznaczyć, że ukrywanie spraw, które interesują organy ściga- nia, nie świadczy zbyt dobrze o obywatelskiej po- - . stawie. Nie pomyślała pani nigdy o tym? j 165
Pani Bemel nic nie odpowiedziała, gdyż istotnie na progu ukazała się panna Rutt, tocząca ożywio- ną rozmowę z nachylonym nad nią Wierzycą. Sze- ruda spostrzegł uporczywe spojrzenie pani Ewy, która nie spuszczała z tej pary oczu. Zjawili się Jętka i Ledwoś, który właśnie wró- cił z miasta, a potem pani Klekot. Ani Kozior, ani Wiński nie pokazywali się. Pani Bemel usiadła na swoim miejscu, wkrótce potem weszła Alina z wa- zą zupy i postawiła ją na stole. Zupę jedzono w milczeniu. Dopiero kiedy Alina zaczęła obnosić półmisek z mięsem, pani Klekot pierwsza przerwała ciszę: — Pan Wiński i pan Kozior jakoś nie grzeszą punktualnością. Powinni zostać ukarani i nie otrzymać obiadu... — Jeśli nie pokażą się lada chwila, istotnie go nie dostaną — oświadczyła pani Bemel. —- Miejmy nadzieję, że nic złego im się nie stało... — wyraził przypuszczenie pan Ledwoś. — Niech pan nie kracze! — ofuknęła go pani Klekot. — Na Barczę czekaliśmy również — zarepliko- wał starszy pan. — Dlaczego z góry przewiduje pan najgorszel —< oburzyła się pani Klekot. Szeruda zamienił porozumiewawcze spojrzenie z sierżantem i zwrócił się do obecnych: — Może ktoś z państwa rozmawiał z panem Ko- ziorem w chwili, kiedy opuszczał pensjonat? Czy nie mówił, że zamierza wyjechać? 166
Nikt nie odpowiedział, wobec czego padło na- stępne pytanie: — Podobno wyszedł na spacer z Wińskim. Czy nikt nie widział, w którą stronę się udali? — To wiem — zabrał głos pan Ledwoś — bo zaraz po nich wyszedłem do miasta. Szli w stronę lasu, tego bliższego, który rozciąga się za pen- sjonatem. — Która to była godzina? — Wyszedłem do miasta o dziewiątej. A więc W tym czasie. — W jakąś godzinę potem Kozior był widzia- ny w pensjonacie. Kto z państwa może to po- twierdzić? — Ja go widziałam — oświadczyła Alina, któ- ra właśnie zbierała ze stołu talerze. — Już o tym mówiłam panu sierżantowi. — Gdzie go pani spotkała? — Na korytarzu. Spieszył się bardzo i nawet chyba mnie nie zauważył. Był jakiś taki dziwny... — Dlaczego dziwny? — Wyglądał tak, jakby go ścigał upiór... Sama nie wiem... Jakby to powiedzieć... No, spieszył się, prawie biegł korytarzem, że tylko płaszcz, co go miał na ramieniu, za nim powiewał, a oczy miał takie, jakby zobaczył śmierć... — Tfu, Alina! Co ty wygadujesz! — wykrzyk- nęła pani Klekot. — I zaraz wyjechał? Pani to widziała? — Sze- ruda nie zwrócił uwagi na okrzyk starszej pani. 167
Widzieć nie widziałam, ale słyszałam Warkot samochodu. Kiedy dziewczyna wyszła, nikt nie zabierał gło- su. Milczenie przerwała pani Bemel, zwracając się do Szerudy: — A co z panną Nurską? Czy są jakieś wiado- mości? — Niestety, jeszcze nie — odpowiedział jej Sze- ruda. — Ale, a propos... Mam pytanie, które prag- nę postawić wszystkim zebranym. Chodzi o spra- wę wczorajszego telefonu do Pogotowia. Kto jesz- cze, poza panem Wierzycą, wzywał karetkę? W pokoju zaległa cisza, wszyscy spoglądali po sobie zaintrygowani pytaniem. Raptem rozległ się głos Jętki: — Ja dzwoniłem — oświadczył nieco zbyt głośno. — Pan? A z jakiego to powodu? — Z tego co i pan Wierzyca. Chciałem jak naj- prędzej sprowadzić pomoc, bo... — Jętka zawahał się i dorzucił z pewną determinacją: — gdybym wiedział, że Wierzyca ma zamiar telefonować, uprzedziłbym od razu,' że już to zrobiłem... — A więc przyczyną pana niecierpliwości była obawa o pannę Nurską? — Sądzę, że to zrozumiałel Była zbyt długo' nieprzytomna! Wyglądało to bardzo groźnie, i to tym bardziej, że nie znaliśmy przyczyny, która spowodowała ten stan! Lekarz był pilnie potrzeb- ny, wobec czego po powrocie ze strychu natych- miast zadzwoniłem do Pogotowia. j — Hm... Brzmi to nawet przekonywająco. Wo- 168
Sec tego sprawę możemy uważać za wyjaśnioną, przyjmując podaną nam wersję za prawdziwą. A poza tym czy w tym czasie lub nieco wcześniej jeszcze dzwonił ktoś do miasta? Znów nastąpiła wymiana spojrzeń wśród zaleg- łej ciszy. Tym razem trwała nieco dłużej, gdyż weszła Alina z herbatą. Dopiero kiedy wyszła, Szeruda ponowił pytanie, nadal jednak nikt nie zabierał głosu. Dopiero po pewnym czasie odez- wał się pan Ledwoś: — Przypominam sobie teraz, że jeszcze przed znalezieniem panny Nurskiej pani rozmawiała Z miastem, panno Rutt... Przechodziłem właśnie koło drzwi i usłyszałem pani głos. O ile pamiętam, bo wtedy nie zwróciłem na to należytej uwagi, mówiła pani coś o książkach... Wszystkie spojrzenia skierowały się w stronę dziewczyny. Ta popatrzyła wokoło szeroko roz- wartymi oczami. — Ja? — wykrzyknęła ze zdumieniem. — To chyba... — urwała raptownie i po chwili zawoła- ła: — Ależ tak! To się zgadza! Rozmowa istotnie miała miejsce, ale tak banalnej treści, że zupeł- nie o niej zapomniałam! Po prostu zamawiałam sobie w czytelni książki! Cłjciałam wiedzieć, czy wypożyczalnia je posiada, i prosiłam o odłożenie niektórych z nich! — Cóż to za wypożyczalnia? — Prywatna, zresztą jedyna w Jodłowie. Znaj- duje sję przy ulicy Dworcowej. >— O jakie książki pani chodziło? ' 169
— Teraz już nłe pamiętam — zawahała się —• może tylko niektóre tytuły.- — A mianowicie? — „Zazdrość i medycynę" Choromańskiego, „Korsarza" Conrada i jeszcze parę pozycji, któ- rych nie pamiętam. Tytuły spisałam na kartce, ale ją wyrzuciłam. Czy zadowoliłam pana, panie majorze? — spytała żartobliwie, ale z ledwie uchwytną domieszką drwiny. — Prawie zupełnie — odpowiedział jej tym sa- mym tonem i zwrócił się do sierżanta: — Chodź- my do siebie, mamy jeszcze parę spraw do zała- twienia. — Wstał od stołu, a Paluch poszedł za jego przykładem. — Nie czekam dłużej — zadecydował, kiedy znaleźli się w pokoju biurowym. — Należy zarzą- dzić poszukiwania! — Wygląda, że trzeba... — sierżant podrapał się w obandażowaną głowę. — Coś tu nie tak... — Najpierw jednak chciałbym się rozejrzeć tro- chę w ich pokojach. Poproście panią Bemel, by nam towarzyszyła. O ile pokój Koziora niczym nie zdradzał, że był niedawno zajęty, gdyż nie pozostało w nim nic z osobistych rzeczy lokatora, o tyle Wińskiego sprawiał wrażenie, że mieszkaniec wyszedł przed chwilą i zaraz powróci. Przybory toaletowe, wi- dać używane rano, ale nie odstawione na miejsce, pozostały na stole, w szafie wisiała jesionka i pa- rę garnituiów, a na nocnym stoliku obok popiel- niczki leżała rozpoczęta paczka papierosów, przy 17Q
niej długopis i łyżka do butów. Jedynie pościel była schowana, ale to już zrobiła Alina. Po pobieżnych oględzinach Szeruda zwrócił się do pani Bemel: — Proszę o zamknięcie drzwi na klucz i nia wpuszczanie tu nikogo, póki nie zmienię decyzji Pokój Koziora należy zamknąć również. — Nawet gdyby któryś z nich wrócił? — Wątpię, aby to nastąpiło, ale wówczas pro- szę skierować go najpierw do mnie. Po powrocie do biura Szeruda bez słowa ujął za słuchawkę. Rozmowa z kapitanem Lechowiczem trwała około dziesięciu minut. Po ustaleniu danych i sprecyzowaniu szczegółów dotyczących poszuki- wań Szeruda odsunął aparat i siedział, chwilę bębniąc palcami w blat biurka. — Obywatel major przypuszcza, że Wińskiego prędzej znajdziemy niż Koziora? — zagadnął go sierżant, który cały czas przysłuchiwał się roz- mowie. — Jak słyszeliście. A to dlatego, że żywi poru- szają się, i to czasami bardzo szybko, a martwi — nie. — Może jednak zwiali obaj. Wiński mógł cze- kać w pobliżu pensjonatu, by wsiąść do samo- chodu. — I pozostawił wszystkie swoje rzeczy, a na- wet ciepłe okrycie, nie mówiąc już o przyborach toaletowych? Dlaczego, skoro miał tyle samo cza- su co Kozior? — Jaki stąd wniosek? — Najprostszy to ten, że Kozior pokłócił się
z Wińskim — e co, to wiemy. Wiński wykantó- wał go przecież na ładnych parę groszy, a więc albo pod wpływem wzburzenia, jakie go ogar-, nęło w czasie kłótni, albo z zemsty dokonał za- bójstwa. Potem przeraził się swego czynu i przy- biegł do pensjonatu po swoje rzeczy, a zwłaszcza po wóz. Wiedział przecież, że nas nie ma, kto więc mógłby go zatrzymać? To, co mówiła Alina, potwierdzałoby tę wersję. — A może było właśnie na odwrót? To Wiński, przyciśnięty do muru, próbował zabić zbyt natar- czywego wierzyciela, i w ten sposób raz na zaw- sze pozbyć się kłopotu? Zamiar nie udał się i Ko- zior uciekł. Z tego powodu jeden był wzburzony, a drugi postanowił nie wracać, by nie narazić się na oskarżenie o usiłowanie zabójstwa i zdemas- kowanie jako malwersanta. Wołał więc zrezygno- wać z tych paru łachów, które nie były warte takiego ryzyka. Kozior jako morderca, i do tego wracający po rzeczy, nie bardzo mi pasuje... — Zobaczymy. Nieco sensu w tym jest, co mó- wicie. Sądzę, że za kilka godzin będziemy wie- dzieli, co się stało. — A co z 'Jętką? — Paluch zmienił temat za- dowolony z pochwały. — Chyba zadurzył się w tej dziewczynie? Tak się o nią bał, że od razu pole- ciał do telefonu? Dziwne. I tak sobie myślę, czy to nie przez niego dostałem po łbie? — Chyba jednak nie przez niego... — Co obywatel major taki pewny? — rzucił Pa- luch z sarkazmem. — Zorganizowanie napadu na karetkę wymaga- na
x ło czasu. Dużo więcej niż dzieliło te dwa telefo- ny — Jętki i Wierzycy. Nawet gdyby założyć, że Jętka w jakiś sposób dzwoniąc do Pogotowia k zaalarmował jednocześnie szajkę, to trudno sobie F wyobrazić, by te minuty, dzielące oba telefony, starczyły na zorganizowanie porwania. — Czyli że to Rutt? Bo ona przecież telefono- wała również, i to właśnie o godzinę wcześniej! — Ale wtedy nie było jeszcze wiadomo, co się stało z Nurską. — Ten, kto dał jej ten zastrzyk, już wiedział. — Zakładacie więc, że to ona była na strychu? — Niekoniecznie. Mogła dostać polecenie od sprawcy. — O. właśnie! A zamawiając niby książki moż- na przekazać każdą wiadomość, jaką się chce, na- wet bez klucza! A jeśli go mieli ustalony, to tym bardziej. Ale wówczas... Szeruda zmrużył oczy i jakiś czas spoglądał na blat biurka, kończąc rozpoczęte zdanie, aż znie- cierpliwiony sierżant przynaglił go: — Co wówczas? — rzuci! z zaciekawieniem. — Wówczas, sierżancie Paluch, nietrudno by- łoby odpowiedzieć na pytanie, kto zabił Barczę! — Oczywiście teoretycznie — westchnął w od- powiedzi sierżant zły, że nie może uchwycić toku myśli majora. Szeruda wstał od stołu. — Znów muszę was zostawić na gospodarstwie. Miejcie oczy otwarte. Gdyby był telefon, powiedz- cie, że wyjechałem do miasta i zajrzę do Ekspo- 173
zytury. Wstąpię też zwiedzić czytelnię. Po tym te- lefonie Rutt muszę przyjrzeć się owej wypoży- czalni. Jak wskazywał szyld na bramie, „owa wypoży- czalnia" znajdowała się na pierwszym piętrze. Była jeszcze otwarta, toteż Szeruda minął mały przedpokój o trojgu drzwiach i skierował się w lewo, zgodnie z objaśniającym napisem. Wnętrze było przyjemne. Wokół ścian biegły regały wypełnione książkami, a obok okna po- między dwoma fotelami znajdował się stolik z wa- zonem pełnym kwiatów i rozłożonymi katalogami. Nieco dalej stało biureczko z pudłem kartotek, a za nim siedziała młoda dziewczyna zajęta zapi- sywaniem książek, które podawała jej jakaś klientka. Ani dziewczyna, ani stojąca po drugiej stronie biurka kobieta nie zwróciły na Szerudę uwagi. Podszedł więc do stolika i wziąwszy jeden z kata- logów zaczął go wertować. Udawał pochłonięte- go tą czynnością, obserwując jednocześnie sie- dzącą za biurkiem dziewczynę. Była jasną blondynką o bujnej grzywie włosów opadającej na kształtne ramiona. Nieco zadarty nosek, nieomal czarne brwi ponad ciemnymi oczami i zmysłowe, pełne — może nawet nieco zbyt pełne usta — tworzyły wpadającą w oko całość. Była jedną z tych dziewczyn, za którymi mężczyźni zwykli oglądać się na ulicy. Kiedy czytelniczka po załatwieniu formalności 174
skierowała się ku drzwiom., dziewczyna spojrzą* ta na Szerudę, a potem wstała od biurka i zbli- żyła się ku niemu. Miała krótką, wysoko ponad , kolanami uciętą spódniczkę opinającą pełne uda, a na długich i zgrabnych nogach matowy brąz pończoch stwarzał pozór opalenizny. — Jak pan widzi, wybór jest duży — głos mia- ła głęboki i nieco chropowaty. i — Istotnie, ale nie to mnie interesuje. — Sze- r ruda odłożył katalog i odwrócił się ku dziewczy- nie. Wyciągnął legitymację i rozłożywszy ją przy- trzymał przed jej oczami. ” — Chciałbym z panią zamienić parę słów... Zamilkła na krótką chwilę nieco zmieszana, ale zaraz rzuciła z ożywieniem: — A o co ch_ciałby pan pytać? — pytaniu towa- rzyszyło kokieteryjne spojrzenie. —W miarę moż- i ności postaram się udzielić wyjaśnień, ale jestem zdziwiona pańskim zainteresowaniem moją czy- telnią! t . Mówiła ze swobodą zdradzającą obycie. — Wołałbym, aby nam nie przeszkadzano — , _ Szeruda spojrzał na zegarek. — Wnosząc z szyldu, b. chyba wkrótce pani zamyka? • Spojrzała na wąską, złotą bransoletkę z zega- reczkiem. . — Tak, już chyba nikogo nie będzie! Przeszła przez pokój kołysząc biodrami i prze- kręciła klucz w zamku. Potem gestem wypielęgno- wanej dłoni wskazała jeden z foteli. Kiedy sko- rzystał z tego niemego zaproszenia, usiadła po drugiej stronie stolika i oparłszy łokcie na kola- 175
nach, splotła dłonie nachylając się ku niemu. .W śmiałym wycięciu bluzki ujrzał zarys jej piersi. — Pani zna moje nazwisko, natomiast ja jeszcze nie wiem... * • Przerwała mu: — Nazywam się Jabłońska, a na imię Urszuli. — Zaraz... Skąd znam to nazwisko? Ach, taki Czy to pani krewna pracuje w szpitalu? — Moja siostra. Jest tam telefonistką. — Poznałem ją. Bardzo rezolutna, ale nieco bez- ceremonialna młoda osoba. Zrobiła na mnie sym- patyczne wrażenie. — -Ale dlaczego bezceremonialna? , — Na- zakończenie rozmowy pokazała mi język* — To niemożliwe! Nie mogę w to uwierzyć! — ,Tak, Za moimi plecami, kiedy wychodziłem i pokoju. — Skąd w takim razie...? — O tym wiem? Spostrzegłem to w szybie drzwi. Ale nie przyszedłem ze skargą — Szeruda uśmiechnął się — a wspomniałem o tym, by roz- proszyć nieco sztywny charakter naszej rozmowy* , — A więc i ja wniosę swój wkład. Może napi- jemy się kawy? Zawsze pijam po pracy. Miesz- kam za ścianą i zrobienie jej nie sprawi mi kło- potu. — Z chęcią... — Szeruda skłonił się - lekko, a dziewczyna zerwała się na nogi. Odsunięta kotara ukazała ukryte za nią drzwi. Jabłońska zostawiła je na wpół otwarte. Kiedy zaś w ciemnym wnętrzu przyległego pokoju za- błysło światło, ujrzał kawałek tapczana z narzu- J76
tą w kolorowe kraty i narożnik dywanu. Na ścia- nie wisiało parę akwarel. =— To nie. potrwa długo! — usłyszał głos dziew- czyny. — Woda zaraz będzie gotowa! Szeruda wstał i bezceremonialnie skierował się ku uchylonym drzwiom. Otworzył je szerzej i zlu- strował pokój szybkim spojrzeniem. Całość z kolorową zasłoną na oknie i dużą pal- mą stojącą w rogu robiła przytulne wrażenie. Przy drugiej ścianie na wprost tapczana stało biurecz- ko, a obok oszklona szafka na książki. Tapczan dekorowało parę barwnych poduszek, na stoliku przy nim w kryształowym wazonie czerwieniało parę róż, a obok wygodny fotel zapraszał do wy- poczynku. Następnie drzwi były również uchylo- ne, ukazując wnętrze małej kuchenki. — Uroczo tu u pani — odezwał się nie ruszając się z miejsca. — Nie mogłem odmówić sobie przy- jemności obejrzenia klatki, w której uwięziony został rajski ptak... — Ależ nie uwięziony, panie majorze, nie uwię- ziony! — z kuchenki rozległ się przytłumiony, o niskim brzmieniu śmiech. — A poza tym nie przypuszczałam, że oficerowie są tak pełni kur- tuazji! Skoro pan już tam jest, to proszę siadać, zaraz przychodzę! — Wolę rozmawiać tu niż w czytelni. Bardzo tu miło u pani. Zabiorę tylko papierosy z kieszeni płaszcza. Zostawiłem go na poręczy fotela. Na progu kuchenki ukazała się Urszula z cu- kiernicą w ręku. — Ależ oczywiście! Jestem bardzo ciekawa, 12 — To ja, umarły... 177
czym moja skromna osoba może być pomocna wy- sokiej władzy? Szeruda wycofał się do czytelni i zbytnio nie śpiesząc wrócił z paczką papierosów w ręku, któ- re wyjął z kieszeni spodni. Przyglądał się chwilę, jak piękna gospodyni na- lewa do filiżanki kawę, a potem zapytał: — Zapali pani? — Chętnie. — Sięgnęła po papierosa. — Proszę, niech pan siada. — Po raz drugi wskazała mu fo- tel, przysiadając na brzegu tapczana. — Kawa jest doskonała — stwierdził upiwszy łyk — co napawa mnie optymizmem, jeśli chodzi o pani osobę. Przyszedłem bowiem zasięgnąć in- formacji związanych z czytelnią. To zapewne pani własność? Dziewczyna chwilę zwlekała z odpowiedzią, wreszcie odparła z lekką rezerwą: — Owszem, moja. — Zadroszczę pani. Spokojny kawałek chleba. I mam nadzieję, że nawet niezły, bo w miasteczku to jedyna wypożyczalnia. Dba pani również i o no- wości? — Oczywiście! Otrzymuję je wprost z Warsza- wy. — Nie porzucała tonu rezerwy mimo intym- ności sytuacji, w jakiej prowadzili rozmowę. Sze- ruda zdawał się jednak tego nie dostrzegać albo nie zwracał uwagi, starając się nadać badaniu charakter towarzyskiej rozmowy. — Dużo pani ma czytelników? — Kilkuset. — To wcale nieźle! — Znów upił łyk kawy
i uśmiechnął się. — Sądzę, że nie tylko miasto dostarcza pani tylu klientów, ale i jego okolice? — Pod względem materialnym to nic wielkie- go, bo dwie trzecie wpływów idzie na nowe za- kupy. — Czy dużo czytelników ma pani spoza miasta? — Niezbyt. Trochę wojskowych z lotniska i ba- zy, trochę pracowników z tartaku, no i pensjo- natu PTTK. — Nawet z pensjonatu? Chyba nie gości? — Oczywiście, że nie. Abonentami stamtąd są pani Bemel i pan Wierzyca. Był również i ten biedny Barcza. — A panna Rutt? Szerudzie wydało się, że na dźwięk tego na- zwiska powieki panny Urszuli lekko drgnęły, a po- tem w ich kątach ukazało się parę maleńkich zmarszczek. — Panna Rutt? Słyszałam to nazwisko, ale to chyba lokatorka, więc abonentką nie jest... — O to mi właśnie chodzi! — podchwycił Sze- ruda. — Ale twierdzi, że jest! Podobno nawet te- lefonowała onegdaj z zapytaniem o jakieś książki? — Rutt? — Dziewczyna zmarszczyła brwi, ale po chwili uśmiechnęła się. — Tak, teraz sobie przypominam! Istotnie ktoś stamtąd dzwonił! Ja- kaś kobieta. — Czy może wchodzić w grę wypożyczanie książek osobom przyjezdnym, które zjawiają się tu na 'krótko? — Tak. Takie wypadki są przewidziane. Są to 179
tak zwani abonenci niestali. Opłata, a zwłaszcza kaucje, są w takich wypadkach wyższe. — Rozumiem. Czy przypomina pani sobie tytu-i ły książek, o jakie pytała? Panna Urszula spojrzała na Szerudę rozwartymi,, pięknymi oczyma, nad którymi uniesione brwi tworzyły dwa czarne łuki, i potrząsnęła głową gestem bezdradnego dziecka. — Nie... zupełnie nie... Bardzo mi przykro... —* rzuciła przepraszającym tonem. i Kiedy wkrótc* potem Szeruda opuścił to przy* tułne gniazdko, zastanawiał się idąc do Ekspozy- tury, dlaczego fotografia doktora Ferbera, stojąca początkowo na biurku, została po jego wyjściu z pokoju usunięta i schowana pomiędzy stos ilu- strowanych pism. A że było to zrobione pośpiesz- nie, dowodził kawałek metalowej ramki wystający; spomiędzy numerów. Rozdział 9 Na widok Szerudy dyżurny podoficer Ekspozy* tury rzucił do telefonicznej słuchawki parę słów, wyjaśnienia i przerwał rozmowę. — Mam na linii Palucha, obywatelu majorze —* zameldował podnieconym głosem. — Znaleźli zwłoki i oczekują pana majora) Szeruda nie miał wątpliwości czyje, spytał więc? tylko: — Gdzie? — Pod lasem! Pół kilometra za pensjonateml 180
•— Zaraz tam jadę. Gdzie kapitan? — Polecił zawiadomić obywatela majora, a sam pojechał z technikami. Dziesięć minut później Szeruda ujrzał budynek pensjonatu rysujący się ostrym konturem na tle srebrzystej poświaty mżącej gdzieś zza stoku wzgórza. Równie ostre kontury miały rosnące przy nim świerki, których gałęzie były niby ra- miona zwisające w geście rezygnacji. Refleksy tej poświaty ślizgały się po drodze, znacząc ja- snym obrzeżem zarysy rosnących przy niej krza- ków. Łazik z wyciem motoru pokonał stromy stok wzgórza. Ominąwszy pensjonat, Szeruda ujrzał czarną wstęgę lasu, a pod nią dwa samochody z zapalonymi reflektorami, których światła krzy- żowały się ze sobą Na tle ich bieli widać było ludzkie sylwetki: dwie z nich nachylały się nad czymś leżącym u ich nóg. Szeruda ostro zahamował wóz, wyskoczył na ziemię i szybko zbliżył się ku stojącym. Jednym z nich był kapitan Lechowicz. Obrócił się do nad- chodzącego i spytał przez ramię: — Poznajecie go, majorze? Szeruda obrzucił spojrzeniem zwłoki. Ostre, bia- łe światło reflektorów padało na twarz tworząc na niej głębokie, czarne cienie. Równie czarna była wielka plama na płaszczu w okolicy serca, z któ- rej kilka pasm biegło ku ziemi. — Nie ulega wątpliwości. To jeden z tych po- szukiwanych: Wiński. ,— Dostał w piersi. Pocisk utkwił w ciele. J8f
— Na płaszczu nie widać osmalenia. Strzał mu- siał być oddany z pewnej odległości. — Tak, zapewne z kilku metrów. Zdjęcia już zrobione, zaraz go zabierzemy. — Są ślady? Zabezpieczyliście? — Są i mamy już odlewy. A po sekcji będzie- my wiedzieli, z jakiej broni został zastrzelony. Szeruda rozejrzał się wokół siebie. O kilkanaś- cie metrów dalej stał już las, mroczny i tajemni- czy. Pierwsze jego drzewa, na które padały re- fleksy światła, wyglądały jak pokryte szronem. Co działo się w głębi, pomiędzy strzelistymi słu- pami ich pni, co kryły nieprzeniknione ciemności? Szeruda odwrócił wzrok i spojrzał na kapitana. — Sądzę, że nasi ludzie nie zadeptali śladów? Będą one miały w tej sprawie zasadnicze znacze- nie. Rano trzeba zbadać pobrzeża tego lasu... — Rozkaz, obywatelu majorze! Przyślę tu o świ- cie ludzi, a na razie pozostawię wartę. A co do śladów — już zostały odtworzone. Zakaz porusza- nia się obowiązuje. — Co z nich wynika? Czy macie jakieś wnioski? — Było ich dwóch. Nadeszli tędy — kapitan wskazał na wpół zarośniętą, polną drogę biegną- cą od pensjonatu. — W pewnej chwili przysta- nęli właśnie w miejscu, gdzie obecnie leżą zwło- ki, na co wskazuje zadeptanie gruntu. Jest on tu zresztą nieco gliniasty i wilgotny, więc rekapitu- lacja nie nastręczyła większych trudności. Tu właśnie musiała mieć miejsce kłótnia, w czasie której padł strzał. — A ślady powrotne? 182
— Jednej pary biegnących nóg. Podobno Kozior po morderstwie zjawił się z powrotem w pensjo- nacie? — Tak. List poszedł? — Oczywiście! Już go zapewne szukają. Za dzień, dwa będziemy go mieli! — I ja przypuszczam, że w stogu spać nie bę- dzie, a jego kontakty znamy. — Zwijam ekipę. Jedziecie z nami? — Chwilowo nie będę wam potrzebny. Wrócę teraz do pensjonatu, trzeba tam będzie nieco po- gawędzić. Rano będę u was, by obejrzeć odbitki i pocisk. Szeruda pożegnał kapitana i skierował się do swego wozu. Sierżanta zastał w pokoju biurowym. Paluch sie- dział przy biurku i pracowicie coś pisał. Szeruda rzucił płaszcz na oparcie krzesła i sięgnął po pa- pierosy. — Co tu nowego? — Nic, obywatelu majorze! Kolacja skończyła się niedawno i wszyscy siedzą jeszcze w jadalni. Każdy ma swoją teorię na temat Wińskiego i je- den przekonuje drugiego o jej słuszności. — Mogą się już o niego nie kłócić. Właśnie wracam z oględzin zwłok. — I kto? Kozior? Są ślady? — Tylko nóg. W świetle tego, co wSemy, są to na pewno jego ślady, bo przecież z nim Wiński wyszedł na swój ostatni spacer. •— Jak go zabił? 183
— Z pistoletu. Po sekcji będziemy wiedzieli, , z jakiej broni strzelał, bo pocisk pozostał w ciele. — Ciekawe, dlaczego go kropnął? Czyżby po- kłócili się o forsę? — Chyba tak. Powód dość istotny, aby stracić - nerwy, zwłaszcza jeśli suma była duża. No i sięg- nął po broń. — Jeśli ją miał. Kozior według mnie to nie ten typ. Wyglądał na faceta oblatanego, a tacy unika- ją noszenia broni... — Czyżbyście wątpili w winę Koziora? Komu innemu mógł Wiński narazić się? I to do tego stopnia? — Dobre pytanie, obywatelu majorze — westch- nął sierżant. Szeruda popatrzył uważnie na niego, ale chwi- lowo nic nie powiedział. Odezwał się wreszcie po pewnej chwili: — Czy pamiętacie przesłuchanie Wińskiego pó śmierci Barczy? Uderzył mnie wówczas pewien szczegół, którego nie mogłem zrozumieć i nie ro- zumiem zresztą nadal... — Jaki? — Paluch z zaciekawieniem spojrzał na majora. — Ta chwila, kiedy wspomniałem, że sprawca użył skutera. W oczach Wińskiego nie dostrze- głem żadnej konsternacji ani lęku, natomiast sło- wa te najpierw zaskoczyły go, a potem ujrzałem w jego wzroku wyraz radości, a nawet, powie- działbym, tryumfu... Zupełnie nie mogę sobie wy- tłumaczyć tej reakcji. — Hm.... — zastanowił się sierżant marszcząc 18.4
brwi. — Obywatel major już raz wspomniał, że jeśli Rutt nadała wiadomość o Nurskiej, to nie- trudno powiedzieć, kto zabił Barczę. Teraz mam nową zagadkę! — Pomedytujcie sobie nad tym, a ja pójdę do jadalni. Trzeba podzielić się ostatnimi wrażeniami i zobaczyć, jak na to zareagują. W jadalni stół był już sprzątnięty, ale siedziało przy nim jeszcze parę osób. Jętka i Rutt zagłę- bieni w fotelach rozmawiali ze sobą półgłosem. Na widok Szerudy pani Bemel okazała ożywie- nie. Uniosła s-ię z krzesła ze słowami: — Zaraz każę coś podać... Zapewne jest pan głodny? — Nie, dziękuję pani, nie będę nic jadł! Proszę się nie fatygować — wstrzymał ją, lustrując spoj- rzeniem. Regularne rysy wypielęgnowanej twarzy kobie- ty zaostrzyły się, policzki ściągnęły, a pod ocza- mi leżały głębokie cienie. Skonstatował z nieja- kim zaskoczeniem, że w ciągu tych kilku dni pa- ni Bemel postarzała o kilka lat. Nie spuszczała z niego wzroku; w jej oczach dostrzegł wyraźny lęk. Wreszcie nie czekając na jego wyjaśnienie, spytała pierwsza: — Co z panną Nurską, panie majorze? Czy jesz- cze nie ma wiadomości? Bez słowa zaprzeczył gestem głowy. — A o Wińskim? I on przecież... — pani Bemel zawahała się nad doborem właściwego słowa. — O nim mam wiadomości, ale nie najlepsze. — Co mu się stało? 185
Wszyscy obrócili się ku nim. Jętka i Rutt przer- wali również rozmowę i zamilkli wyczekująco. Szeruda nie spieszył się z udzieleniem odpowiedzi, jakby nie dostrzegając zainteresowania towarzy- stwa. — Nie widzę pana Wierzycy. Czy nie ma go w pensjonacie? — zapytał, powiódłszy spojrze- niem po obecnych. — Jest od dwóch dni chory — odezwała się pa- ni Klekot — ale to chyba nic poważnego..'. Prze- bywa jednak u siebie w pokoju. — Narzekał na ból gardła — uzupełniła tę wia- domość pani Bemel — toteż nawet nie poszedł do pracy. ’Ałe nie powiedział pan, co z Wińskim? — ponowiła pytanie. — Jak powiedziałem, wiadomości nie są do- bre. Pan Wiński nie żyje. Nikt nie odezwał się. Oświadczenie to zostało przyjęte zupełnym milczeniem, jak gdyby wszyscy oczekiwali takiej, a nie innej odpowiedzi. Dopiero po dłuższej chwili rozległ się okrzyk pani Klekot: — Boże święty! A więc z kolei on! Panie ma- jorze, co to wszystko znaczy? W szeroko rozwartych, wpatrzonych w niego oczach Szeruda nie dostrzegł jednak przerażenia ani nawet lęku. Natomiast drgało w nich podnie- cenie i ciekawość. Spojrzenie Rutt z kolei było badawcze, ostre, dociekliwe. Natomiast wzrok Jęt- ki był skupiony, nieomal czujny i uporczywie utkwiony w jego twarzy. Jedynie oczu pana Led- wosia nie mógł dostizec, gdyż siedział z opuszczo- 186
ną głową, opartą na obu rękach, i wpatrywał się w blat stołu Bemel- po okrzyku pani Klekot raptownie po- bladła. z wolna zaczęta przechylać się na krześle i byłaby upadła na podłogę, gdyby Szeruda nie skoczył ku niej i nie przytrzymał za ramiona. Pa- ni Ewa zemdlała. Kiedy po paru minutach pani Bemel ocknęła się wreszcie i wyciągnięta w fotelu przychodziła po- woli do siebie, posypały się pytania, na które Sze- ruda starał się udzielać odpowiedzi. Nie wszyst- kie były jednakowo ścisłe, ale mimo to zdołały zaspokoić ciekawość zebranych Wreszcie uznaw- szy, że temat został naświetlony dostatecznie, przerwał indagację, rzucając: — Teraz ja z kolei poproszę, aby państwo udzie- lili mi nieco wyjaśnień i w tej sprawie, i w spra- wach poprzednich. Jak już wiecie, przypuszczal- ny czas morderstwa to godzina dziewiąta — dzie- siąta rano. Wiemy też, że Kozior po zabiciu Wiń- skiego wrócił do pensjonatu, bo widziała go Ali- na. Chciałbym teraz dowiedzieć się, kto i gdzie wówczas przebywał. Aby jednak oszczędzić mi nudnych pytań, może ci, którzy w tym czasie prze- bywali poza pensjonatem, zechcą zgłosić się sami? Z panem Wierzycą skontaktuję się po naszej roz- mowie. — Wiem, że pan Wierzyca był u siebie w po- koju, bo około dziewiątej przyszedł do mnie pa kluczyk do apteczki. Chodziło mu o jakiś środek do płukania gardła — powiedziała pani Ewa. 181
— Zapamiętała pani go’dzinę? — Przez zbieg okoliczności. Widzieliśmy przez okno Wińskiego i Koziora, wychodzących z pen- sjonatu, i pan Wierzyca wyraził zdziwienie, że tak wcześnie wybrali się na spacer. Dlatego mimo wo- li spojrzałam na zegarek. Była za dziesięć dzie- wiąta. — Może jeszcze ktoś wyszedł o tym samym cza- sie? — Szeruda spojrzał po obecnych. — Sprawa jest jasna i nie ulega wątpliwości, kto jest prze- stępcą — dorzucił uspokajająco — chodzi mi jedy- nie o obserwację ich zachowania się... Mimo tej uwagi nikt nie odezwał się. — Z tego milczenia wnioskuję, że pensjonat opuścili wówczas tylko ci dwaj... — No i ja, ale o mnie pan wie — odezwał się pan Ledwoś. — Ale poszedłem w innym kierunku, bo w stronę miasta, więc nie miałem okazji zoba- czyć niczego ciekawego. — Zatem nikt z państwa nie wychodził? — stwierdził Szeruda i powtórnie zwrócił się do pa- ni Bemel: — A co pani może bliższego powie- dzieć o Wińskim i Koziorze? Czy szli spokojnie, czy też okazywali wzburzenie? — Rozmawiali z pewnym ożywieniem, ale bez oznak większego podniecenia — stwierdziła po krótkim namyśle pani Ewa i dodała: — Oczywiś- cie sądzę po ich gestach, bo głosów nie słysza- łam. — Hm... Nie jest to dużo... No, trudno. Zajdę J88
teraz do Wierzycy, a potem chciałbym zamienić parę słów z panią Klekot, ale u niej w pokoju. — Proszę bardzo, zaraz idę do siebie... — rzu- ciła z nieco sztucznym ożywieniem starsza pani. Wierzyca siedział w fotelu z obwiązanym gar- dłem i książką w ręku. Na widok Szerudy stojące- go na progu podniósł się i gestem ręki zaprosił do środka. — Proszę mi wybaczyć -— odezwał się szep- tem — ale mówienie sprawia mi pewną trudność. Czym mogę służyć? — Nieźle się pan przeziębił — skonstatował Szeruda wyciągając do inżyniera rękę — ale dłu- go nie będę pana męczył. Chodzi mi o tych dwóch: Wińskiego i Koziora. Podobno był pan u pani Be- mel, kiedy wychodzili z pensjonatu? — Tak, po jakiś środek do płukania gardła. Istotnie widzieliśmy ich przez okno. Co się stało? Czy nadal nie zjawiają się? — Znaleźliśmy Wjńskięgo, a właściwie jego zwłoki — stwierdził zdawkowo Szeruda, nie spusz- czając wzroku z twarzy Wierzycy. Ten żachnął się: — Coś niesłychanego! I gdzie go znaleziono? — Niedaleko stąd, pod lasem. Z kulą w pier- siach. — Czyżby to ten drugi? Jakże mu tam — Ko- zior? — Na to wygląda, bo któżby inny? Tym bar- 189
'dziej że uciekł z pensjonatu w stanie skrajnego .wzburzenia. — Wzburzenie nie dowodzi jeszcze winy... — Wierzyca nadal mówił szeptem. — Ale dowodzą tego inne okoliczności. Nie o to jednak chodzi. Chciałem raczej dowiedzieć sie., czy zauważył pan coś, co wskazywałoby na póź- niejszy przebieg wypadków? Czy Kozior był pod- niecony? — Nie, raczej Wiński. Kozior był tym, który słuchał, i to względnie spokojnie. — Czy niczego więcej pan nie zaobserwował? — Nie, niczego. — A co robił pan potem? Brwi Wierzycy na moment uniosły się ku górze, ale odpowiedział rzeczowo nie komentując py- tania. — Wziąłem z apteczki kwas barny i płukałem gardło. A potem? — Tak jak obecnie czytałem książkę. — No cóż, to chyba wszystko. Dziękuję, inży- nierze. Aha, jeszcze jedno. Pamięta pan, w dniu śmierci Barczy był pan u panny Rutt... O czym rozmawialiście wówczas? Wierzyca powtórnie zmarszczył brwi. — Już pan o to pytał! — burknął z pewnym zniecierpliwieniem. Szeruda uśmiechnął się żartobliwie. — Po prostu zapomniałem... A protokoły poszły do Ekspozytury i sprawiłoby mi kłopot odszukiwa- nie tego ustępu... 190
Wierzyca obrzucił majora badawczym spojrze- niem. — Niestety, teraz już nie pamiętam, co to byłol Zatem coś błahego, coś do czego nie przywiązy- wałem żadnej wagi. Proszę mi wybaczyć... — tym razem na ustach Wierzycy ukazał się uśmiech. — To wyjaśnienie też mi wystarczy, panie inży- nierze. A czy pamięta pan może, co pan robił w czasie tej rozmowy? — Jak to- co robiłem w czasie rozmowy? To chyba proste — mówiłem! — Można to robić siedząc, stojąc lub leżąc — odpowiedział z pewnym sarkazmem Szeruda. — Ach o to chodzi! Nie, nie leżałem, to na pewno! Rozmawiałem z panną Rutt chodząc po po- koju! — Czy jest pan tego pewny? — Ależ oczywiście, zupełnie pewny! Czy teraz- jest pan zadowolony? — Bardziej niż pan sądzi Mimo że to zeznanie stwarza mi pewne komplikacje, gdyż panna Rutt stwierdziła, że przez cały czas siedział pan na krześle. — Czy to takie ważne? — Dałbym wiele, aby móc odpowiedzieć na to pytanie. Do widzenia, panie inżynierze... Korytarz był ciemny. Nie paliła się żadna lam- pa, a jedynie smuga światła padającego z saloniku rozpraszała jego ciemność. Jakaś mroczna chmu- ra wysunęła się raptem z jego głębi i płynęła na- przeciw Szerudy wielka, szybka i cicha; zdawało 191]
się, że go ogarnie, pochłonie... Ale ześliznęła się raptem w dół i zniknęła u stóp: jego własny cień. . Wytężając wzrok, odszukał numer pokoju pan- ny Rutt. Na krótkie pukanie usłyszał dźwięczne „proszę", więc nacisnął klamkę. Panna Beata sie- działa w fotelu przy lampie z przyrządami do ma- nicure, rozłożonymi wokół siebie. Uniosła głowę i uśmiechnęła’ się. — Proszę bardzo, panie majorze! Cieszę się, że nie ominął pan i mojej skromnej osoby! — Wołałbym, aby były to odwiedziny bardziej towarzyskie... — westchnął Szeruda. — Ale cóż robić... — A więc ma to być rozmowa urzędowa? — Dziewczyna nie przestawała się uśmiechać. Stoją- ca przy niej lampa rzucała spod abażuru łagodne, ciepłe plamy światła na jej twarz, znacząc na niej jednocześnie i mocne, głębokie cienie, w któ- rych oczy dziewczyny błyszczały blaskiem pełnym życia. — Niestety, tak... — Szeruda podsunął sobie krzesło i usiadł. — Chciałbym poprosić o powtó- rzenie mi treści rozmowy z panem Wierzycą tego popołudnia przed zatruciem. Przez twarz dziewczyny przemknął wyraz zasko- czenia, ale odpowiedziała, nie przestając się uśmiechać: — Rozmawialiśmy o różnych głupstwach! Nie pamiętam teraz o czym! Zresztą przecież zdaje się już panu o tym mówiłam? — Nie pamięta pani? Zastanawiała się przez chwilę. 192
— Naprawdę nie pamiętam... Zresztą zaraz... Przecież to ja zaprosiłam inżyniera na tę poga- wędkę, by porozmawiać o tym biednym Barczyl Wtedy bardzo mnie interesował, a teraz wydaje mi się, że to było całe lata temu... — Westchnęła przyglądając się dłoniom, a potem zgięła palce i zaczęła przypiłowywać paznokcie. Szeruda przyglądał się chwilę tej czynności, wreszcie skinął głową. — Tak, to by się zgadzało. A co robił w czasie tej rozmowy Wierzyca? — Zaraz sobie przypomnę... Ach, tak! Ja sie- działam na tapczanie i piłam tę kawę, a inżynier spacerował po pokoju. — Czy pani dobrze to pamięta? — Oczywiście! Całą scenę mam przed oczyma. Siedziałam na tapczanie obok stolika, bo na nim stała kawa, a pan Wierzyca rozmawiając ze mną chodził po pokoju. Tylko na krótki czas przysiadł na parapecie okna. — Hm... Nie wiem, co zatem sądzić o pani pierwszym zeznaniu. Stwierdziła pani wówczas, że przez cały czas siedział na krześle. To zeznanie chroniło go przed podejrzeniem — oczywiście czy- sto teoretycznym — że w czasie rozmowy nie- znacznie rzucił coś do pani szklanki. Natomiast spacer po pokoju na taką możliwość wskazuje. Bo przecież wystarczy jeden krótki moment, kiedy pani odwróciła wzrok, i jeden nieznaczny ruch jego ręki, by kawa została zatruta... — To... to przerażające, co pan mówi... — Pan* na Rutt uniosła wzrok na Szerudę. >3 — T> ja, umarly.w 193
— A poza tym — Szeruda uśmiechnął się —1 bardziej zaskakujące niż ta możliwość jest dla mnie co innego... — Co mianowicie? — Rozbieżność w pani zeznaniach. Przedtem stwierdziła pani zupełnie co innego. Panna Beata wzruszyła ramionami i odpowie- działa rozkapryszonym tonem: — Bo to pana wina! Pan mi tak wszystko po- plątał, że już sama nie wiem! Z panem Wierzycą rozmawiałam nie raz, może ta scena, którą panu opisałam, dotyczyła innego naszego spotkania? Wówczas na świeżo mogłam pamiętać lepiej... Przecież chyba pan wie, panie majorze, jak trud- no jest zapamiętać coś, do czego nie przywiązy- wało się wagi? — Być może, ale takie zaniki pamięci nie naj- lepiej mówią o świadku. — O co pan mnie podejrzewa? — w głosie pan- ny Rutt zadrgało oburzenie. — Że celowo wpro- wadziłam pana w błąd? Szeruda skinął głową i wstał z krzesła. — Właśnie. Tylko kiedy? Czy wówczas, czy teraz? — Po co miałabym kłamać? — Uniosła głowę do góry, bo stał na.d nią. — Może dlatego, by uchronić Wierzycę przed podejrzeniami? — Nie jest mi na to dostatecznie bliski! — prychnęła ironicznie. — To by pasowało do pani Bemel! — No cóż, żałuję, że nie mogła mi pani wyjaś- 194
nić tej rozbieżności bardziej przekonywająco. To zaś nasuwa mi na myśl jeszcze jedną możliwość... — Jaką? — Ze w ogóle nie było go u pani. — No wie pan! — oburzyła się. — Na tego ro- dzaju podejrzenie nic nie mogę odpowiedzieć! Nie- stety, tej sceny nie sfilmowałam! — Toteż dajmy temu spokój. Natomiast chciał- bym jeszcze wiedzieć, czy picie kawy po obiedzie było pani zwyczajem, czy też to zamówienie szklanki na górę zdarzyło się po raz pierwszy? Panna Rutt obrzuciła Szerudę porozumiewaw- czym spojrzeniem. — Domyślam się, o co panu chodzi. To istotnie było moim zwyczajem i zdaje się, że wszyscy o tym wiedzieli. — To byłoby więc wszystko, co chwilowo prag- nąłem wyjaśnić Dziękuję pani. Szeruda znalazł się na korytarzu. I tym razem cień wybiegł mu naprzeciw, groźny i tajemniczy, by znów zniknąć u jego nóg. Pokój pani Klekot zdradzał staroświeckie upo- dobania jego lokatorki Wszędzie leżały serwetki i serweteczki. na nich stały jakieś rodzinne foto- grafie w drewnianych ramkach, porcelanowe fi- gurki. kolorowe pucelka na nici i inne drobiazgi, a na nocnym stoliku cykał głośno okrągły budzik. Pani Klekot z okularami na nosie, z kłębkiem włóczki na kolanach, machała drutami Na widok Szerudy odłożyła robotę i rzuciła zachęcająco. 195
— Proszę, proszę... Niech pan się rozgości... Wnętrze tchnęło zaciszem i spokojem. A jednak nie wiadomo dlaczego zdawało się Szerudzie, że cisza ta jest zwodnicza, a spokój pozorny. Sta- roświecki charakter wnętrza wydał mu się tylko maską kryjącą prawdziwe. oblicze jego lokatorki. Zbyt odbiegał od nastroju domu, był oazą spokoju, ale może właśnie dlatego wzbudzał nieufność. Karcąc się w duchu za to przewrażliwienie odez- wał się: — Nie zabiorę pani wiele czasu, ale muszę wy- jaśnić, jak było z tą flaszką, która pani zginęła? — Niech pan siada — wskazała mu ręką fo- tel — wszystko panu opowiem. — Jak duża to była butelka i jak wyglądała? Szeruda nie skorzystał z zaproszenia i przeszedł się po pokoju. — Z ciemnego szkła, taka jakich używają w aptekach. Miała chyba dwieście gram zawar- tości. , j — I gdzie ją pani schowała? '1 — Zatknęłam mocno korek i wsunęłam pod je- den z kapeluszy leżących w szafie. Następnie sza- fę zamknęłam na klucz. A ten noszę stale przy sobie, więc nie rozumiem, jak się to mogło staćl — Zamki meblowe można otworzyć -byle czym. Nie zauważyła pani, że rzeczy były poprzewra- cane? — Nie. Lubię porządek i nie uszłoby to mojej uwagi — oświadczyła stanowczo pani Klekot. — A pokój? Czy zawsze jest zamknięty na klucz? 196
i— W rannych godzinach Alina sprząta, więc wszystkie pokoje są otwarte. — Zatem sprawca nie miał zbyt trudnego za- dania. Kto najczęściej panią odwiedzał? Kobieta zastanawiała się przez chwilę. — Pani Bemel i panna Nurska. Czasami, ale na chwilę wpadała panna Rutt. — A pan Ledwoś? — Był u mnie parę razy na pogawędce. — No a Wiński lub Wierzyca? — Szeruda teraz dopiero zajął wskazany mu fotel. Na twarzy starej pani pojawił się wyraz niechę- ci. Podsunęła palcem osuwające się okulary i po- wiedziała z zawziętością: ' — O czym miałabym z nimi rozmawiać? Wiński wyglądał mi na niebieskiego ptaka, a Wierzyca to zarozumiały bufon! Sądzę, że nie powtórzy mu pan tego! A gdyby nawet, to mam go w nosie, a Wiń- ski już się swego losu doczekał! Ze starannej fryzury wysunęły się pani Klekot kosmyki siwych włosów i wyglądała z tym jak stara, nastroszona złością sowa. Po tym oświad- czeniu milczała chwilę, a potem dorzuciła ze zde- cydowaniem: — A jeśli chce pan wiedzieć, kto go zabił, to panu powiem! — Wszystko wskazuje na to, że mordercą jest ten nowo przybyły, Kozior. — Może sobie wskazywać — machnęła ręką — a ja wiem swoje! ,— A więc któż jest według pani tym sprawcą? 197
Pani Klekot przechyliła się do przodu, zerknęła na drzwi i zniżając głos do szeptu oświadczyła: — To Wierzyfca go zabił. Nikt inny, tylko on! — Na czym pani opiera to oskarżenie? — Bo Wierzyca nienawidził Wińskiego. Dla- czego, tego nie wiem, ale nienawidził gol — Skąd ta pewność? — Bo widziałam! Widziałam i słyśzałaml — Co mianowicie? — Obserwował każdy jego ruch jak tygrys cza- jący się do skoku, a w oczach miał coś takiego, że człowieka brał strach... — A co pani słyszała? Bo to, że patrzył tak lub inaczej, to nie powód do oskarżenia. — Nie wiem, o czym rozmawiali, ale kilka dni temu, kiedy weszłam do jadalni, byli tylko oni dwaj. Słyszałam podchodząc do drzwi, jak Wie- rzyca powiedział do Wińskiego: ,,poczekaj, ty dra- niu..." I trzeba było słyszeć, jakim tonem to po- wiedział... Toteż kiedy dowiedziałem się o śmier- ci Wińskiego, od razu wiedziałem, kto go zabił. Mówię to tylko panu, bo takich rzeczy się nie rozpowiada, ale wiem, że się nie mylę! — Bardzo dobrze, że pani mówi o tym tylko mnie, gdyż mogłaby pani narazić się na przykroś- ci. Osobiste wrażenia, i do tego oparte na tak mało znaczących podstawach, nie wystarczają do wysuwania oskarżeń! Pani uprzedzenie do Wierzy- cy jest zbyt widoczne, by nie rzutowało na opinię o nim. Takie czy inne patrzenie, a nawet obraźli- we słowo, a zabójstwo, to wielka różnica... Radzę 198
więc nadal zachować wstrzemięźliwość w wypo- wiedziach. — Toteż nie mam zamiaru gadać! Ale co wiem, fb wiem! Starą kobietę wyraźnie poniosło zacietrzewienie, toteż nie warto było przedłużać rozmowy. Po ostatnich słowach pani Klekot zapanowała w po- koju cisza przerywana tylko miarowym, głośnym tykaniem budzika. Szeruda wstał z fotela. Następnego zaś dnia otrzymał telefoniczną wia- domość z Ekspozytury, że poszukiwany Kozior sam się zgłosił do komendy MO w Warszawie, zo- stał zatrzymany i znajduje się w drodze do Jod- łowa. Jeszcze tego samego dnia Kozior został przesłu- chany. Na widok Szerudy siedzącego za biurkiem uśmiechnął się z przekąsem i siadając na wska- zanym miejscu mruknął- — A wiec znów się spotykamy! Kto wiedział, że ten drań wpakuje mnie w taką kabałę! — Co za drań? — No, ten Wiński! Zmarły, nie zmarły — a drań! — Z tego wnoszę, że przyznaje się pan do za- bójstwa? Kozior obrzucił Szerudę kpiącym spojrzeniem. — Hola, panie majorze, nie tak szybko! O żad- nym przyznaniu się nie może być mowy! Ja go nie zastrzeliłem! — Skąd pan zatem wie, że został zastrzelony? 199
Kozior spojrzał na Szerudę z pewnym zdziwie- niem. — No, przecież przy tym byłem! — Hm... Jedzmy po kolei. Najpierw dane per- sonalne, a potem posłucham, co tam pan dla nas przygotował. Po załatwieniu wstępnych formalności Szeruda powiedział: — Proszę mi teraz opowiedzieć dokładnie prze- bieg zdarzeń, które miały miejsce tego dnia. Kie- dy i dlaczego wyszliście z pensjonatu? Kozior rozpoczął: — Przyjechałem, bo ten kanciarz był mi winien pieniądze... — Dużo? — przerwał mu Szeruda. — Sporo —' mruknął niechętnie Kozior. — Po- nad trzysta patyków. — To istotnie dużo, ale nie na tyle, by go za- bijać. — Dobrze, że pan rozumie. Bo wpakowałem się. w kabałę bez żadnej mojej winy! — No, to się jeszcze zobaczy. Proszę mówić dalej. —“Wyszliśmy z domu, żeby swobodnie pogadać. Zaczął mi kręcić, że odda, bo spodziewa się więk- szego grosza, prosił o cierpliwość i krótką zwło- kę — zwykłe zawracanie głowy w takich spra- wach. Ja mu powiedziałem, że bez konkretnych widoków o żadnym oczekiwaniu nie może być mo- wy. On mi na to, że takie widoki ma i jeszcze' ty- dzień, a wszystko mi zapłaci... — Nie pytał pan, skąd miały być te pieniądze? 200
— Pytałem, ale nie chciał powiedzieć i z tego powodu wreszcie doszło między nami do kłótni. Nie lubię pustej paplaniny i wyszedłem z nerw. No to on się wystraszył, bo wiedział, co mu gro- zi, jak nie będzie pieniędzy... I wtedy właśnie usłyszałem od strony lasu trzask wystrzału i zo- baczyłem, jak Wiński pada na ziemię. Rozejrzałem się wystraszony dookoła, ale nikogo nie dostrze- głem. Do skraju lasu było nie dalej jak dziesięć metrów, ale pomiędzy starymi drzewami rosło du- żo młodników, toteż w takim gąszczu niewiele można było dostrzec. Nachyliłem się nad Wińskim i przekonałem się, że nie żyje. Wtedy przyszło mi do głowy, że strzelający zechce sprzątnąć również i świadka. Więc co tu dużo gadać: wziąłem nogi za pas i pognałem do pensjonatu. A co dalej, to już pan wie. — Tak, wiem. Zabrał pan rzeczy i uciekł samo- chodem — stwierdził kpiąco Szeruda, aczkolwiek relacja Koziora pokrywała się z wynikami poszu- kiwań w lesie. — Ale dlaczego w takim razie pan uciekał? Czyżby do tego stopnia stracił pan gło- wę? Jakoś mi pan na to nie wygląda... Kozior skrzywił się. — W pierwszej chwili to może i straciłem, ale potem, już w drodze, zacząłem kombinować spo- kojniej. Ukrywanie się nie miało sensu, bo wiado- mo, że zostałbym prędko nakryty. Ale człowiek ma nieco porozpoczynanych interesów, których nie może porzucić, ot, tak sobie. Trzeba było wszyst- ko przestawić na dłuższą nieobecność. Zakrząt- nąłem się więc szybko i już następnego ranka by- 20t
łem gotów. A teraz mam nadzieję, że długo mnie trzymać nie będziecie, bo przecież morderca Wiń- skiego musi się znaleźć! — Na pewno się znajdzie i mam nadzieję, że nie będzie nim pan, gdyż wówczas nie chciałbym być w pańskiej skórze. Na tym na razie skończy- my. Do zobaczenia, panie Kozior... Szeruda odbył naradę z kapitanem Lechowiczem i jego zastępcą, porucznikiem Owczarskim. Naj- pierw omówiono wyniki poszukiwań przeprowa- dzonych na skraju lasu. ^Stwierdzono tam ślady czyjejś obecności — w paru miejscach udało się odtworzyć odciski stóp. Znaleziono też miejsce, w którym ktoś leżał, ukryty za drzewem. Stąd zapewne padł strzał. Wszystko potwierdzało re- lację Koziora. W pewnej chwili porucznik Owczarski rzucił: — A więc Ledwoś wyszedł niemal razem z tam- tymi. Wobec tego czy nie jest możliwe, że udał się za tymi dwoma, potem przedostał się do lasu, oddał strzał i dopiero potem ruszył do miasta? Te- go w czasie nie da się sprawdzić! Szeruda i kapitan Lechowicz spojrzeli po sobie i major powiedział: — Owszem. Koncepcja do przyjęcia. Trzeba bę- dzie o tym pomyśleć... Natomiast poszukiwania Nurskiej na terenie miasta aż dotąd nie dały rezultatu, a penetracja miejscowości położonych w najbliższej okolicy również utknęła w mai twym punkcie. Szersze zaś 202
poszukiwania wymagały środków i ludzi w takiej, liczbie, że przekraczało to możliwości Ekspozytu- ry. Tylko jedna sprawa była pomyślnie realizowa- na — ta, z którą Szeruda zgłosił się do pułkow- nika, uzyskując jego poparcie. Żądany człowiek miał przybyć lada chwila. — Tego damy do dyspozycji autorowi pomy- słu — zadecydował Szeruda. — Sami mamy po- ważniejszą robotę na głowie! Niech sobie radzi sam. Poza tym Paluch jest już zorientowany na tyle, że będzie wiedział, co robić! — A co z Nurską? Szukamy dalej? — Musieli ją ukryć gdzieś w prywatnym miesz- kaniu i zwykłe poszukiwania nic nie dadzą. — Wszystkie podejrzane miejsca zostały prze- trząśnięte, ale jak dotąd bez rezultatu... — Sądzę, że chwilowo nic dziewczynie nie gro- zi — zaopiniował Szeruda. — Zagrają w tę kartę, kiedy poczują swąd. Dlatego już zacząłem ich nieco podkurzać i mam zamiar robić to nadal. To powinno wypłoszyć lisa z nory, a wówczas przyj- dzie do zasadniczej rozprawy, którą musimy wy- grać... Narada skończyła się około dwudziestej i zaraz potem Szeruda wsiadł do wozu i skierował go w ulicę prowadzącą do dzielnicy willowej, gdzie mieszkał doktor Ferber. Miał wolny wieczór i po- stanowił skorzystać z jego zaproszenia. Dom, w którym mieszkał doktor, okazał się jed- nopiętrową willą z szerokim wjazdem prowadzą- cym wprost do drzwi garażowych, znajdujących się w parterze budynku. Otaczało ją parę drzew, 203
a od ulicy rozciągał się nieduży trawnik z paru ozdobnymi krzewami. Całość sprawiała wrażenie znacznego dostatku. Szeruda postawił wóz na ulicy i zbliżył się do furtki, znajdującej się obok bramy wjazdowej. W świetle palącej się niedaleko latarni szukał chwilę dzwonka. To okazało się jednak zbyteczne, bo furtka była otwarta. Do drzwi wejściowych prowadziła żwirowa ścieżka. Drzwi otworzyła mu tęga kobieta. Wpuszczony do obszernego holu ściągnął płaszcz i powiesił go na ściennym wieszaku. W tej chwili wszedł doktor Ferber. Miał na so- bie wiśniową bonżurkę, a na nogach domowe pan- tofle. — Witam majora! — zawołał na widok Szerudy, podchodząc do niego z wyciągniętą ręką. — Cóż za miły gość! Matyldo — zwrócił się do tęgiej ko- biety stojącej wciąż przy drzwiach — proszę nam przynieść do gabinetu kawę! — Korzystając z zaproszenia zjawiłem się na krótką pogawędkę w pierwszy wolny wieczór, jaki mi się zdarzył! — wyjaśnił Szeruda. Posłuszny zapraszającemu gestowi gospodarza skierował się ku otwartym dwuskrzydłowym drzwiom, prowadzącym do następnego pokoju. Był to obszerny, wręcz bogato urządzony gabinet. Dwa głębokie, obite skórą fotele zapraszały do spoczynku. Stojący między nimi stolik miał mo- siężny, cyzelowany w ornamenty blat. Doktor uchylił drzwiczki podręcznego barku. — Coś z alkoholu? Zaraz dostaniemy kawę. 204
— Może kieliszeczek koniaku. — Szeruda za- głębił się w fotelu, po czym rozejrzał się po poko- ju i dorzucił: — Przyjemnie tu u pana... Miłe miejsce wypo- czynku po pracy. — Albo i miejsce pracy. Nie warto jednak o tym mówić, bo nikt z nas nie próżnuje. Proszę postawić tutaj — wskazał stolik kobiecie, która weszła z tacą. Jednocześnie umieścił kieliszki i bu- telkę przy filiżankach z kawą i zajął drugi fotel. — No, teraz możemy sobie pogawędzić! Zda- rzenia, które miały tu miejsce, wywołały tyle plotek i domysłów, że rad jestem z tej rozmowy i nieco wieści z najbardziej miarodajnego źródła! Nie' ma pan pojęcia, co wygadują ludzie w takim małym miasteczku! Tu wszystkie wiadomości roz- chodzą się z błyskawiczną szybkością, ale poprze- kręcane i z zasady wyolbrzymione! — Coś o tym wiem, bo wciąż otrzymujemy ano- nimy i telefony ze wskazówkami, radami, no i oskarżeniami... — Aż tak dalece? Ciekawe, na kim skupia się większość oskarżeń? — Przeważnie na najbliższych sąsiadach, bo bliski kontakt ułatwia powstawanie waśni, a ta- ka sprawa daje dobrą okazję, by dać upust na- gromadzonej złości. — Wyobrażam sobie, ile to przysparza wam kłopotów i niepotrzebnej roboty! Każdą wiado- mość trzeba przecież sprawdzić, bo w worku plew: może się znaleźć i ziarno prawdy... 205
— O to właśnie chodzi! A że do tego mamy i własne ślady, jest co robić — westchnął Szeruda. Doktor upił nieco koniaku i odstawił kieliszek. Chwilę spoglądał na Szerudę z żartobliwym uśmie- chem na ustach, a potem rzucił: — Zdaję sobie sprawę, że nie jest pan skory do zbyt szczerego omawiania szczegółów śledztwa, ale z drugiej strony znając miejscowych ludzi i stosunki mógłbym ewentualnie być panu pomoc- nym w naświetleniu takie] czy innej sprawy. Jeśli uważa pan za wskazane, proszę pytać, a chętnie udzielę panu informacji. Szeruda skinął głową. * — Widzę, że orientuje się pan w zahamowa- niach, którym ulegam — westchnął. — Ale inaczej też być nie może, bo tajemnica śledztwa musi być zachowana. — Oczywiście, to zrozumiałe! — zgodził się doktor. — Miałem jednak na myśli jakieś proble- my wycinkowe, może szczegóły, co do których mógłbym być zorientowany... — Tych problemów, i to nie wycinkowych, jest sporo! Teraz też mam taki orzeszek, którego nie mogę na razie rozgryźć... — Szeruda zawahał się lekko, wyraźnie zastanawiając się, jak wiele mo- że powiedzieć. — Zaciekawia mnie pan... — zachęcił go doktor. — Otóż w związku z tym ostatnim morder- stwem, popełnionym na terenie pensjonatu... Za- pewne już pan wie. jak się to odbyło? Dwóch mężczyzn wybrało się na spacer, aby pogadać o interesach. Podczas tego spaceru, kiedy znajdo- 206
wali się już pod lasem, doszło pomiędzy nimi do kłótni. Padł strzał, jeden z nich upadł na ziemię, drugi zdradzając wzburzenie zjawił się w chwilę potem w pensjonacie, porwał swoje rzeczy i uciekł samochodem Zdawałoby się, że prosta sprawa, prawda? Ale ów drugi na następny dzień sam zja- wia się na posterunku, a przesłuchiwany nie przy- znaje się do morderstwa, twierdząc, że strzał padł spomiędzy drzew — No, dość głupi wykręt... — mruknął doktor. — Ba, kiedy to wcale nie wygląda na wykręt. Znaleźliśmy ślady obecności jakiegoś osobnika na skraju lasu. Stwierdzono na przykład, że leżał za jednym z pni... — Cóż to były za ślady? — Wygnieciona miejscami trawa i odcisk buta pozostawiony < na kretowisku... — A to spryciarz, ten Kozior! — wykrzyknął doktor. — Dlaczego spryciarz? — Szeruda udał zdziwie- nie. — Przecież zrobił to na pewno sam, a potem ułożył bajeczkę o tajemniczym strzelcu! Czy zna- leźliście łuskę? — Nie. Ani przy Wińskim, ani za tamtym drze- wem. — A więc jeden dowód więcej, z jaką premedy- tacją działał! Według mnie ten spacer i kłótnia to część ułożonego z góry planu! — Można to ocenić również i tak. Ale przyzna pan, że ktoś mógł ich śledzić, zobaczyć kłótnię 207
i wykorzystać ten moment do oddania strzału. Ktoś, kto miał powody, by zabić Wińskiego. — Jakie to mogły być powody? Wiński stosun- kowo niedawno był w pensjonacie. — Coś mi chodzi po głowie. Ale to już inna sprawa. Doktor zastanowił się. — Sądzi pan, że szantaż? Szeruda przytaknął. — Tak. Wiński mógł coś wiedzieć, co postano- wił zachować na swój użytek. Był typem zdolnym do szantażu. — Tak, rozumiem. I stąd problem... — Właśnie! I gdybyż tylko ten jeden! Doktor rozparł się wygodniej w fotelu i spoj- rzał z zainteresowaniem na Szerudę. Refleksy światła przemknęły po szkłach jego okularów. — Doprawdy fascynujące! — rzucił z ożywie- niem. — To sprawa pełna zagadek! — A tak! I doprawdy są chwile, że czuję się zupełnie zagubiony... Ale czasami pada na tę gma- twaninę nieco światła i krok za krokami, chociaż z trudem, posuwam się naprzód. Nieraz i przysło- wiowy łut szczęścia może zadecydować o suk- cesie. — Szczęście samo nie przychodzi — wtrącił sentencjonalnie Ferber. — To, co nazywamy szczęściem, jest zawsze tylko jakimś skutkiem przyczyny, której twórcą jest człowiek. Dzięki swojej pracy lub pomysłowości. — Tu chyba było szczęście samorodne, jak grudka złota. Bo proszę sobie wyobrazić, że wresz- 208 ^>cie wpadłem na trop tej dziewczyny! Nie wiem r * wpra wdzie jeszcze, gdzie jest, ale wpadłem na po- mysi, jak się tego dowiedzieć! t — To istotnie już coś! Gratuluję, ale może jed- ' nak trochę na wyrost, bo przecież nie wiadomo, , czy pomysł okaże się dobry... ' — Właśnie. I dlatego nic na ten temat nie chcę mówić. Zobaczymy, dokąd mnie ten trop zapro- : wadzi. — Życzę, aby do sukcesu. — Doktor lekko skło- ^''mił głowę, a-potem sięgnął po kieliszek i dodał: — f . I proponuję, abyśmy za* ten sukces wypili! Kiedy odstawili puste kieliszki', Szeruda upił-łyk kawy i jakiś czas przyglądał się doktorowi, coś rozważając. Wreszcie odezwał się powziąwszy wi- dać decyzję: , — Wspomniał pan, że zna pan miejscowe społe- ' czeństwo. Sądzę więc, że będzie pan tym bardziej I znał personel szpitala? Ferber roześmiał się. — Spodziewam się! Któż pana interesuje z tego grona? > । — Prosiłbym jednak o zupełną dyskrecję... • — Niech pan*mówi zupełnie spokojnie! — za- chęcił doktor. — O kogo panu chodzi? — O telefonistkę obsługującą centralę szpital- ną. Nazywa się Maryla Jabłońska. —Ach, Maryla! I czymże zwróciła dna pańską uwagę? • ' — To może później. Co pan może o niej powie- dzieć? 14 — Tq ja, umarły..* 209
Ferber zastanawiał się przez tSiwSę. — No cóż... Ta^ka sobie współczesna dziewczy- na. Ale pracownik sumienny, bo nie słyszałem, by ktoś się na nią skarżył. — Ma zdaje się siostrę Urszulę? Szeruda zawiesił głos i z niefrasobliwym uśmie- chem spoglądał na lekarza. Przez jeden, krótki jak mgnienie moment, brwi doktora zbiegły się, ale odpowiedź była natychmiastowa i swobodna: . — Tak! Tak! Jest właścicielką jedynej czytelni w miasteczku i z tego żyje... To przystojna, wpa- dająca w oko dziewczyna. — Zna ją pan? — Ależ oczywiście! Biorę od niej czasami coś do przeczytania. — Co może pan o niej powiedzieć? — Mało co poza tym, że jest bardzo ładna — doctor roześmiał się. — Ale i opa ma tu dobrą opinię. Zresztą zdaje się, że pan ją już poznał? — Skąd pan to wie? — Och, panie majorze, pan nie docenia tajnej poczty naszej dziury! Pan zapewne mało kogo tu zna, ale pana znają wszyscy! — Hm... No tak... — Szeruda nie powiedział nic więcej. Zapanowało chwilowe -milczenie, które przerwał lekarz: — A jaką -opinię pan sobie o niej wyrobił? — No cóż, istotnie jest w pewnym sensie po- ciągająca, ale co .do reszty... Jeszcze za Wcześnie na opinię. — Na słowie „jeszcze" Szeruda położył lekki akcent, co podchwycił Ferber. 210
i i.-': — Po-wiedział pan „jeszcze”? Czyżby miał pan - co do niej jakieś zastrzeżenia? — Owszem, zastrzeżenia są... Ale więcej nie mogę patiu powiedzieć. — Nawet pod warunkiem zupełnej dyskrecji? — Niestety, nawet... — No, trudno... Ale to nie przeszkadza, abyśmy się jeszcze napili. — Doktor sięgnął po butelkę, ; natomiast Szeruda siedział w milczeniu, zamyślo- i- ny nad czymś głęboko. j-’ '-Ferber odezwał się, ujmując pełny kieliszek: — Pana zdrowie, majorze! A co do panny . Urszuli, 9 proszę nie sądzić, że powodowała mną zdawkowa ciekawość. Po prostu chćiałem się zo- rientować, czy odwiedzanie czytelni nie narazi mnie później na jakieś przykrości. Proszę nie za- pominąć, że żyję w małym miasteczku i muszę uważać na każdy swój krok. Stąd ta, być może .. przesadna, ostrożność... . — A więc lepiej, przynajmniej na pewien czas, - zaaiiechać odwiedzania czytelni... — A widzi pan! Bardzo dziękuję za ostrzeżenie! Wkrótce polem Szeruda pożegnał doktora. Za- puścił motor swego łazika i chwilę siedział za- myślony nad kierownicą. Zerwał się wicher i-gnał - po bruku ulicy tumany kurzu i zeschniętych liści. . Szeruda, zanim włączył bieg i puścił sprzęgło, po- stawił kołnierz płaszcza, gdyż wiatr niósł już je- sienne zimno. Czuł się zmęczony i ciągnął go wy- godny tapczan w pensjonacie. Ale teraz nie wol- no było pozwolić sobie na odpoczynek. Zawrócił wóz i ruszył w stronę śródmieścia. । 211
Rozdział 10 1 Nastrój w pensjonacie daleki był od tego sprzed \ dni śmierci Barczy. Wówczas sprawa Komasy za- częła już blaknąć w pamięci mieszkańców i czas z wolna zacierał wrażenie, jakie wywarła. Potem następny dramat, śmierć jednego z lokatorów, Znów wstrząsnął — może nawet jeszcze silniej — małym światkiem tych obcych sobie ludzi. Każdy zaczął podejrzewać każdego, a kolejne morder- stwo, poprzedzone całym szeregiem zagadkowych zjawisk, wywołało nieomal panikę. Zamykano się na noc na klucz, a pani Klekot — o tyr» dowie- dziano się dzięki niedyskrecji Aliny — oprócz te- go barykadowała drzwi przysuwając do nich stół. Byłoby to może nawet komiczne, gdyby nie , istotnie ponure przyczyny, które tę psychozę wy- wołały. Przestano ufać sobie wzajemnie, żadna z kobiet wieczorem nie odważyła się sama iść do swego pokoju,' a mężczyźni, pokpiwając z tego, obrzucali się jednak nieufnymi spojrzeniami. . Nie wiadomo, kto pewnego wieczoru rzucił ten pomysł. Czy był to pan Ledwoś, gorący zwolennik tego rodzaju eksperymentów, czy Jętka powodo-... wany złośliwością i przekorą, dość że propozy- cja została przyjęta. Rozstrząsano właśnie istotę zagadkowych zja- wisk, które miały ostatnio miejsce, i każdy usiło- wał. znaleźć jakieś wyjaśnienie. Wówczas ktoś odezwał się: . j — Każdy z nas inaczej rozwiązuje tę zagadkę. 212
A może spróbowalibyśmy wspólnie poszukać na' ' nią odpowiedzi? — W jaki sposób? — Po prostu zrobić seans spirytystyczny. Zapanowała chwilowa konsternacja, którą przer- ywał kpiący głos Wierzycy: ' — Tego jeszcze brakowało! Ktoś struga z nas K wariatów, a teraz mamy to robić sami! ? ' Wystarczyło tych słów, by pan Ledwoś odez- wał się z aplauzem: ’ — Uważam to za doskonały pomysł! Ponieważ miały już tu miejsce dziwne wydarzenia, seans powinien się udać! A wówczas rozstrzygniemy na- sze spory! Kto z państwa mnie popiera? — pan Zenobiusz powiódł spojrzeniem po zebranych. Pierwszy odezwał się Jętka. — Ja popieram! — oświadczył unosząc rękę. — To może coś nam dać! Chociażby przeświadczenie, że ulegaliśmy dotychczas złudzeniu, o iłe nic z te- go nie wyjdzie. — A panie? — pan Ledwoś zwrócił się jedno- t cześnie do pani Bemel i Klekot, Siedzących obok siebie. " — Ja... ja nie wiem... — zawahała się pani ; Ewa. — Trochę się boję... Tak dawno nie brałam już udziału w seansach, a przecież chodzi tu E' o mnie... — Nie będzie pani sama. Nic pani nie grozi. ł — No dobrze... — To zapewnienie widać trafiło i. pani Bemel do przekonania. — I ja Chcę wszyst- L' wreszcie wyjaśnić! * £> — Na mnie natomiast nie liczcie! — oświadczy- 213
la stanowczo pani Klekot. — To zbyt niebezpiecz- ne. Nie wiadomo, co może się stać! — Nic się nie stanie — zaopiniował Wierzy- ' ca. — I żeby tego dopilnować, zgłaszam swój akces! Zobaczymy, czy w mojej obecności duch się pojawi! Po tym oświadczeniu panna Rutt, która w ostat- nich dniach przeważnie przebywała w towarzy- stwie Wierzycy, zgłosiła również swój udział. Na- tomiast sierżant Paluch był drugą osobą po pani Klekot, która odmówiła uczestnictwa: — Przecież to oczywista bzdura — powiedział z przekonaniem. — Chyba nikt z państwa nie za- mierza traktować tej zabawy poważnie. Pan Ledwoś zignorował to oświadczenie, spo- glądając na zegarek. — Już po dziesiątej. Sądzę, że gdzieś koło dwu- nastej. To najlepsza pora. — Zatem życzę powodzenia.' Idę teraz odwalić papierkową robotę, a potem w razie potrzeby bę- dę w swoim pokoju. — Życzymy dobrej nocy, bo nie spodziewam się, aby było potrzeba pana- niepokoić! — oświad- czył z pewnością siebie pan LedWoś. Zapanowało ogólne ożywienie Kiedy już poczy- niono przygotowania, w napięciu oczekiwano na rozpoczęcie eksperymentu. Napięcie to wzmagała zmiana pogody — pod wieczór nadciągnęły chmu- ry i zerwał się wiatr. Bił teraz w czarne szyby okien gwałtownymi ciosami, wył gdzieś ponad dachem, a kominek ni- by tuba rezonansowa potęgował to wycie i gwizdy. 214
Rozmowa z wolna zaczęła zamierać i wszyscy W milczeniu przysłuchiwali się tej muzyce wiatru. Tylko Wierzyca i panna Rutt cicho o czymś roz- bawiali, nachyleni ku sobie. Pani Bemel obrzu- ciła ićh raz i drugi nieomal wrogim spojrzeniem, ale nie zabierała głosu, siedząc w fotelu z głową podpartą na ręku. Wreszcie pan Ledwoś spojrzał i na zegarek i przerwał zaległe milczenie: — Sądzę, że należałoby już zacząć... j: Wstał i zaczął wygaszać światła. Pozostawił tyl- " ko jedną małą lampkę stojącą na okapie komin- ka, a potem włączył się do pierścienia osób, które i' zasiadły wokół- niedużego, okrągłego stolika, łą- cząc ze sobą palce uniesionych ponad blatem rąk. '-------Język mnie świerzbi, by dać tej scenie parę i słów komentarza — odezwał się półgłosem Wie- , rzyca.. — Ale opanuję się, aby nie spotkać się z za- rzutem, że to ja zepsułem nastrój... — Więc przestań mówić... — rzuciła z pewną . niecierpliwością pani Ewa. - Dużą jadalnję wypełniał mrok. W kątach i za < meblami gęsty i czarny, bliżej lampy szary od •_ światła ledwie co mżącego spod abażuru. W tym świetle siedzący przy -stole sami wyglądali jak Zjawy, spełniające kręgiem jakiś tajemniczy obrzą- dek. Zarysy głów i ramion ledwie wyłaniały się ł' z ciemności. Tylko tu i ówdzie kładła się na nich t silniejsza plama światła. Upłynęło już przeszło pół godziny i nic śię nie działo. Od czasu do czasu ktoś chrząknął lub pa- f dło pojedyncze Słowo rzucone szeptem. Potem 215
znów zaległa cisza, dopóki nie zakłóciło jej na- stępne uderzenie wiatru. W pewnej chwili przepłynęła przez jadalnię ja- kaś fala zimna. Odczuli go Wszyscy, ale pierwsza szepnęła panna Rutt: ' — Czy czujecie, że powiało chłodem? Odpowiedział jej głos Wierzycy:, — Zapewne uchyliły się drzwi, pójdę je zamk- nąć. — Proszę się nie ruszać! — kategorycznie za- kazał Ledwoś. — Coś zaczyna-się dziać i nie wol- no przeszkadzać! Może pan zepsuć wszystko! Znów napłynęła fala chłodu, którą odczuli zu- pełnie wyraźnie. Stwierdził to po cichu Jętka: — Zimno napływa falami, zatem to nie z otwar- tych drzwi... Raptem stolik drgnął raz i drugi, a potem prze- chylił się na bok. — Kto z was robi te kawały?! — rozległ się gniewny głos Wierzycy. — Trosze o spokój! — nakazał znów pan Led- woś. — Chyba że pan, celowo chce przerwać seans! — Nic nie chcę... — odpowiedział ze złością Wierzyca, ale zniżył głos do szeptu: — Zobaczy- my, co będzie dalej..'. Zamilkli i znów tylko szum wiatru zakłócał ci- szę. Tym "bardziej jednak niepokojące wydawały się mroczne kąty pokoju, w których zdawało się czaić coś groźnego. Nikłym kręgiem świecił blask lampy w pobliżu kominka, ale dalej panowała ciemność, w której otwarte7 do holu drzwi ukazy- 216
Srały jego czarne już zupełnie wnętrze. A potem czerń ogarnęła wszystko, bo raptem zgasła lampa. Rozległ się czyjś-okrzyk: ---Boję się! On tu zaraz będzie! Był to głos .pani Bemel. — Nawaliły korki — dobiegło z ciemności mruk- nięcie Wierzycy. — Ale mam przy sobie elek- tryczną latarkę... — Niech pan nie zapala — odpowiedział mu ;szept Jętki — .może naprawdę coś z tego będzie... Jakby na potwierdzenie tych słów w zupełnej ciemności, która ich otaczała, rozległy się wolne, 'jakby miarowo odmierzane kroki. Nie były głoś-' ne, ale. słyszano je zupełnie wyraźnie. Ktoś szedł przez hol, ale tak, jakby poruszanie się sprawiało mu trudność. Znów rozległ się krzyk pani Bemel: ~~ Nie! Nie! Nie chcę!!!. W tej crfwili spostrzegli, że prostokąt otwar- tych drzwi zaczyna z wolna jaśnieć, jakby zza ściany ktoś zbliżał się z ledwie migającym świa- tłem, a potem raptem ukazała się na progu po- stać. Stała bez ruchu, dobrze widoczna, bo sama jakby prześwietlona zielonkawym blaskiem. Tym razem krzyk pani Bemel nabrał histerycz- nych akcentów: — To Komasa! Nie rusz mnie! Ja nie jestem jwinnal Nic ci nie zrobiłam! To on! To on, nie ja! Wszyscy zerwali się na nogi, ale postać nadal Stała bez ruchu, natomiast krzyk pani Bemel za- ezął wypełniać cały dom: 217
— Wiesz przecież, że to nie jal Wszystko po. wiem! Przysięgam, że powiem, ale Odejdź! W tej chwili w ręku Wierzycy musiała znaleźć się latarka, gdyż biały klin światła pobiegł ku stojącej postaci. Wówczas ujrzeli zapadłe policz- ki i czerń oczodołów, w których migotał jednak blask. W następnym momencie Wierzyca poczuł gwałtowne uderzenie w ramię. Wytrącona latarka 3 brzękiem upadła na podłogę i znów jadalnię po- kryła czerń, bo i postać w drzwiach zniknęła. Roz- legł się natomiast nagły huk gwałtownie zamyka- nych drzwi i zapanowała raptowna cisza, którą 'jak poprzednio zakłócał tylko szum wiatru. Lam- pa stojąca na kominku znów się Zapaliła. Ale teraz do podmuchów wichury dołączył się spazmatyczny płacz kobiety. Pani Bemel • półleżąc na stole, z głową opartą o jego blat, zanosiła się łkaniem. _ jętka skoczył do niej. — Już go nie mai —> rzucił półgłosem nachyla- jąc się nad nią i potrząsając za ramiona. — Proszę się uspokoić i mówić! Co pani miała nam powie- dzieć? Bo przecież tego chciałi Spazmując skinęła głową. -1— Więc proszę mówić! — rzucił rozkazująco, jednocześnie spoglądając za siebie; Ledwoś ze zdumieniem spoglądał na plączącą kobietę, a Wierzyca i Rutt sUli obok siebie po- dobni parze gończych psów pragnących dopaść zdobyczy. Pani Bemel zaczęła mówić urywanymi słowami, 218 . - wyrzucając je z siebie w przerwach pomiędzy wy-, buchairli płaczu: — To... To Wierzyca... zaprowadził go na szu- bienicę... Więc czego on ode mnie chce... Ja mu : nic nie zrobiłam... ja przecież nie zastrzeliłam Strażnika, a Wierzyca... A potem podrzucił pisto- Ę let ze śladami tamtego, bo miał... to była ręka- f.-.Wiczka z odbitymi liniami palców Komasy... Ę* — A gdzie ukryli Nurską?! | - Nie wiem... bo ostatnio-on z tą dziwką... Już \ mnie nic nie mówił... i... i zaczęłam bać się o sie- r ł»e... , — Proszę pomyśleć, zastanowić się! Może jed- nak coś pani sobie przypomni! Trzeba ratować tę f dziewczynę! fc’ , Płacz pani Bemel, zaczął zacichać, ale nie zdo- E_ lała opanować spazmów. Po chwili dopiero rzuciła: F. — Może w' ruinach starej fabryki..; Tam była b jakaś kryjówka. Dawna niemiecka fabryka amu- Erulcji.'. I?. Jętka puścił ramiona pani Bemel i obrócił się I" gwałtownie W pokoju był tylko wystraszony pan ^Ledwoś Wierzyca i panna Rutt zniknęli. . s., . — Panie Ledwoś. proszę nie opuszczać pani Be- ani na krok. Muszę telefonpwać i odszukać £ sierżanta! L-l To drugie okazało się jednak zbyteczne, gdyż Ipsierżant Paluch ukazał się właśnie w drzwiach. — Nie widzieliście Wierzycy i Rutt? Przed £,chwilą ociekli! — zwrócił się do niego Jętka. — Nie widziałem, obywatelu poruczniku — od- Ł' 219
powiedział służbiście Paluch’. — Byłem zajęty, I A jak tu? W porządku? | Spojrzał na panią Bemel. | — Tak. Muszę natychmiast telefonować do mian | sta. Dziewczyna jest w starej fabryce! I — Wiem, gdzie to jest. Dwa kilometry stąd, j w lesie. — Powiedzcie tamtym, by nie odjeżdżali, bo j może mi być potrzebny motocykl. Zostańcie tu j i pilnujcie tej kobiety jak oka w głowie! Idę do 1 telefonu! I Jednak porucznik Jętka nie mógł się dodzwonić | do miasta, gdyż — jak się okazało — przewód zo-: 1 stał przecięty, co dowodziło, że Wierzyca nie stra-* i cił głowy. I Decyzję powrotu do Ekspozytury Szeruda podjął | po wnikliwej rekapitulacji wizyty odbytej u dok- | tora. Dokonał jej siedząc za kierownicą i przypo- ] minająY: sobie -poszczególne fragmenty.' Wszystko j wskazywało na to, że krytyczny punkt sprawy I nadchodził. ] Stawianie ludzi w stan alarmu było decyzją j ryzykowną, jednak postanowił ryzyko to podjąć, i Odbyte ostatnio rozmowy powinny wypłoszyć' li- j sa z jamy — a skoro ruszy, musi pozostawić ślad, ! który należało uchwycić. | W Ekspozyturze zastał tylko oficera operacyjx 1 nego. Po telefonicznej rozmowie z kapitanem- Le- chowiczem, którego złapał w domu, nie czekając • na jego zapowiedziane przybycie, polecił obser< ; 220 Wować willę Ferbera i czytelnię Jabłońskiej. Kie- • dy zaś kapitan przybył, już we trójkę odbyli dru- gą tego dnia naradę. Jeszcze w czasie jej trwania przyszedł meldu- nek od funkcjonariusza obserwującego z samo- chodu dom Ferberd. Doktor wyprowadził wóz i udał się nim w stronę miasta. Samochód ekipy obserwacyjnej ruszył za nim. - Po odebraniu wiadomości Szeruda polecił po- łączyć się z wozem numer dwa. Tu jednak nie mieli nic do zgłoszenia. Z domu ;i Jabłońskiej nikt nie wychodził ani nie wchodził. Okna pierwszego piętra, gdzie mieściła się czy- > telnia, były ciemne. „ . Szeruda zwrócił się do kapitana Lechowicza: — Widziałem u Jabłońskiej telefon. Dajcie mi , Spis. L Kapitan sam przejrzał spis i podał numer. Ale s mimo cierpliwego oczekiwania w słuchawce s. brzmiał tylko sygnał dzwonka. Nikt- się nie zgła- bszał. - Łj .— Wyszła przed rozpoczęciem obserwacji — F zaopiniował porucznik Owczarski, pełniący służbę fr-oficera operacyjnego. t ~ Tak — zgcftził się Szeruda — musiał ją t zaalarmować natychmiast po moim odjeżdzie. Daj- fecie polecenie dwójce, by się zwinęli. . Szkoda fr czasu. m Wkrótce potem zgłosił się wóz numer jeden. — Samochód Ferbera zatrzymał się przy ulicy ^Kolejowej pod piątym. Doktor wysiadł i wszedł t- do bramy. W ręku miał małą walizeczkę. Z domu » - 221
Jej nie wynosił, więc siusiała byś w samochodzie, bo po drodze nigdzie się nie zatrzymywał, — Czy nie jest to kamienica przechodnia? — spytał Szeruda po wysłuchaniu tego meldunku. — O ile pamiętam, to nie. Ale znajduje się blisko narożnika. Nie wiadomo, czy nie ma tam gdzie przejścia na boczną posesję... — Niech jeszcze trochę poczekają, a potem trzeba to sprawdzić. Spojrzał na zegarek. — Już po pierwszej... - Dlaczego pensjonat nie składa meldunku? Wykręcił numer i znów bezskutecznie oczekiwał na zgłoszenie się. — Nic nie rozumiem... — mruknął po odłożeniu słuchawki. — Dlaczego nikt tam nie odpowiada? Nie podoba mi się to. — Jak dotąd same niepowodzenia — mruknął porucznik. — Zobaczymy, może karta się odwróci? Wy- padki dopierp nabierają rozpędu... Sprawa weszła chyba w stadium końcowe. Czeka nas jeszcze nie- jedna niespodzianka. Przewidywanie to sprawdziło się szybciej, niż przypuszczali. W kilka minut jjUtem zadzwonił te- lefon. Kapitan podniósł słuchawkę, ale za chwilę podał ją Szerudzie. — To da. was, majorze... — Może to wreszcie Jętka... — Szeruda ujął słuchawkę i rzucił krótko: — Proszę, tu major Szeruda. W odpowiedzi usłyszał jakiś odległy, przytłu- • 222
UWJWMRI9MHW , HJJk. — miony, ledwie zrozumiały głos. Już po pierwszych usłyszanych słowach obrócił się szybko i gestem wskazał skrytkę z magnetofonem. Głos w słuchawce mówił wolno i cicho, ale sło- wa brzmiały dostatecznie wyraźnie: — Chcemy mieć' odpowiedź za dwie godziny. Powtarzam: jeśli dziewczyna ma żyć, zawieście akcję przeciw nam na dwadzieścia cztery godziny. Po tym czasie dostaniecie wiadomość, gdzie ją znaleźć. Jeśli odmówicie, Nurska zginie. W ra- zie zgody za dwie godziny spowodujcie przerwę w dostawie-prądu na jedną minutę. ' Głos zamilkł. — W ciągu dwóch godzin mogą nie przekazać mi decyzji, a Sam decydować nie mogę. — To już wasza sprawa... — usłyszał jeszcze odpowiedź, a potem połączenie zostało przerwane. Szeruda odłożył wolno słuchawkę i spojrzał na obu wpatrzonych w niego oficerów. — Otrzymaliśmy ultimatum — powtórzył im tre£ć rozmowy. — Co teraz? Jaka wasza- decyzja? — rzucił przez. zaciśnięte zęby porucznik. — Odwołujcie pozostały wóz. Niech sprawdzą, w jaki sposób Ferber wymknął się spod obser- wacji i niech wracają. Tam już nic nie będzie do roboty. Trzeba natychmiast zawiadomić szefa. Ale upłynął kwadrans zanim wreszcie złapał podpułkownika. Meldunek był szczegółowy, ale zwięzły. Po złożeniu go po drugiej stronie prze- wodu zapanowała cisza. Szeruda chciał już odez- 223
wać się, by sprawdzić, czy połączenie nie zostało przerwane, kiedy usłyszał głos przełożonego: — Natychmiast do was wyjeżdżam, W razie nieoczekiwanej przeszkody w przybyciu, o ile nie opanujecie na czas sytuacji, ultimatum przyjmie- cie. Przygotujcie elektrownię już teraz na tę ewentualność. Cześć! , Po zakończeniu rozmowy Szeruda zwrócił się do oficerów przysłuchujących się jej w milczeniu: — Szef zapowiedział przyjazd. Marny niecałe dwie -godziny na kontrakcję. W razie niepowo- dzenia jest rozkaz przyjęcia ultimatum; Kapitanie, j dzwońcie do elektrowni — Szeruda spojrzał ną, zegarek. — Dochodzi druga, telefon był dwadzieś- cia minut temu... Uzgodnijcie wygaszanie na go- dzinę trzecią trzydzieści. Uprzedźcie, że przedtem skontaktujemy się z nimi jeszcze rąz- i albo pod- trzymamy żądanie, albo odwołamy. -t- Sądzicie, że może zajść taka ewentualność?. — Wszystko zależy od sytuacji w pensjonacie. ; Może mimo wszystko eksperyment Jętki'udał się.. j Polecano nam jednak przyjąć ultimatum, jeśli nie - zdążymy na czas. Może po przybyciu podpułkow- nik zmieni tę decyzję. A teraz jeszcze jedno — dałem wam listę z prośbą o zebranie odcisków palców r próbek głosu wskazanych na niej osób. Czy już to wykonaliście? — Tak.-Jest do waszej dyspozycji. — Weźcie taśmę z dzisiejszą rozmową i niecK porównają na spektrometrze, fjie zaszkodzi wie- dzieć, z kim mieliśmy przyjemność... — Rozkaz, majprze... .' ’ 224 ?
Bt — Tylko pośpieszcie się, bó zaraź wyjeżdżam! ‘ Dajcie mi wóz z radiotelefonem i dwóch ludzi, ; prócz kierowcy. T — Dokąd chcecie jechać? , . . , ; , —-'Pensjonat nie odpowiada. Przede wszystkim muszę dowiedzieć się, co się tam stało. — A jeśli przyjedzie podpułkownik? - — Będę utrzymywał z wami łączność radiową. Postarajcie się też ' obstawić drogi wyjazdowe ' i .z miasta i notować wszystkie wozy! Niestety, bez k sankcji nie mogę.ich zatrzymywać! Tuż przed wyjazdem Szerudy zjawił się podófi- f cer z meldunkiem. Zgodiye z otrzymanym rozka- ' zem porównał głosy. Warunki podawała Urszula Jabłońska. Zbieżność wykazała analiza widma jej l głosu. K • f Rozdział 11 f O dwa kilometry od pensjonatu, "ukryte w głę- ' ? bi lasu, leżały ruiny dawnej niemieckiej fabryki ; amunicji, zbombardowanej w czasie wojny przez !, lotnictwo radzieckie. 4C|ędyś prowadziła do niej od szosy droga zrobiona z betonowych płyt,. ale z cza* k sem- słońce i deszcz zrobiły "swoje. Płyty skru- ? szały, a reszty dokonały chwasty, które pokryły . zielonym kobiercem dawny beton. ty- Może dlatego Jętka znająć"drogę z opisu sier*.- ? żantfe zabłądził. Jakiś czas motocykl z nieobciążo- : ną .przyczepą skakał po dziurach, potem Jętka ? -raptem znalazł się na' piaszczystej drodze, wąs- f » — To j«, umartym, 225
kim wąwozem przecinającej las. ZaWrócił więc i kluczył, aż wreszcie głównie dzięki temu, że za- częło świtać, zńow dopądł betonowej drogi. Minął mostek, o którym, wspomniał sierżant, i wreszcie dojrzał pomiędzy pniami drzew Zarysy muru ogro- dzenia fabrycznego. Mało co z niego zostało. Tu i ówdzie wystawały z gęstwiny poszycia zaledwie fragmenty, reszta le- żała rozwalona w wał odłamków i gruzu, obroś- nięty trawą. Ślad dawnej bramy znaczyły dwa po- tężne betonowe słupy. Wjazd prowadził na obszer- ny plac, wokół' którego skupiały się kiedyś głów- : ne budynki fabryki. iA^s^wietle blednących już gwiazd Jętka dojrzał chaos ruin. Sterczały ku niebu kikuty ita wpoi rozwalonych budowli, ciąg- nęły się rumowiska cegieł, piętrzyły dziwacznie splątane, zwalone jeden na drugi, betonowe bloki, : gmatwały żelazne pajęczyny belek, rur, dawnych > poręczy. Wyłaniałysię z tego pozbawione dachów i ściany o pustych prostokątach okien. Tylko gdzie- niegdzie widać’było w szarym świetle przedświtu J zarysy'nielicznych, ocalałych budynków. Ten ponury obraz zniszczenia i martwoty otoczo- ny-był ciasnym pierscieftieirr lasu,, budzącego się . s świergotem ptaków do nowego dnia. Jętka wygasił reflektor i wjechał pomiędzy be- | tonowe słupy bramy. Jeśli Wierzyca go wyprze- ; dził i przybył właśnie tu,, należało teraz zachować i ćiszę. Zatoczył więc luk i ustawi! maszynę tuż pod i murem ogrodzenia, przodem do bramy. ’ 'i Potem zsiadł i rozejrzał się. Na miejscu Wszyst- ko okazało się trudniejśze, niż przypuszczał. Te- - W'"' :
; ren fabryki był duży 1 na przeszukanie^ go nie starczyłoby zapewne całego dnia. '• « . Nocny wiatr już ustał? Szarość poranka rozjaś- niała się srebrzystą poświatą. Zamazane początko- wo kontury szczątków budowli zaczęły zaostrzać się i wyłaniać coraz wyraźniej z uchodzących mroków nocy. Badając wzrokiem teren Jętka dostrzegł w tej g poświacie ledwie różniący się od otoczenia nikły >•: ślad wydeptanej trawy i rozkruszonego podesz- wami gruzu.* Ten mało co widoczny zarys ścieżki ' biegł w lewo. Ktoś tędy chodził, i to nie raz. ' Ruszył tym tropem. Wkrótce okrążył wzgórze x cegieł i znalazł się na małym placyku. Z prawej miał stok tego wzgórza, z lewej stała ściana ja- -kiegoś budynku z na wpół rozwalonym dachem i wypalonymi otworami wielkich okien, przez któ- re widać było niebo przesiąknięte, różem. Znaj- ' dujący się na wprost niski, parterowy budynek stanowił zapewne wyjazd z poAiemnego garażu, ‘ : bo miał kilka szerokich wjazdów przedzielonych . słupami, na których jednak nie było teraz bram. ; Oparty o jeden ze słupów stał znany ^łętce skuteir. > .Ścieżka skręcała jednak w lewo ku budynkowi .bez dachu. Jętka ruszył, nasłuchując czujnie. Wkrętce znalazł się w obszernej hali. Stały w niej - jakieś zardzewiałe -wraki maszyn, na wpół zawa- i. lone gruzem. Nad tym cmentarzyskiem żelaza i ce- ł gieł^poprzez pozostałe tu i ówdzie stropowe belki i -widać |jyło bęzmiar nieba. ? . Tu droga była wyraźnie widoczna, gdyż spod jednej że ścian gruz został odwalony. Jętka ruszył L ' ' 227,
wąskim przejściem skradając się cicho. Stąpał ostrożnie, wciąż lustrując wzrokiem otoczenie.- Te- raz, kiedy już wiedział, że Wierzyca jest-tu, na- leżało oczekiwać kuli zza każdego załamania muru, i Jednak to ni’e kuła groziła mu w tej chwili. Kie- dy krok za krokiem osti ożńie posuwał się na- przód, czujny i skupiony; .raptem tuż u jego nóg rozprysnęło się o betonową podłogę parę odłam- ków cegły. . | Nie patrząc W górę, gdzie wysoko nad jego gło- wą^ ostrą linią rysował się; na tle ni^ba zrąb mu- rów, instynktownie odskoczył do tyłu. W następ- nej zaś chwili w miejsce, gdzie słał przed sekun- dą, z hukiem uderzyła wielka bryła betonu, pod- nosząc W górę obłok kurzu. Dopiero teraz Jętka spojrzał ponad siebie, a po- tem jednym skokiem przebył przeszkodę i dopadł następnego przejścia. W ‘ pomieszczeniu panował półmrok, gdyż przykrywał go dach. Była to oko- liczność 'pomyślna; bo wiedział już, skąd groził przeciwnik — dostrzegł kątem oka jego ostro ry- sującą się" na tle nieba sylwetkę na koronie muru. . . - Nie był jednak pewien, czy był to Wierzyca. Dziewczyna nie mogła przebywać w tych ruinach sama. Ktoś musiał jej pilnować i dostarczać żyw- ności. Hm ich było? Jeden? Dwóch? W . każdym ra- zie przewaga była po tamtej stronie. Uwolnienie dziewczyny w tych warunkach było zadahieri^ nie- mal nieosiągalnym. Postanowił jednak podjąć pró- bę, mimo że na zaskoczenie przeciwnika nie mógł już liczyć. Ale pomoc muśiała przybyć lada chwi- 228
la. To, że nie złożył meldunku, musiało spowodo- wać z tamtej strony próbę nawiązania łączności, a Paluch wiedział przecież, dokąd się udał. Sier- żant był wprawdzie za tym, aby wpierw zawiado- mić Ekspozyturę, gdyż motocykl nie miał radiote- lefonu, ale 'Jętka odrzucił tę radę, bo los dziew- czyny był zbyt bliski jego sęrcu. Nie mógł znieść : myśli, że przez tę zwłokę mogłoby ją spotkać nie- szczęście. Nie wiadoirjo, co postanowił Wierzyca, ałe wszystko przemawiało za tym, że przede • wszystkim zechce usunąć dziewczynę z kryjówki, która została zdekonspirowana... Tylko co z nią zrobi? Czy zabierze gdzie indziej, czy też.-? I myśl o tej ewentualności nie pozwoli- ła mu usłuchać rady sierżanta. Do stracenia nie ;; było ani chwili. f • Tetaz jednak zrozumiał, że w pojedynkę może jr' mu się powieść tylko przy ogromnym szczęściu. ’ Musiał w nie wierzyć, gdyż los dziewczyny zale- żał tylko od niego. r‘. Pomieszczenie, w którym się znalazł, było puste ; i częściowo zawalone gruzem. Jętka wyciągnął pi- stólet i ostrożnie ruszył ku przeciwległej ścianie, J w której znajdowało się jakieś przejście. Dotarł- szy do wyrwy w murze, z uwagą rozejrzał się , dokoła. •' Zobaczył ścianę następnego budynku z kolejnym otworem, rysującym się czarnym prostokątem o kilkanaście metrów dalej. Wolną przestrzeń po- między budynkami wypełniały cegły i zwaliska ' betonowych płyt. Tu również środkiem gruz był j nieco usunięty i biegła wąska ścieżka. 229
W chwili kiedy wychylony zza ściany chciał Już oderwać się od niej, z czarnej otchłani wej- ściowego otworu wytrysnął płomień i rozległ się huk wystrzału. Kula odbita od aura tuż przy jego • głowie z .przeciągłym jazgotem poleciała gdzieś r W bok. f Pistolet Jętki odpowiedział raz, potem drugi. On sam zaś natychmiast pb strzale rzucił się naprzód ku upatrzonej uprzednio kryjówce. Znajdował się teraz blisko 'tamtego otworu i miał lepsze póle ostrzału. ' Okazało się to jednak zbyteczne, gdyż doszło go rzucone półgłosem przekleństwo i chrzęst cegieł jfad oddalającymi się krokami. Mimo to nadął zachowywał ostrożność. A jeśli to był podstęp? Zaczajony za muYem mógł oczeki- wać na niego drugi przestępca, a wówczas >strząt z bliskiej odległości od razu zakończyłby roz- prawę. Panowała jednak zupełna cisza. Cźąriiy otwór przejścia znajdujący się ó parę zaledwie metrów przed nim — milczał. W ciemnym wnętrzu nic nie dawało znaku życia. Jętka wolno wysunął się zza płyty, a potem jednym skokiem dopadł ściany Ł zaczął .ostrożnie posuwać się Wzdłuż niej. Tuż za wejściem ujrzał okrągłą, zardzewiałą po- wierzchnię jakiegoś kotła. Korzystając z tej osło- ny wsunął się do pomieszczenia i obszedł je do- koła. Nikogo tu nie było. . Ścieżka, nadal widoczna, biegła teraz w prawo. Po chwili Jętka dptarł do następnej«sali. Była rów- nież nakryta dachem, ale otwory -okienne prze- 230
puszczały dość światła, by wszystko widzieć wy- / raźnie. Przy ? jednej ze ścian-gruz był odrzucony na bok, a biegnące tam w dół stopnie . osłonięte i żelazną barierą oczyszczono z niego zupełnie. '.Stopnie te kończyły się przed żelaznymi drzwiami. Były one nieco uchylone. Skradając się po ci- Łchu Jętka zszedł w dół. Chwilę nasłuchiwał, ale *9 czarnego wnętrza, .widocznego -poprzez szparę ’ w drzwiach, nie dochodził żaden odgłos. p Pchnął lekko drzwi. Poddały się bez skrzypnię- i da, uchylając się szerzej, i jakby zapraszając do ^arejścia. Przekroczył próg i znalazł się w .ciemnym ko- ' lytarzyku. Znajdowało się w--nim dwoje dalszych -' ferzwi uchylonych tak jak i te pierwsze. I teraz i dopiero usłyszał słaby dźwięk. Coś jak ętęknięcie, ' a potem charkot.^Po pewnej chwili charkot powtó- j rzył się. Był to odgłos, jaki wydaje człowiek bliski - Uduszenia. Jętka mocnym ruchem pchnął drzwi. Izdebka była-nieduża, miała betonowe, pobiela- Be wapnem ściany Jak zwykle w pomieszczeniach , piwnicznych światło dostawało się do niej przez okienko umieszczone pod sufitem. Starczyło go - jednak, by rozeznać, ćo działo się wewnątrz. Stały |.*Sn dwie prycze, pomiędzy nimi prymitywny stół te f dwa zydle. Na podłodze leżał nieruchomo ja^iś mężczyzna. Z jego głowy ciekła strużka, krwi, prze- ;.,cinając ciemną nitką policzek. Natomiast drugi S mężczyzna, siwy i przygarbiony, siedział przywią- *- łany do zydla ze szmacianym kneblem w ustach. 5, Jętka wyrwał knebel i uwolnił starego z wię- zów. . 23® -
— Kto jesteście i co tu robicie? — spytał ostro. Stary jakiś czas rozcierał ramiona, • zanim odpo- wiedzi ał: — Robiliśmy, co nam kazano. A pan kto jest? — Na razie wasz wybawca. Nie możecie odpo- wiedzieć na pytanie? Zresztą sam wam powiem. Pilnowaliście tu dziewczyny... Stary łypnął spod oka na Jętkę. —: Ano, pilnowaliśmy — burknął krótko. — Ona była tu obok? — A była, tylko że uciekła z tym draniem, co nas tak urządził! — Jak to? Poszła dobrowolnie? — Ostrzegł ją, że przybędzie tu zaraz jakiś Jęt- ka, by ją zabić. Słyszałem to gadanie, siedząc związany jajc barani To może pan jest ten, jak mu tam? — znów nieufne, krótkie spojrzenie padło na Jętkę. Ten pominął to pytanie. — I uwierzyła mu? . — Ja tam nie wiem... — starj? wzruszył ramio- nami.—- Chyba nie od rązu, bo długo gadali, ale wreszcie zaprałą się z nim. ' — A ten tu? — Jętka wskazał leżącego. — Mieliśmy rozkaz strzec dziewczyny i wydać tylko za hasłem. Ten, co tu przyszedł, hasła nie znał,' więc kazaliśmy mu iść precz, wtedy zagro- ził pistoletem. Małek chciał wyciągnąć swój, ale dostał w łeb i zwalił się na podłogę. Związał mnie i zatkał gębę kneblem. Myślałem, że już przyjdzie się wykończyć, bo tchu brakło... . — Zajmijcie się nim — Jętka wskazał' na ran-
t » . f. | nego. — Zróbcie mu okład na głowę, bo widzę, F. że macie tu wodę. Ta dziewczyna została oszuka- K na, mordercą Jest ten, co was wiązał. Jętka to f .właśnie ja. - Zostawił „dozorców" i wyszedł na korytarz. f. Jeden rzut oka do przyległego pomieszczenia po- , twierdził jego przypuszczenie. Stało tam wąskie, f żelazne łóżko, stolik i krzesło. Na jego oparciu wisiał przerzucony płaszczyk, który znał dobrze. i' -, Paru skokami przesadził stopnie i znów znalazł-, p Się wśród ruin. Właśnie rozglądał się, zastanawia- - jąc, gdzie może być Wierzyca, kiedy raptem do-, szedł go pobliski warkot samochodu. Przez wyrwę w murze skoczył w tamtą stronę. ; Kierując się głosem motoru przebiegł przez jakieś - przejście, a potem wspiąwszy się po sterae gruzu L musiał raptem przypaść do cegieł, bo miał przed i sobą placyk, na którym już raz był. Tuż u jego ’ nóg widniały bramy wjazdowego garażu. [• W jednej z nich dostrzegł kremowy samochód f x pracującym motorem i otwartymi drzwiczkami. | Za kierownicą siedziała Rutt, a obok drzwiczek | Lena wyrywała się z rąk Wierzycy, próbującego f .wepchnąć ją do samochodu. | Jętka oddał ostrzegawczy strzał i skoczył w dół. Na odgłos tego strzału Wierzyca puścił dziewczy- I nę, a sam skrył się za samochód, wyszarpując z zanadrza pistolet. Jego strzały padły, kiedy , ' Jętka zdążył już skryć się aa blokiem betonu, ' Ukryty za nim strzelił raz, potem drugi. To zapewne było przyczyną, że siedząca dotąd za kierownicą Rutt raptem zatrzasnęła drzwiczki 233
I ruszyła ż miejsca pozostawiając odsłoniętego Wierzycę. Wóz skoczył do przodu, z piskiem opon . . okrążył. rumowisko gruzu i zniknął za nim. — Rzuć, broń i podnieś ręce! — krzyknął do Wierzycy Jętka. . Wierzyca zrozumiał, że nie ma szans. Odrzucił pistolet i uniósł w .górę ręce. —c Leno, podnieś pistolet i weź go na cel! —- polecił. Jętka dziewczynie, która przywarłszy do .. ściany z przerażeniem patrzyła na wymianę strza- łów. Teras jednak z przytomnością umysłu, który wywołał ciche uznanie porucznika, schyliła się po porzuconą broń; ale zanim wymierzyła ją w Wie- rzycę, Jętka był już przy nim.. Ściągnął z szyi kra- wat i. skrępował ręce jeńca. Potem skinął na dziewczynę. — SchTrwaj. ten. pistolet. Mój wystarczy. Mo- żesz iŚĆ? — Mogę.™ —W oczach dziewczyny ukazały się łzy. — Dziękuję... bo ja w pierwszej chwili uwie- rzyłam... że to właśnie ty... — Zostawmy to na później — skinął głową z uśmi,echem a potem trącił pistoletem Wierzycę w plecy. — No, braciszku, ruszajmy... W'motocy- klu akurat mam trzy miejsca! W tej chwili jednak dane było porucznikowi jętce przeżyć największe zaskoczenie w życiu, gdyż raptem usłyszał za swoimi plecami słowa: —• A dokąd to cłjce pan ruszać, panie Jętka? Obrócił się gwałtownie. Zza murń wyłaniał się właśnie mężczyzna w okularach z pistoletem w rę- ku. Poznał doktora Ferbera. Za nim szła wysoka, 234 _
przystojna błondynkat również uzbrojona w pisto- let. Doktor uśmiechał się ironicznie, ale mimo te- go uśmiechu rzucony przez niego rozkaz zabrzmiał krótko i groźnie: ' — Rzuć broń! Ręce do góry!* Jętka uniósł ręce, a jednocześnie blondynka po- . deszła do Wierzycy i uwolniła go z więzów. Ten.' joztarł przeguby rąk i podszedł do Leny. < — Zabawa skończona, dawaj pistolet! — Chwy- cił jej ramię i wykręcając rękę odebrał broń. Jęt- ka powodowany pierwszym odruchem chciał rzucić .Się jej na pomoc, ale lufa pistoletu Ferbera unio- sła się nieco wyżej i padło krótkie ostrzeżenie: -t-—Bez kawałów... ~ Wierzyca podszedł z kolei do niego- i jakiś czas mierzył go wzrokiem, w którym drgała wprost żą- dza mordu. W następnej chwili porucznik otrzy- mał Cios pięścią w twarz, który go rzucił o ścia- -łię. Nie zdążył ochłonąć od tego uderzenia, kiedy •otrzymał następne, kolanem w brzuch, od którego zwalił się na ziemię. Ból niby ostrze noża przeszył mu wnętrzności. Widać Wierzyca chciał bić go dalej, gdyż po- przez mrok półprzytomności usłyszą® rozkazujący głos'Ferbera: _ - ' — Przestań! Na razie* Tna dość! Skąd się tu wziąłeś? — Bemel zdradziła kryjówkę. Zdążyłem jednak .przybyć wcześniej, by zabrać Nurską! — Rozumiem. W pierwszej chwili sądziłem,, że przyszła ci ochota działać ńa własną rękę... — w .głosie Ferberą zadrgała groźbą.
Jętka obrócił się z wolna na bok i otworzył oczy. Widział ich teraz nad sobą, dwie postacie rozszerzające się ku górze, zniekształcone mgłą przysłaniającą mu oczy. — Nie było czasu na szukanie kontaktu. — To był głoś Wierzycy. Brzmiałą w nim nuta usprawie- dliwienia. — Pałeś się jednak ująć — tym razem w gło- sie Ferbera był ton nagany. — A poza tym na- padłeś na własnych ludzi... — Uważałem za najważniejsze usunięcie stąd dziewczyny. Nie miałem innego wyjścia, bo wzbra- niali się ją wydać... Nie będziemy teraz o tg się spierać. Istotnie trzeba usunąć, dziewczynę, ale całkowicie. Żąda- łem dwudziestu czterech godzin czasu za jej ży- cie, ale spotkałem się z odmową. Nie jestem zwo- lennikiem przelewu krwi, ale groźba musi być wykonana. Na te słowa Jętka spróbował stanąć.na nogi, ale ból jeszcze nie minął. Zdołał unieść się zaledwie na kolana, po czym znów przewrócił się na zie- mię. x — Zatem załatwmy to od razu, bp lada chwila mogą tu być. — Gdzie nasz samochód? — Ta suka Rutt wpadła w panikę i zwiała sa- ma. Ale jeszcze się ż nią policzę... — Wątpię, czy będzie na to czas — mruknął 'doktor. . — Przestańcie . gadać — wtrąciła Urszula. Właśnie o to chodzi, że nie ma czasul 236
• : • Wierzyca uniósł pistolet, kierując go w stroną Nurskiej. ’ v . — Nie! Nie! — zaprotestowała znów Urszula. —> Nie chcę na to patrzeć! Zresztą może nam być jeszcze potrzebna! Bierzcie '-I chodźmy do sa- mochodu! Wierzyca spojrzał pytająco na doktora, który skinął głową. — Słusznie... Chwilowo zabierzemy ją zę sobą, a pótem źobaczytny. Zostań tu chwilę i wykończ go — wskazał ^głową; Jętkę — poczekamy przy wozie. Wierzyca spojrzał podejrzliwie na Ferbera, a po- tem oświadczył: Dość mam jednej Beaty. Idę z wami, ą jego biorę ze sobą. Załatwię go inaczej! No, ruszaj! — Pchnął Jętkę, który już stał na 'nogach. Cała grupa ruszyła przez ruiny. — Gdzie samochód? zagadnął Wierzyca, kie- dy wyszli już na plac. — Stoi zaraz ża bramą. •— Macie w wozie kawałek sznura? — Znajdzie się. Ą co z nim? — Ferber wskazał pistoletem idącego przed nim jętkę. ... — Zedrę z niego całe mięso! Pociągnę go trochę za samochodem... Istotnie, za bramą stał czarny mercedes. Wierzy- ca wziął od Ferbera kluczyki, otworzył bagażnik, a potem zę sznurem w ręku podszedł do Jętki. Jednym końcem skrępował mu z przodu ręce, a drugi przywiązał do tylnego zderzaka. — Co chcecie z nim zrobić? Zostawcie gol —* 237. V 4
Lena -nuciła *^ą ku związanemu, ale Wierzyca chwycił ją brutalnie za raniię i rzutńł w* kierunku otwartych? drzwiczek samochodu, gdzie siedzieli już Urszula i doktor, -który wciągnął zapłakaną dziewczynę do ś/odka. Wierzyca wsunął się za kierownicę. Początkowo, kiedy wóz nie nabrał jeszcze szyb- kości, Jętka próbował biec. Później jednak upadł. Próboyał jeszcze parokrotnie stanąć na nogi, z ale' . bez skutku. Ciągnięty na sznurze starał się więc chronić głowę pomiędzy ramionami. Obracał się « jednocześnie wokół swej osi, wzniecając za sa- mochodem wielki obłok kurzu...- Odebrawszy od sierżanta Palucha meldunek Sze- ruda spytał;; Nie da się usunąć uszkodzenia telefonu? — Nie, obywatelu majorze. Brak paru metrów przewodu. . .. ’ — Dokładna robota... — mruknął ze złością major. — A ten narwaniec pojechał* sami —y Radziłem, by wpierw złożył meldunek, ale bardzo~się bał o tę dziewczynę..! — A có Z Komasą? — Siedzi, razem’z Bemel w moim pokoju pod strażą eskorty. . -s— Kaźcie im dać śniadanie i-niech czekają. Mam teraz, co innego na głowie. Przede wszyst- kim muszę rozmówić się z Lechowiczem! Szeruda zszedł do samochodu i nawiązał łącz- ność -z Ekspozyturą, . / 238 . . .'
k'No I eo tam, majorze? — usłyszał wkrótce s? glos kapitana. Dziewczyna była ukryta w ruinach nie^ieC- - kiej fabryki amunicji — wyjaśnił Szeruda i krót* ko zrelacjonował wydarzenia. Kapitan słuchał nie » przerywając, .a kiedy Szeruda skończył, westchnął: — A teraz, do diabła, trzeba troszczyć się . O dwoje! - j No właśnie! "Tym razem wyszedł ze swojej j-roii. Ale może sobie z Wierzycą, poradzi, bo Fer- r ber będzie czekał na nasz sygnał.„ — To już niedługo. Czy będzie potrzebny? f ' — Chybd nie. Powinniśmy dać sobie radę. Czy >.szef już jest? ' — Nie, ale mieliśmy wiadomość, że jest w dro- dze... s„ —Trzeba natychmiast obstawić fabrykęf ^Dzwońcie do komendanta posterunku, niech przy- gotuje swoich ludzi! > & — Aje to potrwa, a przez ten czas.- v — Właśnie dlatego musimy Się spieszyć! Prze- y de wszystkim musimy ująć przestępców, a skoro ’ “wiąmy gdzie są, nie możemy wypuścić ich z rąkl * Zresztą mamy trochę Czasu, bo.; Ferber nie wyr Ustawi nosa z nory wcześniej niż.nie upłynie wyż- ńaczony termin! Ja udaję się teraz w rejon fabry- fcjsl. Obejmijcie kierownictwo nad akcją i załatwcie kwszystko tak, aby nawet mysz się nie wymknęła! £7 • — Gdzie was znajdę? ~ ; * pb-—- Zgodnie z relacją Palucha jest tam W pobli- »:żu mostek przez strugę obrośniętą chaszczami. Bę- £ dę tam na was czekał. Mostek znajduje się na r x '• 239 '
Jedynej drodze dojazdowej do fabryki,, więc mu- szą tamtędy jechać! Połączę się z wami jeszcze raz, Jak już będę na miejscu! Cześć, kapitanie, pośpieszcie się! Wierzyca zbliżając się do mostku-dostrzegł, że zamiast bali, z*których był zrobiony, zionie czar- na dziura. Zahamował więc gwałtownie i wysko- czył na drogę, a za nftn Ferber, zaniepokojony nieoczekiwaną przeszkodą. Obaj zbliżyli się do wyrwy, spoglądając na bagnistą strugę sączącą . się u ich stóp. Następnym spojrzeniem objęli oto- czenie. \ >- Że opuszczenie przez nich obu- wozu było błę- dem przekonali się, kiedy ujrzeli wysuwającego się zza grubego pnia wierzby Szerudę z pistole- tem w ręku. Zawołał ku nim: — Koniec podrąży, panowie! I bez oporu! Instynktownie sięgnęli po broń, ale nie tyle na- stępne słowa „ręce do góry", co widok wysuwa-' .' jących się zza krzaków żołnierzy z białymi otoka-" mi, kazał im usłuchać rozkazu. Rozdział 12 Było późne popołudnie. Szeruda spacerował po pc^coju biurowym pensjonatu, a sierżant Paluch siedział przy maszynie do pisania. „Jak już wskazałem uprzednio — dyktował Sze- ruda — istotą pomysłu kradzieży kryształków do 240
noktowizorów było takie ustawienie akcji, by sprawca został złapany z łupem. Miało to zaka- muflować kradzież właściwą Kozłem ofiarnym zo- stał Komasa. Podczas rewizji osobistej znaleziono przy nim rozpieczętowaną paczkę, w której znaj- dowało się dwadzieścia kryształków. Do kompletu brakowało sześciu sztuk. Zatrzymany nie potrafił wyjaśnić, co się stało z resztą. W wariancie wstęp- nym przyjęliśmy, że po kradzieży, działając w pośpiechu, sprawdzał zawartość paczki i na skutek ciemności zgubił sześć kryształków. Komasa pod- trzymywał w toku przesłuchania tę tezę, był tak wstrząśnięty śmiercią strażnika, że gubił się w swych zeznaniach i plątał podstawowe fakty. W wariancie drugim — sformułowanym jako przewodni w sprawie — założyliśmy działanie kom- binowane, dwustopniowe. Zatrzymany mógł sta- nowić element kamuflażu dla innych, znacznie po- ważniejszych organizatorów kradzieży. W tym przypadku, wykluczając możliwość doraźnej im- prowizacji. musieliśmy zwrócić uwagę na szerszy krąg osób, które pośrednio lub bezpośrednio mo- gły mieć związek z aktem kradzieży i zabójstwem strażnika. Gruntowna analiza przebiegu i okolicz- ności przestępstwa pozwoliła wyodrębnić grupę ludzi najbardziej związanych z całokształtem spra- wy..." Sierżant pisał szybko, toteż Szeruda nie potrze- bował zbytnio hamować tempa dyktanda i mówił idalej: „Pórńysłem, gmatwającym sprawę' i wyraźnie .'Wskazującym ną Komasę jako zabójcę strażnika, ,16 — To ja, umarły.., 241
było znalezienie na pistolecie odcisków jego pal- ców W dotychczasowej praktyce kryminalnej był to dostateczny dowód winy przestępcy. W tym wypadku okazało się jednak, że został zastosowa- ny nie spotykany dotąd zabieg techniczny. Polegał on na tym, że linie papilarne Komasy zostały od- tworzone na masie ze sztucznego tworzywa przy- pominającej gumę, z której potem sporządzono rę- kawiczkę..." — To Barcza musiał wpaść na ślad tej ręka- wiczki? — Sierżant przerwał pisanie. — I dlatego zginął, gdyż zdradził się ze swoim odkryciem, przede wszystkim przed Rutt — wyjaś- nił Szeruda. — No, ale piszmy dalej... „Rękawiczka ta stała się przyczyną śmierci dwóch osób i porwania Nurskiej. Pierwszy zginął przez nią Barcza, drugi Wiński. Przestępca, któ- rym jak wiadomo był Wierzyca, dla zmiany swe- go wyglądu przed zamierzonym zabójstwem Bar- czy ubrał się w płaszcz i czapkę Wińskiego. Ate z powodu pośpiechu, a zapewne i podniecenia, za- pomniał po powrocie wyjąć tę rękawiczkę z kie- szeni płaszcza. Wiński znalazł ją tam i domyślił się znaczenia swego odkrycia. Postanowił więc wykorzystać go dla osobistego zysku. Ale fakt po- siadania tego dowodu zbrodni jeszcze nie mówił, kto był jej sprawcą. Wpadł na to dopiero pod- czas przesłuchania przeze mnie, kiedy to dowie- dział się, że przestępca użył skutera. Wiedział, że właścicielem skutera był Wierzyca, co wystarczy- ło mu do skojarzenia sobie reszty." 242
— Cwaniak... — mruknął sierżant przerywając pracę. :— Przyporimam sobie ten moment... „Wierzyca musiał ulec presji szantażysty — dyktował dalej Szeruda — przynajmniej do pew- nego czasu. Czekając na sposobną chwilę rozpra- wy z Wińskim, która nadeszła wkrótce, kiedy to dostrzegł go przez okno idącego z Koziorem, szukał jednocześnie, i to gorączkowo, miejsca ukrycia rękawiczki, by wytrącić przeciwnikowi broń z ręki. To było przyczyną, że znalazł się na strychu, kiedy Helena Nurska udała się tam, by przejrzeć rzeczy pozostawione przez Komasę, któ- ry swego czasu był jej kochankiem. Wierzyca ubiera się w prześcieradło i straszy dziewczynę, co przyszło mu o tyle łatwo, że istniała w pen- sjonacie specjalna atmosfera, o czym będę jesz- cze mówił. Początkowo chciał ją zapewne zamordować ja- ko osobę, która miała w ręku fatalną rękawiczkę, ale ostatecznie postanowił Nurską porwać i za- trzymać jako zakładniczkę w razie niepomyślnego dla szajki przebiegu śledztwa. Da je więc Nurskie j zastrzyk, po którym dziewczyna na dłuższy czas traci przytomność". — Dziwne. Miał zastrzyk przy sobie? — wyraził wątpliwość sierżant. — .Już zdaje się mówiliśmy o tym, sierżancie. Wierzyca miał dość czasu, by udać się do siebie po strzykawkę i preparat, a potem wrócić na strych. Wreszcie, jak pamiętacie, nalegał, by we- zwać Pogotowie. Brzmiało to bardzo humanitar- 243
nie, ale istotną przyczyną „troskliwości" była oba- wa, by zastrzyk za wcześnie nie przestał działać. — A resztę wykonała Rutt? — Na polecenie Wierzycy. Zaalarmowała zaraz po tym zdarzeniu Jabłońską, która była przyja- ciółką Ferbera i jednocześnie łączniczką pomię- dzy nim a pensjonatem. Telefony do pogotowia były znacznie później, bo przecież nie od razu odnaleźliśmy Nurską, więc Ferber miał czas zorga- nizować napad na samego siebie. — Ciągle mnie prześladowała wasza uwaga, obywatelu majorze, o tej Rutt. Pamiętacie, jak powiedzieliście, że gdyby się okazało, że to ona zawiadomiła lekarza o Nurskiej, to wiedzielibyś- cie, kto zamordował Barczę? Ale chyba nie ją mieliście na myśli, bo przecież była wówczas cho- ra? — To przecież proste; Jeśli Rutt telefonowała, to musiała należeć do szajki, A kto dał alibi Wie- rzycy, jak nie ona, stwierdzając, że w krytycz- nym czasie był u niej w pokoju? Alibi nie było zatem nic warte, a nawet wskazałó sprawcę. — Ale przecież Wierzyca nie otruł jej, skoro była jego wspólniczką? — W ogóle nikt jej nie otruł. To całe zatrucie było fikcją Musiała mieć pretekst, by pozostać w pensjonacie, po podstępnym ściągnięciu Bar- czy na dworzec. W kawie nic nie było. — Ale przyznała się do rozmów z Barczą? — Bo wiedziała, że ktoś usłyszał ich rozmowę. Przecież o mało nie przyłapali wówczas Jętki.- Musiała więc liczyć się z tym, iż treść rozmowy 244
może dotrzeć do mnie inną drogą. No, ale dość tej pogawędki! Piszcie! „Potem dziewczyna została ukryta w ruinach poniemieckiej fabryki amunicji. Po ujęciu zaś Fer- bera i Wierzycy brakujące kryształki znaleźliśmy przy Ferberze, natomiast rękawiczkę stanowiącą w sprawie dowód numer trzy w samochodzie za- trzymanej Beaty Rutt. Główną zasługę w całkowitym rozszyfrowa- niu grupy należy przypisać porucznikowi Joachi- mowi Jętce, który działając w sposób zamasko- wany zgodnie z udzielonymi mu wskazówkami zdołał głęboko wejść w środowisko mieszkańców pensjonatu i nie ujawniając swej roli — rozpo- znać charakter wzajemnych kontaktów, sylwetki poszczególnych osób i specyficzny klimat panu- jący w tamtym gronie. — Właśnie, ten klimat — wtrącił sierżant z de- zaprobatą. — Co najmniej dziwne było to towa- rzystwo, dobrali się jak w korcu maku. Niby wszystko ugłaskane, pozujące na wielki świat, a w gruncie rzeczy pustka' i nuda. No i te duchy, strachy... Do dziś nie mogę uwierzyć, że dali się nabrać na takie numery, — Zgadzam się z wami — przyznał major — ale właśnie dlatego zdołaliśmy trafić w najsłabsze ogniwo grupy. Gdyby w normalnych warunkach ktokolwiek wyskoczył z pomysłem urządzenia se- ansu spirytystycznego, skierowałbym go od razu na leczenie psychiatryczne. Tu jednak wchodziła w grę okoliczność, z której nie mogłem zrezyg- 245
nować. Ale do rzeczy — zmienił nagle ton. — Na czyin stanęliśmy? — Na poruczniku Jętce. — Dobrze. Piszćie dalej: „Analizując materiały ze sprawy Komasy. porucznik Jętka zwrócił uwa- gę na fakt, że obywatelka Bemel, kierownik pensjonatu, zachowująca się dosyć podejrzanie, zajmowała się w latach ubiegłych doświadczenia- mi spirytystycznymi i nadzwyczaj łatwo ulegała stanom lęku w różnych sytuacjach, które jej zda- niem mogły 'mieć jakiś związek ze zjawiskami spoza świata materialnego. Nie wnikając w cał- kowitą bezzasadność takich skojarzeń, zgoła naiw- nych, porucznik Jętka postanowił wygrać ten ele- ment dla rozwinięcia sprawy, licząc na końcowy efekt. Poprzez sztuczne podsycanie psychozy stra- chu — dostosowanej zresztą do atmosfery pa- nującej w pensjonacie i mentalności zamieszku- jących go osób — oraz sprytnie konstruowane sceny z gatunku ^dziwnych objawów® udało mu się uderzyć w najmniej odporne ogniwo grupy, którym była Bemel". — No. teraz to ma jakiś sens — powiedział z uznaniem sierżant. — Schodzimy z obłoków na ziemię, bo już mi te duchy do reszty psuły hu- mor. — Nie skończyłem — przerwał mu Szeruda. — Napiszemy tak: „Chociaż ten kierunek działania porucznika Jętki stanowił w istocie jeden z wy- cinków jego czynności w pensjonacie, zlecanych w miarę postępów sprawy, zdołał on na tej drodze uzyskać pozytywny rezultat w celowo przepro- 246
wadzonych eksperymentach z udziałem Komasy. , Bezpośrednie wykorzystanie aresztowanego, któ- '• rego dowieziono skrycie do Jodłowa za zgodą . szefa, było czynnikiem o znaczeniu zasadniczym w doświadczeniu zaproponowanym przez porucz- ’ nika Jętkę. To właśnie wskutek usłyszenia jego głosu — osoby rzekomo nieżyjącej — ostatecz- 1 ńie załamała się Bemel, zdradzając miejsce ukry- cia Nurskiej, znane jej z okresu, gdy była przy- jaciółką podejrzanego Wierzycy i cieszyła się je- go zaufaniem". Sierżant znów przerwał pisanie, rzucając uwa- i — A jednak ta Klekot wskazała Wierzycę ja- ko mordercę Wińskiego. — Tak, właśnie ona — potwierdził major, a po chwili dodał zapalając papierosa: — I muszę przy- znać, że to mnie nieco zirytowało. Nic tak nie złości człowieka, jak przyznanie racji komuś, kto j uchodzi za pospolitego plotkarza. L Paluch chciał bardziej dosadnie wyrazić swój I sąd o takich osobach, ale powstrzymał się w po- rę i zapytał: — Skończyliśmy, czy jedziemy dalej? t — Na dzisiaj wystarczy — odparł Szeruda, się- gając do ostatniej kartki maszynopisu. — Pożo- gi stały nam jeszcze wnioski z całokształtu sprawy, ten fragment raportu przygotuję jednak po wstęp- Dym przesłuchaniu zatrzymanych. j — A tak ogólnie to co obywatel major sądzi £ O tym wszystkim? 1 w Ł. t
— No cóż, sprawa nietypowa i pod wieloma względami wyjątkowa. Z prawnego punktu wi- dzenia wystąpił w niej splot kilku pozornie: od- rębnych wątków: kradzież, aż trzy zabójstwa, po- rwanie dziewczyny i szantaż. Dodajmy jeszcze, że kradzież należy rozpatrywać w aspekcie dzia- łalności szpiegowskiej, co jeszcze bardziej kom- plikuje kwalifikację następujących później prze- stępczych czynów. Na razie jedno jest absolut- nie pewne: członkowie grupy, powiedzmy od ra- zu licznej grupy, postępowali w sposób bezwzględ- ny, posługując się bronią. Nie wiem, na jakiej glebie zdołano wyhodować spójnię łączącą tych ludzi i co kryje się za tak okrutnie przestrzega- ną zasadą konspiracji, w każdym razie dominują- cy tu element wzajemnej zależności wskazuje na związki zgoła gangsterskiego charakteru. Przeko- nany jestem, że poznamy je dopiero w śledztwie. Tylko tyle mogę powiedzieć. — A ja dorzuciłbym coś jeszcze — dodał sier- żant. — I personel bazy, i ludzie w całej okolicy odetchną spokojniej, gdy pod kluczem znajdzie się ta dobrana paczka... Nurska rozejrzała się po lśniącym bielą kory- tarzu szukając wskazanego numeru separatki. Wreszcie znalazła go i zapukała leciutko do drzwi. Sądziła, że odpowie jej ledwie dosłyszalny szept, jednak głos, który rzucił: „wchodzić!”, był świeży i silny. Ale kiedy stanęła na progu, przekonała 248
się, że pacjent owinięty bandażami był raczej podobny do kukły niż do żywego człowieka. Stała nie mogąc, ukryć przerażenia, jakie wywo- łał w niej ten widok. Ale kukła uniosła się dość rześko na posłaniu i zawołała wesoło: — Chodź bliżej! To nie zaraźliwe! — Ach. Jo! Przecież ty wyglądasz jakby... jak- by... — nie mogła znaleźć odpowiedniego okreś- lenia, więc już bez słowa podeszła do łóżka i po- łożyła na nim przyniesione kwiaty. — Jakbym był na wpół nieboszczykiem, co? Ale tak źle nie jest! Na szczęście żadnych zła- mań ani obrażeń wewnętrznych. Za to setki sinia- ków i skaleczeń, ale za dziesięć dni spodziewam się stanąć na nogi! Najgorsze było to uderzenie w brzuch, bo trafił mnie w splot słoneczny! — Major zjawił się w samą porę — westchnę- ła siadając na taborecie. — Jeszcze teraz skóra na mnie cierpnie, kiedy to sobie przypomnę! — Nazwał mnie zakochanym wariatem — burk- nął porucznik, marszcząc brwi. Lena uśmiechnęła się. — Nie wiem, skąd mu to przyszło do głowy... — Mogę ci to wyjaśnić. — Mówisz zbyt dużo! — zaprotestowała. — Po tego rodzaju obrażeniach musisz mieć gorączkę! •— Powiedziałem ci, że mi nic nie jest. W szpi- talu po ujęciu Ferbera aż huczy i nie wiadomo dlaczego,zrobili ze mnie bohatera dnia. Co i raz. ktoś tu przychodzi na pogawędkę i stąd też ta separatka... Aż mi czasami głupio... Ale nikt mi 249
dotąd nie zabraniał mówić, więc wracając do na- szego tematu... — Słuchaj, Jo — przerwała mu szybko. — Idąc tu między innymi zastanawiałam się nad tymi hi- storiami z duchami. Podobno to ty byłeś reżyse- rem? — Ano, poniekąd... — Wiem już, że na strychu był Wierzyca. Ale jak to zrobiłeś z tym hałasem w pokoju Bemel? Przecież wszystkie drzwi były pozamykane! Jed- ne wprawdzie były otwarte, ale stała przed nimi grupa ludzi... I pokój okazał się pusty... Jętka uśmiechnął się: — Pomógł mi w tym major. A wszystko było zupełnie proste. Wszedłem do pokoju Bemel przez biuro, narobiłem nieco dziwnych hałasów, potem możliwie ciężko zeskoczyłem ze stołu, przy czym rozbiłem wazon, co było efektem niezamierzo- nym. Kiedy zorientowałem się, że lada chwila ktoś wejdzie, wymknąłem się z powrotem do biu- ra, zamykając drzwi na klucz, który pozostawi- łem umyślnie w zamku. Stwierdzono to potem ze zdumieniem, a było ono o tyle uzasadnione, że major idąc mi na rękę oświadczył, iż drzwi z ho- lu do biura są zamknięte, zaś klucz ma w kiesze- ni. W rzeczywistości były otwarte, toteż w chwili kiedy wszyscy wpadli do sypialni Bemel, wy- mknąłem się i przyłączyłem do towarzystwa. Sze- ruda zaś wyjął istotnie klucz z kieszeni, ale „otworzył" drzwi starym sposobem: najpierw przekręcił klucz w prawo, potem w lewo. A kie- 250
dy wszyscy weszli do środka, okazało się, że i w biurowym pokoju nie było nikogo... — To rzeczywiście było proste! — Lena roześ- miała się. — Ale zrobiło wrażenie czegoś niepo- jętego' — O to przecież chodziło... — Słyszałam, że był jeszcze jeden taki nadprzy- rodzony wypadek. Z tym pajacem, którego powie- szono w pokoju zamkniętym na klucz od we- wnątrz Tam klucz rzeczywiście tkwił w zamku... — Owszem — potwierdził niedbale Jętka. — Ale są sposoby na przekręcenie i takich kluczy. Udało mi się to zrobić tak cicho, że nie obudziłem śpiącej. — I w rezultacie spowodowałeś, że zdradziła moją kryjówkę i pośpieszyłeś mi na ratunek... Nie wiem, jak ci mam dziękować... — W oczach Leny zakręciły się łzy. — Wiesz bardzo dobrze’ — powiedział bez- trosko, ujmując jej rękę, której nie cofnęła.

KSIĄŻKI WYDAWNICTWA MON SERIA TYPY BRONI I UZBROJENIA (TBU) Jest to interesująca seria, w której każdy zeszyt zawiera opis konkret- nego typu samolotu bojowego, okrę- tu wojennego, czołgu, działa itp. stosowanych m.in. na polach walk drugiej wojny światowej. Każdy zeszyt jest bogato ilustrowany ko- lorowymi planszami, rysunkami i zdjęciami. Cena każdego zeszytu zl 7.—
Dotąd w serii TBU ukazały się następujące zeszyty: Czołg średni T-34 © Kontrtorpedo- wiec „BURZA" © Samolot myśliwski PZL P-24 • Rakieta „WOSTOK” • Samolot bombowy PZL-37 „ŁOS" * Niszczyciel „BŁYSKAWICA" © Wy- rzutnia rakietowa „KATIUSZA” • Działo pancerne SU-85 © Transpor- ter opancerzony „SKOT" © Samo- lot szturmowy IŁ-2 © Ręczny kara- bin maszynowy DP • Czołg pływa- jący PT-76 ©Samolot TS-11 „ISKRA"' • Pistolet maszynowy PM-63 * Czołg średni T-54 © Okręt podwod- ny „ORZEŁ" • Samolot myśliwski „MiG-15" • Pociąg pancerny „DA- NUTA" © Samolot rozpoznawczo- bombardujący PZL-23 „KARAŚ" • Mina kontaktowa WZ 08/39 © Pol- ski czołg lekki 7 TP • Samolot myśliwski PZL P-11 © Samolot tran- sportowy AN-12 • Samolot myśliw- ski „JAK-9" • Okręt szkolny ..ISKRA" © Mały okręt rakietowy. - Sprzedają kioski „RUCHU" i księgarnie.
Czytając TOMIKI SERII BITWY - KAMPANIE - DOWÓDCY zdobywacie POŻYTECZNĄ WIEDZĘ W SPOSÓB ŁATWY I PRZYJEMNY! Każdy tomik tej serii to rzetelna informa- cja, kopalnia faktów i źródło pożytecznej wiedzy O NAJWIĘKSZYCH KAMPANIACH I bitwach, życiu i DZIAŁALNOŚCI WYBITNYCH POLSKICH DOWODCOW I MĘŻÓW STANU NA PRZESTRZENI TYSIĄCLECIA! Tomiki serii „BITWY — KAMPANIE — DOWÓDCY", oprawne w trwałą, kartono- wą okładkę, formatu kieszonkowego, są wygodną, podręczną i zajmującą lekturą dla każdego. Cena każdego tomiku zł 8.— Sprzedają kioski „RUCHU" i księgarnie.
* Pięć tysięcy czterysta czterdziesta druga publikacja Wydawnictwa MON Printed in Poland Wydawnictwo Ministerstwa ^Obrony Narodowej Warszawa 1974. Wydanie I Nakład 120 C00 339 egz. Objętość 9,32 ark. wyd., 8 ark. druk. Papier; druk sat. V kł. 65 q, 61 x 86'32 z Zakładów Celulozowo-Papierniczych we Włocławku. Oddano do składu w styczniu 1974 r. Druk ukoń- czono w czerwcu 1974 r. Wojskowe Zakłady Graficzne w Warszawie — zam. nr -2784 z <nia 21 01.1974 r. Cena zł 15,— W-107
.-..u., ;.».. -............ -w