Text
                    TYGODNIK UfflOWM
PISMO OBEJMUJĄCE
c
WAŻNIEJSZE WYPADKI SPÓŁCZESNE, ŻYCIORYSY ZNAKOMITYCH LUDZI, ZABYTKI I PAMIĄTKI KRAJOWE, PODRÓŻE, POWIEŚCI I POEZYE SPRAWOZDANIA Z DZIEDZINY SZTUK PIĘKNYCH, PIŚMIENNICTWA, NAUK PRZYRODZONYCH,
PRZEMYSŁU 1 WYNALAZKÓW, szkice obyczajowe i humorystyczne, typy ludowe, ubiory i kostiumy, archeologią, i t. d. i t. d. i t. d.
TOM m.

Od $ 53 do 78.
			
WARSZAWA.
Nakładem ąredLalccyi Tyg-odnilia ilustrowanego
1 8 8 4.
^OSBOJiCHO Heiisypoio
7 aputaea, 14 Imw 1884 wda.
P 5 0 Ó
. .  ?
___________J_________
Druk Józcta i Fngrc Warszawa, Nowolipki Nr 3.
ZAWARTYCH W TOMIE III SERYI CZWARTEJ
TYGODNIKA ilustrowanego.
Od 1 stycznia do .30 czerwca 1884 roku.
Życiorysy i portrety ułożone są
alfabetycznie, inni przedmioty porządkiem payinacyi.
A R T Y K U L Y
...	Stronica
rysnukón IJZICIORYSY.
1. Alarcon Pcdro Antonio przez G. . .	14.
1. Baranowski ks. Piotr Paweł, p. M. B. 401.
1. Chałupka Samo, p. Br. Grabowskiego  G5.V
1. Donimirski Teodor, p. Ig-notusa 337, 356.
1. Dybowski Benedykt, p. K. Jurkiewicza 52.
1. Frączkiewicz Augustyn, p. E. Sulimier-skiego .............................  17,	43.
1. Grudziński Stanisław, p. St. M. Rzęt-kowskiego ........................36'.’.
1. Kosiński Wincenty, p. dra J- Trejdosie-wicza .... -........................113.
1 Lelewel Prot, p. W. Korotyńskicgo . . 225.
1. Mańkowska Bronisława, p. M. K. Kę-pieńskiego.......................... 305,	325.
1. Marrenó Wałerya, p. K. Kaszowskiego 161,
180.
1. Maurer Koman, p. A. Prochaskę . . 241.
I. Neczas Jan, p. W. Bełzę............ 335./
1. Scłicrr Jan, przez Br. Zawadzkiego . . 97.
1. Wierzchleyski ks. Ksawery Franciszek, p. W. B............................ 273.
11. OPISY MIEJSCOWOŚCI, ŚWIĄTYŃ 1 GMACHÓW.
1. Teatr Rozmaitości po odbudowaniu .	54.
1. Wieś Cannet we Francyi................79.
2. Kościół parafialny w Pieczyskach . . 106.
1. Kościół niegdyś ks. ks. kanoników late-raneńskich w Slonimie...............186.
2. Zwaliska zamku Kynasf na Dolnym Slązku...................•..........207.
4. Soboty (Zopott) pod Gdańskiem, p. L. Jenikego........................... 276.
1. Reinerz i Cudowa, p. L. S. W. ... 315.
1. Kościół parafialny w Lipnic, p. Ks. VV1. Leonowicza......................... 350.
1. Nowy gmach sejmowy w Wiedniu . . 399.
111. PAMIĄTKI HISTORYCZNE 1 ZABYTKI PRZESZŁOŚCI.
2. Grota Maszycka pod Ojcowem, p. R. Plcnkiewicza.........................45.
Sobicseiana. Dzieła sztuki odnoszące się
do Jana III, p. Al. Lesscra  .	91.
1 Skrzynia skarbcowa w Pieczyskach .	106.
1.	Wizerunek Chrystusa Pana na Wawelu,
p. J. Starożyka.....................155.
1.	Strzemię wielkiego wezyra zawieszone
pod tym wizerunkiem, przez tegoż .	155.
2.	Monstraneya i pacyfikał w kościele Sw.
Piotra w Budyszynic,’ p. L. J. . . . 238.
2.	Dworek przy ulicy Lazicnnćj-Mokrćj
w Piotrkowie, p. E. Dylewskiego . . 316.
2.	Kolumna króla Michała Korybuta na Bielanach, p. J. Starożyka...............317.
3.	Wazon z czasów Stefana Batorego, p.
L. Jenikego .	.................... 408.
IV.	POEZYE.
Na pustyni, p. J. Kościełskicgo . • . 58.
Junak, p. S. Chałupkę, przekład Br.
Grabowskiego	.	66.
Ilość rysunków
Kasyda
.Stronica
Ihn-Ul-Abbara, przekład A. Święcickiego.....................85.
Luzyada, pieśń 1, przekład Adama M-skiego............................ 110.
Z pieśni Izajaszowych, p. M. Wołowskiego ..............................125.
Z Ukrainy,	p.	A.	Konieczną.........155.
Satyra na zbytki	i	Iowy	polskie . . .174.
Na łożu śmierci, p. A. Konieczną .	. 234.
W górach, p. Maryą Bartusównę . . . 255. Pythia. p. Yrchlickiego, przekład Br.
Grabowskiego..................... 276.^
Bronisławie S., p. Adama M-skiego . 302. Do braci w niedoli, p. A. Konieczną . 319.
Z życia i tęsknoty, p. Adama M-skiego 365. Współczucie, p. Yrchlickiego, przekład
Br. Grabowskiego.............-	. . . 383.v
W cieplarni, p. J. Kuczyńskiego . . . 107.
V.	POWIEŚCI I OPOWIADANIA.
Niezaradni, powieść T. T. Jeża ... 2, 19, 33, 36, 50, 67, 82, 98, 115, 130, 147. 163, 178, 194, 210, 226, 242, 258, 274, 290, 306, 322, 338, 354, 370, 385.
Melon, zdarzenie z życia obozowego, p. Wicłisława.........................92.
Kilka wspomnień z przeszłości, p. tegoż 358, 373, 390, 409.
W dodatku książkowym powieści tłuma czonc p. t.: „Dziecię globu,” „Kartki z dziennika,” „Miernoty,” „Sławomira.”
Wólka i Willburg, p. M. Barczewską . 403.
VI.	DRAMAT A 1 KOMEDYE.
Gęsi i gąski, komedya w pięciu aktach
M. Bałuckiego . . 6, 30, 36, 59. 75, 83, 100, 125, 139, 157, 171, 188, 203. Scena z niewydanęgo dramatu „Bruno,”
p. A. Konieczną.............. ...	212.
Z dramatu „Wanda,” p. Maryą Bartu-
sównę ................ 284,	299, 323.
VII.	LISTY JOR DANA DO PANA JANA. 245, 267, 379, 395.
VIII.	PODRÓŻE.
1. Dr Dybowski na Bajkale . .	110.
Dubrownik, szkic z podróży A. Doni
mirskiego............. 118, 133, 149.
8. Dwie doby w Gdańsku, p. L. Jenikego 331,
347, 363.
IX. TYPY, ZWYCZAJE 1 RZECZY LUDOWE-
1. Bułgarka, studyum z natury (bez artykułu) .......................... 32.
1. Pisanki czyli kraszanki wielkanocne, , p. S. Ulanowską .............. 253.
1. Święcenie kołaczy na Podolu galicyj-skiem, p. J. E. Makarewicza.......254.
2. Typy niewiast łużyckich, p. L. J. .271, Towarzystwo ludowe w Cieszynie .	. 235.
X. PRZEGLĄDY I STUDYA LITERACKIE.
Listy Juliusza Słowackiego,” p. E. Zoryana............................ 27
Ilość rysunków
Stronica
Nasz stół redakcyjny . . 22, 46, 196, 213.
Przegląd piśmienniczy, p. dra T. Ziembę 59.
„Zabicie Andrzeja Tęczy ńskiego,” p. H. Biegcleisena .	...................70.
Jan Kochanowski, przyczynek do bibliografii, podał A. Pawiński...............75.
Przegląd literatury czeskiej za rok 1883
p. W. Czajewskiego .86, 101, 117, 131. v
Z obcych piśmiennictw, p. N. D - . . 124.
„Listy Zygmunta Krasińskiego,” p. E. Zoryana.......................... 150,	165.
Bałady Tomasza Zana, p. Chmielowskiego ..................... 182,	198, 220.
„Biblioteka matematyczno-fizyczna, p.
II. Mcrczynga...................... 203.
Miłość w kilku typach literackich, p. W. Marrene..................... 213,	229, 251.
Przekład wiersza Filicai na cześć Jana III go. p. H. Ł................ .	. . 223.
„Zarys dziejów literatury polskiej” Ku-liczkowskicgo, p. T. Ziembę .... 235. «*
O pismach Zygmunta Krasińskiego, skreślił F. Suryn 261, 277, 294, 309, 324.
„Jan Kochanowski w świetle własnych utworów” i „Epopea rycerska Niemców i dramat niemiecki XIX w.,” p. p. E. Zoryana........................-	268.
„Jana Kochanowskiego dzieła wszystkie,” p. L. J........................351.
„Poezye” Mieczysława Romanowskiego, E. Zoryana....................... 382,	396.
XI. PRZEGLĄD TEATRALNY.
„Skarb,” „Dom otwarty” i „Słomiany człowiek,” p. E. Łukowskiego . . . 62.
„O własnej sile,” „Dwie miłości,” p. tegoż 205. „Hrabia Essex,” p. t............. 244.
„Hrabina Berta,” p. t. . .	317.
„Gęsi i gąski,” p. t......	•	357.
XII. PRZEGLĄD MUZYCZNY.
Ze świata muzycznego, p. W. Górskiego ...................... 35,	86, 235.
XIII. MALARSTWO I RZEŹBA.
1. „Wesołe kumoszki,” obraz M. Liiwe .	10.
1. „Na krużganku klasztornym,” obraz B.
Yauticra . ........................ 47.
1. Wystawa obrazów’, rzeźb i starożytności w Radomiu .  ...................... 60.
1. „Tintoretto malujący wizerunek córki,” obraz Kocha........................ 79.
1. „Opróżnione miejsce,” obraz Hoffmana . 90.
1. „Dzbanek lez,” obraz Tumana . . . 138.
1. „Savonarola każący przeciw zbytkom,”
obraz L. Langenmantla . . . .,..174.
1. Cyboryum ofiarowane dla kościoła Ś S.
Piotra i Pawła w Warszawie .	. 17:>.
1. „Potworny rozkaz”.................. 254.
1. „Pod areną,” obraz K. Pilotfego . .	271.
Wystawa sztuk pięknych w Paryżu,
p. T. •............... 308, 332.
XIV. KORESPONDENCYE TYGODNIKA ILUSTROWANEGO.
Z Krakowa, p. B. . 4, 149, 219, 299, 398. Ze Lwowa, p. W. . 5, 187, 331,
Stronica
Ilość rysunków
Stronica
Ilość rysunków
Stromca
Ilość rysunków
Kronika paryska, p. T. . 15, 61, 69, 107, 156, 190, 221, 252, 285, 365, 489.
Z Poznania, p. M. . 29, 123, 219, 318, 372.
Z Rokitnicy, p. F. Niemojewskiego . . 142.
Z Częstochowy, odezwa prof. Br Grabowskiego ......................... 238.
Z Kurhanu (gub. tobolska), p. dra J. B. 261.
Z Wrocławia, p. W. Nehringa • . . .270.
XV. ARTYKUŁY TREŚCI RÓŻNĆJ I RZECZY
BIEŻĄCE.
Kilka uwag z powodu rezultatów spisu jednodniowego, p. Al. Makowieckiego 11.
Towarzystwo biblioteki polskiej w Rumunii ...............................•	42.
Czego słusznie wymagać możemy od wydawców pism czasowych, p. L. Jeni-kego.................................. 50.
W sprawie pomnika dla Sobieskiego 54, 122.
2. Objaśnienie rysunków sztolni ponikow-skiej.................................  •	114.
Kalectwa mowy, przez L. S. W. . . 140, 251.
Słówko o sposobie wydawania utworów literackich, p. F Łagowskiego. . . • 146.
1. Zbiory profesora Dybowskiego, p. Suli-mierskiego..........................187.
1. Pomnik Klementyny Hofmanowej po odnowieniu......................... 292.
6. Biskupi-sufragani świćżo nominowani. . 292.
W sprawie polskiego tygodnika „Mazur,” p. K. W. Żółkiewskiego............... 302.
Sprawa Kraszewskiego, p. W. Sakowskiego .................................. 326.
Jeszcze słówko w sprawie Kraszewskiego .................................. 340.
Czy tylko w Nancy i w Petersburgu są szczątki zwłok Stanisława Leszczyńskiego? p. H, Ł...................... 342.
Odezwa pani Bogusławy Mańkowskiej . 343.
Wystawa inwentarza, p. A- Porębskiego 412.
XVI. KRONIKA ZAGRANICZNA, przez J. I. Kraszewskiego 38, 108, 180, 283, 388.
XVII. ZE ŚWIATA OBCEGO, przez To-porczyka 20, 91, 141, 166, 197, 228, 260, 293, 341, 380, 406.
XVIII. KRONIKA TYGODNIOWA, przez St. M. Rzętkowskiego, w każdym numerze.
XIX.	PRZEGLĄD POLITYKI ZAGRANICZNEJ, przez W. Sakowskiego, w każdym numerze.
XX.	ROZMAITOŚCI Z LITERATURY, SZTUKI I ŻYCIA SPOŁECZNEGO, w każdym numerze.
XXI.	SZACHY (partye i zadania), pod kierunkiem J. Żabińskiego.
XXII.	kEBUSY w każdym numerze (na okładce).
DRZEWORYTY
1. PORTRETY.
Alarcon Pedro Antonio................. 16,
Baranowski ks. Piotr Paweł............401.
6. Biskupi-sufragani, mianowani przez stolicę apostolską...................... 296,	297.
Chałupka Samo........................65.
Dunimirski Teodor.................. 337.
Dybowski Benedykt....................33.
Frączkiewicz Augustyn................17.
Grudziński Stanisław................•	369.
Kosiński Wincenty...................113.
Królikowski Jan.....................  i.
Lelewel Prot....................... 225.
Mańkowska Bogusława................ 305.
Marrene Wulerya.....................161-
Maurer dr Roman.....................241.
Neczas Jan ........................ 336.
Scherr Jan.....................  •	• 97.
Wierzcbleyski ks. Ksawery Franciszek . 273.
II. RYSUNKI MIEJSCOWOŚCI I PAMIĄTEK.
2. Grota Maszycka pod Ojcowem . . 45, 48. Wnętrze teatru Rozmaitości po odno-
wieniu ..............,	• ;.............^9.
Wystawa obrazów, rzezb i starożytności w Radomiu.................. 57.
Widok ogólny Cannet,	we	Francyi	.	.	73.
Gmach College de France	w	Paryżu	.	96.
Kościół w Pieczyskach................108.
Skrzynia skarbcowa w Pieczyskach . .109. Wizerunek Chrystusa Pana w katedrze
na Wawelu..............................153.
Strzemię Kara-Mustafy zawieszone pod powyższym wizerunkiem................160.
Kościół ks ks. kanoników lateraneńskich w Słonimie...........................192.
2. Zwaliska zamku Kynast na Doluym Szląsku............................r	208, 209.
Monstrancya w kościele budyszynskim
Św. Piotra . . ....................... 237.
Pacyfikał tamże.......................  240.
Nowy gmach sejmowy w Wiedniu . . 392. 3. Wazon z czasów Stefana Batorego 408, 109.
Widoki Sobót (ćopott.)
Widok dworca i pomostu wchodzącego w morze........... 285.
Sala zebrań w dworcu............ 285.
2. Widoki ogólne Sobót . . . • . . 304. W puszczy leśnej, rys. Franciszek Brzozowski .................................•
Pomnik Klementyny Hoffmanowej . . • 289.
2. Dworca i tablica pamiątkowa w Piotrkowie ............................313.
Cudowa.........................-	320.
Widoki Gdańska i okolic.
Widok aa Motławę z mostu Długiego 321.
„ „	„	„ Zielonego 328.
Sala główna posiedzeń w ratuszu . 345* Brama Zielona, czyli Wysoka. . . 348. Wnętrze kościoła Panny Maryi . . 353. Klasztor po-franciszkański .... 360. Arsenał ...................... 381.
Widok Oliwy................... 384.
Kolumna króla Michała Koryoutana Bie-
lanach ...........................349.
Kościół parafialny w Lipnie . . . • 352. Domek kamedulski, zbudowany przez
Władysława IV, na Bielanach . . . 368.
III. KOPIE DZIEŁ SZTUKI I RYSUNKI BEZ ARTYKUŁÓW.
Scena z „Wesołych kumoszek,” obraz M.
Lówe.................
Nowy rek, rysował J. Buchbmder . . 12.
W styczniu, obraz J. Llovery .... 13.
Lisowczyki, obraz W. Szcrncra .... 24. Nieprzewidziana serenada, obraz A,
Gyula...................................25.
Bułgarka, studyum R. Vladesco ... 32. Z karnawału, rys. C. Jankowski . . . 40. Na krużganku klasztornym, obraz B.
Yautiera................................41.
Późnym wieczorem, rys. Eismonda . . 44. Grek handlujący, rys. St. Masłowskiego 56. Czarne domino, z akwareli Simonetti’ego 64. Tintoretto malujący wizerunek zmarłej
córki, obraz Kocha......................72.
W dzień Matki Boskiej Gromnicznej,
rys. A. Pancewicz ......... 76. Pod dobrą opieką, obraz Blaasa	.	.	.	.	77.
Ucieczka, rys. C. Jankowski .	.	•	.	.	80.
Na modlitwie, obraz Makarta	.	.	.	.	81.
Polowanie na wilki, rys. J. Kossak	.	.	88.
Opróżnione miejsce, obraz Hoffmana . 89. Fandango, obraz LIovery..................104.
Z karnawału, rys. J. Eismonda .... 120. Dzbanek łez, obraz P. Tumana .... 129. Stado koni, podług akwart ii J. Kossaka 136. Odpoczynek pod karczmą, obr. Pociechy 137. W popieleć, rys. Kędzierski..............144.
Handlarka włoszczyzny, obraz Wacława
Szymanowskiego.....................145.
Savonarola każący przeciw zbytkom, obr.
Langenmantla.......................158.
Idy la, obraz Siemiradzkiego.........172.
Nie chce jeść! obraz Róstela .....	173.
Zasadzka, rys. E. M. Andriollego	.	.	.	177.
Śmierć Rubensa, obraz Van Bree . . . 185. Pized wizerunkiem Madonny, obr. Bekera 193. Za obrębem cmentarza, rys. O. Jankowski 200. Grosz wdowi, obraz Geissera..........201.
Krajobraz wiejski, obraz M. Pociechy . 216. Na łożu śmierci, obraz J. Malczewskiego 217. Nabożeństwo pasyjne, rys. Kędzierski . 224. Wieczerza Pańska, obraz Gebbarda . . 232. Święcone, rys. Eismond.................. 233.
Groby, rys. Kędzierski.................. 236.
Alboin, król Longobardów................ 248.
Pod areną, obraz Piloti’ego............. 257.
Niby zielono, a zimno, rys. C. Jankowski 264. Rozkosze wiosny, obraz B. Giulana . . 265. W pracowni malarza, obraz Kuntze’go . 280. Wiosna, obraz H. Kaulbacha...............312.
Kwiecie wiosenne, obraz Krajzcra . . . 344. Proeesya Bożego Ciała....................361.
Transteweranka, rys. Reissa............. 364.
Przebudzenie się Goplany, obraz Pile-
ckiego ................................376.
Oczekiwanie, obraz Blaasa............... 385.
Mycie owiec, rys. A Kędzierski . . . 393. Po powodzi, rys. P. Stachiewicz . . . 413.
IV. RYSUNKI ROŻNE.
Dr Benedykt Dybowski i Godlewski na Bajkale............................112.
2. Sztolnia ponikowska w kopalniach olkuskich .......................... 121,	128.
2. Wystawa zbiorów doktora Dybowskiego
w Warszawie .... ... 152, 184. Cyboryum przeznaczone dla kościoła r Św. Św. Piotra i Pawła w Warszawie 176. Święcenie kołaczy na Podolu gal.cyjskićm 249. Zabawa w pisanki................... 256.
2. Typy z okolic Budyszyna......... 272.
Otwarcie wód mineralnych w ogrodzie
Saskim •......................... 329.
Z wystawy inwentarza............... 397.
Kirgizka rys. J. Chełmicki......... 400.
Dług honorowy, szkic F. Kostrzewskiego 416.
Ogólnego zbioru numer 1266, — Serya IV. 24 gn,(lnia 1883 r-(5 st*czuia 18sl 1 >
Cena numeru pojedynczego kop. 20.
Prenumerata w Warszawie:	. ,nn.	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart.	WflTRZfiWfi. A ST>VCZI11M OD V	na prowincyi i w cesarstwie:
re. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	” aiMdW, rJJJLJU/uUUl lUOttl.	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa, Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
M 53.
Tom III.
<t5 lat pracy scen.iczn.ej.
JAN KRÓLIKOWSKI. Podług fotografii Kostki i Mulerta.
(278)
2
Tresf numeru. Artykuły: Od redakcji.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża. — Korespondencja Tygodnika ilustrowanego: z Krakowa i ze Lwowa.—Gęsi i gąski, komedya w pięciu aktach Michała Bałuckiego. — Kronika tygodniowa, przez St. M. Kz. — Przegląd pohtj ki zagranicznej.— Scena z „ v esolych kumoszek windsorskich" Szekspira.— Kilka uwag z powodu rezultatów spisu jednodniowego w Warszawie, przez A Makowieckiego.—Don Fedro Antonio de Alarcon.— Kronika paryska.—Kozmaitości. — Dodatek. Dziecię globu, nowela przez A. de Alarcon.—Ryciny: Jan Królikowski. — Scena z „Wesołych kumoszek windsorskich," obraz Al. Lówe. — Nowy rok, rysunek J. Buchbiudcra.—W styczniu, obraz J. Lloccry.- Don Pedro Antonio de Alarcon.
Od redakcyi.
Rozpoczynając dwudziesty piąty rok istnienia Tygodnika ilustrowanego, zamykający Ćwierć wieku mozolnej naszej pracy redakcyjnej, możemy z pewnem zadowoleniem wsteczne poza siebie rzucić spojrzenie.
Przebyliśmy z czytelnikami naszymi chwile względnej pomyślności i chwile smutku; chwile niebezpiecznych upojeń i następującego po nich gorzkiego rozczarowania i apa-tyi umysłowej.
Wyrwać społeczeństwo z tej apatyi, z tego odrętwienia szkodliwego, otrzeźwić je i wskazać mu drogę pracy organicznej, spokojnej, lecz wytrwałej, w szczupłych tych granicach, jakie nam zakreśliła ręka Opatrzności— stało się wtedy zadaniem dziennikarstwa polskiego.
Co do nas, powiedzieć możemy bez zaro-zumienia, że«niy niejedne także cegiełkę dorzucili do gmachu społecznego odrodzeni i i że niejedna sprawa pożyteczna bądź z naszej wyszła inieyatywy, bądź przy naszej stanęła pomocy.
A więc.. . W imię Boże.... póki sil starczy, pchajmy dalej taczkę dziennikarską!....
Tygodnik nasz kroczyć będzie i nadal tą samą drogą, którą postępował od lat tylu. Przewaga rzeczy swojskich nad obcemi, poszanowanie dla tradycyi i przeszłości narodowej, cześć dla religii, miłość dla kraju, baczne śledzenie jego potrzeb i pragnień, o ile to leży w zakresie pisma przeważnie literackiego—oto hasła, pod któreini występowali-my przez blizko ćwierć wieku, a których pilne strzeżenie zjednało nam sympatyą licznych czytelników naszych. Pozostaniemy im wiernymi i w przyszłości.
Z utwornw powieściowych oryginalnych drukowFać będziemy wr roku przeszłym zapowiedzianą już przedtem powieść T. 7’. -Jeża, p. t. „Nuzaradni,“ osnutą na tle niedawnych stosunków Podola. Po niej nastąpi najnowsza dwutomowa powieść J. 1. Kraszewskiego, p. t „(AZ kolebki do nwgiły.“ Mamy także obiecane nowele Bolesława Prusa i Michała Bałudk iego.
Z utworów scenicznych pomieścimy dramat historj -zny w 5-ciu aktach Juliusza Bema, z epoki Kazmirza Wielkiego, p. t. „Anna Cylejska,11 z ilustraeyami Wojciecha Gcrsoi.a, oraz pełną życia i werwy koinc-dyą Michała Bałuckiego, p. t. „Gęsi t^gąśkiP
W dodatku książkowym, obejmującym uf w ory tłumaczone, wydrukujemy, między innemi, ostatnią powieść słynnego autora hiszpańskiego Dc Ałarcona „Dziecię globu,11 przełożoną wprost' z oryginału; dalej zaś jednę z najlepszych powieści nowoczesnych włoskich, p. t. „Miernoty,11 w przekładzie, również z oryginału, pani Maryi Falcńskiej.
Licznych studyów literackich i historycznych, oraz szkiców' podróżniczych i artykułów mniejszych rozmiarów, które posiadamy już wr naszej tece redakcyjnej, lub mamy zamówione, nie uważamy tu za potrzebne wymieniać z treści i tytułów.
Jako premia na rok 1884 dla wszystkich bez wyjątku prenumeratorów, o ile starczy egzemplarzy, przeznaczamy tym razem dwra dzieła niespożytej wartości literackiej i artystycznej:
PANA TADEUSZA MICKIEWICZA i MARYĄ MALCZEWSKIEGO, oba z ilustraeyami E. M. Andriollego. Cena księgarska przepysznych tych wydań wynosi: Pana Tadeusza, format w 4-ee dużej, bez
oprawy..........................rs. 18
Z wykwintną i bogatą oprawą . .	„25
Maryi, format ósemkowy, w nader ozdo-
bnej oprawie....................„	4
Prenumeratorowie zaś Tygodnika ilustr. nabywać je będą mogli:
Pana Tadeusza, bez oprawy za . rs. G kop. — Z bogatą oprawą za . . .	„ 10 „ —
Muryą, w wykwintnej oprawie za „	1 „ 50
A więc za cenę bezprzykładnie nizką.
Ci z szanownych prenumeratorów Tygodnika na prowincyi i w cesarstwie, którzy złożą zgóry całkowitą przedpłatę roczną za rok 1884, otrzymają oba te dzieła franco, starannie opakowane, bez żadnej osobnój dopłaty. Inni do ceny powyżej wskazanej zechcą dołączyć na koszt przesyłki Pana Tadeusza jednego rubla.
Sądzimy, że ta zamiana dotychczasowych premiów obrazowych na książkowa*, łączące piękno z pożytkiem, dla ogółu będzie wielce pożądaną.
Warunki prenumeraty Tygodnika ilustrowanego w Warszawie:
Rocznie. rs. 8 kop. — Półrocznie ,, 4 „ — Kwartalnie ., 2 ,, — f Miesięcznie „ — ,, 67'A
Na prowincyi i w cesarstwie:
Rocznie . rs. 12 kop. — Półrocznie ,, 6 „ — Kwartalnie „ 3 „ —
Upraszamy najuprzejmiej o wczesne wznawianie prenumeraty i to najlepiej przesyłając ją wprost do redakcyi.- Krakowskie przedmieście nr 15; długoletnie bowiem doświadczenie w'ykazało, że droga ta dla stron obu jest najkrótszą i najpewniejszą.
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. .JEŻA.
I. Na Wygnance.
Niedawne to czasy—a jakże już dawne! Gdzie dziś kolćj żelazna przechodzi, przebiegała śród pól droga, na której wuclicr harce z kurzawą wyprawiał, lub też, gdy jesień nastała, toczyło się perekotypole, straszyło konie, a ludzi zmuszało uciekać się do doświadczonego przeciwko złemu duchowi oręża, do znaku krzyża świętego, popieranego splunięciem i wymówieniem wyrazów moc zaklęcia posiadających:
— Tfu, zgiń, zczeznij, siło nieczysta!
hic wiemy, czy czary owe pamiętają jeszcze ludzie tameczni.
Jacy ludzie?—zapytacie.
A jużci Podołanie, ci sami Podołanie, o których śpiewa się:
„Oj, po poli, po polańci, Ijszły naszi Podolanci Pokłony tysia szynkarci. ’’
Wiedzieć należy, iż Podołanie pokłony tego rodzaju z gustem składają. Szynkarka posiada w ich oczach urok, któremu opierają sic z trudnością i dla którego nie potrzeba bynajmniej, ażeby szynkarka była osobliwością pod względem szyku, wdzięków i uprzejmości. Byle szynkarka— to dosyć. Właściwie nic o nią chodzi, ale o po-cieszycielstwo w utrapieniach, przedstawiające się pod postacią płynu obrzydliwego, posiadają^-ccgo te własność, iż po wchłonięciu takowego przez człowieka w ilości znaczniejszej, świat i wszystko co na nim jest, szynkarki i nic szynkarki, przyoblekają pozory piękności uroczej. Nie na tern koniec. Pod wpływem płynu tego, szynkarzc nawet w szynkarki się przeistaczają, człek odmładza się, ubogi zmienia się w bogacza, mizerak w sjlaczaj bojaźliwiec w zucha, wszystko dla niego kwitnie, wszystko się doń uśmiecha i wdzięczy. Czuje się w pełni całej królem, panem stworzenia wszelakiego, i używa władzy swojej wedle temperamentu indywidualnego: ten do piersi garnie, obejmuje, całuje wszystkich i wszystko; ówsroźysię, zamacliujc, bije nawet— ocli!—w drogę mu nic wchodź, jeżeli ci spokój miły.
Przy drodze tedy, w czasach kiedy kolej żelazna nie przechodziła jeszcze tamtędy, wznosiła się karczemka Wygnanka. Nosiła romantyczną Wygnanki nazwę dlatego, że w rzeczy samej na wygnankę wyglądała, nędznie, ubogo, obdarto. Strzecha na niej najeżyła się, jak się jeży sierść na wilku w wilczym dole pojmanym; na ścianach przeglądało drzewo, jak świecą kościami boki konia sebudzonego; szkło na okienkach zmalowała kurzawa i zewnątrz i wewnątrz; śmiecie dokoła stanowiły garnirowanie, zastępujące to, co wieśniacy nazywają „obejściem.”
Smutny był Wygnanki tej pozór, ubogi, bardzo ubogi i tern bardziej ubóstwem rażący, iż odbijał od tła przyrody, dyszącój bogactwem. Bogactwo ogromne w oczy się rzucało dokoła. Zbożowe łany rozlegały sic szeroko od południa, dalej siniały lasy, a bliżej, od północy, widzieć się dawały kwieciem haftowane łąki, które okrywały pochyłość schodzącą lekko wdół, ku dolinie, tworzącej trzęsawiska. Za trzęsawiskami znów łąki, znów lany, znów lasy. A wszystko to tak rosło bujnie i tak się nastawiało, jakby zpod porostu tego ziemia wołała wgłos: „ Patrzcie jeno, jaka ja płodna!”
I na tćm-to bogactwem dyszącem natury tle sterczała Wygnanka.
Do środka/zajrzćć chcocic? I owszem. Zaznaczy' to kontrast tern wyraźniej, albowiem we środku brak tego właśnie, czego do zbytku jest nazc-wnątrz: powietrza i światła. Duszno tam, i ciemno i brudno. Wszedłszy, doznaje się ściśnicnia jakiegoś. Sień pełni funkcyą chlewu i kurnika; pełno tu wilgoci i gnoju. Część mieszkalną stanowi izba jedyna, będąca zarazem sypialną, jadalną i szynkową. Mieszka w niej rodzina złozona z osób siedmiorga: inąż i żona i dzit-ci pięcioro— Żydzi, naturalnie. Jedno pierzynami nigdy nic-trzepanemi i nicodinienianemi zapełnione łóżko dla nich wszystkich służy. Łóżko zajmuje miejsca sporo; naprzeciwko nieopodal pieca szynkwas, otoczony sztachetami drewnianemi; pod oknami stół podłużny i dwie ławy, polki, trochę naczy nia czerepiancgo, daszki, kieliszki, kwaterki, beczka z wódką: oto meble i sprzęty, nicczyszczo-ne, niemyte; rozstawione w izbie szczuplój, nieza-miatanej i nieuprzątanćj, chyba raz na tydzień, w piątek, przed szabasem, i to tak tylko, ażeby śmieci widać nic było.
Praca świóciła tu nieobecnością zupełną. Za trudnienie rodziny całej polegało na wymierzaniu gorzałki przybyszom, zachodzącym do karczemki.
3
Zdarzało sio to rzadko. Bywały dnie, w których nic zajrzał ani żywy duch; bywały znów dnie, w których się izba przepełniała w sposób niemo* żłiwy prawie. To ostatnie powtarzało sic regularnie co dwa tygodnie, kiedy jarmark w Istyniu lub Krutych w ruch wprawiał ludność wsi Iłowo-ronki i przepędzał ją tam i napowrót. Pora żni-wiana i kosowiczna należała także do momentów spotęgowanego szynkarskiej rodziny zajęcia. W porze jarmarcznej Żyd i Żydówka ledwie starczyć mogli, tern bardziej, że spadało na nich zajęcie podwójne: jedno gorzałkę odmierzało i zapłatę za kwaterki i kwarty pobierało, drugie u molodyc przechodnich i gospodarzy przejezdnych „targowało” zapasy żywności, służyć mające do odżywiania rodziny przez cale dwa tygodnie. O! praca wówczas była—praca kipiąca, gorączkował, wyrażająca się przeważnie zapomoeą przyśpieszonego obracania języka w gębie i kończąca się późnym wieczorem. Po przejściu burzy tćj peryodycznćj, nastawała dla karczemki cisza sen-liwa, a w* ciszy tej do snu przyśpiewywał jej li}mn przyrody, brzmiący na polach dokoła, In mn, który, stosownie do pory roku i pogody, raz jęczał, huczał, wył, znów’ brzmial rozkosznie, cicho, łagodnie.
Moment, w7 którym karczemkę przedmiotem opisu tego czynimy, był momentem ciszy. Dzień miał się ku południowi; słońce majow7c przygrzewało i rzucało z wysoka pozłotę na wdzięczącą się wdziękami wszystkiemi ziemię, na obdartą karczemkę nawet. Rodzina szynkarska na słońce sic nie pokazywała. Zażywała w’czasu. Nie znaczy to, że spała, w fizycznem wyrazu tego znaczeniu; w znaczeniu jednak moralnem stan, w jakim się znajdowała, inaczej chyba określić się nie da. Stan ten był stanem obezwładnienia, obejmującego zarówno dziecko w lipowej kołysce, jak dzieci starsze i dwoje ludzi dorosłych. Pomiędzy dziećmi starszemi znajdował się chłopak łat dwunastu, znajdowała się dziewczynka lat dziesięciu. W wieku tym dzieci ruszają się zwykle. Tc zaś, pogrążone w zadumie jakiejś, zachowywały się tak, jakby urobione były z galarety. Raz się trzęsły, znów chwiały i pozostawały na miejscu, jedno na stołeczku nizkim, drugie na podłodze, trzecie i czwarte na łóżku, śród betów. Matka rodziny zajmowała miejsce na progu, oparta plecami o odźwicrek; ojciec na la wie siedział, o stół łokciem oparty, dumał, głową wstrząsał i od chwili do chwili w brodę się palcami drapał, wyciągając przy tern szyję i przekrzywi iając usta w sposób szczególny. Powtarzał to dosyć często, aż wstał, przez izbę przeszedł i do stojącego nieopodal od progu wiadra zajrzał. Wiadro było próżne. Zdaje się, jakby chodziło mu o to tylko, ażeby się dowiedzieć, czy jest w niem woda. Dowiedział się i poprzestał na tern; chcial na dawne miejsce wrócić, lecz roziry ślil się i usiadł przy drugim końcu stołu.
A kiedy on usiadł, wstała Żydówka. Wstawanie nie przyszło jej z łatwością. Dźwigała się, razy parę próbowała, aż wreszcie stanęła na nogach i boki sobie kułakami naciskając, skierowała się do wdadra, do środka zajrzała i wykonała ustami cmoknięcie, świadczące, jako pragnienie jej dojmuje. Nie rzckla jednak nic i byłaby zapewne w milczeniu odeszła, gdyby nie poganiały się do niej dzieci i nie przemówił} jedno po drugićm:
— Manie, wody!
— Skądże ja wam wody wezmę? — ofuknęła się.
— Wody — mimo to, powtórz} lo jedno.
— Nie, niema, niema.
— Wody — żałośnie odezwało się naraz dwoje.
Cicho! — krzyknął Żyd i po chw ili dodał:— 1 innie się pic clice. Czemu to?
Żydówka, na miejscu powoli się obracając, flegmatycznie odparła:
— Czemu? nu, od pieprzu. Od czegóżby?
Coś pieprznego rodzina zjeść musiala'. Na utulenie pragnienia w7ody nic było, mimo że okolica nie wyglądała na bezw7odną, -o czein przekonać się było łatwo. Żydówka przed karczemkę wy-
szła, w boki sic rękami ujęła i okiem dokoła powiodła. W dali, niby talia szklana, połyskiwała powierzchnia stawu. Było to jednak daleko, na oko sądząc pól mili blizko. Bliżej rozlegały się trzęsawiska i domyślać się należało, iż środkiem takowych sączy się strumień. Przypuściwszy wszelako, że i to było zadaleko, to wcale niedaleko, o kroków bowiem dwieście od karczemki, na staczającej się ku trzęsawiskom pochyłości, widzieć się dawały trzy wierzby, otaczające kamień, zpod którego tryskało źródło kryształowej, przeczystej, chłodnej, jakby z roztopionego świeżo lodu, wody. Woda wprawuzie w oczy się nie rzucała, lecz wierzby ją wskazywały i mieszkańcy karczemki niesposób, ażeby o niej wiedzieć nic mieli. Na miejscu ich—gdyby nam n. p. pragnienie dojmowało, udalibyśmy się do źródła bez namysłu i nietylkobyśmy pragnienie zaspokoili, ale ochotniej w cieniu wierzb zażywalib} śmy wczasu, aniżeli w izbic brudnej, pełnej woni zgoła nieuroczej. Na kwestyą tę jednak mieszkań cy karczemki zapatrywali się snadź inaczej. O wodzie myślełi wszyscy, ale źródło nie przychodziło na myśl żadnemu. Z racyi pragnienia oblicza ich wyrażały cierpienie; dzieci skarżyły się głośno; Żyd okazywał niecierpliwość; Żydówka zaś, przed progiem stojąc, zwracała oczy to na drogę, to na idącą przez błonie ścieżkę, i słuch nastawna ła, jakby kogoś wyglądała, czy wyczekiwała. Z piersi jej wydobywało się niekiedy westchnienie, niekiedy znów upominała wołające o wodę dzieci:
— Nu, nu, i zkąd-że ja wara wody w7ezmę?
Zdaje się, iż nic łatwiejszego być nie mogło, jak pójść po takową, jeżeli nie z wiadrem, to z kufełkiem, z garnkiem. Mogła zresztą z dzieci które posłać, albo też wyprawie je do źródła wszystkie — niechby piły. Ani się jednak domyślała rzeczy tak prostej. Wyczekiwała, czy wyglądała; wzrok badawczy po drodze raz w jedne, znów w drugą stronę puszczała i krzywiła się boleśnie prawie.
Spoglądała, nasłuchiwała, wreszcie do izby wróciła i do męża się odezwała:
— Nic i nikogo.
Żyd na te wyrazów parę, z akcentem złego humoru, pod nosem mruknął
— A przecież—zaczęła—o osyp...
— Ostatnie zastawił postoly.
— Pijak- -przez zęby wycisnęła—pijak przeklęty. Nic przyjdzie...
Wyraz ostatni wymówiła ze smutkiem, po izbie się obejrzała, do wiadra zaglądnęła i znów7 przed karczemkę wyszła.
Po niejakim czasie nad progiem stanęła. Dzieci się do niej garnęły; ona je po brudnych policzkach i rozczochrali} cli głowach dłonią głaskała i uspokajała:
— Nu, sztil, buclier... sztil że, lubcńkies...ktoś przyjdzie i woda będzie. Poczekajcie jeszcze trochę, moje wy dziatki biedne. Nu, nu.
Tak upłynęło godzin parę. Słońce przygrzewało, jak przygrzewać zwyklo około godziny drugiej po południu. W karczemce mc pojawiał się gość żaden, aż wreszcie Żydówka weszła do izby z radosnym na obliczu uśmiechem.
— Nu—odezwała sit do męża.
— Co?—zapytał.
— Jadą... słychać.
Wyrazy te odnosiły się do skrzypienia kół, odgłos którego dochodził zdalcka i bardzo niewyraźnie. Skrzypienie z chwilą każdą coraz to wyraźniejsze sie stawało i wkońcu ukazały się na drodze wozy, idące jeden za drugim w7 liczbie czterech. Ciągnęły je woły wspaniałe, po parze przy każdym, i na każdym wznosił się spory ładunek drzew a, z gałęzi i liści nieogolocoiiego. Woły powoln;. m szły krokiem, pod kierunkiem parobków, którzy z batogami w7 rękach szli obok. Jeden z nich ze słomy żytniej, nawpoł jeszcze zielonej, uplatał taśmę na kapelusz, trzej inni kiwali się, niby senni, i kiedy niekiedy batogami wywijając, pohukiwali pogłosem:
— Hej! cabe! ksobi, siry!
Ich to Żydówka sl}szala i jęła powtarzać dzieciom:
— Sztyl-że, lubeńcz} kies, woda zaraz będzie.
Owo „zaraz” rozumieć należało w sensie żydowskim, upłynęło bowiem bezmala pól godziny, zanim wozy do karczemki doszły. Doszły i mijały—i byłyby minęły, gdyby jeden z parobków nie odezwrał się:
— A cóż, Wygnanka?
Na słowa te ten, co przodem szedł, zawołał przeciągle:
— Ho-hou!
Wóz przedni zatrzy mai się i zatrzymał} trzy inne. Parobcy przed progiem się zeszli, a jeden z nich uwagę zrobił:
— U mnie w hamańcu ani grosza.
— A i u mnie toż samo.
•— Semen ma coś tam...
— Jeżeli ma, to dla siebie—odrzekł ten, co go Semenem zw7ałi.
— Cóż w7ięc?—inny na to—chyba-ź dalej ruszajmy.
— Nicchajby woły wytchnęły—zauważył ten, co pierwszy o Wygnance wspomniał—a do szynku zajść nie zaszkodzi.
— Ta-żc to, nie zaszkodzi ono.
Przestąpił próg jeden, za jednym drugi, a za drugim trzeci i czw7arty, a każdy, do izby wkraczając, pozdrawiał:
— Dopomóż Boże!
Na wszystkie te pozdrowienia Żyd odpowie-wiedział naraz jeden:
— Daj Boże zdrowie!
Żydówka wiadro ujęła i jednemu z parobków podała.
— A to na co?—parobek zapytał.
— Na co? O! on pyta na co, jakby nie wiedział. A na cóż wiadro?
— Na w7ode.
— Nu, toż to jest. Skocz i przynieś.
— Czyż to ja najmit u ciebie?
— Alboż ja powiadam, żeś najmit? Powiadam tylko: skocz i przynieś, a jak przyniesiesz, to tobie nie usehuie ani ręka, ani noga. Czy uschn:e może?—zapytała.
— No, nie.
— A wiec, o——odrzekla i, ująwszy parobka za rękaw od koszuli, na miejscu go obróciła i ku drzwiom lekko popchnęła.
Popchnięty poszedł; po chwili wrócił, wiadro napełnione wniósł, przy progu postawił i odezwał się:
— O, masz. Należy mi się podziękowanie.
Żydówka, jakby słów7 tych nie słyszała, nie odrzekla nic. Napiła się, napił się Żyd, piły Ży-dzięta; parobek za stołem miejsce obok towarzyszy zajął i pot na czole obtarł. Żyd stanowisko za szynkwasem zajął i przestawiać zaczął flaszki, kieliszki i kwaterki. Parobek, co siedział obok pieniężnego Semena, trącił go zlekka łokciem wbok. Semen, na nieme to wezwanie, odchrząknął, dłonią usta sobie otarł i rzeki:
— Ano, kwaterka
— Postawisz ty, a tam kiedyś, jak Bóg da, postawię ja—odezwał się z parobków jeden.
Szynkarz, jakby słów tych nie słyszał, flaszki, kieliszki i kwarty przestawiał.
— Nie słyszysz? hej! -zainterpelowal go Semen po chwili.
Żyd na interpclacyą tę nie zważał wcale.
— Hej! szynkarz... Srnl!
— E?—zapy tal.
— Od godziny na kwaterkę czekam}
— Na jaką kwaterkę?
— A że, na tę ot... jak tam jego?... gorzałki.
— Nu?...
— Podaj nani kwaterkę gorzałki...
— Kwa terkę go rzałki?... — odrzekł Srul tonem zdziwienia niby.
— Place... — podchwycił parobek.
— Ja to wiem, że płacisz... ale...
— Cóż, ale... — podchwycił Semen, tonem iinpozycyi.
— Wy dworska czeladź, a dwór nic luM jak... tego... — odparł Żyd, robiąc ruch taki, jakby z szynkwasu wychodzić chcial.
— E...—zaprotestowali parobcy. — Co dwór!... Co tam dwór...
i
4
— Dwór dworem... ot co... Wy we dworze służycie, a ja od dworu szynk arenduję, więc jak ono tego, to wam skórę obiją, a na mnie się skrupi.
— Z racyi jednej kwaterki gorzałki?...
— Jedna kwaterka... ny... Bez jednej niema dwóch, bez dwóch niema trzech... Czy to ty nie m iesz o tern?...
— Wiem, ale ty kwaterkę tylko daj.
— Daj... daj... — Żyd na to — zaraz jemu tak i dawaj... A cóż ty?...
— Ja... płace...
— A... — machnął Żyd ręką i odwrócił się, jakby czegoś na półce szukał.
W 3I1 wili tej przed stołem, frontem do parobków, stanęła Żydówka i półgłosem, z takim akcentem, jakby cbciała, ażeby mąż jćj nic słyszał, do parobków się odezwała:
— Bo gdj byścic tak z woza każdego po je-dnein drewienku zrzucili... czyby to wam co zaszkodziło?...
Parobcy spojrzeli jeden na drugiego; w oczach ich świeciło pytanie; przez chwilkę milczeli, nareszcie jeden odrzekł:
— Ij... pro meno... nic mam nic przeciwko temu... Ja i tak wóz przeładował...
— A i jam wziął sztuk parę zanadto...
— Hm... — mruknął trzeci.
— O... — podchwyciła Żydówka — zrzućcie jeno i porąbcie...
— 1 porąbcie? — zaprotestowali chóralnie.
— Jakże!... Toż ma ekonom, albo pobereżnik jechać tędj i widzieć to drzewo... A jak Srula zapyta, to co jemu Srul na to odpowie?...
— Odpowie, że... hm... — zaczął z parobków jeden.
— Ono się na Wygnance nic urodziło...—wtrąciła Żydówka — pozna sięodrazu... dosyć okiem rzucić...
— Niby to nie pozna i porąbanego...
— Złoży się w kącie i... ktoby tam patrzeć cheiał. O!... A wam porąbać, co to znaczy? Chłopcy tacy harni.
Odwróciła się i odeszła, pantoflami klapiąc.
W chwilkę później od rąbaniny karczemka się aż w posadach trzęsła. Drew narąbanych zrobiła się kupa spora, którą parobcy uprzątnęli i, uprzątnąwszy, do izby wtargnęli.
— Teraz chyba garzalki się doprosimy—odezwał sic jeden, siadając.
— Srul poczęstuje — wtrącił drugi.
— Srulby bez koszuli wyszedł, gdyby każdego częstował — odpowiedziała szynkarka. — Podziękujcie, jeżeli wam za hroszi wasze da.
— Móglżeby nie dać teraz, kiedyśmy i wiadro wody przynieśli i drew urąbali?
— Wam woda przyszła daremnie, drwa przyszły daremnie, a on gorzałkę kupuje — odparła Żydówka.
— Z tobą się dogadać nie sposób — zauważył Semen, obliczając miedziaki, które po jednemu z hainauca wyjmował i na rogu stołu układał.
Żydówka pieniądze zgarnęła, mężowi odniosła i postawiła na stole płynem cuchnącym napełnioną miarko piętnowaną, z kieliszkiem obok.
— Doczekaliśmy się nareszcie — odezwał się z parobków jeden.
— Dopomagaj Bożel — słyszeć się dał niespodzianie glos z progu.
Glos ten wypłyną! z ust człowieka niemłodego, odzianego w czuhaj obdarty, powrózkiem przepasany, w bieliznę połataną i bardzo brudną, mającego na głowic kapelusz słomiany dziurawy, a na nogach postoły sznurkami powiązane.
— Daj Boże zdrowie!—odpowiedzieli parobcy chórem.	(D. c. n )
Korespondencja Tygodnika ilustrowanego.
Kraków, w grudniu.
Wieczór na cześć Mickiewicza staraniem młodzieży akademickiej.—Ja.ie nastręczjl spostrzeżenia i uwagi.—Słówko w sprawie pomnika —Wytrwałość i energia w kwestyi
pomnika Piusa IX na Wawelu w katedrze.—Niemoraiiiość ludu.—Dwa listy. — Wydawnictwa.
Od kilku lat weszło w zwyczaj, że na wieczorkach, urządzanych staraniem młodzieży akadc-mickićj na cześć Mickiewicza, prezes czytelni akademickiej we wstępnem przemówieniu czyni niejako publiczne wyznanie wiary w imieniu tćj młodzieży. Byłby to zwyczaj bardzo piękny, bo cóż może być przyjemniejszego dla starszych, jak gdy młodzi przychodzą do nich z calem zaufaniem i szczerością i spowiadają się. im ze swoich myśli, a nawet wad swoich. Taka poufała jawność jest stokroć lepsza od owej surowości, w jakiej dawniej wychowywano młodzież, od owego dyskretnego milczenia wobec starszych, które wyrabiało w młodszych skrytość i łiypo-kryzyą. Starsi znali młodzież wtedy tylko po wierzchu; co w głębi, to dla nich było ukryte— dopiero nagły jaki wulkaniczny wybucli przekonywał ich, że pod pozornie milczącą i spokojną powloką w rżały gwałtowne namiętności. Otwartość i jawność wyklucza podobne niespodzianki. Ale ażeby ta jawność była z korzyścią dla stron obu, potrzeba, aby stosunek młodych do starszych był oparty na miłości, poszanowaniu, słowem stosunkiem syna do ojca, a przynajmniej do starszego brata. Tymczasem w wystąpieniach młodzieży akademickiej widzimy jakby wyzwanie, rzucenie rękawicy publiczności, która za to, że chętnie przybyła na wezwanie tej młodzieży i dosyć drogo zapłaciła za bilety, zmuszona jest słuchać cierpliwie pochwał, jakie młodzież oddaje sobie i swoim czynnościom przez usta swego prezesa, a w których zaimek osobisty my, my i tylko my zajmuje przyncypałne miejsce. Słuchając tego przemówienia, mimowoli sięga sic do afisza, aby się upewnić, czy to rzeczywiście jest wieczór na uczczenie Mickiewicza, czy też na cześć młodzieży, i czy przypadkiem ta młodzież nic dlatego tylko zaszczyca wieszcza swemi względami, ze uczcił ją Odą? Bj co się tyczy pojęć, to młodzież (według zapewnienia prezesa) ma już dzisiaj odmienne od wieszcza Adama— zapewne dojrzalsze i trzeźwiejsze. O tej trzeSico-ści dzisiejsza młodzież nasza tyle mówi, że do prawdy możnaby o niej wątpić.
Ostatecznie program, jaki prezes czytelni rozwinął, nie jest tak straszny, jak go niektórzy chcieli obmówić, bo traktuje głównie o pracy nad ludem, nad jego ośw iatą i uspołecznieniem; ale młodzież podaje go w taki sposób, jakby ona była Kolumbem tego wynalazku. Wogóle wieczór ten zrobił takie wrażenie, jakby swarliwc mai żeństwo zaprosiło do siebie znakomitego gościa i zaczęło się w jego obecności kłócić.
Jedyną pocieszającą rzeczą bj ła wiadomość, że na pomnik Mickiewicza złożono już okrągłe 10U,000 zlr. Może ta wiadomość pobudzi komitet i skłoni go do ogłoszenia konkursu. Dziwna doprawdy rzecz, ile potrzeba łat, usiłowań, odezw, narad dla postawienia pomnika najgenialniejszemu wieszczowi naszemu, podczas gdy z pomnikiem Piusa IX tak się prędko uwinięto. Prawda, że kosztuje on zaledwie dziesiątą część tego: ale mimo to podziwiać trzeba szybkość i energią, z jaką przyprowadzono do skutku rzecz całą. Składki zebrano na poczekaniu prawie, a pomnik już od kilku lat jest gotowy w marmurze. Idzie tylko o postawienie go. Dużo bardzo jest w Krakowie kościołów, nadających się do tego celu, a przed innemi kościół S-go Piotra, którego rozmiary i architektura całkiem odpowiadają wymaganiom estetycznym. Ale partyi, której staraniem przyszedł do skutku pomnik, zachciało się koniecznie, aby stanął na Wawelu. Napróżno ówczesny prezydent miasta, dr Zyblikicwicz, z uchwałą senatu w ręku, tłumaczył, że katedra na Wawelu, jako panteon narodowy, nie może przyjmować pomnik ow łudzi innych narodowości, nawet tak zasłużonych mężów, jak Ojciec święty; że uchyliwszy raz tę zasadę, otwarłoby się świątynię najróżnorodniejszym zachciankom. — Par-tya ta nie dała się niczćm przekonać, niczem odstraszyć i szturmowała o pozwolenie do sejmu, do konserwatorów zabytków, do kapituły, a nawet Radę miejską, po zmianie prezydenta, usiło
wała ująć sobie; gdy się zaś te wszystkie zabiegi nie udały, cichaczem przetransportowała pomnik Piusa IX na zamek i umieściła w biizkości świątyni.
Gdyby jeszcze działalność tej partyi wpływała przynajmniej na umoralnienie ludu! W praktyce pokazuje się, że fałszywa religijność, przywiązana więcej do form, niż do treści — wcale nic nic ma wspólnego z moralnością. Najwymowniejszym tego dowodem są sądy nasze. Wiadomo, że lud wiejski, w porównaniu do miast, jest o wiele więcej nabożny. Rzadko znaleźć można na wsi człowieka, któryby nic wypełniał ściśle wszystkich praktyk religijnych, nic pościł, nie suszył, nic chodził w niedziele i święta do kościoła, nie spowiadał się — jednak mimo to akta sądowe przekonywają nas, że o wiele więcej wsie dostarczają sądowi materyału do procesów, niż miasta, że większy procent zbrodni przypada na lud wiejski. Sprawy sądowe tutaj w ostatniej ka-dcncyi sądów przysięgłych wykazały, że nictyl-ko liczne kradzieże, dzieciobójstwa, ale nawet wyrafinowane oszustwa i zbrodnie dzieją się między ludem wiejskim. Niedawno była sądzona sprawa (a kilka podobnych wkrótce będzie sądzonych), w której chłopi sfalszowancmi podpisami na wekslach wprowadzili w błąd rutynowanych urzędników bankowych, notaryusza i inne osoby z intcligencyi. Jakież na to lekarstwo? Filantropi nasi mają na to lek uniwersalny—oświa-te. Rzeczywiście oświata wiele zrobić może, ale nic wszystko. Głównie tu działać może religia. pobożność; ale nie ta fałszywa, co Bierze łupinę za treść, lecz prawdziwa i gruntowna.
Niewesołe rzeczy nawinęły mi się pod pióro; nieradbyra niemi zakończyć tej korespondencji, ostatnićj w tym roku; wiec pozwóleie, że jeszcze kilka słów wspomnę o listach, jakie Rada naszego miasta otrzymała w tych dniach. Jeden z Bolonii od margrabiego Rusconi, który, dziękując prezydentowi i Radzie za przyjęcie, jakiego doznał u nas jako delegat na uroczystości Sobieskiego, donosi o obchodzie, jaki odbył się tam na cześć Mickiewicza i zachęca Polaków, aby, jak dawniej, nawiedzali licznie uniwersytety włoskie, zapewniając im pomoc i wszelkie ułatwienia ze strony ministra oświaty. Drugi list był od burmistrza Pragi, Czernego, dziękujący miastu naszemu za udział, jaki wzięło przy otwarciu teatru narodowego w Pradze, przez wysłanie deputacj i. Dist ten zapewnia nas o sympatyi i życzliwości naszych pobratymców. Zapewnienie takie jest dla nas pożądane, wobec niepokojących pogłosek, jakie tu dochodzą ze Szląska, który wytrzymawszy z pomocą naszą szturmy gerrnanizacyi, obecnie czeskim wpływom ulegać zaczyna.
Na zakończenie donoszę, ze Kolo literackie sprawę pomocy artystów i literatów wprowadza już w życie. Ułożono statuta i podano je do potwierdzenia. Oprócz tego, Koło postanowiło w tym karnawale dać Dal maskowy. B ;dzic to nowość, która balowi niewątpliwie zapewni tak świetne powodzenie, jak poprzednim.
Chciałbym wam także, choć w formie dopisku, donieść coś o wydawnictwach literackich; ale na tóm polu Kraków bardzo podrzędne zajmuje miejsce. Oprócz roczników Akademii i jej wydawnictw, zresztą żadnych prawic nowości. Jeden Bartoszewicz Kaźmierz daje drukarniom tutejszym jakie takie zajęcie. Po dziełach Krasickiego w taniem wydaniu, wydał teraz satyry Opalińskiego, zapowiada zaś na później dzieła Niemcewicza i Perły humoru polskiego. Himcl-blau, także ruchliwy i praktyczny wydawca, zajmuje się głównie książkami szkolncmi i wydawnictwami dla dzieci, których, jak widać z katalogu, spora już wyszła paczka. Do najnowszych należy: „Różany ogródek” — (przeszło 70 powieści z życia codziennego i na tle dzicjowćm, przeznaczonych dla dzieci od lat 7 — 14) — i nigdy niestarzejąea się historya Genowefy, przerobiona dla dzieci w ten sposób, że główną jej treść stanowi wychowanie małego synka Genowefy. Sześć pięknych kolorowanych ryciu ozdabia tę książkę, kwalifikującą się na podarek noworoczny.
5
Lwów, w końcu grudnia 1883 r.
Sprawy banku wzajemnego i przeniesienia zarządów kolejowych do Lwowa.
(A) We Lwowie, a podobno i w całój Galicyi, przedmiotem publicznych dyskusyj i poważniejszych pogawędek są obecnie dwie sprawy, jedna banku wzajemnego i druga przeniesienia głównych zarządów kolei żelaznych galicyjskich z Wiednia do kraju. Bank wzajemny funkeyo-nujc już od roku i jakoś nie może wejść na właściwą drogę, przez sejm mu wskazaną. Przeznaczeniem jego miało być wspieranie kredytem tanim włościan i rzemieślników, oddanych na laskę lichwiarzy i instytucyj niewiele od lichwiar-stwa odbiegających, a tymczasem dotąd zajmuje się on eskontem weksli na tych samych zasadach, których trzymają się wszystkie tutejsze banki akcyjne.
Tzeba wam wiedzieć, że Galicya od dłuższego już czasu nabiła sobie głowę tein przekonaniem, że kredyt jest jedynym i najskuteczniejszym motorem do podniesienia handlu, przemysłu i wszystkiego, czego nam tylko do polepszenia materialnego stanu potrzeba. Zdawało się tedy, że jak będziemy mieli pieniądze, to wszystko wyrośnie zaraz jak na drożdżach i dobrobyt zakwitnie. Otóż stało się przeciwnie: pieniędzy mamy w bankach i innych kasach zanadto, ułatwienie w iększc jest niz gdzieindziej, lecz niema komu tych pieniędzy dawać, a jeżeli są tacy, co biorą, to nie potrafią ich użyć produkcyjnie. Znaną tu jest powszechnie kolej, którą przechodzi każdy potrzebujący kredytu od instytucyj. Im bardziej krucho z tego rodzaju klientem, tern śmielej ociąga się na poręczycieli znajomych, przyjaciół, krewnych, a w końcu majątek idzie w żydowskie ręce, jeżeli się zaś jest kupcem, zamyka się budę i koniec. Naturalnie że banki, obliczone na zysk, nic sobie z tego nie robią; im idzie o dywidendę, więc pilnują się tylko, aby mieć dobre zabezpieczenie — nic więcej. •
Otóż, gdy dzisiejszy marszałek objął rządy autonomiczne kraju, powziął myśl stworzenia in-stytucyi, któraby uczciwym kredytem mogła ratować rozbitków, szczególnićj włościan, zostających w rękach banku włościańskiego i lichwiarzy. Chodziło mu i o to, żeby przyjść z pomocą drobnemu przemysłowi i rękodzielnictwu pośrednio, dopomagając spółkom tego rodzaju, dopomagając powiatom i gminom do wytwarzania pro-wincyonalnych instytucyj kredytowych. Ze zna ną sobie energią wyjednał uchwały sejmu, wyjednał uchwały statutów, pewne przywileje dla nowego banku, kredytu milion dwadzieścia pięć tysięcy guldenów i dal bezpłatny lokal w gmachu sejmowym. Zdaje się, źc zrobił swoje, co w danych okolicznościach zrobić się dało, a nawet więcej, bo wyszukał ludzi mających sterować przyszłą nawą finansową.
Na tym jednak punkcie niebardzo mu się powiodło i trzeba przyznać, że wogóle co do wyboru ludzi mu potrzebnych, marszałek Zyblikie-wicz nie ma szczęścia. Naprzód pan Slęk, dyrektor kasy oszczędności w Krakowie, upatrzony przez niego na jednego z kierowników przyszłego banku, odmówił przyjęcia tego stanowiska. Dalej powołany z Warszawy p. Antoni Wrotnow-ski nic trafił dotąd na drogę odpowiednią. Wybór jego miał na celu ożywienie tutejszych sfer nowym prądem, który w królestwie polskiem dal tak świetne rezultaty w rozwoju przemysłu i handlu. Myśl bjla dobra, tylko rezultaty, jak dotąd, nieobfitc. Pan Wrotnowski, rzeczywiście, jest bardzo inteligentnym i zdolnym, bardzo zręcznym i przyjemnym człowiekiem, rzutkim i pracowitym — brakuje mu tylko dwóch rzeczy: nic jest w tych sprawach fachowym i nic zna tutejszego gruntu. Chociaż obcego (bo tu w Galicyi kto nic tutejszy, jest obcym), przyjęto go bardzo serdecznie i życzliwie, ale otoczono go zarazem szczególniejszą uwagą, jako człowieka mającego zbawić Galicyą. Komentowano każde jego słowo i znalezienie się, karbowano kreski, poddawano insynuacye, wyciągano na dysputy — słowem wzięto go jakby pod ścisły nadzór policyj
ny. Pan Wrotnowski brał to wszystko za dobrą monetę w przekonaniu, że i tu są tacy sami ludzie, jak w Warszawie. Tymczasem kto zna grunt galicyjski, ten wie, że stuletni rozdział na społeczeństwie tutejszem wycisnął już swoje właściwe piętno. Pozostała wspólność mowy i nazwy, jednakże charakterystyka i temperament są tutaj zupełnie różne od charakterystyki mieszkańców królestwa. Opinia wasza o Galileuszach, jak nas zwykle nazywacie, niezbyt pochlebna, ale pod tym względem zostajecie w błędzie. Prawda, że młody Galicyanin jest trochę śmieszny, naiwny i niesmaczny, lecz gdy dojrzeje, nabiera wiele giętkości, sprytu i ze tak powiem dyplomacyi. Lwa palką nic uderzy, ale potrafi go z całą cierpliwością tak oplątać choćby nitkami intrygi, że ten, bądżcobadż, legnie u stóp jego. Trzeba przyznać, że wielką tu role odgrywa temperament Rusina zmieszany z polskim, edu-kacya niemiccko-austryacka, a wreszcie wpływ konwiktów jezuickich, w których zamożniejsza szlachta dzieci swe kształci. Wobec szyku Warszawianina, jego fanfaronady i gadatliwości, Ga lieyanin trzyma się zawsze w rezerwie, obserwuje, słabych stron szuka, a gdy je uchwyci, zakłada wędzidło i jedzie całym galopem. Najlepszy dowód owej zręczności dyplomatycznej macie wtem, że mimo jawnej nieprzyjażni Niemców au-stryackieh, mimo ciągłego podejrzywania i dozoru, udało się tutejszym mężom stanu opanować sfery rządowe w Wiedniu i zyskać pełne zaufanie monarchy. Oóż to są przymioty i wady Galicya-nina, z któremi kto tu przybywa, liczyć się powinien.
Tu, co powiedziałem, stosuje się do arystokra-cyi i do szlachty; nieszczaństwo bowiem trzyma się znów innej taktyki. Narobić krzyku, liarmi-dru; poruszyć tłum, tu rąbnąć, tu sieknąć, aby tylko ogłuszyć i przestraszyć — oto najzwyczajniejszy sposób mieszczaństwa dla wypłynięcia do góry... Naturalnie, źc trzeba tu wielkiej odwagi i ryzyka, że trzeba przebiegłości, blagi i efronteryi—ale to skutkuje... Na tym krzykliwym koniku lwowskim wielu już jeździło takich nawet , jak nieboszczyk Gołuchowski, jak dzisiejszy minister Ziemialkowski, jak redaktor Ga zety narodowej p. Dobrzański, i zawsze pomyślnie wyjechali gdzie chcieli, więc nic dziwnego, że mają naśladowców.
Pan Wrotnowski nie znał tego wszystkiego i odrazu chciał wstępnym bojem zagarnąć stanowisko dla siebie, olśnić, zadziwić, porwać. Zjawił się tu i tam, puścił jedne broszurę sensacyjną o podniesieniu dobrobytu w Galicyi, wystąpił z projektami w sejmie o urządzeniu kas zaliczkowych po powiatach — spojrzał naokoło siebie i — wrażenia nic zrobił. Tutejszy świat finansowy, nieco zatrwożony nową instytucyą banku krajowego, odetchnął swobodniej; w pracach publicystycznych p. Wrotnowskiego, jakkolwiek mających wiele stron praktycznych i zacną inten-cyą nacechowanych, odkryto słabe strony: brak fachowości i nieznajomość miejscowego prawodawstwa, a to już wystarczało do wydania wątpliwej opiuii o wartości nowego dyrektora. Ko-misya sejmowa oględnie przystąpiła do ocenienia jego wniosków i sprawa rozszerzenia działalności banku na prowincyą ulgnęła. Sytuacya tedy okażc się dość krytyczną. Aby z niej wyjść ja ko tako, nie zawahał się marszałekZyblikiewicz, mimo osobistej niechęci, powołać na trzeciego dyrektora banku dra Alfreda Zgórskiego, jednego z dyrektorów tutejszego Towarzystwa zaliczkowego.
Instytucye kas zaliczkowych i stowarzyszeń gospodarskich systemu Szulca z Dclitsch rozwinęły się samodzielnie w Galicyi tak, że dziś li-czymy ich blizko dwieście. W ostatnich latach nawet, dla zapewnienia sobie większego zaufania publiczności i sfer finansowych, utworzyły-one między sobą związek, reprezentujący wspólne ich interesa i utrzymujący nad niemi pewną kontrolę, co ułatwia im szerszy kredyt, na wzajemności oparty. Otóż w całej czynności organizacyjnej i samych stowarzyszeń związku, dr Zgór-ski brał żywy bardzo udział, na niego wiec padl
wybór marszałka, dla przeprowadzenia stosunków banku z Towarzystwami zaliczkowemi i utworzenia z nich agentur po prowincyi, szczególnićj gdy7 przyjdzie na stół sprawa kredytu hy-potecznego dla małej własności wiejskiej i po miasteczkach. Jak się z niej wywiąże nowy dyrektor — czas pokaże, choć wobec powikłanej działalności banku włościańskiego, interweneya banku krajowego będzie niezmiernie trudna. Wziąć sukcesyą po nim, to rzecz niebezpieczna i kompromitująca, a w i inyr sposób konu ersya długów włościańskich nie da się z korzyścią przeprowadzić.
Bank wzajemny ma jeszcze zadanie udzielania pożyczek powiatom, gminom i korporacj om, przez wydawanie tak zwanych obligacyj koinu-naluych. Będzie to, jak się zdaje, uruchomienie reszty majątków publicznych w Galicyi, daj Boże tylko, aby na produkcyjne cele i aby do uczciwych rąk się dostały. Szafunek majątkiem publicznym w Galicyi, a mówię tu o majątkach gmin, nie odznacza się wogóle rozsądkiem i dobrą wolą. Autonomiczne rady gminne wciągu ostatnich lat tak potrafiły zaszargać swoje finanse, że na przykład dochody miasta Brodów znajdują się dziś pod sekwestrem prywatnych wierzycieli, a rząd i Wydział kraj owy niewiedzą, co z tym fantem robić. Pierwszy to podobno wypadek bankructwa całego miasta.
Drugą sprawą, o której wspomniałem, a która niezmiernie żywo zajmuje opinią publiczną i prasę — jest przeniesienie zarządów kolejowych, zwłaszcza linij będących własnością rządu, do kraju. Za udzielenie wielu jawnych i milczących aprobat dzisiejszemu rządowi w sprawach, które Galicyą finansowo dość kosztowały, żądamy słusznej satysfakcyi sprowadzenia zarządów kolejowych do kraju. Dotąd Wiedeń wyłącznic wyzyskiwał stołecznąswoję sy tuacyą, ciągnąc korzyści nietyłko z utrzymania licznego składu urzędniczego tych biur, ale i ze wszystkich dostaw różnych materyałów dla dróg żelaznych, wyłącznie w Galicyi istniejących i ztąd ciągnących swoje dochody. Ministeryum Taaiiego poczyniło kołu polskiemu w maju jeszcze pewne obietnice; były namiestnik Potocki gorliwie [popierał tą sprawę; ze Lwowa udawała się w tym względzie deputacya do cesarza, a mimo to położenie rzeczy nie może się wyjaśnić. Niemcy starają się wszelkicmi silami, aby tej ewentualności nie dopuścić, tembardziej, żc inne kraje monarchii, jak n. p. Czechy, dopominają się tegoż samego. Na dwoje więc jeszcze babka wróży, choć w ostatnich dniach kulo polskie naseryo wzięło tą sprawę do serca i naciska coraz silniej ministerstwo. Zda je się, że delegaeya nasza, pokorna bardzo wobec rządu pod hasłem: „żeby mu nie robić trudności” — tu już nie ustąpi, więc też z ciekawością i niecierpliwością wyczekujemy rezultatu jej usiłowań.
Budujące się koleje transwersalna i jaroslaw-sko-sokalska ożywiły nieco ruch miejscowy, a tymczasem mamy zapowiedziane budowy drogi Stryj-Munkacz, Lwów-Rawa ku granicy królestwa polskiego i trzeciej na Pokuciu, ze Śniaty-nia do Zaleszczyk. W przedsiębiorstwach tych naturalnie cudzicmcy naprzód spijają śmietankę, ale bądźcobądż, i miejscowej ludności coś kapnie, co przy nieurodzajnym roku, jakim był obecny dla Galicyi, bardzo się przy da. Dlatego to, mimo nizkich cen zboża, ruch handlowy nadzwyczaj tępo idzie, a drożyzna we Lwowie wzrasta z roku na rok tak, że wkrótce stolicę nasze wy-padnie policzyć do najdroższych miast w Europie. Za trzy pokoiki z malcmi wygodami płacimy tutaj 500 zł. rcń. rocznie; funt masła 80 centów, funt nędznego mięsa 34 centy; opał drogi, służba droga i kto ma 3,000 fi. rocznego dochodu, musi się dobrze rachować, aby mu na przyzwoite, choć skromne, utrzymanie wystarczyło.
6
GES! I GĄSKI, KOMEDYA W PIĘCIU AKTACH MICHAŁA BAŁUCKIEGO.
OSOBY.
Kłupotkiewicz dzierżawca.
Barbara ,j< go żona. Joasia ich córka.
Ciocia Belcia.
Doktór Figurkowski.
Natalia jego żona.
Ciepiszewski emeryt profesor.
Marya jego córka.
Hulatyński.
Marzycki.
Pantaleon Durnicki.
Brygida, panna służąca cioei Belci. Jasiek parobek.
Jereska ; Hanka >
służące Kłopotkicwiczów.
Ezecz dzieje się w domu Kłopotkicwiczów na wsi.
AKT I.
(Pokój obszerny, umeblowany skromnie—meble stare z cie-mnem pokryciem —Na pr..wo od widzów okno z perkali-kowemi firankami, z wazonikami, w których geranium i fuksy e; na lewo kominek—nad nim nieduże lust-o, w biały i czerwony tiul ubrane, z papierową różą w środku.— N: daleko kominka sofka ceratą kryta, tudzież stołki; przed solką stoliczek, nakryty szydełkową serwetką — Ńa ścianach parę sztychów i zegar z wagami.—Przy tylnej ścianie komoda z filiżankami, szkłem i t. p >
SCENA I.
JOASIA, jio chwili BARBARA, potem J V-IEK, HANKA.
JO WA ( IE” białym kaftaniczku rannym, spódniczce w ci> mne paski, w siatce na głowie, wybiega z lewej strony z dwoma wazonikami parcela umrę mi, w który bitki ty z róż, przebuga przez scenę do drzwi na p> awo, zaraz potem wraca, już bez wazoników i spotyka się z Barbara, wychoclzaca_ z lewych drzwi z zegar/ m stojącym.)
Cóż jeszcze, mateczko?
Barbara (ic szlafroku i czćpku.)
Teraz lustro z ojca pokoju. Tylko to zaciężkic na ciebie, daj pokój, ja sama.
JOASIA.
Ależ, mateczko, uniosę przecież. (Wybiega na lewo?)
{Barbara z zfgarem wychodzi na prawo, dreptając żywo. Jasiek i Hanka wnoszą kanapę.)
HANKA.
Dyć trzymajze lepi w garści, niezdaro jakiś! JASIEK.
Cicho, Hanka, nie wydziwioj.
BARBARA (z prawój bez zćgaru).
A ostrożnie, bo tam jedna noga złamana.
HANKA.
Juz ją odscypoł ten niezgraba, prosę imości. BARBARA.
To postawcież dobrze przy ścianie i podłożyć czem, żeby się nie kiwała.
JASIEK.
Zrobiwa jak się patrzy, niech się imość nie boi, galantnie będzie. Dalej, Hanka!j (Biorą kanapę i unoszą na prawo.)
(Joasia z lustrem z lewej.)
BARBARA.
Oj biedactwo, zdźwigasz się.
JOASIA.
Ależ mateczko, wcale nie ciężkie.
BARBARA.
Nie, nie, już la wolę, daj. (Cha wziąć.) JOASIA (usuwając się).
Kiedy uniosę.
BIRBARA.
Czekaj, pomogę ci. (Idzie za nią i do wchodzącego Jaśka i Hanki mówi.) A wy teraz fotel i dywaniki, tylko prędko! (II'ijchodzą za pauia naprawo.)
JASIEK.
Duchem będzie, protę imości: (Popycha Hanke z figlów naprzód.) No, Hanka, zwijajwa się. {Obejmuj.. ją wpół.)
HANKA.
Idźze ty, zbercźniiiu jakiś. (Uderza go po ręce.) Slysys? Dajze pokój, bo imość... (Wysuwają się przed wchodząca Barbarą na lewo.)
BARBARA (z prawej do idącej za nią Joasi.)
No, ja teraz wpadnę na chwilę do kuchni, zobaczyć czy się ciasto ruszyło, a ty idź się ubierać, bo ciotki co ino nie widno. Ja tam zaraz przyjdę, to cię uczeszę. (G łaszczę ja.)
JOASIA (przymilajac się).
W warkocze, dobrze mateczko?
BARBARA.
A w warkocze, rozumie się. Trzeba przecież, żebyś się ciotce spodobała. No, śpiesz się, ko-teczku. (Odprowadza ją do drzwi na lewo.)
S C E N V II.
BARBARA, KŁOROTK1EWICZ.
Ki. OROTKiEwicz (w butach wysokich, płóciennych spodnutch i taki/jże kamiz/lce, w szarij marynarce, w slomi mym kapeluszu, bez krawatki, opalony, z sumiastym wasem. Wchodzi środkowymi drzwiami i zatrzymuje się w nich).
Matka, bój się Boga, gdzieżeś tymi wszystkich ludzi pozabierała?
BARBARA.
No, przecież wiesz, Janie, że ciotka lada chwila.... a tu trzeba i to i owo. Jasiek i Hanka robią (Jasiek i Jfanka przenoszą fotel i dywaniki na prawo i wkrótce wracają na h wo) porządki i znoszę meble. Tereska pomaga w kuchni, a Magda poszła na ziemniaki do ogrodu.
KŁ(>ROTKIEWICZ (idąc naprzód).
No, a gdzież Wałek?
BARBARA.
A! Wałek pojechał po sprawunki do miasta. klorotkiewicz (rzuca kapdusz.na stół i drapie się po głowie).
Rany Boskie, żeby dla jednej baby... BARBz R A (ogłada się).
Jasiu! Bój się Boga, co ty mówisz!
KLOROTKIEWICZ.
No, bo desperacya bierze, tu ty le roboty w polu, barometr na leb spada, a człowiek nie ma na rany Boże kim się posłużyć. Gdzież Joasia? Przecież ona mogłaby ci pomódz.
BARBARA.
Joa ;ia poszła się ubierać. A i ty, stary, mógłbyś się trochę ogarnąć, przebrać się, bo wyglądasz jak straszydło.
klorotkiewicz.
A dajże mi ty święty pokój z przebieraniem— jeszcze czego? Ja też mam właśnie czas na to.
BARBARA.
Jasiu, duszyczko, wiesz jaka ciotka obrażliwa; gotowa myśleć, że to przez brak uszanowania.
KLOROTKIEWICZ.
A niech sobie myśli, co chcc.
Barbara (glaszcze go pod brodę).
No, mój drogi, nic róbże mi wstydu, trzeba przecie, żebyś jakoś do ludzi był podoimy. Przyszłe ci tu zaraz miednicę z wodą. (Wychodzi, na lewo.)
KLOROTKIEWICZ.
Cóż ja to tak źle wyglądam? (Idzie do lustra.) O! prawda, że wyglądam jak oberwus. Trzeba się jakoś przebrać, a moźcby się i ogolić trochę wypadało. (J )o Banki, która pry niosła miednicę.) Przynieś-no prędko mydło do golenia.
HANKA.
Właśnie imość dała.
KLOROTKIEWICZ.
A, jest? Poczciwca Basia, ona o wszystkiem pamięta. A powiedz tam Jaśkowi, niech mi przyniesie brzytwy z mego pokoju, tylko żywo1 (Hanka wychodzi.) Ja się tu na poczekaniu uwinę—raz, dwa i już. ( Wkłada ręcznik. naszyję i mydli brodę.) Masz babo redutę—coś zadudnialo na mostku — przecież nie ciotka jeszcze. (Patrzy przez okno.) To Hulatyński, jak Boga kocham! Co ja zrobił ? jakże go tu tak przyjąć? Gdzież ręcznik, u stu diabłów! (Szuka naokoło.) Hanka! Żeby go kto choć miał zabaw ić tymczasem. Trzeba przynajmniej miednicę zabrać. (Chwyta za miednicę iwpa-da z nią na wchodzącego.)
SCENA HI.
HULATYŃSKI, KLOROTKIEWICZ.
Jasiek!
KLOROTKIEWICZ.
A kochanego sąsiada! Może oblałem? HULATYŃSKI (z pobłażliwym uśmiechem).
Drobnostka.
KLOROTKIEWICZ.
Zaraz obetrzemy (btawia miednicę.) Hanka' ręcznika, żywo!
hulatyński (obtarlszy się chustkaj.
Już nic trzeba.
KLOROTKIEWICZ.
Przepraszam kochanego sąsiada i witam. Kopę łat... (('hcego całować i spostrzega wśród tego, że ma pomydlona biodę.) O! daruj sąsiad...
HULATYŃSKI.
Nic nic szkodzi. (Podaje mu rękę?) Witani kochanego pana.
KLOROTKIEWICZ (zafrasowany).
Mój sąsiedzic! ja ci zaraz będę służył. (Che' odejść.)
HULATYŃSKI (Zatrzymując go).
Ależ proszę sobie ze mną żadnych ceremonii nie robić.
KLOROTKIEWICZ.
Bo właśnie chciałem się troszeczkę ten tego.. (Pokazuje gestem, że się miał ogolić.)
HULATYŃSKI.
Ale gól się sąsiad, bardzo proszę.
KLOROTKIEWICZ.
Ależ jakże tak przy gościu, to nic uchodzi. HULATYŃSKI.
Czyż my to nie dawni znajomi?
KLOROTKIEWICZ.
No, ale zawsze.
HULATY ŃSKI.
Bardzo proszę, nie rob pan sobie ze mną żadnego ambarasu. Możemy i tak rozmawiać. (Siada po prawej.) Ja już siedzę.
KLOROTKIEWICZ.
Ha, skoro sąsiad taki łaskaw. (Uo Jaśka, który stal chwilę już z brzytwami.) .Daj-no ręcznika!
JASIEK (śmieje się).
KLOROTKIEWICZ.
No i czegóż się śmiejesz, bałwanie jakiś? Przepraszam sąsiada.
hulatyński (zapalając papu rosa).
Nie żenuj się sąsiad.
KŁOROTKIEW II Z.
Czegóż ośle stoisz i patrzysz? Ręcznika mówiłem.
JASIEK.
.1 dyć jegomość mają ręcznik pod brodą. klorotkiewicz.
Wimię Ojca i Syna—a to mię zaślepiło! Dawaj brzytwy. (Jasiek, podawszy, odchodzi na lewo.— Klopotkiewicz staj/ przed lustrem i goli się, ale często przerywa sobie, i zwraca się wśród rozmowy do Bulatyńsklego.) U nas tu w domu rozgardyasz, bo siostra żony przyjeżdża—ciocia Bckia, wielka dama. Była za hoiratem w Wiedniu i o dwór się ocierała. Wraca właśnie z Paryża z wystawy i obiecała się do nas na parę tygodni, bo chce by ć na zaręczynach Joasi.
hulatyński.
To panna Joasia wychodzi zamąż? KLOROTKIEWICZ.
Nie słyszałeś jeszcze sąsiad o tern? A jakże, w jesieni ślub.
hulatyński.
Kiedy to jeszcze dziecko.
KLOROTKIEWICZ.
Ale, ale, dobre mi dziecko, pannica panie jak dragon; anibyś jej sąsiad nie poznał, tak dziewczyna śmignęła dogóry, rozrosła się, że strach.
HULATYŃSKI.
Prawda, że to już blizko dwa łata, jak jej nie widziałem.
KLOROTKIEWICZ.
A tak, bo jak sąsiad tu byłeś zeszłego roku, to ona właśnie była na pensyi u madame i tam się nam, powiadam sąsiadowi, tak rozchorowała, że doktorzy nagwalt kazali jej przestać się uczyć,
nawet suchotami grozili, jak Boga kocham! Dopiero jak znowu pobyła kilka miesięcy na wsi, panie tego, tak się dziewczyna zebrała, zmężniała w sobie, że powiadam sąsiadowi jest na co spojrzeć. Nic oddawaliśmy jej już potem do szkól, bo poco dziewczynę męczyć naukami, skoro jej to szkodzi. [Pociąga brzytwą po rzemyku.) Co dziewczynie panie po nauce, byleby tam trochę umiała parle franse, pobrzdąkać na fortepianie, to aż świat dla niej. A czy ona tam będzie wiedziała, gdzie jakie morze płynie, czy nic—to panie niniejsza o to. Majtkiem przecież nic będzie, ani kapitanem okrętu. Moja Basia i tego nie umiała, a jest żoną, że daj panie Boże każdemu!
HULATYŃSKI.
1 za kogóż idzie panna Joasia? KLOPOTKIEWICZ.
On to niby profesorem, ale przytem i książki układa i wiersze pisze. Sąsiad musialeś o nim słyszeć, bo to o nim i po gazctacli piszą. Niejaki Marzycki.
HULATYŃSKI.
Adaś Marzycki?
KLOPOTKIEWICZ.
To, to, to.
HULATYŃSKI.
No, to mój kolega szkolny.
KLOPOTKIEWICZ.
Tak?
HULATYŃSKi
Niedługo wprawdzie, bo ze mnie rodzice wcześnie zrobili obywatela wiejskiego; aleśmy się bardzo lubili. Zacny chłopak, sama poczciwość i głowa dobra.
KLOPOTKIEWICZ.
A no, to się cieszę, że sąsiad spotkasz tu dobrego znajomego, bo jego co ino nie widać. (Zawija rękawy i staje, nad 'miednica.) Sąsiad pozwoli? Tak raz dwa trzy, chlast, piast!
KLOrorKiEWicz (myjąc się, parska, potem obcićra się, i mówi).
Tak! Hanuś, zabierz miednicę. (Hanka wchodzi i zabiera. Pu chwili.) A cóż tam u kochanego sąsiada słychać? na długo do nas?
HULATYŃSKI.
Tym razem zdajc się na bardzo długo. KLOPOTKIEWICZ.
E!
HULATYŃSKI.
Dziwi to pana?
KLOPOTKIEWICZ (czesząc się).
A no, bo to sąsiad lubił sobie zawsze wojażować, ten tego... jak się nazywa.
HULATYŃSKI.
Chcesz pan powiedzieć, że byłem trochę hulaka, lampart.
KLOPOTKIEWICZ (zafrasowany).
Ależ...
HULATYŃSKI.
Nic żenuj się sąsiad, tak było rzeczywiście; ale teraz powiedziałem sobie: basta, osiadam na wsi, obejmuję na siebie gospodarstwo i będę próbował zostać porządnym człowiekiem.
KLOPOTKIEWICZ (iciaże krawat przed lustrem.) 1 zkądże sąsiadowi to tak przyszło?
HULATYŃSKI.
Naturalnym porządkiem rzeczy. Wyszumialo co miało wyszumieć, reszta do butelki i pod korek.
KLOPOTKIEWICZ.
I będzie z tego wy trawne winko — rozumiem. (Wdziewa surdut, który mu Hanka wraz z krawatem przyniosła). No, ja jużfertig. (Poglada wokno.) Ciotki jakoś nic widać. (Po chwili.) Żeby tak kochany sąsiad się nie gniewał... (Bierze go za ramiona.)
HULATYŃSKI.
Co takiego?
KLOPOTKIEWICZ.
To jabym na małą chwileczkę do żniwa... tylko powiem karbowemu...
HULATYŃSKI.
Ależ mój panie, proszę się mną całkiem nic krępować; ja sobie tu tymczasem gazetki przeczytam...
KLOPOTKIEW ICZ (zmieszany).
Gazetki? lim, ten tego, jak się nazywa. Jest
kalendarz za lustrem. A otóż i moja żona. Kasiu, pan Hulatyijski, poznajesz?	(1). c. rd)
Kronika tygodniowa.
Maskarada i tombola.—Tajcmireza maseczka. — Przestroga.— Spekulanci matrymonialni. — lila hibowników sztuki raejonain j.—Zmiana frontu u rzeźników.—Kampania pana Nobla i nafta kaukazka.—Lombardy prywatne.-Lombard akcjjuy i piękne nadzieje. — Cliimcryczność publiki i słówko wyjaśnienia.—S p. A. Frączkiewiez i K. Żupański.
liok zeszły miasto nasze zakończyło tombola i maskaradą na rzecz sierot i ochron Towarzystwa dobroczynności. Ponętą było tu trzy tysiące losów, z których każdy bezwarunkowo wygrywał jakiś fant lub fancik. Wspaniały tort i kilka korcy węgla kamiennego — oto wielkie losy. Mniej szczęśliwi poprzestać musieli na drobnych sprzę-cikach, boć tu szło o ubogich i rozrzutność byłaby grzechem.
Maskarada, połączona z tombola, była przedsmakiem tego, co na podobnego rodzaju „zabawach” przyjdzie w większym rozmiarze w karnawale. Spoglądano na siebie zpod masek, oczekując intrygującej rozmowy, dowcipu, humoru i tej odrobinki śmiałości impertynenckiej, co in-kognito siebie i innych nie oszczędza. Ale i o nią dziś niełatwo. Wszyscy byli gotowi bawić się wybornie, jak zazwyczaj, ale... nikt sic naprawdę nic bawił. Zabawił się tylko pewien okradziony przed parą micsiący jegomość, któremu jakaś piękna, a tym razem i dobra maseczka w opieczętowanym pakiecie zwróciła... zagrabione wówczas weksle. Dowodzi to nietylko dobroci wdzięcznej, okrytej tajemnicą osóbki, ale i tego, że jeżeli na maskaradzie można odzyskać skradzione obligi, to również stracić można zegarek i sakiewkę. Dowodzi jeszcze, że nasze towarzystwa demokratyzują się na potęgę, skoro śród nich krążą swobodnie miłe i dobre pośredniczki kor-poracyi złodziejskiej.
Ponieważ wkroczyliśmy w epokę zapustową, przeto nic od rzeczy będzie tu zwrócić uwagę na ostrzeżenia Kurycra warszawskiego, wystosowane w kwestyi matrymonialnej. Na bruku war szawskim pojawili sic nowego rodzaju spekulanci; spekulacya ich polega na gotowości do małżeństwa, nie weelu wielkich— broń Boże! — ale drobnych choćby korzyści. Żenią się dla skro-mućj wyprawki, dla paru tysiączków rubli, dla króciutkiego szczęścia u ogniska domowego. Gdy się zdobyty w ten sposób fundusik wyczerpie, odsyłają łatwowierne małżonki pod pozorem niesłychanie ciężkich czasów. Oczywiście pretekst to bardzo prawdziwy, bo czyż nic mamy ciężkich czasów?
Można sobie, wyobrazić, ile-to takich stadeł zwiąże figlarny karnawał, umiejący świecidełkiem rychłego i upragnionego hymenu mydlić oczęta stęsknionym pannom i zapraszać okulary ich rodzicom. A ci ostatni wiedzą przecież, co to jest córka na wydaniu! Ocho!... kamień to, mości dobrodzieju, młyński u szyi., Cbcc kto wziąć, niechaj bicrzc... z pocałowaniem ręki. Teraz dziewczęta się marynują, a kto pragnie się żenić, ten już dobroczyńca ludzkości. Łapie się oczywiście w samotrzask... byle tylko się nic rozpatrzy! i nic drapnąl pized czasem.
Otóż ci spekulanci żonkosie uciekają dopiero po czasie, kiedy różane pęta hymenu stały się kajdanami niewoli i gdy panna na wydaniu zmieniła się w mężatkę... bez męża.
Strzeżcie się tedy, córeczki i mamunie, bo to matrymonialne złodziejstwo, konkurujące może w kradzionym fraku, jest nową plagą, gorszą od wszystkich egipskich razem.
Lubownikom sztuki.... racyonalnćj, możemy zwiastować wyborną nowinę. Przybył do Warszawy świeżuteńko teatr tych niewinnych stworzeń, które nazywają się bardzo brzydko, ale smakują dobrze, przyprawione mistrzowską dłonią wędliniarza w formie szynek, kiełbas i salcesonów. Trupa składa się z kilkudziesięciu osobników, o intcligencyi zdumiewającej, o manierach dystyngowanych, o tresurze przynoszącej
zaszczyt ich profesorowi. Tańczą i udają ludzi, śpiewają jak niektóre szanśónistki, gestykulują z równem jak one powodzeniem, a mają nad niemi tę nieporównaną wyższość, że nazywają się właściwie.
Przypominamy sobie, iż parę lat temu teatr tych inteligentnych stworzeń miał powodzenie niepospolite w Moskwie, gdzie znaleźli się ama-torowic artystycznego mięsa, za które drogo zapłacić im kazano. Tych, co zapalaliby w Warszawie taką samą żądzą, ostrzegamy, że to towar niemiecki, a trychiuy, będące podobno wytworem tamtejszej kultury, dla słowiańskich żołądków są rzeczą zabójczą.
Ostrzeżenia tego nic wypowiadamy bynajmniej w interesie miejscowych rzeźników. Byłoby to w pewnym stopniu reklamą, a oni jej z naszej strony nie potrzebują, skoro robią ją sobie sami. Tak!... nasi rzeźnicy, pogromcy pań i kucharek, panowie całą gębą w swoich jatkach, reklamują się obecnie przez swą grzeczność, uprzejmość, niezły towar i maleńkie ustępstwa w cenach. Do czego to przyszło!... A jest to następstwo rozproszenia ich, rozbicia tej skupionej falangi, w jakiej trzymali się na targach Starego miasta i Żelaznej bramy. Gromada, dotąd ufna w swoje siły, gotowa stawić w każdej chwili czoło najsłuszniejszym wymaganiom publiczności—teraz, gdy rozejść jćj się kazano, spokorniala, w dogadzaniu tym wymaganiom widzi interes własny i niezadługo stanie się naprawdę tern, czem zawsze być powinna: oto zgromadzeniem takich zwykłych kupców, jak wszyscy inni.
No—niewszyscy, bo weźmy tylko pod uwagę sprzedawców nafty. Tym sic dopiero udała gruba sztuka, świadcząca o wybornie obmyślonej robocie na szkodę zwykłych śmiertelników, zwanych nabywcami.
Mieliśmy niedawno temu naftę amerykańską, prawda że nic tanią, ale dobrą. Pięknie nazywający się pan Nobel, właściciel źródeł kaukaz-kieb, postanowił wydać śmiertelną walkę temu zamorskiemu płynowi i zabrał sic do tego bardzo dowcipnie. Najpierw tedy zalał nas naftą kaukaz-ką w najlepszym gatunku, a za tak nizką cenę, że chybaby tylko nieprzyjaciel własnej kieszeni jćj nic kupował. Ale wmiarę coraz szerszego odbytu, gatunek spadał, a ceny się podnosiły, i oto co się stało: nafty amerykańskiej już nie mamy, ale jnamy zato naftę kaukazka, bardzo lichą i bar-dze drogą. Gcehy jćj są: cena o drobnostkę niższa, niż nafty amerykańskiej, palenic się dwa razy szybsze, potrzeba oddzielnie urządzonych palników, zaswędzanie powietrza odorem, który przenika suknie i pościel, ustawiczny kopeć, wdzierający się z oddechem do płuc, a przytem w naczyniach osad, który pewną jej część, dosyć sporą, czyni do użycia niezdatną.
Tym sposobem dostaliśmy się z deszczu pod rynnę, nic wiedząc jeszcze wcale, czy kampania pana Nobla już sic skończyła i czy stanowczy tryumf nic zachęci go do dyktowania coraz cięższych warunków'.
Tyle jest rzeczywistości zc złotych obiecanek na punkcie nafty kaukazkićj! Przeciwko cenom pana Nobla zarzutów nie stawiamy, bo zresztą na nieby się to nie przydało, ale powracamy do kwrc-styi poruszonej dawniej. Nafta kaukazka, w takim stanie, w jakim na rynki nasze przychodzi, jest bezwarunkowo dla zdrowia zabójczą. Ta strona sprawy uastrcczyćby się powinna uwadze i troskliwości urzędów lekarskich. Oczyszczanie płynu tego jest niezbędne, a ceny jego dzisiejsze jużby z pewnością koszta raliueryi opłaciły. Jeżeli już urzędowe korporacyc medyczne nic troszczą się o to, czy nasze Towarzystwo lekarskie nie mogłoby się zająć sprawą, nie tak błahą zresztą, aby jej niewarto było poświęcić spccyalnych studyów i głosu publicznego objaśnienia?
Z deszczu pod rynnę wpadliśmy i w kwestyi tak zwanych lombardów prywatnych, które, jak się to pokazało z rewizyj i sprawozdań, dz. vl.de zastąpiły... nieuprawnioną lichwę. Wyp< ycza-nie pieniędzy na zastaw', surowo wzbronione, tutaj kwitnie w całej okazałości, z tą tylko różnicą, że kryjc się płaszczykiem napół urzędowym i ma
Scena z „Wesołych kumoszek windsorskich" Szekspira (akt HI, scena 3). Kopia obrazu panny Małgorzaty Lówc w Dusseldorfie.
(279)
10
do pewnego stopnia ułatwioną procedurę wrazić niewypłacalności dłużnika.
Świeżo rozeszła sic wiadomość, żc ma powstać nowy lombard prywatny, akcyjny, z kapitałem 500 tysięcy rubli. Słychać już wykrzyki zadowolenia, żc biedni ludzie znajdą tu łatwy i tani kredy t. Są-to poprostu mrzonki. Akcyj nic kupuje sic dla zarobienia małych odsetków. Akcyona ryiiszc pragną i łakną grubej dywidendy, do której przybywają koszta administracyi, wynagrodzenie zarządu, gratyfikacye i zyski dla dyrygujących i t. d. Połknie to najmniej za dwadzieścia pięć procentów, które opłacać będą musieli biedacy za łatwy i tani kredyt!
Lombardy prawdziwie pożyteczne i uczciwe, to rzecz bezinteresownej pomocy ze strony skarbu, lub filantropii. Lombardy prywatne z konieczności muszą być tylko lichwą, • a zasada pożyczki na zastaw, bardzo skrupulatnie, oceniony, czym ją często wygórowaną. Wiele tu, co prawda, zależy od formy licytaeyi, na której sprzedają się fanty, ale takie sprzedaże, to rzeez niezmiernie elastyczna.... Prywatnemu przedsiębiorcy idzie wyłącznic o to, aby na licytaeyi odzyskał grosz wypożyczony, a dzieje się to naturalnie ze szkodą biednego właściciela zastawu, który tym sposobem opłaca często bardzo grubą lichwę.
Ty dzień temu mówiliśmy o opłakanym losie artystów muzycznych. Powracamy do tego przedmiotu, z okazyi wznowienia Wagnerowskiego „Tannldiuscra” i koncertów pianisty d Alberta, który entuzyazmuje sprawozdawców i ściąga tłumy słuchaczów.
ha „Tanuhauscrze,” niezaprzeczenic pięknym i interesującym... były pustki. Śpiewano go. dobrze, wystawiono starannie, a przecież nie doznał pow odzenia.
Jedno z pism zapytuje, jaki jest klucz tej zagadki? Dlaczego publiczność nasza postępuje tak chimerycznie względem opery miejscowej, jakby jćj losy były dla mej obojętne?
Otóż zdaje nam się, że zjawisko to uie jest fenomenem szczególnym, ale da się podciągnąć pod pewne stale prawo.
Jeżeli każdy obcy przybysz bywa conajmniej olbrzymim talentem, a nierzadko wyjątkowym geniuszem-, jeżeli każda -nośna śpiewaczka z cu-dzoziemskiem nazwiskiem budzi zachwyty krytyków i sprawozdawców; jeżeli, jak ktoś powiedział, winniśmy się rumienić, nie zapełniwszy sali na koncercie niemieckiego lub francuskiego wirtuoza.... bo co świat na to powie?...— jeżeli z drugiej strony artyści tutejsi śpiewają zawsze licho, a czasem tylko nieźle; jeżeli nie mają na poparcie swej pracy wycinków z gazet włoskich lub francuskich, które sic u nas pomieszcza tak skwapliwie; jeżeli nakoniec dla wyjątkowych tylko osobistości znajduje się cieplejsze słowo.... no, toć przecie tym sposobem wyhodowuje się publiczność chimeryczną, na której budować powodzenia i przyszłości sztuki niepodobna.
Pan dAIbcrt jest wirtuozem pierwszej siły, nic przeczymy, lecz jest także szczęśliwcem o nazwisku cudzozicmskiem. To mu pomaga bardzo wiele... w Warszawie. Widywaliśmy jednak
Włochów i Francuzów, których chyba raczej powinniśmy byli słyszeć, gdyby mieli glos, a przecież ci ichmośe byli tu wielkościami. Dodawało się najczęściej, żc to szacowna ruina, albo remini-sceneya znakomihj przeszłości, lecz wielkość wielkością pozostawała... w Warszawie. Gdyby nie to poczciwe miasteczko i jego opinia, biedacy ci poumieraliby z gloitu.
Ale co tam!... niech się pokrzywdzeni bronią sami, jeżeli potrafią. My zgóry jesteśmy pewni, żc te kilka wyrazów’, rzuconych mimochodem, nikomu losu nie poprawią, ani go nie zepsują. Albowiem i ta czołobitność dla cudzoziemskich geniuszów nic jest chimerą, lecz ulega prawu niewzruszonemu... ciasnoty pojęć.
kończymy nasze pogadankę smutnie, bo zawiadomieniem <> skonie dwóch ludzi, którzy społeczeństwu oddali wielkie usługi i mają prawo do czci pośmiertnej.
Pierwszym jest ś. p. Augustyn Frączkicwicz, liczony mat-matyk, profesor i dziekan b. Szkoły
głównej, pedagog i przyjaciel uczącej sic młodzieży. O życiu i charakterze tego zacnego męża przeczytacie wkrótce w szpaltach naszego pisma.
Drugi, ś. p. Jan konstanty Źupańskiego, którego życiorys pomieści liśmj' w Tygodniku, w tomie XIII seryi IH-ćj (z roku 1882), byl powszechnie znanym, szanowanym i wielce zasłużonym wydawcą. Edycyc jego składają się na cały katalog dzieł najpoważniejszych treścią, celem i opracowaniem. Sędziwy ten człowiek do ostatniej chwili życia pracował dla piśmiennictwa ojczystego, które naprawdę bogacił, łożąc na wydania dzieł częstokroć najmniej pokupnycb, ale które dla literatury przepaść w zapomnieniu nic były powinny. On też pierwszy wprowadził edy-cye wykwintne, i to nie prac popularnych,na roz-kup łatwy obliczonych, ale takich, które jako pomniki przyszłym pokoleniom pozostawił. Było to zamiłowanie wyjątkowe księgarstwa, rozumianego nie jako kupiectwo, ale jako zawód, dobro publiczne na celu mający.
Cześć tym szlachetnym cieniom!....
St. M. llz.
Przegląd polityki zagranicznej.
3 stycznia.
Kombinacj a pięcioramiennego przymierza Niemiec, Austryi, Rosyi, Włoch i Hiszpanii, o której, jako sensacyjnej przcdgwiazdkowćj nowinie mówiliśmy w ostatnim tygodniu kończącego się roku, w innem już dzisiaj przedstawia się świetle. Nie nastąpiło już żadne pól urzędowe d< nient i, ale te same dzienniki, które pierwsze podały wieść o pięciorakiem sprzymierzeniu się mocarstw, zmodyfikowały ją w późniejszych uzupełnieniach i komentarzach, tak że nrzedstawia się ona teraz już nic w formie konkretnej, lecz w jakiejś postaci prawie zupełnie nieuchwytnej. Niema juz mowy o formalnym związku pięciu państw, o którym z taką pozytywnoscią donosił przedświąteczny telegram. Przymierze nicmiccko-austryackic, obejmujące także Wiochy, przymierze stwierdzone faktami i jawnie przyznane, określone dokładnie co do celów i zakresu, a nawet co do terminu, nic rozszerzyło się przybraniem Rosyi i Hiszpanii, jak to z owego telegramu wnosić było można, ani się też nie rozpłynęło w uoweui obszerniejszem przymierzu, jak kawałek cukru w szklance herbaty. Owszem, komentarze, o których wspominaliśmy, wprost przyznają, że owo przymierze trwa i ram swoich nic rozszerzyło, ale pod jego sterem ma być prowadzoną na wspólną rękę przez pięć pań tw „wielka akcya zgóry, od tronów i rządów, w kierunku monarchiczno-zachowawczym, akcya czynna, twórcza, nictylko odporna, przeciw rewo lucyi i anarchii.”
Żc rewolucyi i anarchii żadne państwo niczo-stające w stanie chwilowego owładnięcia steru przez anarchistów sprzyjać nic może, jest to pewnik zgóry dany; żc każde państwo walczy przeciw objawom anarchicznym i rewolucyjnym u siebie, jest to również z natury rzeczy płynącym faktem, a prostym tego faktu wynikiem jest, że działania różnych państw, niczostających względem siebie w otwartej nicprzyjaźni, ku jednakowemu skierowane celowi, muszą być z sobą zgodne i harmonijne. Nic było pięcioramiennego sojuszu, a przecież wszystkie państwa wprowadzały do swoich kodeksów modyiikacyą, odbierającą zamachom morderczym na panujących znamię zbrodni połitj'c*znej. Podobnież nie było pięciora-kiego przymierza, a kwestya poprawy losu robotników, weelu obezwładnienia agitacyi socyali-stycznycb, poruszana przez ks. Bismarcka, w rozmaitych państwach pokolei występowała na porządek dzienny. Pierwszy’ z tych środków działał przeciw rewolucyi i anarchii odpornie, drugi byl akcj ą zgory, akcya czynną i twórczą, skierowaną nie przeciw objawom, lecz przeciw przyczynie złego, a posuniętą tak daleko, jak tego stan kwestyi socj ahićj w każdćm państwie wymagał i stosunki parlamentarne pozwoliły. Środki, jakich Niemcy używają przeciw socjalistom, przeciw
Duńczykom w Szleswiku, przeciw aspiracyom francuskim w Alzacyi, przeciw Polakom w Po-znańskiem i Prusach Zachodnich, Austrya prze-J ciw irredencie, Rosya przeciw tajnym knowaniom stronnictwa przewrotu, Anglia przeciw Irlandczykom, Hiszpania przeciw „Czarnej ręce,” słowem każde państwo przeciw swemu domowemu wrogowi, lub tym których za takiego wroga uważa, mogą się różnie pod względem stopnia natężenia, ale pod względem charakteru należą zawsze do tej samej kategoryi. Domyślność dziennikarska zatem mogłaby zawsze na podstawie takich objawów usnuć i upozorować jakąś dowolną kombińa-cyą wspólnego porozumienia i solidarnego działania mocarstw, jakiejś umowy, niebędącej przymierzem ani traktatem formalnym, a mimo to istniejącej.
Zachodzi pytanie, czy obecne wersye o takiem wspólnem porozumieniu pięciu mocarstw, weelu reagowania przeciw rewolucyi i anarchii, oraz propagowania i utrwalenia zasad monarchicznych, oparte są na fakcie rzeczywistego układu, czy też wykombinowane z faktów takich, o jakich powyżej mówiliśmy?
Na to pytanie w tej chwili odpowiedzieć trudno. Pcwnem jest tylko to, iż fakta przytaczane na dowód, że owo porozumienie istnieje, niedostatecznie jego istnienia dowodzą.
Rząd francuski, jak donoszą telegramy, ma podobno wkrótce wnieść do 1 > projekt rewizyi konstytucyi. Zmiany, proponowane w projekcie opracowanym przez prezesa gabinetu Fcrry’ego, mają na celu głównie zniesienie instytucyi senatorów dożywotnich i przywrócenie systemu wyborów zbiorowych, czyli tak zwanego scrutln de listę. bystem ten polega na powiększeniu okręgów wyborczych, tak żcbjr, nic jak dotąd, każdy okrąg glosował na jednego deputowanego, przyc/.em wybór zazwyczaj pada na jakąś znakomitość zaściankową, lecz żeby wyborcy pewnej części kraju, n.p. departamentu, glosowali jednocześnie na całą listę wszystkich deputowanych, jaką tenże departament ma reprezentować.
Kwestya francusko-chińska w skutek wzięcia Sontayu weszła w nową fazę. Przedtem miano nadzieję, że Franeya, ażeby uniknąć trudności i kosztów odległej zamorskiej wojny, zgodzi się z żjrczcniem Chin i odda sprawę pod sąd rozjem czy, czyli przyjmie pośrednictwo innego państwa, celem zgodnego załatwienia zatargu. Do pośrednictwa takiego gotową była Anglia, po wzięciu Sontayu, jednakże sytuacya o tyle się zmieniła, że nic można już liczyć na to, aby zwycięzka Franeya pierwsza prosiła o pośrednictwo. Prośba ta zatem została już podobno wniesioną przez markiza Tsenga, lord Granviłle jednak uważa, żc w obccnćm stadyum akcyi wojennej występowanie z rozjemstwem byłoby niewłaściwe i posta no wił czekać, aż Francuzi wezmą Bar Ninh.
Scena z „Wesołych kumoszek windsorskich“ Szekspira Obraz, panny M. Lii we w Dusseldorfie.
Wdzięczny do obrazu swego temat wybraia sobie artystka, bo żadna niezawodnie z komedyj wielkiego wieszcza Albionu nie tryska równic swobodnym i jędrnym humorem, jak „Wesołe kumoszki,” zwane także „Figlami kobiet.”
Sir John Falstaff. ten typ wyuzdanego żołdaka, zmysłowy i cynicznie dowcipny, o „gębie wyparzonej,” jako przedmiot swych zalecanek upatrzy! sobie dwie ładne mieszczki windsorslie, panie Page i Flutb, a zwłaszcza ostatnią, do której domu przybywa na mniemaną schadzkę miłosną. Ale „wesołe kumoszki” postanowiły ukarać go i ostudzić jego zapały. W chwili gdy tłusty Adonis wynurza pani Fluth gorący swój afekt, wpada pani Page i oznajmia przyjaciółce, żc mąż jej, ostrzeżony niby o schadzce, nadciąga z sąsiadami, by cały dom przetrząsnąć. Niema innej rady: trzeba niefortunnego kochanka wtłoczyć w kosz od bielizny, przykryć brudami i wynieść. Dwóch służących Flutlia gotuje się właśnie do zabrania Falstatla, otrzymawszy wprzód rozkaz, aby go wysypali do bagnistego rowu, nieopodal Tamizy.
11
Na galeryi tymczasem zjawia się już obrażony mąż w towarzystwie sąsiadów, a zbuku mały sy-?k jego, William, z ciekawością przypatruje się pociesznej katastrofie.
Scena cala oddana jest z pogodnym humorem i realistyczną charakterystyką! Obie szczególniej „kumoszki” są arcydziełem figlarnej wesołości, z którą uśmiechnięte swywolnice gotują sic do wymiaru kary. Otoczenie i kostiumy zastosowane są ściśle do epoki Henryka IV, w której sztuka się. rozgrywa. Koloryt również — o którym naturalnie drzeworyt nasz nie może dać dostatecznego wyobrażenia—świadczy, że artystka owładnęła w zupełności nictylko techniko malarską, ale że ma także wysoko wyrobione poczucie estetyczne w wyborze barw i nadaniu swym postaciom karuacyi właściwej.
Kilka uwag z powodu rezultatów
spisu jednodniowego w Warszawie.
Kronikarz Tygodnika, podał już trochę cyfr wyjętych ze sprawozdania ogłoszonego o spisie jednodniowym. jaki odbył się w Warszawie w roku 1882. Sprawozdanie to zawiera jednak więcej danych, które zasługują przynajmniej na zaznaczenie. Pomijam atoli pomniejsze i krytykę opracowania materyalów statystycznych; byłoby to bowiem zaspccyalne dla Tygodnika. Podnieść chcę tylko cyfry wydatniejsze.
Wiek mieszkańców miast ma dwojakie dla nich znaczenie. Im więcej w pcwnćm mieście jest jednostek nieprodukcyjnych, t. j. młodzieży niepracującej i starców, tom trudniejsze są warunki istnienia dla ludzi pracujących, którzy i na siebie i na tych co nie pracują robić muszą. P. Zaleski, redaktor ogłoszonych przez magistrat Warszawy „RezuPatów spisu jednodniowego ludności”—do ludności nieprodukcyjnej zaliczył wszystką ludność do 15 roku życia i wszystką wyżej 60 lat. Inni statystycy przyjmują podział odmienny, a mianowicie wprowadzają jeszcze lata tak zwane pólprodukcyjnc —a mianowicie od 15 do 20 lat i od 00 do 70. I pierwszy i drugi podział mają swoję zasadność, ale my trzymamy się już p. Zaleskiego.
Otóż wypadnic, że na 1O00 ludności, Warszawa liczy nieprodukcyjnej, t. j. młodzieży i starców, 351,9 — Berlin 308,2, Paryż] 276,2 — a tern samem, że w Warszawie ludności wytwórczej, zmuszonej utrzymywać tę nieprodukcyjną, jest mniej niżli w Berlinie i Paryżu — czyli że ludność Warszawy musi albo więcej wydawać na rzeczy nieprodukcyjne i mniej tym sposobem oszczędzać przy przypuszczalnym zarobku jednakowym, lub też więcej pracować, aby na równym stopniu dobrobytu utrzymać się z mieszkańcami Berlina lub Paryża. Czy w tym, czy w drugim przypadku, mieszkańcy Warszawy znajdują się w gorszych warunkach życiowych, niżli mieszkańcy miast do porównania wziętych.
Ta znaczna ilość ludności nieprodukcyjnej, a szczególniej też dzieci i młodzieży do lat 15, wpływa także na zwiększenie ogólnej śmiertelności miasta. Statystyka bowiem wykazała, że największa śmiertelność przypada wszędzie na dzieci w wieku do lat pięciu, tak że w ogólnej liczbie umierających przyjmują średnio 44 dzieci do lat 5-ciu na 100 umierających, a w llosyi wykazy nawmt wskazują 5413 dzieci na 100 umierających. Prawda, że i liczba urodzeń jest wiesza w Rosyi, gdyż prawie zawsze śmiertelność bywa w stosunku prostym do ilości urodzeń. Ztąd to zupełnie naturalnem jest, że Warszawa, mając ha 160(1 ludności dzieci do lat pięciu 119 — ma i musi mieć większą wogóle śmiertelność, niżli Paryż na przykład, gdzie na 1000 ludności wypala tylko 66 dzieci w tymże samym wieku. Warszawa, dla braku odpowiednich danych statystycznych, niesłusznie poczytaną została za jedno z najmniej zdrowych miast w Europie. Dokładna statystyka zetrze z niej to oczernienie.
.Stan cywilny ludności zamieszkałej, t. j. pozo-tawanie lub niepozostawanie w związkach mał
żeńskich, świadczy także często o zamożności danego społeczeństwa. Napozór biorąc, zdawałoby się, żc znaczny procent ludności żyjącćj w związkach małżeńskich powinienby dowodzie lepszego dobrobytu, gdyż rozum musi chyba nakazywać wstrzymywanie się od tworzenia rodziny tym, którzy nie są pewni zarobienia na jej utrzymanie. Tymczasem statystyka przekonała, że dzieje się wprost przeciwnie. Im ludność biedniejsza i słabiej umysłowo rozwinięta — a co za tern idzie prawic zawsze, im mniej ma potrzeb, tern ilość związków małżeńskich większa. W Europie jedua Irlandya zadajc kłam temu spostrzeżeniu, a we wszystkich innych krajach, gdzie społeczeństwo bogatsze, tam małżeństw mniej, gdzie biedniejsze, więcej. Średnio przypada 1 ślub na 132 mieszkańców —tymczasem w llosyi u ludności biednej jest 1 ślub na 88 mieszkańców, w Ga-licyi, gdzie także nie rozkosz, 1 na 87, w Serbii jeden na 86. W Warszawie na 382,964 mieszkańców osób wolnych, t. j. nie zostających w związkach małżeńskich, jest 224,572, czyli na sto ludności 58,64 wolnych; tymczasem w Gdańsku 59 na 10o, w Monachium 60, w Pradze 62, w Stut-gardzic 63 — i wogóle na Zachodzie więcej jest wolnych łudzi w miastach, niżli w Warszawie. Wyjątek stanowi Peszt, gdzie jest tylko 57 wolnych, a na wschodzie Petersburg, gdzie tylko 56 wypada bczżennych na 100 ludności.
Z procentu tedy ilości wolnych do ogółu ludności wnosząc, wypada, że Warszawa jest bied-niejszem miastem, niżli n. p. Ggdańsk, Praga, Wiedeń i t. d. Jest to zatem drugi wynik statystyczny spisu jednodniowego, a nieprzemawia-jący na korzy ść miasta.
Potwierdzenie zasady, że im biedniejszą jest ludność, tern łacniej szuka ulgi czy pomocy w związkach małżeńskich, znajdziemy jeszcze w wykazach spisu stanu cywilnego ludności podług cyrkułów policyjnych. Najwięcej stosunkowo małżeństw spotykamy w cyrkułach praskim, V i VI (okolica Powązek), IV (Nalewki z poboczne-mi ulicami), czyli w okolicach miasta najbiedniejszych,śród roboczej łnb kramarskiej ludności—najmniej zaś małżeństw jest w cyrkule X (Nowego-Światu), bezwarunkowo przez najzamożniejszą ludność zamieszkałym.
'Z drugiej atoli strony zaprzeczyć się nie da, żc większa stosunkowo ludność, żyjąca w związkach małżeńskich, wpływa dodatnio na przyrost ludności i na zmniejszenie pewnych wykroczeń przeciwko moralności. *
Spis warszawski, ze względu na stan cywilny ludności, dajc kilka jeszcze charakterystycznych wskazówek.
Naprzód żc liczba rozwiedzionych jest w Warszawie większą, niżli w wielu miastach Europy. Zależy to przeważnie od przepisów prawnych i religijnych, mniej lub więcej utrudniających otrzymanie rozwodu. W Warszawie dlatego rozwiedzionych jest dosyć, iż na 100 ludności wypada 40'' o ewangelików i starozakonnycb, u których, a szczególniej też u drugich, rozwód jest bardzo łatwy. Wogóle w miastach z przeważną ludnością katolicką lub prawosławną rozwiedzionych jest znacznie mniej, n. p. w Monachium 0,24»/o Strasburgu 0,23% w Stutgardzic 0,21, w Petersburgu 0,20; w miastach zaś gdzie ludność przeważnie jest ewangelicką, ze sporą domieszką starozakonnycb, rozwiedzionych bywa więcej, n. p. w Berlinie 0,42<>/o, w Hamburgu 0,76, w Lipsku 0,20. W Warszawie przypada 0,34% ludności ogólnej. Ciekawa jest jednakże rzecz, dlaczego we Lwowie, gdzie ludność starozakonna zajmuje tenże sam prawie procent w ogóle ludności co i u nas, rozwiedzionych notują tylko 0,12", o.
Drugim szczegółem charakterystycznym jest znaczna ilość mężczyzn żonatych, w wieku między 15 a 20; naliczono ich 495, podczas gdy n. p. w Peszcie, z ludnością ogólną prawie taką samą jak w Warszawie, było wszystkiego 26. Tych pośpiesznych małżonków szukać zapewne wypadałoby między starozakonnymi, którzy u nas bardzo wcześnie się żenią, zwłaszcza, że „Rezultaty spisu" potwierdzają to przypuszczenie w drugiem jeszcze miejscu, zaznaczając, że żon głównych
lokatorów od lat 10 do 15 znalazło się w Warszawie 8, a wszystkie one były wyznania mojże-szowego.
Wykaz ludności pod względem wyznań staje się dopiero interesującym, skoro przez porównanie wykaże sic wzrost lub zmniejszenie danych wyznawców. Ułóżmy odpowiednią tabelkę. Bie-rzemy do porównania ludność z r. 185(5 (1) i z roku 1860 (2).
Ludność zatem katolicka i ewangelicka zmniejszyła się w Warszawie; natomiast zwiększyła się znacznie prawosławna i mojżeszowa.
Charakterystycznym jest także, żc gdy pomiędzy ludnością prawosławną, ewangelicką i inoj-żeszową więcej jest stosunkowo mężczyzn, niżeli kobiet—w jednej tylko ludności katolickiej znajdujemy przewyżkę kobiet nad mężczyznami.
Zjawisko to, choć w pewnym stopniu, objaśnić może stosunek dzieci do lat 5 do ogólnej ludu Liści danego wyznania. Wykazy tedy przekonywają, że w Warszawie przypada:
Na 100 ludności reformowanej dzieci takich 9,53 „	„	katolickiej	„	„	10,00
„	„	augsburskiej	„	„	10,29
„	„	prawosławnej	„	„	11,62
n	„	mojżeszowej	„	„	15,60
Nic przeto dziwnego, że u starozakonnycb, gdzie najwięcej stosunkowo rodzi się dzieci, ludność ogólna tego wyznania ciągle wzrasta.
Z rozdziału o narodowości dowiadujemy się, żc na 127,917 starozakonnycb, podało się jako należących do tak zwanej narodowości żydowskiej 10,031 osób, pozostała zaś reszta 117,886 zapisała się jako Bolący lub Rosyanic. Jako Rosyanic zapisało się około 2,000 osób, tak, żc na Polaków wyznania mojżeszowego przypada około 115,000 jednostek. Starozakonni, jak u nas, to podobno poraź pierwszy byli w konieczności deklarowania się co do swej narodowości. Inteligentniejsi zapisywali się wprost jako Polacy. Większości trzeba było tłumaczyć różnicę między wyznaniem. a narodowością; prawie wszyscy z tćj większości, urodzeni w królestwie, zapisywali się do narodowości polskiej — urodzeni zaś na Litwie w gub. po-łudniowo-zachodn. ces., zaliczali łfię do Rosyan. Mniejszość nakonice, bądź niedokładnie poinformowana, bądź tćż uparta (gdyż byli i tacy), nic rozróżniała religii od narodowości i pisała się wyznania żydowskiego i narodowości żydowskie'. W każdym razie, zaliczenie się tak znacznej części ludności starozakonnej do narodowości polskiej, świadczy o budzeniu się pewnych pojęć, solidarnością niejaką z ogółem społeczeństwa nacechowanych.
Badania co do wykształcenia ludności Warsza- 1 2
(1) Podług Kalendarza astronomicznego na r. 186s.
(2) Podług Kalendarza ilustrowanego Jaworskiego na r.
1872.
NOWY ROK.
(28 )
Korapozycya oryginalna J. Buclibindera.
(281)

W STYCZNIU. Podług obrazu J. Llovery.
14
wy dały nieświctne rezultaty. Prawie połowa ludności gdyż 189,239, nie umie ani czytać, ani pisać. Nawet Lwów stoi z oświatą elementarną lepiej; przypada tam bowiem 43 nieumiejącycb czytać na 100 ogółu ludności, wówczas gdy w Warszawie pozbawionych elementarnej szkoły jest 49 na 100. W Peszcie 32 na 100 nic umie czytać ani pisać, w Wiedniu 15, a w Pradze czeskiej tylko 12. Szczęśliwi Czesi!
Rozdział ludności podług miejsca urodzenia wykazał, żc zpomiędzy ogółu mieszkańców 52% urodzonych jest w Warszawie, a reszta jest ludnością napływową. Z ludności napływowej z królestwa pochodzi 37 %, z gubernij zachodnich cesarstwa 3%, z cesarstwa 2%—a reszta z zagranicy. Gubernie najbliższe, lub tćź połączone drogami żclazneuii, najwięcej dostarczyły ludności przybyłej — z gubernij królestwa: warszawska, piotrkowska, płocka i radomska — z cesarstwa: grodzieńska, wileńska, mińska i wołyńska. Z królestwa przybywa najwięcej kobiet— z innych stron mężczyzn. Godnem uwagi jest, że największy procent ludności urodzonej w Warszawie jest między starozakonnymi. Utrzymywano dość często, że ludność ta jest najbardziej ruchliwa i zmienna, tymczasem spis warszawski wykazał co innego. Stale siedzi ona najwięcej w miejscu, co stwierdza między iuncini i ten dowód, z rezultatów spisu także poczcrpnięty, iż najwięcej ludności, policyjnie zwanej stalą, znajduje się w cyrkułach przeważnie przez starozakonnycb zamieszkałych, a mianowicie w bielańskim (La lewki) i powązkowskim.
Rozostaje jeszcze przejrzeć rozdział traktujący o podziale ludności podług rodzin. Rozdział ten jednakże nie jest dostatecznie jasno opisany. Nie można z rezultatów spisu dojść, ile było rodzin w Warszawie. Wykaz podaje tylko 71,583 osób zajmujących oddzielne lokale, ale łączy z niemi uietylko ich członków, dzieci, wnuków, rodziców, krewnych, co jest słuszne, ale także ich podwładnych, służbę i sublokatorów, co jest znowu, a szczególniej też ostatnie połączenie, niebardzo trafne. Sublokatorzy bowiem stanowią oddzielne związki rodzinne. Tymczasem w opracowaniu danych statystycznych giną oni zupełnie, zamiast zwiększyć wykaz rodzin. Pan Zaleski, omawiając cyfry „Rezultatów” w A'«r. warsz., odejmuje od ogólnej ludności cyfrę głównych lokatorów, a pozostałą sumę dzieli przez liczbo głównych lokatorów i dochodzi, żc w Warszawie na jednego głównego lokatora, a przypuszczalnie tedy na jedne rodzinę — przypada 4,35 osób, t. j. dzieci, krewnych, sublokatorów, podwładnych, jak czeladnicy i terminatorzy, i służby .Rodzina tym sposobem, dodawszy głównego lokatora, składałaby się z 5,35 osób. Tak jednakże nie jest, gdyż wziąwszy w obrachunek rodziny sublokatorów, ogólna liczba zwiększy się, a ilość osób składających rodzinę będzie mniejszą.
Sług obojga płci w Warszawie było 35,429 — z tego kobiet 29,334, a mężczyzn 6,095;—najwięcej stosunkowo służby ma cyrkuł Nowego-światu, jako najbogatszy, a najmniej najuboższy z cyrkułów. praski. W cyrkule Nowego-światu przypada 84 sług na 100 gospodarstw, a na Pradze na 1U0 tylko 31.
Ostatni wykaz „Rezultatów” mieści spis ociemniałych, głuchoniemy ch i kalek. Ociemniałych był 481, głuchoniemych 594, kalek 2,552. Pomimo, że w ogóle ludności przypada więcej kobiet niżli mężczyzn, to jednakże osób z powyższemi ułomnościami więcej jest mężczyzn, niżli kobiet; mianowicie mężczyzn 1870, kobiet 1757. Przyczyny tego szukać należy w cięższej wogóle pracy mężczyzn, która i zdrowie ich wyczerpuje i łacniej naraża na rozmaite kalectwa.
To są główniejsze uwagi, jakie nasuwają się przy’ rozpatrzeniu się w części pierwszej Rezultatów spisu. Wyjść jeszcze mają dwie części—jedna obejmie statystykę zabudowań, a druga wielce ciekawy podział ludności pod względem zajęć, zl. Makoicl’ eki.
Don Pedro Antonio de Alarcon. (*)
Przed kilkunastu laty ukazało się w Hiszpanii dzieło w 3 tomach, pod tytułem: Dziennik naocznego świadka wojny w Ajryce, i rozeszło się po kraju w liczbie 50 tysięcy egzemplarzy. Poważna ta cyfra wymownie świadczy o ogromnej popularności, jaką sobie zdobył autor tej książki, Pedro Alarcon. Znanym on już był poprzednio od lat kilku jako publicysta, powieściopisarz i poeta, a odtąd stawał się coraz większym ulubieńcem czytającej publiczności, wmiarc jak zpod jego pióra wychodziły nowe opisy podróży, zbiorki poezyj, nowele, snadź coraz bardziej zajmujące, skoro kilkakrotne wydania wkrótce bywały wyczerpywane i oto świeżo zaczęła wychodzić nowa zbiorowa cdycya dziel jego.
Don Pedro Antonio de Alarcon urodził się 10 marca 1833 roku, w prowincyi Grenady, w starożytnym, niegdyś maurytańskim grodzic zwanym Guadiw, który w ostatnich czasach podupadl i obecnie jest tylko lichą mieściną, a raczej osadą. W jednem z dzieł swoich pięknie opisuje Alarcon, jakie wrażenia w pacholęcym wieku przenosiły wyobraźnie jego z tego ustronnego zakątka w szersze i wyższe sfery, rozbudziły poczucie artystyczne, roztliły iskrę poczyi. Wprawdzie rodzice jego, zubożeni przez wojnę francuską, przeznaczali go do stanu duchownego; lecz on czuł w sobie żyłkę literacką, a przeszkody i trudności zamieniły ten popęd w prawdziwą namiętność. Nic mając żadnej znikąd pomocy, niepojętym wysiłkiem pracy i energii zdobył sobie zasób wielostronnej wiedzy i zawód piśmienniczy rozpoczął bardzo wcześnie. Już w dwudziestym roku życia redagował czasopismo Echo Zachodu, wychodzące z wielkićm powodzeniem w Kady-ksie, a potem w Grenadzie.
Przebywając następnie w Madrycie, należał do słynnego kola mlodziuchnych literatów i arty, stów, znanego pod nazwą Kolonii greuadyńskuj-które sobie przybrało za godło: Gez szelągu^ A nic-tylko było to godłem, ale i prawdą najistotniejszą. W nowera wydaniu dzieł Alarcona trzy pierwsze tomiki zawierają niektóre szkice i obrazki, gdzie znajdujemy żywcem przeniesione na papier ustępy z życia tej literackiej cyganeryi. Jednakże niejedno z wymienionych tam nazwisk stało się później zaszczytem i chlubą Hiszpanii.
Co się tyczy Alarcona, ten sobie wkrótce zyskał wielki rozgłos. Nic było prawie dziennika ani przeglądu, w któ*ymby się nie znalazły prace literackie z jego po dpisem: szkice obyczajowe, nowelki, kroniki miejscowe, podróże czytane były z upodobaniem na całym półwyspie. Jego recenzye teatralne, bardzo ostre a gruntowne, wyrozumowane na podstawie najściślejszej logiki, były postrachem dla dramaturgów. Liczne to nań ściągnęło nieprzyjemności, a najgorszej doznał, gdy w r. 1857 własny utwór dał do przedstawienia w teatrze.
Dramat jego, pod tytułem Syn marnotrawny, został przyjęty przez ogól z zapałem. Lecz zaraz następnego dnia niektóre organa prasy wystąpiły z tak namiętną krytyką, z tak zlośliwemi zarzutami, iż pod gradem tych zjadliwych pocisków zazdrości zachwiała się opinia publiczna. Tknięty do żywego tą niesprawiedliwością, autor cofnął swoje sztukę z teatru i odtąd już nigdy nie wystąpił z żadnym scenicznym utworem.
A wielka szkoda, albowiem późniejsi bezstronni krytycy z pochwalą wyrażają się o tej pierwszej i jedynej jego sztuce, a nawet w powieściowych jego utworach znajduje się częstokroć taka dra-matyczność w układzie, taka wyborna plastyka, iż wątpić nic można o jego dramatycznym talencie. Około tegoż czasu wydał nowelę większych rozmiarów j)od tytułem: Kinal z Konny.
Tu następuje okres, podczas którego Alarcon rzucił się w wir wielkiego świata, mile widziany
(*) Rozpoczynając w dzisiejszym dodatku druk najnowszej powieści utalentowanego pisarza hiszpańskiego, dojemy zarazem niniejszy krótki rys jego życia i działalności literackiej.
w najwyższych jego sferach dla swego dowcipu i salonowego układu. Przez dwa lata życie jego było prawdziwym romansem w czynie, polnym przygód i epizodów, kolejno komicznych i dramatycznych. Miał on tam nowe a szerokie pole do zbadania życia społecznego i ludzkiego serca. Pióra przy tern nie zaniedbywał, wyprawiając w świat poezye, drobne szkice i artykuły.
Atoli ten tryb życia, tak zapełnionego wrażeniami, jeszcze go nie zadowalał. Dla ognistej jego wyobraźni potrzebny był inny jeszcze żywioł. Zaciągnął się więc jako ochotnik do wojska w Arycc. Po odbytej kampanii wrócił z raną od kuli, z dwoma krzyżami i z książką, na której wydawca zrobił milionowy majątek po wydrukowaniu jej w 50 tysiącach egzemplarzy. Autor nie zbogacił się nią tak dalece, tylko mu przyrosło wiele sławy i rozgłosu. Nicinaczej już teraz zwano Alarcona, jak autorem Dziennika naocznego świadka wojny w Afryce. Jednakże dosyć- sute, stosunkowo do zwyczajnych, otrzymawszy hono-raryum, znalazł się w możności odbycia podróży do Włoch, owocem której była nader zajmująca książka, pod tytułem: Z Madrytu do Keapolu.
Następny lat szereg poświęcił Alarcon głównie życiu publicznemu. Już w pierwszej młodości zajmował się polityką, jako zapalony rewolucyoni-sta; teraz przystępował do niej z umysłem dojrzalszym i wytrawniejszym. Wśród walki stronnictw i kolejnego przychodzenia ich do władzy, umiał zawsze zachować niepodległość ducha i dawał dowody najwyższej bezinteresowności. Silnie bronił wT każdym razie swoich przekonań, bądź piórem, bądź żywćm słowem, nic dając sic skusić namowom, pochlebstwom i świetnym widokom osobistym, jakiemi go niejednokrotnie ci i owi, stanąwszy u steru władzy, usiłowali przeciągnąć na swoje stronę.
Przez ciąg tego peryodu, oprócz mnóstwa artykułów i broszur treści politycznej, wydal także kilka prac czysto literackich, a mianowicie poemat epiczny pod tytułem El suspirro del moro, nagrodzony złotym medalem na konkursie ogłoszonym przez liceum w Grenadzie na rok 1867; w' roku zaś 1873 wydał pięknie bardzo skreślony obraz Alpujaiy, oraz małą nowelkę p. t. Trój graniasty kapelusz, pełną komicznej werwy, dowcipu i barwy miejscowej. Niebawem też ukazała się powieść El Escandalo, która tak wielkie miała powodzenie, jak żaden inny z powieściowych utworów hiszpańskich w naszych czasach.
Alarcon, który wielokrotnie bywał wybierany deputowanym, a dwa razy senatorem z Grenady, nigdy dotąd nic przyjął żadnego z ofiarowanych sobie płatnych urzędów, aczkolwiek nic był majętnym, bo nie chcial robić ustępstw ze swoich przekonań. Dopiero w początkach 1875r. widzimy go radcą stanu i na tej posadzie otrzymał wielki krzyż Izabelli katolickiej. Wszystkie te jednak odznaczenia nietyle mu pochlebiały, co przyjęcie w końcu tegoż samego roku do akademii hiszpańskiej. Słynną jest jego z tej okoliczności mowa o moralności w sztuce, która wywołała żywą polemikę w dziennikarstwie hiszpańskiem i zagrani-cznem, z powodu swojej tcndencyi, nacechowanej spirytualizmem. Wogóle zasady jego opierają się na gruncie moralnym i religijnym i żadnego z jego utworów, nawet z pomiędzy lekkich, humorystycznych, nic można nazwać niemoralnym.
Po upadku ministerstwa <’anovas, usunął sic Alarcon od służby publicznej, osiadł wraz z żoną i dziećmi w swojej pięknej willi Yaldemora i od’ tąd literatura stała się jedynem jego zajęciem. Tu napisał ostatnią swoje powieść D.z'ucw globu, chciwie rozcbwytaną przez wielbicieli jego pióra, których jest pełną cala Hiszpania. Pochodzi to widocznie ztąd, iż w powieściach swoich, acz nie-prctcnsyonalnego zakroju i rozmiaru, autor odznacza się odrębną całkiem oryginalnością, wolną od reminisceneyj powicściopisarstwa innych narodów, a tak dosadnie kreśli charaktery, tyle życia wlewa w swoje postacie, że współziomkom jego może się wydawać, iż opowiada rzeczywiste wydarzenia, iż te osoby istotnie pośród nich żyjąlub żyły. Opisy jego podróży, tchnące poczyą i ży-wem poczuciem piękna w przyrodzie i sztuce, za-
15
wićrają nadto wiele pouczających spostrzeżeń i ciekawych wiadomości.
Alarcon jest dziś w sile męzkiego wieku, talent jego w pełni swego rozwoju; w umyśle dojrzałym przez doświadczenie większy panuje spokój, na jakim mu dotąd zbywało, a żywość humoru i dowcipu zachował młodzieńczą; powszechnie mu wiec wróżą, iż dzisiejsza jego sława przyćmioną jeszcze będzie przez sławę jego w przyszłości.
Kronika paryska.
Karol dc Mazaile w Akademii francuskiej.—Śmierć Wiktora Laprade i Henryka Martin.—Pol-Uouille Zoli i Afaitre de forges Olincla.
Paryż, w końcu grudnia.
Wybrany oddawna p. Karol de Mazade, wszedł teraz dopiero do Akademii francuskiej. Surowo przestrzegana tradycya nakazuje, ażeby pomiędzy wyborem a ceremonią przyjęcia upłynęło eo-najmnićj dziesięć miesięcy. Ma ten nowieyat dać czas nowowstepującemu w grono nieśmiertelnych do wtajemniczenia się w życie i w prace swego poprzednika, którego panegiryk ma wypowiedzieć. Często potrzebaby na to nawet dłuższego czasu: są nieśmiertelni nader pospolici, o rysach niewydatnych, do ujęcia prawic niepodobnych. Takim był właśnie ów p. de Champagny, poprzednik p. de Mazade. Uczciwy, zacny, głęboko religijny, oddany miłosiernym uczynkom, nieszczęśliwy, gdyż cala jego rodzina była głuchoniema, p. de Champagny został za cesarstwa wybrany do Akademii przez prostą opozycyą, aby splatać ligla rządowi. Napisał on Historyą cezarów, którą mało kto czytał. Szło mu przedewszystkieni o panegiryk rodzącego się chrześciaństwa. Zadanie było widocznie zafilozoficzne, przytrudne, aby mógł był mu podołać. Ostatni dzień sławy tego pisarza przebrzmią] wraz z mową pochwalną jego spadkobiercy na akadcmickićm krześle.
Karol do Mazade znany jest czytelnikom lleeue des deux Hlondes, jako jej zwykły polityczny kronikarz. Publicysta ten, nader pracowity, traktował wszystkie wielkie epizody dziejów spólczc-snych i większą część historycznych działaczy, może bez filozoficznej głębi i syntetycznego poglądu na rozwój ludzkości, ale zawsze w sposób interesujący i nauczający dla swych rodaków, którzy tak mało wiedzieć zwykli o tero, co się poza ich miedzą graniczną dzieje na święcie. Tern mnićj mamy chęci lekko oceniać p. de Ma-zadc, że jest on gorącym naszym przyjacielem i że udowodnił to w pracach, naszej narodowości poświęconych. Sprawiedliwość jednak wyznać nam nakazuje, źc nie należy on do do geniuszów orloskrzydlych i że jeżeli będzie użytecznym Akademii, nic będzie jednak jćj ozdobą. Należąc do koteryi orlcanistowskiej, znajduje się w ciągłej opozycyi przeciw obecnemu rządowi, który drażni swemi przycinkami. To właśnie wyrzucił niu delikatnie p. Mezieres w mowie, którą go przyjął do Akademii i której powodzenie było wielkie. Pod . kopułą mazaryńskiego pałacu, zaprawione atycką solą, zamieniają się zwykle epigramatu kunsztownie rzeźbione, ale rzadko rozlewa się szeroki strumień idej nowoczesnych, rzadko tętni grzmot patryotyzmu. Na tę odwagę zdobył się p. Mezieres i charakteryzując osobistości historyczne, jakie p. de Mazade poruszał w swych pracach, skreślił cały szereg portretów: Cavoura, Thiersa, gen. Cbanzy i nawet, o zgrozo! Gambct-ty, w rysach pełnych energii, zapału i miłości ojczyzny. Najmniej do oklasku chętne ręce złożyły się dla niego; są struny szlachetne natury ludzkiej, które nic skamienieją zupełnie, nawet pod potrójną warstwą konwcncyonalizmu i afcktaeyi. Używamy niepolskich wyrazów na niepolskie uczucia.
Zaledwie Akademia dopełniła swych szeregów, gdy śmierć wydarła jednego i tego samego poranku dwóch innych jej członków. Wiktor de La-pradc, poeta, zmarl po dlugićj chorobie, a Henryk Martin, narodowy historyk, nagle zupełnie. Żaden z nich nie był pierwszorzędnym geniuszem, ale mimo tego należą do wyborowych umysłów, których ilość stanowi ozdobę i duchową wartość społeczeństw.
Wiktor de Laprade miał z Wiktorem Hugo jako poeta tylko imię chrzestne jednakowe. Nie może on także być postawiony narówni z Alfredem de Musset, tym pokrwawionym i ołzawionym synem wieku, po którym objął akademicką spuściznę. Sąsiadował on zaledwie z pićrwszorzędne-mi talentami, jak powiedziano dowcipnie. Muza jego objawiała się rozmaicie. To pisał idylc Per-neite, która miała być domową epopeją francuskiego życia, jak Herman i Dorota życia niemieckiego; to Psyche., poemat o głębszych pretensyach, jeżeli nie wyższym polocie; to pięknym, potoczystym wierszem dawał legendy ewangeliczne, śpiewy obywatelskie i nakoniec swoje najlepsze dzieło: Le llwro d’un pere. Porwał się nawet do satyry i nie był w niej pośledni. Nic jedyny to przykład, że gołąb ma szpony sokole. Ale rzadko tylko poeta ten wkraczał w arenę namiętnój walki. Był on głęboko religijny, katolicki i opromieniony aureolą chrześciańskiego mistycyzmu. Chciał widocznie szybować w tych samych prądach, co seraficzny Lamartine, ale mu tchu do tego nie stało. Nie było dramatycznej nuty w jego przejrzystych alcksaudrynach; był tylko spokojny dydaktyzm, podniesiony do poetycznej potęgi przez istotny dar słowa. Pan dc Laprade nigdy nie mógł zostać popularnym poetą: był mało czytanym, mało znanym, a ci, co poezye jego czytywali, nie wygłaszali ich z rumieńcem na twarzy i przyśpieszonćm biciem serca. W calem słowa tego znaczeniu byl-to poeta akademicki. Życie pełne godności, cichej a istotnej zasługi, ozłocone tym promieniem, który dajc obcowanie ze skrzydlatym ideałem poczyi, zyskało Wiktorowi de Laprade szacunek i sympatyą nawet tych, co przez swe przekonania i opinie stali na przeciwnym biegunie. Prawdopodobnie Franciszek Cop-pec, o którym szćroko mówiliśmy ostatnią rażą, będzie jego następcą w Akademii. Nie przeciwieństwo, ale harmonia duchowa wiąże tych poetów, należących do całkiem innych światów i pokoleń. Wnuk będzie mógł wysławić praojca.
Henryk Martin, drugi z akademików zmarłych, był wmieszany do ruchu i życia politycznego w swoim ktaju. Rzeczpospolita grzebać będzie jego zwłoki kosztem państwa. Zaszczyt większy, niż się go mógł spodziewać ten człowiek skromny i nicledwic zasługi swój nieświadomy. Henryk Martin był autorem wielu drobniejszych prac, które zniknęły wobec jego wielkiego, pomnikowego dzieła. Dla Francyi jest to człowiek unius libri. Prawda że jest to dwudziestotoino-wa llistorya Francyi. Praca ta zajęła cale jego życie. Po trzy razy, z benedyktyńską cierpliwością, przerabiał takową. Każda nowa edycya była ulepszoną. Gdy źródłowi badacze, jak Fau-riel, Merimee, Vitct i inni odkrywali nowe jakie dokumenta, rozświćcające mroczne tajniki przeszłości, Martin spoźytkowywal je natychmiast do swego dzieła, które chciał postawić na wysokości nauki. Jest-to historyk poważny, sumienny, idący w ślad za dokumentami, nicdającysię obłą-kać lantazyi. Nie zapuszcza się w psychologiczne głębie charakterów, pogardza anegdotką, szczegółem biograficznym, i nie lęka się zarzutu surowćj oschłości. Nićma w nim wprawdzie tego geniuszu, z jakim Augustyn Thierry odtwarzał przeszłość normandzką, albo epokę Mero-wingów; niema w nim tego namiętnego, pełnego fantazyi polotu, który odznacza Micheleta, lecz który jednocześnie nakazuje ostrożność względem tego czarodzieja; niema w nim nawet tego życia o konwulsyjnych podrygach i tej słonecznej jasności, jakie charakteryzowały historyczne prace Thiersa. Ale jest głębokie wniknięcie w sprężyny narodowego życia, jest zrozumienie praw owego dzicsicciowickowego rozwoju, który do
prowadził Francyą do skrystalizowania się w formie demokratycznej rzeczypospolitej, jest encyklopedyczne zebranie faktów i materyałów, niezbędnych do historyi narodowej. Wszystko to sprawia, że Henryk Martin stał się niezbędnym dla każdego pracującego na niwie dziejopisar-skiej. Jego 20 tomowa llistorya Francyi jest dziełem, które powoli zastąpiło i wyrugowało inne. Nie należy jednak przypuszczać, że ten surowy historyk nie miał w sobie skry poezyi i że pozbawiony był ideału. Był nim naprzód płomienny patryotyzm. H. Martin wierzył w hegemonią Francyi wśród innych narodów i zdawało mu się, że Gęsta Del per Francos nie przerwały swej tra-dycyonalnej nici. Ciepło, które się z tego żywego przeświadczenia wydziela, ogarnia mimowoli czytelnika. Zdarzyło się nam wiele razy wziąć do ręki ten lub ów tom jego Historyi, dla monograficznego jakiego szczegółu, i być porwanym przez te spokojną, ale silną argumentacyą, przez to światło promieniejące pośród wypadków. Ceniono we Francyi patryotyzm żarzący, którego był wcieleniem, i popularność jego była wielka. Bezwątpienia można pojmować inaczej muzę historyi, ale czciciele jej w rodzaju Henryka Martin nietylko że jćj nie czynią uszczerbku, ale są jej prawymi wyznawcami.
Przy gorączko wemdzisiejszem życiu, przy analitycznym kierunku nauki i wielkich wymaganiach, jakie całościowćj Historyi stawiamy, niełatwo zapewne będzie znaleźć historyka, któryby sic podjął opowiedzieć nanowo dzieje Francyi, od początku aż do dnia dzisiejszego. Dlatego też praca Henryka Martin zostanie na długo ostatnią syntetyczną pracą tego rodzaju, a imię jego nic straci nic na swojej popularności.
W święcie teatralnym paryskim panuje ruch nadzwyczajny. Każdy wieczór przynosi jedne lub kilka nowości. Niektóre z nich znikną, jak przelotne efemerydy, inne cale miesiące przetrwają na deskach sceny, świadcząc o zamiłowaniu publiczności i pewnych estetycznych i etycznych dążeniach chwili obecnej. Pomiędzy te-mi utworami, które mają długi byt zapewniony, wymienić należy Pot-Boullle, dramat obyczajowy, jeżeli nie obyczajny, przerobiony z powieści Zoli przez zwykłego jego fabrykanta, p. Busna-cha i grany na scenie Arobigu Comiąue, oraz interesującą, elegancką komedyą graną w teatrze Gymnase. Pan Ohnet przerobił ją ze swej powieści Maltre de foryes. Nigdy przeciwieństwo metody pisarskiej i całej kreacyi nie było bardzićj jaskrawe, jak w tych dwóch utworach. Jeżeli publiczność dobrze przyjęła jeden i drugi, świadczy to naprzód, że w Paryżu jest zamiłowanie teatru, posunięte do ostatecznych granic, że publiczność, byle ją bawiono, nic pyta pisarzy o ich wyznanie wiary i że nakoniec w tein ogromnem mrowisku jest miejsce dla wielu różnorodnych pracowników.
Pod dziwacznem i mało rozpowszcchnionćm słowem Pot-Jiouille, Zola dał nam przed dwoma laty powieść, która rościła sobie pretensyą malowania życia klasy kupiecko-mieszczańskiej. Obfitowała ona w szczegóły pełne brudu, a żadna klasa społeczna nie mogła się rozpoznać w tym obrazie. Karykatura tendencyjna wywołała oburzenie ludzi, którzy nic lubią się tarzać w rynsztoku; tu i owdzie można było spostrzedz biegłą rękę wprawnego pisarza; ale całość pozostała wadliwą i wstrętną. Gdyby Zola nie miał w swej historyi Rougon-Maąuart lepszych epizodów, nie możnaby było widzieć w nim przywódzcy szkoły naturalistów. Nana i Pot-Bouille zdawały się zresztą ostatniem słowem tego systematu i nie można było iść dalej w kierunku lupanariów.
Zdawać się mogło, że tego rodzaju utwór nie kwalifikuje się na deski sceny. Niema w nim, jak n ogóle w powieściach Zoli, interesującćj osnowy, a wartość jej polegała jedynie na brudnych szczegółach, których uzmysłowić przed publicznością teatralną niepodobna. Zola jednak łaknie tryumfów dramatycznych i tak samo jak sądzi, że przyniósł nową ewangelią powieści, chcc ją również przynieść teatrowi. Podług znanego zresztą prawa przeciwieństw, tem bardziej dąży
16
do pokazania swego talentu, im mniej go w tej specyalności posiada. Przyzwał tedy pana Bus-nacha do pomocy i razem sklecili sztukę, która miała być w ich przekonaniu nowym i stanowczym tryumfem naturalizmu. Zobaczyliśmy tedy na scenie znaną nam już z powieści rodzinę Jous-serand, złożoną z ojca safanduly, co się zabija w niewdzięcznej pracy dla podtrzymania żony i dzieci, z matki próżnej, głupiej i niemoralnej kobiety i z dwóch córek, które ona z niestrudzoną gorliwością prowadzi na targ małżeński. Typy to znane, arcy-znane. W wesołych pospolitych romansach niewinnego Pawia de Kock i w wielu komedyach Picarda, Labicbe’a i tutti gwmti, mieliśmy sposobność z niemi się zapoznać. Zola dał nam do nich tylko sos pieprzny i tę zaprawę kuchennych pomyj, w których się język jego i powonienie lubują. Tam, gdzie szczegóły te postawione są na pierwszym planie, widz wzrusza ramionami; gdzie namiętności ludzkie do gry przychodzą, mimo braku nadzwyczajności w' takowych, sztuka interesować może. Jest nawet scena jedna, gdzie stary, znękany pracą ojciec umiera, złorzecząc córce, która stanowczo poszła na złą drogę, i scena ta wywołała
żywsze wrażenie. Czytelnik zauważy, żc niema w tern zasługi naturalizmu i że w tysiącu melodramatów spotykaliśmy się z Lakierni scenami. Wogóle sztuka grana jest dobrze i dzięki ponęcie skandalu, jaka się z każdą krcacyą Zoli wiąże, zwabiać będzie długo tłumy publiczności.
Bardziej wyborowi widzowie podobać sobie będą w nowej sztuce p. Ohnet. Szczęśliwy autor Sergc Panina jest ulubieńcem publiczności. Tego samego dnia, gdy grano po raz pierwszy Mdltra. dc foigcs, jego wydawca ogłosił setną cdycyą powieści, z której sztukę tę wyjęto. Jest ona zbyt znaną, ażebyśmy streszczać ją mieli powód. Zdaniem naszćm, niema w. nićj ani jednego oryginalnego typu, ani jednej sceny całkiem nowej: obeznany z literaturą i teatrem, wita ciągle dawnych znajomych. Ale jest taka znajomość publiczności, tego co lubi i tego co ją nęci, taka nadzwyczajna swoboda i naturalność akcji, sceny tak logicznie następują jedne po drugich, typy tak do zrozumienia łatwe, taka żywość dyalogu, charaktery tak sympatyczne — żc zbiór tych wszystkich drugorzędnych zalet złożył się na jeden z największych trymfów, jakich kiedykolwiek byliśmy tutaj świadkami. Pan Da-mala, mąż Sary Bcrnhardt, gra główną rolę z wielkim talentem i wykwintną clegancyą.
ROZMAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Odnowa zamku malborskiego w dwóch ostatnich latach znacznie postąpiła. Podwórzec obniżono do pierwotnego poziomu i przywrócono stary wodociąg, z czasów krzyżackich. W stronie północnej podwórza odrestaurowano zupełnie
Don Fedro Antonio de Alarcon.
krużganek, a na zakończających go tak zwanych złotych wrotach, którcmi wchodzi się do kościoła, uzupełniono ozdoby z terracoty. W samym kościele roboty o tyle są gotowe, że pozostaje tylko wykończenie części ornamentów i restaura-cya malowideł ściennych. W roku przyszłym nastąpi odnowa pięknego chóru, przy zachodniej ścianie świątyni, i osadzenie okien ze szklą kolorowego. Podobnież kaplica Św. Anny wymaga jeszcze niektórych robót dekoracyjnych, podczas gdy bogate portyki zupełnie już do dawnego doprowadzono stanu.
— Nietylko wyprawie naszego Rogozińskiego do wnętrza Afryki, od brzegów jej zachodnich, walczyć przychodzi z nieprzewidziane,mi trudnościami. Podobny los spotkał i znanego podróżnika Passat ant. W wycieczce po rzece Kamerun, stracił on niedawno, podczas burzy, towarzysza swojego i większą część narzędzi matcmatyczno-lizycznych. Niczrażony tein jednak, zamierza po kilku miesiącach, z zapasem nowych narzędzi, na dalsze puścić się poszukiwania. Życzymy i jemu, podobnie jak młodemu ziomkowi naszemu, wytrwania i powodzenia w dążeniu do wytkniętego celu.
— Akademia berlińska sztuk pięknych 11 grudnia r. z. obchodziła uroczyście stuletnią rocznicę urodzin Piotra ( orneliusa. Wobec świetnego zgromadzenia, dr Jordan w wymownych słowach skreślił działalność artystyczną słynnego malarza. Wyborowa orkiestra odegrała przy tej sposobności uwerturę jubileuszową Becthovcna i marsza Mendelssohna.
— Izraelici rektorami uniwersytetów. Nowoobra-ny rektorem uniwersytetu- w Kici, prof. Laden-burg, jest trzecim na tej godności Izraelitą w Niemczech. Przed nim uniwersytety w Erlan-gen i Grcifswald wybrały filozofa Roscnthala,
który jednak nic uzyskał zatwierdzenia, i doktora prawa Behrendta.
— Nieogłoszoną pracę Darwina odczytał świeżo w londyńskiem Towarzystwie Linncusza zoolog Komanes, pod którego opieką zostaje cala spuścizna naukowa wielkiego badacza angielskiego. Jest-to rozprawa o instynkcie zwierząt, która pierwotnie miała być wcieloną do dzieła Darwi-nowego o pochodzeniu gatunków, obecnie zaś stanowić ma dodatek do książki Bomancsa o rozwoju duchowym zwierząt. Darwin w pracy swej zajmuje się czterema głównemi objawami instynktu zwierzęcego: popędem do wędrówek, obawą wrodzoną, budową gniazd ‘i legowiskami ssaków. Wszystkie te objawy autor uważa za powstałe skutkiem walki o byt, a przekazane następnie, prawem dziedziczności, dalszym pokoleniom. Zapatrywanie się Darwina znalazło silnych oponentów w Huxley’n i Wallace'ie, z których ostatni oświadczył, że rozprawa rzeczona napisana była lat temu 30, a od tego czasu przyrodoznawstwo, na polu badania instynktu zwierzęcego, znacznie zostało zbogacone.
—- Nowa wyprawa do bieguna pól nocnego proponowana jest we Włoszech. Zachęca do nićj kapitan
Fondacaro, żądając w tym celu dwóch parowców żelaznych, na przeciąg czasu sześcioletni. Według odezwy jego, wyprawa w r. 1885 wypłynąć ma na morze Lodowate, by odsłonie tajemnicę, pokrywającą dotąd ląd stały, poza olbrzymią zaporą lodów polo żony. Urzeczywistnienie tego zamiaru tćmbar-d/.iej byłoby pożądane, żc dawniejsza wyprawa wioska do bieguna południowego, pód dowództwem porucznika Bove, przez śmierć dzielnego jej uczestnika, Picdrabuena, niepowetowaną poniosła stratę.
— Wystawa gospodarcza międzynarodowa odbędzie się w Amsterdamie od 25 sierpnia do 6 września r. b. Onejmować ona ma wszystkie płody gospodarstwa rolnego, obok zwierząt, narzędzi i środków potrzebnych do racyonalnćj uprawy. Dla okazów zwłaszcza zwierzęcych, przeznaczone są nagrody pieniężne bardzo wysokie. Reprezentowane także będzie pszczelnietwo.
— Inna wystawa międzynarodowa sztuki i przemysłu ma być otwartą 3 kwietnia r. b. w pałacu kryształowym w Sydcnhani, pod Londynem. Prace artystyczne pomieszczone będą nanićj wpięciu grupach, a mianowicie; l)obrazy olejne; 2) akwarele, miniatury, rysunki, roboty emaliowe i mozaikowe, majoliki; 3) rzeźby, roboty medalierskie, kamee i t. p.; 4) modele i plany architektoniczne; 5) ryciny i litografie. Wyłączono z pro-
gramu malowidła i rysunki bez ram i modele rzeźbiarskie z gliny niepalonej. Wystawa zapowiedziana jest na miesięcy sześć.
— Wspaniałe wydanie dzieł Rabelais’go, z ilustra-eyami nieboszczyka Dorego, ogłosiła księgarnia Garnicr-freres w Paryżu. Tekst mi być drukowany według pierwotnych wydań oryginalnych, z przedmową i studyum krytycznćm p. Ludwika Moland. Tom pierwszy wyjdzie na początku roku bieżącego, drugi w końcu roku przyszłego.
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakcya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15
AoaBojeHO ĘenaypoD. Bapmana, 23 AeitaGpn 1888 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
□głoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Ogólnego zbioru numer 1267. —Serya IV. 31 grudnia 1883 r. (12 stycznia 1884 r)
Cena numeru pojedynczego kop. 20.
Rękopisów pomniejszych i materyalów rysunkowych, nadsyłanych redakoyi Tygodnika, nie zwraca się.
JW. 54.
Prenumerata w Warszawie: rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart, rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.
Warszawa, 12 stycznia 1884 r.
Prenumerata na prowincyi i w cesarstwie: kwartalnie rs. 3.
Tom III.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
Trefić linnteru Artykuły: Augustyn Frączkiewicz, przez F. Sulimierskicgo.—Od redakcyi. —Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Z obcego świata.—Nasz stół redakcyjny.—Kronika tygodniowa, przez St. M. Hz. — Przegląd polityki zagranicznej. — Od wydawców. — Przegląd piśmienniczy, przez E Zoryana.—Korcspondencya Tygodnika ilustrowanego: z Poznania.—Gęsi i gąski, komcdya w pięciu aktach Michała Bałuckiego (dalszy ciąg).—Odezwa.—W sprawie wydawnictwa jubileuszowego „Wyboru dzieł J. 1. Kraszewskiego."—Rozmaitości.— Dodatek. Dziecię globu, nowela przez A. de Alarcon (arkusz drugi). — Ryciny: Augustyn Frączkiewicz.—Lisowczyki, rysunek W. Szerncra—Nieprzewidziana serenada, obraz A. Gyula.—Bulgarka, rysunek It. Yladcsco.
AUGUSTYN FRĄCZKIEWICZ.
przyjmują
W organizacji ducha ludzkiego tyle jest odrębnych cech i tak są rozmaite kierunki jego działalności, że wspólną miarą nawet dwóch bardzo blizkich siebie i pokrewnych umysłów mierzyć nic można. W zastosowaniu do produkcji umysłowej ludzi oddających się nauce, zwykle jako miarę ilość i jakość prac drukowanych, przyczem, z powodu względnej chwiejności zdań krytycznych, ogól poprze-staje często na uwzględnianiu samej ilości i podziwia płodność piśmienniczą, jako główny dowód potęgi umysłowej. Tak błędny pogląd na rzeczy łatwo obalić i rozumowaniem i przykładami z historyi nauki, z historyi szkół i życia powszedniego. Nie rozwijamy też tego, ogólnie pojmowanego zresztą, tematu, lecz cliccmy przy nastręczającej sic sposobności zwrócić uwagę na pewną mnićj znaną cechę psychiczną uczoności, która może le-pićj od innych slużyćby mogła za miarę potęgi umysłowej w danym specjalnym kierunku.
Nic można sobie wyobrazić uczonego, bez zamiłowania przedmiotu, któremu się oddaje. Lecz stopień tego zamiłowania bywa bardzo rozmaity. Dla jednego przedmiot badań będzie najmilszą rozrywką umysłową, niewy-kluczającą innych rozrywek, nawet życiowych, towarzyskich; dla kogoś innego będzie to rozrywka wyłączna, wyłączająca wszystkie inne, ale, bądźcobądź, zgadzająca się jeszcze z innemi celami w życiu, które uczonemu mnićj może sprawiają przyjemności, mniej przynoszą rozkoszy, lecz które mimo to zajmują go i częściowo od zajęć naukowych odrywają. Są nareszcie i tacy pracownicy w zakresie pewnych umiejętności, dla których przedmiot prze-
staje być rozrywką i staje się wyłącznem zadaniem, wyłącznym celem życia. Widzimy tu stopniową walkę umysłu z innemi władzami duszy i stopniowy podbój tych ostatnich pod despotyczną władzę myśli.
1'czeni tej trzeciej kategoryi należą do bardzo rzadkich wyjątków, bo wyjątkowego zaiste zbiegu warunków potrzeba, iżby dojść do takiego zredukowania działalności duchowej i ogranicze
Augustyn Frączkiewicz.
Podług fotogralii pośmiertnej, przez p.p. Karolego i Pascha, umyślnie lila Tygodnika iliwtrowauego sporządzonej.
nia życiowych zadań. Składają się częstokroć na to przyczyny czysto przypadkowe, których niepodobna kłaść na karb zasługi osobistej; niemniej jednak trzeba przyznać, że nauka, która do tego stopnia podbija naturę ludzką, świadczy o niezmiernie wysokiej potędze umysłowej, przynajmniej o potędze uważanej subjektywnic, w stosunku do jednostki, w której się rozwinęła; gdyż właściwie naukowe owoce działalności umysłowej niezawsze bywają proporcyonal-ne do jćj widocznego natężenia i „geniusz” nie jest wcale „pracowitą cierpliwością,” choć go tak jakiś genialny człowiek określił.
Zmarły w ostatnim dniu ubiegłego roku matematyk Augustyn Frączkiewicz był bezspornie takim wyjątkiem między uczonymi. Zamiłowanie nauki było treścią, wyczerpującą dlań wszystkie zadania życiowe, i jedyną tćj szczególnej organizacyi psychicznej sprężyną. llistorya żywota i prac naukowych tego męża powinna być ciekawą nietylko ze względu na zasługi, ale także z powodu odrębnej, niepo spolitej jego indywidualności.
Urodzony przy schyłku zeszłego wieku (19 lipca 1796) w byłem województwie krakowskiem, w nialćm miasteczku Kurozwę-kacb, był dzieckiem tej warstwy naszego społeczeństwa, która ciężko dobijać się musiała znaczenia i powagi w kraju, a dochodziła do nich zaledwie rzadko, dzięki wybitnym zdolnościom, lub mozolnej pracy. Ojciec Augustyna, ubogi rzemieślnik, widząc że młody chłopiec ma zdolności i lubi naukę, postanowił go kształcić, a nic mając dobrego pojęcia o tern, jaką być powinna nauka, troszczył się tylko o „karyerę” syna. Za ważny warunek do „zrobienia karyary” uważano wtedy w tej części naszego kraju język niemiecki; dla bićdnego więc mieszczanina kurozwęckiego znajomość tego języka wydawała się
(283)
18
może szczytem nauki, w każdym zaś razie pierwszym do niej szczeblem. W tym też głównie celu posiał on swego chłopca do tak zwanej szkół ki normalnej w Staszowie, a gdy sio przekonał, żc nauki dobrze mu idą, zdobył się, choć niebogaty, na większy wydatek i oddał go w r. 1807 do ówczesnego gimnazjum kieleckiego,gdzie młody Augustynek, wciągu obowiązkowych siedmiu lat, zapoznał się z elementami nauki w średnim zakresie i gdzie już wyraźnie okazał największe do matematyki zamiłowanie.
— Kiedym wyjeżdżał—mówił do nas—w 1815 roku do Krakowa, miałem już siluc postanowienie uczenia się tylko tego przedmiotu i stanowczy zamiar poświęcenia sic nauczycielstwu matematyki.
Głuchy na ludzkie żądania i nieodgadniony nigdy, los, który często najskromniejsze nadzieje niweczy i najbardziej obiecujące zdolności lamie, dla Frączkiewicza okazał się łaskawym. Po czteroletnich studyach w uniwersytecie Jagiellońskim, otrzymuje on świadectwo ze stopniem celującym ze wszystkich przedmiotów matematycznych i fizycznych, na wydziale filozoficznym wykładanych, przyczem już wciągu ostatniego roku szkolnego 1818/9 ziszczają się jego marzenia, gdyż jako zastępca profesora wykłada w uniwersytecie matematykę niższą, dla kandydatów sposo-biących się do egzaminu nauczycielskiego. Zawód pedagogiczny miał być odtąd powszednim jego chlubem przez okrągłe pół wieku, bo aż do roku 1869, z nicwielkicmi w tym peryodzie przerwami.
W tymże roku 1819 wraca do królestwa i z zezwolenia ówczesnej komisyi rządowej wyznań religijnych i oświecenia publicznego zostajc zastępcą nauczyciela matematyki w szkole wojewódzkiej w Kielcach, t. j. w tym samym właściwie, choć inaczej przezwanym zakładzie, który niedawno był opuścił. Ale obowiązki te pełni tylko przez jeden rok szkolny. Ognisko nauki, Kraków, nęciło go ku sobie tern bardzej, że rozluźniły się węzły serdeczne, które mogły go wiązać ze stronami rodzinnemi: umarła matka, ojciec się powtórnie ożenił i podobno, choć miody Augustyn o tern nic lubił wspominać, w tym samym czasie zmarł pierwszy i jedyny ideał jego serca, młode dziewczę, któremujcszczejako student uniwersytetu poprzysiągł był miłość i dla którego głównie posadę w Kielcach przyjął. Czy fakt ten jest prawdziwy lub nie, tego nie wiemy; ale to pewna, żc rok 1820 zaznaczył się w jego życiu, jako zwrot decydujący o przyszłości naukowej. Mimo podwyższenia pensyi i nalegań władzy, miody nauczyciel gimnazjalny rzuca prowincyonalnc miasteczko i średni zakład naukowy, w którym byłby może łatwo, jak wielu innych, „zależał pole,” i wraca icd skrzydła swojej almae matris, gdaic przez ro..'szkolny 1820/1 wykłada matematykę w trzech wyższych klasach liceum ś. Anny, jako zastępca profesora; uzyskawszy zaś po roku, drogą konkursu, tytuł profesora aktualnego, prowadzi wykład ten dalej przez następne trzy lata.
W r. 1825 rząd krakowski, uznając zdolności Frączkiewicza, przychyla się do jego prośby i pozwala mu, iżby bez utraty prawa do służby na przyszłość, odbył dwuletnią podróż naukową po Europie, dla obeznania się z wykładami uni-wersyteckiemi znakoipitych matematyków na Zachodzie. Frączkiewicz skwapliwie skorzystał z tego pozwolenia i własny m kosztem, przy częściowej pomocy ojca, wyjechał z Krakowa, głównie, można nawet powiedzieć wyłącznic, do Paryża, dokąd sławny matematyk a jego imiennik, Augustyn Cauchy, ściągał zewsząd licznych słuchaczy. Snadź jednak fundusze nic starczyły ani na dłuższy pobyt w Paryżu, ani na podróż do innych wszechnic, bo już w październiku 1826 r. Frączkiewicz wraca do liceum ś. Anny i pracuje tu dalej nad kształceniem młodzieży i swojćm wlasnćm, a w r. 1828 składa egzamin na stopień doktora filozofii, który mu przyznał uniwersytet jagielloński, po publicznej w języku łacińskim obronie rozprawy zatytułowanej: „Dcmonstratio
formulae ditfercntialis ab A. Cauchy inrcntacetc.” (Kraków, 1828).
Jednocześnie, czująe się na silach do szerszej działalności, przyjął Frączkiewicz udział w konkursie ogłoszonym przez komisyą rządową wyznań i oświecenia w królestwie polskićm, na obsadzenie katedry algebry i rachunku wyższego w ówczesnym uniwersytecie królewskim w Warszawie, a utrzymawszy sic na tym konkursie, 32-letni doktór filozofii przyjeżdża w 1828 r. do naszego miasta, obejmuje z początkiem 1828/9 roku szkolnego rzeczoną katedrę i odtąd już aż do śmierci, t. j. przez lat 55 zgórą, nic opuszcza Warszawy ani na jeden dzień, o ile wiemy.
Epoka jego działalności pedagogicznej przypada w tym okresie, kiedy częste zmiany w organi-zacyi szkół i wywołujące je wypadki zużywały bardzo szybko siły nauczycielskie, a w pewnych odstępach czasu usuwały z areny pedagogicznej wiele nieużytych nawet jednostek, które bądź nie odpowiadały nowym, zmieniającym się wymaganiom, bądź nic mogły się z niemi pogodzie. Frączkiewicz jednak, zamiłowany w swoim zawodzie prawic tak samo, jak w nauce, której się poświęcił, umiał, pod wpływem tego zamiłowania, stosować się, do pewnego stopnia, do zmieniających się warunków i z pewnością nigdy, ani na chwilę, nic pomyślał, iż lepiejby było wziąć się do czegoś innego, nie przypuścił, żc na jakićmś innem polu mógłby też oddać krajowi i społeczeństwu usługę. Kto go słyszał czasami utyskującego i ubolewającego, że zawód „bakalarza” nic jest słodki, ten mógł sobie pomyśleć, iż mu się nauczanie przykrzyło. Blędnyby to jednak był wniosek. Miewał Frączkiewicz częste powody do zniechęcenia, bo któż, a zwłaszcza któryż pedagog ich nie miewa? Ale w gruncie rzeczy miłował on swój zawód nad wszystkie inne i stawiał go wyżej nad wszystkiemu
— Gdybym wiedział — odezwał się raz do jednego ze swych uczniów w Szkole głównej — żc nic będziesz nauczycielem, tobym wołał wcale cię nie uczyć.
Po zwinięciu uniwersytetu Aleksandryjskiego, Frączkiewicz, chwilowo bez miejsca, został mianowany już w 1834 r. nauczycielem matematyki w gimnazjum gubcrnialnem warszawskićm, z taką samą jak w uniwersytecie pensyą 6,000 zł. p. i adjunktem obserwatoryum astronomicznego w Warszawie, w r. 1835 członkiem komitetu egzaminacyjnego, a w 1836 r. profesorem matematyki czystej w ówczesnych kursach dodatkowych, w którym-to zakładzie pozostał i po zamienieniu go na kursa pedagogiczne, przyczem od r. 1842 pełnił obowiązki inspektora tych ostatnich.
Bilip tiulimierski.
(Dokończenie nastąpi,)
OdL redakcyi.
Rozpoczynając dwudziesty piąty rok istnienia Tygodnika ilustrowanego, zamykający Ćwierć wieku mozolnej naszej pracy redakcyjnej, możemy z pewnem zadowoleniem wsteczne poza siebie rzucić spojrzenie.
Przebyliśmy z czytelnikami naszymi chwile względnej pomyślności i chwile smutku; chwile niebezpiecznych upojeń i następującego po nich gorzkiego rozczarowania i apa-tyi umysłowej.
Wyrwać społeczeństwo z tej apatyi, z tego odrętwienia szkodliwego, otrzeźwić je i wskazać mu drogę pracy organicznej, spokojnej, lecz wytrwałej, w szczupłych tych granicach, jakie nam zakreśliła ręka Opatrzności—stało się wtedy zadaniem dziennikarstwa polskiego.
Co do nas, powiedzieć możemy bez zaro-zumienia, żeśmy niejedne także cegiełkę dorzucili do gmachu społecznego odrodzenia i że niejedna sprawa pożyteczna bądź z na
szej wyszła inieyatywy, bądź przy naszej stanęła pomocy.
A więc.. . W imię Boże...., póki sił starczy, pchajmy dalej taczkę dziennikarską!....
Tygodnik nasz kroczyć będzie i nadal tą samą drogą, którą postępował od lat tylu. Przewaga rzeczy swojskich nad obcemi, poszanowanie dla tradycyi i przeszłości narodowej, cześć dla religii, miłość dla kraju, baczne śledzenie jego potrzeb i pragnień, o ile to leży w zakresie pisma przeważnie literackiego—oto hasła, pod któremi występowaliśmy przez blizko ćwierć wieku, a których pilne strzeżenie zjednało nam sympatyą licznych czytelników naszych. Pozostaniemy im wiernymi i w przyszłości.
Z utworów powieściowych oryginalnych drukować będziemy w roku przyszłym zapowiedzianą już przedtem powieść T. T. Jeża, p. t. „Niezaradni," osnutą na tle niedawnych stosunków Podola. Po niej nastąpi najnowsza dwutomowa powieść J.l. Kraszewskiego, p. t. „Od kolebki do mogiły.1' Mamy także obiecane nowele Bolesława Prusa i Michała Bałuckiego.
Z utworów scenicznych pomieścimy dramat historyczny w 5-ciu aktach Juliusza Bema, z epoki Kaźrairza Wielkiego, p. t. „Anna Cylejska," z ilustracyami Wojciecha Gersona, oraz pełną życia i werwy kome-dyą Michała Bałuckiego, p. t. „Gęsi i gąski."
W dodatku książkowym, obejmującym utwory tłumaczone, wydrukujemy, między innemi, ostatnią powieść słynnego autora hiszpańskiego De Alarcona „Dziecię globu,'1 przełożoną wprost z oryginału; dalej zaś jednę z najlepszych powieści no’ czesnych włoskich, p. t. „Miernoty," w przekładzie, również z oryginału, pani Maryi Faleńskiej.
Licznych studyów literackich i historycznych, oraz szkiców podróżniczych i artykułów mniejszych rozmiarów, które posiadamy już w naszej tece redakcyjnej, lub mamy zamówione, nie uważamy tu za potrzebne wymieniać z treści i tytułów.
Jako premia na rok 1884 dla wszystkich bez wyjątku prenumeratorów, o ile starczy egzemplarzy, przeznaczamy tym razem dwa dzieła niespożytej wartości literackiej i artystycznej:
PANA TADEUSZA MICKIEWICZA j MARYĄ MALCZEWSKIEGO, oba z ilustracyami E. M. Andriollego. Cena księgarska przepysznych tych wydań wynosi: Pana Tadeusza, format w 4-ce dużej, bez
oprawy..........................rs. 18
Z wykwintną i bogatą oprawą . .	„ 25
Maryi, format ósemkowy, w nader ozdo-
bnej oprawie.......................  4
Prenumeratorowie zaś Tygodnika ilustr. nabywać je będą mogli:
Pana Tadeusza, bez oprawy za . rs. 6 kop. — , Z bogatą oprawą za . . . „ 10 „ — Maryą, w wykwintnej oprawie za „	1 „ 50
A więc za cenę bezprzykładnie nizką.
Ci z szanownych prenumeratorów Tygodnika na prowincyi i w cesarstw ie, którzy złożą zgóry całkowitą przedpłatę roczną za rok 1884, otrzymają oba te dzieła franco, starannie opakowane, bez żadnej osobnćj dopłaty. Inni do ceny powyżej wskazanej zechcą dołączyć na koszt przesyłki Pana Tadeusza jednego rubla.
19
Sądzimy, że ta zamiana dotychczasowych prcmiów obrazowych na książkowe, łączące piękno z pożytkiem, dla ogółu będzie wielce pożądaną.
Warunki prenumeraty Tygodnika ilustrowanego w Warszawie:
Rocznie. rs. 8 kop. — Półrocznie „ 4 „ — Kwartalnie „ 2 „ — Miesięcznie „ — ,, 67*/a
Na prowincyi i w cesarstwie:
Rocznie . rs. 12 kop. — Półrocznie ,, 6 „ — Kwartalnie „ 3 „
Upraszamy najuprzejmiej o wczesne wznawianie prenumeraty i to najlepiej przesyła jąc ją wprost do redakcyi: Krakowskie przedmieście nr 15; długoletnie bowiem doświadczenie wykazało, że droga ta dla stron obu jest najkrótszą i najpewniejszą.
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalszy ciąg.)
II. Gadaniny ludzkie i pies pański.
Przybysz usiadł zboku, ua tej części ławy, co za stół sięgała.
Powierzchowność jego była obrazem nędzy skończonej. Gdyby go zoczył Courbet jaki polski, wziąłby postać jego za model i jak tamten odtworzył na płótnie nędzarza kamienie tłukącego, tak ten odtworzyłby nędzarza, siedzącego pod ścianą w karczemce podolskićj i spoglądającego przed się \ krokiem, w którym w dziwny sposób łączyła się' powaga ze spokojem. Twarz jego żólto-ciemna i wychudzona świadczyła, że odżywianie ciała nie odbywało się u niego w sposób ani regularny, ani dostateczny. Spokój jego miał w sobie coś zagadkowego, przypominającego powierzchnię wody, wyrywającą głębię tajemniczą. Do nędzy takiej nie przychodzi się rzutem jednym, od kolćbki do lat mniej więcćj sześćdziesięciu, wypisanych na postaci przybysza. Spokój i powaga, jakie się na obliczu jego malowały, miały za tło poprawność rysów. Musiał to być, w młodych latach swoich, chłop piękny, pokaźny, z piękności tej bowiem i pokaźności i na starość nieco zostało; ubóstwo, pomimo że zmitrę-żyło człowieka, że go zgięło, zdeptało, nie złamało jednak.
Przyszedł, pozdrowienie wymówił, na ławie usiadł i milczał. Żyd, Żydówka i Żydzięta nie patrzyli na niego, jakby go nie było. Parobcy spoglądali na przybysza z ukosa. Trwało to chwilkę. Wreszcie jeden zaczepił go:
— Nie powiecie nam czego nowego, wujaszkn?
Wicdzićć należy, że lud na Podolu wujaszkiem (dziadkiem) tytułuje każdego wiekiem starszego, gdy nic używa bądź uazwiska, bądź też tytułu jakiego urzędowego.
— A cóż—odrzekł zapytany, ramionami wzruszając — cóżbym wam do powiedzenia miał? Dla starego wszystko postaremu.
— Przecież coś nowego zdarza się zawsze.
— Jak dla kogo. Dla was wiosna nowa, dla mnie stara.
— Hm — podchwycił najstarszy.—Na tę wiosnę przepowiadano zmiany różne. Mówiono o nadziale gruntami, o zmienieniu pańszczyzny.
— Mówiono — powtórzył przybysz sposobem echowym.
— Ano — odrzekł parobek — to byłoby coś nowego.
— Nowego, zapewne. Nową jest koszula, gdy ją ci żonka uszyje, póty jednak tylko, póki jej
na grzbiet nie wciągniesz. Wciąguiesz, pochodzisz w nićj trochę i nową być przestaje.
— Nową jest jednak bodaj przez chwilkę — zauważył parobek, napełniając kieliszek.
— A — machnął przybysz ręką — chwilka przemija tak prędko!
Westchnął.
— W ręce wasze, dziadku — odezwał się parobek, podając mu kieliszek. — Napijcie się.
— Dziękuję — odparł przybysz.
— Z dobrego serca — dodał parobek, stosując wyrazy te do intencyi podania kieliszka
— Piłem — odrzekł nędzarz z uśmiechem.
Szynkarz z akcentem pogardy w oczach spojrzał na niego; parobek zaś zapytał:
— Ta gdzie? we wsi chyba.
— Pod wierzbami.
— Wyprzysięgaliścię się chyba, dziadku Łuka, gorzałki?
— Nie — odpowiedział krótko, sucho i ze złym humorem prawie.
W chwili tej nowe od progu słyszeć sic dało pozdrowienie i ukazała się postać nowa, podo-bniuteńka, co się odzieży tyczy, do postaci dziadka Luki, ale różniąca się od tćj ostatniej tak urodą, jakoteż wyrazem oblicza. O ile tamten poważnie i spokojnie wyglądał, o tyle ten miał pozór ruchliwości jakiejś, zdolnej naginać się stosownie do potrzeby. W oczach świćcił mu wyraz obleśny. Wszedł, kroków kilka od proga postąpił i zatrzymał się w postawie oznaczającej wyczekiwanie.
— Ny, Semen — zaczepiła go Żydówka — gdzieżeś to ty się dzićwał?
— Gdzie? -- odpowiedział — na ekonomii bywałem.
— E? a cóż ty tam na tej ekonomii robił?
— Zawołali, poszedłem; nie iść nie można było: esaula prowadził.
— Coś ty tam zmajstrować musiał — zauważyła, głową zlekka kiwając. — A ja tu na ciebie czekała, czekała: wody przynieść nie było komu.
— Będziesz ty nadał czekała dłużej jeszcze i nie doczekasz.
— Ny? a toż czemu?
— Czemu? ot. Kazali i już. Ekonom kazali, a ty słuchaj.
— Przykazali tobie, ażebyś na Wygnankę nie chodził? — zagadnęła.
— Ij, nic, nie to, ale żebym wrót pilnował, wrót nowych, które teraz właśnie stawiają. Do wieczora gotowe będą. Otóż to tak.
— Nu, a jakże teraz będzie? —zapytała szynkarka tonem wymówki.
— A jakże — odparł Semen, podnosząc dłoń dogóry i w łeb się drapiąc.
— Tyś mówił, obiecał. Toż słowo twoje pójdzie na wiatr?
— Poniewoli, ij-bohu, poniewoli. Jam nie pytał, nie prosił.
— Hm — mruknął Łuka pod nosem.
W momencie tym echo, przez drzwi otwarte, wniosło do izby odgłos dwóch szybko jeden po drugim następujących strzałów, od których drgnęła Żydówka, drgnął Żyd, parobcy zaś spojrzeli jeden na drugiego. Z parobków jedeu odezwał się:
— Na moczarach ktoś strzela.
— Dziedzic—odpowiedział Semen. — Widziałem ich, jakem na kołowrocie stal. Oni z psem i ze strzelbą poszli wdół, a jam pociągnął drogą.
— A! ano — słyszeć się pomiędzy parobkami dało.
Objawił się śród nich niepokój niejaki.
— A nie widzieli oni wozów? — spytał jeden.
— Uhm — Semenjia to. — Chyba, że nie widzieli, bo i Wygnanki ztamtąd nie widać jeszcze.
— Anu, chłopcy, do wozów! — odezwał się starszy, nalewając do kieliszka z pośpiechem.
— A o mnie zapominacie? — zagadnął Semen.
— O tobie? Ałboż ty co?
— Ostrzegłem was przecie. Gdyby nie ja, dziedzieby was zeszli, jak kury na noclegu.
— Niby-to chccsz gorzałki czarkę. Przypominasz się?
— Czyżem nie zasłużył sobie? Gdyby nie ja...
— O! — przerwał parobek, na kieliszek oczy ma wskazując.
Przybysz ręką sięgnął, kieliszek w zgrubiałe palce ujął i wychylił z tćm zacięciem, które pijaka z profesyi oznacza.
— Gorzka? — rzek! pólżartem z parobków jeden, z za stola wstając.
— Nietyle ona gorzka, jak woniąca... brrm — odezwał się.
— Napiłbyś się jednak jeszcze?
— Czemu nic? Od przybytku, jak ten powiada, głowa nie boli.
— Znajdziesz w kwaterce niedopitek—•odrzekł parobek.—Wypij za zdrowie moje i bywaj zdrów.
Wyraz ten był ostatnim. Parobcy się wynieśli. Wkrótce po wyjściu ich słyszeć się dało skrzypienie wozów, oddalających sic od karczemki, a w karczemce pozostali: rodzina szynkarska i dwaj dziadowie, jeden Łuka na ławie pod ścianą, drugi Semen za stołem, przed kwaterką i kieliszkiem.
Semen wziął kwaterkę do ręki, do środka zajrzał, głową zlekka wstrząsnął, uśmiecliuął się i powiedział napól do siebie:
— Na dobre mi się ich lęk obrócił. Zlękli się i wódki odbiegli... Zostawili więcej, niż kieliszek.
Wyraz oczu jego uradowanie wyrażał. Nalał sobie ćwierć kieliszka, kieliszek przed sobą postawił i czekał, jakby nastrajał się do łyku. Po chwili duszkiem wypił, skrzywił się, splunął, odchrząknął przeciągle a z przyciskiem i znów nalał. Tak pijać zwykli pijacy nałogowi.
Łuka milczał; zdawało się, jakby pogrążony był w zadumie głębokićj. W izbie panowało milczenie. Przerwała takowe szynkarka, która, usiadłszy naprzeciw Semena i przypatrując się mu czas niejaki, w następujące odezwała się słowa:
— Oj ty, Semenie, Semenie... i cóż teraz będzie z ciebie?
— A i cóżby być miało! Postawią mi budę, gromada ua mnie wyznaczyła ordynaryą, od przejezdnych kapnie kiedy niekiedy grosz jaki: będzie ze mnie pan...
— A jeżeli się upijesz, zaśpisz, wrót nie dopilnujesz i bydło w szkodę pójdzie, to co się z państwem twojćm stanie?
— Ha!—westchnął Semen i brwiami mrugnął.
— Bo ty chyba bez gorzałki nie wytrzymasz.
— Hm, nie wiem. Prawda, że gdy długo jej nie piję, coś mnie za serce ściska; ale toć przecie obchodzę się bez nićj tydzień i dłużej niekiedy.
— Nielepiej-że było tobie do wrót nie stawać?
— Przykazali... cóż począć miałem?
— Było, o...—oczami na Łukę wskazała—jego nastręczyć.
Łuka głową pokiwał.
— A samemu—ciągnęła Żyd wka—nie brać się do służby, przy którćj trzeź./ym być potrzeba. Nie pomyślał ty chyba o tern. Już tobie przez łato cale, a i dłużej może, na Wygnanko ani zaj-rzćć będzie można.
— Prawda... prawda twoja — odparł dziad z przekonaniem.
— Ny—odezwała się szynkarka.—Czyż tego, co się zrobiło, odrobić nie można?
— Luko! hej!—zaczął Semen.—Słyszysz ty?
— A co?—zapytał.
— Chcesz ty do wrót stanąć?
— A hm... Cóż z tego, że chcę! Chciałaby dusza do raju, ale jćj nie puszczają.
— Na ekonomią pójdę, pokłonię się i nastręczę ciebie, zamiast siebie.
Dziad ręką machnął.
— Tylko—dodał Semen, palec z akcentem ostrzeżenia wznosząc—mohorycz mi postawisz.
— Nastręczał się ja sam, nadaremnie jednak.
— Czemu?
— Ja teżbym ciebie zapytać chciał o to... Nie wiem czemu, jak nie wiem czemu stało się niejedno nie tak, jak się stać było powinno.
Wypowiedział to Łuka z akcentem takiego w głosie smutku, że Semen oczy przymrużył, a Żydówka podchwyciła:
— I ty nie wićsz?
— Nie wiem.
20
— Szedłeś doli naprzekór, byłeś durny, taki durny że no!... i dlatego wyszedłeś na galgana...
Łuka ramionami ścisnął.
— Naco tobie było z panami zadzierać?
— Jazem się upominał o swoje... o moje dziecko.
— Ij, co tam!—Żydówka na to tonem lekceważenia:—dziewczyna!...
— A gdyby tobie dziewczyna twoja — odparł Luka, palcem na dziesięcioletnią wskazując Żydóweczko—tak się zaprzepaściła, iżbyś nie wiedziała, czy sic ona utopiła, czy powiesiła, czy co—czybyś się za nią nie rozbijała po świccie?
— To co innego — odrzekła Żydówka tonem wyższości obrażonej—nie przyrównywaj ty dziewczyny mojej do swojej... To co innego. Ona nie pójdzie na pokojówkę.
— Nic byłaby poszła i moja, gdyby nie...
Dokończył westchnieniem i potarciem dłonią po czole.
Semen nalał sobie nowe ćwierć kieliszka gorzałki, wypił i odezwał się:
— Niedługo już tego będzie, (idy ludzie gadają, to zawsze coś wygadają... a mówią, źc poddaństwa nic będzie, źc pańszczyzny nie będzie i...
Słyszeć sic dal strzał na trzęsawiskach. Żydówka drgnęła.
— At...—wtrąciła.—Co ty tam, Semenie, wyplatasz....
— Powiadam, co ludzie głośno gadają...
— Mało o czem nie gadają! Ot, jak było poddaństwo, tak będzie, jak była pańszczyzna, tak będzie. Lepiej nic odzywać się z rzeczami ta-kiemi.
Nowy wystrzał, a dotego podwójny, nowe w Żydówce drgnienie wywołał. Aż na siedzeniu podskoczyła i rzckla:
— Takie tylko gadanie coś warte, co w książkach zapisane.
— Alboż tego nic piszc?—zapytał dziad zde-kouecrtowany nieco.
— Zapytaj .Srula, Srul czyta w książkach bardzo, bardzo starych.
— No?
— Iw nich nic nic stoi, ani o pańszczyźnie, ani o poddaństwie.
Wystrzał huknął w pobliżu karczemki. Żyd zbladł; dzieci się poprzerażały; Semen nawet niesiony do ust kieliszek w powietrzu zatrzymał; Luka jeden przyjął to obojętnie.
— Nu odezwała się szynkarka po ochłonięciu z przestrachu—i kto to widział!...
— Strzelają sobie dziedzic ptaszki na błocie— rzekł Semen w rodzaju objaśnienia.
— Ptaszki na błocie... Kto to widział? — powtórzy la.
— Gdy to się stanie, o czem ludzie gadają, to nie będą oni tak sobie strzelali.
Wyrazy tc wymówione zostały z silnem, prze-kąsnem zakolorowanicm.
— I jakże to ono będzie? —zapytała Żydówka.
— Panów nie będzie i oni będą panom pańszczyznę odrabiali.
— Na kogo, jeżeli panów nie bodzie?
— Ij... znajdzie się tam ktoś zawsze, co za leb wziąć potrafi... Nie bez tego—odpowiedział, o odpowiedzi resztę w kieliszku utopił.
liozmowa poczynała brać obrót interesujący, Żydówka bowiem coś odpowiedzieć miała, i byłaby odpowiedziała, gdyby ciągu dalszego nie przerwała nagła i niespodziana interweneya psa. Do izby wpadł pyszny, angielskiej porody wyżeł. Pojawienie się jego stało się powodem ogromnego dla rodziny całej żydowskiej przerażenia. Ży-dzięta z krzykiem na łóżku schronienia szukały i bety na siebie naciągały; Srul w szynkwasie się zamknął; Srułowa na ławic nogi pod siebie ściągnęła i na stół wskoczyć gotowa była. Racya przerażenia tkwiła nic w tem tylko, że był-to pies, ale i w tern jeszcze, że był to pies z kształtów i pozoru niezwyczajny: przedewszystkićm czarny jak węgiel, sierść nizka, gładka, łeb duży, oczy wyłupiaste i krwią zaszłe, ogon twardy, uibyźcla-zny, zęby białe na wierzchu, pysk otwarty, język wywalony, oddech krótki, silny i głośny, podobny nieco do pośpiesznego sapania miecha. Nie
koniecznie Żydem być potiz.eba było, ażeby7 się przestraszyć gościa podobnego, zwłaszcza że gość ów wpadł niespodzianie i zachowywał się w sposób niepokój wzbudzający. Wbiegł i rzucił się obces w kąt jeden, następnie w drugi, obwąchując podłogę; wykręcił się, zaskowyczał krótko, jakby z niecierpliwości; stanął, łeb podniósł i spojrzał na Srulową, która zadygotała ze strachu wielkiego, ręce do siebie ściągnęła i z ust wykrzywionych wydala odgłos lękliwy, na następujące rozbity wyrazy:
— Aj waj, waj!... czegóż wun odemnie chce?
On od niej nie chciał niczego; popatrzywszy jćj bowiem w oczy, wywinął się, zwąchał powietrze w półkole i susem jednym pod łóżko się wsunął.
Szeroko otworzone oczy Srula i Srulowćj znamionowały połączoną z przelęknięciem zagadkę: Co pies tam robi? W rzeczy samej, było to do od-gadnienia trudne, tembardziej, źc czasu zaduźo upływało od chwili, jak się pies pod łóżko wsunął.
Po minucie słyszeć się dały szelest, stuknięcie głuche, jedno, drugie—cisza—znów stuknięcie. Żydówka w strachu zachlipywać się poczęła. Przelękła się o dzieci na łóżku w betach pochowane. Znajdowała się w tej chwili obezwładnienia, która u matek poprzedza wybuch ślepego dla dzieci poświęcenia się. Wybuch jednak nic nastąpił, zaszło bowiem rozwiązanie zagadki za-pomoeą zagadki nowej. Pies zpod łóżka wylazł, ale—bez głowy. Żlem się wyraził:—wylazł z głową, ale nie z tą, z którą wlazł. Na miejscu tej ostatniej miał garnek.
Miał garnek zamiast głowy; głowy zaś prawdziwej, głowy psićj—ani śladu. Szyja i wprost szyi garnek sterczał; reszta tułowia nie zmieniła się zgoła. W garnku znikły uszy, oczy, pysk, zęby, język—wszystko słowem, co psa tak strasznym czyniło. Wylazł, a raczej wypełznął zpod łóżka, na nogi stanął, kroków kilka postąpił i wnet przyległ.
Żyd i Żydówka w osłupieniu na zjawisko to patrzyli.
Pies, przyległszy, wnet następujące jął się czynić manewry: przechylał kark w stronę jednę i potrząsał garnkiem; przechylał w stronę drugą i potrząsał; wkładał garnek pomiędzy łapy przednie i raz jedną, -znów drugą do ziemi takowy przyciskał, kark wtyl naprężając.
Osłupienie Srula i Srulowćj trwało chwilkę i ustąpiło nagle okrzykowi rozpaczą nabrzmiałemu, który się z piersi Srulowćj wydarł:
— Szmale!...
— II ms geszehn!—zawołał Żyd, brwi groźnie marszcząc.
— Szmale! — powtórzyła Żydówka z tymże akcentem.
— Ferfal (przcpadlo)—była Żyda odpowiedź, której towarzyszyło wyraziste, acz powolne machnięcie ręką.
Pies wciąż z garnkiem manewrował. Dziadowie przypatrywali się temu, przypatrywali się i Żydzi—pierwsi obojętnie, drudzy z rozdrażnieniem. Po chwili Łuka wstał, polano ujął i do psa się zwrócił.
— Co ty? co?—podchwycił Żyd.
— Garnek rozbiję—odpowiedział spokojnie.
— Czy to twój? — podchwyciła Żydówka.— Masz aby czem zapłacić?
Na zapytanie to Łuka polano położył i odpowiedział:
— Zapłacie nie mam czem, ale inaczój pies sic udusi w garnku.
— Twoja szkoda? co?.
Łuka ramionami wzruszył i w chwili tćj z na dworu doszło gwiźniccie mocne, po którem nastąpiło wołanie:
— Black (czytaj: Blek)!... Black!
Wolanie dochodziło zblizka, ustępując gwizdaniu. Szło to koleją, urywającą się cochwila, powtarzającą się atoli często. Słyszeć się wreszcie dały z akcentem gniewu wypowiedziane wyrazy:
— Cóż u licha!... gdzieżby się on podział? Czy do Wygnanki na kieliszek wódki nie zaszedł?
Na słowa tc Srul z szynkwasu wyskoczył i w chwili jednej, przybrawszy na się wyraz
ugrzecznicnia uniżonego, z izby sic wy niósł. Żydówka z ławy sic zsunęła, psa zdała obeszła i przy piecu pozycyą zajęła. Semen przy progu stanął. Łuka czapkę z głowy zdjął, lecz z miejsca jakie zajmował nic ruszył się.
— Srulu, a!...—odezwał się glos obcy7 na dworze—nie widziałeś ty przypadkiem psa czarnego?
— Jaśnie wielmożny7 panie—zabraniała odpowiedź Srula—ten pies... tego psa ja... widział.
— Widziałeś go?...
— Ny, a jakże, jaśnie wielmożny panie.
— Wygnankę okrążył i gdzieś mi nagle z oczu znikł.
— I mnie, jaśnie wielmożny panie, z oczu znikł.
— Gdzieś się podział?...
— Wun się nigdzie nie podział.
— Powiadam, że znikł.
— Nu znikł, ale nie znikł... Wlazł wun, a wylazł garnek.
— Srulu—zabraniał glos upominający—tyś zwaryował...
Na uwagę tę nie było ze strony Srula odpowiedzi, a to dlatego może, iż bezpośrednio po niej na progu izby szynkowej pojawiła się postać ubranego w odzież myśliwską szlachcica—postać tęga, wąsata, o dobrym bycie świadcząca, w nankino-wyni na grzbiecie kubraku, w takichżc phidracb, w chodakach naśladujących koturny rzymskie, w kapeluszu słomkowym, z torbą przez ramię i z dubeltówką na ramieniu. Postać ta na progu stanęła, oczy w szamocącego się z garnkiem psa utkwiła, brwi groźnie zmarszczyła i zawołała:
— A toż co?
— To wun tak... w garnku wylazł— odpowie- i dział Srul z sieni.
— Ależ mi się pies udusi!—zawołał szlachcic, kroków kilka postąpił, strzelbę z ramienia zdjął i łożeni o garnek na sztorc uderzył.
Garnek się na czerepy rozprysnął i ukazał się łeb psi, na wysokości oczu ubielony szmalcem gęsim. Pies poskoczył z oznakami uradowania i do szlachcica się pogarnąl; ten jednak zawołał na niego przeciągle:
— Psss...
Pies przyległ, ogonem kiwając, szlachcicowi w oczy patrząc i językiem się oblizując.
— I gdzie to on sic tak ubrał?—zapytał myśliwy, mowę do obecnych zwracając. Na odpowiedź nic czekał jednak, lecz prawił dalej: Udusić się mógł... Nikomu z was na myśl nic przyszło garnek stłuc?
— Mnie to na myśl przyszło—pochwycił Żyd z pośpiechem, bojąc się snadź, ażeby go Łuka nie uprzedzi!—mnie... ny, ale....
— No?...
— Ja usłyszał jaśnie wielmożnego pana i... tego... Czasu nie było.
— Ależ sic ubrał!—szlachcic na to.—Szmalec mu wiatr zepsuł i dziś z polowania nic już nie będzie—a ku lawie idąc i miejsce zajmując, dodał:— Daj-no mi, Srulu, wódki kieliszek, ale... wiesz, szumówki, szabasówki, tej co sam pijasz... czystej, nicchrzczonćj i niebardzo śmierdzącej.
(Dalszy ciąg nastąpi.)
Z obcego świata.
Muzeum Patiami w Atenach.—Niecą, kosmopolityzm i dar rozmowy.—Terytoryalny wzrost potęgi angielskiej.— Sztuka w Japonii.
Gdy wśród obnażonych konarów wicher świszczy, gdy śnieg w oczy zamiecią sypie, gdy promień zastygłego słońca nie może się przedrzeć przez ołowiane niebios sklepienie, gdy zimno i tęskno na naszej północy, wtedy mimowicdnic kij swój wędrowny zatrzymujemy w ublogosla-wionych krainach południa, gdzie nad lazurowego morza zatoką kwitną granaty i latiry, gdzie się złocą pomarańczo, gdzie pod pieszczotą słońca białe połyskują marmury.
Dzisiaj przedewszystkićm wabią nas do siebie Ateny, zkąd wieść nas dochodzi o otwarciu no-w7cgo skrzydła muzeum centralnego, znanego
21
ogólnie pod nazwą muzeum Patissia. skończono tedy ów gmach, którego tak dawno oczekiwali wszyscy miłośnicy klasycznych zabytków i pomników sztuki. Przy'nicdbalości,jaka panuje tam co do zabezpieczenia takowych, i przy całkowitym braku funduszów na budowle publiczne, nic można sio i tego było spodziewać.
Nic trzeba sobie wyobrażać, żeby muzeum Patissia było świetnym pałacem: bynajmniej. Jest to parterowy gmach czworokątny, nie z drzewa, ale z muru, dlatego jedynie, żc tu mur jest tańszy, ale skromny, bez najmniejszych ozdób architektonicznych, o ścianach nagich. Na środkowym dziedzińcu chwasty, gruzy i rupiecie. Ale nagromadzono tam taką nieprzebraną ilość posągów i płaskorzeźb, złomów świątyń i nagróbkow, żc muzeum to śmiało wytrzymuje porównanie z Luwrem, Watykanem, alko British Muscum. Wprawdzie całe Ateny są jednem nicprzcrwanem muzeum," bogatszem w wypuklorzcźby, aniżeli jakakolwiek pod słońcem miejscowość; ale tutaj znajduje się ich punkt środkowy. Główna różnica, jaka zachodzi pomiędzy zbiorem w Patissia, a zna-komitemi zbiorami w stolicach europejskich, jest ta żc tam, obok kilkudziesięciu, kilkuset arcydzieł są kopie, niesforne naśladowania, przedmioty podrzędne, podejrzane co do wieku i pc chodzenia. Tutaj, przeciwnie, nie zadano sobie innej pracy, nad wydobycie z łona ziemi tkwiących w niej arcydzieł. Nic naprawiono ich szczerb, nic polatano braków, nic dorobiono nóg lub nosów. Stoją takie, jak ujrzały znów światło dzienne, stoją w szlachetnych swych bliznach Ilcr-mesy, Apollony i cały Olimp tak dobrze nam znany, tak umysłowi naszemu blizki, a jednak tak od nas daleki! Na wielu z tych posągów i na wszystkich płaskorzeźbach są jeszcze ślady poli-chromowcgo malowidła: przesąd o jednostajnej białości greckiej rzeźby rozwiał się do szczętu. Grecy byli kolorzystami i być nimi musieli pod tćm niebem i nad brzegiem tego morza. Nieład, nieporządek, brak systematu w umieszczaniu wykopalisk, brak wszelkiego naukowego katalogu czuć sic daje dotkliwie. Ale główna rzecz już jest dokonana. Mają przynajmniej dach nad sobą najczystsze geniuszu ludzkiego pomniki. Wiek XX zobaczy prawdopodobnie lepsze urządzenie tych zbiorów. Grccya, zawistna o swoje skarby, ale nieumiejąca ani ich ocenić, ani utrzymać jak należy, zgodzi się wtedy prawdopodobnie na oddanie swoich wykopalisk w ręce komisyi mic-dzynarodowćj. Gdy Anglicy, Francuzi, Niemcy, rządy i akademie zajmą się prowadzeniem wykopalisk i uporządkowaniem takowych, gdy zabezpieczą ich posiadanie Atenom, ale gdy skarby te uczynią dostepnemi światu cyw ilioowanc-mu, wtedy dopiero będzie można powiedzieć, żc weszliśmy w posiadanie Fidyaszowej spuścizny.
I na innym krańcu poludniowćj Europy wy-tchnąćbyśmy mogli. W Nicei otwartą będzie w tych dniach wielka międzynarodowa wystawa. Na same już wieść o tój wystawie śpieszą do powabnej Nicei tłumy wędrowców. Zdrowie i spokojny wypoczynek na łonie natury są zapewne głównym dla nich celem; ale rzeczywistość niebawem w perzynę go obraca. Niema miejscowości pod słońcem, gdzieby sic bawiono szalcniej, głośniej, buńczuczniej. Karnawał trwa tam sześć miesięcy, taniec podniesiony jest do wysokości instytucyi publicznej i oddają mu się goszczący nietylko wieczorem, ale i we dnie, nietylko w domach prywatnych, ale i hotelach i klubach, nietylko na lądzie, ale i na wodzie, to jest na pokładach okrgtów, Hzał ten odurza i mizantropów, porywając w swe pląsy nawet najobojętniejszych. Pieniądze nie mają zwykłej swój wartości, gdyż domy gry są pod bokiem, moralność nie jest przeszkodą, gdyż idzie o zabawę, a honor nie może być ściśle przestrzegany w tym zbiorze cudzoziemców o szumnie brzmiących tytułach, którzy dążą przedewszystkiem do rzucenia w oczy złotego pyłu.
Niecą jest stolicą kosmopolityzmu europejskiego i wpływ takowego czuć się daje nawet poza nią. Jest to rzecz ciekawa dla społecznego spo-strzegaeza, jak dalece wyższe, zamożniejsze sfe
ry towarzyskie, dzięki podróżom, przebywaniu na obczyźnie, pozby wają się swoich narodowych wyłączności i jak zapożyczają jedni u drugich przedmiotów codziennego użytku i zwyczajów. Powoli wyrabia się w łonie europejskich społeczeństw klasa towarzyska, która należy do wszystkich narodowości i której trudnoby było oznaczyć kolebkę. Damy tego świata ubierają się w Paryżu, a mężczyźni w Londynie; kupują swe biżuterye w Ameryce, a wyroby skórzane w Wiedniu; rozwieszają swe flamandzkie brązy na chińskich makatach, meble sprowadzają z Anamu, a wina z Hiszpanii; piją chińską herbatę na rosyjskiej stolon ej bieliźuie w angielskiej porcelanie i wprowadzają stopniowo do swego języka naleciałości i żywioły składowe najrozmaitszego pochodzenia.
Ciekawe to zjawisko zając może ekonomistów, a dla każdego myślącego człowieka przedstawia obszerne pole do wywodów i wniosków. Ograniczając takowe do czysto towarzyskich stosunków, widzimy w tym kosmopolityźmie źródło złego, z którym się spotkać można tak często, że niema już dzisiaj salonów, gdzieby chciano i umiano rozmawiać; dar wymiany myśli i wrażeń ginie całkowicie. Pytamy się, ażaliż może być inaczej pomiędzy ludźmi, co przychodzą z rozmaitych krawędzi świata i nie mają z sobą wspólnych idej, zapatrywań, wychowania? To co interesuje jednych, zostawia drugich obojętnymi, i rozmowa schodzi nicuniknicnie do błahostek i drobiazgów, niegodnych zajmować istotnie wykształcone umysły. Nic dziwnego że ci ludzie, którzy me wiedzą potrzeby otwierać skarbnicy swój wiedzy dla obcych, ograniczają się do szumowin, do pustej słów igraszki. W pomoc przychodzi muzyka, która pozwala zagłębiać się w myślach i trawić spokojnie wykwintny obiadek. Im większo powodzenie ma muzyka w salonach, tćm mniej tam toczy się poważna rozmowa. Są to wykluczające się wzajem czynniki.
Krajem stanowiącym łącznik pomiędzy różno-rodnemi żywiołami jest bez zaprzeczenia Anglia. Nietylko że Anglicy podróżują więcej niż inni narodowcy i osiedlają się w obcych krajach, nietylko żc ich towary, przemysłowe i fabryczne ich wyroby, ich faktorye i t. p., zalćwają świat cały, ale nic można zapomnieć, że językiem angielskim już obecnie mówi połowa kuli ziemskiej. Nic mówiąc już o Stanach Zjednoczonych i o Brytanii, kofonizacya Anglii jest najciekawszym faktem nowoczesnej cywilizacyi. Niedawno J. R. Seely, profesor historyi w uniwersytecie w Cambridge, obrał sobie za cel swych prelckcyj toterytoryalne rozszerzanie sic potęgi angielskiej i drwił sobie z historyków, który ten objaw żywotności narodowej traktują pobocznie, w dodatku do długich rozdziałów poświęconych utarczkom parlamentarnym, albo intrygom dworskim. Ma on zupełną słuszność gdy twierdzi, że cala historya angielska XVIII stulecia nie będzie miała najmniejszej jedności, jeżeli się z niej wykluczy ten węzeł, te spójnię organiczną. Gdy się widzi, zc metropolia trzydziestokilko milionowa posiada do "00 milionów poddanych w Azyi, ża cala południowa Afryka, cala północna część Ameryki i cała Australia należą do Anglii, nic można się wstrzymać od podziwu. Tylko Rosya i Stany Zjednoczone mogą być postawione obok Anglii co do rozmiarów, a chwila zastanowienia najpowierzchowniej szego pokazuje, żc ma się tu do czynienia z organizmami innej całkiej natury.
Na pytanie, coby się stało z Anglią, gdyby jej kolonie od nićj odpadły, odpowiedź bywa dwojaką. Niewielu jest optymistów, którzy jak ćw uczony profesor z Cambridge twierdzą, że kolonie obecnie angielskie pozostaną raz nazawszc w ręku Anglii. Zła polityka ekonomiczna oderwała od niej Stany Zjednoczone, ale błąd ten nic powtórzy się na przyszłość. Wielcby można mówić za i przeciw, i nie myślimy dotykać tu nawet tćj kwestyi. Powracając do wyżej postawionego pytania, coby się stało z Anglią, gdyby odpadły od niej naprzód Kanada, potem Australia, a nako-nieć Indyc, nic sądzimy, ażeby nawet wtedy zeszła do lichej roli, na jaką skazaną została Hi
szpania albo llolandya, po stracie swych kolonij zamorskich. Zostanie zawsze Anglii jej znaczenie moralne jako kraju, gdzie mieszka i działa najenergicznicjsza, najwytrwalsza i najbardziej przedsiębiorcza rasa. Nietylko że Anglia posiada bogactwo inateryalne, ale skarby jćj wiedzy, zasób jćj piśmiennictwa i język, na coraz większej przestrzeni kuli ziemskiej rozszerzony, zapewniają jej raz nazawszc stale miejsce pośród pierwszych mocarstw świata.
Gywilizacya europejska—mieliśmy sposobność powiedzieć to wyżej nieco—wciąga w swój skład coraz liczniejsze, dawniej obce jej żywioły. W ich rzędzie pierwsze miejsce należy się janonizmowi. Jeżeli kraj ten wynaradawia się z pośpiechem, przyjmując nasze europejskie instytucye, prawa, zwyczaje i nawet brzydkie nasze ubiory, to my zato chciwie garniemy do siebie wszystkie oka/y jego sztuki, tak wysoce oryginalnej. Jak wiadomo, panuje obecnie na Zachodzie prawdziwa gorączka, prawdziwy szal do japońskich porcelan, h iftów, rzeźb i nieprzebranych ich cacek. Nietylko że wykupiono na miejscu wszystko, co tylko wykupić się dało z przedmiotów starożytnych, nietylko że spółczesna ich fabrykacya znajduje na targowiskach europejskich łatwą sposobność zbytu, ale w Paryżu, Londynie i innych wielkich miastach powstały fabryki fałszywych wyrobów japońskich. Nieobeznana publiczność kupuje nieraz te naśladowane w pospolity sposób wyroby, jako prawdziwe. 1 nie może być inaczej. Ażeby umieć rozróżnić prawdziwe okazy japońskiej sztuki, trzeba specyalnie poświęcić się tej gałęzi estetyki. Rzecz ta była tćm trudniejsza, iż dutąd nie mieliśmy w żadnej europejskiej literaturze ani jednego systematycznego w tym przedmiocie dzieła, napisanego przez kompetentnego pisarza. Obecnie p. Ludwik Gonse, ten sam, który w roku zeszłym urżądził w Paryżu wystawę japońskich dzieł sztuki, zebranych u najcelniejszych ich posiadaczy, wydal wspaniale dzieło dwutomowe, pod tyt. L'art jayomis. Pan Gonse jest wydawcą Clas tte des beaux arts od lat wielu i jedną z największych powag w dziedzinie japonizmu. Dzieło jego należy bezwątpicnia donajozdobniejszych pod względem formy, jakie wyszły kiedykolwiek zpod pras paryskich. Ilustracyc, którcmi p. II. Guerard dzieło to zaopatrzył i które odtwarzają najznakomitsze okazy każdego oddziału sztuki, są nietylko rozkoszą dla oka, ale pozwalają czytelnikowi zrozumieć wykład autora.
Samej historyi sztuki japońskiej, takiej jaką napisał p. Gonse, nic można się dość odchwalić. Czuć w nićj namiętne, fanatyczne zamiłowanie przedmiotu, o jakim traktuje, lecz ani na chwilę autor nie traci krytycznego poglądu. Panuje on nad całym tym ogromem i zna najbardziej kręte jego zakątki. Zaczyna od historyi polity cznej Japonii, z którą prace Reeda Metniszkowa zaznajomiły nas niedawno, i kreśli chronologiczny rozwój sztuki, co jest rzeczą wielkiej wagi, w sposób porównawczy z naszą erą. Autor daje nam obraz historycznego postępu różnych gałęzi pro-dukcyi artystycznej japońskićj, zaznaczając pod jaką dynastyą, pod jakiem panowaniem ten lub lub ów artysta pracował peuzlcm lub igłą, rzeźbił na kości lub metalu. Jak znamy mistrzów europejskich szkól malarstwa lub rzeźby i ich uczniów, jak znamy charakter wspólny tej lub owej szkoły, jej tradycye, kierunek i mechanizm wykonania, tak samo znać możemy obecnie mistrzów japońskich, Wieki XVII i XVIII były najwyższym punktem rozkwitu tej sztuki i p. Gonse pokazuje nam, pod wpływem jakich okoliczności talent twórczy słabnąć zaczął i pochylił się do upadku.
Historya sztuki japońskiej, taka jaka wyszła zpod pióra francuskiego badacza, wywołała w Eu ropie artystycznej ogromne wrażenie. Nietylko, mimo wysokiej swój ceny, dzieło odrazu rozku-pioue i wyczerpane zostało, ale najznakomitsi spccyaliści, jak dr Anderson w Londynie, oznajmiają, że prace własne, które przygotowj wali w tym samym przedmiocie, uznają teraz za zbyteczne.
Tojwrczijk.
22
NASZ STÓŁ REDAKCYJNY.
to szczegółowa opowieść przydanego młodym wojewodzinom do boku jmć pana Gawareckicgo o losach odbytej z nimi przeszło dwuletniej (od 164G do końca lipca 1648) podróży po Europie. Wydawnictwo rzeczone w roku jubileuszowym zwycięztwa króla Jana III przypadło bardzo na czasie i mile tćż przez ogół powinno być przyjęte.
— Król i marszałek. Trzy chwile z życia Jana Sobieskiego (1672 i 1G73), przez Lucyana Tato-mira. Warszawa 1884. Nakład Paprockiego i spółki . Str. GG. Cena kop. 30.
Król—to niedołężny Michał Wiszniowiecki; marszałek—to słynny już wtedy czynami wojennemi Jan Sobieski, marszałek i hetman w. koronny. Utalentowany pisarz lwowski, p. Tatomir, opowiada nam z rzeczywistą umiejętnością popularyzatorską owe chwile wrzenia i warcholstwa szlachty, podzielonej na partyą nieudolnego króla, pod wodzą Andrzeja Olszowskiego podkanclerzego koronnego, oraz dwóch Paców—i na stronnictwo malkontentów, pragnących dctronizacyi, na czele których stali prymas Mikołaj Prażmow-ski i Jan Sobieski. Opisuje dalej zawiązanie konfederacyi goląbskiej i przeciwnej jćj szczebrzeszyńskiej; gonitwy Sobieskiego za czambułami rabującćj hordy; oswobodzenie Lwowa; zawarcie d. 16 października 1G72 r. haniebnego traktatu buczackiego; zerwanie go przez sejm i wkońcu napomyka świetne 9 i 10 listopada lG73roku zwycicztwo hetmana w. kor. pod Cbocimcm, od którego już tylko krok jeden pozostawał mu do tronu.
— Z teki podróżnika. Szkice dawne i nowe, oryginalne i tłumaczone, przez Henryka Bart-seba. Warszawa, 1883. Skład główny u Wende’go i ski. Str. 299. Cena kop. 80.
Z zamieszczonych tu szkiców „Z Finlandyi” i „Castrcn” drukowane były w Wędrowcu, a „Walki z bykami na półwyspie pyrenejskim” w Ku-ryerze codziennym; nadto ten ostatni stanowił przednrot odczytu, wygłoszonego r. 1878 w tutejszej resursie Obywatelskiej. Rzecz napisana lekko,chociaż nic pozbawiona głębszych spostrzeżeń, czyta się przyjemnie.
— liibliotcJM matematyczno-fizyczna, wydawana pod rcdakcyą M. A. Baranieckiego przez kasę im. Mianowskiego.— Początki arytmetyki. Napisał Michał Bcrkman. Warszawa, 1884 r. Str. 2G6.
Autor, znany jako doświadczony i wytrawny pedagog, poraź pierwszy u nas, ile pomnimy,'do tak oderwanego przedmiotu jak arytmetyka, zastosował z powodzeniem metodę poglądową. O dziełku tern, jakotćż o dwóch innych, wkrótce wyjść mających, to jest o „Kursie teoretycznym arytmetyki” M. A. Baranieckiego i „Geomctryi analitycznej” W. Zajączkowskiego, oddzielne w swoim czasie damy sprawozdanie.
— O pracy, przez J. I. Kraszewskiego. Warszawa, 1884. Nakład księgarni K. Prószyńskiego. Str. 4G. Cena kop. 17’/2.
Sędziwy Nestor pisarzy naszych, którego potężna iuteligeneya do każdego rodzaju literatury nagiąć się potrali, skreślił pod powyższym tytułem wyborną książeczkę dla ludu, dając mu w formie przystępnej pojęcie o znaczeniu pracy samej i najważniejszych jćj czynników. Oby jak-najliczniej korzystać z niej mogli ci, dla których jest przeznaczoną!
— Krytyczny katalog książek dla dzieci i młodzieży. Ułożył A. Dygasiński. Warszawa, 1884. Nakład Lesmana i Swiszczowskicgo. Str. 80. Cena kop. 80.
Praca, jako wskazówka w wyborze książek dla rodziców i opiekunów, bardzo pożyteczna, obejmująca trzy działy: Dla dzieci, które się uczyć zaczynają;—Dla dzieci 8 do 12-to letnich;— Dla młodzieży, liczącej powyźćj 12-tu lat życia.—Dziełka w każdym z tych działów ułożone są alfabetycznie, z krótką oceną krytyczną. Autor w mozolnej tej pracy, oprócz zdaniem wła-snem, posiłkował się jeszcze opiniami innych znanych pedagogów i z zadania swego wywiązał się nader umiejętnie.
— Złota przędza poitóio i prozaiJww polskich, tomu I zeszyty 9, lOill. Warszawa, 1883. Nakład Biesiady literackiej i księgarni Paprockiego. Str.
Pod tym tytułem wznawiamy prowadzoną już dawniej rubrykę bibliograficzną, w której zamieszczać będziemy krótkie wiadomości o nadsyłanych do redakcyi naszej nowych książkach i wydawnictwach zeszytowych. Dział ten, naturalnie, rościć sobie nie może i nie rości żadnej pretensji ani do zupełności, ani, tembardziej, do wyczerpujących przeglądów. Pod względem pierwszym, jak powiedzieliśmy, podawać będziemy wiadomość tylko o nowościach redakcyi naszej przesyłanych; pod drugim ograniczyć się musimy, dla braku miejsca, do krótkich, kilko-, kilkonasto-, lub conajwyżej kilko-dziesięcio-wierszowych wzmianek, pozostawiając recenzyc dzieł ważniejszych do osobnej rubryki „Przeglądów piśmienniczych.“ Z tćm wszystkiem mniemamy, że i w tej formie wskazówki nasze, acz pobieżne, nie będą dla czytelników Tygodnika bez korzyści. Pierwszy ten ciąg, dlatego właśnie że pierwszy po przerwde dość długiej, obejmować musi z konieczności i niektóre wydawnictwa nieco dawniejsze, bo noszące jeszcze datę roku 1883; na przyszłość jednak pomieścimy w rubryce niniejszej same tylko nowości rzeczy wiste.
— Obrazy i studya historyczne, skreślone przez Maryana Dubieckiego. Serya I. Nakład Gebethnera i Wolffa. 1884. Str. 287. Cena rs. 2.
Dawna to i dobra znajomość czytelników Tygodnika ilustrowanego, większa bowiem cześć zamieszczonych tu szkiców drukowana była poprzednio w naszem piśmie, jak n.p. Jan Długosz, pierwszy dzięjopis polski; Osadczy ziemi Mandżu w XVII stuleciu i inne. Autor, we właściwym sobie tonie serdecznym a ciepłym, językiem jędrnym, z umysłu nieco archaistycznym, opowiada nam epizody dziejów naszych w wiekach ubiegłych, w sposób równie zajmujący, jak pouczający, a firma Gebethnera i Wolila dobrze sic zasłuży la piśmiennictwu krajowemu wydaniem w jednym zbiorze tych cennych prac, rozproszonych dotąd po pismach czasowych.
— Kaszubi. Kilka słów o ich życiu i poczyi, skreślił Wiktor Czajcwski. Warszawa, 1883. Skład główny w księgarni Paprockiego i spółki. Str. 42. Cena kop. 40.
IV niewielkiej tej broszurce młody autor, znany z zamiłowania rzeczy słowiańskich, opowiada treściwie a barwnie tysiącolctnie dzieje tego odłamu ludu polskiego, zastanawiając sic szczególniej nad jego sposobem życia, zwyczajami i poezyą. Wspomniawszy potem o pracach na temże polu pastora kaszubskiego Lorka, dra Brylowskiego nauczyciela w gimnazyum chojnickiem, Prejsa i Ceynowy, który całą literaturę kaszubską zbudował, kończy przytoczeniem treści poematu napisanego w narzeczu kaszubskićm przez Jarasza Derdowskiego „O panu Czarlińskim, codo Pucka po sieci jechał,” o którym Tygodnik nasz w swoim czasie obszerniejszą dał wzmiankę. Rzecz p. Czajcwskiego nie jest naturalnie wyczerpująca, ale pożyteczna, chocby jako pobudka do dalszych w tym przedmiocie badań.
— Dziennik podróży po Europie Jana i Marka Sobieskich, przez Sebastyana Gawareckicgo prowadzony, z dodatkiem instrukcyi ojca, Jakuba Sobieskiego wojewody ruskiego, danej synom ja-dącym za granicę. Warszawa, 1883. Nakład Paprockiego i ski. Str. 191. Cena rs. 1.
Dziennik ten, skopiowany przez ś. p. Muchliń-skiego z rękopisu, który należał niegdyś do biskupa Załuskiego, a następnie przeszedł do biblioteki Cesarskiej w Petersburgu, po raz pierwszy, o ile wiemy, został teraz wydrukowany, z zachowaniem wiernem pisowni oryginału. Jest-
160. Cena każdego zeszytu w Warszawie kop. 35, na prowincyi kop. 45.
W zeszytach powyższych „Przędzy,” mającej po ukończeniu stanowić kurs literatury ojczystej, w najcelniejszych wyjątkach podany, znajdujemy dokończenie o Zygmuncie Krasińskim, życiorys Antoniego Malczewskiego, wraz z początkiem, „Maryą” jego, oraz życiorys J. B. Zaleskiego i początek wyjątków z poezyj słowika ukraińskiego. O pubłikacyi tej pisaliśmy już niejednokrotnie z uznaniem, którego odmówić jej niepodobna.
— Dzieła poetyczne i dramatyczne Fryderyka Schillera, zeszyty 2, 3 i 4. Nakład F. II. Richtera we Lwowie. Cena każdego zeszytu, z pięknemi ilustracyami i na ładnym papierze, kop. 40.
O wydawnictwie tćm wzmiankowaliśmy już po wyjściu zeszytu pierwszego. Zeszyty następne obejmują niektóre balady i poezyc liryczne wielkiego poety niemieckiego; z utworów zaś dramatycznych znajdujemy w nich z trylogii Wallen-steinowskiej: Obóz Wallcnsteina i Pikolominich. Strona zewnętrzna jest śliczna i nic nie pozostawia do życzenia, jak chyba, żeby podobne rzeczy drukować się mogły w kraju, a nie w Lipsku. Co do przekładów zaś... redaktor pubłikacyi całej, dr Zipper, sam zdolny pisarz i biegły znawca literatury niemieckiej, wybierał najlepsze, ale dobrych zupełnie naprędce stworzyć naturalnie nie mógł.
— Jachowicza Kalendarzyk dla dzieci na rok przestępny 1884, ułożył Eryk Jachowicz. Warszawa, nakład F. Burzyńskiego. Cena kop. 15.
Prócz części kałendarskiej, mała ta książeczka obejmuje różne utwory prozą i wierszem, o rozmaitych przedmiotach, swobodnie tu obok siebie zestawione. Jest n. p. życiorys Jana Kochanowskiego, obok wiadomości o majowćm nabożeństwie i kościołach warszawskich, poczem następuje krótkie wspomnienie o Anczycu. Są dalej powiastki i nauczki moralne, w duchu religijnym, są wiadomości z nauk przyrodzonych, wierszyki, przypowiastki, aforyzmy rymowane, pytania i zagadki, a imię Jachimowicza staje się niejako symbolem, wskazówką ducha i kierunku całego wydawnictwa.
— Józef Kościdski. Poezye. 1861—1882. Serya pićrwsza. Kraków, nakład Gebethnera Wolffa. 1883 r. Cena rs. 1 kop. 50.
Imię poety, znane już dobrze na niwie literatury bieżącej, wypisane na czele książki, usposabia dla niej życzliwie i sympatycznie. Wie się zgóry, że w tych rymach nic znajdzie się nic takiego, coby7 przeczyło i różniło się z głebszemi i szlachctnicjszcmi aspiracjami ducha.
Są tu odgłosy z gór, z morza, są dzieje serca, balady, są w reszcie tłumaczenia z najznakomitszych poetów obcych. Liryka jest tonem i barwą ogólną tych utworów, bardziej uczuciowych, niż opisowych, w których autor stara sio wypowiadać wrażenia, na widok natury odniesione. Wszystko to opracowane w formie wykwintnej, często wyszukanej, zawsze wdzięcznćj. Gdyby nie pewnego rodzaju liccncya, najwyraźniej używana świadomie, a odnosząca sic wyłącznie do języka, utwory te byłyby bardzo pięknym nabytkiem naszego piśmiennictwa. Autor lubuje się w przekładniach, myśl zaciemniających, w wyrazach których on sam tylko w formach danych używa.
Jak na tytułowej karcie wypisano, prace w książce tej zawarte stanowią cykl utworów z lat dwudziestu jeden. Obraz to zupełny rozwoju myśli i ducha poety, od chwil młodzieńczych, najwcześniejszych, aż do zupełnej dojrzałości. Im dalej, tern forma bardziej stanowcza, myśl jaśniejsza, pogląd szerszy, uczucia spokojniejsze i głębsze. To, co z wcześniejszych utworów słab-szem jest, dałoby się przerobić i wyglądzie, gdyby był autor tego pragnął....
— Gawędy Ludwika A ienwjowskiego. Warszawa, 1883. 'Skład główny u Gebethnera i Wolffa. Cena rs. 1.
Zbiór-to rymów, w formie gawęd, drukowanych różnemi czasy po rozmaitych pismach. Pan Ńic-mojowski posiada swobodę i zacięcie prawdziwego gawędziarza, niewyczerpanego w pomysłach;
jego wiersz płynie potoczyście, gładko, chociaż nni niebrak zwrotów pospolitych i oklcpanck zbyt gawędziarskich, albo niespodzianek, niezgodnych z duchem języka. Szkoda, bo swada jest, humor i łatwość wielka, przy której brak tylko staranniejszego obrobienia.
(Dokończenie nastąpi.)
Kronika tygodniowa.
Kometa niewidzialna i kapryśna zima. — Kłopoty' spółki asenizacyjnej —O czem-to ludzie nie mówią..—Willa Kraszewskiego.—Pismo peryodyczne w Radomin.— Szkolą politechniczna.—Słówko żalu.—Jeszcze pole do zysku dla Niemców.—Przestroga dla nich - Kryzys w fabrykach sukna.— Moda feclitiinku i sport wytrwałego chodzenia.—Wystawa archeologiczna w Radomiu —Kupno placu dla Tow. zachęty sztuk pięknych.—Pomnik dla Sarbicwskiego.—Dziennik łódzki — Lud nic poprzcstnje na roli — Szkoła rzemiosł w Warszawie.
Czy widzieliście kometę? Spccyaliści twierdzą, że się ona znajduje niezawodnie nad naszym poziomem, tylko trzeba jej szkać bardzo starannie, niespccyaliści zaś zapytują, czy wynaleziono już sposób szukania komet, kryjących się za grubą warstwą chmur, która leje na nas ustawicznie deszczem, lub pruszy śniegiem.
Ale to już trzeba szczęścia, żeby trafić na zimę taką lichą jak obecnie, co bez odpoczynku fabrykuje kupy biota... Mamy tu na myśli spółkę asenizacyjną. Biedna spółka! Co dni kilka spadają na nią sturublowe kary za to, że nie może się uwinąć z wywózką. Tymczasem byłoby bardzo pięknie, żeby tak mróz wytrwały pozwolił obchodzić sic bez tych wywózkowycb ccremonij, żeby niebo iskrzyło się od gwiazd, a śród nich błyszczała owa tajemnicza kometa, o której wszyscy mówią, choć nikt jej, prócz astronomów, dotąd podobno nie widział.
Ale o czem też ludzie nic mówią, a czasem i nie piszą! Oto rozpuszczono od kilku tygodni wiadomość, że J. I. Kraszewski sprzedał swą. willę w Dreźnie jakiemuś bogatemu Szwedowi, chociaż niema w tem ani słowa prawdy. Mówili też nieraz, że Badom ma się zdobyć na pismo peryodyczne, a pisma jak niema, tak niema, chociaż świć-żuteńko ta sama wiadomość zmartwychwstała i znowu głosi niedaleką przyszłość organu radomskiego. Mówi się również sporo o szkole politechnicznej, która podobno długo jeszcze istnieć będzie w krainie naszych najpoboźniejszych życzeń, co wszystko razem dowodzi jasno jak na dłoni, że pomiędzy chęcią a czynem cała przepaść, głęboka jak niemożliwość, szeroka jak mur chiński, którego głową nie przebijesz...
Z tą szkolą istotny kłopot; wszyscy wiemy, że jest ona potrzebna nieodzownie, że przemysłowi naszemu zbywa ua ludziach fachowo przygotowanych, że nakoniec dopóki mieć ich nic będzie, zawsze na lasce cudzoziemców polegać musi. Pomimo też, żc znalazła sic grupa przemysłowców, co rozumiejąc to wszystko, pragnie choćby z ofiarą własnego grosza założenia potrzebnej instytu-cyi, rzecz idzie ciągle w odwlokę i nateraz przynajmniej nie rokuje nadziei urzeczywistnienia pięknych zamiarów. Czy nie godzi się w tem upatrywać braku energii w staraniach, w pukaniu gdzie należy? Jakżebyśmy ją radzi spotęgować, gdyby to było w naszej mocy!
Jakieś pisemko niemieckie zawiadamia swoich laudsmanów, żc w królestwie polskiem jest jeszcze do zajęcia spora liczba miejsc dla piekarzy, zpomiędzy których dwie trzecie części ogółu są-to już Niemcy. Czy istotnie? Dodajc przy-tćm, żc pickarstwo stanowi tu proceder niezmiernie korzystny, bo pomimo ciągłego spadania cen zboża (?), ceny chicha idą wciąż wgórę. Jak to ci Niemcy bacznie śledzą, co się u sąsiadów dzieje, a? jak starannie obliczają korzyści i niedobory naszego przemysłu! Zawsze gotowi wędrować gdzie lepiej i zająć korzystny posterunek, jeżeli się trafi.
Tymczasem inne pismo, także niemieckie, oświadcza wręcz, że tu już dla zagranicznych ka
pitalistów niema pola do geszeftu, że ścisk wszędzie ogromny, przepełnienie, które wielce daje się we znaki. Niema tu już ciągnąć poco, nawet z milionowym kapitałem.
Jest w tem część prawdy... bo na przykład nasze fabryki sukna przechodzą obecnie kryzys, która je zmusza do stopniowego ograniczania produkcyi. Ale gdyby tak Niemcy uwierzyli przestrodze życzliwego sobie organu, to kto wić, moźcby ich napływ ustal, a przy energicznej pracy i wykształceniu fachowem byłoby dla nas chleba więcej, niż dotąd.
Tylko ta szkoła politechniczna... koniecznie!
We Francyi, w Niemczech nastała teraz moda gorliwego feclitowania się... kobiet! Fredro wswo-jem „Gwałtu co się dzieje!” małomiasteczkowym emyncypantkom każę ukorzyć się przed małżonkami wobec nadciągającego Tatarzyna. No, przyjdą, czasy, że lada Tatarzyn nic przestraszy płci nadobnej, gdy ta z zapałem uprawiać będzie rzemiosło rycerskie i od lekkich floretów przejdzie do ciężkiej szabli i bagnetu. A zanosi sic na to. Za jakie lat parę i u nas niezawodnie piękne i płoche panie przywdzieją napierśniki i maski, pochwycą oręż i staną do otwartej walki, szukając chwały w rozprawie, w której biegłość języczka żadnego nie ma znaczenia.
Obecnie tymczasem inną uprawiamy modę: oto sport wytrwałego chodzenia. Jacyś panowie założyli sio (podobno grubo), że każdy z nich w danym czasie przejdzie bez odpoczynku wiorst trzydzieści. Bezstronni sędziowie towarzyszyć im będą na bryczkach, zegarki zostaną /.regulowane najsumienniej, a chwila stanięcia u mety opisana, jak akt urodzenia lub śmierci.
Jeśli pomylił się Fredro co do pici nadobnej, to ci, co niegdyś chadzali dla prostej agitacyi i ua zwykle majówki, pomj liii się jeszcze bardziej, nie przypuściwszy ani na chwilę, że o takie cudowności kiedyś ludziska grubo zakładać się będą. Ale tempera, mutantur... Przy spotęgowaniu i rozpowszechnieniu środków lokomocyi, przyjdzie zczasem do tego, że chodzenie stanie się synonimem poświęcenia.
Kto ciekawy, a żądny pamiątek przeszłości, niechaj podąży (pieszo czy kuryerką) do Radomia, gdzie się odbywa w tej chwili wystawa ar-chcologiczno-artystyczna. Niezadługo damy jej opis szczegółowy, tymczasem jednak wspomnieć nam się godzi o tym czasowym zbiorze przedmiotów wielkiej nieraz wartości, które nagromadził przeważnie Radom, z małym współudziałem okolicy. .Stało się to dzięki staraniom p. Żerauskie-go, który poszedł za przykładem Sieradzan, .o wystawom na prowincyi pierwszy dali początek.
Otóż w zbiorze radomskim znajduje się parę-set obrazów, nietylko swojskiego, lecz obcego i to pierwszorzędnego penzla. Są rzeźby, są orę-że, pasy lite i makaty, zwycięzkie trofea i pamiątki; ale najcelniejszą część wystawy stanowi zbiór medali, przeważnie z kolckcyi dra Rcwolińskie-go, ilustrujących najważniejsze wypadki z dziejów krajowych. Całość przedstawia się dosyć okazale... z tem co jest w Sieradzu, stanowiłoby to zbiór bardzo piękny i bogaty, a cóż dopiero, gdyby i inne okolice dorzuciły to, co niezawodnie posiadają. Tylko nie trzeba o tem zbyt głośno mówić, żeby nie zaostrzać apetytu cudzoziemskich spekulantów...
W Warszawie tymczasem, a mianowicie w Towarzystwie zachęty sztuk pięknych, agituje się sprawa kupna placu pod dom na jego zbiory. Składka dotychczasowa dala sumę może na ten cei wystcrczającą, która jednak nawet fundamentów budowy położyć nie pozwoli...
Zeszłego wtorku, na zebraniu nadzwyczajnym, zdecydowano większością głosów, aby komitetowi Towarzystwa dać lotum zaufania i upoważnić go do zakupna placu. Komitet nadto wzmocniono dodaniem sześciu doradców z grona członków, z zasady że gromada, to wielki człowiek. Wprawdzie ktoś zauważył, że kupno placu nie rozwiązuje bynajmniej zagadki pomieszczenia dla wystawy i zbiorów Towarzystwa, ale ktoś inny z wielkim entuzyazmem zaopiniował, że godzi się przecież ufać ofiarności ogółu...
To prawda! Czesi na przykład złożyli drugi milion na spalony teatr wciągu dwóch tygodni; kto wić, może też my złożymy choć połowę tego po latach kilku, a tymczasem place pójdą wgórę pod względem ceny i Towarzystwo na czysto zyska... Daj Boże, życzymy mu tego z serca!
Zapewne żc w tej sprawie jest pro, jesi i contra, ale naprawdę, co czynie należy?... Mice plac, to lepiej niż mieć coś w postaci papierów, które za lada podmuchem nieprzyjaznego wiatru w nic obrócić się mogą. Doznając zbyt często różnych Jluktuaciij pieniężnych, votum zaufania, dane komitetowi, uznać inusimy za dobre i rozumne. Projekt jest dobry, bo... przewidujący.
Musimy też tu wspomnieć o innym projekcie, rzuconym przez Kuryer warszawski: ma on na celu wzniesienie pomnika SarbieWskiemu w jego rodzinnej wsi Sarbiewie pod Płońskiem. Myśl niezawodnie piękna i godna poparcia ogółu. Niestety jednak, ogól ten niewiele wie o Harbiew-skim, choć imię jego zlotemi głoskami wyryto na Kapitolu w chwili, gdy tam wieńczono poetę... Pisał po łacinie, językiem horacyuszowskiej kla-syczności, więc dzisiaj jest dla ogółu nieczytelnym. Pod tą klasyczną togą biło w utworach jego tętno narodowych uczuć, wypadków, klęsk i tryumfów. Tylko w kilku przekładach Syrokomli (w jego Literaturze) poznać go można... Był czas, gdy ha jego rytmach uczono się w Europie łaciny, a do dnia dzisiejszego żyją one w programach szkolnych Albionu, który niewiele o klasycyzmie rozprawia, ale zna się na nim lepiej, niż na czczej dcklamacyi.
Bądźcobądź — Sarbiewski chlubą jest naszą i polecamy go nietylko tym wszystkim, którzy z obowiązku cegiełkę do budowy jego pomnika dorzucićby winni (więc ogółowi oświeconemu), ale i tym, którzy tłumacząc mistrzów literatury rzymskiej, i o tym uwieńczonym, polsko-łacińskim Horacym przypomniećby sobie mogli. 1 to byłaby cegiełka do pomnika, gdyby Sarbicwskiego wydano w przekładzie polskim...
Dziwny, zaiste, zbieg okoliczności! W chwili, gdy z Kochanowskim rodzi się poeya narodowa, nietylko duchem, ale językiem i formą, w Sar biewskim łacińska plonie blaskiem najświetniejszym i w tym fajerwerku niezrównanym w grób się kładzie.
Powtarzamy: myśl rzucona w Kuryerze warszawskim godną jest podniesienia i uwagi powszechnej...
Z prowincyi przysłano nam skromny arkusz zadrukowanego papieru, który widokiem swoim sprawił nam wiele radości. W nagłówku jego czernią się wyrazy: Dziennik ludzki. Tak zwany polski Manchester (prawda że polski!) doczekał sie nareszcie towarzysza dla swojej niemieckiej iMlzerki, która w ostatnich czasach czyniła wprawdzie pewne drobne koncesyjki na rzecz „miejscowych” współobywateli, ale z natury rzeczy musiala być im obcą.
Dziennik łólzki, choć nie wychodzi w Warszawie, organem prowincyonalnym w ścisłem znaczeniu tego wyrazu nie będzie. Pragnie on godzić i jednoczyć żywioły dotąd rozbite, a jednakże skupione u stołu wspólnego interesu—przemysłu. Pragnie on stać się organem wielkiego przemysłu, który dotąd nie miał ust, aby wypowiadać swoje potrzeby, braki, troski, bo nic miał pisma, któreby się wyłącznic, a umiejętnie sprawom jego oddawało. Jeżeli stanic na wysokości tego zadania, spełni posłannictwo wielkiej wagi w kraju, w którym kwestya przemysłu jest kwestyą pogodnego jutra.	,
Numer pićrwszy Dziennika zdaje się wróżyć, żc redakeya nie przeceniła swoich sił i potrafi osiągnąć cel zamierzony. Pomieszczono tu prace gruntowne (n. p. o przesileniach przemysłowo-handlowych), korespondcncyc pełne treści, kronikę faktów bogatą... Obok tego znalazły się depesze oryginalne, handlowe i polityczne, a całość przedstawia się poważnie i poważne, gorące bu-’ dzi życzenie, aby Dziennik zdobył sobie jaknaj-szćrsze koło czytelników.
I jeszcze z prowincyi...
(28-lJ
LISOWOZYKI. Podług własnego obrazu rysował Władysław Szerncr w Monachium.
NIEPRZE WIDZI ANA SERENADA. Kopia obrazu A. Gjula w Peszcie

26
Gazeta polska, mająca zawsze zajmujące kore-spondencye — co zresztą nic jest jedyną zaletą tego pisma—w liście znad Wisły (z Lubelskiego) podaj e ciekawe szczegóły o garnięciu sic włościan tamtejszych do handlu i przemysłu. „Lud tutejszy—piszc korespondent—bardziej przemysłowy niż gdzieindziej, próbuje sił swoich poza sferą rolnictwa: dzierżawi we dworach mleko, z którego wyrabia sery i masło, dzierżawi sady i sam spićnieża owoce w miastach, hoduje drzewka owocowe, które w dalekie rozchodzą się strony, handluje trzodą i t. p. Zanosi się na to, że z ludności wiejskiej puwoli wyrabiać się zacznic stan średni, którego naszej społeczności braknie, a który tak ważnym jest czynnikiem w prawidłowym rozwoju każdego społeczeństwa. Przytćm wiele zajęć, które dotąd zostawały jakby w monopolu ludności żydowskiej, z rąk jej dla siebie zagarniać będzie.”
jest to wiadomość pocieszająca, bo dowodzi rozwoju i postępu. Jeżeli zaś ostatnie przewidywanie korespondenta się sprawdzi, bodzie to naturalnym i prawidłowym środkiem rozwiązania, przynajmniej wczęści, tak zwanej kwestyi żydowskiej, bo i Izraelici po wsiach będą musieli porzucić dotychczasową wyłączność zajęć, a garnąć się do rzemiosł i roli, zwalczyć niechęć tych, którzy w tej wyłączności widzą system, na szkodę ich obliczony.
Gdybyż jeszcze klasa rzemieślnicza drgnęła życiem i zbudziła się z drzemki zastoju! Tym czasem jest i dla niej wieść przyjazna, bo, jak głosi jedno z pism rosyjskich, niezadługo powstać ma w Warszawie szkoła rzemiosł z funduszu, który na ten cel zapisał -ś. p. Konarski. Kapitał to piękny, przeszło 270,OuO rs. wynoszący, szkoła więc może być obliczoną na większe rozmiary. A w tym kierunku dużo, bardzo dużo jest u nas do zrobienia. Szkoła rzemiosł i szkoła politechniczna, oto dwa nabytki, do których dusza się uśmiecha...
>St. JA Hz.
Przegląd polityki zagranicznej.
10 stycznia.
W Austryi zanosi się na przesilenie, które skończyć się może rozwiązaniem Rady państwa, albo upadkiem gabinetu Taaftego. Pewna cześć prawicy, a mianowicie-dr Lienbacher z dwoma towarzyszami, klub hr. Coroninicgo i część klubu hr. llohenwarta nie chcą popierać rządu w sprawie wniosków, mających określić w duchu autonomicznym prawa języka państwowego i jeżyków krajowych. Tym sposobem przerzedzona większość rządowa stałaby się mniejszością i gabinet byłby zmuszony ustąpić. W przewidywaniu tej ewentualności, wzięto pod rozwagę myśl rozwiązania Rady państwa, do tego kroku jednak możnaby się uciec tylko w takim razie, gdyby by la pewność, żc nowe wybory tak dalece wzmocnią stronnictwo rządowe, iż taka secesya w obozie autonomicznym, jak obecna,nie będzie już w stanic nim zachwiać. Dla rozważenia, czy na taki wynik wyborów liczyć można, powołane zostały do Wiednia pewne wybitniejsze osobistości z różnych krajów koronnych, a z Galicyi sam namiestnik, p. Filip Zaleski.
W razie upadku gabinetu hr. Taaftego pewnćm jest, żc władza nic dostałaby się w ręce lewicy7, lecz nowe ministeryum wyjśćby musiało z łona tych, którzyby obalili obecne, i dzisiejsza prawica musiałaby je popierać, aby opozycyi centralistycznej nie dopuścić do władzy. Byłby to zatem gabinet konscrwatywno-reakcyjny z hasłem niedopuszczenia żadnych dalszych ustępstw autonomicznych.
Oprócz tych dwóch alternatyw: rozwiązania Izby, lub zmiany gabinetu, jest jeszcze trzecia bardzo możebna. Rozprawy nad ustawą o języku państwowym i językach krajowych mogą być dosyć gwałtowne i opozycya przeciw nim dosyć
silna, w decydującej jednak chwili może się znaleźć po stronie rządu większość, zręczncmi ustępstwami i kompromisami pozyskana, a tym sposobem i parlament i gabinet ocaleje. W ten sposób dotąd zawsze gabinet hr. Taaftego zwyciczko wychodził z przesileń i być może zatem, iż ta sama taktyka raz jeszcze zostanie uwieńczoną powodzeniem.
Rada państwa zbiera się w d. 20 lub 22 b. m. i z przebiegu pierwszych jćj obrad można będzie dopiero snuć uzasadnione wnioski, którego z trzech powyższych rozwiązań obecnego przesilenia należy się spodziewać, lub obawiać.
Parlament niemiecki zwołanym będzie na dzień 4 marca. Rządom związkowym rozesłano do zaopiniowania zasady projektu ustawy o ubezpieczeniach robotników na wypadek skaleczeń, odbierających możność zarobkowania. W projekcie tym zaniechaną została zasada przyczyniania się państwa do utworzenia funduszu zasiłkowego, a przyjętą została zasada wzajemnej pomocy stowarzyszonych. Tym sposobem usunięto punkt, który dotychczas najsilniejszą wywoływał opo-zycyą, i umożebniono przyjęcie ustawy.
We wtorek poraź ostatni w dotychczasowym składzie zebrały się Izby francuskie. Jeżeli wciągu bieżącej sesyi rewizya konstytucyi upla-nowana przez rząd Fcrrego przyjdzie do skutku, w takim razie ostatni to już raz zasiadają do wspólnych obrad reprezentanci wybierani pojedynczo każdy w innym okręgu wyborczym, a przyszły parlament francuski wyjdzie już z urn na mocy glosowania odbytego podług nowego systemu tak zwanych wyborów zbiorowych. Czy jednak rewizya konstytucyi da się tak łatwo dokonać, czy reprezentanci systemu wyborów pojedynczych chętnie podpiszą sami na siebie wyrok, zamykający przed nimi podwoje Izby, czy projekt zniesienia instytucyi senatorów dożywotnich będzie mógł przepłynąć pomiędzy tenii Scyllami i Charybdami konstytucyjnemi, o które się dotychczas rozbijało tyle projektów, czy na kwestyi rewizyi konstytucyi gabinet Ferrego nie rozbije się tak samo, jak się rozbił swojego cza su wielki gabinet Gainbetty—są to wszystko pytania, na które odpowiadać w tej chwili byłoby przedwczcsnem, które jednak uważać za już przesądzone i rozstrzygnięte mogą tylko powierzchowni spostrzegacze.
Wojna francusko-chińska, która przed tygodniem jeszcze wydawała się prawie nieuniknioną, dziś zdaje się nieomal nieprawdopodobną. Pomyślny zwrot ten przypisywać nałeży głównie pojcdnawczości nowego króla anamitańskiego, który uznał traktat zawarty z Francyą w d. 25 sierpnia r. z. i zezwolił na obsadzenie cytadeli w Hue przez Francuzów, nadmieniając lylko, iż pozostawia dobrej woli  wspaniałomyślności Francuzów poczynienie ulg w niektórych postanowieniach tego traktatu. Akt ten nie miałby żadnego praktycznego znaczenia, tak jak to niegdyś było z traktatem zawartym z bejem tunetańskim w Bordo, gdyby król Anamu zawierał go jedyniewswo-jćm imieniu, a nie miał za sobą żadnej siły. Zdaje się przecież, iż krok ten cenniejszym jest dla Francy!, niżby się napozór wydawało, pocześci dlatego, że zdaje się być wypływem porady Chin, pragnących uniknąć wojny z Francyą, oraz dlatego, iż pomiędzy Anamitami a „czarnemi flagami” powstały faktycznie zatargi, które ułatwiły Francuzom zajęcie “śontayu. Anamitanie zatem godzą się ze swoim losem, Chińczycy pragną pokoju, chcą tylko utargować najmniej uciążliwe warunki, a pokonanie „czarnych flag,” działających na własną rękę, bez poparcia Anamu z jednej, a Chin z drugiej strony, nic może znów być dla Francyi takiem trudnćm zadaniem. W tak zmienionych warunkach łatwiejszem też staje się dla Francyi przyjęcie pośrednictwa Auglii lub Stanów Zjednoczonych w obecnym zatargu z Chinami.
Stan rzeczy w Egipcie jest pożałowania godny. Po odniesionych nad armią Hicksa-baszy zwy-cięztwacb, fałszywy prorok w Sudanie stał się tak potężnym, że niepodobna już marzyć o pokonaniu go zapomocą sił egipskich. W tryumfalnym pochodzie posuwa się dalej i tylko potę
ga Anglii mogłaby go powstrzymać. Anglia jednakże nie myśli poświęcać swych ludzi i pieniędzy dia Sudanu. Drogim jest dla niej Egipt, ale tylko o tyle, o ile jej sic opłaca, o ile dla jej interesów jest potrzebny, gotowa poświęcić wszystko, aby utrzymać zwierzchnictwo nad kanałem suezkim i nad deltą nilową, ale nie wyda jednego p/enny dla ocalenia Sudanu i owoców ćwierć-wiekowej pracy cywilizacyjnej w tym kraju. Być bardzo może, iż Sudan pozostawiony będzie swoim losom i szczęściu wojennemu fałszywego proroka, stanie się znów ogniskiem handlu niewolnikami i barbarzyństwa. Anglia nie myśli własną piersią i własnemi pancernikami bronić go w tej smutnej ewentualności. Gdy kedyw Tcwfik-basza, widząc niemożność obrony Sudanu słabemi egipskiemi siłami, zażądał od Anglików, aby użyli w tym celu sił odpowiednich, agent dyplomatyczny królowej Wiktoryi w Egipcie, sir Ewelyn Baring, przesłał mu w odpowiedzi oświadczenie, iż królowa zezwala na odstąpienie wschodniego Sudanu sułtanowi, oraz na cofnięcie wojsk egipskich ze zrewoltowanej prowincyi, a zastąpienie ich sułtańskicmi pod warunkiem wszakże, ażeby te ostatnie, udając się do Sudanu, nie wstępowały na terytoryum egipskie. Na tę propozy-cyą nie zgodził się gabinet egipski Szeryfa-baszy i podał się do dymisyi, wskutek czego powstał zamęt trudny do opisania i posypały się jak z rogu obfitości rozliczne plany reorganizacyi Egiptu. Jeden z projektów radzi abdykacyą Tewfi-ka-baszy i wyniesienie na tron jego małoletniego syna Abbasa, pod rcgencyą angielskiego rezydenta Baringa, który w takim razie objąłby prezydenturę gabinetu Inny projekt chce wprost otwarcie ogłosić protektorat angielski i ustanowił rezydenta angielskiego, jak w Indyach, inny przemawia za utworzeniem w Egipcie silnogo rządu narodowego pod tymczasową opieką wojsk okupacyjnych angielskich, a inny jeszcze przemawia za przywróceniem na tron egipski b. ke-dywa Izmaila-baszy.
Według ostatnich depesz, prezydenturę gabinetu egipskiego zgodził się objąć Nubar - basza. Anglia postanowiła wzmocnić korpus okupacyjny i dowództwo nad nim powierzyła najznakomitszemu obecnie swojemu wodzowi, zdobywcy Kairu, lordowi Wolseleyowi. Dzienniki londyń skie witają gabinet Nubara baszy z zadowoleniem, uważając go za ministeryum przejściowe, mające utorować drogę angielskiemu.
Rocznica zgonu Wiktora Emanuela, którego zwłoki złożono w sobotę do nowego grobu w Pan teonie, ściągnęła do Rzymu mnóstwo deputacyj i pielgrzymujących kompani) z całych Włoch, pragnących złożyć wieńce na trumnie monarchy, pod którego berłem zjednoczyła się Italia. Uroczysty obchód rocznicy odbył się wczoraj d. *J b. m. w najzupełniejszym porządku, podług ułożonego programu.
Od. wydawców.
Z powodu obiegających pogłosek o mniemanym podwyższeniu ceny prenumeracyj-nej „Tygodnika ilustrowanego,“ powołujemy się na ogłoszony świeżo prospekt, według którego cena dotychczasowa naszego pisma żadnej nie ulega zmianie.
Szanownych prenumeratorów, którzy zamówili sobie premia nasze: „Pana Tadeusza" i „Maryą,“ prosimy najuprzejmiej o trochę cierpliwości; dopiero bowiem za parę tygodni będziemy w możności dostarczenia Im żądanych egzemplarzy.
Gebethner i Wolff.
27
Przegląd piśmienniczy.
Listy Juliusza Słowackiemu. (We Lwowie, u Gubrynowicza i Schmidta, 1883, dwa tomy.
Listy poety, to skarbnica nieprzebrana, to stu-dynm życia człowieka niepospolitego, to dzieje jego twórczości. Najtajniejsze myśli wychodził tu na jaw, bez szat autorskich. Trzeba sic wczytać w takie listy, ażeby je ocenić należycie, ażeby zrozumieć poetę, którego dzielą nas zachwycają. Żadna historya nie potrafi ująć wszystkie go, aż do najdrobniejszych rysów i przelotnych myśli, a jednak one składały się na życie człowieka, którego skroń uwieńczono laurem nieśmiertelności.
Będziemy się starał, uchwycić kilka rysów najważniejszych, znamionujących charakter człowieka poety, biudyum-to zajmujące, a radzibyśmy, aby ono rzuciło nieco światła na jedne z najpiękniejszych postaci, która wieczną chlubą naszej literatury pozostanie.
Słowacki by 1 jako człowiek oryginalnym, a przy-tćm może być uważanym jako wyraz tysięcy epigonów, którzy kochali wiele, a robić nie mogli już nic... to uczucie, ta myśl, snuje się przez całą jego korespondcncyą, a dziwna, że tak mało na to zwracano uwagi.
Listy Słowackiego pełne są projektów prac nowych, pełne marzeń i naprzemian zwątpień i rozpaczy—zwyczajnie jak u rozbitka. Miłość do matki snuje się jak złota nić przez cały ciąg ko-respondencyi. Zmiany jakim podlegał nic odnoszą się do* lat, lecz do dni lub godzin nicledwie. Pod wrażeniem pisał, a pisał gorąco, z zapałem, przelewał na papier całą duszę namiętną, cale serce szlachetne, lecz zbolałe.
Chcąc choćby szkicowo skreślić charakter Słowackiego, zacząć musimy od miłości jego do matki.
Najnaturalniejsze to na świccie uczucie, było przecież u naszego poety niezwykle silnie rozwinięte. Ta, którą nazywał swą dziesiątą muzą, była dlań najpiękniejszym ideałem; o niej myślal w złej czy dobrej doli, do nićj zwracał się zawsze i ciągle, bo też w niej znajdował współczucie w radości, ukojenie w żalu.
Fantazya porywała go nieraz to w tę, to w owo stronę, a jednak zawsze wracał do swój najpierwszej ukochanej. To też naturalncmi znajdujemy słowa poety, który, pisząc o hieroglifach, jakie każę sobie umieścić na grobowcu, powiada: „Hieroglif ck pićrwszy ciebie mi przypomni, droga moja, i może mi łzy czytać dalej nie pozwolą; przypomnienie o tobie czczość mi rzuci na wszystkie pamiątki, jak teraz często mi pokazuje błahość wszelkich innych smutków.” (T. II, 37.)
W każdym liście, w każdym wierszu niemal czytamy tę gorącą miłość, na której horyzoncie najmniejsza nie ukazuje sic chmurka. I niedziw. Ta matka go wychowała, była jego pocicszycicł-ką w każdój czarnej godzinie, ona wreszcie z niemałą ofiarą starała się o spokojny byt syna. Czuł Juliusz wdzięczność wielką za tę ofiarę, a myśl o tem nieraz odbierała mu spokój.
„Mówią mi czasem ludzie — pisze z Genewy w r. 1833—że ja mam wyższe zdolności. Po takich mowach ludzi często myślę z goryczą, że jest tylu, którzy z małym talentem utrzymują całe rodziny, zasłaniając je od niedostatku— a ja jestem jak niepotrzebne ziele, jestem nawet ciężarem dla ciebie, kochana mamo. Przebacz mi, matko moja, żc taką drogę obrałem, ale wrócić nic mogę!
„O jak ja się zawiodłem, myśląc, żc pisząc, wyrobię sobie kiedyś pewny dochód, niezależny od okoliczności... Czy tam u was kalendarze zajmują miejsce na policach bibliotek?
„Matko, jak jabyni nic chciał dla ciebie bezsennych nocy, jakbym ci chętnie połowę snu odstąpił, a co do życia, chcialbym, aby Bóg zmieszał nasze przyszłe lata w jednej urnie i rozdzielił je na dwie równe połowy...”
Lecz darmo, bezsennych nocy matce ująć nic mógł, bo go kochała cala duszą, bo chciała, by
syn jej był szczęśliwym i dzielnym człowiekiem. Odbija się to życzenie matki niejednokrotnie w listach Juliusza.
„O matko moja, jakbym ja chciał być dobrym człowiekiem!” — pisze w trzy lata po wyjeździć z kraju; a przedtem jeszcze powiada: „Dalibóg, ja może i wart jestem, żebyście mię trochę kochali, dosyć dobry jestem chłopiec.”
Nieraz słowa proste i szczere, krótkie, a jednak wymowne, świadczą o uczuciach, jakie się w sercu kochającego syna rodziły i wzmacniały. „Wierz mi, źo Julek ma nieco szlachetnych uczuć.... źc cię kocha najwierniej, najszczerzej.” Dla siebie nie prosi Boga o żadne ziemskie szczęście, lecz tylko by7 matka jego droga nie cierpiała.
Że niespełnione pragnienia przygniatały mu duszę, rozłzawialy serce, nikt się dziwić nic będzie. Trosk matce umniejszyć nie mógł, a pragnął tego ciągle, pomocnym być także nie zdołał, bo go od ukochanej dzieliły ogromne przestrzenie. Raz tylko nakrótko zjechał się z matką, więc tęsknota go pożerała, tem bardziej, że fantazya jego sklonniejszą była do złej, niż do dobrej wróżby. Ciągle się pyta, czy przyjdzie czas, kiedy przy matce osiędzie i już się nigdy nie rozłączą. Lecz nadzieja niezawsze krzepiła wędrowca. Żdawalo mu się, że to niepodobna, aby życie jego, tak młode, miało już być bez przyszłości, bo w życiu przy matce całe szczęście i przyszłość upatrywał.
„Znajdziemy się kiedyś, matko... Czekajcie, ja wrócę!”—wola do swych ukochanych, bo to było jego najgorętsze pragnienie. Znając ten stan duszy i serca poety, zrozumiemy znaczenie słów listu, pisanego 6 czerwca 1834 r.
„Teraz, po ostatnim twoim liście, mamo droga, już od trzech dni jestem ponury: ten list gryzie mi serce i nikt się ze mną nie smuci, nikt mię o nic nie zapyta. Nie mogę sobie wybić z głowy tego pieska, który sic przy twoich nogach, mamo droga, kładzie i tuli do ciebie, on zabiera miejsce syna twego. O mamo, gdybym kiedy mógł usiąść przy twoich stopach, i położyć czoło na twoich kolanach i pomyśleć o tym święcie, który teraz przebiegam!”
Powić kto może, żc to egzaltacya. Tak jest, lecz jakże ją łatwo zrozumieć! Taka egzaltacya rodzi się w człowieku o bujniejszej fantazyi, który tęskni długo—daremnie. Marzenia, pragnienia, tęsknoty wszystkie ku matce biegły, a syn sierota, tułacz, zazdrościł psu, który mógł głowę tulić do kolan matki, gdy on rwał się ku niej cią gle, bez nadziei prawic... Obraz to rzewny, piękny i on jeden wystarcza, aby całćm sercem przylgnąć do tego smutnego poety, który, mając matkę, mnsiał być sierotą.
Z tęsknotą do matki łączy się tęsknota do kraju i ciężka myśl, że dlań tak mało mógł pracować. Więc rwie się do pracy, aby w ten sposób przypodobać się swym dwom ukochany m nad życie ideałom.
A inna miłość?
Nie brakło jćj w życiu młodego poety, lecz dziwny zawsze miała charakter. Fantasta-pocta, był takim i jako kochanek.
Niepodobna objąć tu dziejów wszystkich miłości Słowackiego, obcięlibyśmy tylko dać ogólny ich rys. Szczegóły nie pouczyłyby nas wiele, bo oprócz jednej miłości, wszystkie były do siebie podobne. Tą jedną nyla pierwsza miłość!
Chłopcem jeszcze młodym, zakochał się słowacki w Ludwice Śniadcckićj. Ona była pierwszą jego wybranką, wiec niedziw, że przylgnął do nićj sercem i fantazya. O wzajemności nic było mowy, ukochana była o kilka lat starszą od Juliusza, wiec zapały jego mogły w niej chyba żal budzić. Było to coś, czego i Goethe doświadczył, a co potrafił tak doskonale wyrazić. Powiada on, żc panny trochę starsze od swych wielbicieli rozwijają w swćm postępowaniu... „cin tantenhaftes IKcscn.” Trudno określenie to przetłumaczyć dokładnie, a krótko. Ma to oznaczać, żc panny te zachowują się wobec młodych wielbicieli, jak ciotki wobec siostrzeńców.
Tak działo się i ze Słowackim. Serce jego, po raz pierwszy zapłonąwszy miłością, zostało zra
nione—lekceważeniem. I nie zapomniał tego nigdy swojej ukochanej, lecz i miłości nie mógł wyrugować z serca. Ża granicą będąc, zakochawszy się fantazya w pannie Korze, powiada że „mścił się na niej za wszystko, co kiedykolwiek od wietrznie, jak mówi Bohdan Zaleski, ucierpiał.” Wietrznicą dla mego była Ludwika, a jednak, chociaż młody poeta lubił fantazyować z sercem, choci iż mu pochlebia miłość panny kory, pisze list do Ludwiki na ręce matki: „Ode-szlij ten list, moja mamo, ale tak, żeby pewnie doszedł i żeby go przeczytała... O, gdyby <>na odpisała do mnie!... Ale nie spodziewam się... Tylko co napisałem ten list i dlatego widzisz, mamo, tak przerywane frazesy. Pióro rozkołysało się; smutno mi, ale co robić?”
„Jutro pójdę do Kory—dodaje zaraz—a może, kiedy mi zacznic patrzeć w oczy i uśmiechać się, może ten smutek rozproszy, choć dalibóg nie kocham jej.”
Już z zestawienia tych dwóch ustępów łatwo wyrozumieć, jaką była miłość poety, a jaką fantazya. Bawi się z Korą, a o Ludwice myśli. Zaraz w następnym liście pyta, czy matka list jego odesłała, i dodaje:’„Koniecznie chcę odpowiedzi.”
Wkrótce potem posyła list drugi: „Otatni to będzie i już dosyć tego.” Lecz tak się nie stało. Pisuje dalej i odbiera nawet odpowiedzi. List z czarną pieczątką przeraża go, wspomnienia z lat dziecięcych znajdują czuły oddźwięk w jego sercu. Lecz jak wogóle był zmienny, tak też.i uczucia jego podlegają fantazyom. Pod datą 9 listopada 1832 r. pisze do matki, że list Ludwi-si przykrość mu zrobił: „Szalona, cbcialaby być poetyczną istotą, a jest śmieszną.” Pisze dalej, że ją gniewa, iż tak mało o nićj pisał w swych poczyach, kończy zaś słowami: „żałowałem, żem drugi raz do niej pisał, choć wprawdzie dosyć dumnie.”
Są-to wszakże tylko przelotne chwilki na horyzoncie wspomnień. Pisze znowu i prosi nawet o jej miniaturę. Wiadomość o losach Ludwiki przykre na nim robi wrażenie. Ideał naszego poety zboczył bardzo z idealnój drogi, ba nawet z drogi, którą idą zazwyczaj kobiety; Słowacki wieściom prawie wiary dać nie chcc; ona zawsze dlań pozostaje Ludicisia. Obraz pierwszćj ukochanej towarzyszy poecie wszędzie, nawet w podróży na Wschód. W roku 1837 pisze z Floren-cyi: „Proszę, aby mi Sylka doniosła co o osobie, która mie jeszcze niestety interesuje, jako wspomnienie mego dzieciństwa, od której miałem na czole pierwszy pocałunek na górze Libanu. Było to we śnie i w klasztorze; księża byli blizko i zaraz nazajutrz wyspowiadałem się z grzechu pamięci, a potem wszedłszy7 najedny z największych skał, rzuciłem jćj ogromne przekleństwo. A ty, droga moja, czytając to, nie śmiej się ze mnie, bo to trochę i twoja wina, żc ja taki smutny waryat”
Przekleństwo i miłość jakoś niebardzo się godzą—lecz u poety-fantasty, jakim był Słowacki, rzecz taka nie dziwi nas. O nićj jednej wspomina często, jćj jednej pozostaje wierny sercem i pamięcią. Jeszcze w r. 1842, czytamy w jednym z listów do matki:
„Dziękuję ci, droga, za wiadomość o Lud. Imię to ma dla mnie dotąd czar dziwny.” Dalej opisuje śliczny7 sen, jaki miał o swej ukochanej, sen, który może posłużyć za najlepszy dowód, jak głęboko to pierwsze uczucie utkwiło w sercu Juliusza.
Każde inne uczucie było tylko przelotne. Często zmieniał przedmioty swych uczuć, a między jedną miłostką a drugą cisza obejmowała serce i zdawało się poecie, żc już nigdy kochać nie będzie. I tak czytamy w liście z Genewy (r. 1835): „Lękam się, czy już nic umarłem, bo mi się zdaje, żc już nigdy7 kochać nic będę. W mojćj głowic utworzył się jakiś obraz, jakieś wyobrażenie ogromnej miłości, niepodobnej do osiągnięcia.” A jednak pragnie miłości, nawykły do niej, czuje nieraz jćj brak.
W następnym roku pisze z Neapolu: „Wyznam ci także, droga, żc mi braknie podpórki; podpórką nazyiya się u mnie... trudno fni to wytłumaczyć, jest to coś, co mię kocha... coś, co m:ę broni od
28
myśli, że jestem samotnym na święcie, jakaś postać, co mi patrzy ze łzami w myślące czoło i 0Cł} . Przywykłem nie do kochania czegoś, ale do luLh nia czegoś na ziemi.7— „Chciałiiym się kochać—wo’a innym razem—ale nic wiem w kim. 1'ilowic już ci musieli powiedzieć, droga moja, że to jest jedno z najgłówniejszych żądań mojego teraz życia.”
Żali sit; nieraz ua ten brak, aż dopiero, kiedy znalazł taką nową „podpórkę,” staje się weselszym. liaz, donosząc o takiem wydarzeniu, powiada: „znalazłem dawną swoje uszczypliwość w rozmowie i d ńwi mię lo, bom sądził, żem się jćj już dawno pozbył nazawszc, przez pięć bowiem lat i więcej poważność jakaś zastąpiła bj la jej miejsce."
Szały miłosne, jak je sam poeta nazywa, mijają rychło, pozostaje pustka w sercu, izczość, lecz czasem także spokój wraca, dopóki go nowy szał nie wyruguje. Ponad tern wszystkiem góruje, jak to widzieliśmy, miłość dla matl i.
Dwojakie te uczucia dają nam już poniekąd wyobrażenie i o charakterze Słowackiego. Widzieliśmy na dwóch krańcach szczerość dziecięcą i bujną fantazyą; pośrodku znajdujemy jeszcze wiele rysów charaktcrj stycznych, nicprzcchodzą-cych wszakże nigdy poza pewue granice, Natura czysta, szczera, to grunt serca i duszy poety; ponad tćm unosi się fautazya, która go nieraz porywa, unosząc to w krainę smutku i tęsknoty, to ukazując w barwnych promieniach raj.
Charakter swój i usposobienie najlepiej sam Słowacki opisuje. Listy, które były najszczerszą jego spowiedzią, są zarazem doskonaleni odbiciem charakteru, we wszystkich jego fazach i przemianach. Natura to wogóle bardzo yyrażliwa. ..Ty zawsze sądzisz, że ja mam biednego ojca mojego zgryźliwą naturę; aleja mam więcej two-ję duchową naturę, a raczej naturę tego ideału, o którym ty marzyłaś zawsze.”— A jednak pewnej dozy zgryźliwośei nie można nie dojrzeć w naszym poecie. Wy tłumaczy ć to łatwo. Natura ta bogata, niezmiernie bj la wrażliwa, a że wyo-braźn.a yyięcej bujała ponad ziemią, niż stąpała po ziemi, ztąd niezgodność wyobrażeń z rzeczywistością, ztąd częste niezadowolenie, zgrjźli-wo*ć. Dobra strona charakteru pokrywa ją wszakże obficie. Humorystycznie powiada o sobie raz Słowacki: „Gdybym się nie lękał nadto romantycznego porównania, powiedziałbym, że z myślami niojemi podobny jestem do psa, co się sani za ogon chce złapać i kręci się długo na jc-dućm miejscu, aż nakoniec znużony wywraca się i zasypia pod kominem.”
Istotnie, gonienie ciągle za czćmś niedoścignio-nem leżało yy usposobieniu poety. W charakterze jego znać zrazu wielką zmienność i on sam czuje to, kiedy powiada, żc podroż ua Wschód, jeśliby już innej nic przyniosła korzyści, to przynajmniej „ustali moc < harakteru.71
Natura yyrażliyya zmienia często sposób życia i postępowania. Kiedy sny i złote nadzieje otaczały go yykolo, kiedy teraźniejszość była dlań tylko ziemią prowadzącą do czegoś lepszego, wtedy szukał samotności, lecz gdy się yyszystko wspak obróciło, garnie się do ludzi, lęka sic samotności. „Ale na Boga! jeszcze się nie poddani zniechęceniu i ty, droga moja, łagodnemi słowami dopomóż mi do tego, aby mi serce bić zupełnie nie przestało yv piersiach” — pisze pod datą 21 sierpnia 1837 r. W liście z tegoż roku czytamy: „Słowem, żc życie moje jest pełne i puste zarazem, nie bez jakiegoś jednak harmonijnego dźwięku, nie bez upojenia.”
Fantazja buja ciągle, wspomnienia plączą się z marzeniami— słowem człowiek to oderwany od ziemi. Nicdziw więc, że spokoju nic znalazł, znali' ;ć nie mógł. „Natura moja jest pełna błyskawic; najwięcej dni ciemnych, lecz czasem wplatają się dni ogniste różnego koloru, które ini potem świecą yv pamięci. Z tych yyszystkich świateł zrobię kiedyś wianek na czoło i tak zostanę.”
Horyzont życia poety nicrozpogadzalsię wcale, dni ciężkich, brzemiennych chmurami przybywało; więcej też było smutku niż wesela, co sic
naturalnie musiało silnie odnie na charakterze Slo-yyackicgo. W kwietniu 1840 r. pisze do matki:
„O moja!... Świat ten, do któregom s:ę niegdyś z taką niecierpliwością wyrywał z twoich ramion, nie dopisał mi, nie zaspokoił. Żadne moje uczucie nie wzrosło—strudzony, chcę wrócić do ciebie — a nic mogę.*”
Pod takicmi wrażeniami przenosi się często do pierwszej młodości swojej, w niej jedynie widzi szczęście. Miody jeszcze latami, już się starzeć zaczyna. Stan taki tr.wa dość długo, dopiero ważuc wypadki rozwiały tę czczość, która poetę ogarniała, zbudziły z letargu, ukoiły zniechęcenie.
„Wiele nadziei zwiędłych Boża miłość i łaska ożywiła we mnie, już nic narzekam, ale ufam... Otoczył mię krąg ludzi kochających, kosztuję nowego stanu duszy, zdajc się, żc błogosławieństwo Boże jest nademną.”
Tę silę, budzącą do nowego życia, zaczerpnął Słowacki w ideach, które zakwitły nad Sekwaną; kolo łudzi, którzy go teraz otoczyli, tworzyli zwolennicy mcsyanizmu. Spokój zapanował na jakiś czas w tym fantastycznym umyśle, przybyły siły do nowej pracy, do której rwał się teraz gorączkowo. A jednak smutek, który przyrósł do serca poety, i teraz nie ustąpił—ta tylko zaszła różnica, żc go opromienia nadzieja.
„O! kochaj mię i pozwól smutne ci listy pisać, kiedym smutny, boby mi czasem sil nie stało na ten uśmiech serdeczny, który mieć muszę dla dzieciątek świata, coby z mojego smutku źle wnosiły o interesach Bożycli na ziemi. Wicrzaj mi, droga, żc ten smutek jest to rodzaj szczęścia, na jaki dusza moja jest skazana podług swojej natury, a jeżeli clicialbym być czasem podług świata szczęśliwym, to tylko dlatego, żc wiem, żc toby ci szczęście przyniosło.”
Dzień po dniu jednak smutek zalewał coraz bardziej młodą duszę, tak że zezasem i ciało mu uległo. Praca, marzenia i tęsknota do matki i do kraju odbierały powoli silę, lecz uspokajały temperament. Przed widzeniem się z matką pisze: „ Wielkiego mizeraka syna oddam ci, zamiast tego, któregoś ty na ś« mt wydala, który byl daniny i niezupełnie godny twojej miłości. Zobaczysz, droga moja, żc zemną teraz spokojnie czas płynie, a doniek, który ja zamieszkam, cichszy jest, niż inne.”
Po siedemnastu latach wędrówki po święcie pisze, że jest już rozważnym człowiekiem, lecz trzeba pokazać w owocach tę długą „pracę wewnętrzną i cierpienia duchowe.” Spokój jednak nie był jeszcze trwałym. W ostatnim liście do wuja, jaki w obccnem wydaniu się znajduje, na pół roku przed śmiercią pisze, że jest zdrów', „ale zły i sklonnicjszy do gniewu i dysput z ludźmi,” co mu pokazuje, żc duch jego stracił „wiele z mocy wewnętrznej i miłości.” Winną temu była wszakże tylko choroba, która miała wkrótce złamać tego dzielnego szermierza ducha.
Zgryźliwośei więc niewiele widzieliśmy u Słowackiego; objawiała się ona rzadko. Jeden tylko Mickiewicz doświadczył jćj dosyć. Wobec niego nie umiał Słowacki być spokojnym. Wyrażał się o nim w listach do matki prawic zawsze z ironią. Opisuje jego życic i prace nierzadko z sarkazmem—nie szczędzi wszakże pochwal po ukazaniu się „Pana Tadeusza.7 Do Mickiewicza miał ciężką urazę. Zaczęło się to od dumy, która nie pozwalała mu ugiąć kolana przed starszym mistrzem. „Dziady,71 a mianowicie część ich trzecia wywołały w nim oburzenie i wtedy wznosił się najwyżej. Nic piękniejszego nad tc słowa: „Nic mi nie pozostaje, jak okryć ciebie, matko moja, promieniami takiej sławy, aby cię pociski ludzi dojść nie mogły. I muszę tego dokonać!”
Dopiero praca wspólna na niwie mesyanicznej pogodziła rywali.
l‘owiedzieliśmy, żc duma poety zaczęła siać ziarno nieporozumienia pomiędzy Juliuszem a Adamem, bo też miał jćj śpiewak niemało. 1’rzcd jedną tylko matką korzy się, słucha jćj rad i uwag i pracuje, aby ona była zadowoloną.
Całą duszę swą przelał w poczyą, więc jakże nic miał być dumnym? W dzieciństwie prosił Boga, by mu dał poetyczne życic; w modlitwach
tych zrzekl się już ziemskiego szczęścia, byle po zgonie miał nieśmiertelną sławę. Kiedy raz w wigilią Bożego narodzenia wyciągnął źdźbło krótkie, ale z kłosem, co miało być wróżbą krótkiego żywota, lecz nic bezowocnego, cieszył się ztc-go. Pierwsze tomiki poczyj jego były dla młodego autora „źródłem nieskończonych przyjemności,” a kiedy sic dowiaduje, żc matka już ma jego książeczki, pisze: „Trudno mi opisać moje radość, jaką miałem z ostatniego listu—więc czytacie już moje książeczki! Ty, matko, może masz czasem jaką chwilę, w której uczucie dumy jest ci pociecha sieroctwa.7
Cieszą go pochwały, przytacza je chętnie, chociaż sam sądzi swe dzieła nieraz zupełnie bezstronnie (n. p. „Miudowe” i „Maryą Stuart”). Poczyom swym zawdzięczał, iż ludzie znakomici nawet garnęli się do niego—i jakże nic miał być dumnym?
„Kiedyś, matko moja, kiedyś w Wcstminstcrzc naszego kraju może mi dadzą kąt jaki! Śmiej się ze umie, ale ja czuje, że mam w sobie dusze sławy, która zc mną umrzeć nic może.”—I jakże miał oddać pokłon starszemu bratu po pieśni? Nie zapominajmy zresztą, żc miał lat dopiero dwadzieścia kilka i marzył o wielkiej sławie. „Jakże ja byłbym szczęśliwym, gdybym mógł z tymi dwoma umartymi (Dante i Szekspir) usiąść pod jaką lipą, lub dębem, pod moją własną chatą, w mojej rodzinnej ziemi, i pisać marzenia, i gwarzyć z tobą, kochana mamo!...”
Widzimy, jak ukochał poczyą, a z miłością tą łączył dwie inne, równic święte. Pracował dla idei i sam czul sic wielkim jej wielkością. Potem duma jego znikła. „Znienawidziłem moje pierwsze utwory; czuje potrzebę większej doskonałości...” A pisząc tc słowa, miał lat 25. „Trzeba abym byl już tern, czem mam być, i dlatego może nienawidzę moje pierwsze dziełka.” Wstyd mu później „ v,iclc melancholii byronistowskich, strach, aby one nie zaraziły innych.” „Co do ducha mego, ten stoi we mnie zamyślony i słuchający, myśląc, jakby usłużyć czćmś ludziom, a nowej dodać sity, któraby we wnętrzności ludzkie wbiegła, i działała.” Wpływ tu już nowych idej, o któ-rj ch mów iłiśmy, a które utworom Słowackiego, jak tylu innych poetów’, nadały odmienny kierunek.
Obok dumy, której próbki widzieliśmy, przebija i skromność. Wstyd mu posyłać własne medaliony, dlatego że własne i dlatego, żc wyraz twarzy na nich wzgardliiiy i dumny.7 Tobj' mu serca ludzkie mogło odjąć, a tego nic chce, bo dla miłości ludzi, czy spółczcsnycb, czy potomnych, pracował. Czasem jednak sława autorska wywołuje nawet humorystyczne apostrofy.
Pomimo wielkiej wrażliwości, pomimo przerzucania myśli z przedmiotu na przedmiot, znać w charakterze Słowackiego pewną jednolitość. Stanowi ją owa harmonia uczuć trwałych, których nic zachwiać nic zdołało. Miłość ziemi rodzinnej, poczyi i matki, to granitowe podstawy tego charakteru. Ni fantazyc serca, ni kaprysy, ni przewroty społeczne nic zrobiły wyłomu w tym fundamencie. Wrażliwość, fantastyczność, to właściwości wrodzone; brak sity, energii w drobnych czynach i zamysłach, to cecha ogólna epoki po śród której wzrósł. Najpiękniejsze dążenia rozbi jaly się o brak zdecydowania; z tern znamieniem żyły tysiące, tj pcm takim byl i Słowacki. Na rozbitych nadziejach, na gruzach długiej pracy, nie mogty spocząć wielkie pragnienia. Więc porywały myśli ponad ziemię, kiedy rzeczywistość przykuwała je do nićj. To szarpanie sir, ta walka odbiła się w życiu i pracach poety. Była tam zacność i nieskazitelność, lecz nic było spokoju. Lad artysty czny, któremu winien hołdować poeta, nic mógł wlać tego spokoju w serce rozbitka oby watcla.
A. Zoryan.
29
Korespondencja Tygodnika ilustrowanego,
Z Poznania, w końca 1S83 r.
Publicyści i statystycy niemieccy o Wielkopolscc.—Ludność w cyfrach z lat różnych.—Działalność odporna.—Towarzystwo przyjaciół nauk. Mały współudział obywatelstwa.— OJczy ty’ i prelegenci.—August Cieszkowski w Poznaniu.— Jego badania w archiwum wcncekiem.—Narady co do zjazdu historyczno-literackiego w Krakowie.— Teatr — Sztuka. — Kazania i pisma ks. Prusinowskiego. — „Złota księga. “—„Skarby rozumu i serca" Wegnera.—Bracia Przyni-czyńscy i ich żebranina.—Jubileusz Dsicnnika poznańskier/o
Od niejakiego czasu zwraca na siebie Wielkopolska szczególną uwagę publicystów i statystyków niemieckich. Nie myślimy tutaj roztrząsać, o ile na pojawienie sic tych prac wpłynęły względy naukowe, o ile zaś wywołała je germanizacyj-na niecierpliwość, którą zdradzają na każdym kroku, wcale się z tćm nic tając, żc pragną obliczyć owoce przyśpieszonego w ostatnich latach niemczenia. I tak Fr. J. Neuman, podając w„Jahr-biichcr fiir National-Oekonomic u. Statistick” (Band. VII, llcft 4—5 Jena, 1883) bilans księstwa, dajc mu wprost tytuł: „Gerinanisirung, oder Polon isirtmgP1 Nic inny cel ma Bergmanua: „Zttr Geschiehte der Knticicliehing deutscher, polnischcr unii jildischer Berolken tuig in der Prorinz Posenrl i im podobne.
Na nieszczęście ze źródeł tych można korzystać tylko z wielką ostrożnością, albowiem nauka w Prusach, a nawet poczęści i w Niemczech, bywa ślepą służebnicą państwa i jego widoków, nadto zaś sam urzędowy matcryał nie prowadzi do celu, uwzględniając jedynie katolików w przeciwstawieniu do protestantów, a milcząc głucho o narodowości. Nie bez interesu jednak, wrporównaniu zwłaszcza z ciekawcmi danemi statysty-cznemi o Wielkopolscc z XVI wieku, ogłoszonemi w XIIJ XIII tomie „Źródeł dziejowych”—będzie kilka cyfr, zaczerpniętych z owych publikacyj. Otóż w r. 1825 liczyło księstwo 1,031,925 dusz, to jest 677,083 katolików’, 289,711 ewangelików i 05,131 Żydów'. W roku 1871 ogólna liczba ludności wynosiła 1,569,958 głów, a mianowicie 1,000,461 katolików, 508,060 ewang., a tylko 61,437 Żydów. W dniu 1 grudnia r. 1880 doszła ludność Wielkopolski do cyfry 1.703,397, nie licząc w to 57,657 Poznańczyków, zamieszkałych poza granicami prowincyi. Z tej liczby przypada na katolików 64,5 (1,000,000), na protestantów 32,4 (540,000), na Żydów’ 3,5 (około 60,000), na inne wyznania 0,1 (około 1,000). Miast posiada księstwo 138, gmin wiejskich 3,417, dominiów 2,234, ognisk domowych 331,184.
Na tćj-to przestrzeni, w tych wsiach i miasteczkach, toczy się oddawna zacięta walka /n-o aris <‘t Jocis. Pewien znakomity uczony czeski nazwał niegdyś nasze dzielnicę Termopilami Słowiańszczyzny. Nic mogę przyklasnąć tak hazardo-wnemu porównaniu, bo nic obciąłbym, abyśmy wszyscy, za przykładem trzystu Spartan, chociaż z chwalą, polegli—lecz przyznać trzeba, że dla niemieckiego najazdu zgnębienie i zgermanizo-wanic tej prastarej słowiańskiej ziemi jest kwc-styą równic żywotną, jak dla Kserkscsa niegdyś zdobycie Tcrmopilów.
Czynimy wiele, aby udaremnić złowrogie zamiary potomków Gcrona— pod niejednym już względem znać postęp i zmianę na lepsze, zwłaszcza pod względem ośw iaty i rozbudzenia ludu, a ofiarność społeczeństwa bywa często godną podziwu—lecz niebrak także w naszym ustroju społecznym stron ujemnych, utrudniających skuteczną walkę z niebezpiecznym przeciwnikiem. Zdo-bądźmy się na odwagę, i powiedzmy otwarcie to, co jest tak widocznćm i jawnem, że nie może uledz zaprzeczeniu: oto z rosnącą oświatą ludu nic idzie w parze odpowiedni postęp umysłowy klas wyższych. Składają sic na to różne czynniki, przedewszystkićm brak w prowincyi uniwersytetu i germanizacya w szkołach, co wielu zniechęca i odstręcza, wreszcie brak pola do zużytkowania talentów i zdobytych wiadomości. Bądźcobądż, pozostanie to taktem, że tylko drobny procent na
szych synów obywatelskich może się poszczycić wyżsźćm wykształceniem, a mniejszy jeszcze ro-rokuje nadzieję pomyślnej kiedyś służby pu-publicznej. W tej mierze stoimy niżćj od ostatniego pokolenia, a gdy ustąpią postacie sędziwe, stojące dotąd u steru spraw publicznych, niewiadomo, czy się znajdą godni ich następcy.
Jedną z najsympatyczniejszych naszych insty-tucyj, jedyną nawet w swoim rodzaju, jest niezawodnie Towarzystwo przyjaciół nauk, popierane, przyznać to trzeba, ogólnie—a jednak, gdy zapytamy, jaki udział w ostatnich latach, prócz ofiar i składek, w samej naukowej działalności stowarzyszenia przyjęło obywatelstwo wielkopolskie, wypądnie odpowiedź wcale niepoeicszająca. Da remnemi okazały się kilkakrotne odezwy i upomnienia w pięknych przemowach prezesa, Stan. Koźmiana. Choć często bawią w Poznaniu ziemianie, będący członkami, jednak ukazanie się jednego z nich na posiedzeniu bywa fenomenal-nćm zjawiskiem; od wielu zaś lat, o ile mi wiadomo, jeden z nich tylko miał odczyt. Byl nim pan Witold Skarżyński, jedyny także w gronie posel-skiem fachowy znawca ekonomii politycznej.
Ograniczone wyłącznie na miejskie siły naukowe, rozwija się jednak Towarzystwo prawidłowo, z wyjątkiem może wydziału przyrodniczego, który, dla ściągnięcia większej liczby słuchaczy, ucickl się do środka trochę niebezpiecznego, a przytćm niezgodnego z brzmieniem statutów.
Sprawozdania zarządu i konserwatora dały nam uspakajające przeświadczenie o pożyteczności i pomyślnym rozwoju zbiorów; niebawem mają się pojawić w druku katalogi pojedynczych działów, a między niemi wielce dla świata naukowego pożądany katalog rękopisów, o których istnieniu zaledwie wiedział ogól. Zpośród prelegentów najpłodniejszym, jak zawsze, byl niestrudzony sędzia Jarochowski, którego imię chlubnie jest związane z historyą Towarzystwa, a który też wkrótce odczyta bardzo zajmującą rozprawę „O landach średzkich.” Z innych wykładów wymieńmy rzecz p. Klemensa Kanteckie-go, opartą na aktach sądowych de infanticidio Ju-daeorum (1736—1746, w Brześciu i w Warszawie), oraz ustęp z obszerni ej szćj pracy ks. kan. Korytkowskiego o prymasie Uchańskim. Pracowity autor, jak widać z przedmowy, rozporządzał tutaj olbrzymim zasobem źródłowym, Zgromadzonym z różnych archiwów; lecz dziwnym zbiegiem okoliczności zdarzyło się, że odczytane nam wyjątki opierały się właśnie na znanych od lat kilkudziesięciu z przekładu Krzcczkowskiego listów (‘ommendoniego do kardynała Karola Boromeu-sza. W obrazie episkopatu polskiego XVI wieku uderzała bezstronność, którą niczawsze celuje ks. kanonik, może nawet zbyt skwapliwie chwytał ciemne barwy z relacyi pesymistycznego nuncjusza.
Na ostatnićm posiedzeniu wydziału historycznego miał odczyt Kaź. Szulc, który, pragnąc publicznie wtajemniczyć odrazu we wszystkie sekreta swych odkryć, dal mu następny, bezprzykładnie długi tytuł: „Ostatnie uyprawy norniań-w znacznej części przez Słowian wykonane—i Siostra Bolesława Chrobrego, która im koniec położyła i przeważny wpływ na wszystkie państwa skandynawskie wywarła”... Czuje się obowiązanym do uroczystego oświadczenia, że w powyższym napisie niema ani jednej litery przezemnie dodanej. Pan Szulc rozłożył rzecz swą na trzy wieczory; odczytał więc zaledwie wstęp, którego jednak zbyt dowolne twierdzenia kwestyonowali dzielnic sędzia Jarochowski i dr Lubiński, obeznany źródłowo z pierwotnemi dziejami Polski. Dla objaśnienia dodajemy, żc uczony autor napisał dawniej dzieło o mitologii słowiańskiej, znane czytelnikom choćby z ocenienia pism warszawskich i z rozprawy, w której dowodził uporczywie autentyczności kamieni nikorzyń-skich, będących owocem mizernej fabrykacyi, jak to dziś przyznać musi każdy po niezbitych wywodach Jagicza i Baudouina de Courtenay.
Niedawno powrócił do Poznania jeden z najznakomitszych, a zarazem najpierwszych członków i b. prezesów' Towarzystwa prz. n., autor
głośnego dzieła, które już poraź trzeci wyszło z druku: „Du credit et de la circulation,” August hr. Cieszkowski. Od chwili powrotu odwiedza jaknajpilniej posiedzenia naszćj instytucj i, a mimo podeszłego wieku, należy do jego ożywczych żywiołów. Postać to nawskróś oryginalna i sympatyczna, życiem i zasługami przypominająca minione czasy. Im dłużej czekaliśmy na powrót czcigodnego autora Ojcze nasz, który oddawna już zapowiadał odjazd z Paryża, tern bardziej cieszymy się z jego obecności i mamy nadzieję, że dłużej wśród nas zagości. Od lat dziesiątka błąka się pogłoska, potwierdzona świeżo w artykule Aleks. Kraushara, że hr. Cieszkowski podejmował przez dłuższy czas poszukiwania do dziejów Polski w taj nem archiwum wcneckiem i że owocem tych badań są bogate wypisy; spodziewamy się, że praca ta ujrzy niezawodnie światło dzienne, wprzód zaś znakomity autor ze-chcc zapewne odczytać choćby tylko ustępy na posiedzeniach Towarzystwa.
W tych dniach odbyło sic zgromadzenie członków komisyi, wybranej z łona Towarzystwa, celem porozumienia się z krakowskim komitetem, urządzającym w maju zjazd historyczno-literacki im. Kochanowskiego, a mianowicie p. p. Koźmiana, ks. prałata Sikorskiego, profesora Rymarkie-wicza, K. Jarochowskiego i K. Kanteckiego. Do najciekawszych epizodów tego zjazdu należeć zapewne będzie referat wymienionego prałata, który zapozna zgromadzonych z rozwojem literatury na Rusi, wywołanym unią brzeską. Gruntownie obeznany z przedmiotem, wskaże szanowny autor zupełnie obce historykom literatury pisma Smotryckiego, Welamina Buckiego i innych i zwróci uwagę na wysokie zalety ich polszczyzny, które często dorównywają Skardze.
O teatrze poznańskim powiem przy sposobności obszerniej; tymczasowo wspomnę tylko, żc repertuar sceny naszej nie zaspokaja najmniej wy-brćdnych wymagań, że od czasu Frcdrowej Zemsty, wystawionej na jubileusz Rychtera, widzieliśmy same komedyjki i farsy przeważnie podkasa-nćj muzy francuskiego teatru, a prawdziwem uw ieńczeniem scenicznego rozproszenia była wystawiona przed świętami trzyaktowa komedya p. p. Labichc i Daru (przekład Ad. Walewskiego) p. t. Nasze roboty. Nie wiem, jak się ten utwór wydaje nad Sekwaną, wiem jednak, że tego rodzaju sceny, jak audyeneya klientki adwokata Jacotel, podsłuchiwana przez jego żonę Klotyldę i teścia, oddana przez grających z dziwnóm fizyo-logicznćm zacięciem, przejęły niesmakiem i Wstrętem nawet ludzi bardzo ostrclanycb z tlustemi efektami, praktykowanemi w przybytkach Melpomeny. Nie przypuszczamy, aby podobne w’ybryki, przeciw dobremu gustowi i moralności działy się z upoważnienia p. Rychtera, któremu niezawodnie przyświeca inny ideał posłannictwa teatru, wzniesionego w tak trudnych warunkach, podtrzymywanego z tak wielkiem poświęceniem i mającego wprost przeciwną misyą do spełnienia, aniżeli ją spełnia obecnie, działając na niższe instynktu natury ludzkiej.
Pole sztuki, jak wiadomo, świeci pustką w naszym prozaicznym grodzic; godzi sic przecież wy mienić tutaj dwie nader starannie wykonane i udatne kompozycyc utalentowanego rytownika, p. Bolała: popiersia Jana 111 i Kraszewskiego, celujące rządkiem wykończeniem.
Żywszy’ ruch literacki na rok przyszły zapowiada założenie drukarni przez „Towarzystwo akcyjne Kuryera poznańskiego,” a do najszczęśliwszych pomysłów wydawniczych zaliczyć trzeba myśl redaktora Przeglądu kościelnego, ks. peniten-cyarza Wł. Jaskulskiego, wydania kazań i pism, wraz z dokładną biografią, ks. Prusinowskiego, męża prawdziwie złotoustogo, największego kaznodziei, jakiego nasza dzielnica wydala w tćm stuleciu. Ź powodu jego mowy, wypowiedzianej na żalobnćni nabożeństwie za duszę Mickiewicza, pisze Zygmunt Krasiński w r. 1856 do Adama Sułtana: „Czy znasz mowę ks. Prusinowskiego? Przepyszna! Dostań koniecznie!” Nie myślal wtedy twórca Irydiona, że w kilka lat później tenże sam kaznodzieja na nabożeństwie za niego wy
30
głosi mowo, pełną poezyi i wzniosłego natchnienia. Szanowny wydawca może być pewnym, źc wszystko, co wypłynęło zpod tego powabnego pióra i wszystko, co padło z wymownych ust kapłana na ambonie—znajdzie jaknajsympatyczniej-sze przejęcie zarówno z powodu podnioslości treści, jak wdzięku formy.
„Żlotij księg5 szlachty polskiej” p. Teodora Zychłińskiego niepodobna ocenie w krótkiej z konieczności wzmiance; lecz nic możemy się powstrzymać od uwagi, że nic zbudowały nas wcale podane na samym wstępie wypisy zasłużonego autora Braci Władysława Jagi-łły, Kaźm. hr. Stadnickiego o Stadnickich, o ile się wysilają na zrehabilitowanie Stanisł. Stadnickiego, zwanego Diabłem. Jako odbitka z Dziennika poznańskiego wyszła rozprawka dra Kasztelana: „O pieniężnej wartości człowieka;” szkoda tylko, że przedtem w Yolkswirthschaftllche Zeitfragen (nr 37 i 38), ukazała się takaż sama praca słynnego statystyka, dra Engla, autora dzieła Der Preis der Arbeit (Cena pracy) p. t. Der Werth des Menschen. Niebawem ma wyjść zpod prasy rzecz tegoż samego autora p. t. Ertrage werth (Wartość zarobku), któ-rąby także należało przyswoić naszej literaturze.
Przedsiębiorcza drukarnia F. Chociszewskiego wj dała świeżo w ozdobnej szacie książkę, niepo-zostawiającą nic do życzenia pod względem druku i papieru, w niezbyt gustownćj, choć kosztownej oprawie, p. t. Skarby rozumu i serca—myśli i zdania, wyjęte z naszych pisarzy, zebrał Stanisław Wegner. Szkoda tych zewnętrznych zalet dzieła, skleconego pośpiesznie i nieumiejętnie, gwoli spekulacyi. Wydawca złożył, niestety, smutny dowód płytkiej znajomości literatury, pomijając nieraz znakomitych pisarzy, n. p. Leonarda Sowińskiego, Jeża, Bielowskiego, Klaczkę i wielu a w ielu innych, a podając bez kuńca skrybentów zpod ciemnej gwiazdy, o zupełnie nieznanych nazwiskach, wśród których n. p. taki Gothilf Kohn jest jeszcze potęgą. Znajdujemy tu fałsze, a skutkiem ich zabawne gul pro guo. I tak n. p. prześliczny wiersz Tomasza Moora „Świat ten szczerego nic nie użyczy” dostajc się z łaski pana Wegnera—Adamowi Pajgertowi! Spotykamy tu na każdym kroku paradoksy, a nawet niedorzeczności, I tak, Teofil Nowosielski żartem chyba powiedział: „ Każdy myśli swe uważa zawsze za genialne,” w takim bowiem razie musialby świat być podobnym do domu waryatów. Ale najpo-cicszniejsze są płody umysłu p. JanaFedorowicza. Wedle niego, „praca jest ludziom konieczną jak chlćb,” podczas gdy widzimy przecie, źe wielu ludzi doskonale obywa się bez pracy, a i bez chleba możnaby się obyć; „myślenie jest rozmową z Bjgiem,” chociaż często się zdarza, iż bywa raczćj rozmową z diabłem; „czyn jest zbawcą człowieka, czynem on robi siebie” (!). Genialnem również odkryciem tegoż pana Fedorowicza jest następna, wielce głęboka senteneya: „Kobićta-matka, kobieta-żona, kobieta-koebanka, kobieta-gospodyni—to całkiem co innego!” Konia zarządem ofiaruję temu, kto wymyśli równie pyszną i prawdziwą maksymę. Obok pustych dźwięków . czczego frazesu, obok legionu geniuszków, spowitych jeszcze w niemowlęce pieluszki, niebrak tu naturalnie zasłużonych imion i pięknych ustępów; szczególniejsze zajęcie budzą wdzięczne i trafne spostrzeżenia Józefa Korzeniowskiego, nacechowane wytrawnością | prawdą życiową.
Jest to smutnym, lecz niemniej przeto istotnym obowiązkiem publicysty, odsłaniać fałsz i obłudę, kryjącą się pod pozorami dobra publicznego i pa-tryotyzmu, gdyż taka komedya bałamuci nieświadomą rzeczy publiczność i na niewłaściwe tory zwraca ofiarność ogółu, absorbowaną w tylu rozmaitych kierunkach. W szląskim Bytomiu dwaj bracie, Przyniczyńscy wydają trzy pisma: Gazetę górnoszląską, Gońca górnoszląskiego 1 Postęp górniczy, w których swojego czasu bezcześcili w niecny sposób ś p Miarkę. Jeśli dobrze redagowany Katolik nic wystarcza umysłowym potrzebom górnoszląskiego ludu, mogłoby drugie pismo najzupełniej je zaspokoić; wołała jednak przezorna spckulacya w tejże samej drakami wydawać trzy organa, przedrukowywując naprzemian artykuły,
a bracia redaktorzy, dla wywołania reklamy, wymyślali na siebie bez skrupułu w plakatach, rozlepianych po rogach ulic. Wszystkie trzy pisemka nie mają źadnćj wartości i pełne są de-klamacyi wkwestyach tak mało Górno-Szlązaków obchodzących, jak n. p. obszerna elukubracya o warszawskich teatrach. Szczególniej p. Stan. Przyniczyńsl i, abszytowany pisarz prowentowy, odznacza się hałaśliwym patryotyzmem; odwołuje się on od lat wielu do patryotycznych kieszeni, a katolicka Schlesischc Yolkszeitung, szczerze nam przychylna, powiedziała, że niema na Szlązku plebanii, a w księstwie zachodniej Galicyi nadto dworu, z któregoby on nie wj dobył mniejszej lub większej kwoty. Jedynym rezultatem agitacyi tego pana było smutne jiasco, jakie wywołał, proponując na Górnym Szlązku posłów Polaków. Świeżo rozesłała redakeya Gazety Górnoszląskiej do wszystkich polskich rcdakcyj żebraczą odezwę, którą jednak redaktorowie tutejsi, obeznani ze stosunkami, wrzucili z oburzeniem do kosza. Jedno tylko piamo dało się zwieść lamentem i fałszywą pobożnością.
„Były czasy—czytamy o niem—żc zdawało się nam, iż już całe piekło pracowało nad zagładą i zniszczeniem naszej instytucyi, którą niedawno poleciliśmy opiece Najśw. Maryi Panny. Będzie to piękny wiązanek, który światu podamy! Pociski nieprzyjaciół i zaślepionych dały nam się— jak już powiedzieliśmy— bardzo we znaki, a wiele ran niezagojonyeh. Dlatego też przy nadchodzącej Gwiazdce prosimy bardzo—poraź pierwszy— tych co mogą i mają, aby i o nas nie zapomnieli”...
A więc kto pragnie, aby bracia Przyniczyńscy, wymógłszy się na siłach, nanowo prowadził’ ze sobą wojnę na rogach ulic, ku rozweseleniu Niemców — ten niech im przeszłe jałmużnę, o którą Gazeta błaga tak czule, nie wahając się nawet M. Boskiej wezwać ku pomocy!
Na Nowy rok, jako w 25-letni jubileusz istnienia pisma, wydała redakeya Dziennika poznańskiegoolbrzymi numer świąteczny, złożony z pięciu arkuszy druku, a ozdobiony ciekawemi artykułami nietylko dzisiejszych, lecz nawet najdawniejszych jej współpracowników. I tak J. I. Kraszewski wystąpił z „Aforyzmami dziennikarskie-mi,” Jarochowski zapoznał czytelników z „Histo-ryą Dziennika poznańskiego,” Teodor Zychliński podał pracę p. n. „Poznań od r. 1845 do 1883,” nadto pomieszczono mniejsze łub większe artykuły Wlad. Bentkowskiego, Wład. Kosińskiego, Alfreda Szczepańskiego i innych.
GSfil 1 GWI,
KOMEDYA W PIĘCIU AKTACH
MICHAŁA BAŁUCKIEGO.
(Dalszy ciąg.)
SCENA IV.
CIŻ I BARBARA (z lewój.)
BARBARA.
Boże kochany, gdzieżbym nie miała poznać. Sługa pana dobrodzieja!
KŁOPOTKIEWICZ.
Pogadajcież tu sobie, a ja za małą chwileczkę będę z powrotem. (Wybiega głębią.')
BARBARA.
Ależ Jasiu! (n. s.) Ja cliciałam właśnie do kuchni. Cu tu zrobić? (Do Hulatyńskiego z roztargnieniem.) Niechże pan siada. (zV. s.) Magda sobie tam rady nic da bezemnie. (Siada na brzeżku stołka.)
HULATYŃSKI.
A gdzież panna Joasia — zapewne w kuchni wyręcza mameczke?
BARBARA.
A niechże Bóg broni.
hulatyński.
Dlaczego?
BARBARA.
To takie delikatne, proszę pana, gdzież jabym miała sumienie. Ubiera się właśnie. (]Ystaje.) Zaraz tu przyjdzie. Joasiu! Joasiu! (Do wchodzącej, która po pensyonarsku kłania się Hulatyń-skiemu.) Zabaw tu pana, kocliauuczko, ja zaraz wrócę. Pan daruje. (IIWychodzi na lewo.)
SCENA V.
JOA IA, HULATYŃSKI.
JOASIA (w sukience lekkiej muślinowej w kwiatki lub paski, warkocze, róża we włosach. Za każd' n prawie zdaniem śmieje się, pustym, jałowym śmiechem, który stal się jej przyzwyczajeniem w rozmowie z obcymi.)
Jak da wnośmy pana nic widzieli—he, hc, he... HULATYŃSKI.
A tak, dosyć dawno.
JOASIA.
Czemu pan nic siada? (Siada sama.) hulatyński (siadajcie.)
Przez ten czas dużo się zmieniło. Panna Joasia wyrosła na pannę.
JOASIA.
Ile, he, he — wszyscy mi to mówią. hulaty ński.
I nawet podobno idzie za mąż?
JOASIA (zażenowana, zasłania oczy).
E! co też to pan mówi.
IIULATYŃSłl.
Tatko zdradził tajemnicę.
JOASIA.
Ten tatko, to doprawdy wszystkim rozpowiada, jakby to już było co pewnego.
HULATYŃSKI.
Jakto? to jeszcze niepewne?
JO AS A.
No, niby już; ale jeszcze nie zrobił formy. HULATYŃSKI.
Jakto formy?
JOASI a .
No, tak jak potrzeba, czwórką i w krakowskich chomątach.
HULATYŃSKI.
Więc koniecznie czwórki potrzeba?
JOASIA.
Ile, he, cóż pan udaje? Niby to pan nie wie. HULATYŃSKI.
Wistocic nie wiem, bo nie praktykowałem jeszcze w tym fachu.
JOASIA.
A dlaczego się pan nie żeni?
hulatyński (wzrusza ramionami).
Czy ja wiem?
JOASIA.
Pan przecie jesteś dobuą partyą? HULATYŃSKI.
0! któż to pani powiedział?
JOASIA.
Wszystkie panny w okolicy wiedzą o tem, że pan jesteś dobrą partyą.
hulatyński.
Niby pod jakim względem?
POAS1A.
A no, źe pan masz wieś wcale dobrze zagospodarowaną, bez długów, i dotego jeszcze podobno majętnego stryja, czy wuja.
HULATYŃSKI.
Więc dlatego byłbym dobrym mężem?
JOASIA.
He, he, to się rozumie.
HULATYŃSKI.
No, ale pani inne masz zapewne pojęcie o tej rzeczy?
JOASIA.
Jakto inne?
HULATYŃSKI.
Pani pewnie nic myśli, że ten mąż jest lepszy, który daje żonie lepsze utrzymanie, i że fdzie się za mąż dla poprawienia losu.
JOASIA.
No, a dlaczegóż?
hulatyński.
Dlaczegóż pani idzie zamąź?
31
JOASIA.
lic, hc, lic, jaki też pan dziwny ze swojcmi pytaniami. No, idzie sic za mąż, bo przecież wiecznie przy rodzicach być nie można.
HULATYŃSKI (z Ironią).
A tak, to ważny powód.
JOASIA.
O! ktoś jedzie, może ciocia. {Zrywa się i biegnie do okna.)
HULATYŃSKI B. S.).
Ależ to gąska kompletna! Ciekawym, co temu Marzyckiemu mogło sic w niej podobać. Ci poeci to mają czasem bardzo dziwaczne gusta.
joasia (przy oknie).
To nic ciocia. To pani Figurkowska. (Odchodzi od. okna.) Pan zna panią Figurkowska?
HULATYŃSKI.
Nie można nie znać tej pani, bo jćj wszędzie pełno.
JOASIA.
Bardzo miła osoba.
SCENA VI.
CIŻ i NATALIA.
Joasia (biegnąc naprzeciw).
Ach, pani doktorowa!
NATALIA (zgrabna, elegancka roztrzepana).
Jak sic masz? jak sio masz? (Całuje ją w powietrzu i ogłada się.) A cóż, jest? Przyjechała?
JOASIA.
Ciocia? Nie jeszcze, ale lada chwila.
NATALIA.
Ach! umieram z niecierpliwości, żeby ją zobaczyć copredzćj. Co to za rozkosz widzieć kobietę powracającą prosto z Paryża — żywy żurnal! Najbardziej jestem ciekawa ostatnich koafiur. Żurnale podają to tak pobieżnie. (Ogląda sic.) Cóż wy tu nie macie żadnego lustra?
joasia (pokazuje lustro).
Jest, proszę pani.
Natalia (ze zdziwieniem).
To?... A—pan Ilulatyński.
HULATYŃSKI (kłaniając sie).
Sługa uniżony.
NATALIA (grożąc mu).
Gdzie kwiatek, tam i motyl.
HULATYŃSKI.
Nic rozumiem, co pani chcesz przez to powiedzieć.
NATALIA.
O! rozumiesz pan doskonale. Joasiu, strzeż się, bo to straszny bałamut.
JOASIA.
Czyja to nic wiem? hc, hc, hc...
HULATYŃSKI.
Posądzenie najniesłuszniejsze; ja tylko studyuje.
NATALIA.
Kochając się nazabój. Piękne mi studya. HULATYŃSKI.
Bo kobieta w epoce miłości najłatwiejsza jest do poznania.
NATALIA.
I do jakiehże rezultatów doszedłeś pan w swoich studyach? Co pan możesz powiedzieć o ko-bićtach?
HULATYŃSKI (z uśmiechem).
To, co Ezop o języku.
NATALIA.
To jest?
Joasia (wyrywa się nagle).
Ach! wiem—to z wypisów szkolnych, żc język to coś najlepszego i najgorszego.
natalia (z jirzekąsem).
Proszę! 1 którąż część tćj sentencyi stosujesz pan do nas? (Idzie do zwierciadła.)
HULATYŃSKI.
Zostawiam paniom wolny wybór. To tylko od pań zależy.
Natalia (przeglądając się).
Ach! jak ja wyglądam! (Zdejmuje kapelusz.) Muszę się trochę ogarnąć. Pan daruje. (Dobywa grzebyk i fryzuje sir.)
HULATYŃSKI.
O! proszę bardzo.
NATALIA (czcsząc sie, do Joasi).
 Cóż? podobno wychodzisz za mąż?
JOASIA.
Ile, hc, hc. Niby.
NATALIA.
A ten twój narzeczony miody i ładny—co?
JOASIA.
Niby dosyć przystojny, ale trochę zapoważny. NATALIA.
O! to nie w moim guście, bo ja lubię.... Nie, w tćm lustrze, dalibóg, nawet porządnie przyczesać się nie można. Cóż to, nie macie już większego lustra?
JOASIA.
Jest w cioci pokoju.
NATALIA.
No, to czemuż mi nie mówisz? Gdzie, czy tam? (Pokazuje na prawo.)
JOASIA.
Tak.
NATALIA.
Muszę choć trochę uporządkować swoje tualetę. Do widzenia. (Wychodzi na prawo.)
JOASIA.
Ktoś jedzie. No, teraz to juz z pewnością ciocia. (Biegnie do okna.) Tak, to ciocia. Mamo! mamo!
SCENA VII.
HULATYŃSKI, JOASIA, BARBARA, JASIEK, HANKA później CIOTKA, BRYGIDA.
barbara (wpada zarumieniona, ze zbakierowanym trochę czepkiem, z lewej).
Co, duszyczko?
JOASIA.
Ciocia jedzie.
BARBARA.
Ciotka! rany Boskie! (Poprawia czepek.) Hanka! gęś na rożen co tchu i nakrywać do stołu! (Hanka odchodzi.) A ty, Jasiek, biegaj co żywo po pona.
JOASIA.
Chodźmy wysadzić ciocię z powozu. barbara (biegnie i zatrzymuje się).
Czekaj, tak przecie nie można. (Odioiazujefartuch, do Hulatyńskwgo.) A możeby pan w zastępstwie męża...
HULATYŃSKI.
Jeżeli sobie pani życzy. (Idzie, ale gdy ciotka już weszła, przepuszcza ją i wychodzi głębia.) ciotka (ubrana okazale, pretensyonalnie, wybielona, wyczerniona, wyróżowana, z kotem angorskim na ręku, z podniesioną głową, patrzy zgóry, mówi powoli i protekcyonalnie, wymawiajacdokladnlee, aj.
Cóż to? Ani Gawła, ani Pawła?
BARBARA.
Właśnie biegliśmy...
Joasia (rzuca się jej na szyję).
Ciociu najdroższa!
CIOTKA (odsuwając ją).
Uważaj, bo urazisz moje angorę. (Pokazuje.) Czy widzieliście kiedy coś równie pięknego?
BARBARA.
A rzeczywiście, można powiedzieć...
CIOTKA.
Angorska rasa, najmodniejsza teraz w Paryżu. Wszystkie damy wielkiego świata...
JOASIA.
Niccli ciocia pozwoli.
CIOTKA.
Nic, nic, tybyś się nie umiała z nią obchodzić. (Do Ihygidy, wchodzątaj z klatką jrozlacaną, w której dwie inseparables siedzą.) Postaw klatkę przy oknie, one potrzebują dużo słońca, a Minii zanieś do mego pokoju, niech sobie wypocznie po podróży. (Siada. Brygida wychodzi, na prawo i p>o chwili zwraca.) Ach, ta wasza landara, to coś okropnego!
BARBARA.
Siostruniu droga, to nasz najparadniejszy!
CIOTKA (nic zważając na nią).
Trzęsie obrzydliwie—niech Brygida powie.
Brygida (słodziutkim i pokornym głosem).
Pani narzekała przez cala drogę.
CIOTKA.
Ja to odchoruję z pewnością. (Siadana kanapce.)
BRYGIDA.
Pani taka delikatna!
CIOTKA.
Moje inseparables także gotowe się rozchorować z tego. Idź-no zobacz, Brygido.
RRYGIDA (idzie do klatki i wzdycha pobożnie).
Biedactwo, jak to posmutniało!
Ciotka (niećierpliwie).
Cóż wy tu za kanapę macie? (Maca.) sprężyny połamane. To madejowe loże, nie kanapa. Przecież musicie mieć jakiś fotel, lub coś podobnego.
BARBARA.
Jest jeden, tośmy go dali do siostry pokoju. ciotka.
No, to przynieść.
JOASIA.
Zaraz, ciociu. (Biegnie na prawo.)
BARBARA.
Nie uniesiesz, daj pokój. (Idzie za nią.).
ciotka (ogląda mieszkanie przez lornetkę.)
Brygido! co? okropnie tu, prawda? Jak ci ludzie mieszkają, bez najmniejszego komfortu.
BRYGIDA.
Ja nie wiem, jak tu pani wy będzie te parę tygodni.
CIOTKA.
To strach, jak ci ludzie nie umieją sobie urządzić przyjemnie życia. (Ucieszona.) A, Natalcia!
(Dalszy ciąg nc stąpi.)
Od szanownych syndyków kościoła katolickiego w Ekaterynburgu otrzymaliśmy następującą odezwę, z prośbą o wydrukowanie.
Panie redaktorze.
Kościół katolicki w Ekaterynburgu, którego budowa, szczupłemi środkami katolików zaural-skiego kraju rozpoczęta w 1882 r., obecnie, dzięki zachęcie i hojnej olierze p. Alfonsa Poklew-skiego Kozielly, został ukończony. Znana w całym kraju z religijnych uczuć i %dobroczynności pani hrabina Potocka przyczyniła się do ozdobienia naszej świątyni, przysyłając nam prześliczne, wysokiej wartości ornaty i monstrancyą. Obrazy penzla celniejszych artystów Warszawy i krakowskiej szkoły sztuk pięknych mamy już wczęści gotowe; jednego z nich, ofiarowanego przez też szkołę, za pośrednictwem p. Lisiewi-cza, oczekujemy wkrótce. Brakuje nam jednak do rozpoczęcia służby Bożej ołtarzy i wielu sprzętów na odzież kościelną, a nadewszystko organu i ogrodzenia. Czasowo zrobiono je z desek tylko, a środki nasze są wyczerpane.
Ufni we współczucie mieszkańców królestwa i licząc na ich gotowość dopomożenia współwyznawcom w dokończeniu budowy świątyni Pańskiej na krańcach Europy, prosimy pana redaktora o umieszczenie w Tygodniku tej naszej odezwy. Jeżeli głos nasz o pomoc nie będzie głosem „wołającego na puszczy,” zechcesz pan otrzymane ofiary odesłać pod wskazanym adresem.
Zdzisław Mitkiewicz.
Walery Waszkiewicz.
W sprawie wydawnictwa jubileuszowego
•m? w i-1- wWiam"
Delegacya, uproszona do kontrolowania powyższego wydawnictwa, podaj e do wiadomości publicznej następujący ostateczny jego rezultat.
Według sprawozdania, ogłoszonego jeszcze we wrześniu 1879 r., czysty zysk z rzeczonego wydawnictwa wynosił . . . rs. 27,570 kop. 26.
Od tego czasu przybyło . „ 8,935 „ 37.
llazem rs. 36,505 kop. 63.
Dodawszy do tego wpływ osiągnięty z ryczałtowej sprzedaży pozostałych, zdefektowanych tomów wydawnictwa..............rs.	3,437 kop. 13.
Ogólny zysk czysty wynosi rs. 39,942 kop. 76.
Na tern delegacya czynność swoje uważa za ukończoną.
32
ROZMAITOŚCI.
z literat ury, sztuki i życiajspoleczuego.
— O powieści Sienkiewicza „0-gniem i mieczem"4 Czas krakowski donosi, że wywołuje ona wielki ciituzyazni między paniami warszaw skicini, które przesłały autorowi adres, prosząc go, aby Skrzetuski nie zginął i aby rzecz zakończyła się wyjściem Numy za Pompiliusza. Jeżeli wiadomość jja jest prawdziwą, to przyznając znakomitemu utworowi Sienkiewicza (o którym, po wyjściu całości, obszerniejsze damy sprawozdanie) wysokie zalety, nie możemyjednak powstrzymać się od uwagi, że takie żądanie, lubo dowodzące istotnie niezwykłego zainteresowania się, byłoby conajmniej... jakby to grzecznie powiedzieć?... dzićciccćm, czy dzi» ciniu-m/
— Stenografia w Stanach Zjedno czonych. Jak wszystko, tak i sztuka stenograficzna na drugiej półkuli naszego globu z niesłychaną rozwija się szy bkością. W17-iu Stanach, łącznie z prowincyą Ontario, było tam przed laty pięciu stenografów 1892, obecnie 9,056. Blizko 2<J°/o tej liczby stanowią kobiety.
— Wychodźtwo do Ameryki północnej znacznie w tych czasach się zmniejszyło. W r. 1883 ogólna liczba emigrantów, począwszy od 1 stycznia do końca sierpnia, wynosiła tylko 406,453, podczas gdy w tychże samych miesiącach r. 1882 przybyło ich 550,151. Charakterystycznym przytem jest fakt, że wychodź-two najnowsze składa się przeważnie z pracowitych rodzin rolników i robotników, niepozba-wionych nawet pewnego zasobu. Szkoda tylko, źe Anglia nie przesraje wysyłać tam ofiar ir-
landzkiego pauperyzmu.
— Dr Józef Kleczyński, profesor uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, wybrany świeżo dyrektorem miejskiego biura statystycznego, jest bratem rodzonym p. JanaKleczyńskicgo, znanego muzyka i redaktora „Echa muzycznego i teatralnego.” Profesor Kleczyński jest dzieckiem Warszawy, w n.ej bowiem pobićrał średnic wychowanie, dopóki los nie rzucił go za granicę. Jak rozlegle i zdrowo nowy dyrektor pojmuje zadanie takiego biura, dowodzi miedzy innemi rozprawa jego, pomieszczona w ostatnim zeszycie „Przeglądu polskiego,” p. t. „Biura statystyczne miejskie,” w której poglądy swoje na ten przed miot obszerniej rozwija.
— Odsłonięcie pomnika Perangera, na placu du Tempie w Paryżu, nastąpi w styczniu r. b. Posąg przedstawia ulubionego pieśniarza w ubiorze spólczesnym, w postawie swobodnej, trzymającego w lewej ręce tomik poezyj lloracyusza. Co do rysów twarzy, znany rzeźbiarz francuski Dou-blemard posługiwał się starym portretem Beran-gera.
— Apollo i Marsyasz, mniemany utwór Bafaela, nabyty został niedawno do muzeum Luwru za 200,OOu franków. Obecnie jednak najznakomitsi znawcy zaprzeczają jego autentyczności, dowo-
Bulgarka. Studyum z natury 11. Yladesco. (28CJ
dząc źe jest on dzieleni albo Piotra Perugina, albo Tj moteusza della V ite. Spór w tym względzie toczony nic jest jeszcze ostatecznie rozstrzygnięty.
— Cennik pism peryodycznych, w rozmaitych'ję-zykacb, wyszedł świeżo w Lipsku. Obepnujc on czasopism: 5,731 w języku niemieckim, 1,057 we francuskim, 843 w angielskim, 171 w duńskim, 160 w holenderskim, 157 we włoskim, 147 w szwedzkim, 84 w polskim, 60 w norweskim, 54 w rosyjskim, 45 w hiszpańskim, 24 w rumuńskim, 25 w węgierskim, 18 w czeskim i t. d. Kazi tu niezmiernie szczupły bardzo poczet czasopism wydawanych w Czechach, chociaż wiadomo, żc literatura peryodyczna tego kraju w ostatnich dziesiątkach lat świetnie się rozwinęła. Widocznie niechęć rywalizacyjna germańska objawie się chciała... nawet w cenniku.
— Kongres literacki międzynarodowy, siódmy już zrzędu, odbędzie się tego roku w Madrycie, pod koniec września. Przcdim item konkursu międzynarodowego będzie rozprawa: „Uczucie honoru, jego objawy w piśmiennictwie hiszpańskiem i w piśmiennictwach innych krajów.” Rękopisma, których rozmiar nie powinien przechodzić 1,000 do 1,200 wierszy, przesłać należy przed 15 lipca 1884, franco, na ręce p. Juliusza Lerminy w Paryżu, rue Grandc-Batelierc, IG, najlepiej w języku francuskim, chociaż i inne języki nie są wy
łączone. Nagrodę pierwszą stanowi medal srebrny złocony, drugą bronzowy.
Kongres madrycki, którego jednym z wiceprezesów będzie Władysław Mickiewicz, obmyślił dotąd, jako przedmioty rozpraw, kwestye następujące: 1) O ruchu literackim w różnych krajach, w latach 1883—1884. 2) O użyteczności konwcncyj lite rackich pomiędzy narodami mó-wiącemi jednym językiem. 3) O prawie własności, oduośnie do korespondeucyj prywatnych. Prócz tego komitet wykonawczy uprasza członków Stowarzyszenia, aby jaknajprędzćj wskazać zccbcieli inne jeszcze przedmioty, które pragnęliby mieć zamieszczone na porządku dziennym kongresu międzynarodowego.
— Budowa nowego gmachu Towarzystwa sztuk pięknych w Monachium pomyślniej rie jakoś zapowiada, niż u nas w Warszawie. Skarb na ten cel odstąpił plac potrzebny, za cenę niezmiernie nizką, magistrat zaś z własnych funduszów przeznacza na rzeczoną budowę 100,000 marek.
— Wystawa akwarel została świeżo otworzoną w Londynie, z niewielkim stosunkowo udziałem wy hitnicjszych talentów.Perlą jćj są „Oświadczyny miłosne” Alma Tademy, przedmiot, który artysta kilkakrotnie już traktował. Wielkie także uznanie, z powodu śmiałego rysunku i dzielnej charakterystyki, znajduje studyum wschodnie Karola llaaga, zatytułowane,, llassan Ben Mus-sa.”
— Nowy Theatre Italien w Paryżu, jak douoszą pisma francuskie, zniósł u siebie instytu cyą (?) tak zwanej „klaki.” Pierwszy to krok do reformy, która może zezasem uwolni Pa-
ryźan od jednej z plag najwstrętniejszych.
— Pani Marta Lamb, wydawczyni wychodzącego w Londynie „Magazynu dla dziejów amerykańskich,” została w tych dniacli zaproszoną na członka Towarzystwa historycznego w Edynburgu. Jest-to ósme zrzędu stowarzyszenie historyczne, które ją zaliczyło do swojego grona. Pani Lamb, jako kobieta zdolna i gruntownie wykształcona, używa i w świecie uczonym męzkim wysokiego poważania.
— Liczba jezuitów, podług „Journal de Róme,” wynosić ma ogółem 11,118. Z tego przypada: na Niemcy i Austryą, mimo dekretów wygnańczych i walki kulturalnej, 2,875; na Francyą 2,798; na Włochy 1,558; na Hiszpanią wiąz z Meksykiem 1,993; na Anglią, ze wszystkiemi jej koloniami, 1,894.
— Amerykanin St. Geurge wynalazł sposób fotograficznego utrwalania rozmowy tclefonowćj. Płytę szklaną, powleczoną collodiurn, przenosi się do ciemni, przez której jedne ścianę pada na nią wązki smug światła. Płatka wibrująca telefonu porusza małą klapo, która podczas rozmowy, stosownie do wibracyi głosu, ów smug rozszerza albo zwęża, a collodium zmiany te utrwala. Ja kim sposobem posłużyć one mogą do późniejszego odczytania rozmowy, pismo z którego czerpiemy bliżej nie tłumaczy.
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
HoaBozeno Ilensypon. Bapmana, 30 /IcKaCpa 1883 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rujohmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Rękopisów pomniejszych, i materyałów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
Jtó55.
Prenumerata w Warszawie:	__	„	.	_ „„ .	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart. Warszawa, W stycznia loo4 r. na prowincyi i w cesarstwie: re. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	i	J	*	kwartalnie ra. 8.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
Tom III.
Treść niiroern Artykuły: Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Ze świata muzycznego, przez Wł. Górskiego.—Gęsi i gąski,, komcdya w pięciu aktach Michała Bałuckiego (dalszy ciąg).—Kronika zagraniczna, J. I. Kraszewskiego. — Kronika tygodniowa, przez St. M. Kz. — Towarzystwo biblioteki polskiej w Komunii. — Od wydawców. — Składki.—Augustyn Frączkiewicz, przez F. Sulimierskiego (dokończenie). — Grota maszycka pod Ojcowem, przez R. Plenkiewiczą.—Nasz stół redakcyjny.—Przegląd polityki za-granicznćj. — Na krużganku w klasztorze, kopia obrazu B. Vautier. — Rozmaitości. — Dodatek. Dziecię globu, nowela przez A. de Alarcon (arkusz trzeci) — Ryciny: Benedykt Dybowski.—Z karnawału, rysunek oryginalny C. Jankowskiego. — Na krużganku klasztornym, kopia obrazu B. Vautier.—Późnym wieczorem, rysunek Ejsmonda.—Grota maszy-cka: widok zewnętrzny i wewnętrzny.
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalszy ciąg.J
III. Pustka.
Szlachcic haustem jednym wódki kieliszek wychylił i, kieliszek na stole postawiwszy, kazał Srulowi poczęstować dziadów, z których jeden stał u drzwi, drugi pod ścianą. Żyd z pośpiechem rozkaz spełnił: nalał Semenowi — ten się w pas szlachcicowi pokłonił, zdrowia i panowania mu życzył i kieliszek wypróżnił. Łuka ręki skinieniem Srula od nalewania powstrzymał.
— A?... — odezwał się szlachcic, spostrzegłszy co się stało.
— Wun... wun—zawołał Srul i dokończyć nie mógł; na ustach wisiał mu wyraz „gałgan,” którego wykrztusić nie śmiał—wun... wun.
— Wódki nie pijesz?...
— Nie, wielmożny panie—odrzekł dziad.
— Rzecz osobliwa. Czyś się za-rzekł? czyś nie pijał nigdy?...
— Pijałem... i nie zarzekałem się...
—> Czemuż więc nie pijesz, kiedy cię częstuję?
— Boję się.
— Żeby cię Srul nie otruł? — podchwycił szlachcic żartobliwie.
— Nie, nie to, ale... a!., dużo byłoby do gadania o tćm.
Szlachcic zmierzył Łukę okiem od stóp do głowy, pomilczał przez chwilę, powiedzieć coś chcial, lecz wido-cznem było, że się zmiarkował i z in-nćj zaczął beczki.
— Przecież—odezwał się — z dobrego częstowałem was serca. Mnie teraz o waszę chodzi łaskę... wiecie?— zapytał.
Semen się pokłonił i odpowiedział:
— Oby ino Pan Bóg miłosierdny
jaśnie wielmożnemu panu zdrowie dał i panowanie przedłużył...
— Panowanie moje skończy się niebawem... skończyło się już; niema więc co wspominać o nićm. Ja nie pan...
— E?...—odparł chłop z niedowierzaniem.
— Czyżeś nie słyszał pomiędzy ludźmi gadania?
— Ta...—zaczął Semen, w łeb sic drapiąc— słyszał ja coś, ale nie wiem co...
— Coś więcej zapewne, aniżeli jest. Cóż, na przykład?
— Co?... hm... słyszałem—zaczął.
Benedykt D; u 'wski. Podług fotografii Dutkiewicza. (Życiorys damy w następnym numerze.) (287)
— No?—nalegał pan.
— Że będzie....
— Co? no, mówże! Cóż będzie?
— Powiadają... ale to nieprawda chyba—zastrzegł się na wypadek wszelki—że będzie... wolność.	*
— Nieprawda—odparł szlachcic—będzie bowiem tak: nie będzie mi wolno ciebie pędzić na pańszczyznę; więc dla mnie to... niewola... Co?
— Ono to niby tak—odparł Semen.
— A dla ciebie?—zapytał szlachcic.
— Dla mnie?... chyba wola.
— Niewolno będzie tobie pędzić na pańszczyznę mnie... Czy to wola?
— Jaka wola!
— A widzisz. Owóż tak we wszy-stkiem. Dotychczas coś tam wolno było mnie: była więc wolność jakaś. Nadal niewolno będzie mnie, ale niewolno i tobie: ja stracę, ty nie zyskasz... Podzielimy się i będziemy panowali jednakowo, jak ja, tak i ty.
Rozmowa w pólżartobliwy ze strony szlachcica toczoną była sposób; w pól-żartobliwości tćj atoli brzmią! akcent żalu, czy gniewu, czy może ironii tylko. Po słowach powyższych do Srula się zwrócił:
— Czy nie tak, Srulu?—zapytał.
— Ny, jaśnie wielmożny pan wić lepićj, aniżeli ja, bićdny arendarz.
— Uhm — odparł szlachcic, wstając. — Na tćj wolności rzekomej ty pono wyjdziesz najlepiej. Co się tam należy tobie?
— Za co?
— Za kieliszek szabasówki i za kieliszek zwyczajnćj.
— Za szabasówkc nic... ona nie na sprzedaż; a za zwyczajną... to już się ja z Semenem porachuję.
Szlachcic wstał, na psa gwizdnął i, mimo dziada przechodząc, srebrny w ręce mu wetknął pieniążek.
— Masz — rzeki — rozpiąć się za siebie i za mnie.
Żyd wyprowadził szlachcica, do pasa mu się kłaniając. Po chwili powrócił, przybrał ton dawniejszy i przystąpił do obrachunku z Semenem,
31
który w dodatku do wyliczonej przez siebie zapłaty, musiał jeszcze oddać przj sług parę, tyczących sic gospodarki zimowej. Kiedy odchodził, Srulowa go zagadnęła:
— Nu, a jakże to będzie jutro?
— lim, jak będzie? Ja od dziś przy wrotach staję.
— A jutro piątek... szabas zachodzi.
— Przywołajcie sobie chyba kogo innego.
— Kogóż? nu, kogóż?
— A, o—odpowiedział Semen, na Łukę ręką wskazując.
— Wun?—zapj tala Żydówka z akcentem lekceważenia.
— Potrafi zrobić to samo i tak samo, jak ja.
— Czy zcchce?... Zechcesz ty?—zwróciła się Srulowa do Łuki.
— Czemu nie—odpowiedział—za chleba kawałek...
W ostatnich tych wyrazach zadzwonił akcent trudny do wypowiedzenia. Zdawało się, jakby •Luce wstyd było słów wyrzeczonych, jakby, wy-rzekłszy je, żałował iż mu się wyrwały, jakby uczul się upokorzonym. Powtórzył raz jeszcze, pocichu jednak:
— Za chleba kawałek...
— Czyż myślisz, że ja zadarmo chcę usługi twojej?—odrzekla Srulowa.—Przyjdź jeno...
— Przyjdę... a tymczasem—dodał—bywajcie zdrowi.
Wyszedł pośpiesznie. Za nim pociągnął Semen. Dziad dziada dopędził i powlekli sic powoli ku wsi — ku wsi podolskiej, ku wsi takiej, której wspomnienie natchnęło poetę do rzucenia ua wiatr strofy, bodaj czy znanej pokoleniu dzisiejszemu:
„Gdyby orłem być, lot sokoli mieć, Skrzydłem orłem, lub sokołem, Unosić się nad Podolem,
Tamtem życiem żyć—tamtćm życiem żyć.”
Pokolenie dzisiejsze zapomniało jej. Prawdę powiedziawszy, i to, do którego dziadowie schyłkową życia należeli połową, pamiętało o niej przez pół zaledwie. Majaczyła się jednak jeszcze w pamięci. Co atoli majakiem nic było, to źródło, z którego poeta natchnienie zaczerpnął. A zaczerpnął takowe nie z miast i miasteczek, zamieszkałych przez plemię obchodzące się z naturą w sposób niekoniecznie poetyczny, ale z tych siół rozkosznych, nad które poetyczniejszych pod słońcem chyba niema. Nie—niema! Owiewa je urok opowiedzieć się niedający, na który składają się w równej mierze natura i życie, połączone w jakimś nieładzie, będącym ładem jednak. Natura daje ramy; życie wypełnia je po brzegi ruchem, układającym sio w gamy harmonii i melodyi pełne. Kuch ów dzieli się na strofy, na kuplety, brzmiące w obrazach tonami, w tonach obrazami. Gdy wczesnym rankiem, na przykład, słońce wzejdzie i tumany nad dolinami się słaniają, to w blasku i we mgłach słychać niby szmery jakieś, śpiewające poszeptem i przenikające do głębi duszy; gdy zaś, śród szmerów tych, odezwie się supiłka i echem po obciążonych rosą trawach popłynie, to tony tc przeistaczają się niejako w postacie fantastyczne, a postacie grupują się w sceny i przesuwają przed oczami zasłuchanego w grę supilczaną człeka. Jedno się zmienia, zastępuje drugie, raz się łączy, znów dzieli, i bierze duszę w kręgi, i napełnia serce rozrzewnieniem, i unosi fantazyą w sfery jakieś tajemnicze, pełno barw, świateł, cieniów, szmerów, tonów i uroków. Nie—uroków tyle, ile mieści w sobie sioło podolskie, w jarze rozrzucone, sadami okwieconc, chałupami utkane, dworem i cerkwią o trzech wieżach przyozdobione, nigdzie indziej chyba znaleźć nic sposób.
Do rodzaju siół takich należała lloworówka, wieś, do której właśnie dziadowie nasi zmierzali.
Szli—wlekli się, w milczeniu zrazu. Milczenie jednak, jak się zdaje, zawadzało jednemu z nich, a mianowicie Semenowi, który też przerwał jc.
— Qt—zaczął—ludzie gadali, gadali i wygadali. Musi to być prawda, kiedy dziedzic po
twierdził; koniec końcem jednak, rzecz ciekawa: co to będzie?...
Zapytanie to, bezimiennie rzucone, stosowało sic jednak do Łuki. Łuka niedosłyszał może cnego, bo nic odpowiedział; Semen więc prawił dalej:
— Będzie chyba tak, że panem zostanę ja, zostaniesz ty, zostanie chłop każdy... no, i będziemy panowali sobie. I łej-ha!—odezwał się przeciągle— ale jak? Co ja, na ten przykład, z panowania mego zrobię? Chatę postawię, a gdzie? kiedym ja chaty swojej nie miał w życiu nigdy. Co innego ty. Twoja-bo stoi, tylko zrujnowana. Tyś miał i grunt, i dobytek i wszystko, a wszystko to chyba powróconem ci będzie.
— Tylko nic spokój —odparł Łuka z westchnieniem.
— Spokój, ij!—podchwycił Semen. - Spokój to rzecz taka...
— Jaka?—zapytał Luka, widząc że się towarzysz zaciął.
— Taka, którą człowiek sprowadzić sobie może.
lim?—mruknął dziad pod nosem.
— Czy ty myślisz, że innie nie trapiło nigdy?.. Trapiło, och!—westchnął—alem ja utrapienie zalewał. Człek pijakiem nic robi się z rozkoszy.
— Ach!—machnął Luka ręką. —Bywają utrapienia, z któremi człek rozstać się nie chce. Tyś takich nic miał zapewne.
— Takich, z któremiby się człek rozstać nie chcial? Jakież to?
1 wymieniać jął utrapienia, jakie go w życiu spotkały. Był parobkiem niegdyś; ożenił się; dostał za żonę kobietę nieroboczą. a „nawidzoną;” na komornem siedzieli; dzieci się. im rodziły i umierały; życie szło nieładem. Nic powiadał, w jakiej ze swej strony mierze do nieładu się przyczyniał, mówił jeno o tćm, jak takowy trapił go i do karczmy popychał.
— Utrapienia napadały i... mijały. Ot—dokończył.
Luka nic nic odpowiadał na to. Wlókł się wT milczeniu obok towarzysza, aż ukazała się oczom im lloworówka, rozłożona nad stawem, na którego jasną powierzchnię chylące się ku zachodowi słońce rzucało promienie ukośnie. Wieś polna była brzmienia, podobnego do brzęczenia pszczół w ulu. Nad ulicami wznosiła się kurzawa, którą wzbijało powracające z paszy bydło. Co moment odzywało się pobekiwanie krów, śpieszących do cieląt z wymionami pełnemi; kiedy niekiedy słyszeć się zdawało naszczckiwauie psów; owce wykonywały rodzaj śpiewu chóralnego, który zlewał się ze skrzeczeniem zab i brzęczeniem komarów. A tu koń zarżał. A tam kogut zapiał. Wdali gdzieś rozległ się głośny, donośny, dźwięczny śpiew dziewczyny, której się na śpiewanie zebrało.
Na śpiew ten, gdy się o uszy jego obił, Luka wyprostował się, słuch natężył, po chwili głową pokiwał i z głębi piersi westchnął.
— Moja Maryna, gdzie ona?..
Wyrazy te wypłynęły mu z ust poszeptem i nie doszły do uszów Semena, który, gdy kołowrót się pokazał, głową zlekka wstrząsnął i rzeki:
— Ot, i wrota już stoją i buda już stoi... Wszystko gotowe.
Gotowość ta oznaczała dla niego początek służby kilkomiesięcznćj. Trzeba było do takowej stawać niezwłocznie. Nie podobało sic to Semenowi, ale—cóż począć było? Do wrót doszedł, oglądnął jc, głową wstrząsnął i:
— Ot, panowanie moje—odezwał się i dodał, budzie się zdalcka przypatrując: — Chatę mi postawili na sławę. Czy tylko słomy do środka nanieśli podostatku? Nanieśli, zdaje się... Bóg im zapiać.—Cóż, Luko?
Obejrzał się, ale Łuki nie było już obok niego. Ujrzał go o kilkanaście kroków dalej, na drodze ku grobli prowadzącej, i nic zawołał na niego. Łuka szedł pośpiesznie, o ile mu na pośpiech lata pozwalały; minął wygon, co się w stronic tćj rozlegał; minął krzyż, co się nad drogą wznosił, i zatrzymał się na chwilę na grobli, nieopodal młyna, na którego cztery kola woda z szumem z ło-
toków się rzucała. Z punktu w którym się zatrzymał, otwierał się z pomiędzy tworzących wzdłuż grobli szpaler wierzb widok na dwór, który się wznosił na wzgórzu. Luka na dworze wzrok zawiesił; utkwił takowy zrazu w ganku, następnie powiódł nim powoli po szeregu okien, które w promieniach słonecznych poczerwieniały, jakby je płomień oblewał. Przypatrywanie się to trwało niedługo. Zwrócił się, młyn minął i wziął się w prawo ścieżyną, stanowiącą krótsze aniżeli droga przejście w ulice, idącą pomiędzy ogrodami i zagrodami. W ulicy tej spotykał wieśniaków, wieśniaczki, parobków, dziewczęta, dzieci. Mało kto przeszedł mimo niego bez pozdrowienia. Na pozdrowienie pozdrowieniem odpowiadał i nic zatrzymał się, aż przy chałupie jednej, pozór której różnił się od pozoru chałup innych, nie kon-strukcyą, ale tą cechą szczególną, że kiedy wszystkie o dobrym mieszkańców świadczyły by cie, ta przedstawiała opuszczenie, świadczące nic już o wielkim niedostatku, ale o zaniedbaniu do ostatecznych posimictem granic. Zaniedbanie widzieć się dawało na wszystkiem: na zagrodzie, na budowli, na obejściu. Z płotów pozostały jeno ślady, znaczone bujniejszym niż gdzieindziej porostem burzanów; podwórko pokryło się trawą; w sadku drzewa zdziczały; w ogrodzie chwasty zastępowały miejsce jarzyn; tu i owdzie widać było, że stały tam niegdyś chlewy i szopy; chałupa, pokryta zezerniałą i gdzieniegdzie nikłą trawą porosłą strzechą, przedstawiała obraz opuszczenia, widnego na ścianach obdartych, na drzwiach nadpróchnialych, ua oknach słomą pozatykanych. Zadziwiało to z tego głównie powodu, że stanowiło rodzaj plamy na pełnym życia czerstwego sielskim obrazie rodzaj dziury w zwartej całości, rodzaj skrzypliwej nuty w koncercie. Śród wsi—pustka taka! „Pustką” się tćż chałupa ta zwala i uchodziła za znajdującą sic pod klątwą. Ludzie, przechodząc mimo nićj, spluń ali i powiadali: „Uur ta pek.” Dziatwa wiejska, uganiając się po ulicach, nic zapędzała się do Pustki. Powiadano, że tam straszy, żc chata postawiona na miejscu nieszczęśłiwem, że rzucono na nią urok. Napewno nic wiedział nikt, jakim jest istotny ruiny tej powód; wiedziano jeno, że niezawsze tak bywało. Luka nawet zaznał dni lepszych, ale jak się od niego dola odwróciła raz, tak i już nic nawróciła się. Poszło mu niby z kamienia od momentu pewnego—i tylko dziwowali się ludzie temu, że się on upiera, trzymając się chaty, w którćjby nie mieszkał nikt.
A trzymał się jej uparcie. Bywały dnie, w których nie wychodził z niej wcale; zwykle jednak w domu nic przesiadywał, będąc zmuszony zarobkować na utrzymanie życia. Potrzebował niewiele: eldeba kawałek, strawy łyżka zadowalały go zupełnie; o pieniądze nic dbał, w zapasy się nie zaopatrywał. Gdy go niekiedy głód nacisnął, szedł do chałupy pierwszej lepszej i wszędzie przyjmowany był gościnnie, albowiem za gościnność wypłacał sic usługami, które o wiele przenosiły wartość traktamentu, tak dalece, że ile lloworówka liczyła chałup, tyle było Łuki dłużników. Dłużnicy radzi byli, wypłacając mu się tern, co ich nie nie kosztowało i zapomocą czego zyskiwali nieraz radę dobrą. Łuka bowiem i poradzić umiał —tylko nic sobie.
Ua! bywają natury takie.
Tego jednak, że sobie radzie nie umiał, brać nie należy w znaczeniu literalnćm. Niezaradność jego tyczyła się spraw pewnych, o których dowiemy się wciągu opowiadania i które oddziaływały na to, cobyśmy nazwali programatora życiowym, nadwerężając programu tego punkta najważniejsze. Zresztą był-to człek praktyczny. Oto na przykład teraz, gdy po rozstaniu się z Semenem do chaty wszedł, wszedł nie poto, ażeby z zalożo-ncnii rękami usiąść, lub się na legowisku wyciągnąć. Nic! Wszedłszy, suchych gałązek do pieca nałożył, ognia wykrzesał, płomień rozdmuchał, podpalił, drewienek dołożył i garnuszek z wodą przystawił. Woda zawrzała niebawem. Wsypał do garnuszka mąki garści parę, włożył soli gru-dcczkę, zamieszał i miał polewkę ciepłą, którą spożył, maczając w niej chlćb zeschły. Skromną
35
tę wieczerzę spożywał o zmroku, poczćm garnuszek umył, w piecu popiół zgarnął, porządek zrobił i, pacierz wieczorny pobożnie odmówiwszy, położył się na pościeli, która dawne pamiętała czasy.
W izdebce było ubogo, bardzo ubogo, nie można jednak powiedzieć, ażeby ubóstwo to raziło. Brakło mu jednej z cech, znamionujących je zazwyczaj — niechlujstwa, usuwanego starannie, niezastępowanego jednak rzucającą się w oczy czystością. Stary zamiatał i przewietrzał, poprzestając na czynności tej w zakresie starań domowych. Zresztą nie troszczył sic o nic, o nic nie dbał, z wyjątkiem bedni, będącej troskii vości jego przedmiotem szczególnym.
— Co to bednia?...—zapyta mnie kto z czytelników nad Wisłą zrodzonych.
Bednia jest-to sprzęt domowy, zbity z klepek jak beczka, nie wyższy jak na trzy stopy, na tyleż stóp szeroki, zaopatrzony do zamykania we wieko i przeznaczony do przechowywania wykwintniejszej odzieży i strojów wiejskich, przeważnie niewieścich. W bedni trzymają wieśniaczki spódnico cycowe i koszule perkalowe, namitki, chustki kwieciste, pasy wełniane, iglice, kolczyki, pierścionki, paciorki i korale, jakotćź różne inne kosztowności, takie jak nożyczki, zwier ciadcłka, medalioniki i t. p., nabywane bądź na jarmarkach, bądź od wędrownych Piliponów, roznoszących po wsiach towary w króbkach łubianych.
Taki-to sprzęt posiadał Luka w chałupie swojej i przechowywał starannie. Bednia zawćrala w sobie wszystko prawie, cośmy powyżćj wyliczyli, z wyjątkiem namitki, tego rodzaju zawoju, który molodycom na Rusi służy zamiast czepca. Z wyjątkiem namitki, znajdowało się tam wszystko, a pomiędzy tern wszystkiem odznaczały się szczególnie koszule, w liczbie aż trzech, dwie lniane, jedna perkalowTa, suto „upolyczone” na ramionach, na rękawacli, na kołnierzu i na piersi. Naj pierwsza we wsi elegantka mogłaby się chwalić niemi. Dziś wzory te w Europie pokup znajdują. Szczególność jednak nie na samych kończyła się koszulach. Szczególnem jeszcze było i namysto: cztery sznurki korali i osiem sznurków’ paciorków, nanizanych w sposób taki, ażeby na piersiach stanowiły coś naksztalt ryngrafu, mieniącego się barwami i wydającego szelest losko-tliwy za lada ruszeniem się przystrojonej w nie kobiety. Kilka zwitków bynd, kosmyki, zaściżki obecnością swoją śród drobiazgów mnych świadczyły, żc właścicielką skarbów tych była dziewczyna. Powiedzieliśmy „skarbów,” nie bez racyi. Pojęcie o skarbie jest względnem. Córka najzamożniejszego w lloworówce gospodarza w bodni swojej nie posiadała podobnie zupełnego zbioru ozdób, służących do przystrojenia postaci dziewiczej.
Zadziwiającym było, że garderoba la znajdowała się w posiadaniu człowieka tak jak Luka ubogiego; Luka nic uchodził za co innego, jeno za dziada. Nie żebrał wprawdzie, po odpustach i prażnikach nie chodził, na mostkach i pod krzyżem nie siadywał, śpiewając i wyciągając rękę; wiadomem jednak powszechnie było, że nieraz głodem przymierał i chwytał się sposobów w bliz-kićm z żebraniną pozostających powinowactwie.
— Pożycz! — zwracał się kiedy niekiedy do tego lub innego, wymawiając wyraz ten glosom takim, jakby pod groźbą ścięcia — odsłużę, odrobię.
Odslugiwal też, odrabiał; niemniej jednak wyraz ów, w ustach człowieka co nie orał ani siał, chudoby nie posiadał, zagrodę zapuścił i w walącej się. chałupie mieszkał, brzmial jak „daj” żebracze.
Luka ewikcyi nic posiadał żadnej.
A bednia?
Bednia byłaby rękojmią dostateczną, gdyby o istnieniu jej kto wiedział. Ale starzec się z nią przed światem cbow’al. W potrzebie największej nie przychodziło mu na myśl nigdy nie już na sprzedaż wystawić, ale choćby w zastaw dać najmniejszego ze znajdujących się w takowej drobiazgów. Co więcej: na dnie leżało tam w pła-
teczku zawiązanych złotych kilkanaście. I tego nawet nic ruszył, pomimo źe pieniądze te do ręki brał niekiedy, co zdarzało się, gdy bieliznę i odzież wyjmował i na żerdce rozwieszał, przewietrzając takową. Czynił to w święta pewne, gdy w karczmie muzyka grała i młodzież wiejska tańczyła. Wówczas bednię wydobywał, otwierał, wyjmował z niej sztukę po sztuce, strzepywał, rozwieszał, a gdy wszystko rozwiesił, naprzeciwko pod ściauą siadał, ręce składał, przypatrywał się przedmiotom rozwieszonym i — płakał.
Coby to wszystko znaczyć miało? — nie wiedział nikt, nikt bowiem nie widywał przy czynności tej starca, zasłoniętego przed oczami ciekawych nieprzystępnością chaty, do której nie zaglądał żywy duch. Dla ekonomii nawet — dla zarządu wsi, griint której i wszystko co się na nim znajdowało należał do dworu — nieprzystępna ona była. Osłaniała ją potęga przesądności, oddziaływającej i na sfery wolne od takowej. Owo „coś” tajemnicze, powstrzymujące chłopów od przekraczania granic zagrodj nauroczonej, powstrzymywało pana od zajęcia pustki na użytek gospodarski, na zmienienie onej w „numer,” odrabiający powinność, Trudnoby wprawdzie było znaleźć we wsi duszę, któraby się zgodziła zamieszkać w pozostającej pod klat wą chałupie. Były to jednak czasy, w których chłopa o zgodę nic pytano. Rozkaz wystarczał. Z tem wszystkiem pustka pozostawała pustką; dwór uważał ją, jakby nie należącą do kompleksu ekonomicznego i pozostawia! w spokoju Lukę, odgrywającego w niej rolę puszczyka.
Luka tedy, przez nikogo nieniepokojony, pędził żywot taki, jaki sobie urządził sam. Przychodził do chałupy kiedy chciał, odchodził kiedy chciał, robił co mu się podobało i czuwał nad be-dnią, która miała dlań znaczenie jakieś szczególne. Doglądał jej; w doglądaniu tćm jednak ta zachodziła osobliwość, żc nieraz dniami calemi pozostawała ona na lasce i niełasce ludzkiej. Starzec wydalał się z domu na dobę całą, na dwie niekiedy; razy parę zdarzyło sic nawet, iż nie było go tydzień; mógłby kto bednię zabrać, stała bowiem na wierzchu; mógł się złodziej trafić. 1 w tym jednak względzie na straży stała siła przesądu, którą posiłkowała ta jeszcze okoliczność, że dla złodzieja Pustka nie przedstawiała ponęty najmniejszej. Mógłże kto w ruinie tej skarbu się spodziewać?
Czy Luka liczył na tu? Przysłowie powiada, że „goły rozboju sic nie boi.” W przysłowiu tem tkwi prawda. Być więc może, iz starzec, opierając się na takowej, nie zakopywał bedni w ziemi, jak to czynili powszcch.jicludz'e, którzy mieli skarby do przechowania, zwłaszcza zaś skarby tak łakome dla dziewcząt wiejskich, z których niejedna nie ze złej woli, nie dla złodziejstwa., ale tak sobie, byłaby, gdyby o istnieniu bedni wiedziała, wybrała z niej coś dla siebie. Bednia stała na wierzchu w chałupie, drzwi której, koro-myslem nawet nie zastawione, otworzone być mogły za popchnięciem lada jakiem. Nie otwierał jednak onych nikt inny, tylko Luka, Luka samotnik śród wsi rojnej, odludek śród ludzi, dotknięty smutkiem, który niejako do niego przyrósł i którego z nim nie podzielał nikt.
(Dalszy ciąg nesta^f.)
Zg śwista wzyeznGgu.
Teatr i jego gościnność dla Glucka. — Towarzystwo muzyczne.—Co ono zamyśla robie i czego nie robi.—Przegląd kompozycyj Żclenskiego, Józefa Wieniawskiego, Sokołowskiego, Zarębskiego i Malczewskiego — Zbiór pr. Stronia.—Wydawca warszawski i mania francuzczyzny.
Zadłużyliśmy się nieco czytelnikom. Sprawozdawcze sumienie nakazuje nam spłacić należność i rzuciwszy wzrokiem wstecz, wspomnieć choć w krótkości o faktach muzycznych, które, aczkol wiek należą już do dziejów roku przeszłego, nie były jednak jeszcze w lamach Tygodnika w spomniane.
Z tem większą przyjemnością zabieramy się do spłacenia tego długu, że przychodzi nam zacząć od słów uznania dla dyrekcyi teatralnej, która wystawieniem jednego z dzieł Glucka złożyła należny hołd wielkiemu mistrzowi. Hołd-to wprawdzie spóźniony, bo niemal w sto lat po śmierci (um. 1878) r.) autora, ale, bądźcobądż, lepszy taki, niż żaden.
Nietyle dziwimy się, że serce dyrekcyi tak późno dla Glucka zatętniało uczuciem, ile temu, źe go przyjęto bez należytej okazałości. Zamiast otwartemi ramionami, powitano go etykietalnem podaniem ręki i wprowadzono nie przez wielką bramę, tylko przez małe, boczne drzwiczki. Je-dnem słowem, traktowano go nie jako autora „Orfeusza” „Alcesty” „Ifigenii„ etc., ale jako twórcę jednoaktowej operetki, p. t. „Oszukany kady.”
„Kady” należy do rzędu utworów napisanych ua dworze i dla dworu Maryi-Tcresy, pomiędzy 1755 a 1762 rokiem. W tym czasie Gluck nie był jeszcze śmiałym reformatorem sztuki; jeszcze nie wzniósł się ponad pospolite schlebianie upodobaniom spółczesnego społeczeństwa, ponad wpływy wieku - otoczenia. Jak wiadomo, w czasach owych sztuki plastyczne nacechowane były barokiem, a literatura alba kwiliła słodkie sielanki ku czczi Bilonów z uróżowanemi policzkami, udając naiwność, albo też wstąpiwszy na wyżyny dramatu, tworzyła bohaterów „dobrze ułożonych" i — chociażby byli starożytnymi Rzymianami — przykrojonych podług najświeższej paryskiej mody. Ma się rozumieć, wpływ tej atmosfery mu-sial się odbić i w sztuce dźwięków.
Z samej muzyki „kadego” trudnoby się było domyśleć, źe ona ma odzwierciedlać fantastyczne i barwne aż do jaskrawości życie Wschodu. Kostiumy tylko i nazwiska świadczą o tem, źe rzecz dzieje się gdzieś w Bagdadzie, czy Damaszku.
W czasach, kiedy w Wiedniu owe operę Gluck tworzył, musiano tam mieć jeszcze dobrze wyryte w pamięci rysy Turków, Arabów, Tatarów i pamiętano pewno niejedne pieśń tych srogich zastępów, które nie tak dawno roiły się pod mitrami cesarskiego grodu. Czemuż więc w „Ka-dym” niema wschodnich motywów? czemuż tam brak zupełnie oryentalnego kolorytu? Ila! byłoby to na owe czasy zajaskrawe, zabarbarzyńskie i przeciwne wymaganiom „dobrego tonu.''1
Biorąc jednak rzecz tak, jak nam ją Gluck pozostawił, znajdzicmy jeszcze w niej wiele przymiotów nader wdzięcznych i zajmujących prostotą użytj ch środków, szczerym komizmem, uczuciem plynącem z głębi serca i mislernćm wykończeniem muzykalnych szczegółów. Ostatecznie więc nie mamy żalu do dyrekcyi teatralnej, że nas z „Kadym,” a „Kadego” z nami poznajomiła.
Z teatru do Towarzystwa muzycznego przejść nam będzie bardzo łatwo, chociażby tylko dlatego, iż obie te instytucye pod jednym dachem obecnie się kryją i podlegają wspólnej słabości, chronicznemu niedostatkowi środkow finansowych. Pod tym ostatnim względem zachodzi tylko ta różnica, że teatr stara się taraz wszelkicmi sposobami o szczędność i czuje swoję słabość, a tymczasem Towarzystwo pragnie gwałtem dać dowody siły.
Oto wkońcu ubiegłego roku komitet, stojący na czele Towarzystwa, zwołał ogólne zgromadzenia członków, wcelu zawiadomienia ich o zamiarze założenia szkoły muzycznej, czyli czegoś na wzór i podobieństwo konserwatoryum już istnie-!ącego. Jest-to projekt sam przez sig chwalebny, tylko na nieszczęście nieodpowiadający niezbędnym potrzebom chwili obecnej i — co gorsza — nieoparty na niezbędniejszych jeszcze funduszach.
Już to u nas o nic łatwiej, niż o projekty. Gdyby można było projektami wypychać poduszki, toby ród gęsi mógł się najzupełniej nic troszczyć o swą puszystą osłonę. Niestety jednak, na owych projektach rzadko kiedy głowę wesprzeć można!
Podług nas, Towarzystwo muzyczne, zanim pomyśli o zołożeniu szkoły, niechaj wpierw spel-
36
ni to, co mu zakreśla artykuł 5 jego ustawy. Jak-to! Towarzy stwo nie jest w możność- popierania wydawnictw miejscowych kompozytorów, nie udziela stypcndyów i wsparć młodym talentom, nie zdoła wreszcie urządzić szeregu koncertów, któreby naseryo dały się traktować, a chce jeszcze większy ciężar ua barki swoje włożyć?! Jednakże myśl tę gorąco popierało kilku członków komitetu, lecz w dowodzeniach ich, na nieszczęście, nie było nawet wspomnienia o funduszach, z jakich ma szkoła powstać. Dlatego też zgromadzenie ogólne, nie pojmując dokładnie celu i nie widząc środków, wybrało komisyą, do dokładniejszego wybadania projektodawców, z tą nadzieją, że jeżeli komisya zrozumie o co rzecz chodzi i na jakich podstawach się opiera, to wtedy' referat swój na przy szlem ogólnenf zgromadzeniu członkom Towarzystwa przedstawi.
Poczekajmy zatem, może się rzecz wyświetli, może nawet co z tego będzie.
Zanim to jednak nastąpi, przypatrzmy się kom-pozycyom polskim, które albo w tych czasach wykonane zostały, albo też świeżo wyszły zpod pras drukarskich. Jest ich spory snopek, dlatego też ziarn jego szczegółowo badać nie będziemy, tylko je tu dla przyjętego oddawna zwyczaju zanotujemy.
Przcdewszystkicm wymienić należy dna utwory Władysława Żeleńskiego, któ’c świeżo wyszły nakładem lipskiej firmy Kistnera. Należy im się honorowe miejsce tak zpowodu rozmiarów, jakoteż i wartości. Chcemy tu mówić o kwartecie smyczkowym op. 28 i o waryacyacli kwartetowych op. 21. Takich dziel wiele nie mamy.
Pierwsze Allegro z kwartetu surowy zwolennik form ustalonych moźeby przyjął z pewnemi zastrzeżeniami, zarzuciłby mianowicie, że motyw niespodzianie występujący w partyturze na str. 17ej zbyt jest samodzielny, zbyt imponujący, a wiec wobec dwóch głównych motywów zanadto się od całości oddziela i na pierwszy plan występuje. Finałowi możeby znów zarzucono, że zbyt pomysłami i charakterem przypomina finał z kwartetu D minor Schuberta. Ale obok tego najsurowszy krytyk przyjąć musi z wysokiem uznaniem i już bez zastrzeżeń Scherzo i Andante. Ta ostatnia część szczególniej należy do pereł naszej literatury muzycznej. Co zaś do waryacw, są one również niepośledniej wartości. Główną ich zaletę stanowi misterne wykończenie i efektowne traktowanie instrumentów. Nam się tylko zdaje, że ostatnia waryacya, aczkolwiek niezmiernie poetyczna, niekoniecznie na kodę jest odpowiednią. Dla zaokrąglenia całości, przydałoby się jeszcze przypomnienie motywu w ży wszem tempie, lub też pewien rodzaj ożywionego jjugata.
Mamy nadzieję, że Towarzystwo muzyczne postara się o wykonanie obu tych niepospolitych dziel, ponieważ wydobywa ono niekiedy ua jaw dzieła rodzinnych autorów’. Niedawno słyszeliśmy tam Sonatę na fort'pian i wiolonczelę Józefa Wieniawskiego. Utwór ten odznacza się płynnością myśli i gładkością w ich przeprowadzeniu, lecz jako „sonata” posiada jedne kardynalną wadę: nie jest sonatą. Brak mu polifonicznej spójni i ustosunkowania działalności obu instrumentów. Pierwsza część, to allegro koncertowe na fortep:an z akompaniamentem wiolonczeli — a druga, to znów romans na wiolonczele, z towarzyszeniem fortepianu. Zresztą tak treść, jak i forma zabardzo nacechowane konwcncyonali-zmem; znać tam że autor lękał się być zbyt poważnym, więc dla błyskotliwego wdzięku poświęcił głębokość
Leży jeszcze przed nami spora paczka utworów polskich, poza granicami kraju drukowanych.
Przejrzeliśmy’ dw’ic barkarole na fortepian, op. 2 p. Sokołowskiego. Obie są minorowe i jedna kowo brak im konsekwentnej formy. Drugą z nich możnaby na przykład przeciąć ua dwie po łowy i z każdej tym sposobem odrębną barkarolę utworzyć, a jedna do drugiej nieby’ podobną nie była. Przejrzeliśmy’ także Rówrie tegoż samego autora. Jest-to również rodzaj barkaroli, tylko tu autor puścił łódź swoje na Wagnerowskie jezioro.
Z nadesłanych nam utworów, bez porównania wyżćj stoi „Fantaisie polonaise,” op. 9 Zarębskiego. Wprawdzie i tu motywom brak wyrazu i logiczności w formie, ale zato czasami znajdują się też niezwykłe efekty harmonijne (patrz str. 5) i wszędzie fortepian jest traktowany niezmiernie interesująco, a barwnie.
Przepasywaliśmy także całą plikę utworów Juliusza Malczewskiego. Przytoczymy tu jedynie op. 8, który się składa ni mniej ni więcej, tylko z dziesięciu mazurków. Z tych dziewięć minorowych i słusznie — ponieważ są bardzo smutne... pod względem wartości. Kadzimy szczerze panu Malczewskiemu, ażeby przed napisaniem następnych kompozycyj popracował kilka lat pod kierunkiem jakiego mistrza, wtedy może będzie miał więcej świadomości twórczej, a zato mnićj dyletanckich harmonij i mniej ortograficznych błędów.
O ileż pożyteczniej od p. Malczewskiego potrafił spożytkować papier i wynalazek drukarski pan Strobl, profesor naszego konserwatoryum! Ułożył on zbiór utworów obcych wprawdzie, ale przynajmniej w znacznej części przynoszących pożytek. Chociaż zbiór ten literatury naszćj nie zbogaca, jest jednak niejako źródłem dla młodych, niemających jeszcze doświadczenia nauczycieli i nauczycielek, z którego czerpać mogą gotowy matcryał dla kształcących się pod ich kierunkiem.
Powyższy zbiór wyszedł w Warszawie, nakładem wydawcy pana Ludwika Pollaka. Ponieważ wydawca zapewne liczy głównie na rozprzedaż w naszym kraju, śmiemy więc zapytać go, czemu tytuły wydrukował po francusku? Czyż to ma dodać wartości wydawnictwu? czy jest zrozuinialszc dla nas?
Władysław Górski.
GFS) I GA6KJ, KOMEDYA W PIĘCIU AKTACH MICHAŁA BAŁUCKIEGO.
(Dalszy ciąg.) SCENA VIII.
NATALIA, CIOTKA, BRT GID A, (po c/ltoiZi) BA IIBAB A, JOASIA.
Ciotka (<(o Natalii).
Nic nie wiedziałam, że tu jesteś.
NAT ILIA.
Umyślnie przyjechałam dla ciebie.
CIO! KA.
Ach, ma chere, jakaś ty’ dobra. (Ściskają sobie ręce.) A bałam się, żc się tu nudzie będę. barbara (wnosi fotel z Joasią).
Siostruniu!
JOASIA.
Jest, proszę cioci.
CIOTKA (siada, nie patrząc, anizważając na nie i rozmawia dahj z Natalią.)
Dawnośmy się nie widziały.
BARBARA.
Cóż, lepiej teraz?
ciotka (do Natal i).
Miałaś być tego karnawału ii nas w Krakowie?
NATALIA (siadając przy niej).
I byłabym z pewnością; ale cóż, trzeba nieszczęścia, że umiera ojciec męża.
CIOTKA.
O! a to nieprzyjemna rzecz! NATALIA.
I to, uważ sobie, przed samym karnawałem. CIOTKA.
Także sobie wybrał.
NATALIA.
Możesz sobie wyobrazić moję rozpacz. Byłam proszoną na trzy bale na gospodynię, miałam już suknio gotowe—wszystko, wszystko...
CIOTKA.
Ależ to fatalne!
NATALIA.
Powiadam ci, myślałam, że oszaleję.
CIOTKA.
Bardzo wierzę.
Natalia (idzie do lustra poprawić włosy).
No, ale cóż u ciebie słychać, moja droga? Wyglądasz prześlicznie.
BARBARA.
A j uż to można powiedzieć, że siostrunia wygląda...
NATALIA (nie zważając na to co mówi Barbara, przysiada się do ciotki).
Cóż Paryż? Byłaś może u Worta?
CIOTKA.
To się rozumie. Być w Paryżu i Worta nie widzieć...
Natalia (z żywą ciekawością).
No i cóż? cóż?
ciotka (z entuzjazmem).
Powiadam ci bóg—bóg mody! Cały świat elegancki u niego się tylko ubiera. W jego salonach same hrabiny’, księżne—wszystko to czeka na audycncyą, jak u jakiego ministra. Kiedy na mnie przyszła kolej, powiadam ci, dostałam formalnej febry, takie to robi wrażenie.
NATALIA.
Bardzo wierzę.
CIOTKA.
Ach, co to za człowiek, co to za człowiek, moja kochana, to geniusz! Baz tylko spojrzy na ciebie i już wie, czego ci potrzeba.
NATALIA (z zachwytem).
Zmiłuj się, odrazu?
CIOTKA.
Formalna wyrocznia. A co powie, to święte.
NATALIA.
Jakaś ty szczęśliwa, żeś tam była!
CIOTKA.
Czekaj, pokażę ci ostatnie jego pomysły. Brygido, moja torba! (Brygida podoje, ona szuka i mó wi.) Zdumiejesz się, powiadani ci, jaką ten człowiek ma fantazyą. (Dobywa rysunki.) O, patrz!
NATALIA.
Ach!
SCENA IX.
TĘ SAME, KiBOPOTKIE WICZ, HULATYŃSKI.
KŁOPOTKIEWICZ.
Powitać ciocię dobrodziejkę! (Ociera wąsy chu stką kolorową.) Sługa uniżony, całuje rąsic.
CIOTKA (zajęta opowiadaniem Natalii, nie patrząc na niego).
Proszę nam teraz nie przeszkadzać. (Do Natalii.) A tu drugi.
kłopotkiewicz (idzie zdziwiony do Barbary, Joasi, Hulatyński''go, którzy z drugiej strony stoją razem, i mówi półgłosem).
Basiu, bój się Boga, to chyba nic ciotka.
BARBARA.
Ej Jasiu, co tćż ty wygadujesz kłopotkiewicz.
A jak Boga kocham, no przecież ciocia Bclcia dobrze starsza od ciebie, a ta wygląda przynajmniej o jakie 20 lat lat młodziej.
BARBARA.
N ic dziwnego, w dobry m bycie, nie narobi się, nie kłopocze o nic.
kłopotkiewicz (przypatrując się ciotce).
I włosy także ma inne, no i zęby; przypatrz-że się, jćj większej połowy zębów brakowało, a teraz ma wszystkie jak nowe. Przecież jćj nic odrosły.
nULATl ŃSKI.
Nie, tylko sobie sprawiła nowy garnitur. kłopotkiewicz.
E! czy to tak można?
HULATYŃSKI.
Jakbyś pan ją tak rozebrał całą ua części z których się składa, tobyś się dopiero miał czemu dziwić.
KŁOPOTKIEWICZ.
Rany Boskie, co tc kobićty nic wyrabiają! Wo
37
lę ja moje Basię (Przytula ją do siebie.') Jak jest, tak jest, ale przynajmniej wszystko prawdziwe.
BARBARA.
Ej, Jasiu, Jasiu! co też ty nie wygadujesz. KLOPOTKIEWICZ.
Cóż ta ciotka nie myśli się z nami przywitać? Zagadały się z tą, Figurkowską.
BARBARA.
A tam w kuchni legumina jeszcze niegotowa. Joasiu, przeproś że tu ciotkę, bo ja musze na chwileczkę. Zaraz każę obiad podawać. (IFi/c/io-dzi na lewo.)
(Klopotkieu icz rozmawia pocichu z Hulatyńskim; Joasia staje za stoikiem t iotki lub iNatalii i przy sluchuje się ich rozmowie.)
CIOTKA (objaśnia Natalii rysunek).
Uważasz,forma ni by prtncesse, a jednak coś innego. Natalia (zachwycona).
Rzeczywiście, coś całkiem nowego.
CIOTKA.
Z odwinictcmi zboku rcnversami; przód garni-rowany od dołu falbaną, nad tćm dwa przepięcia ozdobione frenzlą i ujęte rozetą pasamcntcryjną z kolcami.
NATALIA.
Ach, jak to musi dobrze w\ glądać!
CIOTKA.
Powiadam ci, prześlicznie! Największy szyk.
NATALIA.
No, a kapelusz?
CIOTKA.
A, kapelusz, powiadam ci, cudowności! Czekaj, pokażę ci. Przywiodłam jeden Joasi na prezent ślubny. Brygido, przynieś no mi pudełko z tym kapeluszem, com go to na wyjezdnem kupowała. Ten, wiesz...
BRYGIDA.
Już wiem, proszę pani. (Wychodzi naprawo.) ciotka (do Natalii).
Zobaczysz, cudowność. Joasia będzie się miała czćm pochwalić. A gdzież ona? (Przykłada lornetkę do oczu i odwraca się.) Joasiu! A, pan Jan, jak się ma?
KLOPOTKIEWICZ (biegnie ku nićj i ocićra co tchu wąsy).
Powitać ciocię dobrodziejkę, całuję...
CIOTKA (cofając rękę).
Proszę mnie nie całować, bo ja tego nie lubię. Fe, pana brata czuć stajnią, że okropność! Brygido, moje perfumy. (Sięga po torbeczkę.)
KLOPOTKIEWICZ (do Hulałyńskiego).
Czegóż ta kobieta jeszcze chce odemnie? Ja wystroiłem się panie jak od święta i jeszcze żle.
CIOTKA.
Joasiu! gdzie Joasia?
JOASIA (całuję ją w rękę).
Tu jestem, proszę cioci.
CIOTKA (przypatrując się jćj przez lornetkę).
Jak ona wygląda w tej sukienczynie, jak gąska podskubana, żadnego kroju. 1 warkocze! Kto dzisiaj nosi warkocze, chyba jakie Kaśki lub Maryny. Obróe-no się. Natalciu, patrz, jaki ma stan.
Natalia (wzruszając ramionami).
Okropność!
CIOTKA.
Ją potrzeba będzie z gruntu zreformować. Mu-simy z nićj zrobić przecież coś, coby było do ludzi podobne.
Brygida (przynosi pud.lko).
Czy ten, proszę pani?
CIOTKA.
Ten, ten, otwórz, tylko ostrożnie. Czekaj, ja sama. (Wyjmuje mały tiulowy fantastyczny kapelusik i podnosi go dogóry, patrząc z tryumfem na otaczających.)
A co?
NATALIA.
Ach! boski!
CIOTKA.
Cudo! prawda? kłopotkiewicz (do Hulały ńskiego).
Co to ua wyobrażać?
HULATYŃSKI.
Kapelusz.
KŁOPO PKIEWICZ.
E, iaż-że sąsiad, chyba kokarda.
Ciotka (do Joasi).
Chodź, przymierzę ci. (Wkłada jej na gloucf) KLOPOTKIEWICZ.
A dalibóg, że sąsiad zgadł. No, nigdybym się nie był tego domyślił.
CIOTKA.
A teraz idź do lustra. No, a co? Czyś ty wr działa w życiu coś podobnie pięknego?
JOASIA.
Tatku, dobrze mi?
KLOPOTKIEWICZ (rusza ramionami).
NATALIA.
Prześliczny.
CIOTKA.
To najpierwszy model. Takiego jeszcze nikt nie ma.
NATALIA..
Ach, jaka ona szczęśliwa! 1 nic podziękujesz ciotce?
JOASIA.
Całuję rączki cioci.
ciotka (zdejmując jćj kapelusz).
Tylko trzeba widzieć to przy innej tualccie; to całkiem inaczej wtedy wygląda,
NATALIA
Tak, teraz to się nic wyda na nićj.
Ciotka (chowa kapelusz i dobywa broszę).
A to znowu będzie dla Basi. Gdzież ona?
JOASIA.
Mama poszła do kuchni. Zaraz wróci.
NATALIA (zbliża się z ciekawością).
CÓŻ to?
CIOTKA.
Broszka z jaszczurką. To także haute noureautć. kłopotkiewicz (przygląda się).
To pewnie dukatowe złoto?
ciotka.
Pfe! Któż widział? teraz tylko Żydówki w złoto się ubierają, a cały świat modny używa samych galanteryjnych wyrobów.
kłopotkiewicz (rozczarowany).
Galanteryjnych ?
ciotka.
Największy szyk. (Do Klopotkiewicza.) A i o panu nie zapomniałam. Brygido, podaj torbę.
NATALIA (do Joasi).
Nieoceniona ta wasza ciocia.
CIOTKA (ostentacyjnie).
Masz pan. (Daje mu maleńki, metaloicy gwizdek z uszkiem.)
KŁOPOTKIEWICZ (z głupią miną).
He, be, he, i do czegóż to taki figiel?
CIOTKA.
Tu sic nalewa kropelkę wody i można imito-tować glosy najrozmaitszych ptaków.
KLOPOTKIEWICZ.
A dyć ja tego świergotu mam od rana do wieczora, że aż w uszach wierci.
JOASIA (szarpiąc go za surdut, półgłosem).
Tateczku, bo się ciocia gotowa obrazić.
KŁOPOTKIEWICZ (ruszając ramionami, także półgłosem).
No, ale bo...
NATALIA.
To musi być także modne w Paryżu.
CIOTKA.
Cala jeunesse doree nic innego nie nosi przy zć-garkach.
kłopotkiewicz (do Hulałyńskiego).
Powaryowali chyba ci Francuzi.
CIOTKA (rozsiadajcie się wygodnie).
No, a teraz sprezentujcie mi pana młodego. (Przez lornetkę patrzy na Hulałyńskiego.) To zapewne ten.
JOASIA (zażenowana).
Ależ ciociu, gdzież znowu...
KŁOPOTKIEWICZ.
To nasz sąsiad, pan Hulatyński, a do tego kolega szkolny pana młodego.
CIOTKA.
No, a gdzież sam pan miody?
KŁOPOTKIEWICZ.
Spodzićwamy się go właśnie lada chwila.
CIOTKA.
A kto gu rodzi?
HULATYŃSKI (z ironią).
Jakto, kto go rodzi? Matka, jak zwykle, pani dobrodziejko.
kłopotkiewicz (parsknąwszy śmieciu m, na str.j.
A to jej palnął, niech go nie znam!
CIOTKA (mierząc Hulatyńskiego zgóry).
Ja się nie o to pytam, tylko z jakiej familii? BUL \TY’ŃSKI.
Jeżeli pani dobrodziejce o to idzie, to mogę zapewnić, że z bardzo uczciwej.
CIOTKA.
Mnie nie idzie o uczciwość, tylko o szlachectwo. HULATYŃSKI.
A, jeżeli pani idzie o szlachectwo bez uczciwości, to on wcale nie jest szlachcicem.
ciotka (z oburzeniem).
A więc mezalians!
HULATYŃSKI.
Po czyjej stronic?
CIOTKA.
Jakto po czyjej? To pan chyba nic wićsz, kto byli Rzcmpielińscy? Panic Janie, znać, że w pańskich piersiach tylko w bocznej linii bije wielkie serce Rzcmpielińskich, skoro pozwalasz na takie małżeństwo. Chyba że ma majątek. Co? bogaty?
KŁOPOTKIEWICZ.
No, niby jest profesorem, ma coś około dwóch tysięcy reńskich rocznej pensyi.
ciotka (z leku ważeniem).
Dwa tysiące! I wy to nazywacie dobrą partyą? KŁOPOTKIEWICZ.
No, proszę ciotki, dla biednej panienki,,..
ciotka (z namaszczeniem).
Ona nie jest wcale biedną, bu pochodzi z Rzcmpielińskich, a to znaczy więcej, niż miliony. Powinien się czuć uszczęśliwionym ten pan... jak on się nazywa?
KŁOPOTKIEWICZ I JOASIA.
Marzycki.
CIOTKA.
Że bierze pannę z takiego domu.
JO.iSIA.
Więc ciocia mówi, że to niedobra partya?
CIOTKA.
Dla jakiejś tam mieszczańskićj córki toby to to uszło, ale dla panny z Rzcmpielińskich, to nie! joasia (przestraszona).
Co ciocia mówi?
CIOTKA.
Dwa tysiące reńskich w mieście, to nędza prawie.
NATALIA.
Mój mąż zarabia trzy razy tyle, a nie wystarcza nam.
CIO1KA.
Chyba że ten pan ma oprócz tego swój prywatny majątek. Czy nie pj taliście go o to?
KŁOPOTKIEWICZ.
E! jakżeżby to wyglądało?
CIOTKA.
Jakto jakby wyglądało? Słyszysz, Natalciu? A przecież to za granicą wszędzie przyjęte. In-tercyza, to jeszcze ważniejsze, niż ślub.
NATALIA.
To się rozumie.
CIOTKA.
A jeżeli ten pan nie ma osobistego majątku, to niech się asekuruje na życie.
NATALIA.
Tak, niech się asekuruje.
CIOTKA.
Teraz wszyscy to robią.
NATALIA.
Ja mojemu mężów i także kazałam się asekurować.
KLOPOTKIEW1CZ.
Ależ, moja ciotko, jakże tu człowiekowi, który sio zabićra do żeniaczki, mówić o śmierci?
CIOTKA.
Jeżeli wy nic macie odwagi, to ja z nim pogadam.
JOASIA (całuję ją w rękę).
Ach, cioteczko najdroższa, toby było najlepićj. ciotka (z uroczystą powagą).
Bądź spokojną. Skoro tu przyjechałam, to oho-
38
wiązkiem moim jest czuwać uad losami rodziny Rzempielińskich.
NATALIA (do .Joasi').
Jak wy Bogu dziękować powinniście za taką ciotkę.
SCENA X.
C1Ż i BARBARA.
BARBARA («,’ materyalnym szlafroczka i świeżym czepku).
No, teraz i ja się już mogę przywitać z kochaną siostrunią i poprosić. (Idzie kuniej uradowana.) CIOTKA (lornetując ja).
Jak ona wygląda? Panie Janie! Coś pan zrobił z tą kobietą?
KLOPOTKIEWICZ.
Co takiego?
CIOTKA.
No, przypatrz się pan, jak ona wygląda. Czyby kto powiedział, że to krew Rzempielińskich?
BARBARA.
Moja siostruniu, a cóż Jaś temu winien? Człowiek się naklopocze, naharuje przy gospodarstwie, to zkądże ma dobrze wyglądać?
CIOTKA.
Tu nie idzie o wyglądanie, tylko jak ty ubrana? Cóż to za moda?
BARBARA.
E, o modę mniejsza, moja siostruniu, mnie tam starej ujdzie. No, proszę państwa do obiadu.
CIO i KA.
Co? co? Natalciu, słyszałaś? Obiad o pierwszej.
BARBARA.
No, a kiedyż?
CIOTKA.
Chyba śniadanie?
KLOPOTKIEWICZ.
Co tćż to ciotka mówi, ja już zapomniałem, kiedy śniadanie jadłem. Gdzież to słyszana rzecz, żeby kto kawę o pierwszej pijał.
CIOTKA. ,
Któż tu mówi o kawie? Śniadanie a la four-chette—wędliny, jakieś mięso, bifsztyk lub coś podobnego, sałata, kompoty...
KLO ROTKIEWICZ.
No, to kompletny obiad.
CIOTKA.
Obiad się jada o szóstej, najwcześniej o szóstej.
KLOPOTKIEWICZ.
O szóstej obiad? W imię Ojca i Syna!
CIOTKA.
W Paryżu nikt inaczćj nie jada.
HULATYŃSKI.
Pani dobrodziejko, tu nie Paryż. Co kraj, to obyczaj.
CIOTKA.
A ja stanowczo oświadczani, źc o jierwszćj nie jem obiadu, tylko śniadanie.
Barbara (zakłopotana).
To cóż zrobimy?
hulatyński (z uśmiechem).
To uazwijmy ten obiad śniadaniem i chodźmy. (Podaje ramię cioci.) Służę pani! (Ciotka spogląda ua niego zgóry, mierząc go od stóp do głowy, i z lekceważącą miną podaje mu rękę.)
KLOPOTKIEWICZ.
Brawo! Doskonale! będzie i wilk syty i...
CIOTKA (zatrzymuje się i patrzy zgóry na Klopo-tkiewicza).
Co takiego?
KLOPOTKIEWICZ (zmieszany).
E, nic, ja tylko tak do Basi. (Do Natalii, która poprawiała włosy przed zwierciadłem.) Służę pani doktorowćj. (Podają jej ramię.)
KONIEC AKTU PIERWSZEGO.
Kmito zajjaniczua, T. I. K r a. s z -3 -w 3 ii i e g- o.
Nowy lok. Pokojowe usposobienie.—Francya i Niemcy — Prądy ducha we Francyi. - Smutki i uśmiechy Droza.'-Reakcya, jej przyczyny i skutki.-Nie rozpaczajmy o przy
szłości.—Następstwa logiczne faktów. — Czwarty tom pamiętnika lir. Yicl-Castel. — Napoleon III i dwór jego.—
Francya za cesarstwa —Spielhagena „Ulilenlians."
Rok przeszły w ciszy i odrętwieniu jakiemś zamknął się zwykłym pouczeni i życzeniami. Wielkich nadziei nie obudzą następca jego. Nie mamy ani zapowiedzianych reform, ani źadnćj walki płodnej w następstwa. Zwolna idzie społeczeństwo niemieckie po drodze pracy i dalszego rozwoju. Gorączki lat ubiegłych ostygły znacznie; nawet najbardziej roznamiętniająca walka z kościołem wchodzi stanowczo w stadyum ugodowe.
W końcu ubiegłego roku i pogłoski giełdowe, które długo brzmiały wojną, bardziej pokojowy charakter przybrały. Pokój zdaje się zapewniony na czas jakiś, a Francya, zajęta Tonkinem, koloniami, zagrożona wojną z Chinami, wewnątrz potrzebująca reform, które zasadniczej ustawy dotknąć mogą, ani groźną nie jest, ani sic nią okazać stara. Zbyt wiele zadań wewnętrznych, społecznych ma każdy u siebie w domu do rozwiązania, ażeby mógł myśleć o obróceniu sił naze-wnątrz.
Do sprzymierzeńców Niemiec, których polityka największy zaszczyt przynosi żelaznemu księciu, przybyły nie do pogardzenia wcale Wiochy i Hiszpania. Rzeczpospolita jest i czuje się odosobnioną, pozostawioną sama sobie.
W stosunkach ekonomicznych tę wielką upa-trzeć można zmianę, iż Francya, pomimo zasobności swej i ogromnych kapitałów jakiemi rozporządza, iinansowo zwolna upada, gdy uboższe Niemcy oszczędnością i wyrachowaniem zjskują.
Zwracaliśmy w roku przeszłym uwagę na objawiające się w literaturze francuskiej prądy ducha, na rozmaitego rodzaju reakeye i zwroty, które obecną cechują chwilę.
Coraz silniej się to czuć dajc. Świeżo wydane Gustawa Droza, autora .,Monsieur, madame et Bebe” (których wyszła 125 ta edycya) — „Smutki i uśmiechy ”(Tristesses et sourires) są tego najlepszym dowodem. To cośmy wskazywali w „Listach dragona,” jeszcze wyraziściej występuje U Droza. Laudator temporis acti, znakomity autor znajduje świat teraźniejszy tak zepsutym, tak zwichniętym, iż poczciwej na nim uie zostawia nitki.
Smutki i uśmiechy (ironiczne) są notatkami staruszki, z cichego swego zakątka patrzącej ua przeradzanie się społeczeństwa w rodzinie. Wielka pani, należąca do wyższych sfer, ze stanowiska sobie właściwego zapatruje się na metamorfozę, którą uznaje za nieodwołalnie zgubną, nie widząc w niej najmniejszej zapowiedzi postępu, usprawiedliwić- mogącej smutny stan przejścia obecny. Z niepospolitym talentem, z wielkim darem postrzegawczym, z delikatnością odcieni mistrzowsko nakreślone są te karty, które w pewnych sferach towarzystwa znajdą z pewnością cutuzyastyczne poklaski. Nie można im zaprzeczyć prawdy, ale jest to jedna tylko strona i dlatego czuje się w niej przesadę.
Niekiedy postrzeżenia i analizy zjawisk obyczajowych, jak na przykład w stosunku rodziców do dzieci dorastających, pod względem płci ich—rażą niemal jaskrawością i zbytniem rozpatrywaniem się av tem, co nie wiedzieć jest lepiej i co może niczawsze i niewszędzie dostrzedz się daje.
Pomimo wszystkich tych zarzutów, jakie książce i autorowi uczynić można, niepodobna im odmówić wielkich i znakomitych zalet. Droz jest człowiekiem myślącym, poważnym, rozpatrującym się we wszystkiem głęboko, umiejącym myśl swą przedstawić powabnie, kunsztownie i tak, aby jaknajwiększe uczyniła wrażenie.
Czy wistocie cala działalność naszych czasów tak jest burzącą i zgubną, tak zawracającą do barbarzyństwa, jak się zdaje panu Droz, a często i innym zbolałym umysłom wydawać może? Odpowiedź łatwą uie jest. Nic pierwsze to ubolewanie tego rodzaju, ani zapewne ostatnie. Każdy zwrot społeczny boli i obudzą zwątpienie o tem, do czego prowadzi: ku lepszemu, czy ku upadkowi. Chwilowy zamęt, ruina są częstokroć nieuni-knionemi czynnikami na drodze postępu; lecz
dlatego rozpaczać o przyszłości nic można. Najszczęśliwiej zorganizowana społeczność trwać wiekuiście nic może w jednym stanie, gdyż same jej cnoty i przymioty, przeradzając się w formy bezduszne, bywają przyczynami upadku; lecz prawo to nieustannej metamofozy nie prowadzi za sobą rozpaczliwych ostatecznych wniosków, ani dla niego godzi się zwątpić o losach narodu i ludzkości.
Francya, wchodząc w końcu XVIII w. na drogę gwałtownych rewolucyj, sama sobie przyszłe losy zgotowała. Wywrót nagły musi równie skrajną wywołać reakcyą. Powolne rozwijanie się instytucyj, zmiany stopniowe obyczaju, daleko dla każdego narodu są bezpieczniejsze, nad radykalne reformy, które najczęściej spowodowuje zbyt długie opieranie się nieuchronnie potrzebnym zmianom.
Zastój uparty sprowadza potćm tę burzę, rcak-cya rzuca nieszczęśliwą społeczność na krańce i długiego czasu potrzeba, nim normalne życic powróci, nim sic te fale ukolyszą.
Wszystko to, ua co patrzymy we Francyi, tłumaczy się jasno jej przeszłością, ale nie powinno prowadzić do zwątpienia o przyszłości. —Droz w „Smutkach i uśmiechach” szczególniej rozbiera stosunki rodzinne, z sympatyą dla sfer wyższych i życia ich jednostronnie widzianego. Zapatrzenie się na piękne rysy nie dajc mu dejrzćć tego zepsucia, które przy najwytworniejszych formach naruszyło same posady, na jakich spoczywała rodzina. Bez Ludwika XV i rcgcncyi uie byłoby terroryzmu i Robespierrów; bez krwawych scen końca XVIII w. nie powstałoby cesarstwo z reakcyą.
Wspominaliśmy już, jeśli się nic mylimy, o obrzydliwych pamiętnikach p. hrabiego Horacego dc Vicl-C’astol, zakazanych we Francyi, których właśnie wyszedł tom czwarty.
Nic smutniejszego, nic okrutniej potępiającego czasy Napoleona III, nad tę książkę, napisaną przecież przez jednego z jego wielbicieli, przez człowieka, który sic w kołach dworskich obracał, był domownikiem księżny Matyldy i codzień się ocierał o ludzi najwyższe zajmujących stanowiska. Najnieublagańszy wróg Napoleona III i jego rządów nieby straszniejszego, czarniejszego, wstretliwszego nie potrafi} napisać, chcąc rzucić anatemę na tę epokę demoralizacyi skrajnej, bezbrzeżnej, wyuzdanej.
Przy całej swej czci dla osoby cesarza, uznając, a raczej upatrując w nim gcnialność, której nigdy nie miał, Yicl-Castel zrzuca winę całą na otoczenie Napoleona, na łudzi których wybierał, lub którzy mu się narzucali. Lecz i obyczaje panującego i jego życie prywatne poszanowane nic są. Cesarzowej wprawdzie nic zarzucić nie śmie pan hrabia, ale maluje nam ją zarozumiałą, próżną, niedaleko widzącą, dziwaczną.
Plon-plon, którego autor nic cierpiał, chociaż zdolności mu nic odmawia, wychodzi najczęściej jako bezwstydny, najczerwieńszy z rewolucyoni-stów, kopiący dołki pod swym dobroczyńcą.
Z całego dworu nikt nie ocalał bez plamy, bez zarzutu, bez śmieszności, bez upodlenia. Kobiety równają się bezwstydem mężczyznom. Yicl-Ca-stcl ma na każdy dzień jakiś obrzydliwy skandal, jakąś brudną anegdotę i opowiada ją w ten sposób, iż Zola zarumieniłby się, czytając. Książka wkońcu obudzą wstręt niewypowiedziany, a że inne jej zalety za brud ten nie płacą, nie pojmujemy wziętości, jaką mieć mogła, nawet chwilowo.
Przezwyciężywszy sic, aby przeczytać całość, rozumiemy doskonale r. 1870, zwycięztwo Niemiec i moralną ruinę Francyi. Napoleon HI staje przed nami, jako wielki winowajca, jako zaślepiony szczęściem awanturnik, który więcej na gwiazdę swą rachował, niż na to, co daje istotną siłę. Państwo w którćm wszystko było przekupiłem, w którćm dwór i ugóry stojący myśleli tylko o zbogaceniu się i używaniu, gdzie moralność wyśmiewaną była i codziennćin życiem się jćj urągano—istnieć nic mogło. Katastrofa, co je stworzyła, sprowadzić musiała nieuchronnie katastrofę, która je obalić miała.
39
Nic żałujemy nawet całego tego zbiegowiska anwanturników chciwych, nienasyconych, niewierzących w nic, nawet w siebie—ale bolejemy nad losem narodu, któremu stolica wszczepiła zgniliznę, rozchodzącą się z niej po zdrowćm jeszcze ciele.
O ludziach otaczających cesarza pisze Vnl-('a-stcl: Maąuard (sekretarz Napoleona} w sprawie generała Bertona przywłaszczy! sobie cztery tysiące franków. Ojciec ministra Rouher był lokajem ojca margrabiego d’Audifiret; ojciec marszałka Magnan służył jako odźwierny, a dziad Foulda pełnił obowiązki lokaja i t. p. Ale wszystko to byłoby niczem, gdyby sami ci potomkowie stróżów i lokajów nie splamili się nicsłychanemi nadużyciami. Haussman i wielu innych wystawieni są, jako prości złodzieje.
Włosy na głowie powstają i zamykając książkę, pyta się mimowolnie: jak takie społeczeństwo lat tyle utrzymać się, wyżyć mogło, nic upadając pod brzemieniem pogardy publicznej?
Zwróćmy się lepiej ku Niemcom i pocieszmy się przyjemniejszą do czytania — chociażby po wieścią.
Przed nami leży najnowsza powieść jednego z najbardziej utalentowanych pisarzy niemieckich, bpielhagena, „ l 'hlmhan^ (dwa tomy). Kończy się druk jej w najwziętszym dzienniku wiedeńskim (N.fr. Presse) i ukazała się już w osobnej odbitce. Ostatniemi czasy Spielbagen mniej był płodnym na tern polu i więcej pisał o teoryi romansu, niż wydał nowych powieści. Nie stracił jednak, jak się przekonywamy z Uhlenhansa, żadnego z ty ch znakomitych przymiotów, jakiemi celował i na głośne zarobił imię. Uhlenhans (w dyalekcie plaltdeutsch oznacza to jakby Sowi-Janck) pod względem artystycznej budowy zdradza rękę mistrza. Pomysł i wykonanie doskonale. Gdybyśmy zarzucie coś chcieli opowiadaniu, to chyba zbyt pod koniec tragiczny nastrój, który ze sceną, na jakiej się dramat odgrywa, niezupełnie harmonizuje. Zresztą nakreślenie postaci, węzeł akcyi, wszystko aż do ślicznych krajobrazów wyspy Rugii, gdzie się rzecz dzieje, wielkiej jest prawdy i wdzięku. Niema tu ani jednej figury niepotrzebnej, ani jednej sceny wstawkowej, ani jednego charakteru, któryby doskonale z natury nie był odwzorowany. Czyta się Uhlenhans z go-rączkowem niemal zajęciem, z jakiemby się na żywy dramat przybyło—i pod koniec dopiero obmyślenie kunsztowne, nagromadzenie scen efektownych przypominają nam, żc mamy do czynienia z dziełem sztuki. Jest teraz w modzie przerabianie romansów na dramata; nic lepiej sic. nie nadaje do tego nad Uhlenhansa, który jest niemal gotową pięcioaktową tragedyą.
Pomimo tego charakteru, jaki mu zakończenie szczególniej nadaje, Uhlenhans obfituje w sceny rodzajowe, komiczne, w obrazki z życia wszystkich niemal klas społeczeństwa miejscowego. Prawdziwie mistrzowskim jest wybór postaci, z których żadna trywialną, pospolitą, startą i zużytą nie jest.
Bohater, idealnie piękna figura, może najtrudniejszym był do odmalowania tak, aby cechy pewne indywidualne zachował. Bficlhagcn potrafił go uczynić i pięknym i nie takim komunałem, jakim bywają zwykle bohaterowie w romansach. On i brat jego Gustaw stoją ua czele. W Gustawie także uderza to, że należąc do wielkiej rodziny płochych ntracyuszów, nic jest oklepanym—jest Gustawem, typem odrębnym, sobą samym, a nie znanym aktorem inaryonctck. Z kobiet piękna Greczynka Izea wyróżnia się tćż tą samą zwyciężoną trudnością. Jest to niesłychanie płocha istota, w rodzaju paryskich piękności pól-swiata. Nadać jej oryginalność było z pewnością bardzo trudno, tak typ ten jest zużyty. Spielha-gen i tego dokazać potrafił.
Ze stojących na drugim planie, ekseeleneya odmalowana genialnie, jego żona, cale szlacheckie towarzystwo wyspy Bugi i—napiętnowane prawdą, schwyconą z natury. Znać i w tein mistrza, że za tlo kompozycyi obrał kraj i okolicę doskonale i najbliżej sobie znane. Zdajemy się patrzeć na te miasteczka, dwory, domki, folwarki, na gospo
darstwo, na żywot i sprawy wyspiarzy tego smutnie poetycznego zakątka. Krajobrazy żywo nam przypomniały kilka dni spędzonych na wyspie, w parku Putbus i na brzegach morza, które nie ma wdzięku Śródziemnego i Adryi, ale swój, zupełnie sobie właściwy i odrębny.
Jak w życiu prawie zawsze, tak i w powieści tej pada ofiarą najczystszy i najpoczciwszy dlatego, że ma przekonaniami wyznaczoną drogę, z której nic zbacza dla żadnej namiętności, z żadnych pobudek egoistycznych.
Hans jest ofiarą, ale zarazem człowiekiem pełnym energii. Cierpi on, w pracy i pełnieniu obu wiązków szukając pociechy i celu życia. Gustaw, piękny, zdolny, ale płochy i zepsuty a namiętny— Gustaw, który mu oko wystrzelił, gdy byli wyrostkami, który potem, prawie cały majątek roztrwoniwszy rozpustnie, uszedł za granicę — powraca do domu, aby siebie i brata o śmierć przyprawić. Przywozi on z sobą nadzwyczajnej piękności Greczynkę, wychowaną w Paryżu, w któ-rćj gorąca krew heleńska gra nutą i taktem paryskim. Jest-to bogini najzimniejszego egoizmu, chłodnego, obojętnego, nieumiejącego nic uko chać, nawet własnego dziecięcia, ale też niemogą-ccgo nienawidzieć—zastygłego i obrachowanego. W swoim rodzaju figura Izei jest też arcydziełem. Niemniej szczęśliwie i z prawdą narysowane Hertha, 1 lamia, wszystkie wogóle kobiety, jakie autor wyprowadza na scenę.
Romans, od pierwszego rozdziału rozpoczęty w sposób niezmiernie pociągający, z gorączkowym pośpiechem rozwija się do samego końca. Akcya ani słabnie, ani ustaje na chwilę, potęguje się i wikła, rośnie i rozwiązuje przewidywaną katastrofą. Tu wprawdzie czuć kunsztmi-strza w ścieśnieniu i zbliżeniu scen dla efektu, ale artysta był w swojem prawie i nie mógł inaczej stworzyć tak pięknej całości.
Spielbagen jest poswojemu realistą; maluje on wszystko, co może nadać cechę prawdy obrazom, nie wzdraga się szczegółów wziętych z natury, ale nie poszukuje koniecznie najtrudniejszych. W każdym z epizodów, w pałacu, we dworze szlacheckim, w chacie kontrabandzisty, na polu — czuć studya, nie mówiąc już o talencie, który je tak doskonale umiał zużytkować.
Naszym młodym powieściopisarzom, o których nam często mówić przychodzi, możemy Spielba-gena wskazać jako wzór artystycznego wykonania. Uhlenhans jest może pod tym względem jednym z najlepszych jego utworów.
Wszystko tu, aż do łobuza, któremu Gustaw powierza konie, sfotografowane z życia. Panowie i słudzy... ostatni nawet staranniej, niż pierwsi.
Izea, owoc obyczaju i wychowania Irancuskie-go, jako typ z pól-świata, który ich wydał tyle w literaturze, nie jest podobną do żadnej nadse-kwańskiej tego rodzaju. Nosi ona swą królewską piękność z taką właściwą sobie dumą, męz-twem, pewnością siebie i chłodem niezrównanym, iż niemal ją usprawiedliwiamy, jako produkt wieku, jako bezwiednie obłąkaną wyziewami, jakiemi oddycha. Ona jest właściwie bohaterką i króluje ponad innymi. Świat męzki, szlachta wyspy Rugii, z wielu rysów i wyglądów przypomina nasze. Znaleźlibyśmy z łatwością u siebie takich Gustawów i Akselów, a i o poczciwego Hansa może nie byłoby trudno. Jego dom i gospodarstwo, jak to wszystko z nim doskonale harmonizuje, aż do starej gospodyni! 1 .umączy się tyle nieskończenie mniej na to zasługujących rzeczy, że Sowi - Janek zasłużyłby na — dobru przekład.
Kronika tygodniowa.
Otwarcie teatru Rozmaitości.—Parę słów podziękowania za pośpiech.—Nicświetna ioaiiguracya.—Nazajutrz się poprawiono.—Nowy teatr zimowy.- -Życzenie kronikarza co do trupy teatru Małego.—Zgiełk karnawałowy.—Znowu zbytki ..—Odczyty i prelegenci. — Kupno domu dlc Towarzystwa zacłięty sztuk pięknych —Mały huczek.—Paro uwag życzliwycli dla komisyi wydelegowanej i dla członka ar-ehikonfraterni literackiej.—Tylko co nic konkurs bilardowy.
Na bczbarwnćni tle naszego codziennego ży
cia jaśniejszym punktem było w tym tygodniu otwarcie dla publiki teatru Rozmaitości. Jak feniks, powstał z popiołów własnych, wyświeźony, wygodniejszy niż poprzednio, ładny, czj ściutki, uśmiechnięty....
Przyznać się godzi, że odbudowa tej świątyni sztuki, dokonana względnie bardzo szybko, zapewnia jej dogodności, których przedtem nie miała. Trochę tam luźniej, wyjścia pourządzano liczniejsze, dano prawidłową wentylacyą, a podobno i w mecbaniźmie sceny zastosowano najświeższe pomysły, które zaoszczędzają miejsca i upraszczają manipulacyą. Wszystkiego tego dokonano przy środkach bardzo skromnych, więc z tą chwalebną ekonomią, co to pozwala czasami i na komfort, gdy się go zaprowadza kosztem oszczędności. Komfortu tutaj wprawdzie niema, ale jest ta przyzwoita miara wygody, która pozwoli teatrowi Rozmaitości przez długi jeszcze szereg lat zado-syć czynić potrzebom sztuki.
A sztuka?... Ta na powitanie ulubionego swego gniazdka wcale się nie przystroiła uroczyście, ani przygotowała odpowiednio. Parę wyjątków z ko-medyj oddawna znanych i ogranych, oto wszystko, czem zainaugurowano odbudowany przybytek... Czy to ma być wróżbą, czy świadectwem drzemki zakulisowej, czy objawem smntnej apa-tyi w tych artystycznych czynnikach, które przy energii same przez się. wystarczyłyby do utworzenia teatru, jak za czasów Szekspira, w nędznej nawet budzie jarmarcznej?...
Nazajutrz, co prawda, wystawiono sztukę nową, i to oryginalną, a przy niej inną, tłumaczoną, co nas wczęśui pogodziło z poprzednią obojętnością, lecz narazie zrobiła ona wrażenie bezwarunkowo przykre. Wyglądało to tak, jakgdy-by pracownicy tćj odrodzonej scenki witali ją niechętnie.
Jeżeli wierzyć można pogłoskom, agituje sic sprawa zbudowania zimowego teatru przy tak zwanym Nowym, na ulicy Królewskiej, a to celem zastąpienia teatru Małego, który i urządzeniem wewnętrznem, i niedogodnością wyjścia i ciasnotą położenia warunkom nie już tylko samej wygody, ale i bezpieczeństwa nie odpowiada. Czy do tego przyjdzie... napewno twierdzić nie można, ale my, życząc trupie teatru Maicgo, aby się wygodniej i przyzwoici* j ulokowała, ośmielamy się wyrazić inne życzenie: oto aby sama zreformowała się względnie do wymagań sztuki i porzuciła tę atmosferę prowincyonalną, w której tak uparcie pływa. Ponieważ, jak słychać, umie ona zapracować sama na siebie i opłacić koszta swego istnienia, zasługuje przeto, aby nadano jej kierunek właściwy i tę ojcowską troskliwość o jćj stronę artystyczną, która dzisiaj, bywa częstokroć bardzo zaniedbaną
Aby skończyć z dziedziną sztuł i, w którą konieczność nas wprowadziła, zapowiedzieć musimy na dzień 24 b. m. koncert pani Syrwid-Sąchockićj i jćj męża. Artystka zyskała sobie na scenach zagranicznych stanowisko pierwszorzędne i zatrzymuje się u nas w przejeździć do Moskwy, gdzie ją angażowano na sezon operowy. Z okoliczności, że opera nasza wymaga uzupełnienia sil artystycznych, świeżych i dzielnych, polecamy tę małżeńską parę śpiewaków uwadze publicznej i decydującym sferom teatralnym.
Wśród zgiełku karnawałowego, który się dopiero poczyna, zrzadka nas dolatują hasła sztuki, a cóż dopiero nauki. Po obrachunku całorocznym, dosyć niekorzystnym, nic dziwnego, że umysły szukają spoczynku i wytchnienia. Niejeden biabj mazur rozpogadza myśl, oddawna chmurną i ciężką, trapiącą, a wesołość, przy uczcie i kieliszku, przy tańcu i gawędzie dobrą jest, jeśli naprawdę wesoła. Tylko coś prawią ludzie o tćm, że zabawy nasze bez wykwintu i zbytku obejść się nie umieją. Piękne usiłowania zeszłoroczne wprowadzenia skromnych tualet rozbiły sio o pretensyo-nalność pań, które pod tym względem ojcom i mężom ustępstw czynić nie chcą. Tak już chyba zostać musi, a rezultat tego jasny: bawi się, kogo stać na to, nudzi i tęskni, komu los nieprzyjazny na jedwabie i brylanty nie dal...
Z KARNAWAŁU. Rysunek oryginalny C. Jankowskiego.
(288)
Na krużganku w klasztorze. Kopia obrazujB. Yautier.
(289)
42
Ale oto i hasło nauki. Jak od lat kilkunastu, organizują się odczyty na korzyść osad rolnych. Choć do nich jeszcze daleko, możemy wam tu zapowiedzieć współudział prelegentów, miedzy którymi znajdą sie osobistości samcmi już nazwiskami wielce interesujące. Więc Kaczkowski Zygmunt wypowie rzecz o Maryi Malczewskiego; Wojciech Dzieduszycki o ostatnich poganach starożytności; pani Marrene (Morzkowska) o miłości w literaturze; Raszewski o Popiela i Piaście (właściwie rzecz przezeń napisaną odczyta Królikowski); Popławski o prawach rodzicielskich; Jankowski Edmund o drzewach polskich i t. d.... a wreszcie i profesor Dybowski, który o wielu rzeczach ciekawych mówić może gdy zechce, a jest nadzieja, że zaproszenia nie odrzuci.
W Towarzystwie zachęty sztuk pięknych powstał mały huczek. Tydzień temu pisaliśmy o ogólnem zebraniu, które upoważniło komitet do działania w sprawie kupna placu lub domu. W parę dni później rozeszła sic wieść, że komitet dom kupił, a raczej na kupno jego zadatkował, że dom ten stanowi posesya na rogu placu Saskiego i ulicy Królewskiej.
Istotnie ta nagłość decyzyi komitetu zbudziła pewną scnsacyą w kołach ludzi, interesujących sie losami Towarzystwa, a potem wywołała protest ze strony komisyi, przez ogólne zebranie wydelegowanej. Pokazało sie, żc komisya nie działała w komplecie.
Przypomina nam to inną podobną historyjkę, także dosyć świeżą. Na ogólnem zebraniu bractwa, zwanego archikonfraternią literacką, zagłosowano podwyżkę składki. Niewszystkim się to podobało. Zaraz nazajutrz któryś z konfratrów zaprotestował publicznie przeciwko samowoli maleńkiej garsteczki stowarzyszonych, którzy poważyli się decydować w sprawie, większości nieobecnej dotyczącej.
W obu tych przypadkach była jedna, jedyna rada załatwienia kwestyi z zadowoleniem ogółu: większość powinna była decydować sama. Któż winien komisyi, że się nie znalazła w komplecie? Dano jej mandat, a ona zeń nie korzystała. Znalazł się ktoś, co sic do roboty zabrał, a jeśli nic trafił do przekonania większości, to rzecz u ludzi bardzo zwykła. Mieli robie wszyscy, a zrobił jeden... Pokłońcież mu się zato, że robił, nie ufając zbytnie mandatom i kompletowi; jeżeli zbłądził, złe naprawcie, ale szukając winy w nim, znajdźcie ją przedewszystkieni w sobie. Komisya powinna być w komplecie!...
Czy istotnie na pośpiechu działania w tej sprawie Towarzystwo zachęty sztuk pięknych stracić może, to jeszcze dowiedzionem nie jest. Kupno domu przy placu Saskim musiało czćmś kupującego uderzyć, musi mieć jakieś dogodności, o których nikt dotąd nie wspomina, boć inaczej takby się do niego nic kwapił. Natomiast już słychać przygany i zarzuty, z których żaden dotąd podstawy nic ma. To tylko jest rzeczą pewną, że komisya nie była w komplecie i to stanowi pierwszy zawód, dowiedziony i prawdziwy.
Co się tyczy członka archikonfratenii literackiej, to radzilibyśmy mu, aby nie należał nigdy do tej większości, co na zebrania ogólne nie przychodzi i garstce konfratrów o losach swej kieszeni decydować pozwala. Niech zato trzyma z mniejszością, co interes własny rozumie, z praw i przywilejów swoich korzysta i kwasić się nic potrzebuje, bo obowiązek swój spełnia. Protest publiczny jego na nic się nie zda, bo ustawa uprawomocnia uchwały mniejszości obecnej, na szkodę większości nieobecnej. Jest to rzecz niezrozumiała po wsze czasy dla członków, na zgromadzenia doroczne nieprzychodzących. Ale cóż robić? już tak pozostanie nazawszc. Inaczej kto wie, czyby u nas kiedykolwiek jakie walne zgromadzenie przyszło do skutku, czyby jaka uchwała prawomocna zapadła, czyby jaka instytucya doczekała się rozwoju i poparcia ludzi nią najbardziej interesowanych, bo własnych członków.
Wracając do domu na placu Saskim, nie lękamy się o losy tej sprawy, nieprzyjazne dla Towarzystwa zachęty sztuk pięknych. Klamka jeszcze nic zapadła, odrobić to można, jeśli się zbyt
skwapliwie zrobiło. Ale radzilibyśmy w tćj sprawie wielkie umiarkowanie, bo pokazać się jeszcze może, że interes złym nie jest, tylko niedosyć rozpatrzonym.
Tylko co nie urządzono w Warszawie turnieju bilardowego. Jakiś „profesor” tćj gry szlachetnej zbierał już podpisy i... pićniądze, i byłby ogłosił zapasy na zielonćm suknie, gdyby mu nie przyszła ochota drapnąć z uzbieranym funduszem. Można sobie wyobrazić konfuzyą adeptów sztuki bilardowej!... A już było prawie pewnem, że całe szeregi szermierzy staną do walki, żc nowy splendor spadnie na nasze poczciwe miasteczko, żc dowiedziemy światu, iż nic nam nie jest obećm, cokolwiek ludzkość obchodzi!
Si. M. Rz.
Towarzystwo biblioteki polskiej w Rumunii.
Garstka rodaków naszych, rzucona przez los w krainę dla siebie obcą, dzielnie się krząta około zachowania w nićj swojej narodowości, około uprawy języka i obyczaju ojczystego; ile zaś pod tym względem zdziałała wytrwałość i mrówcza praca ludzi dobrój woli, przekonywają doroczne sprawozdania biblioteki rumuńskiej.
Lat temu zdaje się jedenaście, z inieyatywy czcigodnego doktora J. Łukaszewskiego, pożyteczny ten zakład powstał w Jassach, a dziś, chociaż słabo tylko z zewnątrz popierany, własnemi prawie siłami członków, doszedł on do tego, że oprócz kilkunastu pism czasowych polskich, posyłanych po większej części bezpłatnie, lub za pół ceny, posiada 2,364 dzieł w 3,645 tomach, co wystarcza na zaspokojenie pragnień duchowych 70-ciu uczestników,—a nadto zdołał zgromadzić 6,702 fr. 20 cent, funduszu żelaznego.
Nie na tćm jednak kończyły się potrzeby7 moralne ziomków naszych, na obczyźnie rozproszonych. Dzieci ich, w otoczeniu nieswojskićm, nie słysząc prawie dźwięków mowy ojczystej — bo rodzice, zaprzątnieni twardą walką o chlćb codzienny, niewiele niemi zajmować się mogli—rosły w zaniedbaniu, zapominając częstokroć języka rodowitego. Należało pomyśleć dla nich o szkole, któraby z tych dzikicli pionek wyrobiła ludzi i przyszłych obywateli. I otóż, staraniem grona ludzi zacnych, szkoła ta stanęła, acz w szczupłych tylko rozmiarach i w najętem mieszkanku, na kupno bowiem odpowiedniego dom-ku, do czego zarząd jćj dąży, nie starczyło funduszu. Ofiarność publiczna dość szczodrze w pierwszych latach zbawienną tę instytucya zasilała, a dzięki tej gotowości, zebrano dla niej funduszu żelaznego 8,778 fr. ‘JO cent.
I ten jednak zasób nie jest jeszcze dostateczny, gdyż na nabycie choćby najskromniejszego domeczku potrzeba, nawet w Jassach, 10 do 12,000 franków. A tymczasem ofiary na ten cel szlachetny coraz sźćzuplejszćm napływały korytem, tak iż w r. 1883 wynosiły już tylko 52 fr. 50 cent. I do redakcyi naszćj dawniej dość znaczne na szkółkę nadsyłano datki, w roku zaś ubiegłym otrzymaliśmy7 jedynie rs. 4, których nic odesłaliśmy nawet, czekając na powiększenie zbyt drobnej tćj kwoty.
Byłożby to zobojętnienie dla dobrej sprawy?... Nic sądzimy. Może raczej chwilowe zaniedbanie, spowodowane niedość usilnem i częstćm przypominaniem.
„Ze sprawozdania—pisze do nas szanowny dr Łukaszewski— przekonasz się pan, że sprawa szkółki źle stoi: ani naprzód iść nie możemy, ani wtył się cofnąć niepodobna. Obawiam sie nasc-ryo, czy w tej sprawie na samiutkim brzegu nie utoniemy. Udaję sic wiec do pana o skuteczną radę i poparcie. Naprzód dobrzeby było, gdybyś pan zcchciał w Tygodniku poruszyć te sprawę i polecić ją uwadze i pieczy publiczności, a po-tćm przysłał mi wskazówki, co i jak dalćj robić, bom dalipan już wygrał wszystkie swoje atuty.”
Czynimy chętnie zadość temu żądaniu, oświadczając, jak przedtem, tak i teraz, gotowość nasze pośredniczenia w tćj rzeczy.
Cd wydawców.
Szanownych prenumeratorów, którzy zamówili sobie premia nasze: „Pana Tadcu-sza“ i „Maryą,“ prosimy najuprzejmiej o trochę cierpliwości; dopiero bowiem za parę tygodni będziemy w możności dostarczenia Im żądanych egzemplarzy.
Gebethner i Wolff.
Na pomnik Mickiewicza złożyli w redakcyi naszćj: E. Jabłoński rs. 3; Milewski rs. 7 kop. 50. S. Gliński rs. 1 kop. 70; R. Gorżkowski rs. 3; A. Tołoczko rs. 1; Sawicki kop. 50; Sziryn kop. 50; redakeya „Echa” rs. 62 kop. 5; zebrane w Lublinie przy wigilii rs. 0; 11. Sobański rs. 11 kop. 50; Ccpryński Ciekawy od J. J. Z. D. 0. C. rs. 2; W. Bzowski rs. 1; K. Bury z Mińska rs. 1; Ilejnow-ski kop. 50; za pośrednictwem redakcyi „Kraju” rs. 170. Kazem rs. 274 kop. 25. Ogółem ze zlożo-uemi poprzednio rs. 17,481 kop. 86.
Dla niezamożnych uczniów. J. Jabłońska rs. 2; na polowaniu w Kożuszkach rs. 32; Grosicki rs. 2 kop. 50; Galkiewicz kop. 50; W. P. z I meka rs. 5.
Na zakład schronienia dla nauczycielek. J. Jabłońska 3.
Na kościół w ekaterynburgu. L. B. rs. 1.
Na gmach tow. z ach. sztuk pięknych. Kos-secki kop. 50; zebrane przy wigilii w Lublinie rs. 3; za pośrednictwem redakcyi „Kraju” rs. 10.
Na pomnik ks. .i. poniatowskiego. Redakeya „Echa” rs. 15.
Na pomnik Syrokomli. E. Jabłoński rs. 1; za pośrednictwem redakcyi „Kraju” rs. 10.
Na kasę pomocy imienia .i. Mianowskiego. E. Jabłoński rs. 5; zebrane przy wigili w Lublinie rs. 3.
Dla najbiedniejszych. Szłukowski kop. 50; Karczewski kop. 50; N. N. kop. 50; Wiszniewska kop 50; F. i N. Czarneckie rs.5; M. Benislawska kop. 50; ks. Szymkiewicz kop. 50; J. Żukowski kop. 50; P. P. rs. 5; Nitosławski rs. 2 kop. 50; Rzepecki rs. 1 kop. 50; Dętko z Bałty kop. 30; Piotrowski kop. 50; Hańska kop. 50; Dąbrowski kop. 50; Wierzbicki kop. 50; Olcndzki kop. 50; Tokarzcwski-Naruszewicz kop. 50; Plaskowicki kop. 50; Wanda M. ze Słomnik rs. 3; J. J. Z. D. C. C. rs. 8; W. P. z Łucka rs. 5; Stankiewicz kop. 25; Dworzańczyk kop. 20; M. Przesmycka z Hci-dclberga rs. 7 kop. 95.
Na teatr polski w poznaniu. Zebrane przy wigilii w Lublinie rs. 3.
Na macierz polską. Zebrane przy wigilii w Lublinie rs. 6.
Na kościół w irkucku. K. Bury z Mińska rs. 1.
Dla Serbów łużyckich. Za pośrednictwem redakcyi „Kraju” rs. 36 kop. 5.
Na letnie kolonie dla dzieci. Zebrane przy wigilii w Lublinie rs. 3.
43
AUGUSTYN FRĄCZKIEWICZ.
(Dokończenie,)
Była to epoka najmozolniejszej, pod względem ilości zajętego czasu, pracy tego męża. Zajmując mieszkanie w obserwatory urn, śpieszył cora-no przez Nowy świat do Każmirowskiego pałacu, troskliwie unikając znajomych i zamieniając z nimi prędkie tylko, bez spojrzenia, ukłony, bo przez drogę układał sobie w myśli plan i porządek lek-cyj, lub obmyślał przykłady i zadania. Przechodnie zresztą, po większej części, znali dobrze te postać wzbudzającą poszanowanie i od młodych jeszcze lat poważną a typową. Chudy, kościsty, wysoki, szedł spiesznym krokiem, równo, jak gdyby płynąc przez falc ruchliwego chodnika, usuwając się z drogi każdemu, a zawsze w jednej odzieży, latem w długim poniżej kolan, szczelnie zapiętym surducie, zimą w szerokim ciemno oliwkowym płaszczu, który, jak mówił, byl mu najmilszy, bo go kupił za pierwsze, jakie zarobił, własne pieniądze, oddawszy pierwej ojcu co do grosza wszystko, co ten na jego edukacyą wyłożył. Ze Szkoły wracał czćmprędziej do domu, wstępując tylko na obiad do drugorzędnej restauracyjki Wilkansa na Nowym świecie, gdzie chętnie gawędził z towarzyszami stołu, umiejąc równic zajmująco opowiadać, jak uprzejmie słuchać tego, co inni opowiadali. Miły w obejściu z obcymi, dla blizkich umiał być obojętnym i szorstkim, zwłaszcza gdy się przekonał, że na jego szacunek nie zasługują, lub gdy się uciekali do jego kieszeni, bo nic lubił się zdradzać, żc posiada jakieś oszczędności. Nie było to jednak tajemnicą dla nikogo, i niejeden z interesownych a zawiedzionych przyjaciół robił mu za to rozgłos dziwaka i sknery. Byłoby największą niesprawiedliwością, gdyby rozgłos ten miał przeżyć zacnego męża, który ani w przekonaniach swoich, ani w zachowaniu się towarzyskićm nie był dziwa kiom, a obok oszczędności dobrze pojętej i w szlachetnym celu utrzymywanej do śmierci, wiele dobrego świadczył zarówno krewnym, aczkolwiek dalszym, gdyż blizkich nie miał, jak i obcym, gdy się o ich potrzebie nie od nich wprost, lecz z trzecich ust dowiedział. Nic mając nigdy własnego domowego ogniska, nie zapatrywał się na nędzę ludzką okiem ojca rodziny i dlatego może niejednemu wydawał się człowiekiem zimnym, chociaż w istocie rzeczy miał poczciwe serce i tylko, jak zwykle stary kawaler, oceniał potrzeby bliźnich według swego własnego, wyłącznego kry-teryum. A jego własne potrzeby zdumićwająco były małe. Przez cale pól wieku nie zapragnął nigdzie wyjrzeć z Warszawy, bodaj za rogatki. Nigdy w życiu nie jeździł koleją, podobno i do dorożki nigdy nic wsiadł, a gdy razu jedego przyjechał na lekcyą w szkole Głównej omnibusem, to pamiętam że długo na to wyrzekał, skarżąc sic, iż mu „trajkotano nad głową” i żc dlatego nie mógł sobie planu wykładu ułożyć. Nigdy się też nic fotografował, wszelkich liczniejszych zebrań unikał, a w teatrze był może parę razy przez cały czas pobytu w Warszawie. Co do wygód codziennych, pożywienia, odzieży, mieszkania, poprzestawał na tak skromnym zakresie, że graniczyło to prawic z niedostatkiem, ale nie zadawał sobie widocznie tą oszczędnością żadnego przymusu, skoro do chwili zgonu te same warunki życia mu wystarczały i mógł się obywać w 80 tym roku tćm samem, co było dlań w 30-tym dostateczne. Gwałtu sobie, co jest cechą sknerstwa, nic zadawał.
Działalność Frączkiewicza jako profesora Szkoły głównej warszawskiej (1862— 1869), bliżej nam znana, zaznaczyła sic nicpospolitcmi zaletami i była godnem uwieńczeniem karyery tego wzorowego pedagoga. Metoda jego wykładu, w najwyższym stopniu systematyczna, pod względem stopniowania, porządku i wiązania z sobą pojedynczych części, a przytćm jasna i przystępna, dawała uczniom bogaty zapas wiedzy i przez stosowne, że tak powiemy, rozstawienie szczegółów, przygotowywała umysł do jasnego poglądu na całość. Zarzucali mu niektórzy, zwłaszcza
młodzi koledzy, żc traktował przedmiot, a raczej wykład, zbyt wyczerpująco, że nic nic zostawiał uczniowi do samodzielnego rozmyślania i nie budził w młodych umysłach zapału iuwencyjnego; lecz zarzut-to błędny, bo szkoła jest szkołą i jej zadaniem winny być zawsze elementa nauki—im dokładniej i porządniej przedstawione, tern lepiej. Zapału i samodzielności, jeżeli w kim tkwią, to taki wykład nic ostudzi, lecz rozszerzy i wzmocni fundament przyszłych prac naukowych młodzieży, która w obranym kierunku uzdolnienie wykaże, co się też sprawdziło na kilku uczniach Frączkiewicza, dziś poświęcających się, z korzyścią dla nauki, matematyce czystej. Traktował on przytćm swój przedmiot i powołanie swoje z czcią niemal religijną, co chyba większą stanowiło zachętę ku nauce i więcej zjednywało jej wielbicieli, niż lekceważące prześlizgiwanie się po niwach rozlcglćj umiejętności, wobec którego słuchacze nieraz musiełi sobie zadawać pytanie: „ua co to? do czego to posluży?”Audytoryum akademickie podczas lekcyj niezrównanego profesora było rzadkim, coraz rzadszym u nas przykładem ciągłej, nieprzerwanej i stopniowo potęgującej się jeszcze harmonii pojęć profesora i uczniów. Bo tćż nie z większą troskliwością matka stara się wytłumaczyć dziecku znaczenie obrazka w książce, jak Frączkiewicz usiłował nam, swoim uczniom, objaśnić niektóre trudniejsze pojęcia. Nic więc dziwnego, że i dziś jeszcze, po dwudziestu blizko latach, wielu jego uczniów, zwłaszcza tych, którzy, po ukończeniu szkoły, nie zbogacali już dalej skarbca swojej wiedzy matematycznej, wspomina zmarłego profesora z wdzięcznością, jako jedynego, który im dał wyobrażenie o całokształcie przedmiotu i sprawił, żc choć szczegóły z głowy wywietrzały, to pozostał w niej przecie skarb pojęć zasadniczych, pozostało to, co stanowi filozofią matematycznego myślenia i kładzie swoje piętno na całej umyslowości człowieka. Jeszcze jedne zaletę Frączkiewicza jako profesora podnieść musimy, zaletę bardzo ważną wszędzie, a u nas niezwykłej wagi: nadzwyczajną dbałość o język. Wykład jego pod tym względem był wzorowy: każde określenie odznaczało się ścisłością wyrażeń i staranną budową gramatyczną, w kaźdem rozumowaniu czuć było nietylko matematyka, ale i gramatyka, troskliwego o formę i ścisłość pojęć.
— Przepraszam was—rzeki raz, przyszedłszy ua lekcyą — wczoraj się pomyliłem w definicyi krzywizny: zamiast „lecz gdy,” powinienem był powiedzieć: „chyba że.” Poprawcie to w notatkach.
Nic dotąd nic wspomnieliśmy o piśmienniczych pracach znakomitego profesora. Czyliżby się on nigdy piórem nic zabawiał? Nigdy, nie można powiedzieć, ale w rzeczy samej niewiele. Mistrz żywego słowa, nie ubiegał się wcale o sławo ni-sarską i śmiało powiedzieć można, że nigdy nic umyślnie dla druku nie opracowywał. Jeżeli co pisał, to dla siebie i dopiero redakeye niektórych poważnych czasopism prawie gwałtem zdobywały czasami jakiś jego rękopis. Wymawiał się im jak mógł, twierdząc całkiem szczerze, bez udanej skromności, że to co pisał nic zasługiwało na publikacyą. Bardzo też mała cząstka dziel jego pióra ukazała się na widok publiczny, lubo cale stosy przeróbek różnych zadań, które dziś już może trudno będzie zdccyfrować i uporządkować, pozostały niewątpliwie w papierach, jako wymowny dowód dlugolctnićj, ciągłej pracy w tym kierunku.
Jedynćm dziełem, które istotnie sam w celu ogłoszenia go drukiem napisał, była rzecz „O guomo-nice analitycznej,” opracowana jeszcze w uniwersytecie i wydana 1819 r. w Krakowie. Guomoni-ka jest-to nauka o konstrukeyi zegarów słonecznych, a w dziele swojeni A.F. (bo tak się tylko podpisał) opiera ją na ścisłych podstawach geometrycznych i podaje ogólne zasady kreślenia takich zegarów na różnoksztaltnych i rozmaicie położonych w przestrzeni powierzchniach. Oprócz tego dzieła, znamy 14 rozpraw, które kolejno, od r. 1819 do 1860, pomieszczane były w Bocznikach Towarzystwa naukowego krakowskiego,
w warszawskim Pamiętniku umiejętności ścisłych i stosowanych, oraz w Bibliotece warszawskiej. Dotyczą one po większej części geometryi, którą Frączkiewicz najchętniej się zajmował, a mała tylko liczba, jak n. p. „Dowód twierdzenia Lc-gendre’a o pierwiastkach wymiernych w zrównaniu stopnia trzeciego,” lub „Obserwacye zorzy północnej w Warszawie 1842 r.” odnosi się do innych działów. Wszystkie odznaczają się jasnością w postawieniu kwestyi, sumiennością wyczerpania i bystrością a oryginalnością wnioskowania. Słusznie też prof. Jurkiewicz, w swej pięknej mowie nad grobem Frączkiewicza, swego kolegi, nazwał go najznakomitszym z matematyków polskich naszego stulecia. Obok niezwykłego daru ckspozycyi, miał tćż umysł twórczy, i pod tym względem stoi wyżej nawet od Jana Śniadeckiego.
Jeżeli z tego, cośmy dotąd powiedzieli, czytelnik nie zrozumiał jeszcze, dlaczego nazwaliśmy Frączkiewicza wyjątkową orgauizacyą duchową, wyjątkową pod względem potęgi umysłu, która w nim wszelkie inne władze duszy podbiła i czyniła zeń uczonego w uajczystszćm, prawie ab-strakcyjnćm pojęciu tego wyrazu, to wypada nam jeszcze przedstawić tego męża w świetle codzien-nćm, przy biurku profesorskićm, w skromnej izdebce, żeby tę charakterystykę usprawiedliwić.
Przenieśmy się myślą do gmachu obserwato-ryum, gdzie Frączkiewicz, łącznic ze swoim przyjacielem a dyrektorem tego zakładu Baranowskim, mieszkał blizko 40 lat, aż do czasu, gdy obydwaj ustąpić musiełi miejsca dzisiejszemu kierownikowi dostrzegalni, panu Wostokowowi. Z małego ciemnego przedpokoiku na pierwszem piętrze po jednej stronie pokój Frączkiewicza, po drugiej Baranowskiego. Obydwaj, szczerze do siebie przywiązani, nie widują się jednak po całych tygodniach; jeżeli rozmawiają, to tylko o sprawach codziennych, łub o nauce; prenumerują Gazetę warszawską, ale każdy swój osobny egzemplarz, strofują się wzajem za „lekkomyślność,” jeśli który o kilka minut swój powrót do domu opóźni; w razie małych nieporozumień wywnętrzają swoje żale przed starym woźnym, który im usługuje, tytułując jednego: „panem dyrektorem,” a drugiego, mimo siwizny, „paniczem:” oto domowe ognisko Frączkiewicza prawie przez całe życie. Nie zna on poza nićm nikogo, z kimby mógł szczerzej pomówić, gdy przeciwnie, Baranowski ma jeszcze krewnych w Warszawie. Frączkiewiczowi starczy to za wszystko; nie potrzebuje on z nikim podzielać ani swych rozkoszy, ani utrapień, i po-przestaje na wewnętrznćm zadowoleniu ze spełnionego obowiązku, lub rozwiązanej trudności rachunkowej, jako jedynej przyjemności, której kiedykolwiek doznawał. Pop rzęs taję na nićj w roku 1831, w 1848, w 1863, nie opuszcza on jednego wieczoru i śród największego zgiełku publicznego śpieszy do domu, żeby rozpoczętego wczoraj zadania dokończyć. Gdy jogo koledzy profesorowie, po ukończeniu roku szkolnego, używają w gronie rodziny zasłużonego wypoczynku i zda-leka od Warszawy ratują nadwątlone siły, ciesząc się widokiem swej pracy i postępem własnych dzieci — on odchodzi od tablicy do swego biurka, zamiast kredy bierze do ręki ołówek i przepędza wakacye, tak jak rok cały, nad cyframi. Gdy ogół społeczeństwa w uroczystsze dni roku dostraja się do podnioślcjszych uczuć i gdy najpoważniejsi nawet ludzie odzyskują na chwilę wobec choinki zimowej, lub majowej zieleni naiwność dziecka, młodzieńczą ułudę siły—on miarowym krokiem odbywa hygicniczną przechadzkę, nie przestając ani na chwilę myśleć o nauce i o szkole. Gdy szczęśliwy mąż lub ojciec opowiada mu o swoich błogich uczuciach i o pieszczotach dzieci, gdy sam patrzy na to wla-snemi oczyma, widzisz w oku jego nie sarkazm, lecz szczere zadowolenie z cudzego szczęścia; ale mimo to znać, że i on sic czuje szczęśliwym, żc z nikim nie pomicnialby się na te rozkosze, jakie mu sprawia nauka. A nie jest-to wcale objaw pychy, broń Boże! zna on całą nicość i względność wszelkiego szczęścia, wszelkiego dobra, i z filozoficznym spokojem ocenia zarówno siebie, jak innych.
Późnym wieczorem. Rysunek oryginalny Ejsmonda.
(290)
45
Od chwili, gdy sic wyprowadzi! z obserwato-ryum i zamieszkał przy ulicy Wiejskiej, pędził żywot jeszcze bardzićj odosobniony. Z wyjątkiem ulubionego swego ucznia Aleksandra Czajcwicza, który miał doń wstęp zawsze otwarty, rzadko kogo chciał przyjąć. Jeżeli przyjął, było to dla każdego z nas, cośmy go uwielbiali, prawdziwćm świętem. Umysł świćży jeszcze, pamięć dokładna, ale mało się już zajmował samą nauką. Naj-chętnićj rozmawiał o jej losach, o jej przyszłości u nas, nie wnikając-już jednak w treść nauki. Ogólno społeczne uwagi i wnioski człowieka, który obejmował pamięcią dzieje Europy od Jeny do Scdauu, przedstawiały niezwykły urok i interes. Nie był on pesymistą. Wierzył w sile praw przyrodzonych, których i najsilniejsze prawa ludzkie trwale zdeptać nic mogą. Żyjąc ciągle w krainie prawd abstrakcyjnych, zapatrywał się na
nic całego kraju pod względem archeologicznym, antropologicznym i etnologicznym, rozdzieliła pomiędzy swych członków i delegatów różnorodne prace, które dziś, po kilku latach, zwłaszcza w sckcyi archeologiczne antropologicznej, nader świetne wydały już owoce. Zbiory Akademii z każdym rokiem zbogacają się ccnncmi zabytkami z czasów przedhistorycznych, do czego pomiędzy innymi w znacznej części przyczj nil się p. God-fryd Ossowski, znany w świccie naukowym z wykrycia i zdeterminowania icólynitu, czyli pokładów formacyi wybuchowej, zajmujących rozlegle na Wołyniu przestrzenie, oraz z wydania ułożonej przez siebie mapy geologicznej i licznych prac, ogłoszonych drukiem, lub zostających w rc-kopiśmie. Obecnie p. Ossowski zajmuje sic badaniem jaskiń pod względem geologiczno-antropolo-gicznym Jakoż w r. 187!) rozpoczął, jako dele-
Popówki, Przcgini duchownej, Mnikowa, Rybny, Poręby i Czółowa. Niewszystkie wprawdzie z tych jaskiń okazały się w równym stopniu w wykopaliska bogate; niektóre nie zawierały w sobie nawet śladu pobytu przedhistorycznego człowieka; w każdym razie z 10 jaskiń, położonych w paśmie krzeszowickie™, odkryto 1,432, w dziewięciu zaś innych, w paśmie Kościuszkowskie™, 5,8G2 przedmioty, z których na sarnę grotę mnikowską 1,510 sztuk przypada, nie licząc w to kilkunastu centnarów kości i ułamków bardzo wielu przedmiotów. Niektóre z tych wykopalisk, zwłaszcza dobytych z jaskiń: dra J. Majera i Pod kochanką w Mnikowie, odznaczają się wyższą techniką obrobienia i pcwnćm poczuciem piękna, jak o tćm przekonywają tablice IV i V, dołączone do trzeciego sprawozdania, pomieszczonego w Zbiorze wiadomości do Antropologii kra
(291;
Grota maszycka, widok zewnętrzny. Rysował z natury Polkowski.
sprawy ludzkie z tak szerokiego stanowiska, żc tracił perspektywiczną miarę; ale na dostrzeganą okiem matematyka odległość przedstawiała się mu przyszłość w barwach mniej smutnych, niż się przedstawia pospolicie. Umarł z błogieni uczuciem, jak człowiek który spełnił co do niego należało, który wierzy, żc ludzkość cała ma swój zloty wiek przed sobą, nie za sobą. Tacy ludzie najlepiej służą dobrćj sprawie postępu.
Jfilly Sulimierski.
GROTA MASZYCKA pcd. Ojcowem.
Komisya antropologiczna Akademii umiejętności w Krakowie, wytknąwszy sobie za cel zbada-
gat Akademii, systematyczne w nich poszukiwania w okolicach Krakowa, mianowicie w formacji wapienia bialo-jurajskiego, tworzącego pomiędzy formacyami innych epok dwa pasma obnażeń skalnych, z których jedno ciągnie się wzdłuż granicy królestwa polskiego, na przestrzeni od Krzeszowic do wsi Zielonki, w kierunku zachodnio wschodnim; drugie zaś, prawie mu równolegle, poczynając od wsi Poręby, do wzgórz Kościuszkowskich, na przestrzeni pomiędzy rzekami Wisłą i Rudawą.
Badania te, prowadzone do r. 1882, nader obfi tym plonem uwieńczone zostały.
Jakoż w pićwszem z tych pasm pan Ossowski zbadał 32 jaskiń, znajdujących się na gruntach wsi: Paczałtowic, Żar, Kobyłan, Karniowic, Bolechowie, Zclkowa, Podskalan i Zielonek; w drugim zaś 16, mianowicie, w pobliżu wsi: Balic, Piekar,
jowćj. (Tom. VI, str 28 — 51. Kraków 1882.)
Po zbadaniu jaskiń w obrębie w. ks. krakowskiego, p Ossowski, w sprawozdaniu złożonem ko-misyi antropologicznej o wynikach dotychczasowych poszukiwań, rzuci! myśl rozszerzenia ich zakresu do Tatr, dokąd odbył przedwstępną wycieczko, dla zaznajomienia się z topografią okolic, w których występują skały fromacyi jurajskiej, gdyż w nich jedynie wydrążenia jaskiniowe napotykać się dają. Wiadomość jednak o przypadkowo przez miejscowych włościan odkrytej grocie, w sąsiedztwie wsi Maszyce, otrzymana od właściciela Korzkwi, powstrzymała naszego antropologa od wykonania powziętego co do grot tatrzańskich zamysłu. Pokłady, w których znajduje się grota maszycka, zostają w ścisłym związku z obnażeniami skalnemi pasma krzeszowickiego; pośreduio bowiem łączy się
46
z niemi przez pokłady wapienia jura, idące od Zelkowa ku wsi Wierzchowie (grota mamutowa i Wierzchowska), oraz od Poczaltowic ku dolinie Bentkowskiej i Jerzmanowicom (grota nietoperzowa), gdzie występujące garby skalne stykają się już bezpośrednio z takąż samą wapienną forma-cyą doliny Prądnika (groty królewska, ciemna, zbójecka), w której się i grota maszynka znajduje (1). Należało przeto zająć sie jćj zbadaniem i przekonać, czy w jej wnętrzu nie ukrywają się podobne zabytki, jakiemi już z jaskiń pasma krzeszowickiego i kościuszkowskiego zbiory Akademii zbogacone zostały.
Jakoż podjęte przez pana Ossowskiego poszukiwania na początku lata r. p. najpomyślniejszy skutek uwieńczył.
Grota maszycka, odległa od hotelu Pud Łokietkiem w Ojcowie o dobrą godzinę drogi (idąc zbie? giem Prądnika), znajduje się w lesic korzkiew-skini, ua skłonie górzystego pasma, otaczającego z lewej strony dolinę, w łonie skały wapiennej, która, tworząc prostopadłą, na południc zwróconą ścianę, zatacza swym grzbietem niby odcinek w ielkiego koła, którego krawędź stanowi granice plaskowzgórza, jakie się od niej, idąc na północ, na zrębie lasu poczyna. Szczyt skały bochenkowaty, wypukły, ocieniają lipy, dęby i graby, oraz krzewy liściaste, tuż nad krawędzią przysiadłe; powierzchnie zaś nierównej ściany, porysowanej w głębokie bruzdy i pęknięcia, pokrywają mchj, drobne paprocie, oraz inne skalne roślinki (saxifragae), czepiające się każdego zalamku, na którym tylko szczyptę ziemi lub zwietrzałą skałę znajdują. Ściana owa tern malowniczej wygląda, że u jej stóp znajduje się taras, wkrąg od południa otoczony leśnem zagajeniem. Na środku tarasu legły skalne odłamy, jak to unaocznia załączony drzeworyt; za niemi ciemnieje otwór jaskini, którćj wnętrze składa się z trzech części, wydatnie wyróżniających się od siebie. Jakoż za wejściem natrafiamy na dość obszćrną komorę, zask lepioną wypukło, choć naciekami nawislą. światło wpada tu nietylko przez wejście łukowato wygięte, ale i przez prostokątną szyję, utworzoną naksztalt okna w sklepieniu. Również z lewej strony jaskini ściana boczna w zagłębieniu górnćm, wskutek pęknięcia, prześwieca . W dolnej części widać kilka mniejszych lub głębszych zagłębień. Najważniejsze z nich, z prawćj strony, tworzy środkową część groty. Wejście do niej nader malowniczo ubierają wiszące ii sklepienia nacieki, niby draperyc zachodzące jedna na drugą.
< zęść ta, mniej obszerna od pierwszej, ma jeszcze więcej nieregularne, naciekami pofałdowane sklepienie i jest ciemna zupełnie. W samym jćj krańcu, we wschodnio-poludniowym kierunku, grunt się raptem podnosi i prowadzi po nasypi-skach i złomach kamieni do części trzeciej jaskini, czyli ciasnego kanału, łączącego warstwy gór ne ziemi rodzajnej z jćj wnętrzem, gdzie już natrafiamy na korzenie drzew, tworzące jakby sploty wężowe. Wugóle średnia szerokość jaskini wynosi 10, głębokość od 20 do 25 metrów. Co zaś do jej wysokości, to przed rozpoczęciem robót, wzn.esicnie warstw ziemnych, zalegających dno, było tak znaczne, iż w pierwszej komorze w wielu miejscach tylko pochylając się można było przechodzić; po opróżnieniu z nich groty, wysokość jej przeciętna wzrosła do 8 metrów.
Pozostaje nam teraz powiedzieć o wynikach z dokonanych w niej badań. P. Ossowski nie ogranicza się na kopaniu dołów lub robieniu przekopów, by się przekonać o ilości pokładów i zawartości w nich zabytków kopalnych, gdyż to uważa za niepotrzebną mitręgę, ale wprost przystępuje do wybierania ziemi płaszczyznami w kierunku horyzontalnym, poczynając od tarasu, aż do końca jaskini. Zaraz tćż w pierwszym pokładzie, utworzonym przez czarnoziem zwietrzały, w głębokości stóp dwóch, znaleziono mnóstwo kości zwierzęcych, jak konia, wołu, żbika i nie-
(1) Por. Mapę jaskiń okręga krakowskiego j>. G. Ossowskiego, dołączoną do tomu LV Zbioru wiad. do antrop. krajowej Kraków, 1880.
dźwiedzia. Następnie natrafiono na wyroby z krzemienia łupanego, oraz skorupy naczyń, roboty już to grubej, już gładkiej, z ozdobami wkształcie krążków nalepianych i z małemi uchami; nadto wfiele wyrobów7 szlifowanych z kości jelenia, jak przekalaczy i iglic, oraz przedmiotów większej wagi, jak n. p. siekiery z kamienia polerowanego, lubo w stanie uszkodzenia dobyte, paciorki gliniane wielkości i formy orzecha włoskiego, zausznice w postaci niewielkiego krążka, z wyrobionym w środku otworem, a nadto broń nader oryginalnego kształtu, z dw7óch rozsoch jelenich, z jednego pierścienia wyrosłych, z których grubsza zaciosana jest w formę siekiery, wypolerowanej ku ostrzu, gdy cieńsza, tworząca rodzaj haka czyli kluki, widocznie była pizeznaczoua do chwytania wroga w7 ucieczce. Otwór, wywiercony w pierścieniu, wskazuje, iż taką siekierę osadzano na drzewcu. Takiego kształtu broni dotąd u nas nie znano. Znajdowano ją tylko w grotach francuskich.
Wugóle z pierwszego pokładu zalegającego jaskinię, oprócz wyżej wymienionych przedmiotów7, wysłano do Krakowa dwie paki, z który ch jedna zawierała kości zwierzęce, druga ułamki ceramiki oraz innych przedmiotów, wymagających spe-cyalnego badania.
Wszakże najobfitszy plon zdobyto po dokopaniu się do drugiej warstwy namuliska, utworzonego przez glinę ałuwialną, ze słabą domieszką ziemi roślinnej; znaleziono w nićj bowiem wielką ilość nożów krzemiennych, długich do 15 centj7-metrów, wyrobionych zgruba, ale szerokich i w7 kształt ogrodniczych nożów wtyl ku końcowi zgiętych. Dalćj wyroby z zębów mamuta, z których na szczególną uwagę zasługuje ułamek laski kilkocalowej długości, oszlifowanej starannie w ezworogran, na cal szeroki i wysoki. Była to prawdopodobnie oznaka godności naczelnika osady. Również zasługuje na wzmiankę 15 tak nazwanych przez kopaczy śpiczaków, wyrobionych z kości zwierząt, również wT czwnrogran plaski, zakończonych ostro, długich od 25—35 centymetrów7 i zdobnych w esy i nacinania poprzeczne. Jakie wszakże było ich przeznaczenie, obecnie trudno odgadnąć. Nadto z tegoż namuliska wydobyto drugi egzemplarz broni, złożonej z siekiery i kluki, tylko już wyrobionej z rogu renifera; nadto kość ramieniową nosorożca (humerus), prześlicznie zachowaną głowę antylopy z różkami, ogromny łeb tura, na nieszczęście przy kopaniu rozbity, ale odznaczający się niezwykłemi wymiarami rogów, oraz czaszkę ludzką, ze szczęką, w stanie praicń'kopalnym, nic licząc wielu drobnych, lub ułamkowo wydobytych przedmiotów.
Jaskinia w7ięc maszycka była siedzibą pierwotnego człowieka, choć brak w niej wszelkich śladów ognisk naprowadza na domysł, że mu raczej służyła za schronisko, jako rodzaj pracowni, nigdy zaś za stale mieszkanie. W każdym razie nie była to osada. Zachodzi tylko pytanie, jak wytłumaczyć tak wielką ilość kości zwierzęcych, których szczątki napotykamy po całej grocie rozsiane? Czyżby każdy z rodzajów wymienionych zwierząt na innych wywalczał w niej miejsce zamieszkania dla siebie, by znów zkolei ustąpić ją silniejszym? Ale w takim razie ileż to naraz mu-sialoby przebywać w niej, choćby n.p. niedźwiedzi, skoro samych ich zębów i kości palcowych znajdujemy tysiące? Dlaczego by zresztą koń, wół, jeleń miały w niej szukać schronienia, kiedy tc zwierzęta bądź w losie, bądź na otwartem źyją przestworze? Tcorya, iź jakieś kataklizmy wygubiały w jaskiniach cale zwierząt gromady, nie we wszystkich przypadkach potwierdzenie znajduje. Również mniemanie prof. Roemcra z Wrocławia, iż jedne zwierzęta obok drugich wymierały spokojnie, stanowczo odparte zostały przez p. Jana Zawiszę (Wiad.arch. Tom IVstr. 10—11). Jakaż wiec może być tego nagromadzenia ich szczątków przyczyna? Otóż grota maszycka wczę-ści te wątpliwości rozstrzyga. Pod względem bowiem swych geotcktonicznych wdaściwoścj może być nazwana typową, gdyż najdokładniej objaśnia, iż wszystkie szczątki fauny kopalnej nagro
madziła w nićj woda. Jakoż owa szyja, łącząca wnętrze groty z górnemi warstwami ziemi, stanowi kanał, którym właśnie woda wpadając, unosiła wraz z częściami ziemnemi i owe kości zwierzęce, obficie w odległych epokach po okolicy rozsiane. Ze tak było wistocie, dowodzi tego owa głowa tura, znaleziona w pokładach gliny, znajdujących się tuż pod samym kanałem, jak niemniej ta okoliczność, iż grubość pokładów namuliska w jaskini zwiększa się wmiarę oddalania się od wejścia. Jeżeli w innych jaskiniach dotąd nic wykryto podobnych kanałów, nie idzie zatem, bj we wcześniejszych nie istniały epokach. Mogła jc zamulić ziemia, zatkać naniesione pę dcm wody kamienic, wreszcie zasklepić nacieki, tworzące się ciągle pod wpływem wilgoci.
Tak świetne zdobycze, poczynione w grocie maszyckiej, zachęciły p. Ossowskiego do dalszych poszukiwań w jaskiniach, położonych nad doliną Prądnika. Jakoż, prócz dokładniej poznanych pod względem antropologicznym przez p. Zawiszę grot mamutowej i Wierzchowskiej, inne, jak: Królewska, Zbójecka, nie wyłączając Jerzmanowskiej i Koszami, w których podjęte poszukiwania przez p. Grubego z Wrocławia i prof. Roemcra okazały sic niedostateczne pod wieloma względami, dotąd naseryo nie były jeszcze poddane ściśle naukowj m badaniom. A ileż-to może być innych, w gąszczach leśnych ukrytych! To też po załatwieniu się z grotą maszycka, p. Ossowski w tym jeszcze roku zamierzył zbadać dwa tunele, z których jeden znajduje się za pierwszym młynem korzkiewskim, w wąwozie roztwićrają cym się w losie liściastj ni za Źródełkiem, drugi zaś za osadą Zuchów icza, idąc wgórę Prądnika. Jaki plon podjęte poszukiwania w tych miejscowościach przyniosły—nic w iemy. N im jednak p. Ossowski sprawozdanie swe o rezultatach tegorocznych badań w Zbiorze wiadomości do antropologii krajowej ogłosi, my uważaliśmy za właściwe szerszeniu kołu czj telników podać o ni h choćby pobieżną wiadomość.
Hornem Plenkiewiez.
NASZ STÓŁ REDAKCYJNY.
— Zpamiętników Leandra bzyszeczki Walskieyo. Warszawa, 1883. Cena rs. 1.
Wspomnienia zawarte w tej niewielkiej książce, sięgające początkiem pierwszych lat jbieźąccgo wieku, przedstawiają interes clij ba tylko dla najbliższego kółka znajomych autura. Nurnia tu nic, coby potrącało o sprawy publiczne; wszystko zamyka się w ciasnych niezmiernie granicach spraw osobistych. Jakby umyślnie unikano rzeczy ogólnych... Jeśli mowa o wychowaniu, to tylko o własnćm, bez potrącania o tryb wychowawczej działalności w7 społeczeństwie, o szkolj7 i t. p. Mówi sic o własnej niańce szeroko, a naostatku o jakimś oryginale Fruktusie, który nieznajomego sobie czytelnika niczem z pewnością me za ciekawi.
Polszczyzna dobra i czysta, płynna i swobodna, ale co do całości, zapytać można: naco i dlaczego?
— Na jedne kartę, dramat w 5-u aktach przez II. Sienkiewicza. Warszawa, 1883 r., nakład Ge bethnera i Wolffa. Cena kop. 60.
O pięknym tym utworze, znanym i słusznie cenionym, rozpisywać się tu nie potrzebujemy, bośmy go już dawniej dosc szczegółowo ocenili. Wydanie jego zaokrągla zbiór ogólny prac utalentowanego autora, którego już wyszło tomów pięć, za staraniem tych samych nakładców.
— Jan Zadairyasiewicz. Nowele i opowiadania. Warszawa, 1883, nakład księgarni T.Paprockiego i spółki. Cena rs. 1 kop. 20.
Jcst-to zbiór pięciu nowel, drukowanych już poprzednio w różnych pismach pcryodycznych. Tytuły ich: „Pojedynek,” „Niedokończony telegram,” „ Prcferaus po śmierci,” „Fałszywy król’ i „Konfederat.” Utwory to lekkie, skreślone z humorem i charakterystyką dosadną, szkoda tylko
47
żc w wydaniu oddzieliłem nie postarano się o lekkie poprawki językowe, których niezbędnie wymagają.
— Maryn Konopnicka. Wrażenia z podróży, Warszawa, 1883 r., nakładem Lcsmana i Swi szczowskiego. Cena rs. 1.
Znakomita poetka lat temu parę odbyła podróż do Wioch, z której wrażenia spisała piórem barwnem i świetnćm i teraz je nam podaje. Są tu wspomnienia z Ischlu, z Wenecyi, Werony i Rovercdo; mniej wydarzeń, aniżeli spostrzeżeń i tych zdań, rzuconych mimochodem, z których każde zdradza gorącą miłość postępu, dobra ogólnego, ludzkości, swobody i prawdy. Dla wrażeń czytelnika myślącego i czującego skarbów tu sporo, mniej daleko dla tych, coby pragnęli zna-leść nauczającą relacyą badawczego turysty. Foczy a bierzc tu górę, nad rcheksyą, uniesienia nad rozmysłem szperacza.
W dziale opisów podróży piśmiennictwo nasze z książką tą zyskuje cenny nabytek.
— i>yn ksudniiczki, i>oicirśi: obyczajowa przez Anieli LYipplinóicne. Warszawa, 1884, nakładem Gebethnera i Wolffa. Cena rs. 1 kop. 30.
Autorka w pracy tej, z myślą pedagogiczną napisanej, dajc obraz gagatka, który w rękach maniuni arystokratki i bigotki staje się istotą najnieszczęśliwszą. Zdaje mu sic, że świat jest tak stary i niedorzeczny, jak pojęcia, które mu w umysł wszczepiono; że odwieczne przesądy, którym hołduje, są przedmiotem wiary i czci ogólnej; że to, co dlań jest wyłącznie prawdzi-wem, nie może być fałszem dla nikogo. Wyhodowany w cieplarni życia, bez gruntu pod stopami, picszczoszek losu i wybraniec — rychło jednak przez zbytek i nadużycia traci fortunę, a wiclko-pańską karyerę kończy łowami najlichszego cpp-zerstwa i zaprzedaniem się w niewolą jakiejś heterze, którą stać ua to, aby dobrze zapłaciła potrzebne sobie imię „syna księżniczki.”
Powieść ta obyczajowa jest raczej opowiadaniem tylko, ale posiada epizody charakterystyczne, sceny silne, szczegóły bardzo zajmujące.
— 21 powiastek dziecinnych. Warszawa, 1881, nakład Z. Sawickiej (utrzymującej księgarnią w Mińsku gub.) Cena rs. 1 kop. 50.
Na zbiorek ten złożyły się pióra młodzieńcze autorek, które dotąd nie występowały jeszcze na niwie piśmienniczej. Może dlatego utwoiy, tu ob jęte, tchną pewną uroczystością, z jaką zawsze podejmuje się zadanie poważne, a nowe. Powiastki bardzo 1’aduc, starannie pisane i obmyślone, ale słabo ilustrowane. Polecamy je serdecznie młodym czytelnikom, którzy w książce tej znajdą strawę posilną, a zdrową.
— Jan. (j natowski. Podróż do Konstantynopola. Kraków, 1883. Cena kop. 80.
Po opisie Amicisa, niełatwa to sprawa mówić o cesarskiej siedzibie padyszachów. Na autorskiej utalentowanego Włocha palecie znalazły sic najświetniejsze i nieprzebrane rozmaitością barwy do odtworzenia tego świata fantazyi i Wschodu, który tak jest odrębnym, tak niezrównanie malowniczym, tak pełnym blasków słonecznych i ponurych cieni tajemniczych.
J. Gnatowski w opisie swoim cytuje wciąż Amicisa... On płynie od Odessy, tamten z przeciwnej strony, ale obydwaj w zdumieniu spoglądali na czarujące widmo Stambułu przez mgły poranne, mm powitali wykrzykiem zachwytu jego wyraźny już majestat piękna...
Opis, o którym tu mowa, nic ma tćj świetności ni< porównamy, co książka Amicisa, ale jest, pomimo to, dziełem prawdziwego talentu. Autor widzi wszystko, co widzenia warte, a pod wrażeniem cudów, w podziwie, zachwycie czy grozie, jest zawsze sobą, nie traci równowagi ducha i tej miary, niezbędnej dla bacznego i bezstronnego spostrzcgacza. W opisie jego szczegółów bogactwo wielkie, pogląd na rzeczy i sprawy szeroki, swobodny, daleki od ciasnej wyłączności doktryny i stronniczego ducha. Nabytek to dla literatury piękny i cenny, a dla każdego z czytelników rzecz poczytna i ponętna.
Przegląd polityki zagranicznej.
17 stycznia.
Telegraf włożył w usta rosyjskiego ministra spraw zagranicznych p. Gicrsa delfickie słowa: „Pokój zapewniony jest wszechstronnie, wiecznym tylko powodem zaniepokojenia jest kwe-stya wschodnia, z której nigdy wybrnąć nie. można.” Nic wiemy o ile te niezupełnie uspokajające słowa dyplomaty stojącego u steru Spraw politycznych potężnego mocarstwa są autentyczne, ale to można było przewidzieć z pewnością, żona tćj wersyi oprą się domysły dzienników co do celu zapowiedzianej bytności p. Giersa w Wiedniu i przedmiotów, o których minister rosyjski konferować będzie w naddunajskiej stolicy z austro-węgierskimi mężami stanu. To też korespondenci wiedeńscy dzienników berlińskich Post i National Ztg zapewniają, że p. Giers naradzać się będzie z hr. Kalnokym nad uregulowaniem spraw półwyspu bałkańskiego i dokładnem rozgraniczeniem interesów rosyjskich i austrya-ckich na tym półwyspie, a hord. Allg. Ztg, widocznie w przekonaniu, że jej nikt nic uwierzy, zapewnia, że przedmiotem narad ma być wyłącznic kwestya kościoła greckiego na półwyspie.
O czćmkolwiek rzeczywiście kierownicy polityki zagranicznej dwóch sąsiednich mocarstw rozmawiać będą, o tern dokładna wiadomość nie tak prędko niezawodnie dojdzie do publiczności, faktem jest przecież, ze oświadczenie organu kanclerskiego nic zaprzecza wersyi przez dwa wspomniane pisma berlińskie podanej, ale ją raczej potwierdza. Kwestya kościoła greckiego na półwyspie bałkańskim niepodobna prawie traktować oddzielnie od całego obszaru owych spraw, „z których nigdy wybrnąć nie można.”
Gabinet węgierski p. Tiszy doznał przykrej porażki w Izbie magnatów. Wniesiona przez rząd i przyjęta już przez sejm węgierski ustawa, zezwalająca na zawieranie małżeństw miedzy oso bami chrzcściańskicgo i inojżcszowego wyznania, upadla w Izbic panów słabą większością, pomimo wszelkich wysileń stronnictwa rządowego. Trzeba przyznać, że i strona przeciwna rozwinęła bardzo silną agitacyą. Wszyscy przeciwnicy projektu, nalcźąccy do najwyższej arystokracji węgierskiej, stanęli do glosowania jak jeden mąż, a widząc iż będą w mniejszości, zawezwali do pomocy arystokracyą przedhtawską, której reprezentanci posiadają indygenat węgierski i z tego tytułu mają prawo zasiadać w Izbie magnatów, chociaż z tego prawa nigdy dotychczas nie korzystali. Przybyło zatem do Pesztu 15-stu lordów przedlitawskich, z których 13-stu głosowało przeciw projektowi rządowemu, a 2 stanęli w szeregu obrońców tego projektu. Ogółem padlo za projektem 200 głosów, a 191 przeciw, gdyby zatem nie sukurs z drugiej strony Lita wy, projekt byłby przeszedł większością 189 głosów przeciwko 187. Dla gabinetu Tiszy jest to zatem porażka tylko formalna, która przesilenia miuisteryalncgo nie wywołała.
Sprawa rewizyi konstytucyi francuskiej jest przedmiotem żywej dyskusyi w prasie paryskiej. Jak przewidywać było można, pojawiają się teraz rozmaite wnioski, o których nic myślał wnioskodawca, prezes gabinetu Ferry, mającj na celu tylko zmianę systemu wyborczego i zniesienie in-stjtucyi senatorów dożywotnich. Jednym z ważniejszych projektów jest skrócenie okresu prezydentury z lat 7 na 4. Przeciwnicy obecnego prezydenta spodzićwają się, żc wrazić przyjęcia tego wniosku, p. Grćvy czułby się moralnie zobowiązanym do natychmiastowego ustąpienia. V' przewidywaniu tćj ewentualności, dzienniki zastanawiają się już teraz nad kandydaturami do godności naczelnika państwa i wymieniają ich czterech, a mianowicie prezesa gabinetu Ferrcgo, prezesa Izby deputowanych Brissona, najmniej szans mającego b. prezesa gabinetu Frcycineta i ks. Aumale, którego prezydentura byłaby prawdopodobnie wstępem do rcstauracyi królestwa. Wszystko to są jednak, wyrażając sic niemieckim zwro
tem, „rachunki bez gospodarza,” a gospodarzem tym jest Izba, która prawdopodobnie projekt rewizyi konstytucyi zupełnie odrzuci, nictjle dlatego, żeby nie stwarzać zamętu, jak raczej z tej przyczyny, że większość obecnych deputowanych wrazie przyjęcia systemu wyborów zbiorowych nie miałaby nadziei zasiąść ponownie na krzesłach poselskich i bronić interesów lokalnych swoich okręgów, a kwestyj] całej Francyi dotyczące traktować z zaściankowego stanowiska. Gdyby zaś projekt rewizyi konstytucyi utrzymał się, natenczas można napewno przepowiedzieć, iż sama rewizya nie zaszłaby dalej, jak chce pan Ferry, gdyż w'tedy jego stronnictwo byłoby panem sy tuacyi.
Na polu w'alki nad rzeką Czerwoną, oraz na widowni układów dyplomatycznych francusko-chińskich, nie zaszły żadne ważne i decydujące wypadki wciągu ubiegłego tygodnia. Auamiei poopuszczali wprawdzie stanowiska, których utrzymanie po wzięciu riontayu okazało się hicmożc-bnem, było to jednak tylko łatwe do przewidzenia następstwo zw7ycięztwa odniesionego przez Francuzów. O przyjęciu przez Francyą pośrednictwa Anglii lub Stanów Zjednoczonych w sporze z Chinami niema w tćj chwili mowy, a poseł chiński markiz Tseng przybył wprawdzie do Paryża, ale zachowuje incognito, co nic jest oznaką blizkiego porozumienia.
Anglia stanowczo zdecydowała się pozostawić Sudan na rzecz fałszywego proroka, poświęcając wszystkie zdobycze, jakie cywilizacya przez ćwierć wieku poczyniła w tym kraju, dla oszczędzenia miłych funtów szterlingów. Delta Niiowm, wybrzeża kanału Suezkiego i morza Czerwonego, oto są jedyne przedmioty, które wyrachowani i interesem mataryalnym tylko kierujący się Anglicy uważają za godne obrony posuniętej do poświęcenia. W Konstantynopolu także pogodzono sic z losem i zamiast wysyłania wojsk przeciw Mahdiemu, jako buntownikowi, powzięto myśl zamianowania go wielkorządcą Sudanu z ramienia Porty, aby przynajmniej ocalić pozory zwierzchnictwa, skoro już niepodobna uratować jego istoty.
Na krużganku klasztornym.
Obraz B. Yautiera.
Najznakomitszy z tegoczesnych malarzy rodzajowych francuskich, Benjamin A auticr, którego kilka wybornych obrazów, n. p. „Śpiewacy kościelni,” lub „Pierwsza lekcyą tańca na w'si,” reprodukowaliśmy już dawniej, wystąpił z nowym, załączonym tu w starannej kopii drzeworytniczej utworem, noszącym tytuł „Na krużganku kła sztornym.”
Pod okiem siostry zakonnej, w godzinie wolnej od nauki, bawią sic swobodnie dziewczątka szkól ki klasztornej, podzielone na grupy, z których każda odrębną stanowi całość. Pośrodku dwie starsze przyjaciółki, zajęte pończoszką i czytaniem, poważnie zgóry spoglądają na „dziecinne” te igraszki. Na lewro trzy inale architektki budują z klepek wspaniały gmach jakiś, a jedna z nich, przerażona, z rozpostartemi rączkami, broni przystępu owym dwom „iilozofkom,” aby nie obaliły czasem wznoszącego się arcydzieła. Inna grupa, po stronie prawćj, zaprzątnięta jest grą w piłkę, a w głębi jakaś „pokrzywdzona,” uspakajana przez towarzyszki, rzewnemi zalewa się łzami. Na krańcu lewym mloclziuchna obserwa-torka, z palcem na ustach, oparta o ścianę, nieczynnym chwilowo jest świadkiem wrzącego dokoła gwaru.
W obrazie całym rozlana jest taka prawda, taka szczerość prostoty i tuka rozmaitość upodobań, że patrzącemu mimowoli nasuwa się myśl poważna: na co leż wyrosną te mile dziew'czątka i jakie będą dalsze ich losy?
48
Grota maszj oka, •widok -wewnętrzny. Rjsovał z natury Polkowski.
(2*J2)
ROZMAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— W ostatnim numerze „Wszechświata," pisma wybornie redagowanego i zasługującego ze wszech miar, przy nizkiej swojej cenie, na ogólniejsze poparcie, prof. Eugeniusz Dziewulski, mówiąc o projcktowanem oświetleniu clektrycznem dzielnie środkowych Berlina, dowodnie wykazuje cyframi, źe według zawartego przez miasto kontraktu z towarzystwem niemieckićm Edisona, światło elektryczne lamp tak zwanych żarzących wypada trzy razy drożej od gazowego. Korzystniejszy znacznie rachunek przedstawia zastosowanie światła łukowego, które teoretycznie kosztuje nieco taniej od gazu. Gdy jednak w praktyce, z powoda drażniącego wzrok natężenia, potrzeba je otaczać szkłami matowemi, co sile jego zmniejsza o przeszło 50°/o, zawsze wice będzie ono znacznie droźszćm od światła gazowego. Prof. Dziewulski zatem wyraża przekonanie, że w obecnych warunkach nie może być jeszcze mowy o oświetleniu Warszawy elektrycznością, która, jak nateraz, nadaje się tylko do oświetlania wielkich placów, dworców kolejowj ch, ogrodów publicznych i t. p. Do tego samego wniosku doszedł także prof. Jurkiewicz, w pouczającym swym artykule o wystawie elektrycznej w Wiedniu, który drukowaliśmy w roku zeszłym.
— Niezmordowany w pracy Andriolli— jak donosi autorka Kroniki paryskiej w Bibliotece war-szawskićj—oprócz „Ostatniego z Mohikanów” Coopera, ilustruje obecnie dla firmy Didota w Paryżu niektóre arcydzieła Szekspira, w ogromnym formacie, zaczynając od „Romca i Julii.” Dla innego wydawcy podjął się ilustracyi trzech utworów Wiktora Hugo: „Le cliatiment,” „L’art
d’etre grand-pere” i „Le beau Pecopin,” a podobno i pierwszej seryi „Legendy wieków.” Firma znowu Marne w Tours gotuje nową edycyą „Joanny d’Arc” w dwunastu wielkich kartonach, z których trzy zamówiła u naszego artysty. Inne wykonywają pierwsi mistrze francuscy, jak Mei-sonnier, Olivicr Merson, Juliusz Breton, Paweł Laurent i Baudry, Andriolli więc znajdzie się w dobrem towarzystwie.
— Koło artystyczno-literackie w Krakowie obchodziło dnia 9 stycznia r. b. trzecią rocznicę swego istnienia, przy spóludziale w części muzycznćj obecnego w grodzie Jagiellonów Zygmunta Noskowskiego. Wykonano jego „Kwartet,” kom-pozycyą poważną i odznaczającą się świćżością motywów, „Kołysankę” na skrzypce, odegraną przez samego kompozytora, i „Melodyą” na wiolonczelę. Wieczorem grono siedemdziesięciu kilku osób zasiadło do skromnej uczty koleżeńskiej, urozmaiconej, jak zwykle, łicznemi toastami, im-prowizacyami i popisami humorystyczncmi. Młodej a wielce sympatycznej instytucyi życzymy z serca i nadal pomyślnego rozwoju.
— Kolej wielbłądzia ma być wkrótce poprowadzoną między Taszkentein a Chiwą, przez Bu-chaiyą. Projekt tćj nowego rodzaju komunika-cyi, jak donoszą pisma zagraniczne, wyszedł od generała Czerniajewa, generał-gubernatora Tur-kestanu, i przychylne u rządu znalazł przyjęcie. Ponieważ budowa zwykłej kolei w danych warunkach byłaby zbyt trudną, zamierzono więc tymczasowo użyć wielbłądów jako siły pociągowej, która w następstwie da się może zastąpić innym jakim motorem.
— Zatarg pomiędzy studentami paryskimi a p. Juliuszem Yalles, wydawcą czasopisma „Cri du pcuple,” w nową wszedł fazę. Wiadomo, że radykalna ta gazeta, opisując obchód Bożego narodzenia w dzielnicy Q,uartur latin, nazwała studentów zniedołężniałymi fizycznie i moralnie. Ci
ostatni zaprotestowali, a Yalles sprostowanie ich zamieścił, lecz z uwagami bardzićj jeszcze dra-żniącemi.Nazajutrz przedrcdakcyą„Cri du peuple” zebrało się około 390 studentów, żądając odwołania. Wydawca jednak odmówił, a polieya ostatecznie ulicę opróżniła. Obrażeni zażądali teraz satysfakcyi honorowćj; lecz Yallćs wyzwania nie przyjął i oświadczył, źe spotkać się z nimi może tylko w walce ulicznej. Obecnie więc, na walnćm zebraniu, korporacya studencka oświadczyła, że redaktorów „Cri du pcuple” oddaje pogardzie publicznej. Co dalej z tego zajścia wyniknie, przewidzićć dotąd niepodobna.
— Świątynię Jowisza olympijskiego w Atenach odkopuje obecnie Anglik Penrose. Kolumny tego pomnika sztuki greckićj znakomicie są dochowane, a JeS° konstrukeya znacznie podobno różni się od napoiykanćj w innych tego rodzaju zabytkach. Kierownik odkopywania zamierza niezadługo wydać szczegółowe plany całćj świątyni.
— Komunikacya telegraficzna z Ameryką coraz się ożywia i uproszczą. Zaledwo Bennct i Mackay powzięli myśl założenia nowej liny podmorskićj między Havrem a Nowym-Yorkiem, aż oto inżć-nier holenderski van Braam występuje z projektem podobnej komunikacyi między Lizboną i wyspami Azorskiemi, otrzymawszy już na to pozwolenie rządu portugalskiego. Od wysp Azorskich jedna lina iść ma do Nowcgo-Yorku, a druga wprost na Kubę. Dodać należy, że gdy Ben-nett koszt przesyłki obniżyć zamierza do jednćj marki za wyraz, van Braam ma nadzieję zredukowania tćj ceny nawet do pół franka.
— Przepyszne album akademia prawa w Madrycie gotuje dla niedawnego gościa Hiszpanii, następcy tronu niemieckiego. Najznakomitsi malarze, jak: Yillcgas, Casado, Mesida, biorąwnićm udział. Inne, równej wartości album, artyści przeznaczyli dla następczyni tronu.
Wydawcy Gebethner I Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
AoaBodeBO HeBaypon. Bapmasa, 6 tlmiapii 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 8).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajehmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Cei» numeru pojedynczego Kop. 20.
Ogólnego zbioru numer 1269. — Serya IV.
14 (26) stycznia 1884 r.
iiium
Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
M 56.
Prenumerata w Warszawie:	. mor	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart. Warszawa, 26 stycznia loo4 r. na	,*:„casars'wie:
rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół,	’	•>	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
Tom III.
(293)
Wnętrze teatru Rozmaitości w Warszawie po jego odbudowie.
50
Treść numeru. Artykuły. Czego słusznie wymagać możemy oŁ wydawców pism czasowych.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy eąg).—Dr Lienelykt Dybowski, przez prof. K Jurkiewicza.—Słówko o pomniku dla Sar-biew’skiego.—Fundusz wieczysty imienia ś p. Ignacego Bo-czylińskicgo. — Kronika tygodniowa, przez St. M. Rz. — Przegląd polityki zagranicznej. — Z podróży na Wschód, wiersz J. Kościelskicgo.—Gęsi i gąski, komedya w pięciu aktach Michała Bałuckiego (dalszy ciąg). — Przegląd piśmienniczy, przez dra T. Ziembę.—Wystawa obrazów, rzeźb i starożytności w Radomiu. — Kronika paryska —Przegląd teatralny, przez E. Łukowskiego.— Od wydawców. — Ko-respondeneya od redakcyi.—Szachy.—Rozmaitości. — Dodatek. Dziwcie globu, nowela przez A. de Alarcon (arkusz czwarty) — Kyciny: Wnętrze teatru Rozmaitości w Warszawie, po jego odbudowie.—Z bruku warszawskiego, Grek handlujący, rysunek S Masłowskiego.— Wystawaobrazów, rzezb i starożytności w Radomiu, rysunek A. Kędzierskiego.—Czarne domino, podług akwareli Simonetti’ego.
CZEGO SŁUSZNIE WYMAGAĆ MOŻEMY od wydawców pism czasowych.
Pomiędzy wielu żywotnemi przedmiotami, po-ruszanemi niekiedy przez „Niwę” warszawską— pismo dla którego tendencyj oby w atelskich szczere żywimy uznanie i z którego przekonaniami społeczno literackiemi zwykle sic zgadzamy — spotkaliśmy w ostatnim jej zeszycie artykuł p. t. „Handlarstwo w prasie,” dotykający sprawy zbyt ważnej dla naszego rozwoju duchowego, abyśmy zamilczeć o niej mogli.
„fiandZazsht-o”!... Toć w samym już tym nad-pisie tkwi ciężki zarzut, czasopiśmiennictwu naszemu, a przynajmniej pewnej jego części, uczyniony, zarzut osłabiający powagę naszej prasy— i... gdyby byl uzasadniony, mogący ją pozbawić wpływu moralnego, jaki, według samego nawet spólpracowuika „Niwy, "niezaprzeczenie wywiera.
Szanowny autor, niewymieniony z nazwiska, z najzacniejszych niewątpliwie pobudek, zadale-ko, zdaniem naszetn, posunął się w swoim pesymizmie. Za wydawanie na przykład prospektów noworocznych, przyrównywa wydawców do szarlatanów jarmarczny cli, wabiących tłumy do swojej budy7, aby potem zadrwić z nich bezwstydnie, to znaczy... nie dotrzymać obietnic prospektowych. Doprawdy, z niclicznemi bardzo wyjątka mi, nie zdarzało się chyba u nas, żeby pismo którekolwiek nie spełniło pod tym względem dany ch przyrzeczeń; mogły być czasami w czem opóźnienia, ale kiedyż i od kogo czytelnicy zupełnego doznali zawodu? Prospekty doroczne, wywołane rosnącą coraz konkurencyą, stały się dziś koniecznością prawie, a jako zapowiedź na przyszłość, jako rodzaj programu tego, czego redaktorowie i wydawcy dokonać zamierzają — są one dla czytelników pożyteczne i pożądane. Ze i tu wkrada sie często frazeologia, a czasem i blaga, zaprzeczyć niepodobna; ależ przecie wyjątki za regule poczytywane być nie mogą. Zresztą jeżeli „handlarstwem” mają być prospekty, to będą nićm i ogłoszenia, których jednak najpoważniejsze nawet pisma, tak gdzieindziej jak u nas, nie wyjmując nawet i „Niwy” — używają bez skrupułu.
Utrzymuje dalej autor omawianego artykułu, że „gdzieindziej prawie każdy dziennik jest rzecznikiem pewnego stronnictwa, pewnej grupy ludzi, do tego samego dążących celu. Nie ubiegają się oni przedewszystkiein o prenumeratora, lecz o czytelnika, nie o marny7 grosz, lecz o sumienie i przekonanie swych zwolenników; nie nad kieszeniami chcą panować, jedno nad umysłami....Kupców, w wlaściwein tego słowa zna-
czeniu, niema między7 właścicielami wpływowych pism zagranicznych, chyba żc i przemysł łub giełda potrzebują własnego przedstawiciela......
A u nas? Dość przypatrzyć się firmom właścicieli czasopism, aby się przekonać, że znaczna część onyeh przeszła w ręce najpospolitszych kupców.” 1 dalej nieco: „Większa połowa prasy warszawskiej jest zwykłym „artykułem handlowym,” jak pieprz, śledzie i pić.niąd/.e... . Pierwszy lepszy kupiec, drukarz lub księgarz, bez elementarnego wy kształcenia humanistycznego, bez wyobrażenia o celach, o posłannictwie dziennika, widząc że
bibuła dobrze procentuje, przerzucił się od śledzi łub pieprzu do interesu wydawniczego.”
Pozwoli nam szanowny7 autor zwrócić tu swoje uwagę, że nieco przecenił stanowisko prasy7 za granicą, gdzie większa część czasopism, z wyjątkiem ściśle naukowych, zależną jest od różnych wpływów postronnych, zostając na łasce subwen-cyj bądź rządowych, bądź możnych patronów, popierających za ich pomocą swoje cele osobiste. Daj Buzo dziennikom niemieckim, francuskim i innym taką niezależność przekonań, taką nie-przedajność, jaką doty chczas zachował ogól prasy warszawskiej!
Co do zarzutu, żc właścicielami znacznej części pism naszych są kupcy najpospolitsi —nie wiemy doprawdy, jak go wytłumaczyć. Wy dawca każdy kupcem, przezornie obliczającym zy ski i straty, być jjowuiuii, a jeśli mm nie jest, wyrządza tćm krzywdę i sobie i społeczeństwu, podobnie jak każdy przedsiębiorca, gdy nieoględućm prowadzeniem swojego zakładu naraża się na bankructwo. Pismo, rozumnie i poczdiwie kierowane, jest instytucyą, która z jednej strony zbawienny wpływ na umysły wy wióra, z drugićj zaś daje całkowite lub częściowe utrzymanie kikudziesię-ciu nieraz jednostkom; lekkomyślne więc narażanie go na upadek, lub oglądanie się na subsydya, które i najmożniejszym z czasem sprzykrzyć się muszą, byłoby grzechem przeciw społeczeństwu. Interes osobisty doskonale tu chodzi w parze z interesem ogółu.
Mniej jeszcze zrozumiałym dla nas jest zarzut, żc wydawcy nasi nic mają wykształcenia humanistycznego, ani pojęcia o posłannictwie dziennika. Szanowny autor zapomniał chyba o tćm, że obok wlaściciela-wydawcy, stoi jeszcze i redaktor, pojmujący zwrykle to posłannictwo, żc każdy wydawca, o ile sam nie jest literatem, otacza się, z wyboru redaktora, mniej albo więcej licznem gronem spólpracowników, z których żaden z pewnością — że pominiemy kilka smutnych wyjątków—nie zaprzeda dla miłego grosza niezawisłości swych przekonań. Wpływ7 przeto wydawców ogranicza się tu do warunków materyalnyeh pisma, a kierunek jego pozostajc wyłącznie w rękach redaktora. Zresztą, chwalić Boga, wydawców „od śledzi i pieprzu” jeszcze u nas niema.
Ubolewając nad tćm, że przy ogólnej gonitw ie za groszem, młodzi literaci tracą wkrótce z przed oczu wszelki ideał, wselki cel wyższy, autor tak się wyraża: „Z początku dziwi się młody szermierz i zżyma, lecz po niejakim czasie przekonywa się, że jego zapał jest tylko pieprzykiem, wyzyskiwanym przez kupca bibuły. Powoli przyzwyczaja sic do tej pozycyi, zapomina o swych marzeniach i ideałach i zostaje zwykłym cldebo-robem, targującym sic o honoraryum z zaciekłością Żyda. Nauczyli go tego panowie wydawcy, niepytający nigdy: jakie wyznajesz przekonania? lecz zawsze tylko: czy umiesz pisać/”
Pominąwszy już wyraźne w tern miejscu podstawienie rzeczownika wydawca, zamiast redaktor, bo w każdćm piśmie ten ostatni przecie ocenia zdolności, zasady i umiejętność pisania spół-pracowników, a nawet zwykle oznacza i w7ysokość honoraryów — trudno wistocie pojąć to lekceważenie formy i zalet stylowych, skoro bez zdolności jasnego w7yraźania swoicli myśli, najuczeńszy człowiek nie zdoła dla szerszego ogółu stać się pożytecznym. Wszak w tymże samym zeszycie „Niwy” w innym artykule, na str. 147, słusznie powiedziano: „Styl—to człowiek, to pisarz. Każdy utalentowany autor ma własny styl, własne, odrębne oblicze, bez względu na kierunek w jakim* pracuje... O ileż większe znaczenie ma for-
ma w literaturze pięknej! Czasami bywa ona tu wszystkiem, jak u romantyków niemieckich, lub u naturalistów francuskich. Najstarszy, najokle pańszy przedmiot nabiera w nowej szacie nowego życia... Piękność języka i efekta literackie nic
są wcale rzeczą podrzędną. Są one tćm samóm w literaturze nadobnej, czćm gładkie liczko i gustowny strój u kobiety.”—Cytujemy umyślnie te słowa, jako dowodzące wymownie, żc jeśli redaktor, a choćby i wydawca, zapytuje spólpraco-wnika: czy uinićsz pisać? to zupełną ma słuszność.
Narzeka jeszcze autor na tak zwaną hyperpro-dukcyą dziennikarską, twierdząc że znaczna cześć istniejących czasopism zawadza tylko innym, podobnym sobie, i poluje na prenumeratorów7, nie przebierając w środkach; kończy zaś smutną dla piśmiennictwa naszego wróżbą, że prawdopodo-jak po sferze nastąpi niebawem wielki „krach,” bnic w tej każdćm przeciągnięciu struny w7 jakimkolwiek kierunku.
Nie należymy i my do zwolenników tego prądu, który obecnie, za pośrednictwem prasy, pochłania i czasem nawet ubezwladnia najwybitniejsze zdolności. Pisma czasowe są liśćmi drzewa wiedzy, owocem — wydawnictwa książkowe, a drzewo zanadto w liść wybujałe, nie rodzi zwykle zdrowych i pożywnych owoców7. Nic jednak na to nic poradzą ani narzekania, ani złe wióźby: jest to znamię wieku, epoki gorączkowych dążności, w której żyjemy, znamię zresztą powszechne na całym dziś świccie, a u nas zwłaszcza wywołane wielu niezaleźnemi od woli naszej warunkami miejscowemu Usunąć je.... nie w naszej to mocy, a nie uczyni tego z pewnością i „krach” żaden, który osłabiłby tylko niepotrzebnie jedyny środek działania, jakim obecnie rozporządzamy. sie przewidujemy tćż, razem z autorem, że w przesileniu takićm zwycięztwo przypadłoby „najzręczniejszym i najprzew7rotniejszym," przypuszczamy owszem, że odnieśliby je chyba najlepsi.
Od wydawców czasopism naszych wymagajmy tego tylko, czego wymagać mamy prawo. Nie żądajmy od nich ani wysokiego wykształcenia naukowego, ani wyłącznego apostolstwa w posłudze idei, ani tern bardziej poświęceń w rzeczy, która z filantropią nic nic ma wspólnego. Rozumne i uczciwe zapatrywanie się na potrzeby społeczeństwa; sumienne spełnianie zaciągniętych względem czytelników zobowiązań; czuwanie baczne nad powodzeniem materyalnem pisma, by nie dopuście owych „krachów” zapowiedzianych; wreszcie, o ile wydawcy nie są zarazem literatami, niekrępowanic w niczem swobody działania redaktorów, nicnaizucanie im własnego widzimisię dla jakichkolwiek widoków po stronnych—oto przymioty dobrych edytorów, których ogól sprawiedliwie żądać od nich może, a takich, dzięki Bogu, jest u nas większość zankomita.
Tyle tylko mieliśmy do zarzucenia szanownemu autorowi rozbieranego artykułu. Zgadzamy zato chętnie, acz z pewnem zastrzeżeniem, na uwagi jego co do bezbarwności znacznej części naszej prasy, co do starannego, lękliwego niemal unikania walki z przeciwnikami. „Kto kogo chce przekonać, nie może milczćć”—powiada on słusznie. I tu.jednak uwzględnić należy wyjątkowe położenie, w jakiem czasopiśmiennictwo nasze się znajduje. Nie mamy jasno okróślonych stronnictw politycznych i społecznych, nie możemy nawet Doszczycić się samodzielnie rozwiniętemi syste-matami naukowemi, sposobność więc do walki o zasady rzadko tylko u nas się nastręcza; polemizować zaś dla konkurencyi, dla samej przyjemności potykania się, przy zadrażnionej zwłaszcza, powiedzmy wprost nieprzyzwoitej, napastniczej formie, jaką szermierka dziennikarska osta-tniemi czasy w prasie naszej przybrała — szanujące i siebie i czytelników pismo zwykle nie ma ochoty. My sami przyznajemy się do tego grzechu, jeżeli grzechem nazwać to można. Nie dla polemiki też próżnej, lecz jedynie dla wyświetlenia prawdy, skreśliliśmy tych kilka słów pobieżnych.
niezaradni.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalszy ciąg.)
IV. Pod. lasem na przechadzce.
Nic potrzebujemy wykładać ustroju społeczne-, jaki u nas dzieje wyrobiły, ustroju w którym
51
wieś odgrywała rolo przeważną i w którym zajęły stanowisko oddziaływające na siebie wzajemnie sfery. Sfer tyck było kilka; głównych atoli dwie: chłopska i szlachecka. Stosunek ich wzajemny wymagał pośrednictwa i spółczynnictwa, wprowadzających żywioły postronne, które się także dzieliły na sfery, mające swoje interesa spccyalne. Wspominamy o tera mimochodem, dlatego jedynie, ażeby czytelników nie razdo nagłe przerzucenie się nasze z opuszczonej chałupy, do hucznego a życiem kipiącego dworu.
Przerzucenie się to nasze dotyczy nietylko przestrzeni, ale i czasu. Cofamy się o lat dziesiątek jaki i przenosimy nie do dworu wprost, ale na szeroki, zbożem falujący łan. Lan obsiany był żytem, a żyto się już wykłosiło, to znaczy, że miesiąc czerwiec „na niebie już świecił” (1). Słońce ku zachodowi sic już chyliło. W zbożu odzywały się przepiórki. W powietrzu panowała cisza uroczysta. Suglówkicm, który lan przecinał i od drogi do lloworówki prowadzącej szedł do okopanego rowem lasu, widzieć się dawały, unoszące się ponad poziomem powierzchni bladych kłosów, jakieś niby grzyby bąbiaste, niby wierzchołki balonów różnokolorowe. Jeden jaśniał barwą szafirową, drugi popielatą, trzeci szainuową. Posuwały się one zwolna drogą ku lasowi i od pierwszego oka rzutu rozpoznać się dokładnie nie dawały. Co to?—grzyby czy balony?.. Uważniejsze przypatrzenie się dawało klucz zagadki, która jednak całko wicie rozwiązywała się dopiero na miejscu, na suglówku, ukazując się pod postacią trzech dam, osłoniętych zgóry perkalikami. Jeden z nich był szafirowy, drugi popielaty, trzeci szamuowy. One to zdalcka złudzenie sprawiały, wydając się niby grzyby, niby balony. Trzy damy były nie same, towarzyszy! im miody człowiek w rajtroku i w kapeluszu słomianym i mała dziewczynka, która wzrostem nie przenosiła wysokości żyta. Dziewczynka jasnowłosa, zarumieniona i ożywiona, biegła przodem, nurzając sic cocbwila w zbożu i wynosząc ztamtąd bławatki, kąkol i groszek, których pęku małą w rękawiczce rączką objąć nic mogła. Za nią postępowały dwie damy, kobiety młode, równego jak sic wydawało wieku, nicprzechodząccgo lat trzydziestu. Za tą parą szła inna: młody człowiek w rajtroku, obok smukłej niby topola panny, blondynki jasnej, kształtnej, szykownej, w letnią plecionkową suknię odzianej, nictyle ładnej, ile ponętnej. Trochę zaszerokie usta, trochę nieregularny nos, trochę zawązkie czoło nic pozwalały jej palmy piękności przyznawać. Ale młodość wynagradzała braki i zbytki, zwłaszcza żc pud wzglądem budowy ciała nic jej do zarzucenia nie bj lo. Owszem, pod względem tym czyniła zadość warunkom architektury. Smukła była, jak topola-jak rzekliśmy wyżej, w piersiach szeroka, w stanie wazka; zpod zarzuconej odniechcenia na ramiona pelerynki przeglądał gors biały; rączki miała małe, nóżki małe i Oczki igrające blaskami, które cieniowały niejako rzęsy długie, nadając wejrzeniu głębokość zagadkową. Tak wyglądała panna, krocząca obok młodzieńca i przyzostająca się z nim w odległości od pary pań takiej, żc tc, nic podnosząc zbytecznie głosu, mogły jedna drugiej udzielać spostrzeżeń takich:
— Emilka pana Pawła baczy, liaczy.
— Dobrana z nich będzie para—odpowiedziała ze znaczącym naciskiem druga, która względem tej, co pierwsza glos zabrała, zachowywała się z akcentem powolność oznaczającym.
— Byleby się pobrali.
— Czcmuby sic pobrać nic mieli?... zwłaszcza, żc....
— Pawełek liczy... i, jeżeli sic nic doliczy... uhm—gestem dokończyła.
— Ach!—zawołała druga—jakież to okropne!
— Cóż robić? świat taki. „Najgorętsze świata żądze, mieć pieniądze, mieć pieniądze.” Pawełek żądzę tc ma w sobie rozwiniętą w stopniu wysokim.
(1) Wyrażenie, używane dla oznaczenia, że astronomi-znic, wedle kalendarza stylu nowego, jest już czerwiec.
— Przecież on sam nie ubogi, zamożny.
— Tćm bardziej tćż pożąda posagu wielkiego.
— Emilki posag...
— Szlachecki—podchwyciła pani.—Na posag taki złakomilby się jakiś dzierżawca, jakiś dziedzic z kolokacyi, jakiś dorobkiewicz, ale nie pan i właściciel Koszylówki z przyleglościami.
— Czyż pan i właściciel Koszylówki z przy-leglościami nie ma serca?
— Do rozkochania się, co?—zapytała z przekąsem lekkim.
— Ludzkość nic upadla jeszcze tak nizko, ażeby nic istniało w nićj nic, okrom interesu, brudnego interesu.
— Ja o ludzkości nie mówię. Mówię o Pawełku.
— Jest on ludzkości cząstką.
— Nieinaczej. Zrób jednak na cząstce tej doświadczenie. Spróbuj.
— Czego?—zapytała dama głosem niepewnym.
— Rozkochaj go w sobie.
— A niech mnie Pan Bóg broni! Ja?.. Cóż ja?
— C.) ty? Niebrak ci niczego... Panna rodu dobrego, dobrze wychowana, wykształcona, piękna.
— O! o! nie—zaprotestowała panna—piękna? Zkąd znów!
— Jeżeli nie chcesz do piękności się przyznawać, to rzecz twoja—odrze tra pani tonem pólżar-tobliwym.— Zaprzeczyć jednak nie możesz temu, żc posiadasz warunki wszystkie, jakich się wymaga od kobiety w małżeństwie...
— Wszystkie? — odezwała się panna, tonem jak wyżej.
— Z wyjątkiem jednego chyba majątku. Inaczej nic byłabyś guwernantką przy mojej Julci. Owóż spróbuj i warunkami temi zechciej podbić serce Pawełka. Znajdziesz je twardćm, jak skala.
— Anibym się nie odważyła—odrzekła tonem, który oznaczał, żc co innego myśli, aniżeli mówi.
— Na co? —zapytała pani, która się na tonie tym nie poznała, albo może poznać nie chciala.
— Na... na próbowanie tego rodzaju.
— Powstrzymuje cię brak posagu. Emilka się odważa, ma bowiem za sobą sto tysięcy, które się jej hazardować pozwalają. A nuż partyą wygra ..
= Róziti, cóż ty wygadujesz!
— Co? Mówię co i jak jest. Emilka Pawełka baczy, ufna w swoje sto tysięcy. Gdyby stu tysięcy nic miała, nic baczyłaby go nadaremnie. Jest podstawa jakaś, jakiś punkt wychodni.
— Nie podejrzywam jćj o rachunkowość.
— Ona siebie nic podejrzywa także. Ale tak się rzeczy same przez się układają. Pawełek przez wzgląd ua Tadeusza do siostry jego się zbliża, a Emilka, przez wzgląd na posążek swój, ze zbliżenia tego widoki dla siebie wysnuwa.
— Ależ serce, serce, na Boga! — podchwyciła panna Eufrozyna.
— Serce... hm—odrzekła pani Róża, zniżając parasolik i potrącając nim o łodyżkę dziewanny, która żóltem kwieciem zdoła dogóry oblepiona, zboku się wznosiła.
— Przecież -zaczęła panna Eufrozyna.
— Co?
— Przecież ty męża swego, pana Tadeusza, kochasz.
— Kochani.
— 1 kochałaś go, idąc za niego?
— No, tak. Ale z uczuciem takićm samem byłabym poszła za innego, gdyby się był Tadeusz nie trafił.
— Moj Boże, mój Boże!—westchnęła panna.
— ( o?—zapytała pani Róża.
— Cóż mówią i piszą o sympatyach dwóch dusz siostrzanych, szukających jedna drugiej po święcie!
— Mówią i piszą o wielu rzeczach, wyglądających w praktyce życiowej inaczej. Faktem jest, żc sic schodzimy przypadkiem, że panny posaźnej szukają więcej, aniżeli nieposażnćj, i że siostrza-ność względem pierwszej objawia się mocniej, aniżeli względem drugiej. Dlatego Tadeuszowi głowę susze, ażeby o posagu dla Julci myslał zawczasu.
W chwili tej dziewczynka do matki podbiegła
z uradowaniem wielkiem. Powodem uradowania był mak czerwony, dużych rozmiarów.
— Co za kwiat! Jaki śliczny kwiat!
Dla maku rzuciła cały bławatków pęk.
— Uzbierałaś przecie bławatków tyle—zauważyła matka.
— Mak ładniejszy...
Guwernantka nie omieszkała moralną nad wyciągnąć naukę, porównywając skromną, ale trwałą picuność bławatków, z pięknością maku prędko przemijającą i połączoną z wonią dość wstrętną.
Młoda para przyzostała znacznie ztj lu. Panna Emilia, niosąc w jednej ręce parasolik, w drugiej z kwiatków mimochodem uszczkniętych bukiecik, prowadziła ożywioną z kawalerem rozmowę— rozmowę, która była czynnością, nieposiadającą w mowie ludzkiej osobnej, technicznej nazwy. Czynność ta polega na dalekióm jakiemś, bardzo dalekićm około środkowego punktu krążeniu, na zwiadach, na zasadzkach, na rzucaniu wędki, jak na rybki, na podbieganiu z siatką, jak na motyla. Prowadzenie rozmowy jest sztuką osobną, którą posiadają tylko panny na wydaniu. Sztuki tej nauczyć się niesposób; mężczyźni jej nie znają; kobiety zaś tracą, jak skoro zamąż wyjdą. Dlatego to zapewne poeta nasz wielki powiedział: „Gdy na kobietę zawołają żono, już ją żywcem pogrzebiono.” Grzebie się w niej ta sztuka piękna, niezuajdująca wyrazu swego ani w muzyce, ani w malarstwie, ani w rzeźbie, delikatna i subtelna, a taka c/.arowna, iż niejednego ze śmiertelników, upartego jak kozioł, przed ołtarz zaprowadziła i na kobiercu ślubnym postawiła.
Sztukę tę właśnie panna Emilia aplikowała do pana Pawła.
Mówili ze sobą—a! i o ezeraże nic mówili oni?.. O urodzajach tegorocznych, o deszczu co trzy dni padał, o „Przedświcie” Krasińskiego, o zajączkach, o „Myśliui” Trętowskiego i o kurczętach pieczonych. Rozmowa wiązała się nakształt girlandy. Panna Emilia mówić umiała o wszystkiem; a że glos miała wdzięczny i wejrzenie powłóczyste, o wszystkiem przeto mówiła dobrze— zachwycała, baczyła, prowadziła kawalera na pasku niby. Pan Paweł czul się pod urokiem „tajemniczych słów dziewczyny,” która spowiadając się przed nim z wrażeń różnych, czyniła go niejako powiernikiem swoim, odkrywała przed oczami jego głąb duszy swojej pięknej i szła obok niego suglówkicm, który nie prowadził w nieskończoność Kończył się właśnie, gdy opowiadała o zamiłowaniu w śpiewie.
— Nic mnie, proszę pana—prawiła—wprawić nic może w zachwyt większy, jak śpiew piękny...
— Wrazić takim pani powinnaby słuchać siebie samej — odpowiedział mlodj’ człowiek, czyniąc z odpowiedzi swojej koinpliment.
— O! - odrzekła przeciągle—ja śpiewam, „jak ptak śpiewa”...
— Zachwycająco...
— Cieszyłoby mnie uznanie pana, gdyby...
— Gdyby szczere było — podchwycił pan Paweł.—O pani...—zaczął.
Ale panna Emilia przerwała.
— Szczere? Nie wątpię, żc jest w uićm szczerości trochę, a trochę tego kadzidła, do udzielania którego panowie czujecie się obowiązani względem nas, niewiast. Pragnęłabym jednak o jednej wiedzieć rzeczy.
— O jakiej, pani?
— Czy — odpowiedziała tonem zwyczajnym, a jednak zagadkowym— śpiewanie moje podoba się panu?
— O! — odparł pan Paweł z naciskiem uznania.
— Dlaczego?
— Dla. . hm, dlatego, rzecz naturalna, że piękne...
— Słyszałeś pan piękniejsze za granicą, na koncertach, w operach.
Uwaga ta, pod względem tak treści, jak formy, była w rodzaju swoim arcydziełem. Pan Paweł połknął „haczyk,” o którym nie wiedział. Nie mogąc zaprzeczyć, nie mogąc dopuścić się kłamstwa zbyt rażącego, powiedziawszy na przykład, że panna Emilia śpiewa lepiej, aniżeli Ulani lub Jenny Lind, które w czasie owym prym trzymały
52
w Europie, następujące tylko uczynił wyznanie:
— Śpiew pani zachwyca mnie dlatego, że płynie z ust pani.
Panna Emilia odpowiedziała na to spojrzeniem, na które znów pan Paweł nie mógł odpowiedzieć inaczej, jak pochwyceniem rączki jej i złożeniem na takowej pocałunku. Mówił następnie o wibra-cyach sympatycznych i podał pannie Emilii ramię. Sympatya dusz potęgowała się w ten sposób; operacja rozwijała się pomyślnie; należało jednak moderować ją, do czego pannie Emilii nastręczyła się okazya wyborna w wydanym przez Julisię okrzyku:
— Poziomki!..
Sugłówek się skończył pod lasem, na skraju którego porastała trawa, a w trawie przeglądały w obfitości wielkiej jagódki czerwone. Widok jagódek w zachwycenie dziewczynkę wprawił. Krzyknęła, mak rzuciła i jęła zrywać poziomki.
— Poziomki! —powtórzyła panna Emilia, wysuwając rękę zpod ramienia kawalera.
Pani Róża i panna Eufrozyna rozglądały się w trawie. Nastąpiło przysiadanie pań, weelu przenoszenia jagódek z łodyżek do ust. Czynność ta zajęła jc żywo; panna Emilia udział w nićj wzięła i za siebie i za pana Pawła, który nie uważał za stosowne oddać się zajęciu, zdalcka, choć bardzo zdalcka przypominającemu pracę. Panna Emilia stała się kanniciclką jego, podając mu razporaz to jagódki, to gronka. On dziękował, przyjmować się wzbraniał, a ona:
— Odemnie?—pytała.
Podała mu fijolek.
— Ach! pani—zawołał kawaler — wolę to, aniżeli poziomki.
Ukradkiem kwiatek do pugilaresu schował. Ukradek ów panna Emilia widziała, pomimo że w inną obrócona była stronę i w chwili tćj do bratowej zbliżona, przyjmowała w słuch poszeptem wymówione zapytanie:
— I cóż, ca chaufye?
— Zdaje się—była odpowiedź.
Poziomkobranie odbywało się wesoło, jak jedna z tych rozrywek przypadkowych, które są dobre, gdy krótko trwają. Julisia zapowiedziała:
— Zbieram poziomki dla papy.
Postanowienie to dziewczynki uzyskało aplauz powszechny. Guwernantka pochwaliła Julisi pamiętanie o papie. Dziewczynka gorliwie zbierać poziomki w chusteczkę od nosa poczęła: jagódki zrywała, dwie—trzy do buzi niosła, jednę do chusteczki wrzucała; krzątała sie, szukała i — znudziła się. Gorliwość jej słabła prędko, coraz-to bardzićj. Przyczynił się do tego jeszcze i wypadek. Jeden z rożków chusteczki z paluszków się jćj wymknął i poziomki się wysypały.
— Acb!—w rozpaczy krzyknęła.
Panna Eufruzyna z pomocą jej pośpieszyła. Poziomki się napowrót w chusteczce znalazły, ale, niestety, zapał pierwotny nie odszukał się już.
— Papa więc bez poziomek obejść się będzie musiał—odezwała się pani Róża.
— A... o...—tłumaczyła się panienka zafrasowana.
Frasunek Julisi był wielki, bardzo wielki i l»y łby może oddziałał w sensie rozbudzającym gorliwość nanowo, gdyby nagle i niespodzianie nie nastręczył się sposób łatwy z kłopotu wyjścia. Sposób ten przedstawił się pod postacią dziewczyny wiejskiej, wynurzającej się z lasu z króbcczką w ręku. Króbeczka czerwieniła się z wierzchu. Julisia zoczyła ją pierwsza i, nie zważając na nic, pędem do dziewczyny się zbliżyła i króbeczkę jej z rąk wzięła
— Dla papy! dla papy!—wołała uradowana.
Radość dziewczynki granic nic miała. Zabrała króbeczkę na własność, nic troszcząc się zgoła o prawowitą jćj właścicielkę, która zabraniu się nie sprzeciwiła, lecz okazywała rodzaj jakiś zakłopotania, ze zdziwieniem połączonego.
— Poziomki dla papy! Papa będzie poziomki miał! — wykrzykiwała i pokazywała z minką tryumfującą króbeczkę matce, ciotce, panu Pawłowi i guwernantce. — Poziomki! dla papy!
— Ależ, moja Julisiu — tonem refleksyi odezwała sic do nićj panna Eufruzyna.
— Dla papy! dla papy! Jakież piękne poziomki!
— Wzięłaś jc od dziewczyny.
Ostrzeżenia tego Julisia nie zrozumiała. Niewiadomo, czy zrozumiał je kto z towarzyszów, nikt bowiem nic poparł onego i byłoby może przebrzmiałe nakształt dźwięku pustego, gdyby nie to, że wywołało ze strony pani Róży zwrócenie na wywłaszczoną dziewczynę spojrzenia. Spojrzała na nią i odezwała się:
— Jakaż ona ładna!
Wyrazy tc stały sic powodem obejrzenia dziewczyny przez wszystkich naraz obecnych.
— Uhm — mruknął pan Paweł odnicchcenia, mierząc ją okiem od bosych, czerwonych, zgrubiałych, ale klasycznie ukształtowanych, drobnych stóp, do jakby przez Fidiasza samego umo-delowanćj głowy.
Mierzenie to odbywał powoli, zukosa nieco, z amatorstwem widocznem i ze znawstwem, ważą-eem szczegóły wszystkie postaci, uwydatniające się zpod zwieszonej pod szyją a otwierającej sic nieco na piersiach koszuli i zpod obciskającej kształty zapaski. Nogi miała bose, ręce po łokcie gole i zapracowane, delikatność pici pozostawiała do życzenia wiele, lecz formy, jakie tę postać odziewały, świadczyły, iż wydelikacona, wypieszczona i przez modniarkę ubrana, byłaby odurzającą. Wejrzenie oczu szafirowych łagodne i pociągające, usta o kradzionych całusach mówiące, bujność warkoczy czarnych, zdobiących czoło otwarte, wzrost niemały, regularność rysów oblicza, wytok szyi, skład ramion, wszystko je-duem słowem składało sic na uczynienie z dziewczyny tej istoty w stopniu wysokim ponętnćj.
— Uhm — mruknął pan Paweł, zukosa pa trząc i do zwijania papierosa zabierając się.
— Prawda — potwierdziła panna Eufrozyna.
— Prawda — powtórzyła pana Emilia.
Panie zbliżyły się do dziewczyny i obstąpiły ją w półkole.
— Jak ci na imię? — zapytała pani Róża.
— Maryna — odpowiedziała zapytana.
— A czyjaś ty?
— Luki, proszę wielmożnej pani.
— Luki? a, to dobrze, to bardzo dobrze! Jaka ona ładna! — dodała, zwracając mowę do młodego człowieka — panie Pawle?
— Tak — odparł zapytany odnicchcenia, patrząc na dziewczynę z pewnym w oczacli wyrazem, od którego ona pokraśniała i rzęsami oczy sobie zasłoniła.
— Poziomki dla papy! — powtórzyła Julisia, kręcąc się z króbcczką i zwracając się z nią do Maryny — dla papy.
„Papa,” wyraz żywcem z francuzkiego do mowy polskićj przesadzony, używanym jest i w mowie rusińskićj, ale w znaczeniu innem. Po polsku w spieszczeniu oznacza „ojciec;” po rusińsku, także w spieszczeniu, „chlub.” Dziewczyna nic zrozumiała, o co pańskiemu dziecku chodzi.
— Dla papy — powtórzyła Julisia.
Maryna z dobrotliwym na nią patrzyła uśmiechem i kiedy ta raz jeszcze ten wyraz wymówiła, domyśliła się, że się od nićj do poziomek chleba domaga.
— Papy — odrzekła — kiedy ja, pannuńciu serce, nie mam papy.
— Nie masz? — zapytała dziewczynka z akcentem politowania.
— Nie mam, nie.
— Ona papy nic ma. Mamo, ona nic ma papy!
Zwróciła się z ostatmcmi słowami do matki; gdy ta jednak nie zważała na nią, zwróciła się do guwernantki.
— Panno Fruziu! ona papy nic ma.
— Sierota — odrzekła panna Eufrozyna.
— Sierota, o! o? Jakto sierota, panno Fruziu?
— To znaczy, Julisiu, iż nie ma ojca, albo matki, albo ani ojca, ani matki.
— Ona ojca nic ma. A mamę? — zapytała, do dziewczyny się zwracając — mamę, czy ty masz?
— Mamy ja nie mam, pannuńciu — odpowiedziała zapytana.
— Ona i mamy nie ma! — wykrzyknęło dziecko.—Nie ma ani papy, ani mamy, a tak umie poziomki zbierać! Panno Fruziu!
— Co? — zapytała guwernantka uprzejmie i słodko.
— Niech ona dla mnie poziomki zbiera.
— Moja Julisiu — odrzekła panna Eufrozyna — ponieważ ona sićrota, więc potrzeba mieć litość nad nią. Ona biedna.
Julisia nie zrozumiała tej perswazyi. Wydało się J^j, że domaganie się, ażeby poziomki zbierała sierota, było względem tej ostatniej czynem litości. Czyniła jćj ten zaszczyt, iż się od niej przysługi domagała. Dopuszczała się tego z całym spokojem sumienia, nicpojinującego, iż przysługa narzucona bywa niekiedy ciężarem.
— Niech ona zbiera — powtórzyła z naleganiem.
— Poproś mamy,-ja jćj nakazać nic mogę.
Dziewczynka zwróciła się do zajętej rozmową z panem Pawłem i panną Emilią matki, która, dla pozbycia sic jej snadź, odpowiedziała:
— Dobrze, dobrze. Ale widzisz, późno już, słońce niebawem zajdzie, ciemno sic zrobi, a po-ciemku nikt poziomek nie zbiera.
Uwaga ta trafiła do przekonania dziecka. Julisia domagać się przestała, zaleciła jednak dziewczynie, ażeby jej jutro na śniadanie pełną a dużą króbkę poziomek przyniosła i wypowiedziała zalecenie to tonem, który na słuchaczach wrażenie niejakie sprawił. Dziecko odezwało się, niby osoba słuszna. W zaleceniu zabrzmiał rozkaz, wypowiedziany stanowczo:
— A pamiętaj sobie!
Na drodze z powrotem, która wypadła suglów-kiem tymże samym, dziewczyna towarzyszyła państwu. Miała ochotę wyprzedzić i pośpieszyć, ale ją Julisia przytrzymała. Któżby był niósł króbeczkę, gdyby Maryna była odeszła? Na nią spadl zaszczyt ten i ona, przyjmując takowy, postępowała za towarzystwem pańskiem zdała, nietylko króbeczkę niosąc, ale służąc Julisi do transportowania kwiatków, które dziewczynka po drodze zrywała. Nadawała sic też Julisi wielce. Dziewczynka cochwila za bławatkiem lub kąko-lem w zbożu się nurzając, do nićj powracała i wręczała jej zdobycz coraz-to nową. Niekiedy znów, obok niej kroków kilkanaście idąc, o różnych różnościach jej prawiła, na co ona odpowiadała uśmiechem dobrotliwym i ujmującym, tym uśmiechem, który posiada własność oddziaływania na dzieci. Wpływ ten wzrastał stopniowo; nim się łan skończył, Julisia była już Maryną zachwycona i ze sobą ją do dworu ciągnęła. Dziewczyna szła, obciążona króbką i kwiatkami, towarzyszyła towarzystwu pańskiemu do wrót, a przez wrota na podwórze do ganku szła machinalnie, nic zdając sobie jasno sprawy z tego, co się z nią dzieje.
(Dalszy ciąg nastąpi.)
Dr BENEDYKT DYBOWSKI.
Rozszerzający się coraz więcej zakres wiedzy naszej o najodleglejszych i najmniej przystępnych okolicach globu, o wszelakich zamieszkujących jc jestestwach, często zupełnie nam jeszcze nieznanych, o najróżnorodniejszych wreszcie warunkach bytu pod rozmaitemi szerokościami geogra-ficzncmi, zawdzięczamy licznym i niestrudzonym podróżnikom wszelkich krajów i narodowości, przebiegającym nieustannie ziemię całą we wszystkich kierunkach. Zapał podobnych pracowników, ich odwaga i poświęcenie granic nic znają.
Wiecznym chłodem zmrożone i nicprzebytcmi lodowiskami zaparte obszary lądów i mórz podbiegunowych, bezpłodne wyżyny środkowo-azya-tyckieh plaskowzgórzy, bagniste moczary i trzciu-niki delt wschodnio indyjskich, nieprzebyte afrykańskie równikowym żarem spiekło pustynie, rozległe puszcze i dzikie skaliste kaniony ame-
53
rykańskicgo Far Westu, niebotyczne wreszcie szczyty Andów i bezgraniczne obszary pampasów Amazonki, coraz szerzej roztwierają swe łono dla zuchwałej i przedsiębiorczej stopy uczonego wędrowca. I społeczeństwo słusznie podziwia śmiałe wysiłki takiego Nordcnskiólda, Stanleya, Prze-walskiego, Holuba, Serpa Pinto i tylu innych, którzy niewymownemi trudami i śmiałością do zuchwalstwa nieraz posuniętą torują przyszłe dla cywilizacyi szlaki przez okolice dotąd niedostępne, wśród ludów dzikich i nieznanych, które jednakże, bądźcobądź, należą do wielkiej ludzkiej rodziny i mają prawo do nabytków kultury, osiągniętej przez plemiona w szczęśliwszych rozwijające się warunkach.
Z drugiej znowu strony, podobne badania nieznanych dotąd zakątków kuli ziemskiej, obok czysto naukowej i moralnej strony, mają też i wielkie niczaprzeczenic utylitarne znaczenie dla społeczeństw oświeconych, kupiących się dziś zbyt już tłumnie w dotychczasowych siedzibach i zaczynających odczuwać niedogodności przeludnienia. Tymczasem poza krańcami Europy, na pozostałych czterech kontynentach, na wielu przyległych im wyspach i archipelagach, istnieją jeszcze ogromne, obszary, ledw:e zrzadka tu i owdzie, a często nawet i wcale niczamieszka-ne, tyle jednakże przedstawiające dogodnych dla człowieka warunków, tak świetną uposażone fauną i florą, że oczekiwać się zdają jedynie na inteligentną jego rękę, aby pożądanćm stać się dlań siedliskiem. Otóż plodnemi wielce w skutki bywają zabiegi dzisiejszych wędrowców, zaznajamiających ludzkość ze skarbami, jakie hojna przyroda rozsiała po całej powierzchni globu, i wskazujących, gdzie i jakiemi drogami osią-gnąćby się one dały i spożytkować na ogólny pożytek.
Każde z cywilizowanych społeczeństw posiada dziś licznych podobnych pionierów, zaznajamiających je z cudami rodzimcmi krain odległych i dotąd mało znanych, bądź celem zwiększenia ogólnej wiedzy naukowej, bądź też wyszukiwania nowych targowisk, czy odpowiednich miejscowości na osady kolonizacyjne. Pod tym względem Stany Zjednoczone, Anglia, Francya, Niemcy, a nawet llolaudya i Belgia kuszą się o podobne pokojowe, cywilizacyjne zdobycze. Społeczeństwo nasze, nicmogące dla wielu względów brać zbyt czynnego udziału w podobnych usiłowaniach, może sic jednakże pochlubić poje-dynczemi jednostkami, które dla miłości wyłącznie nauki biegną skwapliwie za daną sposobnością w odległe kraje, by przez badania i poszukiwania zdonyć pewną liczbę nieznanych faktów naukowych i wnieść je do skarbnicy wiedzy ogólnej. Do takich pracowników naszych na obu półsferzacb, których imiona w ostatnich czasach coraz glośniejszeini się stają w świccie naukowym, należą: Jan Kubary wieloletni wędrowiec po wyspach oceanu Spokojnego; Konstanty Jelskl, niezmordowany niedawno jeszcze pracownik w Gujanie francuskiej i Andach peruwiańskich; Jan Bztolcman, przebiegający w tej chwili lasy Peru i Ekwadoru; wreszcie goszczący u nas obecnie przejazdem dr Benedykt Dybowski, badający niezmordowanie przez lat kilkanaście rozległe przestwory wschodnio-azyatyckic, od chińskiej Mongolii i Mandżuryi, do wysp na morzu Behrynga położonych.
Z tym ostatnim uczonym, niegdyś profesorem byłćj Szkoły głównej w Warszawie, a zaproszonym obecnie na katedrę zoologii przez uniwersytet lwowski, mężem wielkich zasług na polu nauko wem i zajmującym dziś zaszczytne stanowisko wśród pierwszorzędnych badaczów przyrody, pragniemy niniejszein zaznajomić bliżej czytelników naszych.
Dr Benedykt Dybowski, urodzony w 1834 r. w gubernii mińskiej, po skończeniu miejscowego gimnazyum, zapisał się w 1853 roku na ucznia wydziału lekarskiego w uniwersytecie dorpackim. Rozmiłowany w naukach przyrodniczych młodzieniec, obok umiejętności lekarskich, studyowal ze szczególnem upodobaniem zoologią, pod przewodnictwem słynnego tamże profesora tego przed
miotu Grubego, powołanego następnie z Dorpatu na uniwersytet wrocławski. Zniewolony okolicznościami, uczeń pośpieszył wkrótce za mistrzem do Wrocławia, gdzie ukończywszy kurs uniwersytecki, uzyskał godność naukową doktora medycyny w uniwersytecie berlińskim, po przedstawieniu rozprawy treści zoologicznej o „Tartenogene-zie (dziewiczorództwie) owadów pszczolowatych.” Wróciwszy do kraju, Dybowski zajmował się szczególniej badaniem ryb prowincyj nadbałtyckich. Ponieważ przywileje związane ze stopniami naukowemi uwarunkowane są u nas koniecznością otrzymania tych stopni na wszechnicach państwowych, Dybowski, dla ich uzyskania, przedstawił w 18(52 r. uniwersytetowi dorpaekie-mn, jako owoc samodzielnych swych studyów, obszerną rozprawę w języku niemieckim, obejmującą monografią ryb karpiowatych inflanckich. Pozyskawszy tym sposobem po raz drugi stopień doktora medycyny, niebawem powołany został przez władzę edukacyjną na katedrę zoologii w byłej Szkole głównej warszawskiej, starającej się usilnie o zużytkowanie wszystkich dzielnych sił naukowycli kraju na pożytek młodzieży. Niedługo tu jednakże prowadził wykład ulubionego przedmiotu; 1864 bowiem roku znalazł się już w odległej Dauryi, na wschodnich stokach gór Jablonowycb, w porzćczach Ononu i Ingody. Dla zapalonego przyrodnika obszerne lasy górskie Syberyi wschodniej, jej stepy i wody rozległe, a mało światu naukowemu znane, przedstawiały niewyczerpane do badań pole. To tćż w towarzystwie spotkanych tu Wiktora Godlewskiego i Alfonsa Parvexa, obu wybornych myśliwych i zapalonych miłośników przyrody, oddał się z całym zapałem badaniu fauny micjscowćj.
W 18G8 roku Dybowski i Godlewski, osiadlszy w Kułtuku na południowym krańcu Bajkału, przez trzy lata zajmowali się niezmordowanie badaniem wielkiego tego jeziora i przyległych mu okolic. Długa tamtejsza zima wybornie się nadawała do śledzenia zawartości ogromnych jego głębin, z pomocą wyrąbywanych w lodzie otworów i zapuszczania w nie zgłębników z więcior-kami, zaopatrywanemi w rozmaite przynęty. Dla zbierania obfitych plonów w toniach jeziora i z dna jego, obmyślili obydwaj wiele dowcipnych odpowiednich przyrządów. Wciągu najostrzejszych mrozów długie tygodnie spędzali na lodach rozleglej jego przestrzeni, w ogrzewanym na saniach namiocie, i mierzyli we wszystkich kierunkach wielkie jego przepaście. Jakiej przytćm żelaznej potrzeba było wytrwałości i poświęcenia, każdy sobie łatwo wystawić może. To też zdobyte rezultaty przeszły wszelkie oczekiwania gorliwego badacza. Łono wód bajkalskich otworzyło mu swe tajemnicze skarby, ukazując cale szeregi nieznanych dotąd w nauce gatunków jestestw wodnych, raczków wielce ciekawych, mięczaków i robaków. Tu po raz pierwszy udało się Dybowskiemu ułowić żywe samice drobnej żyworoduej rybki Comephorus baicalensis, wmarzającej w lód podczas zimy. Osobliwa ta rybka znaną wprawdzie była od czasów słynnego naturalisty i podróżnika Pallasa, ale dotąd nikt jej nie widział żywej, bo ją znajdowano jedynie martwą na brzegach jeziora, po stopnieniu lodów. Nikt tćż nie znal warunków jćj życia, ani sposobu rozmnażania. Dziś, dzięki pracy Dybowskiego, brzemienną samicę tćj rybki widzieć można w gabinecie zoologicznym warszawskim.
Wciągu tych lat trzech odbywał też z nieodstępnym swym towarzyszem i odleglejsze wycieczki w porze właściwej, jak w dzikie górskie lasy Chamardabanu i w góry sajańskie. Jako lekarz brał także udział w wyprawie admirała Skołko-wa po rzekach Amurze i Ussuri, aż do japońskich wybrzeży, co mu pozwoliło obeznać się tymczasem pobieżnie z okolicami, jakie następnie miał zamiar zbadać szczegółowiej.
Przeciąg czasu od roku 1870 do 1876, a więc lat sześć następnych, poświęca Dybowski na poszukiwania w daleko za Bajkałem ku wschodowi leżących krainach, a mianowicie w prowincyi za-bajkalskiej, amurskiej i ostatecznych krańcach wschodniej Syneryi, dotykających już morza ja-
pońskiego. Więc w towarzystwie Godlewskiego i nowego pomocnika, Jankowskiego, przechodzi przez łańcuch gór Jablonowycb do Akszy, niedaleko granicy chińskiej położonej, a następnie do fortu Stary Curuchajtuj nad rzeką Argunią, w którym przez dłuższy czas przebywa. Ztąd w lecie 1872 roku, na umyślnie zbudowanej lodzi, puszcza się tą rzeką na Amur, aż do ujścia do niego Ussuri, dokąd ledwie późną zdąża jesienią, walcząc niezłomnie z licznemi przeszkodami, mogąccmi odebrać odwagę i najmężniejszym. Bo z powodu niezwykłej suszy, poziom wód Arguni zmniejszył się podówczas do tego stopnia, że potrzeba było ciągle przeciągać łódź przez mielizny, lub kopaniem pogłębiać umyślnie koryto rzeki.
Następne dwa lata spędzili podróżnicy nasi w okolicach zbiegu owych dwóch potężnych rzek wschodniej Syberyi, Amuru i Ussuri, gromadząc starannie obfite okazy fauny tamtejszej, zdobiące obecnie nasz gabinet zoologiczny. Latem 1874 roku popłynęli wgórę Ussuri, na granice Mandżu-ryi chińskiej, gdzie wielkie wylewy wód zatrzymały ich przez kilka tygodni, zamkniętych na niewielkiej wyniosłości dzikiego stepu nad jeziorem Chauką, w niewielkiej już odległości od morza japońskiego.
Badania skrzętne, na pobrzeżach Mandżuryi wciągu 1875 r. robione, niemniej obfitych dostarczyły plonów, tak pod względem lądowych, jak i morskich jestestw z wód japońskich. Dopiero w 1876 roku wrócił Dybowski do Irkucka, żeby na zimę udać się. znowu do Kułtuka i w dalszym ciągu badać jeszcze Bajkał i Angarę. Rok 1877 sprowadził dwóch niestrudzonych pracowników, Dybowskiego i Godlewskiego, do kraju, Jankowski zaś pozostał dla poszukiwań na wyspie A kol-da i morzu japońskiem. Ale krótki tylko pobyt na ziemi rodzinnej wystarczył Dybowskiemu do tak słusznie należącego mu się spoczynku. Niebawem w duszy żądnego nieustannych zdobyczy naukowych przyrodnika odnowiła się nieprzeparta chęć powrotu do odległych krain, w których tyle już ciekawych odkrył faktów, dla dalszego ich uzupełnienia. Więc jakkolwiek rodzina i przyjaciele, odzyskawszy go po tylu latach nieobecności, wszelkich dokładali starań, aby go powstrzymać od nowych wypraw, z tćm wszystkićm pragnienie coraz żywsze rzucenia się w odleglejsze jeszcze strony wzięło w nim górę nad uczuciem. Na pierwszą wieść o wakującej posadzie lekarza okręgowego na Kamczatce, Dybowski nie waha się przyjąć takowej i w dniu ostatnim 1878 roku wyrusza z Warszawy, tym razem dobrowolnie, na niegościnne krańce starego lądu, po nowe zdobycze naukowe. Na pomocnika zabiera z sobą ochoczego dziewiętnastoletniego chłopca, Jana Kalinowskiego, syna kolonisty z pod Okuniewa, i w sześć miesięcy później przez Irkuck, Amur i Władywostok staje szczęśliwie w stolicy Kamczatki, Pctropawłowsku, w dniu 5 lipca 1879 r.
Zadanie slużbowćj działalności Dybowskiego było niemalćm, bo piecza jego lekarska rozciągać się musiala na cały ogromny półwysep kamcza-cki i wyspy Komandorskie, o 45 mil naszych od lądu odlegle. Niebagatelną więc jest rzeczą objeżdżanie podobnie rozległego rewiru w zlodowaciałej podbiegunowej strefie, zimą na saniach w psy zaprzężonych, a wciągu krótkiego lata łodzią po rzekach, lub konno po leśnych bezdrożach. Ale czego miłość nauki nie dokażc? Dybowski i w tych ciężkich warunkach szczęśliwym się czuje, bo załatwiwszy się z obowiązkami sluźbo-wemi jako lekarz, wolne chwile poświęcać może poszukiwaniom naukowym, jako przyrodnik zapalony i niezmordowany. Tak spędza tu lat cztery, dzieląc czas swój między chorych i naukę.
W lecie 1881 roku odważa się na zbyt śmiałe, zuchwale niemal przedsięwzięcie, na które dotąd nikt się jeszcze nic odważył—postanawia objechać konno całą wokoło Kamczatkę. Chodziło tu o dokonanie niełatwego zadania—o przejechanie 3,000 wiorst drogi na jednych i tych samych koniach po nieznanych bezdrożach, przez dzikie góry, lasy i trzęsawiska, wpław przez mnogie rzeki i strumienie, co i najśmielszym wydawało pic niepodo-
54
bicństwem. Ale żelaznego hartu uczony, z nieodstępnym swym Kalinowskim i dwoma krajowcami, dokonywa tego, gromadzi wszędzie po drodze liczne okazy i zostawia je na przechowanie w osadach miejscowych, aby mu jc następnie zimą dostawiono na saniach do Petropawlowska, a w listach swoich cieszy się, że mu sic udało tę wyprawę odbyć szczęśliwie, bo tylko jedno złamał żebro, a Kalinowski ciężko okaleczył nogo.
Kiedy niekiedy zdobycze swoje naukowe, zebrane na Kamczatce, wyspach Komandorskich i wyspie Behrynga, nadsyłał Dybowski naszemu gabinetowi zoologicznemu, a między niemi wiele niepospolitych, które trudno znaleźć po pierwszorzędny eh nawet tego rodzaju zbiorach. Główne zaś plony kilkolctniego swego pobytu na północy, zoologiczne, antropologiczne i etnograficzne, zawarte w sześćdziesięciu pakach i ważące przeszło sto centnarów, przywiózł z sobą morzem do Odessy, zkąd niebawem przewiezione zostaną do Warszawy. IMiodzy niemi znajduje się osiem czaszek i wiele kości z kilku skieletów ciekawego zwierzęcia, źyjącego niegdyś wyłącznie na wyspie Behrj nga i wy tępionego w drugiej połowic zeszłego wieku przez nieoglcdnych myśliwych, a mianowicie Stełłeryny, inaczej zwanej krową morską (Rytina Stelleri), należącej do grupy Syren albo Brzcgowców 1'Manatidae), zwierząt poślednich między gruboskórnemi, a wielorybami. Ostatnie takie żywe zwierzę widział tam Sauer w 176b roku.
Wielką zasługę naszego uczonego stanowi zajęcie się przyszlcmi losami wielu kamczackich gatunków zwierzęcych, którym, z powodu nieo-ględnego ich dla marnych zysków tępienia, grozi w niedalekiej przyszłości podobna całkowita zagłada, jaka już w naszy eh niemal czasach spotkała stcllerynę. Do takich należą coraz już rzadsze sobole, gronostaje, lisy niebieskie i czarne, wreszcie wydrozwierze, zwane w handlu kam-czackiemi bobrami. Gwoli ich ocalenia, Dybowski niejednokrotnie przedstawiał odpowiednim władzom rządowym gorące memoryaly o potrzebie otoczenia ich opieką prawną przed niszczycielami, dążącymi z zimną krwią i ślepą nieoględnością do pozbawienia stref podbiegunowych najcenniejszego ich rodzimego bogactwa. Otóż zabiegi te Dybowskiego odniosły już skutek i ochronne pro-jekta jego zyskały obecnie sankeyą prawodawczą.
1 dla samej ludności aleuckićj, zamieszkującej wyspę Behrynga, czlekolubnc usiłowania troskliwego filantropa wielce pożądane w niedalekiej przyszłości przyniosą niewątpliwie owoce. Dotąd biedni ci krajowcy nic posiadali renifera, tego nieocenionego skarbu dla mieszkańca stref północnych. Przy pomomocy kompanii amerykańskiej, mającej prawo polowania na morzu Behrynga i osadę swojo na wyspie, zabiegliwy doktór z wielkim mozołem i niemałym własny m kosztem zawiózł tam kilkanaście sztuk reniferów i puścił swobodnie, aby się w liczne i użyteczne następnie dla krajowców rozmnożyły stada. Nie przyszło to łatwo, bo dla wybrania ty>h kilkunastu zwierząt trzeba było całą wielką ich trzodę, sta nowiącą własność Łomutów, czyli Tunguzów reniferowych, przypędzić z północnych stron Kam czatki do Petropawlowska, inaczej pojedyncze sztuki oddziclićby się w malej liczbie, jako dzikie, i sprowadzić nie daty. Oswoiwszy je dopiero na miejscu do pewnego stopnia, można je było przewieźć bezpiecznie i bez szwanku do nowej siedziby. Oprócz tych reniferów, przywiózł Dybowski nadto na wyspę Behrynga paro koni i kompletną nartę, czyli cały zaprząg kamczackich psów pociągowych. Wyposażenie to w użyteczne zwierzęta nie pozostanie bez korzyści i dla żeglarzy, zawijający eh do tej wyspy, stanów iącćj przystanek dla wszystkich statków udających się przez cieśninę Behrynga na ocean lodowaty, lub wracających z niego. Tu też słynny Nordenskiold, uwolniwszy się z lodów więżących go przez ciąg zimy z r. 1878—79, spotkał się z naszym uczonym, a następnie za powrotem do Europy odzywał się z największćm uznaniem dla działalności jego naukowej.
Jeżeli teraz dodamy, źc w całym ciągu badań swoich, nieraz znaczne koszta pociągających za sobą, Dybowski własnym wyłącznie pozostawiony był siłom, a na Kamczatce prowadził je oszczędnościami ze szczuplej płacy swojej — to zaiste, oprócz wytrwałości niezłomnćj i poświęcenia dla nauki, podziwiać w nim jeszcze wypada niezwykłą ofiarność i stoickie zaparcie się własnych potrzeb, dla osiągnięcia wyższych i szlachetniejszych celów.
Liczne rezultaty naukowe, osiągnięte przez siebie wciągu dwudziestoletniej nieustannej pracy na dalekim Wschodzie, Dybowski ogłosił już publicznie, bądź w postaci oddzielnych rozpraw, bądź jako luźne artykuły w wielu rosyjskich, polskich i niemieckich czasopismach naukowych. Z materyalów zebranych przez niego bardzo poważne wydrukowali już prace w dziennikach krajowych i zagranicznych: Władysław Taczanowski, kustosz gabinetu zoologicznego warszawskiego; Czerski, konserwator zbiorów Towarzystwa geograficznego w Irkucku; profesor Crube—wreszcie brat rodzony naszego podróżnika, dr Władysław Dybowski. Nie podajeiny tu spisu wszystkich t) ch prac, jako obchodzących wyłącznie specyalistów.
Obecnie zasłużony wielce i stanowiący prawdziwą chlubę narodową mąż, przez Japonią i Sucz wrócił do nas i wyjeżdża niebawem, dla objęcia katedry zoologii w uniwersytecie lwowskim. Zazdrościmy wszechnicy galicyjskiej świetnego tego nabytku, który jćj zaszczyt przyniesie niemały. Jesteśmy przekonani, że przyjęty tam będzie z takićm gorącem uznaniem, z jakiem my witamy dzielnego ziomka, rozpoczynającego nowy okres działalności swej naukowćj, tyle już dotąd owocnej. Spodziewamy się, źc znajdzie tam odpowiednie środki i błogi spokój, należny sobie za żywot tak pracowity, a i możność pożądaną opracowania mnogiego materyału naukowego, jaki zebrał w długoletnich wędrówkach swoich.
Prof. K. Jurkiewicz.
Słówko o pomniku dla Sarbiewskiego.
Rzucony w Kurycrze warszawskim projekt wzniesienia pomnika dla Kaźmirza Sarbicwskiego, w rodzinnej wsi jego Sarbiewie, pod miastem Płońskiem w gubernii płockiej położonej, przychylnie przez obywatelstwo tamtejsze przyjętym został i znalazł przyjazny oddźwięk w szerszych kolach naszej publiczności.
Lecz powszechnie to jest wiadoinćm, że u nas bardzo wiele najpożyteczniejszych nawet zamiarów, dla braku poparcia, nazawszc w stanie projektu pozostaje.
Wartoby więc, aby niezwłocz ie wcelu uczczenia naszego Horacego chociażby skromnym pomnikiem, który <>d tak dawna mu się należy, zawiązał się komitet, mający specyalne zadanie zajęcia się tym przedmiotem.
Za lat jedenaście, to jest w dniu 21 lutego 1895 roku, przypadnie trzcchsetletnia rocznica urodzin Sarbiewskiego. Proponuję więc, aby w dniu tym nastąpiło odsłonięcie pomnika, dla najznakomitszego z łacińskich naszych poetów, sławnego kaznodziei i prawego obywatela.
Niejeden uśmiechnie się może, przeczytawszy tak odległy termin, przeznaczony przezeninie na wykonanie projektowanego pomnika. Ale zwróćmy na to uwagę, iż pierwsza myśl wzniesienia pomnika dla największego z naszych wieszczów, Mickiewicza, powstała trzynaście lat temu, a dotąd, pomimo silnego z wielu stron poparcia, do skutku doprowadzoną nie została.
Trzymajmy się więc starej a doświadczonej zasady śpieszenia się powoli. Przy naszych szczupłych środkach niateryalnycb, uważalibyśmy się za prawdziwie szczęśliwych, gdybyśmy choć co lat kilkanaście jednemu z naszych zasłużonych, zaszczyt krajowi przynoszących mężów, widoczną pamiątkę czci narodowej wznieść mogli.
Podnosząc w tej sprawie głos w Tygodniku ilustrowanym, ufam iż on odbije się w sercach
rodaków7 i nie stanic się glosom wołającego na puszczy.
Władysław Dębski.
Teatr Rozmaitości po odbudowaniu.
W czerwcu roku zeszłego spłonął teatr ulubiony przez Warszawian, który od półwieku na deskach swoich ukazywał im cale szeregi talentów artystycznych i całe setki utworów coraz nowych, walcząc zawsze zwycięzko o zachowanie palmy pierwszeństwa, zdobytej oddawna. Nic dziwnego, źe serca ogółu smutkiem zadrgały; przyzwyczajono się do tej ciasnej salki, w której śmiano się tak serdecznie, bawiono tak W’esolo, pocono tak wytrwale... A przytem zatrwożono się słusznie o przyszłe losy sceny, bo to, co zginęło w pożarze, niełatwo było odzyskać. Narazić odezwały się gorące słowa, wzywające do zebrania funduszu na wystawienie nowego teatru, lecz wnet także znalazły się i głosy powściągające te dobre chęci z zasady, że teatr jest rządowym, żc rząd zapewne sam odbudowę przeprowadzi i żc w tej sprawie udział publiczności może być zbytecznym.
Jakoż istotnie znalazła się zapomoga skarbowa i komitet, zawiązany pod dyrekcyą pana Gu-dowskiego, prezesa teatrów, przystąpił nic do wzniesienia nowego teatru, ale do odbudowania tego, który spłonął. Szczupłość zasobów nie pozwalała marzyć o czemś więcej; należało korzystać z miejsca i murów7, które ocalały i przydać się mogły.
Do robót zabrano się bezzwłocznie, w7cdlug planów budowniczego Rdtcndoifa, a przy pomocy pana Marconiego. Trwały one półroku, a po upływie tego czasu publiczność warszawska nie bez zadowolenia odzyskała ten sam teatr Rozmaitości, tylko wyświeżony, czysty, pod pewne-mi względami lepszy i wygodniejszy, niż poprzednio.
Zmiany, jakie w odbudowie zaprowadzono, nic mogły być wielkie, bo mury pozostały te sanie, rozkład ten sam; ale rozszerzono korytarze, pomnożono liczbę drzwi, rozdzielono schody wejściowe tak, że osobne służą dla lóż i krzeseł, a osobne dla galeryi i paradyzu. I to stało sic nabytkiem kwoli bezpieczeństwu widzów.
W sali przyozdobionej w sztukaterye i malatu-ry na parapetach galeryowych i na suficie, ustawiono nowe krzesła; miejsca na galeryi i wpierwszym rzędzie paradyzu ponumerowane, a nadto zaprowadzono prawidłową wcntylaeyą, przez wprowadzanie w podłodze ogrzanego pod spodem powietrza, które odchodzi otworem w suficie nad żyrandolem.
Scenę urządzono inaczej, niż była poprzednio. Oświetlają ją dwie lampy boczne o spotęgowa-nćm świetle i system świateł rzuconych zgóry. Jest to najzupełniej dostateczne, a lepsze ni;, poprzednio, bo cała scena korzysta z oświetlenia, które jest wszędzie jednostajne. Zmieniono tćź dawny system kulis i wózków na dckoracye składane, sprawiające efekt o wiele prawdopodobniejszy. Nakoniec dano nową kurtynę, z monogramem teatru Rozmaitości (na wzór spalonej), z popiersiami znakomitych dramaturgów po bokach, z figurami alegorycznemi po rogach i roz-twartą pośrodku księgą, na której fantazya arty-sty-malarza unieśmiertelniła imiona całego szeregu... śmiertelników.
Tak odnowiony budynek jest wprawdzie tylko teatrzykiem, ale bardzo wdzięcznym, laduiutkim i mającym tę niezmiernie korzystną tradycyą, że na jego scenie grywali bardzo znakomici artyści, w wielu równie znakomitych sztukach. I było z tern dobrze wszystkim. Obyż tak było i w przyszłości !
Fundusz wieczysty, IMIENIA Ś. P. IGNAJEGO BOCZYLIŃSKIEGO.
W gronie byłych kolegów, uczniów i uczenie ś. p. Boczylińskicgo, których zmarły miał tak
55
wiele i w których sercach tak niezatarte zostawił wspomnienie—zrodziła się myśl piękna utrwalenia pamięci zacnego nieboszczyka, przez zebranie funduszu żelaznego jego imienia.
Procent od zebrać sic mającego kapitału przeznaczony bodzie na wpis dla ubogiego ucznia gi-mnazyów warszawskich; ubezpieczenie zaś samego kapitału, zarówno jak rozporządzanie procentem, ofiarodawcy poruczają: p.p. Krajewskiemu Henrykowi adwokatowi przysięgłemu, doktorowi Baranowskiemu Ignacemu i Jenikemu Ludwikowi, redaktorowi Tygodnika ilustrowanego, lub osobom przez nich wybranym.
Urzeczywistnienie pożytecznej tej myśli należy do ogółu, a zwłaszcza do uczniów i uczenie zmarłego, pragnących tym sposobem ukochanemu niegdyś nauczycielowi złożyć hołd trwały swej wdzięczności.
Ofiary wszelkie na ten cel szlachetny winny być wnoszone do redakcyi Tygodnika ilustrowanego, Krakowskie przedmieście nr 15.
Na początek złożyli dotąd: F. L. rs. 3 kop. 50; Helena W. rs. 1; Eugenia W. rs. 1; Matylka W. rs. 1; Władysława W. rs. 1; Marya K. rs. 1; Helena H. rs. 1; Marya K. rs. 1; Marya L. rs. 1; Marya L. rs. 1; Klementyna Ł. rs. 1; Michalina H. rs. 1; Lcontyna M. rs. 1; Eugenia G. rs. 1; Marya Z. rs. 1; Bronisława T. rs. 1; Marya J. rs. 1; K. rs. 5; L. rs. 5; Adela z D. R. rs. 5; Z Rzeczycy rs. 6; J.S. rs. 50; N. N. rs. 17; Aloiza T. rs. 3; Z. U. rs. 1; Z. 11. z Piotrkowa rs. 10; T. H. rs. 3; Z Żyrardowa rs. 10; M. K. rs. 3; S. M. rs. 2; Z. M. C. rs. 1; S. S. rs. 2; L. D. rs. 1; L. i Z. rs. 1; O. P. kop. 50; A. G. kop. 50; J. R. rs. 3; S. rs. 5; F. M. M. Z J. rs. 3; A.- Sz. rs. 2 kop. 50; M. D. rs. 1; II. J. rs. 1; Jadwiga M. rs. 1; Kassylda F. rs. 2; A. T. rs. 5 kop. 50; Helena K. rs. 1; Aniela K. rs. 1; Michalina K. rs. 1; Marya K. kop. 70. Marya K. rs. 1. Zofia K. rs. 1; Stanisława S. rs. 1; Ludwika S. rs. 1; Jadwiga G. rs. 1.
Kronika tygodniowa.
Z karnawału.—Maskarada trzecia i jej charakterystyka.— Zrzuca sic więzy.—Brak estetyki w życiu.—Bale prywatne.—Wieczorki bawełniane. — Młodzi sędziowie na paradyzie.—Zadania Echa muzycznego. — Czego właściwie żądać należy. — Szkoła ogrodnicza dla kobiet. — Głos ogrodnika polskiego.—Ś. p. J. Leśkicwiczowa.
Tradycyjnym zwyczajem, trzecia zrzędo maskarada zapełniła salę teatru Wielkiego. Modzie stało się zadosyć. Inna rzecz z zabawą, bo o tę nie tak łatwo, jak o afisz, który ją zapowiada. Strój arlekina nic daje jeszcze dowcipu; kostium Tyrolki wdzięku. Można udawać farmaceutę, obładowanego pigułkami, a przecież na tle maskarady nic stanowić ani odrobinki komizmu. Można zmienionym głosikiem prawić intrygowanemu towarzyszowi o nicplaconych obligach lichwiarzom, a przecież nie mówić nic dowcipnego. Do arlekinów płaskich, zbyt jawnie zalotnych Ty-rolek, ckliwych jak lukrecya farmaceutów i intry-gantek prawiących o goliźnic świat nazbyt sie przyzwyczaił, aby oni ua nim sprawiali wrażenie...
Ktoś o ostatniej maskaradzie powiedział dowcipnie, że zauadto przypominała mętną powierzchnię kałuży, aby się w niej zccbcialo przeglądać słońce dowcipu. Tyle tam wcisnęło się zuchwałego motłochu, że wobec niego towarzystwo—oniemiało. Sala stała się zamaskowaną ulicą—o północy. A przecież wiadomo, że ulica o tej porze, jeżeli na bruku swoim dźwiga tłumy7 przechodniów, to muszą-to być niezawodnie birbanci i zalotnice, coś najlichszego z rodzaju stworzeń, które zoologia mianuje homo sapiens.
Kawalerowie z czasów Ludwika XV, którzy z niczrównanymhumoreni na balu maskowymzawią-zywali intryżkę karnawałową, kończącą się na ostrzu szpady, lub w podziemiach Bastylii — to przeszłość niepowrotna! Dzisiaj zaczyna się ona od oklepanki „znam cię,’’ która jest fałszem, a kończy na wywróceniu pustych kieszeni, co jest
prawdą. „Jesteś bałamutem” — „a ty, maseczko, kokietką!” oto śliczna pogawędka, pospolita jak ci, co ją prowadzą. „Masz długi!” Ba, kto ich nie ma? A po tćm wszystkiem nuda, ziewanie i żal... że się tam przyszło.
Dzisiaj nikt już nic przywdziewa stroju tych wykwintnisiów wersalskich, co to umieli z takim wdziękiem nosić swoje peruki i żaboty, śnieżne pończochy, brylantowe sprzączki n trzewików, błękitne fraki i błyszczące szpady, tyle tylko długie, ile potrzeba było, aby się oparły o sam środek serca. Mamy szczególną prcdylekcyą do długich nosów, okularów, garbów i realistycznych łachmanów. Nic jest to przypadek, ale konieczność — logika przyczyn i skutków. To brak tych delikatniejszych uczuć, wygładzonych manier, przyzwoitości towarzyskiej, jednem słowem estetyki życiowej. Bo jakżeby to wyglądało, gdyby elegant z czasów Rcgencyi odezwał się do przechodzącej piękności: „He, he, maseczko, znam cię!” „A zkąd?” „Od Brajbisza!”... No, to przecież nie z salonów Pałais Royalu, nie z Pól Elizejskich, ani z ogrodów Saint Cloud!... A tymczasem na trzeciej maskaradzie słychać było tylko o takich znajomościach.
— Bo jeżeli się tam idzie, to jedynie dla użycia swobody! — objaśnił nas pewien bardzo poważny pan domu i ojciec rodziny. — Krępujemy się codziennie—potrzeba chociaż na chwilę zrzucić więzy.
Więc zrzuca się więzy!... oto rozwiązana zagadka trzeciej maskarady. Ale żeby to miała być zabawa, nie wierzę. Byłaby nią, gdyby ten tłum zamaskowany zrzucił nic więzy, lecz maski i zajrzał sobie ciekawie w oczy. Tożby był śmiech, na widok tćj towarzyskiej trzesionki! Tylko wówczas niejeden nos naturalny przedłużyłby się, niejedna twarz komicznie przekrzywiła, niejedna ciekawa wesołej rozrywki piękność czmychnęłaby coprędzej ze strachu, Ulica, formalna ulica, tylko nakryta dachem i oświetlona a gioruo, by się jćj zdawało, że jest maskaradą.
Estetyka życiowa... oto czynnik, któryby tym zabawom jedynie nadać potrafił urok i wdzięk. Bez niej zostaną one nadługo zbiegowiskiem ludzi, którzy nie wiedzą, co ze sobą zrob:ć. Jćj brak daje się uczuwać i ua balach prywatnych. On to sprawia, że wdzięk wrodzony, osobisty, zastępuje się tak skwapliwie wdziękiem wystawnego stroju, brylantów i impozycyą udanej czy prawdziwej zamożności. Daleko łatwiej być ko sztownie wystrojoną, niż dowcipną, miłą, pociągającą bez kokicteryi, piękną bez sztucznych przyborów, królową zabawy bez dyamentów nad czołem. Strój od pierwszej modniarki, klejnoty z Paryża, kwiaty z rosą z nadsekwańskiego nieba... to uwalnia od ujawniania zalet osobistych, a pozwala, ba, nakazuje zachowywać powagę i milczenie dostojeństwa.
Wciągu zeszłego tygodnia odbyły sic podobno w Warszawie aż dwa tak zwauc „bawełniane” wieczorki; to znaczy, że panie, które w nich udział przyjęły, wyrzckly się jedwabiów. Bawiono się wybornie. Bardzo wierzę! Już sama bawełna z zasady musiała zachęcać do wesołości. Śmiano się najpierw z tego pogwałcenia mody, potem z siebie, a wreszcie... ot, z prostej wesołości. Musiano tćż gawędzić swobodnie, oczywiście nic o strojach, których tam nic było, ale o czćmś innem, a o tćm najbardziej, co miało związek z zabawą.
I jeszcze słówko, z przyczyny estetyki życiowej.
Brak jej sprawił, że nasza młodzież, lubująca się w produkcyach scenicznych — co jest nicza-przcczenic przywilejem młodości — w ostatnich szczególniej czasach zapomniała, że teatr jest miejscem zebrań towarzyskich, które do przyzwoitości obowiązują, i że to, co dzieje się na scenie, nic jest bynajmniej procesem, wymagającym wyroku sfer paradyzowych. Młodzież, jak zwykle, gorąca, pochopna do uniesień, do szczerego wylewu uczuć, wszędzie i zawsze skwapliwiej je objawia, niż ludzie starsi i dojrzali; pod tym względem niepodobna od niej wymagać wstrzemięźliwości, bo do niej z natury skłonną
nie jest. Ale ta sama młodzież nie powinna zapominać, że dzielenie się wobec artystów i sztuki na stronnictwa są nonsensem, że narzucanie całemu zgromadzeniu swoich wyroków jest gru-biaństwem, że objawy osobistych sympatyjek i niechęci jest niesprawiedliwością, a cale tego rodzaju postępowanie teroryzmem garstki niedojrzałych umysłów, względem poważnej liczbą i wiekiem większości.
Przy takiem postępowaniu położenie tej większości, artystów i samej sztuki stało się uiezno-śnem, a protest przeciwko niemu, jawny i szczery, koniecznym.
W jednym z ostatnich numerów swoich z protestem takim wystąpiło Echo muzyczne. Nie był to głos w tej sprawie pierwszy, ale był umotywowany, rozbierający szczegółowo następstwa owego teroryzmu sfer górnych. Żąda on, aby zaniechano wywoływań artystów, nietylko już wciągu sztuki, ale nawet i po skończonych aktach, i pod tym względem odwołuje się do przykładu teatrów zagranicznych. Wyraża nadzieje, że sami artyści dla miłości sztuki wyrzekną się dziękowania za krzykliwe owacyjki, że dyrekeya... zachęci ich do tego, a wskutek tej zachęty i takiego wyrzeczenia się, upadnie ferwor paradyzowych arbitrów, którzy spostrzegłszy, że ich wyroki nie sprowadzają natychmiastowej egzekucyi, zwątpią o swej powadze sędziowskiej i poprzestaną na godności... przeciętnych, choć młodziutkich jeszcze widzów.
W glosie Echa wiele jest słuszności, tylko jest i odrobinka przesady w jego żądaniu. Niepodobna wymagać od młodych ust, aby się nie śmiały, od młodych serc, aby nie drgały żywiej, od młodych dłoni, aby nie biły oklasku, gdy warto. Nie — tego nie żądajmy; potrzeba tylko, aby te serca i dłonie nie posługiwały zgóry powziętym myślom i zamiarom, aby oklaski i uniesienia były wybuchem chwili, nie stronniczego planiku, nic przez sympatyjkc zakulisową zorganizowanej klaki. I zadosyć uczynienie takiemu żądaniu wystarczy, bo jeżeli młodzież musi czuć, wybuchać i unosić się, to sztuka pod wpływem takich wybuchów i uniesień mężnieje i płonie ogniem artystycznego zapału, bez czego jest zimną i martwą, bezduszną maiyonetką. Nie przypisujmy młodzieży całej winy tćj teatralnej uieprzyzwoitości, bo zaczęła się ona ua scenie, w słodkich spojrzeniach zwracanych ku paradyzowi, w uniżonych ukłonach, w skwapliwem wybieganiu na pierwszy lepszy okrzyk, w umizgach do niedojrzałej publiczności, gdy sie jćj biegło ochoczo służyć na koncertach, w półsłówkach zręcznych, wystawiających całą ofiarność takiej służby, za którą stoi groźba urojonej kary... Jeżeli młodzież oklaskiwała lub wywoływała uparcie tę lub owę artystkę, to przez wdzięczność, przez uznanie jej ludzkich przymiotów, jej poświęcenia. Były to pobudki szlachetne, nieszlachetnie wyzyskiwane. Wyszło to poniekąd od artystów i oni pierwsi tamę temu położyć winni. A młodzież z pewnością przestanie krzyczeć i huczeć, gdy spostrzeże, że tego już nikt nikt nie pragnie, że za to nawet dcklamacyjką i ukłonem nie zapłaci.
Zanim się sztuka wyemancypuje zpod ucisku młodzieńczych oklasków, zwróćmy się w strouc innej emancypacyi, a mianowicie rozszerzania pola pracy dla kobiet. Oto podniesiono kwestya założenia dla nich szkoły ogrodniczej. Myśl piękna, o ile jednak praktyczna. Ale w sprawie tej „Ogrodnik polski,” najkompetentniejszy sędzia, wylał odrobinę zimnej wody na głowy zapalonych projektodawców, dowodząc jasno jak na dłoni, że ogrodnictwo nie w całym swoięa zakresie przystępnem i odpowiedniem dla kobiet być może. Jest ono fachem w połowic praktycznym,, a w połowie estetycznej natury; jest uprawą wa rzyw i hodowlą drzew, albo pielęgnowaniem kwiatów. Otóż p. Jankowski w „Ogrodniku” twierdzi, że tylko to ostatnie nadać się może dla kobiet, bo pierwsze wymaga siły męzkićj, pracy wytrwałej, mozolnej, z niewygodami połączonej. „Dla delikatnie wychowanych kobiet ogrodnictwo nie jest zajęciem, któregoby się mogły wyuczyć, żeby miały prawo nazywać się ogrodniczkami
Z BRUKU WARSZAWSKIEGO.
Grek handlujący. Rysunek oryginalny S. Masłowskiego.

(285.
Wystawa obrazów, rzeźb i starożytności w Radomiu. Rysował na miejscu A. Kędzierski.
58
żeby ogrodnictwo stało się dla nich sposobem do życia.”
A co do szkoły, o której założeniu obecnie się mówi, to z nią nie taka łatwa sprawa, jak napo-zór się wydaje. Oto co pisze pan Jankowski:
„Taką szkołę założyć niełatwo, a potrzeba na to sum znacznych, bo ludzie, chętni do nauczania, możeby się znaleźli, lecz kto się czuje na siłach, niech nam taką, a nie inną szkołę utworzy (p. J. podaje jej program bardzo obszerny, ale jedynie praktyczny), a dając chleb w rękę całemu zastępowi kobiet-kwiaciarek, ucząc obywatelki, jak się z ogrodem obchodzie, a przeto rozpowszechniając, podnosząc ogrodnictwo krajowe, stworzy zarazem instytucya, jak dotąd jedyną na świecie, któr<*j nam nawet praktyczna Ameryka pozazdrości.”
Czy z tej mąki kobiety nasze będą jadły chleb, czy projekt, przy najlepszych chęciach tych, co go na widok publiczny rzucili, wejdzie w życie... to rzecz przyszłości. U nas wszystko idzie jak z kamienia, chociaż narazić i o projekty i o chwilowe ich poparcie nietrudno. To też nic dziwilibyśmy się w cale, widząc ze strony nazych koe-biet objawy zazdrości, skoro im przed oczy nasuwa się wieść, wydrukowana czarno na białćm, że w Paryżu kilka przedstawicielek płci słabszćj praktykuje w zawodzie budownictwa. Jakże to u nas daleko do takich rezultatów pracy niewieściej, jak daleko jeszcze, aby kobiety same uznały siebie za istoty, którym wolno wyjść z kuchni i garderoby na szerszy świat działalności, choćby bez współzawodniczenia z mężczyznami!
Na zakończenie naszej dzisiejszej pogadanki poświęcamy słów kilka pamięci Józefy z Turowskich Leśkicwiczowej, niegdyś śpiewaczce opery warszawskiej, z czasów Rivolówny, Dobrskiego i Milera. Była to artystka z powołania, obdarzona fenomenalnym kontraltem, głosem o wyjątkowćm, a czarującćm brzmieniu. Pracowała na scenie z miłości dla sztuki, a usunięta z niej przedwcześnie, ofiary talentu nosiła w darze świątyniom i wspieraniu bliźnich. Umarła otoczona szacunkiem powszechnym, dzielna artystka i zacna kobieta.
b't. AL Hz.
Przegląd polityki zagranicznej.
24 stycznia.
Dawno zapowiedziana i oczekiwana, a nawet poniekąd wyeksploatowana juz w kombinacjach dziennikarskie h wizyta rosyjskiego ministra spraw zagranicznych p. Gicrsa w Wiedniu, ^należy już do dziedziny faktów spełnionych. Czy i o ile rezultat jej potwierdza lub modyfikuje domysły i przewidywania polityków, o tern naturalnie można sądzić tylko na podstawie nowych domysłów i przewidywań. P. Giers stanowczo odrzucił prośby wszystkich interwiewistów, którzy go chcieli interpelować, i wogóle nie wyszło z ust tego męża stanu ani jedno słowo, któreby uchyliło rąbek zasłony, okrywającej rokowania dyplomatyczne. Szczodrzejszym zato okazał się p. Giers w ogólnych zapewnieniach pokojowych. Wyraził niedwuznacznie najzupełniejsze zadowolenie z przyjęcia, jakiego doznał, a nadto, jak zapewniają telegramy wiedeńskie, oświadczył, że jest fanatykiem pokoju i powołał się na historya, która nie zna dotąd wojny pomiędzy Rosyą i Austryą. „Niema takich kwestyj—dodał dyplomata rosyjski—wktórychby się porozumieć nie było można. Wyższe interesa obu mocarstw, mądrość monarchów i mężów stanu zwyciężą prądy usiłujące zakłócić pokój.” Po tern zapewnieniu akcye pokojowe mają wszelkie prawo pójść wgórę.
Ze nie wszystko, co na wizytach i zjazdach dyplomatycznych, a nawet monarszych zostaje ulo-żonem, rozwija się łatwo i pomyślnie w prakty-cznćm zastosowaniu, najlepszym tego dowodem jest kwestya kościelna w Prusach, która po wizy
cie księcia Fryderyka Wilhelma w Watykanie zdawała się tak blizką rozwiązania, a teraz okazuje się nie tak łatwym do zgryzienia orzechem. Pomiędzy centrum katolickićm a rządem nie zapanowały uprzejme i uprzedzające stosunki, jakich z naturalnego toku rzeczy należało się spodziewać. Że sejm pruski po dwudniowych rozprawach odrzucił wniosek dep. Rcichenspergera, żądający przywrócenia zniesionych artykułów konstytucyi, które zapewniały kościołowi katolickiemu zupełną swobodo w rzeczach duchownych, że nawet wniesiona przez konserwatystów rezolucya, wyrażająca plum ilesiderium iż poprawa stosunków kościelnych łatwiej będzie mogła nastąpić zapomocą spccyalnycb ustaw, niż przez przywrócenie owych artykułów, odrzuconą została przez scjrii pruski, nic w tćm ostatecznie nie byłoby tak rażącego. Niekoniecznie jednakże przewidywać było można, że minister Gossler tak stanowczo się zastrzeże przeciw podejrzeniom gotowości do pewnych ustępstw, zapomocą których jedynie spór kościelno-polityczny może być załatwiony. Kierownik nominalny spraw wyznaniowych w państwie pruskiem oświadczy! wprost, żc rząd nic- da się popychać na tćj drodze, żc o zawarciu konkordatu, o przywróceniu na arcy-biskupstwo kardynała Ledóchowskiego i ks. Mel-chcrsa, ani o niczem podobnćm mowy być nie może, bo nie znalazłby się w Prnsicch żaden minister, któryby takie propozycye przedłożył do sankcyi królewskiej. Po takićm oświadczeniu, walka parlamentarna rządu z katolickićm centrum trwać będzie naturalnie dalej, a główną ich ofiarą padną reformy podatkowe ks. Bismarcka, w tćj kwestyi bowiem stronnictwo katolickie odmówieniem swych głosów przeważy szalę większości. Idzie tu, jak wiadomo, o projekty dwóch ustaw, z których jedna uwalnia od podatku dochodowego osoby niemające 1,200 marek rocznego dochodu, druga zaś ustanawia podatek od renty kapitałowej.
W wiedeńskiej Radzie państwa dziś, 24 stycznia, wchodź, na porządek dzienny ważna spra wa uregulowania praw języka państwowego i języków krajowych. Spodziewane są gorące rozprawy, w których i galicyjscy deputowani wezmą udział. Jako mówca generalny ze strony posłów polskich, przemawiać będzie znany z wielu mów znakomitych dep. llausncr. Czas krakowski zachęca posłów galicyjskich do jednomyślnego głosowania przeciw wnioskowi, którego ostatecznym rezultatem mogłoby być pewne rozszerzenie praw języka niemieckiego z ujmą języków krajowych, niektórzy deputowani galicyjscy wahają się jednak jeszcze, gdyż na tćj drodze prawa języków polskiego i Rusińskiego w Galicyi mogłyby uzyskać sankcyą autonomiczną, gdy dotąd język polski w urzędach i szkołach zaprowadzony jest rozporządzeniem ministeryalnem, które innym podobnym reskryptem może być odwołane. Zachodzi zatem kwestya, czy dla dania obecnemu stanowi rzeczy sankcyi prawodawczej nic godzi się uczynić jakiegoś drobnego ustępstwa z prerogatyw, które Galicya wprawdzie teraz posiada, ale które są od zmiennej pogody na horyzoncie politycznym zależne. Rezultat obrad, które zapewne nie skończą się aż w sobotę, rzadkim w świecie parlamentarnym wypadkiem nie daje sic zgóry przewidzieć i to powiększa zaciekawienie, z jakiem oczekiwaną jest ta dyskusya. Większość kilku zaledwie głosów zadecyduje, czy prawa języka państwowego w Austryi, jak chce wnioskodawca dep. Wurmbrand, zostaną ustawodawczo określone, czy też pozostaną in statu, quo. W każdym razie od rezultatu dyskusyi nad tym wnioskiem los gabinetu hr. Taaffego nie jest zależnym.
Z nieszczęśliwej Kroacyi niedobre ciągle nadchodzą wiadomości. Nieliczna garstka hałaśliwych opozycyonistów pod wodzą Starczewicza nic dozwoliła na regularne obrady sejmu zagrzeb-skiego i wywołała jego odroczenie na czas nieograniczony. Obecnie kraj wre i burzy się, a rząd węgierski przygotowuje bataliony wojska, które mają być wysłane wrazie potrzeby dla ponownej pacyfikacyi. Po pojednawezości, jaką okazał do
wodnie rząd węgierski, rozum stanu nakazywałby podobno Kroatom większe umiarkowanie, ale tam, gdzie mniejszość odwołuje się do namiętności ludowych, rzadko kiedy apclacya do rozumu stanu na coś przydać się może.
W Hiszpanii nastąpiła bardzo nagła zmiana gabinetu. W d. 17-ym b. ni. Kortezy odrzuciły projekt adresu popierany przez rząd, skutkiem czego gabinet radykalny podał się do dymisyi, którą król przyjął natychmiast i powierzył misyą utworzenia gabinetu zachowawczego p. Canovas del Castillo. Całe przesilenie trwało zaledwie 24 godzin i uważane jest za zwrot ku polityce sprzyjającej przymierzu z Niemcami. Nowy gabinet nic myśli się miesza ’ w sprawy polityki zagranicznej i kierować się będzie zasadami monarchicznemi, stojąc gorliwie na ich straży. Z tego powodu zmiana gabinetu w Hiszpanii uważaną jest za objaw stwierdzający istnienie porozumienia pomiędzy pięcioma mocarstwami zachowawczemi, o którem w końcu z. m. była mowa.
Anglia przyszła nareszcie do przekonania, że pozostawienie Sudanu w rękach Mahdiego nie wypadloby ostatecznie na korzyść jej interesów w Egipcie, rząd Gladstona zmienił zatem nagle powzięte postanowienie i wysyła do Sudanu Gor-dona-baszę, z nieograniczonem pełnomocnictwem przedsiębrania wszelkich kroków, ażeby Sudan utrzymać w posiadaniu nominalnćm Egiptu, a faktycznie angielskiem. Backcr-basza ze swoją niefortunną dotychczas akcyą sudańską schodzi zatem na. drugi plan i staje się podkomendnym Gordona-baszy, a jak ten wywiąże się ze swej misyi, o tćm dopiero przyszłe powiedzą nam wypadki. W każdym razie zmiana postawy ze strony Anglii zrzuca z niej zarzut, że z samolubną obojętnością poświęcić chciała na łup barbarzyństwa ćwierćwiekowc zdobycze cywilizacyjne w Sudanie.
Z podroży na Wschód.
NA PUSTYNI.
Cisza; puszcza wokoło, Nic mi ucha nie pieści, Tylko skrzydło namiotu, Wzdęte wichrem, szeleści.
Morze piasków i morze.... Ja sam człowiek żyjący, Na gorące me czoło Cisnę piasek gorący.
Boga szukam i pytam
O zagadkę stworzenia: Bóg jak puszcza jednaki Swą powagą milczenia.
Kilka serca uderzeń....
1 nić pęknie żywotna, O garść piasku bogatszą Będzie puszcza samotna.
1 po latach tysiącu
Stanie znowu wędrowiec: Gdzie Bóg?—siła- stworzenia?
Powićdz puszczo, ach powićdz!
Puszcza milczy, podróżny Sieje gorzkie łzy z powiek.
Mój proch pozna po Izach tych, Że nic zmienił się człowiek.
Józef Koścldski.
59
G5SI I GĄSKI, KOMEDYA W PIĘCIU AKTACH MICHAŁA BAŁUCKIEGO.
AKT II.
(Ten s.nn pokój, ale zarzucony różnemi drobiazgami dam-skieini.—Na drzwiach i oknie wiszą suknie i spódnice.— Na stoliku buciki, lusterko, koszyk z robotami.—Na kanapie i stoikach porozkładane pudla z kapeluszami i iunemi drobiazgami.— Na środku kufer otwarty.—Po lewej stronic, miedzy stolikiem i kanapą, deska do prasowania, na niej sukienka perkalikowa.)
SCENA I.
HANKA, TERESKA, BRYGIDA (póśiićp) JASIEK. (Hanka prasuje, Tereska z drugiej strony naprawia bieliznę, Brygida wyjmuje drobiazgi z kufra.)
Brygida (do Hanki).
I tc mankietki przeprasujesz, bo się pomięły. (llzucajtj na stolik.)
ciotka (za sceną zpzawćj).
Brygido!
Brygida (słodziutkim głosem).
Lecę, proszę pani! (Do Hanki szorstko.) A pośpiesz się z tą suknią. (Wychodzi na prawo.)
TERESKA.
Cie, jako nagła do rozkazowania, a sama to sit nijaki roboty nic chyci.
DANKA.
Wciurności nadały z temi gościami. Od samego świtu ino pierz i prasuj.
TERESKA.
A ja ścibom i ścibom i nijak temu poradzić nie mogę. No, jo bidno slużąco, alebym taki kosuli na grzbiet nic wdzioła. A pońcocby—to powiadam ci na piętach dziura przy dziurze.
HANKA.
Co im ta o to, byleby po wierzchu było galanto. jasiek (wchodzi z tacą, na której kawa, śmietanka, chleb z masłem i t. p., ubrany w łiberyą, jasne spodnie i bawełniane rękawiczki.)
hanka (ujrzawszy go, parska śmiechem).
O ludzie na świccie! Teresko, patrz ino!
TERESKA (parska także śmiechem).
O lo Boga!
JASIEK.
Ejze, nie śmiejcie się, bo jak Boga kochom, tak prasnę azydkiem o ziemię i pude do sto diabłów!
BANKA.
Bo ano wyglądos, kieby małpa.
TERESKA.
A któż ciebie tak zdefamuował, Jaśku?
JASIEK,
A któżby, jak nic ta staro. (Pokazuje na drzwi naprawo.) Gwałtem jćj się liberyi zachciało, bo mówi, że ona z prostym chłopem nie chce mićć n ic do czynienia. No, jak ci zacęla wcora dogadywać o to, tak imość wyciągnęła ze strychu jakieś stare fracysko, kazali popsysywać guziki z kaprolskiego kabota Jantkowego, no i wystrychnęli muic na takiego figuranta i nie kozali mi się wołać: Jasiek, ino Jocban.
TERESKA.
Jocban, o lo Boga! co tez to za paskudne przezwisko!
HANKA.
A idźze z tą kawą, bo ci z kretesem wystygnie. JASIEK.
Dyć prowda, do krzty bym zabocył. (Idzie na lewo.)
NATALIA (za sceną piskliwym głosem).
Kto tam? Niewolno, nic można, ja nieubrana. Kto tam?
JASIEK.
No, jo-Jochan.
NATALIA (za sc-ną).
A—to ty? wejdź, wejdź!
(Jasiek wchodzi.)
TERESKA.
A to ci go ubrali!
HANKA.
Cicho, imość idzie.
SCENA II.
BARBARA, TERESKA, HANKA, (pó.mićj) RRYGIDA.
BARBARA.
Bójcie się Boga, dziewczęta, już po jedenastej, a tu jeszcze taki nieporządek!
HANKA.
Dyć harujewa, proso imości, od samego świtu i nastarczyć nie mozewa.
BARBARA.
Trzeba, żeby wam kto pomógł.
TERESKA.
kiej jegomość szyćkom czeladź do pszenicy zajon.
barbaRA (idąc pod drzwi naprawo, do Tereski).
Pani dawno wstała?
TERESKA.
Koj ta wstała, ledwie co się obudziła.
Barbara (puka delikatnie).
Czy wolno?
ciotka (za sceną wyniośle).
Kto tam?
BARBARA.
Ja. Chcialam siostruni powiedzieć dzień dobry. Jak się tam spało?
BRYGIDA (uchylając drzwi).
Jeszcze nie można, za chwile.
BARBARA.
Dobrze, dobrze.
TERESKA (wstając).
No, jo już.
BARBARA.
To sprzątajcie teraz, bo jakby pan nadszedł, to niech ręka Boska broni! Pomogę wam, będzie prędzej. (Zamyka kufer, pudelka, uprząta drobiazgi, a Tereska z Hanką tymczasem wynoszą kufer, spódnice, suknie, pudla, trzewiki.)
BRYGIDA.
Pani prosi. (Cofa się, za nią wchodzi Barbara na praieo.)
SCENA III.
KŁOPOTKIEWICZ, JOASIA, (później) BARBARA.
kłopotkiewicz (za sceną we drzwiach).
Idźcie z workami pod śpicblerz, ja tam zaraz idę, tylko klucze wezmę. (Idzie do drzwi na lewo.)
Natalia (za sceną krzykliwie).
Kto tam? Nie można!
KŁOPOTKIEWICZ.
To ja, pani dobrodziejko!
NATALIA.
Nie można, jeszczcm nie ubrana.
KŁOPOTKIEWICZ.
Ależ pani dobrodziejko, ja ojciec dzieciom. Niepotrzebne ceregiele.
NATALIA.
Nie, nie, nie, za nic w świecie!
KŁOPOTKIEWICZ.
Kiedy ja potrzebuję kluczy od śpichlerza.
NATALIA.
To później.
KŁOPOTKIEWICZ.
Ależ pani dobrodzićjko! ludzie czekają, czasu niema. (N. s) Licho nadało z taką robotą. (Głośno.) To niechże pani dobrodziejka poszuka i poda przez drzwi. Będą na kołku pod obrazem, albo na oknie.
NATALIA.
Zaraz, zaraz, proszę poczekać.
jasiek (wychodzi po chwiłiz kluczami). kłopotkiewicz (patrzy na niego zdziwiony). A ty bałwanic jakiś, zkąd się tam wziąłeś?
jasiek (śmieje się głupkowato) kłopotkiewicz.
Przecież pani podobno nieubrana.
JASIEK.
A juzci nieubrana.
KLOPOTKIEIYICZ.
No, więc pocożeś tam lazł, blaźnie?
JASIEK.
A no-bo pedziala, że można.
KŁOPOTKIEWICZ (n. S.).
To także osobliwy rodzaj wstydliwości. (Do Ja
śka.) Dawaj klucze, a ty zdejmuj teraz cotehn tę liberyą i wio do roboty!
(Jasiek odchudzi. Klopotkl wicz burze kapelusz ze stolika i chce iść także Barbara wystraszona wychodzi z prawej strony.)
KLOPOTK1EW'ICZ.
A tobie co takiego?
Barbara (zniżonym głosem).
Jasiu, bój się Boga, wiesz ty, że ciotka nie znosi kacząt?
KŁOPOTKIEWICZ.
Coraz lepiej.
BARBARA.
Powiada, że jej to migrenę sprowadza. A ja myślalam, że ona będzie zaclnvj cae się moim drobiem; chcialam jej właśnie sprezentować te moje czubate kaczusic i bramaputry, a ona ich znosić nie może. Co ja tu biedna kobieta pocznę?
KŁOPOTKIEWICZ.
No, żeby komu drób na głowę szkodził, to pierwsze słyszę.
BARBARA.
I Zagraja także wypędzić kazała, bo jej w nocy spać nic dał.
KŁOPOTKIEWICZ.
Zwaryowala baba, czy co.
BARBARA.
Jasiu, ciszej.
KŁOPOTKIEWICZ (ciszej).
Przecież pies od tego, żeby szczekał.
BARBARA.
Powiedziała, że jeśli nam milsze psy i kaczki, to pojedzie.
KŁOPOTKIEWICZ (machnąwszy ręką).
A niech sobie...
BARBARA.
Ależ Jasiu, gdzież znowru? Nie można przecież pozw7olić na to.
KŁOPOTKIEWICZ.
No, to cóż zrobisz?
BARBARA.
Ha, trzeba coś radzić. Zagraja da się tymczasem do leśnego, a ja spytam się organiściny, ezy-by nie wzięła drobiu do siebie.
kłopotkiewicz (skrobiąc się po głowie).
E! bodaj-to, z takiemi wymysłami!
Barbara (przy oknie).
Ktoś jodzie. MlIc sic zdaje, że Ciepiszcwski z córką.
HULATYŃSKI.
Ciepiszcwski? a być może, bom ich zaprosił na zaręczyny Joasi. (Idzie do okna.) Tak, to oni.
BARBARA.
Gdzie ich tu będzie umieścić?
KŁOPOTKIEWICZ.
Prawda, dom cały zajęty, jak oberża. Ha! darmo, trzeba im będzie górki odstąpić.
BARBARA.
A my?...
KŁOPOTKIEWICZ.
E, my gdziebądź, choćby i w śpichlerzu. (Ude rza się w czoło.) Apropos śpichlerza, dalibóg na śmierć zapomniałem, że tam czekają na mnie. Przyjmijże ich tu tymczasem, ja zaraz wrócę. (Chce się wymknąć chyłkiem i zce drzwiach spotyka się z profesorem.)
{Dalszy ciąg nastąpi.)
Przegląd piśmienniczy.
Kto choćby tylko zdaleka przypatruje się obecnemu ruchowi nas zego piśmiennictwa, tego uderzyć musiał niezwyczajny rozwój naszych pism peryodycznych, nie mówiąc już o pismach codziennych, których liczba wzrasta gwałtownie, prawie z każdym kwart, leni.
Nie chcemy rozbierać tu pytania, czy objaw to bardzo pocieszający i wistocie dla literatury korzystny; stwierdzamy tylko fakt, że najrozmaitszych pism literackich mamy już wiele — bardzo wiele, tak dalece, iż śmielibyśmy powątpiewać, czy, jak kraj nasz szeroki i długi, znalazłby się choć jeden tak nil strudzony czytelnik, któryby
wszystkie polskie pisma peryodycznc zdołał regularnie i dokładnie czytywać.
Jakiż wiec z tego wniosek, jeżeli nie ten najbliższy i najprostszy, że liczba czy tających wzmogła się znacznie w naszem społeczeństwie, skoro aż tylu potrzeba pism i dzienników — i drugi, równic prosty i naturalny, że wielu mamy piszą-cych...
Jeżeli tak jest wistocie, to nie można, jak tylko z zapałem witać każde nowe pismo literackie, a smucić się, jeżeli po kilku miesiącach, a najdalej po roku, wypadnic mu pisać — nekrologi...
Niektóre zwłaszcza miasta polskie mają dla pism literackich klimat nadzwyczaj nieprzyjazny i niezdrowy. Do takich nie należy oczywiście Warszawa, która oddawna już przoduje na tem polu i pochlubić się może najstarszemi w kraju pismami; nie należy nawet Poznań, gdzie literatura pcryodyczna rozwija się dość wytrwale pod temi samcmi sztandarami, choć prawda, że pokazuje się w bardzo skromnych sukienkach. Tą szczególniej dla pism literackich niezdrową okolicą jest w ogólności Gałicya, a przedewszyst-kiern Lwów, jej gród stołeczny, bo już nawet w Krakowie cieszy się prasa pcryodyczna lepszym, lub przynaimniej więcej stałym żywotem.
Z wielkim tedy smutkiem notujemy zgon owego poczciwego „ Ziai nar lwowskiego, które istniało ledwie kilka kwartałów, choć, jak zapowiadało w swym prospekcie, miało najszczersze i najlepsze chęci... długiego kiełkowania na tym padole płaczu... Ale cóż robić? taki to jest porzą-dak na tym świccie: jedni umierają, drudzy sic rodzą. Umarło zatem „Ziarno,” a urodziło się... Ognisko domowe. Witamy je tedy z radością i życzymy lepszego niż miało „Ziarno” powodzenia.
Ale oprócz „Ziarna,” skonało we Lwowie jeszcze drugie, i to nawet lat trzynaście istniejące pismo, t. j. „Przegląd lwowski,” który wydawał ksiądz Edward Podolski z wielkim trudem, a nieraz i z wielkim heroizmem. Przykro zaiste było patrzeć na ostatnie zeszyty tego cierpiącego na suchoty pisma, które obiecywało wychodzić dwa razy na miesiąc w dosyć sporych zeszytach, a wciągu roku 1883 pojawiało się już tylko w bardzo cieniutkich, i to ledwie comiesiąc, lub nawet w dluższj ch jeszcze przerwach wychodzących zeszycikach.
Ale zaledwie skonał Przegląd lwowski, gĄy, mó-w iąc słowami poety, zaraz z początkiem roku bieżącego, „z jego popiołów wykwita — Feniks nowy! świat go cały nadzieją i życzeniem wita.”
Tym Feniksem nowym jest świeżo ogłoszony pierwszy zeszyt „Przeglądu powszechnego,” którego rcdakcyą objęli księża zakonu jezuickiego, z główną siedzibą w Krakowie. Pierwszy ten zeszyt pozwala dobrze wróżyć o przyszłości pisma, które nietylko że ma dobrych współpracowników, ale zaleca się doborem artykułów, dobrym drukiem i papierem, która to pochwała nie da się, niestety, o wszystkich pismach peryodycznych powtórzyć.
W ten zatem sposób przybywa staremu grodowi Jagiellonów już piąty Przeglą. l, bo dotąd miał ich tylko cztery następujące: 1) Przegląd polski; 2) Przeglą1 literacki i artystyczny, redagowany zręcznie przez Każmirza Bartoszewicza; 3) Przegląd lekarski; 4) Przegląd akademicki, wydawany przez młodzież uniwersytecką.
Wspominając tu o tych Przeglądach, nie możemy pominąć ważnej zmiany, która nastąpiła w programie najstarszego z nich, t. j. Przeglądu polskiego. Pismo to, wychodzące już lat 18 pod rcdakcyą hr. Stanisława Tarnowskiego i jego wydawane nakładem, poruszyło wistocie wiele spraw ważnych, literackich i społecznych; ale w ostatnich kilku latach wywoływało często narzekania, żc przestaje odpowiadać swemu pierwotnemu zadaniu, że nie daje wiadomości o nowych zjawiskach literackich w kraju i za granicą— słowem, źe zamalo „przegląda.” Spostrzegł to i sam właściciel pisma i z tego powodu nastąpiła reforma. Już ostatnie zeszyty przcszłorocznc, a więcej jeszcze zeszyt styczniowy bieżącego roku, są dowodem ożywienia sił redakcyjnych, które obecnie zebrały się w komitet, złożony prawie wyłącznie
----- GO ---------
z młodszych profesorów lub docentów uniwersytetu krakowskiego. W nowym swoim prospekcie z wielką szczerością przyznaj e się redakeya do „zaniedbanego dotąd przeglądania, ” a obiecując sic na przyszłość z tego grzechu poprawić, zapowiada cały szereg zajmujących artykułów z dziedziny historyi, statystyki, filozofii, estetyki i literatury.
Od pism czasowych, przechodzimy do innych publikacyj, o których winniśmy podać wiadomość czytelnikom naszego pisma. Kilka z nich nosi jeszcze datę roku 1883, gdyż pojawiły się w ostatnich jego miesiącach, inne oznaczone już są rokiem bieżącym.
Do pierwszych należy rozpoczęte we Lwowie wydawnictwo „Dziel poetycznych i dramatycznych Fryderyka Schillera, którego podjął się jeden z ruchliwszych księgarzy lwowskich p. Altenbcrg, (dawniej Richter), wydawca „Biblioteki klasyków polskich.”
Niepodobna dziś jeszcze sądzić o wartości całego wydawnictwa, ale mimo to, z dotychczasowych wnosząc zeszytów, nie można odmówić temu przedsięwzięciu wiciu istotnych zalet, tak pod względem doboru tłumaczeń, jak i licznych, a nieraz prawdziwie pięknych ilustracyj. Jeżeli zamiar p. Altenberga znajdzie dostateczne w kraju poparcie, to nie wątpimy, że i prozaiczne prace znakomitego poety niemieckiego wyszłyby wkrótce w uzupełnieniu obecnego wydania.
Pan Maryan Sokołowski, profesor historyi sztuki w uniwersytecie krakowskim, ogłosił niedawno bardzo cenną pracę z zakresu swojego przedmiotu, któremu się od lat wielu z szczególnem oddaje upodobaniem. „HansSues eon Kulmbach, jego obrazy w Krakowie i jego mistrz Jacopo dei Barbari,” taki jest tytuł tej obszernej rozprawy, która pojawiła się w pięknem, dobremi rycinami ozdobio-nem wydaniu (Kraków 1883, nakładem Akademii umiejętności). Autor nazwał swą pracę przyczynkiem do historyi malarstwa w epoce przejścia ze średnich wieków w renesans, a przy tej sposobności bardzo zajmująco opisał stosunki artystyczne Krakowa z Norymbergą w szesnastym wieku.
Komu wiadomo, jak mało u nas jest dzieł na polu historyi sztuki, jak mniej jeszcze prawdziwych tego przedmiotu znawców, ten z zadowoleniem powita każdy nowy w tym kierunku nabytek. Przedmiot, poruszony obecnie przez prof. Maryana Sokołowskiego, był już dawniej dotkię-ty przez tak zasłużonych badaczy dziejów sztuki, jakiemi są profesorowie p. p. Józej Łepkowski i Władysław Łuszczkiewicz. Dyskusya naukowa, zawiązana publicznie z tego powodu jeszcze przed dwudziestu laty, nic doprowadziła jednak bardzo do stanowczego rezultatu; z tego powodu p M. Sokołowski podjął ją nanowo, przechylając się na obronę dawnej hipotezy profesora Łepkowskie-go, żc autorem trzynastu godnych uwagi malowideł krakowskich jest sławny w swoim czasie malarz norymberski Hans Sues v. Kulmbach.
Mówiąc o wydaniach, staraniem Akademii umiejętności ogłoszonych, notujemy z uznaniem pracę młodego autora p. Józefa Kallenbachet, jednego z uczniów uniwersytetu krakowskiego, który już wprzód dał się poznać rozprawką „O elegiach łacińskich Jana Kochanowskiego,” obecnie zaś napisał studyum p. t. (tdprawa posłów greckich Jana Kochanowskiego. Obie rozprawki mieszczą się w X-tym tomie Rozpraw wydziału filologicznego Akademii umiejętności, a wyszły także i w osobnych odbitkach. Nie są-to, jakby ktoś może mniemał, studya estetyczne lub literackie, które niewątpliwie byłyby takz,e bardzo pożądane. Charakter prac młodego autora jest wyłącznie natury filologicznej; mimo-to jednak i w szerszych kołach czytelników zasługują one na uwagę, gdyż wykazują z wielką skrzętnością i dokładnością cały zasób klasycznego wykształcenia Jana Kochanowskiego, wzory, jakie mu nieraz przyświecały, i stopień zależności, w jakiej w stosunku do nich pozostawał. W końcu pracy o Odprawie posłów greckich znajdujemy hipotezę autora o politycznej tendcncyi tego utworu, która różni się od dawniejszych poglądów Wiszniewskiego i innych, widzących w nim aiuzye do małżeństwa Zygmunta Augusta z Barbarą Radziwiłłówną. Zdaniem p. Kai
lenbacha, napisał Kochanowski swój dramat z wyraźnym zamiarem poparcia politycznych planów Stefana Batorego, dążących do zabezpieczenia granic państwa od strony Wschodu, a wiersz łaciński p. t. Orpheus Sarmaticus, umieszczony przy pierwszem wydaniu „Odprawy posłów,” jest wistocie silnem poparciem tćj hipotezy.
Z dzieł, które na karcie tytułowej mają już datę 1884 roku, niewiele mamy na dziś do zanotowania.
Zaczynamy od pięknej, obszernej, bo aż trzy tomy obejmującej pracy p. Józefa Tretiaka, p. t. Mickiewicz w Wilnie i w Kownie. Rzecz ta, zwyczajem powszechnie dziś przyjętym, drukowaną była już wprzód częściami po różnych pismach czasowych, zanim w całości pojawiła się w oso-bnem dziele. Pan Trctiak uczynił dobrze, że do obszernego swego opowiadania wybrał ów tak piękny w życiu Mickiewicza okres jego młodości „górnej i chmurnej,” jak go nazwał sam autor „Dziadów.” Niechby więc młodzież nasza czytała z zapałem tę książkę, z której dowiedzieć się może, jak powinno się spędzać młodość, aby po tej wiośnie życia nastąpić mogło urodzajne lato i bogata w owoce jesień żywota.
Książka p. Tretiaka osnuta jest głównie na Listach i wspomnieniach Odyńca, liście Domajki o Filaretach, rozprawce p. Estrejchera o Putkamcrze i kilku innych, dawniej już znanych rzeczach. To też w części biograficznej nie daje ona wiele nowego rnateryalu, ale zawsze jest to zasługą autora, że kamyki rozrzucone zebrał w jeden barwny, świeży i zajmujący obraz. Część krytyczna pracy, jak rozbiór „Grażyny” i dwóch części „Dziadów,” ma zato wicie stron nowych i godnych uwagi czytelnika.
Wkońcu z zakresu powieści zapisujemy nowo-wydaną pracę J. 1. Kraszewskiego p. t. Koc majowa, (Warszawa 1884), która jest świeżym dowodem niewyczerpanej twórczości i niestrudzonej pracowitości zacnego weterana naszego piśmiennictwa.
Dr Teofil Ziemba.
Wystawa obrazów, rzeźb i starożytności w Radomiu.
Zamknięta d. 13b.m. wystawa radomska urządzoną była staraniem dra Żcrańskicgo i grona miejscowych ludzi dobrej woli, w czterech obszernych salach; z tych dwie większe mieściły obrazy olejne; w pierwszej, prócz tego, na sztaludze pośrodku stojącej, rozwieszone były kopie fotograficzne obrazów J. Brandta, w liczbie sztuk 38. W drugićj, ponad zwierciadłem i po bokach przy jednej ze ścian, efektownie rozpięte : udra-powaue starożytne makaty, pasy lite sluckic, obrazy wyszywane pelą i jedwabiem, ręcznej roboty damskiej; obok karabele i napierśnik mosiężny pozłacany, z wizerunkiem Matki Boskiej z r. 1771. Przed zwierciadłem stał okazały wazon japoński, a na stole rozłożono starożytne księgi. W tejże sali znajdowały się jeszcze trzy gablotki, obejmujące dawne monety polskie i medale. W trzeciej salce, prócz obrazów, napotykano starożytne meble, zegary, rzeźb" porcelanę, srebra, bronzy i jeszcze cztery gablotki z medalami, oraz drobnemi pamiątkami i dziełami sztuki. W ostatniej salce bocznej znajdowały się sztychy, akwarele i nieco okazów z epoki przedhistorycznej.
Liczba obrazów olejnych wynosiła około 200, sztychów i akwarel do 50, różnych zaś dzieł sztuki i zabytków starożytności, nie licząc numizmatów, przeszło 100.
Oto jest ogólny pogląd na skromną nasze wystawę prowincyonalną, która jednakże na pierwszy zaraz rzut oka wyglądała dość pokaźnie.
Między obrazami obcemi widzieliśmy dzieła takich mistrzów, jak: Bourgignon, Dietrich, Hin-derhout, Netscher, Poussin i Tcnicrs. Z polskich malarzy utwory penzla Czechowicza, Bacciareile-go, Brandta, Hadziewicza, Kędzierskiego, Kru-
61
dowskicgo, Malczewskiego, Masłowskiego, Pilla-tego, Świerzyńskiego, Sypniewskiego i innych. Wiele prócz tego było pięknych utworów włoskiej, francuskiej, niemieckiej i flamandzkiej szkoły, nieznanych malarzy.
Na szczególną uwago zasługiwały dwa małe obrazki Tcniersa: Grajkowie i Scena w karczmie; dalćj Satyr upajająpy amorka Poussina; Bitwa morska Hindcrhouta, Dama czytająca Netschera; dwa obrazy znakomitego naszego malarza Brandta: Luzak i Lisowczyk na stepie; jeden obraz Czechowicza Chrystus na krzyżu; Hadzicwicza Mnichy na modlitwie; Pilatego Pierwszy kłopot; Świerzyńskiego Wnętrze bocznej nawy (lewej) w katedrze na Wawelu; kilka portretów Bacciarellego, miedzy niemi Sapieżyny z książąt Lubomirskich i Pani krakowskiej; wreszcie nieznanych malarzy: obraz starej włoskiej szkoły na alabastrze kwiecistym, przedstawiający Pozdrowienie nowonarodzonego Dzieciątka Jezus w szopce przez pasterzy, oraz dwa obrazy francuskiej szkoły jednego pen-zla: Cztery pory roku i Święta rodzina w podróży, pochodzące ze słynnej niegdyś galcryi Paców w Dowspudzie.
Z rzeźby odznaczały się wyroby ręczne z kości słoniowej, mianowicie: Eskimosy jadący reniferami; Dżonka z żyjącemi nu niej rodzinami chińskie-mi; alegoryczne figury wyobrażające cztery części świata, Europę, Azy a, Afrykę, Amerykę; nadzwyczaj delikatna i misterna rzeźba: Narodzenie Chrystusa, wyrobu (podobno) Kościuszki; prócz tego kopie terrakotowe dwóch grup p. Kurzawy, przedstawiających Szlachecka parę w polonezie i Wieśniaczą to oberku, pełne życia, werwy i animuszu.
Z dawnych wyrobów stolarskich powszechną zwracały uwagę biurka inkrustowane i szafka z XVIII wieku, oraz dwie komódki z blatami marmurowemi i picknemi bronzaini.
Okazów dawniejszej ceramiki zgromadzono niewiele; głównie figurowały tutaj saska, wiedeńska i berlińska porcelana, z artystycznćm na niektórych sztukach malowidłem, i jedna filiżanka porcelany korzeckićj, w niczem nicustępująca saskiej.
Obfity bardzo i bogaty był także dział medali, ze znakomitego zbioru dra Rewolińskiego, w liczbie sztuk 188, między któremi 10 złotych. Odznaczały sic w nim: wielki medal srebrny Zygmunta I. bity r. 1527 na pamiątkę wcielenia Mazowsza do Korony; medal Zygmunta Augusta z r. 15G2, upamiętniający wyprawę na Tatarów; medal elekcyjny Henryka Walezyusza; medal Stefana Batorego, odbity r. 1582 na pamiątkę zdobycia Potocka i Inllant; dzicsiecio-dukatowy medal, bity przez Gdańszczan, na pamiątkę wstąpienia na tron szwedzki Zygmunta III w r. 1591; medal z popiersiem tegoż króla i królowej Anny austryackiej; okazały medal srebrny, wagi 9-ciu lutów, na pamiątkę zwycięztwa pod Chocimcm w r. 1621; donatywa gdańska 8 io dukatowa, olbrzymi medal, w pięknym odlewne mosiężnym, na pamiątkę odsieczy wiedeńskiej, którego staranną kopią drzeworytniczą umieścił Tygodnik ilustrowany w swym numerze 42 i wiele innych.
Wogóle kolckcya medali tak była zasobną, żc nietylko pozwalała śledzić postęp sztuki medalierskiej w Polsce, lecz także wybornie ilustrowała ważniejsze wypadki historyczne, n.p. zwycicz-two pod Bcrcstcczkicm, dwóchsetną rocznicę przyłączenia Prus królewskich do Polski za Ka-źmirza Jagiellończyka, pokój w Oliwie, zwycięztwa Jana III i t. p.
Wystawę radomską urządzono na korzyść miejscowej straży ogniowej naprędce; projekt jćj powstał w początkach listopada, a już 9 grudnia wystawa otwartą została. Złożyło się na nią samo miasto Badom; okolica niczego nie dostarczyła, bo i nic było czasu zbierać i sprowadzać z niej obrazów i zabytków przeszłości, chociażby sie niemało takowych znalazło.
Oplata za wejście wynosiła podczas dnia 15 kop., wieczorem przy oświetleniu kop. 20 od osoby; uczniowie gimnazyum płacili kop. 10.
Zwiedzających wystawę przez ciąg jćj trwania do 13 stycznia było około 1,500 osób. Staroza-
konni, których miasto liczy do 8,000, nie przyjęli udziału w jćj odwiedzaniu; byli tylko na nićj panowie B. i Cr., oraz rodzina Mar...., która, wynagradzając niejako obojętność swych współwyznawców w sprawie instytucyi tak pożytecznej dla miasta, jaką jest straż ogniowa, złożyła przy wejściu rs. 20.
Ogólny dochód wynosi około 300 rubli, po odtrąceniu zaś wydatków pozostanie zaledwie 130 rubli na korzyść straży ogniowej radomskiej.
Kończymy życzeniem, aby wystawy takie, jak zeszłoroczna w Sieradzu i Radomiu, jaknajczę-ścićj się w naszych miastach prowincyonalnych powtarzały.
Kronika paryska.
Paryż w styczniu.
Kurs filozofii p. Caro w Sorbonie. — Wystawa XVIII wieku.—Darcier.—Jan Ricliepin i jego Nanah Sahib.
Stara Sorbona, ginach uniwersytetu paryskiego, szacowny wieków średnich zabytek, grozi ruiną. Zaciasno słuchaczom i zawilgotno w jćj omszonych murach. Rozpoczęto już nową budowlę, która powoli pochłonie w sobie i zastąpi dotychczasową świątynię wiedzy. Tymczasem w starym gmachu rozpoczęły się kursa tegoroczne. Wiele z nich zgromadza tylko około katedry profesora zwykłych jego uczniów, ale niektóre wykłady cieszą się wielką popularnością i mi i :j dla młodzieży akademickiej, aniżeli dla szerokiego kola publiczności zdają sie one być przeznaczone.
Do tego rodzaju wykładów należy kurs filozofii p. Caro. Rzecz dziwna: metafizyka, przedmiot oderwany, zaledwie dostępny umysłom bliżej weń wtajemniczonym, stał się popularnym, dzięki błyszczącemu, pełnemu życia i powabu wykładowi profesora. Pan Caro stal się rodzajem czarodzieja,, którego magiczna różczka rozświecala abstrakcyjne ciemnie. Nietylko żc wykwintne damy wielkiego świata i wszyscy naukowi dyletanci cisnęli się na lekcye p. Caro, ale stało się modą, od której uchylić się nic było można, uczęszczać na takowe. Osobistość profesora, pełna wytwornej eleganeyi, zarówno jak jego pociągająca wymowa, zapewniły mu trwale powodzenie. Nic pytano się, czy doktryny filozofa są wistoeie oryginalne, czy starają się zgłębić potężne proble-mata i zbliżyć nas do ich świadomości: uwielbiano i klaskano a priori.
Cześć ta dla osoby i wykładu p. Caro była je-dnem z charakterystycznych znamion chwili obecnej Od dwóch lat profesor wykład swój publiczny był zawiesił i gdy w tych dniach nanowrn się na katedrze pojawił, stało się to wypadkiem w życiu Paryża.
Nie podejmujemy się tłumaczyć czytelnikom, dlaczego kurs p. Caro używa takiego rozgłosu. Naszćm zdaniem, brakuje mu istotnego jądra i cala biegłość dyalektyki, cala kunsztowna szata zewnętrzna nic zdoła braku tego zastąpić. Urzędowy filozof jest wprawdzie dalekim od płaskiego eklektyzmu Wiktora Cousin, i trzeba przyznać, żc mu nie brakuje odwagi i sumienności, gdy streszcza dla słuchaczy doktryny swych antagonistów' z obozu materyalistycznego i pozytywnego. Ale można się zapytać, czy spirytualizm jego eteryczny znalazł silną jaką podstawę poza prawami organizmu człowieczego i organizmu przyrody. Pan Caro sam musiał spostrzedz, że nie można, mimo długoletnich jego wykładów i jego dzieł filozoficznych, stanowczo powiedzieć, jaką teoryą dorzucił do gmachu metafizyki. Wstępna jego łekeya poświęcona była syntetycznemu poglądowi na przebieżone przezeń pole dociekań. Bez takiego pobłażliwego przewodnika nie bylibyśmy mogli się domyśleć, że istotnie p. Caro poddał wszystkie odwieczne zagadnienia probierzowi swej krytyki. Dotąd ześrodkował swoje badania w dziedzinie psychologicznej; obecnie zajmuje się rozbiorem wszystkich teoryj o natu
rze, w jej stosunku do człow ieka. Zadanie ciekawe, jak sic zgodzi czytelnik, i zastanowienia godne. Niby sfinks o granitowej twarzy, stoi tu przed ludzkością od wieków i nie można znalćść słowa tćj zagadki. Pan Caro przychodzi z latarnią swej wiedzy i stara się rozświetlić tc tajemnice.
Jeżeli jednak, mimo mody i rozgłosu, na twardych ławkach .Sorbony tylko pewna część towarzystwa paryskiego koniec końcem się usadowi, to wszystkie składowe jego żywioły przesuną się niezawodnie przez wystawę przedmiotów sztuki XVIII wieku, którą otwarto w salonach p. Petit. Jest to chwilowo the gnat attraction Paryża i wsten Hn szeregu artystycznych biesiad, które każdy przednówek nam przynosi. Wystawa ta urządzoną została na dochód dobroczynny i trzeba było takiego celu, aby skłonić szczęśliwych posiadaczy najrozmaitszych cennych zabytków zeszłego stulecia, do rozstania sią z niemi choć na czas jakiś. Rzecz to dziwna, jak się zmienia smak publiczny. Sztuka XVIII wieku niedawno jeszcze znaną była pod ubliżającą nazwą rococo, i ani mable i cacka tej epoki, ani rzeźby Falconeta i Claudiona, ani obrazy Greuze’a, Wat-teau, Boucher, Fragouarda nie były cenione przez znawców’, nie popłacały na sprzedażach. Obecnie niema ceny na takowre. Jest na tej wystawie prześliczny portret pani Pompadour, malowany przez Bouchcr. Królewska faworj tka w niebiesko-zielonkawej sukni przybranej różami, w pozie pełnej uroczego wrdzięku, jest istotnie upostaciowaniem, apoteozą monarchicznej Francyi zeszłego stulecia. Wypieści! ją pcnzel malarza i nie dziwimy się, żc bar. Rotszyldowa, która jest właścicielką tego arcydzieła, ubezpieczyła go na sumę 300,000 franków. Jest mnóstwo portretów głośnych osobistości historycznych zeszłego stulecia, ale wszystkie te wypudrowaue, wybrylantowane damy należą do tej epoki pełnej zewnętrznego blasku, która im, uprzywilejowanym, nie pozwalała przypuszczać, że grzmi w podziemiach rewolucyjny uragau, żc się już zbliża i że zmiecie jednym podmuchem wszystkie ich cacka, pieści-dclka i zbytkowne ozdoby. Nie można oprzeć się tćj myśli, gdy się widzi nagromadzone przed sobą na tćj wystawie przeróżne okazy wyrafinowanej cywilizacji, tak blizkiej chronologicznie, a tak od nas dalekiej swym ogólnym charakterem i nastrojem. Ale pozostając w dziedzinie wyłącznie estetycznej, trzeba przyznać, że istotnie Franeya w zeszlćm stuleciu wytwarzała rzeczy prześliczne i że w każdym oddziale artystycznej twórczości przedstawia sic konsekwentnie zdążającą do pewnego, sobie właściwego, nie podniosłego wprawdzie, ale nader powabnego ideału piękna. W szlachetnym swym zapale, w czci dla olympijskich wyżyn, ojcowie nasi gardzili temi wycackanemi laleczkami: my, zimniejsi i doświadczeniem bogatsi, odgrzebujemy te okazy, zdejmujemy z nich pył stuletni i przez mikroskop przypatrujemy’ sic ich wadom i zaletom. Sąd nasz krytyczny nie daje się rozbroić fanatycznemu entuzyazmowi grona specyalistów, wśród których Arsene Haus-saye i bracia Goncourt rej wodzą. Przyklaskujemy wprawdzie, podziwiamy i litujemy się, ale nic możemy zataić, że i najznakomitsze talenta francuskie zeszłego wieku nic wzniosły sie do wysokości i do nastroju duchowego geniuszów.
Wśród zgiełku i wrzawy, jaką wywołuje zazwyczaj nadejście nowego roku, cicho, niepostrzeżenie zsunęła się do grobu osoba poety - piosenkarza, prawdę nieznanego dzisiejszemu pokoleniu. Józef Darcier był wszakże przedstawicielem rodzaju poezyi, która tradycyonahiie słynęła we Francyi i która odpowiadała narodowemu charakterowi. Francuzi zawsze lubowali się w’ piosence o łatwych rymach i sympatyczćj nie-lodyi, o udatnej mieszaninie lez i uśmiechu, uczuciowości i komizmu. Wszystkie stany, płcie i wieki deklamowały i śpiewały piosenki, a na pro-w incyi są jeszcze domy, gdzie codzień po obiedzie śpiewają je chórem. Ta popularna forma poezyi miała swych mistrzów’, z których najsławniejszym byl Bćrangcr. Najsławniejszym, a może i ostatnim. Zabierają się do wzniesienia mu po
62
mnika: będzie to istotnie pomnik pośmiertny. Swobodna, niewymuszona jego piosenka, poezya w prozaicznej szacie, jak powiedziano uszczypliwie, przeżyła się całkowicie i należy do przeszłości. Nie odpowiada ona obecnie temperamentowi Francuzów. Gustaw Nadaud, który jest w prostej linii następcą Berangcra, nie posiada ani jego wziętości, ani polotu! Poezya francuska dzisiejsza stała się wyszukańszą i arystokra-tyczniejszą, przemawia w daleko kunsztownicj-szych rytmach; lecz wzamian postradała wszelkie cechy poezyi i zeszła do pospolitych, pro taczycli, dwuznacznych, sprośnych nieraz piosneczek, które cowieczór przy dymie fajek i atmosferze piwa śpiewają ua deskach cafes-ćhantants ochrypłe pseudo artystki. Piosenka dzisiejsza we Francyi jest bezsensowym utworem, który oszołomią zdenerwowane umysły i zabawia bezmyślne istoty. Powodzenie zakładów, gdzie piosenka panuje wyłącznic, jest nietylko materyalną stratą dla teatrów, ale zarazem dowodem zniżenia się poziomu estetycznego. Sztuka ta jest dziś zastosowaną do wymogów rynsztokowego demosu: szkoda żc zgnilizna jćj objęła i wyższe warstwy społeczne, które rzuciły się d > niej w początku z nudów, a powoli z upodobania.
Nic dziwnego tedy, że wśród takiego społecznego nastroju sława Józefa Darcicr coraz bardziej bladła i malała, że wieść o jego śmierci przeszła prawie niepostrzeżenie. A przecież był-to talent oryginalny, czerstwy, ludowy, patryoty-czny. Trzeba było słyszeć go, gdy śpiewał Ba-taillon de Moselle, albo inną wojskową piosenkę, w której dźwięczała struna nawskróś narodowa, aby zrozumieć jego powab. Nie było w nim nic wyszukanego. Słowa i melodya były proste, ale gdy je śpiewał Darcier, umiał wlać w nie tyle ducha, że elektryczna iskra przebiegała przez serca słuchaczy. Często bywała to wiejska idyla, albo słowa nucone przez rzemieślnika u warstatu: czuć w nich było hymn na cześć przyrody i pracy7, dwa wiecznie żyjącc źródła. Powoli jednak ubywało słuchaczów dla tych piosneczek i smak publiczności pieprzniejszćj łaknął strawy. Umarł i pełno pompatycznych nekrologów mu piszą ci sami, co mu w biedzie i zapomnieniu umrzeć pozwolili.
Dzisiaj poeci francuscy, jeżeli nie ufają swemu geniuszowi, znajdują nieraz sposoby, aby dać się poznać publiczności i narzucie jej uwadze swoje imię. Sposoby to często jarmarczne, gwałtowne; ale jeżeli przez nie cel zostaje osiągniętym, nikt się o metrykę tej sławy nie pyta. Do tego rodzaju zuchwalców należy tryumfator ubiegłego tygodnia, p. Jau Richcpin.
Jest temu już więcej niż lat dziesięć, gdy wydal on pierwszy zbiór swych poezyj, pod tytułem: Chanson des Gueux. Były to poezye polne siły, gwałtowności, ale jednocześnie formy kunsztowne;. Widoczućm było, że natura • to dzika, namiętna, że wyobraźnia ta rozhukana musi sobie znaleźć i wywalczyć miejsce w świecie piśmienniczym. Istotnie odtąd pośród poetycznej i powieściowej plejady p. Richcpin zajmował miejsce na widoku. Niedawno jego powieść la Glu, przeniesiona na deski sceny, otworzyła mu nowe horyzonty. Odkrywszy w sobie taleut dramatyczny, p. Richcpin postanowił pisać dla teatru. Pierwszy oryginalny jego utwór wystawiła pani Sarah Bernhard w swoim teatrze Porte-St Martin. Ulubiona artystka i dramat, napisany wysoce poetycznym wierszem przez młodego poetę—nie-lada to była gratka dla artystycznego i literackiego Paryża.
Nowy utwór p. Richcpin nosi tytuł Nauah-Sahib i ma za przedmiot bunt indyjski cipayów przeciwko Anglikom. Ten epizod z historyi spół-czesnćj nadawał się do tragedyi. Jako scena... fantastyczne Indye; jako bohater... ten tygrys krwiożerczy, co ; rowadzi na rzeź nieme tłumy swych spółwyznawców, a na tern tle krwawćm, strasznem, zustawiającćin tćm wolniejsze pole fantazyi, że los prawdziwy, jaki spotkał Nanah-Sahiba, nie jest dotąd urzędownie stwierdzony, miłość idealna, czysta, poetyczna: oto żywioły, którcmi p. Richcpin mógł rozporządzać. Nie mo
żna powiedzieć, aby chybił, gdyż są w jego indyjskim dramacie niektóre sceny istotnie genialne, podniosłe, szczytne, gdyż wiersz jego i forma poetyczna są nieposzlakowane; ale całość jest daleka od spodziewanego arcydzieła. Brakuje temu utworowi interesu, brakuje jedności, a na gromadzone niepodobieństwa wywołują nieuniknione rozczarowanie. Jako libreto do opery byłaby ta sztuka nieoszacowaną; jako dramat zostawia do życzenia pod więcej niż jednym względem. Cała strona zewnętrzna, dekoracye, kostiumy, akcesorya, są nieporównane. Jest-to ostatnie słowo wystawy scenicznej. Epizod końcowy, gdzie w podziemiu przepełnionym drogicmi kamieniami, wśród olbrzymich kolumn, u stóp posągu bożka Siwy, na stosie zapalonym płoną bohaterowie dtamatu, zostawia wrażenie przejmujące. Pani Sarah Bernhard, w roli Djemmy, rozwinęła cale bogactwo swego talentu. Publiczność, chcąc pomścić zniewagę, jaką Sarze wyrządziła świeżo zazdrosna rywalka, pisząc przeciw jej prywatnemu życiu ohydny, potwarczy pamflet, wyprawiła jćj owacyą.
Jest tedy w sztuce samej dość stron wywołujących zajęcie publiczności i można było przypuścić, że długo pozostanie na afiszu. Nienasycony jednak p. Richcpin postanowił dodać jej nowego wabika. Pan Marais, artysta dramatyczny grający tytułową rolę, zachorował i poeta skorzystał z tćj okoliczności, aby samemu objąć jego rolę i wystąpić na scenie. Wywołało to istotnie wielkie zajęcie. Powierzchowność p. Richcpin atletyczna, o samsonowym włosie, glos rozległy i dźwięczny, czynią go nadzwyczaj zdolnym do wcielenia typu indyjskiego herszta. Gra oprócz tego z wielkim talentem i oddaje każdy odcień swojej poezyi z wiernością do zrozumienia łatwą. Można więc tą rażą w reklamie widzieć jedynie rezultat i przyklasnąe jej szczerze. Powstały śmieszne polemiki w prasie z tego powodu i zdawać się mogło, że w demokratyeznem społeczeństwie, gdzie aktorom dają ordery legii honorowej, naraz stało sic ohydą wystąpić na scenie poecie, który nic był aktorem z powołania. Jcst-to jedynie nowa niekonsekweneya w społeczeństwie, uwa-źającćm sic za logiczne: nowa, ale zapewne nie ostatnia.
PRZEGLĄD TEATRALNY.
Teatr Rozmaitości i.jc»o losy.—„Skarb" blnctka Cope’go — „Dom otwarty" komedya M. Bałuckiego.—„Słomiany człowiek” Jordana.
Mamy więc odbudowaną nanowo salę teatru Rozmaitości. Przybytek ulubiony, niegdyś tak niewygodny, zaludniać się będzie znowu—trzeba mićć tę nadzieję — miłośnikami sceny, którzy znajdowali tu nietylko rozrywkę, ale czasami i coś więcej, bo przekonanie, żc scena, nie potrzebując być kazalnicą, może być przecież rozsadni-kiem nowych idej, a zarazem skarbnicą przechowującą język ojczysty. Szczęśliwi, co tutaj zachwycać się mogli grą ś. p. Bakałowiczowćj, Pa-lińskićj, Panczykowskiego i rozproszonych dziś po świecie: Modrzejewskiej, Rychtera i innych. Obecnie znacznie przerzedzony, zdziesiątkowany personel, ma jeszcze kim poszczycić się, dopóki dowódcy starej, a zawsze nieśmiertelnej gwardyi: Żółkowski i Królikowski, stoją na jego czele.
Lecz chociaż czasami z popiołów wskrzesza sic życie, wątpimy czy przy starym systemie nieod-nawiania sił i niezwiększania ich, życie to zakwitnie tak bujnie, iżby można być pewnym nic-dalekićj nawet przyszłości. Nie zaprzeczamy zdolności i pracy innym także artystom, lecz oni sami wiedzą dobrze, że zbyt wiele ciężaru włożono na ich barki. Th'atre frant/us, mimo potężnćj liczby artystów, z których każdy cieszy się zasłużoną sławą, pomnaża jeszcze ciągle swe szeregi nowymi adeptami sztuki, a pomnażając, odmładza się i przysposabia przyszłości okazałą spuściznę. Teatr warszawski postawił sobie ze stoicyzmcm minimum wymagań i nic poczuwa się do ambicyi
dojścia wyżej, sądząc zapewne, że publiczność przyzwyczai się do gorszego, gdy lepszego nie będzie miała sposobności zobaczyć. Jest-to więc egzysteneya z dnia na dzień, bez myśli o jutrze, bez przewodniej idei stopniowego choćby rozwoju.
Cieszmy się jednak tymczasem odbudową materyalną teatru Rozmaitości. Dokonano jćj z dbałością o wygodę i upiększenie lóż, o staranniejszą dekoracyą sceny, a p. dekorator nawet nie żałował fantazyi i wysilił się na unieśmiertelnianie zapomocą kurtyny. Szkoda tylko, że w swym regestrze zapomniał o Kraszewskim, Szujskim, Świętochowskim i t. d.
Otwarcie teatru inaugurowano dość niefortunnym wyborem sztuk dawno ogranych, drugi dzień dopiero zostawiając dla dwóch nowych sztuk: „Domu otwartego” Bałuckiego i „Skarbu,” bluetki C’opee’go. Komedyą Bałuckiego grywano już po ogródkach, zanim się dostała na warszawską scenę; od tego zwyczaju długo jeszcze zapewne zarzid odstąpić nie zechce; lepiej jednak zdaje się nam byłoby dla teatru i dla autorów, gdj by dzieła ich grywano tutaj najpierw. Dccyzj a dy-rekcyi następuje zazwyczaj wtedy, gdy już większość zna dobrze sztukę, a tylko przychodzi dla porównania gry aktorów. Jeżeli ta gra wypada świetnie, sztuka wywićra zawsze urok; w przeciwnym razie tracą na tern autorowie i kasa teatru. Jest-to więc rachunek prosty, nad którym nareszcie czas byłoby się zastanowić.
Skarb, obrazek dramatyczny Copć’go, obok zalet właściwych temu autorowi, trąci trochę afek-tacyą poctyczności, sili się bowiem z nader znanego i banalnego tematu wysnuć uczucia szlachetne wprawdzie, ale znane i nadzwyczaj częste już spożytkowane na scenie. Język wszakże piękny (i w przekładzie), oraz powab dykcyi, pozwala wysłuchać cierpliwie całości. A przyznać trzeba, żc gra p. Wisnowskiej i p. Kotarbińskiego przyczyniła się niemało do tego.
W sztuce Bałuckiego, jak we wszystkich jego komedyach, życic malomieszczańskic odfotogra-fowane jest z prawdą i humorem, czasami zbyt pieprznym, ale doskonale przypadającym do smaku publiczności. Wielka zręczność sceniczna, akcya rozwijająca się żywo i barwnie, oraz kilka wybornych epizodycznych postaci, zapewniają tej sztuce trwale powodzenie. Przedmiot nader prosty: w rodzime złożonej z młodej żony, mlodćj panny, starego ex wojskowego wuja i narzeczonego, powstała myśl urządzenia balu. Dom więc cały przewracają dogóry nogami, ażeby sprosić gości miasta i danscrów liczne szeregi. Pan Fi-kalski „aranżer” sprowadza ich całą pocieszną galeryą; ale są między nimi i niesforni i źle wychowani. Ztąd małe, a przykre przygody dla gospodarzy domu, kończące sic morałem, żc lepiej nie trzymać „domu otwartego,” lecz ograniczać się do codziennego życia w kółku rodzinnem.
Temat niezawiklany, głębszych obserwacyj-mało, ale życic codzienne schwytane na gorącym-uczynku.
Gra artystów była doskonalą; tym razem przyczynili się wszyscy niemało do podniesienia zalet sztuki. Pan Wolski, jako „aranżer” byl przepyszny w charaktery zacyi i grze dosadnej, a nic-przesadzonej; również pan Rapacki (Wichcrkow-ski), który uic pożałował werwy i najszczerszego komizmu; niemniej p. Sikorski w malej epizodycznej rolce Fujarkicwicza, farmaceuty z prowincyi, i p. Stromfekl, w roli wuja cx pułkownika. Pan Prażmowski rolę kochanka odegrał ze swobodą, której mu i na przyszłość życzymy. Wy-bornćm tćż była miejskiem niewiniątkiem panna Czakówna.
Grana już dawniej komedya Jordana p. t. Słomiany człowiek odznacza się zaletami tego humorysty, a grzeszy niezbyt silną spoistością węzła dramatycznego. Mimo to pomysł samego „człowieka słomianego,” wielce oryginalnego, a również i kilku innych postaci wybituością swoją, przyczynia się do zaokrąglenia całości. Sztuka ta ma ciągle wielkie powodzenie. Prawda, że główna rola spoczywa na barkach Żółkowskiego. Wielki ten artysta jest takim „słomianym człowiekiem,”
63
żc nietylko grzechy swe uniewinnia, ale pozwala się kochać.
Z krótkiego tego rzutu oka na działalność kilkumiesięczną teatru naszego wypada, jak zawsze, źe przedewszystkićm zapewniają mu powodzenie sztuki oryginalne. Trzeha się wiec o nie starać, a co ważniejsze, gdy sic je już posiadło, wyko-konywać tak, iżby autorom nic odpadła ochota dalszego tworzenia. Dlatego tćź uważamy Bałuckiego za autora wyjątkowo przez boginie Fortunę protegowanego.
Edward Lubowski.
Od wyd.a.-sx7’có'\xri
Szanownych prenumeratorów, którzy zamówili sobie premia nasze: „Pana Tadeusza" i „Maryą,“ prosimy najuprzejmiej o trochę cierpliwości; dopiero bowiem za parę tygodni będziemy w możności dostarczenia Im żądanych egzemplarzy.
Gebethner i Wolff.
Korespondencja od reda lity*.
Panu Robertowi H. w Ancieniszkach. Tłumaczeń gazet obcych nic drukujemy nigdy.
Panu X. Y. Ż. w Lipnie. Przekłady z obcych poetów rzadko jedynie i wyjątkowo zamieszczamy. Szkoda tylko, żc szanowny pan udatnego tłumaczenia swego ody Schillera „Do radości11 nie przesiał wcześniej drowi Zipperowi we Lwowie, który, jak wiadomo, znjmuje sic tam wydaniem Schillera po polsku.
Panu K. L. w Kijowie W nadesłanym wierszyku znać talent i poczucie formy poetyckiej; szkoda tylko, żc przedmiot zbyt blachy. Któż kiedy w życiu nie przeklina niewiernej kochanki?
Panu A. - w Toznaniu. Sprostowania pańskiego zamieścić mc moż< my, korespondent bowiem nasz poznański zamierza sam rzecz cala w najbliższym liście swoim wyjaśnić.
SZACHY.
Gambit J?liilićloi-a,
grany d. 13 stycznia 1884 r. na tur. w Warszawie.
Białe
Czarne
p. Weydlich. p Popławski.
' 1) E2—E4	E7—E5
2)	F2—F4	E5 biorą F4
3)	Gl—F3 G7—G5
4)	FI—Cl
5)	0-0
6)	D2—D4
7)	G2—G3
8)	FS—114
9)	C2—C3
10)	BI - D2
11)	D2 biorą P to nićina a:
F8—G7
D7—DG 117—116
G5—G4
F4—F3
G8—E7
0—0
'3? Poświęcenie ni teoretycznej.
ani praktycznej podstawy, białe otrzymują drobną korzyść w ataku, który do niczego nic doprowadza.
11)	G 4biorą F3
12)	Dl biorą F3 C8—EG '
13)	C4—D3	D8—D7
14)	114—F5	EG biorą F5
16)	E4 biora F5 F7—F.»
IG) 1'3—G4	G8-H7
17)	G4- 113	F8—118
18)	FI—F4 19) F4—114 20) Cl—D2
21) Al—El
22) D3-E2 23) E2—115 24) II4—G4
25) 115 biora 1 7 2G) 113—II5f
27) El—E6
D7—E8 117-G8 B8—CG
D6—D5 C6-D8 E8- -D7
D8—F7
G8 biora F7 F7-F8* E7—G8
28)	C3— C4	A7—A5
29)	C4 biorą D5 D7—F7
30)	115 113	G8-E7
31)	D5—D6? błąd; najlepiej bj loby G4- -E4."
31)	E7 biora F6
32)	G4—E4	F5 biora D6
33)	EG—E7	F7 biorą E7
można było grać królową na GG.
34)	E4 biora E7 F8 biorarE7
35)	113—G4	U8—G8~
36)	D4-D5	F6—F5
37)	G4—II4f E7 D7
38)	D2 biorą 116 G7 biorą B2 źle byłoby G8—118 z powodu 39) 114-A4f 40) A4-C2
B7- B5 G7 biora H6
41) C2—C6f 42) CG biorąC7f D7—E7-
i figura odbita.
39) 114—A4j" 40) Gl—Gz?
4i) 11G—E3 42) A4—C2 43) Ca—E2 44) E2—115 45) F.3—G5j-46) 115—GG 47) 112—114 48) 114—115
49) 115—I1G 50) G2—FI 51) HG—117 poddają się.
D7—E7 B2—E5 G8-G4 G4—C4 C4—E4
A8—118 E7—D7 1)7—C8 C8-B8 E4-G4 G4 biora G3f E5—1)4" 118—E8
WłWAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Towarzystwo polskie w Monachium wybrało ponownie na przewodniczącego p. Stanisława Tom-kicwicza, na jego zastępcę dra Dembińskiego, na
sekretarza p. Aleksandra Mroczkowskiego, na ka-syera p. Drążewskiego, na bibliotekarza p.Rozen-bauma, na gospodarza p. Malinowskiego. W miesiącu przyszłym w lokalu Towarzystwa odbywać się będą odczyty, których szereg rozpocznie pan Tomkiewicz. Zamierzono także od członków-ma-larzy zebrać pewną liczbę szkiców i spieniężyć je na korzyść bibliotek., oraz funduszu żelaznego.
— Obszerny życiorys Andrzeja hr. Zamojskiego napisał i wydał w Krakowie Stanisław Skrzyński. A ie jest-to prosta biografia, lecz raczej rzut oka na dzieje ważniejszych reform krajowych, od 1842 do 1863, w których ś. p. hrabia tak czjn nym był działaczem, niosąc wysoko sztandar pracy organicznej. Dzieło poważne, gruntowne i doświadczoną nakreślone ręką.
— Słowiański zbornik, redagowany w Pradze przez szczerego przyjaciela naszego, p. Edwarda Jeliuka, w drugim swym roczniku zamieścił między innemi J. I. Kraszewskiego „Wspomnienia o Pińsku i Polesiu pińskiem,” oraz cenną prace prof Józefa Lcpkowskiego „O modach w dawnej Polsce.”
— Odczyt o Alfonsie Daudet, znakomitym po-wieściopisarzu francuskim, wygłosi w dniu 3 lutego, w sali ratuszowej, pl Jules Brun, po francusku, na korzyść biednych Francuzów zamieszkałych w Warszawie, a wczęści i na Towarzystwo dobroczynności.
— hcho muzyczne i teatralne drukuje obecnie listy Modrzejewskiej, pisane z Ameryki do przyjaciółki. Ton icb bezpretensyonalny, treść dosyć zwykła; ale gładkość opowiadania i styl niepo-zbawiony wdzięku dowodzą, źe utalentowana artystka i na polu piśmiennictwa mogłaby mieć powodzenie.
— Wychodzące w Zagrzebiu czasopismo „Vienac“ w jednym z ostatnich swych numerów pomieściło wizerunek i życiorys Franciszka Suppe’go, znanego kompozytora operetek podkasanych, który, jak wiadomo, przyszedł na świat w Splicie (Spa-latro) dalmackim, a więc z urodzenia jest Chorwatem. „Svetozor” prążki, wspominając o tem i przyznając fakt, dodaje jednak, iż Chorwaci nic mają wcale powodu chlubienia się tem pobra-tymstwem.
— Na konkursie budowy pałacu wystawy w Peszcie, pierwszą nagrodę za projekt swój otrzymał inże-nier cywilny Szarowski z Berlina.
— Cukrownia Ciechaniw, położona o dwie wiorsty od stacyi kolei nadwiślańskićj tegoż nazwiska i ze stacyą tą koleją boczną połączona, ma być otwartą w dniu 15 lutego r. b. Akcyonaryu-szami cukrowni są po wiekszćj części obywatele ziemscy z powiatów mławskiego, ciechanowskiego, przasnyskiego i pułtuskiego, którzy zajmowali się pobudowaniem i wewnętrznem urządzeniem gmachów tego przemysłowego zakładu. Po otwarciu cukrowni, krótki jej opis, jak również i rysunek samego zakładu, pomieścimy w iia-szem piśmie.
— Natan-mędrzec po hiszpańsku. Arcydzieło Lessinga, tłumaczone już na wszyftkie niemal języki cywilizowane, doczekało się wreszcie i przekładu na hiszpański. Dokonał go prozą p. Nemesio Uranga, znany zapaśnik liberalizmu w swoim kraju, a praca ta, zdaniem krytyki, odznaczać się ma niepospolitemi zaletami.
— Nowe gwiazdy na horyzoncie muzycznym pojawiły się we Fłorcncyi. Młoda Neapolitanka, Ludwika Cognetti, uczenica Liszta, dala tam koncert, a publiczność, dość obojętna zwykle dla pro-dukcyj wyłącznie fortepianowych, przyjęła ją z niesłychanym zapałem. Innćm interesującem zjawiskiem w tamecznym święcie tonów jest dwudziestoletni śpiewak Bernardo Cantalamessa, rodem także z Neapolu, wprawiający znawców w zdumienie prześlicznym swym, rozległym głosem sopranowym, i to zarówno w rodzaju poważnym, jak w komicznym.
— Książę szwedzki Oskar, jako porucznik na fregacie „Yanadis,” udał się niedawno w podróż odkrywczą naokoło świata, której ukończenie oczekiwane jest w maju 1885 r. Ostatnią tego rodzaju wyprawę szwedzką odbyto przed laty trzydziestu, na fregacie „Eugenia.”
— Przybytek dróg żelaznych na całej kuli ziemskiej wynosi w roku 1881—82 31,371 kilometrów, zatem o 8,000 kil. więcej niż w roku 1880— 81, a o 18,500 kil. więcej niż w roku 1879—80. Ogólna długość kolei na świecie dochodzi obecnie 411,600 kil., z których na Niemcy przypada 35,500, na Anglią 29,600, na Francyą 28,800, na Rosyą z Polską 22,900, na Austro-Wegry 19,700, na Hiszpanią 9,800, na Włochy 8,800. Lwią część, jak wszędzie w rzeczach przemysłu, zagarnęły i tu Stany zjednoczone Ameryki północnej, które same jedne posiadają 168,700 kil., podczas gdy cala Europa ma ich mało co więcej, bu 180,100 kilometrów.
— Szesnastoletnia panienka, miss Rossitar w Filadelfii, stoi na czele stowarzyszenia, mającego w Stanach Zjednoczonych rozszerzać przemysł jedwabniczy. Dziełko jej o hodowli jedwabników uważane jest za wzorowe, a własne produkeye młodej dyrektorki na tem polu, na kilku już wystawach otrzymały pierwsze nagrody.
— Coraz więcej kobiet francuskich kieruje się na lekarki. Przy ostatnim konkursie na posady lekarzy szpitalnych utrzymały się: paui Sarrante, panny Dubois i Chapin. Dawniej prawie wyłącznie Rosyanki i Amerykanki poświęcały się w Paryżu studyom medycznym; obecnie Francuzki stanowią już większość, a przyznać im należy, że w calćj swej postawie nierównie więcej zachowują kobiecości, niż emancypowane ich towarzyszki.
— Nowy termometr maksymalny i minimalny wynalazł Henryk Wappeler w Wiedniu. Podczas gdy ciepłomierze takie, systemu Rutherforda i Caselli, chociaż zkądinąd dogodne, nieprzystępne były dla ogółu, z powodu wysokiej swej ceny i trudności transportu — wiedeński odznaczać się ma taniością i prostotą konstrukcyi. Przy wielkićj ważności, jaką obserwacye temperatur krańcowych mają dla gospodarstwa rolnego, niektórych gałęzi przemysłu i badań meteorologicznych, wynalazek ten zwrócićby powinien na siebie uwagę uczonych.
— Uniwersytet w Zurychu liczy w półroczu zi-mowćm 459 studentów i 50 wolnych słuchaczów; między nimi 51 płci żeńskiej, a mianowicie: 33 na wydziale medycznym, 17 na filozoficznym i jedne na prawnym. Według narodowości zaś: 11 z Szwajcaryi, 17 zRosyi, 11 z Ameryki północnćj, 6 z Niemiec, 4 z Austro-Wegier, wreszcie po jednej z Rumunii i Ameryki południowej.
— Wystawa elektryczna międzynarodowa ma być otwarta 2 września r. b. w Filadelfii. Będzie to pićrwsza tego rodzaju wystawa w Ameryce, a podejmowane na rozległą skalę przygotowania już dziś rokują jej świetne powodzenie.
— Znakomity skrzypek Joachim, znany zaszczytnie i w Warszawie, wezwany został do Stanów Zjednoczonych na sto koncertów odbyć się mających wciągu półrocza. Artysta otrzymuje za nie dość skromne, jak na ceny amerykańskie, ho-noraryum 230,000 marek.
— Listy Bulwera do jego małżonki wydaje obecnie jeden z przyjaciół rodziny Bulwerów. Mają one być pośrednią odpowiedzią na niezbyt pochlebny wizerunek lady Buiwcr, który syn słynnego romansopisarza skrćś/il w życiorysie swego ojca, dowTodzą bowiem, że nieporozumienia między małżonkami wynikały raczej z różnicy poglądów’ estetyczno-literackich, aniżeli z-zatargów osobistych.
— Oświetlenie elektryczne teatru narodowego w Bu-da-Peszcie pomyślne bardzo daje rezultaty. Składa się na nic około tysiąca tak zwanych lamp żarzących, z których 360 na scenie, 112 w świć-czuiku, 6 przy ścianach lóż dworskich, 22 w foyer. Resztę rozmieszczono za kulisami, przy zajeździć, na korytarzach, schodach, w obieralniach i t. p. Wszystkie lampy osłonięte są szkłami mlecznemi.
— Pochód uroczysty do Panteonu rzymskiego, na cześć Wiktora Emanuela, odbył się w sposób imponujący, przy spóludziale dwudziestokilko-ty-siączuego. tłumu, z 1,500 chorągwiami i 80-ciu orkiestrami. Na czele kroczyli: municypalność Rzymu, komitet centralny, senatorowie, deputowani i delegaci. Grupę zwłaszcza uczestników
61
wojen o niepodległość przeciąglemi powitano okrzykami. Panteon dekorowany był czarno i rzęsiście oświetlony, a przy grobowcu króla sprawiali straż weterani. Grób „oswobodziciela” dosłownie pokryto wieńcami i kwiatami. W kościele zgromadzili się członkowie rady komunalnej miasta i rad prowincj onalnych. Liczba gości, przybyłych na wspaniały ten obchód, wynosiła do 12,000. Rodzina królewska udała się na Panteon już o godzinie 9-ćj zrana.
— Galerya Raczyńskich w Berliuic, pomieszczona obecnie na pierwszem piętrze galeryi narodowej, od kilku już tygodni otwartą jest dla publiczności. Obrazy wszystkie powerniksowano i ramy odnowiono. Przy świetle wybornćm, pa-dającem zgóry, zbiór cały nierównie korzystniej teraz sic przedstawia, niż w lokalu dawnym, w którym mieścił sic przez lat przeszło trzydzieści.
— Towarzystwo geograficzne w Berlinie, na posiedzeniu swćm z d. 5 stycznia r. b., wysłuchało
sprawozdania o postępie czynności kilku wypraw afrykańskich. Referent doniósł między innemi, że wyprawa polska, pod dowództwem Rogozińskiego, badająca przestrzeń na wschód i północ gór kameruńskieb, napotkała nad rzeką Mungo wielkie miasto Rumba i żc zamierza jeszcze dalej na wschód się posunąć. Jak widzimy, cudzoziemcy nic lekceważą bynajmniej śmiałego przedsięwzięcia naszego ziomka, które u nas zrazu przyjęto z takieni niedowierzaniem.
Wydawcy Gebethner i Wolff. — Redaktor L. Jenike.—Redakcya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
AosBOJieHO Rensypon. napinana, 13 lliinapn 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia; przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza eię okładka z ogłoszeniami 1 rebusem.
Rękopisów pomniejszych i materyalów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.

Prenumerata w Warszawie:	__	n i j inni	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart.	WfirSZflWfl 11116 °’O lCo4: F	na prowincyi i w cesarstwie:
re. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	'	J	8">	’	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa,”
Tom III.
Treńć numeru. Artykuły: Samo Chałupka, przez B. Grabowskiego.—Junak, wiersz Samuela Chałupki.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Kronika paryska — Przegląd piśmienniczy, przez II. Bicgeleisena. — Kronika tygodniowa, przez St. M. Rz. —Przegląd polityki zagranicznej.—Składki,—Korespondencja od redakcyi.—Jan Kochanowski, przez A. Pawińskiego.—Gęsi i gąski, komedya w pięciu aktach Michała Bałuckiego (dalszy ciąg).—Tintoretto malujący wizerunek zmarłej swej córki.— Wieś Cannet, we Francyi południowej.--Kozmaitości.—Szachy.—Dodatek. Dziecię globu, nowela przez A. dc Alarcon (arkusz piąty).-Ryciny: Samo Chałupka.—Tintoretto malujący wizerunek zmarłej córki, obraz Kocha.—Widok ogólny Cannet.—W dzień Matki Boskićj Gromnicznej, rysunek A.. Pancewicza.—Pod dobrą opieką.—Ucieczka, rysunek U. Jankowskiego.
S-A-ZLEO
Zpoza Karpat, gdzie ubodzy pobratymcy nasi, Słowacy, stawiają bierny, ale wytrwały opór zwyciczkiemu, a nadużywającemu zwycięztwa madziaryzmowi, doszła wiadomość, że 19 maja roku przeszłego, zakończył tam żywot jeden z najznakomitszych działaczy narodowego odrodzenia, a zarazem ulubiony poc-e ta, Samo Chałupka. Należał on do tryady najlepszych poetów słowackich, zpośród których miał może najwięcej talentu i ducha narodowego. Imiona Sladkowi-cza, Chałupki i Botta stanowią chlubę poezyi Słowian podkarpa-cl ich, ale piastunowie ich już dzisiaj w czarnej spoczywają ziemi.
Samo (Samuel) Chałupka zgasł niby świeca, niemal dopalona do końca, zszedł ze świata niby kłos dojrzały, który Pan do swego zwozi śpichlerza. Pod tym względem był on szczęśliwszy od Sladkowicza i Botta, co odeszli, zaledwie miary lat męzkich do-pelniwszy. Chałupka urodził się w lutym r. 1812, we wsi Hornia Lehota, położonej w komitacie zwoleńskim. Okolice te mają nader romantyczne położenie ponad rzćką Granem czyli Hroncm, u stóp śnieżnych gór Hol; niestety, dają zato dzieciom swoim mało chleba, tak iż te muszą szukać go poza granicami ojczyzny. Ztamtąd-to głównie wychodzą owi kramarze wędrowni, którzy roznoszą na plecach towary po naszych mieścinach i wioskach, a potćm z groszem ciężko uzbićranym wracają do ubogich siedzib swoich. Hornia Lehota jest takąż ubogą wioseczką górską; tutaj ojciec Sama, Adam, był księdzem ewangelickim.
Pod opieką ojca i matki, Anny zPruniowskich, Samo odebrał pobożne wychowanie, w duchu chrze-ściańskim i narodowym. Z domu
rodzicielskiego wyniósł on gorącą miłość dla swego ludu, chęć pracowania dla jego sprawy, dzię-l k’ przykładowi rodziny całej. Ojciec Sama był także pisarzem słowackim, naonczas jednym z lepszych; stryj jego Jan pisywał dramaty, słabe pod względem literackim, ale naonczas, gdy jeszcze nie było lepszego dramaturga Jana Pala-rika, bardzo popularne, gdyż nielitośnie smagał odstępców sprawy narodowej, poniemczo-
nych i pomadziarzonych Słowaków. Z takim zasiewem w duszy, Samo opuścił dom ojcowski i w ósmym roku życia wstąpił do gimnazyum w Gemerze.
Wychowanie w szkołach publicznych, tak dziś jak i dawnićj, stanowiło dla młodzieży słowackiej istny czyściec, z którego w>elu wychodzi wynarodowionymi lub zgnębionymi duchowo, a tylko wybrane dusze wynoszą ztamtąd ducha, gotowego do pracy płodnej dla swego ua rodu, wbrew zwycięzkim prądom, popychającym słabych i u-padlych do zaparcia się tradycyi i dążeń narodowych. Wprawdzie naonczas jeszcze nie panował wyłącznie madziarski język, tak jak dzisiaj, dzielił się panowaniem swem z tradycyjną łaciną; ale i wtedy (Ha narodowej Slowacz-czyzny nie było należnego miejsca w murach szkolnych. Samo męczył się nauką uciążliwą, trudną, a mało korzyści słowackiemu pacholęciu przynoszącą.
Z Gemeru Chałupka przeszedł do niemieckiego liceum w Keź-marku, gdzie na jego szczęście pomiędzy nauczycielami znalazło się dwóch narodowców, którzy wielki wywarli wpływ naukształ-cenie i rozwój młodzieńca. Byli to Jan Blahoslaw (Benedicti) i Maciej Slawkowsky. Zwłaszcza ten ostatni, pamiętając że i jemu niegdyś dopomagał starszy brat Sama, Jan, wielce się zajmował zdolnym uczniem,dawał mu książki słowackie i czeskie do czytania i w rozmowach wszczepiał weń wzniosłe, szlachetne zasady.
Z Keżmarku Chałupka przeszedł do słynnego naonczas, lubo niezbyt zasłużenie, gimnazyum w Rożnawic. Tutaj do trudności, z powodu wykładowego języka, przybyły jeszcze inne udręczenia. Jeden z nauczycieli, niejaki Mi-szpal, z dziwuem upodobaniem znęcał się nad słowackimi chłopcami, szydząc z ich narodu i przeszłości, opowiadając im przeróż-
66
uc niedorzeczne bajki, jak n. p. że książę Świętopełk sprzedał krainę słowacką Madziarom za białego konia. Inny nauczyciel, nazwiskiem Parkasz, dręczył ich u bijaniem w głowy frazeologii łacińskiej, gdyż według niego szczytem nauki było sadzenie frazesami z autorów klasycznych. Samo męczył się nad pensami Farkasza, w milczeniu słuchał obelg Miszpala, wszelako duch chłopca burzył się na podobne lżenie jego narodu i uczucie miłości dla biednej Slowaczczyzny rosło w nim i krzepiło się.
Ztąd Chałupka udał się do liceum w Prcsbur-gu, gdzie przez pięć łat studyował filozofią i teologią. W Presburgu była katedra „języka i literatury słowackiej,” na której uczył zgrzybiały już i bezsilny Jerzy Palkowicz. Ospale jego i niedostateczne wy kłady pobudziły kilku dzielniejszych młodzieńców do założenia maleńkiego kółka, mającego na celu wzajemne kształcenie się w języku ojczysty m i literaturze; w kółku tem Samo grał wybitną rolę. Tutaj-to zawiązał on stosunki z ognistym i szlachetnym Ludwikiem Szturcm, jednym z najdzielniejszych budzicieli narodu. Samo już wtedy odczuwał potrzebę pisania dla ludu słowackiego w jego w lasnem narzeczu, wbrew temu, co naonczas głosił wielki jego rodak Kollar, który żądał, aby Słowacy przystali do ruchu czeskiego i czeszczyznę za swój język literacki przyjęli. Gorliwie pracował uad poznaniem i przyswojeniem sobie mowy ludowej, zbierał przysłow ia, pieśni i podania i w owym-to czasie drukował pierwsze swoje poezye.
W r. 1833 Chałupka pojechał do Wiednia na wydział teologiczny, który stal dość licho. Wszelako młody poeta przepędził tutaj czas bardzo korzystnie, a to dzięki towarzystwu młodzieży z innych krajów7 słowiańskich, podobnie jak on studyującej w stolicy austryackiej. Powrócił do ziemi rodzinnej po upływie roku i wyświęcony na kapłana (w r. 1834), sprawował w Chyżncm obowiązki kaznodziei, w’ zastępstwie przyjaciela swego Tomaszika. W rok potem wezwano go na takiż urząd do gminy jelszawsko-tcplickiej, gdzie ©ozostawai do r. 1840 i ożenił sic z Eufrozyna z Turanskich. Tymczasem we wsi rodzinnej umarł stary Adam Chałupka, a urząd jego objął syn Samo, który pozostawał na tem stanowisku aż do samej śmierci, przez lat czterdzieści dwa zgórą.
Nie było jednego wydawnictw®, jednego przedsięwzięcia narodowego, w którychby Samo nie brał czynnego udziału. Tak między7 innemi, gdy zakładano towarzystwa wstrzemięźliwości, Chałupka przerobił na język słowacki dziełko Zscliok-kego „Branntweiupcst” i wydal je pod nazwą „Palenka otrawou” (Gorzałka trucizną). Gorliwy kapłan i nauczyciel swego ludu, każdą wolną chwilę poświęcał nauce, a głównie studyom nad starożytnościami słowńańskiemi, wszelako nie one stanowią prawo jego do zaszczytnego miejsca w literaturze słowackiej, ale prześliczne poezye, wytrysle z samej głębi ducha narodowego.
W poezyi swej Chałupka jest tak ludowym nawskróś, jak u nas Teofil Lenartowicz w swojej Lw-ence, a u Czechów Erben w Baladach. Przed nim głową i prawodawcą poezyi słowackiej był Andrzej Sladkowicz, śpiewak Mariny, poeta wielce ulubiony, lubo niewolny od zarzutów pod względem formy. Sladkowicz nie dbał o inctry-czność wićrsza, zadowalając się wymierzoną liczbą zgłosek, co już uszom dzisiejszego czytelnika nic wystarcza. Ten kierunek panował u całej plejady naśladowców Sladkowicza; ale Chałupka poszedł inną drogą i ściśle pilnował me-trycznośei, opartej na akcencie wyrazów. Z tą wielką zaletą zewnętrzną, Chałupka łączył niepospolite wewnętrzne przymioty, przyrodzony a wdzięczny tak opowiadania, przejęty7 poetyczną prostotą poezyi ludowej, szczere uczucie, barwę ściśle miejscową i trafny wybór przedmiotu. Nie ugania się on za sztuczncmi efektami, za błyskotliwą oryginalnością, ale każdy7 wiersz jego jest płodem natchnienia i miłości tradycyj rodzinny eh, w każdej z nich przebija się żywot słowacki z niedoścignioną prawdą i wyrazistością.
L twory7 Chałupki ukazy wały się przeróżnych czasopismach, aż wreszcie w r. 1868 dwaj jego
w ielbiciele zebrali je w7 jeden zbiorek i wydali w nader wykwintnej książeczce p. t. Speey Sama Chalupky, r. 1868, w Bańskiej Bystryci, z portretem autora. Przez cześć dla poety zachow7ano tam jego pisownie całkiem odrębną, w7 której Chałupka pragnie oddać wszelkie odcienia mowy ludowej w jego okolicach. Dla mniej bacznego czytelnika sprawia to niejaką trudność, ale po przywyknięciu nic nastręcza już przeszkody w napawaniu się poezyą.
Mała ta książeczka zawiera w7 sobie zaledwie dwadzieścia cztery mniejsze i większe utwory. Głównie odznaczają się tu balady. Bohaterami ich są obrońcy biednego ludu słowackiego, mściciele jego krzywd, pokonani, uwięzieni, pobici, ale zmartwychwstali w rzewnej pieśni poety. Pomiędzy nimi jest i ów Janoszik, rozbójnik w rodzaju południowo - słowiańskich hajduków, którego tradycya opromieniła urokiem mściciela ciemiężonego ludu i zachowała w tej aureoli w pieśniach i podaniach. Cały7 poemacik, polny dziwnej poezyi, poświęcił Janoszikowi Jan Botto, a Chałupka uczynił go bohaterem balad: Junak i Likowski 'ru;zień, tehnących uroczą prostotą pieśni ludow'ćj. Inne baiady, jak Stary więzień, Bom-Litra, Murań, są ustępami z dziejów Slowaczczyzny, a Jwprhf) (Morduj!) w silnych, energicznych rysach maluje przeciwieństwo pomiędzy slod-kiem, głębokiem plemieniem słowiańskiem, a narodami zaborczemi. Akcyą przeniósł poeta w czasy rzymskie i stworzył poemacik tak udatny, iż Słowacy chlubią się nim z dumą, utrzymując, że podobnego mu nie ma bogatsza od słowackiej literatura czeska.
łłówneż zalety posiadają wiersze liryczne Chałupki, jak n. p. Zdrada, Zabity, II ojenna, Sen i Było i będzie. W tym ostatnim poeta wy powiedział drogie Słowakom słowa, malujące ich dzisiejsze uczucia, pragnienia i nadzieje.
Byliśmy my, byli
Między narodami, Jako ten nasz Krywań Nad temi Tatrami.
Kwitnął kraj nasz luby, Ale zwiędło kwiecie,
Zaszio jasne sionko Na słowackim święcie.
Chociaż zaszło ono,
Znów nam się zaćmieje, Kraj nasz nowym kwiatem Znów się przyodzicje.
Stoi jeszcze, stoi
Krywań nad Tatrami, Będzie Słowak, czem by l Między narodami.
Pomimo liczebnej małości utworów Chałupki, wpływ jego na ziomków był ogromny7. Wierszy jego uczyła się młodzież na pamięć, śpiewano je i deklamowano przy każdej sposobności, a literaci słowaccy7 pod ich wpływem zwrócili się do właściwego źródła poezyi narodowej, do ludu, jego pieśni i żywota. Był-to prąd, taki jak u nas za czasów romantyzmu, albo, słuszniej mówiąc, zwrot podobny do tego, jaki u nas sprawiła szkoła ukraińska, lub plejada Lenartowicza, Karola Balińskiego i Zmorskiego. Cały szereg poetów poszedł w kierunku wytkniętym przez Chałupkę, a pomiędzy nimi odznaczyli się tacy7 poeci, jak Kral, Botto i zmarły przedwcześnie Kubany, autor Barbary Radziwiłłówny, oraz najlepszy ro-manso-pisarz słowacki Janko Kalinczak.
Od wydania zbiorku Chałupka ucichł; tylko r. 1875 drukował jeszcze w czasopiśmie „Orol” piękny wiersz cpiczny „Odbój Kupov.” Wszelako muza jego nic odpoczywała; pisał on wiele, zwłaszcza poczy j, ale ich za życia nic chciał drukować. „Niech to wydadzą po mnie, skoro mię pogrzebią” — powtarzał. Zaiste, mogą Słowaccy cieszyć się nadzieją, że spadek po Samuelu Cha lupce będzie niepowszedniem zbogaccniein ich literatury.
B> i nislau Grabowski.
J U A A K.
przez
Samuela CŁi.a.l-ui.plsę.
Pezełożyl ze słowzcklege Branlsł&w Gezlamki.
Górą strome skały, Dołem znów przepaście, Lata ponad niemi Sokołów dwanaście.
Gniazdo swe sokoły Wiją na urwisku, A junacy7 w dole Siedzą przy ognisku.
Kapelusik krągły, Zielona koszula, Plecy kryje burka, Kaftan pierś otula.
Biodra pas otacza, Zlotem ozdobiony, 1 dwa pistolety7 Patrzą na dwie strony.
A siekierki ostre Po gałęziach w iszą, Przy nich długie strzelby Z wiatrem się kołyszą.
Piękne te siekierki, Ka’da wyszczerbiona, Lecz piękniejsze strzelby, Każda okopcona.
Gaśnic ogień, gaśnie, Popi jj już w połowie, Smutni leżą wkoło Młodzi junakowie.
Leżą jak te drzewa, Które burza zwali, Tęsknem okiem wodzą Po królewskiej hali.
Wicje wietrzyk, więje, Lodu ie mąci ciszę, A na krzywej jodle, Sokół sie kolysze.
Przepaść pod tą skałą, Az cię biorą dreszcze, Wola na junaków: —Gdzie was więcej jeszcze?
Gdzie się podział junak, Ta twarz piękna, biała, To ogniste oko Jako Boża strzała?
Co po górach chodził, Odzian w złotą zbroję, Szedł na waszem czele Na tc krwawe boje?
Milczą chłopcy, milczą, • Spuścił każdy głowę: Czy nic słyszą ptaka? Czy ból tłumi mowę?
Tylko za pistolet Chwycił każdy dłonią, Tylko po tych skałach Sniutnem okiem gonią.
Pod skałami tenii Wokól przez przepaście, i 'hodzil j unak, chodził, Braci z nim dwanaście.
Wśród dwunastu braci, Dzielnych górskich dzieci, Chodził niby miesiąc, Gdy wśród gwiazdek świeci.
Nieraz tam wyrastał, Gdzie go me posiali, Ale dobrzy ludzie Nic się go nie bali.
Wszakże biada złemu, Biada jego duszy, Kto, lud dobry7 dręcząc, Prawo mu naruszy.
Huczy wicher, huczy, Drzewa gnie w dolinie, Z wichrem junak spada, Ciemięży ciel ginie.
Straszny blask po lasach (k! junackich zbroi.
Ludu mój, niech giną Tak wrogowie twoi!
Oj, wyleciał z lasu
67
Sokół siwopióry,
Toczy lot swój wkoło Pod samcmi chmury.
Wzlecial sokół, wzlccial Wgórc pod obłoki, Bystrem okiem swojem Patrzy w jar głęboki.
W ciemny jar głęboki, Gdzie wysokie skały, Tam niedawno jego Drużyny hulały.
Darmo, mój sokole,
Szuka twoje oko, Ten nasz dobry junak Śpi już tam głęboko.
Śpi j uż on głęboko,
Nic go nie obudzi,
Ani ranna zorza, Ni płacz biednych ludzi. Stoczon bój zacięty
Na królewskiej hali, Na junaków mnodzy Zbrojni czatowali. Grzmialy strzelby, niby
Z gromem błyskawice, Zwiędło ci tam jedno Piękne, młode lice.
Zwiędło jako róża,
Gdy ją mróz owionie, Lala się krew młoda, W trawę padly skronie.
Młodą krew rozlaną
Czarna ziemia piła, A ta dobra dusza Z ciałem sic dzieliła.
Na królewskiej bali
Stają tam trzy skały, Pośród skal wygląda Jakiś kopiec mały.
Niżej w przepaść spada
Z głośnym hukiem struga, Wyźój biegnie ścieżka, Niby wstęga długa.
A kto tylko chodzi Drożynkami temi, Każdy na mogiłę Rzuca garstkę ziemi.
Rośnie kopiec, rośnie, Aż do wysokości, Pod nim spoczywają Junakowę kości.
Młódź z królewskićj hali, Gdy owieczki pasie, Koło kopca igra
W pięknym letnim czasie, Kraśne dziewki kładą
Wieńce na tym grobie, O junaku młodym
Nucą piosnki sobie.
A na surmach chłopcy
Grają w głosy wieszcze: Były czasy, były, Da Bóg. będą jeszcze!...
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalszy ciąg.)
V. Dziewczyna z kwiatami.
Dwór pański dla Maryny był czćmś naksztalt zamku zaklętego. Widywała go, a widywanie sprawiało na niej wrażenie takie prawie, jak sin chanie skazek, podających wiadomości o tym świecie fantastycznym, w którym wężolatawce porywają dziewczęta, konie skrzydlate niosą rycerzy, ludzie w wilkołaka się zmieniają, baby na miotle na łysą górę jeżdżą, paproć kwitnie i inne tym podobne nadzwyczajności się dzieją. Widywała go zdaleka i patrząc na okna wielkie a jasne, na dach gontami pobity, na kolumny ganek
— Zachcialeś — odparła pani.—W głowie im tam samowar.
— Na wszystko jednak jest pora.
— To też oni z pory korzystają, jak im się najstosowniej wydaj e.
— Emilka wołałaby Pawełka śpiewem, niż herbatą upoić.
— Pewno, pewno — odrzekla pani, na stołku się poprawiając.
— Ale my nie wolimy — zaczął pan Tadeusz i miał coś do wyrazów tych dodać, lecz ua Marynę okiem rzucił i zawołał: — A patrzcie jeno, co się z tą dziewczyną stało!
Z Maryną stało się to, żc osłupiała, skamieniała, zmieniła sic w posąg, któremu mistrz nadał wyraz ekstazy. Jak stała okwiecona, takpozosta la. Kwiaty ręką jedną do piersi cisnęła, a głowę podniosła nieco; usta wpół otworzyła, oczy wzniosła; zdawało się, jakby się w punkt jakiś na suficie wpatrzyła i jakby do punktu tego wzlecieć pragnęła. Coś ją niby wgórę rwało. Wyprężyła się korpusem, naprzód się podała i dech w piersiach sobie zaparła. Wydawało się w rzeczy samej, jakby skamieniała.
— Co się z nią stało? — powtórzył pan Tadeusz.
Pani Róża, jakby jej zapytanie nie na swojem wydawało się miejscu, brwi zmarszczyła i gest niechętny głową wykonała. Panna Eufrozyna, szeroko otwartemi oczami przez chwilkę nadziew-czynę popatrzy wszy, rzekla powolnie:
— Katalepsya.
— Czyżby? — odrzekł pan Tadeusz, bursztyn w usta wkładając.
— Wydaje się tobie, Fruziu — zaczęła pani Róża.—Dziewczyna wiejska na pokojach po raz pierwszy się znalazła i zagapiła się.
Objaśnienie to trafiło do przekonania pana Tadeusza i panny Eufrozyny; pierwszy zaś lokajowi rzucił rozkaz:
— Pójdź po pannę Emilią, powiedz że samowar kipi i przekipi, jeżeli się będzie dłużej śpiewaniem zabawiała.
W chwilę później śpiew umilkł i zagapienie sic dziewczyny nagle ustąpiło. Miejsce onego zajęło zdziwienie, z zatrwożeniem połączone. 1 to jednak ustąpiło, a okazało się zawstydzenie tylko.
Otóż się zawstydziła!
Oblicze jej oblało się karminem. Głowę spuściła. Poczęła się cofać. Nie wiedziała, jaką osobie swojej postawę nadać. Ręce opuściła i zpod ramienia jej kwiaty na podłogę się wysypały.
— Główko ty moja!—jęknęła.
Schyliła się, zbierać chciala, lecz w tejże chwili panna Emilia po zasłaniu kwietnem przeszła, kwiaty nogami zdeptała i, co gorzej, sukni spodem po pokoju je rozmiotła.
Dziewczyna zrazu w pogoń za niemi się puściła, lecz, zmiarkowawszy snadź, że daremną będzie jej praca, a przytćm znalazłszy się w pobliżu drzwi wchodpwych, we drzwi się wsunęła, z pokoju wysunęła, sieni dopadła, z sieni na ganek wyskoczyła i ani się obejrzała, jak się za wrotami znalazła. Odwrót ten wykonała z taką szybkością, że zanim się, psy podwórzowe turbować ją namyśliły, już ona—hej gdzieś!—była.
Zniknięcie jćj dostrzeżonem nie zostało przez nikogo, z wyjątkiem Julisi jednej—i to nie odraził. Naglądae za nią przeszkodziły dziewczęciu poziomki, z któremi się ona dokoła ojca nosiła, wzywając go bodaj do pokosztowania; ponieważ jednak pan Tadeusz, roztargniony naprzód widokiem Maryny, następnie tćm, że samowar wykipi, wkońcu metamorfozą, jaka z dziewczyną zaszła, nie zważał na wezwania Julisi, ta przeto do poziomek wzięła sic sama i króbkę wypróżniać poczęła, co tak ją zajęło, iż nie spostrzegła ucieczki Maryny. Opatrzyła się dopiero, gdy' próżną króbeczkę oddać chciala.
— A?—odezwała się, po pokoju oczętami wodząc—gdzie ona?
Ojciec, matka, nauczycielka, ciotka, kawaler przy' stole siedzieli.
— Gdzie ona?—powtórzyło dziewczę, do ojca podchodząc.
zdobiące i na fasadę, która się na kolumnach wspierała, wyobrażała sobie, że wnętrze domu wyglądać musi bodaj czy nie tak, jak wnętrze cerkwi. Znalazłszy się na ganku, uczuła w sobie rodzaj jakiejś czci z bojaźnią pomieszanej, jaką pobożni uczuwają na progu świątyni. Przekroczyć progu nie śmiała i byłaby takowego nie przekroczyła, gdyby jćj Jnlisia nie zmuszała.
— Chodź — mówiła — chodź!
— Pannuńciu — odezwała się Maryna tonem wypraszania się.
— Chodź, no!
Dziewczyna oddawała jej króbkę i kwiaty. Że jednak kwiatów był snop cały, snop więc rozerwał się i kwiaty podłogę zasłały.
— O, widzisz, czegoś narobiła — upomniała ją Jnlisia.
Maryna wzięła się do zbierania. Składała sobie kwiaty na lewej ręce, przyciskając ją do piersi. Dziewczynka, dla ułatwienia jej tej pracy, koszyk od niej wzięła i kiedy kwiaty co do jednego wy zbierane zostały, ponagliła ją znów do przekroczenia progu.
— Cbodź-że!
Przekonawszy się wreszcie, że namawianie nie skutkuje, ujęła ją rączką za zapaskę i pociągnęła za sobą.
Sień duża i widna miała drzwi kilkoro, prowadzących w strony różne. Jnlisia skierowała się do drzwi na prawo i, poprzedzając Marynę, weszła do pokoju obszernego, umeblowanego w sofy, krzesła, stołki, stoliki, przyozdobionego w kilka na ścianie w ramach zawieszonych sztychów i litogratij i mającego pośrodku stół podłużny, owalny, w jednej połowie obrusem białym okryty i przyborami do herbaty zastawiony, w drugiej dźwigający duży, parą buchający samowar, otoczony naczyniami, jakie zazwyczaj samowarowi towarzyszą. Przy stole na miejscu naczelnem siedziała pani Róża; o miejsc parę od niej zajmowała krzesło panna Eufrozyna; po pokoju przechadzał się, z fajką na długiej w bursztyn wspaniały zaopatrzonej antypce w ręku, ten sam szlachcic, któregośmy w Wygnance poznali, ale o wiele młodszy. Postać jego dyszała dobrym bytem, swobodą umysłu i spokojem sumienia. W wyrazie oblicza przebijał się jowializm szlachecki, który harmonijnie odbijał od budowy, znamionującej sile, i od pozoru całego, świadczącego o zdrowiu. Wyglądał on na pączek w maśle. Tuszy miął wmiarę, włosy na głowie krótko ostrzyżone, wąsy obfite. Postać jego okrywała odzież letnia.
Szedł właśnie ku drzwiom, kiedy przez takowe Jnlisia dziewczynę wciągnęła. Zatrzymał sic, Marynę spojrzeniem obrzucił i zawołał:
— A cóż-to za Flora?
Dziewczyna, w rzeczy samej, wyglądała trochę na mitologiczną kwiatów przedstawicielkę. Snop tego cały na ręku niosła, a maki, kąkole i dzwonki na lica jej odblask jaskrawy rzucały; lica rumieńcem płonęły; z oczami co robić nie wiedziała, więc je rzęsami osłoniła i, półżywa, pólmartwa, stała, snop kwietny przyciskając do piersi, z obawy snadź, ażeby się po podłodze nie rozsypały.
— 1 zkądżeście taką nimfę wypisali? — zapytał szlachcic, do pani Róży zapytanie zwracając.
— W lesic się znalazła—odpowiedziała pani.
— Poziomek dla papy nazbierała — dodała dziewczynka, podając króbeczkę ojcu.—O, papu-nieczku!
Pau Tadeusz poziomek nie brał, a na dziewczynę ciągle patrzył.
— lim, hm — mruknął sobie w wąsy razy parę, głową zlekka ze strony jednej na drugą p rzek i w ująć.
W chwili tej z głębi dworu, przez drzwi parę otwartych, doszły do słuchu przy stole siedzących i stojących dźwięki fortepianu. Wzięto akordów kilka, po których nastąpił śpiew. Polały się tony aryi włoskiej, silne, pełne, donośne, nic takie zapewne, któreby oklaski słuchaczy w' jednej z oper europejskich wywołały, dźwięczne jednak i miłe.
— Cóż im się stało — odezwał się pan Tadeusz, mowę do żony zwracając — muzykę rozpoczynać, kiedy samowar na stole?
68
Fan Tadeusz coś właśnie zabawnego o parze prosiąt opowiadał.
Prosięta owe stanowiły przedmiot niesłychanie dla szlachty okolicznej ciekawy i zabawny. Właściciel jednego z mająteczków sąsiednich sprowadził sobie takowe, celem poprawienia rasy chlewni. W czasach owych—w czasach tak niedalekich, że ci, co sie wówczas porodzili, nie postarzeli jeszcze — wydało się to omal że nie potwornością, a w każdym razie wielką uieprzyzwoitością prosiętami się zajmować, szlachcicem będąc. Pomiędzy szlachcicem a prosiętami styczność jedynie istniała na—półmisku. Poza półmiskiem usuwała sie ona za kulisy gospodarskie, w sferę eko-nomską i pozostawała tam w cieniu dyskretnym. Szlachcic co do chlewni swojej dawał oficjalistom dyspozycye, lecz nie uwidoczniał onćj w bilansie majątkowym. Wieprze się odkarmia-ły na użytek domowy; jeżeli się zaś sprzedawały, to nie na to, ażeby figurowały w rubryce dochodów, któremiby się chwalić było można przed światem. Uchodziło to za dochód ekonomski i dochód ów, wyjątkowo, w tajemnicy, zasilał kasę gospodyni, idąc całkiem na rachunek gospodarstwa kobiecego. Była to rubryka poboczna, dodatkowa, przypadkowa i w tajemnicy chowana. Nie w każdym też istniała domu. U państwa Tadeuszów, na przykład, ani przypuszczano, ażeby się godziło ekonomowi konkurencyą czynić. Z tego też powodu humorystyczne pana Tadeusza o sprawozdaniu prosiąt przez sąsiada opowiadanie miało powodzenie wielkie. Panie się śmiały; gość się śmiał; jedna Julisia tylko w wesołości ogólnćj udziału nie brała. Do kolan sie ojcowskich przytuliła i, jak skoro ojciec opowiadanie skończył, zapytała:
— Gdzie ona?
— Ale, zboku słyszałem—zaczął pan Tadeusz, na zapytanie dziecka nie zważając.—Słyszałem... hm.
Ton przybrał zagadkowy. Mówił i uśmiechał się.
— Słyszałem —ciągnął, wyrazy cedząc—jakoby Słomski (bj ł to ten sam, co prosięta sprowadził) zamierzał przychówku się doczekać i o rękę Emilki konkurować.
Panna Emilia zrobiła gest pogardę oznaczający; panna Eufrozyna uśmiechnęła sic z akcentem politowania dobrotliwego; pani Róża zaśmiała sic z konceptu męża; pan Paweł zaś odparł:
— Jako konkurent niebezpiccznymby nie był.
— Kto wie—pan Tadeusz na to.
— Nie poruszyłby serca żadnej panny.
— Nic poruszyłby? Zapomocą prosiąt?
— Rzecz niesłychana i niebywała.
— Ani nie niesłychana, ani nie niebywała. Panna Eufrozyna wić o wrażeniu, jakie sprawiły prosięta na człowieku jednym z najzimniejszych, na okrutniku jednym z największych. Prawda?
Zapytanie zwróconćm było do guwernantki, do jej bowiem odnosiło sic kompetencyi. Panna Eufrozyna odpowiedziała na takowe potwierdze-nim niemćm, jakby wiedziała, o co chodzi.
— Poruszyły one serce Ludwika XI, króla francuskiego, tego samego co biskupów w klatkach żelaznych trzymał i szlachcicom łby ucinał. Prawda?—zapytanie powtórzył.
— Prawda—odparła.
— A przecie—dodał pan Tadeusz—a przecie serce jego zmiękczyły prosięta. Jeżeli przeto serce takie zmiękczyły, cóż dopiero niewieście, serce dziewicze, tkliwe i wrażliwsze, aniżeli serce Ludwika XI. Nie mów przeto (wyrazy te stosowały się do pana Pawia) żc Słomski, jako konkurent, niebezpiecznym nie będzie.
Wciągu mówienia tego panna Emilia taką miała minę, jakby znajdowała sic pod wpływem dwóch działających równocześnie uczuć: gniewu srogiego i podniesienia modlitewnego. Skutkiem tego ostatniego oczy do sufitu wznosiła, skutkiem zaś tamtego siedziała w sposób taki, jakby w krześle tkwił ćwiek. Wyglądała więc zachwycająco i niezacbwycająco. Widać było po nićj, iż materya, którą brat do rozmowy wprowadził, przykrość jćj sprawiała.
Pan Tadeusz nie zważał na to i kiedy mu pan
Paweł na wyrazy ostatnie ściśnienicm ramion odpowiedział, prawił dalej:
— No, no, lekceważyć go nie należy—i dodał po chwili:—tobie zwłaszcza.
— Dlaczegóż mnie?—zarcplikowal pan Paweł.
— Wróble na dachach świcgocą...
— O czćm?
— Nie wiesz o czem?
— Na przykład?—zapytał kawaler tonem niepewnym.
Przy zapytaniu tćm ćwiek ów domniemany, który panie Emilii zawadzał, skutek wywarł. Z krzesła się zerwała i z pokoju wyszła.
— O...—odpowiedział pan Tadeusz, na siostrę oczami wskazując.—Będzie ci wstyd, jeżeli cię Słomski ubiegnie.
Pani Róża z wyrazem znaczącym na pannę Eufrozynę spojrzała, ta zaś spojrzała na panią Różę ze zdziwieniem, w którćm się indygnacya przebijała. Widocznćm było, że pan Tadeusz przypuścił do pana Pawła atak formalny, wyprowadzając takowy, jak to powiadają, z zaplota. Kawaler się na siedzeniu poprawił, odchrząknął i odrzekł:
— Ubiegnie... Kto wić.
— Będzie ci wstyd, dalipan, będzie.
— A jeżeli...
— No?—odezwał się pan Tadeusz, ponaglając odniechcenia pana Pawia, który tego, co mu na języku wisiało, wykrztusić jakoś nie mógł.
— Jeżeli ja—zaczął.
— Co? prosięta sobie sprowadzisz?
— Nie, ale....
— Ale co?
Pan Paweł z głębi piersi odetchnął, powietrza w płuca wciągną) i do pani Róży mowę zwracając, dodał:
— Jeżeli ja pani o wstawienie sie poproszę?
Pani Róża wnet się poważnie nastroiła.
— Panie—odrzekła.
— Mam to przekonanie, że mi pani nic odmówi.
— Gotową jestem nic odmawiać panu wiciu rzeczy, ale—bąkać poczęła — w tym razie, nie wiem właściwie o co chodzi.
— Chodzi mi...
Panu Pawłowi z trudnością wykrztuszenie wyrazu przychodziło.
— Chodzi mi—powtórzył—o...
— Spólzawodniczenie ze Słomskim w rzeczy prosiąt—podchwycił pan Tadeusz.
— Nic przeszkadzaj mi, Tadeuszu—przerwał kawaler.— Z tropu mnie zbijasz.
— Przeciwnie, na trop naprowadzam ciebie. Nie cliodziż ci o współzawodniczenie ze Słomskim?
— Tak, zapewne. Ale o jakie?
— Mnie się wydaje, że...
— Niech ci się nie wydają rzeczy niebywałe—• znów przerwał.—Chodzi mi o co innego. Chodzi mi o siostry twojej, panny Emilii, rękę... Jeżeli pani — tu się znów do pani Róży zwrócił — zc-chcesz łaskawie za mną się wstawić, wdzięczność moja dla pani...
— Będzie nieograniczoną—dokończył pan Tadeusz, w cybuch dmuchając.—Rzecz w tćm, co na to Emilka powie.
— Pani mnie poprze.
— To nie racya—podchwycił.—Nawet żony mojćj poparcie na nic się nic przydać może, jeśli serce Emilki jest, co do prosiąt, miększe od serca Ludwika XI.
— Ja nie żartuję—w sposób upominający odezwał sic pan Paweł.
— To co innego—odparł pan Tadeusz.—W razie takim, pośrednictwo pani mojćj przyda się może.
— Cóż ja?—zaczęła pani.
— Stań tylko pani po stronie mojćj.
— O! bądź pan pewny, żc dołożę usiłowań całych. Zresztą, zdaje się... — zaczęła i zawahała się nad tćm, co ma mówić dalej.
Chwila wahania się pani Róży sprowadziła chwilę milczenia, śród którego, pizy wtórze szumu samowara, słyszeć sic dał głos Julisi:
— Papo, gdzie ona?
Dziewczynka udziału najmniejszego nie brała w kwestyi ważnej, która się rozstrzygała przy stole.
— Gdzie ona, papo?
— A co?—odezwał się pan Tadeusz, dziecko dłonią po głowie glaszcząc.— Julcia przypomina o osobistości najważniejszej, od której dccyzya zależy. Gdzie ona? Gdzie Emilka?
— Nie Emilka, papo, nie ciocia — zaprotestowała wnet dziewczynka.
Lecz protest jćj jedna tylko panna Eufrozyna słyszała. Pani Róża, trafność uwagi męża uznawszy, wstała i wyszła; panna Eufrozyna, zmieszana, jakby o nią w sprawie tej chodziło, wezwała Julisię do siebie, obok ją posadziła i z troskliwością szczególną do wypicia filiżanki herbaty z mlekiem namawiać zaczęła.
Nalewała, przysuwała, lecz czyniła to z roztargnieniem, świadczącem jako umysł jćj zajęty był czćm innem. Ku drzwiom spoglądała; ucho nastawiała; nie słuchała Julisi, która się żaliła na nagłe zniknięcie dziewczyny; nie rozumiała jćj nawet. Wyrazy dziecka w uszach jej brzęczały, a ona je herbatką częstowała, odwracając uwagę od drzwi na pana Pawła i wpatrując się w niego tak, jakby go na wylot przejrzeć chciała.
Wpatrywanie sio to nie było zapewne bez ra-cyi; nic miało jednak, że się tak wyrazimy, punktu oparcia, albo raczej punktu zaczepienia się. Powierzchowność pana Pawła nie zdradzała stanu ducha nacechowanego jakąś, na uwagę szczególną zasługującą, osobliwością. Po odejściu pani Róży, jął sie papieros zwijać; papieros zwinął, zapalił, od stolika się nieco odsunął i dym z ust w sposób zwyczajny puszczał.
Zato pan Tadeusz wyglądał osobliwie. Miał minę tryumfatora, ale tryumfatora skromnego, hamować i powściągać umiejącego uniesienie, pierś rozdymające. Siedział nawpół uśmiechnięty i fajkę kurzył.
Po chwili pani Róża powróciła, uśmiechnięta także, ale poważna.
— llrm—odchrząknął pan Tadeusz—spodzić-wam się, że powracasz z niczem.
Pani Róża, zamiast mężowi odpowiadać, do pana Pawła się zwróciła.
— Czy pan mi towarzyszyć zechce? — zapytała.
— Służę pani — odpowiedział, zrywając się z pośpiechem.
Wyszli; gdy za drzwiami byli, pan Tadeusz do panny Eufrozyny wnet się odezwał:
— A co! Otóżcm go z mańki zaszedł! Wlekło się to, wlekło i możeby się rozwlekło, gdybym interwencyi prosiąt nic wprowadził. Interwencya ta sprowadziła oświadczyny, do których, kto wić, czyby przyszło inaczej... Hę?
Pytajnik zwróconym był do panny Eufrozyny. Ta przeto mocno zmieszana odpowiedziała:
— Emilka śpiewem swoim pana Pawła zachwycała. Pan Paweł tak śpiew lubi!... Można więc było się spodziewać, żc prędzćj, póżnićj...
— A!—przerwał pan Tadeusz.— Prędzej, później? Póżnićj stało się już nawykiem i zagrażało tćm, że się śpiewu nasłucha, pięknie podziękuje i z reszty skwituje. Gdyby nie prosięta Słomskiego, nic byłoby z tego nic.
— Może, zapewne — bąkała panna Eufrozyna i coś dodać chciała, lecz przeszkodziła jej pani Róża.
Z za drzwi slyszćć się dało tćj ostatniej wołanie.
— Tadziu!
— Ehm — odezwał się pan Tadeusz do siebie tonem samozadowolenia,
W cybuch dmuchnął, odkaszlnął i z pokoju się wyniósł.
— Gdzie ona?—zapytała Julisia.
Pannę Eufrozynę opanowało wzruszenie, które przeszkadzało jćj słuchać dziecka, powtarzającego z naciskiem coraz to większym i tonem kaprysy zapowiadającym jedno i toż samo. Dziewczynka herbaty nie piła, sucharków nie jadła i powtarzała wciąż swoje i swoje. Pannę Eufro-zyne, która zrazu nie uważała na to, zniecierpli-
69
wiło wkońcu zachowywanie się ełewki. W zniecierpliwieniu zawołała:
— I czegóż ty chcesz? Herbatki? mleczka? ciasteczek? Zachciało ci się szybki z okna, czy kalli z pieca?
— Gdzie ona?
— Czyś ty nie chora? co? Może brzuszek cie boli?
— Gdzie ona? — wybuchnęla Julisia głosem, znamionuj ącćm kaprysy, w rozwoju doprowadzonym do stopnia bardzo wysokiego.
{Dalszy ciąg nastąpi.)
mistrzowsku. Znać było dramatyka biegłego w przeciwstawianiu sprzecznych sobie charakterów w tym obrazie dwóch braci, Ludwika i Karola Blanc, pierwszego słynnego demagoga, a drugiego pisarza krytycznego w dziedzinie estetyki. Pićrwszy posiadał więcćj namiętności i około so-cyalistycznych jego teoryj grzmiała burza; ale drugi, wątpić już o tćm nie można, zachowa trwalsze w piśmiennictwie miejsce. Jest on najdoskonalszym teoretykiem piękna. P. Paiłleron lekko zbył przedmiot, w którym brakuje mu gruntownych wiadomości, to widoczna: ograniczył się do wykazania jego czci religijnej dla ideału, dla piękna i przedstawił go jako dogmatującego kapłana w tej świątyni. Moglibyśmy wiele zastrzeżeń uczynić co do tćj oceny; wolimy jednak z całym Paryżem przyklasnąć pięknej i misternie wypowiedziaućj mowie.
W imieniu Akademii odpowiedział mu p. Kamil Rousse. Jest to jedna z tych szarych, drugorzędnych osobistości, która, dostawszy się do grona nieśmiertelników, dzięki reakcyjno kłerykalne-mu stronnictwu wczasic jego potęgi, wnosi tam ów ton zgryźliwy, jakim mierności lubią prowadzić szermierkę z wyższemi, oryginalnemi talen tami. Nie był ou zdolny ocenić ani krytycznego pióra p. Blanca, ani też w życiu swojem nie widział żadnej sztuki p. Pailłerona. Traf narzucił mu zadanie niewdzięczne: wywiązał się zeń ogólnikami, tą zdawkową monetą, o którą na targowisku umysłowćm tak łatwo.
Na pełnym żywotności, kalejdoskopowym bru ku Paryża, znajdzie się zawsze osobistość jaka, skupiająca ua sobie uwagę publiczną: talent po lega na dłuższćm zatrzymaniu jej na sobie. Obecnie tryumfatorem jest p. Massenet. W operze Włoskiej przygotowują jego Herodiadę, którą dotąd Paryż zna tylko z rozgłosu, jaki zjednała sobie w Europie, a na scenie Opery komicznej wystawiono nowy jego utwór, Manon. Jest to wielki artystyczny wypadek ubiegłego tygodnia, i rok bieżący ochrzczony będzie imieniem bohaterki p. Massenet.
Słuszniej atoli inożnaby powiedzieć, że należy ona do księdza Prcvost. W przeszłym jeszcze wieku ten ksiądz oryginalny, którego życie nie było zbyt przykładnym, napisał rozwlekły romans, w którym dzisiejsza krytyka podejrzywa autobiografią. Dzieło to było mierne, ale jeden jego epizod, Manon Lescaut, odrazu policzony został pomiędzy brylanty literatury francuskiej. Jest te prototyp całej tej rzeszy bogiń półświato-wych, odrodzonych, oczyszczonych przez miłość, których zastęp za dni naszych w ncwćj edycyi ujrzeć nam przyszło. Postać to niezbyt pociągająca, i romans pomiędzy Manon Lescaut a Des-gricux jest, zdaniem uaszćm, jedną z najbardziej skandalicznych, najniemoralniejszych kreacyj literatury. Policzony pomiędzy arcydzieła, rozpowszechniony w tysiącu wydań, spopularyzowany przez ryciny, stracił bczwątpienia ten romans powab nowości i nie wywołuje już dzisiaj cnotliwego oburzenia. Przywykliśmy do ohydnej, wyuzdanej rozpusty, i obrazy XVIII wieku przestały nas razie.
Nie od dzisiaj też datuje myśl osnucia na tle przygód Manon Lescaut dramatycznego utworu. Napisano już kilka sztuk teatralnych, których ona była bohaterką, bo są przedmioty, jak Don Juan, jak Faust, jak Hamlet i t. p., które stały się własnością publiczną i około których, łatwiej niż około innych, obraca się oś kompozycyi muzycznej. Do liczby ich należy i Manon. Nigdy jednak dotąd nie zużytkował jćj genialny mae-stro i teraz dopiero poraź drugi pozyskała ona nieśmiertelność.
Głosi francuskie przysłowie, że się śpiewa to, o czćm niewarto mówić. Nie można zastosować tćj ironicznej uwagi do obecnego libreta. Dwaj poeci, p.Meilhac i Gille, oczyścili romans księdza Prevost i dopiero w tej formie eterycznej, w wierszu istotnie kunsztownym, w intrydze możliwej i nieprzyprawiającej widzów o rumieniec wstydu, przedstawili Manon pana Massenet. Wybór przedmiotu zdawał się dziwnym dla tego poważnego kompozytora. Jego Król Lahory i Hero-
Kronika paryska.
Przyjęcie p. Pailłerona <lo Akademii.—Massenet i nowa jego opera Manon. — Dianę dc Lys Aleksandra Dumasa.—Nowości literackie.
Od niepamiętnych czasów nie było takiego ścisku w wielkiej sali pałacu Mazarina, jak w zeszłym tygodniu, gdy Akademia francuska przyjmowała do swego grona nowego kolego, pana Edwarda Pailłerona. Młodszy żywioł przeniknął w jego osobie do poważnego grona i publiczność, która głośno przykłasneła wyborowi Akademii w chwili gdy go uczyniła, potwierdziła go nano-wo swemi manifestyacyami sympatyk
Paiłleron jest jednem z rzadkich dzieci szczęścia! Życic snuje mu się jednem nierozerwanem pasmem pomyślności. Młody, piękny, wysoce wykształcony, niezmiernie bogaty, już przez pierwsze swoje poetyczne utwory zyskał sobie rozgłos, a co więcej miłość i rękę panny Buloz, córki właściciela słynnej lienue des deuw Mondes. Wszedłszy przez ten związek małżeński do najpotężniejszego organizmu literackiego, jaki istnieje, młody poeta znalazł przed sobą wszystkie dzwi otworem. Teatr nęcił go do siebie i znalazł tam jedne po drugich powodzenia powszechne i trwale. Talent wyratinowany, elegancki, forma kunsztowna i misternie rzeźbiona, szły w parze z doktryną podniosłej moralności i były uzmysłowione w sztukach polnych poczucia dramatycznego. Pisząc dla ludzi wykształconych, zyskał sobie jednocześnie popularność w szerokich kolach społeczeństwa. Jego sztuki Fawe menages, Le monde ou l’on samuse i kilka innych postawiły go w rzędzie najulubieńszych dramatycznych pisarzy, a dwa ostatnie utwory l’Etincelle i Le monde ou l’on senmde, uwieńczyły jego sławę. Dawane w domu Moliera, w Komedyi francuskiej, od dwóch lat prawie bez przerwy, rozniosły one imię szczęśliwego autora po świecie. Komizm bez żółci zjadliwej, dobry humor bez karykatury, psychologicznie wystudyowanc charaktery, dya-łog pełen żywości, werwy, dowcipu, stanowią cechę właściwą tego pisarza. Gdybyśmy dlań śród plejady znakomitych autorów scenicznych szukać mieli prototypu, znaleźlibyśmy go chyba w błyszczącym, sarkastycznym autorze Małżeństwa Figara, w genialnym Bcaumarchais.
Paiłleron, znajdując się u zenitu powodzenia i sławy, zaniesiony został przez fale losu do gmachu Akademii, pomiędzy czterdziestu nieśmiertelnych. Jest ou jednym z najmłodszych akademików i bczwątpicnia jednym z najpopularniejszych. Ale wrota Akademii nic otwarły się przed nim na roścież. W gronie akademików p. Caro, urzędowy filozof Sorbony, rej wodził, a filozof ten ośmieszony został przez dramaturga w ostatnim jego utworze w taki sposób, że pojednanie pomiędzy nimi nic zdawało się możliwe. Ale pan Caro pokazał się wspaniałomyślnym. Opozycya byłaby posłużyła za dowód, że się sam poznał w karykaturze i że filozofia nie staje na zawadzie mściwości. Podano sobie ręce i p. Paiłleron, wprowadzony do Akademii przez Wiktora Hugo i Emila Augier — arcades ambo, wypowiedział w pięknćj mowie panegiryk swego poprzednika, Karola Blanc.
Charakterystyka tego mistrza estetyków, szczególniej w pićrwszćj, biograficznej jego części, zrobiona była przez akademickiego mówcę po
diada pokazały, że religijny kompozytor kilku znakomitych oratoryów posiada w wysokim stopniu nutę dramatyczną, ale nie przypuszczano, ażeby poważna jego muza do lżejszej umiała się nagiąć partycyi.
Ale p. Massenet chcial udowodnić, że kto umie dokonać rzeczy trudniejszych, podoła także i łatwiejszym. Gdyby się miało jedynie dla wielkiej Opery paryskiej pracować, nie potrzebaby się śpieszyć, gdyż nieprędzćj jak za jakie dziesięć lat przychodzi tam znowu kolej na tego samego kompozytora: konkureneya ogromna. Nie mogąc dla Wielkiej, pracował dla Komicznej opery, i jedno tylko zdanie daje się słyszeć w Paryżu: stworzył arcydzieło.
Długo obwiniano p. Massenet, że chce gwałtem zaszczepić Wagneryzm we Francyi. Zarzut ten nie ostał się wobec faktów. Młody maestro umić być samodzielnym, posiada swój własny styl i równic jest dalekim od czynienia śpiewu kornym sługą harmonii orkicstralnćj, jak od przeciwnej, wloskićj metody, która zagłusza naiwne kombinacye swojej orkiestry przez aryą śpiewaną na scenie wśród rulad i treli. Pan Massenet postawił sobie jako cel splecenie tych dwóch wrogich sobie kierunków i nie można zaprzeczyć, że wywiązał się ze swego zadania po mistrzowsku.
Nie odrazu ocenić można partycyą takiej doniosłości. Jćj piękności muzyczne są pierwszorzędne i tak liczne, że karm ta wystarczy Paryżowi na długie miesiące. Dwa epizody zwłaszcza: w pierwszym akcie scena, gdzie Desgricux porywa Manon, udającą się do klasztoru w Amicns, i później scena, gdy w seminaryum Sgo Sulpicyu-sza Manoii porywa swego ukochanego, stanęły na pierwszym planie. Nie w Luizyanie, jak w powieści, ale we Francyi, na drodze do Hawru, umiera namiętna a kapryśna Manon. Ten rozdzierający czułością finał jest koroną tej ślicznej opery.
Opera Komiczna, która świeżo miała dwa ogromne powodzenia: Lakme, operę indyjską Delibesa i wznowioną Carmen Bizeta, znajdzie teraz w Manon złotodajną minę. Dla nadania tytułowej roli większego jeszcze znaczenia, dyrektor, p. Car-valho, powierzył jćj wykonanie jednej z gwiazd artystycznego horyzontu, pani Ileilbronn. Piękna ta śpiewaczka, po tryumfach swych w Operze, opuściła scenę, wyszedłszy za mąż za magnata wicehrabiego de la Panouze. Ale owo małżeństwo, jak wiele innych artystycznych związków, liczyło nie miesiące, lecz zaledwie dni miodowe. Wielka fortuna stopniała w finansowym urąganie, który się przed dwoma laty zwalił na Paryż, i kronika stolicy zajmowała się w roku zeszłym namiętnie wyprzedażą skarbów wicehrabiny. Nano-wo więc rozpoczęła ona artystyczną karyerę i może się uważać za szczęśliwą, że jako Manon przedstawiła się Paryżowi. Tryumfuje tu nietylko śpiewem i pięknością, ale i energiczną dramatyczną nutą, którą rozwija.
Zpośród innych teatralnych nowości czynimy tu wzmiankę tylko o Ulane de Lys, młodocianym dramacie Aleksandra Dumasa, utworze, który po wieloletnim odpoczynku wystawiony został na-nowo na scenie Vaudevillu. W obszernym już obecnie repertuarze tego pisarza, pośród kilku arcydzieł, kilku paradoksalnych, poronionych utworów i wielu pełnych życia i talentu dramatów, Diana de Lys nigdy się wielką nie cieszyła popularnością. Było zawsze coś w tej sztuce prostej, i logicznej, czego widzowie przenieść i zrozumieć nie mogli; brakło widocznie sympatycznćj nici, przywiązującej ich do bohaterki dramatu. Ta sama lodowata obojętność spotkała i tą rażą dramat Dumasa. Każda scena, sama w sobie wzięta, jest nieposzlakowaną; charaktery narysowane są po mistrzowsku, dyalog skrzy się dowcipem, sy-tuacye są silne i efektowne, a mimo tego całość niczego nic dowodzi, do żadnego celu nie zdąża, żadnego zadania przed słuchaczem nie stawia. Jest to poprostu anegdotka, kartka z życia wyjęta, nic więcćj. Kobieta sympatyczna, porzuca męża, człowieka z sercem i głową, dla artysty, który jest człowiekiem serca i wyobraźni. Mąż
70
zabija kochanka na miejscu. Można sio zapytać: czego to dowodzi? Jcdynćin zagadnieniem psycbi-cznem, któreby nas mogło rozciekawić, jest chyba to, jakicby było nazajutrz pożycie małżonków, przykutych do siebie występkiem i zbrodnią. Moralność każę nam potępiać przedewszystkićm żonę i dlatego sztuka na scenie wydaje się niesprawiedliwą. Jest w głębi serc naszych optymizm, którego bezkarnie obrażać nie wolno.
W swiccic beletrystyki Paryż nie jest wcale rcwolucyonistą. Niełatwo przychodzi nowym imionom i nowym talentom zdobyć sobie rozgłos. Jak dzieci słuchają z przyjemnością znanych sobie powiastek, które im opowiadają niańki, tak samo i Paryźanie nadstawiają przedewszystkićm ucha utworom pisarzy zdawna sobie znanych. W jedząc co nam dać mogą, zgóry już przygotowujemy potrzebną dozę cntuzyazmu i oklasków, łez i uśmiechów. Starzejący się Ludwik Ulbach zawsze jest jeszcze na wyłomie i nie zdradza sił słabnących. Ostatnia jego powieść, L’homme, au gardenia, ma wielkie powodzenie i, dodajmy, zasłużone. Jest to zawsze talent subtelny, lubujący się w delikatnej, psycliiczćj analizie i obracający się około jednego czynnika duchowej natury — poświęcenia. Kobieta, uosobienie poświęcenia, odgrywająca zawsze w powieściach Ulbacha powabną rolę, i tutaj zdumiewa nas głębokością swych uczuć, rozległoścą ofiary duchowej, do jakiej jest zdolną. Obok niej autor postawił eleganckiego światowca, ohydnego łotra, który posiada wszystkie możliwe wady moralne, ale który je pokrywa świetną i błyszczącą szatą. Pisarze lubują się w tych przeciwieństwach charakterów i nieraz już widzieliśmy na czerwoną szatę Mefistofelesa sypiące się białe róże niewinności. Zapewne bywa tych łotrów więcej w powieściach, aniżeli w rzaczywistości; ale przyznać trzeba, że daje to sposobność do scen i starć dramatycznych. Idealistyczny nastrój Ulbacha jest dla czytelnika, przywykłego do cynizmu większej części powieściowych obrazów spólczesnych, rodzajem zielonej oazy wśród stepu.
Rrzeglfid piśmienniczy.
Zabicie Andrzeja Tęczyńskiego w Krakowie, szkic historyczny dra Fr. Papćego. (Odbitka ze sprawozdania Zakładu Ossolińskich we Lwowie, z 1884 r.)
Zabicie Tęczyńskiego i wynikły skutkiem tego proces był jedynym w dziejach Polski przykładem krwawego starcia się mieszczaństwa ze szlachtą, jakby miniaturowem odbiciem owych potężnych walk stanowych, które w XV wieku zachodnią wstrząsały Europą. Z tego wiec społecznego stanowiska smutny ten wypadek wielkiej jest doniosłości w dziejach wewnętrznych Polski XV wieku, w szczególności zaś rozwoju stanu miejskiego, oraz jego stosunku do szlachty i państwa.
Mieszczaństwo polskie, przesadzone w XIII w. ł obcego gruntu, cieszyło się długi czas, jak wiadomo, opieką kościoła i królów polskich, którzy, zakładając miasta, nietylko wyposażali je hojnie w dobrą ziemię, uwalniając je od obowiązków i ciężarów państwowych, ale obdarzyli nawet zupełnym samorządem prawodawczym, sądowniczym i administracyjnym. Mieszczanin polski wznosił się po szczeblach hierarchicznych do najwyższych nieraz w kościele godności, cieszył się posiadaniem dóbr ziemskich i majątków, tak samo jak szlachcic, a wkońcu i na szali losów państwa wpływ jego ważyć poczynał. Czyli to przychodziło do zawarcia pukuju, czy do wyboru króla, czy też radzono o ustawie państwowej—wszędzie stawali, obok panów i księży, poważni rajce miast w' aksamitnych kabatach i futrzanych szubach. Mieszczanin polski nie zadowalał się honorowem miejscem przy boku pańskim, ale przebiegał z towarem swoim Woloszę i Litwę, Węgry i Austryą, Miśnię i Pomorze, a kiedy wrócił z podróży, gościł w swoim domu królów Wierzynkową ucztą, albo murował na chwalę Bożą wspaniałe świątynie gotyckie.
Ale błogie czasy królewskiej opieki minęły. Z epoką Jagiellonów, wśród krwawych z Zakonem zapasów, spotężniał stan szlachecki, a władza królewska słabła. Rzeczpospolita zaczęła się przeobrażać w swych podwalinach i władza dostała się niebawem w ręce tych, którzy wyłącznie poświęcali się dla dobra publicznego.
Mieszczaństwo, rozdrobnione i bezsilne, nie zdołało wznieść się do ofiary mienia i krwi, złożonej ua ołtarz pospolitego dobra, usunęło się od ciężarów i dało się usunąć od władzy. W nowym organizmie Polski nic było już dla niego miejsca. Pozostawione na łaskę i niełaskę szlachty, traciło z każdym dniem swoje prawa i przywileje. Atak na nie rozpoczął się na zjeździć wartsaim (1420 r.) i postępował raźnie. Ale byl-to dopiero bój wstępny. Poraź pierwszy doświadczyła szlachta sity odpornej żywiołu miejskiego w sprawie Tęczyńskich z r. 1461, która rozstrzygnąć miała pytanie, czy złamane przywileje mieszczan padną ofiarą interesu stanowego szlachty, czy też wyjdą zwycięzko.
Na to ważne pytanie dajc nam odpowiedź dr Papce, młody historyk ze szkoły lwowskiej, w powyżej przytoczonej rozprawce, napisanej sumiennie, na podstawie źródłowych studyów dyplomatycznych. Posłuchajmy, jak się ta rzecz przedstawia w świetle najnowszych badań, a przedewszystkićm jak się zarysowuje sam fakt zabójstwa.
Andrzej Tęczyński, jeden z pierwszych magnatów polskich w XV wieku, wybierając się na wojnę pruską, oddał płatnerzowi Klemensowi zbroję swą do oczyszczenia. Długo zwlekana robota nie podobała się panu, który zapłacił za nią tylko czwartą część umówionej kwoty, „a gdy się majster ostro stawił, pan Audrzćj tak się uniósł, iż kilka razy mieszczanina pięścią poczęstował.” Nadto wytoczył sprawę przed władze miejską, „obłożywszy kijami biednego płatnerza tak, że go nieprzytomnego i krwią zbroczonego odwieść musiano do domu.”
Wypadek ten odbił się stukrotnem echem w sercach pokrzywdzonych mieszczan. Kraków zawrzał niezwykłym ruchem, przybierającym coraz groźniejsze rozmiary. Już obnażone miecze błyszczały w dłoniach gorętszych rzemieślników, a kusze nałożone strzałami wyczekiwały sposobności do walki. Ze wszystkich ulic miasta gromadził się rozhukany tłum, wołając: „Oto patrzcie, jaki gwałt popełniono ua nas. Tyleśmy się razy o krzywdy nasze przed wami skarżyli. Słowami przywykliście nas zbywać. A jednak on, na złość i na hańbę nam wszystkim, dotychczas po mieście się przechadza.” Nadaremnie starali się panowie rajcy z ratusza załatwić sprawę prośbami i radami. Szczęk broni i dziki hałas przygłuszył ich mowę. Po szyderczych wymówkach: „tak-to nas bronicie!”... podniósł się wśród ogólnego zaburzenia jeden z tysiącznych piersi okrzyk złowrogi: „do broni! do broni! ’... i z niaryackiej wieży uderzono na gwałt. Na ten znak pękły hamulce i rozszalały tłum rzuca się z wściekłością na ofiarę swego gniewu. Oblegają klasztor franciszkanów, dokąd się schronił Tęczyński, włamując się do kościoła... i bez żadnego względu na świętość miejsca zabijają Tęczyńskiego na ołtarzu zakrystyi. Jeden z mieszczan—nieznany z nazwiska — ściął mu jednym zamachem część ciemienia, jakby czapkę z głowy; inni, wyciągnąwszy trupa z kościoła, osmalili mu włosy i brodę, pokłuli go— i tak wlekli fosami przez błoto i kałuże na ratusz.
Scenę tę pełną grozy oddał mistrzowskim pen-zlcm Matejko w obrazku znanym z artystycznego salonu Ungra.
Wieść o okrutnem zabójstwie Tęczyńskiego odbiła się echem oburzenia w piersi szlacheckiej. Cały stan rycerski czul się tym niegodziwym czynem pokrzywdzony. Król złożył więc na dzień 6 grudnia 1461 r. sąd sejmowy, na który zjechali się licznie i butno panowie i szlachta ze wszystkich stron Polski. Jako oskarżyciele wystąpili Jan Tęczyński kasztelan krakowski brat zabitego i jego syn, Jan na liabsztynie Tęczyński. Jako oskaiżcni zaś figurowali nie sprawcy rozru
chu, zupełnie nieznani, lecz stan mieszczański i rajce, cechmistrzc i cale pospólstwo Krakowa. Oskarżeni przedstawiciele miasta wysłali swego pełnomocnika w osobie Oraczewskiego, który zarzucił sądowi szlacheckiemu niekompetencją, domagając się prawem zawarowanego mieszczanom sądownictwa magdeburskiego. Na tej wielkiej wagi zarzut chwycił sic sąd sejmowy strony formalnej i zażądał od Oraczewskiego przedłożenia pełnomocnictwa, czego gdy ten uczynić nic mógł, skazany został na grzywny. Kiedy niemo-gącego oprzeć się prowadzono na wieże, wybuchło długo tłumione oburzenie szlacheckie przeciw szlachcicowi, broniącemu sprawy mieszczańskiej. Poczem przeszedł sąd sejmowy z 14 grudnia 1461 r. nad zarzutem niekompetcncyi do porządku dziennego (opierając sic prawdopodobnie na statucie nieszawskim z 1454 r.J, a stwierdziwszy powtórne niestawiennictwo (kontuma-cyą) na oznaczonym terminie, skazał na karę śmierci „najwinnicjszych przedstawicieli obu miejskich stanów.”
Wyrok ten, zachowany, jak sie dowiadujemy od prof. Pawińskiego, w aktach noworzyckicli, które padly pastwą płomieni,'nie pozostawiał ża-dnćj apelacyi, ani nadziei; owszem, zaciężył tylko straszną wątpliwością na mieszczanach krakowskich, wielu i którzy z nich oddadzą głowę pod topór. Drugi, równocześnie wydany wyrok, skazał tychże mieszczan na zapłacenie bratu zabitego radium w kwocie 80,000 grzywien.
Dnia 8 stycznia 1462 przedłożj ł kasztelan kaliski ze starostą grodu krakowskiego zebranej na ratuszu radzie miejskiej rozkaz królewski, aby wydano winnych na ścięcie. Kiedy przerażeni rajcy odpowiedzieli, źe żaden zpośród poważnych i zamożnych mieszczan nie brał udziału w rozruchu, a tylko pospólst wo miejskie i czeladź rzemieślnicza, z których już największa część sie rozbiegła na wszystkie strony świata, wówczas wymienił sam kanclerz jako winnych burmistrza miasta Leitmilera z trzema radnymi (Bełzą, Schaarleyem i Langą), oraz kilku z pospólstwa. Nieme przerażenie ogarnęło rajców, wyrok bowiem skazywał na śmierć osoby niewinne, najbardziej czczone i poważane w całćm mieście. Wówczas wśród ponurej ciszy powstali z miejsc swoich owi proskrybowani i głosem pełnym wzru szenia przemówili do zgromadzonych: „Sławetni panowie! Skoro nas pan kasztelan (Tęczyński) w sprawie tćj niewinnych oskarża, z sali radnej ustąpić nie chcemy, aż dopóki się tutaj, gdzie podług praw naszych powinniśmy i gdzie jest nasza przełożona władza, nie usprawiedliwimy, a wierzymy w sprawiedliwość nasze, żc ona nas ocali. Odnosimy się do was wszystkich, panowie, czy choć jeden z nas choćby najdrobniejszą winą jest splamiony? Mówcie, a bez najmniejszego usprawiedliwienia ponieść chcemy, cokolwiek prawo przeznaczy.” Wówczas cale obecne mieszczaństwo odpowiedziało jednym głosem, że: niewinni. Ale nie było dla nich żadnej drogi wyjścia. Z bólem serca wzięli panowie rajcy swych dziewięciu obwinionych na wozy i odstawili królowi w tych siowacb: „Najjaśniejszy królu i panie! Żądałeś, abyśmy tych ludzi przed majestatem twoim stawili. Nie chcąc, aby nas pomawiano o nieposłuszeństwo i bunt, przedstawiamy ich tu, nie jako winnych i skazanych, ale jako niewinnych i nieprzekonanycb.” Mieszczanie nie pominęli niczego ku obronie ich sprawy, bez donioślejszych jednak skutków. Król zezwolił tylko na udowodnienie winy przez przysięgę skarżącego, którą też złożył Jan Tęczyński, wykluczając z nićj tylko trzech: Tesznera, Wolfrarna i Bełzę, za którymi gorąco przemawiał konwent ojców bernardynów. Sześciu pozostałych, przygotowani na śmierć św. Sakramentami, oddali ducha pod mieczem katowskim w okrągłej wieży narożnej zamku krakowskiego (zwanej odtąd wieżą Tę-czyńskicb). „Tak spełniony został ten niesprawiedliwy wyrok” — powiada duchowny autor Spominków krakowskich,.
Pozostał jeszcze drugi wyrok, skazujący mieszczan krakowskich na zapłatę 80,000 grzywien (do pół miliona rubli). Suma ta, na owe czasy
olbrzymia, mogła przyprowadzić kwitnące miasto do zupełnej ruiny ekonomicznej. Sprawa toczyła się długo, aż za pośrednictwem królewskićm stanęła ugoda między stronami, na mocy której odstąpił Jan Tęczyński kasztelan krakowski od iluzorycznej kwoty półmilionowej i zażądał tylko 8,01)0 czerw, zł., z k órych jeszcze wytargowali mieszczanie 1,800, tak żc na sumo 6,200 cz. zł. obustronna stanęła ugoda. Obaj Teczyńscy, brat i syn ś. p. Andrzeja, zrzckli się wtedy wszystkich wyroków wydanych na mieszczaństwo, kazawszy je z ksiąg sądowych wymazać, za co odebrali od rajców krakowskich weksle na sumę wyżej przytoczoną, którą im rzetelnie spłacono
Taki koniec miał głośny swego czasu „wielki proces” szlachty z mieszczaństwem, potwierdza, jący ówczesną procedurą karną przysłowie: „ślusarz zawinił, a kowala powiesili.” W przedstawieniu całej, nader zajmującej sprawy, trzymał się autor głównie akt miejskich krakowskich (Kodeks arch. m. nr. 171 i. Co do rozruchów krakowskich (z 16 lipca 1461J opiera] się na relacyi urzędowej miejski? j (druk. Codex epistolaris, Mo-numenta Poloniae III) przewyższającej „powa-żnem i spokojnem przedstawieniem rzeczy, przez które nigdy się niechęć do ogółu szlachty nie przebija,” relacyą przeciwnego obozu, znaną z Długosza, a „noszącą na sobie wybitne cechy stronniczości.”
Miody autor stara się swoje źródłowe opowiadanie uczynić barwnem i dramatycznem i dlatego popada czasem w retorykę i gonienie za efektem; przytem powtarza w rozdziale IV uwagi wypowiedziane już pierwej w Przewodniku nauk, i lit. z czerwca 1883 r.; ale całość czyta się z wicl-kiem zajęciem i pożytkiem i świadczy chlubnie o gruntownej pracy badacza.
II. Huujeleisen.
Kronika tygodniowa. -
O dzisiejszym przemyśle.— Sndpmlub-i/a. — Zbytek.—Przewidywana rcakeya.—U nas...—Towarzystwo zachęty przemysłu i handlu. — Bankructwo dla zbytku. — Co to jest 50,000 posagu,—Dobra i zla partya.—Na bruku warszawskim. — świeże morderstwo. — Małe fiasco z wentylaeya i oświetleniem elektry cznem.—Odczyt i prośba w imię biednej młodzieży.
Pewien uczony mąż niemiecki o dzisiejszym przemyśle wogóle powiedział, że przechodzi ciężką chorobę nadpi odukcyi. Wyrabiamy więcej niż potrzebujemy, wskutek czego pewna liczba rąk pracuje bez potrzeby, a pewna liczba ust obchodzić sic musi bez kanalka chicha. Pro-dukeya zaopatruje składy, w których towar na-próżno czeka nabywców i doczekać sic ich nie może. Zdaje sic, że sic nie doczeka. Eatalnością dla przemysłu dzisiejszego jest i to, że uderzył całą siłą w stronę zbytku, ze mniej zaspokaja potrzebę rzeczywistą, niz urojoną. Aa tćj drodze więcej jest producentów, niż nabywców.
A gdzież jest wyjście z tego smutnego położenia?
Mąż uczony nic widzi go u cale. Niełatwo jest produkcyą ograniczyć, tłumy całe robotników od warstatów odpędzić, bo to grozi katastrofą, cząstkową czy ogólną — a jednak do tego przyjść musi. Juz dzisiaj na Zachodzie wałęsają się niespokojne tłumy ludzi bez roboty, a zdaje się, żc jej prędko nie znajdą. Nadprodukcyą oplatało się zbytkiem, który wyczerpuje zasoby szybko i stanowczo. Upadnic on wraz z niemi, a wówczas... przyjdzie oszczędność i umiarkowanie. Jesteśmy w przededniu reakcyi. To tłumaczy dzisiejsze bankructwa, bardzo zresztą naturalne. Ludzkość zagalopowała się na drodze używania bez rachunku i teraz musi się dobrze obliczać, aby uniknąć ruiny. Już dzisiaj wybrańcy tylko olśniewają przepychem i nadużyciem, ale ogół
spogląda na nich obojętnie, nie biorąc udziału w tych orgiach dogorywającego bogactwa. Obiad po 200 rs. na osobę, z kucharzem ad koc z Paryża sprowadzonym, zdaje się przypominać tajemniczą dłoń przeznaczenia, kreślącą ognistemi głoskami groźne mano tekel jares. Kiedy sic słyszy, że jakaś bogata dama przywiozła sobie strój z klejnotów płonących elektrycznością, czuje się dreszcz lekkiej trwogi... W tych wybrykach dzisiejszego bankructwa jest istotnie coś tragicznego.
Uczony socyolog i ekonomista, wspomniany przez nas, uiewszystkim zapowiada ruinę. Według niego są w Europie kraje, niedotknięte chorobą nadprodukcyi. Przy puszczamy że i nas ona nic trapi. Wmiarę jak praca fabryczna i rękodzielnicza ograniczać się będzie gdzieindziej, ograniczy się też i u nas handel przywozowy, a wtedy dla produkeyi miejscowej coraz nowe i szersze otwierać się będą horyzonty. Tylko.... trzeba je widzieć, trzeba ich szukać, trzeba zajmować placówki z bohaterstwem i uporem walczącego żołnierza, eonie, iż zwycicztwo jest jego obow iązkiem. Trzeba nadewszj stko stworzyć zawczasu niezbędne obserwatoryum, z którego baczne oko mogłoby widzieć, co się robi naokół i co robić należy.
Takiem obserwatoryum stać się może zawiązujące się właśnie Towarzystwo zachęty przemysłu i handlu. Szczęśliwym trafem znajduje ono dosyć silne poparcie w tych wszystkich, którzy potrzebo jego istnienia rozumieją. Na członków zapisują sic i tacy, co z przemj słom i handlem nic wspólnego nic mają, ale widzą w nich fundamentalne nerwy życia społecznego, podwalinę niezbędną dla bytu i pomyślności. W tćm dosyć łicznem zapisywaniu się na członków Towarzystwa widzimy bardzo pożądany objaw opinij zdrowych, a nawet pomyślny zwrot ku sprawom, co prawda, prozaicznym, lecz co do znaczenia pierwszorzędnym.
Ze przepowiednia uczonego męża Niemiec co do reakcyi w kwestyi zbytku nic jest błahą i bezpodstawną, maleńki tego dowód mamy u siebie we wspomnianych już poprzednio wieczorkach „bawełnianych,” a w Poznańskiem w stanowczym zwrocie najbogatszych nawet ludzi ku umiarko waniu. Powoli szerzyć się ono będzie i ogarniać coraz rozleglejsze sfery, bo jest koniecznością. Pod tym względem prasa ma także coś do zrobienia: może ona uderzyć cala silą swojego głosu w chiński mur rozrzutności, zachęcać do rozsądku, do przezornego liczenia się z zasobami, które nic jest bynajmniej sknerstwem, nie wyłącza wygody, komfortu nawet względnego, ale potępia nadużycie i niedorzeczną chęć imponowania bliźnim. Jeżeli jednak prasa zawsze ten obowiązek spełniała, boć się jej to przyznać godci, to dzisia j nadarza sie okoliczność sprzyjająca nawoływaniom silniejszym i wymowniejszym, niż kiedykolwiek. Idea kiełkuje... trzeba ją rozwi jać.
W pewnem sporem mieście (przypuśćmy żc nie w Warszawie) zbankrutował pewien młody przemysłowiec. Rachunki wykazały, że fabryka wciągu lat trzech dala mu przeszło 10,000 rs. czystego zysku, kwitła przeto i do ruiny nic prowadziła. Wykazały również, że elegancki fabrykant wziął za żoną okrągłe 75,000 rs.; prócz tego posiadał kapitały własne i od rodziców małżonki otrzymał zasiłek kilkunastotysięczny. Wszystko to pochłonął upadek, zarówno niespodziewany, jak gwałtowny. Ci, co bliżej sprawę, znają, twierdzą żc życie nad stan, używanie bez rachunku, zbytek jednem słowem stał się przyczyną ruiny. Wciągu lat trzech wsiąkło około 200,000 w uiyvanie, które, jak się pokazało, było wadu-życiem. Oto smutna ilustracya do dzisiejszych stosunków i klucz do rozwiązania zagadki wielu bankructw...
— Cóż dzisiaj jest kapitałem i posagiem?— sentcncyonalnic wypowiedział pewien kawaler do wzięcia w chwili, gdy go naglono do formalnych oświadczyn. — Pięćdziesiąt tysięcy rubli... to tylko złudzenie! Marny grosz, co sic rozpłynie przy dzisiejszych warunkach życia i pozostawi gorycz zbyt szybko wychylonego kielicha.
Ten pan ma racyą. Posłuchajcie tylko maleńkiego rachunku. Państwo X. mają trzy córki i dwóch synów. Dla każdego z dzieci przeznaczają po rs. 50,1)1)0; wolno nam przypuszczać, żc połowę majątku pragnęliby pozostawić sobie, że zatem okrągła jego cyfra wynosi 500,000. To już pańska fortuna!
Tymczasem jedna z panien wychodzi za mąż; jej przyszły jest majętnym człowiekiem: ma zapewniony dochód roczny w sumie rs. 4,000. Tego się dzisiaj na ulicy nie znajduje. Gdy weźmie posag żony, procent od niego da mu drugie tyle. Z takim dochodem żyć można bardzo przyzwoicie, byle... umiarkowanie. Ale to niepodobieństwo — dlaczego? Bo panna X. u rodziców przywykła do zbytku, do wykwintu, do karety, do świetnych tualet, do balów na wielką stopę—do 40,000 rs. rocznych wydatków! \ przecież przyzwyczajenie, to druga natura. Jeżeli jej przyszły mąż ma zamiar ją „szanować,” to nic kazc jej żyć w nędzy, opędzanej kilkoma tysiącami, ergo: sam się zrujnuje, posag wzięty straci i dopóty wojować hę dzic kredytem, dopóki nie stanie u wrót nędzy.
Takich „wydziedziczonych" zbjtników, powołujących się na minioną świetność, mamy dziś więcej, niż kiedykolwiek. To też, powtarzamy, ów kawaler do wzięcia ma zupełną słuszność. Posag, przy dzisiejszych warunkach życia, jest niebezpiecznem złudzeniem. Miał też słuszność, gdy mówił dalej: „Ponieważ biorąc urojone bogactwo w postaci wiana, opłaca się niem naj-rzeczywistszc chimery, wykwirłe bujnie na gruncie przywyknień do zbytku, przeto lepiej wyrzec się „dobrej partyi” i zrobić złą, to jest wziąć pannę ubogą, bez pragnień świetności, oszczędną, ceniącą prace i rozumny rachunek. Wszystko to wystarczy na dłużej, niż pięćdziesięciotysięczny posag.”
Otóż maleńka przestroga dla rodziców, którzy konkurentów swoich córek karmią majonezami paryskich kucharzy, i dla panien... bogatych.
Rozpisaliśmy się o zbytku, bo to kwestya karnawałowa. Zapusty mają także swoje medytneye, i powinny jc mieć, jeżeli nic mają prowadzić do gorzkich żalów i do... wielkiego postu.
V na bruku warszawskim co się dzieje?... Oto komitet kanalizacyjny obraduje nad budową głównego kanału, spółka asenizacyjna nie asenizuje tego, co asenizować powinna, śnieg wyręcza się deszczem, mróz odwilżą a djftcrya tyfusem. Zresztą wszystko jak zwykle.
Nawet do najzwyczajniejszych zwyczajności należy już dzisiaj świeżo dokonane morderstwo ua osobie kasyera wystawy Towarzystwa sztuk pięknych, Microszcwskiego. Znaliśmy go wszyscy z widzenia; biedny ten starzec legł pod ciosem zabójczym może dlatego, żc lubił być oszczędnym. Niegdyś malował portrety, ale ze sztuką, pogodzić się nic umiał, czy ona z nim, choć mu przyznawano talent. Od życia i ludzi nic wymagał wiele .. chcieli mu przeto zabrać wszystko, wraz z tern bićdnein życiem, które dla nikogo ciężarem nie było. Zbrodnia dokonana obudziła powszechne oburzenie i litość, ale nie wywołała owej spotęgowanej scnsacyi, która łączy w sobie zdumienie i trwogę. O zbrodniach słuchamy i czytamy tak wiele, że przestały już budzić zajęcie. I tu przyzwyczajenie robi swoje.
V propos wcntylacyi w teatrze Rozmaitości cofamy pochwały, wyrażone dla nićj poprzednio: nie udała się. Zamiast wiać łagodnie, dmic; odświeża powietrze, ale jest zarazem przeciągiem, który podnosi tych, có nad podziemnemi siedzą otworami. Małe liasco, które jednakże xla się naprawić.
Nie udała się też próba oświetlenia elektrycznego teatru aparatami Gravicra. Z tej strony niczego spodziewać się nie należy, bo nowość byłaby zbyt kosztowną, a co do rezultatów niepewną. Jeszcze na długo nicwolno nam marzyć o lampach clektrycznj eh, chyba po fabrykach z silne-mi motorami parowemi. Już ich kilka korzysta z elektryczności i tutaj sprawia się ona dobrze.
Czytelnikom naszym przypominamy odczyt pana Jules Bruna o A. Daudecie, zapowiedziany na niedzielę. Ma on przynieść zapomogę ubogim....
Tintoretto, malujący wizerunek zmarłej córki. Kopia obrazu Kocha.
(298)
Widok ogólny Oannet, stacyi klimatycznej w dep. Alp nadmorskich (Alpes maritimes) we Francyi południowej.	<299,
74
Przypominamy im także pomnik Mickiewicza, nadchodzący termin płacenia wpisu szkolnego i tę biedną młodzież gimnazjalną, która pomocy potrzebuje. Przy ucztach karnawałowych miło jest spełnić obowiązek, a łatwiej do spełnienia go zachęcie... pięknemi usteczkami.
St. JL Iłz.
Przegląd polityki zagranicznej.
oO stycznia.
Przez cały prawie tydzień ubiegły sprawa dys-kusyi językowej w wiedeńskiej Kadzie państwa, utrzymywała w zaciekawieniu i zaniepokojeniu umysły we wszystkich 17 krajach koronnych Przedlitawii. Jak wspomnieliśmy już w przeszłym tygodniu, kwestya języka państwowego w Austryi wywołaną została wnioskiem deputowanego hr. Wurmbranda, wzywającym rząd, aby przedłoży 1 Kadzie państwa projekt ustawy regulującej używanie języków krajowych w szkołach, sądach i urzędach, przy zachowaniu praw służących językowi niemieckiemu, jako państwowemu. To ostatnie właśnie zastrzeżenie stanowiło drażliwą stronę wniosku, było bowiem pośrednićm uznaniem, że język niemiecki jest w Przedlitawii językiem państwa, w przyszłości zatem, gdyby przyszło do steru ministeryum centralistyczne, mogłoby, opierając się na tej uchwale, dowolnie ograniczać prawa języków krajowych.
Wniosek ten, zwyczajem parlamentarnym, przekazano do rozpatrzenia komisyi, której większość oświadczyła się za pro.stem przejściem nad nim do porządku dziennego, mniejszość zaś centralistyczna za przyjęciem.
Przy powtórnćm wniesieniu tćj sprawy do Izby, rozpoczęła się nad nim długa i wyczerpująca dyskusya, która zajęła kilka długotrwałych posiedzeń. Obie strony wysunęły naprzód najświetniejszych swych mówców. Z deputowanych galicyjskich wy głosili znakomite mowy dep. Grocholski, Iłausner, Madejski, jako sprawozdawca z wniosku większości, i Jerzy ks. Czartoryski, jako generalny mówca.
Widząc, że zwycięztwo słabą tylko liczbą ważyć się może, ponieważ pewne frakeye Izby nie chcialy glosować za prostćm przejściem do porządku dziennego, ażeby to nie było niejako odmawianiem językowi niemieckiemu praw mu należnych, dep. Grocholski postawił wniosek pośredniczący przejścia do porządku dziennego umotywowanego tern, że Kada państwa nie jest uprawnioną do uchwalenia ustawy' regulującej stosunki języków krajowych i żc język niemiecki, jako narzędzie niezbędnie potrzebne do porozumienia się w sprawach wspólny ch monarchii, nie jest przez nikogo kwestyonowany.
Wczoraj, d. 29 b. m., przyszło do głosowania nad wszystkiemi temi wnioskami, po dyskusyi, która w ostatniej chwili doszła do takiego rozna-miętnienia ze strony centralistycznej lewicy, popierającej wniosek hr. Wurmbranda, że prezes' Izby dr Smolka wezwać musial deputowanych tego stronnictwa do przyzwoitego zachowania się, a z galeryi był zmuszony kazać wyprowadzić przysłuchującą się obradom publiczność.
Jakkolwiek istnienie gabinetu hr. Taffego nic było zależnem od uchwały, .jaka w tym wniosku zapaść mogła, gdyż wniosek ten nic zawierał nio takiego, coby narzuciło gabinetowi konieczność odstąpienia od swych przekonań i zejścia z obra nej drogi postępowania, przewidywano jednak, że wrazić gdyby wniosek został przyjęty, musia-laby nastąpić częściowa przynajmniej zmiana składu ministeryum.
Rezultat głosowania położył koniec tćj obawie: Izba odrzuciła wszystkie trzy wnioski. 'Wniosek pośredniczący dep. Grocholskiego odrzucony zo-
stal większością 7 głosów, wniosek większości komisyi obalono 27 głosami, a wniosek mniejszości aż 31 głosami. Tym sposobem wniosek hr. Wurmbrauda stał się awanturniczym parlamentarnym epizodem, chwilową burzą, po której żaden inny ślad nie pozostał, oprócz znacznego miejsca, zajętego w protokołach posiedzeń i zapiskach stenograficznych. Stosunki językowe w Austryi pozostały i pozostaną nadal takie jak były, a wniosek Lr. Wurmbranda stal sic chwilowym objawem, który przeminął tak, jak gdyby nigdy nic istniał. Kampania polityczna o język państwowy już poraź drugi wciągu kilku lat ostatnich przez lewicę wszczynana, jest zatem partyą
nierozegraną, która kiedyś, po kilku latach, albo prędzej, może zostać wznowioną. Tymczasem zastępy nieprzyjacielskie obu stron, nie pokonawszy się wzajemnie, bez wawrzynów wprawdzie, ale też i bez strat, powróciły do swych obozów.
Jeden z tych 17 krajów koronnych, który tak żywo się interesował ostatecznym wynikiem walki o stuatuprache, czyli o język państwowy, przebył jednocześnie przykrą katastrofę finansową. Krajem tym jest Galicya. Krążące od dłuższego już czasu pogłoski o zagrożonym stanic interesów banku włościańskiego sprawdziły się, wszelkie plany ocalenia tej instytucyi od rozbicia nie mogły się ostać wobec twardej konieczności i w d. 28 b. m. bank włościański, nie mając funduszów na wypłatę kuponów, zmuszony został zawiesić wypłaty.
Katastrofę, tę można porównać z pęknięciem wrzodu. Bank włościański był rakiem, który toczył Galicya, na wielką skalę wyzuwając włościan z własności ziemskiej, do której przyszli wskutek uwłaszczenia, za niespłaconą jeszcze w znacznej części indcminizacyą. Zadaniem tej instytucyi było wyrwać stan włościański ze szponów lichwy, tymczasem sam on stał się lichwą. Na każdym kolejno sejmie lwowskim napływały setki petycyj przeciwko nadużyciom banku, pojawiały się wnioski, żądające położenia tamy „wyzyskiwaniu” i t. p., a sejm z powodu tych wniosków uchwalał rezolucye, wcale dla banku nieprzychylne.
Manipulacya banku polegała na bardzo szćro-kiem i latwćm udzielaniu kredytu włościanom, na procent pozornie nizki. Pożyczki takie rozkładano na raty miesięczne do spłaty zwykłe w półtora roku, ale przy wypłacie pożyczonej kwoty potrącano procent zgóry za cały czas terminu spłaty od całego kapitału, co naturalnie podwajało stopę procentu. Nicdosyć na tćm. Pożyczający włościanin nie dostawał do ręki kapitału, lecz listy dłużne banku, które stały zawsze niżej jtnri, musial je zatem sprzedawać ze stratą. Był-to więc procent opłacony poraź trzeci, a koszta zaciągnięcia pożyczki, przyjazdu i pobytu w mieście, stempli i aktu notaryaluego stanowiły procent opłacany poraź czwarty.
Tak oprocentowany i zgóry zlupiony dłużnik, -należał do klasy włościan-rolników, którzy tylko w pewnych porach roku mogą mieć pieniądze, z konieczności więc musial po pewnym czasie za-ledz w opłacie raty. Wtedy bank nie egzekwował go, lecz okazywał się bardzo łagodnym i wyrozumiałym. Liczył sobie tylko procent zwłoki od całego niespłaconego jeszcze kapitału i dopisywał go do sumy. Następnie włościanin mógł sobie płacić raty, ale dług przez to się nic zmniejszał, pokrywał tylko dopisywane procenta. A jeżeli nic płacił—jak największa część robiła— wtedy dług wzrastał. Wówczas po niejakim czasie wzywano go do lilii banku, istniejącej w każ-deni mieście powiatowem, i przedstawiano konieczność uregulowania długu. Spisywano nowy oblig na nową sumę, dwa luli trzy razy większą od pierwotnej, obliczano ponowne procenta, dawano dłużnikowi coś do ręki dla zaokrąglenia sumy i tak powstawał dlug,wyrównywający prawie całości gospodarstwa, z tą różnicą, żc teraz wrazić zwłoki przystępowano do licytaeyi. Liczba gospodarstw włościańskich sprzedawanych przez bank wzrastała z rokiem każdym przerażająco. Z początku wynosiła setki, później tysiące. Z każdą sprzedażą szmat ziemi dostawał się w ręce
Niemca albo Izraelity, a były właściciel wychodził na bezdomnego p roi etaty usza.
Nareszcie przyszło przesilenie. Zbyteczna podaż obniżyła cenę towaru. Licytanci chcicli kupować ziemię za bezcen, bank, dla zabezpieczenia się od straty, nabywał ją sam i zlicytowanych dłużników ustanawiał dzierżawcami u siebie. Długo to trwać nic mogło, l>o dzierżawcy nie płacili tenuty, tak jak poprzednio rat, i przyjść inu-sialo do katastrofy, ponieważ do reformy systemu nie przyszło.
Teraz po bankructwie uwzględnić i pogodzić należy dwa interesy, równie ważne: interes właścicieli listów dłużnych i interes zadłużonych
włościan. Obu tych interesów lekceważyć nie można. W listach dłużnych spoczywa wiele milionów kapitału, a nie jest-to wyłącznic kapitał spekulantów, są-to w znacznej części sumy tak zwane pupilarnc, kapitały sierot i instytucyj, które w listach takich lokować było wolno, gdyż bank na papierze zawsze stał świetnie. Z drugiej strony na pokrycie tych listów należałoby zlicytować 43,UO0 gospodarstw włościańskich i wyzuć z ziemi tyleż rodzin, coby sprowadziło groźne przesilenie społeczne.
W przewidywaniu bankructwa banku włościan skiego poruszano różne projckta. Szukano nadaremnie innej instytucyi, któraby chciala zasilać tamtą,myślano o podaniu pomocy ze strony kraju, to jednak okazało się nicmoźcbne.
Teraz rozwikłanie sprawy w ten sposób, ażeby straty jednej i drugiej strony doprowadzić do minimum, jest zadaniem likwidatorów upadłości. Kuratorem masy zamianowano pana Zdzisława Marchwickiego, dyrektora banku kredytowego, oraz zawiązano komitet pomocy, na którego czele stanął ks. Adam Sapieha, a w którym wzięli udział wielcy posiadacze ziemscy, hrabiowie, Badenio-wic. Borkowski, Dzieduszycki, Lanckoroński, Potoccy, Kusocki, Wodziński, ks. Sanguszko, i dyrektorowie różnych instytucyj finansowych, Kiesz-kowski, Koliszcr, Lazarus, Simon, Wrotnowski i Zima.
Jak im się powiedzie rozwiązać to zadanie, bardzo trudne, jeżeli nic niepodobne do rozwiązania, wobec twardych przepisów fiskalnych i pro ccduralnych austryackicb, niedaleka przyszłość pokaże.
Na fundusz wieczysty imienia ś.p.ignauego boczyłińskiego. Filipina L. kop. 30; Stefania I). rs. 1; Elodya C. rs. 1; Wanda P. P. rs. 1; Karolina Ż. rs. 1; Tw..a rs. 1; S. K. rs. 3; .1. B.
rs. 3; M. L. i 11. L. rs. 5; zebrane p. M. W-rs. 26; zebrane p. Ił. M. rs. 16; Józefa 11. rs. 5; Jadwiga i Halina G. rs. 8. Kazein z przyslancmi poprzednio rs. 24!) kop. 50.
Korespondencja od redakcyi*
Panu J. C. w Warszawie. Przysłanych utworów scenicznych drukować nie możemy.
Drowi K. w Poznaniu. Rzecz cała, jak sic zdaje, polega na nieporozumieniu. Korespondent nasz nic zarzucił przecie szanownemu panu plagiatu; chcial tylko, o ile się domyślamy, zwrócić uwagę na przypadkowy zbieg tytułów, nicwariinkujacy bynajmniej tożsamości, ani nawet podobieństwa treści. Co do kwestyi teatralnej, korespondent sam na nią odpowiedzieć zamierza.
Panu F. S. Stałego korespondenta ze Lwowa już mamy.
Panu M P. w Ostrowach. Zdanie, o któro pan zapytujesz, wypowiedzieć mógł tak samo Platon, jak i Sokrates; za-sadniej jednak drugi, skoto, jak wiadomo, dokuczała mu zła żona.
Pani czy panu H. J. w Warszawie. — „Elegia” nic może ukazać się w naszym Tygodniku. Alboż czytelników obchodzić mogą czyjeś osobiste wspomnienia?
Panu Stanisławowi P. — Nadesłanego wierszyka nie wydrukujemy. Ani treścią, ani formą nic zaleca się bynajmniej.
75
JAN KOCHANOWSKI.
Przyczynek do bibliografii r. toS3, podał wiiSts:es:i.
Dla dziejów twórczości każdego autora, zarówno prozaika, jak i poety, nie jest bynajmniej obojetnem i podrzęduem, jakby sie niejednemu zpozoru wydać mogło, pytanie: kiedy, w którym roku ten lub inny jego utwór powstał, w jakim mianowicie wyszedł czasie z druku i kiedy między czytającym ogółem rozpowszechniać sic zaczął. Od ścisłego bowiem ułożenia takiego obrazu bibliograficznego zależy właściwsze powiązanie samej osnowy z wątkiem czasu i trafniejsze odgadnienie osłoniętej zwykle tajemnicą genezy, czyli dziejów twórczości umysłowej każdego autora. Potrąca o to pytanie na pierwszym kroku, ktokolwiek wstąpić zamierza na drogę szczegółowych badań nad oddzielnemi tworami poetyckiej muzy Jana z Czarnolasu. Jeszcze nie jest należycie ustalona cala kolej, w jakiej pod względem czasu następowały po sobie pojedyncze jego pieśni, pocmata i wiersze. Nowe, pomnikowe dzieł Kochanowskiego wydanie zapewne przyczyni sio niemało do rozplatania kilku zagmatwanych sporów w tej mierze.
Przyjrzawszy się. bliżej jednemu z poematów historycznych naszego wieszcza, a mianowicie jego „Jeździe do Moskwy,” której przygotowanie do druku poruczyla nam redakeya pomnikowego wydania, mieliśmy sposobność spotkania sic z podobnego rodzaju trudnościami. Zachodzi pytanie, kiedy mianowicie poeta nasz wyśpiewał swą pieśń historyczną o sławnych czynach Krzysztofa Radziwiłła, o jakich właśnie szeroko się w owej Jeździć do Moskwy rozwodzi? Ponieważ rozwiązanie tego zagadnienia zajęłoby zbyt wiele miejsca w pomni ko wem wydaniu dzieł Kochanowskiego i z osnowy swej należy raczej do działu bibliograficznego, który przypadl w udziale innemu współpracownikowi, poważam sic tedy na tćm miejscu nasunąć kilka w tćj mierze wskazówek, w przekonaniu, że gdy idzie o Kochanowskiego, to i drobna nawet uwaga bibliograficzna może niejakie w czytelnikach Tygodnika wzbudzić zajęcie.
Bibliografowie, do których przedewszystkićm należy ścisłe uporządkowanie wydanych na świat druków, nic są między sobą w zgodzie co do tego, kiedy mianowicie Jan Kochanowski pisał swoje „Jczdę do Moskwy” i kiedy ją poraź pierwszy wydał. Większość idzie za zdaniem prof. J. Przy-borowskiego, który,przechyliwszy powagą swego sądu szalę chwiejnego zdania na jednę stronę, dał początek twierdzeniu, że pierwsze wydanie Jezdy ukazało się w 1581 roku, żc zatem w tym mianowicie roku wieszcz nasz swój poemat opisowo-historyczny wyśpiewał. (Wiadomość o życiu i t. d. J. Przy borowski, Poznań, 1857, str. 43 i 110— 113). Poważyłbym sic tu wystąpić przeciwko zdaniu prof. Przy borowskiego i gol ó wem połączyć się z mniejszością, która powyższą datę podajc w wątpliwość.
Wydania z r. 1581 nikt nie zna, nikt go dotychczas nic widział. Blednie sobie wytłumaczono wiadomość, którą podał w tej mierze M. Wiszniewski (llist. lit. poi. VII, 79) w następujących słowach: „Wtargnicnic do Moskwy Krzysztofa Radziwiłła, polnego hetmana w. ks. lit. 1581, 4-o kart, wici. 5.” Autor „Wiadomości o życiu i pismach Kochanowskiego,” powołując się na te wyrazy, w idocznie został w błąd wprowadzony przez liczbę 1581, znajdującą się w tytule. Nie oznacza ona bowiem roku ukazania się poematu, ale wyraża raczej czas samego zdarzenia, które jest osnową pieśni. W owym albowiem roku 1581 ta mianowicie „Jezda do Moskwy” miała miejsce. Wprawdzie istnieje oddzielne tego samego poematu wydanie, pod tytułem, jaki przywodzi Wiszniewski, ale jest to edycya właśnie bez miejsca i roku. Trzebaby wiec dowieść, że to wydanie odnosi się nie do innej, lecz do tćj mianowicie daty, to jest do 1581 r.
Dowodzenie, któregoby sic jął bibliograf, nie mogłoby jednak być przckonywającem. Walczą bowiem wogóle przeciwko podobnemu przypuszczeniu bardzo ważne okoliczności. Osnową poematu są zdarzenia, które zaszły jesienią 1581 roku. Bohater pieśni, Krzysztof Radziwiłł, który wtargnął ze swemi rotami tak daleko na wschód w kraj nieprzyjacielski, wrócił zc swej świetnej wyprawy dopiero 22 października 1581 roku (Dnewnik pochoda Stefana na Rossiju, wyd. petersb. 1867 r., str. 121) a wrócił nie do domu, nic na Litwę, nic do Polski, lecz pociągnął wprost pod Psków, gdzie się połączył z królem Stefanem i wraz z nim jeszcze kilka tygodni miasto warowne oblegał. Pod murami Pskowa—jak nam wiadomo z pomiecionego pamiętnika, pozostawał Radziwiłł jeszcze do 1 grudnia, a jego roty nierównie dłużej, bo aż do ustąpienia wszystkich wojsk, po zawarciu pokoju zapolskiego w styczniu 1582 roku. Bohater poematu wyjechał z królem do Wilna na początku grudnia i tu czas jakiś na Litwie pozostawał, odpoczywając zapewne po swych trudach.
Jeżeliby zatem już w r. 1581 miał się w druku ukazać poetycki opis całej wyprawy świeżo dokonanej, to należałoby przypuszczać, że Kochanowski, otrzymawszy o nićj dokładniejszą wiadomość jeszcze w'końcu 1581 roku, zdążył nietylko nastroić swoje lutnię, wyśpiewać pieśń pochwalną, ale zdążył ją także przesłać do miejsca, gdzie drukowano książki i tam ogłosić, oraz w świat puścić. Są-to przypuszczenia tak nieprawdopodobne, że tego rodzaju pośpiech wydałby sic wątpliwym nawet w obecnym wieku, w wieku telegrafów, gorączkowego życia i w wieku rzemieślniczej punktualności w wykończaniu zamawianych a płatnych hymnów pochwalnych, lub chwalczych poematów.
Wprawdzie ci, co dokładniej nie znają osnowy rozważanego tu przez nas poematu, mogliby się upierać przy swojćm zdaniu, dowodząc, że od 22 października do końca roku zostało dość czasu do zebrania materyalu, do nastrojenia lutni, wyśpiewania niewielkiego poematu i wydrukowania óśmiu kartek. Kto jednak z treścią opisywanych przez poetę zdarzeń bliżej się zapozna, kto głębiej wniknie w cały zakres ówczesnej wyprawy, ten się niewątpliwie zastanowi baczniej nad zasadnością nasuniętych tu przez nas uwag i wypuści zupełnie z kombinacyj bibliograficznych rok 1581.
Wyprawa Radziwiłła, stanowiąca świetny epizod w dziejach wojny z carem Iwanem Groźnym w 1581 roku, mogła stać się przedmiotem poetycko historycznego opisu chyba dopiero po ukończeniu wojny, co nastąpiło, jak wiadomo, w styczniu 1582 roku. Czyż można bowiem przypuszczać, aby wieszcz z Czarnolasu wielbił sławę slawnćj istotnie, częściowej wycieczki, przed rozstrzygnięciem głównej wyprawy, która mogła była jeszcze skończyć się z mniejszym dla oręża polskiego zaszczytem? Czy poeta umiałby już w grudniu składać hymny uwielbienia na cześć bohatera, kiedy takie ciężkie, gnębiące wogóle uczucie osiadło w sercach Polaków, wobec niezupełnie świetnego powodzenia pod Pskowem'?
Na tej przeto zasadzie opióramy nasz ostateczny wniosek, że Kochanowski nie pisał swej Jezdy w 1581 roku i pisać nie mógł. Nie może też być żadnego wydania z pomienionego roku i dlatego wykreślieby je należało z bibliografii Estrejchera, który je istotnie już stawia pod znakiem zapytania.
Prawdopodobnie wieszcz nasz z Czarnolasu dopiero w następnym 1582 roku miał sposobność zebrania tylu ciekawych szczegółów o wyprawie Radziwiłła, jakie w swym poemacie podał, i wtedy też złożył owe pieśni pochwalne na cześć swego bohatera. I utwór ten niebawem ukazał się w druku, w Krakowie 1583 r., w drukarni Łaza-rzowej, w 410 wićrszacb, p. n. „Jezda do Moskwy y posługi z młodycli lat az y przez wszystek czas przeszłej woyny z Moskiewskim”... i t. d. Ten dodatek w tytule „przeszley woyny” jest wskazówką, że właśnie niedawno co się owa wojna skończyła. To zatem wydanie za pićrwsze, zdaniem mojem, uważać należy. Owo zaś, które pod
tytułem „Wtargnicnia do Moskwy” przytacza Wiszniewski, a które jest bez miejsca i roku, odnosi się rzeczywiście do lat późniejszych i jest przedrukiem, a nawet przedrukiem skróconym. (Zob. u Turowskiego w Bibliot. Tom. 1, str. 207 i nast.)
Owa Jezda, która się niebawem ukaże w pomnikowem wydaniu dzieł Kochanowskiego, była dotychczas mało znaną. Należy ona istotnie do białych kruków. Jeden jej egzemplarz jest podobno w Gdańsku, drugi znajdował się, według zapewnienia Maciejowskiego (Pieśni polskie, 1851, I. 489) w bibliotece gimuazyałnej w Toruniu, trzeci posiadał podobno J. Łukaszewicz w Poznaniu. Z polskich bibliotek najszczęśliwszą jest dzikowska hr. Tarnowskich, w której przechowuje się jeden z tych rzadkich ptaków. Za łaska-wćm pośrednictwem dyr. Estrejchera udzielono nam egzemplarza do sporządzenia odpisu dla tutejszego wydawnictwa dziel wieszcza z Czarnolasu.
Po dalsze szczegóły co do wartości samej osnowy poematu pod względem historycznym, oraz estetycznym, odesłać nam wypada czytelnika do przygotowanego tamże przez nas wstępu. Zakończymy tu tylko jeszcze nasz artykulik uwagą, która niewątpliwie obudzi mile wspomnienie w umyśle czytelnika, że wlaśuie w obecnym 1883 roku obchodzimy 300-lctnią pamiątkę pierwszego ukazania się tej Jezdy do Moskwy.
GĘSI 1 GĄSKI,
KOMEDYA W PIĘCIU AKTACH
MICHAŁA BAŁUCKIEGO.
(Dalszy ciąg.)
SCENA IV.
CIŻ, CIEPISZEWSKI, MARYA, (po chwili) JOASIA, i
CIEPISZEWSKI (w płóciennym płaszczu, z torbą, laską, w kapeluszu słomianym i okularach w rogowej oprawie.—Staje we drzwiach z rozlożonemi do przywitania rękoma).
Koleżko najdroższy!
KLOPOTKIEWICZ.
A, profesor kochany, powitać, powitać! (Całują się, potem profesor całuje w rękę Barbarę.) JOASIA (wbiega, ubrana w ranny szlafroczek wolny i poskręcane papiloty na głowie).
Kto to przyjechał? A, Marynia! Jak się masz? (Całuje ją, potćm dyga profesorowi.)
CiEPiSZEWSKi (spostrzegłszy ją nagle).
Otóż i ta, która. . powinszować.
JOASIA.
Czego? ..
CIEPISZEWSKI.
Że nadeszła chwila, w której... (Chrząka.N. s.) Silentium! nic rumieńmy przedwcześnie panny młodej. (Do Klopotkiewicza, który bierze kapelusz, w zamiarze wyjścia.) Napisałem właśnie z okazyi tego małe epithalamium.
kłopotkiewicz (kładąc kapelusz na stole).
Cóż to za kaduk taki?
CIEPISZEWSKI (Z Utajoną uciechą).
Wiersz z okazyi zaślubin. Pst! Ale to sekret przed panną młodą, mała niespodzianka.
joasia (do Maryi).
Zdćjmże kapelusz i siadaj. (Rozmawiają.) CIEPISZEW SKI (zbliżając się do Barbary).
Pani dobrodziejka jako matka musisz być ba:-dzo uszczęśliwiona.
marya (z uśmiechem).
Ojczulek widocznie uważa to za wielkie szczęście, gdy się kto córki z domu pozbywa.
CIEPISZEWSKI.
Moje dziecko, w dzisiejszych czasach córki stały się zbytkiem, którego sobie niewszyscy rodzice pozwalać mogą.
MARYA (j. W.).
Nie wiedziałam, żc jestem tak zbytkownym sprzętem u ojczulka.
W dzień Matki Boskiśj Gromnicznój. liysuuek oryginalny A. Pancewicza.
(300,
Pod dobrą opieką. Podług obrazu Bla asa.
(3U1)
78
CIEPISZEWSKI (idzie do nićj z czułością).
Maryniu, jak możesz mówić coś podobnego? (Całuje ja w czoło.) Daj Boże każdemu ojcu doczekać się takiej pociechy. (Do Kłopotku wieża, która chciał właśnie wyjść z pokoju.) Czy uwierzysz, kochany kolego, żc to chucherko zarabia już na swoje utrzymanie?
kłopotkiewicz (wracając naprzód).
E, tak?
CIEPISZEWSKI.
Blizko tysiąc reńskich rocznie.
BARBARA.
Tysiąc reńskich?
KLOPOTKIEWICZ.
Jak urzędnik jaki.
CIEPISZEWSKI.
Jest nauczycielką za patentem. Musieliście czytać jej nominaeyą, bo to stało w gazetach.
kłopotkiewicz (ruszając ramionami).
Ba, kiedy my gazet jak rok długi nie widzimy. CIEPISZEWSKI (zd~iwiony i przestraszony).
Co? Gazet nic macie? Marynicczko, słyszałaś ty coś podobnego? To wy nic nie wiecie, co się w św iccie dzieje?
KLOPOTKIEWICZ.
A nam co po tćm? Człowiek ma dosyć własnych kłopotów, nic żeby tam jeszcze cudzcmi interesami się zajmował.
CIEPISZEWSKI.
No, ale bo ja nie pojmuję, jak można wogóle żyć bez gazet.
KLOPOTKIEWICZ.
E! jakby m tak kolegę zaprzągł na cały dzień do gospodarstwa, tubyś nietylko o gazetach, ale i o Boży m świecie zapomniał. Ot i teraz na przykład, ja tu z wami obciąłbym trochę pogawędzić, a tam czekają na mnie. Kolega pozwoli, że go na chwilę zostaw ię samego?
< 1EP1SZEWSKI.
Nic nic szkodzi, ja się ty mezasem podelektuje naturą. Przypomną ni sic Bukoliki Wirgilego. (Ałogwtkiewicz wychodzi. Ciepiszewski idzie ku oknu.)
_ BARBARA.
A ja pójdę państwu pokoik urządzić i o śniadaniu pomyśleć. Panienki sobie tymczasem pogadają. ( Wychodzi)
JOASIA.
O, m usilny się nagadać za wszystkie czasy. (Przysiada się do Maryni i zaczyna z nią rozmowę.) CIEPISZEWSKI (patrząc w ogród).
W laśnic widzę cienistą lipę tam nad stawem, pod którą przyjemnie będzie podumać. (Bierze ka-p< sz.) Gdyby7 tak jeszcze gazetka! Mój Boże! ((J1 wióra drzwi do batalii pokoju.)
NAT ILIA.
Nicwolno!
CIEPISZEWSKI (idzie na prawo).
A, przepraszam. Co ja tu biedny człowiek poczuć bez gazet? (<>twi<ra drzwi na prawo.)
CIOTKA (opryskiiwie).
kto tam?
CIEPISZEWSKI.
I tu nicwolno? Wszędzie pełno niewiast, jak w jakim zaczarowany m zamku. (ldzi< do środka.) A, to pewnie tedy. ( Wychod-i.)
MARYA.
Więc ty myślisz, Joasiu, że sie wychodzi za mąż tylko dlatego, aby się bawić, stroić i używać różnych przyjemności życia?
JOASIA (naiwnie).
No, a dlaezcgóżby? Jakby mi miało być gorzej niż u rodziców, to wołałabym przecież całkiem nic wychodzić za mąż.
MARYA.
No, a jeżeli kochasz?
JOASIA.
Miłość swoją drogą.
MARYA.
Nic, moja kochana, bo właśnie miłość jest owy m talizmanem, który ży cic powszednie, prozaiczne zamienia kobiecie w raj i daje jćj siłę do znoszenia różnych przeciw ności. Kobieta dla miłości męża wiele znieść potrafi. Cóż dopiero, gdy7 zostanie matką...
JOASIA.
Fe, któż widział mówić o takich rzeczach.
MARYA (zdziwiona).
Dlaczego? czy nie wiesz o tćm, że idąc za mąż, prawdopodobnie zostaniesz niezadługo matką?
JOASI A.
Wiem dobrze o tćm; ale się przecie o takich rzeczach przed ślubem nie mówi.
MARYA.
To właśnie źle, że się nie mówi. Uczą nas fizyki, astronomii, śpiewu, choć żadna astronomem ani śpiewaczką nie będzie, a nikt nie uczy, jak być dobrą żoną i matką. Zostawia się to przypadkowi, omijają z umysłu tę kwestyą i robią z tego sekret przed panną, jakby to było coś gorszącego, coś bardzo nieprzyzwoitego. To też nie-dziw, że i.ickażda zostajc potem dobrą żoną i matką.
Joasia (ogłada sit ti możliwi'’).
Ach moja droga, co też ty mówisz, gdyby który z panów usłyszał, że my o takich rzeczach mówimy, to jabym się spaliła ze wstydu. Chodź lepiej, pokażę ci moję wyprawę ślubną.
MARYA.
Jeżeli cię to więcej zajmuje, to chodźmy.
JOASIA.
Jest w7 pokoju pani Figurkowskiej. Ty nic znasz jeszcze pani Figurkowskiej?
MARTA.
1 ic mam przyjcinujści.
JOASIA.
Chodź, poznani cię z nią. Bardzo miła osoba.
(Otwiera drzwi na lewo.)
NATALIA (za sceną).
Niew’olno.
Joasia.
To my. ( Wchodzi z Maryą.)
SCENA V.
BRYGIDA, JASIEK, (później) MARZYCKI, (wkońcu) HULATYŃSKI.
BRT gida (wychodzi z prawej).
Johan, Johan! (Idzie ku drzwiom śiodkowym.) Jasiek!
jasiek (za sceną).
Ccgo?
BRYGIDA.
Herbaty7 dla pani.
jasiek (wchodzi).
Dy ć juz niosę.
BRYGIDA (odbiera od niego).
Dawaj prędzej! ( Wychodzi na prano.) marzycki (wchodzi środk iem i patrząc na Jaśka usuwającego mu się z drogi przid drzwiami, mówi).
Gdzie państwo? (Idzie na przód sceny.)
JASIEK.
Poi, prose pana, w spichlerzu, a pani z przc-proseniem w kuchni.
MARZYCKI.
A panna?
JASIEK.
Panienka nie wini kaj.
HULATYŃSKI (wchodzi zglclń i ujrzawszy Marzy-ckiego)
A! jest oczekiwany, zapowiadany! (Podoje mu rękę.)
MARZY CKL
A ty zkąd się tu wziąłeś?
HULA IYŃSKL
Mieszkam w sąsiedztwie. Pr cz miedzę graniczymy z K lopotkicwiczem.
marzycki.
A ja przybyłem tutaj...
HULATYŃSKI.
Żenić sie.
marzycki (ucieszony i zażenowany).
Więc wiesz już o tein? Ach, Karolu, nic uwić rzysz, jak jestem szczęśliwy! Było to zawsze marzeniem mojein ożenić się na wsi, znaleźć sobie w wiejskim poczciwym dworku dzićwczątko skromne, nicznające świata, życia, pełne prostoty i naiwności.
hulatyński.
Czyli poprostu powiedziawszy, jesteś amatorem wiejskich gąsek.
marzycki (urażony).
Karolu!
hulatyński.
Używam wyrażenia przyjętego powszechnie na określenie podobnych niewiniątek.
hulatyński.
A więc dobrze, niech sobie będzie gąska. Wolę to, niż owe przemądrzale panny miejskie z wyra-iinowaną kokieteryą, przesadzonemi wymaganiami i spaczonem wychowaniem, bo takie naiwne stworzonko da się łatwiej pokierować mężowi.
hulatyński (z uśmiechem).
A czasem i nie mężowi. Wiem o tćm trochę z mojej praktyki kawalerskiej. Najłatwiejsze sukccsa miewałem zawsze u takich kobiet, które przed zamążpójścieni liczyły się do naiwnych dziewczątek.
MARZYCKI.
M olisz więc panny z miasta?
HULAIYNSKL
Tego nic powiedziałem. Z miasta czy ze wsi, to mi wszystko jedno, byle była rozumną, sprytną, wykształconą, świadomą obowiązków swoich, słowem panną, przy której nie potrzebowałbym odgrywać roli guwernantki i uczyć ją dopiero, jaką ma być żoną.
M iRZYCKL
Wątpię, czy znajdziesz taki ideał.
HULATYŃSKI.
Właśnie że znalazłem go i to niedawno. MARZYCKI (trochę drwiąco).
1! i w której żc to części świata?
IIUI A1YŃSKI.
Między Warszawą a Krakowem, w wagonie drugiej klasy.
MARZYCKI.
W racala może z jakiego uniwersytetu niemieckiego, w niebieskich okularach na chudym nosie.
HULATYŃSKI.
Przeciwnie, była to brunetka pełna życia, ognia i powabu niewieściego, pełna dystynkcyi, ułożenia, słowem śliczna kobietka.
marzycki (przysuwa się ze stołkiem).
Zaczynasz mię rozcickawiae.
HULATYŃSKI.
Wydawała mi się jeszcze piękniejszą, żc jechała sama. Zawiązałem z nią rozmowę — odpowiadała mi bez ow< j trwoźnej nieśmiałości młodych panienek, nic spuszczała oczek, nic pieklą raczków7—była rozmowną, swobodną.
MARZY CKl.
To ci się zapcw nc podobało.
HLL iUTYŃSKI.
I ośmieliło do nićj; to też skoro zostaliśmy sami...
MARZYCKI.
0!
HULATYŃSKI.
Posunąłem się do miłosnych oświadczeń i zacząłem od tego, żc ją wziąłem za rękę.
MARZYCKI.
Ona wtedy odepchnęła cię, zmierzy la duninein spojrzeniem i poiriedziala: jak śmiałeś...
HULATYŃSKI.
Ba, gdy by to powiedziała — przyzwyczajony7 byłem yv miłosnych atakach do podobnej tyralicr-ki; ale ona spojrzała tylko na mnie, jak na Yva-ryąta, z odcieniem pewnego politow ania, i rzckla: Cobyś pan powiedział o człowieku, któryby, znalazłszy w wagonie pugilares z pieniędzmi, przywłaszczył go sobie? Nie podał byś pan reki takiemu- -prawda? — A czyż u pana kobieta mniej ma wartości, niż pugilares z kilkunastoma reń-skiemi, żc poirażasz się bez zarumienienia przy-Yvlaszczyćją sobie, dlatego tylko, żc jćj nikt nic strzeże?
MARZYC KI.
A to ci palnęła! 1 cóż ty na to?
HULATYŃSKI.
Powiadam ci, stałem jak żal przed nią, zapomniałem języka w gębie, a za razem byłem oczarowany nią, zachwycony. Widzisz, to jest kobieta, jak ja rozumiem. Jeżeli taka powić kiedy7 komu, że go kocha, to będzie się mógł nazwać szczęśliwym.
MARZYCKI.
A ty nic próbowałeś ubiegać się o to szczęście?
79
HULATYŃSKI.
Nic było czasu na to, bo na następnej stacyi wysiadła.
NARZYCKI.
I nic wysiadleś za nią? nic starałeś sic dowiedzieć kto, jak, co?
HULATYŃSKI.
Ten pugilares odebrał mi odwagę. Zmieniłem tylko plan podróży i zamiast jechać dalej zagranicę i pędzić jak dawniej życic z dnia na dzień, wróciłem tutaj i zabrałem się do pracy. Jeżeli zostanę porządnym człowiekiem, to jej tylko będę miał do zawdzięczenia.
makzycki (nasłuchuje na liwo).
Zdaje mi się, że słyszałem glos panny Joasi. Ide sic przywitać. (Zatrzymuje się przy drzwiach.) Ktoś tam jest jeszcze, jakieś kobiece glosy.
HULATYŃSKI.
To pewnie doktorowa, albo ciocia Bclcia. Brygida (niepostrzężona przez nich, idzie z prawej strony ku drzwiom środkowym. A. s.).
Coś O mojój pani mówią. (Zatrzymuje się przy drzwiach i podsłuchuje.)
NARZYCKI.
Ciotka panny Joasi?
hulatyński.
Tak. Nic znasz jćj jeszcze?
MARZY (KI.
Nic. Cóż to za jedna?
HULATYŃSKI.
Stara elegantka, któia z pewnością nie mogłaby o sobie powiedzieć tego, co ów mędrzec grecki, żc wszystko swoje ma na sobie, bo ona ma na sobie same nieswoje rzeczy: fałszywe włosy, fałszywe zęby, fałszywe brwi, rumieńce — słowem fałsz wcielony.
BRYGIDA (załamując ręce).
O! bezbożnik!
HULATYŃSKI.
A przytćm paradny okaz gęsi miejskiej.
NARZYCKI.
O! wiec są u ciebie i miejskie gęsi? HULATYŃSKI.
To się rozumie i te jeszcze gorsze od wiejskich. NARZYCKI.
Cóż ty właściwie nazywasz gęsią? HULATYŃSKI (siadają).
Gęś—to u mnie kobieta żyjąea bezmyślnie, bez wyższego celu, która nie robi sobie nic z przekonania ani serca, lecz idzie naoślep za modą, zwyczajem, nawet przesądem, a jest przytćm złośliwa i uparta. Są różne gatunki takich gęsim, p. gęś uczona, gnieździ się po miastach stołecznych, bawi się w' protektorkę literatury i szuki, otwiera salony, w których niemłode i nieładne panny popisują się fałszywym śpiewem i lichą grą na fortepianie, młodzi poeci wygłaszają wiersze, których żaden dziennik drukować nie chcial, a zapoznani geniusze schodzą się rozprawiać o swojej wielkości i adorować się wzajemnie. Obok tych, są gęsi-dewotki, biegające od kościoła do kościoła, dla zagłuszenia wyrzutów sumienia i zabicia czasu. Bardzo zbliżone do tych są gesi-arystokra-tki, które się wywodzą w prostej linii od kapito-lińskich, bo tak samo dumnie dzioby dogóry zadzierają.
MAKZYCKI (śmiejąc się/.
Ależ to formalne studyum o gęsiach. A do której-żc kategoryi gęsi zaliczasz ciocię Belcię?
HULATYŃSKI.
Zdaje się, że do wszystkich tych potroszc, bo widziałem u niej wczoraj całą bibliotekę nabożnych książek, dumna jest niesłychanie z tego, żc się wywodzi z jakichś Kzcmpiclińskich i coś ’ o literaturze zaczęła wczoraj bredzić w rozmowie zemną.
NARZYCKI.
A toś ją osmarowal—niech cię nic znam! iiuiatyńskl
Jak ją poznasz, to się przekonasz, żem wcale nic przesadził.
BRYGIDA (11. s).
Chybabym Boga w sercu nic miała, żebym tego pani mojej nic powiedziała. (Chowa sięzaśrod-kowe drzwi).
(Dalszy ci,ty nastąpi.)
Tintoretto. malujący wizerunek zmarłej swej córki.
Obraz Kocha.
Na zeszłorocznej wystaw ie międzynarodowej sztuk pięknych w Monachium, z której w sw oim czasie szczegółowa daliśmy sprawozdanie, powszechną uwagę zwracał obraz pod powyższym tytułem, zarówno dramatyczną swą treścią, jak umiejętnem wykonaniem.
Giacomo Bobusti (ur. 1512 f 1594), przezwanym Tintoretto, zpowodu że byl synem farbiarza, znany’ jako koryfeusz młodszego pokolenia szkoły weneckiej, w sędziwym już wieku utracił ulubioną córkę i własnoręcznie wymalował pośmiertny jćj wizerunek, który przekazał potomności.
Cwiłę tę wybrał utalentowany malarz monachijski za przedmiot do swojego obrazu, który tu w starannej kopii drzeworytniczej podajemy. Starzec, stojący przed sztalugą, z penzlem i paletą w ręku, z wyrazem niemej boleści spogląda wr martwe oblicze ukochanego dziecięcia, którego rysy unieśmiertelnić pragnie. Łoże zmarłej owite jest kwieciem. Obok stoi skrzynka z klejnotami, z której na drogę do wiecznego żywota dano młodej dziewczynie tylko sznur pereł z krzyżykiem. Otoczenie, pełne prostoty i powagi, dopełnia wysoce dramatycznego wrażenia całości, przejmującego widza mimowolnćm uczuciem smutku, wobec majestatu śmierci.
Wieś Uainiet. we Francyi południowej.
Chociaż głównym celem waszego Tygodnika było i jest zbierać zabytki historyczne, rozsiane po obszernych przestrzeniach ziemi rodzinnej, staracie się jednak obeznawać społeczeństwo własne i z miejscowościami obcych, godnemi upamiętnienia. Posyłam wam przeto widok, przedstawiający wschodnią część olbrzymiej wsi Can-net, liczącej 2,500 mieszkańców. Cannet leży na północ, o 3 kilometry od miasta Cannes, między 43—44° szerokości północnej, naprzeciw Nizzy (Nicei), a na południe miasta obwodowego Grasse, a zatem o jeden stopień bliżej ku równikow i, niżeli Krym południowy. Wieś zabudowana jest w półkole, otoczona lasem oliwnym i pomarańczowym i zakryta górami (Alpes maritimes) od północy, wschodu i zachodu, a na południc ma czarujący widok na miasto Cannes i morze.
Jest to miejscowość najponętniejsza wr całej Francyi, gdyż wiatry, chociaż panują tutaj, nic są tak gwałtowne, jak w Cannes i llyeres i dlatego arystokracya pieniężna na zimę licznie się tu zjeżdża.
Zboża uprawiają tu bardzo mało, lecz mnóstwo zato morel, brzoskwiń, pomarańcz, oliwek, winogron i t. p.
Kolega mój szkolny humański Hieronim Czernicki, późnićj student medycyny uniwersytetu wileńskiego, w tym samym czasie, gdy byl tam J. 1. Kraszewski, w roku 1831, udał się do Francyi, a ukończywszy tam kurs nauk medycznych, od 10 lat jest doktorem w Cannet, uwielbiany przez mieszkańców, którzy niedawno nawet merem go obrali.
Zamożne rodziny polskie zwykle udają się na kuracją do Monaco, Nicei, llyeres, Cannes, a do najrozkoszniejszej miejscowości pod każdym względem, do wioski Cannet, nikt prawie ani zaglądnie, oprócz Francuzów i Anglików; a przecie rodaków naszych, prócz powabów przyrody, za-chęcićby do tego pow inna sama już Troskliwa opieka dra Czernickiego. Dowiaduję się tćż, że czcigodny Nestor pisarzy polskich, J. I. Kraszewski, zaraz po ukończeniu nieszczęśliwej swej sprawy, zamierza wyjechać do Cannet, szukając tam zdrowia i tak potrzebnego mu spokoju.
Bolesław znad Jhdepru.
ROZMAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
—- Skroplenia wodu (wodorodu, wodoru; dokonał świeżo prof. Zygmunt Wróblewski w Krakowie. Na posiedzeniu z d. 23 stycznia r. b. zawiadomił ou Akademią umiejętności o ważnym tym fakcie naukowym, który niebawem telegraf po całym rozniósł świecie. Wróblewski, niegdyś stypendysta fundacyi Galęzowskiego w Paryżu, obecnie zaś profesor uniwersytetu Jagiellońskiego, już w roku zeszłym, wspólnie z p. Olszewskim, zdołał skroplić tlen (kwasoród), i to właśnie odkrycie dało mu możność skroplenia i wodu, które nastąpić może dopiero w temperaturze -174<> Cels. Cicplostann tak nizkiego nikt dotychczas nie potrafi! otrzymać; badania dopiero Wróblewskiego okazały, żc tlen skroplony, a potem uwolniony nagle od ciśnienia, pod jakiem się znajdował, wytwarza temperaturę—186° Cels., a więc o 12 jeszcze stopni niższą, niż w danem doświadczeniu było potrzeba. Przy użyciu więc skroplonego tlenu, wr obmyślanym przez prof. Wróblewskiego przyrządzie, udało mu się i wód doprowadzić do stanu ciekłego, o czem doniósł natychmiast Akademii nauk w Paryżu. Szanowny wynalazca dwom swoim asystentom, p.p. Janowi Koźmińskiemu i Antoniemu Nowakowi, złożył publicznie gorące podziękowanie za dzielną ich pomoc przy wykonaniu tego ważnego i trudnego doświadczenia.
— Książę generał ziem podolskich w wolnych chwilach bawił się, jak wiadomo, wr literaturę i w komedyopisarstwo, lecz nic byl zbyt pochopnym do oddawania swych płodów pod prasę. To też jego komedya p. t. Panna na wydaniu, dawno już była znaną i cenioną w stolicy , a dostojny autor jeszcze jej nie myślal oddawać do druku. Z tego powodu jakiś dowcipny literat wystosował doń następną „suplikę,” którą tu podobno poraź pierwszy podajemy ze spólczesnego rękopisu:
Co ludzie rzekną—na to nie uważam;
Nie jest to przeciw memu powołaniu, Że się dopraszać tej laski odważani, Byś mi dal twoje Pannę na wydaniu.
Chcę, aby poznał ją naród nasz cały, A widząc, jak jest i mądra i mila, Tak wielkie onej przyznawał pochwały, Jakie Warszawa już jej wypłaciła.
Wiem, że nie jesteś słabej płci morderca, U której grzeczność twa jest w podziwieuiu; Byłby to dowód zawistnego serca, Tak milą Pannę kryć w’ domowym cieniu.
Niechże na światło publiczne wychodzi, Uczyń tę łaskę wszystkich nas żądaniu, Niech się podobne jćj potomstwo rodzi: Wydaj czemprędzćj Pannę na wydaniu!
— 0 ostatnich dwóch utworach Siemiradzkiego Czas krakowski podajc następującą wiadomość, zaczerpniętą z Popóło Romano. „Pierwszy z tych obrazów jest wielkićm płótnem, inalowanem in-kaustyeznie, a mającem ozdobić nowe muzeum w Moskwie. Przedstawia on uroczystość pogrzebową jakiegoś księcia słowiańskiego z X wieku. Scena jest porywająca. Osoby obecne przy obrządku napiętnowane są bólem i przejęte grozą na widok wzniesionego noża, mającego ugodzić młodą wdowę po księciu, przeznaczoną na stos wraz z nieboszczykiem i mnóstwem przedmiotów codziennego użytku. — Drugi obraz, traktowany niezmiernie umiejętnie i z nadzwyczajną żywością kolorytu, przedstawia „Jutrzenkę,” otoczoną gronem wdzięcznych figurek, płynących w powietrzu.
— Jako owoc praktyczny wyprawy Rogozińskiego, Muzeum przemysłów o -techniczne w Krakowie otrzymało niedawno kilkadziesiąt ciekawych oka-
80
Ucieczka. Rysunek oryginalny C. Jankowskiego.
(302)
zów, które miody nasz podróżnik nadesłał z Afryki. Są między niemi dwa modele lodzi miejscowych, wyrobione przez krajowców, żagiel, wiosła, więcierze do łapania ryb, broń, narzędzia muzyczne, narzędzia gospodarskie drewniane, tykwowe i gliniane, różne plecionki i koszyki, skóry małp i legwana, tkaniny służące jako pieniądze do handlu wymiennego z Murzynami i t. p.—Oddzielnie przysłał Rogoziński drowi Kopernickicmu dwie czaszki, jedne Kamcruńczyka, drugą Murzyna z Liberyi.
— Znana i w Warszawie podróżniczka i autorka Carla Serena, jak wyczytujemy w pismach zagranicznych, otrzymała za prace swoje naukowe od rzeczypospolitej Yenezuela order Boliwara.
— Uniwersytet edynburski obchodzić będzie w kwietniu r. b. trzechsetną rocznicę swego założenia. Najznakomitsze wszechnice europejskie zostały już zaproszone do przyjęcia udziału w tćj uroczystości, a między niemi — jak donosi Czas krakowski — i uniwersytet Jagielloński, który wyszle do Edynburga swego przedstawiciela.
— Czasopismo „Revue internationale,” wydawane we Florencyi przez znanego historyka literatury Angolo de Gubcrnatis, a mające wychodzić co dni 15, w pierwszym swym zeszycie przedstawia się świetnie. Reprezentowani w nim są, oprócz samego Gubernatisa: Holtzcndoril', Ciułani, Laveleye, Maks Muller, Trezza, Dora dlstria, W. Schwartz, Antony i Emery pracami powa-żniejszemi, a p. Stefania Wuhl daje nowelę węgierską. Korespondcncye datowane są z Paryża, Berlina, Wiednia, Petersburga, Belgradu, Lizbony, Sztokholmu, Lejdy, Rio, Bombay i Honolulu.
— Powozy tramwajowe, poruszane silą sprężyn, próbowano niedawno z powodzeniem w Nowy m
Yorku. Motorami są tu olbrzymie sprężyny, na 300 stóp długie, G cali szerokie i */« cala grube, zwinięte spiralnie, naksztalt zegarowych. Sześć takich sprężyn wystarcza do poruszania jednego wagonu, na przestrzeni mil czterech. Po obu krańcach drogi znajdują się machiny parowe do nakręcania sprężyn. Koszt eksploatacji przy tym systemie o wiele ma być mniejszy.
— Największą ze znanych dotąd głębin morskich znaleziono w stronie północnej oceanu Atlantyckiego, pod 19° 39' 10/7szćr. póln., a G0° 26' 5" dług. zach. Parowiec amerykański Blacke, zapuściwszy tam olowianke, dosięgnął dna morskiego w głębokości 8,341 metrów. Dotychczas największa ze zmierzonych głębin nie przenosiła 7,723 metrów.
— Poszukiwania na Forum romanum do coraz nowych doprowadzają odkryć. Znaleziono tam świeżo głowę Marka Aureliusza i popiersie innego cesarza bezgłowy, którą jednak odszukać jeszcze się spodziewają. Uprzątanie rumowisk w domu wcstalck postępuje tak szybko, że można już obecnie zwiedzać główniejsze jego części. Poziom tego domu leży o 23 metry niżej od poziomu ogrodów palatyńskich, gdzie również odkopano niedawno posąg jakiegoś bożka egipskiego, pokryty hieroglifami.
— Cenny zbiór inkunabułów litograficznych pozostawił zmarły przed trzema miesiącami w Monachium prof. Weishaupt, którego ojciec był uczniem wynalazcy sztuki litograficznej, Scnefeldera. Ko-lekcya rzeczona przedstawia w sposób obrazowy dzieje litografii i techniczne jej koleje, poczynając od pierwszych prób w r. 1797, aż do najnowszych okazów oleodruku i metalografii. Znajdujemy tam rysunki na kamieniu króla holenderskiego
z r. 1805, generała Lejcune’a i innych. Ciekawe są także pierwsze i ostatnie kartki prac najznakomitszych artystów Paryża, Londynu, Wiednia i t. d. Zbiór cały obejmuje IGO nazwisk i 3,500 rysunków, między któremi 2,600 litografij, 60 szkiców oryginalnych i 840 miedziorytów.
SZACHY.
Centrum gambit,
grany <1. 27 stycznia 1884 r. na tur. w Warszawie.
Białe	Czarne
p. Hilsbcrg. p. Kleczyński.
1) E2—E4	E7—ES
D2—D4	E5 biora D4
3)	Dl biora D-l B8—C6 ‘
4)	D4—E3	F8—E7I
5)	Cl - D2	D7—D6 słabo
posunięcie; należało grać
G8—F6 i na 6) F2—F4 od-
powiedzieć D7—D5. 6) F2—F4
7)	FI—B5
8)	BI—C3
9)	E3—E0
10)	E2-D1
11)	Bó - D3
12)	G2—G3
13)	C3—E2 grając teraz 13)
G8—F6 0—0
F6-G4 C6-D4
C7—C6 E7—lUf G4 biorą 112 H4 biorą G3f?
112—F3f
16) Dl—El	F7—F5
17) E4—E5 teraz po tych kilku silnych posunięciach białych.czarne straciły cały atak i pozostały z figurą mniej.
17)	D6 biorą E5
18)	El biora E5 A8—D8
19)	Al—El	G4-I15
20)	F2-G2	D4—F3
,21) E5—E6f G8—118 22) G3 biorą 115 F3 biorą El oczy wiście lepiej byłoby grać 22) po czem mo-114 biorą 115
globy nastąpić 23) biorą 1' 3 115 biora F3f 21j G2 biorą 112 25)II2—H3
F3—F2f F2-F3f i remis przez wieczny szach. 23) EG biorą El 114 biorą 115 24) III biorą 112 i znów biało zyskały dwie lekkie figury za wieżo.
24) 115—G4f 25i El—(13	G4 biora G3
26) G2 biorą G3 F3—F6 27) Gl—F3	B7—B5
28) D2—C3	poddają sic.
UJ G1 biorą F3	El—F2
D1 biorą F3f E2 biorą D2 jg) 111 biorą 111 i?) E2—G2
D8—B6f	B6—E3|
czarne nie traciły figury i zostawały z pionem for.
14) E2 biora G3 1)8-114
15) E1-F2	C8-G1
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
JoaBOJeno ĘenaypoE. Bapmana, 20 llnuapa 1884 r.—Druk Józefa Ungra, nlica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenlai przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Raj cl miana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami 1 rebusem.
Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
58.
Prenumerata w Warszawie:	i j inni	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart.	W (IFSZclWft. 9 lUtBffO loOZ± F. na prowincyi i w cesarstwie:
rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	’	kwartalnie re. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
Tom III.
(303)
Na modlitwie. Kopia obrazu Makarta.
82
Treńć iilinn Tli. Artykuły Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy rag).—Gosi i gąski, komedya w pięciu aktach Michała Bałuckiego Glalszy ciąg).— Kasyda, przez J. A. Święcickiego. — Ze świata muzycznego, przez W. Górskiego.— 1'rzeglad literatury nadobnej czeskiej, przez W, Uzaj< w-skiego. — Kronika tygodniowa, przez St. M. Rz.— Opróżnione miejsce. — Składki — Sprostowanie. — Sobics' iana. przez A l.essci i —Ze świata obci go. — Melon, zdarzenie z życia obozowego, opisał Wieiisław.—Przegląd polityki zagranicznej.—Rozmaitości.—Szachy.—Dodatek. Dziecię globu, nowela przez A. de Alarcon arkusz szo-ty). Ryciny: Na modlitwie, kopia obrazu Makarta.—Poiowanie na wilki, rysunek J Kossaka —O próżniom miejsce, obraz, Hoffmana. — Gmach College de Krańce, w którym Mickiewicz wykładał swój kurs literatur słowiańskich.
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻĄ.
(Dalszy ciąg.)
VI. Drażliwe sytuacye.
W tein, co się w poprzednim opisaio rozdziale— któż nie odgadnie oświadcz} n? Odbyły się ot wiad czyny formalnie, nie bez przeszkód jednak, nie bez mitręgi niejakiej. Wszystko poszło dobrze i w pokoju bawi dnym, w którym naima Emilia schronienie znalazła i do którego pani Róża kolejno naprzód pana Pawła, następnie pana Tadeusza wezwała, rzecz odpyła się w porządku. Panna Emilia winiare była zmieszaną i wmiarę opozycyą stawiącą; wporę atoli i z całym możliwym szj kiein uczj niła ustępstwo, zajmując stanowisko pół-ofiarne, kilku łezkami okraszone i uśmiechem rozkosznym uświetnione.
— Proszę... błagam...—wygłosił kawaler.
— Dobrze...—szepnęła.
Nastąpiło ucałowanie podanej ze wzdraganiem się niejakiem ręki i zapomocą ucałowania tego zawarł się ślub honorowy, będący prologiem nieodzownym ślubu urzędowego, mającego dwie odmiennej płci istoty związać na życie wspólne do śmierci. Wszystko to, jak powiadamy, w zupełnym odby ło się porządku, tak ze uie pozostawało już nic innego — narazie przynajmniej—-jak oddawać się zadowoleniu, wynikającemu samo przez się z faktu pomyślnie dokonanego, a pożądanego. Tak—pożądanego. Nie będziemy bowiem rzeczy w bawełnę obwijali, utrzymując, jakby pannic Emilii za mąż się iśą nie cbcialo. Owszem. Nie powiemy tez, jakoby' pan Paweł mia"ł do ożenienia wstręt. Gdyby tak było, toć od niego zależało oświadczyć się, albo nie. Pożądanie przeto miało ten charakter zobopóluości, która sprowadza zadowolenie wrazie, gdy rezultat pomyślnie wypadl. Wypadek taki zaszedł właśnie i, gdy ceremoniał oświadczyn w sali bawialicj dopełnionym został, przejść należało uo sali jadalnej, dokąd wzywał samowar. Pan Tadeusz o takowym przypomniał sobie.
— Herbata przeciągnie—zauważył, wtrącając wyrazy te do wynurzeń wdzięczności, wygłaszany cli przez pana Pawła.
Temu ostatniemu konceptów' nuż braknąć poczynało; panu Tadeuszowi zaś konceptów pełno do głowy się cisnęło i spieszno mu było z ekspen-sowaniem takowych. Roiły mu się żarty z młodej pary. Zamierzał kawalera w ambaias, siostrę do rozpaczy przyprowadzić.
Pan Paweł, który nadaremnie czynił poszukiwania za wyrazami i frazesami, odpowiedniemi sytuacyi, jaką sam sprowadził, zgłęb, piersi odetchnął po uwadze pana Tadeusza, co do przeciągnięcia herbaty.
— Przeciągnie naprawdę —potwierdziła pani Róża.
— A więc służę państwu... proszę—podchwycił potwierdzeniem zony do nalegania zachęcony pan Tadeusz, ręką na drzw'i od sali jadalnej wskazując.— Proszę.
Nalegał, sam do siebie się uśmiechał i skwa-pliwośc wielką okazywał AA myśli mu się snuły i na język cisnęły koncepty o parze narzeczony eh, koncepty, których znany dobry szlachty
polskiej humor napłodzil ilość ogromną, sprawiającą ten kłopot, który Francuzi nazywają ambar-ras de ric/usse. Właśnie kłopot ów uśmiechy na usta szlachcica naszego sprowadzał. Miał do wyboru konceptów kilka — każdy mu się w’ydawal doskonały; szykował więc w myśli porządek, w jakim je zaprudukować miał, a tymczasem (•brząkał, brwi marszczył, wąsami ruszał, cy buch w reku wa ży ł i na prowadzące do sali jadalnej drzwi ręką ukazywał.
— Służę państwu, proszę powtarzał.
Zwyklćm to jest pomiędzy śmiertelnikami, że się ociągają z uczynieniem tego, czego pragną, zwłaszcza gdy spełnienie czynu ód osób kilku zależy. W razie takim ktoś jeden zacząć musi. AV tym razie do zaczęcia — do ruszenia ku drzwiom — osób było dwie: panna Emilia i pan Paweł. Ten ostatni atoli, gdyby uie dlaczego innego, to przez grzeczność same, pannie Emliii pierwszenstwo zostawiał, ta zaś ruszać przodem nie i heiała. Co ją wstrzymywało? Konia z rzędem oliarowaćby można temu, coby jasuo i pewno wytłumaczył powód ociągania się panuj' Emilii. Ona sama powodu tego nie znała zapewne. Ociągała się; coś ją przytizymy wału coś, które się manifestowało pod postacią jakichś niby mrówek w'e krwi, niby Jeciuchnego łechtania pod skórą, niby bojażni w sercu, niby skłonności do płaczu, niby ochoty do śmiechu, skutek których był fen, że z miejsca uie ruszała, pomimo że brat wzywał. 1 kto wie, czyby była ruszyła, gdyby się pan Tadeusz nic był uciekł do sposobu, który się skutecznym okazał.
— Ha—odezwał się tonem rczygnacyi, do żony mowę zwracając—zostawmy ich chyba, wi-dać, że oni chcą .
Gdy zaś pani Róża ku drzwiom siu zbliżyła, dodał:
— .... bez świadków' się pocałować.
Ostatni len wyraz stał się dla panny Emilii tem, czem byłoby dla nićj pchnięcie niespodziane, a nagle. Pośpieszyła tak prędko, że dopędzila bratową na progu i z nią razem wkroczyła do sali jadalnej. Za paniami postępowali panowóc. Pan Tadeusz, z uprzejmością, drwinami zlckka nacechowaną, czynił honory panu Pawłowi, wyglądającemu tak, jakby mu sie ciężar znaczny z ramion zwalił, ń lekkiem przeto sercem wkroczył do pokoju i—stanął zafrasowany.
A\ idok, jaki sic oczom jego przedstawił, był tez widokiem frasunek wzbudzić zdolnym. Panie, z wyrazem największego w oczach przerażenia, goniły jedna drugą dokoła stołu, albo raczej goniąeemi były pani Róża i panna Emilia, podczas gdy panna Eufrozyna z Julisią na reku uciekała.
Przerażenie malowało się szczególniej na obliczach pani Róży i panny Eufrozyny. Panna Emilia przyłączyła się do onego przez spólezucie, co się okazywało z padającycli z ust jćj wyrazów, brzmiącj cb pocieszaniem.
— Może to nic. Może to tak sobie... Może to przeminie.
— 0 Roje! o Matko przenajświętsza!... o ja nieszczęśliwa!—powtarzała panna Eufrozyna, tuląc dziewi zynkę do piersi.
— Oddajze mi ja' — domagała się pani Róża, niemniej jak panna Eufrozyna przerażona.
— Julisiu, Juleezko... O ja nieszczęśliwa! — łruziu!
Panna Eulrozj na jednak na odezwy pani Róży najmniejszej me zwracała uwagi. W oczach jej świecił w'yraz, który postrzegaez obojęny wziąć mógł za wyraz obłąkania. Postrzegaczcm obojętnym był pan Paweł, ku któremu strzelały niekiedy panny Eufrozyny spojrzenia—spojrzenia-strzały, zatrute akcentem wyrzutu, jakby to on winien oyl chorobie dziecka. Rb spojrzeniu ta-kiem jcdueni, drugiem pan Paweł zwrócił się do osłupiałego pana Tadeusza i wsunął iuu «v ucho wyraz:
— Zwariowała.
AVyraz ten pana Tadeusza z osłupienia wyrwał. AA' W'ąsy dmuchnął, kroków kilka naprzód postąpił i byłby pannę Eufr.izynę wra z Julisią w ramiona wziął, gdyby ta ku drzwiom się nie zwró
ciła i za takowemi nie zuikla. Za nią popędziły pani Róża i panna Emilia. Gonitwa trwała jeszcze przez dwa pokoje. AV trzecim panna Eufrozyna na kanapę się rzuciła i bez oporu najmniejszego pozwoliła dziecko wziąć sobie z objęć.
— Co to jesi? Co to znaczy?—zapytywała na-ni Róża.
Zapytywała jednak nadaremnie. Panna Eufrozyna odpowiedzi nie dawała. Nie odpowiadała też i dziewczynka, która, przestraszona tem co zaszło, miała minę porażoną nagłą jakąś chorobą; twarzyczka jej pałała, oczęta migotały. Napróż-no więc matka, usiadłszy i na kolanach ją posadziwszy, przemawiała do niej słowami slodkiemi:
— Życie moje, luba moja. Co? Boli cię? gdzie cię boli? Powiedz!
Po główce ją głaskała, dłoń swą do czółka przykładała.
— Może to uie—wtrąciła panna Emilia.
— Ach! nie, nie—odrzekła pani Róża. — Gorączka wyraźna, patrz...
Panna Emilia dloii dziecku do czoła przyłożyła.
— Główka gorąca.
— Mój Boże—zaczęła mu tka zatrwożona — w sposób ten rozpoczynają się choroby wielkie... w dzień zwłaszcza.
— Może Bóg da, żc to przeminie.
— Dobrze tak mówić tobie, nie matce. Mnie Julisią niepokoi, bardzo niepokoi. Dziecko takie delikatne.
— Nie przypuszczaj żc, Róziu, rzeczy najgorszych—odezwała się panna Emilia tonem perswa-zyi.
Perswazya ta atoli podnieciła tylko niepokój matki. AV razach podobnych zazwyczaj to s.c zdarza.
— Doktora! — zawołała pani Roza. — Pójdź, Emilko, Powiedz Tadeuszowi, niech natychmiast posyła po doktora.
Panna Emilia nie śpieszyła się z zadośe-uczj iiieniem woli bratowej.
— Pójdź-że! — rzuciła ta ostatnia z akcentem niecierpliwości.
— Ech—zaczęła Julisią poi z płaczem, tonem dziecka rozkapryszonego. — Ciociu, niech ciocia nie idzie!
— Czemu, życie moje?—zapytała matka.
— Niech ciocia nic idzie!
— Ciocia pójdzie i papie powie, żeby doktora sprowadził.
— Ja nie clicę doktora!
— Nim doktór przyjedzie, Julisią się w łóżeczko położy.
— Ja nie chcc do łóżeczka!
— Julisią będzie grzeczna; Julisią mamę kocha i zrobi to, czego mama chcc: do łóżeczka pójdzie i w’ łóżeczku na doktora czekać będzie.
— Ja nie chcc dokt. nie clicę do łóżeczka!— odpowiedziała przeciągle dziewczynka—nie clicę!
— Julisią mamę zmartwić chyba clice.
— Nie clicę do łóżeczka, uie clicę doktora!
Słusznie ktoś uwagę zwrócił, że dzieci są-to istoty najokrutniejsze; dodać należy: dzieci zwłaszcza rozpieszczone, takie właśnie, jakiem Julisią bj la. Okrucieństwo dzieci takich miary nie zna. Matka, nie matka — dla nich to wszystko jedno. Prośby, perswazye, jest to dla nich groch o ścianę rzucany. Napróżno pani Róża do Julisi najsłodszym i najłagodniejszym przemawiała głosem. Diewczynka się uparła i zacięła, niby to płakała, niby nie płakała i „nic chcc” ustawicznie powtarzała.
— Dobrze więc—zaczęła pani Ró "a, dając pan nie Emilii znaki, ażeby wyszła w'cclu spełnienia żądania jej, tyczącego się posłania po lekarza— dobrze, doktór nie przyjedzie, ale Julisią zrobi to dla mamy, że do łóżeczka pójdzie.
— Ja nie clicę do łóżeczka!
Znakami ponaglona, panna Emilia odeszła i wnet po odejściu jej nastąpiła ze strony panny Eufrozyny zmiana sytuacyi.
Panu a Eufrozyna, po rzuceniu się na kanapę i po oddaniu Julisi matce, wpadla była w rodzaj odrętwienia. Ramiona zw isały jej bezwładnie, oczy puściła w słup, po biuście jej przewijał się
83
warkocz, który akcentował rozlany na postaci jćj wyraz rozpaczy. Nagle drgnęła, z głębi piersi odetchnęła i wzrok w pani Róży utkwiła. We wzroku tym zlewały sic razem w wyraz jeden: żal, gn. !w i ironia, powleczone obłokiem smętnym. 1’ani Róża, która z Julisią do końca trafie nie mogła, zwróciła na nią wejrzenie i, omyliwszy się snadź na wyrazie, jaki w oczach jćj świecił, rzekła:
— Nieszczęście!
— Nieszczęście! — odparła panna Eufrozyna, z akcentem znaczenia polnym.
— Co, jak to sic stało?
— Jak? w sposób bardzo prosty. Cóż ja? pa-riaska, biała murzynka, nau czy cicl-ka.—Wyraz ostatni z przyciskiem wymówiła.—Ona mnie odepchnęła i w drogę mi weszła.
— O czem fy mówisz, Fruziu?—zapytała pani Róża, zdziwiona wyrazami, w których najmniejszego z chorobą dziecka nic widziała związku.
— O czem ja mówię? Ach! — odparła i głową smutnie pokiwała. Gorzko się uśmiechnęła i westchnęła.
Wszystko to byłoby zapewne pani Róży nieco do myślenia dało, gdyby nic zakłopotanie o zdrowie dziecka. Zakłopotanie to sprawiło, że wyrazy dziwiły ją, lecz w niej ciekawości nie wzbudzały. Nic zwróciła uwagi ani na akcent odpowiedzi, ani na uśmiechy, ani na westchnienia i kiwania głową.
— Jnlisia gorączkę ma?—zapytała.
— Ma? — odparła panna Eufrozyna zapytaniem.
— Nic zauważyłaś tego?
— Nie zauważyłam—odrzekla z gniewem tłumionym, jak odpowiadać zwykl szatan egzorcyście.
— Cóżeś zauważyła?
— Co?—ramionami wzruszyła.
— Dziecko przecie zachorowało i niepokoju cię nabawiło.
— A!—odezwała się, jakby jćj nagle przypomnienie do głowy strzeliło.—Tak. Niepokoju mnie nabawiło. Tak... to prawda. Jnlisia...
— Czy sic na jaki gdzie ból skarżyła?
— Nic, nie skarżyła się.
M momencie tym rozległ sic donośnie pól basowy pana Tadeusza glos, który następnie gromko i dobitnie wypowiedział wyrazy:
— A dymaj, co konie wyskoczą! Masz czasu dziesięć godzin tam i napowrót! Jeżeli mi sic z powrotem o minutę spóźnisz, nie wracaj lepiej.
blyszćć się dał turkot bryczki, połączony z ten-tentem koni.
Pani Róża, na znak zadowolenia, głową zlekka skinęła i do Julisi się zwróciła. Dziecko wciąż zasępione było. Po główce ją pogłaskała, do piersi przytuliła, w < .v pocałowała i znów panno Eufrozynę. rozpytywać się jęła.
— Nic skarżyła sic więc, powiadasz?
— Nic.
— Czcmuźcś ją rzuciła i mnie niepokoju takiego nabawiła?
— Czemu? hm? — westchnęła, zmieszana nieco.—Wytłumaczę ci to później.
— Postrzegłaś coś w Julisi jednak... niedyspo-zyeyą jakąś, boć inaczej nie byłabyś się sama tak przeraziła.
Panna Eufrozyna, do muru niejako przyciśnięta, postrzegła się, żc popełniła niedorzeczność, którą jakoś usprawiedliwić należało.
— A tak, tak — zaczęła — przeraziłam się.
— Czćm? — zapytała pani Róża.
— To jest nie przeraziłam się, ale... alem się zmieszała. Nalałam Julisi do filiżanki herbatkę, dodałam śmietanki, dałam jćj sucharek.
— 1 cóż, czy piła, jadła?
— Nie.
— Czemu?
— Nie w icm, doprawdy.
— Może co niezdrowego przedtem zjadła?
— Nic. Chodziliśmy na przechadzkę, powróciliśmy i natychmiast do herbatyśmy zasiedli. Jnlisia więc nic nie jadła. Ach! — krzyknęła nagle — poziomki!
— Poziomki — powtórzyła pani Róża tonem uspokojenia.
— Cala króbkę.
— Króbeczkę — poprawiła dziewczynka, patrząc zpodełba.
— Zawierającą mniej więcćj trzy talerze głębokie.
Tyś wszystko to sama zjadła? — zapytała matka.
— Dawałam papie, ale papa nie chcial.
— Trzeba bj lo poczęstować mamę, ciocię, pana Pawła.
— Ciocia i pan Paweł poszli sobie na romanse — odparło dziecko.
— Co ty mówisz? — zawołała pani Róża tonem napomnienia.—Pfc! wrstydż się! Kto cię nauczył tego?
— Doza taka poziomek, ua raz jeden spożyta — podchwyciła panna Eufrozyna z pośpiechem, wcelu zagadania odezwania się Julisi i odwrócenia od onego uwagi pani Róży — sprowadzić może chorobo niebezpieczną.
— Sprawić może co najwięcej poty — wtrąciła pani Róża.
— Właśnie też, poty. A przy potach nic łatwiejszego, jak zaziębić się, na wiosnę zwłaszcza. Z zaziębienia pleura, suchoty, następstwa najsmutniejsze.
— Przerażasz mnie!
— Bom się przeraziła sama, przypominam sobie. Siedzę, przy stole, państwoście odeszli — w wyrazach tych fałsz} wa jakaś zabrzmiala nuta — jam została sama z Julisią. Patrzę, ona potnieje; to mnie tak przeraziło, żem ją na ręce pochwyciła, chcąc dziecko odnieść i od przeciągów uchronić.
— Moja Fruziu — odezwała się pani Róża z uczuciem, nie pomnąc ua to, że bieganie dokoła stołu dziecko właśnie na przeciągi wystawiało.
Akcent, jaki brzinial w słowach panny Eufro-zyny, matkę za serce ujął.
— Trzeba więc — kończyła — trzeba Julisię do łóżka położyć, okryć i...
— Ja nie chce do łóżka! — przerwała dziewczynka.
— A, Juleczko — odezwała się do niej panna Eufrozyna upominające.—Mama każę, a ty wićsz przecie, żc co mania każę, to Bozia każę. Bozia cię ukarze, jeśli nie spełnisz woli mamy; Bozia się na ciebie pogniewa, moje dziecko.
I opowiadać zaczęła o deszczu siarczy stym, jaki Pan Bóg spuścił na .Sodomę i Gomorę, które w perzynę obrócił i ziemię pochłonąć kazał, a ua miejscu, które one zajmowały, utworzył jezioro i na pamiątkę nazwał je morzem Martw im. Dziewczynka się w opowiadanie to wsłuchała; oczęta jej się zaokrągliły; na twarzyczce odmalował się przestrach. A panna Eufrozyna wciąż opowiadała. Opowiadała o zmicnionćj wT slup soli żonie Lota za to, że Bozi nie posłuchała.
Julisią się mocno do matki przytuliła.
— Mamo — odezwała się półgłosem.
— Co? — zapytała pani Róża.
— Ja do łóżeczka pójdę.
Pani Róża z uśmiechem uznania na pannę Eufrozynę spojrzała; Julisię pogłaskała i ucałowała, i przywoławszy do rozebrania jej bony, ku odejściu się miała, kiedy mała do niej przemówiła:
— Ale przyjdzie do mnie dziewczyna?
— Co za dziewczyna?
— Ta z lasu, co kwiatki moje przy niosła i króbeczkę z poziomkami mi dała.
— Zkąd że ci ją wezmę?
— Niech ona przyjdzie —zaczęło dziecko, znów tym głosem przewlekłym i nosowy ni, który w dzieciach chimery oznacza.—Niech przyjdzie!
— Nie wiem, gdzie się podziała.
— Niech przyjdzie. Ja cbcę, chce dziewczyny!
— Rozbiera że się i połóż, a ja pójdę i poszukam jej.
Pani Róża odeszła; bona przystąpiła do rozbierania Julisi, która, zapomniawszy o deszczu siarczystym i o slupie soli, rozchimerowala się na dobre.
Panna Eufrozyna poczęła po pokoju chodzić i im dluźćj chodziła, tćm większe okazywała
wzruszenie. Wzdychała, ironicznie się uśmiechała, do samej siebie mówiła i najmniejszej nic zwTacala uwagi na chorobę, która się na tćm skończyła, że sie rozebrała, powtarzając ustawicznie:
— Ja chce dziewczyny!
Bona sobie rady dać nie mogła. Łagodziła, wdzięczyła się, przemawiała (rzecz prosta, po francusku)—nic nic pomagało. Julisię w łóżeczku ułożyła, kołderką ją starannie okryła, sposoby rozmaite wynajdywała i dowcip cały wysilała w tym celu, ażeby dziewczynkę uspokoić; ta jednak coraz mocniej beczała i cyraz wyraźniej powtarzała:
— Ja chce dziewczyny!
(Dalszy ciąg nastąpi.}
GĘSI J GĄSKI,
KOMEDYA W PIĘCIU AKTACH
MICHAŁA BAŁUCKIEGO.
(Dalszy ciąg.)
SCENA vn.
ciż i CIEPISZEWSKl.
CIEPISZEWSKl (wchodzi i poprawia ubranie,perukę).
Cóż to za urodzaj na kobiety w tym domu! Gdzie się człowiek ruszy, to o kobietę potrąci. Znowu teraz jakaś wpadła na mnie w sieni z takim impetem, żc malom się w kawałki nie rozleciał.
marzycki (do llulatyuskiego).
Patrz-uo, Karolu, jak ten przypomina naszego profesora łaciny.
HULATYŃSKI.
Ale bo to chyba on sam. (Głośno.) Przepraszam, czy nie pan profesor Ciepiszcwski?
CIEPISZEWSKl.
Do usług. Z kimże mam przyjemność?
MARZYCKI.
Jestem Marzycki.
CIEPISZEWSKl (z rewereneyą).
Adam Marzycki. Wiem, wiem, pamiętani. Czytamy w gazetach o panu i z dumą powiadam każdemu: to mój uczeń.
HULATYŃSKI.
O mnie profesor tego zapewne uie powie?
CIEPISZEWSKl.
A jakże nazwisko?
HULATYŃSKI.
Według tego, jak profesor mnie nazywałeś, to asinus, a według katalogu, to llulatjński.
CIEPISZEWSKl.
Hulatyński! O! prawda, asinus ashwrum. (Spostrzega się.) Przepraszam pana dobrodzieja.
HULATYŃSKI.
Nic nie szkodzi. Miałeś profesor zupełną słuszność, boja rzeczywiście naukę trochę per nogam traktowałem.
CIEPISZEWSKl.
Jak? jak? per nogam/ (Do Marzyckiego.) Słyszysz pan, co on sobie za jakąś nową łacinę wymyśla? A to neipiam. (Spostrzega się.) Przepraszam pana dobrodzieja.
hulatyński.
Ale nie żenuj się profesor.
MARZYCKI.
Myśmy profesora zawsze uważali, jak ojca. (Ściskają go.)
C1EP1SZEWSKI (rozrzewniony).
Poczciwe chłopaki!
HfJLATYNSKI.
A choć tam czasem profesor, ten tego... (Pokasuje gestem, że obić kazał nieraz.)
CIEPISZEWSKl.
Et haec nieminisse jucabit, jak powiada wielki Wirgili, nieprawda?
MARZYCKI.
Ale cóż kochany profesor tu porabia?
CIEPISZCWSKI.
Kłopotkiewicz, mój kolega szkolny, zaprosił nas na zaręczyny córki.
84
HULATYŃSKI (wska-ując na Zarzyckiego).
A to właśnie pan młody.
ciepiszewski.
Tak? To pan? A, to się serdecznie cieszę, (óci-ska go i całuje.)
HULATYŃKI (patrzeć przez okno).
0! Figurkowski.
MARZYCKI.
Któż-to taki?
IILLATY ń«ki.
Mąż pani Figurkowskićj, a raczej jej kasycr, jej plenipotent, jćj lokaj, listonosz; słowem służący do wszystkiego, a oprócz tego doktór, który poluje na pacjentów, aby mieć za co stroić żonę.
CIEPISZEW ski.
Musi być nieszpetna?
HULATYŃSKI.
Buzia rzeczywiście ładna; ale zresztą kompletna gęś, z tą różnicą, że trochę także papugę przypomina. Znalem ją dzieckiem prawie. Już wtedy rodzice stroili ją jak lalkę i pozostała lalką całe żj eie. Strój, to dla niej wszystko, i choć katechizm naucza, żc człowiek składa się z duszy i ciała, o doktorowej śmiało można powiedzićć, że się składa tylko z ciała i strojów, bo strój jest jej duszą.
CIEPISZEWSKI.
Pyszna definicj a, jakby żywcem z Juvcnala! Gdzie się ren chłopak tego nauczył?
HULATYŃSKI.
Życie, to także szkoła, profesorze.
SCEN A VIII.
ciż i figurkom ski, (póśnuj) Natalia.
figurkowski (małe wąsiki blond, faworytki ważkie, niewieb ptmiżćj ucha sięgające. Ubrany modnie. Chód nieco podrygujący, twarz ułożona do uprzejmego uśmuchu. Wchodzi z prudłem tekturowi ni, które kładzie na stołku przy drzwiach).
A, Hulatyński! (Dodaję mu rękę.) Jakże tam zdrowie?
HULATYŃSKI.
Trzymam się jako tako.
FIGURKOWSKI.
Ale wjgląuasz nieszczególnie, oczy żółte, po-każ-no język.
HULATYŃSKI (pokuZlljac Z uśmiech: m).
Powiadają mi, że zaostry.
FIGURKOWSKI.
0! jęzjk mocno obłożony i cera niezdrowa! (J lirze go puls.) I puls nieba rdzo regularny. Wszystkie symptomata choroby gastrycznćj. .Dlaczego się nie leczysz? Miałem pacj enta, który umarł na taką chorobę
HULATYŃSKI.
A ja widzisz żyję dlatego, że się nie leczę. FIGURKOWSKI.
Żart na stronę. Powinieneś uascryo pomyśleć o leczeniu.
HULATYŃSKI.
Daj pokój, doktorze, nie zrobisz sobie ze mnie pacjenta Pozwól lepiej, że cię zapoznam z tymi panami. Mój dawny profesor, pan Ciepiszewski.
FIGURKowskl (wstając).
Pan zapewne dla kuracj i na wieś?
CIEPISZEWSKI.
Uchowaj Boże!
Ul LITYŃSKI.
Profesor cielne przeżyje. A to mój kolega szkolny MarzyOki, przyszły zięć państwa Kłopot-kiewiczów.
FIGI RKOWSKL
A, to pan? Bardzo się cieszę i życzę panu, żebyś był tak szczęśliwym w pożycie małźcńskićm, jak ja jestem.
MARZYCKI (z ironicznym uśmiechem).
0! dziękuję panu.
I JGURKOWsKI.
Moja żona bezemnie jednego dnia obejść się nie może.
IIULATY SSKI (li. S.).
Bardzo wierzę.
NATALIA (za sceną, uchylając drzwi) Teodorze, czj' to tj ?
FIGURKOWSKI (do Marzyckiego).
0! słyszysz pan? Nic widząc, przeczuła. (Do drze i.) Tak, to ja, kochasiu.
NATALIA (j. W.).
Nareszcie!
FIGURKOWSKI.
0, co tu tęsknoty w tćm jcdnćm słowie! NATALIA (wchodzi).
Jesteś przecie.
figurkowski (całując ją. w rękę).
Jestem, jestem, aniołku. (Chce ją całować w twarz.)
NATALIA (odsuwając go).
No, ostrożnie, moje włosy...
figurkowski.
Daruj, aniołku.
NATALIA.
Przywiozłeś mi rzeczy?
FIGURKOWSKI.
To się rozumie.
NATALIA.
No to dobrze, bo ja tu już drugi dzień w jednej sukni, uważasz ty, drugi dzień!
FIGURKOWSKI.
Biedaczka!
NATALIA.
Dlaczegóż wczoraj nie przyjechałeś?
FIGURKOWSKI.
Nie mogłem, aniołku, przeszkodzono mi w sposób nader zaszczytny. Księżna pani była u nas.
NATALIA (ucieszona).
Księżna Uozalia?
FIGURKOWSKI.
Tak, w swojej własnej osobie raczyła się fatygować. Była prosić cię do ży wycli obrazów, które urządza na ochronki. Przywiozła ci rysunek kostiumu.
NATALIA.
Masz go z sobą?
figurkowski (wyjmując z ko szeni}.
To się rozumie.
NATALIA (nieci' ipliwie).
Pokaż, pokaż! (Lderze od męża i siada przy stoliku.)
figurkowski (przysiada sie do nij;.
Kostium hiszpański z czternastego wieku, damy dworskiej.
NATALIA.
Ach, jaki prześliczny!
ciepiszewski (do Ilidatyńsko goj.
Możcbj' wypadało przedstawić się tćj damie? HULATYŃSKI.
Zostawmy to sobie na później, profesorze, bo teraz żebyś jćj strzelał za uchem, to nie usłyszy.
M d RZYCKI.
Więc nie przeszkadzajmy im. (Wychodzi z Cie-piszewskim i •Mulatyiisłó.m.)
Natalia (wpatrując się w rysunek).
Ach, to będzie cudów nie wyglądało i cały kostium nie wyniesie więcej, jak 300 do 400 reńskich.
F.GLRKOWSKI (zakłopotany).
Jakto, aniołku, mjślisz sprawiać nowy kostium?
Natali 1 (pęiirzĄc na niego zdziu łona).
A ty co myślałeś?...
1 IGURhoW SKI.
No, ja myślalem, żc się da użyć ten, coś go miała na balu kostiumowym.
NATALIA (w-i uszając ramionami).
Zmiłuj się, a cóżby świat na to powiedział?
FIGURKOM SKI.
Możnaby coś zmienić, poobszywać nowcini koronkami.
NATALIA
Teodorze, ja ciebie nic poznaję. Jakto, ty, ty, żałujesz swojej żonie? A dla kogóż ja to wszystko robię, jak nie dla ciebie? Jeżeli się ubieram, to tylko dlatego, aly świat mógł powiedzieć: patrzcie, jak ten doktór ubiera swoję żonę, co to za mąż!
FlCURKGYYSKI.
Dziękuję ci, Natalciu droga. (Całuję ja io rękę.) NATALIA.
A na ostatnim balu nic byloż ci przjjcmnie, że twoje żonę nazywano „królową, że bjłam roziy-waną przez samych hrabiów?
FIGURKOWSKI.
To prawda, że przjjcmnie, bardzo przyjemnie. Ale widzisz, duszyczko, finanse moje teraz są w nienajlepszym stanie; poprostu brak...
NATALIA.
Komuż latwuej o pieniądze, jak tobie? Pomacasz kilkanaście pulsów, obejrzysz kilka języków i historya skończona.
FIGURKOWSKI.
Moja droga, teraz ludzie tacy zdrowi, że aż dc-speraeya bierze.
NATALIA.
No, a ten tWój stryj? Mówiłeś przecie, że niedługo pociągnie.
FIGURKOM SKI.
Według wszelkich reguł medycyny powinien już był umrzeć od dwóch miesięcy, a on tymczasem żj'jc i Bóg wie, dokąd jeszcze żyć będzie.
NATALIA.
No, to pożycz choć tj mczasem. Nic mogę przecież księżnie zrobić zawodu.
FIGURKOWSKI.
No, no, będziemy jakoś radzili. A tymczasem, Natalciu droga, mała siurpryza dla ciebie.( Wstaje.)
NATALIA.
No, przecież, bo już mj ślalam, żeś przyjechał z próżnemi rękami.
FIGURKOWSKI.
Natalciu, jak możesz mnie obrażać podobnem przypuszczeniem? Czyż kiedykolwiek przyjechałem bez jakićj niespodzianki?
NATALIA.
No więc cóż tali iego? Pokaż, bo umieram z ciekawości.
figurkom ski (przynosi pudlo).
Wiozłem całą drogę na moich kolanach.
Natalia (zagłada nie-leipliwie).
Cóż to takiego?
figurkowski (rozwija w sposób efektowny, po kupiecka).
NATALIA (ucieszona).
Ach, okrycie koronkowe!
FIGURKOWSKI.
Coś całkiem oryginalnego, najnowsza nowość. ( Odziewa Natalią.)
SCENA IX.
CIŻ, CIOTKA, (po nij) JOASIA.
NATALIA.
Bclciu! chodź podziwiać gust mojego męża. ciotka (ubrana elegancko, wyfiokowana, wyróżo-wona).
A, pan Figurkowski.
FIGURKOWSKI (biegnii ku nićj i całuje w rękę).
Ścięły się do stopek.
NATALIA (do ciotki).
Patrz, jaką mi zrobił niespodziankę! cioika.
Zawsze szarmancki pan Figurkowski. figurkowski (który przypatrywał się żonie z upodobaniem, kłania się ciotce za kompli.nent i potem mówi do Natalii).
A jakbyś chciała, aniołku, to można z tego także zrobić mantylę hiszpaiuką. Bierze się przód okrycia na glow7ę, o tak. ( Układa na niej.)
NATALIA.
Prawda, wybornie!
JOASIA (wchodzi z bukietem kwiatów).
Dzień dobry cioci! (Całuje ją w rękę.) Ciocia lubi kwiatki? (Uudaje bukiet.)
CIOTKA.
Daj! (Wybiera róże i wpina do włosów.)
JOASIA.
Ja cioteczce pomogę. (Wspina jćj drugi kwiatek do włosów.) A resztę może przy boku?
CIOTKA.
Dobrze, tylko wyżej. (Wskazuje na piersi.) Teraz tak noszą.
JOA--IA (pr^/pina i lekko wykrzykuje).
O!
CIO I KA.
Co takiego?
JO (SI A.
Ukłułam ciocię. Czy bardzo boli?
85
CIOTKA.
Nie.
JOASIA.
A to ciocia wytrzymała, bo mi szpilka po sam łebek prawic się wbiła.
CIOTKA.
Tak? 0 teraz rzeczywiście czuje, żeś mnie ukłuła tutaj.
JOASIA.
Nie tam, ciociu, tutaj.
Natalia (prezentując się przed ciotką).
A cóż? Dobrze tak?
ciotka (przez lornetkę).
Prześlicznie. Już to pan Figurkowski ma gust jak rzadko. Widzisz, Joasiu, twój narzeczony po-Avinien się zapatrywać na irego, bo to wzór mężów.
NATALIA (ilo męża zalotnie).
Nie wiem, czym ci podziękowała.
F IG U RK O W S KI (llC ieSZOnij).
Już, już aniołeczku.
Natalia (całuje go u: czoło).
No, to masz jeszcze w dodatku. figurkowski (całuje ją w ręce).
Natalio! czynisz mnie nad wyraz szczęśliwym!
Ciotka (do Joasi).
Ale czemu ty mała się nie ubierasz? Wuct podadzą śniadanie.
Joasia.
O! ja będę w minutce gotowa.
ciotka.
A upudrnj się trochę, bo wyglądasz, że aż niemiło patrzeć. Weź sobie pudru odemnie, tego ze srebrnej puszki.
JOASIA.
Dobrze, ciociu. (Biegnie na prawo.)
SCENA X.
BARBARA, CIOTKA, NATALIA, FIGURKOWSKI.
BARBARA.
Mogę państwa prosić do obiadu?
CIOTKA.
Chcialaś powiedzieć do śniadania.
BARBARA.
A tak, tak, do śniadania. (Ogłada się.) A gdzież reszta?
CIOTKA.
Joasia będzie za clrnilę gotowa. Panie Figurkowski! Natalciu, nic będziesz zazdrosną, żc ci zabieram męża? (Bierze go pod ramię.)
NATALIA.
Oddaję ci go do dyspozycyi.
(1 Yychodza- wszyscy na lewo. Ciotka idzie z pompą. Barbara zatrzymuje się na chwilę przy drzwiach, czekając na Aatalią, która przed wyjściem poprawia włosy w lustrze.)
SCENA XI.
MARZYCKI, (po chwili) JOASIA.
MARZYCKI (wchodzi z głębi. Spostrzegając wchodząca z prawej).
A! nareszcie!
JOASIA.
A, to pan! (Chowa puder za siebie.) marzycki (wyciąga do nićj obie ręce, ona. mu poda-je jedne).
Witam panią! (Całuje ją w rękę.) Tęskniłaś tćż tu pani choć trochę za mną?
JOASIA.
lic, hc, be, czy t<> byl czas na to? Mamy teraz tyle gości! Przyjechała ciocia Belcia, państwo Figurkowscy.
MARZYT KI.
Tych już widziałem.
JO ASIA.
I pana Figurkowskicgo?
M \RZVCKI.
Tak.
JOASIA.
Prawda, bardzo przyjemny człowiek? Ciocia utrzymuje, że takiego męża jak pan Figurkowski, to rzadko spotkać. To też ona jest z nim bardzo szczęśliwą, ciągle tylko bawi się, wojażuje.
MARZYCKI.
Czy pani myśli, żc to daje szczęście?
JOASIA.
No, a ciekawam co?
M ARZYCKl.
Dobre pożycie, miłość wzajemna, to szczęście prawdziwe! (Bierze ją za rękę.) My będziemy w ten sposób szczęśliwi, nieprawda? Stworzymy sobie raj na ziemi, uściclcmy gniazdcczko milutkie, rozkoszne...
JOASIU
A, pan myśli niby o umeblowaniu? Jakie meble pan sprowadziłeś?
MARZYCKI.
Dotąd żadnych.
JOASIA.
Jakto? To się pan jeszcze nie urządziłeś?
MARZYCKI.
Będziemy urządzali mieszkanie razem, podług gustu pani.
JOASIA.
Do salonu muszą być z pensowego pluszu, doktorowa ma takie i to bardzo prześlicznie wygląda.
MARZYCKI.
Dobrze, niech będą ponsowe.
JOASIA.
A do sypialnego atlasowe niebieskie, takie same jak kołdry.
marzycki (n. s.).
Jakież to dziecko jeszcze! (Głośno.) Dobrze, dobrze, będziemy sobie żyli w błękitach, daleko od ludzi, od świata...
JOaSia (z przestrachem).
Jakto, pan nie myślisz prowadzić otwartego domu?
MARZYCKI.
A poco? Czyż nie będziemy wystarczali sobie?
JOASIA.
Ależ to byłoby okropnie nudno! Ciekawam, co-byśmy robili tak sami, we dwoje.
marzycki (n. s.).
Jakież to naiwne jeszcze!
JOASIA.
Pan nie będziesz chcial przecie marynować mnie w domu. Musimy bywać po balach, w teatrze, dawać u siebie wieczory, to będzie daleko zabawniej.
ciotka (za sceną).
Joasiu!
JOASIA.
Ciocia mnie wola, biegnę się ubierać, a pan może pozwoli do śniadania. Poznasz tam naszą ciocię. (Wybiega środkowani drzwiami.)
marzycki (chodzi po pokoju, po chwili).
Nic wiem, czy to Hulatyński temu winien, ale po dzisiejszej rozmowie z nim naiwne szczebiotanie Joasi wydawało mi sic mniej powabnem, niż dawniej, i widzę, żc dużo, bardzo dużo trzeba będzie pracować nad nią.
(Dalszy ciąg nastąpi.")
KASYDA,
która wypowiedział poet i arabski Ibu-ul-Abbar, wy prawiony w poselstwie do Abu Zekkcryi, księcia afrykańskiego, z prośbą o pomoc dla Walencji, oblężonej przez clirześcian w roku 1233.
Naprzód!... Drogę masz przebitą... prowadź woj-[sko swoje tam!...
Wojowników dzielnych prowadź!... Andaluzyą [wybaw nam!...
O ty! któryś przygnębionych nigdy nic odepchną! [precz, Patrz... Hiszpania wiclkomyślna śpieszy o twój [błagać miecz...
W udręczeniu klęski strasznej wije się ten piękny [kraj,
Los mu wiecznie radość w troski, a na piekło [zmienia raj.
Nieszczęśliwa ty kraino!... Życie twe zatruwa [świat...
Na ofiarę los wybiera zawsze dzieci twoich [kwiat.
Każdy wietrzyk z brzaskiem świtu jest zwiastunem krwawych dróg,
Codnia w pysze swej nad tobą tryumfuje podły [wróg.
O zachodzie słońca zawsze wita cię oręża zgrzyt, Ustawiczną dyszeć trwogą — to męczarnia taki [byt!...
I co tobie dziś nic grozi?... Chrześcianin przysiągł już
Najstraszniejszy dzisiaj chyba w piersiach twych [zatopić nóż;
Pragnie z kwiatu twoich dziewic, których każdy [strzeże dom, Łup uczynić dla zwycięzców i zbezcześcić!... Hań-[by grom!...
Dla herczyi się roztwićra tyle nowych ciągle [wrót,
Jawnych wrogów naszej wiary ma dziś prawie [każdy gród;
Na ulicach miast arabskich sroży się niewiernych [rój;
Ha!... na widok ten lez krwawych z oczu nam wypryska zdrój!...
Na meczetach naszych szczycie krzyże błyszczą [ze wszech stron, Tam, gdzie czciliśmy Ałlaha, chrźeśeiański jęczy [dzwon!...
Czy hiszpański kraj odzyska, co szczęśliwy dotąd [miał?...
Pustką szkoły, w których niegdyś glos koranu [święty brzmiał...
A ogrody naszych willi, co pieściły każdy wzrok, Pomarnialy i dziś od nich stroni już przechodnia [krok.
Tłumy clirześcian —to szarańcza, bo no przejściu [takich fal, Spustoszenie zoczysz wszędzie: zgliszcza... smu-[tek... rozpacz... żal!...
Gdzie jest życic, którem dotąd nieustannie wrzał [nasz ród?
Gdzie piękności, co rozkoszą każdy nam słodziły [trud?
Druzgocący wszystko w drodze, niczblagany [wróg nasz ten, Który, żeby szerzyć grozę, swój poświęca spokój, [sen...
Wtargnął ogniem i żełazem, a potęgą wszystkich sił Kraj w pustynię nam obraca, dzieła sztuki w proch [i pyl!-
Podaj dłoń nam, dzielny książę, zlituj się cierpiących rzesz,
Do Hiszpanii—zdruzgotany okręt jćj ratować— [śpiesz!
W walkach świętych na twój widok toć przejmo-[wal wrogów dreszcz, Byłeś mieczem, albo chmurą, co spragnionym nic-[sie deszcz.
Jak przed słońca promieniami ciemność nocy [pierzcha wnet,-Tak przed tobą Murabici dumny zgiąć musiełi [grzbiet.
Z wiarą do przystani twojej zdążał biedny okręt [nasz,
Bo nie wątpił, żc mu pomoc i opiekę dzielną dasz. Orkanami wciąż miotany, pośród groźnych raf [i skał, Na bezbrzeżnym oceanie już kres nędzny znaleźć [miał.
Jako rumak, gdy spieniony sil ostatek w pomoc [rwie,
I, aby dosięgnąć celu, miota się.... wyciąga.... [rwie....
Tak rozbity biegi kotwicę o Zekkcryi oprzeć tron, By u stopni jego znaleźć albo tryumf, albo zgon!...
Tobie, królu, najpokorniej liczne państwa niosą [cześć,
Bo pod laski twojej płaszczem już ich wróg nie [może zgnieść.
Tobie każdy z podróżników śpieszy z czcią cało-[wać dłoń
1 odwiecznych trosk się zbywa/ gdy przemówić [raczysz doń.
Firmamentu wnet dosięgnie każda z twoich ccl-[nych strzał,
86
Jaśliś, luk swój napinając, aż ku gwiazdom sic-[gnąe chciał.
Każdy opór wnet zdruzgocze jeden twej potęgi [cios,
Bo chorągiew twego państwa dzierży w rękach [swoich los.
Gwiazda twoja, gdy chccsz błysnąć, daje dniowi [jasność... blask;
Od policzków twych rumieńca i jutrzenka ma [swój brzask.
Jako księżyc błyszczysz świetny, pośród ciemnych [walki chmur,
A gdzie rządzisz, tam jaśnieje wiekopomnej sla-[wy dwór.
Góry korzą sic przed tobą, boś ty całej ziemi pan, Z wyniosłością twoją można tylko Plejad równać [stan.
Jako gwiazda nad Hiszpanią w majestacie błyśnij [nam
I potęgi swej piorunem nieprzyjaciół wiary złami Do Hiszpanii śpiesz, o królu, i pociechę biednym [nieś,
Niechaj krwią nam kraj użyźni chrzcściańskicii [królów rzeź.
A za hańbę nasze, panie, tłumy Franków szarp [i rwij,
Zmyjesz plamę i wygodzisz ziemiom dawno żą-[dnym krwi!...
Rzuć nam wojsko na wybrzeża i daj chrzcścian [im na lup, Niech wódz dumny psów niewiernych legnie w pro-[cliu u twych stóp!
Tam Hiszpanii syny martwe oczekują nagłos twój, Lecz ożyją, skoro ty ich poprowadzisz w krwawy [bój.
Powiedz, kiedy Andaluzyą zbudzi mieczów two-[ich brzęk,
A odczuwać b.dziem naprzód już ostatni wrogów
J. A. Święcicki.
Ze świala nmzycznego.
Niemuzykalny początek roku —Wspomnienie o d’ Ubercie.— Pani Syrwid-Sąchocka.—Pani Jakowicka.—Nowy utwór p. Zygmunta Noskowskiego. — Broszura estetyczno-inuzyczna pana Pinińskiego i nieco o rozjaśnionej i nierozjaśnionej fantazji.
Od dawien dawna żaden może rok nie rozpoczynał się u nas mniej muzykalnie, niż bieżący. Rzesza wirtuozów zagranicznych widocznie omija miasto nasze. Ostatnim, który w swym tryumfalnym pochodzie odwiedził Warszawę, pozostawiając głębsze po sobie wspomnienie, był Eugeniusz d’Albcrt. Młodzieniaszek to jeszcze, a już z podnicsionćm czołem stanąć może w szeregu najznakomitszych wirtuozów. W grze jego jest i orli polot fantazyi i lwia potęga umiejętności, przed którą cały obszar techniki fortepianowej zda się korzyć, jak posłuszna niewolnica. Nic! dla d’Alberta trudności nic istnieją, lub jeżeli jest coś, nad czem on nie panuje, czego okiełznać nie zdoła, to ouo coś znajduje się tylko w nim samym: to własna jego krewkość młodzieńcza.
Jeden z muzyków wyrzekł, że główną cechą gry d'Alberta jest ognistość, a ogień roztacza wprawdzie blask, ogrzewa, ale też i kopci zara zcm. Prawda! Tylko na obronę dodać tu należy, żc w dzisiejszych czasach zbyt często w sztuce i w życiu spotykamy chłodne powiewy, ażebyśmy od ognia z niechęcią mogli się odwracać. Niechaj kopci, byle tylko rozgrzewał!
Nie można zaprzeczyć, iż d Albcrt w charakteryzowaniu wykonanych dziel zamało jest objekty-wnyin; gra on n. p. Concertstilck Webera gwałtownie, jaskrawo, naw et dziwacznie, słowem tak, że miejscami sam autor możeby swego dzieła nic pozuał; ale ta przewaga subiektywizmu w dojrzalszym wieku wirtuoza zmaleć musi. Długo ua to czekać nic trzeba, bo ludzie wielkiego talentu prędzej dojrzewają od zwykłych śmiertelników.
Szersze rozwodzenie się o d’Albcrcic, który należy już do przcszłorocznych wspomnień, czytelnicy wzięliby może za złe, a zatem dosyć—mówmy o tćm, co nam rok bieżący przyniósł.
Dotychczas jeden zaledwie publiczny koncert zanotować tu przychodzi. Odbył się on w końcu przeszłego miesiąca, dzięki pani Syrwid-Sącho-ckiej, śpiewaczce, którą znaliśmy już przedtem z dawniejszych jej scenicznych i koncertowych występów. Zawsze przyznawaliśmy jćj, żc ma glos miękki i dźwięczny, że posiada łatwość wo-kalizacyjną i czystość intonacyi. Do tych zalet przybyła obecnie pani Sąchockićj śmiałość, tak niezbędna przy publicznych popisach. Znać źc młoda artystka czasu nie marnowała, a ta oznaka jest niejako zapowiedzią pracy przyszłej, którą pani Sąchocka skierować powinna nietyle już gwoli studyom wokalnym, ile na zdobycie sobie głębszej muzykalności. Nastąpi to zapewne w przyszłości, pani Sąchocka posiada bowiem ta-teut, młodość i chęć do pracy, a dla takich czas dobrym bywa przyjacielem i doradcą.
Prawic jednocześnie mieliśmy także sposobność usłyszeć śpićw pani Jakowickićj na scenie teatru Wielkiego. Wy stęp jej w „Afrykance” uwieńczony został powodzeniem, na które ta utalentowana, doświadczona i wyjątkowo muzykalna artystka najzupełniej zasługuje. Pani Jakowicka z temperamentu, rodzaju głosu i rutyny zdobytej długą praktyką jest śpiewaczką par ercellence sceniczną i jako taka może zadowolić nawet wybrednego słuchacza... mniej nieco widza. Niestety, scena ma takie swoje wymagania optyczne, z powodu których nawet genialny Żółkowski nie odpowie-dnioby się przedstawił, gdyby n. p. zechciał zagrać role Gucia w „Ślubach panieńskich.” W każdym razie pani Jakowicka może być przykładem dla młodych śpiewaczek, jak należy śpiewać i pracować; dlatego tćż cieszy nas, że ona osiedla się w naszem mieście z zamiarami pedagogicznemu Na tem polu, bez zaprzeczenia, będzie ona użyteczną pod każdym względem.
W Towarzystwie muzycznćm, na ostatnim koncercie, wykonano nieznany utwór pana Zygmunta Noskowskiego. Jest-to pieśń ludowa (zaczerpnięta ze zbioru Oskara Kolberga) p. t. „Wierne dziewczę,” ułożona na dwugłosowy chór żeński i fortepian. Co prawda, motyw tej pieśni jest rytmicznie nieco monotonny, a użycie tylko dwugłosowego chóru jeszcze bardzićj owę monotonią uwydatnia, ale spierać się o to z panem Noskowskim nie będziemy, tćm bardzićj, żc w jego opracowaniu tyle jest piękności, tyle mistrzostwa w harmonizacyi i w kontrapunktycznych ozdobach, obok prostoty iście ludowej i tćj rzewności owladającćj sercem słuchacza, iż nawet najzimniejszy krytyk uznać tc zalety i czarowi ich uledz musi.
O ile mclodya owej pieśni nacechowana jest nuźąco-jednostajnym nastrojem, o tyle znów sam tekst obfituje w pełne rozmaitości szczegóły, które zdają się prosić o zilustrowanie. Oto dziewczę żegna się z ukochanym Jasicńkiem, co z wojakami idzie na wojenkę; tęskni za nim i wreszcie wylewa Izy rozpaczy na widok wronego konika, powracającego bez pana... Gdzie Jasieńko, gdzie?!... Zabili go, przez prawy bok aż do serca zabili... oj dolaż dola!—Pan Noskowski doskonale odczuł cala dramatyczną doniosłość tej poezyi i w fortepianowym akompaniamencie jćj grozę odmalował.
Czujeiny tam smętną tęsknotę dziewczęcia, widzimy niemal utarczkę Jaśka z wrogiem, słyszymy przenikające odgłosy marsza pogrzebowego i wreszcie ciche łkania niebogi. A wszystko to płynie naturalnie, bez przymusu; znać żc pochodzi z serca, z natchnienia.
Na zakończenie naszego sprawozdania nie możemy pominąć milczeniem broszury pana Leona Pinińskiego p. t. „O operze nowoczesnej i znaczeniu Ryszarda Wagnera.” Zasługuje ona na to, jeżeli nic ze względu na swą wartość, której, niestety, nie posiada, to w każdym razie zpowodu tego, żc rozprawy estetyczne nieczęsto się u nas pojawiają.
Na stu sześciu zadrukowanych stronicach można wiele powiedzieć. Pan Piuiński powiedział tćż wicie, ale na nieszczęście wszystko to razem przypomina Strzelca, który, wystrzelawszy dużo kul i prochu, do celu jednak nie trafił. Po prze
czy taniu owej broszury nic można nawet dojść do przekonania, czy pan Piniński należy do zwolenników muzyki, lub też jest jej nieprzyjacielem. Dowodzi on na przykład (str. 3), że „piękno estetyczne (!) w muzyce nie jest czczćm tylko urojeniem”—ale zaraz potćm (str. 9 —10) mówi: „pomimo wszelkiej sympatyi dla muzyki, muszę wy-zuać, że wszystkie inne sztuki tylko podnoszą, muzyka zaś często ogłupia.” O Bccthovenie! więc ty chyba byłeś najnicrozumnicjszym z łudzi?!
Zżyma się pan Piniński na dawną operę oraz na kompozytorów nawet tego rodzaju, jak Mozart, Gluck, Weber—i powiada na str. 26: „Mcyerbeer czuł jaśniej, aniżeli którykolwiek inny kompozytor, wszelkie naturalne braki i niedokładności opery nowoczesnej .. więc on i Wagner w sposób stanowczy i z samowiedzą opuścili dotychczasowe tory.” Z powyższego zdania możuaby wnosić, że autor jest wielbicielem Meycrbeera. Ale gdzież tam! Oto na str. 28 czytamy: „Meycr-becrowi między kompozytorami nadzwyczaj nizkic należy sic miejsce... a każdy (str. 31), kto głębiej rzeczy bierze, ten widzi w wielkiej operze Meyer beera lichy kram jarmarczny.” Gdzież tu kon-sekweneya?
Szanowni czytelnicy, jak wam się podoba następujące zdanie, umieszczone na str. 42: „Gdzie uczucie pewne, na podstawie niemal matematycznie doldadncgo procesu psychologicznego, jest rezultatem jakichś stosunków życia, tam dla muzyki niema miejsca; dlatcgo-to miłość między kobietą a mężczyzną, owo uczucie zawsze zagadkowe (!), jest istotnym skarbem dla muzyków."— Ośmielamy się zapy tać autora, jakie to uczucia dają się matematycznie obliczyć, lub wymierzyć? Czyż autor myśli tu o uczuciu ciepła i zimna? Rzeczywiście tego muzyka odmalować nie jest w możności.
Dalej pan Piniński wychwala Wagnera, ale niestety', gdyby ten mistrz wstał z grobu, toby niezawodnie zawołał: Ochroń mnie Boże od podobnych przyjaciół i chwalców. Oto są słowa pana Pinińskiego: „Wagner (str. 55 i 56) jest impre-syonistą w sztuce, więc pod względem kontrapunktu, powiązania myśli muzykalnych, panuje u niego dowolność tak wielka, jakićj ani wczęści u któregokolwiek innego kompozytora, nic wyłączając Szopena (?), nie spotykamy.” „Motywy (str. 57) Wagnera są pod względem zawartej w nich czysto muzykalnej myśli niejasne, mnićj proste i wyraźne, niż u innych muzyków, i wskutek tego stają się głebszemi... bo im mnićj muzyka jest prostą, tem bardzićj zdaje się być dramatyczną.” Otóż mamy nową regule estetyczną!
Żeby nie trudzić czytelnika, przytoczymy jeszcze tylko dwa zdania ze str. 59. „Typem muzyki, w' którym się Wagner odznacza, jest muzyka podnosząca ducha.”—Bardzo pięknie! Szkoda tylko, żc o kilka wierszy dalej autor mówi: „Wagner nic dochodzi do wspanialej wzniosłości, którą spotykamy w niektórych kreacyach Becthove-na, zato działa on w sposób więcej bezpośredni; mnićj może istotnie£>odnosi ducha, niż sprowadza w nas pewne rozbudzenie nerwów i urocze rozjaśnienie fantazyi.”
Jak to wszystko razem pojąć? Niewierny! Jedna tylko rzecz nic ulega wątpliwości, żc w broszurze pana Pinińskiego zbyt wielką rolę odgrywa fantazya... ale nicrozjaśniona!
Władysław Górski.
Przegląd literatury nadobnej czeskiej
za rok 188: l.
I.
P o e z y a.
Sprawozdanie roczne.—Rozkwit poezyi czeskiej.—Osobna biblioteczka p t. „Poetieke besedy."—Jej redaktor Neruda i spólpracownicy. —„Balady i romanse,”—Adolfa Ileyduka „Ondrzych i Bożena.” — Świętopełk Czech. — Nowy jego utwór „Petrkliczc.”—Yrchlicki.— Inni spólpracownicy.
Rok upłynął, a tymczasem w Czechach nagromadziło się mnóstwo roateryału literackiego, nau-
87
kowcgo i artystycznego, o którym Tygodnik ilustrowany przemilczeć nie może, skoro zadaniem pisma czasowego jest wszechstronna ile możności informacya czj tclnika.
W ubiegłym tomie „Tygodnik" dosyć obszernie zajmował sic sprawami czcskiemi; dziś pozostaje mu obowiązek zaznajomienia czytelnika z ruchem literackim ubiegłego roku. Ponieważ na horyzoncie piśmienniczym czeskim w największym rozwoju znajduje sie poczyą, od niej więc rozpocznicmy nasze uwagi.
Przede wszj stkiem niusimy zaznaczyć, żc od początku 1883 roku zaczęła w Pradze wychodzić specjalna biblioteczka, poświęcona wyłącznie poezyi, p. t. „Poetickc besedy.” Redaktorem jej został jedbn ze sławniejszych poetów czeskich, Jan Neruda.
Pierwsze tomiki zapowiedziały się dosyć korzystnie. Pomijając miniaturową formę wydawnictwa, staranne odbicie, wreszcie druk czysty i ładny papier, jakim cechują się wszystkie prawic wydawnictwa zagraniczne, niusimy przyznać, że pisemko to zdobyło sobie najprzedniejszych spól-pracowników. Sam Neruda szczyci się niczwy-kleiu uznaniem swoich ziomków. Czesi lubią jego felietony, kochają się w jego poezyi, a nawet stawiają go ponad wszystkich dotychczasowych twórców swych pieśni. Rzeczywiście jednak, pomimo wielu zalet, trudno przyznać mu to stanowisko. Potroszc mistyk, filozofią swoje opiera głównie na dogmatach religijnych. Przy niepospolitym jednak dowcipie, prawdziwej prostocie i niesłychanej staranności, z jaką wykończa swe pieśni, wiele posiada uroku, a przytćin ta myśl, to pojęcie chrześciańsko patryotyczne, zlewa się u niego z pojęciami świeżo wyrosłej i odżywiającej się gromady czeskiego ludu.
Przy takiem uznaniu, utwory Nerudy szczycą się niezwykłem powodzeniem, tak dalece, że jego „Kosmiczne. yietiiii” rozeszły się wprzeciągu trzech lat w trzech bardzo licznych nakładach.
W jego więc rękach spoczęła redakeya „Pocti-ekich bescd," poparta takiemi talentami, jak: Świętopełk Czech, J. V. Fricz, Adolf Ilcyduk, Fr. Iludoba, Fr. Kwapił, Karol Lcger, Emanuel Mir-ziowski, Otokar .Mokry, Rudolf Pokorny, Władysław Quis, 1. V. Sladck, Antoni Staszek (pseudonim), Antoni Sznąjdauf, Erwin Szpindler, Jarosław Yrchhcki, Juliusz Żejcr -a zatem cały świat poetyczny czeski zespolił się na to wydawnictwo. Każda praca zajmuje osobny tomik.
W pierwszym tomie ukazała się praca samego redaktora, p. t. „Ballady a romance." Niewielka książeczka obejmuje ich zaledwie osiemnaście, ale wszystkie równie wykończone, równie wzniosie i zdaje się równie swojskie, znane każdemu, choć może dlatego jedynie, że jedna ogólna pa-tryotyczna myśl w nich się uwydatnia.
W szeregu tych pieśni pierwsze miejsce niezawodnie zajmuje „Romans o Karolu IV," gdzie autor, biorąc za temat anegdotę, wytworzył cały szereg obrazów, uwydatniających patryotyzni czeski. Toż samo możemy powiedzieć i o romansie, osnutym na tle wypadków 1848 roku.
Zdaje się, żc nie potrzebuję opowiadać treści tych utworów, gdyż same tytuły wystarczą, aby odtworzyć sobie w myśli ich dążność. Ale oprócz tych pieśni, Neruda musiał, dla zadowolenia własnego uczucia, stworzyć kilka takich balad lub romansów, któreby czyniły zadość jego pojęciom; wytwarza on sobie bowiem cały systemat filozoficzny, a tym systematem koniecznie potrzeba się podzielić, bo wedle niego myśl ta i pojęcie to jest najpotężnicjszeni.
I otóż w drobnych wierszykach zjawia się to przyrodzone mu uczucie religijne, z którego po-v wstają balady: „Trzej królowie,” „Szczodry wieczór" i „Gody w Kanie.”
Przejdźmy teraz do następnego tomiku.
Zawiera on idylę z dziejów czeskich p. t. „On-drzych i Bożena ” Twórcą jej jest Adolf Heyduk, talent zupełnie odrębny. Jest on nadzwyczaj płodnym; z Usposobienia liryk, pisze gładko i zręcznie; forma drobnych jego utworów bardzo udatna, zwroty poetyczne, często niezrównane, jednakże utworom tym brak prawie zawsze pra-
Kronika tygodniowa.
Szkota rzemiosł. — Szkoła ogrodnicza dla kobiet.—Wystawa kucharska. — Ogród zoologiczny. — Drzewa przy drogach —Przysięga jako remedium ua szkodnictwo.—Odczyt
wdziwie poetycznej, oryginalnej treści. Przeważnie też przymiotami formy Heyduk szerokie sobie zdobył uznanie. Drukuje wiele, najczęściej zmuszony do pracy przez prawdziwego swego przyjaciela, redaktora „Oświaty,” p. Ylczka. Idy-la hidrzycli i Bożena™ ukazała się pierwotnie w „Osviccie” (187!) r.), a obecnie powtórnie w osobnej odbitce.
Rzeczywiście wybór treści odróżnił ją tym razem bardzo od innych, gdyż romans ów osnuty jest na tle najświetniejszych dziejów czeskich. Jak u nas Halszka z Ostroga, tak w Czechach pięknym obrazkiem idyliczuym zawsze będzie „Ondrzych i Bożena." Chwile te, prawdziwie cudowne, porównywają Czesi jedynie z Przemysławem i Libuszą (Sąd Libuszy). Temat więc był szczęśliwy, lubo bynajmniej nic oryginalny, gdyż w roku już 1802 Jungmann opracował ten fakt historyczny; po nim we dwa łata stworzył na tćm tle poemat V. Nejedly, a w 1815 roku I. Szafarzy k pokusił się o nadanie mu nowej formy. Hey duk więc poraź czwarty obrobił jedne i też same myśl. Szczęściem żc jest to fakt dziejowy, a zatem mniej tu rażący, aniżeli inne, ze społecznego życia przyswojone motywy i pomysły.
Temu zresztą nowemu opracowaniu Heyduka krytyka czeska przypisuje bez porównania większą wartość, niżeli poprzednim, i nic dziwnego. Wszakże siły i zdolności ma on potemu, a wiersz poetyczny bezsprzecznie podnosi wartość każdego jego utworu.
Niewiele znanym u nas, ale zasługującym na poznanie, jest Świętopełk Czech. Talent to niezwykły i jako epik bezsprzecznie pierwszorzędne zajmuje on stanowisko w najnowszej poezyi czeskiej. Nie będę tu bliżej określał zalet tego poety, lecz zwrócę się tylko do ostatniej jego pracy, zamieszczonej w „Poetickej besedzie." Nosi ona tytuł „Pctrklicze,” czyli „Klucze świętego Piotra.” Poeta rozpoczyna swoje opowieść bardzo poprostu, zdawałoby się nawet banalnie, a jednak niezwykły talent te pierwsze zaraz wrotki tak ubarwia, że stają się one prawdziwemi perłami poezyi.
1.
Oj zaprzęgnę sobie Do wozu złudzenia Cztery białe konie, W lejce nic z rzemienia..
Wio koniki, hej!... Choćbym się opierał, To myśl na wóz skoczy, By w te piękne twarze 1 w te piękne oczy
Spojrzeć chociaż raz ..
Pozwólcie mi biegnąć, Chce być z niemi sam; Więc krytyki, przebóg, Nie puszczajcie tam...
Na pierwszy rzut oka zdawałoby się, że w powiastce tej niema nic prawdziwego, a jednak od początku do końca tylko rzeczy wistość się w niej maluje, od początku do końca zawiera ona tylko same prawdę.
Najpierw owe klucze ś. Piotra,zostające w różnych rękach, to myśl przekształcająca a raczej urabiająca się przy różnych pojęciach człowieka. Uczony pragnie przy ich pomocy dobić się sławy; Żyd robi interes; mnich wyciąga z nich dowody, popierające jego dogmata, a przytem i własne zyski ma na celu; poeta wreszcie z tych wszystkich pojęć odtwarza całość, dodając dużą dozę własnej fantazyi i marzyciclstwa. Tak więc składa się utwór wyjaśniający psychologiczne strony dążności sfer różnych.
Wiktor ('zajeicski.
(Dalszy ciąg nastąpi,)
o Daudecie.—Bałucki w Warszawie. — Konieczność reakcyi.—Nowa sztuka W. Rapackiego. — Zapowiedziane bale
i zabawy.—„Wszechświat” i , Pamiętnik lizyograticzny.”
Mamy przed sobą sprawozdanie z działalności szkoły rzemiosł za rok szkolny 1882—3. Jest to niewielka broszurka, zapełniona cyframi, z których ostateczny wynik głosi jasno i otwarcie, że zakład istniććby nie mógł, gdyby nie ofiarność małego kółka protektorów i dobroczyńców; rozchód jego bowiem jest tak dalece w niezgodzie z przychodem, że przewyższa go bardziej niż o część czwartą, a niedobór pokrywać muszą ofiary, ma się rozumieć prywatne.
A jednak szkoła rzemiosł jest jednym z najpożyteczniejszych zakładów w mieście; pożj teczuość te stanowi nie już sama wyłącznic nauka rzemiosł, którą od biódy i u właściwych majstrów znaleźć można, lecz i to zarazem, że 1) zajmuje się rozwijaniem charakteru i umysłu swych uczniów i 2) że zadanie swoje spełnia wciągu lat 3 do 4, więc o wiele prędzej, niż sie to dzieje w tak zwanym terminie. Daje przeto społeczeństwu nietylko odpowiednio uzdolnionych rzemieślników, ale i ludzi, przygotowanych moralnie i umysłowo. Jest to wzgląd niezmiernej wagi, dzisiaj zwłaszcza, gdy młodzież rzemieślnicza, zmęczona długim terminem, poniżona posługami dla pani majstrowej, ogłupiona niacbinalnćm wykonywaniem rzemiosła, bez wiedzy dlaczego to się robi tak, a tamto inaczej, a wreszcie upokorzona w oczach społeczeństwa przez swoje nieuctwo i prostactwo—stanowi klasę wydziedziczonych, skłonną do protestów czynnych i namiętnych przeciwko porządkowi i prawu, z którego korzystać nie potrafi i nic może.
Szkoła rzemiosł miała w roku sprawozdawczym uczniów 114, z pomiędzy których 10 ukończyło kurs całkowity. Uczyła tylko ślusarstwa, stolarstwa i szewetwa. Pomiędzy uczniami było 33 synów urzędników, 18 rzemieślników, 17 kupców i przemysłowców, 23 właścicieli ziemskich i miejskich, 15 ofieyalistów i t. d. Z tych kilku cyfr pokazuje się, żc urzędnicy i obywatele wiejscy, u których niegdyś zajmowanie się łokciem i miarką było rodzajem hańbiącego przeniewic-rzenia się swojej kaście, dzisiaj pozbywają się niedorzecznych przesądów i na drodze praktycznej, uczciwej pracy chcą dzieciom swoim zapewnie pogodniejszą przyszłość.
rizkola naucza tylko trzech rzemiosł (jużeśmy je wyżej wymienili) i to stanowi słabą jej stronę, dotąd jednak sypie się groblę wedle stawu; na więcej niema funduszów. Wprowadzono i naukę rymarstwa, ale zapisało się na nią tylko 2 uczniów, więc trzeba ją było zwinąć. Pokazuje się, że nie do wszystkich rzemiosł mamy upodobanie, chociaż obawiać się należy, czy to tłumne ciśnienie się do ulubionych nie sprowadzi w nich przeludnienia.
Czy szkoła rzemiosł, o której mowa, nie zasługuje na ogólniejsze poparcie?... Nic śmiemy życzyć jćj, aby zyskała sobie opiekę miasta, więc i pomoc magistratu, bo z tćj strony bardzo trudno jej czegoś oczekiwać, ale fabryki, interesowane najsilniej w sprawie dobrego i umiejętnego kształcenia rzemieślników, mogłyby się bliżćj zająć losem zakładu, jedynego w mieście i w kraju, a odpowiadającego godnie zadaniu swemu i potrzebie.
Wspominaliśmy już parę tygodni temu o innej szkole, a mianowicie ogrodniczej, spccyalnie przeznaczonej dla kobiet, a raczej o projekcie jej założenia. Przytoczyliśmy zdanie „Ogrodnika polskiego”, wyrzeczone w tćj kwestyi, a zgodne z tern, eośiny w naszym Tygodniku wypowiedzieli przed czterema jeszcze laty. Obecnie „Kurycr codzienny” głosi, że szkoła ogrodnicza dla kobiet „niezadługo w Warszawie otworzoną zostanie,” dodając, że wiadomość ta zaczerpnięta n źródła. Pismo to przytacza nawet szczegółowy program przyszłego zakładu, a pokazuje się z niego, że nauka ogrodnictwa podzieloną ma być ua dwa kursa roczne, że w półroczu zimowein wykładaną będzie teorya, w letniem zaś uczeniee zajmować się będą praktycznie uprawą roślin, drzew i wogóle tćm, co w ogrodnictwie niezbędnem bywa.
'.itin,!
Polowanie na wilki. Rysunek oryginalny Juliusza Kossaka.
(304)
Opróżnione miejsce. Kopia obrazu Hoffmana.
x305)
90
tego przywykli, że bez grubych efektów obchodzić się nie umieją nawet tam, gdzie sztuka ich nie wymaga.
O tym złym smaku mówimy często. Jest on widoczny wszędzie, w życiu, salonach, na zgromadzeniach, a już szczególniej w teatrze. Kto wić, czy właśnie w tym ostatnim nie szczepił się systematycznie, nie wsiąkał w masy, przejęte nim dzisiaj nawskróś. Wymaga to rcakcyi, niełatwej zresztą, ani szybkiej. Musi ona przyjść zwolna, a oddziaływać ciągle, coraz silniej i skuteczniej. A zdobyć się ua takie oddziaływanie trudno, choć jest to potrzebą niezbędną. „Szkoła obyczajów,” teatr, ma tu zadanie poważne, szerokie, które jeżeli spełni, da tylko zadosyćuczy-nienie należne masom, przez długie lata w jego mucach spychanym do estetycznego upadku.
W kwestyi tej dużo, bardzo dużo byłoby do powiedzenia, tymczasem jednak wolimy wspomnieć o nowej pracy p. W. Rapackiego, przeznaczonej dla sceny. Jest to komedya, i to historyczna, więc należy do owego rodzaju, który krytyka uwzględnia, gdy daje rzecz dobrą, ale go bynajmniej nie uprawnia — podobno słusznie. W „Odbijanym” ukazują się dwaj mężowie swojego czasu sławni, bo Potocki, starosta kaniowski, i Gozdzki, wojewodzie bracławski. Pierwszy rozuzdany w zbytku pan, którego dziwactwa i fanaberye, choć z dobrym spełniane humorem, dreszczem świadków wstrząsały; drugi, także potentat majątkiem i stanowiskiem, zawadyaka i don Juan, awanturnik rycerski, nieustraszony w marsowych przedsięwzięciach, później wielce szanowany dla niezłomnych, obywatelskich przekonań i czynów. To tćż w komedyi atmosfera niezwykła, scen wielce charakterystycznych mnóstwo, a są i po mistrzowsku skrćślone. Jeżeli się ta sztuka nkaże na scenie warszawskiej, to napewno długo z niej nie zejdzie i będzie świetnym nabytkiem.
Karnawał obecnie jest w pełnym rozkwicie. Dopiero teraz sypią się większe bale, jak z rękawa. Więc mamy zapowiedziany bal na szpital dziecinny, a ten zgromadzi śmietankę towarzystwa starym obyczajem. Na korzyść ubogich Towarzystwa dobroczynności urządza się maskarada z tombolą i 2,000 makaroników, pomiędzy któremi czterdzieści zawrze w swem wnętrzu po złotej pięciofrankówee. Jakie to wyborne signum temyoris!... Dalej na Przytulisko koncert i bal maskowy w sali ratusza, jak i poprzednie, a nakoniec wielki bal na korzyść młodzieży uniwersyteckiej, któremu salonów swych użyczy resursa Kupiecka.
Przy wesołych pląsach i skokach nie zawadzi myśl poważna, ku poważnym skierowana przedmiotom, choćby dla kontrastu tylko, więc ośmielamy się tu wcisnąć słówko za „ li'szechśwlatem.7' Tak się nazywa niewielkie pisemko popularne, poświęcone umiejętności przyrodoznawstwa, a wychodzące w Warszawie nie dzięki poparciu ze strony publiki, lecz dlatego jedynie, żc ci, którzy je założyli, utrzymują to pismo siłą ofiarności własnej. Dzieje się z nićni to samo, co z „Pamiętnikiem JizyograJicznym,” do którego wydawcy po parę tysięcy rubli corok dokładają. Oba wydawnictwa istnieją i pracują uczciwie, sumiennie i umiejętnie, choć oba „bokamiby robiły," gdyby ich twórcy i żywiciele w istnieniu tem nie upatrywali dobra publicznego. Ale ofiarność ich niewiele nauce i społeczeństwu korzyści przyniesie, jeżeli nuinera i tomy tych wydawnictw, zamiast rozejść się między ludzi, zalegać będą półki i składy. Tymczasem dotąd tak się dzieje: „Wszechświat" ma zaledwie małą liczbę przed-placicicli, co dziwnie się sprzecza z opinią ogółu, że przyrodoznawstwo winno być jednym z czynników ważnych dzisiejszego wychowania i wykształcenia. Narzeka się na klasyczny kierunek szkól, a nic się nie robi, aby zrównoważyć go od-powiedniem oddziaływaniem, choć to rzecz i możliwa i niezawodnie potrzebna. Smutnem też i za-bawnem jest to, że młodzież, rozprawiająca ochoczo i donośnie o realizmie, gruntującym się na poznawaniu natury, poprzestąje tyiko na swoich szumnobrziniącycli frazesach i natury poznawać
Program głosi, iż do szkoły rzeczonej przyjmowane będą te tylko uczenice, które ukończyły najmniej lat szesnaście, są zdrowe i fizycznie rozwinięte, a nadto umieją poprawnie czytać i pisać.
Czy wiadomość „Kurycra codziennego” nie jest zawczcsną, nie wiemy, ale w tej sprawie słychać zarówno twierdzenia, jak i przeczenia. Może jest to tylko piuni desidcrlum, sformułowane w postaci programu, wymagającego jeszcze dyskusyi i zmian. Pokazuje się, że z niego nauka o hodowli drzew, dla kobiet niewłaściwej, przez projektodawcę wyłączoną nie została, co bynajmnićj za praktj cznością projektu nie przemawia.
Ponieważ obracamy się dotąd w dziedzinie kwestyj bardzo realistycznych, pójdźmy na tej drodze o krok dalej i wspomnijiny jeszcze o projektowanej w mieście naszćm wystawie kucharskiej. O ile wnosić można, wystawa ta byłaby zarazem wzorową na czas pewien jadłodajnią, więc można jej napewno wróżyć powodzenie. Nie trafi ona na brak kompetentnych sędziów, chociaż może się spotkać z zawiścią współzawodni cza restauratorów.
Mówi sie też coś o założeniu ogrodu zoologiczne go, ale mówi się bardzo oględnie. Smutne doświadczenie p. Bartclsa, który już dawniej na tej drodze czynił niefortunne próby, każę sic dobrze namyśleć nad wykonaniem projektu. Jego zglo-dzone zwierzęta poszły wówczas na publiczną sprzedaż, a tak marzenia o wielkich zbiorach spełzły na niczem.
I jeszcze z dziedziny użytku publicznego.
Wystąpił ktoś z oryginalnym pomysłem w sprawie obsadzania dróg drzewami owocowcmi. Za granicą, a szczególniej w Niemczech, drzew takich na traktach pełno; rosną sobie swobodnie i rodzą owoce, nie troszcząc się o szkodników, których tam niema. Poszanowanie dla własności publicznej stało się tam prawem obycząjowem. U nas inaczej; wsadzi ktoś płonkę przy drodze, a może być pewny, że ją jaki rabuś wiejski ze-tnie na biczysko, bez najmniejszego zresztą skrupułu. Do cudzych ogrodów włażą przecie przez płoty złodzieje, niewiele się troszcząc o psy i Stróży; eóz dopiero z drzewami przydrożnemu
Otóż projektodawca „Gazety polskiej” twierdzi, że w tej sprawie dałoby się osiągnąć rezultat pomyślny, trzeba tylko, aby duchowieństwo zc-chcialo zobowiązać lud przysięgą, żc posadzone drzewka uszanuje i odpowiednią opieką otoczy. Lud jest religijny, przysięgę ceni, złamania się jej lęka, czego w wielu miejscach dał wymowny dowod w sprawie wyrzeczenia się gorzałki. I tu taj, zobowiązawszy się przed ołtarzem uroczyście, postępowałby tak samo.
Może to i prawda, ale nie umiemy powiedzićć, czy godzi się przysięgą wiązać w przedmiocie tak pozornie dla ludu blahj m. Pijaństwo rzecz inna; lud wie z własnego doświadczenia, że ono go rujnuje i zbydlęca, ale korzyści z obsadzania dróg drzew ami nie rozumie. Zresztą niechaj sądzą tu ci, których to jest atrybucyą i obowiązkiem...
Zapowiedziany przez nas odczyt pana J. Bruna o Daudecie odbył się w porządku, przy niewielkiej stosunkowo liczbie słuchaczy. Odstraszyły ich niezawodnie wysokie ceny. Pan Brnu mówił gładko, fraucuzczyzną sans rcyruche, z akcentem wykwintnego Paryżanina, ale ślizgał się raczej zręcznie po powierzchni przedmiotu, niż sięgnął do jego głębi. Dla tych, co Daudeta znają z pobieżnego czytania, jego pogadanka była miłem przypomnieniem; dla tych, coby go radzi poznać krytycznie, wystarczyć nie mogła.
Warszawski światek ożywił się cokolwiek, dzięki przyjazdowi autora „Domu otwartego,” który cieszy się niezmienieni powodzeniem. Bałucki w teatrze i śród salonów, przyjazne dlań urządzających uczty, cieszy się ciąglcmi owacya-mi, które dają mu miarę naszej sympatyk Wywiezie ztąd miłe wspomnienia, choć nie ze wszystkiem; bo niezawodnie publiczność teatru Małego, tak ochoczo uśmiechnięta na widok artystycznych karykatur w „Grubych rybach,” zbytecznie mu się podobać nie mogła. Zły smak aż nadto w mej widoczny, a artyści owego teatrzyku tak już do
nic myśli. Gdyby było inaczej, „Wszechświat’* * * * S. * 7 B. obszedłby się bez ofiarności swoich wydawców, którzy spekulantami nie są, tylko uczonymi, co uznają potrzebę nauki i dla nićj ofiary ponoszą.
8t. M. Rz.
Opróżnione miejsce.
Kopia obrazu Hoffmana.
Kilka dni temu może jeszcze, przy tym stole, zastawionym posiłkiem skromnym, w otoczeniu rodziny, przy boku męża, siadywała ta, której teraz zabrakło, po której zostało „próżne miejsce”... Wyczytać to łatwo na twarzach uczestników obiadu. Jak codziennie przedtem, i dziś zasiedli oni, aby przełknąć chlćb wraz ze Izami żalu, ale nie każdemu z nich się to udajc. Ojciec, złamany bólem, tuli do piersi najmłodsze dziecię, zdręezo-ne bezwiedną, nieświadomą siebie tęsknotą; w jego postaci nieledwie atletycznej boleść przemawia całą silą. Złamany, ugięty, myślą błądzi w przeszłości, którajuż nic powróci...
Na twarzy jego córki, młodej, kilkunastoletniej dziewczyny, widnieje tasilna wola zagłuszenia bólu dla obowiązku, który teraz objęła po zmarłej rodzicielce względem rodzeństwa. Spogląda ona na ojca wzrokiem, który maluje całą jćj miłość, całą silę tego niewieściego serca, zapominającego o wlasnćm cierpieniu. Prześliczna to twarz z tym wyrazem troskliwości badawczej, przewidującej, pochopnej do ofiary.
Kilkolctni chłopiec, pochylony nad talerzem, z którego /.miata posiłek z energią nieledwie rozpaczliwą, jest też wymowną ilusfracyą ogólnego usposobienia. I on czuje stratę matki, i on przed chwilą jeszcze wylewał łzy żalu... widać to po jego zasępionej twarzyczce, ale jego dziecięcy żołądek upomina się o swoje prawa i czyn? go żarłokiem tem bardziej, im go żal czynił poprzednio powściągliwym.
Scena, przedstawiona na obrazie, pełna treści i wymowna niezmiernie, wykonaniem wysoce arty-stycznem podnosi jego znaczenie i wyróżnia zaszczytnie wśród wielu dzisiejszych produkcyj pen-zla. A przecież treść to zaczerpnięta wprost z życia, tylko że dla prawdziwego artysty ma ono tyle dramatów głębokich i godnych sztuki, ile boleści i cierpień.
Sprostowanie.
W nrze 56 Tygodnika ilustrowanego, w artykule p. t. „Czego słusznie wymagać możemy od wydawców' pism czasowych," na str. 50, w szpalcie 3 ej w wierszu 6 odgóry, wskutek przełożenia wyrazów nastąpiło zaciemnienie myśli. Zdanie to tak brzmieć powinno: prawdopodobnie w tej sferze nastąpi niebawem wielki „krach,” jak po każdem przeciągnięciu struny w jakimkolwiek kierunku.
W tejże szpalcie, w wierszu 50-ym, po wyrazie Zgadzamy, opuszczono wyraz .się.
Na fundusz wieczysty imieniaś. r. ignauego
boczyi.ińskiego. M. A. 11. z W arszawy rs. 20;
p. Baranowska ml J. B. rs. 10; 1. K. i B. K. rs. 5;
.1. Pr. rs. 1; >S. Z. rs. 1; A. G. rs. 3; W. L. rs. 3; E. K. rs. 2; E. S. rs. 1 kop. 10; S. I. kop. 30; N.
S. kop. 30; E. A. kop. 25; 1. B. P. kop. 25; J. B., E. Z., J. 11. kop. 55; Stanisława Pro. rs. 15; J. B. rs. 5; M. B. i A. B. kop. HO; J. M. kop. 50; E. L. rs. 1; G. L. rs.	3; W. B.	i S.	R. kop. 50; 1. i S.	P.
kop. 30; A. L.	kop. 20;	M.	P. rs. 1 kop. 15;	L.
S. rs. 1; II- L. rs. 3; M. L. rs. 10; M. B rs. 15; M. D. Klcyna,	zebrane:	A.	.1- rs. 25; Emilia	T,
rs. 1; Jadwiga	St. rs. 1;	Marya G. rs. 1; Ilelcna
G. kop. 50; Jadwiga L. kop. 50; Julia O. kop. 50; Cecylia F. rs. 1; Helena >S. rs. 1; Aida Z. rs. 1; Marya Cli. rs. 1; Anna B. rs. 1; Amelia T. rs. 1; Stanisława T. rs. 1; Marya P. rs. 2; Amelia F. rs. 3; Michalina P. rs. 3; Marya B. rs. 2; Helena
B. rs. 3; Regina K. rs. 2; Marya C. rs. 1; Marya rs. 3; M. D. Klcyna rs. 10. Razem z przysla-ncini poprzednio rs. 419 kop. 20.
91 ------
SOBIESCIAMA.
Dla badaczy dziejów Jana 111 nietylko spólcze-sne dokumenta wielką mają wago co do rozjaśnienia epoki, lecz nadto dzielą sztuki, zwłaszcza obrazy i sztychy.
Co się tyczy sztychów, te dostatecznie były opisane; wspomnę więc tylko o niektórych portretach i bitwach, malowanych w owych czasach, które miałem sposobność widzieć.
BI iędzy licznemi zabytkami z czasów odsieczy Wiednia, wystawionemi niedawno w nowym ratuszu tego miasta, znajdowały się trzy portrety tego króla. Największy z tych wizerunków, w ca łćj postaci, starannie malowany, odznaczający sic podobieństwem, widocznie robiony byl z natury przez którego z artystów Gdańska, wczasic pobytu króla w tćm mieście. Ubranie Jana III stanowi źupan adamaszkowy różowy, ze spinkami zlotemi, szuba czerwona aksamitna z sobolami, pas gładki srebrzysty, spięty kosztowną klamrą, i wstęga orderu S. Ducha. Obraz ten jest własnością miasta Elbląga; rozmiary jego wynoszą 2,100—1,500 m. m.
Dwa inne portrety króla Jana, mniej udatne, w białym atlasowym źupanie, są własnością ksie-c:a Mikołaja Esterhazego w Eisenstadt. Większy zdaje się być kopią mniejszego.
*	-‘i:
Si-
Z bitew z tćj epoki, pomieszczonych na wystawie, zasługują na uwagę następujące, nietylko ze względu na wykonawców, lecz i dla miejscowości, gdzie dotąd były przechowane.
Bitwa pod Wiedniem Filipa Rugendas, malarza z Augsburga (ur. 1660 j- 1742) obraz olejny większych rozmiarów, t. j. 2,500—6,310 m. m., jest własnością fundacyi cystersów w Ileiligen-kreuz. Zpowodu ciemnego kolorytu i zawiklanej kompozycyi, niezupełnie zadowala widza.
Obraz tejże treści, malowany przez Piotra van Breda z Antwerpii (ur. 1630 f 1685), zachowany był w Tumie augsburskim. Miara tegoż 1,673— 2,395 m. m.
Inny obraz tegoż artysty i tejże treści co poprzedni, wj różnią się tylko małemi odmianami w ugrupowaniu osób; miara 1,570—2,355 m. m. własność pana Karola Benisu w Bukareszcie.
Z obrazów oswobodzenia Wiednia znajdowało się tćż na tćj wystawie historycznej malowidło średnich rozmiarów, t. j. 7b5—1,105 m. m., spól-czcsncgo Marcina Altomontcgo, z datą 1685. Jest ono własnością klasztoru w llcrzogcnburgu, a nas zajmuje głównie zpowodu, żc zupełnie przypomina wielkich rozmiarów obiaz (1) znajdujący się w kościele farnym w Żółkwi, z tą tylko różnicą, że lepiej jest zachowany, że brak w nim orla unoszącego się. nad królem i żc opatrzony jest datą i podpisem artysty. Wiadomem jest, ze Alto-monte, urodzony w Neapolu 1657 f 1745 w Hei-ligcnkreuz, wezwany zestal z polecenia króla przez znanego Marco Aviano do Polski, gdzie jako malarz nadworny od 1681 do 1703 przebywał.
* * *
Z obrazów przedstawiających bitwy króla Jana 111, zwłaszcza co do ścisłości strategicznej, zasługują na uwago znajdujące się w zamku Schleishcim, w pobliżu Monachium, zbudowanym przez elektora bawarskiego Maksymiliana Ema nuela, zięcia Jana Sobieskiego. Już przed laty udzieliłem pobieżnej wiadomości o tych obrazach (2), lecz zwiedziwszy powtórnie tę galeryą, powyższą rclacyą uzupełnić mogę.
Pierre de Martin wykonał te obrazy z polecenia kawalera Dupont, towarzysza wypraw wojennych króla, którego są także pamiętniki o królu Janie. Obrazy, o których mowa, opatrzone są na-stępująccmi przypiskami francuskiemu
1. Bataille. de Chotchim en Mołdawie, gagnee
(1) Dokładny opis tego obrazu znajduje się w Słowniku malarzy polskich E. Rastawicckiego, tom I, str. 9.
(2) Tygodnik ilustrowany, tom. 7, nr 194, 1«C3 r.
par le roi dc Pologne sur 80,000 Tures. feix mois avant ąu’il montat sur le thróne.
Premierę campagne et premierę action, ou le sieur Dupont se soit trouve.
2.	Bataille de Leopold dans la Russie noirc, oń les sułtan Galga et Naradin, fils du Chan dc Tartarie, furents defaits.
La scconde action, ou le sieur Dupont s’est trouve.
3.	Bataille de A icnuc en Autriche, gagnee par le roi dc Pologne sur 25o,000 Tures et Tartares 1683. Le sieur Dupont y commandait sept pie-ces dc canons, a pointę droite dc 1’aile droite.
4.	Bataille de Parkany.
5.	Cunquetc dc Strigonie en llongrie en 1863, par le roi de Pologne.
Le sieur Dupont y conduisait Pattaąae, apelle dc St Georgu.
W tym obrazie widać wśród obozu wspaniały namiot królewski; na przedzie król konno, otoczony świtą i poprzedzony pancernym z buńczukicm w ręku.
6.	La bataille de Boukovina en Moldavie, gagnee par le roi de Pologne, oii 1’infantćrie sou-tint neuf heures contrę plus dc 50,000 ennemis et les battit.
Le sieur Dupont y commandait 1’ariillćrie de 1’ailc gauclic.
7.	Bataille de Parcans en llongrie, gagnee par le roi de Pologne sur 50,000 caraliers Tures.
Le Sieur Dupont y commandait 8 pieces de canons au corps dc bataille.
8.	Ósmego obrazu tej seryi nie było w Schleis-heim, gdyż został przeniesiony do galery i obrazów w Monachium. Postarałem się więc tamże wynaleźć go i obejrzeć; żadnego jednak opisu objaśniającego na nim nic było, prócz imienia artysty P. D. MARTIN i daty 1705. Dopiero starannym poszukiwaniom w dawnym inwentarzu galeryi uprzejmego konserwatora Pinakoteki, p. A. Hausera, zawdzięczam objaśnienie treści tego obrazu, który przedstawia bitwę pod Jazlow-cem, na Podolu.
Wdali widać obwarowane w okolicy górzystej, oblężone miasto; na przodzic stoi jeden z dowódców7, zapewne sam Dupont, z planem fortecy w ręku, w jasnej peruce we francuskićm ubraniu czcrwonem, srebrną szarfą opasany, w czarnych kamaszach, który właśnie odprawia gońca. Za nim stoi młody giermek z szyszakiem w reku, a otacza go świta panów, w polskich i cudzoziemskich strojach. Obraz ten, nieco większy od poprzednich, zamyka seryą obrazów penzla Piotra dc Martin.
Pozwalam sobie jeszcze zrobić wzmiankę o kilku obrazach, tyczących się rodziny Sobieskiego, a znajdujących się w Sehleisbeim.
Jan 11) w stroju rzymskim na koniu, nad którym unosi się Chwała, trzymająca w reku tarczę i trąbę. Na proporcu znajduje się napis: Bataille dc Kalongba—t. j. pod Kałuszem.
Jest-to utwór ulubionego malarza nadwornego króla Jana 111, Jerzego Eleutcra, zupełnie, tego samego układu, jak inny obraz tego artysty, znany nam ze sztychu Karola de la llaye, z tą jedynie różnicą, że na tle obrazu widać tylko walczących, nic zaś okolicę Wiednia z wieżą kościoła Ś-go Stetana.
Odpowiedni obraz tegoż penzla przedstawia Maryą każmirę z rodziną, układu dość fantastycznego.
Królowa siedzi w fotelu w greckim stroju i trzyma na kolanach śpiące dziecię; przy nićj, w środku obrazu, dwaj młodsi synowie, Aleksander i Konstanty, bawią się z lwem ułaskawionym; poza nimi 16 to letni królewicz Jakub w purpurze; po lewej stronic, na pjórwszym planie obrani, siedzi 7 mio letnia Teresa Kunegun-da, z muszlą i perłami w ręku, na delfinie. Obraz ten jest zmniejszonćm powtórzeniem utwroru, który przed laty oglądałem u hr, Henryka Wodzi-ckiego w Krakowie.
Nareszcie zamilczeć nic mogę o znajdującym się w tejże galeryi pięknym portrecie w całej po
staci elektorowej bawarskiej Teresy Kunegundy Sobieskiej, malowanym przez Viviena.
Aleksander Lesser.
Ze świata obcego.
(Ruch społeczny, artystyczny i literacki.)
Nowe odkrycia i wynalazki.— Ager romaniis.— Muzjka francuska w Belgii.—Autobiografia Antouiego Troloppe'a.
Jakikolwiek sąd wyda bezstronna’ przyszłość o naszem stuleciu, jednej nie będzie mogła zaprzeczyć mu zasługi: niezliczonego mnóstwa odkryć i wynalazków, które zmieniły postać świata. Wick nasz pozostanie w bistoryi wiekiem machin, pary i elektryczności. Inną zastał, a inną zostawi ludzkość. Jedynie wiek X\l, odkrycie Ameryki, wynalazek druku i prochu stanąć mogą obok spólczesnćj epoki. Tak przywykliśmy do tych codziennych niespodzianak, jakie nam przynosić nie przestaje wiedza zastosowana do przemysłu, że nic nas już nie dziwi.
Nie same tćż wielkie przewroty, ale drobiazgowe nawet powinny zwracać naszę uwagę. Nie można codzicń wynaleźć machiny Jacąuarda, albo lokomotywy Watta: stanowią one epokę rozwoju ludzkości. Ale są pewne drobne szczegóły, które pokazują, że badania ludzkie, raz rozbudzone, ua prawo i na lewo karczować będą stare zręby i nowy nam całkiem przygotowywać żywot. Niema wątpliwości, że wnuki i prawnuki nasze będą miały życie materyalne uprzątnięte ze wszystkich tych cierni, które nas kaleczyły, i że daieko łatwiejszym stanie się dla nich byt codzienny.
Dzień każdy przynosi nam nowe żniwo tych drobnych wynalazków, których znaczenie i wpływ nieraz bywa ogromny. I tak czytamy, że p. Shiclds, Anglik, wynalazł sposób uspokojenia rozsrożone-go morza. Sposób ten jest całkiem inny, aniżeli owo smaganie go biczem, podjęte z rozkazu perskiego satrapy, dla ukarania wodnego żywiołu za pocblonięcie jego okrętów. Pan Shields ogranicza się na rozlaniu oleju na powierzchni morza. Doświadczenia przedsięwzięte w tej mierze w Fol-kestone zdumiewające wydały rezultaty. Ocean tak był rozwścieczony, że żadna łódź rybacka nie poważyła się opuścić portu. W tedy, zapomo-cą pomp umyślnie w tj m celu zbudowanych, rzucono olej na morze i w tej samej chwili bałwany ułożyły się do gładkiej, zwierciadlanej powierzchni. Przez cale dwie godziny, mimo silnego przypływu, delikatna warstwa oleju utrzymywała się na wodzie. Przygotowują obecnie w Anglii nowe doświadczenia w tym przedmiocie, na wielką skalę. Jeżeli się powiodą, jak wszystko przypuszczać każę, to zastosowania tego odkrycia będą olbrzymie nietylko w miastach portowych i na wybrzeżach morskich, ale może nawet i na pelnem morzu. Okręty, jak utrzymują optymiści, dla zabezpieczenia się od burzy, poprzestaną wtedy na utworzeniu dokoła siebie sztucznćj olejnej oazy, oczekując w niej pogody, a choroba morska nie będzie już groźną dla pod różnych.
A elektryczność! Codzień mamy nowe jej zastosowania do codziennego użytku. Świat ogrodniczy wie, jak wielki wpływ światło elektryczne wywiera na hodowlę kwiatów. Wielkie oranźerye i cieplarnie w7 Passy pod Paryżem będą obecnie oświetlane w nocy światłem elektry-cznem i spodziewane są od tćj reformy rezultaty fantastyczne. Jcst-to dopiero pićrwszy krok na tej drodze. Drugi polega na dojrzewaniu owoców zapomocą tego samego środka. W Bourg la Reiue otworzony został zakład hodowli poziomek przez elektryczność. Ł rzak poziomkowy bywa naprzód zamrożony w lodzie przez kilka godzin, co zastępuje działanie zimy paromiesięcznej, a potem poddany w dzień słonecznym, a wieczorem i w nocy elektrycznym promieniom. Dwa tygodnie tej hodowli wystarczają, ażeby poziomki kwitnęly i dojrzały w owoc soczysty, aromatyczny. Niema granic dla produkcyi rolni-
92
czej, gdy się oczy w daleką przyszłość zapuści i gdy myśl rozgorączkowana z tego drobnego odkryć a wysnuje inne, ważniejsze.
Zmienia się fizyognomia starego świata coraz bardziej. Nie mówimy już o kanałach przerzynających ziemię i tworzących wyspy z połączonych przedtem części lądu; nie mówimy o górach roz-twierającyeh swe wnętrza, ani o pustyniach, które naraz zamienione być mogą w morskie łożyska. Dość nam będzie przytoczyć zmiany, doko-nywające się w oczach naszych naokoło Rzymu. Kampania rzymska, ten słynny agir mnumts, zapowietrzonym był pontyjskicmi błotami, które od wieków siały naokół stolicy starożytnego i chrze-ściańskicgo świata malaryą, które przez skwarne letnie miesiące wyludniały Rzym i czjniły go prawie nieprzystępnym. Ogromna przestrzeń 212,533 hektaiów naokoło Rzymu leżaka bezużytecznie i wszystkie dawniejsze i nowoczesne pro-jekta kolonizowania tej pustyni zdawały się niepodobne: tc lastae solitudines, o których wspominał już Tytus Liwiusz, nosiły na sobie piętno nie-zgładzonej klątwy.
Dzisiejszy rząd wioski znalazł jednak sposób zamienienia Kampanii rzymskiej w 1 wimąey, żywy, zdrowy i urodzajny ogród. Rozpoczęto dopiero to dzieło olbrzymie, ale rezultaty częściowe nie pozwalają wątpić o pomyślnem doprowadzeniu go do końca. Jako pierwszą próbę, uważać należy utworzenie kolonii trapistów, którym powierzono 500 hektarów do obsadzenia eukaliptusem, tem cirtl<?wn#m drzewem z Australii, które rośnie z fantastyczną szybkością i którego użytek jest tak wieloraki. Finansowe rezultaty tej kolonii były tak niespodziewane, że postanowiono przedsięwziąć rzecz na wielką skalę. Po dziesięciu latach, ua tćj ziemi, gdzie nic prócz chwastów i cierni nie rosło, gdzie zgniłe wody zatrute szerzyły wyziewy, kolonia trapistów posiada las, w którjm 25,000 drzew cukalyptusowych wznosi ku niebu swoje pnie srebrzyste i krzepkie; 4,000 drzew owocowych i 25,000 krzewów winnej latorośli daje obfite żniwo i zapewnia coraz większe dochody. Parlament włoski wydał teraz prawo, znane pod nazwą Bunijicam nto dd Agro ro-mano. Mocą jego rząd krajowy może zmienić właścicieli stepu do uprawy takowego. Zostawiony jest tylko właścicielom czas do przedstawienia planu robót. Wrazić zwłoki, rząd wywłaszczy ich i odda grunta w ręce ludzi, którzy natychmiast pracę ref rmującą przedsięwezmą. Przy wielkich ułatwieniach fiskalnych i ogromnych dochodach, jakie ta praca twórcza dawać będzie, nie można wątpić, że jeszcze przed schyłkiem naszego stulecia cały ager retmanus stanie się jednym ogrodem, winnicą i lasem.
Są kraje tak zahidoion * i tak opracowywane, że niema w nich puszcz i moczarów’. Do takich krain uprzywilejowanych należy Belgia. Doświadczenia też, jakie na jej gruncie odbywać się mogą, zamykają się w sferze intelektualnej i artystycznej, ale niemniej przeto są ciekawe. Do ich liczby należą opery kompozytorów francuskich, dawane w wielkim teatrze, de la Jfwmaie w Bru-kselli. W przeszłym roku p. Massenet, jeden z przywódzców nowćj muzykalnej szkoły francuskiej, zniecierpliwiony że niema dla jego party-eyi miejsca w repertuarze Wielkiej opery paryskiej, wystawił w Bruksclli swoje operę Herodiadę. Świetne powadzenie, jakie próba ta decentralizacji arljstyczncj zyskała, zapewniając partycyi p. Massenet wstęp do włoskich i niemieckich teatrów, spowodowało obecnie innego francuskiego kompozy tora, p. Ernesta Reyer, do powtórzenia takowej. Opera jego tiigurd wystawioną została temi dniami w Brukselli.
Pan Reyer jest niemłodym już muzykiem, znanym szczególniej z partycyi la Statuę. Uchodzi on we Francyi za najbardziej wykształconego teoretyka w muzyce. Oryginalność jego kompozycyj, połączona z charakterem szorstkim, do żadnych ustępstw' niezdolnym, spowodowała rodzaj ostracyzmu, na jaki w> Francyi by ł skazany. On, który rozumiał Bcrlioza w epoce, gdy z-ń szydzono, on, co o w.elc wyprzedził Wagnera w konccpcyi dramatu lirycznego, pozostał osamotniony i nie
mógł widzieć urzcczywistnioncmi muzycznych ideałów swoich.
Należy więc przyldasnąc jego zamiarowi za-produkowania Sigurda poza rogatkami Paryża. Sagi norweskie Eddy i fantastyczne postacie niemieckich Nibełungów nie przystają do francuskich umysłów, łaknących realizmu. Sigurd zaś na tem tle właśnie jest napisany i w’e Francyi zrozumianymby nie byl. Muzyka przypomina często metodę i styl Webera, tak samo jak Beet-hoven przypomina Mozarta, bez niewolniczego jednak naśladownictwa. Nie można odmówić pa nu Reyer natchnienia i potęgi. <’i, coclicą widzieć w nim wagnerzystę zapamiętałego, mylą się; jest on tylko o tyle wagnerzystą, o ile nim byś musi każdy maestro przyszłości, gdj ź autor Lohcngri-na formułował pewne zasady, które stały się prawem jego muzyki. Reyer nie wygnał melodyi, chórów i nawet powtarza jedne i te same ustępy, na coby się Wagner nigdy nie byl zgodził, a jeżeli orkiestracya u niego jest przeważającą, jeżeli aryjki i kawatinj do partycyi jego nic wchodzą, niema na to potrzeby żalić się, jak sądzimy. Jedynym może usterkiem Sigurda jest długość tćj opery. Gdyby wycięto poręby w tym lesie nut, bezwątpicnia stałby się on przejrzystszym, lżejszj in. Ale nic poważono się na taki zamach w Bruksclli. W Paryżu system mechaniczny przemógłby był niezawodnie. Byłby powstał zgiełk w pierwszej chw iii, ale opera zyskałaby koniec koneówą bo byłaby łatwiejszą do grania. Szkoda, żc tcgocześni kompozytorowie muzyczni coraz bardziej uważają się za wielkich kapłanów i z wysokości swego trójnoga chcą odrodzić ludzkość. Jakiekolwiek będą ich wysiłki, większość nie zdoła widzieć w muzyce czego innego, nad sztukę piękną, służącą do uprzyjemnienia, do ubarwienia nam życia. Nie będą jej lubili, gdy się im wyda kazaniem, długiem i niemieckiem.
Nic niema dla nas cieką wszego w dziedzinie książkowej, jak autobiografie autorów. Krytyka zapoznajc nas, w ostatnich czasacli szczególniej, idąc za wezwaniem S-te Benve’a, ze szczegółami biograficznemi pisarzy i dopomaga nam w ten sposób do lepszego zrozumienia ich utworów. Ale nie dadzą się te szczegóły, pochwycone na prawo i lewo, porównać z dokładną, wyczerpującą biografią, jaką słynni pisarze kreślą sami o sobie. Czytelnik znający icli dzieła z podwójnym interesem zagląda poza kulisy icli życia domowego i przypatruje się genezie duchowej icli twórczości. Dogodzimy więc prawdopodobnie temu naturalnemu smakowi czytelników naszych, polecając ich uwadze świeżo wyszlą na widok publiczny 'autobiografią słynnego powieściopisarza angielskiego, Antoniego Troloppc’a. Zmarł on przed rokicin i ta autobiografia staje się jednocześnie pośmiertnym jego pamiętnikiem.
Troloppe należy do najpoczytniejszych powic-ściopisarzy spólczesnych i chociaż nie mamy chęci postawienia go pomiędzy pierwszymi genialnymi autorami tej gałęzi, niema jednak w długim szeregu jego utworów' ani jednego całkiem chybionego, a są i takie, które piśmiennictwo angielskie zalicza pomiędzy najcelniejsze. Zostawił on sympatyczne o sobie wspomnienie, schodząc ze świata, a autobiografia o której mowa stwierdza to wrażenie. Mamy tu przed sobą uczciwego, lojalnego, wesołego angielskiego gentlemana, który, dzięki swej energii i systematycznej pracy, doszedł do zadziwiającycli rezultatów.
Bjł on synem zrujnowanego adwokata, a matką jego była owa słynna autorka, pani Franccs Troloppe, która wzięła się późno do pisania, dla utrzymania rodziny, ale która wśród swoich 114 tomów napisała jedno dzieło europejskiej reputa-cyi: „Obyczaje Amerykanów.” ojn jej Antoni, lichy uczeń w szkołach, mierny urzędnik admi-nistracyi pocztowej, wziął się do pisania powieści z nudów, urzędując w irlandzkiej wiosce i dla poprawienia swoich finansów, nader niepomyślnych. To życie szere, bez przygód, prozaiczne, ten sąd o sobie bezstronny zajmuje pierwszą część autobi ografii, której interes wzmaga się z każdą stronicą.
Pierwsze prace Troi >ppe’a przeszły niepostrzeżenie i nie odpowiedziały .jego oczekiwaniem. Liczy! już 41 lat życia, gdy napisał swą powieść Wardcn, która naraz imię jego popalaniem uczyniła. Było to W' r. 1855 i odtąd pracował bez ustanku. Wiedząc że ma napisać 10 stronic tygodniowo i że każda stronica liczyć powinna około 250 wyrazów, zawarł umowę z księgarzem i byl dumnym ze swej skrupulatności, która mu nie pozwalała przekraczać ś<iśle zakreślonych granic. Za nic w świecie nie byłby stracił dnia bez napisania części powieści: na kolei żelaznej, na statku parowym, w nocy, jeżeli nie mógł we dnie, pisał regularnie 230 wyrazów wciągu kwadransa, a pracował przez trzy godziny. (jrtfy reputa-cyajego ustaloną została, od czasu jak został współpracownikiem Cornhill Magazine’ii, wydawcy płacili mu za jego powieści od 3,000 do 3,500 franków. Z listy jego honoraryów autorskich widzimy, że czysty dochód, jaki wpłynął do jego kieszeni, wynosił wciągu jego autorskiego zawodu 70,000 funtów, czyli 700,000 rubli. Opłaca się w Anglii być powieściopisarzcm, nawet drugorzędnym. Wszakze genialnej Georgc Eliot zapłacono tam za jeden rękopis 40,00(1 funtów ster-lingów!
Byli tacy, co dziwili się temu zarobkowi pióra i około tych materyalnych szczegółów życia Troloppe’a toczy się obecnie w angielskich i amc-rj kańskich dziennikach żywa polemika. Dla nas kwestya ta wydaje się całkiem drugorzędną. Winszujemy angielskim powieściopisarzom ich wysokiego zarobku, życzylibyśmy tylko, aby więcej z nici) wchodziło w ślady Dickensów, Thackerayów i G. Eliotów. Ich dzieła żadncini pieniędzmi opłacić się nie dają.
ToporczyL.
MELO,
ZDARZENIE Z ŻYCIA OBOZOWEGO.
Opisał
Wierzenia poliyczne, dopóki nic zostaną przeprowadzone w czyn szkodliwy bytowi państwa, po winny by zasługiwać na większą ze strony ogółu tolerancyą. Niema n. p. sposobu wpoić w le-gityinistę z przedmieścia S. Gcrmana w Paryżu przekonania, iż Franeya może być bez Bnrbonów szczęśliwą; a jednak on kocha tę Francją może gorącej od wielu i oddałby za nią krew swojo.
Cóż zresztą może szkodzić komu wierzeniu polityczne, skoro ten odmiennych przekonań Francuz, krótko czy fałszywie na polu polityki widzący, wszystkie obowiązki obywatela rzcezypospo-litej spełnia i do jej praw ściśle się stosuje?
Ale siłą rzeczy poglądy te muszą się całkiem zmienić, jeśli zajdą wypadki zmuszające do poparcia orężem przekonań swoich, szczególniej zaś gdy ua scenę wystąpi pomoc obca. Wtedy już dwaj rodzeni nawet bracia, w opiniach politycznych poróżnieni, muszą się uważać wzajem za wrogów, a nieraz w uniesieniu ogłaszać zwykli ludzie za zdrajców ojczyzny takich, którym nic można zarzucić żadnego faktycznego postępku, nacechowanego zdradą. Wszak zdradą jest odstępstwo lub zaprzedanie interesów swojej partyi, z udaną obłudą, żc się do niej szczerze należy, nie zaś jawne i otwarte przystanie dojakiego politycznego stronnictwa. Lecz gdy podczas wojny domowej i rozruchów czasu na rozróżnianie tych subtelności bywa niewiele, przeciwnicy piętnują się tem mianem hańby z łatwością i zalcdwo od legia potomność sprawiedliwszy i chłodny sąd wyda, o ile w którem ze stronnictw było więcej trafnego kierunku.
Nic więc dziwnego, że w czerwcu roku 1794 skarbnik M., właściciel Wielogóry, wsi pod Radomiem położonej, znalazł się w bardzo klopotli-wćm położeniu, a jak to dawniej mawiano, w srogich opala* h.
Skarbnik jawnie i otwarcie, sądząc iż czyni najlepiej, podpisał swój akces do Targowicy; do
93
syć sic nawet przechwalał z tćm w’ ziemstwie swo-jein, przeciwników obrzucając biotem i zapowiadając, żc ich nowatorstwa kraj zgubią. Umysł to był prosty, o dążeniach pokojowych, konserwatywnych, któremu zaimponować potrafił komandor Modzelewski, kreatura osławionego Adama Po-nińskiego, może dlatego iż Targów iczanie wolności zapowiadanych ludowi wiejskiemu ustawą 3 maja nic akceptowali, ale owszem, aktem samej konfcderacyi roboracyą praw dominii dirreti najwyraźniej poręczali, a zatem ijuryzdykcyą patry-monialną, podrostu mówiąc kańczugową, przy szlachcic utrzymywali.
Rzecz to dla każdego w laściciela niesłychanej wagi, karność i subordynacya pracującego na jakimkolwiek warstacie. Sądzę ze pan Krupp z Essen i inni wielcy przemy slowcy, na wszelkie prawodawstwo zapewniające im jtiryzdykcy ą nad pracującymi chętnieby się zgodzili, bo jak wiemy, nie posiadając takowej, starają się ją wskrzesić roźnemi administraeyi wewnętrznej rozporządzeniami, przez niechętny ch przczwanemi tyranią warstatu.
Cóż sic więc dziwić prostemu szlachcicowi, miłującemu porządek, pracę, a żyjąccinu w czasach, kiedy do bizuna pisano ody, kiedy uważano go za ultima r.ttio kapitału, za ultimum nmedium na swywolę i próżniactwo, że stanął po stronic partyi kańczugowój? Tymczasem partya cywiliza-cyi, postępu, równości praw, partya narodową zwana, w tćj chwili była górą.
Powodzenia jej w Warszawie, Krakowie, świeżo odniesione pod Racławicami zwycięztw o sprawiły to, że do naczelnika, wodza jakkolwiek szczuplej armii, zaczęło się garnąć wszystko, co goręcej, a racjonalniej kraj miłowało i to co wierzyło w zwycięztwo zasad, wygłoszonych przez rewolucją francuską z 1789 roku.
M laśnic skarbnik wraca] z targu, coczwartck odbywanego w Radomiu, wypiwszy tam swoję zwyczajową butelko węgrzyna u kupca Cl ręka Dursy. Wyglądał markotny i kwaśny.
Zamiast zrzędzenia żc obiad jeszcze nic gotowy, jak zwykle bywało, siedział zamyślony, jak by do siebie samego przemawiający.
Stan ten jego niezwykły nic uszedł uwagi małżonki. Lubo-to była niewiasta zgóry przyjmująca za najlepsze wszystko, co się jćj dożywotniemu przyjacielowi, opiekunowi, ale i panu zarazem zrobić podobało, nic wchodząc w powody i chyba łagodząc gniew jego zbyteczny, gdy chodziło o wymierzenie winowajcom zbjt surowej kary; jakkolwiek nic miała wyobrażenia o tem, co my polityką nazywamy i za jedyną politykę właściwą kobićcie uważała mieć pełną spiżarnię, apteczkę i to, aby nikt w jćj domu nie był głodny— przez wzgląd atoli więcej na zdrowie mężowskie, aniżeli przez ciekawość, zapytała, co się dzieje na święcie dobrego.
— Bogać dobrze, jejmościulku kochana — odpowiadał skarbnik.— Farmazony z dopuszczenia Bożego, a za karę za nasze grzechy, znowu krajem zawichrzyły. W Radomiu pełno już Kolią tajczyków; pokazują giloty nki, wymieniają nazwiska osób, co jo mają w ieszać, jak w Warszawie, a wiciu tam zacnych i godnych między skazanymi, tylko żc przeciwnych ich bezbożnym, wszetccznym praktykom.
— A wszakże i ten komandor Modzelewski, w którego tyle duła jegomość, a ja mu zaś nic nic wierzę, to farniazon pierwszy ido nich należy.
— f>eus avataf, nie wierz jejmość temu. Wprawdzie Poniński wpisał go do loży, ale to polityk wielki: udał żc do nich należy, aby wiedzieć o ich sprawach lepićj.
— Nic lubię—przerwała skarbnikowa—ludzi, co na dwóch stołkach siadają.
— To tćż ja, jeśli pamiętasz, kochanko, gdy on mnie chciał wprowadzić do loży, dowiedziaw -szy się od naszego proboszcza, żc to grzech wielki, odpowiedziałem mu: „Mości komandorze! Jeden Bóg, jedna wiara, chrzest jeden i przenaj-świetsza ofiara,” i nic zajrzałem tam już nigdy. A on sic rozśmiał tylko i rzeki: „Dla polityki wiele się robi. Salus reipuUicae suprema ter esto. Jak W' łoży będą same mieszczuchy', to potem do
siebie przygarną i chłopów, a wtedy nam szlachcie zaśpiewają reąuiem na wieki.” O, bo to mądry' ten komandor, powiadam ci duszko, może mędrszy' niż sam Poniński.
— 1 cóż on robi teraz, w tak ważnej chwili, ów mądry komandor? — py tala nienawistna mu oddawna skarbnikowa.
— Dal nura, przepadl, jakby kamień w wTodę rzucił. Powiadają w jego dworze, żc zapewne pojechał z raportami do gcncralności, a może uszedł za kordon austryacki, bo tam najpewniej schronić się bezpiecznie.
— Wielki mi rozum—mówiła skarbnikowa — uciec samemu, a piwrn, którego nawarzył, do wypicia nam zostawić.
To rzekłszy, wzruszyła ramionami, zapraszając męża do obiadu, który właśnie pachołek stawia] na stole.
— Oj tak, tak, jejmość ma świętą racy ą—mówił skarbnik nad talerzem wybornego rosołu z tłustej kury. —Nie powinien był zostawić nas stronników gcncralności w kaducznym kłopocie. Ja sam, dalipan, nie wiem co i jak robić. Niwtyl, ni naprzód, ani w lewo, ani w prawo, głowę susz, ani rusz, a spytać się niema kogo. Dziś, jakem byl w handlu u Dursy, przy' śniadaniu, wlazł na stół jeden z tych Kollątajczyków, przyslanyi h z Warszawy, i do nas, cośmy tam byli, przemawiał o potrzeb e porzucenia waśni i niezgod, a łączenia się in gremio przeciw spoiny m wrrogom. Gadał długo, ale dalipan tak pięknie, żc i ksiądz żaden tak chyba nie potrafi. Żeby nie to, iż wiadomo że szatan, gdy nas kusi, używa wymowy najsłodszej, że tc Kołlątajczyki farmazony pomiatają świętą wiarą naszą, z niej błazeństwa między sobą stroją, a do tego plotą absurda, jakoby chłop miał być swemu panu szlachcicowi równy, co ja uważam za rodzaj sodomii, za obrazę praw’ Boskich i ludzkich niesłychaną—to powiadam ci, jejmościulku droga, była chwila nimcm się upamiętni, że sądziłem iż glos z nieba słyszę, tak ten kanalia Kollątajczyk umiał wiadać językiem cjcpcdlte et siuuiter. Jeszcze wracając do domu i siedząc ua bryce, do siebie mówiłem: To co prawi komandor, a nawet w geueralicyi, jeszcze nie ewangelia. Kaduk ich wić, czy sic nie mylą. Nasi panowie magnaci o sobie tylko myśleć zwykli-i na wierzch wypłyną, a co się ze szlachtą zrobi, o to uie dbają. A ów orator zapewniał, że już sto tysięcy wojska uiają, że pozabierali armaty, uręczał gardłem, żc Irancya i Austrya na sukurs im idą, źe Prusak ogłosi się neutralnym. Toby wcale była rzecz inna... 1 cóż ty, golębiczko moja, na to? bo to białogłowy mają swoje imprezy i dobrze zawsze ich się poradzie, choćby swoje robiąc.
— Alboż ja wiem?—odpowiedziała, wzruszając ramionami, skarbnikowa. — To coście z mądry m komandorem narobili, ma być najlepsze i odrobić się nie da naprędce. Ale mnie najwięcej obchodzi to, co mówił pachciarz Mordko, wróciwszy z miasta.
— A cóż on mówił, kochaneezko?—pytał skarbnik, wiecznie ciekawy tćj swojej micjscowćj gazety i knrycrka z ploteczkami.
— Mówił, żc te wojska, co to hetmanem zrobiły sobie jakiegoś Kościuszkę, walą krakowskim traktem i idą na nas. Ddopieroż będzie bieda
— A tak jest, prawdę Mordko mówił. I ja w Radomiu słyszałem, żcjuż dziś ściągnie na noc ten naczelnik, jak go przezywają, ze swoim korpusem do Szydłowca, zaproszony od księcia Sapiehy, dóbr tych dziedzica. Wahał się, czy nic przyjąć zaproszenia od Sol tyka w’ Chlewiskach. Co za myśl, żeby' hetmanem nad sobą ogłosić takiego świerszczalkę, ni z pierza ni z mięsa, ot jakiegoś sztachetkę zpod Kobry nia poprostu.
— Zawsze co hetman, to hetman —przerwała ze zwykłą praktycznością kobiecą patrząca na te rzeczy skarbnikowa. — Kiedy dziś już nocuje w Szydłowcu, to jutro będzie w Radomiu, a pojutrze spodziewamy' się ich u nas. Będąż dopiero weksacye, ciężary, kontrybucjo, furaże, pod wody! Mówił Mordko, że podobno i najzdatniejszych parobków' zabiera z sobą w rekruty, zbrojąc ich w kosy.
— W Radomiu odprawi dniówkę, a potem idzie do Warszawy—dodał stolnik. — Co tu robić, co robić?
Wtem, jakby mu dobry jaki pomysł nasunął się do głowy, zawołał:
— ilaudziu, serce moje, podaj-no lampeczkę Orzełka, bo to dobry trunek na frasunek, a in vino reritas się mieści. Ot może i ty zakosztujesz, bo ten pieprzyk nikomu nie zaszkodzi.—A popijając podanego wkrótce węgrzyna ze sławnej Jonasza w Kozienicach piwnicy, wciąż głęboko zamy ślo-uy, odezwał się po chwili do żony: — Wiesz jejmość, co mi przyszło do głowy?
Skarbnikowa, cała zajęta układaniem sposobów przyjęcia mało pożądany ch gości, obracho-wując ile będzie potrzeba chicha napiec bochenków, czy zabić wieprza czy w'olu, co podać na obiad kwaterującym oficerom i ilu ich liczyć w przybliżeniu, spy tala jakby' z niechęcią:
— Cóż znowu takiego?
— Oto, uważasz, moja duszko, jak sądzisz, czy dobrze,urny śliłem?—mówił skarbnik zakłopotany, młynkując palcami. — Umyśliłem tedy, żc skoro jutro naczelnik odprawia dniówkę w Radomiu, to pojutrze czy na Grójec, czy na Warkę ku Warszawie, zawsze tędy przez nasze Wielogórę maszerować musi. Postanowiłem zatem zrobić mu moję submisyą i prosić, aby w nasz dom ohoć na chwilę wstąpić raczył. I cóż tj' na to, moja llan-dziu?
— Rób jak sądzisz—odparła żona— a tak zapewne będzie najlepiej. Jesteś panem swojej i mojej woli. Przecież się umienie radziłeś, prowadząc z komandorem różne tajemne praktyki, chociaż nieraz ci mów iłam, iż mam przeczucie, żc one na dobre nie wyjdą ci nigdy. Jak dziś myślę, że tam gdzie Sapicnowie, Małachowscy, Soltyki nadskakują i bakę świecą, mało kto zwróci uwagę na to, co zrobi skarbnik M.
— Ale taka submisya moja przerwał, marszcząc czoło, skarbnik, nicrad opozycji — może nas ochronić od wielu przykrości i weksacyj.
— Te ciebie mogą spotkać na samym wstępie i wielkie, bo partya nasza słyszę znienawidzona— wtrąciła skarbnikowa,dalej dziergając pończoszkę.
— Przy Kościuszce niczego się nie lękam— odrzekł mąż.—Nienawidzi on ekscesów i surowo za uie karze. Czy myślisz, źc on w duszy rad Kolłątajczykom? Nie, zanadto na to prawy i uczciwy, a serce ma szlachetne i dobre. Poliiy-kujc tylko z nimi, bo mu to na rękę, a mnie też tylko że o nich idzie, bo jak naczelnik odjedzie, gotow i rozpocząć swoje podburzające motłoch praktyki; takiego zaś, co go naczelnik dobrze przyjmiC; u którego goścjć będzie choć na chwilę, zaczepiać nic ośmielą się te francusko-farmazoń-skic basałyki. Już ja się dobrze dowiedziałem o wszystkiem i rozmyśliłem uważnie.
— Ja—odezwała się skarbnikowa—na mój rozum białogłowy, który z przyrodzenia krótki, sądziłam, że bez tylu termedyj pojedziesz do mego ciotecznego Kochanowskiego, który jest słyszę rotmistrzem przy sztabie Kościuszki, i nakłonisz go, aby się zakwaterował r nas. Po wyjeździe zostawiłby sowgardę (1), to i tak bylibyśmy od prześladowań zasłonieni; a zresztą Bóg człeka strzeże, nie zaś jego znikome pomysły. Wiesz przecie, co z hetmanami ci szaleńcy porobili, źe ich jakby' zbrodniarzy powiesili w Warszawie, gdy' tylu łotrów chodzi bezkarnie.
N icprzekonunj' jednak skarbnik uwagami żony, wziął się natychmiast do przygotowań potrzebnych, aby wykonać swe zamy sły, na co niewiele zostawało mu czasu.
II.
Dnia następnego skarbnik już od świtu, z brodą i czupryną świeżo wygoloną do samego wierzchu, uwijał się, wyprawiając cały tabor rzeczy, ofiarowanych przez niego na potrzeby armii.
By ły tam cztery karmne woły, dwóch wieprzy,
(1) Załoga do strzeżenia od nadużyć, z kilku żołnierzy złożona.
94
nicy swego dziedzictwa z niego zsiadłszy, na nadjeżdżającego wodza oczekiwał.
Przyjął naczelnika łacińską oracyą, wyjętą, jak się zdaje, z dawnych ekscerptów w scksternach pijarów, u których M. pobierał nauki.
Kościuszko jednak przerwał te zapały orator-skie, bo nie czekając ich rozwinięcia, po przywitaniu dziedzica ziemi ręką od ust, konia nic zatrzymując prawie, zawołał:
— Wybaczcie, mości skarbniku, że wam przerwę, ale komu w drogę, temu czas, a goniec co przypadł nocą doniósł nam, jakoby Prusacy chcicli nam pod Górą drogę zastąpić. Prowadźcie łaskawie do swojćj habendy.
Zrozumiawszy, żc nie czas teraz na przemowy, skarbnik wskoczył na kulbakę i przewodniczył dostojnemu gościowi.
Przygotowane śniadanie było co się zowie wystawne i sute, ale przyrządzone w guście narodowym, więc pieprzno, korzenno, a dobrze słono.
Stolnikowstwo nie wiedzieli, że Kościuszko, nadzwyczaj wstrzemięźliwy, jeśli czasami kosztowa! wina, to chyba francuskiego lekkiego i to z wodą, a odwyklszy od polskiej kuchni, nie cierpiał zbytku korzeni i soli, lubił zaś głównie jarzyny i przyprawy słodkie.
Tego wszystkiego praw ic iż tam nie było; więc wypiwszy spory kufel mleka, którego zażądał, już miał jechać dalej, gdy pyszny melon, z cieplarni Ożarowskich w Brzozy skarbnikowi przysłany, stojący na środku stołu, uderzył jego oczy.
Dzień był skwarny, gotowało się na burzę i upal panował na dworze nieznośny. Kościuszkę wzięła niepomierna ochota skosztować owego specyału.
— Sierakowski! — zawołał do szefa inźenie-ryi—chyba, wytargawszy się za uszy, tćj nowalii napoczniemy.
1 wskazał na melon.
W momencie pokrajano go na części, których sporo, cukrem dobrze obsypawszy, Kościuszko zjadł, a przekąsiwszy swoim zwyczajem chichem żołnierskim i powtórnie napiwszy się mlćka, siadł na konia i pojechał.
Śniadanie to nie było zbyt hygieniczne. Stolni-kowa, patrząc na takowe, aż ręce załamała, w obawie czy szkodzić nic będzie; ale jćj wyperswadowano, żc naczelnika żołądek przez czas pobytu w Ameryce do takich eksccntryczności nawykł. Może innego zdania byłby był doktór przyboczny, Iłyacynt Dziarkowski; ale bawiąc się przy innych stołach, nic o tćm nie mógł wie-dzićć.
Skarbnik, rad i wesół, że przyjęcie całe mu się udało i wszystkie piany jego szły po myśli, długo się jeszcze na szczątkach wytwornego śniadania bawił, pijąc z sąsiadami ziemianami i kilku oficerami, którym służba na to pozwalała.
Nakonicc, gdy i ci odjechali, legł w łożu, trudem dnia, a poezęści i trunkiem znużony.
Aliści jeszcze nie był dobrze zasnął, kiedy usłyszał wołania i mocne kołatania do drzwi. Zpoczątku sądził, iż to jakie marudery na dom napadają, o co w czasach wojennych nietrudno; wyjrzał wice oknem, ale po ruchach i po głosie poznał samych swoich dobrze znajomych Rado-miaków, co przy naczelniku służyli. Byli tam: Malczewski, Picglowski, Rogujski, Święcicki i kilku innych. Zdziwiony, czcgoby o tej porze cłicic-li, że służba spała zmęczona, podszedł sam otworzyć.
Aż tu na wstępie Rogujski, chłoji ogromny, chwyta zdziwionego za gardło i zaczyna go dusić, wołając:
— A tnś mi ptaszku, zdrajco, psie podły! Hej, Picglowski, dawaj no na tego łotra postronków, aby go związać.
— Ależ pozwólcież mu się ubrać i kazać za-prządz; tylu nas jest, to go przecież upilnujemy— przekładał łagodniejszy Malczewski- a przytćm bez wiązania.
Oswobodzony z uścisków Rogujskiego, skarbnik, zalcdwo przychodząc do przytomności, zawołał:
— Panowie bracia, jeśli to żart, to wcale niewczesny.
tłuste skopy. W workach wieziono groch, mąkę i przeróżne kasze.
Na ostatnim wozie leżał dziwny zbiór broni, wyglądający raczej na muzeum antykwaryusza, aniżeli na zapas arsenału pochodowego—muszkiety stare.
Były tam harkebuzy hiszpańskie do zapalania lontem, pistolety zardzewiałe po rajtaryi szwedzkiej, szpoutony, piki, halabardy, kirysyerskie szpadrony, wszystko bronie małego przy nowej taktyce użytku; lecz skarbnik wiedział dobrze, że w tych trudnych czasach przyjmowano chęci za uczynek; zresztą doiuator-rolnik nie miał ofiarować co lepszego.
Na samym końcu, prowadzone przez dwóch stajennych w ręku, postępowały dwa wcale schludne, własnego stolnika chowu wierzchowce, jeden bulany, drugi dereszowaty, ale oba oficera godne.
Około południa dopiero skarbnik wdział mundur sandomierskiej ziemi: źupan biały, koutusz jasno-błękitny, wyłogi pensowe; przygasał w jaszczur oprawną serpentynę, a wypiwszy dla lepszego animuszu kielich spory pontaku i wziąwszy od żony krzyżyk na drogę, jak to zwykl był czynie przy każdej ważniejszej imprezie, ruszył do Radomia.
Gdy tam zajechał, zastał już wszystkich siadających do obiadu, u starosty Potkańskiego na zamku.
Przyjęcie znalazł wszędzie nadspodziewanie przychylne. Gdy czy nił naczelnikowi swoje sub-misyą i wyraził chęć podpisania akcesu, ten podał mu ręki; i rzekł z uśmiechem łagodnym:
— U nas jak w niebie, więcćj radości z jednego nawróconego, aniżeli ze stu sprawiedl wych. Dziękuję w aszeci, mości skarbniku, za złożone dary na kraju potrzeby. Gdyby podobnie wszyscy obywatele czynili, nie mieliby co robić nasi prowiautmajstrzy i furyerzy, a tak furażowanie dużo nam odbiera ludzi.
Wyjrzał potem na dziedziniec zamkowy, gdzie podprowadzono ofiarowane wierzchowce, i oba pochwalił. Bulanego, nawet pogłaskał, mówiąc:
— To poczciwa cnota naszej rasy. Zupełnie jak kmieć nasz, co licho i skąpo jada, a wiernie służy Rasa ta—dodał z westchnieniem—wyniszczona ciąglcmi u nas wojnami, a kto wie, czy nie wyginie zupełnie kiedy. Żałuję że nic mogę chociaż parę tych polskich koni przesłać Wa-szy ngtonowi. Zabiegli Amerykanie mieliby wkrótce kawaleryą, za którą węgierska mydloby woziła.
Gdy ośmielony tćm wszystkiem, skarbnik poważy! się naczelnika o wstąpienie do domu swego zaprosić, Kościuszko na adjutanta zawołał:
— Fiszer, zobaczcie tez na mapie, czy to nic wypadnie z drogi.
A gdy szef sztabu sprawdził na rozłożonej karcie, ze nic Wielogóra od naznaczonej linii nie zbacza, wódz naczelny rzeki:
— Miło mi będzie, panie bracie, oglądać choć na chwile wasze progi i poznać waszę małżonkę.
Uszczęśliwienie szlachcica nie miało granic, gdy w końcu obiadu, kiedy już wódz poszedł pracować z szefem sztabu, najstarszy w ziemstwie, chorąży Pieniążek, wniósł zdrowie skarbnika M., na dowód jak przez współobywateli dobrze jego akces został przyjęty. Stolnik na ten toast odpowiedział ze Izami w oczach Sandomierskiem zdrowiem:—A vat! kochajmy się!
Trzcbuż było jednak cotehu do domu wracać, bo czekało, z powodu spodziewanego przyjęcia, niemało zachodów i roboty.
Rozesłano posłańców do Kietliński.-J do Łazisk po kucharzy; po srebro i bieliznę do Soltyków do Piastowa; do Ożarowskiego do Brzozy po jarzyny i owoce, a od podkomorzego Boskiego z Glowa-czowa sprowadzono ogromną srebrną wazę na sto osób, bo trzebaż było, oprócz sztabu, ugościć chociaż w namiotach towarzystwo kawaleryi narodowej.
Wszystkie te kłopoty szczęśliwy' swój koniec wzięły właśni gdy dano znać, że pićrwszy przodowy hufiec jazdy ukazał się na wzgórzu od Radomia.
Naty chmiast skarbnik dosiadł konia, a na gra-
— To żart taki, żc, zdrajco, zawiśniesz na haku, bo cię do sądu wojennego zawieziemy, a ten pewno inaczej nic zadekretuje—wołał Święcicki.
— Niewinnych nie wieszają — odparł spokojnie skarbnik, nic poczuwając się do niczego.
— Tobie tćż, zdrajco, coś otruł nam naczelnika, gadać o niewinności! — wrzeszczał Rogujski, a uderzywszy go w kark, zawołał: — No, dalej, ubieraj się, każ zaprzęgać i w drogę marsz! Czasu do stracenia nie mamy.
— Nec Hercules contra plures—rzekł, poddając się, skarbnik; — ale Bóg, co wszystko widzi, wić dobrze, jaką krzywdę panowie bracia i sąsiedzi mi czynicie.
Co powiedziawszy, szedł gotować się do niemiłej podróży.
— A gdyby i jego babę zabrać, co te zatrute kondymenta sama niezawodnie spictrasila?—proponował niczblagany Rogujski.
— Pfc—odrzekł Malczewski—z babami wojować, to nic po kawalcrsku.
Dopiero na bryce mógł się skarbnik dowiedzieć o przyczynie swego aresztowania.
Naczelnik, ledwo dojechawszy do przygotowa-nćj kwatery pod Warką, uczul się niedobrze: porwały go gwałtowne mdłości i kurcze. Przywołany protomedyk Dziarkowski, mocno zaniepokojony temi symptomatami, wyznał że są widoczne ślady jakoby otrucia.
Pełno było gadek wtenczas miedzy ludźmi, że partye stronnictwu narodowemu przeciwne chcą się w ten sposób niedogodnego im wodza pozbyć. Ze przytćm tej nocy zaniemogło także kilku oficerów, w momencie rozeszła się po obozie wieść, iż naczelnik i oni otruci.
— Kto otruł?... Nikt inny—wołali Radomiacy— tylko ta hańba naszej ziemi, ten Targowiczauin skarbnik z Wielogóry!
Namiętności trzeźwo nic rozumują. Raz to podejrzenie powziąwszy, w kilku na własną rękę działając, postanowili, bądźcobądź, odszukać skarbnika i dostawić przed sąd wojenny.
Takim sposobem nastąpiło jego aresztowanie i przybycie do obozu nad ranem, z miłą perspektywą poniesienia niewinnie śmierci; bo cóż łatwiejszego nad to, przy zamieszkach, a nawet w czasach regularnej wojny.
Na szczęście skarbnika zadowoleni pomyślnością wryprawy, oduawszy aresztowanego do pro-fosa armii pod jego dozór, Radomiacy sami pobiegli do głównej kwatery. Tam dowiedziawszy się, że Kościuszko ma się znacznie lepiej, tak iż na koń wsiąść zamyśla, weszli do szefa sztabu, pochwalić się czynem swoim. Wprowadzono ich do pokoju, gdzie obok, jeszcze na łożu, spoczywał sam wódz.
— Przyłapaliśmy — wołał tubalnym swym głosem Picglowski ptaszka, co chcial nam naczelnika otruć, pewno w tym melonie, bo więcej nic zgoła nie jadł wódz naczelny.
— Kto tu o otruciu mówi? — wtrąci! osłabionym głosem Kościuszko. — Otrucie to rzecz wioska, nic polska, a jeszcze gościa we własnym domu. Takich potworów święta nasza ziemia ani wydajc, ani żywi.
Każda wielkość ma swoje dworactwo, a gnieździ się ono i w republikańskim obozie. Wyraźna wola głównego wodza, aby o otruciu nic było mowy, oddziałała na wszystkich, zwłaszcza że o niczćm nicwiedząey Dziarkowski zapytał:
— To wasza mość, panie naczelniku, jadłeś melon? a pewno niemało—dodał — bo go lubisz, i zwyczajem swoim napiłeś się potem mleka?
Kościuszko kiu nął ty Iko głową, iż się. nic myli.
— Trzeba mi było o tćm powiedzieć, bo to melon wszystkiego przyczyną.
— Jadłem go i ja, nawet więcćj od naczelnika—wtrącił Sierakowski — a przecie mi nic zaszkodził.
— Bo go pułkownik pewno dobrze opieprzy! i pil po nim wino—mówił protomedyk.
— Ależ ci inni oficerowie widocznie otruci — przcbąknąl Rogujski, nicrad że nadaremnie wyprawę po skarbnika czynił.
— Ci—odrzekł protomedyk — od źle pobielanych rondli zapadli, wykryłem drogą analizy
95
grynszpan, ale u wodza niczego doszukać się nie mogłem. Jednak atak był gwałtowny, sądziłem iż może jaka subtelna trucizna...
— A kto wasanom pozwolił bez urlopu, ani opowiedzenia się gewaldygierowi, obóz opuście? — pytał skonfundowanych Radomiaków sam wódz naczelny.—A jeszcze po nocy czynić gwałty—dodał.— Gdybyście byli artykułów regulaminu pilnowali, nioby się złego nie by ło stało. Dlatego pójdziecie za karę cały dzień wartować na szpicy . Bo karność przcdewszystkiem! Gdybyście nic byli od wczoraj ledwo zaciężni, ukarałbym was daleko srożej. Słuchać tylko, a nic na własną rękę nie robić, to najpićrwszy żołnierza obowiązek—dodał, dając znak, aby wyszli.
Tymczasem, gdy taki brała koniec cała ta o przywidziane otrucie sprawa, nasz skarbnik, rozpatrzywszy się po ciupie w której go zamknięto, ufając więcej własnej sile, aniżeli sprawiedliwości sądów wojennych, często przez sam pośpiech błądzących, wywalił całą ścianę spróchniałą izby i szczęśliwie dostał się w kozienieką puszczę, gdzie jakiś czas u znajomego leśniczego sie ukrywał. Gdy z rozkazu wodza oswobodzić go chciano, znaleziono izbę pustą, a ucieczka, jakkolwiek niepoczuwająccgo się do winy skarbnika, jeszcze bardziej utwierdziła nieprzychylną opinią, żc był trucicielem.
Tak miałem sobie niedawno opowiedzianćni cale to zdarzenie, o ile pewnie i dokładnie, nic wiem, w każdym jednak razie przez osobę, która mogła być co do tego dobrze poinformowaną.
Przegląd polityki zagranicznej,
7 lutego.
W Wiedniu, oraz w okręgach sądowych Korneu-burg i Wiener Neustadt, zaprowadzony został z początkiem 1). m. tak zwany „mały stan oblężenia,” polegający na ograniczeniu praw wolności osobistej, nietykalności mieszkań, tajemnicy listowej, zgromadzeń i stowarzyszeń, wolności prasy w zakresie odezw i plakatów, oraz usunięcia niektórych zbrodni zpod sądów przysięgłych i oddania ich pod sądy zwykłe. Do użycia tego środka dały powód gromadzące się od trzech lat poszlaki, iż w stolicy Austryi istnieje związek złożony z żywiołów rewolucyjno-anarchicznych, przeważnie napływowych czyli zagranicznych, i żc dziełem tego związku są częste zamachy, mordy i rabunki z jednej strony, a z drugiej rozrzucanie podburzających druków i szerzenie alarmujących wieści. Oprócz tego polieya wyśledziła, iż anarchiści zamierzyli przedsiębrać kolejno zamachy na większe fabryki, w tym głównie celu, ażeby spowodować zawieszenie robót i pozyskać dla tajnych związków tłumy pozbawione zarobku.
Ograniczenie czasowe swobód konstytucyjnych, stosownie do przepisów konstytucyi, rząd przedli-tawski obowiązany byl przedstawić w jaknaj-krótszym czasie pod zatwierdzenie parlamentu. Uczynił to hr. Taaffc bezzwłocznie w d. 5 b. m. i złożył oświadczenia dające wszelką rękojmię, iż władza wyjątkowa, która skutkiem wydania tych rozporządzeń złożoną będzie czasowo w ręce rządu, nie zostanie użytą w eelaeli politycznych przeciw opozycyjnym stronnictwom, lecz jedynie przeciw anarchii społecznej, uciekającej się do bezprawia Jak dalece w parlamencie wiedeńskim wszyscy, nawet opozycya, przekonani są o szczerości tych oświadczeń i lojalności lir. Taałfego, najlepszym dowodem jest to, że projekt ustawy zaprowadzającej mały stan oblężenia odesłano do komisyi prawie jednomyślnie, gdyż przeciw odesłaniu padly tylko trzy glosy.
Na mocy ustaw wyjątkowych wydalono już z Wiedniu wielu obcych robotników, znanych z fanatycznego propagowania zasad socyalisty-cznych.
Ważna bardzo dla Galicy! sprawa decentrali-zacyi kolei żelaznych, wskutek której zarządy kilku dróg galicyjskich, znajdujących się obecnie
w Wiedniu, zostałyby przeniesione do kraju, zdawała sie już blizką pomyślnego załatwienia, teraz jednak nagle utknęła na stanowczem ministra wojny, lir. Byland-Rhcita, który ze względów strategicznych oparł się zamierzonej reformie. Rzeczy zatem zostaną podawnemu, chyba że galicyjscy członkowie dclegacyj wspólnych wywrą w tem ciele państwowem silny nacisk na ministra wojny i zmuszą go albo do ustąpienia, albo do cofnięcia opinii, wydanej, jak się zdaje, jedynie przez nieżyczliwość dla Galicyi.
W Izbic deputowanych w Paryżu toczyły się żywe rozprawy, wywołane interpelacyądep. Lang-lois, w kwestyi braku pracy i nędzy pomiędzy ro botuikami. Gabinet p. Ferry wyszedł cało z tych rozpraw, w których poddano surowej krytyce jego politykę społeczno-ekonomiczną. Nie przyjęto wprawdzie tych rezolucyj, z któremi rząd się zgadzał, a natomiast uchwalono rezolucyą dep. Clemenceau, żądającą wyboru ankiety parlamentarnej, mającej rozpatrzeć się w stosunkach ekonomicznych kraju, w warunkach pracy robotniczej, przemysłu, handlu i rolnictwa, i ua podstawie tych badań przedłożyć Izbie wnioski do potrzebnych reform. Rezolucyą ta niczego nie przesądza, nie zobowiązuje rządu do uczynienia czegoś-kolwiek takiego, coby było przeciwnem jego dotychczasowemu sposobowi postępowania lub programowi; nie zniewala zatem gabinetu do ustępstwa, chociaż jej przyjęciu byl przeciwny, tem-bardziej, żc przyjęta słabą większością 254 głosów przeciw 246, nie dekompletuje większości rządowej winnych sprawach i nic pozbawia gabinetu silnego punktu oparcia w samej Izbie. Ferry w znakomitej mowie, która dwa posiedzenia zajęła, był zdania, że rozwiązanie kwestyi socyalnej nie należy do rządu, ani do parlamentu, tylko do indywidualnej inieyatywy, którą rząd ułatwiać pbwinieu przez wytworzenie dla niej podstaw w oświacie i wolności. Izba nie zgodziła się na to w zasadzie i wybrała ankietę złożoną z 44 członków, inożebnćm jest jednak jeszcze, iż ankieta parlamentarna, po bliższem rozpatrzeniu sic w kwestyi, dojdzie do tych samych przekonań, jakie wygłosił prezes gabinetu, albo że różnice zapatrywań okażą sie bardziej formalnemi niż rzeczywistcmi i rząd p. Ferry będzie mógł pozostać u steru. W każdym razie czas jest zyskany i droga do działania otwarta.
W d. 5 b. m. otwartym został parlament angielski mową tronową królowej, która dopiero odsłoniła charakter misyi Gordona-baszy w Sudanie, inaczej dotychczas pojmowany przez prasę europejską. Gordon-basza, według tego oświadczenia, udaje się do Sudanu nie weelu wyrwania prowincyi z rąk fałszywego proroka, lecz tylko dla pokierowania ewaknacyą. Odezwą się więc znowu przycichło na chwilę zarzuty prasy tory-sowskiej i dzienników stałego lądu, że Anglia poświęca iuteresa i zdobycze cywilizacyi, kierując się tylko egoizmem. Rzeczywiście jednak dla ocalenia Sudanu potrzebaby tam wysłać nie samego Gordona baszę, jako kierownika sił egipsko-an-giclskicb, znajdujących się ua miejscu, lecz odpowiednie siły lądowe i morskie, bo najzdolniejszy kierownik, bez matcryaln którymby mógł kierować, nie nic wskóra. Tembardzićj teraz byłoby to potrzebnćm, gdy Baker-basza doznał ponownej pod Tokarem sromotnej porażki, w której utracił parę tysięcy ludzi, oraz sześć dział, i zmuszony został z resztkami wojska cofnąć się do Suakimu. Po tej stanowczej klęsce rząd angielski, jeżeli miał jeszcze jaki zamiar czynnego i e-nergiczncgo wmieszania się w sprawy Sudanu, zaniechał tej myśli zupełnie i wydał telegraficzne polecenia wojskom indyjskim, które okrętami transportowano do Afryki, aby zatrzymały się w drodze.
Oprócz wzmianki oewakuacyi Sudanu i oświadczenia, żc rząd angielski dotrzyma ściśle zobowiązań przyjętych względem Europy co do Egiptu, którego cwakuacyą wstrzymać jednakże musiał zpowodu klęski doznanej przez wojska egipskie w Sudanie, mowa tronowa królowej Wikto-ryi nic zawićra szczegółów ogólniejszej politycznej doniosłości.
W Serbii odbywają się obecnie wybory do nowej Skupczyny. Rząd p. Kristicza odbiera z różnych stron kraju podziękowania za to, że polecił urzędnikom zakładów wywierania wielkiego nacisku na wyborców. Zdaje się, że tc oświadczenia dziękczynne nie są komedyą obliczoną na efekt, ponieważ jednocześnie donoszą, że opozy-cya ma nadzieję wzróść w siły, jeżeli jednak ta nadzieja się sprawdzi, to nowa Skupczyna nie okaże się powolną skinieniu p. Kristicza i nowe wybory nie na wiele mu się przydadzą.
ROZMAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Towarzystwo polskie w Monachium, mające na celu niesienie sobie wzajemnej pomocy, tak rna-teryalnćj, jak i moralnej, oraz zapobieżenie rozpraszaniu się młodzieży polskiej, bawiącej w stolicy Bawaryi, celem kształcenia się bądź w sztuce, bądź w różnych zawodach specy alnycb, uprasza autorów i wydawców o nadsyłanie do biblioteki jego po jednym egzemplarzu dzieł przez siebie ogłaszanych, redakeye zaś wszystkich pism poiskich o powtórzenie tćj prośby. Adres Towarzystwa: Landwehrstrasse nr 16. Na odezwie, jako prezes, podpisany jest St. Tomkiewicz, jako zastępca prezesa dr Dembiński.
— Biesiada literacka w ostatnim swym numerze ogłasza, żc w redakcyi jej na pomnik Syrokomli złożono dotychczas rs. 537 kop. 5 i wzywa zarazem redakeye innych pism polskich, ażeby będące w ich zachowaniu kwoty na pomnik rzeczony wniosły do kasy Towarzystwa wzajemnego kredytu. Co do nas, wszelkie ua cel powyższy otrzymywane ofiary odsyłaliśmy zawsze redakcyi „Biesiady,” posiadane zaś obecnie rs. 149 kop. 40 składamy, według żądania, do kasy Towarzystwa wzajemnego kredytu.
— Na Forum romanum, o którego ciekawych wykopaliskach pisaliśmy już kilkakrotnie, wydobyto znów, jak donosi „Przegląd polski,” skarb, składający się z 8,000 starych monet an-glo-saksońskich z X wieku, z wizerunkami ówczesnych królów angielskich i arcybiskupa kan-terburyjskiego.
Toż samo pismo wspomina o wydanej świeżo w Berlinie publikacyi artystycznej, obchodzącej nas zblizka, z powodu osobistości jej autora, którego do ziomków naszych zaliczyć mamy prawo, chociaż na obcej pracował ziemi. Wydawnictwo o któreni mowa nosi tytuł: „ lon Berlin wieli Dan-zuj, Daniel Chodowiecki' s Kiinutlerfahrt im Jahre 1773” (Z Berlina do Gdańska, wycieczka artystyczna Daniela Chodowieckiego w r. 1773). Wspaniale to dzieło ozdobione jest łicznemi ilu-stracyami słynnego rytownika i dyrektora berlińskiej akademii sztuk pięknych. W liczbie ich znajduje się także wiele scen i typów polskich, a między innemi wykwintny, pełen wdzięku rysunek, przedstawiający młodą i piękną panienkę w stroju rococo, l podpisem: „Starościanka Lcdzi-kowska, chez le strażnik Czacki.”
— Przy rozbiorze pałacu Strozzi w Rzymie, dokonanej celem uregulowania ulic wiecznego miasta, znaleziono znakomite płaskorzeźby szkoły Sanso-vina, które do tymczasowego zachowania złożono w miejscowem muzeum artystyczno-przemyslo-wem.
— Fabrykacya zębów sztucznych pi zybrała w Ameryce ogromne rozmiary. W Stanach zjednoczonych istnieje dwanaście wielkich rękodzielni, wyrabiających rocznie około 10 milionów zębów, to znaczy przecięciowo jedne sztukę na pięciu mieszkańców.
— Welocypedy łyżwowe wchodzą obecnie w Anglii w powszechne używanie. Mechanizm ich niewiele różni się od mechanizmu welocypedów kołowych, prócz żc u spodu mają cztery łyżwy, z których dwie przednie są ruchome i dają się kierować. Koło obrotowe przytem opatrzone jest w rowki i ząbki, któremi zawadzać powierzchnię
96
Gmach Oollćge de France w Paryżu, w którym Mickiewicz wykładał swój kurs literatur słowiańskich.
Zob. arty kuł „Mickiewicz w przededniu Towiańszczyzny,” zamieszczony w Tygodniku naszym, w grudniu roku zeszłego.	(30C)
gruntu. Przy przebywaniu jezior zamarzłycb, albo dróg pokrytych stwardniałym śniegiem, nowy ten wynalazek bardzo podobno okazuje się dogodnym.
— 19,000 tkaczów świętuje obecnie w części północnej i północno-wschodniej hrabstwa Lan-cashire w Anglii. Właściciele fabryk ze swej strony postanowili zawiesić roboty, jeżeli tkacze wciągu dwóch tygodni nie zgodzą się na zniżenie ich płacy o 5°/o. W Blackburu zamknięto już nawet z tego powodu 8 fabryk, z 2,540 warsta-tami tkackiemi.
— Gmach wystawy powszechnej włoskiej w Turynie ma być wykończony do wiosny. Wznosi się on w obszernym parku, na lewym brzegu rzeki Po. Wystawa zajmie przeszło 500,000 metrów kwadratowych, z których 100,000 pod dachem. Z wystawą sztuki i przemysłu włoskiego, połączoną także będzie wystawa elektryczna, z charakterem międzynarodowym. Budżet ckspozyryi całej wynosi sześć milionów lirów, która-to suma została zebraną zapomocą wypuszczonych akcyj.
— Maski karnawałowe zaczynają teraz w Pary żu wyrabiać, zamiast z papieru lub jedwabiu, z wosku preparowanego. Mają one być nierównie lżejsze i posiadają nadto tę dogodność, że dolna ich część jest ruchoma i nie przeszkadza w mówieniu, ani w przyjmowaniu posiłku.
— W Miilhuzie w Alzacyi zbudowano pilę do
kamieni, przy pomocy której bryły marmuru, porfiru i granitu pokrajać można na części w tylu godzinach, ile dawniej do tej czynności potrzeba było dni. Piła rzeczona, zamiast stalowych, ma 80 zębów dyamentowycb, a poruszana motorem o sile dwóch koni, przerzyna płytę marmurową, mającą 1,20 metra długości, wciągu godziny. Przytćm płaszczyzny części przerżniętych tak są gładkie, że po lekkićm jedynie wypolerowaniu, mogą być użyte do ozdoby różnych sprzętów. Wynalazca, p. Favcrdon, urządza według tego samego systemu i świdry do kamieni.
przeciwników: ani p. Ż. ani p P ilic, widzieli, żc białe przez IG) Cl - A3 z łatwością mogły wygrać partyą.
34) 1)4—D5
35) 1)5—IiG
C3 biora C2
C2-D2
SZACHY.
J?artya cztćrokonikowa,
grana d. 3 lutego 1884 r. na tur. w Warszawie.
Białe p. Popławski
1) E2—E4 2) G1— F3
3) BI—C3 4) Fl — B5
żna grać i
Czarne p. żabiński. E7—E5 G8—FG B8—C6 F8—C5 nio-wnież 1’8—B4
5)	1'3 biorą E5 CG biorą E5 lepiej niż C5 biora l'2f
6)	D2—D4	C5—D6
7)	F2-F4	E5—C6
8)	E4—E5	D6—B4
9) B5 biorą C6 B4 biorą C3f 10) B2,biorą C3 D7 biorą CG 11) E5 biorą F6 D8 biora FG 12)	0—0	0—0
13) 1'4—1’5! białe mają teraz lepiej rozwiniętą partyą.
13)	C8—D7
14)	G2 —G4 lepiej byłoby 1)1—115 14, 1'6—114
15)	Dl—1'3	G7—GG?
16)	Cl - 1'4? Dwa zadziwiające błędy u tak silnych
16) 117 -115 17)112-113	G8—117
18)	F3-G3 ,	114 biorą G3
teraz p. Z. proponował remis, p. P. nie zgodził się jednak na to.
19)	F4 biorą G3 115 biorą G4
20)	113 biorą G4 G6 biorą 1'5
21)	G1 biorą 1'5 F8--G8 teraz!
i kilka razy później p. P. proponował remis, p. Z. jednak propozycji tćj nie przyjął
22)	G2—112 zdaje się, że lepiej było grając królem na 1’2 oddać piona 1'5, aniżeli jak obecnie narazić sie na energiczny atak.
22) G8—G5 D7-E6 117—G6 A8—118
118 115!
E6—D5
G5 biorą G1
G1 D5—C’4 ino-
36)	114 G3	A6—B5
37)	C8—C7	CG-C5
3.8	) C7 biorą 117 A7—A6
39)	DG—D7 D2 biorą D7 lepiej niż 39) B5 biorą D7
40)	B7 biora D7 B5 biora D7
41)	G3 114!	C5-C4 ‘
42)	Gl —Fl	C4-C3
43)	Fl—E2	C3—C2
14) E2—D2	1)7—F5
45)D2-C1	A6—A5 lepiej
było jeszcze 1’5—E4
46)	114—El	GG biorą F6
47)	El biora A5 1'6—G5
48)	A5—E8f 1'7—F6
49)	Cl—D2	1'5—E4
50)	D8—E7	G5—1'5
51)	E7—A3	1'5—1’4
52)
53)
23) 1’5-1’6 24) Fl—F4 G3 114 A2—A3 Al—El El-Gl 112 biorą że lepiej byłoby D5—E6 30) 1'4—E4	115—Aó
31) E4 E7	Aó biora A3
32) E7 biora C7 C4—A6’ 33) C7—C8 A3 biorą C3
25)
2G)
27)
28)
29)
54)
55)
56)
57)
58)
D2-E2 E-l—FSf
E2—F2 lepiej może byłoby teraz E2—D3, ale i to nic uratowałoby partyi
53) 1'4—E4
A3—B2	1'3-115
B2-A3	E4—1)3
A 3—Cl	1’6-1'5
Cl —G5	D3—C3
G5—Cl	C3—B3
białe poddają się, król bowiem czarny dostaje się na HI i wtedy albo laufer jest stracony za piona, al? bo pion F dochodzi do kró-
lowej.
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakcya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
JIoaBOJieHO U.eaaypOB. Bapmana, 27 Hiinapn 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszeniai przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajohmana 1 Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Ogólnego zbioru numer 1272. — Serya IV.
4 (10) lutego 1884 r.
Cena numeru pojedynczego kop. 20,
Rękopisów pomniejszych i materyalów rysunkowych, nadsyłanych redakoyi Tygodnika, nie zwraca się.
kg 59.
Prenumerata w Warszawie:	,, .	,	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart.	VV tlTSZclWcl lt) 11116 °’O loo4: 1' na prowincyi i w cesarstwie:
rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	’	*	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
Tom III.
Trefić lilinreril. Artykuły: Jan Seherr.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Gęsi i gąski, komedya w pięciu aktach Michała Bałuckiego (dalszy ciąg).—Przegląd literatury nadobnej czeskiej, przez W. Czajewskicgo (dalszy ciąg).—Kronika tygodniowa, przez fet. M. Rz.— Przegląd polityki zagranicznej.—Kościol parafialny w Picczyskach.— Korespondcneya od redakcyi. — Kronika paryska. — Kronika zagraniczna, J. I. Kraszewskiego. — Dr Dybowski na Bajkale — Luzyada (Ctunocns), przełożył z oryginału Adam M-ski.—Rozmaitości.—Dodatek. Dziecię globu, nowela przez A. de Alarcon (arkusz siódmy).—Ryciny: Jan .S'herr.—Fandango (taniec narodowy hiszpański), podlng obrazu l.lovcry.—Kościoł w Picczyskach, rysował Masłowski. — Skrzynia skarbcowa w Picczyskach, rysował Masłowski.—Dr Benedykt Dybowski i Godlewski, robiący pomiary na jeziorze Bajkał.
JAN SCHERR.
Przyswojenie piśmiennictwu polskiemu „Ilieto-ryi literatury powszechnej” dra Jana Scherra (której przekład, dokonany przez Bronisława Zawadzkiego, świeżo opuścił prasę), zwróciło uwagę powszechności naszej na tę wybitną postać, zarówno w życiu politycznem spółczesnycli Niemiec, jak i w rzędzie najpoważniejszych i najwszechstronniejszych uczonych germańskich obccnćj chwili. Nie wychyla się ku nam tutaj zawiedle, pergaminowe oblicze pedanta scholastycznego, który w czterech ścianach opylonej biblioteki zamyka się przed świe-żemi prądami czasu i pracuje dla wiedzy w sztucznój abstrak-cyiod potrzeb żywotnych społeczeństwa. Seherr w calćj swój długoletniej pracy naukowej wkraczał duchem na widokrąg walk i zapasów idej spólcze-snycb, przeglądał karty dziejowe dlatego, że one uczą i krzepią pokolenie powołane do snucia logicznego wątku historyi, wydobywał z tego mauzoleum postacie i wyobrażenia, wiążąco się w’ formie przestrogi łub przykładu z chwilą, i podążał naprzód z uczoną księgą, jak krzyżowy bojownik z orężem i sztandarem.
W tćm leży tajemnica popularności Scherra w jego ojczyźnie, w tem tkwi powód zawiści, z jaką mocować się musiał przez cale pasmo spędzanego ua żmudnej pracy pionierskiej żywota. Seherr należy do ludzi, których żywiołem jest walka; spokoju w życiu oni nie szukają, wiedząc że będzie nań dosyć czasu w grobie, a krótka miara dni ludzkich nic została przeznaczoną na używanie rozkoszy bcztreściwego kwicty-zmu. Temperament Scherra był
zawsze gorącym, działalność jego opozycyjną; w przeciwnikach swoich nie zwalczał wszakże i nie obalał ludzi, ale zacofanie pojęć i wsteczni-ctwo dążeń społecznych, kryjące się pod nadużyłem i fałszywie zastosowanym godłem zachowawczości. Ztąd nie wynika, aby pisarska działalność Scherra nie umiała utrzymać się w równowadze przedmiotowego sądu o przeszłości uarodowćj
JAN SOHERR.	(3OT)
i powszechnej. Pragnęliśmy tylko wskazać nasze uwagę na charakter obywatelski wszystkich prac naukowych dzielnego i krewkiego męża. Umiał on rozejrzeć się jasnćm i nieuprzedzonem okiem w zjawiskach życia i umysłu, umiał odczuć piękno, zrozumieć prawdę, podnieść zasługę i wy-mownemi słowy roztoczyć aureolę nad cnotą. Jednej jedynej rzeczy, jako literat i działacz polityczny, nie umiał sobie przyswoić: bezbarwności, indyferen-tyzmu. Czy to wada? Sądzimy raczej, źe zasługa.
Pragnąc zapoznać czytelników z życiem „męża zasłużonego,” prosiliśmy go o zakomunikowanie nam kilku zeń szczegółów. Z listu Scherra, nacechowanego prostotą i skromnością, właściwą ludziom rzeczywistej ceny moralnej, podaje-my wyjątek czysto faktycznej osnowy: „Urodziłem się dnia 3 października 1817 r. w llohen-rechberg w Szwabii, dziesią-tćm zkolei dzieckiem miejscowego nauczyciela, który był człowiekiem bardzo uzdolnionym i czynnym. Matka moja była najzacniejszą istotą, jaką znalem w życiu. Jćj - to, jak również pierwszej małżonce mojej Maryi Kiibler i drugićj Maryi Laethy, zawdzięczam całe szczęście mojego życia. Młodość moja przeszła wśród trosk i tylko wielkodusznej ofiarności mojego starszego brata, Tomasza, zawdzięczam, że mogłem się uczyć, że mogłem ukończyć gimuazyum i uniwersytet. W jesieni r. 1840 złożyłem egzami-na i otrzymałem stopień doktora filozofii. W r. 1848 należałem do przcwódzców poludnio-wo-niemieckiego ruchu demokratycznego i byłem członkiem stanów wirtemberskieb. W sierpniu r. 1849 musialem opuścić ojczyznę, ponieważ broniłem istniejącego porządku prawnego wedle sił moich. Żyłem od-
98
tąd, ciągłym study om naukowym oddany, w Szwaj-caryi, w Wintcrtliur. W jesieni r. 1860 lada związkowa powołała mię na profesora historyi i literatury w Akademii politechnicznej w Zurychu, którą-to posadę dotąd piastuję, nie bez korzyści dla nauki, jak (bez narażenia się na zarzut nieskromności) ośmielam się zauważyć. Tysiące uczniów, których przez lat 24 wychowałem, mogłoby zapewne stwierdzić te słowa. Mojej gorącej sympatyi dla Polaków składałem dowody przy każdej sposobności w moim zawodzie pisarskim.”
Ten szkic autobiograficzny uzupełnimy kilku datami, poczerpuiętcmi z literackich źródeł. Prze-dewszystkiem dla ścisłości zauważyć wypada, że w podręcznikach znaleźliśmy inną, niż Schcrr po-daje, datę jego urodzenia, a mianowicie dzień 30 października 1817 r. (Schcrr pisze: dnia 3 go). Gdzie pomyłka, narazić sprawdzić nie możemy, ale też i sprawdzenie drobnej zresztą różnicy nie do nas należy. Studya uniwersyteckie odbywał Schcrr w Zurychu i Tybindze. W roku 1843 osiadł w Stuttgardzic i niebawem też (1844) glo-śnem swem pismem: „Wiirtembcrg im Jałirc 1841” wstąpił na bojową arenę polityczną, na której w kolei lat następnych wyróżnił się, jako jeden z najgorętszych, najszczerszych i najodważniejszych pionierów zasad postępowych. Wybrany w' roku 1848 deputowanym Izby wirtemberskiej i wydziału krajowego, stał w epoce rewolucyjnej na czele ruchu demokratycznego w swej ojczyźnie, wskutek czego po rozwiązaniu Izby, niewygodnej dla wskrzeszonego systemu reakcyi, schronie się musiał do Szwajcaryi.
Oprócz szeregu powieści i opowiadań historycznych („Schiller”—„Michel, Gcschicbtc eines Dcutschen unserer Zett”—„Dic Gekreu/igte” — „ Drci llofgcschichtcn”—„ ł arrago”—„ Die Diimo uen”—„llammcrschlage und Historien”—„Die Beichte einer Frau,” oprócz wspomnianej już, wybornej „Historyi literatury powszcchnćj,” wydal Schcrr następujące większe dzieła: „Deutsche Culturgcscbicłitc,” „Geschiclite den cnglischcn Literatur,” „Geschichtc der Keligion,” „Dicbtcr-kónige,” „Geschiclite der dcutschen Frauen,” „Schiller und scinc Zcit,” „Blucher,” „Ans der Suu.lfluthzeit,n „Bildersaal der Literatur,” „Bliit-ter im Windę,” „Gróssenwałni, vier Capitcl aus der Gcschicbtc der menschlicheii Narrheit,” „Germania, zwei Jahrtausendc deutsclicn Lebens,” a wreszcie dziesięciotomowy zbiór świetnie kolo-ryzowauych i porywającym częstokroć językiem pisanych monografij obyczajowo - historycznych p. t. „Menschlichc Tragikomoedic,” w których przesuwają się przed nami najciekawsze postacie dziejowe, ludzie grzechu i szalu, zbrodni i cnoty, czarne i białe posągi wielkich w złem i dobrem istot, od Aspazy i i Messa liny, aż do nieszczęśliwego bohatera tragedyi meksykańskiej, cesarza Maksymiliana. W tych szkicach przypomina Schcrr Carlylea i Macania} ’a. Najpotępieuic występku i głupstwa ma on zawsze w kołczanie swćj potężnej dykcyi najjadowitsze strzały słowa, zie-jącego ironią i unoszącego się w sferę szczytnego patosu moralnego. Piawda, że słowo jego bywa czasem w szczerości uniesienia wprost brutalnem, ale cóż robić? Schcrr nie zna kompromisów z sumieniem pisarskiem i z silą przeświadczenia, nie zna tej kokieteryi układnego frazesu, która umie Bogu i diabłu zapalić świćcę na jednym ołtarzu. Można w tej bezwzględnej szczerości sądu nie zasmakować, ale niepodobna jej nie uczcić, zwla szcza, gdy całe życic stwierdza ścisłą harmonią pomiędzy czynem i słowem człowieka.
NIEZARADNI.
1'0 w IJiSĆ
T. T. JEŻA.
(Dulsiy ciąg-J
VII. Kłopoty^ pana Tadeusza.
Podczas kiedy w pokoju sypialnym zajęcie cale około Julisi się skupiało, w sali jadalnćj, przy
stole, pan Paweł naprzeciw pana Tadeusza siedział, jeden zadumany, drugi z ii l asowany. O czćm dumał pierwszy? — zapewne o oczekujący di go w niedalekiej przyszłości dniach upojenia w miesiącu miodowym. O miesiąc miodowy. Moment uroczy!— uroczy jednak nie dla wszystkich. Kawaler nasz nie należał do rodzaju tych szczęśliwców', dla który ch on posiada tajemnic dużo. Dumał atoli — może o czćm innem. Nie będziemy w to wchodzili. Powiemy' raczej, zkąd pochodził pana Tad< usza frasunek, w ten wyrażający się sposób, że siedział nadęty' i trzymał w ręku cybuch z fajką zgaszoną. Zapomnienie się takie zdarzało mu się baidzo rzadko. Ktoś, bliżej go nic/nają-cy, pomyślałby, iż go lak dotknęła choroba dziecka. Choroba ta dotknęła go — temu zaprzeczyć nie można; obok tego wszakże, bardziej aniżeli choroba podziałała na niego okoliczność, iż z bawialnego pokoju wyszedł z konceptów zapasem ogromnym i zapas ów cały do kieszeni schować musiał. Biedny człowiek! Polecam go litości czytelników, nićmasz bowiem przykrości dotkliw-szćj, nad niemożność ulokowania konceptów, obsiadających język. Przykrości podobnej do-znaje myśliwy, gdy mu na panewce spali. W razie takim człek ma ochotę strzelbę o ziemie rzucić i tćm sobie jeno folguje, że kinie na czćm świat stoi. Pan Tadeusz zakląłby—ale nie wypadało: nie pozwalała na to przyzwoitość wobec świadka, prawie już szwagra, ale nie szwagra jeszcze. A inożeby go, wyrzuciwszy z ust kilka „kroćset” i kilka „tysięcy diabłów,” do siostry zraził. Trzymał więc język za zębami i powściągał w sobie ochotę rznięcia cybuchem o ziemię, ale nietyle już z powodu obecności świadka, ile dlatego, żc żal mu było cybucha, antypki prawdziwej, zal mu było fajki, stambulki niewątpliwej, za 1 mu było jeszcze i bursztynu faworytal-nego, odznaczającego się tem, że znajdowała się w nim muszka skamieniała, osobliwość, posiadanie której łechtało słodko pana Tadeusza próżność. Muszkę tu cenił, jak kto inny ceni order. Nie chcial więc, dla uniesienia glujńego, kruszyć tego, co mu tak inilćm było. Nadął się tylko jak sowa i milczał.
Aż naraz wchodzi panna Emilia.
We frasunku, jaki go przejmował, nic zważał na nią. W innem usposobieniu ducha byłby ją docinkiem jakimś powitał; tak zaś ani na nią spojrzał, aż się odezwała:
— Tadeuszu, po doktora!
— Albo co?
— Julisia zachorowała.
— Zachorowała, powiadasz, z przestrachu chyba? Ta waryatka po sali z nią się uganiała...
— Gorączkę ma. Kozia zaniepokojona; kazała mi powiedzieć tobie, ażebyś doktora sprowadził jaknajprędzćj.
— Hm, niema co. Kiedy po doktora, to po doktora. Pawełku — zwrócił się do gościa, który wstał, gdy panna Emilia weszła — a co? Hej!— krzyknął.
„A co” znaczyło pożalenie się na kłopoty małżeńskie i zarazem przestrogę dla małżonka przyszłego; „hej!” odnosiło się do lokaja nieobecnego, który też wnet, po zabrzmieniu okrzyku, pojawił się na progu i wysłuchał rozkazu następującego:
— Niech Maksym natychmiast konie do nejty-czanki założy i po doktora pojedzie.
— Słucham—odrzekł lokaj.
— Tylko duchem— dodał pan Tadeusz.—Natychmiast!
— Parę?—zapytał lokaj.
— Głupiś — odparł pan.—Parę? jeszcze co. Gdy jeden padnic, to jeden tylko zostanie. Cztć-ry... rozumiesz? w poręcz.
— Słucham.
— No!—głową skinął.
Lokaj znikł, a pan Tadeusz odchrząknął i do panny Emilii się zwrócił.
— Cóż tam Julisi? czy co niebezpiecznego?
— Goiączka. Kozia zaniepokojona.
— Przestraszyła ją panna Eufrozyna; dziecko przed chwilką zdrowiutcńkic było.. Ale cóż się tam z Fruzią dzieje? Co jćj się stało? W sposób taki nic obchodzi się z dziećmi cliorcmi. Gdybym
jej był drogi nic zastąpił, byłaby dotychczas jeszcze dokoła stołu z Julisia na rękach latała. ((szalała, czy co!
Wygadał się, a gadał w próżni, nikt go bowiem nie słuchał. Młoda para, jedno jedną, drugie drugą stroną stołu, szli powoli i spotkali się przy oknie, przez które dwiema ócz parami na podwórze patrzeć poczęli. Na podwórzu do widzenia nie było nic osobliwego. Same rzeczy powszednie i doskonale znane. Po środku kłąb, drzew kilka, krzewy. Tam się charcięta ścigały' i, gdy' jedno drugie dopędzalo, koziołki wywracały. Owdzie pawie, ogony za sobą włócząc i szyje wyciągając, poszukiwania na ziemi czyniły. Z boku ukazał się kucharz, niosący ua ręku radli kilka, zawierających prowizye na wieczerzę. Wgłębi, przed stajnią, furmani konie zaprzęgali do nejty-czanki i d > koczyka kawalerskiego. Wszystko to były rzeczy obojętne, z wyjątkiem ostatniej, która ua siebie uwagę panny Emilii zwróciła.
— Pan odjeżdżasz? — odezwała się półgłosem.
Pan 1’awcł głowę na znak potwierdzenia pochylił.
— Przed kolaeyą? Czy' interes jaki pilny ?
— Interesów pilniejszych, jak pod dachem, pod którym pani przebywa, niema dla mnie obecnie na kuli ziemskiej. Ale...
Panna Emilia spojrzała nań wzrokiem, jakim rozkochani spoglądać zwykli. Wzrok ów ma swój akcent właściwy. Mam-że go opisywać? obejdzie się bez tego; natomiast przytoczyłbym odpowiedź panny Emilii, gdyby ona była co odpowiedziała. Odpowiedziała jednak spojrzeniem tylko i na tem poprzestała. „Kochanko moja, naco nam rozmowa?” Kochali się snadź młodzi. To i dobrze, jeżeli się w rzeczy samój kochali.
Panu Tadeuszowi dłużyć się poczęło, wstał więc, w wąsy dmuchnął, odchrząknął, ręce w kieszenie wsunął i w odniesieniu do pary młodej spełnił funkcyą klina. Stanął, po podwórzu okiem powiódł, miał ochotę na Maksyma za niedość śpiesząc zaprzęganie się gniewać, lecz właśnie Maksym, na koźle już siedząc, lejce zbierał i po batog sięgał. W chwilę później ncjtyczanka, przez cztery tęgie mierzyny ciągniona, przed gankiem się zatrzymała. Pan Tadeusz przez okno furmanowi dal instrukcyą szczegółową.
— Ili!—huknął Maksym.
Konie z miejsca czwalcm się kopnęły.
— Czyś nie zamało dal furmanowi czasu?— zauważył pan Paweł. — Toć to mil pięć opęta ny eh. Pięć tam, pięć z powrotem.
— Ho, to rzecz nie moja. Ja konie ryzykuję, do niego należy' rozkaz mój wykonać.
Pan Tadeusz opinią swoje wypowiedział i zajmowanego stanowiska nie opuszczał. Upłynęło chwil kilka. Koczyk pana Pawła zaprzężony czwórką w lejc od stajni odjechał i zboku się zatrzymał, oczekując na ukazanie sie pana na ganku. Towarzystwo składało cię z trojga osób w kupce stojących i milczących; niebawem powiększyła je osoba czwarta. Do sali weszła pani Kóża i stała się wnet punktem środkowym ciężkości towarzyskiej. Panna Emilia i dwaj pa nowie od okna się odwrócili i zwrócili do niej z nabrzmiałem! troskliwością zapytaniami. Do słuchu jćj spływały wyrazy:
— Cóż? jakże? Julisia? niebezpieczeństwo?
— Niebezpieczeństwa, Bogu dzięki, niema najmniejszego—odpowiedziała.
— Jakto!—zagadnął pan Tadeusz.
— Nićma, Bogu dzięki- powtórzyła.—Dziecko trochę zadużo, króbeczkę pełną, pouiomek zjadło i, naturalnie...
— Cóż z nićm ta waryatka dokazywała?— podchwycił pan Tadeusz.
— Wydało się jej... Julisia spotniala, toFru-zię zaniepokoiło, a że się do niej bardzo przywiązała, wyobraziło się jej, że dziecko nagle zachorowało. Ale to nic.
— Nacóźeście mi kazali po doktora posyłać?
— Posłałeś?
— Jakżem posłać nic miał? Kazałaś —odrzek ł z akcentem wymówki.
— Prosiłam Emilki, żeby poprosiła ciebie...
99
— To jest... hm — zaczął ze złym humorem; lecz wnet dobry humor odzyskał i zapytał:— A zatem doktora nie potrzeba?
— Nie potrzeba wcale.
—• lim, to dobrze — rzeki do siebie.—Maksyma Ilryń dogoni i zawróci.
Do drzwi do kredensu prowadzących podszedł, rozkaz tyczący sic pościgu rzucił i fajkę sobie podać kazał.
— O to tylko chodzi, ażeby nie marudzie— odezwał się scntencyonalnie — i umieć omyłkę w porę naprawie. Konie się przebiegają, kozacy' przetrzęsą, nieszczęście niewielkie. Znajdzie się rada na wszystko.
Usiadł, nogę na nogę założył i fajkę zwolna kurzyć począł. Zawiązała się gawędka o mniemanej chorobie Julisi i o niepokoju, jakiego choroba ta nabawiła. Ten rzeki słówko, ów dwa. Rozmowa się snuła. Przerwał takową lokaj, który' przyszedł z oznajmieniem, żc Ilryń już „dmuchnął.” Rozmowa znów się rozwiązała i, na mocy' naturalnego związku pomiędzy treścią a wypadkami, o pannę Eufrozynę potrąciła.
— Uganiała się, jak kotka za sadłem—zauważył pan Tadeusz.
Panna Emilia się uśmiechnęła, pan Paweł w glos się roześmiał, pani Róża w obronie nieobecnej stanęła.
— To z wielkiego do Julisi przywiązania— pow iadała. — Wydało się jej, zaniepokoiła sic .. głowę straciła.
— Stracić chyba niesposób tego, czego się nic posiada.
Pani Róża ujęła się za koleżanką:
— I jakże ty możesz, Tadeuszu, tak się odzywać o Fruzi, o której na pensyi jeszcze opinia była ustalona? Więcej taktu, jak ta dziewczyna posiada, znaleźć niesposób i jestem bardzo szczęśliwa, żc się jćj wychowywanie Julii i dostało. Jak się ona obchodzie z nią mnie! Przed chwilą, na przykład, dziecko, zwyczajnie jak dziecko, rozkaprysiło sie, do łóżeczka iść nie dniało. Nie wiedziałam już, co z niem począć. Pcrswazyc, prośby, namawiania moje nie zdały się. na nic Ona sposób wnet znalazła, i to sposób jaki!.,. Nietylko uspokoiła, nietylko do posłuszeństwa Julisie nakłoniła, aleją nauczyła. Opowiedziała jej ustęp z history i świętej i dziecina odrazu się cichą i powolną stała. Podziałało to tak, niby czar.
Pan Tadeusz nic na to do odpowiedzenia nie znalazł. Uznać niusial panny Eufrozyny doskonałość, w głowie mu się jednak pomieścić nic mogło, dlaczego doskonałość ta dopuściła się niedorzeczności takiej.
— lim — powiadał — lim. Być może... niech i tak będzie. Przyznacie jednak państwo, że osoba przy zdrowych zmysłach nie dopuściłaby się tego, czego sic panna Eufrozyna dopuściła. Gdzież tu takt?
Pani Kóza tłumaczyła to nagłością zaniepokojenia, lecz pan Tadeusz odwołał się do świadectwa pana Pawia.
— '1’rzcba było zboku na tc bece patrzeć. Tyś biegała — mów ił do żony — i ty ś biegała — wskazał na siostrę.—Pawełek i ja staliśmy zboku i patrzyli. Pierwsze s1owto, jakie na widok ten Pawełek w ucho mi wsunął, było: zwaryowa-ła... Coz? czy nic prawda? Latała jak waryatka.
Pan Paweł przyznał, że rakiem było pierwsze wrażenie, i przyznanie to stało się argumentem ważnym. Pani broniła koleżanki, nie z takim już atoli ferworem.
— Może—dodał po chwilce pan Tadeusz—za-śwńdrowalo w niej to, że się Pawełek nic jćj, ale Emilce oświadczy 1.
— Tadeuszu!—krzyknel pani Róża tonem fałszywym.
Fałszywość tonu poi Lodziła ztąd, żc na wiatr rzucony domysł męża wydał się jej trochę przypuszczalnym. Mówiła jednak:
— Zkądźc to! Gadasz, aby gadać.
Czemuż ani wczora, ani pozawczora, ani niody komedyi takiej nic wyprawiała, tylko właśnie w chwili...
— Zostaw to, zostaw—protestowała pani Róża.
— Przekonać sic chcesz?
— No?
Niech się jej Pawełek oświadczy.
— Żartujesz i żarty' zadaleko posuwasz. Fru-zia położenie swoje rozumie i ma taktu ty le, że...
— Zaświdrowalo w nićj, zakręciło. Przeciwko temu takt nic nie może.
Sprzeczka ta małżeńska ciągnęłaby' się zapewne długo jeszcze, gdyby' tamy nic położył jej pan Paweł, kloty z kapeluszem w ręku do gospodyni domu z pożegnaniem sic zwrócił. Pani Róża. prosie go, ażeby' jeszcze został, poczęła. On się wymawiał, wypraszał. Do próśb pani Róży przyłączyły się prośby pana Tadeusza. Pan Paweł wzięty został w obroty i po nictyle dlugićj, co uporczywej walce, w której panna Emilia wy-razistemi jeno spojrzeniami udział brała, wkoń-cu na swojem postawu!. Gdy już na tem stanęło, źe pożegnania odwrócić nic można było, pani Ró-źa, podając panu Pawłów i ręce obie, w te do niego z naciskiem wymówione odezwała się słowa:
— Panie Pawic, wyznać panu muszę, źe się czuje prawdziwie szczęśliwą, źc nje kto inny, tylko pan Emilkę nam zabierzesz.
— O pani! — odparł zagadnięty, kłaniając się — gotów jestem zawiązać z panią sprzeczkę upartą o to, po czyjej szczęście stronic. Milczę jednak, dla braku słów w mowie ludzkiej. Gdyby' przemawiać mogło uczucie...
— Przemówi — podchwycił pan Tadeusz, który odzyskał równowagę humoru.—Nic troszcz się o to, poczekaj jeno trochę, a tymczasem z nami wie< zerze spoż.yj i po wieczerzy', przy' blasku gwiazd, marząi i śpiewania słowika słuchając, do domu ruszaj.
Pan Paweł znów wymawiać się musial. Wreszcie—odjechał. Naturalnie gospodarz go ua ganek odprowadził, a przyszła małżonka jego, w oknie otwarłem stojąc, wzrok trzymała na unoszący ni go koczy ku, który' się toczy 1, za karczmą znikł, na grobli się ukazał, następnie na chwilkę zamaskowany został przez młyn i wierzby, z poza wierzb jednak wynurzył sic i w kołowrocie zatrzy mał. Zatrzymanie się to stało się dla panny^ Emilji powodem zdziwienia lekkiego.
— O! — wytc hnęla pocichu z głębi piersi.
Nietylko s.ę koczyk zatrzymał, ale pan Paweł przywołał dziada, co wrót pilnował, coś z nim mówił. Cóźby on miał z dziadem do mówienia? Zapytanie to postało w myśli panny’ Emilii, lecz na krótką tylko chwilkę. Pozostało bez odpowiedzi. Koczyk się potoczy 1, tumanem kurzawy osłonił i znikł. w sinawej dali. Panna Emilia w estchnęła, uśmiechnęła się, okna jednak nic opuszczała, słuchając, lecz nie słysząc rozmowy, jaka sic pomiędzy bratem jej a bratową zawiązała, pomimo, że rozmowa ta jej sic właśnie tyczy la. Pan Tadeusz powiada, żc winszować sobie takiego sprawcy' sercowej obrotu należy. Pani Róża zgadzała się, lecz tego była zdania, źe rolę rozstrzygającą odegrało tu nic serce, ale ucho.
— I1 — pan Tadeusz na to. — Serce, ucho, to na jedno wychodzi. Koniec końcem, Pawełek się złapał; gdyby jednak nie ja, toby się to ślimaczy lo, ślimaczyło.
W chwili tej we drzwiach ukazała się bona, którą pani Róża przy łóżeczku Julisi zostawiła, i, do pani Róży się zwracając, po francusku przemówiła:
— Pani, nic w.em już co począć, panieneczka chimerujc i uspokoić jej nic sposób.
— Cóż jej jest?
— Kaprysi, plącze i domaga się jakiejś zictc-szinrt.
— Poproś panny Eufrozyny, ażeby ją uspokoiła.
— Prosiłam.
Cóż?
— Zwracałam się do panny Eufrozyny trzy razy, ale nadaremnie. <ni tego próbowała. Nie odpowiedziała mi nawet.
— Rzecz dziwna — rzekla pani Róża napól do siebie.—Poproś jej odemnie.
Bona odeszła Pan Tadeusz odchrząknął, waty dłonią przygładzi! i rzeki:
— Dzieje się z nią coś takiego, jakby z zawias wyskoczyła.
Pani Róża zaprzeczyć temu nic mogła, że pannic Eufrozynie coś dziwnego się stało — coś, co się z przyjmowanem za pewuiik przywiązaniem jej do dziecka nie zgadzało zgoła. Rzecz do wytłumaczenia była trudną, a stała się trudniejszą jeszcze, gdy się po chwili bona znów pojawiła, oznajmiając, że panna Eufrozy na na prośbę pani Róży głuchą się okazała, a powtóre, źc ona (bona) nie biurze na siebie odpowiedzialności za następstwa chimer Julii i, która wpada w rodzaj konwulsyj, drapie się, krwawi, z płaczu się za • chodzi i ustawicznie o ziewsziw wola.
— Co to za dziewczyna? — wtrącił pan Tadeusz.
— Ta, cośmy ją spotkali w lesie z króbeczką poziomek — odpowiedziała pani.
— Ona tu była, gdzie się podziała? Sprowadzić by ją chyba, żeby dziecko uspokoić.
1 miał na lokaja zawołać, ażeby' mu stosowny dać rozkać, gdy nagle w pokoju pojawiła się panna Eufrozy na. Wejście jej miało coś uroczystego w sobie. Wsunęła sic cicha i dumna, w oczach świeciła łagodność gołębia, na czole jaśniała aureola rezygnacyi. Do państwa Tadeuszostwa podeszła i głosem spokojnym przemówiła:
— Cheę, łaskawi państwo, opuście dom wasz; proszę o bryczkę i konie.
Osłupieli i pani Róża i pan Tadeusz. Pan Tadeusz nadął się i w wąsy sobie dmuchnął; pani Róża, po cbwilowćm milczeniu, odezwała się
— Zdaje się, Fruziu, żc nic zasłuży lisiny na taki ze strony twojej afrout.
Panna Eufrozyna gorzko się uśmiechnęła i odparła:
— Jeżeli mi państwo dobrodziejstwo koni i bryczki odmówią, będę zmuszoną podwodyr sobie na wsi poszukać.
— Ale nie odmawiamy' tobie—zaczęła pani— tylko, doprawdy, nie wiem co myśleć. Spada to na nas tak niespodzianie.
— Niespodzianie — z naciskiem panna Enfro-zyna wtrąciła.
— Nie odmawiamy, do jutra.
— I’o jutra czekać nie mogę — przerwała panna Eufrozyna.
— Odjeżdżać chcesz dziś?—zapytała pani Róża, w wysokim stopniu zdumienia.
— Niezwłocznie — zabrzmiala odpowiedź, po której nastąpił taki tonem uniesienia powściąganego wymówiony dodatek: — Pod dachem, pod którym doznałam potrącenia nogą, chwili jednej pozostawać nie mogę Wszystko zniosę, z Wyjąt kiciu upokorzenia. O konie proszę.
Wyrazy ostatnie wymówiwszy, zwróciła się i z pośpieghem odeszła, jakby się lękała, ażeby uniesienie, które ją widocznie przejmowało, nie uniosło jćj zadaleko.
Pan' Róża za nią pośpieszyła.
W domu zapanowała cisza wieczorna i w ciszy tej rozlegało się łkanie dziecinne, przeplatane krzykami przeraźliwymi, w których brzmial wyraz: „dziewczyna!” Panna Emilia po pokoju chodzie poczęła; pan Tadeusz fajkę kurzył — kurzył powoli, spokojnie, aż nareszcie odezwał się:
— Otóż się tam Bozia w opały' dostała! Z jednej strony Julisią, z drugiej panna Eufrozyna. Ta chimcrnje, a ta...
— Co jej Sic stało? — zapytała pana Emilia
— Co? Mówiłem.
— Czy żby była taką, taką (powiedzieć ebeia-la: głupią/? Czyż widziała jakie uodaj najmniejsze podobieństwo?
— A! — odparł, rękę, z gestem lekceważenie oznajmiającym, podnosząc.—Po-dobień stw'o? Podobieństwo często zastępuje zachcianka. Iłu ho! Czy to tak bardzo wielkiem było podobieństwo, ażeby się Pawełek tobie oświadczył? Zacbcialo sic tobie, mnie, Rózi, manewrowaliśmy i wymanewrowali.
— Przypuszczasz więc, żeby było można wymanewrować i dla niej? — zapytała, z akcentem wymówki, gniewem zlckka zabarwionej.
— Może, kto wić. Dosyć, że owo manewrowanie widziała i byłaby’ niezawodnie wołała, ażeby
100
się takowe odnosiło nie do ciebie, ale do nićj. Myślisz że nie? Postaw się na jej miejscu. Trzymała się do ostatka, aż w ostatku zamki puściły.
Rozmowę te, świadczącą jako pan Tadeusz nad słabościami natury ludzkiej zastanawiać się umiał, przerwało nagle pani Róży wejście.
— Jezus Marya — zawołała, wchodząc i obie dłonie do czoła sobie przykładając.—Piekło! Ta kobieta naprawdę chyba zwaryowala. Tadeuszu — do męża mowę zwróciła — każ dla Fruzi natychmiast konie zakładać i natychmiast na wieś po dziewczynę posyłaj!
(Dalszy ciąg nastąpi.)
G-ĘSI i GĄSKI, KOMEDYA W PIĘCIU AKTACH MICHAŁA BAŁUCKIEGO.
(Dalszy ciąg.) SCENA XII.
MARZYCKI, (potem) HULATYŃSKI, (później) CIEIT-SZEWSKI l MARYA, (ickońcu) BARBARA.
HULATYŃSKI (wchodzi żywo rozpromieniony i chwyta Marzyckiego za rękę).
Adamie, widziałem ją!
MARZYCKI.
Kogo?
HULATYŃSKI.
Tę moję piękną nieznajomą z wagonu. MARZYCKI.
Tu? Chyba złudzenie.
HULATYŃSKI.
Ależ widziałem ją tak, jak ciebie widzę. Przechodziła ogrodem, z bukiecikiem kwiatków, i weszła do domu.
MARZYCKI.
Tutaj?
HULATYŃSKI.
Tak. A otóż ona, patrz, idzie z naszym profesorem.
CIEPISZEWSKl (prowadząc Maiyą).
Muszę ci ich sprezentować, walne chłopaki! To moja córka.
HULATYŃSKI (w. 8.).
Jego córka, ach, jak to dobrze!
CIEPISZEWSKL
Pan Marzycki, narzeczony Joasi; a to pan Hulatyński.
marya (z uśmiechem).
A, ja już miałam...
HULATYŃSii (półgłosem błagalnie).
Acb, nie wspominaj mi pani tamtego poznania. marya (tak samo).
Wstydzisz się pan? To dobry znak.
barbara (ice drzwiach z lewej).
Państwo, do śniadania! Panic profesorze, Maryniu, bo wszystko wystygnie.
HULATYŃSKI (podając ramię Maryi).
Czy mogę prosić?
marya (podajc mu ramię).
Ojczulku, a ty?
CIEPISZEWSKL
Idę, idę. (Wychodzi za nimi.) barbara (do Marzyckiego). No, a pan?
MARZYCKI (całuje ją w rękę).
Pani dobrodziejko, ja nie głodny wcale. BARBARA.
Ale zawsze. Jest ciotka przy stole, przedstawię pana. A, otóż i ona. Helciu, to właśnie ten pan, narzeczony Joasi.
ciotka (lornetując go).
A, to pan?
BARBARA.
Pogadajcież tu sobie państwo, bo ja muszę do gości. ( Wybiega na lewo.)
SCENA XIII.
CIOTKA, MARZYCKI.
CiGi KA (rozsiadając się w fotelu, przygląda się znowu).
No, powierzchowność ujdzie. marzycki (n. s.).
Cóż ona mnie ogląda tak ściśle?
ciotka.
Czemu pan nie siada?
MARZYCKI.
Dziękuję pani.
ciotka (niecierpliwie).
Ależ siadaj pan, proszę, bo mnie to deraużuje, jak kto stoi, niby kat, nademną.
MARZYCKI (siada po prawej. N. s.).
Dobra sobie.
CIOTKA.
Po tej stronie? To pan nie wiesz, po którćj stronic się przy damach siada?
MARZYCKI (przesiada się na lewo).
Skoro pani tak sobie życzy.
ciotka.
Nic życzę, tylko tak jest powszechnie przyjęte w wielkim świecie. Podaj mi pan z laski swojej stołeczek pod nogi.
marzycki (podaje. N. s).
Rzeczywiście, świętej cierpliwości trzeba z tą kobićtą.
CIOTKA.
Tak. A teraz pan daruje, że jako głowa rodziny, zapytam pana: z jakich-to pan Marzyckicb, bo...
MARZYCKI.
Jakto z jakich?
CIOTKA.
Za pozwoleniem, jeszcze nie skończyłam. Krótko mówiąc, chce wiedzieć, z jaką familią się łączymy, bo Rzcmpiclińscy, pan jako literat musia-łeś czytać o Rzcmpielińskicłi, bo to w książkach jest drukowane...
MARZYCKI.
Pani dobrodzićjko, nic rozumiem, doprawdy...
CIOTKA.
Proszę mi nie przerywać, ja tego nie lubię. Otóż krótko mówiąc, musisz pan wiedzićć, że pieczętujemy się Ślepowroncm i że jesteśmy spokrewnieni z najpierwszerai rodami w kraju, bo stryjeczna ciotka przyrodniej siostry mojćj matki była za Koniecpolskim. Pan patrzysz na mnie, jakbyś wątpił o tćm?
MARZYCKI.
Ależ nie, pani dobrodziejko, tylko nie rozumiem, do czego to wszystko zmierza.
CIOTKA.
Zaraz się pan dowiesz do czego prowadzę. Tylko, może przejdziemy do ogrodu, bo tu jakieś niedobre powietrze i te muchy nieznośne. Podaj mi pan parasolkę i wachlarz. Gdzież pan szukasz? Tam, na kominku.
marzycki (n. s.).
Prawdę Hulatyński mówił. (Głośno.) Służę pani. (Podaje ji-j parasolkę i wachlarz.)
CIOTKA.
Podaj mi pan rękę. Nie z tćj strony, mówiłam to już panu przecie.
MARZYCKI.
A prawda.
CIOTKA (wychodząc).
Otóż, krótko mówiąc, jako głowa rodziny...
( Wychodzą, środkiem.)
SCENA XIV.
BRYGIDA, (po chwili) JOASIA, (potem) NATALIA, (wkońcu) FIGURKOWSKI.
BRYGIDA (staje w środkowych drzwiach i patrzy za odchodzącymi).
Chryste Jezu, świat się skończy! Moja pani z nim pod rękę. Gdyby ona wiedziała, co to za straszny człowiek. Jak jćj tu powiedzićć wszystko, bo to o pomstę wola do nieba.
JOASIA (w modnej sukni, w której niezgrabnie się porusza—spętana od dołu, w ogromnej koajiurze—
w drobnych loczkach, wpudroicana — wchodzi z lewej strony).
Jak ja muszę w tćj sukni cudacznie wyglądać, prawda?
BRYGIDA.
Niech tćż panienka Pana Boga i mojćj pani nie obraża takićm gadaniem. Jak można żle wyglądać w sukni, za którą moja pani dala w Paryżu przeszło 200 franków?
JOASIA.
Więc powiada panna Brygida, że nie jest tak żle? Musze sic cioci sprezentować. (Chce iść na prawo.)
BRYGIDA.
Pani w ogrodzie z jakimś panem.
JOASIA (do siebie).
Pewnie z Adamem. (Idzie do okna.) Ciekawam bardzo, jak on to przyjmie, co mu ciocia powie. • NATALIA (z lewej).
Otóż tak, to rozumiem! Wyglądasz teraz prawdziwie po salonowemu. Tylko ten kok trochę żle dobrany. Musimy to zmienić.
JOASIA.
Kiedy ciocia nie ma innego.
NATALIA.
Poszlę mojego męża do miasta, on ci to załatwi.
JOASIA.
Ach, gdzieżby znowu pan doktór zajmował się takicmi rzeczami.
NATALIA.
Jedyny do tego, powiadam ci. On mi wszystkie sprawunki załatwia w mieście i jeszcze lepiej, niż ja sama. Mam pod tym względem z niego ogromną wygodę. On mi materye dobiera na suknie, on służące przyjmuje, kucharce dysponuje obiad. To się nazywa, widzisz, dobrze wydresowany mąż. Czekaj, i twojego tak ułożymy.
JOASIA.
Ol jabym tak nie umiała.
NATALIA.
Jak przyjade do was na parę tygodni, to cię wyuczę. (L)o wchodzącego Figurkowskiego.) A, dobrze że idziesz, mam do ciebie interes.
figurkowski (podbiega).
Co każesz, duszyczko?
NATALIA.
Pojedziesz do miasta i...
SCENA XV.
Ciż i ciotka (wchodzi mocno wzburzona, wachlując siej.
JOASIA (przybiega do nuj).
I cóż, cioteczko?
FIGURKOWSKI.
Więc mówiłaś, aniołku...
NATALIA (mając uwagę zwróconą na ciotkę).
Zaraz!
CIOTKA (chodzi po pokoju).
Ależ to człowiek bez najmniejszego wychowania, poprostu gbur! Ja z nim najdelikatniej w świecie, bo przecież znacie mnie, że nie umiem być dla nikogo niegrzeczną, a ten grubianin...
NATALIA
Cóż ci powiedział?
CIOTKA.
Nic, ani słowa. Ja gadam i gadam do niego, a on nic.
figurkowski (zgorszony).
A!
CIOTKA.
A kiedy zniecierpliwiona wreszcie zawołałam: no, mów że pan przecie, on mi śmiał powiedzićć, żc na to, co mu nagadałam, milczenie jest jeszcze najgrzeczniejszą odpowiedzią.
NATALIA.
Co za nicdelikatnośćl
JOASIA.
Może on się zląkł cioci i dlatego nic śmiał mówić.
CIOTKA.
A cóż to ja straszydło na ludzi? Ja nie takich jak on umiałam ośmielić do siebie.
NATALIA.
No, i nic więcej nie powiedział?
101
CIOTKA.
Ani słowa. Ukłonił się i zostawił mnie stać jak głupią.
FIGURKOWSKI.
To impertynencya w wysokim stopniu.
BRYGIDA (która już parę razy chciała się odezwać).
To jeszcze nic, proszę pani; ale żeby państwo wiedzieli, co ten pan z panem Hulatyńsk;m tu przed chwilą na panie wygadywali. Jezu Naza-reński!
C1O1KA, NATALIA, JOASIA, FIGURKOWSKI (obstępu-j‘ą Brygidę i mówią).
No, no, więc cóż mówili?
BRYGIDA.
Bezeceństwa, że wstyd powtórzyć.
CIOTKA i NATALIA.
No, mów, mów!
BRYGIDA.
Nazywali panie gęsiami.
ciotka i natalia (z oburzeniem) Co?
FIGURKOWSKI.
Okropność!
BRYGIDA.
Mówili, żc panie są pysznemi okazami miejskich gęsi.
ciotka (chodzi wzburzona po pokoju).
To przy mnie nie umiał słowa przemówić, a za oczy—gęsi!... O nędznik!
NATALIA.
Teodorze, powinieneś się pomścić tćj zniewagi. FIGURKOW SKI.
Ale jak?
NATALIA.
Wyzwać go.
FIGURKOWSKI.
Duszyczko, to się sprzeciwia mojemu powołaniu; ja mam obowiązek leczyć, nic kaleczyć.
NATALIA.
To mi wszystko jedno.
CIOTKA (stając na środku).
Czekajcie, ja was pomszczę. Ja pokaźe tym panom, co to gęsi umieją. (Do Joasi.) Przcde-wszystkiem nie powinnaś iść za niego.
JOASIA (na pól z płaczem).
Tak, niby to tak łatwo o męża!
CIOTKA.
Bywszy na twojćm miejscu, wołałabym ślubować wieczne panieństwo.
JOASIA (j. w.).
Dobrze cioci tak mówić, co ciocia już miała męża.
CIOTKA.
Ja ci znajdę stu takich, jak ten twój Marzycki. figurkowski (przy oknie).
Idzie -tntaj.
(Ogólne zamieszanie.) CIOTKA (prędko).
Ja go nie chce więcej na oczy widzieć. (Idzie na lewo.)
Natalia (idąc za nią).
Ani ja.
CIOTKA (do Joasi, która także szła ku drzwiom, zatrzymując ją).
Ale ty powinnaś zostać.
JOASIA (trwożnie).
Dlaczegóż ja?
CIOTK a (z powagą).
Aby stanąć w obronie obrażonćj płci pięknćj, którą ten pan śmić obrażać w waszym domu, aby mu powiedzićć, że jest gbur, prostak, człowiek bez wychowania.
JOASIA.
Ach, ciociu, jabym tego nie śmiała mu powiedzićć za nic w świecie.
CIOTKA (wznosząc rękę dogóry).
Cienie Rzcmpielińskich powinny cię natchnąć odwagą. (Odchodzi z dumną powagą.)
BRYGIDA (patrząc za nią z adoracyą).
I ten bezbożnik śmiał ją nazwać gęsią, kiedy to łabędź prawdziwy. (Spostrzegłszy wchodzącego Marzyckiego, ucieka na prawo.)
JOASIA.
Boże, co ja mu tu powiem?
SCENA XVI.
MARZYCKI, JOASIA.
MARZYCKI (wchodzi dość prędkim krokiem, ocierając chustką czoło).
Zirytowała mnie trochę ta baba. (Spostrzega Joasię.) Panno Joasiu, co znaczy ta maskarada?
JOASIA (zdziwiona).
Jaka maskarada?
MARZYCKI.
Ten pani ubiór cudaczny?
JOASIA (z pewną dumą).
To przecież najnowsza moda.
MARZYCKI.
Daj pani pokój modom, zostaw to miejskim la-firyndom, które o niczćm innem nie myślą, tylko o strojach. Pani zostań jak byłaś, skromnćm wiejskiem dziewczątkiem.
JOASIA.
Chcesz pan przez to powiedzićć, że stworzona jestem tylko na wiejską gąskę?
MARZYCKI.
Ależ pani...
JOASIA.
O, ja się rozumiem dobrze na tych przytycz-kach. Wam panom z miasta zdaje się, że my tu na wsi nic nic wiemy, na niczem się nie znamy...
MARZYCKI.
Uchowaj Boże! Nie chcialbym tylko, żeby pani robiła się śmićszną.
joasia (mocno oburzona).
Śmićszną! Mój panie, bardzo proszę, pan sobie tak pozwalasz, jakby to już było po ślubie.
MARZYCKI.
Ależ panno Joasiu!
JOASIA.
Ciocia także skarżyła się już o to na pana, że pan jesteś niegrzeczny.
marzycki (łekceważąco).
Ach! ta ciocia. Gdybyś pani wiedziała, jakich niedorzeczności, jakich poprostu oburzających andronów nagadała mi tu przed chwilą, nie broniłabyś jćj pewnie.
JOaSIA.
Ja nie widzę w tem nie tak niedorzecznego.
MARZYCKI
Jak to? Alboź pani wiesz, o czćm ona mówiła ze mną?
JOASIA.
Rozumić się, żc wiem.
marzycki (nieco ostro).
Wiedziałaś pani? I zgodziłaś się na to? Nie oburzyłaś się na podobne propozycye?
JOASIA.
Ciocia mówi, że tojest przyjęte w całym świecie. MARZYCKI.
Tak, jest przyjęte tam, gdzie małżeństwo jest handlem, targiem, spckulacyą; ale tu spodziewałem się czegoś innego. Wierz mi pani, że i ja, gdybym chcial spekulować, pewniebym nie szukał żony w skromnym wiejskim dworku.
JOASIA (zirytowana).
Chcesz pan przez to powiedzieć, że mi łaskę wyświadczasz, żeniąc się zemną.
MARZYCKI.
Zkądże znowu.
JOASIA.
Jak pan nie masz chęci, to pana nikt nie zmusza, wolna droga! Ja łaski nie potrzebuję. Nie będzie pan, to będzie stu innych. (Wychodzi na lewo.)
MARZYCKI (patrzy za nią osłupiały).
To będzie stu innych, więc wszystko jedno, ten czy ów. A ja osiołmyślalcm!.. (Chodzi.) O,Hulatyński prawdę mówił. (Bierze kapelusz i idzie ku drzwiom środkowym.)
SCENA XVII.
MARZYCKI, HULATYŃSKI (wchodząc).
HULATYŃSKI.
Idziesz?
MARZYCKI.
Odjeżdżam.
HULATYŃSKI.
Nadługo?
MARZYCKI.
Nazawsze.
hulatyński (zatrzymując go).
Waryacie, co robisz? A panna?
MARZYCKI.
Wszystko zerwane; miałeś słuszność, to nie dla mnie żona. Bądź zdrów!
HULATY ŃSKI.
Czekaj, jadę z tobą! (Bierze kapelusz i biegnie za Marzyckim.)
KONIEC AKTU DRUGIEGO.
Prztjrlgd literatury nadobnej czeskiej
za rok 1883.
I.
P o e z y a.
Sprawozdanie roczne.—Rozkwit poezyi czeskiej.—Osobna biblioteczka p t. „Pocticke besedy.”—Jej redaktor Neruda i spćlpracownicy.- „Balady i romanse.”—Adolfa llcyduka „Ondizych i Bożena.” — święto elk Czech. — Nowy jego utwór „Petrklicze.”—Yrchlicki.—Inni spćlpracownicy.
(Dalszy ciąg.)
Prócz tego w tćj powieści mieści się i gorzka satyra. Zdaje się, że odnosi się ona do odnalezionych przed kilkudziesięciu laty poematów czeskich przez Hankę, a część ta uszczypliwa, dowcipna, a zarazem najprawdziwsza, to korona całego poematu.
Oto ustęp, zaczynający sio od tej chwili, kiedy uczony, znalazłszy klucze u Żyda, rozpoczął swoje studya.
Porwał za pióro i w pokoju
Dusznym wciąż siedzi wpół zgarbiony I w dzień i w nocy ciągle pisze, Przed nim z papierów stos złożony.
Darmo maj wiosną go owićwa;
On, pisząc dzieło, nic nie słyszy, Wszyscy znajomi go odeszli, Ledwie mu gawron towarzyszy...
Dla rozstrzygnięcia kwestyi, naród ustanawia komisyą:
Więc się zbierają w nićj wielcy ludzie, Przynoszą książek i rozpraw paki— Wszyscy tam pięknie są przystrojeni W białe krawaty i czarne fraki.
Po długich naradach zgodzono się wreszcie obejrzeć klucze i w tym celu posłano do uczonego, ale, niestety, uczony nie znalazł kluczy, gdyż jego towarzysz gawron porwał je i uciekł.
W komisyi wszczyna się zatarg: jedni nie wierzą, inni dziwują się, a największa część zażywa tabakę, aby... nie usnąć.
Widzimy więc, że cały przebieg sprawy ma wiele podobieństwa ze sprawą odnalezionych rękopisów. Czy autor rzeczywiście miał je na myśli, trudno rozstrzygnąć,ale nie oto też tu chodzi. Starałem się tylko przedstawi charakter i sposób zapatrywania się Świętopełka Czecha na literaturę.
Czwarty tomik tej biblioteczki zawićra pracę JaroslawTa Vrchlickiego p. t. „Staro Zwiesti.1’ Poetę tego mieli już sposobność poznać czytelnicy Tygodnika z dawnicjszćj pracy mojej „O najnowszej czeskiej pieśni1' i z kilku pięknych przekładów Miiiama. Pozostaje mi tylko uzupełnić tę pracę, dodając, że wydał, oprócz powyższego utworu, jeszcze dwa duże tomy, pierwszy pod nadpiscin „Co źywrot dał” i drugi zatytułowany „Sfinks.”
„Co żywot dał” obejmuje kilkadziesiąt drobniejszy ch pieśjni, w których poeta maluje różne motywy, uzupełniając swoje dotychczasową działalność. Zdaje się, że z każdego swego twórczego okresu zamieszcza tu Yrchlicki po kilka ustę-
102
pów, które nie były drukowane w zbiorach poprzednich. Sani tytuł jasno tłumaczy motto, któ-rem poeta odpowiada niejako na zapytanie zawarte w nadpisie.
Burze i mir, Marzenie, wir, Boleść i szał, Piekło i raj, Grudzień i maj— To żywot dał...
Cały ten zbiór poczyj dzieli się na kilka części. Pierwsza z nich obejmuje wiersze opiewające rzeczy skrćśloue na tle domowein i nosi tytuł „Okolice rodzinne; druga „ATeco miłości;* trzecia „Szkice pomniejsze-* czwarta poświęcona jest „Zmarłym-* piąta ma nazwę „Stracone kroki* szósta „Wspomnienia z podróży* siódma „Dwie idyle.*
W pierwszej, jak się łatwo domyśleć, są wiersze piękne, pełne świeżości, opiewające okolice czeskie. Obrazy te swojskie i prawdziwe, to jakby karty żywcem wydarte z potężnej księgi natury, odczute i uidealizowanc poezya, a jednak wszystkie tak proste, tak prawdziwe. Woźmy kilka takich obrazków, a przekonamy się najlepiej o niepospolitym wdzięku, jaki w nic wlewa autor.
Na przykład w obrazku „ Wigilia* słyszymy wesoły głos dzwonków śród zadymki śnieżnej, zwolna gdzieś cichnący w mglistej przestrzeni. Drzewa wysmukłe zrzucają z siebie kryształy lodu, które z szelestem spadają na ziemię. U dachów zwieszone sople wyglądają jak piszczałki w organach. A ziemia cała — to pole okryte liliami bialcmi.
Tego samego rodzaju jest obrazek: „Pański dwór* Stoi on na wzgórku, za nim gęsty, cienisty park, dalej ciągną się długie góry. Tu i owdzie nad strugą rozłożyły się stare, pogarbione wierzby, nieco dalej przy drodze wiejskie chatki. Przc-biegłszy okolicę, poeta zwraca się ku innym przedmiotom. Południe... Pod drzewami niema co szukać cienia; wszystko odeszło od roboty, tylko koniki pidne szeleszczą. Siano pachnie,.. z oddali słychać klepanie kos... ale i to ucicha... W lesie pochylone gałęzie sosny muskają cię swemi igłami po twarzy. Nad stawem wznosi się mgła, a z dna jego bujna wyrasta trzcina i t. d. i t. d. Nie jest to jednak ów barwny opis Mickiewicza. Prędzej przypomina on nam piękne obrazki Lenartowicza.
Głębszą myślą kończy poeta swoje utwory w wierszu p. t. „Wieczór w górach.” Oto zachód słońca:
Pożar wciąż większy.—Słońce zaszło w cienie, A plonie tylko zorza purpurowa.
Wiem—teraz przyjdzie noc i zapomnienie, Lecz dla wierzących są to próżne słow'a.
Bo oni wiedzą, że światło nie zginie, Że nieśmiertelność materyi — jćj życic; Gwiazd kropelkami z łona nocy płynie I tylko w duszy ludzkiej lśni obficie.
(Przekład Miriama.)
O wiele wyżej stawiam jedyak „Samotność.* Poeta w obrazie tym przedstawia resztki zburzonego i opuszczonego klasztoru. Refleksja nasuwa mu mniemanie, że życie klasztorne jest najwię-kszeni saniolubstwcm.
Bo też — mówi poeta — dziwnie łatwe życie w tym klasztorze: habit mniszy, spokój i zapomnienie. I występuje surowo przeciw temu dogadzaniu sobie, przeciw temu dobrowolnemu oddzielaniu się od świata, dla osiągnięcia upragnionej ciszy i spokoju. O, bo nic sztuka przepędzić świątobliwie życic w zamknięciu i odosobnieniu, ale walcząc i pracując zdobyć sobie uznanie, to rzecz zupełnie inna.
Jak pierwsza część, tak samo noszą na sobie cechę wykończenia i inne pieśni tego zbioru; przedewszystkićm jednak musimy zaznaczyć tu wiersze, znajdujące się w oddziale zatytułowanym „ Wspomnienia z podróży*
Zeszłego roku odbył poeta wycieczkę do Paryża, gdzie uprzejmie i serdecznie był przyjmowany przez kolonią polską Na pamiątkę też jej pozostawił wspomnienia: „Bogdanowi Zaleskiemu,” „Polskie groby na cmentarzu Montmartre” i „Do Polaków w Paryżu.” Wszystkie te utwory tchną szczerą i prawdziwą ku nam sympatyą.
Pozostał nam jeszcze jeden tom tego poety, p. t. „S/inks*
Dzieli się on na osiem części i rozpoczj na się wierszem „W miejsce prologu.”
Całość ofiaruje poeta matce swojej żony, pani Zofii Podlipskićj, osobne zaś części innym osobistościom, jak tłumaczowi Krasińskiego Franciszkowi Kvapilovi, J. V. Sladkovi redaktorowi „Lumiru” i naszemu Asnykowi.
Wszystkie te pieśni powstały między rokiem 1879 a 1882. Miejsce nic pozwala mi dłużej zatrzymać się nad tą prawdziwie wzniosłą poezyą i muszę się ograniczyć ogólną uwagą, żc jak inne pieśni Yrchlickiego, tak i te są pełne siły twórczej, pięknych idej prawdziwego postępu, który uwydatnia się w każdej myśli.
Wybitnym także poetą w Czechach, stojącym narówni z Nerudą i Ileydukicm, jest Juliusz Zeyer.
Zcycr w traktowaniu rzeczy, w wyborze tematów i kolorycie obrał sobie zupełnie niezależne i odrębne stanowisko. Jest on przedewszystkićm romantykiem, a opowieść jego toczy się po zawiłych ścieżynkach, zanim dojdzie do głównego, kulminacyjnego punktu. Ta tajemniczość i barwność opowiadania ma wielkie wszędzie, a tćm samem i w Czechach powodzenie. l’o tćż prace Zeycra chwyta każdy z zamiłowaniem i ochotą. Do nowszych, a raczej do ostatnich jego utworów, zaliczamy Opowieść o ,,(<) izeldii, ’ zamieszczoną w jednym z tomików biblioteczki, od której rozpoczęliśmy na wstępie.
Z młodszych poetów spólzawodniczą z sobą o palmę pierwszeństwa Rudolf Pokorny i Otokar Mokry.
Pierwszy z nich wydal tom swoich pieśni „Spro-citlym jarem* (w Pradze, nakładem własnym, 1883 roku), w którym opiewa szczęście miłości, ale małżeńskiej. Od niedawnych czasów, gdyż pierwsze pieśni ua ten temat wygłosili llcyduk i Yrchlieki, rozszerzył się ten rodzaj poezyi w Czechach, a dziś coraz więcej poetów podąża w tym kierunku. Pieśni Pokornego są bardzo uda-tne i I wielkićm uczuciem pisane.
Mokry wydal „lihoczeske melodia* w których prowadzi nas w swoje rodzinne strony. Zaraz na wstępie opowiada nam dzieje klasztoru „Złotej korony,” w którym niemieckie mnichy wiodły bój przeciwko tabory tom. Jest to balada, a raczej opowieść historyczna, naśladująca, a przynajmniej przypominająca trochę „Adamitów” Świętopełka Czecha.
O wiele uczuciowiej pojęty jest „Ilusuy kamen” (kamień lltissa.) Poeta opowiada tu sen Krystj ana Prachatiekicgo, przepowiadający smutny koniec Ilussa. Mokry jest poetą bardzo obiecującym i Czesi wielkie w nim pokładają nadzieje.
Zupełnie odrębne stanowisko zajął w literaturze czeskiej Władysław Quis (urodzony w 18-16 roku w Czaslawiu, doktor w Pradze.) Wickiem i pojęciami zbliża sic do Nerudy i lleyduka, prace zaś swoje przeprowadza po większej części w duchu narodowym. Poeta sam jest zwolennikiem smutnych, tęsknych motywów i dlatego obrał -sobie jedyną formę balady, która u:>jwięcej mu do gustu przypada. Wstępując w zawód obrany, zapisał się na kartach literatury czeskiej jako tłumacz balad Goethego, a także przyswoił Czechom Stare szkockie balady. Odtąd też formy tej nic porzuca, obciął ją tylko znacznie i działalność swą zamyka w pewnych granicach, w których przeważnie figuruje balada ludowa.
W nowym tomie tych Balad zamieszcza on kilkanaście drobnych utworów, z których najobszerniejszy jcst„ Wodnik*
O wicie jednak piękniejszą jest balada „Obietnica śmierci* (Slib smrti.) Miody żołnierz prosi na wojnie złowrogiej śmierci, żeby nie zabierała go prędzej ze świata, aż ujrzy swoję piękną wio
skę. Na prośbę te śmierć się zgodziła. Żołnierz zdrów powraca do rodzinnej ziemi, ale wioski swej nie zastaje, gdyż zburzyły ją inne oddziały wojska. Biedny więc musi żyć wiecznie. Jest-to dość przezroczysta aluzja polityczna, skierowana do obecnego systemu wojskowego.
Do pićrwszorzcdnych poetów o więcej kosmopolitycznym zakroju należy J. V. Sladck, redaktor „Lumira.” Za.dynął on swemi listami z Au e-ryki i przekładami z angielskiej literatury. W 1883 roku wydal tom swoich utworów, zatytułowany „Na prahu raje* (Na progu raju). Jak inni poeci, tak samo Sladck dzieli swój tom poezyj na kilka oddziałów, z których pierwszy nosi tytuł „O dzieciach i z dziećmi.”
Jest to najpiękniejsza część tej książeczki. Autor bardzo trafnie obserwuje i opisuje dzieci, a nawet najmniej rozwinięte i najuboższe nic uszły jego uwagi. To też niepospolite życie znajdujemy w tej tece dziecięcej; przy różności charakterów, maluje się różność myśli, różność rozumowań.
Pragnąłbym niektóre z tych wierszy przytoczyć, ale brak miejsca na to mi nic pozwala. Podążajmy więc dalej.
Na realistę zachorował Karol Legcr, opatrując swoje utwory tytułem „ Yszedni zicot* (Zycie powszednie). Realizm ten jednak mieści się tylko w tytule, gdyż oprócz ścisłej obserwacyi, niema tam nierealnego i pieśni te dalekie są od nowsze) szkoły realistycznej farncuskiej.
Karol Legcr należy, wraz z Franciszkiem Chałupą, do najnowszej szkoły poetycznej. Są-to ludzie młodzi i dopiero od niedawna występujący ze swemi utworami.
Jeżeli Legcr obrał sobie za przedmiot sprawy społeczne i powieść spółczesną, to Chałupa poświęcił się przeważnie poezyi historycznej. Jego „Zawisza* jest to prawdziwy bohater, godny opowieści, którą prawi stary dzwonnik Ćzastal, malując dosadnie cały stan rzeczy.
Król Przemysław Otokar 11 zginął, a naród nic ma sic do kogo udać, gdyż następca Wacław, dziedzic tronu, jest uwięzionym. Wina za tak smutne położenie kraju spływa na wdowę królową Kunbute, a więcej jeszeze na Zawiszę z Fal-kensztejnu. Oto moment, który obrał sobie poeta do opowieści i rzeczywiście szczęśliwie się z nićj wywiązał. Toteż z przyjemnością witamy te prace poety, który zajmie zapewne poważne miejsce w swojej literaturze.
Mam jeszcze przed sobą: Augusta Eugeniusza Mazika: „Jarni bourze* (Wiosenne burze) i Jana Czerwonki „Amoroso.* Obie książki,Jzlożone z ulotnych wierszy, opiewają szczęśliwą miłość.
Przechodzę wkońcn do dwóch utworów bardzo ważnych: pierwszy z nich obejmuje poemat historyczny .Świętopełka Czecha p. t. „Wacław z Michałowicz,” drugi ulotne wiersze Nerudy „Proste motywy.” O pierwszym nic powiedziałem jedynie dlatego na wstępie, że wyszedł już przed rokiem 1883, a dziś został tylko powtórnie wydany, w ozdobnej bardzo, ilustrowanej edycyi. „Wacław z Michałowicz” należy do najlepszych poematów historycznych. Świętopełk Czech z niesłychaną prawdą i wiernością odtworzył smutne chwile epoki przez siebie opisywanej.
Dziełko Nerudy dostałem po rozpoczęciu już tej pracy, więc teraz dopiero mogę o nićm słów parę powiedzieć. „Proste motywy* są tomikiem złożonym z drobnych utworów. 1 tu, jak gdzieindziej, Neruda jest poetą niezwykłym, dbającym o formę i wykończenie. Totćż wiersze jego płyną tak równo, tak melodyjnie, że zdają się być muzyką. Byl on zawsze mistykiem i pozostał nim do ostatniego tomu,nawet dziś więcej, niż kiedykolwiek. 1 z tćm mu dobrze, nawet wygodnie. Wielcy poeci i muzycy lubią otaczać się całym światem duchów lub cieni, pomiędzy którcmi królują. Szopen, tworząc kompozycye swoje, niejednokrotnie bywał w takim nastroju ducha; Neruda częstokroć też obcuje w tym świecie, szkoda tylko, żc nie pokusi się o odtworzenie go w zupełności.
Kończąc to sprawozdanie, zaznaczamy, że poc-zya czeska rozwija się niepomiernie. Wszystkie kierunki jćj mają dzielnych przedstawicieli.
103
Yrcblicki, to już poeta nietylko narodowy, ale i europejski. Również wysoko cenionym jest Świętopełk Czech, talent zupełnie inny, epicki, o szerokim poglądzie, jasnej myśli i ruchliwej niezmiernie fantazyi. Są też i inne, zupełnie odrębne talcnta, zakreślające sobie pewien rodzaj lub granicę, a do takich należą Zeyer i Qnis. llcyduk wyśpiewuje liryczne pieśni, a czasami nawet ciekaw zagląda w przeszłe czasy rodzinnych dziejów. 1’oezya czeska ma więc reprezentantów we wszystkich odcieniach artystycznych i kto wić, czy stosunkowo nie jest dziś więcej rozwiniętą, niż w innych krajach, nietylko słowiańskich.
Wiktor ('zajwski.
( Dokończenie nastajn.)
Kronika tygodniowa.
Wiosna w zimie.—Widoki. na przyszłość —Prus mówi prawdę.—Stawa zaelięty. — Żal i skarga.—Dobre elięci Hru-bieszaków.—Owacye dla szansonistki.—Przeróbki w budowie świątyń.—„Dwór wiejski."—Stjpendya mleczarskie — Wystawa profesora Dybowskiego. - Studya ogrodnicze.— Muzeum rybackie.- Spółka rybacku.—Liczba pism polskich-
Slychane to rzeczy, żeby w lutym powietrze ogrzewało się do kilku stopni ciepła, żeby drzewa puszczały pączki, słońce świeciło jak na wiosnę, i żeby mimo to wszystko karnawał szedł zwykłym trybem, jak wśród najtęższej zimy! Tylko co Wisła nic wylała, a oziminy zielenią się po polacli, jakby za miesiąc miało przyjść do żniwa. Bydclko chętnie skalne trawę na łąkach, która dotąd ani przemarzła, ani przegniła, i rośnie sobie w dalszym ciągu po roku zeszłym. Ty Iko tu i owdzie stoją kałuże po uporczywych deszczach, błoto po kolana, ziemia miękka.
— Cuda, mości dobrodzieju, rzetelne cuda — powiedział pewien rolnik z zawiesistym wąsem— i jeżeli tak pójdzie dalej, rok bieżący może dać plony, jakich nie było od lat wielu.
— A jeżeli tak nie pójdzie i mrozik schwyci, to co?
— A no, to będzie bićda gorsza, niż kiedykolwiek. Młode zboże, wybujałe przed czasem, zmarznie i zginie, trawa toż samo, i będzie źle z ludźmi i zwierzętami. Na szczęście nie zanosi się na to. Podobno na drugiej półkuli zimna się srożą, więc naszym antypodom przypadli) znieść tym razem całą ich dolegliwość. Są u nas znaki, wróżące rychłe ciepło. Ptaszęta sic radują, o gniazdkach myślą, na niebie i ua ziemi jasno i weselej, w powietrzu cicho, wiatry od północy i wschodu drzemią, co o tćj porze jest niczwykłem. Da Bóg, będzie dobrze, i byle zagranica kupowała ziarno, którego sporo być może, odbijemy zeszłoroczną biedę, ciężką bardzo i dojmującą.
Zacny ziemianin ożywiony jest, najpiękniejsze-mi nadziejami, które oby się. urzeczywistniły! Co do nas, nic widzimy powodu, dla którego takby być nic miało. Życzymy tego z całego serca rolnictwu, które wzięło tęgie plagi i podreparować się potrzebuje, a jesteśmy pewni, żc mu tego życzy i zacny kolega Prus, choć go ktoś o nie-przychyłność jawną dla stanu ziemiańskiego pomawia. Przypuszczamy jednak, żc ziemianie umieją ocenić tę prawdziwą życzliwość, co się w pochlebstwa nie bawi, < o się zdobywa na gorzkie nawet słowa prawdy, co skrzętnie szuka środków poprawy złego i bez ceremonii je wskazuje. Inaczej i mybyśmy chyba pomówieni być musieli o taką nieprzychy Iność, a Bóg świadkiem, żc mamy równą miłość dla wszystkich i wszystkim życzymy gorąco jedności, zgody, dobra i szczęścia.
Nie uważaj, panie Bolesławie, ua napaści i przymówki, kiedyś w sumieniu czysty, kiedy i dziecko zrozumie, ze słowa twoje płyną z sil nego przekonania, z pragnienia dobra powszechnego, nie zaś z osobistego interesu. Ty się nie potrzebujesz zastawiać „niezależnością” i trąbić wszystkim w uszy, że nic służysz Żydom, boć ludzie rozumni wiedzą, żc gdybyś im nawet służył, a uczciwie, jeszcze nie byłoby to grzechem.
A jeśli wołasz głośno i gorąco, że gospodarka rolna wejść mnsi ua inuc tory, że sio powinna zbratać z przemysłem, szukać sposobów zastąpienia tego, co już dziś nie popłaca, grzebać nietylko w ziemi, ale i pod ziemią, produkować to, czego się dotąd nie produkowało, i wyjść z rutyny na szerszy gościniec rozumnego nowatorstwa, —toś się z Boga począł i mówisz prawdę, chociaż tak smutną w tej chwili, jak konieczność, która ją rodzi. Oczywiście nie podoba się komuś taka prawdomówność, bo w falszywem świetle wystawia jego niezręczne umizgj; ale dla ciebie, który jesteś większym przyjacielem prawdy, niż Platona, taki wzgląd pozostanie obojętnym. Twoja „niezależność” obejdzie sic bez pochlebstwa; nie polujesz na upatrzonego, godząc w jednych, cmoktając drugich, a na prostym gościńcu, którym dążysz, widać jasno cel zacny. Nie potrzeba kręcić się po ścieżynkach, obchodzić i cofać się, tylko iść wciąż naprzód, nie samotnie, uchowaj Boże, owszem, w całym tłumie „zależnych...” od własnego sumienia i uczciwej prawdy.
Darujcie mi, czytelnicy, te apostrofę, na którą sobie pozwoliłem nic gwoli dania sukursu Prusowi, ho on sobie bez niego radzi sam jak należy, ale żc te ciągle krzyki o „zależności” i „niezależności,” te bicia się w piersi i solenne przysięgi, że się walczy w obronie tego lub owego, te wzajemne skakania sobie do oczu, z obelgami i klątwami w pewnej sferze naszego dziennikarstwa, czasami tak już boleśnie dojmują, iż człowiek miinowoli pożalić się musi i rzucić słowo skargi. To nie pomoże, wiemy o tem, ale sercu lżej, a kto wić, znajdzie się może ten i ów, co w istotę tego żalu wniknąwszy, oceni jak należy owe wrzawę samochwalczą „niezależnych” krzykaczy-, tak śmiało obrzucających świat cały zarzutami „zależności,” jakgdyby prawdą było, że śród miliarda istot, na podobieństwo Boskie stworzonych, ma on tylko jednego, jedynego... człowieka!
Ale... do rzeczy!
Z Hrubieszowskiego dochodzą nas echa dobrych obywatelskich chęci i rozsądku; bawią się tam wesoło, ale i myślą o tem, co sic zwie dobrem pospolitem. Ziemianie tamtejsi postanowili wziąć rozbrat z przyjęciami wystawnemi, ze strojami, ze zbytkami, co ogólnej biedzie zdają sic tak kłamliwie przeczyć, z tą sztuczną wreszcie wesołością, która jest rodzoną siostrą życia nad stan. Natomiast co się oszczędzi na zabawach, urządzanych skromnie, to ma iść, jako ofiara dobrowolna, na rzecz dobra ogólnego. Jest więc i środek rozumny i cel szlachetny.
Ale co kraj, to obyczaj. Kiedy w Hrubicszow-skiem glos rozsądku górę bierzc, na bruku warszawskim rzeczy idą zwykłym trybem. Pryncy-palowic bankrutują jeden za drugim, a młodzież handlowa pogodnie spogląda w przyszłość i bawi się po swojemu. Oto znowu jakaś szansonistka, z okazyi imienin, została przez nich uczczona sutym zbiorem podarunków, między któremi garnitur brylantowy za rs. 500 prym trzyma. Jak na młodzież żyjąeą z pensyjki dwudziestokilko-rubłowej, to w'cale świetnie! A powiadają moraliści, żc i Salomon z pustego nie naleje. Niechże ten król mędrzec pójdzie na naukę do naszych kantorowdezów, którzy tę sztukę praktykują bardzo często, mając zawsze w perspektywie ucieczkę do Ameryki, gdyby się nic udała.
Wkrótce ma być rozsądzonym konkurs na plany rozszerzenia kościoła Św. Aleksandra. Strach bierze na myśl o tem, bo u nas sprawa budownictwa należy do najuicfortuunicjszych i ulega jakby fatalizmowi. Już teraz budzą się żywe sprzeczki wkwestyi owego rozszerzenia; nawet na kierunek, w jakim się ono ma uskutecznić, niema zgody... Obaczyiny, co areopag sędziów zawyrokuje.
W sprawie pokrewnej, bo przeróbki projektu elewaeyi frontowej kościoła W. W. Świętych, ksiądz Witkowski przesłał swoje pomysły „łnżenieryi i budownictwu.” Mają one za cel podwyższenie tćj części frontu, poza którą znajduje się nawa główna, a która zanadto jest przysiadła i ztąd poprostu brzydka. Idzie tćż i o projektowane
wieżyczki, zbyt drobne na planie, z wielkie-mi rozmiarami świątyni nieharmonizujące bynajmniej. Ach!... gdyby się tak dało zdjąć owę kopułę na środku kościoła, przypominającą fajerkę z pokrywką, zmienić ów ołtarz wielki, kształtami i barwami wołający o pomstę do nieba, byłoby już półbiedy, i świątynia, tyle ofiar i trudów wymagająca, może nie byłaby w przyszłości świadectwem złego smaku naszych czasów!
„Gospodyni wiejska,” która dosyć skrzętnie zajmowała się sprawami gospodarki, ustąpiła miejsca innemu pismu, a mianowicie „Dworowi wiejskiemu.” Nicdość jeszcze pojmujemy przyczyny tej metamorfozy, ale przypuszczamy, żc czytelnicy na nićj skorzystają. I „Dwór zajmować się będzie sprawami gospodarstwa wiejskiego, nic wchodząc bynajmniej w drogę pismom rolniizym. Pragnie on, obok dotykania najważniejszych i najżywotniejszych kwestyj ekonomii gospodarczej, przedstawiać objawy życia ognisk domowych wiejskich, co wiele urozmaici pismo i nadać mu może charakter organu społecznego.
W „Dworze wiejskim” p. Z. Jaroszewski rzucił myśl podniesienia mleczarstwa, jak wiadomo, bardzo u nas zaniedbanego. Proponuje on nawet, aby utworzyć silami zbiorowemi fundusz stypendialny dla osób, któreby na tem polu za granicą kształcie się cbcialy. Pan Jaroszewski jest bowiem zdania, że w mleczarni, jak i w wielu gałęziach przemysłu rolnego, bez wzorów_ obcych obyć się nam niepodobna.
Myśl piękna, godna poparcia, ale... niebezpieczna! Bo nuż komu przyjdzie ochota krzyknąć na projektodawcę, że potępia stan ziemiański, skoro twierdzi, że to i owo potrzebuje poprawy... na ojczystym zagonie?
Zanim jednak do takiego zarzutu przyjdzie, radzilibyśmy naszym czytelnikom, którzy to uczy nić mogą, aby odwiedzili wystawę zbiorów’ profesora Dybowskiego. Mieści się ona w domu hr. Krasińskiego, przy ulicy Ordynackiej. Jest-to kolckcya bardzo bogata w najrozmaitsze okazy fauny, flory i przemysłu nieledwie podbiegunowego, bo krainy położonej na północo-wschodzie Sybcryi. Podziwiać trzeba niezmordowaną skrzęt-ność człowieka, który, grzany miłością w iedzy, w tych lodowych strefach potrafi zgromadzić wszystko, co charakteryzuje naturę i człowieka. Co za mnóstwo sprzętów, od broni do kołyski, a wszystko to w porządku wzorowym, zachowane troskliwie, przewiezione z końca świata z taką starannością, jak gdyby to były sprzęty drogocenne i dzieła sztuki. Nie — śród tych wyrobów prostych, częstokroć grubych, nic szukajcie klejnotów', ani arcydzieł smaku i wykonania, lecz pomyślcie, w jakich warunkach myśl ludzka dala im początek, jakich walk z naturą i dzikiem otoczeniem są następstwem.
Dzisiejszy numer Tygodnika daje rysunek jurty przenośnej, która służy la przez długie miesiące szanowcinu profesorowi za schronisko śród puszczy' nadbajkalskiej, przy mrozach i zawiejach. A jednak w takich-to okolicznościach dzielny uczony gromadził wszystkie swoje zbiory, z myślą o zbogaccniu wiedzy i.. gabinetów naszych.
Wracamy jeszcze raz do kwesryi szkoły ogrodnictwa dla kobiet... Jakoś znowu o założeniu takiej szkoły wieści ucichły, ale natomiast zrodziła sic myśl utworzenia praktycznych studyów ogrodniczych przy muzeum pszczclnietwa. Słychać też, że przy tym samym zakładzie powstać ma muzeum rybactwa, ale ponieważ o przedmiocie tym najrozmaitsze krążyły już wieści, więc i dzisiejszą podajemy' z zastrzeżeniem..-
Tymczasem słówko o spółce rybackiej. Zawiązała się ona i istnieje, a nawet z korzyścią działa na wodach Prądnika, lecz to dla jćj szerokich planów zakres bardzo niewystarczający. Szuka więc innych miejscowości, jezior i stawów, ale, o dziwo, idzie jćj jak z kamienia, bo nikt nie ebee wiązać się z nią kontraktem, nie widząc z tego korzyści natychmiastowych.
Więc zawsze jedno i to samo, zawsze tylko pogląd w przyszłość na odległość własnego nosa!... Niech gniją zanieczyszczone stawy, rozsiewając zarazę i choroby; niech obszary jezior stoją bez-
Z^and-angro (taniec narodo^' ^pański). 'Podług obrazu Llovery.
(308)
106
czynnie, w zupclnem zaniedbaniu; lepiej to, mz skrzętna gospodarka, która kiedyś, za lat szereg niedługi, opłacie się może właścicielom szczurem zlotem. Ale nimby to nastąpiło, czekać trzeba, a my czekać nic lubimy, choćby cierpliwość przynieść miała stokrotne korzyści.
Ufamy, że spółka rybacka za wygraną nie da i szukać będzie odpowiedniego miejsca dla swojej działalności. Któż wie, niezadługo może olbrzymie szczupaki, smaczne i wykwintne karpie, nawet pstrągi. dziś nam nieznane praw ic, nie mówiąc już o karasiach i całej rzeszy drobiazgu rybiego, przestaną być u nas rzadkością, opłacaną na wagę srebra, a wówczas i ogół właścicieli wód zrozumie, żc to sprawa korzystna i warta zachodu, którego się jćj dziś tak bardzo skąpi.
Na zakończenie dzisiejszej kroniki przytoczymy wykaz p>sm polskich, sporządzony świeżo przez profesora W islockicgo w Krakowie, a wielce interesujący.
Otóż wszystkich pinu polskich wychodzi, zarówno w kraju, jak i na obczyźnie, 230. Z tej ogólnej liczby przypada na Galicya 100, na królestwo 81, na Poznańskie i Prusy 35. Szląsk austryacki posiada ich 4, w cesarstwie wychodzi jedno, a w innych krajach 10. Z tego codziennych 23, tygodniowych 78, dwutygodniowy ch 60, miesięczników 33; reszta wychodzi w terminach rzadszych, lub bez terminów oznaczonych.
Od siebie możejSy dodać, żc największą liczbę prenumeratorów posiadają niektóre pisma szlą-skic i poznańskie, najcfcnicryczniejszćni istnieniem smucą się galicyjski c, uajstalszych zaś czytelników i najtrwalszy byt mają pisma wychodzące w królestwie.
a8/. .1/. Hz.
Przegląd polityki zagranicznej.
14 lutego.
Nie spełniły się przewidywania i nadzieje hr. Taaftego, że wiedeńska rada państwa jednomyślnie i bez dyskusyi da konstytucyjną aprobatę rozporządzeniu rządowemu, zaprowadzającemu stan wyjątkowy w okręgach sądowych Wiednia, Kro-neuburga i Wiener-Ncustadt dla położenia tamy propagandzie anarchicznej pomiędzy robotnikami, licznie popełnianym morderstwom, oraz pojawia-niu się plakatów' podburzających i rozsyłaniu pogróżek, ze różne gmachy publiczne zostaną spalone, albo wysadzone w powietrze. Zbiorowe ciała reprezentacyjne niezawszc zdobywają się na takt, który w takim razie dla dodania powagi rozporządzeniom rządowym nakazuje przyjmować je bez dyskusyi, to też w Kadzie państwa rozpoczynają się dzisiaj właśnie w tym przedmiocie rozprawmy , których zakończenia dopiero na sobotę spodziew ać się można.
Łatwe jest do przewidzenia, że ta dyskusya stanie się pośrednio zachętą dla agitatorów anarchicznych do wytrwania na obraneni stanowisku, a odpowiedz alność za to spadnie na tych, co ją wywołali, to jest na lewicę centrali tyczną, która i przy tej sposobności popuszcza wodze swojej niechęci dla istniejącego gabinetu.
Komisya, do której odesłano przedstawienie rzą-d >\y e, w strzymująrc ogłoszenia „małego stanu oblężenia,” podzieliła się na dwa obozy. Większość wnosi uznanie rozporządzeń rządowych za usprawiedliwione, mniejszość zaś żąda odmówienia im tej sankcyi. Ostateczny rezultat dyskusyi łatwym jest do przewidzenia; wniosek większości komisyi zostanie przyjęty, ale nie jednomyślnie, lecz niezbyt liczną przewagą głosów. Cęptraliści wiedzą o tein, ze yotuni nagany dla rządu nie prze prowadzą yy Izbic, w której nie mają większości, mimo to jednak nic pomijają i tej sposobności wypowiedzenia kilku mów nieprzyjemnych dla gabinetu i nicujących zlośliwio jego postępowanie. Dlaczego to czynią, nietrudno zgadnąć. Idzie im o pozyskanie dowodu, żc są wierni zasadom liberalizmu, pragną mieć takt, którym yy przyszłości odpowiadać będą mogli na zarzuty mówców prawicy, jak Hausner i inni, gdyby ci dowodzili im, kiedy zeebcą, żc przestali być wiernymi zasadom
liberalizmu i żc prawdziwym liberalizmem kieruje się teraz prawica. Gdyby ccntraliści wiedzieli, że opozycyą sw’oją przeprowadzą yotum nagany, że wskutek tego gabinet ustąpi i wydane rozporządzenia zostaną odyyołane, z pcyynością nie podnieśliby głosu przeć' ,vko rozporządzeniom, gdyż sami są reprezentantami okręgów najbardziej przez anarchią zagrożonych. Postępowanie opozycyi jest zatem tylko manewrem parlamentarnym, żąda ona od rządu tego, czcgoby sama nie zrobiła, gdyby była u yyladzy, ażeby się tym sposobem otoczyć fałszywą aureolą liberalizmu. Takt} ka taka, w parlamentach nieraz praktykowana, ze stanowiska ety cznego nie wytrzymuje nąjlago dniejszego sądu.
D-> dnia 10 b. m., na mocy rozporządzenia o stanie wyjątkowym, aresztow ano w Wiedniu przeszli4 200 osób, a około 400 wydalono.
Zapewne nie samym tylko czytelnikom telegramów' i pisującym arty kuły rozumowane uzien7 nikarzom, lecz także i gabinetowi Gladstona oraz londyńskiemu 1' <>ralr)n<>(hcet czyli urzędowi spraw zagrani-znych, trudno jest w tej chw-ili zory całować się w- sprawie sudańskićj. Mowa tronowa i wszystkie oświadczenia składane przez rząd w obu Izbach mówią, że Anglia nic myśl, w tćj sprawne interweniować, żc Gordon-basza został wysiany do Sudanu jedynie dla pokierowania ewmkuacyą, a ty mczasem w arsenałach i portach angielskich panuje gorączkowa działalność i wojska z różnych stron otrzymują rozkaz udania się na odsiecz Tokarowi i ocalenia szczątków armii Backera-baszy od zagłady. Stan rzeczy jest tak rozpaczliwy, żc Times wróżą upadek gabinetowi, jeżeli nagle nic zajdzie w wypadkach sudaiukich jakiś zwrot pomyślny, niespodziewany zresztą i nieprawdopodobny. W Izbic wyższej lord Sa-lisbury z powodu polityki cgipsko-siidańskićj przeprowadził wprost votum nagany dla rządu, uchwalone większością 182 głosów przeciw 81, a w' Izbic gmin toczy się długa dyskusya nad ta-kiemże wotum, wniesionćm przez Nortbcotc a. Wytknięto przytćm rządowi angielskiemu wiaro-łomstwo, jakie popełnił, oddając Sudan pod panowanie Mahdiego i innych dawniejszych sułtanów, ponieważ Anglia konwcncyą zawartą dnia 7 września 1877 r. uznała panowanie Egiptu nad Sudanem i zobowiązała khedywa do uicodstępo wania nikomu tćj krainy.
Z samego Sudanu dochodzą ciągle wiadomości rozpaczliwe. Mahdi stał się potęgą, zagrażającą nawet interesom angielskim na wybrzeżach morza Czerwonego. Doktryna, żc Sudan nie jest Anglii potrzebnym, głoszona doty chczas przez gabinet Gladstonehi, niedługo zatem zapewne będzie mogła się utrzymać, gdyż bywają wypadki od doktryn silniejsze. Krążyła nawet przez czas jakiś wieść, żc Gordon-basza wpadl w ręce powstańców sudańskicli, i przez kilka dni nic było wiadomości o jego losach. Pogłoska ta obecnie okazuje się fał żywą.
W d. b. m. rozpoczęły' sic w Izbie francuskiej rozprawy nad przedłożeniem rządowćm, ustana-wiającem środki przeciw ulicznym manifestacyom anti republikańskim Obowiązujące dotychczas przepisy nie dawały rządowi dostatecznej władzy do położenia tamy takim wystąpieniom, skierowanym przeciw istnicją-ej formie rządu. Było to anomalią wobec pojęć o stanowisku i powadze władzy rządowej, jakie dziś panują w Europie, gabinet p. Ferry’ego postanowił zatćm sięgnąć po atrybiicye, które posiada naczelna władza każdego mocarstwa, każdego nawet najmniejszego państwa. Rozumie się, iż monarchiści obu odcic ni są ternu projektowi przeciwni, ale w szeregach opozycyi staje także skrajna lewica i cala falanga „nieprzejednanych” radykalistów. Twierdzą oni, żc rząd mógłby zapobiedz manifestacyom monarchicznym przez wydalenie z kraju reprezentantów upadłych dynastyj, środki zaś obecnie proponowane zwrócą się nic przeciw monaictii-stom, którzy rzadko się uciułają do dcmonstra cyj, lecz przeciw gorętszym republikanom. Wnosząc projel towaną ustawę, ministeryum rzuca rękawicę lewicy i „nieprzejednanym,” a władzy, którą chce mieć dla stłumienia agitaeyi antirepu
blikańskich, zamierza użyć podstępnie przeciwko manifestacyom opozycyjnym, skierowanym nic przeciw formie, lecz przeciw działalności rządu, które w kraju konstytucyjnym i republikańskim powinny być dozwolone.
Po bardzo burzliwej kilkodniowej dyskusyi, Izba większością 337 głosów przeciw 207, postanowiła przystąpić do rozpraw szczegółowych nad wniesioną przez rząd ustawą. Uchwała taka równa się przyjęciu ustawy w zasadzie, mogą jednak zajść jakie modyfikacyc w pojedynczych artykułach, w formie wykreśleń, dodatków albo poprawek.
byjaśnila się zagadka liberalizmu p. Kristi-cza, prezesa gabinetu serbskiego, który bynajmniej nie będąc zwolennikiem zasady, iż rząd po winien być tylko wykonawcą woli kraju, zabronił jednak urzędnikom wszelkiej agitaeyi podczas wyborów do Skupczyny. W kolach urzędników i nauczycieli rząd miał wielu skrytych przeciwni ków, którzy, gdyby agitacya dozwoloną im była, byliby pod osłoną powagi władzy działali ua jej szkodę i udałoby im się niezawodnie wprowadzić do parlamentu serbskiego znaczną liczbę zwolenników Kisticza. Zakazując urzędnikom wywierania wpływu na wybory i surowo przestrzegając wykonania tego zakazu, rząd serbski umknął tego niebezpieczeństwa i Skupczyna z nowych wj borów wyszła prawie całkowicie rządową. Zasiada w mej zaledwie 17 deputowanych opozycyjnych. Tym sposobem p. Kristiiz dwie pieczenie upiek! na jednym rożnie, bo znalazł się arcy-libcralnic i nad podziw lojalnie, a zarazem pozyskał parlament, który będzie, ślepo powolny każdemu jego skinieniu.
Ostatnie telegramy zapowiadają ważne zmiany w świecie dyplomatycznym.
Ambasadę rosyjską w Berlinie ma objąć ks. Orłów, obecny ambasador w Paryżu, którego miejsce zajinie dzisiejszy poseł rosyjski w Londynie, baron Mohrenhcim.
Jeden z telegramów wiedeńskich dodajc, że przeniesienie się ks. Oilowa do Berlina, jeżeli nastąp, rzeczywiście, będzie oznaką powrotu do trój cesarskiego przymierza.
Kościół parafialny w Pieczyskach.
Kościół parafialny w Pieczyskach, w gub.wmr-szawskićj, powiecie górno-kalwaryjskim położony, odległy o mil 5 od Warszawy, słynie cudownym Matki Najświętszej obrazem i odpustami, z których dw’a większe, na 15 sierpnia i 6 września. .Świątynię tę, pod wezwaniem Narodzenia Matki Boskiej, fundowali dwaj bracia księża Fryczowie, powiększyła ją za i i ozdobiła następnie rodzina Potockich. Kościół jest cały murowany i ma 4 ołtarze.
W roku 1709 wizytowany byl przez biskupa Szernbcka, w asystencji miejscowego i okoli cznych proboszczów. Przez następne lata, aż do roku 1876, chylący się do upadku, staraniem księdza Andrzeja Panufnika i miejscowego właściciela oraz parafian podźwigniętj z upadku, czeka jeszcze odnowienia go wewmątrz.
Korespondencja redakcyi.
Panu P. Wer. w Lublinie- Zn.iezcii.e, jakie szanowny jiaii słowom prospektu naszego nailajiMZ, do dziwnych bardzo doprowadziłoby wyników. Złożyłeś pan rs. 12, jako całkowitą przcdplałl roczną za Tygodnik, za <o iny wza-inian, w< dług pana, musieliby śmy dostarczyć mu darmo; ..Pana T.-uli m-za“ w cenie rs. 10 i „.Maryą" Malczewskiego w cenie rs. I kop. 60. Dołączywszy do tego ko.sita opakowania i przesyłki owych preinijw, oraz opłatę pocztową za 'tjgodmk, przjszloby nam do każdego egzemplarza dopłacać jeszcze po Wilka rubli.
Słowa prosp< ktu są jasne i żadnej pozostawiać nie mogą wątpliwości, napisahsny bowiem wyraźnie, zaraz po wymienieniu c< ny premiów; „Ci z szanownjcli prcnuine-ratomw Ttgodnika na prowincyi i w cesarstwie, którzy złożą zgóry całkowitą przedpłatę roczną za rok 18S1, oti'zymaja_ oli  te dzieła /rmco, starannie opakowane, bez żadnej <l<iplaty.'' Zdaje sic, że różnica między wyrazami dopłata a z.upłata, nie potrzebuje komentarza.
107
Kronika paryska.
Trzy wystawy sztuk pięknych.—Ludwik Leloir.—Edmund About wybrany do Akademii. — Herodiada p Massenet w operze włoskiej.—Aa Coirmite i pani Judic. — Le joie de vivre Emila Zoli.
Artyści francuscy, nic mogąc się doczekać maja, w którym się zazwyczaj otwiera uroczy „Salon,” urządzają częściowe nowych swoich prac wystawy w dwóch największych artystycznych klubach paryskich. Tc wystawy stanowią rodzaj przednówka, są pierwszem kiełkowaniem wiosny i wczesny ten owoc artystycznej siej by po pracowniach wywołuje pośród warstw towarzyskich, interesujących się sztuką plastyczną, niemałe zajęcie. Produkcya artystyczna Francyi jest niezmierna, wielkich talentów mnóstwo i każdy ma grono uczniów, naśladowców i następców. Głów-nem targowiskiem i miejscem zbytu dla paryskich malarzy były w ostatnim lat dziesiątku Stany zjednoczone Ameryki północnej. Przypłynęły z tamtej strony Atlantyku miliony dolarów i zapewniły fortunę niejednemu z malarzy, któryby w innych stosunkach nigdy się jej nie był doczekał. To materyalne powodzenie wpłynęło bez najmniejszej wątpliwości niemało na bujny rozkwit sztuki malarskiej w Paryżu. Ten typ, co tak długo przechował się w romansach i dramatach, typ surowego a praktycznego rodzica, co zabraniał synowi artystycznej karyery jako nic-popłatnej, zniknął we Francyi całkowicie. Pcn-zel i paleta dawały dochody, jak fabryka sztucznych nawozów, albo sprężyn do materaców. Innego crilerium nie było potrzeba.
Ale odwróciło się zlotolitc oblicze fortuny. Ameryka nałożyła ogromne cło weliodowc na obrazy i wywóz ustal odraza, a raczej zmniejszył się w nieprzewidzianych rozmiarach. Jeżeli prawdziwi, genialni artyści nic potrzebują z tego powodu obawiać sic zmniejszenia sławy i dochodów, to cały ten nieprzejrzany tłum fabrykantów olejnych płócien skazany jest na smutną dolę. W imieniu sztuki nie można się żalić: i na tem polu prawo sełekcyi pozostawi jedynie silną i czerstwą rasę.
Jest na dwóch wystawach, o których mówimy, dość dowodów, żc sztuka francuska utrzymuje sio na dawniejszych wyżynach. Moglibyśmy wyliczyć kilkanaście obrazów pierwszorzędnych. Ca-rolus Duran błyszczy w portretach pełnych werwy, kolorytu i życia; Baudry i Meissouier tworzą arcydzieła, które nawet profani podziwiać są w możności; Dctaillc, Protais, dc Nciieillc malują scenyr wojskowe z niezrównaną wiernością, a cały’ szereg pejzażystów dowodzi, żc wielka szkoła krajobrazu nic zniknęła, mimo ciężkich strat, któ re poniosła w ostatnich latach. Jeden z najwspanialszych obrazów wyszedł zpod penzła Gcrome’a, dyrektora Akademii sztuk pięknych. Nosi on nazwę „Dwa majestaty,” przedstawia zaś Iwa, króla pustyni, wpatrującego się w jaskrawą tar czę słońca zbliżonego do zachodu. Samotność, jednostajność krajobrazu i t<> przeciwstawienie lwa i słońca w blasku świetnego, a mimo to harmonijnego kolorytu, wywiera na widzu potężne wrażenie. Niewiele obrazów może być postawionych na tej samej wyżynie.
Trzecia wystawa, która z dwiema powyższeini współzawodniczy powodzeniem i natłokiem widzów, urządzoną została przez stowarzyszenie akwarelistów. Malarstwo wodne jest stosunkowo młode we Francyi, ale wzniosło się już do samodzielności, do wy tworzenia osobnego stylu. Nikt twierdzić nic może, iż akwareliści francuscy stoją poza angielskimi, którzy’ tak długo dzierżyli monopol w tym dziale. Jeżeli grono ich nie jest jeszcze liczne, to zato posiada już kilku niezaprzeczonych mistrzów. Krajobrazy p. llarpignics, Heilbufha, kwiaty pani Magdaleny Lcniaire, sceny hiszpańskie Viberta, pełne delikatności utwory Dueza, Audrana, udatne kolorytem i układem sceny weneckie lub holenderskie baronowej Roth-scłiild i kilku innych, prawdziwą lubownikom malarstwa sprawiają rozkosz.
Tą rażą otwarcie wyystawy akwarelistów pokryte zostało kirem żałoby. Jeden z najpierw-szych mistrzów tćj sztuki, Ludwik Leloir, zmarł w pełni życia i młodości, zostawiając nieziszczo-nemi wszystkie nadzieje, do talentu jego przywiązane. Kto nic zna jego akwrarel, ten nie może sobie wyobrazić, do jakiej doskonałości, do jakiej wyrazistości dojść może ta gałąź sztuki, tak długo uważana za podrzędną. Ale bo też Leloir posiadał wszystkie warunki do zajęcia pierwszego miejsca. Syn, brat i krewny całego pokolenia malarzy, otoczony ogólną sympatyą, znajdujący wszelkie środki do studyów wszechstronnych, przeszedłszy szkołę olejnego malarstw a, które go przyuczyło do szerokiego stylu, Ludwik Leloir miał smak artystyczny, delikatność kolorytu i wewnętrzną harmonią, których zjednoczenie zrobiło zeń mistrza. Brak jego boleśnie da się uczuć pośród nielicznego zastępu akwarelistów tutejszych.
Edmund About wybrany został na członka Akademii francuskiej. Należała mu się ta godność oddawna. Ubiegał się o nią przed jakicmi dziesięciu laty, ale przepadł wówczas, gdyż wiatr rcakcyi dął pod kopułą niazaryńskiego pałacu, a jak wiadomo, obala on prawdziwe, krzepkie talcnta, a posługuje tylko miernośeiom. Obecnie zmiana stosunków na lepsze pozwoliła dobić panu About do przystani, która w oczach każdego francuskiego pisarza jest ostatnim a najwyższym tryumfem, uwieńczeniem literackiej zasługi. Drwi się z niej zamlodu, gorąco się jej pożąda później i nanowo sieją podaje w pośmiewisko, gdy już mija wszelka nadzieja osiągnięcia wakującego fotelu. About mógł oczekiwać spokojnie, aż wezwanie do zajęcia miejsca w gronie pierwszych literackich znakomitości będzie mu uczynionem przez samych akademików. Był pewien, żc niełatwe przyjdzie znaleźć talent wszechstronniejszy i bardziej francuski, aniżeli ten, który się jemu dostał w udziale. Jako pówieśeiopisarz, stworzył on Kilka romansów liczących się do najznakomitszych; jako autor dramatyczny’, ma w swojej przeszłości powodzenia niemałe; jego polityezuo-ctnograłiczne studya dowiodły, że pod pokrywą lekkiego i wytwornego pisarza, kryje się umysł wysoce wykształcony, rozmiłowany w postępowych i humanitarnych ideach; jego artykuły krytyczne, szczególniej w dziedzinie estetyki, nadały’ mu kompetencyą i powagę znaną i uznaną. Słynie ze swej werwy, dowcipu, humoru, z języ ka, który na klasycznych wykształcony wzorach, porównany być może do tego, jakim pisali wielcy pisarze XVII wieku, a polemiczne jego artykuły, rzadsze, niestety, aniżeli życzyćby wypadało, dzięki temu dowcipowi i temu darowi wysłowienia się, są zawsze literackim wypadkiem. Porównywano tysiąc razy Abouta do \ oltairc a i chociaż znaczenie i wpływ jego na społeczeństwo swego czasu nic może iść w porównanie z tćm, jakie ów ojciec wielkiej rcwolucyi wywierał, nie da się jednak zaprzeczyć, że obaj są przedstawicielami tćj samej rasy' i tej samej cywilizacyi.
Od lat kilkunastu produkcya literacka p. About zwolniala bardzo. Może obecnie, dla usprawiedliwienia swego wyboru, sy pać będzie z rogu obfitości swego talentu nowe, a pierwszorzędne utwory. Mowa akademicka, jaką poświęci charaktyry-styce swego poprzednika, Juliusza Saudeau, będzie zapewne arcydziełem; szkoda żc czekać na nią wypaduic aż do późnej jesieni, jak nakazuje trądy cya.
W ostatniej kronice paryskiej rozpisaliśmy się szeroko o Manon, nowej operze p. Massenet, wystawionej w Operze komicznej. Imię tego kompozytora znaleźć się znowu musi pod naszem piórem z okazyi przedstawienia Herodiady, którą po raz pierwszy usłyszeliśmy w zeszłym tygodniu w Paryżu. Jak wiadomo, Brukselki ujrzała pierwociny tćj opery i Paryż nic tak prędko byłby’ się mógł z nią obeznać, gdyby, szczęśliwym trafem, p. Maurel nic był jej wziął do swego włoskiego repertuaru. I stała się rzecz dziwna, żc utwór paryskiego maestra odegrany został w stolicy Francyi we Włoskiej operze, po włosku, a co dziwniejsza jeszcze, że główne powodzenie odniosły w niej dwie śpiewaczki, z który eh jedna, p. Fides-Dev rics,
jest Holenderką, druga, p. Trcmclli, Austryaczką. z Wiednia, dwaj śpiewacy zaś, którzy okryli się w niej sławą, są Polakami. Mówimy tu o p. p. Edwardzie i Janie Reszkach. Mieliśmy już sposobność mówić o Edwardzie, który stawał się coraz widoczniejszym ulubieńcem publiczności i którego, każde nowe wy stąpienie jest tryumfem. Herodiada była nową areną do rozwinięcia tego głosu rozległego i głębokiego i tćj dramatycznej nuty, która jego właściwość stanowi. Pau Jan Reszke, obok brata swego, znalazł takie samo powodzenie. Posiada on nie tylko barytonowe, lecz i tenorowe nuty w skali swego głosu, a publiczność, zachwycona, rozpromieniona, żądała ażeby powtarzał wszystkie swe arye. Oddawna nie pamiętamy takiego entuzyazniu.
Nie powiemy nic więcej o operze Masseneta, o której mówiliśmy w swoim czasie, gdy ją wystawiono w Brukselli i w medyolańskim teatrze de la tSeala. Partycya ta jest oddawna w ręku muzykalnej publiczności i uznaną została, jako jedna z najdoskonalszych. Dwa obrazy, w świątyni i w podziemiach, zasługują na nazwę arcydzieł. Nie można wątpić, że ten nowy’ tryumf Herodiady zmusi dyrekcyą wielkiej Opery do otworzenia jej swoicli podwoi.
Na mniej okazalej, ale wrzącćj zawsze życiem scenie teatru Yarietes wystawiono w tych dniach nową sztukę p. p. Millaud i Meiłhac, napisaną, jak zwykle, dla pani Judic. Jak zawsze o jednej porze roku przy latują i odlatują jaskółki, jak pojawiają się na rogaci ulic pieczone kasztany, z taką samą regularnością p. Millaud co rok pisze jedne i te sarnę sztukę dla pani Judic i zawsze przyjmuje ją z zapałem dyrekcyą, zawsze publiczność przez kilkaset zrzędu przedstawień tłoczy się do teatru, zawsze ogłasza, że pani Judic jest nieporównaną, znakomitą, idealną, nad ziemską etc. etc. Sztuka ta nazywa się rozmaicie: raz Niniehe, raz Ulaniselle Nitoiiclu, raz Femme u papa, a tego roku fu Uosaąue. Jest to zawsze jedna i ta sama intryga, w innych tylko ubiorach i w zmieniony eh dekoracyacb. Idzie poprostu o danie sposobności ulubionej artystce do odśpiewania kilku piosneczek sprośnych, ze spuszczo-neiiii oczami i z miną niewiniątka, co jest jej snccyalnością. Nie schodzi ona ze sceny jak poto, aby się przebrać i w innym wystąpić stroju. Dopóki publiczność nic przesyci się i nie znajdzie innej ulubienicy, niemożna przypuścić, ażeby ustał ten zwyczaj dawania w początku roku nowej sztuki w teatrze Yarietes. Będzie to jedną z tra-dycyj schy łku XIX wieku.
Nic zamierzamy silić się ua opowiedzenie czytelnikom treści la Cosatpie. Niech jednak nic przypuszczają, że autor, który’ tak często i tak gorzko nam Polakom urągał, obrał sobie obecnie za pośmiewisko rosyjskie społeczeństwo. Jest to fantazya mniej lub więcej sprytna, w smaku Figara, którego p. Millaud jest jednym z filarów. Rosyjska księżniczka ucieka do Paryża razem z kupczykiem, który jćj przy niósł na sprzedaż koronki, i po różnych przejściach, będąc parnią sklepową, wychodzi za owego kupczyka. Pau Dupuis, w roli zakochanego, jest jak zawsze przedziwny, a bohaterka sztuki rozwija cały powab swego głosu i swoich coraz pulchuiejszych ramion i gorsu. Można śmiało przepowiedzieć, że przez kilkaset wieczorów’ zrzędu będzie się miało sposobność słuchać pierwszego, a podziwiać drugie.
Ze sztuką dramatyczną, w prawdziwem słowa tego znaczeniu, nie zostaje ta Kozaczka w najmniejszym związku.
Nowa powieść p. Zoli, la Jole de ciurę, która drukowana była naprzód w pornograficznym dzienniku Gil Blas, wyszła dzisiaj w osobnej odbitce. Kilkanaście edycyj, każda w tysiącu egzemplarzy, zamówionych już jest u wydawcy. Jest to rzeczą nieuniknioną i dziwić się jej przestajc-my. Lubownicy nie pięknej literatury, ale Sprośnej rzucają się z takim zapałem do powieści Zoli, w nadziei, żc da im karm po ich myśli. Charakterystyki autora nie mamy zamiaru podać przy tćj sposobności, nie chcąc nudzić czytelników powtarzaniem ciągle jednej i tej samej wrotki. Co do powieści samej, jest ona zagadką
108
i napróżno, odłożywszy nabok wszelkie uprzedzenia, zapytujemy się sami siebie, czego autor cliciał dowieść, do jakiego zdążał celu? Przedstawił matkę przewrotną, niemoralną, złodziejkę, ojca obżartego, sparaliżowanego niedołęgę i syna niedowarzonego półgłówka Do tej rodziny, z trzech takich typów zlożonćj, wprowadza siostrzenicę Paulinę, posiadającą wszystkie szlachetne instynktu i zalety, pełną poświęcenia, cnót i talentów. Cala powieść toczy się około ohydnego wyzyskiwania bogatej pupilki i około bezgranicznych poświęceń, jakie ona czyni dla tej rodziny bczecnćj. Ta Odysea cierpień moralnych nazwana jest przez autora Radością życia. Dlaczego? dlatego zapewne, że największą rozkoszą ma być poświęcanie się, bez żadnej innej nagrody, prócz czystego sumienia. Niespodzićwany to morał u Zoli. W każdym razie psychologia autora nie jest na wysokości medycznych jego sta
rem już wspominałem w tych listach, zawsze się jeszcze czuć daje w Niemczech. Wszystko idzie dalej starym trybem i porządkiem, z czćm jest wygodniej. Postęp gwałtowny okazał się niebezpiecznym, postulaty stawiane zasiniałem!, społeczeństwo nieprzygotowanem do reform, zbyt sięgających głęboko; kroczy się więc powolniej-szemi kroki i to z naturą narodu jest zgodniej-szem. Stosunkowo dziś projekty do praw i re form rządowe są śmielsze i radykalniejsze, niż tc, jakich się domagają ostygli znacznie postępowcy.
Czasowo ogłoszone prawa wyjątkowe przeciwko socyalistom poskutkowały o tyle, iż jawna ich działalność powstrzymaną została skutecznie, a propaganda utrudnioną... W Prusiech jednak, zarówno jak w Saksonii, chwilami czuć się daje, iż socyaliści zupełnie się mrzonek swych nie wy-rzekli. Wśród takiego przezornego czy rzeczywistego ostygnięcia, wielkiego znaczenia faktem jest
Wyczytawszy obok tego zakazu nazwisko au tora, przypomnieliśmy sobie wyrazistą jego li-zyognomią, z którą spotkaliśmy się na posiedzeniach zjazdu literackiego międzynarodowego w Wiedniu; twarz-to typem swym więcej przypominająca Wschód i południowe latyńskic Europy plemiona, niż spokojne Niemcy.
Nordau, już siwiejący mocno, włosy ma obfite czarne, oczy ogniste tejże barwy, rysy regularne i piękne, temperament i fizyognomia więcej Francuza, niż Niemca zapowiadają. Czas też długi spędził we Francyi. W rozmowach, wprawdzie pobieżnych i krótkich, dawał się czuć człowiek gorącej wyobraźni, śmiały, ale skrajnego radykalisty trudno się było domyślać.
Z ciekawością chwyciliśmy naturalnie książkę zakazaną w Austryi, a dziwnem, upartem milczeniem przyjętą w Niemczech, pomimo szóstego jćj wydania.
(30-.))
Kościół w Pieczyskach (gub. warszawska). Rysował na miejscu Masłowski.
dyów. Powieść ta może być uważaną za wyborny traktat o podagrze, a specyalistki połogowe znajdą w nićj doskonale wskazówki. Żadnych szczegółów7 nic braknie. Autor może być dumny z dokonanego dzieła: takiej powieści nie napisał jeszcze i nie napisze nikt inny.
Kronifca zagraBiczna
T. Z. ZZ r a b z e w s k 1 e g- o.
Spoczynek i odrętwienie. - Maksa Nordau Kłamstwa uświęcone i ich znaczenie. — Burzenie i odbudowanie. — Przyjęcie dzieła przez krytykę.—Franeya —Skandale.—Cynizm w literaturze —Korespondeneya J. Jouberta, wydana przez p. de liaynal. — Pani de Beaumont. — Cłiateaubriand mąż i żona. — Salony niegdyś i teraz. — Krsi ilustratorowie w Figarze.
Pewnego rodzaju odrętwienie i znużenie, o któ-
książka, o której mówić mamy, różnie przez różnych sądzona, a zdaniem naszćm daleko zuchwalsza, niż się lekko ją oceniającym wydaje.
W październiku jeszcze zeszłego roku ukazało się w Lipsku pierwsze wydanie tego dzieła, noszącego tytuł: Die convcntionellcn Liigen der Kulturmenschheit (Lipsk, Schlicke, 8, 421 str.). Autorem jest znany z drastycznych, ale z talentem kreślonych, charakterystycznych obrazów życia paryskiego po r. 1871, Maks Nordau.
' Od października 1883 do stycznia 1884 roku pięć wydań tych „Kłamstw” rozeszło się po świecie; szóste się przygotowuje, ale krytyka o tej nowości, tak rozchwytywanćj pożądliwie, dotąd prawie milczała. Obudziło i zwróciło na nią uwagę to, żc w Austryi Kłamstwa uświęcone narodów ucywilizowanych zakazane zostały, jako spokojowi i porządkowi społecznemu zagrażające.
Tytuł dozwalał się domyślać dowcipnego i żywego wystąpienia przeciw zastarzałym formom, które jak zeschłe łupiny po owocu spożytym pozostały. Nic spodzićwaliśmy się burzenia zgruntu niemal wszystkiego, co istnieje. Książka wistoeic, mimo formy swej lekkiej, zuchwalstwem przechodzi wszelkie pojęcie i oczekiwanie. Jest-to poprostu zamach na wszystko co pozostało z przeszłości, zapowiedź i domaganie się jakiegoś nowego rzeczy porządku, nieokreślonego i mglistego.
Nordau usiłuje dowieść, że zdobycze naukowe i umysłowe wieku kłam zadają temu, co ludzkość odziedziczyła po tysiącach pokoleń. Według niego zatem z temi zszarzanenii rupieciami precz! Kamień na kamieniu nic powinien pozostać.
Z niepojętym cynizmem rzuca się Nordau zko-
109
lei na pozostałe ruiny, usiłując je obalić i plac uprzątnąć, chociaż obiecywanego nam gmachu nowego, jaki w miejscu gruzów ma powstać, niepodobna odgadnąć ani planu, ani sposobu wykonania, ani nawet możliwości stworzenia go z materyału, jaki nam pozostanie, gdy sic wszystko zburzy. Epilog ostatecznie zamyka sic tćm, iż co jeszcze stoi, należy obalić jaknajśpie-sznićj i zniszczyć, wywrócić, żeby nowej budowy wzniesienie przyśpieszyć. Wszystko jest według niego kłamstwem, zatem niema potrzeby niczego
zujc kłamstwa religijne, monarchiezno-arystokra-tyczne, polityczne, gospodarskie (ekonomiczne) małżeńskie i podrzędne drobniejsze, aż do najważniejszych zakątków, w których sic one kryć mogą... Powtarzamy, że trudno jest dociec, jaką prawdę chce na icli miejscu postawić.
Tymczasowo, w miejscu wymiecionych okruchów, służyć ma kilka pewników naukowych, zarodków, ziarn, przeznaczonych aby się z nich narodził świat nowy.
Niepodobieństwem jest wdawać się w polemi-
Charaktcrystycznem jest to, na co sie autor w przedmowie do czwartego wydania uskarża, iż krytyka milczeniem upartem przyjęła „Kłamstwa” jego. Ci, co wspomnieli o nich, zarzucali iż nic nowego nie przynoszą i że nie usprawiedliwiają śmiałych twierdzeń, na których rzekomo się opierają.
To pewna, że w stosunku do tak spiesznego rozpowszechnienia, pismo Nordau’a zimno i obojętnie przyjęte zostało przez tych, którzyby jego wartości kompetentnymi być mogli sędziami.
Skrzynia skarbcowa w Pieczyskach. Bysował na miejscu Masłowski.	<31°1
oszczędzać. Gdyby na to potrzeba było jeszcze dowodu, że plus negareputent asinus, quampróbare philosophus, dzieło Nordau’a zwycięzkoby ten aksyomat potwierdziło. Niech Bóg uchowa, abym autora nazwał tak niemilośt iwem imieniem; ma on i nauki dosyć i dowcipu jeszcze wiccćj, a najwięcej może odwagi; ale nauczywszy nas, co, według niego, kłamstwem jest, nic ukazuje dość jasno i przekonywająco, co jest prawdą.
Zaczyna się to od uroczystego i groźnego wn-ne, tekel, ufarsin i kroczy dalej przez wszystkie strefy i pola, w których się życie obraca, wyka-
kę z tak skrajnym radykalizmem, chociaż on często sam przeciwko sobie dostarcza broni.
Jako płód rozbujałćj fantazyi, nakarmionej kilku naukowemi zdobyczami, książka Nordau’a, przeznaczona aby wrzawę wywołała i zamieszanie wielkie, jest w swoim rodzaju porywem nic powszedniego talentu i siły, bardzo zręcznym i dowcipnym, ale nie wytrzymuje poważnćj krytyki; jako dzieło formą popularne, dla szerokich kół czytelników dostępne, wistocie niebczpie-cznćm być może dla umysłów słabych, dla ludzi niedouczonych, nowości chciwych.
Nikt nic śmie tknąć tego naboju dynamitu i rozpoczynać polemiki, któraby zadaleko prowadzić musiala.
Milczą więc wszyscy, a że wszelki skandal ma silę atrakcyjną, książka pociąga ku sobie i rozchodzi się.
Że w tym stosie kłamstw konwcncycnainych, jakie Nordau wylicza i regestruje, znajdują się w wielkiej ilości takie, które oddawna niemi uznane zostały, samo przez się się rozurnić; ale zarazem wiele rzeczy, których autor sobie wytłumaczyć nic umie, które wiecznie może zagadka
110
mi pozostaną, zagarnięto tam bezwzględnie do kupy.
Zamknąwszy książkę, gdy się myślą bada dalsze jej wyniklośei logiczne, mrowie przechodzi na widok wniosków, jakieby przyszłość dla praktyki życia z tej gruzu kupy wyciągnąć musiala. Przyznaję się, żc od biedy wolę już ów świat ułomny, ze w'szystkiemi kłamstwami jego i słabostkami, niż utopią, którą Nordau zmuszony jest w miejsce jego postawić.
Zamiast społeczności ludzkiej, mamy tu stado istot, którego organizacyi, wedle praw wskazanych, odgadnąć trudno. Naturalnie wszelka siła bierze tu górę i staje się prawem. Szczęściem Nordau przewiduje, iż ludzkości, jak mamutom, wybije kiedyś ostatnia godzina... Nic będzie płakać po czem.
Czy' z książki tej o stanic ducha i umysłów w Niemczech wnioskować się godzi, czy jest ona znamieniem czasu, czy wybrykiem — nie clicę przesądzać. Zawsze system to nie bez znaczenia. Dalej w tym kierunku iść niesposób, zatem clą ba zwrot nowy. Dokąd? gdzie? jak?... to zagadki.
Po takim Maksie Nordau, nic wiem już co wziąć do reki i o czem mówić. We Francyi, jakeśmy w listach poprzedzających notowali, symptomy zupełnie przeciwne spotykamy: zwrot ku tradycjom przeszłości, usiłowanie związania z nią teraźniejszości, ale obok nich w piśmiennictwie taka rozwiązłość i cynizm, źe im nawet osławiona literatura końca XVIII w. nic dorównywa.
Sześćdziesiąt wydań obrzydliwej Sary Barnum i osiemnaście eyniczniejszćj odpowiedzi (Życic Marty Pigeonnier) świadczą, co dziś we Francyi popłaca. .Skandal i bezwstyd. Zola i romans ekspe-iy mentalny ma przynajmniej za sobą pewną artystyczną formę i choć przesadzony, ale na badaniu prawdy oparty realizm; ale cóż powiedzieć o takich brudach, jak życic Sary i jćj nicprzyja-ciółki a towarzyszki Colombier, o godnym stanąć obok nich Tissocie w jego „Niemcach rozkochanych’’ (1'AlIcuiaghc amourcusc), które sic świeżo ukazały?
Ludzie, którzy się karmić mogą takicmi książkami, społeczność co je rozchwytuje, acbce uchodzić za najcywilizowańszą w święcie, nic jest że to ból i sromota?... Z obawą dziś trzeba brać do reki każdą nowość francuską nieznanego autora, aby nic być zmuszonym odrzucić ją ze wstrętem.
Bądzcobądź, literatura niemiecka, nawet najbardziej realistyczna, nic przekracza nigdy pewnych granic, które dla Francuzów zdają sic już nie istnieć.
Z nowości w końcu roku przeszłego wydanych, które nas w inną epokę życia Francyi przenoszą, godzi się wymienić korespondencją J. Joubcrta [1783—18221, wydaną przez p. dc Ilaynal, zawierającą ciekawe listy pana de Fontanncs, pani de Baumont, obojga Ciiateaubriandów, Mole, pani de Guitaut, Frisell i panny dc ( nastenay. (Les correspondeuts d. J. Joubcrt, publies par Paul de RaynaI.Levy. 1883. 8-o 398 p.p.)
Joubcrt mało u nas jest znanym, chociaż we Francyi wysoko jako myśliciel cenionym. Z gromadki przyjaciół, których tu listy się mieszczą, dwie szczególniej postacie: pani de Beauniont i mało znanej żony Chateaubrianda, występują dobitniej i zajmują, jako charakteryzujące epokę. Około r. 18OU, wśród salonów paryskich, ściągających kwiat ówczesnej społeczności, jak pani de Maci, pani Heccamicr, Józelbwćj Bonaparte, pani Suard i d łloudetot, naostatek księżny dc Poix, w który m się zbierała powracająca do kraju emi-gracya—salonik pani dc Beauniont, gdzie zaledwie kilka osób się schodziło, odznaczał się ich wyborem.
Joubcrt, dc Fontanncs, Bonald, Pasąuicr, Mole, pani Krudcncr, księżna Duras byli gośćmi codziennymi, a na wiosnę 1800 wracający z Londynu Chateaubriand niewielką tę gromadkę powiększył i do niej się przyłączył. Tu Joubcrt pierwszy zachęcił i pobudził autora „Geniuszu chrzcściaństwa” do pracy literackiej.
Część roku pani de Baaumont spędzała potem w okolicach Pary ża, w Savigny sur Orge, gdzie i" Chateaubriand i jego familia odwiedzali. Jako
pisai za tu najpierw oceniono go i przepowiedziano mu sławę, którą miał wkrótce pozyskać. Pani de Beauniont i Joubcrt żywo się zajmowali występującym w szranki pisarzem. W r. 1803 przyjaciółka ta Chatcaubrianda zmarła w Rzymie. To, co tu z jćj listów ogłoszono, świadczy o umyśle poważnym i niepospolicie wykształconym.
Obok mało znanej tej kobiety, która wpływ wywierała na tak znakomitych spólczcsnycli jak Joubcrt, Fontanncs i Chateaubriand — żona tego ostatniego, którćj skromną postać zatarła sława męża, stoi tu także, niemal poraź pierwszy dając się nam bliżej poznać. Pobożna, dobroczynna, cicha, pani Chateaubriand znaczną część życia spędziła osamotniona, niczawsze mogąc towarzyszyć mężowi w jego wycieczkach. Naostatek, nic mając dzieci, poświęciła się cała założonemu przez siebie szpitalow i pod nazwą Maryi Teresy, w którego kapliczce, zmarła w r. 1847, pochowaną została. Poprzedziła ona o kilka miesięcy męża, który' w r. ls 18 dnia 4 lipca życie zakończył. Oto co o nićj pisze w swych pamiętnikach pośmiertnych: „Winiencm czułą a wiekuistą wdzięczność żonie mojej, którćj przywiązanie równic było przejmującćm, jak głębokiein i szczurem. Ona życiu mojemu nadała powagę, uczyniła je szla-chctniejszem, godnicjszćm, wpajając mi poszanowanie, jeśli niczawsze silę, do zadośćuczynienia obowiązkom.
„Znosiła razem zcniną przeciwności, jakie mnie dotknęły: więzienie za tororyzmu, prześladowanie za cesarstwa, niełaskę za Restauracyi, a za cierpienia swe nie była macierzyństwem wynagrodzoną. Mogęż ja pochwalić się czemkolwick równem jej cnotom, które karmiły' ubogich i wzniosły in-tirmeryą Maryi Teresy, pomimo wszelkich trudności, jakie miała do przezwyciężenia? Czem są moje prace, obok jćj chrzcściańskiego dzieła miłosierdzia?”
W korespondencji tćj poznajemy kółko ludzi innego świata, epoki wydającej się już nam bardzo odległą, choć ledwie kilkadziesiąt lat od niej nas dzieli. Jakże się zmieniły pojęcia, prądy, dążenia, uczucia i charakter tego społeczeństwa, które nic ma już czego postawić w miejscu salonów pani de Beauniont, de Stael, prócz saloniku pani Adam i księżny Matyldy, odmalowanego przez lir. de Yieil-Castel!
Od pani Adam do „Figara” przejście jest łatwe... „Les dcux font la pairc.” Mamy przed sobą zeszyt ilustrowanego Figara, w którym dwóch naszych występuje: Andriolli z wybornym rysunkiem do romansu starego Dumasa i Chełmoński z ilustracją do piosenki, z wielką werwą wykonaną. Wspominam o tej publikaeyi, zresztą niezbyt się odznaczającej, dlatego, żc artyści nasi znaleźli w nićj pomieszczenie, co we Francyi wiele znaczy. Aby tam pozyskać prawo obywatelstwa, trzeba je zdobyć niezawodnie pcwnćin mistrzostwem. Dodajmy pocichu, iż Meyerbćcr, dobijając się tego uznania publiczności francuskiej, zdaniem Mendelssohna Bartholdy, poświęcił mu — prawdziwą cześć sztuki i poważne pojęcie jej zadania. Ale... niech to będzie między nami.
Dr Dybowski na Bajkale.
(Zob. rycinę na str. 112.)
Rycina nasza przedstawia jurtę, czyli pokoik z wojłoków, urządzony na saniach, w którym przemieszkał większą część zimy syberyjskiej doktór Benedykt Dybowski, z dopomagającym mu w pracy p. Godlewskim, na lodzie zamarzłego jeziora bajkalskiego, we Wschodniej Syberyi.
Wędrówkę swą po wodach Bajkału doktór Dybowski przedsiębrał w latach 18(>8—71, wcelu dokonania pomiarów głębokości tego jeziora i czynienia badań przyrodniczych.
Opisywanie profilów' dokonanych pomiarów' należy do ścisłego wykładu. Tu tylko wspomnę, żc na powierzchni bajkalskiego jeziora, mającej do C>0 werst szerokości, nicspracowani ci ludzie
dokonali czterech czy pięciu linij pomiarów’, wyrąbując, co kilka seżni, w arszynowćj grubości lodzie o tyle szerokie przeręble, by można było spuszczać na dno nietylko sondę, lecz także kleszcze i skrzynie drewniane, którenii dobywano kamienie, piasek i rozmaite okazy przyrodnicze. Jurta nie większą jak jednego sążnia sześciennego przestrzeń zajmowała. Wewnątrz przy ścianach były urządzone dwa ważkie tapczaniki do spania, wśrodku mały piecyk żelazny i wokół ścian do samej góry przymocowane do wojłoka cale szeregi szklanych probierzy i buteleczek, w spirytusie których pływały mnogie okazy.
Przebycie choćby jednej nocy w jurcie podobnej, zewsząd chłodem przewiewającej i z jednćj tylko strony, od piecyka, silnie ogrzewanej, niejednego nabawiłoby choroby; pracownicy jednak nasi w kwitnącym stanie zdrowia do Irkucka powrócili.
Fotografia, z której drzeworyt nasz został wykonany, zdjętą była wczasic, gdy po ukończeniu pomiarów dr Dybowski przybył do brzegu, niedaleko wsi Listwicniczna. Wotwartych drzwiczkach jurty przedstawiony jest siedzący sam doktór; p. Godlewski stoi z lewej strony, w swein roboczem podróżnem ubraniu. Pozostałe trzy osoby są to przybyli z Listwienicznćj, zamieszkali tam zesłani Polacy. Na prawo od jurty postawiony' kołowrót z powrozem, zapomocą którego spuszczano do wody sondę i inne przyrządy. Na drugich prostych saniach przywożono żywność, drwa i przy rządy. Do sań zaprzęgano po jednym koniu.
Dla przejeżdżających Bajkałem podróżnych dumek ten, przenoszący się z miejsca na miejsce, z dymiącym się kominem, byl przedmiotem ciągłego zaciekawienia.
Lud buryacki tameczny, zarówno szamańskiego, jak i lamackicgo wyznania, w szerokim promieniu zamieszkujący okolicę Bajkału, jezioru temu oddaje cześć religijną, jako siedlisku groźnych bóstw swoich. Z pobudek tćj czci i łmjaźni, ze zgrozą słyszą, gdy kto „jeziorem” tylko, a nie „morzem” Bajkał nazywa.
Mmnogość nieszczęśliwych wypadków (utonięć śród rozhukanych fal, lub pod przełamanym lodem, utworzyła wielką ilość legend o nadprzyrodzonej mo°y tego jeziora.
Od niepamiętnych czasów badacze nagle zjawianie się gwałtownych burz na Bajkale, pochodzących od powiewu wiatru z rozpadlin gór nadbrzeżnych, przypisywali przyczynom wulkanicznym, dowodząc, że Bajkał dna nic posiada. Mniemanie to, jako niezbita prawda, przyjętein jest w narodzie i oświcccńszej nawet klasie całej wschodniej Syberyi.
Pomiary dra Dybowskiego, chociaż nieprędko może dojdą do wiadomości szerszego ogółu i wpłyną na sprostowanie dawnych mniemań, ludzi jednak mniej więcej inteligentnych przekonały, żc jezioro bajkalskie w środku swojej przestrzeni nietylko dno posiada, ale nawet wody jego tam są mniej głębokie, niż ku brzegom.
LUZY AD A.
(Camcens.)
Z oryginału przełożą I Adam M-ski. (*i
I* ihŚŃ 1.
1) Boje opiewam i tych mężów chwały, Co z luzytańskich zachodnich wybrzeży Na nieznajomych mórz biegli kryształy, Gdzie się nad falc Taprobana(2)jeży,
(1) Pseudonim.— Znakomite dzieło Canioensa nic pojawiło się dotąd w odpowiedniej jego wartości szacie polskiej. Wydany w roku 1790 jedyny przekład Jacka Przybylskiego nio odpowiada wymaganiom artystycznym. Wyborne więc tłum uczenie niniejsze, dokonywane wprost z oryginału portugalskiego i doprowadzone już do połowy, za istotne /.bogacenie piśmiennictwa naszego poczytujemy. łJajemy z niego na próbkę kilkanaście oktaw pieśni I.
(Przypisek redakcyi.)
(2) Taprobana—starożytna nazwa wyspy Ceylon.
111
I ifebi-zpieczcństw zwalczali nawały, Jak na niezłomnych przystało rycerzy; Aż nowe państwo wznieśli sławnym trudem Wśród obcych ludów męztw1 2 * * 5 * 7a swego cudem.
2)	I owych królów wiekopomnej sławy, (,o rozszerzając swoje panowanie, Afryki, Azyi podbili dzierżawy, Niewiernych kłoniąc pod krzyża władanie; Co rycerskicmi uwieńczeni sprawy, Już nieśmiertelność wzięli w posiadanie; Pieśń ma ich poda Indom dla nauki, Gdy ty mię wesprzesz, o geniuszu sztuki!
3)	Przestańmy' głosić Trojanów’ lub Greków Morskie wyprawy i rycerskie czyny, Macedońrzy ka, bohatera wieków’, Albo Trajana zwycięzkic wawrzyny: Was sławię, których wśród śmiałych zacieków Wiódł Mars z Neptunem, was—o Luza (l)-syny ! Umilknij, Muzo, z pieśnią starożytną Przed tych wy brańeów chwalą bardziej szczy-[tną.
4)	A wy, o Nimfy srebrnej Tagu toni, Co nowy’ zapał w piersi mej niecicie, Jeśli się ku mnie laska wasza skłoni, Żem wasze brzegi opiewał w zachwycie, Zdarzcie — >ńcch pierś ma męzkiem tętnem [dzwoni, Niech wzniosłym stylem władne należycie, Ry zachwycony’ sławą waszych dolin, Nad Hipokrcnę przeniósł was Apolin!
5)	Dajcie głos silny.—Ja od was, pasterze, Wiejskiej fujarki ni fletni nic chwycę, Lecz w głośna trąbę, bojową uderzę, Od której pierś drga, płomieni się lice: Niech z pieśni mojej godną chwalę bierze Naród, któremu Mars zbroił prawice;
Bo w dźwięcznych rymach wzdłuż przez zic [mię całą
Taką zasługę wysławiać przystało.
G) A ty, zrodzony jako zakład drogi Odwiecznych swobod luzytańskiej ziemi, Gwiazdo niemy Ina nadziei tak błogiej, Że chrzcściaństwo wesprzesz czyny swemi, Ze przed twym mieczem Mamy zadrżą z trwogi, Że wiek nasz wsławisz między potomnemi, Którego sercu jedna żądza znana: Zdobyte światy skłonić do stóp Pana:
7)	Nowa gałązko w świętym królów rodzic Kwitnąca—z drzewa milszego Jehowie, Niż którykolwiek mocarz na Zachodzie, Czy Cezar, czy się królem Franków zowie: Swiadł.icm twa tarcza, na której obwodzie Było zdarzenie wspomniane w7 mcm słowie, (idy zbrojny krzyżem Chrystus w niebios chwale Ku Alfonsowi nagiął losów’ szale(2).
8)	Królu potężny, w którego dziedzinach Legły’ te kraje, gdzie słońce się rodzi, Gdzie w południowych góruje godzinach I dokąd zdąża, gdy spocząć uchodzi, Dłoń twa wybrana wkrótce w inęztwa czynach W szeregi sprośnych Arabów ugodzi; Rozgromi Turka i ten kraj dalej™ Kędy poganin pijc z świętej rzeki (3).
9)	Zwroc ku mnie wzrok swój królewski łaskawy, I niech majestat twój oglądam ninie Takim, jak masz być, kończąc ziemskie sprawy I w wiecznej chwały wstępując świątynię;
(1)	Luz—Likiis—weillllK l>J<larn:i sj n czy też towarzysz Bachusa, osiadł w llesperyi i dal początek ludowi luzyj-Bkii mu.
(2)	26-go’czerwca 1139 roku król Alfons I odniósł zwj-cięztwo nad Maurami. Zwyidęztwo to iijlu poprzedzone cudowni iii widzeniem, o którem sarn król przed bitwą wojsku opowiadał.
(3, Ganges—święta rzeka Indjj.
Zwróć ku mnie wzrok swój, bom ja pieśniarz Lprawy, Aui dbam, czy mię nagroda nie minie, Lecz rozmiłowan w dziejach mojej ziemi, V alecznych Ojców sławię rymy’ niemi.
10)	Czci i miłości, co pieśń moje wiodą, Brudna chęć zysku nigdy’ nic skalała.
1 Gzyliż małą dla piewcy nagrodą, Gdy7 imię jego zna ojczyzna cala? O wdclkich mężach słuchaj duszą młodą, Których Opatrzność twym rządom poddała, I co chlubniejszc, niech twój glos stanowi, Światu—czy temu panować ludowi?
11)	Słuchaj, bo treść mą oblekając w7 słowa, Fantazyi własnej nie złożę na szali; Nie dla mnie złudzeń kłamliwych osnowa, Niech się nią obca Muza jak chce chwali: Wielkość to nasza rzeczywista, zdrowa, Przyćmiewa wszystko, co piewco bajali; Przyćmi Orlanda, Rodmonta, Rogicra, Jeśli w ich dziejach nawet prawda szczera.
12)	Wroniego Nuna(l) przed oczy ii stawdę, Co niósł ojczyźnie tak wielkie usługi; Patrz — Egas (2), Tuas (3)—(ach, ku ich-to [sławie ( hciałbym mieć lirę, jako Homer drugi)!
A miast dwunastu parów’, (4) w Anglii, wspra-[wde
Dam, tyluż Luzów bój prowadzi długi; Aż wkońcu staje Gama znakomity, Co Eneasza przywłaszczył zaszczyty.
13)	Może cię Karol król francuski nęci? Lub Cezarowi ebeesz równego męża? Niech Alfons pierwszy stanic w twej pamięci, < >n sław ę inny eh swą sławą zwycięża;
1 Jan, którego dłonią podźwńgnięci, Wzięliśmy7 spadek dzieł jego oręża;
1 tylu innych cisną mi się miana: Aż trzech Alfonsów’ i wtórego Jana.
14)	Czyżbym dozwolił zapomnieć mej lutni, Jak wszędy, dokąd świt sięga, duch męzki Parł ich—jak z mieczem, krwi własnej rozrzutni, Wysoko sztandar utkwili zwyeięzki?
Silny Pachcco, Almcidowie butni, Których Tag śmierci płacze jako klęski; Aibuquerque, Castro (5) tak straszni, tak [dzielni, Choć legli w boju—w dziejach nieśmiertelni!
(1) .silno Ahares Pereira, przezwany Scj pionem portugalskim przyczynił się (lo wj niesienia na tron Jana I-go, b:ał wiilki udział w walce z Ka.->tylczjkami, dowodził przednia strażą w bitwie pod Ałjuborota r. 1385, która ostatecznie zapewniła Janowi korono. Zinarl w klasztorze karmelitów 1429 roku.
(2) Egas-Moniz, wierny przyjaciel Alfonsa I, rycerz i bo" liater pełen poświęcenia dla ojczyzny. Kiedj Alfons, oblężony przez Kasty lezyków, ujrzał się doprowadzonym do ostateczności, Egas bez jego wiedzy zawarł pokój z nieprzyjacielem, obiecując hołd w imieniu swego króla i oddając w zakład wlatmą głowę i losy swej rodziny. Alfons, w ten sposób oswobodzony, nie zatwierdził warunków po-koju. a wówczas Egas, boso i ze sznurem na szyi, stawił się z salą rodziną na dworze króla Kastylii. Szczęściem wróg umiał uszanować taką wierność danemu słowu i na wolność go wypuścił
(31 Tuas Roupinho, również rycerz za czasów Alfonsa 1 (wiek KV’, zniszczył flotę Maurów n przylądka Espiclicl i pobił icli powtórnie pod Centa.
(1) Ha.ny angielskie, obrażone przez młodzież swego kraju, udały się ze skargą do księcia Lancastru. Książę, lękając się wywołania wojny domowej, posłał rycerstwu portugalskiemu zaprośmy na wielki turniej, ku obronie czci dam angielskich. Za pozwoleniem króla Jana I-go, dwunastu rycerzy portugalskich udało się do Anglii, gdzie w’ szrankach zwycięstwo odnieśli. Książę Lancastru znal dzielność portugalską, gdyż byl sprzymierzeńcem króla Jana i posiłkował mu w walce przeciw Kastylii.
(5) Edward Pachcco Pereira, Franciszek i 'Wawrzyniec
Almeida, Franciszek i Alfons Albuąueripic, .1 m do Castro—
zdobywcy i rządcy Inilyj za Emanuela (1495—1521). Powieść ich czynów, a często i niedoli, jest tak dziwną, tak pełną bohaterstwa, że się wydaje prawie nie do uwierzenia.
15)	A gdy ja śpiew ten ku ich czci zawodzę, Nie śmiejąc ciebie dosięgnąć w mej pieśni, Ty śmiałą ręką ujmij losów wodze 1 daj treść piewcy, o jakiej świat nie śni: Każ wojsk twych rzeszy, niech zacięży srodze, (Aż się zadziwią i strwożą spólcześni), Niech runą mężni zwartemi szeregi Na morze Wschodu i Afryki brzegi!
wr/JAffości
z literatury, sztuk, i życia społecznego.
— Konkurs redakcyi Biblioteki warszawskiej. Zpowodu spełznięcia konkursu na zadanie „Wzór obywatela spóleeznego,” redakeya najstarszego z naszych pism naukowo-litcrackich ogłosiła obecnie konkurs nowy na temat: „ Obraz historyi literatury yolskii') w icieku WUJ Wistocic, jak słusznie powiedziano w programie, w łańcuchu naszego rozwoju umysłowego zaniedbano dotąd szczególnie jedno ogniwo, mianowicie wiek siedemnasty, który, potępiony przez racjonalizm i materyalizm XVIII stulecia, przedstawia się nam w tak czarnej szacie, że odstrasza od siebie umysły nawet śmiałych młodszych uczonych. Zapełnienie przeto tej szczerby byłoby niewątpliwie wielką dla dziejów ogólnych piśmiennictwa naszego przysługą.
Program zadania nakreślony jest śmiało i wyczerpująco, chociaż przyznać należy, że wymagania jego niełatwe są do wykonania. Zbadanie krytyczne wszystkich gałęzi ówczesnej wńedzy narodu i wykazanie przyczyn, które wycisnęły na nich takie a nie inne znamię; przedstawienie dokładne stanu szkól i metod w Polsce X\ II stulecia; ocenienie wpływu, jaki na rozwój umy-slowości wywiiral antagonizm dawnych rodzin oligarchicznych z mlodszemi, oraz antagonizm prowincyj różnych, obok gwaru i popłochu nieustających prawie wojen ościennych i domowych; wyświetlenie skutków, jakie pociągnąć za sobą mogło przeniesienie stolicy z Krakowa, dotychczasowego ogniska nauk i oświaty7, do Warszawy; przejrzenie wreszcie pilne całego lasu pism panegirycznych i okolicznościowych, przy uwzględnieniu także i prac w obcych językach, lecz w granicach rzeczypospolitej wydanych — oto główniejsze warunki, które autor uwieńczyć się mającego dzieła spełnić powinien. Redakeya „Biblioteki” zastrzega przytćm poprawność języka, poroczystość i jasność stylu, tudzież dostępność wykładu.
Nagroda wy nosi rubli tysiąc. Termin ostateczny do nadsyłania rękopisów oznaczono ua dzień 1 ] utego 188G roku.
— Ze sprawozdania komitetu zarządzającego fundacją imienia Karola Szajnochy we Lwowie dowiadujemy7 się, że majątek tej instytucyi, wynoszący z końcem r. 1882 zlr. 29,086 cent. 88, powiększył się w roku ubiegłym o złr. 252 cent. 29,* czyli że wynosi obecnie złr. 29,339 cent. 17. Dochód bieżący z powyższego zasobu uczynił złr. 1,667 cent. 14, z których wypłacono: ś. p. Joannie Szajnochowćj ratę marcową zlr. 157 cent. 5; Paw łowi Stalmachowń, wydawcy7 „Gwiazdki cieszyńskiej,” zlr. 7?.6 cent. 41; drowi Władysławowi Szajnosze zlr. 284 cent. 68; Teofilowi Lenartowiczowi we Florencyi zlr. 284 cent. 78; resztę, zgodnie z ustawą, umieszczono na procencie. Sprawozdanie podaje w'koncu do wiadomości publicznej, że dotychczasowy prezes komitetu, j). Oktaw Pietruski, zlozył swój urząd, oddając go w ręce zastępcy prezesa, dra Antoniego Małeckiego* który też, aż do nowych wyborów, sprawami fundacyi zawiadywać będzie.
— Z podróży pułkownika Przewalskiego po Afryce srodkowćj, ostatni zeszyt pisma niemieckiego „Petermanns MiUheilungen” podaje w przekładzie obszerny ustęp, p. t. „Tybet północny.”
112
(311)
Dr Benedykt Dybowski i Godlewski, robiący pomiary na jeziorze Bajkał.
— We wsi Sadkowicach, w powiecie rawskim, o dwie mile od Iławy położonej, a do pana Zawiszy należącej, wzniesiony będzie jeszcze w tym roku piękny kościół murowany, podług planów i pod kierunkiem budowniczego Bronisława Mu-klanowicza. Poświecenie kamienia węgielnego tej świątyni odbyć się* ma w dniu zesłania Ducha świętego w roku bieżącym.
— Eksploatator czy eksplorator morski, pomysłu p. Toselli, stał się teraz przedmiotem ogólnego zaciekawienia. Dzienniki zagraniczne rozpowiadają o nim cuda. Ma to być olbrzymi cylinder stalowy, na W/2 metrów wysoki, który wewnątrz posiada pokój inżćniera, z potrzebnemi przyrządami, oraz salon dla podróżnych, opatrzony oknami kryształowemu Przez okna te, przy pomocy lamp elektrycznych, będzie można badać, a przynajmniej widzieć dokładnie florę i faunę morską. Buch tego kolosa odbywa się zapomocą wpuszczania wody do komory balastowej, lub jćj wypompowywania (?), co sprawiać ma opadanie, albo podnoszenie sięstatku. Eksploatator buduje się w Lyonie, a za miesiąc będzie już podobno w przystani Nizzy.
— Połów korali na brzegach Ałgieryi od pewnego czasu staje się mniej obfitym. Podług Anmiaire statist iyue de la l<',ance wynosił on w roku 1878 około 34,300 kilogramów, w wartości 102,850 fr., gdy w r. 187'J uczynił tylko 17,000 kił. w wartości 58,050 fr., czyli że w ciągu jednego roku zmniejszył się blizko o połowę.
— Z pomiędzy niw złotodajnych kolonij austral-skich najobfitsze znajdują się w Wiktoryi. Odkry
cie ich przypada na rok 1851 i od tego czasu aż do końca r. 1882 wydobyto tam złota za 205,743,300 funtów szterlingów. Poszukiwacżów w r. 1881 było 3,850, tak iż przecięciowo wypadało na głowę przeszło 07 f. st.
— Biblioteka narodowa w Paryżu posiada obecnie do 2,500,000 tomów. Zbiór rękopisów obejmuje 02,000 tomów, zbiór medali 144,000 numerów. Gałerya rezerwowana zawiera około 80,000 egzemplarzy najcenniejszych rzadkości. Dodać należy, że w r. 1868 z czytelni korzystało osób 24,000, w roku zaś 1883 liczba ta wzrosła do 70,000, to jest powiększyła się niemal w trój-uasób.
— W Akropoli ateńskiej wykopano świeżo prześliczną i doskonale zachowaną główkę marmurową Wencry, w 73 częściach wielkości naturalnej. Uroczy ten zabytek sztuki starożytnej przeszedł w posiadanie barona Warsbcrg w Korfii, który dozwolił wystawie go w muzeum wiedeńskiem i zdjąć z niego odlew gipsowy. Wyłączne prawo reprodukcyi posiada firma braci Schultz w Berlinie, gdzie jeden z najzdolniejszych rzeźbiarzy do główki owćj dorobił tors, naśladujący do złudzenia kształty antyczne. Kopie arcydzieła tego, z doby najbujniejszego rozkwitu sztuki greckiej, wyrabiane są z marmuru, masy plastycznej na siadującej kość słoniową i gipsu.
— Dwochsetna rocznica urodzin słynnego kompozytora lliindla, przypadająca 23 lutego 1885 r., obchodzoną będzie uroczyście w rodzinnćm jego mieście Halli, gdzie już obecnie robią się ku temu przygotowania. Municypalnośe tameczna wy
brała osobny komitet, celem ułożenia odpowie dniego programu.
— W Towarzystwie antropologicznem berlińskićm prof. Nelning zdawał sprawę z ważnego odkrycia jaskiniowego we wsi Iłolzcn w Brunświku, gdzie znaleziono szczątki biesiad ludożerczych. Podobne ślady napotykano już dawniej na półwyspie pyrenejskim i wr Belgii, w Europie jednak środkowej poraź pierwszy je odkryto. Kości, których okazy sprawozdawca przedstawił, wyraźnie były rozbite, zapewne dla wyssania z nich szpiku. W jaskini samej leżały one w wielkich stosach, a obok nich przedmioty bronzowc, pierwotnej bardzo roboty.
— Komedyo-dramat Calderona „Alkad z Zala-mci,” znany i w naszeni piśmiennictwie z przekładu Ed. Chłopickicgo, przedstawiono z wiel kicia powodzeniem w Berlinie, w opracowaniu Wilbrandta.
— Ciekawą sprawę literacką rozstrzygnięto te-mi czasy w Medyolanie. Spadkobicny Manzo-ni’cgo oskarżyli księgarza Carrarc, żc bez poro zumienia się z nimi zapowiedział wydanie ko rcspondcncyi zmarłego pisarza. Sąd, zważywszy, żc każda praca myśli, a wiec i list, stanowi własność duchową nienaruszalną, oraz żc posiadanie rękopirn dowodzi jedynie własności niatcryalnćj, lecz nic nadaje jeszcze prawa publikacyi—zabronił księgarzowi ogłoszenia korespundcncyi Manzoni’ego, jeżeli wprzód nie ułoży się o to ze spadkobiercami.
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
403B04CH0 IfenaypoD. BapniaBa, 3 <I>eupa.m 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia! przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajohmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Ogólnego zbioru numer 1273. — Serya IV.
11 (23) lutego 1884 r
Cena numeru pojedynczego kop. 20.
Rękopisów pomniejszych i materyalów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
Tom III
Prenumerata w Warszawie:	iit	no i j ino <	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart.	W UTSZaWa. Jo llltOgO loo4 P. na prowincyi i w cesarstwie:
rs. 2, miesięcznie kop. 671 pół.	’	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
Trefić nunreril. Artykuły: Wincenty Kosiński, p. J. Trejdosiewicza.—Obiaśnienic rysunków sztolni, p. J. K.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Przegląd literatury nadobnej czeskiej, II, przez W. Czajcwskiego.—Dubrownik, szkic z podróży przez A. Donimirskiego. — Kronika tygodniowa,' przez St. M. Kz.—Przegląd polityki zagranicznej.— W sprawie pomnika Sarbiewskiego. — Korespondencya Tygodnika ilustrowanego z Poznania. — Z obcych piśmienuictw. — Z pieśni Iząjaszowych, wiersz M. Wołowskiego.—Gęsi i gąski, komedya w pięciu aktach Michała Bałuckiego (dalszy ciąg).— Składki.—Szachy.—Rozmaitości. — Dodatek. Dziecię globu, nowela przez A. de Alarcon (arkusz ósmy'.— Ryciny: Wincenty Kosiński. — Z karnawału, rysunek oryginalny J. Ejsraonda — Sztolnia tak zwana Ponikowska, w kopalniach olkuskich przed i po jej wykończeniu, rysował Brzozowski.

WINCENTY KOSIŃSKI.
Dnia 28 września r. z. zmarl w Warszawie Wincenty Kosiński, znakomity górnik polski, którego doniosłe dla kraju zasługi stanowić będą najświetniejszą kartę historyi górnictwa w królestwie polskiem z dwóch ostatnich dziesięcioleci.
Kosiński urodził się roku 1835 we wsi Kosi-nach, w powiecie mławskim. Po ukończeniu gimnazyum płockiego, w roku 1852 wstąpił do uniwersytetu petersburskiego ua wydział fizyczno matematyczny, z zamiarem oddania się głównie studyom mineralogii i geologii i zastosowania tych nauk następnie w górnictwie krajowem.
Otrzymawszy w roku 1855 stopień kandydata nauk przyrodzonych, Kosiński nie mógł wszakże zaraz urzeczywistnić swego zamiaru i przyjął obowiązki nauczyciela szkół rządowych w Łowiczu, a później w Kielcach, wykładając w nich matematykę.
Dopiero w roku 1858 nastręczyła się mu sposobność wejścia na drogę zgodnych z jego powołaniem zajęć. W tym bowiem roku b. Wydział górnictwa w Warszawie, dla podniesienia przemysłu górniczego, postanowił u-dziełać zapomogi pieniężne wybranym przez siebie kandydatom, chcącym się kształcić w zakładach górniczych zagranicznych. W tedy Kosiński opuścił zawód nauczycielski, wstąpił do górnictwa i kosztem rządu został wysłany na lat dwa do słynnej naówczas akademii górniczej we Freibcrgu. Tam oddał się z całym zapałem studyom górniczym i z niemi w ścisłym związku zostającym naukom.
Po ukończonych w roku 18(50 studyach w Frciburgu, Kosiński rozpoczął zawód górniczy, opierając swoje przyszłą działalność na przekonaniu, iż umiejętnie
rozwijane górnictwo może znakomicie wpłynąć na wzrost przemysłu i podnieść dobrobyt kraju. W tem przekonaniu, nieopuszczającem go przez całe życic, czerpał tćż silę, którą, umiał zwalczać różne trudności, stawiane mu przez naturę lub ludzi, i dążył najwytrwalej, niemal przez ćwierć wieku, do zamierzonego celu: odszukania nowych płodów kopalnych, lub wskrzeszenia dawnych, dzisiaj już zaniechanych kopalni.
Zostawszy naprzód zawiadowcą hut cynkowych w Dąbrowic, Kosiński wkrótce od zajęć tych był uwolniony i przeznaczony do ułożenia mapy geologicznej okręgu wschodniego, którą-to robotą od roku 1857 do 1859 poprzednio zajęty byl p. llempel. Kosiński, wykonawszy dane sobie polecenie, wyniki swoich badań zamieścił w „Opisie mapy geologicznej,” przedstawionym b. Wydziałowi górnictwa w roku 1863. Najważniejszym tych badań wynikiem jest wskazanie znajdowania się kaj-pru (piętra górnego formacyi tryasowćj) w powiatach opoczyńskim, końskim, iłżeckim i opatowskim.
Od roku 1863 do 1869 miał sobie poruczane różnorodne zajęcia służbowe: zawiadywał zakładami górniczemi w Nietulisku i w Michałowie; był delegowany do pomocy Zejszuerowi; zarządzał zakładem maszyn rolniczych w Białogonie; brał udział czynny w komisyi do ułożenia i zaprowadzenia nowej rachunkowości górniczej; prowadził wielki piec i zawiadywał kopalniami żelaza w Pankach.
Obok powyższych zajęć, w roku 1869 Kosiński byl jeszcze przewodnikiem Koemerowi, profesorowi uniwersytetu wrocławskiego, w wycieczkach jego geologicznych po bliższych i dalszych okolicach Kielc. Geolog niemiecki, przy pomocy tak dzielnego przewodnika, dostrzegł w zwiedzanych przez siebie miejscowościach wiele bardzo ważnych dla nauki faktów i opisał je w oddzielnej rozprawie.
Kosiński tę bliższą znajomość z obcym uczonym postanowił wyzyskać później ua korzyść własnego społeczeństwa. Jakoż w roku 1869 udał się on do Wrocławia i najdokładniej obejrzał wszystkie okazy skał i skamieniałości, umieszczone w gabinecie geologicznym tamtejszego uniwersytetu, a zebrane przez uczo-
114
nych niemieckich na Szlązku Górnym i w pogranicznych z nim miejscowościach królestwa polskiego, Szlązka austryackiego i Galicyi. Wiadomo, iż okazy te służyły za podstawę do ułożenia „Karty gcoguostycznej Szlązka Górnego i okolic pogranicznych,” na skalę 1: 161),OUO. Kosiński, poznawszy okazy, dokładnie także rozpatrzył się w samej karcie, wydanej jeszcze wówczas bez opisu pomieszczonych na niej okolic. Rozumiejąc ważność takiego opisu dla nauki i górnictwa, uprzedzi! jego wydanie i w osobnej rozprawie: Kilka uwag o najnou-szych badaniach geognostcyznych ir j >-ludniowo-zachodnich okolicach królestwa polskiego, oraz na Szlązku i w Galicyi, podał wszystkie wiadomości geologiczne, dotyczące tej części naszego kraju i na rozwój w nim przemysłu góiniczego wpłynąć mogące.
Otrzymawszy w roku ] 869 nominacyą na zawiadowcę kopalń gahnanu i rud żelaznych, Ko siński pełnił tc obowiązki, mieszkając w Dąbrowic, późnićj zaś, kiedy rząd pozbył się kopalń rud żelaznych w okręgu zachodnim, przeniesiony został do Sławkowa i ztamtąd zarządzał już tylko kopalniami gahnanu , do ostatnich chwil życia. Tc lat 14 były okresem największej jego działalności, tak na polu naukowo-literackićm, jak i w zakresie górnictwa. Obok wydawanych prac treści geologicznej i górniczej, projektował i wykonywał roboty kopalniane, z których nietylko spółcześnie żyjący, ale i następne pokolenia będą jeszcze osiągały znaczne korzyści.
Wiadomo, iż po roku 1863 majątki ziemskie, położone w okolicach Dąbrowy i Olkusza, przeszły w posiadanie bogatych cudzoziemców, którzy następnie poczęli w nich rozwijać wielkie kopalnie. Do takich należą między innemi i kopalnie gahnanu, oraz błyszczu ołowianego w Bolesławiu, nabyte przez p. Kramstę. Zpoczątku jednak kopalnie te były zalane wodą, a więc należało je osuszyć; dla wyprowadzenia wody z kopalń, zostały użyte maszyny parowe. Lecz po opadnięciu wody, natrafiono na jedne ze starych sztolni, dochodzącą do sąsiednich kopalń rządowych galmanu Ulises i Jerzy. Sztolnię tę admiui-stracya kopalń p. Krainsty odnowiła, a wtedy zapomocą nićj maszyna parowa poczęła już osuszać i wyźwymienione kopalnie rządowe. Rząd, widząc korzyści z odnowionej sztolni, zwrócił połowę wydatków dla jćj odnowienia poniesionych, a nadto zobowiązał się jeszcze do zapłacenia także w równej części kosztów potrzebnych na pogłębienie kanału odkrytego, którymby woda mogła ze sztolni odpływać, niezależnie od działania maszyny parowej. Ugoda ta między rządem i ad-ministraeyą kopalń p. Kramsty nastąpiła w roku 1871, pogłębienie zaś owego kanału poleconćra zostało Kosińskiemu, który do wykonania tćj roboty niezwłocznie przystąpił i ukończył ją w roku 1873, wydawszy ogółem zaledwie 12,0U0 rubli.
Podczas wykonywania powyższej roboty, amia-nowicic w roku 1872, Kosiński otrzymał jeszcze rozkaz od ministra skarbu zbadania pod względem geologicznym okolic pomiędzy Ciechocinkiem i Inowrocławiem położonych, weelu wyjaśnienia możliwości znajdowania się na tćj przestrzeni kraju soli kamiennej. Dokonawszy z całą sumiennością i dokładną znajomością rzeczy po-ruczonego sobie badania, wyniki spostrzeżeń swoich ogłosił w zajmującej rozprawie: O możności znalezienia w naszym kraju soli kamiennej.
W tymże samym roku 1872 Kosiński nadesłał do „ Encyklopedyi rolnictwa” Mapę geologiczną królestwa polskiego i do nićj objaśnienie, pod tytułem: G badaniach i mapach geologicznych królestwa polskiego, które w tomie II tegoż dzieła pomieszczone zostały.
Nakoniec jeszcze tego samego roku 1872 Kosiński wystąpił z projektem osuszenia historycznych kopalni olkuskich, zapomocą otworzenia tak zwanej sztolni ponikowskiej. Projekt ten i późniejsze jego wyltonanie są najważniejszą zasługą Kosińskiego i zarazem trwałym pomnikiem zaszczytnie spełnionych względem kraju obowiązków. Dla wyjaśnienia ważności powyższego projektu i skutków, jakie polskie społeczeństwo z jego urzeczywistnienia osiągnie, należy nam
naprzód kilka słów powiedzieć o kopalniach olkuskich, opierając sic w tym względzie na własnym Kosińskiego opisie, podanym w bardzo pouczającej rozprawie: Kopalnie olkuskie, ich przeszłość i przyszłość, do której dołączył także Karle geologiczną okolic Olkusza.
Skarb, złożony w kopalniach olkuskich, umiano dokładnie ocenić jeszcze w XIV stuleciu, w którćm też prawdopodobnie zaprowadzone zostały kopalnie galeny srćbrodajnćj, czyli błyszczu ołowianego. Dla wydobywania tego kruszcu, do połowy wieku XVI pracowano w owych kopalniach do naturalnego poziomu wody i nieco niżej, odprowadzając w tym ostatnim razie wodę zapomocą siły koni. Lecz gdy podobny sposób odbudowy kopalń stał się zbyt uciążliwym, w roku 1549 postanowiono dla odprowadzania wody zbudować sztolnię, nazwaną starczynowską, z ujściem do rzeki Sztoły, będącej dopływem Przcmszy. Wkrótce zostały zbudowane dwie jeszcze inne sztolnie: ponikowska i pilecka, które, osuszając kopalnie olkuskie, pozwalały w nich prowadzić roboty przez część wieku XVI i cały XVII. Na początku zeszłego stulecia roboty te całkowicie zostały przerwane.
Przyczyny upadku kopalń olkuskich były bardzo różne. Zbadał je dokładnie Kosiński, którego powyższy projekt osuszenia tych kopalń został w roku 1873 przyjęty przez komitet naukowy górniczy w Petersburgu i polecony do wykonania, bez wyznaczenia jednak zaraz odpowiednich funduszów. Wkrótce potem zaszły zmiany w rządzie i zamiast wprowadzenia w wykonanie projektu już zatwierdzonego, nowopowstały komitet wziął pod rozwagę drugi projekt, którego autor zalecał sposób osuszania kopalń olkuskich przez otworzenie sztolni pileekićj, wyżej położonej od ponikowskiej. Wskutek tego Kosiński i autor drugiego projektu byli w roku 1880 wezwani do Petersburga. Kosiński silną argumentacyą, wypowiedzianą na dwu posiedzeniach komitetu naukowego górniczego, obronił swój projekt, obmyślony z wielką rozwagą i oparty na stwierdzonych nauką faktach. Projekt ten i fundusz 68,000 rubli, potrzebny do jego wykonania, ostatecznie też przez tenże komitet został zatwierdzony.
Roboty, rozpoczęte w roku 1880, a polegające na pogłębieniu kanału odkrytego, którym odpływać będzie woda z kopalń olkuskich przez otworzoną sztolnię ponikowską, zostały ukończone na kilka tygodni przed skonem ich twórcy i kierownika. Pogłębiony kanał ma długości przeszło póltorćj wiorsty (1,600 sążni), a zbudowanie jego kosztowało 60,000 rubli. Kosiński oszczędził przeto z kosztorysu 8,000 rubli i zaprojektował użycie tćj kwoty na otworzenie pod ziemią około 300 sążni sztolni, która ma być poprowadzoną aż pod sam Olkusz. Po zbudowaniu całej sztolni, obecny poziom wody w kopalniach olkuskich obniży sic na 71ZS sążni, a zatem i do tćj głębokości roboty górnicze będą mogły być w nich prowadzone. Wtedy na nieurodzajnych polach olkuskich, na których obecnie panuje grobowa cisza, roić się znowu będą tłumy górników wydobywających galman i zawre dawne życie. Lecz śmierć przedwczesna nie pozwoliła K sińskiemu doczekać się urzeczywistnienia tego planu.
Jednocześnie z rozpoczęciem robót weelu osuszenia kopalń olkuskich Kosiński objął jeszcze kierunek nad poprowadzeniem badań geologicznych w powiatach południowych gubernii kieleckiej i w powiecie sandomierskim gub. radom skićj, przez wyznaczonych w r. 1880 inżenicrów górniczych, p. p. Kontkiewicza i Michalskiego, w celu ułożenia karty i zarazem zbadania możliwości znajdowania sic pokładów soli kamicnnćj i nafty w powyższych powiatach. Kosiński, zajęty naraz dwiema robotami, wywiązał sic jaknaj-lepiej i z ostatniej poruczonej sobie pracy, składając z niej departamentowi górniczemu obszerne sprawozdanie.
Zmarły żywo się także interesował postępami nauki u nas i szukał wymiany myśli z uczonymi polskimi. Do tego dal mu sposobność zjazd trzeci lekarzy i przyrodników polskich w Krakowie,
na którym, w sckcyi mineralogiczno-gcologicznćj, miał dwa wykłady: O oszuszeniu kopalu olkuskich i O badaniach celem wynalezienia soli w południowych okolicach królestwa polskiego.
Nakoniec w roku bieżącym ogłosił drukiem swój wyborny przekład dzieła niemieckiego, skreślonego z wielkim talentem przez dra Adolfa Gurlta, pod tytułem: Krótki wykład historycznego i technicznego rozwoju górnictwa i hutnictwa. Przekład ten, dopełniony wiadomościami o naszćm kopalnictwie i hutnictwie, jest pierwszym podręcznikiem polskim, który objął systematyczny wykład poszukiwań i wydobywania rud, oraz otrzymywania z nich metali. Nadto uczestniczył także w pierwszym zjeździe górników królestwa polskiego w Warszawie, na którym zabićrał głos w kilku ważniejszych przedmiotach i został wybrany do koinisyi, mającej przygotować projekt ustawy dla przyszłej szkoły sztygarów w Dąbrowie. Ułożenie tego projektu komisya powierzyła Kosińskiemu, który zdołał jeszcze przed śmiercią ukończyć i tę robotę.
W dopełnieniu powyżej wymienionych tytułów prac Kosiń. kiego należy nam jeszcze wspomnieć o jego artykule Kopalnie, zamieszczonym w „Eucyklopedyi rolnictwa.” Zasilał też niekiedy i gazety swojemi korespondencjami.
Kosiński był niestrudzonym przez cale życie pracownikiem. Szedł zawsze naprzód, nic zrywając z przeszłością; miłość dla kraju okazywał możliwą pracą dla jego dobra, nie ubiegając się za pozyskaniem dla siebie rozgłosu. Widząc, iż dla przyczyn często od nas niezależnych trudno nam iść narówni z narodami przodująecmi w cy-wilizacyi, pragnął, abyśmy przynajmniej niezbyt daleko od nich odstawali. Galą więc swoje rozległą wiedzę, posiadaną w zakresie górnictwa, przedewszystkićm obracał na ogólny pożytek kraju i o jego pomyślność bezustannie się troszczył. Odczuwał najżywiej wszystkie niepowodzenia ogólne. Widząc jak najbogatsze strony kraju przechodziły w posiadanie nieprzychylnych, a często nawet wrogo dla nas usposobionych cudzoziemców; jak bogactwa ziemi ojczystej powiększały zamożność nie swoich, lecz obcych przybyszów, ubolewał nad smutnemi faktami temi i nad tćm, że im nic można było zapobiedz. Najchętniej też i zawsze bezinteresownie udzielał rad dobrych i pożytecznych wskazówek wszystkim krajowcom, którzy się przemysłem górniczym interesowali.
Kosiński posiadał charakter prawy i niezłomny. Będąc dobrym kolegą, a dla podwładnych i robotników sprawiedliwym i wyrozumiałym zwierzchnikiem, umiał zjednać sobie ich serca. Współtowarzysze więc pracy powzięli zamiar uczczenia jego czynów pomnikiem składkowym, wystawionym na Powązkach, gdzie pochowanym został.
Imię Kosińskiego przejdzie do potomności i niewątpliwie przechowywać się będzie we wdzięcznej pamięci przyszłych pokoleń. My zaś spól-cześni czujcmy żal głęboki, iż kraj zawcześnie utracił jednego z najlepszych swych obywateli.
l)r Jan Trejdosiewicz, profesor uniwersj tetu warszawskiego.
Objaśnienie rysunków sztolni ponikowskiej.
Przed zastosowaniem pary, jako czynnika w działalności ludzkiej, radzono sobie wpraktycc górniczej w rozmaity sposób: wodę n. p. z kopalni odprowadzano zapomocą siły koni, albo—jeżeli warunki były potemu — zapomocą tak zwanych sztolni, czyli galeryj podziemnych, łączących się bezpośrednio ze światem zewnętrznym. Woda, tryskająca z pokładów, zbierała się w nich i odpływała silą naturalnego spadku nazewnątrz do jakiejkolwiek najbliższćj i niżej położonej rzeki. Tym sposobem w każdej sztolni możemy odróżnić dwie części: część wewnętrzną, podziemną, czyli właściwą sztolnię, i część zewnętrzną, czyli kanał odpływowy.
Dwa załączone rysunki ilustrują kanał odpły-
115
wowy sztolni tak zwanej ponikowskićj, mającej nacclu odprowadzanie wód z kopalń olkuskich. Kwestya osuszenia tych kopalń, znakomite niegdyś przynoszących korzyści i przeszło od wieku zalanych wodą, była poruszana w rozmaitych czasach i dopiero teraz, staraniem i pracą ś. p. Wincentego Kosińskiego, niedawno w Warszawie zmarłego, została ostatecznie rozstrzygniętą.
llistorya tej kwestyi wymownym jest dowodem, jak sprawy, w gruncie rzeczy proste i jasne, mogą być zaciemnione przez ludzi, którzy przystopują do nich bez należytego przygotowania.
W okolicach Olkusza, od wsi Pomorzany na zachód, wśród lasu, ciągnie się wąwóz przeszło dwie wiorsty długi, na dnie którego płynął strumień, obficie zasilany przez źródła bijące z jego boków i wpadający poniżej do rzeczki, Białą zwanej. Wszystkim, nawet ludziom prostym, powszechnie było wiadomo, że wąwóz ten przedstawia kanał odpływowy starćj sztolni ponikowskiej, którą przodkowie nasi w szesnastym wieku jeszcze przekopali, wcelu osuszenia w sąsiedztwie położonych kopalń olkuskich. Wiadomo również było, żc w końcu tego wąwozu powinien być otwór sztolni, prowadzący do kopalni. Naturalnie, że z biegiem czasu otwór ten, jakoteż i pierwotne łożysko kanału, zostały przez wodę- zamulone, przez co poziom wody musial się znacznie podnieść. Innej drogi wejścia do kopalni szukać nie było potrzeba, wypadało jedynie skorzystać z tćj, jaką utorowali nasi przodkowie; należało ją tylko odnowie, t. j. pogłębić wąwóz do poprzedniego poziomu.
Nicwszyscy jednakże tak na ten przedmiot się zapatrywali; większości droga ta wydawała się zbyt kosztowną i sympatye jej skierowane były w stronę maszyn parowych. Zdawało się wielu, że daleko taniej będzie pogłębić szyb (studnię), ulokować w nim maszynę parową i, pompując nią wodę, wejść do kopalni z jakiegokolwiek punktu, niezależnie od starych robót.
Myśl ta jeszcze w roku 1838 urzeczywistnioną została, lecz nic doprowadziła do żadnego rezultatu, pomimo ogromnej, jak naówczas, stnkon-nej maszyny, przyprawiającej tylko górnictwo o wielkie straty. Rzeczywiście pogłębiony został szyb do 12 sążni głębokości, z bardzo kosztowną, bo żelazną combra; lecz przypływ wody okazał się tak wielki, że maszyna podołać mu nic mogła, a więc i roboty musiano zaniechać. Dziś szyb ten w wąwozie sztolni ponikowskiej istnieje jeszcze i na rysunku, po bliższćm wpatrzeniu sic, można go odróżnić po wspanialej kaskadzie wody, płynącej z niego nieustannie, jak zc studni artezyjskiej.
Inni znów utrzymywali, żc przez odnowienie sztolni ponikowskićj kopalń się nic osuszy, ale owszem, jeszcze więcćj się je zaleje wodą z ogromnych rezerwuarów, które jakoby mają być gdzieś w pobliżu i z których-to właśnie woda przez szyb ów żelazny się wydobywa. Byli nawet tacy, którzy przypuszczali, że tym sposobem wprowadzi się do kopalni rzekę Babę, płynącą w okolicach Olkusza tylko podczas roztopów i ginącą po niedalekim przebiegu w piaskach; utrzymywano więc, iż rzeka ta, przesiąkając przez piaski, wlewa się do kopalń olkuskich i z pewnością odnowioną sztolnią popłynie.
Niektórzy dochodzili nawet do tak zrozpaczonego zdania, żc kopalnie olkuskie osuszonemi być nie mogą, czyli że woda zawsze w nich zrządzać będzie ogromne spustoszenia i niepowetowane straty.
Z takicmi i tym podohnemi zdaniami trzeba było walczyć, chcąc projekt w wykonanie wprowadzić, nic mówiąc już o tych zdaniach, które wbrew wszelkim danym odmawiały kopalniom olkuskim zamożności, a pcsymistyczncmi przepowiedniami osłabiały zaufanie do tej sprawy. Potrzeba było gruntownej znajomości miejscowych warunków, dokładnego zbadania okolicy pod względem geologicznym, żeby ua wszystkie zarzuty przekonywająco odpowiedzieć (1).
(1) Interesujących się bliżej tą kwestyą odsalamy do .artykułu W. Kosińskiego, pod tytułem: „Kopalnie olkuskie,
Jakoż dopiero w roku 1880 przystąpiono do robót we wspomnianym wąwozie, w myśl projektu Kosińskiego, który wymagał pogłębienia wąwozu do tego stopnia, iżby w tym punkie, gdzie się znajduje szyb żelazny, głębokość wynosiła 2’,’2 sążnia, licząc od wierzchu combry szybu. Według jego obliczeń, na tej głębokości powinno się było znaleźć dno starej sztolni. Dla nadania wodzie odpowiedniego spadku, pogłębianie zaczęto o 1,600 sążni od szybu i po trzechletniej pracy jaknajpo-myślniej doprowadzono je do zamierzonego celu, t. j. obnażono na całej prawic długości kanału szeregi starych dębowych pali, któremi przodkowie nasi zabezpieczali brzegi swojego kanału. Stało sic więc wtedy widocznćm, że odnowienie sztolni ponikowskićj, prowadzące do osuszenia kopalni olkuskich, jest rzeczą możebną, bez wielkich nawet stosunkowo nakładów, albowiem przez zastosowanie obudowy drzewnej w tej postaci, jak ją przedstawiają rysunki, znikła potrzeba szerokiego rozkopywania wąwozu, wskutek czego wszystkie koszta razem wzięte nie przewyższyły sumy 60,000 rs.
Załączone widoki, zdejmowane w lipcu r. b., w przeddzień ukończenia robót, dokładnie przedstawiają czytelnikowi charakter tćj kolosalnej pracy. Na jednym z nich widać dwa oddziały robotników, rozstawionych na stopniach skarp i odbierających piasek, wyrzucony przez innych z wody, z dua kanału, w głębi zaś pobijających drzewną oprawę zapomocą młotów nadól. Na drugim widoku, wyobrażającym dalszy ciąg pierwszego w kierunku biegu wody, widać kanał już wykończony, z jego wspaniałą, daleką, bo przeszło dwie wiorsty sięgającą perspektywą.
Obecn:e roboty idą pod ziemią, wciąż za budynkiem starego chodnika, który prawdopodobnie wkrótce wejdzie w twardą skałę i tćm urzeczywistni jeszcze jedno z wielu nader trafnych i genialnych przewidywań projektodawcy.
Wtedy tćż będą mogły już być wyzyskiwane kopalnie olkuskie w głębokości większej o 71'2 sążni od poziomu robót, ostatnierai czasy dokonywanych. Zwrot kosztów poniesionych wcelu osuszenia kopalń i osiągnięcie ogromnych korzyści do przyszłego prowadzenia w nich robót górniczych opierały się w projekcie Kosińskiego nie na wyzysku rudy srćbrodajnej (galeny), gdyż takowa prawdopodobnie wyczerpaną została, ale głównie na bardzo znacznych zapasach rudy cynkowej—galmanu. Galman, uważany przez przód ków naszych za ziemię płonną, byl w kopalniach nicruszany i chyba wówczas tylko wydostawany na powierzchnię ziemi, kiedy dla wydobycia rudy srćbrodajnej stawało się to koniecznóm.
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalszy ciąg.)
VIII. Łuka 1 wnuczka jego.
Poco sio pan Paweł w kołowrocie zatrzymał? zapytanie to zadała sobie panna Emilia, lecz pozostawiła je bez odpowiedzi i następnie nie troszczyła się nićm zgoła. Rzecz to wszakże interesująca była. Pan Paweł kazał furmanowi w kołowrocie stanąć i, kiwnąwszy na dziada, co wrota otworzył i postawę pokorną przybrał, w następujący go zagadnął sposób:
— Sluchaj-no, dziadu, powićdz ty mi, która u was we wsi dziewczyna najpiękniejsza?
Dziadowi wydało się, żc mu się przesłyszało. Że zaś pana pytać nie śmiał, więc udał głuchego i, głowę przechylając, palcem sobie na ucho pokazał i westchnął.
— Nie słyszysz, dziadu?
ich przeszłość i przyszłość,” zamieszczonego w Pamiętniku lizyogrilficznym, tom II.
— Nie, proszę jaśnie wielmożnego pana.
Odpowiedział ua zapytanie, wymówione głosem zwyczajnym. Na to jednak pan Paweł uwagi nie zwrócił i glos podniósł, powtarzając, co pićrwszy raz powiedział.
— Dziewczyna najpiękniejsza?—rzekł dziad, w oczy panu Pawłowi patrząc.
— Tak. Kosy czarne, oczy niby ciemne bławatki, brwi niby malowane. Czy jest tu taka?
— Oj, czy jedna! jest tego dużo.
— Niekażda wszakże piękna.
— No nie. Trafia się i taka, że, patrząc na nią, splunąć się chce.
— A taka, co to od niej oczu oderwać nie można?
— Trafia się i taka.
— Któraż z pomiędzy nich najbardziej oczy ludzkie w siebie bierze?
— Która? hm?..—dziad się w głowę drapać począł.—Którażby to? I ta bania, i ta harna i ta nc pohana.
— Wićsz żc ty, dziadu, co?—zaczął pan Paweł.
— No?—dziad uwagę natężył.
— Dowiedz się, która to pomiędzy dziewczętami tutejszemi najpiękniejsza, a jak ja tedy za dni dwa przejeżdżać będę, powiedz mnie; ja cię za to wynagrodzę. Tymczasem masz oto na zadatek, jakoteż ua to, ażebyś nic rozgady wał przed ludźmi, o czem mówiłem z tobą.
Rzucił dziadowi pólrubla i powiedział „wio!” furmanowi. Konie ruszyły—koczyk się potoczył.
Teraz-że, zapytujemy: co znaczyć miało to rozpytywanie się o dziewczynę najpiękniejszą zc strony człowieka, który się oświadczył przed chwilką? Byla-li to ciekawość prosta? Zostawiamy to do obrachunku przyszłego, a przechodzimy do opowiadania zdarzenia, wiążącego się z opowieścią naszą bezpośrednio. Zajęliśmy się panami i paniami i spuściliśmy z oczu dziewczynę w chwili, kiedy ona, z odwrócenia od niej uwagi korzystając, z dworu drapuęla. Gdy nieopodal od stajni przechodziła, zabrzęczały jćj w uszach zaczepki służby stajennej, do żarcików z dziewczętami tak pochopnćj—nie zrozumiała jednak wyrazu ani jednego. Całą duszę włożyła w nogi. Przepraszam za tę w nogach duszę, ale to się tak mówi, dla oznaczenia wypadku, w którym człowiek na nogi najwięcej liczy. W takim właśnie wypadku znajdowała się Maryna, a byl to wypadek tćm dla niej drażliwszy, że, nosząc, zwyczajem wieśniaczek podolskich, „podtoczkę,” nóg wyciągać nie mogła. Wieśniaczki w razach takich w ten sobie pomagają sposób, iż koszulę wyżej kolan podnoszą. Maryna, w zmieszaniu wielkiem, w jaki ją pobyt w domu wprawił, zapomniała o sposobie tym i zmuszoną była zastąpić go innym. Zamiast nogi wyciągać, szybko stawiała kroczki drobne, co na oko sprawiało złudzenie, że się wy dawało, jakby się na kółkach toczyła. Tak się toczą dziewczęta wiejskie w tańcu. Nazywa się to: „drybuszeczka” i uchodzi za sztukę w zakresie choreografii sielskiej. Ta tanecznica za najlepszą jest uważana, która najlepiej sztukę tę posiada.
Maryna pomykała — podtoczka jej wydawała szelest, podobny do szelestu targanego wiatrem płótna. Ziemi pod sobą nie czuła. Szczęściem dla niej, nie ściągnęła na siebie uwagi psów i dlatego bez szwanku wydostała się z podwórza, wybiegła ua ulicę, czesała wzdłuż płotów i rowów, mimo pokrzyw, brzóz i dendery, aż wpadla we wrota zagrody, otaczającej chałupę, przed którą na przyzbie siedział wieśniak w tym wieku, co się do podeszłego zbliża, ale się podeszłym nie nazywa jeszcze. Po podwórku chodziły kury i dziobały, zboku stała krowa i z niepokojem spoglądała, z chlewów odzywały' się raz cielę, znów owca, przed progiem leżał pies wyciągnięty.
Dziewczyna wprost się do przyzby zwróciła i, obok wieśniaka usiadłszy, ciężko z głębi piersi oddychać poczęła.
— Zabawiłaś się gdzieś — odezwał się ten ostatni po chwili.
— Ach — odetchnęła przeciągłe.—Do lasum z króbcczką ua poziomki chodziła.
— Przychodzisz bez króbeczki?
116
wyrazem „zasie” skarcony. Z za okienka odezwał się glas z akcentem zapytania:
— Nie spicie tam jeszcze?
15yl to głos dobrze znany esaula, zapowiadającego pańszczyznę i roznoszącego po chałupach rozkazy z ekonomii.
— A no, nic—odpowiedział wieśniak.
— Zaświećcie jeno!
Esauł zazwyczaj do chałup nie wchodził. W okienko pukał, rozkaz rzucał i szedł dalej. Żądanie przeto, jakie wyraził, przekraczało granice porządku zwyczajnego i dlatego zaniepokoiło trochę tak Mary nę, jak wieśniaka. Rady jednak nie było. Dziewczyna wstała i łuczywo zaświeciła. Esauł do izby wkroczył.
— Pomahaj Bili wam, Łuko—pozdrowił.
— Daj Boże zdorowla — odrzekł gospodarz i dodał: — Az czem-to dobrem Pan Bóg was do chaty mojej sprowadza?
— Z czćm? hm. Naprzód z zapytaniem, z któ-rćm już do chat bodaj czy nic dziesięciu zaglądałem. Owóż i was, Łuko, pytam. Czy była dziś nad wieczorem wnuczka wasza z króbką w łesie?
— A no, albo co?—odpowiedział Łuka tonem wahania się.
— Pytam was jeno: czy była?
— Czy to nicwolno z króbką do lasu dziewczętom chodzić?
— Nic w tćm rzecz. Nie słyszałem o tćm, ażeby nicwolno było.
- - Na grzyby, na poziomki chodziły i chodzą ze wsi baby, molody cc i dzićwczęta wszystkie. Tak od wieków bywało.
— No tak. Nic w tćm jednak rzecz, powiadam, ale w tem: czy dziś, nad wieczorem, wnuczka wasza z króbką w łesie była?
— Ta że—odrzekł chłop, tonem takim, jakim odpowiadają ludzie za język ciągnieni—zdaje się żc była.
— 1 przydybala ją tam dziedziczka?
— Co do tego, o tćm nie wiem—odpowiedział Łuka z pośpiechem.
— Przydybala cię w lesic dziedziczka?—zwrócił się esauł do Maryny z zapytaniem.
Maryna, stojąc pod łuczywem w pełnym oświetlenia płomiennego blasku, znajdowała się w stanic zaniepokojenia ogromnego, podobnego do tego, w jakim znajduje się zbrodniarz-nowieyusz w chwili, gdy władza porządku i bezpieczeństwa publicznego na gorącym go chwyta uczynku. Poczuwała się do winy — cło winy nieokreślonej jakiejś i dlatego obawa jćj tćm większą była. Na zapytanie csanła zmieszała się mocno, oczy spuściła, ręce złożyła i wzdłuż przypiecka w ciemny kąt się usunęła.
— No? — tonem ponaglającym odezwał się esauł.
Łuce się wydało, żc wnuczka jego, a jeżeli nie ona, to inna dziewczyna jakaś dziedziczce ubliżyła. Do odezwania się więc esaula dodał ze strony swojej:
— Nie przydybala cię? co? powiedz... powićdz śmiało.
Dziewczyna cienkim głosem odchrzoknę,la i szepnęła:
— Przy-dy ha la.
— A no — z akcentem zadowolenia wytchnął esauł.—I panuuucia królikę od ciebie wzięła?
- Wzię ła.
— Chwała-ż Bogu. 1 we dworześ była?
__ Byłam—odrzekła głosem zawszeszeptany m.
____ I ze dworu ś bez powiedzenia „bywajcie zdrowi” odeszła? A wice, do dworu z powrotem idż.
Słowa ostatnie wypowiedział tonem, w którym brzmiał akcent żartobliwy. Akcent ten przez pół Łukę uspokoił, a uspokoił go w tym sensie, żc wezwania nic wziął naseryo. Myślal, żc to żart. Nie przy puszczając wszelako, ażeby esauł dla .'artu przychodził, czekał <o będzie dalej.
— Do dworu—powtórzył tenże z naciskiem.
— E? — odezwał się Łuka tonem niedowierzania.
— Zbićraj się i chodź.
Tyrn razem cienia już żartobliwości nie było. Rozkaz zabrzmiał wyraźnie.
Po chwili, gdy dziewczyna wyjaśnienia nic dawała, wieśniak odezwał się znów:
— Czy cię jaka, broń Boże, przygoda spotkała? — Ach! dziaduniu—odparła.
W wy krzyku tym nie zabrzmiala ani trwoga, ani skarga, wieśniak więc nie pytał więcej, poczekał aż się dziewczyna wydychała i rzeki:
— Kury, krowa, owce.
Maryna, jakby ją z przyzby mina wysadziła, tak skoczyła i po chwilce słyszeć się da, glos jćj o dźwięku srebrzystym, wołając: ciurrr! Kury się dokoła niej zbiegły, ona im z rzeszota pośladn garści kilka sypnęła. Po załatwieniu się z kurami do chałupy weszła, kwadransa nic zabawiła i ukazała się z dojnicą w ręku. Cielę z chlewa wypuściła i wraz z nietn do krowy przystąpiła; ona ze strony jednej, ono z drugiej szturm przypuścili do wymion, z których do dojnicy polały się strugi płynu białego. Gdy to skończyła, do owiec się wzięła, krzątając się po p idwórku z naczyniami, które napełniała, wy próżuiała, z jednego do drugiego przelewała, ustawiała, porządkowała, uwijała się z robotą, która, jak to powiadają, w ręku się jej paliła. Po podwórku się kręcąc, eochwila zaglądała do chałupy, gdzie, w postawionym przy progu piecu, gorzał ogień, a przy płomieniu stało garnków kilka, w których woda zakipiala. Więc kartofle skrobała, jagły przesypy wala, omastę przysposabiała, jedno wkładała do garnka jednego, drugie do drugiego, soliła, kosztowała, wreszcie dzieżę dnem dogóry na środku izby postawiła i na dzieży chleb położyła.
Na dworzejeszcze niezupełnie się by ło ściem i-lo; w izbie jednak, mimo czystych okienek i otwartych drzwi, panował już zmrok, w piecu bowiem płomień zgasł; dziewczyna więc łuczywo zapaliła. . ak skoro łuczywo blask ży wy rzuciło, w tejże chwili próg przekroczył wieśniak, który, wchodząc, głowy we drzwiach uchylił, ażeby się czołem o odźwierek nie uderzyć; czapkę zdjął, nogą pic-niek zpod ławki do dziczy przysunął, przeżegna! się, usiadł i chleb krajał, podczas gdy dziewczyna krupnik jaglany z garnka do misy nalała i sama  przeciwnej usiadła strony. Wieśniak i dziewczy na z misy łyżkami drewnianemi czerpać jęli i w' milczeniu z apetytem spożywali jadło, którego przyprawę najlepszą stanowiło spracowanie. Chłop nasz jada powoli; wieczerza się przewlekła, zwłaszcza że po misie pierwszej nastąpiła druga, a gdy ta wypróżnioną została, łuczywo zgasło i biesiadników ogarnęła ciemność. Nie wstawali dnak od dzieży. Dziewczyna do wieśniaka się przysunęła i westchnęła.
— No?—odezwał się wieśniak z akcentem zapytania.
— Ocli! gdybyście wy, dziaduniu, wiedzieli... gdybyście wiedzieli!
— O czćm?
— Com ja słyszała...
— Gdy powiesz, będę wiedział.
— Słyszałam ja— zaczęła — śpiewanie takie, żc chyba aniołowie w niebie piękniej nic śpiewają!
— W łesie?
— Gdzież tam. A by ło to śpiewanie igranie; jedno się z drugiein łączyło, jedno drugiemu odpowiadało, jedno drugie zaczepiało niby, a oba rat i płynęły, płynęły... i we mnie niby wpłynęły . \ mnie się, dziaduniu, zrobiło tak, jakby to dusza moja śpiewała i grała. Nic wiedziałam sama, czy żyję, czy nie żyję.. i 'wołałabym nie żyć, ażeby ino tego śpiewania i tego grania słuchać a słuchać. Ach! dziaduniu!
— Gdzież się to przytrafiło tobie?
— Wydało się mi — odparła, na zapytanie dziadka nic odpowiadając, ale raczej przed sobą samą sprawę z uczuć własnych zdając żc się niebo otworzyło.
— Gdzież się to przytrafiło?—powtórzył wieśniak.
Niebo—ciągnęła dalej—któregom nie widziała, ale które we mnie niby, dziaduniu, sply walo.
Wtem słyszeć się dało silne do okienka puk., nic. Pies, który wieczerzy asystował, szczeknął i zerwał sic, lecz wnet przycichł, przez wieśniaka
— Poco?—zapytał stary.
— Poco, ha! alboż ja wiem? Przykazano i koniec.
— Toć to jnż późno, noc. Jutro chyba.
— Zaraz! Jam już i tak czasu stracił niemało, po chatach gdzie dzićwczęta są, chodząc i rozpy-tując.
— Do kogóż to?
— Do dworu, pow iadam! — odrzekł esauł tonem niecierpliwości.—Cóż to, nic rozumiesz mnie? czyż nic mówię po ludzku? Ano, żywo.
Dwa ostatnie wyrazy stosowały się do Maryny, która wciąż w kącie stała, ni to martwa, ni żywa. Właśnie nie rozumiała, o co idzie. Niedobrze zrozumiał i Łuka. Wezwanie dziewczyny pod noc do dworu podejrzenie w nim niejakie wzbudziło. Co to znaczyć miało? Na naleganie przeto esaula uważał za właściwe, dla uspokojenia w pewnym względzie sumienia własnego, w następujący przemówić do niego spesób:
— Nie bierz mi tego za złe, żc zapytam ciebie, czy dziewczy na moja, moja wnuczka, sierota, dla której jam jeden pod słońcem opiekun pozostał i za którą przed Panem Bogiem i przed ludźmi odpowiadam, czyr ona wołaną jest do dworu za wiadomością dzicdziczk i?
— Nic wiem — odpowiedział esauł łagodnie, tknięty tonem przemowy Łuki.—Nie wiem. Ale, ponieważ ją dziedziczka w łesie przydybala, ponieważ. ona z dziedziczką do domu chodziła, trudno więc, ażeby o przywołaniu jej dziedziczka wiedzieć nic miała.
— łlm, hm—mruknął pod nosem stary.—Inaczej bow iem—odezwał się wglos—och! Nic wiem, czcgobym się dopuścił.
Nic sposóli wypowiedzieć, jakiem wyrazy powyższe nabrzmiałe były uczuciem. W głębi onych coś głucho zahuczało niby i zawyło. Chłop wy-rzekl je i, przez wyrzucenie to jakby sobie na sercu ulżywszy, do wnuczki się odezwał:
— No, niema co. Zbićraj sic, doniu... ja pójdę z tobą.
Zbieranie się czasu dużo zabrać nie mogło. Mary na odzianą była tak, jak przy gospodarstwie po w'si i za wieś chodziła. Łuka pas na sobie poprawił, czapkę na leli włożył i laskę do ręki w ziął; pogotowie do wyjścia wnet było zupelnćm. Luka z csaulcm poszli przodem, dziewczyna za nimi.
W dziesięć minut później na ganek dworski wkraczali — wkraczali w momencie, kiedy przed gankiem stał pojazd zaprzężony i upakowany, a z sieni, przy świecach wyprowadzana, wychodziła w salopie i w kapeluszu panna Eufrozyna. Towarzyszył jej, w roli gospodarza żegnającego, pan Tadeusz. Panna Eufrozyna chustką od nosa oczy sobie eochw ila zasłaniała—płakała. Pan Tadeusz szarmanckim być usiłował.
— Proszę pani — mówił — niewymownie mi przykro, że pani na noc odjeżdża.
— 1 mnie przykro—odparła odjeżdżająca, na ganku się zatrzymując.—Przykro mi wogóle, że dom ten, pod dachem którego tak uroczo przyjaźń mi świeciła, opuszczam.
— A więc... konie jeszcze wy prządz i tlomoki rozpakować można.
— Nic, nic.... Skorom się przekonała, żc przyjaźń ta by la złudzeniem, że napój słodki zmienił się w gorzki, od chwili tćj pobyt mój w domu tym stal się niemożliwym. Mimo to- tu chustkę do oczu przycisnęła i wyrazy następujące nawpół wy łkała—mimo to, żal mi... złudzenia... och!., żal! Ale (wyprostowała się) milcz, serce! Żegnam pana... proszę—wyrazy następujące wymówiła z akcentem ironii złośliwej—pozdrowić adeninie uprzejmie panią Różę i pannę Emilią... i uściskać tę biedną ofiarę, Julisię.
— Ofiarę! Julisię! — wzdry gnął się pan Tadeusz na to.—I czemuż to, proszę pani, Julisia ofiarą być ma? jak? czyją? co?
Wyrazy tc były, ze strony panny Enfrozyny, strzałami Parta. W odwrocie je cisnęła i poszła. Nadaremnie ją zapytania ojcowskie ścigały . Nic słyszała, a może udawała, żc nie słyszy takowych. Do pojazdu usiadła, lokaj drzwiczki zamknął; masztalerz na konie huknął i odjechała
117
— Hm — zamruczał pan Tadeusz gniewliwic i zadumał się.
Niedługo jednak dumaniu odd..wać sic mógł, albowiem jcsz<ze turkot pojazdu parnię Eufrozy-nę unoszącego nie ucichł, kiedy się na ganku obok mego pani Kóża pojawiła. Wyszła i pierw-szem jej słowem było:
— Odjechało wice to pannisko niegodziwe?
— Ano, odjechało.
— Niegodziwa! — powtórzyła z akcentem.— A miałam ją za słodycz i łagodność wcieloną. No widzisz, jak to się zawieść można! Jak na toż, dziecko rozdrażniła. Z Julisią sobie rady dać nie mogę, Cóż — zapytała wkońeii — dziewczyna owa?
-- Posłałem. Kazałem, celem odszukania jej, Howorówkę do dna przetrząść.
— Czemuż nie przychodzi? Ta niegodziwa dziecko w konwulsjach zostawiła.
— Clia! trudno, gdybym wiedział, jak sic nazywa, jiuby tu od godziny była.
— Nie odszukają jej chyba.
— Ale! —odparł pan Tadeusz tonem protestu.— Odszukać odszukają.
— 1 niezwłocznie przyprowadzą?
— Przy prowadzą.
Esauł, Luka i Maryna zboku na ganku stali i rozmowę powyższą słyszeli. Dla i .uki, który domy shł się, że to o wnuczce jego mowa, była ona ulgą znaczną; dla csaula stała się podnietą do kaszlnięcia podwójnego, mającego na celu zwrócenie uwagi pana. Na nic sic jednak kaszlanie nic przydało. Zawtórzylo mieniu pana Tadeusza chrząkniecie — owo chrząknięcie szlacheckie, głośne, pewne, do grzmotu podobne, wobec Którego kaszlnięcie chłopskie zgluchlo, jak gluchuie wystrzał z pistoletu wobec wystrzału z armaty. Pistolet atoli csaula za wygraną po jednej próbie nie dał — ponowi! takową. Pana Tadeusza to zniecierpliwiło.
— Co u licha! — krzyknął groźnie. — Kto to?
— To ja, jaśnie wielmożny panie, csaula.
— Poco?
— A toż jaśi c wielmożny pan kazali panu ekonomowi, a pan ekonom mnie, ażeby dziewczynę pod ziemią odszukać. Otżcż ja wziął, taj odszukał.
— Acha! llóziu!—zawołał na żonę, która w sieniach już b\ la—a 1o masz, czegoś chciala. Przyprowadzono dziewczynę.
Pani kó/a na ganek wróciła.
— Chwała Bogu!—rzekla. - Czy tylko ta sama?
— Czy ta, nie ręczę, ale dowiedzieć się łatwo. To ona? — zapytał csaula, palcem na stojącą w cieniu filara postać wskazując.
— Ona, jaśnie wielmożny' panie — odrzekł esauł, wyciągając z za słupa Alaryiię za kark, podprowadzając ją do pana Tadcn-za i iv ręce mu ją oddając. — O...
Pan Tadeusz, w uradowaniu, że żonie nareszcie dogodził i w obawie, ażeby inu się nic wymknęła, lękę po nią wyciągnął i za ucho ją ujął.
— O — rzeki — nakoniec. Ciiodź, niech ci sio przy św ietlc przypatrzymy.
1’oprowadzij zalęklą Marynę do ciemnej sit ni, z sieni do oświetlonej sali jadalnej i puścił. W sali jadalnej paniKóża, jak skoro na nią okiem rzuciła, wnet zawołała:
— Ona, ta sama! Chodź!
Wezwanie ostatnie do Mary ny się stosowało, ale ona przerażona, zahukana, osłupiała, olśniona, ani go nie słyszała, ani się ci ula w możności zrobienia kroku jednego. Nic wiedziała, się z nią działo. Znajdowała się w stanie bezprzy-tomnosci i bezpamięci, w który niby nią można było niby piłką rzucać, a onaby palcem nie kiwnęła.
— Chodź źc — powtórzyła pani Róża.
Ona na to nie, ani drgnęła.
— Co ta dziewczyna myśli sobie? — zwróciła się pani Róża do męża.
— Clicę widocznie, żebym ją dalej poprowadził tak, jak przyprowadziłem tu.
Krzeklszy to, ujął ją, nic za ucho juz atoli, ale za ramię, i za sobą pociągnął.
Dziewczyna się nic opierała zgoła—szła i znalazła się niebawem w izbic, w której rozległ się
Przegląd literatury nadobnej czeskiej
za rok IBS:3.
II.
Dramat.
Teatr czeski, równie jak nasz, w większej części posiłkuje się obcą sztuką, bo swoja dotąd nietylko żc nic wystarcza, ale nawet nic była zbyt protegowaną przez dyrektorów teatru, którym bezsprzecznie taniej przy, hodzily nowmści obce. Toteż początkowo brak gmachu i odpowiedniej sceny, potóm In-he wynagrcdzcirc i trudny zbyt sztuki nic ściągały na to pole licznych pracowników. Niewiele tylko imion ugrupowało się około czeskiego teatru. Ze starszych najsławniejsi są nieżyjący już Józef Kajetan Tyl i J. J. Kolar (właściwie Kolarz); z młodszych Wacław Yłezck i Emanuel Bo/dech; w ostatnich dopiero czasach pokusili si  o dramat Jarosław Yrehlicki i Bogumił Adamek.
O dramatach \ rehlickicgo mówiliśmy w artykule „O najnowszej czeskiej pieśni.” Wszczcgól-nośei rozebraliśmy tam „/)ralunnirę.T Tymczasem „Śmierć Odyscusza,” wy stawiona w' maju w 1883 roku na scenie teatru letniego w Pradze, z nicslyclianem powodzeniem została przyjętą.
Tragedya ta co do sceniczności jest niepospolicie dobrze zbudowana. Od drugiego aktu począwszy, niema ani jednej sceny, któraby nie wy wiązywała się logicznie z poprzedniej, a każda jest tak prawdziwą, że „Śmierć Odyscusza” jako wzór dramatu służyć może. Trudno jednak szukać tu historycznego wątku, historycznej prawdy. Wszystkie figury 1 n Ulicki nakreślił sobie dowolnie. Z Pcnclopy zrobił poeta herod-babę. Również złym sy nemokazul się Tclcmak, a śmierć Odyscusza nastąpiła nagiej, niż to w samej „Odysei” znajdujemy — ale to autorowi wolno. Dlaczego jednak wybrał ten, a nie inny temat, tę
rytmiczny płacz dziecka. Pow tarzał sic w takt z przerwami, w których śpiewanym przez nos sposobem odzywały się wyrazy: „Ja clicę dziewczyny !n Miejscem, gdzie się to odbywało, było łóżeczko palisandrowe, pod ścianą ustawione; przy łóżeczku stała bona Francuska, panna służąca Polka i jeszcze jedna z garderoby kobieta i jedna po drugiej przemawiały' to po francusku, to po polsku, prosząc, grożąc, bajki opowiadać, łub piosenki śpiewać zaczynając. Przedmiotem, do którego się prośby, groźby, opowiadania i śpiewy zwracały, była Julisią.
— Masz dziewczynę — rzekla pani Kóża, do łóżeczka podchodząc.
Dziecko zachlipnęlo sic płaczem razy parę jeszcze i w postawioną przed nićin przez pana Tadeusza Marynę oczęta utkwiło.
— Masz — dodał pan Tadeusz.
Bona, panna służąca i kobieta z garderoby od łóżeczka odstąpiły. Pani Kóża nachyliła się, dziewczynkę po główce pogłaskała, w czółko ją pocałowała i przemawiała do nićj:
— Cicho, uspokój się, dziewczyna przy tobie zostanie.
— Zo sta nie? — wyjąkało dziecko.
— Zostanie; uspokój się tylko i zaśnij.—A do Maryny się zwracając, dodała: — Stój żc tu, przy łóżeczku, i ani na krok się nic oddalaj.
— Póki dziecko nie zaśnie — wtrącił pan Tadeusz.
— Nawet jak zaśnie — podchwyciła pani Koza — obudzić sio bowiem może. Przewidywać należy, i i po rozdrażnieniu takiem, Julisią niespokojny sen będzie miała.
Zalecenie Marynie, ażeby od łóżka nic odchodziła, powtórzyła i wraz z panem Tadeuszem z pokoju się wyniosła.
(Dalszy :iąy nastąpi.)
kwestyą tylko sam Vrchłicki rozwiązać może. Z naszej strony musimy zaznaczyć, żc nie pisał tragedyi tej dla idei, tylko dla sztuki. Od początku tćż przebija sic w niej artyzm niezwykły, który' utworowi temu rokuje długie powodzenie.
Napisał także Yrehlicki jednoaktową komedya p. t. „ l7 sadle Dioymn7' (W beczce D ogeneśa). Treści nic będę przytaczał, gdyż ciekawy czytelnik znajdzie dobry jćj przekład polski w „Bibliotece warszawskiej” z zeszłego roku; nadmienię tylko, źe sztuka ta, oprócz zawiklania bardzo dowcipnego, nie odznacza się niczem więcej i jest, jak w iele innych rzeczy' krótkich, denę ć posp >-lita—na Yrchlickicgo zaslaba.
J. J. Kołar nie przestaje tćż pisać. Z nowszych jego utworów ukazał się na scenie dram .t historyczny w 4 aktach p. t. „Primator.7' Krytyka czeska niezbyt pochlebnie odzywa się o tem dziele, zarzucając mu brak prawdziwy eh charakterów; w szczególności sam bohater, Jan Paszek z Wratu, ma być niewj kończonym.
W rzeczywistości znać, że Kolar jest wyśmienicie obeznany ze sceną, źe potrafi wyzyskiwać wszystkie najdrobniejsze efekta, jakie mu są potrzebne. Sztuka ta jednakże nie stoi na wysokości poprzednich jego utworów, „Moniki,” albo „Magielony.”
I ów' romantyk Zeycr nie zaniedbał dalej próbować sil swoich, pisząc dramatyczną pieśń p. t. „Aidam-f.” Ideą tego dramatu jest miłość, miłość ta wrząca, jaką potrafi przepełniać swoje utwory Zeycr. Ona uszczęśliwia jednych, wyrywa ich z przepaści, ocala, drugich zaś potępia, nawci prowadzi na bezdroża.
O „SaZowici,” tragedyi Bogumiła Adamka, powiedzieliśmy, mówiąc o otwarciu Narodowego teatru w' Pradze. Tu musimy’ tylko nadmierne, źe Adamek jest człowiekiem jeszcze bardzo młodym, bo rozpoczął zaledwie rok trzy dziesty „Salomea” to pierwszy jego utwór, który m chlubnie rozpoczął swoje karyerę pisarską.
Przejdźmy' teraz do komedyi,
Oprócz już wymienionej A rclilickiego „Wbeczce Diogoncsa,” zaznaczyć nam wy pada parę prac oryginalnych, I tak pan Władysław Strou-peźnicki wykończył komedyjkę w 1 akcie „Zvi-korskl liaraszek.7' Jest to sztuka historyczna. Akcya toczy się żywo, dowcipu dosyć, charaktery zaś i sytuacye, choć nie oryginalne, ale dobrze pojęte, stawiają tę komedyjkę w szereg t lepszych utworów sceniczny ch, a z prac Stron-peżnickiego będzie to niezawodnie najlepsza.
Wreszcie do nowszych sztuk musimy zaliczyć Franciszka Zakrejsa, jednego ze zdolniejszych krytyków, pięcioaktową komedyą pod tytułem „Czereenobila stolistAa,” która atoli w druku ukazała się jeszcze w 1881 roku ; nakładem Kobra w Pradze.) Dalej zapisujemy dwie komedyjki, z których pierwszą jednoaktówką, więcej zakrawającą na farso, p. t. „tno« Uleny,7' napisał J. E. Berauka, druga zaś trzyaktowa „Katcalir-k<>wen wyszła zpod pióra A. Koukla.
Dramat czeski nie rozwija się rów nic pomyślnie, jak inna poczya czeska. ZJaje się jednak, że nie brak sił odpowiednich, ale inne przyczyny stawały mu dotąd na przeszkodzie.
Ażeby lepiej przedstawić, jaki procent zajmują w teatrze czeskim sztuki narodowe, wdasne, muszę przytoczyć tu cyfry.
W 1881 roku utwory' czeskie zajęły: dramat i komedya 65 przedstawień, opera 53—czy li razem 118. W 1882 roku: dramat i komedya 70, opera 46—czyli razem 116, a zatem cyfra inniej-więcćj taż sama.
Przyjąwszy roczną liczbę czcsk:ch przedstawień 400 (ponieważ w niedziele i dnie świąteczne częstokroć dwa razy dziennie one sie odby wają), otrzymamy, że sztuki oryginalne czeskie zaledwie l/i tćj liczby wypełniają, czyli że dawane są co czwarte widowisko. Niezbyt to budujące, ale kto wie, czy nic lepiej jeszcze niż u nas.
Ż przekładów polskich wystawione zostały „Grubi- ryby71 i „Gęsi i gąski" Bałuckiego z wicl-kiem powodzeniem, oraz „ATa j< hw kartę,7' dramat Sienkiewicza. Przekładów ty ch dokonał Celestyn Fricz, młody, ale zdolny tłumacz. Fri< z
zna dobrze słowiańskie języki, w szczególności zaś polski, toteż tłumaczenia jego są poprawne. Oprócz tych tłumaczeń, przełożone zostały z polskiego „Kalosze” J. A. lir. Fredry i cztćroaktowa komedya Bałuckiego „Sąsiedzi,” wreszcie „Złoty cielec” (Dobrzańskiego), „Teatr amatorski” (Bałuckiego), „Spudłowali” (Zalewskiego) i „Przyjaciele Hioba” (Asnyka). Widzimy więc, że teatr czeski zasila sic dość znacznie naszemi sztukami, a dodajemy, że każda z nich doznaje bardzo pomyślnego przyjęcia.
Oprócz sztuk polskich, wystawiono wiele innych. Ze słowiańskich jednak rzeczy niczaprze-ezenie pierwszeństwo należy się sztuce Tołstoja „Śmierć cara Iwana Grcśnetfo," którą publiczność czeska z niezwykłym zapałem przyjęła.
Również sztuki francuskie, w szczególności nowszych pisarzów, zajęły liczne przedstawienia. Przedewszystkićm Franciszek Copće i E. Paille-ron szczycili się trwałćm powodzeniem.
Teatr czeski znajduje się jeszcze w tćm smu-tnem położeniu, że ma pod bokiem inny, konkurencyjny teatr niemiecki, który skwapliwie wystawia wszystkie nowości, pociągając ku sobie ciekawą publiczność nawet czeską, dobrze rozumiejącą obcy sobie język. Patryoci Czesi nie chodzą jednak z zasady do niemieckiego teatru, a każdy grosz wolą złożyć na ołtarzu narodowej sztuki, która, mając teraz swój nowy przybytek, zacznie się niezawodnie świetniej rozwijać, tćm bardziej, że niebrak Czechom ani pomysłów, ani energii. Jeszcze lat parę, a i poezya dramatyczna czeska stanie wysoko.
Wiktor Czajewski.
DUBROWNIK.
SZKIC Z PODRÓŻY.
Skrulll
DOLTIMIRSKI.
I.
Słońce się już zbliżało ku zachodowi, kiedy ożywiony ruch pasażerów „Messiny,” parostatku wiozącego nas ze Spljctu (Spalato), zapowiadał, żc znajdujemy się blizko celu podróży naszej, którym na dziś był Dubrownik. Niebawem nadszedł tćż kapitan okrętu — uprzejmy Chorwat, który, wiedząc jakiej jesteśmy narodowości i żc poraź pićrwszy odbywamy podróż po Adryatyku nad brzegami Dalmacyi, przez całą drogę wybornym by 1 nam ciceronem i potwierdził domysł nasz uwiadomieniem, żc za pół godziny statek zawinie do Grawozy, będącej obecnie portem dla Dubrownika. Pozostawiwszy troskę o zabranie rzeczy naszych usłużnemu chłopakowi okrętowemu, chętnie przyjęliśmy propozycyą kapitana, aby z pomostu jego przypatrzeć się brzegom.
Parowiec właśnie zmienił bieg; opuszczając morze otwarte, jedziemy wprost ku stałemu lądow i.
Przejazd tu musi być niełatwy, bo morze jakby zasiane skałami. Nareszcie mijamy dwie wysepki większe Giupanc i Calanottę, a wprost naprzeciw nas na stałym lądzie dalmatyńskim prześlicznie położona wioska Kanosa. Nie jest to rzeczywiście owa sławna, do której Bismarckowi tak iść niepilno, ale i tutejsza Kanosa ma sławę, którą jej zjednała wielka grupa wspaniałych jaworów, o tak kolosalnych rozmiarach, że ich podobno pod tym względem nic przewyższa żaden z historycznych jaworów w Grecyi.
Wysokie brzegi górzyste, okryte poczęści bujną zielonością, piękny przedstawiają widok, ale widok ten staje się czarującym, kiedy wjeżdżamy do prześlicznej zatoki Grawozy.
( tworzona przez mały półwysep Babinkuk, sterczący w morzu skalistemi brzegami, zatoka ta wybornym jest portem naturalnym. Szereg małych wysepek, z których dwie wymieniliśmy, rozłoży wszy się przed wjazdem do zatoki, strzeże jej spokoju, chroniąc od inwazyi zbyt rozhukanych fal morskich. Z trzech stron port otoczony góra
_____ 118 __________
mi; najniższe z nich na półwyspie Babinkuku, zupełnie pokryte lasami drzew migdałowych i oli-wowych, wśród których tu i owdzie widać grupy jaworów.
Najwyższe szczyty od strony wschodniej lądu stałego dziwnie pięknie sic rysują na ciemno blę-kitnćm tle nieba; kolor ich sino-popielaty tak miękki, że zdaje się, iż nie ciężką masę kamieni, lecz raczej przezroczystą prawic tkaninę pokrywa. Nie widać na górach formacyi skał, a jednak od niewielkiej nad poziom morza wysokości wszelka wegetacya ustala. Pozuajeniy po tćm, że to zawsze jeszcze dalszy ciąg gór Krasu (po niemiecku Kars zwanemi), których pasmo ciągnie się od południowego stoku Alp julickich, kędy' wjechaliśmy do tak zwauego ])rimorskiei/o kraju, wzdłuż nadmorskich brzegów Cborwacyi i Dalmacyi, aż do Albanii.
Jeżeli jednak wierzchołki nagie, to zato u stóp gór, bliżej morza, w całej świetności rozpościera się bujna wegetacya południowa. Wielkie, rozłożyste drzewa figowe oryginalne rzucają cienie, a począwszy od srebrzysto połyskujących liści drzew oliwowych, do ciemnej barwy wysmukłych cypry sów, znajdujemy wszelkie odcienia zielonego koloru. Nad nami błękit nieba, pod nami cudowny lazur morza;—zdaje się, że cale powietrze przepełnione zapachem balsamicznym.... ale to pewnie złudzenie tylko, wywołane żywą barwą kolorów, które nas zewsząd otaczają, podniesione jasuym blaskiem płomieni słonecznych. Wśród gęstej zieleni widać tu i owdzie pałacyki, nad samym brzegiem zaś rozciągnął się długim sznurem szereg doinków białych, i to tak blizko wody, żc odzwicrciadlając sic w niej, wzrok mylą: nie widać czy domki na brzegu, czy w wodzie stoją.
Port bardzo ożywiony. Równocześnie z nami przybyło kilka statków’ żaglowych. Poznawszy ich pochodzenie, kapitan nasz z ich załogą zamienia glośuc powitania po grecku. Powierzchnia morza roi się tćż od licznych lodzi i gondol; w jednych rybacy wyjeżdżają na połów, lub wracają, zdążając do swych domków białych, w drugich, różnobarwnych i ozdobnych, wożą sic zapewne mieszkańcy pałacyków okolicznych, którzy opuścili śliczne siedziby swoje, aby po całodziennym skwarze użyć chłodu wieczornego.
Na <jitai nadbrzcźnćm, dc którego nareszcie przybił nasz parowiec—gwarno. Ruch odmienny cokolwiek od tego, który spotykaliśmy w innych miastach Dalmacyi. Nie braknie i tu najróżnorodniejszych strojów malowniczych, ale obok tego widać ruch jakoby wielkomiejski. Ghociaż Gra-woza małą jest miejscowością, a poblizki Dubrownik tćż podobno tylko około 6,000 mieszkańców' liczy, uwijają się niety Iko liczne dorożki, lecz widać także kilka eleganckich ekwipaży prywatnych. Zdaje się że źyjc jeszcze tradycya dawnej wolnej rzeczypospolitćj, bo Dubrownik ma nawet swoje ciało dyplomatyczne. Rezydują tu konsu-lowie: wioski, niemiecki, rosyjski, angielski, zda-jc się nawet żc jeszcze turecki, francuski i grecki. A godzi się nazwać panów tych dyplomatami, bo przecież handel Dubrownika nie tak jest znaczny, aby usprawiedliwiał pobyt tylu konsulów. Zapewne tedy zatrzymuje ich tu raczej sąsiedztwo krajów, w których do niedawna powtarzały się wypadki alarmujące całą Europę. Zawrsze przyznać trzeba, że drobni ci dyplomaci obrali sobie prześliczny punkt obserwacyjny.
Za radą w'spóltow’arzysza podróży, oficera austryackicgo, Chorwata, który znając dobrze Dubrownik, zkąd rodzina jego pochodziła, ofiarował nam się na przewodnika, idziemy pieszo do miasta szosą, która odcina jakby wstęgą białą półwysep Babinkuk od stałego lądu. Szosa prowadzi przez górę, a na drugiej stronic—znów nad morzem—leży Dubrownik. Nad szosą spotykamy niekiedy gruzy domów zniszczonych. Towarzysz nasz objaśnia nam je, jako zabytki zr. 1806, kiedy w czerwcu tegoż roku oddział wojska rosyjskiego, przybyłego z Kotaru, wspólnie z Czarno-górcamii llerccgowińcami oblegał Dubrownik, zajęty przez oddział wojsk francuskich, pod dowództwem generała Lauristona. Wojsko oblężnicze, chcąc zdobyć miasto, zniszczyło całe przedmieście
Dubrownika; podobno przeszło 600 domów legio w gruzach. Miasta nic zdobyto, bo 6 lipca nadszedł z odsieczą francuski generał Molitor, a oddział rosyjsko-czarnogórski, liczący tylko około 8,000 ludzi, po większej części nieregularnego wojska, od oblężenia odstąpił.
Piękne przedmieścia przez dziesiątki lat, a poczęści dotychczas, pozostały w gruzach, bo wypadki dni owych były początkiem końca rzeczypospolitćj dubrownickiej, która istniała pizcz 11 wieków. Miasto stale pozostało zajęte przez wojska francuskie, których dowódzcy, pomimo senatu, faktyczną dzierżyli władzę, aż nareszcie dekret cesarza Napoleona z 31 stycznia 1808 formalnie zniósł wolną rzeczpospolitą, wcielając Dubrownik do utworzonego przez siebie królestwa Iliryi. Adjutant generała komenderującego zakomunikował zebranemu senatowi odnośny dekret, a kiedy jeden z senatorów chciał zabrać glos do zaprotestowania, oficer ten mu oświadczył, że nie ma prawa przemawiać, ponieważ z chwilą zniesienia rzeczypospolitćj przestał być senatorem.
W sześć lat później (29 stycznia 1814 r.) przeszedł Dubrownik pod panowanie austryackie. Arystokraeya jego, która za czasów rzeczy pospolitej znaczne miała przywileje, straciwszy je, chociaż częściowo została wynagrodzoną, matc-ryalnie podupadła i nie była już w możności robienia nakładów na odbudow anie dawnych siedzib swoich.
Kiedy towarzysz nasz kończył opowiadanie o ostatnich czasach rzeczypospolitćj, stanęliśmy na najwyższym punkcie szosy. Za nami zatoka, na którą jeszcze raz rzuciliśmy okiem. Wyglądała teraz jak jezioro, otoczone przcśliczncmi brzegami. Przed nami morze otwarte, a daleko nad brzegiem widać miasteczko małe, z którego Dubrownik wziął swój początek. Włosi nazywają miasteczko to Ragusa vccchia, Słowianie Zaptat, a jest ono to samo, które założyli Grecy w r. 590 przed nar. Chr., nadając mu nazwę Epidauros. W r. 164 przed Chr., posiali Rzymianie tam kolonią swoje. Kiedy w początku siódmego wieku ery chrzcściańskićj hordy Awarów zniszczyły miasto, mieszkańcy jego, o ile uniknęli śmierci od nieprzyjaciela, opuścili dawną siedzibę i na innćm miejscu założyli osadę. Osadę tę zajęli niezadługo przybywający z północy Chorwaci, dając jej od pięknej dąbrowy, znajdującej się podobno nad nią na górach, nazwę Dubrownik.
Od szczytu pagórka szosa zmienia kierunek i prowadzi wzdłuż morza, opuszczając się coraz niżej ku miastu. Ku stronic południowej i zachodniej mamy widok na morze otwarte, którego cały horyzont teraz przed samym zachodem słońca połyskuje złocistym blaskiem, lleż-to razy podziwiało się wspaniały ten obraz, a zdaje się, żc coraz to nowy on ma urok. Zapewne i otoczenie bardzo się przyczynia do podniesienia wrażenia, a tu na południu wszystko jakoby w żywszych jaśnieje kolorach. Prawda, że tu stoimy na punkcie szczególnie pięknym. Droga nasza znajduje się o kilkadziesiąt metrów nad poziomem morza, na skale, a kiedy się przechylamy przez balustradę nad szosą, wzrok nasz po ścianie prostopadłej pada na fale morskie, których kolor w tej chwili mieni się w oczach, jak kamień labradoru. Wzdłuż brzegu piana fal rozbijających się, .pomimo spokojnego pozornie morza, bezsilnie o skałę, tworzy pas srebrzysty.
Ostatnie promienie słońca przedzierają się przez gęstą zieleń ogrodów do pałacyków przed micścia Pile, które ciągnie się wzdłuż szosy naszej, od strony drugiej- -północnej. Chyba laska jakaś czarodziejska stworzyła tak piękne ogródki na tym gruncie skalistym, którego odłamy tworzą często wrota do ogrodów o fantastycznych kształtach. W szczelinach skał, jakby strzegąc wejścia, wyrosły aloesy olbrzymy; ich liście twarde i kolczaste mają po kilka metrów długości i odpowiednią szerokość, a kwiat na końcu dłuższej jeszcze łodygi.
(Dalszy ciąg ncstii/i.J
119
Kronika tygodniowa.
Lekka zima i jej cudowne liglc.—Czarodziejski vą/ i tłumy gapiów.—Zlc następstwa lekkiej zimy.—Zakład dezin-fekcyjiij.—Fabryka lodu.—Kłopoty wmiarę okoliczności.— Podróżny Japończyk i jigo zdanie o wyższych dążnościach naszych —Kwestya drażliwa.—Nauczka moralna —Prawdopodobny nieurodzaj na kurczęta i fabryka kurcząt. — Towarzystwo muzyczne i osiąganie celów przez eiiorcogra-fią.—Piekarnia p Janowskiego i leatr.- Wzgledy i prawo.— Możliwy żal poniewczasie.—Szpital dla chorych na piersi.— Odczyty na osady rolne.—Szkoły niedzieliio-rzcmieślnieze.— Wydawnictwo dla młodzieży'.—Słówko odpowiedzi na lisi architekta.
Byliśmy już najufniejsi, że lekka zima przemieni się w rychłą wiosnę; ale wszystkie nadzieje ludzkie są zawodne, więc i tym razem pokazało się, że oczekiwanie ciepła i zieleni trzeba trochę odłożyć... Mrozik przyszedł i । owarzył pękające listki ua drzewach, ściął w lekką powłokę lodową wód powierzchnię i pokazał, żc nic niema trwałego pod słońcem, okrom... złudzeń.
Tymczasem lekka zima dala pocłiop do wytwarzania się nadzwyczajności; jedne z nich opowiemy pokrótce.
Jakaś poczciwa kobiecina, z dziecięciem u piersi, zmęczona snąć upałem lutowym, usiadła solne w polu pod dzewem i usnęła. Przy skwarnej porze około Matki Boskiej gromnicznej, taka senność nużąca nadzwyczajnością nie jest. Matce usunęło się z rąk śpiące również dziecię, a gdy się przebudziła, z przerażeniem ujrzała u piersi własnej... węża!... Znać gadzina wypełzła z nory na upalne słońce, zamiast spać snem zimowym.
Otóż tę kobiecinę przywieziono do jednego ze szpitali warszawskich, aby tu ciało lekarskie zadecydowało, jakim sposobem należy odjąć upartego węża od piersi, której on puścić nie chce.
r,l<'akt'n ten rozniósł się w piorunującej wieści po Warszawie i pod drzwiami onego szpitala zgromadził taki tłum ,. łatwowiernych z przeproszeniem gapiów, że aż polieya musiala utrzymywać ich w porządku. Na żaden sposób nie chcicli oni uwierzyć, aby wąż był wymysłem pewnego brukowego pisemka, kłamstwem tak dziwnćm, że trudno zdefiniować, kto niedorzeczniejszy, czy ten, co je w świat puścił, czy ci, co je za dobrą monetę przyjęli. Ale dziwniejszym jest cel tworzenia podobnych bredni; zrozumieć go niepodobna. Chyba to najprostsze drwiny z czytelników.
Chociaż sic mrozik pojawił, przyszedł już zbyt późno, aby zdołał naprawić złe, jakie lekka zima przyniesie. Więc najpierw nie wyniszczyła ona miazmatów, powstałych z gnicia i wilgoci jesiennej, potem nic dala potrzebnej ilości lodu, a wreszcie tak popsuła przyrodzony porządek rzeczy, źe z nim na czas jakiś do ładu trafić nie będzie można.
Pierwszemu złemu ma choć wczcści zaradzić projektowane utworzenie zakładu dezinfekcyj-nego, przeznaczeniem którego będzie trzymać w kwarantannie i przewietrzać odpowiednie sprzęty i odzież podejrzaną. Drugiemu zapobiegnie fabryka lodu, która powstać ma z wiosną w pobliżu Warszawy i produkować go na wielką skalę, a za fanie stosunkowo pieniądze. Co się zaś tyczy bezładu w przyrodzonćm następstwie rzeczy, to mądrość ludzka zastosuje się do niego dopićro wmiarę okoliczności, to jest gdy jćj przyjdzie nosić futra na wiosnę, a w lecie siać jarzyny.
Dczinfekcya... rzecz to niezmiernie pożyteczna, tylko potrzebaby ją u nas zaprowadzić na wielką skalę. Prus w kuryerze warszawskim przytacza uwagi pewnego podróżnego Japończyka, który pow iada, żc żj jemy na ogromnej kupie śmieci, ża w wyższych zatopieni daż< niach, lekceważymy potrzebę czystości i porządku, co jest najzupełniejszą prawdą. W tem oderwaniu od ziemi (szczególniej podczas długich uroczystości bożka Kar-naw-alu), zapominamy o wielu bardzo „kwc-styach nieprzyjemnych,’’ o których jednak zapominać się nie godzi. Jedne z nich poruszył świeżo Kitryer warszawski. O! to drażliwe, bo idzie tu o miejsca, wielce potrzebne każdemu, a dla każdego, gdy niepotrzebne, wielce wstrętne. Są one bardzo słabą stroną naszego miejskiego gospo
darstwa i sprawiają, że cudzoziemiec, gdy w ten jego szczegół zajrzy, choćby byl nawet. Japończykiem, nabywa najniekorzystniejszego wyobrażenia o naszych... wy.’szych dążnościach. Kuryer, mówiąc o tćj drażli >vej kwestyi, upominał się o troskliwszy dozór policy i, ale dostał z jćj strony odpowiedź, która rumieńcem wstydu zapłonićby powinna twarze stałych i niestałych mieszkańców W arszawy. Treścią jej jest, że polieya nic nie zrobi tam, gdzie ogól nie ma pojęcia o porządku, gdzie nikt nie dba o czystość, a wszyscy gorliwie uprawiają niechlujstwo, gdzie wreszcie to, co się nazywa wygodą publiczną, jest zawsze w zupeł-nćm lekceważeniu.
Gorzkie te uwagi są słowami—prawdy.
Wracając do lichej zimy, która może sprowadzić lichą wiosnę, mamy prawo oczekiwać pewnego złośliwego figla od matki przyrody. Oto sprowadzi ona nieuiodzaj na... kurczęta. Ale złapie się staruszka, bo maluczko, a powstanie w mieście naszem sztuczna wylęgarnia tych smacznych ptasząt, tak niezbędnych na majowym stole troskliwie odżywiających się ludzi.
Wiec trzy rzeczy nowe: fabryka lodu, zakład dczinfekcyjny i sztuczne kurczęta!... To bardzo pięknie. Tylko żc u nas wszystkie rzeczy nowe, dopóki się nie zestarzeją, cieszą się rozwojem i powodzeniem, a stare ledwie dyszą. Mamy tego przykład na tak zwanej Spółce jedwabniczćj, która w dniu 10 marca ma odbyć doroczne zgro madzcnic ogólne i radzie nad.... zachwianym bytem własnym. Mamy też inny przykład ua Towarzystwie muzycznem, które, rządząc się zasadą rozsądnego oportunizmu w walce o byt, idzie za głosem wielkiego człowieka, bo... gromady. Ponieważ gromada woli taniec, n.iż muzykę, więc Towarzystwo popiera teraz gorhwićj pierwszy, niż dmgą. Ale przynajmniej godzi sie oddać mu sprawiedliwość, że ma dobrą muzykę do tańca.... lepszą niż na wielu swoich koncertowy ch popisach.
Choć gromada wielki człowiek, niczawsze jednak i niewszedzie głos jej trafia do celu i osiąga skutek. I oto znowu maleńki przykład.
Już razy kilka trafiło się, że w teatrach naszych powstawał niemały popłoch, wskutek rozchodzenia się woni jakićjś spalenizny. Mogło się już i tak przy trafie, żcwoń owa, zwiastująca domyślną klęskę pożaru, mogła była doprowadzić do najfatalniejszych następstw, w rodzaju nieszczęścia w wiedeńskim Ringtcatrzc, i tylko dzięki powściągliwości naszćj publiki do tego nie doszło. Za każdym razem pokazało się, że woń spalenizny pochodziła z piekarni cukierniczej, mieszczącej się w gmachu teatralnym; ale pokazało się to zawsze po fakcie, więc po przyczynie bardzo możliwej katastrofy. Nazajutrz robił się maleńki huczek po pismach o owę piekarnię, tak nieodpowiednio ulokowaną; upominano się o jej usunięcie i wróżono nieszczęśliwe następstwa z tego sąsiedztwa dla teatru. Wróżono i upominano się przez czas pewien, dopóki o całej sprawie nic zapomniano, a gdy potem sama ona przypomniała się nowym popłochem, wracano do wróżb i upominam.. napróżno! Tak już było razy kilka i tak będzie, dopóki przewidywane nieszczęście nie nastąpi. Nic mamy zamiaru nikogo straszyć, ale najprostsza logika uczy, że gdzie jest przyczyna, tam skutek bywa tylko kwestyą czasu.
Co jest powodem szczególnych względów dla piekarni pana Janowskiego? Czy lekceważenie bezpieczeństwa i Rycia tysiąca ludzi?... Tego nie przypuszczamy ani na chwilę. Więc może kontrakt jego z dyrckcyą teatrów?... Ależ niema kontraktu na świecie, któryby nie traci! swej mocy wobec względów takiej wagi, jak bezpieczeństwo publiczne, zdrowie i życie całych tłumów! Wszakże prawo przewidziało podobne okoliczności i mocą swoją wywłaszcza z ziemi właścicieli, Kurzy domy, rujnuje fabryki pro publice bono. Więcej to znaczy, niż skasowanie jednej piekarni tam, gdzie może się ona stać przyczyną, najkrwawszej katastrofy, gdzie jest bezustannie przęśle dowcą spokoju publicznego i źródłem ciągłych obaw.
Jak długo p. Janowski swędzić będzie pod no-
sem publice teatrów warszawskich... to przyszłość pokaźc. Może też sprawę tę weźmie do serca ktoś, do kogo to należy, ale daj Boże, aby jćj nie potrzebował brać wtedy, gdy ją trzeba będzie opłakiwać w niewczesnym żalu i skrusze!
Wprawdzie dyrekeya teatrów — w odezwie do gazet — uspokaja jak może publiczność, źe ani jeden wylot pieców pickarnianych nie łączy się z salą teatralną, żc niebezpieczeństwa niema, źe służba porządku czuwa bacznie; ale mniejsza o to, zkąd woń spalenizny i którędy się wciska—zawsze to pewna, żc stać się ona może przyczyną zgubnego popłochu, a to, bez pożaru nawet, wywołałoby najsmutniejsze następstwa.
Tymczasem jeszcze jedna kwestya... także nieprzyjemna.
Oto doktór Polak, w Kuryerze warszawskim,, gorąco podniósł konieczność utworzenia szpitala dla chorych ua piersi, a w szczególności dla suchotników. Zwraca on uwagę na przerażające cyfry śmiertelności u rych biedaków, których przeważna liczba należy do klasy najuboższej.
„Na 1,UUO zmarłych przypada przeszło 250 wypadków śmierci zpowodu chorób piersiowych, a w tej liczbie około 140 zejść skutkiem suchot. Tyogoduiowo umićra na choroby piersiowe 45 do 60 osób, a w tej liczbie około 25 suchotników. Stanowią oni siódmą część wszystkich umierających, a prawie jednę czwartą dorosłych. Ponieważ przebieg suchot oblicza się przecięciowo na dwa lata, przeto ustawicznie znajduje się w Warszawie około 2,50U—3,000 suchotników/
Zaprawdę — powtarzamy—przerażające to cyfry i powinny by pobudzić do uwagi nad tą bolesną kwestyą. Doktór Polak słusznie nawołuje pod tym względem do działania. Kadzi on, aby-śmy poszli tu za przykładem społeczeństwa angielskiego, którego wszystkie olbrzj mie szpitale założone zostały i utrzymują się drogą składek prywatnych, a dodaje, że jakkolwiek pod względem bogactwa ustępujemy nieskończenie Anglikom, to przecież dobroczynność nasza nie jest mniejsza, a liczba suchotników u nas stosunkowo większa.
Autor artykułu twierdzi, źe urządzenie proponowanego przezeń szpitala pod Warszawą kosztowałoby około 11)0,000 rs., ale dodaje, źe większość najwspanialszych nawet zakładów filantropijnych rozwijała się tylko stopuiowo i źe założenie chociażby najskromniejszego szpitala byłoby ważnym czynem rozumnej filantropii i zbawieniem dla wielu jednostek.
Ażeby raz skończyć ze sprawami niemilemi, przechodzimy do seryi odczytów na osady rolne; niechaj czytelnicy wiedzą, jakich-to rozkoszy umysłowych mogą sie spodziewać po szale karnawałowym, który za dni kilka ucichnie.
Przed czterema tygodniami podaliśmy już wiadomość o zamierzonych prelekcyach i prelegentach, ale pokazało się, źe starania zarządu osad rolnych nie wszystkich skaptować potrafiły....
Z wymienionych przez nas wówczas prelegentów wytrwali tylko pani Marrcne i panowie W. hr. Dzieduszycki i Jankowski. Natomiast przybyli: dr J. Jędrzejcwicz (o przeszłości świata fizycznego), K. Dunin (o prawnej obronie honoru), Kozietulski (o granicach pojęć .ludzkich), J. A. Święcicki (teatr na Wschodzie), J. Kościelski (Egipt i jego mitologia), odczytów ogółem będzie dwanaście.
Do bardzo miłych wieści zaliczyć musimy glos, zwiastujący w Kielcach założenie tam szkoły miejskiej, z obowiązkową nauką rzemiosł. W godzinach poza klasowych uczyć się w nićj będą wy-cbowancy, którzy ukończyli lat dziesięć, ślusarstwa, stolarstwa i szewetwa, i to obowiązkowo. Kicl«c przeto postanowiły zapobiedz naglącej potrzebie i wzięły się do tego bez uprzedniej gadaniny, bez długich zachodów i ceregieli. Wartoby je naśladować i po innych miastach, a choćby i w Warszawie.
Powiecie może, że Warszawa tego nie potrzebuje... No, pisaliśmy o tem już razy kilkanaście i powtarzać się nic będziemy, ale natomiast wska-żemy inną potrzebę: oto szkół niedziclno-rzc-micśłniczych dla terminatorów. I takie szkoły
Z KARNAWAŁU. liysunek oryginalny J. Ejsnionda.
(313)
I lllllllll Nl!ll
Sztoinia tak zwana ponikowska, w kopalniach olkuskich.
(314)
Rjsował Brzozowski.
122
mamy, ale w liczbie niewystarczającej. Terminatorów wogóle jest tu przeszło 15,0U0, a szkól wszystkiego jedenaście, co znaczy, że na każdą szkoię, dwu lub jednoklasową, przypada przeszło 1000 uczniów. Trzeba też wiedzieć, że istnieje przepis, który nie pozwala terminatorowi zostać czeladnikiem, bez ukończenia szkoły.
Czy moźliwem jest, aby młodzież, w liczbie przeszło 1,000, zgromadzona w jednej lub w dwóch salach, uczyła się naprawdę, lub żeby w takim komplecie do szkoły uczęszczała?... Jak sobie radzi z takim tłumem uczniów biedny nauczyciel?... Czy istotnie może ich czegoś nauczyć, a nawet utrzymać w odpowiednim rygorze?...
Dotąd patrzano przez szpary na spełnianie warunku przedstawiania świadectwa szkolnego przy wy zwolinach, ale obecnie musi on być zachowywanym skrupulatnie. To znaczy, że poważna liczba terminatorów, niemogących się docisnąć do szkoły, świadectwa takiego nie uzyska i wyzwolić się nie zdoła. Są już tacy, którzy po kilko-letniej nauce w warstacie ujrzeli przed sobą zamkniętą drogę do dalszćj karyery rzemieślniczej, a to poprostu dlatego, że szkół odpowiednich w liczbie wystarczającej niema.
Czy i tu godzi nam się odwoływać do współdziałania ogółu?... Nie! Zaradzić złemu jest obowiązkiem stowarzyszeń rzemieślniczych, z których każdo mogłoby utrzymać szkołę własną. Na to przecież wielkich kapitałów nie potrzeba. Rzemiosła uboższe i mniej licznie oprawiane mogłyby się połączyć w osiąganiu tego celu, a tym sposobem udział w wydatkach nie byłby zbyt uciążliwym.
Do miłych wiadomości zaliczyć musimy pogłoskę, że spółka księgarzy tutejszych zamierza wydać cały cykl powieści historycznych dla młodzieży, na wzór powieści Kraszewskiego. Na urzeczywistnienie tej pięknej myśli dzwoniliśmy pokilkakroć i cieszymy się serdecznie, że przychodzi do skutku. Jak słychać, wykonanie tego pomysłu powierzono jednemu z literatów, znanemu już na polu prac historycznych.
Kończymy nasze pogadankę odpowiedzią na list z podpisem, architekt. List ten jest protesta-cyą przeciwko naszemu zdaniu, wypowiedzianemu w kronice zeszłotygodniowej, co do niektórych prac architektonicznych w naszem mieście. Autor jego zapytuje nas, jakiem prawem ośmielamy się sądj-j pomysły i roboty ludzi fachowych, wykształconych w swojej sztuce i pracujących dla niej gorliwie, a z chlubą?
Jakiem prawem?... ALily Boże! Alboź człowiek mający parę zdrowych oczu .i odrobinkę dobrego smaku nie ma prawa powiedzićć, że to mu się podoba, a tamto nie, że to go zacb wyca, a tamto razi? Czyż sztuka istnieje tylko dla specjalistów?... Potrzeba być człowiekiem ad koc wykształconym, aby wznieść piękną kopułę nad kościołem, lub wystawić wielki ołtarz; ale poczucie piękna wystarczy', aby osądzić trafnie, czy ta kopula lub ten ołtarz są naprawdę pięknemi. Gdyby nie te tłumy profanów, które ferują ostateczny wyrok w rzeczach sztuki, nie potrafiłaby ona nigdy nietylko sięgać ku wyżynom, ale nawet istnieć. My nie mamy prelcnsyi do ferowania wyroków, ale w rzeczach smaku i poczucia piękna niechaj nam będzie w'olno mieć tyle głosu, ile go mają ci iwspecyaliśdi, co teźsame prace wielbią i chwalą. Jeżeli nam autor listu prawo to przyznać zechce, to pozostanie już tylko kwestya różnicy zdań, a pod tym względem dyskutować łatwiej, skoro przedmiot sporu — kopuła lub ołtarz — przed oczami zarówno kompetentnych sędziów jak profanów ukryć się nie może.
St. M. Pz.
Przegląd polityki zagranicznej.
21 lutegc.
Wspomnieliśmy w przeszłym tygodniu o zapowiedzianej i wkrótce nastąpić mającej noininacyi ks. Orłowa na ambasadora rosyjskiego w Berlinie, oraz o pogłoskach, według których nominacya ta
miała wróżyć wskrzeszenie trójcesarskiego przymierza. Zpowodu tych pogłosek Pester Lloyd umieścił artykuł inspirowany, w którym przyznając wspomnianej noininacyi wysokie polityczne znaczenie, przeczy połączonym z nią komentarzom. Przymierze, o którćin mowa, należy, zdaniem tego dziennika, do rzeczy „zapomnianych dawno i chętnie.” Wobec zmienionego położenia Europy, przymierze takie byłoby anachronizmem, a przy istnie-jącćm przymierzu niemiecko austryackiem z udziałem Włoch, przywrócenie tej kombinacyi, która była niegdyś wypływem przymusowego położenia, jest wprost niemoźebnem. „Nie wypływa ztąd jednak — kończy Pester Lloyd — aby Rosya nie mogła znaleźć, a nawet może już nie znalazła, drogi do zbliżenia się ku Niemcom i ku Austryi.”
Jak gdyby komentarzem do słów powyższych jest doniesienie Fremdenblattu i Neujr. Pressa, że rosyjski attache wojskowy przy dworze berlińskim, ks. Dołgorukow, zawarł w Fricdricbsruhe, gdzie przebywa ks. Bismarck, umowę z rządem pruskim o wzajemne cofnięcie wojsk niemieckich i rosyjskich od wspólnej granicy obu tych państw. Donosząc o tćm, wspomniane dzienniki dodają, iż podobne cofnięcie nastąpi zapewne także na granicy rosyjsko-austryackićj.
W doniesieniu tern nowością jest w każdym razie fakt, iż na granicach wspomnianych znajdowały się jakieś wojska, które w normalnym stanie rzeczy mogły być usunięte, ale pod warunkiem wzajemności. Pisma niemieckie i austryackie wspominały wprawdzie o tern niekiedy, ale wówczas dzienniki olicyałne, szczególniej berlińskie, zaprzeczały takim twierdzeniom najuroczyścićj.
Jedna z ważnych bardzo dla samorządu galicyjskiego ustaw, uchwalonych przez sejm lwowski, doczekała się w tych dniach sankcyi ccsar-skićj, a mianowicie ustawa przedłużająca trwanie kadcncyi urzędowania wybieralnych rad gminnych i powiatowych z lat trzech na sześć. Tym sposobem samorząd będzie mógł wytworzyć sobie ludzi, posiadający! h rutynę administracyjną i zakreślających szćrszy plan swej działalności, co dotąd dla krótkiego okresu urzędowania było zupełnie niemoźebnem.
Anglielska Izba gmin nic poszła w ślady Izby lordów i odrzuciła wniesione przez Northcotc’a wotum nieufności dla rządu, z powodu jego polityki egipskiej. Dość znaczna większość 311 głosów przeciw 262, która postępowanie gabinetu w Egipcie i Sudanie zaaprobowała, nie pozwala przypuszczać, aby spełnić się miały przewidywania Tlmesa, który zpowodu tćj sprawy wróżył upadek rządów Gladstone‘a.
Kwestya sudańska załatwioną została w duchu oświadczeń, zawartych w mowie tronowej i składanych w izbach przez ministrów. Wojska egipsko-anglelskie opuszczą Sudan, pozostawiając go w rękach Mahdicgo i reprezentantów pomniejszych dawniej panujących tam dynastyj. Generał Gordon przybył już na miejsce dla kie rowania ewakuacyą i czynność swą rozpoczął od ogłoszenia niepodległości Sudanu. Naturalnie wstęp taki ułatwi mu układy z Mahdim, który nie ma wcale interesu przeszkadzać oddaleniu się Anglików i Egipcyau i dla którego pożądaną będzie sposobność zawiązania na stopie niepodległego władcy rokowali z reprezentantem królowej Wiktoryi.
Nowe posunięcie się granic panowania Rosyi w Azyi środkowej, a mianowicie formalna a-neksya Mcrwu i terytoryów zajmowanych przez plemiona turkomańskie, które obecnie przyjęly stanówczo poddaństwu rosyjskie, nie wywołało obecnie takiej wrzawy w prasie angielskićj, jaką dawniej wzbudzał każdy krok Rusyi na tej drodze. Times nie sądzi, aby ta aneksya mogła niepokoić Anglią, obawia się tylko, aby Rosya nie zaanektowała w przyszłości części terytoryum perskiego, a mianowicie Serksu. Journal de St. Petersb. powątpiewa jednak, aby Rosya znalazła się ki idyś w konieczności uczynienia tego kroku.
W dal izym ciągu rozpraw Izby francuskiej nad przedłożeniem rządowem, ustana wiającem środki przeciw ulicznym manifestacyom anti-rc-publikańskim, zaszła, jak przewidywaliśmy, pe-
wna modyfikacya w projektowanej ustawie. Minister spraw wewnętrznych, p. Waklesk-Rousseau, żądał aby wykroczenia tego rodzaju były karane przez sądy poprawcze, Izba zaś 268 glosami przeciw 230 uchwaliła, że mają być sądzone przez sądy przy sięgłych. Zmienia to zupełnie charakter ustawy i nie pozwala rządowi posuwać się zbyt daleko w represyi, a zarazem staje na przeszkodzie nadużywaniu ustawy wcel" stłumienia uprawnionej opozycyi. Mimo tćj uchwały, niezgodnej z życzeniem gabinetu, ministeryum p. Ferry nie podało się do dymisyi, ani nawet nie uległo częściowćj zmianie, ponieważ rząd z odrzucenia poprawki dep. Goblcta nie uczynił kwestyi gabinetowej i ostatecznie przyjął ustawę taką, jaka została uchwalona.
Z placu boju w Tonkinie niema w tej chwili ważnych wiadomości. Pochód generała Millota na Baknin rozpocząć się ma około 5 marca, atak zaś na tę twierdzę spodzićwany jest w dniu 12 marca. Oblężenie, według obliczeń kół wojskowych, potrwa zapewne dni kilka W Paryżu zapewniają, że z nadejściem wiadomości o ataku na Bakuing markiz Tscn zażąda* pasportów, co będzie rodzajem praktycznego zerwania stosunków dyplomatycznych z Chinami.
Następstwem dokonanych wyborów do Sku-pczyny serbskiej stało się ustąpienie przejściowego gabinetu Kirsticza. Większość deputowanych wprost oświadczyła rządowi, że nie myśli swój roli narlamentarnćj uważać za bierną i że gotową jest popierać akcyą rządową, prowadzoną w duchu dawniejszego gabinetu Piroczanaca, nie będzie jednak ślepą lalką w ręku systemu, któryby chcial znaczenie parlamentu zredukować do zera. Popierając słowa czynem, deputowani Sku-pczyny zażądali, aby im dany został pewien wpływ na ułożenie listy 44 członków Izby, których król ma zamianować, stronnik autokra-tyzmu, K risticz nie chcial się na to zgodzie, nie uważając Serbii za dojrzałą do rządów ściśle parlamentarnych i przyrzekał rządzie konstytucyjnie, ale niezależnie od Skupczyny. Ponieważ między takiemi opiniami kompromisu być nie mogło, Kristicz zatem podał się do dy misyi, a król Milan z wiclkićm niezawodnie zadowoleniem powołał do steru rządu Garaczanina, który był duszą gabinetu-1’iroczanaca. Hasłem tego gabinetu było, jak wiadomo, opieranie polityki serbskiej na przyjaznćj polityce z Austryą.
Do kroniki zamachów na panujących przybył wypadek zaszły we Włoszech, o którym jednak powiedzieć jeszcze napewno nie można, czy w nim była rzeczywiście myśl pozbawienia życia króla Ilumberta. Na przejeżdżającego pociągiem kolei, którym monarcha włoski jechał, chcialo się rzucić kilku ludzi, z których jeden miał przy sobie butelkę materyi wybuchowej. Spostrzegł ich żandarm Yariccbio i rzucił się za nimi, przyczem padlo kilka wystrzałów. To tćż śledztwo przeciw sprawcom, którzy nie zostali ujęci, prowadzi się nie o zamach na króla, lecz o napad na żar-darma, który stanął im na przeszkodzie w spełnieniu zbrodniczego czynu.
W sprawie pomnika Sarbiowskiego.
Myśl wzniesienia skromnego pomnika księdzu Maciejowi Kazmirzowi Sarbicwskicmu, w Katedrze S Jana w Warszawie, przychylne znalazła przyjęcie.
Pragnąc zamiar ten do skutku doprowadzić, kilku ludzi dobrej woli, a mianowicie: ks. rektor Zygmunt Chclmicki, Wacław Szymanowski redaktor kuryera warszawskiego, Władysław Dębski obywatel ziemski z powiatu mławskiego i Ludwik Jcnike redaktor Tygodnika ilustrowanego, postanowili zająć się tym przedmiotem.
Redakeya naszego pisma od dnia dzisiejszego pośredniczyć będzie w przyjmowaniu ofiar na cel ten składanych.
Na początek na cel powyższy złożyli: Elżbićta M rs. 1; W. Kanigowski rs. 3; Marya I. rs. 1; T. Dębski kop. 50.
Koresjonflencya Tyeofluika ilustrowani®.
Pozinń, 4 lutego 1884 r. (1).
Jcdnćm z charakterystycznych znamion naszego miasta, jest nadzwyczajna drażliwośe ludzi władających piórem, na każdą choćby umiarkowaną krytykę. Z wyjątkiem nielicznych, prawdziwie znakomitych pisarzy, cały niemal cech dzienni-karsko literacki i pseudo literacki podziela tę wadę. To tćż korespondeneye, niegubiącc się w letnich ogólnikach i stcreoti po wy eh pochwałach, lecz wchodzące w szczegóły rzeczy i nie-szczędzące w danym razie słów prawdy—wywołują tu burzę w szklance wodj’.
Zapisuję to jednak z prawdziwą przyjemnością, że obydwa tutejsze główne organa politj czne odznaczają się przyzwoitością tonu i języka. Zarówno Kuryer, jak Dziennik, od dłuższego już czasu zalecają się nietylko uczciwością tenden-cyi, lecz także umiarkowaniem wr polemice, a miewają niekiedy doskonale artykuły i korespondeneye. Obydwa zato nie mogą sie zdobyć na stosowny felieton o sprawach miejscowych i aktualnych. Kuryer miewał dawniej świetny odcinek p. t. Zdabka i zblizka, później zaś Pollosie, lecz autorka tych wdzięcznych obrazków, która, pracując z początku wspólnie i pud kierunkiem znakomitego pisarza, wzbudzała w czytelnikach żywe i sympatyczne zajęcie, wkońcu rzuciła pióro, a dziś chwyta je już tylko w rzadkich odstępach. Dziennik usiłował kilkakrotnie ożywcie dział kroniki tygodniowej, lecz od czasu zamilknięcia niezrównanego Wojtusia, wszystkie te starania okazały się daremne.
Nic na korzyść też pisma wyjść może fakt, iż jego redaktor zajmuje równocześnie stanowisko dyrektora teatru. Tego rodzaju stosunek zawsze szkodliwie oddziaływa na obydwie instytucye, a redaktor pod wpływem czy to interesu, czy obrażonej miłości wlasnćj, staje się często zbyt gorącym i namiętnym obrońcą swrego teatralnego przedsiębiorstwa. O prawdzie tćj przekonał nas nietylko przykład Lwowa z p. Dobrzańskim, gotowym zawsze w Gazecie narodowij skrzyżować broń z każdym, kto się odw az.y powiedzićć coś przeciw teatrowi lir. Skarbka, lecz nawet arcj-zręcznego redaktora i dyrektora w Krakowie p. Stan. Ko-źmiana, który niczawsze w’ Czasie umiał zachować właściwą miarę, wr robieniu reklamy krakowskiej scenie.
Nie ustrzegł się podobnego niebezpieczeństwa i p Dobrowolski. Nie dziwimy się wcale, żc broni teatru, któremu przewodniczy, lecz można było okazać przy tćm więcej umiarkowania. Powiedzieliśmy w ostatniej korespondencj i dosłownie, źc „od czasu Fredrowćj Zi msty, widzieliśmy same komedyjki i farsy, przeważnie podkasanćj Muzy francuskiego teatru,” uzasadniając namacalnie sąd o tćj Muzie na Naszych sobotach. Wprawdzie wypływa z podanćj w Dzienniku tablicy statystycznej, że sztuk polskich grano wciągu sezonu więcej, niż obejch; lecz i między utworami rodzinnemi spotykamy komcdyc i farsy, których wzorem jest swy wolna nadsekwańska Muza— dlatego to słusznie mówiłem o Zemście nic jako „o jedynej polskiej sztuce,” co mi Dziennik w\ tykaj lecz jako o jcdynćiu wciągu kilku tygodni pol-skiem poważnem i udatnćm dziele sccnicznem. Ponieważ zaś dyrekcyą lubi walczyć cj frami, przeto i ja muszę za nią podążyć na to pole, dla uzasadnienia wyrzeczonego sądu. Otóż w’ pierwszej połowie sezonu, t. j. od połowy października do N. roku, przypada znaczna przewaga na sztuki oryginalne, których było 16, podczas gdy tłumaczonych odegrano równocześnie tj Iko 9. Ale w tćj ogólnej liczbie było 22 fars i komedyj, a trzy tylko dramata, to jest Pani Kasztelanowa
(1) Dziwnym a niewytłumaczonym dla na-> wypadkiem, list ten, wrzucony do skrzynki pocztowej przez samego koiespondcnta, nie doszedł icdakeyi, tak że autor, na podstawie zatrzymanych notatek, inusiał go pisać w skróceniu poraź drugi, dowiedziawszy się o tem zdarzeniu dopiero zbyt późno.	(Przypisek redak.)
 123 ---------
Korzeniowskiego i dwa francuskie: Sergiusz Panln i Złodziejka, która niewiadomo, czy bardzo budująco oddziaływa na niedzielną publiczność. Podając tc fakta ku wlasnćj obronie, jestem zkąd-inąd pełen uznania dla gorliwych zabiegów dyrekcyi, która się może w przyszłości przekona, że uie żywię do mej w sercu niechęci (1).
Przechodząc do spraw' weselszych, niewolno mi, choć późno, nic wspomnieć bodaj w dwóch słowach o znanej odezwie 74 wielkopolskich obywateli, mającej w iclką doniosłość społeczną, jakkolwiek z niej podrwiwają niektórzy. Najlepszy skutek tego pisma widzimy na bezprzykładnie skromnym tegorocznym karnawale, a może też najlekkomyślniejsi paniczykowie uwierzą w’ prawdę słów, wyrzeczonych przez tutejszego utalentowanego publicystę, że „obywatel ziemski, który po ojcu odziedziczył znaczny majątek, ma zupełnie inne w społeczeństwie naszćm zadanie, aniżeli zbytkownie karnawałować, bawić się wsportsmeństwo, lub pozowTać na niemiecki ego jun-kra, oddzielonego chińskim murem od reszty społeczeństwa i wygrzewającego się w słońcu dworskich faworów.”
Wzorem zacnego obj watela, godnego zewszcch-miar naśladowania, był zmarły przed niewielu dniami dr Józef Lipski, syn wielce zasłużonego założyciela gimnazjum ostrowskiego, Wojciecha Lipskiego, dziedzic Lewkowa. Ks. dr h autecki w mowie pogrzebowej (drukowanej u Lcitgebra), wyliczając jego wysokie zalety i cnotj', nietylko nic dopuścił się przesady, dość pospolitej w oli-cyalnych nad otwartym grobem pochwałach, lecz może nawet powiedział zamalo. Ktokolwiek miał sposobność zbliżyć się do tego zabiegliwego gospodarza, oszczędnego dla siebie, a hojnego i wylanego w spraw ach publicznych, szczególnego dobroczyńcy podwładnego sobie ludu, człowieka unikającego starannie wszelkiego rozgłosu—ten przyzna, że był nieodrodnym potomkiem owego Jana Lipskiego, sędziego ziemskiego belzkiego, o którym dowiadujemy się z koiistytucyi sejmowej r. 1618, źe wnosił 6,000 zip. rocznie więcej do skarbu rzpltćj, aniżeli żądało prawo.
Gdybym dziś jeszcze chciał pisać pośmiertne wspomnienie o ś. p. J. K. Żupańskim, musiałbym powtarzać szczcgólj powszechnie znane. Miejiny nadzieję, żc wraz ze śmicrc:ą założyciela, nie ustanie wydawnicza czynność zasłużonej lirmy, albowiem pod tym względem trudnoby ją było zastąpię i chybabyśmj' byli skazani na siedem lat literackiego głodu.
Z ostatnich nowości literackich zasługuje na wzmiankę bezimienna broszura p. t. „Notatka o akademii i szkołach jezuitów w Polocku.” Jak można wnosić z ostrych słów’ przedmowy, pobudził autora do wj dania jej dość namiętny sąd dra Piotra Chmielowskiego (w Ateneum) o tej in-stytucyi. „V olyniak” zebrał starannie rozproszone niatcrjaly do dziejów zapomnianych dziś szkól, lecz nowych cegieł do tej budowy nie dodał, a niekiedy, w’ przeciwstawieniu do p. Ch., popada w zby-tecznj' optymizm. Podane przezeń wiadomości są niemal wyłącznie zewnętrznej natury, odnoszą się do patentów rządowych, spisu lekcyj, dat, cyfr i imion profesorów—słowem nie dowiadujemy się o treści, o stosunkach wewnętrznych i naukowych akademii. W taki kronikarski szkielet zdołałyby dopiero wlać krew i życic spółczcsne pamiętniki, jakicmi n. p. nie o wicie późniejsze czasy uniwersytetu wileńskiego rozświćcił słynny botanik profesor Jundzill.
Lubo mój mandat korespondencjąny nie sięga na Prusy zachodnie, jednak wiedząc, żc Tygodnik nic ma z tych stron sprawozdawców’, wspomnę kilkoma słowy o pewnym objawie umysłowego życia rodaków naszych w’l tćj dzielnicy. Na po-
(1) Zannknjąc na tćm nii-iiiila tę polemikę, która tyle już prutestacyj wywołała, oświadczamy, że dla teatru polskiego w- Poznaniu, Jako dla instytncyi narodowej śród żywiołów obcych najżywszą mamy sympatyą, czego niejednokrotne już dawali; my dowody. Nie mogliśmy jednak krępować zdania naszego korespondenta, ani też obecnie nie* mamy prawa odbierania mu sposobności do obrony osobistej, prowadzeni) w sposób spokojny i beznamiętny.
(Przyp. redak )
czątku styczniu odbyło się w Toruniu walne zgromadzenie Towarzystwa naukowego, które powinno było zw’abie licznych członków’, gdyż na porządku dziennym stal odczyt pełnego nauki prezesa, dra Adama hr. sierakowskiego, o śladach pobytu Jana III w Prusach. Gdy jednak na posiedzenie zebrało się tylko pięciu uczestników, słusznie postąpił hr. S., odkładając ogłoszenie pięknej swćj pracy do szczęśliwszej pory, a zdając tylko sprawozdanie z własnych poszukiwań w archiwum gdańskiem do wspomnianej materyi.
Szczuplj' udział w zabiegach tej najmłodszej naszej korporacji naukowej świadczyłby napo-zór przeciw jej potrzebie i użyteczności; komu jednak wiadomo, jak zbaw iennie ona oddziały wa na społeczeństwo, otoczone zewsząd groźnemi falami gerinanizmu, którjby je pragnął pochłonąć; jak piękne świadectwo o polskiej nauce stawia przed oczy Niemców prawdziwie wzorow’o przez p. Godfreda Ossowskiego ułożone i skatalogowane, wapauiałe muzeum archeologiczne, będące owocem nieograniczonej ofiarności przedwcześnie zmarłego Dzialow'skiego—ten się ua podobny sąd nie podpisze, a członkom Towarzystwa naukowego życzyć będzie skwapliwszego uczestnictwa w naukowych jego pracach.
15 lutego.
Zwięzłe skrócenie przepadłego przed pul miesiącem listu dozwala mi poświęcić jeszcze krótką wzmiankę najświeższym wiadomościom. Towarzystwa przyjaciół nauk, na którego posiedzeniu miał niedaw’iio Kaź. Jarochowski wyborny odczyt o landach śrcdzkich za panowania Augusta Il-gu, rzucający wielkie światło ua wewnętrzne dzieje naszej dzielniej’ z tej epoki—wj dało świeżo zwykłe Sprawozdanie ze swych czynności z r. 1883. Książka ta sprawia nader mile i pocieszające wrażenie, dowodzi bowiem, że szanowna instytn-cya, pomimo różnych przeszkód, korzystnie sic rozwija. Nie mogąc się, dla braku miejsca, zapuszczać w szczegóły, znane zresztą z dzienników, zauważę tylko, że najpomj ślniejszym stosunkowo postępem cieszy się wj dział historyczny, zosta-jący pod przewodnictwem chorego obecnie pana Stanisława Koźmiana. Wydział ten może się pochlubić największą cyfrą odczytów i posiedzeń, gdyż nigdj’ się nie zdarza, by się którekolwiek jego zebranie dla braku członków’ rozeszło. Konferencje lekarzy bylj’ ożywione, głównie dzięki energii sekretarza, dra Wicherkiewicza, okulisty, zażywającego wielkiej wziętości—cała zaś niemal naukowa produkcya przyrodniczego wydziału spoczj wa na niezgiętych mimo wieku barkach prof. Szafarkiewicza. Ażcbj' dać miarę jego czynności i zasług, dość powiedzieć, że zpośród siedmiu prelekcjj, jakie się odbjły w r. 1883, on sam miał część w iększą, to jest cztery, nadto zaś, jak czj tamy w Sprawozdaniu, na kilku posiedzeniach mówił o ważności pokładów geologicznych w kilku punktach w. ks. poznańskiego.
Nieoszacowanj’ ten mąż jest nietylko filarem wydziału przyrodniczego, którego niepodouna sobie wyobrazić bez jego pomocy, lecz nadto na wielu innych polach obywatelskiej pracy pozostawił niezatarte ślady swych za: ług. Do roku 1848 profesor szkoły realnej, następnie redaktor i pisarz, właściciel cegielni i licznych kamienic, byłby on niezawodnie dobił się stanowiska, jakie zajął szczęśliwszy od niego Cegielski, gdyby go ogólna kryzys finansowa nic była porwała w sw’e zdraduc kolo. Niezrażonj doznaną klęską, pracował dalej bez wytchnienia, gotów zawsze do posług publicznych, a obecnie zapowiada rzecz niezmiernie w naszych stosunkach ważną, bo uyiszy kurs żeński, w którym udzielane będą clementa nauki hygieny i csh tyki, z uwzględnieniem obowiązków' przyszłej samodzielnej gospodyni domu. Sądząc z ogłoszonej dopiero co odezw j' i z talentu św iatlego profesora, rokujemy kursowi żeńskiemu jaknaj lepsze powodzenie.
Do znakomitszych członków tegoż wydziału należy i zasłużony radca szkolny, dr Witold Milewski jako matematyk i dr May, któiy się pod jąl ważnego zadania naukowego rozklasyfikowa-
124
nia zbiorów muzeum przyrodniczego Towarzystwa.
Publikacya, która nam dala powód do powyższych uwag, prócz działu sprawozdawczego, obejmuje materyał, ważny dla badaczy geografii, a mianowicie „Spis map geograficznych w zbiorach Towarzystwa prz. n. poznańskiego.” Spis ‘en, poprzedzony ciekawem studyum mapografi-cznćm o najstarszej, jak się zdaje, a dotąd uczonemu światu nieznanej mapie Polski, jest owocem jednego z najpracowitszy eh badaczy poznańskich, który od lat wielu, w cichości i bez szukania rozgłosu, oddaje się mozolnym studyom źródłowym nad geografią byłej rzpltej, a dotychczas zaledwie drobne okruchy swych naukowych zasobów ogłosił drukiem. Pułkownik Edmund Cal-lier, wzór autorskiej skromności, a zarazem wytrwałości, w spółce z młody mi literatami założył w r. 1871 Tyyodntk wielkopolski., który zrazu, mimo niedostatków, nieodłącznych od młodości, cieszył się niezwyczajnem powodzeniem, dopóki mu nóg nic podcięło umieszczenie kilku niezgodnych z poczuciem i przekonaniem ogółu artykułów.
Z obcych piśmiennictw.
Paul Eoutget: Essais <1e psychologie emitcmpotaine (Paris, Lenieire;.— .eJackenzic-U illace: Egypi and tlić Egyptian Question (London, Maciuillanl. — Ambres Acmeiryi: Das nu dernu Ungara (Berlin—lloi)‘inann).— P. Picrling: Konic et Mo,eon (P. Leronx).— La 1’ologuc, Ic >St. óiegc et la
Russie.
W żadnej epoce nie zajmowano sic baczniej studyowaniem umysłowej natury i duchowego charakteru wielkich pisarzy, nigdy' nie napisano więcej, niż obecnie książek o książkach. Można powiedzieć, że z mikroskopem i skalpelem badamy twórczość, intelektualną i chcemy sobie zdać sprawę z genezy utworów, które zaznaczyły jakikowiek postęp na drodze rozwoju ludzkości. Jcdnę z takich prac, i bczwątpienia nienaj-mniej ciekawą, przynosi nam młody i utalentowany pisarz francuski, p. Paweł Bourget. Stawia on przed sobą garstkę najznakomitszych współczesnych taleutów literackich swojej ojczyzny i rozbiera ich umysłowy charakter. Nazwa stu-dyótcpsychologicznych może w pierwszej chwili w błąd wprowadzić. Nie idzie tu o żadną abstrakcyjną psychologią, ąjc o obraz duchowy kilku pisarzy'. Poeta Karol Baudelaire, historyk i filozof Renan, Taine, nakoniec Stendhal, ten pisarz oryginalny i ciekawy, stają przed nim jako modele i p. Bourget stara się wniknąć w głębie ich natury. Nic można nazwać tego dzieła inaczej, gdyż nic są-to bynajmniej studya literackie, do jakich jesteśmy przyzwy czajeni. Nietylko wszystkie szczegóły biograficzne są z nich całkowicie wydalone i autor wzdrygnąłby się na sarnę myśl charakterystycznej anegdoty, ale starań wszelkich dokłada, aby obraz jego pozostał wy łącznie w sferze idej, ich zaczątku, połączenia, rozwoju i form przccliodowyeh. Jeżeli dla niektórych czytelników książka ta nie przedstawi żywego interesu, to jesteśmy przekonani, że umysły filozoficzne bez wyjątku przyklasnąe muszą przedsięwzięciu.
Nie może być istotnie dla badacza duchowego ustr< ju społeczeństwa lepszej drogi, jak wzięcie pod szczi gółow ą uwagę górujących osobistości, ludzi przewodników. Z ich umysłowego organizmu można wnieść o dążeniach i o naturze ogółu. Są to morskie latarnie, których światło rozjaśnia ciemnie i wskazuje drogę. Jedyną uwagą, jaką zrobić można autorowi takiego dzieła, jest, że trzebaby wybór typów służących jako probierz rozszerzyć, powiększyć liczbę wielkich pisarzy i zebrać przykłady z każdego pola umysłowej działalności. Należałoby tak postąpić szczególniej wtedy, gdyby się miało zamiar dojść do jakichś ogólnych, sentetycznych rezultatów i wywodów. Pan Bourget ustrzegł się tego niebezpieczeństwa. Niema pomiędzy przedstawionemi nam umysłami bezp iśrednicgo związku, a raczój jeżeli takowy istnieje, to sam czytelnik go wynaj
duje, gdyż autor sam pozostaje ciągle w sferze analizy.
Gdyby' się nas czytelnik zapytał, jaki wspólny, charakterystyczny rys dopatrzeć się nam udało pomiędzy owemi pięciu litcrackiemi znakomitościami, których duchową nagość odsłania nam p. Bourget, odpowiedzielibyśmy, że jest nim sceptycyzm, dochodzący tu i owdzie do najczarniejszego pesymizmu. Najstarszy co do daty, Stendhal, jest, rzec można, ojcem sceptycyzmu. Ten nieporównany' dyletant artystyczny, wyrafinowany i rozcinający każdy wiosek na czworo, nauczył nas powątpiewać o wszystkiem, zdawać sobie sprawę z najdrobniejszych odcieni uczuć naszych, i ironiczny, pogardliwy uśmiech zdaje się skrystalizowany na jego ustach. Nic wierzył on w nic i w nikogo; nie było gwiazdy' na jego niebie, nie było nawet nieba na duic jego ducha. Karol Baudelaire, ów słynny poeta, co napisał nieśmiertelne Fleurs du mai i stworzył całą szkolę naturalizmu, posuwa sw'ój sceptycyzm do ostatnich granic, urągając nietylko sobie i światu, ale drwiąc sobie nawet ze zdrowego rozsądku. Romansopisarz Flaubert zanadto jest znany ze swego pesymistycznego nastroju, abyśmy potrzebowali na to kłaść nacisk. Autor Paiu. Boruty i Sentymentalnej edukacyi zostawia w umyśle czytelników piołunowe rozczarowanie. Co się tyczy Rcnana i Taine’a, to cała ich historyczna i filozoficzna metoda polega ua indukeyi, ua podejrzewaniu wszystkich źródeł przedtem uznawanych za wiarogodne, na kruszeniu bezlitosiićin wszystkich tradycyj i legend bezpodstawnych; wolą one postawie nas woboc nicrozwiązaluego zagadnienia, wobec wiecznego znaku zapytania, aniżeli zaspokoić nas przypuszczalną tylko prawdą. Sceptycyzm jest fermentem, świadczącym u tycłi myślicieli o życiowym procesie.
Nie sądzimy, ażeby zapatrywanie sic to mogło być poddane w wątpliwość. Nie chcemy wysnuwać tutaj z niego wszystkich wniosków, które pod pióro się cisną. Przypominamy tylko maksymę jednego z najpotężniejszych myślicieli: sceptycyzm jest szczeblem, przez który każdy wyższy umysł przejść powinien, ale błędem jest na tym szczeblu nazawszc się zatrzymać. Jest to wszelako mimowolna prawic uwaga, jaką praca p. Bourget nastręcza.
Mistrzowska forma i język kunsztowny, przejrzysty, o terminologii ścisłej, zdradzają poetę, przywykłego zdawać sobie sprawę z każdego odcienia myśli i wysłowienia. Książka ta należy do najciekawszych i najoryginalniejszych, jakie się pojawiły we Francyi w ostatnich czasach.
W Anglii oczekiwano z prawdziwą niecierpliwością nowej pracy p. Mackcnzie Wallace o Egipcie. Autor ten doszedł w krótkim stosunkowo czasie do zenitu rcputacyi i wziętości. Gdy się przypomni, że jego studya nad Rosyą spólczesną nie mogły znaleźć nakładcy, że nieznany pisarz był zmuszony wy dać je własnym kosztem i że nazajutrz książka ta zyskała mu europejską sławę, że najpierwsze dzienniki angielskie i amerykańskie ubiegały się o jego spółpracowui-clwo—gdy sobie tc wszystkie okoliczności uprzy-tomnimy, zdaje sie, żc czytamy fantastyczną opowieść. Gorączkowa ciekawość, jaką zapowiedziane studya nad Egiptem wywołały zgóry, usprawiedliwioną była stosunkami pohty cznemi chwili obecnej. Egipt znajduje się de facto w ręku Anglii i jeżeli niewiadomo jeszcze, co zrobi z fantem który trzyma w ręku, to na tćm ściślejszą uwagę zasługuje studyum, dokonane na miejscu przez pisarza, którego powaga w dziedzinie etnograficznej jest olbrzymia.
Jak zazwyczaj, jak w dawniejszych swych studyach nad Rosyą i Stanami Zjednoczonemi, tak i obecnie autor zajmuje się przedcwszystkićin i przeważnie losem wielkiej, demokratycznej masy, stanowiącej rdzeń kraju. Dzieło jego nic jest podróżą, nie jest opisem kraju w ścisłem słowa tego znaczeniu. Klasyczną ziemię Faraonów, Ptolcmcuszów’ zostawia nietkniętą. Obeliski, py-ramidy, świątynie i sfinksy nie zatrzymują ua sobie nawet przelotnie jego uwagi. Ta cudowna w swej oryginalności sztuka egipska, która ka
żdego badacza w swój krąg czarodziejski porywała, nie zdołała ani na chwilę oderwać od wyłącznego przedmiotu badania polityka praktycznego i statysty. Przykład to rzadki, rzec możemy, nicledwie jedyny.
M ickcnzie-Wallace kreśli w wybitnych rysach historya Egiptu od początku bieżącego stulecia. Portrety wicc-krolów egipskich należą do najlepszych historycznych obrazów, jakie nam si; czytać zdarzyło. Mehcmct-Ali, ten genialny despota, który ekonomicznie odradza Egipt, rozpoczyna wielkie prace kanalizacyi i gromadzi skarby, aby módz walczyć o niepodległość z Porta oto-mańską, otwiera tę galeryą. Biedny fcla.li jęczał pod naciskiem tego tyrana i mimowiednie uczestniczył w wielkiem dziele. Jego następca Abbas nie miał czasu zaprowadzić ulgi w jego losie, a Said-pasza, który po nim zasiadł na tronie, oddał Egipt w ręce europejskich awanturników i wyzyskiwaczy. Kraj jęczał coraz boleśniej pod finansowym i wojskowym uciskiem, a kanał suc-ski, który wówczas przekopywać zaczęto, dokonany był bezpłatną pańszczyzną fellahów. To wspaniałe dzieło swobody i cywilizacyi 111110-żcbnionc zostało przez wysiłek niewolnictwa i despotyzmu! Izmail-pasza, ostatni z wicekrólów, był rodzajem bezczelnego spekulanta, który handlował i targował czćm mógł i jak mógł, i jeżeli piąta część ornego gruntu przeszła na jego własność, to kraj cały znajdował się pod względem ekonomicznym w stanie wycięczenia i niedoli do pojęcia trudnej.
Wiadomo, jak się ta awantura skończyła, jak spekulant zasiadający na tronie, nic mogąc zobowiązań swych wypełnić, został ogłoszony za bankruta, jak mu Franeya i Anglia z pom cą przyszły i jak mimo togo ustąpić musiał z godności, którą sprofanował. Widząc tę Odyscę boleści klasy roboczej egipskiej, nied/.iwmiy się trudnościom, jakie napotkał obecnie panujący i niedołężny Tcwfik, rozumiemy rewolucyą, w któ-rćj samozwańczo narzucił się jako przywódzca Arabi, i podejrzywać mamy prawo pewien ferment wewnętrzny, zwiastujący wejście na scenę nowych społecznych czynników.
Rozbiwszy stronnictwo narodowe, wydaliwszy Franeya, zdezorganizowawszy rząd dawniejszy, Anglia jest dzisiaj samowładną panią Egiptu. Obowiązki jej są niezmierne, jak i tiudności, które będzie miała do zwalczenia. Cała ta część historyczna, cała analiza wypadków i ich łańcuchowe następstwo, oddane są przez p. Mackcn-zic-Wallacc doskonale, po mistrzowsku. Są tam nieuniknione powtarzania i pewna rozwlekłość, tak częste u angielskich pisarzy, ale jest sąd trzeźwy, wytrawny, bez uprzedzeń i licz entu-zyazinu, jest dobry humor, jowialność i werwa, tćm bardziej będące tu na miejscu, że ta martyrologia nieszczęśliwych fellahów smutnie usposabia czytelnika i rozdrażnia kamienne nawet serca.
Możua utworowi p. Mackcnzie Wallace zapowiedzieć takie samo powodzenie, jak i dawniejszym jego pracom. Wybuch rewolucyi w Sudanie, hordy barbarzyńskie zalewające Egipt z południa i urągające się potędze Albionu, nowa tego ostatniego rola wobec tego nieprzewidzianego zdarzenia, nadają badaniom sumiennym p. Mackcnzie-Wallace wysokie znaczenie.
Tak samo jak my, i Węgrzy zmuszeni są uciekać się do pośrednictwa obcych języków, gdy ebeą świat cywilizowany zapoznać ze stanem swojej cywilizacyi narodowej: ich własny język nic jest dostatecznie znany i przedstawia pod względem filologicznym zawielkie trudności dla Zachodu, aby mógł stać się kiedykolwiek wszech -europejskim; chwytają się więc języka niemieckiego. Okoliczność ta nie na naganę, ale na poklask zasługuje, gdy sobie przypomnimy wiekową i nieprzerwaną walkę, jaką żywioł madziarski stacza z germańskićm: per aspera ad lucern.
Praca zbiorowa p. Ambrosa Nemenyi: Das modernę Unyarn, odpowiada przedziwnie swemu zadaniu, dając dokładne wyobrażenie o stanic spólczcsnycłi Węgier. Jest to szereg monograłij i studyów, odnoszących się do wszystkich obja
125
wów społecznego życia. Niektóre z tych studyów stosują się wprawdzie tylko do przecbodowych zdarzeń, ale dorzucają rys do obrazu. Na wstępie prof. Heinrich wykazuje ścisły związek, istniejący pomiędzy rozwojem piśmiennictwa węgierskiego, a rozwojem swobód narodowych. Postacie trzech poetów — Kisfaludy, Petbli i Ara-uy — stoją niby słupy wiorstowe na tćj drodze odrodzenia madziarskiego. Prof. Pulszky stawia nam przed oczami skarby archeologiczne, jakich strzeże w Muzeum naukowem, a prof. Yambcry wykazuje dawne i obecne sto-nnki swej ojczyzny z Porta otomańską. To jedno studyum i wnioski, jakie może z niego wyciągnąć czytelnik, już samo wystarczyeby mogło do oddania sprawiedliwości Węgrom: rola ich na polu cywilizacyj-nćm trudna była i niewdzięczna. Dr Ncmenyi dajc pełen życia obraz węgierskiego sejmu, jego parlamentarnych instytucyj i stronnictw, a pan Astoth dopełnia go, obznajmiając nas z wzajemnym stosunkiem klas społecznych jednych do drugich. Gdy demokratyczne idee, przemagają-ce na Zachodzie', wyrzucają gorzko i surowo polskiemu albo węgierskiemu społeczeństwu jego szlachtę i arystokratyczne pozostałości, możnaby odeprzeć wszystkie te argumenta, wskazując na zadanie, jakie miały przed sobą wyższe klasy towarzyskie w Węgrzech i jak się z niego wywiązały. Sztuki plastyczne, teatr, muzyka, krajobrazy z gór i łanów zebrane, dopełniają systematycznego opisu kraju i społeczeństwa, które i dla nas ma interes nieledwic bezpośredni. Nie znamy książki, która by lepie; zadaniu swemu odpowiedziała.
W szczupłej liczbie obcych pracowników, obiti-rających sobie jako zadanie uprawę naszej niwy historycznej, coraz wybitniejsze miejsce zaj mować zaczyna p. Picrling, należący do zakonu ojców jezuitów. Samo wyliczenie jego dawniejszych prac: Home et itemefrius, la i'orbonne et la Jlussui, Antonii Posscrini missio moscocitica pokazuje, jaką epokę i jaką kwestya obrał sobie za szczegółowy przedmiot swych prac, cieszących się obecnie w świecie naukowym istotną powagą. Ostatnia jego praca: Home et J/.ww (1574—79) jest jednem ogniwem więcćj w tym łańcuchu. Opiera się ona uanowych dokumentach, jakie wielebny ojciec odkrył w bibliotece Watykanu. W ostatnim styczniowym numerze H< i ue des </u‘idions historu/ues znajdujemy nowe jeszcze jego studyum, poświęcone Stefanowi Batoremu i jego dwom projektom wojennym. Dość wzmiankować te prace, abj zwrócić uwagę naszego społeczeństwa. Wszelkie pochwały były by tu zby teeznc.
x¥.	/>.
8 HMłll
i.
Judeo moja! Perło pereł ludów!
Czekasz od Pana wielkich Jego cudów... Dlaczego czekasz? Ludu twego serce Zmarniało dawno w ciężkiej poniewierce, Pan cię nie słucha, bo grzechem spętana. Już zapomniałaś, jak wołać do Pana.
Judeo moja! Ty, jak ziemia długą, Bywałaś zawsze panią, a nic sługą. » Dziś—gdy cię chłonie nieprawości morze, Ja—co przed twoją świętością się korze, Co przed prochami kolano me zginam, Och! gardzę tobą, złorzeczę, przeklinam!
Córy twe niegdyś ten ogień nasz święty Umiały chować w swe łono zaklęty, Szkarłaty krwiste zdobiły icli lice. Dziś—nie kobiety, ale nierządnice, Zwieszone nędznic u sy ryjskich ramion, Juz nie poznają swych ojczysty eh znamion.
Judeo moja! o ty, tak skalana, Czyż nic potrafisz zawołać do 1’ana
Głosem, co syny obudzi z uśpienia, Co światy wstrząśnie? Czyż od twego tchnienia Nie wzrośnie inny zastęp takich męży, Co drgnie jak olbrzym i grzechy zwycięży?
Judeo moja! Serce moje słucha, Czy ty nie zmożesz strasznego obucha, Co w twoje, dotąd silną, dotąd mężną Głowę wciąż wub swą mocą potężną, I tak mi często śni się, jako śniło, Że go zwyciężysz swego ducha silą....
Słyszę szept jakiś... to ty wstajesz może, Aby powitać nowej doby zorze.
Nie!... to złudzenie; okryta ranami, Blada i nędzna brzęczysz kajdanami, Wołasz o litość. Z malowaną twarzą, Śmiejesz się do tyci), co ci śmiać się każą.
Judeo moja! Mimo twej niedoli, Ja kocliam ciebie! Twa rana mnie boli. Lecz gdy cię widzę tak nędzną, bez Boga. Jak liżesz stopy zwycięzcy i wroga, To straszne słowa błądzą mi ua wardze, Ja cię przeklinam — i ja tobą gardzę!
Córo Syonu! Glos pana słyszałem: On płakał zemną, kiedy ja płakałem, Nic nad twą dolą, ale nad twym grzechem, A łzom tym światy były strasznćm echem. Więc powstań z grzechu i daj pokój skardze, Bo inni wzgardzą, tak jak ja, syn, gardzę.
J/ic/ioZ Wołowski.
CESI I GĄSKI,
KOMEDYA W PIĘCIU AKTACH
MICHAŁA BAŁUCKIEGO.
AKT III.
Ogródek wiejski—w głębi ścieżka obsadzona krzaczkami agrestu—równolegle do tylnej dekoracyi. za krzaczkami, kilka drzewek Z lewej w głębi widać róg domu—z przodu lipa z ławeczką darniową. Między lipą a kulisą wisi hamak. Z pr..wćj strony na przedzie altana z brzeziny, owita dzikiem winem —Przed nią parę stoików, wewnątrz stolik i ławeczka.
SCENA I.
JOASIA (II chodzi smutna Z lewej).
Już druga godzina, a jego jeszcze nie widać. No, ale przecież tego nic zrobi, żeby całkiem nie wrócił. Toby b\ lo okropne! Na sarnę tę myśl serce mi się ściska! Mój Boże, a mnie się dawniej zdawało, żeby mi to wszystko jedno, czy ten, czy drugi. (Cłu dzi.) Jak to naprawie wszystko, jak go przeprosić? (Spostrzega wchodzącą Barbarę.) Poradzę się mamy. Mamusiu!
S C E N A II.
Joasi a, barbara, (yotśmi klorotkiewicz.
BARBARA (rozglądając się p<> ziemi, po lawie pod. lipą).
Nie widziałaś ty tu gdzie moich kluczy od spiżarni?
JOASIA.
Nie widziałam, mamuniu; ale ja. chcialam... babbara (idąc ku altanie'
Dopiero je miałam niedawno i gdzieś położyłam.
joasia (b.erzc ją za rękę).
Mamusiu, ja clicialam z mamusią pogadać o jednej rzeczy.
BARBARA (s’ukająe ncią.'..)
Później, później, aniołku, bo teraz nie mam czasu. Ciotce się zachcialo jajek na miękko, a te klucze jak kamień w wodę. Gdzie ja'je mogłam podziać? Może przy kurniku zostawiłam. (Ilyr/e-dzi na lewo.
JOASIA.
Ach Boże! ta mama to wiecznie zajęta, nigdy z nią spokojnie pogadać, nie można.
KLOROTKIEWICZ (g« SCMl«).
A zwijajcie się tam żywo ze zwózką, bo się coś ua deszcz zanosi!
joasia (ucieszona).
A gdyby tak ojciec do niego pojechał, wytłumaczył mu, żc ja to tak z głupoty plotłam, załagodził te sprawę i sprowadził go tutaj? Tu może byłoby najlepiej.
KLOROTKIEWICZ (wchodzi z prawej, z kijem do kal kowania i.
Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści, jeden, dwa, trzy...
joasia (zabiegając mu drogę).
Ojczulku drogi!
KLOROTKIEWICZ.
Cztery, pięć... A co tam?
Joasia (bierze go podrękę i prowadzi naprzód set ny).
Jest tu interesik mały do ojczulka. Niechże ojczulek siada.
KLOROTKIEWICZ.
Ale ja nic mam czasu na siadanie. Gadaj, co masz gadać, bo tam czekają na mnie.
joas A (nieśmiało, skubiąc go za guzik).
Widzi ojczulek, ja i pan Adam, jakby to po wiedzieć, no, poróżniliśmy' się troszeczkę.
KLOROTKIEWICZ.
A dajże ty mi święty pokój z takiemi głupstwami! Popsztykaliście się. to się i pogodzicie. Kto się kocha, ten się kłóci—stara historya. (Che odejść.)
joasia (zatrzymując goi.
Ale bo widzi ojczulek, ja chcialam ojczulka prosić ..
KLOROTKIEWICZ.
Pogadajże sobie z matką o tern, to babska rzecz; ja mam coś ważniejszego na gluwic, niż o takich głupstwach myśleć. (Wychodzi na lewo.
JOASIA.
Boże, Boże! nikogo się poradzić, z nikim pogadać! A gdybym się tak Maryni zwierzyła. Ona taka rozsądna, możeby co doradziła. Tylko że nie śmiem.
SCENA III.
HULATYŃSKI, JOASIA.
Joasia (spostrzega wchodząc! go z lewśj, uc ona A, pan Hulatyński. Pan sam?
HULATYŃSKI.
Jak pani widzi.
JOASIA.
A gdzież pan... pan Adam?
HULATYŃSKI (z udaną obojętnością).
Został w domu.
joasia (żyieu .
Może chory?
HULATYŃSKI.
Owszem, zdrów jak ry ba, i wesoły, jak go już dawno nie widziałem.
joasia (z oburzeniem).
Wesoły?
HULATYŃSKI.
A czy miał powód się smucić?
Joasi a (zaklopotamW.
No, ja nie wiem, zdaje mi się... Czy nic panu nie mówił?
hulatyński fn. s.)
Coby tu powiedzieć? (Głośno.) Owszem, mówiliśmy bardzo wiele o... (namyśla su pannie Maryi.
JOASIA (.dziwiona .
O Maryni?
hulatyński
Tak. Adam jest nią zachwycony, oczarowany.
JOASIA (j. w.).
Marynią?
HULATYŃSKI.
Panią to dziwi?
jo\S1 A (imiije chu	.ach).
O! nie, wcale.
HULATYŃSKI.
Przyznasz pani sama, żenię można, poznawszy
126
bliżej pannę Marya, nie zachwycić sie nią, ba i młoda, i piękna, i wykształcona i dobra...
Joasia {w rozdrażnieniu).
Ależ wiem, wiem...
HULATYŃSKI.
To też Adam nie miał dość słów na wyrażenie swego uwielbienia. Ciągle tylko powtarzał: co to za kobieta, co to za kobieta!...
JOASIA (na pól z płaczem).
Dziwię się, dlaczego pan z tem do mnie przychodzi? Powiedz to pan Maryni, to ją więcćj zajmować będzie. (Wychodzi na prawo, mocno rozdrażniona.)
HULATYŃSKI {patrząc wesoło).
A! aż mnie cieszy, żc trochę poirytowałem tę gąskę. Wołałaby zapewne dowiedzieć się, żc płacze za nią, rozpacza. 0! nic z tego, moja panno, nie powiem ci tego. Umyślnie obudziłem w niej zazdrość, niech i ona potrapi sie troszeczkę, to się jej słusznie należy.
SCENA IV.
HULATYŃSKI, MARYA.
HULATYŃSKI (ujrzawszy M'nyą, idącą z głębi ogrodu z prawej, z książką w reku, zaczytaną, n. str.).
Otóż i moja dobra gwiazda! (Z pewną nieśmiałością.) Witam panią. {Kłania się.)
M ARY'A (z uśmiechem, podając mu rękę).
A, pan Hulatyński.' Cóż to wczoraj panowie wyjechali tak nagle, bez pożegnania?
HULATYŃSKI.
To Adam temu winien. Chciał coprędzej uciec ztąd.
MARYA.
I dlaczego? Coś się stać musialo. Joasia płacze po kątach.
HULATYŃSKI.
A Adam całą noc nie spał.
MARYA.
Więc to jakieś chwilowe nieporozumienie między zakochanymi.
HULATYŃSKI.
Które jednak może doproAvadzić do zupełnego zerwania.
MARYA.
Co pan mówisz? Mógłżeby pan Adam zrobić coś podobnego?
HULATYŃSKI.
Po tćm co słyszał, wcalebym się nie dziwił.
MARYA.
Od Joasi?
hulatyński.
Tak. Powiedziała mu ni mniej ni więcćj, tylko że jak nie będzie on, to będzie stu innych.
MARYA.
Ona tego nie powiedziała z siebie, bądź pan przekonany. Z pownością ją ktoś podburzył, oba-lamucił. Ja znani Joasię, to dobra panienka.
hulatyński (z sarkastycznym uśmiechem).
The! Proszę pani, któraż panienka jest złą? Przed ślubem wszystkie dobre jak anioły, dopić-ro potem pokazują swoje różki.
MARYA.
W imieniu wszystkich panien dziękuje panu za tak pochlebne o nas mniemanie.
hulatyński (żywo).
To się bynajmniej nie stosuje do pani. Pani jesteś pod każdym względem wyjątkową istotą.
marya (nieco urażona).
Daj pan pokój komplinicntom. Karmicie nas panowie, jak dzieci, cukierkami do przesytu, a gorszy was potem, że podlegamy różnym słabościom. Uderzcie się w piersi i przyznajcie, źc jeżeli niewszystkic kobiety są takiemi, jak być powinny, to w iększa część winy spada na panów. Czyż nie prawda?
HULATYŃSKI.
Słuchając pani, gotów jestem uwierzyć, że byłem stronny.
marya.
O, i to bardzo stronny. Szczególniej co się tyczy Joasi mogę pana upewnić, źe byłeś w błędzie, bo to jest dobre i poczciwe dzićweząfko, w calem tego słowa znaczeniu.
HULATYŃSKI.
Jeżeli tak, to zaczynam mieć pewne skrupuły sumienia, bo przyznam się pani, źc to ja głównie odwodziłem Adama od tego małżeństwa.
MARYA.
A, niepoczciwy z pana człowiek! Powinieneś teraz naprawić to, coś zepsuł.
HULATYŃSKI.
Z całego serca. Ale jak?
MARY'A.
Trzeba nam ich pogodzić. Pan sprowadzisz tu pana Adama, a ja tymczasem pogadam z Joasią.
HULATYŃSKI.
Teraz... zaraz?
MARY’A.
Niema co odwlekać. Czekam panów... Do widzenia! {Chce odejść.)
HULATYŃSKI (wyjmując gazety).
A może pani będzie tak łaskawą oddać to ojcu.
MARYA.
Gazety?
HULATYŃSKI.
Tak, parę dzienników’. Profesor trochę się rezerwie.
MARYA {patrząc z wdzięcznością).
Jaki pan dobry, źe pamiętałeś o tćm! Poczciwy ojczulek dopiero się ucieszy. {Podaje mu rękę.) Serdecznie panu dziękuję.
HULATYŃSKI.
Ależ to taka drobnostka.
MARYA.
Zrobiłeś pan wielką przyjemność i mnie i ojcu.
(Odchodzi na lewo.) hulatyński {patrząc na nią zachwycony).
No, nie pamiętam, żeby mnie tak w życiu coś ucieszyło, jak tych kilka słów z jej ustek. Nie, ta kobieta oczarowała mnie zupełnie! Ja czuje... czuję, źc ona ze mnie mogłaby zrobić takiego pantofla, źe to ba! Niech tam! pal licho!... Byleby się tylko zgodziła na to.
SCENA V.
MARZYCKI, I1ULATYŃKI, {potem) JOASIA, {wkońcu) CIEPJSZEW SKI.
HULATYŃSKI (spostrzega w głębi z lewej wchodzącego Marzyckiego, który na jego widok chce się cojnać zakb/potany).
Adam! ty tutaj? {Idzie ku niemu i wchodzą razem na środek sceny.) Nic wytrzymałeś?
MARZYCKI.
Karolu, nie śmiej się ze mnie! Wstyd mi doprawdy, żem taki słaby. Bozum każę mi się cofnąć, a serce ciągnie tu mimowolnie.
HULATYŃSKI.
Wszystko to pięknie, ładnie, ale nie możesz przecie ty pierwszy przepraszać ją za to, źc ci takich impertynencyj nagadała.
MARZYCKI.
Po glębszćj rozwadze widzę, że i ja tu nie byłem bez winy.
IIULA1 YŃSKL
Kapitulujesz więc już, jak widzę, mój drogi? Co to dopiero będzie po ślubie.
MARZYCKI.
Ależ, bo zważ sam...
HULATYŃSKI.
Nie tłumacz się. Chodźmy lepiej do panny Maryi na naradę wojenną, żeby ta kapitulacj a odbyła się jakoś z honorem.
(Wychodzą na lnico.) JOASIA (wbiega z prawej).
Czy mi się zdawało, źe pan Adam wszedł do domu? Pójdę go przywitać. (Chce biedź na lewo, nagle zatrzymuje sie.) A jeżeli on nie dla mnie przyjechał?
CIEPISZEWSKI (wchodzi obładowany gazetami-, jednę trzyma rozłożoną, drugą pod pachą, inne w kieszeni).
Hm, gazetki, delicyc prawdziwe. Nic mógł mi większej zrobić uciechy. Poczciwy chłopak, niech mu Bóg da zdrowie!
JO i SI A {nieśmiało}.
Czy mi się zdawało, żc ktoś z gości przybył?
CIEPISZEWSKI.
A tak, Hulatyński poczciwiec przywiózł mi Na-rodówkę.
JOASIA.
I jeszcze ktoś więcej.
CIEPISZEWSKI.
A i Lembergierkę i kuryery warszawskie, multum gazet.
JOASIA.
Ale ja nie o to pytam.
CIEPISZEWSKI (pod.noszac na nią oczy).
A o co?
JOASIA.
Kto jeszcze więcćj przyjechał?
CIEPISZEWSKI {przeglądając gazety).
Kto więcej, kto więcćj? {Czyta.) Londyn, sprawy egipskie...
JOASIA.
Mnie się zdaje, żc pan Marzycki.
CIEPISZEWSKI {przestając czytać).
A tak, tak, jest Marzycki.
JOASIA.
Zapewne w saloniku?
CIEPISZEWSKI.
Nic. Poszedł nagórę do Maryni.
JOASIA.
Do Maryni? A to poco?
CIEPISZEWSKI.
A kto ich tam wić? Mają jakieś sekreta ze sobą, więc się wyniosłem, żeby im nic przeszkadzać. (Idzie do altany.) Tak, tu będzie cichutko. {Iłozklada gazety na stoliku, siada i czyta.)
JOASIA.
A wiec on dla nićj przyjechał? No tak, przecież Hulatyński mówił, żc jest nią oczarowany. Dopóki jej nie poznał, to i ja byłam dobra, od biedy; ale teraz cóż ja mogę znaczyć przy niej? Ona taka mądra, taka uczona, a ja sobie poprosili głupia gąska. {Plącze—po chwili, spojrzawszy na lewo) Idą tu we dwoje pod rękę. {Ociera chustką oczy i cofa się prędko w glob sceny, jak można najprędzej, i tam, schowana za krzakiem, obserwuje przechodzących.)
SCENA VI.
MARYA, MARZYCKI, JOASIA (tt> głębi.) CIEPISZEWSKI (w altanie.)
CIEPISZEWSKI.
No, i Kronawctter upadł — proszę, proszę — nigdybym był tego nic powiedział. {Czyta dabj.) marya {idzie z Marzyckim przez scenę, zatrzymując się chwilowo).
Tak, panie, to tylko chwilowa choroba, wierz mi pan. Przewrócili jćj główkę, ale serduszko u nićj poczciwe.
MARZYCKI.
Oby tak było, jak pani mówi.
MARYrA.
Zważ pan, źc to dziecko jeszcze. Koslo to jak dziczka, ani ojciec, ani matka nie mieli czasu zajmować się jej wychowaniem; ale gdy pan nią zajmiesz się szczerze, zrobisz z nićj kobietę.
marzycki (cedując ją w rękę.)
Podobną do pani.
marya (z uśmiechem.)
No, o to znowu nic tak trudno. Zobaczysz pan, źc Joasia będzie dobrą żoną i będziesz z nią szczęśliwy.
marzycki {całując ją w rękę).
O! dziękuję pani za tc słowa.
marya.
Później mi pan podziękujesz, a teraz chodźmy ją ^dszukać.
(Wychodzą na prawo.)
JOASIA (patrzy za nimi, j/otÓm wychodzi naprzód sceny).
Całował ją po rękach, widziałam na własne oczy. O! ci mężczyźni! Wczoraj jeszcze mówił, żc mnie kocha, a dziś już się inną pocieszył i to tak na poczekaniu. Żeby choć był kilka dni poczekał.
SCENA VII.
CIOTKA, JOASIA, CIEPISZEWSKI.
CIOTKA (zlewćj).
No, cóż mi masz powiedzieć?
127
JOASIA (gorączkowo).
Czy ten pan prędko przyjcdzie?
CIOTKA.
Jaki pan?
JOASIA.
No ten... ten... jakże on się tam nazywa? No ten, co się ma żenić zcmną?
CIOTKA.
A, Pantalcon?...
JOASIA.
Prędko on przyj edzie?
ciotka.
Przyjcdzie, przyjedzie —nie bój się. Widzisz, ja ci to przepowiadałam, że będziesz szalała za nim. Cóż dopiero, jak go zobaczysz. Bo to kawaler nadzwyczaj elegancki, z dobrcmi manierami, wygadany, przystojny...
JOASIA.
Niech będzie jaki chce — brzydki, szkaradny nawet — to mi wszystko jedno.
CIOTKA.
Otóż to się nazywa rozsądnie mówić. (Glaszcze ją pod brodę.) Masz słuszność, moje dziecko, nic idzie się za mąż dla ładności, tylko dla pozycyi, a Pantalcon może zapewnić ci egzystencyą, o ja-kićj nie marzyłaś nawet.
JOASIA.
Tylko niech mu ciocia powić, żeby długich ceregieli nic robił. Im prędzej, tein lepiej.
ciotka (zadowolona).
O! to ja nic wiedziałam, że z ciebie taka gorączka. (Opiera ule jej na ramieniu i idzie z nią. ku altanie.) No, a cóż ten twój pan Marzycki na to wszystko? (Chce wejść do altany i spostrzega Ciepiszewskiego.) A! (n. str.) Tego wszędzie pełno. (Siada przed altaną.)
CIEPISZEWSKI (ustępując).
Pani dobrodziejka może życzyła sobie—bardzo proszę.
ciotka (kwaśno).
Dziękuję.
CIEPISZEWSKI.
A możeby i panie jaką gazetkę przeczytały? -Jest kroniczka bardzo ciekawa (Podoje ciotce gazetę) i felietonik nadzwyczaj zajmujący o modach w starożytnym Rzymie. To sic panie za głowy weźmiecie, jak przeczytacie, co to tam te kobiety nie wy nabiały. (Przysiada się do ciotki). Kładły, proszę pani, jakieś papki na twarz, żeby się odmłodzić, tynkowały sobie lica, fabrykowały sztuczne rumieńce, czerniły włosy, przyprawiały zęby...
ciotka (z oburzeniem).
Mój panie! ..
ciepiszewski.
Jak mnie pani żywego widzisz. Mam o tćm całe dzieła, mogę je pani pożyczyć.
ciotka (wstaje).
Schowaj pan dla takich, jak sam jesteś, podobne żarty, (lizuca zmiętą gazetę-na scenę.) Joasiu, chodź. (Wychodzi na lewo).
ciepiszewski (idąc za nią).
Ależ pani dobrodziejko... (Sam.) O co ona się pogniewała? nic a nic nic rozumiem. (Podnosi gazetę.) I gazetę mi całkiem pomięła. (Prostuje na kolanie.) Że też te kobiety niczego uszanować nie Umieją. (Składa gazetę i wraca do altany.) Gdzie ja to stanąłem? A! Paryż 20-go... (Czyta jtocichu.) (Dalszy ciąg nastąpi.)
Na pomnik Mickiewicza złożyli w redakcyi naszej: Chomętowski rs. 3; z red. Kraju rs. 170; W. Biskupski rs. 10; P. S. z Wilna rs. 3; WI. Zawada z Petersburga kop. 50; Kuszelewski rs. 1 kop. 50; z red. „Słowa” rs. 493 kop. 95; M. kop. 42; Domiszewicz z Wilna rs. 3; KąZenowiczrs. 5. Razem rs. 690 kop. 37. Ogółem ze zlożonemi^po-przednio rs. 18,172 kop. 27.
Na fundusz wieczysty imienia ś. p.ignacęgo boczyli ńskiego. M. T. rs. 5; Wanda S. rs. 26; Z. M. W. Czarnomskic rs. 3; N. N. rs. 10; ze Zgierza rs. 5; Józio i Stefan 0., Władzio M. kop. 50; Natalcia Z. rs. 2 kop. 50; Jadwiga S. rs. 1; Zbyszewska rs. 1; Marya S. rs. 3; Leokadya J. rs. 1; T. Czarnowska z Kroczewa rs. 25; S. >Som-
mer z Sokołowa rs. 25: S. Woyczyński z Porytego rs. 10; dr C. rs. 3; K. Szostakowska rs. 20; W. Wojczyńska rs. 3; K. P. kop. 50; L. Z. rs. 10; F. Z. kop. 50; K. rs. 4; Mieszkowski Br. z Proszowic rs. 5; Julia R. rs. 1. Razem z poprzednie-mi rs. 584 kop. 20.
Dla niezamożnych uczniów. F. Kosko rs. 3;
T. Klonowski rs. 5.	'
Dla Serbów łużyckich. Z red. „Kraju” rs. 36 kop. 5.
Na kasę pomocy imienia j. Mianowskiego. W. Biskupski rs. 10; Mączyński z Petersburga rs. 5.
Na kościół w irkucku. K. Zenowicz rs. 5.
Na gmach tow. zacii. szruKPiEKNYCn.Zred. „Kraju” rs. 10.
Dla rodziny po karolu miarce pozostałej.
F. Suryn rs. 1.
Na nędzę wyjątkową. M. T. rs. 1 kop. 50; Antoś z Pobercża rs. 10.
SZACHY.
Gambit Evansa.
grany d.
17 lutego 1884 r. na tur. w Warszawie.
Białe	Czarne
p. Weydlicli. p Klcczyński.
1)	E2—E4	E7— Eó
2)	G1—F3	B8—CG
3)	1’1—Cl	F8—C5
4)	B2—B4	C6 biora	134
5)	C2—C3	B4—C5
G) 0-0	D7—DG
7) D2—D4	ES biorą	D4
8) C3 biorą D4 C6 -136
0) D4—D6	CG—Aó
10)	C1-B2	G8—E7
11)	C4-D.1	0—0
12)	131—C3 wszystkie te posunięcia są powszechnie u-żywane, teorya bowiem wskazuje jc jako najlepsze.
12) F7-F6? posunięcie słabe, pozwalające rozwinąć się i zająć silne stanowiska białym konikom; Zukertort którego analizy tu użyjemy odrzuca również C7 — C5, po F7 — FG zaś podaj c
C3 -F2
B7—B5 i t. d., biało jednak zmuszając czarne do ciągłej obrony, planu tego przeprowadzić nie pozw o-
straszniejszy atak.
28)	F4 biorą G5 G7—GG
29)	F5 biora GG D3—F21
30)	111—G2	117 biora GG
31)	C3 —FG! F7—117 jeżeli F2—D3, to E2—E4!
32)	Fi biora F2 A7 biora F2
33)	E2 biora‘F2 117—115'
34)	Al—FI	D7—F7
85) F2-F4	C4-C3
36) F4 biora D6 C3—02
37) F6—B2	02-Cl kró-
lowa.
la.
16)	Dl—D2 C8 biorą F5
17)	E4 biora F5G6—E5
18)	E2—F4*	F8-F7
19)	F4—EG! wszystko to grane jest przez p. Weydli-cha wybornie.
19) D8—D7
20)	B2-C3	A5—C4
21)	D3 biora C4 E5 biora 04
22)	D2—E2*	C4—E5 '
23)	A2—A4! wstrzymując dość grożue D7—B5
23) A8—08
24) Gl- HI	C6—04
25) F2—F4	E6-D3
2G) G2—G4	BG—A7 lepiej
już byłoby BG D8.
27) G4—G5	FG biorą	G5
poco było bić piona? czarne narażają się n i coraz
13)	C7—C5	E2—F4
03__j£2
lub 13)	__gę" 14) F3—
D4! (tak rzeczywiście było grane później w danej partyi). Należy jeszcze zwrócić uwagę, żc w gambicie Ehausa białe mają zupełną swobodę w rozwinięciu i ataku, czarne zaś prawie niewolniczo muszą stosować się do posunięć białych, teraz też po wię-szej części piona gambitowego czarne nie bija
13)	C3 E2	E7—Gc"
14)	F3—D4	Cl—05
15)	Dl—FJ	A7—AG po-
sunięcie przygotowujące
kontr-atak przez BG—07,
38) Fi biorą Cl C8 biorą Cl Białe dają mata za 3-ićm posunięciem.
Partya ta ciągnęła się od godz. 6-<y do 12-ćj i należy <lo najlepiej granych przez p. W. w całym turnieju.
ROZMAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— 0 Wernyhorze Matejki tak pisze „Dziennik poznański:” Natchniony wróżbita, siedząc na mogile, w proroczym zapale głosi straszliwe przepowiednie. Wkoło niego zgromadzeni słuchacze. Księżyc wschodzi nad ziemią i świetlanćm kołem tworzy nimb promienny nad głową wieszcza. Nietoperze, wróżbity nieszczęścia, unoszą się nad nim w powietrzu. U stóp jego lira. W jego twarzy, jaśniejącej wyrazem natchnienia, zwicrcie-dlą się wszystkie boleści, które proroczym przeczuwa duchem. Podniesioną rękę przycisnął do czoła i w daleką zdaje się spoglądać przyszłość.
Postać imponująca wyrazem twarzy, imponuje także potęgą olbrzymiej budowy. Na kolana spadl mu kożuch; na piersiach wisi zawieszony krzyż we wschodnim stylu.
Z prawej strony podtrzymuje wróżbitę miody, urodziwy kozak. Widna z profilu, pochylona przed wieszczem, prawie na nim oparta krasna molodyca, z twarzą pełną uczucia, z wyrazem przerażenia wpatrzona w niego i zasłuchana. Opodal wgórze, na prawo, wiejskie dziewczę z głową strojną w kwiaty i młody chłopiec zdają się z równąż uwagą wyczekiwać strasznych przepowiedni.
Po lewej stronie obrazu, wgórze, w futrzanej czapce, ze strzelbą w ręku a z dzikiem obliczeni, stoi hajdamaka. Na pierwszym planie, ua dole, zasiadł z zalożoncmi na piersi rękoma, mnich w kołpaku, silny, barczysty, groźny olbrzymią budową, a straszny namiętnym twarzy wyrazem.
Wreszcie, po lewej także stronie, widzimy jeszcze dwie postacie: szlachcic Suchodolski, starosta kaniowski, zapisuje bacznie w księdze przepowiednie ukraińskiego wieszcza, a tuż obok niego młody chłopiec trzyma w ręku ryngraf z Matką Boską, podobny do tych, które szlachta zawieszała na piersi, wybierając się na wojnę.
— Kossak nie odpoczywa. Na wystawie krakowskiego Towarzystwa sztuk pięknych, jak donosi „Czas,” powszechną obecnie uwagę zwraca wspaniała akwarela jego, ilustrująca poemat Mikołaja Boloz Antoniewicza, p. t. „Hasło i odzćw.” Sędziwy poeta, autor „Anny Oświęcimówny,” którego młodzieńczej werwy nie ostudziły lata, wskrzesza w utworze swym zastępy dawnych hufców naszych:
Wśród nocy, o duchów godzinie, Duch trębacz swój rzuca grobowiec, Z tamtego on świata wędrowiec, Harcuje po górze, dolinie, Pobudkę wytrąbia dokoła, Przerywa żołnierzy sen wieczny.
Tak kiedyś archanioł zawoła Nas wszystkich na sąd ostateczny.
Poemat przechodzi następnie do czasów nowszych, przedstawiając dla takiego mistrza jak Juliusz Kossak wyborny przedmiot do bogatej kom-pozycyi fantastycznej, która tćż, zdaniem ogółu, do najpiękniejszych dziel jego należy.
— W ostatnim numerze czeskiego „Swetozora“ znajdujemy sympatyczną wzmiankę o kilku wydawnictwach polskich, a między innemi i o zamieszczonym w u. 57 naszego Tygodnika życiorysie znakomitego pisarza slowieńskiego, Sama Chałupki, skrćślonym przez Bronisława Grabowskiego.
— Zjazd historyczno-literacki imienia Jana Kochanowskiego, odbyć się mający latemr.b. w Krakowie, zapowiada się bardzo świetnie, a co więcej owocnie. Utworzony ad lioc komitet, pod przewodnictwem prof. Tarnowskiego, otrzymał już zawiadomienie o 13-tu referatach treści historyczno literackićj i 5-ciu treści językowej. Pomiędzy pićrwszenii znajdują się także trzy prace z Warszawy, mianowicie: Znaczenie różnic terytorialnych i etnograficznych w dziejach literatury polskiej, zwłaszcza w wiekach XVI i XVII, referent Bronisław Chlebowski; Jak należy traktować utwory poezyi ludowej w historyi literatury polskiej, referent dr Piotr Chmielowski; i Znaczenie reformy szkól przez Konarskiego w dziejach oświaty polskiej, referent Stanisław Krzemiński. Referaty będą wydrukowane i rozesłane uczestnikom zjazdu, celem ułatwienia rozpraw nad niemi. Rękopisy przesłane być winny najpóźniej do 1 maja, na ręce Stanisława br. Tarnowskiego. Ze zjazdem połączoną będzie wystawa druków i rycin polskich z XVI wieku.
— Echo muzyczne obdarzyło swoich prenumeratorów ładnem premiuni, w postaci sześciu portretów fotograficznych, dużych rozmiarów. Ze znakomitości krajowych świata artystycznego i literackiego pomieszczono tu wizerunki Modrzejewskiej, Żółkowskiego i Sienkiewicza; z obcych Ade-liny Patti, Paillerona i Arriga Boito, twórcy pełnej oguia i fantazyi partycyi „Mefistofelcsa.“
---- 128 -------
— Ostatni obraz Siemiradzkiego, będący już na ukończeniu, szeroko opisują dzienniki włoskie. Jest-to malowidło 4 metry długie a 2 wysokie, wykonane sposobem cnkaustycz-nym, przedstawiające, jakeśmy już dawniej wzmiankowali, pogrzeb jakiegoś księcia słowiańskiego z epoki pogaństwa, według o-pisu podróżnika a-rabskiego Ibn-Forz-luna, z wieku X. Na wielkim stosie spoczywa barka, w której części tylnej widać zmarłego, w postawie siedzącej, ze wszystkicmi o-znakami dostojeństwa, jakie zażycia piastował. Na stopniach stosu leży przebity koń bojowy nieboszczyka i kilka innych zwierząt, przeznaczonych na ofiarę. W głębi, po lewej stronie, ustawiono posąg bożyszcza. Przed trupem kobieta jakaś w jednej ręce trzyma sztylet, a drugą podaje czarę z trucizną młodej i pięknej małżonce zmarłego, której czepiają się rozpaczliwie dwie inne postacie niewieście. Po prawej, na pierwszym planie, u spodu, prześlicznie ułożona grupa trzech kobiet, spoglądający cb z wyrazem boleści wgó-re, ku nieszczęśliwej ofierze. W samym środku obrazu klęczy teorbanista, uderzający w struny; obok niego wojownicy biją w tarcze, aby zagłuszyć jęki na śmierć prze-znaczonych. Na skraju lewym gore ognisko, przy któ-rem najbliższy krewny nieboszczyka stoi z pochodnią, gotów do podpalenia stosu. Zarówno kompozycya, jak rysunek i koloryt tego wielkiego dzieła, przeznaczonego, jak wiadomo, do Moskwy", zdaniem krytyki są mistrzowskie.
— „Nowiny szląskie,“ nowe pismo polskie dla ewangelików na .Szląsku pruskim, zaczęło wychodzić we Wrocław iu, pod rcdakcyą pastora Badury w Międzyborzu, drukowane czcionkami go-
Sztolnia tak zwana ponikowska, w kopalniach olkuskich, po jej wykończeniu.
Rysował Brzozowski.	(316)
tyckiemi, ale poprawną bardzo polszczyzną. Wiadomo, że powiat kluczborski, większą część namysłowskiego i synowskiego, oraz skrawki brzeskiego i oławskiego, zamieszkuje kilkadziesiąt tysięcy Polaków wyznania ewangelickiego; dla nich więc pismo takie, umiejętnie redagowane a tanie, bo kosztujące tylko 80 lenigów kwartal-
nie, wielce zapewne będzie pożądanćm. „Nowinom” z serca życzymy powodzenia i szerokiego kola prenumeratorów'.
— Pierwszy kon-gros ornitologiczny międzynarodowy w Wiedniu odbędzie sic pod protektoratem następcy tronu Rudolfa, od 16 do 23 kwietnia r. b. Przedmiotami narad mają być między innemi: projekt prawa międzynarodowego ku ochronie p tactwa; sposoby podniesienia hodowli drobiu; urządzanie na całym świecie cywilizowanym stacyj dostrzegalnych ornitologicznych i t. p. Wielu już uczonych spe-cyalistów bytność swą na tym zjeżdzie zapowiedziało.
— Na tak zwanym tarasie Briihlowskim w Dreźnie stanąć ma wkrótce nowy gmach akademii i wystawy sztuk pięknych, kosztem 80U,OÓOmarek.Pla-ny tego gmachu, sporządzone przez budowniczego Lip-" siusa, wystawione są obecnie na widok publiczny.
— Utalentowana przedstawicielka ar-" chitektury, Amerykanka pani Laura Wbite w Paryżu, uczcnica miejscowej szkoły sztuk pięknych, zjednała tam sobie w krót-kim czasie zaszczytne uznanie. Inna znowu pracownica, panna Langlois, wykonywa rysunki do wytwornych robót stolarskich, mających ozdobić mero-stwo w Passy.
— Pomiędzy Berlk nem a Hamburgiem z wiosną r. b. ma być zaprowadzona komunikacya tele-fonowa. Jedna z firm hamburskicli już przedtem, z u-poważnienia dyre-kcyi pocztowej, odbywała próby rozmowy miedzy temi dwoma miastami, które udały się wybornie-— W teatrze la Scala w Medyolanio odbyło się świeżo pierwsze przedstawienie przy oświetleniu elcktrycznćm. Teatr i scenę potokiem promieni zalewało 1893 lamp systemu Edisona, każda o sile 16-tu świec zwyczajnych.
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
Aoanoaeao RensypoD. Bapmana, 10 (penpa.in 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogloszenlat przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami 1 rebusem.
Cena numeru pojedynczego kop. 20.
Ogólnego zbioru numer 1274. — Serya IV.
18 lutego (1 marca) 1884 r
J>& 61
Prenumerata w Warszawie:	_.	1	„ .	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart.	Warszawa, 1 marca loo-l r.	nn prowincyi i w cesarstwie:
rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	’	*	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
Tom III.
Trefić Dlinierii. Artykuły: Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Przegląd literatury nadobnej czeskiej, p. W. Cząjewskiego (dokończenie).—Dubrownik, szk>c z podróży przez A. Doiiimirskicgo (dalszy ciąg). — Kronika tygodniowa, przez St. M. Rz. — Przegląd polityki zagranicznej.—Dzbanek łez (podanie ludowe). — Sprostowanie.—Gęsi i gąski, komedya w pięciu aktach Michała Bałuckiego (dalszy ciąg).—Kalectwa mowy, przez L. 8. W.—Ze świata obcego.—Korespondencya Tygodnika ilustrowanego z Iłokitnicy, przez l?eliksa Nicmojewnkiego.—Szachy.—Składki.—Rozmaitości. — Dodatek. Dziecię globu, nowela przez A. de Alarcon (arkusz dziewiąty).—Ryciny: Dzbanek lez, ilustrował Paweł Tuman.—Stado koni, podług akwareli J. Kossaka.—Odpoczynek przed karczmą, kopia obrazu Pociechy.—W popieleć, rysunek Kędzierskiego.
(316)
Dzbanek łez. Podług podania ludowego ilustrował Paweł Tuman.
130
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻjk.
(Dalszy ciąg.)
IX. Tik-tak, tik-tak.
Julisi do zaśnięcia potrzeba jeno było uspokojenia się chwilowego. Na uspokajanie dzieci w takich, jakie ją spotkało, rozdrażnieniach, są sposoby rozmaite, a pomiędzy innemi ten, żc się im pokazuje przedmiot jaki błyszczący. Bolę przedmiotu tego rodzaju odegrała Maryna. Za-ledwo państwo Tadcuszostwo próg przekroczyli, aliści dziewczynce oczęta się kleić poczęły. W chwilkę później spała już.
Maryna przy łóżeczku Julisi przytomność umysłu odzyskiwać poczęła. Była ona dziewczyną całkiem rozgarniętą, ale tylko młodą jeszcze, nieświadomą, świata ani trochę nieznającą, z ludźmi nieobytą, panów zdaleka tylko widującą lub dowiadującą się o nich z bajek, przytem z natury swojej należącą do tego istot ludzkich rodzaju, który nazywają powszechnie „tumanowatym.” Tumanowatość bywa rozmaita. Jedna pochodzi z braku jednej lub pary klepek w głowie; druga ztąd, że w duszy tkwi coś, co się wydaje lepszem, piękniejszćm i droższćm nad wszystko ua święcie, co uwagę całą pochłania, istotę całą przejmuje, co zachwyca, podnosi, rozwesela, zasmuca, drażni, uspokaja i niby gdzieś w dali świeci, na-ksztalt gwiazdy onćj przewodniej, wabiącćj za sobą w nieznane, zagadkowe światy. Czćmś tem dla Maryny naszej były tony; niewszystkie jednak i niewszystkie w jednakim stopniu. We względzie tym zachodziły warunki pewne, tyczące się czystości i szykowności, których ona bezwiednie poszukiwała, które śród brzmiących w słuchu jej odgłosów natury podsłuchiwała. Młodość, nicdoświadczenie, nicobycic się z ludźmi, w połączeniu z tein osobliwćm usposobieniem duszy, sprawiały, że łada co w pomieszanie ją wtrącało.
To zresztą, co ją spotkało, bynajmniej lada •czem nie było. Wejdźmy tylko w jćj położenie. Czy nie było to położenie źrebaka dzikiego, poj-.manego i wprost ze stada pomiędzy ludzi sprowadzonego? Wiadomo, jak się zachowuje źrebak taki, który na swobodzie brykać, a w potrzebie ugryźć i wierzgnąć umie, śród ludzi zaś grzywa mu się zjeża, uszy niby kołki stają, oczy w słup idą i zapomina, że natura zaopatrzyła go ku obronie w zęby i kopj ta. W takićm samćm położeniu znalazła się Maryna, a położenie to w ten wyrażała sposób, że ruszała się o tyle, o ile prowadzoną i popychaną była. Doprowadzono ją do łóżeczka, postawiono; coś do niej mówiono, czego ona nie zrozumiała, i zostawiono. Dziecko zasnęło. Niebawem we dworze całym zapanowała cisza głucha, cisza w którćj rozlegało sie jakieś dla dziewczyny niezrozumiale dygotanie w takt idące—tik tak, tik-tak. Dygotanie to najpićrwsze uwagę jćj na siebie zwróciło. Wydało się jćj, jakby duch jakiś przyjazny z pomocą do nićj pośpieszył. Dygotanie szło i myśli jej w głowic porządkowało, układając takowe niejako w strofy, w kuplety, lubo w nich wyrazu mowy ludzkiej nie było ani jednego. Dziewczynie się na płacz zbićrać poczęło i byłaby niezawodnie zapłakała, gdyby nie dygotanie tajemnicze, które stanowiło niejako dla poczynającego się potoku jej myśli zgóry przysposobione łożysko. Łożyskiem tem potok zrazu się sączył, następnie płynął. Dziewczyna sformułowała wykrzyknik.
Obejrzała się dokoła. Postawiona w kącie lampka nocna pozwoliła jćj widzieć przedmioty pokój zapełniające. Widziała stoły, krzesła, sza-f;, kanapę, obrazy na ścianie, zwierciadło, firanki w oknach, wreszcie pod przeciwległą ścianą
łóżko zasłane. Nie zajęło jej nic szczególnie, ani nawet barwistość kołdry adamaszkowej, odbijająca od śnieżystej białości poduszki, obciągniętej poszewką batystową. Wodziła po sprzętach spojrzeniem obojętnem, aż zatrzymała takowe na sprzęcie od niej najbliższym, na łóżeczku. W tym dopiero momencie w oczach jćj pokazało się zajęcie. Na łóżeczku zobaczyła dziecko, dziewczynkę uśpioną, niby z obrazka wyjętą, rzuconą od niechcenia śród białych obsłon, które sic na postaci jej w draperye układały. Dziewczynka wyglądała cudnie w uśpieniu glębokićm, cichem, spokojnem; twarzyczkę jej zabarwiał rumieniec, na czole przewijały się w nieładzie smugi włosów, usteczka miała wpół-otwarte, a kiedy Maryna na nićj spojrzenie zatrzymała, przez sen się uśmiechnęła.
— Serce moje!—westchnęła dziewczyna.
Sama się uśmiechnęła i wpatrywać się jęła. Widok dziecka zajmował ją coraz to mocniej, zajmował i rozrzewniał. Z uczucia, jakie ją przejmowało, nie zdawała sobie sprawy, oddawała się jeno onemu bezwiednie i szeptać poczęła te wyrazy, które wieśniakom służą do oddania tego rodzaju uczucia. Przemawiała do śpiącej:
— Serce, łubko, duszko, zorzeńko.
Wylewała w wyrazach tę słodycz, jaka jćj serce przepełniała.
— Jak ono śpi! Cóż to za ono?
Zadała sobie zapytanie to i odpowiedź sama przez się znalazła się w świeżo minionych upły-nionego wieczora wspomnieniach. Śród wspomnień tych jedne były rozkoszne — ach! to na przykład, co jej naksztalt podzwonnego w uszach brzmialo; nic brakło jednak i przykrych, bardzo przykrych, ujęcia przez esauła za kark, ujęcia przez pana Tadeusza za ucho, potrącali i popychać. Wszystkie one atcli wydały się jćj, jakby szeregiem prób—prób onych, przez jakie, wedle skazek, przechodzą bohaterowie, zanim się dostaną do zamku zaklętego.. Czuła sic wynagrodzoną zupełnie i sowicie przez to tylko, żc przed oczami miała to dziecko i źc przypatrywać się onemu mogła do woli. Przypatrywała się też, rozkoszowała, a rozkosz jej tłumaczyła się zapomocą tonacyi jakiejś, ujętej w strofy czy kuplety, układające się w takt, wedle tajemniczego owego dygotania—tik-tak, tik-tak.
Nagle w słuch jćj wświdrowalo się jakieś szy-pienie. Zimna trwoga ją zdjęła. W wyobraźni jćj nastało zamieszanie, które, zanim przeminęło, szarpniętćm niespodzianie zostało tak, że dziewczyna drgnęła, przysiada trochę i w przerażeniu ręce wyciągnęła, jakby się niemi przed niebezpieczeństwem jakiemś zasłonić chciała. Szarpnięcie to sprawił odgłos dzwona, który się dal słyszeć w ciszy nocnej. Nastawiła się z gestem ochronnym nad łóżeczkiem, ale dziecko ani drgnęło. Spało jaknajspokojniej, pomimo źc się szypienic wciąż odzywało, że dzwon wciąż bił. Kiedyż się to skończy?... Skończyło się wreszcie i na miejsce szypienia i dzwonienia powróciło dygotanie.
— Co to?—zapytała sama siebie i westchnęła.
Znów się po izbie oglądnęła, jakby szukała w nićj przyczyny tych zjawisk, które ją przerażały i dziwiły. W izbie nic zjawisk tych nie tłumaczyło. Zresztą działy się one za ścianą, gdzieś w głębi dworu, w którćj podejrzywać się jćj dały jakieś tajemnice, jakieś moce czarodziejskie, działające w porze nocnej. Puściła wejrzenie w kierunku drzwi nawpół otwartych i ujrzała tam ciemność, otchłań czarną, straszną. Spojrzała w okno — i tam otchłań. Na myśl jćj przyszło uciekać—w chacie, pod skrzydłem dziadka, schronienia szukać, ale ruszyć się bała. Gdyby nie to, byłaby z pewnością zamiar swój do skutku przyprowadziła. Nic uczyniła tego dla tćj jedynie racyi, iżby się za żadne świata skarby nic odważyła przekroczyć progu w ciemności prowadzącego. Zaprzestała nawet zwracać spojrzenia na drzwi i na okna; patrzyła na dziecko uśpione, znajdując w tem nietylko otuchę, nietylko pocieszenie, ale rozkosz nicwyslowioną.
Ale—natura ma prawa swoje. Maryna w chacie swojej od godziny już, jeżeli uie dlużćj, była
by na ławie, radeńkicm okryta, snu zażywała. Natura tego wymagała. Chłopka wcześnie się kładzie i wcześnie wstaje. Natura więc jćj, mimo przestrachu i zadziwienia wszelkiego, o prawa się swoje upomniała. Maryna na powiekach uczuwać niby ołów poczęła. W wyobraźni jej zacierały się przewidywania! wnioski przestraszające; wuwadze głuchlo owo dygotanie, które ją najpićrwsze zajęło, a które przytem powszedniało powoli, ani na chwilkę nie ustając. Do tego dołączyło się uczuwanie niedogodności pozostawania na nogach. Dziewczyna zapragnęła usiąść, przysiąść—bodaj przykucnąć. Kolana się pod nią uginały. Oglądnęła się. Tuż obok łóżeczka stało krzesło, na którćm, celem uspokajania Julisi, siedziały pani Kóża, bona, panna służąca. Maryna o tćm, żeby na nićni usiadła, ani pomyślała. Do głowy jej to nic przyszło. Widziała kanapę, łóżko; gdyby była ujrzała ławkę — nie zawahałaby się wyciągnąć na takowćj, lecz sprzęty pańskie wydawały się jej do oglądania jeno. Patrzyła na nie i oglądała się za ławką, za pieńkiem, za stołkiem wreszcie drewnianym. Nadaremnie atoli oczy jćj we wszystkie kolejno wchodziły kąty, nadaremnie przesuwały się po podłodze, która się jćj przedstawiła, jako ucieczka ostatnia i jedyna. Że była jednak drewniana, to ją zastanowiło. Podłogi drewnianej nie widziała, jak w cerkwi tylko, a w cerkwi— czyli kto na podłodze siada? Ciągnęła ją do położenia się i wyciągnięcia—była jednak przekonana, źc to się nie godzi. Położyć się na podłodze, w domu pańskim?
Co to wszelako siła natury może! Maryna ziewała, powieki roztwićrała, całego na jaki zdobyć się mogła wysiłku dokładała, weelu utrzymania się na nogach i— nic utrzymała się. Kolana się gięły; chyliła się; razy kilka zasnęła stojąc i budziło ją padanie; wkońcu wszakże upadla.
Dla poetów, dla malarzy, dla rzeźbiarzy piękność uśpiona stanowi przedmiot wdzięczny; po-wieściopisarze nawet—po piórze bracia moi—korzystają z onego. Skorzystałbym i ja, gdybym władał piórem poctycznćm, gdybym umiał piórem malować, gdybym się nie obawiał zepsuć obrazka, jaki tworzyła dziewczyna w zapasce i zgrzcbnćj koszuli, rzucona na podłodze u nóg łóżeczka, owiana pólświatłem lampy nocnej, bpa-la, niby martwa, snem, który się kamiennym nazywa. Przespała ciągiem jednym godzin sześć, po upływie których przewróciła sic na bok jeden, następnie na drugi, oczy otworzywszy, na łokciu się wsparła, przybierając minę taką, jakby nasłuchiwała. Nasłuchiwała i rozpatrywała się. Zadziwiła ją ciemność, jaka w izbie panowała, pomimo żc jasność dzienna świadczyła o sobie smugami światła, tworząccmi kręgi na podłodze. Nie zmiarkowała odrazu, źe smugi tc wdzierają sic przez szczeliny w okiennicach. Przetarła oczy i usiadła. W przeświadczeniu, źc się budzi w chacie dziadka, wstawać zamierzała do gospodarstwa, gdy jednak odzyskała świadomość rzeczywistości, wnet na równe skoczyła nogi i przybrała tę postawę, w jakiej ją pani Róża z wieczora zostawiła. Przy łóżeczku dziecka stanęła i—nie wiedziała, co począć dalćj. Zaszła w niej wszakże zmiana niejaka. Co począć, nie wiedziała; zdawała sobie atoli sprawę z położenia o tyle, że wiedziała gdzie jest i bardzoby się dowiedzieć chciała poco?
— Poco ja tu?
Sprowadzono ją umyślnie— o tćm wątpliwości nie miała; ale poco? — czy potu tylko, żeby jej uśpione dziecko pokazać? Nie wydawało się jćj, ażeby taką miała być racya. Nad racyą więc rozmyślała, gdy z rozmyślania wyprowadził ją turkot bryczki, połączony z tenteutem koni. Turkot ustal; nastąpiło kołatanie. Ktoś się do domu dobywał. Po chwili słyszeć się dał ruch— rozlegało się stąpanie ludzi, suwanie sprzętów i otwieranie drzwi, następnie chrząkanie i rozmowa. Nagle do pokoju wpadła dziewczyna, pokojówka, chłopka jak Maryna, znajoma jćj z powodu tego, okiennice pootwićrala i jęła z pośpiechem wielkim porządkowanie czynić, przestawiając krzesła, ścićrając prochy i zbierając z podłogi śmiecie różne. Maryna się wejściu jćj uradowała
131
i pomówić z nią chciala, wcelu dowiedzenia sic czegoś o sobie; lecz nawet na zapytanie zdybyć się nic mogła. Dziewczyna uwijała się, niby mucha wukropic, nic zwracając wcale uwagi na obecność Maryny. Prędku czynność swoje skończyła i, jak wpadla, tak wypadła, rzuciwszy jeno na odcho-dnem wyrazów kilka, których Maryna znaczenia nic zrozumiała.
Po odejściu pokojówki wkroczyła jejmość, znana we wsi pod nazwą „chrampuski.” Maryna wi dy wala ją zdaleka i wiedziała, żc z nią sam diabeł rozmówiony się nic potrafił. Ani próbowała przeto zapytywać jćj o co; ona zaś, rzuciwszy okiem na łóżeczko, w którem dziecko wciąż spało, ramionami od niechcenia ruszyła, ironicznie sic uśmiechnęła i na krześle obok łóżeczka usiadła. Niedługo atoli siedzieć mogła, niebawem bowiem do izby weszli: pani Róża w szlafroczku porannym, wczćpcczku białym na głowic i w pantofelkach na nogach, za nią jegomość jakiś łysy w odzieży zakurzonej, a za jegomością tym pan Tadeusz, w szlafroku i papuciach.
— Powiadam konsyliarzowi dobrodziejowi— mówiła pani Róża — że Julisią miała atak taki gwałtowny, taki gwałtowny, że...
— Cóż to był za rodzaj ataku?—zapytał konsylia™ przy łóżeczku się zatrzymując i dziecko okiem mierząc—nerwowy? konwulsyjny?
— Nerwowy i konwulsyjny razem.
— Trwał długo?
— Zaczął się około szóstej z wieczora, skończył około dziesiątej.
— Z przerwami?
— Bez przerwy.
— Uhm—mruknął lekarz, na dziecko uważnie patrząc.--Musiała być jednak przciwa, bodaj krótka.
— Tak: była przerwa, zapomniałam o tćm. Dziecina się uspokoda o tyle, że można ją było w łóżeczko położyć.
— A przedtem iść do łóżeczka nie chciala— dudal lekarz tonem, jakim sic symptomata wypowiadają.—Okazywała do łóżeczka wstręt.
— Tak, panie konsyliarzu — odrzekla pani Róża.
— Musiała się napierać czegoś.
— Napierała się, panie konsyliarzu dobrodzieju.
— Uhm—mruknął lekarz, jakby w myśli sobie informacye zaznaczając.
— Czy to co niebezpiecznego?—zapytała matka głosem, w którym brzmią! niepokój.
— Niebezpiecznego? nic, pod warunkiem zapobiegania atakom podobnym.
Lekarz ujął dziecka rączkę, celem dotknięcia się pulsu.
— Czy zbudzić?—zapytała matka.
— Nic, nic trzeba—odrzekł, rączkę puszczając, a do czółka dłoń przykładając.—Gorączka.
— Gorączka!—po wtórzyła pan’ Róża.—Mocna?
— Nie, ale wzmódz się może. Cóż ją uspokoiło? Środek jaki domowy?
Pan Tadeusz chrząknął, a pani Róża odpowiedziała:
— O—ręką na Marynę wskazała.—Uspokoiła się ua widok tej dziewczyny.
— Której— dodał pan Tadeusz—odrazu odszukać nic było można.
Lekarz okiem zpodclba Marynę zmierzył i rzeki: — Sposób doraźny; ja jednak przepisze dziecku lekarstwo: bodzie to mikstura.
— Mikstura- podchwyciła pani głosem niepewnym.
— Pani dobrodziejka ma do mikstur uprzedzenie. Będzie to jednak miksturka słodziutka... syropek, co trzy godziny łyżka stołowa. Przytćm proszki... pigułki.
— Byle Julisią zażywać chciala — wtrąciła pani.
— W konfiturze. Bierze się wiśnia i nadziewa proszkiem. Dzieci w postaci tćj przyjmują lekarstwa z ochotą. Co się zaś pigułek tyczy, jedna piguleezka do poduszki.
— Jcdua tylko?
— Jedna. Nie mam zwyczaju chorych lekarstwami olarmiae. Gdybym zwjezaj ten miał,
mógłbym te jedne piguleczkę na sześć rozdzielić, a skutek byłby ten sam. A zatem...
Zuów rozporządzenie powtórzył, z dodaniem dyety. Skazał Julisię nd klćjck, rosołek z kury, barszczyk lekki, kurczęta, kaszki, jarzynki, kompoty, zabronił jaknajsurowićj owoców niedojrzałych i ogórków zielonych, pozwolił mięso pieczone i duszone.
— Julisią — przerwała pani Róża — zjadła przed atakiem sporo poziomek.
— Zadużo może?
— Króbkę całą —odpowiedział pan Tadeusz.
— Króbeczkę — poprawiła pani.
— Widać, że króbeczka była, jak na dziecko, zawiclką. Można jćj dawać poziomek, ale wmiarę.
Słowem, pozwolił jeść „wmiarę” wszystko, co do pożywienia służy, a wchodzi do rodzaju pokarmów zdrowych i posilnych, tak, żc zamiast litanii dłuższej tego co wolno, a czego niewolno, byłby mógł powiedzieć, że wolno wszystko, ale z umiarkowaniem. Gdyby jednak tak byl powiedział, bjlby na szwank reputacyą swoje wystawił. Społeczność nasza w czasach owych domagała się od lekarza, ażeby przepisywał, którą chory ręką ma... nos ucierać. Musial więc szczegółowo wymieniać wszystkie artykuły pożywienia, powtarzając nomenklaturę tę po razy kilka. To wolno, a tego niewolno. Pani Róża dopytywała się wciąż, dowiadywała sic o szczegóły śniadań, obiadów, podwieczorków i wieczerzy, o inne jeszcze rzeczy. Lekarz odpowiadał i sam ku drzwiom się zwrócił, lecz wstrzymany jeszcze został zapytaniem:
— Cóż kousyliarz dobrodziej myśli o tej dziewczynie?
Wskazała na stojącą naksztalt słupa Marynę. — Niczego dziewczyna — odrzekł zapytany. — Na widok jćj Julisią się uspokoiła.
— Niech więc pani dobrodziójka Julisi widoku tego nic pozbawia.
Odrzcklszy to, wyszedł do jadalnego pokoju, w którem przygotowaućm dla niego zostało śniadanie, złożone z kawy ze śmietanką, bułeczek, rogalików, obwarzanków, sucharków i innych w tym rodzaju artykułów, służących do zastępo wania chicha powszedniego i do osładzania goryczy żywota na tym płaczu i zgrzytania zębami pełnym padole. Niczaraz jednak do osłodzenia sobie żywota przystąpił. Pićrwój, jako człek porządny, recepty popisał i, popisawszy, radził niezwłocznie posłać po takowe.
— Kogóż poszlę?— mruknął pan Tadeusz.
— Kozaka, duszko, na koniu — podpowiedziała pani.
— Ohm—stęknąl ze złym humorem i ramionami rzucił.
Pochodzenie złego humoru było naturalne. Tłumaczyła takowe obecność lekarza, który byłby nie przyjechał, gdyby Maksyma goniącego nejty-czanką i czterema końmi dopędzil byl Hryń, ścigający konno. Nicdość na tćm. Alaksym wyruszył czwórką, a powrócił parą końmi: jeden zdechł, drugi zastał, z dwóch zaś pozostałych jeden tylko okazywał się zdrowym. Domyślać się należało, żc pod Hryniem koń padł. Okrom tego, cztćry konie, konie masztalerza i lokaja, zabrała panna Eufrozyna. Dalej, odwiezienie lekarza neutralizowało zgóry siły ruchome dworskie. Nie bra kło wprawdzie koni i ludzi; mimo to, rozgoń ów podobać się nic mógł człowiekowi, który się miał za zaradnego.
Pan Tadeusz jednak nie dla formy, w mniemaniu własnćm, głowę na karku nosił. Zły humor wiec jego przeminął niebawem; rada się znalazła; dał rozkaz i z umysłem swobodnym, z fajką w ręku, zasiadł obok lekarza do gawędki przy kawie.
Gawędka — o! • Bez obwijania rzeczy w bawełnę deklaruję, że gawędka tego rodzaju jest, śród przyjemności rozlicznych, jakie ludzie wymyślili, jedną z najmilszj ch. Wobec niej bledną teatry, koncerta i inne zbiegowiska. Szlachcic w dobrym humorze — to mi dopićro rzecz!
Jakoż pan Tadeusz wziął się do bawienia le* kar za, przeistoczonego wgościa, i tak go zabawie
potrafił, że ten zapomniał, iż noc na bryczce spędził. Wypiwszy atoli szklankę kawy i zjadłszy przytćm tuzin sucharków i rogalików, przypomniał sobie o tćm. Poprosił o kącik do przedrze mania się. Tan Tadeusz odprowadził go do pokoju gościnnego, zamówił konsyliarza na obiadek, zostawił go z lokajem, sam zaś na ganek wyszedł z miną taką, której opisu dokonał czasu onego Stach z Zamiechowa, opisując minę Pana Boga, spoglądającego na ziemię z ganku niebieskiego. Widocznie kontent był sam z siebie.
Ukontentowanie wszakże trwało niedługo. Zamącił takowe liry ń, który się we wrotach ukazał nagle. Pan Tadeusz brwi zmarszczył i klątwę z ust cisnął. Było-bu dlaczego. Hryń wyjechał na koniu — wracał piechotą; wyjechał na siodle — wracał z siodłem na grzbiecie. Wido-cznem było, co się stało; mimo to pau Tadeusz, snadź celem spędzenia gniewu, jaki go opanował, krzyknął:
— llryniu! pójdź tu jeno!
Kozak chwiejnym krokiem ku gankowi podszedł i wraz z kozakiem w tymże samym kierunku zbliżył się wieśniak niemłody. Przyszli i stanęli, jeden z siodłem na ramieniu, drugi z czapką w reku.
— Dojechałeś szkapie końca! — odezwał się pan Tadeusz do pierwszego.
— A cóż — odparł zagadnięty — jak wielmożny pan kazali, dąłem niby ten wiatr; ale i Maksym dmuchał niegorzej. Co cztery konie, to nie jeden. Zrazu szedł, aż milo, ale na trzeciej mili ustawać począł, dalej nogami plątał, wreszcie zwalił sic i kopyta wyciągnął. Pewnie, że był bym dojechał, gdyby nie to.
— Idź, rozmówię się z tobą później. A ty, poco? — zapytał, do wieśniaka mowę zwracając.
— Ja, wielmożny panie — odrzekł ten, w pas się kłaniając — ja do wielmożnego pana przychodzę. Mam tu we dworze wnuczkę.
— Co za wnuczkę?
— Moje, moje własną. Jeden, jak palec ja; jedna, jak palec, ona, ani ojca, ani matki, sierota. A przytćm, jest tam gospodarstwo jakieś, ona mi gospodynią, gospodynią i wszystkiem. Otóż ja do wielmożnego pana przychodzę prosić o nią.
— Co? czego ty się czepiasz do mnie?—odparł pan Tadeusz, nic wiedząc o co chłopu chodzi.
— Wczoraj z wieczora, ba w nocy, csaul mi ją zabrał do dworu.
— A! — przypomniał sobie. —Więc cóż?
— Oddajcie mi ją, wielmożny panie — pokłonił się nieśmiało do zicmi.
— Idź do licha! — burknął pan Tadesz gniewnie.
— Nic zaprzepaszczajcie mi dziecka.
— Idź do kroćset! — krzyknął. — Zacóż-to masz dwór? za zapadnie jakąś? Precz!—powtórzył w irytacyi, od której mu wyrazy w ustach drżały.
Wieśniak się tylko wyprostował i panu w oczy prosto patrzył.
(Dalszy ciąg nastąpi.)
Przegląd literatury nadobnej czeskiej
za rok 1883.
(Dokończenie.)
III.
Powieść społeczna.
„Vlczek: „Zlato v olini." — Zcyer. — Czech. — Ferdynand nchulz. —Arbcs>.— Szinilowski.— Zakroje.—Młodzi pisarze
Do literatury nadobnćj należy i powieść. Jest to rodzaj najwięcej dziś rozpowszechniony między czytelnikami i czj telniczkami, i nie bez ra-cyi. Przy postępach nauki psychologicznej, przy niesłychanym rozwoju różnych kwestyj społecznych, które dziś służą najczęściej za tło zdolnym pisarzom, powieść społeczna może zająć nawet bardzo wysoko uksztalconego czytelnika.
132
Przypatrzmy się, jak podążają w tym kierunku Czesi. Literatura powieściowa jest bardzo obszernie tu reprezentowaną, ażeby jednak dać jaki taki obraz tego ruchu z ostatniego roku, muszę rozpocząć go romansem Wacława Ylczka: rZlato n ohiii” (Złoto w ogniu), który jeszcze w końcu roku 1882 wyszedł w Pradze, nakładem „Libuszy.” W pięciotomowem opowiadaniu, nader artystycznie porusza zdolny ten pisarz kwestyą słowiańską, a przeważnie kwestyą zachodniej Słowiańszczyzny, na szerokiej arenie politycznej państwa austry ackiego. M szystkie osobistości tej powieści dążą do tego, aby ile możności rozjaśnić znaczenie tej kwestyi, a każda artystycznie jest naszkicowana, wytwornie obmyślana. Potcka, BcL witz i wiele innych są wzorowo wykończone; najbardziej jednak sympatycznym jest staruszek ksiądz Czacki, sercem i duszą przywiązany do swojej niewielkiej parafii. Parafianie kochają go też szczerze, uczciwie, każdy by za niego życie poświęcił, jak również i on za swoje parafią. Istotnie za żadne w świecie skarby nie opuściłby jćj, nawet gdyby mu za nią ofiarowano najbogatsze biskupstwo. Oto urywek mały z opowieści Ylczka. Jest on nawskróś realnym i prawdziwym, nigdy jednak nie przestajc być patryotą; nawet kiedy pisze romans, pamięta o tćm i wola: Powinni.1'myr być lepszymi Czechami, a niezawodnie będziemy i lepszymi Słowianami.
Wacław Ylczek, jako redaktor „Oświety,” zajmuje niepoślednie stanowisko w dziale piśmiennictwa krajowego, nierównie jednak wyższe należy' nu: się uznanie jako powieściopisarzowi i twóicy „1 Punca wawrzynowego."
Rozpoczęliśmy sprawozdanie nasze powieścią społeczną, a zatem pójdziemy już dalej w tym kierunku. Do najwięcej poczytnych w Czechach należą prace Juliusza Zcyera. Jego powieść hi-Cstoryczną „Ondrzej Czemiszew" krytyka miejsco-l wa uważa za najlepszy utwór z czasów odrodzenia. W ostatnim znowu roku wy dał tom swoich opowiadali p. t. „Fantaslye:ne powiastki." Mówiąc o poezyi, zaznaczyliśmy już charakter utworów Zcyera; jest on nawskróś fantastycznym, o niesłychanie żywej imaginacyi. Wszy stko to odbija się w nowowydanych powiastkach. Autor broni tu swoich poglądów, swoich romantycznych pojęć i to u niego stanowi tło główne obrazków. W tym zbiorku znajduje się ich cztery: „Aa pontezi cizich stictu" (Na granicach cudzych światów), „Zpapi-ru na komnaty;" ^Canoczm" i „Opalowa miska.1' Wszy stkie są malcmi arcydziełami, w szczególności zaś zasługuje na uwagę „Aa granicy cudzych światów", a raczej „różnych światów," gdyż autor nic wystawia tu państwowych dążności, ale po-prostu przeprowadza walkę między dw oma pojęciami.
Lazar stary i FrydccLi są gorliwymi zwolennikami spirytyzmu. Wchodzą im jednak w drogę niedowiarki i sceptycy, którym to wszystko wy-daje się śmiesznem. Autor sam broni wierzących w obcowanie duchów, opierając swoje zdanie na mniemanem „prau dupodobieństwle." Oto temat, jakiego zażył w' swojej powieści Zeyer, który wyśmienicie scharakteryzował tu różnico między stronnictwem jcdućin a drugićm. Równic dobrze nakreślone są i inne powiastki, na przykład „ Opalowa miska," którą otrzymał w darze od pustelnika jakiś wieśniak. Opowiada on zabłąkanemu rycerzowi historya tej miski, mającej każdemu przy nieść szczęście. Z tych kilku wierszy łatwo powziąć wyobrażenie o rodzaju twórczości Zcyera. Jest on romantykiem nietylko w poezyi, ale i w powieści. Romantyzm ten wypływa z jego usposobienia, z jego uczuć, i tćm odróżnia go od innych doby tej pisarzów. (1)
W odrębną zupełnie szatę przybiera swoje opowiadania Świętopełk Czech. Mówiąc o jego poe-\zyacb, zaznaczyL >my, że jest epikiem o satyrycznym zakroju. Satyra i pesymizm więcej jeszcze jirzcbijają w jego powiastkach i nowelach. Wydal on w 1883 roku nowy tom, czwarty już zrzę- * V.
(1) „FantaHtickc poridkj “ wyszły w Kolinie, nakładem
V. B. Czecha
du, p. t. „ Poridky,arabcsky a humoreiky" w bibliotece salonowej, nakładem księgarni J. Otta w Pradze.
Tom ten zawiera jedenaście powiastek, wpierw już rozrzuconych po różnych czasopismach. Najstarsza z nich „Pierwszy starościc" była drukowaną w 1878 roku; inne, n. p. „Filcmon i Bacyusz,” „Jak się czytają wiersze,” „Mr. Plumpudding v Praze” i „Comtessa Bożenna” powstały w 1880 roku. Reszta zaś: „Slava,” „Trampoty kritikovy,” „Motyl,” „Tajemny czloeiek,” „Skcostna novel-la” i „lfovor listi” (Mowa liści) w 1881 roku. Wszystkie te utwory mają jeden i ten sam akcent, silnie zaznaczającą się satyrę. Wcźmy którąkolwiek z powiastek, n. p. „ Trampoty kritikocy" (Brednie krytyka) i przypatrzmy się jej bliżej, ażeby mieć pojęcie lepsze o całości.
W małćm miasteczku powstał nowy organ „Dzwon,” uaprzekór innemu, istniejącemu tu już oddawna pismu. Dzwon jednak nic cieszy się powodzeniem, a liczba prenumeratorów' składa się zaledwie z póltorasta osób.
Stosując się do niewystarczającej i tak prenumeraty, redaktor-wydawca zbiera ile możności najtańsze siły. Otóż w dziale krytycznym zawa-kowralo miejsce, a ponieważ nadarzył się niejaki Brzccislaw Lunaczek, który nosił binokle i słynął jako saty ryk, przeto oddal mu ów redaktor dwa tomy poezyj i dziennik praski, zawierający ich ocenę, aby napisał mu krytykę. Uradowany poszedł do domu, ale nie umiał wziąć się do rzeczy. Rozpoczynał kilka razy, zepsuł dwadzieścia arkuszy papieru: wszystko źle, bo redaktor żądał ostrego, ciętego artykułu. Nadszedł termin oddania. Z redakcyi o oznaczonym czasie przyszedł staruszek. Zafrasowany Lunaczek nie rozpoczął nawet jeszcze artykułu... Co tu robić? Prosi aby staruszek zaczekał, siada, chce pisać, ale mu nic idzie. Pierwszćj powicrzonćj sobie pracy nic wykończy na czas... Staruszek patrzy na niego i spostrzega to zakłopotanie.
— Widzę że artykuł nic gotów — odzywa się po chwili — ale poco się pan tak męczy? Weź pan i wytnij z tego dziennika...
— Jakto?
— Bardzo poprostu, nożyczkami — odpowiada sługa redakcyjny.
— A publiczność?
— Publiczność i tak tego czytać nie będzie.
Lunaczek wziął do ręki papier i zaczął powoli wycinać zdania, ale sługa był zwiuniejszy i wyręczy! w tćm nowego spólpracowaika. Wyciął krytykę, pozlcpiał ją staremi pocAowcmi markami i wyszedł. Zamiast ciętej krytyki, zamieszczono pochlebną...
Oto rodzaj talentu Czecha. Ostrcmi, surowemń ale dobitnemi rysami charakteryzuje on każda swoje postać. Rzecz sama się wyjaśnia; morały dośpićwujc sobie w duszy czytelnik.
Takaż sama satyra przebija sio w noweli „Comtessa Bożenna,” z tą różnicą, źe już nic krytyk, ale stara szlachta czeska jest tu srodze karcona za swoje sprzeniewierzanie się ojczyźnie. A i Pradze nigdy się tyle nie dostało, co w obrazku „Mr. Plumpudding.”
Humorystyczny jest obrazek „Jak się czytaja wiersze." Tu autor wyśmiewa znakomicie podchwyconego starego filologa, który nic bada mowy jako czynnika wykształcenia narodowego, ale poprostu upatruje i rozwiązuje kwestyą pojedynczych liter. Wogóle jest-to pisarz bardzo łubiany i czytany w Czechach, a utwory jego nigdy nic przcblzmiewają daremnie.
Do więcej utalentowanych pisarzów' należy także Ferdynand Schulz. Nieoceniony w czeskiej literaturze jako krytyk, pisuje również udatne powiastki. Z szeregu rozrzuconych już po czasopismach opowiadań w tym roku ukazały sic dwa w osobnćm wydaniu „Salonowej biblioteki” u Ot-ty. Pićrwsza z nich, „DM przirody" opowiada dzieje, zakonnika kapucyna ojca Juliana, który byl lekarzem w Pradze, a pogrzebawszy żonę, pozostał z głuchoniemym synkiem Stanisławem. Ale niedługo cieszył się swćm dziecięciem, albowiem skradziono jc. (!) Wstąpił więc do klasztoru i stał się jednym z najzdolniejszych zakonników,
ucząc w zakładzie wychowawczym córki szlacheckie. Życic jego jednak wkrótce sic zmienia, gdyż do Pragi przyjeżdża W loch, śpiewak Chiarini, który dowiedziawszy się o ojcu Julianie, śpieszy go od wiedzieć. Z opowieści śpićwaka dowiaduje się ojciec Julian, że jego syn Stanisław żyje. Za pozwoleniem przeora bierze więc do klasztoru głuchoniemego, który staje się mu jedyną starości podporą. Oprócz tego w tćj opowieści snujc się wiele innych, zupełnie wykończonych obrazów. Postacie dobrze nakreślone, dramaty czność przenika do głębi niektóre sceny tej opowieści. Zdaje mi się jednak, że utalentowany ten pisarz grzeszy drobiazgów ością. Jeśli Czech ostrcmi rysami wyraziście naznacza kontur, nie bawiąc się w cieniowanie, to Schulz zby t delikatnie, do znużenia niekiedy, wykończa, tak żc całość zaciera się w szczep golach.
Toż samo można powiedzieć o drugiej jego powiastce „bzda na pies" (Jazda na tańce), z tą tylko różnicą, żc jak w pierwszćj dużo jest scen dramatycznych, tak w tćj humorystycznych. Głównym bohaterem tćj opowieści jest pan Szymon Mostecki z Chwalina, który przyjeżdża do miasta na bal, z pościelą i kuframi. Scena ta, pizcpro-wadzona dosyć misternie, jest główną sprężyną całej opowieści
Do szeregu pracowników na tćin polu wliczymy jeszcze Jakuba Arbesa, który wydał „Przed-\ minstkr' arabesky" (nakładem A. R Lauermana, ' tom I) i „Mesiusze" (u Otta, w taniej bibliotece). W „arabeskach” ńrbes stara się naśladować Nerudę, który tak świetnie przedstawia stare typy mieszczańskie. 1 rzeczywiście „Pan Laski,” „Silny Job” i „Zbożny Tomasz” są-to powiastki na wzór „Malostranskich," w których Neruda tak szczęśliwie kilkoma rysami stworzył prawdziwe perełki literatury czeskiej. Nie są też pozbawione tal ntu i „Arabeski” Arbesa. Owszem każda jego postać równie żywa, równie malownicza i charakterystyczna. Arbes posiada swój odrębny artyzm i stosownie do tego wybiera postacie.
Innym zupełnie jest on w „Mesyaszu.” Tu opowiada dzieje dwóch przyjaciół, Randy i Maciejowskiego, którzy w 1848 roku, podczas znanych wypadków w Austryi, zmuszeni byli opuście kraj i udać się do Ameryki. Randa jednak w drodze na pokładzie umarł, a Maciejowski przyrzekł mu, że wróci do ojczyzny i tam postara się zrcliabili-tować jego imię. Tak się też stało. Maciejowski wrócił do kraju, ale polieya stawiła go przed sądem, przed którym mu ial wyznać wszystko, aby ujść kary. Wyznanie to trapi go do grobu, gdyż nic dotrzyma! słowa danego przed śmiercią swemu przyjacielowi.
Do młodszych powicściopi arzy w tćj grupie należą Ihirban Wojanski i Paweł Albicra. Pierwszy' z nich wydał „Ikesedy a dumy" drugi zaś I „Z czeskych kraju" i „Z Czech a pro Czechy." Oby dwaj zapowiadają nowe, zupełnie oryginalne talentu, bardzo nawet znaczne, które zczasem mogą stanąć w pierwszym szeregu. Zaznaczamy jednak, że w powiastkach Albiery znajdują się i opowiadania historyczne, a zatem |v części należy on do grupy następnej.
Pozostaje nam do zanotowania jeszcze parę nazwisk: Ignacy Hermann wydal w Pradze, nakładem własnym, zbiorek „Z chudeho kałamarze" (kałamarza), która wkrótce doczekała się drugiego wy dania. W zbiorze tym są dwie zajmujące opowieści: „Podani” o czerwonej róży" i powiastka „o pai on ku," wreszcie kilka drobniejszych szkiców. Hermann jest humorystą, czasami nawet niesmacznym, zwłaszcza kiedy humor jego przekroczy właściwe granice, zawsze jednak nic bez talentu.
Również humorem i dowcipem nacechowana jest nowa praca V. Rzezniczka: „Aa stara kolena." Przedstawi! on tu starego nauczyciela, cieszącego się swoją rędziną. Typ niezły, chociaż w calćj tćj powiastce zamalo treści.
W tym samym duchu pisze Jędrzej S. Kostclccki, który w ostatnich czasach wydał tom swych utworów, p. t. „A7a lodzie." Jest tu 13 powiastek, z których także kilka humorystycznych.
 133 -------
J. L Tarnowski, wydając dla szerszego kola czytelników swoje utwory, nie zapomniał także o humorze, o czem świadczy nawet sam tytuł „Poicidkl a humoreski.” Są one pisane wyśmienicie, znać tu wytrawne pióro i biegłego pisarza. Myśli wypowiada jasno, akcyą przeprowadza zrozumiale i konsekwentnie. Oprócz tego posiada dużo uczucia, dużo malowniczości i dokładną obrazowość .
WesftKin piórem wojuje Franciszek Zakrejs, krytyk i literat. Wydał on świeżo tom swoich powiastek p. t. „Nbicelky z resdeho pora,” rzeczy dosyć dowcipne i dobrze kreślone. W tymże samym zakresie są trzymane „Różne listy’1 Józefa M. IłoYorki.
Na zakończenie tego działu wypada nam dodać, że w tym roku wydano dwa tomy, 3 i 4, zbiorowych prac nieodżałowanego A. V. Szmilowskiego. Te prawdziwe perły czeskiej literatury można zaliczyć do arcydzieł.
Z Morawian musimy tu zapisać imię Wacława Kosmaka, który wydal w morawskiej bibliotece Szaszka tom swoich powiastek p. t. „Niekolik obrazku z kukatkn.” Jest-to talent pokrewny Ze-ycrowi, lubuje sic w fantastycznych obrazach i ro manty czuciu przedstawianiu rzeczy, chociaż czasami można tu także spotkać sceny pełne prawdy i naturalizmu. Z szeregu tych obrazków najlepsze są: „Dobra pomoc,” „Ilerr yonSchwarc” i t. d. Z nich niektóre można zaliczyć do najlepszych utworów beletrystycznych czeskich.
IV.
Powieść historyczna.
Benesz Trzcbizski. — Al. Jirnszek. — V. Vlczck. — For. Selmlz.—Młodsi pisarze.
W dziedzino historycznej powieści wkroczył pisujący dotąd bardzo udatne społeczne powieści ks. Wacław Trzcbizski i stworzył, na wzór opowieści Czajkowskiego i Danielewskiego, romans „Marcin Buszkar.” Rzecz rozpoczyna się od chwili, gdy po śmierci Chmielnickiego objął rządy Kozaczyzny syn jego Jerzy, za radą Wyhow-skiego, który, korzystając z nieletności Jerzego, ujął stćr w swoje ręce. Niektórzy, znając jednak jego charakter, stawili mu opór i do takich właśnie należał Marcin Puszkar, który zginął za sprawą wielkorządcy. Oto główny wątek powieści, odznaczającej się mistrzowskićm obrazowaniem. koniec zajmują dalsze losy Wyhowskic-go i Ukrainy.
Oprócz tego Trzcbizski wydał jeszcze kilkanaście drobniejszych obrazków na tle XVI i XVII stulecia, pod tytułem „Ze zapaw nutych pamieti.” Wyszły one w „hidowćj bibliotece” i są kreślone zcyjątkoico dla ludu, z nicpospolitem życiem, gorącem uczuciem i prawdziwym patryotyzmem. Trzcbizski jest jednym z najbardziej cenionych powicściopisarzy czeskich. Umie on zająć czytelnika, zżyć się z nim i trafić do jego przekonania.
O wiele ściślejszym historycznie jest Al. Jira-szek, który skreślił piękny obrazek dla ludu, na tle XV wieku, p. t. „Koniec i początek,” gdzie wystawił życic przodków, trawione na sporach religijnych. Rzecz przedstawiona bardzo jasno i dobitnie, z werwą i prawdą. Oprócz powyżej wymienionego utworu, wydal on jeszcze inny, pod tytułem „Obietowmiy” (pierwotnie w Osviecic z 1880 r.). Jest to epizod z walki Przemysława II z królem Belo (1260 r.), przeprowadzony bardzo artystycznie i konsekwentnie. Postacie nakreślone wyśmienicie. Jedne z nich odznaczają się prostotą, jak: Alan, Ajaszin, Etelka, inne niepospolitym artyzmem (Svatova i Czeniek). Nadto autor wprowadzi! tu wszystkie stany, jakie wówczas znajdowały się na horyzoncie czeskiego państwa.
Znany nam już Vaclaw Vlczck wydal ponownie historyczną powieść „ W imieniu Bożem.” Za temat obrał sobie Vlczek burmistrza z Budicjowic, Jędrzeja Puklici, który, jakkolwiek był gorliwym katolikiem, jednakże potraiil popierać, nawet wbrew kościołowi, interesa państwa i stanął przy królu Jerzym.
DUBROWNIK.
SZKIC Z PODRÓŻY.
SkrMIIt
DONIMIHSKI.
(Dalszy ciąg.)
Idąc wzdłuż ogrodów, trudno nam dopatrzeć się okazów północnej naszej flory ogrodowej. Miejsce bzów naszych zastępują gęste krzaki oleandrów;—zamiana to niekorzystna, bo i zieleni i woni w nich mało, ale zato, tak jak teraz, przez cały rok podobno obsypane białym i różowym kwiatem. Zieloną ozdobę dają ogrodom drzewa laurowe i mirtowe; ostatnie też, wraz z gęstemi krzakami rozmarynu, napełniają powietrze wonią prawie odurzającą. Granaty przeważnie owocem pokryte; tylko tu i owdzie wychyla się zpośród liści drobnych spóźniony kwiat kielichem purpurowym.
I roślinność tropikalna licznych tu ma przedstawicieli, nad którcini króluje wysmukla palma.
Jakże nie zazdrościć mieszkańcom tych pałacyków, którzy zdała od zgiełku światowego w tym
Więcej ścisły i charakterystyczny, niż w powieści społecznej, jest Ferdynand Schulz w opowiadaniach historycznych. Drobiazgowość, która w społecznej powieści zawadza, w historycznych obrazach staje się niejako koniecznością. Zdaje się nawet, żc tc ciągłe studya nad historyą osłabiły społeczną jego powieść, gdyż jak tu, tak i tam chodzi mu o fakta, a fakta tc, te opisy, w powieści spólczcsnej nie są tak ważne dla nas, gdyż my je znamy. To też o wiele wyżej stawiam jego historyczne opowiadania, z których jedno ukazało się w Macierzy ludu, p. t. „Doktor Johanek.” Główną postacią jest tu Jan Yolfling, Norymberczanin, który plotkami swemi zjednywa sobie arcybiskupa praskiego Jana z Janszteinu i zostawszy generalnym wikaryuszem, zasiewa niezgodę między władzą świecką, a duchowną. Przytem jest on przedstawicielem Niemców, zamieszkałych w Pradze, a żywiących już podówczas nienawiść ku Czechom.
Z jego-to winy ginie Jan z Nepomuk i inne bolesne spływają na naród czeski następstwa. Co się tj czy budowy, to musimy przyznać, że „Doktor Johanek” jest powiastką prawdziwie artystyczną. Charaktery świetne, wykończone, zwłaszcza Jana z Trocanowa, Kroka, jego żona i córki, mogą służyć za wzór innym. Przytem niesłychana wierność historyczna w obrazowaniu przeszłości składa się na całość wyborną. Jest to popisowe pole Schulza i tego powinien się trzymać.
Z młodszych wystąpili: Wacław Rzezniczek z pow iastką „Leta spasy” („Lata zbawienia” u Ot-ty w taniej bibliotece), osnutą na tle 1778 roku, i Kolda Maliński ze zbiorkiem powiastek zatytułowanym „Kronika.” Dalej Jan Klccanda skreślił obrazki osnute na wypadkach 1848 roku, pod tytułem „A'a bojiszti” (Na pobojowisku). Do wytrawniejszych pisarzy na tem polu należy Józef Ucieczek, który swą „Czernou Horu” dal jeszcze jeden dowód więcej niemałego talentu.
Na tem kończymy przegląd literatury nado-bućj w Czechach. Jeżeli autor niniejszego artykułu opuścił jaką książkę, to tylko z powodu nawału materyalów. W każdym razie i z tego może powziąć czytelnik wyobrażenie, że literatura nadobna w Czechach we wszystkich kierunkach ma swoich przedstawicieli. Pesymizm i romantyzm, spirytyzm i realizm, wreszcie powieść społeczna, ludowa i historyczna, wszystko uprawiane jest gorliwie. Wiele też, bardzo wiele pisze się dla ludu; najcelniejsi poeci i pisarze składają mu swoje prace, a tak nieliczny naród podtrzymuje wcale bogatą literaturę, i nie słychać tam skarg, żc tego już zawiele. Odrodzenie czeskie głęboko zapuściło korzenie; to tćż dziś tćm piękniejsze zbiera owoce.
Wiktor Czajewski.
ustronnym iście raju ziemskim pędzić mogą życic spokojne!
Słońce zaszło, a zbliżając się pod arcymilem wrażeniem do miasta, wchodzimy w cień grupy jaworów o kolosalnych rozmiarach. Miejsce pod jaworami ożywione, bo właśnie gra orkiestra wojskowa, a publiczność zaczyna sic zbierać na jedyną zapewne tn głośniejszą rozrywkę — corso wieczorne. Z wielkiem tedy zadowoleniem dowiadujemy się, że hotel, w którym szukamy kwatery, znajduje się tuż obok. Nie odstrasza nas od niego i ta okoliczność, żc niezupełnie odpowiada pięknej nazwie swojćj: Miramare.
II.
Rozbitki z Epidauru, wyszukując sobie nową siedzibę, nauczeni doświadczeniem, obrali miejsce mało przystępne. Dubrownik leży u stóp góry Sergio, a przystęp do miasta drogą lądową ułatwiono dopiero w ostatnich czasach, przez założenie drogi do Grawozy i do Trebinii. Oprócz obronnej z natury pozycyi, miasto jeszcze otoczone jest murami, które powstały w niem równocześnie, i fortyfikacyami, zbudowanemi w 16 i 17 wieku, kiedy sztuka wojenna znaczne już zrobiła postępy. Dziś jeszcze w dodatku panuje nad miastem fort imperial, który powstał za czasów wojen napoleońskich. Za istnienia dawnej rzeczypospo-litćj, Dubrownikowi groziło kilka razy niebezpieczeństwo oblężenia, ale w rzeczy samej nigdy do tego nic przyszło. Mała rzeczpospolita umiała tak zręcznie dyplomatyzować, że niepodległość jćj przez 11 wieków istnienia nigdy naseryo nie była zagrożoną.
Na chciwych sąsiadach z pewnością nie zbywało. Mianowicie królowćj Adryi, Wenecyi, która pokolei opanowała wszystkie wolne ongi miasta nad brzegami Adryatyku, wcale nie było na rękę, że miała rywala, którego handel i żegluga znaczną jej robiły konkurencyą. Handel Dubrownika bowiem, w średnich wiekach i później, jeszcze był bardzo znaczny; w połowic 15 wieku flota handlowa rzeczy pospolitej liczyła przaszlo 300 statków, a kupcy liczne mieli urzędowe faktorye swoje, mianowicie w Adryanopolu, Sylistryi, Ru-szczuku, nawet w Egipcie i Azyi mniejszej. Płacąc Turcyi haracz pewien, rzeczpospolita miała zato rozmaite przywileje dla handlu swego z krajami, pozostającemi pod panowaniem tureckiem, a handel ten prowadziła na wielką skalę. Wene-cya niechętnem na to patrzyła okiem, ale musiala się kontentowae małym haraczem, który opłacał Dubrownik jej naczelnikowi żeglugi (capitano dcl golfu}, bo rzeczpospolita słowiańska umiała sobie zawsze znaleźć możnych opiekunów.
Z początku naturalnymi jej opiekunami byli królowie chorwaccy. Kiedy w Dalmacyi rozszerzyło się panowanie Węgrów, udała się rzeczpospolita pod protekcyą królów węgierskich. W roku 1396 podejmowało miasto króla Zygmunta węgierskiego, który po bitwie przegranej pod Ni-kopolis, ucicklszy Dunajem do morza Czarnego, drogą morską wracał do krajów swoich. Król z wdzięczności za gościnność mianował naczelnika rzeczy pospolitej rycerzem złotej ostrogi i zaszczyt ten miał przechodzić na każdego następcę; ale senat na to nie zezwolił.
Kiedy w pierwszej połowic 15 wieku Wene-cyanie zdobyli Dalmacyą, a Turcy w r. 1459 Serbią, w r. zaś 1463 Bośnię, wtedy Dubrownik, widząc w Turkach mniej niebezpiecznych sąsiadów, a silniejszych protektorów, udał się pod opiekę sułtana. Swoją drogą przy każdej sposobności manifestował swą sympatyą dla walczących z półksiężycem chrześcian. Sułtan wtedy podwyższa! za karę haracz; ale Dubrowniczauie umieli zawsze zręcznie wytargować jakąś koncesyą handlową (n. p. monopol dostarczania soli do Bośnii i t. p.), która im stokrotnie koszta haraczu zwracała. Stosunki z Węgrami, wmiarę zmniejszania się ich władzy na południu, stawały się coraz luźniejsze, aż po bitwie pod Mohaczem zupełnie ustały.
Zręczna ta polityka pozwalała obywać się bez wszelkiej prawie siły zbrojnej. Rzeczpospolita podobno nigdy nie miała więcćj jak 100 ludzi
134
stałego wojska, ale oczywiście cala szlachta wra-zie potrzeby krajowej do służby z bronią była obowiązaną. Służba w owej stałej straży zcza-sein stała się dziedziczną, ponieważ pierwotnie do niej wybierano wyłącznie ludzi odznaczających się zaletami fizyczuemi, wysokim wzrostem i silną budową ciała, a zczasem zalety owe w tej klasie stały się dziedzicznemi. Dzisiejszy cech tragarzy w Dubrowniku składa się podobno przeważnie z potomków owych stałych żołnierzy dawnej rzeczypospolitćj. Tak przynajmnićj z dumą pewną zapewniał nas członek cechu tego, którego za protckcyą kapitana Mcssiny pozyskaliśmy za przewodnika po Dubrowniku. Gotowiśmy uwierzyć mu, bo już wczoraj za przybyciem do Grawozy uderzyły nas imponujące postacie pomiędzy tragarzami, uwijającymi się około parowca. Niełatwo zaś pod tym względem tu się odznaczyć. W całej Dalmacyi podziwialiśmy nadzwyczajny prawne wzrost i piękne rysy męzkićj ludności, a zdaje się jednak, że prym trzymają Dubrowniczanie. Zalety ich fizyczne podnosi jeszcze strój malowniczy, którego używają. Mała czapeczka czerwona, stanowiąca cale okrycie głowy mężczyzn i dziewcząt (kobiety zamężne noszą białe zawoje) w północnej Dalmacyi, a nadająca im jakiś charakter w łoski, ustępuje tu po większćj części miejsca poważnemu turbanowi łub fezowi, które nosi ludność cbrzcściańska, bo muzułmanów w Dubrowniku niema. 1 reszta stroju zbliżona do znanego stroju tureckiego, szpenccr ozdobiony wy szywaniami złotemi i wiclkiemi guzikami, szerokie szarawary, sięgające niewiele niżej kolan, pończochy i na nogach opaszki skórzane, także ozdobione.
Ludność prawie wyłącznie używa języka serb-sko chorwaekiego; włoskiego nie słyszy się tu tyle, co w północnych miastach Dalmacyi.
Miasto samo jednakże przypomina zupełnie miasta włoskie. Prawda żc z budowli dawniejszych, które podobno miały charakter odmienny, prawie nic nie pozostało, bo Dubrownik pokilka-krotnic legł w gruzach, skutkiem trzęsień ziemi, z których najsilniejsze było 6 kwietnia 1667 r. Powtarzały się także w wieku 18, a ostatnie silne było 7 kwietnia r. 1850.
Wchodząc od przedmieścia Pile przez bramę tejże nazwy, stajemy odrazu w najpickniejszćj i głównej ulicy: Stradone. Domy przy niej kilko-piętrowe prawie na pałace wyglądają, tylko że wszystkie równe, co nadaje ulicy monotonny charakter. Prawie każdy z domów stoi osobno, a pomiędzy domami biegną od Stradony ku obydwóm stronom ważkie uliczki. Miasteczko cale, liczące dziś tylko około 6,000 mieszkańców, wzorowo porządne. Rzadkie to na południu zjawisko tern dziwniejsze, że się właśnie spotykamy z niem tutaj, w miasteczkach z ludnością słowiańską, któ ra u nas na północy niekoniecznie słynie z zamiłowania porządku. Nikt zaś chyba nie posądzi Włochów o to, że zaszczepili to zamiłowanie. W każdym razie zaznaczamy' sympatyczny ten objaw. Zdaje się, że i w rządach dawnej rzcczy-pospolitej dubrownickiej ten sam panował porządek. A były to rządy zupełnie słowiańskie, chociaż do organizacyi samej zaczerpnięto wzorów z Wcnecyi.
Najwyższą władzą była wielka rada (consiglio maggiore), w której zasiadał każdy szlachcic, mający skończonych 20 lat i zapisany w tak zwanem Sfecchio. Rada wybierała zc swego grona senat, składający się z 45 osób; każdy członek senatu musial mieć skończonych 40 lat. Senat wybierał mała radę, składającą się z 7 osób, ua której czele stał naczelnik rzeczypospolitćj. Nosił on zpoczątku nazwę: Priore, później Conte, a od połowy 14 wieku lletton. Istniała obok tego rada dziesięciu (consiglio dci dieci), mnićjwiecćj z temi samcmi co w Wcnecyi atrybucyami. Priore i Conte byli wybierani na rok, równocześnie zaś ze zmianą nazwy na Rettorc ograniczono czas trwania władzy na miesiąc jeden. Ciekawy jest epizod z historyi Dubrownika, który stał się przyczyną tego ograniczenia. W r. 1204 został naczelnikiem władzy Damian Juda; zdołał on przeprowadzić wybór swój i na rok następny, a przy
końcu tegoż robił starania utrzymania władzy także na rok trzeci. Ztąd powstały obawy i nieu-kontentowania, a na czele malkontentów stanęła rodzina Bobali. Za wpływem Judy i licznych jego zwolenników, wypędzono całą tę rodzinę z kraju. To jednakże powiększyło jeszcze nicukontcn-towanie, a na czele malkontentów stanął teraz zięć Judy, Bcnessa. Widząc iż przeciwko wpływowi Judy na miejscu nic wskórać nie zdołają, udali się malkontenci do Wcnecyi, aby za jej pomocą pozbyć się uzurpatora, który widocznie dążył do trwałego przywłaszczenia sobie władzy. Aby zarazem i na przyszłość podobnym zachciankom zapobiedz, postanowiono na godność Conte w przyszłości obićrać nie krajowca i zaproponowano Wcnecyi, iż na tę godność powoływane będą osobistości z grona patrycyuszów wene-ckicli.WWenccyi oczywiścic propozycyą taką przyjęto chętnie i partyi Bencssy udzielono żądaną pomoc. Bcnessa jednakże nie chcial działać przeciwko swoim obcą siłą zbrojną, lecz użył podstępu. Dwa statki weneckie zjawiły się przed Dubrownikiem, a ich komendant, pod pozorem iż w przejeździć tylko się tu zatrzymuje, odwiedził naczelnika władzy, zapraszając go do siebie na statek. Kiedy Damian Juda, przyjąwszy zaproszenie, udał się na statek, komendant kazał podnieść kotwicę i odpłynął, uwożąc Judę, który, zrozpaczony, życic sobie odebrał.
IV Dubrowniku wtedy wybrano na godność Gonta patrycyusza weneckiego: Lorenzo Queriui.
Niestety jednak, wkrótce się okazało, żc ta opieka wenecka mnićjwiecćj tyle była warta, co w znanej bajce opieka bociana nad żabami. Już następca Qucriniego, Dandolo, zaeząl burmistrzować, a chociaż Dubrowniczanie zdołali się oprzeć wszelkim zmianom w rządach wewnętrznych, faktycznie jednak Wcnccya przez długi szereg lat wywićrala wpływ niekoniecznie korzystny na sprawy malćj rzeczypospolitćj. Dopiero w połowie 14 wieku, udawszy się pod protckcyą królów węgierskich, Dubrowniczanie pozbyli się przymusu obierania naczelników władzy z grona patrycyuszów weneckich, znosząc urząd Conta. Na czele władzy stał odtąd rektor, obierany na jeden miesiąc, a przez czas trwania władzy jego niewolno mu było opuszczać pałacu.
Pałac rektorów zachował się do dziś, jako naj starszy zabytek z czasów dawnych. Zbudowany zoatał w drugiej połowic 14 wieku. Trzęsienie ziemi niezupełnie go oszczędziło, bo górne piętro zapadlo się i musiano stawiać nowe; skutkiem tego gmach nic odznacza się ani jednolitym stylem, ani piekością wogóle. Władze, przestraszone trzęsieniami ziemi, dbały widocznie więcćj o budowę trwałą, niżeli estetycznie piękną. Widać w niektórych drobnych szczegółach dolnej części gmachu styl gotycki, a był to zepewne styl całej pierwotnej budowy; odnowiono go zaś w stylu renesansu włoskiego. Od frontu w głównej fasadzie znajduje się galcrya z arkadami, na której zasiadali senatorowie wczasic wielkich uroczystości lub zebrań. Wewnątrz gmachu tylko godny widzenia dziedziniec, z którego otwarte schody prowadzą na górne piętro.
Tuż blizko pałacu rektorów znajduje się katedra. Kościoły w Dubrowniku prawie wszystkie są nowsze, w początku 18 wieku zbudowane, bo dawne, skutkiem trzęsienia ziemi, uległy zniszczeniu. Katedra zbudowana w stylu Odrodzenia, posiada dwa pięnc obrazy: Wniebowzięcie Maryi P. i Madonna Della Scggiola. Według twierdzenia miejscowych, ma być pierwszy penzla Ticyana, drugi Rafaela. Te same obrazy jednakże istnieją w podwójnych okazach, a znawcy zaprzeczają oryginalności tutejszym, uznając je tylko jako dobre kopie. Ciekawe przedmioty ma ją się znajdować w skarbcu kościelnym, którego jednakże nie mieliśmy sposobności widziće.
Ulubioneiui kościołami ludu są: kościół Św. Błażeja i kościół przy klasztorze franciszkanów. Sw. Blażćj jest patronem miasta; według podania, miał on się ukazać księdzu pewnemu, uprzedzając o zamierzonym przez Wenccyan napadzie na miasto. W czasie przez księdza oznaczonym przybyli Wcnecyanie rzeczywiście w kilkadzie-
siąt statków, ale zastawszy miasto wstanie obronnym, a mieszkańców gotowych do odparcia nieprzyjaciela, od zamiarów swoich odstąpili. Działo się to w połowic 10 wieku; święto patrona miasta, 3 lutego, do dzisiaj jest najpiękniejszą w mieście uroczystością.
Kościół franciszkanów, założony podobno wraz z klasztorem reguły jego przez samego św. Franciszka z Asyżu, zbudowany w stylu byzantyj-skim, stosunkowo najlepiej przetrwał trżęsienia ziemi. W klasztorze godny widzenia piękny bardzo krużganek, w dziedzińcu klasztornym ładny ogródek. Franciszkanie w południowo-slowiań-skich krajach ulubionymi są zakonnikami.
Mniej szczęśliwie przetrwał burze kościół dominikanów. Z pierwotnego kościoła pozostał tylko portal główny, a w dzisiejszym style gotycki i romański są pomieszane. Tutaj znajduje się już niezaprzeczcnie oryginalny obraz Ticyana: Sw. Magdalena. Bogata biblioteka klasztorna zapewne niemało posiada także źródeł do historyi rzeczypospolitćj dubrownickiej.
Dawny kościół jezuicki, prześlicznie nad morzem położony, dzisiaj jest szpitalem.
III-
Zwiedzanic pamiątek dawnćj przeszłości, połączone zc wspomnieniami z jedćnastowickowej historyi wolnej rzeczypospolitćj dubownickiej, mi-mowołi prowadzi do porównania z przeszłością jej rywalki—Wcnecyi. Zresztą o rywalizacyi niezupełnie może być mowa, bo Dubrownikowi We-necya nigdy nic zawadzała—skromny w aspira-cyach swoich, nigdy nie myślał podbijać królowej Adryatyku; Wcnccya, przeciwnie, niejednokrotnie próbowała zdobyć Dubrownik — i to nie kokieteryą.
llistorya, a nawet i teraźniejszość dwu tych miast jcbaraktcrystycznie u wydatniaróżnice istniejącą pomiędzy usposobieniem zamieszkujących jc szczepów: słowiańskiego i romańskiego.
Dubrownik słowiański nigdy nic był chciwy panowania nad innymi, chociaż może pod wielu względami korzystniejsze od Wcnecyi ku temu posiadał warunki. Znaczna flota rzeczypospoli-tej nigdy nic wyruszała wcelu podboju i tylko kilka razy brała udział w wyprawach wojennych, podejmowanych w interesie chrzcściań-stwa.
Sądzimy, żc jedną z głównych przyczyn tego była ta okoliczność, iż na czele rzeczypospolitćj słowiańskiej nic stali nigdy awanturnicy, którzy-by, dogadzając osobistej ambicyi, prowadzili awanturniczą politykę. Skoro komu przyszła podobna zachcianka, rychło go od władzy usuwano. Utrzymanie władzy w ręku awanturnika jest niemożliwe tam, gdzie stosunek do dzierżącego władzę nic normuje się według czci balwochwalczćj dla osobistości, lub nienawiści dla niej, lecz opiera się na uszanowaniu dla powagi stanowiska. Tak bywało w Dubrowniku i przeważnie w krajach słowiańskich.
Przeciwnie działo się w Wcnecyi i dzieje dotąd w krajach ludów romańskich.
W starym Dubrowniku nie olśniewają nas wspaniale pałace, wystawione z łupów zdobytych na sąsiadach, ale też niema mostów, któreby nosiły nazwę od westchnień osób skazanych na męczarnie, a nawet niema śladu lochów podziemnych, świadczących o działalności „rady dziesięciu,” chociaż instytucya taka w dawnej rzeczypospolitćj istniała.
Ulic miasta nie zalega rzesza żebraków w la chnianach, chociaż więcćj południowy, niżeli w Wcnecyi, klimat tutejszy usprawiedliwiałby do pewnego stopnia lenistwo. Ludność słowiańska tutejsza pod tym względem korzystnie bardzo odbija od włoskiej, chociaż nic ma tylu powodów do chwalenia się świetną przeszłością; zdaje się żc z natury dumniejsza, czuje zapewne też, żc wyniosła postać nie odpowiadałaby żebraczemu rzemiosłu. Uprzejma i uczciwa, nic ma pretensyi do każdorazowego wynagrodzenia za objawianie tych cnót.
135
Nie oprowadza nas tu gadatliwy cicerone, sławiący czyny rzcczypospolitćj w wyuczonych na pamięć dla gości frazesach; ale przewodnik nasz —może przypadkiem trafiliśmy na takiego — zna je dokładnie. Ceni tćż widocznie tradycyą, bo wskazując nam potomków dawnych patrycyu-szów, odzywa się o nich z uszanowaniem, chociaż dzisiaj ani majątkowo, ani hierarchicznie nie zajmują stanowiska wybitniejszego.
Zdaje sie, że chociaż charakter rządów rzcczy-pospolitćj był arystokratyczny i ściśle przestrzegano podziału na stany, stosunek wzajemny wszystkich był raczej patryarchalny.
Stanów było pięć: 1) duchowieństwo, 2) szlachta, 3) mieszczanie, -1) kupcy, marynarze, rzemieślnicy, Grecy i Żydzi, 5) włościanie i robotnicy.
Urzędy publiczne piastowała wyłącznie szlachta, przeważnie jako urzędy honorowe. Mieszczanie mieli tylko prawo do notaryatu i urzędów celnych. Skutkiem wiclkićj zarazy, która nawiedziła miasto w 16 wieku, tyle wymarło rodzin szlacheckich, źe uznano za potrzebne nobilitowanie pewnej liczby mieszczan. Nowa ta szlachta nosiła później nazwę Jśorbune^i, w przeciwieństwie do starej, którą nazywaną Salamanchesi, a duch stanowy panował do tego stopnia, że dawna szlachta nawet nie wchodziła w związki rodzinne z nową i jeszcze w roku 1763 powstały wielkie spory, kiedy—po raz pierwszy podobno—młodzieniec pewien z Salamanchcsów chciał sie ożenić z panną, należącą do szlachty nowej, Sorbonesi.
(Dokończcn ie n
Kronika tygodniowa.
Zapusty.— Maleńki rachnneczck jednego przyjęcia. —Wieczorki „wełniane’’ są bohaterstwem. — Jak się bawi mieszczanin francuski, a jak nasz.— Kto się bawi u obcych.— Zgubne wpływy. — Omylne rachuby. — Objawy powagi.— Wystawa zbiorów prof. Dybowskiego. — Kurczęta i ogród zoologiczny.—Zebrania ogólne.—„Merkury.”—Tow. muzyczne. — Wieści z Ossyaku. — Nasz cmentarz. — Konserwy i konlitury.—Szkoła ogrodnicza. -Wystawa kucharska.
Ostatnie dni zapust w naszóm ludnem i ruchli-wem mieście były tak przepełnione zabawami, żc doprawdy nasuwa się umysłowi pytanie, czemu ludziska tak się cieszą?... Byłżc to uśmiech wdzięczności do łaskawych losów, czy też rozpaczliwe szamotanie się bankrutów?...
Aby scharakteryzować wyraźniej ów szał karnawałowy, pozwolimy tu sobie zacytować rachunek wydatków balowych u pewnego urzędnika. Jegomość ten jest dość wysoko postawionym w hierarchii kolegów, ina bowiem 3,000 rs. pen-syi, lecz stanowi ona jedyny jego dochód i cały zarazem majątek. Gości przyjąć musiał na stopie odpowiedniej swemu społecznemu stanowisku. Na same delikatesy „zamorskie” wydał około rs. 200; na wina, które się przecież w kraju nie rodzą, drugie tyle; na jedwabie (produkt również obcy) dla córeczek dwa razy tyle. Światło, muzyka, służba najęta, szkody, małe ubytki w in-wentarzyku domowym w podobnych okolicznościach niezbędne, prócz kolacyi, która bez bażantów obyć się nie mogła, znowu rs. 200. Ogól wydatków dosięgnął 1,500 rs., co znaczy źe zjadł połowę całorocznego dochodu.
Tak po pańsku, hucznie i świetnie, bawiliśmy się prawie wszyscy. Jeżeli ktoś urządzał „wieczorki wełniane,” to, wnosząc z rozgłosu, jakie podobnemu bohaterstwu robiła prasa, uchodził w opinii za męczennika idei. Poświęcał się dla ludzkości i najprotszy wynik praktycznego rozsądku, skromność i umiarkowanie w wydatkach, czul się w obowiązku usprawiedliwić ofiarą grosza na rzecz dobra publicznego. Lękał się być śmiesznym, uchodzić za nędzarza lub sknerę...
Te bale karnawałowe, które u nas są rzeczą niezbędną, praktykują się tylko naprawdę w samej Francyi, posiadającej bogate mieszczaństwo. Ale na francuskich balach chodzi się we francuskich jedwabiach, pije się francuskie wina, zajada się francuskie ostrygi, francuskie pasztety i t. d. U nas produkta miejscowe (prócz lichej
francuszczyzny) byłyby przedmiotem złego tonu i wzgardy. W Paryżu bawi się świetnie bogaty mieszczuch, dając gościom najwyszukańsze smakołyki; ale je sprowadza z Lewautu i Indyj wla-snemi okrętami. Na szyi małżonki swej zawiesza brylantowe kolie, wyrabiane na jego własnym warstacie. My zaś świecimy ludziom w oczy klejnotami ze złota, za które drożej płacić musimy, niż on za dyamenty. Gdy tam, po kłopotach i pracy całorocznej, pora zabaw karnawałowych jest porą wytchnienia, u nas rozpoczyna epokę walk z wierzycielami, bićdy, a często i zupełnego upadku. Wszakżc-to niedawno runęła jedna z iirm przemysłowych, dzięki zbytkowi i lekkomyślności swego naczelnika. Kiedy mu się zachcialo urządzić u siebie teatr amatorski, to do komedyi sprowadzał umyślnie meble a la Louis XV i oryginalne kostiumy, i tak się bawił dopóty, dopóki nie zmarnował posagu żony, mienia własngo i... hon<>ru. Hańbiącą ucieczką przed wierzycielami zakończył piękny zawód utracyusza...
Czyż on jeden tylko?-.
W Anglii bawi się jedynie arystokracya, która ma na to. We Wloszacb nikt o balach nic nie wie, chyba gdy jc urządza dwór, lub przyjezdna ga-wiedź wielkoświatowa. W Niemczech rodzina mieszczańska, gdy się chce rozerwać w liczniej -szćm towarzystwie, nie urządza zabawy w domu, ale znajduje ją za tanie pieniądze w miejscach publiczny ch. Co prawda, nie zachęcamy do naśladowania tych knajpowych zebrań, ale chcemy wskazać, źe my tylko jedni naśladujemy skwa pliwie Francuzów, w porównaniu z którymi jesteśmy nędzarzami. To naśladownictwo, śmieszne i smutne zarazem, do najopłakańszych prowadzi rezultatów. Widzimy jc sami tam, gdzie zbytek podcina podpory spokoju i dobrobytu, rujnując takie nawet fortuny, które burzom losu i huraganom wszelkich nieszczęść skutecznie czoło stawiały.
Ponieważ z dniem popie.lcowym wkroczyliśmy w stadyum rellcksyi, skruchy i... płacenia lekkomyślnie zaciąganych długów, nie od rzeczy prze to będzie zastanowić się uważniej nad tćm wszyst-kiem... Doprawdy, rzecz to wielkiego znaczenia. Nietylko to już sprawa minującego zbytku, nicu-miarkowania i nieliczenia się z potrzebami jutra—ale czegoś więcej: oto wpływu najzgubniej-szego na obyczaj ogólny. To dążenie do świetności nad stan prowadzi do lekceważenia dla tych, co jego ścieżkami kroczyć nie chcą. Wytwarza się kasta zbytników i marnotrawców z obowiązku, o których nie można powiedzieć, że noblese, oblige. „Dobry ton” staje się przykazaniem społccznćm, wymagającym ofiar ze spokoju, rozsądku, a nawet sumienia. Na takiej drodze bardzo daleko, ale i bardzo nizko zajść można...
I jeszcze jedna uwaga, jedno spostrzeżenie.
Te bale zbytkowne miewają zazwyczaj za przyczynę konieczność pokazywania w świecie panien na wydaniu. Kwiaty salonów, o płomienistych wejrzeniach, pojawiają się przed zdumionym widzów tłumem w całym blasku zlotćj oprawy... Ach, szanowni państwo, świat się już poznał troszeczkę na tych łudzących pozorach! Policzcież tylko, ile to wczasie karnawału odbyło się hucznych wesel, a ile cichych, „wełnianych” zaślubin. Rachunek pokaźc wam, że pierwszych było bardzo mało, gdy drugich odbyły się setki. Więc ta złota oprawa nikogo już nie ludzi. Gdy idzie o to, aby zjeść wasze bażanty i wypić waszego szampana, salony wasze zaludniają się po brzegi; ale sprawy całego życia na innej ważą się szali. Kwiat egzotyczny, wypielęgnowany w cieplarnianej atmosferze zbytku, może sobie bezpiecznie zwiędnąć w oczekiwaniu bezowocnóm, bo młodzież dzisiejsza wie aż nadto dobrze, że najbar-dzićj oślepiające blaski pokrywają najbliższą ruinę.
Rozpoczęliśmy swoje kronikę na motyw wielkopostny, gwoli zwyczajowi. Darujcie nam to śledziowe kazanie... Dawncmi czasy brzmiało ono zwykle w tonie rubasznej humorystyki, ale dzisiaj, wmiarę okoliczności, dzwoni trochę poważniej... Nic dziwnego: ostateczności się stykają. Z jednej strony szał, z drugiej nawoływanie do
skruchy i popiół przypomnienia, że poza dniem dzisiejszym jest jutro, które pogodnem lubchmur-nem być może, wedle naszej zasługi.
Zresztą, wobec przebrzmiałych szaleństw karnawału, i z objawami powagi spotkać się nie było trudno. Na wystawie zbiorów profesora Dybowskiego wciąż pełno widzów. Budzą one ciekawość wyjątkową i nie przypominamy sobie,, aby kiedykolwiek przedmiot ściśle naukowy, bez pozorów artyzmu, bez okrasy nadzwyczajności,, takie wywołał zajęcie. Widzowie przypatrują się z wielką uwagą nagromadzonym okazom, dziwiąc się często, że w sferze lodów, w puszczach dalekich i głuchych myśl ludzka prawie z niczego, hc przy środkach niezmiernie ograniczonych, zdobywać sie umie na wyroby wygody i zbytku nawet,, na formy artystyczne, choć naiwne.
Z dwóch kwestyj, których dotknęliśmy w ze-szłotygodniowej kronice, jedna przeszła w dziedzinę rzeczywistości, druga zaś blizką jest urzeczywistnienia, co znaczy żc Warszawa posiada już zakład wylęgania kurcząt, a w roku bieżącym jeszcze posiądzie ogród zoologiczny. Co się tyczy sztucznej wylęgarni drobiu, to przyszła ona może dlatego tak śpiesznie do skutku, że jest wynikiem inieyatywy i energii jednostkowej. Ogród zoologiczny ma być zakładem akcyjnym, więc przejść musi drogę dłuższą i mozolnicjszą. O ile głoszą wieści, istnieć on będzie pod rogatką mokotowską, dzięki kapitałowi 60,000 rs., ze sprzedaży akcyj powstać mającemu.
Przedwiosenna pora jest epoką zebrań ogólnych i dorocznych najrozmaitszych stowarzyszeń. Między innemi zebranie takie odbyło i stowarzyszenie spożywcze „Merkury” pomimo długiego szeregu lat istnienia, mające zaledwie około 2,000 członków. Cyfr, jakie podaje sprawozdanie (półroczne) cytować tu nie będziemy. Ogólny wynik ich zestawienia uczy, że towarzystwo na obrotach nie traci, że może dać stowarzyszonym małą dywidendę, a więc dobrze jest administrowane. Co więcej, liczba stała członków, w tej samćj prawic ilości figurujących w sprawozdaniach, wskazuje, że stowarzyszenie „ Merkury1' zrobiło swoje i na dalszy już rozwój liczyć nie może. Rzecz to naturalna. Obecnie zawiązują się ciągle kółka w celach spożywczych, gospodarujące na własną rękę. Tak być powinno i tak jest najlepiej, bo interes każdego kółka nie wykracza poza sferę jego potrzeb, potrzebom tym odpowiada najwla-ściwićj, nie ryzykuje nic i działa napewno. A im więcej takich kółek się zawiązuje, tem bardziej stowarzyszenie „Merkury” traci prawdopodobieństwo szerszego rozwoju. Przykładem swoim i wpływem zrobiło wiele, a więcej jeszcze uczyni, jeżeli odpowiadać będzie celom swoim jaknajdo-kładniej.
Z gotujących się dorocznych zebrań ogólnych najbliższćm będzie walne posiedzenie członków Towarzystwa muzycznego. O ile wiemy, zapowiada się ono zajmująco, bo tym razem chodzić ma o.... reformę stowarzyszenia. Są w niem malkontenci, nicgodzący się z obecnym jego stanem. Pragnęliby oni instytucyą poduieść i uszlachetnić, nadać jćj charakter właściwy, zrobić czćmś więcej, niż małomiasteczkowym rereinikiem, w braku dobrej muzyki szukającym dla własnej egzysteu-cyi środków, nic z nią wspólnego niemających. Czy te dobre chęci nie rozbiją się o obojętność ogółu stowarzyszonych i o oportunizm tych, którzy dziś Towarzystwu ton nadają, niedaleka pokaźc przyszłość.
Z dalekich stron, bo aż z Ossyaku na Węgrzech dochodzi wiadomość do „Prawdy” o odnowieniu nagrobka króla-tulacza, który tam na usługach w klasztorze, jak głosi legenda, opłakany swój żywot zakończył. Na odnowienie tćj pamiątki po Bolesławie Śmiałym Kraków złożył 125 złr., redakeya zaś „Prawdy” ze składki publicznej przesłała rs. 157, co razem do osiągnięcia zamierzonego celu w zupełności wystarcza. Sprawą restauracyi grobowca, a właściwie tylko kamienia grobowego, zajmuje się gorliwie proboszcz Ossyaku, ks. A. Kraintz.
Zacny ten kapłan, tak troskliwy o pamięć wyklętego przez kościół Bolka, pisze że godziłoby
STADO KONI.
Podług akwareli Juliusza Kossaka.
(317)
(318)
Odpoczynek przed karczmą- Kopia obrazu Pociechy.
138
ona łańcuchem domysłów, lecz ma punkt oparcia w rzeczywistości. Faktem tym negatywnej natury jest okoliczność, że przymierze niemiecko-austryackie nie zostało dotychczas odnowione, a nieodnowienie na rok przed upływem terminu znaczy prawie to samo, co wypowiedzenie.
Myśl przymierza trójcesarskiego, która dawniej się pojawiła i wywołała dosyć dosadne zaprzeczenia w różnych inspirowanych organach, występuje tu zatem ponownie. Ks. Bismarck, dotych-chczasowy spiritus morens polityki europejskićj, zawiedziony w swoich widokach i rachubach, którym br. Kalnoky nie cbciał użyczyć pomocnej ręki, zrezygnował z szerokich planów i postanowił resztę życia spędzić, jakoby na dewocyi, pod sklepieniami trójcesarskiego przymierza, ua rozmyślaniu o ideach zachowawczo monarchicznych. Na-szem zdaniem, w całej kombinacyi faktów przedstawionych w powyższym telegramie wszystko zapewne, prócz tej biernej rezygnacyi żelaznego księcia, jest prawdopodobne, a że wszelka hypo-tcza upada, gdy pewnych faktów oczywistych wytłumaczyć nic jest zdolna, zatem i całe w organiczną całość związane przedstawienie następstw faktów, iż przymierze uiemiecko-austrya-ckie dotychczas odnowione nie zostało, wydajc nam się nicdokładnćm i nie wątpimy, że gdy telegram powyższy szerzej sic rozpowszechni, pojawią się natychmiast półurzędowe zaprzeczenia.
W każdym razie wieści i domysły tego rodzaju są dowodem, iż na szachownicy politycznćj odbywają się pewne poruszenia, których galerya, nie-znająca planu grających, tylko usiłująca go odgadnąć, nie jest wstanie zrozumieć. Widzi ona tylko podróże do Berlina i Friedricbsruhe, słyszy układy o obustronne cofnięcie się z zajmowanych obustronnie stanowisk, ale daremnie się wysila nad dojściem, czy obie strony partyą uważają za nierozegraną, czyli tćż jedna drugą myśli wzmie-nionćj pozycyi zaszachować.
Wyraźniejszego daleko znaczenia faktem jest nagłe zasłabnięcie cesarza Wilhelma, o którćm dzisiaj rano telegraf w formie pogłosek przyniósł wiadomość.
W dniu wczorajszym po południu sędziwy monarcha przyjmował doputacyą pułku kałuskiego armii rosyjskićj, na czele której przybył do Berlina wielki książę Michał Mikołajewicz z powinszowaniem 70-tej rocznicy przyozdobienia cesarza orderem ś-go Jerzego w bitwie pod Bar-sur-Aube. Po przyjęciu miał być danym obiad galowy dla dcputacyi, a tegoż samego dnia rozes- ła się po Berlinie i deprymująco oddziałała na giełdę wieść że cesarz zachorował. Monarcha pruski w dniu 22 marca r. b. kończy 87 lat życia, a w takim wieku podobne pogłoski budzie muszą poważne obawy, nie można się wiec dziwić zaniepokojeniu giełdy, tćmbardziej, że w kombinacjach politycznych liczono się zawsze z osobistemi sympatya-mi i przekonaniami cesarza, zejście jego ze świata zatem nie mogłoby pozostać bez wpływu na bieg politycznych wypadków.
Wracając jeszcze do wersyi o trójcesarskiem przymierzu, dodać winniśmy, że punktem wyjścia tćj wznowionćj obecnie pogłoski jest nowa książka Maurycego Buscha o ks. Bismarcku, świeżo wydana p. n. „Unser lłeichskanzler.r' Na jednej z kart tego dzieła powiedziano, iż traktat przymierza niemiecko-austryackiego upływa w grudni u r. b. Podniosła tę wzmiankę Nat. Ztg, zapowiadając, że na rok przed upływem, to jest wgrudniu r. z., traktatu jeszcze nie odnowiono i że moźe-bnćm jest, iż ostatnie zbliżenie się Niemiec do Ko-syi wywoła pewne modyfikacye w traktacie przymierza, jeżeli wogóle traktat ten zostanie odnowiony.
Doniosłćj wrzawy w prasie europejskiej wszelkich odcieni narobiła decyzya trybunałów włoskich, orzekająca ostatnio konwersyą, czyli zamianę na rentę dóbr Kongregacyi de propaganda fule w Kzyniie. Opinia publiczna w Europie, reprezentowana przez prasę różnych krajów, uważa in-stytucyą propagandy za zakład międzynarodowy, którego dobra powstały z ofiar wszystkich krajów cywilizowanych, rząd włoski zatem nie ma prawa dowolnie rozporządzać jego majątkiem.
sic odnowić i portet króla, że jednak odnowę jego napróżno proponowano jednemu z mistrzów krakowskich. Zdaje się, że prawowierność stanęła tu na zawadzie spełnieniu obowiązku... Biedny Bolku, podobnoś odpokutował tak ciężko spełnione zabójstwo, że już nawet własna twoja ofiara mo głąby ci je przebaczyć! Ale nic przebaczą go nigdy ci, co silniej ufają srogości ludzkiej, niż miłosierdziu Bożemu.
Kiedy o grobach mowa, wspomnijmy tćż choć pokrótce i o tern, co z dziedziny mogił blizko tyczy się Warszawian. Nasz wielki i piękny cmentarz tak już jest obecnie „przeludniony,” że wkrótce grzebanie zmarłych będzie na niem niemożliwem. Wiadomo, że w Brudnie, za Pragą, magistrat nabył odpowiedni plac na cmentarz nowy; żc plac ten ma być niezadługo splantowauy i ogrodzony; że stanic na nim kościółek i że może za jaki rok najdalej poczną tam ściągać nieboszczycy, aby zrobić „dobry początek.” Cmentarze przy wielkich miastach zapełniają się szybko...
Z nowinek warszawskich najświeższe głoszą, że powstanie tu wkrótce fabryka konserw owocowych i konfitur, które po największej części sprowadzamy z cesarstwa lub zagranicy. Ciekawa rzecz jednak, zkąd ta fabryka brać będzie owoce?... Przy dzisiejszym stanie naszego ogrodnictwa po wsiach, a mianowicie przy dworach (bo przy chatach istnieje ono tyłków malej cząstce Lubelskiego), będzie z tćm kłopot nielada.
Może też istotnie w porę przyszedł pomysł założenia szkoły ogrodniczej dla kobiet, o której słychać, że powstać ma z wiosną. Projekt, przedstawiony władzy, zyskał zatwierdzenie, a podobno już dzisiaj zgłasza się bardzo wiele kobiet na przyszłe uczenicc do zarządu nowej szkoły.
Przychodzi też do skutku stanowczo wystawa kucharska, i to w zakresie jaknajszćrszym. Poprzedzi ją szereg odczj tów- o sztuce kulinarnej, ze stanowiska bygieny i dyetetyki. Mają one traktować i o dawnej kuchni polskiej, uprawianej z zamiłowaniem takiem, że, jak wiadomo, pochłonęła niejeden pałac i niejedno magnackie mienie, chociaż prawią znawcy, że była zdrowa i i)osilna.
St. Al. liz.
Przegląd polityki zagranicznej.
28 lutcgc.
Jakby dla harmonii z niebem, które po wczorajszej, prawdziwie wiosennćj pogodzie z duia na dzień, wprzeciągu jednej nocy śnieżnemi pokryło się chmurami i na powierzchnię ziemi biały całun rzuciło, zapowiedziano nam wczoraj nagłą zmianę pogody na horyzoncie dyplomatycznym. Nie zanosi się wprawdzie na wojenną słotę, lecz uległ nagłej zmianie kierunek wiatru i stan temperatury.
Według wczorajszego telegramu z Wiednia, otrzymanego ze sfer dyplomatycznych przez Kur. warsz., związek trójccsarski, pomimo niedowierzania, z jakićm pićrwsze o nim pogłoski zostały przyjęte, staje się faktem, którego urzeczywistnienie jest coraz bliższe. Książę Bismarck miał pierwotnie na celu wywołanie starcia pomiędzy Austryą i Kosyą, celem osłabienia obu tych państw i posunięcia wówczas granicy niemieckiej na wschód. Zamiar ten jednak nie znalazł gruntu w Austryi, owszem, napotkał nieprzelamany opór ze strony hr. Kalnoky’ego. Wskutek tego ks. Bismarck zrezygnował ze swoich planów, ale zarazem przymierze z Austryą utraciło w jego oczach cały swój urok. Natomiast uznał potrzebę porozumienia się z Kosyą, tćmbardziej że po udaremnieniu planów wojennych, pozostały na arenie dy-plomatycznćj tylko widoki ligi zachowawczo-mo-narchicznćj. Wtedy nastąpiły wizyty w Berlinie i Friedricbsruhe, pojawiła się książka Buscha z odkryciami sięgająccmi czasów dawniejszych, lecz bardzo dla Austryi nieprzyjaznemi, a ostatecznie miejsce przymierza austryacko-niemieckiego ma zająć znowu związek trójcesarski.
Telegram kreślący tę sytuacyą przytacza zarazem fakt, służyć mający za dowód, iż nie jest
W tym duchu papićź Leon XIII założył protest przeciw konwersyi. Jednakże włoski minister spraw wewnętrznych, p.Mancini, w okólniku rozesłanym do agentów dyplomatycznych, twierdzi, że sprawa propagandy jest czysto wewnętrzną włoską, w której żadne mieszanie sic mocarstw obcych dopuszczone być nie może.
Sprawy egipskie przybrały obrót niebardzo dla Anglii pomyślny. Zdawało się, żc dla ułatwienia cwakuacyi dość będzie wysłać Gordona-baszę, a ten, uznając Mahdiego emirem Kordofa-nu, oddając Sudan pod władzę dawnych miejscowych dynastyj i oświadczając, iż Anglia żadnych ścieśnień w istniejącym handlu niewolnikami na-teraz czynić nic myśli, tak dalece ujmie fałszywego proroka, iż wyprowadzenie załóg egipsko-angielskich z Sudanu stanie się rzeczą stosunkowo nietrudną. Okazuje się jednak, że „emir Kor-dofanu” na to ucho, do którego przemawiał Gorł don-basza, niezupełnie dobrze słyszy. Zamkną-się on w El-Obeid i niedaje o sobie wieści, a tymczasem kuzyn jego i wódz Osman Digma zajął Sinkat i Tokar, dwa ważne punkta leżące na drodze, którą jedynie, bez nadzwyczajnych ofiar, Gor-don-basza'—antyteza Mojżesza—mógł wyprowadzić zagrożone zagładą szczątki armii kbedywa, stojące załogą w różnych punktach Sudanu, z tego „domu niewoli” do „ziemi obiecanej” w Egipcie. Potrzeba była zatem wysłać przeciw Osmanowi-Digmic generała Grahama, oddając pod jego rozporządzenie armią angielską, złożoną z trzech pułków piechoty liniowej, dwóch pułków jazdy, oraz pięciuset piechoty i stu konnych żołnierzy marynarki, czyli ogółem około 5,000 ludzi.
Nie czekając na rezultat działań wojennych generała Grahama, Gordon basza starać się zamierza o osobiste porozumienie z Mahdim i w tym celu udaje się w tych czasach z Chartumu do El-Obeid.
Zdawaliśmy w tćj rubryce sprawęjz procesu J. L Kraszewskiego, zapisujemy zatćm tutaj wiadomość podaną przez Dziennik poznański, że w tych dniach sędziwemu pisarzowi wręczony został akt oskarżenia, należy się więc spodziewać niedalekiego rozstrzygnięcia, a zarazem wyjaśnienia tćj tajemniczej sprawy.
JDzbanck łez.
(Podanie ludowe.)
Mlodćj wieśniaczce śmierć zabrała ukochaną dziecinę. Potokami lez gorących opłakiwała biedna swą stratę. Kaz, gdy usnęła śród płaczu, ujrzała we śnie aniola-kobićtę, czuwającego nad duszyczkami zmarłych, a za nią długi korowód maleńkich dziatek. Jedno z nich, ostatnie, dźwigające ciężki dzbanek, nie mogło przebyć, jak inne, kawałka muru, odgradzającego je od pola. Wieśniaczka rzuciła się ku niemu, a gdy jc ujęła w objęcia, poznała własną swą dziewczynkę. „Mateczko!—błagało dzićcię—nie płacz tak bardzo, bo twoje łzy ściekają do dzbanka mojego i coraz ciężej mi go nosić!” Wtedy kobieta raz tylko jeszcze rzewnie zapłakała, ale nadal łez już nic roniła. Z miłości macierzyńskiej, wyrze-klą się tej jedynej nawet pociechy strapionych.
Śliczny ten temat poezyi ludowćj artysta z nieporównanym wdziękiem spożytkował w rysunku, którego tu wierną kopią dajemy.
Sprcstcwarde.
W numerze 60 'Tygodnika ilustrowanego, w artykule o Kosińskim, zaszły następujące omyłki: na str. 113, szpalta 1, wiersz 4 oddolu, zamiast: Freiburgu, powinno być: Freibergu. Na str. 114, szpalta 2, w. 33 oddolu, zam. półtorej, pow. być: trzy, szpalta 3; wiersz 5 odgóry, zam. bieżącym, pow. być: zeszłym. Na str. 115, szpalta 2, wiersz 24 odgóry zam. r. b., pow. być: r. z,; szpalta 2, wiersz 10 oddolu, zam. do, pow. być: z.
139
GĘSI I GĄSKI,
KOMEDYA W PIĘCIU AKTACH
MICHAŁA BAŁUCKIEGO.
(Dalszy ciąg.)
SCENA VIII.
NATALIA, CIEPISZEWSKI.
NATALIA (wychodzi z głębi z lew) z parasolką, Lez kapelusza, wracając z pi zechadzki).
Acb, co to za nudy na tej wsi, to doprawdy oszaleć, zidyociee można. Ani zabaw, ani rozrywek żadnych, to desperacya! (Siada na kanapce pod lipą.) Co tu robić? co tu robić? (Spostrzega książkę zostawioną przez Marynie i kierze ją niedbale w rękę.') Książka! Może coś zabawnego? (Czyta.) „Litwo, ojczyzno moja!” O! wierszem, nie cierpię wierszy! (Rzuca książkę.) Szkoda, żem nie wzięła z sobą jakiego francuskiego romansu. (Zapala papierosa.) Tam są czasem takie pikantne rzeczy, takie zabawne. Ci Francuzi, to umieją pisać dla kobiet, fil staje i przesiada się na hamak.) Żeby choć kawałeczek mężczyzny dla rozrywki! (Kładzie się na hamaku.) Ten Hulatyński do niczego. Zamiast się poumizgać troszeczkę, jak na grzecznego kawalera przystało, on prawi morały, niby ksiądz na ambonie. Z Pantaleona także nie będzie wielkiej pociechy, skoro Belcia chcc go koniecznie urobić na męża dla Joasi. Ach! co on nic wyprawiał zeszłego roku w Fran-zensbadzie, aby pozyskać moje względy! Zarzucał mnie bukietami, cukrami, urządza! serenady, wymyślał najrozmaitsze niespodzianki, formalnie szalał za mną. Ach, to było życie! Szczęśliwa ta Joasia! Co to za rozkosz mićć męża z takim majątkiem! ( Wzdycha, po chwili ziewa i powoli usy-pia.)
CIEPISZEWSKI (dobywa pugilares).
A teraz ad usum Akademii umiejętności zanotujemy kilka wyrazów gwary dziennikarskiej w Galicyi. Dowcipny to naród, ci nasi dziennikarze, oni sobie z czasem taki język wyrobią, że nim wygodnie wszystkie narody porozumiewać się będą mogły. O! (bierze gazetkę) Proszę tylko posłuchać. (Czyta) „Stypulacya, submisya, kou-junktura, alternatywa, centrum, alians, rygor, scrwiłizm, frakeya, restrykeya, ratyfikacya, llu-ktuacya;” o! to mi język prawdziwie europejski, bo to i Niemiec, i Francuz i M loch zrozumiće może. Mam już cale stosy wyrazów tego międzynarodowego języka. Zrobi się z tego potem słowniczek podręczny dla wszystkich prenumeratorów... Piszmy więc. (Pisze.)
SCENA IX.
CIŻ i PANTALEON.
PANTALEON (typ cks-wojskoirego Don Juana, z wiedeńskim szykiem, według mody aż do przesady ubrany. Pluszcz gumowy, torebka podróżna i szkiełko w oku. Wchodzi z głębi, z prawy).
A to sławne, jak babcię kocham! Mama mi pisała, źe mnie tu przyjmą z otwartemi rękami, a tymczasem ani pies nic przyszedł na moje powitanie. Drzwi od frontu zamknięte, pukam, nikt się nic odzywa, tu także nikogo, literaluie nikogo! (Natalia wzdycha przez sen.) Czy mi się zdaje, żc coś sapnęło w tćj stronie? (Obchodzi lipę ztylu i zbliża się do hamaka.) Jakaś dama— jak ryba w sieci—wahrhaftlg, io wcale ładnie wygląda. (Zagląda na nią.) Śpi... Co za szyjka! jakie uszko! a jaka nózia! Kreuzhimmel donnerwet-ter! (Ogłada się.) A gdybym tak pocałował?
NATALIA (budzi się i napół siedząc, napód leżąc, zwraca się w stronę Pantaleona).
Kto tu?
PANTALEON (cofa się i obszedłszy lipę, zbliża się z frontu do Natalii i kłania się).
Jestem Durnicki.
Natalia (z uprzejmym uśmiechem).
Acb, pan Pantalcon!
PANTALEON.
Pani mnie znasz?
NATALIA.
A pan mnie uie poznajesz?
PANTALEON (przypatrując się przez szkiełko, ucieszony).
Pani Natalia, królowa naszego kawalerskiego pikniku w Frauzcnsbadzie! Gdzie ja oczy miałem, że pani nic poznałem odrazu? Nasza piękna Natalia, co za szczęście! (Zrzuca płaszcz, bierze ją za rękę, obsypuje, pocałunkami glośnemi i chce ją przycisnąć do siebie.)
NATALIA.
Panie! tu nic Franzensbad.
PANTALEON.
Unbarmherzlges IFesen/ Porzuciłaś uas paui tak nagle, bez pożegnania!
NATALIA.
Ojciec mego męża zachorował śmiertelnie, dostaliśmy telegram, wypadało jechać.
PANTALEON.
A ja przychodzę o dwunastej, jak zwykle, pod słonia i cóż zastaję? kupę zwiędłych bukietów po paui, und sonst nichts. Nie uwierzysz paui, jak mnie to zmartwiło. Dotego jeszcze w parę dni po iryjcździc pani moja Nclly, skacząc przez ba-ryerę, złamała sobie nogę i musiałem ją kazać zastrzelić.
Natalia (ze współczuciem).
Tę cudowną kasztankę, na którćj uczyłeś mnie pan jeździć?
PANTALEON.
Tak. No, imagiuuj sobie paui, dwa takie ciosy naraz... toteż byłem niepocieszony.
NATALIA.
Dopóki się pan czćmś uowćin nic pocieszyłeś. Tyle pięknych kobiet było wtedy w Frauzens-badzie.
PANTALEON.
Nic nie pomogło... Co ja nic robiłem: i w karty grywałem po całych nocach, i piłem, lamparto-wałem się. Próbowałem nawet rozkochać się w jednej śpiewaczce, która mi bardzo panią przypominała, aber wo?... Nic mi pani z głowy wybić nic mogło, bo pani masz w sobie coś takiego, co aż po nerwach chodzi, jak babcię kocham! (Chcę ją znowu liści snąć.)
NATALIA (cofając się z udaną powagą).
Proszę się zachowywać poważnie, jak przystało na kawalera, który występuje w roli konkurenta.
PANTALEON.
W roli konkurenta... ja?...
NATALIA.
To się pau nie domyślasz wcale, poco tu pana sprowadzono?
PANTALEON.
Mama pisała mi, źe tu jest do pozbycia jedna majętność.
NATALIA (z tiśmiechem).
Mająca 18 lat, jasne włosy i wcale nieszpetną buzię.
PANTALEON.
I ja mam się żenić z tą majętnością?
NATALIA.
Tak sobie ułożyły mama pańska z ciocią Belcia.
PAN 1’ALEON.
Kłaniam uniżenie za taką przyjemność.
NATALIA.
Nic zarzekaj sic pau przed czasem, bo nuż się panna spodoba.
PANTALEON.
Ba, ba, żebym ja się chciał żenić ze wszystkie-mi, co mi sie podobały, tobym dziś niusial mićć więcćj żon, ais der Kedyce von A<gypten. Zresztą ja się pani przyznam, żc u mnie piękna kobieta zaczyna się dopiero od mężatki.
NATALIA (uderzając go lekko po ręce).
Szkaradny pochlebca z pana.
PANTALEON.
Mein Ehrenwort! Panny są zanadto interesowne w miłości, chcą zaraz żeby im za to małżeństwem płacić. Dlatego niech sobie ta panna będzie jaka chcc, ja kocham się ty Iko w pani.
NATALIA (z nieszczerem oburzeniem).
Ależ to dzieciństwo! Cóżby na to powiedzieli? Nie zecheesz mnie pan przecie kompromitować.
PANTALEON.
Haben sie keine Purcht, Madame, ja to zrobię dyplomatycznie. Będę udawał, że się staram o tamte, a tymczasem w sekreciku będziemy się kochali, wie ein Paar Turtdtauben. (Otacza jej kibić ramieniem i idzie z nią w stronę altany, mówiąc słodko) Będziemy sobie przypominali Franzensbad, urządzali potajemnie rendez-vous, miłość z przeszkodami. (Chce ją uścisnąć.)
NATALIA (cofając się, staje tuż przy wejściu do altany).
Panie Pantaleonie, co pan robi? Może kto zobaczyć.
PANTALEON (wskazując na altanę).
Tam nikt nie zobaczy. (Zbliża się do niej, składając ręce, błagalnie.) Jeden całus, jeden maleńki całus!
NATALIA (cofając się do altany).
Ależ fe... któż widział, nie można. CIEPISZEWSKI (w głębi altany).
Za pozwoleniem, moje gazety!
NATALIA.
Ach! (Krzyknąwszy, wystraszona, wybiega z altany i ucieka na lewo.)
CIEPISZEWSKI (wychodzi przed altanę izbiera gazety).
Całkiem mi pomylili numera, 133, niedziela, 13-1, 135.
PANTALEON (zły i kwaśny chodzi po scenie, patrząc niechętnym okiem na profesora).
Ten także tam był potrzebny, jak dziura w moście. Popsuł mi takie śliczne rendez tous! Gotów jeszcze rozgadać, a wtedy mój cały plan na nic. (Idzie do Ciepiszewskiego i stając przed nim z miną marsową, mówi) Panie! Jestem Durnicki.
CIEPISZEWSKI (spokojnie, z ugrzecznieuicm).
Bardzo mi przyjemnie! Cicpiszewski, do usług. PANTALEON (grożąc palcem).
Uprzedzam pana, źe trałiam asy na dwadzieścia kroków z pistoletu, a na szpady i pałasze biję się, jak pierwszy fechmistrz.
CIEPISZEWSKI (naiwnie).
Jak fechmistrz, proszę, proszę!..,
PANTALEON.
Resztę pan rozumiesz.
CIEPISZEWSKI (zdziwiony).
Co takiego?
PANTALEON (z naciskiem).
Powtarzam panu, że trafiam asy na...
SCENA X.
CIŻ, HULATYŃSKI, (potem) CIOTKA, JOASIA, MA-RZYCKI.
HULATYŃSKI (który chwilę przedtem przysłuchiwał się rozmowie, wchodzi między nich).
0 co to chodzi? (Do Ciepiszeioskiego.) Czego ten pau chce od profesora?
ciepiszewski (wzrusza ramionami).
A czy ja wiem?
PANTALEON (do IlulatyńskPgo).
Jestem Durnicki.
hulatyński (lekceważąco).
Domyślałem się.
CIOTKA (wychodzi z lewej z otwartemi rękami do Pantaleona).
Gdzież on jest? Gdzież on jest? (Ujrzawszy go.) Pantaleonie! niech cię uścisnę/ (Do Joasi, idącej za nią, uroczyście) Joasiu, pan Durnicki.
MARZYCKI (który wszedł prawie równocześnie z ciotką, tylko z prawej strony, do Ilulatyńskiego). Cóż to za jeden?
hulatyński (z uśmiechem).
Twój rywal.
marzycki.
Co?
ciotka (uroczyście).
No, Joasiu, rób houory pani domu i poproś naszego gościa do salonu. Pantaleonie, podaj jej rękę! (Patrzy z zadowoleniem.) Tak pięknym może być tylko anioł, albo olicer. (Idzie za nimi, ale tak, że odchodząc, rzuca spojrzenie pełne tryumfu i pogardy w stronę, gdzie stoją Marzycki i Hulatyński.)
140
MAKZYCKL
Co to wszystko ma znaczyć?
HULATYŃSKI.
Nowy kawał cioci Belci. Gosi zaczynają nas po łydkach szczypać, mój Adamie, ale nie damy się, zobaczysz.
(Ciepiszewski wciasie tego zbiera gazety, bierze je pud pachę i przy ostatnich słowach Hulały lisku go} stojąc obok niego, uśmiecha się zadowolony.)
KONIEC AKTU THZECIEGO.
KALECTWA MOWY,
przez Xj. S, "KTŚZ'.
I.
Przed kilkunastu jeszcze laty pewien redaktor— ten sam, który niedawno, z powodu Hołdu pruskiego Matejki, nazwał treść jego bajeczką, a czasy Zygmunta I mitycznemi, jak czasy Lechów i Popielów—otóż wielki ów człowiek, uprzedzając owego uczonego Niemca, który odkrył, że język polski jest martwym, jak zend lub sanskryt, napisał był wtedy, że właściwie mówiąc, tak zwany język polski nic istnieje wcale, gdyż jest-to mieszanina wyrazów rosyjskich, niemieckich i łacińskich Czyżby ten wyrok znakomitego męża, mijając się z prawdą, o ile chodzi o przeszłość i teraźniejszość, miał być genialną przepowiednią oddalonej przyszłości? Proces rozkładu i skażenia mowy postępuje zwolna; ale zaprawdę, widząc przerażające mnóstwo naleciałości obcych, których nam prasa codzień obficie dostarcza, trudno oprzeć się myśli, że dalsze postępy na tej drodze prowadzą wprost do wytworzenia z mowy naszej owego miwtum compositum, tak upragnionego przez owego dziennikarza.
Pożądaną więc byłoby rzeczą, aby dziennikarze i literaci nasi dawali więcej baczenia na formę swoich prac i nie uciekali się do wyrażeń i zwrotów’ obcych, mając pod ręką własne. Jeżeli o innych pobudkach do przestrzegania czystości mowy rozszerzać się byłoby niclatwem lub zby-tecznćm, to niech wystarczy ogólna i wszechstronna zasada: „co masz czynić, czyń dobrze,” zasada, którą wszędzie i zawsze wypowiadać i stosować, jak mniemam, wolno i należy. Na mocy tego prawidła, zarówno nic bylibyśmy radzi, gdyby ktoś popełniał polonizmy, pisząc n. p. po łacinie łub w innym jakim języku, tak źe naj-trwożliwszycb oportunistów ani odzywanie się w imię tej zasady, ani jćj stosowanie przerażać lub gorszyć nic powinno.
Glównem źródłem większej części rusycyzmów jest zbyt lekkomyślny pośpiech piszącycb, którzy nabyte przez siebie i w pewnej już formie usadowione w’ swej myśli wiadomości przelewają na papier, nic troszcząc się o poprawne przetłumaczenie ich ua język, którym do ogółu przemawiają. Nieznajomość zaś mowy własnej mniejszą tu czasem odgrywa rolę, niżby się zdawało, zwłaszcza przy popełnianiu błędów najgrubszych, zarówno w słownictwie, jak w składni, gdyż odpowiednie polskie wyrażenia i zwroty są powszechnie znane i znajdują się pod ręką, tak iż, przy odrobinie zastanów ienia, daleko ich szukać nie potrzeba. Nie chce jednak przeczyć i temu, że niektóre rusycyzmy w składni trudniejszej, w całych wyrażeniach czyli frazeologii, a nawet w odmianach gramatycznych, są jaskrawym dowodem zaniedbania nauki własnego języka.
Przystępując do przytoczenia, ua początek, niektórych pojedynczych wyrazów, żywcem z ję-zj ka rosyjskiego zapożyczonych, które ostatnic-mi czasy wpadly nam w oko, moglibyśmy zacząć od mowy ludu wiejskiego i gminu miejskiego, która także zaczyna przesiąkać rusycyzmami. Wy-znajemy jednak, że ta strona kwestyi mało nam jest znaną i pozostawiamy ją specyalnym badaczom, jeżeli tacy znajdą się w przyszłości. O uszy nasze, w sferach ludowych, odbijają się najczę-ścićj tylko rusycyzmy w przekleństwach i złorze
czeniach, zapożyczane bez potrzeby, gdyż i nasza mowa obfituje w kwiatki podobne... A któż u nas nie słyszał lub nie używał wyrażenia sz<dlr‘ lub „poszła won!7' które zgoła nie jest pol-skićm, choćby dlatego tylko, żc używanie czasu przeszłego, zamiast trybu rozkazującego, jest u nas rzeczą niesłychaną. Co dziwniejsza, że wyrażenie to trafia się i w druku, głównie w powieściach szkoły realistów: znaleźliśmy je n.p. w jednym takim utworze, włożone w usta człowieka z czasów Jana Każmirza.
Ciekawy i obszerny dział rusycyzmów stanowi nomenklatura urzędowa, która wsiąka powoli do naszego języka, przytłumiając i wypićrając odwiecznie ustalone nazwy polskie. Tak niektóre gazety prawią nam niekiedy o sądach wirowych (pokoju), o kupu-ctwie (w znaczeniu stan kupiecki), o stanowych (urzędnik policyjny na Litwie, zwany niegdyś, jak i w ł’anu Tadeuszu, asesorem); mamy cyrkuł soborny (wyraz wjęz. pols. nieistniejący — niechby już raczej katedralny), mamy jakieś ucząstki (zam. oddziały, cyrkuły). Dawniej mówiono i pisano wyłącznie ministeryum, dziś pi-szą ministerstwo; dawniej była Izba obrachunkowa, Izba skarbowa, obecnie często gęsto napotykamy w druku, i to nietylko w ogłoszeniach, kontrolne i kazienne pałały. Że trafia się także gimnazya z progimnazyą, gimnazistami i gimnazistkami, rzecz to powszechnie wiadoma.
Dawniej sądzono, i dziś jeszcze niektórzy tak mniemają, źe towarzyszem ministra lub prokuratora (n. p. w podróży) może być najzwyczajniejszy śmiertelnik, mieszczanin lub wieśniak; dziś, we wszystkich bez wyjątku czasopismach, towarzysz ministra lub prokuratora oznacza pomocnika, zastępcę, vice-ministra lub vice prokuratora. Roz-maitc cudzoziemskie nazwy urzędów i godności bywają przesadzane do języka naszego w tej formie, w której używane są po rosyjsku: zjawia się więc ceremoniimeister (mistrz obrzędów) i sztal-meister (koniuszy). Mniemam także iż generał lejtnant powinien po polsku nazywać się generałem porucznikiem, gdyż wyrazu lejtnant nie mamy. Pospolity w druku tytuł członek sądu, przetłumaczony dosłownie z urzędowej nazwy rosyjskiej, wydajc mi się błędnym, gdyż członkiem sądu jest także prokurator, nawet sekretarz; w powyższem zaś znaczeniu członek sądu jakiegobądź po polsku zawsze zwany byl sędzią. Podobnież przyjęte powszechnie wyrażenie sędzia i sąd gminny ośmielam się uważać za błędne, zwłaszcza gdy mowa o sędzi, i radziłbym natomiast mówić i pisać: sędzia i sad gminy, gdyż gminy po polsku znaczy: a) do gminy należący, n. p. (własność gminna); b) pospolity, rubaszny, trywialny, a przecież sąd i sędzia, mający gminę sądzić, takicmi nic są. Wszak nie mówimy wójt gminny, lecz wójt gminy. Już to wogóle nadużywamy przymiotników w nazwach urzędowych, gdzie dawniej słusznie ich unikano; jest to także rusycyzmem, tem większym, źe zwykle te przymiotniki mieścimy przed rzeczownikiem, a w języku polskim, jak wiadomo, miejsce przymiotnika bywa najczęściej po rzeczowniku. Tak mówią i piszą: warszawski uniwersytet, kieleckie gimnazyum, lubelski sad, płockie archiwum i t. d. Dawniej zaś mówiono: uniwersytet w W arszawie, gimnazyum w Kielcach i t. d. i tak nawet, a nie inaczej, brzmiały napisy na pieczęciach urzędowych. Ani bowiem uniwersytet nie jest wyłącznic warszawskim, choć mieści się w Warszawie, ani archiwum płockićm, a tem mniej sąd może być lubelskim, chociaż w Lublinie się znajduje. Wszak n. p. co innego znaczyłoby „muzeum warszawskie” (wyłącznie dla pamiątek i zabytków miasta Warszawy), a co innego „muzeum krajowe w Warszawie.” Tak samo n. p. istnieją uniwersytet polski we Lwrowie i uniwersytet niemiecki w Czcrniowcach, ale ani pierwszy nic może być nazywany, jak to jednak dzieje się często, lwowskim, ani drugi czcrniowicckim.
Po tych próbkach, przytoczę jeszcze kilka przykładów błędów tegoż rodzaju dobrowolnych, o ile je niemi, wobec dotkniętych powyżej przyczyn, nazw’ać można. Dla uniknicnia powtarzania, nie będę już wspominał o wytkniętych przezemnie
dawniej błędach(1), które wciąż jeszcze sie powtarzają, lecz przytoczę garstkę najświeższych i najbardzićj zdumiewających.
Oto n. p. czytamy o przestępczej swobodzie (ros. presłupnaja, pols. występna), o niewolnym strachu (po pols. mimowolny), o średnikowiekowy eh rycerzach (po pols. średniowieczny), o Itulacznśm prawie (prawo pięści), o dwunogich (po pols. dwunożnych) bydlętach, O wysłannikach (poseł, deputowany, delegat), o zmiennikach (ros. izmit unik, pols. odszczepieniec) i o jakiejś borbie (po ros. borba—pols. spór, walka). Mamy już prowineye ostzejskie i Li-flandya (dawniej były kraje nadbałtyckie i Inflanty), frazę (zam. frazes, z grecka phrasis), żurnalisty kę (zam. dziennikarstwo), eparchie (dyccezye) i reformę laterańska (po pols. lutęrska). Są7lolland-czycy i Laplandczycy (ros. (Uollandcy, Łaplamicy, po wis. IloUendrzy, Lapończycy), trafia się nieraz odstawka (dymisya) i odstawili wojskowi (dymisyo-nowani, wysłużeni), chwast zam. ogon, chram zam. świątynia, rab zam. niewolnik; chiżyna zam. chatka, lepianka. Dosyć często używa się powiązka (ros. powiazka) zam. opaska, rozpołożenie zam. układ, rozkład, zwody (praw, ros. swody) zam. kodeks, zbiór praw, napór (po pols. nacisk, nawal, prąd), odprysk (po pols. odnoga, gałąź, pasmo boczne n. p. gór). Dowiadujemy się o „chmurze zapowiadającej grozę* (burzę, nawałnicę) i o koniokradach wraz z konto kradztwem. Tc dwa ostatnie rusycyzmy są może mimowolnym wyrazem epoki, wynikiem potrzeby specyalizowania coraz-to bujniej krzewiącego się złodziejstwa. Dotychczas język polski nie uczuwał potrzeby takiej dokładności i złodziej był zawsze złodziejem, bez względu na to, czy kradl konie, czy odzież lub pieniądze, ale teraz może wkrótce będziemy mieli inne także podobne wyrazy spccyalnc, jak pui-niędzokrady, sukniokrady i t. p. Znajduję w je-dnein czasopiśmie coś o „stojącym obok dywanie,” a że dywan stać nie może, musi to chyba oznaczać kanapę (ros. diwan). Wprawdzie dywan, to wyraz turecki czy perski, ale w jednym języku przyjął jedno, w drugim inne znaczenie. Czytam także o debrach leśnych. Tu już tylko dobrze obeznany z językiem rosyjskim zrozumić, nie uciekając sic do słownika, że debra znaczy po ros. puszczę, gęstwinę. Mówiono dawniej o hebanie i wyrobach hebanowych, dziś mamy czarne drzewo (ros. czcrnojc derewo). Mamy też raniej W znacz, piśrwej, dawniej, za żywa zam. iywcem; mamy poczerpnać zam. zaczerpnąć, plodonośny zam. urodzajny, zaniemógł zam. zasłabł (ros. zaniemoh, po pols. jest nu domagać, ale nie istnieje zaniema-gać) i szczególniej ulubione, w mowie potocznej Warszawian nawet pospolite: okutać (owinąć, otulić), przedłożyć (po pols. przedstawić, złożyć) i uga-szczać (częstować), ugoszczenie (częstunek, poczęsłlinek, przyjęcie). Dwa ostatnie wyrazy znalazłem świeżo w jednym prospekcie noworocznym. Ciepłota również jakoś zakorzeniła się u nas, nic wiem dlaczego, skoro marny’ wyrazy: ciepło, temperatura, stan temperatury i t. d. Czytam w jednym z tygodników': „przechód od. ciepłoty do chłodu,” CO po polsku brzmialo dotąd: „przejście od ciepła do zimna.71 Gdzieindziej czytam, żc jakaś litościwa osoba nadzielala cierpiących miłosierdziem, co zapewne znaczy darzy la, okazy wała względem... gdyż nadzielać (kogo, czćm) niema w języku polskim, tylko w rosyjskim jest nadielat'.
Z przymiotnikiem od imienia Praga nie mogą sobie jakoś dać rady literaci nasi, niektórzy piszą prażski, co jest czystym rusycyzmem; większość używa formy pragski, co jest niesłychanym gwałtem, zadawanym nietylko już prawidłom gloso wni polskiej, ale samym nawet narzędziom głosowym, które nie są w możności wymówienia ta kiego zbiegu spółgłosek, nietrafiająccgo się w żadnym z języków cywilizowanych. A rzecz cal kiom prosta: od Praga przymiotnik' brzmi tylko prążki. Do rusycyzmów także zaliczam tak powszechno w mowie i w druku wyrażenia: w mig i nabok, to ostatnie zapewno przeszło do języka
(1) W książce „O skażeniu obccnem języka polskiego w prasie/ 1881.
141
literackiego za pośrednictwem mowy furmańskiej. Zamiast w mig (rzeczownik taki w jęz. pols. nie istnieje) mówić i pisać należy: w mgnieniu oka, w tej chwili, a zam. nabok (zostawić naboku, odłożyć nabok i t. p.) mówiono po polsku: zostawić na uboczu, na stronie, usunąć na stronę.
Pozostawiając do następnego artykułu rzecz o rusycyzmach w bardziej złożonych zwrotach i wyrażeniach, w odmianach wyrazów i w składzie, zakończę oświadczeniem, że mógł bym wszystkie błędy, które przytaczam, poprzeć jaknajdo-kładniejszem wymienieniem numeru czasopisma lub stronicy książki, ale nie czynię tego na tern miejscu z woli redakcyi niniejszego pisma, która uniknąć pragnie polemiki.
Ze świata obcego.
(Ruch społeczny, artystyczny i literacki.)
Wystawa w Nicei.—Podróże naukowe: Nordetiskjóld i Mil-ne-Edwards.— Prawa polityczne kobiet. — Królowa Wikto-rya autorką.—Towarzystwo berlińskie.
Zazwyczaj wielkie tylko stolice kuszą się o wystawy międzynarodowe, zdając sobie sprawę, żc potrzeba wszystkich wielkomiejskich powabów, aby ściągnąć publiczność na wystawę i usidlić ją w swych murach; inaczćj nic opłacają się trudy, nie opłacają ogromne a nieuniknione koszta. Ni-cea, małe prowincyonalne miasto, rzucone pomiędzy stokami Alp i falą morza, zdobyło się na te odwagę i, co dziwniejsza, nie zdaje sic jej żałować. Jest ono dumne zc swego położenia, z czarującej piękności przyrody, z południowej wcgc-tacyi i klimatu, zc wspaniałych budowli, wzniesionych wzdłuż jej palmowych alei i pomarańczowych gajów, i miasteczko to uważa sic przez cały ciąg zimowych miesięcy za stolicę jeżeli nic świata, to przynajmniej eleganckiego i wykwintnego towarzystwa. Dla zwabienia lakowego, Niecą zbudowała w tym roku Uasino, które ma się stać zaczarowanym pałacem, a obok tego dla przemysłu, dla handlu, dla sztuki otworzyło pałac międzynarodowej wystawy.
Pałac to wspaniały i jego wielka fasada o dwóch wieżycach, o tarasach, posągach, wodotryskach, zbudowana na wysokości i rozpościerająca się pośród krajobrazu nieporównanego uroku, jest istotnie utworem plastycznego piękna, które zasługuje na coś więcćj, aniżeli na efemeryczne trwanie gmachów wystawowych. Wewnątrz długie galcrye i sale, jak na wszystkich wystawach, tak i tu zapełniły się, tylko o wiele później, aniżeli urzędowa data nakazywała. Dopiero obecnie, po dwumiesiccznem prawie trwaniu, jest ona uorganizowana całkowicie. Gdy znajdziesz sic w przedsieniu o wspaniałych rozmiarach, o ozdobach bogatych i wy twornego smaku, i gdy obejmiesz okiem olbrzymią nawę środkową, gdzie rozpościerają się okazy przemysłu nietylko Francyi, ale Anglii, Włoch, Niemiec, Hiszpanii, llolandyi, nieuniknionych Chin i Japonii, trzeba przyznać, żc widok jest nieporównany. Dla artysty, dla lubownika kolorytu karm tu obfita. Gdy południowego słońca promienie przekradną sic przez purpurowe osłony, oko mruży się wobec tćj orgii złota i barw tycyanowych. Świat przemysłowy nic znajdzie prawdopodobnie na tej wystawie żadnego odkrycia, które by go zrcwolueyoni-zować mogło. Zaezęste są teraz te międzynarodowe harce, aby wywierać mogły piorunujące wrażenie dawniejszych. Obecnie najznakomitsze zakłady fabryczne, które się rywalizacyi i konku-rencyi nic obawiają, przestały całkowicie brać udział na wystawach międzynarodowych, twierdząc żc nic służą one do czego innego, jak do tryumfu nicsumienności i złej wiary. I tak przemysłowcy francuscy oskarżają Niemców, żc im odkradli na wystawach wszystkie icli oryginalne i nowe modele i żc fabrykują je odtąd u siebie, taniej wprawdzie i potandetnemu, ale mimo to istotny wynalazca cierpi na tćm podrabianiu nie-zaprzcczcnic. Tak dalece ta niechęć do wystaw
międzynarodowych zagęściła się we Francyi, że jest nawet mowa o zaniechaniu projektowanej olbrzymiej wystawy w 1889 roku, pamiętnej stuletniej rocznicy rcwolucyi, którą zamierzają tu obchodzić uroczyście.
Wystawa nicejska jest czysto inunicypalnera przedsięwzięciem i służy do okazania synowskiego przywiązania tej najmłodszej prowincyi francuskiej do swojej macicrzy-ojczyzny. Mimo tego Włochy błyszczą na tćj wystawie i okazują wielkie postępy w dziedzinie przemysłu i fabrykacyi rolnej. Jedwabie włoskie i wina włoskie coraz większą rolę grać będą w życiu międzynaro-dowem.
Podczas gdy wystawy międzynarodowe zgromadzają na malej przestrzeni okazy młodocianych cywilizacyj obok starszych ich siostrzyc, świat oddalony, całkiem dotąd nieznany, świat który nie wszedł był dotąd w zakres naszego żywota, zostaje także zbliżony do nas, dzięki poświęceniu uczonych a wytrwałych mężów, których działalności nic można dość ocenić, ani dość wysławić. Ci podróżnicy są istotnymi bohaterami naszego niezbyt bohaterskiego stulecia.
W ich rzędzie pierwsze miejsce zajmuje dzielny Szwed, baron Nordeuskjóld. Wyprawa do bieguna północnego rozniosła jego imię po wszech-świecic. Niestrudzony, przedsięwziął potem nową wyprawę do wnętrza Grcnlaudyi, o którą już był zawadził podczas swej podróży 1870 roku. Można śmiało powiedzieć, że odkrył wszystko, co było i co będzie tam kiedykolwiek do odkrycia. Jedna to nieprzerwana, biała płaszczyzna zmarzniętego śniegu i lodu, pośród którego glębokie-mi szczelinami sączy się woda. Płaszczyzna ta wznosi się coraz bardziej, wmiarę zbliżania się do bieguna północnego. Nordeuskjóld i jego towarzysze Lipońscy doszli do 6,600 stóp nad poziom morza i wszędzie powierzchnia zachowała ten sam charakter. Ani śladu mchu, a tćm bardziej innej, wyższej wegetacyi. Śnieg i lód miesza się z kry okoni tein: jest to nazwa, jaką ou nadał błotnistemu gruntowi wyspy. Chemicy zbadają skład tego kryokouitu, równie jak szarego proszku, znajdującego się tu i owdzie na pow ierzchni lodowatej, a który Nordeuskjóld uważa jako próchno meteorów7. Ani śladu także życia zwierzęcego: wciągu < alej podróży znaleziono jednego tylko jedynego robaczka i dwóch kruków. Jest to kraj nie życia, ale śmierci, i raz nazawsze ua swój spokój lodowaty skazany.
Milne Edwards, wielki zoolog francuski, od lat wielu zajmuje się badaniem mieszkańców głębin morskich. Powrócił on niedawno z naukowej wyprawy, uskutecznionej kosztem rządu francuskiego, który dal mu fregatę Talizman, zaopatrzoną w sondy, koblc, machiny i przyrządy do zbada nia dna morskiego. Sprawozdanie, które złożył Akademii nauk, jest pełne nadzwyczajnego interesu. Zaczął od sondowania oceanu Atlantyckiego, przy brzegach Hiszpanii i Afryki. Aż do głębokości 1,000 metrów połów ryb był wszędzie obfity. W Senegalu i na wyspach Zielonego przy lądka zapuszczono się do 3,655 metrów w głębi morza i znaleziono tam życie polne potęgi i obfitości, do tysiąca ryb najrozmaitszych gatunków. Znaleziono także liczne pokłady różowego koralu. Na dnie morza znajduje się pasmo skal wulkanicznych, które zdaje się ciągnąć równolegle do lądu afrykańskiego. Z całego tego zatopionego łańcucha wulkanów wystrzeliły nad pow ierzchnię wodną tylko niektóre szczyty, jak wyspy Zielonego przylądka, Azorskie, Kanaryjskie i Madera, ta perła oceanu. Nigdzie zato Milne-Edwards nic znalazł tych wysp płynących, tych lak fantastycznych, o których tyle mówili dawniejsi żeglarze. Nauka praktyczna, ścisła, powoli usuwa legendy, niemająec żadnych realnych podstaw. Dlaczego szukać nam się chce cudów, gdy prawa natury są zaledwie podpatrywane dotąd, gdy w7 przybliżony dopiero sposób zaczynamy się poznajamiać z organizmem kuli ziemskiej?
Podczas gdy w świecie łacińskim kobićta walczy jeszcze uparcie za swoje cmancypacyą cywilną, w świecie anglo-saksońskim agitacya za nadaniem jej praw7 politycznych coraz większe zy
skuje kolo zwolenników. Przed kilku miesiącami parlament angielski miał sobie przedstawioną petycyą o nadanie kobietom prawa głosowania i wszystkich przywilejów wyborczych. Petycyą odrzucono wprawdzie, ale stosunek głosów' pokazuje, że opinia, stawiająca kobiety ua tym samym poziomie, co mężczyzn, zaczyna wchodzić w7 rachunek. Ale większe daleko rozmiary ruch w7 tym przedmiocie przybrał w Stanach Zjednoczonych. Istnieje tam prawdziwa agitacya za równouprawnieniem kobiet. W Stanie Wyższej Kanady, wmieście Toronto, utworzone zostało stowarzyszenie centralne, które kieruje ruchem emancypacyjnym. Stan Ontario przedstawił w tym przedmiocie prośbę do Kongresu w Washingtonie i uacisk opinii jest tak silny, że prawdopodobnie kwestya rozstrzygniętą będzie przychylnie. Nawet gdyby rząd federacyjny odrzucił udział czynny kobićty w7 sprawach publicznych wielkiej rzeczypospolitćj, nic nic przeszkadza, ażeby ten lub ów Stau nie zaprowadził go u siebie.
Gdy się wić, jak Amerykanie pogardzają ludźmi, którzy zasłużyli sobie na nazwę jwliticians, to j- st tymi, którzy z polityki zrobili swój wryłączny zawód, swoje specyalność, nie będzie potrzeby z idealnego stanowiska zapatrywać się na tę sprawę. W każdym razie, jeżeli mężowie polityczni Stanów7 Zjednoczonych stracili tyle na dobrej sławie, jeżeli ich uważają ogólnie j.iko zdolnych do frymarczenia interesami państwa dla swojej osobistej korzyści, to żywią tam nadzieję, że udział kobietoezyści tę atmosferę duchową i wprowadzi do nićj, jako stałego gościa — uczciwość. Nie ma się prawa wątpić, żc kobiety, które w Ameryce stoją ua czele wielu zakładów naukowych, które w szkołach, w administracyi, w biurach, na pocztach, w zakładach przemysłowych i fabrykach pokazują takie same niemal zdolności, co mężczyźni, nie mogą brać udziału i w7 pracach prawodawczych.
Podczas gdy wiele rozprawiają w różnych krajach starego i uowego świata o cinancypacyi i prawach kobiety, najdostojniejsza z nich, zasiadająca na potężnym tronie Wielkiej Brytanii, królowa Wiktorya, stanęła przed publicznością jako autorka.
Nie pierwsza-to jej literacka próba. Już w 1868 roku, wkrótce po stracie nieodżałowanego sw7cgo małżonka, królowa Wiktorya wydala Dziennik naszego życia w górach szkockich. Książe Albert był istotnym bohaterem tego dziennika i każda miejscowość, każde najdrobniejsze zdarzenie odnoszące sic do jego życia, nabierało w oczach królowej olbrzymiego znaczenia. Zpomiędzy kaplic, nagrobków, posągów jakie mu wznosiła, ta książka uchodzić mogła za jeden z darów najbardziej osobistych. Takie bezgraniczne przywiązanie i taka czułość wstrzymały głos krytyki. Nie widziano, jak tylko te łzy lejąec się z ócz małżonki owdowiałej i Anglia chełpiła się z cnoty tej nowoczesnej Peuelopy.
Upłynęło od tćj pubłikacyi łat szesnaście, a królowa Wiktorya, zasmakowawszy w autorstwie i przywykła do codziennego zapisywania swych wrażeń w pamiętniku, uznała za właściwe podzielić się niemi z publicznością. Nowe jćj dzieło nosi tytuł: Morę leaues front the Journal uf a life in the Highlands (Nowe kartki z dziennika życia górskiego). Jest to dalszy ciąg wspomnień i opisów codziennego życia królowej i jej rodziny, podczas jej kilkumiesięcznych letnich pobytów w Bal-moral.
Trzeba znać szacunek, jaki wyższe klasy społeczeństwa angielskiego i wszyscy ludzie dobrze wychowani wyznają dla królowej i jej rodziny, aby być zgóry przekonanym, żc dziennik jej szkockiego życia został przyjęty z zapałem. Lo-jalizm każę się nad tym utworem zachwycać; ale zato zdania wypowiedziane otwarcie pomiędzy swoimi i kry tyka ludzi poważnego sądu odzywają się inaczej. Książka to dziwnie płytkiego nastroju, bez jednej podniosłej myśli, bez natchnienia, bez obrazowości stylu, bez najmniejszego literackiego talentu. Pojąć doprawdy nie można, żc najbliższe otoczenie królowej nie odradziło jćj tego rodzaju pubłikacyi, która może mieć bczwąt-
142
pienia interes dla najbliższego kola rodzinnego, ale która w bezstronnych czytelnikach wywołuje rodzaj politowania. Jeżeli wysokie domowe cnoty otaczają królową Wiktoryą pewną aureolą niewieścią, jeżeli panowanie jej należy do najświetniejszych epok dziejów angielskich, to jako autorka błyszczeć ona nie może.
W chwili gdy królowa angielska zapoznajc po patryarchalnemu swych poddanych ze swojćni życiem, w przekonaniu że najdrobniejsze nawet jego wypadcczki oddźwiękną w ich sercach, nieznany publicysta, ukrywający się pod pscudony-mcm hrabiego Pawła Yasili, ogłosił w Nowym przeglądzie pani Adam szereg listów o bcrlińskićm towarzystwie. Listy tc wyszły, jako osobna książka, p. t. La societe de Berlin i wywołały wielkie wrażenie, tem większe, że polieya berlińska zabroniła wprowadzać je do Niemiec i sprzedawać.
Autor, który widocznie należał do świata dyplomatycznego i żył w sferze dworskićj, który zna na wylot intrygi, ploteczki i zakulisową historią urzędowego świata berlińskiego, rysuje nam tu ciekawą nader galeryą. Nie są-to pamiętniki Saint Simona i pretensye autora nie sięgają też tak wysoko. Ale nie można zaprzeczyć, żc ta sprytna, żywa, na faktach oparta charakterystyka najznakomitszych osobistości, to zuchwale zdarcie z nich masek, składają się na książkę arcycieka-wą. Nie trzeba tam szukać głębokich poglądów i umiejętnej politycznej dyagnozy, ale mimo tego uważny czytelnik będzie mógł sobie wyrobić o sferach najwyższych niemieckiego społeczeństwa wyobrażenie dokładne. Miłość własna niemiecka może być szczególniej dotknięta nie spor-tretowaniem tćj lub owej wybitnćj osobistości, ale mimowolncmi wnioskami, które każdy z tej książki wyciągnąć musi. Niepodobna będzie przypuścić w przyszłości, żc istnieje w sferach dworskich i arystokratycznych Berlina to idealne, uczciwe życic familijne, które zdawało się tam mićć swoje gniazdo, ani też że kierunek umysłowy i artystycznyjest jego duszą. Iłipokryzya i ma-teryalizm są tak samo w Berlinie, jak gdzicin-dzićj nieodlącznemi od wyżyn towarzyskich. Stara to prawda i nowćm jest w nićj to tylko, żc Berlin rościł sobie pretensye do moralnego wyjątku. Bezimienny autor odejmuje mu prawo do tych cnót nadzwyczajnych. Sądzimy że jeżeli nie całkowicie, to w wielu względach ma słuszność.
Toporczylc.
KorespoiKltmcya TjioiDlta ilnstrowausn.0.
Z Rokitnicy, w Rypińskiein.
Założenie przed kilku laty Akademii literatury słowiańskiej imienia Mickiewicza w Bolonii, otworzyło i nam obszerniejsze pole działania i stało się niejako podnietą do poznawania wzajemnie płodów literatury innych narodów, a mianowicie tych, z którcmi dotąd rzadzićj spotykać nam się przychodziło. Jednym właśnie z takich autorów włoskich, mało dotąd nam znanych, jest Wincenty Filicaja, urodzony we Florencyi 1642 roku. Po skończeniu uniwersytetu w Pizie, usunął on się do zacisza wiejskiego i zajmował wyłącznie literaturą, a zdaniem przez poważną krytykę wy-powiedzianćm wyswobodził już wówczas lirę włoską od napuszoności i pedanckicgo naśladownictwa wzorów starożytnych.
Pieśni swe wygłaszał językiem prostym i silnym, co męzkim jego myślom dodawało tem więcćj uroku i potęgi, przez co w ówczesnein dążeniu Włochów do odrodzenia się położył wielkie zasługi, bo wśród ogólnćj niewoli i zepsucia, grzmiącym głosem nawoływał rodaków na drogę poprawy i cnoty. Sonety jego „Italia, Italia!” uważane są za najpiękniejszy klejnot liryki włoskiej i wówczas już zrobiły mu rozgłośną sławę, a pieśń, którą napisał z powodu oblężenia Wiednia przez Turków, i oda na cześć Sobieskiego, rzec można źe rzeczywiście zcntuzyazinowaly w swoim czasie cala Europę tak, żc monarchowie
ubiegali siew okazywaniu mu swego uznania. Wielki książę toskański mianował go senatorem i zaszczycał go względami swojemi, a królowa szwedzka Krystyna, ceniąc go wysoko, zajęła się wychowaniem jego dzieci. Nietylko jednak za życia jego, ale i teraz po dwustu latach, Włosi chlubią się nim, jako znakomitym poetą. Umarł w 1709 r.
Akademia literatury słowiańskiej w Bolonii, pragnąc w dniu 12 września r. z. uczcić dwóch-setną rocznicę oswobodzenia od Turków stolicy sąsiedniego państwa, delegowała do Rappclswy-łu w Szwajcaryi p. Attilia Begey, adwokata z Turynu, aby w istnicjącem tam muzeum starożytności imieniem Akademii uczestniczył w obchodzie tćj rocznicy. To tćż w Rapperswylu po mszy świętej i po zagajeniu uroczystości przemową hr. Platera, zabrał następnie głos p. Begey w języku francuskim. Z mowy jego chociaż niektóre ustępy umieszczam tu w przekładzie.
„Panowie i panie! Akademia Mickiewicza w Bolonii upoważniła mnie, abym był jćj przedstawicielem wśród was w tych dniach uroczystych dla Polski, a radosnych dla całego chrześeiań-8‘wa. Akademia poleciła mi w imieniu swem przemówić tu wczasie uroczystości waszej, chociaż mogła do tego użyć ludzi o wiele zdolniejszych odemnie, bo są w jej gronie profesorowie uniwersytetów, literaci, historycy, mężowie stanu; widocznie więc uczyniła to dlatego, że znała moje dla was gorącą miłość.
„To pewna, żc dwuwickowa rocznica oswobodzenia Wiednia i tej walnej bitwy, która okryła sławą Sobieskiego i Polskę całą, jest także uroczystością dla ludu włoskiego, bo po Wiedeńczykach lud to włoski najwięcćj uwielbiał Polaków i ich zwycicztwo odniesione w 1683 r., kiedy chorągiew Mahometa, zdobyta przez Sobieskiego w namiocie wielkiego wezyra Kara Mustafy, w tryumfalnym pochodzie wiezioną była przez Włochy do Rzymu, dokąd ją Sobieski odesłał jako oznakę czci swojej dla Ojca świętego.
„Jestem więc tu pomiędzy wami, godni potomkowie rycerzy z 1683 roku, poto tylko, abym wznowił choć wczęści ten zapał, jaki moi rodacy okazywali wówczas waszym przodkom, abym był echem tych radosnych okrzyków, które wówczas rozlegały się po całych Włoszech, abym wyraził wam wdzięczność, która po upływie dwóch wieków nietylko nic ostygła, ale się jeszcze zwiększyła.
„Ówczesny nasz poeta Filicaja, na odgłos zwy-cieztwa pod Wiedniem, w znakomitych swych pieśniach wybornie wypowiedział uczucia Włochów i cześć, jaką byli przeniknięci dla zwycięzców, co mu zjednało europejską sławę. Znakomite jego poezye wiernie przedstawiają zarówno olbrzymią klęskę poniesioną przez Muzułmanów, jak dzielność Sobieskiego i jego walecznych rycerzy.
„Radość i wdzięczność Włochów w 1683 r. była też rzeczą bardzo naturalną, bo nietylko jako chrześcianie mieli powód cieszenia się z tej nowej zwycięzkiej krucyaty i przyklaskiwania jćj, ale wyłącznie jeszcze jako Włosi jćj zawdzięczali swoje ocalenie. Rzeczywiście mahometanie zaleli już wtenczas znaczną część Europy południowej, Węgrzy byli ich sprzymierzeńcami, Austrya była zupełnie bezsilną, a Francya nietylko źc pozostała obojętną na ten zwyciczki pochód, ale nadto przez zazdrość pragnęła może nawet klęski Austryi. Celem zaś zakreślonym przez Kara Mustafę było nie samo zdobycie Wiednia, tćj stolicy cesarstwa, ale zmierzał on nierównie dalćj, bo do stolicy chrzcściaństwa... do Rzymu!... Wojnę przedsięwziął religijną, bo takicmi były wszystkie wojny mahometan, a upragnionym celem jego było napoić konie w Tybrze i Watykan zamienić na stajnię.
„W chwili więc oswobodzenia Wiednia, Włosi święcili tryumf i religii i ocalenia własnych swobód. Odtąd ustala wśród nas trwoga o upadek nauk, o upadek naszćj poezyi, naszej sztuki, które nas tak wsławiły; nic było już powodu gotowania się do walk ponownych z wrogiem, do broczenia w krwi, jak w poprzednićm stuleciu, w pamiętnych dniach pod Lcpanto.
„Z tych-to podwójnych przyczyn, religijnych i politycznych, Akademia bolońska nie mogła pominąć sposobności uczestniczenia w obchodzie zwycięztwa, przez które Sobieski raz nazawsze złamał potęgę Mahometan i zapewnił bezpieczeństwo Europie. Akademia tem większą uznała tego konieczność, że nic jest wyłącznic tylko Akademią polską, ale raczej całej Słowiańszczyzny, a więc obowiązek jćj każę uczcić zasługi wszystkich narodowości słowiańskich, tych zwłaszcza, które stanowiły przedmurze od dzikiego barbarzyństwa azyatyckiego i piersiami swych synów wstrzymywały huragany kohort napastniczych, godzących nieustannie na zagładę chrzcściaństwa w Europie. Jest w tćm także niemała zasługa Rosyan, którzy wiele ucierpieli od tych srogich napaści, którzy długo jęczeli pod jarzmem tatar-skiem, aż wkońcu pokonali swych ciemiężców i wyparli ich napowrót do Azyi.
„Pozwólcie tćż, panowie i panie, abym złożył hołd należny idei tutejszego muzeum. Są w prawdzie muzea niciównie bogatsze w dzieła sztuki Greków i Rzymian, ale z nich wychodzi się zwykle z chłodem, gdy przeciwnie, do tutejszego muzeum chociażby się weszło obojętnym, opuszcza się je przenikniętym gorącą miłością dla waszego kraju. Pragnę więc uczcić znakomite zasługi założyciela jego, który usiłowaniem swojćm i nic-ustannemi ofiarami przezwyciężył wicie trudności i dopiął celu, bo nietylko założył muzeum, aleje i zbogacił.”....
Pieśń Filicaja, napisana zpowodu oblężenia Wiednia przez Turków (1), w przekładzie polskim brzmi, jak następuje:
Rychłoż, ach! rychłoź, Panie, godzina uderzy Twej pomsty sprawicdliwćj? 1 pókiż-to wierni, Ofiary krwawych mordów, niesytej grabieży, Znosić muszą zniewagi barbarzyńskiej czerni?
Mocna, Panie, Twa ręka! ona wszystko może.
Gdy skiniesz, świat się korzy, posłuszny Twej [woli,
Tam, gdzie oracz posiewał ua zagonach zboże, Śmierć bujna zbiera żniwo, krew ścieka po roli, A Ty do starych obelg liczysz krzywdy nowe. Gromy i błyskawice wydarłeś już z chmury, Gdzie padną? Zaiiż martwe pokruszą marmury ? O nie!... Ty bezbożnikom sypniesz je na głowy!
Patrz, jak wicher straszliwe napędza tumany, Las włóczni i buńczuków na słońcu się jeży, Szeroko kraj rakuzki powodzią zalany, Istcr (Dunaj) wściekle się miota, wylęga z wybrzeży, Snadż tłumów nie ogarnie białą wód swych falą. Już słońce się zaćmiło pod oszczepów stalą, Wszystkie krzywe szablice, kolczugi i zbroje Wysiał tu Wschód daleki, i bitne szeregi Z odległych krańców świata powołał na boje, I tych, co pługiem orzą Tanaizu (Don) brzegi, I tych, co w trackich śniegach brną stopą wytrwałą, Azyą Muzułmanin sprowadził tu całą
Pod sztandarem proroka, a wśród hord swych [tylu,
I tych, co piją wody Orontu i Nilu.
Patrz, ta pyszna stolica w królewskiej koronie Zlana krwią z chrześciańskich żył hojnie półciekłą,
Już powalona w gruzy; w rozdartćm jej łonie Tkwią tysiące piorunów, które czarne piekło Ukuło w swój kuźnicy szatańskicmi młoty. Starcząż tc słabe mury za tarcz dla sieroty? Acb! ledwie kupą zwalisk dokoła niej stćrczą! Słyszysz?... trąba bojowa żałośnie tam dzwoni. Istny śpiż pogrzebowy, na walkę morderczą Starców i drobną dziatwę zwołuje do broni;
W takt pobudki ‘przekleństwo i okrzyk boleści Wybiega z serc rozdartych skargą rozpaczliwą; Matka przyciska syna do piersi niewieścićj, Córka tuli w objęciach głowę ojca siwą!
(1) W miesiącu czerwcu r. z, w numerze,24 naszego pisma, zamieściliśmy canzonę i- ilicaja na cześć Sobieskiego, w pięknym przekładzie Fclicyana Obecnie dnjcmy dla porównania pieśń tegoż poety z powodu oswobodzenia Wiednia.	(1’rzyp. rodak.)
143
O 1‘anie! Swe potężne wyciągnij ramiona! Niech wie, czćm ich pociski, ta zgraja szalona. To słabe szkło, lód kruchy, wobec strasznych gro-[tów, Jakie na kark bezbożnym Tyś wyrzucić gotów. Boś Ty Bóg! a gdy ręka Twa wszechwładna ski-[nie, Szkło na proch się rozkruszy, lód w krople roz-[plynie;
Ten pod miecz, ów pod arkan podda kark zu-[chwały,
A jako pył nikczemny wiatr w pędzie rozmiata, Twój gniew zmiecie bez śladu te wschodnie na-[wały,
I na brzegach Isteru z podziwem dla świata Potomność na opoce wyryje te zgłoski: Tu otomański tyfon starł sic z krzyżem krwawo, Tu nad karkiem olbrzyma zaciężył miecz Boski: Upadł! stóp jego ślady zarosły murawą!
Długo, ach długo w mury warowne Syonu Twarde Scnacheryba waliły tarany, Aż rozległ się jęk wiernych u stóp Twego tronu I tam, gdzie trup na trupie był niepogrzebany, Tak olbrzymi wzrósł kurhan, że grozą przejęta Drgała ziemia w posadach: Bctulia pamięta, Jak po próżnym wysiłku w dniu mordów i klę-[ski, Asyryjczyk w popłochu zbiegał od bram miasta, Gdy miecz pomsty w dłoń słabą ujęła niewiasta, 1 wódz upadł pod ciosem Judyty zwycięzkićj. O Boże! skiń z niebiosów, a cud znów się stanie. Czyż mniej groźne niż tamte nawały tej czerni, Co krew z żył naszych toczą? a my czyż mniej [wierni,
A Ty, czyś niż w te czasy mniej potężny, Palnie?!
A Jeśli w Twych wyroków tajcmniczćj księdze Ku wróżbie przyszłym wiekom zapisane słowa. Ze groźnej Euksynu ma służyć potędze Ta modra wód zachodnich wspaniała królowa, I on kraj syty słońca i syty wawrzynów, Rozcięty lodowcami stromych Apeninów— Przed wyroki Twojemi nam pochylić głowy; Niech stopy zwycięzkienii podcpce nas Scyta, Niech na karki ohydne wtłoczy nam okowy Stań się wola Twa, Panie! Na kęsy rozbita, Niech Europa krew stoczy przez ran swych tysiące. Do tronu Twego ręce ja pod aoszę drżące, Wołam: Przed Twćm obliczem niech padnie kto [żywy,
Czy karcisz, czy nagradzasz, Tyś Bóg sprawiedliwy!
Cóż widzą oczy moje za czasów zasłoną? Kopytami bachmatów zszarpane twe łono, Biedna ziemio rakuzka! Gdzie pyszne twe grody Świeciły w słońcu wieżyc strzelistemi szczyty, Tam stepowy koczownik wypasa swe trzody, Pomyka wezwał do Benu, podbojów niesyty; A tu, kędy przesławna Isteru królowa Panowała narodom promienistą chwałą, Zgliszcza i kupy gruzów i cisza grobowa! Tylko na dnie pieczary, głęboko pod skałą, Zamieszka smętne echo, wodom sic pożali, A łster mu odpowie łkaniem białej fali. Precz odemnic te widma!... oddal jc, o Boże! Strumień łask z Twego łona tryska wiecznie Iżywy:
Kto skrćślil w księdze wyrok, ten zmienić go t	[może,
Świat grzeszny, kary godzien, lecz Ty miło-[śeiwyl Otóż błagalnym chórem hymn z piersi tysiąca O ściany Twych przybytków żałośnie potrąca; Z kłębami wonnej myrry ku niebiosom leci, Tyś ojcem!... Czyż odtrącisz glos nieszczęsnych [dzieci?
Ten co trzyma pod kluczem łaski skarbiec święty, Roztwićra go na oścież, wielki Innocenty. Na królów chrześciańskich zlewa dary Twoje, Pierś z piersią, wolę z wolą potężnie on sprzęga, Błogosławi Krzyżowcom na trudy i boje: „Zgodą!—wola—o ludy! w jedności potęga!” Rozpierzchłe Tcutony gromadzi do sfory, Zbrojne krzyżem i mieczem pcha naprzód tabory. Patrz tam... nad lacką ziemią od morza do morza, Czarna chmura szćrokie zaściela przestworza;
Mknie z wichrem do dalekich Isteru wybrzeży, Wnet sypnie wściekłym gradem, piorunem uderzy!
Świat drży, rączo rycerstwo zrywa s>ę do czynu, A oto nowy Mojżesz z góry Eskwilinu, Ledwie stopą tknie ziemi, wzrok utopił w niebie, Błagalnie obie ręce wyciąga do Ciebie.
Jedne wsparła nadzieja, wiara wsparła drugą. Modli sic dobry pasterz—o łzawo i długo! Zaliż od gniewu Twego swą trzodę obroni?
Wobec tych łez, tych wgórę podniesionych dłoni, Ty, Panie, karzącego z rąk nie puścisz miecza? Wyroków Twych niezmieni żadna moc człowiecza,
Ty sam zmienić je możesz,boś Ty wszechmogący! Płakał na łożu śmierci ou król judzkiej ziemi, Skazany Izajasza wieszczby proroczemi, A Tyś, Panie, wysłuchał modlitwy gorącćj I dni króla przedłużył... Płakała Niniwa, A Tyś odwołał wyrok nad przestępnej głową; Czyż próżno dobry pasterz miłosierdzia wzywa? Twoje klątwę nad światem rozwiąże Twe Słowo. Co ja czuje... co widzę... wyrazić daremno! Duch mój z łona przyszłości zdarł zasłonę ciemną, Żar święty w piersi inojćj! widzę w brzasku zorzy, Krzyż zwycięzko nad światem rozpostarł ramiona. Słuchajcież, wy, szermierze krucyaty Bożćj: Przed sądem Chrystusowym sprawa już skończona. Naprzód, naprzód, drużyno! do boju! do chwały! Niech brzmią śpiżowe trąby pobudką radosną, Niech tryumf zapaśnikom wywróżą wspaniały, Niech słabi cudem wiary w olbrzymów urosną!
Naprzód! niech ryczą działa, stal rąbie po stali, Aż wielka góra trupów murawę zawali, I runie na dno rzeki po stoku krwią śłizkim. Niech Istcr będzie wielkiem pogan grobowi-[skiem,
Nowa w dziejach narodów rozpocznie się karta... Naprzód! droga szeroko przed wami otwarta, A tryumf wasz niechybny, siejbakrwi nic marną, Bóg zapłaci w przyszłości tę pracę ofiarną!
Przed dwoma łaty nietylko w pismach warszawskich, ale i w prowincyonalnych, a mianowicie w Korespondencie płockim, podniesiono myśl, aby kazać wykonać portret Santagaty, założyciela akademii Mickiewiczowskiej w Bolonii, i umieścić go w muzeum tćjżc Akademii, jako oznakę czci i wdzięczności naszej dla tego męża. W tym też celu zaczęto zbierać ofiary, lecz odtąd nic nie wiemy, jaki obrót rzecz ta wzięła. (1)
Feliks j\ ii nwjeicski.
SZACHY.
I?art ya Francuska.
grana d. 20 grudnia 1883
r. na tur. w Warszawie.
Białe
Czarne
p. Kleczyński.
1)	E2—E4
2)	D2--DI
3)	BI—C3
4)	Cl—G5
p. Weydlicli.
E7—EG
D7—D5
G8—FG
F8 - E7
F6
5)	G5 biorą FG E7 biorą
6) G1—F8 wszystkie te posunięcia są najczęściej teraz używane w partyi francuskiej.
G) G7—GG
7) E4—E5	1'6—G7
81 112—114	117 116
9)	FI—D3	G7—116 bro-
niąc przystępu na G5 konikowi ; białe jednakże swój plan ten dopron adza-ja forsownie do skutku
10)	Ć3-E2	B7—BG
11)	E2—Gl! bardzo dobrze, bo konsekwentnie.
11) C7—C8 osta-Mnie posunięcia czarnych są dość słabe; teraz IcpiĄJ naturalnie byłoby grać
C7-C5.
12) Gl- 113	C8— AG
13) F3 - G5 AG biorą D3
11) Dl biorą D3 B8-D7
15)	F2—F4	D8—E7
16)	0-0	C6—Cb
17)	C2—C4! posunięcie to do szczętu rujnuje i tak słabą już pozycyą czarnych; teraz nic widzimy już dla nicli dostatecznej obrony. 12j Dó biora C4
18)	D3—E4 A8—D8*
19)	D4 -D5 EG biorą DÓ
20)	E4 biorą D6 D7—F8*
21)	D5—CGf wszystko to grane jest przez p KI. wybornie 21) D8—D7 jeżeliby czarne grały E7—D7, CG- FG	Al—Dl
to 22lil8—G823l
22)	Al—Dl	F8—EG
23)	G5 biorą EG F7 biorą E6
21)	Dl—D6* czarne poddają się, co najmniej bowiem tracą natychmiast wieżę.
fi) Zpowodu zapytania szanownego korespondenta objaśniamy, że w posiadaniu naszem na portret prof, Santagaty znajduje się oddawna kwota rs. 41, której dlatego tylko nic odesłaliśmy dotąd do Bolonii, żc niewiadomo nam, kto się ząjinuje urzeczywistnieniem rzeczonej myśli.
(1’rzyp. rodak.)
Na pomnik dla sarbiewskiego. Franciszek K. rs. 1; W. Dębski rs. 1; F. Reszpówna z Praszki z Kaliskiego rs. 1; L. J. rs. 1; ksiądz Z. Ch. rs. 1; Henryk S. rs. 2; hr. K. Przeździecki rs. 10; ksiądz Wl. S. rs. 1; Teresa C. rs. 1.
Na kościół w ekaterynburgu. H. Gromadzki kop. GO.
ROZMAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Wystawa przedmiotów znad rzeki kameruńskiej, zebranych w Afryce przez Stefana Rogozińskiego, otwartą jest obecnie na czas krótki w muzeum tecbniczno-przemyslowem krakowskićm. Dochód z opłaty za wstęp przeznaczono na pokrycie kosztu następnych przesyłek, z głębi już lądu afrykańskiego wyprawić się mających.
— Cenny zabytek. W Dynaburgu, jak donosi Czas krakowski, znaleziono na strychu gmachu giinnazyalncgo rękopis polski, obejmujący dzieje wewnętrznych stosunków rzplitćj w ubiegłem stuleciu. Ważny ten materyał złożono na przechowanie do archiwum witebskiego.
— Ateneum londyńskie w ostatnim swym zeszycie zdaje sprawę z publicznegu koncertu, na którym znakomita fortepianistka, panna Natalia Ja-notówna Warszawianka, wykonała Gawota kom-pozycyi zmarłego ojca swego, Impromtu Szopena i Scherzo Żeleńskiego. Artystkę grzimąccnii przyjmowano oklaskami.
— Rozpowszechnianie obrazów olejnych zapomocą iotochroniugrafii w ostatnich czasach tak świetne dało rezultaty, że królewska galerya narodowa w Berlinie zamierza celniejsze malowidła swych zbiorów i inne znakomite dzieła sztuki tą drogą reprodukować. Zarząd galeryi narodowej wzywa wszystkich miłośników malarstwa, ażeby znosili się w tym przedmiocie z zawiązanćm ad boc „Stowarzyszeniem przyjaciół sztuki,” któremu wykonanie tćj urzędowej publikacji swojej powierzył.
— Mech biały, jako materyał do wyrobu papieru. Konsul szwedzki w Stanach Zjednoczonych przedstawił rządowi tamecznemu projekt obracania mchu białego, znajdującego się w ogromnej ilości w Szwccyi i Norwegii, na fabrykacyą papieru. K dkostopowe warstwy porostu tego, nagromadzone z biegiem lat i nawpól zbutwiałe, wyborny ku temu przedstawiają materyał, który z korzyścią zastąpić może drzewo i szmaty. Według prób dokonanych, papier z mchu ma być nierównie trwalszy od zwyczajnego, a wyrabiana z niego masa służy do różnych ornamentacyj, a nawet do ram okiennych, drzwi i posadzek.
— W sprawie przekopania międzymorza Panama. Towarzystwo budowy kanału, pod kierunkiem Lesscpsa, nabyło świeżo od towarzystwa drogi żelaznej przez Panamę własność tćjżc drogi, celem łatwiejszego transportu materyalów. Kanał panamski mieć bedzie.tain, gdzie przerzyna skały, szerokości 32 meny, na 9 głębokości, tam zaś, gdzie przerzyna ziemię, szćrokośoi 50 metrów, przy 8*/2 głębi. W miejscach do rozmijania się okrętów przeznaczonych, szerokość dojdzie nawet do metrów 120. Około kanału tego, mającego mieć długości blizko siedem mil geograficznych, pracuje teraz ciągle 11,000 ludzi, nie licząc olbrzymi :go aparatu różnych sił mechaniczny ch.
— W konkursie na pomnik Wiktora Emanuela w Rzymie uznano za najlepsze projekty: Sacco-ni’ego w Rzymie, Manfrcdi’cgo w Placencyi i Sclnnitza w Dusseldorfie, k ażdy z nich, jako premium tymczasowe, otrzymał 10,000 lirów, wraz z wezwaniem o poczynienie w swym pomyśle pewnych zmian, ułatwiających wykonanie pomnika, poczćm dopiero sędziowie przyznają główna nagrodę, w’ ilości 50,000 lirów.
— Emancypacya kobiet, o ile ona dąży do postawienia pici słabej pod uszelkiemi względami na-rowni z silniejszą, nawet w Ameryce, swuj ziemi
144
(319)
W popleleo. Rysunek oryginalny Kędzierskiego.
obiecanej, od pewnego czasu niewszędzie już znajduje poparcie. W okręgu n. p. Wyoming, gdzie dotąd wszystkie urzędy stały otworem dla kobiet i wolno im nawet było brać udział w pracach ustawodawczych, zpowodu wielu gorzkich pod tym względem rozczarowań prawa ich obecnie ograniczono. Przy odnośnych naradach pokazało się zresztą, że owa emancypacya bezwzględna była tylko łapką, zastawioną dla przywabienia kobiet do słabo jeszcze zaludnionego Stanu. Skutek jednak okazał się przeciwnym, gdyż równouprawnienie zupełne niewiasty, pod względem społecznym i politycznym, odstraszało
mężczyzn, tak iż zaludnienie, zamiast postąpić, cofnęło się owszem.
— Ważnym wynalazkiem zbogacił telefonią dyrektor duńskiego towarzystwa telegraficznego, p. Madsen. Mieszkańcy miast wielkich oddawna już narzekają na częste plątanie się sieci drutów te-lofonowych, w olbrzymiej ilości rozpiętych ponad ulicami. Otóż Madsen obmyślił rodzaj kablu napowietrznego, obejmującego 25 zwykłych przewodów telcfonowycb. Można więc tym sposobem przeprowadzić 25 razy więcćj drutów, bez dotychczasowych niedogodności, przyczem cena kosztu wypada o połowę niżej. Wartoby i u nas
wynalazek ten zbadać, a wrazić uznania jego praktyczności, zastosować.
— Zarząd Temeswaru w Węgrzech zawarł z towarzystwem angielskićm Brusha 25 letnią umowę.na oświetlenie elektryczne miasta. Towarzystwo obowiązuje się tymczasowo urządzić 500 lamp tak zwanych żarzących i 16 łukowych, która to liczba zczasem będzie powiększoną. Prócz tego ratusz, teatr i kilka innych gmachów miejskich otrzyma wewnątrz światło elektryczne. Robota cała najpóźniej do 1 września r. b. ma być ukończoną.
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
Aoaaojeno UeBaypon. Bapmana, 17 (Dcupa-ia 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3),
Ogłoszenia; przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka t ogłoszeniami i rebusem.
Rękopisów pomniejszych i materyalów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
62.
Prenumerata w Warszawie:	_	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart.	Warszawa, 8 marca loo l r.	n«Prowin<^iiwc.s«r.twie:
ra. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	’	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
Tom III.
Handlarka włoszczyzny. Rysował podług własnego obrazu W. Szymanowski.
(320)
146
Treść numeru. Artykuły: Słówko o sposobie wydawania utworów literaekicłi, przez F. Łagowskiego.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg). — Korespondencya Tygodnika ilustrowanego z Krakowa. — Dubrownik, szk.e z podroży, przez A. Doniinirskiego (dokończenie). — Przegląd piśmienniczy: Listy Z Krasińskiego, prz.cz Z>>ryaua — Kronika tygodniowa, przez st. Jl. Kz. — Składki.—Rezultat turnieju szachowego w Warszawie.—Wizerunek Chrystusa Pana w katedrze na Wawelu, przez J. Starożyka — Z Ukrainy, wiersz A. Koniecznej. Kronika paryska—Gęsi i gąski, komedya " pięciu aktach Michała Bałuckiego (dalszy ciąg).—Przegląd polityki zagranicznej.—Rozmaitości.—Szachy. — Ryciny: Handlarka włoszczyzny, rysunek W. Szymanowskiego.—Wystawa zbiorów dra Dybowskie,o w Warszawie, rysowol C. Jankowski. - Wizerunea Chrystusa Pana, w katedrze ua Wawelu — Strzemię wielkiego wezyra Kura Mustafy, rysował Podkowiński. — Dodatek. Dziecię globu, nowela przez A. de Alarcon arkusz dziesiąty).
SŁÓW KO o siiosoliie wydawania otworów literaekicłi.
Najodpowiedniejszym niezawodnie środkiem rozpowszechnienia znajomości literatury będą zawsze wydawnictwa wierne pod względem treści, staranne pod względem formy, a przytćm tanie. Dopełnić jednak tych warunków niełatwo, bo jedne drugim stają ua przeszkodzie; ponieważ zaś wszystko zależy tu od ilości nabywców, a ilość znów ta zawisła głównie od dążności ogó hi do obzuajmiania się z dziełami literatury— trzeba więc wytworzyć w czytelnikach pragnienie czytania tych dziel.
Doprowadzenie czytelnika do tego wymaga wielu rzeczy, spełnienie których niczawsze od nas zależy. Jeżeli jednak zrobić coś na tej drodze możemy, to niewątpliwie zrobić winniśmy. I właśnie o możliwych do tego sposobach słówko cheiałem tu powiedzićć. Nie ulega wątpliwości, żc pierwszym warunkiem, który rozbudza i podtrzymuje w ludziach chęć do czytania, jest dokładne zrozumienie tego, co czytają. 1‘rzedc-wszystkiem więc starać się należy, aby sposób wydawania książek zadosyć czynił temu wymaganiu. Jeżeli jeszcze uwzględniane przytćm będą sposoby obudzania w czytelniku innych czyn ników, u. p. zadowolenia poczucia estetycznego i t. p., to tćm pewniejszych rezultatów spodziewać się będzie można.
Ideałem wydawnictwa dziel literatury pozostanie chyba nadlugo u nas wy danie jubileuszowe Jana Kochanowskiego, dopełnia ono bowiem wszystkich powyższych warunków. Zrozumienie każdego odcienia myśli ułatwiają szczegółowe objaśnienia, oraz życiorys i rozprawa, które mają zakończyć to dzieło. Rozbiory estetyczne szczegółowe przy ważniejszych utworach i rozbiór całego dzieła w końcowej rozprawie, rozbudzą niezawodnie do niego zamiłowanie. O innych korzyściach, czysto naukowych, jakie podobne wydawnictwo przyniesie, nie wspominam tu już nawet, a przytćm taniość, prawic niesłychana, wieńczy jego zalety. Podobnież wzorowe w swoim rodzaju mamy wydanie prof. Pawińskiego o Janie Ostrorogu.
Ale na wydawnictwa takie złożyły się szczególne warunki i o podobny cli im nadlugo marzyć nam tylko będzie wolno. Natomiast mamy inne, łatwiejsze do uskutecznienia, n.p. Wojna chociin ska Potockiego, którćj wydanie poprzedza wstęp dostatecznie zaspokajający wy magania czytelnika, a kończy słowniczek. Dalej dzieła Z. Krasińskiego, poprzedzone wstępem prof. Tarnowskiego i t. p.
Jeżeli jednak i takie wydawnictwa zatrudne są do wykonania na nasze fundusze, to nie pozo-staje juz nic innego, jak staranne przedruki. Przedruków ty ch za dostateczne uważać nie można; jeżeli bowiem korzystają z nich czytelnicy, odpowiednio do tego przygotowani przez znajomość wartości tych dziel i sposobów radzenia sobie z niemi, wrazie gdyby czegoś nic rozumieli — to zawsze liczba tych, co z nich prawdziwie skorzystają, będzie nader ograniczona. Nic mówię tu już o pisarzach łacińskich, ani o najdawniej szych pomnikach języka polskiego, ani nawet o dziełach epoki Zygmuntowskiej, albo XVII
wieku, lecz o późniejszych, a choćby i najnowszych. Zapewne im epoka nas bliższa, tćm do zrozumienia i zainteresowania się nią łatwiejsza; ale zawsze znajdą się trudności, które usunąć przed czytelnikiem wypada. Wcźmy n. p. naszych najnowszych poetów. Podręczniki do literatury, takie jakie mamy dotąd, nie wystarczają na to, aby przy ich pomocy czytelnik zdołał do kłąduic zrozumićć ich i ocenić. I rzecz to prosta: każdy podręcznik jest przeważnie uogólnieniem tego, co monograliści wydobyli. Nie powtarza on zatem szczegółów, które w monografiach zostały wypowiedziane, a takie szczegóły do dokładnego zrozumienia autora koniecznie czytelniko wi są potrzebne. Wynika ztąd jasno, że aby czytelnika doprowadzić do tego, iżby mógł czytać z prawdziwym pożytkiem ich dzieła, trzeba mu ułatwić korzystanie z mouogratij. Monografie, szczególniej odnośne do dawniejszych pisarzów, nie są wprawdzie dostateczne, bo nic objaśniają wy razów, zwrotów mowy i t. p., ale przynajmniej wykazują ducha epoki, pojęcia pisarza, myśli przewodnie, stanowisko jego w dziejach literatury. Dają wiec czytelnikowi bardzo w cle, i chociaż nie we wszystkie tajniki dzieła danego wniknie, to ogólnie przynajmniej z niem się obezna. Na wielu zresztą nowszych pisarzy monografie dostateczne rzucają światło.
Jeżeli takie znaczenie monografiom przyznamy, a zwrócimy uwagę na to, że są one najczęściej po różnych czasopismach rozrzucone, to koniecznie przyjdziemy do wniosku, że nader pożądaną byłoby rzeczą, aby je wydawać oddzielnie i to na warunkach przystępnych, boć przecież nic z po między najbogatszych rekrutują się czytelnicy rzeczy seryo pisanych.
Ten wniosek atoli mogą spotkać pewne zarzuty. Naprzód że monogratij takich nie mamy wiele, a szczególniej wiele dobrych, a ztąd najważniejsi autorowie nie znaleźliby poparcia u czytelników. Zarzut to słuszny, ale poczęści tylko: jeśli niema wielu, toć należy rozpowszechnić te przynajmniej, co są. Wskutek braku śtudyów nad wieloma autorami, czytelnik sam musi sobie wyrobić metodę czytania i krytycznego zapatrywania się, boć samodzielnie przyjdzie mu nad wielu pisarzami pracować. Nic zaś chyba (pominąwszy wykłady z katedry) nie nauczy tak czytać, jak dobre monografie.
Zarzutem drugim, jaki proponowane wydawnictwa może spotkać, będzie, że monografie takie nie mają trwałej wartości, bo nowa pobija dawniejszą. Obawa to jednak, u nas zwłaszcza, co do dobrych monografij, próżna. Zbyt mało mamy istotnych pracowników na tćm polu, a znowu posiadamy monografie takie, że chyba metoda badania w nich się nie zmieni, ani poglądy zupełnie przeistoczą. Mogą się pojawić pewne nowe spostrzeżenia, pewne dopełnienia, ale studyum n. p. Małeckiego o Słowackim nadlugo pozostanie pod-stawowćm, podobnie jak Chmielowski nic potrzebuje się obawiać, aby go ktoś inny łatwo z posad poruszył.
Jeszcze trzeci zarzut: czy na wydawnictwo takie odpowiednia liczba czytelników się znajdzie? Ha, zależy to od tego, czy prasa je poprze, czy rodzice i pedagogowie zrozumieją jego doniosłość i zalecać je będą młodzieży, która tak często zapytuje się, co ma czytać prócz powieści? Że zaś to ogólne poparcie nastąpi, wierzę, bo, jeśli kiedy, to obecnie jest na to pora, obecnie, gdy wy kładający nie naprzykrzają się nam wcale z przed miotem o którym mówimy. .Sądzę więc, żc wydawnictwo całego szeregu lepszych studyów nad literaturą, świeżo przejrzanych, a może i uzupełnionych, byłoby nietylko czynem obywatelskim, lecz także korzystnem przedsiębiorstwem. Któż by z nas czytających nic zapisał sic ua listę pre nuineratorów? Któraż encyklopedya, czy podręcznik, zastąpićby je zdołały? Takie wydawnictwo pociągnie za sobą zainteresowanie się działami literatury i wytworzy szćrszc kolo czytelników i nabywców tych dzieł, co znowu umożliwi, że będą one mogły być coraz dokładniejsze, a tańsze.
Wszystko to, co dotąd powiedziałem o sposobach wydawnictw i zachęcania do ich rozkupu,
może wpływać na czytelników, którzy mają już nieco wyższe wykształcenie, poczucie choćby obowiązku znajomości literatury i dość znaczne fundusze. Obecnie chcialbym zwrócić uwagę ua inną kategoryą ludzi. Są mi nowieic tacy, a pewnie liczb i ich jest znaczn i, co oddani pracy ciężkiej, nic mają czasu na studya nad literaturą, a jednak z przyjemnością czytują dobre rz czy i nawet chcą się obeznać choćby z częścią literatury swego narodu, choćby z najprzedniejszemi dziełami. Są tacy, których fundusze nie pozwalają na utworzenie sobie odpowiedniej biblioteczki. Są nareszcie tacy, co nie wiedzą o wartości, o istnieniu nawet innych utworów, jak sensacyjne powieści. 1 o takich warto pomyśleć, ułatwić im sposobność do czytania dobrych rzeczy.
Sądzę, że najdoskonalszym środkiem do tego jest wydawanie w małych książeczkach pojedyn czych, pięknych utworów. Taką książeczkę łatwo się kupi i odczyta. Niechby tylko młodzież gimna zyalna, rzemieślnicza i t. p. je czytywała, a byłoby już b <rdzo dobrze. Wydawnictwo takie u uas istnieje; ale czy się rozchodzi i o ile, n:c jest mi wiadomo; łitwo wszakże przypuścić, że mogłoby się rozchodzić, gdyby odpowiadało wymaganiom czytelników, to jest gdyby ułatwiało zrozumienie utworu, dawało pojęcie o znaczeniu jego w literaturze, oraz o stanowisku autora, jakie w nićj zajmuje. O tćm wszystkióm wprawdzie z podręcznika dowiedzieć się mniej lub więcćj można, ale to kosztuje, tego trzeba szukać, a często, jak w obecnem położeniu naszem, i nie znalćść. Czyżby więc nie należało takich wydawnictw koniecznie już zaopatrywać w odpowiednie wstępy? Każdy chyba na to się zgodzi i nie myślę nawet n id tćm dłużej się rozwodzić. Natomiast zwrócę uwagę na to, jak podobne wstępiki, jeśli tak wolno się wyrazić, winny być pisane, aby potrzebom umysłowym swoich czytelników odpowiadały.
Sądzę, że prócz wzmianki o stanowisku autora i dzieła, należałoby, aby wskazywały wartość utworu pod względem historycznym, estetycznym i etycznym. Piszący je powinni stanąć na stanowisku pedagoga, który przedewszystkićm dba o to, aby utwór był rozumiany, aby czytelnik nabrał poczucia estetycznego, a nic spaczył pojęć swych moralnych. Wstęp taki powinien być napisany ciepło, z miłością do przedmiotu. Nie przeszkadza to wszakże, aby w nim bezstronnie a jasno oznaczone nie były wady utworu, szczególniej pod względem etycznym, jeśli ten przedstawia jakie wątpliwości. Niezmiernie też ważną jest rzeczą, według mego zdania, zaznaczać to, co w utworze jest dotąd niczrozumialem. Jeżeli krytycy nic rozjaśnili jakich miejsc ciemnych, należy wykazać jc czytelnikowi, aby go uspokoić, żc nic jest-to winą braku w nim przenikliwości, a iym sposobem uchronić go od tego, aby się nic zrażał do dalszego czytania. Owszem, należy go przywabić przez wskazanie pięknych stron dzieła: zaznaczyć brylanty dowcipu, wykwintne porównania, niezwykle szlachetne myśli i uczucia, a uadewszystko wskazywać podnioslość nakreślonych charakterów.
Spotykamy się często ze zdaniem, jakoby w arcydziełach nie potrzeba było takich stron wykazywać, bo je każdy odczuje. Mylne to bardzo przekonanie. Kto pilnie obserwuje czytelników, ten widzi, że nieraz wykształcony nawet perły pomija, a cóż dopiero niedoksztalcony. 1 przeciwnie, przez wykazanie takich stron najobojętniejszy staje się wielbicielem dzieła które czyta, lub jemu podobnych.
Naturalnie wstępy takie nic mogą być obszerne: niech będą krótkie, ale jasne a wdzięcznie napisane, aby samo ich czytanie stanowiło przyjemność. Nic należy tćż przerażać się takicmi żądaniami pod względem znacznego podniesienia kosztu wydawnictwa. Na pisanie takich wstępów zapewne żc trzeba talentu, ale o oryginalność tu nic chodzi, a utalentowani monograliści wartość estetyczną niejednego utworu doskonale już wskazali.
Mam nadzieję, że gdyby rzucone tu myśli, zresztą ani nowe, ani oryginalne, znalazły uwzględnienie, podniósłby się snmk w naszych czytelni-
147
Nic jemu jednak przystało rozpaczy się oddawać. Wnuczkę mu zabrano—to prawda; ale— zawszeć ona, żeby jak, jest wnuczką jego, jego dzieckiem jcdynćm; zawszeć wszystko co, w chacie i koło chaty, cały dorobek dokonany i cały co się w przyszłości dokona, wszystko to jćj dobro, jej — wiano.
— Jćj wiano? — zapytał sam do siebie z akcentem strachu.
Na punkcie tym rodziła się mu myśl wątpliwości, która starego przerażała. Lękał się, ażeby wnuczki jego pan nie wyposażał. Ona piękna taka! Obawa ta wszakże, acz wczęści usprawiedliwiona przykładami dziewcząt, które z dworu za mąż powychodziły, nie była jeszcze powodem dostatecznym do oddawania się rozpaczy i opuszczania rąk, tein bardziej, że dziewczyna dostała się pod rękę dziedziczce. Stanowiło to rękojmie niejaką. Rękojmia ta pocieszała starego. Posiedział przeto, wstał, westchnął, do Pana Boga króciutką w intcncyi modlitwę zasłał i do roboty się udał.
Dzień przeminął. Wieczorem ciele do krowy, jagnięta do owiec puścił, kurom pośładu sypną! i czekał. Łudził się nadzieją zobaczenia Maryny z dworu uwolnionej. Niestety! Wieczór i noc spędził samotnic, a nazajutrz zuów do roboty stanął. Wieczorem dnia jutrzejszego znów się nadzieją łudził. Ale i złudzenie stracił, gdy w odwiedziny do niego przyszła z sąsiadek jedna i zaczepiła go zapy tanicin:
— Cóż, Luko, cieszycie się?
Łuka westchnął i ramionami ścisnął.
— Wiecie?
— O tćm wiem tylko, że mi dziewczynę zabrano.
— Przychodziła do mnie dziewczyna moja (sąsiadka we dworze córkę miała) i powiadała...
— Co?—podchwycił Luka skwapliwie.
— Że wasza przystawioną została do pannuń-ci, która za nią przepada.
— Do pannuńci?
— Do panienki malej—tłumaczyła sąsiadka— do tej panienki, co to, gdy się patrzysz na nią, zdaje ci się, jakbyś się na aniołka patrzył.
— Cóż ona przy niej do czynienia będzie miała?
— Co? jakto co?—zapytała kobieta zdumiona trochę.
— Jużci nie będzie chodziła tylko.
— Właśnie, że będzie chodziła i naglądala. Panienka przodem, ona za nią, panienka w prawo, ona za nią, w lewo, ona za nią, tędy, owędy, wszędzie za nią.
— Uh—pokręcił stary głową z akcentem niezadowolenia.
— Nie cieszy was to?
— Zabrali mi dziecko.
— Zabrali, cóż ztąd? Nie zabraliby w'am, zabraliby komu innemu. Przy kim siła, przy tym prawo.
Ostatnie to wyrażenie pozwoliłem sobie zmodyfikować wedle ducha onego. Lud nasz powiada: „Przy kim siła, przy tym prawda,” pod wyrazem „prawda” rozumiejąc „prawo.” Dzieje sic to wskutek naturalnego pojęć pokrewnych łączenia w' umysłach, niedostrzcgająeych różnicy, jaka pomiędzy jcdnćrn a drugiem zachodzi. Książę Bis-smarck n. p. nic powiedziałby: „Przy kim siła, przy tym prawda,” ks. Bismarck bowiem w uniwersytecie nauczył się prawa z prawdą nie łączyć. Dla baby jednak, jak dla Luki, jak wogóle dla umysłów prostych, prawda była prawem i odwrotnie. Posłuchaj my ż, co laika na uwagę sąsiadki odpowiedział:
— Ono to tak; z tćm wszystkiem wołałbym, ażeby dziewczyna moja od pracy7 nie odwykła.
— Odwyknie od naszej, zagrodowej, pniowej, to nawyknie do innej.
— Ta do jakiej, jeżeli będzie tylko za panienką chodziła?
— Nauczą ją pończoszek pleść, będzie chodziła i plotła.
— Jak Żydówka-wtrącił Luka i splunął.
— Od Żydówki do pani nic tak to już daleko. Chodzi w pończochach i ta i ta, w sukni i ta i ta.
kacli, rozszerzyłoby się kolo czytających dobre rzeczy, a wzamian zmniejszyłaby się może liczba wielbicieli podejrzanych romansów, nadewszystko zaś upowszechniłaby sic znajomość i miłość swojskiej literatury.
Floryan Łagowski.
KIEZARADHI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalszy ciąg.J
X. Osamotniony.
W chacie Luki, do dnia w którym opuściła ją Maryna, panował dostatek. Widzieliśmy tam krowę, owce i kury, widzieliśmy i cielę; nic widzieliśmy atoli wszystkiego jeszcze, a mianowicie wołów pary, woza, nic zaglądaliśmy na tok, do zasieków, do spichrza. Nigdzie nie okazywały sic pustki, pomimo przednówka. Łuka, będąc człowiekiem pracowitym, trzeźwym i oszczędnym, pracował dziś, ale z myślą o jutrze. Szło też u niego wszystko chodem równym, regularnym, w czćm wielką pomocą tak dla niego, jak dla wszystkich włościan, była względność ze strony dziedzica, z dziada, pradziada właściciela Howorówki, przyrosłego do gruntu i uważającego siebie za syna tćj ziemi, na którćj się urodził wraz z Luką, Semenem, z każdym, któremu się działo dobrze, i z każdym, co biedę klepał. Zachodziło pomiędzy nimi pokrewieństwo blizkic, naturalne i naturze rzeczy pozostawione, to znaczy, żc ani pan, ani chłopi nic uczuwali potrzeby zmiany stosunków istniejących na inne. Nie bez tego, ażeby pan o zmianach, albo raczej o projektach zmian nie wiedział. Wiedział o takowych — w Humaniu przecie w szkołach był, a więc czytywał i z ludźmi wykształconymi się wdawał; ale zmiany te przyjmował w sensie wiadomości ciekawych, takich mnićjwięcćj, jakie dochodzą z Afryki, z wysp oceanu Spokojnego, z Australii i t. p. Nic dostrzegał związku pomiędzy niemi alłoworówką, gdy przeciwnie, związek pomiędzy Iloworówką a llow orow skimi uważał za ufundowany od wieków i na wieki. Nazywał się lloworowskim, pochodził z rodu starego i do gruntu przy wiązanego w sposób—jak mu się wydawało—nierozerwalny i samą nierozerwalnością swoją obowiązujący dziedzica względem poddanych do łaskawości i sprawiedliwości, poddanych zaś względem dziedzica do uległości, uszanowania i ufności. Miał się naseryo za ojca, ale i za pana, a dzięki mechanicznemu dwóch tych ról połączeniu, tolerował sobie pewne lekkie przeciwko sprawiedliwości przekroczenia. Co pan, to nic ojciec; co ojciec, to nic pan. Z tem wszystkiem, rzecz ogólnie bio-rąc, Howorówczanie nie mieli racyi uskarżania się na dziedzica, tacy zaś jak Luka—gospodarze słuszni—szczerze mu życzyli długiego życia i długiego panowania.
Tem też przykrzćj i boleśniej w uszach Luki zabrzmialo owo „precz’” rzucone przez dziedzica, jako odpowiedź na jego prośbę.
Pierwszy raz do dworu z prośbą w sprawie osobistej przychodził i oto, co go spotkało.
Zakipial gniewem wewnętrznym, skutkiem którego podrósł niby. Uczul, jakby się dogóry podnosił, ręce mu tężały; pochylić się chciał z pokłonem błagalnym—nie mógł; chciał słówko pokorne dorzucić—nie mógł. Mógł jeno odejść precz i uczynić to jaknajprędzćj, ażeby, broń Boże, nie dopuścić się czegoś, o czćm ani myślał. Zwrócił się więc na miejscu i krokiem pośpiesznym ruszył z powrotem do chaty.
Jakże mu się chata jego pustą, nieznośną wydała!
Na przyźbic usiadł, w dłonie twarz ukrył i w milczeniu godzinę, jeżeli nie więcej, przesiedział.
Ot—dodała—dziewczynie waszćj, Łuko, zapaskę już zdjęli, a odzicli w spódniczkę. Już ona i zgrzebnej koszuli na sobie nie ma; koszula na nićj per-kalowa, cieniutka, a niby śnieg biała.
— Widziałaś ją, sąsiadko?
— Zdaleka, w ogrodzie dworskim. Pokazała mi ją moja Frasyna. Anibym ją była inaczej poznała.
Luka westchnął i głową pokręcił.
— Ta no żurit’ sia — odezwała się baba.— Przeinaczyć nie sposób; niech się przeto obracają rzeczy7 na jaknajwiększą wnuczki waszej korzyść. Ta panienka na pannę przy nićj wyrośnie i gdy się do niej pi zyzwyczai, gdy7 ją polubi, kto wić, ażali nie zapew ni jćj szczęścia, którćm się ona i z wami na wasze stare łata podzieli.
— Nie o takićm ja dla niej my ślał szczęściu.
— Nie tak będzie, jak wy myślicie, aie tak, jak Bóg sądzi.
Na ten wiarą w fatalizm nabrzmiały, a szczerze w umysłach ludu ugruntowany argument nic Luka do odpowiedzenia nie miał. Wierzył w dopuszczenie Boże, w wolę Bożą, w to, że bez wiadomości Bożej człowiekowi włos z głowy nie spada; a zatem, jak skoro baba w tę potrąciła strunę, rzecz za skończoną uważał.
— Niech będzie, jak Bóg chce. Przecież zobaczę ją—i zapytał:— Doczcc waszćj, sąsiado, w olno czasem do was zaglądać?
— Coniedzicla prawie dziewczęta dworskie na muzyki się zwalniają. Pójdźcie jeno w niedzielę do karczmy, a napatrzycie się na wasze.
— Nic potrzebuję ja do karczmy chodzić. Przybiegnie ona do mnie.
Nic zawiódł się. Nadeszła niedziela; poszedł Luka rano do cerkwi i, z cerkwi powróciwszy, Maryny wyglądał. Wyglądał długo, aż w7reszcie nad wieczorem wpadła. Byłby jćj nie poznał, gdyby sic mu była w objęcia nie rzuciła. Przylgnęła do niego, objęła go, ściskała po rękach, w kolana całowała i płakała. Rozpłakał się i on. Ani on, ani ona słowa przemówić nic mogli.
Wreszcie stary zdobył się na uwagę, czy upomnienie:
— Hodi ź, hodi. Dosyć tego. Czegóż tam płakać? No...
Upominał, a sam płakał. Powstrzymać się usiłował i walkę upartą sam ze sobą stoczyć inusiał, aż tego dokonał, że wnuczkę obok posadził i rozpytywać sic jął:
— Cóż tam? no? jakże?
— Ta źc nic, dziadusiu.
— Przywykłaś już tam, w7e dworze?
— Bez was! Jakżebym gdzie ja bez was przywyknąć mogła?
— Nie znęcają się tam nad tobą?
— Nie, broń Boże. Ani nie znęcają, ani krzywdzą. Co do tego, o...
— Dobrze ci więc?
— Dobrzcby było, gdyby nie to, że wciąż w głowic mi stoi: co wy tam porabiacie? jak sobie bezemnie rady dajccie?
— Niech cię tam o to głowa nie boli. Przy pomocy Bożej radę sobie jakoś daję.
— Kto krowę doi, kto kurom poślad sypie, kto wam, dziaduniu, obiad i wieczerzę gotuje?
— Nie troszcz się o to. Jam się tak urządził, że na ciebie czekam. Czekam, aż cię z dworu puszczą; wówczas powrócisz i znajdziesz wszystko, jakeś zostawiła: i krowę, i owce i kury; rękawy jeno zakaszesz i do roboty po dawnemu staniesz. Nie wiem tylko...
— Co?— zapytało dziewczę, widząc źe się dziadek w język niby ugryzł.
— Czy się tobie robota podoba?
— Dziadusiu!—zawołała tonem protestacyi.— Zkąd źe wam coś podobnego do głowy przyszło?
— Przyszło mi ztąd, źe, słyszę, przy panience lekki chlćb jesz.
— Prawda, dziaduniu — odrzekła dziewczyna głosem takim, jakby się do winy przyznawała.
— Nogi cioslabną, ręce ci się wydelikacą, stracisz ochotę do roboty.
— Jeżeli to robota będzie dla was, to... jakżebym ochotę stracić mogła?
148
— Daj to Boże, daj to mocny Boże!—westchnął stary—tymczasem zaś rozpowićdz mi, co i jak tam się z tobą we dworze dzieje.
Dziewczyna rozpowiadać począwszy, zgóry się przyznała, że co się roboty tyczy, to ta jest żadną. Do niej należy panienkę ubrać rano, rozebrać wieczorem i znajdować się ustawicznie na jej usługach. Przedtem czyniła to bona Francuzka; od chwili jednak, jak ją przyprowadzono, bona się do tego nie wtrąca, poprzestając wyłącznie na pokazywaniu panience na książce z obrazkami, które.. Ach! dziadusiu — wtrąciła z akcentem
uniesienia. Obrazek maleńki, malusieńki, a widać na nim koguta takiego, jak nasz i kury takie, jak nasze. Kogut nastawił się tak, żc zdaje się słyszysz, jak kury do ziarna zwołuje. Patrzysz i napatrzeć się ua to dosyć nie można, tak to malowane, tak ustawione. Szczęśliwi oni, że mają rzeczy takie!
— Kto oni? — zapytał laika, pomimo źe wiedział, o kim dziewczyna mówi.
— Panowie, dziadusiu; dlatego, że mieć mogą het wszystko malowane. Pomiędzy obrazkami tenii, na ten przykład, jest chata, taka niby, nie przymierzając, jak nasza, ale źe namalowana, więc taka piękna, źe się na nią dosyć napatrzeć niesposób. — Powiedzcie mi, dziaduniu—zapytała po chwilce—dlaczego to?
Luka za odpowiedź całą ramionami ścisnął.
— 1 kto to dla nich maluje?—zapytała znowu.
— Muszą być chyba malarze, tak jak są kowale, ślusarze, stolarze.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała na to.
Po chwili milczenia dziadek zaczepił ją o sposób życia. We względzie tym Maryna nie skarżyła się. U państwa Iloworowskich czeladź karmioną była należycie; na trzecim stole podawano jadło proste, ale czysto, zdrowo przyrządzone i w ilości dostatecznej. Omasta była omastą rzetelną, chleb dobrze wypieczony, do zaprawy nie używano surogatów, zastępujących artykuły na ten cel przeznaczone. Był to zwyczaj stary, od którego pan Tadeusz nie odstępował. Co do spania, to także praktykowało się wedle zwyczaju starego, nieznająccgo ani pokojów sypialnych, ani nawet łóżek. O konforcie takim dla służby pojęcia nic miano. Pice męzka lokowała się na noc w stajni, w masztami, w kredensie, płeć niewieścia w piekarni i garderobie. Wyjątek we względzie tym istniał tylko dla klucznicy i dla bony; panny służące miały łóżka w izbie tej samej, w której podłogę zajmowały pokotem pokojówki. Do rodzaju tych ostatnich należała Maryna, lecz nic sypiała w garderobie z powodu Julisi, która w dzień i w nocy przy sobie ją mieć chciała. Łożem więc jej sypialnym była podłoga, obok łóżeczka panienki. Nie zawadzało jćj to zgoła. Podłoga twardszą bynajmniej nie była od lawy w chacie dziadka.
Maryna o wszystkiem tćm Luce opowiadała. Stary słuchał jej z zajęciem wiclkiem i — dodać należy—z zadowoleniem nicmalćm, pochodzącćm ztąd, że widział wnuczkę niewystawioną na niebezpieczeństwa rozliczne, przytrafiające się mlo-m dziewczętom w zbiorowiskach takich próżnia-
-yeh, jakicmi były domy szlacheckie. Pod dachem dworu howorowieckiego — rzecz ważna—nie było panicza, któryby pełnił funkcyą napastnika bezkarnego. Od napastnictwa służby kredensowej i stajennej bronił ją stosunek do Julisi. We względzie tym wszystko znajdowało się w porządku, tak źe Luka, któremu się przed oczyma przesuwały widma rozmaite, uczuł uspokojenie. Kiedy mu wnuczka wszystko rozpowiadała, rzeki:
— To dobrze. Szanuj-że się jeno, a będą ciebie ludzie szanowali.
— O dziaduniu—odrzekła—dziedziczka dobra i dziedzic dobry.
— Trzymaj się dziedziczki—wtrącił.
— Jest tam i panna, panna Emilia, siostra państwa.—Otóż ta....
— Co?—zapytał.
— Ach! dziaduniu, jak ona śpiewa!... opiewa i przygrywa sobie na takiej muzyce, co się nazywa fortepian. To taki długi, zakrzywiony stół, który się odmyka i zamyka. Po stole tym bębni
się palcami i tyle tylko potrzeba, ażeby stół grał. Ale nie każdy na nim grać potrafi. Trzeba umieć.
— Panna umie?
— Umie panna i pani, ale pani nie śpiewa. Śpiewa panna tylko, czasem sama, a czasem z młodym panem z Koszylówki, który podobnoćją weźmie. Otóż pan ten przyjeżdża, stają razem jedno obok drugiego i dopiero słuchać warto. Ona wyciąga głosem cienko, cienko, a on za nią grubo dosięga. Zkąd się u nich glosy takie biorą?
— Państwo, zwyczajnie — odrzekł Łuka sen-teneyonałnie.
— Moźebym i ja tak potrafiła, gdybym się jeno nauczyła po fortepianie stukać. Panienka powiada, źe nauka to nudna. Och! mnieby ona nic nudziła.
Głową się o ramię dziadka oparła i w zadumę wpadla.
Lukę opowiadanie wnuczki wprawiło w rodzaj jakiś rozmarzenia, z któregoby sprawy zdać nie potrafił. Rozmarzenie to pochodziło zapewne z obudzenia tego zaczynu estetycznego, który spoczywa w duszy każdego człowieka w stopniu mniejszym łub większym, który cywilizacya budzi tylko i który ze strony swojej jest jedną z najpotężniejszych dźwigni cywilizacyjnych. Zdaje się, że Maryna to poczucie piękna posiadała w stopniu wyższym, aniżeli rówicnnice jej w llo-worówcc, aniżeli wogóle howorowieccy mieszkańcy, aniżeli nawet mieszkańcy dworu. Dziadek poczucie jej odczuwał, ale rozumieć go nic umiał, wytłumaczyćby, objaśnić nie potrafił. Czuł jeno, źe mu wnuczka jakby droższą się staje, dzięki onej zadumie, w jaką ją nieokreślone jakieś pragnienie wprawiło. Kto inny ua miejscu jego powiedziałby: „Nic bądź głupia. Jeżeli czego panom zazdrościć mamy, to chyba jadła, napoju, odzieży, postawy, nie zaś zabawek onycb." Tak-by powiedział niejeden; Luka nie powiedział— czemu? dla niego samego było to zagadką, do rozwiązania której w siwej głowie swojćj klucza nic posiadał.
— Idź już, dziecko — rzeki wkońcu do wnuczki.—Chyba już tobie wracać pora.
— Tak mi z wami dobrze, dziadusiu! Tam, we dworze, pogadać niema z kim.
— A panienka?
— Panienka, ach! jaka ona pieszczona. Bawiłaby sic jeno i bawiła.
— Uczą jej przecie.
— Bawią. Madam ją bawi książeczkami. Ale słychać, że państwo jakąś guwernantkę sprowadzą, ta bowiem co była ucickla.
— Uciekła? — odezwał się Łuka.
— Kicdyśmy do dworu pićrwszy raz przyszli, przed zamkiem stał kocz... pamiętacie?
— Pamiętam.
— To ona właśnie uciekała.
— Koczem pańskim? Dziedzic ją przecie sam wyprowadzał.
— Widać źe u państwa uciekanie robi się inaczej, jak u nas.
— Chyba że tak — zauważył stary.
Rozmowa powyższa toczyła się na odebodnem. Maryna słów kilka dodała; jeszcze trochę zapłakała, łzy obtarła i z powrotem ruszyła.
Luka za nią patrzył, aż mu z oczu znikła.
Patrzyłby za nią niekoniecznie sam tylko Luka. Dziewczyna oczy w siebie, jak to powiadają, brała. We dworze przyozdobiono ją. Spódnica w kwiatki, koszula bielutka, paciorki, kosy, w które wetknięty barwinek ocieniał skroń i odbijał od wplecionych w takowe bind wzorzystych, czyniły z nićj istotę zachwycającą. Wdzięki i ponęty urocze otaczały odgóry dodolu tę postać dziewiczą, mającą w sobie coś z jagódki, którą się zjeść chce, coś z pół rozkwitniętego kwiatka, który się tajemnic domyślać każę. Odeszła i znikła; Luka jeszcze patrzył, jakby za nią pozostał ślad jasny.
— Ach — westchnął i głową pokiwał, dodając pocichu: — Za tydzień.
Tydzień upłynął. Dziewczyna znów starego odwiedziła i znów mu nagadała, nagadała.
W sposób ten mijały tygodnie, miesiące. Maryna przed dziadkiem zdawała sprawę nietylc
z tego, jak jej się działo, ile z tego, co doznawała — z wrażeń, z poglądów, które się w niej stopniowo rozwijały, porządkowały, ogniskowały. Martwiło starego to, że od roboty prostej odwykała. Miarkował to po rękach jćj, przybierających kształty smukłe i sprawiających w dotknięciu wrażenie takie, jakby je jedwab powlekał. Na to atoli rady nic było. Płynącego potoku odwrócić nic mógł.
Razu pewnego dziewczyna, po przywitaniu się z nim, oznajmiła:
— Przyjechała.
— Kto? — zapytał.
— A taż... guwernantka.
— Cóż-to za jedna?
— Panna, nazywa sic panna Klara, jakaś taka dobra. Przemawia do mnie zawsze po ludzku.
Z racyi wyrazu ostatniego byłoby do pisania dużo — rozprawa cała. W „przemawianiu po ludzku" tkwi wielkie towarzyskie, społeczne, ba historyczne nawet znaczenie. Zaznaczamy jednak takowe tylko ku rozważaniu i rozmyślaniu ludzi, co rozważać i rozmyślać zwyczaj mają, a przechodzimy do drugiego oznajmienia, które staremu przykrość niemałą sprawiło.
— Na przyszłą niedzielę nic przyjdę do was, dziaduniu.
— A toż czemu? — zapytał.
— Państwo jadą do Humania. Panienka powiedziała mi, żc bczemnic nic pojedzie.
— Gdyby pojechać chciała bez ciebie, mogłabyś do mnie przyjść na dni kilka.
' — Otóź-to—odrzekła dziewczyna z westchnieniem.
Westchnienie to atoli, gdyby się zanalizować dało, wykazałoby pierwiastki obce szczerości. Podróż się do dziewczyny uśmiechała. Rada onej była, pomimo żc nie miała jeszcze pewności zupełnej co do tego, czy woli Julisi zadość się stanie. Wolę jćj atoli popierała z duszy calćj pragnieniem wlasnćm. Humań rozbudza w niej ciekawość, którćj stłumić nic mogła. Po westchnieniu dodała niepewnym jakimś głosem:
— Ale niewiadomo jeszcze. Może ja do was, dziaduniu, przyjdę.
— Chyba państwo nie pojada.
— Oni ta pojada, ale czy się tak stanic, jak panienka chce? — i zapy tala: — Bywaliście wy w Humaniu, dziadusiu?
— Dawno już temu, o! — odpowiedział stary, wspomnienia zbierając.
— To miasto, słyszę, hej! nie takie jak nasze Kruty.
— Od Krut i większe i ładniejsze.
— Jakżebym je widzieć chciała!
Niedzieli następnej daremnie Luka na wnuczkę oczekiwał. Nie przyszła. Nic zasmuciło to starego. „Zabawia się dziewczyna" — powiedział sobie i pomyślał, żc mu niejedna zapewne w przyszłości niedziela bez niej upłynie. Coź robić. 'Paki i jej i jemu los padl, czyli, jak się chłopi wyrażają: „Tak się im sądziło.” Było to źle, lecz że gorzej jeszcze być mogło, przyjmował więc zle z rczygnacyą, zasilaną i podtrzymywaną ustawi-cznem o wnuczce myśleniem — myśleniem nic jalowćm, ale wyrażające)!* się pod postacią rzeczywistą, dotykalną. Pracował i zbierał dla niej. Osobistość własną uważał, jako narzędzie, przeznaczone na to jedynie i wyłącznic, ażeby dla Maryny wiano przysposabiało. Stal się wiewiórką, orzechy do dziupli znoszącą, z tą jednak różnicą, że co złożył, stawało się dla niego przedmiotem świętym i nietykalnym. Sobie skąpił, na siebie grosika nic wydawał — zbierał potroszc, po odrobinie, bo i zkądżeby chłop obfite mieć mógł zarobki? On zresztą, gospodarz — gospodarz słuszny, zaliczający się do arystokracyi sielskiej — na tyle siebie szanował, że po zarobkach nic chodził. U niego ludzie zarobkowali; on zas dochody ciągnął z tego, co się w polu urodziło, z przychówku bydła, z sadu. Dochody tc, z natury swojej niebardzo pewne, mogłyby być donioślejsze, gdyby jemu, gospodarzowi, pomagała gospodyni. Ludzie mu na to uwagę zwracali i stręczyli dzićwki i wdowy. Nieopodal chaty jego mieszkała wdowa, w sam raz dla niego:
149
miała dwóch synów, jcdcu parobczak, drugi już słuszny także, i trzy dorastające córki, to znaczy, iżby wniosła sześć par rąk roboczych, gdyby ją Luka wziął. Luka wszakże o czeniś podo-bnem ani słuchać chciał, pomimo że uznawał i sam czul najlepiej niedogodność osamotnienia, które go zmuszało do posługiwania się rękami cudzemi. Wołał atoli niedogodność tę znosić, aniżeli do dobra wnuczki spółkę przypuszczać, z obcymi ludźmi niein się dzielić.
— Nie — powiada — niech będzie dla nićj, niech będzie jej wszystko. Zbiorze sic to powolnie), ale zato pewniej, i po świcrci mojej nikt do niej o plateczek najmniejszy pretensyi rościć nie będzie.
Pracował więc powolnie, ale wytrwale, a po zbiorach wywoził lub wyprowadzał na sprzedaż, co się do sprzedaży nadawało, i, po potrąceniu kwoty, potrzebnej na zapłacenie podusznego, resztę albo chował, albo tćż obracał na kupno pól-szelka płótna, butów czerwonych, namysta lub czegoś innego, przedstawiającego fapital leżący, przydatny i o zamożności właścicielki świadectwo dający.
(Dalszy ciąg nastąpi.)
Koresiioiitiencya Tygodnika ilnstrowanep.
Kronika karnawałowa.
Kraków, 26 lutego.
O karnawale w ogólności i o różnych balach i bnlikacli w szczególności —Czy się Kraków istotnie bawił, czy tylko uduwrl zabawę?—Bal maskowy Kola literackiego—Ba-lik, jaki prezydentowi wyprawiono w ratuszu, i pas ile trois, wykonane na korzyść Stańczyków przez pierwszorzędne siły Kady miejskiej.— Zarzuty czynione prezydentowi i co się za niemi ukrywa.— Niezwyczajne powodzenie koniedyi Zalewskiego „Górą nasi" i kilka słów o niej.—„Perły humoru polskiego," wydawane przez K. Bartoszewicza, jako dodatek do kroniki karnawałowej.
Ostatnie pączki idą do pieca, ostatnie słowa komendy aranżerów balowych rozlegają się wśród kadrylowych szeregów, przy odgłosie strzałów szampańskich butelek. Za parę godzin karnawał tegoroczny będzie już nieboszczykiem, należy mu się więc nekrolog.
Otóż ś. p. zmarły w początkach swego istnienia zapowiadał się nieszczególnie; przez cały styczeń nie dawał prawic znaku życia; dopiero przy końcu zaczął sobie podrygiwać. Pierwszy' jego podryg wypad! aż 30 stycznia; ale od tego dnia rozruszał sic tak, iż cotydzicń jeden lub dwa bale publiczne regularnie zapowiadały się po rogach ulic, czerwonemi, niebieskiemi, czarncmi literami—nic licząc balików prywatnych, dworskich (tak ochrzczono u nas lokajskie baliki), balów maskowych w teatrze, na które schodziła się serwatka naszego społeczeństwa, i balów podoficerskich. Ponieważ do rangi podoficera dojść los mi nie pozwolił, do żadnych stowarzyszeń nie należę, a na dworskie bale chodzić niczwyklcm, więc tylko o główniejszych balach będę wam mógł przesłać sprawozdanie, a mianowicie o balu akademickim, balu prawników, balii na pomnik Mickiewicza, na weteranów z 31 roku, na szpital dziecinny >Ś go Ludwika i o balu maskowym urządzonym przez kolo artystyczno-literackie. Wnioskując z ilości tych balów, z ogromnej liczby gospodyń i gospodarzy, których nazwiska czy laliśmy na afiszach, zdawałoby' sic, żc Krakówck bawił się należycie. Tymczasem, prawdę powiedziawszy, więcćj udawał żc się bawi, bo w rzeczywistości bale tc nic cieszyły się wcale wiclkiem powodzeniem: wyjąwszy balu na weteranów i balu maskowego, które liczniejszą zgromadziły publiczność, reszta ograniczała się na skromnej liczbie 30 do 10 par. Dla tańcujących było to bardzo wygodnie, bo w niewielkiej sali hotelu Saskiego mieli wskutek tego więcej miejsca do hasania; ale iiistytucyc, na dochód których te bale urządzano, mało zyskały. Najwięcej urozmaicenia miał bal maskowy Kola artystycznego, któremu wspaniale kosiumy, przeważnie wschodnie, nada
wały wiele uroku. Masek zaledwie kilka odważyło się pojawić na sali i intrygować obecnych. Najwięcej zaciekawiał wszystkich listonosz, który rozdawał wybitniejszym osobistościom listy wierszem i prozą, pełne dowcipu i satyrycznych uwag.
Ciekawszym jednak od tych wszystkich balów był balik przyjacielski, jaki Rada miejska wyprawiła swemu prezydentowi przy końcu karnawału, przy obradach nad budżetem. Trzech radców: dr Jordan i dwaj adwokaci, F. Jakubowski i Hajdukiewicz, ueharakteryzowawszy się na rzekomych przyjaciół dobra publicznego i pana prezydenta, nagadali temu ostatniemu w pełnej radzie i przy pełnej galeryi takich koinplimcntów, jakiehby z pewnością ani na dworskim balu na Kleparzu, ani na oslawnionych redutach krakowskich nie był usłyszał. Że w magistracie działy się rzeczy godne nagany, to pewna; że prezydent, nie chcąc się nikomu narazić, przez wrodzoną łagodność i pobłażliwość, niedośe silnie trzymał w rękach ster miasta, temu także nikt nie przeczy; że w obietnicach by) szczodry aż do zbytku i obiecywał nawet takie rzeczy, których przy największej energii nic byłby zdołał doprowadzić do skutku—o tem pisało się nieraz w różnych dziennikach warszawskich. Prezydent obiecywał i obiecywał co kto chciał: i teatr nowy, i wodociągi, i oświetlenie elektryczne, i topiarnię łoju i setki innych rzeczy — ale się też na obiecankach kończyło, a jeżeli się coś robiło, to poto tylko, aby się wydawało, żc się coś robi. Najpilniejsze sprawy zalegały, lub posuwały się żółwim krokiem. Należało więc zwrócić na to uwagę prezydenta w Radzie, zwłaszcza, że pisma już oddawna to robiły. Nie czynimy też z tego zarzutu owym wyżej wymienionym trzem radcom, tylko ze sposobu, w jaki się do rzeczy zabrali, a który był lekceważącym, brutalnym i w wysokim stopniu ubliżającym powadze prezydenta.
Nictrzeba być bardzo domyślnym, aby zauważyć, że nietyle tu szło o naprawienie złego, jak raczej o zdyskredytowanie samej osoby prezydenta i uczynienie go nadal niemożliwym. To też gdy tylko prezydent wyrzekł to upragnione słowo: „zrzekam się” — wnet cala burza uciszyła się i rozprawy budżetowe w następnych dniach naturalnym już posuwały się biegiem. Upadl tedy dr Wajgcl (rządzić będzie jednak aż do wyboru nowego prezydenta), upadl głównie dlatego, że chciał wszystkim dogodzić, ze wszystkimi być dobrze, podczas gdy ci, którzy go wygryźli, chcicli, aby wyłącznie ich wpływom ulegał, a że tego nie robił—więc hajże na Soplicę! Wywlekano takie zarzuty, że niewarto było mówić o tćm, jak n. p. żc drzwi wiodące do sal magistrackich z sali radnej nic bywają zamykane podczas posiedzeń i wskutek tego niektórzy radcy, czy podobno jeden radca, nabawił się reumatyzmu; że w nocy świeci się o parę latarek więcej niż należy przed mieszkaniami lekarzy miejskich i inne drobnostki, a z przekroczenia przy budowie mostu na Rudawie sumy preliminowanej o sto czy dwieście reńskich, zrobiono erimen niesłychane i zrobili to ci sami, którzy przyjęli ze spokojem wiadomość o nadużyciu wydatków przy budowie Sukiennic o 30,000, za rządów poprzedniego prezydenta. Więc nie o rzecz tu chodziło, ale poprostu o osobę, która im była niemiłą i nie na rękę. Już wczasic uroczystości Sobieskiego, prezydent naraził sobie to stronnictwo, że nie poszedł za jego życzeniem i nic zabronił uroczystości ludowej. Nic potrzebuję zapewne w.y mieniąc, iż mówię tu o Stańczykach. Wprawdzie wyżej wymienieni triumwirowic, których użyto do’wykonania zamachu, nie należą de nomi-do tego stronnictwa, ale należą do niego de facto; to też w działaniu ich znać i uśpi racy c wyższe i zdolnego reżysera. In <jratiani kogo była ta cala rzeź? Co pokaże przyszły wybór prezydenta? Wtedy szydło wyjdzie z worka.
kiedy mowa o wyborach na prezydenta, przypomina mi się komedya Kaźni. Zalewskiego „Górą nasi,’’ którą z takiem powodzeniem przedstawiano już kilkakrotnie na naszej scenie. Ma ona także za temat wybór prezydenta, ale wybór fik
cyjny, bo w mieście, które nie ma jeszcze rządów autonomicznych. A jednak mimo tćj fikcyjności, sztuka budzi wielkie zajęcie i słucha jej sie ze wzrastającą ciekawością aż do końca, bo wyjąwszy główny temat, który, jak powiedziałem, nie istniał nigdy, wszystko zresztą jest wystudyowa-ne z natury. W ruchliwych scenach autor przedstawia nam w sposób nadzwyczaj trafny, jakby się te lub owe warstwy zachowały, wrazie gdyby wybór prezydenta rzeczywiście miał być dokonany. Walka odbywa się tutaj między jakimś bankierem, dla którego dobrobyt jest ostatecznćm, jedynćm szczęściem, i niejakim Koryatowiczcm, który ma nierównie głębsze cele i wznioślejsze ideały. Żydzi, reprezentowani przez jakiegoś Goldfingcra czy Schleicrmaehera, wierzą, że ich kandydat zwycięży i krzyczą naprzód: górą nasi! Tymczasem, wbrew ich oczekiwaniom, wychodzi z urny Koryatowicz, ale i wtedy krzyczą „górą nasi!”—bo „kto górą—ten nasz.” Cala komedya trzymaną jest w stylu poważnym, daleka od chęci ciągłego rozśmieszania, a mimo to przez wprowadzenie pysznej figury szlagona Koryatyńskiego autor umiał najpoważniejsze sceny ożywić humorem i silą komiczną. Postać ta w grze zdolnego artysty p. Frenkla wychodzi znakomicie, typowo, a powodzenie sztuki jest całkiem zasłużone.
Do karnawałowej kroniki wciągnąć także należy „Perły humoru polskiego,” wydawane zeszytami przez K. Bartoszewicza. Są-to wyjątki humorystyczne, dowcipne lub charakterystyczne z pisarzy polskich różnych epok. Bardzo dobrze obmyślano, żc w każdym zeszycie są wyjątki nie z jednej tylko epoki; dodaje to bowiem więcej rozmaitości wydawnictwu i myślącemu czytelnikowi nastręcza sposobność porównywania objawów humoru w różnych epokach, od rubasznych a naiwnych żartów Reja, aż do podkasanego z pewną gracyą dowcipu dzisiejszych czasów.
DUBROWNIK.
SZKIC Z PODRÓŻY.
fikrerlił
U&.. EOlTIMIItSKI.
(Dokon nie.)
Ci, którzy największe reprezentowali bogactwo, to jest kupcy i marynarze, w birarchii stanowćj poślednie, bo czwarte zajmowali miejsce; widocznie handel nie odgrywał wtedy takiej roli, jak dzisiaj, chociaż dla Dubrownika posiadał już wówczas niemałe znaczenie.
O dawnych rozgałęzionych stosunkach handlowych dzisiejszemu Dubrownikowi ani marzyć nie wolno. Może handel się znów nieco ożywi, jeżeli przyjdzie do skutku projektowane przez rząd austryacki połączenie Dubrownika z kolejami w Bośnii, lecz dzisiaj port, do którego dawnie i liczne przybywały statki, prawic opustoszał; m bardzićj, że większe statki wszystkie zatrzyddiją się w zatoce Grawozy.
W porcie małym zastąjemy prawie tylko łodzie rybackie i kilka gondol. Na jednej z nich przewozimy się do położonej blizko wyspy Lakromy. Cała ta wyspa, to park prześliczny, mieszczący w sobie wszystko, czem roślinność południowa zdobi okolice tutejsze. Wśród parku, ale blizko morza, stoi zamczysko stare, podobno klasztor dawny, założony przez Ryszarda lwic serce, który w roku 1192, wracając z ziemi świętej, w Dubrowniku znalazł gościnne przyjęcie. W starych murach urządził sobie rezydencyą arcyksiążę Maksymilian, nieszczęśliwy cesarz meksykański. Dzisiaj zamek jest własnością arcyksięcia Rudolfa, następcy tronu. Un bd ritiro, inoźnaby nazwać śliczną tę wysepkę; zdaje się że trudno byłoby o kącik w Europie, gdzie człowiek znudzony głośnym gwarem życia światowego mógłby znaleść równie przyjemny spokój, jak tutaj. I nam uiepilno opuszczać Lakromę; chciałoby się pozostać tu jaknajdłużej w cieniu drzew rozłoży-
150
stycli, wśród uroczej natury—ale czas nagli, trze ba wracać.
Wioślarze nasi wiozą nas naokoło wysepki, a okrążywszy ją od strony północnej, na którćj znajduje sic fort ukryty w gaiku oliw ów, mamy tciaz przed sobą widok na miasto i cały brzeg. Nie wiedzieć doprawdy*; czy żalow'ać tego co się opuściło, czy podziwiać nowy obraz, który teraz przedstawia sic oczom naszym.
Przed nami wysoki brzeg skalisty; tam na górze ciągnie się droga, z której wczoraj, zdążając od portu do miasta, podziwialiśmy widok na morze. Dzisiaj spostrzegamy, że w niektórych miejscach skalisty brzeg tarasami spada ku morzu, a tarasy, zdaje się w skale wykute, winnicami i ogródkami małemi pokry te. Widać i lasek na szczycie Babinkuku i szereg wil z ogródkami, bili ćj już brzegu cienistą grupo jaworów', nare-sz< ie ciemne mury i czerwone dachy miasta — wszystko na tle gór szarych.
Południc niedawno minęło, a blask słońca taki ja nyr, powietrze tak przezroczyste, że wydajc nam się, iż wszystko, co widzimy, znajduje się tuż blizk} przed nami. 1 rzeczywiście widać wyraźnie małe szczeliny w skalach, aloesy i inne rośliny z nich wyrastające; najdrobniejsze pra wie przedmioty rozróżnić można.
Cały ten obraz cudowny odbija sic w wodzie, bo morze spokojne zupełnie, a powierzchnia jego ty Iko, niby pierś unoszona ciężkim oddechem, porusza się, koły sząc lekko gondolę nasze.
Jeden obraz to rzeczywistość, drugi — niby fata morgami, złudzenie, które rozpłynie się za zbliżeniem, a szkoda go, bo taki piękny... rzeczywiście uroku dodaje.
Jakże się cl. iwie temu, że cudowna przyroda tutejsza zdołała wlać natchnienie w liczną dłużymy poetów, którzy, mianowicie w 16 i 17 stuleciu, stworzyli wiek zloty dla literatury południowo słowiańskiej. A pod tym względem skutecznie rywalizował mały Dubrownik ze świetną Wene-cy ą. Znaczny zastęp uczonych mężów pochodzący ch ztąd pracował po rozmaitych zakładach naukowych zagranicznych, mianowicie włoskich, a nazwiska ich jaśniały w świecie naukowym, otaczając aureolą małą ojczyznę.
Nauka ich miała wprawdzie charakter kosmopolityczny, ale zato poeci byli czysto naród wi, a chociaż Dominika Slatarycza (j 1607) nazywano Pctfarką słowiańskim, Palmoticza (f 1657) Ańostem, nic należy z tego sądzie, iżby byli śle pymi naśladowcami; stawian > ich tylko narówni z tamtymi. Prawda żc tłumaczyli tćż celniejsze utwory obcych poetów. Jan Kr. Gundulicz (f 1638j podobno wykonał świetny przekład Tassa Jerozolimy oswobodzonej, ale stworzy 1 też dzieło oryginalne, któie mu dało sławę pierwszego epika poludniowo-slowiań .kiego. Dzieleni tein jest epopeja „Osmanida,” która tćm bardziej nas interesuje, że przedmiot do niej wzięty z d*.iejów Polski. Jest nim wojna okocimska, a chociaż głów ną ma być osobistością sułtan, a opisany jest rokosz janczarów i śmierć Osmana, wybitniejszą figurą jest królewicz Władysław, którego czyny waleczne poeta wysławia.
Zresztą niektórzy za zdaniem lingwisty chorwackiego, profesora Armina Paiicza, twierdzą iż epopeja rzeczona składa, się z dwóch rozmaitych dziel. Natomiast prof. estetyki i filozofii dr I r. Markowicz trzyma się tego, iż jest to jedno dzieło, z którego jedna lub dwie pieśni środkowe zaginęły. Niektórzy przy puszczają, iż senat wykreśli! dwie pieśni, zpowodu tonu zb t nieprzyjaznego dla Turków, z którymi wówczas żył w przyjaźni.
Nic tu jednakże miejsce wchodzenia w dalsze szczegóły i wymieniania innych jeszcze nazwisk, który ch liczba jest znaczna. 1 bez tego może już w zbyt obszernych wspomnieniach o przeszłości Dubro.iu.ka zamanifestowała się sympatya nasza dla dziejów malej rzeczypospolitćj słowiańskiej. Ale wspólplcmicńcowi tej zacnej ludności trudno sic opędzić takiemu uczuciu, nawet wśród olśniewających piękności przyrody, v. której coraz nowe odkrywamy skarby. Niezmiernie interesu-
Listy Zygmunta Krasińskiego Tom II. Po Adama Soltana we Lwowie, u Gubrynowicza i Szmidta, 1883.
A i *ma w literaturze polskiej postaci bardziej fantastycznej, serca ogółu tak blizkićj, a jednak tak mało zrozumianej, jeśli już nic powiemy zagadkowej, jak Zygmunt Krasiński. Za życia znało go niewielu i jako poetę i jako człowieka, bo do autorstwa rzadko się przyznawał, a jako człowiek umiał doskonale pod salonową suknią ukrywać, co sic w głębi duszy i serca działo. Świat zachwyca! się dziełami „bezimiennego poety;” dziwiono się potędze myśli, 1 tóra poraź pićrwszy tak przejrzystą, a nieziemską na się wdziała szatę. Aż kiedy wątle ciało spoczęło w mogile, wolno było na nićj złożyć wieniec od tych co go zrozumieli, jak niemniej i od tych, którzy go tylko podziwiać mogli.
Bezimienny poeta przestał być bezimiennym. Zaczęto bliżej przypatrywąć się jego działalności; do zupełnego jednak wyjaśnienia życia i charakteru Krasińskiego wiele dotąd brikowalo. Dopiero wydanie korespondencyi rzuciło światło na tę postać, która dziś staje się dla nas coraz zro-zumialszą.
Listy Krasińskiego do Konstantego Gaszyńskiego znane są powszechnie z pićrwszćj, choć bardzo wadliwej cdycyi. Przed półtora rokiem pod jęła się nowego wydawnictw a lwowska księgarnia Gubrynowieza i Schmidta, dając jako tom pićrwszy „Listów” tę dawno znaną koresponden-cyą z Gaszyńskim. O tomie tym jednak mówić tu nic będziemy, dla uniknieiiia powtarzam Natomiast zwrócimy uwragę na tom drugi, obejmujący listy do Adama Soltana. Są one dla badaczy literatury znakomitym nabytkiem.
Czytając tę korespondencyą, zbliżamy się bardziej do kraśnickiego, jako do człowieka, który staje przed nami takim, jakim był istotnie. W listach do Soltana wypisywał wszystko, co czul i myślał. Więc dzieli się zarówno zachwytami, jak i pogardą, weselem, smutkiem i żalem, bo
jącą jest wycieczka łodzią lub szosą nad brzegiem morza do źródła i ujścia rzeki Ombli.
Btćka ta jest oryginalnem zjawiskiem w przyrodzie, z którem się jednakże w górach tutejszych częściej spotykać można. Ombla niedaleko morza szerokim strumieniem wypływa z góry, a zdaje się iż jest dalszym ciągiem rzeczki Trcbinczycy, która w Hercegowinie sąsiedniej ginie w górach.
Wieczorem zdążamy znów na muzykę i corso piesze pod jawory. Zastajemy' tam wczorajszego towarzysza podróży, oficera Chorwata, w gronie kilku rodaków. Rychło i z nimi znajomość zrobi" liśmy, a na kilkogodzinnej serdecznej pogawędce, w której zdołaliśmy' uzupełnić rozmaite wiadomości dzisiaj pow Jęte, zszedł wieczór. Miejscowi namawiali nas do przedłużenia pobytu w Dubiowniku, dla zwiedzenia Zaptatu i niedaleko położonej pięknej groty stalaktytowej, zwanej grotą Eskulapa, bo w nićj podobno sam Eskulap niegdyś przebywał.
Oficer zachęcał do wycieczki do Trcbinii w Hercegowinie, dokąd na stałą kwaterę jutro rano miał wyruszać. Do Th binii ztąd kilka godzin wygodnej jazdy, a miasto podobno ma charakter zupełnie turecki.
Niestety, ani jednej, aui drugiej propozycyi przyjąć już nic mogliśmy. Czas byl wymierzony, a nas nęcił raczej inny cel podróży.
Od Dubrownika pięć godzin jazdy statkiem parowym do pięknej zatoki kolarskiej, a siedem do Kotaru. Z Kotaru wygodną drogą w 6 do 8 godzin dostać sic można do Cety nii, stolicy Czar-nogórza. Cetynia była celem podróży naszej, do kraiku walecznych górali podążyć zamierzaliśmy.
Około północy znajomi nasi odprowadzili nas jeszcze de Grawozy, gdzie już zastaliśmy statek parowy, który' za dwie godziny miał odpłynąć do Kotaru.
Przegląd piśmienniczy.
czuje ulgę, gdy się na sercu przyjaciela wypla-cze. WSołtanie widzi prawdziwego pizyjacicla, więc niczego przed nim nie ukrywa, spowiada mu się zc wszystkiego, wńedząe, iż zwierzenia te, jeśli miały być tajemnicą, pozostaną nią. Ani pomyślał Krasiński, żc kiedyś nad listami jego za-siądą kryty cy i słowo po słowie będą ważyli, aby poznać człowieka, którego wielbimy, jako wielkiego poetę.
Każdy' chwyta te przyjacielskie zwierzenia i pyta: byłże ten wielki poeta i wielkim człowiekiem? I znajduje jakby ua odpowiedź slowra:
„Mały, czupurny, z płomiennem sercem, wiecznie bez nadziei, spleunik, a zarazem namiętnie kochający” (str. 206).
Zdanie to znajdujemy dość często, cho iaż w odmiennej formie powtarzane. Serce miał istotnie gorące, marzeń i pragnień wiele, nadziei mało, choć nieraz czuł jej potrzebę. Leż i bólów więcćj w jego życiu, niżli promiennych uśmiechów, i rzeeby' śmiało można, żc życic to składało się z samych prawic cierpień. Ból i znękanie dyktują mu często słowa zwątpienia. Ztąd pewna niezgodność pomiędzy listami, a utworami Zygmunta; ale to właśnie dowodzi, że chociaż w listach tyle żalów i skarg, w utworach dla świata umiał zapanować nad wlasnćm znękaniem, nad chwilową niemocą. W dziełach świeciła mu zawsze wielka, nieśmń rtclna idea; w życiu czasem nawet wiary zabrakło. Uważamy' to za wynik bólu przt mijającego, kiedy czytamy w jednym z listów;
„Pow iadam ci, płakać będą nad nami! To jedyna nieśmiertelność nasza” (str. 1016.
Przypatrzmy się życiu poety', aby zrozumieć, zkąd się takie myśli w nim zrodziły.
Zaranie życia spłynęło mu szczęśliwie, lecz już w' najpierwszej młodości, kiedy z dziecka stal się młodzieńcem, zetknąwszy się zc światem, uczuł zimną dłoń rzeczywistości, tak dalek.ćj od wymarzonych obrazów. Wypadek na uniwersytecie zmusił go do wyjazdu za granicę i odtąd niezgodność jego ze światem zewnętrznym coraz bardziej wzrasta. Ani on świata, ani świat jego zjednać nic umie, i zdaje się mu, że w dwudziestym piątym roku życia może świat ten porzucić.
„Codzień rano, w dzień, wieczorem mogę przenieść się w inne sfery; nateraz ta myśl składa jedyny zasób pociechy, który ostał się w ‘his y mojćj, za nadto drażliwej i zanadto przed czas m znę-katiej.”
Sam więc tłumaczy przyczynę takiego zapatrywania się na życic; duszę zanadto miał drażliwą, a fantazyą zbyt rozlubowaną w czarny h barwach, by mogl żyć i myśleć, jak jego rówieśnicy . Niezgodność pragnień z tćm, co świat dać mu może, rodzi nudę.
„Nuda, która mię przed czasem sLaym czyni, coraz zwiększa się we mnie... Świeżości za grosz nićma w wy obraźni mojej. Wszystko wewnętrzne moje zdaje się jednego losu doznawać z tein, co zewnątrz mnie jest. Gnije wszystko pod ręką konieczności.”
„Jestem, jakim mnie zawżdy znałeś, tęs’ nią-cym wiecznie, wiecznie smutnym.... Coś bok śnie sceptycznego ogarnęło umysłem moim i zaufanie we własny eh silach opadlo tak, jak ranna rosa znika przed słońcem południa; ale tćż skwar tćj południowej, średniej godziny życia mi dolega. Sucho, sucho okropnie!"
Zaufanie we własne siły mogło jedynie podnieść Krasińskiego zc znękania; lecz zaufania tego nie miał. Upadał na silach coraz bardziej i tracił wiarę w świat i w samego siebie. C zuje, żcjest z tego gatunku ludzi, którzy otrzymali w'zrok przenikliwy na wszystko czarne i smutne; więc smutek coraz bardziej go ogarnia, pozostawiając jednę ty Iko nadzieję—w Bogu. To geneza religijności Krasińskiego, jako poety. Samo wychowanie domowe nic byłoby jej tak bardzo wyegzaltowalo.
Nic szukając ludzi i świata, bo w nich nic wierzył, czy tćż wierzyć nie chcial, czuje się samotnym. „Samotność mnie pożćra, nic owa zewnętrzna, bo lubię zewnętrzną, ale owa wewnętrzna, w którćj serce kona powoli.”
151
W tćm wcwnętrznem oderwaniu sie od świata— bo zewnętrznie stykał się z nim ciągle—leży zaród przedwczesnego znękania. Wyobraźnia, pozostawiona sama sobie, szuka coraz-to nowych cierpień i rodzi owe ponure przeczucia, o których Krasiński często wspomina. Więcej jednak w tćm wszystkićm było imaginacyi, aniżeli prawdy. Natura słaba nic umiała zwalczać przeciwności, owszem, sama jc wyszukiwała, lub bodaj czy nawet ich nie wymyślała. Dobrze o sobie powiada Krasiński: „Jestem razem gorący i zimny, młody i stary, obojętny i nie.” Usposobienia tego niepodobna inaczej scharakteryzować, jak wlasnemi słowy Zygmunta. Dlatego przytoczymy tu kilka wyjątków z jego listów, w porządku jak po sobie następują, a będziemy mieli obraz życia poety. 1 tak pod datą 2 marca 1839 r., pisze z Rzymu: „Dziwnym dość sposobem żyję tu teraz Jak tylko sam jestem, napada mię prawie rozpacz, jak tylko w kompanii, gwałtowna radość i konceptów tysiące. Chaos w głowie mojej; nie mogę ocenić dostatecznie, co się dzieje we mnie i w jakiej epoce życia mego jestem. Ni czytać nic, ni pisać nic zdołam. Przeszłości lękam sie, przyszłości także, o teraźniejszości nic nie wiem."
18 kwietnia 183!>. „Jestem w stanic gorączkowym, doraźnym, gwałtownym, a czasem dobrze mi jest i wydaje mi się, żem pełny młodości. Lecz to złudzenie znika często i zostawia po sobie bezdenną próżnię, którą znów zapełniam tru cizną, mającą smak szczęścia!... Ja dość mam błękitu także w duszy, ale tego błękitu przeznaczeniem wcześniej czy później zamienić się w głuchą ciemność.”
To znowu młodość przypomina swoje prawa, każę zapomnieć o cierpieniach często malozna-czących, i wtedy cisną się pod pióra słowa jak: „Gonię ostatkiem moich dwudziestuwek, jednak czuje się młodym i nieraz diablo silnym.” Lecz usposobienie takie trwa niedługo; znękanie wraca, a wyobraźnia rozpoczyna znów swe czarne malowidła. W liście z d. 24 października 1839 czytamy:
„Otóż już w dwudziestym siódmym roku żywota mojego stanąłem na tym punkcie, że coraz będę spokojniejszym, zdaje mi się, coraz bardziej będę lgnął do tego pewnika, żc ból a życie są je-dnćm i tem samćm. Ale na tćm tle calunowem zdarzają się boskie arabeski, iskry, błyski, zwiastunki szczęścia czy śmierci, bo każdy błysk taki przemożnie posuwa nas ku grobowi.”
11. Żory on.
(Dokończenie nastąpi.)
Kronika tygodniowa.
Wystawa kucharska. — (Jo na niej będzie i co prócz tego byćby powinno. — Dwa zebrania ogólne. — Towarzystwo wioślarskie.— Jego kapitały i flota. — Towarzystwo muzyczne.— Burza w szklance wody. — Reforma niemożliwa — Szkol.i muzyczna, jako pozór malowniczy i drugi grzyb w barszczu. — Przyszły dom Towarzystwa zachęty sztuk pięknych.—Ogród zoologiczny i smętne myśli, jakie projekt jego założenia obudzą.—Schronienie nauczycielek.—śliczny obrazek dalekiej bardzo przyszłości. — Odczyt p. M'arreno-węj —S. p. wiadylaw Klugier.
Więc będziemy mieli wystawę kucharską niezawodnie!... Do przeszłego tygodnia jcszczcśmy niebardzo wierzyli w urzeczywistnienie tćj myśli, ale teraz niewierzyć niepodobna, Ld/ic już tylko o to, czy władza zezwoli na urządzenie tej wystawy, bo narady się odbywają, a nawet zawiązano komitet, do składu którego weszło osób dziesięć, z pomiędzy kupców przeważnie. Zobowiązano się też do wniesienia w danćj chwili składki po rs. 30 na wydatki przedwstępne, w summie rs. 450
Będziemy tedy mieli wystawę kucharską! Ale nie myślcie, żc ograniczy się ona wyłącznie na wyrobach kuchni, na tych preparatach sztuki kulinarnej, które reprezentują wykwintne podniebienia i wyrobiony gust smakoszów. Nie!... będzie to raczej wystawa produktów' spożywczych wogóle, i nietylko produktów, ale i przyborów kuchennych, oraz naczyń odpowiednich—jednem
słowem wszystkiego, co pożywienie dla człowieka naszej strefy i naszego klimatu stanowi, i tego wreszcie, co manipulacyą w jego przerobie, przy, gotowaniu i spożyciu ułatwia. I nietylko to, ale i zastosowania hygieniczne w sztuce kucharskiej znajdują tu uwzględnienia, aby ludzie widzieli różnicę pomiędzy jedzeniem a jedzeniem, między prawidłowym odżywianiem się, a przejadaniem i truciem.
Niezawodnie wystawa przyszła postara się przedstawić widzom okazy jakuąjdoskonalsze, tak w dziale produktów, jak i narzędzi, ale nie nauczy niczego i prawdziwego pożytku nie przyniesie, jeżeli obok tego nie pomieści produktów fałszowanych i podrabianych, naczyń i statków obmyślanych na to, aby to, co natura dała na pożytek człowieka, przetwarzać na jego szkodę. Niechby ludzie zobaczyli, jaka to różnica miedzy Chlebem świeżym, dobrze wypieczonym, a zakalcowatym, ze zrośniętego ziarna zrobionym; niech widzą, jak wygląda szynka trychinowata obok zdrowej, ocet z witryohi obok winnego, mleko zaprawne krochmalem, masło z łoju fabrykowane, zabarwiona pomarańcza, sfałszowane wino, piwo i t. d Dział taki falsyfikatów byłby niezmiernie nauczającym, gdyby go przedstawiono wraz z rezultatem analizy chemicznej i wskazaniem skutków przeciw-zdrowotnych. I pod tym względem wystawa oddałaby wielką przysługę mieszkańcom wtjuczito-szego pod słońcem miasteczka, w którem połowa ludności w naiwności ducha i głębokiej wierze trujc się tem, co jej druga z układną miną nieposzlakowanej cnoty podsuwa.
W zeszłym tygodniu mieliśmy aż dwa zebrania ogólne: towarzystw wioślarskiego i muzycznego. W pićrwszem wszystko idzie jaknajlepiej. Dosiada ono członków 865, z któych zaledwie szósta część umie pływać, reszta zaś (piękna reszta!) kto wie czy nic lęka się wody, chociaż popiera sport wioślarski, uprawiając gimnastykę, fcchtunek i taniec.
Towarzystwo naszych „dzielnych” pływaków, po trzech latach istnienia, posiada już blizko 13,000 rs majątku; ma 29 lodzi, do liczby których przybywają dwa statki parowe, oczywiście maleńkie, ale jak na krótką egzystencyą stowarzyszenia, flota to bardzo okazała. Niestety... z tą flotą Towarzystwu trudno jeszcze będzie przez czas długi wywalczyć sobie jakąś stałą siedzibę, a tymczasem z pałacu Briihlowskiego wynosić się musi. Jest to ciemna plama na horyzoncie jego losów, dosyć zresztą pogodnych i wesołych.
Gorzej daleko dzieje się z Towarzystwem mu-zycznćm. Pomimo podniesienia normy opłat wpi sowych i składek rocznych, choruje ono na suchoty pieniężne. Pomimo złożenia steru spraw muzycznych w ręce jednego z najbardziej utalentowanych artystów — nawa jego błąka się i tulą tylko po oceanie przeznaczenia, w którego księ dze nie zapisano znać, aby Warszawa kiedykolwiek stała się naprawdę zamiłowaną do muzyki, chociaż na tym punkcie lubi się chełpić i przechwalać.
Ci, co kierują sprawami Towarzystwa, w ostatnich czasach uciekli się do tak ryzykownego środka, jak budzenie muzykalności zapomocą tańca. Środek w rezultacie okazał się niezłym, tylko niewiadomo, czy do celu prowadzącym Na trzech wieczorach tańczono z wielkićm życiem i zajęciem, a atmosfera Towarzystwa podniosła się do temperatury, wobec muzyki niezwykłej.
Ta inwazya choreografii do przybytku Beetho-vcna i Wagnera niewszystkim się jednak podo bała. Upatrzono w tem lekceważenie celów insty-tucyi; ci i owi szemrali, że muzykę w nićj zepchnięto na plan daleki, że jest ona traktowaną jak z laski, przez siły przeważnie amatorskie i niewyrobione. Utrzymywano, żc Towarzystwo o tyle tylko ma racyą bytu, o ile zadania swoje spełnia, skoro zas spełniać ich nic chce, czy nie umie, samo przez się byt swój zbytecznym czyni. Gotowano się do wnlnój rozprawy na zebraniu doroczućm... do reformy niezbędnej, do zmiany na lepsze tego, co się popsuło.
Doroczne zebranie przyszło, ale rzeczy pozostały postaremu. O reformie dzisiaj myślćć już
niepodobna. Głosowanie ogólne uprawniło taniec, a nie zaproteston alo bynajmniej przeciw frazesom, lekceważącym muzykę poważną, więc i poważne cele Towarzystwa. Argument, głoszący konieczność zdobywania grosza, zapanował wszechwładnie. Stało się! Niechże sobie Towarzystwo jaknajprędzej sprowadzi sumiennego baletmistrza, aby i ten nowy dział jego usiłowań nic poszedł na marne i nie potrzebował się za lat parę zastąpić innym.
Ponieważ gromadzenie funduszu, zapomocą muzyki czy tańca, jeśli nie ma jasno określonego celu i jest celem samo sobie, nie dałoby Towarzystwu dosyć malowniczych pozorów, przeto zawiadomiono ogól członków, że sprawa założenia szkoły muzycznej wcale nie drzemie. Maluczko, a publiczność dowie się, że ma składać ofiary pieniężne na rzecz tej szkoły, tak potrzebnej społeczeństwu, jak drugi grzyb w barszczu...
Zdaje się, że nad sprawami Towarzystwa muzycznego można bezpiecznie przejść do porządku dziennego, nie kłopocząc się o to, aby ono w nim szczególne jakieś zmiany zaprowadziło, btarym obyczajem, dla wybranych Warszawian przyjezdni wirtuozowie bardzo jeszcze długo będą upragnionemi bóstwami, a dla tłumów pospolitych jedynym ideałem muzyki pozostanie... katarynka z ładnie ustrojoną małpcczką. Sic transit gloria...
Nim przyjdzie do ofiar na rzecz szkoły muzycznej, pozwólcie, czytelnicy, przypomnieć sobie sprawę budowy domu dla Towarzystwa zachęty sztuk pięknych. Sprawa to już rozpoczęta dosyć szczęśliwie, bo jej rezultat dotychczasowy przedstawia się w postaci przeszło 30,000 rubli. Termin ostateczny zbierania składki niezadługo upływa; kto się z datkiem spóźnia, ten krzywdę czyni instytucyi wielce pożytecznej i na gorącą sym-patyą zasługującćj. Do ofiar zachęcamy gorąco, tembardziej, źe kwestya kupna domu na placu Saskim poczyna się korzystnie rozjaśniać. Jest nadzieja, że właściciel tej posesyi odda ją Towa-rzjstwu taniej, niż zamierzał pierwotnie; jest także nadzieja, źe dom, na planie regulacyjnym miasta do rozbiórki przeznaczony , losu tego uniknie. Ale... potrzeba kupić go, a na to jeszcze pieniędzy niema. Ci, co rozumieją korzyści z istnienia Towarzystwa, popierającego umiejętnie i poważnie sztukę krajową, wezmą to niezawodnie do serca; inni... niechaj tańczą.
Wspominaliśmy już parę razy o uradzonym niedawno projekcie założenia w Warszawie ogrodu zoologicznego. Obecnie pomysł ten, w zasadzie wróżący niczaprzeczenic pożytek, zarówno naukowy, jak i faktyczny, posunął się już tak daleko, że jest przedmiotem narad pewnego kółka ludzi dobrej woli.
Pokazało się tćż, żc projekt, o którym mowa, ciężył troską na dwóch grupach osob, zajmujących się tą sprawą bez wiedzy o sobie. Obecnie nastąpiła „fuzya” grup obydwóch, co sprawie tej na korzyść wyjdzie z pewnością. Jest ona zjawiskiem pocieszającym u nas, bo my przywykliśmy jedynie do. . konfuzyj.
Dotąd zrobiono wprawdzie niewiele, ale zasięgnięto już wiadomości o ogrodach zoologicznych w Hamburgu i Frankfurcie nad Menem. Nadesłane wskazówki uczą, e pierwszy istnieje już lat 25, a założony został z kapitałem pierwotnym w summie 525,000 marek, przy gruncie bezpla tnym. We Frankfurcie kapitał zakładowy wynosił tylko 35,000 florenów, pizy gruncie dzierżawionym.
U nas projektuje się założenie ogrodu zoologicznego z kapitałem ogólnym rs. 500,000, to jest dwa razy większym, niż w Hamburgu, a przeszło 18 razy przewyższającym kapitał użyty we Frankfurcie. Ma to więc być rzecz na wielką skalę... Obradujący są zdania, że można będzie przystąpić do robót z kapitałem 100,000 do 120,000 rs.
Jest coś imponująco straszliwego w tych setkach tj sięcy, co nam, niestety, odejmuje wiarę w urzeczywistnienie pomysłu, w zasadzie, powta rzamy, pięknego i wróżącego pożytek. W zasadzie.... ale jakże daleko od zasady do faktu, do założenia projektowanego ogrodu i jego utrzyma-
I
Wystawa zbiorów dra Dybowskiego w Warszawie. Rysował z natury C. Jankowski. (Opis podamy wkrótce.)
1321)
Wizerunek Chrystusa Pana, w katedrze na Wawelu. Rysował Podkowiuski.
(322)
154
nia!... A przytćm jak niesłychanie daleko dc owych 500 tysięcy, na które sic jeszcze grosza nie posiada, które dopiero zebrać trzeba będzie, oczywiście znowu przeważnie drogą ofiary lub do-brój woli kapitalistów, którzy na rzecz pożytku ogólnego dobrej woli nie miewają... A kiedy się weźmie pod uwagę smutne koleje Spółki jedwabni-czej, lub suchotniczy oportunizm Towarzystwa muzycznego, kiedy się rzuci okiem na cały szereg projektów w zasadzie nawet rokujących większe pożytki, niż ogród zoologiczny, a przecież już rzuconych w otchłań zapomnienia, to doprawdy smutno się robi i wiara pierzcha...
Pozwolilibyśmy tn sobie zwrócić uwagę na szczegół wielkiej wagi, o którym nasi, zacni zresztą i gorąco spragnieni dobra ogólnego projektodawcy, zbyt łatwu zapominają. Istnieje łaciński frazes, głoszący: per augusta ad augusta, który uczy, że trzeba od małych rzeczy zaczynać, aby dojść do wielkich. Mybyśmy obok niego postawili inną, równie zbawienną maksymę: staraj się prze-dewszystkiem o to, co ci potrzebne najpilniej. A czy istotnie ogród zoologiczny jest dla nas potrzebą najpilniejszą? Wspomnieliśmy już dom dla Towarzystwa zachęty sztuk pięknych; wspomnimy jeszcze szpital dla chorych na piersi, sale zarobkowe, konieczność poparcia szkoły rzemieślniczej, założenia towarzystwa pomocy dla szwaczek i t.d... cały szereg zakładów niezawodnie pożytecznych, a bardziej niezbędnych, niż ogród zoologiczny. 1 na niego niechaj przyjdzie kolćj zporządku rzeczy, ale wtedy dopiero, gdy to, co już istnieje, ugruntuje byt swój na silnych podwalinach, i gdy to istnieć pocznie, co mniej wiedzę ludzką, mniej luksus nauki, a więcćj samego człowieka na celu mieć będzie. Może się zresztą mylimy, ale zdaje nam się, że taki jest przyrodzony porządek rzeczy i takim trybem iść one powinny.
Korzystając z tłoczących się pod pióro sprawozdań dorocznych z bytu i działania naszych insty-
tucyj, przytoczymy tu kilka cyfr, odnoszących się do tak zwanego „Schronienia nauczycielek,” o którem mało kto wić, które pędzi żywot bardzo skromny, a przecież dla celu swego zasługuje na jaknajogólniejsze poparcie. Jest ono dowodem, że łatwo nam przychodzi rzecz jakąś stworzyć, dać jej pierwsze zawiązki bytu, ale rychło porzucamy ją dla nowych pomysłów, nie trwożąc się bynajmniej, czy dawna robota na coś się przydała. Jest to bardzo szkodliwe rozpraszanie sił, ciągła gonitwa za nowością, raczej zabawka, niż praca poważna, ku poważnym zwrócona celom.
„Schronienie dla nauczycielek” istnieje od lat dwóch. O zakresie działalności jego rozpisywać się nie będziemy, mówiliśmy o niej nieraz już i szczegółowo. Otóż sprawozdanie wykazuje, że wciągu roku zeszłego przebywało w „schronieniu” 15 nauczycielek stale, z zapewnieniem przytułku dozgonnego. Maleńka ta cyfra uczy, jak jeszcze daleko do tego, aby zakład spełnia! zadanie swoje odpowiednio potrzebie. Ale... ma zaszczuple środki!
Nauczycielek, szukających schronienia w zakładzie tymczasowo, było ogółem 48; przebyły w nim 1,793 dni instytutowych... Przecięciowo wypada przeto 3 osoby dziennie, a jest to znowu cyferka miniaturowa.... dla braku funduszów. Trzeba też wiedzieć, że utrzymanie dzienne jednej osoby w zakładzie kosztowało kop. 62, więc musiało być bardzo skromnćm, nieledwie ubo-gićni, bo... na lepsze niema pićniędzy!
Jakżeby to było pięknie, gdyby Warszawa posiadała u. p. szkoły rzemiosł, przepełnione mło dzieżą zdrową, czerstwą, intcligentą, pracowitą, wychowaną na pożytek społeczeństwa! Wyobraźmy sobie, że taki młodzieniec, po całotygodniowej pracy, po rannej modlitwie w pięknym kościele... W. W. .Świętych, już ukończonym, idzie do pałacu wystawy sztuk pięknych, aby tam odżywić myśl, zwrócona z obowiązku do rzeczy bardzo pospolitych. Potem, nasyciwszy się ideałami sztuki, kroczy wesoło do ogrodu zoologicznego, z ciekawością przygląda się życiu zwierząt, bada ich obyczaje, podziwia pyszne okazy w akwaryach, zachwyca się żywcini dzie-
łami przyrody, uczy się, uszlachetnia, zdobywa wiedzę i staje się prawdziwym człowiekiem. A po-tćm jeszcze bawi się wesoło i uczciwie w resursie rzemieślniczćj, lub doznaje wrażeń podniosłych w teatrze ludowym, słucha dobrćj muzyki, odpoczywa tak, jak się godzi odpoczywać istocie ludzkiej, obywatelowi społeczeństwa, pracownikowi, który ma swoje prawa i swoje przywileje... A jeśli praca odbiorze mu zdrowie, ma gdzie złożyć strudzoną głowę i spocząć, nabrać sił, pod opieką troskliwą i umiejętną! Nie potrzebuje się lękać o kawałek chleba, bo choć straci robotę, znajdzie ją łatwo przy warstatacłi zarobkowych, lub wyszuka jej przy pomocy biura stręczeu...
Śliczny to obrazek i daj Boże, aby jaknajprę-dzej przestał być tylko obrazkiem w bujnej fantazyi!... Ale aby tak sic stało, trzeba to wszystko zdobywać stopniowo, pracą i energią wytrwałą, nie przeskakiwaniem od przedmiotu do przedmiotu, szamotaniem się i rwaniem, które w rezultacie nic stałego stworzyć nie zdoła.
Zeszłej środy w sal’ ratuszowej rozpoczęły sic odczyty na korzyść osad r. Inych prelekcyą p. W. Marrenowćj „O miłości.”
Według zdania prelegentki, przedmiot to wiecznie w treści swej niezmienny, w formie jednak, wedle czasu i stadyów cywilizacyjnych, różny i ruchliwy. Aby różnicę poznać i istnienie jej niezaprzeczone zbadać, dosyć jest zastanowić się nad miłością Parysa i Heleny, porówuać jej namiętne, lecz i brutalne porywy z sentymentem idealnym dla Laury i Beatryczy, z pierwiastkiem filozoficznym, jaki się miesza do uczuć opisywanych w „Nowej. Heloizie” Rousseau’a.
Pani Marrćuowa barwnie i wykwintnie scharakteryzowała owe trzy stadya miłości w dziejach, ale nie wypowiedziała, czem się ona cechuje i odróżnia w czasach naszych. Zaprawdę, odgadnąć to ciężkićm jest zadaniem. Dzisiaj nic trudno o takich, co miłości poświęcają życie, lub nawzajem życiu miłość. Gonitwy za posagiem, lub naj-
czulsze poświęcenia kochanków, zdrada za powiewem wietrzyka, albo wiara dochowywana święcie i po bohatórsku.. oto rzeczy tak różne,
tak dalekie od siebie, a tak obok siebie zdążające szerokim gościńcem życia.... W naszych czasach na wszystko miejsa dosyć.
Odczyt p. Marrćnowej był pięknym początkiem i dobrą wróżbą dla całej seryi odczytów na osady rolne. Publiczność zapełniła salę i wysłuchała go z zajęciem. Po szale karnawałowym reak-cya widoczna: sprzykrzyły się łakocie lekkomyślności, umysły zapragnęły czerstwego i zdrowego chleba powagi i wiedzy.
Na zakończenie naszej pogadanki musimy tu powtórzyć smutną wiadomość o śmierci Władysława K lugcra, zmarłego świćżo we Włoszech, gdzie przcbjwał wcelu ratowania zdrowia. Był on profesorem politechniki w Limie, w Peruwii, gdzie dokonał wielu prac inźenierskich pierwszo rzędnego znaczenia. Na obczyźnie imię jego znano lepiej niż w kraju, któremu pozostawił kilka dziel cennych z zakresu swego zawodu. Ostatecznie pracował nad kanalizacyą miasta Krakowa, ale pracy tej dokonać nie zdołał. Umarł w sile wieku mczkiego, złamany chorobą piersiową. Dzielny pracownik, prawy człowiek, dla imienia polskiego zdobywał, u obcych szacunek i uznanie.
*87. AJ. Hz.
Na pomnik dla sarbiewskiego. M. G. rs. 1; A. T. D. rs. 3; W. P. rs. 1; H. Ź. rs. 1; W. Ż. rs. 1; B. M. rs. 2; S. Kwiatkowska rs. 5; Z. Kanigowska rs. 3. Kazein z poprzednio złoźonemi rs. 41 k.50.
Na fundusz wieczysty imieniaś. p. ignacego boczylińskiego. 8. J. rs. 1; N. N. z Olewinąrs. l kop. 50; J. B. G. rs. 25; hr. Zofia P. rs. 50; 11 J. rs. 5; J. S. rs. 3; W. W. rs. 3; dr B. C. rs. 10; W S. rs. 3; F. D. rs. 6; J. K. rs. 2; dzieci z własnych oszczędności rs. 2. Razem z nadesłanemi poprzednio rs. 695 kop. 70.
Na pomnik Mickiewicza złożyli w redakcyi naszej: Była redakeya Echa Łomżyńskiego rs.
37; szachiści G. H. W. K. rs. 1 kop. 10. Razem rs. 38 kop. 10. Ogółem ze złoźonemi poprzednio rs. 18,210 kop. 37.
Na pomnik poniatowskiego. Walentynowicz, Sienkiewicz i Barancewicz rs. 3.
Na kościół w jekaterynoslawiu. Jan Łaski kop. 50.
Dla najbiedniejszych. J. Z. A. rs. 5; Niewiadomski kop. 50; Br. Kukieł rs. 1 kop. 50; Elka Wycbwat rs. 10.
Rezultat turnieju szachowego w Warszawie 1883/4 roku.
Po ostatecznem obliczeniu wygranych wciągu turnieju przez każdego z grających partyj, okazał się następujący rezultat: P. p. Żabiński Józef 1972 wygranych partyj, Popławski Artur 19; Kleczyński Jan i Szczawiński Albert po 14; lleił-pern Jakób i Weydlich Kaźmirz po 13 i pół.
W skutek tego pierwsza, nagrodę w kwocie rs. 150 przyznano p. Żabińskiemu, jako wygrywającemu największą ilość partyj; druga, nagrodę w kwocie rs. 100 przyznano p. Popławskiemu; dalej, gdy p p. Kleczyński i Szczawiński wyjawili chęć dobrowolnego podziału nagród między sobą bez walki o pierwszeństwo, to każdemu z nich przyznaną została nagroda trzecia w kwocie rs. 60; wreszcie piątą nagrodę w kwocie rs. 30 przyznano p. Iłeilpernowi, ponieważ p. Weydlich zrzekł się wszelkich praw do niej na rzecz swego współzawodnika.
Najdokładniej rezultat całego turnieju przedstawia następująca tablica: (1 ozuacza wygraną partyą, y2 remis, 0 przegraną).
IU3ZV£	*4	Ci '-I V	rS C;	"-1 r-t H H H Tl
nfoitt -jn;uAVu[od j]	~	— — o	—"	D
.inj Ł-Aiojod j	
Pisinąi?^	100 00* ^o* 00 00 oy, 00 7a y20* 10 00
.mmii \t	7:1 10* 00 li 'u ,7:0 00* 11 01 00 i 11
	
ipiipjCoAY	01 00* 00 10 00 10 00 11 0** । n 01
I^UlAWZOZg	oc 00* 00 01 00 i**y, 'oo 72i *** i**y2 10 7:1*
	«
jąB.wiądoj	00 00 00 00 00 10 00 y,o** oo 00 ‘/2i
	ii 10* l’/9 11 11 11 11 11 11 11* 11
iąuuXzjO|yj	c/ll iV.i 10. ’/i**o 10 00 10 l/.o 00 *0*0 01
3aaqsi!][	7:0 10 00 11 10 00 11 11 11 00 11
luodipji	01 0*0* 00 00 17: 00 11 10 01 00 11
	
ł-i-ąSus	11 10* 11 11 11 oy2 11 11 11 11 11
	11 1 01* 1 1*1* 01 1*1* 01* 11 11* 11* 01* 11*
	II o5/. 01 II n 00, 10, l‘/l 01 00; 00
	4x1	s g .2 ®	n s £ « ? «:S S> jj	g » e, g o?.S cq pq H K K W P. P.  P
Ciekawsze partye z turnieju podamy jeszcze w Tygodniku.
(*) Nicgrana partya .skutkiem niestawienia się jednego z grających.
(•*) Partya wygrana lub przegrana wskutek przetrzymania przez jednego z grających czasu wyznaczonego do namysłu.
(»**) Partya niodokończona. do której na drugi dzień p. Sz nie stawił się.
155
WIZERUNEK CHRYSTUSA PANA, w katedrze ua Wawelu w Krakowie.
Z osiemnastu kaplic katedry wawelskiej, ósma po lewej stronic ma ołtarz z wizerunkiem ukrzyżowanego Chrystusa Pana, zwanym krucyfiksem królowej Jadwigi, u stóp którego zawieszono strzemię. Kara Mustafy, pierwszą zdobycz zpod Wiednia, przywiezioną z placu boju przez Dupon-ta, wczasic gdy Marya Kaźmira modliła sic w kościele przed tym ołtarzem.
Tablica, stanowiąca ścianę obrazu, jest cała srebrna, grawirowana w ozdoby, wysoka łokci 7, a szeroka 3 i pól. Naokoło wizerunku Chrystusa są obramowania marmurowe, na których w połowie długości zawieszono dwa medaliony złote, przedstawiające króla Jana III, u spodu z herbem Janina, i królowćj Maryi Każmiry d Arąuien, z herbem Trzy kozy. U spodu ramy mieści sic wróżebna (wróżąca zwycicztwo) tarcza Sobieskiego, a po obu jej stronach buńczuki tureckie, jako trofea zdobyte pod W iedniem.
Wizerunek N. M. Panny, umieszczony na szczycie ołtarza, mający 30 cali wysokości i łokieć szerokości, jest najdroższą pamiątką religijną po Janie 111. Obraz ten uważał Sobieski za cudowny, przeznaczył go do kaplicy zamkowej w Żółkwi i brał zawsze z sobą czy to w podróżach, czy do obozu. Wierną jego kopią zamieścił Tygodnik ilustrowany w n. 334 seryi 111 z d. 20 maja 1882 r., w n. zaś 338 szczegółowy jego opis.
Towarzystwo wzajemnej pomocy artystów w Krakowie wydało na pamiątkę 200 letniej rocznicy oswobodzenia chrzcściaństwa od najazdu Turków przez Jana III piękną rcprodilkcyą chromolitograficzną wizerunku tego w takim formacie, jak nasz rysunek. Chromolitografia ta wykonaną została w zakładzie litograficznym M. Salby w Krakowie, przez p. A. Lippcrta.
Kiedy Jan III, po rozgromię wiedeńskim, powstrzymywał szeregi zwycię/.kiego wojska, zapobiegając rozbieżeniu się jego za zdobyczą, przyprowadzono mu zdobytego konia wczyrskiego i przyniesiono oderwane od siodła strzemię ueie kajaccgo Kara Mustafy, które na znak odniesionego zwycięztwa eorychlej, bez listu, wysiał Sobieski do Krakowa, przez dworzanina Duponta, przyczepiając doń skrawek pergaminu, z własnoręcznym napisem: „7'en, którego iwga była w tćm strzemieniu, za laską Jjoża^jest zwyciężony.™
Przytaczamy tu, co sam Dupont o poselstwie owem w swym pamiętniku opowiada:
„Król rozkazał mi być gotowym do drogi, by królowćj i panom, stanowiącym przy niej Radę, zawieźć wiadomość o tem wiclkićm zwycięztwie. Owóż gdy przyszło mi prosić króla o rozkazy, zezem mialbjm jechać do Krakowa, rzeki mi:
„Powiesz królowćj, żc czas i miejsce nic po-temu, bym mógł pisać do niej; d daj, że proszę, by przypomniała sobie, żc poslannik mój, wysłany zpod Chocimia, również nie miał listu odcienie, tylko jej byl przyniósł owe wytworną skrzyneczkę zdobyczną, ua znak pogromu nieprzyjaciela. M tćj chwili nic mam nic innego, jak tylko to strzemię; oddaj je więc królowej.”
„Podróż moja do Krakowa trwała trzy dni i trzy noce. Pędząc pocztą po 22 mile na dobę, przybyłem tam we czwartek 16 września zrana o siódmej godzinie; a ehoć to było jeszcze tak rano, królowa już była w kościele, u stóp ołtarzy. Zoczywszy mię tylko, a nie wiedząc z czćm przybywam, krzyknęła, że krzyk ten rozległ się po całym kościele. Zaledwicm wyraził z czćm przybywam, upadla ua twarz przed ołtarzem i tak krzyżem leżąc, jakiś czas pozostała. Tym czasem zaczęła się msza, z którą właśnie wychodził kapłan, kiedym ja się zbliżał; ale zanim się jeszcze msza skończyła, przypomniała sobie królowa, żem jej żadnego nic oddal listu od króla jmci. Wtenczas dopiero dokładniej sprawiłem się według rozkazów, jakie miałem, zapewniając nadto, że król i królewicz w pożądanem zostają zdrowiu. Doręczyłem też królowej strzemię, wezyr-
skie, które tam zaraz w tćże chwili zawieszonym zostało, u stóp cudami słynącego Chrystusa ukrzyżowanego (zwanego krucyfiksem królowej Jadwigi), w ołtarzu katedry krakowskiej na Wawelu.”
Strzemię to wisiało przez długie łata w katedrze pod krucyfiksem; wśród zamieszek jednak krajowych na początku XVIII w. zaginęło. Obecnie dopiero p. Fr. Kluczycki, przy pomocy ks. Polkowskiego, odnalazł je w zbiorach książąt Czartoryskich.
Na uroczystość jubileuszową 200-letniej rocznicy oswobodzenia Wiednia, strzemię to Władysław ks. Czartoryski powrócił katedrze kra-kowskićj, składając je na ręce j. e. ks. biskupa Dunajewskiego, z życzeniem, aby jc zawiesił tam, gdzie było przed 200-tu laty. Dnia 16 listopada r. z. ks. biskup Dunajewski odprawił msze św. przed ołtarzem ukrzyżowanego Chrystusa Pana, po skończeniu której wszedł na ołtarz i własną ręką u stóp Zbawiciela dopełnił zawieszenia, poczem do zgromadzonych przemówił, objaśniając znaczenie pamiątki i jej losy.
Strzemię Kara Mustafy, którego rysunek po-dajemy w 3/-i naturalnej wielkości, zrobione jest na sposób wschodni, cale srebrne, grubo pozłacane, ozdobione ornanientacyą w różne floresy i wysadzone turkusami, wielkości dużego grochu polnego. Wysokość jego od podeszwy do wierzchu kółka, zakładającego się na rzemień przy siodle, wynosi 7 cali poi., długości zaś podeszwy 9, a szerokości 5 cali.
Akwarela, wykonana z tej pamiątki przez p. Ludwika Łepkowskiego w Krakowie i fac-simile pisma Jana 111 na skrawku pergaminu, znajduje się w’ zbiorach Konstantego hr. Przeździeckiego, który łaskawie redakcyi ich udzielił.
J. Starożyk.

i.
W tumanie modrym żyzna Ukraina Śpi, jak spowita w pieluchach dziecina. Legł potoczysto równy step szeroki, Kurhany tylko patrzą tam w obłoki, Jarami, mgłami sine rzeki płyną — Witaj, najmilsza matko Ukraino! Ty drzćmiesz wielka, jako senne bogi, W szczątkach drzemiące na zgliszczach ołtarzy; Wrzącą przeszłością dyszą twe rozłogi, Błękit nad tobą jaśniej, zda się, marzy, Ciszy twych równin jakaś cudna śpiewność, Patrząca prosto w jasne niebios lica, I mogił twoich pomnikowa rzewność, Jak w mórz otchłani śpi w’ niej tajcmica. We mgłach, nad tobą sahajdaczny płynie, 1 z Ddroszcnkiem pułki mkną kuzacze, 1 bujny wicher w badylinach płacze, Pieśni zawodząc martwej Ukrainie.
Z sinego Dniepru glos przeszłości wieje, Molojeów bujnych, Siczy atamanów, 1 od porohów, śpiewna, do kurhanów Równina niebu spowiada swe dzieje, Śpiewa wspomnienia zal nicprzcśpicwany, Choć na wiek wieki zmilkły teorbany...
* * *
Stał cichy futor, patrząc w toń jeziora, Jak płynny szafir przezroczyście szklaną; Tam, nad kaliną w koral obwieszaną, Myły swe lice roje gwiazd z wieczora, Rzucały lipy chłodny cień swój miły Na pnie pasieki, biały dom i wrota, I światła z okien wśród gałązek lśniły, Niby rubiny, albo iskry złota.
W krzewów i świateł wdzięcznej kwitł ozdobie Futor na stepie, niby kwiat na grobie.
Ży 1 na futorze stary Czumak siwy Miał dumną postać, bujny ducli Kozaka; Los go fortuną obdarzył szczęśliwy I dał na starość syna jedynaka.
On wysłał syna do szkól, do Kijowa; Młodzian je skończył, wstąpił do wszechnicy, Dzwoniła nad nim Ławra złotogłowa W tej malowanej starych dum stolicy, I Dniepr szeroki serce mu kołysał, I o słowiańskich szumią! pieśni bogach, Szumiał o Siczy, o dwunastu progach, Krwią rubinową w serce pieśń swą wpisał. A corok z wiosną wracał Arsen miody Do swej sukmany, pszennych pól złocistych, Do krasnych kalin, starych lip, zagrody, Spocząć na łonie dumań promienistych, Ogarnąć wzrokiem step tumanem siny, Odświeżyć serce w pieśniach Ukrainy.
Wówczas gdy gwiazdy w toniach lazurowych Jak brylantowy cli iskrzą świec tysiące, A srebrny księżyc kąpie fale lśniące W cudownych światłach mglisto opalowych— Równiną cichą wstaną mgły przejrzyste, Powieją wspomnień tchnienia uroczyste I wejdzie Arsen sam ua szczyt kurhana, Wysoki, strojny, jak duch atamana, I wzniósłszy w błękit czoło zadumane, Słucha—jak przez sen Ukraina płacze... 1 cieniem przed nim pułki mkną kozacze,. W niebiosach płynie znamię ich rozwdane; Archanioł Michał wieje na znamieniu, Dusza molojca tonie w zachwyceniu...
W lazurach zorza wita gwiazdę ranną, W lunach z opalu, w rąbkach kolorowych; Wiatr, z cicbj m szmerem, strąca rosę szklaną, Wilgotny, w nurtach skąpany Dnieprowych. On stoi jeszcze, goniąc wspomnień mary: Zicmia-rusalka rzuciła nań czary.
I graniczyła wioska z tym futorem, O białych chatach, z cienistcmi w’roty, Z zieloną cerkwią, strojną w krzyżyk złoty, Z pięknym, wśród gajów, malowanym dworem. Wśród wodotrysków’, chłodnych altan sadu, Dużo tam rosło lilij, róży krzaków’, Dużo się lęgło motyli i ptaków, Dużo się wiło bluszczu, winogradu...
Wśród nich czarowna, niby rajskie kwiecie, Rosła Rusałka, piękne łasze dziecię.
Pieśni! tyś wolna zmarłych dziejów dusza, Piastunka jasna Ukrainy dziecka...
U wiana z czarów siła twa zdradziecka Uczy je tęsknić, przeszłość kochać zmusza. Ty, zbrojna w czary, w strzał dalekich błyski, Wypiastowalaś dziewczę od kołyski.
Duszy dzićwezęcej, razem z dziejów’ kartą, Śpiewały przeszłość sine w mgłach mogiły; Równina księgą stała się otwartą, Hetmańskie cienie wciąż się sercu śniły. Często więc dworu przykrząc zimne ściany, Szła wstęp szeroki, marzyć, na kurhany.
# * *
Tak się Arseni spotkał raz z dziewczęciem. Był wieczór, słońce zaszło za równinę, Złoto-różowych blasków swych objęciem Płomiennie tęcząc błękitną wyżynę.
Stepowy motj 1 usnął w kwiatów bieli; Jak śnieżna perła na szafir rzucona, Wieczorna gwiazda zeszła osrebrzona 1 jakby blask jćj raz pierwszy ujrzeli, Zdumieni stali w świetle jćj oboje. Odtąd na kurhan marzyć szli we dwoje. Tak razem łasza i kozacza dusza Wśród uroczystej, jasnój nocy tchnienia, Wśród majestatu lepszych lat wspomnienia, W przeszłość wpatrzone, co je wspólnie wzrusza, Słuchały—z wichrem co od Dniepru dyszy, Jak płaczą duchy w nadgwiazdowej ciszy.
1 promienistą łaską pojednania
W ich sercach kreśląc wspólnych dziejów zgłoski, Przemawiał do nich glos potęgi Boskiej Słowem braterstwa, zgody i kochania.
Niebo, jak w perłach, lśniło w gwiazd ozdobie. Tak dąb z kaliną łączą się na grobie...
* # sł:
Lecz stary Czumak innej snadź był myśli; Groźne obrazy duch ponury kreśli:
156
Blade, zsiniałe śnią mu sie upiory, Dymiące zgliszcza, gorejące dwory, Wojna domowa, czarna plama krwawa, Rana otwarta w mętnej duszy stawa. On zgadł, podpatrzył dwoje smukłych cieni Na osłonionym siną mgłą kurhanie, I nie po myśli ojcu to kochanie, 1 jednej nocy znikł nagle Arseni.
Te słowa tylko w ciężką przysłał chwilę: „Niźli cię stracić, wolę ledz w mogile.*1 Ona—cóż ona?...
Wzdłuż jeziora potem Chodziła dumać w jasną noc gwiaździstą; Wśród tal widziały postać jćj srebrzystą Rusałki toni, z gwiazd igrając złotem, I drobne perły łez jćj pozbierały, Na promień światła niżąc je tęczowy;
Potem śpiewały toni szafirowej, Lub w srebrnych rosach cichej lilii białej, Jak wiatr nad zmarłą szumi Ukrainą, A płaczą nad nią... tylko pieśń z dziewczyną.
11.
Światłem rzęsistćm świeci dwór w zieleni, Komnaty strojne kwieciem uwieńczono, Ogród i ganek lamp tysiącem płoną, W zwierciadłach, wzlocie światła blask się mieni. Uroczej Laszki weselne dziś gody, Piękny, światowry i strojny pan młody.
W woniach i kwiatach, w kryształach stół cały, Wśród tłumu gości huczne brzmią wiwaty, A ona, w zwojach mglistej, srebrnej szaty, Z warkoczem strojnym w wieniec kwiatów biały, Tęsknym uśmiechem zbladłe zdobi lica, Urocza smutkiem, jak promień księżyca. Cudną jej głowę cień zadumy kłoni, W widzeniu mętnem tonie piękne oko...
Przed uiem równina legła w mgłach, szeroko, Wieje od mogił tętent, rżenie koni, Nad tłumem rzeszy znamię z wichrem szumi... Acb... i westchnienie młoda pierś jćj tłumi!... Zgasłe, rycerskie, bohaterskie plemię Z pieśniami wichru płynie ponad ziemię. Skinął jćj z wyżyn poczet wielkich cieni, A na kurhanie stanął w mgle... Arseni. Wysoka w świetle rysuje się postać... Nadeszła chwila... trzeba im się rozstać!...
Żal przejdzie!
Podróż po weselnych godach, Po obcych krajach, pysznych, złotych grodach, Szwajcarskie góry, jezior urok boski, Urocza szata barkaroli włoskiej, Niebios, szafirów płomieniste tchnienie, Przyniosą sercu balsam: zapomnienie! Grzmijcie, wiwatyl Tańca wir szalony Zamierzchłych dziejów zmąci blade mary; Przesądu bóstwo warte serc ofiary!
Cieszą się goście, brzmią muzyczne tony... Tu bal... Któż winien, jeśli życie czyje O skale losu z żalu się rozbijc?...
* * *
Przeszły dwa lata. Jesień chmurna, blada, Z krzewów ogrodu zżółkły iiść opada, I powrócili państwo młodzi z drogi, W step ukochany, bujny, choć ubogi.
I zawrzał życiem dwór, tak długo cichy, Zjechali goście, krążą znów kielichy. Z gośćmi pan młody przy stole zielonym, Przed nim w pólświetlc stosy złota świecą; Gdzież ona? W progu, okiem zamyślonem Po chmurach błądzi, które w przestrzeń lecą, Stęsknionej duszy dawny sen się marzy I łza, jak brylant, lśni na bladej twarzy... Odetchnąć stepów ukraińskich wonią, Dawnemi Izami wolno płakać przecie.
I wyszła dumać nad jeziora tonią, Gdzie wiatr, wznoszący zeschłe stepu kwiecie, Z sokoły krążąc, skrzydły swobodnemi Powtarzał słowa tych, co byli w ziemi... Spojrzała... Dziś tu tak obco! step szary, Kurhan bezbarwny! Umią się w mgłach obszary, Falc chmur ciemnych płyną w dal, jak morze... Jak jej tęsknota blada toń w jeziorze.
Śpi Ukraina, przeszłość śpi na wieki!...
Ciszej!... wszak z wichrem płynie śpiew daleki, Śpiew głuchy, mroczny, niby płacz otchłani... Tak plączą zmarli, lub na śmierć skazani...
Bliżej już, bliżej... Widać orszak w dali, Rój świec żałobnych w cieniu tam się pali, Chorągwie zwiały skrzydła swe pod niebem, Naprzód—krzyż święty idzie przed pogrzebem... —Czy sen?... o Boże! wśród orszaku cieni Odkryta trumna... w trumnie śpi Arseni!
W chmurne niebiosa twarzą on zwrócony, Płaczą nań płaczki, dzwonią nad nim dzwony, Niosą w grób ciemny, w wieczną noc go rzucą, A śmierć i wieczność nigdy go nie zwrócą. Wiatr światła gasi... O! dla jednych oczu Zagasło światło w wiecznych łez pomroczu! Nam od twych sądów nic schronić się, Panie! Gdy w chwili gniewu strącisz świat w otchłanie... Lecz w proch zdeptani gromem wyższej woli Czćm są dla ciebie?... Ziarnem w życia roli!
Jest tam, w przestworzu, pośród gwiazd gromady, Świat promienisty, olśnion blaskiem zorzy, Gdzie w mirtów cieniu szumią wodospady, Gdzie nie przemija święty spokój Boży, Gdzie kwitną lilie, różom pieśń śpiewając, Gdzie białe duchy źyją, lez nic znając.
Tam bratnia jedność wolna walk i burzy, Tam bratnia równość wolna cicrniów pychy, Tam w gwiazdach złotych błękit się nie chmurzy, Tam Bóg pokoju wszedł na tron Swój cichy, By zjednoczonym wskazać drogi Swoje, Tam —oni, w świetle, znajdą się oboje!
I zatopieni luny różowemi
W gajach promiennych srebrnych palm kwiatami, Oboje będą modlić się za nami, Za Ukrainą i za braćmi ziemi, By świateł łaski wymodlić nam zorze, Pokutującym przebaczenie Boże!...
Tymczasem pieśń niech skrzydła swe rozwinie, Zapłacze z wichrem wzdłuż po Ukrainie, Obudzi senne w grobach teorbany, Echo naddziadów pieśni ukochanej, Spadnie, jak rosa, łzą na serce brata, I uczuć słowem niech w nie zakolata, A bratni uścisk, co dwie dłonie splecie, Koroną będzie pieśni i poecie.
AnieZa Konieczna (Jlanlcka).
Kronika paryska.
Karnawał paryski. —.Meissonicr. — Podrabiane obrazy.— Kenan i p. Astrnc o Żydach. — Lesseps i Coppće.—Hrabia <lc Beauniont, przez p. Bardoux.
Wesołe uczty karnawałowe, tłumy jaskrawo przystrojone, snujące się po ulicach, muzyki, śpiewy, tańce, gonitwy, igrzyska, wszystkie tc symptomata wesołości ludowej przechowały się jeszcze w niektórych południowych miastach i krajach. Łagodny klimat pozwala tam na zabawy publiczne, a ostatki upoważniają ten gorączkowy wybuch szału i zgiełku.
Niczego podobnego niema i nie może być w Paryżu. Miasto jest zawiclkie, aby mogły w nićm odgrywać się publiczne widowiska na ulicy, a dćszcz, co leje zazwyczaj w tej porze z ołowianego nieba, nie sprzyja maskom i pochodom. Przedewszystkićm jednak obojętność religijna, coraz jawniejsza, odjęła ostatkom ich racyą bytu. .Skoro nazajutrz tak samo bawić się będą, jak wczoraj, a nawet więcej, niema powodu obchodzić w sposób szczególny karnawału. Niczćm się tedy dnie te nie różnią w Paryżu pośród klas zamożniejszych. W uboższych przebierają jeszcze dzieci i gromadzą je po bulwarach, ale pośród tłumu nicmająeego w sobie nic świątecznego, te pajace i wiwandyerki lilipucie, niby własną swą pstrokacizną przestraszone, tracą naiwną wesołość i gubią się coprędzej w niedostępnych zaułkach. Grają na rogach myśliwskich przed szyn-kowniami, gdzie pijanych więcej może w tych dniach, niż w innych: oto uliczna, zewnętrzna
strona karnawału paryskiego. Starzeje się widocznie gród nadsekwański i potrzeba mu czegoś więcćj, aby się rozruszać, rozweselić na dobre.
W świecie urzędowym i w święcie arystokratycznym zabawy zimowe rozpoczynają się dopiero z postem, aby potrwać aż do czerwca. Ten sposób życia angielski wyrobił sobie w Paryżu prawo obywatelstwa i odpowiada tak dalece potrzebom nowoczesnym tutejszego życia, że nie może być mowy o żadnej jego zmianie. Koniec końcem, karnawał paryski umarł nadobre i nic mu zmartwychwstania nie wróży.
Zajmuje się jednak Paryż wielce jedną biesiadą, niemającą z karnawałem nic wspólnego. Jest to uczta, jaką wydać ma dla Mcissoniera świat literatury i sztuki. Za parę miesięcy upłynie pół wieku, jak Meissonicr zaczął wystawiać swoje obrazy, i ten pięćdziesięcioletni jubileusz zastaje siedemdziesięcioletniego starca nietylko pełnym siły fizycznej, ale na szczycie artystycznej twórczości. Jest-to wielkość olbrzymia, uznana, niezaprzeczona. Meissonicr zajinie w historyi sztuki miejsce obok wielkich holenderskich malarzy epoki Odrodzenia, którym dorównywa mechanizmem, a których przewyższa stylem. Publiczność nie zna prac Mcissoniera tak, jak na to zasługują, gdyż od wielu lat nic bierze już on udziału w wystawach: wprost z jego pracowni obrazki wypieszczone, które przez lupę maluje, rozchwytywane są przez amatorów. Pracuje on powoli i posuwa swoje skrupulatność do ostatnich możliwych granic. Nic mogą profani zrozumieć, źe za małe jego plecionko płacą mu po 300,000 franków, a mnićj jeszcze tego, że malarzowi zdarzyło się zwrócić pól miliona, zapłaconego jako zadatek za dwa obrazy, które 800,000 fr. kosztować miały, gdyż nie czuł się natchnionym do tćj pracy. Tc olbrzymie cyfry już same przez się otoczyły Mcissoniera jakąś aureolą u tłumu, a że artyści bez wyjątku podziwiają w nim mistrza, powiedzieliśmy wyżćj.
Wystawa zbiorowa wszystkich obrazów jego, rozproszonych po świecie, otwartą będzie wkrótce i stanie się rodzajem apoteozy dla mistrza. Z tej okazyi miano mu wydać składkową ucztę, przyśpieszoną z zupełnie nieprzewidzianego powodu. Świeżo wyrządzono Meissonicrowi niepojętą zniewagę: spalono rozmyślnie obraz wyszły zpod jego pcnzla. Był to portret pani Maekay, najbogatszej Amerykanki. Słynęła ona dotąd ze swoich milionów, obecnie słynąć będzie z herostratowego czynu. Zapłaciła za swój portret Meissonierowi umówioną sumę 70,000 franków, ale nic będąc zadowoloną z podobieństwa, uważając się za piękniejszą, niż zrobił ją artysta, spaliła obraz. A wizerunek ten sam Meissonicr uznał jako swoje arcydzieło portetowe. Widzieliśmy go tej jesieni na wystawie, obejmującej kwiat malarstwa francuskiego w ostatnich pięciu latach, i nie mieliśmy słów do opisania tego utworu. Zniknął z powierzchni świata przez kaprys kobiety, która sądzi, źc miliony dają jej prawo być artystyczną wyrocznią. Okryła się śmićsznością raz na zawsze, wywołała oburzenie i wzgardo. Paryż cały w szlachetnym gniewie chce pokazać sędziwemu geniuszowi, że czu je sic dotkniętym tą zniewagą. Epoka ikonoklastów zniknęła już niepowrotnie.
Podczas gdy jedno autentyczne arcydzieło zniknęło bezpowrotnie, Paryż w swycli nieznanych zaułkach i przez zręczność niesumiennych szalbierzy, produkuje ciągle mnóstwo fałszywych. Powstały od niejakiego czasu istotne fabryki, puszczające tuzinami w świat obrazy, mające niby być dziełami wielkich spólczesnych pejzażystów francuskich. Jak we Włoszech fabrykują en gros starożytne (!) kamee, a w Niemczech obrazy starej wloskićj i holenderskiej szkoły, tak w Paryżu podrabiają płótna Diaza, Corota, ł)aubigny’ego. Szkoła pejzażystów francuskich spólczesnych jest bczwątpicnia najpićrwszą w świecie, a ogromne ceny, płacone za obrazy mistrzów, skusiły handlarzy. Posiadają oni cały zastęp młodych ludzi, uie bez talentu i biegłości ręki, którzy, stu-dyując i kopiując jednego i tego samego mistrza, powoli dochodzą do mechanicznego odtwarzania jego sposobu tworzenia. Wtedy dzieło opatrzone
157
bywa podpisem i handlarz nietylko za morze lub na prowincyą, ale i do galeryi stołecznych sprze-daje po kilkanaście tysięcy franków obraz, który go kilkaset franków kosztował. Trzeba być znawcą, aby fałszerstwo ocenie, a często traf jedynie oszustów zdemaskować potrafi. Słynny proces, jaki wytoczył pan Trouilłebcrt, malarz którego krajobrazy sprzedają opatrzone w podpis ('orota, jest ostatnićm słowem w tćj żywotnej dla Paryża sprawie.
Gorączkowe zamiłowanie sztuk pięknych, idące w parze z szybko wzrastająccmi dostatkami, mogło jedynie wytworzyć obok prawdziwych, autentycznych dziel piękna, tyle innych podrobionych. Niema żadnego innego sposobu zaradzenia złemu, jak utworzenie komitetu ze znawców i arty stów, których opinia będzie stanowiła ostatecznie, a nawet uprzednio, o wszystkich obrazach wystawionych na sprzedaż. Komitet tego rodzaju powstał obecnie w Paryżu i możua mieć nadzieję, że w większej przynajmniej części uda mu się położyć tamę nadużyciom i oszustwom.
W świecie nauki panuje zato spokój. Ale spokój nic znaczy martwoty. Życiowy prąd jest tu widoczny, nieraurzeczony, a są nawet kwestye, które pod filozoficzną swoją powłoką kryją nader żywotne problemata. I tak, istnieje w Paryżu Towarzystwo naukowe, poświęcające sic studyom nad judaizmem. Prace jego są nader ciekawe pod względem historycznym. Niedawno, na pu-blicznein posiedzeniu tego Towarzystwa, Rcnaii miał odczyt, który, jak każda praca wyszła zpod jego pióra, był mistrzowskim. Znakomity uczony, którego powaga w przedmiotach doty czących początku chrystyanizmu jest niezaprzeczoną, rozwiódł się nad stosunkami judaizmu z chrześciani-zmcin, wykazał ich pierwiastkową jedność i ich stopniowy rozbrat, dochodzący zczasem do uiena-
wiści. Reuau, wiedziony prawdziwie historyczną bezstronnością, zwrócił uwagę na żywioły cywilizacyjne, jakie judaizm przyniósł z sobą i za które stałą mu wdzięczność mieć winniśmy.
Chociaż kwestya żydowska, tak zażarta, tak rozjątrzona w innych krajach, nie istnieje bynajmniej we Francyi, chociaż Żydzi są tu obywatelami takimi, jak wszyscy inni, chociaż małżeństwa cywilne pozwalają na ciągły amalgamat przeciwnych wyznań, a toleraneya religijna dochodzi aż do apatyi—mimo tego teorye Rcnana zdawały się wielu uczonym zbyt optymistyczne i wywołały polemikę. Towarzystwo do studyów judaizmu uznało za właściwe zabrać raz jeszcze głos w tej sprawie, i p. Astruc miał odczyt o roli Żydów w świecie starożytnym i średniowiecznym.
Pierwsze ślady nienawiści do Żydów znajduje p. Astruc w szkole filozoficznej w Aleksandryi. Greccy uczeni rozpoczęli wówczas polemikę z żydowskimi i udało im się powoli podburzyć przeciwko tym ostatnim nawet rząd rzymski, z zasady trzymający sic zdała od wszystkich teologicznych sporów. Istotnie jednak prokonsulowic rzymscy zaczęli dopiero prześladować wiarę moj-żeszową równocześnie z chrzcściańską, nie dopatrując się między niemi wielkich różnic i widząc w nich dwie gałęzie jednego szczepu. Tryumfujący clirześcianizm zwrócił całą swą grozę przeciwko starszemu bratu i odtąd walka istnieje nietylko na polu religijnćm, lecz i na ckonomi-cznćm. Pozbawieni ziemskiej właśności, Żydzi ubiegają się o własność ruchomą, a pozbawieni praw i przywilejów obywatelskich, dążą do pozyskania sobie tych, które dajc bogactwo. Ten podwójny charakter walki, jego niezłomne prawa i niezmienne koleje, jakie ona przechodziła wc wszystkich krajach i strefach, wykazane zostały przez uczonego historycznego badacza z bezstronnością i takićm bogactwem przykładów, że najmniejszej wątpliwości zachować już o nich nie będzie można.
Akademia francuska, której Rcnan jest jedną z wyroczni, skompletowała się obecnie dwoma nowomi wyborami. Zaliczono w poczet nieśmiertelnych Franciszka Coppće, młodego poetę, i Ferdynanda Lessepsa, „wielkiego Francuza,” człowieka nadzwyczajnego, co nietylko przekopuje międzymorza, łączy wody oceanów, oddziela czę-
ści świata przedtem zjednoczone, zalewa pustynię wodami morskicmi, ale który, mimo łych prac i przedsięwzięć nadludzkich, ma jeszcze czas pisać podróże, pamiętniki, memoryaly. Wprawdzie piśmiennicze jego utwory obracają się zawsze około jego osobistego działania, ale też trudno czego innego odeń wymagać. Akademia francuska już dawniej uwieńczyła sprawozdanie pana Lessepsa; obecnie złożyła mu hołd nowy i nieza-przeczenie uświetniła swoje zgromadzenie, wprowadzając takiego kolegę. Przez takie wybory nadaje ona sobie cechę istotnie pierwszego w święcie ciała naukowego.
Coppćc także na wybór swój zasługiwał i jeżeli akademia miała słuszność przełożyć nad niego Edmunda About przed miesiącem, to obecnie, gdy szło o spadkobiercę dla poety Wiktora La-prade, pisarz dramatyczny pełen talentu, o formie kunsztownej, o imaginacyi żywej i o obfitym już plonie poetycznym, nie znalazł oporu. Jeżeli braknie może czasem muzie jego orlego polotu i jeżeli niedość się wznosi ponad życiową prozę, to zato posiada moralną, duchową czystość, która mu szerokie grono czytelników raz nazawsze zapewnia.
Talent, który powoli przez ciekawe i sumienne studya zdobywa sobie uznanie publiczności i względy akademii, jest udziałem p. Bardoux. Ten dawniejszy minister oświaty dał nam parę książek przedziwnych. Mamy właśnie przed sobą ostatnią, noszącą tytuł „Hrabina de Beaumont.” P. Bardoux, który dawniej już badania swoje zwrócił do literackiego rozwoju Francyi w początku bieżącego stulecia, dodał tu nową cegiełkę do swego gmachu. Osobistość hr. dc Beaumont była dobrze znaną wszystkim, którzy cenili wykwintne, misterne pióro jćj przyjaciela Joubcrta, a klasyczne dzieło Sainte Bcuve’a o Chateaubriandzie
i jego literackiem kole, pozwoliło zapoznać się bliżej z tą kobietą powabną i wykształconą. Ale całość jćj życia, jćj działania, jej rola w gronie piśmienniczych znakomitości u schyłku zeszłego i w pierwszćj części bieżącego stulecia nie były dotąd systematycznie przedstawione i należycie ocenione. Poraź pićrwszy mieć możemy o nićj dokładne wyobrażenie, dzięki p. Bardoux. Te osobistości, które należały do dawniejszego świata i przygotowywały ruch rewolucyjny, które nim kierowały później i stanowiły ogniwo pomiędzy dwoma całkiem odmiennemi światami, przedstawiają dla badaczy społecznych pole niezmiernie wdzięczne. Pan Bardonx wywiązał się ze swego zadania w sposób znakomity. Córka lir. de Mont-morin, nie miała lat 19 skończonych, gdy jćj ojciec, minister Ludwika XVI, posługiwał sic jćj piórem; zawczasu więc wdrożyła się do ważnych problematów. Nieszczęścia pożycia małżeńskiego, kataklizmy polityczne, których była świadkiem i ofiarą, łamią jćj życie, ale wyradzają w nićj ducha tolerancyi i entuzyazm dla wielkich idej. Paulina de Beaumont zaprzęga sic do rydwanu Chateaubriauda i jeżeli dzisiaj surowa krytyka nie może zrozumieć zapału, jaki wzbudzał twórca Atali, to zato stawia na piedestale te wyborowe osobistości, które dobrowolnie kryły się za jego tarczą. Listy pani dc Beaumont są perłami literatury i cala jej postać jaśnieje kryształową czystością. Jćj miejsce jest odtąd stale w gronie wyborowych kobiet Francyi XIX wieku.
gęsi « gąski;
KOMEDYA W PIĘCIU AKTACH V
MICHAŁA BAŁUCKIEGO.
AKT IV.
Ten H.nn ogród, co w akne trzecim, tylko zamiast hamaka, za lipa dwa krzesła ogrodowe, takie jak pod altaną.
SCENA I.
HULATYŃSKI (prowadzi pod rękę) marzyckiego.
MARZYCKI.
Poco właściwie przyprowadziłeś mnie tutaj?
HULATYŃSKI.
Spełniłem rozkazy panny Maryi. Ona mi powiedziała, żc chce z tobą koniecznie mówić; pojechałem, wpakowałem cię na bryczkę i dostawiam zbiega na miejsce.
MARZYCKI.
Ale wT jakim celu?
HULATYŃSKI.
Dowiesz się zapewne od panny Maryi. Ja spełniam tylko funkcyą żandarma; co kazała, zrobiłem. Ty wiesz, że ja teraz zaciągnąłem się pod jej komendę.
MARZYCKI.
A ty, będąc na mojem miejscu, czy przyszedłbyś do domu, w którym wiesz, że zastaniesz rywala szczęśliwszego od siebie?
HULATYŃSKI.
Musialbym naprzód przekonać się, czy rzeczywiście jest szczęśliwszy.
MARZYCKI.
Więc sądzisz...
HULATYŃSKI.
Ja jeszcze nic nie sądzę. Panna Marya zabroniła mi wydawać zbyt pośpieszne zdanie o kobietach; dostałem już za to porządną bure. Będę pierwej obserwował, a potem ci powiem.
SCENA II.
C1Ż i KLOROTKIEWICZ.
kłopotkiewicz (^>rzec7zodzi, ale mając iccale zamiaru się zatrzymać, ale spostrzegłszy rozmawiających, idzie na przód sceny).
A! Hulatyński, i pan Adam! Seivus! (Wita ich, do Marzyckiego.') Tyś pewnie krzywy ua mnie, panie Adamie, żc cię tak zostawiam samego; ale widzisz, przy tćm szelmowskiem gospodarstwie,
to dalibóg chwilki wolnej niema. A ty tu pewnie nudzisz się u nas, co?
marzycki.
Jak pan możesz przypuszczać coś podobnego?
KLOROTKIEWICZ.
Ale nudzisz się, z miny ci to widać. Gdyby choć Joasia była wolniejszą. Cóż kiedy ciotka formalnie ją sobie zaarendowala. (Ogląda się.) Baba lubi mieć ciągle dwór kolo siebie, żeby miała komu rozkazywać. Oj! z tą ciotką, to mamy dalibóg krzyż pański!
HULATYŃSKI.
Miła osóbka, prawda?
KŁOPOTKIEWICZ.
To jej źle, to jej niedobrze! to jej muchy zawadzają, to psy, to kaczki, to jedzenie nie smakuje. Cocliwila coś nowego. Ot i dzisiaj, przysłała do mnie nagwałt tę swoje ukochaną Brygidę...
HULATYŃSKI.
To także ziółko.
KLOROTKIEWICZ.
Prosiła, żebym profesora przeniósł gdzieindziej, bo jej łazi nad głową, słyszy sąsiad?
HULATYŃSKI.
I to jej zawadza?
KLOROTKIEWICZ.
Kiedy, powiadam sąsiadowi, biedaczysko w pan-tołlach prawie po całych dniach chodzi, żeby nie stukać, i jeszcze jej źle. Co ja tu nieszczęśliwy człowiek zrobię? Trudno przecie zabronić mu całkiem chodzić.
hulatyński (z uśmiechem).
Wypraw go pan do mnie.
KŁOPOTKIEWICZ.
E... sąsiad żartuje, a ja dalibóg jestem w kłopocie.
HULATYŃSKI.
Ale nie, naseryo mówię. Panie niech sobie mieszkają tutaj, będzie to rodzaj babieńca, a ja panów zabieram do siebie. (Z uśmiechem.) Może i pan z nami?
KLOROTKIEWICZ.
Ba, gdyby nie gospodarstwo, to jabym tam chętnie do kochanego sąsiada się przekwaterował. Dopićroby to było życie, panie, fajka, gawęda; gawęda, fajka, prcferck... A propos pre-ferka, możcbyście sobie złożyli pulkę, jest profesor.
158
HULATYŃSKI.
Profesor nic grywa w karty.
MARZYCKI.
Ja także.
KŁOPOTKIE wicz {zakłopotany).
Hm, to cóż ja wam tu wymyślę takiego? może z wędką na ryby?
hulatyński.
Ależ niechże sic sąsiad o nas nic troszczy, my się tu sami zabawimy.
kłopg jkiewicz {ucieszony').
A! idą panie. No, to już dobrze, będziecie mieli zajęcie.
SCENA III.
Ciż, ciotka, joasia (dekoliowana, suknia z ogonem).
MARZYCKI (do Hulatyńsklego).
Przypatrz się, co oni z niej zrobili...
KLOPOTKIEWICZ {idąc do Joasi).
Juasiu, bój się Boga! jakżeś ty ubrana? muje fularową chustkę od nosa z kieszeni, ciszej.) Weź-że choć tę chustkę i okryj się...
CIOTKA.
Dajże pan pokój dziewczynie, bałamucicie ją tylko ciągle temi waszemi uwagami.
łłopotkiEwicz (półgłosem do ciotki).
Jakżeż można tak przy kawalerach, to nieprzyzwoicie.
CIOTKA (głośno).
Co moda każę, to nie moźebjćnieprzyzwoitem. (Piada na Kanapce pod lipą > zajmuje się oczyszczani m paznogei.)
KLOPOTKIEWICZ {do Hułaty oskiego).
No, to także osobliwsza moda. Tu żałują kawałka materyi (wskazuje na piersi), a tam znowu od dołu tyle, że się wlecze z przeproszeniem, jak ogon. Nie szkoda tćż to taką śliczną raateryą zamiatać ziemię? ( Wskazuje na Joasię, która nie patrząc na nikogo, częścią z zażenowania, częścią z zadąsania, idzie drobnym kroczkiem za ciotką i siada na jednym ze stołków pod lipą.) Patrz-no sąsiad, toż ona chodzić nie może, tak ją spętali, niby konia na pastwisku.
hulatyński {półgłosem, naśladując ciocię).
Tak każę moda.
KLOPOTKIEWICZ.
A niech ich kule biją z taką modą! (Wczasie, gdy to mówi Klopotkiewicz, wchodzi Marya i wita się z Marzyckim w głębi.)
SCENA IV.
CIŻ, MARYA, {potem) BRYGIDA.
Joasia {spojrzawszy ukradkiem w stronę, gdziestal Marzycki, gdy zobaczyła go z Maryą, mówi cicho).
Już jest przy nim. Szkaradna kokietka!
MARYA {do Marzyckiego).
Cóż, mówiłeś pan z Joasią?
MARZYCKI.
Nie spojrzała nawet na mnie, ciągle przy ciotce, widocznie mnie unika.
MARI A.
Czekaj pan, pogadam z nią. {Zachodzi zfylu za lipę do Joasi.) Joasiu! pan Adam przyjechał. (Nie odcbiawszy odpowiedzi, dotyka jej ramienia.) Pan Adam przyjechał.
JOASA (mówi zadąsana, nie patrząc na Maryą).
Jeśli przyjechał, to go sobie baw, bo ja wcale nie myślę. {Zirytowana przechodzi pod altanę.) marya {patrzy na nią zdziwiona i mówi do Skarżyć kiego, który się zbliżył do nićj).
Co się jćj stało?... Ja jej doprawdy nie poznaję. MARZYCKI.
A widzi pani.
{Słychać za sceną kilkakrotne strzelanie ? bata.) BRYGIDA {przynosi ciotce wachlarz i stołeczek pod nogi).
ciotka (do Klopotkiewicza).
Panie Janie!
KLOPOTKIEWICZ.
Co ciotka każę?
CIOTKA.
Kaź pan podać stolik do kart, zagramy parę partyj bezika.
KLOPOTKIEWICZ.
Jakto, teraz?
CIOTKA.
Najwłaściwsza pora poobiedzie, dlastrawności. KLOPOTKIEWICZ.
A to mi dała bobu!
CIOTKA.
No:?
KLOPOTKIEWICZ.
Zaraz, zaraz. Hej, Jasiek! {N. str.) A to skaranie Boskie, tu tyle roboty! {Głośno, necietpilicie.) Jasiek! {Wychodzi na lewo.)
{Strzelanie z bata powtarza się.)
CIOTKA.
Idź no zobacz, Brygido, kto tam tak strzela z tego bata. (Do Klopotkiewicza, który wraca z kartami.) Ze też pan Jan nie uważa, że ma w domu osobę nerwową, i pozwala na coś podobnego.
KŁOPO1KIEWICZ.
Co takiego, co się stało?
CIOTKA.
Cóż to pan nie słyszysz? Strzela sobie, jak najęty-
KLOPOTKIEWICZ {chce iść).
Któryż to tam cymbał taki? brygida (wraca).
To ten pan, proszę pani...
CIOTKA.
Cóż znowu za pan?
BRYGIDA.
Z przeproszeniem, pan Talon... ciotka (zmieniając ton).
A, on? Widać zamiłowany do koni. Idź-no, Brygido, poproś go tu do mnie. {D>ygida wychodzi.)
SCENA V.
CIOTKA, HULATYŃSKI, KLOPOTKIEWICZ,MARZYCKI, MARYA, JOASIA, PANTALEON, JASIEK {wnosi Stolik do kart).
CiGtka {do Jaśka).
Krzesło dla mnie tutaj i stołeczek pod nogi.
(Siada. Jasiek wychodzi.)
PANTALEON {wchodzi z prawej zadowolony).
A co, słyszeliście państwo? Wars gutł {Patrzy po wszystkich.) jak z pistoletu, prawda? Bo się tego u Renza uczyłem. A jak czwórką powożę... pi, pi... to klękajcie narody. (Nuc i z Galatei.) Na wyścigach fiakierskich w Wiedniu tego roku o mały włos pierwszej nagrody nie złapałem, jak mnie państwo żj wego widzicie. Bo konie i ko-bićty, to moja pasya, oo! i bilard. Szkoda, że tu niema bilardu, jabym państwu dopiero pokazał sztuczkę: karambol nosem na dublę, ja tem furorę robiłem we Wiedniu, jak babcię kocham.
CIOTKA.
Pantaleonie! {Daje mu znak głową, aby się zbliżył.)	-
PANTALEON {przysiadając się do niej, mówi).
Ganz Ohr, Madame.
ciotka {półgłosem).
Dlaczego nie zajmujesz się Joasią? Przecież jako starający się...
PANTALEON.
A, prawda. {Wstaje.)
CIOTKA.
Jest tam przy altanie.
pantaleon {wyciągając mankiety i popiawiająfl szkiełko, idzie ku altanie, n. str.).
Idźmy udawać konkurenta. Man muss diploma-tisch sein. {Siada obok Joasi.) Pani lubi Wiedeń? {Dalsza rozmowa pocichu.)
{Sytuacyaz na środku sceny ciotka przy stoliku z Klopotklewiczem, na prawo przed altaną Joasia z Pantaleonem, na lewo, na miejscu gdzie wisiał hamak, Marya z Marzyckim, którzy tam usiedli za wejściem Pantaleona. Hulałyń-dii, pałac papierosa tc gięci, obserwuje Joasię.)
buchta. (widząc, że MarzycU wstał nagle).
Pan odchodzisz?
marzycki (wzburzony).
Wyjeżdżam.
MARIA.
Dlaczego?
MARZYCKI.
Widzę, że nic mam tu już co robić.
MARYA.
Ja przeciwnie. Im więcej obserwuję Joasię, tembardzićj widzę, żc ona tylko udaje to wszystko.
MARZYCKI (z westchnl nicm).
Dobra pani! Pocieszasz mnie, jak możesz.
MARYA.
O uie! V ierz mi pan. My kobiety znamy się lepiej na tem od panów. Widzę, źe Joasia jest pod wpływem jakiegoś rozdrażnienia. Całe jej postępowanie wydam mi się nienaturalne, gorączkowe. Zobaczysz pan, źc ona się niezadługo zdradzi i dowiemy sic prawdy. {Wskazuje mu miejsce i siadają znowu, rozmawiając pocichu.)
Ciotka {wczasie tej rozmowy dobyła papierosa, ugniotła go sobie, zapaliła od zapałki, któiąjej podał zapaloną IGlopotkifi.wicz, pot m poprawia się na krześle).
No, zaczynajmy. Pan dajesz karty. {Kicha.) klopotkiewicz (tasując karty).
Sto lat zdiowia!
CIOTKA {zgorszona).
Pfe, któż wddział?
KLOPOTKIEWICZ (naiwnie).
A cóż miał widzieć?
CIOTKA.
Teraz już się nie mówi „na zdrowie.” KLOPOTKIEWICZ.
A jakże sic mówi?
CIOTKA.
Nic. Tak każę moda!
KLOPOTKIEWICZ.
E, to przyznam się ciotce, głupia moda, bo jakże tu tak kichać na sucho? Niezadługo, to może i zdrowie samo nie będzie modne.
HULATYŃSKI (stając obok Klopotkiewicza).
Już i ta moda teraz nastała, kochany sasie-dzie, bo jak kto teraz nie jeździ w lecie do kąpiel, to nic w dobrym tonie.
KLOPOTKIEWICZ.
He, he, he, to ja już wolę być w złym tonie. CIO i KA (niecierpliwie).
No, bijesz pan damę, czy nie bijesz?
KLOPOTKIEWICZ.
A, biję, biję, to się rozumić. {Mura lewę.) NATALIA (wychodzi z lewej, rzuca kilka zalotnych spojrzeń na Pantaleona, któ>y ją spostrzegł, odwróciwszy się przypadkiem w tę stronę, i idzie w ogród na prawo).
PANTALEON {który ziewał już skrycie obok Joasi, ożywia się na ten widok i ogłada się za Natalią, n. str.).
Jak ona umić oczkować. Sapristi! A taka smaczna szelmeczka, żeby sic ją łyżką jadło.
joasia (z irytacyą, półgłosem).
No, udawajżeż pan przecie jako tako zakochanego.
pantaleon (zwraca się do niej i uśi.ii cha naiwnie).
He, he, he, jak to pani rozumić?
JOASIA (j. W.).
Mówże pan co do mnie, niech-że przecie widzą, żeś pan mną zajęty.
PANTALEON (?l. Str.)
Dobra sobie, jak babcię kocham. joasia (wstając, półgłosem).
Podaj mi pan rękę. {Oporując się na jego ramieniu, patrzy w stronę Marzyckiego i mówi głośno, aby usłyszał.) Owszem, skoro pan sobie tego życzysz, przejdziemy się po ogrodzie, (z naciskiem) samnasam. (Ciszej, gniewnie.) No, powiedz-że pan przecie, żc to panu przyjemnie.
PANTAL1 ON.
A, tak, bardzo przyjemnie. (N. str.) Klassisch, jak babcię kocham.
JOASIA (nie zważając na niego, patrzy w stronę, gdzie siedzi Marzycki, n. str.).
Nawet nie przerwał rozmowy z tą kokietką. Nic go to nic obchodzi że odchodzę. Na złość, nic odejdę. (Siada.)
PANTALEON (zbliża się do niej).
No, mieliśmy iść.
JOASIA.
To pan idź sobie, jeśli się panu podoba.
PANTALEON.
Przecież pani sama...
159
joasia (wstaje żywo).
Daj mi pan święty spokój! Ja pana nie chcę, nie cierpię! {Odchodzi zirytowana icgłąb na lewo.) pantaleon {patrząc za nią).
Bzika ma, czy co? Nie, to nie, es ist mir yanz Pomadę. Mam ja coś lepszego do roboty. Dokto rowa tam sama. {Nieznacznie, wysuwa się ze sceny.) marya {do Marzyckiego).
Uważałeś pan, odeszła zirytowana.
MARZYCKI.
Zwyczajna sprzeczka między zakochanymi. MaRYA.
Nie, tu jest coś innego. ( Wstaje.) Musze ją wybadać. Chodź pan ze mną.
MARZY. KI.
Ja?
marya (z uśmiechem)'.
Nie bój się pan. Zostawię sobie pana w rezerwie. (Opi'ra się na jego ramieniu, po drodze zatrzymują się chwilę, przy Hulatyńskim, objaśniając go dokąd, idą i wychodzą na lewo za Joasia.) kłopotkiewicz (grając w karty, pogwizduje sobie cicho pod nosem, potem coraz dobitniej, a& zagioizdal pełnym głosem).
ciotka.
A to co?
KŁOPOTKIEWICZ.
Co takiego?
ciotka.
Któż to pana uczył gwizdać przy damach? kłopotkiewicz (naseryo zdziwiony).
Co? ja gwiżdżę? W imię Ojca i Syna! Panie Hulatyński — przecież pan tu stoisz, czy ja...
ciotka.
Skoro ja mówię, że pan gwiżdże, to pan gwi-źdże.
kłopotkiewicz.
No, to przepraszam ciotkę — pary z ust nie wypuszczę. {Grają dalej.)
(Dalszy ciąg nastąpi).
Przegląd polityki zagranicznej.
C marca.
Trójcesarskie przymierze jest zatem faktem. Trzy dni temu londyński Standard otrzymał telegram z Berlina, donoszący o zawarciu traktatu pomiędzy Rosyą, Niemcami i Austryą, pod warun kiem usunięcia wojsk rosyjskich od granicy Niemiec i Austryi, a naturalnie także niemieckich od granicy Rosyi, utrzymania status <juo na półwyspie bałkańskim, uznania stałej okupacyi Bośnii i Hercegowiny przez Austryą i przyrzeczenia ze strony Rosyi, iż nie będzie popierała francuskiej idei odwetu. Nadto, strony przystępujące do traktatu gwarantują solidarnie pokój europejski.
Sądząc ze stanowiska tego traktatu, przymierze niemiecko austryackie, które przez kilka lat ostatnich było osią polityki europejskiej, a które się obecnie w potrójnem przymierzu rozpłynęło, przedstawia się jako partya rozgrywana na szachownicy europejskiej przez ks. Bismarcka przeciwko Rosyi, partya w którćj mistrzostwo atakującego gracza zdołało doprowadzić tylko do „wiecznego szachu” wojsk stojących nad granicą, i którą teraz obustronnie zgodzono sic uznać za niero-zegraną, powracając do ustawienia figur szachowych w normalnym porządku.
Doprowadzenie do takiego remis jest wielkiem zwycięztwem, odniesionem przez słynną zawsze ze zręczności dyplomacyą rosyjską.
Pokój jest zapewnionym na lat pięć, gdyż na ten przeciąg czasu zawartćm zostało trójcesarskie przymierze.
Jeżeli z innego punktu widzenia spojrzymy na tę zmianę hinacyi politycznej, niepodobna nie wysnuć z nićj sensu moralnego, iż najtrwalsze nawet napozór kombinacye w polityce są dziwnie kruchemi i wątłemi. Parę miesięcy temu jeszcze cóż mogło się wydawać silniejszym i twalszćm, nad przymierze niemiecko-austryackie? Ono stawiało programy, ono było trybunałem najwyższym ostatnio rozstrzygającym każdą sprawę, ono opoką, na którój śmiało się budować wszelkie plany,
projekta i widoki. Tymczasem parę podróży do Berlina i Friedrichsruhe wystarczyło, aby całą tę podstawę chwilowego porządku europejskiego zastąpić inną, o której przyjęciu nie pozwalały nawet myśleć jednozgodne głosy półurzędowców, zwłaszcza berlińskich i wiedeńskich. Przyznać jednak należy, iż berlińskie organa póhirzędowe, jeżeli przeczyły możebności trójcesarskiego przymierza, czyniły to sucho i ofieyalnie, widocznie nie z przekonania, tylko z polecenia, wiedeńskie zaś i peszteńskie przeczyły z przekonaniem, z najlepszą wiarą. Jeżeli przeto dla kogo nowozawar-ty traktat był niespodzianką, to chyba nie dla Berlina, ale dla Wiednia.
Nie idzie jednak za tćm, żeby Austryą na układzie straciła i żeby ks. Bismarck nielojalnie wyszedł ze swym wspólnikiem w grze, br. Kalno-kym. Utrzymanie status guo na półwyspie bałkańskim i uznanie okupacyi Bośnii i Hercegowiny nie są korzyściami małoważnemi. Wpływ austrya cki na półwyspie uzyskał uprawnienie, stal się wyłącznie legalnym w tćj części półwyspu, w której dotąd był tylko przeważnym i mógł być paraliżowanym zapomocą innych wpływów. Wzamian za to Austrya zrzekła sie krzyżowania wpływów rosyjskich tam, gdzie one są przeważne, a mianowicie w Bułgaryi i Rumelii. Tak przynajmniej zrozumićć należy warunek traktatu, streszczony w londyńskim Standarcie.
I w ten też sposób rozumie sytuacyą stworzoną przez nowy traktat telegram berliński, ze sfer dyplomatycznych otrzymany w poniedziałek przez Kur. warsz. Według tćj analizy obecnego położenia, na pierwszym planie polityki między-narodowćj stoi dziś dalszy rozbiór Turcyi i so-cyalizm. Nakreślenie linii demarkacyjnej dla wpływów Rosyi i Austryi na półwyspie bałkań skini ułatwiło rozwiązanie pićrwszej kwestyi, a niebezpieczeństwom grożącym ze strony socya-lizmu porozumienie sic mocarstw w rzeczach politycznych łatwiej pozwala stawić czoła. Powstanie sudańskie przyśpieszy ostateczny zabór Egiptu przez Anglią, a zapewne także rozciągnięcie jćj protektoratu nad Arabią. Będzie to początkiem rozkładu Turcyi. Włochy zajmą Tripolis, Armenia utworzy osobne księztwo pod panowaniem niemieckiego księcia, Bułgarya i Rumelia zostaną połączone, Austrya otrzyma Albanią i część Macedonii z Saloniką. Dotychczas, jak widzimy, wszystko rozwiązuje się doskonale, pozostaje tylko do rozstrzygnięcia wieczna, gordyjska kwestya Konstantynopola i Bosforu.
Gdyby nie ta kwestya, nieby podobno nie stanęło na zawadzie wykonaniu tych szeroko pomyślanych projektów. Nie założyłaby opozycyi żadna ze stron częściowo lub całkowicie zadowolonych, jak Auglia, Włochy, Austrya i Rosyą, nie zaprotestowałaby Franeya, nieskora do czynnego mieszania się w sprawy wschodnie, Franeya, której mężowie stanu są skrępowani w akcyi politycznej krótkowidztwem Izby, złożonćj w większości z zaściankowych polityków. Poprzestałaby ona na Tonkinie i Kochincbinie i czułaby się zadowoloną. Dla Niemiec dostatecznćm zaspokojeniem interesu byłoby zapewne oddanie Armenii niemieckiemu księciu. Ale Konstantynopol, that is the, guestion!
Bjć może zresztą, iż jeśli program powyższy wogóle będzie mógł być wykonanym, czas rozwiązania tej drażliwćj kwestyi nie przyjdzie jeszcze przed upływem owych lat 5 ciu, na które traktat potrójnego przymierza został zawarty.
Tymczasem w Sudanie rozpoczęła się niby egzekucya tego programu. Jenerał G. Graham w walnej bitwie pobił wojska Alahdiego, zostające pod dowództwem jego kuzyna Osmana-Digmy, poczem zajęte przez powstańców miasto Tokar, stanowiące ważną pozycyą, poddało się Anglikom bez walki. Nićma jednak dotąd wskazówek pozwalających przypuszczać, źe te sukcesa na polu walki wpłyną na zmianę powziętego przez Anglią zamiaru opuszczenia Sudanu. Egzekucya ma ua stąpić w czasie moźebnie najkrótszym, pomimo iż Times i inne organa londyńskie przedstawiają, że takie cofnięcie się po zwycięztwie, w oczach Arabów będzie się wydawało ucieczką. Osman-
Digma pobity, lecz nie rozbity, stoi obozem w niewielkiej odległości od Suakinu i po odwrocie Anglików z Tokarń nastąpi prawdopodobnie nowe z nim starcie.
W dalszym przebiegu kwestyi kościelno-polity-cznćj w Prusach, zanosi się na punkt znaczący. Postanowionein zostało, według powszechnie krążącej wieści, ułaskawienie arcybiskupa koloń-skiego Melchersa, poczem prawdopodobnie Rzym, mianując kardynała Ledóchowskiego biskupem w jednej z dyecezyj zwanych „podmiejskieiui,” a obsadzanych zawsze przez kardynałów, ułatwi rozwiązanie kwestyi arcybiskupstwa gnieżnień-sko-poznańskiego. Nim do tego jednak przyjść będzie mogło, będzie musiał zapewne usunąć się minister wyznań Gossler, jako zbytecznie zaangażowany oświadczeniem w Izbie, iż o przywróceniu ks. Melchersa i kardynała Ledóchowskiego mowy być nie może. Jako następcę ministra Gosslera, wymieniają podsekretarza stanu w mi-nisteryum handlu Moellera.
ROZMAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Komitet pomnika Mickiewicza w Krakowie, na posiedzeniu swem w dniu 1 marca r. b., ustanowił warunki ostatecznego konkursu na pomnik rzeczony, z których główniejsze są następujące:
Wezwani będą do współubiegania się rzeźbiarze polscy. — Pomnik stanie na rynku, w pobliżu kościoła Panny Maryi i Sukiennic. — Górować w nim powinna postać samego poety. — Materya-lem użytym do pomnika, który zachować ma charakter stylu Odrodzenia, ma być do części architektonicznej granit, do rzeźbiarskiej bronz. — Koszt ogólny wykonania nie może przenosić 125,000 złr. — Przyjmowane będą do konkursu tylko projekty w gipsie, na skalę ’/iu części za-micrzonćj wielkości.—Termin ostateczny do nadsyłania prac 31 grudnia r. b. — Do składu sędziów, których nazwiska zostaną ogłoszone ua trzy miesiące przed terminem, wejdzie także dwóch znakomitych rzeźbiarzy zagranicznych. — Nagrodę pierwszą (3,000 złr.) otrzyma projekt bezwzględnie dobry; drugą i trzecią (1,500 i 1,000 złr.) pozyskać mają projekty stosunkowo najlepsze.—Projekty nagrodzone przechodzą na własność komitetu.
Mamy więc konkurs ostateczny. Oby plon z niego był obfitszy, niż przed dwoma laty z konkursu przygotowawczego.
— Wystawa obrazów Matejki od 2 marca r. b. otwartą jest w Sukiennicach krakowskich. W bogato udekorowanej sali, obok świeżo wyrestauro-wanego „Kazania Skargi” mistrza, jaśnieje najnowszy jego utwór „Weruyhora,” zdumiewający potęgą wyobraźni i siłą wysoce wyrobionej techniki. Oprócz tego ujrzeć tu można kilka portretów, dotąd nieznanych. Wystawa, urządzona na czas tylko krótki, tłumnie podobno jest zwićdzaną.
— Nowy Przegląd powszechny (Revue universel-le littćraire et artistięue) wychodzić zacznie od 1 kwietnia r. b. dwa razy na miesiąc, pod kierunkiem Juliusza Lerminy, sekretarza stowarzyszenia międzynarodowego literackiego, i Władysława Mickiewicza. Dwutygodnik ten, oprócz innych rubryk stałych, obejmować także będzie powieści i nowele, biografie żyjących pisarzy wszelkiej narodowości, przeglądy pism czasowych, sprawozdania w kwestyach dotyczących własności literackiej i artystycznej i t. p.,—słowem, według słów nadesłanego nam prospektu, stanie się on nijako trybuną publiczną, otwartą dla każdego, kto pragnie kraj swój dać poznać i pokochać. „Przegląd powszechny” utworzy corocznie dwa grube tomy w dużym formacie, po 400 stronic każdy. Prenumerata roczna wynosi 20 franków. Adres: 12, rue de la Grange-Bate-liere, Paris.
— Zupełne wydanie dzieł Longłellowa wyszło niedawno w Lipsku (Reclam jun., 2 tomy), w przekładzie niemieckim H. Simona, z dokladnem zachowaniem rytmu i miary znakomitego poety
160
Strzemię wielkiego wezyra Kara Mustafy, zawieszone pod wizerunkiem Chrystusa Pana, w katedrze na Wawelu. (Zoh. str. 155).
Rysował Podkowiński.	(323)
amerykańskiego, zmarłego w r. 1882. „Ewange-łinę” jego, „Dumę o Iłiawacie” i „Złotą legendę” przyswoił już dawno językowi naszemu, w sta-rannem tłumaczeniu, F. Jezierski.
— Ukoronowana poetka, królowa rumuńska, znali a pod pseudonymem Carmen Syka, ogłosiła nowy zbiorek p. t. „Baśnie znad Peleszu,” z trzema ilustracyami i facsimilem. IV nastroju raz smętnym, to znów wesołym i lekkim, Carmen opowiada tu swe rojenia nad brzegiem Peleszu, w baśniach nacechowanych myślą głębszą i owianych tchnieniem prawdziwej poezyi. Utwór to niezaprzeczeuie wysokiego talentu, pełen wdzięku i prostoty.
— Stenografia w Stanach Zjednoczonych nierównie szersze niż w Europie znajduje zastosowanie. Żaden większy zakład, przemysłowy czy handlowy, nie obchodzi się tam bez stenografów, podczas gdy w Europie nieliczne tylko firmy używają ich pomocy.
— Koleje elektryczne niezadługo przerzynać mają w różnych kierunkach góry szłązkic, znane pod nazwą Olbrzymich. Zawiązaue w tym celu
stowarzyszenie zamierza przedewszystkićm wykończyć przestrzeń od llernisdorfu do Kynastu (Chynast), słynnej ruiny zamku, zbudowanego przez Bolka I, księcia na Świdnicy i Jaworze, pod koniec XIII stulecia. Widok malowniczych tych zwalisk, wraz z opisem, wkrótce w Tygodniku naszym podamy,
— Nieznane listy Góthe’go, czerpane z rękopisów poety, ogłasza, z polecenia rodziny, F. Bra-tranek, w Boczniku wydawanym od łat pięciu we Frankfurcie n. M.
— Pamiętniki Micheleta, słynnego historyka francuskiego, wyszły w tych dniach w Paryżu, gdzie treść ich niemałe sprawia wrażenie.
SZACHY.
Partya francuska.
grana d. 24 lutego 1884 r. ua tur. w Warszawie.
Białe	Czarne , 2) D2—D4	D7—D5
p. LUlsberff, p. SzczaiiwisAi. 3) E4 biorą D5 1)8 biorą D5
1) £2—E4	E7—EG	| 4) Gl —F3! uważamy to za
najlepsze dla białych w danej pozycyi, bo BI—C3 będzie można zagrać wtenczas, gdy czarne stracą już posuniecie laufrem F8-4) G8—EG
5) Fl—D3	F8—E7
,6) 0 — 0	08-1)7 lepiej
byłoby wyprowadzić laufra przez B7—BG a najwłaściwsza byłaby teraz roszada, gdyby nie to, że czarne, już teraz widać, mają zamiar atakować pionami F, G i II.
7)	C2—C4	D5—115
8)	BI—C3	C7 - CG
9)	04—05? posunięcie słabe rozwija ono czarnym grę, białe zaś figury stoją zupełnie bezczynnie.
	91 F6-D5	
1'))	C3-E4	F7-FG
11)	A2—A3	D7—08
12)	Dl—C2	G7-G5
13)	E4—G3	115—F7
14)	112—113	B8—D7
15)	B2—B4	D7—F8
16)	Cl—D2	H7—H5
17)	B4—Bb	F7—G7
18)	G3-E4	08-1)7
19)	A3—A4?	wszystkie te o-
statnie posunięcia białych są bardzo słabe; atakują od strony królowej,nie widząc niebezpieczeństwa grożącego własnemu królowi.
19)	G5—G4
20)	113 biora G4 lepiej już by-‘ F3—El
loby 20) G4 biora 113
G2—G3	Gl —112
21)	115—114 22>
20)	115 biorą G4
21)	F3-H2	FG—F5
22)	E4-G3	F5—F4
23)	D2 biorą F4, musowe, grozi bowiem G7—H6
23) D5 biorą F4
24 ) 02—D2?	G7—1IG
i białe poddają się, niema bowiem ratunku od stracenia królowej.
Wydawcy Gebethner i Wolff. —Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15
HoaBoneHO Uensypou. Bapmasa, 24 tDcnpajia 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami f rebusem.
Ogólnego zbioru numer 1276. —Sery a IV.
3 iló, marca 1884 r
Cena numeru pojedynczego
kop. 20.
Rękopisów pomniejszych i materyalów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
Jtó 63.
Prenumerata w Warszawie:	„T	, „„ .	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie re. 4, kwart.	Warszawa, la marca 1884 r.
rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	’	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
Tom III.
Treńć niiuił-rii. Artykuły: Walerya Marrene (Morzkowskaprzez K. Kaszowskiego.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Przegląd piśmienniczy: Listy Z. ki. .1.1-skicgo, przez Z> ryana (dokończenie).—Ze świata obcego.—Kronika tygodniowa, przez St. M. Rz.— Przegląd polityki zagranicznej.—Korespondcneya od redakcyi.—Gęsi i gąski, ko.nedya w pięciu raktach Michała Bałuckiego (dalszy ciąg).—Satyra na zbytki i łowy’ polskie (wiersz).—Savonarola każący przeciwko zbytkom.—Cyborym ofiarowane bezim en-nic dla kościoła Ś Ś. Piotra i Pawła, przez J. Starożyka.—Składki.—W sprawie 1'unduszn imienia J I. Kraszewskiego.—Szachy.—Rozmaitości.—hyciny: Walerya Marrene (Morz-kowska).—Savonarola każący we Ploroncyi przeciwko zbytkom, obraz Langenmantla.—Idylla, kopia obrazu II. Siemiradzkiego.—Rie chce jeść! obraz Rustcla.—Cyboryum, przeznaczone dla kościoła S. Ś. Piotra i Pawła w Warszawie.—Dodatek. Dziecię globu, nowela przez A. de Alarcon (arkusz jedenasty).
Od redakcyi.
Szanownym prenumeratorom przypominamy wczesne ponowienie przedpłaty na kwartał następny.
Warunki prenumeraty w Warszawie:
Rocznie	rs. 8	kop. —
Półrocznie	,, 4	„	—
Kwartalnie	„ 2	„	—
Miesięcznie	„ —	„	671/;
Na prowincyi i w cesarstwie: Rocznie .	rs.	12	„	—
Półrocznie	„	6	,,	—
Kwartalnie	„	3	„	—
WALERYA MARRENE (Morzkowska).
W rocznikach b. wojska polskiego wy czytujemy nazwisko generała korpusu inźćnieryi, wprawdzie kończące się na ski, ale niezgodne nieco z pisownią polską: Jan Malctski. Bliższe rozpoznanie zawiadamia nas, że byl-to Francuz rodem z Marsylii, Jean Mallet de Granville, przy-komenderowany za księztwa warszawskiego przez Napoleona do armii polskiej, jako instruktor inżćnieryi, który przyjął tutejszy indygenat, spolszczył swe nazwisko i oddał się już nazawszc usługom naszego kraju. Stopniowo zyskał stopień generała inże-nieryi, brał udział w najważniejszych pracach swego zawodu, między innemi fortytikowal Modlin, a następnie budował kanał Augustowski. Ożenił się z Polką,
Adelą Krasińską, a owocem tego związku jest właśnie autorka, któ 
rej podajemy wizerunek.
Rodzice jćj posiadali majątek ziemski w Opo-czyńskiem, Zboźennę, i tam-to wychowywała się ich jedynaczka. Dziecko pieszczone, otoczone dostatkiem i wykwintem, nic miało tego kierunku, o jakim my dzisiaj dla kobiety marzymy; wychowanie jćj, zastosowane do ogólnego wówczas trybu kształceni a dziewic wyższej sfery ziemiańskiej, bynajmniej nie wróżyło w wychowance osoby
(324)
Walerya Murrenó (Morzkowska).
Podług fotografii Mieczkowskiego.
mającej kiedyś poddawać pod swą krytykę fali ta i akta społeczne. Obcą była ona tym wpływom towarzyskim i literackim, jakie tu w Warszawie, pod chorągwią wydatniejszych kobiet (Łuszczewska, Żmichowska, Ziemięcka) potworzyły pewne ogniska, gdzie gromadziła się inte-ligencya, wyrabiała opinia i zkąd nieraz czerpały się wskazówki, natchnienia, pomysły, które, bądźcobądź, dawały popęd ruchowi umysłowemu. Panna Walerya znała Warszawę może z karnawału, z przypadkowego, kilkudniowego pobytu, i do żadnej nie należała konstelacyi, jakby to przypuścić można. Rodzinna wieś, z blaskiem natury i otoczenia, była całym jćj światem; dom rodzicielski i grono sąsiedzkie stanowiły cały jej aparat towarzyski, książka całą edukacyą.
Tymczasem jeżeli kto, to ona właśnie potrzebowała tego kierunku życiowego, insynuacyi, rozmaitości zjawisk uderzających wyobraźnię, które przez odpowiednią analizę przychodzą do tćj syntezy, jaką talent autorski wyobraża w powieści. Od dziecka bowiem snuły się jćj po głowie jakieś tematy epickie, które improwizowała ustnie, a myśli i obrazki układały się jej do rymu. Któż jednak mógł objawy tej pracy wątłego jeszcze ducha uważać za coś innego, niż za zabawkę dziecinną; kto domyślać się w nich ziarna poważnej przyszłości? Nie było zresztą czasu na rozpatrywanie sie w usposobieniach młodego dziewczęcia, bo panna IV alerya w siedemnastym roku życia stała się już przedmiotem zabiegów małżeńskich i oddala, raczej oddano, jej rękę młodemu obywatelowi z sąsiedztwa, Morzkowskiemu.
Zycie samodzielne, niepotrze-
bujące ograniczać swobody swej warunkami pracy materyalnej,
poddawało jćj więcej maieryału do
1G3
stycznie udekorowanym, zawsze w ustroniach malowniczych, urządzanych jak wypada dla tak dostojnych bohaterów, którzy, zdawało sie, z pod-rzędnemi warunkami życia nic mają nic wspólnego, których w tćm wyręczają jakieś sylfy lub niewolnicy. Z utworów też tych powiewał pewien ton arystokratyczny, niepozbawiony oddźwięku poezyi; i wogóle, jeśli mamy to nazwać terminem literackim, był to powieściowy" roman-ty zm francuski, na tło polskie przeniesiony i zwolna kłoniący się ku formom bardziej wyzwolonym (Życie za życie). Forma nie uchybiła nigdy temu ogólnemu nastrojowi. Gorąca myśl znajdowała zawsze gorące uzmysłowienie, obraz pryzmatycznie odbijał te chaotyczne szeregi grup, przepływających po wyobraźni autorki; różane odblaski istot, mało obciążonych ciałem, uwy datniały się w stylu pełnym ukrytych metafor.
Knźmirz Kaszeicsk
(Dokończenie nastąpi.)
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalszy ciąg.)
XI. Humań.
Historyk przyszły—historyk rzetelny, miłujący prawdę naukową, zwróci kiedyś uwagę na charakterystyczny objaw pewien: na wpływ, jaki w kraju naszym wywierały zakłady naukowe. Fenomen to godny zaznaczenia. Społeczeństwo nasze garnęło się instynktowo do wiedzy, czując potrzebę onćj bardzićj, aniżeli społeczeństwa inne. W paktach konwentach punkt ten bywał zazwyczaj zaznaczanym; ludzie prywatni w testamentowych rozporządzeniach czynili na szkoły legaty , w które tćż Polska, bodaj czy, z wyjątkiem Szwajcaryi, nic jest pomiędzy narodami stosunkowo najbogatszą. Szkoła każda, jak skoro założoną została, natychmiast stawała się ogniskiem, nadającćm okolicy ożywienie. Uwaga ta nasuwa się na myśl sama przez się przy wspomnieniu o Humaniu, kolebce, w którćj wykołysali się tacy Bohdanowie Zalescy, tacy Sewerynowie Goszczyńscy, Michałowie Grabowscy i inni. Oddziaływała ona na okolicę potężnie i później nawet, kiedy jej już nic stało, przywiązywała wspomnieniami do miasteczka, będącego przez czas jakiś źródli-skiem żywej wody, opłakującej ciemnotę. Humań długo jeszcze wywierał atrakcyą, wyrażającą sic zjazdem tłumnym szlachty w roku każdym nie dla jarmarku żadnego, ani dla kontraktów. Za szkolnych czasów zasłynął dzień świąteczny Piotra i Pawia. W dniu tym rozpoczynały się wakacye aktem uroczystym rozdawnictwa uczuiom nagród i ogłaszania promocyj. Rodzice przyjeżdżali po dzieci. Zajazdy napełniały sie szlachtą, na przyjęcie której przystrajała sie odświętnie ośpiewana przez Trębcckiego Zofiówka, w mieście zaś urządzano reduty i bale. Niekiedy zjeżdżała trupa wędrowna z przedstawieniami tea-tralncmi, a zawsze prawie przybywał wirtuoz z koncertem. Przez dni trzy, nic licząc w to kilku aide festum i kilku post festuin, miasteczko wrzalo życiem wcsolem. Mimo spiekoty czerwcowej, a właściwie lipcowej — w tamtych stronach bowiem miesiące liczą się wedle starego stylu—bawiono sic, jak w zapusty. Choć szkól nie stało— zjazdy nie ustały. Dicń Piotra i Pawła wyszedł na uroczystość miejscowy. Przyjęty raz zwyczaj utrzymał się. Szlachta się ściągała z obwodu, promień którego mil dziesięciu dosięgał; teatr przyjeżdżał; konecrtanci instrumentalni i wokalni przybywali; reduty i bale odbywały się posta-remu
Państwo Howorowscy wybrali się dworno i pokaźnie, czterema pojazdami: koczem wiedeńskim,
gderał, powiadał źe tym porządkiem tydzień cały wlec się do Humania trzeba będzie, nic śmiał jednak dziewczynce snu smacznego przerywać. Na popasach spóźniała się służba kuchenna. Z racyi tej podróż zamiast dwóch, na trzy przeciągnęła się dni i zakończy la późnym wieczorem wjazdem na rynek, na którym pojazdy" opadli miszurysi, zupełnie tak jak w pirtach włoskich i lewantyń-skich przybywające okręty opadają lodzie. Nastąpiła wrzawa nie do opisania. Żydkowie wywoływali:
— Do mnie, jasny panie! Do innie, panie gra-licl Do mnie, mości książę!
Ten zachwalał zajazd jeden, ów drugi, wymieniając zalety' niezrównane swego i opowiadając o niedogodnościach innych.
— U mnie, jak w’ raju; czysto, jasno, kanapy, zwierciadła, żłoby, usługa, samowar! — wywoływał jeden.
— Nitch jasny pan tam nie zajeżdża, tam pchły!—krzyczał drugi.—U mnie samowar kipi.
— Jasny pan zawsze zajeżdża do mnie—wmawiał inny.
Ten znów konie za uzdy' chwytał i za sobą ciągnął, broniąc się przeciwko temu, co odciągał w stronę przeciwmą, aż furman batem zainterweniował i zgodę pomiędzy współzawodnikami zaprowadził. Konkurencja wrzala w postaci swojej najelementarnicjszćj i najnaiwniejszej. Miszurysi szarpali się <> zysk w sposób taki, żc zdawało się, iż się pozabijają przy pojazdach przez nich napadniętych. Julisią się przelękła i do Maryny przytuliła; Maryna w osłupieniu wpatrywała się, o ile na to zmrok wieczorny pozwalał i, słuchając, rozróżnić nie mogła wyrazów, jakie sobie wzajemnie przeciwnicy ciskali. Wrzawa nie do opisania głuszyła wyrazy" pojedyncze, topiąc tak >wre w tym szwargocie gardlauym, który stanowi akcent potocznej mowy żydowskiej. Wywoływania, wyzywy, klątwy w powietrzu się krzyżowały. Pan Tadeusz wyprawił lokaja, polecając mu opatrzeń domostwa i wybrać jedno, w któremby się pomieścić wygodnie można. Lokaj powrócił po niejakim czasie:
— A co?
— Wielmożny panie, wszystko zajęte.
— Niepraw da!Onlże!—odezwały się okrzyki.— U mnie dom cały próżny! Do mnie zajechał tylko graf z Taradai! U mnie pan marszałek stanął!
— Wszystko zajęte? — zapytał pan Tadeusz z powozu.
— Nie wszystko! Nic!—zakrzyczeli miszurysi. — Byłem w zajaz lach sześciu—odrzekl lokaj. — Hm—odezwał się pan Tadeusz, dźwigając się z siedzenia.—Pójdę ja sam.
Wysiadł; zajrzał naprzód do żony, której słówko rzucił, oznajmiając jćj zjazd wielki; następnie rum sobie czynił i przebijał się przez tłumy, zaglądając kolejno do domostw", których pozór był obiecującym. Zaglądnął do jednego.
— Jest miejsce?
— Znajdzie się.
— Ale czy7 jest?
— Ny, i czemużby być nie miało?
— Na ludzi i na konie? Koni szesnaście!
— Gdzie stanie sześć, tam i szesnaście stanie. Niech <> to jasnego pana głowa nic boli.
— Potrzeba mi trzech pokoi.
— Trzech? Dam jasnemu panu nie trzy, ale jeden taki, źe z niego trzy by zrobić można.
— Trzech mi potrzeba.
— Na co trzech? d» czego trzech? Jeden, ale dobry, lepszy od trzech!
— Nas szesnaścioro.
— Ow’a! — perswadował Żyd.—Nas trzydzie-ścioro i w jednej, mniejszej aniżeli ta. co jasnemu panu dam, mieścimy się izbie.
Tego mnićj więcćj rodzaju rozmowę stoczył w domostwach kilku i rozmyślać już począł nad sposobem wyjścia z kłopotu, przedstawiającego się pod postacią wcale niewesołą, gdy nareszcie, cud istny, znalazło się pokojów trzy. Prawda, że zdobył je szturmem. Pokoje te zamówił prezes dla siebie i Żyd, celem zwabienia pana Tadeusza, pokazał mu takowe, ale proponował ciupck dwie, położonych w głębi podsienia. Pau Tadeusz
koczem warszawskim, bryczką i wozem prostym. Pierwszy, wpięć koni w lejc, wiózł panią, guwernantkę, Julisię i Marynę; drugi, w cztery konie w' lejc, pana Tadeusza i panę Emilią; w trzecim, w trzy konie w poręcz, zaledwie sie śród pudel i pudelek pomieścić zdołała panna służąca;—kucharz siedział na koźle obok furmana; na czwartym, wypakowanym naczyniem kredeusowem i kuchen-nem, jakoteż zapasami śpiźarniancmi, paradowali kredcnccrz i kuchta.
W czasach onych obywatele szanujący siebie nie podróżowali inaczej. Wymagał tego nie sam tylko szacunek dla siebie. Łatwo nam drwić i dziwie się zbytkom owym dziś, kiedy, mając na usługi nasze drogi żelazne i buf ty, przebiegamy" w sześć godzin przestrzenie, do przebywania których końmi wlasnemi potrzeba było dni dwóch po złych drogach, przerażających groblach, duszę na ramie wypędzających mostach i urywających sic promach, jadać od Żyda do Żyda, znajdując do napoju rzadko wodę, zawsze gorzałkę, a do jedzenia produkta surowe, których z trudem niekiedy' wielkim wyszukiwać trzeba było. W warunkach takich w podróż wybierać się należało z zapasami. Komu zatem możność pozwalała, ten zabierał ze sobą wszystko, co konfort zapewniało: pościel, prowizye, służbę; że zaś zabieranie to świadczyło o zamożności, a zamożność dawała poważanie, nic przeto dziwnego, źc sic wkradała przesada, zwłaszcza że źródłem takowej była wrodzona narodowi naszemu słabość do szukania chluby lada w czem. Pan Tadeusz więc jechał do Humania, jak na szlachcica, dziedzica Howorówki, pana na dwustu pięćdziesięciu duszach przystało. Znaj naszych! Mógł był się zabrać dwoma pojazdami; zabrał jednak cztery, dla szyku — wiózł do Humania koni piętnaście, ludzi szesnaścioro, licząc w to i Julisię, która miejsca zajmowała niewiele. Miał przed sobą popasy dwa i noclegi dwa: tak wypadało z marszruty podróży, ułożonej wedle wskazówek, udzielonych przez osób pięć, z których każda prawiła co innego. Gumienny, człek w świecie bywały, powiadał, że do Humania jodzie się na Bracław’; ekonomowi wydawało się, że drogę obrócić należy na Sawrań; kowal, którego repu-tacya, jako człowieka o wszystkiem wiedzącego, była we wsi ustaloną, zaręczał, że jechać należy nie na Bracław, ani na Sawrań, ale na miasto, nazwy którego zapomniał; arendarz wreszcie radził poczekać do jarmarku, a on ludzi o drogo rozpyta. Na szczęście trafił się dziad-żebrak, pędzący żywot na chodzeniu ustawicznem po praźni-kach, i ten dopiero drogę rozpowiedzial i odległość oznaczył: z Howorówki do Czeczelnika, z Czeczelnika doBernady, z Bcrnady do Teresów-ki i z Teresówki do Humania, z przeprawą przez Boh w Dżulinkach. .
— Tędy" prosto, niby strzelił — powiedział.— Sawrań zostaje z jednego boku, Bracław z drugiego; jest jeszcze z boku jednego i drugiego siół i miast niemało, ale droga sprawiedliwa prowa-wadzi na Bernacie.
Dziad-żebrak z taką mówił pewnością, źe mu nie wierzyć trudno było. Jędrzejowi przytem, furmanowi, zdawało sic, żc dziad ma racyą, był wiec tego zdania, ażeby" do Bcrnady dojechać i tam się wypytać.
— Droga najpewniejsza na końcu języ ka. Ber-nada nic za światami. Choebyśmy mil parę nadłożyli, to ni' szczęście niewielkie.
Rada furmana do przekonania pana Tadeusza trafiła i pokazało się, że była ona dobra. Pierwszy popas wypad! w Czeczelniku. Z Czeczelnika wyjeżdżając, Jędrzej oznajmił:—dobrze jedzicmy.
— A no—odpowiedział pan Tadeusz.
Nie obeszło się jednak bez wykroczeń przeciwko programowi podróżnemu, wymagającemu przedewszystkićm wstawania rannego i wyrusza nia tak z noclegów, jak z popasów w porze właściwej. Z Bcrnady, zamiast o piątej rano, wyjechano o dziesiątej, a to z przyczyny Julisi. Dziecko, nowością położenia zajęte, i samo długo z wieczora spać nie mogło i paniom zasnąć nie dawało. Sen zjąl je nad ranom. Nie można było dziecka budzić. Pau Tadeusz się gniewał,
164
piopozycyi tej nie przyjął. Pokoje leżały od frontu, jeden oknami na ulicę wychodził.
— Biorę te.
— W tamtych jasnemu panu będzie tak spokojnie, tak cicho, ach!
— Stajnie, konie, wyziewy...
— W tjch frontowych wyziewy większe, od ulicy kurz, a tam kurzu ani odrobinki. Jasny pan dzwi tylko otworzy i będzie widział, jak konie przy żłobach stoją.
— Obejdę sic bez widoku tego.
— Ny, ja wiem, co jasny pan spokój lubi.
— Jam tu nie po spokój przyjechał. Spokoju mam w Lloworówce dosyć— i do lokaja się zwracając, dodał:—Kaź zajeżdżać!
Dopiero teraz Żyd przyznał się, jak rzeczy stoją, i wyraził swoje ze względu tego ubolewanie.
— Co mi tam diabli do tego!—odparł pan Tadeusz.
— Cóż ja powiem panu prezesowi, jak nadjecie?
— Jam równie dobry, jak pan prezes. Powiedz żem pokoje zajął i kwita.
W chwili tej w otwarte na ścieźaj drzwi podjazdu wbiegała przednia trójka piątki, wiozącej jpanią Różę w koczu wiedeńskim. Andrzej lejce Ściągnął. Pojazd się zatrzymał przed progiem frontowćj izby gościnnej; lokaj drzwiczki otworzył; wyskoczyła guwernantka, za nią ostrożnie wylazła Maryna, po niej lokaj Julisię na rękach przeniósł, pani Róża wysiadła — pojazd się w głąb ciemną potoczył. Toż samo nastąpiło z koczem warszawskim, w którym siedzenie zajmowała panna Emilia. Dalej kolejno wjechały bryczka i wóz. Wszystko się odbyło w porządku należytym. Niebawem służba znosić poczęła tłomoki, walizy, zawiniątka, pudełeczka, podczas gdy do drzwi cisnęli się kolporterzy z towarami najroz-maitszemi, zachwalanemi pod względem gatunku i taniości.
— Rarytne!—wy woły wali — rarytne! po niczemu!....
Napróżno państwo Tadeuszostwo, jakoteż panny Emilia i Klara, powiadali, że niczego nie potrzebują.
— To nic—odpowiadali Żydkowie—to tylko na pokaz. Ja chcę się przed jasnćm państwem pochwalić.
— Przyjdź jutro, dziś już późno.
— Przyjdę jutro, może co utarguję... dziś po-każę tylko.
— Nie ciekawiśmy.
— Ach waj! Na co tu ciekawość? To towar taki, że do niego ciekawości nie potrzeba, o...
7 cisnął się do stołu, wcelu rozkładania paczek.
— Nie potrzeba, powiadam ci! — z akcentem niecierpliwości odezwał się pan Tadeusz.
— Aby ino jasny pan był zdrów—odparł Żyd, paczki na stole układając.
— Idź precz!
— Co ja złego robię jasnemu panu? Pokazuję a tyle.
— Precz! — krzyknął, zrywając się i paczki zrzucając.
— Co to precz? dlaczego precz? do czego ten gwałt taki!.. Ny?
— Idź do kroćsct!...
— Pójdę, ale nie do kroćsct.
— Wiec do stu tysięcy—poprawił się pan Tadeusz, ton ku żartobliwości naginając.
— Ny, ja Pana Boga proszę, ażeby sto tysięcy do jasnego pana przyszły. Ja powrócę jutro; jasne państwo mi coś utargować da.
Odprawiwszy pól tuzina natrętów tego rodzaju, pan Tadeusz drzwi frontowe zasunął, okiennice pozamykać kazał i przy drzwiach bocznych wartę postawił. W sposób ten uzy skał spokój, dzięki któremu służba mogła pakunki podróżne jako taku uporządkować i do herbaty z wieczerzą połączonej stół nakryć. Na wieczerzę przygotował kucharz naprędce bifsztyk z chrzanem i naleśniki z serem. Spożyli podróżni nasi bifsztyk i naleśniki i, spożywając, zastanawiali się nad tćm, jak w Humaniu czas im upływać będzie. We względzie tym nieświadomość ich była zupełną.
Pan Tadeusz, który się u bazylianów uczył i z czasów swoich szkolnych przypominał sobie co i jak się działo, miał o tćm pojęcie ogólne. Lecz chodziło o szczegóły, które panie interesowały. Bale?—co za bale? Reduty?—gdzie i jakie? Kwestya zahaczała się o rzecz wagi ogromnej— o tualety, tajemnice których znane były dokładnie mieszkankom Howorówki. Miały one przygotowane ubrania strojne i mnićj strojne; we względzie tym znajdowały się w pogotowiu zupeł-nćm, w takićm mnićj więcćj, jak Prusy do wojny; ale jak Prusy, gdy wojna nie zdeklarowana, tak one nie wiedziały, jaki z pogotowia użytek zrobić. Kwestya ta zajęła je mocno, zaniepokoiła nawet. Rozstrzygnąć jćj nie można było inaczćj, jak za-pomocą dostania języka.
— Hm— mruknął pan Tadeusz i lokajowi kazał gospodarza zajazdu zawołać.
Żyd stawił się niezwłocznie. Był to człek poważny — siwiał już potrosze; broda nieobfita stanowiła ramy do oblicza, wyrazem inteligencyi nacechowanego; wzrost słuszny i tusza umiarkowana czyniły go człowiekiem pokaźnym. Wszedłszy, uchylił nieco jarmulki aksamitnej, którą nosił mimo zakazu, uprzejmie się skłonił i, do pana Tedeusza mowę zwracając, zapytał:
— Cćm wielmożnemu panu służyć mogę?
— Przedewszystkićm, panie kupiec, powiedz mi, jak się nazywasz.
— Naftuła Kodymski, do usług pańskich.
— Kodymski? z Kodymy, z mego przeto sąsiedztwa zapewne.
— Ojciec mój i dziad nazwisko to nosili.
— Hm. Cóż tu słychać?
— Nic, chwała Bogu.
— Nic, to mnićj, aniżeli niewiele, ale lepićj to, aniżeli co złego. Jednakże coś słychać przecie?
— My, Żydzi, słuchamy tego tylko, co nas obchodzi.
— Na przykład?
— W jakiej cenie korzec pszenicy, poczemu wiadro wódki.
— Obchodzi to i nas, nie-Żydów, i pomówiłbym o tćm z tobą, panie kupiec, gdyby nie te oto panie moje, które spać tej nocy nie będą mogły, jeśli nie dowiedzą się, co jutro, pojutrze i popojutrze będzie się w Humaniu robiło.
— A cóż! będzie się robiło to, co się robi w każdym roku.
— My-bo w roku każdym nie bywamy. Z Howorówki do Humania mil dwanaście opętanych.
— Ny, nasamprzód bal.
— Kiedy?
— Jutro wieczorem.
— A dalćj?
— Dalej, nie wiem. Przyjechała komedya; przyjechał jakiś, co to wedle fortepianu.
— Liszt?—zawołały razem pani Róża, panna Emilia i panna Klara.
— Nie wiem... Liszt może—odpowiedział gospodarz.— To rzecz nie moja.
— Liszt z pewnością — zawnioskowały panie.
Pewność ta pochodziła ztąd, że Liszt, który w roku 1847 objeżużał z koncertami miasta i miasteczka nasze, Kijów, Berdyczów, Żytomićrz, Nicmirów, Krzemieniec, sprawił wrażenie głębokie, zostawił wspomnienie niezatarte i wszczepił nadzieję usłyszenia gry jego jeszcze. Paniom naszym, tak tym, co go podziwiały, jak tym, co tylko o nim słyszały, przyśniwał się on i przywi-dywał. Przypuścić nie mogły, ażeby powrócić nie miał do krainy, co się na przyjęcie jego pod stopy mu niejako podesłała. Entuzyazm, z jakim go przyjmowano, do szaleństwa niemal dochodził. Ten mocarz tonów zyskał uwielbienie, oczarował tak, że uprzytomniając sobie moment ów pamiętny, powiedzieć bez przesady możemy, iż niejedna byłaby zrobiła to, co pani W., która dla Liszta mężowi odprawę dała. Szczęściem zrobić to mogła jedna tylko. Oczarowanych jednak było dużo, pragnących powrotu mistrza jeszcze więcćj, a spodziewających się takowego tyle, ile fortepianów na Podolu, Wołyniu i Ukrainie brzmiało. Liszt rozmuzykalnił południowo zachodnie gubernie. Do czasu odwiedzin jego grano tam, ale... od niechcenia, dla zwycza-
ju, gwoli modzie; wierzono bardziej w skrzypce, dzięki Lipińskiemu i jego koncertom kontraktowym; od momentu atoli, gdy Liszt słyszeć się dał, nastrój muzykalny podniósł się i rozszerzył. Ko-bićty nasze rozeutuzyazmowaly się do tonów, wydobywanych palcami z klawiszów. Te które synów miały, marzyły o tćm, ażeby ich na Lisztów kierować.
— Liszt! nie kto inny, jak Liszt! — powtarzały podróżne nasze.
Powtarzały i upewniły się w tćm, co ze strony ich prostćm przypuszczeniem było.
Upewnienie sic to uczyniło niepotrzebną obecność Naftuły. Żyd się już ku odejściu miał, gdy nagle brzęk dzwonka od chomątów i palenie z bata, które się slyszćć dały, w izbie go zatrzymały. Wyprostował się, przez chwilę nasłuchiwał i, zwracając mowę do pana Tadeusza, rzeki:
— Nu, już ja teraz nie wiem, co począć.
— Albo co? — zapytał pan Tadeusz.
— Pan prezes.
— Więc?
— Chyba ja do niego nie wyjdę. Niech się dzieje, co chce.
— Przeciwnie, wyjdź i powiedz mu, żeś zachował dla niego pokoje, w których mu będzie cicho i spokojnie.
— Wielmożny pan żartuje sobie.
— Żartowałeś ty ze mnie, oddaję ci wetza-wet.
— A waj! i co ja powiem jemu? To puryc taki.
Na podsieniu tymczasem odzywać się poczęło hukanie i strzelanie. Głos jakiś mocny a donośny nawoływał Naftuły.
— Naftuło, hej! Schował się huncwot prze-demną!
— To prezes — odezwał się Żyd i, do pana Tadeusza się zwracając, dodał tonem prośby usilnej: — Jasny panie, te pokoiki...
— Czego odemnie chcesz?
— Niech jasny pan przeniesie się tam, a tu prezes stanie.
— Jeszcze co! jam się tu rozłożył, roztasował.
— Ny, ja, ja sam złożę, przeniosę.
— Daj ty mi święty pokój! Gdybym był sam, to jeszcze.
— I prezes nie sam: pani prezesowa, trzy panny.
— Co mi tam!
— Naftulo! — powtarzało się wołanie.
— Aj waj-ż-mir! — rzekł Żyd sam do siebie.
W chwili tćj stuknięcie slyszćć się dało tuż pod drzwiami, drzwi się otworzyły i w progu stanęła postać nietyle wyniosła, co gruba, z grubą w ręku laską, w odzież nankinową ubrana, letnim kształtu melonowego kaszkietem przyk ryta, wygolona, czerwona i pokazująca twarz pucołowatą, zpomiędzy pary najeżonych bokobrodów. Stanęła i groźnym głosem przemówiła:
— A, tyś tu, Naftuło? No?
— To nie ja — odparł Żyd, pana Tadeusza demaskując.—To ten pan.
— Toś pan raczył cudzą kwaterę zająć?
— Zająłem, mości dobrodzieju, kwaterę próżną. Przyjechałem pierwszy. W domu zajezdnym, jak na trakcie, kto pićrwszy, ten lepszy.
— Ja tćż, jak na trakcie, wjadę na pana. Będziemy kwaterowali jeden na drugim.
— Przepraszam — odparł pan Tadeusz, wstając i fajkę z cybucha zdejmując.
W momencie tym, który się wydawał w groźne brzemienny następstwa, panie do przyszłćj cofnęły się izby. Na placu pozostali: pan Tadeusz z cybuchem, prezes z laską i Naftuła, jako śv>iadek.
— Przepraszasz mnie asan dobrodziej.... przeprosiny przyjmuję i o wyniesienie się upraszam. A nie, to, jak mi Bóg miły...
— Co? — zapytał pan Tadeusz tonem wyzywającym.
— Wyrzucić każę!
Na dictum to pan Tadeusz nie odpowiedział nic, ale z postawy jaką przybrał i z gestu, j iki zrobił, domyślćć się było można, że z drogi dyskusyi na drogę czynu przejść zamierza. Jakiego czynu? — odgadnąć trudno. Może napastnika za kolnićrz chcial wyrzucić. Niewiadomo; to
165
wości nienaturalnym stanie. Żyłem jak galwanizowane trupy, życiem z zewnątrz zaciągnionćm, bo wewnątrz zawsze śmierć była, śmierć mi znana, dotykalna dla mnie, a drugim niewidoma, ukryta przed nimi maską żywotności, której elektryczne nurty wkońcu się przebrały i teraz nićma nademnie nędzniejszego stworzenia! Reszty życia mego, przyszłości mojćj nienawidzę. Bóg mnie do niej nie stworzył, a ludzie mnie w nią wpychają. Brak mi zupełny cnoty, największej wśród chrześciauskich cnót, rezygnacyi."
„Od dwóch miesięcy codzień Boga gorąco o śmierć błagam, bo ehcialbym umrzeć przed dotknięciem się świata; rzeczywistość albowiem jego taka brudna i skalana, źe ten tylko białe ma ręce, kto zdołał się na niej nigdy nie opierać. Unieśćbym chciał siebie samego niepokalanym ztąd do wieczności.”
Wiele tu, bardzo wiele egzaltacyi, ale słowa te wypowiadają wyraźnie, że Krasiński życia się lękał, rzeczystość sądził zbyt ostro, podłości i brudu widział więcój, aniżeli go jest wistocie. Młody, a młodości żałuje; złudzenia znikły, niema już fantazmagoryi i zdaje mu się, źe świat jest obrzydliwym. Życie schodzi mu na wędrówce po miejscach kąpielowych; leczy się, aby wkrótce nanowo podpaść chorobie. Więc niedziw, źe mu się żyć nie chce i staje się pesymistą. Duch przechodzi podobne koleje, jak ciało—i wkońcu czuje się zupełnie bezsilnym.
„Całe życie moje było niezgodą, walką ducha z ciałem: duszą cialo-m zniszczył, a ciało buntowało się przeciwko duszy! Wypadek zaś tych zapasów—0.”
Sądząc Krasińskiego ściśle podług listów, trze-baby życie jego nazwać zmarnowanćm. Na szczęście pozostały dzieła, które mówią więcój, aniżeli narzekania i żale słabego człowieka. W listach swych rzadko wspomina poeta o pracach literackich. Dwa tego były powody. Raz bal się zdradzenia tajemnicy, chociażby przez przypadek, i woli zalecać Soltanowi czytanie „Przedświtu” Gaszyńskiego, aniżeli przyznać się do autorstwa wyraźnie; powtóre rządzi nim wielka, rzadko spotykana skromność. Pragnąłby ducha całego przelać na papićr dla ludzkości, lecz nie sądzi dzieł własnych nigdy i dalekim jest od cienia nawet zarozumiałości. Znękanie fizyczne i moralne nie pozwala mu wiele pracować, a kiedy o tćm wspomni, rozpacz prawie go ogarnia.
„Przypominasz mi Św. Teresę—pisze 9 stycz. 1846 r. — Och! mój drogi, od kiedym tu stanął (w Nicei), chwili jednej dobrej nie czułem pod piersiami; z pieca na łeb się staczam w gorszą codzień i głębszą melancholią. Zarzuciłem Św. Teresę, gdzieś gnije w stoliku, a ja za stolikiem; ją myszy zjedzą, mnie stoczą myśli moich i uczuć niewidzialne robaki! Wszystkie fałszywe położenia niech wszyscy diabli wezmą. Mniój niż ktobądż urodziłem się do nich, więcej niż ktobądź muszę żyć w nich i życie mi nadmiarę cięży.”
Pesymizm codnia niemal wzrasta i coraz mniej w życiu poety chwil jasnych, promiennych. Szczęścia trwałego nie znalazł, a chwilowe uśmiechy życia zbyt rzadko się zjawiały, aby wlać pogodę w stroskane serce, jak je sam Krasiński nazywa. Przeciwności nie zwalczał, lecz żalił się na nie; na ludzi nie zważał, czy go chwalili, czy też nie, bo powiada: „Żeby kto uważał na to, co świat gada, to stałby się największym i najdoskonalszym z błaznów.” Sam czuje najlepićj co robić powinien, a jeśli się rozminął z powinnością, to nie szczędzi sobie wyrzutów. I tak pisze w jednym z listów:
„Wydaje mi się czasami, źe tak marnie żyłem i dotąd tak marnie żyję; szereg moich dwudziestu siedmiu lat staje przedemną jak szkielet suchy, nagi, bez muskulówi bez prawdziwego kolorytu.” Sam też przed sobą tylko i przed przyjacielem usprawiedliwia się, kiedy na przykład mówi:
„Moje serce nigdy podiom nie było; co mogłem chwil boskich wydrzćć smutnemu pasmu życia ponurego—wydarłem i przywłaszczyłem sobie; bo w mojćj duszy wrzala zawsze nieskończona żądza chwil takich, bliższych nieba, niż reszta innych, co się żmudnie ciągną i wikłają nędznie,
jeno pewne, iżby się był czegoś dopuścił, gdyby nie interwencya Naftuły, który się do dyskusyi wmieszał.
— Jaśnie wielmożny pan prezes — zaczął.
— Chę?—zapytał szlachcic, Żyda wejrzeniem mierząc.
— Jaśnie wielmożny pan do mnie pisał.
— Pisałem.
— A w liście napisane stoi: pokoje porządne.
— Właśnie też.
— Otóż jam dla jaśnie wielmożnego pana prezesa pokoje porządne przygotował.
— Gdzie?
— Jakto gdzie! tu, w domostwie. Ja wiem, bo któż tego nie wie? źe jaśnie wielmożny pan prezes nic tak nie lubi, jak cichość i spokój.
— No, tak. Ale gdy mi kto w drogę wchodzi...
— Otóż — ciągnął Zyd —jam dla jaśnie wielmożnego pana wybrał pokoje takie, że tam nikt w drogę nie wejdzie i źe jaśnie wielmożny pan prezes tam, a jaśnie wielmożny pan graf tu.
Wyraz „graf” wymówił z przyciskiem.
— Hm! — prezes na to. — Tak-że i gadaj. Gdzie więc te pokoje?
— Proszę jaśnie pana, fajn pokoiki.
Prezes kaszkiet na głowie podniósł nieco, ukłonił się i, widocznie zmieszany, cofnął się na pod-sień. Za nim, kłaniając się panu Tadeuszowi z miną półdrwiącą, wyniósł się Naftula. Drzwi się zamknęły. Panie z izby przyległej wyszły. Pan Tadeusz, rad sobie, z racyi odniesionego nad przeciwnikiem zwycięztwa, tak istotę onego tłumaczył:
— Chociaż się prezes w humańskiego zabawił durnia, ale trafiła kosa na kamień, przekonał się, że i na Podolu trafiają się ludzie zaradni. Inny, na miejscu mojem, byłby stchórzył, w eks-kuzy się wdał i kwaterę stracił.
(Dalszy ciąg nastąJ>i.J
Przegląd piśmienniczy.
Listy Zygmunta Krasińskiego. Tom II. Do Adama Sułtana we Lwowie, u Gubrynowieża i Szmidta, 1883.
(Dokończenie.)
W rok potem pisze z Sorrento:
„Stetryczałem, Adamie, ogromnie. Już nie ten młody ze mnie chłopiec, któregoś znał; posunąłem się w dojrzałości diablo. Co mnie wzruszało niegdyś, nie wzrusza mnie już dzisiaj; coraz mniój wrażenia zmysłowe potęgi na mnie mają, coraz mi duchownie}szych potrzeba, ludzkich, zawierających w sobie całą pełnię natury człowieczej... I dlatego powtarzam, żem zduchownial, a odzmyslowił się.'"' A jednak w parę miesięcy potem pisze, iż syt jest życia tego: „Nie raz już, ale kilka razy dom sobie budowałem, lecz za wżdy na piasku i nieubłagane fale jakieś przyszły, podmyły go i upadli Czy warto zawsze patrzeć na zgubę tego co kochamy, grzebać umarłych, a samemu zostać na mogile? A bywają, Adamie, umarli, nietylko w sferach ciał widomych, ale tćź i w świecie uczuć, rozumu, pojęć niedotykalnych. Można stracić wiele, a to wiele przecież zaraz w proch się nie rozsypie; jeszcze chodzi po ziemi, rusza się, niby żyje—a jednak stracone! Śmierć taka rozmaita, jak życie. Wszędzie i o każdej chwili coś obumićra człowiekowi na świecie; ale kiedy to coś calem sercem jego, wtedy ból taki, jak gdyby ci z źywój piersi drgające wydzierano serce. Bar-dzom, jak widzisz, ponury....”
Żali się na melancholią, która go coraz bardzićj ogarnia, a choroby fizyczne i bóle nie ustają, owszem, wzmagają się i coraz częstszymi są gośćmi u naszego poety.
„Choroba straszna mię pochyliła — pisze 21 czerwca 1841 r.—zgarbiła do ziemi, uczyniła rzeczą martwą, a smętną. Tę chorobę zaś sprawiły od lat wielu ciągnące się wewnątrz mnie samego walki, zapasy i trujące mnie zgryzoty. Pókim mógł, opićrałem się czarnym, robaczywym myślom.... Od lat dziesięciu, od kiedym począł być młodym, ciągle czułem się w podwyższonćj drażli-
a jeśli za takie chwile cierpieć mam później, niechże i tak będzie”.... „Długo bilem się w piersi i pokutowałem, ale pokuta nie uszczęśliwiła drugich, a mnie zbłaźnić wkońcu i zbezsilie-mogła.”
Z takićm uczuciem w piersi pracował, o ile stargane siły mogły podołać natchnieniu, lecz nie pracował dla sławy, dla próżności. Czul i wypowiedział to wyraźnie, że „chwała jest gwiazdą, która wschodzi u łoża śmierci.... by ją otrzymać, wpierw umrzeć trzeba.”
Pracując dorywczo tylko, wydając swe dzieła bądź pod obećm imieniem, bądź tćź bezimiennie, trzymał się Krasiński nauboczu od ruchu literackiego, chociaż znał go dokładnie i żadna nowość nie była mu obcą. Dopiero mesyaniznn porwał go ku sobie, zainteresował źywićj. Już w pierwszćj chwili znalazły nowe idee odgłos w duszy naszego poety; to też pisze do Soltana; „Dotąd jednak i to powiem, żem nie słyszał jednego zdania ztamtąd wyszlego, któregobym zaraz nie mógł był sobie wywieść ściśle, logicznie, dowieść samemu sobie najfilozoficzniej i najser deczniej uczuć w sobie zarazem” (str. 267). Trochę dalej czytamy znów: „Dziwne dzieją się rzeczy, Adamie. Zmartwychwstanie blizkie, przynajmniej duchem i w duchu! Lecz ja umieram, ja umieram, ja schodzę z tej widowni.”
Na innem miejscu tak powiada o nowej idei, i swym do niej stosunku:
„Przeszedłem przez walk wewnętrznych, zabójczych tysiące; wreszciem poznał, że wybiła godzina pogrzebania mojćj indywidualności i poświęcenia jćj zupełnie dla idei. Jaka zaś ta idea, sam wićsz. Ale darmo: jakkolwiek Boską ona jest, straszna to chwila, kiedy na ołtarzu Boga-nawet trzeba wszystko ludzkie w sobie zarznąe na ofiarę.”
Wierzy silnie w zbawienność tej idei, każę mieć nadzieję w przyszłości, a miłość w każdym czynie teraźniejszym. „Pora się zbliża i będzie świt.” Niestety, w dwa lata po napisaniu tych słów, myśli i patrzy na świat inaczćj. Wypadki r. 1846 w Galicyi przejęły go zgrozą. Wybuchy rozpaczy i wstrętu do świata stają się coraz częstsze, a rzeczpospolita czerwona, jak ją nazywa, ma odtąd w Krasińskim najzaciętszego wroga. Wtedy i na mesyanizm zapatruje sie inaczej,, a z Towiańskiego drwi formalnie, nie szczędząc przytóm gorzkich uwag i Mickiewiczowi.
Z potępienia atoli rzeczypospolitej czerwonćj nie należy bynajmniej wnosić, żeby Krasiński byś chwalcą arystokracyi. Przeciwnie, w listach, któ> re mamy przed sobą, są zdania świadczące, źe w sądach o kraju i społeczeństwie nie oszczędzał arystokracyi wcale. Wogóle tylko zapatruje się na stosunki społeczne nadzwyczaj pesymistycznie-Widzi więcej złego dokoła, aniżeli go było wistocie. Oto co na przykład pisze w r. 1836: „Podłość doszła nieprzebranćj miary; nićma prawie człowieka, któryby umiał nawet powierzchowną-godność zachować. Dobry byt pićniężny i gospodarski ukołysał serca zranione...” Tak życie sądząc, niedziw że dodaje: „Per Dio, pułkowniku! lepiej zdechnąć na słońcu i umićrając ubogiemu, rzucić grosz ostatni, lub psa przywiązanego przycisnąć do piersi, niż tak przez cale życie być na straży kufra, męczyć się o pieniądze, jakby kaź;-da sztuka była drogą kochanką, lub wzniosłą ideą...”
„Żyć—pisze tego samego roku —* by jeść, pić hańbę, by wypaść się hańbą, by stać się nareszcie karmnym wieprzem, niewarto!” Powiada, że uczy się w szkole podłości i próżności nie być nigdy podłym, a próżnym jak można najrzadziej. O arystokracyi powiada w jednym z listów (str. 302):
„Ale co oplakanein jest, co doszło do najuniźeń-szego upodlenia, to historyczne imiona. Młodzież niemi obarczona, zupełnie pozbawiona potrzebnćj. siły do ich udżwignienia, nawet wyobrażenia nie ma co godność jakabądź, a dopićroź co szlachetność najlepszych i najdzielniejszych (arystokratów...) Wszyscy ożyją, da Pan co w niebie, ale oni, i to mi łzy wydziera, oni nie!*
Cytat takich i tym podobnych dałoby się przytoczyć bezliku. Poprzestajcmy na tych prób -
ICG
kacb sądu Krasińskiego, dodając tylko, że więcej z nich przemawia niezadowolenie pesymisty, aniżeli zdanie wytrawnego, bezstronnego badacza. Zdenerwowany organizm naszego poety nie był zdolnym do spokojnego sądzenia ludzi, czy faktów. Ni siebie, ni drugich nie ocenia sprawiedliwie. W skargach i narzekaniach nietrudno dopatrzeć się pewnej dozy przesady. W bólach tak się rozliibował, żc ich szukał i zdawał się znajdywać tam nawet, gdzie ich nie było.
Z listów sądząc, życie Krasińskiego było bardzo biedne i nieszczęśliwe. Sam powiada, że „jedne tylko rzecz dobrą oglądał na świecie: miłość, i drugą, przyjaźń.1'
Nie tu miejsce sądzić, czy tak było istotnie. Zależało nam na zestawieniu najważniejszych ustępów korespondencyi, z których czytelnik będzie mógł poznać, jak Krasiński sam siebie sądził. Że życie widział często fałszywie, to pozna każdy, chociażby z wyjątków powyżćj podanych. Jeżeli kto, to Krasiński mniej miał do skarg powodów, aniżeli się przed przyjacielem użalał. Nie ominęły go bóle— ale to rzecz ludzka, a wymagać od każdego należy, by się starał znosić je cierpliwie. Siły woli potemu brakło Krasińskiemu; znalazł jej wszakże tyle, by żalów swych nie przelać na karty, przeznaczone dla czytelników dziel swoich. Tam znajdujemy wielkiego poetę— w listach maluje się tylko człowiek przedwcześnie złamany.
E. Zoryan.
Ze świata obcego.
Zabytki cywilizacyi staro-egipskićj.—Propaganda budyznui pośród świata chrześciańskiego.—Postępy elektryczności.— Revue iuternationale p. dc Gubernatis.—Pamiętniki Henryka Heinego.
Sfinksy i piramidy, grobowce i obeliski, mumie i hieroglify, wszystkie pomniki starćj egipskiej cywilizacyi strzeżone są czujnćm okiem przez Europę. Cenne pod względem artystycznym, są nieocenione jako dokumenta historyczne. Ma-riette-bey byl pierwszym organizatorem starożytności egipskiej i utworzone przezeń muzeum w Bulaku jest skarbem dla archeologii i dzicjo-znawstwa. Obawiano się, czy ze śmiercią Ma-riette’a dzieło jego nie zginie. Na szczęście rodak i następca jego, profesor Maspero, nietylko żc godnie podjął nie jego tradycyi, ale nawet tchnął w nią życie. Z ciekawych sprawozdań, jakie przesyła do Instytutu paryskiego, widzimy, że nigdy nie był czynnicjszym. Nietylc mu idzie o nowe odkrycia, jak o zachowanie, uporządkowanie, o wyciąguienie rezultatów z już poczynionych dawniej. A zadanie to niełatwe. Trzeba strzedz te archeologiczne skarby przed wandalizmem fcla-bów, którzy gotowi są rozebrać, rozwalić parę tysięcy wieków liczące mauzoleum, aby z jego odłamków chlew dla swej trzody zbudować. Pan Maspero i grono jego europejskich towarzyszy nie umieli zadaniu temu podołać. Jeden tylko środek zostawał do przedsięwzięcia i tego chwycił się bez wahania. Należało wpoić w nieokrzesanych, barbarzyńskich synów egipskiej pustyni miłość i cześć dla tych zabytków starożytności i nie wymusić na nich ich współdziałania, ale dobrowolnie je osiągnąć. P. Maspero i jego koledzy otwarli tedy kurs starożytności egipskich dla felahów. W pierwszej chwili myśl zdaje się dziwaczna i przeciwieństwo pomiędzy nauczycielem, a uczniami, pomiędzy dotychczasowem życiem egipskiego ludu, a wiedzą, do której tajników uczony europejski go wprowadza, wywołało ironiczne śmiechy. Skutek jednak pokazał się nadzwyczajny, nieprzewidziany. Każdy z siedmiu europejskich inspektorów - archeologów zapoznał kilkunastu młodych Egipcyan z historyą ich kraju, z jego dziejową wielkością, pokazał im znaczenie tych pomników nieśmiertelnych, nauczył ich czytać hieroglify i te natury dziewicze zostały w pierwszej chwili olśnione, obezwładnione. Wkrótce jednak zyskały równowagę, zapłonęły gorączkową
miłością do skarbów, co się kiyją w ich ziemi, i rzuciły sic do studyów i poszukiwań archeologicznych z istotnym zapałem. P. Maspero oczekuje od nich czynnej pomocy i obecnie poskramiać i hamować musi ich gorączkę.
W chwil: gdy nowy kataklizm grozi dolinie Nilu i gdy fanatyzm dzikiego Mahdi zdaje się w jednej chwili niweczyć owoce wiekowej europejskiej kolonizacyi, z pewną wewnętrzną rado ścią możemy spoglądać na to dzieło moralnego i umysłowego odrodzenia, które tam szczepią francuscy uczeni. Piecza nad niemowlęcym Wschodem jest obowiązkiem cywilizowanej Europy.
Ale nie należy sądzić, ażeby w łonie wielkich azyatyckich religijnych organizmów uznawano tę hegemonią chrześciańskiego świata. Bynajmniej. Przeświadczenie o wyższości i o bezwzględnej prawdzie, jaką posiadają oni, jest tam nader żywe, niezagladzone. Przeświadczenie to manifestuje się u niektórych z nich, jak n. p. u budy-stów, niczćm mniej, jak chęcią nawrócenia całego świata chrześciańskiego. Ta religia, która liczy dwadzieścia pięć wieków istnienia i którą wyznaje pięćset milionów Azyatów, uważa chrzc-ścianizm za świeżą i nicnieznaczącą herezyą. Prc-tensye do nawrócenia nas na religią budyjską mogą się wydawać śmiesznemi, ale gdy się kto bliżej tćj kwestyi przypatrzy, pojmuje jak się ona zrodzić mogła w głowach wielkich kapłanów budyzmu
Na czele propagandy budyjskiej stoi Stnnun-gala, wielki bonza, przełożony budyjskiego semi-naryum i świątyni na wyspie Ceylan, znanej pod nazwą Widyodaya-Parirena. Jest to miejsce święte, gdzie stopa Budhy ma być wyciśniętą na grzbiecie góry. Sumungala jest rodzajem budyjskiego papieża. Wysoce wykształcony i śledząc naukowy ruch Europy, doszedł on do przekonania, że wiedza europejska powoli zbliża się do filozofii budyjskiej. Podług tćj religii sceptycznej, świat nie posiada twórcy i istnieje sam przez się, jako wcielenie siły i materyi; ludzkie jednostki przesuwają się przez życie i zapadają natychmiast w nicość, w łono wielkiej Nirwany. Niema nieśmiertelności dla jednostek, ale tylko dla rasy.
Teorye takie, albo mnićj więcej takie, sformułowane zostały przez filozofów nowoczesnych. Su-mungala uważa Augusta^Comta, twórcę filozofii pozytywnej, Biiehnera, słynnego materyaliste, i Darwina jako bezwiednych budystów, i gdy Darwin umarł niedawno, obchodzono po nim żałobne nabożeństwo w Widyodaya-Parivena. Raz przeświadczony o tożsamości zasadniczej najznakomitszych myślicieli europejskich i teologii budyjskiej, wielki bonza postanowił nawrócić naprzód wszystkich wykształconych clirześcian, a potem i całą masę europejską na tę prastarą wiarę, która, jak twierdzi, jedynie dać nam zdoła spokój duchowy i harmonią wewnętrzną. Ponieważ etyka budyjską jest opartą na wzniosłych zasadach tolcrancyi, miłosierdzia i braterstwa, zatem i w praktyce nic nie stanie na zawadzie rozszerzaniu tćj religii, nie takiej, jaką wyznają żabo bonni i prostoduszni Indyanie lub Chińczycy, ale takiej, jakiej nauczają, dla wyższych, przygotowanych należycie umysłów, bonzonic i kapłani.
Sumungala stoi na czele stowarzyszenia, noszącego nazwę angielską Theosophwal Sudety i do którego należy już kilkudziesięciu Europejczyków. Sekretarzem tego towarzystwa jest angielski pułkownik, p. II. S. Olscott. Zajmuje się ono obecnie rozpowszechnianiem budyjskiego katechizmu, który dotąd wyszedł w języku angielskim i francuskim, a wkrótce wyjdzie we wszystkich europejskich językach.
jesteśmy pewni, żc streszczone tu wiadomości o propagandzie budyjskiej zdziwią czytelników naszych. Niema wątpliwości, że działalność bonzów azyatyckich będzie całkiem bezowocną. Umysły, które wyzuły się z wiary i doszły do sceptycyzmu, nic będą czuły najmniejszej potrzeby zaciągnięcia się w szeregi religii budyjskiej. Ale dla chełpliwości naszej europejskiej, dla dumy, z jaką spoglądać mamy zwyczaj ua barbarzyńskich Azyatów, dobra to przestroga: jesteśmy traktowani przez nich jak szkolne żaki, a ich filo
zoficzna obojętność na życiowe zdarzenia litośnie urąga się naszej gorączkowej a bezcelowej działalności. Ale czas mi sic zatrzymać: czytelnik gotów mnie posądzić, że mnie propaganda p. Olscott już na budyzm nawróciła.
Zanim się zanurzymy wionie Nirwany, wszech-nicości, starajmy sic przynajmniej wyciągnąć z istniejących sił przyrody wszelki możliwy użytek, starajmy sieje zgłębić, poznać i do praktycznych celów życia zastosować. Przodem idzie elektryczność. Od nićj spodziewa się świat spół-czesny potężnych przewrotów i wobec cudów, których już dokonywa, żadne oczekiwanie nie zdaje się przesadzonym. Powstało we Francyi, Anglii, Niemczech, w Stanach zjednoczonych mnóstwo stowarzyszeń telegraficznych, telefonicznych, światła elektrycznego i t. d. Kapitały chętnie idą na pomoc rozmaitym próbom i doświadczeniom, wiedząc dobrze, żc najmniejszy dodatni rezultat tysiąckrotnie wynagrodzi nakład pierwotny. Niema wątpliwości, żc jeżeli dwa główne problematu, nad któremi na wszystkich punktach świata czynią się poszukiwania: zastosowanie elektryczności jako siły poruszającej machiny i zastosowanie jćj do oświetlania — rozwiązane będą dodatnio, świat przybierzc nową postać, tak jak przybrał nową raz już przez zastosowanie pary.
Najczynniejszym w pierwszym kierunku jest p. Marceli Dcprez, którego świeżo Instytut francuski do grona swego powołał, wynagradzając jego niestrudzone prace. P. Dcprez, jak wiadomo, czynił próby naprzód w Monachium, a potem w Grenobli. Stanowcze doświadczenia odbędą się wkrótce w Paryżu i z gorączkową niecierpliwością oczekują ich zarówno w świecie nauki, jak w świecie przemysłu. W Monachium uczyniono pierwszą próbę. Zapoinocą drutów elektrycznych wprowadzono w ruch machiny, podczas gdy ognisko siły oddalone było o 8 kilometrów. W Grenobli osiągnięto istotnie zdumiewające rezultaty. Siła obrotowa udzieloną została machinom zapomocą drutów elektrycznych, w odległości 57 kilometrów, ze stratą stosunkowo nieznaczną. Obecnie doświadczenia przygotowywującc się w Paryżu mają na celu nietylko udzielenie ruchu, co już nie ulega wątpliwości, ale oszczędzenie straty tćj siły i rozdzielenie takowej. Jeżeli rezultaty osiągnięte zostaną tak, jak się przyjaciele i zwolennicy p. Marcelego Dcprez spodziewają, budowa machin ulegnie całkowitemu przeistoczeniu i para zastąpiona bodzie przez elektryczność.
Druga kwestya, kwestya oświetlania zapomocą elektryczności, idzie wolniej, niż się spodziewali optymiści, co sic z trudnościami istotnemi mierzyć nie przywykli, Zastosowano rozmaite jego systemata do oświetlania gmachów publicznych, dworców kolei żelaznych, wielkich placów, ulic po stolicach, wprowadzono je nawet ua wielkie statki parowe pomiędzy Anglią a Stanami zje dnoczouemi; ale głównie zużytkowano je dotąd w teatrach. Nietylko oświetla ono sale i powoli zastępuje żółte, cuchnące i niebezpieczne światło gazowe, ale dekoratorowie otrzymują, dzięki jemu, liczne i całkiem niespodziewane efekta. P. Bchrcnd we Frankfurcie tworzy zapomocą spe eyalnego przyrządu elektrycznego gro promieni księżycowych i przesuwanie sic chmur—widowisko nader ciekawe; w paryskiej Operze, w bale cic Farandole, baletniczki mają we włosach umieszczone gwiazdy elektryczne, błyszczące i gasną ce w sposób niezrozumiały dla niewtajemniezego widza. Są-to zabawki interesujące, ale kwestya oświetlania zapomocą elektryczności sięga dalćj. Dopóki każdy z nas nie będzie posiadał na swoim stole przenośnej lampy, pozbawionej niebezpieczeństwa olejów skalnych i niedogodności roślinnych, lampy nicgasnącćj nigdy, do zapalania łatwej, taniej—dopóty cel ostateczny dopiętym nie będzie.
Rozmaite poszukiwania w dziedzinie nauk ścisłych zbliżają do siebie narody w osobach ich przewodnich umysłów. Ten kosmopolityzm wiedzy pojawia się także w sferze dostępniejszej dla szćrokich warstw społeczeństwa. P- Angelo de Gubernatis wydawać zaczął we Florcncyi prze-
167
pod wskazanym adresem... Adres był skreślony na małej kartce, a po odczytaniu go starannem przekonano się, że brzmiał: ziemia wyborna i tania, chłopy... głupie. Kompłiment taki oczywiście był dopłatą do wyłożonego przez Niemca kapitału, a można go uważać za nauczkę moralną, z dobrego udzieloną serca.
Tymczasem jakiś łatwowierny poczciwina z Ameryki pisze do swoich „krewniaków,” aby mu przysłali pieniądze na powrót do kraju, „ino duchem,” póki tam z głodu nie zamrze. Z tego prosty wniosek, że w Ameryce gorzej się dzieje, niż u nas, bo tam taki człowiek, co go tu stać było na gospodarkę własną, z głodu umiera i wracać nie ma za co. Ciężkie czasy, kiedy już na drugiej półkuli ludzi nie stać na perkę i omastę, jak Bóg przykazał!...
Gdybyśmy tym trybem z każdego faktu chcieli wyprowadzać wnioski, pokazałoby się, że nasz kraj jest ^Eldoradem,71 w którćm dosyć schylić się, aby podnosić złoto. Ale uiech no w tę sprawę wda się zdrowa logika z przeklętemi sylogi-zmami, a wnet pokaże, źe to sobie taki tylko.... ^chdteau des Jleurs™ że w tćm wszystkiem dużo kwiatów, a treści nic.
Kupił ktoś meble za 10,000 rubli—bardzo pięknie, lecz ile tćż one były warte naprawdę? Dobry Holender prowadzi handel na przedmioty z przeszłości—ślicznie, lecz czy czasem z temi nienżytecznemi sprzętami nie sprzedajemy mu i przeszłości samćj?... Ten przemysł i ten hande-lek uie są rzeczą tak znowu korzystną, jakby się napozór zdawało; nic ufajmy im.... Nie potrzebujemy jeździć aż do Ameryki poto, aby nas obdarto i oskubano, jak tych „głupich chłopów,” co z łada karteluszem szukają wiatru po świecie. Dopóki mamy c< ś do sprzedania, o kupców łatwo; ale nie na tem zależy handel, aby sprzedać... trzeba umićć i nabywać.
Pozwoliliśmy sobie na tę niewinną igraszkę słów, nie dlatego bynajmuićj, aby nas ona, czytelnicy, doprowadziła do poważnego morału, lecz by nas samych zawiodła do bardzo poważnej sprawy: utworzenia Towarzystwa zachęty dla handlu i przemysłu. Juźcśmy dawniej o nićm wspominali, jako o pożytecznym projekcie; dziś możemy zawiadomić was, że projekt staje się faktem, a Towarzystwo istnienie swe poczyna pod dobrą wróżbą. Zeszłej soboty odbyło ono pierwsze ogólne zebranie swoich członków i zapowiedziało się odrazu dodatnio.
Kiedy idzie o handel i przemysł, zdawałoby sic, że w sprawie ich uadewszystko działać powinni kupcy i przemysłowcy, tymczasem do nowego Towarzystwa garną się ludzie najrozmaitszych powołań i zawodów. A wiecie dlaczego?... Bo garną się ci, co pojmują potrzebę rozumnego i umiejętnego popierania przemysłu i handlu, potrzebę zastąpienia tych przyjezdnych Niemców i Holendrów, umiejących wprawdzie „zachęcać," ale na korzyść własną.
My w tem garnicniu się żywiołów różnych widzimy wyborną gwarancyą moralną dla działalności przyszłej stowarzyszenia: nic jest to zsoli-daryzowanie sie jednostek, ożywionych wyłącznie interesem osobistym, ale życzliwość dla dobra publicznego. Temu i owemu członkowi nie będzie szło o to, aby handel i przemysł skierował się na taką lub inną drogę, bo on osobiście nic na tem nie skorzysta, ale będzie inu szło o to, aby szedł drogą właściwą i odpowiednią dla interesów ogółu.
Dotąd uczestników Towarzystwo posiada 204, a to cyfra zbyt mała, nawet na początek. Trzeba koniecznie, aby urosła jaknajprędzej. Na czele tćj garstki ludzi dobrej woli stanęli (z wyborów) hr. L. Krasiński jako prezes, p. Wl. Kiślański jako wice prezes i p. E. Diehl jako sekretarz. Z takiej rcprezentacyi ogól członków wróży sobie jaknajpomyśl niej.
Na odbytem posiedzeniu rozdzielono się ua cztery poszczególne sekeye, a mianowicie: Ijprze-myslowo-rolną, 2) przemysłowo fabryczną, 3) han dlową i 4) komunikacyjną. Szanowni i drodzy ziemianie, i wy, pracowici fabrykanci — weźcież sic za ręce z zabieglymi kupcami i zdolnymi
gląd międzynarodowy, w nader ciekawych i pełnych interesu miesięcznych poszytacli. Ta liccue internationale redagowana jest w języku francuskim. Chociaż Anglicy dowodzą cyframi statysty-cznemi, że ich język jest najbardziej rozpowszechniony na powierzchni kuli ziemskiej, chociaż Niemcy roszczą sobie pretensye do narzucania swego języka całemu wszechświatu, tak jak narzucili mu militaryzm, mimo tego język francuski, dzięki swej jasności i łatwości swej składni, zawsze bodzie odgrywał w świecie intelektual nym tę same rolę, jaką tak długo zajmowała łacina. Chcąc być czytanym przez cały świat, p. Angelo dc Gubernatis nie mógł swego miesięcznika redagować inaczej, jak po francusku.
Pismo to ma nacelu walczyć pod sztandarem humanitaryzmu za idee pokojowe i cywilizacyjne. Wskrzeszając owę rzeczpospolitą mędrców, która uśmiechała się jeszcze królowi greckich myślicieli, chcc on do dzieła swego zaciągnąć naj-pierwszyeh europejskich pisarzy, pierwsze pióra spólczesnc, i dać im swobodę traktowania swoich krajowych zagadnień, stawiania przed oczy świata wszystkich życiowych zagadnień chwili obecnej. Cel to uznania godny i nie można było do jego urzeczywistnienia obrać lepszego gniazda, jak Elorencyą, uroczy gród Medyccuszów, zkąd już raz blask epoki Odrodzenia rozlał się po świecie. Pierwszych kilka numerów tego przeglądu zap rwiada się świetnie. Czy jednak przedsięwzięcie to wytrwać będzie mogł<>, to rzecz zupełnie inna. Powiedziano słusznie, że obok Ucrue des deux mondes, żaden inny przegląd nie może stać sic koomopolitycznym, gdyż ona odpowiada istotnie potrzebom obu półkul. Każde społeczeństwo ma jeszcze tyle chwastów do wyplenienia na własnym zagonie, tyle zagadnień do rozwiązania, żc te wycieczki w obczyznę mogą zajmować tylko miejsce całkiem drugorzędne.
W popularnym niemieckim tygodniku Garten-laube, zaczęły pojawiać się nareszcie pamiętniki Henryka Heine. Była o to długo kwestya sporna, czy pamiętniki owe istnieją. Zaprzeczano autentyczności tym, co zostawały w ręku jego wdowy; twierdzono, że bracia poety spalili prawdziwy rękopis, nie chcąc aby icb żydowskie pochodzenie postawione było przed oczami arystokratycznego świata, do którego się siłą pićniędzy wdrapali. Koniec końców, pamiętniki te odnalezione zostały i dość przeczytać kilka rozdziałów, które sic dotąd pojawiły, aby o icb prawdziwości nie wątpić. Ten ton lekkiego sarkazmu i ciąglćj ironii nic jest do naśladowania. Nosi on niezatartą cechę poety o zbolałej duszy i zatrułem piołunem źródle natchnienia. Nie sądzimy, ażeby tc pamiętniki, albo raczej materyały do pamiętników, przyniosły wiele nowych szczegółów o życiu poety-męczennika. Tyle już o nim napisano biograficznych szkiców, żc cała jego postać znaną jest arcy-dokładnie. Jeżeli są jeszcze tacy, co mają iluzye pod tym względem, stracą ich ostatki.
Toporczyk.
Kronika tygodniowa.
Meble za 10,000 rs.—Holender-archeolog — Dowcipny Niemiec i głupie chłopy.—hiterweneya logiki.'—Towarzystwo zachęty przemysłu i handlu. - Spółki jedwabnicze. - Spółka literaeko-wydawnieza.—Jej cel i zamiary.—Odczyty —P. p. Dunin, Ehrenfoiicht i Jankowski.—Popłoch w teatrze Rozmaitości, jako nowe pro momo>ia. — Nowa szkoła i nowa cukiernia.—„Przegląd pedagogiczny.”— Aleksander Desser umarł.
Po Warszawie rozbiegła się wiadomość, że jakiś bogacz ze Szląska w jednym z tutejszych zakładów stolarskich kupił meble za 10,000 rs., ergu pokazuje się, że nasz przemysł kwitnie... Kwitnie, ani słowa, skoro jakiś Holender, podobno archeolog, zjechał tu ze swojej nadmorskiej ojczyzny, aby się zaopatrzeń w przedmioty z przeszłości. Kwitnie i handel, bo jakiś dowcipny Niemiec, wykupiwszy od chłopów kujawskich ziemię, namówił icli na podróż do Ameryki... Obiecał im nawet ułatwić tę wędrówkę, byłe zgłosili się doń
technikami i zapelnijcie owe sekeye tłumnie a ochoczo. Znajdzie się tam szerokie pole do pracy, obfitej niezawodnie w owoce...
Odbyło się też doroczne zebranie akcyonaryu-szów Spółki jedwabniczej, w liczbie 17... Ta cyferka miniaturowa stwierdza nurtowanie epidemii absenteizmu, trapiącej nas oddawna. Ale na to podobno już rady niema w medycynie społecznej, chybaby sic należało uciec do... chirurgii.
Spółka jedwabnicza tak słabo stoi, że była obawa, czy się nie rozwiąźc. Na szczęście ogólne zgromadzenie postanowiło byt jej przedłużyć, tylko na innych niż dotychczas zasadach. Z przemówienia dyrektora, p. Sikorskiego, dowiedziano się z pociechą, źe sprawą jedwabnictwa zajmuje się u nas wielu miłośników, a drzew morwowych mamy już około półtora miliona! Jeśli to prawda — a słowa szanownego dyrektora są dosta-teczućm jej poręczeniem—to widać że się coś na tem polu robi, lubo działalność ta, rozproszona na usiłowania jednostkowe, niełatwo daje się spostrzegać i trzeba jej szukać starannie.
Kiedy mowa o „spółce,” godzi się tu wspomnieć, obok jedwabniczej, i literacko-wydawni-czą. Będzie to zestawienie dosyć trafne, bo jak pierwsza biedę klepie, jak jedwabniki, które są przedmiotem jej starań, pracowicie swe oprzędy kosztem życia własnego snują, tak i to nowe przedsięwzięcie mozolnie poczynać musi, i biedzić się i kołatać, aby cel osiągnąć. A celem tem jest zdobycie zupełnćj niezależności w sprawie literacko wydawniczej, któraby pozwalała piszącym nie oddawać płodów swojego umysłu w cudze ręce, lecz ciągnąć z nich zyski bezpośrednio. Czy taki cel pozyskać się da, przy stosunkowo małych środkach, to przyszłość dopiero pokaże, ale ponieważ jest rozumnym i uczciwym, przeto zyska niezawodnie poparcie ogółu, gdy środki doń wiodące obrane będą trafnie i szczęśliwie.
Na początek świeżo zawiązana spółka ma zamiar wydać przekład „Etyki” Spencera (dokonany przez J. Karłowicza), „Kobiety w literaturze polskiej” p. Chmielowskiego, „Nowele” Prusa i książkę zbiorową dla dzieci. Wybór dobry, a uwzględnia odrazu cztery działy, bo naukę, literaturę, beletrystykę i pedagogią.
W skład spółki weszli panowie: Chmielowski, Dickstein, Dawid, Głowacki (Prus), Kramsztyk Stanisław, Meyet, liejchman Bronisław, Smoleński, Sulimierski i Świętochowski. Starania około wskazanych wyżej wydawnictw już rozpoczęto.
W ubiegłym tygodniu mieliśmy aż trzy odczyty. Najpierw tedy pan Dunin wygłosił rzecz „o obronie honoru.” Kwestyą przedstawił prze-dewszystkiem historycznie, następnie zaś i prawnie. Wskazał istotę pojęcia honoru, którego źródłem są wieki średnie. W owej epoce wzięły początek i pojedynki, przeciwko którym państwo walczy i dzisiaj jeszcze... bezskutecznie. Przyczyną tego jest okoliczność, źe krzywdy na honorze prawo nie jest zdolne wynagrodzić odpowiednio, że nawet sąd honorowy, w niektórych wypadkach, nie jest mocen dać poszkodowanemu zadosyćuczynienia moralnego.
Drugi odczyt wygłosił pan Ehrcnfeucht, a za przedmiot wziął „miłość,” tylko nie w literaturze, ale w życiu, w rzeczywistości. Zdefiniował ją, mówiąc, że „jest nicustannem natężaniem wrażenia,” określił rozmaite stadya, jakie przebywa, a wreszcie wypowiedział mnóstwo rzeczy... nienowych. Odczyt tchnął dyletantyzmem, niezbyt korzystnym dla powagi mównicy publicznej.
Trzecią prelckcyą, „o drzewach krajowych,” wygłosił pan Edmund Jankowski, ale była to do-pićro pierwsza połowa dwugodzinnego odczytu, więc o nićj dziś tylko mimochodem wspominamy.
A cóż?... w teatrze Hozmaitości znów przyszło do popłochu. Ktoś zawołał na galeryi „wody!”— a siła piorunująca logiki sprawiła, iż się natychmiast domyślono... „ognia.” W przekonaniu źe się pali, publiczność, niezmiernie płochliwa, rzuciła się do wyjścia i kto wie, coby było wypadło, gdyby nie perswazye i prośby, zaklęcia i przysięgi, źc sic nic i nigdzie nie pali. Znaleźli się jednak tacy, którzy wolcli wyjść, choć niebezpieczeństwa nie było, a ci zapewne nie ukażą się
Sawunarola, każący we Elorencyi przecie pytkom (1494). Kopia obrazu Langenmantla.
(325
170
rychło w teatrze. Ktoś nawet drapnął przez orkiestrę i scenę, a inny przez lożę, dając tćm dobry przykład wprawdzie nic męztwa, ale...przezorności.
Popłoch ten wydaje nam sic nową przestrogą; głosu jej usłuchać warto. Mamy tu na myśli owę nieszczęsną piekarnię pana Janowskiego i dym przedzierający się przez szczeliny sali. Obyśmy głosili proroctwo fałszywe, ale kto wie, czy z tćj strony nie nadejdzie burza, na którą zaplaczemy poniewczasie...
Pisma codzienne doniosły o dwóch nabytkach, które Warszawian zainteresować winny. Oto przy zakładzie rzemieślniczym dla kobiet hrabianki Plątcrówny ma być otwarta szkoła dla jego uczenie, z programem wprawdzie tylko średnim, ale najbardziej odpowiadającym potrzebie.
Druga wieść głosi, że powstanie w mieście na-szem cukiernia na wielką skalę, zbrojna w komfort paryski, oświetlona elektrycznością, umeblowana zbytkownie. Na ten drugi zakład kapitał już gotowy. Mówi się coś o dziesiątkach tysięcy rubli, które publiczność oczywiście zwróci przedsiębiorcy, jeżeli jego „europejskie” usiłowania poprze. Tylko czy poprze? Bieda ogólna zdaje się tego bynajmniej nie wróżyć, a mybyśmy nie uronili ani jednej Izy nad chybionemi rachubami tego zbytku... dla zbytku.
Mój Boże, na tyle rzeczy potrzebnych i pożytecznych brak nam grosza! Oto wychodzi na przykład przeszło od roku „Przegląd pedagogiczny,” wydawnictwo dzielnic redagowane, opracowywane sumiennie i umiejętnie, a dla nas wszystkich wogóle niezmiernie ważne i użyteczne. Tyle sic prawi dzisiaj o kwestyach wychowania, tyle się sypie skarg i żalów na jego temat, a tymczasem taki „Przegląd pedagogiczny” ledwie dyszy, abonentów posiada garstkę maleńką, a jeżeli jeszcze żyjc, to jedynie dzięki ofiarom ludzi, co dla dobrapubliczncgo nie wahają sic ich ponosić.
Obecnie pisma, o którem mowa, wyszły dwa zeszyty w jednym. Aby was, czytelnicy, zachęcić do popierania tego wydawnictwa, przytoczymy treść owych zeszytów.. Więc mówią one dosyć szeroko i gruntownie o takich sprawach, jak „Wychowanie moralne w szkole,” „Wpływ jej na wykształcenie estetyczne młodzieży,” „Czy i o ile gramatyka rozwija umysł,” o „Ilygieuie pracy umysłowej” i t. d. Każą „kształcie umysł” i uczą, że „nauka powinna uzdalniać do życia praktycznego,” a wszystko to są kwestyc niesłychanego znaczenia w wychowaniu. Osądź-że sam, czytelniku łaskawy, ty, który masz dzieci i pragniesz im zapewnić pogodną przyszłość i jakie takie stanowisko w społeczeństwie, czy masz prawo nic wiedziće nic o tych wybornych, niezbędnych dla ciebie wskazówkach i obojętnie odwracać się od pisma, które ci ich udziela?
O śmierci Aleksandra Lessera zapewne już wiecie z pism codziennych. Zeszłego poniedziałku odprowadziliśmy do mogiły szczątki tego zasłużonego artysty, co przez cale życie pracował poważnie dla dobra sztuki i ukochanej ziemi ojczystej. W roku zeszłym, z okazyi pięćdziesięcioletniej rocznicy pierwszego jego występu w dziedzinie artystycznej, Tygodnik nasz pomieścił portret i życiorys nieboszczyka, wraz z gruntowną oceną jego działalności (ufa 8 i 9 seryi IV). Ani-śmy przeczuwali, że po tćm uczczeniu zasług Lessera, życic jego tak szybko się skończy. Zmarł, otoczony szacunkiem tych wszystkich, co prawdziwą zasługę cenić potrafią, a jako Żyd polski, ukwieconą przez społeczeństwo mogiłą na cmentarzu izraelskim świadczyć będzie długo i głośno, że ono dzieci swych nie zapytuje o wiarę, że czyny ich, z gorącej miłości wykwitłe, miłością i czcią odpłacać umie.	6't. Al. liz.
Przegląd polityki zagranicznej.
13 marca.
Zwrot w stosunku Niemiec do Rosyi jest naturalnie ciągle jeszcze przedmiotem dyskusyi dziennikarskiej. Im bardziej ten zwrot był niespodziewany, im mnićj dawało się przewidzieć, żc przymierze niemiecko austryackie tak nagle i prawie
na poczekaniu z pierwszego planu polityki europejskiej będzie musiało ustąpić na plan drugi, tern usilniej niektóre dzienniki austryackie, których zadaniem jest osłaniać porażkę, jakiej w ten sposób doznała polityka austro.-węgierska, starają się dowieść, że ten zwrot jest objawem zupełnie naturalnym i że ktokolwiek rozumiał sytua cyą, powinien był spodziewać się go nie kiedy-indziej, tylko właśnie w tym miesiącu. Biuro pra sowę w Wiedniu rozesłało w tym duchu korespondencją do wszystkich pism inspirowanych. „Kto zna dzieje zakulisowe przymierza nicmiccko-austryackiego — pisze jedna z takich korespon dcncyj—kto zna zachody i trudności, z jakiemi hr. Andrassy musial walczyć, aż się nareszcie zdepopularyzował tam, gdzie miał najwięcej miru, kto zna dalsze aspiracye niemieckie i działa nia dypłomacyi rosyjskiej, ten musial być przygotowanym na pojawienie się chwili, której obecnie jesteśmy świadkami.” Szczytna zaprawdę próbka frazeologii pól urzędowej! Kto zna wszystkie najtajniejsze arkana polityki trzech cesarstw, kto zna ich aspiracye i zakulisowe stosunki, dla tego zwrot obecny nie jest niespodzianką, to tylko nieszczęście, że tych wszystkich tak napozór elementarnych rzeczy nikt nie znał, że nawet hr. Kalnoky mógł być tylko o pewnej ich części, i to półurzędownie, powiadomiony. Ale takich wywodów potrzeba, ażeby wykazać, iż polityka zagraniczna nie została przez ks. Bismarcka osadzoną na mieliźnie.
Dziznniki berlińskie są szczersze. Nai. Ztg przyznaje na przykład półurzędowym organom wiedeńskim i prowincyonalnym, że przymierze między Austryą i Niemcami spoczywa na tycli samych co dawniej podstawach, że w tej mierze faktycznie nic się nie zmieniło, ale przyznaje także słuszność i tym, co przeczuwają w przyszłości, może niedalekiej, a może dalekiej—nieprzyjemne dla Austryi konsekweneye zbliżenia się Rosyi do Niemiec. Bądźcobądź, zbliżając się do liosyi, Niemcy uzyskały możność zaszachowania Austryi Rosyą, Rosya podobnież może ją szachować Niemcami. Mniejsza o to, że narazie ani jedna, ani druga strona zapewne z tego korzystać nie zechce, ale samo istnienie tej możliwości tworzy już sytuacyą dla Austryi niewygodną.
Telegramy berlińskie nie tają również, iż w stosunkach między Niemcami a Austryą będzie musiała nastąpić pewna modyfikacya, dla Austryi niekorzystna. Przymierze uiemiecko-austrjackic, według tych telegramów, nie zostało w zasadzie ani obalonem, ani zachwianćm. Trwa ono i trwać będzie do grudnia, a w tym czasie musi zostać zmienieniem w zastosowaniu do przymierza nie-miecko-rosyjskicgo, przyczćm ks. kanclerz wystąpi w ulubionej swojej roli „uczciwego pośrednika.” Oczywiście Austryą będzie musiała wiele ustąpić z dotychczasowych, bardzo wygodnych dla siebie warunków wyłącznego przymierza z Niemcami.
Z wszystkich tych informacyj wynika, iż koszta świeżo zawartego paktu prędzej lub później płacie będzie Austryą.
Czuja to reprezentanci Austryi w jej parlamentach i dlatego deputowany Hclvy wniósł jeszcze w sobotę w sejmie węgierskim interpelacyą w tym przedmiocie do rządu. Zapytuje on, czy rządowi węgierskiemu wiadomo, iż dzienniki rosyjskie twierdzą, jakoby zbliżenie rosyjsko-niemieckie skierowane było przeciw Austryi, a jeżeli tak jest, jak dzienniki te mówią, pragnie oświadczenia, czy przymierze niemiecko-austrya-ekie jeszcze istnieje. Owo zatem przymierze, przed kilkoma jeszcze tygodniami stanowiące wrzekomą oś polityki europejskiej, zredukowane zostało do rzędu kombinacyj wątpliwych, tak mało manifestujących się na zewnątrz, iż zapytywać trzeba o ich istnienie. Sam ten fakt jest odpowiedzią ua interpelacyą llahego, wymowniejszą od wszelkich wyjaśnień, jakich będzie mu mógł udzielić p. Tisza, który zresztą, do chwili w którćj to piszemy, odpowiedział na te zapytania tylko znaczącćm także i wymownein milczeniem.
Przechodząc od spraw ogólno-anstryackich do
galicyjskich, zapisać tu winniśmy, żc między rządem hr. Taaffe a popierającą go dotąd gorliwie i wytrwale delcgacyą galicyjską przyszło do nieporozumień. Powód do zatargów dało nieuwzględnienie przez rząd życzeń i interesów Galicyi przy organizacyi zarządów kolei państwowych, tudzież różnica zdań w pojmowaniu niektórych przepisów ustawy gorzelnianej. Nie mogąc uzyskać tego, co zdaniem delcgacyi słusznie się Galicyi należy, posłowie galicyjscy postanowili nic bronić rządu przeciw aktom opozycyi podczas rozpraw budżetowych. Jakkolwiek odmowa zabierania głosów w dyskusyi nie jest jeszcze pogróżką glosowania przeciwko budżetom, które inusialoby obalić gabinet, rząd hr. Taaffe nie będzie zapewne chcial stanąć do starcia z opozycyą, pozbawiony orszaku najwierniejszych, a częstokroć i najwymowniejszych sprzymierzeńców, prawdopodobne jest zatem przyśpieszone zamknięcie tegorocznej sesyi liady państwa, ażeby pdczas parlamentarnego międzyaktu gabinet mógł się łatwiej porozumieć o jakiś modus vivetidi z Kołem polski ćm.
Ż innych spraw bieżących, na których zapisanie niewiele nam już miejsca pozostało, zasługuje na uwagę telegram wiedeński Kur. wasz., zapewniający, że ze strony rosyjskiej ponownie wywarto wpływ na ks. Aleksandra bułgarskiego, ażeby skłonić go do abdykacyi. Ma to być w związku z zamicrzonćm połączeniem Wschodniej Rume-lii z Buigaryą przy sposobności traktowania o nominacji ks. Yogoridesa na gubernatorstwo wschodniej Rumelii. Coś w tej pogłosce prawdziwego być może, ale że cała kombinacj a o którćj mowa nie jest prawdziwa, to już podobno nie potrzebuje dowodzenia. Czyliżby Rosya poto sprzymierzała się z Niemcami i poto chciala połączyć Buł-garyą z .wschodnią Rumelią, aby ją oddać pod zarząd mianowanego przez 1’ortę gubernatora?... Tego chyba nikt nic przypuści.
W wyprawie tonkińskiej zanosi się na wypadki stanowcze. Generałowie Millot i Negricr koncentrycznie zbliżają się do Bakninu i lada dzień należy oczekiwać nowej wiadomości o zaatakowaniu tej twierdzy.
W Sudanie Osman-Digma został wprawdzie pobity, lecz nic rozbity, i sytuacya tak się przedstawia, że zdaniem Gordona baszy uratowanie garnizonów angielsko-egipskich bez znacznych sił jest niemożebne. Emisaryusze Mahdiego nurtują wszędzie, plemiona krajowców są najnie-przyjażniej usposobione przeciw Anglikom i Egip-cyanom, Sudańczycy wogóle przeczuwają, iż Anglicy opuszczą kraj nie przywróciwszy w nim porządku. Licząc się z warunkami takiej sytucyi, Gordon-basza nie poprzestał na ogłoszeniu, iż handlowi niewolników nie będą do czasu stawia ne żadne zc strony Anglii przeszkody, ale nadto osadził w Chartumie jako namiestnika Zibera-ba-szę, najsłynniejszego handlarza niewolników, i otwarcie oznajmia, że tegoż Zibcra-baszę mu-siał pozostawić na swojem miejscu w Sudanie. Rząd angielski w d. 10 marca przy rozprawach w Izbie nad kredytem dodatkowym na wyprawę sudańską oświadczył, iż nic pochwala tego kroku Gordona-baszy i zażądał od niego wyjaśnienia.
Sprawa Kraszewskiego ostatecznie toczyć się będzie przed trybunałem państwa w Lipsku. Telegramy berlińskie donoszą, żc akt oskarżenia został już wygotowany i wręczony obu oskarżonym, kapitanowi Hentschowi i Kraszewskiemu, a JM. JJlirsen Courrier ogłosił nawet treść tego aktu; ogłoszenie to wydaje się podejrzanem, już z tego względu, że aktów oskarżenia ustawy prasowe nic pozwalają drukować prędzej, aż po odczytaniu ich w sądzie. Kraszewski ma być oskarżonym o zdradę stanu przez utrzymywanie stosunków z państwami zagranicznemi i komunikowanie im otrzymywanych od Hcntscha tajemnic urzędowych. Ile w tern oskarżeniu prawdy, dowiemy się niezadługo, tymczasem nic uważamy za stosowne powtarzać szczegółów, których autentyczność jest, jak powiedzieliśmy, podejrzana. Termin rozprawy ostatecznej jeszcze niewy mieniony. Kraszewskiego, jak wiadomo, bronić będzie adwokat drezdeński dr Saul.
171
GĘSI I GĄSKI,
KOMEDYA W PIĘCIU AKTACH
MICHAŁA BAŁUCKIEGO.
(Dalszy ciąg.)
SCENA VI.
CIOTKA, KLOPOTKIEWICZ, HULATYŃSKI, JASIEK.
jasiek (óe~ liberyi).
Prosę tez jegomości kluce od śpichlerza. KLOPOTKIEWICZ (Żywo).
Toście już skończyli wianie?
JASIEK.
Juz i nasypane do worków, ino brać i nosić do śpichlerza.
K ŁOPOIKIE WICZ (w stając).
Ciotka pozwoli?
CIOTKA.
Cóż to? Pan chcesz odchodzić? A to pięknie! KLOPOTKIEWICZ.
Tam czekają na mnie z pszenicą. CIOTKA (~ flegmaj).
Pszenna nie ocieknie, musimy skończyć partyą. Ja mam już 1,250.
KLOPOTKIEWICZ («. Str).
A to utrapienie z tą kobietą. (G/o.sno.) No, wiec grajmy. (Do Jaśka.) Ja tam zaraz przyjdę. (Jasiek odchodzi.)
CIOTKA.
Pan zadąjesz.
KLOPOTKIEWICZ (roztargniony).
A tak, ja zadajc, coby tu?... (Zaczyna nucić pod nosem, potem gwiżdże tę same nnlodya, spostrzegłszy się, zatyka ręką usta.) O, przepraszam!
Ciotka (rzuca karty).
Pan widać uwziąłeś sic dzisiaj, żeby mi dawać na nerwy.
KLOPOTKIEWICZ.
To mi się tak niechcący wyrwało, słowo honoru! Poprostu głupie przyzwyczajenie.
CIOTKA (wstając).
To gwizdaj-że pan sobie dowołi, kiedy masz taką ochoto, ja nie myślę słuchać. (Odchodzi.)
KLOPOTKIEWICZ (idzie parę kroków za nią).
Ależ ciociu dobrodziejko! (IFraca do llułatyń-skiego.) A to drażliwa baba! Żc sobie tam parę razy gwizdnąłem...
HULATYŃSKI.
Jeżeli ona tak rzeczywiście gwizdania nie znosi, to radzę panu, sprowadź sobie ze dwie kopy gwizdków'.
KLOPOTKIEWICZ.
Ile, he, figlarz z kochanego pana. No, ale kiedy sobie poszła, to ja teraz do roboty, bo to już wieczór za pasem. Sąsiad pozwoli?
HULATYŃSKI.
Proszę bardzo.
KLOPOTKIEWICZ (ściskając go za rękę).
My pana uważamy za domowego. No, do widzenia! (Odchodzi na. lewo. Powoli zaczyna się zmierzchnę na scenie.)
HULATYŃSKI (sam, siada przed altaną).
Ciekawym bardzo, czy się pannie Maryi uda pogodzić zakochanych. A niech że sie to raz skończy, bo ja na tem najwięcej cierpię. Nic mogę nawet przez chwilę swobodnie porozmawiać z panią mych myśli. (Po chwili.) Brak mi odwagi powiedzieć jej, że ją kocham, bo nuż powie: „nic.” (Chodzi po scenie.) Niby napozór zdaje się, że mi dość sprzyja; ale to jeszcze nic dajc mi pewności, bo przypomina mi jaskółkę, co tuż pod oknem buduje sobie gniazdko. Zdawałoby sic, że dość rękę wyciągnąć, aby ją posiąść, a tymczasem to ptak najtrudniejszy do oswojenia. Tak i ona, niby blizka człowieka, a daleka. (Spostrzegłszy wchodzącego Binczyckiego, idzie ku niemu.) I cóż?
MARZYCKI.
Zamknęła sic w pokoju ciotki i pod pozorem bólu głowy, nie puściła panny Maryi do siebie. Widzę, źc trzeba mi się pożegnać z wszelką nadzieją.
HULATYŃSKI (klepiąc go po ramieniu).
A ja ci powiadam, że twoje akcye stoją teraz lepiej, niż kiedykolwiek.
MARZYCKI.
Żartujesz chyba.
HULATYŃSKI.
Daje ci słowo. Masz sprzymierzeńca w7 obozie nieprzyjacielskim lepszego, niż my w7szyscy.
MARZYCKI.
Kogo?
HULATYŃSKI.
Zazdrość.
MARZYCKI.
Joasia zazdrosna?
HULATYŃSKI.
Szalenie.
MARZYCKI.
O kogo?
HULATYŃSKI.
O pannę Maryą.
MARZYCKI.
Zkądźe mogła wpaść na podobne przypuszczenie?
HULATYŃSKI.
Ja jej to podszepnąlcm.
MARZYCKI.
Ty! w jakim celu?
HULATYŃSKI.
Aby ją pomartwić troszeczkę.
MARZYCKI.
Ależ to sensu nic ma! Pójdę i powiem jćj wszystko.
hulatyński (zatrzymując go).
Adamie, nic rób tego. Zaczekaj do jutra z tem wyjaśnieniem. Zaręczani ci, że przez tę noc nic umrze z rozpaczy. Cala ta awantura wyjdzie jćj tylko na zdrowie. No, jedżmy. (Bierze go pod rękę.)
MARZYCKI.
Biedna dziewczyna! Teraz rozumiem wszystko. HULATYŃSKI (wstrzymując się).
Czekaj, mam dać profesorowi parę nowych gazet. Każ zaprzęgać, ja tam zaraz przyjdę. (J/a-rzycki wychodzi, zmierzcha się coraz bardzo j.) A, otóż i profesor.
SCENA VII.
HULATYŃSKI, CIEPISZEWSKI.
CIEPISZEWSKI.
A to formalne nieszczęście, znowu ich spłoszyłem, jak kuropatwy w pszenicy.
hulatyński.
Kogo?
ciepiszewski (zniżonym głosem).
No tego, tego pana Pantaleona. hul ytyński.
Z doktorową?
CIEPISZEWSKI (odwraca się od niego zgorszony).
E! cóż znowu za przypuszczenie.
hulatyński.
Więc z kimże?
CIEPISZEWSKI.
Czyja wiem? Jakaś niewiasta, to pewno; ale doktorowa, gdzież by zuowu, przecid ona ma męża.
HULA l YŃSKI.
Właśnie dlatego. lT takich kobiet, jak Figur -kowska, mąż jest tylko wygodnym parawanem.
CIEPISZEWSKI.
Ale nic, nie, to z pewnością kto inny. Wprawdzie nie śmiałem sic jćj przypatrywać, bo i tak mnie już wstyd, żc ciągle włażę im w7 drogę. Gotowi sobie pomyśleć, żc ich śledzę. Ten Pantalc-on i tak już patrzy na mnie, jakby mnie chciał zjeść. Ciotka także o coś krzywa, widocznie im zawadzam tutaj.
hulatyński.
To tćż od jutra zabieram profesora do siebie. ciepiszewski.
Jakto, na mieszkanie?
hulatyński.
Tak. Dam profesorowi pokoik, jak pieścidcl-ko, z biblioteką klasyków, co została po moim stryju; będzie profesorowi tam wygodnie, cichutko.
ciepiszewski.
E, gdzieżbym ja śmiał naprzykrzać się tobie?
HULATYŃSKI (biorąc go za rękę).
Profesorze kochany, zrobisz mi tćm największą łaskę; będę cię uważał, jak ojca rodzonego.
CIEPISZEWSKI (glaszcząc go po ramieniu).
Poczciwy z ciebie chłopak. O, moja Marynia zna się na ludziach, bo ona zaraz powiedziała, że tobie dobrze z oczów patrzy.
HULATYŃSKI (ucieszony).
Panna Marya to powiedziała?
CIEPISZEWSKI.
Jak mnie żywego widzisz.
HULATYŃSKI (ściska go serdecznie za rękę).
Kochany, zloty profesorze, ani w iesz, jak mnie tćm uszczęśliwiłeś. Taka pochwała z ust panny Maryi, to dla mnie więcćj, niż (namyśla się)... niż od ciebie najlepszy stopień z łaciny.
CIEPISZEWSKI.
A to z jakiego powodu? hulatyński (z uniesieniem).
Bo ja pannę Maryą czczę, wielbię i kocham, tak, kochani, najdroższy profesorze!
CIEPISZEWSKI.
Kiedy żeś ty miał czas na to wszystko? Jesteśmy tu zaledwie kilka dni.
HULATYŃSKI.
To wystarcza, aby poznać i ocenić jćj dobroć, szlachetność, piękne przymioty.
CIEPISZEWSKI.
A jakże się to stało, źe się kochacie, a ona nic mi jeszcze o tem nic mówiła?
hulatyński (z westchnieniem).
Bo nie kochamy się, tylko ja kocham.
CIEPISZEWSKI.
No, a ona?
hulatyński.
Nie wiem, nie śmiem jej o to pytać.
CIEPISZEWSKI.
Ale powinna cię kochać. Jakżeby to było? Czekaj, pogadam z nią o tem.
hulatyński (chwytając go iv objęcia).
Ach, profesorze, złoty, kochany profesorze, ojcze mój drogi!
ciepiszewski.
Karolu, bój się Boga, nie tak mocno! Dziś jeszcze pogadam z nią o tem.
marzycki (za sceną).
Karolu!
hulatyński (żegnając się).
Patronuj tam za mną jak możesz, kochany profesorze, bo tu idzie o moje szczęście.
CIEPISZEW SK1.
Nie bój się, już ja jćj nagadam. (Pożegnawszy Hu-latyńskiego, wraca na scenę.) A chybaby serca nie miała dziewczyna. (Chce iść dalej na prawo, wtem spostrzega wchodzących Pantaleona i Natalią.)Masz tobie, ci znowu tutaj. A to nieszczęście prawdziwe! (Odchodziprędko nalewa stronę, nie będąc od nich widziany.)
(Księżycowe światło rozjaśnia się.)
SCENA VIII.
PANTALEON, NATALIA.
Natalia (wchodzi pierwsza).
Widział mnie z pewnością.
pantaleon.
Ależ nie, w alei było całkiem ciemno.
NATALIA.
Musial nas śledzić już przedtem, a teraz rozgada wszystkim, będę skompromitowaną.
pantaleon (wzruszając ramionami).
Ostatecznie, co pani może zależeć na opinii tych ludzi? As ist mir unbegreijlich, jak pani chcc się siedzieć tu między nimi, na takim partykula-rzu. Dla pani to taki Wiedeń, albo Paryż. O! tam-byś pani dopiero mogła brylować! E, żebyś to pani tak do Wiednia się przeniosła, sapristi! do-pićrobyśmy panią fetow ali, jak królową jaką, ja-bym panią wprowadził w świat.
NATALIA.
Pan?... W jakim charakterze?
pantaleon.
Mniejsza o charakter, bjlebyś pani miała wszystko, co potrzeba. Jabym panią otoczył zbytkiem, obsypał brylantami...
(326)
IDYLLA. Kopia obrazu Henryka Siemiradzkiego.
Nie chce jeść!... Podług obrazu Rbstela.
(327)
174
NATALIA (nadsłuchując).
Cicho, ktoś idzie.
PANTALEON.
Chodźmy do altany.
NATALIA.
Może tani znowu kto...
PANTALEON (zaglądając).
Niema nikogo. (Chowa się z Batalią do altany.)
SCENA IX.
CIŻ i FIGURKOWSKI.
FIGURKOWSKI (z lewćj).
W domu jćj niema; tu także, gdzie ona może być?
Natalia (<icho do Pantaleona).
Mój mąż.
r \NTALEON.
Tam do licha.
FIGURKOWSKI.
Natalciu!
PANTALEON (cicho).
Idzie tu.
NATALIA.
Zostań pan. ( Wychodzi z altany i udając obojęt-nośc, mówi.) 0! to ty?
figuro W'SKI (pomieszany, całuje ją iv rękę).
Natalio!
NATALIA.
Coś ty taki blady?
figurk<iwŚ&.
Czy jesteś sama?
NATALIA.
Zkądźe to pytanie?
figurkowski (wskazuje na altanę).
Tam niema nikogo?
NATALIA.
Któżby miał być?...	g
figurkowski (tajemniczo).
Bo ci mam oznajmić rzecz straszną.
NATALIA (Żywo).
Może krawcowa popsuła Suknie?
FIGURKOWSKI.
Gorzej.
NATALIA.
Cóż jeszcze gorszego być może? figurkowski (zniżonym głosi m, ale z naciskiem).
Zasckw'estrowano nam rzeczy.
NATALIA.
Jakto? i moje, i biżuteryc? figurkowski.
Wszystko, wszystko!
KAT ILIA.
Żartujesz chyba. Za co?
FIGURKOWSKI.
Za długi.
PANTALEON (ni str.).
O! das ist wichtaj!
NATALIA.
1 ty śmiałeś robić długi? figurkom ski.
Cóż było robić? Potrzebowałaś tyle...
NATALIA (Z oburzeniem).
Co? może powiesz, żem to ja temu winna? figurkowski.
Ależ nie, nie.
NATALIA.
Więc chcialcś może, żebym żyła w domu jak pustelnica, chodziła w jednej koszuli?
FIGURKI W’SKI.
Ależ uchowaj Boże! Tylko widzisz, aniołku, dochodu takiego nic bjlo, żjło sic kredytem, no, i wkońcu...
NATALIA.
Jak mogłeś pozwolić na taki skandal? FIGURKOWSKI.
Cóż miałem robić?
NATALIA.
Odczegóż ty, mężczyzna—mąż? Radź, szukaj, staraj się, bo ja swoje rzeczy mieć muszę; inaczej nic pokazuj mi się na oczy. (Chodzi żywo po scenie, załamując ręce.) Bankrut, ślicznegom się losu doczekała! (Siada na kanapie.)
figurkowski (zbliżając się do ni»j).
Widzisz, duszyczko, ja robiłem, co mogłem.
NATALIA (zrywając się znowu, chodzi po scenie).
I ja dla takiego niedołęgi poświęciłam moję młodość, moję piękność, mój los! 0, ja nieszczę-wa! ach! ach! (Spa-mując, pada na kanapę.)
FIGURKOWSKI.
Natalciu, przez Boga, uspokuj się! (Chce ją ra-towań.)
NATALIA (spazmując).
Odejdź! ach! ach! odejdź, bo patrzeć na ciebie nie mogę. Ach! ach! (Bijać obcasikami z nu cierpliwości o scenę.) Odejdź!
FIGURKOWSKI.
Idę, idę, duszyczko, już odchodzę. (Zakłopotany ogląda sic na wszystkie strony za pomocą i mówi n. str.) Jakże ją tu tak zostawić, w takim stanie, niepodobna!
NATALIA (j. W.).
Precz mi z oczu, odejdź!
FIGURKOWSKI.
Dobrze! już idę. (N. str.) Gdyby kogo zawołać. (Zobaczywszy wysuwającego głowę z altany Paatałe-ona, biegnie ku niemu u udawany.) Ach, panie! (Pantalcon cofa się. Natalia, widząc męża idącego do altany, podnosi sic i przestraszona przestoje spa-zmować, oczekujcie co będzie. Gdy jednak słyszy co maź mówi, kładzie się napowrót i spazmuje datuj.) figurkowski (chwyta Panlałeona za rękę i mówi błagalnie, wyciągając go z altany).
Panic, ktokolwiek jesteś, ratuj tę nieszczęśliwą! (Ściska go za ręce i zabierając sie do odejścia, mówi) Ja tu zaraz każę przynieść wody, octu. (Wraca.) Masz tu pan aąita laurocerasi. (Daje mu jłaszeczkę.) Pięć kropli na cukrze, czuwaj tu nad nią, powierzam ją pańskiej opiece. (Ściska za rękę osłupiał-go, zdumiilego Pantaleona i wychodzi prędko.)
KONIEC AKTU CZW'ARTEGO.
SATYRA
nn. złiytlci i Iowy polwltie (1).
Jadę raz do Piotrkowa na wstęp trybunału, Spotykam idącego szlachcica pomału, Boso, bez czapki chociaż już było po Iccie, Sakwy tylko z szabliskiem tłuką się po grzbiecie. Proszę go do kolaski, pj tam się, zkąd rodem, Co mu do tćj podróży stało sic powodem?
Aż słyszę godne imię, herb przedni, bogaty Dom jego, sławne niegdyś w Polsce antenaty, Zdziwię się i zawołam:—A gdzież to, mospanie, f ortuna? toć już waści na kontusz nie stanie, Na konia, na kulbakę i na pacholika!
On westchnie i mnie temi słowami spotyka: — Było to, było wszystko, były srebrne rzędy, Pieniądze, bydło, konie, chleba dosyć wszędy, Były wioski intratne, z winem austerye, Kolaski, suknie, pewne w ręku posesye, Piwnice, pełne brogi, stodoły, spichlerze.
Zbierał to dla nas ojciec, kochający szczerze; Kobierce i dywany, kredensy, obicia,
I co do przystojnego służyć mogło życia.
— A gdzież się to podziało, mój serdeczny bracie? — Zginęło!—on odpowie—nie wczas żal po [stracie Zjadło się i wypiło, przegrało się w karty, Resztę zżarły łakome ogary i charty.
Świętej pamięci ojciec cztery na obroku Miał konie do kolaski, dwóch ludzi przy boku, Sześć półmisków na obiad, na wieczerzę cztery, Chyba żc się w dom trafił zacny gość i szczery, Siódmy i ósmy zrobił do tego przydatek.
umierając, zostawił nas ośmioro dziatek, Sześciu synów, dwie córek, wsi sześć i z karczmami, Dwa młyny, osiemdziesiąt tysięcy tynfami.
Wzięliśmy każdy swoje, wesela paradnie Z wyprawą sprawiliśmy, aż już mało na dnie
(I) Utwór ten bezimienny, nigdzie dotąd niedntkowany, Wyjęty jest z rękopisów jednego z księgozbiorów poza granicami królestwa. Język i forma, dość wykończona, zdają sic świadczyć, źe pochodzi on z drugiej połowy XVIII stulecia.	(Przyp redak.l
W szkatule; przyjęliśmy po czterech pachołków, Kilku sług, po sześć koni; ruszyło się w'olków' Od roboty na kuchnię, winkiem się szumiało, Persyki, ratafie dwa razy w' dzień mało, Kawa tęga i z mlekiem, korzenie, kanary, Rozynki i migdały szły w kociel bez miary.
Chartów' było smycz dziesięć i ogarów wiele, Jamników, gońców — codzień w domu przyja-[ciclc, Sług, kucharzów', stangretów, muzyków, śpiewa-[ków, Jakich tylko na wybór w glosach liczył Kraków.
Żonki też krotofilne na swe adryany, Na roki i wolanty, azwity, robrany, Na manele, girlandy, mankiety, salopy, Wyciągnęły z śpichlcrza korce, z stodół snopy. Wszystko się zmarnowało, byle szumieć hojnie, Niemasz teraz szeląga, siedzi się spokojnie.
Jedna tylko chałupa, i to z komornikiem, Kolacya kupusta, obiad zaś barszczykiem Zbywa się, i to jeszcze gdy się dzieci natka Dokoła, muszą ojciec ustąpić i matka.
Chłodno, głodno, nie masz co na grzbiet wdziać [już zgoła, Wstyd się z ludźmi powitać, wstyd iść do ko-[ściola.
Żyjc się po kalwińsko, prócz jednego mięsa, Gdyż słoniny w komorze nic znajdziesz i kęsa.
Bieda teraz, mość panie, wierutna chudoba, Dopiero się swawolne życic nic podoba.
Wtenczas zaś, póki było, bez końca, bez względu Używało się—teraz żal nicrychlo błędu.
Nie zna nas nikt z przyjaciół, co jedli i pili U nas, i mów’iąc prawdę, z rąk naszycli użyli.
Wszystko się odmieniło z fortuną, mój Boże! Smutek sam, płacz się został, co nic nic pomoże.
Żal mnie w ziął na to szczere szlachcica wyznanie, Tak właśnie, jakby mówił żarliwe kazanie.
Wszystko zważam usilnie i stosuję do mnie, Miarkuję się, czy nazbyt żyję, czyli skromnie.
Potem spytam, poco się na trybunał toczy, Gdzie bez pieniędzy żaden patron nieochoczy.
Odpowie:—Nie za sprawą, ani po dekreta idę; szczególna dla mnie nadzieja jeszcze ta,
Że gdy ujrzę z mojego województwa braci, Urzędników, z których są teraz deputaci, Przecie się ulituje niejeden dobrodziej
I przez jałmużnę podróż przynajmniej nagrodzi.
Dałem i ja, co mogłem przy wydatku w drodze, Żal mi się wziął owego nieboraka srodze.
Pomyślałem tak sobie: kto ma rozum zdrowy, Niechaj zbytków nie lubi, nie dba nic o łowy.
Przyszły mi też na pamięć różne bistoryc, Którcmim cłieial pocieszyć jego mizerye.
Naprzód Wydżgi, prymasa, co dwa dziełu stany Niegdyś między polskimi rozpustnymi pany:
W jednych Dyomedcsa, w drugich Akteona Fortunę zważał; tak ma rzecz być objaśniona,
Że jednych własne konie, drugich zaś ogary Pożerają i pędzą cożywo na mary.
Potem zaś krakowskiego biskupa, Zadzika, Który nic chcial do dworu przyjąć kanonika
Karetą szcściokonną, z ludzi kalwakatą;
A ten potem gdy począł szumieć z wódką stratą, Przyszedł do tego, żc się włóczył po Warszawie
O kiju, bez żadnego sługi, nagi prawic.
A tak się napłakawszy z szlachcicem obficie, Rozstałem się, lecz wziąłem przykład na mc [życie.
Sayonarola każScy przeciw zbytkom.
Obraz L. Lnngenmantln.
Podróżnicy, zwiedzający klasztor San Marco we Florcncyi, znają wizerunek słynnego fanatyka i kaznodziei Sawonaroli, pomieszczony w jednej z cel, którą groźny ten reformator niegdyś zamieszkiwał. Jest to portret mężczyzny o rysach grubych, twardych, twarzy wychudłej, ascetycznej, jakby trawionej ogniem wewnętrznym, lecz oży-
175
wionćj bystrcmi, głęboko csadzonemi oczami, z których tryska myśl poważna.
Była to epoka najbujniejszego rozkwitu Florenccy i pod rządami Wawrzyńca Wspaniałego Potęga i bogactwo miasta wzrosły do niesłychanych rozmiarów. Sztuki piękne rozwijały się świetnie. IV nauce zapłonął już blask Odrodzenia, a dokoła tronu Medyceuszuw gromadziły się. największe znakomitości umysłowe.
Śród takicli warunków społecznych nic dziwnego, żc rozwielmoźj ł się i zbytek, zarówno w ubraniach, jak w życiu; przeciwko zbytkowi też zrazu wystąpił gwałtownie nieznany przedtem kaznodzieja, którego sam Wawrzyniec powołał r. 1488 z jego miasta rodzinnego Ferrary, na przeora klasztoru dominikanów San Marco we Floreueyi.
Fra Girolamo, liczący wtedy 36 lat wieku (ur. 1452), przybył tam z zapałem reformatora i znalazł wkrótce wielu fanatycznych, ślepo mu uległych stronników. Kazać więc począł przeciw zbytkom i potęgą swego słowa porywał tłumy. Zwrócił się potem na pole polityki, gromiąc rządy autokratyczne, a przepowiadając Wawrzyńcowi śmierć blizką, wygnanie Mcdyceuszów i wkroczenie do Italii wojsk obcych, co wszystko spełniło się później.
Ośmielonym pobłażaniem księcia i zaślepiony' powodzeniem, Savonarola nie ograniczy 1 się na tem: począł występować przeciw nauce i jej przedstawicielom, utrzymując że „lada baba staruszka więcej wie o wierze od Platona;” zreformować chciał państwo i kościół, a masy ciemne pokornie go słuchały, i nawet poważni mężowie nauki szli za jego głosem.
Po zgonie Wawrzyńca (1492) i wygnaniu niedołężnego syna jego Piotra; po opuszczeniu krajów włosiach przez wojska Karola VIII króla Francyi, które je były naszły, śród powstałej z tego powodu anarchii, rozpoczęła sic doba nieograniczonej prawie władzy Satuiiaroli. Lud uznał w nim proroka i zesłań -a Bożego, poddając się ślepo jego wyrokom. Florcucya cala, jakby cudem, zrzekła się nagle zbytku i rozpusty, lecz jednocześnie, niestety, zaparła i wiedzy. Na wielkim placu signoryi, z rozkazu reformatora, w końcu karnawału 1197 roku wzniesiono stos wielki i sprawiono olbrzymie autedafe. Kobiety same znosiły swe stroje na całopalenie; spłonęły w ogniu wszelkie przy bory karnawałowe: kostiumy, maski, fałszywe brody i t. p.; spłonęły ubiory niewieście, bielidla, róż, sztuczne włosy, karty, instrumentu muzyczne, obrazy, zwłaszcza wizerunki pięknych kobiet, a razem z temi przedmiotami uciech światowych dzieła Boccaccia, Pctrarki i ich zwolenników.
Wpływ SaTonaroli stał się wszechwładnym. Spiskowców, chcących powrócić Mcdyceuszów, kazał stracić na placu publicznym, chociaż służyło im praw o odwołania się do narodu. Napróżno zasiadający wtedy na tronie papieskim potężny Aleksander VI, przeciw któremu fanatyczny zakonnik rzucał pioruny, zabronił jemu i wszystkim dominikanom miewania kazań: gdy przed nim zamknięto podwoje katedry, nieustraszony niczem, prawił dalej.w kościele San Marco.
Aż wreszcie, jak w każdej sprawie ludzkiej, po namiętnych uniesieniach, nastąpiła chwila reakcy i: reformatora pobito własną jego bronią. Zakonnicy' reguły św. Franciszka zaczęli kazać przeciw niemu i powoli lud przeciągnęli na swą stronę. Dnia 17 kwietnia 1498 r. wieczorem Sa-VL.uarola, wraz dwoma najgorętszymi stronnikami swymi: Dominikiem da Pescia i Sylwestrem Ma-rufli, z rozkazu papieża i signoryi został uwięziony. Pod kierunkiem dwóch legatów papieskich złożono ua dotkniętego już poprzednio klątwą sąd, który skazał go na śmierć przez spalenie. Wyrok wykonany został 23 maja 1498 r. na tym samym placu signoryi, który niedawno jeszcze był świadkiem tryumfów śmiałego burzyciela.
Tak zginął człowiekniezaprzcczcnic znakomity, szlachetny marzyciel, nieustraszony reformator, ale zbyt gwałtowny i w środkach uienrzebierają-cy. Nieocenionemu przez spólczesnych, potomne dopiero wieki oddały sprawiedliwość.
Na wspaniałem malowidle, którego tu wierną
kopią dajemy, przedstawiony jest Savonarola w białym habicie dominikańskim. Z ust jego padają gromy' przeciw zbytkom i rozpuście. Tłum niewiast i mężczyzn korzy się przed nim. Dokoła widać postacie niektórych główniejszych dzia-łaczów spólczesnych, jak na prawo, z brodą pod partą na ręku, zakonnik i malarz Fra Bartolomeo; obok niego z długiemi włosami uczony Pico de Mirandola; wyżej, pomiędzy kolumnami, głowy młodego Filipa Lippi i Andrzeja della Robbia; wreszcie na lewo, obok grupy' nadobnych niewiast, wyraziste oblicze Macchiavella.
Wrażenie całości obrazu jest imponujące. Artysta wybornie umiał w nim uprzytomnić i grozę chwili i zarazem charakter epoki, w kostiumach i bogatych akcesoryacb.
ofiarowane bezimiennie dla,kościoła pod wezwaniem S. Ś. Piotra i Pawła, dziś Sw. Barbary w Warszawie.
Cy bory urn to wykonane jest w stylu renesansu włoskiego, z końca XVI wieku, cale z bronzu, grubo pozłacane zewnątrz i wewnątrz, 5 stóp wysokie, a 8 obwodu mające.
Drzwiczki zdobi wizerunek ś-go Jana Chrzciciela na puszczy, trzymającego w prawej ręce krzyżyk z chorągiewką, a na niej napis: rEece Agnus Del;'” lewa zaś ręka spoczywa na piersiach, jakby wskazywała „Miłujcie się, jako i Chrystus
was umiłował.” Przy nogach baranek, symbol Niewiadomski Eligiusz ucz. kl. 3-ej „ 18 ,, niewinności.	Razem rs. 255 kTąń
Na narożnikach pomiędzy kolumnami, z czte- i5®£ano więc z innego funduszu rs. 15.
reeb stron w bocznych niszach, stoją figury apo-
stołów: ś. ś.- Piotra, Pawła, Jakuba i Jana Ewangelisty. Na głównym luku, spartym na kolumnach z trzech stron, aniołowie, w postawie siedzącej, trzymają jeden kadzielnicę, a drugi winne grono i snopek pszenicy, jako symbol N. Sakramentu.
Na luku między aniołami wznosi się krucyfiks na postumencie, z wyrytym napisem: „Memento pro cmima MicJiatlis.r Jest to skromny wspominek ofiarodawcy.
Cyboryum umieszczone będzie w bocznym ołtarzu nawy poprzecznej. Zrobione jest w kształcie kapliczki, w fabryce p. Norblina i Ski w Warszawie. Koszt jego wynosi 2,00U rs.
1. J. Staroiyk.
Na pomnik dla sarbiewskiego. J. Rymsze-wicz kop. 50; zakład artystyczno pozłotniczy pod firmą Leopold rs. 1; J. J. rs. 1; I. W. kop. 50; Karolina J. rs. 1; B. T. rs. 5. Razem ze złoźone-mi poprzednio rs. 42 kop. 50.
Na fundusz wieczysty imieniaś. p. ignacego boczylińskiego. M. S. rs. 2; S. B. rs. 2; H. N. rs. 2; Z. i S. Wolframowie z Mieni rs. 10; Marya Kun... rs. 3; Laura R. rs. 7; M. Chrosrowska rs. 10; Z. R. rs. 1; Sabina 1’. rs. 3; 11. rs. 3; K. R. rs. 1; 1. Kociorowska rs. 4; M. Zabłocka rs. 3; K Zabłocki rs. 3; Z. Grzybowski rs. 3; ksiądz N. rs. 1; S. Kostrzewska rs. 5; Jadwiga Mał. rs. 5; Zofia Sil. rs. 25; Z. R. rs. 5; Fr. R. rs. 10; J. i A. B. rs. 5; F. i M. K. rs. 2; E. R. rs. 1; H. B. rs. 1; Julia S. rs. 1; Jadwiga II. rs. 1; A. Świętochowski rs. 3; Józefa B. z Lublina rs. 3; Chrząszczewski rs. 3; Chrząszczewski rs. 1; Górski rs. 3; Sumiń-
ski rs. 3; Krzymuski rs. 3; E. M. z ks. poznańskiego rs. 10; zebrane: przez Adelę R. rs. 15, przez Maryą K. rs. <>0; Helena G. z Kijowa rs. 3; Leonia N. rs. 3; Zofia R. rs. 3; H. W. rs. 3; w imieniu ś. p. Bronisławy Laskowskiej sztukę złotą 20 markową. Razem z nadesłanemi poprzednio rs. 930 kop. 70 i 20 marek.
W sprawie funduszu
IMIENIA J. I. KRASZEWSKIEGO.
Osoby uproszone do rozdziału procentów od powyższego funduszu między niezamożnych uczniów gimnazyów warszawskich, oraz tutejszej szkoły handlowej, a mianowicie: 1) Jenikc Ludwik redaktor Tygodnika ilustrowanego, 4) Spiess Ludwik dyrektor Towarzystwa wzajemnego kredytu, 3) Stankiewicz Władysław doktór medycyny i 4) jeden z nauczycieli gimnazyów rządowych—zawiadamiają, źe z półrocznego procentu rs. 24U, od kapitału wieczystego imienia J. 1. Kraszewskiego, w ilości rs. 9,600, otrzymali wpisy następujący' uczniowie:
W szkole handlowej.
------ PawlikiewiczB.zkursuspecyalncgors. 37 kop. 50
Szmidel Władysław . . . . „ 37 „ 50
W gimnazyum I.
Soroko Wincenty ucz. kl. 4-ej . rs. 15
Gałkowski Mikołaj ucz. kl. 4-ej „ 15 W gimnazyum II.
Rzętkowski Kaźmirz ucz. kl. 4-ej „ 20
Niemirowski Wacław „ 5-ćj „ 20 W gimnazyum III.
Korotyński Wlad. ucz. kl. 5-tej . „ 20
Milobędzki Jan . . „ 6-tej . „ 20 W gimnazyum IV.
Szymański Bronisław „ 5-ćj . „ 20 W gimnazyum V.
Teodorczyk Frant, ucz. kl. 5-ej . „20
Bujakowski Wł.^ycz. kl. wstępnej „ 12 W gimnazyum realnem.
n
n
n n
n
r
n
71
SZACHY.
JPartya uiepi^awidlowa.
grana d.	24 stycznia 18s4
Białe	Czarne
p. Żabiński.	p. Hogusławski.
1) 1)2—D4	E7—EG
2) Gl—F3	D7—D5
3) E2-E3	F8—D4
4) C2—CU	C7—CG
5) BI—C3*	G8 - FG
6) A2—A3	B8-D7
7) 04—C.’>	D6—C7
8) B2-B4	A7—AG
9) Cl—B2	E6-E5!
10) D4 biora	E5 D7 biora E5
11) FI—E2*	D8—E7
12) F3—D4	0-0
13) 112-113	C8—D7
14) Dl—D2	A8—D8
15) 1'2—D3	ostatnie posu-
r. na tur. w Warszawie.
strzegł grożące mu niebezpieczeństwo i oddając piona G4, osłabia atak przeciwnika.
18) E5 biora G1
19) D4-F3	114-115. Nie
można grać H4—G3 z powodu C3—E2 i królowa czarna stracona.
20) C3—Dl 21) G2—G3	E8—EG E6-H6
22) D2—G2	D8—E8
23) B2 -D4	G4-F6
24) Dl - F2	FG—G4
25) Fl—El	G4 biorą F2
26)	G1 biora F2 D7—H3
27)	G2—HI	115—G4
28)	F3—112	G4—D7
29)	III -F3	F7—FG
30)	El—111	G7—G5
31)	Al G1	A6 -A5
32)	D3—E2	II3-EG
33)	H2 - G4. Przez swoje wyborną obronę, białe już zupełnie odparły energiczny atak czarnych; teraz nastąpić musi ogólna wymiana figur.
33)	EG biorą G4
34)	F3 biora G4 D7 biora G4
35)	E2 biorą G4116 biorą 111
36)	G1 biorą III G5 biorą F4
37)	G3 biorą F4 A5 biora B4
38)	A3 biora B4 C7—W
39)	G4—F5	D8-E7
40)	HI biora 117B7-B5
41)	F5—GG E7-D8
42)	G6 biora E8 G8 bior.i H7
43)	E8 biorą'CG F6-F5’
44)	CG biorą D."> 117 — G6
35)	D5 —CG Poddają się
nięcia białych są słabe, a to skutkiem tego, żc mają one cokolwiek gorszą pozycyą i same nie wiedzą, czy rozpoczynać atak, czy też bronić swoich stanowisk.
15)	F8—E8
16)	0—0 FG - G4 zaśmiale poświęcenie, czarne otrzymują wprawdzie chwilowo dość silny atak, lecz najściślejsza analiza wykazuje ostatecznie przegraną czarnych.
17)	113 biorą G4 E7—114
18)	F2— F4!p. Ż, bijaćkonia, miał zamiar zagrać teraz F2-F3, na co czarne odpowiadając E5 biorą G4 stanowczo wygrywały partyą; na swoje jednak szczęście teraz p. Z. spo-
Korespondencja od redakcji*
Anonymowi. Listy bezimienne idą jwykle do kosza. Panu jednak odpowiadamy tym razem, żc jeżeli odstępowanie „Pana Tadeusza" za cenę przystępną dla ludzi srcduięj zamożności nazywasz „haudlarstwi in, nakłanianiem do zby t-ku i marnotrawstwa‘—to kalasz tem nic nas, ale świętość
ołtarzy naszych narodowych.
176
ROZMAITOŚCI.
l literatury, sztuki i życia społecznego.
— W sprawie akademii Mickiewicza w Bolonii zawiadamia nas p. Alfred Sanocki w Wiedniu, że margrabia Rusconi, w imieniu prof. Santagaty i całego zarządu akademii bolońskiej, upoważnił go do pośredniczenia między a-kademią a tymi, którzyby do jej grona przystąpić pragnęli. Redakeya Tygodnika swojego czasu zrobiła już w tej sprawie co należało i staraniem naszem a-kademia Mickiewicza zyskała przeszło stu nowych członków. Obecnie więc ograniczamy się na wzmiance, że każdy, kto ze-ehce wejść w jakikolwiekstosunek z rzeczoną iustytucyą, winien zgłosić się do p. Alfreda Sanockiego w Wiedniu: II Leopold stadt, Rucpp-Gasse, 16, albo wprost do margrabiego Rusconi: Bolonia, via Galliera, Palazzo Rusconi.
— Nowy przekład Konrada Wallenroda. Wiadomo, że znakomite to dzieło wielkiego wieszcza naszego zostało już przetłumaczone na wszystkie niemal języki europejskie, a między niemi kilkakrotnie i na angielski. Przekłady te jednak nie dawały Anglikom dostatecznego pojęcia o pięknościach oryginału. Obecnie p. Michał Dziewicki w Londynie dokonał nowego przekładu „Wallenroda,” wićrszem rymowanym, w miejscach zaś gdzie rym stawać mógł na przeszkodzie wierności, wierszem tak zwanym białym. Pan Dziewicki znajduje się w tern szczęśliwem położeniu, że urodzony w Anglii, z ojca Polaka, obeznany jest dokładnie z duchem obu języków. Przekład też jego, zdaniem znawców, odznaczać się ma zarówno wykwintną formą, jak jasnością i możliwą wiernością. Pracę p. Dziewickiego poprzedza szkic historyczno - literacki, skreślony przez dra Adama Beleikowskiego w Krakowie, a objaśniający genezę poematu Mickiewicza.
— Antea, dramat Władysława Okońskiego (Aleksandra Świętochowskiego), jak donosi „Echo muzyczne i teatralne,” został świeżo przełożony na język francuski. Tłumacza pismo to nie wymienia.
* — Melodyj daurskich Adama Grossa wyszła świć-żo serya II, staraniem i nakładem grona przyjaciół zacnego i sympatycznego nieboszczyka. Dobre przyjęcie, jakie u publiczności znalazła serya 1, o której w swoim czasie pisaliśmy obszerniej, spowodowało obecne ukazanie się seryi następnej. Obejmuje ona siedem numerów do śpiewu, wdzięcznych i łatwych, których tekst po-czerpnięty jest z Mickiewicza, Bohdana Zaleskiego, Malczewskiego i G6the’go, a wkońeu większych rozmiarów walc na fortepian. Wydanie ozdobne; cena zaszytu o 13-tu arkuszachrs. 2kop. 50. Skład główny u Gebethnera i Wolffa.
— W zeszycie marcowym miesięcznika praskiego „Kwety“ znajdujemy udatny przekład znanego
(328)
Cyboryum przeznaczone dla kościoła Ś. Ś. Piotra i Pawła w Warszawie.
utworu Kornela Ujejskiego p.t. „Niebezpieczna,” dokonany przez Kvapila. Poemat ten ilustruje niewielki rysuneczek Andriollego.
— Słowiańszczyzna w jej śpiewach, pod tym tytułem wychodzi od pewnego czasu w kutnćj-bo-rze, w Czechach, zbiór pieśni różnych narodowości słowiańskich, z melodyami. Zapowiedziany właśnie zeszyt U księgi III tego wydawnictwa obejmować będzie pieśni polskie, w przekładzie K. V. Prokopa.
— Tegoroczna wystawa hygieniczna w Londynie, dzięki staraniom p. F. Karola, naczelnika tamecznego domu komisowego, mieć będzie osobny dział polski. Dla wystawców naszych zachowano miejsc 20, przeznaczonych na płody wszystkich ziem polskich, w odpowiedniem ugrupowaniu. Adresować należy: F. Karol and C. 23, Mar-tins Lane, Cannon Street, London E. C.
— Aforyzmy z dzieł Maurycego Jokaja, znanego dobrze czytelnikom naszego pisma z drukowanych w niem świetnych powieści: „Czarne dya-rnenty” i „Człowiek o kamiennem sercu,”wydała
świćżo księgarnia Procbaski w Wiedniu i Cieszynie. Jest-to zbiorek myśli i refleksyj, wyrwanych z całości pism jego, a tćm samem niezawsze jasno tłumaczących prawdziwą iuteneyą znakomitego autora.
— W następstwie odbytego we wrześniu r. z. w Bernie kongresu literackiego, prezydent Związku szwajcarskiego rozesłał obecnie okólnik do różnych rządów europejskich, wzywający je do przysłania swych przedstawicieli na konferencją, celem ułożenia kodeksu międzynarodowego, w sprawie własności literackiej i artysty cznćj.
— Stowarzyszenieartystek w Berlinie urządziło świeżo w akademii sztuk pięknych dziewiątą zrzę-du wystawę utworów wyłącznie kobiecych. Tym razem pomiędzy mnóstwem malowideł olejnych, akwarel, rysunków, a nawet rzeźb, mało tam widać prac arty-styczncprzemysłowych, chociaż i na tćm polu napotkać można rzeczy godne uwagi.
— Jako unikat w dziejach drukarstwa, wyszła niedawno z domu dla obłąkanych w Konrads-bergu pod Sztokholmem książka, złożona, wytłoczona i oprawiona przez nieszczęśliwych wycliowań-ców tego zakładu. Jest to dzieło *0 zboczeniach umysłowych,” skrćślone przez dra Biórnstro-ma, miejscowego lekarza. Uczony ten, z wielkim dla zakładu pożytkiem, urządził w nim małą drukarnię, pod kierunkiem zdrowego na umyśle specyalisty, w której chorzy, okazujący do tego chęć i uzdolnienie, uczą się drukarstwa. Książka dra Biorn-stroma, pod względem czcionek i druku, nic nie pozostawia do życzenia. Czy niemożnaby i u nas zaprowadzić czegoś podobnego?
— Słownik parizyzmów, czyli u-porządkowany alfabetycznie zbiór wyrazów i wyrażeń, właściwych idyomatowi paryskiemu, wydał w tych czasach p. Cezar Yillatte. Słusznie powiedział Dumas młodszy: „Paryżczyzny nie można brać za jedno z francuzczyzną.” Cudzoziemiec też, a nawet prowineyonalista, przybywający do stolicy nadse-kwańskićj, niemało mają trudności w dokładnem rozumieniu owego a?y/ot’u, który za drugiego cesarstwa i trzeciej rzeczypospolitćj tak bardzo się tam, w stosunkach zwłaszcza powszednich, rozszerzył. Niedogodności tej zaradza dziełko powyżej wzmiankowane, w którem autor każde wyrażenie i każdy zwrot lokalny paryski objaśnia i tłumaczy. Praca ta wielkie podobno i we Francyi i zagranicą znajduje rozpowszechnienie.
Na pomnik Mickiewicza złożyli w redakcyi naszej: Bcdakcya Prawdy rs. 150 kop. 50. Ogółem ze złoźonemi poprzednio rs. 18,360 kop. 87.
Dba najbiedniejszych. Heynowski kop. 50.
Wydawcy Gebethner I Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15
HoasojieBO Heaaypon. Bapmaua, 2 Mapra 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajohmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego nura er u Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami 1 rebusem.
Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadsyłanych redakoyi Tygodnika, nie zwraca się.
M 64.
Prenumerata w Warszawie:	.	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart. Warszawa, 22 marca loo4 r. n» ,wcesantwi.: rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	1	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
Tom III.
Treńć nuweni. Artykuły: Od redakcyi.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Walerya Marrene (Morzkowska), przez K. Raszewskiego (dokończenie).—Kronika zagraniczna J. I. Kraszewskiego.—Balady Tomasza Zana, przez P. Chmielowskiego. — Kronika tygodniowa, przez St. M. Rz. — Kościół niegdyś ks.ks. kanoników lateraneńskich w tlonitnie. Kórespondeneya od redakcyi.—Składki.—Zbiory profesora Dybowskiego, przez F. Suliinierskiego—Korespondencya Tygodnika ilustrowanego ze Lwowa.—Gęsi i gąski, komedya w pięciu aktach Michała Bałuckiego (dalszy ciąg).—Kronika paryska.—Przegląd polityki zagranicznej.—Rozmaitości.—Dodatek. Kartki z dziennika, nowela Pawła Ueyse'go (arkusz pierwszy). — Ryciny: Zasadzka, rysunek E. M. Andriollego. — Okazy z wystawy zbiorów profesora Dybowskiego, rysunek C. Jankowskiego.—Śmierć Rubensa, obraz Van Bree —Kościół ks. ks. kanon, lateraneńskich w Slonimie.
(829)
ZASADZKA. Rysunek oryginalny E. M. Andriollego.
178
Od redakcyi.
Szanownym prenumeratorom kwartalnym przypominamy wczesne ponowienie przedpłaty na kwartał następny.
Warunki prenumeraty w Warszawie:
Kocznie	rs. 8	kop.	—
Półrocznie	,, 4	,,	—
Kwartalnie	„ 2	„	—
Miesięcznie	,, —	„	67l/z
Na prowincyi i w cesarstwie:
Rocznie .	rs.	12	„	—
Półrocznie	,,	6	„	—
Kwartalnie	„	3	„	—
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalszy ciąg)
XII. Karty i praca.
Ażeby wartość ludzi poznać, niekoniecznie potrzeba wypadków wielkich. Okazuje się ona i w najdrobniejszych. W życiu potoeznein przytomność umysłu, zaradność i tym podobne przymioty taką same rolę odgrywają, co na arenie spraw publicznych. 1 tu i tam z powodzenia wyradza się zaufanie, które, jeżeli się nie opiera na powodach racyoualnycb, staje się rodzicem pewności siebie, narażającej często ludzi na niedorzeczności, niekiedy na szkody. Zauważyć mogliśmy, że pan Tadeusz pewność siebie posiadał w stopniu wysokim, że miał się za człowieka nieomylnego. Zaznaczamy punkt ten i ciągniemy dalej opowiadanie o pobycie podróżnych naszych w Humaniu.
Zajście z prezesem pepsuło paniom humory. Podtrzymywała je jeno nadzieja usłyszenia Liszta.
— Wiesz, będę Liszta słyszała — oznajmiła Julisią Marynie, gdy ta jej pończoszki z nóg ściągała.
— Jakiego Liszta? — zapytała dziewczyna.
— Człowieka, co na fortepianie gra, a gra tak pięknie, żc... nie można. .
Dziewczyna westchnęła.
— Gra, ciocia powiada, jak anioł — ciągnęła panienka.
— Niech mnie panuuńcia weźmie ze sobą — szepnęła Maryna.
Jnlisia do snu się ułożyła i, dzięki wzruszeniom dnia minionego, jak pani Róża, jak panna Emilia i panna Klara, długo zasnąć nie mogła; zasnąwszy jednak, nie obudziła się przed dziewiątą, a o dziewiątej już panie przy śniadaniu siedziały i na pana Tadeusza oczekiwały; pan Tadeusz bowiem, wstawszy gdy wszyscy jeszcze we śnie pogrążeni byli, wyszedł był na miasto na wywiady. Wyszedł raniuteńko, o siódmej. Panie się tymczasem pobudziły i poprzebierały; stół nakryto; samowar parą buchał.
— Tadeusz, Tadeusz! — powtórzyły, z akcentem niecierpliwości, pani Róża i panna Emilia.
Aż tu oczekiwany zjawia sic, ale — nic sam. Przyprowadził ze sobą pana Pawła.
— A o — od proga się odezwał.—Pawełek byłby jeszcze w objęciach Morfeusza pozostawał, gdyby nic ja. Przechodząc mimo domostw, patrzę, Jasiek (panu Pawła lokaj). Pytam: pan śpi. Eh, myślę sobie. Idę, budzę i oto go macic...
Nastąpiły powitania, po powitaniach zaprosiny; gdy zaś wszyscy się dokoła stołu okrągłego ulokowali, wszczęła się rozmowa, rzecz prosta, od Liszta.
— Liszt? zkądże!— zaprotestował pan Paweł.
— Byliśmy pewni — odrzekla pani Róża.
— Zkądże pewność?
Pokazało sic, że pragnienie zrodziło przypuszczenie, to ostatnie zaś zmieniło się w pewność, opartą na niczern. Zawód, jakiego panie w nadziei doznały, sprawił przykrość niemałą, która wyraz swój znalazła w kilku westchnieniach i w kilkakrotnie powtórzonem: „szkoda!”
— Ha! cóż robie? Gdyby go sprowadzić można — odezwał sic pan Paweł.
— Moźnaby — odparł pan Tadeusz — gdyby z pań naszych która wcelu sprowadzenia go po święciła się tak, jak się poświęciła pani W. wcelu wyprowadzenia.
Nawiasem powiemy, że w sensie tym były prośby. Mówimy to pod sekretem. Nadobne z po-rzecza Dniepru, Bohu i Dniestru rusałki ścigały mistrza po szerokim świecie, wabiły go, wydały dużo westchnień i pieniędzy i nie zwabiły. Mistrz, jak się zdaje, dosyć miał jednej, przeciwko której się habitem asekurował, a która—powiedzieć ehciałem: Polkom zaszczyt wielki przynosi; we względzie tym atoli zdania są podzielone. Zdaniem niektórych zasługa, a zatem i zaszczyt pani W. polega na tćm, że kościołowi jednego więcej sługę przysporzyła — a jakiego sługę!
— Będzie jednak koncert jakiś — odezwała się pani Róża.
— Będzie, podwójny nawet: instrumentalny i wokalny. Pan X na fortepianie, panna Y...
— Na gardle — podchwycił pan Tadeusz.
Nie wymieniamy artystów po imieniu i nazwisku dla powodu, z którego tajemnicy nie czynimy. Nie chcemy osobistości, co może żyją jeszcze, wyprowadzać na scenę wraz z osobistością mi pówieściowemi, zmieniając przez to powieść w historyą i naciągając jedne do drugiej. Gzy to brak nam historyi naciąganej? Niechże przynajmniej powieść naciągania się ustrzeże.
Wiadomość o koncercie zadowoliła panie nasze. Panna Y., śpiewaczka należąca do składu opery włoskiej w Odessie, znana na Podolu i Ukrainie była jednym ze słyszenia, drugim z reputacyi. Do rodzaju tych ostatnich należały panie nasze. Uradowały się niezmiernie, gdy się dowiedziały, że panna Y. w koncercie udział weźmie; uradowały się tćmbardziej, żc w przyszłości niedalekiej miały przed sobą wesele — a na wesele, gdzież, jeżeli nie w Odessie, sporządzać wyprawę? Zapytanie to w umysłach ich tkwiło pod postacią pragnienia, którego zdradzać nie śmiały. Sporządzanie wyprawy w Odessie przedstawiało się jako rzecz, pociągająca za sobą wydatki więcej aniżeli znaczne, w odniesieniu tak doHoworówki, jako tćż do ulokowanego na takowej panny EmiHi posagu. Nie zachodziło więc we względzie tym powzięcie postanowienia, ale tylko niejasne zarysowanie projektu. Niemniej przeto nadzieja usłyszenia śpiewaczki odeskićj, zbiegając się niejako z projektem owym, sprawiła paniom naszym uciechę istotną.
Wiadomość o koncercie uzupełniała program, wedle którego spędzać sic miał czas w Humaniu.
Zadziwi może kogo, że wiadomość o programie owym zdobywała się tak pracowicie — urywkowo. Cóż łatwiejszego, jak dostać takową? Afisze, plakaty, ogłoszenia w gazecie. Nie w Humaniu jednak znajdują się ułatwienia tego rodzaju, właściwe miastom, posiadającym drukarnie. Mieszkańcy Humania ze słuchu wiedzą jeno o istnieniu drukarni ua świecie, a potrzeby, wymagające postaciowania myśli na papierze, załatwiają w sposób rękopiśmienny, do którego uciekają się w razach nawet, gdy o afisze chodzi. Jest to postęp w stosunku do czasów dawniejszych, do epoki bazyliańskiej, wówczas bowiem, w razach takich, poprzestawano na zawia-damianiach ustnych, które krążyły, modyfikowały się, przeistaczały, koniec końcem jednak wystarczały ojcom naszym, nie tak jak my pod względem akuratności i dokładności wymagającym. A i my nie jesteśmy pod względem tym tak wymagającymi, jak inni. Wczasie pobytu, n. p., w Humaniu państwa Howorowskicb, rzecz cała, co się zawiadomienia tyczy, ograniczała się na dwóch afiszach, przyklejonych jeden na ścia
nie najpokaźniejszego w rynku domu zajezdnego, drugi przy drzwiach skleconego z desek budynku, przeznaczenie którego trudnoby było odgadnąć, gdyby nie napis nadedrzwiami: „Teatr.” Napis ów i afisze były dziełem kaligrafa, będącego członkiem trupy wędrownej, produkującej się po jarmarkach. Do niego należało pisanie afiszów Wywiązywał się z zadania tego wcale nieźle, nietylko bowiem litery stawiał szykownie, ale ani Żydów nie sadził, ani omyłek ortograficznych nie robił. Z zadania artystycznego wywiązywał sic również dobrze, grywając kochanków.
Balu ani koncertu nie zapowiadały afisze żadne; mimo to wiedziano, że dziś teatr, jutro koncert w połączeniu z balem, pojutrze teatr znów, dalej zaś jak Bóg da — ciąg dalszy zależał od stopnia rozochocenia się gości, co Humań zapełniali. Rozkład ten wielce płci pięknej dogadzał, ze względu na wymagające tylu przyszywać, obszywać, upi-nau, fałdować, marszczeń i prasowań tualety balowe, ze wsi w walizkach przywiezione. Na cel ten pozostawiono dni dwa, co bynajmnićj zawiele nie było, zwłaszcza że w dniach tych ubywało po godzin kilka na przechadzkę w Żofiówce, stanowiącą dla tego płci delikatnej odłamu, co do kobierca ślubnego wzdycha, konieczny w odniesieniu do wystawy balowej wstęp. Na Zofiówce pokazać się należało w stroju przedsmakowym, na-ksztalt tego, jak Paryżanka pokazuje się w lasku Bulońskim. Jak nad Sekwaną, tak nad Humanką też same pobudki i namiętności działają, takież same sposoby są w użyciu. Potrąciwszy więc godzin kilka w dniu jednym i godzin kilka w drugim, potrąciwszy wizyty i przeszkody nieprzewidziane, pracować było potrzeba usilnie, ażeby w chwili wyrocznćj przedstawić sic, jak z igły, świeżo, pięknie, modnie i zachwycająco. Panie przeto miały zajęcia dużo; zato panowie—tychby rozpacz ogarniała, czarna melancholia się chwytała, gdyby nie ów wielki, nadzwyczajnie skuteczny, a ze wszystkich najgłupszy rekurs, jaki obywatelstwo krainy, w której Humanka przepływa, znajduje w kartach. Karty stanowią ogólną przed wszystkiemi zgryzotami, troskami i nudami, a przedewszystkićm przed myśleniem ucieczkę. Z kart, gdyby talie przez szlachtę podolsko wo-łyńsko-ukraińską zgrane w stos ułożyć, stos ów wosokości i znaczenia wieży Babel by dosięguął; gdyby je zaś jedne obok długiej rozłożyć, przy-kryćby niemi można całą z Podolem i Wołyniem Ukrainę, tak iżby zamiast pól i lasów, łanów zbożem falujących, stepów na których mogiły o ubiegłych prawią czasach, zamiast gór i rzek, siół i miast, chłopów, Żydów i szlachciców, widać było w ilości nieprzebranej asy, dyski, damy, walety etc. Cóżby to byl za widok wspaniały!
D<> widoku tego, tylk • nie na stepie, ale na stolikach zielonych, zwrócili się panowie i oddali się onemu, jak bonzowie indyjscy modlitwie się oddają. Zatopili się w kartach od rana. Po wszystkich domach zajezdnych, w pokojach frontowych, stanęły stoliki, a przy stolikach zasiadło tu po czterech mężów statecznych, owdzie po dziesięciu i więcej niekoniecznie statecznych, jedni do preferansa, drudzy do faraona, diabełka lub sztosika. I pan Tadeusz za gromadą poszedł.
Powiadamy „i pan Tadeusz” nic dlatego, ażeby to oznaczać miało, że stronił on od stolika zielonego, ale dla tej przyczyny, żc pani Róża wyraziła życzenie niedopuszczania preferansa do zajmowanej przez nich kwatery.
— Ach! gdyby to można!—przy śniadaniu powiedziała.
Życzenie to wyraziła w interesie własnym. Potrzeba jćj było swobody ruchów do dokonania ważnego dzieła tualecianego, do rozłożenia się ze strojami i stroikami, do oglądania kombinacyj ubiorów w perspektywie. Na powiedzenie jćj pan Tadeusz nie odpowiedział jeszcze, gdy do izby wkroczył—kto?—prezes.
Wyglądał dziś inaczej, aniżeli wczorajszego wieczora. Miał na sobie surdut czarny, czapkę trzymał w ręku i nic niósł laski.
— Ano — zaczął od proga, pokłoniwszy się pierwej damom z akcentem szarmanteryi świato-
179
wej.— Przychodzę do państwa dobrodziejstwa z przeprosinami i z pretensyą... Przeprosin, zdaje mi się, nic przyjąć nic możecie, zwłaszcza gdy takowe połączę z przyznaniem się do winy i z żalem za grzech. Winienem... mea culpa: uniosłem się w poczuciu zostania wystrychniętym na dudka.... ktoby się nie uniósł na miejscu mojćm? Za uniesienie o przebaczenie proszę—rzeki, ku panu Tadeuszowi podchodząc.
Pan Tadeusz wstał i rękę mu podał.
— Rzecz więc ta skończona.
— Skończoną była wczoraj jeszcze — odparł pan Tadeusz.
— No, co do wczoraj, nie wiem jakby się tam było skończyło, gdyby mnie był Naftul z mańki grafem owym nie zaszedł. Graf... tfu! co za graf? pomyślałem sobie: czy nic Branicki, albo Potocki który, Lcdóchowski, Krasiński? A może przybył jaki z Wołynia, albo zza kordonu, gdzie graf na grafie siedzi i grafem pogania? U nas cię grafy nie tak poławiają. Zaimponowało mi to, gdy tak na mnie znienacka spadło. Stuliwszy więc uszy, wyniosłem się kosztem własnym i dziś stawiam się oto, po przeprosinach, z pretensyą.
— Jam siebie grafem nie zatytułował—zaprotestował pau Tadeusz.
— Pretensyą moja tyczy się nie tytułu, ale....
Nastawił sic i postawę rezolutną przybrał. Pan Tadeusz, głosem niezupełnie pewnym, zapytał:
— Czego?
— Tej oto izby.
— Chcesz mnie asan dobrodziej, jak widzę, koniecznie wyrzucić.
— A broń Boże! Zważywszy jednak, źc izba ta przeznaczeniem swojem do mnie pierwotnie należała, zważywszy żeś ją pan dobrodziej zabrał prawem kaduka, źe ja sierota w dwóch dusić się muszę ciupach, w których wraz zc mną dusi się niewiast cztćry; zważywszy, że obecność niewiast rzeczonych nie pozwala postawić stolika do preferansa i źc bez preferansa przyszloby się w Humaniu powiesić chyba; zważywszy nakoniec', źe, jak przypuszczani, asan dobrodziój nie żywisz tego życzenia, ażeby bliźni twój zapomocą samobójstwa kres żywotowi położył—zgłaszam sic do pana dobrodzieja z propozycyą przypuszczenia mnie do prawa używalności izby, w granicach jakie gościnność zakreśla.
— Ależ, panie prezesie dobrodzieju—odrzekł pan Tadeusz, przysuwając krzesło do stolika.
Prezes miejsce zajął i tonem żartobliwym zawiązał z paniami rozmowę o sobie w roli napastnika wczorajszego, o żonie swojej i córkach, zajetycli szlarkami, szlareczkami i falbankami.
— A i moim paniom zajęcie to grozi — odezwał się pan Tadeusz.
— Będą się mogły onemu oddawać ze swobodą całą. My tu sobie postawimy stolik, zasiądziemy, zatopimy się w kombinacyacb, pozostawiając paniom dwa pokoje do użytku bez-podziclnego. W sposób ten będzie i wilk syty i koza cała.
Pani Róża nic nie odpowiedziała, czćm uderzony prezes, podchwycił:
— Może pani dobrodziejka mi nierada?
— A panie! — odparła.—Czyż można mnie o coś podobnego posądzać? Owszem, proszę.... bardzo proszę.
— Będziemy się sprawowali cichutenieczko. Zobowiąźemy się zgóry ani pisnąć, chociażby który wpadł na dziesięć bez atu. Gdyby jednak sam widok mężów, zaciekających się w kalkulacjach preferansowycb, przykrość pani dobrodziejce sprawiać miał, odstępuje od żądania, zrzekam się pretensyi i idę ztąd wprost na cmentarz, kupiwszy sobie postronek po drodze.
Paui Róża przytułku nic odmówiła i, wnet po śniadaniu, stanął w izbie frontowej stolik naprzód jeden, wkrótce drugi, następnie trzeci, wkońcu czwarty, otoczony panami. Byli to po największej części nowi pana Tadeusza znajomi, luboż się pomiędzy nimi i dawni trafiali— wszystko „sieroty,” jak prezes powiadał, który dcnominaeyą tę zastosowywał do ludzi, zasługu-
jących raczej na nazwę „wygnańców.” W izbie, mimo okna na ścieżaj pootwierane, pociemniało prawie od dymu. Zgromadzenie zachowywało się cicho; słychać tylko było dekłaracye gry; niekiedy zawiązywała się rozmowa urywkowa lub wymówka krótka, tycząca się „zadania” nie pików’, ale trefli. Rozpoczęło się to około dzie-siątćj i ciągnęło do piątej po południu, z przerwą blizko godzinną, spowodowaną obiadem. Rzecz prosta, towarzystwo całe obiadowało u pana Tadeusza, co paui Róży przyczyniło znacznie zajęcia, albowiem do zajęć około tualcty, dołączyła się troska o nakarmienie i ugoszczenie gromady takiej. Nie narzekała jednak wcale, a to dlatego, źe troska owa stanowi zadanie, do rozwiązywania którego niewiasty nasze posługują się kluczem, ukutym z miłości własnej. Polka na trudy’ żadne nie zważa, ze skóry się wywleka, cuda płodzi, gdy o ugoszczenie idzie.
Działo się tak w Humaniu całym, w każdćm domostwie zajezdnem. Kobićty się pracą mordowały; mężczyźni się w karty „kropili.”
Do stołu u państwa Tadeuszostwa zaprosić gwoli prezesa wypadało prezesową z córkami. Grzeczność, przyzwoitość, względy wszelakie to nakazywały. Pani Róża sama się tego domyśliła—poszła, zaprosiła i sprowadziła poważną, grubą matronę, poprzedzającą trzy rozkwitające dziewice, prowadzone pod ramiona przez trzech kawalerów, pomiędzy’ którymi jeden był prezesostwa synem. Do obiadu przeszło zasiadło osób trzydzieści parę, jadło, baraszkowało i wstało w dobrym humorze. Po obiedzie panie powróciły do roboty, panowie do kart i grali—grali, aż wybiła godzina wyjazdu na Zofiówkę. Z pośpiechem w ięc kończono partye.
— Nie „wpadajmy” jeno, panowie!—odezwał się prezesa głos ostrzegający.
Ostrzeżenie to ten wywarło skutek, że przy stoliku każdym „wpadania” się pomnożyły. „Bez dw’óch na siedem bez atu.” „Bez jednej na totus” i t. p. Partye sie przeciągały. Zdaje się, że najprostszym na zakończenie gry sposobem było przerwanie takowej. Nikomu jednak sposób ten na myśl nawet nie przyszedł. Gdzie też! Gdyby kto był się z propozycyą tą wyrwał, uszedłby jeżeli nic za zbrodniarza, to za szaleńca, kwalifikującego się do domu waryatów. Preferans przerwać?... a!...
Panie więc w mantylkach, w kapeluszach, z parasolikami w ręku czekały; pojazdy zaprzężone stały; skończyła się nareszcie partya naj-pićrwsza przy tym stoliku, przj’ którym walkę toczyli prezes i pan Tadeusz. Inne jeszcze w oblężeniu pozostawały. Nie zważano jednak na nie. Pani Róża nagliła.
— Ach! te kobiety!—westchnął pan Tadeusz, do prezesa się zwracając.
— Ach! kobiety! — odparł prezes, przegraną płacąc.
— Puchy marne, wietrzne istoty.
— Nie mów tylko tego pan dobrodziej w obecności żony mojej, która ma do Mickiewicza wielką o to pretensyą, że kobiety nazwał „puchem marnym." Prędzej ja nazwaćbym się mógł puchem, aniżeli ona.
— Nazwę tę włożył Mickiewicz w usta szaleńca—ktoś się odezwał.
— Whorusiu! — słyszeć się dało z podsienia wołanie dyszkantem wyciągnięte.
— Niecierpliwi się.. wietrzna istota — rzeki prezes nawpół do siebie, wynosząc się z pośpiechem.
— Wkrótce po jego wyjściu panowie Tadeusz i Paweł wyprowadzili panie do pojazdu, do drugiego pojazdu wsiedli sami i udali się do miejscowości, o którćj tak się Trembecki wyraża:
„Kto gajów tuskulańskich smakował ochłody, Kto uwieńczał Tyburu spadające wody, Kto straszne Pauzylipu przebywał wydroźe, Jeszcze i w Zofiówce zadziwiać się może.”
By lob y ze strony mojej zuchwalstwem nic do przebaczenia, gdybym, po dokonanym przez Trembeckiego klasycznym opisie Zofiówki, porywał się
na opis prozą. Możeby to uszło jeszcze, gdybym był o Trembeckim nie wspomniał; wspomniawszy — nie pozostaje mi, jak czytelnika odesłać do poematu, dodając ze stronj’ mojej to'tylko, że Zofiówka jest, w rzeczy samej, jednym z najpiękniejszych w Europie ogrodów. Fantazya wieł-kopańska przystroiła się tu w kształty urocze. Pospolity jar ukraiński, dzięki estetycznemu smakowi ogrodnika i milionom magnata, zmienił się w ustroń, urzeczywistniającą niejako opowiadania o ogrodach zaklętych. To pomnik- dzieło sztuki świetnie pomyślane i znakomicie dokonane. Jest to muzeum krajobrazów, ukladanj’ch jeden obok drugiego ze skończoną znajomością efektów perspektywy, przedstawiającej za każdym niemal krokiem widoki coraz-to inne, a zawsze cudne; tu dzikie, tam łagodne, w jednćm miejscu ponure, w innem uśmiechające się, rozkoszne. Szybj’ w’ód, grotj’, kanały podziemne, kaskady, wodotryski służą jako okrasa całości dzieła, w7artość którego polega głównie na kom-binacyach perspektywicznych. Zadziwić się potrzeba nagromadzeniu widoków, w ciasnym stosunkowo obrębie rozległych, pomimo źe promień oczny sięgnąć nie może daleko. Wyjątek powyższy z opisu Trembeckiego jest wierną Zofiówki charakterystyką.
Kiedy państwo Tadeuszostwo przybyli, ogród był już prawie pełen, to znaczy wszyscy, z wyjątkiem tych panów, co się w karty zagrali i od partyi oderwać się nie mogli, przechadzali się pp cienistych alejach i drobniutkim żwirem wysypanych ulicach, słuchając orkiestry wojskowej. Orkiestra grała— echa dogrywały. Z gości niektórzy łodziami płynęli na wyspo, lub kanałem podziemnym wydostawali się ua słodkie morze. Dzieci chowały się pod „fartuszek Diany”— tak sic nazywa kaskada w formie fartucha, osłaniającego wejście do grotj’. Ogromna większość obecnych krążyła śród drzew, skał i trawników, zapuszczała się w gęstwiny, deptała wybrzeża ośpie-wanego przez poetów nadwornych strumyka, przekraczała mosty i mostki, ażeby po razy kilka na te same powracać przejścia. Pora sprzyjała. Atmosfera nad wieczorna, chłodzona drzewami i wodami, dyszała wonią kwiatów i krzewów egzotycznych, wystawionych z cieplarni na wolne powietrze.
Towarzystwo—rzec można— rozbijało się na grupy, złożone z rodzin, przj jaciół lub znajomych. Grupy się wymijały, krzyżowały, mieszały i przy-patry wały jedne drugim. Obok widoków Zofiówki, były to dla przechadzających się widoki równic ciekawe — ciekawsze nawet pod względem pewnym, pod tym mianowicie, źe dla człowieka przedmiotem do oglądania najciekawszym jest człowiek, bliźni, a to dlatego zapewne, żeśmj’ go kochać winni, jak siebie samych. Bliźui przeto, po zapłaceniu długu ciekawości, należnego ogrodowi, przypatrywali się bliźnim. Kobiety jedne drugie wejrzeniami zukosa od stóp do głowy oblewały; mężczyźni, zwłaszcza młodzi, Ukrainy dziatwa hulaszcza—czynili toż samo, ale nie jedni względem drugich, lecz względem owianych urokiem Ukrainek, szukających na postaciach rówieśnic natchnienia do przypięcia kokardy, przewiązania wstążeczki, lub ulokowania turniu-ry. Ztąd w przypatrywaniu się ta zachodziła osobliwość, że kobiety stanowiły przedmiot oględzin tak dla kobiet, jak dla mężczyzn. Tym ostatnim od przedstawicielek płci odmiennej dostawały się tylko spojrzenia przelotne.
Państwa Tadeuszostwa grupa zwracała na siebie uwagę szczególną. Gdzie przechodziła, wszędzie sie na niej spojrzenia zatrzymywały. Spojrzenia niektóre wyrażały coś naksztalt zachwytu, czy zadziwienia, podobnego do tego, jakie przejmuje człowieka w galeryi malowideł, gdy spostrzeże niespodzianie odznaczający się zaletami szczególncmi obraz. Cóż mogło być objawu tego powodom? W gronie państwa Tadeuszostwa, do składu którego wchodziło dwóch podobnych do wszystkich innych panów, jedna bardzo przyzwoicie wyglądająca pani, panuj’,jedna niemłoda i jedna, mimo źe młoda, ale nie uderzająca szczególnością żadną, jedno dziecko i jedna... istota.
180
Nic we wszystkiem nie było uderzającego—ani nadzwyczajność żadna, ani dziwactwo najmniejsze. Rzecz osobliwa—nie panowie, nie panie, nie panny, nie dziecko, ale istota owa, o której sic nie mówi w szanującem siebie towarzystwie, stanowiła punkt atrakcyjny, który uwago na grono zwracał i spojrzenia na takowein zatrzymywał. Byloż-li na niej co osobliwego? Czyją wypiekszo-no w sposób taki, że się przedstawiała, niby dudek na kościele?—Nic, wcale nic. Miała na sobie koszulę perkalową z naszywaniami, spódniczkę fałszywą cycową, czerwonym wełnianym pasem ujętą; miała na szyi namysto nie nader sute i na głowic nic innego, jeno warkocze własne, tworzące nad czołem i skroniami rodzaj korony, czy wieńca, odbijającego połysk jedwabisty. Wszystko to—czyż to osobliwość jaka?— Bynajmniej. Więc w niej chyba coś było? Cóż?—coś, czego wypowiedzieć dokładnie niesposób, krasa, która niby to w oczy sie nie rzucała, w głębi duszy się kryła, a jednak oblewała postać jćj całkowicie, wypromieniając się z wnętrza przez oczy, czoło, usta, wyraz ogólny oblicza, uśmiech, przez ruch i gest każdy, przez wszystko słowem, co Maryną było i w Zofiówce Julisię za rączkę prowadziło.
(Dalszy ciąg ncstąpi).
Walerya Marrene (Morzkowska).
(Dokończen ie.)
Ten sposób pisania nie zadowolił jednak autorki. Było w nim jeszcze zawiclc subjektywi-zmu, zawiele uzmyslowiania idej osobistych, zawało względu na rozliczność stosunków życiowych i na bieżące potrzeby społeczne. Bieg czasu, a z nim większa obfitość doświadczeń i spostrzeżeń, zmiana położenia kraju, ukazanie się w literaturze nowych prądów, zwracających uwagę na realne warunki życia—wszystko to musia-ło oddziałać na wrażliwy umysł autorki i wpłynąć na zmianę kierunku twórczości. Dotąd głów-nem tłem jćj utworów była fantastyczność i erotyzm; teraz zajmować ją więcej mają zadania społeczne. Nie spuszczając z uwagi kobiety, ze wszystkiemi właściwościami jej natury i przeznaczenia, tak jak one w formie powieściowej traktowane być winny, autorka uderzy poważnie na fałszywy kierunek jej wychowania, poprzestający na wyłącznem niemal pielęgnowaniu pierwiastków estetycznych, ze szkodą innych, co odbija się w calem życiu późniejszem; na brak edu-kucyi bartującćj myśl i charakter, na tamowanie rozwoju samodzielności w młodych organizmach kobiecych, przez co zamiast istot zbrojnych do wałki z życiem, wytwarzają się istoty bezświa-domc i niedołężne, tak iż jeżeli która z nich zdoła się nawet otrząsnąć z narzuconych jej pojęć i wyobrażeń, zostających w sprzeczności z warunkami życia, dzieje się to zwykle dla jej szczęścia zapóżno, wtedy, gdy kobieta, czy to idąc za konwencyą światową, czy za fałszywym popędem serca, zawarła już nierozerwalne węzły.
Przy takim nastroju piszącej, już po powtór-nem zamąźpójściu, jako Marrene, kwestya małżeńska i kwestya rozwodowa wynikły same z siebie. Co prawda, to autorka, usiłując przyczynić się do zreformowania doli kobiecej, mniej nacisku czyni w utworach na jej porządek, to jest na sani sposób wychowania, jako mniej podający się do powieściowej faktury; głównie przedstawia ona obrazy gotowych sprzeczności, powstałych, skutkiem wychowania, w związkach małżeńskich, i nadługo przed Dumasem synem argumentuje za rozrywalnością małżeństw, w chwili gdy małżonkowie spostrzegą omyłkę, która, niepoprawiona, zamienia ich na parę więźniów, przykutych do jednego łańcucha. Że przedmiot ten w życiu nasuwa mnóstwo rozlicznych widoków i nastręcza mnóstwo obserwacyj, wątpliwości nie ulega; to tćź autorka czerpie tematy pełną ręką, wybiera najjaskrawsze i opracowuje je z pewnym rodzajem namiętności.
Nigdzie jaskrawiej tyrania nierozerwalności nie przedstawia się, jak w głośnym utworze „Mąż Leonory.” Pełen szlachetnych instynktów młodzieniec porzuca jedyne swe dotychczasowe dobro, matkę, by poślubić kobietę prawie nieznaną sobie, dlatego tylko, źe jest piękną, opuszczoną, a zwłaszcza nieszczęśliwą. Ale ta kobieta nie stała się godną jego poświęcenia, nie rozumie go; zamiast wzmocnić się w szkole nieszczęścia, ona zeń wyczerpała tylko jad; sama zatruta, truje wszystkich dokoła siebie; za krzywdy doznane mści się ntt całym świecie: zdolna tylko do nienawiści, nic może ukochać ani męża, ani syna. Po daremnych usiłowaniach, po przebytych cierpieniach, małżonkowie rozchodzą sie, a Kaźmierz wraca do opuszczonej matki, złamany, zbolały. Matka jednak nie była opuszczoną: zastąpiła go przy niej uboga krewna, Anielka, dusza wzniosła i kochająca. Młodość, wdzięk dziewiczy, radosne współczucie: czegóż potrzeba więcej, ażeby w tem cicbem ognisku, na łonie prawdy i szczerości, zajęły się uczucia? Pierwszy raz Kaźmierz czuje w sercu, źe tu miał być szczęścia jego przybytek i stara się pozyskać go sobie. Ona zbolałego otacza całą troskliwością kochającego serca; lecz potwarz wyzyskuje to przywiązanie na swój sposób. Aniela cierpi moralnie, cierpienie to wywiązuje początek suchot: trzeba ją ratować, rozerwać poprzedni związek bezmyślny i nieszczęśliwy. Niegodziwa jednak Leonora sprzeciwia się szczęściu Kaźmierza: wyrok odmowny zabija Anielkę, a miotany rozpaczą, bezprzytomny Kaźmierz śmiercią każę tryumfującą sprawczynię nieszczęścia. Przykład wymowny. Winnem katastrofy jest tu tyrańskie prawo, które, bez względu na znaczenie sakramentu, powinno być przecież regulatorem pojedynczych pomyłek.
Spokojniej i z punktu więcej powszedniego przedstawia się przedmiot ten w „Róży.” Niema tu zamiaru przerażenia ogromem grozy tragicznej, ale zamiar bardziej wnika w anatomiczne szczegóły związków źle dobranych, a nie wywołując ostateczności, przez to samo stawia kwestyą na stanowisku praktyczniejszćm. Do związku przystępuje para istot przeciętnych, jakby dwie białe kartki, gotowe przyjąć, co kto na nich napisze. Poczciwy chłopak Henryk mniema, żc tam niema nic do napisania: to kartka, która wiecznie pozostanie białą. Przed młodym ziemianinem cóż innego stoi, jak tylko gospodarzyć, polować, gościa w dom przyjąć, żyć swobodnie i uczciwie? Czegoś podobnego wymaga on i od swej przyjemnej żony, którą kocha po swojemu, miłością młodego, bezmyślnego człowieka. Na nieszczęście inaczej dzieje się z Różą. Wychowana w zupełnej nieświadomości przez dumną matkę, przy swobodzie obecnej poczuła ona instynkta wyższe i potrzeby duchowe, na które mąż wzrusza ramionami, a wówczas miedzy małżonkami powsta-jc dysliarmonia, niemożliwość wzajemnego pożycia, rozstrój, nareszcie upadek kobiety.
Kwestyą tę autorka chce nareszcie ryczałtem wyczerpać w szkicu powieściowym „Mężowie i żony.” Tu mąż zostawia żonę i dzieci w nędzy, by samemu używać swobodnego życia; tam lekkomyślna żona ruinujc majątek i honor mężowski; owdzie znów szczęśliwa dotąd niewiasta, przez śmierć męża postawiona na czele rodziny, ukazuje się zgoła do tej roli niezdatną: wszędzie zaś winno wychowanie kobiety i jćj położenie, które czyni z niej bezmyślną lalkę, lub bezczelną zby-tnicę, pokorną sługę, lub ciemiężczą władczynię, właśnie dlatego, źe nic jest istotą rozwiniętą najeżycie i odpowiedzialną, źe zamiast równouprawnienia, ma tylko stanowisko dozwolone, pożyczane, zależne.
Nie wiemy, ile te aforyzmy przcciwrozwodowe, rzucane w formie powieści, wpłynąć mogą kiedyś na zmianę prawodawstwa, i nie myśłimy rozbierać tu kwestyi tej dogmatycznie; rzeczą jednak jest niezawodną, iż błędy w wy chowaniu kobiecćm, lekkomyślność w zawieraniu związków małżeńskich, poddanie pod surową krytykę postępowania rodziców wogóle, a wszczególności mężczyzn—wszystko to rozwinięte w życiowych barwach powieści, najpopularniejszćj z form lite
rackich, nie bez korzyści przeszło po umysłach czytelników. Można nic uznawać gorliwości autorki w patronowaniu rozwodów—kwestyi która dotąd liczy wielu przeciwników, niebezzasadnie obstających za nierozrywalnością małżeństw— ale niepodobna odmówić powieściom jej, do tego szeregu należącym, wielkiej trafności w postrzeganiu faktów pośrednio z tą kwestyą związanych i prawdziwości oceniania stosunków.
Poza tą kwestyą, specyalnie ją obchodzącą, autorka spostrzega stosunki ogólniejszego znaczenia, uderza na konweneyonalizm, jako na chorobę opóźniającą postęp organizmu społecznego; nareszcie wyrzeka się zupełnie jakićjś tendencyi szczegółowej, a przedstawia zle lub dobre, gdziekolwiek i w jakiejkolwiek napotka je Ibrmie objawu, poprzestając tylko na ujęciu charakterów w kształty żywotne, oraz na wyprowadzeniu logicznej z działań ich konsekwencyi.
Powieść jej „January” wywołała pewną wrzawę. Niektórzy chcieli widzieć w powieści tej apologią wolnej miłości, nie bacząc na skutki, jakie ta wolna miłość w rozwoju powieści wywarła. Bezstronnie biorąc, nie jest to żadna apo-logia, ani tendeneya, ale zgoła objektywna, może niezbyt sympatyczna łiistorya namiętności, zrywającej związki prawowite. Jeżeli jednak stosunek taki sprowadza katasfrofę dotykającą nietylko sprawców, ale śmiertelnie odbijającą się nawet na dzieciach, to czyż można autorkę o brak celu moralnego obwiniać?
Kto chce uniknąć kwestyj drażliwych, sytua-cyj jaskrawych, pytań niepokojących, znajdzie i takie powieści w repertuarze pani Marrenć. Jćj „Walka” przedstawia obłudę, pod maską filantropii, wywłaszczającą całą rodzinę; obiudę uplątaną wc własne swe sieci, ukaraną w osobie sprawcy, zmuszonego, dla pokrycia niecnoty, do oddania dumnej córki jako lup na żonę niecnemu i gburo-watemu spólnikowi zdrady. Powieść „Przeciw wodzie” jest pięknym obrazem człowieka sprawiedliwego, który, wbrew swemu najbliższemu otoczeniu, łamiąc się z tysiączncmi przeszkodami, walczy przeciw trybom konwencyonalnym a zgubnym i ofiarą wielkiego wysiłku zacne postanowienia przeprowadza. Ze wszech miar zaleca się utwór „Błędne kola," nietylko dosadnym opisem opłakanych stosunków zrujnowanych ziemian, ale i grup artystycznie wykończonych figur obojga płci, nad któremi góruje potężny typ ko-bićty rozumnej, pięknej i zacnej, zmuszonej okolicznościami do konwcncyonalnego małżeństwa, niedającego szczęścia ani jej, ani nikomu.
Rozmaitej wartości są utwory pani Marrenć, z których wymieniliśmy tu tylko wydatniejsze; ale od początku do końca nie znajdziemy w nich nic banalnego. Nie jest to jeden z takich talentów, które wytwarzają epoki, albo błyskają zja-wiskowćm światłem; nie posiada on ani wyjątkowej oryginalności w pomysłach, ani wyjątkowćj potęgi w formie: niemniej jest-to talent samodzielny i sympatyczny; pomimo płodności, nie powtarza się w pomysłach, ani nie nuży. Każda jego produkeya tchnie jakąś świeżością i życiem, podaje jakiś fakt albo zupełnie nowy, albo z nowego przedstawiony punktu-. Forma tego przedstawienia zaleca się zawsze pewnym wykwintem raczej, niż siłą ekspresyi; obrazowanie posiada wdzięk niezaprzeczony, tylko dobór kolorów bywa zbyt ograniczony. Autorka nie ma tćj intui-cyi w łączeniu i kombinowaniu barw, która sprawia efekty porywające, wytwarza złudzenia i niespodzianki dziwne, jak-to częstokroć bywa u Jeża, zwłaszcza w jego powicściacli ze świata polu-duiowo-slowiańskicgo. Ztąd też koloryt jej, najczęściej harmonijny i poprawny, w rozmaitych utworach, przy calćj rozmaitości zadań i sfer, bywa zbyt jednostajnym. 1 jeżeli mamy wynurzyć nasze osobiste wrażenie, to w tych utworach pierwotnych, mieszczących się w sferach bardzićj abstrakcyjnych, uczuwaliśiny nierównie więcćj ciepła w kolorycie, niż kiedy autorka zstępuje do sfer zdeterminowanych ściślcjszemi warunkami społeczeństwa, do stosunków realnych i w życiu bicżącem podpatrzonych. Nie pora to nawracać do form dziś niepoplatnych, w jakie pomy
181
sły swe stroiła Żmiebowska (nie wspominam już George Sanda), i nic myślimy do tego namawiać pani Marrene; ale zdaje sic nam, że natura jćj talentu więcćj nadawała sic do takich kreacyj, które przychodzą same z siebie, wy stepują nieskrępowane widomemi formami danej chwili, danego społeczeństwa, nic podchodzą pod rachunek i bezpośredni sprawdzian realny, ale sprawdzianów psychologicznych i poetycznych nie lękają się więcćj, niż kreacye Bajrona i Musscta.
Lecz dziś pani Marrene takich kreacyj nic lubi, sama w swćm państwie skazała je na wygnanie, a wyrok jćj jest pod tym względem prawomocnym. Owszem, w ostatnich latach swego literackiego zawodu, w przerwach pomiędzy jedną powieścią a drugą, zwykła ona zajmować się przeglądem beletrystyki ojczystej i obcej (Brodziński, Jeż, i t. d.), pisze monografie, czasem nawet dość obszerne, w których stara się zaznaczać sąd objektywny, z wyraźną jednak niechęcią do tego kierunku idcalno-fantastycznego, od którego poczęła sama, a z predylckcyą do realizmu, choćby nawet mnićj łagodnego. Pani Mar-renć i w twórczości i w krytyce st la się uczennicą szkoły tak zwanej postępowej, która wszystkie teoryc swe opiera wyłącznie na doświadczeniu, a w natchnieniach nawet szuka stron utylitarnych, bezpośrednich zastosowań do życia.
Kaźmierz Kaszowski.
Kronika zairaniczna
T. I. K r a s e e -w s Iz i e g- c.
Hrabiego Wasilij listy w Nouvelle Reruc. — Domniemane autorstwo.—Charakterystyka dzielą —Prawda i przesada — Sztuka, literatura, polityka i t. d.—Przyjęcie listów w Niemczech. Jana Ostrorogu Monuinentuni, przez prof. Pawiń-skiego.—Caro i prof. Pawiński. —Znaczenie tego zabytku i jego ocenienie.
Przegląd nowy pani Adam, w kilku po sobie następujących zeszytach, dal pod tytułem „Towarzystwo w Berlinie’’ (inaczej trudno to przetłumaczyć) szereg listów, które niesłychane zdziwienie i oburzenie wywołały. Autor, pseudonym „hrabia Wasilij,” nie dajc się dotąd odgadnąć. Posądzano kobietę, która miała dostarczyć mate-ryalu panu Guy dc Maupassant, ale domniemany autor wyparł się uroczyście ojcowstwa. Z tego co listy przynoszą widać, żc je pisała osoba długim pobytem wtajemniczona, obeznana blizko ze stosunkami, mająca dar postrzegania i wnikania w charaktery. Nie jest to pobieżne ślizganie się Tissota po powierzchni, ani jego ubieganie się za anegdotą i dowcipem. Rzecz dosyć treściwie ujęta, pisana umiejętnie, nicwypowiadająca zresztą tylko to, co się przyzwoicie i w dobrem towarzystwie powiedzićć daje. Mówiliśmy już, jakie wrażenie zrobiły te rcwelacyc, które podobno zakazane zostały w Niemczech, a przynajmniej wcale sic tu nie sprzedają po księgarniach, chociaż osiem wydań osobnych każę się domyślać, żc znaczna część egzemplarzy poza Francyą sic rozeszła.
Autor nic jest życzliwy społeczeństwu, które maluje, stara sie jednak być umiarkowanym, usiłuje być sprawiedliwym. Pomimo to niechęć, odraza, żal... w każdćm dźwięczą słowie; pochwały nawet mają w sobie coś gorzkiego. Łamią tu sobie głowy, domyślając się, kto mógł materyalu do tych obrazów dostarczyć. Wistocie rzecz to ciekawa. Widocznie byl to ktoś, co się poufale obracał w wyższych sferach, bywał ua dworze, ocierał się o uajpićrwszc osobistości i miał czas poznać je, a przynajmniej z wrażeń cudzych i własnych stworzyć sobie pojęcie charakterów. Niektóre osobistości są widocznie oszczędzane, inne sądzone ostro i bezwzględnie, a znajdzie sic i kilka zupełnie phybionycb.
Bo nich należy zaliczyć feldmarszałka Moltke, którego wizerunek, w ciemnym tonie trzymany, możua śmiało nazwać fałszywym. Autor nie czytał pism jego, a zdaje się zapominać biografii. Między innemi powiedziano, żc Moltke brzydzi
sic wojną, ale gdy raz wybuchnie, chce ją mieć prowadzoną bezlitośnie, żywo, aby się prędzej skończyła. Tymczasem z ust samego Moltkego słyszeliśmy w parlamencie pochwały wojny, jćj usprawiedliwienie i dowodzenie, że ona szlachetne obudzą idee, do poświęcenia prowadzi. Chłód i obojętność, jakiemi sie zewnętrznie okrywa wielki strategik, nie oznaczają braku serca, przeciwnie. Był-to najlepszy, najprzywiązańszy mąż, a w prywatnem życiu jest-to człowiek zacny i czuły na cierpienia bliźnich; ale jako wódz nie mógł iść naturalnie za poruszeniami serca, lecz musiał za niczblaganą koniecznością nauki.
W innych obrazkach, o ile się one dozwalają kontrolować, są rysy trafne, lecz i wiele przesadzonych. Uderza to, iż wizerunki kobiet są wogóle lepiej, staranniej malowane, zkąd wniosek, żc autor (czy autorka) obracał się więcej w towarzystwie niewieściem. Ogólny charakter społeczności jednostronnie pochwycony, a przeważnie ze stron ujemnych.
Autor bardzo mało dajc biograficznych szczegółów, choć tam gdzie jc przynosi, nic popełnia, jak Tissot, omyłek i nic przyjmuje łacno potwa-rzy. Każdy z tych portretów treściwy, małych rozmiarów, daje rysy charakterystyczne w dosyć udatnej formie. Naturalnie jednym z najciekawszych jest wizerunek kanclerza, z uznaniem gcnialności jego i żelaznej woli odmalowany, pewne strony charakteru akcentujący, choć wogóle nienowy i nieprzynoszący nic uderzającego.
Kfóciuchny list o artystach i sztuce zgruntu chybionym nazwać można. Słusznie o olbrzymią zarozumiałość obwiniany portrecista znakomity d’Angoli — Wiedeńczyk zresztą—stoi na czele... Wiele innych rzeczywistych znakomitości pominięto, niektórym odmówiono przymiotów, jakiemi się odznaczają, a wogóle szkoła niemiecka, sztuka niemiecka złośliwie i bez znajomości rzeczy osądzone. Gdybyśmy podobnie o stanie sztuk we Francyi chcieli sądzić i tą metodą rozprawiać się z niemi, sąd nie wypadlby dla nich korzystniej. Niektóre rysy życia są pochwycone szczęśliwie, na przykład podział społeczeństwa, które zachowało swą klasyfikacyą na stany, na warstwy, niełąeząec się z sobą wcale i uicobiccującc zlać nigdy. Dla wyższego społeczeństwa będąc niezmiernie surowym, autor dla średniej klasy jest pobłażającym i widzi w niej wielkie przymioty, wyższe wykształcenie, przy zupełnym braku form towarzyskich. Jest tak wistocie może, i to pewna, że nigdzie szlachta tak się nic wydziela i nic odosabnia, jak tutaj. Jednakże autor przywodzi kilka salonów, a między niemi następczyni tronu, która przyjmuje u siebie świat arystokratyczny i literacki.
O literaturze, o jej znaczeniu, o rozwinięciu się jej spólczesnem — tak jak nic. W kołach uczonych piszący wcale się nic okazał, zna tylko z imion Mommscna, Rauke’go, llelmholtza... to zainalo. Wprawdzie tytuł nie dozwala wymagać niczego nad to, co się w ścislćm znaczeniu słowa „socićte” zowie; ale wycieczki poza granice planu każą domagać sic dopełnień.
W dziwny sposób usprawiedliwiony tu jest poniekąd Stockcr i cały ruch auti semicki; nadano mu znaczenie ogromne, a twórcy jego talent, którego wartość przeceniono. Zrobiono go przedstawicielem ruchu narodowego, prądu patryoty-cznego, zarzucono semitom, że stanowią status iu statu, że nie umieli, jak w Anglii i we Francyi, zlać się z ogółem. Wicie temu twierdzeniu zarzu-eićby można.
O ży ciu politycznćm i o uieprzygotowaniu do niego uwagi są trafne; obojętność na nie wzięta z natury... Obozy i stronnictwa ocenione słusznie, a szczególniej Windhorst i jego obóz, oraz liberalni Beningscn i Lasker. O postępowych ani słowa, o demokratach z przesadzoną dla ich wytrwałości, męztwa i taktu pochwalą. Wszystko to dosyć lekko i pobieżnie dotknięte.
Całość czyni wrażenie smutne, niekoniecznie niekorzystne dla tych, których maluje, ani też na korzyść wyższości umysłowej sprawozdawcy wychodzące. Opisuje ou społeczność sui tjeneris, której nie rozumie całkowicie; sądzi o niej ze stano
wiska swojego i zmuszony jest wkońcu przyznać przymioty, chociażby w fałszywem świetle uwydatnione, wielkiej pracowitości, karności, ładu i zapasu siły. Czuć smutek w ostatecznym wyroku, który nie przewiduje, bo nie może przewidywać, upadku, a prorokuje wzmocnienie się nowe i ukrzepienie.
Z rodzajem rezygnacyi patrzy w przyszłość.— W jedućm tylko miejscu na sprzeczności pochwycić go można, gdy mówiąc o kanclerzu, system jego osobistych rządów sądzi jako zgubny dla przyszłości, a wciągu dziełka przyszłość tę uznaj e za ubezpieczoną. Bezwątpienia niełatwo będzie zastąpić tę silną dłoń i ten umysł potężny, ani otrzymać ekwiwalent ich w kilku osobach; lecz po rządach silnych pozostają zawsze skutki, które stanowią na długo spójnię, zapobiegającą ruinie.
Czytanie wizerunków, w początkach dosyć zajmujące, następnie nuży pewnym rodzajem mono-tonij, maniery i nagromadzeniem, obok rysów charakterystycznych, wielu ogólników mdłych i bez znaczenia. Za dobre poczytać należy autorowi, iż sio uie dał uwieść ochocie wyciągania na scenę skandalików, plotek i wogóle jest umiarkowanym a przyzwoitym nawet tam, gdzie bywa złośliwym.
Widocznie mamy tu do czynienia z człowiekiem dobrego wychowania, nawykłym do obracania się w wyższych kołach i do pewnych form, z których wyjście uważałby za uwłaczające sobie. Wrażenie, jakie książka uczyniła w Berlinie, najlepiej się tćm daje określić, iż w prasie wcale o nićj mowy niema, książka się uie znajduje po księgarniach, a tłumaczenie niemieckie, któreby nie-ochybnie z ciekawością było rozcliwytane, albo się nie ukaże wcale, lub chyba dla Austryi będzie przystępne. Przypisać to należy głównie wizerunkom osób na czele stojących, które, choć nie są zbyt czarne, zupełnie jednak jasuemi nie wyszły. Pocichu książka się czyta, połyka, domysły najdziwaczniejsze krążą o autorze; ale nie mówi o niej nikt i nie przyznaje się do tego, że sięgną! po owoc zakazany.
Zczasem nieochybnie imię autora odkryte zostanie, bo są pewne znamiona, które go zdradzą.
Jeden z najstarszych i najciekawszych pomników, rozpoczynający szereg pomysłów nad reformami ustroju politycznego rzeczypospolitćj, Jana Ostroroga Monumentum pro reipublicae ordinatio-ne, o którym się już rozpisywali Kownacki, Bandt-kc, Czacki, a naostatku dosyć rozciągłe Wagner, świeżo gruntownie został zbadany i rozebrany przez prof. Pawińskiego, w rozprawie: „Jana Ostroroga żywot i pismo o naprawie rzeczy-pospołitćj. Studyum z literatury politycznej XV wieku.” (Warszawa, 1884, 205 str.) Ze wszystkich prac, jest to najbardziej wyczerpująca i przynosząca nam szczegóły nowe, tyczące się rodziny autora.
Poprzedziła ją rozprawa prof. uniwersytetu we Wrocławiu, dra Caro, w tymże przedmiocie, czytana na posiedzeniu Akademii umiejętności w Krakowie w r. 1882 i wydrukowana po polsku w jej pamiętniku, po niemiecku w Gdańsku (Uebcr cine Keformations-Sebrift des XV ten Jahrhun-derts). Profesor Caro chciał w niej udowodnić pochodzenie Monumentu Ostroroga z niemieckiego pisma Fryderyka Reiscra, popierając prawdopodobieństwo pożyczki faktem świeżo odkrytym, że Ostroróg był uczniem uniwersytetu niemieckiego w Erfurcie.
Geneza ta,według prof. Pawińskiego, bynajmniej nieusprawiedliwiona, wskazuje tylko wspólne obu reformatorom źródło w husytyźinie, którego ideami się żywili.
Prof. Pawiński bardzo troskliwie zebrał i ocenił wszystko, cokolwiek się Ostroroga tyczeć mogło i dzieło jego objaśnić; wykazał też dowodnie prawdopodobny rok powstania Monumentu.
Daleki od przeceniania idej reformatorskich Ostroroga, autor przyznaje wszakże niepospolitą wartość, na s^yój czas, śmiałym pomysłom jego.
Jakkolwiek Monumcntum jest jedynym z XV wieku pomnikiem tego rodzaju, jaki nas doszedł, i choć się on wydaje bardzo radykalnym, wszelako rozpatrując się w historyi tego czasu, w dziejach
182
panowania Kaźmierza Jagiellończyka, w jego walce z kapitułami i z Rzymem o prawo mianowania biskupów, w ideach przypisywanych Kallimaclio-wi, który był nauczycielem dzieci królewskich i doradcą króla, w pozostałościach zresztą husy-tyzmu, który, mimo oporu Zbigniewa Oleśnickiego, zagnieździł się w Krakowie tak dobrze, iż się tu zszedł później z reformą Lutra i służy] jćj za podściół — Ostroróg nie wyda się nam tak fenomenalnym i wyjątkowym, jak się niektórym jego wielbicielom zdawało. Jest w pełni dziecięciem swojego wieku i czasu.
Pomimo to jednak Monument, który szczególniej zwracał uwagę wstępem głównym, tyczącym się stosunków z Rzymem i zależności od niego, i winnych swych pomysłach zasługuje na uwagę, a że one systematycznie ułożone nie są, ani obszerniej rozwinięte, tłumaczy to ów wiek piętnasty i pośpiech, z jakim Ostroróg mcmoryal przed sejmem dla p. p. senatorów obradować mających na papier rzucił.
Najzupełniejszą ma słuszność prof. Pawiński, iż Ostroróg ma z Reiserem wspólne źródło, ale naśladowcą jego nie był.
Jak profesorowi Caro winniśmy odkrycie, iż Ostroróg byl uczniem niemieckiej wszechnicy, tak profesorowi Pawińskicmu zawdzięczamy akta tyczące się rodziny Ostrorogów, które i na reformatora pewne rzucają światło. Szczupłe ono jednakże i autor Monumentu ukazuje się w niem raz, jakby wyjątkowo na scenie, aby potem na długie lata z niej zniknąć.
Wspomnieliśmy już, że dotąd głównie Ostrorogu oceniano na podstawie tego, co napisał o stosunkach państwa do kościoła. Jest to wielkiej wagi zadanie, a bolało jego rozwiązanie faktyczne przez Kaźmierza tak dalece Rzym, że po upływie lat stu Commendoui po śmierci Zygmunta Augusta, popierając elckcyą Ernesta ccsarzewicza, radził Litwinom, aby królom w przyszłości prawo nominacyi biskupów odjęli, a zwrócili je kapitułom.
Kaźmierz Jagiellończyk—o czćm u Długosza obszernie i boleśnie —tak wielką wagę przywiązywał do tćj kwesty i, iż gotów był jćj nawet koronę poświęcić. Może nie bez wpływu na to pozostało wspomnienie świeże Zbigniewa Oleśnickiego, który władał absolutnie Jagiełłą i tak samo chciał w niewoli trzymać syna.
Lecz pominąwszy tę kwestyą u Ostrorogu, reszta memoryalu, choć krótko i pobieżnie napomyka inne reformy, zajmuje wielce tem, czego dotyka. Może być bardzo, źe właśnie tu, w tej części, stosunkowo mniej cenionej, pamiętnika, reformator jest oryginalniejszym, chociaż profesor Pawiński zarzuca mu, że nie wychodzi ani na krok poza idee i wyobrażenia wieku swojego.
Tego po nim wymagać nie można. Co do wojskowości, rycerstwo i jego instytucye, acz osłabłe, były jeszcze wszędzie podstawą obrony krajowej, a razem rękojmią swobód, jakie sobie społeczność zdobyła. Dopićro w XVI w. rodzą się lanckncchty i wojska regularne, a w Polsce szlachta stawia ciągle opór przeciw zaciągom cudzoziemskim, przeciw uzbrojeniom mieszczan i ludu wiejskiego, obawiając się w wojsku narzędzia samowladztwa.
Autor pokilkakroć powtarza, iż Ostroroga przeceniano. Biorąc go ua tle dziejów panowania Kaźmirza, zestawiając z Kallimachcm, niezawodnie traci jako inieyator; idea nic była nową, ale ją Ostroróg z wielką silą, jasnością i animuszem w’ swym Monumencie sformował.
Niemniej, tak jak falszywem jest upatrywanie w Sav onaroli poprzednika protestantyzmu i rozerwania, byłoby równie blędnćm widzenie w Ostrorogu jakiegoś nieprzyjaciela władzy papieskiej, zpod której ani on, ani król wyłamywać się nie myśleli. Obcięli obaj zniesienia nadużyć i narzucanych noiuinacyj, które najwięcej dawały intrygi, nic zasługa. Tak samo doktorów bullati nie chciał reformator.
Praca prof. Pawińskiego jest bezsprzecznie ostatnićm słowem, najsłuszniej oceniającćm znaczenie memoryalu Ostrorogowego.
BALADY TOMASZA ZANA.
Oddawna i powszechnie ubolewano nad zatratą balad Tomasza Zana, które poprzedziły chronologicznie utwory Mickiewicza w tym rodzaju, a były ogólnie poczytywane za najpićrwsze bala-dy w języku polskim.
Ubolewanie to wczęści tylko usprawiedliwieniem nazwać się może, gdyż trzy balady Zana istniały i istnieją w druku, tylko icb szukać nie umiano. Niedawno p. Józef Trctiak wskazał czas i miejsce druku balady p. n. „Cyganka” {Dziennik wileński, 1822 t. II, str. 223—8); obecnie ja wskazać mogę czas i miejsce druku dwu innych: „Twardowskiego” {Dzuje dobroczynności krajowej i zagranicznej r. 1824, t. VI, str. 28—40) i „Ne-ryny” (tamże, t. VI, str. 149—156). Pozostają więc jeszcze trzy znane z tytułów: „Neris,” którą poeta wpisał niegdyś, do pamiętnika Klotyl-dy Wolodkowiczówny, „Świteź,” w pamiętniku Luczkiewicza, i „Aryon poeta.” (1) Gdyby sic ich jednak nie odszukało nawet, to trzy balady drukowane, z których dwie za najwcześniejsze uważać musimy, mogą dać dostateczne pojęcie o rodzaju twórczości kolegi i przyjaciela Mickiewicza.
Czy one były istotnie najpierwszemi baladami w literaturze polskiej, jak to jedni za drugimi powtarzamy?
Ażeby odpowiedzieć na to pytanie, potrzeba wejść w pewne szczegóły literackie, które, jak sądzę, nie będą dla czytelników bez interesu.
O ile dotąd wiadomo, wj raz balada pojawia się ii nas w druk u po raz pierwszy w początkach r 1816, podpisany jako oznaczenie rodzajowe pod utworem Schillera „Nurek,” przełożonym przez Franciszka Dyonizcgo Minasowicza {Pamiętnik icar-szmeskij, t. IV, zeszyt marcowy, str. 327—332). Od tćj chwili zarówno w „Pamiętniku warszawskim,” jak w „Pamiętniku lwowskim” spotykamy w pewnych odstępach czasu utwory poetów niemieckich, zwłaszcza Schillera, w przekładach Minasowicza, J. N. Kamińskiego i W. Chlędowskie-go, już to z wyraźnćm określeniem ich jako balad, już tćż bez niego. Między innemi zasługuje na wymienienie balada p.n. „Wyrok Bolesława,” będąca wolnym przekładem utworu poety niemieckiego Józefa Franciszka Ratsćhky, dokonanym przez W. Chlędowskiego, a pomieszczonym w „Pamiętniku lwowskim” z r. 1818 (t. III, str. 267 — 275). Ale to wszystko były pisma tłumaczenia mniej łub więcćj dowolne. W roku dopićro 1819 ukazuje się w „Pamiętniku naukowym,” wydawanym przez byłych uczniów gimnazyum krzemienieckiego, poemat podany nie za tłumaczenie, ale za „naśladowanie.” Autorem jego jest znany z dziejów literatury i dziejów politycznych Krystyan Lach .Szyrma; balada przezeń „naśladowaną” jest słynna Lcnora Burgera. Szyrma midał utworowi swemu napis: „Kamilla i Leon,” a rzecz jego przeniósł w czasy legionów; Leon ginie w Hiszpanii i ztamtąd po Kamillę przybywa; przebieg opowiadania zgodny z bała dą Burgera. W tomie II „Pamiętnika naukowego” (str. 275—82), tenże Lach Szyrma pomieścił swoje „Uwagi nad baladą Burgera Leonora.” Powiada tu, źe balada ta należy do rzędu malej liczby pism, które dla oryginalności swojćj i rozlicznych zalet w tym jedynie języku najlepiej się podobają, w którym były pierwiastkowe pisane;” wołał więc „rzecz obcą przekształcić na swoje i nadać jćj krój narodowy.” „Bo i czćmże—mówi dalej —w tłumaczeniu mógłbym zastąpić owe klingi ingling, hopp, hopp, sasa, huhu, co chociaż Burgerowi było naganione, tyle życia Leno-rze dodajc? Dopuśćmy wreszcie, żeby się i dało czćm zastąpić, jakżeby to do słuchu polskiego przypadło?” Opowiada następnie historyą powstania Lenory, dodając, że Anglicy wyprowadzali Lenorc ze swej dawnej powieści: The Suf-jolk miracle i źe niejakie podobnieństwo do niej
(1) Zob. „Żywot i korespor.dencye Tomasza Zana," Kraków 18'13, str. 51.
ma angielska balada Alondzo i Helena, „którą znamy z wybornego naśladowania Niemcewicza” (1). W dalszym ciągu wykazuje, źe i w Polsce istnieje powieść podobna („na Ukrainie, w okolicach Warszawy i Augustowa”) i przytacza ją tak, jak ją słyszał kolo Jarosławia wPrze-myskiem. A skończywszy opowieść, którą tu pomijam, podaje kilka uwag nader znamiennych ze względu na czas, w którym były pisane. „Jeślim ją przytoczył — powiada — uczyniłem to w tej jedynie myśli, aby i na ten rodzaj powieści krajowych ciekawość zwrócić, z których niejedna warta pióra polskiego Burgera i zezasem może się go doczeka. Daleki także jestem od przywiązywania do nich wielkiej wagi. Baśń będzie zawsze baśnią; wtedy jednak być nią przestajc, skoro utworzy się z niej coś podobnego do Leo-nory, do Nurka Schillera, do naśladowania z niego Celiny... (2). Źródła wszelkie, zkądkolwiek są wzięte, tyle tylko powinny być cenione, o ile ułatwiają rymotwórcom pracę wynalezienia; cala zaś zaleta pisma i sława zniego spada na autora, na jego dowcip i pióro szczęśliwe.”
Wobec tak teoretycznie sformułowanej zasady korzystania z podań i pieśni gminnych, wobec praktycznego urzeczywistnienia jej w baladzie „Kamilla i Leon,” roku 1819 drukowanej, trudno oczywiście uznać Zana za pierwszego u nas twórcę balady. Tomasz Zan byl zapewne pierwszym w Wilnie tworzącym tego rodzaju opowieści, ale nic pierwszym w Polsce.
Mimo jednak tę chronologiczną drugorzędność, zawsze Zan zatrzyma nad Szyrmą pierwszeństwo ze względu na wpływ, jaki jego twórczość poetycka na rozwój literatury naszej wywarła. Utwór Lacha Szyrmy i jego uwagi nad baladą nie zyskały wielkiego rozgłosu, a następnie całkiem prawie zostały zapomniane. Balady zaś Zana zbudziły drzemiący geniusz w największym z naszych poetów—w Mickiewiczu. Z tego tćż względu zasługują one na szczególowsze rozpatrzenie.
I.
Opowiada A.E. Odyniec, w jaki sposób do literacko nastrojonćj ndodzieży wileńskiej „przyszły raz pierwszy i forma i tytuł balady.” Oto Mickiewicz, Zan, Franciszek Malewski mieszkali tuż obok siebie w mitrach S to Jańskich. Na tym że korytarzu miał lokal profesor literatury rosyjskiej, Czerniawski. Syn jego, żywy i wesoły chłopak, którego oni wszyscy lubili, należał także niekiedy do ich zebrań i pogadanek wieczornych. Razu jednego wpadł „cały zaperzony i z rozpromienio-nemi oczyma.” Był to skutek, jak mówi Odyniec, świeżego wrażenia, po przeczytaniu nowo-wyszlćj w języku rosyjskim balady Żukowskiego p. t. Ludmiła, bę lącćj tłumaczeniem, a raczej mistrzow-skićm naśladowaniem, sławnej Lenory Burgera, której dotąd żaden z nich nie znal. Czerniawski wydeklainował im ją z zapałem i wszyscy podzielili uniesienie jego. P. Tomasz (Zan) zaraz nazajutrz napisał na wzór tego baladę Nerys, albo Ne-ryna, a w parę dni potem drugą, p. t. Świteź.”
(1) Utwór ten, napisany na morzu w przeprawie do Ameryki 29 lipca 1802, wydrukowany został zaraz następnego roku w I tomie (str. 491—95) „Pism różnych1' Niemcewicza. Nazwano go tu dumą „naśladowaną z angielskiego;" charakter atoli jest zupełnie baladowii. Treść istotnie podobna w części do osnowy Bcnory. Koch inek odjeżdża na jakąś wojnę daleko, kochanka zaprzysięga mu wierność, dodając, żc jeżeliby wychodziła za innego, „niech trup naówczas śmiałego Alondza siądzie obok mnie wśród godów wese nych.. i jak swą własną do grobu porywa.” Jednakże podczas gdy Alondzo bił sic, Helena uczucia swe zmieniła; wychodzi właśnie za jakiegoś bogacza; podczas uczty zjawia się nieznany rycerz, w którym po odkryciu przyłbicy poznano Alondza. Czyni on wyrzuty niewiernej kochance, potem ujmuje j.ą wpół, ziemia się roz-stępuje i chłonie oboje. Czterylcroć na rok Helena w ślubnych szatach wychodzi z grobu i idzie w taniec z Alon-dzem, w towarzystwie pląsających larw, które krew pijąc, wołają:
. . . Para niech żyjc szczęśliwa: Mężny Alondzo, Helena fałszywa!
(2) Mówi tu zapewne Szyrma o baladzie Franciszka Morawskiego pod tym napisem, drukowanej wprawdzie dopiero roku 1821 w „Pamiętniku warszawskim,'1 ale znanćj niewątpliwie przedtem i rozpowszechnionej w odpisach.
183
Opowiadania tego zupełnie dosłownie brać nic- o podobna. Brakuje mu przedcwszystkićm dokła- w dności chronologicznej; nie podaje roku, wktórym w to poznanie Ludmiły nastąpiło; a od tej daty bardzo wiele zależy. Mickiewicz w murach Ś to Jań-skich mieszkał podobno tylko do połowy roku 1817; tak przynajmniej twierdzi jakiś bezimienny znajomy Mickiewicza, na podstawie własnych opowiadań poety (1). Że do tego czasu nie może sic odnosić poznanie Ludmiły, świadczy naprzód nastrój całkiem klasyczny, wjakim Mickiewicz tworzył przez cały rok 1818, a powtóre znacznie późniejszy czas pisania balad, które pochodzą, o ile można sprawdzić, z r. 1820—1822. Co do „Ludmiły” Żukowskiego, to Odyniec myli się stanowczo, mówiąc o nićj jako o nowo wtedy wyszlej, gdyż balada ta ogłoszoną została jeszcze w r. 1808, jak się można przekonać z wykazu chronologicznego. pomieszczonego w wydaniu dzieł Żukowskiego (tom. I. z r. 1849).
Nadto trudno przypuścić, ażeby wśród młodzieży uniwersyteckiej w Wilnie nie był znany jeżeli nic „Pamiętnik lwowski,” jeżeli nie „Pa miętnik naukowy, to przynajmniej „Pamiętnik warszawski.” Jeźcliż w Boranach, gdzie wykształcenie średnie pobierał Odyniec, w tych Boranach, w których nietylko guwernerowie, ale i nauczy ciele „Iliady na oczy nie widzieli,” jak mówi tenże Odyniec („Kronika rodzinna” 1879, str. 520), zdarzyło mu się poznać baladę Schillera „Nurek” w tłumaczeniu polskićm, to czyż podobna uwierzyć, ażeby w tak świetnem ognisku uaukowem i literackićm, jakiem wówczas było Wilno, formę i nazwę bałady poznawano całkiem przypadkowo, nie zaś z czasopism? Wszakże Mickiewicz w r. 1818 posyłał właśnie do „Pamiętnika war szawskiego” swoję recenzyą Jagicllonidy, a więc miesięcznik ten znać musiał, mając sposobność czytania go w bibliotece uniwersyteckiej.
Wreszcie i to dodać należy, że Odyniec, powtarzając we „Wspomnieniach z przeszłości" niemal dosłownie to wszystko, co o twórczości Zana napisał dawnićj w „Listach z podróży,” opowiadanie przecież o Czerniawskim zupełnie opuścił. Jaki był opuszczenia tego powód, trudno powie dzień; źe jednak nie ten, iż rzecz ta była już znaną, to chyba jest pewnem, gdyż innych, niemniej znanych szczegółów nie pominął.
Powody powyżej przytoczone skłaniają mnie do tego wniosku, że zarówno forma, jak i nazwa balady mogły być znane studentom uniwersytetu wileńskiego, zajmującym się literaturą, że znajomość ta atoli, czysto-książkowa, nie pobudzała icli do twórczości w tym rodzaju poezyi. Dopiero okoliczność przez Odyńca opowiedziana, jako wypływająca wprost z życia i działająca w sposób żywy, zachęciła do prób w tym kierunku. Zdarza się to nieraz, że blade wspomnienia książkowe nabierają barwy dopiero pod bezpośrednim wpływem życia.
Zarówno z opowiadania Odyńca(2), jak i z listu Tomasza Zana, wymieniającego Nerynę na pierw-szem miejscu w spisie balad swoich, niewątpliwą jest rzeczą, że ten utwór rozpoczął szereg objawów twórczości poetów wileńskich w tym rodzaju. W którym roku powstał, oznaczyć z pewnością niepodobna. Ale jeżeli powstał jeszcze w gronie tych spólkolegów, którzy w 1819 studya swe uniwersyteckie kończyli, to mógł być chyba w pierwszćj połowie roku tego ułożonym. Długo krążył w rękopisie; do druku podano go dopiero w r. 1824, już po wyjeździć Zana do Orenburga.
Neryna treścią swoją potwierdza główny fakt w opowiadaniu Odyńca. Tak samo jak „Kamilla i Leon,” jest Neryna naśladowaniem „Lenory,” z nadaniem jćj „kroju narodowego” Zan, pomijając dwa pićrwsze wiersze z utworu Biirgera, rozpoczyna swoję baladę od narzekania Neryny, rozwijając je, niewątpliwie ze szkodą artyzmu,
wiele obszerniej, niż poeta niemiecki, zwięzłym dwuwierszu zawarł to, co siedmiu przedstawia:
Gdzieżeś, luby, w jakiej stronie? Może przy obcej dziewczynie, Co z bogatszych wdzięków słynie
Zdradliwe twe serce płonie?
Może przedwczesna mogiła, Gasząc twe powaby żywe, Drogie mi zwłoki przykryła?
Bliższego określenia, dokąd się teu bezimienny kochanek udał, Zan nie wskazuje, wystawia nam tylko Nerynę wyczekującą na drodze, czyjej luby wra< a „z tatarskiej wojny.” Krótko u Burgera zaznaczone przejście wojska przez wieś po zawarciu pokoju, u Zana szczegółowiej jest przedstawione:
Widać kurz i tuman w dali, Zbliża sic wojsko w pogoni; Słychać tętent, rżenie koni, Dźwięki trąby, brzęki stali;
Pyłem okryte pancerze, Hełmy strojne wawrzynami;
Idą w szeregach rycerze.
Jak u Burgera, tak i u Zana następuje potem opis radosnego powitania tych, co poznali swoich wśród wojaków, a smutek Neryny, która napróż-uo lubego upatrywała. Smutek przemienia się w rozpacz. Neryna zaczęła „kląć” Bogu; matka upominają, ale bez skutku. Wupominaniu matki u Burgera są cztery różne punkta: naprzód doradza ona modlitwę, zwracając uwagę córki na to, źe co Bóg robi, to dobrze robi; powtóre radzi córce, żeby na boleść swą w sakramencie pokuty szukał ulgi; potrzecie, dla zbudzenia miłości własnej w swem dziecku, robi przypuszczenie, iż kochanek może ślubował już innej; wreszcie każę zapomnieć o ziemskiem cierpieniu, a pomyśleć o wieczności, w której dusza jej wiecznego oblubieńca mieć będzie. Stosowne do tych czterech punktów są odpowiedzi Lenory. U Zana dwa są tylko upomnie nia matki. W pićrwszćm, powiedziawszy, źe grzechem jest szemranie, że cierpienie pochodzi od Boga, który chce nas doświadczyć, robi uwagę, iż „płaczem nikt z martwych nie wstanie.” W odpowiedzi córki Zan zlewa te myśli, które Burger w dwu różnych punktach pomieścił, i w swój rozwlekły sposób rozsnuwa:
Matko, niech mię twórca każę!
Wyszło już z serca wierzenie;
Niosłam modły przed ołtarze, Wylewałam łez strumienie, Z wiarą, miłością, nadzieją.
Cóż teraz modły pośpieją?
Rozkoszy przeszłych nie wrócą I nieszczęść moich nie skrócą. Rano cieszyłam się z życia, Rano się wdzięk mój zaciemia, Rano powab traci ziemia,
Poślę-ź Bogu marne wycia, Gdy mych próśb słuchać nie raczy? Powróci ż kochanek z nieba?
P. Chmielowski.
{Dalszy ciąg nastąpi.')
(1)	Zob. Czas z r. 1850 n. 117, przytoczony przy p Jozefa Trctiaka w dziele: „Mickiewicz w Wilnie i Kiwnie” t. 1, str. 67.
(?) W tym punkcie opowiadanie Odyńca o tyle tylko sprostować należy, że Aer « i Aeryna byly-to dwie odrębne balady, podobnie jak Świteź i Świtezianka Mickiewicza.
Wiosna.—Życzenia i żale pasażera tramwajowego.—Jubileusz Marreuowej. Odczyty p.p. Jankowskiego i Kozietulskiego.—Odpowiedzi Kraju i Gazety polskiej. — Wystawa starożytności. Sprawa Sclienków i Schlossarka — Iło-fleksye.—Przyszłość małych handlarzy nlicznych.
Wiosna!...
Uroczy ten wyraz wyśpiewuje przestrzeń, ozło-na promieniami słońca i nawskróś przejęta cie-
Kronika tygodniowa.
;er plem. Szepcą go wątle pączki na drzewach i tra-aż wy, wyrywające się szybko zpod ziemi, i ptaszęta, wesołe i radosne, źe się kończą długie utrapienia zimy, smutny, męczący przednówek głodu i cierpień.
Czy się jednakże kończą uaprawdę? Czy ten uśmiech budzącej się przyrody nie jest łudzącą pieszczotą, która lada chwila ustąpi miejsca sro-gości i zagniewaniu?,..
A tymczasem, ufne w pugodę wiosenną, miasto nasze już się do niej wdzięczy ua zwykły sobie sposób. Stróże olbrzymiemi miotłami podnoszą na ulicach tumany kurzu, ogrody roją się od wczesnych robót około drzew i klombów, tramwaje lotnie narażają pasażerów na katary i zaziębienia, wszystko zresztą zdaje się zapowiadać blizką kampanią przeróbek, odnów i fabryk, które nam, biednym mieszczuchom, zatruwają życie wciągu wiosny i lata.
Co nam przyniesie pora, obaczymy, tymczasem zwrócimy uwagę, czyją należy, na maleńką litanią skarg, przesłaną wprawdzie pod naszym adresem, ale wystosowaną do zarządu naszych tramwajów. Jakiś zwolennik jazdy relsowej głosi, co następuje:
1)	Przepisy co do przyjmowania stale oznaczonej liczby pasażerów nie są zachowywane.
2)	Jazda, z najrozmaitszych przyczyn, bywa nieregularną i pośpiesznej komunikacyi wcale zadosyć nie czyni.
3)	Brak drobnych do wydawania reszty pasażerom naraża ich ua ciągłe zatargi ze służbą.
4)	W dnie świąt żydowskich, a zatćm zmniejszenia się liczby jeżdżących, zarząd wysyła mniejszą liczbę powozów i wyprawia je na niektórych, liniach zbyt późno, przez co widocznem jest, iż liczy się skrupulatniej z zyskiem własnym, aniżeli z wygodą publiczną. Czy nie dałoby się zadowolić i wilka i owcy?...
Czyni też nasz korespondent jednę słuszną uwagę, którą już sam zarząd miasta mógł był sobie uczynić dawno, gdyby towarzystwo tramwajowe nie było jego Benjaminkiem. Oto stawia ono ua niektórych ulicach obrzydliwe budy cuchnące i zanieczyszczające miejscowość, a przeznaczone prowizorycznie na stajnie. Prosi, aby przyjrzano się takiej budzie na Nalewkach i zadecydowano, czy się ona tam znajdować powinna. Budynek ten, obok swojej nieestatycznej powierzchowności, jest zawadą na zajętym chodniku, stanowiącym jedyną drogę od ogrodu Krasińskich do Nowolipek. Jakim to się stało sposobem, źe dotąd nikt nie zwrócił uwagi na takie bezprawne tamowanie komunikacyi, pojąć trudno.
List kończy się gorącą prośbą do zarządu kolei konnej, aby konduktorów, niezatrzymnjących powozów na stacyach pośrednich, surowo karcił. Istotnie, panowie ci, byle zyskać na czasie, pomijają bardzo często przystanki i są tego zdania, że pasażerowie-mężczyźni mogą i powinni powozy gonić i w biegu do nich wskakiwać. Dla młodych jest to pól biedy, ale dla ludzi w wieku lub bezsilnych taka gimnastyka przedstawia poważne niebezpieczeństw.
Zresztą wszystko dobrze..
Tydzień temu w salonach resursy Obywatelskiej uczczono w licznćm towarzystwie wielbicieli talentu pani W. Marrene dwudziestopięeiolecie pierwszego jej występu na polu literatury. Tym razem obeszło się bez sutej kolacyi i toastów, które zastąpiły przemówienia poważne. Jubilatkę obdarzono ladnemi upominkami, a nadto zawiadomiono ją, źe w naszej redakcyi znajduje się fundusz składkowy, którym ma ona prawo rozporządzić na rzecz kształcącej się młodzieży płci żeńskiej.
Cala ta uroczystość, pozbawiona strony kuli-narno-wiwatowej, nosiła niezmiernie sympatyczną cechę umiarkowania i powagi. Jesteśmy pewni, że pani Marrenowej musialo sic to podobać i że w objawach szacunku i uznania, jakie jej okazano, widzi tę szczerość i myśl zdrową a dojrzałą, co niemi kierowała.
W szeregu odczytów na osady rolne, po panu Jankowskim, który pięknie, zajmująco i wyczerpująco mówił o drzewach naszych, wygłosił pau
OKAZY Z WYSTAWY ZBIORÓW PROF. DYBOWSKIEGO.
Rysował C. Jankowski. (Zob. artykuł na str. 187.)	(330ł
1) Korejec znad rzeki Ussuri.— 2) Gilaczki.—3) Łainuci.—4) Pies pociągowy kamczacki.—5) Szaman.—6) Żebrak nnlajski.—7) Pies myśliwski kamczacki.—8) Bajdarki aleuckie.
ŚMIERĆ RUBENSA. Kopia obrazu Van Bree w Antwerpii.
(331)
186
Kozietulski, przyrodnik, rzecz o granicach pojęć w nauce. Prelegent stał na gruncie przyrodniczym i z tego stanowiska zbijał usilnie a umiejętnie niektóre twierdzenia materyalistów, przeczące ideałom ludzkości. Twierdził on, że każda galęź przyrodoznawstwa ma kres, poza który pojęcia nasze nie sięgają; od tćj linii demarkacyj-nej, odgraniczającej rzeczy wiadome od niewiadomych, poczyna się świat zupełnie nieznany, niezbadany, niepojęty, o którym nie na pewno twierdzić nie można, a najmniej to, że nie istnieje. Powoływać się na świadectwa zaczerpnięte z przyrodoznawstwa, a przeczące istnieniu ducha i porządku duchowego, jest to narzucać mu twierdzenia, do których wygłaskania przedstawiciele jego niczem nie są uprawnieni.
Niezmiernie pocieszającą jest rzeczą, że ze strony badaczów poważnych i umiejętnych odzywać się poczynają głosy, protestujące przeciw pewnym śmiałym teoryom, nietyle naukowym, ile tendencyjnym. Zaprawdę, te krańcowe opinie, wygłaszane z niesłychaną pewnością siebie, w smutny sposób wpływają na umysły młodzieży. Niu zagrzewają one do pracy naukowej, ale studzą szlachetny zapal i zaprawiają goryczą dusze, poczynające swój dorobek od krańcowego, a bezlitosnego krytycyzmu. Są tacy, co w tych objawach widzą dojrzałość i tak zwaną w ostatnich czasach t/ze/wos-c; ale nam się zdaje, źe siły, złożone w młodzieńczych organizmach i mózgach, bądźcobądź, spotrzebować się muszą i spotrzebo-wują się istotnie, tylko nie w kierunku odpowiednim tej właśnie najprodukcyjniejszej twórczości, która po wszc czasy była i będzie młodości przywilejem... A pocóż tworzyć, skoro wszystko jest raniłaś yanitatum.1... I czy tę bolesną prawdę — jeżeli jest prawdą — głosi psalmista Boży, czy uzbrojony w wiedzę myśliciel, skutek jej jeden i ten sam: nicość pragnienia, wiary i czynu.
Porzucamy tę kwestyą nigdy niewyczerpaną, której głębia sprawia zawrót głowy, a wolimy przejść do spraw innych ..
Otóż zwracamy uwagę naszych czytelników na numera Kraju i Gazety polskiej, w których znalazła się odpowiedź kilku pismom rosyjskim, eon amore traktującym nasze miejscowe stosunki ze swego, oczywiście, punktu widzenia. Wygodnym ani przyjaznym dla nas on nie jest. Panowie korespondenci tych pism starają się swojemu społeczeństwu przedstawić nas w barwach jaknaj-ujemuiejszych, idąc w tćm nietyle za głosem prawdy i potrzeby, ile mody i upodobań. Wszystko im się nic podoba, wszystko ich razi, wszystko w ich oczach wynika ze złośliwego rozmysłu, szukającego kontrastów nawet między błotem, a kaloszami...
Gazeta polska dosyć często prostuje fałszywe poglądy tych panów, bez wiary jednak, żeby jćj wskazówki na co się przydały. Aby się stało tak, a nie inaczej, trzeba dobrej woli... Tymczasem dobra wola, a instrukeye redakcyjne, są-to rzeczy zupełnie różne. Dziennikom rosyjskim, korzystającym z tak prawdziwych koresponden-cyj, idzie przedcwszystkićm o pewny i wygodny byt. Wolą one utartą drogę, niż pomysłowość płodną w nowe środki, a dopóki stara moda obowiązuje, praktyczny rozsądek drażnić się z nią nie pozwala. Patrząc na to przez szkiełka wyrozumiałości, można postępowanie takie zrozumieć. Nikomu ono wiekszój szkody nie przynosi, a dbać o korzyści moialne prawdy i sprawiedliwości—to przywilej tylko wybranych.
Kiedy w listach rosyjskich korespondentów legną się gazcciarskie kaczki, my tymczasem doczekaliśmy się pierwszego sztucznego wylęgu kurcząt. Kto nie wierzy, niechaj się uda ua No wy świat, pod nr 55, a tam pokażą mu żywe i ruchliwe ptaszęta, najrzeczywistsze dzieci.... sztucznego aparatu. Jest-to dzieło przemysłu i wiedzy badawczej, ale zarazem nowe źródło dochodu. Któż wie?... Może też przyjdzie czas, że każdy poczciwy mieszczuch warszawski będzie miał swoje kurę w garnku.... jak tego pragnął niegdyś Henryk IV dla swoich.
Zarząd Muzeum przemysłowego wpadł podobno na pomysł urządzenia stałej wystawy starożytno-
ści. Pomysł to wyborny. Z wystaw prowineyo-nalnych, które się powiodły względnie bardzo świetnie, wnosić wolno, źe taka wystawa i w Warszawie miałaby powodzenie. Słychać żc projekt chce, aby się na nią złożyły okazy, będące własnością prywatną, przesyłane tylko na czas pe wien. Właściciele pozostaliby przy prawach posiadania, a ciągła zmiana okazów nadałaby wystawie wielki urok przyciągający.
Któż wie, możeby się przyczyniła do poznania skarbów, ukrytych po zbiorach prywatnych, i nietylko do poznania ich historycznej wartości, ale i realnej ceny pamiątek, tak dziś lekkomyślnie zbywanych cudzoziemcom. Możeby zbudziła dla nich szacunek i miłość, którą się dzisiaj nie cieszą, skoro tak łatwo przechodzą do zbiorów obcych. Dzisiaj rzadko kto wie, co istotnie posiada, a ta niewiadomość ułatwia sprawę przyjezdnym Holendrom, Anglikom i Niemcom, którzy tu nabywają przepyszne nieraz rzeczy za bezcen, bogacąc się potćm na nich u siebie.
Od dwóch tygodni wrażliwe serca czytelniczek pism codziennych doznają tragicznych wstrzą-śnień na myśl o zbrodniach słynnych braci Schen-ków i ich wspólnika Szlosarka. Choć to bohaterowie nie nasi, ale tak interesujący przez swe postępki, źe cała prasa nasza (i europejska) śpićwa skwapliwie epopeję ich życia. Rozegrał się właściwie ostatni akt tego dramatu w izbic sądowej, nad pięknym, modrym Dunajem, którego nurty pochłonęły niejednę ofiarę tych najokrutniejszych i najrozmyśłniejszych zbrodniarzy.
Wyobraźcie sobie trójkę lotrów-wspólników, którzy przeważnie spekulowali na ograbianiu kobiet. Środkiem działania dla nich były: miłość (!), sakrament małżeństwa, budzenie zaufania i zaślepienia, wywabianie w jakąś podróż (przed lub poślubną zresztą), a potćm najpospolitsze zabójstwo. Ci zbrodniarze zc zbrodni zrobili sobie taki interes, jak kupiec z handlu, rzemieślnik z rzemiosła. Przed sądem stanęli z butą wysoce udoskonalonych specyalistów. Jeden z nich nawet, snadź wielce zamiłowany w swej sztuce, pragnął pisać w więzieniu pamiętnik, któryby przekazał bohaterstwo czynów jego własnemu synowi. Koncypował nawet wierszyki na tematy czerpane z doświadczenia.
Szubienica kończy tę tragedyą zbrodni, która poniża naturę ludzką i wydziera z piersi okrzyk trwogi i oburzenia.
Zaprawdę, ciekawych dożyliśmy czasów.... Cywilizacya, dźwigając naprzód ludzkość, wyrzuca z niej wciąż, niby w wulkanicznych kon-wulsyach, wynaturzone potwory, którym kto wić, czy sama nie daje życia.
Ale precz smutne rcfłeksyc!...Już dzisiaj każdy zdobywać się na me może i musi, gdy mu przed oczami takie ohydne przesuwają się obrazy. Z przerażeniem spogląda się na tc krwawe epi zody życia społeczeństw, pragnących spokoju i wytchnienia...
Schenkowie niewiadomo zkąd się biorą, ale wiadomo dokąd dążą. Celem ich jest posiadanie, środkiem wszystko, co do niego prowadzi. Na takim gościńcu dzisiejsza ludzkość wychowuje ich legiony cale.
My, w Warszawie, kto wie czy nic mamy takich przyszłych bohaterów w całej falandze dzieciaków, trudniących się ulicznym handelkiem i żebraniną. Biedne tc istoty, rzucone ua nruk od rana do nocy, walające się w rynsztokach, cyniczne, chciwe, żarłoczne, dręczone chłodem i głodem—od wiosny życia, od jego zarania wkładane do wyciągania dłoni po grosz, jakimkolwiek sposobem zdobyty—czyż to nie wyborny materyał na takich Bębenków?... Życic dla nich jest walką i utrapieniem, a jedynym środkiem wyrwania sie z tej nędzy dzisiejszej pieniądz. 0 tc dzieciaki nikt nie dba, każdy odpędza je ze wstrętem, szorstko, bezlitośnie... pogardliwie. Ich układny uśmiech i pozorna wesołość nie dowodzą bynajmniej, że nic są głodne, żc mróz im nie dokircza, że pogarda ich nie boli, że nie wynagrodzą jej sobie kiedyś, nic pomszczą, gdy im się trafi przyjazna okazya.
Ich dzisiejsze natręctwo w dopraszaniu się o ku
pno pudelka zapałek, numeru pisma lub kwiatka, nie jest bynajmniej rękojmią, że się nie stanie kiedyś rozpaczliwem zniechęceniem, żc nie zapragnie spoczynku, że, łudzone w swoich rachubach pozyskania skarbu, nie zapragnie użycia pewniejszych środków do jego wywalczenia...
Te tłumy dzieciaków spekulantów, powtarzamy, mnożą się u nas tak szybko, iż godzi się zastanowić nad tem i przewidzieć zawczasu możliwe, a nawet nieuniknione tego następstwa. Dzisiaj są to tylko nieświadome ofiary nędzy własnej, alezczasem stać się mogą sprawcami cudzej.
Ul. M. Hz.
Kościół niegdyś ks. ks kanoników lateraneńskich w Słonimie.
Pisana tradycya przywiązana jest do tego gmachu (obacz rysunek)— wzniesionego w 1653 r., a którego architektem był jakiś Włoch.
Rzecz się tak miała. Gdy już ukończono całą budowę i ostatnia cegła założoną została w sklepieniu, opinia publiczna utrzymywała, że to sklepienie, tak śmiało zawieszone, niepodtrzymane filarami, runąć musi przy odjęciu podpór i że zarozumiałość architekta sprowadzi niezawodnie fatalne następstwa.
Gdy to wszystko doszło do uszu artysty, wzruszony i skruszony do głębi, odbył spowiedź, przyjął Ś. Ś. Sakramenta i wczasie, gdy odejmowano podpory i rusztowania, ukląkł w środku nawy kościoła i przez cały czas roboty pozostał na modlitwie, dając swe życie na ofiarę Bogu, jeżeli w tem dziele zgrzeszyć mógł pychą. I oto podpory odjęto, sklepienie niewzruszone pozostało i aż dotąd jest celem podziwu.
Zaraz obok kościoła stał do niedawna budynek szkolny, w ostatnich latach zniszczony od pożaru (przedstawiony na rysunku), w którym mieścił się konwikt na 10 uczniów, fundowany przez arcybiskupa unickiego ks. Iłorbackicgo, na początku XVIII wieku.
E. Pawłowicz.
Na pomnik dla sarbiewskiego. W. O- rs. 1; T. R. rs. 2; W. K. rs. 1; M. Barcz właściciel apteki rs. 1; F. S. rs. 1; Stefan M. rs. 2; Antoni P. rs. 1; P. D. rs. 3; Wierzbowska rs. 3. Razem ze zło-źonemi poprzednio rs. 65 kop. 50.
Na pomnik Mickiewicza złożyli w redakcyi naszej: W. Szwoynicki rs. 3; Bolcewicz rs. 3; L. M i J. Bolcewiczówny rs. 3; A. Bondzyński rs. 2; Kossakowski rs. 2; Rymszcwicz rs. 1; J. Michnie-wicz rs. 3; M. Kupść rs. 1; Łanuński rs. 2; Gul-biński rs 1; J. Miccwicz rs. 1; T. Jaworowski rs. 1; Byliński kop. 30; Franeuzowicz rs. 1; S. Bolcewicz rs. 1; K. Kuszclcwski rs. 1; L. Jankiewicz rs. 1; przegrane w karty w Glinkach rs. 4; K. M. G. przegrane rs. 3. Razem rs. 34 kop. 30. Ogółem ze zlożonemi poprzednio rs. 18,390 kop. 17.
Dla najbiedniejszych. Kastelli kop. 50.
Na FUNDUSZ WIECZYSTY IM.EN1A Ś. P. IGNACEGO boczylińskiego. J. F. rs. 3; B. R. rs. 2; W. R. rs. 1; Z. S. rs. 5; B. 8. kop. 50; G. Zaleski z Po-miecbóvyka rs. 10; Ks Zbyszcwski rs. 5; M. Fu-dakowska rs. 3; M. S. rs. 25; Z. L. rs. 6 kop. 50. Razem z nadeslanemi poprzedniors. 991 kop. 7o-i 20 marek.
KoreKpomleucyH od redokcyi.
rani Maryi T. Przekłady poezyj wyjątkowo tylko zamieszczamy
Panu A. M-skiemu. Przekłady z Lamarline’a i Barbara bardzo sa udatne; ale.... czy mc moglibyśmy piosić o jakieś próbki' oryginalne, lub może o dalszy ustęp z „Luzy ady?”
187
Zbiory profesora Dybowskiego.
(Zol), rycinę na str. 184.)
Północno-wschodni kraniec Azyi i wogóle te ziemie, gdzie kontynent znany starożytnym styka się z nowym światem, należą do najobojętniejszych, że sic tak wyrażę, zakątków naszego globu, najobojętniejszych wtem pojęciu, że ludzkość najmniej się niemi zajmuje i nietylko już u nas, ale w każdym języku dzieło lub artykuł dziennikarski o tych stronach jest prawdziwą rzadkością; kiedy zaś bardzo niedawno Kosyą polubownie odstąpiła tam Stanom zjednoczonym Ameryki północnej dziesiątki tysięcy mil kwadratowych, nic zwróciło to prawic niczyjej uwagi w Europie. Alaszka, Kamczatka, są-to nazwy obijające się bardzo rzadko o uszy nawet specyalistów-geografów, którym przypomniał je dopiero Nordeuskjóld kilka lat temu, gdyż od czasów Behriuga nie budziły one ogólniejszej uwagi. Kamczatka jest malozna-ną w samej Rosyi, do której należy, bo zanim uczeni rosyjscy, badający przygodnie Syberyą, zapoznali się z bliższemi a bardzo interesującemi wybrzeżami Amuru i Ussuri, poczem zapewne przyszlaby kolej i na Kamczatkę, nowe zdobycze polityczne w Azyi środkowej odciągnęły ich w tę stronę, a niespodziana ancksya Sachalinu stała się znowu zachętą do zamorskich wypraw na tę wyspę, dotąd japońską.
Z tego zbiegu okoliczności wynikło, że rodak nasz, dr Dybowski, dostawszy się na Kamczatkę przed pięciu laty w chrakterze okręgowego lekarza, miał przed sobą rozlegle pole do badań i odkryć naukowych na niwie zupełnie dziewiczej, i że Warszawa, którćj przedewszystkićm zbiory swoje pokazał, jest pićrwszem w Europie miastem, mającem sposobność dokładnego zaznajomienia się z krainą tak odległą i tak mało dotąd znaną wykształconemu ogółowi.
Posuwając się na mapie wzdłuż równoleżnika naszej Warszawy na wschód, trafiamy już poza Syberyą nu południowy kraniec wielkiego półwyspu, zwanego Kamczatką, który w stronie północnej dochodzi prawie do samego wybrzeża oceanu Lodowatego. Główne miasto Kamczatki, Pe-tropawłowsk, leży na brzegu wschodnim półwyspu bliżej południowego cypla, nad zatoką (gubą) Awaczyńską. Administracyjnie są połączone z Kamczatką dwie wyspy Komandorskie, leżące na wschód południowy od Pctropawlowska: jedna, przy której się rozbił okręt duńsko rosyjskiego żeglarza Bchringa, zwana wyspą Behrin-ga, druga zaś wyspą Miedzianą. W póludniowem przedłużeniu półwyspu ciągną się ku Japonii gęstym szeregiem wulkaniczne wyspy Kuryłskie, a jeszcze dalej na wschód, poza wyspami Koman-dorskiemi, leżą wyspy Aleuckie (grupy: Bliźnie, Andreanowskie, Lisie), które są tak samo wulka-nicznem przedłużeniem amerykańskiej Ałaszki, jak Kuryłskie Kamczatki. Oto w szerokim promieniu okolic i, do której się odnoszą poszukiwania naukowe Dybowskiego, który jednak osobi ścic zwiedził tylko, jak widać z jego zbiorów, Kamczatkę i wyspy Komandorskie, to jest okrąg, na który się rozciągała jego dz’alaluość urzędo-wo-lekarska, z innych zaś wysp ściągał tylko wiarogodne rełacye i ciekawsze przedmioty.
Jeżeli dodamy, że Dybowski, wysoko uzdolniony naturalista i człowiek ukształcony wielostronnie, między innemi lingwista, przebył uprzednio lat kilka na Syberyi i praktycznie sic obeznał zc sposobami badania zarówno przyrody7 pólnocnćj, jak ludów śród nićj zrodzonych i wychowanych, to zrozumiemy, jak obfite być mogą i rzeczy wiście są rezultaty7 pięcioletnich jego studyów na Kamczatce. Ze zbiorów jego, wystawionych w Warszawie przez Muzeum przemysłu i rolnictwa, można mićć wyobrażenie o zakresie studyów Dybowskiego i dobre pojęcie o tym krańcowym półwyspie azyatyckim. Ponieważ zaś nasz podróżnik wystawił też na widok publiczny niektóre przedmioty i mnóstwo fotogramów z podróży7 swej powrotnej do Europy (przez Singapoore, Ceylon, Suez, Darda icle do Odesy), skutkiem czego ży
wo zarysował przed okiem zwiedzających życie prywatne Korejczyków, Japończyków, Chińczyków, a zwłaszcza Malajów, przeto nic dziwnego, żc na wystawie tej bywają tłumy publiczności, tak iż nawet w dnie powszednie trudno się docisnąć do niektórych szaf, zawierających okazy efektowniejsze.
Stwierdzając z żywą radością to powodzenie rzadkiego u nas, czysto naukowego „widowiska,” nie mam zamiaru opisywać tu szczegółowo przedmiotów, które sie na nic składają, zwłaszcza że pisma codzienne już to uczyniły i zapewne opisy takie nic są już obce czytelnikom Tygodnika. Pismo to, wierne swemu zwyczajowi, podaje dziś w grupie ułożonej z istotnym artyzmem kilka ciekawszj ch próbek etnograficznych i przyrodniczych z bogatego skarbca wystawy. Widzimy tu typy wielce pierwotnych ludów odległej krainy: Gilaków, Łomutów czyli Tunguzów koczujących z wielkiego szczepu Aleutów; widzimy czarodziejskiego szamana w stroju obrzędowym, gotowego do odprawiania rzekomo religijnych praktyk dla ludności, śród której wierzenia religijne nie wyszły jeszcze poza obręb najnaiwniejszego zabobonu i która, niezdolna pojąć chrystyanizmu, jeżeli przyjmuje niekiedy chrzest święty, to tylko powierzchownie, zgoła nie rozstając się z fetyszy-zmem. Widzimy dalej wiernego towarzysza człowieka, wszędzie mu pomocnego, to jest psa, a mianowicie psa kamczackiego w podwójnej roli, jako zwierzę pociągowe i jako doganiacza lub wytrapiacza cennej futrodajnej zwierzyny. Inny obrazek przedstawia aleuckie bajdarki (lodzie), na których ci wyspiarze przenoszą się z miejsca na miejsce, lub łowią ryby, a szczególniej tćż z upodobaniem polują na koty morskie (kotiki), rodzaj fok, niezmiernie tu pożytecznych przez swoje skóry i błony wewnętrzne. Jest to główny u Aleutów surowy materyał garbarski, a że przemysł ogranicza się u nich prawie jedynie na garbarstwie, łatwo więc pojąć, jak są ważne dla nich te wodne zwierzęta, które niekiedy, zwyczajem wszystkich fok, wygrzewają się w słońcu na piaskach wybrzeża. Jeszcze na inny m obrazku widzimy malajskiego żebraka, typ schwytany w przelocie na półwyspie malajskim, zdradzający już i w rysach i w swojej nagości klimat południowy. Z tych samych okolic jest też na wystawie przepyszna grupa fotograficzna, przedstawiająca posiedzenie sądu gminnego u Malajów.
Nie możemy się rozstać z wystawą Dybowskiego, żeby, korzystając ze sposobności, nie wspomnieć o niektórych jeszcze przedmiotach, dotąd pomijanych milczeniem przez sprawozdawców, a jednak bardzo interesujących. Jest tam n. p. fotogram, przedstawiający archeologiczne zabytki, spotykane w kraju usuryjskim. Olbrzymie, jak widać, głazy, rzeźbione ordynaryjnie, ale z trudnością techniczną, która świadczy, iż pra-Usuryjczy-kowie znali się na kamieniarstwie, choć dzisiejsi ich potomkowie zupełnie ten przemysł zaniedbali. Jest jakiś mały, wyrabiany z kości morsa instrument muzyczny Koriaków, o którym z prostego obejrzenia nic powiedzieć nie możemy, ale którego użycie powinnoby zainteresować melomanów. Jest bardzo ciekawa, choć wstrętna kolekcya rycin, przedstawiających ludzi chorych na trąd. Jest mikonicc garść piasku złotego z wyspy Kii-rylskiej najbliższej Kamczatki, a okaz ten świadczy, że bogactwa kopalne okolic, dostarczających teraz jedynie drogich futer, mogą być bardzo znaczne, na co już zresztą zwrócono uwagę, skutkiem odkrycia wielkich pokładów węgla kamiennego na Sachalinie.
Fotografie umieszczone na wystawie, o ile dotyczą typów syberyjskich, pochodzą z pracowni Kowalskiego w Irkucku; niektóre kamczackie były zdejmowane zapewne przez samego profesora. Obok najrozmaitszych typów twarzowych szczepu tak zwanego mongolskiego, są na nich przedstawione wierne i urozmaicone wzory oryginalnej odzieży i domowego otoczenia Koriaków, Goldów, Aleutów, Kauiczadałów i różnych mety-sów* wraz z ich domostwami i lichą roślinnością, która je otacza. Europejczyk ze zdumieniem spostrzega, jak nawet pośród tych dzieci natury za
rysowują się jaskrawo stopnic uspołecznienia i niwelujący wszystko wpływ naszej kultury. Chińsko japońskie wyroby dosięgają tu wprawdzie, ale ubiór tylko europejskiego kroju przyjmują wszędzie ci, których stać na to, żeby sobie wykwintniejszą odzież sprawić. Pochodzi to może i ztąd, że już pierwotna forma ludowa odzieży wyspiarzy zbliża się swoim krojem więcej do europejskiej, niż do japońskiej lub cbińskićj. W każdym razie pod osłoną tej kwestyi krawieckiej kryje się tu może ważna zagadka etnograficzna. Niemniej ciekawą jest zagadka językowego pokrewieństwa tych ludów z innemi i między sobą, a pod tym względem badania Dybowskiego mogą być decydujące, bo jak wiemy, przywiózł on z sobą bogate słowniki kilku narzeczy i pierwszorzędni orycntaliści europejscy ubiegają się dziś o te manuskrypta, które profesor lwowski chce pierwej uporządkować, zanim je specyali-stom językoznawstwa zakomunikuje.
Każdy miłośnik przyrody i podróży z zazdrością patrzy na wystawie Dybowskiego na fotogramy wykonane w San Francisco, a przedstawiające pojedyncze krajobrazy z Kamczatki i wysp Komandorskich, gdzie szczęśliwy nasz przyrodnik cały swój czas i cały zapał poświęcał spostrzeganiu wiecznie nowej, choć wiecznie tej samej przemiany zjawisk i zkąd wrócił do kraju ojczystego ze skarbami wiedzy ścisłej i olbrzymim zasobem naukowej rutyny, dla wzorowego prowadzenia wykładów uniwersyteckich; mylnie bowiem sądzą ci, którzy za pierwszy warunek dobroci uniwersyteckiego kursu uważają wprawę pedagogiczną. Wyższy zakład naukowy jest polem do powstawania w nauce samodzielnych szkól, czyli kierunków, a prof. Dybowski, samodzielny pomnożyciel wiedzy zoologicznej w wielu gałęziach tćj nauki, może się stać mistrzem takiej szkoły, bo nie potrzebuje, jak niejeden, być ślepym innych mistrzów tłumaczem.
Mimowolnie też z ciasnych izdebek wystawy warszawskićj myśl nasza biegnie tam, gdzie się rozlegać będzie żywe słowo Dybowskiego, i niemałej dozuajemy radości w przekonaniu, że ono wzmocni poważny kierunek w naszem przyrodoznawstwie.
Filip Sulimierski.
Korespouileicja Tjtoiiifa ilnslrowaueco.
Lwów, 7 marca 1884 r.
Bank włościański.-Kółka rolnicze.—Kolo nauczycieli szkól wyższych.—Nowe i zmarłe pisma.— Gazeta naddniestrzań-ska.—Nowości wydawnicze.
Najważniejszą ze spraw, jakie w ostatnich czasach poruszały nasze społeczeństwo galicyjskie, była sprawa banku włościańskiego. Bank ten, założony dla ratowania drobnej własności ziemskiej z rąk lichwy, nietylko nie odpowiedział swemu zadaniu, ale owszem, przyczynił się jeszcze niemało do ruiny włościan. Dlaczego? Oto naprzód dlatego, że uieoświćccni, nierozumiejący znaczenia kredytu włościanie nie umieli korzystać z niego i używali pożyczek na cele bynajmniej nieprodukcyjne, czasem nawet na pijaństwo, uważając te pożyczki za rodzaj manny z nieba, z której nie trzeba zdawać rachunku przed nikim; powtóre dlatego, że policzywszy rozmaite opłaty, stemple, kary za zwłokę, procent od pożyczek banku włościańskiego wyrastał na prawdziwą lichwę; potrzecie nareszcie, i to najsmutniejsza, że sumienność urzędników banku włościańskiego pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Jakie zdzićrstwo tam panowało, jaką opinią wyrobił sobie ten bank w kraju, najlepiej charakteryzuje pewna anegdota, przypisywana znanemu facecyoniście tutejszemu, p. O. Przyjeżdża ktoś do Lwowa i ma interes do banku włościańskiego, a spotkaw7szy się z O., pyta go: gdzie jest bank? — Na tćj a ua tej ulicy, odpowiada zapytany.
— A którj i nu ner domu?
— Numeru uie potrzeba, patrz tylko na szyldy, a jak zobaczysz skórę chłopską, rozpiętą na froncie, to wal prosto w bramę—tam bank włościański.
Otóż nosił wilk owce, ponieśli i wilka: bank włościański zbankrutował. Chłopi rat nie płacili, przeszło 30 tysięcy drobnych właścicieli ziemskich potrzeba było wywłaszczyć, bank wywłaszczył trzy tysiące, ale i na tej próbie przekonał się, że drobna własność ziemska, której nie miał zbyć komu, w jego ręku staje się tylko ciężarem. Szczęściem obcy nabywcy nie mieli ochoty sięgać po te drobne kawałki ziemi, bojąc się niechęci ludu. Runął tedy bank i żalu nie zostawił po sobie, tćm więcej, żc przeważnie obce kapitały były w nim zaangażowane. Teraz chodzi tylko o to, żeby sprawę likwidacyi załatwić z korzyścią dla kraju i nie oddać zadłużonych chłopów w ręce nowych wyzyskiwaczy. Sprawą tą zajęło sic kilku energiczniejszych członków sejmowego klubu włościańskiego.
Kółka rolnicze, o których zawiązaniu się donosiłem przed rokiem, rozwijają się dotychczas bardzo pomyślnie. Liczba ich dochodzi już prawie 200, co na tak krótki czas jest świetnym rezultatem. Z każdym też dniem niemal donoszą o jakichś nowych narodzinach kółek, które, szczególnie w zachodniej Galicyi, rosną, jak grzyby po deszczu. W tych dniach odbył się we Lwowie pierwszy walny zjazd delegatów ze wszystkich kółek rolniczych w kraju; przybyło przeszło trzysta osób do Lwowa: włościanie, księża, nauczyciele i więksi posiadacze ziemscy, ci, którym leży na sercu poprawa bytu ekonomicznego włościan. Obrady toczyły się nad rozmaitemi sprawami gospodarskiemi, a także nad zmianą pewnych artykułów statutu.
Do krzewienia kółek rolniczych pomiędzy ludem dzielnie się przyczyniła „Niedziela,” tygodniowe pismo ludowe, które od Nowego Roku zaczęło tu wychodzić, a któremu zdrowa tenden-cya i umiejętna redakeya zapewniły już byt niezależny.
Od kółek rolniczych przechodzę dokoła nauczycieli szkól wyższych, które także przed rokiem zawiązało się we Lwowie i dało przykład kolom nauczycielskim miast innych; i tu potrzeba zaznaczyć pocieszający także objaw. Przez jeden rok wiele się już dobrego zrobiło: zbliżyły się żywioły luźnie dotychczas chodzące, zaznajomiły sic, wytworzyła się między niemi spójnia, z prawdziwą korzyścią dla szkólnictwa. Na posiedzeniach kola, które sic coparę tygodni odbywały, roztrząsano rozmaite sprawy z dziedziny dydaktyki, udzielano sobie wzajem spostrzeżeń robionych w praktyce nauczycielskiej, poruszano sprawy obchodzące cały ogól nauczycieli, a między innemi wygotowano petyeyą do sejmu i do Rady państwa, w sprawie polepszenia doli suplcntów, petyeyą, która, przychylnie przyjęta przez sejm, tuła się jeszcze podobno po kancelaryach Rady państwa. Kola nauczycieli szkół wyższych stanowiły dotychczas część Towarzystwa pedagogicznego, że jednak statuta tego Towarzystwa nie dawały dość przestrzeni dla swobodnego rozwoju kół, postanowiono tedy na jcdnćin z ostatnich posiedzeń oddalić się od Towarzystwa pedagogicznego, zajętego przeważnie sprawami ludowego szkolnictwa, i stworzyć zupełnie odrębne stowarzyszenie. Stowarzyszenie to ma zacząć niebawem wydawać pismo peryodyczne, poświęcone celom szkól średnich.
Z Nowym rokiem zgasło tu kilka pism, a mianowicie „Ziarno,” tygodnik literacki, który miał być niejako dalszym ciągiem dawniejszego „Tygodnia,” „Przegląd lwowski” dwutygodnik katolicki, wydawany przez ks. Podolskiego, i „Różowe domino” tygodnik humorystyczny, redagowany przez znanego humorystę lwowskiego, Włodzimierza Zagórskiego. Dwaj ostatni redaktorowie prowadzili z sobą zaciętą walkę ua pióra, szczególnie Chocblik-Zagórski porządnie się dawał we znaki byłemu redaktorowi Przeglądu; dziś dziwnym losem obaj zapaśnicy w jednym czasie legli na arenie dziennikarskiej. Na miejsce trzech zgasłych pism, zjawiło się jedno tylko nowe:
GĘSI I GĄSKI, KOMEDYA W PIĘCIU AKTACH MICHAŁA BAŁUCKIEGO.
AKT V.
Pokój ten sam, co w akcie pierwszym.
SCENA I.
CIOTKA, BRYGIDA.
BRYGIDA (czesze ciotkę, a raczej poprawia już ukończone czesanie, lub f ryzuje zprzudu włosy nad czołem').
CIOTKA (w pudermantlu).
Więc powiadasz, źe koty jak się śnią, to źle? BICI GIDA.
Koty, proszę pani, to fałszy wośc, a jak sie kto z niemi bawi, to znaczy zmartwienie.
Ciotka (przeglądając się w tualetowem lusterku). Tak? Patrz-no, tu jeszcze widać coś siwego. BRYGIDA (bierze ze, stolika małą szczoteczkę i farbę do czernienia włosów).
Proszę pani, czy to tak trudno znowu w tym domu o fałszywych ludzi? Boże! żebym ja tak chciała mówić.
----- 188 
„Ognisko domowe,” wydawane przez młodą, ale zabiegłiwą firmę Łukasicwicza.
Na prowincyi zato mnożą się dzienniki z każdym rokiem. Do szeregu pisemek prowincyonal-nych przybyła z początkiem marca „Gazeta nad-dniestrzańska.” Mały ten dwutygodnik, który zczasem obiecuje się zamienić w tygodniowe pismo, z wielu względów zasługuje na szczególną uwagę. Naprzód jest to pierwsza, o ile wiem, próba wydawania pisma w dwóch językach krajowych, polskim i ruskim, i to wydawania nie w taki sposób, żeby wszystkie artykuły szły obok siebie równolegle w obu językach, ale w taki, że jedne artykuły, przeważnie kierujące i kronika, są w języku polskim, inne, przeważnie korespon-deneye, w języku ruskim pisane, a grażdanką drukowane. Pisemko nosi w tytule nazwę „organ demokratyczny” i chce połączyć powaśnione narodowości na gruncie rozwoju ekonomicznego i ekonomicznej walki z przewagą kapitału. Anti-semityzmu wypiera się redakeya, ale zapowiada, że z całą surowością występować będzie przeciw judaizmowi, objawiającemu się gdziekolwiekbądż jako osobna kastowa korporacya. przeciw wszel kim żydowskim instytucyom, mającym na celu podtrzymywanie odrębności rasowej, przeciw wszelkim antinarodowym i antispołecznym dążeniom Żydów, a jednocześnie nawoływać żydowską klasę pracującą do solidarnego działania przeciw wspólnemu wrogowi, t. j. przeciw nieuczciwemu kapitalizmowi. Wogóle, o ile sądzić można z dwóch pierwszych numerów okazowych, pisemko to odznacza się szczerością tonu, której, niestety, brak czuć sic daje w naszych wielkich i małych organach stołecznych.
Ruchliwa firma Gubrynowieża i Schmidta, po wydaniu listów Zygmunta Krasińskiego do Solta-na i Poczyj Mieczysława Romanowskiego, przystąpiła teraz do wydania pośmiertnych pism Słowackiego. Nowe to wydanie będzie powiększone o jeden tom, który zamknie w sobie urywki pominięte w poprzednićm wydaniu. Co prawda, urywki te, pochodzące wyłącznie z czasów obłędu religijnego, jakiemu podlegał Słowacki w ostatnich latach życia, niewiele dodadzą listków do wieńca sławy autora Beniowskiego; atoli skoro już znaczną część tych urywków wydobyto na jaw i po różnych pismach drukowano, wydawcy uważali za stosowne nie pomijać ich i w zbiorowem wydaniu. Można mieć nadzieję, że jubileuszowy zjazd literatów ku uczczeniu pamięci Kochanowskiego, mający się odbyć w Krakowie przy końcu maja tego roku, w> woła jakąś korzystną zmianę w dotychczasowym sposobie wydawania poetów polskich.
CIOTKA.
No mów, mów!
BRYGIDA.
Proszę pani, ja tam nic żadna bajczarka, żebym miała mówić co widzę, albo słyszę; ale mnie o to serce boli, że ci ludzie nic mają dla pani żadnej wdzięczności, żadnego uszanowania.
CIOTKA (lepiąc sobie muszki na twarzy).
Żadnego uszanowania powiadasz?
BRYGIDA.
A rozumie sic, bo czy to powinien na ten przykład pan Klopotkiewicz puszczać do domu takiego Hulatyńskicgo, co sobie ino żarcików z pani pozwala? Ja, by wszy panem Klopotkicwiczcm, tobym takich wyśrnićwników wyścigala za dziesiątą granicę.
CIOTKA.
Pójdą oni sami jak zmyci, zobaczysz, niech tylko Pantaleon się oświadczy.
BRYGIDA.
E, proszę pani, oni sobie z tego tylko pokpiwają. Wczoraj na własne uszy słyszałam, jak Hulatyński mówił do tego drugiego, że pani razem ze swoim protegowanym konkurentem pójdą sobie z kwitkiem.
CIOTKA (zrywając się).
Co? on to powiedział?
BRYGIDA.
Żebym tak jasności Boskiej nie oglądała! ciotka (chodzi żywo po pokoju, a Brygida za nią z J'arbą i szczoteczką).
Tak? no to ja jemu pokaże, kto pójdzie z kwitkiem. Żebym się miała na głowie postawić, to Pantaleon musi sie ożenić z Joasią!
BRYGIDA.
Proszę pani, jeszcze tu zboku troszeczkę.
CIOTKA (siada).
Wprawdzie on niebardzo nią zajęty, i nic dziwnego. Chłopak wychowany w wielkim święcie, przyzwyczajony do dam salonowych, a to gąska.
Brygida (czerniąc).
Ani to figury, proszę pani, ani nic. Gdzież to, proszę pani, pani figurka przy niej! To porównania niema, jak Bozię kocham.
CIOTKA.
Ale trzeba go koniecznie namówić do tej żeniaczki. Wiesz co, Brygido?
BRYGIDA.
Słucham pani.
CIOTKA.
Przyszła mi myśl. Żeby tak zatelegrafować do matki jego, niech przyjedzie coprędzćj. We dwie to jakoś łatwiej nam się uda skłonić go do oświadczyn; zrobimy zaraz zaręczyny, a jak dobrze pójdzie, to może i wesele.
BRYGIDA.
A, toby było wcale nieźle, proszę pani. Już to pani ma głowę, jak Bozię kocham.
CIOTKA.
Tylko trzeba zrobić to w sekrecie, żeby się nikt przedtem nic dowiedział. Musisz pojechać sama na stacyą kolei i zatelegrafować.
BRYGIDA.
Dobrze, proszę pani.
CIOTKA.
Tylko to trzeba dziś zaraz, bo im wcześniej, tćm lepiej.
SCENA II.
CIOTKA, BRYGIDA, JOASIA, (później) MARZYCKI.
joasia (uczesana jak tc pierwszym akcie u warkocze, ubrana w białą sukienkę, niebieską lekką chusteczkę, kapelusik ryżowy z niebieskiemi wstążkami, idzie, z lewej do drzwi środkowych, zamyślona, z książką do nabożeństwa).
CIOTKA (zobaczywszy ja).
Gdzież to panna?
joas A (podnosząc głowę).
A, dzień dobry cioci, do kościoła.
CIOTKA.
Cóż to za biblią taką dźwigasz? (Przegląda jej książkę do nabożeństwa i zaraz oddaje z pogardliwą miną.) Dunin, któż dzisiaj z Dunina sio modli?
189
To stare jak świat. Dlaczegóż nie wzięłaś tej książki, com Ci ją przywiozła z Paryża?
joasia (z pewną stanowczością).
Bo mnieby się zdawało, proszę cioci, że ja so-bię żartuję z Pana Boga, jakbym się do niego po francusku modliła.
CIOTKA.
Gąska z ciebie. W Paryżu wszystkie eleganckie damy modlą się tylko po francusku. A, znowu tc warkocze! Wyglądasz jak pokojówka, albo dziewczyna ze visi.
JOASIA.
Bo ja też ze wsi jestem, proszę cioci.
BRT gida (sprzątając i zabierając przybory tualeto-we, U. s.).
Jak to ona mówi do ciotki.
Ciotka (przykłada lornetkę).
Pokaż-no sic, pojakiemu ty znowu dzisiaj ubrana? Gdyby cię tak Pantalcon zobaczył, coby sobie pomyślał?
(Mat zycki wchodzi i słysząc rozmowę, zati zymuje się w głębi, zkąd niewidziany od nikogo, przysłuchuje się dalszej rozmowie.)
JOASIA.
Mało mnie to obchodzi, co sobie pan Pantalcon o mnie pomyśli.
CIOTKA (surowo).
Powinno cię obchodzić, moja panno, bo jak mu się nie będziesz starała podobać, to gotów się jeszcze cofnąć.
JOASIA.
Ja też niczego innego nie pragnę, bo wcale za niego iść nie myślę.
ciotk a (oburzona).
Sfiksowałaś? Brygido, słyszałaś? nic chce iść za Pantaleona. Taki majątek!
JOASIA.
Majątek, proszę cioci, szczęścia nic daje, tylko miwść prawdziwa, a ja tego pana ani kochałam, ani kocham.
CIOTKA.
Co ta plecie, co ta plecie, sama nic wie co! JOASIA.
Dawniej plotłam, proszę cioci, gdy słuchałam rad takiej pani Figurkowskiej i innych; ale dzisiaj wiem dobrze co mówię i widzę, że gdybym się była radziła tylko własnego serca, byłabym najszczęśliwszą w świecie, a tak przez moje głupie postępowanie straciłam nazawszc serce człowieka, który mnie kochał, którego ja kochałam prawdziwie, a wszystko przez ciocię.
CIOTKA.
A to ślicznie! Ja tu pracuję nad tern, aby jej świetny los zapewnić, a ta gąska...
JOASIA.
Niech ciocia nic trudzi sic daremnie, bo ja sobie tego świetnego losu wcale nic życzę.
CIOTKA (w wielkiem oburzeniu).
Co? nie chcesz iść za Pantaleona?
JOASIA.
Nigdy w życiu! Wolę iść do klasztoru, albo zostać starą panną.
CIOTKA.
No, zwaryowała kompletnie. Muszę iść pogadać z rodzicami, bo gotowa wszystko popsuć. Panie Janie! Barbaro! (Wychodzi żywo na lewo.)
BRYGIDA (n. str.).
Poświęć się tu dla takich ludzi—o! niewdzięcznica! (Wychodzi z przyborami tualetowemi na prawo.)
joasia (z uporem, patrząc na ciotkę).
Niech sobie idzie. Nikt mnie przecież nie przymusi, żebym szła za tego obrzydliwca. (Zwraca się ku drzwiom i spostrzega Marzyckiego, który się do niej zbliża z czułością i uśmiechem.) Ach! (Zmieszana.)
marzycki (kierze ją za rękę).
Byłem tu i słyszałem wszystko. Nic wstydź się pani, to co mówiłaś było tak piękne, tak serdeczne!
JOASIA.
Nieprawda, ja nic nie powiedziałam.
MARZYCKI.
O, nie zapieraj się pani. Powiedziałaś, źe mnie kochasz, a ja tylko to chcialem wiedzieć. Teraz
i ja mogę śmiało powiedzieć, że cię kocham, kocham stokroć więcej, niż dawniej.
JOASIA (odurzona, nieprzytomna prawie).
Pan mnie? o Boże!
MARZYCKI (obejmuję ją).
Tak, panią!
JOASIA (wysuwając się z jego ramion).
O nie, to nieprawda. Pan tak mówisz tylko z litości nademną, bo masz dobre serce; aleja wiem, źe pan kochasz inną.
marzycki (z uśmiechem).
Pannę Maryą, nie prawdaż?
JOASIA.
O, nic zapieraj się pan. Ja wiem, że ona się może daleko więcej podobać, bo jest i dobra, i piękna i rozumna.
MARZYCKI.
To prawda.
JOASIA.
A widzi pan.
marzycki (z uśmiechem).
Tylko że tę piękność, dobroć i rozum Hulatyński już dla siebie zasekwestrował.
JOASIA ęctZ iwiona).
Pan Hulatyński?
MARZYCKI.
Jak kot w nićj zakochany.
JOASIA.
A jednak pan tylko z nią zawsze rozmawiałeś.
MARZYCKI.
Ona była adwokatem pani, broniła cię przeci w moim podejrzeniom.
( Widząc nadchodząca Marya.) SCENA III.
C1Ż i MARYA (także ubrana do wyjścia, wchodzi z lewej).
JOASIA (patrzy na nią nieśmiało, a. z wdzięcznością).
Jakto? Wiec to prawda? Tyś broniła mojej sprawy? A ja ..
MARYA (ściskając ją).
A ty byłaś zazdrosna, niewdzięcznico jakaś. JOASIA (rzucając się jej w objęcie).
Daruj mi! O moja najdroższa, moja dobra, moja złota! Jakże ja cię teraz będę kochała!
marzycki (z uśmiechem, biorąc ją za rękę).
A mnie?
JOASIA (patrząc na niego z miłością, a zarazem błagalnie).
Tylko proszę się nie śmiać ze mnie. Ja wiem, źe jeszcze jestem bardzo głupia, że mi dużo potrzeba się uczyć, abym mogła być dla pana taką żoną, jak potrzeba. (Do Maryi.) Ale ty mnie nauczysz tego, nieprawda? bo jabym chciała choć troszeczkę być do ciebie podobną.
MARZYCKI (całując ją z żywością. w rękę).
Ach, panno Joasiu, jakaś ty dobra! (Całuje Marya. w rękę.) Panno Mąryo! jaki ja szczęśliwy, i to pani jestem winien.
MARYA (z uśmiechem).
A cóż? nie mówiłam, źe mi pan jeszcze podziękujesz za taką żonkę?
MARZYCKI.
Chodźmy teraz do rodziców. (Do Joasi, widząc jej wahanie się.) Nie chce pani?
JOASIA (nieśmiało).
Bo... to... jabym chciała pierwej do kościoła. Tak potrzebuję się teraz wymodlić, wypłakać i podziękować Panu Bogu za to szczęście, które mnie spotkało...
marya (do Marzyckiego).
Czyż to nie piękne, panie Adamie?
JO a s ia (wystraszona).
Możem jakie głupstwo powiedziała? marya (całując ją serdecznie).
Mów takich jakuajwięcćj. No, więc chodźmy wszyscy, i ja z wami.
marzycki (podoje ramię Joasi).
Czy mogę?
JOASIA.
A Marynia?	*
MA RYA (burze ją pod lewa. rękę).
Ja z tćj strony, pójdziemy jak do ślubu.
(Wychodzą wesoło i m drzwiach spotykają Ciepi-szewskiego.)
SCENA IV.
MARYA, CIEPISZEWSKI, (później) CIOTKA,
CIEPISZEWSKI.
Maryniu, odchodzisz?
Marya (wracając di ojca na scenę).
Czy miałeś do mnie, ojczulku, jaki interes? CIEPISZEWSKI (ptmjnie).
Hulatyński tu za chwilę przyjdzie, chce się po formie oświadczyć.
jiarya (śmiejąc się).
Nic nie szkodzi, że poczeka troszeczkę.
CIEPISZEWSKI.
Cóż mu powiesz?
MARYA.
Ze trochę zapóźuo zdecydował się na oświadczyny, bo ja już kocham.
ciepiszewski (przestraszony).
Maryniu! bój się Boga! kogo?
MARYA (śmiejcie się, nachyla mu się do ucha). Jego.
CIEPISZEWSKI (rozjaśniając twarz).
E! iiglarko. Takeś mnie przestraszyła!
MARYA.
Tylko mu ojczulku tego nie mów. Lepiej, źe będzie wątpił choć kwadransik. Mężczyźni nie cenią sobie tego, co im łatwo przychodzi. No, do widzenia, ojczulku! (Całuje go w czoło i wybiega środkowemu drzwiami.)
ciepiszewski (iiradowany).
No, chwała Bogu, wszystko się jakoś dobrze składa.
Ciotka (wpada zasapana, zaczerwieniona z lewij).
Czy w ziemię się pochowali? (Do Cicpiszewsklego.) Nie widziałeś pan gdzie Kłopotkiewiczów?
CIEPISZEWSKI.
A wróciliśmy razem właśnie z kościoła łąkami, tylko ich tam ktoś zatrzymał w ogrodzie.
• CIOTKA.
Idż pan i zawołaj ich do mnie.
CIEPISZEWSKI.
Czy może i ja będę potrzebny?
CIO TKA.
To pana nie obchodzi, sprawa czysto familijna.
(Clepiszeicski wychodzi.) CIOTKA (siadając).
Teraz ja im będę dyktowała warunki, albo. . albo mam sposób na nich. Jestem pewną, źe się zgodzą na wszystko. Tymczasem matka Panta-Icona przyjedzie, ślub się przyśpieszy i historya skończona. A! pokażę ja wam, moi panowie, co ja umiem!
SCENA V.
ciotka, kłopotkiewicz z barbabą (w świątecznych strojach pod rękę, wchodzą, żywo).
BARBARA.
Co się stało, siostruniu?
KROPO IKIEWICZ.
Profesor nam mówił...
ciotka (wskazuje im uroczyście krzesła po prawej i sama siada).
Siadajcie. (Klopotkiewicze siadają.) Wiecie dobrze... (Kicha.)
KŁOPOTKIEWICZ.
Na zdro... o, przepraszam ciotkę, nie, nie na zdrowie.
ciotka.
Wiecie dobrze, że dzięki Najwyższemu, posiadam wcale niezły mająteczek.
kłopotkiewicz.
A tak, po nieboszczyku mężu.
ciotka.
Proszę mi nie przerywać. Wiecie także, źe nie mam dzieci (skromnie), a choćby Pan, w niezbadanych wyrokach Swoich, chcial mnie obdarzyć jeszcze jakim przyjacielem na resztę dni moich (z westchnieniem), to, zdaje się, o potomstwie marzyć mi już nicwolno.
BARBARA.
Ależ siostruniu!...
kłopotkiewicz.
Przecież Elżbieta Zacharyaszowa...
190
CIOTKA (surowo).
Proszę mi nie przerywać. Otóż, krótko mówiąc, jedynem najbliższem rodzeństwem mojem jesteście wy tylko i możecie mieć wszelką nadzieję, że po mojćj śmierci nikt inny, tylko wy...
KŁOPOTKIEWICZ.
Ale któżby się tani na śmierć czyją oglądał? Żyj sobie ciotka jaknajdlużćj.
CIOTKA.
Bądźcobądź, ja majątku z sobą do grobu nie zabiorę i będę o was pamiętała. Ale też wza-mian żądam, abyście mnie szanowali, jak na to zasługuję...
BARBARA.
My przecież i bez tego, siostruniu kochana...
CIOTKA.
Aby moja woła była dla was świętą. Pod tym tylko warunkiem...
KŁOPOTKIEWICZ.
A cóż my jeszcze mamy robić więcej?
CIOTKA.
Przedewszystkićm żądani i wymawiam to sobie, aby ten pan Hulatyński mi się tu na oczy nie pokazywał.
KŁOPOTKIEWICZ.
O A cóż on takiego ciotce zrobił?
CIOTKA (z dumą).
Cóżby mógł zrobić? Choćby nawet chcial, to jabym sobie nic zrobić nie pozwoliła. Ale jest nieznośny zc swojemi przecinkami, ordynarnemi żarcikami, które się do karczmy chyba kwalifikują, a nie do salonu.
KŁOPOTKIEWICZ.
No, to prawda, że sobie czasem lubi podowcip-kować.
CIO IKA.
Dlatego stanowczo nie życzę sobie widzieć go tu więcej.
KŁOPOTKIEWICZ.
Ależ proszę ciotki, jakże tu komu drzwi tak przed nosem zamknąć bez powodu?
CIOTKA.
Bez powodu? Obraża w waszym domu osobę taką jak ja, która myśli tylko o waszem szczęściu, i pan to nazywasz bez powodu?
KŁOPOTKIEWICZ.
Czy może ciotce co powiedział?
CIOTKA.
Co powiedział, to powiedział, dość że nie życzę sobie, aby on tu bywał. Albo on, albo ja!
BARBARA.
Jasiu, możebyś mu tak delikatnie pod figurą dał do poznania; albo możebym ja...
kłopotkiewicz (skrobiąc sie po (/Iowie).
Ha, no, jużcić musi się to jakoś zrobić, skoro go ciotka znosić nie może. (Wstaje.)
CIOTKA.
Zaraz, jeszcze nie skończyłam. kłopotkiewicz (siadając).
Jeszcze nie?
(Dokończenie nastąpi.)
Kronika paryska.
Przesili nie ekonomiczne. — Kwestya żywności. - Otwarcie magazynu Printemps. — Materyalne zyski teatru i nowoati teatralne.—„Moja młodość,” przez J Michclcta.
Smutny jakiś wiatr powiał na wesoły zazwyczaj, trzpiotowaty i lekkomyślny Paryż. Zabawy zwykłe przestają zabawiać i ze wszech stron ponure myśli zlatają chmarami. Przesilenie ekonomiczne daje się we znaki Paryżowi. Z jednej strony robotnicy cierpią na brak możności zarobkowania, z drugiej wszystkie fabryki i warstaty, produkujące przedmioty zbytku, widzą zmniejszoną swoje produkcyą. Ubodzy nie mogą pracować, bogaci nie mają za co kupować. Tysiące wielkich przedsięwzięć, które przed kilku laty rozpoczęły świetnie swój zawód, zwinęło skrzydła, całe cyrkuły wspaniałych gmachów i pałaców, które wzniesiono w nadziei łatwej sprzedaży i najmu, stoją pustką i, niby w zaczarowane mury, nikt się
do nich wejść nie odważa. Skargi ogólne, niezadowolenie ogólne. Zdawna przewidywali je moraliści, a ekonomiści zapowiadali, chociaż ich nikt nie słuchał. Ten gorączkowy prąd używania wywołał rodzaj kołowacizny. Szczęściem jeszcze dla Paryźan, że ich wrodzony zdrowy rozsądek zatrzymał, nim się do dna przepaści zsunęli Trudno będzie odwyknąć od zbytku i sypania pieniędzmi, do czego ogół przywykł i co mu się drugą stało naturą; ale ten ekonomiczny rachunek sumienia wyjdzie ua dobre ogółowi. Jeżeli nie ocali wszystkich, to pozwoli tym łub owym przynajmniej na nową wejść drogę.
Paryż jest najdroższem miastem pośród wielkich stolic. Zycie materyalne staje się niezmiernie trudnem, prawie niepodobnem dla mniej zamożnych kieszeni. Najpotrzebniejsze przedmioty dochodzą do cen bajecznych. Pochodzi to z wysokości taryfy przewozowej na kolejach żelaznych, z wysokości podatków konsuracyjnych, ale przedewszystkićm z opłat rogatkowych. Samo cło, pobierane na rogatkach Paryża, wynosi do 200 milionów rocznie, czyli że każdy z dwóch milionów mieszkańców Paryża opłaca przecięciowo rocznie 100 franków na rogatkach. Pod pozorem tych opłat, pośrednicy, handlarze i cała drabina przekupniów sprzedaje po ogromnych cenach najzwyczajniejsze przedmioty spożywcze i wysila się na fałszowanie wszystkich. Można powiedzieć, że oprócz jaj i owoców, niema w Paryżu ani jednego artykułu żywnościowego w stanic naturalnym, ani jednego, któregoby przepłacać nic należało w sposób do uwierzenia trudny. Na fałszowanie i trucie publiczności nie znalazły rząd i miasto innej rady, jak ustanowienie laborato-ryów municypalnych, gdzie rzeczy fałszowane poddawane są ścisłej analizie; na drożyznę niema innego ratunku, jak zniesienie rogatek i pozostawienie miasta otworem, tak jak się to dzieje w Londynie, w Berlinie i innych wielkich stolicach. Niestety, Paryż nic ma sposobu zapełnienia szczerby 200-milionowej,jakąby w jego budżecie wywołało zniesienie opłat rogatkowych, i nic można przewidzieć epoki, w którćj jego mieszkańcy żyć będą mogli w normalnych warunkach. Stowarzyszenia spożywcze, tak wybornie i tak skutecznie działające w innych krajach, nie mogą przyjąć się na paryskim bruku, a zresztą w bardzo słabej tylko cząstce mogłyby one zapobiedz istniejącej drożyźnie.
Inaczej przedstawia się kwestya trunku. Chociaż wina coraz jest mnićj we Francyi, z powodu spustoszenia winnic przez phylloxerę, chociaż fałszowanie jego i podrabianie odbywa się jawnie, urzędowo, chociaż ceny jego coraz są wyższe, mimo tego konsumeya wma wzmaga się w sposób niepojęty. Niema ulicy, zaułka, zakątka, gdzieby się szynk nic rozsiadł, różnemi swemi wódkami, likierami, absyntami, piwem i winem wabiąc klasę niższą, pracującą. Braknie pieniędzy na mieszkanie, na opał, na odzićwck, na jadło, ale nie braknie na trunki. W przekonaniu robotniczej ludności trunek zastępuje miejsce wszystkiego. Statystyka pod tym względem jest zastraszająca. Wprzeciągu ostatnich lat trzydziestu, mieszkańcy Paryża potroili prawie ilość wypitych gorących trunków. Od 183U do 1860 roku przecięciowo po sto litrów przypadało na głowę, a raczej na gardło rocznic; cyfra ta wzrastała ciągle i obecnie wynosi już 227 litrów prze-cięeiowo. Sześćset milionów franków wydaje Paryż rocznie na gorące trunki: w dwanaście lat byłby mógł z tych zaoszczędzonych milionów zapłacić owe pięć miliardów, które mu Niemcy wydarli. Podczas kiedy ilość chleba spożytego jest ciągle taka sama, kiedy ilość ryb, jaj, jarzyn i mięsa wzmaga się powoli i w uiedojrzanym za-ledwo stosunku, używanie gorących trunków kroczy z bajeczną szybkością. Paryż się rozpija, ten Paryż, który, bądźcobądź, był trzeźwiejszym, aniżeli wielkie miasta innych krajów, przepełnione proletaryatcm i zgnilizuą. Gdy Zola napisał słynny swój Assoinoir, w którym pijaństwo robotnika postawił pod pręgierzem, krzyknięto na przesadę, na oczernianie ludu. Obecnie trzeba przyznać, że powieściopisarz zamknął swój obraz w zby i
szczupłych nawet ramach i że miał prawo go rozszerzyć.
Odwracając oczy od tych mętów społecznych, a nic porzucając ekonomicznej strony Paryża, znajdujemy fakt, który w codzicnnem życiu nie jest bez znaczenia. Spalony przed dwoma laty wielki magazyn Printemps powstał ze swoich zgliszczy większym jeszcze, bardziej wyzłoconym, wylakierowanym, świetniejszym. Stanowić on będzie, wraz z magazynami Lowre i Bon Jtlarćhe, tę słynną trójcę, która sama jedna robi z Paryża najciekawsze miasto pod słońcem. Tc olbrzymie sklepy, zaopatrzone we wszystko, co tylko do stroju kobiecego i urządzenia domu jest potrzc-hnetn, wy wołały w ostatniej i wierci wieku całkowitą rewolucyą w handlu Paryża, zabijając drobne sklepy”, częściowe składy i wóz tej Jagger-nauty tratował i miażdżył jednych, siejąc miliony pod stopy niewielkiej liczby uprzywilejowanych. Pan Jaluzot, twórca magazynu Printemps, dał mu racyonalną podstawę, przypuszczając wszystkich sprzedających, wszy stkich urzędników, ofieyalistów i sług do udziału w zyskach i dochodach. Wszyscy sklepowi są tam żywieni na miejscu i kilkuset ma mieszkanie; pobierana pensya, którćj minimum jest 600 franków, nie wystarczyłaby do kupienia akcyi. Pobierają tedy tantiemę od sprzedanych przez siebie towarów, a oszczędzone pieniądze obracane są na kupno udziałów przedsięwzięcia. Przedsięwzięcie jest tedy korzystnćm nietylko dla zwierzchnika, ale i dla najdrobniejszego z uczestników. Ta solidarność interesów wytwarza cuda. By t mate-ryalny kupczyków takiego zakładu jest pomyślny; ich potrzeby umysłowe i estetyczne są zaspokajane zapomocą bibliotek, orkiestr, koncertów i klubu, urządzonego przez radę nadzorczą, biegłość i umiejętność pracy prowadzi ich w krótkim stosunkowo czasie do niezależności i dobrobytu. W pewnej części magazyny te pokazały, jak kwestya socyalna rozwiązaną być może przez stowarzyszanie się małych kapitałów i zogniskowanie ich solidarne. Nic dziwnego tedy, że te zakłady są wielce popularne. Dla publiczności przedstawiają one ogromny zysk na czasie, łatwość wyboru i stosunkową taniość, dla przemysłu krajowego i dla klasy robotniczej obfite źródło pracy. Otwarcie Printemps było sygnałem zwiększonego ruchu. Towarzystwa dróg żelaznych urządziły pociągi po zniżonych cenach, ażeby dać możność prowincyi uczestniczenia w tym obchodzie, który uświetniono rozdawaniem pamiątkowych medalów i różnemi ułatwieniami i datkami dla przybyszów. Dawnićj bito medale z wizerunkami królów lub bohaterów. Obecnie p. Jaluzot, który zatrudnia stale kilka tysięcy ludzi, na medal taki zasługuje. l'empora mutantur et nos mu-tamur in illis.
W demokratycznej naszej epoce na każdym kroku widzimy zresztą te olbrzymie rezultaty, do jakich doprowadza zjednoczenie sił indywidualnych. Nigdzie się to nie ujawnia lepiej, jak wpro-dukcyi teatralnej. Skoro jaka sztuka ma powodzenie, dajc ona szczęśliwemu autorowi nietylko sławę, ale i fortunę. Nie zapomniano jeszcze okrągłego miliona, jaki publiczność wrzuciła do kieszeni pana Lccocą, autora operetki Filie de m-me Angot, a już coś podobnego się powtarza. Komedya p. Jerzego Ohnct, grana obecnie w teatrze Gymnase, Alaitre des Forges, przyniosła dotąd autorowi 250 tysięcy franków czystego dochodu. Ponieważ grana będzie conajmnićj jeszcze drugie cztery miesiące, zatćin dochód ten się podwoi. Jcst-to coś fantastycznego i pracownicy umysłowi nie mogą się skarżyć na Zachodnie na nicprodukcyjność ich pracy. Dlatego też tylu mniej lub więcej do tego usposobionych garnie się do teatru. Upaja ich nietylc tłum, co klaszczc i płacze, ile ten Patoki złotodajny, szćrokim płynący strumieniem. Jest zapewne wielu dramatycznych pisarzy, posiadających więcćj geniuszu od p. Jerzego Ohnct, ale on stał się lwem, kuniemu zwracają się oczy wszystkich, on króluje nic-zaprzeczcuie.
Nie wićmy, czy osiągnie takie samo powodzenie pewien autor, którego dość znany utwór wysta-
191
wiony będzie w tych dniacb ua scenie Odeonu. Autorem tym jest Sbakespeare, a sztuką Otello. Excusez du peu! Mówimy naseryo. Tłumaczenie p. de Grammont, prawdziwego poety, jest mistrzowskie, teatr teżposiada grono znakomitych artystów, którzy zdołają z tragicznćj trójcy Szekspirowskiej zrobić typy skrzące psychiczną prawdą, a mimo tego wątpimy, czy Otello długiem cieszyć się będzie powodzeniem. Publiczność paryska niełatwo nastroić się potrafi do diapozo-nu wielkiego geniusza angielskiego. Teatr jest dla nićj zabawką, pozwala przyjemnie trawić utruflowany obiad; ale samo z siebie wynika, źe jątrząca zmysły operetka, że usypiająca melodya opery, albo interesująca ntryga komedyi lub dramatu więcej do tych zmateryalizowanych umysłów przypada, aniżeli wysokie, straszliwe, potężne, nadziemskie kreacyc Sbakespeare’a. Ci, co udają znawców, ziewać tam będą pokryjomu, wielka publiczność nie da się złapać na wędkę, a szczupłe grono prawdziwych miłośników wielkiego tragika pozostanie osamotnione. Zgóry jesteśmy na ten rezultat przygotowani. Gdyby Sbakespeare nanowo miał napisać Otella, albo Remca i Julią, nie zarobiłby w Paryżu tylu pieniędzy, co p. p. Lecocą, Sardou, albo Ohnet. A ponieważ oryginalność geniuszu pieniędzmi się tu mierzy, zatem Sbakespeare niewartby być ich fa-mulusem...
Zresztą trzeba przyznać, że w tym sezonie zimowym mniej było nowości teatralnych, niż się spodziewać należało, źe mimo żywych zpoczątku reklam, wiele nowych sztuk upadło po efemery-cznćm trwaniu i że po większej części sceny zasilają się produkcyą lat dawniejszych. Pokolenie, które wytworzyło Dumasa ojca, Scribe’a i kilku innych, nie tak łatwo będzie zastąpione.
I w piśmiennictwie także chętnie stajemy przed tą lub ową ze znanych, genialnych postaci, po których duchową odziedziczyliśmy spuściznę. Z przyjemnością powitaliśmy pamiętniki Miche-leta, wielkiego poety-historyka. Nie są one napisane systematycznie, ale składają się z licznych, oderwanych kartek, zebranych w jedne całość przez pozostałą po nim wdowę. Jako epigraf, położone są na tych pamiętnikach słowa: ń Dla tych, co ebeą zostać ludźmi.” Istotnie czytanie tego obrazu młodości Micbelcta może zahartować ducha i nauczyć być człowiekiem. Gdy się. widzi w jak ciężkich okolicznościach wychowywał się i wzrastał Michelet, jak ciągle cierpiał zimno i głód, czuje się prawdziwą cześć dla tego skrzydlatego ducha, co się zpośród materyalnych zapór wyłonił ognisty i wrażliwy. Jest-to także klucz do tego głęboko humanitarnego nastroju, jaki dźwięczy na kaźdój karcie jego pomnikowej Historyi Francyi.
Michelet jest patryotą i kocha swą ojczyznę, uwielbiają całą siłą swej intcligencyi, calem ciepłem swego serca. Tylko tak czujący pisarz mógł oddać cudowną epopcę Joanuy d’Arc, ten wulkaniczny wybuch narodu, zrzucającego jarzmo na-jczdnika z taką potęgą. Niema żadnego sekciar-skiego uprzedzenia w wielkim tym historyku i organiczny rozwój Francyi, przechodzącej przez chaos feodalizmu, surową szkolę despotycznej monari hii i gorączkę rewolucyjnych wybuchów, przedstawiony jest w jego pismach z wewnętrzną, niełatwą do dorównania prawdą.
Spostrzegamy, że nie o „Młodości” Micbeleta, ale o nim samym mówimy. Istotnie trudno się oprzeć takiemu czarodziejowi. Ale same te pamiętniki są wielkiej wagi, gdyż dają nam wierną ducha jego genezę. Obok nieporównanego pisarza, zapoznają nas z młodzieńcem pełnym szlachetności i idealizmu. Dalsze tomy pokażą nam człowieka skończonego, historyka, pisarza, dziennikarza, profesora, co obok naszego Mickiewicza i Quineta sial natchnione słowa z wysokości katedry w College de France
Przegląd polityki zagranicznój.
20 marca.
Odpowiedź p. Tiszy na interpelacyą dep. Hel-
fego była taką, jakiej się należało spodziewać. Prezes gabinetu węgierskiego oświadczył, iż przystąpienie Rosyi do przymierza austryacko-nie-mieckiego jest uznaniem jego dobrodziejstw, że przymierze to istnieje nienaruszone i że żadnych dalszych objaśnień minister udzielić nie chce i nie może.
Lakonizm ten powstania naturalnie otworzył pole wszystkim domysłom, z pomiędzy' których najtrafniejszym zdaje się być domysł Pestcr Lloyda, że nowy zwrot został dyplomaeyi austryackiej narzuconym, tak iż nawet na zaprotestowanie przeciw niemu nie było czasu.
Parę tygodni temu w parlamencie niemieckim dokonało się przeobrażenie zmieniające dotychczasową fizyognomią tćj izby. Dwa stronnictwa postępowców i secesyonistów, którzy parę lat temu opuścili obóz liberalno narodowy, połączyły się w jedno i utworzyły jedne frakcyą parlamentarną, pod nazwą: „Deutsche frelsinnige Partei.” W programie tego stronnictwa „wolnomyślnych” zapisano na samym czele rozwój życia prawdziwie konstytucyjnego wNiemczech i odpowiedzialności ininisteryuni przed parlamentem—dwa postulaty, jak wiadomo, dla ks.Bismarcka najwstrętniejsze, dalej obronę praw ludu przez zaprowadzenie tajnego i bezpośredniego głosowania, dyet poselskich, swobody prasy, zgromadzeń i stowarzyszeń, zupełnej wolności sumienia i religii, równuprawnieuia wyznań, rozwój dobrobytu ludowego na podstawie istniejącego porządku społecznego, zwalczenie teoryi socyalizmu państwowego, ulgi podatkowe, zniesienie cel protekcyjnych i monopolów.
Z programu tego widzimy, że nowe stronnictwo równie dobrze, jak/reisuwiipe, mogłoby się nazwać antihismarckische Partei. Nord.alg. Ztg, wkrótce po ukonstytuowaniu się tej partyi, nazwała ją „republikańską,” co jest prawie oskarżeniem o zdradę stanu, a ks. kanclerz, który w tych dniacb przybył do Berlina i ukazał się w parlamencie celem obrony swojego projektu o zabezpieczeniu życia robotników na wypadek okaleczenia w pracy zawodowej, wprost oświadczył, że nie wierzy w słowo „freisiiiidg” i uie może urzędownie go używać. Nie sama tylko partya Richtera i Sztaulfen-berga, lecz wszyscy w Niemczech są zdaniem ks. Bismarcka wolnomyślni, a rozmaite woluomyślne postulata programu nowego stronnictwa, jak wolność prasy i stowarzyszeń i równość w obliczu prawa, nie potrzebują być zapisywane w rubryce pragnień i celów7, do których dążyć należy, bo są oddawna osiągniętym faktem.
Jakkolwiek z tem jest—a nie wszyscy możeby przyznali, że jest tak,jak żelaznemu księciu twierdzić się podoba--nowe stronnictwo jest silą, z którą liczyć się będzie trzeba. Siła ta okaże się niezawodnie w głosowaniu nad przedłużeniem ustawy przeciw socyalistom, za którą głosować będą napewno dotychczas tylko zachowawcy i narodowo liberalni w liczbie 120, gdy przeciwnicy tego prawa, wolnomyślni, demokraci socyalni, Duńczycy, Alzatczycy i Polacy liczą ICO głosów. Los ustawy rozstrzygnie swemi 106 ma glosami centrum katolickie, które odda glosy za przedłużeniem, jeżeli do chwili glosowania otrzyma należyte rękojmie ustępstw w polityce kościelnej, a w przeciwnym razie głosowałoby przeciw, coby spowodowało odrzucenie ustawy i nieuchronne rozwiązanie parlamentu. Wszystko jednak wróżyć pozwala, że do tćj ostateczności ks. Bismarck nie będzie zmuszonym. Układy o ułaskawienie arcybiskupa kolońskiego Melchersa i kardynała Ledóchowskiego nie doprowadziły wprawdzie jeszcze dotąd do ostatecznego rezultatu, ale jest prawie niezawodnym, iż skończą się obustronnem częściowem ustępstwem. Rząd pruski ułaskawi ks. Melchersa, a papież, powołując kardynała Ledóchowskiego na jednę ze stolic biskupich zwanych „podmiejskiemi,” otworzy możność zajęcia stolicy arcybiskupiej gnieźnieńsko-poznańskiej innemu kandydatowi.
Według ostatnich doniesień, centrum katolickie zdecydowało się już glosowae w parlamencie za przedłużeniem ustawy przeciw socyałistom, a jednocześnie w sejmie pruskim postawiło wniosek,
wzywający rząd do spiesznego podjęcia organicznej rewizyi ustaw majowych. Dowodzi to, że tok układów posunął się ku pomyślnemu załatwieniu.
Na dwóch odległych polach bitew zaszły w tych dniach decydujące fakta. Francuzi zdobyli Bakninh, a w Sudanie generał Graham, w zwycięzkiej bitwie pod Tamanieh, rozbił arabskie hufce Osmana Digmy i zabrał jego obóz. O obu bitwach szczegółowe wiadomości nadchodzą dopiero. Według wiadomości z Sudanu, bitwa pod Tamanieh była bardzo krwawą i zwycięztwo długo się wahało, nim nareszcie w podziale przypadłe egipsko-angielskiej armii Grahama. Zdobycie Bakninhu przyszło generałowi Millotowi daleko łatwiej. Francuzom udało się obejść pozycye nieprzyjaciela, co go zmusiło do ucieczki.
W sprawie upadłości galicyjskiego banku włościańskiego, o którćj w swoim czasie na tem miejscu pisaliśmy, nie zaszedł dotąd żaden fakt stanowczy. Nie została nawet w zasadzie rozstrzygniętą kwestya, czy fundusz krajowy, czy skarb państwa ma dostarczyć kapitału potrzebnego chwilowo na dokonanie likwidacyi w sposób najmniej uciążliwy dla dłużnika banku, to jest dla 40,000 galicyjskich włościan, i dla posiadaczy listów dłużnych. Deputacya komitetu, który się zawiązał weelu rozwikłania spraw banku, bawi w tej chwili w Wiedniu, pragnąc uzyskać od cesarza pomoc państwa. Cesarz Franciszek Józef przyjął bardzo łaskawie przewodniczącego deputacyi Adama ks. Sapiehę i jej członków, niema jednak dotąd widoków, aby udało się uzyskać potrzebną pożyczkę ze skarbu państwa. Ciężar zatem finansowy tej sprawy spadnie prawdopodobnie na Galicyą, a organem przeprowadzającym likwidacyą będzie zapewne bank krajowy.
Wkrótce także ma być zdecydowaną przez wiedeńską Radę państwa inna ważna dla Galicyi sprawa: funduszów indeinnizauyjnych. W osta-tecznćm uregulowaniu tćj sprawy zachodzą między różnemi poglądami i obliczeniami różnice milionowe, które właściwie powinienby płacić skarb państwa, a które rządy dawniejsze chciałyby zwalić na kraj. Rząd hr. Taaffe jest przychylny sprawiedliwemu, a więc korzystnemu dla Galicyi załatwieniu tćj sprawy, ale w parlamencie tak rzeczy stoją, że wniosek ten jeżeli przejdzie, będzie miał za sobą bardzo słabą większość, a może nawet upaść, ponieważ jedna z frakcyj prawicy lienbacherowska, oświadcza się przeciw niemu.
Bardzo prędko się okazało, iż iuformaeyj Beri. Bors. Courriera o akcie oskarżenia, wydanym w sprawie Kraszewskiego, nie należało przyjmować za dobrą monetę i że słusznie przed tygodniem uznaliśmy, iż pochodzą one z mętnego źródła. Dziennik berliński zarzuty aktu oskarżenia, ciążące tylko na głównym oskarżonym kapitanie Hcntschu, zwalił bezmyślnie na barki naszego znakomitego pisarza, a nawet wymieniając jego nazwisko na pierwszem miejscu, dawał niejako do zrozumienia, że Kraszewski jest głównym winowajcą w tej „zdradzie stanu.” Jest-to fałsz prosty i zapewne nawet rozmyślny, jeżeli nie ze strony wspomnianego dziennika, to przynajmniej ze strony tych, którzy mu dostarczyli biednych doniesień. Prawdą dotychczas jest tylko to, że akt orskarżenia już jest wygotowany, że oprócz Hentscha, obejmuje także i Kraszewskiego, oraz źe Izba oskarżeń trybunału państwowego w Lipsku może jeszcze ten akt w całości lub wczęści uchylić.
WMAITUBCi
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Wydawnictwa p. Józefa Leskiego „Jan Sobieski, jego rodzina, towarzysze broni” i t. d. wy szły świeżo zeszyty 8 i 9, zakończające wspaniałe to dzieło. Zeszyty te zawierają ryciny, wraz z odpowiedniemi opisami, rezydencyj królew-
____ 192
fckicb w Złoczowie, Żółkwi, Jaworowie, Pomorzanacb, Pi-laszkowicach i Wiła nowie; dalćj różne pamiątki po królu Janie; fundacje jego, jak: kościoły kapucynów i sakramen-tek w Warszawie, oraz w7e Lwowie, Olesku i Żółkwi; pomniki wzniesione na cześć bohatera i jego zwycięztwa; pomniki grobowe samego króla i jego rodzinj; wreszcie medale bite na cześć Sobieskiego. Wydawnictwa cale, złożone z 8 iu zeszytów wielkiego folio, zarówno pod względem wartości jego wewnętrznej,pamiątkowej, jak i z powodu zalet zewnętrznych, nazwać można wzo-rowem. Jest ono godnem uczczeniem ubiegłego toku jubileuszowego, przyno-szącem zaszczyt i wydawcy i drukarni pod firmą Józefa Un-gra, z której dzieło rzeczone wyszło.
— „Ogniem i mieczem," ukończona niedawno w felietonie „Słowa” znakomita powieść historyczna Sienkiewicza, podobno w tym jeszcze miesiącu w teatrze krakowskim ma być ilustrowaną zapuinotą żywych obrazów. Rozpoczęto już ku temu gorliwe przygotowania, w czćm wielką pomocą stać się może zamknięta, lecz nie rozproszona jeszcze wystawa z epoki Jana III, dostarczając broni, ubiorów i t. p. przedmiotów, z czasu nie o wiele późniejszego. Wykonaniem pięknej tćj myśli zajmuje się grono celniejszych malarzy miejscowy ch. Niezależnie od tego, prof. Tarnowski uczynił też powieść przedmiotem odczytu, na korzyść Towarzystwa wzajemnej pomocy studentów uniwersytetu krakowskiego.
— Bawiący czasowo w Krakowie namiestnik Ga-licyi zwiedza! w tych dniach tameczną szkołę sztuk pięknych i pracownię jćj dyrektora, Matejki, w której podziwiał podmalowany już wielki obraz naszego mistrza, przedstawiający Joannę d’Arc. Z rozmowy^ prowadzonej przy tej sposobności z dyrektorem, pan namiestnik powziął przekonanie, że gmach szkoły, mieszczącej obecnie 122 uczniów, jest zaszczuply, a nawet i pracownię samego mistrza znalazł nieodpowiednią do malowania większych obrazów. Poruszono więc myśl dobudowania nowego skrzydła od strony północnej i jest nadzieja, źe myśl ta, przy poparciu władz autonomicznych, wkrótce zostanie w czyn wprowadzoną.
— Jedną z nieznanych dumek ludu białoruskiego, odznaczającą się wysokim polotem poetyckim i głębokością praw dy etycznej, przytacza „Czas” krakowski w następującem naśladowaniu:
Łzy—a, łzy.
— Kruku czarnopióry! kędy, kędy ty łatałeś? W jakich ziemiach, górach, morzach, dziwy oglądałeś?...
— Oj, latałem ja gdzie stepy ścielą się szerokie I gdzie na nich—hen—zasiane mogiły wysokie...
(332)
Kościół ks. kanon- lateraneńskich w Słonimie. (Zob. art. na str. 186.)
Pod mogiłą, pod zieloną, leży trup rycerza... Leży blady... z piersi jego rana zieje świeża... Zieje rana krwią młodzieńczą zbroczona obficie... Och, któż będzie opłakiwał to młodzieńcze życie?.. Lecą, lecą trzy jaskółki... Lecą do mogiły Trzy ptaszyny, które w życiu pociechą mu były... Obaczyły trup bezduszny—gorzko zapłakały: „Potożeśmy cię, sokole, tak umiłowały?”...
Trzy jaskółki płaczą... Płaczą — łzy im z oczu
[cieką... Pierwsza tyle ich wylała, że łzy płyną rzeką... Rzeka łez jćj bystrą falą—hen do morza bieży, Bo to łzy najboleściwsze, bo to łzy macierzy!... Druga tyle łez wylała, że strumieniem płyną: To łzy tej, co rycerzowi siostrą jest jedyną!... Trzecia także łez wylała wiele, bardzo wiele!... Lecz jćj łezka każda rosą po stepie sic ściele. To kochanka poległego!.. Łzy jćj —och, to rosa, Która wyschnie, byle słonko weszło na niebiosa!...
— 0 restauracji zamku malborskiego pisaliśmy już dawniej. Obecnie dowiadujemy się, źe odbywa się ona pod kierunkiem obu naczelnych prezydentów’ prowincyj Prus zachodnich i wschodnich. Idzie mianowicie o to, żeby w wielkiej sali kapituły i w mieszkaniach komturów przywrócić dawne ich ozdoby. Nadto w gmachu całym mają być rozmieszczone rozmaite dzieła sztuki i zbiory historyczne, zdolne przywabiać cudzoziemców.
— Zeszłoroczna międzynarodowa wystawa sztuk pięknych w Monachium dala rezultat finansowy bardzo korzystny. Przewyżka dochodów nad wydatki wynosi naczysto 41,000 marek, które mają być obrócone na inny cel artystyczny.
— Dnia 1 marca r. b., w londyńskiem opactwie westminsterSKiem, odsłonięto uroczyście popiersie zmarłego poety amerykańskiego Longfcllowa. Jest-to pierwsza znakomitość z drugiej świata półkuli, którą uczczono pomieszczeniem w tćj Walhalli angielskiej.
— Pani Julia Dau det, żona ulubionego powieściopisarza francuskiego Alfonsa i podobno gorliwa jego spólpracownicz-ka, wydała w tych dniach pracę własną, p. t. „IJenfance d’zme Parisienne* zapewniającą jej miejsce zaszczytne w literaturze ojczystćj. Książka, napisana z czarującą prostotą i wdziękiem iście niewieścim, opisuje myśli i uczucia duszy dziecięcej, powaby życia rodzinnego i różne drobne zajścia serdeczne przy ognisku domowem, w sposób tak ujmujący i prawdziwy, że czytelnik mimowoli czuje się ku nim pociąganym. Począwszy od m i n i a t u rowych trosk i kłopotów u-mysłu dziecinnego, od przechadzek poo-grodach publicznych Paryża, gdzie prawie nie słychaćśpie-wu ptasząt, do rozkoszy swobodnego pobytu na wsi; od opisu uciech paliku dziecinnego, do namiętnego zamiłowania młodej dziewczynki w książkach, które wkrótce nad wszelkie przenosi zabawki— wszystko to i mnóstwo innych rzeczy opisano tu w sposób niesłychanie zajmujący. Śliczne to dziełko powinnoby i na nasz język dobrego znaleźć tłumacza.
— Oświetlenie elektryczne otrzyma wkrótce z woli króla teatr nadworny w Monachium. Postanowienie to monarcha uczynił był zależnem od rezultatów’ oświetlenia w teatrze tak zwanym „stołecznym,” gdzie już od pól roku z wybornym zaprowadzono je skutkiem.
— Donoszą z Wiednia o zajmującćm przedsięwzięciu literackiem, do którego sam następca tronu dal inieyatywę. Ma to być dzieło etnograficzne, bogato pod względem artystycznym uposażone, obejmujące wszystkie ludy państwa austro-wegierskiego. Celem większego ) ozpowszccbnie-nia, cena tego wydawnictwa, pomimo wielkich jego kosztów, bardzo będzie nizką.
— „Figaro" paryski, pomimo konkurencyi i niezbyt budującej swej treści, jest może najlepiej procentującem się pismem na świecie. Czysty zysk z niego wynosił w r. 1883 przeszło 2,500,000 fraukó *. Znaczące to znamię czasu!
— W Insbruku zarząd tak zwanego „Ferdinandeum" postanowił rozszerzyć to muzeum, przez dobudowanie drugiego piętra, i urządzić w niem osobną salę dla utworów znakomitego malarza Defregge-ra, zwłaszcza dla scen odnoszących się do pamiętnego w dziejach Tyrolu roku 1S09. Obrazów tych nateraz będzie sześć, częścią oryginalnych, częścią najdokładniej skopiowanych przez zdolnych artystów, pod okiem samego mistrza. Pomiędzy dziełami temi znajdować się będzie i słynna scena historyczna „Andrzej llofer na zamku w Insbruku” (oryginał w posiadaniu cesarza austryackiego), którą przed dwoma laty reprodukowaliśmy w naszein piśmie.
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15
ĄoaBOJieHO Ilenaypoia. Bapmaua, 9 Mapia 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami 1 rebusem.
Cena nuinera pojedynczego	OgÓlDGgO ZMOTU HUDlGr 1277. ~ 86^ IV.	17 maica lfcb4 r
Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadsyłanych redakoyi Tygodnika, nie zwraca się. * *
65.
Prenumerata w Warszawie:	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart.	W	ITUHT.fl 1KK4 T	na prowincyi i w cesarstwie:
rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	’	*	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa,"
Tom IH.
Przed wizerunkiem Madonny. Kopia obrazu Bekera w Wenecji.
(333)
194
Treść miuieril. Artykuły Od redakcyi.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—ŃJisz ^tól redakcyjny.— Ze świata obcego.—Balady Tomasza Zana, przez P. Chmielowskiego (dalszy ciąg).— Kronika tygodniowa, przez St. M. Rz.—Przegląd polityki zagranicznej.— Od ndakcyi.— Korespondencya od redakcyi.—Przegląd piśmienniczy, przez II. Ncrczynga.—Gęsi i gąski, komedya w pięciu aktach Mi. Chała Bałuckiego (dokończenie) —Przegląd teatralny, przez E. Lubowskicgo. — Zwaliska zamku Kynast, na Dolnym Szlązku —Rozmaitości.—Dodatek. Kartki z dziennika, nowela Pawła lleyse’go (arkusz drugi r.— Ryciny: Przed wizerunkiem Madonny, obn z Bekera.—Za obrębem cmentarza, rysunek C. Jankowskiego.—Grosz wdowi, kopia obrazu Geisera.—Zwaliska zamku Kynast, na Szlązku pruskim.
Od redakcyi.
Szanownym prenumeratorom kwartalnym przypominamy wczesne ponowienie przedpłaty na kwartał następny.
Warunki prenumeraty w Warszawie:
Rocznie	rs.	8	kop.	—
Półrocznie	,,	4	„	—
Kwartalnie	„	2	„	—
Miesięcznie	,, —	„	67^2
Na prowincyi i w cesarstwie:
Rocznie .	rs.	12	,,	—
Półrocznie	,,	6	,,	—
Kwartalnie	,,	3	„	—
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalszy ciąg.)
XIII. Wrażenia
Pomówmy o kolorach. Nic będzie to ani artykuł humorystyczny, ani rozprawa naukowa, ale powieściowe odwołanie sio do faktu, objawiającego się w związku, jaki zachodzi pomiędzy barwami, a zmysłem patrzenia. Patrzymy wszyscy jednakowo i jednakowo barwy nazywamy. Barwa zielona, na przykład, zieloną jest dla mnie, dla ciebie, dla niego, ale—czy nie dlatego, żc ją tak nazywamy? Czy jednakowo widzimy? Odkryta niedawno choroba (daltonizm) zapytanie to wywo łała i wielce je ciekawćin uczyniła. Widzenie zależy od warunków lizyologicznycb, na zmysł wpływających, warunków przez naukę tylko zaznaczonych, ale niezbadanych jeszcze. Dostrzeżoną jest tylko różnica, która zestawić się da z różnicami, jakie się objawiają we względzie zmysłu innego, a mianowicie słuchu. Słuchamy jednakowo, zapomocą narzędzia, pełniącego względem dźwięków funkeyą taką sanie, co organ widzenia względem barw, ale — czy jednakowo słyszymy? Na ostatnie to pytanie odpowiedź, jest nie inna, jak przecząca. Słyszymy nie jednakowo; dowód: jeden woli śpiew słowika, drugi śpiew panny Reszke, a zdarzają się i tacy, którym je den i drugi wydaje się krzykiem zrytmowanym. Od czego to zależy? Zmysły wzroku i słuchu są przewodnikami wrażeń, odbijających się ostatecznie w duszy, która wrażenia zużytkowujc, stosownie do tego, w jakich się w nićj one odbijają warunkach. Ten je przyjmuje tak, ów inaczej, inny jeszcze inaczej. Stopniowanie we względzie tym idzie od całkowitej na to co się widzi i słyszy obojętności, aż do uniesienia, ekstazy, która ze strony swojej także stopniowaniu podlega. Wrażenia, przyjmowane przez łudzi za pośrednictwem zmysłów, jak zmysły, dzielą się na gatunki.
Oto cum uważał za potrzebne powiedzieć, dla usprawiedliwienia wrażenia, jakiego wnuczka Łuki w' Zofiówce doznała. Widziała ułożone w krajobrazy piękno, oliwiewaly ją wonie balsamiczne, i to co widziała, co słyszała, co odczuwała, odczuwała inaczej, aniżeli wszyscy. Możnaby fenomen
pertuar jej składał się przeważnie z utworów’ dramatycznych Korzeniowskiego; z zadania przeto wywiązywać się jej było łatwo i wywiązywała się z onego wcale dobrze.
Na afiszach zapowiedzianą była—jakeśmy to powyżej zaznaczyli—„Natalka Póltawka.” Kurtyna się podniosła—Natalka się na scenie ukazała: publiczność się zajęła, ucieszyła, zachwyciła, tłumacząc zachwyt sWój nietylko oklaskami i bisami, ale także wtórowaniem piosenkom, przez aktorów śpiewanym. „Wijut witry, wijut burni” odśpiewano chórem. Przy słowach „Nawaryła, napekła” słyszeć się dało na parterze gwizdanie, ale gwizdanie pomocnicze, ua nutę piosnki dzwoniącej ua scenie skargą kochanki. Była to interwencja przychylna; zasykano ją atoli i okryto śpiewaczkę oklaskami, krzykami „brawo!” i wołaniem o powtórzenie. Powtórzyła.
— Brawo! bis! bis! brawo!—zabrzmialo znów, przy w tórze oklasków’.
Maryna, która w loży, w charakterze przy bocznicy Julisi figurowała, rozwikłać nie umiała wrażeń, jakie na nią widowisko wywierało. Przypatrywała się onemu, o ile z tylnego kąta patrzeć mogła, ale niedokładnie widziała. Nic mówimy tego w znaczeniu wyłącznie fizycznćm. Widzenie moralne—jeżeli się tak wyrazić wolno—pod tym szwankowało względem, iż nic potrącało tych strun duszy, które w organizacyi dziewczyny bardzo ważną odgrywały rolę. Nie pozostawała ona obojętną, owszem, widowisko żywo ją zajmowTalo; nie oddziaływało jednak na nią, nie pojmowała, co <>no właściwie oznacza. Znajdowały się przytem rzeczy, które ją wręcz raziły, a mianowicie oklaski i krzyki, które z przedstawieniem i ze śpiewkami w jedne dla niej zlewały sie całość. Wydawało się jej, jakby tu ktoś komuś przeszkadzał. Odbijało się to w jej słuchu mętną jakąś wrzawą, stanowiącą niby tło, po którćm prześli-zgaly się smugi melodyk Co się zaś tyczy akcyi dramatycznej, tej zgoła niezrozumiała, pomimo że trudno chyba o akcyą bardzićj prostą. Może to służyć jako dowód, że widowiska teatralne wymagają publiczności jeżeli nie całkowicie ucywilizowanej, to przynajmniej posiadającej pewien cywilizacyjny polor, którego wnuczce Łuki brakło jeszcze. Słuchała, ale ani słyszała, ani rozumiała.
— No i cóż? — zapytała jej Julisią, rozbierając się do łóżka.
— Ach! pannuńciu, Zofiówka!—odpowiedziała. — A teatr?
— No, i teatr. Ale Zofiówka!
— Ta Natalka! a ten Petruś!... Albo ten rudy! chi, chi, chi!
Dziewczynka śmiać się poczęła, podczas gdy ją Maryna kołderką okrywała.
Dzień następny upłynął tak samo. Panowie w karty grali; panie, całe w kombinacyach strojów balowych, oddawały się pracy, rzec można, nadludzkiej. Pani Róża do ustrojenia miała siebie i Julisię, jakoteż do pewnego stopnia pannę Emilią i pannę Klarę — Julisię nie dla balu, ale dla koncertu, po skończeniu którego dziewczynka powrócić miała z guwernantką do domu zajezdnego i pójść do łóżka. Takie zapadlo postanowienie. Postanowienia tego atoli wykonać uie było można bez zgody strony niem dotkniętej, to jest Julisi, która, gdy jćj to oznajmiono, wręcz oświadczała, że się onemu nie poddaje.
—*Z panną Klarą, Julcczko — perswadowała jej matka.
— Nie chcę.
— .laleczka grzeczna, Julcczka zmartwić nic zcchce mamy i papy - dodała od siebie guwernantka, której także postanowienie to do gustu nie przypadało.
Panna Klara, choć zgóry wiedząc, iż w sali balowej skazaną będzie na struganie pietruszki, wołałaby była na balu, jako na widowisku cickawem, pozostać, nie zrzekając się nadziei, które jej w głębi duszy szemrały. Głośno jednak z tem oświadczyć się nic śmiała i byłaby wedle postanowienia postąpiła, gdyby nic Julisią, która chi merami ua wielką skalę zagroziła. Na chimery jej jcdynćm, jak dotychczas, lekarstwem okazy-
ów’ w’ ten wytłumaczyć sposób, że, nie mając innego zajęcia jak prowadzenie panienki za rączkę, nie podlegała tćj co inni dystrakcyi. Zapewne. Nic niema elastyczniejszego, jak tłumaczenie zjawisk tego rodzaju: dają się one naginać i naciągać, jak się komu podoba. Nie rozumiem jednak, dlaczego przypuszczaćby nie można, iż racya odmiennego odczuwania przez Marynę tego co widziała i sły szała, tkwiła w jćj wrażliwości.
— O Boże, jakież to wszystko piękne!...
Słów tych nic wymawiała. Stanowiły one rodzaj krzyku duszy, słyszanego tylko przez nią i zrozumiałego tylko dla niej. Wpadła ludziom w oko dlatego może, iż na postaci jej osiadały wrażenia i zmieniały ją we wrażeń tych wcielenie żywe. Przechodnie zatrzymywali się i okiem przeprowadzali grupę państwa Tadeuszostwa, Pani Róża brała to za rodzaj hołdu, składanego Julisi — dziecko w mniemaniu matki takie było piękne, tak gustownie ubrane! Panna Emilia przypuszczała, żc to ona wywiera ten urok,, któremu ogól podlega. Panna Klara efekt zauważyła, ale sprawy sobie z onego zdać nie umiała. Pan Tadeusz przez pół się domyślał, gotów był jednak podzielić opinią żony, gdy ta ją wypow ie, własną zaś odkładał na później. Jeden tylko pan Paweł poznał istotę rzeczy, a to dlatego zapewne, źe i on w rzeczy tej magna pars Juit. Stało się to w ten sposób, iż spółzawodniczył niejako z o-gółem, schodząc się z takowym w jednym i tym że samym punkcie— w patrzeniu na dziewczynę, prowadzącą panienkę za rękę. Ogół atoli czynić to mógł przelotnie tylko, mimochodem, on zaś, idąc z panem Tadeuszem w tylnej straży, miał wciąż przed oczami postać dziewczyny, zwracającą się ku niemu niekiedy' pól profilem raz ze strony jednej, znów’ z drugićj, to znaczy przybierającą tę pozę ponętną, która potęguje urok wdzięków niewieścich, gdy się zdarza odnieehee-nia. Tu przychodziła ona odniechcenia całkowicie i bezwarunkowa. Umysł dziewczyny zanadto pochłaniało to, na co patrzyła i czego słuchała, ażeby w iutencyach jej kokieterya miejsce dla siebie znaleźć mogła.
Grono przeszło po razy kilka przez też same ulice, aleje, mosty i mostki: zatrzymywało się w punktach różnych: przy grotach, przy posągach, w miejscach, z których się w’idoki odsłania ły. Zrodził się był projekt przejechania się łodzią. Niestety, projekt ów zaniechanym być musiał, zpowodu trudności dociśnienia się do łodzi. Zachodził powód i inny jeszcze: pora spóźniona. Słońce ku zachodowi się miało Trzeba było wracać, ogarnąć się i na teatr iść. O potrzebie tej przypominał pau Tadeusz, który nagie zatęsknił do kanapy i fajki. Palił wprawdzie udzielane sobie przez pana Pawła papierosy, tego atoli nie zadowalały. Wierzył w cybuch z bursztynem; papierki wydawały się mu studeuteryą. Odezwał się przeto:
— Jeżeli będziemy tak sobie po Zofiówce chodzili, to chyba na teatr nic pójdziemy.
— Acb, prawda—odparła pani Róża.
Nastąpił powrót w tym samym, co wyjazd na Zofiówkę porządku i w godzinę później to same grono zajmowało lożę, pzypominająeą klatki sta-jenne, do odosobnienia koni służące, i oczekiwało na podniesienie kurtyny.
Nie mam zamiaru opisywać teatru humauskie-go. Byl on takim, jakim być mógł i przynosił tę korzyść, na jaką tego rodzaju widowiska zdobyć się zdołają. Nie godzi się od miasteczek prowincjonalnych domagać tego, aby stolicom wyrównywały. Teatr, instytucya towarzyska i w sensie spolccznj m obyczajowa, a przytem ku uprawie piękna służąca, stał się potrzebą towarzyską, społeczną i estetyczną, ogarniającą zarówno stolicę, jak prowincyą, mniej aniżeli tamta wymagającą, bardzićj wyrozumiałą. Zresztą trupy wędrowne, zwłaszcza gdy się nie porywają na sztuki trudne, niczawsze bywają liche i śmieszne. Gdzież, jeżeli nie w’ trupach tych, przysposabiają się w znacznej części artyści dla teatrów stołecznych? Trupa, która w epoce opowiadania naszego do Humania zjechała, pozostawała—jeżeli mnie pamięć nie zawodzi—pod dyrekcyą pani Zielińskiej; re-
195
wala sio Maryna. Maryna ją łagodziła, uspokajała, do posłuszeństwa względem starszych przyprowadzała, i w tym razie, wobec balu, na którym obecność dziecka rażącąby była, przedstawiła się pani Róży pod postacią deski zbawienia.
— Pójdziesz z panienką i, jak skoro koncert sio skończy, wyprowadzić ją się postarasz — ta-kiem było rozporządzenie, jakiego jej udzieliła.
Uwalniało ono guwernantkę od towarzyszenia elewce; z drugiej zaś strony dogadzało Marynie o tyle, o ile perspektywa zobaczenia i usłyszenia rzeczy niepowszednich dogadza ciekawości ludzkiej. Teatr nie zadowolił jćj w zupełności; mimo to, gdyby się okazya trafiła, poszłaby znów na widowisko teatralne z ochotą. Według teatru sądziła i o koncercie, o którym wiedziała, że będzie na takowym śpiewanie i granie. Spodziewała sic krzyków. Nie przeszkadzało to jej atoli myśleć o nim z uciechą wewnętrzną.
Rzecz naturalna, że o rozporządzeniu tćm matki Julisią nie wiedziała. Było ono rodzajem spisku przeciwko niej, zawiązanego przez wszystkich starszych, powołanych przez panią Różę do działania zgodnego. Każdy zc starszych przyrzekl spóludzial swój o ile można najgorliwszy, nic wyłączając pana Pawła, który się już prawie do grona rodziny zaliczał i który, przy okazyi tej, udzielił rady, powszechnie za wielce praktyczną i racyonalną uznanćj. Polegała on na tern, ażeby guwernantki z balu do dziecka nie odsyłać.
— Inaczej—tłumaczył-Jnlisia się do panny Klary zrazi, wstrętu do nićj nabierze: będzie w nićj widziała egzekutorkę postanowień niemiłych. W wychowaniu dzieci drobnostki takie wiele znaczą. Lepiej ażeby wstręt zwrócił się ku pokojówce, aniżeli ku guwernantce.
— Nic wiedziałem, żeś taki biegły w kwestyi wychowania dzieci — zauważył pan Tadeusz.— Ale to dobrze, to bardzo dobrze... cieszy mnie to, jako wujaszka przyszłego, i dobrze mi o mych przyszłych siostrzeńcach i siostrzenicach wróżyć każę.
Rada pana Pawła uznanie, przyjęcie i ze strony panny Klary wdzięczność znalazła. Dziewczynka okazała niechęć wracania z nią; byłaby przeto zniewoloną względem dziecka do środków przymusowych się uciec, a przytćm—bal opuścić.
W balach jest dla niewiast urok, posiadający potęgę ogromną.
Wszystko więc ułożyło się dobrze.
Czy mam opisywać toaletę dam? Niestety, talent mój nie starczy na opiewanie prozą tych fałdów, falban, szlarek, wstążek, bukietów i obłoków gazowych, obwiewających napól eteryczne postacie, tych warkoczy pachnących i trzewików atłasowych, tych ramion toczonych i gorsów alabastrowych, tych — czegóż jeszcze? no—cudów najcudniejszych, których wystawą są sale balowe. Nic—nie potrafię tego. Ośpiewać nawet nie zdołam strojów pani Róży i panny Emilii. Może-bym się jako tako wywiązać potrafił zc skromnej stosunkowo tualety panny Klary, gdyby sie to na co przydało, to jest, gdybym miał Czytelnika na bal humański prowadzić. Poprowadzę go jednak nie na bal, ale na koncert tylko, nie dla ukazania mu tualat, ramion, gorsów i nóżek, ale dla opowiedzenia o wiejskiej dziewczynie, którą losy z chałupy aż tu zagnały.
Maryna znalazła się poza szeregiem siedzących pań i panów, pod ścianą, nieopodal od drzwi buduaru, w którym po koncercie spotkać sie miała z Julisią. Oparta o ścianę, stała w oczekiwaniu owego grania i śpiewania, nie rozumiejąc zgoła istoty koncertu. Oczekiwała i doczekała się. Na estradzie zabrzmialy akordy fortepianu i wkrótce potem popłynęły tony, które ją niejako sobą napełniały. Przez głowy panów i pań widziała w dali artystę, który się jej wydał czćmś na-ksztalt pająk a-kosarza. Nachylał się i ręce to kurczył, to rozkładał, wyciągał, a instrument raz szczebiotał, znów huczał, stękał, śpićwal, przemawiał, żalił się, sam zc sobą rozmowę prowadził; niekiedy niby ptaszę szczebiotał, niekiedy głosem rozkochania szeptał. Dziewczyna osłupiała. Nic podobnego ani się jćj śniło. Słuchała: granic nagle ustało; zagrzmialy oklaski, które ją niby ze
snu zbudziły i urok odegnały. Nastąpił gwar; gwar niebawem ucichł i, zamiast człowieka do pająka podobnego, ukazała się wdali, na podniesieniu, jakby się w powietrze wznieść miała, postać niewieścia w bieli girlandą z róż wpół obwinięta, smukła, powiewna, w diademie warkocza czarnego nad czołem. Postać ta, sama przez się, uderzyła ją niezwyczajnością jakąś. Szeroko oczy otworzyła, albo raczej oczy się jćj otworzyły mimowolnie i w stanie tym pozostały, jak skoro na estradzie odezwał się głos śpiewaczki donośny, czysty a giętki. Fortepian pobrzękiwał wtórem, lecz ona wtóru nie słyszała prawie. Wsłuchała się w śpiew. Tony wlewały się w nią, kłębiły i każde wlókicnko w organizmie jej w drżenie wprawiały. Stała się, rzec można, harfą Eola, dźwięczącą nic dla innych, lecz dla samej siebie. Co śpiewaczka śpiewała, to się w niej odgrywało, przy akompaniamencie jakichś ech, opowiadań, rojeń sennych, obrazów cudnych, szmerów dziwnych. Wydało się jej, jakby się w puch zmieniła i w eterach kołysała, unosząc się na falach grających. Uduchowiła się. Nie sobą była, ale—pieśnią.
Wtem—koniec i oklaski.
Maryna oklasków nic słyszała. Mogłaby powiedzieć o sobie, co powiedział Mickiewicz o słuchaczach wojskiego, którym
„.........................się	zdawało,
Ze wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.”
Wrażenie to nic zatarło się następnie, kiedy śpiewaczkę fortepianista zmienił, a po tym ostatnim znów śpiewaczka wystąpiła. Powtórzyło się to raz jeszcze, poczein powstał w sali ruch i śród ruchu tego dziewczyna uczuła, jak ją ktoś za rękę pociągnął.
— Czy śpisz? — wsunęło się jćj w ucho zapytanie.
— Ja! co?—westchnęła.
— Idż, tam—mówiąfcy ręką wskazał—prędko. Pani się ogląda za tobą.
Po tych dopiero wyrazach oprzytomniała. Podniosła oczy na mówiącego: był nim pan Paweł. Niewiedzićć dlaczego, rumieńcem się oblała.
— Pani ciebie czeka—powtórzył uprzejmie.
— Och—odparła tonem zakłopotania.
Poszła, oglądnęła sić i wnet zoczyła panią Różę i pannę Emilią. Pani Róża palcem na nią kiwała. Maryna wnet przypomniała sobie rozporządzenie, do pani Róży podeszła, Julisię, która z minką skrzywioną stała, za rączkę ujęła i w te do niej przemówiła słowa:
— Chodźmy ztąd het, pannuńciu. Nic my tu do czynienia nie mamy.
Powiedziała to tym, nie rozkazu, ale stanowczości tonem, który dzieciom imponuje. Dziewczynka zapytała tylko, niby zdumiona:
— Nie mamy?
— Ano... nie... — odparła i ku wyjściu się zwróciła.
Julisią, bez okazania oporu najmniejszego, za nią poszła i drepcąc obok Maryny, która jej nie odpowiadała na liczne pytania, zaszła do dworu zajezdnego, gdzie na chimery się jćj zebrało. Zachciala wracać.
— Dokąd? — zapytała Maryna.
— Na bal.
— A co to bal, pannuńciu?
— To zabawa tasa. Tańczą mazura, walca, kadryla, polkę.
— Tańczą? o? a kto z kim?
— Czy żeś nie widziała panów i pań?
— Widziałam, o! jakżebym widzieć nie miała! Ale czy pannuńcia słyszała?
— Co? — zapytała dziewczynka.
— Jak ten grał, a ta śpiewała?
— Co tam! Mama tćż gra, ciocia gra i śpiewa. Dziewczyna z gestem niecierpliwości w czoło się palcami podrapała i wyrazami, których powtórzyć niesposób, z powodu, że niekoniecznie wedle sensu się szykowały, opowiadać jęła o wrażeniach, przez jakie przechodziła. Wrażeń tych Julisi nie wytłumaczyła, ale się wygadała i dziecko zagadała. Dziewczynka, słuchając, uczuwać
poczęła pociąg do snu. Maryna ją rozebrała, położyła, okryła i, usiadłszy przy niej, zaczęła:
— Na wieczornicach bajki opowiadają, ale nie opowiadają takiej, jaką ja usłyszałam.
— Jakiej?—zapytała Julisią, powieki mrużąc.
— Takiej, co się nie gada, ale śpiewa, a śpiewa bez słów, i chociaż słów w niej niema, to ona mówi, rozpowiada o dziwach i cudach, o iskrach skrzydlatych, o ogniach gadających, o wiatrach płomiennych. Otóż...
Zwróciła na Julisię spojrzenie; Julisią już spała.
Maryna usunęła się z krzesłem nieco, rękę o poręcz łóżka oparła i na ręce czoło złożyła. W pozycyi tej pozostawała przez chwilę, aż ją senność ogarniać poczęła, nie ta atoli senność, co śmierci jest obrazem, ale ta, która stanowi zerwanie z rzeczywistością, przez przeniesienie człowieka w krainę złudzeń. Nic spala, a jednak nie czuwała. Odtworzyła w sobie te wrażenia, jakich w sali koncertowej doznawała, i pomimo że dokoła nićj panowała cisza, słyszała w sobie śpiewanie i granic. Czuła w sobie naciągnięte struny niby, a po strunach tych przebiegało tchnienie lekkie i wydobywało z nich tony, które ją wprawiały w drżenie rozkoszne. Wytwarzało się to stopniowo, z przypomnień niejasnych a mętnych, podobnych do tych tonów, jakie wydają instrumenty, gdy je muzykanci stroją — wyjaśniało się, oczyszczało, odzywało się zrazu głucho, dalej coraz to mocniej i mocniej. Nic wiedziało dziecko chłopskie, że nosi w sobie zaczyn artystyczny, żc natura jej należy do rodzaju tych or-ganizacyj nienormalnych, które w kierunku jednym wyrażają się pod postacią geniuszów, w drugim — waryatów. W którym z kierunków tych zwróciła się Maryna? Do którego z dwóch rodzajów należała? To pewna, że nie należała ona do rodzaju ludzi pospolitych, do „zjadaczów chicha,” stanowiących większość ogromną w społeczeństwach, które jednak nie obywają się bez tych wyjątków, które wyjątków owych potrzebują nawet. Artyzm w rozwoju cywilizacyjnym pełni funkcyą ogromnie ważną. Rola jego we względzie tym jest pierwszorzędną, a — dodać należy — bywa niekiedy niezmiernie dla obarczonych nią istot trudną.
Dziewczyna, jeżeli taka wypadła jej doba, nic o nićj nie wiedziała. To, czego doznawała, było to uczucie rozkoszy nie wysłowionej, przejmującej ją nawskróś. Sprawy sobie z tego nie zdawała. Czuła i tyle. Oparta czołem o ramię, spoczywające na poręczy łóżka, tonęła w podzwounem tych tonów, co całą jćj istotę napełniały. Świat, ze wszystkićm co ua nim jest, nie istniał w chwili tćj dla nićj.
Dokoła nićj, w izbie w której Julisią spala, panowała cisza. Na stole w izbie przyległej paliła się świeca stearynowa w lichtarzu żydowskim i do tej, w której Maryna pozostawała, posyłała światło niepewne. Ta cisza i to pólświatlo przyczyniały się niemało do utrzymywania jej w tym nastroju ducha, w jaki ją koncert wprawił. Wpływy fizyczne oddziaływają na usposobienie moralne.
Nagle drgnęła i rzuciła się, jakby ze snu rozbudzona. Ciszę przerwał szelest klamki u drzwi izby przyległej. Szelest ów rozległ się tak głośno, jakby w słuchu dziewczyny zabraniał wystrzał niespodziany. Na równe skoczyła nogi. Słyszeć się dał chód — chód ów był lekki, rozpoznała w nim jednak stąpanie mężczyzny. Zje-ła ją trwoga taka, jaka przejmuje zaskoczonego w dokonywaniu zbrodni złoczyńcę. Poczuła potrzebę ukrycia się. W chwili jednej za poręczą przysiadła, poza łóżko się wcisnęła. Stała się niewidzialną; sama atoli widzieć i slyszćć mogła.
Chód przycichł, wznowił się atoli wnet — na progu stanął pan Paweł we fraku, w kamzelce białej, w butach lakierowanych.
— lim — mruknął pod nosem. — Bez światła nie znajdę.	<
Wrócił i pojawił się ze świecą w ręku; przeszedł przez pokój, zatrzymawszy się na chwilę przy łóżeczku Julisi, przy którem się odezwał:
— Tam zapewne.
196
Wyrazy tc odnosiły się do izb} trzeciej, w której sypiały panna Klara, panna służąca i Maryna, a która w chwili tej, z powodu, że panna Klara na balu pozostała, a panna służąca z igłami, nićmi i nożyczkami znajdowała sic w buduarze obok sali balowej, niezajętą była. Do izby tej udał się pan Paweł. Nie było go minut kilka. Powrócił nareszcie.
— Wszyscy diabli! — rzeki. — Co się z nią stało?
Odchrząknął z gniewnym naciskiem i odezwał się z po chwilce:
— Ha! sztuka się nie udała. Wyznać jednak należy, źe złodzieje bumańscy bardzą są względni, czy też nadzwyczajnie roztargnieniem: mogliby w chwili tej Tadeuszostwu zabrać wszystko, dziecko nawet. To mi się podoba!
Powiedziawszy to, wyszedł, świecę w pokoju przyległym na miejscu swojem postawił, papieros zapalił—klamka we drzwiach zaszeleściła i drzwi sie zamknęły.
Marynę, na wzmiankę o złodziejach, przeszły dreszcze. Natychmiast po odejściu pana Pawła z za łóżka wylazła i jęła wszystkie do podsieni wyprowadzające drzwi na rygle zasuwać. Nie przychodziło jej to z łatwością; w howorowieckim jednak dworze powziąwszy niejakie o ryglach wyobrażenie, trudności pokonała i, pozostawszy w pierwszym pokoju, postanowiła sobie drzwi, z wyjątkiem państwa, nie otwierać nikomu, ani panu Pawłowi nawet. Czemuż: ani panu Pawłowi? Gdyby ją kto o to zapytał, odpowiedziećby nic umiała. Powzięła wszakże postanowienie niezłomne, którego—na szczęście — nie potrzebowała na próbę wystawiać.
(Dalszy ciąg ncstąpi.J
NASZ STOE REDAKCYJNY.
(.Nowe książki i wydawnictwa zeszytowe.)
— Tablica graficzna do dziejów Europy. Ułożył Emilian Broniewski. Arkusz 3-ci, wieki IX i X. Warszawa, 1883. Skład główny u Gebethnera i Wolffa.
Arkusz ten przedstawia, między innemi, państwa słowiańskie, wyłonione z chaosu Słowiańszczyzny, a w liczbie ich Polskę i Piastów naszych, wdzierających się śmiało w szranki dziejowe Europy. Czytelnicy Tygodnika znają już, z dawniejszych sprawozdań naszych, pomysł pana Br. zastosowania grafiki do nauki historyi. Jest on oryginalny, a w wykonaniu bardzo prosty. Układ tablic daje im pierwszeństwo przed znane-mi dotąd tablicami chrono- i genealogieznemi, uwydatniając to właśnie,, czego tamte jasno przedstawić nie mogą — spólczesność faktów. Wydawnictwo to, sumiennie a pracowicie prowadzone i niewątpliwie pożyteczne, polecamy uwadze czytelników.
— Podziałpracy w naturze iwfiyciuczlowieka. Odczyt wypowiedziany na zebraniu robotników berlińskich przez prof. Ernesta llaeckcl’a. Warszawa, 1884, u Lesmana i tówiszczowskiego. Str. 32. Cena kop. 20.
Zawiódłby się bardzo, ktoby, wnosząc z tytułu tej książeczki, spodziewał się znaleźć w nićj traktat ekonomiczny o korzyściach podziału pracy w produkcyi przemysłowej. Nie o przemyśle mówi słynny profesor, lecz o tajemnym podziale pracy, jaki przyroda urządziła w organizmach zwierzęcych i roślinnych. Jest-to rozprawa nawskróś materyalistyczna, oparta na znanym dylemacie, źe też same odwieczne i niezmienne prawa, które działają w życiu roślin i zwierząt, kierują także całą ludzkością, w jćj postępowym rozwoju. Że autor przytem fizyczną i moralną istotę człowieka wyprowadza z gromady wspomagających się wzajem komórek, a nie z pierwiastku duchowego, to rzecz zupełnie naturalna wobec teoryi materyalizmu. Przekład polski poprawny.
— Dziedziczność i jćj wpływ na moralny i umysłowy postęp ludzkości. Napisał prof. Ludwik Buch-
ner. Przełożył z niemieckiego J. Steinhaus. Warszawa, 1884. Str. 92. Nakład redakcyi Wędrowca. Ccua kop. 50.
Książka nie treścią wprawdzie, ale kierunkiem podobna do poprzedniej. Autor, oparty na teoryi Darwina o dziedziczności zmian, naturalnym doborze i atawizmie, czyli peryodycznyrn powrocie pewnych cech fizycznych i moralnych, dochodzi do wniosku, źe siła dziedziczności jest większą jeszcze na polu umysłoweni, niż na materyalnem, i źe człowiek, jako istota przeważnie umysłowa, podlega jćj wpływom w daleko wyższym stopniu, niż wszystkie inne istoty; a dalej, żc człowiek jest bezpośrednim wynikiem wrodzonych zdolności i wpływu wychowania. Na to zgodzić się chyba może i najsurowszy moralista. Ale głośno zato zaprotestuje przeciw niebezpiecznej teoryi, jakoby wola ludzka nie była rzeczywiście wolną, lecz zależną głównie od wpływów odziedziczonych, niepodobnych często do wykorzenienia— czyli że pijak, pyszałek, lubieżnik, a nawet zabójca, ściśle biorąc, w popełnianiu tych zdrożno-ści lub zbrodni są.... niewinni. Praca Buchnera zawiera wiele ciekawych rozumowań i przykładów, ale wyciągnąć z niej korzyść mogą tylko umysły dojrzale i należycie naukowo przygotowane.
— Rośliny skrytokwiatowe, opisanie ich budowy, tudzież sposobów zbierania, preparowania i badania, przez dra Kaźmirza Filipowicza. Warszawa, 1884. Str. 233 i XXVII. Cena rs. 1 kop. 20.
Gruntowna i pouczająca ta praca drukowaną była poprzednio w „Wszechświecie,” obecnie zaś pojawiła się w osobnej odbitce. Autor powiada we wstępie, że o ile roślinność jawnokwiatowa kraju naszego zbadaną już została dosyć dokładnie, o tyle skrytokwiatowa pozostaje prawic nietkniętą; celem więc jego rozprawy jest rozbudzenie ogólniejszego zamiłowania tej niwy wdzięcznej i powabnej. Wkońcu dołączono krótki rys mikrografii, to jest sposobu obchodzenia się z mikroskopem, jako wskazówkę dla osób mniej z tym przedmiotem obeznanych. Pożyteczne to dzieło objaśnia sześć tablic, wykonanych bardzo starannie, według rysunków autora, w litografii warszawskiej p. W. G łowczewskiego.
— Ewangelicy i sprawa narodowa na Szlązku (austryaekim). Cieszyn, 1883. Str. 23. Cena 20 centów.
Broszurka ta, napisana jeszcze pod koniec roku zeszłego, lecz teraz dopiero w szerszy obieg puszczona, zbija w sposób bardzo przekonywający i poważny niesłuszny zarzut „Gwiazdki cieszyńskiej," jakoby ewangelicy szlązcy działali przeciw dążnościom narodowym, a dowodzi założenia swego faktami niezbitemi. Czytelnikom, interesującym się sprawą rozwoju narodowego na Szlązku austryaekim—a są nimi chyba wszyscy — możemy śmiało zalecie polemiczną tę rozprawkę, rzucającą jasne i prawdziwe światło na stosunki miejscowe.
— Odprawa posłów greckich Jana Kochanowskiego, jej wzory i geneza. Napisał Józef Kallenbach. Kraków, 1883. Str. 40.
Autor powyższego studyum zastanawia się naprzód nad tem, o ile Odprawa posłów greckich zależy od wzorów klasycznych, a dalej rozbiera wpływ spólczcsnych na poetę i okoliczności, którym dramat jego winien swoje powstanie. Nie możemy tu rozbierać szczegółowo rozprawy pana Kallenbacha, jako opartej na wywodach zbyt specjalnych dla rubryki niniejszej. Zaznaczamy tylko, że pod względem genezy utworu, który Mickiewicz uznał za niemająey równego sobie w owym czasie, autor dochodzi do przypuszczenia, żc napisany był z wyraźnym celem politycznym i niedwuznacznie popierał zamiary króla Stefana Batorego. Piękny to przyczynek literacki do przypadającego w roku bieżącym obchodu trzcchsetnej rocznicy śmierci wieszcza czarnoleskiego.
— Nieśmiertelność człowieka, jako postulat filozoficzny przyrodoznawstwa, studyum Wlad. Mich. Dębickiego. Warszawa, 1883. U Wcndcgo i spółki. Str. 205. Cena rs. 1 kop. 50.
Przeciwstawieniem dwom poprzednim traktatom matcryalistycznym jest praca p. Dębickiego, pod powyższym tytułem przed kilkoma miesiącami wydana. Autor, człowiek myślący i gruntownie wykształcony, na podstawie pewnika, że „to co jest czćmś, nie może stać sic niczem," dowodzi nieśmiertelności i zmartwychwstania ciała, jako postulatu nietylko filozoficzno-rcligijnego, lecz także fizyologicznego, wykazując drogą ścisłego, umiejętnego rozumowania, że zasadnicze hypotczy materyalizmu oparte są na blędnem pojmowaniu faktów. Niepodobna nam w tym dziale, przeznaczonym tylko do notat bibliograficznych, ocenić dzieła takiej doniosłości. Powrócimy może jeszcze do niego, pod rubryką właściwą przeglądu piśmienniczego; tu zaś ograniczyć się niusimy na zaleceniu gousilnem poważniej usposobionym czytelnikom.
— O nieśmiertelności duszy. Napisał Henryk Struve. Warszawa, bez roku. Str. 58. Cena k. 40.
Jednocześnie prawic ze studyum powyższem, ukazała się, jako odbitka z „Wicku," rozprawa uczonego profesora, a jednoezesność tę uważamy za objaw niezmiernie pocieszający, wobec prądów przeciwnych, przebojem dziś torujących sobie drogę i w naszem społeczeństwie. „Uznanie poza grobowego istnienia ducha—powiada autor w rozdziale „Dowody moralne nieśmiertelności duszy" — jest koniecznym postulatem moralności; bez wiary w nieśmiertelne przeznaczenie człowieka nie rozwinęłyby się w ludzkości owe ideały moralne, które wywołują najszlachetniejsze czyny człowieka i stanowią główną sprężynę jego rozwoju moralnego." Przytoczyliśmy to zdanie, bo uwydatnia ono dość dokładnie ogólny pogląd i rozumowanie autora, poparte przytem liczncmi dowodami psychologicznemi i metafizycznemu lotćj pracy, pokrewnej z poprzednią, zamierzamy dać wkrótce obszerniejsze sprawozdanie.
— Wychowanie moralne w szkole, przez Eloryana Łagowskiego. Odbitka z Przeglądu pedagogicznego. Warszawa, 1884. Str. 38. Cena kop. 45.
Spółpracownik nasz, sam zdolny pedagog, pragnął tą rozprawą przyczynić się choć wczęści do rozpowszechnienia pewnika, że szkoła wpływać powinna nietylko na rozwój władz myślenia i rozumowania, lecz także na zaszczepiania w młodzieży zasad moralności, człowieka bowiem nie tresować, ale kształcić należy. Zastanowiwszy się obszernie nad skutkami reformy szkól w Polsce, dokonanej przez Konarskiego i wiekopomną komisyą edukacyjną, autor przechodzi do Kołłątaja, Czackiego i ustaw liceum krzemienieckiego, wogóle rozumnie obmyślonych i zbawiennie wpływających na wychowanie młodzieży. Zarzuca im tylko wygórowaną surowość, zbyteczne podbudza-uie emulacyi i brak troskliwości o względy hygie-niczne. Przystępując dalej do wyprowadzania wniosków, odnoszących się do chwili obecnej, pan Ł. mówi o wyborze czytania domowego i słuszną czyni uwagę, że każda instytucya szkolna powin-naby mieć odpowiednią biblioteczkę, aby z niej na żądanie wydawać młodzieży książki stosowne dla jćj wieku. Radzi także nauczycielom, żeby przy swych wykładach robili częste wycieczki w dziedzinę moralności, ku czemu najwłaściwsze pole nastręcza nauka języka ojczystego—wkońcu zaś rzuca myśl pożyteczną, aby zamożny jaki przyjaciel oświaty oznaczył konkurs na podręcznik szkolny, obejmujący wykład nauki moralności, oparty na przykładach branych z życia. Broszurka pana Ł., napisana umiejętnie i z zacną dążnością, powinnaby sic znaleźć w reku każdego wychowawcy i każdej wychowawczyni.
— Historya literatury powszechnej Jana Scherra. Tom II zeszyt 4-ty i ostatni. Przekład Bronisla wa Zawadzkiego. Warszawa, 1883. Nakład Gebethnera i Wolffa. Cena dwóch tomów rs. 6.
Owybornem tćm wydawnictwie wspominaliśmy już niejednokrotnie, przy pojawianiu sie pojedynczych zeszytów. Dziś' zaznaczamy tylko jego ukończenie. Tłumacz umiejętnie wywiązał się ze swego zadania, uzupełniwszy dzieło odpowie-dniemi przypiekami i rozszerzywszy je znacznie w dziale literatur słowiańskich.
197
— Słowniki angielsko-polski i polsko angielski. Opracował J. J. Baranowski, Warszawa, 1883 i 1884. Nakład Lcsmana i Świszczowskiego. Str. 398 i 402. Cena obu tomów rs. 2.
Amor oba słowniki poprzedził krótkim rysem gramatyki języków angielskiego i polskiego, troskliwie obok tego wskazując wymawianie wyrazów angielskich zapomocą dźwięków polskich i nawzajem, polskich zapomocą angielskich. Ocenę krytyczną pracy p. Baranowskiego z konieczności pozostawić musimy specyalistom.
— -Encyklopedya wychowawcza. Tumu III zeszyt 3 ci, całego dzieła zeszyt 19-ty. Warszawa, 1883. Skład główny u Gebethnera i Wolffa. Cena pojedynczego zeszytu, o óciu arkuszach druku, kop. 40, z przesyłką kop. 50.
Wielokrotnie już, z najwyższćni uznaniem, wyrażaliśmy się o pomnikowym tern wydawnictwie i ubolewać tylko przychodzi, żc zpowodu wielu napotykanych trudności, postępuje ono zbyt wolno. Zeszyt niniejszy obejmuje artykuły: Czechy, przez Adolfa Smorczewskicgo (dokończenie); Czesne, przez F. Kasparka; Czyn, przez A. G.; Czystość, przez II D.; Czystość ciała, przez tegoż; Czystość jeżyka, przez J. Czubka; C.ytelnie, przez P; Defoe, przez L. i Deklamacya, przez J. Kotarbińskiego (początek). — Zwracamy szczególniej uwagę czytelników Eucyklopedyi wychowawczej na gruntownie napisany i bardzo naczasic będący artykuł p. t. Czystość jeżyka.
— k>l< w.nik geograficzny królestwa polskiego i innych krajów słowiańskich. Tom V, zeszyt 51. Warszawa, 1884. Nakład W. Walewskiego. Cena zeszytu o pięciu arkuszach wielkiego formatu, w dwie szpalty, kop. 60, wraz z przesyłką.
Musiclibyśmy sic powtarzać, zalecając ogółowi znakomite to dzieło, prowadzone z tak przykładną wytrwałością i akuratnością. Powinuoby ono znajdować się w ręku każdego wykształconego człowieka, w każdym domu obywatelskim, jako niezbędne dla wszystkich, którzy poznać pragną kraj własny. Ostatni ten zeszyt zawiera artykuły od Leśnictwo do Linki, miedzy któremi zwłaszcza nadsyłane z Ukrainy' przez E. Kulikowskiego odznaczają się żródlowem opracowaniem.
(Dokończenie nastąpi.)
t Ze świata obcego.
Reformy domowego życia w Stanach zjednoczonych —Przebudowanie Londynu.—Tryumfy muzyki Wagnera. — Sprzedaż muzeum Castcllani.—Nowe, występy S.-ilvini’ego w Otellu i Króln Learze.
Nietylko pod względem politycznym, ale i pod względem czysto towarzyskim, cywilizacya Stanów zjednoczonych rozwija się w’ całkiem innych warunkach, aniżeli u nas, w starej Europie. Co się tyczy stosunków politycznych, nic oddajemy Yankesom należnej sprawiedliwości. Uwielbialiśmy ich dawniej zbyt gorąco, wierząc święcie optymistycznym zapatrywaniom Tocqucvillów i Labouleyów i zapatrując się na wielką rzeczpospolitą nie z praktycznego, ale z teoretycznego punktu widzenia. Obecnie jesteśmy pośród drugiej ostateczności i na tuziny można liczyć pesymistycznych pisarzy o Ameryce północnej. Ale pod względem życia towarzyskiego, sposobu w jaki uorganizowane zostały domowe stosunki w wielkich miastach Stanów, nie może być wątpliwości najmniejszej: są to tak odrębne, tak oryginalne warunki, że niepodobna im się dosyć nadziwić i żc potrzeba wielu drobnych charakterystycznych rysów, dodanych jednych do drugich, abysmy sobie utworzyć zdołali dokładne wyobrażenie.
Zostawiając na uboczu pionierów, którzy prowadzą jeszcze rodzaj koczującego życia w nic-wykarczowauych lasach i bezbrzeżnych stepach, i nie tykając magnatów, którzy tak sarno w Ameryce, jak i u nas znajdują wszelką łatwość uor-ganizowania swojej domowości, a ograniczając się tylko do warstw średnich, musimy' przyznać, żc ich życie nie jest łatwe. Znalezienie dobrych
służących jest i w Europie coraz trudniejsze, ale w Ameryce staje się prawie niepodobieństwem. Wolni obywatele nie chcą zniżać sic do poziomych, ubliżających demokratycznej godności zatrudnień i wolą mnićj zarabiać na uiezalcżnćm stanowisku, aniżeli iść w służbę. Dotąd prawie wyłącznie posługiwano się Irlandczykami, którzy, mając w sobie mniej wyrobione uczucia obywatelskie, dla miłego grosza nie wahali się zająć pod-rzednemi obowiązkami. Ale obecnie i tych brakować zaczyna. Po większej części w Nowym Yorku ma się tylko najemników. Jeden przychodzi zamieść apartament, drugi ugotować obiad i t. d.; ale naturalnie że ci służący uie potrafią odpowiedzieć wszystkim wymaganiom. Następstwem tćj trudności stało się życie po hote lach. Wiele rodzin pozamykało swoje domy i mieszka stale w hotelach, gdzie za oznaczoną zgóry sumę mają wszystkie potrzeby życia mate-ryalnego łatwo i natychmiastowo zaspokajane.
Ale niewszyscy mogą i niewszyscy chcą opuścić swoje domowe progi i przenieść się do tych karawanserajów, gdzie wszelkie piętno indywidualności zatraconem jest raz nazaw7sze. Dlatego też starają sie od niejakiego czasu Amerykanie, a przedewszystkićm mieszkańcy Nowego Yorku, znalćźć sposób zaradzenia złemu. Osiągnęli już część zapomocą telefonów i telegrafów', w które każdy dom jest zaopatrzony. Wystarcza nacisnąć sprężynę, która łączy dom prywatny z najbliższą stacyą, aby chłopak-komisyoner przybiegł i speł nil zlecenia, posyłki, sprawunki, aby zapalił ogień, lub przygotował kąpiel. Obecnie, za ini-cyatywą pani Fay Peirce, powstajc stowarzyszenie rodzin i domów, które wspólnenii silami zapobiedz się stara trudnościom. Urządzono kuchnie, która przygotowuje obiady dla wszystkich rodzin stowarzyszonych i która rozwozi je po domach na oznaczoną godzinę; w ten sam sposób założona jest wrspólna pralnia, wspólny magazyn, dostarczający przedmiotów żywnościowych, światła, sprzętów i t. p. Orgauizacyą tę dopełniają kantory, gdzie ciągle znajduje się pewna ilość służących, umiejących i chcących pracować.
Stowarzyszenie pani Fay Peirce istnieje dopiero od kilku miesięcy, a już okazało się pra-ktycznem i tanićm. Niema wątpliwości, że się
rozwinie na większą skalę i że niezadługo w ka żdym cyrkule Nowego Yorku istnieć będzie. Pisarze amerykańscy, zaznamiający nas zc stanem tej kwestyi, zwracają uwagę, że w ten sposób rodziny' wchodzące w skład stowarzyszenia wyzwoliły się nietylko zpod jarzma służących, którzy stają się zbytecznymi, ale co więcćj, żc przyczyniły się do wyswobodzenia kobiety, matki rodziny' i pani domu. Skoro fnnkcyc jej ograniczają się do wydawania rozkazów zapomocą telegrafu lub świstawki, to cały jej czas zużytkowany być może na wychowanie dzieci, na kształcenie sic umysłowe i artystyczne i nakonicc na sprawowanie urzędów i pracowanie po biurach.
Podczas gdy Amerykanie, z właściwą sobie energią i duchem inicjatywy, szukają nowych form domowego ustroju, my w starej Europie znajdujemy' niesłychane trudności w znalezieniu rutyny i przeprowadzeniu postępowych reform. Kwestya mieszkań jest arcy-żywotną wszędzie, a zwłaszcza na Zachodzie, i do załatwienia trudną. Jak zapobiedz ich drożyźnie i jak postawić je na wysokości wymagań hygieny? oto dwa problematu, które w każdej stolicy, w każdym większym środku ludnościowym zaprzątają uwagę mężów stanu i publiczności. W Londynie kwestya ta stoi obecnie na porządku dziennym. Z jednej strony powstała agitacya za budowaniem domów i mieszkań dla ludności robotniczej. Wszczęta za inicjatywą lorda Salisbury, przywódzcy opo-zycyi, przeszła już w sfery parlamentarne i słyszeliśmy w tych dniach księcia Walii, następcę tronu, zabierającego głos w tćj sprawie i wyrażającego życzenie wejścia do komisyi, zajmującej się przygotowaniem praktycznych projektów w tym przedmiocie. Z drugiej strony idzie o dostarczanie mieszkań zdrowych, tanich a wygodnych klasie średniej. W tym celu powstał zamiar olbrzymi, dążący do zburzenia City, owego
serca, owego jądra Londynu, tych uliczek wąz-kich, wilgotnych i ciemnych, gdzie sic ześrodko-walo życie handlowe całej kuli ziemskiej, gdzie miliardy nagromadzone są w bankach, i do zbudowania na tym gruncie nowego miasta, odpowiedniego dzisiejszym wymaganiom. Wprawdzie w ostatnich kilkunastu latach zmieniła sic już znacznie postać City, a przerżnięcie kilku szerokich arteryj, zburzenie całego cyrkułu, dla wystawienia nowego pałacu sprawiedliwości, nadały jćj nową cechę; ale właśnie to zuchwałe targnięcie się na przeszłość i odniesiony skutek dodał animuszu nowatorom.
Obecnie na czele agitaeyi w tym przedmiocie stanął młody i energiczny inżenier i budowmiczy, p. Westgartb. Projekt jego jest fantastycznych rozmiarów. Ma on na celu zburzenie całej części starego Londynu pomiędzy gmachem banku a katedrą Ś-go Pawła i wybudowanie tam wielkich ulic, o wyniosłych domach jednakowej wysokości i o płaskich dachach. Na tych dachach ma być urządzona przechadzka, śród krzewów, kwiatów’, a nawet i drzew. Na wysokości drugiego piętra ma być chodnik dla pieszych, ażeby ulica była całkiem wolną dla pakownych wozów i transportu towarów. Wszystkie domy mają naturalnie być zaopatrzone w windy, w gorącą i zimną wodę, w lokomobile, telefony i motory elektryczne. Mimo olbrzymich ulepszeń i wielkiego komfortu, jaki wprowadzonyby został w ten sposób do domów londyńskich, autor projektu nie uważa go jako zbyt drogi. Stowarzyszenie o kapitale 10 milionów funtów szterłingów wywłaszczy dzisiejszych właścicieli, za zgodą i pod kontrolą rządu i municypalności, poczem wzniesie te nowe budowle w tak ekonomicznych warunkach, że cena mieszkań, która tam jest obecnie bajeczna, spadnie o wiele. Projekt p. West-gartha jest poważnie rozbierany we wszystkich organach prasy i nie można wątpić, że jeżeli niezupełnie tak, jak zrodził się w jego umyśle, to przynajmniej w tym kierunku urzeczywistniony będzie.
Opuszczając tę sferę mozolnych a prozaicznych praktycznego życia zagadnień i przenosząc się w dziedzinę sztuki, która nam do jego uprzyjemnienia ma służyć, spoczniemy na chwilę wr dzie-
dżinie muzyki. Jeżeli zdamy sobie sumienną sprawę z ruchu, jaki panuje w świecie muzykalnym i z głównych jego objawów w główniejszych punktach obu półkul, to niewątpliwie dojdziemy do rezultatu, że szkoła wagnersystów i sam Wagner przedewszystkićm prym dzierżą obecnie. Zamilkła już zawiść i niechęć, jaką krytyka żywiła do nowatora, a na grobie wielkiego kompozytora zrodziła się dla niego sprawiedliwość. Podczas gdy naukowo wtajemniczeni w myste-rye kontrapunktu zdają sobie sprawę z rewolucji, jaką on wprowadził, i gdy' teorya lirycznego dramatu, zamiast niedorzecznćj opery, coraz glębićj przenika w umysły publiczności — wielkie masy ograniczają się do smakowania w tych utworach, jako nowych, niezwykłych, i oddają się im z zapałem.
I tak jednocześnie słyszymy o nadzwyczajnćm pow odzeniu, jakie odnosi w Ameryce towarzystwo p. Teodora Thomas i o wielkiej rehabilitacji Wagnera w Paryżu. W Ameryce pani Materna i p. Winckclinan śpiewali Die Gotterdammerung i Par-sifala w najlepszych warunkach, przy udziale znakomitej orkiestry Metropolitan Opera llouse i chórach słynnego Liederkranzu. Zapał, jaki wywołali, ma w sobie coś dzikiego, fanstatycznego, a tryu raf artystów świadczy o wrażeniu, jakie na tych świeżych jeszcze naturach wywołał geniusz, co te fale harmonii wywiódł z chaosu. W Paryżu rehabilitacj a Wagnera całkowita. Ta sama publiczność, co niedawno jeszcze gwizdała na Tann-hiiiiserzc i uciekała z koncertów' Pasdeloupa, gdzie grano tam ustępy z oper Wagnera, obecnie tłoczy się na koncerty p. Lamouroux i Calounc, gdzie grają nie Lohengrina i Tannbiiuscra, opery zbliżające sie swym zakrojem do utworów innych kompozytorów, ale Tristana i Izoldę, tę partycją, w której system Wagnera posunięty jest do ostatnich granic. Nie napróżno muzyka Bcrlioza
198
stała sie popularną w Paryżu w ostatnich kilku latach: przy gotowała ona i wykształciła smak publiczny, który zdoła już obecnie zrozumieć Wagnera. Podczas gdy na scenie włoskiego teatru ma być wystawiony Der jllegende Hóllunder, p. Carvalho ma na scenie Opery komicznej przedstawić Lohengrina. Studya już sic rozpoczęły i o pomyślnym rezultacie tego przedsięwzięcia wątpić uie można. Trudnoby było zwrot podobny przewidzieć. Niema co mówić: czas jest najlepszym nauczycielem.
Wśród tego ogólnego ruchu, jaki opanował świat nowoczesny, nawet przedmioty z natury swojej skazane na nieruchomość zmieniają miejsce pobytu. Wielkie zbiory artystyczne, przez wieków szereg starannie zbierane i systematycznie prowadzone, były ozdobą pewnych miast i artystycznym skarbem wielkich rodzin, dość możnych i dość wykształconych, aby’ uwięzić w nich miliony. Te mueza prywatne coraz częściej obecnie przechodzą z rąk do rąk, a co więcej, po publicznej sprzedaży rozpierzchają się na wszystkie strony, tracąc swój charakter zbiorowy. Wprzeciągu ostatnich lat kilku sprzedano w ten sposób zbiory Demidowów z Sau-Donato, zbiory książąt Hamiltonów, a obecnie zapowiadają wyprzedaż muzeum księcia Mąlborough i muzeum p. Alessandro Castellani w Rzymie. Ten ostatni zbiór ma już dni swoje policzone i ze wszech stron świata śpieszą do Rzymu przedstawiciele rządów i magnatów, aby zakupie co się da z tej nieporównanej kolekcyi. Kto miał sposobność widzieć ten zbiór, nie zapomni nigdy jego antyków, marmurów, mozaik, bronzów, medali, rzeźby w zlocie i srebrze, jego wyrobów z kości słoniowej, klejnotów, majolik, porcelan, makat, emalij, posągów i obrazów. Chyba muzeum lon-dy ńskie South Kcnsington mogłoby by ć postawione obok tego zbioru. W wielu względach by ły tam unikaty, białe kruki. Zbiór w’az etruskich, jakie posiada muzeum Castellani, staje tuż obok słynnej kolekcyi Campane, którą Napoleon III zbo-gacil Luwr paryski; są one o wiele znakomitsze od tych, z których berlińskie now’e muzeum tak jest dumne. Nic można wątpić, że w d nu sprzedaży będziemy olśnieni gradem milionów, który się posypie. Zamożność i bogactw'0 dosięgają obecnie takich rozmiarów, iż coraz większa liczba osób nic odmawia sobiąprzyjemności posiadania utwToru sztuki kosztującego krocie, i rządy, przedstawiciele interesu narodowego, ogólnego, rywalizować już nie mogą z fantazyą bogaczy.
Sztuka dramatyczna, która nieraz posiadała jednocześnie cale zastępy znakomitych i genialnych tłumaczy na scenie, wydaje się nam teraz stosunkowo ubogą. Irving, Sarah Bernhard i nasza Modrzejewska są może na jpiórwszcmi gwiazdami sceuiczncmi. Ale słuszność nic pozwala zapomnieć o dwóch włoskich tragikach, o Rossimi Sal-vinim. Należą oni do znakomitości wszechświata. Repertuar icb jest z natury rzeczy dość szczupły i ogranicza się prawic wyłącznie do Shakcspea-re’a. Prawda, żc wielki ten pisarz natchnąć może me do jednej, ale do mnóstwa genialnych krea-cyj. Ze szczególną ciekawością śledzić należy wystąpienia tych tragików włoskich na ziemi an-g;elskićj. Jeżeli w ojczyźnie Shakespeare’a, gdzie istnieją tradycye przedstawiania najmniejszej jego roli, tak jak we Francyi istnieją tradycye Moliere’a, Salyini staje obok artystów jak niegdyś Macready, jak Kean, jak Booth, albo uako-nicc jak spółczesny Irving, w takim razie nie da się zaprzeczyć, że dosięgnął on wysokiego stopnia doskonałości.
Signor Salyini po raz trzeci znajduje się obecnie w Londynie  nigdy powodzenie jego nie było większtm. Jego ujmująca powierzchność, jego glos o tonie pełnym, jego delikatność w cieniowaniu charakterów, wywołują entuzyazm nawet w tćj sztywnej angielskiej publiczności, która nie lub’ manifestować w zewnętrznych oznakach swego zachwytu. Co ich zadziwua, to źe Sal.ini jest umiarkowany i źc nie posiada tego historycznego pati su, do którego ich Irving przyzwyczaił. W Otellu Salyini jest bez najmniejszej wątpliwości pod względem plastycznym i duchowym naj-
BALADY TOMASZA ZANA.
(Dalszy ciąg.)
W drugiem upomnieniu matki pomieścił Zan ten motyw, który u Burgera na czwartćm jest miejscu, a odpowiedź córki, zgodną z odpowiedzią Lenory, skrócił:
Co po niebieskiej zapłacie? Niech piekła męki ponoszę. Z lubym tylko mam rozkosze:
Z nim raj, choćby w nędznej chacie.
Chciał Bóg... jestem nieszczęśliwa.
O! Bóg o nas zapomina.
Motyw trzeci—o niewierności kochanka—Zan całkiem pominął. Wśród objawów rozpaczy Ne-ryńy, zapada noc. Burger zaznaczył ją trzema zaledwie w ierszami; Zan dość wdzięczny jej obrazek nakreślił:
Już zza gajów’ księżyc oku Pokazał swe blade czoło. Raz kryje w obłok sw’e kolo, Znów się pokaże z obłoku, Od gór rzuca długie cienie.
Słabo się świecić poczyna:
I ciemnych lasów gęstwina,
I wody szybkiej przestrzenie, Gdzie się tylko wzrok potoczy, Wszystkim sen już zawarł oczy. Ciche góry i dolina.
Przebóg! północna g< dżina!
Przyjazd nocnego rycerza na „karym rumaku” opowiada Zan bez tych usiłowań harmonii naśladowczej (trapp, trapp, trapp; kling-ling ling), które u Burgera znajdujemy. Sytuacya u Zana o tyle jest różna od Burgerowskiej, źe Neryna, posłyszawszy „głos i brzęk ostrogów,” otwiera okienko, chcąc wiedzieć „kto mów’i, co brzęka,” prsyczćm trzeba zauważyć, że poeta wcale jeszcze czytelnika nie uprzedził, iż ów jeździec nocny cośkolwiek przemówił. Dopóki teraz, kiedy luba wygląda okienkiem, kochanek do nićj przemawia. Na niewłaściwe w ustach Neryny, oczekującej powrotu, pytanie, gdzie mieszka, nocny jeździec daje u Zana długą odpowiedź, która odrazu zdradza jego naturę:
Ja tam w ciasnym domku żyję; Jak tylko się księżyc wzniesie, A światło ziemi przyniesie,
Gdy północny czas wybije, Rumaki nasze ściskamy,
Rzucając pieczarę ciemną, Na powietrze wylatamy.
Ty moja, pojedziesz ze mną!
Niestety! już wyją sowy Słyszysz głos przedporankowy, I słyszysz, jak rży koń srogi, Jedzmy, jedźmy, bo czas drogi.
Burger o wiele zręczniej postąpił, wkładając w usta upiora odpowiedź niewyraźną, utrzymującą Lenorę w złudzeniu, żc mówi z żywym Wilhelmem. Odpowiedź też Lenory jest daleko właściwszą, niż Neryny. Lenora troszczy się o kochanka, źc marznie na dworze, i dlatego zaprasza go do swego pokoju; Neryna dba tylko o siebie i nic chcąc na burzę się narazić, radzi zaczekać do poranku. Podobnież i dalszy przebieg rozmo-
bardziej wykończoną doskonałością, jaka kiedykolwiek ukazała się na scenie. W Królu Learze powodzenie jego jest mniejsze, a raczćj publiczność angielska, której smak i znajomość teatru w ostatnim lat dziesiątku tak znaczne uczyniły postępy, nie widzi w nim urzeczywistnienia swego ideału.
W każdym razie Salyini zaszczytne zajmie miejsce w dziejach tamecznego teatru.
Toyorczyk.
wy jest naturalniejszy i lepiej wycicniow any u Burgera. Wilhelm nastaje na to, źe czekać nie może, że ma dziś jeszcze sto mil ubiedz, a zdziwiona Lenora, na wzmiankę o stu milach, zwraca uwagę, źc to już jedenasta w nocy wybiła. Neryna zaś żadnego nie okazuje zdziwienia na wiadomość o tak dalekićj drodze i tylko pyta powtórnie, gdzie jest mieszkanie kochanka. U Burgera py tanie to następuje dopiero wtedy, gdy Wilhelm zapewnił, iż dziś jeszcze zdążą ua wesele, i wy-dajc się całkiem na miejscu, gdy tymczasem u Zana jest tylko nieartystycznćm powtórzeniem, jakby z zapomnienia pochodzącem.
Jazda nocna upiora z kochanką, tak pełna dra-matyczności u Burgera, straciła u Zana i na sile i na praw dopodobieństwie. Ponieważ już poprzednio tak przedstawił jeźdźca, iż trudno w nim widzieć istotę żywą, obecne przygotowywanie lubćj do tego, źe spocznic w ziemi, nie może zrobić wrażenia. Zachowanie zaś Neryny jest tego ro dzaju, iż niawiadomo co o niej myśleć, czy że już się zgóry zgodziła na porwanie przez upiora, wiedząc o tem że to upiór, czy też źe popadła w jakieś osłupienie, wszelką działalność umysłu tamujące. Kiedy kochanek mówi: „A nuż ja cię glosom mylę? Nuż dom mój we wnętrzu ziemi?”— Neryna nic na to uie odpowiada, tylko po chwili pyta: „Nie blizko-ż dom?” A gdy kochanek już wprost bez ogródki oznajmia, iż dom jego we wnętrzu ziemi, Neryna znów milczy.
Obraz duchów’, występujących przed jeźdźcom nocnym, szerzej narysowany, niz u Burgera:
Słychać szelest zmarłych cieni:
Rzuciwszy prochów swych składy, W liczne zebrane gromady
Na wiecznej (?) wiszą przestrzeni A z późnym księżyca wschodem Lekkim świateł korohodem (!)
TK bezduszny łańcuch splecione, Wysoką zajmują stronę, Lub siadają wśród gałęzi, Lub lekki ich strumyk więzi, Lub chwalę Bożą śpiewają Albo nad ludźmi czuwają.
Wtcdy-to Neryna spostrzega cmentarz; ale żadnej nie robi uwagi, koń wniósł wj grób rycerza z dziewicą; „wnet z głuchej ziem? zagrzmialo, stuk wydały deski trumny; z kością się kość z trzaskiem starła, wzniósł sic pyl i tuman; mogiła się zawarła.” Mimo tego zamknięcia się mogiły, Zan, który tu oderwał się od wzoru, wraca do niego, chcąc odmalować, jak wyglądał trup upiora; i znowuź, porzucając wzór, popełnia, niewłaściwość. Powiedziawszy, źe trup miał wzrok uapół otwarty, a „ręce na krzyż złożone,” dodaje, iż rzeki do kochanki „na dłoni wsparty:”
Tu, Neryno koniec dróg’, Tu wiecznie spoczynek błogi. Kir-to jest odzież gotowa, ołtarzem—ziemia surow a.
Po tych słowach kochanka-upiora, Neryna „pada jak Świeża krzewina; z nią nikną, szczęściu na-dzieje1' (dla kogo?). Zan, zapomniawszy, że już wywiódł duchy z mogił, znowu im każę porzucać „swój grób głęboki,” ażeby’ „zaw'yć strasznemi chóry,“ iż próżne śmiertelnych szemranie: Bóg mądry, Opatrzność słynie. U Burgera przestroga ta daną jest Lenorze, walczącej jeszcze pomiędzy życiem a śmiercią, ma więc ścisłą łączność z treścią baladową; u Zana ma ona tylko znaczenie sensu moralnego dla czytelnika, jest zatem dodatkiem, poetycznie biorąc, zbytecznym.
II.
Ody nieć twierdzi w „Listach z podróży" (t. I, str. 357), źe druga zkolci balada Tomasza Zana miała napis: Świteź, sam atoli Zan w spisie poe-zyj swoich bezpośrednio po Nerynie stawia Tmar-dmuskiego. Jeżeliby niedoskonałość wykonania mogła być inwaźana za bezwarunkowy dowód wcze-sności pewnego utworu, to Twardówek lego ualcża-
199
loby do najwcześniejszych utworów Zana policzyć.
W baladzie tej główny wątek podaniowy, t. j. zapis duszy diabłu, warunek zabrania Twardowskiego w Rzymie i podstawienie zamiast Rzymu historycznego miejscowości innej, podobnie się nazywającej, został przez poetę utrzymany, ale motywa czynu, okoliczności, wśród których odbywa się cała akcya opowieści i ostateczny los potępieńca są, jak sie zdaje, pomysłem twórcy balady, bardzo obszernej, z 25 ustępów się składającej.
P. Chmielowski.
(Dokończenie nastąpi.)
Kronika tygodniowa.
Raut z francuszczyzną. — Pani Popicl-święeka. — Trochę o artystach i teatrze.—Brylanty elektryczne.—Projekt pani Al. R. założenia szkoły dla b .11. — Rzecz w zasadzie piękna, ale...—Doroczne zebranie członków Towarzystwa zachęty sztuk pięknych. — Szczegóły ze sprawozdania.— P. Jędrzejewicz „o przeszłości fizycznej naszego świata.”— Wieść smutna i niepokojąca.—Czy nie zr huczny alarm?...—
Ś p. Prot Lelewel.
Tydzień temu odbył Się raut na korzyść Towarzystwa Św. Wincentego a Paulo. Na raucie tym, niezmiernie wykwintnym i dystyngowanym tak dalece, że w każdym kąciku sali słychać było tylko więcej lub mniej poprawną francuszczyznę, wystąpiła z dcklamacyą dawna nasza Popielica.... pani świecka.
Pozwalamy tu sobie użyć zdrobniałego, ale wielce sympatycznego nazwiska, bo łączą się z nićm najmilsze wspomnienia o sztuce i scenie. Były to dobre czasy, a przynajmniej lepsze. Ludziom ani na myśl nie przychodziło troszczyć się o los teatru, który miał Modrzejewską, pannę Popiclównę, Derynżankę, Żółkowskiego w pełni sil i zdrowia, a obok nich Symauowskiego i Leszczyńskiego, których dzisiaj zbrakło. Były to czasy naprawdę dobre! Dzisiaj Modrzejewska ugania się za sławą i dolarami na obczyźnie, kiedy niekiedy zaręczając słowami, źe bardzo kocha społeczeństwo własne; panny Popielówua i De-rynźanka przenicwierzyly się scenie na rzecz bożka hymenu; Żółkowski jęczy w bólach i cierpieniach artrytycznych, a Leszczyński z Szymanowskim dali chyba za wygraną nadziejom, że się dla nich otworzą niegościnne drzwi teatru warszawskiego.
A przecież wszystkich tych artystów bardzo mu potrzeba... Z Ładnowskim, Tatarkiewiczem, z paniami Marczello, Ladnowską i Wisnowską, z Królikowskim i Rapackim, którzy za wielu starczą, z Wolskim wreszcie i Praźmowskim byłby to komplet świetny, pićrwszorzędny, spokojny w każdej walce o palmę pierwszeństwa aa tym rodzinnym gruncie, który mu Bóg dal pod stopy. 1 gdyby tak jeszcze wróciła owa gorączka twórczości autorskiej, która lat temu kilka scenie krajowej dostarczała takiej strawy obfitej, a pożywnej, że sic nią i z obccmi dzieliła bez zazdrości, to doprawdy nie potrzebowałaby się trwożyć o jutro, przy lada podmuchu nieprzyjaznych wiatrów.
Kiedy się potrąca o tę kwestyą, mimowoli przychodzą na myśl wszystkie te piękne słowa, jakie koleżeństwo lub przyjaźń, z okazyi jubileuszów artystycznych, wygłaszały o miłości sztuki, o poświęceniu, o wysokich celach kapłaństwa sceny i t. p. Zapewne... Ale pomyślności i rozkwitu nic osiąga się ani piękuemi słowy, ani obojętnością, lub zniechęceniem. O teatrze naszym to powiedzieć można, co o zającu w bajce, którego śród „serdecznych przyjaciół” psy jedzą....
Dziwna rzecz, gdy szwankuje on na repertuarze, na komplecie artystów, na ich zdrowiu, za lada okazyjką zrywającem najswobodniej i bez wyrzutów sumienia widowiska, na tćj spoistości i -energii, która ożywiać winna każdą zbitą i świadomą celów swoich falangę—wjednym tylko kierunku idzie za przykładem świetniejszych, bogatszych, pewniejszych siebie scen obcych:
w zbytku i wystawności. Oto głoszą wieści, że jedna z artystek sprowadziła już sobie brylanty elektryczne i że lada chwila olśni niemi oczy widzów...
W Paryżu; na scenie Opery, w jakimś balecie fantastycznym, taki przepych jest rzeczą pospolitą; u nas to dziwactwo i objaw bardzo ograniczonego pojmowania i odczuwania sztuki i sceny. U nas to dziecinny zbytek, ubliżający jćj ubóstwu moralnemu, z którem nadewszystko moralnie i artystycznie liczyć się trzeba. Nie tędy droga do odbudowania walącego się domu...
Zanim przyjdzie opamiętania chwila, zajmijmy się projektem pani Al. R.. która pragnie założenia -zkoly dla bon. Niezupełnie pojmujemy, co możliwy program takiej 'szkoły przyniesie sprawie najbardziej początkowego wychowania, ale w zasadzie przyznajemy trafność pomysłowi. Bon dobrych i umiejętnych potrzeba, na to zgodzi się ka żdy; bardziej jeszcze potrzeba takich, które, nie sprowadzane z końca świata, z obczyzny, nie kaziłyby owego rodzinnego pierwiastku, niezbędnego w duszyczkach wycbowańców, pierwiastku tego, co winien być gruntem duchowym dla przyszłych ludzi i członków społeczeństwa. Ale pozwalamy sobie wątpić, czy jakakolwiek szkoła dzisiaj w pracy takiej im dopomoże i czy je do nićj usposobi....
O bonach pisano bardzo dużo, a, bądźcobądź, nie mniej, niż o potrzebie zawiązania towarzystwa opieki nad dziećmi. Są-to dwie kwestye bardzo sobie pokrewne. Czy kiedy z dziedziny pięknych pragnień wejdą ua szeroki gościniec rzeczywistości, nie wiemy i nic myślimy odgadywać, ale czy to nastąpi, lub nie, godzi się podać receptę na środek zaradczy. Opieka towarzystwa i bon nie zastąpi opieki rodziców. Sztuce zarówno, jak sprawie wychowania, brylanty, prawdziwe czy elektryczne, atłasy, aksamity, muszki na wybielonych twarzyczkach i t. p., bardzo mało pomagają. Wpływu matki, która o nich tylko ma staranie, zapominając o dzieciach, żadna bona nie zastąpi, ani nawet „kuzynka rezydentka.” Natura zresztą nie stworzyła bony, ale stworzyła matkę. Gdy pierwsza dobrą być nie może, druga nią być powinna. Oto lekarstwo na tymczasem.
Tydzień temu odbyło się doroczne zebranie ogólne Towarzystwa zachęty sztuk pięknych. Ze sprawozdania widać, źe instytucya znajduje się w fazie rozwojowej. Liczy przeszło półtrzecia tysiąca członków, z których (nawiasem powiedziawszy), tylko kilkudziesięciu stawiło się na zebraniu. Rzecz to jednak w naszych stowarzyszeniach zwykła, wiec się nad nią, jako nad objawem nagannej apatyi, zastanawiać nie chcemy.
Zasoby materyalne stowarzyszenia znajdowały się w stanie pomyślnym (tak głosi sprawozdanie za rok zeszły). Dochód przewyższył wydatki o rs. 60U0 blizko. Z sumy tej opłacono zakupy do zbiorów, oraz dziel sztuki do rozlosowania między członków i konkursy, a rs. 1,650 kop. 90 pozostało jako remanent.
Ze sprawozdania dowiadujemy się także o tćm, jak stoi kwestya zakupna domu dla Towarzystwa. Co prawda, nieświctnic. Składki na ten cel napływają niezmiernie woino. Dotąd, wraz z dochodami ze źródeł różnych, czynią one zaledwie rs. 23,224 kop. 70. Wprawdzie komitet To warzystwa, dzięki zobowiązaniom rozmaitych ofiarodawców, może rozporządzać funduszem o 10 tysięcy większym, ale i tak suma, odpowiednio do dwuletnich składek i oliar, jest zbyt mała.
Chwila opuszczenia lokalu, dotychczas zajmowanego przez Towarzystwo, szybko się zbliża; będzie ono musiało już w kwietniu r. b. przenieść swą wystawę i zbiory do tak zwanego „salonu” Ungra, który ząjmic za sumę dzierżawną rs. 3,500 rocznie. Obciąży to jego budżet znakomicie... Innej jednak rady nateraz niema. Rokowania o kupno domu przy placu Saskim spełzły na niczem; innego budynku na widoku niema. Czekać więc trzeba i upatrywać, w nadziei że się coś znajdzie, że tymczasem i fundusz na zakupno domu urośnie. Komisyi, złożonej z sześciu osób, sprawę tc gorąco polecono i postanowiono żeglować po wzburzonych duktach ku pogodniejszej
przyszłości. Może też ofiarność publiczna ją przyśpieszy...
W dalszym ciągu odczytów na osady rolne, p. Jcdrzejewicz wygłosił niezmiernie zajmującą rzecz „o przeszłości fizycznej naszego świata.”
Starać się o przytoczenie treści tej pięknej i pouczającej lekcyi’, byłoby to kusić sic o... niemożliwość. Kronikarzowi wolno wprawdzie przeskakiwać z przedmiotu na przedmiot, z kwestyi na kwestyą, dotykać po łebkach, jak to mówią, rzeczy najważniejszych — ale gdy idzie o naukę, o przedstawienie wątka, mającego swój niezbędny początek i koniec, o korzyści wreszcie, jaką z tego przedstawienia czytelnik odnieść może— lepiej uczyni, gdy zamilknie.
Pan Jędrzejewicz opowiadał o zaczątkach stworzenia, o jego przejściowych faza< h, o tych potężnych, tragicznych kataklizmach, których ono było przedmiotem, a rzecz swą ilustrował odpo-wiedniemi obrazami niknącemi. Tyle nam powiedzieć wolno... Była to więc znowu prclckcya z zakresu przyrodoznawstwa, pełna najżywotniejszego interesu dla sluchaców, wypowiedziana z wielkim darem słowa i tą swobodą, jaką daje gruntowna znajomość przedmiotu.
Sala była pelniuteńka... Słuchano uważnie, połykano wyrazy i uczono się z tą rozkoszą łatwej nauki, która sama wdziera się do umysłu, zniewala i podbija. A gdy prelegent schodził z mównicy, dziękowano mu oklaskiem tak gorącym, że się w nim zarówno dla przedmiotu, jak dla mówcy sympatya odbiła...
Żeby to tak częściej!
Natomiast, oby jaknajrzadziej przychodziły takie wieści, jak owa smutna, a wielce niepokająca o tem, że właściciele ziemscy będą musieli dopłacać podatki za lat blisko dwadzieścia. Rzecz się tak ma.
W roku 1866 sporządzono tablice podatku gruntowego, na zasadzie klasylikacyi ziemi. Stały się one zasadą do wnoszenia opłat należnych skarbowi. Tymczasem skarb obecnie porównał tablice owe z opisami dóbr ziemskich, znajdują-cemi się w Towarzystwie kredytowem, i znalazł w nich różnice znaczne, na szkodę rzekomo własną. Ztąd powstała wiadomość, iż posiadacze ziemscy będą musieli różnice te wyrównać, przez wniesienie opłat dodatkowych za czas od r. 1866 aż do chwili obecnej.
Sprawa ta narobiła już hałasu w prasie, zarówno warszawskiej, jak prowincyonałnćj. Obrzucono wymówkami władze Towarzystwa, że tabel swoich udzieliło skarbowi... nie trzymając się Horacyuszowskiej zasady: impaoidum ferient rui-nae. Krzyknięto na alarm, że lada chwila własność większa ziemska runie w ostatnią przepaść i napędzono takiego strachu właścicielom, że większa ich część w osłupieniu oczekuje gromu z pogodnego jeszcze nieba. Tylko śmielsi wołają o ratunek w tej nagłej a niespodziewanej sprawie, która istotnie mogłaby być wielce groźną, gdyby... klasyfikacya ziemi do podatku była tćm sa-mćm, co oszacowanie własności ziemskiej do pożyczki Towarzystwa.
Otóż w różnicy tych dwóch rzeczy leży zarówno różnica, 'jako zachodzi pomiędzy prawdą, a niepokojącą wieścią. Zdaje nam się też, że władze Towarzystwa nie potrzebowały zdradzać tajemnic, których za tajemnice nigdy nie miały, ani obawiać-się niebezpieczeństwa tam, gdzie go nic było. Jeżeli w obecnej chwili sprawa cala przybrała pozory drażliwości, to niepodobna przypuścić, aby się po gruntownych roztrząsaniach nic okazała prostą i jasną. Alarm jest zbyt hucznym, a skargi i żale nadają kwestyi znaczenie dosyć fałszywe...
Posiadacze ziemscy wtedy tylko staliby się pra-wnieji słusznie odpowiedzialnymi, gdyby ich dekła-racye podatkowe okazały się niezgodnemi z rzeczywistością! sprzecznemi w zasadzie ztem, co im przy ich sporządzaniu za wskazówki służyć powinno. Z majątkiem ziemskim dzieje się prawie to samo, co n. p. z domem w Warszawie. Stary budynek, podpierany zewsząd, ale pełny lokatorów, płaci wyższy podatek, niż nowy, zaopatrzony we wszystkie środki wygody i komfortu; a przecież
Za obrębem cmentarza. liysiinek oryginalny C. Jankowskiego.
(334)
Grosz wdowi. Podług obrazu Geissera.
(335)
202
pierwszego realna wartość jest bezwarunkowo niniejsza, niż drugiego. Przy kwalifikaeyi dóbr do pożyczki bierze się pod rachunek najrozmaitsze okoliczności i szczegóły, które, odnośnie do kwestyi podatku, najmniejszego nie mają znaczenia.
Otóż doniosłość tćj sprawy, o ile nam się zdaje, przesadzono bardzo. Władza przecież nie zawyrokuje w niej bez wszechstronnego jej zbadania, a i Towarzystwo kredytowe nie będzie zapewne malowane wobec kieski (tak to już nazwano), zagrażającej pozornie czy istotnie...
Za Stanisławowskiego kilka dni temu nadeszła smutna wiadomość o śmierci Prota Lelewela, brata historyka Joachima. Umarł w dziedzicznej swej wiosce, Woli Cygowskiej, dożywszy sędziwego wieku, bo w r. 94 życia. Był urzędnikiem, żołnierzem, posłem na sejm, a wreszcie, od roku 1831, ziemianinem i rolnikiem. Obywatel zacny i prawy, mąż o charakterze stałym, do posług publicznych skory, a skromny i ze spełnionego obowiązku nicszukająey chluby, ś. p. Prot zyskał sobie najgłębszy szacunek współziemian i tych, co znajomością jego szczycić się mieli prawo.
Nieboszczyk podobno spisywał skrzętnie pamiętnik własny, doprowadzony do ostatnich nieledwie chwil żj cia. Pozostawił też cenną bibliotekę i zbiór listów brata Joachima.
W długim swoim żywocie spełnił gorliwie i uczciwie wszystko, co mu przeznaczonem zostało. Niechże mu lekką będzie ziemia i trwałem dlań a serdeczućm wspomnienie tych, których kochał i dla których pracował!
St. M. Hz.
Przegląd polityki zagranicznój.
27 marca.
Cesarz Wilhelm w dniu 22 b. m. rozpoczął 88-my rok życia i przyjmował składane sobie z tego powodu życzenia różnych władz i korporacyj. Przyjmując prezydyum parlamentu niemieckiego, sędziwy monarcha w rozmowie ze składającymi życzenia Izby wyraził głębokie swoje niezadowolenie z przebiegu rozpraw nad przedłużeniem ustawy przeciw socyalistom, dodając, iż dziwi się, że w parlamencie mogła się znaleźć opozycya przeciw ustawie, która jest potrzebną dla bezpieczeństwa osoby monarchy i za którą tenże sam monarcha krew przelewał. Ostra ta wymówka dostała się parlamentowi nie za odrzucenie ustawy przeciw socyalistom bynajmniej, ale za to, źe odezwało się kilka głosów powątpiewających o konieczności i pożyteczności ciągłego przedłużania tćj ustawy i utrzymywania stanu wyjątkowego. Parlament nic poszedł bynajmniej za temi głosami i odesłał do komisyi ustawę, która zresztą dopiero dnia 30 września obowiązywać przestaje, gdyby nie została przedłużoną, a do tego czasu rząu miałby jeszcze czas rozwiązać parlament i zwołać nowy, gdyby obecnemu podobało się wygłosić swoje ceto w tej sprawie.
W każdym kraju ściśle konstytucyjnym, jak Anglia, Wiochy, Hiszpania, a nawet Austrya, takie bezpośrednie mieszanie się. naczelniKa państwa w przebieg rozpraw parlamentarnych byłoby aktem antikonstytucyjnym, ale konstytucyona-lizm pruski, jako pozbawiony głównej podstawy rządów konstytucyjnych: odpowiedzialności ciała rządzącego czyli ministeryum przed reprezentacją kraju, nie przeszkadza takiej interwencyi korony. Czy ona jednak pozyska dla ustawy przeciw socyalistom którąkolwiek z frakcyj Izby, o tem powątpiewać należy. Jeżeli parlament zgodzi się na przedłużenie, będzie to następstwem innych zupełnie konstelacyj i pobudek, a nie słów królewskich. Pewna część Izby jest rzeczywiście przekonaną, że prawa wyjątkowe przeciwko so-cyałistom są potrzebne, nowoutworzone stronnictwo „wolnomyślicieli,” jeżeli zcchce pozostać wierneni swojemu programowi, zapewne nawet
słowem monarszem przekonać się o tem nie da, a centrum katolickie tak będzie głosowało, jak mu wskażc tok kwestyi ugodowo-kościelnej, gdyż sprawę przedłużenia lub nieprzedłużenia ustawy anti-socyalistycznej uważa ono za rzecz drugorzędną, okolicznościową, a nie zasadniczą, sądzi wiec, iż takiej sprawie może oddać swe glosy na okup ustępstw w kwestyi zasadniczej, t. j. ugodowej.
W tej ostatniej kwestyi mnożą się oznaki wróżące zbliżanie się decydującej chwili. Według dobrze zwykle poinformowanej Kolnische Yolksztg, Watykan został już zawiadomiony, iż rząd pruski ma wkrótce przedłożyć sejmowi nowy projekt ustawy regulującej sprawy wykładów naukowych w scminaryach duchownych, sądownictwa biskupiego, trybunału dla spraw kościoła katolickiego i tak zwanej AnzeigepjUcht, to jest obowiązku zawiadamiania władzy o powoływaniu duchownych przez biskupów do pełnienia funkcyj kościelnych. Zestawiając ten fakt ze złożonym w sejmie pruskim wnioskiem Windhorsta, wzywającym rząd do podjęcia organicznej rewizyi ustawodawstwa kościelno politycznego, trudno tu nie upatrzćć wskazówki, że dwie strony przeciwne postępują ku sobie, tak iż do zbliżenia nic jest daleko, tćmbardziej że sprawa kardynała Ledó-chowskiego juz w zasadzie podobno została załatwioną, a rząd niemiecki miał już nawet zaproponować Watykanowi kandydatów na koadiutorów arcybiskupich w Kolonii i Poznaniu.
Jeżeli jednak przyjdzie do porozumienia między Kuryą rzymską, a Berlinem, to wzamian rno-żliwem jest większe rozjątrzenie stosunku pomiędzy papieżem, a rządem włoskim. Główny powód do tego dała, wspomniana i streszczona już przez nas na tern miejscu, sprawa kongregacyi Propagandy, której majątek poddany został przez rząd wioski ogólnym prawom, wydanym dla majątków duchownych. Propaganda wskutek tego, pragnąc zabezpieczyć sobie możność i swobodę działania, zakłada lilie w różnych krajach i pragnie przenieść główną wagę swej działalności na zewnątrz Włoch, a jednocześnie rozchodzą się niepozba-wionc pewnej zasady pogłoski o wyjeździć Leona XIII z Rzymu. Organ papieski Osseroatore romanc dotknął tych wieści w sposób ani potwierdzający, ani przeczący, ale raczej przestrzegający. „Wyjazd ojca św. z Rzymu zależy tylko od rządu włoskiego. Gdy papież uzna, iż godność jego jest zanadto narażoną, a wolność skrępowaną, wtedy ziarnie obręcz która go opasuje i będzie szukał bezpieczniejszego i swobodniejszego przytułku.” Wnosząc z tego obszernego artykułu, wyjazd papieża, aczkolwiek nie należy do faktów nienioże-bpych, nie może być jeszcze zaliczonym do szeregu faktów postanowionych. '
We Włoszech nastąpiło przesilenie gabinetowe, wywołane przez sam gabinet Depretisa, który postawił kwesty# zaufania przy wyborze prezesa Izby. Proponowany przez rząd dep. Coppino został wprawdzie wybrany, ale tylko względną większością głosów, gdyż przewagę stanowiły głosy ministrów. To spowodowało podanie się do dymisyi gabinetu, który jednak zapewne w składzie bardzo mało zmienionym ster spraw napowrót obejmie. Ustąpią prawdopodobnie minister oświecenia Bacclli i minister sprawiedli wości Gianuzzi-Savelli, a miejsce ich obejmą zapewne wspomniany powyżej Coppino i Tajani.
W Londynie organizuje się nowy oddział poli-eyi tajnej weelu ścigania anarchistów. Policya ta znosić się będzie bezpośrednio z policyą innych państw europejskich i będzie miała charakter międzynarodowy.
Wiadomość ta jest nową wskazówką doszłego do skutku pomiędzy mocarstwami porozumienia, mającego na celu położenie tamy zbrodniczym zamachom, służącym za narzędzie akcyi politycznej. Do porozumienia tego przystąpiła, jak się okazuje, i Szwajcarya, która obecnie odmawia gościnności ludziom skompromitowanym w zamachach dynamitowych, morderczych i t. p., oraz wszelkim propagatorom anarchicznych przewrotów, które mają być sprowadzone zapomocą tego rodzaju środków.
W sprawie tonkińskiej po wzięciu Bak-Ninhą przez Francuzów rzeczy tak stanęły, iż rząd francuski ma zaprojektować utworzenie komisyi deli-mitacyjnej dla oznaczenia nowej granicy pomiędzy Tonkinem a Chinami, na podstawie odniesionych świeżo przez Francyą korzyści. Zdaje się, iż korząc się przed dokonanym faktem, Chiny przyj mą tę propozycyą. Opcracye wojenne wTon-kinie nie są jednak jeszcze skończone i skończą się dopiero po wzięciu Iłonghoa.
Według ostatnich doniesień z Suakinu, Anglicy rozpoczęli nanowo działania zaczepne. Generał Graham, zebrawszy wszystkie rozporządza! ne wojska angielskie, oraz znaczny oddział uzbrojonych krajowców, wyruszył dalej w kierunku Berbera i ma nadzieję przywrócić komunikacye z tćm miastem i ( hartumem. Inny telegram donosi, że Chartum, gdzie przebywa Gordon-basza, jest prawie zupełnie otoczony przez powstańców, których liczne oddziały zajmują oba brzegi Nilu na południc od Shcndi. Wyprawa gen. Grahama ma na celu ostateczne rozbicie wojsk Osmana Digmy, który przybrał szaty derwisza dla podniecania fanatyzmu swoich żołnierzy. Niektóre doniesienia zapowiadały decydującą bitwę na dzień dzisiejszy.
Deputacya komitetu pomocy dla galicyjskiego banku włościańskiego, która bawiła w Wiedniu, starając sic u rządu o pożyczkę na uregulowanie interesów upadłej instytucyi z możliwie najmniejszą szkodą dla wierzycieli i zadłużonych włościan, jak było przewidywanem, nic nie wskórała i przywiozła z sobą tylko sporą ilość sympatycznych wynurzeń i zapewnień o życzliwości. Komitet pomocy, któremu przewodniczy ks. Adam Sapieha, w skutek tej odmowy postanowił się rozwiązać i oznajmił to na zgromadzeniu odbytem wczoraj we Lwowie, na którćm ks. Sapieha bardzo ostro krytykował postępowanie rządu. Ostateczna decyzya co do rozwiązania komitetu została, na żądanie hr. Artura Potockiego, odroczoną do wieczora i w chwili w której to piszemy niema jeszcze wiadomości, czy wieczorem komitet wytrwał w powziętem postanowieniu, czy tćż je cofnął.
Sprana Kraszewskiego, jak przywykliśmy nazywać proces, w którym głównym oskarżonym jest kapitan pruski Hentsch, a w który nasz znakomity pisarz został ty Iko okolicznościowo wplątanym, ma być sądzoną, według ostatnich wieści, przez trybunał państwa niemieckiego w Lipsku w połowie maja. Do dzienników niemieckich dostają się kiedy niekiedy tendencyjne informacye o tćj sprawie, których pośrednim lub bezpośrednim dostarczycielem jest denuneyant Arnim Adler. Dziennik poznański ponownie przestrzega organa naszćj prasy, aby nie dawały wiary tym ogłoszeniom wyzyskiwacza, mszczącego się na Kraszewskim za to, iż oparł się usilowanemu wymuszeniu znacznej kwoty.
Cd. redakcyi.
Na żądanie tłumacza piosnki białoruskiej, jaką przytoczyliśmy w Rozmaitościach poprzedniego numeru naszego Tygodnika, z wyraźnćm zacytowaniem „Czasu” jako źródła, objaśniamy, żc jest nim p. Ludwik Kozłowski, spółpracownik tego pisma.
Korespondencja od redakcyi.
Panu P. VIII. w Białej cerkwi. Na skutek listu pańskiego chętnie poświadczamy, że mieszkańcy prowincyi Ontario, jako podlegli jurysdykeyi angielskiej, nie potrzebowali w sprawie emanejpacyi niewiast podawać prośby do kongresu waszyngtońskiego (Zob. numer <’>1 Tygodnika, w artykule „Ze świata obcego.”)
Drowi B. Oplata od członka zwyczajnego akademii Mickiewicza w Bolonii wynosiła przed kilku laty .’> liry rocznie; od członka dożywotniego 50 lirów jednorazowo. Czy teraz w cenach uie zaszła jaka zmiani... nie wiemy. Pośrednictwa, jak we wszystkiem co ma na celu dobro ogólne, i tutaj nic odmawiamy.
203
Przegląd piśmienniczy.
Biblioteka matematyczno-fizyczna, wydana pod redakeya M. A. Baranieckiego-. Serya 1 t. 1. Początki arytmetyki, napisał ULichał Berkman.—Serya HI, t. I, Arytmetyka, napisał M.aryan A. Baraniecki — Serya IV, t. IV. Geometrya analityczna, napisał IV. Zajączkowski.
Rok temu zdawaliśmy w tem miejscu sprawę z pierwszych wyszlych wtedy zpod pras drukarskich tomów Biblioteki matematyczno-fizycznej. Od tego czasu redakcja Biblioteki, spełniając swe zobowiązania, ogłosiła trzj- dalsze tomj' swego wydawnictwa, tytuły których przytoczyliśmj’ w nagłówku. Bliższemu rozpatrzeniu tych prac, o ile to w czasopiśmie nicspccyalnćin jest możli-wem, chcielibyśmj’ poświęcić poniższych słów kilka.
Brak w literaturze polskiej odpowiednich dziel naukowych już kilkakrotnie pobudzał inieyaty-wę prywatną ku wydawaniu systematycznych zbiorów prac naukowych, poświeconych pewnej specyalnej gałęzi wiedzy. Początkowaniu niezapomnianej pamięci Girsztowta winniśmy Bibliotekę lekarską, która, rzec można, prawie nanowo stworzyła u nas literaturo medyczną. Posiadamy również, jak wiadomo, Bibliotekę umiejętności prawnych. Biblioteka atoli wydawana obecnie przez prof. Baranieckiego, przy pomocy zasiłku kasy im. Mianowskiego, posiada charakter nieco odmienny od dwóch poprzedzających, a mianowicie przedcwszystkićm pedagogiczny. Tylko ostatnia, czwarta serya dziel stanowiących Bibliotekę, poświęconą będzie pracom obejmującym zakres wykładów uniwersyteckich; trzj’ pierwsze serye stanowią przedcwszystkićm zbiór podręczników szkolnych. Pierwsza ogranicza się na zakresie początkowego, elementarnego wychowania; druga, stanowiąca jakgdyby oddzielną całość, jest poświęcona szkołom miejskim niższym, fachowym i przeważnie przeznaczona dla dzieci, które nie mają otrzymać wykształcenia gimua-zyalnego; nakoniec trzecia ma stać na poziomie nauk wykładanych w gimnazyum.
Obecnie mamy właśnie pod ręką trzy św ieże dzieła, z których każde do oddzielnćj z tych se-rjj należy. Porządkiem więc seryi pozwolimy sobie rozejrzeć się w nich nieco bliżej.
Początki arytmetyki, p. M. Berkmana, nauczyciela szkoły technicznej drogi żel. warsz. wied., mają ua celu pierwsze rozwijanie w dziecku, za-czynającem się dopiero uczyć, pojęć matematycznych. Nadzwyczaj trafnie zaznacza autor w przedmowie, iż ów rzekomy „brak zdolności do matematyki," o którym się tak często słyszeć daje, jest niczćm innem, jak tylko wynikiem złego kierowania ucznia przy początkach nauki: w uczniu nie rozwijano myślenia, lecz obarczono go jedynie nabywaniem mechanicznej wprawy w rachowaniu. Każdemu z nas pamiętny jest sposób, w jaki jeszcze niezbyt dawno uczono arytmetyki: biegłość ucznia w mnożeniu lub dzieleniu możliwie wielkich liczb wiclocyfrowycb była celem, ku któremu zdążała, a nawet i teraz niejednokrotnie zdąża gorliwość nauczycieli początków. Pan Bcrkman poszedł zupełnie odmienną drogą, przedcwszystkićm zwracając uwagę na rozwój myślenia w dziecku. „Początki arytmetyki" ograniczają sie tylko do działań nad liczbami od 1 do 10,000 włącznie, ale uczeń i tu nie odrazu przechodzi do liczb wielkich. Naprzód zaznajamia się, drogą czysto indukcyjną, z własnościami glównemi liczb od 1 do 9. Zapomocą trafnie dobranych zadań, każda prawda arytmetyczna, nawet „dwa razy dwa jest cztery,” staje przed myślą ucznia jako konieczność logiczna, nie zaś jako wynik czysto mechanicznego wykonywania działań. Następnie uczniowie obznajmia-ją sie z cyframi, sposobem ich pisania, i dopiero wtedy poznają działania nad liczbami od 10—20, 20—100, 100—1,000. Graficzne przedstawienie liczb zapomocą punktów i ramek ułatwia nauczycielowi objaśnianie uczniom działań z liczbami większemi. Do szczególniej trafnie przeprowadzonych miejsc dziełka nalcżj’ między inucmi
wyprowadzenie przez samycbże uczniów’ tabliczki Pytagorasa (§ 91, str. 144 i uast.).
Wogóle więc praca p. Berkmana w zupełności może spełnić z pożytkiem swTe założenie, rozwinąć w dzieciach zdolności do matematyki i przysposobić je do późniejszej, systematycznej nauki. Podkreślam}’ to ostatnie zdanie, gdyż materyał faktyczny zawarty w książce jest zamaly, by na nim dziecko poprzestać mogło. Zdolny nauczyciel znajdzie w tćm dziełku cały szerg cennych wskazówek, jak postępować na drodze wdrażania mlodziuchnych umysłów w pojmowanie tyle trudnych, bo oderwanych prawd matematycznych. Z tego powodu książkę p. Berkmana tylko polecić można.
Nakoniec pozwolimy’ sobie zrobić maleńką uwagę: czemu redakeya, zamiast powszechnie utartego terminu wiorsta, wprowadza neologizm językowy wstał Rzeczy takich, szczególniej w książce dla wychowania początkowego, unikaćby należało.
Arytmetyka pióra prof. Baranieckiego, redaktora Biblioteki, stanowi kurs teoretyczny tej nauki, pomieszczony w seryi trzeciej, a więc przeznaczony dla giiunazyów, dla uczniów zatem, którzy już Arytmetykę p. Berkmana przeszli. Obszerny tom ten (zgórą 400 str.) zawiera w sobie wykład systematyczny’ całej arytmetyki elementarnej. Profesor Baraniecki, korzystając z własnego doświadczenia pedagogicznego i z drugiej strony dbając o ile możności o ścisłe i dokładne przedstawienie przedmiotu, starał się w swem dziele osiągnąć i czysto naukowe, i zarazem dostępne dla ucznia opracowanie przedmiotu. Nie możemy się tutaj wdawać w zbyt specyalny rozbiór dzieła; niusimy jednak zwrócić uwagę choć na jedne kwestyą. Prawdziwie udatnie zdecydował sie autor wyłożyć naukę o ułomkach zwyczajnych przed nauką o liczbach dziesiętnych; wprawdzie często bardzo w podręcznikach francuskich i niemieckich działania z liczbami dzie-siętnemi objaśniają sic jednocześnie z calkowite-mi, a ułomki zwyczajne dopiero następnie; atoli inowacyi tćj szczęśliwą nazwać nie można. Bardzo słusznie powiada autor (Przedni. XI): „Właściwe pojęcia o liczbie wogóle charakteru ułamkowego dać mogą tylko ułomki zwyczajne, a badanie własności tych ostatnich i działań na nich wyświetla należycie naturę takiej liczby, czego nie można osiągnąć przy nauczaniu ułomków dziesiętnych, będących tylko szczcgólncmi przypadkami zwyczajnych.”
Prawdziwą ozdobą książki p. Baranieckiego, która może dla niej wzbudzić interes i w szerszych kolach publiczności, jest jej wstęp historyczny. Stosownie do planu Biblioteki matematyczno fizycznej, każdy z tomów seryi III i IV jest poprzedzony krótkim poglądem historycznym na dzieje danej nauki wogóle i na rozwój jej u nas w7 Polsce w’szczególności. Prof. Baraniecki z zamiłowaniem opracował tę tyle ciekawą część swego dzieła. Opierając się, co do dziejów arytmetyki wogóle na pomnikowym dziele Cantora, oraz znakomitych pracach Chasłes’a i Hankela, roztrząsani krytycznie prawie zupełnie nieznane stare prace nasze arytmetyczne najdawniejsze, od XVI w. Pierwszy raz więc doczekał się tutaj oceny ze stronj’ uczonego specyalisty nasz dorobek umysłowy na tem polu z czasów dawno minionych. Autor rozbiera Arytmetyki: pierwszą drukowaną po polsku w’ 1538 r. przez Tomasza Kłosa-, dalej łacińską Jana z Łańcuta z 1513 r. i całj’ szereg innych, późniejszych. Widzimy tutaj, żc w dawnej Polsce, podobnie jak jednocześnie na Zachodzie, przeważało rachowanie mechaniczne na t. zw. abakiij to jest bez cyfr, lecz tylko zapomocą przedstawienia wielkości arytmctycznj’ch w taki sposób, jak sic to dzisiaj na przykład odbywa na szczotach rosyjskich. Jednocześnie jednakże zjawiały się i arytmetyki cyfrowe (wspomniane wyżej bj ly oparte na abaku); tak pierwsza wogóle W’ Polsce drukowana po łacinie Jana de Sacro Busto (roku 1509) była cyfrową. Znakomitym podręcznikiem arytmetycznj m, skreślonym przez słynnego matematyka Jana Brożka, może się pochwalić literatura polska już w r. 1620. Okazuje
się z niego, iż nauka o logarytmach, ogłoszona pierwszy raz przez Napiera w Edynburgu 1014 roku, już w’ sześć lat potćm była znajomą krakowskiemu profesorowi.
W dalszćm rozpatrzeniu Arytmetyk XVIII w. mógł się już prof. Baraniecki oprzeć na sumiennej pracy przedwcześnie zgasłego Trybulskiego, który do Encyklopedyi wychowawczej wygotował roztrząśnienie Arytmetyk polskich z tego czasu, nie sięgając atoli czasów odleglejszych.
Dwa przypiski, dra Żbikowskiego o warunkach podzielności przez liczby pierwsze względem 10-ciu i prof. Frankego o pracy Brożka nad liczbami doskonaleni! i zaprzyjażnionemi, uzupełniają pracę prof. Baranieckiego.
Geometrya analityczna prof. Zajączkowskiego należy już do seryi IV, poświęconej wykształceniu uniwersyteckiemu. Nie tu miejsce naturalnie na rozbiór działa tyle specyalnego. Zaznaczymy’ więc tylko, iż jest ono owocem wieloletniej pracy wykładowćj autora, jako profesora szkoły politechnicznej we Lwowie. Poprzedza ją, zarówno jak Arytmetykę, krótki wstęp historyczny, zawierający pogląd na historya rozwoju geometryi analitycznej wogóle i na prace ludzi, którzy się jej u nas poświęcali w szczególności. Całe dzieło stanowi poważny przyczynek dla naszćj literatury naukowej i wypełnia brak bardzo dotkliwy (1).
Wszystkie trzy tomy Biblioteki, które mamy pod ręką, świadczą o poważnym, prawdziwie naukowym jej charakterze. Przytćm zauważyć należy, iż ceny dziel, stosunkowo do zwykle spotykanych, są nadzwyczaj umiarkowane.
W kwestyi ogólnego planu Biblioteki, pozwolimy sobie wyrazić życzenie, by w dalszych tomach seryi IV, obok dzieł specyalnie matematycznych, była uwzględniona koniecznie i fizyka, przynajmniej w zakresie jej wykładu w szkołach politechnicznych. Wobec zupełnego braku u nas opracowań naukowych z zakresu uniwersyteckiego fizyki, jest to postulat nieodzowny, który, eheićj-my się ^spodziewać, zczasem uwzględniony zostanie.
Henryk Merczyng.
GĘSI I GĄSKI,
KOMEDY A W PIĘCIU AKTACH MICHAŁA BAŁUCKIEGO.
(Dokończenie,)
SCENA VI.
C1Ż i HULATYŃSKI.
CIOTKA.
Więc pro primo ten Hulatyński żeby mi tu nogą nie postał w w waszym domu.
hulatyński (w głębi do siebie).
O! tu o mnie mowa.
ciotka.
A pro secunclo, żądam i wymagam tego koniecznie, aby Joasia poszła za Pantaleona.
(Hulatyński wchodzi z uśmiechem naprzód sceny.) kłopotkiewicz (n. str.).
Hulatyński, masz babo redutę!
ciotka (obraca się zdziwiona i mierzy go dumnym wzrokiem).
Czego pan chcesz tutaj?
HULATYŃSKI.
Chcę pani powiedzieć, źe to ostatnie żądanie pani będzie, zdaje się, niemożebne do spełnienia, z powodu nieobecności głównej osoby, to jest tego pana Pantaleona, który się ulotnił, skamforo-wał.
CIOTKA.
Co to ma znaczyć?
HULATYŃSKI.
Poprostu mówiąc, uciekł, i dotego z doktorową.
(1), Tegoż samego autora wyszła obecnie we Lwowie „Algebra wyższa.1
204
CIOTKA.
To fałsz, wczoraj jeszcze wieczorem widziałam go w ogrodzie. Pautalconie! Pantaieonie! ( ll^bie-</«•)
KLOPO IKIEWICZ.
Może sąsiad zażartował sobie znowu? Czy na-scryo licickl?
HULATYŃSKI.
Całkiem naseryo. Dziś rano wynajmował w mojej wsi konie do stacyi kolei.
KŁOPOTKIEWICZ.
I doktorowa z nim?
HULATYŃSKI.
Mój służący widział ich oboje, jak jechali ku kolei.
KŁOPOTKIEWICZ (oburzony).
No, więc to był formalny romans! barbara (składając ręce).
Sodoma, Gomora!
KLOPOTKIEWICZ.
Taki skandal w moim domu, a to urwisz zpod ciemnej gwiazdy! I ciotka proponowała go nam za zięcia' Slicznicby nas ubrała, niema co mówić.
BARBARA.
Zęby się tylko Joasia nie dowiedziała o tćm. Bićdne dziecko, jak ją tu pocieszyć, jak wytłumaczyć?
HULATYŃSKI (wesoło).
Zdaje się, że nic będzie z tern dużo kłopotu.
BARBARA.
Tak pan myślisz? Kiedy bo ciotka mówiła, że się jej bardzo podobał.
HULATYŃSKI.
Jej być może, ale nie pannie Joasi. (Wskazuje na wehodzctjpych.) A, otóż i oni!
KŁOPOTKIEWTCZ (odwraca się i ujrzawszy Joasie uchodzącą z Marzyckim wesołą, rozpromienioną, wola ucieszony).
Z Marzyckim! Patrz-no, matko!
SCENA Ml.
CIŻ, MARZYCKI Z JOASIA, MARYA. 7	*-7
BARBARA (idąc do Joasi, uradowana).
Joasiu, cóż się to stało?
joasia (rzucając się jej w objęcia).
To się stało, mateczko, że jestem najszczęśliwszą z ludzi. Ojczulku najdroższy!
kłopotkiewicz (tuląc ją do siebie).
No, u tych dziewcząt to dalibóg do ostatniej chwili nie można być pewnym, czego chcą. Ta to ona wczoraj jeszcze gwałtem napierała się do klasztoru.
JOASIA (zażenowana).
Tak, ale dlaczego?
marya (Jo Kłopot kie wieża).
Byliśmy zazdrośni o tego pana. ( Wskazuje na Marzyckiego.)
KŁOPOTKIEWICZ.
O Adama? To czcmużeś mi ty tego nie mówiła?
JOASIA.
Bo ojczulek mnie słuchać nie chcial.
BARBARA.
Widzisz, Joasiu, jakaś ty niedobra. Nic mogłaś mnie tego powiedzieć?
JOASIA.
Chcialam, ale mamusia nigdy czasu nie miała.
KŁOPOTKIEWICZ.
To prawda, że przy tćm gospodarstwie, to człowiek nawet nie miał czasu pomyśleć o wla-snćm dziecku.
marya.
Zato będzie miała teraz kogoś, co się nią ze-chce zajmować.
MARZYCKI (tuląc Joasię do siebie).
Całćm sercem. (Całuje ją w czoło i rękę.)
. HULATYŃSKI (nieśmiało do Maryi).
Panno Maryo! Czy pani ten widok nie wzrusza?
MARYA.
O, i bardzo!
HULATYŃSKI.
My także moglibyśmy...
marya (udając, że nic nie wie).
Co takiego?
IIULITYŃSKL
Czy ojciec pani nic nie mówił?
marya.
Odkąd-że to pan zrobił się tak nieśmiały, że aż musi używać pośredników?
HULATYŃSKI.
Odkąd kocham prawdziwie. (Bierzę ją za rękę.) Panno Maryo!
marzycki (zbliżając się z Joasią).
I my ośmielamy się wstawić. joasia (błagalnie).
Maryniu!
MARYA.
Dajcie pokój, nie potrzebuje on waszej pro-tckcyi. Wiedział dobrze, jaką drogą trafić do mnie. Urobił sobie naprzód ojca, bo wiedział, że ja mojemu kochanemu ojczulkowi nic odmówić nie mogę. (Grozi Ilulatyoskiemu.) Mądra z pana sztuczka: ojca za rękę...
HULATYŃSKI (zbliżając się do niej z żywa. radością).
A córkę za serce, czy tak? (Bierze ją za rękę.) marya.
Tak podobno mówi przysłowie.
HULATYŃSKI (całuje ją w rękę).
O panno Maryo!
kłopotkiewicz (klaszcze w ręce ucieszony).
Brawo, doskonale! W taki sposób będziemy mieli dwa weseliska za jednym zachodem. Bo nie puścimy was ztąd nicpożenionych.
JOASIA (ściskając Marya)).
Maryniu, razem, w jednym dniu, ach, jak to dobrze!
SCENA VIII.
CIŻ i CIEPISZEWSKl.
KŁOPOTKIEWICZ.
Chodź no tu, profesorze, będziemy hurtem błogosławili.
Ciepiszewski (do Hulatyńskiego i Maryi).
Wieceście się już porozumieli? Chwała Bogu! (Całuje ich wzruszony.) Niech wam Bóg błogosławi! (Płacze.)
marya (troskliwie).
Ojcze, co tobie?
CIEPISZEWSKl (drżący cały).
To nic, moje dzieci, to tak z radości. Wielka to pociecha dla mnie, że Marynieczka znalazła sobie takiego przyjaciela, bo, bądźcobądź, przyznać trzeba, że kobieta bez rodziny, to tak jak iiifinitiais bez accusatiru. Teraz już będę mógł umrzćć spokojnie.
hulatyński (biorąc go w objęcia, wesoło).
Nie umierać, ale żyć będziesz z nami, kochany profesorze. Będziemy cię oboje kochali, pieścili, dogadzali ci, będziesz nam imzyl po łacinie nasze dzieci. Ja sam gotówem jeszcze wziąć się dla twojej przyjemności do gramatyki i odmieniać przez wszystkie tryby, czasy i osoby: anto, amaci, awuire.
ciepiszewski (poprawiając go).
Aniitre, długie a, długie. hulatyński.
Niech będzie długie, jaknajdluższe, choćby sto lat. (Ściska go.)
CIEPISZEWSKI.
Poczciwy chłopak, choć kiepski lacinnik z niego. Ale słuchajcie no, cóż ja to słyszę o jakiejś ucieczce, o jakiemś wykradzeniu?
kłopotkiewicz (ciągnie go za rękaw).
Pst, daj pokój, profesorze, panny! nie wypada.
MARYA.
Dlaczego nie wypada? Owszem, niech się dowie każda panna, do czego dochodzi kobieta, która lekceważy obowiązki, a zabawę bierze za cel życia. Taka wiadomość z pewnością żadnej nie zgorszy.
BARBARA.
To tak jak nauka moralna.
8 C E N A IX.
CIŻ i CIOTKA.
CIOTKA (wchodzi żywo).
Nigdzie go niema.
HULATYŃSKI.
A cóż, pani dobrodziejko, czyż nie prawdę powiedziałem?
ciotka (tcybuchając).
To pańska intryga, on pana był solą w oku i dlatego chciałcś się go pozbyć, bo pan jesteś czarny charakter. Ale ja ich dogonię i sprowadzę napowrót. Panic Janie, kaź zaprzęgać. Barbaro! pojedziesz ze mną.
barbara (wystraszona).
Ja?
CIOTKA.
Tak. Podaj mi okrycie, kapelusz, No, rnsz-źc się prędzej, czegóż stoisz jak głupia?
kłopotkiewicz (oburzony).
E! za pozwoleniem ciotki, bardzo proszę nic pomiatać tak moją żoną, bo to nie służąca żadna. Jak się ciotce podoba jechać, to wolna droga, ale Basia nic pojedzie nigdzie.
CIOTKA.
Co? Pan śmiesz w ten sposób przemawiać do ranie?
KŁOPOTKIEWICZ.
Tak, bo mam już po uszy tego wszystkiego. Świętyby nie wytrzymał tego, co tu ciotka z nami wydziwia od kilku dni. Człowiek byl poprosili niewolnikiem w swoim własnym domu. Nie można było chodzić, siedzieć, mówić, nawet kichnąć, żeby się ciotka do tego nic wtrąciła.
CIOTKA.
Barbaro, co ten wygaduje?
BARBARA (idąc za nim).
Jasiu, proszę cię. kłopotkiewicz (chodząc po pokoju).
Ja wiem dobrze, co mówię, i jeżeli dotąd zęby ściskałem i znosiłem to wszystko, to tylko dla Basi robiłem; ale co nadto, to niezdrowo. (N. str. odetchnąwszy.) Tak, aż mi lżej, żeni się wygadał. ciotka (spuszczajcie trochę z tonu).
Więc to tak odpłacacie mi się za moje poświęcenie, za moje dobre serce, za to, żem się fatygowała tyle mil, aby myśleć o waszem szczęściu? KŁOPOTKIEWICZ (ocierając chustką czoło, macha lekceważąco ręką).
E! dziękujemy ciotce za takie szczęście! My sobie tu żyli, jak u Pana Boga za piecem, cicho, spokojnie, ładnie, a ciotka powichrzyłaś wszystko, narobiłaś galimatyasu imało mi dziewczyny na wstyd nie wystawiłaś.
CIOTKA (zrywając się).
A, tego już nadto! Brygido, pakuj rzeczy, je-dziemy!
BARBARA.
Ależ siostruniu droga!
CIOTKA.
Minuty nie zostanę dłużej w domu, gdzie tak traktują ród llzempielińskich. Brygido, zaprze gaj—te—chcialam powiedzieć pakuj rzeczy.
HULATYŃSKI.
Jeżeli się nic mylę, to ja Brygidę pani widziałem jadącą w stronę kolei.
CIOTKA (odwracając się. od niego).
Ja się pana nic py tam o to.
ciepiszewski. (do Hulatyńslciego).
Może ta także z kim ucickla?
CIOTKA (do wchodzącej Brygidy).
Brygido! dobrze żc idziesz, pakuj! ( Widząc ją pomieszana.) Coś ty taka zmieszana?
SCENA X.
CIŻ i BRYGIDA.
BRYGIDA.
Proszę pani, proszę pani, okropność! ciotka.
Co sic stało?
BRYGIDA.
Ten pan Talon z przeproszeniem .. ciotka (żywo).
Widziałaś go może?
BRYGIDA.
Na własne oczy. Jechali ku kolei z tą panią Figurkowską i po drodze, proszę pani, całowali się, że aż wstyd było patrzeć.
CIOTKA.
Bczwstydnica!
205
BRYGIDA.
Jak mnie zobaczyli, tak kazali stanąć i ona dała mi ten list. (1 Yyjmuje z torby.) O!
ciotka (czyta adres).
Do męża.
BRY'GIDA.
A pan Talon, z przeproszeniem, powiedział...
CIOTKA.
No, no, co powiedział? (Patrząc na Hulatyń-skiego.) Teraz się dowiemy, kto tu istotny winowajca. No, co powiedział?
BRYGIDA.
Kiedy, proszę pani, nie śmiem powtórzyć.
CIOTKA.
Mów śmiało, nic nic szkodzi.
BRYGIDA.
Powiedział, proszę pani: pozdrów tam twoje starą panią.
CIOTKA.
A nędznik! (Pada na fotel.)
CIEPISZEWSKI (do Hulatyńskiegó).
No, jakże ją miał nazwać? Ja w tćm nic tak złego nie widzę.
CIOTKA.
Za moje dobre serce tak mi się odpłacił, tak mi się wszyscy odpłacają! Nie, to nad moje siły, ja tego nie przeżyję, ach! (Mdleje.)
BRYGIDA.
Ratujcie, moja pani umiera! (Jtiegnie ku niej.) To te koty, te koty, ja mówiłam, żc będzie nieszczęście!
BARBARA.
Na miłość Boską, wody, octu! Joasiu! (Wybiega :: Joasią na lewo.)
CIEPISZEWSKI (zbliża się do leżącej).
Rozpiąć, rozsznurować, to najpićrwsze. marya (zbliżając s'ę).
Możeby ją przenieść na kanapę. klopotkiewicz (n. str.).
Skaranie Boskie z temi kobietami. (Pierzeja, wpół.) Panie Hulatyński, pomóź-no mi!
Ciotka (zrywając się za jego zbliżeniem).
Proszę zdaleka odemnie. Brygido, chodź! (Wychodzi na prawo.)
ciepiszewski (osłupiały).
Cud, czy co?
BARBARA (z Joasią, wbiegają).
Jest ocet, a gdzie Belcia?
klopotkiewicz (śmiejąc się).
Hulatyński ją tak cudownie uzdrowił, że odrazu jakby ręką odjął.
ciepiszewski (spostrzegłszy przez okno wchodzącego Figurkotoskiego).
Doktór idzie!
HULATYŃSKI (podnosząc list, który ciotka upuściła).
W same porę.
KLOPOTKIEWICZ.
Jakby przeczuł biedaczysko.
SCENA XI.
CIŻ i FIGURKOWSKI.
FIGURKOWSKI (zadowolony, uśmiechnięty).
No, ciesz sic, Natalciu, wszystko dobrze poszło; interes załatwiony. (Upatruje miedzy obecnymi.) A gdzież moja żona? Zapewne ii siebie. (Chce iść na lewo.)
HULATYŃSKI.
Nic, doktorze, jest trochę dalej.
FIGURKOWSKI (wracając sie).
Dalej? Gdzie?
HULATYŃSKI (dając mu list).
Ten list pana objaśni.
FIGURKOWSKI.
List? do mnie? Cóż to być może?
(Rozrywa kopwrtę.)
HULATYŃSKI.
Czytaj pan.
CIEPISZEWSKI.
Biedny człowiek!
HULATYŃSKI.
Ja myślę, źe on dopiero teraz przestanie być biednym.
FIGURKOWSKI (czytając).
Nie rozumiem. (Czyta głośno.) „Mąż, który nie
PRZEGLĄD TEATRALNY.
Trochę o teudcncyi i o romantycznej zasadzie „sztuka dla sztuki.,” —„O własnej sile,” komedya wierszem w 3 aktach 1>. A. Święcickiego. — „Dwie miłości,“ dramat w 5 aktach prozą, p. Józefa Kościelskiego.
Ileż nie napisano od czasów, jak sztuka oryginalna zakwitła na polskiej scenie, o znaczeniu, potrzebie lub obciążającym balaście „teudcncyi,” zachwalając w przeciwieństwie konstytucyjny aksyomat szkoły romantycznej francuskiej, właściwiej zaś nictyle może jeszcze jej proroka W. Hugo, ile jego pierwszego apostola Teofila Gau-tier: „sztuka sama dla siebie.” We Francyi też, gdzie go posunięto do ostatecznych krańców, utrzymał się pomiędzy twórcami do dziś dnia, pomimo upadku romantyzmu, a powstania nowej rzekomo szkoły. Żadnemu autorowi nie chodzi o morał taki lub owaki, jeżeli on sam nie wypływa z rozwiązania sztuki; chodzi mu tylko o zrobienie wrażenia, o to, ażeby się sztuka podobała. Jeden Dumas syn odstąpił od wyrobionego zwyczaju o tyle, że chciał przeprowadzać swoje tezy lilozoficzno-prawno-społeczne, pyszniąc się nawet tćm, że jak z kazalnicy, tak ze sceny może puszczać w świat swe projckta reformy. Wprowadziwszy w ten sposób swoje: Tue-la, pozwolił Ohnetowi przeprowadzić jego Tue-le. I wszyscy są zadowoleni w tym nowożytnym Babilonie, który dziś nic zna już formułek, przestaje nienawi-dzićć Wagnera i poddaje sic każdemu, kto silnie na jego wyobraźnię oddziałać umie. Wszystko mu jedno, czy naturalizm, czy romantyzm, czy klasycyzm występuje przed nim z arsenałem środków swych i zasobów, byle się czul zainteresowany, „empoignó,” jak się zwykle mówi żargonem scenicznym. Dlatego wątpimy silnie, czy dziś zamach stanu dramatyczny taki, jakiego dokonał dzielny hufiec młodzieży, przystrojony różnobarwnie i fantastycznie, w obronie młodego swego mistrza i autora Hernaniego, byłby nie już wykonalny, ale choćby możliwy w teoryi. Zmieniają sic i starzeją pojęcia, dopóki po wielkim upływie lat nie wrócą znowu, w innej tylko formie i pod inną nazwą, a przedewszystkićm pod uroczą na zwą: „nowych.” Kiedy ojcowie nasi płakali na melodramatach, my, surowi znawcy, oburzamy sic dzisiaj na lekki zgoła odcień melodramaty -czny, a gdy przed dwudziestu jeszcze laty widzowie zachwycali sic tajemniczym „kluczem, otwierającym cztery zaniki do czterech żelaznych drzwi, prowadzących do lochów podziemi” — my dziś, a nie już sami krytycy, z ironicznym uśmiechem na ustach dziwimy sic tym dziecinnym pomysłom.
W starożytności istniały prawa estetyczne, zpod których wyłamywać sic nie było wolno; atoli nowe idee i uczucia przestały się niemi rządzić, tak że dziś niema w sztuce praw ogólnie uznanych, ani niema krytyki opartej na niewzru-
może zaspokoić wszystkich zachccń swojej żony,” czegóż ona jeszcze chce? dogadzałem jćj ile możności, słowo honoru (czyta) ...„traci prawo nazywania się jćj mężem i dlatego...” Co? ociekła? Gdzie z kim?
HULATYŃSKI.
Mnie się zdaje, źe te szczegóły powinnyby panu być obojętne. Jabym panu radził dać na mszę świętą, na podziękowanie Panu Bogu.
FIGURKOWSKI.
Pan sobie żartujesz ze mnie, a ja panu powiadam, źe ona nie wytrzyma długo bczemnie i powróci, zobaczysz pan. Ona już raz tak zrobiła, a przecież udało mi się skłonić ją do powrotu.
KLOPOTKIEWICZ (7i. str.)
Kłaniam uniżenie za taką przyjemność.
FIGURKOWSKI.
Dlatego proszę państwa, zachowajcie to w tajemnicy, żeby się to nic rozniosło, boby ją to mogło skompromitować.
(Kurtyna spada).
KONIEC AKTU PIĄTEGO I OSTATNIEGO.
szonych zasadach. Pouczająco w tej mierze mówi znakomity estetyk p. Martha tak mniej więcej: „Czytelnicy i widzowie, w teatrze czy w muzeum, mówią dowolnie, że to im się podoba, lub nie podoba (a jeszcze i o tćm niczawsze dobrze wiedzą); ale każdy sądzi według swej fantazyt, według fantazyi chwili, i nawet nie usiłuje zdać sobie sprawy z tej fantazyi, a to zpowodu niemożności oparcia się o jakąś zasadę. Zwykle ten i ów lęka się wyrazić swe zdanie i ztąd pochodzą te wymijające sądy, krążące wokoło: „To wcale ładne- to niezłe” — sądy nicdowodzące niczego, nieobowiązujące do niczego i pozwalające cofnąć się przyzwoicie, lub schronić za zdanie obce. W tej niepewności i w tym sceptycyzmie dochodzi się do zobojętnienia, rozstrzygającego przypadkowo, czy rzecz jaka piękną jest, lub nie jest.” „Ponieważ niema już praw uznanych za takie, jakto było przedtem—pyta się dalej autor— nie bylożby więc moźliwem, tak jak to uczyniono w kwestyi moralności, żeby każdy sam sobie stworzył prawo (zasadę) i badając oraz obserwując to, co nas czaruje i zadziwia we wszelkich sztukach, odkryć pewną liczbę reguł i warunków koniecznych? Zamiast opierania estetyki na abstrakcyjnej spekulacyi i łączenia jćj z zagmatwaną metafizyką — czego już próbowano niejednokrotnie—czy nie możnaby oprzeć jej na obserwa-cyach osobistych, tylko je generalizując? Wszak każdy ma w sobie zmysł krytyczny, a smak nie jest niczem innćm, tylko rezultatem zdobytym po pewnym czasie, w skutku delikatnego badania wrażeń przyjemnych lub nieprzyjemnych, które dzieła sztuki wywierają na nasze duszę?” Inna rzecz jednak przyznanie wrażenia przyjemnego lub nieprzyjemnego, a inna wytłumaczenie jego przyczyn, podanie motywów, dlaczego to dzieło sztuki nam się podoba, a tamto nie. W takiem motywowaniu potrzeba koniecznie oprzeć się na jakichś prawach czy zasadach, chociażby się miało jaknajmnićj skłonności do pedantycznych definicyj.
Tcndencya zatem, chociaż ma cel utylitarny, a wiec budzący wstręt w każdym romantyku i zrodzonym z niego zwolenniku nowoczesnego naturalizmu, nie została bynajmnićj wykluczoną z dziedziny sztuki, jeżeli tylko nie wysuwa się naprzód, jako szyld obwieszczający ogromnemi literami pierwszorzędne i główne swe znaczenie, z oczywistą pogardą dla koniecznych warunków estetyki i prawdy.
W literaturze polskiej ostatnich czasów, zmuszonej rozwijać się w sposób odrębny, niepodobna ażeby tcndencya nie odegrała roli ważnej. Ta odrębność usprawiedliwia niemało zaciętość przeciwników zasady: sztuka dla sztuki, twierdzących z pewną słusznością, że zawielc jeszcze mamy do rozjaśnienia kwestyj ważnych i palących, ażeby tonąć w objektywnym zachwycie piękna jako piękna. Rozwiclmożuila się też teu-deneya oddawna w powieści naszej i literaturze dramatycznej. Jeż, Zacharyasiewicz, Kraszewski (Korzeniowski tylko w „Tadeuszu bezimiennym”), że tu pominę innych, osnowali często powieści sw'C na jednym motywie, który całym przebiegiem akcyi i różnolitością charakterów zdążał do uwidocznienia siebie jako głównego, jako założenia, którego dowieść postanowili. Tak samo Narzymski w wybornych swych komedyacb: „Epidemii” i „Pozytywnych,” Bliziński w „Rozbitkach,” Bałucki w kilku poważniejszych, a tłum naśladowców biegł za nimi, z wytrwałością nie-zawsze godną zachęty.
Dzieło p. Święcickiego p. t. „O własnej sile,” powstało niezawodnie pod naciskiem przekonania, że wobec nagłego przewrotu naszych stosunków ekonomiczno-społecznych, potrzeba dać bezradnym jakieś skuteczne panaceum, jakąś dźwignię, dającą odrazu nietylko możliwość bytu, ale i otuchę moralną. Cóż nią być mogło, jeżeli nie praca, praca samodzielna, nieoglądająca się na pomoc z nieba, albo jałmużnę ludzką, ale własnej ufająca energii? Bo dotychczas tak bywało, że rodzina szlachecka, pozbawiona nagle dziedzicznej wsi, rozpraszała się w straszliwej biedzie i marniała. Szlachcic umiał przynajmniej gospo-
____ 206 _______
darować, a więc mógł zostać rządcą lub ekonomem; lecz jego żona i córki swćm salonowóm uksztalceniem nie zdołały zdobyć sobie najlichszego nawet kawałka chleba. Usiłowania wreszcie, jakie widzieliśmy, zakładanie magazynów lub warstatów rękodzielniczych, kończyły się zwykle smutnie, gdyż nie były poparte odpowie-dniem przygotowaniem.
Rodzina więc w utworze p. Święcickiego ina-czćj sobie poczęła. Córka Wanda, jakby w przeczuciu dalekiej katastrofy (czy nie zbyt wcześnie przewidzianej?) i wychowana z nią razem Helena, wyuczyły się szewekiego rzemiosła, gotowe na wszelki wypadek. Wypadek nadszedł: ojca zrui-nował jakiś proces. Dwie te dziewczyny namawiają ojca, ażeby rąk nie zakładał, ale jął się wraz z niemi warstatu i zaczął nowe życie „o własnej sile.” Czy na tym warstacie wyszła-by dobrze rodzina, nie wiemy, bo proces w ape-lacyi wygrany wraca im dawne stanowisko, co sprzeciwia się postawionej tak niezmiernie wyraziście tendencyi autora. Naszćm też zdaniem główny błąd komedyi leży w tem poświęceniu na turalności i prawdy, dla zgóry obmyślanego morału i nauki. Nie sprzeczam się już nawet z autorem o to, czy dla ludzi inaczej wykształconych, inaczej żyć przyzwyczajonych, rzemiosło tylko najodpowiedniejszym jest ratunkiem i pociechą, boć przecie do tego rzemiosła potrzeba być przysposobionym nietylko fachowo, ale i moralnie, a przejście tak nagłe od zajęć bądźcobądź intelektualnych do czysto mechanicznych, może być ratunkiem od głodu, lecz jest i pewną bolesną męką. Pomijam jednak ten wzgląd, a zwracam tylko uwagę autora na warunki niezbędne każdego utworu scenicznego. Wszak przedewszystkiem charaktery powinny być prawdopodobne, tu zaś ten obywatel ziemski z taką swobodą i łatwością zostający szewcem i jeszcze gromiący żonę, źe szewcową zostać nie chce z równą rozkoszą, nie wyda się nikomu wzięty z życia, tylko z fanta-zyi. Wiele ten robi, co musi, i rczygnacya w tj m wypadku, w połączeniu z energią obronienia się od nędzy i wstydu żebraniny, byłaby całkiem wystarczającą. Daleko też bardziej ludzką jest ta jego butna i pyszna żona, która się oburza na poniżający według nićj proceder. Nie pragnie ona być bohaterką, jest tylko konsekwentną, zgodną z wychowaniem (mniejsza o to że złem) ja-Jrie odebrała i z dopiero co opuszczonem stanowiskiem. Wanda zbyt po bohatersku stąpa po tej biednej ziemi; marzy prawie o warstacie, wysyła narzeczonego na Wschód czy do Indyj w misyj cywilizacyjnej, zamiast mu wskazać najbliższe obowiązki na ojczystej ziemi.
Z charakterami wytworzonemi abstrakcyjnie idzie narówni fabuła, a za nią też w naturalnem następstwie podąża leniwo akcya. Zacność tendencyi zaszkodziła tu komedyj,jako dziełu sztuki i jako dziełu scenicznemu, które ma nam odwzorować życie i prawdę. A żałować tego trzeba szczerze, bo pojedyncze ustępy, nacechowane poetycznym polotem, świadczą, źe autor, niekrę-powany naloźoncnii sobie dobrowolnie kajdanami, stworzyć zdołałby całość piękną. Modlitwa na przykład Wandy, lub jej dyalog z Henrykiem, jako rzeczy oderwane, podobać sie muszą każdemu, ale w związku z rdzeniem sztuki wydają się dziwnie i nienaturalnie. Wiersz nawet, miejscami bardzo udatny, potoczysty i poetyczny, w całości naginać się musi do jarzma głównego tematu i wyrażać napuszyścic rzeczy obojętne, codzienne; a przecież już stary Bnleati powiedział: „Quand la rime cnfin se trouve au bout des vers, Qu’importe que le reste y soit mis de travers.”
Pan Święcicki, pracujący7 poważnie na niwie literackiej,'wystąpi zapewne niezadługo z nową swą pracą, w której swobodniej rozpuści skrzydła, a wtedy z prawdziwą radością przyklaśnie-my jego dla nas zawsze na ler sympatycznej działalności.
T. Gautier, posuwając do ostatecznych granic zasadę „sztuka dla sztuki,” z urąganiem niemal obwieścił tym tak niecierpianym przez siebie fili
strom, żc mu wcale o moralność nie chodzi. W rzeczywistości jednak więcej pogardzał nie moralnością, lecz tylko „morałem,” o który tak dba przeciętna publiczność, gdyż co do moralności, trafnie powiedział jeden ze znakomitych estetyków: „Niema nic niemoralnego w fikcyi, chyba to, co jest brzydkie, nizkie, fałszywe i niedyskretne, jednem słowem co jest pospolite, co, jak mówili Grecy, obraża Gracye i Muzy.” Przedmiot więc drażliwy, wybrany za temat, przerażać może świętoszków tylko, lub ludzi chwiejnych zasad. Sądząc bowiem z tego punktu, potrze baby wyrzec anatema na całą niemal literaturę francuską i to nietylko najnowszą, skoro i najznakomitszy z jej przedstawicieli, Augier, a niegdyś (w roku 30 tym) W. Hugo, nie wahali się poruszać najdrażliwszych stosunków ludzkich. Niepodobna wreszcie autorom dramatycznym trzymać się idyli i samych dodatnich stron życia. Komedya i dramat, nawet według najbardziej optymistycznej de-finicyi, musi być i skalpelem satyry i zdemaskowaniem duszy ludzkiej we wszystkich jćj zakątkach, musi się zajmować całą skalą namiętności ludzkich, w zetknięciu z instytucyami ludzkiemi i przeszkodami świata, jakkolwiek, według niektórych naszych moralizatorów, żyjerny w najlepszym ze światów, to przecież i u nas istnieją małżeństwa źle dobrane, kobiety niezawsze szczęśliwe, a ich mężowie niezawsze starają się o usłanie im różami drogi życia. Wiarolomstwo, zdrady i cały szereg fatalnych następstw zdarzają się u nas tak samo, a lubo nikomu nie radzimy naśladować przepisów Dumasowskich, ani obićrać jako przeważny temat wiarołomstwa na wzór Francuzów, to przecież gdy który z autorów pokusi się zaczepić o tę stronę stosunków rodzinnych naszych, nie można mu ztąd zaraz czynić wyrzutu, wołając z oburzeniem: „Zostawmy to Francuzom.”
Pan Józef Kościelski, autor historycznych dramatów: „Władysława Białego” i „Arryi,” występuje poraź pićrwszy z dramatem pięcioaktowym p. t. „Dwie miłości,” osnutym na tle tych właśnie stosunków małżeńskich i rodzinnych. Wiarolomstwo podwójne stanowi osnowę i podstawę jego dramatu; jedno splata się fatalistycznic z drugiem, a raczej drugie staje się jakby nieuniknioną Nemezys za pierwsze. Zobaczmy.
W domu Rolicza, bogatego fabrykanta, mieszka brat jego profesor z córką Ewą, z żoną swą młodszą od siebie o lat 30 Lucyną, z dawnym przyjacielem Starskim i synem jego Karolem.
Karol kocha żonę swego dobroczyńcy, a może więcej jeszcze jest kochany przez nią. W pierwszym zaraz akcie, w gorącym dyalogu, on chce ją zwrócić z tćj drogi, na której zaślepieni namiętnością stanęli jak nad brzegiem straszliwej przepaści. Ale Lucyna nie chce. o tćm słyszeć; ona bez miłości, z poświęcenia dla rodziny poszła za Rolicza, a Karola kochała jeszcze przedtem. Rolicz w otwartej szufladzie stolika żony znajduje listy Karola, pisane do nićj. Wścieka się i... rozpacza, bo Karol jest owocem młodzieńczćj jego miłości do Ewy żony Starskiego. Lecz ocali wszystko, gdy Karola ożeni z Ewą córką profesora. Karol opiera się długo, aż zostaje zniewolony pamięcią dobrodziejstw Rolicza; zezwala także i Ewa córka profesora, bo go kocha, pomimo, że wić iż nie jest kochaną, źe Karol kocha Lucynę. Bardzo piękna jest scena między Lucyną a Ewą, gdy ta powraca od ślubu. Ewa wręcz jćj oświadcza, źe Karol pojął ją, pod przymusem, ale że ona wydrzćć go sobie nie pozwoli. Nic udałaby się j^j jednak pogróżka, bo Kar 1, pod szlachetnym i czystym wpływem kochającej żony, zaczyna się opamiętywać, gdyby nie listy, które Lucyna wykrada z biurka męża, listy pisane przez matkę Karola do Rolicza. Z nich dowiaduje się, że mąż jćj jest ojcem Kar.-la.
Tu następuje akt IV, skupiający w sobie efe-kta coraz się potęgujące i trzymające widza w gorączkowćm naprężeniu i niepokoju, jakkolwiek wyznać inusimy, źe kunsztowne to i olśnić-wające crescendo efektów słabą ma podstawę, bo qui pro quo opierające się na owych listach. Lucyna nieustraszoną dotąd Ewę, w obronie czystej
swej miłości dla Karola, łamie groźbą wyjawienia tajemnicy Karolowi. Ewa przysięga, źe się z mężem rozwiedzie; atoli chwilę potem, gdy Lucyna dostrzega klęczącego u nóg Ewy Karola, usiesiona szalem zazdrości, rzuca mu owe listy. Karol dostrzegłszy tylko podpis Ewy, sądzi, źe żona jego była kochanką Rolicza, i rozwścieczony znieważa wchodzącego właśnie fabrykanta. Starski, który wszedł jednocześnie i podjął jeden z listów, dowiaduje się o zdradzie swojej żony. Węzeł tragiczny zagmatwał się w jednej chwili okropnie. Jak go przeciąć? Rolicz chce sobie życie odebrać, ale Starski na to nic pozwala. Rozstrzygnąć ma pojedynek amerykański; Lucyna ciągnie kartki z urny przeznaczenia, wymógłszy przyrzeczenie, żc pozostały przy życiu za karę żyć będzie. Sama zaś nagle rzuca się z balkonu w przepaść. Karol chce iść w jćj ślady, lecz powstrzymuje go Ewa.
Streściliśmy się jaknąjkrócćj, aby tylko rzucić trochę światła czytelnikowi na ten obraz, stosunków rodzinnych, fatalistyczuych, jak gdyby domu Atrydów, a nakreślony śmiało, zuchwale nawet, chociaż szczegóły drastyczne trzymane są w oględnych półtonach. Realny i trzeźwy rozrachunek, szukający przedewszystkiem logiki psychologicznej, znajdzie tu zapewne niejedno, z czćm się pogodzić nie zdoła, przedewszystkiem samo rozwiązanie, niezmiernie, co prawda, trudne, przy tak niclitościwic zawikłanym wątku. Bo jeżeli, choćby według sprawiedliwości starożytnej, namiętność Lucyny sama sobie zgotować musi zgubę, to dlaczego nieszczęśliwy choć główny w przeszłości winowajca Rolicz zostaje przy życiu, a Karol, przez którego stargały się wszystkie węzły rodzinne, pootwierały wszystkie przepaście, ma być szczęśliwy u boku cnotliwej i kochającej go Ewy? Czyż może on być szczęśliwy, ze wspomnieniem śmierci Lucyny, rozpaczy prawdziwego swego ojca i żałosnej hańby tego, którego dotąd za ojca swego uważał? Zaiste, życie jego stokroć straszniejszą karą od śmierci, a życie Ewy, rządzącćj się tak surowo zasadami „ładu moralnego,” niepodobna ażeby kiedykolwiek zdołało się wypogodzić. Ona wystąpiła wprawdzie przeciw Lucynie w imię czystej miłości, wobec namiętnej i nieprawej; ale czy związkiem swym dozgonnym z Karolem zatarła to, co się zatrzćć już nic dało, czy pogodziła harmonijnie jeden choćby z tych srodze rozdartych stosunków rodzinnych? Wyższa zasada porządku moralnego nic nie zyskała na jćj iuterwcncyi, chyba to, o co chodzi zwykłej sprawiedliwości ludzkiej: karę, karę straszliwą, tćm straszliwszą źe bezowocną.
Tćj przeto logiki realnej nie znajdujemy tutaj i kto wić czy nic dlatego, że autorowi, pod wpływem ducha greckiej tragedyi, głównie szło o fatalizm. Nic myślał też, wykazując następstwa miłości nieprawej, iść wzorem reformatora społecznego, Dumasa, bo nic moralizujc nigdy, nie zaczepia istniejących instytucyj, ani nie wykazuje starcia dwóch kontrastów i zwycięztwa jednego nad drugim. Zapewne tylko przedstawił mu się temat ponętny swem zawiklanicm i trudnościami tcchnicznemi i postanowił go przedstawić na swój sposób. A przyznajmy, źe sposób fo świadczący bardzo pochlebnie o talencie scenicznym autora. Budowa, posuwanie akcyi, doprowadzenie jćj do efektów, potęgowanie tych efektów do najwyższego stopnia (a koniec końców najpiękniejsze myśli w dramacie, niedoprowadzo-nc do efektu, giną bez śladu), oto wielkie i istotnie świetne zalety utworu. Autor tćm kunsztownym stopniowaniem, tćm artystycznćm szafowaniem wrażenia trzyma tak dalece widza w naprężeniu i ciągiem oczekiwaniu, żc ten w tćj chwili z niczego nie pragnie nawet zdać sobie sprawy na trzeźwo, ale ulega bezwiednie i przeraża się, gdy w akcie czwartym widzi wszystkie osoby działające, doprowadzone do najsilniejszej tak zwanej „kolizyi” tragicznej. Dodać trzeba, że piękny język uderza, szczególniej w kilku porywających dyalogach.
Wrażenie też publiczności było wielkie i witano huczncmi oklaskami autora, znanego dotąd na
207
warszawskiej scenie tylko z udatnej bluetki: „Prelegent.” Co do nas, nie wątpimy że pisarz, posiadający tak ważne i potężne środki, jak swobodę architektonicznej budowy sztuki, wprawianie w ruch akcyi i podnoszenie jej świetnemi efe ktami, a przytćm patrzący bystro na sprawy domowe, w nowym swym utworze stanie na gruncie bardziej rodzimym.
Staranności wystawy odpowiadała poprawna gra artystów. Całość szła gładko, sceny wiązały się ze sobą rozumnie, idąc stosownem tempem. Panna Marcello (Lucyna) z nadzwyczaj, co prawda, trudnej roli nic wyszła zwycięzko, a zwłaszcza w tych scenach, w których należało glos umitygować, chociażby dla praw tej harmonii, która nie znosi jednego tylko tonu. Przy tylu zasobach i ciągłym postępie tej artystki, trudno też nie dać jej rady, ażeby baczniej przestrzegała estetyezności w postawie i chodzeniu na scenie. Ledy Makbet w słynnej scenie wycierania sobie rąk z krwawych plam nie mogłaby stąpać tragiczniej, niż panna Marcello w owej scenie naprzykład, gdy przychodzi żądać od Ewy rozwodu. Kto zajmuje pierwsze miejsce na warszawskiej scenie, ten musi starać się być doskonalszym we wszystkićm od innych. Panna Wisznowska odegrała z prawdziwem uczuciem i wdziękiem rolę Ewy, zdobywając słusznie zasłużone oklaski. Królikowski (Policz) dowiódł, jak zawsze, znakomitego swego talentu, stając się wzorem dla młodszych artystów w najtrudniejszych zadaniach, w umiarkowaniu wybuchów i prześlicznej dykeyi. Szkoda jednak, że p. Tatarkiewicz (Karol) tę zasadę, umiarkowania zastosował do swej roli zanadto ściśle. Karol jest zasztywny, zarozsądny i zapoważny; gdyby mm był w rzeczywistości, byłby się wprzód dobrze namyślił, zanimby uwiódł Lucynę, a prawdo podobniej nie byłby jej odpowiedział wzajemnością. Rozgrzał się dopiero p. Tatarkiewicz w kulminacyjnej scenie aktu IV. Trochę zapóźno, ale jeszcze dosyć wcześnie, ażeby dowieść, że mógłby, gdyby chcial, być innym. Rolę Starskiego odegrał wybornie p. Rapacki, a profesora niemniej dobrze p. Stromfeld, który istotnie od niejakiego czasu wielkie czyni postępy.
Edward Lubawski.
Zwaliska zamku Kynast,
na Dolnym Szlązku.
Jak pieśń rycerstwa polskiego Boga-Rodzica składa się z części w różnych wiekach dorabianych, tak i przy licznych, na Szląsku pruskim, dziś w ruinach pozostających zamkach Piastowskich nietrudno poznać rękę, która z biegiem cza su cegłę do pierwotnćj budowli dokładała. Rzewne myśli nastręcza widok ruin, bo to obraz zniszczenia, lecz z drugiej strony piękność i ogrom ich słuszny podziw i uwielbienie dla czasów minionych wzbudzają. Do rzędu takich budowl zniszczonych należą ruiny Kynastu, na skale 1847 stóp wysokiej tego samego nazwiska, o milę drogi od kąpiel warmbruńskich odległe. Nad etymologią nazwiska nie będziemy sie rozwodzili, łącząc się ze zdaniem ogólnie utarłem, że nazwa jest polska, miejscowości tej od licznie tu rosnących cboiu nadana. Potwierdzać się to daje nazwą Cbynast, w starych kronikach często spotykać się dającą.
Niełatwo dostępne, a przeto do obrony sposobne, tutejsze skały nie uszły baczności inożno-władców średniowiecznych i dały powód do pobudowania zamku obronnego. Składał się zamek dawnemi czasy z dwóch bastyonów, przegrodzonych wysokiemi, grubemi mitrami, między które-mi rondle, tamy i wysoka wieża się znajdowały. We wnętrzu niebardzo obszćruem mieściły' się bu dynki, a wiec pałac rycerski (Palatium), budynki gospodarskie, kaplica i kuźnia. Na środku podwórza tracono przestępców.
Kilka znajdujących się w skale, na południowo-zachodniej stronic góry zagłębień w formie kociołków ofiarnych, naprowadza na domysł, że miejscowość służyła dawnemi czasy do składania
ofiar pogańskim bożkom. Jedno z wejść na zamek prowadzących jest krzakami zarosłe i do pióro po przebyciu 30 kroków długiego, zupełnie ciemnego wąwozu wychodzi się na światło dzienne. Wczasach wojny i niepokoju chowali tu mieszkańcy okoliczni swój dobytek. Do niedawnych lat chodzili tu mieszkańcy z okolicznej wsi Hcrms-dorftt w niedzielę tak zwaną Laetare, po 7-mym marca przypadającą, z bałwanem zc słomy' zrobionym, którego w tein przejściu palono. Jest to stary zabytek pogański obchodu rozpoczęcia wiosny. W przeddzień ś-go Jana palą na Ky-naście, jakoteż na całych przyległych górach olbrzymich (po czesku Karkonosza hora) ognie ś-to jańskie, tak zwane Sobótki. Do dziś dnia utrzyma! się. zwyczaj przeskakiwnania przez pozapalane ogniska i biegania po polach z miotłami opa trzonemi w palące się świeczki.
Z żalem przychodzi nam zaznaczyć, że z dawnej historyi zaniku prawie żadnych pewnych wiadomości nie mamy, bo pożar spowodowany wskutek uderzenia piorunu w wieżę zamkową dnia 31 sierpnia 1675 roku, zniszczył wszystkie w zamku przechowywane dokumeuta. Pośrednio z innych źródeł tylko wiemy, że stal na skale tutejszej r. 1278 zameczek myśliwski. Ten zameczek przebudował książę na Świdnicy i Jaworze Bolko 1, uwzględniając obronną z natury miejscowość, na gród warowny. Po Bolku I, zmarłym 30 stycznia 1303 roku, nastąpił syn jego Bernard. O nim kroniki stosunkowo niewiele zostawiły wiadomości. Więcćj głośnym w historyi jest Bolko U, choćby tylko z tego, że całe życie skutecznie zakusom czeskim zagarnięcia księztwa ja-worsko-świdnickiego czoło stawiał. Nie mogąc wszakże doczekać się następcy z żony Agnieszki, córki Leopolda VIII austryackiego, przekazał testamentem swe księztwa, w których obrębie się Kyuast znajdował, synowicy Annie, córce brata Henryka r. 1345 zmarłego, rezerwując dożywocie swej żonie Agnieszce. Księżnę Annę pojął za żonę w widokach politycznych cesarz niemiecki Karol IV r. 1348. Nie przeżył wszakże Karol dożywocia Agnieszki (zmarłej 6 lipca 1392), rozstawszy się sain ze światem r. 1379. Dopiero w r. 1393 znajdujemy Wacława czeskiego w spokojnem posiadaniu tyle upragnionych księztw przez ojca. Musial być wszakże wówczas Kynast od księztwa jeworsko świdnickiego wyłączonym, bo istnieje dokument z roku 1393, podpisany przez Scbaffgotscha, pana na Kynaście, Greifensteinie, Greifenbergu etc. Zdaje się, że księżna Anna, będąca w ciągłych zatargach z miastami swrngo księztwa o uznanie jej władzy, a wskutek tego w kłopotach pieniężnych o najęcie wojska zaciężncgo, albo sprzedała, albo dała w zastaw jednemu z Schftgotschów ten zamek z przyleglościami. Obecnym właścicielem jest hr. Ludwik Schaffgotsch, ordynat na Warmbrnn-nie, ożeniony z panną Maubćge. Kynast jest je dnym z zamków szlązkicb, które nie zostały ni gdy zdobyte. Może tćż nie byl narażonym na silno ataki, bo liusyci, którzy r. 1426 wtargnęli do Szlązka, mieli się ograniczyć ua wezwaniu zamku do poddania się, a po otrzymaniu odmownej odpowiedzi, bez ataku odciągnąć. W 30 to-letniej wojnie nieraz bywał na pomniejsze oblężenia wystawianym, lecz odpiera! takowe zawsze zwycięzko.
Fakt zniszczenia zamku jest uw ieczniony przez tablicę, znajdującą się nad zbrojownią urzędu kameralnego hr. Schafigotschów w llermsdorfie.
Wszystkim gościom, używającym kąpiel warm-bruńskieb, zwracamy uwagę na echo, siedmiora-ko się odbijające na górze zaułkowej.
ROZMAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Obchód uroczysty, poświęcony pamięci Jana Kochanowskiego, odbył się we Lwowie, staraniem tamecznego Kola literackiego, dnia 24 marca r. b., to jest w zeszły poniedziałek. Lwów za
tem wyprzedził pod tym względem inne miasta polskie, jak Kraków, Poznań i Warszawę. Oprócz muzyki orkiestralnej, chóralnej, śpiewów solowych i deklamaeyi, wykonanych przez artystów i lubowników, odegrano także „Odprawę posłów greckich” naszego wieszcza, z muzyką do chórów kompozycyi Jareckiego, a wkoucu przedstawiono obraz z żywych osób: Kochanowski przyjmujący w Czarnolesie hetmana Zamojskiego, według układu p. Młodnickiego.
Nadmieniamy przy tej sposobności, że myśl odegrania „Odprawy" w Warszawie nic została bynajmniej zaniechaną, lecz tylko uległa zwłoce, zpowodu napotkanych trudności, po usunięciu których zamiar powzięty urzeczywistniony będzie prawdopodobnie w jesieni roku bieżącego.
— Ścisłość naukowa niemiecka. Pod tym tytułem „Dziennik poznański” podaje wiadomość, że jakiś p. L. Pietscb, mówiąc o obrazie Siemiradzkiego „Spalenie zwłok księcia słowiańskiego za czasów pogaństwa,” nazywa twórcę jego „mistrzem rosyjskim”—a dalej objaśnia, że uledz mają spaleniu zwłoki wschodnio-rosyjskiego moskiewskiego naczelnika (eines moseoviiischen Hauptlings), w pobliżu miasta Bolgary nad rzeką Bugiem. Niech żyje wysławiana sumienność krytyków niemieckich!
— Szyli era po polsku wyszły zeszyty 9 i 10, nakładem księgarni Richtera we Lwowie. Zeszyty te obejmują poezye pomniejsze i z dramatów dalszy ciąg „Śmierci Wallensteina.” Pod względem ozdób zewnętrznych, to jest papieru, rycin i druku, wydawnictwu temu nic zarzucić nie można; zdałyby się tylko niektóre nowe przekłady, bo te, które nam dano, po większej części są przestarzałe i nie odpowiadają już dzisiejszym wymaganiom poetyckim.
— Ziomek nasz, p. Bogdan Hoff, profesor chemii w szkole wyższej realnej w Jarosławiu wGa-licyi—jak donosi Kuryer warszawski—-rozwiązał ważne zadanie uczynienia drzewa niepalnćm, w sposób niezmiernie prosty i tani. Wynalazek ten jest już podobno patentowany w Austryi i kilku innych krajach; obecnie zaś p. Hoff wchodzi w układy z kilkoma przedsiębiorcami angielskimi, pragnącymi nabyć jego pomysł, po dostatecznem już zbadaniu skuteczności wynalazku szanownego profesora. Pośredniczką w tej sprawie była niewymieniona w korespondencyi Kuryera firma polska. Domyślamy się jednak, że mowa tu prawdopodobnie o znanćj i zacnćj firmie „Karol i spółka” w Londynie.
— Egmont, słynny dramat G6the’go, z czasów wojny o niepodległość w Niderlandach, ma być obecnie w Paryżu przerobiony na tekst operowy, pod kierunkiem znanego Alberta Wolffa, wespół z Albertem Millaud.
— Dziennik „Echo de Paris“ drukuje od niedawna w swym felietonie najnowszy romans Alfonsa Daudeta p. t Safo. Przekład tej powieści w Warszawie zapowiada Przegląd tygodniowy.
— Nowa opera włoska w Paryżu z 30-tu pićrw-szyeh przedstawień przyniosła razem czystego dochodu 431,000, a więc przecięciowo po 14,366 franków. Przy wyjątkowych przedsięwzięcia tego kosztach, rezultatu takiego świetnym nazwać nie można. Nowo angażowany na przykład na 15 przedstawień tenor Gayarrć za każdy wieczór sam bierze po 5,000 franków.
— Komunikacyą telefoniczną między Dreznem a Lipskiem urządzić ma dyrekeya pocztowa, jeżeli w obu ty cb miastach znajdzie się dostateczna liczba osób, gotowych poprzeć to przedsięwzięcie.
— Emancypacya niewiast i spólzawodnictwo ich z mężczyznami na polu naukowćm nawet i w Australii toruje sobie drogę. Przed kilku miesiącami uniwersytet w Melbourne przyznał ślicznćj 19-letniej panience, miss Belli Guerin, po złożeniu przez nią z odznaczeniem przepisanych egzaminów, stopień baccalaureatki nauk wyzwolonych. Licznie zgromadzona publiczność i sami egzahiinatorowic, z Radą uniwersytecką na czele, pow!tali młodziuchną laureatkę, poważnym uwieńczoną biretem, grzmiącemi oklaskami.
— Prcfessor Hull, który z polecenia londyńskiego Towarzystwa badaczów Palestyny udał się do
208
Zwaliska zamku Kynast, na Szlązku pruskim. (Zob. art. na str. 207.)	(336)
Ziemi świętej, przywiózł ztamtąd plony niezmiernie ciekawe i zajmujące. Stwierdził on, między innemi, że wczasie wyjścia Izraelitów z Egiptu morze Śródziemne połączone było z Czerwonem, a dalej, że morze Martwe rozciągało się niegdyś w wysokości 150 stóp nad poziom Śródziemnego. Odkrył również na półwyspie Sinai’ ślady całego łańcucha jeziorek i skreślił dokładną mapę geologiczną Palestyny.
— Z okazyi międzynarodowej wystawy elektrycznej w Turynie, która rozpocząć się ma 1 kwietnia r. b., rząd włoski przeznaczył nagrodę 10,000 franków dla wynalazcy najlepszego przyrządu oświetlającego.
— Lina podmorska między Hiszpanią a Kubą składać się będzie z trzech sekcyj. Pierwsza z nich,
o 1,000-u mil długości, sięgać ma od brzegów hiszpańskich aż do wysp Azorskich; druga, mil 1,700, od wysp Azorskich aż do wysp Bermudz-skich; trzecia, mil 750, od wysp Bermudzkicli aż do Hawany. Oprócz tego ułożone będą dwie linie boczne: między wyspami Bermudzkiemi i Nowym Yorkiem, mil 750, i między Hawaną a brzegami Wenezueli, mil 400, dla połączenia z wielkiemi liniami Ameryki środkowćj i południowój.
— Tajemnica wyrobu słynnych tkanin złotych cypryjskich zdaje się być rozwiązaną. Doktorom Millerowi i Harzowi w Monachium udało się, jak głoszą pisma niemieckie, wpaść na ślad techniki owych niezrównanej miękkości i giętkości nici złotych zatraconej sztuki cypryjskiej, które dochowały się dotąd w celniejszych tylko muzeach
europejskich. Podczas gdy tkaniny złote weneckie i genueńskie, zpowodu ciężaru swego i kruchości, mogły być używane tylko do ornatów łub płaszczów na obchody uroczyste, brokatele cypryjskie, tkane z jedwabiu i nici złocistych, odznaczają się lekkością, giętkością i świetnym połyskiem. Wskrzeszenie tego zaginionego przemysłu odnowić może zarazem tradycyą szkoły Ty-cyana i Yeroneza, którzy w obrazach swoich nawet postacie niewieście oblekali w owe szaty malownicze. Odkrywcy otrzymali już patent swobody na wyrabianie, sposobem przez nich obmyślonym, tych nici, które znajdą zapewne zastosowanie i w hafciarstwic, oraz wprodukcyi koronek złocistych.
Wydawcy Gebethner I Wolff.—Redaktor L Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
AoaBOJieHO IleEaypoK. Bapmana, 16 Mapra 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia; przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje^ wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
Jł£ 66.
Prenumerata w Warszaw!*:	__	~	, mo .-f	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart. W (irSZcLWilt 3 KWlCtlllll Loo4 !'• na prowincyi i w cesarstwie: rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	’	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa,”
Tom III.
(837)
Zwaliska zamku Kynast, na Szlązku pruskim.
Zob. artykuł w n. 65 Tygodnika.
210
Trefić uuuiern. Artykuły. Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Scena z nicwydaucgo dotąd dramatu p. t. „Bruno,“ przez Adelę Konieczną.—Nasz stół redakcyjny (dokończenie) —Miłość w kilku typach literackich, odczyt Wahryi Marrene i Morzkowskićj).— Kronika tygodniowa, przez St. M. Rz.—Przegląd polityki zagranicznej.—Składki.— Korespondencya Tygodnika ilustrowanego, z Poznania. — Kroni< zka krakowska.—Balady Tomasza Zana, przez Chmielowskiego dokończenie). — Kronika paryska. — Przekład wiersza 1’ilicai na cześć Jana III, przez L. Unickiego (Notatka bibliograficzna). — Rozmaitości. — Dodatek. Kartki z dziennika, nowela Pawia Ileysc’go (arkusz trzeci).—Ryciny: Zwaliska zamku Kynast, na Szlązku pruskim.—Krajobraz wiejski, kopia obrazu M. Poi iecliy—Na łożu śmierci, kopia obr zu Jacka Malczewskiego. — Nabożeństwo pasyjne, rysunek Kędzierskiego.
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalsi) cuig.)
XIV. Dokument gardlany.
Nic ua tern koniec. Wrażenia duszą do głębi wstrząsające zostawiają po sobie następstwa, trwające dla jednych dłużej, dla drugich krócej, a wyrażające się rozmaicie. Weźmy dla przykładu skład grona państwa Tadeuszostwa. Każdy z członków onego następstwa produkcyj koncertowych odczuł, ale każdy inaczej. Po panu Tadeuszu prześlizgnęły się one, niby krople rosy po polerownym pancerzu rycerza.
— Śpiewała — powiadał o pannie Y. — cóż więc?.. Jabym tak nie potrafił, to pewne.
Przy tern obstawał i podrwiewał sobie z wyrażonej przez resztę towarzystwa opinii, skrajnym wyrazem którćj była panna Emilia.
Panna Emilia zachwycała się mocno, spółza-wodnicząc we względzie tym z narzeczonym swoim i idąc dalej nawet, aniżeli on. Pan Paweł chwalił; jako znawca jednak, uważał się za zobowiązanego dotykać krytyką bądź to czystości głosu, bądź też wykonania ustępów niektórych.
Pani Róża i guwernantka okazywały zachwyt na zimno, zgadzając się zarówno z uwagami kry-tycznemi pana Pawła i z admiracyą bezwzględną panny Emilii.
We wszystkićm tćm atoli, tak w krytyce, jak w admiracyi, odzywała się nuta niezupełnie fałszywa, lecz niedociągniona, niedostrojona należycie. Nie można było ludziom tym odmówić poczucia i znawstwa, jedno i drugie wszakże trzymało sic na poziomie niższym, aniżeli ten, do którego się podnosiły wrażenia dziewczyny chłopskiej, kierującej się uczuciem naturalnem i nieznającej się na rzeczy ani trochę.
— Jakżebym się z nią poznać pragnęła!—rzuciła panna Emilia wciągu rozmowy.
— Nie łatwiejszego —podchwycił pan Paweł.
— O?—zapytała.
— Panna \. do Odessy wracać musi; droga jćj wypada na Baltę; z Humania zaś do Bałty przejeżdża się mimo Howorówki o miłe. Czyżby jej nie można było namówić, a w potrzebie uprosić, ażeby milę tę nałożyła, zwłaszcza gdyby się jej, na przykład, oliarowało z Humania do Bałty pojazd i konie?
Pomysł ten podobał się nie samej tylko pannie Emilii. Podobał się on również pani Róży. Pan Tadeusz jeno skrzywił się nieco i odrzekł:
— Zkądżebym tu dla niej pojazdu i koni wziął!
— Nie troszcz się o to, biorc to ua siebie. Chodzi tylko o uproszenie tej panny.
Rzecz ta nie przedstawiała trudności nie do pokonania. Twórca pomysłu podjął się wykonania onego, zażądał tylko pomocy pani Róży—pomocy polegającej na tćm, ażeby pani, wziąwszy za pozór admiracyą dla talentu panny Y., do nićj się udała i propozycj ą jej uczyniła. Żądanie to
wydało się pani Róży zrazu niekoniecznie wla-ściwem.
— Panna Y.... cóż to za jedna?
— Z ojca śpiewu, rodzi ją matka sztuka— odrzekł pan Paweł.
— Niesiecki nie zapisał w herbarzu ani ojca jej, ani matki—dorzucił pan Tadeusz.
— Mniejsza o to—odparła pani Róża.— Nie przywiązuję do tego wagi wielkićj. Wszelako, jakoś to nie wygląda dobrze: panna sama... w podróży.
— Z ciotką—podchwycił pan Paweł.
— Z ciotką —powtórzył pan Tadeusz z gestem i przyciskiem.
— Przyzwoitości przeto dzieje się zadość.
— Najzupełniej.
— Przesądną nie jestem zgoła—oznajm ia pani Róża.
Stanęło więc na tćm, żc do śpiewaczki pojedzic pani Róża, w towarzystwie pana Pawła, i zaprosi ją na dni parę wypoczynku wiejskiego w Iłowo-rówce.
W godzinę później rzecz ta załatwioną już była.
Panna Y. zawahała się zpoczątku; na uprzejme jednak pani Róży naleganie przyjęła zaprosi-ny i na udokumentowanie niejako układu, wieczorem tegoż dnia złożyła państwu Tadeuszostwu wizytę, w towarzystwie ciotki owej, kobiety niemłodej, żółtej, pomarszczonej, ciemno odzianej, umiejącej tylko milczeć i uśmiechać się. Zabawiła krótko—godzinę niespełna; odchodząc, wyraziła radość, jaką jej sprawia nadzieja pobytu na wsi, używania życia wiejskiego.
Obecność jej w domu zajezdnym wprawiła Marynę w stan pomieszania. Gdy ją z drugiej ujrzała izby, drgnęła, niby zelektryzowana, i wzrok w nią wlepiła. Od pierwszego oka rzutu śpiewaczkę poznała i zdziwiła się.
— Ta sama, a niby nie ta — w duchu sobie szeptała.
Na estradzie wydawała się ona inaczej — powietrznie niby; zdawało się, jakby wiatr nawiewał i odwiewal to różami obwinięte, białe zjawisko śpiewne. Na kanapie zjawisko to przedstawiało się jćj pod postacią pani pospolitej, nicja-śniejącćj ani wdziękami, ani młodością i bynajmniej nie powietrznej. Śpiewaczka siedziała, patrzyła, obracała się, przemawiała, uśmiechała się, jak każda inna. Maryna zaledwie oczom własnym wierzyła. nOnaż-to? ona? ta sama?” Nie wierzyć atoli sposobu nie było; uwierzywszy zaś, trudno się było obronić temu tak naturalnemu przeprowadzaniu paraleli pomiędzy nią, a sobą, poczynającemu się od mimowolnego w siebie sarnę zwrotu, od mimowiedniego postawienia za pytania: „Aja?” Najpierwszc atoli zapytania tego postawienie tak dalece mimowolnym i mimo-wiednem było, że się uie ostało. Dźwiękło mimochodem i przeszło bez śladu, zaznaczywszy sic jeno, jako właściwość natury ludzkiej odnoszenia do siebie rzeczy i zdarzeń.
Państwo Tadeuszostwo trzy dni jeszcze w Humaniu zabawili — byli raz jeszcze na koncercie, dwa razy w teatrze, wreszcie, wybawiwszy się, jakoteż po zgraniu przez pana Tadeusza kilkudziesięciu partyj preferansa, wybrali się do Ho worówki z powrotem.
Podróż z Humania do Howorówki odbyła się tak, jak z Howorówki do Humania. Przygody, z wyjątkiem chyba takich pospolitych, jak pękanie sztab na kolach, jak zakulenie koni podkowy gubiących, jak rwanie się, postronków podgórę i naszelników zgóry, niekoniecznie dobrze o chwa lącym się zaradnością panu Tadeuszu we względzie przezorności świadczących, nie przytrafiały się zresztą żadne. W dniu trzecim podróży pan Tadeusz, wysiadłszy z pojazdu i wszedłszy na ganek, wyciągnął się, odsapnął i wytchnął z głębi piersi wykrzyknik przeciągły:-A-h!
Zrobił to raz dla ulżenia sobie, następnie dla zadokumentowania zadowolenia, jakiego doznawał z powrotu w progi domowe, wkońcu dla zaświadczenia ustania odpowiedzialności, jaką dźwigał na sobie wciągu podróży—odpowiedzialności za wszystko, nietylko bowiem za sztaby,
podkowy, postronki i naszelniki, ale także za wygodę na popasach i noclegach, a nadewszystko za zdrowie żony. Pani Róża setnie się znużoną czuła—niedziw, tak pracowała! Podróż jej wy-pocznienia nie dawała—przeciwnie, znużenie wytworzyło stan niemocy, niesmaku i złego humoru. Zły humor żony na kim się odbija? Pan Tadeusz tedy miał wciągu podróży do zniesienia niemało; gdy się przeto podróż skończyła, z gustem odetchnął.
— „Wszędzie dobrze, w domu najlepiej.”
Święta prawda! — wrazie nawet, gdy żona w złym humorze. Rzecz ta po miastach inaczej się przedstawia. Na wsi jednak przestronniej, aniżeli w mieście: zly humor się rozchodzi, nie koncentrując się na mężowskiej czuprynie łub łysinie. Dlatego to pan Tadeusz nie lękał się onego tak bardzo, zwłaszcza żc zgóry wiedział, iż nie na nim jednym będzie się krupiło i mełlo.
Nie uszło mu jednak na sucho.
Zły humor pani Róży zwrócił się ua niego przy wieczerzy. Zaczęło się to w sposób dobry. Pani Róża poskarżyła się na ból głowy.
— Wypoczynek, spokój, a ból przeminie— zauważył pan Tadeusz.
— Wypoczynek, spokój — odparła pani z akcentem, pochodzącym ztąd, że w tonie słów męża dostrzegła lekceważenie—jakby io dla mnie spokój i wypoczynek możliwym byl.
— Cóż ci, moje życic, przeszkadza?
— Sprowadzasz przecie pannę Y.
— Ja?—zapytał zc zdumieniem.
— Któż? ja może?
— Kto—odparł głosem niezupełnie pewnym— z zaprosinami do niej chodził?
— Opierałam się temu... oponowałam.
— Jam nie mówił ani za, ani przeciw.
— Właśnie też!—podchwyciła. — Czemuś nie podtrzymywał mnie? Zdaje sic, że walenie ciężarów na barki żony nie czyni mężowi zaszczytu. Wygodnie to, to prawda, ale... ja się względem ciebie tego nie dopuszczam. Nieprawdaż? co?... powiedz!
Pan Tadeusz milczał, mimo że miałby do powiedzenia niemało. Z praktyki atoli wiedział, do czego odpowiadania prowadzą. Milczał przeto; udawał zatopionego myślami w zrazach z kaszą, a pani prawiła-
— Co? milczysz? Na zapytania milczeniem odpowiada sic tylko przez wzgardę. Więc dobrze. Więc i ja będę milczała. Nie spodziewaj się, Tadeuszu, ażebym kiedy zapytała ciebie o co. Nie. Skończyło się.. Niecickawam wiedzieć nawet, dla dogodzenia komu nic podtrzymywałeś mnie, kiedym protestowała przeciwko sprowadzeniu pod dach nasz istoty <> mętnej przeszłości, ubranej w ciotkę podejrzaną... Niecickawam wiedzieć o tćm. Będę milczała.
Była to do panny Emili przymówka. Panna Emilia usta przygryzła i zęby zacięła. Pani Róża prawiła dalej:
— Będę milczała; słówko mi z ust nie wyjdzie, pomimo żc mam prawo niejakie, jako matka, bronić córki mojej od zbliżeń się nieczystych. Będę milczała, jak deska grobowa, jak głaz, jak...
1 wciąż zaręczając, że będzie milczała, wciąż sama jedna prawiła, zachętę do rozwijania założenia znajdując w słowach własnych. Kobieta w gruncie dobra i zazwyczaj niewielomówna, zatrzymać-się nie umiała, gdy się raz rozgadała. Zdarzało sic jej to w momentach rozirytowania. W początkach pożycia małżeńskiego, pan Tadeusz próbował w razach takich dyskusyi; na takowej jednak wj chodził jakuajgorzej. Chwycił się przeto milczenia. Pani Róża poznała się na manewrze tym i chciala onemu milczenie przeciwstawić, ale było to nad siły jćj, a to dlatego, że manewr ów gniewał ją i drażnił. Zaklinała się więc, zaprzysięgala na milczenie i im się zaklinała i zaprzysięgala mocniej, tćm więcćj gadała. Bywało tak, żc płaczem wybuchała. Tym razem jednak do ostateczności tćj nie przyszło, a to dzięki znużeniu podróżnemu. Po wieczerzy do łóżka poszła. Zadeklarowała się migrena. Ból głowy długo jej spać nie dawał Zasnęła wreszcie i, |>o wyspaniu się, po wy wczasowaniu, zły humor
211
zniknął—zapomniała, o postanowieniu milczenia, o prctensyach, o scenie wczorajszej; gdy zaś, w dniu następnym, nad wieczorem, zawitała przemycanego pochodzenia śpiewaczka, z ciotką przemycaną, uprzejmość pani Róży nic do życzenia nic pozostawiła.
Goście tego rodzaju, acz zawsze prawie mili, niczawsze jednak bywają dogodni. Mili są z tego względu, źe gościnę opłacają gotówką talentu: malarze szkicami wysokiej niekiedy wartości, muzycy grą, śpiewacy śpiewem; ale każdy z nich prawie posiada zajączka, pod postacią bądź nawy knienia jakiegoś stałego, bądź tćź zmieniających sic cochwila kaprysów.
Panna Y. także posiadała nawyknienia. Szła późno spać, o północy najwcześniej; rano przytem wstawała i musiała wytańczyć sic, wypłakać i dwa jajka surowe wypić. Potem śpiewała— ćwiczyła się, śniadanie jadła i spać szła. Między trzecią a czwartą po południu wstawanie powtórne, tualeta, przechadzka; wieczorem przyjmowanie posiłków, pomiędzy któremi najobfitszym był północny. O północy jadła dużo, popijając winem i kończąc wódką.
Ta wódka szczególnie wywarła w lloworówce wrażenie. Panie zdumiały się; pan Tadeusz, któremu sie oczy do snu kleiły, otworzył je szeroko, gdy panna Y. zażądała takowej. W domu znaj dowal się likier; przyniesiono butelkę i kieliszek; leczona o wódkę prostą poprosiła i piła ją, po odrobinie do ust sącząc.
Gorszyło to pana Tadeusza. Zgorszył się jednak bardzićj jeszcze z powodu następującego. Nazajutrz przed siódmą rano o słuch jego obiły się akordy fortepianu. Muzyka o tej porze niezwykłej zdziwiła go niepomalu. Do dziewiątej, póki się pani Róża nie zbudziła, chodzono we dworze na palcach. Domyślił się, że przekroczenie przeciwko regule pochodziło nic zkądinąd, jeno od panny Y., i udał sic do pokoju bawialnego, w zamiarze spróbowania, czyby się nie dało hałasu tego delikatnym jakim sposobem zażegnać. Wszedł... jak skoro atoli próg przestąpił, pochwycony został w ramiona — w ramiona niewieście—i okręcony raz jeden, drugi, trzeci. Przy fortepianie siedziała ciotka. Okręcającą była panna Y. Pan Tadeusz, przez grzeczność, przez wzgląd na kobietę, przez gościnność wreszcie, oprzeć sic nie umiał napaści tej impertyucncyi. Walcował, obejmując kibić tancerki ręką, w którćj cybuch trzymał. Myślał że to żart i żc żart ów prędko się skończy, a wówczas wraz z tańcami i zagrażająca spokojności snu pani Róży muzyka ustanie. Ale—gdzietam! Panna Y. pociągała pana Tadeusza w kręgi coraz to szybsze i szybsze. Obiegli pędem wirowym salon raz, drugi i trzeci, następnie czwarty, potem jeszcze piąty. Szlachcic zamierzał z grzeczności skwitować i wyrwać sic chciał; tancerka jednak dclika-tnemi ramionami niby w kleszczach go trzymała— ciągnęła, ciągnęła, aż, zmęczona, puściła nagle. Pan Tadeusz się zachwiał; mało brakło, a bylbyr na podłogę runął; zdołał jednak na nogach się utrzymać. Patrzy na tancerkę, a ona—we łzach się rozpływa.
— Co u licha!—i do panny Y. podchodząc, zapytał:—Czego pani j.lacze?
Ona na to nic, jakby zapytania nic słyszała, jakby pana Tadeusza nic widziała.
Przysiadł się wreszcie obok niej i przemawiał.
Nie to wszystko nie pomagalę.
— Nic mnie do pocieszania jćj potrzeba—pomyślał sobie i wstał w zamiarze sprowadzenia albo pani Róży, albo panny Emilii.
We drzwiach ciotka mu drogę zaszła.
— Dwa jaja surowe—szepnęła
— Dna jaja?—rzeki zdziwiony.
— Surowe—powtórzyła.
— Pół kopy przynieść każę, jeżeli pani chcesz.
— Dwa ty Iko.
-— Idc po moje żonę.
— Na co?—zapytała.
Gestem na plączącą wskazał, do zrozumienia przez to dając, źe mu o uspokojenie jej chodzi.
Ciotka również gestem odpowiedziała, źe byłoby to rzeczą zbyteczną.
— Czegóż ona tańczy, płacze?
— To dla agitacyi—odrzekła półgłosem.
— Dla agitacyi? płacze?
— Tak — głową skinęła.—Skłonność ma do utycia; przeciwko skłonności tej broni się, nic bowiem nie wycieńcza tak skutecznie, jak łzy.
Pan Tadeusz brwiami mrugnął, głową skinął, usta ścisnął i wąs pogładził. Prezerwatywa przeciwko utyciu wydała sic mu racyonalną, ale i— osobliwą.
— No, no—mówił sam do siebie.
— Dwa jaja surowe—odezwała się ciotka tonem prośby usilnej.
Do kawy panna Y. nie wyszła. Kiedy państwo Tadeuszostwo przy zastawionym imbryczkami i garnuszeczkami, obwarzankami i sucharkami stole siedzieli, ona ćwiczenia wokalne odbywała. Brząkaniom fortepianu odpowiadało to wyciąganie tonów nizkich, wyższych i najwyższych, to branie gam, przechodzenie z tonu jednego w drugi, powtarzanie po razy kilka trylu jednego i tegoż samego. Brzmialo to czysto, donośnie, ale nieprzyjemnie. Pan Tadeusz rozpowiedział paniom o tem, co go rano spotkało. Było z tego powodu śmiechu niemało—śmiechu, do umniejszenia którego ćwiczenie nie przyczyniało się zgoła. Gdy niekiedy panna Y. wysoko, wysoko wyciągnęła, a pan Tadeusz głosem przeciągłym powiedział „o”—wówczas guwernantka pod stół głowę chowała, panna Emilia usta, pani Róża serwetę gryzła, Julisią głośno chichotała. Wesołość państwa podzielali lokaje, kredencerze, panny służące, pokojówki.
Dzicy ludzie—co? Wszyscy byli dzicy, z wyjątkiem istoty jednćj, w uszach której te czyste a potężne tony brzmialy niejako krzyki zabawne, ale jako melodyi części składowe, która, nie rozumiejąc, rozumiała je jednak, czystość bowiem cnych i postęp odczuwała w piersi własnej, roz-dymanej tćm, co wszystkich innych śmieszyło.
Pod względem jadła panna Y. wymyślną nie była, lubo nie jadała potraw wielu; kiedy gospodarstwo obiad spożywali, ona spała; dzień cały na osobności się trzymała i do towarzystwa przyłączała się przy herbacie dopiero, przy której bulion pila i kurczęta jadła, i już się do północy nie odłączała — rozmowy toczyła, śpiewała, śpiewała i znów rozmowy toczyła, nie o czem, ani o kim innym, tylko o sobie.
O, toż narozpowiadala! Dzieje życia jej, wedle nićj, wielką miały analogią z dziejami bajeczne-mi narodów. Dosłownie z ust jćj przepisane, sformowaćby mogły kiłkotomowy romans, przygód dziwnych a nadzwyczajnych pełen, przygód rozpoczynających się od tego, że przyszła na świat z prawami do jakiegoś tam tronu. Wszystko się znajdowało w porządku i byłaby dziś zwała się siostrzycą Wiktoryi angielskiej i Izabelli hiszpańskiej, gdyby nie niegodziwość ludzka. Niegodziwość ludzka pozbawiła ją w-szystkiego. Z kolebki porwana, wywiezioną została w lasy, gdzie ją ludzie litościwi znaleźli i przygarnęli. Przechodziła koleje bardzo smutne. Królewska dziecina drwa i wodę nosiła, w izbie zamiatała, chusty prała; posiadała jednak skarb w rodzie jćj dziedziczny: głos — i skarb ten z biedy ją wydźwignąl. Obecnie zamiar ma o prawa swoje się upominać.
— Ma pani dowody jakie... dokumenty?—zapytał pan Tadeusz, napół przekonany opowiadaniem, prawdziwością od początku do końca nabrzmiałem.
— Żadnych—odrzekła.—Jakże pan chce, ażeby niemowlę o dokumenta się troszczyło!
— Prawda—głosem jednym odezwały się pani Róża, panna Emilia i guwernantka.
— Może znaki jakie na ciele, albo na pieluszkach?
— Na pieluszkach, zapewne, znaki były; ale ludzie niclitościwi na takowych się nic poznali, byli to bowiem ludzie bardzo prości, Cyganie.
— Cyganie?—podchwyciła pani Róża ze spól-czuciem.
— Na jakićjź podstawie bodziesz pani praw swoich dochodziła?
— Na podstawie głosu. To dowód, to dokument mój. Poddani moi po głosie mnie pozuaja.
— Gdzież oni?
— Nic wiem gdzie. Dlatego to jeżdżę i koncerty daję. Dlategom w Humaniu była. Państwo, słuchając mnie, słuchaliście w tćm przekonaniu, że się przed wami popisuje koncertantka prosta, wałęsająca się po świecie za groszem, nic zaś córka królewska, upominająca się o prawa monarsze. Nie, jam nie Cyganka—dodała z uśmiechem, w którym z wyrazem protestu żenił sic wyraz ironii.
— Któżby panią posądzał o to? — zaprotestował pan Tadeusz.
Opowiadała następnie o dalszych zamiarach swoich: jak to ona będzie jeździła od miasta do miasta i koncerty dawała, aż na dziedzinę ojców swoich trafi i poznaną zostanie.
— Albowiem — tłumaczyła — takich jak mój głosów nikt nie ma na świecie, tylko ja i siostra króla-ojca mego, która żyje jeszcze zapewne.
— Może i król ojciec pani żyje?—ktoś wtrącił. — Może.
— Dziwne losy — odezwała się pani Róża.
— Dziwne—potwierdziła—ale bardzićj jeszcze smutne.
Ostatni ten wyraz znalazł uznanie jednozgodne, westchnieniem podkreślone.
— Dlatego też — prawiła dalej — smutek tańcem zagłuszyć się staram, a na losy moje okrutne płacze codziennie.
To walca i łez umotywowanie, połączone ze Izami, które na rzęsach czarnych śpiewaczki się zakroplily i brylantowym połyskiem zajaśniały, rozrzewniło i słuchaczki i słuchacza. Pan Tadeusz o mało nie beknął. Panic na wyścigi strapioną pocieszały, perswadując, że sprawiedliwość Boża potrafi niegodziwość ukarać i krzywdę wynagrodzić. Nie bez tego, ażeby rozrzewnienia nie czepiały się, w drobnej jakiejś bodaj części, widoki osobiste. Widoki owe zamajaczyły pani Róży—nic dla niej jednak samej—broń Boże!— ale dla dziecka, dla córeczki, dla tćj Julisi, która, zajęta, w zapomnieniu, z oczętami szeroko otworzonemi, a w pannę Y. wlepioncmi, opowiadań jej słuchała. Gdy panna Y. praw swoich dojdzie, wówczas Julisią... Ach! Pani Róża po stulatów nic formułowała żadnych, ale tylko pewną była, że Julisią jćj zupełnie dobrze figurowałaby na królewskim dworze, nietylko w przyszłości, ale — chociażby dziś. Co to za dziecko!
Niewiadomo, jakby Julisią ua dworze królewskim figurowała, ale wiadomo zato co innego. Dziewczynka, przy lekcyach, jakie jej guwernantki dawały, zawsze roztargniona, opowiadania panny Y. słuchała z uwagą taką, że się onego na pamięć nauczyła. Około dziesiątej matka jej łóżeczko przypomniała. Przypomnienie to przyjęła z gestem takim, że pani Róża aui o je-dćnastej, ani o dwunastej nawet powtórzyć go nie śmiała. Julisią wysłuchała wszystkiego; powiadomioną została w obszerności całej o losach, nadziejach i widokach istoty niepospolitej, torującej sobie gardłem drogę do tronu. Nie miała też nic pilniejszego, jak, kiedy istota ta, po wypiciu wódki, dobranoc towarzystwu powiedziała i kiedy Julisi nie pozostawało nie innego, jak do łóżeczka pójść, rozbierającej ją Marynie opowiadanie panny Y. od słowa do słowa powtórzyć.
— Pannuńciu! co pannuńcia powiada! — zawołała dziewczyna padzi wu najwyższego tonem.— Ona pani mówiła to?
— Mówiła.
— Ona, królewna, w cygańskich była rękach?
— Była.
— Bo źc ona królewna, tom ja to zgadła odrazu, inom... inom ją usłyszała.
— Doprawdy? — zapytała dziewczynka z ciekawością.
— Zgadłam, bo kiedy ona tam, w Humaniu, zaśpiewała, to mi się wnet chcialo przed nią klęknąć i do niej ręce wyciągnąć. A panuuńci?. .
— Mnie nie, ale kiedy ona opowiedziała...
— To już to prawda—podchwyciła Maryna— gdzieżby bowiem taka, co tak śpiewa, nieprawdę mówić mogła!
212
— Niby to każda co śpiewa prawdę mówi— zauważyła Julisia, ua poduszce się układając.
Miała jej na to coś Maryna odpowiedzieć, gdy wtem do pokoju wpadła przeznaczona do usługiwania pannic Y. pokojówka, z obliczem zakrwawione™.
— Oj, Boże! cóż ja pucznę?—jęczała, za twarz dłonią się trzymając.
— Co tobie?—zapy tała Maryna z niepokojem.
— Ach! ach! Jak mnie grzmotnęła!
— Kto?
— A taż to, gościa. To szczęście moje, że mnie puściła, a wzięła sic do tamtej, do pani...
— Do ciotki swojej?
— A do kogóż! Nie było, tylko ja i ona. Otóż nic wiem, co robić teraz — dodała, twarz rękawem obcićrając.
— Idź spać.
— Kiedyż tam—odparła, wskazując w kierunku zajmowanego przez panno pokoju gościnnego—jest do czynienia jeszcze.
— Wyręczę ciebie — rzekla Maryna konfiden-cyonalnie.—Ty idź, a o tem co zaszło nie rozpowiadaj nikomu.
Rzekla to i wnet się do pokoju śpiewaczki z pośpiechem udała.
(Dalszy ciąg nastąpi.)
SCENA Z NIEWYDANEGO DOTĄD DRAMATU p. t.
„BRUNO.”
SCENA VIII.
(Noc. Dolina otoczona skalami i lasem. Bruno sam.)
BRUNO.
Wstań ze snu, mroczny mocarzu!
Drżą grobowce na wieków cmentarzu, Zapadłe mówią kamienie!
Wstań z przepaści, napełnij przestrzenie, Głosem gromu potrząśnij mogiły!
Wstań i spojrzyj... od zaklęć mych siły
Jasne gwiazdy wstrzymują sie w ruchu: Ocknij się, duchu!
Dumny władco tych krain licz końca i miary, Królu nocy posępny i stary, Podnieś głowę i skrzydły czaruemi Uderz w grobowce tej ziemi!
Z krainy śmierci, z ciemności, Cień wyprowadź minionej wielkości;
Stwórz mi przeszłość ze mgły czy z płomienia, Duchu zniszczenia!...
(Daje sie slyszić huk podziemny; ze szczelin skalnych dobywają się sinawe płomienie. Jhich zniszczenia wznosi sie z przepaści.)
DUCH.
Ziemia drży i w proch się rozpada, O ludzie, biada wam, biada!
BRUNO.
Zgrozo! szaty widziadła, to luny czerwone, To szmaty ofiar skrwawione...
Zgrozo! zgrozo! (Odwraca się ze wstrętem.) duch (do Brunona).
Jam słyszał gdyś wołał...
Kto ty jesteś, żeś ściągnąć mię zdołał, Mnie, mocarza z potęgi mój tronu? Mnie, ducha nocy i zgonu?
Wszak jam król? wszak jam władca tych krain [bez końca, Gdzie niema słońca.
Tam milczeniem bezdennćm mój słuch się utrudził.
Ty uie wiesz, pocoś mię zbudził!
Mój oddech to zgon i płomienie:
Jam jest—zniszczenie!...
BRUNO (spokojnie).
Ciebie też wzywam!
DUCH.
Nędzny!... Wszakże ja ziemię gruzami okrywam! Patrz! oto płynę!
Za mną łuuy rozlały sic sine, Za mną groby, i groby i groby...
I noc—i całun żałoby!
Każda trumna co w dół sic zapada, Każde ciało co w proch się rozkłada, Każda zimna garść piasku, co zleci Na pierś rodziców od dzieci— Wszystko wznosi mej władzy siedlisko:
Tron mój—zwalisko!...
BRUNO.
Wiem! Więc rozkaz, niech wzniosą się z ziemi Ci, co pod głazy chłodnemi
W cieniu śmierci, w całunów swych bieli Po burzach życia spoczęli!...
Łódź po burzy zna rafy rozbicia; Może od nich nauczę się życia. Jedno w twarz ich spojrzenie podniesie Myśl, co po życia już kresie, Widząc wieczność jak otchłań złowrogą, Cofa się z trwogą!...
Żądza wiedzy unosi mą duszę; Nie zwlekaj! ujrzeć ich muszę! (Chwila milczenia.)
DUCH.
Pocóż?... w proch się rozsypiesz, jak oni, Świat po tobie i łzy nie uroni, Spadniesz z wyżyn, gdzie dumnie się piąłeś, Wrócisz w ziemię i oddasz co wziąłeś.
Nędzny!... jeszcześ się z ziemią nie liczył! Tyś od niej wszystko pożyczył!...
BRUNO Kłamiesz!
DUCH (szyderczo).
Dobrze! znieważaj, gdy pora: Zgon nadejdzie z cichością upiora, Zniszczy pychę, nienawiść i miłość, Rozwiąże pytań zawiłość.
Korna wówczas i walką znużona, Istność twa skona.
BRUNO.
Tak! lecz po mnie zostaną...
DUCH (jak wyżej) Popioły! BRUNO (z oburzeniem). Bronić prawdy przybądźcie, anioły, Zejdźcie dowieść źe Bjgu on kłamie, Że na czole ja bóstwa mam znamię, Dziecku niebios przydane jak wiano!
( H skazuje ducha.) Mówcie jemu, źe po mnie zostaną Myśl i czyn mój spełniony—i siła Co myśl, co czyn ten zrodziła!
DUCH.
Stój, garści prochu zuchwała!
Świat materyi na zmysły twe działa, Myśli z ciebie on krzesze, jak iskry z kamienia, Twa żądza w czyn je zamienia.
BRUNO.
Bądź przeklęty!
DUCH (ze wzgardą). Od wieków nim byłem, Przecież wieki kolejno ubiłem!
Ja tobą gardzę!... Łagodny czy gniewny, Mej groźnej władzy tyś pewny!
BRUNO.
Wiele pychy!—Nie, duchu złowrogi, Serce mężne niezdolne jest trwogi; Musisz dowieść wyższości swej czynem. Tyś czart—jam światła jest synem, I po zadań wiekowych spełnieniu, W gruzach ziemi, po świata zburzeniu, Runiesz, moc twą zakryje pomroka!... Ja wtedy spojrzę z wysoka, Spojrzę wówczas ja, który nie zginę, W nieskończoność mój polot rozwinę, Spoteżnieję w bezbrzeżnej przestrzeni, Skąpię skrzydła w potokach promieni, W kolorowych gwiazd blasku zawisnę, Ja, syn światła, ja życiem zabłysnę!
Więc przez sił nieśmiertelnych i prawdy potęgę, Dziś mi otwórz tajemnic swych księgę. Tak chce, choć przyjdzie mi skonać! •
DUCH (z przeświadczeniem).
Upór wiary Zachwieje i zdołam pokonać! (Znika.)
SCENA IX.
(Bruno zostaje sam. Płomienie bledną i gasną; widać księżyc wychylający się z])oza skal. Cisza. Po
chwili w głębi we mgle ukazuje się tłum białych postaci. Daje sir; słyszeć stłumiony, coraz wyraźniejszy śpiew.)
CHÓR CIENIÓW (zbliża się). Dniu, dniu gniewu Bożego, dniu trwogi, Kiedy krzyża chorągiew zabłyśnie! Dniu straszny! w brzask twój złowrogi Świat się rozpryśnie!
CHÓR n (s oznakami gniewu i wzgardy). Milcz, gromado upiorów złowroga!
Echo (w przepaści) Złowroga! Świat umićra—bez Boga!
Echo. Bez Boga!
W krąg ciemności! ciemności!
Echo. Ciemności!
Otchłań nicości!
Gdzie widziałaś ty Boga i sąd?
Precz że mi ztąd!
Echo. Precz ztąd!
CHÓR I.
Śmierć niech drży! oto ów, co przybywa Skryte zbrodnie roztrząsać człowiecze! Umarłych trąba straszliwa
Z grobu wywlecze!
CHOR H (jak wyżej).
Kto ma wlec?—tu robactwo i pyły, Zgniłe deski, popioły i pleśnie! Trupie kości kto zbiorze, gdy zgniły?
Wieczność jest we śnie!
Słowa modłów pożegnaj i zgub!
Wieczność—to grób!
Echo. To grób!
CHÓR I.
Biada! biada!... gdzie znajdziem obronę?
Królu! królu strasznego oblicza, Niech występków, co krwią twą spłacone, Sąd twój nie zlicza!
chor n.
Milcz, gromado upiorów złowroga!
Echo. Złowroga!
Świat umićra bez Boga!
Echo. Bez Boga!
Wkrąg ciemności! ciemności! ciemności!
Otchłań nicości!
Gdzie widziałaś ty Boga i sąd?
Precz-że mi ztąd!
Echo. Precz ztąd!
(Oddalają się, tłocząc w nieładzie,tw stronę skal, i nikną leśród ciemności. Bruno zostaje sam.)
BRUNO.
W półświetle swem białćm
Przeszli. Chciałem ich wstrzymać... nie śmiałem. Pragnąc prawdy...
(Z goryczą..) Czyi, pragnicm zbyt wiele?... Czemuż w sercu, jak w prawdy kościele, Wszystko bywa tak święte, przeczyste, Tak Boże, takie gwiaździste?...
Czemuż Bóg, przez wszechświata ogromy Przeczuty, wielki, widomy,
W sercu mieszka?...
I to serce, ten olbrzym boleści, W trumnie się zmieści?...
(W uniesieniu.)
Nie! och nie! gromem rzucę otchłaniom wyrazy: Nieśmiertelny jest człowiek!
Roztopią się głazy, Zblcdnie niebo i prysną budowy słoneczne, Lecz zostanie co szczytne, co mądre... bo wieczne!
Adela Konieczna.
NASZ STÓŁ REDAKCYJNY.
(Nowe książki i wydawnictwa zeszytowe.)
(Dokończenie.)
— Ogniem i mleczem, powieść z łat dawnych Henryka Sienkiewicza. 1884. Trzy tomy, trzeci w dwócli częściach. Warszawa. Cena rs. (>.
Powieść ta, drukowana w odcinku „Słowa,” zainteresowała całą inteligentniejszą publiczność nasze. Czytano ją z tą gorączką zajęcia, która jest poniekąd miarą wartości utworu. Jakoż gdy wyszła, zyskała sobie odrazu rozgłos pochlebny,
213
towarzyszący wszystkim niepospolitym zjawiskom na niwie piśmiennictwa i sztuki, a hr. St. Tarnowski, w prclekcyi poświęconej temu dziełu, wyraził śmiałe i entuzyastyczne zdanie, że niem autor dorównał Szekspirowi, a przewyższył Walter Scotta, że „Ogniem i mieczem” w literaturze naszej zajmuje najzaszczytaiejsze miejsce po „Panu Tadeuszu.”
Do krytyki należy ocenie prawdziwość tych opinij krakowskiego profesora; my zapisujemy tylko ukończenie i ukazanie się na widok publiczny tej, bądźcobądź, niepospolitej powieści, która treścią dotyka najkrwawszej i najboleśniejszej epoki dziejów naszych: walk Chmielnickiego z rzecząpospolitą za Władysława IV i Jana Kaź-mirza. Śród całego pasma epizodów, skreślonych piórem zaprawdę mistrzowskiem, przewija się złota nić ukochania, jakie stale i wiernie żywił j. p. Skrzetuski, porucznik chorągwi ks. Jeremiasza Wiśniowieckiego, dla kniaziówny Heleny Kurcewiczówny. Jest ona wątkiem dla całego szeregu zajść i kolizyj niespodziewanych, niepospolitych, ale kończących się szczęśliwie.
Obok j. p. Skrzetuskicgo, występuje tu trójka jego wiernych przyjaciół i towarzyszów, dzielących z nim przygody wszystkie, niby chleb powszedni. Trójka to wielce charakterystyczna, pełna animuszu rycerskiego, a gdzie trzeba, humoru i sprytu, który w krwawych zajściach ówczesnych wart był często więcej daleko, niż męz-two i żołnierska gorączka.
Krytyka orzecze, czy wspaniały ten utwór Sienkiewicza jest naprawdę skończonym obrazem dziejowym, czy tylko szeregiem pięknych, pełnych charakteru epizodów. Oceni ona prawdziwość postaci historycznych, które tu wchodzą,
i koloryt epoki, wziętej za tło do powieści. Nam się zdaje, że jedne z najwyższych jej zalet stanowi język, tak bardzo epoce tej wierny, tak daleki od wszelkiego rodzaju archaizmów, a tak zato z duszy postaci swobodnie płynący, że pod tym względem powieść „Ogniem i mieczem” nie ma sobie równej.
Czytelnik, chwyciwszy do ręki dzieło wysoce utalentowanego pisarza, nie odrywa się od niego prawie ani na chwilę. Treści tu wiele, obrazów pojedynczych, wyrazistych, tragicznych niemal, mnóstwo ogromne, a wszystko toczy się falą coraz szybszą, coraz krwawszą, coraz szersze zagarniającą przestworza. Porywa ona za sobą i czytelnika, unosi go i panem samemu być nie pozwala.
O utworze tym wkrótce damy obszerniejsze sprawozdanie.
— Wacław Szymanowski. Poezye i dramatu. Warszawa, 1884 r., nakład Gebethnera i Wolffa. Tomów 5. Cena rs. 6.
W zbiorowćm tćm wydaniu utworów cenionego pisarza znajdujemy prawie wszystko, co wyszło zpod jego pióra i stanowić może literacki dorobek naszego piśmiennictwa. Dramaty i koraedye, utwory poetyckie oryginalne, jak gawędy, satyry i wiersze ulotne, przekłady wzorowe z poetów spólczesnych, składają się na te pięć tomów, obej mujących nie wszystko wprawdzie, co Szymanowski napisał, ale to, co z prac swoich za najeel niejsze sam uznaje.
W luźnej naszej wzmiance niepodobna wskazywać szczegółowych zalet autora, który pracował tak bardzo różnorodnie; nie daje on społeczeństwu arcydzieł, ale przynosi utwory pod wielu względami wzorowe. Foritia i język są tu wszędzie bardzo piękne, a przekłady Szymanowskiego innym tłumaczom za wzór służyć powinny.
— Na skalach Caltados, powieść Antoniego Sygietyńskiego. Warszawa, 1881 r. Nakład L.is-mana i Swiszczowskiego, tom I. Ccua rs. 1. k. 20.
Rzecz tej powieści odbywa się na północy Francyi, na wybrzeżach kanalii; sceną dla nićj jest osada rybacka, bohaterami ten lud nadmorski, gburowaty, nieokrzesany, ponury, chciwy,
o namiętnościach dzikich i rozhukanych, jak morze i jego fale. Miłość rybaka dla dziewczyny, którą uwodzi, a potem zaślubia, którą następnie gnębi postępowaniem wzgardliwćm i nieludz-kiem—oto wątek powieści. Gdy nieszczęśliwa
- kobieta ulega szatańskim poszeptom paryskiego . adonisa—mąż, wczoraj gbur i tyrau, dzisiaj staje , się mordercą z zazdrości, mścicielem własnego i honoru: wywabia ją na morze wraz z Paryżani-- nem i tam ich topi...
3 W powieści tej góruje pierwiastek realizmu, ) który rzeczy nazywa po imieniu, szatą udanej skromności się nie okrywa, ale też wcale nie uga-i nia się za efektami drażliwemi. Autor nie nadu-r żywa barw jaskrawych nigdzie, a pomimo to jest - jasnym i wyrazistym. Nadaje to powieści cechę  studyum psychologicznego. Zresztą utwór to isto-i tnego talentu, który życzliwie witamy na niwie i naszego powieściopisarstwa.
— Wiara, miłość i nadzieja, obraz ludowy w 4 ch aktach ze śpiewkami i tańcami, oryginał- nie napisany przez Adama Staszczyka. Warsza-: wa, nakład G. Centnerszwera, 1884 r. Cena kop. 30.
Obraz ludowy, o którym mowa, dał powód p. Z. Noskowskiemu do napisania prześlicznej mu-zjki, której wywołanie jest właściwie zasługą najcelniejszą autora... Rzecz bardzo moralna, ale od wierności i niezbędnej charakterystyki obrazu ludowego dosyć daleka.
— St. Sobieski. Zgubiono! powieść z życia społecznego. Raciąż, wydawnictwo księgarni ludowej J. Meyznera, r. 1884. Cena kop. 5.
Biedny rzemieślnik znajduje znaczną sumę pieniędzy; przyciśniony nędzą, po walce z sumieniem, zatrzymuje ją i ucieka do Ameryki. Tymczasem ktoś, co tę sumę zgubił, ucieka tam również, bo lęka się zarzutu, iż stal się złodziejem. W walce o zniesienie niewolnictwa obaj się spotykają. Następuje żal i rehabilitacya rzemieślnika i powrót do kraju.
Treść ta, opowiedziana pokrótce, daje autorowi sposobność do wysnuwania wielu wniosków moralnych, a nawet do potrącenia o kwe-styą żydowską, ze stanowiska wielce humanitarnego. Pomysł wogóle szczęśliwy, ale przedstawienie dosyć blade i język nie bez usterek.
— Szkice Klina. Część druga, zeszyt piąty. Warszawa, 1884 r. Cena kop. 35.
Zeszyt niniejszy obejmuje cztćry utwory, zatytułowane: „Żołądek i mózg,'1'1 „Z trylogii życia,71 „Z rojeń waryatan i „Na sądzie.71 Wszystko to razem jest wielce fantastycznem omawianiem pewnych prawd życiowych, często niepospolitego nawet znaczenia, ale tak mglistem, tak powikła-nein, że czytelnik formalnie kopać się musi w potoku wyrazów, aby z nich myśli autora się do-grzcbac. Tętni tu żywo nuta postępu, miłość dlań głęboka, ale owiana chłodem równie głębokiego sceptycyzmu.
— Czesław. Poezye. III. Warszawa, 1884 r. Nakład Lesmana i Swiszczowskiego. Cena rs. 1.
Sympatyczny, ale chłodny i refleksyjny poeta dał w tej trzeciej części zbioru swoich utworów sporą wiązankę rzeczy bardzo ładnych i pod względem treści niepowszednich. Pomieszczono tu Sonety, trzy większe poematy pod tytułami: Psyche, Za dni Cezarów i Miedzy nami, a dalej Arabeski, wiórsze Pod wrażeniem chwili pisane i Mozajke. Zbiorek ten kończą przekłady, przeważnie z autorów czeskich.
W liryzmie Czesława panującym tonem jest cichy, głęboki, ale i smutny ton zadumy. Lubi on- rzucać kwestye życiowe i wybucha? ironią satyryka, w czćm zresztą jest nieodrodnym synem swego wieku. Formę ma wszędzie staranną i piękną, jęzjk czysty, dykcyą szlachetną i pełną prostoty. Nie podaje nowj ch myśli, nie szarpie uczuć, nie gryzie serca, ale spokojnie i bez sztucznych uniesień ukazuje ideały szlachetne i podniosłe. Nie jest to talent wrzący, ale, bądźcobądź, niepowszedni i godnie piastujący lutnie poetycką.
— Jan Andrzj Morsztyn. Poezye oryginalne i tłumaczone. Pierwsze wydanie zbiorowe. Warszawa 1884 r., nakład S. Lewentala. Cena rs. 1 kop. 50.
Wydanie to witamy z wielką i serdeczną uciechą. Da ono poznać ogółowi poetę, aż dotąd niezmiernie mało znanego najinteligentniejszej nawet publiczności, wbrew jego wartości i zasłudze.
Na czele obszernego tomu (w 8-ce) wydawca
pomieścił dość obszerną i gruntownie napisaną rozprawę o Morsztynie, pióra P. Chmielowskiego (stronic 23). Dalej idą utwory poety w porządku następującym: Poezye liryczne, a mianowicie: Kanikuła, dwie księgi Lutnićj, Wiersze okolicznościowe, Pieśni religijne, Heroglifiki i emblematu miłosne, Fragmentu, a wreszcie w dodatku Poezye sj>ół-czesnych. Na samym końcu pomieszczono Słowniczek archaizmów, ułatwiający zrozumienie autora.
Wydanie Poatyj, o ile wnosić można z pobieżnego przejrzenia, wydaje się być dokonanem bardzo starannie i umiejętnie, z poszanowaniem cech charakterystyczny ch, właściwości języka i formy. Jest ono wybornym nabytkiem dla bibliotek domowych, które tćż zbogaci niezawodnie, gdy im, w dziale literatury ojczystej, przynosi zbiór pełny a obfity nieznanego prawie dotąd szerzej poety.
— Wrażenia ciechocińskie, opisał Henryk Goldstein. Warszawa, 1883, nakładem autora. Cena kop. 50.
P. Goldstein, po widocznie dłuższym pobycie w Ciechocinku, opisuje go pod względem zba-wienności jego leczniczej, mówi o samem miejscu, okolicy, ludności, gwarze ludowej, obyczajach miejscowych, a wreszcie o rozkoszach i nudach życia osób, skazanych na ciechocińską kuracyą. Wszystko to ani nowe, ani ciekawe, ani wreszcie napisane tak, iżby niewybrednego nawet czytelnika zająć mogło.
MIŁOŚĆ
w kilku typach literackich.
Odczyt
Waleryi Marrene (Morzkowskiej),
lniany dnia 5 marca r. b., na korzyść Towarzystwa osad rolnych. (*)
Wszystko na świecie rozwija się i przekształca. Stempel cywilizacyi piętnuje każdy objaw myśli, każde nawet najbardziej indywidualne uczucie, urabia je stosownie do panujących prądów i harmonizuje z ogólnemi dążeniami.
Od wpływu tych dążeń nikt usunąć się nie zdoła, gdyż są one koniecznym wynikiem warunków, w których w danym momencie znajduje się społeczeństwo. Monografia więc każdego uczucia mogłaby stać się zwierciadłem, w którćm zarysowałyby się wyraźnie wszystkie fazy rozwoju ludzkości. Im zaś uczucie jest bardziej wszechstronne, tem wierniój, tem dobitniej odzwierciedlą się w niem te fazy.
Takićm wszccbstronnem uczuciem jest miłość, miłość w zwyklem tego słowa znaczeniu. Spotykamy- miłość zarówno na najniższym, jak na najwyższym szczeblu cywilizacyi, widzimy ją w zaraniu dziejów greckich, w zakutych w stal wiekach średnich, w filozofującem osiemnastem stuleciu i w naszych czasach, pełnych zwątpienia.
W literaturze i sztuce miłość stanowi najpotężniejszy czynnik; geniusze rozmaitych wieków .oblekali ją w kształty różnorodne, właściwe swej epoce, właściwe cywilizacyi, jakiej były wyrazem. Inaczej kochał Grek pierwotny, inaczej średniowieczny trubadur, inaczej jeszcze doktry-ner XVIII stulecia, a inaczej wreszcie trzeźwy i wyrobiony syn obecnej epoki.
W starożytnych mitach Helady, kiedy bujna wyobraźnia zdołała najbardziej abstrakcyjne pojęcia oblec szatą przedziwnej plastyki, miłość występuje w calćj grozie niezćm nieokiełznanej namiętności. Złotowłosy, zlotoskrzydły, złotolu-ki Eros przedstawiony jest w Ilczyodowej teogonii jako bożek, któremu przypadło w udziele uporządkować chaos, zaprowadzić lad i prawa
f) W r. 1S78 Tygodnik nasz drukował odczyt tejże autorki, p. t. „Zrozpaczeni w literaturze;’’ tein chętniej więc obecnie, z pewnemi zmianami i dodatkami, pomieszczamy i niniejszy, który jest niejako dopełnieniem tamtego.
(Przy pisek redakey i.)
214
w całej przyrodzie. Praojciec poezyi nie przedstawił go wcale w postaci swywolnego dziecięcia, płatającego ludziom rozmaite figle, jak to uczynił później Anakreon, ale jako potężnego Olympij-czyka, którego władzy ulegają zarówno bogowie, jak prości śmiertelnicy.
Woli Erosa nikt zwalczyć, gniewowi jego nikt oprzeć się nic potrafi; człowiek, w którego on ugodzi, traci panowanie nad sobą: rozsądny staje się obłąkanym, spokojny gwałtów nikiem, cnotliwy zbrodniarzem. Nicdziw więc, że otacza go groza tragiczna i że ofiary jego zasługują stokroć więcej na litość, niż na hańbę i pośmiewisko.
Niepohamowana siła pierwotnych instynktów widnieje z tych przenośni. Taki też jest charakter miłości w7 utworach starożytnych: otacza ją. poszanowanie powszechne, podobne do tego, jakie posiadali w średnich wiekach obłąkani; uważano bowiem jednych i drugich, jako dotkniętych widomie ręką boga.
Taką-to miłość przedstawia Homer. Nie zapełnia ona jego poematów', ale jest ich głównym motorem.
Trzeźwy i pełen głębokiej .sprawiedliwości duch hełeński, jakkolwiek uniewinniał jednostkę łamiącą prawo zpowodu namiętności, gdyż namiętność ta była zesłaniem bogów, jednakże nie uwalniał jćj od zadośćuczynienia, bądź to w osobie własnej, bądź blizkich lub potomstwa. Była tu wiec postawiona subtelna kwesya winy i odpowiedzialności.
Jednostka mogła być niewinną, ale złamanie prawa stanowiło czyn karygodny i córa Nocy, Nemczys, musiała go poszukiwać. Neinczys więc stała na straży obyczajów’, a stała tak groźnie, iż szlachetna jednostka, poddana okrutnej potędze Erosa, niejednokrotnie unikała swego losu, zadając sobie śmierć dobrowolną. Tym sposobem bowiem ocalała porządek moralny, a tćm samem uwalniała nietylko same siebie, ale rodzinę i ojczyznę od fatalnych następstw, sprowadzonych jego naruszeniem.
Miłość Heleny i Parysa stanowi jeden z najciekawszych dramatów starożytnego świata. Cześć dla piękności posuniętą w nim była do tak wysokiego stopnia, iż poezya nagromadziła starannie wypadki, ażeby uniewinnić kobietę, której nadludzka piękność była udziałem. Nie mogła ona nawet śmiercią dobrowolną okupić się okrutnemu Erosowi, gdyż miłość jej nie bj ła karą mściwej Afrodyty, jak miłość Fcdry lub Mirry.
Parys wyniósł Afrodytę (We.ncrę)—boginię miłości ponad Atenę (Miuerwę) — mądrość i Herę (Junonę)—zacność domowego ogniska. Afrodyta-to w nagrodę dajc mu miłość najpiękniejszej; nie-dziw więc że udziałem jego być musiały burze namiętności. Na los ten uskarżać się on nie mógł, pochodził bowiem z jego własnego wyboru. Helena zaś musiała namiętności tej uledz, los ten podzielić. Na usprawiedliwienie jej starczy to, że upadek swój czuje. To też przeklina ona chwilę, w którćj poznała uwodziciela, i tę w którćj sic narodziła.
Jeśli jednak tak surowo sądzi ona sarnę siebie, przypisując własnej winie nieszczęścia długoletniej wojny, straty poniesione przez ziomków' i nową swą rodzinę, nikt z tej rodziny, a co więcćj nikt z obywateli Iliouu nie czyni jej wyrzutów, nie obwinia o klęski publiczne.
Kasaudra wprawdzie nazywa ją posłem nieszczęścia, ubolewa nad małżeństwem brata, ale ubolewanie potępieniem nie jest. Priam nazywa ją córką, Hektor siostrą, a starcy trojańscy, widząc ją przechodzącą, uie dziwią się, że dla takiej niewiasty toczą się lat tyle krwawe boje, a dwa wielkie narody walczą zawzięcie.
Helena więc jest rozgrzeszoną przez tych wszystkich, co mieliby ją prawo przeklinać.
Jeśli tak łagodny sąd na nią wydają ci, którym przyniosła zgubę, jakićmże okiem patrzy na nią obrażony małżonek? Czy żywi zamiaiy zemsty? Czy dostawszy ją w moc swoje, obchodzi się z nią jak z winowajczynią i daje jćj uczuć kurzącą sprawiedliwość? — Bynajmniej. Menelaus, zarówno jak Trojanie, należy de społeczeństwa wierzącego we wszechmoc bóstwa, zarówno jak oni
ulega urokowi piękności; wić że grzech Heleny nie byl własnowolnie spełniony i powraca jej bez wahania się miejsce, jakie dawnićj zajmował w jego domu.
Trzeba było nowożytnej fantazyi Góthe’go, ażeby przedstawić króla Sparty w krwiożerczej postaci zazdrośnika, który chce zabić żonę na ołtarzu domowym, jako błagalną ofiarę (1). Menelaus homeryczny nigdy nic miał podobnej myśli.
W niezmiernie rzadkich ofiarach ludzkich, jakie Grecy bóstwom swoim składali, poświęcali im zawrze dziewicę, jak lligenia lub Poliksena. Daremnie wola Klitemnestra głosem Eschilcsa i Sofoklesa, iż zamiast Ifigenii powinna zginąć Helena. Tak samo przemawia Eurypidesowa He-kuba, broniąc córki swej Polikseny:
Helena była wyprawy przyczyną, Jeśli o piękność chodzi niezrównaną. Ona, Helena, winna być wybraną.
Ale nikt Heleny poświęcać nie myśli, nikt nie żąda od nićj nawet rachunku z przeniewierstwa, nie czyni za nie odpowiedzialną. Mąż obchodzi się z nią, jak z przedmiotem drogocennym,' straconym i odzyskanym. Conajwyżej, zemstajego grozi uwodzicielowi, a skoro Parys legi z jego reki, zemsta nasyconą została.
Na ten optymistyczny pogląd wpływało niezawodnie położenie ówczesne kobiety, żona bowiem w stosunku domowym niezupełnie traciła niewolniczy charakter; była wprawdzie władczynią domu, przełożoną nad służebnicami, ale pomimo to zupełnie podlegała władzy męzkiej, miała obowiązek posłuszeństwa względem małżonka, a nawet względem syna, gdy ten dorastał. Tele-mach w_ Odysei wyraźnie każę Penelopie siedzieć z niewiastami w swoich komnatach, a Pcne-lopa cieszy się z tego rozkazu, gdy widzi w nim dowód dojrzałości syna. Kobieta wogóle w ów-czesnem społeczeństwie budziła raczej namiętność, niż uczucie, owo uczucie, które każę marzyć, gwarzyć i prowadzić nieskończone nigdy rozmowy, stanowiące osnowę teatru i powieści nowożytnych.
Bohaterowie homeryczni, a nawet bohaterowie dużo późniejszej epoki rozkwitu tragiki, kochają niezawodnie, skoro krwi i życia nie skąpią, ażeby zdobyć lub obronić przedmiot swej miłości, przecież obce im są zupełnie słodkie wyrazy, a tego, co nazywamy sceną miłosną, nie znajdujemy w całym teatrze greckim.
Widocznie zasób wrażeń, wchodzących w zakres miłości, był zbjt szczupły, zbyt jednotonny, by dostarczył wątku do dyalogu. Z tego zapewne powodu miłość u starożytnych była zawsze milczącą.
Antygona, ta czysta ofiara obowiązków rodzinny ch, ta gołąbka pokoju, która nie umie sądzić ukochanych, która poświęca się na śmierć pewną, byle dopełnić nad bratem obrzędów pogrzebowych, w' chwili spełnienia niebezpiecznego czynu stacza może walkę sama z sobą, stacza ją z siostrą, ale nic stacza jćj z narzeczonym, nie wspomina mu nawet o swoim zamiarze, nie myśli żądać jego spółudziału, jakkolwiek położenie tego narzeczonego, jako królewskiego syna, zapewniałoby mu bezkarność. Narzeczony ten, Hcmon, gdy Antygona ma być skazaną na śmierć okrutną, stara się ją ocalić, przemawia do ojca w imię rozumu, korzyści, sprawiedliwości, ale nie przemawia w imię miłosnego uczucia. Albo więc wstyd mu było powoly wać się na nie, jako na rzecz niegodną męża, albo prawa te były tak lekcc rażone powszechnie, iż argument podobny uważał za najsłabszy, zwłaszcza że ojciec obiecuje mu za tę niesforną dzićwkę dać do wyboru inną, jakiej by tylko zażądał. Antygona bowiem na obronę swoję uie posiadała wyjątkowej urody, któraby wobec ówczesnego zmysłowego świata wyjątkowe uczucie usprawiedliwiła.
A jednak Hcmon zabija się z powodu, że traci ukochaną; woli dzielić z nią śmierć, niż żyć bez
(Ij W części drugiej .,Fausta."
(Przypisek redakcyi.)
niej. Miłość więc istniała w całej swej sile, jako jedna z głównych sprężyn działań ludzkich, tylko nie umiała wypowiadać się slow7ami.
O ile miłość była milczącą w epopei i tragedyi greckiej, o tyle staje się wymowną w wiekach średnich. Fakt to łatwy do wytłumaczenia. Punkt ciężkości świata zmienił się, okoliczności zewnętrzne straciły swoje znaczenie, wobec olbrzymiego rozrostu wewnętrznej strony człowieka. Ciało, owo wszechwładne, ubóstwione ciało, poszło w poniewierkę, a natomiast zapanowała dusza. Zjawiska więc, których ona była widownią, stanęły na pierwszym planie. Namiętności straciły swą pierwotną prostotę, rozsubtelnily się, przybrały złożoną naturę i musiały wyrażać się w sposób odpowiedni nowym pierwiastkom, które niemi zawładnęły.
Cbrześciaństwro podniosło to wszystko, co dotąd było poniżone; i kobieta więc, słaba, uciśniona, uczula się w prawic podnieść głowę wysoko: z niewolnicy przedzierzgnęła się we władczynią, z istoty niższej w gwiazdę przewodnią. Ona, co była dotąd sługą męża, a nawrnt dorosłego syna, stała sic mistrzynią wszechpiękna i wszechmą-drości.
Przyczynił się niezawodnie do tego przewrotu ideał niewieści, jaki przedstawiła Matka Boża, przyczyniła i krew' męczeńska, równic obficie przelewana przez kobiety', jak przez mężczyzn, ale podniesienie płci słabej dokonało się głównie za sprawą radykalnej zmiany zasad i pojęć.
Popęd do ubóstwiania kobiety powstał w świecie myśli i tkwił też stokroć wńęcej w idei, niż w faktach. Obyczaje były jeszcze tak grube, tak nieokrzesane, że stanowiły sprzeczność rażącą z wysokiemi pojęciami. Ztąd też istniał pomiędzy niemi rozdźwięk głęboki, rozdźwięk który był właściwością stosunków7 średniowiecznych, kiedy aspiracye sięgały najwznioślejszych ideałów, a rzeczywistość pogrążona była w barbarzyństwie.
Dwoistość ta odbiła sic i w7 położeniu kobiety. W poezyi ogłoszona królową, faktycznie jednak pozostała niewolnicą, chociaż postać jej służyła za symbol sw7obodyr, cnoty i laski Bożej. Ma się rozumieć, że względnie do ideału, do jakiego ją podnoszono, podnosiło się też pojęcie miłości. Nie była to już ślepa namiętność starożytnych, gwałtowna, krwiożercza, wiodąca do porwania, walki, samobójstwa, ale uczucie złożone z promieni i zachwytów nadziemskich.
Eros nie stracił swego boskiego charakteru, tylko nie byl już synem bogów7 antropomorfi-cznych; pozostał synem niebios, ale niebios chrze-ściańskich, uduchownil się, razem ze swoją wiekuistą ojczyzną. A jak kobieta stała się symbolem doskonałości, tak miłość arcytypem uczucia. Że jednak w rzeczywistości położenie kobiety pozostawało podrzęduem wobec męża, godzić się więc nie mogło z czcią mistyczną, jaką odbierała, nie dziw tćż, że rozmodlony do niej wielbiciel nie pragnął wcale pojąć jćj za żonę, gdyż tym sposobem stanąłby w sprzeczności sam z sobą. Wszakże trybunały miłosne wydały wyrok, iż miłość z małżeństwem w parze iść nie może.
Małżeństwo więc popadło w pogardę u mistrzów słowa i myśli; jeśli zawderali ziemskie związki, jak to uczynił Dante, zwracali gdzieindziej swe wysokie aspiracye, oddzielając tym sposobem uczucie poetyczne dla pani swego serca od faktów powszedniego życia. Cześć zresztą oddawana tej pani była czysto idealnej natury, zabarwiała się zaledwie ziemską żądzą o tyle, by nie stracić swego charakteru.
Krążyły tćż w7 owym przetworzonym, zaledwie wychodzącym z pieluch barbarzyństwa świecie różne dziwne pojęcia, zapożyczone subtelnością od Platona i jego szkoły, a umiejętnym kolorytem spokrewnione z ognistą poezya Wschodu. Pojęcia te, w7 połączeniu z mistycznemi prądami chrzcściaństwa, wyrobiły owe szczególną miłość, którą rozbrzmiewały lutnie trubadurów7 i wzniosłe natchnienia myślicieli.
Serca rycerzy zapalały się nieraz dla kobiet nieznanych, na wiarę tylko sławy ich, cnót i wdzięków7. Kobiety znów często porzucały świat i zamykały sic w klasztorach, z rozpaczy po stracie
215
nigdy niewidzianego wielbiciela. Była to więc wprost miłość ideału, który przybierał tein cudniejsze barwy i tem bardziej zapałał wyobraźnię, im mnićj byl dościgłym.	(7Z c. n.)
Kronika tygodniowa.
Wspomnienie. — Objaw żalu i protestu. — Pomnik dla Moniuszki... w kruchcie.—Odczyty p p. Święcickiego i Kościel-skiego.—Dramat wschodni.— Zpod głazów piramid.—Towarzystwo starożytników. — Stowarzyszenie pomocy wzajemnej ofieyalistów prywatnycn.—Smutny stan robotników łódzkich i środki zaradcze —Deinoralizacya ludu na granicy Szląska. Kasa imienia J Mianowskiego. — „Świt."— Uwagi J. I Kraszewskiego o sprawozdaniach ze zbrodni i procesów kryminalnych.
Zeszły tydzień dał wybranym szczęśliwcom wrażenia najmilsze. Przypomniał im te lepsze czasy, kiedy-to mogli widzieć na estradzie koncertowej szlachetną, sympatyczną postać Moniuszki, z dyrektorską pałeczką w dłoni i spojrzeniem slodkiem, dobrotliwćm w oku...
Koncert zeszłotygodniowy, na rzecz pozostałej po mistrzu małżonki, obudził wiele wspomnień, miłych i smutnych zarazem... Nam samym przywołał przed oczy duszy postać wielkiego artysty, który na koncertach przez siebie urządzanych widywał zawsze pustki, a na pogrzebie miał sto tysięcy serc, bijących żalem. Późno trochę przyszła owa sympatya tłumów, gdy już obojętność zatruła niejedne godziuę życia.
Ha, dobrze przynajmniej, że koncert zcszloty-goduiowy zapełnił salę; widać w tem moralne za-dosyćuczynienic pamięci mistrza, co społeczeństwu sw< mu pozostawił całą kopalnię piękności. Było to i niemym protestem przeciw tym śmiałym a lekceważącym gawędom, które już sięgały po wieniec pierwszeństwa, odmawiając go twórcy „Widm” i „Śpiewników.” A przecież niełatwo udźwignąć po Bekwarku lutnie i nikt jćj dotąd mc udźwignął. Znaleźli się tacy, co z kopalni Moniuszkowskich motywów czerpali hojną dłonią, ale im się nic równie pięknego i prostego, a bliz-kiego sercom naszym stworzyć nie udało...
Moniuszko dotąd sam, z Szopenem przy boku, stoi jak olbrzym w krainie muzy naszćj. Wątek, który snuł, urwał się z jego śmiercią. Znaleźli się tacy, co go związać usiłowali, ale rwie sie on wciąż i pryska im w rękach. I wiedza i talent nie mogą zastąpić w zupełności tego, co im obojgu życie daje: oto miłości dla sztuki, dla pieśni swojskiej, z zaparciem sffl sławy światowój i tych sukcesów z dnia na dzień, tak łatwych, gdy się samemu krzyczy o sobie...
A jednak ten wielki, smutny a serdeczny Moniuszko, tak bardzo kochający i tak... trochę za-póżno ukochany, dotąd czeka na pomnik. Pomnik, co prawda, istnieje, ale, o ironio losu, ma stanąć w kruchcie kościelnej, aby świętości miejsca nic kaził zbyt światowemi wspomnieniami. Cieniu Moniuszki, nie płacz na niewdzięczność ludzką! Ty sądzisz zapewne, żeś pieśnią własną wyśpiewał najwdzięczniej chwalę Stwórcy, że to, co w człowieku z Boga jest, godne jest również, aby się przytulie nawet do Jego ołtarzy, a tymczasem to tylko przesąd...
— Hola!... zawoła kto może, nie bluźuij, zuchwalcze Nie pomnik Moniuszki ma stanąć w kruchcie, ale dzieło rzeźbiarza, zbyt pogańskie, aby w kościele Chr, stusowym stać mogło.
Jeżeli tak, to rozbijcież jc w kawałki, a dajcie inne, cbrzcściańskie, godne świątyni i artysty, w którego pieśni wszystko było hymnem i modlitwą, bo wszystko było ukochaniem i pięknem.
Do podnioślejszych też myśli dały pochop od czy ty panów Ś 'ięcickiego ' Kościelskicgo, w dalszym ciągu prelekcyj na korzyść osad rolnych wygłoszone. Pierwszy w dwóch częściacli wypowiedział rzecz o dramacie wschodnim, drugi dał obraz „zpod głazów piramid.” Obydwaj są zanadto poetami, aby w słowa swoje nie potrafili wlać tego wewnętrznego życia i ciepła, które tak często starczy za plastykę i barwę.
Pan Święcicki rzecz swą rozpoczął od dramatu perskiego, poprzedziwszy jego początek opowieścią wypadków dziejowych, a mianowicie epoką Alego, zięcia Mahometa, i jego śmiercią. Wska
zał dalej rodzaje utworów’ dramatycznych, a następnie dosadnie i barwnie scharakteryzował widowiska sceniczne w teatrze perskim. Wedlig prelegenta, dramat perski ma przyszłość przed sobą, bo opiera się na idei, bo nie daje wyłącznie rozrywki, ale i wzruszenia podnioślejsze.
W drugim odczycie przyszła kolej na dramat japoński. Różni się on o całe niebo od perskiego, nie jest szlachetnym obrazem dziejów, ogranicza się zaledwie do melodramatu i farsy. Dały mu wprawdzie początek misterya religijne, jak dramatowi chrześciańkiemu, ale to źródło wyschło dawno. Teatr jest w pogardzie u klas wyższych ludności, które jednak w tajemnicy nim się lubują; aktorowie, szeregowani z ulicznego prawie motlochu, dochodzą jednak do wielkich wpływów. Kobieta na scenie odgrywa rolę najmniej zaszczytną, a właściwie nic odgrywa żadnej, bo ją w tem zastępują mężczyźni. W sztuce panuje najkrańcowszy naturalizm, a przedstawienia jednego dramatu lub komody i ciągną się po dni kilka.
Pan Kościelski rozpoczął odczyt pięknym i poetycznie skreślonym obrazem nocy nadnilowej, poczem przeszedł do wierzeń religijnych starożytnych Egipcyan. Wskazał harmonią, jaka istniała pomiędzy ich stopniowym rozwojem, a przyrodą, i dał ogólny obraz mitologii egipskiej, do najpóźniejszych czasów sądzonój błędnie. Podług uczonych dzisiejszych, religia Egipcyan nie miała nic wspólnego z fetyszyzmem, z czcią dla zwierząt, których bynajmniej za bóstwa nie uważali. Widzieli w nich jedynie upostaciowanie przymiotów bóstwa dobrego lub złego, ale wierzyli w jedynego Boga, przedwiecznego, wszechmocnego, nieskończenie mądrego i doskonałego. Życie dla nich było tylko walką doczesną pierwiastków dobrego i złego — śmierć pierwszego nieuniknionym tryumfem i życiem prawdziwem, wiecznem. Dlatego to zagrobowa przyszłość absorbowała wszystkie ich myśli i dążenia, dlatego sztuka egipska najsilniej i najcha-rakterystyczniej przemówiła w grobowcach i piramidach.
Legenda o wcieleniu sic Ozyrysa i jego pobycie na ziemi i śliczny zwrot ku teraźniejszości zakończyły odczyt, który prelegentowi przyniósł w podzięce huczny oklask całego audytoryum.
Kuryer warszawski donosi, że w Warszawie zawiązuje się stowarzyszenie starożytników, którzy pracują nad odpowiednim statutem, weelu podania go władzy do zatwierdzenia. Pragną oni zaopiekować się zabytkami przeszłości, a mają zamiar pieczy swej poddać i bibliografią. Chcą też zebrać obfity materyał literacki i naukowy, rozproszony od wieku po czasopismach. Dotąd ma-tcryal ten, bezładnie rozsiany, nic zwracał niczyjej uwagi, a przecież przynieść może nieocenione skarby, zarówno dla archeologii, jak bibliografii.
Jeżeli ta myśl piękna przyjdzie do skutku i stowarzyszenie projektowane uzyska sankcyą władzy, to może zczasem nie trzeba się będzie trwóż} ć o los tylu przedmiotów cennych, zarówno artystycznie, jak dziejowo, które społeczeństwo w rękach swoich jeszcze trzyma. Z każdym dniem rozpraszają się one bardziej... dzięki naszej goli-źnie i lekkomyślności, a skrzętności i gotówce Niemców i... Holendrów.
Zapowiada też Gazeta polska blizkie może zawiązanie innego towarzystwa, a mianowicie oli-cyalistów prywatnych. Ziemianie powiatu grójeckiego podjęli mj śl jego utworzenia, a ma ono wspierać ofieyalistów rolnych, przez wyszukiwanie odpowiednich posad, udzielanie zapomóg wiązie braku pracy i miejsca, emerytury wysłużonym i do dalszej pracy niezdolnym; pragnie też pomagać wdowom i sierotom po zmarłych członkach towarzystwa i wspićrać samych członków wrazie nieszczęść losowych, choroby lub kalectwa.
Filantropijna to zarazem i praktyczna myśl rozumnej samopomocy. Przyklasnąe jej się godzi z całego serca i życzyć, aby nie znalazła przeszkód zbyt silnych na drodze do swego urzeczywistnienia.
Bywa bardzo często źle z olicyalistami prywatnymi, ale jest w tej chwili niezmiernie źle i z. ro
botnikami fabrycznymi w Łodzi. Polski ten „ Manchester, ”jak ją szumnie nazywać lubimy, w ostatnich czasach uległ klęsce stagnacyi przemysłowej, a nagromadzone masy robotników w bardzo znacznej części znalazły się wskutek tego bez pracy i chleba. Ale źe nietylko Bóg radzi o swojej czeladzi, wiec się wzięli i ludzie do szukania środków zaradzających groźniejszej z każdym dniem nędzy. Miasto jaknajpiedzej postanowiło rozpocząć roboty publiczne, aby dać zarobek tym, co nie mają chicha; że jednak kosztorys tych robót sięga zaledwie 3,000 rs., co byłoby pomocą bardzo ograniczoną, więc wielu z właścicieli domów podejmuje jaknajśpieszniejsze przebudowy i odnowy posesyj, aby zająć zgłodniałego robotnika. Umyślono też założenie tanich kuchen, które mają wydawać obiady po kop. 5 na osobę, a najbiedniejszym nawet darmo. Postanowiono robotnikom bez dachu dać przytułek, a nadto odbywać narady cot} dzień, aby szukać sposobów powstrzymania złego i zapobieżenia fatalnym następstwom nędzy.
N>e do wesołych należy inna wiadomość, podana przez Gazetę polską, a tycząca się okolic nadgranicznych, sąsiadujących ze Szląskicm... Głosi ona, że mnóstwo robotników fabrycznych, górniczych i rolnych stanowczo zarzuciło właściwe sobie zajęcia i oddało się wyłącznie szwarcunkowi gorzałki. Dostarczają jej liczne gorzelnie, pozakładane na ten cel na Szląsku, nad samą granicą. Pomiędzy przemytnikami a gor miniami pośredniczą składy, których jest mnóstwo na samej granicy. Każdy z nich sprzedaje dziennie gorzałki z pewnością za jakie 2,000 rs., a centrum tego handlu stanowią Mysłowice. Można bez przesady twierdzić, źe couoc kontrabandziśei sprowadzają gorzałki szląskiej około 5,000 garncy, skutkiem czego każdy dom włościański, żydowski lub ma-łomieszczański jest potajemnym szynkiem, każda zaś karczma składem okowity, zkąd ona, dzięki, błizkości dróg żelaznych, rozchodzi się wgląb kraju.
Łatwo sobie wyobrazić, czćm musi być lud tamtejszy, który próżnuje, pije, szuka łatwych a nieprawych zysków i wrazie potrzeby nic wyrzeka sic morderczej nawet walki...
Od tego smutnego obrazu upodlenia zwróćcie oczy, łaskawi czytelnicy, na rzecz piękną, jasną i godną czci ogólnej, na instytucyą młodzieńczą jeszcze, bo kilka lat zaledwo życia liczącą, a już dziś płodną w owoce rozumnych usiłowań i noszącą miano Kasy pomocy naukowej imienia Józefa Mianowskiego.
Kasa ta, pomimo że nie ma nic wspólnego z tańcem lub zabawą, liczy już przecież 795 członków. Domyślisz się zapewne, czytelniku, że są-to ludzie miłujący światło i wiedzę... Cyfra już poważna, ale niewystarczająca jeszcze, aby zapewniła in-stytucyi niezbędną swobodę działania, to jest popierania każdej myśli, mającej na celu dobro i wzrost nauki i piśmiennictwa naukowego. Na nieszczęście zarząd Kasy nie ma prawa ustanawiać czlonków-korespondentów, którzyby wiado mości o niej i jej pożytecznych działaniach rozpowszechniali i pozyskiwali tym sposobem coraz nowych członków...
Aby te działania w krótkości scharakteryzować, dosyć przypomnieć, że owocem ich, w części lub w całości, są takie wydawnictwa, jak „Biblioteka matematyczno-fizyczna” dra Baranieckiego, „Biologiapraktyczna” Huxleya, w przekładzie prof. A. Wrześniewskiego, „Wybór autorów greckich i łacińskich” w tłumaczeniu prof. Mierzyńskiego, „Rocznik pedagogiczny” S. Dik-sztajna, a wreszcie „Pamiętnik fi syograiiczny,” wydawnictwo, które chlubę przynosi tyra, co nad niem pracują.
Wciągu roku zeszłego Kasa na rzecz piśmiennictwa krajowego, a mianowicie gałęzi jego z wiedzą związanych, wypłaciła zapomóg i pożyczek rs. 13,367 kop. 55. Możemy wam zaręcz} ć, żc każda taka zapomoga lub pożyczka wypłaconą była po starannćm zbadaniu, czy w dobre do-stajc się ręce i czy owoc oczekiwany zapewni— ze zatem ani jeden grosz nie ulegnie niepowro-tnej zagładzie.
mmi u nimi iinui|iii iiiiiiiiuiiiiriimi,.
Krajobraz wiejski. Kopia obrazu M. Pociechy.
(338)
NA LOŻO ŚMIERO1. Kopia obrazu Jacka Malczewskiego. (Zob. artykuł w n. 47 Tygodnika.)

218
Czytelniku, czy blizki, czy daleki, osądź sam, azali towarzystwo, niemające członków - korespondentów, a po kilku latach zaledwie istnienia tak skutecznie i chwalebnie dźwigające sprawę nauki, zasługuje na twoje życzliwe poparcie?...
Mamy do spełnienia obowiązek koleżeński: oto winniśmy powitanie „Świtowi,” pismu poświęconemu wyłącznie kobietom, którego pierwszy numer świeżo wyszedł zpod prasy. Staje ono w szeregu dawniejszych tego rodzaju wydawnictw pe-ryodycznych, a mianowicie „Tygodnika mód” i „Bluszczu,” lecz o ile sądzić możemy, przynosi wraz z sobą nowość, bo kierunek postępowy par ewllence, któremu tamte absolutnie nie hołdują.
Pierwszy numer „Świtu” przedstawia się korzystnie. Drogę, po której pismo iść pragnie, charakteryzuje ono w „słowie wstepnem” tak: „...Kobiecie czas zbudzić się i wstać.” Czas jej się zbudzić z ułudnych snów o życiu bez obowiązków, bez celu, bez zasług; otrząsnąć z wielu znikomych wrażeń, z wielu urojeń mglistych; powstać z rozleniwienia ducha, z miękkości przywar, ze zgubnego zamętu pojęć...”
Więc „Świt” pragnie kobiecie do takiego zbudzenia się dopomódz. Że w cel swej pracy wierzy silnie i pożąda osiągnięcia go usilnie, że mu mocy i zapału w trudzie nie zbraknie, tego można być pewnym, na czele bowiem pisma stanęła Marya Konopnicka.
W tym pierwszym numerze spotykamy wielce zajmujący i ważny artykuł Kraszewskiego. Ni mniej, ani więcej, jak tylko uderza on w zgubną manią dzienników naszych pomieszczania obszernych i efektownych opisów zbrodni i szczegółowych sprawozdań z procesów kryminalnych. Oto co mówi czcigodny nasz Nestor:
„Niema prawie dnia bez doniesienia o nowćm jakićmś przestępstwie, bedącćm naśladowaniem lub udoskonaleniem jednego z tych, o których szczegółowe sprawozdania świćżo podały dzień niki. Jawnćm jest prawie i dowiedzionćrn, że występek bywa zaraźliwym, źe pilne i umijętne opowiadania reporterów służą niekiedy za wskazówki i wzory do naśladowania pewnym jednostkom, usposobionym już do złego.
„Pomimo to zdaje się, że dzienniki ze szczegól-nem upodobaniem, lubując się w drastycznych historyjkach o mordach, rabunkach, napaściach, oszustwach, zdają z nich sprawę tak troskliwie, tak malowniczo, jakgdyby wcale szkodliwości tej trucizny me domyślały się i nie znały!... Nie nale-źałożby mieć względu na to, jakie skutki pokarm ten wywiera na pewne indywidualne usposobienia, na umysły nieprzygotowane, na ludzi noszą cych już w sobie zaród zepsucia?...
„To ciągłe karmienie się kryminalnemi sprawami, oswajanie z obrzydliwością, z okrucieństwem—nic maź wkońcu tego skutku,, że niewy-kształceni czytelnicy popadają w rodzaj gorączki i szału?... Samo oswajanie sie z temi brudami nie może być bez pewnego wpływu na umysły, na uczucia. Diennik wpada w ręce wszystkich, począwszy od sylabizujących nieuków, do dzieci nawet.”
St. AL Hz.
Przegląd polityki zagranicznej.
3 kwietnia.
Przez cały tydzień krążyły i pomimo zaprzeczeń utrzymywały się uporczywie pogłoski o za-mierzonćm przez ks. Bismarcka usunięciu się z części zajmowanych urzędów. Ks. kanclerz po zostałby tylko kanclerzem, składając godność prezesa ministrów pruskich i ministra handlu. Zamiar ten ks. Bismarck miał już przed dworna tygodniami oświadczyć na radzie ministrów. Niektóre doniesienia mówią, iź zdaniem ks. kanele rza, posada prezesa ministrów powinuaby pozostać nieobsadzoną, gdyż właściwym przewodnikiem narad ministcryalnycłi jest sam monarcha, a wrazić jego nieobecności może przewodniczyć najstarszy z ministrów. Opinia ta zgodną jest zu-
pełnie z poglądem ks. Bismarcka na parlamentaryzm i odpowiedzialność ministrów. Prawdopodobnie tekę pruskiego ministra handlu objąłby wrazie usunięcia się ks. Bismarcka Bbtticber.
Ze z taką zmianą nieby sic wistocie rzeczy nie zmieniło, zbytecznćru byłoby dodawać. Ks. Bismarck zajął takie stanowisko w rządzie pruskim i niemieckim, iż jego ustąpienie częściowe równa sic zupełnemu pozostaniu na stanowisku. Mógłby się stanowczo usunąć od wszelkiego wpływu na sprawy państwa, ażeby pędzić dni starości spo kojnie w swojem warzińskiem tusculum; jest to rzecz w każdym razie przypuszczalna, rzecz która spowodowałaby ważne zmiany może nawet w duchu kierownictwa polityki niemieckiej i spe-cyalnie pruskiej —ale jeżeli pozostanie najakićm-kolwiek stanowisku, a zwłaszcza tćż na najwy-datniejszćro, kamderskiem, to wpływ jego potężnej i nieznosząrćj oporu woli będzie, jak jest dotąd, we wszystkich sprawach państwa stanowczym.
Uporczywie również utrzymują się i wznawiają ciągle, pomimo natychmiastowych zaprzeczeń, pogłoski o ustąpieniu od steru spraw politycznych pierwszego ministra angielskiego Gladstona. Tu już nie byłoby mowy o usunięciu sic części'>wem, lecz o zupełnem i stanowczćm zamknięciu karye-ry politycznej sędziwego, a jednak czerstwego jeszcze męża stanu. Zdaje sie wszakże, iż na to czas nie przyszedł. Doktryner w jednych sprawach, różowy marzyciel i utopista w innych, a w niektórych zdający się nic mieć żadnego poczucia i zupełnie obojętny—Gladstonc nic powić sobie jeszcze zapewne, że jego rola polityczna już została odegraną i źe mu nie pozostaje nic innego, jak zejść ze sceny. Być bardzo może, iź jest zniechęcony ciągłą, przewlekłą i do niesłychanego stopnia nużącą walką zopozycyą w Izbic; być może iż w chwili takiego zniechęcenia wy-rzekł rzeczywiście do jednego z wysoko położonych dyplomatów, iź Izba gmin jest obecnie taką, źe ani rząd dzisiejszy, ani jakikolwiek inny żadnego bilu przeprowadzić już nie zdoła, ale od takiego wybuchu złego humoru i zniechęcenia da łcko jeszcze do opuszczenia rąk i dania za wygraną wszystkiemu. I tym wiec razem szermierz angielski nie złoży niezawodnie broni przed opozycyą i nie ustąpi ze stanowiska, dopóki nie przeprowadzi bilu reformy w hrabstwach, który obecnie bardziej go zajmuje, niż wszelkie dole i niedole Gordona baszy w Chartumie, akcya wojenna generała Grahama w okolicach Suakińu i losy całego Sudanu.
Rzeczy wiście reforma wyborcza, której projekt rząd angielski wniósł do Izby gmin, jest sprawą nader ważną, doniosłą i szlachetną, której dokonanie mogłoby być uwieńczeniem długoletniego zawodu politycznego Gladstona. Reforma ta, powołując po raz pierwszy do urn wyborczych robotników wiejskich i równouprawniając wieś z miastem, pomnożyłaby szeregi wyborcze o pół-trzecia miliona uprawnionych do głosowania i pod niejednym względem zmieniłaby parlamentaryzm angielski, wprowadzając Anglią na tory więcej demokratyczne. Chociaż marzyciel w wielu sprawach, Gladstonc nie jest marzycielem o tyle, żeby mógł przypuszczać, iż tego rodzaju reformy dają się przeprowadzać bez trudnej i przewlekłej walki.
Wiadomości z Sudanu nie brzmią pomyślnie. Załoga Chartumu, obsaczonego przez powstańców, przedsięwzięła wycieczkę, która nic przyniosła zamierzonego rezultatu i zakończyła się fatalną porażką. Margr. Hartington zapewnił jednak w Izbie gmin, iż Gordon-basza już po tej porażce nadesłał z Chartumu wiadomości uspokajające o położeniu swojem własnem i zagrożonego miasta.
Z Tonkinu ostatnie telegramy gen. Millot donoszą o zamiarze niezwłocznego zaatakowania Honghoa.
Rozwiązanie sprawy kościelni) politycznej wPru-siech szybkim krokiem się przybliża. Rząd przywróci! wypłatę temporaliów w archidyecczyi ko-lońskiej, tylko zatem archidyecezya gnieźnieńsko-poznańska zostaje jeszcze pod interdyktem wła
dzy państwowej. Na interpclacyą o powód tego wyjątku, wniesioną w sejmie pruskim przez poi skich deputowanych, odpowiedział wprawdzie minister wyznań Gossler z prawdziwie pruską szorstkością, że rząd w tćj mierze nie ma zamiaru udzielać wyjaśnienia, wszystkie jednak oznaki wnosić każą, iż ten stan rzeczy potrwa tylko do rezygnacyi kardynała Ledóchowskiego z arcybi-skupstwa, na którą stolica apostolska już sic widocznie zgodziła. Ze tak jest, dowodzi nadanie kardynałowi nowej wysokiej godności kamerlen-ga św. kolegium, która nie da się pogodzić z urzędem arcybiskupim w odległym kraju, zniewala bowiem piastującego ją dostojnika do stałego pobytu w Rzymie. Rezygnacya zatem ks. kardynała jest tylko kwestyą niedalekiego czasu, a raczej kwestyą ukończenia szczegółowych układów.
Parlament niemiecki i sejm pruski rozpoczęły już ferye świąteczne, które trwać będą do dnia 22 b. m. Jednocześnie w Madrycie rząd rozwiązał Kortezy i rozpisane zostały nowe wybory.
Prezes gabinetu francuskiego Ferry zapowiedział w Izbie, iż wciągu b. m. wniesie projekt re-wizyi konstytucyi. w duchu reformy wyborczej, której się nie udało przeprowadzić Gambecic.
Gabinet włoski ukonstytuował sie już nanowo, jak było do przewidzenia, pod przewodnictwem Depretisa. Ministeryum oświaty objął Coppiuo, wojny Bertola Yiale, rolnictwa Grimaldi, sprawiedliwości Ferracini; inne wydziały pozostały przy dawnych ministrach.
W Rumclii wschodniej odbywają się teraz zgromadzenia ludowe, na których uchwalane są je dnoglośnie rezolucye, wyrażające ubolewanie, iż mocarstwa nic zjednoczył} Rumelii z Bułgaryą i wyrażające nadzieję, że Europa zmieni to postanowienie. Wogóle ruch panbułgarski wzmaga się w Rumclii widocznie.
Termin sprawy Kraszewskiego, a właściwie kapitana Hentscha, oznaczony został na dzień 12 maja. Sprawa toczyć się będzie przed połączo-nemi senatami sądu rzeszy niemieckiej w Lipsku. Publiczność nic będzie dopuszczoną na posiedzenie. Obrońcą Kraszewskiego będzie, jak wiadomo, adwokat drezdeński dr Saul.
Pisząc W przeszłym tygodniu na tćm miejscu o sprawie banku włościańskiego we Lwowie, donieśliśmy,iż komitet pomocy obywatelskiej oświadczył na ogólnem zgromadzeniu posiadaczy obli-gacyj tegoż banku, że nie mogąc u rządu uzyskać pożyczki, potrzebnej dla rozwikłania interesów upadłej instytucyi z najmniejszą możebną stratą dla dłużników i wierzycieli, postanowił się rozwiązać. Na uastępnem jednakże posiedzeniu tegoż zebrania, ulegając perswazyom zgromadzonych, oświadczył iż cofa swą rezygnacya i czynić będzie wszystko, co tylko okażc się inożliwein, ażeby egzysteneya kilkudziesięciu tysięcy gospodarstw wiejskich nie została narażoną na rozbicie. W jaki sposób prowadzoną będzie dalsza akcya ratunkowa, nic jest do tej chwili zdecydowane. Postanowiono tylko wezwać rząd powtórnie o udzielenie pożyczki jednego miliona złr. i wyprzedać posiadłości włościańskie, będące własnością banku.
Odroczona w jesieni sesya sejmu galicyjskiego, ma być otwartą napo wrót w czerwcu.
Na pomnik dla Sarbiewskiego. Walerya Z. rs. 1; Józefa S. rs. 1; W. G. rs. 5; S. S. rs. 1; 8. L. rs. 2. Razem ze złożonemi poprzednio rs. 7o kop. 50..
Na fundusz wieczysty- imieniaś. p. ignacego boczylińskiego. B. M. J- rs. 10; W. K. z Lublina rs. 17; Z. R. z Lublina rs. 1; P. 0. i M. F. rs. 2. Razem z nadeslaneini poprzednio rs. 1,1'21 kop. 70 i 20 marek.
Na pomnik Mickiewicza złożyli w redakcyi naszej: M. Krypiakiewicz rs. 1 kop. 20; Dorę-gowski rs. 1 kop. 40; Tołoczko kop. 50. Razem rs. 3 kop. 10. Ogółem ze złożonemi poprzednio rs. 18,308 kop. 27.
219
Korespondencja Tyjoftuika liustrowaneio.
W końcu marca 1884 r.
Odczyt ks. Likowskicgo. — Odczyty panów Kościelskiego i Kozłowskiego. — Rocznica trzeclisctna śmierci J. Kochanowskiego i przyszły jej obchód- — Zjazd przyrodników i lekarzy.—Jubileusz dra Szokalskiego.—Nagrobek dla Jana Śniadeckiego.
Sadzo, że nic mogę dziś listu z Poznania rozpocząć od bardziej i ogólniej zajmującego przedmiotu, jak od prelekcyi ks. prałata Likowskiego, mianej w poniedziałek na posiedzeniu wydziału historycznego Tow. prz. n. Sama postać znakomitego kapłana budzi najwyższy interes, a jego imię jest w ustach wszystkich od czasu, gdy naprzód w cichych rozmowach prywatnych, a następnie w dziennikarskich doniesieniach zaczęto go wymieniać, jako przyszłego pasterza osieroconej archidyecczyi. Nic myśląc roztrząsać, o ile wieść sama jest wiarogodną, powiem tylko, że gdyby się ziściła, mielibyśmy uczonego arcybiskupa, któryby światłem swojćm przypominał czasy dawniejszych książąt kościoła.
Były regens seminaryum duchownego jest z zawodu historykiem, a specyalnym przedmiotem jego studyów są dzieje rusko-unickiej cerkwi; to też za temat odczytu,rozdzielonego na trzy posiedzenia, obrał sobie „wewnętrzny stan kościoła ruskiego na Litwie i Rusi, w XV i XVI wieku,” to jest aż do unii brzeskiej. Nie kusząc się o streszczenie tej pracy, zaznaczam tylko, że skreśloną jest gruntownie i wyczerpująco.
Odbyły się nadto w ostatnich tygodniach od* czyty P- Józefa Kościelskiego, członka Izby panów, o dramacie (w Bazarze) i dra Wł. Kozłowskiego, syna galicyjskiego deputowanego, o zarodkach krytyki literackiej we Lwowie, od roku 1773 aż do kongresu wiedeńskiego. O obydwóch tych rozprawach pisano już wiele nietylko u nas, lecz także w Warszawie; zpowodu pierwszej z nich powstała nawet dość żwawa polemika, w której dwukrotnie uczestniczył sam autor.
Miody p. Wlodzimirz Kozłowski zdobywał sobie w gronie członków Towarzystwa prz. n. literackie ostrogi, mówiąc o mało znanych śladach krytyki literackiej we Lwowie, w pierwszych dziesiątkach lat po rozbiorze. Możemy powinszować tego pierwszego występu nowemu pracownikowi na zaniedbanej u nas niwie literatury, nietylko bowiem zbogacil piśmiennictwo nowemi rekopiśmiennemi matcryalami, lecz nadto umiał je zręcznie zużytkować i ugrupować, składając przytćm jawne dowody pisarskiego talentu, czy-to w wykwintnej i subtelnej krytyce, czy w umiejętnej, dowcipnej charakterystyce osób.
Naostatnićm posiedzeniu wydziału historycznego Tow. prz. n. komisya, wybrana z łona tegoż wydziału, celem przygotowania obchodu 300-lc-tniej rocznicy śmierci Jana Kochanowskiego, ogłosiła owoc prac swoich. Uchwaliła ona wysianie na uroczystość krakowską delegacyi, złożonej z trzech osób, mianowicie hr. Aug. Cieszkowskiego, ks. kanonika Korytkowskicgo i sędziego Ja-rochowskicgo. W Poznaniu odbędzie się obchód w sarnę wigilią św. Jana, 23 czerwca. W dniu tym, po nabożeństwie w katedrze, w której Kochanowski był proboszczem, odbędzie sic publiczne posiedzenie Towarzystwa prz. n. z odczytem prof. Bymarkiewicza; wieczorem zaś będzie w teatrze zastosowane do uroczystości przedstawienie.
Od początku bieżącego roku wydział gospodarczy IV zjazdu przyrodników i lekarzy, mającego się odbyć w Poznaniu w dniach 3, 4 i 5 czerwca, zajmuje się żywo i energicznie pptrzebnemi na ten cel przygotowaniami, a biuro z drem Wicherkiewi-czem na czele dokłada wszelkich starań, aby zjazd ten uświetnić. Wydziały lekarski, przyrodniczy i rolniczo-przemysłowy organizują wykłady (zgłosiło się dotychczas około 50 prelegentów) i wycieczki naukowe, które przedsięwzięte będą do Gniezna, Inowrocławia, Kruświcy i Pakości. W Inowrocławiu zwiedzą członkowie zjazdu kopalnię soli i solanki tamtejsze, w Pakości
KRONICZKA KRAKOWSKA.
Post.—Ranty.—Lo cioci!...—Raut w hotelu Saskim.—Obrazy żywe z powieści „Omicm i mieczem.”—Teatr. - Przedstawienia beneiisowe.—Wystawa obrazów.—„Skarga" odnowiony.—„Weniyhora.”—Zalety i wady.—Gdzie ma stanąć pomnik Mickiewicza.
Post—A więc zdawałoby się, że w Krakowie, mającym ustaloną sławę dewocyi, będzie to pora grobowej ciszy, ponurej kontemplacyi i pasyjnych nabożeństw tylko. Tymczasem tak nie jest. Program zabaw i przyjcmości postnych nic jest wcale uboższym od karnawałowych; nie daje się zabaw tańcujących, balów, ale sic urządza rauty, które u nas są na porządku wieczornym w pewnych sferach, głównie może dlatego, że ten rodzaj zabawy nic przyjął się dotąd w sferach mieszczańskich i jest ciągle jeszcze w dobrym tonie. A więc nawet zubożałe domy, które w karnawał nic mogłyby się zdobyć na wystawniejszy bal, skwapliwie w poście biorą się do urządzania rautów z herbatką, winkiem, butcrsznicikami, bia-łemi krawatami, stanikami pod szyję i jałową rozmową o wszystkiein i o niczem. Młodzież dla formy tyko pokazuje się na chwilę na takich rautach, tyle ile wypada, a potem cichaczem wynosi się na przyjemniejszą stokroć zabawę... do cioci. Jest-to wyrażenie, któro się przyjęło między młodzieżą, a oznacza nietylko resursę, do którćj ta młodzież schodzi się na swobodniejszą rozmowę i różne gry towarzyskie, ale wszelkiego rodzaju resursy, do których się ucieka przed nudami salonu. Kiedy „zabawa” dochodzi już do tego punktu, że trzeba razwraz szapoklakiem zasłaniać usta, roztwierające się cocbwila do ziewania, wtedy młodzieniec commc-il-faut, nie chcąc być niegrzecznym dla gospodyni, daje za powód odejścia, że musi jeszcze być u cioci, i znika z salonu, w którym starsze i młodsze panie, zostawione napastwę emerytów salonowych, zmuszone są słuchać oklepanych frazesów i próżnych rozmów.
Ze jednak natura horret vacuum, przeto i na tych wieczorkach urodzi się czasem jaki projckcik, który spragnione zabawy osoby z gorączkową skwapliwością zamieniają w czyn. W taki sposób powstał projekt urządzenia rautu publicznego w sali hotelu Saskiego, na jakiś dochód dobroczynny. Ponieważ jednak miasto — tak u nas nazywają się ludzie nienależęcy do sfer wyższych (?)— nie dopisało, przeto raut publiczny miał cechę czysto prywatnego zebrania, na którem figurowały te same osoby, o których mówiło się wyżej.
Szczęśliwszy nierównie byl pomysł przedstawienia w żywych obrazach niektórych ustępów z rozgłośnej powieści Sienkiewicza „Ogniem i mie czem,” którą czytały, a co więcćj zachwycały się nią takie nawet osoby, które ani czytać polskich książek nie lubią, ani zachwycać się nie potrafią. Nie jestem pewny, czy gdyby ta sama powieść wyszła bez nazwiska, lub z podpisem takiego autora, o którym pewne sfery tutejszego towarzystwa nie mogłyby powiedzićć: to nasz, czy entu-zyazm byłby wtedy równie wielki. Bądźcobądź, powieść ta zainteresowała wszystkich, o niej mówią wszędzie, prof. Tarnowski poświęcił jćj dwa odczyty, wypowiedziane miodoplynnym stylem w samych prawie superlatywach, awkońcu przedstawiono główniejsze momenta powieści w żywych obrazach.
Na pićrwszćm przedstawieniu teatr zapełniony byl przeważnie arystokracyą, jej adoratorami
różne pokłady gliny scplarnćj i wapna, w Gnieźnie i Kruświcy pamiątki narodowe. W Poznaniu dany będzie bal przez miasto na cześć gości, których się spodziewamy około 150 z Czech, kongresówki i Galicyi. Jubileusz 50-letniej pracy dra Szokalskiego z Warszawy uczczony będzie osobną gratulacyą i przemową przy obiedzie. Na wniosek piśmienny prof. Szokalskiego, ma być w katedrze gnieźnieńskiej położony nagrobek dla Jana Śniadeckiego, na co prześwietna kapituła gnieźnieńska już się zgodziła. Wszystko idzie pomyślnie i rozwija się prawidłowo.
i satelitami, a wielu panów wystąpiło we frakach i białych krawatach, niewiadomo czy przez cześć dla dzieła, czy też, co prędzej przypuścić należy, przez uszanowanie dla tych dystyngowanych osób, które raczyły wystąpić w obrazach. Obrazów tych było czternaście i dwa czy trzy dodatkowe, których afisz nie obejmował. Do najpiękniejszych należały: napad na czajki, porwanie Heleny Kurcewiczówny i te, w których dwór księcia Jeremiego występował w całej świetności i blasku. Ubiory były prześliczne, bogate, malownicze i wierne. Do najpiękniejszych z kobiecych zaliczyć trzeba ubiory księżny Gryzeldy Zbaraskiej i księżniczki Anny; z mezkich Tuchaja beja wielce malowniczy i ozdobny, Bohuua i Skrzctuskiego. Doskonalą charakterystyką zwracali na siebie powszechną uwagę Zagłoba i Podbipięta. Wogóle wszystkie kostiumy, z wyjątkiem Wasyla Kurce-wieża, były starannie dobierane, a ukazanie się w’ kilku obrazach niektórych postaci na koniach, i to nie by le jakich, robiło wielkie wrażenie i wywoływało rzęsiste oklaski. Wadliwą stroną przedstawienia było oświetlenie słabe, niejednostajne, pochodzące nie z frontu, lub przynajmniej zgóry, ale gdzieś z boków, nawet ztylu, przez co wiele pięknych szczegółów ginęło w cieniach, a natomiast występowały rażąco zszarzane i wytarte dekoracyc teatralne. Jako niezwykłą rzecz przy podobnych przedstawieniach wymienić trzeba, że wiele z osób biorących udział w obrazach, w chwilach wolnych ud wystąpień ua scenie, składało wizyty swoim znajomym po lożach w kostiumach, a nawet prezentowało się na parterze między krzesłami, co odjęło wiele powagi i złudzenia całemu przedstawieniu i zamieniło je na rodzaj reduty, tak że brała ochota odezwać się: „Maseczko, znam cię, jesteś niegrzeczna; nie szanujesz nietylko Sienkiewicza, publiczności, ale i siebie.”
Skoro jesteśmy już w teatrze, nie zawadzi wspomnieć o nowych sztukach. Niewiele nam to zajmie czasu, bo tegoroczny repertuar ubogi jest nadzwyczaj w nowości, nawet w tćj porze przedstawień benefisowych, w której każdy artysta stara się pozyskać na benefis sztukę, coby mu najliczniejszą publiczność zwabiła do teatru. Otóż w tym roku artyści nasi, z braku nowości, wzięli sic do odgrzewania sztuk już ogranych i znanych, które jednak miały szczęście spodobać się publiczności. I tak p. Podwyszyński, wyzyskując powodzenie autora komedyi „Górą nasi,” wznowił' jedne z najlepszych jego dawniejszych „Przed ślubem.” P. Freukel i panna Pysznikówna przypomnieli nam utwory Sardou z czasów jego najdzielniejszej twórczości, wystawiając: pićrwszy „Malomieszczan,” druga „Fernandę.” Panna Kałużyńska uważała za najodpowiedniejsze w mieście, które było polem wszechstronnej działalności Józefa Szujskiego, gdzie rok temu tak okazale grzebano jego zwłoki, wystawić jeden z najlepszych jego dramatów „Halszkę z Ostroga,” w przekonaniu, że jćj to sprowadzi do teatru tłumy wielbicieli tak niedawno zgasłego poety-hi-storyka. 1 nic omyliła się w tym względzie. Sala była jeżeli nic przepełnioną, to zapełnioną tak, żc orkiestrę na galeryą przenieść musiano, aby w tern miejscu postawić fotele; ale była to zwyczajna sobotnia publiczność, która na każdy be-nelis tłumnie pośpiesza do teatru, bez względu nawet jaka i czyja sztuka, aby tylko okazać swoje życzliwość dla ulubionych artystek i artystów. Upatrywałem pilnie, czy wśród tej publiczności nie zobaczę koryfeuszów tego stronnictwa, którego zmarły tak dzielnym był szermierzem, czy nie zobaczę jego kolegów profesorów, albO' wreszcie najbliższych znajomych —i, niestety, dw-strzedz ich nie mogłem.
Tyle na dziś o teatrze. Z wystawy obrazów przedewszystkićm należy się podnieść wystawę Wcrnybory, Skargi i kilku jeszcze innych prac Matejki, urządzoną w osobnej sali. Skarga pojawił się w odnowionej przez Pentera szacie. Tb' co dawniej w tym obrazie uderzało i co mistrzowi naszemu zarzucała krytyka wiedeńska, to jest przewagę fioletowego koloru i białości gipsowćj kołnierzy, koronek i t. p., w odnowieniu tćm zni-
220
kio, całość więcej się zharmonizowała i nabrała pewnej gładkości, spokoju w liniach, co mojćm zdaniem zatraca nieco właściwość penzla Matejki, dosadnego w charakterystyce i niespokojnego w draperyach. Zastrzegam jednak, że to tylko moje zdanie, być może nawet mylne, gdy, jak niektórzy utrzymują, sam mistrz wielce z odnowienia jest zadowolony. Jeżeli tak jest rzeczywiście, to nie pozostaje mi, jak uchylić w pokorze czoła przed powagą takiego sędzi i przejść do najnowszej nowości, wyszłej świeżo zpod niespracowa-nej, niezmordowanej reki mistrza, to jest do Wer-nyhory.
Nic potrzeba czytać podpisu na obrazie, aby wiedzieć, kto go malował. W każdej galeryi, wśród mnóstwa innych malowideł, nawet człowiek najmniej znający się na sztuce, mógłby odrazu poznać w nim Matejkę, tak wybitnie występują w nim wszystkie właściwości penzla jego, wszystkie zalety, a zarazem i ujemne strony. Do pierwszych policzyć trzeba siłę wyrazu w samym Wer-ny horze, który wystawiwszy jedne rękę, znakomicie namalowaną w niesłychanie trudnem skróceniu. i patrząc przed siebie natchnionym wzrokiem, wypowiada proroctwo, które jakiś szlachcie, podobno Suchodolski, jak utrzymuje p. Maryau Gorzkowski, zapisuje na poczekaniu. Głowa Weruyhory jest arcydziełem w swoim rodzaju pod względem siły wyrazu i kolorytu. Również przepyszna głowa księdza ruskiego, siedzącego po prawej stronie obrazu (od widza), trzymana nieco w cieniu. Kobiece znowu główki i postacie, szczególniej jedna garnąca się do Wernyhory, są typowe i urocze, nie mówiąc już o mistrzowskiem wykończeniu szczegółów, o łudzącćm odtworzeniu materyj, w czćm tak celuje Matejko. Zalety to takiej doniosłości, że wobec nich nie ma się odwagi wystąpić z zarzutami; a jednak uczynić to należy, aby nie być posądzonym o dworactwo, które wobec majestatu królewskiego tylko na pochlebstwo zdobyć się umie, a prawdę powiedzieć się boi. Otóż ujemną stroną tego obrazu jest prze-dewszystkiem to, że choć rzecz dzieje się ua stepie, ua przestronnym stepie, jak wnioskować można z tego kawałka seledynow ego nieba, widnego wrgórze, znajdującym się na ziemi figurom jest tak ciasno, że wszystkie tłoczą się jedna przez drugą, a co dziwniejsza, że nawet księżyc sam, wbrew prawom perspektywy, pcha się także na ernyhorę. W szkicu do tego obrazu, któryśmy parę lat temu widzieli, księżyc ten daleko szczęśliwsze miał pomieszczenie, bo choć także zamało był perspektywicznie odsunięty, to jednak otaczając ze wszystkich stron równo głowę proroka, stanowił niejako świetlaną aureolę, na której zło-cistem tle ta głowa rysowała się, jak na bizantyńskich obrazach.
Po Matejce trudnoby mi było pisać o innych obrazach i obrazkach, które w tym czasie przy były do sal wystawy Towarzystwa sztuk pięknych, bo trzebaby mi może zanadto zmniejszyć skalę wymagań i sąd może byłby surowszy; dlatego odkładam sobie to ua później, a dziś obciąłbym jeszcze kilka słów powiedzieć o pomniku Mickiewicza. Mamy tedy ogłoszony konkurs uą ten pomnik, z tćm wyszczególnieniem, źc ma on stanąć na rynku krakowskim, ale gdzie na rynku? Gdzie?... Jakby wam tu bliżej określić to gdzie.* 1... Kto choć raz byl w Krakowie, ten przypomni sobie zapewne w pobliżu maryackiego kościoła, naprzeciw hotelu Drezdeńskiego, miejsce około studni, w którem wyrobnicy, tragarze, mularze z narzędziami swojej pracy wystają po kilka godzin, czekając, aż ich kto wynajmie do roboty. Otóż w miejsce tej studni, słupa latarniowego stojącego opodal i tćj rzeszy robotników, ma stanąć pomnik wieszcza Adama — w jednym rogu, jak się tłumaczy komitet, owego idealnego kwadratu, którego jeden punkt stanowi kościół Ś-go Wojciecha, drugi wieża ratuszowa, trzeci studnia pod Krzysztoforami, a czwarty pomnik Mickiewicza. A więc pomnik ma być niejako pendant do kościoła i wieży ratuszowćj; zamiast stanąć na środku jednego lub drugiego prostokątnego placu, ciągnącego się wzdłuż boków Sukiennic, ma stanąć w rogu i róg Sukiennic, złamaną ich linią,
mićć za tło. Co gorsza, komitet, którego wiekszoćć była dawniej przeciwną postawieniu pomnika na rynku, głównie dlatego, że wśród wyniosłych bu-dowl tam się znajdujących mógłby zuiknąć, nie wydać się dobrze, nie imponować, chce postawie ten pomnik właśnie w blizkości wieży maryackiej, która jest najwyższą ze wszystkich budynków na rynku. Dziwną doprawdy wydawać się musi podobna nickonsekwencya i trudnoby ją było wytłumaczyć, zwłaszcza że w komitecie zasiadają mężowie uczeni, wykształceni, znający się na estetyce, architekturze, perspektywie, gdyby do rozwiązania tej zagadki nie pomogła nam znajomość stosunków krakowskich. Otóż kto zna Kraków dobrze, ten wie, że u nas kwestya osobistości, koteryi, gra ważną rolę nietylko w politycznej walce stronnictw, ale przenosi i na inne poła swoje stronniczość i uprzedzenia. Gdyby n. p. pan X lub Y, należący przypuśćmy do stronnictwa postępowego, powiedział, lub co gorsza wydrukował, że dwa razy dwa jest cztery, albo że suma dwóch boków w trójkącie większą jest od boku trzeciego, to stronnictwo konserwatywne użyłoby całej potęgi swego wpływu, całej argumentacyi solistycznej na udowodnienie, źe tak nie jest. Coś podobnego zaszło i tutaj, a kto nie wierzy, niech przeczyta dzienniki różnej barwy z ostatnich dwóch lat, niech zobaczy, co który z nich pisał w tej kwestyi, a wyjaśni mu się nietylko ta zagadka pomieszczenia pomnika, ale i inne, jak n. p. nagrodzenie niefortunne pomysłu p. Dykasa, bo u nas więcej ma wagi i znaczenia kto radzi, aniżeli, co radzi (1).
BALADY TOMASZA ZANA.
(Dokończ en ic,)
Według Zana, Twardowski był-to rycerz ubogi. Pokochał on Malwiuę, „śliczną księżnę/' i doznawał od niej wzajemności, lecz ojciec jćj, ba-gaty i dumny, na zv iązek córki z biednym rycerzem zezwolić nie chciał. Twardowski, doznawszy upokorzenia i zawodu w swych najsłodszych nadziejach, wzywa „strasznych dla niebios aniołów/4 ażeby mu na pomoc przyszli, wtem odzywa się glos ojca jego z mogiły, odwodzący od grzechu
i napominający do pokuty („bij sic w piersi i mów: wierzę44); lecz skutku nie odnosi, Twardowski po raz drugi wzywa potęg piekielnych. Wtćm głos dziecka kwilącego słyszeć się mu daje. Już wzruszony padł na kolana i płakał, gdy wtćm „czarni krucy czarnym rzędem do rozdroża się zbliżali44 i stawili sie przed Twardowskim na jego zaklęcie wśród strasznego zamętu przyrody:
Wtem ptak zlej przygody wrzeszczy, Noc grube wciąga pokrycie, Słychać przeraźliwe wycie,
Sosny padają, dąb trzeszczy, Ziemia drży i gromy warczą, Niebiosa piorunów starczą,
Wrą piaski, jęczy powietrze.
Tu się wicher z wichrem zetrze I burzę na burzę wali.
Twardowski, zanim podpisał cyrograf, zażądał, żeby burza ustala, żeby tegoż jeszcze dnia małżeństwo przyszło do skutku i żeby długo żył szczęśliwie:
I póki nie stanę w Rzymie, Sławne w rodzie, boju, rymie
I bogate mam mićć życie.
(IJ Nic krępując swobody zdania naszego korespondenta i nic wchodząc w ocenienie pobudek, które wpłynęły na wybór miejsca dla pomnika, jrko bliżej nam nieznanych, wyrażamy jednak przekonanie, że komitet krakowski kierował się w nim nic koteryjnością, lecz względem na dobro samej sprawy. Zresztą, o ile wićmy, kwestya wyborn miejsca nie jest jeszcze osla'c znie przesądzoną i dlatego też uwagi naszego spółpracownika zamieszczamy bez zmiany.	(Przypisek redakcyi.)
W myśli chcc naturalnie oszukać diabłów i nigdy do Rzymu nie pojechać. Świetny zamek z „basztami, kanałami i spustami,” jaki wystawili mu w jednej chwili szatani, znajdował się według Zana w Skrzypnie, znanem gnieździć wielkopolskiem rodziny Twardowskich, z której pochodził sławny poeta Samuel w XV II stuleciu.
Podpisawszy cyrograf krwią własną, jedzie ten niegdyś ubogi, a teraz bogaty i możny rycerz do zamku Małwiny. Mógłby teraz stanąć w rzędzie konkurentów do ręki księżniczki, sam nawet myśl tę wypowiada; ale z powodów, których poeta nie przytacza, woli ją wykraść. Malwina, dawniej już, jak się zdaje, wtajemniczona w pl .n Twardowskiego i oczekująca go, teraz doznaje lęku, ociąga sie, omdlewa. Omdlałą Twardowski zabiera i puszcza się w drogę. W przedstawieniu uczuć jego widzimy żywioł zmysłowości, przykryty sentymentalną zasłoną („Tak, Mai wino, czas uciekać; nic odstępuj przedsięwzięcia; pocóż mamy rozkaz zwlekać?”). W drodze spotyka kobietę z dziecięciem, plączącą, wygnaną ze swej siedziby. Przygarnąwszy ją, zdąża do jakiegoś wspaniałego zamku, który, jak mu kobieta owa objaśniła, stanął cudowną mocą niedawno i który, jak się później dowiaduje, nosił nazwę lio-manoea.
Tu powtarza się znowu ów rys sentymentalnej zmysłowości:
Przed ganek zajadą konie, Twardowski szczęście dziedziczy, Myślnej kosztuje słodyczy
Przy kochance i przy żonie.
Dlaczego Twardowski wchodzi do tego zamku? Czy że Malwina omdlała, czy że chce przyśpieszyć swe szczęście, czy źe burzy się lęka dla swój lubej? Jeżeli tak, to dlaczego nie używa udzielonej mu już władzy czarnoksięzkićj? dlaczego nie przenosi się w jednej chwili do przygotowanego już dawniej zamku własnego w Skrzypnie? dlaczego nie uśmierza żywiołów? Na te pytania niepodobna znaleźć odpowiedzi w bala-dzic Zana. Jak w Nerynle, tak i w Twardowskim motywowanie wypadków, konsekweneya my'li należy do najsłabszych stron utworu.
Gdy w tej zaimprowizowanej siedzibie czarci upominają sic o duszę, Twardowski chwyta na rece dziecię owej zabranej do powozu kobiety; niebawem jednak, gdy mu przypomniano „rycerskie słowo,” składa dziecię, „rysuje konia na ścianie, siada i z czartem znika.” Gdy przelatywał nad Rzymem, niewiadomo wprawdzie jakim sposobem, dowiedziano sie w wiecznym grodzie o tej powietrznej wędrówce, ale jak mówi balada, kropiono go „świętą wodą,” bito w dzwony i modlono się. Jakie były skutki tych środków nabożnych? Oto:
Nie powrócono go wiernym,
Lecz w piekle został odźwiernym, Człek żywy pierwszym przykładem.
Cóż się stało z kochanką?
A Malwina nieszczęśliwa, Opuszczona, ledwie żywa, Po swego kochanka stracie W ubogiej mieszkała chacie, Pokutując za swe grzechy.
Sens moralny, jakim poeta kończy swą baladę, nie ma właściwie związku z jćj treścią:
Sprawiedliwe sądy Boże!
Przez nie tylko człowiek może Doznać w trudnościach pociechy.
Czyż pociechą w „trudnościach” Twardowskiego jest stróżowanie piekła? Czy też pociecha ta odnosi się do Małwiny, pokutującej za grzechy chyba nie swoje, bo że kochała, to grzechem nie było, a że zemdloną porwał Twardowski, to na jej odpowiedzialność moralną iść nie może.
221
111.
Zan, w parę razy już wspomnianym spisie balad swoich, piąte zkolci miejsce naznacza Cygance. Jest-to najwcześniej drukowana balada Tomasza, pojawiła się bowiem w r. 1822 w „Dzienniku wileńskim,’1 a więc jeszcze za pobytu Zana w tem niegdyś uniwersytcckiem mieście. Ale nietylko z tego jednego względu obudzą ona ciekawość; poznawszy jej treść i artystyczne wykonanie, zauważyć naprzód można jej odmienność od poprzednio wyliczonych i rozebranych. Podczas gdy w Nerynie i Twardowskim cudowność stanowi zasadniczy żywioł poetycki, w Cygance. niema go wcale; balada ta bowiem jest wczęści rodzajowym obrazkiem, wczęści zaś opowieścią o niezwykłych, ale bądźcobądź możliwych wypadkach. Powtóre co do logicznego rozsnucia pomysłu, a nawet co do pewnej poetyczności wyrażenia, Cyganka ma pierwszeństwo zarówno nad Neryna,, jak nad Tu-ardowski.n.
Sytuacya na początku balady podobną jest do tej, jaką poznaliśmy w Nerynie. Dziewica, plącząc, wzdychając, ręce łamiąc, siedzi przy „świetlicy” aa darninie i oczekuje kochanka, którego zabrali ułani i na wojnę powiedli. Różnica pomiędzy tą dziewicą a Ncryną zachodzi chyba ta, że Neryna, jeżeli nie została wyraźnie za szlachciankę podaną, to przynajmniej nie przedstawiała się jako chłopka, gdy tymczasem bezimienna dziewica w Cygance występuje już wyraźnie jako wieśniaczka.
Dalszy rozwój sytuacyi jest już zupełnie inny, niż w Nerynie. Do plączącej dziewczyny zbliża się Cyganka „pełna wróżeb i leków” i pozdrowiwszy ją po chrześciańsku, pyta:
Córko, lilijko moja, Zkąd taka żałość twoja? Plączesz ojca czy matki?
Uspokuj się, dziewico;
Sieroty Boga dziatki;
Mleko ze krwią twe lico, Len, nie włosy, w zaplotce; Znajdzie się mąż sierotce...
Z odpowiedzi dziewczyny dowiadujemy się, żc „ojciec i matka na dnie zimnego leżą piasku na mogilniku,” źe ona biada po miłym, któremu „na cudzej stronie” musi być nudno i zimno: „ni się ustroi biało, ani od sióstr oprawy, ni od matki potrawy;” prosi więc Cygankę, aby wróżbą swoją serce jej pocieszyła. Cyganiła każę się jej wprzódy pomodlić i przynieść jajko, wodę, krupki w przypoleezku, make, okrajczyk chleba— „wszystkiego po troszeczku.” Dzieje się to wieczorem, który poeta z właściwą sobie zdolnością przedstawia:
Słońce znikło za górą, A zimny dmie powiewek;
Czerwony księżyc z chmurą Wygląda zpoza drzewek Przestrasza dziewkę młodą...
Gdy dostała, czego jćj było potrzeba, Cyganka „jajko bije, pławi białek w wodzie” i rozpoczyna wróżbę:
Patrz, moja krasawico!
Oto twój Jaś szczęśliwy:
Sukienki złotem świecą,
To jego konik siwy;
Oto powraca z wojny
Szczęśliwy i spokojny.
Uszezęśliwona dziewczyna zdaje się dostrzegać postać ukochanego
„Dalibóg-ci to oni!
Za nim ułanów wiele...
— „A to?”—pyta zaniepokojona, widząc coś poza ułanami.—„Dzwoneczek dzwoni—odpowia da Cyganka — ksiądz idzie.... na wesele.”— „A to?” — pyta znów dziewczyna. — Cyganka
chce przed nią ukryć zlą wróżbę z ukazania się „ciemnej osoby,” oznaczającej żałobę:
Zieziulko(l) i słoneczko
Niezawsze równo świeci, Skryje się za chmureczką I ciemno, nim przeleci....
—„A to?”—pyta raz jeszcze dziewczyna, a Cyganka odpowiada: „Jadą z paradą i po ciebie przyjadą.” Dziewczyna klasnęła w dłonie z radości, rumieniec pali jćj lica.
Rzeczywiście wróżba Cyganki sprawdzać się zdaje.
Kościółek stoi w dali,
W kościółku dzwonki dzwonią, Bębenek bębni du du, Słychać śpiewanie ludu.
Dziewczę nadstawia ucha, Podbieży, stanie, bieży
I stanie i znów słucha, Patrzy, oczom nie wieży: Serce bije, pierś wzdyma, Ledwo dyszy, dech trzyma.
Już roiła sobie chwile szczęścia z ukochanym, gdy rzeczywistość srodze ją zawiodła. Istotnie szedł ksiądz „po przedzie,” za nim lud ze świeca mi, za ludem ulani nieśli trumnę, a dalej krewni, rodzice, siostry i „placzennice.” Wymieniając rodziców i siostry Jasia, poeta zapomniał o prawdopodobieństwie; jeźeliż oni wiedzieli o śmierci ułana, kiedy szli za jego pogrzebem, to jakim sposobem nie wiedziała o niej jego kochanka?... śpiew pogrzebowy—w duchu ludowym—daje jej poznać, czyja to trumna:
„Jasiu, sławny molojcze, Tobie królować było;
Dwa zbiłeś wojska zbójcze, A ciebie trzecie zbiło.
Ty leżysz w zimnym grobie, Wróg weźmie kraj ten sobie.”
Słysząc te słowa, dziewczyna „omdlała i skonała.” Jasia z kochanką w jednym grobie pochowano; „ksiądz święcił świętą wodą, a potem zaśpiewano anielskie pozdrowienie i wieczne odpo-cznienie.”
Sens moralny, którego Zan w baladach swoich nigdy nie pozostawia! domysłowi czytelnika, ma w ('ygance pewien związek z treścią, a mianowicie z tym wierszem śpiewu pogrzebowego: „wróg weźmie kraj ten sobie.” Zgadła Cyganka—powiada poeta—„bo Jaś powrócił z wojny, ze szczęśliwym kochanka przepędza wiek spokojny, złój nie doznając doli: lepsza śmierć od niewoli.”
Rozpatrując balady Zana pod względem artystycznym, zauważyć można, że opowiadanie w Nerynie sączy się jakby strumyk po płaszczyźnie, bez żadny ch przestanków i spadków; w Twardowska. ma już spadki, ale nieregularne, któremi są owe ustępy o nierównej liczbie wierszy; w Cygance wreszcie w równomiernych, sześciowierszo-wycb przestankach płynie ku swemu celowi. Postęp tedy w udoskonaleniu artystycznego układu jest widoczny; poeta stopniowo coraz umiejętniej ujmuje swoje pomysły w formę, jakkolwiek nie dochodzi wcale do zupełnego nad nią panowania. Myśli i obrazy albo są zarozwlekle przedstawione, albo tćż naodwrót w tłum sic kupią i wzajemnie sobie przeszkadzają. Rozmysł artystyczny doskonalił się u Zana co do grup my śłi, nie zaś co do drobnych nawet ich szczegółów.
Jak w układzie, tak i w dykcyi postęp pewien zauważyć się daje. Zan nic był wprawdzie mistrzem słowa; jego wyrażenia są powszednie, czasami trywialne i niewłaściwe; prowincyonali-zmy nawet rażące („niesiony ułanami”— w Cy-
(1) Kukułko.
gance) spotykają się często; ale w każdym razie jeżeli w Nerynie i Twardowskim, słyszymy monę konwencyonalną ówczesnych sielankowych pisarzy, to w Cygance dosluchać się można nuty i dopatrzeć barwy ludowej. Jako środek artystyczny wywoływania wrażenia, uważać można przejęty, może nie wprost z epoki greckićj, ale z poetów niemieckich zwyczaj powtarzania całych ustępów mniej lub więcej długich w pewnych okolicznościach. Harmonii naśladowczej używał Zan bardzo skąpo; znajdujemy ją tylko w Cygance („bębenek bębni du du”).
Rymowanie w baladach Zana wogóle jest bardzo słabe; autor widocznie mało zwracał na nie uwagi. Wierszy używał w Nerynie i Twarduw skim ośmiozgłoskowych, z rozmaicie przeplatane-mi rymami; w Cygance wprowadził wiersze sie-dmiozgloskowe. Wiersze ośmiozgłoskowe należą do najczęściej spotykanych w pieśniach ludowych; były też one najpićrwej do poezyi naszej puanej wprowadzone; wszystkie prawie zabytki wiersza polskiego z XV wieku są ośmiowitrszowc. Wiersz siedmiozgloskowy napotyka się w pieśniach ludu, ale nie tak często, jak ośmiozgłoskowy. Do poezyj artystycznych Zan bodaj pierwszy go zastosował. Warto zauważyć, że najwcześniejsze balady Mickiewicza („Rybka,” o Twardowskim i Poraju w I-szej części Dziad,ów, „Pani Twardowska,” „Tukaj”) są ośmiozgłoskowe. Z tego względu, również jak ze względu na temat, do tych najwcześniejszych zaliczyłbym także „Ucieczkę,” lubo ta drukowaną była bardzo późno. Wiersza siedmiozgłoskowego użył Mickiewicz raz tylko jeden w baladzie Lilie, którą tradycya podaje za najpierwszą. Zdaje się że tradycyi w tym razie zaufać można, wbrew przeciwnemu mniemaniu p Józefa Tretiaka (II, str. 111). Czyżby w przyjęciu tego 7-zgloskowego wiersza poszedł wieszcz nic wprost za wzorem pieśni ludowćj, ale za wzorem Zana? Braki „Cyganki” nie mogły stanąć na przeszkodzie koledze i przyjacielowi w przejęciu formy wiersza; bo w życiu zdarza się niejednokrotnie, źe wśród odpowiednich okoliczności slaby jakiś obrazek wywrze stokroć głębsze wrażenie, niż arcydzieło penzla. Zan nie był mistrzem słowa, a jednak wpływ na kolegów i znajomych miał potężny, zapewniało mu go jego szlachetne serce i jego charakter dzielny. Marya Wcreszcza-kówna uważała go za „bardzo rozumnego,” Adam Mickiewicz za bardzo „dobrego” (1), a cała spól-czcsna rnu młodzież uniwersytecka za swego duchowego przewodnika, za swego „Arcy.” Nie z druków słynąć on będzie, ale ze wspomnień serdecznych.
P. Chmielowski.
Kronika paryska.
Mignet —Proces NaundorlTa, spadkobiercy Ludwika XVIII.— Brylanty korony.—Muzeum sztuk ozdobuiczych.—Wystawa
p. Kalaelli.—Lc Hol Jlauure, p. Ferdynanda Fabre.
Franeya straciła jeżeli nie najpierwszego, to najzacniejszego ze swoich historyków, a Akademia francuska swego dziekana. Umarł Franciszek Mignet w 88-ym roku życia. Ubyła Paryżowi jedna z osobistości, która była jego chlubą i której życie i działanie przenosi nas do innej całkiem, przebrzmiałej epoki.
Biografia Migneta da się cała zamknąć w kilku rysach. Urodzony w Prowancyi, na ławkach szkolnych zaprzyjaźnił się z p. Thiers i przyjaźń ta przetrwała aż do ostatnich chwil życia. Ale życie tych dwóch rówieśników poszło zupełnie inną ko-łeją. Podczas gdy Thiers rzucił się z całą werwą i namiętnością swej południowej natury' ua wzburzone fale polityki czynnej i gdy raz u steru rządu, to znowu u steru opozycyi uosabiał monarchią parlamentarną, później protestacyą przeciwko cesarstwu, a nakoniec utworzył rzeczpo-
(1) Zob. „Żywot i korcesponleneye Tomasza Zana,” str. 60.
222
spolitą — w tym samym czasie Mignet, jego rówieśnik, trzymał sie zdała od polityki i wyłącznie poświecił się badaniom historycznym. Jako młodzieniec przybywa do Paryża i razem z Armandem Carrcl tworzy słynny dziennik National, który przyczynił się tak znacznie do wywołania rewolucyi lipcowej i utworzenia konstytucyjnej monarchii. Ale nawet dziennikarstwo nie mogło go usidlić nadlugo. Badania historyczne, wytrawny i bezstronny sąd o przeszłości, narzucały się jego umysłowi. Jako profesor dziejoznawstwa zwraca na siebie ogólną uwagę; jego Historya rewolucyi francuskiej wychodzi w 1824 roku; w kilka lat później autor jej wchodzi do akademii nauk moralnych i politycznych, a w 1836 roku do akademii francuskiej. Od Ludwika Filipa nie przyjmuje żadnych honorów i ogranicza się na posadzie dyrektora archiwów narodowych, gdzie przez cały czas monarchii lipcowej szpera wśród aktów i dokumentów. Następstwem tej pracy był szereg dzieł historycznych, które wszystkie są epizodami z XVI i XVII wieku. Rywalizacya Karola X z Franciszkiem I, Antonio Perez i Filip II, Marya Stuart, oto trzy główne jego dzieła, z których pierwsze nic jest skończone. Widocznie epoka rcformacyi nęciła ten umysł rozległy i ze wszystkich stron starał się przeniknąć do wnętrza tej dziejowej chwili, tak pełnej znaczenia dla ludzkości. Zostawił podobno w rękopisie część dzieła w tym przedmiocie, nad którym pracował wciągu ostatnich trzydziestu łat swego życia.
Od śmierci Thiersa, Mignet czuł się osieroconym. Płomień, który ożywiał tego pięknego, o wykwintnej powierzchowności starca, osłabł. Coraz rzadziej mieliśmy sposobność słyszeć w akademii nauk politycznych, którćj był dożywotnim sekretarzem, te pochwalne oracye, wypowiadane na cześć zmarłych członków, a od dwóch lat zaprzestał prawic zupełnie uczęszczać na posiedzenia. Dom w którym mieszkał łączył się z ogrodem hotelu Thiersa i tam ogrzewał się on u ogniska rodziny pozostałej po swoim przyjacielu, on, co nic miał czasu o utworzeniu własnej pomyślćć. Schodzi ze świata, nie zostawiając ani jednego nieprzyjaciela, otoczony czcią i sympatyą ogólną. Trudno o większą jednomyślność pod tym względem.
Jako pisarz historyczny, Mignet zajmować będzie poczesne miejsce w tćj plejadzie, co jednocześnie mogła się pochlubić ludźmi jak Michelet, Thiers i Henryk Martin. Nie ma on płomiennego geniuszu Michclcta, ale ściślćj się trzyma rzeczywistości; nie ma tego zmysłu męża stanu i tych darów strategicznych, które zdmnićwają .w autorze Konsulatu i cesarstwa, ale posiada więcej od niego rozwagi i bezstronności; nie wzniósł, jak Henryk Martin, systematycznego, całkowitego gmachu dla przeszłości swego narodu, ale fragmenta jego posiadają wyższe historyozoficznc znaczenie. Zpo-między wszystkich jego prac najpopularniejszą jest mała, dwutomowa historya rewolucyi francuskiej. Jest to dzieło klasyczne, przełożone na wszystkie języki, odbite w nieskończonej liczbie wydań i znane bez najmniejszćj wątpliwości każdemu, kto kiedykolwiek zajął się epoką rcwolu-eyi francuskiej Napisano od lat sześćdziesięciu, od których praca Migneta się datuje, nie jedno nowe dzieło, ale setki w tym przedmiocie, od grzebano tysiące dokumentów, wydano mnóstwo pamiętników; lecz jeżeli tu i owdzie sąd jest zmieniony, to nie można zaprzeczyć, źe ogólny charakter tćj epoki i jej rozwojowe fazy skrystalizowały się raz nazawszc pod jego rylcem. Ten utwór młodzieńca, napisany rzec można pod wpływem opowiadań aktorów, co działali w tym wicloaktowym dramacie, stał się spiżową tablicą, gdzie szereg pokoleń przychodził czerpać znajomość swoich początków i słuchać nieodwołalnego wyroku trybunału dziejów.
Akademia francuska, dopićro-co skompletowana, straciła w nim najstarszego swego członka. Dziekanem jej staje się obecnie Wiktor Hugo, na szczęście zdrów jeszcze i czerstwy. W gronie czterdziestu nieśmiertelnych, ubyło wciągu kilku miesięcy dwóch historyków: llcunk Martin i Mi-
gnet. Kandydatura p. Wiktora Durny i p. Cheruel stawia się sama przez się. Być może nawet, źe obydwaj wejść będą mogli do pałacu mazaryń-skiego, gdyż inny akademik, p. Cuvillicr-Fleury, dogorywa także. Zabobonni twierdzą, źc nigdy nieśmiertelni nie umierają pojedynczo, ale że dla towarzystwa i uczonej rozmowy zabierają z sobą na pola elizejskie tego lub owego ze swych towarzyszy. Nie potrzebował tego Mignet; znajdzie on tam Thiersa.
W chwili gdy zamyka oczy historyk epoki rewolucyjnej, jeden z najfantastyczniejszych epizodów takowej narzuca się uwadze publicznej w formie procesu. Zagrożeni jesteśmy nową edycyą procesu Naundorff Prawdopodobnie zdarzyło się już czytelnikom słyszeć o takowym. Od stu lat toczy się spór o osobistość delfina Francyi, Ludwika XVII. Podczas gdy niezaprzeczone doku-menta stwierdzają, iż umarł on w wiezieniu Tempie, legenda opiewała, że został wykradziony z więzienia przez wiernego sługę i żc żył na wygnaniu. Kilku zjawiło się samozwańczych pretendentów do osoby Ludwika XVII, ale najupart-szym z nich byl Ludwik Naundorff, który umarł w 1845 roku, w Delft w Holandyi, który wytrwale domagał się od. Burbonów i Orleanów, od wszystkich europejskich dworów i trybunałów przywrócenia mu jeżeli nie korony, to stanowiska cywilnego i rodzinnego. Po śmierci pretendenta, jego dzieci stają z temi sainemi wymogami. Obecnie zjechali do Paryża syn Naundorffa Karol i córka Amelia, a raczej książę Karol i księżniczka Amelia Bourbon, jak się nazywają, i posłali pozwy hrabiemu Paryża, wdowie po hrabi Cham-bord i jej dwom siostrzeńcom, hrabiemu Bardi i księciu Parmy. Domagają się politycznego i majątkowego spadkobierstwa po Henryku V, tego ostatniego przedewszystkićm, gdyż nie opływają w miliony. Posiadają zato owe tejcmniczą szkatułkę, która figurowała we wszystkich dawniejszych procesach i w której znajduje się genealo gia rodziny, dokumenta dowodzące, żc mają prawo uważać się za spadkobierców ostatniego z Burbonów, pergaminy, metryki, medale, sygnety, miniatury i t. p. „Księżniczka" Amelia liczy obecnie 45 lat wieku i jest majestatyczną, ale zato „książę" Karol nie nosi najmniejszego śladu typowej rasy Burbonów. Jeden z wziętych adwokatów paryskich podjął się ich obrony i nie można wątpić, źc będzie to jedna z najgłośniejszych spraw spólczesnych. Gdyby rzeczpospolita chcia-la posługiwać się sądownictwem dla wywierania zemsty na swoich przeciwnikach, mogłaby im teraz splatać wybornego figla, przywracając Nann-dorffom godność Burbonów.
Podczas gdy staje nowy kandydat do francuskiego tronu, znikają jedne po drugich zabytki i pamiątki monarchii historycznej. Niedawno uprzątnięto z dziedzińca Luwru ostatni kamień pałacu tuilleryjskiego, rczydencyi królów i cesarzy; obecnie wystawione będą ua sprzedaż brylanty korony francuskićj. Izby pozwoliły na tę sprzedaż i otrzymanych w ten sposób kilka milionów chcą użyć na cele artystyczne, przynoszące więcej pożytku i więcej rozkoszy, aniżeli widok najrzadszych nawet klejnotów. Po raz ostatni będzie mogła zbiór ten zobaczyć publiczność na wystawie przedmiotów ©zdobniczych i zbytko-wych, którą urządzają obecnie na cel dobroczynny. Będzie to ciekawa wystawa i znany w przemyśle article de Parts nową okryje się sławą. Potrzeba go ożywić i tchnąć weń życie, gdyż fabrykacya cudzoziemska zamyka przed producentem paryskim jedno po drugićm targowisko. Przodownictwo w obecnych czasach zdobyć można jedynie wewnętrzną wartością i istotnemi wyrobami artystycznemi. Do tego potrzeba szkoły, potrzeba wzorów, potrzeba zbogaccnia wrodzonego smaku i fantazyi.
Brak ten ma być wkrótce zapełniony przez utworzenie muzeum sztuk ozdobniczych, na wzór słynnego South Kensinyton museum w Londynie. Jest-to rzadki w Paryżu przykład skutecznego przeprowadzenia wielkiego przedsięwzięcia, z ini-cyatywy prywatnej. Stowarzyszenie artystów, mecenasów sztuki i wielkich przemysłowców,
utworzyło zbiory, uorgauizowało szkoły, a obecnie zabiera sie do budowania muzeum. Potrzebne na to miliony zebrało zapomocą loteryi, która wkrótce będzie ciągnioną, a która do kasy towarzystwa da czystych 10 milionów. Opozycya, jaką to przedsięwzięcie znajdowało, ucichła obecnie i zewsząd pomoc i wsparcie nadchodzą. Rząd darowuje dla muzeum sztuk ozdobniczych wspaniały pałac, gdzie za czasów cesarstwa zasiadała R ida stanu i gdzie się. znajdowała Izba obrachunkowa. Komuna obróciła ten gmach w perzynę i ruiny jego odbijają się od lat kilkunastu w spokojnych wodach Sekwany, nad której brzegiem się wznosił. Obecnie życie zakwitnie wśród tych ruin i sztuka przemysłowa obierze sobie tam siedlisko. Rząd daje gmach towarzystwu, z warunkiem aby po upływie pewnego przeciągu czasu przeszedł on, wraz z nagromadzonemi w nim skarbami, w ręce państwa. Ogół zyska na tem niewątpliwie i kwestya, która oddawna roznamięt-niala Paryż, nareszcie w pomyślny sposób rozwiązaną została.
Zpomiędzy kilku wystaw, które są obecnie otwarte w Paryżu, najciekawszą jest ta, na którćj malarz, p. Rafaelli, zebrał kilkadziesiąt swoich obrazów. Malarz ten nic nie ma wspólnego z Rafaelem, boskim mistrzem z Urbino. Jest on jednym z wojujących artystów nowej szkoły. Zaczął od zaciągnięcia się do szeregów impresyoni-zmu i był namiętnym zwolenikicm Maneta. Ale istotny talent nie pozwolił mu stale zamknąć się w jednym kierunku. Obecnie jest on samodzielny i nic ma szkoły, do którćjby go można zaliczyć. Nietylko że jest rodzajowym malarzem, lecz nie rozumie nawet innego ideału nad rzeczywistość. Maluje sceny z codziennego życia i to z najmniej poetycznego. Pospolici mieszczanie, przyjmujący nową służącą, albo galganiarze szukający w śmietnikach, tworzą sceny, przed któremi się jego paleta nie wzdraga. Można tem żywiej żałować tego umyślnego jednostronnego realizmu treści, że talent to silny i energiczny. Pan Rafaelli posiada styl szeroki i oddaje charakterystykę osób z prawdziwą potęgą, a nadto techniczne jego zalety, delikatne wykończenie, powabne krajobrazy pokazują, że jest w nim, tak jak w każdym prawdziwym artyście, strona poetyczna, ale źe całe staranie jego dąży nie do ujawnienia, lecz do ukrycia takowej. Oto do jakich dziwacznych rezultatów dochodzi nowa szkoła i uporczywe jej gonienie za oryginalnością! Pan Rafaelli jest teoretykiem i zapowiada nam jednocześnie cały kurs estetyki. Nie sądzimy, żeby zdołał do swoich szeregów zaciągnąć większość tutejszych artystów.
W rzędzie beletrystycznych pisarzy francuskich jedno z pierwszych miejsc, ale z miejsc na uboczu, zajmuje p. Ferdynand Fabre. Wielka publiczność nic zna jak należy i nie ceni jak powinna tego pisarza, którego znawcy i artyści uważają za mistrza. W każdym razie jego powieść L’Abbće Tigrane jest jednem z najznakomitszych studyów filozoficznych, jakie napisano od czasów Balzaca. Pau Fabre poświęca się głównie odtwarzaniu scen z życia duchowieństwa i jego anti-klerykalny zapal jest główną przyczyną, źe kobiety, które podtrzymują i ustalają reputacj ą powieściopisarzy, nie wzięły go pod potężne swoje skrzydła opiekuńcze.
Łatwiej może zyszczc sobie ich laski przez nowy swój utwór: Le rui Itauiire. Jest-to po mistrzowsku napisana powieść, niepozbawiona oryginalności. Autor wziął sobie za przedmiot moralne przeistoczenie i odrodzenie, jakiemu ulega jeden z tych paryskich paniczów o lekkomyślnej naturze, gdy go wypadki rzucają nanowo w progi rodzinne. Nietylko żc sceptyk, który zaczyna udawać opinie religijne i monarchicznc, alty pozyskać spadek po bogatej ciotce, przejmuje się powoli swoją rolą, ale wpaja w siebie na dobre te przekonania. Naturalnie że miłość do pięknej arystokratki jest sprężyną tego nawrócenia i źe ta sarkastyczna komedya, granicząca z karykaturą, kończy się tkliwą idylą. Niewiele oryginalniejszych powieści dałoby się napotkać w dzisiej-szem powicściopisarstwie franeuskieni.
223
Przekład wiersza Filicai na cześć Jana III,
przez L. UmcLlege.
(Notatka bibliograficzna.)
W nr. 24-tjm „Tygodnika ilustrowanego” z d. IG czerwca 1883 r. znajduje sic dokonany przez Felicjana przekład canzony, napisanej przez Wincentego da Filicaję, ua cześć zwycięztwa wiedeńskiego. Przypuszczając, iż dla czytelników „Tygodnika” ciekawćm będzie, gdy się dowiedzą, że przed Felicyauem canzona Filicai miała już tłumacza, podajemy następną notatkę bibliograficzną.
Przed dwoma tygodniami wpadla w ręce piszą-cego te słowa broszurka in ęuarto o 24 stronicach pod następującym tytułem: „Pieśń do Jana Sobieskiego króla polskiego, napisana po włosku w owym czasie, kiedy Jan III otrzymał zupełne i chwalebne zwyciztwo ned Turkami pod Wiedniem. Ofiarowaną była królowi Sobieskiemu, który autora złotym łańcuchem udarowal, a jako drogi zabytek literatury, czyniący zaszczyt waleczności królów' naszych, tłumaczona przez Leona Unickiego, medycyny doktora, uprzywilejowanego od ki-0'cwsko-pruskiej i cesarsko-rosyjskiej petersburskiej akademii, cesarskiego uczonego Towarzystwa natury badaczów w Moskwie członka.” Przy tym długim tytule niema ani miejsca, ani roku druku. W książeczce, pięknie drukowanej, mieści sic od str. 5 do 13 przekład polski pieśni poety włoskiego, niewymieuionego z nazwiska, jak widać z przytoczonego dokładnie tytułu; od str. zaś 15 do 24 po włosku (drukiem kursy-wnyrn): „CauzoneaGiovanniTerzo Re di Polonia.”
Chcąc bliższych zasięgnąć szczegółów o działalności literackiej tłumacza pieśni włoskiej, dra Leona Unickiego, udajemy się naturalnie do skarbnicy umysłowości naszej, to jest do Bibliografii Estrejchera. Pod nazwiskiem Unickiego znajdujemy tutaj, iż Estrejcher znal naszę broszurkę, gdyż dokładnie przytacza jej tytuł, i że Uuicki jest autorem kilku innych prac naukowych i literackich, a mianowicie: Leon Unicki, który miał Niemcom właściwy zwyczaj dodawania do imienia i nazwiska swego wykazu godności i tytułów nawet na utworach poetyczujch, napisał po łacinie rozprawę o gorączce robacznej: „Dissertatio inauguralis de febri verminosa, quam conscripsit et publico examini submittit L. Unicki Masovien-sis,” (Regiomonti, w Królewcu) 1816 r. Ale dr medycyny, członek Towarzystwa badaczów natury, zajmował sic eon amore i literaturą nadobną, bo oprócz tłumaczenia z włoskiego canzony, napisał on tragedyą w 5-ciu aktach p. t. „Arystobul,” wydaną w Berdyczowie 1821 r., komedyą w 5-ciu aktach, zapewne także włoskiego pochodzenia, „Czekino, czyli łapka na grosze” w Wilnie 1809. Nietylko jednak ulubieńcem Melpomeny i Talii byl Unicki, ale widocznie zajmowały go i inne rodzaje poezyi, jak wnioskować należy z tytułu „Pierwiastki mej muzy” (Wilno, 1805 r.). Wreszcie pomiędzy utworami jego znajdujemy u Estrejchera jeszcze jeden, a mianowicie: „Pochwalę sejmików. ”
Tak więc mamy wiadomość o działalności literackiej L. Unickiego, ale szczegóły życia jego są nam zupełnie prawie nieznane, oprócz tego? co możemy wywnioskować z tytułów dziel jego, t. j. 1) że żył i pisał w pićrwszćj ćwierci tego wieku, 2) że rodził się na Mazowszu, 3) źe w Królewcu bionił w r. 1816 doktorskiej rozprawy, 4) żc był doktorem medycyny, uprzywilejowanym etc. etc. Encyklopedya Orgelbranda o Unickim milczy.
Tłumacz canzony włoskiej nie wymienia nazwiska autora i Estrejcher widocznie o niem nie wiedział, przytaczając tytuł broszurki. Porównawszy jednak umieszczone przez Felicyana w ^Tygodniku” tłumaczenie canzony Filicai z tłumaczeniem Unickiego i tekstem włoskim, wydrukowanym razem z tłumaczeniem, przychodzimy do wniosku, iż jest to rzecz ta sama, t. j. że canzona Unickiego jest utworem Wincentego da Fi-caja, lirj ka włoskiego, który żył w drugićj połowie XVII w.
Chcąc sprawdzić, czy Estrejcher nie pomieścił pod nazwiskiem Filicaja wzmianki o tym utworze, zaglądamy znowu do „Bibliografii,” ale od tego wyrazu (błędnie u Estrejchera Filicaj) odsyła nas autor do wydanych w Wilnie w początku tego wieku wypisów z poetów włoskich, gdzie między innymi poetami były wyjątki i z Filicai; o cauzonie jednak na cześć Jana Sobieskiego nic nie znajdujemy; również pod Janem Sobieskim żadnej o tćm wzmianki niema. W Encyklopedyi Orgelbranda o Filicai znajduje się wzmianka biograficzna o odach na cześć Jana III, ale o tłumaczeniu na język polski niema mowy.
Zwróćmy się jednak do dwóch przekładów jednego utworu,rozdzielonych siedemdziesięcioletnim zapewne przeciągiem czasu. Różnica w tłumaczeniu Unickiego i Felicyana jest dość znaczna. Felicyan starał się nietylko wiernie oddać myśl oryginału włoskiego, o co nie można robić zarzutu i Unickiemu, ale przytćm zachować także miarę wiersza oryginału, czego znowu u Unickiego nie znajdujemy. W tłumaczeniu Felicyana widzimy przytćm więcej polotu poetyckiego, niż u Unickiego. W każdym jednak razie przekład Unickiego, jak na czas, w którym wydany został, a mianowicie w początku bieżącego stulecia, wcale jest udatnym i dość gładko się czyta. Tak jeden, jak drugi tłumacz pozwalają sobie niekiedy swobodniej jaki wiersz przełóż} ć, wogóle jednak oba tłumaczenia w iernemi nazwać należy.
H. Ł.
ROZMAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Niebezpieczeństwo popłochu, groźne dla każdego zbiorowiska ludzi, groźniejszem jeszcze bywa dla dzieci, jak tego przykład mieliśmy roku zeszłego, w jednym z teatrów angielskich. Na najwyższe więc pochwały zasługują próby, obecnie w Wiedniu po szkołach odbywane. Na pewien dany znak trwogi chłopcy wychodzą szybko, zabierając z sobą książki i płaszcze; na inny znak biorą tylko książki, zostawiając płaszcze; na trzeci wreszcie znak, najgroźniejszego niebezpieczeństwa, wybiegają bez książek i bez płaszczów; za każdym jednak razem biedź muszą porządkiem, grupami po czterech. Takim sposobem Tysiąc uczniów opróżniło ni. dawno dwadzieścia sal klasowych wprzeciągu dziesięciu minut. Dobrzeby było o podobnych próbach pomyśleć i u nas—dodaje „Słowo,” z którego tę wiadomość czerpiemy.
— Słynne freski w presbiteryum kościoła o. o. bernardynów we Lwowie zostały już, jak donosi „Gazeta lwowska,” artystycznie odnowione. Podobnież wspaniały wielki ołtarz tćjże świątyni, w którym złożone są szczątki błogosławionego Jana z Dukli, szczególniejszego obrońcy miasta Lwowa, bogato odzlocono i przywrócono do pierwotnej świetności.
— J. i. Kraszewskiego powieść „Bez serca," przetłumaczona na język niemiecki przez Maksa Goldbauma, wyszła świćżo w Wiedniu, nakładem Prochaski. Krytyka niemiecka z gorącem uznaniem wyraża się o tym utworze, podnosząc subtelność i świetność charakterystyki jego. Zarzucają mu tylko zbyt stronne i niekorzystne zobrazowanie Prus, a zwłaszcza Berlina, dodając jednak, że jest ono tak świetnie i głęboko pomyślane, iż czytelnik podziwiać musi autora, nawet w jego nienawiści.
— Mierzwiński w Wiedniu prawdziwie fenomenalne ma Dowidzenie. Pisma miejscowe nie znajdują słów na oddanie sprawiedliwości jego przepysznemu głosowi i wybornej metodzie. Nie obchodzi się jednak i tym razem bez tendencyjnych (boć przypadkowemi chyba nazwać ich nie można) przeistoczeń. 1 tak naprzyklad „Morgen-Post,” przyznając naszemu artyście niezrównaną
potęgę w śpiewie, nazywa go: ein pi'eussitsch£r Te-norist (tenor pruski). Inne znowu pismo, „Deutsche Zeitung,” robi go, ni ztąd ni zowąd, męczennikiem politycznym. Zkąd tak zabawne qui pro quo brać się mogą, trudno zgadnąć rzeczywiście.
— W uniwersytecie czeskim w Pradze, w semestrze jesiennym, wykładano następujące przedmioty z dziedziny slawistyki: profesor W. W. Tomek wykładał historyą Austryi i o stosunkach króla Jerzego Podiebradzkiego z papieżem; prof. Marcin Hattala o deklinacyi i konjugacyi głównych języków słowiańskich i o staroczeskich Aleksandreidach (poematach o Aleksandrze W.); I. Geb.iuer poetyczną literaturę czeską, od najdawniejszych pomników, aż do wieku XVIII, i gramatykę staroczeską; dr I. Kalousek najstarszą historyą czeską; J. Emłer dyplomatykę i pa-leografią; J. Picz etnografią Austro Węgier; lektor J. Kolarz gramatykę polską i serbską z ćwiczeniami praktycznemi i język rosyjski. W sezonie tym uniwersytet czeski miał na wydziale filozoficznym 13 profesorów zwyczajnych, 7 nadzwyczajnych, 15 docentów prywatnych i 5 lektorów.
— Gazeta francuska „Temps" podaje listę teatrów, oświetlanych obecnie światłem elektry-cznem, z oznaczeniem czasu, od którego je w nich wprowadzono. I tak: teatr w Brnie posiada oświetlenie elektryczne (9U0 lamp) od listopada 1882; teatr Bijou w Bostonie (650 lamp) od grudnia 1882; teatry stołeczny w Monachium (750 lamp), królewski w Sztutgarcie (500 lamp), narodowy w Pradze czeskiej (2,510 lamp), Manzoni w Rzymie (280 lamp), wreszcie La Scala w Medyolanie (3,000 lamp) — wszystkie od grudnia 1883 r. Wkrótce, jak wiadomo, i Wielka opera w Paryżu otrzyma oświetlenie elektryczne.
— Teatr narodowy czeski w Pradze posiada, oprócz medyolańskiego La Scala, naj-rozleglej-sze dotąd w Europie zastosowanie elektryczności do oświetlenia, z którem zdołano zarazem połączyć wentylacyą i opalanie sali. Trzy machiny parowe obsługują dziesięć przyrządów dynamo-elektrycznych, z których siedem oświetla sam gmach teatralny, a trzy obrócono na użytek sceny. Na zwykłą potrzebę wystarczają dwie machiny parowe i pięć dynamicznych, inne pozo-stają w rezerwie. Z 2,510-eiu lamp żarzących, 1,200, mogących wytwarzać światło białe, czerwone i niebieskie, umieszczono na scenie i za kulisami, resztę w sali zajętej przez publiczność, oraz po korytarzach i schodach. Oprócz tego na przedstawieniach uroczystych zapalany bywa wspaniały żyrandol, o 230, a wgórze, pod samym stropem, wieniec o 150 płomieniach. Dowcipne urządzenie dozwala w każdej chwili regulować natężenie świateł, których grupy mogą być dowolnie zapalane lub gaszone ze sceny.
— Brunhilda, czyli jazda na Kynaście, taki jesttytuł nowej opery Kistlera, która obecnie w Niemczech wielkiem cieszy sie powodzeniem. Czytelnicy Tygodnika starożytne zamczysko Kyna st na Sz^ązku, niegdyś siedzibę Piastów, znają z krótkiego rysu historycznego i dwóch widoków, zamieszczonych w numerach poprzednim i dzisiejszym naszego pisma. Do zwalisk tych przywiązane jest podanie o pięknćj Brunhildzie. Będąc przedmiotem zabiegów rycerstwa okolicznego, przyrzekła ona swą rękę temu, który trzykrotnie w pełnćj zbroi objedzie konno mur zamkowy, głęboką otoczony fosą. Po wielu nieszczęśliwych usiłowaniach, zakończonych śmiercią konkurentów, znalazł się wreszcie śmiałek, który z niebezpiecznćj tej próby wyszedł zwycięzko, lecz spełniwszy warunek, okrutną dziewicę z pogardą odtrącił. Legendy tej, przypominającćj „Rękawiczkę” Szyllcra, użył za tło do opery utalentowany kompozytor niemiecki, jeden z najgorliwszych i najzdolniejszych uczniów Ryszarda Wagnera.
— Saint-Saens, znany i w Warszawie znakomity muzyk francuski, pracuje obecnie nad wielką symfonią, pod tytułem „Hymne ń Victor Hugo," która tego lata ma być wykonaną w sali paryskiego Trocadero.
— Bajeczne ceny za przedmioty sztuki, zwłaszcza za starą porcelanę, bronzy i meble, »ą teraz we Francyi na porządku dziennym. Na licytatyi
224
Nabożeństwo pasyjne. Rysunek oryginalny Kędzierskiego.
(340;
na przykład n Durantou i Bloclie zapłacono za wielki kosz z porcelany sewrskiej, z czasu Ludwika XV, 10,200 franków; za małe dwie czarki z tegoż materyału i z tejże epoki 1,200 fr.; za parę chińskich waz porcelanowych 3,350 franków i t. p. Zbiór Dommartina, sprzedany w Lyonie, obejmował 232 numery i przyniósł 1GG,000 fr. Znajdowały się w nim przeważnie ozdobne meble starożytne. Półkolista konsola z drzewa lipowego, z bogatą rzeźbą i złoceniami, z czasu Ludwika XVI, dosięgła ceny 14,500 fr.; komoda wykładana różnorodnemi drzewami, z epoki llegen-eyi; 5,400 fr. i t. p.
— Starhembergówi, słynnemu komendantowi Wiednia w r. 1683, ma być wzniesiony pomnik w tumie Ś. Szczepana. Zebrał się już w tej sprawie
komitet, pod przewodnictwem arcybiskupa miejscowego, i postanowił wykonać uwieńczony projekt prof. Helmera, przy pomocy składek, w całej monarchii zbierać sic mających.
— Podczas tegorocznej wystawy w Turynie odbędzie się tam kilka kongresów międzynarodowych, jak: geograficzny, hygicniezny, rękodzielniczy, kongres sztuk plastycznych, klubów alpejskich, i narada co do środków zniszczenia fyloksery. Zamierzony jest także wielki turniej fecbtunko-wy, na szpady i pałasze, dla udziału w którym zgłaszać się należy do miejscowego komitetu wystawy.
— Schronisko dla dziewcząt uczęszczających do szkoły ma być wkrótce na wielką skalę założone w Berlinie, Różnić się ono będzie od ochron zwy
czajnych tćm głównie, że przyjmować zamierza nietylko małe dzieci, lecz także dziewczynki starsze, które po wyjściu ze szkoły znajdą tu, aż do powrotu rodziców, opiekę i pomoc naukową w odrabianiu lekcyj zadanych, obok stosownych zajęć na wolnćm powietrzu. Celem więc zakładu będzie ułatwianie rodzicom, zajętym pracą poza domem, zadania wychowawczego, a szczególniej niesienie pewnej ulgi w walce o byt biednym wdowom, obarczonym dziećmi.
— Według raportu francuskiego ministeryum sprawiedliwości, w roku ubiegłym wydano w całej Francyi 35 wyroków śmierci, z których jednak cztery tylko wykonano. Liczba samobójstw w tymże roku wynosiła 7,213.
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
Jtoauojieno UcHaypoB. Bapmasa, 23 Mapra 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia; przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajołimana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do kaidego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
M 67.
Prenumerata w Warszawie:	. inn.	PrehumerS®
rocznie n. 8, półrocznie rs. 4, kwart. Warszawa, 12 kwietnia loo4 r. •* *p«<$ ।* rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	’	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
Tom tli.
TreSć DFBlffll. Artykuły: Prot Lelewel, przez W. Korotyńbkicgo.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Ze świata obcego.—Miłość w kilku typach literackich, odczyt Waleryi Marrene (Norzkowskiej) (dalszy ciąg) .— Kronika tygodniowa, przez St. M. Rz. — Żółkowskiemu, przez L. (wiersz). — Przegląd piśmienniczy, przez T. Ziembę.—Zc świata muzycznego, przez W. Górskiego.—Monstrancja i pacyfikał ze skarbca kościoła ś-go Piotra w Budyszynie, przez L. J.—Sprostowanie, przez B. Grabowskiego.— Przegląd polityki zagranicznej.—Składki.—Korespondcncya od redakcyi.—Rozmaitości. — Dodatek. Miernoty, przekład z włoskiego M. Palcńskiij (arkusz pierwszy).— Ryciny: Prot Lelewel.—Wieczerza Pańska kopia obrazu Gcbliarta.—Święcone, rysunek Ejsmonda.—Z wielkiego tygodnia: „Groby,“ rysunek A. Kędzierskiego.—Monstrancya i pacyfikał w skarb-
*cn kościoła Sw. Piotra w Budyszynie.
PROT LELEWEL.
Szczególny to byl dwór, Wola Cygowska wSta-nisławowskicm; szczególny nie ze swojego starego domu mieszkalnego- i nowych budowl gospodarskich, ale z powodu swojego gospodarza i jego otoczenia. Jak ów Klucznik z epopei, pilnujący ruin zamczyska Horcszków, tak pan Prot zewsząd byl otoczony pamiątkami po dziadach, ojcach i braciach, pilnował ich jak oka w głowie, rad opowiadał dzieje każdego drobiazgu, ożywiał je wspomnieniami całych szeregów ludzi zasłużonych, których z Lelewelami łączyło powinowactwo, przyjaźń lub wspólność sprawy.
Oto n.p. misternie wykładana drzewem różnobarwnem kolebka, a w niej olbrzymie tomisko map, tablic numizmatycznych, rysunków bóstw i gmachów, wykonanych na miedzi przez Joachima, a wczęści przez Jana Pawła Lelewelów. Niegdyś zadaniem jej było piastowiać nie księgi, ale potomstwo gospodarzy. Darowana przez Augusta 111 pićrwszemu przybyłemu do Warszawy, wycbowańcowi akademii wileńskićj, Henrykowi Lelewelowi, lekarzowi nadwornemu królewskiemu, kołysała najstarszego jego syna Karola, potem jego wnuków Joachima, Prota i Jana, a potem i prawnuków, wymienionych po imieniu na czele Dziejów Polski, które stryj Joachim synowcom swoim opowiedział.
Oto dalćj pamiętniczek Karola, zapisany imionami profesorów i współsluchaczów w Getyndze, ciekawy z tego względu, że słuchacze uniwersytetu niemieckiego, noszący nazwiska niemieckie, pochodzący nietylko z Prus, aie nawet z Brandcbur-gii, piszą tam oświadczenia przyjaźni i sentencyc po polsku, objaśniając tćm samem, zkąd sie brali
u nas JIrongowiusowie i Lindowie, a nieco dawniej Falki i Lengnichy.
Oto znów kilka niepozornych pudełeczek, ale w nich aż kilkanaście medalów złotych, srebrnych i bronzowycb, bitych aa cześć Joachima Lelewela, wczęści przez rodaków, w większej zaś części przez , Numizmatykę, wdzięczną swojemu mistrzowi.”
Oto dalej, na milczącym fortepianie nieboszcz-
(341)
Prot Lelewel.
ki pani Protowćj, ogromnie długi zeszyt szczegółowych planów zjazdu ku Wiśle i mostu przez Wisłę w Warszawie, które wypracował inżenier Jan Paweł Lelewel, a które podobno dały pierwsze motywa robotom Pancera i Kerbedzia.
Oto nareszcie malutka skrzyneczka, a w niej dwa krzyże złote i jeden medal bronzowy, oraz wypłowiałe wstążeczki, na których je niegdyś przypięto do piersi obdarowanego. To krzyż „ Uirtuti militari,” otrzymany przez Prota Lelewela z rąk Dąbrowskiego, podczas okropnej przeprawy przez Berezynę; to krzyż Legii honorowej, którą go ozdobił Napoleon po rozprawie pod Lipskiem; to medal Św. Heleny, ostatni poetyczny odbłysk zachodzącego słońca Napoleoni-dów.
W pośrodku tego wszystkiego mąż nieco przygarbiony laty, ale ogromny wzrostem, muskularny, umiejący jeszcze tak ścisną'* rękę na powitanie, żc, jak niegdyś rękojeść szabli, zaskrzypi pod tern ściśnięciem, a przytćm patrzący w oczy tak słodko i serdecznie, iż zdałoby się, że już niema tkliwszego spojrzenia w niebiosach. 1 otoczenie odpowiadało temu wrażeniu w zupełności. Stary dom w Woli Cygowskiej obrastało kwiecie nieprzebranej rozmaitości kształtów i kolorów; w pokoju gospodarza przez całą zimę kwitły kolejno najrzadsze rośliny. Osiwiały wojownik, spoglądając na uie, powtarzał zcicha piosenko, śpiewaną niegdyś w szeregach za czasów jego młodości.- „Tam na błoniu błyszczy kwiecie—Stoi ułan na widccie” i t. d.
Dawne to bardzo dla nas już czasy, kiedy śpiewano owę piosenkę, i żywot Prota Lelewela będzie kiedyś nilem ich przypomnieniem, zwłaszcza gdy obszerne jego pamiętniki, stosownie zredagowane do druku, ukazą. się w obiegu. Dziś mimowoli po
226
przestać wypada ua encyklopedycznem zaznaczeniu tego pięknego żywota, rozpoczętego na schyl ku zeszłego stulecia.
Prot Adam Joachim Lelewel urodził sic dnia 11-go września 1790 roku w Warszawie, gdzie ojciec jego był uaówczas sekretarzem komisyi edukacyjnej, pierwszego ministeryum oświece nia w Europie, a jako sekretarz, lub po dzisiejszemu dyrektor ministeryum, załatwia! wszystkie sprawy na cześć i chwale innych, z wyjątkiem zasłużonego grona, układającego programy nauk i książki elementarne. Nauki szkolne Prot rozpoczął pospołu ze starszym bratem Joa chimem i ukończył je po nim u pijarów przy ulicy Długiej. Następnie wszedł do ministeryum spraw wewnętrznych księstwa warszawskiego, kiedy powinowaty jego Jan Paweł Łuszczewski, dziad Deotymy, był ministrem. Trwało to jednak krótką chwilę, ponieważ odgłos surmy bojowej i zgrzyt oręża rozlegający się po całej Europie, w inną stronę odwracał oczy i serca. Prot Lelewel w r. 1809 wstąpił do wojska i odtąd pod wodzą Dąbrowskiego odbywał wszystkie kampanie, niemal aż do wiekopomnej abdykacyi w Fontainebleau, którćj jednakże nie byl już świadkiem, po uieważ podczas wielkiego odwrotu wpadł jako jeniec w ręce wojsk koalieyi. Po traktacie wic dońskim, mając prawo wstąpienia do wojsk kró lestwa polskiego z rangą kapitana, prosił jak wielu innych o uwolnienie i otrzymał dymisyą. Odtąd poświęcał się gospodarstwu wiejskiemu, na wy dzielonej sobie przez ojca Woli Cygowskićj, posłował na sejm królestwa polskiego, rozprawiał się z komisyą śledczą w rozgłośnej sprawie ówczesnej, był wójtem gminy, prezesem wyborów do Towarzystwa kredytoweg • ziemskiego,jednem słowem, „zamieniwszy oręż na lemiesz,” spełnia! obowiązki obywatelskie i zaprawiał ku nim dziatwę Raz tylko jeszcze Wola Cygowska była opustoszona, a gospodarz jćj puścił się w świat szeroki, kiedy po zgonie Karola Lelewela w roku 1830, brat starszy Prota stal się był członkiem rządu w Warszawie, młodszy forty fik atorem Pragi, a sam on referendarzem do spraw wojsko wyełi. Ostatnia para koni, ocalała wWoliCygow-skiej i zaprzężona do prostego wozu chłopskiego, wywiozła pana Prota i kilku najbliższych ku granicy. Na radzie rodzinnej w Krakowie stanęło, iż pau Prot, jako mający już zonę i dzieci, kiedy dwaj inni bracia byli bezżenni, powróci do zagrody' ojczystej. Prosił tedy i uzyskał amnestyą, zapowiedzianą ukazem cesarza Mikołaja, wywiń-dykował z pod sekwestru bibliotekę Joachima, złożoną w skonfiskowanym domu przy ulicy Długiej, odkupił wystawioną na sprzedaż przez Towarzystwo kredytowe ziemskie dzielnice wiejską Jana Pawła i poświęcił się wyłącznie rolnictwu, kwiaciarstwu, a przedewszystkićm kustoszostwu pamiątek po dziadach, rodzicach i braciach, których wszystkich losy mu przeżyć kazały.
Za dawnych czasów, w mundurze i przy sza-bliey, umiał pan Lelewel trzy dni i trzy noce przetańczyć bez wytchnienia, a co gorsza, bez urlopu, i rumienie się jak wiśnia przed uśmiechniętym pułkownikiem przy odczytywaniu na glos raportu „po służbie,” że był chory i dlatego ty ł ko zaniedbał ćwiczeń Odblysk ten nie/.amąco-uej czystości duszy, niejednokrotnie przez nas widziany ua obliczu starych żołnierzy napoleońskich, towarzyszył Lelewelowi aż do trumny Ani uciążliwe troski gospodarskie, spowodowane przesileniem ekonomiezućm, kiedy wiek sędziwy już nie pozwalał doświadczać dróg nowych, ani żarliwość nieustanna około ocalenia i przekazania prac kilku pokoleń Lelewelów, ani najdotkliwsze cierpienia fizyczne ostatnich lat kilku życia pana Prota, nie miały dosyć potęgi, by zetrzeć z jego twarzy owę nieśmiertelną pogodę. Widziano po nim ciężką pracę skupiania myśli, kiedy spisywał swe wielotomowe pamiętniki, lub gotował do druku pozostałości po bracie, widziano jeszcze cięższą, kiedy z mlodzieńczćm zajęciem, a zupełnie prawie zagasłym wzrokiem, czytał przy pomocy lupy cokolwiek się rozgłośniejszego poją wiło w literaturze; widziano prawdziwe tortury, kiedy' duch w całej pełni życia i zapału łamał
się z ciałem, odmawiającem doreszty posluszcń stwa. Ale to wszystko było tylko przemijającym obłokiem na wiekuistym lazurze tego szlachetnego oblicza, nawet na chwilę przed zgonem; takiem tćż pogodnem, szlachetnćm, przyjacielskićm, ser-decznem pozostanie to oblicze w pamięci wszystkich, którzy znali pana Prota, i takiem przejść powinno do potomności.
IF. Koroti/uski.
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalszy cuig.)
XV. Prima - donna.
Rezolutność Maryny w pójściu tam, gdzie biją, wziąćby można za heroizm, gdyby nic to, że zmuszał ją pociąg nieprzeparty, któremu dziewczyna mimo wiedzy i woli własnej ulegała. Gdzie pociąg ów' istnieje, tam na heroizm miejsca niema. Zachodzi tylko pytanie: zkąd się on wziął? Zkąd?—ztąd, zkąd sic artyści biorą. Zaczyn artystyczny nic wybiera sfer, ani klas społecznych. Niby ziarno, które wiatr z kłosów obrywa i po polu roznosi, spada na grunt rozmaity. Na kamienistym się nie przyjmuje—marnuje; na uprawnym bujnie rozkwita. Zaczyn ów w Marynie byłby zapewne zmarniał, gdyby dziewczyna była u dziadka pozostała. We dworze na grunt trafił odpowiedni, wnet więc kiełkować począł. Coś ja do panny Y. ciągnęło; chwyciła się więc oka-zyi pierwszej lepszćj zbliżenia się do istoty tonami nabrzmiałej i poszła.
„Bijc, więc cóż? — myślała sobie, idąc.— Niech bije.”
Temisfokles powiedział: „Bij, ale wysłuchaj.”
Pomiędzy powiedzeniem wodza ateńskiego, a pomyśleniem Maryny, zachodzi analogia niejaka. 1 tamten i ta mieli do rozwiązania zadanie. Na tein się analogia zaczyna i kończy; zaznaczamy więc ją tylko i bez zastanowienia się nad nią, poprowadzimy rzecz powieściową dalej.
Maryna spodziewała sic oberwać jeżeli nie szczotką, to żelazkiem od włosów, nie żelazkiem, to krzesełkiem może. Była na to przygotowaną. Wyobrażała sobie pannę Y, którą naseiyo za królewnę brała, w furyi; ku niemałemu atoli zdziwieniu swemu, znalazła ją w stanic spokoju zupełnego Ciotka po podłodze zbierała grzebyki, spinki, pelerynkę, perukę i różne inne przedmioty w nieładzie rozrzucone, ona zaś przed zwierciadłem, przed którćm dwie świece stały, włosy sobie do czćpeczka nocnego układała. Jak skoro zoczyła w zwicrciedle odbicie postaci dziewczyny, wnet się da niej żywo zwróciła i zaczęła:
— A, tonie tamta. Dobrze. Alem ja, zdaje się, głupstwo zrobiła?
Wyrazy ostatnie brzmiały akcentem zapytania, ua które Maryna odpowiedzieć nie umiała.
- Prawda, że głupstwo? co? Cóż jednak! Tamtćj mi się fizyognomia nie podobała. Ty, co innego. Ty dobra dziewczyna. Jak ci na imię?
— Maryna, proszę pani — odpowiedziała zapytana.
— To dobrze, o, Maryna — wyśpiewała, do zwierciadłasię zwracając.—Zróbże, moja kochana, jaki taki w pokoju porządek, tu się bowiem zrobił nieporządek.
Nieporządek polegał ua zburzeniu pościeli na łóżkach i porozciąganiu części różnych odzieży po podłodze. Maryna przedewszystkićm do pościeli się wzięła, łóżka zasłała, a potem uprzątnęła podłogę.
— Tak, to dobrze. Dobra z ciebie dziewczyna: zatarłaś ślady głupstwa mego. Dopuściłam się głupstwa wielkiego. Ale co ja temu winna? Bawiłam icb przez wieczór cały opowiadaniem
o rzeczach niestworzonych i nikt ani i-ię domyślił dać mi bodaj jedno brawo!
Maryna, nie wiedząc o co rzecz chodzi, nic zrozumiała pretensyi śpiewaczki. Wydawało sic jćj jednak, że musi to być coś bardzo ważnego.
Po chwili prima donna dodała:
— Wiesz co, Maryniu, powiem ci, żeś mi się podobała.
— Pani — westchnęła dziewczyna.
— Bardzoś się mi podobała.
To rzcklszy, rozbierać się przy pomocy Maryny poczęła. Rozbierała się, ziewała okrutnie. I niedziw: godzina była około drugiej. W chwilkę później spała już. Maryna świece pogasiła i na palcach się wyniosła, udając sic na sjioczynck do nóg łóżeczka julisi.
Dzień następny sprowadził do Howorówki gości osób kilka z sąsiedztwa. Przyjechał i pan Paweł. Goście, którzy przybyli weelu oglądania i słyszenia śpiewaczki, gdy ta od godziny dopiero szóstej po południu widzialną się stawał i, na noc. pozostali. Późnym wieczorem panna Y. słyszeć się dala- -śpiewała. Pan Paweł, jiraktyk w ma teryi tćj, dał do oklasków hasło. Bito w dłonie; wołano „bis!” Parnia Y. promieniała zadowolę niem i wielce się okazała łaskawą względem dwóch panienek, których matki dowiedzieć się od nićj eheiały, czy córeczki icli mają glos. Próbowały sic dziewezątka jedna po drugiej, wydobywając z piersi przeciągłe „aaa.”
— Dobrze, bardzo dobrze!—za każdym razem panna \ . powtarzała, czyniąc przytem uwagi, jakie za stosowne uważała.
— Nic śmiałam pani prosić -odezwała się pani Róża—ale, ponieważ pani taka łaskawa, proszę mi co i o Julisi mojej powiedzieć.
Zkolei przystąpiła Julisią.
— Aaa—zapiszczała.
— Doskonale!—zawołała p. Y.— Powtórz-żc!
Dziewczynka, pochwałą zachęcona, zakrzycza-ła głośniej i pewniej.
— .Świetnie! To nie glos, to skarb, majątek. A no jeszcze.
— Aaa—zawrzeszczało dziecko, otworzywszy usta na szćrokość całą.
— Brawo!—krzyknęła panna Y.
Pan Paweł klaskał, pan Tadeusz mu zawtórował—oklaski się posypały
Pani Róża ze łzami w oczach powiadała z są siadek jednej:
— Anim sic, droga pani, tego uie domyślała. Rodzice najmniej zazwyczaj o wartości dzieci własnych, o talentach ich, o powołaniu wiedzą.
— Prawda, pani kochana -sąsiadka na to.— A moja Kicia. Słyszała pani kochana? 0 glosie jej panna Y. powiedziała „bardzo dobrze.” Jam także o tem nie wiedziała.
Przez grzeczność pani Róża nie mówiła, źe „co bardzo dobrze,” to nie „doskonale,”ani „świetnie.” Od porównywali się wstrzymała, zato treść rozmowy zwróciła do kwestyi majątkowćj, tak mocno przez pannę Y. zaznaczonej.
— Co się tyczy tego—były słowa jćj—dla Ju lisi Howorówka starczy. Nie o posag tu chodzi, ale o talent, o talent—pow tórzyła—zagrzebywa-uic którego byłoby grzechem.
— 0 tak, pani, o tak — potwierdzała sąsiadka.—Toż samo o mojej Kici myślę.
„Bodąjcś z Kicią swoją skisła!”—myślała sobie pani Róża w duchu, głośno zaś powiedziała:— O tak, pani... tak. Zdaniem niojóm talent, to rzecz, doprawdy, święta.
— Święta i nietykalna — zaliazardowała się sąsiadka, chcąc świętość do wyższej podnieść potęgi-	, .
Pana Y . na dobranoc raz jeszcze zaśpiewała i narzekać nie mogła na chłód przyjęcia. Zachwyt, jaki sprawiła, zostawał w stosunku prostym do nadziei, jakie w matkach wzbudziła. To tćż posiłek północny spożyła z apetytem wielkim, wódki się napiła i w dobrym sie na spoczynek udawała humorze.
Państwo Tadeuszostwo złapać się dali na po chwały dla swego dziecka. Nic ciskajmy za to na nich kamieniem potępienia. Zwróćmy się raczej z kamieniem tym ku pannie Y'., która się na rzc-
227
czy znała doskonale i poczciwych ludzi w błąd wprowadziła z rozmysłem.
Źe sic na rzeczy znała, dowód na to taki.
Na drugi dzień po wprowadzeniu państwa Ta-deuszostwa w błąd, Julisia, w łóżeczku jeszcze leżąc—było to około dziewiątej rano—opowiadała Marynie o próbie wokalnej, na jaką wystawioną została.
— I jakże to, pannuńciu, było? — zapytała dziewczyna.
— Jak. Oto tak.
Usta otworzyła i dalejże wyciągać: aaa!
— I więcej nic?
— Nie. Ale słuchaj no, jak to ładnie: aaa.'
Dziecko się darło. Maryna ze skrzy żowanemi na piersiach rękami przed niem stała.
— Prawda, że ładnie?
— No, nie wiem, może.
— Ta panna powiada: doskonalnie, świetnie. A spróbuj że ty.
— Ja? nie.
— Spróbuj. Gębę, otwórz i krzycz: aaa.
— Czego pannuńcia nie wymyśli jeszcze — broniła się .Maryna.
Julisia jednak uparła się, nastawnia; żc zaś, kiedy jej się czego zachciało, wowcza żartów z nią nie było, Maryna, po oporze długim, odchrząknęła, gębę otworzyła i z płuc wytchnęła glos, który zabrzmiał dźwiękiem kryształowy m. Zabrzmiał i po dworze się rozległ, przechodząc z pokoju do pokoju. Trwało to niedługo, sekund kilkanaście. Gdy dziewczyna zamilkła, Julisia coś powiedzieć chciała, w chwili tej jednak we drzwiach pojawiła się panna Y. i zapytała surowo:
— Kto to śpiewa?
— To ja, pani—odpowiedziała Julisia.
— Nieprawda... Ty? — palcem na Mary nę wskazała.
Dziewczyna wyglądała jak winowajczyni.
— Ty?—powtórnie zapytała.
— Ja—Maryna wyjąknęla.
— Ty? o!—odezwała się panna Y.
Zawróciła się i odeszła.
Pokazuje się przeto, że się na rzeczy znała — znała sic tak dalece, iż tego dnia, kiedy jćj Ma ryna przy rozbieraniu się posługiwała, po ramieniu ją poklepała i pow iedziała:
— Gdybyś ty w moich była rękach, byłaby z ciebie w krótkim czasie prima-donna.
„Prima-donna!” Wyraz ten wpadł Marynie w słuch i ugrzązł w mózgu. Nie rozumiała go, ale dlatego właśnie obchodził ją tem bardziej. Biedne dziewczę! Czyż nie łepiejby dla niej było krowy- doić, kurom jeść dawać i dziadka obsługiwać? Nic zawracają się jednak potoki do źródeł. Kto wie, azali Maryna, gdyby po tem, czego zaznała, dziadkowi oddaną została, zdołałaby przerobić się nanowo na prostą, wiejską dziewczynę, przydatną do dojenia krowy i dawania kurom jeść? Cuda podobne zdarzają sie, tak atoli rzadko, tak rzadko, że w rachubę ich brać nie można.
Panna Y. zabawić miała w lloworówce dni parę, zabawiła parę tygodni, aż wkońcu i sama się znudziła i ciężarem się stała. Wyjechać mu-siała i—wyjechała. Pan Tadeusz, odwdzięczając się jćj za wskazówkę, jakiej udzieliła, odkrywając rodzicom talent dziecka, pojazdem własnym i końmi własnemi odesłał ją, nie do Bałty, jak pierwotnie w zamiarze było, ale do samej Odessy. Odjeżdżającej nie żałował nikt, z wyjątkiem Maryny jednej, w oczacli której znikały ułomności i wady jćj wszystkie, pozostawała zaś tylko mistrzyni tonów, córka królewska sztuki. Nikt już nic wierzył opowiadanym przez nią bajkom; ona jedna wierzyła. Odjazd jej przeto w rozpacz prawie dziewczynę wprawił; miejsca sobie znaleźć, rady dać nie mogła; biegała tam i sam, po pokojach i po ogrodzie, niby zraniona; za oddalającym się pojazdem spoglądała i czuła ochotę biedź za nim, biedź, jak to czynią psy, towarzyszące ludziom w podróży.
— Biednaż moja glówcńka!—żaliła się przed sobą w duszy.
Pożalić się przed kim nie miała. Przed dziad-
kiem chyba. Na żadne względy służbowe nie zważając, z okopu ogród dworski otaczającego, który jćj za punkt obserwacyjny do spoglądania za pojazdem służył, pędem wprost do chaty swojej się udała, dziadka zastała, obok niego przysiadła, do niego się przytuliła, ale mu nic do powiedzenia nie miała. Nic a nic. Płakała jeno. Luka łzy jej na swój brał rachunek.
— Źal—myślal sobie- dziewczynie za mną, za obejściem, za krową, za kurami. Pójdę, rzucę się dz edzicowi do nóg, będę go błagał, ażebym mi ją oddal.
Powiedział to Marynie, a ona:
— Ach, dziadusiu, nic idźcie! — ręce składając, zawołała—nie idźcie!
— Czemu?
— Nic trzeba. Nie można, nic, nie można!
laika pomyślał, że prośba jego, zamiast rezultat pożądany sprowadzić, mogłaby na głowę wnuczki biedę nawołać. Myśl tę nasunął mu sposób, w jaki Maryna powiedzenie jego przyjęła. W słowach jej brziniał akcent błagalny i trucożny.
— Ha!—westchnął.—Niech po twojemu będzie. W takim razie jednak nie przypóźniaj się u mnie, do dworu wracaj... chyba, żeś sobie pozwolenie wyprosiła.
— Ach, nic! — krzyknęła, zerwała się i pobiegła.
We dworze nieobecność jej chwilowa niczyjej nie zwróciła uwagi. Uszło to jćj na sucho. Powróciła—nikt jej mc zapytał, gdzie przez pół godziny bawiła. Powróciła do trybu życia dawniejszego, do spychania dnia po dniu na zajęciach, które jej nie zajmowały, ua pracy, która pracą nie była. Służba—zwyczajnie.
Zagadano niebawem o weselu. Gadanie tyczyło się panny Emilii; lecz nietyle ją ono obchodziło, co opowiadanie Ilrynia, któiy pannę Y. do Odessy odwoził, o podróży tam i z powrotem, o walkach czumackich, o „narodzie” co ze świata całego do Odessy’ idzie a idzie i o różnych innych miasta wielkiego osobliwościach. Zajmowało to ją zy wo. Ilekroć czeladź do obiadu, zwłaszcza zaś do wieczerzy, przy’ której dłużej pozostawać było można, zasiadała, Maryna w słuch się zmieniała cała, gdy’ Hryń prawił o rzeczach, co mu się przed oczami przesunęły, z taką świadomością, jakby je na wylot zgłębił. Opowiadane przezeń nadzwyczajności niedowierzanie w tym i owym ze słuchaczy rozbudzały. On za prawdę zaręczał, aż wkon.-u, przy wieczerzy, oznajmił:
— Przekonacie się. Ten i ów do Odessy pojc-uzie, zdaje się bowiem, że się tam państwo nasze wybiera. Pan do Krat po kowala i ślusarza po słał, ażeby kocze i bryki poopatrywali i ponapra-wiali.
Wiadomość ta sprawiła Marynie rodzaj wstrzą-śnienia elektrycznego.
— Czy to prawda jednak?
Tak — była to prawda, prawda, która się urodziła nagle, a wbrew woli pana Tadeusza. Wola jego uległa zgwałceniu. Przytrafia się to niekiedy ludziom, mężom zwłaszcza, mającym sic za panów w domu. Spada im nagle na głowę z powietrza niby coś, o czem ani marzyli. Na pana Tadeusza nic spadlo to w sposób taki. U Odessie, o wyprawie weselnej dla panny Emilii, były napomknienia przedtem — przed Humaniem jeszcze, ale, jako życzenia pobożne, do wykonania niemożliwe, a to dła powodów, które—jak się panu Tadeuszowi wydawało—inurcni stały. Zapomniał snadź o murach jerychońskich, co się od huku trąb zwaliły. Do obalenia powodów pana Tadeusza huku trąb nic było potrzeba. Na powody naszły powody, tc zaś ostatnie oparły się o dowody tak niezbite, że się sam oporowi własnemu zdziwił.
— Wyprawa w Odessie jest tańszą i lepszą— wykładała pani Róża apodyktycznie, to znaczy w sposób zaprzeczania niedopuszczający—a przy-tćm—dodała z pełnym znaczenia naciskiem—nie o sarnę tylko wyprawę chodzi. Wiesz...
— No, wiem—odparł na chybil-trafil, nic wiedząc, co zonama na myśli.—Wiem.—Jcdźcie wy— westchnął —sobie same. Ja w domu zostanę.
— Jak chcesz, Tadziu—odrzekła pani.—Jak chcesz, pomimo że wołałabym, ażebyś nam towarzyszył. Ale ty wiesz, że się ja woli twojej sprzeciwiać nic lubię Jak chcesz... Jakże ty jednak zostaniesz sam?—zapytała.
— Nie sam całkowicie.
— Z kim że?
— Z Julisia przecie.
— Z Julisia?—wykrzy kuęła zdziwiona.—A toć tu o Julisię więcej, aniżeli o wy prawe Emilki chodzi.
— Uhm — chrząknął pan Tadeusz dla kontenansu.
— Talent — rzekla pani Róża tonem uroczystym.
— Tak, zapewne... talent—bąkał.
— Gdy go będziemy na wsi trzymali, w cóż się on obróci?
— Z Odessy’ przecie do Iloworówki wróci i w Howorówce zostać potrzeba.
— Wrócić... tak. Zresztą, co tam być ma dalej, to sic pokażc później, tymczasem zaś korzystać należy ze sposobności pokazania dziecku świata nie dla czego innego, jak dla wyrobienia w niem smaku. M szak—dodała głosem do serca idącym —my dla niej, dla Julisi źyjemy. Co?
Wyrazy ostatnie bez mo/liwej były repliki. Pan Tadeusz zgodził się.
— lim- -rzekł—to prawda.
— A widzisz? Sam chcesz tego. Korzyść oczy wista.
— Jedzcie, jedzcie — westchnął.
— Co/ ty sam w lloworówce robić będziesz?
— B.jlę zające szczuł i kuropatwy strzelał.
— Jedź z nami—prośby tonem przemówiła.
— lim—zamyślił sic.—To i cóż?
Prośba żony jest to coś gruntowniejszego, aniżeli najgruntowniejsza racy a. Ce yue fenmu>. n-ut, Dieu le vut. Pan Tadeusz pomyślał i — i na to sic zgodził. Wymówił sobie tylko oszczędność w podróży.
— Wybierzcmy sie me tak, jak do Humania. Gdybyś bowiem wiedziała—dodał, palce podnosząc— c<> mnie ten Humań kosztował! Ha!
— Dla dziecka, mój Tadziu... dla dziecka. Gdyby nie ten koszt, nie bylibyśmy mieli panny Y. W’ domu; a gdyby nic panna Y., niebyśmy o talencie Julisi nie wiedzieli.
— Jeżeli się to jednak zrobić da kosztem mniejszym—zaczął.
— Nie nic mam przeciwko temu—podchwyciła.—Co do oszczędności, wiesz przecie, czy nic jestem za jaknajwiększą?
— Pojedziemy przeto pojazdem jednym i ..
-— A pościel? a panna służąca? a kucharz?— przerwała.
— Wcźimemy bryczkę jedne zc sobą. Zabie-rzemy się w sposób ten zc wszystkiein.
Z rozmowy, jaka się ztąd wywiązała, wypadłe, że guw ernamka zostan.e, ze służby zaś pojedzie jeden lokaj, kucharz, panna służąca i dwóch furmanów. Pani cbciało się Marynę dla Julisi zabrać; lecz miejsca na nią nie było, a przytem dziewczyna już dziecku spowszedniała. Nowe sitko na kołeczku nowem być przestało. Pani Róża spostrzegła to i zc spostrzeżenia tego uczyniła zastosowanie odpowiednie w kombinacyach podróży, rdccydowano, że Maryna zostanie.
Decyzyą tę dziewczyna przyjęła, jak się przyjmuje wyrok—nie wyrok śmierci koniecznie, ale taki, co śmierć nadziejom wszystkim jasnym, wszystkim rojeniom złotym zadajc. Zabolała, zesmutniała i, po przeminięciu wrażenia pierwszego, myśleć o apelacyi poczęła.
Apelować—do kogo? Do kogóż, jeżcii nie do Julisi? Do niej więc uderzyła.
— Pannuńciu — zaczęła wieczora pewnego, w łóżeczku ją ułożywszy i kołderką okrywszy— pannuńcia do Odessy pojedzie.
— Pejadę—odparła dziewczyna.
— Bezemuie?
I bez ciebie, i bez panny Klary.
— A któż tam pannuńcię ubierać, kto rozbierać będzie?
— Honorata (było to panny służącej imię).
— Czyż panna Honorata potrafi tak, jak ja?
— Czemu nie. Ona przecie mamę ubiera.
— Jabym jednak, jabym... pannuńciu serce — szu kała w myśli racyj i nie znajdowała żadnych.
Na drodze apelacyi nie powiodło się jćj, postanowiła więc tentować drogi innej—drogi laski. Postanowienie to powzięła w nocy i do wykonania onego przystąpiła nazajutrz, w porze porankowej, sznurując Julisi trzewiczki na nogach.
— Pannuńciu serce—zaczęła nieśmiało, tonem prośby.
— Co?—zapytała dziewczynka.
— A gdyby pannuńcia pana ta pani poprosiła.
— O co?
— Żeby mnie ze sobą do Odessy zabrali.
— Takcś Odessy ciekawa?—odparła Julisią.
— Nie, nie to tylko, ale... hm—odchrząknęła i zacięła się.
— Ale co?
— Chciałabym bardzo zobaczyć tę panią, pannę Y., co tu u nas przez dwie niedziele gościła.
— Cóż ci do panny Y.?—dopytywała się Juli-sia od niechcenia.
— Ona na mnie laka była łaskawa, tyle mi dobrych słówek mówiła. Powiadała mi raz po raz, żeby zc innie była prima-donna.
— Prima donna—powtórzyła dziewczynko,— No widzisz. Dobrze, to ja papy i mamy poproszę.
— Niech pannuńcia poprosi — posłała za odchodzącą wyrazy modlitewnie wymówione, a sama się uprzątaniem w pokoju zajęła, z biciem serca na rezultat prośby oczekując.
Upłynęło chwil kilka, zanim się slyszćć dało wołanie, do państwa ją wzywające.
Państwo Tadenszostwo, panny Emilia i Klara i pan Paweł przy kawie siedzieli.
Marj nie, jak skoro próg sali jadalnej przestąpiła, przedstawił się widok twarzy śmiechem rozweselonych. Śmieli się wszyscy do łez, śmieli się i na stojącą w progu Marynę spoglądali. Gdyby nic spoglądanie to, śmiech samby jćj nie zdziwił. Była już o tyle z dworem oswojoną, że wiedziała, iż państwu bywa wesoło niekiedy. Śmieją się. Niechby się śmieli zdrowi. Ale—dlaczegóż na nią spojrzenia zwracają? Czemuż w spojrzeniach tych świeci wyraz, dobrotliwy wprawdzie, zarazem jednak drwiący? Co to znaczy? Dziewczyna zagadkę tę rozwiązać usiłując, oczy to spuszczała, to podnosiła i spojrzeniem spotkała się zc wzrokiem pana Pawia. Zauważyła, że w oczach tego ostatniego drwina nie świeciła. Było to spostrzeżenie przelotne, którego sprawdzić czasu nic miała, w tćj chwili bowiem w uszach jej zabrzmiał wyraz:
— Prima donna!
Wyraz ten, wśród wylewów śmiechu wymówiony głosem kobiecym, powtórzył głos mczki basem, a głosowi temu zawtórowały soprana fał-szy we.
— Chi chi chi, cha cha cha... Prima-donna!.. prima-donna? ..
Maryna poznała, że przedmiotem śmiechu jest ona, a z nią owa w wyrazie mieszcząca się zagadka, która dla niej drogą była. Płomienie jej do twarzy uderzyły. Pod zicmięby sie schowała, gdyby mogła. Pod ziemię się nie schowała, ale— ociekła.
[Dalszy ciąg nastąpi.}
Ze świata obcego.
Książę Albany.—Posąg Wellingtona.—Zaburzenia w Cinci-nati i kara śmierci.—Gounoda.—„Koniec don Juana," przez Pawła Ilcyse go. — „Essays" George Eliota.
W chwili obecnćj Anglia wystawiona jest na ciężkie próby. Podczas gdy armia jćj ponosi klęski w Egipcie i gdy bunt fałszywego proroka Mahdi wydzićra z rąk cywilizacyi chrześciańskićj cały Sudan, którego lew brytański strzedz jak należy nie umiał; gdy duma potężnego narodu i jego patryotyzm chełpliwy srodze cierpi, rodzina królewska dotkniętą została niespodziewaną stratą. Najmłodszy syn królowej Wiktoryi, ks.
----- 228 
Albany, ożeniony dopiero przed dwoma laty, umarł w Cannes, gdzie zimował dla polepszenia zdrowia, zazwyczaj wątłego. Cios to uczuty nietylko przez rodzinę królewską, ale i przez społeczeństwo angielskie, które więcej niż w jakimkolwiek innym kraju zbliżone jest serdecznym węzłem z domem panującym. Lojalizm stanowi tu jeden z faktów, których spostrzegacz społeczny nie ma prawa spuścić z uwagi: jest on tak głęboko zakorzeniony nietylko w wyższych, ale i w szćrokich, podstawowych warstwach towarzystwa angielskiego, iż wszelkie aspiracye demokratycznej propagandy nazawsze, albo przynajmniej nadlugo jeszcze, znajdą w nim zaporę do swego postępu.
Książę Albany zasługiwał też osobiście na sympatyą, jaką posiadał.
Słabość jego fizycznego organizmu nie pozwalała mu uprawiać żadnej gałęzi sportu, tak cennego Anglikom; cały swój czas poświęcał uprawie nauk i sztuk pięknych. Piszący miał sposobność zeszłego lata znajdować się w towarzystwie ks. Albany, w jednym z londyńskich klubów, i zachował żywe wspomnienie jego mów, wypowiedzianych Inter jjocula, a nacechowanych dokładną znajomością traktowanego przedmiotu. Jednym z celów, jakie sobie zakładał, było wykształcenie artystycznego smaku w Anglikach, który dotąd stoi jeszcze dość nizko, mimo olbrzymich wysiłków, robionych w tym kierunku. Wysoce muzykalny, ks. Albany był jednym z założycieli konserwatoryum muzycznego w Londynie. Świćżo sprowadził z Francyi robotników do Windsoru i założył tam pod dyrekcyą p. Henry zakład artystycznych tkanin gobelinowych. Rozmaite strony jego działalności pokaźą się dopiero w przyszłości, gdy braknie jego energicznej ini-cyątywy.
Że w Anglii było niezmiernie wiele do zrobienia na polu artystycznem, nikt wątpić nie może, kto choć przelotnie zajrzał do tego kraju. Ograniczając się nawet do Londynu, nićma stolicy, gdzieby było więcćj potwornych pomników. W czci oddawanej narodowym wielkościom, żywioł estetyczny nie grał żadnej roli, albo nader małą. Najlepszy tego dowód mamy na słynnym posągu konnym Wellingtona, który od lat czterdziestu był pośmiewiskiem artystycznego świata. Zeszłego roku, przebudowując bramę Hyde-Par-ku, na którćj szczycie ten posąg się znajdował, postawiono go tymczasowo w sąsiedztwie i rozpoczęły się rozprawy, co z nim nadal zrobić. Cały świat artystyczny jednogłośnie oświadczył, że to potworne dzieło Wyatta coprędzćj powinno być stopione i że spółcześni artyści zdołają dla popularnego bohatera wykonać godny sławy jego posąg. Ale zmysł zachowawczy tak głęboko jest zakorzeniony w Anglikach, że parlament nic chce się zgodzić na przetopienie tćj bczkształtnćj masy bronzu. W Izbie lordów usłyszeliśmy w tych dniach teorye, sformułowane przez lorda Strathe-den, teorye, podług których jest rzeczą obojętną, czy posąg odpowiada estetycznym wymogom piękna, gdyż wyłącznym jego celem ma być upamiętnienie obywatelskich czynów Anglików. Ostatecznie parlament postanowił, że skoro pomnik ten razi oczy wydelikatnionych mieszkańców stolicy, zostanie on przeniesiony do Aldershot, miejscowości gdzie się odbywają mauewra i ćwiczenia wojskowe; żołnierze, nie znając się na sztuce, dumni będą z hołdu, oddanego wielkiemu generałowi. Satyryczny Punch nie omieszkał skorzystać ze sposobności, aby pokazać, że obowiązki służby wojskowćj w Anglii są do tego stopnia obostrzone, iż przywrócono w nićj torturę—torturę przyglądania się posągowi Wyatta.
Podczas gdy wydelikatnicnic europejskich społeczeństw w tysiącznych manifestuje się obja wach, po drugiej stronic oceanu, z owych Stanów Zjednoczonych, które oddawna przywykliśmy uważać poniekąd jako ostatnie słowo postępu, przychodzą nam teraz wiadomości, pokazujące jak wielka tam jeszcze dzikość i surowość obyczajów panuje. W Cincinati, jednem z wielkich miast, które po kilkokrotnych pożarach powstawało ze swych ruin za każdą rażą wspanialsze,
w mieście, które słynie ze swego handlu, przemysłu i nieoszacowanych bogactw, nastąpiły krwawe rozruchy. Mieszkańcy, podejrzywając sądy przysięgłych o zbytnią pobłażliwość względem zbrodniarzy, a sądy zwyczajne o przedajność, napadli na więzienie i chcieli doraźnym wyrokiem lynch’u poprawić sprawiedliwość, która przestała być wykonywaną. Kilkaset ofiar zostało na pobojowisku i można mićć obawę, żc smutne sceny, których Cincinati było teatrem, ponowią się w innych jeszcze miejscach.
Zawziętość zajadła względem winowajców jest cechą pierwotnych społeczeństw. Cywilizowane społeczeństwa, przeciwnie, uważają karę śmierci jako ostateczność, do którćj w wyjątkowych tylko razach uciekać się należy. Przez niejaki czas można ją nawet było uważać, jako teoretycznie zniesioną, a w praktyce blizką zupełnego usunięcia. W ostatnich jednak czasach daje się spostrzegać pewna dążność ku powrotowi do kary śmierci. Podczas gdy niektóre kraje powróciły do niej otwarcie, jak na przykład kantony szwajcarskie, wielu kryminalistów europejskich wyraża zdauie, że jedynie kara śmierci powstrzymać zdoła natury z gruntu ohydne i zbrodnicze od popełniania występków. Co do nas, choebyśmy mieli być przez czytelników oskarżeni o krwio-żerczość, przyznajemy się, że nas ta kwestya zostawia dość obojętnymi. Nie uwzględniając słynnego dowcipu Alfonsa Karr: „yue messieurs les rjssassins commenccnt!" zdaje się nam, iż społeczeństwo, jako takie, ma prawo bronić się przed jednostką, która jego bytowi zagraża; ale jako najgłówniejszy argument za utrzymaniem kary śmierci posłużyć mogą wojny. Skoro na polach bitwy giną tysiące bohaterskich osobistości i skoro postępy strategii czynią z każdego starcia dwóch armij nowoczesnych rodzaj hekatomby, nie widzimy powodu żałować i łez wylewać nad jednostką, która w dodatku jest zakalem rodu ludzkiego. Filantropia nowoczesna, pod wpływem sentymentalizmu romantycznego, zaprowadziła nas na mauowicc, z którego niełatwo będzie powrócić na szeroki gościniec.
Zanim kronika paryska będzie się mogła zająć w Tygodniku nową operą Gounoda iSapko, którą wystawiono w tych dniach na scenie Wielkiej opery, mamy prawo zaznajomić czytelników z utworem wielkiego kompozytora. Ściśle biorąc, nie jest to utwór nowy, gdyż przed dwudziestu kilku laty młody wówczas Gounod i młody Augier napisali jeden dwuaktowe libretto, a drugi par-tyeyą do opery, noszącej tę nazwę. Młodzieńczy ten utwór nie znalazł wówczas powodzenia i auto-rowie, obecnie u szczytu sławy i wziętości, mieli prawo powrócić do tćj kompozycyi, przerobić ją stosownie do obecnych wymagań sztuki i przedstawić europejskiej publiczności w nowej postaci.
Nie można się dziwić, że bohaterka taka jak Sapho usidliła wielkiego maestra. Grecka poetka VII wieku przed naszą erą, o złotej lirze, przy którćj śpiewała swe stanze i na igrzyskach olimpijskich uwieńczoną została, Sapho, po wszystkie czasy uosabia nam poczyą, tę boską z niebios wygnankę. Jej śmierć bohatćrska, gdy z wysokości skały Lcukady rzuca się w bczdno morza, nie chcąc przeżyć swój miłości, jest jedną z tych scen, ku którym fantazya malarzy, muzyków i poetów przykutą została raz nazawsze. Jest rzeczą podrzędną, w jaki sposób wprowadzono ją do tego libreta. Augier dał jćj za rywalkę piękną a zdradziecką Glyccrę, a za kochanka spiskującego za swobodą kraju Phaona. Sapho, oskarżona o zdradę kochanka, nie potrafi przeżyć zadanego sobie ciosu i umiera.
Na tćj dramatycznej legendzie, kompozytor, który w Fauście i Romeu i Julii pokazał się genialnym tłumaczem uczuć w dziedzinie tonów, osnuł mistrzowską partycyą. Są w pićrwszym akcie chóry i modlitwy przed rozpoczęciem igrzysk olimpijskich; jest znana już dawniej, klasyczna dzisiaj arya Saphony, opiewająca miłość Hery i Lcaudra; jest w drugim akcie duet, który wkrótce stanie się popularnym pomiędzy amatorami muzyki; jest nakonicc i przedewszystkićm w ostatnim, czwartym akcie wysokiego polotu
229
scena, gdy Sapho, odtrącona przez swego kochanka, rozstaje sic z życiem. Nigdy Gounod nie wzniósł się do większego patosu. Religijny nastrój jego rzuca na całość kompozycyi promienie wzniosłego natchnienia. Nie da sie opisać entu-zyazm, jaki wywołała panna Krauss w roli Sapho-ny. Ta wysoce dramatyczna śpiewaczka znalazła tu pole sposobne, jak rzadko, do rozwinięcia swego talentu. Potęga jćj śpiewu i rozdzierające krwawą boleścią tony, któremi finał się odznacza, już same jedne wystarczyłyby do zapewnienia tćj operze bezprzykładnego powodzenia w Paryżu. Na innych scenach łatwo może będzie znaleźć bardzićj we wdzięki uposażoną śpiewaczkę, ale niewierny, czy która melodyą śpiewu sprostać jćj zdoła.
Rzecz zastanowienia godna, że w całym zakresie literacko-artystycznej produkcyi, twórczość ludzka obraca się około niewielkiej liczby typów i źc ciągle, w coraz nowych formach, do nich powraca. Jak widzieliśmy Gounoda, powracającego kolejno do typu greckiej poetki, do szekspirowskiej idyli i do Fausta nieśmiertelnego, tak samo i inny jeszcze typ ludzki wabi wciąż do siebie pisarzy i artystów. Mamy tu na myśli Don Juana. Ten bohater nienasyconej miłości, od średniowiecznej epoki przedstawiany nam już był w tysiącu kształtów i postaci. Naiwni ówcześni pisarze palili go żywcem w piekielnych czeluściach, albo kazali mu w klasztornćm zaciszu szukać spokoju i zapomnienia bezbożnych chuci. My obecnie, sce-ptycznicjsi, szukamy dla Don Juana moralnej ja-kićj kary i psychicznego przewrotu, w którym grzesznik odrodzić się może. Do tego celu zdążał widocznie Paweł Heyse, znakomity powieśeiopi-sarz i dramaturg niemiecki.
Napisał on dramat, pod tytułem „Koniec Don Juana.” Przedstawia nam go starym, ale nie nawróconym jeszcze, zniechęconym, ale nie pozbawionym tćj przewrotności, która była narzędziem jego występnych przedsięwzięć. Don Juan spotyka trafem w okolicach Wezuwyusza młodzieńca, Gianotta, w którym poznaje swego syna. Rodzicielskie serce rozgrzewa się w nim, stara się go wszelkicmi sposobami przyciągnąć do siebie, a odłączyć od jego oblubienicy. Ale ani Ghita, ani Gianotto nic chcą mu być posłuszni i okrutny Don Juan podstępem zniesławia Ghitę. Po różnych tragicznych przejściach, Ghita odbiera sobie życie, Gianotto przeklina swego ojca, a ten, zrozpaczony, rzuca się w płonący krater Wezuwyusza. Miłość rodzicielska pokazała się silniejszą nad wszystkie inne uczucia i złamała puklerz, jakim opancerzone było przedtem jego serce.
Wiele a wiele psychologicznych zarzutów zro-bićby można nowej intcrpretacyi znanego, typu, przedsięwziętej przez niemieckiego pisarza. Nic wierzymy już dzisiaj w głos natury, a wićmy, że na prawdziwe ojcostwo trzeba zasłużyć poświęceniem całego życia i całego życia przykładem. Taka metamorfoza może być do wysokiego stopnia dramatyczna na scenie, ale nie wytrzymuje poważnej krytyki. Są w dramacie piękne sceny j epizody, które stawiają go pomiędzy celnicj-szemi spółczesncmi produkeyami, ale koniec końców nie sądzimy, ażeby to nowe upostaciowanie Don Juana było usprawiedliwione.
Jesteśmy zarzuceni publikacyami, dotycząccmi Georga Eliot, zmarłej przed kilku łaty powieściopisarki angielskiej, największego twórczego talentu na tćm polu, jaki się pojawił od czasów Balzaca. Biografie i studya krytyczne nad jej utworami sypią się tuzinami i długo zapewne to potrwa jeszcze. Trudno Anglikom i Amerykanom pogodzić się z jćj filozoficzną doktryną, z jej niewiarą, z jćj pozytywizmem i z odrzuceniem zasad religijnych. Ponieważ jednak geniuszu i potęgi analizy psychicznej ani clicą, ani mogą zaprzeczyć, zatem wszyscy ci komentatorowie krążą w zaklctćm jakiemś kole i nie mogą z niego wybrnąć. Dlatego tćż pełno przeciwieństw, pełno dziwacznych sądów, w których ciasnośe poglądu jest rażącą. Wiele wrzawy powstało szeze-góluićj około studyów, których autorem jest bo-stoński krytyk Jerzy Willis Cooke. Jest-to biografia obfitująca w szczegóły, taka jak ją Saiutc-
Beuve stworzył i do życia powołał, ale poglądy pietystyczne paczą całość utworu. Myśląca i czytająca Europa będzie się zawsze rozkoszowała utworami jak Adam Bede, jak Silas Marner, jaK Muldlemarch, będzie je zawsze uważała jako arcydzieła psychicznych studyów nad naturą ludzką i nie zechce zbytecznie zajmować się kwe-styą, jak blizki związek istniał pomiędzy filozofią Augusta Comte, a bcletrystyczuemi utworami autora tych powieści.
Ale ta cześć, jaka otacza pisma George Eliota i znaczenie jakie do nich przywiązuje publiczność, wywołały rodzaj nadużycia. Wydawcy wyszukują, odgrzebują po pismach czasowych i przeglądach rozmaite jej krytyczne artykuły, pisane bezimiennie, które w swoim czasie przeszły niepostrzeżenie, i wydają je w formie Essays’ów, albo studyów. Nie można zaprzeczyć, aby te prace początkującego autora, te pierwsze trzepotania skrzydłami pisklęcia nie były interesujące i jeżeli publiczność jest zawiedzioną, jeżeli nie znajduje tego, czego oczekiwała, winę przypisać należy wydawcom, którzy spekulują na sławę wielkiego literackiego imienia. Nie pierwszy to, a z pewnością i nie ostatni raz przyszło nam wyrazić niezadowolenie z tych publikacyj, przynoszących przed sąd publiczności, po śmierci autora, to co on za życia za godne zapomnienia uważał. Jest to dobrowolua zniewaga, wyrządzana geniuszom.
Toporczyk.
MIŁOŚĆ
w kilku typach literackich.
Odczyt
Walery! Marrene (Morzkowskiej),
lniany dnia 5 marca r. b„ na korzyść Towarzystwa osad rolnych.
(Dalszy ciąg.)
Miłość ta, wśród walk ciągłych, przy brutalnćm prawic pięści rządzącem wówczas powszechnie, zdawała sie i była rzeczywiście różaną zorzą lepszej przyszłości. Na jej cześć wyprawiano poetyczne igrzyska, ustanawiano dwory i trybunały, w których rozbierano zawile, subtelne, a często dziwaczne kwestye, tyczące się zawsze uczucia i wzajemnego stosunku rozkochanych.
Jednem z najważniejszych było pytanie: czy jedna osoba może być przez dwie, lub więcej nawet osób innćj pici kochaną? Trybunały miłosne dawały na nie jednozgodnie twierdzącą odpowiedź. Ponieważ istota ukochana była wcieleniem wszechdoskonałości, jako taka zasługiwała ua cześć bezwarunkową. Porównywano ją do słońca, które świeci nietylko dla jednego człowieka, ale dla wszystkich ogarnionych promieńmi jego. Takie samo miało być działanie istoty do-skonalćj: każdy, co miał oczy i serce, czcić ją mu-siał, kochający zaś nie mógł z tego powodu doświadczać zazdrości, przeciwnie, radował się jej rozgłosem, pragnął ażeby świat cały podzielał jego zachwyty. Rycerze staczali wałki, by przekonać silą swego oręża, iż pani ich serca jest najpiękniejszą, najdoskonalszą na ziemi, a trubadurzy dowodzili tego samego silą swych pieśni.
Pctrarka, ten arcywzór idealnej miłości, wzywa w jednym ze swoich sonetów świat cały, by śpieszył podziwiać Laurę i przekonać się, patrząc na nią, co niebo w połączeniu z naturą utworzyć może.
Istniała wprawdzie szkoła krytyczna, która zaprzeczała istnieniu Laury, tak samo jak istnieniu Bcatryczy, twierdząc żc były to alegoryczne figury, z których jedna znaczyła istotę błogosławioną, a druga sławę czyli laur, i że Petrarka tylko dla większego wrażenia przybrał tę ideę w postać niewieścią.
Dokumenta historyczne stwierdzają jednak istnienie tych dwóch umiłowanych kobićt, tak samo jak to czynią i słowa poetów. Petrarka w so
netach, canzonach i innych poezyach, tworzonych na cześć swego niewieściego ideału, zarówno jak w swych poufnych zwierzeniach, usuwa wszelką pod tym względem wątpliwość. Wątpliwość ta jednak świadczy, jak daleko odbiegliśmy od tego rodzaju uczuć i jak trudno nam dzisiaj zrozumićć owę mieszaninę sentymentalizmu, czci pólboskiej, dzieciunćj drobiazgowości i prawdziwego uczucia, stanowiącą istotę ówczesnej miłości.
Była ona jednak tak naturalnym wytworem średnich wieków, jak naturalną była w młodzieńczej epoce bezwzględnego ubóstwienia piękna miłość dwojga naj urodzi wszych.
Miłość Petrarki zrodziła się w słonecznej, obła nej blckitnemi falami morza Prowancyi, na ziemi gdzie kolonie hcleńskie zostawiły swe piętno, gdzie duch helcński drgał utajony i przejawiał się wyższą cywilizacyjną zdolnością, w ojczyźnie trubadurów i ich wesołej nauki, w chwili gdy wysokie porywy platonizmu ścierały się z brutal-nemi żądaniami i wyuzdanem zepsuciem.
Wśród tego świata spotyka się młoda para, w której wykwintna cywilizacya znajduje swoich przedstawicieli. Ona miała lat dziewiętnaście, on dwadzieścia trzy; wiek to najgwałtowniejszych wrażeń, zwłaszcza u istot wyrobionej inteligencyi i w klimacie, w którym dojrzałość bywa wczesną, a krew kipi południowym warem.
Ona nie posiadała klasycznej wspaniałości rysów, noszących konwencycnalną nazwę piękności; rzeźbiarz nie byłby jćj wziął za model posągu; ale wdzięczne Charyty urobiły jćj całą postać w ten sposób, że przez nią przeglądał pierwiastek wyższy, że każde jćj spojrzenie, ruch, uśmićch, odpowiadały doznawanym wrażeniom i czyniły je widoczneini. Wysoka, smukła, pełna wdzięku, posiadała przy tćm królewską powagę ruchów. Budząc zachwyt, nakazywała razem poszanowanie i łagodziła słodyczą oblicza cierpienia bczna-dziejnćj miłości.
Drobne kończyny nadawały jej wytworność, uderzającą zwykle szczególaićj ludzi wykształconego smaku. Twarz pociągła, delikatna, odznaczała się niezmierną przezroczystością cery, rumieńce wykwitały na nią za lada wzruszeniem, a uśmiech miał wdzięk porywający. Łączyła przytćm sprzeczności, spotykające się z sobą rzadko; włosy jasnego koloru, które poeta tyle razy do złotych fal przyrównywa, i czarne oczy wyraziste, pełec zmiennych blasków, zwykle jednak pogodne, słodkie, niewinne, zwierciadła czystej duszy.
Taki obraz odtworzyć można łatwo, zbierając rozpierzchłe rysy w sonetach, canzonach i bala-dach; zgadza się on zupełnie z portretem tradycyjnie przypisywanym Laurze, a będącym, także według tradycyi, własnością Petrarki.
Co do samego Petrarki, mamy już autentyczne wizerunki, chociaż przyznać trzeba, źe wizerunki tc nie odpowiadają hyuajmnićj wyobrażeniu, ja-kieby sobie można o nim ua wiarę poezyi utworzyć. Niema w nim nic idealnego: jest-to mężczyzna kształtnie zbudowany, o bysjrćm, żywćm, na-miętnćm oku, z którego oblicza tryskają rozum, energia, siła i zdrowie. Niema w nim żadnego1 podobieństwa z ascetycznćm obliczem Dantego-^ którego niepodległy umysł i niezłomne przekonania nie zdołały nagiąć się nigdy do żadnej konieczności.
Petrarka, przeciwnie, obdarzony był dodatnie-mi i njemnemi stronami, najszczęśliwiej przysto-sowanemi do czasu, w którym żyć mu przyszło. Powiedzieć można, żc był przedziwnie ubrgani-zowany do walk i zwycieztw. Posiadał takt, miarę, dar jednania sobie łudzi nawet wówczas, gdy stawał z nimi w kolizyi. Umiał tćż zręcznie stosować się do okoliczności, przeniewicrzając sic o ile można najmnićj samemu sobie. Wysoko wyrobiony, zdolnym był ocenić subtelne wdzięki kobiety, którą los postawił na jego drodze.
Spotkanie jego i Laurą nastąpiło na wiosnę, w chwili gdy cała południowa przyroda dysze życiem, powietrze przesycone jest wonią kwiatów, natura święci wielką chwilę odrodzenia. Było to w uroczysty dzień wielkopiątkowy, w półcieniu świątyni, którćj atmosfera drgała od jęku dzwo
230
nów, od pieśni pobożnych, od dymów kadź dla, a mistyczny nastrój usposabiał do silniejszych wrażeń. W takićj chwili, w takiem miejscu Pc-trarka ujrzał Laurę po raz pierwszy, a jak sam opisuje, zajętego modlitwą, myślącego o świętości dnia i smutnych jego pamiątkach, pochwyciła odrazu miłość i zwyciężyła, zanim mógł pomyśleć o obronie.
Laura była wówczas w całym rozkwicie wdzięków, w całćj urodzie i świeżości młodzieńczej; modlitwa musiała dodawać uroku jej wyrazistym rysom i przedstawiać je w apoteozie. Okoliczność ta rzuca światło na rodzaj miłości Pctrarki: ukochał on przedewszystk ićm jej stronę duchową.
Gdyby nawet było inaczej, miłość ta mogła jedynie zstąpić z idealnej sfery na drodze występku: Laura miała męża — Petrarka nosił suknię duchowną.
Czy miłość ta, w chwili po wszech nogo zepsucia obyczajów, nie miała swoich pokus, swoich walk? Czy kobieta kochana przez jednego z najznakomitszych ludzi owego czasu, nie skłaniała ku niemu serca? W pismach poety uie znajdujemy nic podobnego, wbrew bowiem zepsuciu panującemu w owy cli czasach, Laura była kobietą cnotliwą, mamy ua to dowód w świadectwie spółczesnych i w wyznaniach samego Pctrarki.
Oto na przykład, jak w jednym z najwymowniejszych swoich sonetów charakteryzuje zachowanie się jej względem siebie. Tłumaczenie Fcli-eyana wiernie odtwarza oryginał:
SONET 104.
Nic dla mnie pokój, choć nic dla mnie boje. Rzeźwieję, wątpię, płonę, chłodnę, kwilę, To w niebo lecę, to lgnę w ziemskim pyle, Świat cały garnąc, sam jak w pustce stoję. Anim pod kluczem, ni mi wszerz podwoje, Ni mnie przy sobie trzyma, ni na tyle Puszcza, bym wolnym był, lub legi w mogile, Ni dba o śmierć mą, ni o życie moje. Wbrew oczom patrzę, wołam próżen mowy, Sam zginąć pragnąc, o ratunek proszę, Nie cierpiąc własnej, kocham inną duszę, I rzez łzy się śmiejąc. W mierze jednakowej Życia jak śmierci, wstrętne mi rozkosze, I takim, pani, z woli twej być muszę.
A jednak Laura była w położeniu, które najbardziej sprzyja wzbroniony m uczuciom. Mąż jej, Hugo de badc, nie odpowiadał w niczem wykwintnej i delikatnej kobiecie. Był to człowiek swojej epoki, człowiek z krwi i ciała, niewykształcony, grubych obyczajów, który tak mało umiał ocenić wdzięki i cnoty swojej małżonki, iż w pólroku po jej stracie ożenił się po raz drugi, a za życia obenodził się z nią z brutalstwcm.
Nieszczęśliwa w małżeństwie, a kochana przez człowieka, w który m, jak to wiemy z jego życia, grały silnie zmysłowe instynkta, potrafiła jednak przemówić do jego najwznioślejszych uezuc i stała się ową zbawczą gwiazdą, która, według jego własnych zeznań, prowadziła go drogą cnoty i mądrości.
Stosunek ich trwał lat 21, do chwili śmierci Laury, nastąpionej wczasie morowej zarazy, co tak strasznie pustoszyła w roku 1348 Włochy i Francyą.
Resztę życia poeta poświęcił opłakiwaniu i sławieniu jej doskonałości. Przyznaje on, że cokolwiek zdziałał, czemkolwiek dobił się chw'aly, stało się za sprawą jej natchnienia i tych wzniosłych ideałów, któremi jedynie karmiła się ich miłość.
Nieustanne uwielbienia Petrarki nic przyniosły żadnej ujmy dobrej sławie Laury, wzorowej żony i matki licznego potomstwa, jak wogóle me przynosiły ujmy’ kobiecie platoniczne zachwyty trubadurów. Petrarka skarży się niejednokrotnie, iż była dla niego okrutną i nigdy nie dała mu najlżejszej oznaki spolczucia. On jednak kochał ją tćm bardziej, im była mniej dostępną, bo jakże nie kochać tego, co doskonałe?
W szakże na tem polegała właśnie istota tej idealnej miłości, która nie kusiła się o wzaje
mność i stawiała osobę ukochaną tak wysoko, iż należała jej się jedynie cześć korna.
Jakkolwiek Petrarka był czci tćj wyznawcą, przecież dręczyła go wątpliwość względem tajemnych uczuć Laury, może newet odgadywał, żc był jćj drogim, ale ponieważ wiązały ją ziemskie śluby, niewolno jej było odpowiadać na jego namiętne zaklęcia.
Dopiero wtedy wyznanie prawdziwych uczuć kładzie w usta ukochanej, gdy ta została czystym duchem, w Tryumfie śmierci. Uwolniona z więzów ciała, wypowiada ona, iż serce jej bilo na-równi z sercem poety, a jeśli taiła przed nim swą wzajemność, czyniła to jedynie z powodu wielkiej ku niemu miłości, gdyż lękała się tem wyznaniem stać mu się powodem grzechu.
Poświęcała się wiec dla dobra jego duszy, uie bacząc już na swoje własną, bo kochała go stokroć więcej, niż siebie. Dla własnego zbawienia niezdolną byłaby nakazać milczenia sercu, nie zniosłaby żalów i rozpaczy kochanka. Siły w tej mierze, przeciwko niemu i przeciwko sobie, do dała jej miłość sama, bo ona jedna tylko miłość zwalczyć może. Jest-to znów rys charakterystyczny ówczesnych uczuć i ich subtelności.
Jeśli bowiem Petrarka wydaje nam się często przesadnym i wyszukanym w wyrażeniach swoich, tak dalece, iż myśli głównych dośledzić się czasem trudno wśród zawilej ornamentyki stylu, winić go o to niepodobna. Uczucia, których był wyrazem, nic posiadały prostoty i prawny starożytnej, były rozsubtelnione aż do wynaturzenia, musiały v\ięc wyrobić sobie w literaturze formę odpowiednią.
Stosunek podobny nic by1 zresztą wcale rzeczą wyjątkową: oprócz wielu innych, mniej sławnych, w podobny sposób Dante wielbił Bcatriczę, a w parę wieków później Michał Anioł Wiktoryą Colonna.
Powoli jednak rozbrat pomiędzy niebem a zic mią stawał się mniej wyraźny. Oczy poczęły się odwracać od niedościgłych ideałów; zapragniono wcielić je na ziemi. Zmiana ta nie ograniczała się na dziedzinie uczuć, widną była we wszystkich stosunkach.
Zamiast tworzyć wymarzone światy, w niczćm do rzeczywistości niepodobne, spróbowano zmienić istniejące dotąd warunki, uczynić je odpowic-dniejszemi pragieniom ogółu.
Rycerze, czyniący na świecie sprawiedliwość, broniący słabych i uginający karki potężnych, ustąpili zarówno z życia, jak z poezyi, a miejsce ich zajęły postulała, by sprawiedliwość zapanowała wreszcie pomiędzy ludźmi, nic przygodnie, lecz stale, nic za sprawą jednego, lecz wszystkich; by slaby znalazł nieustannego obrońcę w prawie, a samowola potężnych ukróconą przez nie została.
Obyczaje kształtują się wedle nowych potrzeb; biorą one już faktycznie w obronę słabych i bez-nronnych, a tćm samem zmienia się znowu położenie kobiety. Jeśli zaś pomimo to jest ona jeszcze w literaturze naprzemian niewolnicą, jak w starożytności, lub bóstwem, jak w wiekach średnich, dzieje się to już tylko za sprawą nałogu, zbyt potężnie zroslcgo z korzeniami naszej cywilizacyi, by ustąpił odrazu, pod naciskiem nowych prądów.
Z przesadą rycerskich wieków, ustąpiła i przesada miłości. Odbijając koloryt i wahania chwili, błąka się ona czas jakiś, raz podnoszona w niebo, to znów strącona z niego i wepchnięta w mętne kałuże życia—aż wiek osiemnasty, ten wiek burzliwy, racjonalny, młodzieńczy w swych gorących aspiracyach i ncgacyjnej wierze, ten wiek nieliczący sie z rzeczywistością, pomimo ma-tcryalistycznych dążeń, ten wiek doktrynerski, jak każdy co sądzi że posiadł prawdę bezwzględną—począł urabiać ją wedle swoich pojęć, i oto mamy znów ideał ówczesnego kochania, skreślony piórem Roussa w Nowej Heloizie.
Miłość Julii i .Saint Preux, oprócz namiętności przypominającej starożytność i sentymentalizm, w którym drgają echa Petrarki, opiera się jeszcze na pierwiastku trzecim, nowym zupełnie, na rozumowaniu. Rozum rządzi zarówno namiętnością,
jak sentymentalizmem. Pierwiastek ten jest już czystym wytworem XVIII wieku, który wszystko chcial wyrozumować bez względu na to, czyr rozumowanie miało dostateczne podstawy. Znaczy on książki, zarówno jak ludzi ówczesnych, stemplem doktrynerstwa. Ma się rozumieć że takwXA III wieku, jak w każdym innym, zdarzały się w literaturze i w życiu miłości odbiegające od głównego typu; ale ja zatrzymuję się jedynie nad temi, które najwięcej miały rozgłosu, najlepiej odpowiadały usposobieniom epoki i najsilniej odbiły sic w następstwach.
Nowa Heloiza była w swoim czasie kodeksem miłosnym, zastępowała niejako dawne dwory i trybunały. Prababki nasze uważały ją za kwinte-scncyą czułości, a raczej czułostkowości, która kwitła pod tą nazwą, za ostatni wyraz godny serc tkliwych, i wylewały potoki lez Powieść ta była powodem wielu domowych katastrof: matki chowały pod poduszkę klucz od szafy, zamykającej ten skarb, zakazany dla córek, a córki znów schły i wiodły z ciekawości rzucenia okiem na jćj karty.
Panny dccy dowały się stanąć u ołtarza z nienawistnym nieraz wielbicielem, byle zdobyć sobie prawo czytania jćj jaknajprędzej.
Dzięki Nowej Heloizie, imię Julii rozpowszechniło się i zostało uprzywilcjowaaem imieniem bohaterek powieściowych. Matki posiadające czu łe serca nadawał}' je swoim córkom, marząc o ich romansowej przyszłości, i ztąd nabyło ono prawo obywatelstwa w wielu rodzinach. Przed utworem Roussa imię to było taką rzadkością, żc słynna pani de Rambouillct, goniąca jedynie za tćm, co niepospolite i wj'szui<ane, nadała je swojej córce-
Wszędzie gdzie dolatywało echo francuskiej mowy, Nowa Heloiza posiadała entuzj astycznych czcicieli i uważaną była za ostatnie słowo sztuki.
Z dziełem Które budzi podobne zajęcie, i to nic zpowodu zabiegów autora, lub jego koteryi, z dzieleni, które dla całego pokolenia stanowiło kanon uczucia, liczyć się trzeba zawsze, chociażby nawet najmniej odpowiadało naszym pojęciom, gdjż niezawodnie czerpało ono swoje racyą bytu w usposobieniu powszechnćm, było z niem związane tysiącem myśli, wrażeń, uczuć, wypowiadało wyraźnie to, co drgało w piersiach wszystkich. A jednak, jakże nam trudno dzisiaj zrozumieć uwielbienie obudzone przez Nową Heloizę!
Dzieje się to zpowodu faktury ckliwej, napuszonej, stojącej w zupełnej sprzeczności z postulatami obecnej powieści. Utwór ten przecież nie jest tak bardzo od nas oddalony, byśmy mogli podziwiać go archaicznie. jak Homera lub Pctrar-kę. Forma powieściowa nasuwa na myśl wszystko, czego dziś od powieści żądamy; więc ludzie przemawiający do siebie sążuistemi tyradami i tytułujący się wzajem najcnotliwszymi, pobudzają nas do śmiechu.
Wick osiemnasty, piórem jednego z najdzielniejszych swoich reprezentantów, usiłował w tem dziele połączyć pierwotne namiętno- ci starożytnego świata z sentymentalizmem wieków średnich i stworzyć syntezę tych dwóch antytez. Miłość tutaj nic rozpływa się już w mgłach mistycznych, ale pomimo to nic traci sentymentalnego charakteru. Tylko sentymentalizm ten jest doktrynerski, rozważa, bada, rozumuje, zamiast bawić się w grę słów, w akrostyehy, w alegorye, i bujać w bezkrytycznych zachwytach.
Saint Prcux z Julią kochają się po ziemsku; kochanka nic jest gwiazdą nii dościgłą, wiodącą ukochanego ku prawdzie i cnocie, jest to kobieta tylko, która jednak wiele doskonałości zapożycza od Laury, i tak jak ona, ma nad ukochanym wpływ dodatni. Co najważniejsza jednak: miłość spotyka sie tu z realnemi trudnościami bytu, z przeszkodami, które świat starożytny łamał gwałtem, a którym bez oporu poddawał się świat średniowieczny.
Przeszkody te- odzwierciedlają realne stosunki, albowiem pomiędzy zakochaną parą stają nie śluby już wykonane, ale różnica położenia społecznego. Ojciec Julii, dumny swojem szlache-
ctwcm, nie chce w^dać córki za człowieka niższego pochodzenia, jakkolwiek człowiek ten posiada znakomite przymioty, a nawet majątek, którym chce go obdarzyć przyjaciel, byle umożliwić mai żeństwo zakochanych. Młoda para, na rozłąkę skazana, zpowodu przeszkód, którjch ważności nie uznaje, próbuje zrazu buntować sic przeciw okrutnemu wyrokowi. Julia zostaje potajemną kochanką Saint Preux. Upadek ten bohaterki nie jest u Roussa mimowolnym, przypadkowym, ale rozmyślnym i wyrozumowanym, jak zresztą wszystkie jej czyny. Poprzedza go niezmierna liczba listów, w których kochankowie rozbierają ważność praw natury, praw rodzicielskich, praw serca i t. p.
Pomimo to Jima poznaje wkrótce iz zbłądziła, powraca do obowiązków przykładnej córki, o nawet z woli ojca oddaje rękę panu de Yolmar, którego nie kocha, Który jednak okazuje się najlepszym mężem, ojcem, przyjacielem, słowem jest to jedna z tych idealnych figur, jakiemi Rousseau zaludnia! swoje powieści.
Tym czynem Julia przyznaje racyą bytu jeśli nic przesądom urodzenia, to przynajmniej władzy rodzicielskiej  porządkowi społecznemu, jaki ona reprezentuje. Saint Preux, zrozpaczony utratą ukochanej, puszcza się w dalekie podróże.
Ani jedno przecież, ani drugie nie zapomina przeszłych uczuć. Autor usiłuje tutaj dowieść, iż pod wpływem przyjaźni diur tkliwych, uczucia te mogą istnieć, nie zagrażając szczęściu domowemu męża Julu, ani obowiązkom rodzinnym. W tym celu gromadzi mnóstwo rozumowań, za pominając, że jeden podmuch namiętności zniweczyć może wyszukane jego argumenta.
Pan de Yohuar jednak, jako wytwór wyobraźni Roussa, wierzy w możliwość bratniego stosunku przyjaźni pomiędzy dawnymi kochankami i dla tego po powrocie Saint Preux z podróży, sprowadza go do siebie i ofiaruje mu gościnność w swoim domu, gdyż sądzi, że do szczęścia Julii potrzebną jest przyjaźń dawnego kochanka, jak kochankowi przyjaźń Julii.
Większą część powieści zajmują próby trudnej przemiany namiętności niepohamowanej w spo kojne uczucie. Przemiana ta oddawna dokonała się w bohaterce. Szczęśliwa żona, matka, pani domu, oddana obowiązkom rozlicznym, jest ona zupełnie ze swego losu zadowoloną. Trudniejsza dałcko sprawa z bohatćrcm. A jednak autor daje rozumowaniu tak zupełną władzę nad sercem, iż Saint Prcux skłonnym jest do pokochania przyjaciółki Julii, z którą ta połączyć go pragnie.
Usiłowania tc przerywa śmierć bohaterki. Ka tastrofa ta, dotykająca wszystkie osoby działające i jednocząca jc wspólną boleścią, rozprzęga kojarzącą się parę. Czemu?...
Przychodzi tu na myśl Petrarka. Jak jemu po śmierci Laura wyznaje swą miłość, bo jest jćj to dozwolone, tak i Julia po śmierci powraca do swoich praw sercowych, gdyż pękły krępujące ją węzły ziemskich związków i Saint Prcux kochać umarłą ma zupełne prawo.
Uwolniwszy Mową Heloizo zc wszystkich sentymentalnych i dydaktycznych dodatków, poznać łatwo, że jest napisaną weelu wykazania tryumfu rozumu, zarówno nad zmysłami, jak nad uczuciem; autor czyni jedne i drugie zupełnie od ro zumu zależnemi. Występuje tu więc władca nowożytny, rozum, a przeznaczeniem jego, według autora, zagodzić wszystkie waśnie i uczynić, ludzi poddających mu się o tyle szczęśliwymi, o ile to jest możebne.
Julia, biorąc go za przewodnika nawet wśród ognia namiętności, ocala zagrożone położenie i nietylko uszczęśliwia ojca, męża, przyjaciółkę i wszystkich, co znajdują się na jćj drodze, ale jest nawet bardzo blizką uszczęśliwienia kochcn ka. Sama zaś, otoczona miłością, szacunkiem, dostatkiem, znajduje się w położeniu godnem zazdrości. Tymczasem gdyby była zgodziła się na ucieczkę i połączyła sią z Saint Prcus, jak to wbrew rozumowi doradzała jćj namiętność byłaby wiodła i nim razem zbycie hańby i nędzy, mając w dodatku ciągle zgryzoty sumienia, z powodu boleści sprawionej swym bliskim.
231 ________
Rozum więc panow.ić powinien nad popędami serca, nakazywać im milczenie, lub niemi kierować i godzić jednostkę z prawami rządzącemi społeczeństwem, jakkolwiek prawa te same przez się mogą być niesprawiedliwe.
(Dokończenie nastąpi.)
Kronika tygodniowa.
W przededniu ĄYiclkiijnoey. — Dawniej i dziś —Znaczenie uroczystości.—Żywe obrazy. - Nowy .salon wystawy sztuk pięknych i jej przeprowadzka.—Słówko w sprawie domu dla Towarzystwa Wystawa prywatna.—Pomysł redakcyi Gazety świątecznej —Odczyty W. Dzieduszyckiego.—Dwie zbrouiiie. Zakład dla nałogowych pijaków.— l’eatr.—Ś p.
A. Bronikowski
Jesteśmy w przededniu Wiclkiejnocy...
Uroczyste to święto Zmartwychwstania, przypadające w porze wiosennej, rzadko kiedy jednak otacza się urokiem wiosuy i jej czarujących wdzięków. Tym razem pozwala nam oczekiwać zarówno ciepłych promieni słońca, jak bardzo możliwych przymrozków i śniegu. Pod R m względem stoimy na przełomie, tęskniąc do ciepła, a drżąc ua wspomnienie chłodu.
Dawniejszcmi czasy Wielkanoc bywała świętem imponującem uroczystością, nietylko w kościele, ale i przy domowych ogniskach, i na ulicach... Dzisiaj trochę się to zmieniło. W domu bywa jak zawsze, ale publicznie trudniej już o tę od-świętność, co z lat dawnych niezatarte pozostawiła wspomnienia... Jeśli słońce na niebie świeci, a na ziemi ciepło, ulice roją się tłumami, używa-jącemi przechadzki, i to wszystko, czćm się święto różni od dni powszednich. Świat wykwintny poprzestaje na starannym przeglądzie mód wiosennych i to mu wystarcza. Świat niewykwintny zato bawi się na placu Ujazdowskim, używając młynów diabelskich i huśtawek, susząc liczne beczki bawara, pijąc z zapałem wódkę, pokrzykując rubasznie i stając do walki pięściowej przy lada okazyi.
Dawnićj w dniu pierwszego święta cisza głęboka panowała od rana do wieczora.... Dorożki chowały się troskliwie po wozowniach, a do kościoła nikt nie śmiał jechać karćtą. Dziś w mie ście turkot, sklepy pozamykane najczęściej tylko od frontu, bawarye i szynki robią najlepsze inte-resa, a klasy pracujące nie szukają rozrywki, lecz orgij. Zycie wre—nie świątecznie, ale z tą gorączką, która nas dzisiaj cechuje we wszyst-kiem. Jest-li to postęp?...
Święto Zmartwychwstania ma dla nas znaczenie symboliczne. Widzimy w nim tryumf zasa dy, zwycięztwo prawdy, odrodzenie się w krwi i cierpieniu tego, co szło z ducha i ku jego poczęło się wskrzeszeniu. Choćby święto owo nie miało w sobie treści religijnej, jest ono, bądźcobądź, pełne treści moralnej. Śmierć na krzyżu po wsze wieki będzie Szczytnem zwyciez-twem tej wewnctrznćj siły, która prawdę każę cenić nad życic i poświęcić jej wszystko...
Pamiątkę jej godzi się obchodzić bardzo uroczyście, jeśli się tak rozumie jej znaczenie. Takiego pojmowania, czytelnicy, życzymy wam calem sercem, w przekonaniu, że łączy się z niem i szlachetność umysłu i owa dojrzałość, co w pamiątce dzicjowćj mniej czci kalendarską o niej notatkę, a bardziej i goręcej jej treść istotną, moralną i duchową.
Zeszłej niedzieli na scenie teatru Wielkiego, artyści-malarze dali publice naszćj widowisko bardzo ponętne, a mianowicie szereg obrazów żywych, w których przyjęły udział najwdzięczniejsze kwiatki naszego niewieściego świata. Obrazy te, mało dotykające dziejów łub religijności, poprzestały prawie wyłącznie na tak zwanym „rodzaju” (yenre) i trzymały się w sferze ludowej. Więc „Górale,” „Wieczornica,” „Cyganie,” oto ich treść malownicza, a dalej „Świtezianka,” „Barkarola” i t. p. Tym pięknym i umiejętnie ułożonym obrazom tovyarzyszyla muzyka; Moniuszko, Komorowski, Żeleński, Noskowski i Zarzycki pieśniami swemi podnieśli urok plastyczny
widowiska, które cieszyło się najserdcczniejszem zadowoleniem widzów.
Dochód z żywych obrazów ma powiększyć fundusz, zbierany na budowę gmachu dla Towarzystwa zachęty sztuk pięknych — fundusz zresztą wpływający tak wolno, że jeśli mu ogół ofiarnością potrojoną nie pozwoli szybciej urosnąć, to termin zbierania upłynąć może, bez pomyślnego skutku.
Tymczasem Towarzystwo przeniosło już wystawę i zbiory swoje do salonu Ungra- Przenosiny odbyły się bardzo szybko i dziś publiczność może już rozpatrywać się wygodnie w tworach swoich artystów. Mówimy „wygodnie,” bo w salonie przestroniej, niż na wystawie poprzedniej; miejsca dużo, obrazy rozlokowane lepićj, światło właściwe i umiejętnie umiarkowane. Jest też niemałą korzyścią, że dla wielkich płócien nie będzie potrzeba szukać innego pomieszczenia, jak bywało dotąd, bo w salonie Ungra przestrzeni niebrak. Wszak znajduje sic tu ciągle olbrzymia „Bitwa grunwaldzka” i wcale miejsca zama-ło nićma.
Jak długo wystawa Towarzystwa przebywać będzie w tym budynku, dobrym zresztą ua tymczasem tylko—odgadnąć to trudno. Zalcźćć to musi od składek i ofiar publicznych na budowę domu własnego dla Towarzystwa, a te, powtarzamy, napływają zwolna. Dochód z żywych obrazów przyniósł tylko rs. 500; przyniesie drugie tyle, skoro widowisko zostanie powtórzone, jak o tem słychać, ale jakże to jeszcze daleko do końca!....
Mówi się także coś o utworzeniu czasowej i prywatnej wystawy dziel sztuki, którą sami malarze na własne ryzyko urządzić pragną. Obok naszego urzędowego poniekąd „Salonu,” będzie to więc Coś nakształt Paryża, bo tam takie wystawy prywatne są od lat kilku w zwyczaju. Oczywiście myśl tę sympatycznie witamy, bo w niej tkwi objaw samodzielności i samopomocy, a wszelka inieyatywa prywatna ma także wartość dodatnią, gdy sięga w sferę spraw publicznych.
Dlatego tćź godzi się pochwalić i poprzeć, o ile można, piękny pomysł redakcyi „Gazety świątecznej,” która zawiadamia, źe zgłaszających się do niej włościan fotografować każę, aby tym sposobem zebrać album typów, szczególniej co się tyczy kostiumów ludowych Prosi tćź włościan, aby się zgłaszali w stroju swoim miejscowym, bo surduty i kapoty, przejęte od mieszczan lub obcych kolonistów, nie budzą interesu.
Jeżeli czytelników naszych zawiadamiamy o tym szczęśliwym pomyśle redakcyi „Gazety świątecznej,” czynimy to w nadziei, że niejeden z nich zachęci włościan do zgłaszania się weelu wskazanym, a zrobią to oni tem ochotniej, że redakeya „Gazety” obiecuje obdarzyć ich własnemi konterfektami bezpłatnie.
W dalszym ciągu odczytów na osady rolne p. Gawalewicz, w zastępstwie hr. Wojciecha Dzieduszyckiego, wygłosił napisaną przezeń rzecz o ostatnich poganach, w trzech lekcyach. Autor przedstawił tu epokę chylenia sic ku upadkowi Rzymu i ówczesne szkoły filozoficzne, w obrazie skreślonym barwnie i umiejętnie, ale z konieczności w skróceniu.
lir. Dzieduszycki przy końcu swych lekcyj zapowiada, źe zamyka w nich historyą rozwoju myśli pogańskiej i żc jeżeli kiedyś przemawiać be dzie do nas z mównicy publicznej, jak sobie zresztą tego serdecznie życzy, to treść jego lekcyj zaczerpniętą będzie z nowych dziejów świata, którym początek dala nowa wiara i nowy prąd ducha.
Istotnie też trzeba przyznać, źe szanowny prelegent, wciągu lat kilku, w których ukazywał nam się na mównicy, przedstawił umiejętnie bi-storyą liłozoni starożytnej. Jego odczyty były cyklem przedmiotów o treści ciągłej, w pewien sy-stemat ujętej, w planie nakreślonym szeroko, wypełnionym zaś o tyle, o ile na to pozwalały warunki dorywczego wykładu. Godzi mu się za to wyrazie uznanie i wdzięczność...
Warszawa wciągu jednej nocy była widownią dwóch zbrodni, i, dzięki igraszce niezbadanych
WIECZERZA PAŃSKA. Kopia obrazu Gebliarta.
(34J)
ŚWIĘCONE. Rysunek oryginalny Eisnionda.
(343)
234
nigdy losów, ofiarami ich stali się... dwaj stróże. Jak zawsze, tak i tym razem pierwsze o tem wieści przedstawiły rzecz w świetle dosyć niejasuem. Jedni kazali „szukać kobiety...” i ta sic już podobno znalazła; inni chwalili energią stróża bezpieczeństwa, który, rad nierad, musiał się narazić na groźby uzbrojonego w rewolwer rycerza zbrodni o szerokiej naturze; inni gotowi zaręczyć, że „śledztwo w toku” i prowadzi się „sprężyście.” Opinia publiczna tymczasem zaniepokojona wielce, źe tak łatwo o rewolwery i użytek z nich dowolny...
Niezmiernie ważnej kwestyi dotknął parę dni temu Kuryer warszawski, w artykule zatytułowanym „Dla pijaków.” Proponuje on założenie domu dla ludzi dotkniętych nałogiem pijaństwa— domu-szpitala, schroniska, któreby im dawało opiekę i ratunek od uieochybnej zguby. Domy takie istnieją za granicą, a autor artykułu oglądał coś podobnego w Londynie.„ Odosobniona budowa, położona w ogrodzie, może pomieścić kilka osób zaledwie, każdy z pacyentów ulega surowemu regulaminowi, polegającemu na zupełnćm usunięcia się od świata zewnętrznego...”
Co prawda, taki zakład na kilka osób byłby rzeczą stosunkową kosztowną, a dlatego właśnie nie mógłby istnieć na podstawie filantropii. Sami pacyenci istnienie to ogłaszaliby powinni. Z drugiej strony, dla tej samej przyczyny, zakładów podobnych nie można stwarzać wiele, a przeznaczenie ich nie miałoby nic wspólnego z ratowaniem tej najliczniejszej falangi nałogowców, która się składa z ludzi ubogich, najłatwićj nałogowi podlegających. Autor artykułu nic ma ich zresztą ua myśli; woła on o ratunek dla tych, którzy w pijaństwie topią zasoby intcligencyi twórczej, silnej, pożytecznej i potrzebnej społeczeństwu. Przytacza smutne przykłady zdolnych pracowników, artystów i poetów, których nałóg przyprawi! o długą i poniżającą agonią, i dla nieb żąda ratunku...
Cóż jednak czynić trzeba, aby wstrzymać nad przepaścią pijaka-wyrobnika, rzemieślnika lub wogóle biedaka, nie kwalifikującego się na peu-syonarza do projektowanego zakładu?... Oto tworzyć towarzystwa wstrzemięźliwości, jak się to dzieje w Stanach Zjednoczonych, jak sic to zresztą działo u nas lat temu dwadzieścia kilka, nie pod postacią istotnego stowarzyszenia, ale bractwa niby, związanego przysięgą, widzącego w trzeźwości warunek dobrobytu i prawdziwego człowieczeństwa.
Kwestya to niezmiernej wagi, dziś szczególniej, gdy życie rodzinne w klasach niezamożnych zda-jc się rozprzęgać, gdy ogólne ubóstwo zawiązywać go nie pozwala, gdy na ulicach miasta przybytki Gambryuusa wyrastają jak gdyby po deszczu, a choroba używania nad miarę przechodzi szybko w stan normalny. Na takiej drodze u nałóg pijaństwa niezmiernie łatwo, to też całe tłumy młodzieży rzemieślniczej zarobek tygodniowy przepijają...
Kilka dni temu na scenie naszej ukazał się... nowy dramat. Jest to  eenement, o którym wspomnieć się godzi. Dramat pięcioaktowy, nicma-jący nic wspólnego z modną dziś tendencyjnością, obracającą się w sferze zagadek małżeństwa— to istotnie rzecz należąca raczćj do przeszłości. To też zepsutemu smakowi dzisiejszemu nie odpowiada to tak, jakby odpowiadało dajmy na to wystawienie sztuki o treści wysoce skandalicznej, drażniącej.  Jest to wynik przyzwyczajenia, z którćm walka trudna niezmiernie...
A jednak trzeba mu rzucić rękawicę i śmiało stawić czoło. Trzeba koniecznie odżywić trądy cyą tej dobrćj, szlachetnej sztuki, która człowieka przedstawiała nietylko ze strony komicznej... Trzeba istotnie wskrzesić dramat, bo on tylko tworzy naprawdę artystów i szkolę, on scenie daje powagę instytucyi piękna i tego, co się z nią wiążę bezpośrednio, co dodatnio oddziaływa na masy i ich upodobania. Bez niego scena zupełną być nie może, bo komedya przedstawia tylko jedne stronę życia, ale dramat daje człowieka całkowitego.
f'o dramacie Laubcgo „Hrabia &sc.e' nic wie
my, co w tym rodzaju przygotuwuje nasz teatr, ale życzymy mu z całego serca, aby się jego niepowodzeniem nie zrażał. Tylko potrzeba, aby uzdrawiające dawki następowały po sobie szybko i były silne, a wpływ swój wywrą nieodwołalnie.
Na zakończenie dzisiejszćj kroniki przychodzi nam wspomnieć o nowej stracie... Umarł w Poznaniu zasłużony pracownik na polu filologii, tłumacz klasyków greckich, badacz sumienny, człowiek zacny—Antoni Bronikowski. Dożył zaledwie lat sześćdziesięciu kilku, ale pozostawił w pracach swoich społeczeństwu spuściznę obfitą, która mu jego pamięć i wdzięczność zapewnia.
St. M. Hz.
NA ŁOŻU ŚMIERCI.
Śnieżna pustynia. W noc ciemną, i mroźną, Niby w mogiły wilgotną ciemnicę, Wyjrzały gwiazdy. Złociste gromnice Migocą, błyszcząc.—Jest chłodno i późno.
W obszernej izbie, na bialem posianiu, Chory wpóldrzemie, a przy nim, tam, w cieniu, Przy nocnej lampy niepewnym płomieniu, Sam w śnieżnej puszczy przy brata konaniu, Czuwa młodzieniec... i z żalem głębokim Patrzy w twarz bladą, zmienioną boleśnie, W przedśmiertne bruzdy zoraną przedwcześnie, Która zkostnieje, zastygnie za chwilę, By skryć się wiecznie w mogile.
Na ziemi dwóch ich zostało—i nieraz W chłodnej obczyźnie, sercami bratniemi Samotni, w noce zimowe, jak teraz, Żyli wspomnieniem rodzinnej swój ziemi I ożywiali pamiątek swych emętarz Czarownćm słowem: „pamiętasz?...” Dziś—wspomnień dzielić nic będzie już komu, Gdyż duch zmarłego w kraj znany odleci, Do drogich zwalisk i ojców swych domu...
Tak opićwają poeci.
Ciszej!... otwarte chorego źrenice, Nie śpi... blask słaby promieni się z twarzy... Odetchnął błogo, o niebie snadź marzy, Słodycz nadziemska oblała mu lice.
„Bracie!—rzeki wreszcie—wszak sen nasz spel-[niony!...
Patrz! czy poznajesz tc strony?....
„Wysokie gaje w lazuru przezroczy, Słoneczny ranek!... Patrz, dworzec się bieli I jakby w dworcu mieszkali anieli, Dokoła cisza i spokój uroczy....
Tu bluszcz się wspina po ścianach rozrosły, Srebrzyste stawy gwiazdami z opali Ruchome rąbki karbują na fali;
Nad brzegiem jaskry i tojad wyniosły; Jagoda kraśna śród traw się czerwieni 1 róża płonie śród wieńców zieleni. Klekocze bocian, dolata ryk trzody, Pod dachem gniazdo zlepiła jaskółka 1 woń wilgotna powiewa od wody; Z pasieki miodnej zleciała tu pszczółka; W lesie konwalia, przclaszczki i mięta, A wszędzie cisza, tak sielska i święta!...
Patrz! tam, pod cieniem brzóz, topól i klonów, Na zdrój rzucona kołysze się kładka;
Tam raźno śpiewa szczęśliwa czeladka, A z modrej dali dolata dźwięk dzwonów 1 glosy drogie... ach!... glosy z za świata: Głos matki, ojca, najmilszej przeszłości, Jedynych w życiu, najżywszych miłości, On z mórz wieczności do serca dolata. Pójdź do nas—woła—tam obco i ciemno, Niewarte cierpieć daremno!...
„Ty plączesz?... czego ty plączesz, mój bracie? Ach... prawda, przecież rozstajem się wiecznie. Już mojćj duszy tak biało, słonecznic!
Jam widział matkę... tu, w chacie! I gdybym tylko na chwilę tę cudną
Mógł pacierz matki przypomnieć!... czas bieży!... O matko! żyć tu tak zimno i trudno....
Twój syn... zapomniał pacierzy.
„Znów teraz widzę... tam niebo się mieni I słyszę pieśni... i głuchy szczęk zbroi; To praojcowie wołają mię moi, Skrzydlate duchy w słonecznej przestrzeni, W lazurach jasnych proporce się chwieją, Stoją postacie na lunach słonecznych Czarnieckich,Chrobrych, Żółkiewskich walecznych I damascenki i hełmy jaśnieją!
Czy słyszysz? wgórze, z błękitów ogromu, Wystrzałów echo... daleki huk gromu?... Bracie! patrz! słuchaj - w obłokach... to oni! Ich krzyk wojenny, krzyk: „Jezus Marya!” To gwar żołnierstwa i tętent ich koni, I hymn zwycięztwa, co niebo przebija! Szeleszczą skrzydła olbrzymich husarzy, Chorągiew płynie, a hetman na przedzie, Na koniu śnieżnym zastępy swe wiedzie... Z archaniołami on stanął na straży, On wola na mnie z obłoków słonecznych.
Do mnie chodź, do mnie, potomku walecznych!”... I zbladł—i wodząc błędnemi oczyma Odetchnął ciężko.
„Nie! niema ich, niema, To tjlko płaczka ua dziejów cmentarzu, Dąbrowa nasza rodzinna, coś szumi, Drżą na jej liściach jak lampy w ołtarzu Iskierki rosy...
Kto tutaj płacz tłumi? Czy aniołowie Izy leją nad nami?... Ach... to ty, bracie, zalewasz się Izami? Wstydź się! Nie łzami, krwią płakać nam trzeba, Przed krwi kielichem, jak Chrystus z Ogrojca, Nam, synom Boga, Wszecbtwórcy i Ojca, Wygnańcom nieba!
Wszak tam, w błękitach, pisane gwiazdami Są przecie jasne półbogów imiona;
Błogosławiona i szczęsna ta strona, Gdzie wzrósł bohater okryty lamami! 1 jam mógł może, lot orli rozwinąć, Mknąć ku światłości promienia szybkością, Własnych się czynów upoić wielkością, Raz pełną piersią odetchnąć i zginąć!
I jam mógł myśli w czyn zmieniać szlachetne, Wznieść z gruzów martwych świątynię wielkości, Gmach poświęcenia, braterstwa jedności!
Lecz żądza prawdy i sny moje świetne Wygasły, zbladły do jednej iskierki, Bez wieści, głosu, wspomnienia i sławy! Tułacze życie i ból jego krwawy Jak liść przepadły śród burz poniewierki!...
„Ach... jam żył jeszcze i w myśli tćj jednej, Żc tam, daleko, na ojeów mych ziemi, Znajdę dla głowy znękanej i biednej Nasz dach, ocienion świerkami ciemnemi, Nasz kąt rodzinny, starością schylony, Lecz pamiątkami jak kościół nam święty, Gdzie staro dęby, kaliny i klony Wciąż w strumień patrzą, murawą objęty; Że tak jak niegdyś tam dzwonią ptaszęta I pachną róże, konwalia i mięta;
Że wrócę, pierś mą orzeźwię ich tchnieniem, Odżywię serce wspomnieniem!...
„Lecz nic! umieram śród śnieżnej pustyni, Z duszą szponami tęsknoty rozdartą!
Na gruzach serca własnego świątyni
Żyć już niewarta!...
„Z Chrystusem razem na krzyż jam przybity, Wieczność podemną otehlapie kołysze, Świat ziemski w śmierci pogrąża się ciszę I tylko krzyżów podnoszą się szczyty, I dźwięk pogrzebny chwiejącyeli się śpiżów Z oddali próżni bezbrzeżnej urąga, I za mną, w niebo ramiona wyciąga
Tysiące krzyżów!...
Ariela Konieczna.
Korespouiieucyu od redukcji.
Panu Antoniemu Sidorowiczowi w Lipowcu. Przytoczone szczegóły nie są nam obce. Pan Adam M-ski mieszka obecnie w Nowogrodzie gubernialnym.
235
Przegląd piśmienniczy.
Adam Kuliczkowski: Zarys dziejów literatury polskiej. Wydanie trzecie, przerobione. We Lwowie. Nakładem SeyPir-tlia i Czajkowskiego, 18s4.
Książka, która wprzcciągu niewielu lat, a zwłaszcza wśród stosunków literackich naszego kraju, już trzeciego doczekała się wydania, zdaje się tem samem dostatecznie za sobą przemawiać, a może nawet dowodzić, żc albo niepospolite ma zalety, albo też, że jako dzieło, głównie do pewnych przeznaczone celów, najbardziej z dotyeh czasowych odpowiada swemu zadaniu.
O książce p. Kuliczkowskiego można wszakże nawet więcej powiedzieć, bo można jej przyznać obydwa wyżej wymienione przymioty. Jako dzieło podręczne, napisane dla użytku początkujących, odpowiada ona zadaniu swemu już z tego riamego powodu, że napisał ją autor, który od wielu lat z niemałą korzyścią dla młodzieży uczy tego przedmiotu, a tem samem poznać mógł dobrze warunki i potrzeby, jakim książka tego rodzaju przedewszystkićm winna odpowiadać.
Jeżeli bowiem w ogólności prawdziwą jest zasada, że (pil bene dicidit, b< ne docet, to zastosowanie jej w tym wypadku było szczególniej nieodzowne. Wiadomo zaś, że historyą literatury naszej moznaby dzielić na rozmaite epoki i okresy, wmiarc tego, czy za główną zasadę podziału merze sic wzgląd na panującą w pewnym czasie idee, lub na stosunki polityczne, nieraz zapewne i dla literatury nieobojętne, jak n. p. panująca w pewnćj epoce dynastya.
Z tego-to właśnie powodu, już od Feliksa Bentkowskiego począwszy, tak rozmaite wprowadzano podziały, a przez długi czas tak trudno było o stanowczą między historykami literatury zgodność.
Rzecz to jednakże niezaprzeczona, że w książce, przeznaczonej dla użytku początkujących, rozkład przedmiotu powinien być ile możności prosty i przejrzysty, a już z tego powodu byłoby rzeczą niezbyt praktyczną wprowadzać do nićj wiele działów i poddziałów.
Pan Kuliczkowski dzieli całą historyą literatury polskiej na trzy główne epoki, w czem, jak sam wyznaje, poszedł za przykładem swego profesora, p. Antoniego Małeckiego. W pierwszem wydaniu swej książki nazwał on te epoki: schoła-styczną, klasyczna i narodową. W wydaniu obecnem już tych nazw nie spotykamy, a natomiast znajdujemy tylko epokę pierwsza, drugą i trzecią, bez żadnych bliżej określających przymiotników.
Autor nie tłumaczy się bliżej, dlaczego tak postąpił, powiada tylko krótko we wstępie, że zmianę tę uznał za „właściwą” i że skłoniły go do tego uwagi recenzentów pierwszego wydania jego książki. 0 ile sobie przypominamy, to jeden z recenzentów zrobił wistocie bardzo słuszną uwagę, że nic można tylko ostatniej epoki uważać za narodową, skoro już za Kochanowskiego, a nawet i za Reja czasów literatura nasza miała niewątplin ie wybitny charakter narodowy.
Przeciw temu, że w pierwszem wydaniu dziel .1 p. Kuliczkowskiego epoka, sięgająca od wprowadzenia chrześciaństwa aż do początku XVI w., miała nie dla każdego zrozuniałą nazwę epoki „scholastycznej,” możnaby także wiele mieć do zarzucenia, tćmbardziej, że związek tak zwanej filozofii schołastycznej 'i. ówczesną literaturą dotąd tak mało jest zbadany i wyjaśniony. Ale nazwaniu epoki drugiej od 1500 do lb20 r., która wistocie bjła „klasyczna,” me można nic zarzucić, zarówno jak i to nie da sic zaprzeczyć, że epoka trzecia, poczynająca się z Brodzińskim, może mićć nazwę romantycznej.
Z tego właśnie powodu żałujemy bardzo, żc autor w wydaniach następnych mówi tylko o epoce „piórwszej,” „drugiej” i „trzeć ej,” bo naszem zdaniem byłby sobie wobec uwag recenzentów lepiej poradził, gdyby epokę pierwszą nazwał poprostu średniowieczną, drugą kLtsyczną a trzecią romantyczną. Nazwy takie, dla każdego przystępne i zrozumiale, określałyby zarazem
i charakter każdej epoki, a przynajmniej mówiłyby same przez się coś w ięcej, niż proste użycie liczebników porządkowych.
Epoki powyżej wymienione podzielił p. Ku-liczkowski na okresy, w czem także poszedł to rem Małeckiego, a podobno i ugrupowanie pisarzy zawdzięcza autor przeważnie swemu uniwersyteckiemu profesorowi.
Materyal, zebrany i podany w książce p. K , jest wistocie bardzo obfity, a może nawet niekiedy w taki sposób zestawiony i podany, jaki odpowiadałby raczej dziełu, mającemu tytuł „biblio-grą/ii” me zaś „historyi literatury.”
Uwaga ta nasuwa nam jeszcze drugą, którą gdyby był uwzględni! szanowny autor, praca jego stałaby sic jeszcze bardziej celowi swemu odpowiednią. Oto w' książce jego znajdujemy nieraz zbyt wiele materyalu biograficznego, który niezawszc jest dla uczącego się potrzebny, a często zupełnie bez pożytku obciąża jego pamięć.
1’rzyznajomy, że przy Kochanowskim, Mickiewiczu, Krasińskim i kilku, a w najlepszym razie kilkunastu innych, może być rzeczą dla uczącego się pożyteczną poznać imię ojca lub matki pisarza, albo wiedzieć, z kim ten lub ów był ożenio ny. Ale p. kuliczkowski posmra tę dokładność— wr stosunku do rozmiarów książki i do jej przeznaczenia— cokolwiek zadaleko, zapisując prawic zawsze imiona rodziców autora, ich godności i herby, a wobec takich drobiazgowych szczególików zabraknie nieraz miejsca ua wiadomość, któraby mogła być uczniowi lub może i nauczycielowi pożyteczniejszą i bardziej pożądaną.
Jakże to n. p. dogodną byłoby rzeczą, gdyby przy ważniejszych pisarzach uczeń znalazł wzmiankę o najlepszych biografiach lub monografiach literackich, których tj le pojawiły się w ostatnich czasach. Pan Kul.czkowski podaje je wprawdzie także, ale dopiero w rozdziale o krytykach literackich, historykach literatury, zapominając o tćm, żc byłoby pożyteczniej, mówiąc n p. o Trenach Kochanowskiego, o 1): iadach, Wallenrodzie lub Tadeuszu, wymienić, choćby tylko w przypisku, rozprawy o tych utworach, lub w ogólności o ich autorach napisane.
Sądy, które p. Kuliczkowski o autorach lub o ich dziełach wydaje, niezawszc są tak wyczerpujące, ani też tak trafne, jakby sobie tego życzyć należało. Bardzo często natomiast frazes zastąpić ma rzecz, potrzebującą bliższego wyjaśnienia. Na dowód tego moglibyśmy tu przytoczyć wiele przykładów, ale poprzestaniemy tylko na kilku następujących. Czy prawdziwe wyobrażenie wyrobie sobie może uczeń o znaczeniu Wincentego Pola, jeżeli w książcep. Kuliczkowskiego wyczyta o nim następujące zdanie:
....„Stanął on w rzędzie najpierwszych mistrzów odrodzonego słowa (!). Po Mickiewiczu, nikt nadeń nie doczekał się większej wziętości; i jeżeli są wieszczowie górujący wielkością pomysłów, taki Krasiński lub Słowacki, cn wiekuiste idee JJoże jak jasne pochodna zapalili swiedu,pwcc\ck ani jeden, ani drugi nie wniknął tak głęboko w naród, jak Pol, który prawie w każdym, nawet najdrobniejszym utworze swoim jest uawskróś narodowy, i nietylko jeden kraj, jedno plemię, ule 1 dą społeczność polską duchem swoim umiał miłościwi oga. «ąć”.... (str. 4UG).
O Krasińskim powiada autor, żc „dla apostołowania pomysłów . coich wytwoi ąjl najmisteriiiej-szeks dałty z klejnotów narodowego je y/r<i”(str. 400).
o Panu Tadeus~u czytamy, że ua tle zaściankowego zdarzenia nakreślił poeta pendzlem (!) Horn. ra prawdziwie pięknie cały społeczny świat polski” (str. 354).
Taki rodzaj przenośni i wogóle taki sposób pisania zdaje się nam zupełnie niewłaściwy, a tem mniej wT książce przeznaczonej dla użytku młodzieży, którą od podobnych zwrotów retorycznych właśnie należałoby chronić i powstrzymywać.
Zamiast takich szumnych, często niejasnych, a niekiedy nawet niezupełnie prawdziwych frazesów, byłoby lepiej, gdyby autor, wnikając głębiej w myśl i dążność utworów, przytoczył czasem pięl niejsze z nich ustępy.
Kreśląc powyższe uwagi, nie chcemy wszakże
ujmować wartości tego trzeciego wy dania pracy p. Kuliczkowskiego, zwłaszcza, że w porównaniu z pierwszem wydaniem, jest ono wistocie zna cznie poprawione i rozszerzone.
Między innemi uie spotykamy już w niem wzmianki o „runach” słowiańskich, bałwankach prylwickich i innych podobnych rzeczach, które autor słusznie pominął, gdyż nuwszc badania dowiodły ich nieautentyczności.
W każdym więc razie książka p. Kuliczkowskiego i w swój nowej postaci liczyć może na dobre w sferach nauczycielskich przyjęcie, a odpowiedziałaby' może jeszcze więcej zadaniu swemu, gdyby autor w następnych wydaniach uniknąć zecbciał zbyt sztucznej nieraz górności i kwieci-stości stylu.
T. Ziemba.
świata ninzycznego;
Wiosna. — Wspomnienie z s. zonu koncertowego. — Diabeł hiszpański.—Popularyzowanie Wagnera na estradach koncertowych.— „Widma” Moniuszki. — błon ko o publiczności. — Koncert dobroczynny pod kierunkiem lir. Plater# i nieobecni na nim —Kika slow o Donieckim.
Wiosna! A więc pora koncertowa już się skończyła. Ach prawda, ona w tym roku prawie się nic zaczynała. Dwa koncerty Sarasatego, drugie dwa czy trzy na cel dobroczynny — ot i wszystko! Widocznie Sarasate nietylko oczarował grą swoją publiczność warszawską, ale nadto jeszcze odstraszył innych kouecrtantów, nawet takich, którzy, mając równe z nim prawa do powodzenia, ule posiadają jednak u nas jego uroku, czy’ też szczęścia. Dosyć tu będzie przytoczyć na przykład niepowodzenia koncertowe w Warszawie Attera 1 Wilhclini’cgo, lub podobueż niepowodzenia Barecwicza w Krakowie i we Lwowie, gdzie Sarasate równocześnie znajdował tłumy słuchaczów.
Zwykle gazety uasze nazywają Sarasatego „diabłem hiszpańskim.” Może ta szatańska nazwa mgła mieć niegdyś swoje podstawę, obecnie jednak|i-odzaj gry tego artysty już jćj nie usprawiedliwia. Na obu koncertach, danych u nas w ostatnich czasach, Sarasate grał słodko, uroczo, pieszczotliwie, przeczysto, lecz zato ani w jednym frazesie nic było czuć nietylko diabla, ale nawet Hiszpana. Iluż-to skrzypków odznacza się większym zasobem demonicznego ognia i wyraźniej-szem tętnem krwi wrzącej!
Oba powyższe koncerty Sarasatego, pud dy-rekcyą pana Rcbiczka, rozpoczęto od introdukcyi do opery Wagnera „Die Meistersinger.” Jest-to kompozycja bardzo piękna, chociaż z pewnego względu podlegająca zarzutowi. Gdy się wspomni, że treść „ Meistcrsingerów” opartą jest na stosunkach życia malo-miasteczkowego, że tam działaczami są bardzo pospolici rzemieślnicy, że to ma być opera nawpól komiczna, to wtedy ów wstęp razić musi swoją pompatycznością i przesadnie uroczystym nastrojem. W ten sposób mogłaby się rozpoczynać opera, której punktem kulminacyjnym jest zburzenie Troi, lub zwycięztwo sedańskic. W każdym razie jednak rzecz ta z czj sto muzykalnego punktu zapatrywania się posiada wiele uroku i wywiera nierównie większe wrażenie, niż wyjątek z „Parsifala,” który pod dyrekcyą pana Miinchhcimera na jednym z koncertów wykonano. Wyjątek ów, zatytułowany „Cudem wielkopiątkowym,” świadczył tylko, że ludzie gcuialui starzeją się, naiuwui z najpospolitszymi śmiertelnikami, i że w starości powtarzają często to, co juz dawniej wyrazili bez-porównania jędrniej i lepiej. Może zresztą ten fragment, odegrany w teatrze, połączony z całością, poparty akcyą, dekoracyami etc., wy w iera właściwe wrażenie; ale na estradzie koncertowej ów „cud” nietjlc cudownjm, ile cudacznym wydać się musial. Nużył okresami pozbawionemi granic i nieustannćm falowaniem w mgłach niespodzianek modulacyjnych.
Z wielkiego tygodnia: „Groby.” Rysunek oryginalny A Kędzierskiego.
(344)
Monstranoya w skarbon kościoła Św. Piotra w Budyszynie.
(Zobacz artykuł na stronie 238.)	(345)
238
Za niezupełnie dokładne wykonanie dzieła swego ducb nieboszczyka Wagnera nicbardzo się zapewne obraził, mając wzgląd na Moniuszkę, którego „Widma” jeszcze niedokładniej wykonane były. O, my obcycb bogów zawsze lepiej czcimy!
Wykonanie „Widm” świadczyło o uiedostate-cznem wypróbowaniu tego dzieła. Niezgodność w tempach, nieczystość intonacyi chórów i orkiestry—oto główne cechy wykonania Moniuszkowskiego dzieła. Co zaś do partyj solowych, to powierzono je wprawdzie dobrym, lecz niezupełnie odpowiednim śpiewakom. Ani pani Klamrzyń-ska, ani pan Chodakowski nie zdołali dominować ponad orkiestrą — i nic dziwnego, bo pierwsza jest subtelną śpiewaczką koloraturowa, a drugi śpiewakiem lirycznym, gdy tutaj głównie trzeba było silnych głosów i dramatycznych temperamentów. Partye deklamacyjne także nie miały większego szczęścia.. Jakżeż można było rolę guślarza powierzyć panu Stromfeldowi, którego każde odezwanie się, zamiast mistycznego wrażenia, wywoływało komiczny efekt. Panu Kotarbińskiemu z panną Marcello udało się... ale tylko uwydatnić piękność i mclodyjność swych głosów. Słuchacz przy ich deklamacyi zapomnieć musiał, żc się znajduje wobec skromnej litewskiej kapliczki, wobec serdecznego ludu z siół i lasów nad-niemeńskich. Deklamacya dwojga tych artystów zabardzo była napuszystą i obliczoną na efekt, a zamalo szczerą, naturalną i serdeczną. Nicste ty, sztuki piękne, jeżeli chcą być rzeczywiście piękucmi, muszą ukrywać całą swoje sztuczność.
O muzycznej wartości „Widm” mieliśmy sposobność pisać już dawniej. „Widma,” pomimo skomplikowanej formy, należą do najlepszych utworów Moniuszki: tyle tam natchnienia, tyle melodyj wdzięcznych, tyle głębokich i oryginalnych zwrotów harmonicznych, tyle wreszcie charakterystycznych rytmów i barwności w iustru-mentacyi, w tej instrumentacyi, która zwykle w dziełach Moniuszki należy stosunkowo do stron najsłabszych! Szkoda tylko, źe zpowodu treści, niekoniecznie do muzyki odpowiednićj, nastrój całego dzieła jest nieco monotonny.
Już-to Mickiewicz nie spodziewał sic zapewne, żeby „Dziady,” ten najbardziej gorączką romantyzmu przesiąknięty utwór, znalazł kiedyś chętnego muzyka do zilustrowania go dźwiękami. Bo też trzeba było być na to Moniuszką, mice jego entuzyazm dla poezyi rodzimej, jego płodność fantazyi i — co za tein idzie — niepohamowaną chęć, a raczej konieczność tworzenia, ażeby nie cofnąć się przed zbyt trudnćm zadaniem, nie zważając na tę ważną okoliczność, że „Widma” posiadają dla muzyka zanadto treści w szczegółach, a zamalo w całości. Muzyk nic zdoła od-zwietciedlie zawartych tam idej socyalnych i fi-lozofii-zny ch zagadnień; główna zaś podstawa „Widm,” składająca sic tylko z wywoływania i zażegnywania duchów, musi sic stać dla muzycznego ilustratora materyalem zbj t jcdnastajuym.
Koncert, ua którym wykonano „Widma,” odbył się na korzyść wdowy i córki po Moniuszcc. Jeżeli pod względem artystycznym zrobiliśmy temu koncertowi pewne zarzuty, to zato możemy zaznaczyć z przyjemnością, iż materyalnie powiódł ou się nadspodziewanie. W obszernej sali redutowej publiczność zajęła miejsca w takiej liczbie, jakiej —niestety — nigdy Moniuszko za życia, na urządzanych przez siebie koncertach, nic miał szczęścia oglądać. Ostatni przed śmiercią jego koncert przyniósł mu zaledwie kilka rubli czystego dochodu. Czemuż przypisać owo niepowodzenie przeszłe i to obecne powodzenie? Złośliwy mógłby sądzie, że wówczas publiczność miała żal do mistrza, żc żył, a obecnie wywdzięcza mu się za to, że umarł. Lecz można to i inaczej wytłumaczyć. Warszawianie niezawsze pojmują i lubią rzeczy pod ich własnem imieniem. Muzyka, przemawiająca w imieniu swojem, nie często zna-Ićźć może u nas chętnych słuchaczów. To samo mniej więcej dzieje się i z filantropią. Lecz niech-no jedna przebierze się za drugą, niech na przykład muzyka przemawia w imię filantropii, a filan-tropia zacznie poruszać serca za pośrednictwem
puzonów, piszczałek i bębnów, a wnet znajdą sic chętni słuchacze z ręką i kieszenią gotową do ofiar.
Bywają jednakże wyjątkowe zdarzenia, w których powyższe dowodzenie zastosować się nie da. Oto niedawno znany miłośnik muzyki, br. Gustaw Plater, wystąpił z koncertem orkiestrowe chóralnym, ua korzyść kasy pożyczkowej artystów teatralnych, a pomimo przecież dobroczynnego celu, publiczność zaledwie połowę sali koncertowej zapełniła. Jeszcze na gałeryach i tańszych miejscach było jako tako, ale zato pierwsze rządy krzeseł raziły pustkami. Sfera, do której hrabia należy, była... nieobecna. Czemu? Czy tym sposobem chciała dać uczuc hr. Platerowi, że szlachetny czyn jego uważa za objaw niestosownego po spolitowania swojej osoby i sfery? Zagadki tej rozwiązywać nie myślimy. Bądźcobądź, szlachetny czyn inieyatora ze wszech miar zasługuje na uznanie. On zrobił swoje: zebrał siły wykonawcze w takiej liczbie, w jakiej u nas nieczęsto występują, pracował nad artystycznym zespoleniem tego niezwykłego materyalu i wreszcie wykonał program z dokładnością godną pochwały. Nie mamy zamiaru rozbierać szczegółowo utworów granych na tym koncercie. Po największej części były to rzeczy doskonale ogółowi znane. Jedyną nowość stanowiła „Sielanka na chór i orkiestrę,” kompozycyi hr. Platcra. Utworowi temu pod względem treści zarzucić można zamalą dozę indywidualności, a pod względem formy zbytnią fragmentowość. Autor zawielc, jak na jedne kom-pozycyą, używa motywów. Zbytnia obfitość, to błąd szkodliwy w muzyce, tak jak i w każdej innej sztuce pięknej. Już Michał Anioł, na widok kilku obrazów starej holenderskiej szkoły, potępił teu błąd, mówiąc: „Ci malarze chcą przedstawić doskonale zbyt wiele naraz rzeczy, z których każda przez swoję ważność za treśćby wystarczyła, dlatego też żadnej z nich zadowalająco wykonań nie mogą.”
Powracając do utworu lir. Platera, obok powyższych zarzutów, przyznać jednak autorowi niusimy, że potrafi władać czynnikami orkiestro-wemi i chóraluemi. Instruincntacya jego brzmi jasno, pełno i efektownie.
Wspomniawszy o różnych kompozycyacb, niusimy także kilka słów poświecić Stanisławowi Dunieekiemu, którego jednoaktową operę, p. t. „Pokusa,” niezbyt dawno na scenie Wielkiego teatru wystawiono. Dzieło Donieckiego było poprzednio grane w Krakowie i w Pradze; grano nawet „Pokusę” i w Berlinie, p. t. „Der Teufel ist los,” wszędzie jednak utwór ten zaniechanym być musiał, zpowodu najnędzniejszego pod słońcem libretta. Pełno tam efektów, o których się nie śniło nietylko filozofom, ale nawet pensyonar-kom. Czegóż tam niema? Jest zakochana para, jest diabeł, który przybiera postać kobiety' na to tylko, żeby po kilku minutach przemienić się w dragona, jest proccsya, jest butelka szampana, są widziadła — jedńem słowem, jest wiele rzeczy, tylko sensu niema!
Co do samej muzyki, to znać w niej przedc-wszystkićro, że autora krępowała owa naiwność treści libretta. Twierdzą o tem głównie mclodyc dosyć pospolite, a jednakże płynące z wymuszeniem, bez prostoty i naturalności. Zato obrobienie harmoniczne i instrumcntacya pełne są dowodów wielkiego talentu, połączonego z niepospolitą wiedzą i rutyną kompozytorską.
Nie, operetka nic była odpowieduiem polem dla twórczości Donieckiego! Symfonia lub opera seryo — oto wyżyny, na których mógł zdobyć sławę dla siebie i dla literatury muzycznej kraju swego.
O ile wiemy, Duniecki zabrał się nawet do opery wielkich rozmiarów, lecz niestety, to przedsięwzięcie skończyło się zbyt dramatycznie. Po napisaniu pierwszego aktu, autor umarł!...
W przedstawieniu „Pokusy” brali udział pani Klamrzyuska, panna Szczepkowska i pan Kwieciński. Wszystkim trojgu, jak również orkiestrze z panem Munchhcimercm ua czele, należy się szczera pochwala za sumienną pracę i staranne odtworzenie muzycznych myśli wielce utalen
towanego, a przedwcześnie zmarłego kompozy tora.
Władysław Górski.
Monstrancya i pacyfikał
zc skarbca kościoła Ś-go Piotra w litidyszynic.
Mile, podniosłe wrażenie robi wnętrze kościoła S. Piotra w Budyszynie, tej stolicy Serbo-Łuży-can uadełbiańskich, podniosłe, nic zpowodu wspaniałych jego ozdób — lubo i pod tym względem styl świątyni piękny jest i poważny—ale dlatego, źe dwa wyznania, gdzieindziej nieraz sobie wrogie, katolicyzm i łuterauizm, złączyły się tu w jednym przybytku Bożym. Uzmysłowią to niejako braterską ideę, że narodowość i religia nic z sobą nie mają wspólnego, żc mimo różnicy wierzeń, dzieci jednego narodu mogą i powinny kroczyć ręka w rękę, ku wspólnemu celowi.
Z rozrzewnieniem wchodziliśmy do kościoła, którego podwoje, dzięki uprzejmości ks. Hornika, przed kilku laty miłego gościa naszego w Warszawie, w dzień powszedni stanęły dla nas otworem. Oto presbiteryum i mniejsza część nawy służy do nabożeństw katolickich, reszta, oddzielona nizką tylko przegrodą, do nabożeństw iute-rańskich. Jedne i drugie odbywają się kolejno, nie przeszkadzając sobie nawzajem. Jakiż to budujący, jak wzniosły przykład zgody i jedności między odroślami jednego szczepu, wspólną po-łączoncmi niedolą!
W skarbcu tej świątyni, oprócz dość licznych ornatówą kielichów i tym podobnych zabytków, oglądaliśmy prześliczną monstrancya i starożytny pacyfikał, których tu podajemy rysunki.
Monstrancya, misternej roboty w stylu gotyckim, pochodzi z r. 1520, jak świadczy napis wyryty ua podstawie; cześć tylko środkowa, przeznaczona do przechowywania hostyj, jest jióźuiej-szą, zamiast bowiem znajdującego się tam dawniej cylindra, zrobiono otwór owalny, otoczony złoconcmi promieniami, jak to widać na drzeworycie (zob. str. 221). Zdobi ją osiem figurek świętych, pomieszczonych w rodzaju kapliczek. Wysokość jej wynosi 120 ccutimetrów, na 4U szćrokości. Waży 7*/a kilogramów' (około 13 funtów) czystego srebra.
Pacyfikał, również z czystego srebra (zob. str. 224), niewiadomego pochodzenia, lecz w każdym razie bardzo starożytny, jak wnosić można ze stylu, ma wysokości 68, szerokości 15 centime-trów. Waży 3‘A kilogramów, czyli około sześciu funtów. Znajdującą się w nim niegdyś cząstkę drzewa krzyża świętego wyjęto wczasach późniejszych i pomieszczono winnym pacyfikale, obecnie w użytku będącym.
L. J.
— Od profi Grabowskiego w Częstochowie otrzymujemy następujące sprostowanie.
W numerze 63 Tygodnika ilustrowanego pomieszczoną została „Satyra na zbytki i Iowy polskie,” jako utwór bezimienny, nigdzie dotąd nie-drukowany. Wiadomość ta jest błędną, utworów bowiem stanowi pierwszą połowę „Satyry 1 Na zbytki stołowe, garderobne i na Iowy kosztowne, które przyprowadzają do nędzy potomstwo,” z dzieła „.Satyr przeciwko zdaniom i zgorszeniom wieku naszego, tom I, za powodem Satyra Jaua Kochanowskiego, książęeia naszych poetów, który się na końcu Satyr kładzie, wydany w Warszawie 1773 w drukarni j. kr. mci i rzeczypospo-litej ks. ks. Scholarum Piaruin.“ Na tytule nazwiska autora niema, ale „przedmowa autora do czytelnika11 podpisaną jest cyframi G. P. S. P., co znaczy Gracyan Piotrowski, Scholarum Pia-rum. Kawałek pomieszczony w „Tygodniku11 w szczegółach różni sie nieco od tekstu w wydaniu drukowauem.
Satyry te, równie jak ich autor, dobrze znane były spółezesnym. 1 tak wymieniają go imiennie i wydawca „Wyboru poezyi11 i Dmochowski
239
w „Sztuce rymotwórczej.“ Znał go także i Bentkowski, który mówi o nim w tomie 1 str. 422. Snadź przez porównanie z Krasickim i Naruszewiczem lekcc ceniono Piotrowskiego, sądzono go surowo i to niezupełnie słusznie. Mimo że wykończeniem formy nie dorównywa obu wielkim satyrykom, ma on niejedne zaletę i stanowi ważny przyczynek do obrazu obyczajów owoczcsnj cli. Rozszerzać się nad nim nie myślę obecnie, albowiem mam zamiar ogłosić o satyrach Piotrowskiego oddzielne studyum, jako część obszerniejszej pracy o satyrykach naszych XVI, XVII i XVIII stuleci.
Bronisław Grabowski.
Przegląd polityki zagranicznej.
9 kwietnia.
Powzięty przez ks. Bismarcka zamiar złożenia tek ministeryalnych pruskich, a zatrzymania tył ko godności kanclerza niemieckiego, dojrzał już tak dalece, że nawet pól urzędowa Nvrd.allg.Zty. nic uważa za stosowne dłużej zatrzymywać go w tajemnicy. Zpowodu tego postanowienia ks. kanclerza przelano wiele atramentu i napisano mnóstwo artykułów, a jednak dowodzi to tylko ubóstwamateryaln politycznego w bieżącej chwili, gdyż, jak to już w przeszłym tygodniu wspomnieliśmy, czy ks. Bismarck zatrzyma sobie, czy zło ży teki pruskie, dopóki tylko nic usunie się zupełnie od steru spraw zagranicznych, czyli od kierownictwa całą polityką Niemiec, dopóty cały gabinet pruski składać się będzie zawsze nic z samodzielnych'mężów stanu, lecz z ligur każdemu skinieniu kanclerskiemu powolnych.
W Radzie związkowej niemieckiej traktowaną była w tych dniach poruszona przez Saksonią i Wirtcmberg kwestya utworzenia odpowiedział nego ministeryum państwa niemieckiego. Przeciwko tej idei, jak się spodziewać należało, stanowczo i bardzo energicznie oświadczyły się Prusy, co już jest dostatecznem, ażeby wniosek ten uważać za pogrzebany. Zdaniem Prus, ministeryum związkowe odpowiedzialne zagroziłoby wkońcu nawet tej samoistności państw rzeszy, jaka im obecnie jest zapewnioną przez traktaty, na których się opiera konstytucya związku, gdyż z biegiem czasu zaabsorbowałoby prawo Rady związkowej, a samo zostawałoby w zależności od każdorazowej większości parlamentarnej. Sytua-cya taka byłaby, zdaniem Prus, niebezpieczna dla trwałości dzisiejszej orgauizacyi związku niemieckiego. Bawarya zgodziła się na ten pogląd i oświadczyła, iz będzie sic sprzeciwiała energicznie wszelkim dalszym ograniczeniom samodzielności państw związkowych.
Ogłoszona urzędownie lista nowych ministrów włoskich różni się nieco od tćj, jaką przed tygodniem na podstawie pierwszych telegramów podaliśmy. Ministrem wojny pozostał nadal generał Ferraro, gdyż generał Bertole Viale stawiał zbyt daleki' sięgające warunki, żądając utworzenia dwóch nowych korpusów armii i znacznego powiększenia budżetu wojennego. Ministrem marynarki został Brina, który już dawniej piastował tę godność. Nowy minister oświaty Coppino także już poprzednio potrzykroć zajmował to stanowisko. Grimaldi, minister rolnictwa, następca Bcrtfego, jest znakomitym mówcą parlamentarnym, a Ferracin, nowy minister sprawiedliwości, wytrawny ni prawnikiem i niepospolitym jurystą. Zaraz na pierwszem posiedzeniu, po ukonstytuowaniu się, nowy gabinet był narażony w Izbie na gwałtowne ataki opozyeyi, ale prezes gabinetu Depretis i dwaj jego towarzysze, ministrowie Manciui i Magliani, są oswojeni z lawirowaniem parlamcntarnem i będą umieli tak pokierować nawą nowego ministeryum, żeby jak-najdlużej utrzymać ją na pełnych wodach koali-cyi lewicy umiarkowanej z nicktóremi grupami prawicy, ażeby nie osiadła na mieliźnie.
Prawie wszystkie parlamenty odroczyły się już na ferye świąteczne i w polityce wogóle za
panowała świąteczna cisza. W Rumunii tylko wybuchł konflikt ministeryalny i jak donoszą najnowsze telegramy, gabinet, nie mogąc się porozumieć z Izbą w kwestyi rewiżyi konstytucyi, podał się do dymisyi.
Przedsięwzięta przez generała Miilota wyprą wa na Honghoa ma być uwieńczeniem kampanii Francuzów w Tonkinie. Pomyślny rezultat tej wyprawy zdaje się być najzupełniej niewątpliwy, a czas jćj trwania nie będzie zapewne dłuższym nad 8 dni. Po wzięciu Honghoa i zupełnym sukcesie na polu bitwy, nietrudno będzie rządowi francuskiemu uzyskać zatwierdzenie dla faktów spełnionych, które nic mogą nie zaimponować Chińczykom, skoro i u państw europejskich tak powszechne znajdą uznanie. Według przewidywań opartych ua raportach dowódców kończącej sic wyprawy tońkińskićj, Francya w przyszłości będzie potrzebowała utrzymać w Tonkinie tylko 6,000 wojska. Siła ta, przy pomocy 10-tysiąezne-go korpusu utworzonego z krajowców, będzie dostateczną do utrzymania owoców tegorocznćj wyprawy i strzeżenia interesów Francyi w tej odległej krainie.
Mniej pomyślnie dla Anglików brzmią wiadomości z Sudanu. Plemiona zamieszkałe na przestrzeni od Slicndi do Chartumu podniosły bunt ogólny, a wszystkie drogi na południe od Berbera wpadły w ręce powstańców. Gordon-basza znajduje się w Chartumie w położeniu niezbyt godnćin zazdrości, a w ostatnich dniach nie było o nim żadnych doniesień.
Według oświadczeń złożonych w dniu 3 b. m. przez Hartingtona w Izbic niższej, rząd angielski zamierza zatrzymać w Suakinie załogę angielską, pochodu na Berber zaniechać, a Gordonowi-baszy obsadzonemu w Chartumie pozostawić zupełną swobodę dccyzyi. Oświadczenia te dałyby się mniej więcej zawrzeć w jednym: „rząd zrobi co będzie mógł, a gdyby czego zrobić nie mógł, to zrobi co będzie musiał.”
Sprostowaną została wiadomość, jakoby sprawa Kraszewskiego miała być sądzoną w Lipsku przy drzwiach zamkniętych. Posiedzenia trybunału państwa będą publiczne, tylko podczas odczytywania niektórych dokumentów publiczność będzie wydaloną z sali.
Na fundusz wieczysty imienia s.p. ignacego boczylińskiego. Zebrane przez Wandę S., Jadwigę S., Marynię S., Jadwigę F., Joasię K., Na-talcię Ż., Gabrynię Ż., Wandę C. rs. 28; Mamusia K. rs. 5; Z. Bojasińska rs. 10; 11. M. rs. 3; R. B. rs 1; 11. B. k. 80; A. W. k. 50; A. i M. Wchr. rs. 1; 1. W. k. 50; R. Hinsberg k. 40; J. G. k. 80; B. Ż. k. 50; Z. M. k. 50; K. R. k. 50; A. i L. R. rs. 1; 11. S. k. 30; M. S. k. 50; L. J. rs. 1; S. Ch. rs. 5; Niedziałkowska rs. 8 k. 50; razem rs. 68 k. 80. Ogółem z poprzednio złożonemi ofiarami rs. 1,090 k. 50 i 20 marek. (W zeszłym numerze wykazano sumę składki na fundusz im. Boczylińskiego o 100 rs. zawielką, to jest rs. 1,121 zamiast 1021.)
ROZMAITOŚĆ)
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Muzeum Kopernika w Rzymie. Niedawno pisma polskie podały wiadomość, że Muzeum wielkiego ziomka naszego, zupełnie już wykończone, oddane zostało założycielowi tej instytucyi, drowi Arturowi Wołyńskiemu, i źe inauguracja jego uroczysta nastąpi na wiosnę roku bieżącego. Wiadomość ta jednak, według otrzymanych przez nas z samego źródła informacyj, okazuje się przedwczesną. Lokal Muzeum istotnie za kilka tygodni będzie już przygotowany na pomieszczenie w nim zbiorów; lecz potrzeba jeszcze nowego kredytu, w ilości 7,500 franków, na umeblowanie. Szanowny założyciel kołacze o to do ministeryum;
dotychczas atoli żadnej nic otrzymał dccyzyi i niewiadomo, czy teraźniejszy minister oświaty sprawę tę gorliwie wziąć zechcc do serca, tem bardziej, że rząd wioski i tak już na urządzenie Muzeum wydał około 22,000 franków. Prawdopodobnie więc inauguracja odbędzie się dopiero w styczniu roku przyszłego.
— W korespondencji „Kraju” czytamy, że uniwersytet heidelbcrski udzieli! świeżo stopnie doktorów dwóm naszym rodakom z Poznańskiego. Mianowicie pan Jan Żółtowski otrzymał stopień doktora prawa, a p. Antoni Grabski, chemik, uczeń słynnego prof. Bunsena, doktora filozofii.
— Nowozałożona cukrownia „Ciechanów,” wzniesiona przez obywateli ziemskich powiatu mławskiego, ciechanowskiego, przasnyskiego i pułtuskiego, na gruntach folwarku Szczurzyn, nad rzeką Łydynią, w powiecie ciechanowskim, od połowy marca r. b. czynną być poczęła. Cukrownia ta, o dwie wiorsty od stacyi kolei’ żelaznej nadwiślańskiej położona i z taż koleją oddzieliłem ramieniem połączona, posiada swój własny aparat telegraficzny i w miesiącu styczniu r. b. światłem elektrycznem oświetloną została. Dwa frachty, wyrobem jej napełnione, przybyły w tych dniach do Warszawy i produkt ten oddany został do spieniężenia Bankowi handlowemu. W tych dniach również odbyły się tu narady akcyo-naryuszów, mające na celu zmianę dotychczasowego administratora tego zakładu przemysłowego i zastąpienie gó przez innego, bardzićj kompetentnego. Narady te osiągnęły cel zamierzony.
— W Paryżu, jak Władysław. Mickiewicz donosi Kurycrowi warszawskiemu, powstała myśl wmurowania w sali odczytów College de France, kędy rozbrzmiewały niegdyś glosy potężne profesorów takich, jak Qninct, Michelet i Adam Mickiewicz—medalionu, z połączonemi profilami tych trzech przyjaciół i kolegów.
Wiadomo, źe jeszcze w r. 1843 zarządzono we Francyi składkę na wykonanie medalu, uwieczniającego związek duchowy znakomitych owych przedstawicieli nauki spółczesnćj, z wyrytemi na nim słowy Św. Jana: Vt omnes unum sint (Niech wszyscy stanowią jedność). Medal ten doręczony został Adamowi d. 13 sierpnia 1845 r., w mieszkaniu jego przy ulicy du Boulevard, na przedmieściu Batignolles.
Obecnie powiększono go do rozmiarów medalionu, który, jak zapewnia syn nieśmiertelnego wieszcza, osadzono dnia 12 kwietnia — to jest dziś właśnie — w ścianie sali Kolegium, ku pamięci trzech profesorów, „ budzicieli Francyi i świata całego.’’
— Towarzystwo gimnastyczne „Sokół" we Lwowie ogłosiło sprawozdanie swoje za czas od 1 grudnia 1882 do 31 grudnia 1883 r. Dowiadujemy się z niego, źe liczba członków tej pożytecznej instytucyi z 263 wzrosła do 320. Z powodu szczupłości lokalu, w którym dotychczas odbywają się ćwiczenia gimnastyczne, Towarzystwo zamierza wystawić własną obszerną salę, z odpo-wiedniemi urządzeniami, której koszt obliczono na 27,00U zlr.; ponieważ zaś w kasie znajduje się tylko około 5,200 zlr., postanowiono zatem uciec się do kredytu prywatnego, którego wyjednanie wziął na siebie prezes 'Towarzystwa, pan Jan Dobrzański. „Sokół” od lat trzech wydaje miesięcznik p. t. „Przewodnik gimnastyczny,” liczący 480 prenumeratorów. Redaktorem jego jest członek Towarzystwa, dr Tadeusz Żuliński. Życząc „Sokołowi” najlepszego powodzenia w zbawiennej rzeczywiście jego działalności, zwracamy jednak uwagę zarządu na zbyt pretensjonalny ton sprawozdania i na liczne w niem błędy językowe.
— Ciekawą seryą studyów biograficznych i krytycznych, odnoszących się głównie do kobićt, roz- . poczęła znana firma wydawnicza W. II. Allen i spółka w Londynie. Tom piórwszy zawiera życiorys i charakterystykę Jerzego Eliota, genialnej autorki Middlemarch i Daniela Dcronda; tom drugi mówi o pani Sand; trzeci o Maryi Ed-gcwort, znakomitćj romansopisarcc angielskićj, której dzieła, dawniej niezmiernie cenione, poszły dziś w zapomnienie.	--
240
— „Svetozor‘ czeski donosi, że nakładem Yilimka w Pradze wyszedł „Wybór obrazków krakowskich” Michała Bałuckiego, w przekładzie J. Kroupy. „Srefo-zor” pisarza naszego nazywa bystrym postrzegaczcm, dobrym psychologiem i wybornym stylistą, nadmieniając jednak, że przekładowi niejedno byłoby do zarzucenia.
— Słowianie w La Plata. Wiadomo, że pewna ilość emigrantów chorwackich udała się do rzeczypospolitćj argentyńskiej, szukając tam chleba i nieraz bezpieczeństwa, z powodów politycznych. Chorwaci owi amerykańscy, aby nie zapomnieć ojczystego języka, założyli sobie w Buenos Ayres czytelnię pod nazwą „Lew śpiewający (!)" i wydają czasopismo p. t. „Iskra wolności słowiańskiej." Wydawcą i redaktorem jest jakiś dr Din-ko, zapewne Dalruata. Redakeya znajduje się w Buenos Ayres, ulica Reconąuista, n. 272.
— 0 pokrzywach, tej tak powszechnie do niedawna pogardzanej roślinie, dr A. Berghaus, w piśmie monaebijskiem „Das Ausland,” ciekawe podaje szczegóły. Przed kilku wiekami jeszcze były one wysoko cenione, a pisma medyczne XV stulecia rozpisują się o ich własnościach leczniczyen. Dwieście lat temu, podczas głodu w Irlandyi, tysiące ludzi niemi tylko się żywiło. Wiadomo również, że używanie ich jako paszy korzystnie wpływa nadojnośćkrów. Na Kamczatce z włókien pokrzywowych wyrabiają postronki, we Francyi papier, w ludyach i Chinach rodzaj przędzy, a w Szkocyi płótno, nieustępujące lnianemu. Po sprowadzeniu z Ameryki bawełny, pokrzywy w Europie uległy zaniedbaniu zupełnemu i dopiero niedawno, po wystawie filadelfijskiej, zwrócono znów na nie uwagą, dając jednak pierwszeństwo gatunkom zagranicznym, mianowicie
pokrzywie białej chińskiej, której włókno delikatne jest i lśniące, naksztalt jedwabiu. Obecnie atoli i pokrzywa zwyczajna (Urtica dioica) zyskuje sobie coraz więcej prawo obywatelstwa w przemyśle. Roku 187!) F. C. tśeidel założył w Dreźnie wielką przędzalnię pokrzyw, którćj wyroby ogólnćm cieszą się uznaniem; w llolandyi zaś zawiązało się świeżo towarzystwo, z kapitałem zakładowym trzech milionów guldenów, celem uprawy pokrzyw na Jawie. Nie ulega wątpliwości, że i zwykłe pokrzywy nasze dałyby się w sposób podobny spożytkować, gdyby ręce umiejętne zajęły si*ł ick Przei<)* bem. Ale gdzie rąk tych szukać? Dostarczy nam ich zapewne kiedyś przemysł... niemiecki.
— Delegacja krajowa Alzacyi i Lotaryngii wykrć-śliła z budżetu tych prowineyj zasiłek 128,000 marek dla teatru niemieckiego w Strasburgu. Zpowodu postanowienia tego trzy teatry francuskie: w Strasburgu, Metzu i Kolmarze, mają być zamknięte.
- Słynną trylogią Szyllera: „Obóz Wallcnstei-na," „Piccolomini owie" i „Śmierć Wallensteina, wystawiono w tych dniach z ogromnem powodzeniem w wiedeńskim teatrze Burgu- Pisma me-
Pacyfikał w skarbcu kościoła Św. Piotra w Budyszynie.
(Zobacz artykuł ua stronie 238.)
mieckie rcprezentacyą te, uposażoną w cały przepych i bogactwo kostiumów i dckoracyj, przy ścislćm zachowaniu prawdy historycznej, porównywają z występami głośnych Meininge-rów i pod niejednym względem Wiedeńczykom wyższość nad nimi przyznają.
— Stowarzyszenie międzynarodowe w Dreźnie, mające na celu zwalczanie naukowych tortur, zadawanych zwierzętom, odbyło w tych dniach czwarte swoje ogólne zebranie. Podług sprawozdania liczba członków stowarzyszenia w ostatnim roku wzrosła znakomicie; samych członków z domów książęcych ma ono obecnie 25-ciu. Stowarzyszenie puściło w obieg 24,400 książek i broszur, a wpływ jego w niektórych kierunkach rozciąga się podobno na całą Europę. Wistocie, możnaby tu zastosować słowa poety: „Dla zwierząt litość, ciemnota dla ludzi."
— Jednę z najpiękniejszych grot stalaktytowych odkrył przypadkiem chłopiec wiejski w okolicy Cerdon, w departamencie francuskim Ain, nieopodal drogi prowadzącej z Genewy do Lyonu. Po bliższćm obejrzeniu, znaleziono tam cały szereg niższych i wyższych grot, na przestrzeni około 300 metrów. Czarujące wrażenie sprawiać mają
liczne filary i kolumny, fanta' styczne, naksztalt posągów, for-macye wapienne, białości i połysku marmuru kararyjskiego, stalaktyty i stalagmity kształtów najrozmaitszych. Przyrodnicy z Lyonu i Genewy zajmują się obecnie zbadaniem naukowćm tego cudu natury.
— 0 znalezieniu nowego skarbu sztuki donoszą z Rzymu. W Sas-sonc, w pobliżu miasta Marino, napotkano ślady willi starożytnej. Zarządzone rozkopywania wykryły dotąd 18 rzeźb, między któremi kilka dzieł Marsyasza, posągi atlety, Fauna, kopia grupy Laokoona, orzeł rozdzierający jagnię i pięć kandelabrów marmurowych. Posągi są wielkości więcej niż naturalnej.
— Wystawa wszechświatowa, mająca sic rozpocząć w grudniu r. b. w Nowym Orleanie, zapowiada się świetnie. Wzniesione już wczęści gmachy wystawowe, otoczone będą zielenią i kwiatami zwrotnikowemu Pawilon ogrodniczy ma 6uOstóp długości i 184 szerokości, a wszystkie znakomitsze zakłady ogrodnictwa w Europie, Meksyku, Ameryce środkowej i Florydzie przyrzekły swój spóludział. Budynek główny, 1,400 stóp długi i 000 szeroki, pomimo tak olbrzymich rozmiarów, wymagać jeszcze będzie obszernych przystawek, na pomieszczenie różnych wystaw zbiorowych. Płac cały i zabudowania oświetlone będą elektrycznie, a wszystkie drogi żelazne, zbiegające się w Nowym Orleanie, osobnym torem, wiodącym przez pawilon machin, wejdą w bezpośrednie połączenie z eks-pozycyą. Podobnież okrętom i statkom zapewniona jest możność wyładowywania podróżnych łub towarów w przystani, odległćj tylko na stóp 250 od wystawy. Przesyłki zagraniczne zwolnione być mają od cła, które uiszczane będzie tylko wrazie icb sprze-
dania.
— Z powodu dwóchsetnej rocznicy urodzin Kolberga, twórcy nowożytnego piśmiennictwa duńskiego, przypadającej 6 listopada r. b., minister oświaty w Kopenhadze ua obchód tej uroczystości przeznaczył sumę 75,000talarów. Jubileusz trwać ma dni siedem, z których sześć przeznaczonych będzie na odegranie znakomitszych utworów scenicznych Kolberga, siódmy zaś na olbrzymią1 ucztę w teatrze. Dekoracye, meble i kostiumy umyślnie mają być wykonane do tych przedstawień, z których trzy odbędą się bezpłatnie, a trzy za szczcgólnemi zaproszeniami. W wielkiej uczcie końcowej wezmą udział: rodzina królewska, ministrowie, członkowie sejmu, uniwersytet, akademia sztuk pięknych, ciało dyplomatyczne, przedstawiciele prasy, teatru i t. d., wraz z damami. Oprócz tego istnieje zamiar zaproszenia 50-ciu osobistości zagranicznych, górujących na polu literatury, krytyki i sztuki. Uczczenie, zaprawdę, wspaniałe!...
— Były prezes ministeryum serbskiego, Risticz, napisał dzieło p. t. „Stosunki zewnętrzne Serbii," którego właśnie wyszedł w Belgradzie tom pićrwszy, obejmujący ruch serbski w latach 1848 i 41*,
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
AoauojeHO Reusypoe. Bapmaua, 30 Mapta 1884 r.-Druk Józefa Ungra, ulica NowoMpki nr 2406 (nowy 3).
OgłoRzeniat przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza si<j okładka z ogłoszeniami 1 rebusem.
Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
Jtó 68.
Prenumer: ta w Warszawie:	_,T	mi . ,	•	. nn »	Prcnumeruta
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart. Warszawa, IJ Kwietnia loo4 r» na prowincyi i w cesarstwie; Tq ryi H| rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	’	kwartalnie rs. 3.		• •
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
Trefił nilinerii. Artykuły: Dr Roman Maurer, przez A. Proliaskę.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg). — Przegląd teatralny, przez E. Łabowskiego.—Listy Jor-ilana do pana Jana, II.—Kronika tygodniowa, przez St. M. Rz.—Przegląd polityki zagranicznej.—Miłość w kilku typach literackich, odczyt Waleryi Marrene (Morzkowskiej) (dokończenie).—Kalectwa mowy, przez L. S. W. Kronika paryska.—Pisanki czyli kraszanki wielkanocne, przez S. Ulanowską.—Święcenie kołaczy w święta Wielkanocy, na Podola galieyjskiem, przez J. Makarewicza. — Potworny' rozkaz. — W górach (wiersz). — Składki. — Korespondcneya od redakcyi.—Rozmaitości. — Dodatek. Miernoty, przekład z włoskiego M. Faleńskiej (arkusz drugi).—Ryciny: Dr Roman Maurer.—Alboin, król Longobardów, zmusza małżonkę swoje Rozamnndę do picia z czaszki jej ojcu.—Świecenie kołaczy na Podolu galieyjskiem, rysunek E. Makarewicza.—Zabawa w pisanki, rysunek Falata,
Dr ROMAN MAURER.
(Wspomnienie pośmiertne.)
Przykro żegnać sic ze światem pełnemu zapału do pracy młodzieńcowi, przykro brać rozbrat z ideałami, które stanowiły treść życia i wątłą lepianką ożywiały jego ogniem; smutno widzieć, jak one ulatują, nikną, stają sie widziadłem; ale stokroć smutniej, skoro ten młodzieniec urósł na męża, skoro z dobrym skutkiem zaczął praco- ---------------
wać dla dobra społeczeństwa pod hasłem oświaty, a śmierć nieubłagana przerywa pasmo jego żywota. Zapewne, że takie uczucia zatruwały ostatnie chwile złożonego już ciężką chorobą suchot, przygniatały bystry u-mysł męża, który niknął z nadmiaru pracy dla nauki i oświaty — młodego jej bojownika, jednego z uczniów profesora Li-skego, historyka dra Komana Maurera. Stokroć przykrzejszą była smutna jego dola, aniżeli to wypowiedzieć można, gdyż z o-statniem jego tchnieniem w ubogiej lepiance, niknęła nadzieja ubogićj rodziny, którą twardy czekałoś, gdyż upadła jej ostatnia podpora, zgasł jedyny promień nadziei...
Po twardej grudzie na drodze życia kroczył zgasły przedwcześnie, l)o w 32 roku życia, historyk. Zdaje sic, jakoby ubóstwo chatki, w którćj ujrzał światło dzienne, pokochało tę wątłą po- i stać młodzieńca o rysach surowych, lecz regularnych, o przenikliwych oczach, którego wysokie czoło poorały przedwczesne zmarszczki, dając świadectwo, że pasował się w walce o byt własny i biednej rodziny. Zdolny gimnazyasta, przynosi na uniwersytet lwowski zasób wiadomości szkolnych, który go stawia w rzędzie pierwszych uczniów profesora Liskego. Było to w ro-
ku 1871, kiedy dr Liske z całym zapałem organizował swoje seminaryum historyczne. Rozprawy, krytyka i dysputy idą żywo, biblioteki lwowskie przepełnione są młodzieżą, prawdziwy, szczery zapał ogarnia młodych adeptów nauki. I żywy udział bierze wśród tego ruchu ś. p. Maurer. On, obarczony lekcyami, gnący się pod brzemieniem pracy, najczęstszym bywa oponentem w seminaryum, najczęstszym lektorem dyserta-
cyj, najgorliwszym pracownikiem po bibliotekach—a na wszystko ma czas; braknie mu go chyba na zabawę, będącą potrzebą, koniecznością młodzieńca ochoczego do życia. Ostry jego dowcip znany jest w kółku kolegów, niepospolita bystrość umysłu, wielce rozwinięty zmysł kry tyczny, każą kolegom liczyć się z jego siłami, zwłaszcza gdy profesor Liske wyznaczy mu referat rozprawy. O, bo wtenczas odkrywa Maurer wszystkie słabe strony wypraco-
wanego tematu, on, głębszy spo-strzcgacz, nic umie sądzić „za panią matką,” nienawidzi kom-pilacyi, żąda oryginalnej myśli, a przedewszystkićm przestrzega logiczności w jćj uzasadnieniu. Pięknie wystylizowane prace, niemające atoli, przy bliźszćm rozpatrzeniu się, wartości, wyszydza jako referent i nazywa pogardliwie „życiobrazami.” Ma cały arsenał ukutych wyrazów, znany ze złośliwego dowcipu; ale jest-to przecież najbardziej szczera, otwarta, gorąca dusza, chociaż (może zpowodu swej oryginalności i odrębności uienaj bardziej łubiany w gronie uczniów prof. Liskego. Staje sie on bodźcem do pracy dla kolegów, rozwija duch krytyczny aż do dro-biazgowości, lecz bystry, przenikliwy. Niezwykłą pracowitością zachęca do pracy innych; samodzielność jego wyrabia wśród grona kolegów szlachetną emulacyą, a nie zazdrości mu nikt, gdyż podbija serca otwartością i szczerością.
Temperament żywy pozwala mu zająć się najdrobniejszym ruchem, okazującym się pośród uczniów seminaryum. Skoro dostrzegł we wspólkoledze talent, już go ma na oku, już korzysta z przywileju „generalnego krytyka,” wynajduje w pracach jego wady, usterki, słowem przez ncgacyą, przez krytycyzm sprawia żywy ruch, postęp wśród grona kolegów. On ich zgroma
dza wieczorami do skromnej swej izdebki, u nic go przygotowują się do egzaminów, czytają nowe dzieła zalecane przez profesorów, u niego śledzą postęp nauki zagranicznej, uczą się języków, a profesor Liske szczyci się swym uczniem, chociaż nieraz surowo zgani zarozumiałość krytyka.
Z porady prof. Liskego, który odkrył niezwykle palcograticzne zdolności młodzieńca, poświęca się Maurer studyom dyplomatyki i palcografii. Trzeźwa jak on natura, wpłynąć mogła na postęp tej tak odłogiem u nas leżącej gałęzi nauki historyk To też pierwsze już prace ś. p. Maurera noszą znamię niezwykłej bystrości i przenikliwości, a zarazem pracowitości prawdziwie mrów czćj, skoro prof. Liske, drukując IV tom „Aktów grodzkich i ziemskich,71 uznał za stosowne umieścić jedne z tych prac w dodatku do tegoż tomu. Zachęcony do gruntownych studyów na tem polu, kształcił się w 1875 r pod kierownictw cm Breslauera i Waitenbaeba na uniwersytecie w Berlinie, gdzie też przygotował rozprawę doktoryza-cyjuą p. t. „Urzędnicy kancelaryjni Władysława Jagiełły," drukowaną w Bibliotece warszawskiej w r. 1877. \\ 111 tomie „Monumentów Pokniiac11 wydal dopełnienie rocznika Świętokrzyzkiego, a w „Przewodniku naukowym i literackim71 po mieszczą szereg recenzyj, dotyczących publikaeyi dyploniataryuszów, w których-to kr) tykach przebija się trafny zmysł spostrzega wczj i gruntowna znajomość przedmiotu.
Po złożeniu egzaminów' doktorskich, w 1879 r. objął Maurer obowiązki zastępcy nauczyciela gi mnazyalnego w Brodach. Gdy szczupła pensya nie wystarczała na utrzymanie rodziny, obarczał się lekeyami i wkrótce już zdradzał początki słabości piersiowej, która go miała pociągnąć do grobu. Zarodki choroby tem szybciej się rozwijały, ze młody zastępca nauczyciela, mający wiele obowiązkowej pracy, zatrudniony dawaniem lekcyj, przygotowywał się zarazem do egzaminu nauczycielskiego i zdał go wkrótce, co atoli, w braku wakansu, ua zmianę jego finansowego położenia nie wpłynęło. Zastępca nauczyciela w szkołach średnich galicyjskich, to zaiste posa da nie do pozazdroszczenia Ale ś. p. Maurer należał do tjch, którzy me zrażali się niczem, a byl łubiany przez kolegów, szanowany przez uczniów. Bo też sumiennie wypełniał trudne obowiązki nauczyciela, dając z siebie wzór pracowitości, wytrwałości, szlachetności i koleżeństwa.
Nic ostając w pracy, ogłosił w 1881 r. u Ko-senheima w Brodach: „Urzędnicy kancelaryjni królów polskich z lat 1434—1506;” w Przeglądzie archeologicznym lwowskim 1883 r. „Daty do dziejów Odrowążów Sprowskich” i w tymże roku w sprawozdaniu gimnazyum w Brodach: „Stanislaus Ciołek, Yieceanzler von Polen und Bisehof von Posen.” Ostatnią swą pracę „Urzędnicy kancelaryjni książąt i królów polskich aż do r. 1386,’’ pomieścił w styczniowym i lutowym zeszycie Przewodnika naukowego i literackiego (wyszła też w osobnej odbitce w Brodach 1881 u Rosenheima).
Umarł dnia 19 marca r. )>., pracując nad konkursową pracą Regestru dokumentów ksutiat i królów polskich do l.~>0 i r.j której, niestety, nic mógł już dokończyć.
Cześć jego pamięci!
Antoni 1’rohaska.
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
I	(Dalszy ciąg-J
XVI. Zbiegostwo od puli.
Przyznać należy słuszność niejaką narzekaniom. jakie słyszeć się dają w ustach wieśniaków
----- 242 ---------
na miasta. Miasta — to pokusa: one to bardziej i skuteczniej, niż wszystkie inne, poczciwych ludzi na pokuszenie wiodą. Poczyna się ono od miasteczka małego, od małego ciągnie do większego, od większego do jeszcze większego, do wielkiego, do stolicy wreszcie. Do tego potrzeba, rzecz naturalna, racyi jakiejś. Bez racyi nic dzieje się nic, ani nawet oddawanie się grze w karty, od grywającej rolę tak ważną w życiu obywatelstwa naszego. Dlaczego się w karty gra? — dlatego, że się nic innego do czynienia niema; dlaczego się do czynienia nic innego niema? — dlatego, żc w umysłach panuje próżnia, panuje jako pokuta, „za winy własne i za ojców winę.71 Nic bez racyi! Wodzenie przeto na miastowe pokuszenie od nosi się także do racyi bardzo wyraźnej, polegającej na tem, że miasta są ogniskami światła. Są tacy, co niby ćmy lecą w ognisko i jak ćmy sic palą. Światło temu niewinne. Czy komu na myśl kiedy przychodzi obwiniać słońce?
Z tem wszystkieni narzekania na uwzględnić nie zasługują. Wieś przypisuje sobie przywilej czystości i prostoty, który to przywilej zetknięcie się z miastem na szwank wystawia. O przywileju tym wieleby do mówienia było; analiza wykazałaby słabe jego strony; pomijamy to atoli, zaznaczając tylko mniemanie o przywileju, podobnym do przj wilejów wszelakich z tego mianowicie względu, że podkopują go najgruntowniej ci właśnie, którymby najbardziej o utrzymanie onc-go chodzić powinno. Sami podkopują i na. podkopywanie narzekają.
Państwo Tadcuszowstwo tedy wybrali się. Pan Paweł wybierał się także. Wyjeżdżać mieli nazajutrz, ci pojazdami swojemi, ten swoim. Panna Emilia cieszyła się na myśl o podróży tej, przedstawiającej dla niej urok szczególny. Wędrówka narzeczonej i narzeczonego, to zawsze odysea romansowa, zachwycająca mianowicie w perspektywie. Jeżeli narzeczeni, zbiegiem jakich oko licznośei nadzwyczajnych, nie pocałowali się jeszcze, w podróży pocałują się napewno. Takiem jest prawidło ogólne. „Pocałunek jej, ach, nektar boski!71 Nic nic może być bardziej pożądauem, jak nektaru tego haust pociągnąć ukradkiem w domostwie żydowskićm, na popasie lub na noclegu, bez względu na to, czy księżyc, czy słońce świeci, albo nic świćci, ani na to, czyslowik śpiewa, czy nie. Warunki te, podawane za bardzo ważne w romansach, w praktyce tracą na znaczeniu wobec ncKtaru, pozostającego nektarem bądźcobądź, niezależnie od warunków, o które—jak mi się zdaje—chodzi jeno smakoszom romansowym.
Panna Emilia cieszyła się, jak rzekłem powyżej, na myśl o podróży. Czy do uciechy jćj wchodziła myśl o nektarze? Poeta powiada wyraźnie „Pocałunek jej....71 Pocałunek ów przeto jest nektarem dla niego. A dla niej—czćm jest? Przypuszczać należy, iż jest nektarem także, opierając przypuszczenie na uciesze panny Emilii, która, w wigilią dnia na wyjazd z lloworówki przeznaczonego, wyglądać pana Pawła poczęła od chwili, jak słońce przekroczyło howorowiccki południk. Każdy turkot narzeczonego jej zwiastował, każda, którą na trakcie ujrzała, fura siana przybierała w oczach jej kształt pojazdu podróżnego, wiozącego pana Pawia. Dozorując służącej, co jćj walizy i pudełka niczbędncmi w podróży artykułami napełniała, eochwila się odrywała, do okna śpieszyła i ua trakt spojrzenie badawcze posyłała. Minęło południc; przy obicdzic niby na szpilkach siedziała.
— Pawełek mógłby byl z nami obiad zjeść zauważył pan Tadeusz.
Panna Emilia w zupełności zdanie brata podzielała i dlatego ze złym humorem przyjęła odpowiedź bratowej:
— Wybiera się.
— Co tam wybieranie się kawalerskie! — odparł pan Tadeusz.—Na miejsce jego w przeciągu pól godziny wybrałbym się do Pekinu.
— Do Pekinu, papo?—odezwała się Julisia. — Ano?
— Bu mnie się zdaje, że papa wołałby się wybierać do Paryża.
— Proszę!— bąknął pan Tadeusz. — Zkąd-że ci Paryż na myśl przyszedł?
— Tak sobie. O Pekinie słyszę po raz pierwszy - odrzcklo dziecko.
— Nic uczyłaś się geografii?—zapytał ojciec.
Dziewczynka gestem lekceważenia odpowie działa; w odpowiedzi zaś ustnej zastąpiła ją nauczycielka w następujący, uśmiechem słodkim zaprawny sposób:
— Jcszczcśmy z Julisia nie przechodziły—zawahała się i rzekla:—Ameryki.
Takie w tej mlekiem i miodem płynącej krainie, ćwierć wieku temu, zdarzały się nauczycielki, co Pekin do Ameryki przenosiły; zdarzali sic rodzice, co przenosiny tc uwzględniali; zdarzali się nawet mężowie poważni, co pisali nic Szwajcarya, ale Szwajcarnia. Co to wadziło?—kiedy kraina mlekiem i miodem płynęła. Dziś, gdy—jak słyszę — mleka i miodu ujęło się nieco, inaczej się tam, zapewne, pod względem tym dzieje. W czasie jednak onym Pekin w Ameryce uszedł bez zwrócenia na siebie uwagi i pan Tadeusz zapytał córki:
— A o Paryżuś się uczyła?
— Nie jeszcze, papo, ale... Paryż, ciocia...
— Cóż ciocia?
— Ciocia, jak za pana Pawła za mąż wyjdzie, do Paryża pojedzie.
— Pojedzie? hm — pan Tadeusz na to.
— Co też ty wyplatasz, .laleczko!—odezwała się panna Emilia.
— Czy ciocia tego nie mówiła? co? — odrzekła dziewczynka.
— Chociaż i mówiła, to żartem — podchwyciła pani Róża, przychodząc zmieszanej nieco narzeczonej w pomoc.—Julisia, spodziewam się, nie będzie tego powtarzała.
— Panu Pawłowi zwłaszcza—wtrącił pan Tadeusz.
— Ani panu Pawłowi, ani nikomu — dodała pani Róża.— Julisia grzeczna; Julisia przytem dziewczynka już słuszna, wie dobrze, co to żarty.
Julisia nic nie odpowiedziała na to. Panna Emilia musiała być nieobecności pana Pawła rada w tćj chwili; po upływie atoli minut kilku, znów go z niepokojem wyglądać poczęła. Niepokój wzrastał wmiarę, jak się słońce ku zachodowi zbliżało. Pan Tadeusz żartował z siostry, która ua miejscu usiedzieć nic mogła.
— Radzę ci, zerwij z nim—powiadał.— Pora jeszcze... Później, kiedy ksiądz wam stułą ręce zwiąże, klamka zapadnie, nie pozbędziesz sic Pawełka, choćbyś chciała.
— Dlaczegóżbym chcieć miała?—broniła się.
— Dlaczego, "hm? dla powodów rozmaitych; przedcwszystkićm dla głupstwa jakiegoś, a następnie dlatego że, jak dziś na przykład, słowa ci nie dotrzymał.
-— Pan Paweł mi na dziś słowa nie dawał żadnego innego, tylko...
— Tylko co?
— Że przyjedzie.
— O której godzinie?
— Godziny nie oznaczył.
— Toś ty mu zapewne oznaczyła godzinę?
— Nie—odparła panna Emilia.
— O zbrodzień jakiś! — wykrzyknął pan Tadeusz.—Nie wiedząc, o której chcesz, ażeby przyjechał godzinie, nic domyślił się!
— Nie myślę, ażeby to zbrodnia była.
— Nie zbrodnia? Winszuję ci, Emilko: pokazuje się, że będziesz małżonką wyrozumiałą.
W tym sensie toczyła sic pomiędzy bratem a siostrą rozmowa, az panna Emilia wyjściem koniec jej położyła.
I wciąż nasłuchiwała i wciąż wyglądała.
„Jego jeszcze niema, A duszyczka roi.71
Tak sic wlokło do herbaty. Herbatę podano—pan Paweł się nie pokazywał. Nareszcie— turkot się na podwórzu słyszeć dał, bryczka się przed gankiem zatrzymała.
— 0—odezwał się pan Tadeusz—Zapłacz, Emilko, z radości.
243
Drzwi się otworzjly i wszedł... ksiądz pro boszcz.
— O!—zawołał pan Tadi usz przeciągłe, idąc ua spotkanie i powitanie gościa.—Szkoda, księże dobrodzieju, że nie posiadacie ducha proroczego, ani mocy czynienia cudów: przydałoby wam się jedno i drugie w tej chwili.
— Przydałoby się to może i zawsze — odparł przybysz.
— W chwili tej jednak najbardziej.
— Czy wolno wiedzieć, dlaczego?
— Zapytajcie o to Emilki... tymczasem zaś miejsce zająć i podzielić się z nami czem Bóg dal raczcie.
Ksiądz zazwyczaj na preferansa, którego lubił tak namiętnie, że z trzema grywał dziadkami, przyjeżdżał. Obecnie atoli innym był przybycia jego powód. Oświadczył to na wstępie.
— Przyjechałem — zaczął — na chwileczkę tylko.
— Przecież ksiądz dobrodziej koniki wyłożyć pozwoli—przerwał pan Tadeusz.
— A nie—zaprotestował ksiądz—nie, nie.
— Hazem wieczerzę spożyjemy i pulkę prefe-ransika zgramy.
— Nie wódź asan dobrodziej człowieka ułomnego na pokuszenie. Nie.
— Było chyba nie przyjeżdżać lepiej —odparł pan Tadeusz.
— Byłbym też nie przyjechał, gdyby nie interes.
— Zły ksiądz dobrodziej do załatwiania interesów moment wybrałeś.
— Czy dlatego, że się państwo dobrodziejstwo do Odessy wybieracie?
— Naturalnie.
— Owóż, interes mój właśnie sic do Udessy odnosi. Gdy by nie to, nie odważyłbym się w chwili rej mitręgi asaustwu dobrodziejstwu sprawiać. Wiem bowiem, co to znaczy w daleką wybierać się podróż.
— Z kobietami zwłaszcza—wtrącił pan Tadeusz.
— Z kobietami, tak, hm, zapewne. Chociaż...
— Iz pudełkami.
— Z pudełkami, tak, to ambaras musi być wielki. Ale asan dobrodziej Panu Bugu dziękować powinieneś, że się na tem ambaras kończy.
— Aiboz co?
— Jedna z parafianek moich nie ruszy się bez papugi i malpeczki.
— „Dobre durity koly prystupaje” — odparł pan Tadeusz. — Za paralianką tą stoi siedemset dusz.
— Nie to, ale... ale hm—chrząkal ksiądz, tabakierkę z kieszeni wydostając.
Tabakierkę wyjął, tabaki zażył, nos hałaśliwie wytarł i dalej ciągnął:
— Ale co tam. Przystąpić do interesu musze.
— Możeby późnićj, po herbacie — zauważył pan Tadeusz.
— Czemu?—zapytał ksiądz.
— Jeżeli to interes jaki partykularny.
— Partykularny, ale... nie sekretny, a do tego—dodał, oczami wskazując —do panuj Emilii.
— Czćmże mam księdzu dobrodziejowi służyć?—zapytała ta ostatnia uprzejmie.
Proboszcz, zanim się z odpowiedzią zebrał, wydobył pierwej z głębi kieszeni, zamaskowanej fałdami rewerendy, sztolik taki, w jakim się sprzedaje wódka tak zwana francuska, i sztolik ów na stole postawił.
— No, no — odezwał sie pan Tadeusz, głową kręcąc.— Ksiądz dobrodziej, jak miarkuję, siostrę moje na niegodziwość jakąś namówić chcesz.
— Na przykład?—zapytał proboszcz.
— To, jak mi Bóg miły, trąci... kontrabandą.
— Kontrabandą, hm? Nic wiem. Chcę panny Emilii prosić, ażeby sztolik ten dla mnie napełniła...
— Koniakiem?—podchwycił pan Tadeusz.
— Nic zgadłeś asan dobrodziej.
— Dżinem angielskim, brandy angielską?
— Wcale nie.
— Tabaką zagraniczną?
— Ja nad wszystkie na świecie tabaki szaro-grodzką przekładam.
— Chyba więc... no, czem?—zaczął pan Tadeusz.
— Czem? kto zgadnie?—wyzwał proboszcz.
Poczęły się odgadywania; panie, co przy stole siedziały, wymieniły z dziesiątek płynów rozmaitych rodzajów, aż wkońcu Julisią zawołała:
— Wodą święconą.
—. O—podchwycił proboszcz, na dziewczynkę palcem wskazując—zgadła, ale przez pól. Woda, tak, woda, nie świecona jednak, ale morska.
— Ksiądzu dobrodziejowi wody morskiej potrzeba?—zapytała panna Emilia.
— Potrzeba; to jest właściwie nie potrzeba, ale...
— Ksiądz dobrodziej wytłumaczył rzecz jasno—wsunął pan Tadeusz.
— Jaśniej nie sposób, koniec końcem bowiem obejśćbym się bez nićj mógł; ponieważ jednak słyszałem i czytałem, żc woda morska jest gorz-ko-slona, więcbym się. przekonać chcial.
Wyznanie to poslużyćby mogło za wychodni do długiej dyskusyi punkt, gdyby w gronie, co księdza otaczało, znajdował się pozytywista jaki. W czasie owym jednak pozytywiści nie poławiali się jeszcze, w tamtych mianowicie stronach, wyznanie więc uszło płazem.
Ksiądz proboszcz, po załatwieniu interesu i wypiciu herbaty, ku odjazdowi sic miał. Wstał, po kieszeniach sie obmacał i za czapką się oglądał. Zc szlacheckiego atoli domu nic tak to odjechać łatwo. Gościnność stawia przeszkody, które nie każdy przezwyciężyć może. Na nic niekiedy usiłowania najencrgiczniejsze. Gościnność wikła człowieka, jak sieć pajęcza muchę: ofiara szarpie się, targa, brzęczy, lecz wkońcu uledz musi. Wypadek podobny spotkał księdza. Miał inten-cyą najszczerszą zamówić sobie tylko wody7 morskiej i powracać, ale sic na intencyi skończyło. ITcgł—co nastąpiło tćm rychlej, że pan Tadeusz w słabą go uderzył stronę.
— Prcferausik, księże dobrodzieju, preferan-sik—dogadywał—puleczka jedna.
Opierał się proboszcz czcigodny, bronił, wreszcie ręce podniósł i krzyknął:
— Jakże! we dwóch?
- Tylko patrzeć, jak przyjedzie Pawełek.
— To co innego—ksiądz na to—no, to co innego, byle jeno przyjechał z pewnością.
— Nic pewniejszego być aie może. Wszak umówiliśmy się: jutro wraz z nami do Odessy je-dzic.
Ksiądz jcszczcze z jedną objekcyą wystąpił.
— Paniom mitręgę sprawimy—rzekł.
— Co za mitręgę? — odrzekla pani Hoża.— Przeciwnie. Panowie, gdy7 niezajęci są, mają zwyczaj w nieswoje wtrącać się rzeczy.
Od chwili tćj nie sama jedna panna Emilia pana Pawła wy glądala. Wyglądał go i ksiądz proboszcz, który grę w karty wogóle potępiał i bardzo surowo potępiał, z wyjątkiem preferansa, utrzymując i mając na to dowody, żc jest to gra zbawienna pod tym względem, iż zajmuje umysł, tem samem myśli grzeszne odpędza, polegając zaś na licytacyi dwóch kart zakrytych, wzdychać do Opatrzności uczy Wyglądał przeto przybycia pana Pawła i niecierpliwił sic potrosze, pan Paweł bowiem, jak na toż, nie przybywał i nie przybywał Już słonko znajdowało się na granicy zachodu — jego nie było; już do wieczerzy stół nakryto —jego nie było; już — pomimo że z wieczerzą zwlekano—rodzina z gośćmi stół obsiadła — jego jeszcze nic było. Zjawił się nareszcie, ale jak duch. Przy drrgićm daniu wszedł niespodzianie i towarzystwo pozdrowił.
— Ach!—wydarł się okrzyk z ust wszystkich prawie.
— Preferans — odezwał się ksiądz proboszcz. Czemuż tak późno?—zapytał pan Tadeusz.
— A, późno, cóż!—odpowiedział zapytany tonem, w którym coś naksztalt roztargnienia czuć się dawało.
— Jakżeś przyjechał? Turkotu słyszeć nie było.
— Nicdziw: przyjechałem konno...
— Nie myślisz przecie konno do Odessy jechać?
— No, nie.
— Więc jakże?
— Przejechałem zawiadomić, państwa, ażeby-ście bczemnie jechali.
- A ty ?
— Ja, ja dopędzę... Dopędzę, jeżeli nie w Bałcie, to w Anauiowie, nic w Auaniowie, to gdzieś dalćj.
— Zkąd-że to? dlaczego?
— W ostatnićj chu iii opatrzyłem sic, że sztaby mc wytrzymają. Kowal sic upił; okucie kół jutro dopiero nastąpić może.
— Mybyśmy mogli dzień jeden poczekać odezwała się pani Róża.
— A. nie. Na co?—z pośpiechem i z akcentem niecierpliwości podchwycił pan Paweł.
— Dzień jeden nie stanowi różnicy wielkiej.
— Ależ ja dopędzę — powtórzył z naciskiem mocnym.—Ja prędzej pojadę. jeżeli z państwem dobrodziejstwem razem jechać zpoczątku nie będę.
— Ma racyą—zaczął pan Tadeusz.- -Nie jadać z taborem, raźniej pojedzie. My się będziemy wlekli.
Uwaga ta kwestyą rozstrzygnęła. Państwo Tadcuszostwo w czasie oznaczonym postanowili wyjechać, nic oglądając się na pana Pawia. Jeden tylko ksiądz proboszcz był zdania odmiennego.
— Jabym, mości dobrodzieju, na miejscu pana Pawła, nie jechał aż po weselu.
— Taż bo to jedzicmy dla wesela właśnie, o wyprawę chodzi—odrzekla pani Itóża.
— A, to co innego. Nie znam się ja na tćm.
— Ksiądz dobrodziej lepiej sie na preferansi-ku zna—wsunął pan Tadeusz.
— Otóż to. Wyglądaliśmy tu pana dobrodzieja—rzekł, do pana Pawia mowo zwracając— z żywą niecierpliwością.
— Kicdyż-bo ja—zaczął pan Paweł z zakłopotaniem—ja... No, niech i tak będzie.
— Coś ty nie w swoim jesteś sosie—zauważył pan Tadeusz.
— Te sztaby mnie zdemoralizowały. Zgnie-wałem się.
— Gniew krew psuje — odezwał się ksiądz tonem upomnienia.
— Czy ksiądz dobrodzićj nie gniewasz się nigdy?—zapytał pan Tadeusz.
— A nigdy.
— Ani nawet wypadlszy bez trzech na siedem bez atn?
— Ii, to gniew łagodny, wzruszenie raczej. Wzruszenia tego rodzaju nietylko krwi nie psują, ale, przeciwnie, ruch żywszy jćj nadając, krążenie ułatwiają.
— Przystąpmy przeto do ułatwiania krwi krążenia—zakonkludował gospodarz domu, zwracając się do stolika zielonego, na którym dwie świece gorzały, dwie talie nicrozcięte, kawałki kredy zaostrzonćj i szczoteczki leżały.
Pan Paweł, zamieniwszy z panna Emilią i panią Kóżą frazesów kilka, przy stoliku zasiadł i niebawem rozpocząla sic gra, poprzedzona roz-picczętowywaniem talij, czynnością, którćj dopełnił ksiądz proboszcz, z zachowaniem formalności zazwyczaj w razach tych przestrzeganej. Talii każdej, przed rozdarciem koperty, szczutka dal, po rozdarciu zaś w karty dmuchnął; następnie wgóre na sufit spojrzał, ażali siedzenie jego nie znajduje sic pod belką, na krześle się poprawił, tabaki zażył, nos wytarł i karty na stole do losowania miejsca rozłożył. Następnie—westchnął.
— Do kogo to ksiądz dobrodzićj wzdycha?— zapytał pan Tadeusz.
— Do kogóż, jeżeli nie do świętego Antoniego.
— Patrona przeciwko złodziejom i od rzeczy zgubionych.
— Ano—potwierdził proboszcz.
— Czy kto księdzu dobrodziejowi co ukradl?
— Nie, Bogu dzięki, alem... zgubił.
— Co?
— No, a toż, com do puli w preferansie włożył.
244
Tan Paweł młódkę .wyciągnął, karty rozdał i gra poszła swoim porządkiem, neutralizując trzech zdrowych i silnych ludzi na wieczór cały, podczas gdy pleć słaba oddawała się pracy wielkiej. Panie sic pakowały. Do pracy tej większe wprawdzie, aniżeli w Humaniu do przyszykowania strojów balowych, przystępowały siły, cała bowiem służba niewieścia udział w niej brała, niemniej przeto tak paui Róża, jak panna
Emilia zajęcia miały dużo. Niczego nie zapomnieć, wszystko opatrzeń, dla rzeczy każdej miejsce odpowiednie znaleźć: toż to robota niela-da, robota wszystkie umysłowe władze poebła-
niająca. Wyobraźmy sobie przy robocie takiej przewietrzyć, ochłonąć. A! mości dobrodzieju... ryta walczyły ze sobą, i kto wić czy stan jej
pannę Emilią, na którą zwaliły się razem: układanie bielizny, sukien i troska—troska nieokreślona jakaś, z niepokojem połączona, a pochodząca ztąd, źe pan Paweł pojedzie osobno. Zmia na ta burzyła dla nićj widoki, czy nadzieje jakieś, które tak cudownie w perspektywie podróżnej przewijały się w tumanie kurzawy, ciągnącej się na trakcie za pojazdem pana Pawła. Widoki owe czy nadzieje znikły naraz. Tuman kurzawy, sam przez się, nie interesował zgoła młodej narzeczonej.
„Ocb, te sztaby, te sztaby!” — w duchu sobie powtarzała, układając w pudelku drewnianem kołnierzyki, mankietki i krawatki.
My od siebie powiemy, że gdyby pan Paweł bjł kochał—kochał tak, jak to niekiedy kochają niektórzy—sztaby nie przeszkodziłyby mu w porę się w podróż wybrać. Posiadał on w wozowni powozów kilka; wrazie zaś, gdyby nie posiadał ani jednego, wyruszyłby konno, piechotą. Sztaby na pretekst wyglądały. Pod żołnierzem odjazdy, serca nieodważnego, regularnie koń przed bitwą podkowy gubi. Serce pana Pawła podejrzenie w nas budzi. Co się w sercu tćm działo?
Zapytanie to panna Emilia zadawać sobie zapewne musiala, składała bowiem rzeczy z roztargnieniem tak daleko posunietćm, źe nie zrozumiała słów pani Róży, gdy ta, do pokoju jćj wszedłszy, zapytała:
— Moja Emilko, czyś ty gdzie tę dziewczynę posłała?
Panna Emilia na bratową wzrokiem zdziwionym spojrzała i odpowiedziała uieprędzej, aż pani Róża zapytanie powtórzyła:
Jaką dziewczynę?—zapytała.
— Marynę.
— Anim jej widziała!
— Wyobraź-źe sobie, składać potrzeba rzeczy Julisi, które to dzićwczysko utrzymuje, a gdzieś się zapodziała i odszukać jćj nie sposób.
Panna Emilia ramionami wzruszyła.
- A to ze sługami temi skaranie Boże! — zaczęła pani Róża i, z pokoju już wychodząc, dodała: — Panu Pawłowi, spodziewam się, pośpiech nakazałaś...
— Panu Pawłowi?! pośpiech?!
— Gdy się żegnał z tobą.
— Żegnał się?... kiedy?... Przy preferansie siedzi.
— Przy preferansie nic siedzi już nikt. Pan Paweł, jak się pokazuje, odjechał bez pożegnania z tobą. Ale — dodała — nie żegnał się i ze mną: widocznie przeszkadzać nam nie chciał i postąpił sobie po angielsku.
Mimo uspokojenia, jakie się w ostatnich zawierało wyrazach, pannę Emilią niemile dotknął odjazd narzeczonego, dokonany na sposób angielski. Przykro się jej, bardzo przykro zrobiło. Ochotę miała pogniewać się, a nawet scenę jaką zrobić; rozwaga atoli doradziła jej zachowanie krwi zimnej, a raczej odłożenie scen i gniewów do czasu późniejszego—na... kiedyś. Na kiedy mianowicie? Odpowiedź na pytanie to pozostawiam narzeczonym, którym narzeczeni przykrości wyrządzają, a które, dla powodów siedemdziesięciu kilku, gniewać sic na nich nie mogą,
<’o innego proboszcz. O! ten się gniewał, a miał do gniewu powód bardzo słuszny, pan Paweł bowiem dopuścił się występku odbieżenia preferansa w połowic puli.
— To rzecz, mości dobrodzieju, niewidziana inieslycbana!—mówił ksiądz w uniesieniu.—A był
PRZEGLĄD TEATRALNY.
Hrabia Essex, tragedya w ó-ciu aktach II. Laubego i hr. Esscx Banksa.
Przed niedawnemi jeszcze laty, teatr nasz wystawiał Szekspira, z panią Modrzejewską, Popie-lówną. Leszczj ńskim i Szymanowskim, oraz wybornie obsadzoną komedyą; dziś, o znacznie zmniejszonym personelu, tak co do jego wartości, jak i liczby, zrzekl sie już Szekspira, ale nie waha się temi samemi prawic siłami obsadzać „ Dom otwarty” i „Hrabiego Essexa.” Ci sami artyści zmieniają tylko kostium i charakteryzacją, tak że prawdziwie dziwić się trzeba, iż tragedya nie śmieszy, a farsa nie pobudza do płaczu. Widzę w tem istotną chęć podzwignięeia sławy teatru ze strony artystów; szkoda tylko, że tego powiedzieć nie mogę o zarządzie, który pozostaje głuchym na uzasadnione wołanie prasy co do wzmocnienia scenicznego personelu.
Tragedya Laubego p. t. „Hrabia Essex” nosi na sobie wszelkie znamiona roboty szablonowej, lubo nacechowanej wielką zręcznością i wytra-wnością sceniczną, właściwą dyrektorskiemu talentowi Laubego. Dziwna też, ale prawdziwa rzecz, żc niemieccy dramaturgowie nie mogą nigdy zapomnieć Szyllerowskiej Maryi Stuarti Don ('arlosa, tworząc przczto w analogicznych tematach analogiczne sytuacye. Laube, odgrzebując histo-ryą Esscxa, miał bardzo wielu przed sobą poprzedników. Nie trudził się też zbytnio, lecz przetrawiwszy wszystkich, najwięcej, bo niewolniczo prawie, korzystał z Banksa.
Jakkolwiek ścisłość dziejowa nic jest niezbędnym warunkiem tragedyi historycznej, jednak dla zrozumienia, o ile od prawdy odstąpił Laube, przytoczymy tu dwa wyjątki. Robertson w swej „Historyi Szkocyi” tak pisze o melancholii Elżbiety angielskiej, na krótko już przed jej śmiercią: „Według powszechnej opinii ówczesnej, żal zpowodu śmierci hrabiego Esscxa byl jej przyczyną. Królowa ze czcią wspominała o Esse-xic, a lubo często skarżyła się na jego upór, to jednak nie wymawiała nigdy nazwiska jego bez łez. Na krótko przedtem zdarzył się wypadek, który ożywił afekt ku niemu, a zarazem bardziej goryczą zaprawił jćj smutek. Hrabina Nottingham, na śmicrtelnem znajdując się już łożu, pragnęła widzieć królową i wyjawić jej tajemnicę, którćj zatajenie nic dawało jej spokojnie umrzeć. Gdy królowa weszła do komnąty chorej, powiedziała jćj, że Essex, po wysłuchaniu wyroku śmierci, chciał królowe prosić o przebaczenie i to w ten sposób, jaki mu niegdyś sama królowa poddała. Chciał jej bowiem przesłać pierścień, który mu podarowała wczasie jego łaski, z tćm zapewnieniem, że gdy go jćj przyszłe kiedykolwiek wrazić nieszczęścia, może być pewnym pomocy. Pierścień ten przesiał on przez ledy S/roop, przez pomyłkę jednak wpadł on w jej ręce. Ona zaś opowiedziała wszystko swemu mężowi (który był najzaciętszym wrogiem Essexa), a ten zakazał jćj odsyłać pierścień królowej, lub choćby powrócić go Essexowi. Gdy hrabina tę tajemnicę wyjawiła królowej, poprosiła o darowanie jćj
- winy; atoli Elżbieta, która teraz poznała zarówno - złość wrogów Esscxa, jak i swoje względem nic-, go niesprawiedliwość, odrzekła: „Niechaj wam 5 Bóg wybaczy, ja nigdy.” 1 (burzona wyszła z ko-r mnaty. Odtąd nic jadła, nie pila, ani nie brała i żadnych lekarstw; nie kładąc się do łóżka przez dziesięć dni i nocy, siedziała tylko na poduszkach - milcząca, zadumana, aż z dręczenia sic tego i postu oddała ducha.”
wygrany... Karta mu, pomimo że grał z roztargnieniem niepraktykowanem, szła szalenie... Byłem przekonany, źe wpadnic na dziesięć w kiery, nie wpadł... Wygrywał i wygrywał... o —ksiądz obliczył — miał już na nas siedemdziesiąt trzy złote i groszy piętnaście... I uciekł... poprostu uciekł...
— Niech się ksiądz dobrodziej nie unosi—perswadował pan Tadeusz.—Co tam! Zdarzają się
wypadki straszniejsze. Oto spać chodźmy. Łóżko dla księdza dobrodzieja posłane.
— Ja do domu jadę. Ja bym, po zdarzeniu tem, zasnąć nie mógł; potrzebuję sic pierwej
Hunie zaś pisze: „Skoro już wyrok śmierci ua Essexa wydano, królowa wpadla w najwyższy niepokój. Zemsta i miłość, duma i litość, troska o własne bezpieczeństwo i trwoga o życie fawo-
Od nicrozegranej puli uciec? rzecz, odkąd świat światem, niewidziana i niesłyszana!
(Dalszy ciąg ncstąjii.j
nie byl bardziej pożałowania godny, aniżeli Essexa. Wrogowie hrabiego nie spuszczali jej z oka, utrzymując, źc on sam życzy sobie śmierci, gdyż zostawszy przy życiu, czyniłby i dalej zamachy ua królowe. Co jednak ją oburzało, to jego upór w nieproszeni u o laskę, a oczekiwała prośby jego po całych dniach.”
Historycznem jest jeszcze to, żc Essc-x nie po powrocie z Irlandyi otrzymał od królowej ów słynny policzek, ałe nierównie dawniej; że dalej nic był bynajmniej takim szlachetnym bohaterem, za jakiego przedstawiają go poeci, w czćm ich jednak nikt krępować nie może, tak samo jak nikt za złe nic może wziąć Szyllerowi, że zrobił bohaterem Don Carlosa, lichą i idyotyczną postać w rzeczywistości. Dodać wreszcie trzeba, że Elżbieta, w chwili skazania Esscxa, liczyła lat sześćdziesiąt osiem.
Rzekliśmy na początku, że treść tragedyi Laube-go nietylko podobną jest do treści tragedyi l. Banksa, ale w pierwszych trzech aktach prawie jednobrzmiącą, okraszoną tylko tu i owdzie demokratyczne - politycznym sosem, nadającym mu świeżość i realność teraźniejszości. Sos ten sprzeciwia się ówczesnemu kolorytowi historycznemu, ale podnieca cokolwiek zajęcie widza.
W obydwóch tragedyach charakterystyka nawet wrogów Essexa: Burlcigha i Ralcigha, oraz samego Esscxa gwałtownego, niepohamowanego w namiętnościach, jest ta sama.
Przyjrzyjmy się.
Królowa w’ysłala Essexa jako naczelnego wodza z potężną armią do Irlandyi, celem uśmierzenia wybuchłego tam powstania. Po kilku utarczkach, widział się Essex zmuszonym wejść w układy z nieprzyjacielem, gdyż wojska jego chorobami i marszami zdziesiątkowane zostały Ponieważ tc układy między wodzami ustnie sic toczyły, a żadnemu świadkowi obecnym być nie było wolno, przeto doniesiono o nich królowej, jako o zdradzie Esse\a. Wrogowie jego proszą Elżbiety o pozwolenie oskarżenia go o zdradę stanu, na co ona nietylko się nie zgadza, ale się nawet za takie postępowanie ua nich oburza. Nadto hrabia Southamptou, przyjaciel Esscxa, ujmuje się za nim bardzo gorąco, tak że tym razem wrogowie zamilknąć muszą. Jednakże królowa uie jest zadowolona z postępowania hrabiego, gdyż nie pozwala mu wracać, dopoki Irlandyi nic uspokoi. Atoli Essex, któremu knowania wrogów nictajne, pragnąc się usprawiedliwić, powraca mimo zakazu do Londynu. Krok ten cieszy jego wrogów, a niepokoi przyjaciół; drży zakochana hrabina Rutland, tajemnie z nim zaślubiona. Królowa najwięhej zgnębiona, bo pragnie go ocalić, a nic pozwala jćj na to obowiązek. Nareszcie decyduje się, pozwalając mu stanąć przed sobą i usprawiedliwić się; chce go jednak tak przyjąć, iżby stracił na długi czas wszelką nadzieję przebaczenia. Burłeigh i Raleigh są przy tem obecni. Dawszy mu długo klęczćć przed sobą, odchodzi do swych komnat, nie patrząc nawet na niego, a za nią dwór cały. Wnet powraca Raleigh i chce mu z rozkazu królowej odebrać buławę, on jednak odpowiada, że odda ją tylko w ręce monarebini.
Treść obydwóch tragedyj dotąd jota w jotę do siebie podobna, a i dalej bardzo tylko małe różnice w scenicznym ladzie zachodzą. Królowa, mimo surowości swój, gniewa się na ciągle oskarżania Esscxa, a zarazem drażnią ją niemało prośby za nim hrabiny Rutland. Z nich poznaje ona, źc
21b
hrabina go kocha. Pozwala mu więc znowu stanąć przed sobą.
W tragedj i Laubego, gdy hrabina Rutland zdradza się przed królową ze swój miłości wobec Esscxa, następuje owa scena z policzkiem; u Ban-ksa o tyle inaczej, żc gdy go królowa wszystkich godności pozbawia, wtedy on rozwścieczony obarcza ją wyrzutami, a królowa w mijwyższem oburzeniu daje mu policzek. Hrabia chwyta za szpadę i tylko przypomnienie że to kobieta powstrzymuje go od natychmiastowego odwetu; wybucha jednak groźbami na swych wrogów i na nią.
Nareszcie w tragedyi Laubego, EsseJ ze swymi zwolennikami bije się na ulicach Londynu i u bram Toweru, zagrażając tronowi królowej; u Banksa zaś buntu nie podnosi, t^lko wyrzeka na królową, dopóki go ta uwięzić nie każę i osadzić w straszliwym Towerze.
Historya z pierścionkiem jest również daleko historyczniej i dramatyczniej spożytkowaną uBan-ksa, aniżeli u Laubego, który każę Essexowi, idącemu na rusztowanie, oddać go hrabinie Nottingham. Słowem daleko więcej prawdy, siły charakterystyki i dramatyczności znaleźlibyśmy w owej starej tragedyi, aniżeli w przeróbce, a raczej przepisaniu dosyć iiicccremonialnćm Laubego. Bylibyśmy i to zyskali, źe ominęłaby nas szumna retoryka autora nawet w tych scenach miłosnych, w których hrabina Rutland, widząc zagrożone życie swego męża, miałaby tyle słów i uczuć daleko prostszych i szczerszych do wypowiedzenia. Autor jednak, narodowym swym zwyczajem, wołał poprzyczcpiać rozmaite rcminisccn-cyc, tak żc nieszczęsna żona Essexa, dowiedziawszy się o wyroku na niego, staje się Ofelią, a Essex bardzo często, a głównie w scenie z królową w akcie 111, markizem Pozą, z domieszką tylko gwałtownego swego charakteru, którego już odmienić nie wypadało. Niezmiernie też blado i szablonowo wyglądają pierwsi dygnitarze królowćj, ów mądry kanclerz Cccii i Raleigb, gdy zaś chcą działać, działają jak pokątni intryganci; a przecież Cccii bronił całości i wielkości swój ojczyzny z niezaprzeczoną szczerością.
Jedna tylko królowa wyszła wyraziście i konsekwentnie w dramacie, lubo i tu nie wiemy, czy to zasługa Laubego czy Banksa, z którego tak po korsarsku nie wahał się on czerpać. Królowa istotnie dominuje nad całą sytuacyą, nad wszyst-kiemi postaciami, a nawet nad gwałtownym w czynach Essexcm. Odlana ona z jednego metalu, ta wspaniała i potężna królowa, a zarazem zawistna w miłostkach swych, chuć pokryć je i zwyciężyć umiejąca kobieta; taką bowiem była w rzeczywistości z Maryą Stuart i z uajulubicń-szym swym faworytem Essexcm. Krwawe ślady, któremi kroczyła, ażeby zabezpieczyć tron swój, a zwłaszcza całość i powagę państwa, nie ujmują w niczćm wielkości jej królewskiego majestatu.
Wrażenia dramatu Laubego na nasze publiczność nic można nazwać nietylko potężuem, ale nawet takićm, jakiego się bezwarunkowo żąda od dramatu każdego. Widzowie pozostali chłodni wobec cierpień boleśnie jęczącej hrabiny Rutland, ożywiając się tylko po dzielnej tyradzie Essexa, gdy posłuszeństwo wypowiada królowćj. Cały zaś aparat szturmów, uwięzień, katów i dzwonów pogrzebowych przechodzi obojętnie. Alboż nas z niemi nic zapoznały dostatecznie dramaty W. Hugo, a choćby tylko jedna „Marya Tudor?”
Autor czul, żc odlanej z jednego spiżu Elżbiecie należałoby przeciwstawić typ „des cwig weibli-chcn” w lady Rutland. Ałe mu się to sromotnie nie udało. Jego lady jest nerwową i sentymentalną Niemką, przechodzącą od naiwności dziów-częcej w kwilenie dobrej gospodyni, pragnącej żyć w zaciszu, a z tego znowu błogiego stanu w krzyki i okrzyki oszalałej nagle pseudo Ofelii. Złożona z najrozmaitszych pierwiastków, nie ma tyłku jednego najważniejszego: natury i prawdy. Ztąd chłód wicjący na całą tragedyą, nic takiego coby wywołało szczerą litość, podbudzilo do łez przeciętnego widza, a o to przecież zawsze chodzić będzie w tragedyi. Poczyą, której się spodziewać należało w wysoce tragicznej sytuacyi
nieszczęsnej żony Essexa, zastąpiła teatralna de-klamacyjność tak dalece, źe istotnie poetyczniej wydajc się Essex w scenie, gdy uapól konający po przebytej walce, staje przed zwycięzką swą monarchinią, opromieniony blaskiem bohatera, który wyczerpał wszelkie środki ażeby zwycic żyć, zwyciężony zaś zachowuje dumę swą do ostatniej chwili wstąpienia na szafot.
Bądźcobądź, wystawienie tej tragedyj uważamy za szczęśliwy zwrot ku poważnemu kierunkowi naszej sceny, którego się jej nigdy wyrzekać nicwolno. Niechaj tylko „Hrabia Essexr nie będzie faktem odosobnionym, po którym znowu nastąpi głucha cisza.
Wystawienie, pod względem dekoracyjnym, było w calem znaczeniu tego słowa staranne. Grą prawdziwie artystyczną odznaczyli się pani Ra-kiewiczowa i pan Kotarbiński. Po pani Rakiewi-czowej znać artystkę dawnej szkoły, która w atmosferze tragicznej znajduje sic w swoim żywiole. Gra jej spokojna, skónccntrcmana, w rzadkich wybuchach pełna grozy, jednoczyła się najściślej z koturnowymi niemal ruchami, które tu nie były zbyteczne.
Należałoby tćż przy dalszćm baczeniu na wskrzeszenie tregedyi, liczyć przedcwszystkićm na panią Rakicwiczową, jako na niepospolitą silę. Cieszymy sic, źe pan Kotarbiński w głównej roli Esscxa, w scenach najważniejszy eh z królową, zapomniał o swym obosiecznym darze deklama-cyjnym, że ukazał się w całej szczerości uniesienia, w pełni prawdziwego zapału. Nie licząc sie wprawdzie ekonomicznie z głosem, zachrypnął cokolwiek przy końcu niezmiernie dlugićj tyrady, ale zapałem swym porwał widzów i zasłużone wywołał oklaski. Pomimo też, że z samego początku nie mógł sic pozbyć pewnej sztywności w ruchach, które powinien starać się zaokrąglać artysty-eznićj, całość swej roli traktował szlachetnie i z tą podniosłością, która cechuje bohaterów tragicznych.
Roli niezmiernie skomplikowanej i niejednolitej lady Rutland podjęła się panna Marcello. Nie mogąc sobie poradzić z mozajką swego charakteru, wydawała sie nam zanadto afektowaną. Wiele jednak robi ten, co musi. W rolach pierwszych pauua Marcello, jako prima donna, musi czasem do nich się naginać, zamiast role nagiąć do siebie.
Pan Praźmowski (Southampton) piękną postawą i grą szlachetną przyczyniał się do harmonii, o ile znowu nic psuł jej p. Waliszcwski, który zapewne sądził, żc lorda Cecila można odgadać i to odgadać bardzo pospolicie i trywialnie. Chyba ktoś godniejszy znalazłby się jeszcze na miejsce p. Waliszcwskiego, chociaż w tak przerzedzonym personelu.
Edward Lubawski.
LISTY J0R&ANA 00 PANA JANA.
SERYA TRZECIA.
LIST II.
Marzenia przy wygasłym kominku.—Rok występny ki lestwo biedy. — U jednej piersi.—Tu i tam Kontrasty.— Hen zimowy.—Horoskop Palhusia.—Raiik pożyczkowy włościański —Turysta Kryspin i antagonizm sąsiedzki. — Dz.-kie bestyc—Kuzyn pana Kryspina -Amerykańskie blagi — Obywatel parobek i jego polityczne wyznanie — Pietrek, zawracaj!
Siedziałem sobie tej zimy, pewnego posępnego wieczoru, przed kominkiem. Siedziałem dla zwyczaju tylko, na kominku bowiem ciemno już było prawie; od miesiąca blizko stróż mój, strzegący tam zwykle płomienia, jak dziewice wcstalskic, nie palił prawie wcale, bo pocóżby zresztą próżny trud sobie zadawał, pocóżby marnował drogie już dzisiaj paliwo, kiedy o zimie wiedzieliśmy tylko z opisów, jakie nam Hiszpauy i Włochy, z południowych niby swych krajów, nadsyłały.
W miejsce mrozów, śnieżnych zadymek i sauny, Bóg nas tu, synów północy, darzył ciepłem, deszczami i błotem; zamiast osrebrzonych szro-
nem i śniegiem gałęzi, mieliśmy w lutym bzy spękane, i zielonej wierzby listeczki; w miejsce huczących mlocarni, które ongi o tćj porze ożywiały swem dudnieniem nasze gospodarskie podwórza, zaległa błogosławiona cisza, głucha, milcząca, poważna, w pustych już, jak na przednówku, stodołach.
Głowę zwiesiwszy ua piersi, dumałem nad naszą biedą.
Świat się już chyba kończy!—myślałem w duchu.—W roku tym, przestępnym, a raczej występnym, wszystko się jakoś składa naopak. Kożuszek wisi na kołku, a mólc swobodnie w nim sobie żerują; o polowaniu ani pomyśl; zające w parach już skaczą, kiedy lat innych o tej porze aai im się na to zbierało; koguty drą się na deszcze, jak tenory niektórych scen prowincyonalnych; bydło, do wody pędzone, ogląda się już na trawę, jak warszawscy smakosze na nowalijki, za oknami jadłodajni wystawiane. Cielęta legną sic jak koty, jagnięta jak szczury, a wszystko jakieś kwaśne, głodne i nie w humorze będące, jak gdyby podzielało ciężką dolę swego karmiciela, u którego wszędzie, w stodole, spichrzu i kieszeni, świecą pustki, straszne, przerażające!
Szlachcic, co ongi o tej porze jeździ! kuligicm i wytupywał hołubce w najlepsze, czując sąsieki pełne i obie kieszenie niepuste, dziś, w łojem • wysmarowanych jałowicach, duma nad marnością tego świata, nad znikomością nadziei ludzkich.. a jeśli łazi, to po kancelaryi tylko, targając wą-sa, trąc czupryny i wygwizdując bezwiednie ped nosem niewesołą aryjkę Tadeusza.
Kiedy niedalej jak rok temu spoglądał na drogę, ilekroć powóz lub bryczek kilka zwiastowało mu miłego sąsiada, d,.iś z obawą nasłuchuje dudniącego wózka, który mu albo brodatego wierzyciela, albo wygolonego sekwestratora zwiastuje.
Królestwo budy rozpostarło po wsiach panowanie swoje wszechwładnie i jeżeli raj obiecany ma być, wedle słów proroka, golców tylko udziałem, to przy ladajakiej epidemii w kraju, ś-ty Piotr niemało mieć będzie krętaniny, nim tam dla nas wszystkich posesyonatów jakie takie godziwe znajdzie pomieszczenie.
Nic wiem jak u was, panie Janie, się dzieje, ale co do naszego kątka, nih tby nawet nie Wiedział o karnawale, gdyby nie poczciwe gazeciska nasze, które nam całe szpalty bibuły zapełniają opisami szału i upojenia, w jakiem dziś żyje nasza sławetna stolica. Pląsa ona, stara kokieta, jak chory w tańcu ś-gu Wita; bale cywilne i kostiumowe, wieczorki z przeróżnych tkanin uszyte, jedwabne, wełniane i dreliszkowe sypią się tam jak z rogu obfitości; koncerty i teatra, tombole i maskarady, rauty i przedstawienia amatorskie pochłaniają cały żywot tych szczęśliwych wybrańców, którzy wstając w południe, myślą o tem, gdzie na wieczór pląsać będą, a pląsając w nocy, zamawiają już damy do jutrzejszej zabawy. My tu zićwainy z nudów, oni z przesytu rozkoszy; my głowię łamiemy, jak się wykręcie Zj dowi, oni łeb suszą, jak się wykręcić w mazurze; my sic zaledwie raz na tydzień w kościele czasem spotykamy, oni o kościele nie pomyślą, a mimo to co-wicczór się widują. My dmuchamy w puste łapy, oni w wysączone kielichy; my tu, jak szare wróble, w szarych nosimy się kuriach, oni, jak pstre papugi, w czerwone fraki się stroją. Podczas gdy my tu gasimy dopalającą się już lojów-kę, tam u nich światła jarzące służba zapalać poczyna; tu ci z dachu woda kapie, tam wino lejc się strugą; tu ryk głodnego bydła rozdziera ci serce na dwoje, tam dźwięki hucznej kapeli wznoszą cię w krainy uciechy.
Same sprzeczności... same piekielne kontrasty...
Na łonie jednej i tćj samej matki, jeduo dziecię z głodu umiera, drugiemu pokarm nosem sic przelewa... Na jednej i tej samej ziemi masz gwar weselny i cmentarną ciszę, jęk żałosuy i śmiechy orgij zapustnych; o jednej i tej samej porze słyszysz cichą skargę ua losy i brzęk rozsypywanego złota...
I ciągle też same sprzeczności... obrazy o barwach tak różnych!...
246
Dumałem nad przyszłością naszą, która w mglistej oddali coraz mi sic ciemniejszą wydawała; zmrok na dworze, zmrok na duszy, złowrogi syk wichru i żałosny szum uginających się topoli złożyły się na jakąś smętną pieśń o... ziemi naszej. . i ukołysały mnie do snu...
I przeniosłem się myślą w czasy nie tak jeszcze dawne...
Jak okiem sięgnąć, widziałem przed sobą białą oponę. Zachodzące słońce tysiącem barwdyamen-towych lśniło sic na polach i łąkach; śnieg trzeszczał pod nogami. Zdała słychać było dźwięki tysiąca dzwonków, szelest toczących sic lawin i tentent całego stada rumaków.
Był to kulig.
Na przedzie dzielny Krakus suwał na ognistym kasztanie, torując drogę kilkunastu saniom, z mu-yką krakowską na czele, opasłym organistą w odwodzie i całym hufcem dorodnycli Krakowianek i Krakusów. Kapela rznęła od ucha, organista wyśpiewywał wyrwasy, a chór wtórował mu przeciągiem „bu ha!“ które się po polach i dąbrowach rozbiegało.
— Hej, Grzesiu!... zaprzęgaj deresze! — krzyknąłem przez sen.... zwyczajem bowiem było ówczesnym łączyć się zaraz z kuligiem, który przeciągał przez gęsto rozsiane wioski, zbierając po drodze sąsiadów i rosnąc w drużynę wesołą... swobodną... ochoczą.
Dzwonki coraz się szybciej zbliżały; już słychać było wyraźnie zgrzyt śniegu pod stalowcmi lawinami, kopanie się koni na drodze i wesołą piosnkę organisty:
A zwracaj od komina, A uważaj której niema... Jest tam Kasia i Marysia, Ale mojej jeszcze niema...
Kończyłem coprędzej ubranie. Kierezya leżała jak ułana... czerwona wstążka pod szyją dzielnie odbijała od śnieżnej białości koszuli... podkówki dźwięczały jak srćbro... czapeczka z pawiem piórkiem gładko się spierała na prawem uchu Już i pas brzęczący kołkami dopinać na sobie kończyłem, a Grzesia ani widać. Gdzieby się podział kanalia?... Ja sic pocę z niecierpliwości, podczas gdy ou sobie może w karczmie ze swą Kachną wywija... a tu już kulig przed wrotami...
— Grzesiu! łobuzie przeklęty! dawaj żywo! — krzyknąłem całą piersią, i w tej chwili pies wystraszony zaszczekał przeraźliwie, a ja ocknąłem się zc snu.
Na dworze ciemno, deszczyk jesienny spływał strugami po szybach, wiatr tłukł sucliemi gałę-źmi o wystający daszek werendy. Znikł mi z oczu pejzaż zimowy, umilkła kapela, rozwiały się mi lej przeszłości wspomnienia... gdy nagle coś przed domem zadudniło.
Zadrżałem... byłże to Jankiel po żyto (którego nic było)... Mosick po pszenicę (której niema) lub Szapsio po rzepak (którego nic będzie)?
Wybiegiem na ganek, by śmiałe stawić czoło najeźdźcom. Tymczasem, o dziwo, ujrzałem wysiadającego Pafnusia, z którym się już kawał czasu nie widziałem.
Byl jakiś wylękły, zmieszany, a mówił dwa jazy szybciej niż zwykle, choć słynął zawsze z tak szybkiego mielenia językiem, żc go trudno było w lot schwycić.
— Co wam, panie Pafnucy? spytałem jeszcze w sieni.
— Zaraz... zaraz... zaraz—powtórzył trzy razy zrzęda—potem o tćm—dodał, wskazując na nic go sługusa, który zeń mokrą burkę zdejmował.
— Proszę cię, sąsiedzie... proszę do pokoju.
— Zaraz... zaraz! — odrzekł szybko, wytykając głowę przed dom. — Pietr! Pietr! zajedź pod szopę!
—- Ale niech konie wyprzęże.
— Nie... nie... nie... Pietr! Pietr!... pod szopę... śpiesz się, śpiesz, żeby7 derka nic zmokła — dodał, wchodząc do pokoju i rzucając sic ua sofę.
— No, jakże mi się mićwasz, panie Pafnucy?— rzcklem, witając gościa.
— Jak się mam?... a no, jak się można mieć
w tym roku, gdzie żyto sypie ćwiartkę z kopy... ćwiartkę, pszenica dziesięć garncy, dziesięć, dziesięć, tak jak mnie żywym widzisz... a siano woda zabrała.
— Oj prawda, prawda...—rok straszny!
— To jeszcze nic w porównaniu z tem, co będzie...
— W Bogu nadzieja, że urodzaje będą lepsze...
— Tu uie chodzi o urodzaje, ale o to, co nad nami wisi... wisi... wisi!
— O czem clicesz mówić?
— Dziś jeszcze mamy buty całe, surdut nie-dziurawy i ręce do roboty.,, ale jutro.,.
— Toć tak zaraz butów i surduta nie zedrze-my... a co się tyczy rąk do roboty...
— Tych nam jutro zabraknie ..
— Zabraknie?... dlaczego?
— Dlatego, że nic będzie miał kto orać i sprzątać...
— Cóż się stało? — spytałem przerażony' — wojna? czy pospolite ruszenie?
— Gorzej...
— Cholera, czy dżuma?...
— Gorzej... gorzej!... bo na wojnę niewszyscy idą, a od cholery niewszyscy wymierają. To zaś, co nad nami wisi, może nas jednego pięknego poranku pozostawić bez ludzi... zupełnie bez ludzi... bo to wszystko grunta dostanie.
— Żartujesz chyba, Pafnusiu — rzcklem, śmiejąc się z jego pomieszania — już sic dziś chłopy na nic oglądać nic mogą,,.
— Dlaczego? dlaczego?
— Wszystko skończone.
— No, ale teraz zaczhą się pożyczki...
Od kogo?
— Od nas samych.
— Na to mogą czekać do sądnego dnia.
— Zobaczymy... zobaczymy!
— Wszyscyśmy goli, jak tureccy' święci.
— Ale mamy uzbierany fundusz.
— Jaki?
— Użyteczności publicznćj, w Towarzystwie kredytowym.
— To i cóż?... wszakżeśmy go zbierali do naszej dyspozycyi.
— A tymczasem chłopy korzystać zeń będą.
— Chłopy?—spytałem zdziwiony.
— Tak jest... Sąsiad tu widzę siedzisz jak kret w jamie i nie wiesz, co się na świecie dzieje...
— By ć może, byłem chory, - parę miesięcy gazet nawet w reku nic miałem-
— A otóż to, a tymczasem klują się rzeczy ważne, bardzo ważne, mogące dokonać strasznego przewrotu w naszych stosunkach gospodarczych. Zakłada się bank pożyczkowy dla włościan, mający za zadanie kupno ziemi folwarcznej i obdzielanie nią tych kmiotków, którzy jćj jeszcze nie dostali.
— Hm .. toby może nic złego nie było,
— Nic złego?! nic złego?!— krzyknął Pafnuś, zrywając się z krzesła. — Jesteś sąsiad curfum tisum... i basta... to nasza zguba!
— Dlaczego?
— Zginiemy!
— Za pozwoleniem ..
Zginiemy-., powtarzam .. zginiemy! we łbach im się poprzewraca... każdy będzie żądał pożyczki, każdy zapragnie być dziedzicem... a ty sam będziesz musial tymczasem paść swoje bydło i trzodę, oprzątae konie i woły, bo parobka ua lekarstwo nic znajdziesz.
— Nie godzę sic na taki horoskop.
— Zgodzisz się, jak ci jednego wieczora po robocie inwentarz pozostawią na podwórzu i wszyscy kupą odejdą. Co wtedy pocznicsz? oo? co? co?
— Wezmę psa do pomocy, inwentarz wygnam na łąkę i sam się na kopicy siana spać położę. Nic uwierzysz, jak się to smacznie sypia.
— Ee .. stroisz widzę żarty... niema co... bywaj zdrów!
— Za pozwoleniem — rzcklem, sadzając go przemocą na sofie— posłuchaj mnie teraz cierpliwie, a przekonasz się, że żartów nic stroję. Przedewszystkićm w zasadzie nietylko nic miałbym nic przeciwko nabywaniu gruntów dla włościan,
ale owszem, byłbym bardzo za tćm. Nie masz nic straszniejszego, nic niebezpieczniejszego dla kraju, nad prolctaryat wszelkiego rodzaju, a zwłaszcza rolny. Materył-to groźny, nadający się dc wszelakich przewrotów... najdzielniejsze to narzędzie w rękach jednostek, dążących do zamieszania stosunków społecznych, dla ukrytych celów i namiętności.
— Frazesy, frazesy!
— Pozwól tylko, mój Pafnusiu. Żc to nie frazesy, dość spojrzeć nalrlandyą, dość przy pomnieć sobie krwawe dzieje galicyjskie. Idę dałćj... Odnośnie do nas samych, myśl nabywania części gruntów folwarcznych dla włościan bezrolnych uśmiecha mi się także. Chorujemy wszyscy na przeładowanie się rolą, na obszary zbyt wielkie, w stosunku naszych środków pieniężnych. W dzisiejszych warunkach kredytowych, choroba to groźna, bardzo groźna, granicząca niemal z ruiną średniej, a tćmbardziej większej własności. Gdy-byśmy się więc pozby ć mogli pewnej części naszych obszarów, spieniężając je korzystnie nic obcym przybyszom, ale naszej młodszej braci, potrójna ztąd spływałaby korzyść. Primo, wytworzymy sobie potrzebne kapitały obrotowe, bez których żaden warstat fabryczny lub rolny fun-keyonować niejnoże. Secundo, to co nam ziemi zostanie na czysto, więcćj nam przynieść może dochodu, przy gospodarce zasobnej i intensywnej, niż wielkie, źle uprawiane przestrzenie. A nareszcie przez takie wyposażenie kmiecia przysparzamy krajowi nowych posiadaczy, nowych obywateli .. żywioł nie destrukcyjny, ale zachowawczy, bo własność czyni człowieka głuchym na złośliwe podszepty i mniej skłonnym do nagłych przewrotów społecznych.
— Teorye!.. jak Boga kocham... teorye!— zawołał Pafnuś. — Brzmi to napozór pięknie, ale w gruncie wypadnic inaczej... Ja ci powiadam, że jeśli ten przewrót przyjdzie do skutku, to nam uie pozostanie nic, jak cisnąć wszystko do diabla i umykać zc wsi... To jest moje zdanie, które podzielają wszyscy... nawet ten waryat Kryspin... ten projektowicz niepoprawny... arogant... utopista... amerykański blagier!
- A zkądżeż wiesz o tćm? czy Kryspina widziałeś?
— A widziałem, niestety, widziałem... i ty go lada chwila zobaczysz, bo jedzic do ciebie.
— Jedzic?—zapytałem uradowany.
— Jedzic... jedzic — powtórzył z westchnieniem—tylko go patrzeć...
— A to wybornie!... cieszę się z jego przybycia... rezerwie nas trochę... lubię jego amerykańskie błagi.
— A ja go nie znoszę. . nic znoszę! — zawołał Pafnuś. — Toleruje go, bo muszę... traf zrządził żc graniczymy z sobą... ile razy go jednak słucham, wątroba mi się przewraca!
Trzeba ci wiedzieć, panie Janie, że pan Kryspin a Pafnuś, to dwa kontrasty zupełne, dwie ostateczności, które kaprys przeznaczenia osadził razem o miedze. Pafnuś mały a łysy, ruchliwy i jak ćwik purpurowy, dziwnie odbija od wysokiego Kryspina, ua którego łbie, osadzonym na długim jak tyka chmielowa korpusie, bieli się konopiasta grzywa, na kolnićrz prawie spadająca.
Kryspin nie cierpi kobiet, ślubował celibatowi i w całym jego dworze jednej białogłowy nic znajdziesz. Pafnuś, ożeniony od lat najmłodszych, jest najuleglcjszym służką swojej magniliki. Ona domem rządzi, ona organizuje służbę, wśród której, prócz starego tylko stróża, jednego mężczy zny na lekarstwo nic odszukasz.
Istnieje tćż od dawien dawna dziwny między dwoma tymi ludźmi anatagonizm. Pan Kryspin, mając pretensyą do wielkich rozumów,zwie Pafnucego głupim Pafnusiem; ten ostatni, przedrwiwa-jąco, mądrym go Kryspinem nazywa. Pićrwszy łźe czasami, drugi łapać go za słowa usiłuje. Tolerują się tylko wzajemnie i unikają także wzajemnie; gdy ich jednak los razem sprowadzi, nabawić się nimi można do woli.
Na sarnę myśl, żc Kryspin lada chwila miał przybyć, Pafnuś już spokojnie dosiedzićć nie mógł na miejscu; to bębnił palcami po stole, to chrzą-
---- 247 
kał niecierpliwy, to na zegarek spoglądał, to znów zrywał się z krzesła i biegał po pokoju, targając wąsików, które mu się pod spiczastym nosem cieniuchnym paskiem rysowały.
(Dokończenie nastąpi.)
Kronika tygodniowa.
l‘o świętach. — Handel przedświąteczny. — Jak się dzieje w pewnej okolicy kraju. — Święta zgoda. — Postęp. — Dziwny zwyczaj. — Nieszczęśliwi. — W mieście —„Poniedzial-kowanie." — Szkoła dla bon i dwa ciekawe fakta. — Strę-ezenie guwernantek.—Piękny projekt Wicku — Jeszcze o Mo-niuszee. — Stypendya bawełniane. — Koncert na oeiemnia-lych.
Warszawa odpoczywa... po walnej rozprawie z gromadami kiełbas, szynek, bab i mazurków. Echa świąteczne tu i owdzie przynoszą prze-brzmićwającc odgłosy. Tydzień poświątcczny jest jeszcze porą wzajemnych odwiedzin, które zbliżają serca, utrwalają węzły i... zabierają dużo czasu. Ale ponieważ taki zwyczaj i ponieważ powtarza się tylko raz do roku, więc trzeba mu oddać co się godzi, tćmbardzićj źe w wydatkach na „święcone” stajemy się z każdym rokiem oszczędniejsi.
Panowie cukiernicy mniej tym razem wypiekali ciasta, niż lat poprzednich, a i z tego, co wypiekli, dużo im podobno pozostało. Kupcy skarżą się, żc ruch przedświąteczny po sklepach był nad wyraz mały, a sądząc z rozprzedanych korzeni i przypraw, ogól widocznie spuścił z tonu i po-przcstajc na inalem. Wino idzie tylko na stoły ludzi bogatych; mniej zamożni wolą... Chateau de Kijak, lub spostrzegli, że warszawskie wina, o cudo! są produkcyą bardzo miejscową. A że my nie lubimy produkcyj miejscowych, począwszy od wiślanej wody, noszącej wszystkie ślady zafałszowania, więc i wino straciło pokup.
Po wsiach staremu zwyczajowi czyni się zadość bardzo uroczyście, bardziej nawet, niż kiedykolwiek, ale o wystawności nie myśli prawic nikt. Święcone odbywa sic w gronie rodziunem; przyjedzie najbliższy sąsiad, nadciągnie ktoś z miasta, ale to wszystko swoi, znają się dobrze, i nietylko siebie, ale swoje Kłopoty i bićdy. Tu i owdzie też u „pańskiego” stołu zawita „sąsiad” w siermiędze, ale dzieje się to tam tylko, gdzie załatwiona sprawa służebności przestała być kamieniem niezgody i gdzie między dworem a gromadą panuje stare, dobre braterstwo.
Wasz uniżony sługa miał szczęście znaleźć się w takim dworze... Pod jego dachem nie mieszka niechęć kastowa, ani żal po tćm, co jednym dało mienie, a drugim je uszczupliło. Dobrze z tem wszystkiem dzieje się obu stronom. Chłopek, po-czuwszy że jest posiadaczem własnego kawałka ziemi, zrozumiawszy, żc tylko pracą plon z niego wydobyć może, tak się tam ogniście jął pługa i kosy, tak serdecznie przywiązał do gleby, źe mu i nieurodzaj rady dać nic może, i obcy przybysz głowy nie zawróci, a własności nie wydrze. Już to nie jest ów gospodarz pańszczyźniany, lub wyrobnik na eudzem. Z biegiem czasu, a względnie bardzo szybko, z „clilopstwa” wyrabia się istotne „obywatelstwo.” W tćj okolicy, o której mówimy, karczmy, choć istnieją, stoją pustką, pijaństwo należy do historyi, a włościanie tak skwapliwie korzystają z każdej sposobności do zarobku, że dwory nic potrzebują obcego najemnika. Siły, zbywające od małych gospodarstw, spotrzebowują się na większych; nic nie ginie, nic sic nie marnuje. A przy takiej usilnej pracy, bardzo zresztą sumiennej, włościanie ciułają grosze i składają z nich setki rubli. Oszczędność jest tam dzisiaj ich przykazaniem ekouomieznem. A niech-no się rozejdzie wieść, żc ten lub ów „pan” sprzeda je kawał ziemi, wnet śpieszą z gotówką i radziby kupić za dobre pićniądze grunt, na który rozlakomili się do najwyższego stopnia.
W okolicy, o którćj piszemy, włościanie sporym krokiem idą naprzód. Po chatach porządek, a nawet względny komfort. Lampy naftowe i samo
wary nie są już tam dzisiaj zbyt wielką szczególnością. Ale oto mniejsza; ważniejszem jest, że i w trybie gospodarki zaszły zmiany na lepsze. Chłopek ciekawie uważa, co się dzieje na pań skiem; uważa i korzysta z każdej mclioracyi, lecz z rozmysłem, z rozwagą, z obliczeniem sil i skutków. Nie trzyma się tćż zdaleka od dworu—bynajmniej; szuka on tu rady i pomocy, wskazówki i bardzo często pociechy, (idy się waśnie o rzeczy namacalne skończyły (a chłopek nasz jest wielkim materyalistą), nie ma powodu boczyć się i udawać zagniewanego. Ufa swoim nadewszystko, a na obcych spogląda zezem; dla tych jest skrytym, podejrzliwym i w głębi duszy niechętnym. Wielce tćż pocieszającą jest rzeczą, że coraz staranniej rozważa stosunki gminne, coraz goręcej interesuje się sprawami gromady, biegiem sprawiedliwości i administracyi. Poczuwa się być kółkiem w machinie społecznej... Ale smutnem jest zato, że rad ze wsi uciekać do miasta po zarobek, a tam usiłuje nadewszystko zrzucić „chłopską” skórę; surdut jest dlań ideałem. Smieszućm to jest, niedorzecznem wielce, ale gdy włościanin robotnik za wysługę awansuje na karbowego, zaraz wykłada spodnie na buty i obcina poły swej kapoty.
Jeżeli w którćj rodzinie gotuje sie jakaś wyjątkowa uroczystość, wesele lub chrzciny, w zwyczaj weszło jechać do kościoła wypożyczonym powozem pańskim, i to w czwórkę. Oczywiście dwór towarzyszy orszakowi na wyraźne prośby, którym odmawiać się nic godzi. Jest-to zwyczaj nowy, bardzo niedawno urodzony, a zagadkę jego znaczenia i treści polecamy rozwiązaniu etnografów i moralistów...
W okolicy, tak szczęśliwej pod względem stosunków sąsiedzkich, są jednak i nieszczęśliwi, a do rzędu tych prześladowanych od losu należą: karczmarz, Żydck faktor i doradca pokątny. Karczmarz kinie swoje „powołanie,” które mu z głodu mrzeć każę; faktor narzeka, że chłopi ogromnie zmądrzeli i niema z nimi o czćm gadać;
doradca plącze na nieufność włościan, co spraw unikają, jak zarazy, ajeśli uniknąć ich nic mogą, proszą „pana,” aby im radził, obrońcę wskazał i procesu dopilnował.
Powiecie może, szanowni czytelnicy, źc opisuję tu krainę szczęśliwości, jeszcze niestworzoną? Nic—istnieje ona, jest taką, jaką ją przedstawiam, a wszystko to, co o nićj mówię, jest najzupełniejszą prawdą. Sądzę też, że to nie wyjątkowy za kątek kraju, że znalazłoby się takich więcćj, gdyby ich szukano, że tak samo byłoby wszędzie, gdyby obie strony zrozumiały, iż lepsza zgoda od niezgody, choćby ją ofiarami okupie przyszło. Tam zresztą, gdzie sprawa służebności została uregulowaną, wszędzie podrażnione przedtem sto simki przychodzą zwolna do stanu normalnego.
Wracamy do miasta...
Tu, po świątecznych libacyach, dosyć obfitych, rzemieślnik warszawski wyprawiał sobie suty odpoczynek w dni powszednie. Wszędzie po fabrykach słychać narzekania na „poniedziałki.” Zdawałoby się, że o robotników prosić trzeba i roboty przepłacać, a tymczasem śród klasy rzemieślniczej bićda aż piszczy. Zwyczaj poniedziałkowa uia jest dla niej nieszczęściem, zpod jarzma którego wyzwolić się nie chce. Niedzielę robotnik przepędza w gronie rodziny, ale nazajutrz odda je sie prawdziwej rozpuście z koleżkami, marnując całotygodniowy zarobek. Wraca najczęściej późno w nocy do domu pijany, rozszalały, gniewny, awanturniczy, mszczący się na żonie i dzieciach za własną lekkomyślność i marnotrawstwo. Tak bywa literalnie eotydzień, a po uroczystych świętach taka rozpusta trwa dni parę...
Po wsiach tego nićma. Tam rolnik śpieszy z pługiem w pole nazajutrz po święcie skwapliwie, wiedząc, że trzeba zorać i zasiać, aby plon zbićrać. Posiadanie własnego warstatu wytwórczego pozwoliło mu poznać tę prawdę jasno. Wić on doskonale, żc pracuje dla pogodniejszej przyszłości. Tymczasem rzemieślnik warszawski co-tydzień dorabia się nanowo i eotydzień wszystko traci. Oszczędności nie zna, pokrzepiającej umysł rozrywki nie pragnie i nie ma jćj nigdzie; szynk
jest dla niego wynagrodzeniem za krwawą prace, a jego zdrzćmanym instynktom wystarcza ono zupełnie. Smutne to, ale prawdziwe.
Przed kilku tygodniami wspomnieliśmy na tein miejscu o projekcie pani Al. R. założenia szkoły dla bon. Wówczas wskazaliśmy trudności, jakie urzeczywistnienie projektu tego napotkać musi; dzisiaj gotowiśmy popierać go gorąco. Jeżeli już bona ma być osobistością niezbędną w rodzinie zamożniejszej, owćm malum necessaraun, bez którego obyć się jej niepodobna, niechże to zle będzie najmniejsze.
(Kuryer warszawski notuje dwa niezmiernie ciekawe i pouczające, choć smutne fakta. Pierwszy odnosi się do guwernantki Francuski, drugi do bony, najrodowitszej Paryżanki. W pićrwszym wypadku cudzoziemska wychowawczyni powierzoną sobie dwunastoletnią dziewczynkę wtajemniczyła w cały przebieg skandalicznej miłostki i używała jej do tłumaczenia romansowych listów. Co do bony-Paryżanki, okradla ona swego chlebodawcę z listów zastawnych. Możemy od siebie dodać, żc znamy inne przypadki, w których, nawzajem, guwernantki-cudzoziemki ułatwiały młodziutkim wychowankom stosunki z obcą dla nich młodzieżą... zawiązywały je nawet umyślnie, bo to pozwalało ciągnąć niegodziwe zyski ze stron obu.
Otóż koniecznem jest pozbycie się takich „mistrzyń,” o których nic a nic niewiadomo, jakiemi zagnane kolejami burzliwego życia, raczą osiadać śród „barbarzyńców.” Wiadomo zato, że kantory, stręczące bony i guwernantki, o ich przeszłość bynajmniej się nie troszczą, a nawet dyskretnie umieją pokrywać pięknemi pozorami to, co może być najgorszem dla nich świadectwem. Możemy tćż oświadczyć troskliwym o czystą francuzczyznę rodzicom, iż w uaszćm mieście przed łaty paru istniał kantor podobny i że stręczenie guwernantek i bon było dla jego bytu niczćm więcej, jak tylko pretekstem... Kantor ten cieszył się wiełkiempowodzeniem i miał poparcie starych kawalerów
i wdowców. Ci ostatni nic wahali się powierzać córek... heterom. Byli jednak i tacy, co rckomeu-dacyą owego biura stręczeń brali w najlepszćj wierze, nie domyślając się, że za jego uczciwym pośrednictwem wnoszą bioto do czystego domowego ogniska.
Szkoła dla bon krajowego pochodzenia może istotnie złemu zaradzić chociaż wcześci, bo nigdy w całości. Fatalna niania uczenia dzieci obcych języków jest tu zaporą nie do zwalczenia. Nieroztropna matka, dbała o akcent paryski, odda na łaskę i niełaskę ladacznicy nieznanej własne dziecko, ale rozpacz ją ogarnie, jeżeli mu nie zapewni dobrej pronucyacyi. Choćbyśmy mieli najlepsze bony-Polki, przygotowane umiejętnie do obranego zawodu, znajdą one chleb w takich tylko rodzinach, w których sprawa wychowania nie jest czczą zabawką kaprysów mody i głupstwa, lecz twardym i rozumnie pojętym obowiązkiem. Niestety, rodzin takich mamy niewiele...
Wspomnieliśmy już o tem, żc koncert „Moniuszkowski” zbudził najsympatyczniejsze uczucia dla mistrza zgasłego w sercach tych wszystkich, którzy cieszyli się. zaszczytem jego znajomości. „Wiek,” zawsze skwapliwie popierający to, co ma na widoku spełnienie obowiązku społecznego, po koncercie tym w żywych barwach odmalował obecne smutne położenie wdowy po Moninszce i chorej jego córki. Przypomniał gorące chwile żalu po jego skonie... Wówczas tak z pozoru ochoczo rzucono się do zebrania funduszu, któryby zabezpieczył ich przyszłość. Niestety, słomiany ogień zgasł szybko, a fundusz zebrany przyniósł zaledzie tysiąc kilkaset rubli. Była to sumka po podziale między rodzinę wystarczająca na opędzenie zaledwie najpićrwszych wydatków, a między innemi i wydatku na grobowiec dla nieboszczyka—grobowiec, który powinien był stanąć kosztem grosza publicznego.
Dziś wdowa po Moniuszce cierpi niedostatek. Jest to dla nas wszystkich niezmiernie gorzki wyrzut niewdzięczności.
Otóż redakeya „Wieku” proponuje zebranie funduszu, którego odsetki zapewniłyby pani Mo-
Alboin, król Longobardów, zmusza małżłnkg swoję Rozamundę do picia z czaszki jćj ojca. (Zob. art. ua str. 255.)
(348'
Święcenie kołaczy na Podolu galicyjski Cm. Rysunek oryginalny E. Makarewicza. (Zob. artykuł ua str. 254.)
250
nistcryaluych. Jako fakt, do wyjaśnienia którego ma służyć ta hypoteza, przytaczają zaproponowanie jednemu z przywódców stronnictwa naro-dowo-liberaInego,Miquelowi,obecnemu burmistrzowi Frankfurtu, teki pruskiego ministra skarbu. Nordd. Alg. Ztg. zaprzecza jednak, ażeby Mique-łowi kiedykolwiek czyniono tę propozycyą.
Druga wersya ryzygnacj ą ks. Bismarka czyni manewrem, skierowanym wprost przeciw parlamentaryzmowi w Prusach i w Niemczech. Usuwając się wyłącznie na stanowisko kanclerza, ks. Bismark ma mieć plan zniesienia dzisiejszego kolegium ministeryalnego w Prusach i skupienia rządów w rękach jednej osoby, zajmującej tak górujące stanowisko, jak kanclerz w państwie nienneckiem, a zarazem wskrzesić rade stanu, która pod przewodnictwem królewicza następcy tronu pełniłaby pewne funkeye dzisiejszego uii-nisteryum pruskiego. Zmiany takie torowałyby drogę do faktycznego obalenia parlamentaryzmu w Niemczech i Prusiech.
Z domysłów tych drugi przynajmniej zdaje się zadaleko sięgać i być wytworem podniecającej wyobraźnie dziennikarską ciszy świątecznej.
W epoce tej ciszy, przy braku faktów politycznych większej doniosłości, podróż do Konstantynopola arcyksięcia Rudolfa, następcy" tronu au-stryackiego, nabiera donioślejszego znaczenia. Arcyksiążę wraz z małżonką opuścił Wiedeń w poniedziałek d. 14 b. ni., a nieobecność arcy-księztwa ma trwać dni 15. Zbytecznem byłoby" nadmieniać, że następca tronu uie przyjął na siebie załatwienia żadnej specyahiej misyi, ani w Stambule, ani w Bułgaryi, przez którą ma się udać w podróż powrotną, sam jednak fakt jego obecności w Carogrodzie i styczności osobistej z sułtanem, księciem bułgarskim i królem rumuńskim nie może pozostać bez pewnego oddziaływania na stosunki sąsiedzkie i międzynarodowe. Faktem to jest wiadomym i niejako w zakres etykiety wchodzącym, żc na przybycie takich gości układa się nietylko program przyjęcia i uroczystości powitalnych, pożegnalnych, oraz zabaw mających urozmaicić im pobyt, ale także przyśpiesza się załatwienie różnych spraw, na których załatwieniu im zależy. Tak n. p. w Konstantynopolu starano się przed przyjazdem arcyksię-cia Rudolfa załatwić i zapewne załatwiono ważną dla Austryi kwestya połączenia tureckich linij kolei żelaznych z austryackicmi. Na jakie inne sprawy i jaki wpływ wywrze podróż następcy tronu, o tem w tćj chwili snuć można tylko domy sły, a pewniejsze co do tego wskazówki później dopiero będą mogły się pojawić.
W Bułgaryi i wschodniej Rumelii rozpoczęto w tych czasach wielką agitacyą za połączeniem obu tych ksicztw w jedno państwo panbułgar-skie Ruch ogranicza się na zwoływaniu zgromadzeń indowych, które uchwalają rezolueye zawierające przedstawienia do mocarstw europejskich, ażeby zmieniły traktat berliński w duchu życzenia ludności i połączyły rozdzielonych Bułgarów. Mectingi takie odbywały się najprzód w Rumelii, a następnie w Bułgaryi, w tćj ostatniej nawet w samej stolicy Sofii, na dziedzińcu miejscowej katedry. Agitacya taka nie może mieć narazić faktycznych rezultatów. Mocarstwa nie będą modyfikowały tego co stanowi jeden z głównych i zasadniczych, warunków berlińskiego traktatu, dla zadowolcn.a demonstrujących mieszkańców bułgarskich miast i miasteczek. Zbyt ważne i doniosłe interesa się tu krzyżują, ażeby urzeczywistnienie tej myśli teraz już bez oporu nastąpić mogło. Mimo jednakże całej swojej bezsilności, agitacya tego rodzaju wywiera na stosunki międzynarodowe pewien wpływ drażniący. Strony" interesowane podejrzane są o sztuczne wywołanie tego ruchu, który zanadto stał się powszechnym, żeby nic miał być wywołanym przez dane hasło. Prasa wiedeńska, nawet czerpiąca natchnienie od rządu, przypuszcza iż hasło to wyszło z Rosyi.
Przypuszczenie to zdaje się być mylnem, albowiem, jak zapewnia Polit Corr., agent rosyjski w Sofii p. Kojander otrzymał rozkaz oświadczenia ks. Aleksandrowi, iż rząd rosyjski potępia
niuszkowćj i jej chorej córce utrzymanie. Niechaj się zbudzą dawne dobre chęci, niechaj sic urzeczywistni myśl piękna, niechaj się spełni obowiązek, bośmy spełnienia go zaniedbali!
Zaprawdę, tacy ludzie i tacy mistrze, tacy pieśniarze nie trafiają się często. Moniuszko, dzisiaj jeszcze nieceniony, jak należy, pozostanie w dziejach muzyki naszej po wszo czasy postacią wzniosłą, piękną, godną czci i wdzięczności gorącej. Cheićjcie wierzyć, że ten zdrój melodyj, jakie stworzył, wypłynął mu wprost z miłującego serca. Jak Mickiewicz, kochał on za miliony; pracował z tym zapałem, który sam w sobie jest dla artysty nagrodą najcenniejszą... innej też nie szuLał nigdy. Jego prostota, szczerość, radość na widok, talentów i prac młodego pokolenia, jego umysłowe wykształcenie, ukochanie wszystkiego co swojskie, skromność nadzwyczajna, usuwanie się z widowni życia, unikanie ostentacyi i oklasków czyniły go artystą wyjątkowym, a człowiekiem niepospolitym. Ztąd właśnie płynęły szkopuły codziennego życia, którym opędzać się nie umiał, ztąd niedola dzisiejsza jego wdowy... Ale wierzymy silnie, żc dla pamięci świętej o Moniuszce społeczeństwo nagrodzić jej to zechce...
Kiedy do wzniesienia jakiego budynku bierze sie rąk wiele, ochoczo a raźnie, robota idzie szybko. Tak samo i w tym przypadku. Dobra wola wystarczy przy poświęceniu ladajakiego datku. Niech się każdy postara o oszczędności kilkodniowe w wydatkach zbytkownych, a niejednej potrzebie społecznej oszczędność taka zaradzi.
Maleńka próbka...
Wspominaliśmy razy parę w karnawale o „bawełnianych wieczorkach.” Bawiono się na nich ochoczo, ale wyrzeczono się wystawnćj wieczerzy i sutych strojów. Postano -viono zato część zaoszczędzonego tym sposobem grosza ponieść na ofiarę dobra publicznego. I co powiecie... oto z owych skromnych wieczorków bawełnianych oszczędność wyniosła rs. 1,078, które stanowić będą fundusz stypendyainy i odsetkami opłacą wpis szkolny dla kilku uczniów.
A gdybyśmy tak chcieli zaoszczędzić coś na święconem, na wiosennych majówkach, na letnich wycieczkach, ua wystawnosci strojów spacerowych, na preferansie i wiśeiku, na tysiącu zresztą rozrywek i przyjemności — jakiżby z tego urósł fundusz piękny na pożytek ogółu!...
Zanim jednak wszyscy zrozumiemy potęgę oszczędzania, zanim potęga ta obowiązkowo pełnić zacznie funkcyą miłosierdzia i pomocy, odwołujemy się wprost do waszych poczciwych serc i polecamy im jutrzejszy koncert na rzecz Kasy wsparcia towarzystwa ociemniałych. Odbędzie się on przy współudziale najpierwszych sił artystycznych, ale usłyszycie na nim również i smutną muzykę tych nieszczęśliwych kalek, którzy was o poparcie dla siebie proszą.
St. M. Iłz.
Pnegląd. polityki zagranicznej.
17 kwietnia.
Komentarze do zamierzonej przez ks. Bismar-ka rezygnaeyi z ministerstw pruskich jeszcze się nie wyczerpały, owszem, przybyły do nich dwie nowe, dotychczas nieporuszanc wersye.
Według jednej z nich, krok ks. kanclerza jest tylko zręcznym manewrem parlamentarnym. Pragnie on wytworzyć w parlamencie niemieckim i sejmie pruskim nową większość, któraby mogła stawić czoło katolickiemu centrum i stronnictwu wolnomyślncmu. W tym celu ks. Bismark pragnie wytworzyć koalicyą posłów narodowo-libe-ralnych i zachowawczych, których zamierzak pozyskać przez ofiarowanie im w gabinecie tek mi-
tego rodzaju agitacyc i na żadne naruszenia traktatu berlińskiego nie dozwala.
Mectingi panbułgarskie przypadły w czasie, gdy kończą się pełnomocnictwa ks. Yogoridesa (Aleko baszy), jako wielkorządcy Wschodniej Ru-mclii, mianowanego przez Porte na lat 5. Mocarstwa podpisane na traktacie berlińskim mają glos przy" tćj noininacyi i oświadczyły się zgodnie za pozostawieniem Alcko-baszy na zajmowanym stanowisku, tylko łtosya wyraziła opinią przeciwną.
Przesilenie gabinetowe w Rumunii, o którem doniosły ostatnie telegramy przedświąteczne, skończyło się pozostaniem u steru rządu gabinetu Bratiana. Nieporozumienie z Izbą poszło ztąd, iż Bratiano żądał, aby Izba deputowanych przystąpiła odrazu do rozpraw szczegółowych nad artykułami projektu rewizyi konstytucyjnej, Izba zaś, na wniosek Itosctticgo, uchwaliła udlnć wprzód dyskusyą generalną, dającą pole do poruszenia kwestyj ogólnych i do ataków na rząd. To było powodem podania się do dymisyi gabinetu, do zmiany" ministeryum jednak nic przyszło, ponieważ senat jednogłośnie przyjął wniosek proszenia Bratiana, aby przy kierownictwie spraw nadal pozostał, a Izba deputowanych znaczną większością uchwaliła rotuin zaufania dla gabinetu. W skutek tego, Bratiano oświadczył w Izbie, iż po zapadły ch uchwałach król uzna! podanie się gabinetu do dy misyi za niebyłe.
Wieści o chorobie cesarza Wilhelma, Które przez chwilę zaczynały przybierać alarmujący charakter, zostały znacznie zmodyfikowane. Monarcha niemiecki był rzeczywiście słabym, było to jednak tylko następstwem lekkiego zaziębienia się, które nie mogło budzić poważnych obaw. Obecnie cesarz ma się już prawie zupełnie dobrze, może używać zwykłych przechadzek i zajmować się sprawami państwa.
W Egipcie skończyło się dość długie przesilenie ministeryalne, wywołane nieporozumieniami między rządem krajowym, a rezydentami angielskimi. Nubar-basza oświadczył, że nie może przyjmować odpowiedzialności za urzędników, którzy nominalnie są jego podwładnymi, a w rzeczywistości działają niezawiśle, kierując się tylko wskazówkami reprezentantów Anglii; z/tego więc powodu gabinet postanowił ustąpić, lub tćż żąda usunięcia podsekretarza stanu Cliiłorda Eloyda. Kedj w w tej sprawie stal po stronie Nubara baszy, a rząd angielski nie chcial się pozbywać z administracyi Egiptu zdolnego urzędnika, który tylko sprężystością i energią naraził się Nubarowi-baszy. Sprawa, po długiem ścieraniu się wzajemnych wpływów, zakończyła sie na teraz zgodnem porozumieniem. Obaj przeciwnicy pozostali na stanowiskach, ale podsekretarzom stanu polecono nie przekraczać nadał zakresu swej kompetcncyi. Według telegramów londyńskich, takie rozstrzygnięcie jest tylko odroczeniem, a nie załatw leniem przesilenia.
Operacya wojenna w Tonkinie postępuje z zegarkową punktualnością. W d. 12 b. m., stosownie do zapowiedzi poprzednich, Francuzi zajęli Honghoa. Nieprzyjaciel zupełnie ustąpił z miasta, którego część pozostawił w gruzach. Wzięcie tej twierdzy miało być zakończeniem wojny tonkińskiej i prowadzić bezpośrednio do zawarcia z Chinami traktatu, czyniącego zadosye żądaniom i interesom Francuzów. Czy rzeczywiście na tćm się wojna zakończy, o tćm dziś jeszcze decydować trudno, gdyż w Pekinie wybuchły niesnaski i bunty, dostojnicy winni opieszałości w dopomaganiu „czarnym Hagom” popadli w niełaskę i poskazywani zostali na śmierć lub surowe kary, być więc może jeszcze, iż prąd wojenny weźmie w państwie niebieskićm górę i nowe ztąd dla Francyi wywiążą się trudności.
251
MIŁOŚĆ w kilku typach. literackich.
Odczyt
Waleryi Marrene (Morzkowskiej), wi.iny dnia 5 marca r. b.. na korzySt? Towarzystwa rolnych.
(Dokończenie.)
Dotąd także pożądano lub wielbiono często bezzasadnie, dlatego tylko, żc wielbić pragniono, nie badając, czy wielbić było za co. Nowa Heloiza jest początkiem ery krytycznej. Kochankowie zaczynają zdawać sobie sprawę z rzeczywistych przymiotów istoty ukochanćj, kontrolować wrażenia, uderzenia serca.
Zdjęto tradycyjną zasłonę z oczu starożytnego Erosa, kazano mu patrzeć i sądzić. Jeśli zaś pierwsze kroki jego na tej nowej drodze grzeszą nadmiarem rozbieranych kwestyj, jeśli jak dziecię, wyzwolone z długoletnich więzów, buja zbytecznie, niemniej znamionuje to fazę nową zupełnie.
Miłość traci swój abstrakcyjny, średniowieczny charakter, rozwija się na tle szerokiem, wszech-ludzkićm, potrąca o wszystkie stosunki, analizuje, stara się marzenia zjednoczyć z rzeczywistością i jest tym sposobem w harmonii z nowożytne-mi kierunkami.
Pytania, jakie Rousseau porusza nieustannie na kartach Nowej Heloizy, streszczają niemal wszystkie wątpliwości nowożytnej etyki. Jaki jest stosunek miłości do obowiązku? Gdzie są granice jednej i drugiego? U ile małżeństwo, zawarte wbrew skłonności, może być szczęśliwe? A dalej: co może pocieszyć człowieka, który stracił najdroższe nadzieje? Co może wytrącić mu z ręki broń samobójczą? Nie mówimy już o wielu drobiazgowych kwcstyach społecznych, ekonomicznych, obyczajowycli i wychowawczych, które czynią z tej powieści istny traktat akcyi życiowćj.
Pytania te rozstrzygnął autor po swojemu, w sposób często niedość umotywowany, lub umo-tywauy tylko osobistą fantazyą, często nieodpowiedni naszym dzisiejszym pojęciom, co jednak nie zmniejsza jego zasługi, gdyż zasługą było nie rozstrzygnięcie, ale poruszenie niektórych zagadnień. Zagadnienia tc za jego sprawą weszły do literatury, zjednoczyły ją z rzeczywistością, stały się osią mnóstwa utworów, które rozwiązywały je w różny sposób, stosownie do idej panujących i osobistych przekonań autorów. Dość powiedzićć, żc do chwili obecnej zagadnienia tc zachowały prawo obywatelstwa w piśmiennictwie i stały się podwaliną jego olbrzymiego rozrostu.
Na tle każdego położenia, każdego charakteru, każdej warstwy społecznej, zagadnienia te formułują sic inaczej, inaczej rozwiązują. Ztąd niezmierna rozmaitość zjawisk psychicznych, nieznanych epokom wytwarzającym modły gotowe.
Od czasu Nowćj Heloizy ubiegliśmy wiele drogi, przyznać jednak niusimy, że stanowi ona punkt zwrotny w literaturze. Mieliśmy wiele dzieł znakomitych, wyższych nawet talentem, logiczniej pomyślanych i przeprowadzonych, lecz nie mieliśmy żadnego tej doniosłości, żadnego któreby tak odzwierciedliło dążenia niejednej przelotnej chwili, ale ealćj epoki.
Próżno też szukalibyśmy w nowszej literaturze utworu, mogącego służyć za kanon miłości dziewiętnastego stulecia, jak służyła jej w swoim czasie Nowa Heloiza. Wick nasz lamie się i nagina ku rozmaitym kierunkom, którym też odpowiadają rozmaite poetyczne i powieściowe typy. Zresztą postulaty uczuciowe, tak dzisiaj, jak dawniej, łączą się ściśle z tak zwaną kwestyą niewieścią i na niej opierają. Wzbudzane przez kobietę uczucia były i będą zawsze stosownemi do miejsca, jakie jej przyznano w społeczeństwie, a dotąd miejsce to jest nieokreślone.
Czy jednak ma ona być samodzielną pracownicą na niwie ogólnej, czy też, podporządkowana na każdem polu mężczyźnie, nie ustąpi już
z raz zdobytego stanowiska?.... Służy jej zaw’sze i wszędzie jeśli nie prawo bezwarunkowego wyboru, to przynajmniej prawo rozumowania i krytyki, jakie posiada bohaterka Nowej Heloizy. Bohaterka ta jest już towarzyszką i pomocnicą mężczyzny, w spolecznem tego wyrazu znaczeniu; dzierży ona berło domowe silną dłonią, miesza się do wszystkich kwestyj ekonoinicznćj czy filozoficznej natury i śmiało powiedzićć można, że nic ludzkiego obcóm jej nic jest. Posiada więc zasadnicze prawa, otwierające naoścież drogę przyszłości.
Od owćj chwili postąpiliśmy w aspiracyach i postulatach; kobiety zdobyły sobie w dziedzinie pracy i nauki pojedyncze posterunki, zdobyły równość praw cywilnych, nie posiadły jednak praw politycznych i pozostały odsunięte od wielu bardzo chlebodajnych zajęć. Co najważniejsze jednak, położenie ich nie zostało określone wyraźnie ani w przekonaniu ogółu, ani nawet w przekonaniu przodowników umysłowych. Niedziw więc, żc literatura obecna, wśród mnóstwa sprzecznych pojęć, wśród nieustalonych dążeń, nie może wytworzyć konkretnego typu miłości, jak go wydały minione epoki.
Gdybyśmy jednak typu tego szukali koniecznie, znaj dzietny go jedynie w literaturze bajronicznej, jaka zapanowała w pierwszej połowic tego stulecia i odezwała się potężnym dźwiękiem niemal we wszystkich znakomitszych poetycznych i powieściowych kreacyach.
O kierunku tym wypowiedziałam przed kilku laty odczyty: „Zrozpaczeni w literaturze,” które drukowane były w Tygodniku ilustrowanym. Nie chcąc się więc powtarzać, ua nie powołać sic muszę.
Poza utworami „zrozpaczonych,” miłość przedstawia się odmiennie w dziełach rozmaitych poetów i powieściopisarzy, ale żaden z nich nie zapanował tak ogólnie, by uważać go można za najdobitniejszy wyraz dzisiejszego czasu. Inaczej maluje miłość pani Sand, najbardziej zbliżająca się rozumowaniem i namiętnym kolorytem do pierwowzoru Nowćj Heloizy, inaczćj Wiktor Hugo, który ubóstwia jedynie wdzięk, skromność i bezbronność niewieścią; inaczćj znów powieściopisa-rze szkoły realistycznej, którzy, patrząc w życie i krćśląc obrazy wzięte z natury, wykazują dziełami swcini, jak nicdostatecznem, wobec wzmagającego się nacisku warunków życiowych, jest wychowanie kobiety, w różnych jej położeniach.
Tu zalotnica, wylęgła zc społecznego biota, rozsiewa wokoło siebie zbrodnie i upodlenie, staje sie plagą rodzin, plagą szczególniej najwyższych warstw towarzyskich. Owdzie mało rozwinięta żona i matka, pomimo zacności charakteru, staje się zgubą dla własnej rodziny. Tam znowu szlachetna kobieta, mogąca być przez sw oje dzielność, zacność, rozum głową rodziny, przygnieciona jest bezsilnością, spowodowaną podrzędnem w niej położeniem. Gdzieindziej młoda dziewczyna pada ofiarą złudzeń, starannie pielęgnowanych w7 wychowaniu niewieścićm, i tego serca, którego społeczeństwo od niej wymaga, a którego wybryki jednak karze z bezwzględną surowością.
Postacie te nałbżą do wszystkich bez wyjątku narodowości; rzucone na tla różnorodne, stanowią one nieprzebrane przedmioty studyów, bo wykazują rażące niedobory obecnego położenia.
Znajdujemy jc we wszystkich utworach pulsujących tętnem życia, bądź to przedstawione z punktu teoretycznego, bądź obserwacyjnego, a to stosownie do tego, czy autor stawia tendencyjne postulaty względem położenia kobiety i z nią związanych uczuć, czy też zapatruje się na nie obje-ktywnie.
Nacisk jednak na kwestyą niewieścią, ważniejszą może u nas, niż gdzieindziej, zpowodu trudniejszych warunków ekonomicznych, kładą szczególniej ci, co patrzą więcej w przyszłość, niż w przeszłość.
Streszczając uwagi, które mi nasunęły rozmaite przedstawienia jednego z najpotężniejszych,
jeśli nic najpotężniejszego uczucia, widzieliśmy jak się ono kształtuje wmiarę cywilizacyi, jak odbija w' literaturze wmiarę jćj rozwoju. Jeśli zaś są chwile, w których zdaje się ono zamierać i milknąć wobec innych doraźnych, niccierpią-cych zwłoki zagadnień, zanik ten jest więcej pozorny, niż rzeczywisty
Śmiejemy się dziś wprawdzie z przesadnych westchnień, z tkliwych serc i wyszukanych frazesów* zeszlowiecznych, jak śmiejemy się z pudrowanych Greków, Turków i Chińczyków teatru klasycznego. Forma jednak nie stanowi treści. Dziś, jak dawniej, ludzie kochają, walczą, cierpią, chociaż nieraz kryją uczucia swoje pod sceptycznym uśmiechem, zamiast chełpić się niemi i mićć je zawsze ua ustach. Dewiza zeszłego wieku i Nowćj Heloizy, czułość, czyli właściwiej czulo-stkowatość, ostatecznie ośmieszoną została, bo też nadużyto jej w tak straszny sposób, iż zupełnie przestała odpowiadać swemu znaczeniu.
1'rzekonaliśmy się, że nazwa ta jest po większej części etykietą, dobrą tylko dla łatwowiernych.
Dziś, jak dawniej, w społeczeństwie istnieje pe-wnasuma uczuć, świadczy o tem literatura, będąca coraz więcej zwierciadłem życia, świadczą często powtarzające się samobójstwa, morderstwa nawet, których motorem jest miłość, świadczy tysiące dramatów niemniej rozdzierających, chociaż nie objawiły sie gwaltowuemi czynami, które rozgrywają się w cisz} ścian domowych.
Jeśli więc miłość naszego stulecia nic znalazła swego literackiego wyrazu, nie idzie za tćm, ażeby istnieć przestała, lub też straciła cokolwiek ze swrnjćj siły; tylko wiek dziewiętnasty nie jest syntetycznym wiekiem, nie zdołał on dotąd wypowiedzieć się w miłości, jak w wielu innych rzeczach.
Wiek nasz, idąc za myślą swego poprzednika, dąży do jego celów różnolitemi drogami, pracując nad ich urzeczywistnieniem. Ku tym błogosławionym rezultatom zmierza ogromny ruch przemysłowy, zmierzają ciche prace uczonych, któ rzy coraz większemi zbogaeają nas skarbami.
Ci co badają prawa, rządzące zarówno mate-ryalnym, jak ekonomicznym światem, gromadzą dane, z których kiedyś wyłonią się może nowe ustawy i obyczaje, zgodne z nowożytnemi potrzebami.
Wówczas to zapewne ukształtuje sie typ miłości, równie potężny, równie odpowiedni epoce, jak tc, które nam przeszłość przekazała.
Zanim jednak nastąpi chwila ziszczenia wszystkich marzonych ideałów, nieraz wśród trudów, mąk, zawodów zwątpić przychodzi wiekowi naszemu o ich osiągnieniu, nieraz zbolały, przemawia słowami zniechęcenia i sceptycyzmu. Ale upadki te darowane mu być winny, bo jeśli kiedykolwiek potomność wzniesie wspaniały gmach cywilizacyi, zgodnej z aspiracyami obecnych czasów, odda sprawiedliwość temu wiekowi za to, źe niezraźony niczem rzucił jego podwaliny.
KALECTWA MOWY, przez I-i. £5. TX7".
II.
Wiadomo, żc wpływom obcym najpierwej i naj-latwiiy ulega słownik języka, czyli zasób jego wyrazów; następnie cierpią składnia i całe zwroty i wyrażenia, czyli frazeologia; najpóźniej zaś ulegają skażeniu odmiany, czyli część morfologiczna. Według tego samego prawa i język polski ulega wpływom rosyjskiego: ztąd w odmianach gramatycznych wyrazów dotąd jeszcze rusycyzmów niezbyt wicie, chociaż są już i tutaj, a sama ich obecność dowodzi, żc nastał już okres skażenia gramatyki naleciałościami tego rodzaju i źe wpływ ten rośnie i utrwala się stale, chociaż powoli.
Odkładając więc na później rzecz o rusycyzmach bardzićj złożonych w składni i całych wy-
252
rażeniach, w niniejszym artykule pragnę załatwić się z rusycyzmami w odmianach gramatycznych, jako przedmiotem krótszym, a ważniejszym.
Rusycyzmy w dcklinacyi, czyli przypadkowaniu, są najliczniejsze i najpospolitsze. Tak n. p. używanie i przypadkowanie na wzór jęz. rosyjskiego nazw miast, istniejących oddawna w odpowiedniej formie polskiej, jest rusycyzmem, który łatwo napotkać nietylko w adresach i korespon-dcncyach od redakcyj, a'e nawet w artykułach literackich i książkach. Czytamy więc: do Disny, w Ig linieniu, iv Polonnej, do lluwna i t. p , po polsku zaś te miasta noszą nazwy: Dzisna, lliumeń, Polonne (2 przyp. Połounego), Równe (2 p. Równego). Przy tćj sposobności niech mi wolno będzie wytknąć błąd przeciwny, a mianowicie upomnieć się o czystość tych nazwisk miast, z jcz. rosyjskiego wziętych, które bezzasadnie i bez po trzeby bywają tłumaczone, w całości lub częściowo, na język polski. Tak n. p. sądzę, że Nowomo-śkowsk nie może i nie powinien być Nowomosklen-skiem, a skoro już w nazwie miasta Niżnlj Nowgo-rod druga jej połowa ma w języku polskim historycznie uzasadnioną formę Nowogród (przez analogią z Wielkim Nowogrodem, który nawet pierwotnie i właściwie nazywał się Nowograd), zato niepotrzebnie i błędnie Niknij tłumaczymy7 przez Niższy, tem bardziej, źe w jcz. ros. częstokroć już sama ta pierwsza połowa jest imieniem własnem, przez skrócenie zamiast całości używanem: czy więc n. p. wyrażenia rosyjskie w Niżniem, do Niż-nieho i t. d. przetłumaczymy po polsku: w Niższym, do Niższego! Alaloby to kto zrozumiał; wypada raczej mówić: w Niżnim, do Niżniego, a nikt tu, jak mniemam, nie dojrzy skażenia języka polskiego, choćby7 zresztą w tym wypadku i dlatego, że wyraz niżni istnieje i w języku naszym (Szczawnica Niżnia); w innych zaś wypadkach niepotrzebne tłumaczenie byłoby przeinaczeniem nazwy.
Z drugiej strony mniemam także, iż nie należy przypadkowa?- tych wyrazów rosyjskich, jak n. p. nazw gazet, które, choć znaczeniem zbliżone, mają formę odmienną od odpowiednich wyrazów polskich, a więc nie mają po polsku w tćj formie żadnego znaczenia, dlatego ich przypadkowanie jest błędem. Czytamy jednak wszędzie: korespondent Strony, piszą do Golosu i t. d. zamiast czego, na powyższej zasadzie, proponowałbym mówić: korespondent gazety ^Struna" piszą do dziennika „Gołos,” Moskiewskie „ ITiedomostl” podają i t. p. Co innego, gdy nazwy rosyjskie nic różnią się niczćm od polskich formą, wtedy' odmieniają się jak wszystkie inne, n. p. Odeskic-go Telegrafu, Ruskiego Kuryera, Wieku i t. d.
Dalej napotykamy dosyć często rusycyzm w 7 przyp. nazw miast czysto polskich, a mianowicie e zam. u w zakończonych miękko, jak np. w Dobrzynie i w7 Bolesławiu (zam. w Dobrzyniu, w Bolesławiu-, ten ostatni wyraz, jako nazwa miasta, odmienia sic Bolesławia, jak Zasław, Kraslaw—Za-sławia, Kraslawia i t. d.j. Podobne błędy w 7 przyp. domie i synie (zam. domu i synu) nie trafiają się jeszcze w druku, lecz słychać je często.
Następnie, w rzeczownikach pospolitych, najpowszechniejszym rusycyzmem jest przyp. 4 licz, mnogiej od rzeczowników żeńskich, nijakich i męz-kich nieosobowych, równający się przypadkowi 2, jak w jcz. rosyjskim, gdy po polsku, jak wiadomo, w tych wszystkich przypadek 4 równa sie 1. Słyszymy więc i czytamy codzień: mam psów, trzyma koni, spotkał wilków, a jest to tak pospoli-tćm, że błędy te należą może raczej do solccy-zmów, czyli właściwości gwary niepoprawnej; ale też bezwątpicnia wiciu piszących popełnia ów błąd przez zapatrywanie sic na język rosyjski, gdzie używanie przyp. 2 zam. 4 wc wszystkich bez wyjątku rzeczownikach żywotnych jest stałem prawidłem. Tak czytamy w dziennikach naszych: uczono dziewcząt-, spotkałem kobiet, niosących pakunki i t. p. Nadużywanie zakończenia < w 1 przyp. licz, mnogiej w formie osobowej takich rzeczowników, szczególniej obcych, które wskutek koniecznego w jęz. polskim fonetycznego zmiękczenia spółgłosek przed i lub zastępczem y, zmieniają kształt swój do niepoznauia i dlatego, jak mniemam, powinny być raczćj używane z zakoń-
czeniem owić—i to także nadużycie, bardzo powszechne, można, poczęści, uważać za rusycyzm, za bezwiedne częstokroć naśladowanie jęz. rosyjskiego, .w którym zakończenie i jest jedynćm, gdyż zakończenie owie zaginęło całkowicie. Tu więc należą n. p. tomy-.filolodzy, inspektorzy, zam. filologowie, inspektorowie-, znalazłem nawet formę wrodzy zam. wrogowie, od czysto polsk. rzeczownika wróg.
Rusycyzm w 1 przyp. licz. mn. rzeczowników żeńskich miękko zakończonych, a mianowicie zakończenie i, y zam. e — błąd pospolity na Litwie, u nas trafia się rzadziej; znalazłem jednak w druku: dwie świecy i obie stolicy. Zresztą może to byc uważanem także za archaizm, jak wnosić wolno z ułamka przechowanej w kronikach starodawnej pieśni ludowej: „Witold idzie po ulicy, za nim niosą dwie szabUcy."
Tak pospolity u nas błąd w używaniu 4 przyp. '/<> zam. je, gdy mowa o rodzaju nijakim, poczęści musi być także rusycyzmem, gdyż po rosyjsku zaimek odpowiedni naszemu ji wcale nie istnieje i zamiast niego używany bywa zawsze rodzaj męzki. Tak n. p. czytamy w jednym z tygodni ków: „pochwycił zwierzątko i zaniósł go do domu.”
Najpowszechniejszym, a bardzo ważnym rusycyzmem jest zaniedbanie stopniowania przymiotników i zastępowanie go omówieniem, przy pomocy przysłówków więcej, bardziej i t. d. — niewątpliwie na wzór jęz. rosyjskiego, w którym stopniowanie prawie zupełnie zaginęło, a omówienia przysłówkowe przeważają. O tym błędzie pisałem już dawniej; gdy jednak poprawy nie w.dać, owszem, zagłada stopniowania staje się coraz zupełniejszą (mało kto nie napisałby „więcej zupełną?), uważam za stosowne wytknąć raz jeszcze tu dobrowolne ubożenie form języka. Oto w najświeższych czasopismach i książkach znajduje takie przykłady: wiadomość silniej przyjemna, więcej wydajne pokłady, staje się to bardziej dogo-dnem, osoba więcej skłonna do otyłości i t. p.
Że piszący zapatrują sic pod tym względem na wzory rosyjskie, dow7odem jest także ta ciekawa okoliczność, iż niektórym z literatów, widocznie wskutek bezwiednej walki pomiędzy rodzimą prawidłowością i naśladownictwem, zdarza sic niekiedy dodawać owe oznaczające omówienie przysłówki więcej, bardziej nawet do samego stopnia wyższego, zkąd powstaje zbyteczny całkiem pleonazm. Takn. p. znajduję w tłumaczeniu jednego z dzieł historycznych: „nic więcej nirsjn-a-wiedliwszcgo, jak te pogłoski o otruciu papieża.”
W ezasowaniu czyli konjugacyi najpospolitszym rusycyzmem, na który nikt dotąd nie zwrócił uwagi, jest pow tarzanie bez potrzeby zaimków osobowych./a, ty, on i t. d. przy formach słowa, które u nas, dzięki Bogu, nie straciły jeszcze zakończeń, wyraźnie oznaczających osoby, tak źe dodawanie owych zaimków, z wyjątkiem wymagań szczególnego nacisku, porównania, uwydatnienia lub przeciwstawienia, jest rzeczą całkiem zbyteczną. Nie wspominam już o tćm, bo rzecz ta należy do wyższćj gramatyki, że w7 zakończeniach osobowych słowa tkwią już i same zaimki osobowe. W naszym więc języku, podobnie jak w greckim i łacińskim, zaimki są niepotrzebne; przeciwnie, są niezbędne w takich językach, które utraciły wiele zakończeń, a ztąd często bez zaimka trudnoby było domyśleć się, o której osobie mowa. Tu należą n p. języki romańskie, jak francuski, włoski i t. p., a także język niemiecki, angielski, poczęści zaś (zwłaszcza w czasie przeszłym) rosyjski.
Błędnym więc jest n. p. taki frazes, który znajduję w jednem z najnowszych dzieł historycznych: „wszyscy autorowie zgadzają się ua to, iż on kur-sa akademickie odbył w Krakow ie” i wnet po tem: „oświadcza, źe on nie będzie odpowiadał przed sądem, gdyż jest klientem Zamojskich i Firlejów, pod których opieką on zostajc.” (Pierwsze on byłoby na miejscu, gdyby ktoś mówił nie o sobie, lecz o kim innym, drugie zaś zawsze zbyteczne). Albo w czasopismach: „ty nie chcesz używać przyjemności, które wy z bratem sobie przygotowaliście;” „y« widzę, źe ty zaszedłeś zadaleko” i t. p.
Różnica zakończeń osobowego męzk. li od ly w 3 osobie licz. mnog. czasu przeszłego jest cechą języka polskiego, nicnapotykaną, o ile mi wiadomo, w żadnym innym języku. Otóż niektórzy literaci ehcą pozbawić nasze mowę tej cechy, oczywiście na wzór jęz. rosyjskiego — powiadam literaci, gdyż w mowie ustnej niewykształconej, zwłaszcza ua Litwie, błąd ten panuje oddawna. Tak n. p. czytam: narody zginęliby, dzieci poszli i t. d.
Zubożenie czasu przeszłego, na w zór rosyjski, wprowadza się także powoli i do naszej mowy. 1 tu wyznać potrzeba, iż błędy podobne częstsze są w mowie ustnej, niż w druku; trafiają się jednak w7 czasopismach takie wyrażenia, jak: my przyszli, wy zapomnieli i t. d. Wiadomo że n. p. przyszedł, to tylko imiesłów i że do czasu przeszłego, pierwotnie złożonego, potrzeba jeszcze słowa posiłkowego, które z biegiem czasu w jęz. polskim przeszło w zakończenie osobowe (przyszedł jeśm=przyszedlem), w jęz. rosyjskim zaś zostało całkowicie opuszczone.
Na zakończenie dodani uwagę, że badacze pa-tologji językowej mieliby mnićj do roboty, a większa część icli nawoływań byłaby zbyteczną, gdyby rodzice chcieli ostrzegać i poprawiać swe dzieci, źle po polsku mówiące. A iłu to czyni u nas? Iluż dba o naukę domową języka ojczystego? Ważna to zaprawdę kwestya, ale tak jakoś się składa, że mogę ją tu poruszyć jedynie kilkoma powyższemi słowy i dwoma przytoczoncini pytaniami, na które odpowiedź choć truchę pocieszającą oby nam przyniosła przyszłość. Niewszyscy rodzice są sami biegli w mowie ojczystej-—to prawda; ale bez obawy przesady można utrzymywać śmiało, żc dziś jeszcze wszyscy rodzice mówią po polsku lepiej, niż ich dzieci.
Kronika paryska.
Kosmopolityzm Paryża.—“Wystawa międzynarodowa artystów.—Oratorymn Gounoda. — Poezye tragiczne,” p. Le-conte dc Lisie.—Nowości teatralne.
Najwybitniejszą z cech obecnego Paryża jest to, żc niema już żadnej. Z biegiem czasu, z napływem cudzoziemców, z szerzeniem się sceptycyzmu, Paryż wyzuł się z wszelkiej indywidualności. Niema miasta pod słońcem, któreby miało mnićj miejscowych zwyczajów, obchodów, cere-monij. Chcąc dogodzić wszystkim, zostawić każdemu swobodę działania, Paryż ma 365 dni w roku zupełnie do siebie podobnych. Bezwątpienia jest to dogodnem, ale odejmuje społecznemu badaczowi wszelką możliwość postawienia wytycznych punktów. Niema gdzie przyczepić swoich obrazków i studyów. Gdzieindziej narodowe rocznice, święta religijne, wywołują żywsze pułsacye publicznego życia: tutaj niema tego śladu. Pary-żanie nie mają ani naszej n lgild, ani naszego święconego. Wymazawszy religijne daty ze swego życia, wymazali także i przywiązane do nich tradycye. Dawniej istniał karnawał, istniał śro-dopost, istniała także ta słynna przejażdżka na Longchamps w dzień wielkopiątkowy, przejażdżka ustalająca mody. Obecnie coniedzicla są wyścigi na Longchamps i dosyć się tam mód napatrzeć można. Nikt jednak o wielki piątek się nie troszczy.
Jest to tryumf kosmopolityzmu, nie przeczymy, ale nie można powiedzieć, aby się to przyczyniało do urozmaicenia, do ubarwienia życia tych, co stale okolicznościami do paryskiego bruku są przykuci.
Rzecz dziwna jednak: kościoły są pełne. Wprawdzie żywioł kobićcy stanowi w nich wyłączną prawie publiczność, ale słynni kaznodzieje gromadzą czasem około kazalnicy i mężczyzn. Moda raczćj, aniżeli rozbudzone uczucia religijne, zwabia w poście liczną publiczność. Stało się rzcezą dobrego tonu, rzeczą dystynkcyi, uczęszczać do kościoła. W ten sposób wyższe stany towarzyskie manifestują swoje opozycyą przeciw ateistycznej rzeczypospolitćj, a ei wszyscy, którzy chcą
253
nadać sobie pozór należenia do smńiianki towarzystwa, idą w ich ślady. Byłoby jednak najzupełniejszym błędem przypuszczać, że Paryż obecny rozbudza w sobie duch religijny. Dość słyszeć publiczność wychodzącą z kazań ojca Mousa-brć, albo ojca Feliksa, aby zrozumieć, jak mało jest ona zdolną wznieść się do jakiejkolwiek duchowej syntezy. Jest tu dla psychologa, badają-jącego ustrój moralny społeczeństwa, ciekawe i nauczające pole do spostrzeżeń.
Jeżeli wszakże Paryż traci resztki pobożności, to coraz więcej wyrabia sobie cześć dla plastycznego piękna. Zamiłowanie sztuk jest tak szerokie i tak głębokie, że nic można mu sie wydzi-wić. Na każdej wystawie artystycznćj znajdują się tłumy, a wystaw mnóstwo.
Najciekawsza obecnie jest wystawa stowarzyszenia kilkunastu artystów francuskich i cudzoziemców, którzy już poraź drugi z utworami swe-ini występują przed publicznością w sali p. Petit. Jest to prawdziwa biesiada dla oczu. Żałujemy że p. Chełmoński, który dawniej na tćj międzynarodowej wystawie uczestniczył, tą rażą się z niej usunął. Azaliż niema już ukraińskich koni i uprzęży? Azaliż jego paleta, stale dotąd do jednego i tego samego typu zaprzęgnięta, na nowe wejśćby miała szlaki i zanim to odrodzenie nastąpi, skupia się sama w sobie? Życzyćby tego można, ale zdaje się nam to nader mało prawdopodobne.
Tryumfatorem na tych międzynarodowych harcach jest belgijski malarz, p. Alfred Stevens. Słyną! on dotychczas z odtwarzania delikatnych typów kobiecych. Odziewał je z wykwintnym smakiem we wszystkie pieśeidelka i odgadywał tę newrozęl na którą cierpią chronicznie. Były to malowidła kunsztowne, ale brakło im szerokiego polotu. Mimowolnie żałowało się, że taki mistrz nie wzbił się w inne, wyższe strefy. Stało się to teraz. Alfred Stevens nie opuścił wprawdzie ko-
bićty, ale postawił ją wobec natury. Wśród natury wybrał odrazu najpotężniejszą jćj kartę: ocean. Są morskie krajobrazy Stevensa nicprzcdstawia-jące nic. prócz nieba i wody, rzadkiemi żaglami statków dalekich upstrzonej, które zaliczamy do arcydzieł. Wśród tych obrazów jest jeden, któremu się dość napatrzeć nie można. Na werandzie, w' portowćm mieście, siedzi śliczna kobićta i chłopczyk, patrząc na morze, na daleki horyzont, gdzie odpływa statek parowy: oto wszystko. Ale jest tam cały dramat, cały poemat żalu, rozłąki, cala delikatna psycholog czna scena, której urokowi oprzeć się nie można. Garść obrazów Stevensa postawiła go uiczaprzcczonie pośród mistrzów spólczcsnych.
A znajduje ich trzech conajmniej jako spólza-woduików pomiędzy francuskimi malarzami. Ca-zin jaśnieje kilku krajobrazami, pełnemi prostoty, bez najmniejszego pohopu do dekoracyjnych efektów, o palecie przejrzystej, w słońcu lipeo-wćm rozkochany; Bastien-Lcpage, który, dzięki niebu, zaniedbuje już swój naturalizm, ale z wla-ściwem sobie zuchwalstwem rzuca się na tony pełne wiosennej świćźości, a błyszczy w portrecie, zarówno jak w krajobrazie; Carolus-Duran, zdumiewający blaskiem, znalazł obecnie jasno-włosy model, który obwiesza eon amore we wspaniałe materyc, w złoto i purpurę i maluje go we wszystkich możliwych i niemożliwych pozach. Istna rozkosz dla oka, otumanionego światłem, harmonią i obfitością motywów.
Zpośród innych nie godzi się zapomnieć Wiocha Pisani, który w małych obrazkach pokazuje szeroką metodę, i hiszpańskiego artystę, pana Esijuizina, który nieświadomie może, ale niezawodnie odtwarza obrazy Fortuny’ego.
W sferze muzykalnej było nam dane w ubiegłym tygodniu znajdować się na rzadkiej uroczystości. W olbrzymiej sali Trocadero dano poraź pierwszy i pono poraź jedyny, wielkie oratoryum Gounoda. Oratoryum to, ofiarowane przez kompozytora królowej WL.toryi, było wykonane w Birminghamie, na muzycznym festiealu w roku zeszłym. Paryż nie miał nadziei usłyszeć go tak prędko. Ale Albani i Faure, tych dwoje gwiazd na horyzoncie śpiewu, ofiarowali autorowi swe
uslugi, konserwa tory um dało swoje chóry i swoję orkiestrę i całość potężnego utworu urzeczywistniła się pierwej, niż się spodziewać tego było można
Gounod napisał libretto i muzykę do tego oratoryum w Rzymie przed kilkunastu laty; odtąd przerobi! je i dopełnił. Obecnie staje jako skończone dzieło i o ile to być może doskonale.
W prologu jesteśmy świadkami chaosu i świata wyłaniającego się z takowego. Chór niebiański, który kończy ten prolog, zapowiada przyjście Zbawiciela. Pierwsza część, która nam odtwarza dramat Golgoty, obfituje wr sceny genialne. Gdyby uczynić zależało pomiędzy niemi wybór, wyróżnilibyśmy chór na Kalwaryi, gdzie dzikość tłumu zbezczeszczającego Chrystusa oddana jest w sposób wyrazisty. Jęki Maryi pod krzyżem, przy akompaniamencie harf, wyciskają Izy z najobojętniejszych oczu. Druga część: Odkupienie, ma finał, malujący wejście Chrystusa do niebios, finał takiej podniosłości i tragicznej wzniosłości, że wszystko coby się w7 tym przedmiocie powiedzieć chcialo, nie byłoby na wysokości genialnej intuicyi poety-muzyka. Trzecia część: Zesłanie Ducha A-yo, ma w sobie idyliczny śpiew na glos sopranowy, który jest bczwątpicnia jednym z klejnotów muzyki nowoczesnej.
Albani, śpiewaczka pierwszorzędna, chociaż mniej sympatyczna, niż przypuszczają ci, co jej śpiewu nie znają, odpowiedziała oczekiwaniom, a Faure i Rozyna Bloch wywołali prawdziwy en-tuzyazm.
Oratoryum to, któremu nawet nie można zrobić zarzutu monotonności, zwykłej w utworach tego rodzaju, jest bez wątpienia najwyźszem wcieleniem, najdoskonalszą formą natchnienia religijnego w postaci muzyki, a Gounod złożył w niem nowy dowód, że bez piawdziwośei uczuć niepodobna stworzyć niczego prawdziwie wielkiego.
Przedstawienie danem było i urządzonem przez
unią międzynarodową kompozytorów. Był to pierwszy festival i nie można go było poważniejszym utworem i wyższą indywidualnością jak Gounoda rozpocząć. Następne popisy stanowić będą jeżeli nie oratorya takiego nastroju, to w każdym razie konipozycye nowe, świadczące o rozwoju i kierunku dzisiejszej muzyki.
W rzędzie poetów francuskich miejsce całkiem odrębne zajmuje Lccontc dc Lisie. Wysoki polot jego muzy i rodzaj namaszczenia kapłańskiego może chyba być postawiony obok Wiktora Hugo. Forma jego jest najwyższej czystości, a wykończenie mistrzowskie każdego drobiazgu każę go uważać za artystę plastycznego. Leconte dc Lisie jest zbyt, atycki, zbyt rozkochany w starogreckich wzorach, aby mógł kiedykolwiek na popularność rachować. Sam archaizm językowy, w którym sobie podoba, przyczynia sic do tego, że tylko wysoce wykształcone umysły mogą się w jego śpiewach lubować. Mimo tego ciągłego szybowania w obłokach, jeden zbiór jego utworów, Lespoesies larbares, jest znany każdemu, kto kiedykolwiek zaznajomić sic pragnął z arcydziełami spólczcsnej francuskiej poezyi. Nićma nagrody dla takiego poety. We Francyi, tak samo jak gdzieindziej, wieńczą skronie poety laurami i otaczają go dymem kadzideł, ale dziel jego nie czytają, a raczej nie kupują. Leconte dc Lisie, ten olbrzym, ta potęga, wejść musi prędzej czy później do Akademii francuskiej, pomiędzy czterdziestu nieśmiertelnych. Poezye jego dają mu do tego wszelkie prawo.
Nowy ich tom mamy przed sobą. Nazyw’a jc poeta: „Poezye tragiczne.” Nigdy natchnienie nie bujało wyżej, nigdy forma nie była bardziej wyszukaną. Ci co się skarżą na ubóstwo francuskiego języka, powinni studyować utwory Leconte de Lisle’a. Przekonają się z nich, że nietylko mowa i składnia francuska posiadają giętkość, o jakićj im się nie śniło, ale żc w słowniku francuskim znajduje się mnóstwo starych, a wskrzeszenia godnych wyrazów. Poezye jego robią wrażenie starego zielnika, gdzie zpomiędzy zźółklych kart wionie zapach przejmujący zasuszonych i w pyl się rozsypujących kwiatów i trawek. Trudno oprzeć się temu wrażeniu.
Sezon teatralny kończy się mniej śwuetnie, niż się rozpoczął. Ani jeden istotnie wyższy utwór dramatyczny nie pojawił się. na scenie. Wiele te atrów' nie wić, jak dociągnąć do letniego sezonu. Publiczność nie daje się już brać na wędkę bezczelnych reklam i sztuki, które dawniej byłyby wywołały zapal niezaprzeczony, nie mogą dojść do tych stu przedstawień, które stanowią obowiązkową cyfrę i kryteryum powodzenia. Autorzy skarżą się, że publiczność jest coraz trudniejszą do bawienia, a widzowie są zdania, że pisarze stracili święty ogień młodości i zapału. Sądzimy, że jedni i drudzy mają słuszność, i gdybyśmy, zbliżając się do końca naszćj pogadanki, nie obawiali się zwykłych jej ram przekroczyć, powiedzielibyśmy, zkąd ten upadek sztuki dramatycznej francuskiej pochodzi. Obecnie ograniczymy się do kilku drobnych wiadomości.
Dwie wesołe sztuczki na scenach Yarietćs i Pa-lais-Royalu, pod tytułem La Flamboyantc i Train de plaisir, mają na celu pokazać, że nie zginęła jeszcze zupełnie owa tradycyonalna wesołość francuska. Nie są to jednak komedye, ale po-prostu farsy dość dziwaczne, pełne gorączkowej fantazyi i rozkiełznanego humoru. Gdy się nie jest porwanym odrazu w ten wir szalony, zachowuje sic wrażenie, jakie dom waryatów wywołać może. W pierwszej z tych fars kapitan okrętu la Flamboyante jest przedmiotem zabawnych ąui pro quo, które wszystkie biorą swe źródło w tej okoliczności, że zamiast żeglować, opuszczał tylko swą żonę i świekrę, dając nurka w samym Paryżu. W drugiej towarzyszymy komicznej wyprawie do Monaco małych mieszczan paryskich i nie możemy zliczyć najrozmaitszych przygód, które się im przytrafiły Niema jednak w żadnej z tych sztuk tego wysokiego komizmu, jaki posiada! repertuar Labichc a i kilku jego spółza-wodników.
Rachowano wiele w teatrze Porte St. Martin
na nową sztukę, w której Sarah Bernhardt dusiła, mordowała, topiła sie i t. d. Ale znakomita artystka przerachowala się z wlasnemi silami. Ciągle ua wyłomie, a raczej na scenie, bez dnia odpoczynku, czuje że jej gwałtem odpoczynku potrzeba, ażeby nie stracić do reszty owego polotu, którym słynie. Publiczność, przywykła do jej tours de jorce, okazuje rodzaj zdziwienia, dowiadując się że ta elastyczna natura, żęto cacko, którćm się bawić przywykła, uzuajo się za strudzone, że żąda odpoczynku. Kto wić zresztą, czy do niego przyjdzie i czy zamiast szukać wiejskiej ustroni, ekscentryczna artystka nic wystąpi jednego z tych dni w niespodzianej jakiej roli.
Teatr Odeonu przygotowuje widowisko, które będzie także swego rodzaju niespodzianką. Wznawia dramat Dumasa ojca Antoni/. Dramat ten romantyczny, który stworzył całą szkołę nowoczesną francuską, nic był już grany od lat czterdziestu. Przeniesie on nas w inną zupełnie epokę i postawi wTobec ideałów bajronicznych. Nic niema dalszego od obecnej godziny, jak przedostatnie--powiedziano to już dawno. „Antony” będzie tedy śmiałą próbą, o której nie omieszkamy pomówić w przyszłej pogadance naszćj.
Pisanki czyli kraszanki wielkanocne.
Najbardziej w całym świecie słowiańskim rozpowszechnionym symbolem wielkonocuym jest jaje, uważane pierwotnie jako godło odrodzenia się przyrody na wiosnę, wyzwolenia się. ziemi z zimy i mrozu, a z biegiem czasu i pod wpływem innych pojęć przeobrażone na chrześciańskie godło zmartwychwstania.
W odmłodzonej na wiosnę przyrodzie ziemia i woda wykluwają się zpod zlodowaciałej skorupy zimowej, pękającej pod wpływem ciepłych promieni słonecznych.
Ztąd owa symboliczna barwa jaj czerwonych, czyli tak zwanych kraszanek, mająca zapewne oznaczać jaskrawy blask wschodzącego słońca na wiosnę, w przeciwstawieniu do jaj białych, niby
254
jak słońce do śniegu, czyli jak wiosna do zimy. I jakby dla odmalowania całej młodzieńczej potęgi słońca, jako głównego czynnika budzącego do życia ziemie i wodę, krąży dotąd w Czechach ludowe podanie, że słońce w niedzielę Wielkanocną trzy razy o wschodzie podskakuje (1). Na Pokuciu przez całą noc w Wielką sobotę palą ognie kolo cerkwi; toż samo czynią jeszcze w Lu-neburskiem po wsiach, w pierwsze i drugie święto Wielkanocne (2). Jest to prawdopodobnie pozostałością dawnej czci słońca, którego panowanie wraz z wiosną się rozpoczynało.
Co się tyczy kraszanek, to prócz koloru czerwonego, spostrzegamy różne odmiany w ich ubarwianiu. I tak na Białorusi farbują je na czerwono i ua żółto, w ziemi dobrzyńskiej na czerwono, żółto i zielono, na Ukrainie robią pisanki przyozdobione misternie w różne wzory, które powtarzają się zwykle i na wyszyciach u koszul (3). W tak zwanej ziemi czerskiej w królestwie, mają także pisanki, a piszą po nich żelazkiem podobnćm do igły, zmaczanem w rozpuszczonym zasklepia, to jest w wosku, potem farbują je w brazylii na czarno i w cebułaku na żółto, a wzory zasklepcm napisane bialemi pozostają. Ta odmiana kolorów musi też mieć symboliczne swoje zastosowanie do rozmaitości barw wiosennych, następującej po jednostajnej białości zimy.
Na Białorusi, na Ukrainie, jakoteż w całej Ro-syi jest w użyciu między ludem tłuczenie jaj na Wielkanoc, co znowu uważać należy jako symboliczne przypomnienie ziemi, wykluwającej się na wiosnę zpod skorupy śniegowej. Sąsiadzi, spo-tkawszy się z sobą, lub tćż przyszedłszy w odwiedziny, wydobywają czerwone jaje i mówiąc: Chry-stos woskres! uderzają je noskami jedno o drugie. Kto komu jaje stłucze, ten ma prawo stłuczone zabrać na własność i idzie dalćj w zapasy z innymi, dopóki ktoś nawzajem go nie zwycięży. W ziemi dobrzyńskiej istnieje ten sam zwyczaj (4), jakoteż w Pradze, gdzie lud czeski wychodzi w poniedziałek wielkanocny za miasto na cmentarz cmauski i tam chłopaki tłuką między sobą czerwone jaja.
Skorupy jaj farbowanych mają także swoje znaczenie. W Krakowskicm, we wsi Wola Filipowska, wyrzucają je za chałupę i do ogródka, w tćm przekonaniu, że w pićrwszym razie urośnie z tego macierzanka, a w drugim bukszpan. W Galicyi wschodniej Rusini ciskają je do wody dla llaehmanina, to jest dla władcy duchów nieboszczyków, i święcą potćm dzień dwudziesty, który się nazywa Rachmański Wclykdcń. Dwudziestego dnia bowiem skorupy dopływają do krainy Rachmanów, a wówczas i tam jest święto. (5) Na Ukrainie krąży to same podanie i skorupy jaj wielkanocnych tak samo rzucają do wody; część zaś zakopują do ziemi, aby była urodzajną.
I nietylko u ludu jaje czerwone gra dotąd tak wielką rolę; wszędzie, gdzie cenią i zachowują stare tradycye, jest ono nieodłączną cząstką każdej zastawy wielkanocnej. W pierwszych wiekach chrześciańskich, baranek na sucho pieczony i szafranowe placki z rodzynkami stanowiły główną treść święconego; aż nastały zezasem różne dowolne dodatki, które powoli przeszły w ogólne prawidło. W domach przodków naszych już nic-tylko jaje, ale każda część święconego miała własność szczególną. Powiada Rej, (6) „żewdzień wielkanocny kto jaja święconego nie jć, a kiełbasy dla węża, chrzanu dla płoch, jarząbka dla więzienia, już zły chrześcianin.”
Jaka zaś w owych czasach była obfitość zastawy i jakie zbytki bajeczne, o tem możemy powziąć wyobrażenie z listu Mikołaja Pszonki, za
(1)	Hanasz Bajcslovny Kalendar.
(2)	Tamże.
(3)	Zapiski et nogi'. Edwarda Kulikow.-.kiet>o, w Zbiorze wiadomości do antropologii krtijonćj, wydanie Akademii krakowskiej, t. III r. 1S70.
(4)	Aleksander Petrow, Lud ziemi dobrzyńskiej, w Zbiorze- wiadomości do antropologii krajowej, wyd. Akademii krak. t 11 1878 r.
(5)	Kirkor, Pokucie.
Postylla P. |> 5.
panowania Zygmunta Augusta, do żony pisanego. (1) Znajdujemy tam bowiem szczegółowy opis święconego, które miał wyprawić w Krakowie bogaty mieszczanin Cbrohcrski, podejmując hetmana Tarnowskiego, u którego Pszonka był dworzaninem.
Otóż na środku pokoju stał stół okrągły, dębowy, przy którym sto osób zmieścić się mogło, przykryty dużym obrusem, na krzyż zeszytym. Na sześciu wspaniałych misach srebrnych były ndjce wieprzowe wędzone, na drugich sześciu prosięta i kiełbasy, najmniej po cztery łokcie długie, pachnące, koloru kokosowego ciemnego, przystrojone rzędami jaj święconych, w przeróżnych kolorach malowanych, a najwięcej na rakowe. Mięsiwo miało cudną powlokę z tłuszczu, w różową barwę wpadającą. Pomiędzy misami stały figury z ciasta przedniego, wyobrażające różne zabawne historyjki. Na przykład Poncyusz Piłat wyjmował Mahometowi kiełbasę z kieszeni, co miało być satyrą ua Żydów i Turków, że wieprzowiny nie jadają. Na środku stołu stał baranek z masła, wielkości naturalnej, z oczami brylanto-wemi, rozmiaru orzechów laskowych. Kołacze, placki, mączniki otaczały jeden ogromny kołacz, który był owalowy i od którego rozchodziła się cudna woń różnych przypraw, grubości zaś miał dwie piędzie i osiem łokci cyrlcumferencyey. Po brzegach dokoła figurki z ciasta przedstawiały dwunastu apostołów, a wśród nich rudy Judasz odznaczał się pocieszną postawą. Na środku kołacza stal Pan Jezus z chorągiewką, a nad głową Jego unosił się anioł na druciku od szabaśnika izdebnego, (2) nieznacznie przytwierdzony, tak żc się zdawało, że bujał w powietrzu, a z ust wychodziła mu kartka, na której stały słowa; „Re-surrcxit sicut di.\it, Alleluja!” Był jeszcze placek mający naśrodku sadzawkę z miodu białego, z którćj wyglądały rybki i nimfy kąpiące się, a Kupido, stojąc na brzegu, strzelał do nich z luku, lecz zamiast w serce, „to im, bezecnik, Panie odpuść,” mierzył w śliczne oczka, które zasłaniały sobie od wstydu. W placku serowym było sera ze trzy kamienic, miodu tyleż i przypraw różnych bez liku.
Cztery wielkie kruże starego miodu stały na tacach srebrnych wyzlacanych, otoczone wyzła-canemi czarami, przytćm łódeczki srćbrne z kon-fektami wszelkich owoców krajowych, jakoteż gąsiorki z winem w pozłacanych koszykach.
Ponieważ działo się to w poniedziałek wielkanocny, przeto podług zwyczaju przyszły żaki z oracyami, a jeden z nich, ubrany za Piłata, miał brodę z konopi i brwi z mchu Brzozowego. „Głodomory te — powiada Pszonka — strasznie się oblizowaly na widok święconego i każdy z nich dostał po garnuszku miodu praśnego, po pół łokcia kiełbasy i po kromie udżca wieprzowego.”
Z następnego stulecia, prawdopodobnie z czasów Władysława IV, jest także ciekawy opis święconego, (3; które miał wyprawić ks. Sapieha w dobrach swoich Dereczynie, w Slonimskiem, w gub. grodzieńskiej.
Na samym środku stal baranek, wyobrażający Agnus Dci, z chorągiewką, calutki z pistacyj, który-to specyał dawano tylko damom, senatorom i duchownym. Były cztery przeogromne dziki, w calku upieczone, niby cztery pory roku wyobrażające, a każdy nadziany był szynkami, kiełbasą i prosiętami. Dalćj, jakby dwanaście miesięcy, stało dwanaście jeleni, mających złote rogi i nadzianych różną zwierzyną, jako zającami, cietrzewiami, dropiami i pardwami. Dokoła stał szereg ciast sążnistych, placków, mazurów, źmujdzkich, pierogów, liczbą do pięćdziesięciu dwóch tygodni zastosowany, a wszystkie lakalui wysadzane. Za niemi znajdowało się 365 babek i 8,760 pisanek, to jest tyle, ile jest dni i godzin w roku, a pisanki były odornowane //owsami i ui-skrypeyami, tak że niejeden więcćj czytał, aniżeli jadł.
(1)	Tygodnik wileński, 18s2 r. n 10.
(2)	Pająk nazywano dawniej Bzabaśnikiein.
(3)	Gołębiowski, Lud polski, zc ttarego kalendarza poznańskiego.
Co do Inbendy, zachowano takiż porządek, gdyż w owych czasach zastosowanie symboliczne pór roku, miesięcy, dni i tygodni było w modzie nawet w budowaniu domów i urządzaniu ogrodów. I tak cztery puhary stały z winem od króla Stefana; dalej dwanaście konewek srebrnych z winem od króla Zygmunta; pięćdziesiąt dwie baryłki srebrne z winem cypryjskiem, hiszpań-skićm i włoskiem, dalej 365 gąsiorków z winem węgierskićm i nareszcie 8,760 kwart miodu dla służby dworskiej.
Stefania Ulanowska. (ł)
Święcenie kołaczy w święta Wielkanocy, na Podolu galicyjskićm.
Kur picjc poraź drugi, a równocześnie przeciągły klekot kołatek przerywa ciszę nocną. Glosy te budzą nawet pogrążonych we śnie mieszkańców wsi podolskiej; tu i owdzie ukazują sic światełka w oknach nizkich chat. Wrota zagród razwraz skrzypią, a z nich wysuwają się postacie to ciemne, to jasne i zdążają w kierunku, zkąd głos kołatek dochodzi.
Od cerkiewki nizkićj, drewnianej, która wśród wsi na wzgórku zasiadła, bije światło daleką luną przez okna i drzwi otwarte.
Ku temu światłu suną się te postacie, napełnia się niemi wnętrze świątyni, a gdy ciasny budynek nic może już pomieścić napływających, oblegają dokoła drewniane ściany i przyciskają się do nich, by chociaż w ten sposób uczestniczyć w nabożeństwie, które w tej chwili we wnętrzu się odbywa. Słychać ciche pacierze, często pokłony i śpiew źałośny, płaczliwy. Wtem jeden, dwa, kilka głosów donioślejszych, głosów zdziwienia czy uciechy, przerywa dotychczasową cisze. Okrzyk wesela brzmi z piersi wszystkich zebranych i przedziera się nazewnątrz radosnemi słowy: „Chrystos woskres!” Powtarzają go głosy zebranych pod cerkwią, pochwyciły go dzwony i niosą dalćj, coraz dalej.
Na odgłos dzwonów śpieszą z calćj wsi pozostali jeszcze w chatach mężczyźni i kobićty, młodzi i starzy, niosąc, a raczej dźwigając na plecach pozawijane w białe obrusy paschy (kołacze), to niecki, cebrzyki lub kosze, pełne mięsiwa i innego jadła, na święta wedle zwyczaju w wielkiej obfitości przygotowanego. Wszyscy zbićrają się wokoło cerkwi, ustawiają się w rzędy, kładą na ziemi przed siebie przyniesione kosze i oczekują, wyjścia procesyi, która z kapłanem na czele w drzwiach cerkwi wnet się pojawia.
Liczne światła płoną (gdyż każdy włościanin kupuje na ten dzień uroczysty dla siebie świćce woskową) i dodają calćj uroczystości, odbywają-cćj się wśród ciszy nocnćj, niezwykłego uroku.
Gdzieniegdzie przypada rczurckcya aż o wsoho-dzie słońca, zwłaszcza tam, gdzie na kilka cerkiewek, na kilka wiosek tylko jeden jest kapłan.
Wtedy skromna kopulka blaszana cerkwi błyszczy, lśnią się złocone krzyże na chorągwiach na cudownym obrazie Maski Boskiej, którą dzićwj czeta niosą, srebrzy się biały ornat dusz pasterza, a na tle tęczowych kolorów chustek, w które dziewczęta się pozawijaly, odbijają białe zawoje mężatek, zwane „pcrcmitkami,” także „rąbkami.” Mężczyźni, otuleni w długie kożuchy białe, zdobne wyszycianii z włóczki różnokolorowej, inni ubrani w ciemne sieraki, a wszystko, owiane różowemi promieńmi wschodzącego słońca, wspaniały widok przedstawia.
Glos dzwonów i śpićw rozlega siew powietrzu, głowy pochylają sic, a kapłan, idąc wzdłuż rzędów, kropi wodą święconą te wszystkie cebry, niecki i kosze, które prócz szynek, kiełbas, zwy-
(1) Autorka artykułu tegę piszc jeszcze w dalszym ciągu o oblewaniu wodą, czyli taić zwanym Auiyusie; o chodzeniu z traczykiem, to jest barankiem drewnianym; o railmmiiy u Białorusinów; wreszcie o hallkach, zabawie rozpowsze-ehuionćj w Galicyi wsehodnićy. Część tę atoli jćj pracy pominąć jesteśmy7 zmuszeni.
(1'rzypisek redakcyi)
255
kłych kołaczy przeplatanych i placków z serem, powinny, wedle zwyczaju tradycyą ukwieconego, zawierać: masło, ser, kilkanaście jaj gotowanych obranych i topkę soli, a wszystko ubrane barwinkiem, po który dzićwczęta jeszcze w Wielki Piątek do lasu idą.
Biedniejsi przynoszą same tylko paschę, bez której żaden dom na Kusi w święta Wielkanocy obejść się nie może.
Pascha ta, to ogromny bochenek, zwykle z ćwierci korca mąki pszennej upieczony i ozdobiony różnemi obwarzankami, gałkami i krzyżykami, które z tego samego ciasta na wierzchu się umieszczają.
Przy pieczeniu paschy zasiania każda gospodyni starannie piec w około prześcieradłami, ażeby żadne zlc oko, a zwłaszcza męzk ic, nie podpatrzyło roboty.
Ody pascha z pieca, który zwykle w tym celu musi być rozwalony, ma być wyjęta, zbiera się rada familijna, a nawet sąsiadki przybiegają popatrzeć na nią i dowiedzieć sic wyroczni, która na tem polega: uda sic pascha, to znaczy wypiecze się doskonale—zły znak, a nawet przepowiednia śmierci na rok bieżący dla któregoś z członków rodziny. Nie uda się, zapadną się wierzch .ub boki—powszechna radość, wróżba pomyślności dla całego domu na rok bieżący.
Gdy już uroczystość święcenia skończyła się, niosą święcone do domu, a wślad za niem wszyscy z cerkwi powracają i zabićrają się do śniadania, dzieląc sic najpierw jajem, przyczem wzajemne życzenia sobie składają.
Paschę kładą na stół przykryty obrusem i pozostaje ona nienaruszoną tam przez cały tydzień. Dopiero w przewodnią niedzielę kraje ją gospodarz i obdziela nią czeladź.
J. E. Makarewicz.
Ty mą ostatnią będziesz miłością Na ziemi!
Kiedy tęsknota zacięży głazem Nad sercem,
Idę na góry, okryte kwietnym Kobiercem,
Gdzie mnie nikt, oprócz drzew zamyślonych Nic widzi,
Gdzie nikt z poety marzeń szalonych Nie szydzi.
1 tylko słońce, jak Bóg litosne, Bezsenne,
Błogosławieństwo rzuca mi swoje Promienne;
Tylko duch ciszy skrzydły srebrnemi Ulata,
Wtórząc marzeniom cudownem echem Z za świata...
^Potworny roszlsaz.
(Zob. rycinę na str. 248).
epoce walk olbrzymich, zwanych w bi-storyi „wędrówkami narodów," plemiona Longobardów i Gcpidów ruszyły również z siedzib swoich nad brzegami Cisy i z gór Panonii ku południowi, przekroczyły Dunaj i zbliżały sic coraz bardzićj ku Adryatykowi. Powstałe między niemi zatargi zakończyła roku 566 naszćj ery krwawa bitwa, w której sam królGepidów, Knnimund, utracił życie. Zwycięzki król Longobardów, Al-boin, ówczesnym zwyczajem, z czaszki pokonanego wroga kazał sporządzić pubar, a piękną córkę jego, liozamundę, przemocą pojął za żonę. Zalawszy potem hordami swojeini część Włoch, utworzył tam państwo Longobardów, ze stolicą w Pawii.
Upojony tryumfem, na biesiadzie odbytćj w jednym z zamków pod Weroną, kazał podać ów puliar z czaszki Kunimunda i puściwszy go koleją, zmusił wkońcu obecną przy uczcie królową do spełnienia zeń toastu. Scenę tę przedstawia nasz drzeworyt.
Rozaiuunda, wiedząc że op„r byłby daremny, wykonała rozkaz, lecz jednocześnie nienawistnemu małżonkowi poprzysięgła zemstę. W zmowie z kilku niezadowolonymi rycerzami, uwiązawszy miecz Alboina w pochwie, jednego wieczora wpuściła sprzysieżonych do komnaty śpiącego króla. Pozbawiony miecza, mimo rozpaczliwej obrony, legł przeszyty dzidami, a Rozamunda z pomocnikami swymi uszła do Rawenny, gdzie wkrótce zmarła.
Potężnych mistizów penzla, czy pióra, Czem sztuka,
Gdy świat różany w lodowisk szyby Zapuka
I wyprowadzi niby świat nowy Z odmętów,
Skalom na czoła rzucając wieńce Z dyamentów?
Lub gdy nad modrą kędyś topieią Jeziora
Zapada zwolna mgła lazurowa Wieczora
1 srebrny księżyc wypływa z gajów Zacienia,
Rzucając wkoło czar nieodparty Marzenia?
Albo gdy nagle burza się zerwie Rycząca
1 z gór w doliny tysiąc strumieni Postrąca;
Gdyr pierś dyszącą opasze wstęgą Z płomieni
1 hymn zniszczenia rozegrzmi gromem W przestrzeni?
W GÓRACH.
O jak cię kocham, ty boska matko Przyrodo!
Jak jesteś zawsze cudownie piękną I młodą!
Ciebie najpierwćj wielbiłamusty Spiewncmi,
Miejcie wy sobie zamki i grody, O możni!
Miejcie z granitu zimne świątynie, Pobożni!
Mnie puszcza rajem, a wśród was życie Pustynią...
Mnie szmaragdowe sklepienie boru Świątynią!
A kiedy wzrok mój sen już ostatni Zamroczy,
Wy mi nie sypcie ciężkich grud ziemi Na oczy!
Wy mnie nic nieście w tę smutną grotę Podziemną!
Lecz niech się niebo uśmiecha złote Nademną!
U stoku góry, pod białą brzozą Dziewiczą,
Niechaj ostatnią usłyszę piosnkę Słowiczą!
1 w obłok leśnych wmieszany woni Ulotny,
Niech się ku Stwórcy duch mój uniesie Samotny!
Marya Jiartusówna.
Na fundusz wieczysty imienia ś. p. ignacego boczylińskiego. M. Godebska z Paryża rs. 75; Z. Strumiłło i M. Suszyńska rs. 20; L. Bramińska rs. 10; rażeni rs. 105. Ogółem z poprzednio złożonemi ofiarami rs. 1,195 k. 50 i 20 marek.
Na kościół w ekaterynburgu. J. Szydłów ski rs. 1; Ł. Opacki rs. 1; kop, 60; G. Bercźni-cki rs. 1; W. Krzyżański rs. 3; Koniński rs. 1; L. J. Groza rs. 2; F. Chorzowski rs. 3; Stawiskie r. k. duchowieństwo rs. 3; H. Opacki rs. 1; D. Ruszczycki rs. 1; P. Paczkowski rs. 1; J. Chrzciciel rs. 1; J. Smoleński rs. 1; Dobrzyniecki rs. 1, Udy mowski rs. 1; Mikulski rs. 2; Chmielewski rs. 3; Siekierski rs. 2; J. Nowiński rs. 1; J.Linsenbarth rs. 1; dr Skorupski rs. 1; J. Wyszyński rs. 2; A. Zakrzewski rs. 3; P. Antoszkiewicz rs. 1; B. Czarnecki kop. 50; K. Skrzyński rs. 1; J. Tnmanow-ski kop. 50; A. Parchomenko rs. 1; bezimiennie rs. 5; Turowski rs. 1; J. Wiszniewski rs. 1; M. Kubański kop. 50; Burzyński rs. 1; Rebczyński rs. 1; sidorowicz rs. 1; J. Bunicwicz kop. 50; oti-cya liści folwarku Sewerynówki rs. 5; J. K. O. rs. 1; W. O. rs. 1.
Korespondeucya od redakcyi.
Panu 1. L. w Warszawie. W jerszyk ładny, drukować go jednak nie możemj, bo prócz tego, że ładny, nic więcej. Kadzilibyśmy szanownemu panu przy okazyi zmienić pseudonim, należący do kogo innego, a znany już zaszczytnie w literaturze,
Panu M. P. Imiona własne rodowe, w rodzaju mezkim zakończone na «, n. p. Za-rtsca, Zaręba, mają rodzaj żeński: ZawiszipKi, Zaręliina, albo: Zaioiszanka, Zarętnanla.
Panu W. L. w Warszawie. Kościoły, szanowny panie, to nasze palladium narodowe. Obecnie zresztą pomieszczamy je dosyć rzadko. Daj nam pan takie warunki zewnętrzne, jakie posiadaja pisma ilustrowane zagraniczne, a niezawodnie iin dorównamy.
Na pomnik Batorego. Kółko Polaków w Kijowie z pobudki p. L. J. rs. 12 kop. 25.
Na pomnik dla sarbiewskiego. S. K. rs. 1U; B. L. rs. 1; L Z. rs. 1; Zofia R. rs. 1; razem ze zlożonemi poprzednio rs. 88 kop. 50.
WMAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Na wystawie ornitologicznej w Wieoniu powszechne budzi zajęcie grupa, złożona z 35-ciu umiejętnie preparowanych orłów, pochodząca z muzeum hr. Dzieduszyckiego we Lwowie,
— Henryk Ibsen, autor słynnego dramatu „Nora,” grywanego i na scenie warszawskiej, bawiąc czasowo w Rzymie, pracuje teraz nad nowym utworem, w którym wystąpić ma jako pedagog dramatyczny, roztrząsając nowożytne wychowanie płci niewieściej. Postacią główną w dziele poety duńskiego jest młoda dziewica, która, posiadając wszelkie kwalifikacye zostania kiedyś w małżeństwie drugą Norą, przez zastosowanie zdrowych zasad wychowawczych i przez miłość, zostaje wyleczoną z chorobliwych swych zachcianek.
— W teatrze narodowym w Pradze czeskiej odegrano z wielkiem powodzeniem operę Fibicha „Narzeczoną z Mcssyny,” trzymaną w stylu Wagnerowskim. Libretto do niej skreślił Ilostinsky, stosując się wiernie do wzoru Schillera.
— Oryginał słynnej Madonny loretańskiej Rafaela znaleziono świeżo w muzeum llyćres. Na początku bieżącego stulecia, podczas okupacyi francuskiej, obraz ten znikł z Loreto bez śladu, a do Paryża przywieziono tylko jego kopią. Odszukane obecnie malowidło mistrza z Urbino ma 1 metr 20 cent, wysokości, a 90 cent, szerokości. Madonna pochyla sic nad posianiem swego syna, podnosząc okrywającą Go zasłonę, a Boskie dziecię wyciąga ku niej rączyuy. Za Najświętszą dziewicą stoi św. Jozef, oparty na lasce.
— Stuletnia rocznicę urodzin znakomitego kompozytora bpohra obchodzono d. 5 kwietnia r. b. uroczyście w Kassel, gdzie zmarły długo był kapelmistrzem nadwornym. Po odbytem ua cmentarzu miejscowym nabożeństwie, uwieńczono pomnik mistrza, wieczorem zaś przedstawiono w teatrze operę jego „Jessonuc.”
25G
— Świat polski w zabytkach sztuki. Pod tym.tytułem wychodzić będzie w Krakowie comiesiąc arkusz, zawierający rysunki okazów sztuki naszej, ubiorów ludowych, dawniejszych i nowszych, ze wszystkich pro-wincyj polskich, zabytków architektonicznych i t. p. Wydawnictwem tem zajmują się uczniowie miejscowej szkoły sztuk pięknych, pod kierunkiem prof. Luszcz-kiewicza. Cena egzemplarza wynosi centów 30, z kolorowaniem 50. Arkusz pierwszy, z kilkunastu rysunkami, już sie pojawił. Myśl szczęśliwa, zasługująca ze wszech miar na poparcie.
— Odbyte w Krakowie trzy przedstawienia żywych obrazów z powieści Sienkiewicza „Ogniem i mieczem,” na korzyść Domu pracy, zostającego pod kierunkiem sióstr miłosierdzia na Ka-źmirzu, przyniosły, jak donosi „Czas,” czystego dochodu 2,152 złr. 35 centów. Księżna Marcelina Czartoryska, protektorka rzeczo-nęgo zakładu, wyraża zarazem szczerą swą wdzięczność tym wszystkim, którzy do przedstawienia obrazów w czćmkol wiek się przyczynili.
— Stowarzyszenie sztuk pięknych w Poznaniu zostału zawiązane 11 marca r. b. i liczy na początek wcale poważną już cyfrę270 członków, obu narodowości. Do zarządu należą, między innymi, August hr. Cieszkowski i adwokat Jażdżewski. Składka roczna wynosi 6 marek. Towarzystwo jeszcze w roku bieżącym urządzi wystawę dawnych i nowszych dzieł sztuki, będących w posiadaniu prywatnem; w przyszłości zaś zamierza uorganizowae także odczyty, a nadto szczególną swą opieką otoczyć sztukę zastosowaną do przemysłu, oraz czuwać nad zachowaniem pomników i zabytków budownictwa. Wiadomość to czerpiemy z pisma niemieckiego „Zeit-schrift fur bildende Kunst.” Oby tylko okoliczności i wpływy zewnętrzne nie zwichnęły pięknego założenia!...
— Katedrę poznańską ozdobić mayvkrótcc wspaniały pomnik arcybiskupa Przyłuskicgo, wykonany w marmurze kararyjskim przez Oskara Sosnowskiego w Rzymie. Przy tej sposobności p. Antoni Przyłuski, synowice arcypastcrza, podarował do zbiorów Towarzystwa przyjaciół nauk popiersie marmurowe swego stryja, dłuta tegoż samego znakomitego rzeźbiarza. Donosi o tćm „Dziennik poznański.”
— W dodatku do pisma czeskiego p. t. „Komeński," wychodzącego w Ołomuńcu, znajdujemy artykuł: „Listy o stosunkach pedagogicznych polskich,” podpisany pseudonymem Polonofil. Autor przytacza w nim zdanie p. Zygmunta Sawczyńskiego, prezesa Towarzystwa pedagogicznego we Lwowie, o egzaminach wstępnych w szkołach początkowych, a kończy wzmianką o wychodzącćm od
Zabawa w pisanki. Rysunek oryginalny Falata. t35O) (Zob. artykuł na str. 253.)
nowego roku szkolnego w Kołomyi piśmie pol-skićm wycbowawczem „Głos nauczycielski,” oraz o odbytym niedawno we Lwowie walnym zjeździć pedagogów rusińskieb. Całość sprawozdania trzymana jest w tonie dla nas sympatycznym.
— Poezya nasza do najodleglejszych nawet kresów Słowiańszczyzny toruje sobie drogę. Oto w ostatnim numerze wychodzącego w Budyszy-nie miesięcznika p. t. „Łużyca,” czytamy miedzy innemi przekład jednego z sonetów krymskich Mickiewicza, „Ajudabu,” dokonany przez Jakuba Ciszyńskiego. Redaktorem i wydawcą tego pisma jest znany literat łużycki, Ernest Milka.
— Obrazy mistrza Matejki, mianowicie „Werny-hora,” „Kazanie Skargi” i dwa portrety—jak donosi „Dziennik poznański”—w pierwszych dniach maja nadejdą do Poznania i wystawione będą prawdopodobnie w pałacu Działyńskicb.
— Przeciwstawieniem wystawy podbiegunowej prof. Dybowskiego, będzie wystawa podzwrotnikowa Stefana Rogozińskiego, którą, jak sic dowiaduje „Słowo,” wkrótce ujrzeć ma Warszawa. Jeżeli zapowiedź ta się sprawdzi, to wątpić nie można, że zbiór okazów przyrody i przemysłu plemion afrykańskich, zgromadzony przez młodego podróżnika naszego, równie żywo zainteresuje publiczność tutejszą, jak niedawno podobny zbiór z Kamczatki i wysp Komandorskich.
— Pismo monachijskie „Das Ausland" wydrukowało dość obszerne i pochlebne bardzo sprawozdanie z odczytów prof. Benedykta Dybowskiego o położeniu eko-nomicznćm wysp Komandorskich i półwyspu kam-czackiego, mianycb na o-gólnćm zebraniu Towarzystwa geograficznego w Petersburgu. My ze swej strony dodajemy, że odczyty te pomieszczone będą po rosyjsku w wydawnictwach Towarzystwa, po polsku zaś w warszawskim „Wszech-ś wiecie.”
— Olbrzymi obraz malarza francuskiego Girona, ucznia C a ban e la, zatytułowany „Dwie siostry,” wystawiony jest obecnie w Berlinie. Krytyka miejscowa, oddając sprawiedliwość technice mistrza, zarzuca mu jeduak słusznie nicustosunkowanie rozmiarów dzieła do pospolitej dosyć treści, wziętćj z bruku paryskiego. Przed kościołem Św. Magdaleny poczciwa jakaś rodzina rzemieślnicza: ojciec zsiekierą i małćm dzieckiem na ręku, obok matki prowadzącej dwoje starszych—spotyka wytwornie ubraną damę, rozpartą w powozie. Kobieta poznaje w niej swoję siostrę, która widocznie zbytek ten okupiła upadkiem. Oburzona rzemicślniczka robi ręką gest najwyższćj pogardy, a przechodnie szydercze, piętnujące spojrzenia zwracają ku zmieszanej grzesznicy. Wrażenie całości ma być imponujące, ale szkoda takiego wysił
ku pracy i talentu na przedmiot, który równie dobrze, a może nawet lepiej, wydałby się w ra mach rozmiaru skromniejszego.
— Zamkniętą już obecnie wystawę powszechną w Kalkucie, od 5 grudnia r. z. do 4 marca r. b., zwiedziło 817,000 osób, przccięciowo dziennie po 9,000, a zatem znacznie więcej, niż podobne wystawy w Sydney i Melbourne.
— Czytelnia akademicka we Lwowie przpsłała nam sprawozdanie ze Swych czynności w roku 1883/4. Nie mogąc tu wchodzić w szczegóły, nadmieniamy tylko, że w roku ubiegłym, staraniem zarządu, powstały w łonie Czytelni: chór akademicki, kółko muzyczne i klub zdrowia, oraz źe zebrano fundusz na wynagradzanie najlepszych rozpraw. Wieczorki pamiątkowe odbyto w rocznice śmierci Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego. Na teatr polski w Poznaniu zebrano złr. 200. Z końcem roku sprawozdawczego remanent gotowizną wynosił złr. 306 ct. 49 */z; fundusz żelazny zlr. 856 ct. 45; fundusz konkursowy złr. 67 ct. 29. Członków honorowych stowarzyszenie liczyło 53; członków założycieli 28; członków wspierających 10; członków zwyczajnych 189, z których, niestety, 48 zalega w opłacie.
Wydawcy Gebethner i Wolff. — Redaktor L Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
; AoaBOjeno HenaypoD. Bapmasa, 6 Aiipli.ta 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego doucza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
69
Prenumerata w Warszaw!*:	,	. , .	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart. WcłrSZćlWft, 41) KWICtlllil 1OO4 P.	na prowinci i i w cesarstwie:
rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	1	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgami Gebethnera i Wolna.”
Tom III.
Treńć liumcrn. Artykuły: Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Ze świata obcego.—Odezwa ze stron dalekich.—O pismach Zygmunta Krasińskiego, skreślił F. Su-ryn.—Kronika tygodniowa, przez St. M. Rz. — Przegląd polityki zagranicznej.—Składki. — Korespondencya od redakcyi. — Listy Jordana do pana Jana, II (dokończenie).— Przegląd piśmienniczy: Jan Kochanowski w świetle własnych utworów i Epopea rycerska Niemców i dramat niemiecki XIX wieku przez E. Zoryana.—Korespondencya Tygodnika ilustrowanego z Wrocławia.—Pod areną.—Typy niewiast łużyckich, przez L. J.—Rozmaitości. --Dodatek. Miernoty, przekład z włoskiego M. Faleńskiej (arkusz trzeci).—Ryciny; Pod areną, kopia obrazu Pilotfego.—„Niby zielono, a zimno,“ rysunek C. Jankowskiego.—Rozkosze wiosny.—Typy z okolic Budyszyna- Kobieta wiejska w stroju świątecznym. Kobieta wiejska, przystępująca do komunii świętej.
I-J 1)
Fcd. areną. Kopia obrazu Pilotfego. (Zob. artykuł na sir. 271. )
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalszy ciąg.)
XVII. Uwiezienie.
Zdarza się tak często, że wyraz jeden, gest jeden stanowi o życiu człowieka. Wjraz czy gest sprawia rodzaj pchnięcia, rzucającego na drogę, na którąby bez tego był nie wszedł. Przytrafiło się to Marynie. Wyrazem, gestem owym stało się dla nićj wyśmianie, jakie ją spotkało z powodu niezrozumiałych dla nićj słów: „prima-don-na.” Uczula się ona obrażona głęboko, a tak do tkliwie, że byłaby skoczyła głową nadól do stu dni, gdyby jej to na myśl było przyszło.
Nim to atoli nastąpić mogło, w słuch jćj następujące poszeptem cichym wymówione wsunęły sie wyrazy:
— Czy wiesz ty, co to prima donna?
Podniosła oczy, ale widziała tylko kontur jakiś, w pokoju bowiem panowała ciemność. Po głosie jednak poznała pana Pawia.
— Wiesz tj ? — pytał, na ramieniu jej dłoń miękko jakoś i łagodnie opierając.
A przemawiał dobrotliwie — dobrotliwićj aniżeli ktokolwiek we dworze.
— Tai zkądzebym ja wiedzieć miała? — od-szepnęla.
— Odemnie—odrzekł i zapytał:—Chcesz?
— Cheialabym — odpowiedziała.
— Wytłumaczę ci; me dziś jednak, i nie tu. A gdzie?
— Nie wiem.
— W ogrodzie pod jaworem, pod którym ławeczka darniowa. Pojutrze przyjadę, wyjdź tam.
MaTyna milczała.
— Wyjdziesz?
Dziewczyna nie odpowiadała.
— Nie chcesz chyba dowiedzieć sic, co to pri-ma donna, i zawstydzić tych, co się śmieli z ciebie. No?
— Wyjdę—cichuteńko odrzekła.
— S. achaj więc. Pojutrze przyjadę, a gdy przesiadj wać będę, czy to w pokoju bawialnym, czy w sali jadalnej, ty przez pokój jeno przejdź, będzie to dla mnie znakiem, że się z tobą pod jaworem spotkam. Pamiętaj-że sobie: przejdź przez pokój jeno.
Powiedział to, po policzku ją pogłaskał i odszedł.
Maryna, mając potemu czas, zastanawiała się tak nad żądaniem pana Pawia, jak nad obietnicą własną. Gdy się zastanowiła, ua myśl jei przyszło z dziadkiem o tem pomówić. Dwa razy się do chaty Łuki wymykała, lecz ani razu dziadka w domu nie zastała. Wymknąć się chciała raz jeszcze—uie mogła. Wahała się; sama ze sobą walki staczała; wydawało sic jej, jakby się dopuścić miała grzechu, zbrodni; po razy sto postanawiała sobie obietnicy nie dotrzymać, po razy sto rozważanie od początku rozpoczynała, wkońcu atoli, gdy pan Paweł przyjechał, co począć, nic wiedziała. Napadała na nią mysi taka:
— 1 cóż on mi złego zrobić może? Będziemy we dwoje tylko, on i ja: póki więc będzie mówił, dobrze... będę słuchała. Wysłucham, dowiem sic i tyle.
1 przeszła przez pokój, w którym panowie przy preferansie siedzieli, udając się pędem do ogrodu pod jawor.
Pod jaworem serce jej przyśpieszonćm uderzało tętnem. Strach ją nieokreślony przejmował. Dla nabrania odwagi oczy dogóry wzniosła— wgórze na niebie gwiazdy migały tu jasne, owdzie przymglone, a zponad horyzontu wznosiły się powoli i spiętrzały obłoki białawe, przybierające kształty faliste i obrazowe zarazem. Kształty się zmieniały. Wydało sic jćj, źe słyszy szmer—szmer obłoków—z nieba do niej dochodzący! Wsłuchała sic w szmer ów i z odległości
----- 258----------
nic dalszej, jak na kroków kilka, usłyszała szybki, ku jaworowi zbliżający się chód. W chwili jednej nastąpiła z nią zmiana, któraby sic dziwną i nadzwyczajną wydała, gdyby nic to, żc śród ludzi zdarzają sic osobistości lękliwe zazwyczaj, ale rozwijające większą, aniżeli odważni, odwagę w niebezpieczeństwie. Śród pici słabej mianowicie fenomeny tego rodzaju przytrafiają się dosyć często, u matek zwłaszcza. Jest to kompensata słabości. Odwaga bierze się w chwili jednej niewiedzić zkąd i sprpy. adza zimną krew7, potrzebną jako oręż dc odpierania napaści.
Z taką zimną krwią Maryna pana Pawła spotkała.
Pan Paweł, jakby opór przeczuwając—który' zresztą przeczuć nietrudno było — przystąpił do niej nie z tą impetycznością, z jaką w razach podobnych ludzie młodzi postępować sobie zwykli.
— A—odezwał się.—Dobrześ zrobiła, żeś wyszła. No, wiec cóż?
— Obiecaliście, paniczu, powiedzieć mi, co to...
— Prima-donna — podchwycił pan Paweł.— Tak, no... Siadaj że, to ci wytłumaczę.
— Wysłucham i tak, stojący.
— Jak chcesz... Prima-donua jest to taka, jak panna Y.
— Taka, co tak śpiewa, jak ona?
— Co tak nietylko śpiewa, ale jeszcze przytem gra.
— Na chwortepianie?
— Nic. Jest to gra innego rodzaju... na teatrze.
— A—odezwała się Maryna z tym akcentem, co to oznacza świadomość rzeczy.
— Byłaś w teatrze?
— A jakże, w Humaniu. Tam rozmawiali i śpiewali.
— Gra panny Y. na tćm polegała, żc tak ona, jak wszyscy, co z nią grają, nie rozmawiają inaczej, jak śpiewaniem. Jedni śpiewają lepiej, drudzy gorzej; ta zaś, co najlepiej śpiewa, nazywa się prima donna.
Dziewczyna wykładu tego słuchała z uwagą, i słuchała jeszcze, mimo że pan Paweł mówić przestał.
— Cóż—zapytał po chwili—rozumićsz?
— Jak-żc to musi być pięknie—odrzekła.
— 0 tak, bywa pięknie... zwłaszcza, gdy7 się śpiewacy dobiorą.
M,aryna westchnęła.
— Czego wzdychasz? - było pana Pawła zapytanie.
— Tego, że do Odessy7 nie pojadę. Posłuchałabym... a pani ta mówiła... ta pani mówiła, że...— bąkać poczęła.
— Wiem—podchwycił pan Paweł.—Mówiła ona i mnie, że głos twój, gdyby się wyrobił, mógłby z ciebie zrobić dziwo.
— Ta, żebym posłuchała ino — westchnęła dziewczyna.
Nastała chwila milczenia. Pan Paweł wpatrywał się w stojącą przed nim dziewczynę i coś w myśli ważył. Tarł czoło i palce splótł.
— A cóźby było — odezwał się wreszcie— gdybym tak zrobił, ażebyś posłuchać mogła?
— Ach! paniczu — z glębokićm odetchnięciem odparła Maryna:
— Posłuchasz...
— Wyproszą panicz chyba, ażeby mnie państwo do Odessy wzięli.
— O tem ani myśleć — i dodał do siebie:— 0 tożbym się wplątał! Nic w samej jednak tylko Odessie—znów do Maryny przemówił—są śpiewaczki i śpiewacy i nic w Odessie sic śpiewania uczyć należy. Ty, gdybyś się uczyć chciała... Co?
Maryna nic nie odpowiadała.
— Uczyćbyś się chciała?—zapytał powtórnie z naciskiem niejakim.
— O! paniczu—drżącym ze wzruszenia odrzekła głosem.
— Hm. Posluchaj-że no mnie. Ale usiądź pierwej.
Usiadł na ławeczce darniowej. Maryna zajęła miejsce opodal.
— Tu, bliżej—namawiał.
Ona się bardzićj jeszcze odsunęła.
— To od ciebie zależy. Alebyś ani w Odessie,
ani tem mnićj w lloworówce nauczyć się nie mogła. Musialahyś się dostać do miasta większego, aniżeli Odessa, gdziebyś słuchała śpiewów lepszych i piękniejszych, aniżeli śpiew panny Y., i znalazła takich, co uczyć jak należy umieją. Gdybyś mi zaufała, jabyin ciebie do miasta takiego zawiózł i na naukę oddal. Potrzeba jednak, żebyś mi zaufała.
Ona nic odpowiadała.
— Spicwaniabyś się nasłuchała i wyuczyła. Cóż?—zapytał.
Na zapytanie to nastąpiła odpowiedź — odpowiedź, jakiej się pan Paweł, sądząc po zachowywaniu się Maryny, nie spodziewa! zapewne. Dziewczyna do nóg mu się rzuciła i stopy jego rękami objąwszy, do ust cisnęła.
— Ależ, ależ, no, no— bronić się i nogi umykać począł.
Maryna się na kolanach wyprostowała, dłonie złożyła i ku niemu wyciągnęła.
Pan Paweł do niej dobrotliwie i łagodnie przemawiał. Ona mówić nie mogła, wyrazów znaleźć nie umiała, a to dlatego, że to co słyszała wpływało w umysł jćj nie wyrazami, lecz pod postacią tchnienia niby, które przenikało istotę jćj całą do głębin najgłębszych i przejmowało wlókien-ku każde ciepłem ożywczem, a rozkosznćm. Maryna ze złożonemi dłońmi klęczała i płakała.
Cieszy nas, że o panu Pawle powiedzieć możemy, iż go to wzruszyło. Podniósł dziewczynę, obok sienie ją posadził i nie objął jćj nawet. Uszanował w nićj dostojność artystyczną. .Sam, jak rzeki.śmy w jednym z rozdziałów początkowych, miał poczucie artystyczne i dlatego zapewne zrozumiał tak znaczenie uniesienia, jakie dziewczynę opanowało, jakotćż niegodziwość, jakiej by sic dopuścił, gdyby z uniesienia tego korzystał. Byl czem byl, ale nie bydlęciem. Posadził więc ją obok siebie.
— Kiedy tak—zaczął— to niema co.
Maryna, rzecz prosta, wyrazów tych nic zrozumiała. I wogóle niezrozumialemiby one były, gdyby nic to, że się odnosiły do panny Emilii w sposób, który sic pokaże później. Po wyrazach tych, pan Paweł prawił dalej:
— Sluchaj-żc innie. Przyjadę ja tu jutro wieczorem i na trakcie, za ogrodem, stanę; ty wyjdź, do powozu wsiądziesz... i pojedziemy. Pamiętaj jeno, ażebyś o tem nikomu słówka nic pisnęła, nikomu.
Wstał i, kiedy już ku odejściu się miał, Maryna zawołała:
— Ach! jaż dziadusia mam!
— Dziadusia?—odezwał się pau Paweł, który jćj stosunków rodzinnych me znak
— Ja im nic powiedzieć nic mogę?
— Jak chcesz, ale albo się dziaduś przed kim później wygada i licha napędzi, albo teraz tobie jechać ze mną na naukę nic pozwoli i rzecz cała skończy sic na niczćm. Rozważ dobrze i zrób jak zcchcesz, tymczasem zaś bądź zdrowa, do jutra.
W chwilę później tętent konia na trakcie oznajmił, że pan Paweł do Koszylówki odjechał.
Maryna, pozostając pod wrażeniem wzruszeń silnych, jakie nią owładnęły, długo nie wiedziała, co począć ze sobą. Zapomniała się pod jaworem; zapomniała o obowiązkach swoicli służbowych. Artyści wogóle do służby się nic nadają. Przypomniała sobie jednak; pędem do domu ruszyła i natknęła się na burze, która— wyznać należy- -słusznie na nią spadła.
— Gdzieś była?—spotkało ją pani Róży zapytanie.
W sposób ten burza się rozpoczęła. Maryna wysłuchać musiała obelg, pogróżek i obietnic takich, które ją w howorowieckim dworze do gruntu przywiązać nie mogły. Trafiły się one, jako oliwa, którćj dla podsycenia ognia dolewają. Jedna pobudka więcej. Maryna sie nie tłumaczyła, ani usprawiedliwiała; zacięła się w milczeniu i wytrwała w takowćm do chwili wyjazdu państwa Tadeuszostwa do Odessy.
Wyjazd nastąpił w warunkach niekoniecznie przyjaznych. Naprzód chmurzyć się poczęło— a chmury jesienne niedobrą są dla podróżnych wróżbą; powtóre, zly humor panny Emilii uddzia-
ływal na panią Róże, na pana Tadeusza nawet. Jedna tylko Julisią radośnie szczebiotała i polecała kolekcyą zabawek, lalek i gałganków swoich Marynie, do którćj sie z takióm, paluszkiem jćj grożąc, zwróciła słowem ostatnićm:
— A pamiętaj sobie, żebym wszystko za powrotem w porządku znalazła, inaczej bowiem wićsz, co ciebie czeka.
Maryna na to milczeniem odpowiedziała i, po odjcździe państwa, natychmiast do dziadka pójść chciala, ale nie mogła. Klucznica, pod dworem którćj cała służba kobićca pozostawała, oznajmiła jej, że na rozkaz pani z pokojówki na dziewkę piekarnianą zdegradowaną została. Oznajmiła jćj to w sposób następujący:
— Ha, turkaweczko, nie będziesz przy panience gruchała i po Humaniach w koczu jeździła. Dziś zdasz Frasynie rzeczy panienki, a jutro w piekarni do roboty staniesz. Rozumiesz?
— Rozumiem—odpowiedziała Maryna.
— Jaka harda—zauważyła klucznica.
Hardość jćj polegała na milczeniu, w jakiem dzień cały spędziła, odzywając się tylko o tyle, o ile służba tego wymagała. Zdawała innćj pokojówce bieliznę i garderobę Julisi. Czynność ta zabrała jćj czas do południa; po południu nic już do roboty nie miała: wzięła więc do ręki pończochę, zaczęła i, udając żc drutami przebiera, rozmyślała. Smutno jej było i do dziadka ciągnęło: zamierzała rozpowiedzićć mu wszystko i pożegnać się z nim, pewną zgóry będąc, że dziadek ją zrozumie i w położenie jej wejdzie. Zachodziła jeno trudność z wymknięciem się do chaty. Jak trudność tę usunąć? Czuła się pod dozorem klucznicy i najprostszym jaki się nasuwał sposobem było o pozwolenie jćj poprosić. Ale—a nuż-by nie pozwoliła? W razie takim dozórby się spotęgował i trudność zwiększyła. Nic było więc rady innćj, tylko wyniknąć się ukradkiem, na następstwa źedne nie zważając.
Tak też uczyniła. Ale—Łuki w chacie niebyło.
— O dolaź moja! —westchnęła.
Uważała jednak okręty za sobą za spalone; czekać postanowiła—czekała i czekała niedługo. Łuka nadszedł.
— A, tyś tu?— odezwał się, jak skoro ją zoczył.—Dziedzice pojechali i ciebie ze sobą nie zabrali?
— No nic, dziaduniu.
— Czemuż to?
— Czy ja wiem? Nie zabrali—odrzekla z wiel-kiem westchnieniem.
— Pannuńcia snadź nie prosiła...
— Prosiła, ale — zacięła się Maryna, przypomniawszy sobie, wjaki-to prośba obróciła się sposób.
— Niebardzo—dodał Łuka. — Przestałaś być dla nićj nowem sitkiem na kołeczku.
Maryna nic na to nie odpowiedziała, zataiwszy bowiem zdarzenie z prima-donną, straciła punkt wychodni do przedstawienia dziadkowi rzeczy. Zataiła zdarzenie to dlatego, że jćj nagle w myśli stanęło, iż dziadekby nie zrozumiał onego. Rozumienie jej pomykało już dalćj nieco naprzód, aniżeli jego.
Luka się krzątał, siekierę za pułap wetknął, czapkę z głowy zdjął i na kołku zawiesił, pas na sobie rozwiązał i odezwał się:
— Teraz, kiedy dziedzice odjechali i ciebie ze sobą nie zabrali, możebyś mogła, na dni bodaj kilka, przy mnie pozostać...
Ruchem ramion i podniesieniem rąk odpowiedziała.
— Co... nie?—zapytał.
— Nie wiem—odszepneła.
— Nic ciągnie już do chaty ciebie? Innegoś zakosztowała życia...
Maryna zanadto siebie i dziadka szanowała, ażeby uwagę tę kłamstwem odeprzeć.
— O tak—westchnął Luka. —Ale coś ja poka-żę tobie. Weź jeno i zpod łóżka wysuń bodnię.
Maryna zlecenie wykonała.
— Otwórz.
Otworzyła. Na wićrzcbu leżały korale i paciorki, zboku bindy i kośniki, dalćj zwicrciadelko w papićr złocisty oprawne.
_____ 259 _________
— A co?—zapytał stary, zbity nieco z tropu tem, że wnuczka, na widok cacek takich, okrzyków zadziwienia nie wydaje.—Cóż... nie ładne to?
— Bardzo ładne—odrzekla głosem takim, jakim się dzieciom w razach podobnych potakuje.
— Prawda? Ale to nic wszystko... Ujmuj ostrożnie jedno po drugićm i na stoliku składaj, ażebyś potem w tym samym porządku do bedni rzecz każdą włożyła.
Maryna wyjmowała i oglądała artykuły różne, do odzieży kobićcćj należące. Oglądała z zajęciem, będącćm wynikiem ciekawości wrodzonej. Chwaliła to i owo, jak na przykład zapaskę ze szlakami ciemnopomarańczowcmi, pas czerwony, ręczniki; chwaliła żółte z podkówkami buty.
— Hm—pomrukiwał z zadowoleniem Luka za pochwalą każdą.
Dziewczyna zkolei wydobyła muślinu białego łokci parę, zwiniętego i poprzetykanego iglicami o główkach czerwonych.
— A to—rzekla—namitka?..
W głosie jćj zabrzmialo zdziwienie lekkie.
— No... namitka—potwierdzi! stary.
— Dla kogóż ona?—wyrwało się z ust dziewczynie niechcący prawie.
— Dla kogóż, jeżeli nie dla ciebie?... Wszystko dla ciebie, wszystko, i namitka, boć ja myślę, żem sobie u Pana Boga na tyle zasłużył łaski, ażeby ciebie panną młodą w namitce i w pasie czerwonym na drugi dzień po ślubie zobaczyć...
Wyrazy w „pasie czerwonym” wymówił z przyciskiem znaczącym.
— Dziadusiu—odrzekla Maryna rozrzewniona.
— Bo ty przecie powrócisz kiedyś do chaty twojej, do gospodarstwa twego i... do sługi twego—dodał.
— Do sługi?—zapytała ze zdziwieniem w glosie.
— No... tak... Nie jest-że sługą ten, co na kogo pracuje?... Nie pracujeż ja na ciebie? A po-tćm, gdy bardzo już postarzeję, a Bóg mi życia przedłuży, cóż mi do czynienia pozostanie? Będę niańczył prawnuczeta moje...
Rozrzewnienie Maryny było zupełne. Ręce, w których namitkę trzymała, na kolana opuściła i dziadkowi w oczy patrzyła. W myślach jćj panował odmęt. Miała do powiedzenia tyle, a od czego zacząć, nie wiedziała. Przychodziło jćj do głowy i to, i owo i dziesiąte, ale wszystko to, niestety, nie dla dziadka było. Znalazła się niespodzianie wobec trudności nie do przełamania i Bóg wić, jak dlugoby się nadaremnie z myślami łamała, gdyby jćj dziadek z pomocą nie przyszedł.
— No, złóżźe to wszystko w porządku napo-wrót—odezwał się—ta niech to czeka na ciebie... doczeka się... Bóg miłosierny da, żc do mnie powrócisz...
— Powrócę, dziaduniu!—zawołała.
— Choćby kiedy?...
— Choćby kiedy!...
— Choćby z jak daleka?...
— Choćby z krańca świata!...
W tych dwóch ostatnich zapytaniach i dwóch odpowiedziach zawierało się wszystko, co Maryna Łuce powiedzieć mogła. Były to wprawdzie ogólniki, ale ogólniki, które sytuacyą określały dokładnićj i jaśniej, aniżeliby to uczynić mogły szczegóły tego rodzaju, że połowa z nich byłaby dla starca niezrozumiałą, druga zaś połowa stałaby się dla niego powodem przestrachu. Sta-rzeeby nie zrozumiał ani pociągu do śpiewu, ani pragnienia nauki. Gdyby była powiedziała Luce, że się rozmiłowała w Hryciu, w Iwaśiu, w panu Pawle zresztą, zrozumiałby to i uwzględnić potrafił. Ale miłość jćj nie na człowieczej spoczęła osobistości. Z chłopskiej wyrwała się czarniawy i wsiadła do tćj łódki powietrznej, w którćj się ku słońcu Prometeusze rodzaju ludzkiego puszczali. I oni się z czarniawy wyrywali. Roz-miłowywali się w promieniach słonecznych. Łukowie owoczcśni tego rodzaju miłości nie rozumieli. Cóż wiec Maryna miała o nićj dziadkowi do opowiadania? Onby ją wziął ze strony formalnej. Jegoby uderzyły: wyjazd w dalekie jakieś i nieznane strony—nie wyjazd, ale ucieczka; ucieczka—z kim?—z paniczem, z koszylowieckim
dziedzicem, z młodym człowiekiem, zaślubić mającym siostrę dziedzica howorowieckiego. Zgroza! Staryby się przeraził i...
Następstw, jakieby z przerażenia dziadka wyniknąć mogły, Maryna sobie nie przedstawiała, jak również nie przedstawiała sobie pomiędzy powodami przestrachu tego powodu, że pan Paweł żenić się miał z panną Emilią. Ani jej to przez myśl przechodziło. Sprawa ta była w mniemaniu jej załatwioną i żadnej wątpliwości nie-podlegającą. Mniemanie to było nawet w zna-cznćj części przyczyną ufności, z jaką się panu Pawłowi powierzała, nie przypuszczając, ażeby być mogła, w jakimbądż względzie, panny pięknej, bogatej, wedle niej o niebo cale od nićj wyźszćj, rywalką. Gdyby jćj coś podobnego na myśl przyszło, myśl tę w zarodku zabiłaby rozumowaniem nastcpującćm: „Byłby chyba dziedzic koszyłowiecki głupim, gdyby nad pannę chłopkę prostą przełożył.” Rozum pański stanowił dla nićj artykuł wiary.
Zmilczała więc przed dziadkiem o wszystkićm, coby go zaniepokoić mogło, a tylko złożywszy w bedni rzeczy, które jej do przeglądania dał, przygarnęła się do niego, przytuliła i zapłakała.
Stary ją ramionami objął. Jakoś mu się łzawo koło serca zrobiło; człek poważny jednak, gospodarz stateczny, wiedział, że płacz to rzecz „źino-cza;" mężczyźnie, żeby tam jak, łez wylćwać się nie godzi: rzeczą jego perswazya, rada — rada, do którćj koniecznie potrzebną jest świadomość dokładna. Jął wiec, po przejściu wzruszenia pierwszego, wnuczki w taki wypytywać sposób:
— Jakąś ty, jak miarkuję, „źurbę” masz na sercu... Coś tam, w tym dworze, nie tak-to ono tobie, jak sic zdaje... Czy ty czasem nie tego...
— Nie... o nie, dziadusiu—odparła pośpiesznie dziewczyna, jakby się obawiała rozpytywań bliższych.—Gdzie tam... o!... nie...
— Więc może cię kto wytuzał, połajał? Przyznaj sic: nie wyłajała cię dziedziczka? hę?
— Ta że bo wyłajała... och!...
— Ano... i tyś to tak do serca wzięła!... Prawda, jam nie łajał ciebie nigdy: nie było za co... Ale panowie są od tego właśnie, ażeby naród łajali... a to dla tćj przyczyny, że inaczćj naródby ich za baj-bardzo miał... Czy jest za co, czy niema, łaja. Pluń na to. Gdybyś panią była, tobyś tak samo robiła... „Pan łajut, sobaka brosze"...
Maryna się mocniej do niego przytuliła i za-Ikala.	**
— Dziaduniu mój, dziaduniu mój, luby, ta miły!... sokole ty mój siwy... Ja do was z kraju świata przybiegnę, poto tylko, ażeby na piersi waszej zapłakać... Mnie na piersi waszej tak dobrze, tak słodko! Dziaduniu mój, bądźcież mi już zdrowi, a źle wnuczki waszćj nic wspominajcie...
Na kolana się osunęła, dziadka nogi i ręce pocałunkami okrywała; zerwała się, w drzwi uderzyła i z chaty wybiegła.
Łuka, pozostawszy sam, łokcie na kolanach, głowę na dłoniach oparł i długo tak siedząc a dumając, odezwał się nakoniec sam do siebie:
— Czy jćj co, broń święty Boże, nie nawió-dziło?...
O! nawiedziło. Stary odgadł.
Ponieważ, gdy Maryna chatę dziadka opuściła, zmrok na świecie zapadał, przeto już ona do dworu nie wracała. Do ogrodu się dostała i czekała. Niebawem się doczekała. Nagle zaturko-tało i na trakcie pod ogrodem pojazd się zatrzymał. Pokazywać sie nie śmiała, pojazd ten bowiem wydał się jej dziwnie. Konie nie takie jak u pana Pawła i woźnica nie taki. 1 byłaby się nie pokazała, gdyby nie pan Paweł, który po nią przyszedł, za rękę ją wziął i w powozie obok siebie posadził.
Woźnica na konie cmoknął i odrazu w czwał je rzucił.
{Dalszy ciąg nastąpi.)
260
Ze świata obcego.
Richter.—Charles Read.—Dumas. — Jubileusz uniwersytetu edyinburskiego. — Medal Mickiewicza w College de France.—Nowy poemat Mistrala.
Dzisiejszą wędrówkę nasze po świecie zacząć nam trzeba od wspomnień pośmiertnych. Sztuka, literatura i nauka poniosły jednocześnie wielkie straty.
W Berlinie umarł znakomity malarz, Richter, w pełni życia i rozwoju talentu. Niemcy, mimo gruntownych estetycznych studyów, nie posiadają w tej chwili szkoły artystycznej, coby błyszczała geniuszami. Sztuczny nieco blask epoki monachijskiej przesunął się już do przeszłości, a mimo urzędowej protekcyi, Berlin nie może stać się nowożytnemi Atenami. Nie wionął nań duch Boży. Wszystko, czego się nauczyć można, posiadają dzisiejsi niemieccy artyści, ale na palcach dałoby się zliczyć tych, co posiadają istotną potęgę twórczą, istotną oryginalność. Europa znała tylko trzech niemieckich malarzy: Menzla, Knaussa i Richtera. Strata to tedy dla Niemiec niemała. Richter był przeważnie portrecistą. Paleta jego pełna, harmonijna, miała w sobie coś Rubensowskiego. Porównywano go często z Reynoldsem i nic sądzimy, ażeby mu tćm robiono krzywdę. Nie wiemy jeszcze, jaką rolę stanowczo zajmic on w historyi niemieckiej sztuki, ale jedno jest dla nas widocznćm, to mianowicie, źe sztuka jego była protestacyą przeciwko mistycyzmowi średniowiecznemu i temu ciasnemu, gotyckiemu kierunkowi, w którym sobie podobali Niemcy w ostatniej ćwierci wieku.
Jako człowiek, Richter, zięć bogatego kompozytora Meyerbecra, prowadził życie dostatnie i w salonie jego ześrodkowy wały się żywioły artystyczne Berlina. Kto zna towarzyskie życie stolicy Prus, ten wie, że gnieciona militaryzmem, pokawałkowana na kastowe krążki, nic potrafi wznieść sic do swobodnej wymiany literackich i artystycznych stosunków. Salon hrabiny Schlei-nitz, szczególniej poświęcony muzyce, a salon Richtera sztukom plastycznym, stanowiły wyjątek zaszczytny. Otóż i jeden z nich zamknięty. Nietylko pod względem artystycznym, ale i towarzyskim stracił tedy Berlin.
W Loiidynie przerwało się inne ży cie, źy< ie Karola Reada, słynnego powieściopisarza, sięgającego epoką swego rozkwitu do tego peryodu, gdy Dickens, Thackcray, Bulwer, Eliot postawili powieść angielską na trudnej do doścignicnia wysokości. Jeżeli Karol Read nie został umieszczony przez krytykę na tem samem stanowisku, jak kilka dopiero co wymienionych wielkości, to nie brakło mu jednak na szerokiem uzdolnieniu. Rzutka, przedsiębiorcza jego osobistość nie znała spoczynku i ciskał się w coraz inną stronę. Jako dramaty k, dziennikarz, polemista, podróżopisarz, jako ekonomista i filantrop, wszędzie Read zaznaczył swoje piętno. Nie znosił on krytyki, co prawda, i niezapomniany jest dotąd proces, który wytoczył zoilowi jakiemuś, co mu ubliżył. Gorączkowy temperament Reada daje się i w powieściach jego dostrzedz, przy trochę skrupulatniejszym ich badaniu. Powieść, podług Reada, powinna była być tendencyjną i służyć do przeprowadzenia jakiegoś utylitarnego celu. By i-to reformator społeczny, który ilustrował swe teórye zapomocą romansopisarskich fikcyj. Mógł się nawet pochlubię, że zapatrywania jego zostały podjęte przez prawodawców i że dwie wielkie reformy, przedsięwzięte w Anglii, zostały wywołane przez jego powieści. Często się tego rodzaju faktu zdarzają w angiclśkiem społeczeństwie. Wia-domćm jest, źe utworzenie Board of school, nadzoru nad elementarnemi szkółkami z ramienia państwa, powstało wskutek powieści Dickensa, powieści, w których wystawił w drastycznych kolorach nadużycia popełniane nad dziećmi przez prywatnych przedsiębiorców. Karol Road powitał znów w jcdnćj ze swych powieści przeciwko złemu urządzeniu więzień, przeciwko tyranii gystewatu komórkowego, a gorące popieranie wy
syłania przestępców do kolonij wpłynęło na rozbudzenie opinii w ty m kierunku. W drugiej, jeszcze rozglośniejszej powieści, autor zwrócił swą krytyczną analizę przeciwko domom obłąkanych i reforma, jaka nastąpiła w ich organizacyi, posługiwała się dokładnemi studyami Reada. Pisarz ten, jeszcze czerstwy i rzeźwy, schodzi z poła działania z przeświadczeniem, źe życie jego nie przeszło bezużytecznie i że jeżeli jako artyście można mu było robić zarzuty, to jako obywatelowi należy mu się wieniec zasługi. Zawczesny powrót z Cannes, gdzie spędził zimę, wywołał niespodziewany zgon Reada.
W Cannes umarł także Jan Baptysta Dumas, król chemików francuskich. Liczył on już 84 lat wieku, ale niestrudzony w pracy, zdawał się przeznaczony do dłuższego, do wyjątkowego życia. Niewielu jest uczonych, którzyby tak całkowicie przebiegli cykl swojej specyalm śei i którzyby większe zasługi oddali ludzkości. Można powiedzieć bez przesady, że Dumas stworzył chemią organiczną nowoczesną. Cala Europa uznała w nim mistrza i patryarchę nauki; był członkiem wszystkich naukowych stowarzyszeń i akademij. We Francyi nietylko jako sekretarz stały Akademii nauk zasłynął on swemi sprawozdaniami, których uczony świat oczekiwał zawsze niecierpliwie, ale zajaśniał także jako pisarz samodzielny. Nic należy również zapominać, że byl założycielem szkoły centralnej, tej szkoły, która wykształciła już liczne zastępy młodzieży, będącej dziś podstawą naukową Francyi.
Anglicy, którzy ozdobili go złotym medalem Faraday’a, najwyższą nagrodą jaką rozporządzają, zaprosili go jako przedstawiciela nauki francuskiej na ceremonią obchodu trzechsctnego jubileuszu uniwersytetu edyinburskiego, który obecnie się odbywa. Bczwątpienia oddany tam będzie hołd jego pamięci. Zebranie wszystkich naukowych znakomitości w Edymburgu jest stoso-wnem polem do ocenienia prac i zasług wielkich pracowników naukowych.
Te jubileuszowe uroczystości w stolicy szkockiej będą miały wielki, międzynarodowy charakter. Anglia, tak dumna zc swoich dwóch uniwersytetów w Oxford i Cambridge, oddawna już pozbyła się zazdrości względem młodszych naukowych instytucyj, przeciwnie, spogląda na uni-wersy tet szkocki z macierzyńską miłością. Uniwersytet ten, za czasów Jerzego M ufundowany był przez municypalność edymburską i do dziś dnia pozostaje od nićj w zależności. Długo nosił on na sobie cechę drobnej, miejscowej szkoły i w osiem lat po otwarciu miał tylko dwóch profesorów’ i 18 uczniów. Biblioteka, ta słynna dzisiaj ze swoich 200,OuO tomów i bOO cennych rękopisów biblioteka, liczyła wówczas zaledwie 300 tomów. Dzisiaj 43 profesorów i 2600 studentów świadczy o jego ruchu naukowym. Gmach, wr końcu XA 1 wieku fundowany na uniwersytet przez Williama i Clemcnta Little, których sława nowego teraz nabierze blasku, oddawna już okazał się niewystarczającym. W ostatnich czasach hojne ofiary publiczne i pomoc rządowa pozwoliły wznieść dla uniwersytetu przybytek znaczeniu jego odpowiedni. W tym portyku, ozdobionym wspaniałym rzędem korynckich kolumn, wspól-nćni dziele dwóch znakomity ch artystów, Williama Adam i Williama Playfair, w tych gmachach godnych poważnej świątyni wiedzy, ciało uniwersyteckie edymburskie przyjmuje teraz naukowych wysłańców cywilizowanego świata.
Solidarność pomiędzy mężami, co dzierżą w swych rękach pochodnię światła, uwidoczniła się w tych dniach na innym jeszcze pukcie Europy, bliżej nas obchodzącym. W Paryżu, w College de France, w dniu 12 kwietnia, jako w 32-gą rocznicę zamknięcia kursów Mickiewicza, Miche-Icta i Quineta, odsłonięto medalion naturalnej wielkości na cześć tych słynnych profesorów’, którzy zgromadzali naokół swych katerd kwiat publiczności i ówczesnej młodzieży. Gdy rząd Napoleoński, przygotowujący się do zamachu stanu i do zgniecenia swobód krajowych, położył koniec tym wykładom, Europa słu
sznie widziała w tem zapowiedź strasznej reakcyi. Mickiewicz i dwaj francuscy pisarze dzielili z nim zaszczyt prześladowań, byli przedstawicielami wielkich postępowych i humanitarnych idej. Popularność ich była zasłużoną i medalion, noszący wizerunki ich oblicza, wykonany przez Borrela, został im wówczas ofiarowany.
Runęło cesarstwo, które ich na milczenie skazało, zimna ręka śmierci stłumiła wymowny głos tych wieszczych duchów; ale pamięć ich żyjc, niewzruszona, w sercach i w umysłach ich uczniów’ i czcicieli. Ci postanowili złożyć hołd mistrzom i ten sam medalion Borrela, powiększony tylko, umieścili ponad katedrą, z której się przed laty glos ich rozlegał. Tryumwirat geniuszu ucieleśniony’ został w formie śpiżowćj.
Piękna ceremonia odbyła się w starem College dc France, przy ofiarowaniu tćj pamiątki przez stowarzyszonych i dcputacyc międzynarodowe profesorom i zarządowi wszechnicy paryskiej. W mowach wypowiedzianych oddano hołd rycerzom idei, scharakteryzowano ich działalność naukową, wskazano wpływ ich na rozwój postępowych dążeń ludzkości. Mickiewicz, którego z dumą uznajemy za najpićrwszego z naszych poetów, postawiony’ został na piedestale pomiędzy wybrańcami człowieczeństwa. Renan, wielki historyk i myśliciel, którego sława i rola pomiędzy uczonymi obecnej epoki coraz większych dochodzi rozmiarów, przyjął ten dar w imieniu College dc France i mowa, którą wypowiedział przy tćj sposobności, jest świadectwem, że dziedzictwo owej profesorskiej trójcy w godne dostało sic ręce. Zadanie tćj szkoły i zadanie nauki, obowiązki względem ludzkości, jakie zaciągają ci, co w nićj nauczają, charakter humanitarny' i bezinteresowny wiedzy francuskiej, wykazane zostały przez Renana z serdccznćm ciepłem, w tej formie wykończonej artystycznie, która go do wysokiego stopnia odznacza. Nie było fałszywej nuty w całym tym obchodzie, którego • bohaterem był nasz Mickiewicz.
W ruchu, jaki ujawnia się w europejskich spo-czeństwach do jedności i jednolitego rozwoju cywilizacyi, do przewagi uprzywilejowanych języków' nad innemi, można uważać jako rodzaj anomalii, jako prawdziwą oryginalność., to dążenie do stworzenia osobnej literatury i do wskrzeszenia zamierającego języ ka, jakie spotykamy u fe-librów. Jak czytelnikom wiadomo, nazwę tę noszą prowansalscy pisarze i poeci. Franeya w < lągu średnich wieków podzieloną była przez rzekę Loarę ua dwa kraje, gdzie mówiono dwoma odrę.mcmi narzeczami. Powoli, z przewagą władzy królewskiej i ccntralizacyi państwowej, jeden „;zyk zapanował na całej przestrzeni Francyi, a miękkie narzecze Frowancyi, ten zlepek starej łacin , włoszczyzny i języka południowej Francyi, przestał być językiem piśmiennym, literackim, a stał się jedynie domowćm narzeczem niższych warstw społeczeństwa na całym południowym skłonie Alp, wdłuż doliny Rodami, w Arles, Nimes i pogranicznych okolicach.
Możnaby było ten język prowansalski uważać za całkowicie skazany na zniknięcie, gdyby przed trzydziestu laty, pod wpływem wskrzeszenia historycznych studyów, nie była powstała w Pro wancyi garstka uczonych i literatów’, którzy uprawiać go zaczęli i pisać w nim dla ludu. Roumauille, Aubanel, Anzelm Mathieu, Feliks Gras i kilku innych stali się odrazu poczytnymi i popularnymi pisarzami na calem południu Francyi. Ale slawm ich nic byłaby nigdy stała się ogólną i język prowansalski nie miałby innego znaczenia, jak filologiczne, gdyby szczęśliwa gwiazda nie była zesłała wielkiego poety: Fryderyka Mistral. Ten syn zamożnego wieśniaka z Prowancyi, po otrzymani u starannego wykształcenia w szkołach, powrócił do ojczystej zagrody i dzieląc czas swój pomiędzy zajęcia rolnicze a pióro, napisał w swem narzeczu kilka poematów’, które zrobiły zeń wieszcza ludowego, wskrzesiciela zamilkłej cywilizacyi. Epicki nastrój jego gęśli i prostota, z jaką pieśń się jego snujc, czynią go istotnie poetą ludowym. Pisząc dla pasterzy i rolników, zachwycał on jednocześnie
2G1
najwybredniejsze umysły, na klasycznych wychowane wzorach. Gounod zapożyczył od jego „Mircille” treści do swojej opery; nie brakło mu też honorów i zaszczytów, medali bitych ua jego cześć, przewodniczenia kongresom literackim.
Zarzucano często felibroin wogóle, a Mistralowi w szczególności, żc podkopują jedność narodową. Jest to całkiem nieuzasadniony zarzut. Są oni nawskróś Francuzami i o żadnym seperatyzmic nic myślą. Oponują jedynie przeciw zbytecznej ccntralizacyi i pochłanianiu przez Paryż wszystkich żywiołów prowincyonalnych, miejscowych. Nie są republikanami, to prawda, ale patryotyzm ich nie ulega wątpliwości. Mistral w podniosłym swym duchu jest dalekim od wszelkiej ciasnej sckciarskiej stronniczości; to rodzaj panteisty, ubóstwiającego siły natury, a skłaniającego czoło przed każdą manifestacją piękna i prawdy, tak samo przed Wenus z Arles, jak przed krzyżem Golgoty. Jest-to z gruntu poetyczna natura.
Mistral, którego dawno już Lamartine nazwał Homerem Prowancyi, napisał teraz nowy poemat pod tyt Nerto. Jest on długi, gdyż liczy przeszło 4000 wierszy, i w zwykłej pieśniarzowi mieszaninie historyi i legendy, prawdy i fikcyi, opiewa epizod z dziejów ostatniego z papieży rezydujących wAvignonie. Można być pewnym, że muza poety, świeża, pełna natchnienia i słońca, utrzyma się na wysokości dotychczasowej i że Europa posiadać będzie wkrótce nowe arcydzieło, przychodzące z całkiem nieoczekiwanego zakątka.
Gdy jesteśmy świadkami wewnętrznej siły, jaka istnieje w języku, co miał wiele powodów do stracenia żywotności, jakże niedorzecznemu wydają sic nam prześladowania, skierowane na innych punktach Europy do wytrzebienia języka, którym mówią miliony narodu, posiadającego wszystkie warunki bytu organicznego!
Topurczyk.
— Ze stron dalekich otrzymaliśmy następującą odezwę:
„Do redakcyi „Tygodnika ilustrowanego” w Warszawie.
„Jeżeli to jest warunkiem koniecznym w rozwoju postępu ludzkości, iżby cala zbiorowa ludzkość, jako mająca wyższe cele przed sobą, solidaryzowała się i cementowała w jeden rozumny organizm, zamiast rozpraszać swe siły w życiu odosobnieniem, to tćmbardziej my, będąc rozsiani losem po całej kuli ziemskiej, powinniśmy sic poczuwać do obowiązku łączenia się moralnie z wami, bracia, co stokroć szczęśliwsi od nas, siedzicie na brogach ziemi rodzinnej, która was, jak dobra matka, karmi i tuli do łona swego. Mówię to w tym celu, iżbyśmy, gdziekolwiekbądź rzuceni przez los zostaniemy, nie odosobniali się jedni od drugich, lecz, jako dobrzy koloniści, nigdy nic zapominali o naszej wspólnej pra-matce metropolii. Tak chce porządek rzeczy ludzkich, tak dyktują rozsądek i serce.
„W r. 1879, w jesieni, daliśmy znać o naszej gromadce w Tygodniku ilustrowanym koresponden-cyą z Kurhanu, z pogranicza Azyi .środkowej, czyli, ściślej mówiąc, z pogranicza stepów Kirgizów syberyjskich. Dużo od tej pory upłynęło wody w tutejszym leniwym Tobole (1), dużo się zmieniło, a jednak nasz organizm tutejszy żyje, acz życiem zmicnionćm. Wielu z naszych skończyło światową pielgrzymkę, jak ks. Stefan Olszewski, co, będąc przeznaczony urzędownie na pomocnika kuratora do Tobolska, zgasi wnet po przybyciu do tego miasta. Zmarł też następca w Kurhanie księdza Stefana, ks. Zenon Czarnecki, Wołyniak, dobry kolega Zawistowski, uczciwy urzędnik Sokołowski, panie Masiukiewiczowa i Uścinowiczo-wa i kilkoro drobnćj dziatwy...
„Kilka znów osób opuściło te strony, udając się na swe śmicciska do kraju, jak p. p. Zalescy i Maliccy, z których pierwsi wyjechali na Podole pod Niemirów, a drudzy na granice Kurlandyi
(1) Istotnie rzćczka ta bardzo powoli płynie, chociaż swojemi wodami potężnie zasila Irtysz i Obe.
i gubernii kowieńskiej. Szczęść im tam Boże! lecz nam tęskno do nich. Z wyjazdem ich, ubyło nam kilku członków ze szczupłej naszej gromadki. P. p. Polkowscy przenieśli się na szersze i otwart-sze pole działalności, bo do handlowego Irbitu. Zyskaliśmy tez i na przybytku, mianowicie zamieszkał pomiędzy nami ksiądz Józef Kajunicc, który i pociechy religijnej nam udziela, i uczy drobne dziatki. Na kościół nic mogliśmy się zebrać, a sumę zebraną, do trzech tysięcy rubli, pożyczyliśmy uowowznosząccmu się kościołowi w Ekaterynburgu.
„Nic mogę tu nie zanotować z radością, iż synowie naszego dobrego kolegi, pana Michała Kie-wlicza, otrzymują pierwsze landy w gimnazyum tobolskiem, a starszy z nich bezwątpieuia otrzyma medal złoty. Jest on dziś w klasie siódmej celującym z celujących i cieszy się sławą pierwszego korepetytora wmieście, jako lingwista i matematyk.
„Czytelniku! nie dziw się, źe o takich niby drobiazgach pisze: wszak życie całe składa sic z drobiazgów, a dla nas tu one są ważne, bardzo ważne.”
Dr. J. 13.
Z Kurhanu, (w tobolskiej gubernii).
0 pismach Zygmunta Krasińskiego.
Skreślił lic pin Sury a.
Komauty cy wystąpili na widownię po sceptykach i sofistach ze szkoły Woltera, lubo o całą nieskończoność wyżsi byli od poprzedników swoich. Mieli oni przedewszystkićm wiele entuzjazmu dla prawdy i piękna. Wierzyli w ideał, w cele wyższe dla jednostki i ludzkości. Ale otoczenie i tradycye młodości, smutne spuścizny po Wolteryanizmie, niby ciężkie kajdany, krępowały ich pochód, polot ich skrzydeł. Pieśń ich przeto i ziemska wędrówka było to szukanie ideału, ale szukanie poomacku, po manowcach, bez drogoskazów. Brak im przekonań jasno sformułowanych; nie znają nawet wyraźnej granicy pomiędzy cnotą i zbrodnią. Poezya ich, pełna energii, dosięga nieraz szczytuości i gra na sercach ludzkich, ale rezultatem tćj pieśni, jej słowem ostatnićm: ból, zwątpienie, albo sarkazm. Więc kończą pesymizmem, rozpaczą. „I boleść ich nic nie utworzy, na nic się nie zda. Dziecię, co płacze na łonie swój matki, kwiat polny, co nie wie o woniach swoich, więcej od nich ma zasługi przed Panem.”
Pierwsze utwory romantyzmu polskiego, toż bezcelowe błąkanie się po manowcach, zwaśnienie, bunt przeciwko społeczeństwu i ustawom jego; smutek bajroniczny, beznadziejny panującym w nich tonem. Malczewski, opowiedziawszy nam bolesne przejścia swojego Wacława, rzuca pytanie:
„Czyż ten bujny młodzieniec już ziemi ohyda?”
I odpowiada na nie nowem, nadzwyczaj smu-tnćm pytaniem:
„O! pytaj raczej, na co dobroć tu się przyda?”—
Bardzo prędko jednak zrywa poezya nasza z tym kierunkiem bajronicznym, z manowców wkracza na drogi prowadzące do celów wzniosłych i jasno określonych. Poezya polska przc-staje być opowieścią losów dumnych, uciechy chciwych jednostek, goniących tylko za użyciem, lecz kreśli cierpienia, zawody ludzi kochających ideę i służbom jej poświęcających życie cale. Owe odmianę w kierunkach poezyi skróślił nam Mickiewicz, opowiadając ów przełom w duszy Konrada, gdy po wygłoszeniu swej improwizacyi pełnej bólu i pychy i po następnćm, chwilowćm miotaniu
się w prochu i szale niemocy, dzięki modłom ludzi i aniołów, dźwiga się już całkiem inny, odrodzony, pokorny i wierzący. Wiara wiec stanowi cechę wyłączną poezyi naszej romantycznej; jej zawdzięcza ona wpływ swój na społeczeństwo i że się nie stała „marną rozkoszą ludzi.”
Poezye Krasińskiego już nic w sobie nic mają z owych miotań, sarkazmów i buntów bajroni-czuych. Główną i ich także cechą religijność, zupełne przejęcc się nauką ewangeliczną. Nie jest to wiara bierna ospałych umysłów, przekładających uznanie powagi i tradycyi, nad mozolne badania. Owszem, w duszy Zygmunta z pewnością powstawały zmory zwątpień, pokutowały pytania, które spędzają sen z powiek każdego myślącego człowieka; lecz poeta wszystkie rozwiązał je twierdząco. Świadom on i odczuwa głęboko nędze i bó|e, całą tragiczność warunków życiowych.
„Świat ten cmentarzem z łez, ze krwi i błota, świat ten, jak wieczna każdemu Golgota.”
Lecz „te dni naszych takie smutne dzieje” uważa za zle przejściowe. Chmury rozjaśnić się muszą, po nocy nastąpi dzień, uastąpi „wiosna świata* o nadejściu której nigdy nie wątpił. A ta wiara w konsekwcncyą dziejową, w ostateczny tryumf prawdy na ziemi, dyktuje mu owe wzniosłe słowa, mające być programatem życia wszystkich tak jak on wierzących:
„Bądź arcydziełem nieugiętej woli, Bądź cierpliwością—tą panią niedoli, Co gmach swój stwarza z niczego powoli.
Bądź spokojuością śród burz niepokoju, W zamęcie miarą i strojem w rozstroju. Bądź wiecznćm pięknem w wiecznym życia boju. Dla podłych tylko i faryzeuszów
Bądź groźbą, gniewem, lub świętem milczeniem 1 nic miej żadnych z obłudą sojuszów.
W walce z tem piekłem świata, co sic złości Zawsze i wszędzie, bądź siłą, co skłania Nad śmierć silniejszą siłę ukochania.
Bądź piekłem miłości!”
Więc jedyny oręż, w jaki zaopatrzeń się należy, wedle Krasińskiego, wstępując na życia arenę, to miłość i cierpliwość. Wszystko inne bowiem:
„Złudą złud, Plamą plam.”
„I najwyższy rozum cnota.”
W „Niedokończonym poemacie” tak pięknie wypowiada swą wiarę we wszechpotęgę miłości: „Niech więc nie zapominają o miłości, bez którćj nic postawić i zbudować niesposób, bez której Bóg, choć wszechpotęgą odziau, nie mógłby stworzyć nic.”
Pogląd to najzupełniej chrześciański. Moralność propagowana przez Krasińskiego niczćm się nie różni od moralności podanej przez ewangelią: łagodność, cisza, cierpliwość, przebaczenie, to dopiero gałęzie, z których splatać sic musi wieniec zasługi, ba i męczeństwa szlachetnych. Cnoty te wykluczają i potępiają wszelkie miotanie się tytaniczne, wszelki bezrozmnny hazard.
„Marne sławy wieńce
Chwytają szaleńce.
W niebezpieczeństw wiry
Skaczą bohatyry.
Lecz wyższa moc ducha
Tych ułud nie słucha.”
Ale zapatrywanie się takie, takie uznanie konieczności bardzo stopniowego postępu, pewność wprawdzie zwycięztwa prawdy nad fałszem, lecz zwycięztwa po długich dopiero latach, ba wiekach borykania się z fałszem i ciemnotą, obudzić mo-
Ze świata obcego.
.Richter.—Charles Reail.—Dumas. — Jubileusz uniwersytetu edyinburskiego. — Medal Mickiewicza w College de France.—Nowy poemat Mistrala.
Dzisiejszą wędrówkę nasze po świecie zacząć nam trzeba od wspomnień pośmiertnych. Sztuka, literatura i nauka poniosły jednocześnie wielkie straty.
W Berlinie umarł znakomity malarz, Richter, w pełni życia i rozwoju talentu. Niemcy, mimo gruntownych estetycznych studyów, nie posiadają w tej chwili szkoły artystycznej, coby błyszczała geniuszami. Sztuczny nieco blask epoki monachijskiej przesunął się już do przeszłości, a mimo urzędowej protekcyi, Berlin nie może stać się nowożytnemi Atenami. Nie wionął nań duch Boży. Wszystko, czego się nauczyć można, posiadają dzisiejsi niemieccy artyści, ale na palcach dałoby się zliczyć tych, co posiadają istotną potęgę twórczą, istotną oryginalność. Europa znała tylko trzech niemieckich malarzy: Menzla, Knaussa i Richtera. Strata to tedy dla Niemiec niemała. Richter był przeważnie portrecistą. Paleta jego pełna, harmonijna, miała w sobie coś Rubensowskiego. Porównywano go często z Reynoldsem i nie sądzimy, ażeby mu tćm robiono krzywdę. Nie wiemy jeszcze, jaką rolę stanowczo zajmic on w historyi niemieckiej sztuki, ale jedno jest dla nas widocznem, to mianowicie, że sztuka jego była protestacyą przeciwko mistycyzmowi średniowiecznemu i temu ciasnemu, gotyckiemu kierunkowi, w którym sobie podobali Niemcy w ostatniej ćwierci wieku
Jako człowiek, Richter, zięć bogatego kompozytora Meycrbecra, prowadził życie dostatnie i w salonie jego ześrodkowywaly się żywioły artystyczne Berlina. Kto zna towarzyskie życie stolicy Prus, ten wie, że gnieciona militaryzmem, pokawałkowana na kastowe krążki, nic potrafi wznieść się do swobodnej wymiany" literackich i artystycznych stosunków. Salon hrabiny Schlei-nitz, szczególniej poświęcony muzyce, a salon Richtera sztukom plastycznym, stanowiły wyjątek zaszczytny. Otóż i jeden z nich zamknięty. Nietylko pod względem artystycznym, ale i towarzyskim stracił tedy7 Benin.
W Łońdy nie przerwało się inne ży cie, życie Karola Rcada, słynnego powieściopisarza, sięgającego epoką swego rozkwitu do tego peryodu, gdy Dickens, Thackeray, Bulwer, Eliot postawili powieść angielską na trudnej do doścignicnia wysokości. Jeżeli Karol Rcad nie został umieszczony przez kr; tykę na tem samem stanowisku, jak kilka dopiero co wymienionych wielkości, tonie brakło mu jednak na szeroLićm uzdolnieniu. Rzutka, przedsiębiorcza jego osobistość nie znała spoczynku i ciskał się w coraz inną stronę. Jako dramatyk, dziennikarz, polemista, podróżopitarz, jako ekonomista i filantrop, wszędzie Rcad za-naczyl swoje piętno. Nie znosił on krytyki, co prawda, i niezapomniany jest dotąd proces, który wytoczył zoilowi jakiemuś, co mu ubliżył. Gorączk.-wy temperament Rcada daje się i w7 powieściach jego dostrzedz, przy trochę skrupula-tuiejszem ich badaniu. Powieść, podług Rcada, powinna była być tendencyjną i służyć do przeprowadzenia jakiegoś utylitarnego celu. By i-to reformator społeczny, który ilustrował swe teorye zapomocą romansopisarskich fikcyj. Mógł się nawet pochlubić, że zapatrywania jego zostały podjęte przez prawodawców i że dwie wiell .ie reformy, przedsięwzięte w Anglii, zostały wywołane przez jego powieści. Często się tego rodzaju fa-kta zdarzają w angielskiem społeczeństwie. Wia-domem jest, że utworzenie Board of school, nadzoru nad elementarnemi szkółkami z ramienia państwa, powstało wskutek powieści Dickensa, powieści, w których wystawił w drastycznych kolorach nadużycia popełniane nad dziećmi przez prywatnych przedsiębiorców7. Karol Read powstał znów w jednej ze swych powieści przeciwko złemu urządzeniu więzień, przeciwko tyranii systematu komórkowego, a gorące popieranie wy-
____	260 ________
uyłania przestępców do kolonij wpłynęło na rozbudzenie opinii w tym kierunku. W drugiej, jeszcze rozglośniejszej powieści, autor zwrócił swą kry tyczną analizę przeciwko domom obłąkanych i reforma, jaka nastąpiła w ich organizacji, posługiwała się dokladnemi studyami Rcada. Pisarz ten, jeszcze czerstwy i rzeźwy, schodzi z pola działania z przeświadczeniem, że życie jego nie przeszło bezużytecznie i że jeżeli jako artyście można mu było robić zarzuty, to jako obywatelowi należy mu się wieniec zasługi. Zawczesny powrót z Cannes, gdzie spędził zimę, wywołał niespodziewany zgon Rcada.
W Cannes umarł także Jan Baptysta Dumas, król chemików francuskich. Liczył on już 8-1 lat wieku, ale niestrudzony w pracy, zdawał się przeznaczony do dłuższego, do wyjątkowego życia. Niewielu jest uczonych, którzyby tak całkowicie przebiegli cykl swojej specyalm śei i którzyby większe zasługi oddali ludzkości. Można powiedzieć bez przesady, że Dumas stworzył chemią organiczną nowoczesną. Cala Europa uznała w nim mistrza i patryarchę nauki; był członkiem wszystkich naukowych stowarzyszeń i akademij. We Francyi nietylko jako sekretarz stały Akademii nauk zasłynął on swemi sprawozdaniami, których uczony świat oczekiwał zawsze niecierpliwie, ale zajaśniał także jako pisarz samodzielny. Nic należy również zapominać, że by i założycielem szkoły centralnej, tej szkoły, która wykształciła juz liczne zastępy młodzieży, będącej dziś podstawą naukową Francyi.
Anglicy, którzy ozdobili go złotym medalem Faraday’a, najwyższą nagrodą jaką rozporządzają, zaprosili go jako przedstawiciela nauki francuskiej na ceremonią obchodu trzechsetnego jubileuszu uniw7ersy tetu edyinburskiego, który obecnie się odby vva. Bezwątpicnia oddany tam będzie hołd jego pamięci , Zebranie wszystkich naukowych znakomitości w Edymburgu jest stoso-wuern polem do ocenienia prac i zasług w iclkich pracowników naukowych.
Te jubileuszowe uroczystości w stolicy szkockiej będą miały wielki, międzynarodowy charakter. Anglia, lak dumna zc swoich dwóch uniwersytetów7 w O.'.ford i Cambridge, oddawna już pozbyła się zazdrości względem młodszych naukowych instytucyj, przeciwnie, spogląda na uniwersytet szkocki z macierzyńską miłością. Uniwersytet ten, za czasów Jerzego A 1 ufundowany byl przez municypaluość edymburską i do dziś dnia pozostajc od niej w zależności. Długo uosil on na sobie cechę drobnej, miejscowej szkoły i w osiem łat po otwarciu miał tylko dwóch profesorów7 i 18 uczniów. Biblioteka, ta słynna dzisiaj . e swoich 200,000 tomów7 i 800 cennych rękopisów biblioteka, liczyła wówczas zaledwie 300 tomów. Dzisiaj 43 profesorów i 2oOO studentów św iadczy7 o jego ruchu naukowym. Ginach, w końcu X\ L wieku fundowany na uniwersytet przez Williama i Clemcnta Liwie, których sława nowego teraz nabierze blasku, oddawna już okazał się niewystarczającym. W o-.itnieli czasach hojne ofiary7 publiczne i pomoc rządowa pozv,olily wznieść dla uniwersytetu przybytek znaczeniu jego odpowiedni. W tym porty ku, ozdobionym wspaniałym rzędem korynckich kolumn, wspól-nćm dziele dwóch znakomity ch artystów7, Willia ma Adam i Williama Playfair, w tych gmachach godnych poważnej świątyni wiedzy, ciało uniwersyteckie edymburskie przyjmuje teraz naukowych wyslańi ow cywilizowanego świata.
Solidarność pomiędzy mężami, co dzierżą w swych rękach pochodnię światła, uwidoczniła się w tych dniach na innym jeszcze pukcie Europy, bliżej nas obchodzącym. W Paryżu, w College de France, w dniu 12 kwietnia, jako w7 32-gą rocznicę zamknięcia kursów Mickiewicza, Miche-leta i Qmneta, odsłonięto medalion naturalnej wielkości na cześć tych słynnych profesorów7, którzy zgromadzali naokół sw7ych katerd kwiat publiczności i ówezcsnćj młodzieży. Gdy rząd Napoleoński, przygotowujący7 się do zamachu stanu i do zgniecenia swobód krajowych, położył gwałtowny koniec tym wykładom, Europa słu
sznie widziała w tem zapowiedź strasznej rea-kcyi. Mickiewicz i dwaj francuscy pisarze dzie-l.li z nim zaszczyt prześladowań, byli przedstawicielami wielkich postępowych i humanitarnych idej. Popularność ich była zasłużoną i medalion, noszący wizerunki ich oblicza, wykonany przez Borrela, został im wów7ezas ofiarowany.
Runęło cesarstwo, które ich na milczenie skazało, zimna ręka śmierci stłumiła wymowny głos tych wieszczych duchów; ale pamięć ich żyje, niewzruszona, w sercach i w umysłach ich uczniów i czcicieli. Ci postanowili złożyć hołd mistrzom i ten sam medalion Borrela, powiększony7 tylko, umieścili ponad katedrą, z której sic przed laty glos ich rozlegał. Tryumwirat geniuszu ucieleśniony został w formie spiżowej.
Piękna ceremonia odbyła się w starem CMge de France, przy ofiarowaniu tej pamiątki przez stowarzyszonych i deputaeye międzynarodowe profesorom i zarządowi wszechnicy paryskiej. W mowach wypowiedziany cli oddano hołd rycerzom idei, scharakteryzowano ich działalność naukową, wskazano wpły w ich na rozwój postępowych dążeń ludzkości. Mickiewicz, którego z dumą uznajemy za najpićrwszego z naszych poetów, postawiony7 został na piedestale pomiędzy wybrańcami człowieczeństwa. Renan, wielki historyk i myśliciel, którego sława i rola pomiędzy uczonymi obecnej epoki coraz większych dochodzi rozmiarów, przyjął ten dar w imieniu College de France i mowa, którą wypowiedział przy tćj sposobności, jest świadectwem, że dziedzictwo owej profesorskiej trójcy w godne dostało się ręce. Zadanie tćj szkoły i zadanie nauki, obowiązki względem ludzkości, jakie zaciągają, ei, co w niej nauczają, charakter humanitarny7 i bezinteresowny7 wiedzy francuskiej, wykazane zostały przez Renana z serdccznćm ciepłem, w tej formie wykończonej artystycznie, która go do wysokiego stopnia odznacza. Nie było fałszywej nuty w całym tym obchodzie, którego • bohaterem był nasz Mickiewicz.
W ruchu, jaki ujawnia się w europejskich spo-czeństw7ach do jedności i jednolitego rozwoju cywilizacyi, do przewagi uprzywilejowany ch języków7 nad innemi, można uważać jako rodzaj anomalii, jako prawdziwą oryginalność, to dążenie do stworzenia osobnej literatury7 i do wskrzeszenia zamierającego języka, jakie spotykamy u fe-librów. Jak czytelnikom wiadomo, nazwę tę noszą prowansalscy pisarze i poeci. Francya w ciągu średnich wieków podzieloną była przez rzekę Loarę na dw7a kraje, gdzie mówiono dwoma odrę niemi narzeczami. Powoli, z przewagą władzy Królewskiej i ccntralizaeyi państwowej, jeden „ęzyk zapanował na całej przestrzeni Francyi, a miękkie narzecze Prowancyi, ten zlepek starej łacin . włoszczyzny i języka południowej Francyi, przestał być językiem piśmiennym, literackim, a stał się jedynie domowem narzeczem niższych warstw społeczeństwa na całym południowym skłonie Alp, wdiuż doliny Rodanu, w7 Arles, Nimcs i pogranicznych okolicach.
Mozuaby było ten język prowansalski uważać za całkowicie skazany na zniknięcie, gdyby przed trzydziestu laty, pod wpływem wskrzeszenia historycznych studyów7, nie była powstała w Pro-w7aneyi garstka uczonych i literatów, którzy uprawiać gu zaczęli i pisać w nim dla ludu. Roumanillc, Aubanel, Anzelm Mathieu, Feliks Gras i kilku innych stali się odrazu poczytnymi i popularnymi pisarzami na calem południu Francyi. Ale slaw7a ich nic byłaby nigdy stUa się ogólną i język prowansalski nie miałby innego znaczenia, jak filologiczne, gdyby szczęśliwa gwiazda uie była zesłała wielkiego poety: Fryderyka Mistral. Ten syn zamożnego wieśniaka z Prowancyi, po otrzymaniu starannego wykształcenia w szkołach, powrócił do ojczystej zagrody7 i dzieląc czas swój pomiędzy zajęcia rolnicze a pióro, napisał w swćm narzeczu kilka poematów, które zrobiły zeń wieszcza ludowego, wskrzesiciela zamilklej cywilizacyi. Epicki nastrój jego gęśli i prostota, z jaką pieśń się jego snuje, czy7-nią go istotnie poetą ludowym. Pisząc dla pasterzy i rolników, zachwycał on jednocześnie
261
najwybredniejsze umysły, na klasycznych wychowane wzorach. Gounod zapożyczył od jego „Mireille” treści do swojej opery; nie brakło mu tćż honorów i zaszczytów, medali bitych na jego cześć, przewodniczenia kongresom literackim.
Zarzucano często felibroin wogóle, a Mistralowi w szczególności, że podkopują jedność narodową. Jest to całkiem nieuzasadniony zarzut. Są oni nawskróś Francuzami i o żadnym seperatyzmie nic myślą. Oponują jedynie przeciw zbytecznej ccntralizacyi i pochłanianiu przez Paryż wszystkich żywiołów prowincyonalnych, miejscowych. Nie są republikanami, to prawda, ale patryotyzm ich nie ulega wątpliwości. Mistral w podniosły m swym duchu jest dalekim od wszelkiej ciasnej sckciarskiej stronniczości; to rodzaj panteisty, ubóstwiającego siły natury, a skłaniającego czoło przed każdą manifestacyą piękna i prawdy, tak samo przed Wenus z Arles, jak przed krzyżem Golgoty. Jest-to z gruntu poetyczna natura.
Mistral, którego dawno już Lamartine nazwał Homerem Prowancyi, napisał teraz nowy poemat pod ty t Nerto. Jest ou długi, gdyż liczy przeszło 4000 wierszy, i w zwykłej pieśniarzowi mieszaninie historyi i legendy, prawdy i fikcyi, opiewa epizod z dziejów ostatniego z papieży rezydujących wAvignonie. Można być pewnym, że muza poety, świeża, pełna natchnienia i słońca, utrzyma się na wysokości dotychczasowej i że Europa posiadać będzie wkrótce nowe arcydzieło, przychodzące z całkiem nieoczekiwanego zakątka.
Gdy jesteśmy' świadkami wewnętrznej siły, jaka istnieje w języku, co miał wiele powodów do stracenia żywotności, jakże niedorzecznemi wydają się. nam prześladowania, skierowane na innych punktach Europy do wytrzebienia języka, którym mówią miliony narodu, posiadającego wszystkie warunki bytu organicznego!
Toporczyk.
— Ze stron dalekich otrzymaliśmy następującą odezwę:
„Do redakcyi „Tygodnika ilustrowanego” w Warszawie.
„Jeżeli to jest warunkiem koniecznym w rozwoju postępu ludzkości, iżby cala zbiorowa ludzkość, jako mająca wyższe cele przed sobą, solidaryzowała się i cementowała w jeden rozumny organizm, zamiast rozpraszać swe siły w życiu odosobnionćm, to tćmbardziej my', bodąc rozsiani losem po całej kuli ziemskiej, powinniśmy się poczuwać do obowiązku łączenia się moralnie z wami, bracia, co stokroć szczęśliwsi od nas, siedzicie na brogach ziemi rodzinnej, która was, jak dobra matka, karmi i tuli do łona swego. Mówię to w tym celu, iźbyśmy, gdziekolwiekbądź rzuceni przez los zostaniemy, nie ociosobniaii sic jedni od drugich, lecz, jako dobrzy koloniści, nigdy nic zapominali o naszej wspólnej pra-matce metropolii. Tak chce porządek rzeczy ludzkich, tak dyktują rozsądek i serce.
„W r. 1879, w jesieni, daliśmy znać o naszej gromadce w Tygodniku ilustrowanym korespondeu-cyą z Kurhanu, z pogranicza Azyi środkowej, czyli, ścisłej mówiąc, z pogranicza stepów Kirgizów syberyjskich. Dużo od tej pory upłynęło wody w tutejszym leniwym Tobole (1), dużo sie zmieniło, a jednak nasz organizm tutejszy żyje, acz życiem zmicnionćni. Wielu z naszych skończyło światową pielgrzymkę, jak ks. Stefan Olszewski, co, będąc przeznaczony urzędownie na pomocnika kuratora do Tobolska, zgasi wnet po przybyciu do tego miasta. Zmarł też następca w Kurhanie księdza Stefami, ks. Zenon Czarnecki, Wołyniak, dobry kolega Zawistowski, uczciwy urzędnik Sokołowski, panie Masiukicwiczowa i Uścinowiczo-wa i kilkoro drobnej dziatwy...
„Kilka znów' osób opuściło te strony, udając się na swe śmieciska do kraju, jak p. p. Zalescy i Maliccy, z których pierwsi wyjechali na Podole pod Niemirów, a drudzy na granicę Kurlandyi
(1) Istotnie rzeczka ta bardzo powoli płynie, chociaż swojemi wodami potężnie zasila Irtysz i Obę.
i gubernii kowieńskiej. Szczęść im tam Boże! lecz nam tęskno do nich. Z wyjazdem ich, ubyło nam kilku członków ze szczupłej naszej gromadki. P. p. Polkowscy przenieśli się na szersze i otwart-sze pole działalności, bo do handlowego Irbitu. Zyskaliśmy też i na przybytku, mianowicie zamieszka] pomiędzy nami ksiądz Józef Rajunicc, który i pociechy religijnej nam udziela, i uczy drobne dziatki. Na kościół nie mogliśmy się zebrać, a sumę zebraną, do trzech tysięcy rubli, pożyczyliśmy nowo w znoszącemu się kościołowi w Ekaterynburgu.
„Nie mogę tu nie zanotować z radością, iż synowie naszego dobrego kolegi, pana Michała Kie-wlicza, otrzymują pierwsze landy w gimnazyum tobolskiem, a starszy z nich bezwątpienia. otrzyma medal złoty. Jest on dziś w klasie siódmej celującym z celujących i cieszy się sławą pićrw-szego korepetytora wmieście, jako lingwista i matematyk.
„Czytelniku! nie dziw się, źe o takich niby drobiazgach pisze: wszak życie całe składa się z drobiazgów, a dla nas tu one są ważne, bardzo ważne.”
Dr. J. B.
Z Kurhanu, (w tobolskiej gubernii).
0 pismach Zygmunta Krasińskiego.
Skreślił
Nellcy&R Suryn.
Komanh cy wy stąpili na widownie po sceptykach i sofistach ze szkoły Woltera, lubo o całą nieskończoność wyżsi byli od poprzedników swoich. Mieli oni przedewszystkićm wiele entuzya-zmu dla prawdy i piękna. Wierzyli w ideał, w cele wyższe dla jednostki i ludzkości. Ale otoczenie i tradycye młodości, smutne spuścizny no Wolteryauizmic, niby ciężkie kajdany, krępowały ich pochód, polot ich skrzydeł. Pieśń ich przeto i ziemska wędrówka było to szukanie ideału, ale szukanie poomacku, po manowcach, bez drogoskazów. Brak im przekonań jasno sformułowanych; nic znają nawet wyraźnej granicy pomiędzy cnotą i zbrodnią. Poezya ich, pełna energii, dosięga nieraz szczytności i gra na sercach ludzkich, ale rezultatem tej pieśni, jej słowem ostatniem: ból, zwątpienie, albo sarkazm. Więc kończą pesymizmem, rozpaczą. „1 boleść ich nic nie utworzy', na nic sic nie zda. Dziecię, co płacze na łonie swój matki, kwiat polny, co nie wić o woniach swoich, więcej od nich ma zasługi przed Panem.”
Pierwsze utwory romantyzmu polskiego, toż bezcelowe błąkanie się po manowcach, zwaśnienie, bunt przeciwko społeczeństwu i ustawom jego; smutek najroniczuy, beznadziejny panujący ni w nich tonem. Malczewski, opowiedziawszy' nam bolesne przejścia swojego Wacława, rzuca pytanie:
„Czyż ten bujny młodzieniec już ziemi ohyda?”
I odpowiada na nie uowem, nadzwyczaj smu-tnćm pytaniem:
„0! pytaj raczej, na co dobroć tu się przyda?”—
Bardzo prędko jednak zrywa poezya nasza z tym kierunkiem bajronicznym, z manowców’ wkracza na drogi prowadzące do celów wzniosłych i jasno określonych. Poezya polska prze-stajc być opowieścią losów dumnych, uciechy chciwych jednostek, goniących tylko za użyciem, lecz kreśli cierpienia, zawody ludzi kochających ideę i służbom jćj poświęcających życie cale. Owę odmianę w kierunkach poezyi skrćślił nam Mickiewicz, opowiadając ów przełom w duszy’ Konrada, gdy po wygłoszeniu swej improwizacyi pclnćj bólu i pychy i po następnćm, chwilowem miotaniu
się w prochu i szale niemocy, dzięki modłom ludzi i aniołów, dźwiga się już całkiem inny', odrodzony, pokorny i wierzący. Wiara więc stanowi cechę wyłączną poezyi naszej romantycznej; jćj zawdzięcza ona wpływ swój na społeczeństwo i że się nie stała „marną rozkoszą ludzi.”
Poezye Krasińskiego już nic w sobie nic mają z owych miotań, sarkazmów i buntów bajroui-cznych. Główną i icb także cechą religijność, zupełne przejęcie się nauką ew angeliczną. Nie jest to wiara bierna ospałych umysłów, przekładających uznanie powagi i tradycyi, nad mozolne badania. Owszem, w duszy Zygmunta z pewnością powstawały zmory zwątpień, pokutowały pytania, które spędzają sen z powiek każdego myślącego człowieka; lecz poeta wszystkie rozwiązał je twierdząco. Świadom on i odczuwa głęboko nędze i bóle, całą tragiczność warunków życiowych.
„Świat ten cmentarzem z łez, ze krwi i błota, Świat ten, jak wieczna każdemu Golgota.”
Lecz „te dni naszych takie smutne dzieje” uważa za złe przejściowe. Chmury rozjaśnić się muszą, po nocy nastąpi dzień, nastąpi „wiosna świata,71 o nadejściu której nigdy. nie wątpił. A ta wiara w konsckwcncyą dziejową, w ostateczny tryumf prawdy na ziemi, dyktuje mu owe wzniosłe słowa, mające być programatem życia wszystkich tak jak on wierzących:
„Bądź arcydziełem nieugiętej woli, Bądź cierpliwością—tą panią niedoli, Co gmach swój stwarza z niczego powoli.
Bądź spokojnością śród burz niepokoju, W zamęcie miarą i strojem w rozstroju. Bądź wiecznćm pięknem w wiecznym życia boju. Dla podłych tylko i faryzeuszów
Bądź groźbą, gniewem, lub świętem milczeniem I nie miej żadnych z obłudą sojuszów.
W walce z tem piekłem świata, co się złości Zawsze i wszędzie, bądź siłą, co skłania Nad śmierć silniejszą siłę ukochania.
Bądź piekleni miłości!”
Więc jedyny oręż, w jaki zaopatrzeń się należy, wedle Krasińskiego, wstępując na życia arenę, to miłość i cierpliwość. Wszystko inne bowiem:
„Złudą złud, Plamą plam.”
„I najwyższy rozum cnota.”
W „Niedokończonym poemacie” tak pięknie wypowiada swą wiarę we wszcchpotęgę miłości: „Niech wiec nie zapominają o miłości, bez którćj nic postawić i zbudować niesposób, bez której Bóg, choć wszcchpotęgą odziau, nie mógłby stworzyć nic.”
Pogląd to najzupełniej chrześciański. Moralność propagowana przez Krasińskiego niczćm się nie różni od moralności podanej przez ewangelią: łagodność, cisza, cierpliwość, przebaczenie, to dopiero gałęzie, z których spiatać sic musi wieniec zasługi, ba i męczeństwa szlachetnych. Cnoty te wykluczają i potępiają wszelkie miotanie się tytaniczne, wszelki bezrozumny hazard.
„Marne sławy wieńce
Chwytają szaleńce.
W niebezpieczeństw wiry
Skaczą bohatyry.
Lecz wyższa moc ducha
Tych ułud nie słucha.”
Ale zapatrywanie się takie, takie uznanie konieczności bardzo stopniowego postępu, pewność wprawdzie zwycięztwa prawdy nad fałszem, lecz zwycięztwa po długich dopiero Jatach, ba wiekach borykania się z fałszem i ciemnotą, obudzić mo-
---- 262 -------
gły rezygnacya, lecz zarazem towarzyszył jćj tak wielki smutek, iż tylko nadludzką prawie siłą woli i wiary umiał się nasz poeta obronić od rozpaczy. Ten smutek drga we wszystkich utworach jego, najbardziej zaś w drobnych poezyach, które są spowiedzią jego ducha. Dochodzi w nich poeta do tak głcbokićj boleści, do tak beznadziejnej skargi, że dziwić się wypada, iż^umial zapanować nad takiem znękaniem duebowem, iź po takiej modlitwie, treścią której wykrzyk: „Panie, czemuś mię opuścił?”—powstawał znowu spokojny, zdolny beznamiętnie patrzćć na życia zamęt i z jasnością widzieć wszystkie rafy na drodze, po którćj płynęła nawa społeczna, a sternicy w dziwnem zaślepieniu dojrzeć nie umieli, czy dojrzeć nie chcieli raf takowych.
Nie nie znam smutniejszego, a bardziej rzewnego, jak te drobne poezye Zygmunta. Wprawdzie bajroniczni poeci miliony wygłosili skarg i jęków, ale to skargi całkiem odmienne. Oni za zawiedzioną ambicyą, za zdeptane Ja mścili się sarkazmem, przekleństwem i złorzeczeniem. W pieśni ich od początku do końca syczy zwątpienie, jeżeli już nie niewiara. Krasińskiego skarga brzmi raczej, jako jęk przed Bogiem korzącego sic króla-psaimisty, albo płacz najsmutniejszego z poetów starej Ilebrei, Jeremiasza. Siebie nawet golów obwiniać za te chwile, w których nie zdoła opanować boleści i ludziom z twarzą spokojną śpiewać pieśni nadziei, wieszczyć chwile przejednania i łaski.
Jam bardzo grzeszny—wyznaj c, o bracia, Żem dał zamieszkać w sobie tej żałości—”
mówi w „Dniu dzisiejszym,” a w jednej z poezyj swoich do Delfiny Potockiej taki się jęk wyrywa z serca jego:
„Módl ty się za mnie, bom ja nieszczęśliwy: Serce me proste, ale los mój krzywy!
Wwićrszu do poety mówi, iź „wierzy w nadzieję, w miłość nieskończoną, w dobroć i piękność.”
Ale zarazem wierzy:
„W męczeństwo ciała i ducha żałobę, W rozdział na wieki i samotne zgony. Śłj iat złego także bywa nieskończony!”
1 skreśliwszy wszystkie tortury ducha, jakie przejść musi człowiek uczucia i idei, a jakie z pewnością przechodził sam Zygmunt, opisuje w ten sposób ich następstwa:
„Aż oczy twoje taka noc obrośnie, Aż kolo ciebie stanie sic tak czarno, Aż w sercu twojćm tak gorzko, tak marno, Że choć ty niegdyś śpiewałeś o wiośnie, Że choć ty kochał—nie wspomnisz miłości, Żc choć ty wierzył—nie pojmiesz tej wiary I w tan porwany piekielnymi mary, Ty zwątpisz nawet o bogactw piękności.”
Ale obraz ten grozy nie jest pożegnaniem rzu-conćm bratu pieśni, owszem, mówi on dalej:
„Lecz ty nic klękniesz, nie zadrżysz w tćj chwili, Bracia ją twoi przed tobą przeżyli.”
Wiara w nieśmiertelność, jak i wiara w ostateczny tryumf prawdy na ziemi, nigdy ani na < hwilę nie opuściły poety. W „Ostatnim” męczennik w nąjwyższtm znękaniu rzuca nietylko skargę, ale ulużuierstwo:
„Miłości niema w świecie, ni za światem, Wszędzie szy derstwo.........................
Ni Bóg gdzie ojcem, ni anioł gdzie bratem.”
Lecz milknie ten wykrzyk bólu osobistego, na widok brzasku zorzy łaski.
„Prawda zmartwychwstała” —
woła męczennik, a padlszy na kolana, błaga:
„—Przebacz mi, Panic, ja prawdę kochałem—
1 Ciebie, Panie, nie siebie—nie siebie!
Ona na ziemi żywa, a Tyś w niebie, A więc umieram, błogosławiąc Tobie.”
„—Coraz mi ciszej—toż i śmierć już może. I owszem, Panie...........................
Coraz mnićj smutku, coraz mniej boleści, ................dusza	już moja nic ranna, Gdzieści odpływa, hosanna! hosanna!”
Więc pod wpływem tej wiary w nieśmiertelność niknie groza grobu, niepewność wieczności. Owszem, śmierć to łaska, to wyzwolenie.
Uroczemi barwy kreśli spoczynek, czekający bojowników za prawdę w grobie. Postać Chrystusa biała, świetlana, zstępuje z podstopia i idąc przed nimi, a grób wskazując otwarty, łagodnie mówi:
„Odpocznijcie—l-amicń nad wami, jak nade-mną, zasunięty będzie. Alboż ja nie przy was? czemu się wahacie.” I wtedy chór duchów, niby kołysankę do snu cichego, śpiewa im:
„Złóżcie dłonie na zimnej pościeli, Żłóżcic czoła na trumny wezgłowiu.”
Z takim śpiewem, ostatnim wyrazem którego nadzieja, wieszcz towarzyszy pokoleniu sobie spólczesnemu, wstępującemu do ciemnych katakumb cierpień i zasługi.
I nietylko jako obywatel i człowiek cierpiał i bolał Krasiński. Jako jednostka przeszedł także tortury, wobec których niczćm cierpienia Danta, wygnańca tylko za bramy ojczystego miasta, lub Tassa i Kamoensa. Fizycznie wieczny łazarz, jak Orcio w „Nieboskiej komedyi/’ wciąż trapiony obawą najstraszniejszego z kalectw, utraty wzroku, moralnie cierpiał, jak tylko na ziemi cierpieć można. Jeszcze dzieckiem niemal doznał od kolegów swych uniwersyteckich wielkiej niesprawiedliwości. On, tak bez granic kochający społeczeństwo swoje, posądzony był prawie o odstępstwo i szyderczo wskazywany palcami. Tę chwilę ciężką opisał w „Niedokończonym poemacie.” „Wstępowałem na wschody z dumą na czole, świadom źe mię nienawidzą. Ścisnęli się kołem i coraz mi ciaśniej. Krzyczą: „panicz! panicz!” Jakby hańbą być miało, że wskazać mogę, gdzie za ojczyznę gardło dał niejeden z ojców moich i w jakim leży pochowan kościele. Boże! w piersiach dziecinnych pićrwszy raz wtedy piekło się urodziło.”— Na taką skargę Aligier, który dła Krasińskiego jest uosobieniem wszystkiego co szlachetne, uososobicnicm anioła stróża, odpowiada mu: „Oni niesprawiedliwi; ty bądź więcej niż sprawiedliwym, przebacz im w duchu i kochaj ich w czynach.” 1 radzie tej szlachetnej wiernym pozostał poeta nasz wciągu całego życia swojego.
Jeszcze jeden ustęp z tej martyrologii życiowej wieszcza.
Krasiński bardzo kochał ojca swojego; opinia zaś publiczna ówczesnego pokolenia postawiła go pod pręgierzem i obarczyła tysiącem zarzutów. Zbyt to jeszcze niedawne czasy, by można się zdobyć na wyrok ostateczny i beznamiętny. Potomność zbierze i wysłucha wszystkie okoliczności łagodzące winę. Lecz zdaje mi się, że akt oskarżenia całkiem obalić się nie da. Conajmnićj, człowiek ten zgrzćszyl wielką pychą i wielkiem lekceważeniem opinii. Sądzę, że czuł to sam Zygmunt i pod wrażeniem tych uczuć może skrćślil owę scenę w Nieboskiej komedyi, w której Orcio wprowadza Henryka do lochu ciemnego, gdzie się sąd odbywa. A przed sądem tym, jako obwiniony, stoi właśnie ojciec Oreia.
orcio. „To drugi ty jesteś— cały blady, spętany. Oni teraz męczą ciebie—słyszę jęki twoje. (Pada na kolana ) Przebacz im, ojcze! Matka pośród nocy przyszła i kazała”..
Mówiliśmy dotąd o przekonaniach i poglądach-Krasińskiego, którym wierny pozostał wciągu ca łego swojego życia. Sądzę iź należy nam teraz,, nim przystąpimy do szczegółowego rozbioru większych poematów, wskazać jak te zasadnicze' przekonania stosowa! w życiu i po której stronie były sympatye wieszcza naszego.
Sympatye Zygmunta nie ulegały żadnym na-miętnostkom. Bezstronności jego zachwiać nigdy i w niczćm nie mogły żadne względy, żadne przy-wyknienia, żadne obowiązki światowe. Jeden to z najgłębszych myślicieli, z największych poetów, jakich wydała ludzkość. W tym jednak zakresie ma równych sobie; lecz co do bezstronności, nie ma równego pomiędzy ludźmi. Gorący i szczery katolik z przekonań, nie przyklaskuje jednak nigdy i żadnemu z nadużyć hierarchii. Albigeusi mordowani, Molay i Templaryusze na stosie, mają prawo do syinpatyi jego. Arystokrata z urodzenia, kocha on lud i podnosi zawsze glos za tymi, co z zupełną racyą wołają: „Światła i Chleba.” „A były tam zgraje ponure i wołające, źe chleb nazawsze straciły, ale nikt ich nie słuchał! Stały tam cale rzędy łudzi, jakoby chorych i trzęsących się od zimna, a żcbrzącycb, ale nikt na nich nic spojrzał. Leżały tam gdzieniegdzie ciała stratowane, ustami jeszcze ruszające i szemrzące „ratunku!”—ale nikt im ręki nie podał.”
(Nied. poemat.)
Podnieść tych znękanych, zezwicrzęciałycli, do godności człowieka, to, wedle Zygmunta „cel wieków.”
„Ciałom wszystkim rozdać chleba, Duszom wszystkim myśli z nieba! Nic nie spychać nigdy wdół, Lecz do coraz wyższych kół Iść przez drugich pjdnoszeuie.
Tak Bóg czyni we wszechświccie.”
Tćj myśli spokojnego a wytrwałego podnoszenia, wyrównywania nizin, wpoprzek staje każdy krwawy zamęt, owo usiłowanie Pankracego z „Nieboskićj komedyi:” przez morze krwi, mordy i rzezie prowadzić tłumy do stołów zastawionych jadłem i napojem. Tu też, o ile kocha lud, o tyle nienawidzi czerwoną demagogią i samozwańczych wodzów-demagogów; Robespierra za równy bicz gniewu Bożego uważa, jako i Attyłę.
Średniowieczni minesingerowic i poeci szkoły bajronicznćj wysoką galanteryą otaczali kobietę i aż nadto bawili się w czułostkowość. W rzeczy jednak uważali ją, jako ładne cacko, jako dziecię niedołężne i przedmiot afektów natury wcale nie platonicznej. Krasiński odrzuca wszelką ezuło-stkowość. Aligier mówi w „Niedokończonym poemacie” do Henryka: „Ujrzysz sam na oczy wszystkie dzieje ziemskie, porównasz jc z jedną ziemianką i osądzisz, czy się godzi przy nich jeszcze marzyć o niej.” Temi słowy potępia zajęcie się Henryka żoną księcia, które mogło całkiem zabsorbować i przykuć do siebie; ale zarazem Krasiński pićrwszy podnosi wymowny glos i domaga sic dla kobiety praw du równej z mężczyznami wiedzy i pracy. Emancypacya szlachetnie pojęta, bez zachcianek szału i bezwstydu, jak i demokracya, mają w nim gorącego stronnika i propagatora. W widzeniach swych przyszłości, kreśląc owę tak upragnioną wiosnę świata, mówi Zygmunt:
„Niema także podrzęduicy! Bo niewieście wkońcu serce, Po lat długich poniewierce, Błysło z pączka tajemnicy.
* *
*
Dawne pany biorą sami Swe za dłonie niewolnice, By jak duchy, iść z duchami I wstępować na stolicę.
Przemieniony ten planeta Już zapomniał co kobićta, Wić co bracia i siostrzycc.”
(Dalszy ciąp nastąpi.)
263
Kronika tygodniowa.
Zwodniczy uśmiech wiosny.—Piękne widoki.—Smutna rzeczywistość.—Wyzysk cukrowniczy.—Dj rrktor-Nicmiec, cukier lodowaty i IGO,000 ulotnione —Nieoględność grzeszna — Stowarzyszenie ziemian.lirubicszowskieli. — Kredyt i lichwa.— Horoskop nieróżowy. — Lampy elektryczne —Nowy wróg naszej seeny. — Wystawa szkiców na rzecz lundn>zu im. Moniuszki.—Szkolą dla służących.—Szkoła rzemiosł w kłopocie.—Projekt pana W. aliinentówania Warszawy — Zawiadomienie komitetu budowy kościoła W. W. Świętych.
Paro, dni słonecznych zbałamuciło nas nadzieją rychłego ciepła... Był to fałszywy uśmiech ko-kietki-pogody, która wnet okryła sic ponurym płaszczem chmur i obsypała nas śniegiem... Chłodny powiew zimy zmroził gorączkę poetów, którzy już gotowi bj li uderzyć w hymn pochwalny dla uroczej wiosny. Dzięki jemu, uniknęliśmy może powodzi oklepanych rymów i sztucznych uniesień.
Chłód obecny, bez mrozów, nic szkodzi bynajmniej wcześnie rozwiniętej ua polach roślinności; rolnicy zacierają dłonie i nie tają, że nadzieje plonów są dotychczas dobre, że kto wie, aźali rok obecny nic stanie się kompensatą strat, jakie sprowadził zeszły. Wczesne ciepła pozwoliły rolę obrobić starannie i bez nagłego pośpiechu, a rezultaty zasiewów w tej chwili są takie, jakiemi bywają zazwyczaj w połowie maja. Kto dotrwa, kto po zeszłorocznej nędzy w polu i sąsiekacłi będzie miał czem opłacić . robociznę, może mieć pociechę i radość.
Tymczasem złe bjwa często przyczyną gorszego. (Idzie bieda przycisnęła rolników, plantujących dla cukrowni buraki, tam wyzysk ze strony panów cukrowarów przechodzi nielcdwic granice możliwości. W pewnej okolicy na przykład cukrownia, ciesząca się powodzeniem, korzystając z opłakanego stanu kieszeni gospodarskich, obniżyła cenę korca, obostrzyła ciężary dostawy i odmawia wszelkich zaliczeń. Nóż na gardle!... Kol nicy w rozpaczy, plantowania łiuraków zaprzestać nie mogą, bo bywa ono pułapką, z której wyjść niełatwo... Trzeba się będzie zgodzić na taki wyzysk i skorzystać z moralnej nauczki, jaką wza-mian daje. W tajemnicy też wielkiej powiemy wam, że kierownikiem owej cukrowni jest jeden z najbogatszych obywateli kraju, pan z panów, człowiek wielce popularny, ale widocznie grube zyski przenoszący nad popularność. Tak się to u nas pojmuje przemysł ..
Kiedy mowa o cukrowni, nic od rzeczy będzie wspomnieć tu o oszustwie., jakiego ofiarą padł pewien zakład cukrowniczy. Sprowadził on dyrektora Niemca, który zobowiązał się cukrownię urządzić, zaopatrzeń ją w odpowiednie maszyny i aparaty i w ruch puścić. Gdy do tego przyszło, pokazało się że fabryka, dzięki wadliwemu urządzeniu, wyrabiać zdolna zaledwie jakiś dziwaczny surogat, coś niby cukier lodowaty. Dalej ani rusz. Ale nie na tem koniec. Mądry pan dyrektor wrócił do swojej ojczyzny, a po jego wyjeździć zgłosiła się do cukrowni fabryka zagraniczna, która ją w maszyny i aparaty zaopatrzyła, żądając za nic przypadającej należności. Należność ta wynosi tylko rs. 160,000 i była już raz zapłacona na ręce owego uczciwego dyrektora, który, jak się teraz pokazało, sumę tę s.-hował do własnej kieszeni i grosza z nićj fabryce nic dal. Ślicznie będzie wyglądała cukrownia, gdy jej przyjdzie tę sumę zapłacić powtórnie i nanowo sic urządzać!... Rozum niemiecki wypadnie zbyt drogo. Ale to rzecz dawno wiadoma, że byle czem opłacać go nic można, skoro się go potrzebuje. Pytanie tylko, czy cukrownia rzeczona istotnie obyć się bez niego nie mogła...
W ostatnich czasach młodzież nasza skwapliwie rzuciła się do zawodów specyalnycb; techników mamy już dzisiaj ilość sporą. W cesarstwie wielu naszych zniomków kieruje zakładami przemysłowymi, z niemalem zadowoleniem ich właścicieli. Pracują tam oni umiejętnie i uczciwie. U nas... bez Niemców ani rusz. Nie mamy wia-ry w siły własne i chętnie kapitały swoje powierzamy rękom obcym, które też wcale nas nie oszczędzają. Przypadek z panem dyrektorem
nie jest wyjątkowym: bardzo często słychać o podobnych nadużyciach. Ale pokazuje się, iż smutne doświadczenie nie zabija tak łatwo przesądu, że co obce, to mądre, praktyczne i dobre.
Z dniem każdym prawie ścieśnia się dla nas zakres pracy; okoliczności rugują nas z wielu stanowisk, zamykają przed nami drzwi do wielu zawodów. Czemuż, na Boga, sami jeszcze tak skwapliwie oddajemy najpożywniejsze kąski chicha powszedniego obcym przybłędom, blagie-rom i oszustom, którzy potem kradną nas i ubożą, w nagrodę za nasze nieoględność!??
Jako pocieszający objaw samopomocy, zapisujemy tu prawnie i formalnie zawiązane Stowarzyszenie ziemian hrubieszowskich, którzy aktem re-geutalnym się związali i za cel pomoc wzajemną przyjęli. Przedmiotem spółki tej będzie: wyjednywanie kredytu dla stowarzyszonych, ułatwianie im nabywania lub sprzedaży produktów rolnych, kupne machin, narzędzi i wogóle przedmiotów w gospodarstwie niezbędnych, tudzież przedsiębranie wszelkich czynności, któreby miały na celu powiększenie dochodu z dóbr. Kapitał spółki oznaczony został na rs. 7,150, a stowarzyszonych jest jedónastu.
Cyferki to... miniaturowe! Wj obrazić sobie niepodobna, aby spółka z takim drobnym kapitali-kiem mogła działać skutecznie i choć wczęści zadaniu swemu zadosyćczy nić; ale nie zapominajmy, że samo zawiązanie się tych zacnych ziemian w spółkę znaczy wiele. Dowodzi ono, że panowie ci rozumieją potrzebę pomocy wzajemnej, że liczą na siłę zasady „ciribus unitis,” że mają dobrą wolę i znają potrzeby własne. To im na początek starczyć musi za kapitał większy, dopóki tego, jaki posiadają, nic pomnożą pracą i usilnością, nie spotęgują oszczędnością i rozumem.
Bądźcobądź, jest już zawiązek kredytu, więc i początek walki z zabójczą lichwą, która u nas podkopuje wszelki przemysł i rolnictwo. 1 dła-tego-to gorąco zalecamy wszystkim naszym rolni  kom Pierwsze, stowarzyszenie ziemian hrubieszowskich, jako wzór do naśladowania. Gdyby każdy powiat zdobył się na taką spółkę, wytworzyłby się tym sposobem kapitał milionowy, daleki jeszcze niezawodnie od tego, czego rolnictwu naszemu w dziedzinie kredytu potrzeba, ale dosyć wielki, aby stawić czoło pociskom lichwiarskiej spekulacyi i zmusić ją do zmiany frontu.
Kred) t i lichwa — oto dwa słowa wielli te, a w blizkiem przesileniu ekonomicznem kraju decydujące. Ciągłe bankructwa w przemy sie, handlu i rolnictwie każą się rozejrzeć bacznie w przy czynach widocznego upadku. Poprawa kursu rubla za granicą i prawdopodobieństwo ustępstw cłowych na korzyść zachodnich naszych sąsiadów, zmuszają obawiać się najgorszych ztąd następstw. Wiemy to wszyscy aż nadto dobrze, że rozwój naszego przemysłu w latach ostatnich wywołany był przez przyczyny nienaturalne; że ustać on musi, skoro przyczyny te znikną. Wiemy i to, żc stanowiły je upadek rubla i cła ochronne .. Otóż zanosi się pi d tym względem na zmiany, które przewidzieć trzeba, bo je zresztą przewidzieć łatwo. A skoro one przyjdą i zastaną nas nieprzygotowanymi, wszystkie korzyści lat ubiegłych odrazu runą, fabryki staną się ruinami opustoszałem!, a tysiące lotników bez roboty rozpo-czną byt najopłakańszy proletaryatu...
Zewsząd słychać glosy, że jedynym środkiem na to złe może być wytworzenie odpowiedniego kredytu, którego dzisiaj niema. To znaczy, iż kapitały, dziś kryjącc się samolubnie, powinny wyjść na światło dzienne, jednoczyć się w masy, pójść w ruch, zasilić to, co im właściwie życie daje, i zgnieść rozwielmożnioną lichwę, która wszystko zabija.
Przebacz mi, czytelniku, że cię nudzę temi wróżbami i przestrogami, niestety, niezbędnemi. Pragnąłbym z całego serca stawiać przyszłości horoskop najprzyjaźniejszy, ale gwiazdy naszego nieba stawiać go nie pozwalają. Trzebaż prze ciwnościom ukazać męzkie, pogodne czoło, uśmiech tćj wewnętrznej siły i pewności, że cobądż nastąpi, wygra odwaga, energia i praca. Na pociechę to sobie powiedzićć możemy, że nie jesteśmy
wyjątkiem i żc inni brną również przez ocean przeciwności częstokroć bardzo zwycięzko, dając nam dobry przykład...
Czy widzieliście lampy elektryczne ua ulicy Marszałkowskiej?... Palą sic pięknie, światło ich płonie jak słońce, a że chwilami kaprysi, blednie i przygasa—nic dziwnego; toć to przecież jeszcze próby, dopraszające się pobłażania. Któż wie... a może za jaki roczek problemat oświetlenia elektrycznego zostanie rozwiązany.
Słychać że próby takie mają się odbywać i w teatrach warszawskich. Wątpimy bardzo, czy doprowadzą one do jakiegoś rezultatu praktycznego, ale gdyby się tak stało, byłoby to zasługą i tryumfem...
Nie jest zato ani pierwszą, ani drugim zamiar uniemożliwienia przedstawień amatorskich w teatrzyku Towarzystwa dobroczynności, jakoby ze względu, że wpływają one na zmniejszenie dochodów teatru rządowego. Te przedstawienia, powtarzające się kilkanaście razy doroku, w salce maleńkiej, wobec kilkudziesięciu zazwyczaj widzów, bez owego scenicznego aparatu, któryby im urok nadawał— nie mogą naseryo rywalizować z widowiskami w teatrach. Lękać się tego współzawodnictwa, to rzecz poprostn korni czna. Ale nic jest bynajmniej komicznem, że kierownicy sceny waiszawskiej upatrują wrogów wszędzie, tylko nic w samym jćj kierunku. 'Tyle już mówiono i pisano, że najniebezpieczniejszym wrogiem jest zastój repertuaru, brak kompletnego personelu i zbytnia oszczędność w popieraniu sztuk oryginalnych, że powtarzać tego niewarte. .
Serdecznie powitać sic godzi odezwę p. p. Horowitza, Olszyńskiego i Feliksa Gebethnera, zawiadamiającą ogól, że grono malarzy warszawskich postanowiło, na cel pomnożenia'funduszu żelaznego imienia Moniuszki, urządzić wystawę szkiców oryginalnych w porze największego ożywienia się letniego w Warszawy, to jest w czerwcu. Panowie podpisani na odezwie, z upoważnienia grona malarzy warszawskich, zapraszają wszystkich polskich artystów penzla i dłuta, any wystawę Moniuszkowską zbogacić raczyli swojc-mi pracami. „Nie trwonimy słów na zachętę — głosi odezwa—bo cel jest tak jasny, tak poczciwy, tak powszechnie zrozumiały, iż serca naszych artystów rozgrzeją się niezawodnie dla myśli, w imię której przemawiamy"... Idzie o zapewnienie znośnego bytu wdowie i córce po nieśmiertelnym twórcy „Halki.”
Termin nadsyłania prac naznacza się do dnia 31 maja r. b. Przesyłać je należy pod adresem: „Skład fortepianów Gebethnera i W dffa, Warszawa, Krakowskie przedmieście nr 18.
Co się tyczy wspomnianego wyżej funduszu żelaznego imienia Moniuszki, to zebraniem składki na ten cel zajmuje się komitet prywatny, z upoważnienia wdowy po ś. p. Moniuszce pozostałej, a złożony z p. p. B. Dziadulewicza, B. Folanda i K. Zalewskiego. Oczywiście, że panom tym z pomocą i pośrednictwem chętnie i skwapliwie pospieszy cała praca.
Podobno w mieście naszein powstać ma szkoła dla służących, z funduszu prywatnego. Prócz nauki spccyalnćj, osobom służebnym niezbędnej, uczennice uczyć się w niej będą czytać, pisać i rachować. Lekcye odbywać się mają raz na tydzień, wczasie jaknajkrótszym, aby tym sposobem służby pd obowiązków nie odrywać... Ciekawa rzecz, czy tćż ona sama zapragnie tej odrobiny światełka, bez którego teraz wygodnie się obchodzi.
W ciężkich kłopotach jest szkoła rzemiosł, istniejąca przy ulicy Jasnej. Musi ona myślóć o wygodnięjszćm i obszćrniejszem pomieszczeniu, bo obecnie tak jej ciasno, że pomimo licznego zgłaszania się młodzieży, cyfra uczniów pobierających w niej naukę z konieczności ogranicza się do minimum. Jest-to i smutne i pocie<zające zarazem, bo jeżeli z jednej strony dowodzi, że szkoła znajduje się w warunkach potrzebie nieodpowiednich, to z drugiej wykazuje, żc młodzież garnie sie ochoczo i skwapliwie do rzemiosł, do zajęć praktycznych.
„Niby zielono, a zimno.” Rysunek oryginalny C. Jankowskiego.
Rozkosze wiosny. Podług obrazu B. Giulaua.
W „Kury erze Warszawskim” p. R. Wierzchlej-ski wystąpi! z projektem, na który godzi się zwrócić baczną uwagę. Dowodzi on najpierw, że Warszawa jest dzisiaj tak samo zupełnie zaopatrywana w środki spożywcze, jak przed laty kilkudziesięciu, kiedy liczyła pięć razy mniej ludności. Środki te czerpie z okolic najbliższych, to jest wyczerpuje je absolutnie, nie zaspokajając bynajmnićj sposobem tym potrzeb własnych. Produkta drożeją, ale ich nie przybywa, więc drożeć będą wciąż, i to w stosunku rosnącym.
Otóż pan W. proponuje, aby miasto, korzystając z kilku zbiegających się pod niem dróg żelaznych, urządziło dla siebie, w odległości niil kil kunastu, tak zwane przezeń stacye alimentacyjne, to jest cząstkowe centra dowozu materyalów spożywczych, któreby następnie z takich prowincjonalnych składów przewożono kolejami żelaznemi do Warszawy, do umyślnie wystawionych hal i magazynów.
Projekt pana W. nie jest nowy; w taki sposób alimeutują się wielkie stolice Europy, wielkie miasta Ameryki: ale właśnie dlatego zasługuje on na uwagę, że jest dobry i wypróbowany. < <dyby go urzeczywistniono, Warszawa wyzwoliłaby się zpod ucisku trapiącej ją drożyzny, zpod zależności cen targowych od przekupniów podmiejskich, a może zpod zabójczego fałszowania produktów, którjch okolice podmiejskie mają zama-ło, aby się do podrabiania ich nie uciekały.
Pan W. słusznie kończy artykuł swój słowami: „Towarzystwo popierania przemysłu i handlu może skieruje uwagę na tę sprawę.” Jest on zdania, że cala ta manipulacya może powstać tylko drogą prywatnej inieyatywy, a Towarzystwo oddałoby wielką przj sługę miastu i handlowi, gdyby się tem zajęło.
Komitet budowy kościoła W. W. Świętych przed tygodniem podał do wiadomości mieszkańców tutejszych, że w dolnym oddziale tej świątyni miejsca pomiędzy filarami i w zagłębieniu okien użyte być mogą pod budowę stałych pomników, tudzież pod tablice nagrobkowe na ścianach wewnętrznych. W przeznaczonych na po-micniony użytek miejscach znaleźć mogą dogodne pomieszczenie nietylko skromne pomniki, ale i wytworne dzielą sztuki rzeźbiarskiej, na znaczną wykonane skalę, z zapewnieniem im prawa pi zostawania na miejscu tak długu, jak długi będzie byt samej świątyni. Komitet ogłasza ceny, za jakie osoby interesowane mogą pozyskać prawo stawiania pomników w świątyni rzeczonej, a nadto dodaje, żc przed rozpoczęciem robót przedstawiać należy proboszczowi parafii plany architektoniczne i projckta umieścić się mających napisów, dla uprzedniego zaakceptowania ich przez cenzurę duchowną i policyjną.
Odezwa nie dodaje, czy będzie jeszcze inna jakaś cenzura, ktoraby akceptowała prawdziwą wartość artystyczną przyszły cli pomników, dziel sztuki rzeźbiarskiej i architektonicznej... V jednak bez niej jesteśmy pewni, że dolny kościół W. W. świętych stać się może zbiorem karykatur artystycznych, jak pod tym względem stal sie nim już pocześci kościół górny...
Sf. M. Itz.
Przegląd polityki zagranicznej.
2-1 kwietnia.
W pierwszej chwili po fakcie zbliżenia się między Rosyą i Niemcami, pojawiły się dosyć liczne komentarze, wskazujące niebezpieczeństwo tego zwrotu dla Austryi. Obecnie okazuje się jednak, iż jeżeli w nowym zwrocie kryją się rzeczywiście jakieś ewentualności dla państwa austryackiego niepożądane, to leżą one na odleglejszym dopiero planie. Obecnie rząd rosyjski niema na myśli nic takiego, coby być mogło dla Austryi nieprzyjemne, a pełnomocnik rosyjski, pułkownik kaulbars, na dlugiim posłuchaniu, które miał u cesarza Franciszka Józefa, złożył wj raźne oświadczenie swego rządu, że Itosya nie pragnie, ani nie popiera żadnej zmiany traktatu berlińskiego, przyLczem
 ,266 ---------
miała być poruszona także kwestya spotkania sie monarchów. Innym dowodem zgodnego porozumienia rosyjsko-austryackiego jest to, iż podróż na Wschód arcyksięcia Rudolfa nie budzi w Rosyi żadnego zaniepokojenia, które byłoby uieuniknio-nćrn wrazie braku wzajemnego zaufania, albowiem austryacki następca tronu zwiedza właśnie tę cześć półwyspu, w której interesa rosyjskie najsilniej są zaangażowane.
Gdyby komu nic wystarczyły te wskazówki na dowód, iż w obecnej chwili o żadnych zawikła-niach lub nieporozumieniach austryacko-rosyj-skieh mowy być nie może, to dostarczyłby jeszcze poważniejszego argumentu fakt, że Rosyą obecnie negocyujc za granicą pożyczko, na którą subskrypeya w tych dniach ma sie odbywać. Każde państwo, znajdujące sic w tem położeniu, stara się nader usilnie o usunięcie, jeżeli nie zniweczenie, wszystkich bieżących zawikłań, o utorowanie sobie najszerszej drogi do publicznego kredytu i polepszenia o ile podobna kursu swojej waluty. Na dnie wszystkich działań dyplomacyi takiego państwa już ua czas dluzszy przed zamierzoną operacyą finansową odszukać można zawsze tę myśl ukrytą, to dążenie ostateczne, pomimo iż organa pólnrzędowe stanowczo zaprzeczają istnieniu myśli o pożyczce, dopóki ta myśl należycie nie dojrzeje i póki nie zostanie przygotowanym grunt, w któryby mogła być rzuconą, jako nasienie plon przewidywany wróżące. Patrząc następnie wstecz na wypadki, które zaszły poprzednio, na różne zbliżenia i ko.uplanacye nieprzewidziane, znajdujemy klucz do nich w kursach giełdy.
Jeżeli, jak to wyraźnie stwierdzają telegramy berlińskie, ułatwienie pożyczki rosyjskiej było pierwszym skutkiem zmienionej sytuacyi politycznej, todrugićm jej następstwem będzie niezawodnie traktat handlowy niemiecko-rosyjski, wy-równywąjący obustronnie cła i upraszczający manipulacjlj celną. Traktat ten jest sprawą, która obecnie najżywiej zajmuje ks. Bismarcka, który wyraża przekonanie, iż jeżeli po długich latach walki celnej da się zawrzeć traktat han dlowy z Rosyą, będzie to najlepszą rękojmią pokoju i utrzymania dobrych stosunków w przy szłości.
Sprawa rezygnacyi kardynała Ledóchowskiego z arcy biskupstwa gnicżnieńsko-pozuansKicgo, o ile ze sprzecznych doniesień telegraficznych i dzień nikarskich wj miarkować można, stoi tak, ze kar dynał złożył już papieżowi prośbę o uwolnienie od obowiązków arcybiskupich, ale Ojciec św. nie wyrzekl jeszcze ostatniego słowa. Powodem zwłoki ma być, według jednych doniesień, brak następcy, na którego obie strony, stolica apostolska i rząd pruski, mogły bj się zgodzić, a według innych, niezadowolenie Kuryi rzymskiej z toku prowadzonych układów w ogólnej kwestyi po lity czno kośi ieincj i z zachowania się rządu pruskiego względem katolików. Według (jrermanii, nadzieja blizkiego porozumienia się Rzymu z Berlinem znikła prawic zupełnie po ostatnich wypadkach, a mianowicie po odpowiedzi ministra Gosslera na znaną interpelacją ks. Jażdżewskiego, który zapytywał rządu dlaczego t. /w. „ustawa obroczna,” pozwalająca rządowi wstrzymywać wypłatę temporaliów duchowieństwu, zniesiona już wszędzie, tylko warchidyecezj i guieźnieńsko-poznańskiej jest dotąd obowiązującą „Niełatwo będzie—pisał niedawno dziennik wspomniany— zatrzeć złe wrażenie, jakie ta odpowiedz wywołała w wysokich kolach watykańskich. Po miano waniu ks. kardynała Ledóchowskiego sekretarzem memoryalów, Ojciec św. miał prawo liczyć na wcale inne zachowanie sic rządu pruskiego względem katolików.” Mimo tych słów dziennika, czerpiącego wskazówki z Rzymu i dobrze zwykle w sprawach kościelnych poinformowanego, fakt złożenia w ręce papieża rezygnacyi kardynała Ledóchowskiego jest dowodem, iż sprawa ugody polityczno kościelnej, acz powolnym krokiem, posuwa się jednakże ku rozwiązaniu.
Nowy poseł francuski, p. Patenótre, jutro wyjeżdża do Chin i Ananiti Zadaniem jego będzie ułożyć się z cesarzem anamitańskim o warunki
protektoratu francuskiego nad Anamem i Tonki nem, a z rządem chińskim o ustanowienie nowćj granicy chińsko tonkińskiej. Powodzenia orężne Francuzów nad rzeką Czerwoną są najlepszą rękojmią, że nowy poseł będzie mógł wywiązać się pomyślnie z obu swych misyj. W ogólności wyprawa tonkińska, którą opozycya w Izbie deputowanych uważała zpoczątku za wielki błąd ze strony rządu p. Ferrcgo, stała się obecnie jedną z chlub ministerstwa, potężnem wzmocnieniem jego stanowiska i podwaliną popularności.
To też pan Ferry czuje się silnym na swej po sadzie i mowa, jaką miał w Chaors przy odsłonięciu pomnika Gambetty, tchnęła poczuciem tej siły, wiary w siebie i w wartość swego systemu. Mówca traktował głównie sprawy polityki wewnętrznej, było w nićj jednak parę ustępów, które zainteresowały opinią publiczną w Europie. Prezes gabinetu francuskiego przypomniał znane słowa, że gdyby Francyi zabrakło, zachwiałaby się równowaga naszej części świata, i wyraził wiarę, iz demokracya, której rzeczpospolita jesi wybawicielką, może sie stać żywiołem pokojowym i dobroczynnym dla Europy, byleby nie kojarzyła się z duchem społecznego i moralnego wywrotu.
Opierając się na zdobytej rozumną i szczęśliwą polityką sile, p. Ferry zamierzył stoczyć stanowczą kampanią w obronie myśli, którą od chwili objęcia rządów miał na celu, a mianowicie w.sprawie rewizyt konstytucyi i zaprowadzenia wyborów zbiorowych, oraz zniesienia instystucyi sena torów dożywotnich. Jest to, jak wiadomo, projekt, o który sie rozbiło „wielkie niinisteryum” Gam-betty. Rząd Ferrcgo wnosi projekt rewizyi kon-stytucyi zaraz po feryach wielkanocnych, a gdy-bj' został przyjęty, zebranie (kongresu nastąpiłoby zapewne już w czerwcu.
Kio będzie następcą ks. Yogoridesa, jako gubernatora Wschodniej Rumelii, dotychczas niewiadomo. Rosyą stanowczo oparła się pozostawieniu nadal Aleka-baszy na zajmowanem stanowił ku, uoniinacya jego zatem stała się prawie niemożebną. Porta proponuje Rustema - baszę; Rosyą cheialaby widzieć na gubernatorstwie teraźniejszego sekretarza generalnego w rządzie ru-melijskim Krcstowicza, Franeya Karateodorego-baszę, a dość głośno nawet mówią o zamianowaniu wielkorządcą rumelijskim ks. Aleksandra bułgarskiego. Sprawa przeto staje się dość zawikła-ną i nic zaraz niezawodnie będzie mogła być rozstrzygniętą, jakkolwiek rozstrzygnięcie jest pil nem, gdyż mandat Alcka-baszj' upływa w połowie maja. Według traktatu berlińskiego, Porta mc mianuje bezpośrednio gubernatora Wschodniej Rumelii, tylko podajc kandydata, który może być zatwierdzony na posadzie, jeżeli wszystkie mocarstwa traktatowe zgodzą się nań jednomyślnie. Być może, iż weelu załatwienia tej kwestyi zwołana została konferencja mocarstw traktatowych.
Na fundusz wieczysty imienia s. e. ignacego boczylińskiego. Zebrane w Lodzi: od K. Ił. rs. 25; dr L. rs. 5; L S. rs. 25; S. E. rs. 10; J. W. A. R. rs. 3; A. St. 2; Leinwcber rs. 2; A. R. rs. 3; 11. R. rs. 2; S. K. rs. 5; A. E. rs. 5; razem rs. 37. Ogółem z poprzednio złożonemi ofiarami rs. 1,292 k. 50.
Nl POMNIK DLA SARB1EW SKlEGO. Wl. PląskoW-ski rs. 1; A. G. rs. 1; K. R. rs. 1; razem zc zlożo-nemi poprzednio rs. 91 kop. 5(J.
Korespondencja od redakcyi.
Pani Gor. w Płocku. Redakeya „Wędrowca" dziwi się, żo Tygodniki poświęcone literaturze i sztukom pięknym nie wspominają o pamiątkach po Mickiewiczu, ogłoszonych w jej piśmie. No... my tych pamiątek I wspomnień drukowaliśmy i drukujemy całe tomy, a jednak Wędrowiec faktu tego nie podnosił. Widocznie i on musi mićć swego ża...
Panu Ant. K. Wiersza pa oskiego drukować nie możemy. Napisany nic bez talentu, ale nuta tak już ograna, że chyba pod ręk:f mistrza zajmująco dźwięczeć może.
267
LISTY JORDANA DO PANA JANA.
SERYA TRZECIA.
LIST II.
Marzenia przy wygasłym kominku.—Rok występny i królestwo biedy. — U jednej piersi.—Tu i tam.—Kontrasty.— Sen zimowy.—Horoskop Pafnusia.—Bank pożyczkowy włościański.—Turysta Kryspin i antagonizm sąsiedzki. — Dzikie bestye.—Kuzyn pana Kryspina.—Amerykańskie blagi.— Obywatel parobek i jego polityczne wyznanie. — Piotrek, zawracaj!
‘(Dokończenie.)
Czasami zagadywałem Pafnusia kilku słowy; tak byl jednak zaltcrowany i niespokojny, źe mi na piąte zaledwie zapytanie lakoniczną dawał odpowiedź.
— W drodześmy sic spotkali... w drodze... w drodze — mówił, biegając kolo stołu. — On mi się pićrwszy ukłonił i zapytał dokąd jadę... powiedziałem mu, że do ciebie... Na to on mi odrzekł, że także tu jodzie, i prosił, bym sic doń przesiadł. Na to ja znów odparłem, żc wole moje brykę łowicką, niż jego amerykańskiego kpa... kiep bowiem ma się nazywać jego wolant. Coś tam mruknął pod nosem, alem tego nie dosłyszał, bo moje szpaki szybciej biegną od jego angielskich chabctów.
— To może się na ciebie obraził i nie przyjedzie?
— Bądź spokojny — odrzekł sucho Pafnuś — znajdzie się on tam nawet, gdzie go nie posieją; tylko go patrzeć.
W rzeczy samej, ledwie Pafnuś słów tych do-mawial, zaterkotał przed domem wolant pana Kryspina.
— Masz go! masz!— zawołał Pafnuś, rozkrzy-źowawszy ręce.
— To kaź teraz konie wyprzadz...
— Jaf.. nic!... teraz tćmbardzićj nie!... Ale idź, sąsiedzie, o mnie sic nie troszcz, idź na powitanie wielkiego Kryspina, przyjmij go, jak na to taki pólmędrek zasługuje.
Podszedłem ku drzwiom, w których się równocześnie wysoki nasz Kryspin ukazał.
— Haudiodu! komesta!—zawołał nasz turysta, zrzucając długi angielski makintosz i odwiązując z szyi ogromny szal szkocki, którym się na angielski manier obwiązywał.—Jakże mi się masz, kochany sąsiedzie— mówił dalćj, ściskając mnie za obie ręce. — Dziwisz się zapewne, że taki jak ja włóczęga, wędrujący od stoku Alp aż do szczytu Kordylierów, zawadził o twoje wioszczynę. Widzisz... ma to swój powód... raz, że mimo poznania wszystkich prawie szczepów obydwóch półkul, człowiek ma zawsze pewien pociąg do swoich białoskórych... nawiasem mówiąc, nie odnosi się ten pociąg do szanownego Pafnusia, którego cera bardziej do czerwonoskórćj jest zbliżoną...
— Bardzo cię proszę, panie Kryspinie! — odburkną! Pafnuś—dowcipy swe racz lokować na innych hypotekach.. na innych... na innych...
— Nie gniewaj się, Pafnusiu—odparł, wskazując na mnie—że wolę jego, niż ciebie...
— Mogę cię także zapewnić o wzajemności uczuć, zupełnej, zupełnej, zupclnćj...
— Nie potrzebujesz mi tego trzy razy powtarzać.
— Bardzo cię proszę! bardzo, bardzo, bardzo! — Na cóż te trzy razy? — zaśmiał się Kryspin. Pafnuś pokraśnial jak burak łcichtewicki (pastewny), zaklął przez zęby, porwał za czapkę i ruszył ku drzwiom.
— Bój się Boga, Pafnusiu! — zawołałem, biegnąc za nim—wszakże to żarty.
— Ja ich nie znoszę! nic znoszę! nie znoszę!
— Znowu trzy razy!—zaśmiał się nieubłagany Kryspin—a to czyste terno.
— Zmiluj-żc się—rzekłem doń, przytrzymując równocześnie Pafnusia — dajcie pokój tym wzajemnym przytykom; mamy sprawy ważne do omówienia. Pafnuś mnie przeraził zaraz na wstępie, a teraz cbcecie się rozjeżdżać.
— Niechże twój Pafnuś żartów nic bierze na seryo—odparł Kryspin.
— A twój pan Kryspin niech rzeczy seryo nie obraca w żarty—dodał Pafnuś.
— Zgoda, zgoda — wtrąciłem coprędzćj, pragnąc tylko zatrzymać dwu tych zapaśników, którzy w mćj samotności wyborną stanowili rozrywkę.—Podajcie sobie ręce, ot tak, dobrze, a teraz, nim herbatę podadzą, pogadajmy.
— Cóżeście tu przed mćm przybyciem uradzili? — zapytał pan Kryspin, wyciągając się na sofie.
— Dotąd nic jeszcze...
— Jakaż twoja rada?—zapytał Pafnusia.
— Moja? dlaczegóż ja się mam piórwszy wyrywać?
— Sądziłem, źe ocenisz ten dowód grzeczności.
Widząc, że się znów zaczyna rozmowa zaostrzać, przerwałem czemprędzej:
— Czyż ten bank pożyczkowy jest już istotnie postanowiony?
— Jeszcze nie—odrzekł Kryspin—ale podobno myślą nad nim poważnie.
— Ja słyszałem, że to już prawie skończone— wtrąci! Pafnuś—i jeśli tak, to nie pozostaje nam nic więcej, jak tylko zlikwidować sic, wieś całą rozprzedać, konie, woły, barany, trzodo wyprzedać...
— A samemu?
— Samemu wynieść się do miasta.
— I co tam będziesz robił? — zapytał dobrodusznie Kryspin.
— Co?... to co każdy.
— To żadna odpowiedź, bo prawie każdy z mieszkańców miasta ma tam jakieś zajęcie.
— 1 ja będę miał zajęcie.
— Jakie?
— Jakie?... takie jak i drudzy. Pójdę gdzie na kolej, do jakiego banku, gdziebądź...
— Ależ tam takich nieuków jak my nie potrzebują.
Pafnuś znów się nachmurzył.
— Bądź łaskaw mówić zawsze o sobie, o sobie...
— Mówiąc w liczbie mnogićj, mówię i o sobie, i o tobie, wszakżeż jeden chlćb jemy...
— Przepraszam, przepraszam, nie jeden... ja tam po amerykańskich błagach... chciałem powiedzieć po amerykańskich lasach się nie tłukłem.
— A ja się tłukłem... wędrowałem dużo—odparł Kryspin, zakładając jedne nogę na drugą— były tygodnie, ba i miesiące całe, żem nic nie widział, prócz drzew...
— No, i prócz dzikich bestyj — zauważył złośliwie Pafnuś.
— Nie... z tych sobie nic nic robiłem, znały mnie już jak zly szeląg. Jeśli tam czasem przeleciał tygrys, stanął i zęby wyszczerzył, zadąłem w róg... ogona stuli! i poleciał w swoje stronę. Ale, pomijając takie drobne spotkania z trwożliwą panterą, z potulnym niedźwiadkiem, lub podstępną hycną, które straszniej wyglądają w me-nażeryach niż w lesie, resztę czasu byłem zostawiony sam sobie i studyom swoim.
— I cóżcś wystudyowal? — pytał dalej złośliwy Pafnuś.
— Przedewszystkićm to, że Amerykanie to ludzie bardzo mądrzy... a my...
— Bardzo głupi wtrącił Pafnuś.
— Teraz nawzajem ja cię proszę, abyś mówił przedewszystkićm o sobie.
— Płacę pięknem za nadobne.
— Nie przerywajcież sobie — odezwałem się, żal mi bowiem było blag, któremi Kryspin, wmia-rę rozgrzania sie, sypał jak z rękawa.
— Otóż—począł Kryspin, wstając z sofy i siadając na krzesełku, na którćm kołysać się począł—my moglibyśmy może być mądrymi, gdyby nam się nie zdawało, źe już nimi jesteśmy. Amerykanie uczą się ciągle; my, wyszedłszy z kilku klas, już się uczyć przestajemy. Skutkiem tego oni idą ciągle naprzód, a my sic cofamy. Dalej Amerykanie pracują jak muły i kaźdćj się robo-tj imają, my przebieramy w zajęciach, mając sobie niejedno prace za dyshonor. Oni skąpią, kiedy są na dorobku, a rzucają zlotem, gdy już do milionów dojdą; u nas przeciwnie, skąpcami są
bogacze, a rozrzutnymi chudopacholki. Ztąd też rezultat, żc kiedy tam powiększa się liczebnie ilość ludzi zamożnych, u nas jednostki tylko utrzymują fortuny, a ogół składa się z nędzarzy. Tam, w ich życiu ruchliwćm, czynnćm, gorączkowym, człowiek nasz nawet zmienia się jak kameleon, staje się żwawym, lotnym, pomysłowym; u nas, wśród ogólnej apatyi, ciężeje, opuszcza się, tępieje.
Znalazłem tam przypadkiem dalekiego kuzyna, emigranta, który, straciwszy tu przez niedolęztwo i próżniactwo wcale dostatnią fortunę, drapnął przez ocean. Było to dawnićj, w czasach kiedy rząd unii chętnie rozdawał kolonistom poważne przestrzenie leśne, byle z nich tylko kiedyś na wpływ podatków i na powiększenie ludności mógł liczyć.
Kuzyn mój dostał szmat lasu, który sam sobie-karczować musial. Sosny zastał tam takie, źe na spuszczenie jcdnćj nieraz miesiąca czasu potrzebował; grunt zdawał się być twardym, do uprawy niepodatnym, pastwiska leśne nieżyzne; a jednak siłą czasu i woli żelaznej zbudował tam sobie fermę, inwentarzyki zwolna zaprowadził, ziemię dziewiczą z korzeni oczyścił i dziś, po latach trzydziestu, ów emigrant jest prezesem kółka rolniczego, liczącego 500 członków, jest deputowanym w Stanie, większym od naszej gubernii, jest szeryfem miasta liczącego 300 szynków i członkiem rady zarządzającej wielkiej kolei, na której się rocznie paręset mostów zapada i tysiące ludzi zabija. Pszenicę i kukurydzę sprzedaje na tysiące kwarterów, wołowinę w ekstraktach mięsnych spienięża w Europie, owoce w konserwach do pierwszych rcstauracyj paryskich dostawia, słowem jest magnatem-gospo-darzem, o jakich my tu pojęcia nie mamy...
— Ale gdyby jego parobkom dano pićniądze na kupno gruntów i gdyby sam został ze swemi konserwami, ekstraktami i kwarterami, toby go diabli wzięli — wtrącił zniecierpliwiony Pafnuś, zabierając się do odjazdu.
— Gdzie? gdzie?—spytałem Pafnusia, zatrzymując go przemocą.
— Wracam do domu; mówimy o czćm innćm, zamiast o rzeczy głównej. Zresztą—dodał mi na ucho — mam dosyć tych błag amerykańskich.
— Zaraz skończę—podchwycił p. Kryspin—to pomówimy o kwestyi głównej, jak ją nazywasz. Rozstałem się tedy z moim kuzynem, oczarowany jego uprzejmością. Kiedy mnie odprowadzał na kolej pysznym swym kabryoletem, zaprzężonym w parę normandów, przebiegliśmy w kwadrans niespełna trzy mile angielskie. Ludzie po drogach zmykali nabok, jak nasze Żydki potulne; na dworcu salutowała go służba, jako członka Rady; wybrał mi najpiękniejszy wagon I klasy i założył mi miejsce czysto angorskim plaidem. Gdyśmy odeszli na chwilę dla obejrzenia lokomotywy, ciągnącej 400 osi, jakiś elegancki Yankees zajął mi miejsce; wracamy... on się nie rusza. Mój kuzyn przemówił doń uprzejmie, ale Yankees widać byl głuchym, bo pozostał w miejscu. Wtedy kuzyn mój, z uprzejmością iście amerykańską, wziął go za kołnierz i przesadził w powietrzu na drugi koniec wagonu. Yankees, znający się na amerykańskiej grzeczności, uchylił lekko kapelusza, „all riglit* a ja swoje miejsce zająłem.
— Czy już koniec? — spytał niecierpliwy Pafnuś.
— Na tymczasem koniec, ale zamawiam sobie cierpliwość na późnićj.
— Dobrze, dobrze, ale bezcmnic — mruknął Pafnuś.
— Nic zależy mi na tćm—odparł Kryspin.
— Więc do rzeczy, panowie — wtrąciłem co-prędzej. — Powićdz-źe mi, panie Kryspinie, jak się ty zapatrujesz na kwestyą tych pożyczek?
— Ja nie patrzę na to tak czarno, jak Pafnuś; jużciż niewszystkich służących obdzielą temi pożyczkami.
— Wszystkich, wszystkich, wszystkich!
— Za pozwoleniem, mój Pafnusiu—mówił dalej pan Kryspin, podkładając nogę pod siebie.— Przedewszystkićm, o ile sobie przypominam z da-
268
nych statystycznych, ma być w królestwie przeszło 200 tysięcy rodzin służących dworskich, nie-posiadających własnej ziemi i zamieszkałych w dworskich domach; prócz tego jest kilkadziesiąt tysięcy pojedynków, będących na dworskim stole, a nocujących po zabudowaniach folwarcznych, stajniach, oborach, owczarniach i t. p. Jeżeli minimum osady ma wynieść cztery morgi, to po-trzebaby dla nich kupić milion mórg, a znów licząc morgę w częściowej sprzedaży po 100 rubli, trzebaby na to 100 milionów rubli. Do tego trzebaby chłopu dać jeszcze pożyczkę na budowle, inwentarz i porządki, co drugie tyleby wyniosło; pytam się was, czy przy dzisiejszej masie papierów publicznych, w cesarstwie i królestwie, emisja takiej kolosalnej sumy nowych wartości, zabezpieczonych nieszczególnie, byłaby wogóle możliwą?
— Ja się tam na tem nie znam — odparł niechętnie Pafnuś, któremu wrngóle teorye pana Kryspina nie trafialj7 do smaku.
— Mnie sic zdaje — rzekłem nawzajem — że wistocie operaeya taka, przy obecnym stanic finansów, byłaby niemożliwą, zwłaszcza żc do powyższej cyfry pożyczek przy byłaby jeszcze kategorya gruntów, któreby dokupić trzeba było, dla zaokrąglenia osad mniej niż cztery morgi ma-jącjch.
— Czegóż się wiec Pafnuś tak dalece obawia?—spytał Kryspin.
— Czego? czego?—podchwycił zagadniony — a to tego, że niech się tylko wieść o tćm między czeladzią wiejską rozniesie, już zaraz pracować przestaną.
— Ale przesadzasz!
— Nie przesadzam, nie, znam ja tych kundli lepiej, niż wy!
— Jakaż na to rada?
— Niema rady!—odparł rozpaczliwie Pafnuś.
— Byłaby7 — wtrącił Kryspin spokojnie — ale trzeba wprzód zreformować warunki bytu naszej wiejskićj czeladzi.
— A czy to źle tym hultajom?! — spytał Pafnuś.
— Musi być źle, skoro przy puszczasz, że cię naraz wszyscy porzucą.
— Ciekawym, coby im jeszcze dać wypadało podług twoich teoryj.
— Co? — odrzekł Kryspin — wszystko, na czem im dziś zbywa. Przedewszystkićm niech się nie gnieżdżą w norach, ale w domach porządnych, takich, jakie dziś dla nich na całym świecie budują; niechaj będą dobrze odżywiani i trochę lepiej uposażeni — wreszcie niechaj nie wegetują w' ciemnocie i opuszczeniu, ale niech się zwolna kształcą i w ludzi przedzierzgają. Ku temu wiodą dobre i uczciwe pisma, odczytywane im coniedziela po gospodach, ukracanie pijaństw a przez zamykanie karczem i szkółki dla dziatwy1, przez które i ua rodziców zbawiennie oddziaływać można. Tym sposobem czeladź przy-wiążc się do miejsca i dworu, u którego znaleźć powinna i pomoc w biedzie, i ulgę w chrorobie i dobre, poczciwe, ciepłe słowo.
— To są romanse! — przerwał Pafnuś.—Chłop póki głupi, to pracuje, a jak czegoś liźnie, to mu się pracy po wsiach odechce.
— Mylisz się grubo — odparł pan Kryspin. — Spojrzyj ua tę klasę ludzi w Anglii, w Ameryce nawet.
— Ee, sąsiad ciągle z temi amerykańskiemi blagami wyjeżdża; ja tam ich nie ciekawy.
— Ale jam ciekawy — wtrąciłem coprędzej, nie chcąc przerywać Kryspinowi .jego naracyjnćj weny. — Jakżeż tam się stosunki parobków uregulowały?
— Jak? tak samo, jak się uregulowały stosunki robotników fabrycznych, urzędników biurowych, rzemieślników i t. d. Parobek tamtejszy do naszego, to jak dzień do nocy. Pamiętam, siedzieliśmy z moim kuzynem na werendzie, pijać własną kawę i paląc cygara z własnego liścia skręcone. Nagle zjawia się przed domem dzielny mężczyzna, w długim paltocie, w białym filcowym kapeluszu, i nie zdejmując go wcale*z głowy, zapytuje mego kuzyna:
— Obywatelu, czy nie masz pracy dla mnie?
— A cóż ty umiesz, obywatelu? — spytał go zagadniony.
— Umiem wszystko, czego do fermy potrzeba. Jeżeli nie używasz pługów parowych, potrafię ci orać pługiem Dombasla na wszelką żądaną głębokość, potrafię ci broną szkocką lub ckstyrpato-rcm skrzesać ziemię na proch. Umiem objeżdżać konie z pampasuw do każdego użytku: do lekkiej jazdy wicrzchowćj, polowań i wyścigów; umiem kosić maszyną i kosą ręczną, młócić na lokomo-bili i cepami, rznąć sieczkę na ladzie ręcznćj i konnej, mleć, śrótować, obrabiać drzewo do kan-tu i w okrąglaki.
— A czy jesteś piśmienny?—przerwał mu mój kuzyn.
— Pytanie twoje, obywatelu, dziwi mnie; znać że nic z naszej półkuli pochodzisz.
— Jakież są twoje warunki?
— Płaca dolara dziennie; mieszkania 12 łokci w kwadrat, wysokości 7 i dwa okna od południowej strony: wikt dostatni, zrana kawa niezbyt mleczna i bez cykoryi, bo tej nie znoszę, na drugie śniadanie czarka koniaku i rostbif na zimno z musztardą. Na obiad zadowalam się jednem gorącem mięsem, jarzyną i wazką bulionu; podwieczorek lekki, kilka jaj świeżych, ser i masło, z dodatkiem chleba ile spożyję; wieczór gorąca kolacya i butelka piwa niezbyt mocnego, bo mi ono sen odbiera. O dodatku liścia tytoniowego drugiego numeru i butelki wina w niedzielę nie wspominam, bo to są rzeczy znane i powszechnie przyjęte.
— Domyślam się, obywatelu, że przy takićm odżywianiu się posiadasz silę potrzebną.
— Wór pszenicy lub ryżu zarzucam na plecy bez pomocy; wołu każdego za rogi w miejscu osadzę, konia chwycę ci na lasso jedną ręką; podkowę stalową dognę rękami na zimno, bez użycia węgla, lub jakichkolwiek narzędzi.
— Zgoda więc — odrzekł mój kuzyn, dając mu 5 dolarów zadatku.
— Kiedy mam się stawić do roboty?
— Za tydzień; izbę ci wyprzątnę i odświeżyć każę.
— Ale, ale — a jaką ty trzymasz gazetę, obywatelu? — spytał parobek.
— New York Heralda.
— Czy to jest dziennik twojej barwy?
— Tak jest, stoję przy nim niewzruszenie.
— Żałuję bardzo, bo ja stoję przy Mornlng Chronicie również niewzruszenie.
— Więc...
— Więc zwracam ci pięć dolarów. Przy takiej sprzeczności przekonań, łatwo przyjśćby mogło między nami do pięści.
— A cóż twój kuzyn? — spytał nagle Pafnuś Kryspina.
— A cóż, odebrał zadatek, podał mu rękę i rozeszli się, jak na gentlemanów przystało.
— No, to koniec świata!—krzyknął Pafnuś.
— Wcale nie — odrzekł Kryspin. — Mój kuzyn ma aż do zbytku parobków, ale wszystko czytelników New York Heralda.
— I cóż za sens moralny z tej farsy? — spytał złośliwie Pafnuś.
— Ten, że jeśli kiedyś i u nas do takiej oświaty przyjdzie, to dwór zrozumie potrzeby ludu, a chłop pojmic dobrze zrozumiany interes własny, wyroili sobie zdanie jasne o potrzebach swoich, będzie wiedział na co mu prawo pozwala, a w czem jest w niezgodzie z kodeksem, uzacni się, poprawi, uszlachetni, przywiąże nawet do miejsca, a żadne złe podszepty doń nie trafią. Wtedy-to nie będziesz potrzebował, mój Pafnusiu, wyprowadzać się do miasta i szukać przytułku po bankach i kolejach.
— Tylko będę chłopom bifsztyki smażył.
— lak, i gazety razem z nimi czytywał.
— Upadam do nóg! — zawołał Pafnuś, chwytając za czapkę, burkę i wybiegając śród egipskich ciemności przededwór. — Pietr! Pietr, zajeżdżaj! zajeżdżaj!
Pogoniłem za nim, chcąc go zatrzymać na herbatę.
— Dajże mi pokój! — zawołał oburzony —
w towarzystwie tego fiksata wątroba rai się przewraca. — Pietr! Pietr! — zawołał, wskazując na brykę. — Zawracaj! zawracaj!
— Kiedy, w. panie...
— Zawracaj! zawracaj! kiedy ci mówię.
— Ale proszę pana...
— Zawracaj! zawracaj na miejscu, kiedy każę! Posłuszny Pietrek zawrócił.
— Jedź! jedź! żywo!
Konie ruszyły kilkanaście kroków i wyrżnęły dyszlem o stajnie.
— Gdzieżeś, ośle, wjechał?
— A no w podwórze.
— Poco!? poco!?
— A no, stałem dyszlem do bramy. W. pan kazał gwałtem zawracać, ta zawróciłem i wjechały konie na stajnię.
— Zawracaj! zawracaj! bo ci zęby do jednego wybiję. A to niesłychane rzeczy, jeszcze im zato bifsztyki przyjdzie smażyć!
Przegląd piśmienniczy.
Jan Kochanowski w świetle własnych utworów, przez Br. Chlebowskiego.—Epopea rycerska Niemców i Dramat niemiecki XIX wieku, przez Teodora Jeskc-Choińskicgo.
Krytyka literacka u nas do niedawnych czasów zbyt mało była rozwiniętą, pomimo licznych głosów nawołujących do jej uprawy. Wprawdzie niekiedy pojawiały się dzielą krytyczne, lecz szły one zawsze pojedynkiem, rzucały światło w jeden tylko punkt, pozostawiając cały obszar dawnej i nowej literatury w zamierzchli. Dotychczas nie mamy na przykład wyczerpującej historyi literatury. Snadź dla jednego pr^pownika ogrom to zawielki, a prac przygotowawczych, niestety, jeszcze zamalo.
W ostatnich wszakże latach przybyło sporo nowych pracowników na tem polu, którzy, złączywszy7 się ze swymi poprzednikami, idą dziś zwartym szeregiem, mając jasno wytknięty cel drogi. Wytrwała, a umiejętną pracą zapełniają dotychczasowe szczerby i chociaż są to przeważnie mo-nografiści, nie zapominają rzucać świateł i na cc-łe epoki, mówiąc o jednym ich przedstawicielu. Więc robi się dotąd w tćj ciemnej dziedzinie coraz jaśniej, a światło rzucone nie jest sztucznym blaskiem, lecz światłem prawdziwem dziennćm. Otaczanie autorów, osobliwie dawniejszych epok, fantastycznemi barwy, zarzucono zupełnie. Czy która i postaci straci sztuczny urok, czyli tćż nie, w to krytyka dzisiejsza nic wchodzi. Jćj celem jest wyświetlanie prawdy, dla którćj wszystko poświęcić należy.
Jednym z wytrwałych, sumiennych a zdolnych pracowników na polu krytyki literackiej jest Bronisław Chlebowski. Jego dotychczasowe dzieła noszą na sobie cechę mozolnych, gruntownych badań, jakkolwiek brak im czasami odrobiny lekkości, świeżości, owego ciepła, któreby czytelnika do czytania zachęciło. A przecież sumienność badań nie wyklucza bynajmniej piękna formy, owszem, daje się ona najzupełniej pogodzić z pewną rzutkością i lekkością pióra, konieczną wobec dzisiejszych wymagań literackich. Najlepszym tego dowodem ostatnia praca tego autora o Janie Kochanowskim, chociaż ani na chwilę nie dal się unieść fantazyi i nie stroi Kochanowskiego w owe legendowe szaty, które mu narzuciła Hofmanowa. Praca, której kilka uwag mamy poświęcić, jest gruntowną, o ile inatcryały pozwoliły wyczerpującą, a jedak ubrał ją autor w formę piękną, przystępną dla każdego, nienużącą czytelnika.
Prace profesora Przyborowskiego, ks. Gackiego i Loewenfelda wyczerpały' dotychczas znane dokumenta, odnoszące sic do życia Kochanowskiego, w tym więc kierunku, na tychże samych podstawach nie mógł Chlebowski iść dalćj. Zna lazł wszakże inne źródło, z którego mało dotąd czerpano, a które niemniej dajc materyalu do zrozumienia postaci największego poety złotego
269
wieku. Źródłem tem są własne dzieła Kochanowskiego.
Kochanowski byl lirykiem, a jako taki, przelał w swe utwory jeśli nie wszystkie, to przynajmniej wiele ze swych uczuć, te zaś stają się dziś komentarzem niepośledniej wartości do wyjaśnienia trybu jego życia.
„Tak dotychczasowe wizerunki oblicza fizycznego, jak i charakterystyki oblicza duchowego poety, nakreślone przez Historyków’ literatury i krytyków, przedstawiają połączenie rysów czysto fantazyjnych z prawdziwymi. Te drugie przytem pochodzą z ostatnich lat życia Kochanowskiego, choć zwykle przenosimy je na cały okres dojrzałości duchowej i działalności literackiej poety. Wyobraźnia nasza nie może się wyzwolić od tkwiących w niej zarysów, jakie opowieść Hetmanowej pozostawiła w młodocianych umysłach. Nosząc się z tym dowolnie zidealizowa-nym wizerunkiem, jesteśmy przekonani, że filozofia mierności przy cnocie — cichego i pracowitego żywota na własnym zagonie—stanowiła podstaw ę całego życia poety, który w dobrowolnie obranej doli ziemianina urzeczywistnił swój najdroższy ideał i znalazł szczęście, jakie sprowadziła harmonia przekonań i pragnień moralnych, z zewnętrznenii warunkami bytu.”
A jednak tak bardzo rozpowszechnione mniemanie pozwala sobie p. Chlebowski zakwestyono-wTać, ba nawet wprost obalić, i to na silnych podstawach opierając twierdzenia przeciwne. Pieśni, Fraszki, Sobótka, Psałterz i Odprawa posłów greckich są dla bystrego Krytyka pamiętnikiem, z którego przebija dola poety dość smutna, krgu-mcntacya p. Chlebowskiego doskonała wywody jasne, przekonywające. Zpod jego pióra wychodzi postać Kochanowskiego inną, lecz zato prawdziwszą, naturalniejszą, zyjącą całą piersią — słowem widzimy człowieka z krwi i kości, radującego i smucącego się, dla którego żal po stracie 1 rszulki nie byl jedynym bólem. Rysunek pana Chlebowskiego wyraźny, jasny i silny, co wszystko podnosi wartość jego pracy. Wykład potoczysty, często piękny i zajmujący.
Wobec krytyki p. Chlebowskiego, przestaje Kochanowski być ideałem pocty-ziemianma. Natura jego, żywa, gorąca i wrażliwa, żąda szerokiego pola pracy. Nic gardzi hołdami i uznaniem, nie odrzuciłby i nagrody, lecz właśnie dlatego, ażeby stanąć na rozleglejszej arenie, ażeby pracować nie w ukryciu, lecz na widowni, w oczach całego narodu. Sekrctaryat na dworze królewskim nie wystarcza mu. Czczy to ty tul, niedają-cy ani pola do pracy, ani uznania. Co gorzej, stanowisko to wymagało czynności wprost przeciwnych naturze naszego poety. Trzeba było schlebiać panu i pankom, bawić się komerażami dworskibmi, a nagrodę zdobywały nie praca, nie talent, lecz zręczność i spryt.
Zawiedziony w nadziejach, usuwa się Kochanowski w zacisze wiejskie, uie żeby go spokój tam nęcił, bo zamiast pałaców, do których nawykł, i dostatków, znajduje nizką chatę wieśniaczą; usuwa się, bo przejrzał, że na tej drodze nic ma co robie. Przyczynił sic do tego niemało i zawód sercowy. Rozkochany w Ilannic, o którćj tak często pisuje, marzy’ o szczęściu, bo o posiadaniu pięknćj ukochanej i skoligaceniu sic z możnym domem. Lecz marzenia te rozbiły się, jak bańka mydlana.
„Wraz z piękną Hanną, czy też spólcześnie tylko, utracił on i wiarę w ludzi, do których się rozczarował, i nadzieje świetnej przyszłości, do której zmierzała jego ambieya, i to tak miłe stanowisko uwielbianego i pożądanego przez wszystkich światowca-poety. Młodość przeminęła, „srebrne nici” zjawiły się juz na głowie, a tu naraz znikł uroczy port, ku któremu niosły go wyobraźnia i amuicya, pierzchły wymarzone obrazy szczęścia, na dobrobycie, miłości, sławie i stanowisku opartego... i poeta ujrzał się osamotniony, odarty ze wszystkich złudzeń, rozczarowany do swych ideałów.”
Wtedy to powraca na wieś.
Tu pozuajc „nieprzcpłaconą,” „wszystkim milą” Dorotę. Nie sercem, lecz fantazyą przylgnął
do tej sielankowej piękności. A kiedy miał zapalić pochodnię hymenu, długo sic ociągał, bo jeszcze nie pogrzebał nadziei zdobycia sobie stanowiska wyższego. ' róbuje też szczęścia: wyjeżdża nieraz ze smutnego Czarnolasu; lecz fortuna nie cłiciała mu być łaskawą. Zmiany królów nie sprzyjały zamiarom i chęciom Kochanowskiego. A kiedy wreszcie ua tronie zasiadł dzielny Batory’ i przyjaciele poety postarali się dlań o stanowisko, było już zapóźno. Znękany zawodami i chroniczną chorobą, nie chce już i nie może Kochanowski piastować wysokiego urzędu. Ofiarowanej kasztelanii połanieckiej uie przyjmuje, bo czuje, że sił mu już na inne, niż ciche wiejskie życie, nie starczy. Resztki dni zatruła mu zgryzota po śmierci najukochańszej Urszulki; lecz ból ten natchnął go zarazem do najpiękniejszej krea-cyi. Jeżeli przedtem w każdym niemal utworze skarży się na ludzi i nieżyczliwą fortunę, teraz zapomina tych podrzędnych bólów, bo go dotkną! największy, bo stracił tę, którą chciał wychować na dziedziczkę spuścizny duchowej. To jedno dziecko, zdawało się ojcu, zrozumiećby go mogło, a kto wić, nasłuchawszy się ojcowskich pieśni, czy by samo kiedyś nie uderzyło w lutnię? Stało się inaczej, jakby’ przeznaczona by ło Kochanowskiemu aż do grobu doznawać zawodow.
Powtarzamy raz jeszcze, że praca p. Chlebowskiego zaleca się, obok oryginalności pomysłu, wielką gruutowuością, systematycznem rozłożeniem materyału i jasnym wykładem. Dzieło to jest bardzo ważnym i cennym nabytkiem w naszej literaturze krytycznej.
Stajany teraz przed inny m krytykiem, który’ w krótkim bardzo czasie zjednał sobie dobrze zasłużone uznanie. Młody’ to jeszcze pracownik, a już dzieła jego mają wartość niepospolitą.
Mówimy o Teodorze Jeske Choińskim, którego dwa najnowsze studya mamy przed sobą. Zanim się im bliżej przypatrzymy, winniśmy poświęcić kilka slow autorowi. Nazwaliśmy go młodym pisarzem, mając na myśli nietylko lata pracy literackiej; mieści się w tćm określeniu zaleta, którćj p. Choiński nigdy zapewne nie straci: jest nią owa świćżość pióra, owo życic, temperament i zapal, których nikt sam sobie nie nada. W pracach p. Choińskiego widoczna jest indywidualność, bystrość umysłu, śmiały rzut oka, któremu nauka pomocną podaje rękę: a ponad tem wszystkiem unosi się oryginalna, nieraz świetna forma. Kilka cytat, które poniżej przytoczymy’, dadzą dokładnie poznać, jak autor przedmiot traktuje i sądzimy, że będą dowodem słuszności naszego twierdzenia.
Wychowany w szkołach niemieckich, nauczył się p. Choiński systematyczności, porządku i grtin-townośei—trzech warunków, bez których krytyka istnieć nie może. Nauka i praca wytworzyły’ talent, jakich dla literatury naszej pragnęlibyśmy’ conaj więcej.
Choiński pracuje przeważnie nad literaturą niemiecką, znaną u nas mało, a przynajmniej nie gruntownie; tćm większe przeto zainteresowanie powinny budzić studya tego autora.
Zaczniemy od pracy nad rycerską epopeą Niemców, bo jakkolwiek jest późniejszą, odnosi się do dawniejszej epoki literatury.
Zaraz na wstępie znajdujemy charakterystykę społeczeństwa n.emieckiego w epoce, kiedy wiara chrześciańska trwale zapuściła korzenie i objęła całą masę narodu, od głów koronowanych, aż do ostatniego nędzarza. Autor kreśli dosadnie rozwój ducha w tej. epoce, przechodząc po kilku Silnych rysach do wojen krajowych, od których datuje początek cywilizacyi niemieckiej.
„Syn szumiących lasów i dzikich, barbarzyńskich jeszcze obyczajów wychowaniec, śpieszy ochotnik germański na daleki wschód, aby walczyć przy grobie nowego swego Boga. Poraź pierwszy uzbraja się Niemiec w imię niesamolubnej idei. Już sama istota takiej wyprawy uszlachetnia go i podnosi”... „Jodzie przez bogate, cywilizowane kraje cesarstwa greckiego i kształci się na każdym kroku, bo widzi codziennie nieznane mu dawmćj cuda”... „Przez obcowanie z rycerzem francuskim i angielskim naby wa Tcuton ogłady, a przez
porównanie własnych obyczajów z ustrojem państwa greckiego, z poezya Wschodu, praktycznie z życiem zespoloną, zbogaca swoje wiedzę i łagodzi szorstkie instynkta barbarzyńca.”
„Z tradycyi tych wojen wytrysnęło bezpośrednio źródło poezyi średniowiecznej, którą uprawiali rycerze, na Wschód, do grobu Chrystusowego ciągnący, lub synowie ich i wnuki. Jeszcze nie przebrzmią! odgłos „żywej epopei,” gdy poezya zaczęła wielbić sławę tych, co pisali krwią swoją poematy. Synowie i wnuki, chcąc uświetnić, utrwalić pamięć swych awanturniczych a walecznych ojców, opiewali ich czyny, nadając plastyczne kształty ideałowi, co zawisł niewidzialny nad głowami krzyżowców.”
„Rycerstwo średniowieczne złożyło swój testament w poezyi.”
Oto główne mementa wstępu do studyum nad rycerską epopeą Niemców. Rysunek pewny’, wyraźny, a dosadny. Ton taki panuje w całej pracy, tylko żc dalej spotykamy się z gruntowuo-śeią wywodów, z systematycznym rozbiorem omawianego przedmiotu.
„Krucyaty złożyły stare idee do grobu, wytwarzając nutce, chrześciańskie. Są one walką w imię indywidualności młodej Europy zachodniej, przeciw pokutującym jeszcze marom starego świata. W nich pobiło ostatecznie uczucie świeżych ludów rozum starożytnych.”
Wiara chrześciańska, która odtąd wabiła swych wyznawców do cichego ascetyzmu, występuje teraz w pełnym blasku i chwale, bo bojownikami są rycerze z ciała i krwi. Z takiego żywota wy-kw itła poezya inną być musiala, aniżeli piękna lecz sztywna starej Hellady i Romy. Zpoezątku chromała młodziutka mirza; nieumiejętność sformułowania myśli i niedolęztwo formy stanowiły główne wady’ początkowych płodów germańskich.
Kolebką pieśni rycerskiej była Anglia (Walia brytańska); ale w Niemczech zakwitła i rozrosła się dopiero potężnie, bo rozwijała się już na pewnych wyrobionych podstawach. Po opisaniu genezy pieśni rycerskiej, przechodzi autor do dziejów jej w Niemczech. Rozbiera najdawniejsze zabytki epopei, zestawia je systematycznie, ocenia, słowem tworzy obraz historyczny. Posługuje się wprawdzie sądem znakomitych badaczy niemieckich, lecz nie krępuje się nim wcale. Owszem, występuje zawsze samoistnie, ilekroć nie zgadza się z poprzednikami. Mając olbrzymi ma-teryał studyów i komentarzy niemieckich, umie sobie z nim dać radę, wić co wybrać, a co odrzucić, jako ciężki niepotrzebny balast, słowem oryentuje się umiejętnie, zapomocą kompasu, którym jest talent krytyczny. Na szczególniejszą uwagę zasługuje rozbiór „Parsirala” Wolframa von Eschenbach. Krytyk rzuca światło na ten ciekawy utwór i wykazuje ukrytą nić przewodnią, łączącą rozkawałkowaną na pozór całość. Próbki stylu i sposobu traktowania przedmiotu, które daliśmy powyżej, mogą posłużyć za miarę całości.
„ Dramat niemieel i XIX icieku'1 jest studyum obszerniej zakreślonem, obrobionćm bardziej wyczerpująco. Tu okazał autor jeszcze większą oryginalność sądu, a ze szkopułów niezgodności krytyków niemieckich wybrnął bardzo szczęśliwie. W pracy tej spotykamy te same zalety, które widzieliśmy w poprzedniej. Zwięzłość, jasność wypowiedzianych zdań i sądów, bystry pogląd na całość panują w całej książce.
Ponieważ na wiek XIX przypada cala działalność romantyków i ich epigonów, poświęca autor na wstępie uwagę genezie romantyzmu. Skreśliwszy pokrótce dzieje epoki „oświecenia” w Niemczech, scharakteryzowawszy klasycyzm, kładzie nacisk na jego drugi okres, bo z tego wprost wypłynął romantyzm.
„Niemcom było zazimno na wyżynach rozumu, kędy niema wzruszeń serdecznych, tylko jasne blaski prawdy. Było im zachłodno w atmosferze przezroczej, gdzie niema złudzeń, bo tam, gdy wiara w siebie przeminie, miejsce jćj pesymistyczna zajmuje rczygnacya. „Gennith” niemieckie zbuntowało się przeciwko rozsądkowi „oświeconych,” który może geniuszom ua czas wystar
270
czać, ale nie zaspokoi nigdy wielkich mas narodu. Ten bunt, ta reakeya uczucia przeciw mrozowi rozumu, to szkoła romantyczna.”
„Reakeya przeciw sztucznemu helenizowaniu literatury niemieckiej, powrót do pojęć i osnowy narodowej, oto drugi rys romantyzmu. Uczucie i patryotyzm podają sobie ręce, aby obalić tron bałwochwalców, modlących sic do cudzych bogów.”
Z takiego punktu widzenia wychodząc, dowodzi autor, iż romantyzm już w zarodzie nosił pod gorącą, ruchliwą powłoką znamię choroby. Wypłynął on z negacyi; obalał starą wiarę, a nowćj sam nie miał i w nikogo jej wlać nie mógł. Więc musiał upaść, bo negacya sama nie daje życia.
Zacząwszy od dramatu fatalistycznego, przechodząc dalćj inne jego odmiany, wykazuje autor stopniowy rozwój literatury romantycznej, nie pomijając jćj niedostatków, zapowiadających upadek. Sąd wszędzie zwięzły, charakterystyka wyraźna, dosadna. Rozbiór dzieł i wnioskowanie bardzo umiejętne, chociaż nigdzie nie widać niewolniczego trzymania sic krytyków niemieckich. Z sumiennością badacza, który pragnie ażeby prace jego należycie oceniono, przyzuaje zasługę swym poprzednikom, ilekroć idzie za ich zdaniem; gdzie zaś dochodzi do odmiennych wniosków, wykazuje o ile i dlaczego nic zgadza się z tćm lub owem. Tak n. p. oryginalnie bardzo ocenia Grabbe’go, w charakterystyce pełnej siły i jcdrności.
W drugićj części mówi krytyk o dramacie społecznym Niemców po roku 1840. Tu już mniej miał źródeł, a praca staje się tćm samoistniejszą. Część la w niczem nie ustępuje pierwszej.
Rozbiory szczegółowe i oceny autorów łączy krytyk spoiwem ogólnych poglądów, wyprowadzonych rozumowo. Ogólne te uwagi świadczą, iż p. Choiński jest dobrym historykiem; w ocenie zaś autorów i ich prac widzimy psychologa, który wgląda w tajniki twórczości i nie wierząc w przypadkowość, szuka tak długo, dopóki nie odnajdzie przyczyny tego lub owego zjawiska.
Wogóle obie prace p. Choińskiego noszą na sobie cechę sumiennych badań, wytrawnego sądu i wrodzonego talentu krytycznego. Po takich dziełach możemy się tylko równie dobrych, albo jeszcze lepszych spodziewać.
E. Zoryan.
Kcresjoiilencya TycoMa ilustrował^.
Wrocław, 20 kwietnia 1684 r.
Wczoraj profesor Roepell, obecnie rektor uniwersytetu wrocławskiego, obchodził 50-letni jubileusz swój doktorski (1). Imię Roepclla znane jest społeczeństwu polskiemu, jako autora historyi polskiej i innych prac z dziedziny historyi naszćj; z Warszawą łączy się imię Roepella i z tego względu ściślćj, źe w dawniejszych latach bawił tam w naukowych celach i zawiązał stosunki z uczonymi warszawskimi, jak z Wójcickim, Maciejowskim i wielu innymi. Z Warszawy miał tćż żonę, córkę powszechnie poważanego i zamożnego kupcaG., która po kilkunastu latach szczęśliwego pożycia odumarła męża, zostawiając kilkoro dzieci.
Ryszard Roepell urodził się 4 listopada w Gdańsku. W 11 roku życia oddany był pod opiekę radcy konsystorza dra llahna do Królewca i tu uczęszcza! do szkoły miejskiej. Zaledwie skończył najwyższą klasę, gdy umarł jego ojciec, który w Gdańsku był komisarzem sprawiedliwości (J ustiz Kommissarius), a opiekun młodego Roepella, przeznaczając go do naukowego zawodu, oddał go do miejscowego gimnazyum, do klasy HI oddołu. Skończywszy gimnazyum pod dyre-
(1) Jeszcze w r. 1882 daliśmy w Tygodniku obszćrny życiorys, wraz z portretem, dra prof. Roepclla, obecnie przeto ograniczamy się do samćj korespondencyi o obchodzie jubileuszowym, z miejsca nam nadesłanej.
(Przypisek redakcyi.)
ktorem Schaubem i pod kierunkiem profesora Pflugka w r. 1830, na uniwersytecie w Halli poświęcał się filologii, ale wnet pod wpływem profesora swego, dra Leona, oddal się studyom historyi w Halli u Leona i w Berlinie u Rankego.
W r. 1834, w dniu pamiętnym 19 kwietnia, uzyskał stopień doktora fil., napisawszy rozprawę o zdradzie Wallensteina (De Wallenstcinio prodi-tore), a w tym samym roku habilitował się w uniwersytecie w Halli na docenta historyi i tu, gdzie po złożeniu doktorskiego egzaminu wmiejscowćm gimnazyum przez pewien czas uczył historyi, po wielkićjnocy r. 1835 zaczął czytać prelekcye.
Następne lata 1836 do 1838 przepędził na podróżach naukowych, pracując głównie w Poznaniu w archiwum prowincyalnćm, w Kórniku i w Gdańsku, a owocem tych studyów była historya polska (Geschiclite Polcns), której pierwszy tom, obejmujący czasy do r. 1300, wyszedł r. 1840 (w zbiorze Hcerena i Uckerta). Książka ta zwróciła na siebie uwagę radcy ministeryalnego Jana Schultza i ministra Eichhorna, który, odpowiadając iuteucyom króla Fryderyka Wilhelma IV, zaczynającego wtedy swoje panowanie, posiał Roepella jako profesora nadzwyczajnego do uniwersytetu wrocławskiego, gdzie od W. nocy r. 1841, obok znanego profesora Stenzla, wytworzył sobie szćrokie koło słuchaczy i kształcił licznych uczniów, do których tćź wielu Polaków z księstwa poznańskiego, z Prus Zachodnich i Szląska należało. Oddany gorliwie zawodowi nauczyciela uniwersyteckiego, przez pewien czas, choć zbierał materyały, prac z pola historyi nie ogłaszał; dopićro po roku 1850, kiedy objął kierownictwo Towarzystwa historyi i starożytności Szląska, w rocznikach tego Towarzystwa, które pod swoją redakcyą zaczął wydawać (Zeitschrift fiir Geschiclite und Alterthuin Schlesiens), pisał niektóre rozprawy, odnoszące się do historyi Szląska, jak n. p. „Uber die Zeitbestimmung der Prorincialsynode zu Breslau, unter dem Yorsitz des Cardinallegaten Guido;” „Yerhaltcn Schlesiens zur Zeit der boehmischcn Unruhen 1618;” „Beitriige zur Geschiclite Schlesiens im Mittelaltcr.” Roku 1854 napisał „Die oricntali-sche Fragc in ihrer gcschichtlichcn Entwicke-lung;” w roku zaś 1857 obszćrną rozprawę „Yerbreitung des magdeburger Stadtrechts im Gebiet des altcn polnischen Reichs, ostwiirts der Weichsel,” drukowaną w rozprawach Towarzystwa, które miało być zawiązkiem rodzaju akademii nauk dla Szląska, „Ilistorisch-pliilologi-schc Gesellschaft,” a w którćin głównie czynni byli Roepell, llaase, Wattenbach i Bcrnays. Wtedy byl Roepell już profesorem zwyczajnym od r. 1855, po śmierci Stenzla.
Sprawy polityczne, którym się oddawał oddawna, należąc do t. z. partyi gotajskiej, powołały go r. 1850 do Erfurtu, a r. 1861 na sejm do Berlina, zkąd po trzccli latach wrócił do ulubionego zawodu nauczycielskiego. Roku 1863 byl dziekanem fakultetu filozoficznego, w r. zaś 1866 wybrany został rektorem uniwersytetu. Potćm znów od roku 1868 oddał sic życiu politycznemu i dzieląc czas między Berlin jako poseł i Wrocław jako profesor, dopićro po sześciu latach, nie cofając się jednakże z widowni politycznej, bo senat uniwersytecki przedstawił go, jako reprezentanta uniwersytetu wrocławskiego, na członka Izby panów—do spokojnego nauki znów zawinął portu. Już r. 1866 wydał razem z dr. Arndtem roczniki polskie (Annales Poloniae) w XIX tomie Pertza Monumentów (osobno także „ad usum scholarum” w małym formacie), a w 10 lat później ukazała się znana i sympatycznie przyjęta książka jego p. t. „Polon um die Mitte des XVIIIJahrhunderts,” którą Roepell napisał, zachęcony ożywionym ruchem na polu historyi polskiej.
Zasługi Roepella jako historyka znane są powszechnie, również jego zasługi jako nauczyciela młodzieży, a pomiędzy nią wielu także Polaków, z których niejeden wysokie zajął dziś stanowisko. W uznaniu tych zasług Towarzystwo prz. nauk poznańskie już r. 1860 mianowało go swoim członkiem honorowym, Akademia zaś krakowska, przy zawiązaniu się swojem, członkiem rzeczywistym.
Jest także Roepell członkiem Akademii monachijskiej, Towarzystwa historycznego morawskiego i innych towarzystw.
Dzień jubileuszowy, pomimo śniegu i chłodu, zgromadził już od 10 zrana w mieszkaniu jubilata liczny zastęp przyjaciół, kolegów i wielbicieli, którzy śpieszyli hołd oddać mężowi, co mimo trudów i sędziwego wieku, zachował zupełną czer-stwość ciała i świeżość ducha; tem licznićj zaś i skwapliwiej śpieszyli wszyscy, źe Roepell w tym roku po drugi raz obrany został rektorem uniwersytetu. General komenderujący Wicbmann posłał mu rano kapelę z serenadą, sam zaś około 10‘/2 był osobiście z powinszowaniem, jednocześnie z delegatami miasta, do którego reprezenta-cyi Roepell od 25 lat należy. Niezadługo przyjechał i naczelny prezes, v. Seydcwitz, który jest zarazem kuratorem uniwersytetu, i z najwyższego rozkazu wręczył jubilatowi order czarnego orła II klasy, wynurzając przytem osobiste swe życzenia. Wraz z naczelnym prezesem składali życzenia dawniejsi uczniowie Roepella i komitet w imieniu historyków polskich, oddając mu dwa albumy, jedno z fotografiami uczniów Roepella od r. 1841 aż do ostatnich czasów, drugie zaś album historyków polskich. Album uczniów wręczy! dyrektor dr Reimann, jeden z najstarszych uczniów Roepella, album historyków polskich profesor Nehring, dawniej jubilata uczeń, dziś kolega. Album to, zawierające przeszło 40 fotografij, bogato w złote ozdoby przystrojone, ma krótki napis na wierzchu: Ryszardowi Roepellowi—Historykowi Polski—Historycy Polscy. Wręczający to album przypomniał, jak popularnym jest wszędzie imię Roepella i że historycy polscy w badaniach swoich z wdzięcznością z prac jego korzystali, biorąc z nich punkt wyjścia do dalszych badań. Oddając adres Towarzystwa przyjaciół nauk w Poznaniu, zaznaczył, że Towarzystwo czci w jubilacie uczonego, który w jedynie właściwy sposób przekonania niemieckie łączył z należnem dla przeszłości polskiej uznaniem. Roepell, odpowiadając na te słowa, zapewniał, źe ze wszystkich owacyj najmilszą mu jest owacya historyków polskich; źe zarzutów czynionych Polakom, iż są lekkomyślni, że mają wrażliwy ale i zmienny umysł, on zc swojej strony potwierdzić nie może, gdyż Polacy względem niego zawsze niezmienną i czułą okazywali sympatyą; źe hasło, które umieścił na czele historyi polskićj: DicWabrheit allcin macht frei, jest jego stalą dewizą w życiu i w pracach naukowych.
Zcledwie dwa komitety ustąpiły, stawił się senat akademicki w całym komplecie, składając przez usta cx-rektora prof. Gierkę powinszowania i wyraz uznania nauczycielowi akademickiemu, autorowi historyi polskićj, czynnemu w sprawach uniwersyteckich orędownikowi i politykowi, który należycie rozumiał ducha germańskiego i łączył zasadę królewskości z zasadą ludową. W imieniu fakultetu i na czele jego przemawiał dziekan fakultetu filoz. prof. Galie, sam od niedawna jubilat. Roepell odpowiadając wyraził, jak bardzo przywiązał się do Wrocławia i do uniwersytetu. Winszował potćm profesorowi Griin-hagen w imieniu Towarzystwa historyi i starożytności Szląska, a prof. Gocppert w imieniu Towarzystwa ojczystej kultury (Schlesische Gescll-schaft fiir yatcrlandiscbe Cultur). W imieniu Towarzystwa historycznego w Gdańsku winszował i oddawał adres ks. kanonik Kaiser; w imieniu partyi narodowców miejscowych ^(Nationallibcra-le) przemawiał dr llcikc; wreszcie od studentów były dwie deputacye, w galowych strojach.
Z wytrwałością godną podziwu w tym wieku, od godziny 10 zrana, jubilat przyjmował deputacye i licznych znajomych, z niezwykłą zręcznością odpowiadając na przemowy i nawiązując słowa swoje do tych, które w hołdzie odbierał. Akademia krakowska przysłała adres, Towarzystwo naukowe zachodnio-pruskie telegram.
Zaledwie kilka godzin wytchnienia od 1-ćj minęło, a już znowu o 4-tćj jubilat, w towarzystwie rektora i dziekana, przybył na ucztę, która się w starej giełdzie odbyła. Stawiło się około 140 uczestników: profesorowie, naczelnicy władz
271
wojskowych i cywilnych, pomiędzy tymi naczelny prezes i komenderujący korpusem VI, reprezentanci miasta i wiele osóh odznaczonych nauką i stanowiskiem. Toast na cześć cesarza wzniósł naczelny prezes, toast na cześć jubilata ze strony uniwersytetu ex-rektor Gierko i dziekan Galie, ze strony miasta prezes reprezentaeyi bankier Beyersdoif; poczem Roepell odpowiadał, biorąc asumpt ze słów prof. Gallego, że nauka ma na celu causas cognoscere rezum\ głosił że jedynym sposobem, aby dopiąć tego celu, lub zbliżyć się do niego, do rozumienia tego co jest w nas, nad nami, poza nami i wszędzie, jest obstawanie przy prawdzie, uznawanie nabytych prawd i doświadczeń, a odwzajemniając się za toasty od reprezentantów uniwersytetu i miasta, wzniósł toast na cześć uniwersytetu w imieniu miasta, a w imieniu uniwersytetu na cześć miasta.
Następnie prz! pomniał dyrektor Reimann, jako najdawniejszy uczeń Roepella, pierwszy jubilata pobyt we Wrocławiu, a potem prof. Nehring wzmiankował czasy r. 1850 i następne, i w sympatyczny! h słowach uczcił Roepella, jako jednego z wybitniejszych profesorów wrocławskiego uniwersytetu, który zawsze bywał przez młodzież polską z Poznańskiego i z Prus Zachodnich odwiedzany. Przypominając czasy, gdy w audyto-ryum Roepella liczny był zastęp studentów polskich, a seminaryum w połowie przez Polaków zajęte, dodał, że Roepell z równą sympatyą stu-dya każdego protegował i Polaków do historyi polskiej nakłaniał; podnosił wreszcie, że historycy polscy czczą go jako uczonego, który dla przeszłości Polski należyte miał zrozumienie i szczerą życzliwość. Po tem przemówieniu, które sympatycznie przyjęto, odezwał się prof. Junkmanu, najstarszy z kolegów historyków Roepella, od dając jego koleżeńskim uczuciom cześć należną, a prof. Riibiger, najstarszy z wrocławskich kolegów Roepella, wzniósł zdrowie rodziny jubilaia. która była reprezentowaną przez syna, radzcę regencyjnego z Berlina, i przez teścia tego osta tniego. Wszyscy o późnej dopiero godzinie, pod przyjemnem wrażeniem, rozeszli się do domów.
Fcd. areną.
Obraz Karola Pilotfcgo.
(Zob. drzeworyt na stronie pierwszej.)
Kto zwiedzał zeszłoroczną wystawę międzynarodową sztuki w Monachium, temu żywo niezawodnie utkwił w pamięci pomieszczony w sali głównej malarstwa wspaniały obraz Piloty’ego, uzmysławiający, pod powyższym tytułem, myśl duchowego tryumfu idei chrześciańskiój, nad siłą brutalną wszechwładnego pogaństwa.
Dramat rozgrywa się w podziemiach areny cyrkowej, między dwiema tylko osobami, a raczej między trupem i osobą żyjącą. Ciało młodej chrześcianki, jednej z ofiar straszliwych igrzysk, odbywających się wobec tłuszczy krwi spragnionej, zostało już spuszczone pod aienę. Orszak kapłanów rzymskich przeciąga obojętnie przez podziemie, oświetlone jedną tylko lampka, krocząc schodami ku górze. Ostatni z nich, najmłodszy, odziany w togę białą, z zakrzywioną laską augura w ręku, przystanął i z wyrazem smutnej zadumy spogląda na zwłok męczennicy. Ziarno nowej wiary, opartćj na poświęceniu i miłości, kiełkuje w jego myśli i blizką może jest chwila, w której i ten kapłan pogański, zamiast wawrzynem, palmą męczeństwa skroń swoje uwieńczy.
Typy niewiast łużyckich.
(Zob. ryciny na atr. 272).
Jak wszędzie, tak i w Łużycach, ubiór tradycyjny narodowy przechowują główn'e kobiety, chociaż po miasteczkach i u sąsiadek Niemek czę
sto spotykają sic z modą nowoczesną. Konserwatyzm ten widać nietylko w ubiorach powszednich, lecz także i w strojach świątecznych, różnych nieco u katoliczek i protestantek.
Dajemy tu dwa typy, zdjęte podług fotografij miejscowych.
Pierwszy z nich przedstawia młodą wieśnia czkę. mającą przystąpić do komunii świętej, z tak zwaną „placheiczką” białą na głowie i w nieodzownej długiej sukni czarnej, pod szyję zapiętej. Tak samo i położnice, po wyzdrowieniu, idą do wy M odu.
Płaehciczka (płachta mała; robioną bywa z płótna cienkiego, albo z bawełny, mocno nakrochmalona i pod brodą spięta, jak to widać na drzeworycie. Płachty dłuższe używane są tylko do żałoby. Wogóle podobieństwo tak ubranych kobiet do zakonnic na pićrwszy rzut oka dosyć jest łudzące.
Będąc w Łużycach, słyszeliśmy o tćm zabawną anegdotkę. Kiedy król saski Antoni (1827 —1836) zwiedzał klasztor cystersek w Budyszynie, czy jego okolicy, przełożona, przyjmując go na opactwie, prosiła o pozwolenie przed stawienia mu swych zakonnic. — „O! — odrzekł na to sędziwy monarcha — widziałem ich już dużo tu przed kościołem.” — Były to, jak się łatwo domyśleć, kobiety i dziewczyny wiejskie, w płach-ciczkach.
Na drugim rysunku widzimy wieśniaczkę w stroju świątecznym, w staniku czarnym, wzorzysto wyszywanym; suknia jasna, krótka, z krótkicmi również rękawami. Głowa przewiązana chustką kolorową; na szyi wstążka z medalionikiem. W jednej ręce trzyma chustkę do nosa, drugą zalotnie przypina sobie kwiatek do gorsu. Całość przedstawia się dosyć malowniczo, chociaż mnićj oryginalnie od poprzedniej.
L. J.
MZMAITCŚd
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Zawieszenie medalu bronzowego, na cześć Mickiewicza, Micheleta i Quincta, nad katedrą sali posiedzeń w College dc France w Paryżu, o którem wspominaliśmy przed dwoma tygodniami, jako o projekcie, odbyło się istotnie w dniu oznaczonym, to jest 12 kwietnia r. b., z wielką uroczystością. Wouec licznie zgromadzonych przedstawicieli różnych narodowości, oraz profesorów i słuchaczy Kolegium, pierwszy głos zabrał znany przyjaciel Mickiewicza, Armand Levy, który jednak, z powodu chwilowego zemdlenia, uie mógł dokończyć rozpoczętej mowy. Po nim wszedł na katedrę Ernest Renan, obecny gospodarz College de France, i w świetnem pod względem ozdób krasomówczych przemówieniu scharakteryzował zasługi trzech profesorów, najsłabiej może Mickiewicza, którego działalności i znaczenia nie ocenił dość dokładnie. Następnie sekretarz polskiego Towarzystwa historyczno-literackiego, p. Gadon, w imieniu tegoż Towarzystwa, wraził Francyi serdeczne podziękowanie za piękny ten obchód pamiątkowy. Przemawiali jeszcze: p. Ludwik Ul bach, sekretarz międzynarodowego Towa rzystwa literackiego; delegal włoski, który w gorących słowach uczcił szczególnie Mickiewicza, „przyjaciela Italii;” p. Eugeniusz Juuesco, student z Rumunii; dalćj jeden z przedstawicieli młodzieży polskićj, wychowywanej we Francyi i wkońcu zastępca prezesa Rady miejskiej pa ryskiej. Odczytywano potem liczne telegramy, z różnych stron Europy nadesłane. Tak się odbyła ta uroczystość, pełna głębszego znaczenia, o której korespondent nasz paryski podaje jeszcze szczegóły bliższe.
— Wydawnictwa „Gazety lekarskiej." Po śmierci ś. p. Girsztowta, którego uiepoży tą zasługą w dziejach medycyny polskiej pozostanie nazawsze energiczne budzenie w niej ruchu piśmien
niczego, przez wydawanie „Biblioteki umiejętności lekarskich” i innych publikacyj—grono młodych lekarzy warszawskich w r. 1880 od spadkobierców przedwcześnie dla nauki zmarłego profesora nabyło na własność „Gazetę lekarską.” Odtąd pożyteczne to pismo, wychodząc pod zbiorową redakcyą kółka specyalistów, będących zarazem spółwłaścicielami „Gazety,” kółka, do którego ze starszych należy także znakomity profesor uniwersytetu warszawskiego, dr Hoyer, ożywiło się i podniosło znakomicie, tak iż obecnie rozchodzi się w 1,100egzemplarzach i nietylko się opłaca, lecz nadto przynosi zysk dosyć znaczny.
Zysk ten, po odtrąceniu jedynie houoraryów, oraz kosztów papieru, druku i administracyi, grono spółwlaścieicli przeznaczyło wyłącznie na wydawanie poważnych dziel naukowych lekarskich, z których jedno: „Farmakologia Notlmage-la i Rossbaclia” (przekład z 4-go wydania niemieckiego) wyszło już na świat w roku ubiegłym. Jest to tom okazały, o 839 stronicach ścisłego druku, odbity na pięknym papierze welinowym, w 1,400 egzemplarzach, z których przeszło tysiąc już rozprzedano. Dzieło to, jak słusznie zaznaczono w przedmowie, zaradza istotnie jednej z naglących potrzeb naszej literatury lekarskiej, która podobnego dotychczas nie posiadała, a szybkie stosunkowo rozpowszechnienie się jego jest objawem bardzo pocieszającym. W roku bieżącym, staraniem i nakładem tegoż samego kółka lekarzy, pojawią się jeszcze dwa ważne dzieła oryginalne: „Choroby serca” dra Widraana ze Lwowa i „Psychiatrya” dra Rothe’go w Warszawie.
Poparcie czynnego i dzielnego krzątania się miody ch lekarzy naszych około zbogaccnia nauki krajowej należy do ogółu i wątpić me można, że tak jak dotąd, znajdzie ono i nadal zasłużone uznanie. My ze swej strony witamy je serdecznym życzeniem: szczęść wain Boże w pożytecznej, ku dobru społeczeństwa skierowanej pracy!
— Bardzo sympatyczny życiorys dra Dybowskiego, skreślony przez p. Maryana Dimmela, zamieścił „Czas” w jednym z ostatnich swych numerów.
— „Stowarzyszenie prasy zagranicznej" w Wiedniu odbyło niedawno drugie swoje ogólne zebranie. Przy wyborze zarządu powołano ponownie ua prezesa dra RussePa, przedstawiciela „Gazety kolońskiej,” a ua wicc-prezesa p. Alfreda Szczepańskiego, korespondenta „Kuryera warszawskiego.”
— Gcunod, którego najnowsze dzieło, Safo, nie-•dawno w Wielkiej operze paryskiej tak świetne miało powodzenie, pracuje obecnie nad wielkiem oratoryum p. t „Mors et vita,” rozpadającem się ua kilka części, z których ostatnią będzie widzenie S. Jana, według Apokalipsy. Gounod zamierza dzieło to wykończyć jeszcze w roku bieżącym, poczem ma być wykonane nasamprzód ua uroczystości muzycznej w Birmangham r. 1885, a następnie przez stowarzyszenie „Union interua-tionale” w Trocadcro paryskiem, zawsze pod osobistym kierunkiem mistrza.
— W Avlonie, w Albanii, znaleziono niedawno posąg bronzowy Jowisza, wielkości naturalnej, który odesłano do muzeum konstantynopolitańskiego.
— Herkules poskramiający hydsę lernejską, rzeźba Piotra Pugeta, odszukany został temi czasy w jednym z zamków normaudzkich. Arty sta wykonał był tę grupę dla zamku Yaudrcuil; lecz podczas wielkićj rewolucyi plondrujący oddział powstańców zrzucił ją z podstawy i rozbił. Obecnie dyrektor muzeum ceramicznego w Rouen, p. Le Breton, zebrał troskliwie pojedyncze kawały, a restauracją tego znakomitego dzieła sztuki powierzył specyaliście.
— Opera włoska w Londynie ma być otwartą za dni kilka, to jest 29 kwietnia. Do składu jćj wchodzą z kobiet: Patti, Lueca, Albani, Durand i Sembrich-Kochańska; z mężczyzn: Nicołini, Mierzwiński, Marconi i Cotogni. Z nowych oper przedstawione będą „Sygurd” i „Colom ba.”
— Cu kobićta potrafi. (Z teki filozofa amerykańskiego.) Kobieta potrafi wiele, bardz., wiele, bodaj czy nie wszystko, co zechce. Potrafi wymó-
272
TYPY Z OKOLIC BUDYSZYNA.
Kobićta wiejska w stroju świątecznym.
Kobieta wiejska, przystępująca do komunii świętej.
(354)
wić nie tak słodkim i pieszczotliwym głosikiem, źe zdaje się iż mówi tak. Potrafi zatempcrować ci ołówek, jeżeli masz wiele czasu ua czekanie i wiele ołówków na połamanie. Potrafi tańczyć noc całą w trzewikach o cal zawązkich, a o dwa całe zakrótkich, i przy tćm bawić się wybornie. Potrafi przejść koło wystawy magazynu mód, bez zatrzymania sic przy nićj... jeżeli pociąg kolejowy, na który zdąża, odchodzi za kwadrans. Potrafi przez długie nieraz lata znosić obojętność, zaniedbanie i zapomnieć o tera przy pierwszym objawie czułości. Potrafi pójść do kościoła, modlić się przykładnie, a za powrotem do domu opisać najdrobniejsze szczegóły tualety innych cór Ewy, obecnych na nabożeństwie. Potrafi jak święta patrzeć w oczy małżonkowi, gdy ten bajeczką jakąś usprawiedliwia nieobecność swą wieczorną, nie zdradzając najmniejszej nieufności, chociaż wić że on kłamie bezczelnie. Potrafi
kazać sobie odnieść do mieszkania pól metra tkaniny wełnianej, przerzuciwszy poprzednio w sklepie i pogniótłszy kilkanaście sztuk materyi jedwabnej.—Słowem to czarodziejka, która potrafi wszystko, z wyjątkiem dwóch rzeczy: zrobić obrachunek z kucharką bez popełnienia choć jednej pomyłeczki i... obchodzie się ostrożnie z papierami.
Filozof amerykański, z którego notat wyjmujemy te zdania, widocznie jest zrzędą zgryźliwym. Można sic założyć, że nie zna naszych Polek.
— „Przyszłość*1 (Die Zukunft). Pod tym napisem zaczęło wychodzić w Berlinie pismo tygodniowe, poświęcone zagadnieniom społeczno-politycznym. Pragnie ono, między innemi, tak zwaną kwestyą żydowską rozwiązać zapomocą zniweczenia wpływu, jaki dotychczas talmud i jego literatura na wyznawców judaizmu wywierają. Jedyna to rzeczywiście droga, mogąca doprowadzić do celu.
— W jednem z pism niemieckich znajdujemy następującą charakterystykę niewiast polskich: Polki są inteligentne, dowcipne, szybko pojmujące, z którerai-to przymiotami, wrazić potrzeby, umieją także połączyć przytomność i odwagę. Wdzięk ich i piękność oddawna na całym świecie zyskały sobie uznanie. Ujmujące i żywe, pociągają urokiem rozmowy, ku czemu piękny ich język szczególnie jest podatny. W życiu społecznćm, w literaturze i sztuce Polki zaszczytne zajmują stanowisko, ofiarność ich zaś i gorące przywiązanie do kraju objawiają się nietylko w teoryi, ale w czynie.—Autor do uwag tych dodaje, żc właśnie świeżo wyszła w języku niemieckim cenna w tym przedmiocie książeczka p. Rudolfa Ottma-na, skryptora przy bibliotece Jagielłońskićj w Krakowie, p. t. „Przyczynki do dziejów kultu ry niewiast polskich, w wiekach XVI i XVII.”
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
J,o3iiojieno Henaypoio. Bapiuana, 13 Aupian 18S4 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
Jlfi 70
Prenumerata w Warszawie:	o .	Prenumerata
rocznie r». 8, półrocznie rs. 4, kwart.	WarSZaWft. O lilii Ul IGÓ l P.	na prowlncyi i w cesarstwie:	Tnm III
ra. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	’	kwartalnie rs. 3.	IUII1 III.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa."
Trefić numeru. Artykuły: Ks. Ks. F. Wierzchleyski, areybisku lwowski, przez W. JJ.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Soboty (Zoppot).—Pytliia, przez Jarosława Vhrlickiego (wiersz).—O pismach Zygmunta Krasińskiego, skreślił F. Suryn (dalszy ciąg).—Kronika tygodniowa, przez St M. Rz, — Przegląd polityki zagranicznej.— Kronika zagraniczna J. I. Kraszewskiego.—Z dramatu „Wanda," przez Maryą Bartusównę.—Kronika paryska.—Rozmaitości.—Składki.—Korespondencya od redakcyi.—Szachy.— Dodatek. Miernoty, przekład z włoskiego M. Faleńskiej (arkusz czwarty).—Ryciny: Ks. Ks. F. Wierzchleyski, arcybiskup lwowski.—W pracowni malarza, podług obrazu Kun-tze'go.—Widoki Sobót (Zoppot/ Widok dworca i pomostu wchodzącego w morze. Sala zebrań w dworcu.—W puszczy leśnej, rysunek F. Brzozowskiego.
Ks. Ksawery Franciszek Wierzchleyski, arcybiskup-mctropolita lwowski.
Dnia 17 kwietnia, o godzinie wpół do siódmćj wieczorem, dzwony wszystkich kościołów lwowskich dały znać stolicy kraju i dyecezyi o zgonie najprzewielebniejszego ar-cypasterza stolicy metropolitalnej lwowskiej, ks. Ksawerego Franciszka Wierz-chlęyskiego.
Żywot zmarłego dostojnika kościoła,który, jako człowiek w stosunkach prywatnych, jako pasterz powierzonej sobie owczarni, jako wreszcie obywatel biorący czynny udział w życiu pu-blicznem, na różnych, a wysokich zawsze stanowiskach, czy to jako poseł na sejm krajowy i deputowany w Badzie państwa, czy jako członek Izby panów i prezydent instytutu ubogich lwowskich, odznaczał się zawsze prawem i nieskazitelnym postępowaniem—żywot takiego męża, powtarzamy, godzien jest, aby mu poświęcić kilka słów gorącego wspomnienia. Był on bowiem jednym z tych szlachetnych typów oby wa-tela-kapłana, którego życie, bez podziału, wylane było na usługi kraju i kościoła.
Najlepszym dowodem tego, cośmy powyźćj powiedzieli, jest żal powszechny, który zgon zmarłego arcy-pasterza, lubo oddawna przewidywany, wzbudził u ogółu, poruszając do głębi wszystkie umysły i serca.
To tćż na wieść o ciężkiej chorobie sędziwego metropolity, pałac arcybiskupi lwowski był w prawdziwćm oblężeniu. Tłumnie ciśnięto
się do bramy, wywiadując troskliwie o przebieg choroby, na zwalczenie której od tygodnia już lekarze nie znajdowali środków. Począwszy od jego ekscelcncyi pana namiestnika Galicyi, przechodząc wszystkie stopnie hierarchii społecznej i towarzyskićj, a skończywszy na tłumie ubogich, dla których, w calem tego słowa ewangelicznem
znaczeniu, zmarły dostojnik byl „dobrym i troskliwym pasterzem”—kogóż u progu tego pałacu nie widziano i któż nie odchodził ztamtąd z twarzą, na której malowała się troska i głębokie zaniepokojenie?
Ś. p. ks. Franciszek Ksawery Wierzchleyski urodził się w grudniu 1803 r., w chwili więc zgonu swego liczył 80 lat skończonych. Od pierwszej młodości okazując powołanie do stanu kapłańskiego, ob leki sukienkę duchowną i po odbyciu właściwych studyów, wyświęcony został na kapłana 1826 r. W dwadzieścia lat później, bo wr. 1846, zasiadł na stolicy biskupiej w Przemyślu, a gdy po trzynastu latach, wskutek śmierci ks. arcybiskupa Baranieckiego, zawakowa-ła metropolia lwowska, ks. Wierzchleyski był jedynym kandydatem, który stał się godnym tak wysokiego dostojeństwa. W r. 1859 zajął stolicę arcybiskupią lwowską i rządził na niej aż du chwili swego zgonu, przez blizko ćwierć wieku, z całą powagą kapłana i z całą roztropnością rozumnego administratora.
Mimo posuniętego w zgrzybiałość prawie wieku, mimo dokuczliwych od lat już kilku dolegliwości, zmarły arcybiskup brał niemal do ostatniej chwili czynny u-dzial w sprawach tyczących się jego dyecezyi. A dawniej jeszcze, gdy ani wiek tak późny, ani choroba tyle co w ostatnich czasach u-czuwać mu się nie dawały, słynął zmarły ks. Wierzchleyski z porywającej iście wymowy i słyszeć go trzeba było każącym, aby mieć wyobrażenie o mówcach tej miary, z tradycyi tylko
274
i pism nam znanych, mówcach jak Skarga, Bir-kowski, Woronicz—od których zdawał się brać namaszczenie.
Ten przymiot jego, nierzadki zresztą i u innych dostojników naszego kościoła, zwrócił na zmarłego arcypasterza uwagę całego świata katolickiego wezasie soboru rzymskiego, na którym ks. Wierzchleyski wyróżniał sic wymową, grutowuą znajomością praw i zasad kościoła, tudzież niezawisłością przekonań.
Nad wszystkiemi jednak temi przymiotami górowała u zmarłego ks. arcybiskupa bezgraniczna i zniewalająca wszystkie dobroć serca, czystość życia i gorliwość kapłańska. Jako mąż, biorący żywy udział w życiu piibiicznem, na stanowisku deputowanego do Bady państwa i posła w sejmie galicyjskim, umiał ou harmonijnie łączyć obowiązki kapłana z powinnością obywatela i nigdy nie stawiał wyżej przepisów hierarchii nad potrzeby kraju, którego do ostatka najwierniejszym byl synem.
Cześć więc jego zacnemu życiu i zacnej na ziemi pamięci.
W. B.
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalszy ciąg.)
XVIII. Na przełaj.
Podczas kiedy Maryna do pojazdu, końmi po-cztowemi zaprzężonego, wsiadała, pojazdy państwa Tadeuszostwa wjeżdżały w bramę zajazdu żydowskiego, w mieście, które w czasach ostatnich wsławiło sie w sposób, zaszczytu mu zgoła nieprz} noszący. Zamało mu snadź było sławy z jarmarków i błota. Domyśla się czytelnik, że mówimy o Bałcie. Nie musi to być „bardzo podłe—mówiąc stylem kantyczek—miasto,” kiedy reprodukowali je na płótnie znakomici malarze nasi, Kossak i Brandt. Baita jest, a raczej była oryginalną—była, powiadam, dziś bowiem kolej żelazna, jak słyszę, starła z niej wczęści znacznej te cechy, które z niej czyniły zabytek przeszłości. Za czasów rzeczypospolitćj składała się ona z dwóch części, przedzielonych rzeczułką, zwaną Kodyma, stanowiącą granicę pomiędzy ziemiami polskienii, a posiadłościami niby tatarskiemi. Stawiam wyraz „niby” przed przymiotnikiem, przynależność posiadłości określającym, z tej racyi, że posiadłości owe za czasów rzeczypospolitćj oczekiwały ua /n-imuin occupantem, stanowiły bowiem tak zwane „Dzikie pola,” nienależące właściwie do nikogo. Był to szeroki gruntu neutralnego pas, rozlegający się pomiędzy Kodymą a morzem, od Dniestru aż do Dniepru. Bałta leżała na pograniczu onego, na kresach; na lewym brzegu Kodymy, wpadającej poniżej Koniecpola do Bohu, była polską, na prawym tatarską; w tatarskiej części rezydował njurza. Miała ona pozór wschodni, który się udzielał i części polskićj, czyniąc z miasteczka okaz jedyny zetknięcia się bezpośredniego ludności kra jów podolskich z ludnością muzułmańską. Ludność muzułmańska usunęła się po upadku rzeczypospolitćj; pomimo to, miasteczko zachowało długo fizyognomią, jaką posiadało pierwotnie. Nazwa onego jest turecka. „Bałta” znaczy bagno (1). 1, zaiste, nie kłamała ona nazwie swojej. Ulice jćj, w dżdżystych roku porach, stają się topieliskami, w których niejedno bydlę i niejeden człowiek śmierć znaleźli.
Kiedy państwo Tadcuszostwo do Bałty przyjechali, na deszcz się zbierało, ale nie padało jeszcze. Było to ich szczęście wielkie. Przyjechali przy świecach; zajechali do domostwa znajomego. Wszystko szło dobrze, z wyjątkiem jednej rzeczy.
(1) Ciekawa Bałty monografia oczekuje na autora.
Pannę Emilią trapiły przeczucia jakieś niedobre— jakie mianowicie? — tegoby sama wytłumaczyć nie umiała, ale odnosiły się one do pana Pawła i wyrażały pod postacią złego, bardzo złego humoru, nieopuszczającego jej od chwili wyjazdu z Howorówki. Humor zły manifestował się w ten sposób, że panna Emilia monosylabami na wszelkie, stosowane do niej przez brata lub bratową, pytania odpowiadała i ustawicznie przez okno na okolicę patrzyła. Napozór zdawało się, że zły jej humor był bez racyi, zwłaszcza że to, coby za racyą uważać można było, polegało na rzeczy małej wagi, na braku towarzystwa pana Pawła. Była przecie pewność, że brak ów usunie się.
Instalacya w domu zajezdnym odbyła się tak, jak w Humaniu, wśród ciżby kolporterów, narzucających się z towarami „rarytnemi.” Zapał ich spotęgowała wiadomość, że państwo są w podróży do Odessy. Wnet każdy z nich Odessą się cli walić jął, zalecając towary przekradane, a nawet—nawet kradzione. Ta ostatnia zaleta wpływała szczególniej na taniość, usuwała bowiem Całkowicie nakład fabryczny i przewozowy.
— Ny, co tu gadać. Grzćcb grzechem, ale tak tanio jaśnie wielmożna pani nie dostanie ani w Odessie, ani w Anglii. Bo to z Anglii wprost, towar prawdziwy angielski, dla angielskiej królowej robiony w angielskiej fabryce.
— Ależ daj mi czysty pokój—broniła się pani Bóża.—Ja nie królowa.
— Aj waj .. Gdybym ja napewno nie wiedział, że jaśnie wielmożna pani pani z Howorówki, to bym myślał, je jaśnie wielmożna pani królowa. Jasna pani na królową wygląda. Od kiedy Bałta Baltą, takiej tu nie było jeszcze. Ny, a mój towar?...
Iście nadludzkich trzeba było wysileń, ażeby się od kolporterów uwolnić i wieczerzą spokojnie spożyć. Przy wieczerzy humor panny Emilii nie naprawił się zgoła.
— li, Emilko, nie bądź dzieckiem—perswadował jej brat—Wielkie mi nieszczęście: Pawełek funkcyi cavalier> s<>.rvante w chwili tćj nie pełni. Spytaj Bozi, czym ja funkcyą tę bardzo pilnie pełnił, kiedym się o nią starał. Baz zabalamuciłem sic na polowaniu na wilki i ona przez trzy tygodnie słuchu o mnie nie miała; ja zaś, ja, zapomniałem żem zaręczony. Itóziu — do żony się zwrócił—czyś się gryzła, co?...
— No, przyjemności mi to nie robiło — odrze-kła zapytana.
— Ale ezybyś się była zgryzła z tego co Emilka powodu?
— Z pewnością ńie.
— Owóź o to chodzi. Ta zgryzota nie wiedzićć do czego podobna. Pawełek jutro z Koszyłówki wyjedzie ua noc do Bałty, a z Bałty... ot —prze rwał sobie —nic wiem gdzie nocleg wypada. Koz-pytać się trzeba.
Przywołać kazał gospodarza zajazdu i zawiązał z nim długą o handlu zbożowym rozmowę, zapomniawszy całkowicie o interesie, jaki do niego miał. Więc go przywołać kazał powtórnie i zapytał:
— Panie kupiec, gdzie to nam pierwszy nocleg wypadnie?
— Gdzie sic wielmożnemu panu spodoba
— W Ananiowie zablizko
— Ono to tak: i zablizko i nie zablizko. Jak na wielmożnego pana, to może i zablizko.
— Bo to ja wszystko robić lubię z kredką, jak to się powiada.
— Nu, to wielmożny pan rozrachować sobie musiał w domu zapewne, gdzie popas, gdzie noc leg.
O! jakąż słowa te zawierały dotkliwą a trafną, do szlachty polskiej wogóle, do pana Tadeusza szczególnie, przymówkę! Pan Tadeusz też odpowiedział, jakby był odpowiedział na miejscu jego każdy inny.
— U mnie to droga na końcu języka. Na popasie rozpytuję o nocleg, na noclegu o popas i tak jadę, jadę, aż zajadę.
Metoda najgorsza, zdaniem naszćm. Metodą tą jedziemy, jedzicmy, mości dobrodzieje (zwracam mowę, z przeproszeniem, do łaskawych czy-
telników) i nie wiemy kiedy, jak, ani dokąd za-jedziemy. Nie rozrachąjemy w domu, zawczasu, popasów i noclegów.
Za dygresyą tę jeszcze raz przepraszam najmocniej. Przyplątała mi sie ona pod pióro, ze względu na tytuł powieści, który, jak dotąd, komuś niekoniecznie stosownym wydać się może. Wracam jednak do rzeczy.
— Wielmożny pan bardzo mądrze robi—odpowiedział Żyd z lekkim ironii akcentem.
— Uhm—odmruknąl pan Tadeusz odmrukiem zadowolenia. — Cóż więc, jakże: gdzie myślisz, panie kupiec, nocleg mi wypada?
Żyd zamyślił się i po chwili odpowiedział:
— Do Bajkał półtorćj mili, do Ananiowa trzy, do Szymkowej słobody pięć, a do Szarajewa osiem. Nu, ot ..
— Mil osiem, na jazdę gospodarską, to trochę zawiele, mil pięć zamało... Nićnia tam, pomiędzy Szymkową slobodą a Szarajcwem, przystanku jakiego?
— Jakżeby być sie miał! Jest.
— Nazywa się?
— Maryanówka.
— Jest tam karczma, zajazd jaki?
— Jest.
— Więc ja myślę w Ananiowie popasać, a w Maryanówce nocować; dalćj zaś jak Bóg da.
— Wielmożny pan myśli bardzo rozumnie.
Znów w wyrazach tych akcent ironii dźwięczał.
Po odejściu gospodarza zajazdu, następujący pod adresem towarzyszek podróży program na dzień jutrzejszy wygłosił:
— Jutro potrzeba nam z Bałty wyruszyć jak-najranićj; mamy w Ananiowie popasać, w Maryanówce nocować... sześć mil.
Programy jednak łatwiej wygłaszać, aniżeli wykonywać.
Nazajutrz panna Emilia wstała, ubrała się, do podróży się przygotowała i—zachorowała.
Pojazdy już zaprzężone stały.
— Co? jak? czy cię co boli?
— Słabo mi, omdlewam...
Na kanapę się osunęła, zbladła i z trudnością oddychała.
— Wyprzęgaj konie, Jędrzeju! Po doktora, Janku!—zagrzmiał pan Tadeusz.
W godzinę później nadszedł lekarz, ten sam, co czasu onego do Julisi byl wzywany, rozpytał, puls badał, język oglądał, receptę zapisał i odszedł. Około południa chora znacznie lepiej się czuła; niepokojących się nią braterstwa uspokajała.
— Tonie... to przejdzie— mówiła. —W Bałcie przenocujemy i, nazajutrz...
Wyrazy „w Bałcie przenocujemy” stały się dla pana Tadeusza promieniem światła, rzuconym na tajemnicę powodu nagiej panny Emilii choroby.
— Nie—odrzekł.—W Bałcie nocować nie będziemy—i huknął:—Jędrzej, zaprzęgaj!
Na słowa te odhuknęla mu odpowiedź Jędrzeja z podsieni:
— A kiedyż, proszę pana, koniom na południe do żłobu wsypałem!
Nie było rady. Poczekać należało, aż konie obrok zjedzą; tymczasem zaś kucharz do gotowania obiadu się zabrał. Jedno z drugićm do trze-cićj czas zajęło, a o trzeciej pani Róża, ze względu na to, że dzień jesienny skończyć się miał niebawem, uwagę uczyniła:
— Możcby, w rzeczy samej, lepiej już było dziś w Bałcie przenocować, tobyśmy jutro wcześniej w podróż dalszą ruszyli i Pawełka się doczekali.
— Nie—była stanowcza pana Tadeusza odpowiedź.
Irytowała go ta, na intencyą pana Pawła zamówiona, choroba siostry.
— Jak ebeesz, Tadziu—odparła pani Boża.
Ty wiesz... zawsze wola twoja.
Wola przeto pana Tadeusza tryumf odniosła. Około czwartćj popołudniu pojazd, poprzedzając brykę, przejeżdżał przez most na Kodymiu.
Przed wyjazdem panna Emilia miała k^tką, poufną z gospodarzem zajazdu rozmowę.
275
— Przyjedzie tu—mówiła—dziś na noc pan z Koszylówki.
— Pan Paweł Stocki?
— Pan Paweł...
— Znam go—podchwycił Żyd—o! znam. Pan Stocki nie zajeżdża gdzieindziej, tilki do mnie.
— Proszęź powiedzieć mu, żeśmy na nocleg do Bajkał pojechali.
— Do Bajkał?—zdziwił się Żyd.—Dwie ledziu-tkie milki! Wielmożny pan powiadali, że nocować będą w Ananiowie... do Ananiowa dziś, żeby tam jak, zaciągnąć jeszcze można...
— Proszę panu z Koszylówki powiedzieć, że nocujemy w Bajkałach —powtórzyła panna Emilia tonem repliki niedopuszczającym.
— Kiedy w Bajkałach, to niech będzie w Bajkałach—odrzekł Żyd.—Mnie to wszystko jedno...
— Proszę tylko nic zapomnieć.
— Powiem... ] owicm... Czerniłbym powiedzieć nie miał? Byle przyjechał ino ..
— O, przyjedzie z pewnością...
Z pewnością tą wsiadła panna Emilia do pojazdu i, jak skoro powozy, minąwszy rozlegające sic na prawym brzegu Kodymy przedmieścia Bałty, na góry sic wydostały, coś pani Róży do ucha szepnęła; pani Kóża pana Tadeusza, zwyczajem szlacheckim drzemiącego, szturchnęła, znak mu dala i pan Tadeusz, z powozu sic wychylając, głosem donośnym rozkaz wygrzmiał:
— Jędrzeju, a stań-no!
Jędrzej koniom lejce ściągnął; Janek drzwiczki od pojazdu otworzył; panna Emilia wysiadła.
Wysiadła i nie wracała. Minął kwadrans, minął drugi—panna Emilia u drzwiczek, przy których Janek stal, nie pokazywała sic. Zaczęło to już niecierpliwić Julisię, która się do matki zwróciła z zapytaniem:
— Dokąd to ciocia poszła?
Na zapytanie tc odpowiedział pan Tadeusz z przyśpiewem:
„Nie wiem, z jakiego powodu, Poszła Filis do ogrodu.”
Nareszcie, po upływie kwadransa trzeciego, panna Emilia do powozu wsiadła. Drzwiczki się za nią zatrzasnęły.
— Wio ho hi!—na nutę funnańską wyciągnął Jędrzćj z kozła.
Konie szły raźnie owym kłusem podróżnym, w którym ich doświadczony w rzeczy chodów końskich Jędrzej utrzymywał; podróż odbywała się pomyślnie przy zniżającem się ku zachodowi słońcu.
W kwadrans, we dwadzieścia minut może później, znów panna Emilia coś bratowej do ucha szepnęła, znów pani Kóża pana Tadeusza szturchnęła i znów ten ostatni stał się trąbą, rozkaz do uszu Jędrzeja niosącą.
Powtórzyło się to samo co poprzednio, z tą różnicą, że panna Emilia dłużej nieco „w ogrodzie” pozostawała.
Pan Tadeusz cierpliwie to mitrężenie podróży zniósł. Z cierpliwości nawet nic wyszedł, gdy się takowe powtórzyło jeszcze poraź trzeci. Za czwartym atoli razem wybuchnął:
— Kroćset! — krzyknął.—Pókiż tego będzie! Słońce już zaszło, a myśmy jeszcze do Bajkał sic nie dostali...
— Bajkały nie ucickną—pani na to.
Argument ten do przekonania pana Tadeusza trafił i dodał mu cierpliwości.
Na powrót siostry cz< kal bez szemrania; gdy zaś w powozie miejsce zajęła, pozwolił sobie w następujący zemścić się sposób:
— Noc już, Emilciu — rzeki do niej. —Ostrzegam ciebie, że na stepach chcrsońskich po nocy wilcy sic włóczą i nawet ludzi porywają.
Panna Emilia nic na to nie odpowiedziała; już jednak więcej nie wychodziła i... wychodzić nic potrzebowała, albowiem gdzieindziej nocować nie było można, jeno w Bajkałach.
Bajkały—o Bajkałach, z wyjątkiem chyba osobistego, a z opowiadaniem niniejszem w najmniejszym nie pozostającego związku wspomnienia, nic nic mam do powiedzenia. Co się. podróżnych naszych tyczy, jak noc, tak poranek na walce im
upłynęły. W nocy walczyli z tą kawaleryą lotną, co skaczc, napada, krew człowieczą pijc i pod mikrospopem straszliwie wygląda. Kano walka toczyła się głównie pomiędzy panem Tadeuszem z jednej, a panną Emilią z drugiej strony.
Konie zaprzężone, a ona — nieubrana jeszcze. Zamknęła sic i ubierała. Odziewała się klasycznie. Każdą z osobna odzieży część, zanim na siebie włożyła, pierwej pilnie ze stron wszystkich opatrywała, wstążeczki z jednego miejsca w drugie przenosiła i przeszywała, sznureczki i haftki zmięniala, a na myciu się i czesaniu niemniej niż póltory godziny straciła.
— Emilciu, konie gotowe! wywoływał pan Tadeusz pode drzwiami.
— Jeszczem się nic umyła! — brzmiala za drzwiami odpowiedź.
— Emilciu, jechać pora!..
— Czesze się!
— Emilciu, dziesiąta już, na Boga!
— Za minutkę gotowa będę!
Minutka ta na godzinę się wyciągnęła, po upływie której, gdy do niecierpliwości przyprowadzony pan Tadeusz przedstawił jej przezedrzwi, że do podróży, jak na bal, stroić się uie trzeba, odpowiedziała:
— Przecież bez pończoch do powozu wsiadać nic mogę!
Po chwili pan Tadeusz do żony się zwrócił i rzeki:
— Wsiadajmy i... wio!
— A Emilka — tonem refleksyi odezwała sic pani Kóża.
— Kiedy się jćj Bajkały tak podobały, niech w Bajkałach zostanie...
— Jakże to...
— Pawełek uadjedzie i ją zabiorze... Spodziewam się, iż się nie będzie dla niego tak długo ubierała...
—• Ona się. właśnie ubiera dla niego, a przytem: coby ludzie powiedzieli o bracie, tak na trakcie siostrę rzucającym!
— lim! — mruknął i z niejakim w glosie frasunkiem dodał: — Ale co to znaczy, że Pawełek nie nadjeżdża?... Hm... W Bałcie dziś nocował, wiechy z Bałty mógł już przyjechać i napowrót odjechać i znów przyjechać... Chyba, źe się przemknął tak, iźcśmy go nie dostrzegli...
Głową wstrząsnął, jak czynić zwykł człowiek, gdy mu pomysł jaki zaświta, na podsień wyszedł i, powróciwszy po chwili, odezwał się tak głośno, ażeby panna Emilia przeze drzwi słyszała:
— Ano... zrobiło się tak, że taraz nie Pawełek nas, ale my Pawełka będziemy ścigali... Przez Bajkały przejechał.
Zanim wyrazy tc przebrzmiały, aliści drzwi się otworzyły i panna Emilia wyszła.
Na obliczu jej malowała się głęboka irytacya wewnętrzna. Na policzkach powystępowaly plamy czerwone. Wyszła i, do brata się zwracając, rzekla:
— Nieprawda...
Zmieszało to pana Tadeusza, jak człowieka, niemającego zwyczaju uciekania sie do kłamstwa, miesza pojmanie na gorącym nadużyciu prawdy uczynku. W prędce atoli z pomieszania wyszedł i siostrze odpowiedział:
— Zapytaj Janka...
— Nieprawda—powtórzyła.
— Janek powiada, że pojazd i konie jego poznał, znaki mu dawał, ale Pawełek tęgim jechał kłusem i w stronę karczmy uie patrzył, w czćm niema nic dziwnego; możnaż bowiem przypuszczać, ażeby kto, w Bałcie nocując, nocował i w Bajkałach?
— Nieprawda—powiedziała po raz trzeci.
— Czemużby to nieprawdą być miało? — pan Tadeusz jeszcze bronić sie próbował.
— Jedzmy...
— Trzeba pićrwćj konie na południe pokarmić i samym obiad zjeść. Po obiedzie... poje-dziemy...
— Ale—dodała panna Emilia — do Howorówki z powrotem?
— Masz diable kaftan... A toż znów co?...
A wyprawa?
— Co mi tam wyprawa! — odrzekła, ku oknu podchodząc.
Nagle od okna odskoczyła i:
— Jedzie!—krzyknęła.
Pani Kóża, panna Emilia, Julisią, panna służąca i pan Tadeusz przed karczmę razem wybiegli.
Traktem z Bałty zbliżał się powóz, cztćrma końmi w leje zaprzężony. Zbliżył się i minął. Niestety, nie był to pana Pawia powóz. Zawód doznany to sprawił, że wszyscy z rzadkienii minami do karczmy wrócili, a panna Emilia płakać poczęła.
Nic w równym stopniu na nerwy szlacheckie nic działa, jak płacz kobiety. Jak tylko pan Paweł siostrę plączącą zobaczył, zpowodu że się kłamstwa dopuścił, wyrzuty dręczyć go poczęły.
— Nie przejechał Pawełek... nie — zaczął.— Jankowi się przewidzieć musialo, jak sie przewidziało nam. Ale... i cóż! Albo jeszcze z domu nie ruszył, albo w Bałcie nie nocował, albo... kto wie... jest może do Odessy inna jaka droga.
Przypuszczenie to tak go uderzyło, źe zapragnął niezwłocznie informacyj we względzie tym zasięgnąć. Po iutbrmacye do Żydów się zwrócił i po długiem, wskazówek żadnych niedającćm gadaniu, doszedł do tego nareszcie, źe jest droga inna, eo na Krzywe Jezioro prowadzi.
— ( zy bliższa, czy dalsza?—zapytał Żydów.
— Ny... coby miała być bliższa, albo dalsza. Wona ani bliższa, ani dalsza. Kto jedzie tędy, to tędy, kto znów jedzie tamtędy, to tamtędy.
Błysnął panu Tadeuszowi w głowie pomysł.
— A czyby nie można na drodze tamtej ua przełaj zajechać?
Dla lepszego wytłumaczenia akcyi zajeżdżania na przełaj, pokazał takową Żydom giestem odpowiednim, ręką wykonanym.
Żydzi giest ten zrozumieli doskonale.
— Owa!—odpowiedział jeden—czemu nie można? Można.
— A którędy?
Na zapytanie to znalazło się odpowiedzi dziesięć, każda inna. Kto inny, nie pan Tadeusz, straciłby wiarę w metodę końcowo-językową. Pau Tadeusz jednak w wierze był twardy; wywikłał informacyą dokładną, zadawszy Żydkom zapytanie następujące:
— Którędy się wziąć należy, ażeby drogi odes-skiej nie tracąc, na drogę krzywo-jeziorańską się wydostać?
Żydzi, pomiędzy sobą po żydowsku pogadawszy i naradziwszy się, udecydowali, że potrzeba traktem pocztowym dociągnąć do Ananiowa, a ztamtąd pytać sie do Isajowy, a z Isajowy do Odessy jedzie się już prosto.
— Z Ananiowa w’eżmic się wielmożny pan w lewo i już...
— Droga tam dobra?
— Jak po stole.
— Z Ananiowa do Isajowy daleko?
— Nic tak to... Nu... mil pięć bezmala.
We względzie odległości zaszedł pomiędzy Żydami spór; nie chodziło atoli o różnicę wielką.
Pomysł zajechania na przełaj powziął pan Tadeusz na intcncyą siostry plączącej. Kad też byl temu, żc pocieszyć ją może.
— Zrobimy — zaczął, do izby gościnnej wchodząc — Pawełkowi niespodziankę. Zajcdziemy mu na przełaj na drodze krzywojeziorańskiej, nio-źna bowiem do Odessy na Bałte i na Krzywe Jeziora jechać.
— Czyż on na Krzywe Jezioro pojechał? — wtrąciła pani Róża.
— Z pewnością... Gdyby jechał na Bałtę, przejeżdżałby przez Bajkały.
Racya ta trafiła, zpowodu rozmowy z gospodarzem zajazdu bajkalskiego, do przekonania panny Emilii. Kombinacya pana Tadeusza znalazła uznanie pań.
— Jedziemy tedy. Póki do Isajowy nie doje-dziemy, trzeba będzie dymać dobrze i—tu do siostry z dobrotliwej wymówki wyrazem się zwrócił—nieczęsto na drodze z powozu wysiadać, żeby czasu ani chwilki nie stracić.
276
Pośpiesznie załatwiono się z obiadem, prędko założono konie i ruszono w podróż dalszą.
W Ananiowie *zatrzymano się tylko dla dania koniom wytchnienia i dla rozpytania o drogę, która na szczęście nie jest mylną, idzie bowiem doliną Tyligula i brzegu tej rzeczki się trzyma, usiana futorami i osadami, a prowadzi do Birki, gdzie nocować trzeba było. Z noclegu podróżni nasi wyruszyli, jak skoro świtać poczynało. Pan Tadeusz czuł się zadowolonym; Isajowy przed stawiała się mu niby port, ku któremu podąża żeglarz skołatany. To też rozpytawszy się dokładnie o odległość, zalecił Jędrzejowi bez popasu do Isajowy ciągnąć.
— Trzydzieści kilka wiorst... szkapy wytrzymają...
— Może i wytrzymają — była furmana odpowiedź.
— W Isajowie zanocujemy, więc wytchną należycie.
.Szkapy wytrzymały, to jest dowiozły; lecz Jędrzej, gdy je wyprzęgał i oglądał, z nieukonten-towaniem głową kręcił, nazajutrz zaś panu Tadeuszowi oznajmił, że jeden cugowy zapadł na krew, drugi od bryczki coś się na nogi skarży, a trzeciego mjszy napadly; trzeba więc było dwom krew puszczać, a jednemu myszy dusić. Przytem i kowal z podkowami do czynienia miał. W Isajowie przeto nietylko nocować, ale i dnio-wać wypadłe.
Nocowano, dniowano i, niestety, nie doczekano się pana Pawia.
A nuż pojechał drogą bałcką! Na szczęście pan Tadeusz się dopytał, że, do Odessy jadąe, na drogę te wjeżdża sie od Isajcwa o wiorst dwadzieścia pięć, .świeciła więc jeszcze nadzieja spotkania się z panem Pawdem.
Złudna nadzieja!—jak wićmy. Służyła ona jednak aż do Odessy za przewodnika i nawet w Odessie jeszcze nie zgasła.
Nie zgasła. Panna Emilia trzymała się jej uparcie. Jakże się trzymać nie miała, kiedy pan Tadeusz i pani Róża ani przypuszczali, ażeby zajść mogło co innego, jak jakaś przeszkoda przypadkowa, a chwilowa!
— Ktoś go zajechał. Może wreszcie zachorował...
Takićm było ich zdanie, zdanie, do którego pani Róża ze sw'ćj strony dodawała, źe dostrzegła w’ panu Pawle, wczasie ostatniej jego w Hono-rówce bytności, rozstrój jakiś, zdradzający usposobienie chorobliwe.
— Katar może... fluksya... coś podobnego.
— Przy preferansie był roztargniony — dodawał pan Tadeusz.
(Dalszy ciąg nastajń.)
ScTooty (JZoppot),
miejsce kąpielowe nad morzem Baltyckiem, nieopodal Gdańska.
Już w roku zeszłym (zob. u. 31 z dnia 4 sierpnia; Tygodnik nasz zamieścił korespondencyą z tćj milej miejscowości, opisując ją pokrótce pod względem historycznym, społecznym i malowniczym. Do tego, cośmy wówczas powiedzieli, dodać dziś chyba możemy kilka szczegółów informacyjnych.
Nie ulega wątpliwości, że kto parę letnich miesięcy przepędzić pragnie swobodnie, w okolicy zdrowej i pięknej, a przjtćm względnie tanio, ten lepszego miejsca nad Soboty wybrać sobie nic może. Odległość ich od granicy królestwa jest niewielka, a więc komunikacya drogą żelazną nadwiślańską niekosztowna. Jedyną pod tym względem niedogodność stanowi czterokrotne przesiadanie się: w Iłowie, Malborgu, Tczewie (Dirschau) i Gdańsku; okoliczności tćj jednak zarząd kąpielowy w Sobotach stara się zaradzić i może już w tym roku pociąg kolejowy od Iłowa podąży prosto aż do Gdańska.
Pod względem towarzyskim Polacy czuć się tu mogą jak u siebie, bo wszędzie po przechadz
kach, ulicach, restauracjach rozlega się nasz język, biorąc nawet, w drugim zwłaszcza sezonie, przewagę nad innemi. Osobliwie inteligeneya polska z księztwa poznańskiego i Prus zachodnich daje tu sobie niejako schadzkę, przyjeżdżając to ua czas dłuższy, to na pobyt kilkodniowy. Podobnież wielu mieszkańców królestwa corocznie przepędza tu porę letnią z rodzinami, czemu dziwić się nie można, ze względu i na przyjemną miejscowość i na stosunkową nawet taniość. Zapewne, źe i w Sobotach wydać można sporo pieniędzy, kto gwałtem na to się u weźmie, lubo pokusy tu są niniejsze, niż gdzieindziej; ale zato kto zcchce, urządzić się może dosyć oszczędnie. W nieco odleglejszych ua przykład punktach nająć można dwa pokoiki, skromnie lecz wystarczająco umeblowane, z pościelą, za cenę od 70 do 80 marek miesięcznie. Obiad wcale dobry, przynajmniej dla uiesmakoszów, kosztuje pojedynczo 1 ‘/a marki, ua abonament zaś jednę marko 25 feni-gów. Pieczywo smaczne i tanie, mięso, owoce, mleko i różne wiktuały przystępne w cenie; słowem, kto urządzić się chce i potrafi odpowiednio, może utrzymać dom z niewielkim stosunkowo nakładem, zwłaszcza gdy bierze ze sobą służbę i wrynająwszy sprzęty gospodarskie, prowadzi kuchnię u siebie.
Kąpiele zimne i ciepłe utrzymane są w porządku wzorowym. Kąpiele morskie nie należą do silnych, z powodu niewielkiego falowania, jak wogóle wszędzie na morzu Baltyckićm; ale z tego właśnie względu bardzo są właściwe dla mężczyzn w wieku podeszłym, oraz dla kobiet i dzieci. Kobiety tćż zwykle stanowią w nich kontyn-gens najliczniejszy i najwytrwalszy, nie zważając na chłody, wichry i sloty. Kąpiele ciepłe, z morskiej naturalnie wody, mieszczą się w osobnym budynku. Oplata za nie wynosi jedne markę; ależ zato jaka czystość, jaki porządek, jak wygodne urządzenie! W każdym numerze znajduje się piecyk okrągły, na którym gizejąsię ręczniki z ostrego materyału, bardzo zbawiennie podbudzające czynność skóry przy wycieraniu. Nad wanną każdą umieszczono tak zwany prysznic, z którego po kąpieli wziąć można zimny natrysk kroplisty. Obok na ścianie wisi zegar piaskowy, wymierzający bardo dokładnie minuty i kwadranse, w samej zaś wodzie pływa termo-nietrzyk. Słowem jest wszystko, czego racyonal-ne ulepszenia w tego rodzaju zakładach wymagają. Potrzeby lekarskie Polaków zaspokaja bardzo umiejętnie dr Żaczek, Kaszub rodem, mówiący wcale dobrze po polsku.
Soboty dzielą się na dwie części: niższą i wyższą, rozgraniczone drzewami odwiecznemi, two-rzącemi cieniste aleje. W niższej mieści się dworzec, okazalej i dość oryginalnej architektury, z obszernym placem dla gości, ozdobionym trawnikami i kwiatami, gdzie grywa pięć razy tygodniowo orkiestra z Gdańska zjeżdżająca. Dworzec (Kurhaus), oprócz mieszkań, sali restauracyjnej, czytelni i t. p., posiada ozdobną salę zebrań i połączony jest z morzem długim pomostem, głęboko w fale wkraczającym, ulubionćm miejscem przechadzek publiczności. (Zob. ryciny.) Dalej ciągną się nad morzem szeregi pięknych wił,-z ogródkami pelnemi kwiatów. Tu także są dwa kościoły, katolicki i protestancki. W części wyższćj, niegdyś posiadłości Sierakowskich, którym Soboty wiele zawdzięczają, znajdują się: dworzec kolejowy, poczta i apteka, oraz w ładnym parku hotel Wiktorya, urządzony z komfortem, gdzie również co drugi dzień stała przygrywa orkiestra. Równolegle prawic z linią kolejową, idzie szosa prowadząca do Oliwy; obok pola zasiane zborzem i jarzynami, a wdali malownicze wzgórza, porosłe starodrzewem.
Lud okoliczny składa się przeważnie z Kaszu bów-katolików, mówiących wprawdzie zepsutym bardzo językiem, lecz okazujących przybyłym Polakom wielką i prawdziwie serdeczną życzliwość. Że zresztą poczucie narodowości w Prusach zachodnich nie zamiera, dowodzi między innemi ta okoliczność, iż od kilku kadeneyj wybierani tam są posłami z powiatu wajherowskiego Rybiński, a z powiatu kartuzkiego Tokarski.
Wielkiem uprzyjemnieniem pobytu w Sobotach jest także łatwość komunikacyi kolejowej z uroczą Oliwą, dokąd dojeżdża się w osiem minut, i z Gdańskiem, odległym tylko na pół godziny drogi. Widok Oliwy i szereg cały widoków Gdańska, tej słynnej niegdyś metropoli handlu han-zeatyckiego, zamieścimy w następnych numerach naszego Tygodnika, wraz z krótkim opisem.
P Y T ił I A.
Przez
ZTarosłazwa "Vłi.rlic3s:ieg'O.
Przełoży! z czeskiego Bronisław Grabowski (1'.
Z ciemnej jamy dym sic wznosi; Na trójnogu, dziewo, siądź! Cud ta chwila światu głosi; Oko twoje łzą się rosi, W snów dziedzinie myślą błądź! Ziemi glebie wstrząsa burza, A w powietrzu blaski zórz;
Wawrzyn wonią cię odurza, Bóg w tweiu łonie zadrgnąl już.
W snów’ kapłanka morzu tonie, Pierś wydziera się z jćj szat, Jak z fal księżyc w swej koronie, Wzrok goreje, świeci, płonie, Włos się gnić jak z wiatrem kwiat. Usta kurczy ból szalony, Pieść ściśnięta, martwy wzrok, Ciężką męką okupiony Z mgieł przyszłości prawdy tok.
Już bez związku prawi słowa, Z piersi rwie się słaby jęk, Jak statua Mcmnonowa, Gdy ją zorza purpurowa Muśnic, w7 wnętrzu budząc dźwięk. Kapłan w pyle kryje lica, Na kolana lud już padl;
Czy to demon, czy dziewica, Trudno, by w tej chwili zgadł.
Przeszły wieki, na świątynię W Delfach spadły pleśń i pył; Człowiek miejsce cudów minie, Prawdy szuka sam w łupinie, Gdzie się tajny sens jej skrył. Co w symbolów wprzód odzieży Było, dzisiaj czynem już;
Człowiek przestrzeń niebios mierzy, Bada tajnie serca burz.
Czćm wprzód strumień brzmiał nieśmiało 1 co znaczył ptak i kwiat, Co powiewem liście chwiało, Czćm jest teraz? Oniemiało, Bez tajemnic jest nasz świat.
Lecz te tony słodkich mytówą Te wskazówki ludzkich dróg.... Dziś w poezyi głąb zachwytów, Tylko w pieśni mówi bóg.
O poezyo rozmarzona, Toniesz cała w morzu snów; Wiosna tryska z twego łona, A na ustach pieśń natchniona; O przyszłości światów mów!
I duch ludzki, zemdlon w boju, W tobie rój swych topi skarg; Chociaż kroplą z twego zdroju Dotknij moich spickłych warg.
Słowa twe, to tytanowe Bryły, w niebo glos ich grzmi. Śpiący Sfinksie, wznieś swą głowę. Brzmijcic, dźwięki Memnonowe; Ranek wstał, któż iwątpić śmie?
(1) Zc zbiorku „Buch i świat” (Praga, 1S78 r.).
____ 277 ______
Oko wita łzą blask chwały.
Mów, gdzie prawda, a gdzie myt? Wszakże kładzie wszechświat cały Wieniec z gwiazd na głowy szczyt.
0 pismach Zygmunta Krasińskiego.
Skreślił
Fellcyan Suryn.
(Dalszy ciąg.)
A w „Niedokończonym poemacie” wypowiada myśl tę same: „Tak będzie, aż przyjdzie na was wtórej przemiany godzina—i znów podacie im ręce i serca ich konające zbawicie miłością — i nazawsze staniecie im jako siostry, równe im na ziemi i w niebie.” — Kobiety Krasińskiego, nie świetne to bohaterki, olśniewające pięknością kształtów, górnolotnym frazesem. Iskry icli ócz nie rozgrzewają krwi aż do szalu i nigdy nie pozują przed widzem, jako zręczne hetery. Wierne to towarzyszki niedoli, w wędrówce po tej dolinie: „łez, krwi i błota.”
„W jednej my cicrniów chadzali koronie, Krew twoich dłoni krwawiła me dłonie, 1 z jednych trucizn piekielnego zdroja My pili razem, o Beatriks moja!”
Tak mówi, kreśląc obraz towarzyszki swych widzeń przyszłości w „Przedświcie.”
Najsympatyczniejszą postacią jest Elsinoe w „Irydyonie.” Poświęcenie podnosi słabą kobietę do wyżyn ideału i w godzinie zgonu, jak anioł, z pieśnią zgody i przebaczenia, odlatuje ze świata. Żona Henryka w „Nicboskiej” równie szlachetna, kochać umiejąca bezgranicznie, tak że miłość ta stanowi treść życia jćj całego.
Z pewnością też powiedzieć możemy, że jeżeli mę.zkie dodatnie charaktery u Krasińskiego, jak n. p. Irydyon, odbywają walkę tytaniczną, wpadając ciągle w szal i zaślepienie namiętności, albo, jak Orcio i Aligier, są nie ze świata tego „cieniami przelatujących aniołów” — to galerya dodatnich postaci kobiecych bardzo jest liczna, a skreślona z miłością i otoczona niemal apoteozą świętości.
II.
„Niedokończony poemat” Krasińskiego nie jest najwcześniejszym z większych utworów jego; owszem, pisał go kilku nawrotami. Jak utrzymuje profesor Tarnowski, miał on służyć niby za wstęp olbrzymi do „Nicboskiej komedyi.” Nie został jednak wykończony, a w stanie, w jakim pozostał, składa się z kilku luźnych fragmentów, że tak powiem, ręką mistrzowską naszkicowanych tylko. Utwór to pomyślany na skalę ogromną. W ramach swoich miał objąć pogląd} autora na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość ludzkości i być niby streszczeniem wszystkich wierzeń i przekonań Krasińskiego. Jest-to więc utwór przedewszystkićm refleksyjny. Pomysł jego zapożyczony od Danta; ale pożyczka to tylko formy, mowy zaś być nic może o Jakiembądź naśladownictwie. Krasiński tem zapożyczeniem formy okazał niejako swój szacunek i sympatyą dla wielkiego wieszcza florenckiego.
Poniżój, rozbierając „Nicboską. komedya,” wskaźcmy, iż potępił romantycznych poetów szkoły Bajrona, wcielając ich próżność, brak wiary dodatniej i miłości dla idei w osobo Henryka. Przeciwieństwem tych poetów byl rzeczywiście Dante, namiętny, gwałtowny w swych sądach, mściwy i niezbłagany dla ludzi przeciwnych przekonań, niestały nawet w tych przekonaniach; lecz całe to roznamiętnienie wypływa u niego wcale nie z egoistycznych pobudek. Dante jest entuzya-stą prawdy. Wszystko co piękne, szlachetne, ma w nim gorącego wielbiciela. On wierzy i pragnie gorąco postępu i dni lepszych ludzkości. Nigdy
też nie wątpi o ładzie i konsekwencyi dziejowej. Religijny, twórca „Boskiej komedyi” w utworze swoim zajaśniał wszystkiem tćm, co miały w sobie dodatniego wieki średnie. Boska Komedya, jak tum koloński albo strasburski, na wieki wieków zostanie świadectwem, do jakich szczytów wznieść się może duch ludzki na skrzydłach wiary.
Utwór więc Danta obudził sympatyą Zygmunta. Wspólność przekonań do pewnego stopnia zachodziła pomiędzy wieszczem florenckim, a naszym Zygmuntem. Tylko to samo, co powiedział Krasiński o swej Beatryksie, iż była „bardziej cbrześciańską,” da się powiedzićć i o różnicy ich poglądu. Poeta polski jest rzeczywiście bardziej chrzęściański. Nigdzie w nim i cienia roznamię-tnienia się, zaciekłości, nienawiści ku wrogom, jak u Dantego. W „Niedokończonym poemacie” obrazy cierpień, tortury czyśca i piekła, skreślone z równą potęgą i siłą, jak w utworze Danta; ale więcćj tam żalu nad nędzami i upadkami ludzkiemu* Niema nienawiści do osób, narodów, jeno ku tym szatańskim potęgom, które w otchłanie nędz i upodlenia spychają maluczkich świata tego. Niccli posłużą za wzór tej iście szczytnej bezstronności poety owe słowa, jakiemi się odzywa chór germański w „Niedokończonym poemacie:”
„Rozdzieleni w ciele, ale jedni myślą, my idei kapłany, my, co byli a nie żyli, my pragnący żyć, pozdrawiamy ciebie! Spójrz na nasze włosy i brody pierściennc — u greckich mędrców podobne sie wiły—i ufaj tym rapirom, wziętym po gockich naddziadach.”
Z takiein uznaniem o wrogach narodu swojego mówi Zygmunt. Juźciż do takiej bezstronności względem nawet współrodaków przeciwnego obozu nie wzniósł się nigdy Dante Gibelin.
Ogólne wrażenie, jakie się wynosi po przeczytaniu „Niedokończonego poematu,” jest kojące. Ludzkość, wedle Krasińskiego, potęgą woli własnej może i powinna dopełnić odrodzenia swojego:
„Dotąd na waszym świecie piekło tylko i czyściec; ale duch Pana zamieszkał wam w piersiach. Wyście jak przepaście, a w głębiach waszych tajnie ukryte błękitu.” Temi słowy cień Danta przemawia do Henryka w jednym z ustępów „Niedokończonego,” noszącym tytuł: „Sen.” A w innym ustępie tegoż poematu Aligier przemawia w te słowa.- „Ten tylko duchem, Henryku mój, kto zarówno duszę jak ciało swe umie nawlec na wolę swą—oto jak giętką rękawiczkę na dłoni.”
Takowe uwielbienie wolnćj woli człowieka niech będzie odpowiedzą tym, którzy zarzucają Krasińskiemu, iź pieśń jego porywa w sfery mglistości, abstrakcyi i mistycyzmu; że ziemię uważać każę za padół wygnania i zaleca biernie czekać interwencyi sil wyższych, wciąż się opiekujących losami ludzi, jako nieletnich dzieci. Przecież nietylko w „Niedokończonym poemacie” tak wysoko wynosi wolną wole człowieka. Iw jednym ze swych psalmów powiada on:
„Ty bez nas samych nie możesz nas zbawić.”
Nadzwyczaj trudno streścić „Niedokończony poemat,” bo, jak już powiedziałem, brak w nim jednolitości. Nić przewodnia wciąż się urywa, pojedyncze obrazy stoją odosobnione, niepowiązane w jedno skończoną budowę. Akcyi prawie niema, a raczej nawiązuje się ona na chwilę i znowu się zrywa. Słowem, poemat to całkiem prawie filozoficzny, w którym autor, jakby w jakim dyalogu Platońskim, w usta Aligiera wkłada swoje poglądy życiowe. Wstęp daje nam poznać tegoż Aligiera, istotę idealnie doskonałą, człowieka co zgniótł w sobie wszystkie ciała popędy, całą słabość, chwicjność i niedoskonałość natury naszej ziemskiej. Aligier to duch, choć jeszcze przyodziany w kształty ziemskie i dotykalne. Słowa jego to mądrość, nie mądrość dumna, lecz owszem, polna pokory. Pod kierunkiem takiego to Aligiera dojrzewa umysłowo młodziutki Henryk. Naturę Henryka najdokładniej określa sam Aligier w modlitwie swojej: „Ona bezustannie, sama nie wiedząc o tem, ku niebu Twemu
się wydziera. Zaród wszelkiej piękności, iskra Twoja pali się w jej głębiach, tylko że ciało, jako mgła wielka, obeszło ją zewsząd—przez mgle, duch, którego strzegę, szuka Ciebie.” Henryk jest w tej porze życia, kiedy wszystkie pulsa zaczynają bić przyśpieszonym tętnem, a życie i jego ułudy wabią nas syrenim śpiewem: „Bo pora jego niewinności przemija, bo serce mu wkrótce rozedrze walka dobrego i złego, jedyna straszna matka cnoty” — mówi dalej Aligier w tćjże modlitwie. Więc nie prosi, by mu oszczędził Stwórca tej walki, bo cnota bez walki, bez pokus, cnota bierna, wartości żadnej nie miała w oczach Krasińskiego. To też prześlicznie i rzewnie Aligier kończy swą modlitwę: „A nie proszę Cię, Ojcze niebieski, byś mu ujął co z trudów życia. Wiem, że na wzór wszystkich wygnanych w świat, a przez świat wracających ku Tobie, on próbę fałszu przebyć musi, gdy pokusy wybijc godzina. Stań się wola Twoja! Chłostaj go gradem boleści, poniż go wśród ludzi. Niech mu włożą kajdany na ręce, niech ciało jego wycierpi męczeństwo, jeno ustąp mu hańby podłości, jeno zbaw go od wiecznej nocy ducha!”
W tym przededniu prób życiowych, Henryk ma widzenie nazwane snem. W nim Aligier, już nazwany Dantem, niby geniusz promienisty w rysunkach naszego Grotgera, wychowanka swego prowadzi przez łez dolinę, przez czyściec i piekło dni naszych. W wieku bardziej naiwnym Dante w swej Boskiej komedyi osobiście wstępuje w te państwa podziemne; dziś taka naiwność, taka szata legendowa, już byłaby nie na dobie i śmieszną niemal. To też z wysokićm poczuciem artyzmu Krasiński sucm nazwał owę pielgrzymkę Henryka. Straszne obrazy przesuwają się przed wzrokiem czytelnika: „Mistrzu, gdzie jestem?"—wola Henryk.— „W świątyni, w której ludzkość zamieszkała na dzisiaj, ale w którćj Boga nićmasz”—odpowiada przewodnik. 1 któż poczesne miejsce zajmuje w tćj świątyni? kramarze, sofiści-prawnicy, bigoci-faryzeusze, przedajni demagodzy i ci, co jeno ufają w potęgę bagneta i pieści. Militaryzm, szacherka dyplomatów, sza-cherka giełdy, to dzieje dui tych smutnych. A biedni, a mali, a nędzarze i pracownicy uznojeni, wepchnięci w błoto zdziczałości, zezwierzęcenia, oszukiwani są przez tych, co kłamią, że ich kochają i chcą walczyć za ich prawa. Nic wielkiego, nic szlachetniejszego w tej dobie na tym padole! Potomkowie dawnćj szlachty, owćj soli ziemi, dziś plemię skarlałe, znikczcmniałe, „wybierają damasceńskie złoto i perskie turkusy z ojcowskich tarcz, jak zamierzchłe dyamenty oddzie-rają od buzdyganów i szabel, by ślad ostatni starożytnej chwały ponieść kupcom na sprzedaż.” — I nadciągają tłumy nędzarzy, na czele ich Pankracy, w ręku ma czarę krwi sponiewieranych. „Równy podział wszystkim, albo zgon wam”— i głosowi temu odklasnęły zostawione na dole męczenniki.”—Taką groźbę, taki program zapowiada wódz tłumów, wstępując na schody giełdy kupieckiej; ale ta groźna zapowiedź, stwierdzona rykiem tysiąców, ma służyć jeno jako marna pogróżka, by pod jej naciskiem kupce większą cenę dali za tę krew w kielichu. I Pankracy, wziąwszy zapłatę, wychodzi do tłumów zgłodniałych, by im powiedzieć: „Dziś nie czas jeszcze, lecz przyjdzie godzina.”
A jakiż to smutny obraz owćj niewiasty, którą, jak sama mówi o sobie, zwano poprzednio niewinną, śliczną, szczęśliwą, aż później nazwano niewolnicą! „Bo obyczajem świata, mnie dzieckiem jeszcze, mnie bezmilośną, wydano, czy zaprzedano zamąż.”—Za kogo? za bogatego nikczemnika. 1 cóż dziwnego, że choć wszystko zniosła, nie zniosła pogardy. I gdy widziała, jak ten, którego imię nosiła, zbirom sprzedawał braci swoich, ona nim wzgardziła i spojrzała w inną stronę. Zdało jćj się, że ukochaną została, i uwierzyła w dobroć, piękność i rozum na ziemi. Zdało się biednej, że się dźwiga z trumny i kochała potęgą całego serca swojego. A on?... opuścił ją. „Wyrwał mnie z samotności serca, a zostawił w samotności ducha.”— Świat rzucił na nią błotem i nazwał ją shańbioną.
278
Tysiące takich serce rozdzierających dramatów rozgrywa się na ziemi, tysiące takich ofiar nieszczęśliwych stoi pod pręgierzem opinii, a najuczciwsi mijają je bez spółczucia; bo któż odróżnić zechce męczennicę taką od zwykłej hetery? Odróżnił ją jednak Ałigier, wskazał Henrykowi i łzę bratniego spółczucia uronił nad dolą złamaną.
„O mistrzu! mistrzu! pokaz mi niebo—owo trzecie na ziemi”—woła Henryk. A Dante odpowia da, żc w przyszłości ludzkość sama wolą i miłością zdobyć może to niebo i kończy napomnieniem: „czuwajcie więc nad losami planety waszego.” Owe zgrozy pełne obrazy piekła, smutne jęki czyśca, zapowiedź, iż wolą, miłością i pracą możemy odmienić zło chwili obecnej, rozbudzić mają bart, chęć pracy i pościęceń w młodzieńcu i otoczyć go, niby puklerzem, przeciw pokusom ciała i świata.
Szal karnawałowy na ulicach Wcnecyi. Śród tłumów znajduje się i Henryk, w towarzystwie księcia bankiera. Ostatni odmalowany jest z przedziwną prawdą i plastyką. Ten talent malowania wiernego osób, nadawania im cech typowych, ten realizm rysunku, rzadki bywa u poetów z tak lirycznym nastrojem, jak Krasiński. Dante tylko posiadał ten talent w równej mierze.
Henryk ujrzał piękną żonę księcia Rahoga. Smutek bijący z jej lica, jakiś powab tęskny, tajemniczy, przykuł do siebie egzaltowanego młodzieńca. Więc w wyobraźni swej podnosi ją do ideału, otacza aureolą męczeństwa i chcc się wystawić na największy hazard, byle tę ofiarę wyrwać z rąk nikczemnego jej męża. Księżna Rabo-ga przesuwa się przed czytelnikiem, jak cień niemy i milczący. Figuruje tu ona jako upostaciowanie pokus ziemskich, które urokiem piękna wabią do siebie najszlachetniejsze dusze i każą im zapomnieć o interesach społecznych, o służbie idei. Kto wie, czyby się pokusie tćj oparł i Henryk, skoro w tak promienną szatę przybrał ją w swej wyobraźni, na tak wysokim umieścił pod-stopiu. Ale przy Henryku jest anioł opiekuńczy jego, Ałigier; on odrazu ocenia niebezpieczeństwo i nim mu zapobieży, z taką się tęskną skargą zwraca do Stwórcy:
„Jakżeż więc, o Panic! nigdy synowi człowieka nie wystarczy piękno, tak jak w łonie Two-jem spoczywa? Nieskończoność nie zagasi pragnienia jego; musi zejść do skończoności i szyder-ską pomyłką ziemię za niebo mićć, nieba właśnie szukając!” W rozmowie, jaką ma następnie z Henrykiem, jasno widzi, że rozkielznana imaginacya tak zawladła młodzieńcem, iż niezdolen już słuchać głosu rozsądku.
Wtedy Ałigier przypomina mu, iż obiecał wprowadzić go do grona utajonych i tęskniących: „Wtedy ujrzysz sam na oczy wszystkie dzieje ziemskie, porównasz je z jedną ziemianką i osądzisz, czy się godzi przy nich jeszcze marzyć o niej.” I takićm błogosławieństwem żegna Henryka: „Strzeż cię Pan, bo nie ustrzeżesz siebie sam, ni ja ustrzegę cię! Strzeż cię Pan!”
W pierwszćj scenie, po wejściu młodzieńca z Aligicreiu w podziemia weneckie, chóry różnych narodów wyśpiewują dzieje swoje, przekonania i ideały, co im świeciły gwiazdą przewodnią w ziemskiej wędrówce. Jest-to dążenie do prawdy, ku którćj ludzie róźnemi kroczą drogami.
W tych poglądach na dzieje ludzkości Krasiński, jak już poprzednio mówiłem, okazał się w wysokim stopniu beznamiętnym, wypowiada jąc słowa prawdy i nagany tym, których kochał. Posłuchajmy tylko oceny jego stanowiska hierarchii rzymskiej, w chwili jćj najwyższej potęgi: „I stało sie! oblekł się w szkarłat, zwielmoźnił, zrzymianił się! I oto już teraz zacznic sic jęk ludzki skarżyć nań.” Dałćj roztacza krwawy obraz mordów i spustoszeń w ziemi Albigensów. Ale s} nipatya ta ku zwalczonym, znękanym, cierpiącym unosi Krasińskiego zadaleko. Pod jćj wpływem na kartach martyrologii zapisał, jako męczenników za prawdę, takich nawet templa-ryuszów, takich różokrzyźowców, których cierpienia mogły jeno okupić winy przeszłości ich, lecz ta przeszłość nie nadawała się wcale do apoteozy.
„O biada, biada! europejski gmach trzęsie sic. Nie wyrósł na katedrę, ni tćż wybudował się cesarskim pałacem! Napoły księży i napoły świecki..... On runąć ma, a co gwałtu, co rozdarcia
i bólu, i smętku i wojen!”
W tak strasznem rozdarciu przeszłość zostawiła teraźniejszości społeczność ludzką. W scenie drugiej chóry różnych narodów wypowiadają przed prezesem, zasiadającym na tronie w todze bialćj, swoje skargi, swoje pragnienia. Prezes ów zdaje mi się, żc jest upostaciowaniem Opatrz ności, czuwającej nad losami ludzkicmi. Na zapytanie jego, Henryk opowiada widzenia swo-je w poprzedniej scenie, a prezes tłumaczy owe obrazy przeszłości, co się przesunęły przed młodzieńcem. Ale skreśliwszy okropny stan społeczny, zarazem wieszczy odrodzenie: „Bo człowieczeństwo czćmże jest, jeżeli nie szkolą, próbą aniołów? Alboż ołtarze Boga tylko pod katedr sklepieniem? Wszędzie — iw izbie poselskiej, i na trybunale, i w kole wyborców, i w.kole wybranych, i na stolicy władnej, i na rynku pospolitym, i w rękodziclni, i ua giełdzie i w sztuce każdćj umiejętności Pan dojrzan, poznan, nczczon i wykonan być musi—być musi i będzie! Każdy trud to posłannictwo, każdy urząd w kapłaństwo się zmieni.”
Zapowiedź tego odrodzenia, tego otrząśnięcia sic z pogaństwa ludzkości, jest w ustach przepowiadającego pewnikiem, który ziścić się musi i ziści. Ale drogą ku temu jedyną jest droga miłości, a nic to, „co wściekłe i wysadzające skały w powietrze.” Ewolucya i rozwój spokojny, nie gw’alt i rewolucya. W postępie tym nie zdepcze się stanów, narodowości, kropli krwi nie przeleje sic bratniej. To oburza Pankracego. Pankracy chcc rzezi, chce zniszczenia, zamętu, chaosu i dlatego Ałigier gromi go i nawołuje do porządku:
„Pankracy, Pankracy! ty tylko powtarzasz: „lud, lud,” a nigdy naród nie powiesz! Ty chcesz wielkich rzeczy przez siebie się doczekać, a od Boga nie poczynasz.”
Następuje szermierka argumentów pomiędzy Aligierem i stronnikami Pankracego, a głównie z ich piewcą, Juliuszem. (Sądzimy, że jest tu aluzya do Słowackiego, którego pieśń rzeczywiście nie nawoływała do zgody i jedności.) Pankracego stronnicy sofizmatami dowodzą konie czności rzezi i rewolucyi; Ałigier potępia dema gogią, potępia jćj wstrętną zasadę egoistycznego, zimnego kosmopolityzmu. Prezes klątwą obarcza i zasady Pankracego i herszta samego.
Śpiewem pogrzebowym chórów i wygnaniem Pankracego kończy się „Niedokończony poemat.”
Myśli i pragnienia, wypowiedziane w tym utworze, dziwnie są szczytne. Piękniejszych ideałów nigdy nikt nie pomyślał z łudzi. Już powiedziałem, źe „Niedokończony poemat” jest najwierniejszym tłumaczem przekonań autora. Jeżeli tak się wyrazić można, jest-to w szatę poezyi przybrana opowieść o dziejach i rozwoju jego serca i jego umysłu. Niestety, niedokończona! Mnóstwo reminiscencyj z przeszłości wlasnćj autor włożył w tę opowieść. Osoby nawet są wspomnieniami, odtworzeniem, często wyidealizowaniem spotkanych ludzi w tej jego doczesnej pielgrzymce. Henryk to on sam. W drugim utworze „Pokusa,” jeszcze raz odmalował siebie i tegoż Aligiera, ale odmalował w chwili jakiegoś zniechęcenia, upadku, rozdarcia, rozpaczy nad sobą samym. Wiec tam Ałigier nóż Utopił w sercu zbłąkanego Henryka, by go ocalić od hańby. Tu nie wiemy, jakim był ten Henryk po wyjściu z podziemi weneckich. Pod koniec widzimy go szlachetnym entuzyastą.
„Niedokończony poemat” nie ma jednolitości utworu, napisanego jednym zamachem, nic ma węzła i punktu, dokoła którego obracałaby się akcya, nic ma nawet, ściśle mówiąc, akcyi, z wyjątkiem chyba sceny karnawału weneckiego. Jest-to, jak już mówiłem, kilka prześlicznych dya-logów platońskich o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. „Nieboska komedya” opowiada nam, jak Pankracy, czlowick-niszczyciel, stoi u szczytu władzy i jest panem sytuacyi; wiec, co do Pankracego, „Nieboska” stanowi ciąg dalszy
„Niedokończonego poematu,” lubo Henryk w „Nieboskiej” jest zupelnem przeciwieństwem Henryka z „Niedokończonego poematu.”
III.
W „Nieboskiej komedyi” poeta roztacza przed nami widok tej krwawej waśni, przygrywki do której dawały się już uczuwać i za dni Zygmunta, a której obawa jest właśnie zmorą dni naszych. Żaden ze spólczesnych Zygmuntowi wielkich poetóiy nie poruszył tćj kwestyi, tak żywotnej dla ludzkości. Bajron pióro i geniusz poświęcił opiewaniu losów i żalów takich Korsarzy, Manfredów, błędnych awanturników. Nie podjął żadnego z pytań ogólnie ludzkich. Walter-Scott zbyt sic lubował w przeszłości, ukochał gotyckie luki, pól-mrok gotyckich budowli, w którym postacie jego wzrastały do olbrzymich rozmiarów, i dla tej przeszłości z oczu stracił chwilę obecną. Jeden Wiktor Hugo, i to w lat trzydzieści później od Krasińskiego, dotknął tćj kwestyi, która jest treścią Nieboskiej komedyi; lecz traktuje ją jako namiętny szermierz i rzecznik stronnictwa. Jego Yaljean, to szczytny bohater, wyjątkowa osobistość, nie tjp, uie przedstawiciel ludzi wyszłych z gminu. Piękny ten charakter mógł tylko powitać w imaginacyi poety, lecz nigdy nic istniał na ziemi. Krasiński, w dwudziestym pierwszym roku życia, tc same kwestyą traktuje jako sędzia bezstronny, mający odwagę jednemu i drugiemu stronnictwu powiedzieć, że nie ma racyi, jeżeli nic co do celów, to co do środków. Umysł spostrzegawczy Zygmunta rozjaśnia tę sprawę zawiłą. Wszystkie zarzuty, wszystkie potwarze jednej i drugiej strony, przytacza co do słowa i ani razu nie widzimy, żeby się zachwiał w bezstronności, roznamiętnil i z ma jestatu sędziego zniżył się do roli namiętnego rzecznika. „Nieboska” formą swoją jest wprawdzie nieco mglistą. Pomieszane w niej wszystkie niemal rodzaje poezyi: najszczytniejsza liryka w sukience prozy, dramat, tragedya i epos. To lekceważenie formy, ta jćj niejednolitość godne pożałowania. Gdyby bowiem Zygmunt wykończył „Nieboską” jako dramat, z zachowaniem przepisów scenicznych, o wiele przewyższyłby on wszystkie utwory Szekspira. W treści zato „Nieboskiej” niema już żadnej mglistości. Charaktery, sytuacye pomyślane i wykonane z przedziwną logiką i konsekwencyą. Realizm, w naj-piękuicjszem znaczeniu wyrazu tego, panuje w nim od początku do końca.
Sąd Boży odbywa sic na ziemi: „młodzi, zgłodniali i silni” — zbrojni w kosy i noże, z pianą wściekłości na ustach wołają:
„Zgrzybiali, robaczliwi, polni jadła i napoju, ustąpcie! — i przez kałużę krwi cisną sic do stołów, zastawionych mięsiwem i napojem, do kielicha pijaństwa i uciechy11— by na arenie świata odegrać rolę nie zaszczytnicjszą od poprzednich i popełnić wszystkie stare zbrodnie, przybrane tylko w nowe szaty. Nim jednak chmura ta czarna, wisząca nad światem, zaryczy wichrami, autor w prologu daje nam poznać Henryka, który ma walczyć w obronie starego porządku i od tych zdziczałych tłumów bronić okopów S-tej Trójcy, ostatniej ostoi szlachty. Henryk nie jest arystokratą z przekonań; urodzenie tylko i moc przy-wyknień łączą go z nimi. Henryk nie wierzy w dobroć sprawy bronionćj przez siebie i nie kocha jej; lecz wybór szlachty powołał go na wodza i on poślubia sprawę beznadziejną, byle przed zgonem kilku gałązkami wawrzynu przystroić czoło.
„Jakże to dobrze być panem, być władcą, choćby z łoża śmierci spoglądać na cudze wole,, skupione naokoło siebie.”
W ten się sposób odzywa, gdy stanął na czele obrońców Ś-tćj Trójcy. Duma i miłość własna, to jedyne motywa wszystkich myśli i wszystkich czynów jego. Jest-to bogato uposażony umysł, z nadzwyczaj hojnie rozwiniętą imaginacyą, aż do halucynacyi prawie, w którćj za rzeczywistość przyjmuje marzenia własne ’Tenryk nie żyje sercem: losów świata i żadnej idei nie ceni
279
i nie kocha. Przeszłość też bogatego człowieka, spędzona bez troski o byt, nie nauczyła go żyć zimną rachubą. Więc, wedle słów Zygmunta, wyrzeczonych gdzieindziej i o kim innym, „żyje on, siedząc w bańce własnych marzeń.” Jak kometa jasny, raczej jako meteor, przebiega po horyzoncie, a słońcem lub gwiazdą być niewart, choć ma wszelkie zasoby poteinu. Duma-bo promieniom tego potężnego umysłu odjęła ożywcze światło i ciepło: korba on tylko „siebie i myśli swoje.” Więc chociaż cierpi, boleść jego „nic nie utworzy, na nic się nie zda. Ostatniego nędzarza jęk policzeń między tony harf niebieskich, kcz jego rozpacze i westchnienia spadają nadół i szatan je zbiera, dodaje w radości do swoich kłamstw i złudzeń, a Pan je kiedyś zaprzeczy, jako oue zaprzeczyły Pana.” Bajroniczny więc to poeta. Poezyi nie uważa jako kapłaństwa, jako misyi, lecz wydaje ją „na marną igraszkę ludziom.” To też ma za nią nie wdzięczność braci, nie zasługę, ale „kilka kwiatów na głowę, zwiędłych kwiatów.” „Ty grasz cudzym uszom niepojęte rozkosze. Splatasz serca i rozwiązujesz, gdyby wianek, igraszkę palców twoich. Łzy wyciskasz, suszysz je uśmiechem i nanowo uśmiech strącasz z ust na chwilę — na chwil kilka — ale sam co czujesz? ale sam co tworzysz? co myślisz? Przez ciebie płynie strumień piękności, ale ty nie jesteś pięknością. Biada ci, biada! Dzićcię co płacze ua łonie mamki, kwiat polny co nie wie o woniach swoich, więcej ma zasługi przed Panem od ciebie.”	(D. c. n.)
Kronika tygodniowa.
Konkurs dramatyczny. — Pokrzywdzone talentu. — Mały współudział istotnych dramato-pisarzy. -„Florynda” Faleń-skiego i czy ujrzi my ją na scenie.—Odczyty, Spasowicza.— Niespodziewany ruch kapitałów.—Uwagi.—Śliczny podarunek.—Wybory.—Zachowanie się wyborców.—Piękny ślub.— Teatr.—Obrazy żywe. — Nauczycielka złodziejstwa.- Konkurs Towarzystwa lekarskiego. — List ociemniałego pedagoga.
W zeszłym tygodniu komitet sędziów konkursu dramatycznego ogłosił swój wyrok. Dla piśmiennictwa scenicznego brzmi on niezbyt pomyślnie. Ponieważ z ogółu sztuk nadesłanych ani jedna nic czyniła zadosyć warunkom, niezbędnym do otrzymania premium, przeto ograniczono się do udzielenia nagrody drugiej, i to przeważnie ze względu na literackie zalety pracy nagrodzonej.
O ile też wićmy, z dwudziestu kilku sztuk na desłanycb, większa część była próbą piór zbyt śmiałych, a nieznających wartości własnej. Jest-to historyjka zwykła... Każdy konkurs tworzy pokrzywdzone taleuta... ale rzadko który tworzy prawdziwych autorów dramatycznych. Odkąd też zawód literacki stał się przytułkiem dla. wielu „zbankrutowanych,” a rzemiosło reporterskiedojną krówką dla nieukończonycb gimnazistów, czemuż-by ci panowie nie mieli próbować sił swoich i na zaszezytnem polu dramatopisarstwa?... Trapią więc komitety konkursowe ramotami, wołającemi o pomstę do Apolina i jego siostrzyc nieśmiertelnych, szeregując się w potężny zastęp malkontentów, co zyskali ostrogi rycerskie w pogardli-wćm milczeniu sędziów.
Drugą tedy nagrodę wziął Felicyan Faleński, za pięcioaktowy dramat p. t. „Florynda.” Praca jego okazała się najlepszą pod względem literackim. Inaczej tćż być nie mogło, boć to literat co się zowie, pisarz wytrawny, poeta, autor wielu prac cennych, wykwintnych, pięknych. Ale warunkom sceny, sztuki przeznaczonej do życia na jej deskach, zadosyć nic uczynił nikt. Wprawdzie można to było przewidzieć, bo skład samego komitetu zaabsorbował najlepsze siły autorskie, lecz nie wszystkie. Czćmźe więc stało się, że inne, swobodne, do komitetu nienależące, konkurs per non sunt puściły i na uwagę wziąć go nie raczyły?... Czy może dla ciężkich jego warunków, albo dla niewiary w jego powodzenie, lub też może z przyczyny, że konkursy warszaw-
skie lat ostatnich niepowodzeniem się zdyskredytowały?... Któż zgadnie? Namby się jednak zdawało, że jest jedna, niezmiernie ważna, a wystarczająca przyczyna: żaden autor nie pisze sztuki wyłącznie dlatego, aby z niej ciągnąć zyski pić-mężne. Idzie mu też o moralną satysfakcyą widzenia jej na scenie, o sukces, jaki przynieść mu może przedstawienie natychmiastowe, zaraz po wyroku, ot tak, na gorąco... Pod tym względem pewności nic ma się żadnej, ani nawet obietnic, a gorączka naszćj sceny w wystawianiu sztuk nowych dawno już najzagorzalszych rozczarowała optymistów.
Przypomnij my sobie tjlko tę szczęśliwą chwilę dla autorów, kiedy przyjezdne teatrzyki porywały ich prace na wyścigi. Wszakże to wówczas Bliziński pisywał sztukę po sztuce, a za nim szli inni; wtedj pisać począł Świderski, który już dzisiaj milczy, Galasiewicz, Staszczyk; pisywał też nieboszczyk Szober, a i starsi autorowie, rozgrzani ogólnym ferworem, piór swoich w futerale nie chowali. 1 konkursom bywało z tem lepiej.
Dzisiaj... niekoniecznie głęboko badać trzeba przyczynę, dla której autorowic nasi zdobyć się nie umieją na dramat społeczny; lękają się oni każdego, jak ognia, bo wiedzą, że to rzeczy niemodne — dla sceny i publiczności. Kto ich zagra i kto ich słuchać będzie?... W umysłowej organiza-cyi ich leży zarówno dramat społeczny, jakkome-dya wyższa, ale dla jednego i dla drugiej potrzeba gruntu w publiczności, a tego niema. Więc co poważniejsze, to milczy, czeka i wierzy, źe się doczeka, a na harc wyjeżdżają tylko śmiałkowie, którzy w tem nieszczęścia dla siebie nie widzą, że się z nich paradyz uśmicje, a krytyka uażar-tujc. Żyjemy w czasach farsy...
Czy „Floryndę” ujrzymy na scenie... tego najśmielsi augurowie wróżyć pewnie nic zechcą. Takby się jednak godziło spodziewać, choć jeżeli to nastąpi, to z pewnością nieprędko — starym obyczajem.
Świetnie się rozpoczęły odczyty na korzyść Towarzystwa dobroczynności, dzięki Spasowiczowi, który je otworzył wygłoszeniem czterech lekcyj o Byronie.
Przypominamy sobie w tej chwili to, co zna komity profesor i krytyk mówił niegdyś o Syrokomli i Polu. Jak obecnie z Byronem, tak samo wówczas postąpił i z nimi: szukał ludzi w autorach, aby jasno i dokładnie zrozumieć tych dru gich. Metody takiej prelegent trzymał się konsekwentnie i—o dziwo! — gdy dawniej ściągnął na siebie zarzuty i gromy, dziś pozyskał uznanie najgorętsze, oznaki wdzięczności i zadowolenia zupełnego.
Lekcye więc o Byronie, prócz niepospolitej swój wartości, jako studyum krytyczne, mają znaczenie sympatycznego łącznika między prelegentem a publicznością. Stosunek wzajemny wyjaśnił się, uharmonizowal, ustalił—lekka nieufność dawniejsza znikła.
Spasowicz studyum swojemu zakrćślil ramy tak obszćrne, źe kilkogodziuny odczyt wypełnić mu ich nie pozwolił. Szeroko mówił o poprzednikach Byrona, nim przeszedł do jego biogralii, ale właściwie nic skończył jej, bo urwał na ostatnim wyjeżdzie poety z Anglii. W rozbiorze tćż utworów nie wyczerpał całego ich szeregu, a nawet najważniejsze (n. p. Don Juana) pominął, ale obiecał niedobór ten wynagrodzić w przyszłości niedalek ićj. Nie rzeki nic o udziale Byrona w wal-kaeh o niepodległość Grecyi, ani o jego olbrzymim wpływie na poetów późniejszych, co również stanie się zapewne przedmiotem jego przyszłych odczytów—ale w tem, o czćm mówił, wyraziste-mi rysy nakrćślil obraz czlowicka-poety, z całego chaosu nagromadzonych gdzieindziej szczegółów niezmiernie trafnie i umiejętnie tworząc całość pełną życia i zmysłowej nieledwie wypukłości.
Spokojne i ubogie miasto nasze było wciągu ubiegłego tygodnia świadkiem niezmiernie ciekawego i pouczającego widowiska. Przy subskryp-cyi na wielką pożyczkę państwową zapisano się tu na 5,(j00,0u0 rs., a na pożyczkę miejską, mającą opłacie koszta przyszłej kanalizacyi, ofia-
rowano milionów dwanaście. Są-to wszystko kapitały miejscowe, te właśnie, które drzemią, leniwie w kasach ogniotrwałych, czekając dobrych odsetków i korzystnej dywidendy; te, których brak przemysłowi; te nakoniec, któreby mu mogły zapewnić silny i tani kredyt, gdyby ich właściciele uie szli drogą utartej rutyny i znali zarówno potrzeby kraju, jak i drogi ciągłego,, a korzystnego ich zaspokajania.
Kapitały są... ubóstwa przeto absolutnego niema. Kto mówi, żeśmy biedni — kłamie; myśmy tylko straszliwie leniwi i tchórzliwi, chciwi a ciemni i nieświadomi rzeczy; wolimy grosz łatwy, pewny, aniżeli ryzyko jakiekolwiek, choćby ono-dziewięćdziesiąt szans na nasze przedstawiało korzyść.
Od pokrycia pożyczki kanalizacyjnej zbędzie milionów przeszło dziesięć. Ciekawa też rzecz,, w którą stronę zwrócą się te niezużytkowane zasoby. Może znowu ukryją się bezpiecznie we wnętrzu skrzyń żelaznych! Wszak listy zastawne dają 5%, pożyczka premiowa tyleż, nie licząc widoku wygranej; na hypotekacb zyskuje się po 8% i więcej, a zorganizowanie taniego kredytu dla kupców i przemysłowców, choćby urządzonego z wszelkicmi warunkami najpewniejszej gwarau-cyi kapitału, ma tę złą stronę, żc każę czuwać, z interesem się obeznać, sprawy nie zasypiać— jednem słowem kłopotać się i porzucić słodkie far niente...
Oczywiście, że z powodzenia pożyczki kanalizacyjnej miasta naszego cieszymy się bardzo, bo widzimy w uićm objaw szanownych i usprawiedliwionych pobudek moralnych; ale słowa powyższe, tchuące irouią i goryczą, mają tylko na celu te nieruchawość naszych kapitalistów i kapitałów, którą ono właśnie ujawniło. Jeżeli ci panowie tylko w podobnych, niezmiernie rzadkich, okazyach budzić się będą, to ogól niema co-liczyć na zdrzćmaue ich siły. Ich majątek nie jest majątkiem jego, wbrew pięknym dowodzeniom najuczeńszych ekonomistów; są-to cerbery tylko, czuwające nad skrzyniami.
A przecież podobno sknerstwo nie leży w naszym charakterze. Oto rozczulający przykład. Jakaś hrabina, więc osoba z tego pięknego świata, tak obcego potrzebem i dolegliwościom ogółu, a tak zasobnego we wszystko, co Opatrzność dać może człowiekowi, aby go uczynić szczęśliwym, możnym, wspaniałomyślnym, uczynnym... ofiarowała swój kuzynce, wychodzącej za mąż, prześliczną pamiątkę. Jest to bogato oprawna książka do nabożeństwa, zdobna w brylanty, a językiem bliższa Bóstwa i jego względów, bo.... francuska. Dobry gust, wykwint, a przytem spełnienie obowiązku „towarzystwa,” hojność, przypomnienie dobitne powinności względem rodzinnego społeczeństwa, wszystko słowem w tej pamiątce przemawia głosem silnym, wymownym, wołający m do niebios o... przebaczenie.
Parę dni temu odbyły się w Warszawie wybory członków władz Towarzystwa kredytowego ziemskiego na miejsce tych, którzy kaduncyą swego urzędowania ukończyli. Dyrekcya war szawska wyszła z nich prawie bez zmiany. Pokazuje się z tego, źe głuche, a czasami i głośne, szmery niezadowolenia ze strony stowarzyszo-ny< b, podnoszące się tu i owdzie przeciwko przedstawicielom ogółu, były dąsami bez głębszego znaczenia. Ogółowi temu obiecano, że się go zawiadamiać będzie o działaniach władz w umyślnie drukowanych rocznikach, a zatwierdzone przez władze państwa pożyczki naddatkowe i nowe do udzielania ich zasady ułagodziły szemrzą-ce niechęci.
Warszawa na zjeździe licznych wyborców niewiele korzysta. Wpadają tu oni, jak po ogień, dają kreski i umykają do gospodarstwa. Aui teatr, ani cyrk, ani baudelki i winiarnie ich obecności źywićj nie czują. Panowie ci odwykają potrosze od dawnego zwyczaju używania miasta; oszczędność, umiarkowanie, poważniejszy pogląd na spełnienie obowiązku — oto chlubne zmiany,, aż nadto w ich zachowaniu się widoczne. O czwórkach, wóżuicach krakowskich, piknikach i wybrykach nic nie słychać
I
WIDOKI SOBÓT (ZOPPOT).
(Zob artykuł na str. 27G.)
Widok dworca (Kurhausu) i pomostu wchodzącego w morze.	OS7)
Sala zebrań w dworcu.
(358)
Pięknym objawem tej zmiany w usposobieniu był ślub, jaki się odbył kilka dni temu w naszem mieście. Pan młody—właściciel majątku ziemskiego—żenił się z Warszawianką. Za wspólną zgodą postanowiono zaślubiny swoje ograniczyć do ceremonii religijnej, wyrzekając się weseliska. Natomiast fundusz, który wydaeby musiano na opłacenie kosztów przyjęcia, muzyki, wieczerzy i t. p., ofiarowano ubogićj panience, w tym samym dniu ślubującej swemu wybranemu.
Po ceremonii państwo młodzi, wbrew zwyczajowi w sferze „szlacheckiej’' przyjętemu, zamiast za granicę, wyjechali do domu, aby wspólnemi siły jąć się pracy na dobrą i zasłużenie pogodną przyszłość...
W teatrze naszym żywiej bija pulsa działalno ści, dzięki przyjazdowi pana Myszugi, tenora opery lwowskiej. Śpiewaka wszyscy chwalą, a publiczność, dowiedziawszy się, że go słuchać warto, śpieszy na przedstawienia ochoczo.
Gorzej jest ze wznowionym... poraź chyba dziesiąty, -.Narcyzem Rameau,” którego przyjęto najzupełniej obojętnie. Pokazuje się, że na te ciągle wznawiania liczyć już nie można. Publiczność żąda nowości koniecznie i za ich cenę gotowa wrócić teatrowi swą żywą, dawną synipa-tyą. Widać to tak jasno, że się na symptoma-tach pomylić niepodobna.
Powtórzone obrazy żywe na rzecz przyszłego gmachu Towarzystwa zachęty sztuk pięknych, cieszyły się wielkiem powodzeniem. Widzowie z zajęciem rozpatrywali się w szczegółach, zgrupowanych pięknie, ze smakiem artystycznym i znajomością efektów. Tylko pierwsze piętro świeciło pustkami, ale niedziw, że kto corok podziwia widowiska Wiednia, Paryża i Florencyi, ten ubliżyłby sobie, dorzucając grosz do sprawy publicznej i przychodząc na liche widowisko warszawskie.
|W zeszłotygodniowćj kronice wspomnieliśmy o guwernantce Francuzce, która dwunastoletnią uczennicą wyręczała się w pisywaniu listów miłosnych; mówiliśmy też i o innej cudzoziemskiej „wychowawczyni,” uprawiającej szlachetną sztukę złodziejstwa. Dzisiaj możemy zapisać podobny fakcik, a bohaterką jego była nauczycielka Niemka. Nie kradla ona sama, broń Boże, lecz zato uczyła kraść powierzone sobie dziecko, pod pozorem, że się to czy ni wcelu dopomagania ubogiej jakićjś rodzinie...
Fakt ten rzuca nowe światełko na sprawę naszego wychowania, tak skwapliwie oddawanego w ręce obcych przybłędów. Niechże go sobie za-piszą w pamięci rodzice, którzy, szukając w edu-kacyi dzieci poloru tylko i zewnętrznej ogłady, grunt ich moralny i całą przyszłość rzucają na pastwę ludzi sobie nieznanych, atak często w najhaniebniejszy sposób zawodzących położono w sobie zaufanie.
Musimy tu wspomnieć, choć pokrótce, o nowym konkursie, ogłoszonym świeżo przez Towarzystwo lekarskie tutejsze. Otóż podaje ono do wiadomości publicznej, że z funduszu zapisanego testamentem ś. p. doktora Kaczorowskiego, w sumie rs. 600, przeznacza tytułem nagrody po rs. 300 za dwie najlepsze prace w języku polskim, z których jedna ma za cel: zbadać warunki oczyszczania wody wiślanćj — a druga: zbadać jakość i ilość szkodliwych zdrowiu grzybków, zawieszonych w powietrzu pewnćj danćj miejscowości. Na konkurs do powyższych dwóch rozpraw wyznacza się termin jednoroczny, licząc od d. 1 kwietnia r.b. Ogłoszenie Towarzystwa wskazuje szczegółowo warunki jego, czego my tu jednak powtarzać nie możemy, ale zwracamy uwagę czytelników na trafny wybór przedmiotu do rozpraw, uwzględniający dobro ogółu 1 potrzeby jego zdrowotności.
Nit zakończenie wspomnimy tu o liście, odebranym z prowincyi od jednego z pedagogów, znanych i cenionych. Zacny ten człowiek dotknięty został kalćctwem ślepoty i, zawsze czynny, w książkach jak mól zasiedziały, dzisiaj musi wyrzec się tego, co stanowiło dlań chlćb powszedni życia. Oczy jego służyć wU już nie mogą, więc musi się wyręczać wzrokiem bliźnich. W tym
 282 -_________
celu prosi, aby jakiś młodzieniec, najlepiej z klasy wyższej gimnazyum, który zmuszony był naukę przerwać i gotuje się do egzaminów, pośpieszył mu z pomocą, jako lektor i pisarz, a wza-mian, prócz utrzymania, otrzyma pomoc naukową i kierunek umysłowy.
Gdyby się znalazł młody człowiek, pragnący korzystać z propozycyi szanownego pedagoga, z chęcią wskażemy mu, gdzie sic ma zgłosić, aby otrzymać bliższe objaśnienia.
St. M. Hz.
Przegląd polityki zagranicznej.
1 mi.ja.
Coroczne wiosenne pogłoski o zjazdach monarchów krążą i w tym roku także. W blizkim bardzo czasie mają mieć miejsce dwa zjazdy cesarskie, jeden podobno w Heidelbergu, gdzie spodziewanym jest przybycie cesarza Franciszka-Jó-zefa do bawiącej tam na kuraeyi cesarzowej, drugi zapewne w Wiesbadenie, dokąd cesarz Wilhelm zwykł się udawać corocznie. Czy miejsca zamierzonych zjazdów trafnie zostały odgadnięte przez dzienniki, o tem conajmniej powątpiewać się godzi, zwyczajem bowiem w ostatnich czasach przyjętym, układy poprzedzające podobne spotkania się monarchów otaczać zwykła głęboka tajemnica, której zasłona dopiero w ostatniej chwili się uchyla. Co do znaczenia politycznego, zjazdy te będą rodzajem sankcyi dla dokonanego w ostatnich czasach zbliżenia się pomiędzy Kosyą, a przymierzem niemiecko austryackiem.
Ks. Bismark prowadzi dalej swoje wytrwałą kampanią przeciw parlamentaryzmowi w Brusach. Świeżym ciosem, jaki nienawistnemu sobie systemowi parlamentarnemu żelazny książę zadać zamierza, ma być wskrzeszenie pruskiej rady stanu, mająećj obradować pod przewodnictwem następcy tronu, a wice-prezj dencyą ks. kanclerza. Zadaniem rady będzie wypracowywanie projektów prawodawczych dla sejmu pruskiego, a że rada jako organ korony nie jest odpowiedzialną przed sejmem, ministrowie zaś po wskrzeszeniu tej instytucyi zostaną prostymi wykonawcami jej wskazówek, sejm pruski utraci więc faktycznie moc pociągania ministrów do odpowiedzialności i stanie się tem, czem są zwykłe ciała reprezentacyjne, uicinające w swej mocy władzy wykonawczej—korporacją doradczą.
Łatwem jest do przewidzenia, że an. sejm pruski, ani żadne ciało reprezentacyjne nie zgodziłoby się dobrowolnie na takie obniżenie swego znaczenia, ograniczenie władzy i degradacyą moralną, ale ks. Bismark niedlatego powziął myśl wskrzeszenia rady stanu, żeby się ona o opozycją sejmu rozbiła. Okazało się, iż rada stanu, chociaż faktycznie nie istnieje, nigdy legalnie zniesioną nie była, niepotrzeha zatem uchwały sejmu, ażeby ją powołać do żjcia, wystarczy dekret cesarski zwołujący członków na posiedzenia i mianujący następców na miejsce tych, których śmierć usunęła z jej szeregów. Dekret taki, jak zapewniają niektóre dzienniki, został już podpisany przez cesarza Wilhelma.
Trudniej niż z sejmem pruskim idzie ks. kanclerzowi kampania z parlamentem niemieckim o ustawę wyjątkową przeciw socyalistom, która w tćj chwili stanęła tak, iż rozwiązanie parlamentu stało się prawdopodobnćm. Ustawa ta, jak wiadomo, pomimo opozycyi rządu, została przez parlament jeszcze przed świętami przekazaną komisyi zlożonćj z 21 członków. Komisy a ta składa się z trzech frakcyj, z których najsilniejszą (8 głosów) stanowią zachowawcy i narodowo liberalni, oświadczający' się stanowczo i nieodwołalnie za żądanem przez rząd przedłużeniem. Druga, 7 głosów tylko licząca frakeya wolno-myślna, jest również stanowczo przedłużeniu ustawy wyjątkowej przeciwną, uznaje bowiem doktrynę bezwzględnej równości praw obywatelskich w państwie. Decydującym zatem jest stronnictwo liczebnie najsłabsze, mające w komisyi tylko 6 głosów—centrum katolickie.
Otóż centrum zajęło stanowisko wcale widokom rządu niesprzyjające. Pomimo oświadczenia rządu, iż prosi o przyjęcie lub odrzucenie ustawy, a poprawki uważać będzie za równoważne odrzuceniu, komisya uchwaliła cały szereg poprawek, wniesionych przez przywódcę stronnictwa, dep. Windhorsta. Poprawki te ograniczają władzę rządu w stosunku do socyalistów bardzo znacznie* Rząd może rozwiązywać zgromadzenia publiczne,, jeżeli na nich przyjdzie do rozpraw niebezpiecznych dla porządku państwowego i społecznego,, ale nie może, jak żądał projekt rządowy, zakazywać takich zebrań aprior-j może zawieszać pisma propagujące socyalistów, lecz nie odrazu,. tylko dopićro po drugiej konfiskacie. Od decy-zyj wydanych na podstawie ustawy wyjątkowej, służy rekurs do komisyi reklamacyjnej, do której, według projektu rządowego, ma wchodzić czterech członków radj związkowej; tymczasem poprawka Windhorsta tych członkó wwyklucza i żąda, aby komisya składała sic wyłącznie z osób należących do-korporacyi sędziowskiej Windhorst wniósł jeszcze poprawkę żądającą, aby działalności ustawy były ograniczone tylko na Berlin i okolice, ażeby za-tćm mały stan oblężenia w Hamburgu, Altonie-i Lipsku został zniesiony. Poprawka ta jednakże upadła w komisyi.
Uchwalając te poprawki, komisya uchwaliła zarazem rezolucyą, żądającą od rządu, aby jeszcze wciągu bieżących sesyj przedłożył ustawę przeciw anarchistom, tak, ażeby czyny karygodne, spełniane przez stronnictwo przewrotu, nie podlegały ustawom wyjątkowym, lecz były podciągnięte pod prawo ogólne. Ustawa ta ma być głównie wymierzona przeciw wyrobowi pokątne-mu i używaniu w celach anarchicznych materya-łów wybuchowych.
Wskutek powzięcia przez komisy ą powyższych, uchwał, minister spraw wewnętrznych Puttkamei oświadczył, że uchwały te obalają w zupełności projekt rządowy, a po takićm oświadczeniu, opinia publiczna jest przygotowaną na rozwiązanie parlamentu.
Rząd angielski pilnie zajął się myślą zwołania konferencyi międzynarodowej w Londynie,- wcelu ułatwienia rządowi egipskiemu zaciągnięcia pożyczki, przez wprowadzenie zmian w ustawie likwidacyjnej z r. 1880-go. Propozycya angielska zmierza ostatecznie do tego, ażeby nowym wierzycielom skarbu egipskiego dać pierwszeństwo-przed dawnymi, czyli żeby z tych samych źródeł dochodu spłacać przedewszystkićm wierzycieli,, którzyby teraz dali pieniędzy, a dawniejszych pozostawić na później. Naturalnie, że układ taki wyrządzałby krzywdę dawniejszym wierzy ciełom, i mocarstwa nie mogłyby nań przystać, chyba, pod warunkiem, że Anglia zagwarantuje wypłatę długów, tracących tym sposobem rękojmię wypłaty. Ale z drugiej strony, poręczenie, przez Anglią długu egipskiego byłoby faktycznćm oddaniem-tego kraju pod protektorat angielski, czego znów mocarstwa sankeyonowae nie mają chęci. Kwestya finansowa wiąże się tu zbyt ściśle z polityczną, ażeby jedne od drugiej oddzielić było można, na nic się więc nie zdadzą zastrzeżenia niektórych mocarstw—podobno także i Niemiec—że- I zgadzają się na konferencją tylko pod warunkiem, iż traktować ona będzie wprost i wyłącznie-kwestya finansową.
Rząd francuski popiera myśl zwołania koufe- 1 rencyi i stara się zachęcać mocarstwa do jej przyjęcia, chociażby program miał być ograniczonym do samćj kwestyi finansowej.
Arcy książę Rudolf, następca tronu austryackic-go, wrócił już w tych dniach ze swojej podróży, wschodniej, w której spotykał się kolejno z Milanem, księciem bułgarskim, królem rumuńskim, i królem serbskim. Jednocześnie ks. Aleksander bułgarski, jadąc do Niemiec na ślub brata, wir dział się w Wiedniu z cesarzem Franciszkiem Józefem. O znaczeniu politycznem podróży arcy-księcia Rudolfa wspomnieliśmy już danaiej i dziś-powtarzać się nie będziemy.
288
Kronika zaimima
T. I. K r a, s z e -w s k i e g- c.
Micheleta Pamiętniki.—Gustawa Flauberta listy do Gcorge Sarnia.
Młodość moja (Ma jennesse). Pod tym tytułem ukazał sic pierwszy tom pamiętników Micheleta, który samem imieniem autora pociąga ku sobie. Należy jednak, nim się osądzi tę pracę niejednolitą, złożoną jak mozaika z pobożnie zebranych ułamków, notatek, urywków rozproszonych w bogatej spuściźnie po znakomitym historyku—oznaczyć jej pochodzenie i sposób, w jaki ona przez żonę dokonaną została.
J. Michelct nie pozostawił po sobie właściwie pamiętnikami zwać się mogących rękopisów, ale obfity do nich materyał, którego zużytkowanie zdał na ukochaną towarzyszkę swą — wdowę. Czuł on i wiedział, źe ona skorzystać potrafi z najdrobniejszych okruszyn i oblaników, które lata nagromadziły.
Potrzeba było wistocie tak miłością i czcią wiedzionej ręki, tak świadomej żywota nieboszczyka jego powiernicy, takiej pracy troskliwej, jak pani Miclielet, aby z fragmentów, zapisek nieforeninych, rozrzuconych w przedmowach do dzieł, w notach, a naostatek w papierach niewy-danych, złożyć całość jakąś, mającą ciąg pewien i jednolitość. Pani Michelet przygotowała się za życia iręźa, aby po zgonie jego wznieść mu ten pomnik, natchniony najczulszem przywiązaniem i czcią wielką.
O ile się to powiodło pod względem czysto literackim, nic godzi się może nawet roztiząsac. Nie jest to dzieło, w któremby kunszt mógł być celem i główueni zadaniem; treść sama stanowi całą wartość, a tej znaczenia i wagi odmówić nie podobna.
Michelet za życia swego, w r. 18G4, myślał o zużytkowaniu nagromadzonych notat i rozpoczął porządkowanie ich, ale nie doszedłszy dalej, jak do trzeciej teczki, znużony musiał je rzucić.
„Pracę tę mrówki—pisze żona—zbierającej po ziarenku, po karteczce, po frazesie, po wierszu cząsteczki mające składać pamiętniki, ja podjęłam za niego. Był to trud długiego wymagający czasu, niedozwalający pośpiechu, aby nic nie uronić po drodze. Przygotowawszy materyał, zbierałam przez trzy lata, a znużenie dochodziło do zupełnego wyczerpania.u
„Po rozpatrzeniu i rozkładzie, następowało zadanie drażliwe uporządkowania i właściwego ułożenia tak, aby ono wartość cząstek tych podniosło.”
Pani Michelet porównywa swoję pracę do układu opery, z tą różnicą, że jej do niej brakło libretta.
„Musialam ciągle mieć do czynienia z rozpro-szonemi notatkami, pisanemi w różnych czasach, potem zsypanemi do teczek, bez óznaczcnia i wskazówek, do czego były przeznaczone. Porządku chronologicznego, tak niezbędnego w biografii, nigdzie nie było ani śladu, przynajmniej do pierwszego tomu. Wśród tylu najrozmaitszych materyalów, musialam z największą starannością rozpatrywać, co powinnam była zachować dla wskrzeszenia przeszłości, a co należało albo zupełnie odrzucić, łub, jako dziś niewłaściwe, odłożyć do późniejszego czasu.”
Pani Michelet, jako umiejętna redaktorka, dala już dowód talentu w skróceniu historyi Francyi męża swego, które przez najsurowych sędziów bardzo pochlebnie zostało ocenione; ale tom pierwszy pamiętników nieskończenie trudniejszym był do stworzenia z okruszyn drobnych i — o ile z nich całość jakaś dawała się utworzyć— dokonaną została z nadzwyczajną sumiennością i niezaprzeczonym talentem-
Czytając te wspomnienia, które szczególniej umysłowe rozwijanie się człowieka, dojrzewanie jego, kształcenie się wyjaśniają i tłumaczą— potrzeba przyznać, iż Michelct wszystko prawie winien był sobie i tej walce z losem, z niedostatkiem, z zdobywaniem chleba powszedniego dla cia-
ła i ducha, którą, bez niczyjej niemal pomocy, sam musiał w wieku młodocianym podjąć i prowadzić. Walka wyrobiła silę.
Pod względem psychologicznym, chociaż do pewnego stopnia to rozwijanie się człowieka tłumaczyć się daje, wiele pozostaje zagadkowego. To jedno tylko występuje dobitnie, jako stwierdzenie dawno uznanego aksyomatu, że częstokroć człowiek sam sobie pozostawiony, wśród najnie-przyjaźniejszych warunków, cudownie się wyrobić może, gdy pieszczone rozpowijanie inteligencji, metodyczna praca nad wychowaniem, niezawsze równie bywa skuteczną. Niewielu ludzi w wieku Micheleta rzuconych było tak ua losy, osamotnionych, zdanych samym sobie. Drżcmy ciągle o niego i cudownie widzimy wychodzącego zwyciczko z najdrażliwszego położenia. Religijnego wychowania początkowego brak zupełny; ale atmosfera otaczająca przesiąkła zawczasu wyziewami papieru i drukarni. Kierunek więc niemal niezbędny zawczasu go do pracy umysłowej usposabiał. W siódmym roku życia Michelet próbuje pisać tragedyą. Jedną z pierwszych książek treści religijnej, jaka mu wpadła w ręce, jest „Naśladowanie Chrystusa Pana.”
„Matka moja— pisze — nie była dewotką, ale szanowała religią, w której wychowaną została. Ojciec więcej niż obojętnym był, choć przez księży wychowany. Nigdy mnie na żadne nabożeństwo nie prowadzono Księża, w długich swych sukniach czarnych, strachem prawie mnie przejmowali Dla mnie byli oni czćmś innem, nie ludźmi. Bardzobym rad był naówczas widzieć kościelne uroczystości wspaniale i rozumieć ich znaczenie. Ciekawość rzeczy nieznanych, właściwa mi, obudzala się; dziwiłem się, źe te tłumy, wchodzące w niedzielę do świątyń, jakby dla braterskiego zjednoczenia—nic o tem nie mówiły. Byłem chciwy tych tajemnic, nic mając o nich żadnego wyobrażenia. Nie wiedziałem nawet, czy można je było nabyć. Przypominam sobie, że raz syn sąsiada pokazał mi ołowianego Chrystusa i nazwał go małym dobrym Bogiem. Zgorszyło mnie to i szydziłem filozoficznie z jego bałwochwalstwa.”
„Ta obojętność moich rodziców, nicdbającycli o oświćcenie mnie, najlepiej mi posłużyła. Wtem ostatecznćm utrapieniu, wjakiemeśmy się znajdowali, jakiś instynkt skierował mnie ku pobo-żnćj książce. Było to Naśladowanie Chrystusa Pana i jako wstęp przy niem insza. Jakże opisać ten stan rozmarzenia, w jaki mnie wprawiły pierwsze wyrazy tćj książki? Rozmowy te między Bogiem a duszą chorą, jak moja — rozrzewniały mnie głęboko. Nie czytałem, ale słuchałem... jakby ten głos słodki, ojcowski wprost skierov.anym był do mnie.”
Bolesne są te pierwsze, ciężkie próby, na które ruina ojca naraża wyrostka, ale mężnie walczy z losem. Zdaje się nawet od ojca swego silniejszym i obrotniejszym. Pracuje w drukarni, prawic o głodzie, w wilgotnej i przyciemnionej izbie piwnicy, ale wszystko znosi z pogodą jakąś i otuchą lepszej przyszłości, którą ojciec już postradał. Większy wpływ wywarła na niego matka, pierwsza nauczycielka, po której stracie nie mógł się pocieszyć. „Tracąc ją, więcej straciłem, niż matkę, postradałem przyjaciółkę, wzór, zachętę do spełniania obowiązków. Moje wszystkie na-wyknienia do pilnej pracy przy niej zostały nadwerężone. Nie spotykając już tego macierzeń-skiego wejrzenia, padającego na mnie, kiedym powracał do domu, wołałem nie wracać, gdy ojca nie było. Błądziłem sam; chodziłem oglądać te miejsca, po klórych mnie oprowadzała, gdym był dziecięciem; a wybierałem te, które mnie gorz-kiemi wspomnieniami karmiły.”
Zmuszony dla utrzymania rodziny pracować po dniach całych, ojciec rzadko mógł być z synem razem, ale czuwał nad nim i starał się o jego wychowanie, choć ono przychodziło bardzo ciężko i z wielkiemi ofiarami. Wcześnie poznawszy potrzebę nauki, młody Michelet zresztą sam pamiętał o sobie. Życie nowe w łyccum, towarzysze, prześladowcy, przyjaciele dosyć wyraziście opisani i scharakteryzowani w pamiętnikach.
Urodzony w r. 1798, Michelet dopiero osiemnastoletnim został ochrzczony; daje to miarę wagi, jaką przywiązywano do religii. Na rozwidlcie umysłowe największy wpływ, wedle własnego zeznania jego, wywarło Naśladowanie Chrystusa, Wirgiliusz i Rousseau, przewaźniej jednak ostatni. Obszernie rozwodzi się Michelet nad Pawiem i Wirginią i wrażeniem, jakie na młodocianym umyśle wywarły zawarte w opowiadaniach o nich obrazy.
Zawcześnie też sam tryb życia zbliżył go do kobiet i ukazał mu smutne, wstrętne strony stosunków społecznych. Było to lekarstwem i hamulcem zarazem. Serce poruszyło się rychło, lecz to, na co patrzył, czego się dotykał w domu, w którym ojciec jego pełnił obowiązki zarządzającego—utrzymało go na wodzy i uczyniło oględnym na przyszłość. Cała ta młodość odznacza się zresztą wiclkiem pomiarkowaniem, trzeźwością, rozsądkiem nad lata, i ten przyszły pisarz, którego cechą wybitną jest patetyczność i uczucie, czasem uniesienie aż do namiętności posunięte, w praktycznem życiu przedstawia się nam niemal chłodnym i ostygłym.
Takim go nam dają pamiętniki, a choć w nich dzieje serca (Teresa) nic są pominięte, zdaje się, źe poza ramami wiele pozostać musiało.
Sprawozdanie z tego pierwszego tomu, tak mozolnie złożonego z ułamków, nie jest łatwe; wrażenie po czytaniu zostaje mętne, czegoś nam brak. Od pamiętnika wymagamy szezćrości, spowiedzi społecznej, odkrycia nam dobrowolnego lub mimo wiedzy tajemnych sprężyn żywota; tu widzimy tylko człowieka, który występuje przed szersze kolo słuchaczów, z wiedzą i pamięcią o tem, iż staje przed nimi, z chęcią odmalowania siebie w jaknajpickniejszćm świetle. Jest to piedestał do apoteozy.
Inną też ta książka nie mogła wyjść zpod pióra żony, która życie spędziła w ciągiem uwielbieniu i zachwycie nad wielkim pisarzem, nad znakomitym myślicielem, jakiego w nim widziała. Nic można Micheletowi odmówić wielkich przymiotów i szlachetnego charakteru, który w pismach jego jest wszędzie wyraziście napiętnowany, lecz jako dziejopisarzowi wiele mu też stron słabych zarzucić musi krytyka. Obok barwnych obrazów, stoją niekiedy jaskrawe; przy uczuciu gorącem, często razi zadaleko posunięte rozmarzenie. W pamiętniku, który młodość sarnę obejmuje, ten człowiek serca i wyobraźni dziwnie zimnym i obrachowanym się wydaje.
Z żywem zajęciem oczekiwać będziemy tomów następnych, które nam już dojrzałego człowieka i pierwsze kroki na polu piśmiennictwa nkażą. W nich tćź stosunki Micheleta z Mickiewiczem, ze strony dla nas zapewne nowćj, sic wyświćcą.
Po wspomnieniach Micheleta, jak gdyby dla kontrastu, wpadly nam w rękę „Listy Gustawa Flauberta do G. Sand,” ze wstępem p. Guy de Manpassant. Było to dziełem przypadku, lecz zestawienie z sobą tych dwóch zbiorków pośmiertnych pamiątek dało nam uczuć silnie, jaka jest różnica tego co wprost płynie pod wrażeniem chwili, bez oglądania się na przyszłość, a tego co dla słuchaczów troskliwie zostało przygotowa-nem.
Micheleta z Flaubertem w jednej mierze stawić nie można, wpływ zwłaszcza pićrwszego daleko wyżej go podnosi; oprócz tego charakterem, zdolnościami różnią się od siebie niezmiernie. Są to dwa typy niemal sprzeczne i krańcowo od siebie oddalone. Michelet jest człowiekiem wyrobionym—Flaubert dzieckiem natury, posłusznćm jćj instynktom aż do przesady.
Ale cóż za olbrzymia różnica listów od pamiętników! W pierwszych jest żywy człowiek, nie-kryjący się z niczem, aż do najsmutniejszych słabości swych; w drugich uposągowana jest postać. Tylko posąg to nie z marmuru, ani z bronzu, ale zaledwie zlepek gliniany. Przyjaciel Flauberta, towarzysz młodości p. Maksym du Camp, w 2-ch tomach niedawno wydanych pamiętników, pamięci jego znaczniejszą część ich poświęcił. Czytając je, widzimy z wielką otwartością, posuniętą aż do ostatecznych granic, portretowanie stron

284
ujemnych człowieka i pisarza; litujemy sic nad Flaubertem, lecz uie możemy uczuć sympatyi dla niego. U Maksyma du Camp jest ou dziwakiem, to mało—człowiekiem schorowanym, którego talent niemal rodzi się z chorobliwego temperamentu. Autor stawia siebie nierównie wyżej od niego, jako mentor, który boleje nad swym protegowanym i usiłuje go nadaremnie na dobra wprowadzić drogę.
W listach całkiem innego spotykamy Flauberta, nierównie sympatyczniejszego, oryginała wprawdzie, ale niepospolicie obdarowanego, którego sądy o ludziach i współtowarzyszach pióra są trafne i bezstronne.
Guy de Maupassaut, w bardzo pięknie napisanym wstępie, rehabilituje go i przywraca mu jego prawdziwą, właściwą fizyogndmią; ale same listy są daleko lepszem jeszcze świadectwem czćm był ten człowiek, który w życiu miał jeden, jedyny cel tylko— pracę literacką.
Listy do G. Sand ciągną się przez lat dziesięć, od 1866 do 1876 roku. Flaubert jest w nich tak zawsze sobą, tak jednym ciągle, iż każdy ich rys całość, jaką one nam tworzą, uzupełnia i wzmacnia.
Obcięlibyśmy choć kilku własnemi jego rysami odmalować tego czcziciela prawdy, a wroga mierności, trywialności i zmyślań wygodnych, którcmi świat się posługuje, dla świętego spokoju. Dla Flauberta jednym z najgenialniejszych pisarzy wieku jest Turgeniew. Nic mówi o nim prawie nigdy, nie dodając mu przydomku: ogromny, olbrzymi i t. p. Nienawidzi zato Thiersa. „Nie, nic nie może dać pojęcia o obrzydliwości, jaką mi czyni ten stary melon dyplomatyczny, zaokrąglający swą głupotę na mieszczańskim po-gnoju! Niepodobna z naiwniejszćm a ńieudolniej-szem lekceważeniem obchodzić się z filozofią, re-ligią, ludami, swobodą, przeszłością i przyszłością, z dziejami i historya przyrody, ze wszyst-kiem zresztą—nad niego! Wydaje mi sic wiekuistym, jak miernota. Przygniata mnie!”
Oto jego literackie wyznanie wiary: „Nie sądzę, ażeby romansopisarz winien był objawiać swoje zdanie o świecie. Może je dać czuć, ale nie godzi mu się go wypowiadać.
„Ja ograniczam się przedstawieniem rzeczy, jak one są, wyrażeniem tego, co mi się wydaje prawdą. Mniejsza o wnioski; ubogich ani bogatych, zwyciężonych i zwycięzców—ja znać nie chce. Nic przypuszczam ani miłości, ani nienawiści, ani litości, ani gniewu. Co się tyczy sympatyi—to rzecz inna. Tej nigdy nadto.”
Nieco dalej mówi o Hocheforcie (1868J: „Między nami powiedziawszy, człowiek ten mnie piłuje. Trzeba odwagi, aby śmieć pocichu powiedzieć, że nie jest on może najznakomitszym pisarzem wieku... A, co za nędza! Czytałaś w jednym z dzienników: W. Hugo i Iłochefort, dwaj najwięksi pisarze naszych czasów! Jeżeli Badin-guet fNapołcon III) uie jest tu pomszczony, to chyba nigdy syt nie będzie.”
Tegoż roku: „Połknąłem pierwsze sześć tomów Bucbez i Koux. Wyciągnąłem z nich niezmierne obrzydzenie Francuzów. Na imię Boże! jakże ludzie zawsze byli głupi w tej naszej pięknej ojczyźnie! Nićma idei poczciwszej, któraby nie była niepopularną, uićma rzeczy sprawiedliwej, przeciw którćjby sic nie oburzono, niema wielkiego człowieka, któregoby nie obrzucono kamieniami, lub nic zraniono nożem... Historya umysłu ludzkiego jest dziejami ludzkiej głupoty.”
Dalej kilka słów o krytyce: „W ostatnim liście mówisz o krytyce, prorokując że ona rychło . zamilknie. Mnie sic zdaje owszem, źe ona zaledwie świta. Dawniejszej krytyki wzięto przeciwieństwo — nic więcćj. Za czasów La Harpc’a krytycy byli gramatykami; za St. Beuve’a i Tai-n’a stali się dziejopisami. Kiedyż nareszcie zajmą się sztuką—samą sztuką?”
O literaturze: „Znasz paui w tym Paryżu, który jest tak wielki, choćby jeden dom, gdzieby mówiono o literaturze? Jeżeli przypadkiem o nią potrącą, to pewnie strony podrzędne i zewnętrzne, kwestye powodzenia, moralności, użyteczności i t. p.”
Ze wszystkich listów wieje zrezygnowany, spokojny smutek: „Wyjąwszy was (G. Sand) i Tur-geniewa, nie znam śmiertelnika, przed którym-bym mógł się zwierzyć z tych rzeczy, które mi na sercu leżą — a wy oboje mieszkacie daleko!” Pisze to w r. 1870, gdy wojna przyprowadza go niemal do rozpaczy: „Katarakty, rzeki, oceany smutku zlewają się na mnie. Niepodobna cierpieć srożej; lękam się, bym uie oszalał. Otóż do czego nas doprowadził szał wstrętu do prawdy, miłość blagi i fałszu! Będziemy mieli los Polski, potem Hiszpanii... Ja czuje się skończonym. Mózg mój już nie wróci do stanu naturalnego.”
W tymże roku: „Umieram ze strapienia. Dręczy mnie okrucieństwo ludzi, przekonanie że wchodzimy w nową erę—głupoty. Staniemy się utylitaryuszami, wojskowymi, Amerykanami i katolikami. O! zobaczysz, bardzo katolikami! Wojna ta kończy rewolucyą francuską i niszczy ją.”
Ani na chwilę Flaubert nie przypuszczał, aby Francya mogła zwyciężyć.
Wstrzy mujemy się od dalszych wyciągów, chociaż są tu zdania, przewidywania, sądy uderzające trafnością i uiezblaganą logiką. Studyum wyczerpujące nad listami temi byłoby rzeczą i nauczającą i niezmiernie ciekawą; ale kogo obchodzi ten biedny Flaubert, męczennik istny, którego ani oceniono, ani zrozumiano dotąd? A bez tego zbioru listów, w których on się odsłania cały, niepodobieństwem tćż było poznać go i ocenić...
Przez Maryą. Eartnsówr.ę.
Osnowa dramatu.
Rytygier, książę germański, pałający chęcią prdłiicia całej Słowiańszczyzny, krąży, dla. zbadania stosunków, pod przebraniem dziada-lirnika, wokoło granic dawnej Lechii, gdzie po śmierci Krakusa zostało troje jego dzieci, Krak, Lech i Wanda, oddana pod opiekę Diwy swej piastunki, pól-wicszczki, pół-kaplanki, która w jasnowidzeniu odczuwając przyszłe wypadki, powieściami i legendami rozwija i przygotowuje do nich duszę Wandy. Rytygier, zachowując tajemnicę o sobie, zawiązuje stosunki z Lechem, opanowywa go i zwolna, pełnego pychy i zawiści ku ukoronowanemu bratu, młodzieńca podżega do bratobójstwa. Leeh zabija Kraka podstępnie zatrutym nożem, danym mu w tym celu przez Rytygiera. Naród sądzi, że zginął walcząc z Lechem przeciw potwornemu smokowi, od napadów którego kraj ocalili; lecz pośród uocy pogrzebowych obrzędów w poświęconym gaju Nii, przy stosie Kraka, Lech, dręczony wyrzutami sumienia i groźbami Diwy, która wie o jego zbrodni, obwinia się o nią przed zgromadzonym ludem. Lud oburzony skazuje go wyrokiem arcykapłana na wygnanie. W tejże chwili jednak wpadają pustoszący Germanie, pod wodzą Arnulfa, towarzysza i przyjaciela Rytygiera, który w zwyklem przebraniu jest obecnym przy obrzędzie, poznajc Wandę i uczuwa gwałtowną ku niej miłość. Lud w trwodze i popłochu rzuca się na Lecha, widząc w nim przyczynę gniewu bogów; Wanda, broniąc go, występuje i przemawia gorąco, ogłaszając siebie wodzem, przez co odwraca zemstę od Lecha i wlćwa nadzieję w zrozpaczonych.
Piękność jćj i waleczność cudownie działa na własny, a nawet nieprzyjacielski naród. Germanie ustępują, a Rytygier z hańbą uchodzi, uwożąc z sobą, jako narzędzie zaprzysiężonego odwetu, wygnanego Lecha. •
W poufnych zwierzeniach wyznaje mu miłość ku Wandzie, usiłując w tćm przedstawić przyczynę nowozamierzo-nego na Lechitów najazdu, do którego zbiera u sąsiednich książąt posiłki. Loch, łudzony obietnicą odzyskania korony utraconą), nie dowierza wszakże zbytecznie i zbadawszy podstępne zamiary niaprzyjaciela, przysięga zemstę.
Rytygier przygotowuje się do walki, lecz niepewny jćj losu, opanowany miłością, pragnie jeszcze pierwej próbować innych środków. Conoc podpływa Wisłą pod okna zamku, gdzie Wanda, dumając, płacze świeżych strat swoich i pieśnią gorącą, tęskną a tkliwą zachwyca i rozrzewnia jćj serce. W gaju Dziedzilii, gdzie Wanda z towarzyszkami oddajc cześć bóstwu wiary i miłości, korzysta z oddalenia się chwilowego dziewic i staje przed nią w przebraniu lirnika, mieniąc się posłańcem wygnanego Lecha, prosząc ją w jego sprawie o chwilkę samotnej rozmowy i okazując jako dowód jego pierścień. Wanda, przejęta nieznanćm uczuciem, tłumaczy to wszakże miłością i niepokojem o los Lecha i wyznacza Rytygierowi schadzkę wieczorem, na walach zamku.
Rytygier przybywa już we wla*nćj postaci. Mówi jćj o swoich ziemiach, władzy, znaczeniu, przyjaźni dla Lecha, którą go otoczył, i kończy gorącem wyznaniem miłości. Wanda uczuwa źe go kocha, trwoży się, waha, stacza walkę z obowiązkiem królowej, aż wkońcu przysięga mu wzajemność rzuceniem kamienia na dno Wisły, lecz wnet, przerażona tym czynem, wyrywa H'ę i ucieka.
Rytygier, pewny zwycięztwa, wyrusza na czele wojsk swoicli pod Kraków.
Następuje
AKT V.
ODSŁONA PIERWSZA.
(Wnętrze świątyni Światowida, okrytej rzeźbami. Na wysokim kamieniu posąg bożka z czterema twarzami, z mieczem w jednej i rogiem w drugiej ręce. Światynia na połowę podzielona zasłoną, podniesioną w tej oliwili, za którą widać zgromadzony lud. Przed ogniskiem plonacćm na ołtarzu Bożywój w gronie kapłanów. Na środku Wanda, klęcząca w bieli, z rozpuszczonym włosem. Na głowic jej korona, przepleciona wieńcem, na ramionach płaszcz królewski.)
CHÓR LUDU. Wszystkowidzący! Wszystkowiedzący!
O Światowidzie nasz!
Z mieczem i czaszą
Nad ziemią naszą Utrzymujący straż!
Z którym ulata
Po krańcach świata
Srebrzysto grzywy koń,
U twoich progów, Ty boże bogów, Błagalną cliylim skroń.
WANDA.
O Światowidzie!
W bólu i wstydzie
Przychodzę do twych stóp, Czysty, promienny, Boże bezsenny,
Co mój widziałeś ślub.
Skroń mą zwieńczoną
Lechii koroną
Pali rumieńca żar;
Z dłoni... o biada!
Miecz mi wypada, Twego ramienia dar! CHÓR LUDU.
Twój miodoplynny lióg dobroczynny
Zlewa nam zdroje łask.
Miecz w twojej dłoni,
Od wroga broni,
W chwały nas zdobi blask.
Święta twa władza Dobrych nagradza, Lecz strasznie karze złych.
Prawda słoneczna,
Mądrość przedwieczna
Gore w źrenicach twych.
WANDA.
W szczęsnej swrobodzie Na sławnym grodzic, Gdzie władał dzielny król, W cichej świetlicy Życic dziewicy
Kwitło, jak kwiatek pól.
Napoły we śnie...
W baśnie i pieśnie,
Jak w srebrnej przędzy nić, Owite miękką Piastuny ręką,
Co ją uczyła... śnić! CHÓR LUDU. My, jako ptacy, W pieśni i pracy
Sn ująć żywota dzień, Władzy niechciwi, Żyli szczęśliwi,
Skryci w swych borów cień.
Pod naszą strzechą
Gościł z pociechą
Wędrownik, druh, czy wróg,
Cudzemi łzami
Krzywda nie plami,
Twoich, o jasny! sług.
WANDA.
Gdyś poraź pierwszy Zapal najszczerszy
W niewieścią pierś mą wlał;
Gdyś, boże zbrojny, Los krwawej wojny W słabe mc dłonie zdał: Glos twój surowy Kazał królowej
Nazawsze mężem być!
285
Dziś... ślcsz w twym wzroku Piorun wyroku
Sercu, co śmiało... bić. CHÓR LUDU. O światowłady! Dziś nas gromady
Kruków opadły w krąg, Łaknące strawy, Zdobyczy krwawej, Łaknące naszych mąk!
Żelazne szpony W piersi zranionej Twych ludów topi wróg! O sprawiedliwy!
Podnieś miecz mściwy!
Jakoś ty prawdy bóg!
WANDA. Wszystkowidzący! Promieniejący!
W pierś moje okiem rzuć;
Folguj żałości, Pożal słabości, Dawne mi męztwo wróć!
Serdeczną winę
Płacąc, niech ginę, Lecz okaż łaski cud!
O sprawiedliwy!
Odwróć cios mściwy: Za błąd mój—cierpi lud! CIIÓK LUDU.
Wszystkowidzący! Wszystkowiedzący!
O Światowidzie nasz!
W wichrów zamieci
Katuj swe dzieci
Drogę zwycięztwa wskaż!
Strzeż drogiej głowy Naszej królowej, Twą silą pierś jej zbrój, A w tej krainie Cudem zasłynie
Złocisty posąg twój!
(Cisza.) bożywój (do ludu). Dość! na kolana! wasza ofiara Przyjęta, płomień trzykrotnem kołem Obiegł dogóry, jak złota mara, Wzniósł się i zagasł nad boga czołem! lud (na kolanach).
Chwała mu wieczna!
BOŻYWÓJ.
Idźcie w pokoju!
Opieka jego i pomoc święta Z wami, on tarczą osłoni w boju, On przemoc wrogów zaklnic i spęta. Niech tylko wiara wam przewodniczy, Duch, jak ten płomień, wysoko leci, Walcząc dla prawdy, a nie zdobyczy! Reszta na wiecu.... Odejdźcie, dzieci!
LID.
Cześć wszechwładnemu!
( Odchodzą.)
SCENA II.
WANDA (wstając).
Arcykapłanie! Słuchaj... rzecz straszną wyznam. Ja trwogę Czuję...
diwa (zalamuiac rece).
Ach!...
WANDA.
Jakaś groza się stanie! W zwycięztwo nasze wierzyć nie mogę! Nie wiem, czy ręka oręż podźwignie... Czuję jak zapał w piersi mój stygnie. Czuję bezwładność złamanych skrzydeł. A tam... za rzeką, chmura straszydeł, Która nas krwawym deszczem zaleje! Ty ją widziałeś?... i masz nadzieję?
bużywój (spokojnie).
W tobie.
WANDA.
Ą gdyby... siły zawiodły? Gdyby Światowid odepchnął modły,
Które niegodna niosła z rozpaczą O dawne męztwo?
bożywÓJ (cofając się).
Pani!... co znaczą Te słowa?
Dl w A (występując naprzód). Biada!... co one znaczą?
Ja wiem, ja powiem! (Do Wandy.) Próżna twa skrytośe, Próżno spojrzeniem błagasz o litość! Dla wielkich ziemi niema litości!
Jeźn ulegną ludzkiej słabości, Czyny ich przyszłość z mroku wywleka Przed niezblagany sąd, co ich czeka! ....Słyszysz, królowo Lechu? Tyś w cień Nocy ukryła szczęście wzbronione!
Lecz wzrok mój zrywa cieniów zasłonę, Dla mnie noc każda jasna, jak dzień!
(Z rosnącym zapałem.) Bom ja strażnicy duch naszych pól, Gór, rzek i gajów!—w mem łonie dysze Tchnienie tćj ziemi, w piersi mej słyszę Bicie jej serca—czuję jej ból! Kocham promienną piękność jej lic, Miłością jedną i niepodzielną, Miłością wielką i nieśmiertelną!
....A więcej.... nic!
Wszystko oddalam bogom za dar Wieszczego w przyszłość jej spojrzenia, Wydarcia urny przeznaczenia Z dłoni zawistnych mar!
Wszystko oddalam bogom za kwiat Królewskiej lilii, duszy twojej, Którą w potęgę pieśń ma zbroi Od niemowlęcych lat!...
....A dz’ś!...
WANDA.
O Dino! O przebaczenia! Jam nic tak winna, jak sądzisz!
diwa (po chwili).
Dziecię! Bogów ty błagaj, których moc zmienia Życie w śmierć tutaj i śmierci na życie! Ja tylko widzę nad naszą głową W krwawym odblasku chmurę gromową, Czytam twą przyszłość na gwiazdach nocy, Lecz ją odwrócić nie w mojej mocy.
BOZYw OJ (ponuro).
Wróżba nieszczęścia w mglistćm widzeniu. Wieszczki. Cóż na to mówisz, królowo? Prawdąż jest srogie wyroczni słowo, Co cię potępia?
WANDA.
Ona w natchnieniu Przeszłość i przyszłość widzi... straszliwa! Ona uie myli się! (Klikając.)
Tak, jam winna, Ojcze!
BOŻYWUJ.
W czem błąd twój? jak się nazywa? WANDA (schylając głowę).
...Miłość!
BOŻYWOJ (po chwili). Tej nigdy znać nie powinna Królowa!
WANDA.
Sądź ranie, o sądź surowo! bożywój (w zamyśleniu). Miłość?... lecz kogóż kochasz, królowo?
WANDA.
Ja nie wiem!...
bożywój (zdziwiony). Nic wiesz?
WANDA.
W blasku księżyca Raz mi się zjawił, jak snu widzenie. Wyniosła postać wdziękiem zachwyca, Z czoła mu złote płyną pierścienie, Oczy jak nocy gwiazdy niebieskie, Na czole duma władzey i pana! Na płaszczu szyte godła królewskie, A w dłoni lira — zaczarowana!
BOŻY YY UJ.
Córko! to obłęd, złych duchów sidła!
WANDA.
Och nie! — ou w mgły się nie rozwiał lotne,
Ani mu duchów urosły skrzydła! Lecz odtąd tęskni serce samotne, Wzywając ciągle z zazdrosnej dali Tę drogą postać! — bo... ua dnie fali Dwie połączone przysięgi leżą...
boży wój (surowo).
Do Lechii losy Wandy należą!
Do Lechii tylko! — boś ty wybrana Bogów natchnieniem! -r- boś ukochana Od tego ludu, co za twym głosem Pójdzie w płomienie! boś z jego losem Związana ślubem smętnym do zgonu! Bo ci bez niego ze stopni tronu Nic zejść, ni upaść w cudze objęcia, Ni mu narzucać obcego księcia!
WANDA. Och!
BOŻYYYOJ.
Ciężko woli zgrzeszyłaś bożej! Więc spraivicdliwie duch sie twój trwoży, A yyf sercu gaśnie zapał i wiara, W chwili gdy stajesz nu czele ludu! Bogom jest miłą serca ofiara, Złóż ją więc, módl się i wzywaj cudu! wanda (u stóp ołtarza).
Siły... och!... siły!
DIWA.
O!... bądź przeklęta Chwilo słabości! Twoiniże czarem Gasnąć ma miłość ojczyzny święta, A obowiązek stać się ciężarem? Twojaż to siła nędzna a zgubna Walczyć ma z tamtą — wielką jak Bóg?! Tyż to, podstępna i samolubna, Wpełzłaś aż tutaj... w świątyni próg, Kędy przed chwilą błagalne hymny Niósł nieszczęśliwy, szlachetny lud Ku temu bogu, co zgrozą zimny, OdYvrócil oczy łaskawe wprzód?
BOŻYWÓJ.
Dość wieszczko! dalszjch klęsk nic prorokuj, Bo dość ich mamy, czas nam ucieka.
Królowo! burzę serca uspokuj I pójdź, bo pewno dawno nas czeka Na wiec zebrana ludu starszyzna. Jakże się czujesz?
WANDA (powstając). Dobrze zupełnie. Wierzaj mi!—każdą ofiarę spełnię, Jakiej zażąda po mnie ojczyzna. Jeżeli śmierci mojej wymaga, Umrę, przysięgam!
BOŻYWÓJ.
Niech ci pomaga Światowid!
D1WĄ.
Niech cię mocą swą wspiera! Szczęśliwy, kto za naród umiera!
(Zasłona spada.) (Dalszy ciąg nastąpi.)
Kronika paryska.
Zebranie towarzystw naukowych francuskich.—Posąg Gam-bettj. — Dom przytułku ś-go Każmirza. — Obraz Miuika-czy’ego. — Zabawki Paryża.
Od lat pięćdziesięciu zbiera się cowiosna yv Paryżu, w gmachu starej Sorbony, kongres wszystkich towarzystw naukowych prowiucyonalnyck i paryskich. Jest-to jedyna wciągu roku chwila, w której obok pochłaniającego wszystko potworu, Paryża, staje prowineya, ogół kraju, w osobach swych skromnych, mało przedtem znanych, a często tak zasłużonych profesorów, badaczy, uczonych. Długi czas uie przypuszczano, ażeby poza Paryżem istniała prawdziwa wiedza i istotnie wiele z tych prowincjonalnych towarzystw naukowych gubiło się w drobiazgach, nieposiadają-cych znaczenia dla syntezy naukowej. Trzeba było powiązać je w jeden organizm, dać im wspólne życie, a z tego spółpracownictwa, z tego zetknięcia się różnorodnych naukowych specyal-ności, mogło powstać dzieło użyteczne. Dokazał
tego Guizot w 1834 roku, stwarzając komitet, którego zadaniem miało być ogłaszanie dokumentów dotąd niewydawanycb, a odnoszących się do historyi francuskiej. Urósł też gmach na tym węgielnym kamieniu.
Dziejoznawstwo posiłkuje się nietylko pożół-klcmi aktami, co drzemały od wieków w pyle bibliotek i archiwów, ale osiąga ono znajomość przeszłości zarówno przez badania filologiczne stopniowych przekształceń języka, jak przez szczegółowe poszukiwania archeologiczne. Powoli około tych działów ugrupowały się inne gałęzie wiedzy; nauki ścisłe i sztuki piękne zażądały miejsca w tym kongresie, a w roku zeszłym cykl został dopełniony przez utworzenie wydziału nauk ekouomiczno-politycznych. Żadna praca oryginalna, dokonana przez uczonych, już teraz ginie. Wszystkie towarzystwa posiłkują się wzajemnie. Publikacye tych zebrań, wynoszące obecnie 110 dziel w 280 tomach, stają jako owoc jego działania. Jest to pomnik wzniesiony dla eru-dycyi francuskiej.
Obecnie zebrany kongres, o swoich sześciu wydziałach, prezesach, wiceprezesach, sekretarzach, z całym przyrządem urzędowym, tak drogim Francuzom, małe już tylko okazuje pokrewieństwo z teiui dawniejszemi zebraniami, na które nieśmiało sie udawał prowincyonalny uczony, zasklepiony w swoich badaniach i przynoszący pokornie swoję głowienkę do świetnego paryskiego ogniska. Obrady takie, jakie odbywają się teraz, onieśmielają wielu z tych, którzy w skromniejszym zakresie pracować przywykli. Z różnych stron słyszeliśmy wyrażoną obawo, że ramy to zaszerokie, ale mimo tego przyznać trzeba, że sprawozdania odczytaue na tegorocznym kongresie wykazują czynne i energiczne badania pomiędzy prowiucyoualnymi uczonymi.
Jeżeli jednak ludzie nauki coraz liczniejsi, a coraz bardziej samodzielni, rozsiani są na wszech-przestrzeni Francyi, to artyści prawie wyłącznie koncentrują się w Paryżu. Pokazuje się to dowodnie przy wszystkich konkursach gmachów, pomników, artystycznych dekoracyj i t. p. Atmosfera stolicy i nagromadzone tam skarby sztuki potęgują i uszlachetniają twórcze pomysły. Niepodobna artystom prowincyonalnym rywalizować z paryskimi. Świćży przykład tego dało nam miast.) Cabors. Chcąc wznieść posąg największemu ze swoicli synów, Gambecie, rozpisało było konkurs. Z pomiędzy mnóstwa atoli projektów ani jeden, prócz paryskiego, uwzględnionym być nie mógł. Tryumfatorem został jeden z mistrzów dłuta, Palguiercs. Posąg został odsłonięty w tych dniach pośród wielkich patryotycznych uroczystości i wywołał entuzyazm zasłużony. Rzeźbiarz przedstawił wielkiego trybuna stojącego, osłoniętego futrzaną szubą, z ręką jedną opartą na lufie armaty, a drugą w dal wskazującą. Postawa dumna, ruch potężny. Na przedzie postumentu leży rozesłany sztandar narodowy, a po dwóch jego stronach żołnierz i marynarz uosobiąją tc siły wojenne, które dyktator zorganizował dla obrony ojczyzny. Całość z ciemnego bronzu ulana, mierząca 3.40 metrów i ważąca 3000 kilogramów, wywiera wrażenie potężne. Styl p. Falguieres szeroki znalazł w tym bohaterze typ odpowiedni swemu nastrojowi ducha. Wśród mnóstwa pomników, które wznoszone bywają obecnie w każdym zakątku Francyi, wśród mnóstwa mierności, ten odznaczać się będzie nietylko uwiecznieniem istotnie bohaterskiej osobistości, ale i artystyczną wartością. Azaliż nie może posłużyć to za dowód, że pomiędzy zasadniczą myślą, pomiędzy duchową treścią dzieła sztuki, a jego wykonaniem istnieje węzeł blizki, nierozerwalny? Im wyższy sam w sobie przedmiot, tem łatwiej unosi artystę w podniebne szlaki piękna.
Wśród ogromu Paryża, wśród utrudnionego materyalnego bytu, niemałą jest zasługą podanie dobroczynnćj ręki tym, co już schodzą z pola życia, walką znużeni, i tym, co drobne rączęta wyciągają do przyszłości. Takie zadanie zakreślił sobie dom przytułku Ś-go Kaźmirza, który przy-garnia do siebie weteranów i sieroty polskie, roz-
------ 286 
proszone po obczyźnie. 494 sierot lub dzieci ubogich rodziców, oraz 170 starców korzystało już z opieki i schronienia pod jego dachem. Gdy się zakład ten zwiedza i widzi panujący tam dobrobyt, ład i troskliwość, gdy się spotyka żywioł polski, cudownie prawie zachowany przed zagładą, nie można wyrazić dość glębokićj wdzięczności dobroczyńcom, co go do bytu powołali i co go w złych nieraz chwilach utrzymać potrafili.
Od pewnego jednak czasu wyczerpywać się zaczęły źródła dochodów Ś-go Kaźmirza, podczas gdy wydatki nietylko nie ustają, ale raczej rosną, wmiarę zwiększającej sie liczlry potrzebujących pomocy. Można się było obawiać, źe zakład ten, z braku funduszów, zwinąć będzie trzeba. Powzięto więc myśl urządzenia loteryi artystycznej, na dochód zakładu. Rada opiekuńcza, do której składu wchodzą ks. Władysław Czartoryski, margrabia de Yarenncs, hrabina de la Redorte, hrabina de Monttessuy i p. D. Zaleski, upoważniła do zajęcia się tym przedmiotem p. Jaworowskiego. Dzięki gorliwej i niestrudzonej działalności, dwuletnie jego starania uwieńczone zostały pożądanym skutkiem. Ministeryum upoważniło radę opiekuńczą zakładu Ś go Kaźmirza do urządzenia loteryi w wysokości 300,000 franków. Bilety frankowe dadzą możność wygrania dziel sztuki, których dostarczyć bezpłatnie podjęli się artyści nasi. Pod tym względem Rada nie napotkała żadnych trudności. Z tą pochopnością do ofiar, z tćm sercem ogrzanem ciepłem wewnętrz-nem, z tą wspaniałomyślnością, która stanowi niezaprzeczoną cechę narodową, artyści nasi, rozsiani po wszech polskich i niepolskich ziemiach, oświadczyli się z gotowością ofiarowania utworów swego penzla i dłuta. Ci, których proszono o drobny datek, obiecali królewski, ci, których proszono o jeden, obiecali kilka, ci, których pominięto w odezwie, nie znając ich mieszkania i miejsca pobytu, zgłosili sie sami. Jest-to rozrzewniający dowód solidarności narodowej.
Loterya wiec, dozwolona przez rząd francuski, będzie mogła być urzeczywistnioną, dzięki ofiarności artystów naszych. Kossak w Krakowie, Rodakowski we Lwowie, Siemiradzki w Rzymie, Brandt w Monachium, a u was Gerson podjęli się być pośrednikami w zebraniu i wysyłaniu dzieł sztuki polskićj do Paryża. Dzięki takim pomocnikom, rezultat dobry nie ulega żadnej wątpliwości.
Ażeby choć wczęści wynagrodzić artystom polskim ich poświęcenie, istnieje myśl urządzenia w Paryżu i Londynie wystawy ich utworów. Z czasowćj, mogłaby ta wystawa stać się stałą. Czas wielki, ażeby Zachód poznał artystów naszych i ocenił podług istotnej ich wartości. Organiczna całość pokaże lepiej, niż częściowe i efemeryczne objawy, jak poczesne miejsce zajmujemy w dziedzinie sztuki. Szczegóły o tej wystawie podamy w swoim czasie.
Obecnie, gdy po długich przygotowaniach mozolne to przedsięwzięcie nareszcie dochodzi do skutku, czas odwołać się do publiczności i polecić tę loteryą jej uwadze, jćj względom, jej sym patyi. Niechaj każdy z rodaków zrobi w malćm swem kółku to samo, co artyści nasi zrobili na wielką skalę, niech każdy weźmie udział w loteryi, która obok wewnętrznego zadowolenia z przyczynienia się do dobrego dzieła, da jeszcze możność powiększenia swych zbiorów przez piękne artystyczne utwory, a zakład Ś go Kaźmirza, przytułek starców i dziatwy polskićj, ze spokojem będzie mógł spoglądać w swą przyszłość.
W przyszłym tygodniu otworzy się Salon, ta coroczna wystawa sztuk pięknych, która jest corocznym artystycznym wypadkiem. Ale Paryż, zajmujący się utworami plastycznego piękna, może czekać na otwarcie tćj wystawy spokojnie, gdyż obecnie danem mu jest oglądać oddzielnie jedno z najpotężniejszych dzieł sztuki. Twórcą jego jest Węgier Munkaczy, a obrazem Ukrzyżowanie Chrystusa.
Sława Munkaczego nie od dzisiaj datuje. Powoli zwalczał on trudności materyalne i powoli wzniósł się na artystyczne wyżyny, wyrabiając w sobie styl i metodę niezaprzeczonej oryginalności. Obe-
cnie stoi otoczony czcią swej ojczyzny, która wysławia w nim mistrza, obsypany tytułami szlachectwa i orderami, opływający w miliony, żyją-cy po książęcemu. Powodzenie atoli nic otumaniło Munkaczego i nie strąciło go w przepaść mate-ryalnćj, wyrobniczej fabrykacyi obrazów. Pozostał on wiernym czystym i wyższym ideałom, szybując zawsze na wyżynach sztuki religijnej. Przed trzema laty wymalował olbrzymi obraz Chrystus przed Piłatem. Obraz ten był wypadkiem artystycznym. Objechał on obie półkule i powrócił obecnie do p. Scdclmayera, przedsiębiorcy, który na obrazach Munkaczego zbija fortunę. W jego pałacyku na ulicy La Rocbefoucauld, w specyalnej sali, gdzie widzowie zostawieni są w cieniu, a padające zgóry promieniste światło potęguje wrażenie obrazu, stoi on jako pendant do nowego utworu artysty. Dla pomieszczenia takowego p. Scdelmeyer zbudował osobną, wytworną galeryą, a do galeryi tćj od kilku dni napływa cały Paryż artystyczny.
Kolosalny obraz Munkaczego, Chrystus na Kair waryl, jest owocem wieloletniiy pracy. Jak na każdem takich rozmiarów płótnie, są części niektóre, całe epizody, które mniej odpowiadają istniejącym i urobionym ideom; ale najdrobniejszy nawet szczegół zdradza sumienne studya i wysoki polot artystyczny. Talent kompozycyjny niezaprzeczenie jest tu pierwszorzędny. Mistrz przedstawił nam dramat Golgoty na niebie czar-nćm, oświćconćm daleką łuną Jerozolimy, którą podejrzywać raczej można, aniżeli widzieć wyraźnie. Zbawiciel na krzyżu, z głową zwieszoną na ramieniu, zwraca spojrzenie ku niebu, a u stóp krzyża trzy święte niewiasty rozwodzą swe żale. Marya Magdalena oddana jest po mistrzowsku. Obok krzyża Zbawiciela, krzyże dwóch łotrów, którym autor dal fizyognomic ohydne. Kat, figura, niecna jest portretem dzienikarza niemiecko-bulwarowcgo, Alberta Wolffa z Figara, którego spór z Munkaczym znany ogólnie. Zemsta straszliwa. Tłum widzów, jeźdźcy rzymscy powstrzymujący takowy, uczniowie rozpierzchający się na wszystkie strony, rozmaitość uczuć, jakie Boska ta tradycya wywołała w masie: oto drugorzędna strona obrazu, jego tlo.
Utwór taki nie da się objąć w sądzie kilkoma ogólnikami; wywiera on wrażenie potężne. Nic chcemy i nie śmiemy wypowiedzieć o nim zdania po jednorazowem dopiero przyjrzeniu się dziełu, które zaważy na szali sztuki XIX stuleciu, a tćm chętniej odkładamy sforumulowanie takowego na póżnićj, że osobisty nasz sąd nic jest w zgodzie z diapazoneui ogólnym.
Tymczasem mniej poważnego nastroju Paryż szuka sobie zabawek. Miał ich mieć dwie, ale została tylko jedna. Ta, której srogość rządu go pozbawiła, nie była niczem mniej, jak walką byków. Miała się ona odbyć na cel dobroczynny w olbrzymićj arenie Hipodromu. Frascuelo i cała jego espada mieli dać przedstawienie, ua które sprowadzono byków kilkanaście. Cały Paryż, który myśli tylko o zabawach, od dwóch tygodni rozmawiał i zatrudniał się jedynie tą walką. Ban-derllleros, picwlores, chulos, capa, cuadrilla: oto co można było zaslyszćć na bulwarach i w salonach. Te same damy, które mdleją z rozpaczy, gdy uczeni męczą na wiwisekcyach zwierzątka dla doświadczeń wiedzy i bezpieczeństwa ludzkości, te same czule i nerwowe istoty nie mogły się doczekać walki, byków i naprzód już drżały z rozkoszy na myśl, że będą świadkami mordowania byków i walki niebezpiecznej toreadora z roz-juszonemi zwierzętami. Krwiożercze tc instyn-kta istotnie zadziwić mogą. Przyklaskujemy tćż rządowi, który lekkomyślnie dane przyrzeczenie cofnął. Lepiej późno, niż nigdy. Zostawmy Hiszpanii jej instytucyc. Nawet wyjątkowo cywi-łizacya Paryża nic ma prawa zejść do tego rodzaju igrzysk.
Innej zabawki dostarczył Paryżowi miody Anglik, p. Stuart Cumberland. Daje on przedstawienia ciekawe. Twierdząc że nie działa zapomocą magnetyzmu, że nie jest spirytystą, owszem, nawet zagorzałym przeciwnikiem oszustów, <o wyzyskują łatwowierność publiczności w tym
287
przedmiocie, p. Stuart Cumneriand czyta myśl człowieka, byleby myśl ta była skierowaną do jakiegokolwiek przedmiotu inateryaluego. Wszystkie te doświadczenia, bez szalbierstwa, udały się całkowicie i wywołały żywą ciekawość przez swe rezultaty. Istnieje widocznie szereg kombi-uacyj umysłowych, serya działań niemożliwych dla zwykłych umysłów, które p. Cumberland dokonywa. Nadzwyczajność miała zawsze wielki powab dla Paryżan, tych starych rzeczywiście dzieci.
ROZMAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— W Poznańskiem powzięto zamiar pożyteczny i rozumny założenia „Towarzystwa obrony prawnej.” Obrona interesów narodowych polskich zależy tam niejednokrotnie od wytoczenia sprawy przed właściwe sądy krajowe, co jednak dla ludzi mnićj zamożnych bywa rzeczą niety Iko zbyt kłopotliwą, ale i zbyt kosztowną. Proponowane wiec Towarzystwo ma na celu utrzymywanie stałych rzeczników, ku obronie pokrzywdzonych. Składka członków wynosiłaby tylko 3 marki rocznie. Ogólne zgromadzenie wybierałoby radę, złożoną z trzech członków, a obowiązaną dozorować czynności prawnych i składać rachunki z obrotu funduszów. Zbawienny wpływ podobnego stowarzyszenia, prowadzonego umiejętnie i sumiennie, żadnej uie ulega wątpliwości; życzyć więc tylko należy, aby ono jaknaj prędzej przyszło do skutku.
— Profesur dr Maksymilian Nowicki w Krakowie, znakomity icbtyolog i rozkrzewca hodowli ryb, otrzymał, jak donosi Czas, od Towarzystwa aklimatyzacyjnego w Paryżu za swoje zasługi wielki medal srebrny, jedne z najwyższych nagród, ja-kiemi Towarzystwo to rozporządza. Medal, o którym mowa, ma z jednej strony wizerunek słynnego przyrodnika Izydora Geolfroy St. Hilairc, z drugiej nazwisko obdarowanego, datę i wymienienie jego zasług, wyrażone tym razem słowami: Pisciculture en Polugne.
— Winnogóra, posiadłość niegdyś generała Dąbrowskiego, w’ której spoczywają zwłoki wielkiego wodza legionów, została świćżo nabytą przez jego córkę,'panią Mańkowską, za przeszło milion marek. Majętność ta przeto, którćj, z powodu zatargów pomiędzy spadkobiercami znakomitego wojownika, groziło przejście na własność obcą, pozostaje w rękach rodziny. Pocieszającą tą wiadomością pośpieszam}' podzielić się z naszymi czytelnikami, którzy pamiętają zapewne sympaty czne i obszerne opowiadanie o życiu i czynach generała Dąbrowskiego, drukowane przed rokiem w Tygodniku ilustrowanym, p. t. „Pierzchowiec i Winnogóra.” Życiorys i wizerunek dostojnej córki jego, jednej z najzacniejszych matron polskich, wkrótce w piśmie naszein zamieścimy.
— Pisma niemieckie, z wytrwałością godną lepszej sprawy, me przestają z Siemiradzkiego robić malarza rosyjskiego. Świeżo znów jedno z nich, wspominając że znakomity artysta urodził się w Charkowie, nazywa go kilkakrotnie Henrykiem Hipolitowiczem.
— Głośny Krupp w Essen otrzymał patent wynalazku na nowego rodzaju pociski, wymierzone szczególniej przeciw pancernikom. Mają one zwykły kształt olbrzymiej głowy cukru, której koniec spiczasty, ułatwiający przerzynanie powietrza, składa się z cienkiej tylko blachy. Przy uderzeniu pocisku o tułów pancernika koniec ten rozpryskuje się w kawałki i następuje działanie płasLićj części samego pocisku, które ma być o wiele groźniejsze od zwyczajnego.
— Odczyt o położeniu niewiast w społeczeństwie tegocztsnem miała niedawno w Zurychu ulubiona autorka francuska, pani Henry Grći ille (pseudo-nym Alicyi Durand), Znakomita powieściopisarka, po krótkim rzucie oka na stanowisko kobiety w wiekach dawnych, wyraziła przekonanie, źe
w dzisiej.szem urządzeniu społecznem żona powinna być niczćm więcćj, jak towarzyszką i niejako dopełnieniem swego męża, wyrzekając się wszelkich niewczesnych mrzonek emancypacyjnych, zwłaszcza pod względem zdobywania sobie praw politycznych. Pani Grćvillc za najważniejsze prawo niewiasty poczytuje jej obowiązki i pewnik ten objaśniła licznemi przykładami, czerpanemi z różnych sfer życiowych, począwszy od żony ubogiego wyrobnika, aż do zamożnej arystokra-tki. Ku spełnianiu tych obowiązków kobićta, według niej, posiada najszlachetniejsze przymioty, które rozw ijać tylko potrzebuje, aby przewyższyć mężczyznę: nie pod względem wiedzy naukowej, o co byłoby trudno, ale pod względem poświęcę-nia. Prelegentka mówiła dalćj o skromności w strojach, utrzymując, że najpiękniejszą ozdobą żony, jej chlubą, powinna być ślubna obrączka; o cierpliwości, głównej cnocie niewiast; o wdzięku, który nie jest bynajmnićj wyłącznym atrybutem piękności, bo nawet i brzydka wyrobić go w sobie może; wreszcie o pogodzie umysłu, najpewniej podbijającej mężczyzn i przywiązującej ich do ogniska domowego. Wykład ten, tak różny od krążących dziś dość powszechnie teoryj, liczne a wyborowe grono słuchaczek i słuchaczów przyjęło oznakami gorącego zadowolenia.
— Dom gry w Monte Carlo przyniósł w r. 1883 dochodu 15 milionów franków. W roku bieżącym spodziewany jest zysk jeszcze większy, bo 20 milionów fr.
— Pomnik Edgara Poe, słynnego poety amerykańskiego, który ozdobi muzeum w Nowym Yorku, już jest wykończony. Zdaniem znawców, ma to być dzieło sztuki pierwszorzędne. Dokonał go rzeźbiarz Park w Livorno, zkąd w lipcu r. b. pomnik ma być do Ameryki przewiezionym.
— 0 nowem zastosowaniu stenografii donosi „Le progres stćnographiąue.” Jakiś członek Rady municypalnej paryskiej ogłuchł zupełnie, a mimo to czynny bierze udział w rozprawach. Wprowadza on na posiedzenia stenografa, któremu pozwolono usiąść obok niego. Stenograf notuje, a radca, sam biegły w sztuce krótkopisma, śledzi pilnie oczyma każdy wyraz, odpowiada na mowy, a często nawet przerywa glosy kolegów krót-kieini intcrpelacyami.
— Ostatnia ilustracya lipska dołączyła do pisma swego, jako dodatek nadzwyczajny, cały arkusz ścisłego druku, z licznemi drzeworytami, przeciw tak zwanej wiwusekcyi, czyli udręczaniu zwierząt w celach naukowych. O istnieniu w Dreźnie stowarzyszenia międzynarodowego, zwalczającego te tortury, donieśliśmy już w n. G7 Tygodnika. Wszystko to tchnie mocno przesadzonym sentymentalizmem, choć z drugiej strony' zaprzeczyć niepodobna, że zdarzają się pod tym względem dość częste nadużycia.
— Zebrana przez słynnego Nordenskiblda biblioteka japońska została obecnie przez paryskiego profesora języ ków oryentalnycb, Leona de Rośny, uporządkowana i skatalogowana. Jest-to nicza-przcczenie jeden z największych zbiorów w swoim rodzaju, składa się bowiem z 1,050 dzieł rozmaitych, w pięciu do sześciu tysiącach tomów. Główną w nim osobliwość stanowi dzieło botaniczne, p. t. „Flora japonica,” napisane przez Szweda Thunberga, a następnie przetłumaczone na język japoński.
— Przepyszną mozaikę rzymską znaleziono we Francyi, w Chateaux Saint Paultrois, w głębokości jednego tylko metra podziemia. Odkopano tam starożytną posadzkę, której środek stanowi wyobrażenie mozaikowe wesela Herkulesa z He-bą, doskonale przechowane. Syn Alkmcny w lewicy trzyma maczugę, a prawicę poprzez ołtarz podaje boskiej oblubienicy, okrytej zasłoną weselną.
— Długość półek, na których ustawiono 1,300,000 dzieł, będących własnością „British Museum” w Londynie, wy nosi 160 mil angielskich. Bibliotece rzeczonej dowożonych bywa codzień przecięciowo około 22 centnarów' druków.
— W Stanach zjednoczonych Ameryki północnej wydrukowano w roku ubiegłym 3,181 książek, z których ua beletrystykę (powieści i nowele)
przypada 670, na prawo 397, na teologią 375, na medycynę 211, na poezyą 159, na dziełka dla wieku młodzieńczego 331, reszta na pisma treści rozmaitej. Prawne połowę tych utworów stanowią nieprawne przedruki.
— Obserwa.uryum geodynamiczne urządzono niedawno w' Akwili (w Neapolitańskiem), w seminaryum miejscowem, pod kierunkiem znanego meteorologa ojca Denza i profesora de Rossi, z zastosowaniem wszelkich zdobyczy nowmczesnćj nauki. Dnia 20 marca r. b. odbyło się poświęcenie tego zakładu, świadczącego korzystnie o dążeniach naukowych duchowieństwa włoskiego.
— Na wystawie międzynarodowej w Turynie pomieszczono, jako osobliwość, pień olbrzymiej jodły, mający 46 metrów długości, a u podstawy przeszło dwa metry obwodu. Kolosalny ten okaz świata roślinnego pochodzi z niewielkiego lasku pod Auronzo.
— Znakomity malarz Jakub Jmdaens, przyjaciel Rubensa, słynny z dzielnego odwzorowywania scen z życia ludu flamandzkiego, otrzymać ma wkrótce pomnik, w rodzinnem swem mieście Antwerpii. Rada miejska miejscowa uchwaliła już postawienie mu posągu marmurowego w parku, obok posągu Quintina Metsysa, patryarchy szkoły niderlandzkiej.
Na fundusz wieczysty imienia s.p. ignacego boczylińskiego. Za pośrednictwem redakcyi Ku-ryera warszawskiego rs. 55; J. D. z Szarogroda rs. 3; F. L. rs. 12; z Woli Roszkowej rs. 5; razem rs. 75. Ogółem z poprzednio złożonemi ofiarami rs. 1,367 k. 50.
Na pomnik dla sarbiewskiego. M. E. rs. 3; W. Ale. kop. 50; K. S. rs. 3; Jadwiga S. rs. 8; L. V. rs. 1; Ks. J. P. rs. 3; Dr Ig. B. rs. 3; M. J. Augustynowicz rs. 1; T. Ch. rs. 3. Razem ze złoźo-nemi poprzednio rs. 117.
Na zakład schronienia dla nauczycielek. F. Rulbiecka rs. 1 kop. 30.
Aorespoiideucya od redakcyi.
Autora artykułu „Wyjazd Słowackiego z kraju" prosimy o adres.
Panu A W w Wilnie. Nadesłanego wiersza drukować nie możemy. Ładny, [ale niewszędzie jasny i pod względem formy skończony. * 11
SZACHY.
Obrona Petrowa.
9 grudnia 1883 r. ua tur. w Warszawie.
grana d.
Białe.
p Hńlpern.
1) E2—E4
2) Gl—F3 3) FJ biorą E5
Czarne, p. Hiliberg. E7—E5 G8—F6 D7—Db
114—FC D8—D7 FG—G5 G5-G4
4) E5—F3
5) D2-D4
6i F1-D3
7) 112—H3
8i 0—0
32) G-2- G3
33) E5—CG!
34) E2—EG
35) 113—114=
36) F3 biorą G4 F5 biorą G4
FG biora E4 37) C6-E5	D7—E7
D6 D4 ’	138, E5 biora G4 D6—F5
C8-G4	39)	El—E4 1IG—H5
G4—Hń 40; G4— F6j- 117—118 F7-F5 sku- 4i) E4-F4	G7-F7
42) EG b.orą E7 F7 biorą E7
43) F6 biorą 115? białe tracą teiaz na wartości figur.
43)	F8 biora H6
44)	C3-B2 HG biora'FI
45)	115 biora F4 118—G7
-	G7—F6
E7-D7
F5—D6
tkiem tego przedwczesnego posunięcia, pole E5 jest dostępne dla białych koników i laufra.
9) FI—El	F8—E7
10, C2 C4 0-0
11) C4 biorą Dó B2—D7-ł czarne niepotrzebnie oddały piona.
12) J31-C3
E4-D6
A7 - AG
13)	C1-F4
14)	D3-C2
15)	Dl—D3
F8— F7 115 biorą F3
16) D3 biora F3 D8-F8
17i E1-E2	G7-G6
F8-G7 1)7 -F6
46; F4—E6f 47) II2- -JI3
48) C2—E4
49) E4 bioią GG! DG—C4
C4 biorą B2 B2 biora A4 F6—F7‘ F7-G8
18j Al - El 19) C3—BI 2>) BI—D2 21; F4—E5 22) D2-B3 23) F3 C3 24) B3 D2
F6-H5
Gl-116 B7—B6 E7 - F8 Ho- -F4
25) E5 biorą F4 116 błoni F4
50)	GG-E4
51)	G3—G4
52)	G4—G5f
53)	G5-GGf
54)	114- 115
55)	E4—F5
56)	113-G4
57)	H5—116
58)	116—117-j-
59)	E6—G5
60)	F2 - F4
61)	G5-F7f
62) F7 biorą DS
63) 1)8 —E7f
A4-C3
D7 biora D5
D5-D7
A5—A4
G8- 118
D7 biorą DJf
D4 - D8 musowe!
118—G7
C3—D5
2G) D2-F3
27, F3-E5
28)	A2-A4
29)	C3—F3
3o)	C2—B3
31,i Gl—112
A8-D8 F7—C-7 AG—A5
F1-114 117—HG
G8—117	1
poddają się, co możua było już na Kilka posunięć wcześniej u-czynić.
288
W puszczy leśnćj. Rysunek oryginalny Feliksa Brzozowskiego.	<359
(Trawiony w zakładzie chemitypowym braci Orgelbrandów w Warszawie.)
Wydawcy Gebethner I Wolff.—Redaktor L Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
,fl,03BOJieHO Henaypoio. Bupiuaua, 20 AiipŁjn 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Cena numeru pojedynczego kop. 20.
Ogólnego zbioru numer 1283. — Serya IV.
28 kwietnia (10 maja) 1884 r.
Pranumerafa w Warszawia:	_	,	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart.	IftFSZilWil. 10 TIlMlfi loo4 T.	na prowincyi i w cesarstwie:	III
rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	limowłłłaj xv maja 1UV.11.	kwartalnie rs. 3.	IUIII III.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
71

Pomnik Klementyny z Tańskich Hoffimanowój, na cmentarzu Pere la Cbaise w Paryżu.
Zob. artykuł ua str. 292.	(360.,
Treńć miineru. Artykuły: Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Pomnik Klementyny z Tańskich Iloft-manowćj.—Hiskupi-sufragani, nominowani świeżo przez stolicy apostolską.—Ze świata obcego.—O pismach Zygmunta Krasińskiego, skreślił F. Snryn (dalszj ciąg).—Kronika tygodniowa, przez St. M. Rz. — Przegląd polityki zagranicznej.—Sprostowanie.—Składki.—K orespondeneya od redakcyi.—Korespondencya Tygodnika ilustrowanego z Krakowa. — Z dramatu „Wanda,” przez Maryą Dartusównę (dalszy ciąg).—W sprawie polskiego tygodnika „Mazur, “ przez K. Żółkiewskiego.—Bronisławie S., napisał M—ski.— Rozmaitości. Dodatek. Miernoty, przekład z włoskiego M. Faleńskićj (arkusz piąty’'.—Ryciny:—Pomnik Klementyny z Tańskich Hoflmanowej, na cmentarzu Pere la Chaisc w Paryżu. — Nowomianowani biskupi-sufragani: ks. Józef llollak, ks. Kaźmirz Baszkiewicz, ks. Antoni Baranowski, ks. Henryk Kossowski, ks. Cyryl Lubowidzki, ks. Karol Pollner.—W idoki ogólne Sobót (Zoppot), zdjęte z Góry królewskiej (Kónigshóhe).
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻjA.
(Dalszy Ciąg-J
XIX. Na końcu języka.
Na frasunki człowieka w kleszcze biorące i na zdrowie jego oddziaływające, lekarze doradzają niekiedy wir miasta wielkiego. Lekarstwo to nastręczyło się pannie Emilii samo i odrazu w dozach dużych, które, jak china, szum jej w głowie sprawiały, jak morfina uspokajały. Po wyprawę przyjechała; wyprawą się też zajęła duszą całą— utonęła w gałgankach i oddala się takowym z zapałem takim, z jakim kobiety, w miłości własnej dotknięte, oddają się czynieniu naprzekór. Bielizna co najcieńsza, materye co najdroższe, klejnoty, wchodzące w zakres drobnostek bankierskich—wszystko to kupowała, płacąc, rzec4 prosta, gotówką i nie zważając na przestrogi brata, który uwagę jej na posag zwracał.
— Emilciu... posążek twój „płynie, płynie i upłynie, jak ta myśl wesoła”...
— Co mi tam!—odpowiadała.
I miała po części racyą. Czyż bowiem pan Paweł brał ją dla posagu? Mogła więc takowy, chociażby w całości, użyć na wyprawę i dogodzić sobie w tym względzie, który w oczach świata stanowi kamień probierczy gustu, a nawet i wartości kobićty. Otoczyć się chciala całym możliwym blaskiem i wszystkicmi urokami tua-lety i olśnić człowieka, który jćj, bądźcobądź, uchybił. Taką zemsta jej przybrała formo. Panna Emilia nastrajała się przytćm do odpowiedniego powitania narzeczonego, gdy ten nareszcie przed nią w Odessie stanic. Że bowiem stanie, o tćm nie wątpiła.
Dnie atoli upłynęły, a Paweł ani się osobą swoją stawiał, ani wieści o sobie nie dawał.
Poczęło to nareszcie niepokoić, nie panią Różę i nie pannę- Emilią, którym zajęcia czasu na niepokojenie się nie pozostawiały, ale pana Tedcu-sza, który nic absolutnie do czynienia nie miał. Nudził się setnie i z nudów zaniepokoił sie.
— A gdybym też napisał—pomyślał sobie.
Zachodziła jednak kwestya: do kogo pisać?— A nuż, gdy list do Koszyłówki przyjdzie, on w tym czasie w Odessie stanie! Po namyśle tedy, postanowił napisać do panny Klary. Postanowienie to, gdy je paniom zakomunikował, znalazło ze strony ich uznanie, więcćj nawet aniżeli uznanie, pani Róża bowiem oświadczyła, że się przypisze. Zachodziła tylko trudność z przesianiem listu. Przez pocztę? — A ba! lloworówka znajdowała się w tak znacznćm od komunikacyi pocztowej oddaleniu, żc tą drogą nie dochodziły do nićj listy żadne; jeżeli żaś korespondent jaki do sposobu tego się uciekl, to list miesiącami całemi leżał w Bałcie, w kantorze pocztowym, zanim się przypadkiem jakimś ua miejsce przeznaczenia dostał. Tak było niedawno—ćwierć wieku temu. Ludzie pamiętają te czasy błogie. Kto gazety prenumerował i ze światem stosunki utrzymywał, utrzymywać musiał posłańca umyślnego, wyprawianego raz na tydzień, lub raz na dwa tygodnie
----- 290 
na pocztę, która przychodziła i odchodziła najczęściej w tygodniu dwa razy.
— Oto sęk—biadał pan Tadeusz, kombinując sposoby różne.
W rzeczy samej, trudność zachodziła wielka, a na wybrnięcie z trudności tej dwa tylko nastręczały się środki: albo przesłać list pod adresem gospodarza zajazdu w Bałcie i do niego przytćm napisać z prośbą, ażeby przez najętego umyślnego pchnął takowy niezwłocznie do Howorówki, albo tćż jednego z ośmiu koni i jednego z czterech płci męzkićj służących, co z państwem Ta-deuszostwem w Odessie byli, z listem wyprawić. I tak źle, i tak niedobrze.
— Ha, trzeba ludzi popytać...
Pan Tadeusz w Odessie znajomych nie posiadał. Sprzedając zboże Żydom na miejscu, komisanta osobnego nie miał. Nie było więc rady innej, jak zwrócić sic do właściciela hotelu, którym był znany szćroko szlachcic podolski Polak (nazwiska nie wymieniam), co sic byl z Żydówką ożenił i przyszedł odrazu do fortuny znacznej, sprzedawszy żonę jednemu z poważnych i zamożnych z nad Bohu obywateli. Za uzyskane z handlu tego pieniądze zbudował hotel i dobrze mu się wiodło. Do hotelu tego zajeżdżała szlachta przez ciekawość popatrzenia na męża, co taki zrobi! interes i którego osoby czepiały się dwa rozwody: jego własny i rozwód obywatela. Do niego to pan Tadeusz o radę się. udał.
— Powiedz mi asan dobrodzićj, jakby to do Howorówki list wyprawić?...
Właściciel hotelu, znający się na trudnościach lego rodzaju, nastręczył środek trzeci: wynajęcie posłańca w Odessie. Środek ten przedstawił się jako najpraktyczniejszy. Nietrudno tćż przyszło w mieście, w którem ludzie wynajmują sic do wszystkiego, znaleźć ochotnika na przejechanie się do Howorówki. Kosztowało to. Cóż robić jednak? Koszta poszły na cel nie bez znaczenia tak dla państwa Tadeuszostwa, jakotćż dla panny Emiłii; do przewiezienia był list ważny i ważki, albowiem przypisek pani Róży obejmował ćwiartek osiem papieru pocztowego dużych rozmiarów.
Po wynajęciu i wyprawieniu posłańca, pozostawało na odpowiedź czekać i robić, co się robiło dotąd.
Czynność szła dwoma, że tak powiemy, prądami. Jeden z prądów tych był wyprawo wy i przechodził przez magazyny, przez krawców, przez modniarki, szwaczki, gorseeiarki, przez jubilerów, szewców, białoskórników, szmuklcrzów, per-fumiarzy, fryzycrów, etc., etc., drugim płynęła Julisią w stcrowanćj przez matkę łódce. O tym drugim atoli będzie później; pierwej, ażeby się wstecz w opowiadaniu nie wracać, zakończymy rzecz z listem, na który odpowiedź nie kazała na siebie czekać długo: dwa tygodnie tylko.
Dwa tygodnie: wobec wieczności znaczy to mnićj, aniżeli kropelka w oceanie. Pan Tadeusz, zdaje się, z tego na czas zapatrywał się punktu, albowiem nudził się, ale nic niecierpliwił, na odpowiedź oczekując; gdy zaś nadeszła, posłańca za pośpiech pochwalił i napiwek mu dał.
Odpowiedź ta w zdumienie wszystkich razem i każdego z osobna wprawiła.
Panna Klara, poprzedziwszy rzecz długim, zawierającym wynurzenie uczuć różnych wstępem, donosiła, żc pan Paweł do Odessy wyjechał. Pisała, że do Koszyłówki posyłała i z Koszyłówki wprost wiadomość tę ma; co się zaś przypuszczalnej choroby jego tyczy, o takowej nikt ani słyszał. „Wyjechał — listu jej były słowa—w zdrowiu jak najlepszćm;” nic donosiła jednak, kiedy wyjechał.
-— Kiedy?—z pań jedna zapytała.
— Kiedy?—odparł pan Tadeusz — rzecz prosta: nim list ten — oczami na list panny Klary wskazał —pisany byl...
— To znaczy?—odezwała się pani Róża.
— Tydzień, dziesięć dni temu.
— Powinienby więc już hyc w Odesbic.
— Polowanie na wilki — rzeki pan Tadeusz, odniccbeenia dym z ust puszczając.—Jesień, pora jedyna do próbowania wilczarzy...
— Czyż Pawałck taki myśliwy zagorzały?
— To sic tak mówi tylko... Jak mnie czasu onego polowanie na wilki zabałamuciło, tak jego zabałamucić mogło co innego.
— Cóżby, na przykład?
— Cokolwiek...
— Nie znamy w nim innego, jak w muzyce, w śpiewach zamiłowania—zauważyła pani Róża.
— Może więc trafił się gdzie koncert jaki, albo co... Dowiemy się, jak przyjedzie; teraz wiemy to tylko, że się pokazało, iż... z wielkiej chmury mały deszcz... Żnam ja mego Pawełka, jak kieszenie własne, które—dodał — miserere, śpiewać poczynają, pomimo żem w śpiewach niezamiło-wany...
Wyrazy te ostatnie przeszły poślizgiem, jak również uwagi niczyjej nie zatrzymała na siebie następująca, w liście panny Klary zawarta skarga:
„Ach Boże! com się ja nacierpiała, jakiegom się strachu nabawiła! Przyszedł chłop jakiś stary i krzyczał, niech Pan Bóg broni, i rzucał się, i płakał. O Matko miłosierna! Myślalam, że ze strachu umrę. Dusza była na ramieniu. Mówił, że z dworu nie odejdzie, póki mu żywej albo umarłej wnuczki nic oddadzą. A zkąd że jemu wziąć wnuczkę, co uciekła, czy się gdzieś podziała? Klucznica powiada, że się chyba utopić musiała, bo jej się nie chcialo w piekarni do roboty stawać. O Boże wszechmogący, w jakimże ja strachu byłam! I byłby ten chłop nic ustąpił, gdyby nie ekonom, który go siłą odprowadzić kazał. Ależ krzyczał! Nie słyszałam, odkąd źyję, krzyków takich.”
— Cóż to za wnuczka i co to za chłop?—zapytała pani Róża odnieclicenia.
— N>e wiem—odmruknąl pan Tadeusz.
Na tćm się, co do tego, skończyło. Cierpienia i strachy panny Klary schodziły na plan drugi, a raczej usuwały się całkowicie w cień, wobec wiadomości o wyjeździć pana Pawia do Odessy. Stanowiło to rzecz główną. Nie pozostawało jak na przyjazd jego czekać—na przyjazd, który, jak pan Tadeusz twierdził, nastąpić powinien nie dziś, to jutro.
— Otóż mu kapitułę natrę!— powiadał. — To nic, że się spóźnił, że sic gdzieś zabałamucił... że, zresztą, jak ja ongi, o narzeczonej może zapomniał; ale mam do niego pretensyą głównie za to, żem za marą jego po stepach chersońskich gonił... Jego tam nie było, jam konie zajeżdżał... tfu!... Nie przytrafiło mi się jeszcze, mości dobrodzieju, nic podobnego. Dwa konie od bryczki ochwacone: za powrotem Żydom je będę musiał na woziwodów sprzedać; konia powozowego myszy napadły. Kręciliśmy się po stepach w zygzaki... Tfu!—splunął po raz wtóry.
Tak pan Tadeusz zrzędził, winszując sobie wszakże, że, bądźcobądź, końmi ochwaconemi i koniem z myszami do Odessy żonę, siostrę i siebie dowiózł. Rezultat ten przypisywał metodzie z końca języka, bardzo podobnćj do polityki, kierującej się tak samo. O! gdybyż mężowie polityczni, którzy mądrość całą wysilają na wpatrywanie się w to, co komuś na końcu języka wisi i wedle tego stronnictwa zawiązują, z radami występują, kazania prawią i narodom kierunki wytykają — gdybyż oni rezulatu podobnego powinszować sobie mogli! Chyba to nie nastąpi jednak. Narodu końmi ochwaconemi i przez myszy na-padniętemi do celu w zygzaki dowieść nie można, jak pan Tadeusz dowiózł gromadkę swoje do Odessy. To co innego, a tamto co innego. Obok podobieństw, zachodzą różnice, wzbraniające zbaczania z drogi prostej. Na zbaczania te nie’od dziś podnoszą się skargi i byli tacy, co jedyny przeciwko nim środek zaradczy upatrywali w tćm, że:
„Ciebie anieli niebiescy ostrzegą.”
Czy ostrzegą? Pytanie to pozostawiając ku rozważaniu tym, kogo ono interesować cokolwiek może, zwracam sic do tych, których interesują losy w opowiadanie niniejsze wplecionych osobistości—osobistości prawdziwych, rzeczywistych z życia wprost wziętych, ani w najdrobniejszej części uiczmyślonych.
291 ______
Zmyślania w powieściach jak ognia się wystrzegam. O tem raz nazawsze łaskawych czytelników i łaskawe czytelniczki uprzedzam.
Pani Kóża; na przykład, pomimo żem jćj dawno, dawno nie widział, w oczach mi, niby żywa, stoi. Widzę ją, słyszę, rozumiem. Biedna kobićta! Wykrzyknik ten atoli odnosi się do czasów teraźniejszych, do dnia dzisiejszego — wówczas zaś do kucia biódy ona sobie dopióro, jak kowal do kucia żelaza, miechy nadymała. Albowiem omyliłby się grubo ten, coby pomyślał, źe główna podróży do Odessy racya w wyprawie panny Emilii tkwiła. Gdzież tam!— Racya ta raeyą dla panny Emilii była. Poza nią atoli ukrywała się inna, skupiona całkowicie w sercu matczynem, w próżności, w dumie, niby para w kotle parowym, gotowa ściany miedziane rozsadzić, gdyby upustu nie miała. W odniesieniu do pani Róży rolę kurka upustowego odgrywała edukacya Julisi — edukacya, dla której gotową była na poświęcenia rodzaju wszelakiego.
W Julisi odkrył się talent taki piękny! Pokazało się, że dziecko jest perłą cenną, dyamentem pićrwszćj wody. Skarb taki w Howorówce trzymany, pozostałby nazawsze, jak perła w muszli, na dnie oceanu, jak dyament w głębi ziemi. Potrzeba go było do Ouessy wywieźć—poco? — pani Róża sama nie wiedziała, i ona bowiem — zpowodu zapewne przestawania z mężem—trzymała się metody końca języka. Poco dziecko z Howorówki do Odessy wiozła, o tćm się w Odessie dopiero dowiedzićć miała.
Nic mieszkałaż tam panna Y.?
Panna Y. atoli ufności wielkićj w pani Róży nie wzbudzała, raz dla ekscentryczności owych, z któremi się w Howorówce popisywała, powtó-re—i głównie—dlatego, źe w głowie chłopki wyrazy „prima donna” ulokowała. Wyrazy— pani Róża bowiem ani przypuszczała, ażeby to mogło być co innego. Brala za rzeczywistość tylko odkrycie talentu w dziecku swojem; wyrazy zaś owe uważała za wyrazy na wiatr rzucone. Ztąd przez pół tylko ufała pannie Y., przypuszczając, że, co sic edukacyi tyczy, w Odessie znajdować się musi ktoś kompetentniejszy do udzielania rady i dania wskazówek. Jakoż nie omyliła się. Sama panna Y., we względzie tym, pomocną się jej stała, powiadając, źc Odessa posiada mnóstwo nauczycieli i nauczycielek śpiewu złych, dobrych, lepszych i najlepszych. Za najlepszą podawała siebie.
— Takiej jak ja drugiej niema — mówiła otwarcie.
Na tem jednak przez nią udzielone wskazówki zaczynały się i kończyły. Czy kto czego innego w (klessie naucza, czy się kto czego uczy— o tem pojęcia nie miała najmniejszego. Pani Róża jednak myślała inaczej. Edukacyą wyobrażała sobie, jako kształcenie umysłu i serca, służące za rodzaj grządki dla kwiatu talentu: nie mogła wiec się z panną Y. porozumieć i, zajęta wyprawową sprawą siostrj mężowskiej, kwestyą edukacyjną odłożyła na później. Potrzebowała do niej umysłu swobodniejszego, którego pozbawiało ją ustawiczne z panną Emilią po magazynach i majstrach krzątanie się. Matce i cioci nieodstępnie towarzyszyła Julisią. Jeżeli to na edukacyą dziewczynki nie wpływało, jeżeli to takowej kierunku pewnego nie nadawało, to przyznać należy, iż pedagogowie najmniejszego o wychowaniu dzieci wyobrażenia nie mają. Julisią na równi z matką żywo się strojami ciotki interesowała—a tem nawet żywićj, że się nie obchodziło bez tego, ażeby pani Róża sobie i dziecku czegoś nic sprawiała. Trudnoź-bo się pokusie tego rodzaju oprzeć! Kupcy, jakoteż twórcy i twórczynie strojów i stroików, taką grzeczność, taką ufność okazywali i tak rozumnie radzili! Kiedy się pani Róża wymawiała, powiadali:
— Niech pani ze sposobiości korzysta. Sposobność nie przychodzi na zawołanie. Przy kupnie jednem przychodzi drugie... Z sukni dla osoby słusznej z łatwością wykroi się sukienka dla dziecka i wypadnie darmo prawie.
To „darmo” szczególnie panią Różę pociągało.
Modniarka jakaś powiedziała, źe gust w dziew
czynkach urabia się zapomocą ubrania gustownego.
Ach! jakże zdanie to do przekonania pani Róży trafiało! Brać się ua lep dawała, edukacyjny kierunek w duszy dziewczynki szczepiła i przed mężem chwaliła się „okazyami,” pozwalającemi jćj siebie i dziecko trwale, tanio i gustownie ogarnąć. Tonęła pani Róża, tonęła.
Jeden z nowszych autorów francuskich tom gruby napisał o wpływie na nerwy kobiece szelestu materyj jedwabnych i tkanin wełnianych, widoków barw i blasków, kombinacyj deseni i kształtów. Wpływ ten, według niego, działa tak potężnie, że niekiedy popycha do zbrodni popełnionej w niewiadomości czynu, w obłędzie. Kobieta nie ma siły oprzóe się. W olbrzymich bazarach paryskich, które sztukę pokazywania towarów doprowadziły do stopnia doskonałości najwyższej, panie, prawnuczki rycerzy krzyżowych w linii prostej, kiadną na wyścigi; na dziesięć jedne łapią i ta jedna, dla uniknięcia kom-promitacyi i skandalu, za dziesięć płaci. Doprowadza do tego wychowanie, urabianie tych nerwowych sensacyj, w jakie się właśnie Julisią, w towarzystwie ciotki, a za przewodem kochającej ją nad życie matki, wprawiała. Matka widziała w tćm urabianie gustu; ojciec nie widział nic złego; dziewczynka pełną piersią wchłaniała w siebie edukacyą. a pani Róża o zdobyciu wskazówek edukacyjnych myślała.
Myślała—źleśmy się wyrazili. Pomyślała i zapomniała. Przypomniała zaś sobie dopiero, gdy nadszedł od panny Klary list, w którym opuszczona nauczycielka wyrażała pragnienie oglądania laknajrychlej Julisi najdroższej i utęsknienie za przerwanemi lekcyami, które jej (nauczycielce) rozkosz najwyższą sprawiały. Rozwodziła się przytem nad niezrównanćm uzdolnieniem, nad pojętnością i nad prawdziwie anielską dobrocią dziewczynki.
Pani Róża przyjęła wynurzenia te, jako świadectwo najzupełniej zasłużone, i pomyślała o edukacyi. Możeby z pomyślenia tego nastąpił był rezultat jak i niebawem, gdyby nie wiadomość o rychłym pana Pawia przyjeździe. Pan Paweł, sam muzykalnie i wokalnie wykształcony, wydał się jej najwłaściwszym do wyszukania w Odessie edukacyjnych wskazówek. Rzecz więc tę do czasu przybycia jego odłożyła, licząc na skutek pomyślny tem pewniej, że wyprawa panny Emilii, która już na ukończeniu była, dystrakcyi mu sprawiać nie będzie.
Czekała więc.
Wiemy zgóry, co się z czekania tego zrobić miało. Jak pan Tadeusz marę pana Pawła po stepie gonił, tak taż sama mara przedmiotem czekania była. Możnaż jednak było przewidzieć coś podobnego? Mijały dnie, minął tydzień cały; wszystko, co do wyprawy weselnej należało, spoczywało w pakach, pudłach i pudełkach, do przewiezienia których furę przynająe należało: pan Paweł ani się pokazywał, ani wieści o sobie nie dawał.
— Przyjedzie... tylko co nie widać, jak przyjedzie—powtarzał pan Tadeusz, pewny swego.
Panie mu nie przeczyły.
Ale z chwilą, jak zajęcie gorączkowe ustało, uczuwać się dawała próżnia, znamionująca nudy tćm dotkliwsze, źe i słoty jesienne zawitały. Na ulicach klapanina; w hotelu nic do czynienia. Pani Róża i panna Emilia powynajdowały sobie robótki jakieś; Julisią gawędziła, chimerowala, ubierała się i rozbierała; pan Tadeusz fajkę palił, przez okna wyglądał, lub gazetę czytał, to jest na kanapie się kładł, arkuszem drukowanym oblicze sobie zasłaniał i usypiał. Tak dnie schodziły. Wieczory spędzano na operze, na którą Julisią szła ochoczo, dlatego że wkładano na nią coraz-to inną sukienkę. Pana Tadeusza zrazu to bawiło, następnie do rozpaczliwego pobudzało zićwania.
A pana Pawła jak nie było, tak nic było.
„Oczekiwanie—jak powiadają—godziny ukra-ca.” Nie sprawdzało się to jednak na Howorow-czanach naszych. Godziny wlokły sią dla nich bardzo powolnie.
— A!— zawołał razu pewnego pan Tadeusz, wziąwszy gazetę do ręki.—Wczak to już, jak mi Bóg miły, listopad!... Jakże ten czas prędko leci!
Pani Róża spojrzała na męża wzrokiem nie-zapowiadającym nic dobrego. Zdawało się, jakby ją obraziła jego o szybkości upływania czasu uwaga.
— Leci—odparła—ale mnie nie to dziwi.
— Mnie dziwi to, żem się ani obejrzał, jak dwa miesiące upłynęło. Niby z bicza trząsł.
— Pozwolę sobie, Tadziu, zadać ci pytanie jedno...
— No? — zapytał pan Tadeusz głosem niekoniecznie pewnym.
To „Tadziu” go tknęło.
— Czyś ty przez ten czas pomyślał...
— O czćm, moje życie? Jam, zdaje się, myślą! o wszystkiem.
— W tem wszystkiem jednak jest rzecz jedna najważniejsza...
— Rzecz najważniejsza? —rzekł z zastanowieniem, usiłując takową odgadnąć.
— Nie domyślasz się jaka?
Myślal, ale—ani weź! Radby odgadnąć; poznawszy atoli, źe odgadywanie byłoby pracą o ile mozolną, o tyle daremną, zdecydował się odpowiedzieć:
— Nie.
Pani Róża, obdarzywszy go naprzód tkliwem spojrzeniem, powiedziała:
— Dziecko twoje...
— Hm—chrząknął.—Cóż? Zdaje się, źcja, co się Julisi tyczy...
— Jesteś ojcem dobrym, kochasz ją.
— A no—wtrącił tonem zadowolenia.
— Co innego jednak kochać, ot tak, a kochać rozumnie.
Wielką pani Róża powiedziała prawdę. Prawdę tę pau Tadeusz uznał.
— A więc — ciągnęła — korzystać winniśmy z pobytu w Odessie, ażeby się dowiedzieć przecie, jaki z pięknego, który jćj Pan Bóg udzielił, daru użytek zrobić; chyba—dodała- -że chcesz, ażeby dar ten zmarniał, zaginął, przepadl...
— Ależ ja tego nie chce!—zaprotestował.
— Czemuż się nie ruszysz, nie obejrzysz, nie rozpytasz?
— O co?
— O to, co i jak zrobić, ażeby edukacyą Juli si pokierować odpowiednio do odkrytego w nićj uzdolnienia.
— To jest do śpiewu?—wtrącił.
— Sam to uznajesz, nie zwalaj więc wszystkiego na mnie.
— Jam bo myślal... mnie sie zdawało, żeś już o tem z panną Y. mówiła.
— Co tam panna Y.! Pomówić potrzeba z kimś poważniejszym.
— Z kimże? — zapytał pan Tadeusz tonem, poświadczającym trudność zadania.
— Rozpytaj, dowićdz się. Wszak się pytasz o drogę, gdy jej nie znasz.
Wyrazy ostatnie stały się rodzajem pchnięcia onego, jakie otrzymały planety do krążenia około słońca. Pan Tadeusz krążyć zaczął. Z hotelu pod parasolem wyszedł i na ulicy zapytał siebie:
— Do kogo, u licha, pójdę?
Do hotelu powrócił i do właściciela onego zapukał.
Trafił na człowieka najmniejszego o rzeczach tych niemającego wyobrażenia. Właściciel hotelu, po zrobieniu interesu, o którym wspomnieliśmy powyżój, nie zajmował się czćm innem, jeno hotelem swoim, poza który myślą ani sercem nie wybiegał. Nic mógł więc pana Tadeusza poinformować w kwesty i edukacyjnej, co też wypowiedział z otwartością całą.
— Panie łaskawy, nic o tem nie wiem i nigdy nie wiedziałem.
— Od kogóźby się dowiedzieć można?
— Od kogo? hm? U mnie w hotelu mieszkają studenci, którzy się sami niby-to uczą, ale—ręką machnął.—Tak się uczą, jak plącą. Co z nimi kłopotu, gdy wydzierać przychodzi nędznych kilkanaście rubli!
292
— Przytem to młodzież—rzeki pan Tadeusz— ja zaś pomówiebym chciał z kimś poważnym.
— Z kimś poważnym? Kogóźby tu nastręczyć panu?
— Kogoś takiego, coby sic na glosie znał.
— Na głosie?— zadziwił się właściciel hotelu.
— To jest na śpiewaniu. Dziewczyna moja ma głos... phi! panie.
— A—odezwał się uderzony tem mąż szanowny.— Głos to rzecz piękna: za nią, panie, grubo płacą.
— Eh! nie chodzi mi o to, ażeby jćj płacili. Ja zapłacę, byle się glos ten nie zmarnował.
— Hm, kogóżby nastręczyć panu?—Myślał i po chwili dodał:— U mnie, w hotelu, mieszka trzech nauczycieli, dających lekcye, nie wiem dokładnie, grania czy śpiewu; wiem tylko, źe taraba-nią, rzępolą i wywodzą; ale poczekaj pan dobrodziej, zapytam.
Rzekłszy to, drzwi otworzył, przczedrzwi przywołał numerowego i, gdy ten się na wezwanie stawił, zwrócił się do księgi, następujące zadając mu pytania:
— Numera tych muzykusów?
— Trzydziesty trzeci, piętnasty, szósty—była odpowiedź.
— Trzydziesty trzeci—w księdze poszukał— nazywa się Jarosław Żebraczek. Co on: gra czy śpiewa?
— Skrzypce męczy—odpowiedział numerowy.
— Iw wypłatach zalega, to znaczy, że z niego muzykant lichy. Numer piętnasty—kilka kartek przerzucił.—Jan Sznapski... Co on?
— W trąbę dmucha.
— O tym nic jeszcze powiedzieć nie można. Sprowadził się niedawno; pierwszą ratę zapłacił, ale co będzie z drugą, niewiadomo. Numer szósty, pierwsze piętro, dwa pokoje, nazywa się Stefan Kapusini. Co on?
— Śpiewa.
— Ano, to człowiek porządny, mieszka u mnie rok już drugi i z wypłatą się nigdy nawet nie spóźnił. To przyzwoity człowiek. Niech się pan dobrodziej — dodał, do pana Tadeusza mowę zwracając—do niego uda. Numor szósty.
— Nazywa sic Kapucyni... Włoch. Co?
— Zdaje się. W książce zapisano... rodem— przeczytał—z Homonuy.
— Młody? stary?
— Ni młody ni stary -odrzekł numerowy, na znak przez właściciela dany.—Lat, tak, ze czterdzieści.
— Kiedy on Włoch, jakże ja się z nim rozmówię?
— Mówi po naszemu — odpowiedział numerowy.
{Dalszy ciąg nastąpi.}
iw KiEimm z tahiui ioffimiij, na cmentarzu Perć la Cliaisc w Paryżu, wykończony świćżo ze składek rodaków.
Czytelnicy Tygodnika przypominają sobie, zapewne, że w ostatnich kilku latach i u nas i gdzieindziej gromadzone były ofiary na odnowienie, a raczej wykończenie podniszczonego już wpływem czasu pomnika Hofimanowćj w Paryżu—sami bowiem znaczną ich część na ręce nasze złożyli-	.	, , .
Odnowa ta w roku zeszłym, staraniem ludzi dobrej woli, została dokonaną; nazwaliśmy ją zaś wykończeniem, bo oprócz śpiżowego popiersia znakomitej autorki, cała grupa, wyciosana poprzednio z kamienia i niemal zupełnie zbutwiała, dziś zastąpioną została grupą z bronzu, najdokładniej wedle dawnego wzoru odlaną. Kamień grobowy starannie oczyszczono, napisy odświeżono i boki kamienia, stanowiące fundament, ubezpieczono taflami szklauemi, ułożonemi na cemencie. Zaniechano tylko nakrycia szkleni wierzchu, z obawy aby woda przesiąkająca przez szczeliny pomiędzy taflami szkodliwie na kamień nie oddziaływała.
Szczegóły te czerpiemy z listów, pisanych do jednego z mieszkańców Warszawy przez ś. p. Antoniego Rogińskiego, który z wielką troskliwością, jeszcze na parę tygodni przed śmiercią, re-stauracyą pomnika się zajmował. Należy mu się tćż za to słowo serdecznego uznania. Bez niego i bez pomocy kilku innych jeszcze [osób kto wie, czy bylibyśmy się wykończenia grobowca Hofimanowćj tak rychło doczekali.
Stanął więc pomnik zacnej wychowawczyni kilku pokoleń młodzieży, ubezpieczony na długie już lata od zniszczenia, w postaci takiej, jak go przedstawia załączona rycina, zdjęta wiernie z fotografii, z miejsca nam nadesłanej. Napisy na nim położono takie:
Na kolumnie:
„Klementynie z Tańskich Hofimanowćj, ziomkowie, 1848 r.”
Na płycie kamiennej, na którój leżą książki (z frontu tylko):
„Matki i dzieci, zmówcie za nią Zdrowaś Mą-rya.”
Na kam 'eniu stanowiącym fundament (z przodu i na dwóch bocznych ścianach):
„Pamiątka. Rozrywki. J. Kochanowski. O powinnościach kobiet. Krystyna. Pismo Święte. Pamiętniki.”
„Sacpe miser > oluit patriis occuniLcre terris, Scd frustra: hunc illi fata dedere locum.”
Co znaczy po polsku:
„Choć biedny pragnie często ledz w ojczystej zie-[mi, Lecz darmo: los to miejsce śród obcych mu wska-____________________________	[zał.”
Ici reposent les cendres de Clćmentine Tań-ski-Hoffman, nće a Varsovie le 25 Novembrc 1798, morte a Paris le 21 Scptcmbre 1845, au-teur de nombreux onvrages, da.nl la Pologne est fiere. Mieux encorc que ses ćcrits, sa vie ensei-gnait la vertu. Fcmme picuse, modeste, accom-plie, elle mourut dans l’ćxil, ou l’avaient conduite son patriotisme et son devouement d’epousc.”
„Monument eleve par la reconnaissance de ses compatriotes.”
„Conccssion a perpćtuite.”
Rachunek z funduszów, zebranych na odnowę pomnika, złożony byl w swoim czasie w Kurye-rach warszawskim i codziennym.
ZBisl^ripi-s^fra^eucLi,
nominowani świćźo przez stolicę apostolską.
Biskup-sufragan, to pomocnik, zastępca i następca biskupa dyecczalnego. Dostojnik-to kościoła nieczynny wówczas, gdy biskup, siedzący na stolicy dyecezyi, spełnia swojo wysokie fun-keye, ale w czasie jego nieobecności lub choroby zastępuje go, a gdy choroba się przedłuża i rządcę dyecezyi czyni niezdolnym do pełnienia rządów, zamienia się w koadjutora, to znaczy: nie wchodzi w prawa i przywileje dostojeństwa, ale w jego atrybucye i powinności. Gdy biskup dyecezyi umićra, biskup-sufragan staje się jego prawnym następcą i głównie tćź w tym celu jest nominowanym.
Nominacya datuje z dnia 24 marca r. b., ale śród nowych dostojników kościoła biskup Ilollak przedstawionym i uprawnionym został jeszcze w roku zeszłym. Od niego też rozpoczynamy krótkie nasze wzmianki biograficzne o biskupach-sufraganacb, których obecnie stolica apostolska do wysokich tych godności powołała.
Ksiądz Józef Ilollak, biskup-sufragan sejneński, urodzony na Litwie, ukończył nauki duchowne w Sejnach i w akademii petersburskićj, ze stopniem kandydata teologii. Poświęcił się zawodowi nauczycielskiemu i przez czas długi pracował w Instytucie głuchoniemych i ociemniałych w Warszawie, za rektoratu nieboszczyka ks. Szczygielskiego. Z owych to czasów wyszły napisane przezeń „Nauka religii” i „Słownik mimiczny,”
opracowany wraz z księdzem Jagodzińskim. Wyszedłszy z Instytutu, objął probostwo w Radzyminie, a następnie i u W. W. Świętych w Warszawie. Na wszystkich tych stanowiskach zyskał sobie powszechną cześć, jako kapłan gorliwy, człowiek zacny, miłością bliźniego przejęty, pełen słodyczy i wyrozumienia. W hierarchii kościelnej zajmował jedynie skromną godność kanonika honorowego kapituły sejneńskiej, ale gdy mu stolica apostolska powierzyła obowiązki biskupa sufragana, opinia publiczna powitała tę nominacya z wiclkiem uradowaniem, jako akt sprawiedliwości i najtrafniejszego wyboru.
Zacny ksiądz Hołlak, dobrze znany naszemu miastu, nigdy nie szukał zaszczytów; pełnienie obowiązku ma dlań urok najwyższy. Cichy, skromny, usuwał się w kącik tćj kryjącej się zasługi, która sama dla siebie bywa najlepszą nagrodą; ale wynaleziono go i powołano do piastowania godności, której odpowie tak chlubnie, jak wszystkim obowiązkom życia. Warszawa żegnała go z żalem, że ksiądz biskup nie pozostanie w jćj murach; strony rodzinne zato powitały go z radością.
Ks. Kaśmlrz Baszkiewicz, biskup-sufragan warszawski, urod. w r. 1836, seminaryum ukończył w Sejnach; w r. 1859 zyskał stopień doktora teologii w Collegium romanum w Rzymie. W dyecezyi warszawskiej, w której pracował przeważnie, byl regensem seminaryum, a następnie przełożonym kościoła po-karmalickiego. Jako kaznodzieja słynie z wymowy wzorowej. Z prac literackich godzi się tu wspomnićć artykuły księdza Ruszkiewicza w „Encyklopedyi kościelnej;” jest on także współpracownikiem „Przeglądu katolickiego” i „Kroniki rodzinnej.” Od niedawnego czasu pełni obowiązki administratora parafii św. krzyskiej; jest ofieyalem kapituły i członkiem konsystorza.
Ks. Antoni Baranowski, biskup-sufragan żmujdz-ki, ur. w r. 1834 w gub. kowieńskiej, seminaryum kończył w Worniach, studya zaś wyższe odbywał w akademii duchownej w Petersburgu i pozyskał tam stopień magistra teologii. Przez biskupa Bcreśniewicza powołany został na stanowisko inspektora seminaryum, w którem też pracował jako profesor i katecheta. Z wielkićm zamiłowaniem poświęcał czas wolny studyom nad etnografią i językiem litewskim. Do chwili zaszczytnej nominacyi był wciąż kierownikiem se-minary urn.
Ks. Henryk Kossowski, biskup-sufragan płocki, urodził się w r. 1828. Śzkoły średnie przeszedł we Wrocławiu i w Lesznie, poczem studyował prawo na uniwersytecie w Berlinie. Dopiero w trzydziestym czwartym roku życia wstąpił do seminaryum duchownego w Kamieńcu Podolskim. Po odbytych wyższych studyaeh w akademii duchownej, był profesorem seminaryum w Mińsku, a następnie i na wszechnicy w Dorpacie.
Arcybiskup Feliński powołał go w r. 1863 na stanowisko rektora akaucmii duchownej w Warszawie. Wykładał na nićj egzegezę hebrajską i dowiódł gruntownej wiedzy i krasomówczego talentu. W r. 1871 ks. Kossowski objął zarząd parafii na Lesznie i do chwili zaszczytnej nominacyi obowiązki tc spełniał. W druku wydał kilka cennych prac z zakresu naukowo-religijnego i powszechnie ceniony jest, jako jeden z najuczeń-szych kapłanów.
Ks. Cyryl Lubowldzki, biskup-sufragan łucko-żytomierski, urodził się w r. 1823 na Wołyniu. Nauki średnie i seminaryjne pobierał w Żytomierzu, studya zaś wyższe odbywał w akademii duchownej w Petersburgu, gdzie zyskał stopień doktora teologii. Ciesząc się życzliwością biskupa Borowskiego, przy jego boku obeznał się z zarządem dyecezyi i był mu w nim wielką pomocą. Był profesorem seminaryum, proboszczem Winnickim, kanonikiem i prałatem, a ostatnio dziekanem kapituły.
Ks. Karol Pollner, biskup-sufragan kaliski ur. w r. 1825, seminaryum ukończył we Wrocławiu, poczem zyskał sobie stopień magistra teologii. Działalność jego ogranicza się do dyecezyi ku-jawsko-kaliskićj, jako wybornego administrato
293
ra i wzorowego kapłana. W chwili nominacyi na biskupa-sufragana, ks. Pollner pełnił obowiązki sędziego-surrogata konsystorza kaliskiego; w r. 1877 został kanonikiem, w r. 1880 zaś prałatem. Dyecezyą swoje i jej potrzeby zna wybornie i na nowćm, a zaszczytnem stanowisku może spełniać obowiązki z wielką dla nićj korzyścią.
Ze świata obcego.
Wielki tydzień w Sewilli.—Wystawa w Turynie. — John Ruskin o sztuce angielskiej —Stuletni jubileusz komedyi Beaumarcliais’cgo: Hariage ilu Figaro.
Uroczystości Wielkiego tj godnia były tego roku w Sewilli niezwykle świetne, dzięki obecności calćj prawie rodziny królewskiej. Jest-to jedyne w świecie widowisko, z którem nawet Wielki tydzień w Rzymie nic może iść w porównanie. Jeżeli w stolicy świata katolickiego obecność ojca ś-go nadaje im znaczenie religijne pierwszorzędne, to w Sewilli zato posiadają one cechę średniowieczną i artystyczną, podbijającą najbardziej wybujałą fantazyą. Kto się oprzeć potrafi potędze tego widowiska i zachowa zimny sąd krytyczny, posiadać może wiele zalet, ale mu brakuje zmysłu dla plastycznego piękna.
Znamienną cechą uroczystości sewilskich są procesye niezliczonych cofradias, stowarzyszeń, które stanowiły rdzeń feodaluego organizmu Hiszpanii, a które aż do obecnej chwili, postradawszy przywileje, zachowały swój ustrój korporacyjny, swoje relikwie, obrzędy, ceremonie i przedewszystkićm swoje nieoszacuwanc skarby. Kon-frerye i cechy sewilskie przez cały ciąg wielkiego tygodnia wychodzą z procesyami. Jest-to jedno nieprzerwane widowisko, które trwa dzień i noc. Gdy jedna procesya się kończy, druga się rozpoczyna; jedna korporacya stara się przewyższyć drugą swoim blaskiem i wystawą. Dawniej, w śn dnich wiekach, członkowie tych cofradias biczowali się publicznie i istniały pod tym względem nader szczegółowe przepisy; dopiero w drugiej połowie zeszłego stulecia prawo zabroniło tych katuszy, które przypominały jaskrawo straszną epokę świętej inkwizycyi. Obecnie procesye ograniczają się do publicznego obnoszenia Pasos de la Pasion. Są-to stacye męki Chrystuso-wćj, grupy naturalnej wielkości, wykonane bądź ze złoconego drzewa, bądź z terracoty, bądź z marmuru, bądź nawet z drogich kruszców. Większa część tych Pasos datuje ze złotej epoui rozkwitu sztuki hiszpańskiej i największe imiona rzeźbiarzy iberyjskich, pomiędzy którymi dość będzie wspomnieć Montaneza, Roldanów, Hcrnandeza, wykonali wjekszą część tych grup, noszących na sobie wszystkie cechy wiary żywej, naiwnej, i sztuki, która będąc jej wyrazem, wzniosła się odrazu do istotnych wyżyn religijnego natchnienia.
Te Pasos są przez cały rok rozebrane i starannie zachowane w skarbcach. W Wielkim tygodniu ustrojone, przybrane w złote dalmatyki, w purpurowe makaty, we wszystko co tylko świeci, błyszczy i gra barwami, noszone są na ramionach kilku, a często kilkudziesięciu członków stowarzyszenia. Te imponujące masy, rodzaj nieruchomych a żywych obrazów, wznoszą się ponad tłumy. Naokoło nich kroczą członkowie, confrados. zakapturzeni w białe, fioletowe i czarne opończe, ze świecami, latarniami i pochodniami, poprzedzeni chorągwiami, wojskiem, dygnitarzami stowarzyszeń i duchowieństwem. Łuna świateł bije naokół, baldacbiny niesłychanej wspaniałości unoszą się nad posągami i grupami, makaty spłj wają z nich aż do ziemi- Żałobne śpiewy i orkiestry niezliczone otaczają te nadziemskie widziadła atmosferą mistycyzmu. Zbytecznćm jest dodawać, że wszystkie te posągi są odziane, że hiszpańskim zwyczajem Madonna ma perukę o spływających włosach, że trzyma haftowaną chusteczkę w ręku, że suknia jćj z najdroższych koronek, płaszcz haftowany zlotem,
usiany drogiemi kamieniami, a korona kilkopię-trowa, błyszcząca na jćj głowie, warta jest miliony. Widok jedyny w świecie.
Gdy w noc wielko-piątkową, wszystkie te confrados i wszystkie pasos wsuwają się jedne po drugich do sewilskiej katedry, do tego kolosu o czterech nieprzejrzanych nawach, i gdy przeciągają przez jej czarne, tajemnicze glebie, zro-zumićć można, że ceremonia ta wywiera na widzach potężne wrażenie i że ściąga ogromną liczbę uczestników. Wśród coraz większego zrównoważenia, ujednostajniania społeczeństw dzisiejszych, Hiszpania sama jedna prawie przedstawia nam obraz średniowiecznego świata, nietylko z jego religijnym, ale i artystycznym ideałem.
Całkiem nowoczesną zato scenę przedstawiła w tych dniach stolica Sardynii, gniazdo tćj dy-nastyi, którćj szczęśliwa gwiazda doprowadziła Wiochy do jedności i potęgi. W Turynie otwarta została wystawa, która, chociaż wyłącznic włoska, ma prawo zwrócić na siebie uwagę całego ucywilizowanego świata. Po raz pierwszy od swego organicznego zlania się w jedne całość, Włochy swobodne, wzbogacone wzajemną wymianą płodów naturalnych i przerabianych, stają wobec świata z owocem swej ekonomicznej działalności, pokazują do czego są zdolne, czego już Pokazały i czego od nich spodziewać się można w przyszłości. Jest-to rodzaj egzaminu dojrzałości, który składają; nie dziwota tćż, że Włosi oczekiwali tćj wystawy z niecierpliwością i żc wobec nadspodziewanego rezultatu, jaki osiągnęli, z zasłużoną dumą spoglądają wokół.
Wystawa, która w przeciągu 'całego lata będzie the great. attraction turystów i która już teraz do poważnego, pięknego, o prostych i szerokich ulicach Turynu sprowadza tłumy, położona jest wśród powabnego ogrodu, nad brzegiem Po. O wartości wystawy pomówić będzie można później dopiero, gdy całkowicie zostanie uorgani-zowaną; ale obecnie już można oddać sprawiedliwość jej urządzeniu, jej gmachom, budowlom, ich dekoracyi: najmniejszego zarzutu nićma do zrobienia calćj tej stronie zewnętrznej. Kolumnada przezroczysta, przez którą wchodzi się na wystawę, już sama jedna dobrze dla nićj usposabia. Portyki, kolumny, luki, sklepienia, rotundy, kioski- -wszystko nosi cechę artystyczną, a malowidła al frcsco nie są bynajmniej dziełem rzemieśl-niezćm. Przepyszna sala koncertowa, długie i przestrone galerye, balon trzymany na uwięzi, wspaniale aleje drzew, o łączących się w górze zielonych sklepieniach, a naokół powabny krajobraz wzgórz, po których wije się teraz wstęga kolei prowadzącej do Superge, tego mauzoleum sabaudzkiej dynastyi: oto więcćj niż potrzeba warunków, ażeby z wystawy turyńsk:ćj zrobić miejsce roskoszne i interesujące zarazem.
Ale najciekawszą stroną tego widowiska będzie bczwątpienia ta osada średniowieczna, o którćj już zawczasu opowiadano cuda. Rzeczywistość przewyższyła oczekiwania. Jest-to popro-stu wywołanie różczką czarnoksięzką przeszłości historycznej z grobu. Nad brzegiem rzeki zbudowano zamek średniowieczny, w czystym stylu gotyckim XII wieku, o murach z cegły i kamienia, otoczony walami, parowami, palisadami, najeżony kolcami i opatrzony mostem zwodzonym. Okna kończaste zakratowane, a armaty połyskują na murach i bastyonach. Urządzeniewewnętrz-ne, zacząwszy od wspaniałej zbrojowni, aż do kuchni o wielkićm ognisku i przyrządach spiżar-nianych owych czasów, jest żywcem odtworzone. Naokoło zamku ciągnie sie ulica i plac, a stragany i sklepy, oberże, gospody, epoce jego odpowiadają. Wszędzie służba i sprzedawcy odziani w barwne szaty ówczesne, wszędzie sprzęty i zastawa, rzeczy i ludzie średniowieczni. Jest to sen na jawie i łatwo sobie wyobrazić powodzenie, jakie ta archeologiczna rozrywka znajduje.
Tych kilku wskazówek wystarczy do pokazania czytelnikowi, że włoscy organizatorowie wystawy nie szczędzili zachodów kosztów, aby stworzyć coś całkiem nowego. Szereg uczt i przy
jęć, jaki się już rozpoczął, pokazuje, że w tych powabnych ramach nie będzie brakowało życia.
Wystawy czysto artystyczne otwierają się w tych dniach w Paryżu i Londynie. W tćj ostatniej stolicy życie artystyczne coraz jest żwawsze i manifestacye jego zasługują na uwagę. Istnieje tam rodzaj Odrodzenia. Walka, jaka się toczyła pomiędzy klasyczną szkolą akademicką, a nowemi, rewolucyjnemi dążeniami nowej szkoły, przeszła już swą pierwszą fazę zatargów, nienawiści i ekscentrycznego posuwania do krańców zasad twórczości artystycznej, obecnie zaś jesteśmy świadkami dążeń eklektycznych pomiędzy przedstawicielami dwóch kierunków: akademia i Grosvenor Gallery oddają sobie ręce.
W chwili gdy się to zjednoczenie przygotowuje w imieniu syntezy plastycznego piękna, stary John Ruskin wydaje nowe dzieło pod tytułem: Art of England. Jest-to zbiór jego odczytów, mianych w uniwersytecie oksfordzkim. Stanu wieko tego estetyka nie jest już dzisiaj takie, jak przed ćwiercią wieku, gdy był dyktatorem sztuki, gdy najmniejsza jego wskazówka stawała się wyrocznią, a publiczność każdy sąd ślepo przyjmowała. Nic przesadzając bynajmniej, można powiedzićć że Ruskin wychował angielskie społeczeństwo pod względem artystycznym. Jego zapal, entuzyazm, jego cześć dla piękna rozbudziły drzćmiące siły narodowe, a jego wymowa porywająca, nawet jego wyłączności i uprzedzenia zrobiły pod tym względem więcej może, aniżeli istotna jego gruntowna znajomość przedmiotu. Nie było ani przed nim, ani długi czas obok niego żadnego teoretyka sztuki, nie można się więc dziwić, że stał się wielkim bonzą estetj ki. Kto wić nawet, czy to wszechwładztwo jednego umysłu, które jest bezprzykładnćm w innych krajach, nie byłoby nadało sztuce angielskiej nadzwyczajnej jednolitości, gdyby ten dyktator wciągu długiego swego żywota nie był zmieniał po kilka razy swoich zapatrywań i swego artystycznego credo. On sam porównywał swoje fazy rozwojowe do coraz nowych liści na ciągle tem samćm drzewie. Ruskin jest samouczkiem, oryginalnym myślicielem, który wytworzył sobie pewne prawidła estetyki, ale nie mógł mieć słuszności, gdy stawiał w krótkim przeciągu czasu dwie wręcz sobie przeciwne zasady.
Obecnie, po czterdziestoletniem dzierżeniu krytycznego berła, oddawszy sztuce narodowej an-gielskićj niesłychane usługi, Ruskin, dawniej król samowładny, doczekał się chwili, gdy teorye jego są obalane i gdy na prawo i lewo artyści bunt podnoszą przeciw jego dogmatyzmowi. Można przypuszczać, że Art of Eagland będzie jego testamentem, jako pisarza. Pokazuje się tam wiernym teoryom swej młodości. Jest zawsze wysoce religijnym i narodowym, zawsze nawskróś przejętym wysoką i czystą doktryną moralności, jest zawsze przekonanym, że artysta powinien zostawać w bezpośrednim związku z naturą. Jego teorya o naśladowaniu natury wywołała i teraz żywą protestacyą ze strony artystów. Zarzucają mu, że jego cześć dla piękna przyrody sprowadza go do roli moralisty, oddalając ou zaduma artysty, który dąży nieustannie do stworzenia sam przez się czegoś piękniejszego, bardziej harmonijnego, który przeciwstawia swój ideał sztuki ideałowi natury. Ruskin, powstający tak fanatycznie przeciw szkole holcnderskićj i jćj prozaicznemu nastrojowi, nie zauważył, że i ou stał się także ojcem naturalizmu w sztuce. Jeżeli stawia dwóch artystów angielskich spólczesuych: Holmana Ilunt i Dantego Gabriela Rosetti, na jednym poziomie, chociaż pićrwszy jest tylko ge-nialnym fotografem, a drugi promienistym poetą, idącym za głosem swego natchnienia i posługującym się jedynie naturą, jako miękkim materya-lem; jeżeli przeważa nawet szalę na stronę pierwszego, to można być pewnym, że dzisiaj już publiczność angielska nie stanie po jego stronie i że cały zastęp artystów i krytyków, wziąwszy pod mikroskop każde zdanie ostatniego dzieła Ruskina, zaprotestuje przeciw jego teoryom. Zagorzały idealista, Ruskin, u schyłku swego żywota, znajduje się wystawionym na ciosy nowej
szkoły, z którą nie zostajc już w duchowym związku: jest to wypadek, którego przed dziesiątkiem lat przewidzieć było niepodobna, nowe zastosowanie bajki o kurze, co wylęgła kaczęta i razem z niemi na wodę iść nie mogła.
Jeżeli walka w dziedzinie sztuki plastycznej jest jeszcze pełną ognia i zapału, to w dziedzinie piśmienniczej prąd analizy zdaje się wytrzebił dawniejszy entuzyazm dla znakomitszych utworów pióra. Dalecy jesteśmy dzisiaj od gorączki, jaką zagrzani byli ojcowie nasi w epoce sporu romantyzmu z klasycyzmem, a dalszymi jeszcze od szalu, z jakim przed stu laty społeczeństwoXVIII wieku, nawskróś przejęte humanitaryzmem, rzucało się do wszystkich manifestacyj, noszących na sobie cechę nowych idej i postępu. Wspomnienie to jednak nasuwa się nam zpowodu stuletniego jubileuszu, jaki obchodziła w tych dniach Coniedie francaise w Paryżu, jubileuszu Mariage de Figaro, najgenialniejszej sztuki, jaką spłodził wiek osiemnasty. Wiemy z pamiętników ówczesnych, że przed stu laty, aby uczestniczyć na pierwezćm przedstawieniu komedyi Beaumar-chais’go, markizy i księżniczki od samego rana stały przed teatrem, chcąc dostać miejsce, że księżniczki krwi wcisnęły się do lóż aktorek za kulisy, aby zapewnić sobie jaki taki kącik, że byli ludzie, co się pokryjomu na dwadzieścia cztćry godzin pićrwćj wsunęli pod ławki i czekali spokojnie na podniesienie zasłony, źe ścisk był taki, iż pięć osób zostało zaduszonych. Oto zapał, który się nam bajecznym wydaje, wobec dzisiejszej naszej flegmy. Ale bo też wiek XVIII czuł w sobie tchnienie emancypującego się społeczeństwa, czul że się przygotowuje tytaniczna walka, źe duch nowy wionął po świecie, i wszędzie szukał słów owych proroczych. Bcaumarcbais, ten umysł rewolucyjny, to uosobienie nieokiełznanej fantazyi, ten krytyk nieprzejednany wszystkich nadużyć, wszystkich przywilejów, obalający Bas-tylią jedynie silą swego sarkazmu i skrzącego dowcipu na kilka lat przedtćm, nim ją obalił tłum tysiącogłowy, Beaumarchais był dla pra dziadów naszych rodzajem olbrzyma, bohatćra, potęgi. Obecnie podziwiamy werwę, humor, dowcip rozlane u niego pełną ręką, ale większa część typów przedstawionych w Małżeństwie Figara, tak samo jak rdzeń wypowiedzianych tam doktryn, przestały być dla nas nowemi: przyswoiliśmy je sobie oddawna. Byłoby jednak niewdzięcznością zapomnićć o wielkim pisarzu, co stworzył to niespożyte arcydzieło. Gdy Coąuelin złożył mu hołd na scenie Komedyi francuskiej, gdy u stóp jego posągu purpura królewska pro-micuiaławśród laurowych gałęzi, uważać to należy za solidarność dawniejszych pokoleń z nowemi i stwierdzenie nowych dróg, jakiemi kroczy stara ludzkość do osiągnięcia lepszego jutra.
Toporczyk.
i
0 pismach Zygmunta Krasińskiego.
Skrćślił
Folioyaa Sutpo.
(Dalszy ciąg.J
Całe życie Henryka, to sprzeniewierzenie się posłannictwu swojemu, marnowanie danych talentów. Więc w chwili ostatniój, stojącemu nad skrajem grobu, żalu i pokuty nie daje Pan i żegna on ten świat sykiem rozpaczy: „Człowiekiem być niewarte—aniołem niewarto. Pierwszy z archaniołów po kilku wiekach, tak jak my po kilku latach bytu, uczuł nudę w sercu swojćm i zapragnął potężniejszych sił. Trza być Bogiem, albo nicością.’1 Nic wiec dodatniego w charakterze człowieka tego. Bez odrobiny sympatyi maluje Zygmunt tę osobistość świetną, lecz bez wartości moralnej. Tak samo odmalowani są stojący pod wodzą Henryka hrabiowie, książęta, panowie, plemię skarlałe wielkich ojców. Jeżeli się nawet korzą przed
----- 294 ----------
ołtarzem, jeżeli wierzą w Boga, to ze strachu nędznego, bo wiary w ich sercu niema, jak nić-ma miłości żadnej i cnoty żadnej. Krasiński więc nie staje w obronie szlachty, uie mówi, źe nie zasłużyła na los swój. 1 owszem, wnuk ten dygnitarzy ze smutkiem nazywa po imieniu wszystkie występki kasty swojćj. Ale Zygmunt wierzy, że jak z wielkich ojców narodziło się to plemię karłów, tak z tychże karłów znowu się zrodzić może pokolenie szlachetne, bo: „spiritus flat, ubi vult.” Więc dla tych przyszłych pokoleń szlachetnych wzdryga się na wyrok zagłady tych znikczemnia-łych. Prawa sądu i zaguby nie chce przyznać Pankracemu, nim zaś samym brzydzi się, jak ideą zemsty, którą reprezentują tłumy mu podwładne.
Ale wróćmy jeszcze na chwilę do Henryka. Ciche szczęście posyła Pan na drogę człowieka tego, i właśnie poznajemy go, gdy na kobiercu przysięga miłość dozgonną Maryi. Umysł kobiety tej nie jest świetny, nie jest może potężny; ale ta cicha i wytrwała pracownica, całą potęgą uczucia największego, jakie tylko można znaleźć na ziemi, kocha Henryka. A Henryk?... odpycha od siebie Maryą, porzuca narodzone dziecię, by iść za głosem syrenim w szaty lśniące przybranej poczwary. Naturalność, prostota wstrętne są człowiekowi temu, ceniącemu blichtry efektowne i kłamliwe. Marya stratą zmysłów przypłaca opuszczenie; ale ta święta kochać nic przestaje zdrajcy i siebie wini, że nie mogła zdążyć za orlim polotem Henryka. Błogosławiąc nowoochrzczo-ne dziecię, mówi: „Błogosławię cię, Orciu, błogosławię, dziecię moje. Bądź poetą, aby cię ojciec kochał i nic odrzucił kiedyś.”
Szaty ułudne opadają ze zwodzicielki Henryka; poznaje, że dal się omamić. Ale jeszcze i teraz pozuje przed Bogiem i wlasnem sumieniem, chce grać rolę ofiary, więc mówi: „Boże, czy Ty mię za to potępisz, żem uwierzył, iż Twoja piękność przenosi o całe niebo piękność tćj ziemi, za to żem ścigał za nią i męczył się dla niej.”
Po powrocie Henryk znajduje żonę w szpitalu obłąkanych. Umiera ona na ręku męża, a ostatnie jćj słowa musiały zabrzmieć w uszach jego jak straszny wyrzut, choć to były tylko słowa bezgranicznej miłości: „Dobrze mi, bo umieram przy tobie.”
Sumienie tedy Henryka obciążone jest zatrutą dolą, złamanem szczęściem i śmiercią Maryi. Zo-staje mu dziecię. Orcio wzrasta, pięknieje, ale dziwnie to słabe i nerwowe dziecię: „Co znaczą twoje błękitne oczy, pochylone choć żywe, pełne wspomnień, choć ledwo kilka wiosen przeszło ci nad głową?” Dziwna-bo i piękność dziecięcia tego: „Nie ową ona świeżością dzieciństwa, mleczną i poziomkową, ale pięknością dziwnych, niepojętych myśli, które chyba z innego świata płyną ku tobie.” Orcio po ojcu odziedziczył talent poetyczny, ale serce wziął po matce. Organizm jego tak jest słaby, iż rzeczywiście, jak się wyraża Henryk o nim, „jest cieniem przelatującego anioła.” Misya jego dziwnie ciężka, gdyż w swojem jasnowidzeniu ojcu własnemu wypowiada straszne beznadziejne wyroki nieba. Henryk kocha Orcia, lecz kocha w nim siebie samego, swój geniusz i swój talent poetyczny. Kąkol dumy bezpodzieluie zarasta serce jego. Gdy lekarze mówią mu, iż ślepota Orcia jest nie do uleczenia, wtedy Henryk pada wprawdzie na kolana, lecz poto tylko, by wygłosić bluźnierstwo: „Przed kim ukląkłem? gdzie mam się upomnieć o krzywdę mojego dziecka? Milczmy raczej. Bóg się z modlitw, szatan z przekleństw śmieje.”
Tyle o Henryku, a teraz poznajmy przeciwnika jego, Pankracego, wodza stronnictwa wołającego: „chlcba!”
Jak go nam odmalował Krasiński, jest-to osobistość o potężnym rozumie i przenikliwości. Zna lud, umie podniecać namiętności jego, schlebiać im. Przywdziewa na siebie maskę zapału, entu-zyazmu dla idei, a w rzeczy samej zimny to egoista, który ludzi, idee uważa za stopnie, prowadzące na wyżyny. Ludu Pankracy nie kocha, jego nędze, jego bóle, jego krzywdy są mu obojętne. Pankracy w początku zawodu swojego
w „Niedokończonym poemacie,” przychodzi sprzedawać kupcom czarę pełną krwi cierpiących i uznojonych, którzy uwierzyli weń. Dlatego Ałigier obrzuca go wyrzutami i zdziera maskę z niego:
„Pankracy! Pankracy! Ty, co za podstawę przyszłćj budowy kamieniem węgielnym stawiasz mężobójstwo! ty, co zawiścią zdjęty, starasz się ją zamienić w prawo wiekuiste postępu i nada-jesz nikczemnym chuciom piersi własnej imię konieczności; ty, co ranić umiesz i jad w rany zadane zapuszczać, gdy spotkasz dziecko, niemowlę lub niewiastę, lub młodzieńca wiosennej tkliwości—lecz nie potrafisz rozmówić się ani z Bogiem modlitwą, ani z mężem mądrością, ani ze sobą nawet samym wiarą i przekonaniem. Ty chciwy władzy, ty człowieku możny zmysłami i namiętnością i siłą jakąś okropną utajoną w tobie.”— Ten potwór Pankracy prowadzi tłumy oszukane na mord i jest bożyszczem tłumu tego: „Ich wściekłość, ich kochanie, władca ich dusz i ich zapału.”
Niekiedy rzuca tłumom hasła piękne i piękne obietnice, jak mocarz garście zdawkowej monety; a w głębi duszy sam się śmieje z tych haseł i z tych obietnic. Pankracy nie skraj-ny-to demagog, lecz skrajny szyderca, oszust i egoista, bez krzty wiary w cobądź lub kogo-bądź, prócz gwiazdy swojej: „Bóg twój mara,” (mówi do Henryka). Takim ludziom Stwórca zwierza nie dzieło odrodzenia, lecz dzieło zniszczenia; takich obiera na bicze gniewu Swojego. Poza nim stoi sfanatyzowany, płytkiego rozumu, lecz szczerej wiary Leonard, jego ręka prawa. A dalćj motlocb, zwierzę dzikie, spuszczone z kagańca, rozbestwione krwią, śród orgij wstrętnych i szalonych zdwajający ten szał i gaszący ostatnią iskierkę rozumu i instynktu ludzkiego.
W przededniu ostatniego szturmu do okopów S-tej Trójcy, gdzie Henryk dowodzi resztkami szlachty, Pankracy chcc widzieć się z Henrykiem. Pewien on, źe zdobędzie warownię S-tćj Trójcy, ale chodzi mu o to, by człowiek taki jak Henryk, dla którego odwagi i talentów czuje mimowolny szacunek, uznał jego wyższość. Tylu słabych, tylu nikczemnych czołgało się u nóg jego, i to go już przesyciło. Teraz chce hołdu od potężnego umysłem, od tego, którego stawia narówni z sobą i mówi do niego: „dwa orły z nas.” Takie zachcenie, taki kaprys tyrana jest bardzo konsekwentny i w dziejach można odnaleźć tysiące podobnych przykładów. Hannibal z uznaniem jest dla Scypiona, Attyla dla Aecyusza, Pryskus dla Bojana awarskiego. Każdy z nich we wrogu uznawał równego sobie orła i zwyciężenie go uważał za chlubę wyższą nad rozgrom tysiąców. Zwycięztwa pewien Pankracy, bo on, zimny pan słowa, ma się spotkać z poetą, a cóż łatwiejszego, jak w pole wyprowadzić poetę? Jednych się rozczula, drugich olśniewa i łechce ich próżność. Nie wie Pankracy, z jakiego autoramentu Henryk, to tćż z niepospolitą przebiegłością dyplomaty lawiruje, odzywa się z każdego tonu, naprzemian udaje zapał trybuna ludu, rycerza idei i tem kołacze do serca Henryka: „Jeśli umićsz sięgać w nieskończoność, jeśli kochasz prawdę i szukałeś jej szczerze, jeśliś człowiekiem na wzór ludzkości, nie na podobieństwo mamczynych piosneczek, słuchaj, nie odrzucaj tćj chwili zbawienia. Krwi, którą obaj wylcjem dzisiaj, jutro śladu nie będzie. Ostatni raz ci mówię: jeżeliś tem, czem wydawałeś się niegdyś, wstań, porzuć dom Ewój i chodź za mną.” Ale nikt mnićj od Henryka nie pragnął iść za kim, on, co uczuwa! dziwną rozkosz nawet z łoża śmierci rozkazywać drugim. Więc za piękny frazes odpłaca równie dźwięcznym, a równie kłamliwym.
Rozchodzą się tedy nie pojednani, lecz bardzićj zwaśnieni. Nim zawrzał bój ostatni, jeszcze Henryk musial wypić kielich najbardzićj może gorzki z tych, jakie mu podawało życie. Orcio w jasnowidzeniu wprowadza go w podziemia, gdzie butwialy kości ofiar przemocy przodków jego. Tu duchy owych ofiar zasiadają na sąd.
(Chór głosów.)
„Siłą nam daną, za męki nasze, my niegdyś
przykuci, smagani, dręczeni, żelazem rwani, trucizną pojeni, przywaleni cegłami i żwirem, dręczmy i sądźmy, i potępiajmy, a kary szatan się podejmie.”
I staje przed tym trybunem kto? pyta Henryk, a Orcio z przerażeniem odpowiada: „To drugi ty jesteś, cały blady, spętany; oni teraz meczą ciebie, słyszę jęki twoje.”
(Pada na kolana.)
„Przebacz mi, ojcze! matka pośród nocy przyszła i kazała...” a cbór głosów wygłasza nad głową Henryka ponurą, groźną klątwę:
„Za to, żeś nic nie kochał, nic nie czcił, prócz siebie i myśli swych—potepion jesteś — potepion na wieki!”
(Dalszy ciąg nastąpi,)
----- 295 
pod względem powietrza i zieleni, ale zato drożyzna okropna, wiktuały liche, nudy straszne, bo prócz drobnych spekulantów, ciągnących skórę z gości, nikt naprawdę nie myśli o tem, aby te miejsca odpowiednio dla nich urządzić, uprzyjemnić. A przecież mógłby liczyć na grube zyski ktoś, coby się odważył, choćby dajmy na to w Grodzisku, założyć wielki ogród spacerowy, przybrać go w altanki, zastawić ławkami, wznieść w nim budynki na restauracją i mleczarnię, na jaki taki teatrzyk — jednem słowem zrobić tam prawdziwą miejscowość spacerową, ponętną, milą, wygodną, a zaopatrzoną we wszystko, co chwilowemu, jednodniowemu gościowi przyje-mnem i uiezbędnem być może—coś nakształt dawnej Kaskady, lub ogrodu Ohma.
Warszawa potrzebuje bardzo czegoś podobnego. Dusi się ona i ksztusi w murach swoich, a gdy je rzuci, błąka się po podmiejskich drogach, trwożna, czy ją kto kijem z nich nie spędzi za to, że mu w szkodę lezie. Nasi „poczciwi wieśniacy” nie lubią tćj bląkaniny; patrzą z pogardą ua spotniałych, a często i wygłodniałych Warszawiaków, ufających żc na wsi łatwo przynajmniej o mleko i... brykałę. Ba!... i to przed nimi chowają skrzętnie, lub oddają im tak drogo, że te wiejskie fabrykaty każą żałować miejskich lodów i frykasów.
Może przyjedzie jakiś Niemiec albo Francuz i założy nam „Frater,” lub coś podobnego. Ci panowie są bardzo zmyślni i wietrzą na wszyst-kie strony, gdzie się da zarobić. Poczekajmy....
Wciągu ubiegłego tygodnia mieliśmy aż trzy odczyty; pan Nnsbaum czytał rzecz z fizyologii o wrażeniach i pojęciach; pan Małkowski wygłosił studyum o pauperyźmie; pan Edward Grabowski o kobiecie w dawnych, rycerskich czasach. Prelekcye pierwszego zyskały sobie szczćry poklask znawców, jako traktowane ze stanowiska prawdziwie naukowego. Drugi i trzeci trafili na zarzuty krytyki, ale... my tu ich powtarzać nie będziemy, nie chcąc w tej króciutkiej wzmiauce wdawać się w sądy o pracy prelegentów, którzy odnośnie do przedmiotów traktowanych cieszą się zasłużoną opinią specyalistów.
Mieliśmy także i koncert; dał go pan Zygmunt Noskowski, kierownik Towarzystwa muzycznego, mimo niepowodzeń na tem stanowisku, wielce utalentowany, wykształcony i poważny muzyk. Program tego koncertu był ogólnie, że się tak wyrazimy, popularny, więc dla naszej szćrszćj publiczności dostępny, z wyjątkiem chyba kwartetu, dzieła wymagającego słiichacza-znawcy. A przecież mimo to publiczność wielce muzykalna, jak się to o niej zwykle głosi, pozwoliła większej połowie sali stać pustką.
Jest to zwykły dosyć objaw naszej przesławio-nej muzykalności. Na szczęście pan Noskowski martwić się tem nie ma powodu; spotykało to niegdyś i Moniuszkę, u szczytu jego kompozytorskiej karyery. Twórca „Halki” tak się do tego przyzwyczaił, że pod koniec życia wcale już koncertów własnych nie urządzał... Za jego przykładem poszli i inni artyści, którzy dla swoich zamilkli. Zato niech się zjawi jaka „gwiazda,” co zapłonęła ua firmamencie Francyi lub Niemiec, a będziemy umieli przepłacać bilety i tłoczyć się, jak na jarmarku. Pewne kółko „poważnych” krytyków w nieboglosy z uwielbienia krzyczeć będzie i reklamować zapowiedziane „pojawienie się” na miesiąc przedtem, aby potćm płakać krwawemi łzami nad obojętnością publiki dla artystów własnych.
Z naszą muzykalnością dzieje się zupełnie to samo, co z naszemi... wieprzkami. Spoglądamy na nie z pogardą, gdy wesoło hasają po okólnikach, ale niech no wyjadą za granicę i, dzięki do wcipowi Niemców, wrócą w postaci diisseldorf-skicli szynek, a wnet je przepłacamy tak, że rzeżnicy westfalscy na naszym własnym przychówku zarabiają po 70 procent!... Co to znaczy firma zagraniczna, nawet na wieprzowince! To ją zaraz uszlachetnia. To tćż diisscldorfscy rze-źniey powiadają sobie tak: „Cóż to, alboż my potrzebujemy swoje szynki oddawać w komis pośrednikom polskim? Jeszcze czego!... Ci gamo-
Kronika tygodniowa.
Wiosna zwyciężyła. — Brak miejscowości przechadzkowych.—Wielki ogród spacerowy w Grodzisku. — Trzy odczyty.—Koncerty p. Z. Noskowskiego.—Zwykły objaw naszej „muzykalności.** — Nasze wieprzki i szynki westfalskie.—Clo od caeck. — „Energiczni.*‘—Andriolli i jego powodzenie na obczyźnie - Circulus vitiósus. — Ś. p Edward Sulicki.
Zdaje się, że już wiosna odniosła stanowcze zwycięztwo nad resztkami zimy; słońce świeci w całym blasku, darząc nas ciepłem majowem; zieleń pokrjwa szybko drzewa, stęsknione do pogody, a Judzie witają to wszystko tak radośnie, że już ua ulicach naszego miasta literalnie wieczorami tłoczyć się trzeba! Maluczko, a ujrzymy wznoszące sic rusztowania w najpiękniejszych do przechadzki miejscach, boć to pora poczynających się robót mularskich. Zacznie nam się lada chwila sypać w oczy pył ze skrobanych starannie' murów, no, i kurz z „troskliwie” polewanych ulic, a poprawki brukarskie, roboty asfaltowe, reparacye trotuarów i rynsztoków zatrują nam piękną wiosnę i lato. Tak przecież bywa w Warszawie corok.
Wmiarę, jak miasto rośnie, przechadzkowych miejsc mamy coraz mniej. Modny niegdyś ogród na Czystcm stał się zwykłą knajpą pod gołćm niebem; śliczny ogród Ohma tylko wspomnienia po sobie zostawił; Marymont i Kaskada należą do przeszłości. Mokotów tak bywa zaludniony i... uperfumowany przez „letników,” że przestał ku sobie pociągać. Mamy zato Marcelin... słony i wykwintny, ale dla szukających przechadzki, świeżego powietrza i drzew wcale nieponętny. Mamy jakieś „Ustronia,” które bardzo często naprawdę ustroniami byćby powinny; mamy Saską kępę, która już dzisiaj straciła dawny urok miejsca „przyzwoitego,” a podobno niezadługo straci również i charakter zielonej, wiejskiej kępy, bo słychać, że kółko przemysłowców pragnie tam założyć gniazdo fabryczne, więc na miejsce zieleni wznieść szare mury i zatruć wszystko oddechami kominów.
Co prawda, taka zmiana nie byłaby powodem do objawów rozpaczy, ale kwestya pozostaje kwestyą: gdzie więc bićdni Warszawiacy mają szukać czystego nieba i powietrza?... A!.. Wilanów! Prawda. Ale Wilanów z pewnością zamknąłby swoje gościnne dzisiaj bramy, gdyby się do niego miały sypnąć tłumy mieszczańskie. Jest on zresztą zbyt ciasnym, zbyt wykwintnym, aby mógł ugaszczać wszystkich. Jak ogród botaniczny, jak ogród Saski—musi on u furtek stawiać czujnych stróżów i pilnować swoich pięknych trawników, wygracowanych ścieżek, klombów, szanownych murów i czcigodnych pamiątek. Wcalebyśmy się mu nie dziwili, gdyby chciał zawsze pozostać tem, czćm był dotąd: miejscem wędrówki dla tych, co godnie uszanować jc potrafią.
Czerniaków, najbliżej Warszawy, dzisiaj jest nielcdwie pustką. Nićma tu miejsca dla licznych gości, ani drzew, ani łąk i murawy.
Więc naprawdę pozostają tylko dalsze wycieczki koleją do Jabłonny, Miłosny, Grodziska, Skierniewic. Jeszcze tam wszędzie jako tako
nie, marnujący swoje wy borne wieprze, niech ponoszą zasłużoną karę, tracąc z nich korzyści wszystkie. Poszlijmy do Warszawy własnego agenta, a to nam pozwoli bez nich się obywać.”
1 owi panowie niezawodnie to zrobią. Zrobią to również i fabrykanci zabawek dziecinnych, którzy więcej jeszcze na nas zarabiają. Oto w roku zeszłym samo cło, ua warszawskićj komorze od cacek zagranicznych opłacone, wyniosło ni muićj ni więcej, tylko rs. 114,760! Zwracamy wasze uwagę, czytelnicy, że to jedynie na komorze warszawskiej. To znaczy, źe za owe cacka musiał z kraju wyjść grosz piękny, bardzo piękny. Słusznie tćź Kuryer warszawski na te okoliczność zwraca uwagę Towarzystwa popierania handlu i przemysłu; jest to okoliczność wielkiej wagi. Kapitał, wychodzący za cacka z kraju, wydarty jest naszemu przemysłowi, naszym robotnikom... a co gorsza, my go sobie wyrywamy sami, rzucając obcym pieniądze za to, co moglibyśmy mieć w kraju, gdyby znalazł się ktoś, eo-by interes korzystny chciał eksploatować siłą swojską, rodzimą.
Wszyscy rozumiemy wybornie potrzebę pracy, konieczność zajęć produkcyjnych, rozwoju przemysłu i t. d., a jednak, dziwna rzecz, z czczych zazwyczaj deklamacyj o tćj potrzebie nie wynika żaden pozytywny rezultat. Jeżeli wyjątkowe jednostki zdobywają się na energią, to puszczają się po karyerę między obcych. Ci „energiczni” jednak bardzo tylko rzadko tam ją znajdują, doznając najczęściej zupełnego zawodu i rozczarowania.
Niekażdemu tak się powodzi i powodzić może, jak na przykład Andriollemu w Paryżu. Wywalczył on tam sobie stanowisko takie, że już dzisiaj nićma prawie firmy wydawniczej, któraby z błysków jego talentu korzystać nie chciała. Imię artysty stało się tam tak popularne, jak w kraju. Z. Sarnecki w korespondencyi z Paryża do Gazety Iwowskićj pisze o tem dosyć obszernie i kończy wiadomością, źe jedna z naj pierwszych firm powierzyła Andriollemu wykonanie ilustracyj do dramatów Szekspira. Dodaje tćż, że było to marzeniem Dorć’go, a jednak nie udało mu się go urzeczywistnić...
Mimochodem pozwólcie, że wtrącimy tu słówko pro domo nostra. Pan Sarnecki uwielbia Andriollego za to, źe pomimo ogromu prac dla wydawców paryskich, obdarza niemi i naszych. Zasila on swym ołówkiem Kłosy, Tygodnik powszechny i Biesiadę. Tak twierdzi pan Sarnecki, bardzo łaskawie przemilczając o Tygodniku naszym. To milczenie dyskretne nie wygląda bynajutnićj na... bezstronne. Możecie to sami wnioskować, wy, łaskawi czytelnicy, coście niedawno w Tygodniku naszym widzieli Andriollego „Zasadzkę.”
Wracamy do naszego przedmiotu.
Andriollemu powodzi się na obczyźnie, a wiecie dlaczego?... bo ma niepospolity talent. Ale ci „energiczni,” co tak skwapliwie idą szukać szczęścia śród obcych, najczęściej nie bywają dla nich nabytkiem upragnionym, a, bądźcobądż, uszczuplają siły miejscowe. Prawda, żc siły tc bardzo często marnieją w bezczynności przymusowój, nie mogąc dla siebie znalćżć odpływu na miejscu, lecz marnieją zarówno i na obczyźnie, gdzie o odpływ jeszcze trudniej. Jest to circulus ritiosus, ani słowa, ale dowodzący jasno i wyraźnie, że szkoda stu tysięcy rubli cla od cacek zagranicznych, skoro kapitał na wyrób wyłożony dałby grube zyski, skogo potrzebę rozwoju przemysłu uznajemy wszyscy, a tysiące rąk wyciąga się z prośbą o pracę i zarobek.
Daruj narn, czytelniku! Powtarzamy się zbyt często na ten temat, bardzo już oklepany, ale mimo to zawsze dla nas równie ważny i żywotny. Ale cóż robić? Właśnie dlatego, że jest ou tak ważny i żywotny, powracać do niego będziemy... jaknajczęścićj.
Smutną wiadomością kończymy dzisiejszą kronikę: wiadomością o śmierci Edwarda Sulickiego, wieloletniego współpracownika redakcyi Gazety polskiej, człowieka wielce zacnego i zdolnego, dziennikarza i literata. Praca jego dziennikarska nikła w tej powodzi gazeciarskiej produkcyi,,
NOWOMIANOWANI BISKUPI-SUFliAGANI
Ks. Józef Hollak, biskup-sufragau sejneński.
Ks, Kaźmirz Ruszkiewicz, biskup-sufragau warszawski.
Ks. Antoni Baranowski, biskup-sufragau żmujdzki. (363)
NO W OMIANO WANI BISKUPI-SUFRAGANI.
Ks. Henryk Kossowski, biskup-sufragan płocki.
Ks. Cyryl Lubowidzki, biskup-stfragan łucko-żytomierski.
Ks. Karol Pollner, biskup-sufragan kaliski. (366)
bez imienia i tytułu, która z dnia na dzień unosi i porywa tyle myśli, nieraz świeżych i głębokich, aby je rzucić w otchłań zapomnienia.
Nieboszczyk prowadził w Gazecie polskiój dział polityczny, najniewdzięczniejszy z działów, a jednak wymagający i przygotowania, i ciągłej pracy i wreszcie szerszego poglądu ua sprawy ludzkie, jeżeli nie ma być czczą i bezużyteczną paplaniną.
Bardziej ś. p. Sulickiego imię znanem sie stało z chwilą dokonania przezeń przekładu „Nędzników” W. Hugo, przekładu dopełnionego z ogromnym nakładem pracy i z prawdziwym talentem. Napisał też oryginalną powieść p. t. „Oryginały.” Z prac jego korzystał i nasz Tygodnik; drukowaliśmy artykuły jego luźne, zpoiuiędzy których najobszerniejszy nosił tytuł: „Słówko o wychowaniu fizyczneni naszych kobiet,” i tłumaczenia, n. p. powieści p. t. „Czarodziejka z Argentieres."
Ś. p. Sulicki zszedł ze świata w sile wieku, bo zaledwie w pięćdziesiątym pierwszym roku życia.
Szkoda, wielka szkoda tćj ubywającej siły, którćj braku narazie łatwo wynagrodzić i zastąpić się nie da. Szkoda uadewszystko dlatego, że pracownik to był poważny, sumienny, zagrzany pragnieniem dobra powszechnego i ideał jego mający za hasło życia.
Podobno nieboszczyk pozostawił w rękopisie pracę jakąś treści filozoficznej — owoc długich studyów i własnych dociekań i wniosków. Podajemy wiadomość o tćm w kształcie pogłoski; jeżeli okaże się ona prawdziwą, nie wątpimy, że na tę pracę ś. p. Sulickiego nakładca się znajdzie.
Niechże ziemia lekką będzie temu pracownikowi cichemu, a zasłużonemu!
St. M. liz.
Przegląd polityki zagranicznej.
7 iiinja.
Niema dotąd żadnych wskazówek, któreby pozwalały przypuszczać, że zapowiedziane przez dzienniki zjazdy cesarskie przyjdą rzeczywiście do skutku. Za jedyny symptomat potwierdzający uważaćby tylko można kategoryczne oświadczenia Nordd. allg. Ztg., że wieść o tych zjazdach jest prostym manewrem giełdowym, ponieważ obecnie niema żadnego powodu do zjazdów. Organ kanclerski pisał niegdyś tak samo w przeddzień zjazdów, o których dobrze wiedział, że się odbędą, a gdyby nawet wieści o zjazdach były bezpodstawne, to w każdym razie niepodobna ich nazywać manewrem giełdowym, gdyż na stan giełdy wcale nie wpłynęły i łatwo było przewidzieć, że nie wpłyną.
Głównym przedmiotem, zapełniającym dział polityczny w dziennikach, jest zaprojektowana przez Anglią konfereneya w sprawie egipskiej. Fran-cya, która najbardziej popierała ten projekt, najmniej okazała się skwapliwą w jego przyjęciu i chociaż ostatecznie po przeprowadzonych układach myśl podaną przyjęła, uczyniła jednak daleko sięgające zastrzeżenia, na które rząd angielski nobius rolens przystać musiał. Zdaniem Francyi, kwestyi finansowej w Egipcie niepodobna w zupełności odłączyć od politycznćj, gdyż Egipt cierpi nietylko na brak kredytu, ale także na anemią, która pod rządami angielskiemi stała się chroniczną. Na zdanie to zgadzają się nawet ci z ministrów egipskich, którzy, jak IŁiaz-basza, zachowali pewną niezależność opinii. Jeżeli dobre są inforinacye dziennika Nord, to Ito-sya także podziela w tej mierze zapatrywania Francyi. Dzienniki ministeryalne włoskie, jak lUritto, domagają się potrójnego protektoryatu angielsko-francusko-włoskiego w Egipcie, który to projekt, jak zapewniano, miał być dziełem Waddingtona, rząd francuski jednak prawdopodobnie nie pójdzie tak daleko, żeby miał żądać urzeczywistnienia tćj myśli, lub nawet wskrzeszenia wspólnej kontroli nad finansami egipskiemi,
zniesionej w r. 1882, lecz domagać się będzie przypuszczenia urzędników francuskich do udziału w administracyi politycznej Egiptu.
Z powodu projektu konferencyi, dzienniki angielskie bardzo ostro krytykują rząd Gladstona. Spectator mówi, iż to odwalanie się do Europy jest przyznaniem się Anglii do niemocy, nie prowadzącym jednak do celu, a Saturdai/ review sądzi, iż Europa na konferencyi powinna odebrać Gladstonowi mandat do załatwienia sprawy egip-skićj, gdyż obecny rząd angielski okazał się zupełnie nieudolnym do spełnienia tego zadania.
Jest w tycb ostrych krytykach wiele słuszności. Rząd Gladstona, zwołując konfereneya postępuje tak, jak lekarz, który widząc że chory jest bez nadziei zaprasza kolegów na konsylium, aby nie dźwigać osobiście odpowiedzialności za błędną kuracyą. Według ostatnich wiadomości z Sudanu i Berberu, położenie jest rozpaczliwe. Po cztć-rech nadaremnie straconych miesiącach, rząd Gladstona postanowił podobno nareszcie sprawę tę wziąć goręcej do serca, nie widać jednak dotąd czynów, któreby oznajmiały iż można przywiązywać naseryo wagę do tego postanowienia, a w Kairze już w d. 1 maja krążyły pogłoski— na szczęście dotychczas fałszywe — iż Chartum wpadł w ręce powstańców i Gordon-basza został zamordowany.
Chociażby jednak nad wszelkie spodziewanie udało się pomyślnie rozwikłać sprawy sudańskie, ciężką to zawsze będzie klęską dla polityki angielskiej w Egipcie, a waźnem dla gabinetu francuskiego zwycięztwem, że Francya odzyska teraz na konferencyi ów wpływ na sprawy egipskie, który przed dwoma laty przez małoduszność swojej reprezentacyi narodowej na korzyść Anglii utraciła.
Nietylko jednak w sprawie egipskiej otwićra-ją się prezesowi gabinetu francuskiego, p. Fcrre-mu, pomyślne perspektywy, ale i zatarg francusko chiński, który chwilowo tak był groźnym, po pomyślnych obrotach kampanii tonkińskiej zbliża się do zgodnego z interesami Francyi załatwienia. Liząd chiński, pragnąc utorować drogę do układów z Francyą, usunął z Paryża dotychczasowego posła, markiza Tsenga, pozostawiając go nadal ambasadorem w Londynie i Petersburgu, a na jego miejsce powołał posła swego w Berlinie Li-Fang-Pao, powierzając mu specyalną mi-syą zawarcia z rzeczpospolitą układu w kwestyi tonkińskiej. Widoczny to objaw pojednawczego usposobienia nowego gabinetu chińskiego, na którego czele stanął obecnie książę Cbun, postać zupełnie dotąd politykom europejskim nieznana.
I w polityce wewnętrznej dobrze się wiedzie p. Ferremu. W dniu 4 b. m. rozpoczęły się we Francyi wybory do rad municypalnych i gminnych, ważne z tego względu, iż jak powiedział p. Ferry w mowie mianćj w Pćrigueux, mają one okazać, czy rzeczpospolita we Francyi stanie się włościańską. Otóż rezultat wyborów okazuje się takim, na jaki liczył prezes gabinetu i w wielu okręgach kandydaci republikańscy odnieśli zwy-cieztwo nad monarchistami.
Komisya parlamentu niemieckiego odrzuciła 10 glosami przeciw 10, to jest równością głosów, wniosek rządowy domagający się przedłużenia na dalsze dwa lata ustawy wyjątkowej przeciw socyalistom. W imieniu stronnictwa centrum, którego czterej członkowie glosowali za przedłużeniem, a dwaj przeciw, oświadczył dep. Windhorst, iż glosowanie w komisyi nie krępuje ich wcale pod względem głosowania w pcłnćj Izbie. Centrum przeto zachowuje sobie wolną rękę, aby tym sposobem wywrzeć nacisk ua rząd w sprawie ugody polityczno kościelnej. Być bardzo może, iż centrum słusznie przewiduje, iż będzie jeszcze miało pomoc do zniesienia taktyki w tej sprawie tak drażliwej dla ks. Bismarcka, gdyż według pogłosek krążących w dobrze poinformowanych kolach berlińskich, zgoda między stolicą apostolską a rządem pruskim co do zamianowania następcy pj kardynale Lcdóchowskim już nastąpiła, co byłoby oznaką, że sprawa ugody polity-czno-kościelnej posuwa się ciągle naprzód i że przewidywania tych, którzy wróżą prędkie jćj
załatwienie, nic są bezpodstawne. Wrazić zmiany taktyki ze strony centrum, rząd niemiecki miałby jeszcze możność wygrania w parlamencie sprawy o ustawę wyjątkową przeciw socyalistom, i dlatego zapewne ks. Bismarck nie -pieszy się z rozwiązaniem parlamentu, chociaż w Berlinie spodziewają się ogłoszenia dekretu rozwiązującego jeszcze w pierwszej połowie b. m.
W d. 2 maja rozpoczęły się w wiedeńskiej Kadzie państwa obrady nad sprawą przedłużenia przywileju kolei północućj Ferdynanda. W sprawie tej interesa Galicyi tak dalece narażone zostały, iż omało nie przyszło do zerwania pomiędzy kołem polskiem a rządem hr. Taaftego i ta właśnie sprawa stała się źródłem pocisków, wymierzonych w ostatnich czasach przez prasę galicyjską na gabinet przedlitawski. W pełnej Izbie umowa z koleją Ferdynanda będzie celem pocisków ze wszystkich stron, gdyż potępiły ją zgodnie, chociaż z różnych pobudek, wszystkie kluby prawicy i lewicy, jakkolwiek przeto rząd oświadczył, iż nie stawia z powodu tego układu kwestyi gabinetowej i gotów jest przyjąć poprawki, w każdym jednak razie odrzucenie stać się może powodem dymisyi głównego rzecznika tćj umowy, ministra skarbu Dunajewskiego, a nawet zachwiać całym gabinetem.
Wc Lwowie w d. 5 b. m. odbył się wiec Rusinów, na którym uchwalono rezolucyą protestującą przeciw oddawaniu nowieyatu ba«yHańskiego w Dobromilu pod zawiadywanie jezuitów.
Sprawa Kraszewskiego rozpocznie się stanowczo w dniu 12-m b. m. i toczyć się będzie jawnie prawie cały tydzień. Przewodniczący rozprawom będzie wiceprezes trybunału państwowego w Lipsku Dreukmann, a oskarżenie wniesie prokurator Seckcndorf. Zpowodu nadzwyczajnego mnóstwa osób, starających się o bilety, posiedzenia trybunalr będą się odbywały w wielkićj sali saskiego lądu krajowego. Wielka liczba dzienników niemieckich, polskich i zagranicznych wysyła do Lipska korespondentów, których relacye rzucą naieszcie pożądane światło na stan ciemnych in.ryg, jakiemi chęć wyzysku i złość nikczemna jplątaly najzasłużeńszego z naszych pisarzy.
Sprostowanie.
W nre 69 Tygodnika, w artykule nZe świata obcego,”na str. 260, w szpalcie drugićj, w wićr-szu 36 oldolu, zamiast: za czasów Jerzego VI— winno b;ć: Jakuba VI.
Dla najbiedniejszych. W. Marusińska z Kucie wygane w karty rs. 9; F. Stankiewicz kop. 25; Motowski z Postaw kop. 70.
Na iomnik Mickiewicza. Downarowicz rs. 3. Razemze złoźonemi poprzednio rs. 18,401 k. 50.
Na lASJĘ POMOCY IMIENIA J. MIANOWSKIEGO. L. Daitor z Irkucka rs. 5.
Na .'omnik poniatowskiego. Rubowski rs. 1.
Korespomteucya od redakcyi.
Pani M N. w Warszawie. Bóg zapiać za serdeczne słowa uznani: Myśl pani niewątpliwie jest zacna i pożyteczna. Podnosłiśmy ja też kilkakrotnie. Ale, niestety, oprócz przeszlód innego rodzaju, trudno, bardzo trudno na rzecz taka zaleźć dziś wydawcę.
CaniJ. NI. w Pjznańskiem. Dział powieściowy ua przy-szlośćrnamy tak obficie zaopatrzony, że z propozycyi łaskawi pani korzystać nam niepodobna.
299
Korestondeucya Tytroflnifca ilnstrowaneio.
Kraków, d. 1 maja.
Wskazówki barometru politycznego. — Wybory do Rady miejskiej.—Grzechy i projekta dawnej Rady.—Sprawa wywozu nieczystości i wyprawa w tym celu dwóch radców za granice.— Wsprawie teatru i wodociągów. — Wystawa gein i karnej Schmidta-Ciążyńskiego. — Malczewski i Pochwalski.—Wystawa robót kobiecych i jej przyszłość.— Dramat Ohncta. — Niefortunne usiłowanie stworzenia operetki z niczego.—Balet Łuko wieża. — Studenci (?) hiszpańscy i ich baudurki.
Są pewne osobistości w naszem mieście, które dla mnie stanowią rodzaj barometru politycznego. Ile razy widzę tc osobistości chodzące po mieście przyśpieszonym krokiem, ściskające mocniej za rękę ludzi obdarzonych prawem głosowania, zaglądające często do redakcyj dzienników politycznych i rozprawiające żywo gdzieś na uboczu w handelku lub na ulicy — tyle razy jestem pewny, źe się zanosi na jakąś burzę polityczną, na jakąś agitacyą wyborczą. Otóż i tym razem zauważyłem, źc te barometry ruszają się i podnoszą, a to z okazyi mających się niezadługo odbywać wyborów do Kady miejskiej. Wybory te w obecnej chwili są ważniejsze, niż kiedykolwiek, bo nowi radcy mają wybierać nowego prezydenta, w miejsce ustępującego dobrowolnie dra Wajgla, któremu już ta godność kością w gardle stanęła. Stronnictwa więc, którym zależy bardzo na tem, aby przez prezydenta wybranego swoim staraniem mogły wywierać potem wpływ na sprawy miejskie, rozwinęły już dzisiaj energiczną agitacyą. Dla dobra miasta życzyćby sobie należało, aby wybrano na radców ludzi nie języka wygadanego, ale czynu. Dotychczasowa bowiem Rada, złożona przeważnie z adwokatów i doktorów, odznaczała się tem, że okropnie dużo gadała i projektowała. Jeden radca sadził się nad drugiego, aby wymyśleć jakiś projekt i przełożyć go Radzie, bez względu na to, czy on może być wykonany, czy nie. Była to epidemia projektów, albo lepiej powiedzmy, projektomania. W taki sposób do projektowanych już dawniej wodociągów i wybudowania nowego teatru, przybyły jeszcze następujące: urządzenie na błoniach miejskich parku i drogi, koło której mogłyby stanąć wille; wybudowanie mostu w miejscu przewozu pod zamkiem, założenie stawu na plan-tacyach i skweru na rynku; wybudowanie własnej fabryki gazu; zmiana statutu ordynacyi wyborczej — i mnóstwo jeszcze innych podobnych projektów, dla których wyznaczono osobne komi-sye i komitety. Tc komitety co parę albo co kilka miesięcy odbywały nad wyżej wyraźonemi projektami posiedzenia, pogadały przez kilka godzin i na tem koniec. Przez okres kilku lat ani jeden, bodaj najmniejszy projekcik, nie został wykonany. To tćż niczego bardziej od nowych wyborców żądać nie trzeba, jak żeby nie stawiali już żadnych nowych projektów, ale przynaj-mnićj kilka z dawnych wprowadzili w wykonanie, bez rozwlekłych przygotowań, bo gdzie dużo przygotowań, tam nic z dyalogu. A nasza Rada choruje na to, że do każdej rzeczy zabiera się z ogromnemi przygotowaniami, jak n. p. w sprawie wywożenia nieczystości z miasta. Debatujemy nad tćm ważnem pytaniem już Bóg wić jak dawno. O ile sobie przypominam, to będzie z dziesięć lat temu, gdy Rada miejska wysłała jednego fotografa i jednego chemika do Manchcstru, dla wybadania dobroci jakiegoś systemu wywożenia nieczystości. Obecnie, po tylu latach, znowu się ta sama historya powtórzyła i wysłano znowu do Stutgardu, Karlsruhe, Strasburga etc.—rozumie się na koszt miasta— doktora chorób nerwowych i architekta, dla dowiedzenia się, czy maszyna parowa systemu Talarda nic byłaby praktyczną do czyszczenia dołów kloacznych. Dwaj ci panowie, „wysadzeni” z łona Rady miejskiej, pojechali, a wróciwszy, opisali i podali do publiczućj wiadomości wyprawę swoje, z której to opisu dowiedzieliśmy się, że panowie delegaci, „przypatrując się w Kalsruhc i Strasburgu ca-lemi godzinami sposobowi wypróżniania przyrzą
dem pneumatycznym Talarda — wyznają z całą szczerością, że nie mogliby nic więcej powiedzićć o tem nad to, co na podstawie nader dokładnego zdania sprawy inżeniera Scbiicka znane już jest świetnej Radzie miejskiej z dawniejszych referatów.” Dodać tu należy, źe sam twórca systemu, p. Talard, myślal o zaprowadzeniu w nim pewnych ulepszeń i w trakcie tego umarł. Rada miejska więc będzie musiala albo przyjąć system nieulepszony, albo czekać na ulepszenie takowego przez któregoś z następców i zastępców Talarda. Zanim się jednak na jedno lub drugie zdecyduje, dużo jeszcze wody upłynie, a raczej dużo jeszcze nieczystości się nagromadzi, a tymczasem odbywać się będą w tej sprawie posiedzenia, tak jak odbywają się czasem posiedzenia w sprawie wodociągów i budowy nowego teatru, na których-to posiedzeniach sprawy owe osiadły jak na mieliźnie i ruszyć z miejsca nie mogą.
Podobnie osiadła na mieliźnie sprawa nabycia przez miasto do muzeum narodowego zbioru gem i karnej Schmidta-Ciążyńskiego, które w tym czasie właśnie wystawiono na widok publiczny. Kwestya kupna miała już ostatecznie w tych dniacb przyjść pod obrady w ratuszu, ale dwa posiedzenia nie doszłyr do skutku, dla braku kompletu radców—i rzecz odłożono na później. Tymczasem wystawa owych zbiorów w Sukiennicach licznie jest odwiedzaną, jako rzeczywiście ciekawa i rzadka w swoim rodzaju, według zdania znawców. Ja - bo przyznam się z całą naiwnością, źe mało się znam na tem; toteż zamiast powtarzać to, co już inni na pochwałę tego zbioru napisali, wolę zboczyć do sal wystawy obrazów i powiedzićć parę słów o dwóch najnowszych obrazach Malczewskiego i Pochwalskiego, które powszechną zwracają uwagę.
Malczewski dał nam znowu inny akt tego samego dramatu, który byl treścią trzech poprzednich. Scenerya tu ta sama, osoby nawet te same, tylko ugrupowanie inne. Ma on nawet tc same wady i zalety, co „Odpoczynek w kopalniach/ tylko nieco słabszy od tamtego, bo jest zaledwie krótkiem dopowiedzeniem tego, co tam artysta głębiej i z większem wyraził natchnieniem.
Mały rozmiarami obrazek Pochwalskiego, mi-sternem wykończeniem wywołuje wielkie pochwały znawców. Scena przedstawia wnętrze jakiejś karczemki czy miodosytni, w którćj stary dziad w połatanej siermiędze o kulach zasiadł sobie za stołem przy szklance miodu i opowiada dwom młodym austryackim ułanom, jednoroczniakom, z których miny widać, źc jeszcze nie wąchali prochu—zapewne o kampaniach, w których nogę utracił. Dziewczyna, szynkująca miód, stojąc na-boku z zaloźonemi rękami, przysłuchuje się także temu opowiadaniu. To wszystko z łatwością wyczytasz z obrazu, nie potrzebuje on żadnych objaśnień, bo każda figura tłumaczy się jasno, zrozumiale; całą myśl swoje artysta wypowiedział po-prostu, bez afektacyi sztucznej, w jaką łatwo było popaść—słowem jest w obrazku prawda, a zarazem wielki artyzm i bez wahania można powiedzićć, źe jest-to pod względem malowania jeden z najlepszych obrazów rodzajowych na wystawie krakowskiej.
Kiedy mówimy o wystawach, należy wspomnieć także o wystawie robót kobićcycb w seminaryum nauczycielskićm, zostającem pod troskliwą opieką dyrektora Wł. Seredyńskiego. Szkoła ta istnieje dopiero przy seminaryum odlatdwóch, a roboty, jakie nam wystawiła, chlubnie świadczą o jej rozwoju. Główne działy w niej stanowią: wyroby kwiatów, koszyków, hafty, malowania na drzewie, atlasie, aksamicie, glinie, porcelanie, jakotćż obrazy olejne i akwarele. Pomimo ulć-wnycb deszczów, wystawa ta była bardzo licznie odwiedzaną, co dowodzi, że umiano nią zainteresować publiczność. Najwięcej podziwiano malowania na porcelanie, w których celują przedewszystkićm córki samego dyrektora. Wystawa robiła wrażenie bazaru, w którym uczenice krzątały się z wielką energią, dając z uprzejmością wskazówki i objaśnienia zwiedzającym. O ile szkoła ta przysporzy kobićtom zarobku, nie wiemy; zależeć to będzie już nie od nich, ale od pu-
bliczności. One dały dowód, źe mogą, umieją i chcą pracować na tćm polu; idzie teraz tylko o poparcie ze strony tych, którzy powinni dbać o rozwój tego rodzaju przemysłu.
Na zakończenie należy nam zajrzeć bodaj na krótko do teatru, gdzie właśnie niedawno wystawiono głośny dramat Ohneta „Właściciel kuźnic” (Maitrc de forges). Powodzenie jego na naszej scenie było całkiem zasłużone, bo i sztuka sama ma niepoślednie zalety, i grana była, stosunkowo do sił jakiemi obecnie rozporządza nasz teatr, wcale dobrze. Próbowano temi silami stworzyć także operetkę, ale zdaje się, że po nieudolnej próbie dyrekcyą zarzuci ten nieszczęś iwy pomysł. Z nowości czeka nas jeszcze w tym sezouie „Odsiecz Wiednia” Rapackiego, poczćm nastąpią gościnne występy Żelazowskiego. W początkach czerwca teatr wyjeżdża do Szczawnicy, z obciętym nieco personalem, bo podobno 10 osób dostało już dymisye.
Oprócz dramatu, komedyi i nieszczęśliwej operetki, mieliśmy tu także balet Lukowicza, który cieszył się wielkićm powodzeniem, była to bowiem dla Krakowa nowość zupełna. Dotąd zaledwie pojedyncze baletnice zabłąkały się na krakowską scenę; o zbiorowym balecie zatwardziały i zasiedziały mieszkaniec Krakowa nie miał wyobrażenia. To też każdy chciał widzieć to dziwo i teatr bywał na kaźdem przedstawieniu nabity.. Szczególniej podobały się tańce narodowe i charakterystyczne.
Po wyjeździć baletu, pojawili się hiszpańscy studenci i dali koncert na gitarach, bandurkaclł z dzwoneczkami, bębenkami i kastanietami. Publiczność nasza, spragniona nowości, a głównie ciekawa jak wyglądają i grają hiszpańscy studenci, równie tłumnie zapełniła teatr i... doznała zupełnego rozczarowania, bo naprzód wielu z tych studentów wyglądało tak, źe można ich było wziąć raczej za ojców, a przynajmniej wujów studentów, a powtóre muzyka ich więcej kwalifikowała się do jakiego ogródka, niż na poważny koncert. Mimo to z grzeczności dla Hiszpanii publika biła brawo i domagała sic powtórzenia niektórych ustępów tego brzęczącego koncertu.
O koncercie Emila Smietańskicgo, który także odbył się w tym czasie, nie będę się rozpisywał, bo o ile wiem, znakomity ten artysta wybiera się także do Warszawy. Specyahii więc znawcy będą mogli wydać o jego grze sąd trafniejszy i głębszy, niżby to potrafił uczynić wasz korespondent.
Z DRAMATU
„WANDA"
Przez Maryą Baxtusównę.
(Dalszy ciąg.J
ODSŁONA DRUGA.
(Łąka wśród lasu nad Wisłą; z jednej strony zamglony widok n.t brzeg przeciwny i okolicę górzystą za nim. Chwalibog, Sędzimir, Dobrogost i reszta starszyzny na wiec zebranej rozmawia półgłosem, niespokojnie, grupując się rozmaicie.)
SCJ5NA III
SĘDZIMIR.
Królowa długo bawi w świątyni...
CHWALIBÓG.
A chwila groźna!... wokoło trwoga.
DOBROGOST.
Kapłan ostatnią ofiarę czyni, A ona blaga o litość boga U stóp ołtarza rzewnemi modły.
PIERWSZY Z LUDU.
O, straszną chmurę wichry przywiodły Na pola nasze!...
DRUGI Z LUDU.
Jak Wisły brzegi
Długie, tak stoją w grożnem milczeniu Nieprzeliczone wrogów szeregi!
300
PIERWSZY Z LUDU.
W królowćj chyba świętem natchnieniu Zbawienie nasze!
CHWALIBÓG.
Ona tak blada...
Tak smutna!...
trzeci z ludu (nadchodząc). Jakaż kapłanów rada?
Cóż wróżby?
SĘDZIMIR.
Żadnej wyrocznćj strzały Koń Światowida nie złamał biały, Tylko przechodząc przez nie rozgłośnie Zarżał trzy razy dziwnie żałośnie.
DOBROGOST.
Zapłakał, jakby człowieczym głosem!
(Do nadchodzącej Diwy.) Wieszczko, co wróży ten znak? DIWA (ponuro).
Ten znak?
To echo gromu!... nieszczęścia ptak!
PIERWSZY Z LUDO.
O! więc niewola już naszym losem!
DRUGI Z LUDU.
Zagłada!
TRZECI Z LUDU.
Zginiem! wracają mściwi W potędze strasznej, którą przełamie Cud chyba!...
di w A.
Cudem—walecznych ramię! Wierzcie, lub milczcie—trwożliwi!
(Odchodzi nabok i siada pod drzewem 10 zamyśleniu. Na ścieżce górzystej ukazują się Wanda i Bożywój.) lud.
Królowa! niechaj żyje królowa!
SCENA IV.
WANDA.
Przyjmcie serdeczne moje witanie!
(Przechodzi przez flum całujący jej szaty i ręce i zasiada na przeznaczonym dla nuj siedzeniu. Na dwunastu kamieniach, po obu stronach, zasiada dwunastu starców Bady. Lud w głębi.) Wiec rozpoczęty!—Arcykapłanie, Kadź! jam na wszystko gotowa.
bożywÓJ (z powagą).
Na cóż się rada śmiertelnych przyda Temu, kim rządzi duch Światowida, Komu on świętą użycza zbroję I każę w imię zwyciężać swoje? Cześć ci, królowo, źe chociaż czujesz Swą władzę, zwyczaj stary szanujesz Czcząc prawa starców i sług ołtarzy! Lecz któż się tobie radzić odważy?
WANDA (ciszej).
Ojcze, co mówisz? Spojrzyj ku Wiśle, Widzisz te tłumy?
BOŻYWÓJ.
Mówię, co myślę, Że bóstwo ziemi lecbickiej strzeże I że wraz z ludem w królową wierzę!
WANDA.
Bój więc doradzasz w śmiałej nadziei?
(Po chwili.) Mów, Sędzimirze, twój glos zkołei. Co radzisz?
SĘDZIMIR.
Pani, twoje niedawne Zwycięztwo wielkie, dziwne, przesławne Każę nam ufać, źe w każdej porze Równie być wielkiem i świetnćm może.
WANDA.
Więc i ty?... (Po chwili.)
Cóż nam Chwalibóg powie? chwalibóg (w zamyśleniu).
Królowo! silni nasi wrogowie, Zbyt silni!...
WIELE GŁOSÓW.
Cóż więc?
CHWALIBÓG.
Rozum doradza Ostrożność... zapał często nas zdradza. Cóż najszaleńsza może odwaga Tam, kędy liczba stokroć przemaga?
BOŻYWÓJ.
Liczba?—za męże liczysz wiec może Te niewolniki wrosle w obroże, Co lecą w boje na głos tyrana I pierzchną, jako plewa rozwiana, Za chwilę?—Jedno ramię, walczące Z wiarą, rozgromi takich tysiące!
DOBROGOST.
Święte twe słowa, arcykapłanie! Duch nam za zastęp olbrzymów stanie! Duch, co nie gnębi, nie uciemięża, Ale w obronie swych praw—zwycięża!
CHWALIBÓG.
Na bogi! Któż z nas myśli inaczej? Któżby w nieczynnej tonąc rozpaczy, W chwili gdy strzecha rodzinna plonie W niecnem zwątpieniu załamał dłonie? Lecz czyż ten u was w wyższej jest cenie, Co się naoślep rzuca w płomienie, Czy ten, co z pewnym ratunkiem śpieszy, Nie bacząc na krzyk zbłąkanej rzeszy?
DOBROGOST.
Ho, ho! stój, bracie!
SĘDZIMIR.
Zbyt wielką pychą Grzeszą twe rady!
GLOS (z tłumu).
To zdrajca!
BOŻYWOJ (do ludu).
Cicho!
Mów dalej!
CHWALIBÓG.
Wróg nasz, dotąd spokojny, Milczy...
PIERWSZY Z LUDU.
Bo nazbyt w siłę swą wierzy. CHWALIBÓG.
Radzę więc czekać hasła do wojny, Lub...
DRUGI Z LUDU.
Ha, ha!... czekać? aż grom uderzy?
CHWALIBÓG (zimno).
Choćby — wszak zawsze dosyć jest czasu Zginąć!
WIELE GŁOSÓW.
To zdrajca! — wygnać go z lasu! Niegodzien w świętćm miejscu zasiadać! bożywój (surowo).
Cicho! — pomnijcie, komu tu władać, A komu — słuchać!
CHWALIBÓG.
Zwykle to rzeczy, Gdy kto odważnie tłumowi przeczy, Lecz choć mnie dotknie wyrok zagłady, Ja radze... z wrogiem przyjąć układy.
WANDA (wstając).
Nigdy!
LUD.
Przecz z zdrajcą!
WANDA.
Nigdy! bożywój (do ludu).
Milczenie!
WANDA (do ChwaliLoga). Starcze! — twe rady może rozumne, Lecz chlubnićj po śmierć lecieć w płomienie, Niż sic żywemu położyć w trumnę. My się przeszłości zaprzeć nie moźem, Bo ją przypomną zgli szcza dymiące, Krew wytoczona najeźdźcy nożem, Żałobne wdowy... matki plączące!
Zdroje łez... kajdan daleki dźwięk, W których ojcowie, bracia nam giną, I nieustanny ucisku jęk, Który nad naszą płynie krainą!
I mamyż im się chylić do stóp, Aby wyżebrać łaski jałmużnę? Nigdy!—W bój bracia!- -narady próżne! W bój nam! o wolność, lub... wolny grób!
LUD (w Uniesieniu).
W bój! w bój! Królowa Wanda niech żyje! DIWA.
O jak roskosznic serce mi bije!
O bohatćrskie, szlachetne dziecię!
Wracasz mi szczęście, wracasz mi życie!
BOŻYWÓJ.
Światowid łaską wsparł cię nanowo. CHWALIBÓG.
Smutne szaleństwo!
(Słychać dźwięk trąb).
LUD.
Co to?
( Wchodzi giermek).
SCENA V.
GIERMEK.
Królowo!
Ważna wieść! Świetna łódź tu przybiła, Nieprzyjacielski obóz przysyła Posłów, trzech jakichś dzielnych rycerzy...
WANda (ze zdziwieniem).
Posłów? (Do Bożywoja.) Co czynić? bożywój (po chwili). Przyjąć należy. WANDA (po namyśle).
Niech przyjdą! (Giermek odchodzi.)
SCENA VI.
Wanda (do Bożywoja).
Ojcze, to dziwne bardzo! BOŻYWÓJ (w zamyśleniu).
Dziwne...
WANDA.
Wszak nami tak pysznie gardzą, Że nigdy jeszcze ich władcza siła Do żadnych umów się nic zniżyła.
BOŻYWÓJ.
Strzeżmy się! jest w tćm nieznana głębia Zdrady!...
WANDA (n. str.). Ach! czuje trwogę gołębia, Co pada w sideł zdradziecką matnię I żegna życia słońce—ostatnie.
DIWA.
O Lecbio! wytrwaj, lub giń niezłomna!
(Wanda zasiada z powagą, za nią Diwa wsparta o drzewo. Starszyzna grupuje sie wokoło nich. Przy odgłosie trąb wchodzi trzech świetnie uzbrojonych rycerzy. Pierwszy z nich występuje naprzód, drudzy 'dwaj pozostają w głębi.)
SCENA VII.
ARNULF (podnosząc przyłbicę). Królowćj Lechii cześć wiekopomna! (Klęka, uchylając czoła.) WANDA (z ironią). Powstań, rycerzu, bo nie przystoi Postać tak korna germańskiej zbroi! arnulf (wstając).
Gdybyś nie była różą, królowo, Mogłoby cierniem ranić twe słowo, Ale piękności nadziemska władza Ranę wnet goi i ból osładza.
(Dumniej.) Gdybyś nie była różą, królowo, Stałbym przed tobą z wzniesioną głową I dumnćm okiem!—lecz cześć oddana Tobie jest hołdem mojego pana, Który u stóp twych, w wspaniałym darze, Nie miecz swój srogi złożyć dziś każę, Lecz czułe serce, które podbiła Niezwyciężona twych wdzięków siła! wanda (zdumiona).
Co?!
ARNULF.
Jam nie wojny, spokoju posłem! Zieloną palmę w dani przyniosłem, Jako dziewosłąb!—Kytygicr dzielny, Pan świata, sławy syn nieśmiertelny, Możny jak Odin, w krasy ozdobie Jak Baldcr—oczy zwrócił ku tobie! Pragnie twej ręki.—Spojrzyj... w oddali, Jak Wisła długa... grono wasali, I druhów jego!... rycerze dzielni! Jeżeli zechcesz—goście weselni I słudzy twoi—albo... mściciele, Jeśli odmówisz.
301
WANDA.
Tego zawiele! Milcz, lub zapomnę o prawie gości! arnulf (z lekką ironia)). Także przyjmujesz posła miłości?
WANDA.
Miłości?! Nędzny! cóż to? zniewaga? Strzeż sic! zbyteczna twoja odwaga Zdradzić cię. może, jeśli nikczemną Mową ugodę łamiesz wzajemną.
Pomnij!...
ARNULF.
Królowo! gniew twój niesłuszny, Jam rozkazowi tylko posłuszny, Który do końca wypełnić muszę, Bez względu, jakiem uczuciem wzruszę Twe serce!—Pan mój wszelkie swobody Przyrzeka Lechii, nagrodzi szkody, A chociaż groźna jego potęga, Łaskawym władcą być poprzysięga Na wieki, jeśli łaskawćm okiem Rzucisz. Lecz jeśli srogim wyrokiem Odepchniesz—wtedy, jak lew zraniony, Kraj twój i ciebie krwawemi szpony Rozszarpie!—Teraz... pomyśl... z rozwagą! Skończyłem. (Odstępuję.)
WANDA.
Ludu! ludu mój wierny!
Słyszysz? ten, co nam dotąd był plagą, Przyrzeka dzisiaj rząd miłosierny!
Łaskawym panem chce być... nademną 1 wami!—Serce w drapieżnym zwierzu Uczuło miłość! (Po chwili.)
Lecz niewzajemną, Niestety!—Wracaj, zacny rycerzu, I niech wie książę wszechwładny twój, Żc wolę królem być, niż królową! I że ostatnie dlań Wandy słowo Jest—niezbłagany, śmiertelny bój!... drugi rycerz (występując).
Na wszystkie bogi, cofnij je!
WANDA.
W niczem! drugi RYCERZ (błagalnie).
Cofnij je!
WANDA (wstając).
Ktoś ty?... (N. str.) ten głos!... ta postać... drugi rycerz.
Cofni j je!—jeśli przed ich obliczem, Krzywoprzysiężną nie zechcesz zostać! Spojrzyj! (Odsłania przyłbicę.)
WANDA (poznając llytyglera). Ach!...
RYTYGIER.
Jam jest—Ryty gier! wanda (chwiejne się).
Diwo!
Gdzie jesteś?... wróżby twoje spełnione!... Światowid dłonią dotknął mnie mściwą! Narodzie! odbierz swoje koronę, Jam jej niegodna!
(Ukryirn twarz na piersiach Diwy.) LUD (w zamieszaniu).
Co to jest?
DIWA-
Kara
Bóstw obrażonych!
RYTYGIER (w nóg Wandy). Przebacz!
WANDA (odwracając oczy). Potworze!
Precz z moich oczu!
RYTYGIER.
Jakaż ofiara
Gniew twój, o powićdz, przebłagać może? WANDA.
Żadna!
RYTYGIER (wstając). O dumna—patrz!—oto stoję Niemniej też dumny, a jednak drżący I z sercem pelnćm tłumionych skarg. Pogromca ludów—patrz, ja sic boję Jednego słówka, muszki brzęczącej Co z twoich śpiewnych wypadnic warg! Ten, co nikomu się nie ukorzył, Dzisiaj u stóp twych miecz krwawy złożył.
Ostrzega jednak: rozważ dokładnie, Zanim to słowo z ust twych wypadnie.
WANDA (po długiej chwili z goryczą)). Przestrogę twoje, władco Teutonów, Rozumiem dobrze!—Oddać ci rękę, Albo mam lud mój wydać na mękę W morderczy uścisk twycli dzikich szponów! Kochanek tkliwy i śpiewak razem, Obłudą serce chcący pozyskać, Przychodzi dzisiaj zdobyć żelazem Nie mnie—lecz naród —by go uciskać, 1 ufny w słabość duszy niewieściej, Rzuca mi jakby pyszne wyzwanie Na ciężki z sercem zdradzonem bój! Lecz choć nie taję mojej boleści, Wiedz, że na walkę ducha mi stanie I że kraj Wandy jeszcze nie twój!
RYTYGIER.
Dosyć! znam ciebie, boska dziewico! Wszak raz już starła się nasza broń! Znam się już z oczu twych błyskawicą 1 z meztwem, które wieńczy ci skroń! Wiem, że w zapale obrazy hardej Bez żalu w serce moje uderzysz!
Lecz sroższym ciosem słowo twej wzgardy! Lecz gorzej boli—że mi nic wierzysz!
Bo... ja cię kocham!
WANDA.
Milcz!... milcz!... O bogi! Za to bluźnierstwo zmieńcie go w głaz!
RYTYGIER.
Kto prawdę mówi, mówi bez trwogi. Słuchaj mnie, Wando... ostatni raz!
(Chwytając jćj rękę.) Wobec tych niebios, co w wieczór owy Słuchały wrzącej dwojga serc mowy, Wobec tej Wisły, w którćj straszliwa Przysięga twoja na dnie spoczywa— Słuchać mnie musisz!
LUD.
O biada nam!
RYTYGIER (z ogniem). Tak! jam Rytygier! jam jest ten sam Najeźdźca srogi, zdobywca znany, Co niszczył wasze złociste lany, Co palił wasze wiejskie zagrody, Co wam tysiące uwozil jeńców, Co w pustkę zmieniał wasze ogrody, A w niewolniki waszych młodzieńców... Aż ujrzał Wandę!
LUD.
O biada nam!
RYTYGIER (smutnie). Tak.—Jam Rytygier, jam jest ten sam, Co odtąd—skoro błysła noc blada, Do piersi cisnąc wymowną lutnię, Płynął w przebraniu lirnika, dziada, Pod okna twoje, śpiewając smutnie... Pamiętasz?...
WANDA.
Dosyć!...
RYTYGIER.
Pomnisz tę jasną Noc księżycową, gdy u twych nóg Klęczał ten, co dziś... choćby krwią własną Odkupić pragnie przeszłości dług, I kreślił serca słowy złotemi Dzieje swych uczuć... piękność swój ziemi 1... samotnego zamku ukrycie, Kędy z nim dzielić przysięgłaś życic!
WANDA.
Dość! wstyd ini czoło pali płomieniem!
DIWA.
Przeklęty dzień ten czarny, występny!
WANDA.
Serce straszłiwćm pęka cierpieniem! Poprzestań na tem... zdrajco podstępny!
RYTYGIER (namiętnie). Nie! wszakże zgubnym uniesion szałem, I ja plonęlem, i ja cierpiałem I ja się wiłem w wściekłej boleści! I moje imię motloch bezcześci! A sława... kruków stała się karmą! Niedarmol... o na bogi!... nicdarmol Tyś moją! albo... zwycięzki miecz
W proch was rozgromi!
(Zbliżając się do Wandy z wyciagniętemi ramiony.) Tyś moją!
WANDA (cofając się).
Precz!
Nigdy! (Słabnie.)
DIWA.
Ratunku!—Królowa mdleje! RYTYGIER.
O! ty mnie kochasz jeszcze!
(Po chwili do ludu.) Mężowie
Lechii! Sąd waszej sędziwej głowie Poruczam, w was mam jeszcze nadzieję! Spojrzyjcie wkoło!—Jak morskie fale, Co z każdą chwilą grożą wybuchem, Stoją, niezłomni ciałem i duchem, Moi rycerze... moi wasale 1 sprzymierzonych drużyna!
Potężni liczbą, potężni meztwem, Pogróżek waszych się uie ulękną, , Bo w którćj walce miecze ich szczękną, Z każdej wracają chlubni zwycięztwem. Skinę—i bój się zaczyna!
Lecz mająż serca pęknąć koniecznie?
Mamże wam wrogiem pozostać wiecznie? Muszą-ź krwi strugi popłynąć?
Poświęćcie upór, ja gniew poświęcę, A w bratni uścisk złączywszy ręce, Przysiążmy żyć w nim i zginąć!
(Długie milczenie.) CIIWALIBÓG.
Gdyby tak myślał jak mówi...
SĘDZIMIR.
Trudno
Wierzyć Niemcowi!
DOBROGOST.
Przeszłość dowodem. BOŻl WÓJ.
Pragnie nas ująć sztuką obłudną, Jako ją ujął!
PIERWSZY Z LUDU.
Wolnym narodem Żyjmy, lub gińmy!
LUD (we wzburzeniu).
Precz z obcym panem! Dziś on w potrzebie ukrył pazury, Dzisiaj nam złote przyrzeka góry, A jutro... będzie jak był—tyranem!
rytygier (z tłumioną wściekłością).
Poraź ostatni o wyrok proszę: Stanowczy wyrok na was i na nią! (Wskazuje Wandę.) CIIWALIBÓG.
Po raz ostatni głos mój podnoszę: Narodzie, uwierz — tyś nad otchłanią! Twój wódz - kobieta opuścił dłonie!
Tam siła groźna!... tam przemoc tłumna, Tam zemsta bodźcem! — Po naszej stronie Tylko szał ślepy i rozpacz dumna!
Rozważ....
(Starszyzna naradza się cicho. Wanda siedzi bez ruchu, blada i niema.)
BOŻYWÓJ (przystępując do Wandy).
Królowo — na twój ostatni Sąd czeka naród.
RYTYGIER.
Ija!
(Wanda milczy.) diwa (pod długiej chwili).
Zgubiona!
Zgubieni!
TRZECI RYCERZ (występując). Jeszcze rzecz nieskończona, Jeszcze na szali zaważy bratnićj Jeden głos... chociaż to glos wyklęty!
(Odsłania przyłbicę.)
WANDA I LUD.
Lech!
LECH (klękając).
Łaski! — jam już jak trup... w mogile! Pozwólcie usty tej ziemi świętćj Dotknąć i chwilę... tylko mnie chwilę Słuchajcie!
( Wskazując Hytygiera.) A on niech tam zdaleka
302
Stoi, niech nie śmić zbliżyć się do mnie! WANDA (z łkaniem).
Bracie!...
LUD.
Słuchajmy!
(Rytygier daje znak zdumienia, chcąc rzucić się ku niemu; lud otacza go, przedzielając od Lecha.) LECH {z mocą).
On wam niezłomnie Mir przyrzekając, zgubę przyrzeka! rytygier {wściekle).
Podły!
LECH.
Tak! — prawdę wyrzekł! Nie wiecie Jak straszną prawdę, jakich win brzemię Nieszczęsną głowę przestępcy gniecie I dziś przed wami gnie ją o ziemię! O siostro! — słuchaj... słuchaj mnie, ludu! Bo ust mych więcćj nie skala kłam! Krwawemi łzami obmyty z brudu, Ducli mój na bogi przysięga wam, Na ten grom, który w winnych uderza, Na hańbę — co jest mścicielką zdrad!
(Wskazując Rytygiera.) Oto wróg, z Którym niema przymierza, Oto nad gady zjadliwszy gad!
RYTYGIER.
Nikczemny! zdradzasz tych, co wygnali, Jak tego, co ci schronienie dal!
LĘCH.
Milcz i wiedz że w twej godowej sali Lech pod zbroicą ukrj ty stał I widział wszystko!... i wszystko słyszał!... Ha!... bledniesz? — przecież cichy jak głaz, Choć wściekłym gniewem i zemstą dyszał, Milczał i czekał... aż przyjdzie czas!
{Po chwili.)
Nadszedł!... Tyś jak wąż ujął mnie w skręty. Przeklęty!... trzykroć przeklęty!
(Po chwili.) Wićdzcie! przez niego brat brata zgładził! On nóż zatruty włożył mi w dłonie! On mi zabójstwo chytrze doradził! On późuićj nawet, w kraju obronie Walczyć mi nie dał, by zginąć godnie! Pragnąc mićć ze mnie podłe narzędzie, Cackiem korony zawsze i wszędzie, łudził mnie, z zbrodni wciągając w zbrodnię. Za tc koronę... za tę przewagę Wodza nad nami—jabym przed piekłem Nie zadrżał!—ja mu wszystko przyrzekłem. (Wskazując Wandę.) Ją nawet przyrzec miałem odwagę!
O! ale jego nie przyjaźń wiodła, Nic miłość, ani rozpacz kłamana Przcdcmną... Chciwość rządzi nim podła! Zdeptać nas pragnie stopą tyrana! A kto uie wierzy, niech spojrzy na mnie, Na tę twarz bladą... na zgasłe oczy... Umarli świadczyć nie mogą kłamnie, A jam już trupem... co w grób się toczy... Jam zdradę długiem spłacił męczeństwem, Aby u stóp tych drogich drzew Umrzeć... i z wiecznćm zemsty przekleństwem Rrzucić mu w oczu... moje krew!
{Przebija się i pada.) Pomnijcie!... zemsta!...
{Umiera.)
waNda {rzucając się na jego ciało.) Lechu!... och!. . bracie!
Ilatunku!
diwa (biorac ao za reke). Skonał!
LUD (w osłupieniu.) Skonał!...
wanda {wstając, z dzikim zapałam do Rytygiera). Przekleństwo
I zemsta! Słyszysz?
Zmarłego spowiedź Rozstrzyga wszystko! Oto odpowiedź: Śmierć, lub zwycięztwa!
LUD. Śmierć, lub zwycięztwo!
(Zasłona 8] ada.) (Dni. ończenie nastąpi.)
V straw polsiieto tyioflnita „mazur.”
Z nowym rokiem doniosły dzienniki o nowem piśmie, mającem wychodzić w Prusiech wschodnich dla tamtejszych ewangelików - Mazurów, których liczba wynosi przeszło 300,000. Wyzna-jemy otwarcie, że jakkolwiek ze szczćrą radością, znając smutne położenie Mazurów, wiadomość tę przyjęliśmy, nie mogliśmy się jednak pozbyć wątpliwości, czy pismo to istnieć zdoła wśród nadzwyczaj nieprzyjaznych okoliczności, jakie istnieją w Prusiech wschodnich dla każdego pisma polskiego, czy nie upadnie zpowodu braku prenumeratorów, a poparcia z naszćj strony.
Nastąpiło przyjemne rozczarowanie. Muzur, pod dzielną rcdakcyą p. Jana Karola Sembrzy-ckiego, nietylko że nie upadl, ale, jak widać z korespondencyj w nim zamieszczanych, coraz-to szersze zdobywa sobie koło czytelników i coraz większy wpływ na nich wywićra.
Hasło, jakie Mazur wywiesił na swoim sztandarze: „szanuj język ojców, bo to prawo Boga, a obowiązek człowieka,” przebija się w każdym numerze i Mazur jest pićrwszćm pismem na pru-skićm Mazowszu od czasów łeckiego „Przyjaciela ludu” (1842— 1844) ś. p. Gizcwiusza, które wpaja w swych czytelników miłość ku wszystkiemu, co swojskie.
Aby z osobistością jego redaktora nieco bliżej zaznajomić nasze publiczność, pozwolę sobie, za zgodą dra Kętrzyńskiego, przytoczyć list p. Sem-brzyckiego, napisany do niego, po ogłoszeniu dzieła „O ludności polskićj w Prusiech niegdyś krzyżackich,” z nadmienieniem, że p. Sembrzycki, nie znając wcale dra Kętrzyńskiego, nie wiedział, źe jest on również na pruskiem Mazowszu urodzony i że w nim również dopićro w dojrzalszych latach ocknęło się poczucie polskiej narodowości.
„Opisać nie zdołam — pisze p. Sembrzycki— radości, z którą wyczytałem w. pana wyborne, śliczne dzieło „O ludności polskićj w Prusiech niegdyś krzyżackich” i jako rodowity Mazur, czuje się w obowiązku serdecznie podziękować w. panu za miłość ku Mazurom, za wszystkie pouczenia, które znalazłem w dziele tćm i w szczególności za ciekawą wiadomość o przodkach moich (pag. 505 Rydzewo: Stanisław Zembrzycki). Widząc źe w. pan Mazurów kocha i zna, ośmielam się w krótkich słowach w. panu dać obraz życia mego.
„Jestem synem nauczyciela Sembritzki w Mar-grabowie. Ojciec mój kochał wprawdzie język polski, ale wcale nie umiał odporu dać germani-zacyi i pozostać Polakiem między Niemcami. W domu rodzicielskim mówiłem tylko po niemiecku, wykształciłem się w niemicckićm gimnazyum w Ełku i clioć tam miałem sposobność trochę się nauczyć polskićj gramatyki, mimo tego byłem w taki sposób germanizowanym, źe my-ślałem i czułem po niemiecku, Polakami pogardzałem i prawie nic nie umiałem po polsku.
„Otóż przed trzema laty (w 24 m roku życia mego) w dziwny sposób, którego tu nie mogę opi • sae, przyszedłem nagle do przekonania: jesteś Polakiem! a od tćj godziny starałem się zupełnie i we wszystkiem by ć Polakiem. Germanizowane nazwisko moje „Sembritzki” oczyściłem i pisze się teraz „Sembrzycki.” Bez nauczyciela, tylko z gramatyki i słownika, nauczyłem się ojczystego języka i tak się wykształciłem, że, choć co prawda jeszcze niezupełnie pisze bez błędzików i germanizmów, gazeta „Goniec wielkopolski” kilka razy już wydrukowała korespondeneye moje. Również jestem autorem artykułu w przedostatnim numerze „Warty" (437) p. t. „Stosunki mazurskie.”
„Na krótki czas wyjechałem był w Poznańskie, aby się lepiej wykształcić i chętnie byłbym tam pozostał, ale źe tam aptekarze pomocnikom wogóle źle płacą (jestem aptekarzem, ale bez pieniędzy), więc musialem powrócić do Tylży, gdzie zaplata o wiele lepsza. Tak myślę, żem teraz dobrym Polakiem, a jestem gotów czynić
dla ojczyzny i przedewszystkićm dla Mazurów, co mi tylko można.”
Tyle z listu z datą 22 listopada 1882 r. Od tego czasu nie przestawał p. Sembrzycki pracować nad wyuczeniem się polskiego języka, tak, że już w następnym roku mógł objąć redakeya „Kalendarza prusko-polskiego,’ wydawanego przez drukarza Salewskiego w Ostródzie. Z zadania na sie przyjętego wywiązał się tak pod względem językowym, jak i tendencyi zupełnie zadowalająco. W sposób popularny wyjaśnia Mazurom, źe są potomkami Polaków, a nie osobnym, odrębnym narodem, jak to w nich wpoić się starano. Pomieszcza obszerny artykuł o „Macierzy polskićj” i jćj zadaniu, powiastkę o Zerwikaptu-rze z czasów wojen krzyżackich i t. d.
Zachęcony dobrem wśród Mazurów przyjęciem kalendarza, zaproponował panu Salewskiemu wydawnictwo tygodniowego pisma „Jfazwr,” obiecując zc swój strony, jak się dowiadujemy, redagowanie pisma bez wynagrodzenia, z zastrzeżeniem tylko zupełnej swobody, tak co do treści, jak i tendencyi artykułów, za co wzamian p. Sa-lewski przyrzekl ponosić koszta nakładu, które zczasem ma mu zwrócić prenumerata.
Jeżeli zważymy, źe p. Sembrzycki cały wolny czas od zajęć w aptece poświęca redagowaniu tygodnika, nie mając bowiem współpracowników, wlasnemi pracami zapełniać mus" szpalty pisma, trudno nie uznać jego poświecenia sie sprawie ojczystego języka. Mazur jest jedynćm narodowćm pismem we wschodnich Prusiech, uważamy więc za obowiązek naszego społeczeństwa, aby przyjść w pomoc p. Sembrzyckiemu, a to przez przesyłanie mu książek ludowych, weelu rozdawania ich wśród Mazurów, jakoteż pieniędzy, mogących zapewnić byt „Mazura.11 Adres: Jan Karol Sembrzycki. Tilsit Tischgassc, Nr 5.
Karol II7/. Żółkiewski.
BRONISŁAWIE S.0
O towarzyszko moich młodych lat! O siostro moja! ty dziś mówisz mnie, Że więdnie uczuć i poezyi kwiat, Że serce ludzkie zastyga i schnic;
Że próżno dzisiaj wzniosłą nucić pieśń,
Ze słów płomiennych próżno gromy kuć,
Bo karty księgi ozielcni pleśń,
A z naszem sercem nikt nie będzie czuć. Kto ci to mówił? to lalsz! wierz mi, wierz! Jak w żyłach naszych krwi szkarłatny sok, W przyrodzie życie krąży wzdłuż i wszerz, A śród ludzkości nowych myśli tok.
Codzicń przed światem pierzcha nocy mrok, A ze snu wstaje odmlodniały świat;
My tylko starsi—więc łzy ćmią nam wzrok... Nas rozgorycza pamięć naszych strat.
Nam żal skier ognia zgasłach we mgle łez, Niw niedosianych, niedosnutych pień;
Nas musi razić ten straszliwy kres, Za którym tylko niepewność i cień.
Więc tysiąc zrzędzeń, tysiąc slyszym skarg, Że świat nie taki, jak za naszych lat...
O ludzie! zanim klątwa padnie z warg, Czyście spojrzeli choć raz w róży kwiat?
O siostro moja, choć nie nasza dłoń Różane pąki z krzewu życia rwie, Ta sama barwa, ta sama ich woń, Bo czas rozkwitu młodością się zwie.
Więc choć mi nieraz wrzrok zachodzi łzą, Choć wcześnie zbielał na mój skroni włos, Lecz młodzież żyje i ja wierzę w nią I dla nićj serce i dla niej mój glos.
Szydzisz, że stary Camoensa śpiew Pragnę przyoblec w polskićj mowy strój; (*)
(*) Tłumacz Luzyady Kamoensa, którćj kilkanaście oktaw podaliśmy niedawno w Tygodniku, odpowiada t,m wierszem wymownie na zarzuty, uczynione mu przez przyjaciółkę młodości.
(Przypisck redakcyi.)
303
: Mówisz, źe nakształt garści marnych plew, Na wiatr rzuconej, zaginie trud mój;
Ze nazbyt długi oddziela go czas
Od żądz i pojęć dzisiejszego dnia;
Ze losy Gamy nie obchodzą nas, Bo każda chwila własną troskę ma. To wszystko prawda, ale stary wieszcz Już szczęścia tyle swą pieśnią mi dał, Tyle mię razy wstrząsnął grozy dreszcz, Lub w zachwyceniu łzym gorące lał.
Prawda, że Olymp dawno dla nas zgasł, Ze Adamastor może budzie śmiech;
Ale ma ludzkość kilka wielkich hasł, Co z wieków w wieki brzmią tysiącem ech. Gdy wieszcz opiewa jaki wzniosły czyn, Gdy czytam, ile żeglarz musiał znieść, Ja słyszę tylko, jak szlachetny syn Ojczyźnie-matce winną skiada cześć;
1 wiem jak gorzkim jest tułactwa chleb,
I wiem jak smutny na obczyźnie grób... ł tęsknię z piewcą do ojczystych nieb, 1 dzielę sercem każdą z owych prób.
Wtem nagle pieśniarz chmurę z czoła zwiał, Po strunach zagrzmiał: nZ własną troską precz! O bracia, nędzny kto łzy będzie lał, Póki ojczyźnie potrzebny nasz miecz.
Niech w piersi nasze mierzy dzikich łuk, Niech niemoc łamie, niech morduje Maur: Ojczyźnie zawsze trzeba wiernych sług I z naszych trudów jej wyrośnie laur.
Pradziad zasadził winorośli krzew, Dziś na cześć jego toast spełnia wnuk. O! hańba, po kim nie zostanie siew I kto zostawi niespłacony dług!
Hej, bracia, śmiało do wioseł, do lin! Rozwinąć żagle! hej w świat w dobry czas! Niech każdy pomni, że swćj ziemi syn, Że ona zdała błogosławi nas!”
O Camoensie, i piasek i gruz
Twe wielkie serce kryją z dawnych łat, Lecz z ciebie dotąd męztwo czerpie Luz(l) I twoją pieśnią dotąd tętni świat.
O siostro moja, wątpi tylko tchórz, Samolub tylko potępia swój wiek; Widać że serce spróchniałe ma już, Kto wszędzie widzi tylko złego stek. Dziś gradem zbity, odkwitnic nam łan, Na pniach przegniłych wzrasta młody dąb... O! komu jeden dzień do pracy dan, Niech dźwiga z gruzów nowćj chaty zrąb!
Szlachetnych piewców bohaterski śpiew Przystrajać bodę w polskiej mowy strój I nie przcpadnie, jak garść marnych plew, Lecz korzyść drobną przyniesie siew mój. Może po latach jaki mały zuch Za elementarz weźmie książkę mą I nagle iskrą zapali się duch, A dziecko pojmie, za co ludzie mrą.
I chociaż po mnie zniknie wszelki ślad, Choć może z grobu wyrzucą już kość, Wyleci orlę w gronie bratnich stad I spojrzy w słońce—dla mnie tego dość.
Adam M—ski.
ROZMAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Do poruszonego świeżo w „Kraju,” a dawniej jeszcze w „Kronice rodzinnej” pytania, gdzie spoczywają zwłoki ukoronowanego filozofa, króla Stanisława Leszczyńskiego, przybywa nowy szczegół, ua który, o ile wiemy, nikt dotąd nic zwrócił uwagi. Oto w „Eneyklopedyi powszechnej” (wielkiej) Orgelbranda, w życiorysie Leszczyńskiego, znajdujemy wzmiankę, że cześć popiołów króla, zamkniętą w urnie, ofiarowano w Nancy generałowi Sokolnickicmn i ten dnia 5 sierpnia 1814 r. oddał ją uroczyście do kościoła katedralnego w Poznaniu. Jeżeli wiadomość, ta jest uzasadnioną, wynikałoby z niej, że szczątki pośmiertne Stani, sława znajdują się rozproszone aż w trzech miej.
(1) Luzytania.
scowościach: w kościele N. Panny w Nancy, w kościele Ś. Katarzyny w Petersburgu i w katedrze poznańskiej. Możeby Towarzystwo przyjaciół nauk w Poznaniu zecbciało ostatnią tę wątpliwość rozjaśnić.
— Profesor Antoni Małecki, jak donosi „Dziennik poznański,” pracuje obecnie nad odczytem o Janie Kochanowskim, który odbyć ma na tego-roeznem walnem posiedzieniu krakowskićj Akademii umiejętności. Szanowny profesor zebrał podobno wiele ciekawych i nieznanych szczegółów, odnoszących sic do pobytu wieszcza czarnoleskiego za granicą, mianowicie we Włoszech i we Francyi.
— Album malarzy polskich w sztychach. „Piękno i dobro, to dwie rodzone siostrzyce”—od słów tych p. Maurycy Robiczek, nakładca powyższego albumu, rozpoczyna prospekt swojego wydawnictwa. Na określenie to do pewnego tylko stopnia zgodzić się można; bo chociaż piękno w następstwie swojem sprowadza często dobro, niezawsze zato dobro bywa pięknem. Bądźcobądź, pomysł albumu takiego jest szczęśliwy, a wykonanie, o ile wnosić pozwala zeszyt pierwszy, świetne. Zeszytów tymczasowo wyjdzie 12, w terminach miesięcznych (zapewne jako serya pierwsza, po której nastąpią dalsze), a każdy obejmować będzie po dwie ryciny. Do zeszytu 12-go ma być dołączony tekst objaśniający, skreślony przez prof. Henryka Struvego. Prenumerata roczna wynosi rs. 18, miesięczna rs. 1 kop. 60.
W zeszycie pierwszym, który mamy przed sobą, znajdujemy dwie bardzo udatne reprodukeye: „Wazon czy kobietę?" Siemiradzkiego i „Skazaną” Kossowskiego. Druga z nich zwłaszcza wyszła przepysznie, oddając wiernie, w najdrobniej szych szczegółach, zalety oryginału. Rodzaj ten reprodukcyi, zwany światło sztychem (heliogra-vure), polega na tem, że fotografią zdjętą wprost z obrazu przenosi się bezpośrednio na płytę miedzianą. Następnie biegły rytownik poprawia od ręki drobne usterki i nierówności, poczem płyta odbija się, jak zwyczajny miedzioryt, łącząc w sobie najściślejszą wierność z artyzmem.
Wydawnictwo p. Robiczka drukuje się w słynnym zakładzie Angerera w Wiedniu; dla nadania mu zaś większego rozpowszechnienia, część pewna nakładu opatrzona jest podpisami francu-skiemi i niemieckiemi, a znajduje podobno odbyt bardzo szeroki. Życzyćby należało, aby i u nas piękne to album rozeszło się jaknajliczniej, zwłaszcza że cena jego, w porównaniu z tego rodzaju publikacyami zagranicznemi, prawie o połowę jest niższą
— 0 nabyciu majątku Winnogóra przez panią Bogusławę z Dąbrowskich Mańkowską, wyjmujemy z listu dostojnćj córy wielkiego wodza legionów następujące jeszcze szczegóły:
„ Wszystkie a wszystkie meble, do ostatniego krzesła, stolika i łóżka, poświęciłam za dwa kuferki pamiątek po moim ojcu. W tych kuferkach są najdrogocenniejsze zabytki. Mam ordery z brylantami; orły włoskie i francuskie; przepyszny czaprak aksamitny z Wioch; szlify, szarfy, szarfę szeroką jedwabną z czasów republiki; perspektywy, które odbyły wszystkie kampanie; pierścionek przestrzelony w r. 1812, podczas przeprawy przez Berezynę, a otrzymany od Kościuszki za obronę Warszawy; cały stan służby, wszystkie patenta i dziennik matki mojej. Kuferek z monetami polskiemi, których było za 5,000 talarów, dostałam także, ale wszystkie miejsca, gdzie były złote numizmaty.... próżne. W bibliotece najważniejszych książek niema. Cóż miałam robie? Byle skończyć?...”
Bądźcobądź, sprawa, po czteroletnich sporach rodzinnych, pomyślnie jest załatwi* ną i Winnogóra pozostaje w rekach córki i wnuka generała Dąbrowskiego.
— Kielich bursztynowy, roboty Zygmunta III. znajduje się obenic na wystawie karnej p. Ciążyńskie-go w Krakowie. Kielich ten niegdyś podobno stanowił własność biskupa Sołtyka, po którego śmierci, gdy zbiory jego poszły w rozproszenie, został sprzedany, a następnie drogą zapisu dostał się p. Ludwikowi Michałowskiemu. Na przezro-
czystem dnie widać wizerunek króla-rzeźbiarza, a obok leżą odpadłe od kielicha prześlicznej roboty cztery maskarony. — Wiadomość tę wyjmujemy z „Czasu.”
— Toż pismo donosi, że rodak nasz, kapitan Antoni Wiśniewski w Nowym Yorku, wynalazł rodzaj maski, chroniącej pracowników po fabrykach i laboratoryach chemicznych od wyziewów trują-cych, a zarazem strażaków od poparzenia wcza-sie pożarów. Pan Wiśniewski uzyskał na swój wynalazek <id rządu Stanów Zjednoczonych przywilej, o którego odkupienie wielu już podobno przedsiębiorców czyni starania.
— Pożyteczne wydawnictwo. Towarzystwo politechniczne we Lwowie zleciło docentowi miejscowej szkoły politechnicznej, p. Romanowi Gostkowskiemu, wypracowanie podręcznika p. t. „Zasady elektrotechniki,” obejmującego wszelkie najnowsze zastosowania elektryczności i objaśnionego licznemi rycinami. Dzieło to niebawem wyjść ma z druku, jeżeli zbierze się na nie choć trzysta podpisów prenumeracyjnych. Otóż „Przegląd tygodniowy” w ostatnim swym numerze zawiadamia, że dla abonentów swoich wyjednał zniżenie ceny tego podręcznika o 25%, że zatćm nabyć go będą mogli po rs. 2 kop. 70 za egzemplarz w Warszawie, a po rs. 3 kop. 20 na prowincyi. Wątpić niepodobna, że praca tak bardzo będąca na czasie chętnych znajdzie nabywców i że umożliwi to rychłe jej wydanie.
— Z Cieplic czeskich otrzymała „Gaz. krak.” następującą korespondencyą w języku czeskim, która w polskim przekładzie brzmi:
„Kasyno czeskie w kąpielowćm mieście Cieplicach, na północy Czech, na walnem swem zebraniu wybrało swym przewodniczącym doktora medycyny p. Władysława Krajewskiego, syna bratniego nam narodu.
„Z prawdziwą dumą zaliczamy doktora Krajewskiego pomiędzy najdroższych, najszlachetniejszych ziomków. Wszakże nigdy Polak nie czul się obcym na ziemi czeskiej, zarówno jak Czech w Polsce uznaje się Polakiem, nie przestając być Czechem.
„Ktokolwiek zna obejście dra Krajewskiego z tutejszą ludnością czeską, ktokolwiek wić, z jaką miłością zawsze wobec nas dr Krajewski występuje, wspierając wszelkie nasze narodowe usiłowania, nietylko cenną radą swoją, ale także i czynem—ten zaiste zrozumie, dlaczego przy dokonanym wyborze na walnem zgromadzeniu taki jednomyślny zapanował objaw.
„Do głębi wzruszony ogłoszeniem wyniku wyboru, nowy przewodniczący podziękował rzewne-mi wyrazami za objawione sobie zaufanie, a w dłuższej polskićj przemowie wygłosił wywód o sym-patyach i wzajemnych uczuciach pomiędzy Czechami a Polakami.”
— Na austryacko-węgierskiej wystawie obrazów w Paryżu naczelne miejsce zajmuje nowy obraz Munkaczy’ego,. „Chrystus na górze Kalwaryi,” o którym korespondent nasz paryski pisał już w ostatnim numerze Tygodnika. Do szczegółów przez niego podanych dodajemy jeszcze kilka. Obraz olbrzymich rozmiarów, bo mający 7 metrów długości, a 5 wysokości, obejmuje, oprócz pomieszczonych wgłębi, 45 figur wielkich, pierwszoplanowych, miedzy niemi faryzeusze, żołnierze rzymscy i lud. Kat (sportretowany Albert Wolff z „Figara”), z drabiną ua plecach, odchodzi obojętnie. Wyobrażenie Zbawiciela porywającej jest siły i wyrazu, a działanie akcji głównej na grupy widzów pomyślane głęboko i uwydatnione z techniką mistrzowską.
— Nowy sposób konserwowania mięsa wynalazł, jak podaje „Wszechświat" warszawski, dr Clos-set w Liege. Polega on na przechowywaniu mięsa w atmosferze pozbawionej tlenu i wszelkich szkodliwych zarodków. Mięso takie, przed przechowywaniem, zanurza się w rozczynie dwusiarku sodu; pozbawienie zaś powietrza tlenu i szkodliwych organizmów odbywa się zapomocą przepuszczania go przez rury rozżarzone, napełnione węglem i siarką. Środek ten dozwala przechowywać mięso przez miesiąc cały, bez najmniejszych oznak zepsucia.
304
Widok ogólny Sobót (Zoppot), zdjęty z Góry królewskiej (Kbnigshóhe).	<367,
(Zob. artykuł w numerze poprzednim.)
Widok ogólny Sobót (Zoppot), zdjęty z Góry królewskiej (Kbnigshóhe). (Zob. artykuł w numerze poprzednim.; (sos)
Wydawcy Gebethner I Wolff.—Redaktor L Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
/to3BOJieno Heiiaypoio. Bapniana, 25 Anpijia 1884 r.—Druk Józefa Uugra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
JW72.
PranumerHa w Warszawie:	-TT	Prenuiiierbta
rocznie w. 8, półrocznie rs. 4, kwart.	W atSZUWU, 17 11191 ft IcM 1’.	""	T’*
re. 2, miesięcznie kop. 671 pół.	’	"	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
ł om III.
Treść nuwern. Artykuły: Bogusława z Dąbrowskich Mańkowska i jej pamiętniki, skreślił M. Krzywossul-Kępieiiski.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Wystawa sztuk pięknych w Paryżu.—O pismach Zygmunta Krasińskiego, skreślił F. buryn (dalszy ciąg).— Kronika tygodniowa, przez St. M. Kz. — Przegląd polityki zagranicznej.— Keinerz i Cudowa, przez L. S. W.—Dworek przy ulicy Łaziennęj-Mokręj w Piotrkowie, przez E. Dylewskiego. — Przegląd teatralny, przez E. Łabowskiego. — Korespondencya Tygodnika ilustrowanego z Poznania.—Do braci w niedoli, przez A. Konieczną v.wićrsz).—Sprostowanie.—Składki.—Korespondencya od redakcyi. —Rozmaitości.—Dodatek. Miernoty, przekład z włoskiego M. Faleńskiej (arkusz C-ty).— Ryciny: Bogusława z Dąbrowskich Mańkowska.—Wiosna, kopia obrazu II. Kaulbacha.—Dworek i tablica pamiątkowa w Piotrkowic—Cudowa, rysunek F. Brzozowskiego.
Bogusława z Dąbrowskich Mańkowska i jej	(*)
Skreślił Mieczysław Krzywosąd-Kępieński.
Od dosyć już dawna panuje w naszem społeczeństwie chwalebna dążność
wydobywania na świat z pyłu zapomnienia źródeł i dokumentów historycznych, ogłasza-nia wrażeń doznanych w przeszłości, spisywania pamiętników bądź własnych, rodzinnych, bądź zdarzeń piszącemu spółczesnych. Jest-to kierunek bezsprzecznie dodatni, jako symptom zamiłowania tradycyi i prawdy, wydobywania ich z grobowej pleśni, otrząsania z pyłu uprzedzeń, nienawiści często tendencyjnej, a nieraz namiętnie stronniczej, albo odwrotnie, z uwielbień często bardzo przesadzonych.
Powiedziałem, źe uważam ten kierunek za dodatni, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy jedni sadzą sie z umysłu na to, aby kalać przeszłość i strącać najznakomitsze nasze postacie z piedestału zasług, na jakim je postawiły dzieje, inni zaś chcą a tout prix zburzyć gmach świetny i pełen pamiątek, nie stawiając nic wzamian, prócz ryzykownych doktryn i utopij. Wiemy, jak potężny wpływ wy-
(*) Pamiętniki Bogusi? wy z Dąbrowskich Mańkowskiej-t. 1, III, IV. Poznań, w ko, misie u Simona, 1880—1883.
warła z końcem zeszłego i początkiem dzisiejszego wieku literatura, szczególniej zaś filozofia francuska, na umysły naszych przodków, a przyznać należy, że natura tego wpływu była stokroć groźniejszą, niż zamiłowanie w obyczyjach i języku obcym, zacierał on bowiem wszystko, cokolwiek
Bogusława z Dąbrowskich Mańkowska. O*39)
wyrobiła praca wiekowćj tradycyi. Naród, niby wytrzeźwiony, wstydząc się zacofanej rzekomo przeszłości i zarzucając przesądy, popadał w inną ostateczność, bo w czcze formułki i teorye filozofów francuskich, nadające mu jakiś blichtr dziwaczny kosmopolityzmu bez barwy. Jak wówczas, tak i dzisiaj, wi-
dzimy ostatni ten symptom w naszej, bądźcobądź bogatej, literaturze spółczesnej, ale symptom z rozmaitych pochodzący źródeł. Gdy wtenczas hołdowaliśmy Yoltai-re’om, Monteskiuszom albo Iłoussom, dzisiaj bije-my czołem przed innemi potęgami, istną antitezą tamtych, paląc kadzidła Buchnerom, Yogtom, Straussom czy Draperom, że już nie wspomnę tu innych. A jak wtenczas społeczeństwo polskie, o-szolomione wielkiemi słowami wolnomyślności i cywilizacyi, zwaliło się w gruzy, tak i my dzisiaj schodzimy zwolna na manowce, a korząc się przed często niezro-zumianemi teoryami i frazeologią materyalistów, nieświadomi istoty rzeczy, nie umiejąc zastanawiać się nad sobą o tyle, by własne spotęgować siły żywotne, tworzymy z wiary przodków, z tradycyi narodowej czy rodzinnćj, istną heka-tombe.
Wobec tych nowych prądów i kierunków, jakie się dają odczuwać na niwie literatury ojczystej, niedziw, że coraz więcej pojawia się książek, których treść stanowią wspomnienia przeszłości. Jest-to wy
306
nik naturalny dobrćj woli ludzi starszych wiekiem, którzy, czerpiąc z bogatej skarbnicy rodzinnej, ddają narodowi cenną po ojcach spuściznę, by dodawać mu otuchy na przyszłość.
Literacka i dziejowa wartość takich pamiętników zbyt jest widoczną i jasną, ażeby potrzebo wała szerokiej rozprawy. Pamiętniki są dla dziejów przeszłości tćm, czein dla rysunku umiejętne jego cieniowania, nadające życie martwym przedtem rysom. Co w suchych zapiskach kronikarskich albo opisach dziejowych wydaje nam się mglistem, nicwyraźnem, to nam wyjaśniają i tłumaczą pamiętniki, nadając zdarzeniom i ludziom w nich występującym właściwą barwę czasową. To tćż powiedział jeszcze stary Plant podobno: „ (2ui audiunt audita dicunt, gui rident, jdene sciunt.n
Niemnićj ważną jest wartość pamiętników prywatny ch z tego względu, żc czego nam dzieje wypowiedzieć nie mogą, to nam jasno wykładają pamiętniki, mianowicie stronę psychologiczną i filozoficzną danej epoki — psychologiczną dla przyczyn i motywów, filozoficzną dla skutków i wyników. Ztąd niepospolita wartość pamiętników prywatnych krytycznego dziejopisarza, któ ry dzieje przeszłości, z nieuniknioną stronniczością pisane przez spólezesnych, rozbiera, a jedynie z pomocą takich pamiętników może wierny i prawdziwy wyprowadzić obraz wieku. Rozumie się samo przez się, że wartość podobnych książek bywa różną i względną, że się normuje według stanowiska, jakie autor wspomnień zajmował, według stosunków, które go wplatały w spółczcsne wypadki, albo jakie łączyły go z ludźmi mniej lub więcej znakomitymi danej epoki, których sylwetki nam kreśli—nie mówiąc już o talencie, o darze obrazowania wypadków i charakterystyki osób, o poprawności stylu i tym podobnych warunkach.
Wśród istnej powodzi pamiętników, wspomnień rodzinnych, epizodów z przeszłości, odznaczają się nietylko bogatą treścią, ale i wytworną formą pamiętniki pani Bogusławy z Dąbrowskich Mańkowskiej. Zanim jednak przystąpimy do bliższej ich oceny, czujcmy się w obowiązku skrćślić choć pobieżnie szkic biograficzny tej znakomitćj osobistości, którą cnot) domowe i obywatelskie zasługi stawiają w pierwszym rzędzie zacnych niewiast polskich, a przebiegając jej żywot, zaznajomimy oraz czytelnika z treścią pamiętników, na których podstawie, obok innych źródeł, kreślimy t<> życie pełne porywów szlachetnych, uniesień i radosnych chwil, jak pełne poświecenia, piulunnych góry czy i łez.
Dostojna autorka, pani Bogusława z Dąbrowskich Mańkowska, jest córką wielkiego wodza legionów, Jana Henryka Dąbrowskiego, i jego drugiej małżonki Barbary z Chłapowskich. Urodzona w Paryżu 18 marca 1814 r. w tych czasach pełnych burz, grozy i wrzawy wojennej, kiedy ual jej kołyską grzmiały działa, broniące stolicy Francyi od nawału sprzymierzonych armij— zobaczyła światło Boże, jako prawdziwa córka żołnierza. We wczesnem dzieciństwie utraciwszy ojca । gdyż, jak wiadomo, śmierć generała nastąpiła w r. 1818), wychowywała się pod troskliwym okiem swej matki i dawnych towarzyszy broni rycerskiego wodza. Ta podwójna, źe tak powiem, opieka uczuciowej generalawej Barbary i zahartowanych w boju podkomendnych generała Henryka, wywarła wpływ przeważny na usposobienie młodej Bogusławy, gdyż obok tkliwego nad wyraz, niewieściego serca, wyrobił się w nićj pewien bart ducha, stanowczość woli i silny, prawie uięzki charakter, jaki jej ojciec zostawił w spuściźnie
Po śmierci ojca początkowe nauki pobierała w tej pięknej Winnogórzc, która była materyalną nagi idą krwi, poświęcenia i bohaterstwa generała Henryka Dąbrowskiego. Weelu dalszego wykształcenia obojga dzieci, to jest Bogusławy i jej młodszego brata Bronisława, wyjechała generałowa do Warszawy, gdzie zająwszy obszerno apartamentu w pałacu Paca, stworzyła ognisko towarzyskiego życia stolicy i gdzie znane z gościom >śm salony generałowej gromadziły wszyst
ko, cokolwiek odznaczało się zasługą, nauką, rodem, czy majątkiem. W najwykwintniejszem więc otoczeniu wzrastała młodziutka Bogulina (tak ją nazywano powszechnie), kształcąc się i rozwijając umysł pod kierunkiem J. U. Niemcewicza, który był jćj spólopicktincm, i Ludwika Osińskiego, ówcześnie profesora w szkołach tyle dla wychowania publicznego zasłużonego zakonu pijarów. Młoda dziewica odznaczała sic już wten czas niezwykłą inteligencyą i bystrością umysłu, obok żywego temperamentu i bujnej wyobraźni, które z latami wzrastając, przy innych zaletach i niepospolitej piękności, jednały jej serca tak starszych, jak młodszych. Szczególniej niebar-dzo skorzy do uniesień starsi panowie zachwycali się młodziutkim podlotkiem, czego dowód mamy w szaradzie, jaką skreślił na imię. „Bogusława” zawsze kochliwy Niemcewicz, a którą tu, jako mniej znany wiersz sędziwego poety, przytaczamy:
Pierwszemu winien jestem życie i istnienie, Zdaje się, że odrazu poznasz świata pana. Drugie czczę ponad skarby, ubóstwiam szalenie I chce taką zachować, jak przez przodków dana. Pierwsze z drugićm złączone, gdybym mógł posiadać, Nie dbałbym światem, ani milionami władać.
Przy pomnijmy sobie, że wczasie młodzieńczych lat (1825 — 1829) naszćj bohaterki, nastąpił ogólny zwrot do poezyi lirycznej. Romantyzm poczynał brać górę, wybijając w gorączkowej walce głębokie szczeliny w chylącym się do upadku gmachu klasycyzmu. Uczucie wciskało się wszędzie i wszędzie największą odgrywało rolę; wszystko na ton liryczny było nastrojone: poetyzowali nauczyciele, równie jak uczniowie, poetyzowało cale społeczeństwo. Z ponurych borów i puszcz tajemniczych Litwy plynąly zrazu wolno i nieśmiało, później coraz głośniej, coraz silniej czarujące dźwięki lutni, które niebawem mia ły się skrystalizować w potężnem nazwisku: Mickiewicz.
W< zasic tego przełomu, kiedy dwa prądy klasycyzmu i romantyzmu walczyły z sobą uparcie, spędzała Bogusława Dąbrowska młodzieńcze swe lata miedzy zwolennikami obu obozów i była ciągłym świadkiem wzajemnego ścierania się zdań; nic więc dziwnego, żc ta epoka najsilniej oddziałała na jej żywą i gorącą wyobraźnię, czego mamy dowód nietylko w jej pamiętnikach, nietylko w szeregu prac dramatycznych, ale, co ważniejsza, w calem jej życiu, pelneni trudu, zawodów i przejść bolesnych.
Wypadki r. 1830 zastały rodzinę Dąbrowskich w Dreźnie, gdzie przemieszkiwała generałowa dla edukacyi syna Bronisława, a nie potrzebujemy podobno nadmieniać, jak one wstrząsały sercami zacnej i patryotycznej rodziny wodza legionów, zwłaszcza, źe w szeregach walczących miała licznych krewnych, z których jeden z najbliższych padl śmiercią walecznych w bitwie pod Grocbowcin (1). Żałoba, jaka z końcem wojny zaległa cały obszar kraju, odbiła się niezmierną boleścią w Wii uogórze, która, jak po wojnach Napoleńskich, dała się i dzisiaj, o ile na to wa runki zewnętrzne pozwalały, przytułkiem rozbitków. W smutku i łzach, w kojeniu ran zadanych, spływały dnie, miesiące i lata, aż nadszedł rok 1834, który w życiu już dojrzalej panny Bogusławy wywołał zmianę stanowczą. Brat jej Broni sław odbywał podówczas w Berlinie przymusową służbę wojskową. W gronie Polaków, którzy przebywali w stolicy brandeburskiej, poznał i zaprzyjaźni! się z Teodorem Mańkowskim, synem zamożnej i poważanej rodziny z Podola. Starożytna rodzina Mańkowskich pochodziła pierwotnie z Wielkopolski, gdzie posiadała obszerne dobra Rudki; wskutek jednak stosunków rodzinnych i majątkowych, przeszły w spadek na ciotkę Teodora w posagu, gdy jego ojciec Jan, ożeniony z Julią Grabowską (siostrą ministra Tomasza
(i) Gustaw Dąbrowski, wnuk generała Henryka, a syn Jana, generała brjgadj, syna Henryka i jego pierwszej żony Gustawy von Rackel.
Grabowskiego^, osiedlił się w Borówce w okolicy Kamieńca podolskiego. Między młodymi przyjaźń zawiązuje i ścieśnia się łatwo; to tćż ś. p. Bronisław pokochał serdecznie Mańkowskiego, a kiedy wyjeżdżał do domu na urlop, zabrał go zc sobą do Winuogóry. Miody i z wyższćm wykształceniem Teodor Mańkowski, obok zewnętrznych darów natury, łączył w sobie wszelkie zalety, które mu mogły jednać serca i umysły. Trochę ideolog, trochę filantrop, marzący ciągle o dobru ludzkości, z gorącą nad wyraz wyobraźnią, opanował odrazu serca wszystkich mieszkańców Winnogó-ry, najbardziej jednak serce córki domu. Pokrewne dusze zbliżyły się ku sobie, zkąd niezadługo wywiązała się miłość wzajemna. Ślub młodej pary nastąpił w r. 1835, rokując najpiękniejsze nadzieje na przyszłość dla małżonków. Niestety jednak, niedługo trwało ich szczęście. Teodor, wmieszany w wir ówczesnych wypadków, został w cztery miesiące po ślubie uwięziony w Borówce. Wczasie uwięzienia męża, przebywa zrozpaczona pani Mańkowska u matki w Winnogórzc, gdzie przychodzi na świat syn (1), jedyna pociecha w smutku i Izach tonącej młodej małżonki i matki. Tymczasem sprawa więźnia pogorszała się coraz więcej i wymagała koniecznie interwencyi zewnętrznej. Młoda matka porzuca dziecię, udając się osobiście do kijowa, gdzie powiciu niebezpieczeństwach, poświęceniach i trudach, ndajc jćj się ocalić męża od wygnania.
Teodor Mańkowski byl to charakter czynny, rzutki i przedsiębiorczy. Osiedliwszy się w Po-znańskiein, czując, żc obowiązkiem jego przyczynić się wmiarę sił swoich do dobra dzielnicy, której został obywatelem, nic przestawał marzyc o oddaniu talentów swych i nauki na usługi ziomków. Podjął więc jeden z pierwszych myśl tworzenia towarzystw agronomicznych i towarzystw wstrzemięźliwości, nie przestając występować przeciwko wystawnośei i zbytkom, jakie wtenczas panowały ogólnie w Poznańskiem, w czćm mu gorliwie dopomagała młoda jego małżonka.
Na takiej cichej, ale wytrwałej, obywatelskiej pracy zeszło lat kilka, wczasie których czynny umysł Mańkowskiego liczne układał plany i pro-jekta. Wiedząc, że polepszenie doli kraju leży w podniesieniu materyalnych jego warunków, nie zamknął swojćj działalności w ciasnych, ograniczonych szrankach prowiucyi poznańskiej ale postanowił jc rozszerzyć i zawiązać stosunki z zagranicą. Z poświęceniem więc znacznego własnego kapitału, zakłada w r. 1845 w Londynie „Bank polski,” weelu ułatwienia handlu z zagranicą (co zc względów ekonomicznych niemałą było dla kraju korzyścią), jak również ażeby utworzyć dla młodzieży polskićj rodzaj szkoły handlowej.	{!>ok. nait.)
NIEZARADNI.
DOWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalszy ciąg.j
XX. Miękkość szlachecka.
Podcdrzwiami numeru szóstego pan Tadeusz zatrzymał się na chwilkę, dla posłuchania brzmiących za drzwiami tonów: aaa...
„Co sie oni tego „aa” trzymają” — rzeki sam do siebie i zapukał.
— Jśntrez!— odezwał się głos donośny zc środka.
Pan Tadeusz wszedł i na powitanie jego powstał od fortepianu człowiek, powierzchowność którego łączyła w sobie powagę i wdzięk, dobre od pierwszego oka rzutu dające mu świadectwo. Wstał i na pierwsze słowo z ust pana Tadeusza czekał.
(1) Napoleon Mańkowski, obecnie właściciel Rudek w w. księztwie poznańskiem i były członek parlamentu niemieckiego w Berlinie
— Mam zaszczyt przedstawić się panu dobrodziejowi: Tadeusz lloworowski.
— Bardzo mi milo. Proszę pana- -odrzekł pan Kapusini, wskazując gościowi siedzenie.—Czem panu służyć mogę?
— Bo to ja tak- odrzekł pan Tadeusz, usiadłszy—ażeby panu dobrodziejowi czasu nic zabić-rać, do interesu, bez prcambulów, prosto z mostu, przystąpię,.
— Słucham pana.
— Mam córkę, na imię jej Julisią; dziecko jest latek dwanaście, ale, mości dobrodzieju, ma głos.
— A...—i uwagę zwrócił.
— Ma głos—powtórzył pan Tadeusz.—Niech mi pan dobrodziej z laski swojej poradzi: co z tym fantem robić?
— Czyś pan sam muzykalny?
— Ale gdzież tam!.. Ja, panie, gospodarz... na wsi mieszkam, o dwadzieścia zgóry od Odessy mil.
— Córeczka pańska na wsi?
— Jest tu. Przyjechałem z żoną, z siostrą  z nią; bawimy już tu od dwóch miesięcy.
— To dobrze, inaczej bowiem niebym panu o głosie jego córeczki powiedzieć nie mógł. Potrzeba, żebym glos ten rozpoznał pierwćj.
— Rozpoznany już.
— Przez panią zapewne?
— Nie. Przez pannę Y.
— A!—odrzekł na to i skłonił głowę z akcentem uznania.
Pan Tadeusz opowiedział w krótkości o koncercie panny Y. w Humaniu, o pobycie jej w llowo-rówec i zakończył opowiadanie zapytaniem kate-gorycznem, tyczącćm sięedukacyi Julisi.
— Nie mogę panu żadnych udzielić wskazówek—odpowiedział zapytany—bez widzenia i bez rozpoznania głosu córeczki pańskiej. Jak lekarze, tak i my, na niewidziane i niesłyszane radzić nie możemy. Niech pan córeczkę swoję do mnie przyprowadzić raczy.
— A może byłoby lepićj, gdybyś pan dobrodziej pofatygował się do nas? — podchwycił pan Tadeusz.—Bo to, widzi pan dobrodziej... żona moja...
— Kiedy?
— Choćby natychmiast.
— Natychmiast nie mogę. Oczekuję—spojrzał na żćgarek—przybycia uczenicy, którćj eduka-cyą muzykalno wokalną kieruję.
— Dziś więc wieczorem?
— Dziś wieczorem? hm.... — zamyślił się na chwilkę.—O którćj godzinie i gdzie?
— Mieszkamy w hotelu tym samym, pod nu-merem dwudziestym, co zaś do godziny... Nie byłby pan dobrodzićj łaskaw przyjść do nas... ot tak, bez ceremonii, na herbatę, między szóstą a siódmą?
— Sprawię ambaras...
— Najmniejszego... Przeciwnie. Miałbyś pan dobrodzićj czas obszerniej z żoną moją pomówić.
— Będę służył.
— Między szóstą a siódmą?
Artysta skłonu się na znak potwierdzenia.
Pan Tadeusz miał ochotę dłużćj u niego pozostać, dla gawędki. Podobał się mu ten Kapucyni, jak go zwał. Piekło go atoli, ażeby jaknaj-rycblćj pani Róży zakomunikować wiadomość pomyślną; wstał więc i odszedł, unosząc wręczoną sobie na odchodnćm z ukłonem uprzejmym znacznych rozmiarów kartę, zapełnioną litografów a-nym napisem.
Z tą w ręku kartą z pośpiccham do mieszkania swego się udał.
— No, masz — do żony się odezwał, wchodząc—rzecz się piorunem zrobiła. Trzeba mi było powiedzieć tylko. Powiedziałaś i rzecz całą wciągu godziny załatwiłem.
Kartę pani Róży podał.
— Przyjdzie dziś wieczorem. Zaprosiłem go na herbatę. Rozmówisz się sama.
Pani Róża przebiegła oczami po razy kilka kartę, na której pięknie wykaligrafowane czytała tytuły, opiewające, jako pan Stefan Kapusini, były uczeń konserwatoryum paryskiego, jest dy-
----------------- 307 --------- piętnowanym profesorem śpiewni, odznaczonym jako taki przez królową hiszpańską i cesarza brazylijskiego, zaszczyconym rekomendacyą szczególną cesarzowej francuskiej i króla hanowerskiego etc. etc. etc.
Pani Róży to zaimponowało.
— Cóż? Jakże?—zapytała
— Dopytałem się do Kapucyniego.
— Kapusini—poprawiła.
— Jaż tak mówię!., no i, od słowa do słowa, na herbatę zaprosiłem.
— Ależ to figura jakaś... królowie, królowe, cesarze, cesarzowe.
— A mimo to uprzejmy i bardzo, bardzo miły. Nie chciałcm z nim się rozgady wae szćroko; wołałem, ażebyś rozmówiła się sama.
Powtórzył dosłownie rozmowę, w którćj nic opuścił tego, żc byłby go ze sobą przyprowadził, gdyby nic to, że oczekiwał uczenicy, „której cdukacyą muzykalno-wokalną kieruje.”
— To dobrze, żeś go nie przyprowadził, byłby bowiem nieporządek zastał.
Wieczorem siódma już dochodziła, kiedy się pan Kapusini stawił. Stolik oddawna już nakryty, a ciastami i fruktami zastawiony, na przybycie gościa czekał. Przybysz miał na sobie czarny, na piersiach zapięty surdut, co mu akcent surowości jakiejś nadawało. Regularne rysy oblicza, wyniosłe czoło, ciemne, spokojnie patrzące oczy, broda w wachlarz składały się na wyraz powagi, nacechowanćj wyższością naturalną.
Wszedł, skłonił się damom nizko; panu Tadeuszowi dłoń do uścisku podał.
— Czekaliśmy na pana—z akcentem wymówki przemówiła pani Róża.
— Jaknajusilnićj przepraszam. Od wpół do piątćj do wpół do szóstej miewam codziennie lekcyą z księżniczką Della Gruda Odełgini, którą matka umyślnie do mnie przywiozła. Księżna gaduła trochę: po łckeyi na rozmowę mnie wyzwala.
Racya spóźnienia, do którćj księżna Della Gruda wchodziła, tak by ła, w mniemaniu pani Róży, słuszna, iż sic wymówki swojćj zawstydziła. Wezwała w ięc gościa, aby przy stoliku usiadł i herbatę nalewać zaczęła.
Panna Emilia i pan Tadeusz miejsca swoje zajęli; Julisią ulokowała się pomiędzy matką a ciotką, a wyglądała, jak istny aniołek. Zawiązanie rozmowy napoty kało na trudności niejakie, które pan Kapusini usunął, zacząwszy o pogodzie. Od pogody z łatwością znalazło się przejście do Odessy, od Odessy do sztuki wogóle, od sztuki wogóle do teatru, do panny Y., do Julisi.
— To jest—odezwał się Kapusini, oczami ua dziewczynkę wskazując—aspirantka na divę?
— Tak, panie. Panna Y. odkryła w nićj talent.
— Ja w niej odkrywam zalety, które ją od talentów uwalniają. Piękność sama przez się jest talentem najwyższym.
— Jeżeli jednak przytćm—zaczęła pani Róża.
— Zapewne — podchwycił. — Nic nic mam przeciwko uprawianiu talentów w kobietach nawet najpiękniejszych. Owszem, jako sam artysta, lubię kojarzenie piękna jednego z drugiem. Śpiewaczka brzydka jest śpiewaczką tylko; przed śpiewaczką piękną tłumy na kolana padają.
Niewysłowiona jakaś od wyrazów tych w sercu pani Róży' rozlewała się słodycz. Brzmiala w nich dla niej prawda święta.
— Cóż pan o Julisi mojćj myśli?
>— Przedewszystkićm zapytać się ośmielę panny Julisi, co ona o śpiewie myśli? Czy panna Ju-lisia śpićw lubi?
— O! lubię—odparła z pośpiechem.
— Bardzo lubi—wtrąciła pani Róża.—Postrzegłam w niej oddawna szczególne do śpiewu zamiłowanie. I tyś, Emilko, postrzedz musiała toż samo?
— Tak, o! tak—odpowiedziała z naciskiem.
— Wszyscyśmy to spostrzegli, ale, ua wsi, nie mogliśmy o glosie sądzić; aż dopiero panna Y. uwagę nasze na takowy zwróciła.
— Zamiłowanie to rzecz najpićrwsza, od zamiłowania bowiem zależy uczucie, bez którego
glos najcudniejszy będzie, przy rozwoju nawet najwyższym, mechaniką tylko. Ponieważ więc panna J ulisia zamiłowanie posiada, zobaczymyż teraz, czy posiada głos. Proszę mi zaśpiewać co.
Zmieszała się dziewczynka i za plecy matki usunąła. Nastąpiły namawiania, prośby, szepty i targi, które profesor przeczekał, aż usłyszał zapytanie: „Co?”
— Cokolwiek—odrzekł—tę na przykład śliczną piosenkę: „Wlazł kotek na plotek,” jeżeli, rozumić się, panna Julisią piosenkę tę umić.
— Umie, umić--podchwycił pan Tadeusz.— Jam ją sam nauczył.
Dziewczynka atoli namówić się nie dawała.
— Więc ja dam przykład — przemówił pan Kapusini i wnet się słyszeć dal. „Włazi kotek na płotek” w ustach jego wydał się cudnem.
Zachęcona przykładem, Julisią powtórzyła, ale jćj nic szło.
— Zmieszana— rzeki profesor półgłosem i, do dziewczynki sie zwracając, dodał:—Proszę mi tę jeszcze zrobić przyjemność i ciągnąć za mną: Wlaaa..
— Wła—zaczęła Julisią i zakrztusiła się.
Powtórzyła raz drugi lepiej, trzeci jeszcze lepiej.
— Dosyć—odezwał sie pan Kapusini.—Znaleźliśmy, czegośmy szukali, lim? — do pani Róży sie zwrócił.—Jest nadzieja, nadzieja, do urzeczywistnienia którćj przystępować należy zjaknaj-większą ostrożnością i z całą umiejętnością.
— Proszęż nam, panie łaskawy, we względzie tym wskazówek udzielić.
— Do właściwej, do szkolnej nauki śpiewu niema co przystępować jeszcze. Pahienka za-mloda, płuca nie wytrzymają; ale przygotowywać zawczasu należy grunt, to znaczy: kształcić w muzyce zasadniczo i formować gust, nie spuszczając ani na chwilę śpiewu z uwagi. Panienka może, a nawet powinna, zacząć brać lekcye śpiewu od dziś, ale u nauczyciela, coby jćj płuca pielęgnować umiał. Oto wszystko, pani, co o tćm z punktu ogólnego powiedzićć można.
— Dziękuję panu—odparła pani Róża, dłonie nawpół składając.
— O, pani!
— Jabym pragnęła dać jćj edukacyą wszechstronną.
— Do łat siedemnastu, osiemnastu, póki płuca w mierze nie staną, jest na to czasu dosyć.
— O formowaniu gustu co pan myśli?
— Opera... opera, pani, przedewszystkićm; przytćm koncerta i u dobrego profesora lekcyc muzyki.
— t »pcra w iloworówce- wtrącił pan Tadeusz.
— Tadziu—podchwyciła pośpiesznie, dla zagadania oczywiście, pani Róża — przysuń panu profesorowi sucharki. Proszę pana—zwróciła się do profesora—i przepraszam, żem o obowiązkach gospodyni zapomniała. W Howorówcebym występku tego nic popełniła; ale w miejscu obećm człowiek sam gość iem się czuje.
— Państwo długo jeszcze pozostawać w Odessie zamierzacie?
— Nie wiem—odparła, uprzedzając odpowiedź męża—to zależy... Interesa nibyśiuy to już pokończyli; dla nas atoli ponad interesa wszystkie góruje cdukacya dziecka. Więc, nie wiem...
— Pod względem edukacyjnym Odessa czyni zadość warunkom wszystkim i wymogom najwybredniejszym. Zakłady, metrowie, nauczycielki... języków obcych, francuskiego, włoskiego, angielskiego, tu, przy dobrćj woli, na ulicy wyuczyć się można. Odessa, to Marsylia czarnomorska... to miasto europejskie.
— I wygodne.
— Wygodne i, dodać należy, niedrogie, co jest rzeczą bardzo naturalną: tu się cła od towarów nie opłaca, a więc wszystko o połowę-jest tańszćm, aniżeli poza linią celną. Wina butelka w Kijowie rubli trzy, tu półtora.
— Pan zna Kijów?
— Byłem tam przed laty... koncert dawałem. Mieścisko duże, ale bez życia.
Rozmowa zeszła na materyą inną, na wate-ryą z osnową powieści naszej styczności pośrc-
308
dniej nawet niemającą, i niebawem profesor śpiewu państwa Tadeuszostwa pożegnał. Przy pożegnaniu pani Róża, dłoń mu ściskając, mówiła:
— Nie poraź ostatni, mam miłą nadzieję, widzimy sic, panie profesorze, i nic ostatni to miałam do pana interes.
— Pani, na twoje się oddaję rozkazy—skłonił sic głęboko.
— O Tadziu!—zawołała, jak skoro pan Kapu sini za drzwiami zniknął—jakiżeś ty trafny uczynił wybór! Mnie ciemnej człowiek ten oczy otworzył. Jakże on rzecz przedstawił jasno, prosto, a prawdziwie.
Przy mężu usiadła i do niego się przygarnęła.
— Mamy już wskazówki wszystkie; widzimy drogę przed sobą... „Jeśli wytkniesz sobie drogę, a prostą, to choćby do słońca zalecisz.” Nieprawda?
— Prawda—odparł pan Tadeusz, pomimo źe się to z regułą jego metody z końca języka niekoniecznie zgadzało.
— Widzimy przed sobą wyraźnie wytkniętą Julisi drogę edukacyjną.
— Nic widzę jednak, jakim sposobem opera i koncerta znajdą się dla niej w Howorówce.
— Znajdą się w Odessie.
Mamyź do Odessy jeździć a jeździć?
— A czyż-to nie można w Odessie zamieszkać?
Pan Tadeusz od żony się odsunął, oczy szeroko otworzył i popatrzył na nią tak, jak się patrzy na istotę, co nagle i niespodzianie pomieszania zmysłów dostała.
— Czego tak patrzysz na mnie? — zapytała spokojnie.
— Po hm, bo, no; ani wiem, co się tobie stało.
— Czy ludzie nic mieszkają w Odessie?
— Mieszkają.
— Czy my nie ludzie?
— Jeżeli tak będziesz rzeczy brała, to nam nie w Odessie, ale w Pacanowie zamieszkać należy, dlatego źe i w Pacanowie ludzie mieszkają.
— Zapewne, ta jednak zachodzi różnica, że Pacanowianie o edukacyą dzieci nie dbają może, my zaś dbamy; Pacanowianie środków nie mają może, my zaś, Bogu dzięki, je mamy.
>— Mamy, mamy! Zapominasz, żeśmy nie magnaci.
— Czyż to magnaci tylko posiadać mają przy-wilćj edukowania dzieci?
— Wedle stawu grobla.
— To też w Odessie urządzić się można stosownie. Mieszkają tu przecie ludzie od nas ubożsi.
— Ależ jabym tu nie wytrzymał — krzyknął pan Tadeusz.
— Więc, mój Tadziu, nie chcesz dziecku twemu dać edukacyi takiej, jaką dla niej sama natura, sam Bóg wskazuje? Nie chcesz? Powićdz!
— Mój Boże! — zaczął.
— Chcesz mnie skompromitować w oczach człowieka, któregoś sam wyszuka! i sprowadził i który ma stosunki w sferach najwyższych? Chcesz? Powiedz!
— Jakże ja ciebie skompromitować mogę?— zawołał tonem, znamionującym mięknięcie.
— Jak? Zapytanie conajmniej ciekawe! Nie słyszałeś, com mu na pożegnanie mówiła? Nie wiesz, iżbym mu tego nie mówiła, gdybyś nie był sam człowieka tego nie polecił, nie zachwalił? Nie, Tadziu, nie traktowałbyś mnie w ten sposób, gdybyś miał dla mnie nie miłość, nie szacunek nawet, ale choćby litość!
Wyraz ostatni wyrzuciła z ust z uniesieniem, dłońmi się za skronie chwyciła, do przyległego pokoju wybiegła i drzwi za sobą z trzaskiem zamknęła.
Pan Tadeusz przy stoliku usiadł, czoło sobie na dłoni oparł i sapał.
Wysapal się, głowę podniósł, na pannę Emilią spojrzenie zwrócił, głową pokiwał i rzekł:
— No widzisz... A Pawełka jak niema, tak nićma... Oho! Czy nic zwąchał on pisma nosem, co się tyczy stanowiska głowy w stadle małżeń-skićm?... Zwąchał, huncwot, niezawodnie zwąchał... juźby bowiem wszystkie na Podolu wilki wyszczuć i wystrzelać mógł od czasu, jak przy-
jechać miał. Ale... wlazłem ja, wleźć musi i on. Nie wykręci się mi. Pojadę sam, zpod ziemi go wydobędę i za kark sprowadzę...
Wstał, a groźnie wyglądał. Gniew srogi na czole mu wisiał, z oczu tryskał.
Panna Emilia, wrogu kanapy siedząc,płakała.
Julisią, przebierając w pudełeczkach błyszczących paciorki różnobarwne, nuciła sobie pod nosem: „Wlazł kotek na płotek.”
Pan Tadeusz razy kilka po pokoju ciężkim krokiem przeszedł; zatrzymał się przy Julisi i po głowie ją pogłaskał; zwrócił się znów do panny Emilii i w następujący do niej przemówił sposób:
— Nie płacz, Emilciu... Ja w tem, źe staniesz z Pawełkiem na ślubnym kobiercu, a gdy się już z tem załatwisz, będziesz go ganiała, jak się gania źrebaka na linewce.
To powiedziawszy, udał się do pokoju, w którym się pani Róża zamknęła. Nie odrazu jednak wszedł. Pierwej trochę podedrzwiami postał, jakby dla nabrania ducha; ducha nabrał, drzwi otworzył i w ciemność wkroczył. Pani Róża świecy sobie nie zapaliła. Pan Tadeusz drzwi za sobą zamknął.
— Róziu—odezwał się cichym głosem.
Na odzew ten odpowiedzi nie było.
— Róziu!—przemówił głośuićj.
— Co rozkaźesz? — słyszeć się dał głos z łóżka, które w głębi stało.
— Położyłaś się już, życie moje? — zapytał fałszywym basem.
— Usunęłam się cicho—odparła, zapomniawszy snadź o trzaśnięciu drzwiami.
— Moja Róziu—zaczął.
— Kiedy do Howorówki wracamy? jutro? co?
— Ządże to wnosisz?
— Mówiłeś o Pawełku tak głośno, żebym słyszeć musiała z pokoju dziesiątego, nie dopieroż z przyległego.
— Zleś zrozumiała...
— Powiedz raczej, że źle żem słuchała.. Ale, niestety, uszu sobie bawełną nie pozatykałam.
— Bądź jeno spokojna.
— Jam spokojna i zrobić gotowa wszystko, co kaźesz, nawet dziś, natychmiast jechać, pomimo że się złamaną czuje.
— Posłuchaj mnie tylko.
— Słucham. Cha cha cha—zaśmiała się.—Do posłuszeństwa mnie wzywa? Nie szyderstwoż to?
— Z tyra Pawełkiem, doprawdy, rzecz się tak złożyła, że koniec końcem, wygląda to niewie-dzieć jak. Jakaś kpina, czy co! Potrzeba do gruntu dotrzeć i frantowi palcem pod nosem mocno nakiwae. Potrzeba, słowem, pojechać...
— Tegom się domyśliła. Wynalazłeś pretekst, którego ci powinszować raoźna. Na kiedyż się więc wybierać rozkazujesz?
— Ja, po namyśle, postanowiłem pojechać sam.
— Bez nas?
— Bez was.
— Toż co nowego? — zapytała pani Róża, z łóżka się podnosząc.
— Wy zostańcie; ty się zajmiesz edukacyą Julusi, a ja... pojadę.
— Ta separacya będzie niewiedzieć po jakiemu wyglądała...
— Nibyż to seperacya jaka! Tyleż matek, dla edukacyi dzieci, po miastach osiada! A przytem, ja powrócę... z Pawełkiem.
— A jeżeli z się z nim w drodze rozminiesz?
— Więc cóż! Myż w Odessie ośmiu koni i czworga ludzi trzymać nie możemy, a przytem do domu zajrzeć potrzeba; wszystko tam na Bożej zostało woli, Odwiozę konie i ludzi i gospodarstwo ureguluję. Gdybym się przeto z Pawełkiem rozminął, to... toby może i lepiej było.
— Emilkę-byś wziął ze sobą?...
— Gdyby zcchciała... chociaż jćj biedaczce przykroby było ludziom w oczy patrzeć.
— Nic... to mi się nie podoba... Jcdziesz, to i ja z tobą.
— A edukacya Julusi?
— Kiedyż—westchnęła—edukacya ta niebar-dzo ciebie obchodzi...
— Ależ Róziu—lekko płaczliwym głosem zaczął pan Tadausz. — Róziu, co tobie! Mnie edukacya Julisi nie obchodzi? Ja... ja, dla edukacyi jej siebiebym na bigos pozwolił posiekać. Zostań, proszę ciebie... zostań. Ułożysz się z tym Kapucynim...
— Kapusiuim—poprawiła pani.
— Jaż tak mówię. Ułożysz się z Kapucynim; on ci pomoże do wyszukania metrów, nauczycieli, nauczycielek, no... i ot...
— Gdybym ja wiedziała przynajmniej, źe to z ciebie płynie.
— Ale ze mnie... z głębi duszy, z głębi przekonania mego. Róziu, proszę ciebie.
— Ha... niech nie po mojemu, ale po twojemu będzie, Tadziu.
Pociemku wyciągnięta przez panią Różę ręka znalazła rękę pana Tadeusza, uradowanego i rozrzewnionego tera, że się żona uprosić dała. Małżonkowie coś jeszcze ze sobą szeptali i po chwili w jąknajlepszej harmonii na światło wyszli. Oboje do pocieszania panny Emilii razem przystąpili.
Panna Emilia, zapytana czy jechać, czy zostać woli, odpowiedziała, że umrzećby wołała; przyjmuje jednak życie, jako ciężar, który dźwigać chce w Odessie.
— We dwie więc z Emilką nad edukacyą Julisi czuwać będziemy—rzekla pani Róża.
— I ja czuwaniem tem wywzajemnię się wam, kochani braterstwo, za kawalera, któregoście mi u karku uwiązali—odcięła panna Emilia.
— Myśmy ci go uwiązali?—zapytała pani Róża tonem, zamianę słów prędkich a ostrych znamionującym.
Na szczęście modniarka z resztami wyprawy nadeszła i zbierającą się burzę zażegnała. Następnie kolacyą podano; po kolacyi spanie nastąpiło, a nazajutrz państwo Tadcuszostwo dzień cały spędzili na szukaniu pomieszkania skromnego i wynaleźli, przy jednej z ulic bocznych, pięć pokoi z kuchnią, piwnicą, drwalnią, etc., które umeblować trzeba było.
— Tylko skromnie — upominała pani Róża— urządzamy sie bowiem nie dla recepcyj, nie dla zabaw, ale dla nauki.
Sama meble wybierała, poszukując w takowych dwóch mianowicie przymiotów, gustu i trwałości; w rezultacie więc poszukiwania tego skromność wystąpiła pod postacią sprzętów płaconych słono. Fortepian rubli tysiąc kilkaset reszta w tym samym stosunku. Krzątanina ta zabrała dni kilka. Pan Tadeusz widzieć chciał żonę zainstalowaną i, gdy się sprowadziła, gdy zamieszkała, gdy się przekonał, że jej na niczćm nie zbywa, dopiero wyjechał, zostawiwszy jej pannę służącą i kucharza. Chciał jćj jeszcze powóz i koni parę zostawić, ale pani Róża od zbytku tego saiua się wymówiła, a przytem przy apartamencie ani stajni, ani wozowni niebyło. Zbytek jedyny, jaki udecydowanyin został, tyczył sie opery i koncertów, wchodzących, jako część integralna, do planów edukacyjnych.
Panna Emilia, smutna i milcząca, zajęła pokoj osobny, który byl mieszkaniem jej, a oraz składem wyprawy.
{Dalszy ciąg nastąpi.}
Wystawa sztuk pięknych
w Paryżu.
I.
Sztuka francuska.
Mimo szybkich postępów i wartkiego życia, jakie się objawiają w twórczości artystycznej wszystkich narodów cywilizowanych, sztuka tran-cuska dzierży jeszcze berło przewodnictwa. Nigdzie indzićj nie można znaleźć tylu i tak przedziwnych artystów w wielu kierunkach; nigdzie
309
Całkowite przeciwieństwo z nim stanowi Puvis de Chavanne. Imię jego stało się rodzajem wojowniczego godła, pod którem walczą artyści duchem z angielskimi pokrewni. Nie chodzi temu głęboko czującemu artyście o co innego, jak o poruszenie duchowych stron swych widzów, o przemówienie do ich serca przez ogólny nastrój, przez wewnętrzną harmonią swoich kompozycyj. Jego olejne malowidła podobne są do ściennych, albo lepiej jeszcze do wyblakłych gobelinowych tkanin. Koloryt jest mglisty i prawie monochroui-czny; maluje nie żyjące osoby, ale jakieś widma, błąkające się w mglistej oddali pól elizejskich. Tą rażą wprowadza nas do Świętego gaju, gdzie sztuki i muzy wypoczywać lubią. Byłoby zbyte-cznem wyrzucać artyście nadzwyczajność krajobrazu, jego koloracyą niemającą nic z życiem wspólnego, jego postacie o krzyczących błędach anatomicznych. Lekceważy on te zasady i dąży do zawładnięcia widzem nie przez realizm żaden. Widocznie udaje mu się celu tego dopiąć, ponieważ ma tu i owdzie zwolenników, nawet fanatycznych, i coraz szerszy krąg naśladowców'. Co do nas, uważamy ten kierunek za chorobliwy, ale nie przeczymy, że malarz ten posiada rodzaj in-tuicyi eterycznego piękna.
Śród obrazów historycznych wielkie płótno, wykonane przez p. Cormon do muzeum przedhistorycznego w Saint-Germain, zwraca na siebie uwagę. Malarz ten utworem zatytułowanym: Fićrwszc plemiona ludzkie, stanął przed kilku laty w rzędzie mistrzów. Myśl jego zwraca się ciągle do kolebki ludzkości, więc maluje tą rażą epokę kamienną. Dzicy praojcowie nasi przynoszą do stóp pradziada swego niedźwiedzia zabitego: scena malawnicza w swój ponurej grozie. Antropologia i archeologia dokładają wszelkich starań, aby przekonać artystę, iż nie pozostał wiernym epoce tajemniczej, do której nas wprowadził; ale publiczność, która obraz ten oblega, świadczy jak żywy interes to odtworzenie dawno przebrzmiałej epoki w niej obudzą.
Niepodobna także pominąć milczeniem olbrzymiego płótna p. Flameng, które nam przedstawia dramatyczną Scenę z wojny wandejskićj. Grono wykwintnie przybranych dam robi przegląd pola śmierci, zasłanego trupami republikanów. Malarz pokazał tu prawdziwą potęgę kolorytu i stanął w szeregu pierwszorzędnych artystów.
W portretowćm malarstwie niema tylu co zazwyczaj sensacyjnych obrazów. Wytworne Paryżanki, które malują atłasowym swym pcnzlem ('abanel i Chaplain, są, jak zawsze, artystyczne-mi cackami, ale nie wznoszą się do typowych postaci Rembrandta albo Van Dycka, które należą do najczystszych arcydzieł sztuki. Garolus Du-ran sam jeden miał odwagę stanąć w szrankach, dając surową postać jakiegoś greckiego ministra, w której błyskotliwy ten mistrz palety potrafił utrzymać się w poważnych, śpiżowyeh formach stylu. Wielki zato skandal wywołuje portret wykonany przez utalentowanego jego ucznia, pana Sargent, amerykańskiego pochodzenia. Od kilku lat reklama nie przestawała w tym młodzieńcu wskazywać geniusza i imię jego stawianćm było obok Goya. Wymalował on teraz portret królowej salonów paryskich, pięknej paui Gautereau, której wdos zloty stanowi powietrzną aureolę około najdelikatniejszej pici, jaka kiedykolwiek ozdobiła niewieście kształty. Otóż petizel energiczny p. Sargent, nicznający innego koloru jak biały i czarny, zrobił ze swego idealnego modelu istny potwór, straszydło i pod względem sztuki.
Jest cały szereg znakomitych obrazów' w malarstwie rodzajowem, które odpowiadają ogólnemu zamiłowaniu i potrzebom życia tutejszego, doszło do wytworzenia w rozlicznych kierunkach pierwszorzędnych talentów. Tak pojęte rodzajowe malarstwo graniczy z historycznćm przez wierność szczegółów i odtwarzanie scen dziejowych, zkraj-obrazowem przez ramy w które obejmuje swe postacie, z portretowćm przez typy które stwarza. Niepodobna pominąć suchą wzmianką p. Bastien Le Page i jego kuźni, gdzie technika i sztuka oświetlenia posunięte zostały do ostatnich granic doskonałości; albo p. Adan, ulubieńca publiczno-
naokół mistrzów nie błyszczy tak szeroki zastęp uczniów i naśladowców; nigdzie nakoniec potrzeby życia estetycznego nie są oparte na silniejszej podstawie tradycyi i niewygasłego nigdy dobrego smaku. Dlatego też coroczna wystawa sztuk pięknych, rozpościerająca się cowiosna w pałacu przemysłu, tak zwany Salon, jest zawsze wypadkiem europejskiego znaczenia, tem większym, że artyści francuscy otwierają chętnie swe podwoje dla obcej sztuki i pozwalają jej rywalizować z sobą na wlasnem swojem polu. Mamy zamiar uczynić tu krótki przegląd prac najznakomitszych artystów francuskich i szczegółowo przypatrzeć się okazom naszćj, polskiej sztuki. Chociaż nie dążymy bynajmniej do porównywania ich z sobą, czytelnik sam będzie mógł wyciągnąć wnioski o tendcncyach, kierunkach i doskonałości formy, jakie się tutaj i u nas objawiają w dziedzinie sztuki.
Są tacy, co twierdzą, że sztuka francuska w chwili obecnej znajduje się w zastoju, że dawni genialni artyści zgasili w sobie świętą iskrę, a młodych sil, zwiastunów przyszłości, niema na widokręgu; inni utrzymują, że ideał artystów zkarłowaciał, że się poziom sztuki zniżył do prozaicznego targowiska i że tegoroczna wystawa jest licha. Nie myślimy sie z tymi pesymistami spierać, tem bardziej, źe skargi to nienowe, że corok słyszeć jc mamy sposobność. Ażeby jednak znaczenie tych zarzutów osłabić, dość będzie wspomnieć, że katalog wystawy obejmuje 4,658 numerów. Niedziwota, źe pośród tego nawału dzieła wyborowe giną, wyszukiwać je trzeba cierpliwie i że szary cień podrzędniejszych utworów pada i na dzieła mistrzów. Jedynym na to ratunkiem byłaby drakońska surowość w przyjmowaniu dzieł sztuki na wystawę; praktyka atoli pokazuje, źe jest ona niepodobieństwem. Nie pozostaje przeto, jak, zostawiając miernoty w spokoju, zastanowić się nad wyboro-wemi utworami, których poczet jest niemały.
Nie zdziwimy nikogo, mówiąc źe sztuka religijna słabo tylko jest reprezentowaną. Epoka wiary naiwnej przebrzmiała już niepowrotnie, a z nią zsunęły się w przeszłość natchnione krea-cye; symbole religijne są dla spólezesnych malarzy niczem więcej, jak motywami do ujawnienia swojej techniki mistrzowskiej. Można nad tym stanem rzeczy ubolewać, ale trzeba go wziąć w rachunek. Znajdujemy dwa tylko obrazy, nad któremi zatrzymać się warto. Pierwszym jest Chrystus w grobie, Hennera. Znakomity malarz alzacki, mistrz światłocienia, lubujący się w przeciwstawianiu nagości mlecznych ciemnemu otoczeniu skał i roślinności, stworzył, jak zazwyczaj, obraz efektowny, ale nie widzimy, mimo najszczerszej chęci, w tym rozciągniętym trupie Zbawiciela. Autor malował to studyum tym samym pcnzlem, co swoję śliczną Nymfę plączącą. Acb, kto nam wróci Fra Angeliców, wpadających w historyczny zachwyt przed swojemi święto-ściami?
Drugi obraz, religijny niby, ma za autora p. Duez, a treścią jego Cud dokonany przez ś-go Franciszka z Asyżu. Z ran świętego, zamiast krwi, spływa kaskada róż. Wykonanie mistrzowskie, ale gdy pomyślimy, że malarz odwzorował tę scenę dlatego jedynie, aby z przeciwieństwa po między śnićżystem otoczeniem a szkarłatnemi różami osiągnąć drastyczne elekta, nie jesteśmy tym cudem wzruszeni.
Pośród profesorów' akademii, strażników klasycznego ideału i urzędowego malarstwa, pierwsze miejsce zajmuje p. Bouguereau. Posunął on poprawność, technikę, nieposzlakowaność rysunku, harmonią kolorytu i wdzięk układu do ostatnich granic. Ten wirtuoz palety staje z wiel-kićm płótnem: Dzieciństwo Bachusa. Jest-to scena mytologiczna, polna poetycznego powabu, ale niezry wająca z konwencyonalną modłą w żadnym drobiazgu, przyjemna dla oczu igraszka, nic więcej. Ten brak istotnej oryginalności, obok zalet formy zewnętrznej, do rozpaczy przyprowadza tych, co wyżej zatknęli proporzec swego ideału. Mimo tego Bouguereau otrzyma wielki medal honorowy: wątpić o tem nie możua.
ści, który w swojej „Opuszczonej” łzy z oczu wyciska potęgą uczucia i harmonijną tęsknotą; albo p. Jacąuet, świetnego kolorysty, którego Menuet tańczony w strojach XVI wieku jest prawdziwćm pieścidełkiem, a jak wykończouem; wreszcie p. Constans, którego wnętrze haremu postawione być może w rzędzie najznakomitszych scen wschodnich, jakie kiedykolwiek stworzone były, nie wyłączając Gerome’a i Delaroche’a.
W krajobrazie niema na obecnej wystawie żadnego arcydzieła, ale może ujemne to wrażenie pochodzi przedewszystkiem z punktu porównania, do jakiego odnosimy się mimowiednie. Od lat kil kunastu Franeya wydala szereg pejzażystów, jakich świat nic widział od czasów Ruysdaeha i Hobbemy. Dość Wymienić przywódzców tej plejady: Teodora Rousseau, Diaza, Corota, Daubi-gny’ego, Troyon’a. Mamy ich uczniów, ale nie dorównywają oni tym nieśmiertelnym mistrzom, utrzymują się w gamie wykwintnych talentów, lecz nie spuszczają nigdy z uwagi, źe w krajobrazie trzeba poprawić naturę i zrobić ją bardziej efektową, aniżeli jest wistocie. Trudno jednak nie przyznać, źe p. Juliusz Breton jest poetą, źe jego krajobraz zimowy jest jedną z najśliczniejszych scen, jakie kiedykolwiek przeniesione były na płótno; że p. Brickman oświetla swoje krajobrazy i maluje nieba dżdżyste po mistrzowsku; źep.Lansyer stawia skały na wybrzeżu morskićm jak dekorator; że p. llarpignier posiada penzel pełen energii i wyrazistości. Moglibyśmy naliczy ć wielu inuych, z których każdy ma swoje zalety specyalne. Niema dwóch pejzażystów, tłumaczących w ten sani sposób naturę, mistrzynię o stu różnorodnych obliczach, i dlatego każdy malarz krajobrazów przedstawia szerokie pole uwag dla estetyka i myśliciela.
Zbierając w jedne treściwą całość wrażenia nasze, wyniesione z przeglądu sztuki francuskiej dzisiejszej, nie możemy wstrzymać się od oddania jej hołdu. Spotykamy w niej nietylko obfite i rozmaite talenta, ale widzimy na każdym kroku talenta te przyrodzone podniesione pracą, ukształ-cone sumicunemi studyami, uszlachetnione nadzwyczajnym wykwintnym smakiem. Jeżeli poważny styl ustępuje często miejsca muićj wyma gającej manierze, to mimo.tego każdy z wymienionych tu pośpiesznie artystów i cale setki innych, których pominąć byliśmy zmuszeni zupełnie, uosabia w sobie dążenie do uzmysłowienia ideału plastycznego piękna i każdy ma prawo zająć poczesne miejsce w orszaku kapłanów sztuki. Społeczeństwo, które do takiego poziomu artystycznego się wzniosło, może zc słuszną dumą spojrzeć na przebieżone pole i zawołać z poetą: „Nie widzę biegu mego mety!”
(Dokończenie nastąpi.)
0 pismach Zygmunta Krasińskiego.
Skreślił
Fellop&u Puipn.
(Dalszy ciąg.J
Przebieg walki i jej rezultat łatwe do przewidzenia. Zwycięztwo zostaje przy Pankracym, bo siły walczących są nazbyt nierówne. To powód, źe się tak wyrażę, matcryalny. Ale inny i ważniejszy jest ten, iż Pankracy stoi na czele ludzi przyszłości. Jużciż Krasiński nic mógł w tej walce zwycięzcą uczynić Henryka, przedstawiciela porządku i kasty przeżytej. Jak zawsze, tak i tą rażą, przy młodości zostaje zwycięztwo. Hordy Germanów dzikie zwyciężyły przecie świetną, ale zbutwiałą cywilizacyą starej Romy. Jak tam, tak i tu burzyciele i zwycięzcy nie byli szlachetniejsi od swych przeciwników, lecz wystąpili w roli biczów Bożych, grabarzy trupa społecznego. Ale razem z rozgromern przeciwników koń czy się i misya dziejowa takich Pankracych. Nie im budować, nie im zakładać podwaliny nowego porządku, po uprzątnieniu gruzów starej budowy.
310 _____
Odyna. Obok niego równie szlachetna, w jakiś czar mglisty i rozwicwnyr upowita siostra jego, Elsinoc. I ją poświęca myśli swej zemsty. Próżno dziewica, niemająca siły spełnić ofiary, blaga o chwilę zwłoki. Jakaż to rzewna ta prośba j<y-
ELSINOE.
„Przypomnij sobie, kiedyśmy igrali na trawnikach Chiary, jam cię tak kochała, o bracie, jam zawsze skronie twoje różami wieńczyła i mirtem. Och! zmiłuj się nademną!
IltYDION.
Niewiasto, ty mnie kusisz do litości. Daremno, daremno!
ELSINOE.
Na co próśb i żalów tyle? Zdarzało się za dawnych czasów, że można było okupić się ludziom i bogom. Patrz, tam błyszczy twój sztylet. Irydionie, przyśpieszmy sobie nicość.”
Ale Irydion jej odpowiada stanowczo: „trza żyć i cierpieć.” A potem widok tćj ofiary rozbudza w jego sercu rzewne uczucie żalu i mówi: „Złóż tu głowę skazaną. Ostatni raz w domu ojcowskim brat cię przyciska do łona.”
Sympatye nasze jużciż stoją po stronie tego szlachetnego entuzyasty.
W błędne koło i na manowce wprowadza go podszept Massynisy. Ojciec Irydiona, również entuzyasta, zemstę uczynił zadaniem życia swojego. W tćj zatrutej atmosferze wzrastał młodzian. Od dziecka mówiono mu o poświęceniach wielkich, o szczytności ofiary za idee, i śród opowieści takich urósł on na bohatera. Syn kapłanki Odyna, odziedziczy! po nićj bart synów północy, niechwicjność i niczłomność bohaterów Edy, a zarazem ich potężną imaginacyą, awanturniczą przedsiębiorczość. Po ojcu Greku odziedziczył poczucie piękna i nienawiść Romy. Irydion fanatykiem się staje idei swojćj. Dla niej poświęca siostrę, którą kocha, poświęca Kornelią. Próżno biskup cbrześcian Wiktor mówi mu, że on położył nadzieję w żelazie, że się: „myli w bardości swojćj, kiedy chwilę czasu nazywa wiecznością; że nietylko na progach niebieskich, ale i na płaszczyznach bólu miłość przemoże nareszcie.”— Czekać i cierpićć, w biernem poddaniu się żyć nadzieją jutrzni, która zaświeci nad światem po setkach, a może i tysiącach lat, to się słabością niewieścią zdaje hardemu, ufnemu w swe siły wychowańcowi ducha zemsty. On po matce odziedziczył wiarę w Odyna pana Walbali, „kutego ze stali i dębu, z czaszą w której krew bohaterów się pieni.” Taki Bóg nie daje nakazów by cierpieć i przebaczać, on każę walczyć, mordować wrogów, albo ginąć od ich żelaza. Jeżeli się zbliża do cbrześcian, ukrywających się w katakumbach, to nie poto, by uwierzyć w ich Boga ukrzyżowanego i z wyżyn krzyża modlącego się za zabójców, ale poto tylko, by wciągnąć ich w odmęt walki, bo mają wspólnego ciemiężcę— Romę. Ale nawoływanie jego rozbija się o wiarę głęboką i mądrość naczelnika cbrześcian, Wiktora.
Dziwnie rzewna, smętna i żalu godna rola w utworze tym przypadła na Elsiuoc, siostrę Irydiona. Tej samćj idei, którćj poświęcił całe życic i wszystkie dążenia swoje, przynosi on wolierze i siostrę swoje. Elsinoc odziedziczyła w zupełności naturę matki swojej, głęboką, zdolną do bezgranicznych przywiązać. Tamta niegdyś, dla miłości Ainfilocba, ojca Irydiona, porzuciła kraj rodzinny, złamała śluby, uczynione Odynowi, naraziła się na gniew i zemstę jego, na nienawiść i klątwę swoich. I miłość dla Ainfilocba była calem szczęściem, całą treścią jej życia. Córce jćj, tak do nićj podobnćj, wola brata odmiennemi każę iść drogami. Oddana na pastwę ohydnemu, wstrętnemu i nikczemnemu lloliogabalowi, ma wyrzec się na wieki wszelkich uczuć i miłości ziemskich, jak duch zły, ona, z sercem anicl-skićm i czułem, ma rozbudzać obawy, rozżegać chęć mordów w zczwierzęcialym Heliogabalu.
A tego pana Rzymu i otoczenie jego, równie jak on ohydne, z jakąż wiernością przerażającą odmalował nam poeta! Heliogabal lękliwy jest, jak każdy nikczemnik, krwi chciwy, jak każdy
Do tego potrzebni są ludzie wielkiej miłości i poświęcenia. Henryk, w ostatniej chwili rozwinąwszy cały zasób wrodzonych talentów, odrzuciwszy wszelkie układy i porozumienia się z wrogiem, słysząc w ostatniej chwili przekleństwo, którem go obarcza najwierniejszy sługa Jakub— umierający na bojowisku — Henryk mówię pozo-staje wiernym sobie, odważnym, dumnym, aż do szaleństwa. Rzuca sic w przepaść i kończy blu-źnierstwem i wyzwaniem rzucouem Stwórcy, jakby od zwyciężonego mocarza równemu sobie mo-carzowi-zwy ciężcy.	•
Pankracy i zgraje jego spełniają mordy ryczałtowe nad zwyciężony mi. Ale w tej właśnie chwili najwyższego tryumfu, gdy na ziemi nie została już żadna potęga, mogąca wystąpić z nim do walki, Pankracy cynik, szyderca, ateista, dozna-je dziwnych uczuć, dziwnego lęku. Próżno Leo nard przypomina mu, że jego wierni czekają i wzywają go; on go nie słyszy, nie rozumie słów jego. Z obłędem wpatrzony w wyżyny firmamentu, mówi, iż widzi Mściciela, opierającego się nie na szabli, lecz na krzyżu. Ńa skroniach zc splecionych piorunów ma koronę z cierni. Blaga Leonarda, by mu zasłonił oczy. Widzenie jednak nie znika i Pankracy w objęciach Leonarda kona z wykrzykiem: „Galilee, vicisti!r'
Wiem, żc dla wielu zakończenie „Nicboskiej komedyi” wydało się w wysokim stopniu przerażające i nękające. Z widowni, wedle nich, znikają wszyscy, zostaje tylko próżnia, gawiedź bez wodza, kadłub bez głowy. Dla mnie zakończenie to wydaje się, owszem, pelnćm nadziei i wiary w losy lepsze ludzkości, w czuwanie nad nią z wyżyn niebieskich ukrzyżowanego Galilejczyka. W chwilach prób cięższych nad siły i rozum ludzki przybywa On, by w otchłań nicości strącić Henry ka i widokiem Swoim obalić Pankracego. Znikają tylko wodzowie, a pozostają podrzędni aktorowic, pozostaje tłum, nad którym wińmy z „Niedokończonego poematu” że ma objąć dowództwo Aligier, człowiek nietylko pełen mądrości, ale pokory i miłości dla prawdy. Pod jego zaś kierunkiem rozwija się szlachetne serce Henryka, innego całkiem, niż ów poeta bajroni-czny z „Nieboskićj komedyi.” Henryk ten nie ma w sobie buty dawnej szlachty, którćj jest synem. I on, mimo herb i grono antenatów, jest człowiekiem przyszłości. Aligier i Henryk potrafią w harmonią związać, ład zaprowadzić wśród rozkielznanych, rozszalałych i zwaśnionych potęg świata tego. Ci nowi wybrańcy Galilejczyka chcą i mogą ludzkość wprowadzić na tory inne, ua drogi miłości i pokoju. A i w tćm sądzę nic nękającego niema, iż rozwiązanie i zwrot wdzie jach ludzkości następują nic naty chmiast, lecz błyskają jako nadzieja dalekiej przyszłości. Cóż ztąd żc my, a może i synowie nasi, nie będą uczestnikami tych dni lepszych ludzkości? cóż ztąd, że kości nasze będą już wtedy próchnem? Dla każdego, kto służy jakiejbądź idei, jest już szczęściem rzcczywistćm sama ta pewność, że to, co on kocha i czemu on służy, tryumfować kiedyś będzie.
III.
Tę sarnę myśl, że nienawiść i zemsta nic uie buduje, nic nie tworzy, przeprowadza Krasiński w „Irydionie.” Ale Irydion nie ma i najdalszego nawet podobieństwa z bohaterami Nicboskiej komedyi. Treścią istoty moralnej tamtych, duszą ich duszy, jak się wyraził Słowacki, była duma i egoizm. Irydion, przeciwnie, jest najszlachetniejszymi najszczerszym entuzyastą i sługą idei. Wielka krzywda i ucisk brutalnćj siły rozżega serce jego chęcią zemsty. Przy młodzieńcu stoi ponura, mroczna postać Massynisy i szepce mu do ucha: „Nienawidź i mścij się.” Irydion poślubia tę zemstę i ją czyni celem życia swojego.
Wobec Romy rozszalałćj, wobec rozprzężenia ogólnego, wobec skarlałych zdobywców świata, na tronie których zasiada Heliogabal, dziwnie jasny kontrast stanowi ten Irydion, o duszy bohaterskiej, jak dawni Grecy, a tęskny, a marzący', jak przystało na syna kapłanki północnego
tyran, i rozkochany w sobie prawie do szaleństwa.
Z innych osób Mammea, Aleksander Sewer, Ulpian odmalowani dodatnio. Mammea jest w duszy chrześcianką, Aleksander, wychowaniec Ulpiana, młodzieńcem polnym szlachetnych chęci i zapału dla dobrego. Kandydat ten do purpury Augusta, nosi się w duszy z ideałem wielkości Romy, i to dziś próchno chce natchnąć siłą i krzepkością dni dawnych. Wyciąga on dłoń szczerą ku Irydionowi, ale ten ją odepchnąć musi, bo drogi ich odmienne, a co kocha pierwszy, temu nienawiść i zagładę poprzysiągł drugi.
Gdy przychodzi do walki, Irydion staje się godnym wszystkich bohatćrów, o jakich czytał w Edzie, w Homerze i Herodocie. Ale zwycięz-two nie pada na jego dolę. Wytrwał do końca; serce mu nic pękło, ani się bardość ugięła pod głosem bólu, ani się odwaga zachwiała, gdy patrzył zkolci na śmierć tych wszystkich, których kochał za życia, na zgon Kornelii, Elsinoc. Tej ostatniej prośba, by oszczędzał na polu bitwy Aleksandra, którego kochała biedna ta dziewica, odbiła się od żelaznego puklerza nienawiści, w którą uzbroił serce swoje.
IltYDION.
Nie myśl o nim! On jeden już tylko wydziera Romę z objęć nienawiści mojćj! Bogowie pozazdrościli go ludziom; wyrok jego zapadl już oddawna.
ELSINOE.
A więc raz jeszcze siostrę przyciśnij do łona! Czujesz-Ii, jak to serce pracuje? Nim wrócisz, ouo pęknie, synu Amfilocha. Ale pamiętaj—krwi niczy-jćj Elsinoc nic żądała od ciebie. Żyjcic wszyscy, wszyscy i on, Syryjczyk, i ou przemierzły niech żyje! Pod koniec ofiary rąk białych i śnieżnej szaty nic skazi dziewica! Ach! ona stała długo przed ołtarzem; dniem i nocą jćj sny, jej żądze, jćj wiosna paliła się na zgliszczach! Patrz! dymy z nićj tylko w powietrzu. Ale godzina już blizka i ciało się odwiążc, jak koturnu taśmy; wiązka piołunu tylko zostanie na ziemi i duch stanie się cieniem!”
Jakaż szlachetna, jak piękna w szacie swej ofiarnej ta córa kapłanki Odyna! Żadnemu z poetów nie udalu się odmalować bardziej uroczej ziemianki.
A Irydion? Irydion jest szlachetnym, potężnym duchem, ale potężnym na wzór bohaterów przed-cbrzcściańskicb. On ufa w oręż ziemski, za ząb żąda zęba, za oko oka, więc nie przy nim zwy-cięztwo. Ale nad Irydionem nic może chór wygłosić słów klątwy, jaką wygłosił nad Henrykiem z Nieboskiej komedyi, bo Irydion nic siebie i nie myśli swoje, lecz kochał ideę i za nią się poświęcił. Więc jeżeli jego usiłowania musiały się rozbić o nieodmienuość wyroków Przedwiecznego, za jednak nie śmierć mu sic należy samobójcza, jak śmierć Henryka, ale spoczynek „w chłodzie jaskini pod liśćmi winnemi i pod bluszcza-nemi wieńcami, kędy ni zorzy, ni gwiazd niemasz, ni głosów, ni bólu, ni marzeń.”
I nad nim śpiącym przeleciały długie wieki. Powstał, by ujrzeć ziszczenie żądz swoich, ujrzeć w poniżeniu swych wrogów. Ale ou już inny: walki nic chce i czuje tylko jakiś smutek wobec tego krzyża, którym dawniej pogardził. Massy-nisa żąda go, lecz anioł zasłania go w imię tej miłości, która była treścią życia ziemskiego Irydiona. On nie potępiony, lecz musi odbyć drugą próbę życia: iść i działać w imię miłości, jak dawniej działał w imię nienawiści: „Idź i czyń, choć serce twoje wysehuie w piersiach twoich, choć zwątpisz o braci twojej, choćbyś miał o mnie samym rozpaczać, czyń ciągle i bez wytchnienia, a przeżyjesz marnych, szczęśliwych i świetnych. A zmartwychwstaniesz nic zc snu, jako wprzódy było, ale z pracy wieków.”
IV.
W trzech powyżej rozebranych poematach, Krasiński określił zapatrywanie się swoje na obecność pełną smutku i bólu i ua przyszłość, która o wiele być ma i być musi lepszą od tej
311
obecności. Trudno nie przyznać, że pogląd ten jego na teraźniejszość ludzkości całej w „Niebo skićj” i społeczeństwa swojego w „dniu dzisiejszym” jest wierny, bez złudzeń, zaślepień stronniczych i nienawiści.
Tc same przekonania, te same poglądy rozwija on w mniejszych swych utworach. W „Śnie Cezary,” dziwnie rzewnym i smutnym,r.a pełnym liryzmu najwznioślejszego, skreślony jest pochód na Golgotę społeczeństwa całego. Na arenie świata odbywają się zwierzęce zapasy o byt, a ci, co nie chcą ugiąć czoła przed tćm prawem, samotni, opuszczeni, napastowani, znajdują tylko przystań w cichy m grobie, do którego wprowadza ich Chrystus z tą obietnicą, iż jest-to tylko spoczynek, sen pokrzepiający, że grób to próg zmartwychwstania.
W „Legendzie” znowu, z tym samym smutkiem, ale nie z beznadziejną rozpaczą, wieszczy przyszłe, ciężkie zapasy, jakie miał przebywać katolicyzm. Burze miotają nawą Piotrowa; śród strasznych gromów rysują się i w proch rozpadają sklepienia bazyliki Piotrowćj. W popłochu i ucieczce narody szukają ratunku. Tylko arcykapłan, starzec siwowłosy, w stroju swym pouty-likalnym, klęka na stopniach ołtarza, a przy nim ci, co nigdy nie znali lęku i nigdy ucieczką się nie ratowali zpod zagrożonej chorągwi. Na gruzach świątyni, która się stała grobem tego starca i tych szlachetnych a mężnych, zasiada kardynał, którego oblicze dziwnie przypomniało św. .lana, pełne wyrazu miłości i spokoju. A gdy poeta zapytał go o tych, którzy otoczyli starca w chwili zgonu i razem z mm zagrzebali się pod zwaliskami, odpowiedź jego pełną jest otuchy.
(Dokończenie nastą/i.J
Kronika tygodniowa.
Sen.—Wyjątek z listu nirznnne/jo starca.—Parę uwag wla-snycli. - Prom Kraszewskiego. — Odczyt p llolowinskic-go.—lonijlkn co do systemu Siemensa — Oświetlenie elektryczne w’ Krakowie. — Wystawa kiicliarska i inwentarza Wystawa w T.-irnopolii. — Plafon Siemiradzkiego.— Jego , lx.ii nint...” którego nie wyrzekl.— Z teatru i eo o nim słychać.— W yż za nauczycielka... z teatru szansonetek.
„W smutnym, męczącym śnie, widziałem gromadkę ludzi, strudzonych długim pochodem, mil czącycb, dźwigających na ramionach skromne węzełki... Pomiędzy nimi poznałem sympatyczne wielce twarze mężów, których przywykliśmy nazywać znakomitymi, bo pracą długiego życia zbogacali duchowo swoje rodzinne społeczeństwo. Więc Kraszewski, .leż, Majer, Matejko, Królikowski i inni....
 Dokądże to idziecie, zacni i szlachetni?— spytałem.
— Na wędrówkę daleką bez celu. Trzeba ustąpić młodym, którzy wołają: „precz, starce!” Myśmy już niepotrzebni... Strudzeni, spracowani, poszukamy sobie mogił, nad któremi oni obiecują stawiać pomniki. Tak -chcą być dla nas łaskawi, bylesmy im się usunęli... i pomarli.
A któż po was ujmie plużycę, aby nią krajać zagon ojczysty dla przyszłości?
— Będzie to u-h obowiązkiem. Wołając „precz!” dodają, źe teraz na ni< li kolej. Zapewne nie zazdroszczą nam sławy i zasług, ale tego kielicha goryczy i zawodów, któryśiny już wychylili. Nicihże go spi Jnią bez wstrętu!....
Smutny orszak znikł w dalszym pochodzie, a sen mój pierzchnął.
Kiedym myśl zwrócił do rzeczywistości, spostrzegłem, żc pomiędzy nią, a marą senną zachodzi bardzo blizki związek. Jestem sam stary, więc oczywiście przyśniło mi się moje własne utrapienie na jawie. I mnie też godziłoby się ustąpić młodym, I tórzy wołają „precz!” rwąc się do szćrszej działalności, a nic umiejąc spełnianiem obowiązku w' c:aśniejszej sferze zadowalać swej młodzieńczej ambicyi.
Podobno gdzieś u dzikich Polinczyi istnieje zwyczaj zabijania starców, niezdatnych do pracy,
aby nie byli ciężarem dla ubogiej w chleb ziemi. Błogosławiony zwyczaj! U nas inaczej: tu woła się „precz!” na tych nawet, co jeszcze pracować mogą.”
Przytaczamy wyjątek powyższy z listu — bez podpisu. Domyślamy się, źe wywołało go wra-żenic, odniesione po przeczytaniu pewnego wierszyka, zamieszczonego w pewnćm piśmie. Autor tego bardzo nieudolnego wykrzyku istotnie wielkim głosem woła „precz starce!" i upomina się, że teraz onby sam chciał wyjść „na barce.”
Gromki wykrzyk, to nie siła; splot frazesów, to uie poezya; łatanina rymów i wyrazów, to jeszcze nie język i gramatyka. Ale można mieć pretensyą do siły, poezyi i gramatyki, i to uie jest grzechem; grzechem jest zato być zarozumiałym i wołać na mistrzów: „ustąpcie mi z drogi — wobec mnie jesteście już tylko zużytemi rupieciami;”
Pan Lubin—czy jak mu tam miano—nie zastąpi nigdy ani jednego z prawdziwych poetów, choćby trzeciego rzędu, bo tego zrobić nie potrafi W próbce swego talentu dal tylko dowód brutal-stwa i najoczywistszej, wiosennej młodości. Kiedyś, gdy dojrzeje, wstydzić się będzie swego „precz!" jak wstydzi się każdy popełnionej w towarzystwie nieprzyzwoitości, gdy się na niej pozna.
Ludzkość jakoś niezbyt się alarmuje takicmi wykrzykami młodzieńczego samochwalstwa i po staremu lgnie całą swą sympatyą do tych postaci szanownych, czczonych, których imię wymawia z chlubą od pól wieku. Na przykład jak się to ona gorąco interesuje smutnym procesem Kraszewskiego, odbywającym się obecnie w Lipsku. Pisma codzienne, zdające zc sprawy szczegółowe rclacye w świeżych telegramach, rozchwytywane są skwapliwie i gorączkowo. Każdy wyczekuje ukończenia procesu z łatwo zrozumianą niecierpliwością i każdy żywi gorącą wiarę, że się on dla czcigodnego jubilata skończy pomyślnie. Tak—jeżeli zruinowane zdrowie pozwroli mu wytrzymać ten piorunujący atak wzruszeń ciągłych, gwałtownych, targających zarówno sercem, jak umysłem.
Nasz sprawozdawca polityczny zaznajomi niezawodnie czytelników, chociaż pokrótce, z głów nenii stadyami procesu, który do chwili obecnej, o ile wnosić można z telegramów, źle dla Kraszewskiego wypaść nic może. Już zaraz pićrw-szego dnia rozpraw sądowych prokurator dobrowolnie umniejszył siłę swego oskarżenia, a z zeznań jubilata pokazuje się, że działał w dobrej wierze, mając na widoku jedynie niesienie pomocy przyjacielowi. Co prawda, list księcia Bismarcka, z oskarżeniami wielkiej wagi politycznej, mógłby proces zawikłać i skomplikować nieprzewidzianie. nadając mu tło wysoce polityczne; ale o sądach niemieckich słychać, że się w politykę baw ić nii lubią i umieją kroczyć drogą sprawiedliwości.
Cokolwiek się stanic, publiczność nasza z gorącą sympatyą dla dostojnego starca śledzi szczegóły sprawy, która zdaje się mieć donioślejsze znaczenie, niekoniecznie już tylko zc względu na jego czcigodną osobistość.
Zeszłego tygodnia mieliśmy odczyt p. iłolowiń-skiego o elektryczności. Była to popularna po gawędka, ilustrowana doświadczeniami, wykład rzeczy nie nowych dla specjalistów', ale ciekawych i nauczających dla profanów. 1 tym razem, jak dawnićj przy podobnych okazyach, publiczność w sali zgromadzona okazała wielkie zajęcie się przedmiotem, z przyrody zaczerpniętym.
Ponieważ mowa o elektryczności, choć pośrednio, musimy tu sprostować pomyłkę, jaką popełniło kilka pism codziennych, donosząc że niektóre place warszawskie mają pozjskać lampy elektryczne systemu Siemensa. Jego systemu—to prawda—ale bynajmniej nie elektryczne, tylko gazowe, z palnikami takienii, jak dwie wielkie latarnie na placu teatralnym.
Zato słychać, że Kruków dostanie oświetlenie elektryczne, i to nowego systemu. Wynalazcą jego jest jeden z urzędników kolejowych w Galicyi, a podobno polega on na wzmocnieniu stosów, przy zupcłiiem obchodzeniu się bez motoru paro
wego i machiny dynamo-elcktryczuej. Czy to jest możliwe, niedalekie doświadczenia wykażą.
Zanim do tego przyjdzie, my tymczasem przygotowujmy się do powitania dwóch wystaw: kucharskiej i żywego inwentarza. Jednej i drugiej gorliwe starania, przez odnośne komitety przedsiębrane, wróżą powodzenie. Pierwsza będzie zupełną nowością i może sta. się wielce interesującą, jeżeli odbędzie się wedle jakiejś modły naukowo wywnioskowanej. Samo nagromadzenie produktów kulinarnych ich kuchmistrzowskich przerobów niczego nie nauczy. Już dotąd kilka głosów żądało, aby nadać jćj znaczenie higieniczne, to jest wykazując jak się żywimy, wy kazać również, jakbyśmy się żywić powinni.
Wypadałoby też nic czynić wystawy polem popisu dla firm kupieckich, przez ukazywanie tego jedynie, co wykwintne, kosztowne, co idzie ua pańskie stoły i pańskie ząbki. Dział „kuchni ubogich” miałby tu stokroć większe znaczenie. Owe zupki na kostkach, lemieszki na wodzie, ochłapki i skrawki mięsiwa, zastępujące pieczeń—toć to bardzićj ciekawe rzeczy, niż obce homary i ananasy. A przytem dział produktów fałszowanych byłby niezbędny! Przecież wińmy wszyscy, że dzisiaj są one podstawą każdej kuchni, idzie więc tylko o to, abyśmy się uczyli rozpoznawać je i oceniać, jak należy.
Co prawda—może żądamy zawiele od komitetu wystawy, któryby mnsial podstępem chyba wydostać od przekupniów i kupców okazy fałszerstwa, boć mu się z niemi nikt dobrowolnie nii pokwapi. Ale cóż robić? niechże wystawa będzie kompletną pud wszystkienn względami, aby była czćmś więcej, niz prostym zbiorem codziennych, pospolitych wystaw sklepowych.
Co się tj czy wystawy inwentarza żywego, to w tym roku przybędzie jej dział gospodarstwa mlecznego. To uzupełnienie jest pomysłem bardzo szczęśliwym, któremu przyklasnąć się godzi.
Odebraliśmy interesujące zawiadomienie od Towaizystwa pszczclniczo ogrodniczego w Tarnopolu, w Galicyi, które tam na wrzesień przygotowuje wystawę pszczclniczo-ugrodniczą i przemysłu domowego. Wystawa ta obejmie trzy działy, a mianowicie: 1 j yszc~elnictm>, płody surowe, płody przerobione, pszczoły, ule próżne, narzędzia, przedmioty naukowe; 2) ogrodnictwo, sadownictwo, warzywnictwo, ogrodnictwo ozdobne i gospodarskie; 3) przemijał domowy, wyroby tkackie, ze skóry, z drzewa, garncarstwo, wyr -by z metalu, z kamienia, a wreszcie nabiał, ptactwo domowe i króliki.
Aby nie wyjść, z dziedziny wystaw, mc wyczerpawszy nastręczającego się przedmiotu, wspominamy tu jeszcze o możności oglądania przez ciekawych wspaniałego platanu 11. Siemiradzkiego na mibjseu jego przeznaczenia, to jest w suti-cie przedsionka, pałacu p. Zawiszy przy ulicy Bielańskiej. łJm.eszezcma dokonali panowie Mar coni i Gumiński, co było rzeczą niełatwą; znawcy twierdzą, że wywią .ali się z zadania świetnie. Publiczność będzie mogła oglądać piękny plafon od niedzieli, za drobną opłatą na cel dobroczynny.
Pierwszego zaraz dnia, gdj umieszczone na wlaściwć.u dla siebie miejscu dzieło sztuki oglądało grono osób, zaproszonych przez gościnnego gospodarza domu, zjawił się niespodzianie sam Siemiradzki. Przyjechał on do kraju, weelu po mieszczenia tu w jednj m z domów prywatnych syna, a zai.im się zjawił w Warszawie, odwiedził pierwej niedawno nabyty majątek ziemski.
Z przyczyny pobytu mistrza na wsi, podano nawet anegdotkę o jego odezwaniu się do syna w chwili, gdy icb obu na nowćj zagrodzie w ita-no i hlebeni i solą. Miał tedy rzec Siemiradzki:
— Jedz, synu, to twój chleb własny, jedz, przyszły dziedzicu Strzałkowa.
Autentyczności jednak słów powyższych sam mistrz zaprzeczył. W .stocie też Siemiradzki zbyt rozumnym i zacnym jest człowiekiem, aby do dziecka w sposób taki mógł się odezwać.
Co słychać o teatrze?
Ba!... słychać dużo, bardzo dużo!
Najpierw tedy w tygodniu bieżącym nic dal na wielkiej scenie dramatu lub komedyi, bo pu
WIOSNA. Kopia obrazu II. Kaulbacha.
(370)
Dworek i tablica pamiątkowa w Piotrkowie.
(37 b
314
budzić interes tylko w pewnych kołach i sferach, zpowodu wmieszania do sprawy sędziwego naszego jubilata stal się sprawą europejską, a zpowodu interwencyi osobistej ks. Bismarcka, który na posiedzeniu wtorkowem wystąpił z listownemi oskarżeniami, wymierzonemi głównie przeciw Kraszewskiemu, nabrał szerszego politycznego znaczenia.
Nie możemy na tem miejscu kreśliś całego przebiegu tej sprawy, którą zresztą we wszystkich najdrobniejszych szczegółach podają szczegółowo pisma codzienne; wypada nam tylko w ogólnym rzucie oka zapisać, jak się ten proces przedstawia według relacji o kilku pierwszych posiedzeniach.
Kapitan Hentsch dostarczał obcym rządom, francuskiemu i austryackiemu, wypracowali i sprawozdań treści wojskowćj, poczęści czerpanych ze źródeł dla każdego dostępnych, a poczęści z matcryałów, do których sam tylko miał przystęp i o których, jak twierdzi oskarżenie, wiedział, że powinny były pozostać tajemnicą, gdyż ich ogłoszenie wyrządzić może szkodę państwu niemieckiemu. W tem leży istota czynu zbrodni zarzucanej Hentschowi.
Wypracowania Hentscha dostawały się do obcych rządów róźnemi drogami. Między innemi te z nich, które, jak twierdzi oskarżenie, przeznaczone były dla Francyi, szły drogą pośrednią. Hentsch dostarczał ich Adlerowi, Adler Kraszewskiemu, Kraszewski przesyłał do Paryża na ręce ś. p. Bronisława Zaleskiego, od którego, według oskarżenia, dalszą drogą, wyraźnie nie wskazaną, miały się dostawać do francuskiego ministe-ryum wojny. Tą samą drogą w kierunku odwrotnym szły do Adlera i Hentscha pieniądze. To jest ’stota zbrodni stanu, którą akt oskarżenia Kraszewskiemu zarzuca.
Jak w idzimy zatem, Kraszewski miał być, a nawet był, gdyż tego nie zaprzecza, jednem z dość licznych ogniw łańcucha, po których przebiegały zdrożne owe iniormacye, i to nie wszystkie, lecz tylko niektóro.
Mimo to akt oskarżenia stawia Kraszewskiego na pierwszym planie, a trudno przypuścić, żeby się to stało jedynie przez wzgląd na jego wiek sędziwy i europejski rozgłos imienia.
List ks. Bismarcka, odczytany ua posiedzeniu wtorkowem, idzie nieskończenie dalej, niż sam akt oskarżenia. Ks. kanclerz zarzuca w nim wprost Kraszewskiemu, iż byl w Niemczech głównym agentem formalnego biura szpiegowskiego, istniejącego w Paryżu i rozciągającego swoje sieci na różne państwa, i że zostawał w bezpośrednich sto sunkach z głównym kierownikiem tego biura, szefem wy działu statystycznego we francuskiem ministeryum wojny, pułkownikiem Samuelem. Na szalę procesu żelazny książę rzuca kilkanaście wierszy podpisanych własnoręcznie, oskarżających kilkadziesiąt osób, bez żadnych zgoła dowodów prawnych, oprócz kanclerskiego podpisu. Pismo to zatem tak dalece wychodzi poza zakres aktu oskarżenia, który jest podstawą procesu, iż gdyby miało zostać przez trybunał państwa wzięte pod rozwagę, musiałoby chyba wywołać odroczenie sprawy i ponowne śledztwo, dla zebrania dowodów na fakta przez ks. kanclerza przytoczone. W chwili, kiedy to pi .żerny, niewiadomo jest jednak jeszcze, jak trybunał państwa na tę inter-wencyą ks. Bismarcka zapatrywać się bodzie
System obrony Kraszewskiego jestj bardzo prosty i jasny. Nie przeczy on, że proszony przez Bronisława Zaleskiego o wyszukanie w Niemczech korespondenta do pism wojskowych, zawiązał stosunek z Adlerem, a przez niego z Hent-schcm, że opracowania Hentscha przesyłał Zaleskiemu, że otrzymywane za pośrednictwem Zaleskiego pieniądze oddawał Adlerowi, jako zapłatę za jego pośrednictwo i honorarytim dla Hentscha, oraz że komunikował ostatniemu w języku niemieckim uwagi krytyczne i żądania, jakie do niego Zaleski przesyłał, nie wchodząc bliżej ani w treść prac przesyłanych, ani w znaczenie przesyłanych uwag, które dlań były po, zęści zupełnie obojętne, a noczęści jako dla uieznającego spraw wojskowych niezrozumiałe.
bliczność słuchać ich nic lubi. Prawda. Już jej się przejadły sztuki liche, znane od lat trzydziestu, wznawiane co lat parę, lub nawet co pół roku. Przyjadły jćj się próbki francuskiego mędrkowania czy doktrynerstwa w rodzaju „Hrabiny Berty,” a nawet i taka „Rodzina Fourchambault,” rzecz piękna, ale oddawna znana na pamięć. Publiczność chce od teatru, aby był naprawdę teatrem, nie zaś świątynią pamiątek... Ona chce także, aby ten teatr żył, ruszał się, działał nietylko na sztucznym gruncie przekładów, bo nie jest ani francuskim, ani niemieckim...
Słychać dalej o teatrze, źe rząd chce spłacić jego długi, [awzamian cofnąć mu subwencyą. O ile to prawda, niewiadomo, bo z teatru teraz wychodzą takie dziwaczne nieraz pogłoski, jakby... dla zmylenia tropów przed opinią publiczną.
Słychać jeszcze, że ministeryum spraw wewnętrznych przychylnie przyjęło przedstawiony sobie projekt wzniesienia teatru... na placu Zielonym, wy łącznie dla dramatu i komedyi. Jeżeli projekt taki istnieje rzeczywiście, to wielce nas dziwi, że dopiero wtedy wieść o nim gruchnęła, gdy go już przedstawiono ministeryum. Co za pyszue dochowywanie tajemnicy! Ale widać już zgóry, źe na placu Zielonym stanie nie teatr, lecz teatrzyk, i źe jeżeli ma istotnie stanąć wówczas, gdy scena krajowa biedzi się nad płaceniem długów i utratą subwencyi, to albo to będzie zbytkiem niepotrzebnym, albo... potrzebą konieczną.
Co się jednak stanie z teatrem Rozmaitości?
Słychać wreszcie—i to już jest rzecz pewna— źe przy teatrach naszych powstanie biuro „łoka-cyi.” Moglibyśmy dać konia z rzędem temu, co pod wyrazem „lokacya” domyśli się prawdziwego przeznaczenia biura. Jest to termin tak umiejętnie i naukowo przystosowany, że nic nie objaśnia i nic wskazuje. Ale taka ma być nazwa urzędowa biura.
Celem owej „lokacyi” będzie tedy przyjmowanie zamówień na bilety teatralne. Przyjdziesz, za-piszesz się, opłacisz wartość biletu i coś jeszcze w dodatku, dostaniesz dowód, a potćm, przed widowiskiem, odbierzesz bilet z kasy i oto wszystko. Nic więcej? No—jeżeli pójdziesz do teatru z żoną i córką, to zapłacisz jeszcze kilkadziesiąt kopiejek za „lokacyą” paltu i okryć swoich kobiet, co chyba już będzie dosyć.
Czy biuro zamówień na bilety stanie się dobrym środkiem przeciwko nadużyciom przekupniów i... czasem nicktórj ch kasyerów (wszak o to był jakiś nawet procesik), to się pokaże. Bądźcobądź, biura takie istnieją zagranicą i fun-keyonują z pożytkiem. Będzie to nowość, którą zapewne ogół powita przyjaźnie.
Na zakończenie dzisiejszej kroniki zapisujemy nowy fakcik ze świata... guwernantek zagranicznych. Ciekawe to, jako objaw sumienności kantoru, który za osobistości przez siebie rekomendowane poręcza... honorem.
Otóż trafiło się, że w pewnym domu przyjęto wyższa nauczycielkę Francusko, za wyższe, ma się rozumieć wynagrodzenie roczne. Trafiła się potem, że w tćj wyższej nauczycielce ktoś poznał wyższą szausonistkę, która w jednym z niższych zakładów widowiskowych prowiucyonalnego miasta dawała dowody bardzo wysokie} odwagi ej wilnej, lekceważąc opinią publiczną na punkcie moralności.
Po takiem skonstatowaniu zalet osobistych, wymówiono „nauczycielce” miejsce, ale zagroziła ona procesem, żądając wypłaty rocznej pensy!. Kantor, który ją rekomendował, udaje niewiniątko, a niedoświadczonym ludziom przybywa jedna lekcya więcej, wskazująca wyraźnie, jakie to „wyższe nauczycielki” prowadzą często wychowanie ich dziatek.
St. M. liz.
rrztigląd polityki zagranicznej.
15 maja.
Od poniedziałku toczy sic w Lipsku przed try bunałem państwa sprawa Kraszewskayo. Proces ten, który ze względu na swój przedmiot mógłby
Ze ten system obrony jest zupełnie naturalnym i przez to silnym, świadczy najlepiej to, iź prokurator eufnął oskarżenie na podstawie § 92 kodeksu karnego i oskarża go tylko na podstawie § 49 tegoż kodeksu, który zagraża karą od 3 miesięcy do 2 lat więzienia, gdy § 92 oznacza jako minimum kary 2-letnic wiezienie.
Po odczytaniu listu ks. Bismarcka, Kraszewski, który jest zupełnie złamany chorobą i tylko wysiłkiem woli utrzymuje się tak, że może uczestniczyć w posiedzeniach, zawołał w największem wzburzeniu: „To fałsz wierutny! Nie znam żadnego Samuela! Gdzie dowody? Przysięgam, iż wszystko, co w tera piśmie mej osoby dotyczy, jest fałszem!”
Kilka dni jeszcze, a sprawa się rozstrzygnie. Co do nas, jesteśmy niezłomnie przekonani tak o tem, źe sędziwy nasz jubilat wyjdzie z niej czysto i cało, jak i o tćm, źe trybunał państwowy w Lipsku nie ulegnie presyi moralnej, jaką jest w każdym razie pismo ks. Bismarcka, który zamiast nadesłać zarzuty swoje prokuratorowi i załączyć dowody, wystąpił sensacyjnie z listem do prezesa sądu, żadnemi dowodami niepopartym.
Przechodząc do innych spraw, na pićrwszćm miejscu zapisać winniśmy scysyą, jaka w w ie-deńskićj Radzie państwa nastąpiła pomiędzy lewicą, a prezesem rady drem Smolką. Lewica zarzuciła Smolce, iż podczas głosowania w .pewnej podrzędnej sprawie niewłaściwie podał wynik uchwałj, ogłaszając, iż za wnioskiem była większość, a nie mniejszość, i wskutek tego opuściła Izbę, która mimo to nie została zdekompletowaną i dalej prowadziła obrady.
Dr Smolka zbyt wytrawnym jest parlamenta-rystą i w daleko burzliwszych czasach, w roku 1848, umiał przewodniczyć Izbom, w których daleko gorętsze niż obecnie odbywały się obrady, ażeby można było przypuścić, że lewica nia słuszność w tem zajściu z prezesem, który Izbie obecnej od kilku już lat ku zadowoleniu wszystkich stronnictw przewodniczy. To też po wyjaśnieniu złożonem w Izbie przez dra Smolkę,, burza zażegnana została i lewica, jak donoszą, dzisiejsze telegramy, postanowiła zaniechać ab-stencyi i powrócić do Izby, zakładając protest, lub może nawet bez protestu, gdyż to nie jest jeszcze w tej chwili zdecydowane.
Sejm galicyjski, którego sesya w jesieni r. z. odroczoną została, ma być zwołany na dzień 16 czerwca na kilka tygodni. Główny przedmiot obrad stanowić będą ustawy szkolne i o konku-rencyi kościelnej, poczem sesya zostanie zamkniętą, a we wrześniu zwołana będzie nowa, tegoroczna.
Cesarz Wilhelm nic odbędzie w tym roku zwykłej wiosennej wycieczki do Wiesbadcnu. Wszystkie pogłoski o zjazdach cesarskich, zapowiedzianych na wiosnę, okazały się falszywcmi.
W sprawie przedłużenia ustawy przeciw socya-listom ks. Bismark, który, mówiąc nawiasem, ustąpił już z posad zajmowanych w ministerstwie pruskim, odniósł zwycięztwo nad parlamentem niemieckim, gdyż przedłużenie zawetowane zostało.
Pomiędzy Chinami a Francyą podpisany został w niedzielę w Tientsinie traktat pokoju, pod nader korzystnemi dla Francyi warunkami. Obejmuje on przyzwolenie Francji na protektorat nad Anamem i Tonkincm oraz otwiera dla europejskiego handlu trzy najbogatsze prowineye chińskie: Vtuman, Kwang-si i Kanton.
Angielska Izba niższa odrzuciła wprawdzie we wtorek wniosek nagany dla rządu zpowodu jego polityki w Egipcie i Sudanie, ale uchwala ta zapadła słabą większością 28 głosów, tak żc Times uważają, Iż jest ona klęską moralną dla rządu Gladstonea.
Co do konferencyi w sprawie finansów egipskich, układy między rządami francuskim i angielskim dotychczas jeszcze ukończone nie zostały, niewiadomo zatem ostatecznie, kiedy i gdzie konfereneya ma się zebrać.
Położenie Gordona-baszy, obsaczoncgo w Chartumie przez powstańców sudanskicli, nie zmieniło się wcale. Komunikacyi z nim niema.
315
TSeinerz i Cudcwa.
Zachodni kraniec dolnego Szląska pruskiego, położony miedzy odnogami Sudetów i gór I’ ru-szeowych, wciska sic klinem w sąsiednią ziemię czeską. Jest-to kraik malowniczy, obfitujący w źródła mineralne i zakłady kąpielowe. Dawniej do Szląska nie należał, lecz stanowił oddzielne hrabstwo kladzkie (GlatzJ, niegdyś państewko lenne, pod władzą zwierzchniezą korony czeskiej, przez Fryderyka II razem ze Szląskiein właściwym zabrane i do Prus przyłączone. Pod względem etnograficznym w tym jedynie zakątku czarny orzeł pruski zagarnął pod swe skrzydła pewną ilość Słowian czeskiego pochodzenia i języka; niewiele jest ich już jednak obecnie — najwięcej kilkanaście tysięcy, i to w zachodnićj części hrabstwa. Reszta uległa zniemczeniu i dziś o pierwotnym słowiańskim charakterze miejscowości świadczą zaledwie nazwy geograficzne miast i wsi, takie jak Kładzko (Glatz), Kamienica (Camenz), Dusznik (czeskie miano Reinerzu), Jawornik (Jauernigg), Chudoba (Cudowa), Lwin (Lewin).
Stara i szara mieścina Kładzko, zarazem forteca, rozsiada się szeroko na wyniosłych wzgórzach, w okolicy malowniczej. Wszystkie ulice pną się dogóry, a zamiast równych chodników, wszędzie są tarasy i schodki; zresztą nic tu ciekawego. Kończy sic tu kolej żelazna, która we dwie godziny dostawia podróżnych z Wrocławia. Dalszą jazdę wypada odbywać dyliżansem pocztowym, lub prywatnym omnibusem. Uczyniono wszelkie możliwe ułatwienia pod tym względem, tak źe nawet mający zamiar udać się do jednego z trzech główniejszych miejsc kuracyjnych hrabstwa — do Landek, Reinerz lub Cudo-wy—mogą nabyć we Wrocławiu bilet wprost na miejsce; biłet ten upoważnia do korzystania z dyliżansu, który z dworca kolejowego w Kladzku odchodzi niezwłocznie po przybyciu pociągu i pod tym względem podróżni, przybywający koleją z takiemi biletami, mają przed innymi pierwszeństwo.
Droga z Kladzka do Reinerz wynosi około trzech mil i przedstawia przepyszne widoki: ze wszystkich stron piętrzą sic coraz to wyżej porosłe lasem góry, w uroczych wąwozach i dolinach szumią wartkie rzeczułki i bieleją porozrzucane w nieładzie porządne i schludne wioseczki, a w każdej prawie kościółek skromny, z wysmukłą blaszaną wieżyczką. W kilku miejscach szeroka i wyborna, jak wszędzie w Prusach, szosa pnic się stromo wgórę, ale wolno mićć nadzieję, że umysł ludzki przezwycięży i tutaj przeszkody miejscowe, jak gdzieindziej opanował daleko większe, i że za lat kilka wybudowaną będzie kolej żelazna. Toż i odnoga z Mittclwalde do Kladzka długo przedstawiała wiele trudności i zaledwie przed kilkoma laty została ukończoną.
Reinerz, to miasto, a nawet dwa miasta, zwane Reinerz Stadt i Reinerz Bad (dawna wieś Dusznik), ostatnie szybko zabudowuje się, upiększa się i rośnie. Położenie zachwycające, na wyniosłości około 1700 stóp nad powierzchnią morza, śród balsamicznych lasów świerkowy ch. Dawne kronili i wspominają o wsi Duszniku już w wieku IX; najstarsze źródło mineralne zostało odkrytćm w roku 1408, od r. zaś 1797 urządzono tu zakład kuracyjny. Liczba stałych mieszkańców obu miasteczek wynosi około 4 tysięcy i tyleż prawie gości zwiedza je corocznie. Niegdyś tędy szedł główny trakt z Pragi do Wrocławia i dalćj do Polski; kwitnął tu wiec handel w wiekach średnich, przeciągały hordy husyckie i karawany kupieckie; nie brakło też w okolicy zameczków rozbójniczych rycerzy, którzy, jak nad Renem, czatowali na podróżnych i przewożone towary. Obecnie do celów kuracyjnych, oprócz górskiego, czasem dla cierpiących na piersi zbyt ostrego powietrza — wywołuje bowiem krwotoki płucne, o czćm, jak sądzę, częstokroć zapominają lekarze, wyprawiający suchotników do górskich miejscowości—służy 8 źródeł żclazistych, kąpiele błotne i żętyca. Trzy tylko źródła uży
wane są do picia, z tych jedno ciepłe (zaledwie 14 stopni Reaum.); inne służą wyłącznie do kąpieli. Co się zaś tyczy żętycy czyli serwatki, ta wielką ma sławę: przynajmniej Niemcy, pomijając wzgardliwćm milczeniem nasze karpackie zakłady żętyczne, chwalą się, że Reinerz jest po alpejskich najlepszym w Europie zakładem tego rodzaju. Drogo też każą sobie płacić za ten nektar, gdyż według taksy urzędowej, biorący co-dzień pólkwarty (litra) najlepszej żętycy owczej, musi płacić tygodniowo 6 marek, to jest, podług kursu pieniędzy naszych w latach ostatnich, trzy ruble, a więc okuło trzech złotych za półkwar-ty—drożej niż kosztuje kawa ze śmietanką Serwatka kozia kosztuje o połowę taniej.
Oplata wpisowa, czyli tak zwana taksa kuracyjna, jest również wygórowana, bo wynosi aż 25 marek od osoby; tylko ci, którzy żadnej kuracyi nie używają, otrzymują kartę pobytu za 12 marek. Z wyjątkiem tych opłat, życie tu nie jest drogie; o mieszkanie i wszelkie wygody nietrudno, równie jak o niezłe jedzenie. Dziwny tu tylko, zarówno jak w Cudowie, panuje w niektórych restauracyach obyczaj, zwany technicznem wyrażeniem Weinzwang (przymus winny), a któ ry polega na tem, że każdy z gości obowiązany jest pić przy obiedzie wino (dlatego zapewne, źe na winie zarabia sic więcej niż na jadle), a to bez względu na to, czy komu środki lub stan zdrowia pozwalają używać tego specyalu. Niepi-jący zaś wina niezawsze dostają obiad, a w najlepszym razie muszą piacie daleko drożej. Dowcipny zaprawdę pomysł, przejęty z Berlina, gdzie we wszystkich lepszych hotelach panuje ten sam obyczaj, może zapożyczony od Francuzów, bo i w Paryżu obiad liczy się razem z dodawaną pólbutelką wina.
Najpiękniejszym budynkiem na głównym placu zakładu kąpielowego jest tak zwana „cieplarnia palmuwa” (Palmenhaus), pełna kwiatów i rzadkich roślin, oszklona i ozdobiona śliczną kolumnadą. Kryta galerya dla pijących wody, niedawno zbudowana, wykonana jest z prostotą i smakiem. Wartka rzeczułka Bystrzyca, którćj oba brzegi połączone są kilkoma mostkami, i spory staw służą do urozmaicenia krajobrazu.
Jest tu nowy kościół ewangelicki i stara (z roku 1611) świątynia katolicka, w której także, podobnie jak w wielu innych miejscowościach Niemiec, odbywa się niekiedy i nabożeństwo protestanckie. Wzruszający i budujący to objaw zgody i wzajemnej toleraucyi.
Urocza górzysta okolica dostarcza gościom pola do bliższych i dalszych wycieczek. Do bliższych należą słynne z pięknych widoków otwarte wzgórza: Diippclshohe, Hutberg i Stille Liebe, co znaczy „cicha miłość;” dawniej podobno to ostatnie wzgórze zwano Liebe Stille (luba cisza). Celem dalszych wycieczek bywają: austryacka już wioseczka Schnappe (granica czeska odległą jest od Reinerz na pół mili), góry Seefelder, Hum-mcl, Ratscheu, llohe Mense i Grunwald. Najciekawszą z tej miejscowości jest góra Hummel, na której barkach (2300 stóp nad pow. m.) sterczą jeszcze ruiny zamczyska rycerzy zbójeckich, zbudowanego, według podania, jeszcze w X wieku, gdyż osobliwszym wyjątkiem w naszych czasach prozaicznych, przechowały się tu jeszcze podania historyczne i nawet cudowne legendy. Zamek miał należće do burzliwego rodu rycerzy von Kauflungen Chlum, z których ostatni Zygmunt za rozboje przydrożne został stracony w Wiedniu 1531 r., a zamek jego, na rozkaz króla czeskiego Ferdynanda, zrównano z ziemią; dziś pozostały tylko resztki wieży. Co się tyczy legend cudownych, zapewne żaden już poeta ich nie zużytkuje, gdyż minęły czasy balady, a dziś turystów obchodzą bardziej ceny fiakrów i dobroć szynko-wanego w poblizkiej oberży piwa.
Do dalszych wycieczek z Reinerz należy także wycieczka do drugiego w tych stronach miejsca kuracyjnego — do odległej o dwie miłe Cudo wy (wymawia się Kudowa, właściwie po czesku Chudoba, co znaczy nędza). Droga po większćj części idzie nadół. Cudowa leży tćż znaczę niżćj ud Reinerz, w dolinie zwanej Hordisthal, zaledwie
na tysiąc stóp nad powierzchnią morza — właściwie więc nie posiada już cech miejscowości górskiej. Dolina to nieco wilgotna i w wiciu domach jest wilgoć. Wszelako pobyt w Cudowie może być dla niejednego przyjemnym: powietrze czyste, życie niedrogie, spokojne, bez wrzawy i okazałości modniejszych miejsc kąpielowych. Zabudowania skromne, ale zaopatrzone we wszystkie wygody. W szklanym pawilonie domu zakładowego (Kurhaus) mieści się bogato zaopatrzona czytelnia, w której jest także kilka pism polskich. Z domów mieszkalnych najcelniejsze są Waidmannsruhe i Fricdrichsruhe — ten ostatni w uroczem położeniu, na wzgórzu lesistćm. Środki lecznice stanowią tu źródło żulaziste, niesłab-sze od znajdujących się w Krynicy i Franzens-badzie, którego woda służy do picia, i dwa inne zdroje, dostarczające tylko kąpieli. Uczęszcza tu przeważnie pleć piękna, głównie z Wrocławia i innych miejscowości Szląska; zabłąka się też czasem ktoś z Poznańskiego i z królestwa, głównie dzieci, a raczćj córy Izraela. „Modne” damy unikają tego „nudnego” miejsca, które dla tego samego nadaje się do odpoczynku—do tego co Niemcy nazywają „stilles, gemuthliches und zuruckgczogencs Leben.” Wszystko tu miniaturowe: ze środka głównego placyku wzrok ogarnia cala Cudowc; godną zaś uznania jest rzeczą, źe ten placyk, aleje przytykające do parku i kilka uliczek miedzy willami przeznaczone są wyłącznie dla pieszych i ogrodzone stosownemi ba-ryerami. Powozy i fury muszą okrążać wieś po innych uliczkach i opasującej całą miejscowuść szosie; ztąd goście nigdy nie połykają kurzu. Obszćrny i okazały park jest nieco wilgotny. Na barkach przyległej góry jest łaciny las świerkowy; szkoda tylko, że w najdostępniejszej i najpiękniejszej jego części przy kościele protestanckim usadowił się cmentarz. Drugi lasek znajduje się o pól wiorsty od Cudowy w stronie północnej, ale goście kąpielowi bardz > rzadko z niego korzystają. Wogóle i tu, jak w innych miejscach kuracyjnych, przybysze zainało używają najlepszego bodaj Ićkarstwa—świeżego, czystego powietrza, gdyż nie mają na to dosyć czasu, tyle im go zabiera dobrowolna pańszczyzna picia wód, kąpiele, przyjmowaniu posiłku, wreszcie ubieranie się i przebićranie. Zato wymagania kuracyjne, dyktowane przez lekarzy, wypełniane są skrupulatnie i z tą ślepą wiarą w skuteczność wody mineralnej, która już obecnie, jak się zdaje, mocno chwiać się zaczyna... Do ironicznego uśmiechu może n. p. pobudzić sceptyka zwyczaj jednego z tutejszych „radców zdrowia” (Sanitiits-rath— najwyższy podobno tytuł lekarzy niemieckich), który wczasie porannego koncertu obchodzi placyk kuracyjny i tu, zatrzymując siu na minutę lub dwie, a więc co się nazywa stande pe-db, udziela rady stroskanym pacyentom. Dogodnie to i praktycznie dla lekarza, który oszczędza czasu, nie tracąc praw do honoraryum, ale czy długo jeszcze ludzie wierzyć będą w nieomylną skuteczność takich n. p. rad:
— Doktorze—skarży się ktoś—nie sypiam jakoś dobrze.
— Proszę pić o pół kubka mnićj—wyrokuje eskulap i rusza dalej.
— Panie radco, uczuwam jakieś osłabienie— skarży się jedna panienka.
— To nic, nic, będzie dobrze, tylko me wyjeżdżaj pani ztąd prędko. Zamiast pięciu, trzeba tu zabawić sześć tygodni—decyduje doktór.
Pobyt jaknajdluźszy—rzecz to zapewne najkorzystniejsza dla lekarza i dla zakładu... Niektóre osoby, ażeby być bliżej kąpieli, mieszkają w samych domach kąpielowych ponad łazienkami, co wątpię aby było hygienic.znem i zdrowem, zpowodu wyziewów i przykrego powietrza.
Formalizm pruski i oschła sztywność, cechują tu wszystkie stosunki urzędowe. Tak n. p. w biurze pocztowćin o informacyą jakąbądź trudno, o wysłuchanie reklamacyi również niełatwo. Za niezamcldowanie gościa w 24 godziny po przybyciu wnet nakładają na gospodarza karę pić-niężną w wysokości 3 marek, chociaż tu nic było wtedy ani stanu oblężenia, ani czasów wojen
316
nych. Wszystko, co tylko urzęduje, nosi się po wojskowemu, a przynajmniej ma czapki wojskowe, z wyjątkiem samego rządcy zakładu, czyli „dyrektora” (właścicielem jest baron Kramsta), człowieka bardzo uprzejmego, okazałej postawy i niezmiernie majestatycznego w ruchach. Lud w Cudowie mówi po czesku; niektórzy nawet po niemiecku uie rozumieją. Poza parkiem jest ładny, duży staw, ua którym można używać przejażdżki łodzią. Niekiedy zarząd kąpielowy urządza tu wyścigi, tak zwane „corso.” Za tym stawem o kilkadziesiąt kroków już ziemia czeska. Zresztą widomych znaków granicznych ani urządzeń celnych nie widać żadnych; goście z Cudo-wy udają się częstokroć do poblizkiej austrya-ckićj już oberży na wyborne piwo czeskie, lub zaopatrują się tam w wino i cygara austryackie. W odległej o pólwiorsty wioseczce czeskiej Czer-bena jest kościół katolicki, a przy kościele kaplica pogrzebowa, której sufit, ściany i ołtarz wyłożone są czaszkami i kośćmi ludzkiemi. Osobliwsze to memento mori urządził przed stu laty ks. Tomaszek, proboszcz tutejszy; kości wziął z jakiegoś dawnego cmentarza, a wyszło ich tu kilkadziesiąt tysięcy.
O milę niespełna od (.'udowy, w kierunku południowo-zachodnim, leży miasteczko czeskie Na-chod, stacya kolei, która doprowadza podróżnego z jednej strony do Pragi w 8 iu godzinach, a z drugiej do Wiednia w 10 godzinach. Miejsce to już historyczne, gdyż tu stoczoną była pierwsza ważniejsza, a dla Austryakćw niepomyślna potyczka w krótkotrwałej wojnie z Prusami 18(56 r. Nad miastem wznosi się ładny, świeżo wyglądający zamek na wysokiej górze, własność księcia Lippe. W tym zamku podobno urodził się słynny wódz Wallenstein, właściwie Waldstein, ale pamiątek żadnych tu po nim nie zostało.
L. S. IF.
DWOREK
przy ulicy Łaziennój-Mokrej w Piotrkowie.
Czytelniku, który nie jesteś mieszkańcem trybunalskiego grodu, jeśli kiedykolwiek zapragniesz zajrzeć do niego, by szukać tu pamiątek historycznych, niemałego doznasz zawodu, gdy się przekonasz, iż Piotrków, który szczególniej za czasów dwóch ostatnich Jagiellonów tak wybitną w historyi naszej odegrał rolę, iż miasto to, gdzie życie dawnej Polski szerokim lalo się strumieniem, tak mało dziś posiada pomników dawnej swej świetności.
Bo tćż wciągu ostatnich lat kilkunastu Piotrków znacznemu uległ przeobrażeniu: odnowił się, w świeże przystroił się szaty i, gdyby nie odwrotna strona medalu—owa cuchnąca rzeczka Strawa, która swem powietrzem zakaża całą dzielnicę żydowską — rzekłbyś, że to cacko, niedawno z pudelka wyjęte, tak schludne, tak czyste i tak świeże są szaty, w jakie gród trybunalski oa niedawna się przyozdobił. Przejdź się, czy telniku, po „Petersburskiej” ulicy, zajrzyj na „Moskiewską,” obejrzyj „Odeską,” „Kijowską,” „Orłowską,” „Słowiańską,” „Grecką” i inne w tymże stylu pomianowane ulice, a wszędzie rzucą ci się w oczy nowe, ozdobne budynki, wobec których dawny zamek królewski, lub ratusz trybunalski dziwnie rażący przedstawiałyby anachronizm. Próżnobyś też ich szukał: znikły one z powierzchni miasta, a jedyny ślad istnienia zamku, jaki po nim pozostał, przecuduego rysunku węgary, zdobiące niegdyś drzwi i okna zamkowe, przyozdabiają dziś gmach, mieszczący w sobie kance-laryą pułkową; muru, okalającego niegdyś Piotrków, pozostała tylko część nieznaczna od strony południowćj. Z kościołów jeden tylko po pijar-ski, stosunkowo niedawno, bo na początku XVIII wieku wzniesiony, wiernie dochował piętna, jakie ówczesna sztuka architektoniczna na nim wycisnęła. W stylu rokoko, wewnątrz malowany al fresco, stanowi on cenny z czasów jezuickich zabytek, jakich pono tylko trzy Polska posiada.
Inne kościoły, jak farny, erygowany około r. 1300, po-dominikański r. 1370, Panny Maryi r. 1375, panien dominikanek r. 1624 i po-bernar-dyński r. 162(5, już to z biegiem czasu, już skutkiem niezawsze umiejętnćj, acz starannej restau-racyi, albo niszczeją i ustępują miejsca nowym budynkom, jak kościół niegdyś o.o. franciszkanów, przebudowany na koszary, lub w nowsze przystrajając się szaty, tracą artystyczne piętno przeszłości. I gdyby nie to, że Piotrków, jako widownia 24-ch sejmów i wielu synodów duchowieństwa polskiego, a od czasów Batorego, jako centrum sądownicze dla województw Wielkopolski, niczatartemi głoskami ua kartach historyi dawnej Polski jest zapisany, dziś ledwie wiarę daćbyśmy mogli, że należał on niegdyś do rzędu znakomitszych miast polskich.
Nieliczne, pamiątki przeszłości, jakie miasto posiadało, albo dotychczas jeszcze posiada, doczekały się mniej lub więcej wyczerpujących opisów, bądź to w „Opisie Piotrkowa trybunalskiego” (Warszawa 1850 r.) ś. p. Oskara Elatta, bądź w pracy p. Romana PI enkiewieża, takiż noszącćj tytuł, bądź w licznych artykułach, umieszczanych głównie w „Tygodniku ilustrowanym,” skrzętnego zbieracza starożytności piotrkowskich, p. Leona Rzeczniowskiego, bądź w pracy pana F. K. Marty no wskiego: „Z wycieczki w Piotrkowskie,” zamieszczonej w „Przeglądzie archeologiczne bibliograficznym” z r. 1881, zeszyt 10 i dalsze, a i niżej podpisany pochlebiać sobie może, iż na niwie odtwarzania przeszłości Piotrkowa kilka łanów zorał. Nikt jednak nie wspomniał dotąd o starodawnym dworku, w obrębie Piotrkowa istniejącym, który, aczkolwiek na mniejszą względnie do innych pamiątek zasługuje uwagę, niemniej jednak posiada pewną historyczną przeszłość i tradycyą.
Jest to parterowy domek, znajdujący się w południowej części miasta, w blizkości pozostałego jeszcze obronnego muru przy ulicy Łaziennej Mokrej, dziś pod nazwą „Stara” znanej. Wszedłszy ze Starego rynku w głąb tej uliczki, przechodzień mimowoli zwrócić musi na niego uwagę. Pomalowany na żółto, mały, nizki jakby wrośnięty w ziemię, do ulicy obrócony bokiem—oto cechy, które odrazu wpadną każdemu w oczy. Nad trzema dolnenii oknami, po lewej strome których znajdują się drzwi, prowadzące w głąb sieni, widnieją dwa małe okna poddasza. Wszystko to pokrywa dach wielki, ostrokończasty, a liczne jego laty i naprawki świadczą dobitnie o niemałćj liczbie lat, jakie na swych barkach dźwiga. Na poczerniałej powierzchni dachu usadowiła sic. facyatka, a nad nią wyrasta poczerniały od ctarości dymnik. Jak we wszystkich butlowlach dawnej struktury, tak tćż i tu, sień ciągnie się przez całą długość domu i na wylot go przerzyna; po prawej stronie sieni są mieszkania, lewa zaś przytyka do ściany zewnętrznej. Oto w głównych zarysach powierzchowność dworka.
Całość budowy wywiera na widzu smutne i przygniatające wrażenie: od pierwszego wejrzenia czuć się tu daje, że nieubłagany ząb czasu przez długie lata znęcał się nad swą ofiarą, a opatrzna, choć nieumiejętna ręka, poprawiając dworek, więcćj go jeszcze zeszpeciła.
Rozglądając się baczniej w szczegółach ściany licowćj, spostrzegamy tu nad dolncmi oknami wmurowaną tablicę marmurową, na której wyryty jest orzeł polski, a umieszczony pod nim napis opiewa:
„Ten dworek przywilejami Nayiaśnieyszych Królów Zygmunta 3 go y Jana Kazimierza A. 1590, a przez Nayiaśmtyszego Augusta 3-go A. 1752 approwanemi tudziesz konstytucią A. 166A ztwierdzony od wszelkich podatków y exolficiów libertowany.”
W. K.	M. K.
Tu dopiero niemiłe pierwotne wrażenie, jakie nam dworek sprawił, ginie... Ogarnia nas jakieś spólczucie dla tego obarczonego wiekiem staruszka, co przez ciąg trzech stuleci patrzył na dzieje trybunalskiego grodu, i mimowoli ręka chwyta za czapkę, by odkryciem głowy oddać
mu cześć należną. Stojąc prawie przy samym murze obronnym Piotrkowa, wygląda ou jak rycerz na wyłomie, co urąga czasowi i zbiera sił ostatek, by dotrwać na stanowisku. Ciche ustronie i spokojny kącik, jaki sobie obrał, usunąwszy się od zgiełku miasta, czyni go podobnym do starego weterana, co dawne pamiętając czasy, usunął się nabok, aby dać miejsce nowym żywiołom, zapomniał o świecie, sam będąc w zapomnieniu pogiążony, i zamknął się w ciasnej skorupie domowego życia, aby żyć tylko wspomnieniem...
Historyą dworka tego wiąźe się ściśle z historyą wstąpienia na tron Zygmunta III. Gdy po śmierci Stefana Batorego przystąpiono na sejmie elekcyjnym roku 1587 do obioru nowego króla, szlachta na dwa wręcz przeciwne rozdzieliła się obozy: jedno stronnictwo, pod wodzą Zamojskiego, obrało królewicza szwedzkiego Wazę, drugie, pod przewodnictwem Zborowskich, cbciało mieć królem arcyksiccia austryackiego Maksymiliana.
Nie tu miejsce opisywać szczegółowo zamieszki w kraju, spowodowane tą elekcyą; dość będzie zaznaczyć, że arcyksiążę, wzięty do niewoli, zrzekł się pretensyi do tronu polskiego, i potomek Jagiellonów po kądzieli, Zygmunt Waza, szczęśliwie do Krakowa doprowadzony, w daiu 28 grudnia roku 1587 został uroczyście ua króla polskiego koronowany. Pomiędzy bracią-szlachtą, która przeprowadzała Zygmunta do Polski i do objęcia tronu mu pomagała, znajdował się niejaki Stanisław Szydłowski, Piotrkowianin. On-to właśnie był właścicielem dworka, o którym piszę. Jak wspomina przywilej, położył on znaczne zasługi podczas bezkrólewia: walcząc w obronie prawego dziedzica tronu i rzeczypospolitćj, przyłączył się do tych, którzy Zygmuntowi wspólne-mi silami i zabiegami królestwo wyrobili, i z wielką swą stratą i niebezpieczeństwem życia szczęśliwie do Krakowa na koronacyą króla doprowa dzil. Zniewolony tem Zygmunt III, pragnąc usługi Szydłowskiego łaską królewską ocenić i wynagrodzić, na duiu 20 marca roku 1590 na sejmie w Warszawie wydaje przywilej, mocą którego postanawia: dom szlachetnego Stanisława Szydłowskiego, w mieście Piotrkowie w ulicy ku południowi, miedzy domami Jerzego Hirurga z jednej, a Macieja Dubiesz, obywateli piotrkowskich z drugiej strony położony, od jurysdykci miasta wyjąć, a pod prawo i swobodę ziemską przypisać.
Aby zrozumieć całą doniosłość tego przywileju i pojąć, na czem właściwie polegała owa swoboda, Szydłowskiemu nadana, musimy sobie uprzytomnić prawno społeczne stosunki szlachty i mieszczan, jak one w owym przedstawiały się czasie. Mieszkańcy dawnych miast naszych, a w tej liczbie i Piotrkowa, stanowiący po większćj części ludność napływową niemiecką, mieli nadane od panujących królów tak zwane prawo magdeburskie (jus teuthonicum). Z mocy tego prawa miasta nasze posiadały samorząd w najobszerniej-szem tego słowa znaczeniu: zwolnione od wszelkiej jurysdykcyi, podlegały jedynie wybieralnej z pospólstwa ladzie miejskiej i wyznaczonemu z ramienia króla wójtowi, który wespół z ławnikami sprawował urząd sędziego, z atrybueyą tak szeroką, iż nawet prawo miecza bez wszelkiego ograniczenia mu przysługiwało i tylko przed królem był odpowiedzialnym. Szlachta zaś, po wsiach i małych miasteczkach osiadła, rządziła się na zasadach prawa ziemskiego (jus polonicum v. ter-restre), które, na sejmach przez nią same stanowione, było dla nićj o wiele względniejsze: gdy bowiem ideą prawa magdeburskiego była równość wszystkich wobec prawa, prawo ziemskie wszędzie wyróżniało szlachcica nad kmiecia i mieszczanina, dając pierwszemu szerokie pole do samowoli nad innemi stanami rzeczypospolitćj. Niedziw więc, że gdy szlachta zaczęła zaludniać miasta prawem magdeburskićm obdarowane, wy-rodziły się ztąd liczne spory i niesnaski miedzy urzędem miejskim, a osiadłą po miastach szlachtą: magistratura miejska, opierając się na pizy-jętćj w prawie magdeburskićm równości wszystkich w obliczu sprawiedliwości, pragnęła tęż zasadę stosować i do szlachty, w obrębie miasta zamieszkałej; ta zaś poczytywała sobie za ubliżę-
317
nie podlegać jurysdykcyi władz miejskich i, pilnie strzegąc swych swobód, chciała i w miastach rządzie się prawem zicmskiem, a jakkolwiek kon-stytucye sejmowe i prawa, od królów miastom nadane, pociągały i szlachtę do ponoszenia wspólnie z mieszczanami ciężarów miejskich, nie przeszkadzało to wszakże szlachcie wyłamywać się zpod tych praw i, choćby nielegalnie, bronić swej niezależności.
Pierwsza lustracya Piotrkowa, w roku 1565 dokonana, wylicza cały szereg panów szlachty, którzy, mając swą posiadłości w mieście i w niem przemieszkując, wzbraniali się płacie podatki i podlegać władzom miejskim. Co większa, domy swe i dwory w mieście uważali za rodzaj starożytnych azylów, gdzie przestępca, choćby najsłuszniej prawem przekonany i przez urząd ścigany, bezpieczne znajdował schronienie i od wszelkiej kary czuł się wolnym, bo wlaściciel-szlachcic nie pozwalał mu żadnój wyrządzić krzywdy(l).
Bądźcobądź, jakkolwiek cle facto szlachta ani podatków nie płaciła, ani urzędowi miejskiemu nie podlegała, jednakowoż czuła dobrze, iż postępując w ten sposób, działa wbrew prawu, nielegalnie. Ztąd wypływało, że chcąc swe wolności, jurę caduco pe miastach sobie przywłaszczone, usankcyonować prawem, przy każdej zdarzonej sposobności starała się uzyskiwać przywileje królewskie, któreby takiemu postępowaniu cechy prawne nadawały.
Do rzędu takich to aktów łaski królewskiej zaliczyć winniśmy i przywilej, Szydłowskiemu na dworek jego w Piotrkowic od Zygmunta III nadany, Akt ten wyjmuje Szydłowskiego zpod zależności wójta i magistratu, a poddając go pod prawo ziemskie, tak co do osoby, jakoteż posiadłości, czyni go we wszystkich stosunkach prawnych zawisłym od sądów grodzkich i ziemskich, które wyłącznie sprawy szlachty-ziemian rozstrzygały. Obok tego przywilej królewski zwalnia właściciela dworku od ponoszenia uiszczanych na rzecz miasta podatków i pełnienia urzędów miejskich. Doniosłość więc przywileju wielką była dla obdarowanego: jego bezprawie stało się prawem; wywyższony laską królewską, mógł on zgóry na mieszczuchów spoglądać: był już czćmś lepszem, doskonalszćm od nich, bo w jednej z nimi miejscowości przemieszkując, niejednym i tym samym, lecz o wiele względniejszym prawom podlegał.
Stanisław Szydłowski do końca życia używał praw, z przywileju Zygmunta 111 wypływających, a nawet jeszcze wnuki jego, dzierżąc w swem posiadaniu wzmiankowany dworek, z nadanych od króla prerogatyw korzystały. Gdy jednakże zczasem dworek zaczął się walić w gruzy tak, że jedynie gole ściany ze sklepami (piwnicami) z niego pozostały, a plac, na którym stał, zaczęto „placem Szydłowskiego” nazywać, wnuk pierwotnego właściciela, Marcin Szydłowski, w r. 1659 przed aktami grodzkiemi piotrkowskiemi zeznał akt darowizny rzeczonej nieruchomości na rzecz Stanisława Kaźmirza Piotrowskiego, komornika granicznego łęczyckiego. Ten zaś własnym kosztem i nakładem ruinę z upadku podźwignął i prawic nowy dworek pobudował.
Trzecia lustracya Piotrkowa, za panowania Jana Kaźmirza r. 1659 dokonana, obszćrną wzmiankę o dworku tym zamieszcza: zastaje go już odrestaurowanym, lecz jeszcze nie zamieszkałym (2). Niedługo wszakże korzystał Piotrowski z odrestaurowanej siedziby, bo już w roku 1664, pragnąc przyjść w pomoc zakonnicom św. Dominika,
(1) Księga lustracyjna nr 5 w archiwum koronnein. Bc-wizie Województw Wielkopolski z roku 1566, fol. i:-<8—139 p. t. Miasto Piotrcow. Lustracya ta wylicza takich panów 19. Między innemi znajdujemy tam następujący ustęp: ,,Pan Cristoporski na inieszczkim gruncie ma dwór y ogrodow kilka, s których ani poplathkow dawa, ani poslusenstwa żadnego czyni thak miastu, iako dworowi, y owszem kiedy ludzie wystąpili tham uczickają, nicwolno yeh bracz ani miastu, ani urzędowi starosczieinu, kthóry przy wileiu nie ukazał na tlię swą wolnoszcz.’’
(Przypisek autora.)
(2) Patrz: w archiwum koronućm księgę lustracyjną nr 64. Lustracya Wielkopolski A. D. 1661 fol. 42—47 i księgę zapisów trybunału piotrkowskiego u. 32. fol. 1224.
(Przypisek autora.)
Hrabina Berta, dzieło sceniczne w 4 aktach przez C.-uloki, w przekładzie W. Bogusławskiego.
Tak zwane premiery, na wzór paryskich, zgromadzają zawsze u nas liczną publiczność. Jest to symptomatem najlepszym, że będzie ona zawsze chodziła do teatru najchętniej, gdy znajdzie repertuar starannie odświeżany, że przeto nicpo-trzeba deklamaeyjuyeh nawoływań do obowiązku, gdyż lepiej się to jeszcze załatwia jako szlachetna rozrywka. Nie powiemy jednak, iżby wybór tym razem byl szczęśliwy. Ani autor, ani sztuka jego nie posiadają dosyć sławy, iżby na niej już samej polegać można było. Autor, w po-
(1) Dworek ten obecnie znajduje się w posiadaniu p. Walentego Michalskiego, który do dziś jeszcze przywilej Augusta 111 starannie przechowuje. Pamiątkowy ten akt w języku łacińskim na pergaminie (wielkości 10S0 cali kwadr.) spisany, zaleca się starannie odrobionemi micyałami i pię-knćm, czytelnem pismem rondo; przytem pieczęć wisząca lakowa na wosku odlana. Przywilej ten, jako roboracya przywilejów Zygmunta 1X1 i Jana Kaźmirza, w całości te ostatnie przytacza. Stanowiły one główne źródło dla pi-szącego przj kreśleniu niniejszego artykułu.
(Przypisek autora.)
W r. 1780, według inwentarza sporządzonego przez ko-inisyą dóbr, porządku, dworek ten leżący przy ulicy Ła-zienućj Błotnej, a nie Nokrćj, będący niegdyś własnością Krnszewiezów, został podzielony prawem konkursowem między wierzycieli. Opis mówi o tym dworku, że jest całkiem zdezelowany i tylko kawałki murów stoją.
(Przypisek redakcyi.)
od niedawna (od r. 1627) w Piotrkowie osadzonym, a miernie uposażonym, uczynił >m z dworku swego i placu darowiznę. Dominikanki, aby umocnić swe prawo własności i korzystać z prerogatyw do tej posesyi zdawna przywiązanych, zaraz w tymże roku udały się do syna Zygmunta Wazy, Jana Kaźmirza, z prośbą o potwierdzenie przywileju zmarłego króla, wskutek czego tenże ua sejmie w Warszawie na dniu 29 listopada 1664 roku nadał im nowy przywilej, w którym przyta czając in extenso takiż akt swego najjaśniejszego poprzednika i rodzica, takowy w zupełności zatwierdza, to od siebie dodając oświadczenie, że dworek ten już nietylko od miejskich, lecz i od wszelkich innych ciężarów za wolny uznaje, wymagane zaś lub mogące się wymagać podatki od tej chwili na potrzeby stołu tychże zakonnic w rodzaju jałmużny przeznacza, a to, jak brzmi przywilej, „aby za stan nasz Boskiej błagały łaskawości.”
Tak wiec wkońcu nawet sejmowych zaprzestano z dworka uiszczać podatków.
Osiemdziesiąt lat zgórą użytkowały zakonnice z dworku; w następstwie zaś czasu, uzyskawszy pozwolenie przełożonych kapituły piotrkowskiej, ustąpiły prawa własności do niego za sumę zip. 400 na rzecz rajcy miasta Piotrkowa, sekretarza królewskiego, Wojciecha Kruszcwicza i żony jego Maryauny, a to na mocy aktu kupna i sprzedaży, w najbliższy wtorek po św. Michale r. 1743 przed aktami ziemskiemi piotrkowskiemi sporządzonego.
Kruszewiczowie, ebcąc mieć na swoje imię przepisane prawa, jakie z poprzednich przywilejów na właścicieli dworku spływały, udali się z prośbą o potwierdzenie powyższych prerogatyw do Augusta 111, i ten, przychylając się do ich prośby, na dniu 11 grudnia 1752 r. żądanej robo-racyi udzielił. Oni to zapewne umieścili na dworku do dziś istniejącą tablicę pamiątkową, tak bowiem wnosić należy z początkowych liter ich nazwisk: M. K. i W. K., jakie pod napisem są wyryte.
Tu się przerywa nawiązana przez nas nić historycznej przeszłości dworku. Jakie były jego dalsze koleje, przez czyje przechodził ręce, szukać nie staraliśmy się; boć dworek ten o tyle tylko może interesować ogół, o ile dzieje jego z hi-storyą kraju się wiążą. Gdy na tę spadła zasłona, nieciekawe są już dla nas dalsze dzieje rycerskiej ongi siedziby (1).
Edmund Dylewski.
PRZEGLĄD TEATRALNY.
wieści szczęśliwszy, na scenie szuka dopiero dróg właściwych, a mało nas obchodzi, czy je kiedy znajdzie. Szukanie tych dróg nowych, czy jakiejś oryginalności, najwidoczniej ujawniło się w Hrabinie Bercie, która jest wielkim zamachem z ogromną pretensyą na wcale mały rezultat. Majaczyło coś po głowie autorowi, iż trzebaby przedstawić świat arystokratyczny z jego zepsuciem i całkowicie na dzisiejsze czasy ujemną odrębnością, z przeciwstawieniem naturalnie świata mieszczańskiego w innych, lepszych obyczajach. Więc zapoznaje nas z nadzwyczaj dumną ex hrabiną dc Lairc, secumlo roto panią Peuardicr, która pyszni się nicponiem nieboszczykiem, a lekceważy drugiego małżonka, dającego jej na zbytki i możność ukazywania form pańskich. Takiej chyba niema już dziś we Francyi; możliwą była zaledwie za Ludwika XIV. A pan Peuardicr, oburzający się na pogardę żony, czemże jest? Może postępowym demokratą, zbogaconym parweniu-szem, czującym jednak swoję godność i swoję wartość, a choćby odrobinę podobnym do p. Poi-rier? Nie, on jest najkompletniejszem zerem, nie-wiedzącem czego chce, bo jego starania się o wybór na deputowanego przy pomocy żony są takie jakieś mgliste i zawikłane, a ta kandydatura środkiem tak wytartym w literaturze dramatycznej, żc nawet nic zdobywa się na to, ażeby być kopią jakotako zabawną.
Gdzież więc jest ów kontrast miedzy arystokratycznym a demokratycznym światem? Niema go nigdzie, choć z pewnością kołatał się po głowie autora. Szukajmy zatem stron jasnych obozu mieszczańskiego, a ciemnych arystokratycznego. Ciemną stroną drugiego stanowi syn pani hrabiny, Robert małżonek Berty, który jest lwem salonowym, próżniakiem, bałamutem uwodzącym kobietę, małżonkiem z tytułu tylko. Pod jednym dachem mieszkając ze swym kuzynem i przyjacielem Raulem, romansuje z jego żoną, a zdradza się tćm, że grając raz na fortepianie, gdy słyszy że kobieta stanęła za jego krzesłem, mówi do niej: „Tereso,” a tymczasem była to jego żona.
Ta maleńka pomyłka prowadzi do tego najpierw, że oburzona Berta znieważa Teresę wobec świadków, potem że żyć nie chce więcej ze swym mężem, którego znienawidzą odrazu, a po trzecie, że gotowa odjechać do Ameryki z przyjacielem lat dziecinnych, p. Filipem de Solange, który karyerę zdobył w Filadelfii, teraz zaś przyjechał na wezwanie pana Peuardicr. Byłby oczywiście bardzo grzecznym, gdyby tylko na takie wezwanie przyjechał zaraz, pomimo że potrzebują jego usług inżćuierskich (bez inżeniera jakże istnieć może komedya dzisiejsza?); ale on przyjeżdża dlatego, że niegdyś kochał Bertę, więc pomimo iż wie o jej zamęźciu, ciągnie go coś ku niej. Zaraz też, skoro przyjechał, pyta się jej natrętnie, czy jest szczęśliwą, na co Berta nie odpowiada wyraźnie i jasno, ale po awanturze z Teresą wyznaje, że jest najnieszczęśliwszą. Wtedy on nie tai również, źe ją kochał zawsze. Ona słucha tego i żegna go na wieki; wkrótce jednak rozmyśla się i decyduje wyjść z nim z balu pod rękę, przebrać się i dalej na okręt do Ameryki. Na szczęście braciszek jćj nadchodzi w tej chwili. Ona uważa to za palec Boży, za ostrzeżenie i znów nie idzie z Filipem, który tyle razy gotów do wsiadania na okręt, nigdy jednak wybrać się nie może. Berta atoii nietylko źe pozostaje, ale idzie do męża i proponuje mu dalsze zgodne pożycie. On też właśnie doszedł do przełomu psychologicznego. Obsiadły go spóźnione trochę skrupuły. Dowiedziawszy się z podsłuchania, że żona kocha Filipa, wchodzi w siebie i czyni wyrzuty swej mamie za złe wychowanie, jakiem go obdarzyła. Mama istotnie po tylu latach przyznaje, że go źle wychowała, i rozpacza razem z nim. Tak skruszonego zastaje Berta. Umawiają się, źe się rozstaną na kilka miesięcy, a potem gdy w samotności pogodzą się z sobą, zejdą się znowu. Lecz niestety, das ist die Eluch der bósen That, że niewinny dotychczas kuzynek, a mąż Teresy, szperając po kątach, wywiedział się nareszcie o całej prawdzie; przychodzi tedy do Raula i żąda satysfakcyi. Ten, przerażony, nie
318
chce bić się z nim za nic w świecie, naprzód dlatego, że uczyniłby mu podwójną krzywdę, a potem że on strzela i fecbtuje się wybornie, tamten zaś o tem wyobrażenia nie ma. Ale Raul ustąpić nie chce, grozi że go spoliczkuje, gdy mu nie da satysfakcyi. Robert, niewiedzący co począć, wzywa Filipa, któremu wszystko opowiada; ten z oburzeniem oświadcza mu, że byłoby nicgodziwością zabijać Raula. Doprowadzony do ostateczności Robert, ocucony nagle (czy nie zanagle?) z letargu złego życia, przykłada sobie pistolet do piersi, mówiąc: „Nie umiałem żyć, potrzeba umieć umrzeć” i pada, zakończając to „dzieło sceniczne.”
Właściwie intryga zaczyna się dopićro w tym ostatnim akcie, intryga zużyta, ale koniec końców budząca jakieś zajęcie, gdy poprzednie akty były tylko zlepkiem jakichś zacbceń pewnych figur, niewiedzących na co się zdecydować i dlatego mających charakter „figur," a nie charakterów. Żeby choć jedna z tych postaci miała wybitną charakterystykę, cel jasny, konsekwencyą płynącą z cżynów podyktowanych takim a takim temperamentem, taką a taką wolą! Zdawałoby się, że w tćj grupie góruje hrabina Berta. Istotnie, ona jedna wysuwa się jaśnićj z poza mgły sytuacyi i fabuły, o którćj dowiadujemy się trochę zapóźno, z opowiadania. Bo jeżeli po przekonaniu sie o zdradzie ze strony męża tak go odrazu nienawidzi i tak jćj on brzydule, jak się sama wyraża, że gotowa wsiąść na okręt z Filipem, to dlaczegóż, jak jej słusznie zarzuca Penardier, tak łatwo połączyła się z nim? Nie poszła za niego z miłości, pochlebił jćj może tytuł i szyk Roberta, zkądże więc teraz tyle gniewu za to, czego się spodziewać nie mogła? Tylko prawdziwej i odwzajemnionej miłości wolno krzyczćć z bólu i zasłaniać twarz togą, ale małżeństwa z konwenansu trochę i na konwenans oglądać się mają obowiązek.
Berta była ubogą panną, nie kochała nigdy swego męża, a teraz zaraz chce go ukarać ucieczką do Ameryki. Jest-to błąd w korapozycyi jćj charakteru, bo przedstawia się ona zbyt gwałtowną w czynach, przy zupełnej anemii swój indywidualności. Nie kochała męża nigdy i również nie kochała, a nawet się nie domyślała miłości Filipa. Pod wpływem słusznego oburzenia na zdradę męża, działa się z godnością właściwą kobiecie, ale nie wsiada się na okręt w towarzystwie kuzynka, o którym się tylko pamięta, źe nosił niegdyś śmićszne „niebieskie pończochy.” Robert mógłby słusznie pogardzić taką żoną. A ten Robert, który, podsłuchawszy że go żona uie kocha, przeistacza się nagle w szlachetnego i żałującego bohatćra! Niechże nam kto usiłuje wmówić, źe tak się dzieje w rzeczywistości. Z nałogów i przywar wychowania trudniej się otrząsnąć, aniżeli z pyłu, który osiadł na trzewikach, a przecież Robert tyle właśnie czasu, ile potrzeba do otrząśnięcia pyłu z trzewików, potrzebuje do całkowitego przeobrażenia swego ducha, swych poglądów na obowiązki i na swe dotychczasowe postępowanie.
Raul znowu nie wićmy czem miał być z woli autora, ale na scenie jest chińskim cieniem, który dopiero w 4 akcie manifestuje się jako energiczny mąż, najniespodzićwaniej dla wszystkich. Matka Roberta, tak wielka arystokratka, że aż po dowody niebieskiej krwi sięga do konceptów o Adamie i Ewie, ma przynajmniej więcćj życia, chociaż jeszcze mnićj prawdopodobieństwa; cóż, kiedy nagle z dumnej, pysznej, cynicznćj „grand-damy,” staje się rzewliwie żałującą za grzechy matką. Czyż mogła w jednej sekundzie zrozu-miće to, czego nie rozumiała przez cały długi żywot?
Charakterów tu więc nić ma wcale, fabuła niezmiernie wiotka i zawiązująca się przy końcu sztuki dopiero. Czy może jednak pomimo to są tu sceny istotnie wzruszające, lub dyalogi istotnie interesujące? Czy choć raz, choćby na podstawie fałszywych danych, widz czuje sio wzruszony, lub porwany? Wszak zdarza się to u prawdziwych, lubo nie wyrobionych talentów. Nie, wszystko tu jest sztuczne, robione, przera
biane i przefiltrowane tak dalece, że widz wkońcu odwraca się z niesmakiem od frazesu Seneki, którym się posługuje samobójczy bohater, i zapytuje: Cul bono?
Mniejsza wreszcie o niewielką wartość tego utworu, boć przecie każdemu teatrowi zdarzają się w repertuarze sztuki słabsze, a „Hrabina Berta” nie należy znowu do najgorszych.
Clicieliśmy tylko zaznaczyć, że wśród powodzi utworów francuskich znaleźć można daleko lepsze i opatrzone daleko autentyczniejszym stemplem doskonałości autora. Ze względu na potrzeby uaszćj sceny, żywimy głębokie przekonanie, że Hrabina Berta zejdzie bardzo szybko z repertuaru, pogrzebana bez wspomnień żalu i tęsknoty. Jeżeli mamy patrzeć na utwory słabsze, wo-limy patrzeć w takim razie na oryginalne, bo najpierw zawsze one więcćj zajmować nas będą chociażby swem tłem, rozgrywającćm się wśród naszych stosunków, a potćm w ten tylko sposób doskonalą się autorowie rodzinni. Zasada wyboru tylko znakomitszych utworów obcych, a uwzględniająca utwory oryginalne, powinna pozostać godłem każdej polskiej sceny. Może się ona nie podobać tym krytykom, którzy, ujęci rozgłosem sztuk obcych, rozgłośnych już dlatego, źe napisanych w języku europejskim powszechnie znanym, surowo karcą wszelkie usterki sztuk oryginalnych, ale zasadzie nie szkodzi to nic, tćmbar-dzićj, że z nią złączony godziwy obowiązek opiekowania się Muzą ojczystą.
Artyści spełnili nader sumiennie niewdzięczne swe zadania. Niewdzięczne bardzo, bo na przykład p. Ostrowski (Penardier) i p. Wolski, nie wiedzą zapewne dotąd, czego chciał od nich autor. Pierwszemu trudno było uderzyć w ton szczerze komiczny, skoro mu autor na to nie pozwolił; trudno mu było zgoła pojąć, czy ma być demokratą uczciwym, czy poprostu głupim dorobkiewiczem. Lawirował zatem dzielnie pan Ostrowski, omijając niebezpieczne rafy oczywistej nielogiczności. P. Tatarkiewicz (Robert), przerzucony nagle w żałującego pokutnika, mógł się nareszcie na coś zdecydować w akcie 4-tym i dlatego scena z Raulem wyszła uajlepićj. Prawdzi-wem polem popisu była rola p. Niewiarowskiej (matki Roberta), naturalnie tylko do sceny skruchy, czyli do rozłamania się roli na dwoje. Grala tćż z prawdziwą werwą. P. Wisnowska poradziła sobie z rolą Berty bardzo rozumnie, podnosząc zapałem sceny dające się podnieść. P. Ła-dnowski (Filip) wreszcie był najnieszczęśliwszy ze wszystkich figur tego dramatu, bo znajdując się ciągle na wyjezdnem to sam, to razem z Bertą* nic wiedział ostatecznie co zrobić z tym fantem, to jest ze swą niewdzięczną rolą.
Edward Lubowski.
Koresjoniencya Tyjolniła iWrown®.
W Poznaniu, na początku maja 1884 r.
Towarzystwo obrony prawnej. — Jego cele i' zadania.— Wiec szewców. —Kezolucye wiecu.—Dzieło o „Gorzałce,” przeciw pijaństwu.—Dzieła ks. A. Prusinowskiego.—Towarzystwo przyjaciół nauk.—Kiedy będzie arcybiskup?...
Wśród ciągłego parcia wzdętych fal germani-zmu na wszystkie warstwy społeczeństwa, mianowicie na klasy średnie i niższe, jako mnićj zdatne do systematycznego, czynnego odporu, wy-rodziła się u nas i coraz głośniej się odzywa potrzeba ^Toicarzystwaobrony prawnej1? przeciw nadużyciom władz i urzędników, na które coehwi-la narażeni jesteśmy. Tu władze szkolne zmuszają dziedzica do płacenia znacznego podatku za ludzi dominialnych; tam gminę do ponoszenia kosztów, przypadających właściwie na dziedzica, w zbyt widocznym celu pokłócenia jednych z drugimi; tu gminę katolicką zniewalają do przyłączenia dzieci do szkoły protcstauckićj, celem wytworzenia symultanki—owdzie wdowę katolicką do wychowywania dzieci po protestancki! (Bohnke, Hoefig i t. d.); sam dziedzic — Niemiec—wydala
robotnika bez powodu ze służby, gdyż nie głosował po jego woli przy wyborach, choć na to są przepisy kodeksu karnego; tu wbrew regulaminom p. Lux napędza dzieci polskie z niemieckiemi nazwiskami (lub nawet bez nich) do niemieckiej nauki religii—a nićma nikogo, coby się za tymi ludźmi ujął, częstokroć nawet oni sami nie pomyślą o obronie. Postanowiono więc temu złemu zaradzić, nietylko budząc w ludzie świadomość potrzeby bronienia się przed nadużyciami, lecz nadto wspićrając tych poradą prawniczą, co krzywd swych dochodzić pragną. W tym celu postanowiono zawiązać Towarzystwo prawnćj obrony (1), którego każdy członek płaci pewną składkę (najmniej 3 m.) i obowiązuje się: a) sam się bronić; b) innych wspierać w obronie; c) dostarczać syndykowi potrzebnych wiadomości. Członkowie wybierają zarząd, który mianuje syndyka, kontroluje jego czynności, zarządza majątkiem stowarzyszenia i zdaje z czynności swych sprawę na walnych zebraniach. Zarząd, złożony z 3 do 5 osób, może się kooptować wedle upodobania.
Syndyk służy zgłaszającym się pokrzywdzonym radą i pomocą, rozpatruje sprawy, wskazuje środki obrony, redaguje podania i t. p., a stosownie do umowy z zarządem, pobićra pen-syą i pewną sumę na biuro. Ułożeniem statutów i przygotowaniem zebrania zajęli się z polecenia pewnej liczby obywateli p. p.: H. Krzyżanowski, Pr. dr Kantecki, Dobrowolski, Graeve i początkowo Czarliński Leon. Na ich wezwanie przystąpiło do Towarzystwa około 100 osób, ze składką 1200 m., a około 50 obywateli przybyło na zebranie, które jednakże wskutek pewnych okoliczności nie doszło do rezultatu, lecz postanowiło przygotowany już statut jeszcze raz przerobić. Mimo to jest nadzieja, źe Towarzystwo niebawem przyjdzie do skutku.
Wiec szewców wielkopolskich odbył się w Poznaniu w dniach 28 i 29 z. m., a delegatów cechowych i samodzielnych majstrów zjechało się blizko 300, którzy w bardzo poważny i parlamentarny sposób obradowali o cechach, wolności procederowej, stosunku prawnym i społecznym majstra do czeladników i uczniów, o machinach, o szkołach wieczornych, o szkole dla przykrawa-czy i t. p. Obszerniejsze wykłady mieli dr Kau-tecki o cechach: czem były one w przeszłości, czćm są obecnie, a czem być powinny; p. Kraje-wicz o wolności proccderowćj, jćj dobrych, a głównie jćj złych skutkach. Uchwalono rezolucyą żądającą, aby tylko cechowym majstrom wolno było wyzwalać uczniów, aby nałożono podatek na machiny i powstrzymano w warstatach wojskowych i więziennych wyrób towarów przeznaczonych na sprzedaż. Cech poznański, mający statu-ta z roku 1555, a istniejący już od roku 1388, położył wielką zasługę około urządzenia zjazdu, który też wypadł doskonale.
Wyszła w Poznaniu świeżo jedna z tych książek, których wartość mierzy się nie zaletami literackiego kunsztu, lecz raczej miarą społecznego wpływu, odnosi się zaś do strasznej plagi, trapiącej naszych włościan nielitościwie, pomimo wszelkich dotąd przeciw niej używanych środków. Dziełko ks. dra Kantcckiego p. t.: „Gorzałka, bratnie słowo do ludu polskiego,” nic jest wcale zbytecznćm, nawet po doskonałej publi-kacyi O. Jackowskiego, pod tytułem: Namowa do wstrzcmięźliwoścr, i tylu innych broszurach, których autorowie z mniejszym lub większym talentem starają się odwieść ludzi od nieszczęśliwego nałogu pijaństwa. Niejednemu z nas może się takie kaznodziejstwo dzisiaj już wydać nie-potrzebnćm, rozpowszechniło się bowiem błędne mniemanie, jakoby szczególniej wielkopolscy wieśniacy z pewnem umiarkowaniem zaglądali do kieliszka. Tak optymistycznemu ^przekonaniu za-dajc kłam smutna rzeczywistość, dowiadujemy się bowiem z dzieła radzcy ziemiańskiego Natku-siusa o stanie gospodarstw chłopskich w wieł-
(1) O Towarzystwie tóin pisaliśmy już przed dwoma tygodniami, w dziale Rozmaitości.
(Przyp, redak.)
319
kiem księztwie poznańskiem, że w samym powiecie obornickim, liczącym 50,000 mieszkańców, wypija się rocznie około 700,000 litrów wódki za 300,000 marek, tak że na rodzinę, złożoną z 5 osób, przypada 70 litrów.
Nakładca książki, p. Jarosław Leitgeber, rozpowszechnia ją podobno w wielu tysiącach egzemplarzy; nie wątpimy też, iż w niejednćj okolicy wywoła ona pożądaną zmianę, przyznają jej bowiem recenzenci, że jest napisana języluem trafiającym do serc i przekonań prostaczych czytelników.
Niemnićj doniosłe w innym kierunku znaczenie ma zapowiedziane już w Tygodniku illustr. ważne wydawnictwo dzieł ks. Aleksego Prusinowskiego, podjęte przez redakeya Przeglądu kościelnego. Z ogłoszonego w tych dniach wezwania do przedpłaty dowiadujemy się, że „tompierwszy obejmować będzie, obok portretu i obszernego życiorysu sławnego kaznodziei, pisarza i męża czynu, napisanego znamienitćm piórem, na podstawie licznych źródeł, a przedstawiającego znaczny ustęp najnowszej historyi Wielkopolski— wszystkie jego kazania i mowy pogrzebowe i przygodne, a składać się ma z 30—35 arkuszy druku.” Szanowny wydawca nie wątpi, że duchowieństwo wszystkich ziem polskich ze szczerą radością przyjmie te arcydzieła wymowy, o których jaknajpochlebuiejszy sąd wydali pierwszorzędni pisarze. Wiadomo, z jakim entuzyazmem wyraził się Zygmunt Krasiński o pysznej mowie, wypowiedzianej na żałobnćm nabożeństwie za duszę Mickiewicza; z niniejszego zaś wezwania do prenumeraty dowiadujemy się, co o całym zbiorze mów księdza Pr., wydanych w Lesznie u Guntbera, sądzi J. 1. Kraszewski. Nazywra on naszego kaznodzieję zlotoustym, jego mowy „je-dyuemi, jakie nasz czas ma do postawienia na-równi z tem, co nam szczęśliwsze przekazały,” a kończy uznaniem „wielkiej potęgi” sławnego kaznodziei i solcnnem zaręczeniem: „nic piękniejszego, nic wznioślejszego nie znam.”
W Towarzystwie przyjaciół nauk, obdarzonem świeżo wspaniałym biustem arcybiskupa Przyłu-skiego, który był pierwszym honorowym prezesem tej instytucyi, panuje ciągły ruch naukowy, pomimo nieustającej, niestety, choroby zacnego prezesa, p. Stan. Koźmiana. W wydziale historycznym dawno już nie było szeregu odczytów tak świetnych, jak obecnie. Dwa ostatnie zpo-iniędzy nich: dokończenie znakomitej rozprawy ks. prałata Likowskiego o unii, oraz dra Wlad. Łebińskiego pełne erudycyi i bystrości studyum starożytnicze „O wojnach i rycerzach w dawnej Polsce”, zasługują na obszerne rozbiory i gorące uznanie. Wobec tyeb pięknych owoców rzetelnej nauki i talentu, tem jaskrawiej wydawać się musial ubożuchuy wykład „O charakterze i prawdziwem wykształceniu,” złożony' z samych cytat i i frazesów.
Kiedy wkońcu otrzymamy arcybiskupa? niepodobna odgadnąć, choć do tej chwili tęsknie wzdychamy. Tyle zdaje się być rzeczą pewną, iż Rzym nic zamianuje nikogo, coby duchowieństwu i ludowi nie był miłym. Podał on już trzech kandydatów, z których pierwszy, to jest ks. Edmund Radziwiłł, jest wobec rządu pruskiego niemo-żebnyin, obok niego zaś figurują imiona ks. prał. Likowskiego i ks. biskupa Janiszewskiego.
DO BRACI W NIEDOLI.
Moi kochani i biedni moi, Niesprawiedliwą nękani dolą. Kiedyż się walka i ból ukoi? Kiedyż odwieczne rany przebolą? Toczy sie^życie w spienione fale, Rozbitków losu o skały miota; Darmo nad nimi skrzy się w opale Błękitna przestrzeń z róży i złota, Darmo niebiańska ojczyzna ciszy Pokojem, światłem nęci ku sobie— Snadź w palm zielonych jasnej ozdobie Niebo śmiertelnych jęków nic słyszy.
Człowiek sam ukół niedoli peta, Przesądem, wzgardą, zawiścią, pychą Zamącił przestrzeń jasną i cichą 1 sprawiedliwość upadła święta, 1 łańcuch grzechu tak węzły splata, Że łzy się Chlebem powszednim stały, Że dwie postacie nam dziś zostały: Tylko ofiary-—lub tylko kata.
Dusza się wzdraga przed prawdy marą: Nie chcesz być katem? stań się ofiarą!
Tak jest. To prawda złowieszcza, groźna, Jak morze grzmiące, miotane burzą;
Lecz nam nadejdzie cisza, choć późna, Gdy nieba szklany błękit rozchmurzą. Módlmy się, bracia!
Nam w świętych czynach Potrzeba wytrwać zgodnie, do końca, Sprawiedliwości doczekać słońca
I przebaczenia we wspólnych winach.
Jest jedna godność, nad wszystkie szczytna, 1 jedna nazwa święta od wieka, Jasna, jak przestrzeń nieba błękitna, Godność i nazwa: człowieka.
1 gdy tę godność pólbożą, święty Uszanujemy w innych przed sobą, Jak perłę cenną z głębin wyjętą, Co lśni w koronie świata ozdobą.... Wtedy z ust naszych spadną obslony, Odtrąeim drogę przesądu błędną, Ciernie i chwasty' na niwach zwiędną, Promieńmi błyśnie świat odrodzony; Wtedy nie będzie daremnej pracy, Ni samobójczych pokuszeń zbrodui, Rąk nie wyciągną chorzy i głodni, Nie ugną karków ludzie-żebracy.....
Nowe się światu rozpłouią zorze
1 zstąpi — królestwo Boże!....
Adela Konieczna (Uanicka).
Sprostowanie.
W ostatnim numerze Tygodnika, w artykule o pomniku Holfmanowćj w Paryżu, przez nieuwagę zecera opuszczono napis najważniejszy:
„Wszystkie dzieci polskie są mojemi dziećmi.”
W tymże numerze, str. 302, szpalta 3 cia, wiersz 22 od dołu, w poemaciku zatytułowanym „Bronisławie S.” — zamiast światem, powinno być światłem.
Na fundusz wieczysty imienia s. p. ignacego boczylińskiego. Zebrane 4 maja, w dzień urodzin Eli S., rs. 50. Razem ze złoźonemi poprzednio rs. 1,417 kop. 50.
Na pomnik dla sarbiewskiego. E. Jankowski rs. 1; Z. Damięcki z Kijowa rs. 1; St. Damięcki rs. 1; redakeya Gazety rolniczej rs. 2; S. Jaro, kop. 50. Razem ze złoźonemi poprzednio rs. 122 kop. 50.
Korespoudeacyii od redakcyi.
Panu NI. Fizykę Criigera nabyć można w księgarni przez s zanownego pana wskazanej za rs. 1 kop. 35 z przesyłką.
SuZMAITOflCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Albumu widoków polskich ś. p. Napoleona Ordy wyszła świeżo serya 8-ma i ostatnia, obejmująca, podobnie jak i 7-ma, wyłącznie miejscowości pamiątkowe w królestwie polskiem. Z trzydziestu znajdujących się w tej seryi widoków odznaczają sic najbardziej: Czersk, niegdyś stolica książąt mazowieckich; kościół ś-to krzyzki na Łysej górze, z klasztorem benedyktynów, założonym około roku 1008 przez Bolesława Chrobrego; ruiny zamku w Kaźmirzu nad Wisłą, zbudowanego przez Kaźmirza Wielkiego; Czarny las, niegdyś
dziedzictwo Jana Kochanowskiego; Puławy, słynna w pierwszej ćwierci bieżącego stulecia siedziba ks. Adama Czartoryskiego, generała ziem podolskich; wreszcie Żelazowa wola, miejsce urodzenia Szopena; Firlejowszczyzua, gdzie przyszedł na świat Pol, i Biała szlachecka, kolebka historyków Marcina i Joachima Bielskich. Na czele tej seryi znajdujemy wizerunek czcigodnego autora Albumu, oraz ozdobną kartę tytułową, z ładnym widokiem Woroccwicz w gub. grodzieńskiej, przez lat 300 gniazda rodziny Ordów.
Tak więc ś. p. Napoleon godnie dokonał rozpoczętego dzieła. Dwieście sześćdziesiąt widoków bądź malowniczych, bądź historycznych i pamiątkowych, wyszło zpod niestrudzonej ręki zacnego starca, a całość, jaką stworzył, stanąć może śmiało obok wydawnictw zagranicznych tego rodzaju. Ogrom-to pracy i mozołu, pomnik niespożyty, świadczący dotykalnie obcym o wiekowój oświacie i kulturze naszej. Dwie ostatnie serye, liczące 60 widoków z królestwa, kosztują osobno rs. 20.
— Uczestnicy zjazdu lekarzy i przyrodników polskich w Poznaniu nietylko będą mieli ułatwiony przejazd kolejami, lecz znajdą nadto skwapliwą gościnność w samem mieście. Obywatele miejscowi, jak donosi Dziennik poznański, oświadczyli sie już z gotowością przyjęcia u siebie 131 osób; ponieważ jednak organizatorowie zjazdu spodziewają się conajmniej drugie tyle gości, dalsze więc oferty w tćj mierze będą pożądane.
— Wątpliwość co do miejsca spoczynku zwłok Stanisława Leszczyńskiego rozstrzyga stanowczo list Jana ze Sliwina (Kirkora) do redakcyi dzień nika poznańskiego. Pan Kirkor pisze. że roku 1857, bądąc w Petersburgu, oglądał sam przywiezioną z Warszawy trumienkę, wybitą aksamitem amarantowym, z cyfrą S. L. i koroną królewską, w której na atlasowej poduszeczce leża ły dwie kostki: część szczęki i nogi. Pamiątka ta zrazu miała być oddaną do muzeum starożytności w Wilnie; później jednak kazano ją umieścić w petersburskim kościele Ś. Katarzyny, obok zwłok króla Poniatowskiego. Nie ulega więc zaprzeczeniu, że zwłoki króla filozofa i dziś spoczywają w Nancy, a w Petersburgu przechowują się tylko dwie owe kosteczki. Tem samem przeto podana przez Encyklopedyą Orgelbranda wiadomość, jakoby zwłoki te złożone być miały w katedrze poznańskiej, żadnej zdaje się uie mieć podstawy.
— Ostatnia ilustracya hiszpańska daje reprodu-kcyą „Szlichtady,” ładnego obrazka Chełmińskiego, który niedawno zamieszczony był w naszym Tygodniku.
— W ostatnim numerze miesięcznika czeskiego „Kvety” znajdujemy przekład Farysa Mickiewicza, dokonany przez p. Fr. Kvapila. Poemat ten ilustruje mały rysunek Juliusza Kossaka, który jednak w drzeworycie wyszedł nieosobliwie.
— Na konkursie czeskiego teatru narodowego w Pradze, z nadesłanych 14-tu tekstów operowych, za najlepsze do opery seryo uznano libretto „Tabora,” do opery zaś komicznej libretto „Korei Skręta.” Autorką obu okazała sic znana poetka Eliszka Krasnohorska, która tćż otrzymała nagrodę w ilości 300 fl. Ż nadesłanych również 35 dramatów, nagrodę 500 fl. pozyskała tragedya „Salomona,” przez Bogumiła Adamka. ‘
— Proch brunatny, wynaleziony świeżo w Niemczech, posiada podobno siłę wybuchową znacznie większą od zwyczajnego, czarnego. Prócz tego eksploduje on tylko w szczelnćm zamknięciu, na wolnem zaś powietrzu i w otwartćj skrzyni prochowej plonie najspokojniej. Jeżeli własność tę jego praktyka dłuższa potwierdzi, chroniłaby ona raz nazawsze składy i fabryki prochu od tyle niebezpiecznych, a dosyć częstych wybuchów.
— Zamknięcie automatyczne rur gazowych wynalazł, podług pisma „La naturę,” Anglik Plunkett. W środku płomienia umieszczony jest poziomo pręcik metalowy, który, rozszćrzającsię skutkiem gorąca, działa zapomocą sprężynki na kruczek rurki gazowćj i utrzymuje ją otwartą. W razie zgaśnięcia płomienia gazowego z jakiejkolwiek przyczyny, pręcik kurczy się, działanie sprężyny
320
Cudowa. Podług fotografii rysował F. Brzozowski.
(872)
ustaje i rurka zamyka się wciągu 20-tu sekund. Dowcipny ten sposób skutecznie zapobiega zdarzającym się tak często nieszczęśliwym wypadkom, zpowodu ulatniania się gazu.
— Hygiena szkolna w Anglii różni się bardzo od praktykowanej w innych krajach. Przeciążanie uczniów pracą jest tam rzeczą nieznaną; wykłady szkolne ograniczają się do kilku godzin, a do roboty w domu nauczyciele zadają maio. Natomiast przez 2 do 3 godzin dziennie odbywają się w szkołach różne ćwiczenia gimnastyczne, oddziaływające zbawiennie zarówno na zdrowie fizyczne, jak i na charakter. Zdrowotność też wogóle bywa tam wyborną, a krótkowidzów nić-ma prawie pomiędzy uczniami, zpowodu dobrego oświetlenia izb klasowych, oraz bujnego, jasnego druku książek szkolnych. Odnośnie do chorób zaraźliwych, kontrola niezmiernie jest ścisłą, a częste inspekeye lekarskie szkół zapobiegają ich szerzeniu sie.
— Liczba czasopism w Wielkiej Brytanii w o-statnich trzydziestu óśmiu latach powiększyła się więcej niż w Irójnasób. W r. 1846 liczba gazet przeróżnych wynosiła tylko 551, w styczniu zaś 1884 r. wzrosła do 2,015. Z tych w samym Londynie wychodziło 401, w reszcie Anglii i Walii 1,257, w Szkocyi 181, w Irlandyi 156 i na wyspach 20. Pism codziennych posiada właściwa Anglia 137, Walia 4, Szkocya 22, Irlandya 15, wyspy 1. Liczba publikacyj specyalnych, oraz
przeglądów, magazynów i kwartalników dochodzi 1,265.
— Taryfa dla stenografów we Francyi dosyć jest wysoką, wynagrodzenie ich bowiem za godzinę pracy wynosi 60 franków; nic dziwnego więc, żc wielu stenografów garnie się tam do tak ponętnego zarobku. W parlamencie kanadyjskim stenografuje jakaś dama. Nauka krótkopisma bardzo jest rozpowszechnioną w kołach kobiet północnoamerykańskich i blizko jedne trzecią część czynności stenograficznych w domach handlowych prywatnych wykonywa płeć piękna.
— W instytucie patologicznym monachijskim urządzono osobną pracownię do badań bakteryolo-gicznych i pićrwszy w niej kurs, według metody słynnego dra Kocha, został już rozpoczęty.
— Koleje linowe, systemu llallidie, coraz bardziej rozpowszechniają się w Ameryce, zamiast konnych, szczególniej tam, gdzie przebywać trzeba znaczne pochyłości. System jest nader prosty. Środkiem kolei w rurze, mającej ugóry rowek w całej swój długości, bieży lina druciana, poruszana siłą maszyn parowych na stacyach. Umieszczoną w spodzie wagonu ruchomą sztabę żelazną zaczepia się o tę linę, co wystarcza do wprawienia go w bieg. Dla zatrzymania wagonu, dosyć sztabę owę od liny odłączyć.
— Na pomnik zmarłego generała Chanzy wpłynęło dotąd 143,000 fr. Pomnik stanic w Le Mans, gdzie Chanzy w r. 1871, jako naczelny dowódz-
ca armii loarskiej, stoczył ostatnią z Niemcami bitwę.
— Znana firma księgarska Otona Spamera w Lipsku obchodziła 1 maja r. b. pięćdziesięciolecie swego istnienia. Przy tej sposobności .Spamer ofiarował 20,000 m. jako kapitał żelazny, którego odsetki mają być obracane na zapomogi dla podupadłych księgarzy, i przyrzekł oprócz tego założyć dla swych pracowników kasę oszczędności.
— Małżonka austryackiego następcy tronu, arcy-księżna .Stefania, zwiedzając podczas pobytu swego w Konstantynopolu harem padyszacha, otrzymała, między innemi, w darze od sultanki Walidy przepyszny, wyszyty perłami i szmaragdami i wysadzony potrójnym rzędem guzików brylantowych płaszczyk turecki.
— Najwięcej rozwiniętą komunikacyą telefoniczną ze wszystkich miast europejskich posiada niezawodnie .Sztokholm. Władze rządowe i miejskie oddawna tam są połączone telefonami i żaden prawic kupiec lub przemysłowiec bez nich się nic obchodzi. Wielką także dogodność stanowią urządzane przez wielu bardzo właścicieli domów aparaty do wspólnego użytku lokatorów, oraz zaprowadzone we wszystkich prawic zakładach publicznych przyrządy, posiłkowanie się któremi kosztuje tylko 12 fenigów, za rozmowę 5-cio minutową.
Wydawcy Gebethner I Wolff. —Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
dosBOJieno Ęeiisypoio. Napinana, 4 Mim 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 240G (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajcłimana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18-
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Cena nu kop“ ™edynczeg0	Ogólnego zbioru numer 1285, — Serya IV.	12 (24 maja) 1884 r.
Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
Jłs 73.
Prenumerata w Warszawie:	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs 4, kwart.	WarSZUWU, 24 1118118 1OO4 F. na prowincyi i w cesarstwie:	TOm III
rs. 2, miesięcznie kop. 671 pół.	’	"	kwartalnie rs. 3.	l viii •
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
Treść numeru. Artykuły: Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—O pismach Zygmunta Krasińskiego, skreślił F. Snryn (dokończenie).—Bogusława z Dąbrowskich Mańkowska i jćj pamiętniki, skreślił M. Krzywosąd-Kępieński (dokończenie).—Sprawa Kraszewskiego, przez Wł. S.—Kronika tygodniowa, przez St. M. Kz. — Przegląd polityki zagranicznej.—Dwie doby w Gdańsku.—Korespondencya Tygodnika ilustrowanego ze Lwowa.—Wystawa sztuk pięknych w Paryżu (dokończenie).—Z dramatu „Wanda,“ przez M. Bartusównę (dokończenie).—Towarzystwo ludowe w Cieszynie.—Jan Ncczas, przez W. Bełzę.—Od wydawców.—Sprostowanie.—Składki.—Rozmaitości.—Dodatek. Miernoty, przekład z włoskiego M. FaleńskieJ (arkusz 7-my). — Ryciny: Gdańsk. Widoki na Motlawę z mostu „Długiego11 i „Zielonego.11 — Otwarcie wód mineralnych w ogrodzie Saskim, rysunek C. Jankowskiego.—Jan Neczas.
GDAŃSK.
(373)
Widok na Motławę z mostu „Długiego.”
322
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dalszy ciąg.J
XXI. O Chiny!
Że się pan Paweł brzydko znalazł, każdy chyba przyzna i nikt sic panu Tadeuszowi dziwić, ani mu za złe brać nie może tego, że do pana Pawła uczuwał żal wielki. Żal ten wzrastał wmia-rę, jak się do Howorówki zbliżał, i zmieniał się kiedy niekiedy w gniew srogi. Może to pochodziło ztąd, że podróż odbywał samotnie i że właśnie, kiedy z twardego gruntu chersońskiego przejeżdżał na czarnoziem podolski, wszczęły się słoty wielkie. Pośpieszyć sposobu nie było. ‘ Kola grzęzły w biocie po osie, konie szły niby w pługu. Żal brał, patrząc na te stworzenia szlachetne, zmuszone do chodu koni pociągowych. Zapewne przeto widok ten przyczyniał się w części znacznej do potęgowania złego humoru pana Tadeusza i do nastrajania go gniewnie przeciwko pauu Pawłowi, którego zamierzał, ni mniej ni więcćj, tylko... zgnieść.
— Na miazgę rozgniotę!—wykrzyknął, siedząc w głębi tego samego pojazdu, którym żonę, córkę i siostrę do Odessy odwiózł.
Analizując gniew pana Tadeusza, znajdujemy, żc uie byl to gniew czysty. Łączyły się z nim wyrzuty sumienia. Ażeby te ostatnie zaznaczyć, jak się sposobami cbeiniczncmi w wodzie zaznacza obecność soli rozmaitych, należy zadać pytanie: kto do zaręczyn pomiędzy panem Pawłem a panną Emilią doprowadził? Przypomnijmy sobie owe z prosiętami manewry. Panna Emilia miała par .tyą inną. Starał się o nią młody człowiek, co się zajmował poprawianiem rasy nierogacizny. Ten-by jćj byl zawodu nie zrobił. Ale ten dzierżawami chodził; pan Paweł zaś, dzięki Koszylówce z przylcglościami, co razem stanowiło kilkaset dusz, należał do tej sfery szlacheckiej, która zblizka do magnackiej przymyka. Byl mniej aniżeli magnat, więcćj atoli niż szlachcic zwyczajny; wchodził przeto do tej kategoryi chłopców, która do złotych aspiruje panien. Pan Tadeusz odwrócił go od panny złotej, nawrócił do siostry swojej i—oto co się stało.
I nie lepiej-żc to było tamtego, od prosiąt, protegować? Emilkaby już dotychczas własne miała gniazdo i życie z uczciwym podzielała człowiekiem—szeptało mu sumienie, któremu odsze-ptywało usprawiedliwienie, pospolicie w razach takich przez podobnych do pana Tadeusza ludzi na pomoc przy woływane;—a przecież obciąłem jakuajlepiej.
Co jednak z Pawełkiem się stało?
Rozwiązywanie zagadki tćj stanowiło przedmiot rozmyślań pana Tadeusza, do którego często powracał. Rozmyślał bowiem przytćm o żonie i dziecku, i to nawet głównie. 1 zimno mu się robiło, a raczej straszno, droga bowiem, na którą pani Róża Julisię zaprowadziła, przedstawiała mu się tak dalece od blasków jasną, że jasność ta oczy mu olśniewała. Wzdychał więc głęboko i powiadał:
— Boże, Boże, zlituj Ty się nad nami!
Postanowił sobie mszy siedem na intencyą żony i córki zakupić. To go uspokoiło naksztalt tego, jak zaasekurowanie się uspokaja kupca, wysyłającego okręt z towarami w strefy zwrotnikowe.
1 jechał, a raczej wlókł się, aż wieczoru pewnego wjechał na podwórzec dworu howorowieckie-go. Jędrzej przybycie pana paleniem z bata oznajmił. Na ganek wysypali się domownicy, i, gdy ujrzeli jego tylko samego z podjazdu wysiadającego, okazali zdziwienie wielkie. Zdziwienie to pana Tadeusza zgniewało, wydało mu się bowiem nietyle zdziwieniem, co pretensyą, wymówką, zapytaniem:
— Gdzieżeś to żonę i córko podział? Czyś je zaprzepaścił?
— Co im do tego?—powiedział sobie w duchu.
Pomimo więc, że oni o nic nie pytali, ale tylko witali, powitania ich przyjmował szorstko, spoglądał groźnie.
Ujrzał przed sobą pannę Klarę.
— Masz diable kaftan!— rzekł sam do siebie.
O niej, o egzysteneyi jej, o tem że zajmowała stanowisko guwernantki, na powrót elewki oczekującej, całkowicie zapomniał. O pannie Klarze, przy układaniu w Odessie planów na przyszłość, mowy zgoła nie było, jakby nie istniała. Ani jemu, ani pani Róży na myśl nic przychodziła. Kiedy więc ją nagle, niby zpod ziemi wyrastającą, ujrzał, zmieszał się i bąkać począł:
— Jakże tam pani dobrodziejka? zdrowa? hę?...
— Pan dobrodzićj przyjeżdża bez Julisi—odparła zmieszana również panna Klara.
— A tak... przyjeżdżam, nareszcie.
— Pani dobrodziejka? Julisią?...
— Ano, hm... Julisią, moja żona... a tak: kłaniać się pani kazały.
— Jam tak tęskniła, tak tęskniła! Pan dobrodzićj wystawić sobie nie może... Dnie, jak dnie, ale nocami... wytrzymać już nie mogłam. Wstawałam i szlam do łóżka Julisi, łudząc sama siebie przypuszczeniem, że w łóżeczku ona... Jam się tak do dziecka tego przyzwyczaiła.
A pani myśli może, żem się uie przywiązał i ja? Ale... ha!
— Cóż się z nią stało, na Boga? Czy... czy..— drżącym zaczęła głosem—nieszczęście może, Panic uchowaj, jakie?
Pana Tadeusza opanowało wzruszenie.
— Nieszczęście—zaczął, lecz mówić dalćj nie mógł; usta mu drżały.—Nie...—znów zaczął.
Westchnął i odkaszlnął, jakby go w gardle zadławiło.
Chciał już te ceremonią powitalną raz zakończyć i do wnętrza domu wejść, gdy nagle stanął przed nim człowiek, którego odrazu nie poznał. Zastanowiła go powierzchowność człowieka tego. Obloeony byl od stóp do głowy. Włosy miał rozczochrane, oczy błędne, usta pokaleczone. Gdy się pokazał, panna Klara ucickła, reszta zaś domowników, napół przerażona, cofnęła się ku ścianie gankowej, tak iż ua środku ganku pozostali tylko pan Tadeusz i on.
— Och!—zaczął ten ostatni, rękę do pana Tadeusza wyciągając—doczekałem się ciebie, panie, nareszcie, doczekałem się i zapytać cię mogę o... dziecko...
— Dziecko —odparł pan Tadeusz, o Julisi myśląc. Co ci do tego?
*— Co urnie do tego? mnie? Ono moje, panie... jedno jedyne! Gdyby tak tobie, panie, wydarto jedno jedyne dziecko, cobyś te poczynał?
— Gdyby mnie wydarto?—powtórzył pan Ta deusz ponuro, brwi marszcząc i patrząc w oczy pytającemu, w którym teraz dopiero poznał Łukę.
— Chwyciłbyś wydziercę za połę i krzyczał: oddaj!
— Łuko, tyś oszalał.
— Nie, panie. Jani — tu chłop nagle spokor-nial, zgiął się, dłonie złożył i głosem błagalnym mówił—przyszedł o dziecko moje prosić: oddaj mi je!..
— Co ty? Czego ebcesz?...
— Dziecko mi oddaj! — zawołał chłop z płaczem.
— Idź ty, po podróży odpocząć mi daj! — odrzekł pan Tadeusz głosem irytacyi powściąganej, ku drzwiom wchodowym się zwracając.
Lecz się zatrzymał, zachwiał i o mało nieupadł, Łuka bowiem za nogi go pochwycił i głosem, w którym rozpacz łączyła się z wyrazem wściekłości, wywoływał:
— Dziecko! dziecko mi oddaj!... Gdzie ono?... Dziecko!.. Och!
Rozgniewany pan Tadeusz na domowników krzyknął:
— Weźcie go!
Boskoczyło parobków kilku; Łukę oderwali, odciągnęli. Starzec na nogi stanął i, rękę ku
przekraczającemu już próg panu Tadeuszowi wyciągając, następujące wygłosił wyrazy:
— Oby cię, panie, Pan Bóg za dziecko moje na twojćm pokarał!
Pan Tadeusz się zwrócił; gniew srogi na obliczu się mu malował; krzyknął:
— W dyby go! w dyby!... Precz!... W dyby!
Łukę uprowadzono. Pan Tadeusz do sali jadalnej wszedł, na kanapę się zwalił i ciężko oddychał, a sapał, a brwi marszczył i czoło dłonią pocićrał.
— Oto, w progach domowych, powitanie—odezwa! się wreszcie.
Upłynęła przynajmnićj godzina, zanim się uspokoił i po domu przeszedł. Dom wydał się mu pustym; zakątek każdy o nieobecności żony i dziecka mówił; na płacz mu się zbierało. Przy wieczerzy panna Klara opowiadała, że Łuka to ten sam chłop, o którym ooa pisała, że zpowodu wnuczki awanturę zrobił.
— Jego wnuczka—zauważył pan Tadeusz— to ta dziewczyna, co przy Julisi była?
— Ta sama.
— Cóż się z nią stało?
— Utopiła się... Tak przynajmnićj powiadają wszyscy.
Zainteresowało to pana Tadeusza. Kazał klucznicę przywołać. I ta o utopieniu się Maryny prawiła.
— Było więc z tego powodu śledztwo?
— Śledztwa żadnego, proszę pana, nie było.
— Jakto? Cóż się z trupem stało?
—- Trupa nie było żadnego. Na wierzchowiny pójść musial; bo to ta dziewczyna, czy dlatego że bardzo, z przeproszeniem, pieszczona była, koczem do Humania jeździła, czy dla czego innego, jakoś się niesamowitą okazywała. . a takie, proszę pana, topielice nie spływają
Skłamałbym, gdybym powiedział, że w to rzeczy przedstawienie pan Tadeusz nie uwierzył. Do tego jednak że wierzy przyznać się nie chciał i sprawozdanie klucznicy głupstwem nazwał Żal mu się wszelako zrobiło Łuki; ekonomowi tegoż jeszcze wieczora z dyb go rozkuć i wolno puścić kazał i Luka, od momentu tego, marnićć począł. W gospodarstwie się opuścił, o dobytek nie dbał, chaty nie dozorował, jedne tylko bednię troskliwością niejaką otaczał, słowem stał się takim, jakim się nam przedstawił w początkowych opowiadania niniejszego rozdziałach.
Pan Tadeusz, po rozpatrzeniu się w domu, przystąpił niezwłocznie do rozwiązania odnoszącej sic do pana Pawła zagadki, wybrawszy do tego sposób najprościej do celu prowadzący: pojechanie osobiście do Koszyłówki. Do Koszyłówki z Howorówki było nie dalej, jak mil dwie. Wybrał się rano, zajechał <>kolo godziny dziesią-tćj i zastał dwór zamknięty. Czekał na ganku, aż z oficyn nadszedł kamerdyner stary.
— Gdzie pan?
— Wyjechał, proszę wielmożnego pana.
— Dokąd?
— Do Odessy.
— Kiedy?
— A kiedyż!.. Będzie temu... och!... trzy miesiące bez mała... wtedy właśnie, kiedy wielmożni państwo z Howorówki wyjeżdżali.
.— Nieprawda!—rzucił pan Tadeusz zirytowany i zapytał:—Cepowicz w domu?
— Na komisaryi, proszę wielmożnego pana.
— Poszli jcie tam kogo, niech go poprosi, ażeby do mnie na chwilkę przyszedł
Stary kamerdyner odszedł, celem spełnienia rozkazu, pan Tadeusz zaś, czekać nie chcąc na ganku, na którym nawet usiąść na czćm nie było, poszedł do wznoszących się zboku w głębi podwórza stajen. Służba stajenna znajdowała się w komplecie, jakoteż -co go zdziwiło—konie cugowe, bryczkowe, wierzchowe — wszystkie na miejscach swoich stały.
— Cóż u licha!., czćmże pan wasz pojechał?— zapytał ze stajennych jednego.
— Pocztą, proszę pana— była odpowiedź.
— Do Odessy?
— Do Odessy.
323
— A. kiedy?
— Będzie temu trzy miesiące bez czegoś.
— Pocztą? — mówił sam do siebie, po podwórzu chodząc i uie wiedząc, jaki z wiadomości tej, która dla niego nową była, wniosek wyciągnąć.
Niebawem nadszedł rządca, pan Cepowicz — człek lat średnich, typ ofieyalistów dawniejszej daty: bakembardy gęste, ogromne, wąsy szczc-ciaste, brwi duże, podobieństwo uderzające do buldoga, mianowicie z wyrazu wejrzenia.
— Panu dobrodziejowi pod stopki się ścielę!— wołał zdaleka, ku pana Tadeuszowi podchodząc i nizko się kłaniając. — Toż mój pan żałować będzie, gdy się dowić, żeś go pan dobrodziej w domu nie zastał! Nie odżałuje tego...
— Powiedz mi, panie Cepowicz, dokąd pan twój wyjechał?—przerwał pan Tadeusz.
— Do Odessy, panie dobrodzieju... do Odessy prościuteńko.
— Pokazuje się, że do Odessy nie dojechał.
— Ale czemużby dojechać nie miał?
— Bawiłem tam miesięcy dwa zgórą i jego nie było.
— Przejechał chyba—odrzekł domyślny rządca.
— Wpław przez morze... Odessa przecie nad morzem, dalej jechać nie sposób, okrętem chyba.
— Okrętem, a tak: od Żydów, którzy wiadomości miewają pewne, słyszałem, że tam okręty podpływają.
— Widzisz więc asan, że Odessy przejechać nie mógł.
— Mógł na okręt wsiąść... Pan mój nie od tego.
— At — odciął pan Tadeusz z niecierpliwością.—Duby mi waćpan smalisz. Pan Paweł trzy miesiące temu wyjechał pocztą, tak?
— Tak, panie dobrodzieju.
— Powićdz źe mi asan prawdę, szczerą prawdę: czy nic dawał wiadomości o sobie? czy nie pisał?
— Ani słówcczka. Jak pojechał, tak... o—po dłoni sobie dmuchnął.
— Przecież, interesa jakieś...
— Interesa... Co za interesa! Interesów tyle, co pieniądze; pieniądze idą do banku, a co się z niemi w banku robi, o tćm wie chyba sam Pan Bóg tylko.
— Hm—mruknął pan Tadeusz, głową pokiwał, na furmana swego kiwnął, do bryczki wsiadł i z powrotem do Howorówki odjechał.
Zagadka trudniejszą jeszcze do rozwiązania się stała. Jasną była rzecz jedna tylko, a to, że—jak się pan Tadeusz w duchu wyrażał:
— Od Emilki ucickł... Hm...—i dodawał:— Ależ niech ucieka, daleko ucieka, bo, gdyby mi się nawinął kiedy... spytlowalbym go na otręby.
I rozpoczął się dla pana Tadeusza żywot wdowca słomianego.
Żywot ów szedł zrazu niby po grudzie, ale się uregulował zczasem. W pierwszych wdowieństwa dniach taka nieraz pana Tadeusza opanowywała tęsknica, że myślał, iż sic powiesi chyba. Nic wieszał sic jednak. Przed Bożćm narodzeniem ze szczupakami zamrożonemi pocztą do żony jeździł i zabawił aż do Gromnicznej, to znaczy, powrócił do domu zc strony przeciwnej, równocześnie z tymi, co z kontraktów kijowskich powracali. W Odessie znalazł wszystko jaknąjlepiej. Pani Róża wyładniała; Julisia podrosła i szyku nabrała; panna Emilia lekcye śpiewu brać zaczęła! W zakresie edukacyjnym dziewczynka pclne-mi płynęła żaglami, uczyła sic języków i kształciła w sobie smak, w czćm znaczne robiła postępy. W kształceniu smaku za kierownika służył jćj pan Kapusini, który przychodził codziennie i brał po złotych dziesięć za godzinę. On tćż i pannic Emilii iekeye dawał, wszedł więc niejako do rodziny; udzielał wskazówek wysoko cennych, za które pani Róża serdecznie mężowi dziękowała.
— Tyś-to bowiem powiadała—człowieka tego wyszukał.
Panu Tadeuszowi pochlebiało to. Rad był sobie i, wogóle, radby byl wszystkiemu, co się robiło, gdyby nie jedno. Ach! to jedno!
Przekonany jestem, że każdy, co opowiadanie
nasze czyta, domyśla się, ćo to za „jedno." A toż byl początek dopiero. Prawda, że pani Róża twierdziła, iź początek najtrudniejszy, co zresztą prawdą jest uznaną, sprzeciwiającą się innej, również uznanej, do końca się odnoszącej, tak że na pewno wiedzieć nie można, która mianowicie z tych prawd przysłowiowych, a do tego łacińskich, jest prawdziwą. Mniejsza jednak o to. Dosyć, żc pani Róża oświadczyła się za pierwszą i pan Tadeusz świadectwo to za dobrą przyjmował monetę. Omne inilium dijflcile, est. Zczasem się rzeczy" uregulować i wydatki umniejszyć miały. Poczciwy szlachcic pocieszał się tem, myśląc sobie, źe trafi się lat parę dobrych, pszenica popłacać będzie i on sic odbije. Sumienie przeto miał we względzie tym mniejwiecćj uspol ojone, gdy się z powrotem do Howorówki wybierał i gdy przypomniał sobie, z czego to jeszcze przed żoną sprawy nie zdał.
— Czym ci mówił o tej dziewczynie, Marynie? — Nie.
— Otóż widzisz—i opowiedział o pogłoskach, jakie o niej chodzą, i o scenie, jaką mu Łuka wyprawił.
— Pretcnsya osobliwa—zauważyła pani Róża.
— A... ale!—podchwycił.—Byłbym znów zapomniał o jednem, z czem coś zrobić potrzeba.
— O czćm? — zapytała pani.
— Hm... a panna Klara!
— No... cóż?
— Trzyma się domu jak kot... Co z nią począć?
— Co począć? Czyż nic wiesz?
— Nie cheiałem sie rozporządzać bez ciebie...
— Na cóż się ona przydać może? W Howo-rówce na nic; tu zaś przydałaby się, nie ona jednak, ale Eruzia, która tak cudownie Julisię uspokajać umiała...
Zc słów tych poznajemy, że do Julisi potrzeba było uspokajania cudownego. Wychowanie przeto nie szło nader gładko. Wogóle było tam krzywych rzeczy dużo, które, niby ziarno rodzaj-ne, krzewiły się w duszy dziewczęcia, pchniętego w kierunku niekoniecznie właściwym. Artystą stać się nie może, kto chce. Talenta się nie urabiają i nie rosną, jak ciasto na drożdżach. To przeto skierowanie edukacyi kobiecej na drogę talentów, nie może nie przynosić szkód wielkich. Ilcż-to, dzięki onemu, głów się zawraca, ile serc usycha! Korzyść ztąd największą osiągają: fabrykanci fortepianów, metrowie muzyki, wydaw-cy nót, handlarze artykułów rysunkowych i malarskich; społeczność zaś traci. Tracą też, bodaj czy nie najwięcej, same te ofiary nieszczęśliwe, których rozum i wyobraźnia brane są w foremki takie same, jak te, które kobietom chińskim służą do kształtowania nóg.
0 Chiny!
Pani Róża ani się domyślała, że do córki aplikowała sposoby chińskie. Ze sposobów tych zadowoloną była zupełnie; dziękowała za nie naprzód Bogu, następnie mężowi i jednego tylko żałowała. Żal jej wyrażał się tak:
— Czemu ty, Tadziu, nie mieszkasz z nami?
— Czyż sposób?—odpowiedział pan Tadeusz.
— Prawda, prawda, mój drogi. Ty tam pracować musisz na nas; my zaś tu... pracujemy na ciebie... Wyobraź bowiem sobie, gdy... Julisia nasza...
— Niezawodnie — odrzekł z westchnieniem tłumionem.
— Wszystkie trudy", cala praca wynagrodzone zostaną...
— No tak...
Pan Tadeusz pracował. Czuł, iżby się w Odessie zanudził na śmierć; uciekał więc z Odessy do Howorówki, gdzie zrazu- -jak mówiliśmy wyżćj — tęsknica go sroga napadała, zczasem jednak uregulował sobie życie znośnie. Gospodarował, to znaczy dyspozycye wydawał, robocizn dopil-nowywał, inwentarzy doglądał, nie robiąc we względzie ty m ni mniej, ani więcej, jak robił da-wnićj. Robota ta czasu mu pozostawiała huk. Dawnićj czas ten spędzał z żoną i córką; często gęsto gość się trafił; przy stole i na gawcdce upływały godziny — ani się człek obcjrzćć miał
czas. To się zmieniło. Godziny te pozostawały do rozporządzenia i powoli, nieznacznie, samo przez się znalazło się czćm je zapychać. W pogodną porę polowanie, w którćm się rozmiłowywał co raz bardziej; w dnie słotne oczekiwanie na pogodę. Goście rzadziej zaglądali, zaglądali jednak. Ksiądz proboszcz, na przykład, zmawiał się zazwyczaj z kimś z sąsiadów i improwizował się preferausik, który, gdy dćszcz zaskoczył, stawał się nieustającym na tak długo, aż deszcz ustał. Tak więc od polowania do polowania, od prefe-ransika do preferansika, od czegoś przewidzianego do czegoś nieprzewidzianego próżnia sie zapełniała, czas umykał, na drodze żywota grudy" się ugniatały.
Latem, w porze kanikularnej, pani Róża przyjechała z Julisią. Miała przyjechać i panna Emilia; rozmyśliła się jednak. Pobyt ich ożywił dwór na krótko, po paru tygodniach bowiem Julisia tę sknić poczęła do miasta. W lloworówce uczuwa-la osamotnienie; staw, acz obszćrny, wydawał sic jej śmiesznym w porównaniu z morzem; spacer nie byl dla nićj spacerem, dlatego, źe nie było co, ani kogo widziće.
— Czyż nie warte widzenia pola, łąki, lasy?— pytał jej ojciec.
— Bez ludzi, bez tualet—odpowiedziała.
Zrobiła się z nićj, albo raczej robiła się mieszczka z rodzaju tego, dla którego toaleta najpićrwsze śród potrzeb życiowych zajmuje miejsce—najpićrwsze i najważniejsze. Nienada-remnie —a my ze strony" swojej dodamy: i nic-bezkarnie — asystowała tualccianym zachodom, wczasie gdy ciotka sprawiała sobie wyprawę. Na młodziutki umysł, na delikatną, wrażliwą, dziewczęcą wyobraźnię podziałać to musiało. Wieś przeto smakować jej nie mogła, dlatego już samego, źe w niej, w zakresie strojów, nic do widzenia, nic do porównywania, nic do pożądania nie było. Poła? łąki? lasy? Więcej zajęcia wzbudzała w dziewczynce kokardka jedna.
Jakoś to się dziwne wydało ojcu; składał to atoli na dzieciństwo.
— Dziecko—myślał sobie.—Wyrośnie, maczćj się będzie na świat i na rzeczy zapatrywała.
W sierpniu pani Róża Howorówkę opuściła. Panu Tadeuszowi chciało się jechać w październiku do Odessy z pszenicą i sprzedać takową samemu. Byłby to zrobił, ale—jak na toż—pszenicę sprzedał na pniu, nie miał więc jechać poco. Pojechał znów na święta Bożego narodzenia, mimo żc mu to nie przyszło bez trudności, pochodzącej z braku gotówki. Zaradził jednak temu. Trzyletnią arendę za karczmę we wsi, karczmę na trakcie i karczemkę Wygnanką zwaną wziął naprzód. Od czego głowa na karku? Przy głowie środki zaradcze nasuwają sic same. Pojechał, żoae gotówką zasilił i kontent z siebie powrócił.
Tak jeździł i wracał i zaradzał przez łat trzy, aż nadeszła chwila próby wielkiej, dla którćj, zamiast do Odessy, jeździć musiał do Kijowa.
Próba ta polegała na liście panny" Emilii, która się upomniała o sumę swoję posagową, na Ho-worówce ulokowaną.
Suma ta leżała w gotówce, ale było to przed laty. Wprzeciągu lat trzech gotówka wyciekła.
— A bab! — powiedział pan Tadeusz sam do siebie, list siostry odczytawszy.—Czemu się nie upominała pićrwćj?
W sensie tym odpisał pannie Emilii, która go wnet nowem a natarczywym zaatakowała żądaniem, kładąc nacisk na to, że potrzebuje. Równocześnie pani Róża donosiła, że profesor Kapusini Odessę opuszcza, „co — pisała — niewielką jest dla nas krzywdą, albowiem pan K., jak od czasu jakiegoś zauważyłam, więcej się zajmuje Emilką, aniżeli Julisią."
— Niech tam Kapusiniego wszyscy diabli po-rwą!—krzyknął pan Tudeusz w gniewie.—Ale co tćj Emilce do głowy przyszło?
Tego pojąć nie mógł. Napisał więc do siostry z perswazyą, przedstawiając jej, że fundusiku swego nie ulokuje nigdzie lepiej, pewniej i na warunkach dogodniejszych, jak w Howorówcc. „Zważ jeno—słowa listu jego—co do procentów: czy prowadzę z tobą rachunek ścisły? Gdybym
324
rachunek prowadził, pokazałoby się zapewne, żeś kapitałik swój nadszarpnęła. Tak zaś, wasz sto tysięcy i będziesz je miała w całości.”
Na to taka nadesza odpon iedź, że panna Emilia, co się procentów tyczy, domaga się rachunku jaknajściślejszego, wedle kwitów; ze smutkiem w sercu zapowiada przytem, źe, wrazić gdy żądaniu jej nie stanie się zadość, będzie zmuszoną upominanie sie powierzyć adwokatowi.
— Wcdle jakich kwitów? — wykrzyknął pan Tadeusz.—Nie mam ani jednego!—Pomyślał przez chwilkę i dodał:—Nie z siebie sama pisze to ona. Jćj ktoś radzi... Czy nie?... hm?...
Nazwisko mu na końcu języka wisiało. Przypuszczenie to atoli wydało się n?u tak nieprawdo-podobnćm, tak potwornem nawet, że nazwiska nie wymówił. Poznawszy jednak, źe to nic przelewki, do głowy po rozum poszedł. Zapłacić potrzeba—to jedno napewno wiedział; ale zkąd? Z Howorówki, oczywiście, z Howorówki, którą zdusić należy tak, ażeby sto tysięcy z procentami wydala, W celu tym pojechał na kontrakty: zamierza! wieś w dzierżawę puścić i za lat kilka zgóry tenutę zapłacić sobie kazać. Do układu takiego atoli ochotnika me znalazł. Jedyny środek pozostawał: bankową zaciągnąć pożyczkę. Środka takiego się chwycił; z pieniędzmi z Kijowa przyjechał, do Odessy pojechał, siostrę spłacił i, po otrzymaniu od nićj pokwitowania, dowiedział się, że do Paryża wyjeżdża.
— W imię Ojca i Syna!— przeżegnał się on w zdumieniu.
— Zamiarem moim jest w śpiewie się wydoskonalić, a na to innego pod słońcem miejsca niema, tylko Paryż.
— Ha! jedż... niech cię Pan Bog prowadzi!— wymówił z uczuciem.
Ponure jakieś przeczucie w duszy mu się odezwało. Uspokajało go jednak to, źc pani Kóża znajdowała się w nieporozumieniu z panną Emilią i że się niekoniecznie dobrze rozstała z Kapu-sinim, który także do Paryża się udał.
(Dalszy ciąg nestąpi.)
0 pismach Zygmunta Krasińskiego.
Skrćślił
Felioyan Suryn,
(Dokończenie.)
Patrzyliśmy na niedawne losy i próby, jakie przechodził Kościół, a wtedy dziwnie wiernemi "dawały się nam wróżby „Legendy.” W proch padające mury Watykanu, czyż to nie wieszczba upadku świeckiej władzy papieża? A zarazem ów kardynał, z twarzą jaśniejącą miłością i nadzieją, czyż nie jest zwiastunem nowej epoki odrodzonego kościoła? Szaty purpury opadają z jego ciała, ale zamiast nich zjawia się szata z bieli, ów odwieczny symbol prawdy i nieskalaności.
Te dwie „myśli Ligenzy,” takie smutne, takie rzewne, należą z pewnością do najpiękniejszych utworów poety.
Obawy i przepowiednie „Nieboskiój komedyi” sprawdzać się, zaczęły jeszcze za ży cia poety. Waśń Etanowa w 1846 r. wstrząsnęła społeczeństwem galieyjskiem i wiele krwi przelała. Kra siński w przededniu tej strasznćj katastrofy napisał swe „Psalmy,” mową wiązaną. W nich, obok liryzmu, panuje ton przekonywająco polemiczny. Krćśląc okropności wszystkich rewolu-cyj społecznych i socyalnych, swoję nienawiść ku wszystkim Katylinom i Robespicrom ludzkości, Krasiński zaleca, jako jedyną i możliwą drogę postępu, podnoszenie i uszlachetnianie moralne ludu, a niespychanie szlachty i inteligen-cyi wdół, ku nizinom zbydlęcenia. Przeklęty, według niego, ten, kto ukuje nóż dla, tłumów zdziczałych, kto rozbudzi w nich obietnicą kłamliwą instynkta zwierzęce. Krasiński w tych prześlicznych „Psalmach,” z takim zapałem i z tak glę-bokićm przekonaniem napisanych, w swej obro-
nie szlachty ma słuszność, ale tylko do pewnego stopnia. Szlachta u nas inne zajmuje społeczne stanowisko, niż na Zachodzie. Na Zachodzie jest to liczna kasta, dumna przywilejem, drapieżna i zbójecka (Raubritter), w ciągłej walce zostająca ze stanem średnim, tym rzeczywistym przedstawicielem oświaty i postępu. Ztąd zachodni demagogowie nie bez racyi wTołali: „Zburzmy tę Kartaginę, ostoję wstecznictwa i przesądu.” U nas inaczej: przywilej szlachecki stał się udziałem mas całych. Szlachectwo nasze objęło całą niemal inteligencyą narodu. Szlachtę nasze wyniszczyć, to znaczy zgładzić wszystko prawie, co nosi na sobie piętno cywilizacyi, i wtedy rzeczywiście pozostałyby tylko dzikie tłumy Pankracego. Więc ma słuszność Krasiński, broniąc szlachty polskiej, jako dotąd uosobienia cywilizacyi polskićj. Lecz nie ma racyi, gdy mówiąc o przeszłości, niezmiernie przecenia zasługi tćj szlachty. Chciałby z jćj bark zdjąć odpowiedzialność za wszystkie nieszczęścia obecne 5 ledwo tyle, według niego, zasługuje oua ua zarzut, że nie była nieomylną. A grzechy jćj, to grzechy wszystkich bez wyjątku narodów i ludzi:
„Jakiż naród, jakiż stan, Wiek że jaki z czystćm czołem Krzyknąć może: „Jam aniołem! Jam nie zadał drugim ran?”
Wogóle pogląd Krasińskiego na przeszłość wcale nie jest tak wiernym i beznamiętnym, jak na teraźniejszość. Pod tym względem był on dzieckiem wieku swojego i dzielił jego słabości, „Pokój grobom"—powtarzano dokoła. „O umarłych albo dobrze, albo nic”—mówili inni. Niedole obecne, niepewność jutra, wszystko to myśl skołataną odrywało od teraźniejszości i przyszłości i chętnie biegła ona w rzekomo lepszą przyszłość, groby i wspomnienia umajając bluszczem, zdobiąc kwiatami. Zaszczyt czyni dzieciom ten szacunek, ta pobłażliwość dla pamięci ojców. Ale ten kult przeszłości szkodę przynosi teraźniejszości i przyszłości. Zasługi ojców spuścizną dodatnią są dla dzieci; lecz jeżeli ich omyłki także śą spuśc.zną ujemną, należy je poznać, ocenić, by się strzedz takowych. Niech już ci, co zgnicce.ni, do ziemi przybici nieszczęściami, rozpaczali o jutrze, niech mówię ci oddawaliby się kultowi przeszłości. Ależ Krasiński zwycięzko wyszedł „z tej próżni zwątpienia;” ufał w przyszłą „wiosnę świata,” w przyszłą „epokę ParaLleta.” Więc nieodżałowane to, że szukał ideałów gdzie ich nie było, źe nie mówił rodakom o przeszłości z tą samą prawdą beznamiętnego sędziego, jas o teraźniejszości. Do rażącej też nickrytyczności dochodzi w swoim: „Przedświcie.” Utwór ten, mistrzowski pod względem formy, traci wiele właśnie na tej apoteozie chwili minionej. W tych tylko ustępach jego, w których kreśli swoje widzenie przyszłości, jest'wzniosłym, godnym spół-zawodnikiem proroków starej Hebrei, a stoi na najszczytniejszych wyżynach postępu.
„Dzień dzisiejszy daje nam wierny obraz, a i bolesny zarazem, usposobień i anarchii w poglądach społeczeństwa naszego. Klęski, zamiast wyićczyć nas z dawnych chorób naszych, zamiast uczynić nas mądrymi, choćby po szkodzie, są wcześci straconą nauką. W dniach niedoli, jak w dniach świetności politycznej, warcholimy i kłócimy się, jak to mówią, o skórę na niedźwiedziu. Każda mrzonka jaskrawa ma swoich zwolenników, dlatego właśnie, źe jaskrawa. Sofiści płytkiego umysłu, zamiast pracy cichej i wytrwałćj, popisują się szumną i czczą swadą. Wierzba, kończąca „Dzisiejszy,” jest też sama, która stanowi epilog „Irydiona.” Kłamstwem i podszeptem złego ducha okazują się wszystkie owe so-fizrnatyczne brednie, wszystkie teorye, wszystkie oręźe ziemskie, ukute w kuźniach nienawiści i rozpaczy. Pracę ciągłą, znojną, cichą zaleca i tu, jak wszędzie, nasz poeta. Rezultat takowej, nagroda za nią już należy do potęg wyższych, musi być dziełem Opatrzności i historyi. I tu, jak
w większych swych utworach, zaleca miłość, przebaczenie, odpłatę dobrem za złe.
Ponury i rozpaczny niemal obraz, nakreślony w „Ostatnim,” kończy się także strofami nadziei i uznaniem, że logika dziejowa, choć często okrutna dla jednostek, druzgocąca i łamiąca szczęście pokoleń całych, jest przecie w odniesieniu do dziejiw ogólnych sprawiedliwą. Każdy mrok zmienić się musi w światło, po każdej nocy nastąpi dzień.
Najsłabszemi utworami Krasińskiego, pomy-ślanemi i wykouanemi w chwili przygnębienia i upadku duchowego, są według mnie: „Noc letnia,” „Pokusa” i pierwsza z „Trzech myśli Ligenzy.” Za osnowę dwóch pierwszych posłużyły z pewnością jakieś pojedy ncze wypadki, oburzające i bardzo bolesne. Moralność i logika tych dwóch utworów w rażącej zostaje sprzeczności ze wszystkierni przekonaniami, wypowiadanemi przez Krasińskiego winnych utworach. Czemu bo-.hatćrka „Nocy letniej” w imię tej samej zasady, która jej dala męztwo i nauczyła przyjąć śmierć z rąk ukochanego z radością, nie natchnęła go odwagą, by się sprzeciwić dumnej woli ojca i jego rozkazowi, treścią którego sprzeniewierzenie się i nikczemność? Czy było znów bohaterstwem ze strony młodzieńca opuścić swe stanowisko, zapomnieć dla jednej kobiety o obowiązkach społe cznychikoń zyć samobójstwem wtedy, gdy właśnie życie jego stało się tak potrzebnem i pożytecznem? Irydion, poganin, na prośbę ukochanej siostry Elsinoe, by ciosem przeciął pasmo dni jej, odpowiada krótkiem: „trza żyć i cierpieć.” Bohater „Nocy letniej” ani próbuje w imię obowiązków społecznych borykać się z rozpaczą i kończy samobójstwom, tą odwieczną i stałą ucieczką wszystkich dusz słabych, egoistycznych i pozbawionych wiary. Równie pogańską logiką rządzi się ów starszy, czuwający nad młodzieńcem w „Pokusie.” Wszak Ałigier nie wątpi o Henryku (w Niedok. poem.), gdy pokusy i złego podszepty ciągną go na manowce. Przyjaciel, z radą swą mądrą, w dniach pokus, w dniacb upadku nie rozpacza przy nim, nic wątpi żc dobre instynkta wkońcu zapanują nad krewkością, że łaska Boska wkońcu musi przyjść z pomocą człowiekowi woli dobrej, choć ciała krewkiego. Geneza „Pokusy” zdaje mi się być taką: Krasiński widział pewno, jak hołdując świata wymaganiom i poszeptom dumy, tylu szlachetnych w młodości i niepodległych kończyło uwielbieniem pozoru; jak olśnieni wielkością światową, chęcią używania, powoli wyzuwali się z godności człowieka, stawali odstępcami swych zasad. W chudli więc, gdy i jemu wypadło zajrzeć w oczy tym pokusom, przywdziać maskę, wzdryga się jego szlachetna natura. Prawy ten człowiek oburza się myślą udawania i kłamstwa. A gdy owe potęgi, jaśniejące ułudnym powabem, pewien przelotny, chwilowy urok i na niego wywarły, tak go przeraził ten czar, iż zwątpił we własną potęgę moralną, złe przelotne uczucie nazwał zbrodnią przeniewierstwa i wtedy-to właśnie wypowiedział, iż woli śmierć niż hańbę. Wtedy nakreślił te ponurą opowieść, w epilogu której naj’cpszy przyjaciel, przewodnik młodości, żelazo topi w piersiach wycbowańca i po dokonanem morderstwie zwraca się do nieba, Boga biorąc na świadka, źc kochał zabitego i zabił go gdy upadł, by duszę jego wydrzeć hańbie Sam Krasiński nazwał „Pokusę” dniem widzeń. I tu, jak w „Psalmach przyszłości," przewodnią myśią, że: „lepszy grom, niż srom.” Ale morderstwo conaj mniej dokonane jest zapośpiesznie.
Co do „Pierwszej myśli Ligenzy,” zatytułowanej „Sy u cieniów,” jest-to rzecz zupełnie chybiona. Mistycyzm, prowadzący aż do mrzonek pan-teistycznych, panuje w nim; pod względem formy zaś ciemny jest i zagmatwany. Dziwnie wygląda myśl ta pierwsza Ligenzy, porównana z dalszemi dwoma, będącemi istnemi arcydziełami.
Krasiński we wszystkich poezyach swoich, wbrew duchowi bajronic/nemu, wszechwładnemu wtedy, nie waśnił społeczeństwa swego z Bogiem i ludźmi, nie śpiewał mu na nutę sarkazmu, albo
325
zwątpienia, lecz owszem, zachęcał do hartu. Chciał natchnąć rezygnacyą, pojednać z ciężkiemi warunkami bytu, potępiając wszelkie tytaniczne walki, wszelkie błyskotliwe, lecz bezcelowe hazardy; kazał pracować dla dalekiego jutra, bez nadziei dla jednostek zapłaty tu na ziemi. Nic łudził żadnemi obietnicami doli lepszej spółcze-sncgo pokolenia. Jeżeli mówił o przyszłości, to wcale nic drapując sic w szaty proroka, nie otaczając sic aureolą misyi nadzwyczajnej, wieszczej. Owszem, jako szczery, wierzący człowiek i myśliciel, badał przeszłość, poznawał teraźniejszość i po głębokiej rozwadze, drogą analogii, z tego co było i co jest, chciał odgadnąć, co być może i być powinno. Podstawą niewzruszoną w tćm badaniu było to, że wypadki dziejowe nic są wynikiem przypadkowości, ale że w nich panuje kierownicza ręka, rozumna myśl, prowadząca ludzkość do jasno określonego celu. Żc nie podawał wieszczeń swoich za jakieś wyniki intuieyi wyższej, niech dowodzą własne słowa jego z „Niedokończonego poematu:” „Wy, co chcccie przeczuwać, wspomnijcie! wy co chcecie stawiać teraźniejszość i odkryć przyszłość z jej szczytów, woźcie wprzód w głąb duszy wszystkie dni zbiegłe przeszłości. Bo choć odmienne dzieje i różnych zdarzeń moc, pomysł wieczny jeden i prawda jedyna.”
Z takiego źródła wypływające wieszczenia dają się pogodzić z wymaganiami najzimniejszego, najpozytywnięjszego rozumu, a przy najgorszej nawet woli nikt i nigdy nie może zrobić im zarzutu szarlataneryi. Pretensj i do nieomylności w Krasińskim niema, a jednak dotąd przebieg wypadków nie zadał klamu żadnej z przepowiedni jego. Odnośnie do spółczesnego sobie pokolenia, Krasiński był poetą przyszłości: uie dzielił urojeń jego, ułud jego, potępiał hasła, wypowiadał słowa gorzkiej prawdy. Dziś coraz bardziej zaczynamy przyznawać słuszność Krasińskiemu, coraz mniej wabią nas: „marnej sławy wieńce,” a więcćj uznajemy konieczność cichej pracy dla jutra. Z tego punktu zapatrując się, naród nasz dojrzewa, a jeżeli wchodzi z błędnych dróg na szeroki gościniec, przyznać musi, że przed kilkudziesięciu już laty Zygmunt wskazywał mu ten gościniec.
Dziwnem jednak zdaje mi sie i w wysokim stopniu niesprawiedliwem, że pisma Zygmunta nie są dotąd odpowiednio . cenione i kochane. Znam przeszkody, ale nie stanowią one wystarczającej wymówki; jeżeli nie w całości, to wczęści mogą one być w reku ogółu całego. Niejasność formy, jako wymówka, może tylko wystarczyć dla ludzi wcaic niezdolnych do myślenia, bo przy nicwielkiem skupieniu uwagi, ta niejasność znika i z ciemnego przysionka Wchodzimy do świątyni najszczytniejszych obrazów poetycznych i najszlachetniejszego, najszczerszego liryzmtf, bez odrobiny sztucznej czułostkowości. Cbccmy wierzyć, że niedawne odczyty prof. Tarnowskiego o „Nicboskiej komedyi” są zapowiedzią powszechniejszego zajęcia się ogółu naszego pismami Zygmunta. Spodziewać y się, żc po szeregu studyów przygotowawczych, zjawi się przecie i taka wszechstronna praca o tych poezyacli, jak Małeckiego o poezyacli Słowackiego. Przecie Niemcy i Francuzi coraz bardziej zaczynają zapoznawać sic z pismami Krasińskiego; czyż zatem własny naród jego, który on kochał całą potęgą jestestwa i duszy swej szlachetnej, pozwoli obcym pierwej od siebie złożyć hołd uznania wielkiemu piewcy swemu?
Krasiński ma prawo być zaliczonym do geniuszów poezyi uniwersalnćj. Miejsce dla niego obok Danta. Świat cały, nie dziś, to jutro, uwieńczy laurem skronie jego; ale nam pierwszym śpieszyć należy z tym hołdem uznania. Społeczeństwo nasze szczycić się tem powinno, iż pośród niego powstał tak wielki geniusz. Umierające społeczeństwa nie bywają ojczyzną geniuszów wszechświatowych. Niech pewnik ten odpowiedzią będzie wszystkim, już zawodzącym pieśń de pw-fundis nad rzekomym grobem naszym.
Bogusława z Dąbrowskich Mańkowska i jej pa,xxiiętzi.ilzi.
Skreśli! Mieczysław Krzywosąd-Kępieński.
(Dokończenie.)
Jakoż w pierwszym zaraz roku starania Mańkowskiego zostały uwieńczone bardzo poinyśł-nemi rezultatami: handel podolsko-odeski z Londynem zapewniał milionowe korzyści, obszerne i rozgałęzione stosunki z Podolem, Wołyniem i Wielkopolską ułatwiały to kolosalne przedsięwzięcie, a licznie napływające do kantoru banku Mańkowskiego szeregi młodzieży stały się najlepszym dowodem, jak podobna instytu-cya była dla kraju potrzebną.
Nadeszły jednak wypadki r. 1846, a później r. 1848. Teodor Mańkowski był zanadto obywatelem pełnym poświęcenia dla kraju, zanadto oddanym na usługi ziomków, by sic nie wmieszać w wir ówczesnych działań. Z natury pochopny do czynu, zapomina o obowiązkach naczelnika domu bankowego i spodziewanych korzyściach materyalnych, oddając sic całą swą gorącą duszą działalności politycznej. Wiadomo, jak sic zakończyły wypadki w r. 1848; dla Mańkowskiego, prócz publicznej klęski, były one dotkliwym ciosem, bo majątkową ruiną, sprowadziły bowiem utratę okrętów w Odessie, utratę majątków podolskich, uwięzienie, skazanie na wygnanie, a w rezultacie opuszczenie zupełne pięknego Podola.
Rok 1848 był rokiem pełnym nieszczęść dla Bogusławy Mańkowskiej, prócz bowiem mate-ryalnyeh klęsk i wygnania męża, doznała jeszcze serdecznego ciosu, którego doniosłość ten tylko oceni, kto tak jak ona ukochał matkę. W tym roku mianowicie zmarła Barbara z Chłapowskich generałowa Dąbrowska, błogosławiąc córkę i wnuki, a zdała i nieobecnego syna Bronisława, który odsiadywał więzienie w Moabicic berlińskim. Łatwo pojąć, jak takie ciosy: śmierć matki, więzienie brata, wygnanie męża i utrata wielkiej części mienia mogły oddziałać na słabą kobietę. Nie złamały one jednak hartownego ducha pani Bogusławy, owszem, widzimy ją pełną energii i odwagi, niezmordowaną w staraniach około uwolnienia brata i z poświęceniem dzielącą los męża. Z okruchów niegdyś bardzo znacznego majątku nabywają państwo Mańkowscy odwieczne swe gniazdo Rudki, gdzie znowu na cichej, obywatelskiej pracy i wychowaniu dzieci schodzi lat siedem.
Rok 1855 przyniósł cios nowy i pewnie najdotkliwszy w życiu pani Bogusławy, skończył się bowiem fatalną katastrofą. Wskutek upadku z konia, zmarl 24 września Teodor Mańkowski, a kiedy osierocona żona opłakiwała męża, płakała z nią i prowineya cała nad człowiekiem, który, jak mówiono natenczas powszechnie, nie miał ani jednego nieprzyjaciela. >S. p. Teodor umierając pozostawił czworo sierot i troskę o zachowanie, majątku owdowiałej małżonce. Oddawszy się wychowaniu dzieci, zwróciła pani Mańkowska przedewszystkićm uwagę na syna, chcąc by poszedł tradycyjną drogą cnót i zasług oby watelskich, stając się godnym pamięci dziada. O ile się to udało przczacnej matce, świadczy jego życie, pełne poświęcenia dla kraju i przejść nieszczęśliwych, którego jednak tutaj nie tykamy, nic wchodzi ono bowiem w zakres tego szkicu. Pani Mańkowska, wychowawszy syna i oddawszy go na usługi ziomków, postanowiwszy córki, które są dziś prawdziwą ozdobą swego społeczeństwa/1), pochowawszy ukochanego brata ś. p. Bronisława, zmarłego r. 1880 w Wińnogó-rze, dopełniwszy zaszczytnie obowiązków względem kraju i rodziny, osiadła w Poznaniu, oddając się oddawna ulubionej, literackiej pracy.
(1) Córki pani Bogusławy Mańkowskiej mieszkają w Po-znańskienj, z tych Marya wyszła za hr. Mieczysława z Kwilcza, Julia za hr. Stanisława Ostrowskiego, Barbara za hr. Stefana Karleckiego z Dobrojowa.
Owocem jćj leżą przed nami trzy tomy pamiętników i szereg obrazów dramatycznych. Zdawałoby się, żc skreśliwszy w głównych zarysach życie pani Bogusławy, niema potrzeby długo sic rozwodzić o jćj pamiętnikach. Tak jednak nie jest, życie jćj bowiem i osobiste wspomnienia są tylko tłem książki, na którem, jakby na kanwie, rozsnuwają się wypadki spólczesne, grupują się osobistości z tego świetnego otoczenia, w którem wzrastała, z tego wykwintnego towarzystwa, którego jest po dziś dzień długoletnim członkiem.
Już samo to, że dostojna autorka jest córką wodza legionów, daje nam miarę wartości jej wspomnień. Pani Mańkowska jest więcej niż spadkobierczynią pełnego sławy nazwiska, bo spadkobierczynią krwi i ducha, spadkobierczynią wspomnień bohatera. Jak już wspomniałem, w pierwszych latach dzieciństwa utraciwszy ojca, nie mogła czerpać wspomnień z ustnych opowiadań dostojnego wodza; zastąpiły je jednakowoż bogate źródła rękopiśmienne, listy spólczesnych znakomitości, jak Niemcewicza, arcybiskupa Przy-1 oskiego, hrabiny z książąt Lubeckich Scypionowej, generałów Dezyderego Chłapowskiego (szwagra i. w. księcia Konstantego, Umińskiego, Morawskiego i wielu innych, zastąpiły ją wreszcie opowiadania generałowej Barbary, tej najzacniejszej towarzyszki życia wodza legionów, co iście spartańskim obdarzona duchem, w obozowej pielgrzymce przebiega wraz z mężem Europę, od lodem pokrytych stepów Berezyny, aż po urocze doliny Sekwany.
Z poprzedniego widzimy, że nasza autorka należy do tej generacyi, która, sięgając początków utworzenia królestwa kongresowego, przeszła i odczula wszystkie losy i ciosy publiczne aż po nasze czasy, a liczne stosunki, jakie łączyły rodzinę Dąbrowskich z najznakomitszymi domami i osobistościami w Warszawie i na prowincyi, szanownej autorce, obdarzonej niezwykłą pamięcią i wielką bystrością poglądu, bogatego dostarczają materyału.
Trudno w szczupłych granicach artykułu dziennikarskiego rozbierać szczegółowo pamiętniki pani Mańkowskiej. Poczynają się one z r. 1825, kiedy ua względnie pogodnym horyzoncie politycznym zbierały się zwolna chmury brzemienne burzą. Nicbrak też pojedynczym epizodom ani dramatyczności, ani scen pełnych życia. Przed oczyma naszemi przesuwają się skreślone sylwetki w. księcia Konstantego, księżnćj łowickiej, książąt Michała i Antoniego Radziwiłłów z rodziną, generałów Paca, Sierakowskiego, Zajączka, Blumera, Haukego i innych. Obok starszych, grupują się i młodzi zapaleńcy, taki Leon Lubieński, Artur Zawisza, Krępowiccki i inni, a w dali, w uroczym postawiona półcieniu, rysuje się cicha, milcząca, a jednak posągowa postać autora „Nicboskiej” i „Irydyona,” w czasach, kiedy byl jeszcze akademikiem. Widzimy wreszcie cale towarzystwo ówczesne warszawskie, patrzymy na osiwiałe w boju postacie weteranów, na czarujące wdziękiem panie, gromadzące się w gościnnych sąjonacli pałacu Paca, w których generałowa Dąbrowska, jćj uprzejmość i wysokie stanowisko były głównie siłą atrakcyjną dla wszystkich znakomitości.
Słabszą o wiele stroną pamiętników jest obraz wypadków r. 1830 i 31, przedstawiony na podstawie przytoczonych raportów z pola bitew, wycinków z gazet ówczesnych i listów pisanych z pełną wiarą i nadzieją w pomyślne zakończenie sprawy. Rzecz naturalna, że podobna kom-pilacya, takie luźne zszeregowanic faktów bez krytycznego poglądu, musiało wypaść jednostronnie, a jakkolwiek dużo znajdujemy tu szczegółów pięknych i prawdziwych, godnych by je przechować pamięci potomnych, to przecież ogólny obraz nie mógłby wytrzymać krytyki historycznej, zwłaszcza dzisiaj, kiedy wojnę r. 1830/1, znamy tak ze swoich, jak i z obcych źródeł dokładnie Zato jakże charakterystycznie i z jakim humorem przedstawione zaburzenie roku 1830 w Dreźuic, którego wybuch zapowiadają Niemcy na tydzień naprzód plakatami, w oznaczonym dniu gromadzą się z parasolami pod pachą, robią
326
dużo wrzawy, ba, czubią się nawet i kłócą, aż nagle spada dćszcz drobniuchny na rozpalone głowy i wszystko wraca do porządku. „Stary rynek” drezdeński pokrywa się, jakby wędrują-cemi namiotami, tysiącami różnobarwnych parasoli, których wlaściciele-rewolucyoniści, w] obawie o cylindry i suknie, z flegmą germańską rozchodzą się do domów.
W dalszym ciągu pamiętników, po wypadkach r. 1831, przenosimy się znów do Drezna, gdzie spotykamy wiele znakomitości ówczesnej emigra-cyi, domy Potockich, Sapiehów, Sanguszków, Czapskich; czytamy z prawdziwćm rozrzewnieniem wspomnienia o zacnym generale Kniazie-wiczu, o Słowackim; widzimy cały ruch towarzyski i sympatyą dla naszych ziomków w stolicy nad Elbą, którą podówczas można było wziąć za miasto polskie Z nieustającem, a coraz większćm zajęciem czyta się tę książkę; nie chce się wierzyć, aby te wspomnienia kreśliła słaba kobieca ręka, po pięćdziesięcioletnim upływie czasu. Mógłby mię kto posądzić o przesadę, że rozmiłowany w pamięci wodza legionów, stałem się apo-logicznym chwalcą jego córki; źe jednak tak nie jest, na dowód przytaczam słowa Teofila Lenartowicza, zwrócone do jednego z przyjaciół, pana Adolfa Malczewskiego (1). Oto co pisze znakomity poeta z Florencyi: „Dawno już jak odebrałem twój list i zebrać się nie mogłem z podziękowaniem za słowja przyjaźni i książkę tćj czcigodnej Polki, pani Mańkowskiej... Ileż tu czucia, ile prawdy, a jaki talent nieporównany malowania epoki najsławniejszej w dziejach porozbioro-wych. Każda figura dotknięta przez nią żyje, porusza się i z przeszłości ku nam spogląda. Jako pamiętnik jest to rzecz bardzo ważna, jako pióro-arcydziclo. Nie znam żadnej kobiety polskiej, którąbym mógł porównać z panią Mańkowską; przenosi ona wszystkie miłością rodziny i kraju. Niechże jej za to da Bóg zdrowie.”
Dalsze tomy pamiętników (III i IV) nietyle odnoszą się do osobistych wspomnień szanownej autorki, ile do wojny r. 1792, do insurekcyi Kościuszki 1794 roku, do historyi legionów i wojen Napoleońskich, słowem do wspomnień o dostojnym ojcu, wodzu legionów. Jest-to dla naszych dziejów przyczynek bardzo ważny bezsprzecznie, żc jednak maluje nam obrazy, w które nie wchodzi osobistość samej pani Mańkowskiej, źe trak tuje fakta zkądinąd już nam znane, nie zastanawiamy się więc bliżej nad ich treścią, podnosząc jedynie ścisłość dat, wielką wiedzę historyczną, niepospolity dar obrazowania i świetność stylu dostojnej autorki.
SPRAWA KRASZEWSKIEGO.
Wciągu ubiegłego tygodnia rozgrywał się w Lipsku dramat, którego cały przebieg najżywiej odczuwało nasze społeczeństwo.
Przed najwyższym trybunałem państwa nie micckicgo, na lawie oskarżonych, obok j^łowieka którym powodowały tylko pobudki zysku, zasiadł oskarżony o wspólnictwo w jego winie mąż, który jest chlubą naszą, 72-letni starzec, którego imię, gdziekolwiek mowa nasza zasięga, ze czcią i poszanowaniem jest wymawiane, którego sława rozeszła się po świecie całym i którego dzieła, obfitsze niż cała literatura niejednego z małych narodów, są świadectwem olbrzymiej pracowito ści, a zarazem wszechstronności geniuszu.
Trybunał państwa miał osądzić, czy Kraszewski dopuścił się względem Niemiec zdrady kraju, przez wydawanie mocarstwu ościennemu, Francyi, wiadomości wojskowej natury, mogących zaszkodzić bezpieczeństwu i potędze państwa niemieckiego.
Znaliśmy Kraszewskiego wszyscy. Całe życie jego było zawsze, a szczegółnićj w ostatnich cza-
(1) Patrz „Warty- numer 34s, str. 4222. Prócz tego śliczny wiersz Lenartowicza p. u. „ Wspomnienia zpowodu pa-nuęlników pani Mańkowskiej’zamieszczony w „Warcie" n. 440, str. 4237 i osobno w odbitce.
sach, odsłonięte zupełnie przed społeczeństwem, do którego należał. Kogo osobiste stosunki z nim nie zbliżyły, kto nie miał szczęścia zetknąć sic z nim bezpośrednio, kto nie zostawał z nim w ko-respondencyi—a takich, co na tych różnych drogach z nim się komunikowali liczyć można na ty sią-ce—ten znał go z dzieł i artykułów, z życiorysów i szkiców biograficznych, wydawanych w różnych czasach, a głównie z okazyi jubileuszu. Nietylko zatem wiedzieliśmy i wićmy czćm był wypełniony cały ten pięćdziesięciokilkoletni okres pracy literackiej, ale znany nam jest rozkład godzin każdego dnia, znane są bliższe i dalsze stosunki jubilata...
To tćż gdy w r. z. rozeszła się wieść, źe Kraszewskiego uwięziono, źe powód do uwięzienia dała denuncyacya, oparta na fakcie zbierania materyałów dotyczących organizacyi wojskowej Niemiec i że sędziwy jubilat zbierał te materya-ly do zamierzonego dzieła o silach wojskowych niemieckich, cale społeczeństwo nasze przyjęło ją ze zdziwieniem.
Jeżeli jest dział piśmiennictwa, którym Kraszewski przez ciąg całego swego zawodu nie zajmował się nigdy, to działem tym z pewnością jest literatura wojskowa. W G00 tomach jego dzieł i pism nićma ani jednego ustępu, któryby świadczył o jakichś studyach i zamiłowaniu naszego jubilata w strategii i taktyce wojennej. Jeżeli w swych powieściach historycznych kreślił bitwy, był to zawsze tylko rysunek powieściopi-sarski, bez fachowej znajomości marsowego zawodu, a jeśli w dziełach Iństorycznych opisywał przebieg walk i starć orężnych, były to zawsze obrazy ściśle dziejopisarskie, a nic taktyczne. Trudno też było pojąć, jakim sposobem pisarz tak oddalony całym swoim zawodem od sztuki woj-skowćj, mógł przystąpić do studyów nad wojskowością wielkiego militarnego imperyum i to do studyów tak samoistnie kreślonych, źe aż wymagały zbierania na własną rękę szczegółowych danych po archiwach sztabów niemieckich.
Mimo to wszechstronność Kraszewskiego pozwalała przypuszczać, źe to jest możebne, i nikt nie zarzucił nieprawdopodobieństwa tej wersyi.
Dopićro dalszy przebieg procesu okazał, że ta wersya była daleką od prawdy.
Kraszewski to nie żaden nasz Moltke. W dziwnie róźnostronnym jego umyśle niema miejsca na geniusz militarny, wojskowym ani w prakty ce ani w teoryi nie jest, piórem tylko walczyć umie w obronie prawa i idei, a i tam nie zwykl się puszczać na wojownicze pole utarczek osobistych i polemicznych zapasów.
Zkądże więc ten mąż niezmordowanej pracy, tak od zawodu wojskowego daleki, znalazł się na ławie oskarżonych, obok handlarza tajemnic państwowych swego kraju—kapitana Hentscha?
Odsłania to akt oskarżenia i obrona Kraszewskiego.
W r. 1876 Kraszewski spotkał się u wód z przyjacielem swoim, a znanym także w p śmienni-ctwie współziomkiem, Bronisławem Zaleskim, zamieszkującym stale w Paryżu. Zaleski był w położeniu przykrem, na które się uskarżał i nadmienił, źe byłoby mu bardzo pomocnem, gdyby udało sic wynaleźć dlań korespondenta z Niemiec do pism fachowych, piszącego rzeczy interesujące Francuzów, więc głównie o siłach wojskowych i t. p., gdyż za takie rzeczy we Francyi wynagradzają bardzo hojnie, mógłby wiec dobrze opłacić korespondenta i sam zyskać na tłumaczeniu.
Kraszewski znalazł rzeczywiście korespondenta i listy jego Zaleskiemu przesyłał, wkrótce jednak okazało się, iż korespondent nie odpowiada swemu zadaniu i ua żądanie Zaleskiego trzeba go było zmienić. Drugi korespondent, wyjeżdżając chwilowo, zastąpił się Adlerem, a Adler w taki sposób skorzystał z zastępstwa, że sam niezadługo zajął jego miejsce.
Korespondencye i prace, dostarczane Kraszewskiemu przez Adlera, przyjmowano w Paryżu i opłacano, a zarazem czyniono nad niemi uwagi fachowe, które Zaleski przesyła! Kraszewskiemu, a ten w swych listach komunikował je Adlerowi, dla wręczenia rzeczywistemu dostarczycielowi—
Hentschowi. Honorarya te były dość znaczne, nie-raźące jednak bynajmniej, gdyż 1000 marek wynagrodzenia za kilkoiniesioczną pracę nie stanowi wcale hojnej zapłaty.
Gdyby Kraszewski mógł był przed sądem wskazać, dla których pism były przeznaczone te przesyłki i gdyby się okazało, źe w części lub w całości były tam umieszczane, trybunał państwa byłby zniewolony uznać, iż w całem pośrednictwie Kraszewskiego nic wobec praw niemieckich zdrożnego nie było.
Na nieszczęście Kraszewski, nie będąc bezpośrednim korespondentem, nie troszczył sic o tytuły pism i o drukowanie prac, które przechodziły wprawdzie przez jego ręce, ale nic wyszły zpod jego pióra, a w rocznikach pism fachowych francuskich prac tych wcale nie znaleziono. W tem, jak wyraźnie oświadczył przewodniczący sądu Drenkmann, leżała cała chwiejność sprawy naszego jubilata.
Był to jednakże tylko brak dowodu mogącego uniewinnić oskarżonego, a bynajmniej nie dowód winy.
Zc śmiercią Bronisława Zaleskiego, która nastąpiła wkrótce, korespondeneya urwała się natychmiast, a Adler opuścił Berlin już uprzednio i zaczął grozić Kraszewskiemu denuncyaeyą. Zaskoczony pogróżką, Kraszewski opłacał się kilkakrotnie znaczniejszemi kwotami, aż do 4,000 marek, a gdy to nie położyło kresu żądaniom Adlera, odmówił stanowczo dalszego okupywania się, wskutek czego Adler spełnił swoję pogróżkę i wywołał cały proces.
Tu leży najważniejszy, zdaniem naszem, a wcale nieporuszony przez obrońcę Kraszewskiego, dra Saula, dowód niewinności, a zarazem prosto-duszności obwinionego w sprawach tego rodzaju.
Opłacając się Adlerowi, Kraszewski czynił to przez osoby trzecie, przez swoję gospodynię Florę Heinitz i przez majora Bohdanowicza, papierów które od Adlera osoby te odbierały wcale nie oglądał, polecając je niszczyć albo odsyłać do Paryża, a gdy wreszcie odmówił ostatecznie dalszych haraczów, pozostał spokojnie w Dreźnie, mogąc w każdej chwili wyjechać za granicę i majątek swój oraz osobę zabezpieczyć. Tak postępuje tylko człowiek, który ma wewnętrzne poczucie, że władza państwowa, choćby się dowiedziała o jego czynach, nie może go uznać winnym.
Inny, jaskrawszy jeszcze dowód swej dobrej wiary dal Kraszewski wyborem obrońcy, którego, jak wieść niesie, doradził mu dozorca więzienny, obrońcy który nie dorósł talentem do wysokości spraw tego rodzaju, a którego obrona kosztowała Kraszewskiego sumy bajeczne. Rzeczą jest pewną, że w gronie rzeczników polskich w. ks. poznańskiego i Prus zachodnich, a nawet między jurystami niemieckimi, nietylko w Saksonii, lecz w całych Niemczech, znalazłoby się wielu, którzy za zaszczyt uważaliby sobie stanąć przed trybunałem państwa w sprawie oskarżonego, zwłaszcza że proces miał rozgłos europejski, a tacy złożyliby pewnie dowody większego talentu i większej lub zupełnej bezinteresowności.
Trybunał państwa nie uwzględni! tłumaczenia się Kraszewskiego, lecz w moralnem przekonaniu iź oskarżony działał zc świadomością na szkodę państwa niemieckiego, skazał go za wydanie Francyi pracy Hentscha: „Marsz armii niemieckiej ku granicy zachodniej,” jako za zdradę kraju, na trzy lata osadzenia w twierdzy, zaś za zawarte w liście do Adlera z d. 17 lipca 1878 r. żądanie, aby Hentsch dostarczał materyałów nic wyjętych z dzieł drukowanych, lecz ze źródeł nie-każdemu dostępnych, jako za podmawianie do zdrady kraju, na sześć miesięcy twierdzy, czyli razem na półczwartaroczny areszt fortcczny.
W motywach wyroku podniesiono wyraźnie ja ko okoliczności łagodzące, że Kraszewski należy do obećj narodowości, źe nigdy nie zaliczał się do rewolucyonistów, że długi żywot jego był bez skazy i że nie kierowały nim żadne nizkie pobudki. Pod tym ostatnim względem rzecz była tak oczywistą, iż wciągu całego procesu ani prokura torowie Trepplin i Sackendorf, którzy na-
327
mietnie występowali przeciw oskarżonemu, ani żauen ze świadków, ani oskarżyciel Adler — żadnem słowem, żadną nawet osłoniętą aluzyą nie śmieli uczynić naszemu sędziwemu pisarzowi zarzutu, jakoby do udziału w tej sprawie popchnęły go jakiebądź poziome pobudki. To też kara orzeczona wyrokiem trybunału państwa nie pociąga za sobą utraty praw obywatelskich, słowem nic jest karą hańbiącą.
Drugi oskarżony, kapitan Hentsch, skazany został na dziewięć lar więzienia w domu karnym, obaj zaś na koszta procesu.
Od wyroku trybunału państwa niema żadnej apelacyi, służy tylko prawo odwołania się do łaski monarszej, z którego Kraszewski, o ile dotychczas wiadomo, zamierza korzystać.
Sąd po wydaniu wyroku w d. 19 b. m. pozostawił Kraszewskiego na wolnej stopie dla uregulowania interesów, pomimo iż prokurator Sii-ckendorf domagał się natychmiastowego uwięzienia.
Zdaje się, ze i w drugiej kwestyi sąd nic przychyli się do zdania prokuratora, który żąda, aby Kraszewski był internowanym w Magdeburgu. Ponura ta forteca złamałaby z pewnością skołatanego ćieżkiemi przejściami starca, podczas gdy pobyt w saskiej fortecy Kbnigsteinic mógłby dlań być, jako dla człowieka zamiłowanego w ciszy i pracy, znośnym, a nawet dla zdrowia nieszkodliwym.
Kraszewski wychodzi z tej sprawy zc starga-nem do reszty zdrowiem, ze zniszczonćm do szczętu mieniem, z odjętą na lat kilka wolnością, ale z nieskażoną czcią. Tout ust yardunauf l’hnnneur! może zawołać z pokonanym pod Pawią Franciszkiem. Listks. kanclerza nadał jego sprawie wybitną cechę polityczną, jakiej uie mogło mu dać oskarżenie i jakiej nie chciał mu w obronie swojej nadać sam Kraszewski, a nie umiał jego obrońca.
Ale i bez owego listu, który nie został przez trybunał przyjęty za dowód i niewiele na szali wyroku zaważył, cześć Kraszewskiego byłaby wyszła z tego procesu nietkniętą. Szukano wszystkiego, ze wszystkiego starano się kuć broń przeciw niemu, prokurator szukał tej broni nawet w romansach, tłumaczonych na język niemiecki i życzliwie przez publiczność niemiecką przyjętych, poczytał mu za zbrodnię wzmiankę o wielkich nogach i rękach Niemek i byłby w nieskończoność mnożył cytaty, gdyby mu prezydująey głosu nie odjął, nic byłby więc z pewnością pominął żadnej okoliczności, któraby mogła Kraszewskiego poniżyć i rzucić cień na tę sędziwą postać.
Nie uczynił tego, bo nie mógł, bo żadnych najdalszych, najzłudniejszyeh nawet poszlak tego rodzaju nie było. W tem jest pomyślny, acz uje mny rezultat sprawy Kraszewskiego, który godzi się zapisać, gdyż złość i potwarz czepiać się zwykła przegranej sprawy, a sprawa ta została przegraną dlatego, że ją wywołała przebiegłość i ni-kczemność Adlera, który zręcznie i cierpliwie gromadził materyały do oskarżenia i ciężarem ich przygniótł słabą, nieodpowiednią doniosłości sprawy obronę.
117. N.
Kronika tygodniowa.
Zeszłotygodniowa gorączka.—Słówko o Kraszewskim i naszej gorącej symprtyi. — Pani Konopnicka zakońizjła se-ryą odczytów. — Tanie odczyty dla rzemieślników-—Przypomnienie pięknej myśli.— Czego potrzeba przemysłowi naszemu.—Szkoła rzemiosł z zapisu ś. p. M. Konarskiego — Wczesna wiosna.—W y.ścigi.—Wojowniezo-lalkowate mody naszycłi pań i Gogusiów.—Kucli odi itującycli letników.
Zeszły tydzień przeszedł nam wszystkim na bardzo silnych wrażeniach. Uwaga każdego z nas przykuta była do dalekich wieści z sali sądowej w Lipsku, w którćj sędziwy julnlat, kilka lat temu uczczony przez całe społeczeństwo, zasiadł na ławie oskarżonych. Wobec głosów prokuratorskich, wobec niespodziewanego listu żelaznego
kanclerza, któremu rządy światem nie przeszkadzają troskliwie zajmować się losami słabych nawet jednostek — wobec opinij naszych „najserdeczniejszych,” którzy niebaczną dobroć starca dla jego przyjaciół podnoszą do znaczenia spraw politycznych całego narodu; wobec wreszcie zarzutów, iż to, co się stało, było tylko koniecznym objawem kouspiratorskićj natury Polaka — ma Kraszewski tc niekłamaną pociechę, źe można go było skazać na półczwarta roku więzienia, ale niepodobna było dowieść mu, iż się splamił, że urok imienia swego dla nas zmniejszył i osłabił.
Tego co czynił, nie czynił z pobudek nizkich, a. żywot jego upłynął bez skazy- tak głoszą motywa wyroku.
Nie wchodzimy w to, czy sąd w Lipsku, ze stanowiska praw niemieckich i... pruskiego patryo-tyzmu, mógł być względniejszym; wierzymy nawet że nie mógł być innym.. To przecież uie czyni Kraszewskiego winnym ze stanowiska naszego, bo go znamy dawniej i lepiej, niż sędziowie trybunału państwowego w Niemczech. System jego obrony dla mcii mógł być słabym; dla nas jest jedynie możliwym i prawdziwym. Ten złamany chorobą starzec, gdy zapewniał, źe dopuścił się „zdrady” przez chęć usłużenia przyjacielowi, mówił prawdę. Kto zna jego charakter, kto pomyśli o jego olbrzymićj pracy, uie pozwalającej mu wchodzić w szczegóły spraw ubocznych (a taką było przesyłanie nieszczęsnych korespondcncyj), kto wie, ile Kraszewski ludziom czynił dobrego, jak skwapliwie załatwiał najdrobniejsze żądania osób sobie nieznanych, z jaką nieograniczoną uf nością przyjmował wszelkie zapewnienia, jak swobodnie dawał się wyprowadzać w pole przebiegłości bliźnich — ten pewnie uwierzy, że i w tej opłakanej sprawie cała wina jego ciąży po stronie serca... Dla nas cała ta sprawa ma znaczenie nieszczęścia sprowadzonego przez nieoglę-dność — nic więcćj. Kraszewski postawił społeczeństwu swemu program pracy u podstaw, pracy wytrwałej, ale spokojnej, nic wspólnego z konspiracyami tajemnemi niemającej; program ten przyjęliśmy wszyscy i wszyscy go wedle sił i możności spełniamy. Kraszewski mógł byl niebacznie postąpić względem obcych, ale swoim skłamaćby nie potrafił. W to wierzymy silnie i niezachwianie.
Czy istnieje w Paryżu jakiś komitet „wojskowych,” jak głosi list berliński — o tem nie wiemy, ale pozwalamy sobie wątpić. Sieć agentur polskich, rozciągnięta po Europie, wydaje nam się pomysłem wysoce zabawnym, choć złośliwym. Ci zresztą, co z takich pogłosek budują cały gmach zarzutów przeciwko społeczeństwu, popełniają niesprawiedliwość. Nie poza granicami kraju ono żyje i działa, a porywy jednostek, to nie objawy jego życia i jego dążeń.
Cokolwiek się z Kraszewskim stanie, sympatye nasze dla niego pozostają w pełni siły i życia. Ma on dla nas zasługi tak potężne, że wobec nich wyroki wszystkich trybunałów świata oziębić, dlań uczuć naszych nic zdołają. Zasługi nu-, kon sptratorskit, jak cbcc dowcip naszych przyjaciół—-bo co do Kraszewskiego, nikt z nas o nich nie wie i niki ich odeń nigdy uie oczekiwał — ale zasługi pracy niezmordowanej, myśli zacnych, postępowych i zdrowy cli, które społeczeństwu dawał, miłości szczerej, wypowiadającej prawdę głośno, bez obawy, właśnie dlatego że sama była prawdą...
* * *
Pani Marya Konopnicka zakończyła seryą odczytów na korzyść Towarzystwa dobroczynności wygłoszeniem noweli własnej, p. t. „Ultimus.”
Utwór ten jest smutną historya namiętności ludzkich — zemsty i moralnego upadku, a tytułowa nazwa odnosi się do żórawia, który autorce posłużył jako wyborny motyw do namalowania barwnego i sympatycznego obrazka. Tcndencya nowelki, jeżeli dobrze się domyślamy, jest wykazanie kastowej zgnilizny, którą pogrzebać i zasypać muszą nowi ludzie.
Przed tygodniem Gazeta polska, idąc w tem za Słowem, odżywiła myśl wznowienia tanich i^d ezytów. Myśl laka błąkała się parę lat temu
i spełzła na niczćm, zpowodu braku odpowiedniego miejsca. A tymczasem dawne odczyty dla rzemieślników, wygłaszane szczególnićj w teatrze Rappo, cieszyły się wielkiem poparciem i zgromadzały przecięciowo po 800 kilkudziesięciu słuchaczów. Rzecz więc odpowiadała potrzebie, niosąc pożywną strawę umysłom prostaczków, dla których u nas literalnie dzisiaj nie robi się nic...
Przypomina również Gazeta polska inną myśl, także piękną i także godną zbudzenia się do czynu, a mianowicie zamiar dawny utworzenia resursy rzemieślniczej. Mysi ta poszła ad acta, jak wiele innych, ale trzeba ją koniecznie stamtąd wydostać na światło dzienne, bo tego warta. Ci, cojąchcieli urzeczywistnić, po niefortunnej próbie dali za wygraną. Co do nas, sądzimy że przyczyną niepowodzenia było niedostateczne umotywowanie pomysłu. Pod tym względem nie trzeba słów żałować, a tyle jest do powiedzenia na korzyść projektu!...
Kuryer warszawski L ilka dni temu pomieścił wyjątek z listu fabrykanta lipskiego, w którym ten pan na narzekania, iz kapitały u nas boją się przemysłu, radzi nadewszystko, aby fabrykacyą udoskonalić, wyrobom jej nadawać formę skoń-czoności, wyjść z rutyny i fuszerki, bo to jedyny sposób zniewolenia kapitalistów, iż potem sami napraszać się będą, kle, naszem zdaniem, niepodobna podnieść i uszlachetnić przemysłu, nie podnosząc i nie uszlachetniając rzemieślnika. Dopóki on będzie dwunożną machiną, automatycznie wykonywającą swoje czynności, dopóki nie pozyska świadomości, że ma prawo ludzkie myślenia i wynajdywania, dopóki nie zrozumie, że ód pracy rąk jego, zarówno jak gkwy, zależy ilość kapitału i bogactwa społecznego, dopóki wreszcie nie wyjrzy z brudnych ścian zadymionego i cuchnącego szynku na dzienne światło spraw ludzkich— dopóty wszelkie pobudki do doskonalenia przemysłu będą hasłami głoszonemi na puszczy.
Władze naukowe j miejskie w ostatnich czasach pomnożyły znacznie liczbę szkół dla terminatorów; mamy też nadzieję, że zczasem nasze kiełkujące muzeum przemysłowe stanie się tem, ozem być powinno — nauczającym zbiorem okazów pracy ludzkiej, kształcącym gust i sztukę rękodzielnika; ale to wszystko nie wystarczy, dopóki biedny pracownik po całotygodniowych trudach nie znajdzie uszlachetniającej rozrywki, amyśl jego bodźca do działania, do wyjścia z sennego letargu i apatyi.
Cokolwickbądź piszą nieprzyjazne nam gazety sąsiednie o małćm znaczeniu naszego przemysłu dla państwa i jego ekonomii—prawdą jest, że ma on ważne zadanie wstrzymywania naporu produ-kcyi zachodniej. Dziennikarzom, gdy taka ich wola, umyślne niezrozumienie tćj rzeczy darować można; władze jednak trochę inaczej na to patrzą. Już dzisiaj wiemy wszyscy aż nadto dobrze, źe walka przemysłu obcego z krajowym toczy się na własnym naszym gruncie i żc jeżeli w niej ulegniemy, będzie to nietylko stratą naszą... Sądzimy przeto, iż to motyw dostateczny, aby zpowo-du jego wyjednać było można i resursę rzemieśl-u.czą, tylko powtarzamy, słów’ wyjaśnienia skąpić nie należy.
Miastu naszemu przybędzie szkoła rzemiosł, dzięki funduszowi, zapisanemu lat temu dwadzieścia parę przez Michała Konarskiego. Kurs jćj będzie sześciolcrm, ale dla zdolniejszych uczniów czas nauki może być skróconym, jeżeli tak zadecyduje rada pedagogiczna przyszłego zakładu. Program jego ma być taki sam, jak program istniejących już szkól rzemieślniczych, z dodatkiem jednak nauki rzemiosł. Wedle ustawy, przez władzę zatwierdzonej, szkoła mieć będzie inspektora, dwócli duchownych do wykładu reli-gij, dwóch nauczycieli przedmiotów naukowych, dwóch nauczycieli rzemiosł i dwóch pomocników. Roczny budżet szkoły obliczony został nars. 4,850.
O zakładzie tym, nieistniejącym jeszcze, nic oczy wiście naprzód powiedzieć uie można, chyba to tylko, że jest... potrzebny.
Rozkwitła w pełni wiosna, wczesna bardzo, a upalna niezwykle, darzy nas zwykłemi przyjemnościami .ozrywkaini. Jeszcze się maj nie
GDAŃSK.
Widok na Motławę z mostu „Zielonego.”


Mb Mii Hilłj
Otwarcie wód mineralnych, w ogrodzie Saskim. Rysunek oryginalny C. Jankowskiego.
(375)
330
skończył, a już na polach mokotowskich odbyto pićrwsze zapasy wyścigowe... przy towarzyszeniu nie jednego, jak dotąd, ale kilku totalizatorów. Szulerskie te przyrządy ustanowiono w roku bieżącym na różne ceny; można było poczynać od rubla, a jechać jaknajwyżćj. Oczywiście i w tym rozdziale na położenia towarzyskie! objętość kieszeni rządzono się zasadą, że co innego jest rublowy plebs, a co innego śmietanka z wielkopań-skim kożuszkiem.
Jakoś nam się zdaje, że wyścigi u nas przesta-ją posiadać siłę przyciągania. Między jeźdźcami i końmi mieszanina ogromna. Kiedy program głosi, że „panowie jadą,” to publika uśmiecha się litościwie i w „panów” uwierzyć nie chce. A wiara w prawdziwych „panów” stano” iła właśnie owo grent attraction zapa ow. Dziś dużo się pod tym względem zmieniło. Sport wyścigowy stał się potroszc spekulacyą i rzemiosłem; totalizatory nadały mu charakter loteryjki, w którą się gra z małą stawką. Ani porównania do Londynu i Paryża!.. To—panie dobrodzieju—sklepik wiktuałów przy tamtejszych składach, do których złoto przywożą zc wszystkich świata kopalni!
Jeżeli same wyścigi tracą swój wiclkopański urok, to zato przybierają znaczenie wybornego pretekstu do sprezentowania mód wiosennych. Kto może i ma na to, przestraja się według zur-uala i z dumą odgrywa zaszczytną rolę inodniar-skiego wieszadła.
Aż mrowie przechodziło po skórze na widok pań naszych, które, opięte, obciśniętc, poszame-rowały się akselbantami, ponaszywały szewrona-mi, poznaczyły naszywkami i galonami, niby jakaś armia bezbronna wprawdzie, ale zawsze niebezpieczna i zabojeza. Kapelusze z wystającemi na przedzie rondami przypominają rycerzy home-rycznych, a paski rzemienne, ściskające kibicie, z najsłabszych istot zdąią się czynie złośliwe— osy.
Ród męzki zato- - mówimy tu o tych jego okazach, które się chętnie krawcom dają wystrychnąć na dudków— coraz bardziej zbhża się w swojćm „ukostiumowaniu” do ideału szat niewieścich. Więc począwszy od suto wykrojonych ciżemek i laldzisto puszczonych ekspriiuablów, a skoń-czywszyna fantazyjnych kapelusikach i płaszczykach obcisłych w stanic, a przy ozdobionych w naiwne pelerynki—ci śliczni „łiogowie” ubrani są tak, że istotnie wyglądają na coś pośredniego między mężem, a białogłową. Ani jedm, ani drugie jednak do uleliby się nie przyznali. Wy-wojskowione strojem panie dosyś pogardliwie spoglądają na tc lalki z wąsami, kręcące się między ludźmi z taką dumą i pewnością, jakgdy-by spełniły najwyższe zadanie istoty myślącej, skoro zrobiły z siebie... dziwolągi.
Pisma codzienne donoszą, że w biurze paspor-towćiu urzędnicy zawaleni są robotą, Im połowa mieszkańców Warszawy ma zamiar jaknajpredzej czmychnąć na letnie mieszkania i... zagraniczne wycieczki. Maluczko, a zostaną ci tylko, co już nic mają nic do stracenia, luli których obowiązek przykuwa do rozpalonego bruku... Ha... trzeba będzie łykać kurz i piasek, któremi brukarze zasypują swoje fuszerki przed oczyma iiiżcnierów-odbiorców, oddy chać dymem asfaltu, tańcować po ulicach przy omijaniu rusztowań i zagród, a couiedzieła i święto przypatrywać się podmiej skim brudom na tak zwanych „majówkach," które już dzisiaj mają całe tłumy gorliwych uprą wiaezy.
tSi. M. Rz.
Przegląd polityki zagranicznej.
21 niuja.
Parlamentaryzm w Niemczech z kazdymprawie miesiącem traci znaczenie i do coraz skromniej
szej redukowanym jest roli. Po projekcie wskrzeszenia Rady stanu, który nie został zaniechany, lecz wkrótce ma być wprowadzonym w życie, nastąpił teraz reskrypt cesarza Wilhelma, na który mnićj może niż należy zwrócono uwagi, dlatego że oswojono się poniekąd z ciągłemi dążeniami ks. Bismarcka do podkopywania systemu parlamentarnego w państwie niemieckiem.
Przez wskrzeszenie Rady stanu, która opracowywać będzie wszystkie projckta rządowe wnoszone do Izby, sejm pruski w przyszłości postawiony będzie w położeniu, w jakiem nie znajduje się obecnie żaden parlament europejski. Wnoszone do Izby wnioski rządowe będą miały niejako zgóry saukcyą monarszą, gdy według zasad parlamentarnych pochodzić winny bezpośrednio od wnoszących je i stających w ich obronie ministrów. Zniknie w ten sposób ostatni cień odpowiedzialności ministeryum przed Izbą.
Reskrypt cesarza Wilhelma, datowany z d. 8 b. m. i ogłoszony w lieichsauzeigtrze, a zatem mający moc prawa, z innćj strony podkopuje parlamentaryzm. Wywołały go kilkakrotne uchwały Izby deputowanych, żądające pociągnięcia do odpowiedzialności urzędników za przekroczenia kompetencyi podczas wyborów. Reskrypt powiada wyraźnie, iż uchwały podobne są wkraczaniem w sferę konstytucyjnych przywilejów króla. Izba więc uie ma prawa upomnieć sic nawet o swobodę wyborów, a system nacisku rządowego na wyborców, ażeby głosowali za wskazanymi przez rząd kandydatami, chociażby nawet ten nacisk objawiał się tu i owdzie z przekroczeniem zakresu kompetencyi przez lokalnych piastunów władzy, uzyskał tym sposobem zupełne uprawnienie.
Zdaje się, że reskrypt ten wydany został w przewidywaniu, iż Izba oprze się przedłużeniu ustawy o socjalistach i że trzeba będzie rozwiązali parlament. Rząd otwićral sobie tym sposobem drogę do potężnego wpływania na wybory i kładł tamę wszelkim późniejszym ze strony Izby proŁestwom. W reskrypcie wszakże zdaje się być mowa tylko o wyborach do sejmu pruskiego, łatwoby jednak było analogicznie zastosować go także do wyborów do parlamentu.
Obecnieokazał się on niepotrzebnym; parlament, dzięki taktyce centrum, nietylko zatwierdził przedłużenie ustawy wyjątkowej przeciw socyalistom, tak jak sobie tego życzył rząd, to jest bez zmian i modylikacyj, ale nadto przyjął dodatkową ustawę prze* iw anarchistom, ograniczającą wolność wyrabiania i sprzedaży materyałów wybuchowych — nowa broń jednak została ukuta i pozostała w arsenale rządowym, a przy najbliższych wyborach z pewnością będzie użytą.
Postępowania centrum w sprawie ustawy przeciw socyalistom, umożebuiające ks Bismarckowi zwycięztwo, kazało przewidywać, że wkrótce sic dowiemy, iż sprawa ugody polityczuo-kośeiclnej ma lepsze przed sobą widoki. Jakoż wistocie powiedział to minister wyznań Gosslcr na posiedzeniu sejmu-d. 17 b. m. podczas rozpraw nad wnioskiem W indhorsta, żądającym organicznej rewizyi ustaw majowych. Wniosek ten upadł, jak było do przewidzenia, ale minister wyznau oświadczył, iż rząd w zasadzie nie jest przeciwnym rewizyi ustawodawstwa majowego, trwa jednak ciągle priy przyjętej metodzie czynienia kościołowi ustępstw jHtri jietssu, to jest w zamian za c zy nione ustępstwa, okaże się zatem skluiL* nym do dalszych kroków pojednawczych, jiżeli przjjdz.c do przekonania, iż doprowadzą one do pomyślnych rezultatów. Oddawna już p. Gosslcr nic przemawiał tym tonem w sprawie ugody po-lityczno-koscielnćj.
W d. 19 maja sejm pruski został zamknięty, a parlament niemiecki jeszcze w dniu ló b. m. odroczył się na czas nieograniczony.
Projekt konferencji mocarstw w sprawie linan-sów egipskich pozostaje dotąd w tem samem sta-dyum uiezdccj dowanem. Według ostatniego oświadczenia Gladstona w Izbic niższej, rząd angielski nic zmienił swoich zapatrywań w tej spra wie, ale sędzi, iż wymiana myJi z Erancyą w przedmiocie dalszych losów Egiptu jest pożą-daną dla obu mocarstw, i że dopiero po poi ozu
mieniu się wzajemnem Anglia i Francya zażądają opinij innych państw, podpisanych na traktacie berlińskim. Widać z tego oświadczenia, iż układy z Francyą idą dość twardo, a z przemówień lorda Granrilla i lorda Kimberleya na jednem z poprzednich posiedzeń należałoby wnosić, iż rząd angielski wołałby raczćj wyrzec się myśli konferencyi, niż poddać pod rozbiór mocarstw traktatowych całą swoje politykę egipską.
W Sudanie tymczasem bieg rzeczy układa się coraz gorzćj. Osman Digma ukazał się znowu pod Suakimem, gubernator Dongoli w każdćj chwili oczekuje ataku powstańców, zaś położenie Gordona-baszy,obsaczonego przez hordy powstańcze w Chartumie, jest prawic rozpaczliwe, chociaż lord Granville, z konieczności patrzący na nic przez szkła różowe] oświadczył w Izbic gmin, iż niema powodu obawiać się q niego, gdyż udało mu się w ostatnich czasach wykonać kilka szczęśliwych wycieczek. Wyprawa w pomoc Gordonowi-baszy, jak zapewniają informacye prywatne, jest podobno już postanowioną i od płynąć ma w czerwcu.
Rząd francuski opracował już projekt rewizyi konstytucyi i wniesie go zaraz po otwarciu Izb najprzód do Izby deputowanych, a następnie dopiero do Senatu. Będzie to, jak wiadomo, z małą może modytikacyą ów projekt Gainbetty, który' stał się powodem upadku jego gabinetu, a którego główną treść stanowi zmiana systemu wyborczego przez zaprowadzenie wyborów zbiorowych (scrutoi de lisie) i zniesienie senatorów dożywotnich. Rząd p. Ferry, od czasu objęcia steru spraw francuskich, okazał tyle taktu i umiejętności sterowania, że zdaje się iż nic wystąpi z tym projektem lekkomyślnie, narażając nawę swą na rozbicie, i że umysły deputowanych i senatorów zostały już należycie przygotowane na przyjęcie tej doniosłej reformy, inąjącćj dać Francyi rząd silny i solidarną większość w Izbie.
Sprawa wyboru następcy Aleko baszy (ks. Vo-goridesa) w Rumelii wschodnićj została załatwioną. Gubernatorem został mianowany kandydat popierany przez rząd rosyjski Krestowicz. Na stanowisku przedtćm zajmowanem sekretarza generalnego umiał on zjednać sobie syinpatye Bułgarów, nie narażajac się Grekom i muzułmanom. Jest dobrze widziany w Konstantynopolu, mimo to jednak idei połączenia wschodniej Rumelii z Bulgaryą przeszkód stawiać nie będzie.
Nowy gabinet hiszpański Canovasadcl Castillo przedstawił ua zebraniu większości Kortezów swój program ministeryalny, w którym oświadcza sic za wszclkiemi swobodami konstytucyjne-mi i postępoweini, o ile one nie zagrażają ustrojowi społecznemu. Kząd Gan«»vasa będzie szukał punktu oparcia we wszystkich party ach monar-chicznjch, nic zawierając kompromisów z wrogami istniejącego porządku.
iijmtirie Krfiszeirsl.hgo poświęciliśmy w niniejszym numerze osobny artykuł, tu zatem tylko dodamy, według ostatnich telegramów, żc pozostawienie skazanego na wolnej stopie trwało zaledwie kilka godzin, gdyż zaraz w dniu zapadnięcia wyroku, w poniedziałek wieczorem, nadprokurator Sackendof wydał rozkaz odwiezienia go do wię zienia sądu powiatowego w Lipsku. Stało się to na podstawie orzeczenia lekarzy sądowych, izcho roba Kraszewskiego nie jest niebezpieczną. Siickendof upiera sic przy osadzeniu skazanego w Magdeburgu, lub wreszcie w Kladzku na .Szlązku, ale koniecznie w fortecy pruskiej, a nic w saskim Kouigsteiiiic Deeyzya ostateczna zależy od urzędu spraw .edliwosci w Berlinie, w porozumieniu z saskićnt ministeryum sprawiedliwości. Weelu przyśpieszenia dccyzyi co do wyboru miejsca, adwokat Saul udał się do Berlina, tymczasem osadzonemu w wiezieniu lipskim Kraszewskiemu dają wikt więzienny, a przysyłanego mu wina i t. p. nie przy jmują, burowmć tak; przykre robi wrażenie na opinii publicznej.
331
DWIE DOBY W GDAŃSKU.
Wrażenie ogólne.—Motława: Spichlerze, winny, most Dlngi, most Zielony.—Dzieje.—Brama Zielona. — Ratusz —Giełda.—Arsenał.—Kościół Panny Maryi. — Kościul dominikanów.-—Klasztor ks. ks. franciszkanów.—Muzeum miejskie.— Pracownia Stryjowskiego.—Dom szezeropolski.—Cmentarz Ś. Mikołaja. Groby Gryglewskiego i Rolna.—Stowarzyszenie polskie „Ogniwo.”—Oliwa.—Zakończenie.
Ze wszystkich miast starożytnych dawnej Polski, najgłębsze, najbardziej niezatarte wrażenie na zwiedzającym go podróżniku czyni niezawodnie Gdańsk, jedno z głównych niegdyś siedlisk związku banzcatyckiego. Wchodzisz tu w świat zupełnie różny od tego, którego blask opromienia inne ogniska cywilizacyi europejskiej. Wprawdzie niebrak i w Gdańsku wytwornych sklepów, okazałych gmachów nowożytnych i zakładów publicznych: ale zejdź kilka kroków na bok od głównych arteryj życia miejskiego, od Langegasse lub Breitcgasse, stań nad brzegiem Motlawy, albo na którym z jej mostów—a owicje cię odrazu at inosfcra zamierzchłej przeszłości. Zdumione oko twoje, z dziwnem, nieokreślonym jakićmś uczuciem tęsknoty i żalu po minionej świetności naszej, spocznie na wzniesionych po obu stronach rzeki wązkieb, wielopiętrowych domach, o szczytach wyzębionych, lub spiczasto przyciętych; na olbrzymich tych magazynach i spichrzach, zaopatrujących niegdyś w zboże polskie całą zachodnią Europę; na potężnych windach do ładowania i wyładowywania ziarna — przyrządach pierwotnej bardzo konstrukcyi, ale działających i dziś tak samo, jak działały przed wiekami; na nieustannym wreszcie ruchu większych lub mniejszych statków, parowych i wiosłowych, snnjących się ciągle po Motlawic. Wszystko to przenosi cię myślą w czasy Kaźmirzów i Batorych, czasy dawno ubiegłe, niepowrotne, a jednak zdaje się tak blizkie..
Zatrzymywaliśmy się na moście „Długim” (Langcbrucke), a głównie na „Zielony m,” owym moście odwiecznym, o którym Klonowicz mówi W' swym „Flisie:”
Ukażęć drogę do Motlawy prostą, Będę u ciebie wodzem i starostą, Od warszawskiego, aż do Zielonego Mostu gdańskiego.
Masz most Zielony', cel naszej roboty,
Tu wzwody, wschody, dziwne kołowroty,
Masz wagę, trety, lawy, dziwne sprawy, Różne zabawy.
Tu masz okręty z plócienncmi skrzydly, Tu masz z za morza trefne skrzydly widły. Maszty wyniosłe z bocianiemi gniazdy,
Pod same gwiazdy.
Jakże uroczy ztąd widok!... Gdańsk, to niby Wcnccya północny, a Motława to Canale Grandę; tylko żc zamiast napół zniszczonych pałaców’ królowej Adryatyku, stoją tu rzędem spichrze zbożowe, a zamiast gibkich, naksztalt młodej dziewicy, goudoł, z ostro zakończonym dziobem, warczą kola ciężkich parowców i szumią wiosła gęsto uwijających się statków ładownych. Tam ślad przy ćmiony bogactw i zbytku spanoszonćj Signoryi —tu uszczuplony nieco, lecz krzepki zawsze ruch bandlowo-mieszczański.
„Zielony” most, w chwili gdy to piszę, nie istnieje już w dawnym swym kształcie. Właśnie podczas pobytu naszego w Gdańsku, w locie roku 1883, przystępowano do jego rozebrania. Na miejscu jego stanąć ma, i zapewne już stanął, ozdobny most żelazny. Prawdopodobnie zachowa on nazwo „Zielonego,” uświęconą w ustach Indu tradycyą wieków; ale dla nas, bądźcobądź, nie będzie to już ów most opiewany przez Klono-wieza, z którym tyle łączyło się wspomnień...
Dzieje Gdańska związane są ściśle z dziejami Polski, od pięciu wieków przeszło, początek zaś
miasta w uicpewnćj ginie pomroce. Wiadomo tylko, że w IX już stuleciu była tu osada rybacka Pomorzan, obok której Duńczycy wznieśli wkrótce zameczek obronny, zdobyty w r. 1185 przez Sobiesława, władcę Pomorza. Synowie jego, Sambor i Mestwin, już się pisali lianami na Gdańsku, a wnuk Świętopełk III około r. 1230 zbudował tu kościół i klasztor dominikanów. Atoli na schyłku dopićro XIII wieku Przemysław król polski czynnie się zajął urządzeniem całej tej części Pomorza i utworzył województwo gdańskie, którego stolica już wtenczas należała do związku banzcatyckiego.
Po śmierci tego znakomitego monarchy, kolejno margrabiowie brandeburscy i Krzyżacy wydzierali sobie zamek i miasto, aż wreszcie ci ostatni r. 1308 zdradziecko Gdańsk napadli 1 10,000 ludności polskiej, bez względu na wiek i pleć, w pień wycięli. Odtąd przez półtora wieku blizko, wy darty plemieniu rodzinnemu, Gdańsk pozostawał w mocy zakonu teutońskiego, który zniszczone przez siebie miasto uanowo z drzewa nad Motławą odbudował, oraz zmurował ratusz i kościół farny Panny Maryi (4343). Boku 1393 straszny nieurodzaj w calćj zachodniej Europie stał się dla Gdańszczan źródłem bogactwa. Trzysta okrętów, pod banderą Anglików, Francuzów i Holendrów, wpłynęło naówczas do portu gdańskiego, żądając zboża, które im też kupcy z ogromnym zyskiem sprzedawali.
Zwyeięztwo pod Grunwaldem r. 1410 zachwiało potęgę zakonu w Prusiech, a wtedy i Gdańsk poddał się orężowi Polskiemu; z powodu jednak opieszałego prowadzenia wojny ze strony Władysława Jagiełły, mieszkańcy miasta zaczęli znów potajemnie łączyć się z Krzyżakami. Dopiero w r. 1454 przepełniła się miara okrucieństwa, z jakićm rycerze krzyża od lat tylu ciemiężyli ziemię słowiańską. Nietylko szlachta z ludem wiejskim, lecz i miasta naw'et, po większej części osadzone Niemcami, oddały się wtedy dobrowol nic pod opiekę Kaźmirza Jagiellończyka. Gdańsk przewodniczył w tym ruchu; to też król polski liojuic go obdarzał, nadając miastu różne przywileje i zmniejszając opłatę GO,000 zlr., składaną dotąd Krzyżakom, do 2,000 zł. ty Iko.
Reforma religijna Lutra, za staraniem Albrechta margrabi brandeburskiego, który wujowi swemu Zygmuntowi 1 wypowiedział posłuszeństwo, poczęła szerzyć się i w Gdańsku, stając się powodem licznych zaburzeń, które silą powściągać przychodziło. W ogólności Gdańszczanie, rozzuchwaleni wielką swrą zamożnością, raczej za niezależnych sąsiadów, niż za poddanych rzeczy-pospolitej uważać się poczęli. Zuchwalstwo ich do tego nawet doszło stopnia, żc gdy przezorny Zygmunt August, widząc dążność Szwecyi do opanowania brzegów' morza Bałtyckiego, zajął się utworzeniem floty polskiej, którćj kilka okrętów, pod dowództwem kapitana Szerpinka, stało przed portem Gdańskim, poduszezeni przez Szwedów i Duńczyków, flotylę. tę zniszczyli. Wobec podobnych nadużyć, na sejmie waszawskim 1570 r., postanowiono samowolę tę ukrócić i wysiano w tym celu komisarzy, których jednak rozporządzeniom mieszczaństwo poddać się wzbraniało.
Po clekey i Stefana Batorego, Gdańsk nic chciał uznać go za pana, bez poprzedniego przywrócenia niektórych od< branych sobie przywilejów. Przyszło ztąd do otwartej wojny i król w roku 1577 przystąpić musial do oblężenia miasta. Widząc, że nic ostoją się przed silą przeważną, zbuntowa ni mieszczanie Stefana przeprosili, obowiązując się do zapłacenia 20,000 czerw, zł. na odbudowanie zburzonego przez lud klasztoru o’iwskiego, a 200,000 zł. polek. wciągu lat pięciu, jako zwrot kosztów' wojennych. Nawzajem król zezwolił na odbywanie w niektórych kościołach’ publicznych nabożeństw luterańskieh i zwrócił miastu dobra zabrane.
Za panowania Zyrgmunta 111, mimo przesadzonej żarliwości religijnej tego króla, Gdańsk, który już w roku 1532 otrzyma! przywilej wysyłania posłów na sejm, podczas dwukrotnego najazdu Szwedów, pozostał wiernym rzeczypospolitćj
i wiele ucierpiał od wojsk Gustawa Adolfa. Syn i następca Zygmunta, Władysław 1V, pod kierunkiem Arciszew skiego i Platucra, wzdłuż brzegów Bałtyku nowe tworzył przystanie i zbrojownie, urządzając przytćm flotę, pod dowództwem Jerzego Denhofa i Gundclsterna.
Pomimo atoli klęsk wojennych i strasznej w r. 1G39 zarazy, handel Gdańska był wtedy najroz-leglcjszy, bogactwa coraz większe, a ludność do 80,000 głów dochodziła. Zapotrzebowania zboża do Niemiec, Anglii, Francyi i llolandyi rosły coraz bardziej, tak iż corocznie około 60,000 ła-sztów żyta i pszenicy ztąd wywożono. Handel też przywozowy przez Gdańsk do Polski ciągle się wzmagał, bo nawet płody wschodnie i amerykańskie już sobie drogę na morze Bałtyckie utorowały. Francya wina swoje i oliwę, Holandya sukna, płótna, makaty, papier i wiele różnych wyrobów do szat kobiecych dostarczały. Więcej niż tysiąc statków bogactwa te spławiało zewsząd do portu gdańskiego. W takim stanie rzeczy Władysław IV poczytał za słuszne, aby i Gdańsk do potrzeb krajowych stale się przykładał, skutkiem czego miasto zobowiązało się wnosić corocznie do skarbu królewskiego 000,000 czerw, zl.
Czasu napadu Szwedów pod Karolem Gustawem, za rządów'Jana Kaźmirza, Gdańszczanie dowiedli czynem szczerej swej przychylności dla panow ania królów polskich. Roku 1G55 senat, uprzedzając oblężenie, dwie góry wznoszące się nad miastem silnemi obwarował twierdzami, a w listopadzie, za zbliżeniem się nieprzyjaciół, nie wahał się zburzyć niektórych przedmieść. Wysiłki te trwały do roku 1GG0, to jest do zawarcia pokoju oliwskiego, i kiedy wszystko prawie ugięło się przed potęgą wroga, Gdańsk wytrwał i bram swoich najezdnikom nie otworzył.
Ku końcowi X\ II stulecia, razem z klęskami na kraj cały spadającemi, zmniejszyła się także i pomyślność handlowa Gdańska. Gdy w roku 1697 przez śmierć Sobieskiego tron polski został osierocony, przybył do miasta na okrętach francuskich książę Conti, spólzawodnik Augusta II; ale napadnięty przez wojska saskie i Polaków sprzyjających Augustowi, ratować się musial ucieczką, zabrawszy cztery okręty kupieckie, które sprzedał Danii za 33,000 talarów.
Plądrowania Karola XII po ziemi polskiej dotknęły i Gdańsk, którego handel znacznie ucierpiał; w roku zaś 1709 morowe powietrze wytępiło tu przeszło 24,000 ludności. W bezkrólewiu po Auguście II schronił się do miasta roku 1734 Stanisław Leszczyński, oczekując posiłków francuskich; lecz przyparty silą przeważną, uszedł do Królewca, spuściwszy się z baszty fortecznej do przekopu. Miasto poddało się wtedy hr. Miinich, dowódzcy wojsk rosyjskich, i zapłaciło milion talarów koutrybucyi, a przytćm 30,000 czerw, zl. podarunku dla generałów.
Pićrwszy podział kraju uczynił Gdańsk wolnein miastem, pod protektoratem Polski; w drugim zaś podziale, od 28 marca 1793 r., stale przyłączony' został do królestwa pruskiego. Tu urodzili się: Jan Dantyszek uczony biskup warmiński, sławny astronom Heweliusz, znakomity geograf Filip Klnweryusz i Lengnich, autor historyi prawa polskiego.
Po krótkim tym ry sic history czuy m, będącym pobieżnćm tylko przypomnieniem główniejszych chwil dziejowy cli Gdańska, powracam do miasta i niektórych pamiątek jego, w teraźniejszym ich stanie.
(Dalszy <.! ,• ; nastą/i.j
Korespoiflencya Tyiodtiika ilnstrowaiiEjo.
Lwów, 11 maja J8t>4.
Prof. Zacharyewićz i kolo polskie — Sprawa kolei północnej.— Losy funilac.yi Skarbkowskiej.— Arcybiskup Wierz-chlejski i biskup Wojuarnwicz Zjazd literatów we Lwowie.— W ystawa obrazów Matejki.
Od czasu ostatniej mojćj korcspondencyi dosy ć już wody w' Peltwi upłynęło, a wraz z wodą
332
i wypadków, poruszających umysły mieszkańców nadpełtwjańskiej stolicy; do najważniejszych należało wystąpienie naszego posła, prof. Zaeha-rycwieza, z kola polskiego w Wiedniu, a raczćj złożenie przezeń mandatu w ręce wyborców. Był to temat, o którym nasze dziennikarstwo pisało przez trzy tygodnie, jeżeli nic dłużej, psując niemało krwi stronnictwu konserwatywnemu, a p. Grocholskiemu w szczególności. Czytelnicy przypomną sobie zapewne, że prof Żacharyewicz, ubiegając sic o poselstwo Jo Bady państwa, współzawodniczył z p. Romauowiczem; 10 było dostatecznym powodem, aby miał za sobą wszystkie głosy rządowe i cały wpływ stojącego u steru spraw krajowych stronnictwa. Sam nic wiedział p. Żacharyewicz, jak się stał rządowym kandydatem, ale stał się nim niezawodnie i odziany tą renomą, wszedł do koła polskiego. Zdawało się stronnictwom, żc ua powolność jego można liczyć i że nawet go czasem zlekka można traktować. Pan Żacharyewicz jednak przyrzekał wyborcom swo.m popierać wszystkiemi silami interesa ekonomiczne kraju, a w pierwszćj linii Lwowa, i stosownie do tego przyrzeczenia, gorąco upominał się w kole o zajęcie się nader żywotną Sprawą kolei Lwów-Sokal. Tymczasem z wnioskiem jego prezydyum koła tak jakoś niedbale się obeszło, ze szanowny profesor nietylko uczuł się dotkniętym, ale i spostrzegł, iż skutecznie nadal nie może zajmować tak ważnego krzesła poselskiego miasta Lwowa. Złożył więc mandat i otworzył pole dla nowej walki wyborczej, którą dziś prawdopodobnie inny niż przed rokiem uwieńczy rezultat.
Możnaby myśleć, źe krok p. Zacbaryewicza elektrycznie podziała na członków koła polskiego, bo zaszedł tam niedawno wypadek, świadczący że wpływ ultra-konscrwaty wnyeb sterowników kola znacznie osłabł. Chodziło o to, jakie stanowisko ma zająć koło polskie wobec bardzo wa żnćj dla państwa sprawy kolei północnej (krakowsko wiedeńskićj), którą rząd niewiadomo dlaczego chce odda*’ koniecznie i nadal lioŁszyTdom. podczas gdy opinia publiczna, tak naszego kraju, jak i •alej Przcdlitawii, domaga się. jej upaństwowienia. Minister skarbu najwięcej zapewne liczył w tej sprawie na poparcie koła polskiego; prezes też koła był za wnioskiem rządowym i •'.dawało się, że większość nieinaczej się oświadczy; tymczasem większość, i to znaczna, poszła za głosami księcia Jerzego Czartoryskiego i pana Uausnera i ośw ladczy ła sie stanowczo za upaństwowieniem kolei północnćj.
Ale przejdźmy na horyzont lwowski. L' sy funda-cyi Skarbkowskiej domagają się koniecznie, aby o nich kilka słów powiedzieć. Co to jest za fun-dacya, czytelnicy zapewne pamiętają, ale dla tych, którzy o niej nie wiedzą, muszę tyle przynajmniej powiedzieć, źe hr. Skarbek, ten sam ktorego imię nosi obecny teatr lwowski, zapisał ogromny majątek ua zbudowanie i utrzymanie Zakładu dla wdów’ i sierot, kuratorem fuudacyi był i jest jeszcze dotychczas książę Jabłonowski, a dyrektorem zaś jej, t. j. administratorem wszystkich majątków, niejaki p. Kóycss, który przez parę dziesiątków lat swojej służby dorobił się krociowego majątku. Niezadowolenie opinii publicznej z gospodarki fuudacyi iSkarbkowskićj było wieikic i datuje już od długiego szeregu lat, ale nigdy jakoś nie zaszło nic takiego, coby zmusiło Wydział krajowi, jako władzę kontrolującą, do energicznego wystąpienia w lej sprawie. Aż oto dopiero w ostatnich tygodniach zaszedł wypadek, który zmusił Wydział krajowy do wytoczenia groźnego procesu p K<»vessowi. 1’. Koicss na tę wiadomość uznał za stosowne podać się do dymisyi, którą naturalnie otrzymał, nie otrzymał tylko emerytury, lubo cłi« iał ją dla niego książę-kurator wyjednać u Rady nadzorczój. Dzir przed procesem, więcej o tej sprawie pisać nie wypada; jest ona jednak zbyt ważną, ażeby można było o niej zupełnie tu przemilczeć.
Śmierć arcybiskupa Wierzchlcjskiego, którego niniójwięcej obszórne życiorysy pomieściły wszystkie pisma tutejsze i warszawskie, wydobyła z niepamięci, aczkulwiek bardzo niedostatecznie,
inne czcigodne imię, księdza biskupa Wojnaro-wicza. W smutnej pamięci roku 184G, kiedy' tamten zasiadał na stolicy przemyskiej, ten byl biskupem tarnowskim. Oni dwaj tylko wtedy zpomiędzy prałatów galicyjskich mieli dość odwagi, aby rzucić klątwę na uczestników i sprawców rzezi. Rząd ówczesny domagał się odwołania klątwy, a nieposłuszeństwo przyprawić mu-siało o utratę dyecezyi. Biskup przemyski ugiął sie i odwołał, biskup Wojnarowicz, który, jako pasterz najsrożej dotkniętej rzezią dyecezyi tarnowskiej, uczuwał też najbardziej potrzebę użycia jaknajsurowszych środków kościelnych, wołał utracić stolice biskupią, niż odwołać rzuconą przez siebie klątwę. Utracił ją wistocie i żył odtąd ustronnie, w niełasce i zapomnieniu, nawet i wtedy, gdy się czasy zmieniły, a wraz z niemi i stosunek kraju do rządu. Kiedy umarł przed kilku laty w Krakowie, wieść o jego śmierci ledwie prześlizgnęła się po dziennikach; przynajmniej nie wiem, czy choć jedno pismo postaialo się o obszerniejszy jego życiorys, o ocenę zasług i charakteru nieboszczyka.
„Jak z różańca kalifów rubin i granaty,” tak z roku bieżącego sypią, się rozmaite zjazdy, a przynajmniej zapowiedzi zjazdów. I tak naprzód przy końcu maja zjazd w Krakowie pra cowuików na niwie historyi literatury, na początku czerwca zjazd przyrodników w Poznaniu, w jesieni zjazd archeologów we Lwowie. Do tych trzech przybywa czwarty, o którym ebeę właśnie parę słów powiedzieć. W roku przeszłym we wrześniu odbywał się pierwszy walny' zjazd literatów polskich w Krakowie, zwołany przez tamtejsze Koło artystyczno literackie. Jeszcze wiedy o zjeździe jubileuszowym imienia Kochanowskiego nic było mowy i kolo literackie lwowskie, nic spodziewając się tego zjazdu, zaprosiło zgromadzonych wówczas w Krakowie literatów, aby przybyli na drugi zjazd w roku następnym, t. j. bieżącym, do Lwowa Kiedy komisya akademii ogłosiła zjazd jubileuszowy, wielu członkom lwowskiego koła wydawało się, żc dwa zjazdy w jednym roku, jeżeli nie jednakowe, to przynajmniej dość pokrewne, to trochę zawiele, to jak dwa grzyby w barszcz, i byli oni tego zdania, że lepiej zjazd lwowski odłożyć na rok następny. Atoli na ostatnićm posiedzeniu Kola inne mniemanie wzięło górę, mianowicie, żc skoro się zaprosiło ua rok bieżący, cofnąć się nic można i odraczać nic pora, żc lepiej nawet narazić się na niepowodzenie i t. d. Tak więc ponownie uchwalony został zjazd literatów w jesieni tego roku do Lwowa.
Przed tygodniem może zamkniętą została wystawa obrazów Matejki, składająca się z dwóch wielkich i trzech małych płócien. Do większych należał Skarga odnowiony i najnowszy utwór Matejki „Wcrnybora,” do mniejszych dzieci krakowskiego mistrza. Zestawienie Skargi z Wer-nyliorą było dla widzów z wielu względów cieka-wem i pouczającem, tal dlatego, że spotykały się tu z sobą dwa teniata pokrewne, jak ze pomiędzy Skargą a Wcrnyhorą legła przestrzeń lat dwudziestu, cały pełen sławy zawód artysty, bo Skarga byl pierwszym obrazem Matejki, który mu zjednał rozgłośną sławę. Łatwo też z zesta wicnia tego mógł widz przekonać się, w jakim kierunku przedewszystkiem rozw ijał się ’ doskonalił talent Matejki. Pod względem prostoty i jedności Składu wątpię, by który z późniejszych obrazów jego mógł przewy ższyć Skargę, a i pod względem perspektywy powietrznej nic stoi Skarga bynajmniej niżej od późniejszych utworów Matejki. Ale tćj zuchwałej plastyki, z jaką dziś tworzone postacie krakowskiego mi-stra wydobywają się z obrazu, i tej potęgi indywidualnego życia, jaka ożywia te postacie, tego w Skardze trudno się jeszcze dopatrzeć.
W najnowszym obrazie Matejki tą potęgą i plastyką odznacza się przedewszystkiem sam Wer-nybora. Ma on w sobie coś z hebrajskich proroków; atletyczne kształty, a nawet kontury twa rzy, przypominają trochę Mojżesza Michała Anioła, a przecież czujemy, że to postać rodzima. Zda się że to olbrzym, którego ziemia ukraińska
wulkanicznie wydała, aby pokazać, jakie skarby drzemią w jej łonie. Jak sam jest on wulkaniczną postacią, tak i proroctwo dobywa się z nie go wulkanicznie: oczy mu żarem świecą, wyciągnięta ręka zdaje się drgać, a wewnętrzny prąd uczucia porywa widocznie tę postać atletyczną.
Wystawa sztuk pięknych
w l‘.i.ryżu.
fDokończenie.)
II.
Artyści polscy.
Liczebnie garstka polsk.ch artystów, postawiona wobec masy tutejszych, jest kroplą w oceanie; co do wewnętrznej jednak wartości nic potrzebujemy się wstydzić za nich, bo stoją pomiędzy wybrańcami. Nie wićmy dlaczego tego roku nic. znajdujemy na wy stawie imion dawniejszych lub nowszych, które tutaj przywykliśmy spotykać, dlaczego hufiec polski jest w mniejszym komplecie, niż zazwyczaj. Jeżeli to jest owocem rozczarowania, zniechęcenia, ze mimo ich wartości i powodzenia u znawców nie otrzymują nagród i medali, to trzeba przy pomnieć, że stowarzyszenie całkiem prywatne artystów francuskich, organizujące Salon, dąży wyłącznic do zadowolę nia swoich członków i że uważa się już jako nader liberalne, pozwalając obcej sztuce współzawodniczyć z francuską w jej własnej arenie. Niepodobna się spodziewać, aby urzędowo jirzy znano naszym artystom pierwsze miejsca. Samo przyjęcie cudzoziemskiego obrazu uważane być może jako świadectwo jego wyższości: innego odznaczenia oczekiwać nie powinni.
Matejko, otrzymawszy trzy' nagrody w Paryżu, w D-Gfr, 1867 i 1870 roku: medal pierwszej kia sy, krzyż legii honorowij i wielki medal honorowy, narzuca się tutejszym artystom swoją powagą i swoją sławą. 0 żadną nagrodę ubiegać sic nie może, otrzymawszy już najwyższe, i należy mu być wdzięcznym, że zechciał prac., swoję olbrzymią nadesłać do Paryża, gdzie, zgóry' to można było przewidzieć, powierzchownej tylko ocenie ulegnie. Ażeby wydać sąd słuszny o dziele sztuki, trzeba serce, trzeba sympatyą w czwać do udziału; a tu ty mczasem lekkomyślna plochośe, mania dowcipkowania nad przedmiotami, których się nie rozumie, wygodne znalazły sobie pole. I tak się tćż stało, llohl ruski, to dzieło potężne, przez które mistrz krakowski złożył nowe świadectwo, swego oryginalnego talentu, nie znajduje tutaj powodzenia. Strona narodowa, czysto polska, ta właśnie, która dla nas ma doniosłe znaczenie, jest dla tutejszej publiczności całkiem niezrozumiałą. Można było wprawdzie sądzie, żc wspólna do Niemców rasowa i polityczna niechęć pozwoli Francuzom przenieść się w przeszłość i zrozumieć filozoficzne znaczenie sceny, odtworzonej przez naszego artystę. Nićma jednak śladu niczego podobnego: stając przed dziełem sztuki, Francuzi nie mają zwyczaju historyo zoficzne snuć przędziwo. Brak znajomości etno-graficzno archeologicznej nie pozwala im także ocenić sumiennej pracy, z jaką Matejko wskrzesił ten świat szesnastego wieku w zbrojach, rynsztunkach, makatach, strojach. Pozo .tawala ini zatem do oceny poprostu strona matery aLia, ta właśnie, która krytyce najłatwiejsze daje poło. Wszyscy specy aliści przyczepili się do jaskrawego kolorytu Matejki, do nadużycia barwy czerwonej, do błyszczącej, migotliwej jego palety, do przeładowania obrazu osobami i strojami, do braku ugrupowania, do chaotycznego bezładu, do błędów perspektywy. Sposób malowania, metoda Matejki jest lak całkowicie przeciwna szkole francuskiej i przemagającym tu teoryom w święcie estetyków, że nie udało nam się spotkać ani jednego z kompetentnych sędziów, któryby oddał
333
- rozłożyste drzewo, którego konary i gałęzie oplatają obraz swoją złocistą tkaniną. Oddawna nic mieliśmy sposobności widzieć piękniejszego krajobrazu: jest on lekki, przejrzysty, powietrzny i mimo szczegółów’ misternie opracowanych, nie-,tracący nie na szerokim stylu. Tak pojmowana i tak tłumaczona przyroda sowicie opłaca artyście podjętą pracę wielkićm powodzeniem, jakie mu dajc.
Pan Józef Chełmoński wyrobił sobie pośród artystów miejsce wybitne i obrazy jego, szczególniej scenom rusińskim i koniom dońsko kozackim poświęcone, chętnych znajdują nabywców. Zarzucają mu, że maluje de chic, a nic z natury, że zawsze jedne i te same obrazy i sytuaeye przedstawia i żc paleta jego jest nieco ciężka. Treść jego odmienna jest niczaprzeczenie tą rażą. Obraz jego ma za przedmiot knlig, jadący przez śnieżną okolicę z muzyką i całym szeregiem sanek. Jesteśmy pewni, żc w sztychu lub fotografii nawet kom pozy cy a ta zyskać może wiele i żc wywrze wtedy przyjemne wrażenie. Znający się na malarstwie zrozumieją, do czego uwaga ta zmierza.
Pomiędzy portrecistami wzmiankować należy p. Pawia Merwarta i Gustawa Krabańskiego. Pierwszy daje portret poetki, pani Ackermann, zalecający się ścisłością rysunku i dokładnością anatomicznych studyów; drugi w portrecie znanego doktora Dcbackera zajmuje jako kolorysta miejsce zaszczytne. Jego obraz jest wybornie oświetlony, a niektóre szczegóły, jak n. p. ręce, wytrzymują najsurowszą krytykę.
Pan Łosik, uczeń Siemiradzkiego, ale niepo-siadający dotąd czaru swojego mistrza, i p. Ciesielski z dobrym obrazem, który skromnie podaje jako studium—oto i koniec olejnego malarstwa polskiego. Przepiórski, Piotrowski, Bakałowicz, Szyndler i wielu innych, których tu dawniej spo tykać mieliśmy sposobność, usunęli się ze szra-nck. Żałujemy.
W oddziale rysunków, pasteli, akwareli, mala-tury na porcelanie, miniatur, emalii znajdujemy także kilka nazwisk polskich, a mianowicie pani Grabowskiej, Bilińskiej, Plużańskiej i Wisłockiej. Wieśniaczka polska tej ostatniej jest wcale uda-tnym obrazkiem.
Pomiędzy dziełami dłuta mniejszy jeszcze jest nasz zastęp, gdyż trzech tylko polskich znajdujemy rzeźbiarzy, ale utwór każdego z nich zajmuje miejsce poczesne i można im nie półgębkiem, ale szczćrze oddać pochwały.
Cypryan Godebski jest artystą wysoce cenionym i zdolnym zająć świetne miejsce w dziedzinie rzeźby. Pragnęliśmy nieraz, widząc jego popiersia o szerokim stylu, ażeby się wzniósł do posągu dłuta jego godnym, albo do grupy. Życzenie nasze ziszczone zostało. Artysta rzeźbiarz staje przed nami z wielką płaskorzeźbą, będącą modelem do nagrobka. Anioł opiekuńczy, ojczyzna, bierze w swą opiekę dwoje sierot: myśl piękna, poetyczna i oddana w sposób ujmujący. Jeżeli linie architektoniczne nagrobka są surowe i poważne, to anioł wznoszący się ponad trumną ma w sobie idealną, powietrzną lekkość, a dwoje dzieci niemowląt postawie można obok najpowabniejszych krcacyj w tym rodzaju. Jest nareszcie jedność kompozyeyi w całej grupie i modelowanie nieposzlakowane. Nic wątpimy, że wykonane w bronzic, albo przedewszystkićm w marmurze, dzieło to policzonóm będzie do przedniej-szych prac rzeźby spólczesnej.
Przypominają sobie może czytelnicy, z jakim zapałem mówiliśmy w Tygodniku w roku zeszłym o młodym, debiutującym rzeźbiarzu, p. Henryku Kossowskim. Jego wielki posąg, Bernard Palissy, byl zadziwiającym utworem i nagroda jaką otrzymał pokazała, że i sami artyści ocenili jego war tość. Nas osobiście ten wyrok utwierdził w przekonaniu, żc miody nasz rodak jest bogato przez przyrodę obdarowanym. Oczekiwaliśmy niecierpliwie tegorocznego jego dzieła. Staje też z wielką figurą nagą, przedstawiającą galijskiego rycerza z hełmem i tarczą, rzucającego się przeciw nieprzyjacielowi. Nieustraszony artysta porwał się na zadanie niesłychanie trudne. Poza, jaką nadał swemu rycerzowi, jest nadzwyczajna i był-
naszemu artyście hołd, jakiego sie u nas spodziewano.
Nie widzimy potrzeby ani opisywania Hołdu jirusl.uigo, dobrze całej polskiej publiczności znanego, ani go wysławiania, gdyż oddano mu wszystkie możliwe pochwały. Chcielibyśmy tylko wobec przykrego wrażenia, jakie to niepowodzenie Matejki wywołać musi w naszej publiczności, dojść do praktycznego wniosku. Jeżeli publiczność nasza gotuje sobie na polu artystycznym nieraz rozczarowanie, pochodzi to ztąd, że nie posiada wystarczającego estetycznego wykształcenia. O sztuce prawi i pisze u nas każdy, powołany i niepowołany; czcze frazesa zastępują brak gruntownych naukowych podstaw. Wytworzywszy atmosferę nic z rzeczywistością nieniająeą wspólnego*, dziwimy się, że obłok różany pryska i stawia nas nagle pośród całkiem nieprzewidzianych okoliczności. Gdybyśmy byli chłodniejsi w naszym entuzyaźmie, gdybyśmy dn ieli zrozumićć, że do ocenienia dziel sztuki, do wyrokowania o nich, potrzeba specyalnych warunków, że to jest nauka jak każda inna, w takim razie nie wchodzilibyśmy na manowce. Dopóki sztuka polska była w pieluchach, śpiewaliśmy jej słodkie piosenki; dziecięcej dawaliśmy łakocie i pochwały; ale teraz, gdy zmężniała, gdy idzie o wlasnćj sile, czas-by było wyjść zc sfery wzajemnych admiracyj i powiedzieć, żc obok znakomitych, mamy i miernych artystów i że znakomici nawet nic są niepokalani, że i oni błędy popełniać mogą.
Piszący, czując że tu stąpa po kolcadi i że rozdrażnia narodowe uczucia, uznaje za właściw szc zatrzymać się wpół drogi: wskazówka ta wystarcza.
Najpiękniejszemi obrazami, wyszlcmi zpod polskiego penzla, są tu płótna Józefa Brandta i Artura Gąssowskiego. Obu należą się od nas bezwzględne pochwały.
Brandt odmalował spotkanie się dwóch pojazdów na ważkiej drodze, przy młynie, wśród pełnego inelaueholiczncgo wdzięku krajobrazu, Rozhukana czwórka zatrzymuje się raptownie, aby nic stratować skromnego wózka o dwóch szkapiętach. Przeciwieństwo pojazdów, zaprzęgów i ludzi wyśmienicie uwydatnione. Jest-to obrazek rodzajowy i nie chcemy w nim szukać czegoś więcej niż tego, co nam właśnie dać zamierza. Ale możemy mu obu rękoma przyklasnąć co do układu, kompozyeyi i artystycznej techniki. Od danie życia kipiącego w tćj scenie stanowi prawdziwy luur de fora i trzeba było długo a sumiennie studyować konie, aby tak je pochwycić na uczynku. Jest nietylko prawda i życie, ale pro stota i jedność kompozyeii u Brandta. I waga niczćm niewstrzymana skupia się na głównych aktorach. Paleta umiejętnie rozprowadza świa tło i cienie; harmonia niezaprzeczona w całości. Niema żadnej zalety posuniętej do ostateczności; ręka artysty, pewna siebie, zatrzymuje się na granicach możliwości, nic wpadając w afektacyą i inanicryzm. Trudno o bardziej interesujący obraz i ma też powodzenie niezaprzeczone, tak samo u wyrafinowanych znawców, jak i u tłumu zwyczajnych widzów.
Pan Gąssowski jest zdaniem naszem nietylko najlepszym pejzażystą polskim, ale nawet w szeregu francuskich mistrzów, którzy posunęli ten dział malarstwa do nadzwyczajnej wysokości, zajmuje miejsce wybitne. Z każdym rokiem ta lent jego rozszerza się i wzrasta. Podczas gdy większa część naszj ch pejzażystów grzeszy kolorytem ciężkim, ołowianym, gdy uie śmiać porwać się na słoneczne obrazy, skazuje nas na zimne, płaczliwe sceny, bez jednego ciepłego promienia— pan Gąssowski umić wybrać w skarbcu przyrody strony uśmiechające się, ponętne i od-twarza je z takim wdziękiem, z takiem boga- ; ctwcni kolorytu, że krajobrazy jego stają się 1 prawdziwą dla oka rozkoszą. Tego roku daje nam  jesienny poranek w południowej Francyi. Na ja ] suo-blękitnćm niebie pogodnćm, gdyż ostatnie I mgły pryskają przed różowym promykiem słońca, na tle bujnej i bogatej, ale już rzedniejącej ziele- i ni, w wąwozie sunie się krów kilka na blizkie i pastwisko. Gały pierwszy plan zajęty jest przez i
by się jćj uląkł niejeden rzeźbiarz doświadczeń-szy. Naprężenie ciała, pochylenie się naprzód, ruch, życie, energia jakie się w grze każdego mu-skulu zdradzają, są zadziwiające. Pan Kossowski zwyciężył te dobrowolnie podniesione trudności i jego posąg zwraca ogólną uwagę. Jedynym szczegółem, który go w oczach naszych upośledza, jest roztworzenie ust rycerza do złowieszczego okrzyku. Niewątpimy że jest w tćm prawda, ale grzeszy ona przeciw harmonijnej plastyce. Tegoroczne dzieło pana Kossowskiego pokazuje, żc będziemy w nim mieli zczasem znakomitego artystę.
Książę Romuald Giedroyć wyżłobił delikatnie w śnieżystym kararyjskim marmurze biust mlo-dćj dziewicy, który nazwał. „Bojaźliwością.” Wstydliwość mlodziutkigo dziewczęcia oddana jest z psychiczną prawdą; typ nowoczesny dalekim jest od rutyny i konwencyoualizmu Są szczegóły wykonania, jak na przykład przezroczystość nozdrza, które pokazują w ks. Giedroyciu artystę, dążącego do tworzenia dzieł oryginalnych i nowych.
Z DRAMATU „WANDA.” Przez IŁv£a.ryą. Eaitusownę.
(Dokończenie,)
ODSŁONA TRZECIA.
Górzysty parów nad Wisłą, o wschodzie słońcu. Nad brzegiem wśród zarośli spoczywają nimfy wodne
SCENA VIII.
NIMFA I.
Już zbudził się poranek, Roznosząc blask i woń, Zroszony już mój wianek, Wracajmy w chłodną toń.
NIMFA II.
Już ptaki śpiewające Słyszę... o czas nam, czas! Wracajmy, zanim słońce Na brzegu ujrzy nas!
NIMFA III.
Bo zaraz w mgły nas lotne Zamieni jego gniew!
NIMFA II.
Patrz! wchodzi już samotne, Czerwone—jakby krew!
NIMFA I.
Dzień krwawy ziemi wróży!
NIMFA II.
Cyt!... zkąd ten głuchy gwar, Jak szum dalekiej burzy?
nimfa i.
To ziemskich dzieci swar!
NIMFA II.
O co?
NIMFA III.
Ha, ha!... zapewne O grudkę ziemi!
NIMFA 1.
Nie!
Dziś walczą o królewnę Która na Wisły dnie Przysięgę swej miłości Złożyła—a dziś kłam Z swych tronów wysokości Zadaje jej i nam!
NIMFY.
Biada jej!
nimfa i.
Jest to mściwa
Przysięga!—Kto ją w noc Miesięczną wykonywa. W jej się dostaje moc Nazawsze!
nimfa n.
Kto jej skłamie Tego nie zbawi tron!
334 _____
NIMFA III.
A kto jej świętość łamie, Tego ratunkiem... zgon! ŚPIEW NIMF. Czerwono wschodzi dzień. Tam w dali bój i krew! Tu cichy, chłodny cień, Tu srebrny fali śpiew!
Lilio lackich pól, Złamana silą burz, O czas ukoić ból! O czas ci spocząć już! Po ciężkim życia śnie Zejdź w glebie jasnych wód, Tam, na złocistem dnie, Lśni kryształowy gród!
Tam cichnie wszelki żal, Tam ginie pamięć strat, Tam kwitnie w łonie fal, Nieśmiertelności kwiat! Rzuć wieniec cierni, rzuć W ojczystych tonie, wód, Wróć do uas, siostro... wróć! Czerwono płonie wschód!
(Rzucają się w fale Wisły i nikną.)
SCENA IX.
(Rytygier wpada bez hełmu, z rozwianym włosem i mieczem w ręku.) rytygier (nieprzytomnie).
Skończone wszystko!—Jak ćma ogarów Za rannym turem, tak za mną goni Tłum nieprzyjaciół!... Ten dziki parów Może mnie przyjmie... może osłoni!
(Po chwili z gorzką irmaą.) Przed śmiercią?—O nie, czas ostateczny, Umrzćć!... Przed hańbą?... och! nadaremno! Na mojćm czole jćj płomień wieczny Gore i nawet... nic umrze zemną, Ale odciskiem krwawej pieczęci Na mojćm życiu, na moim rodzie. Przylgnie... i będzie na mej pamięci Ciążył, jak klątwa na starym grodzie! O Rytygierze wsławiony, dumny! Gdzie jesteś? tyż to schylisz się w prochu, Ukorzysz u stóp—tego motlochu? Nie!—raczej naksztalt twardej Kolumny, Ognistym Thora piorunem ściętej, Padnij złamany, lecz nieugięty!
(Po chwili, w zadumie.) I któż ty jesteś, potęgo sroga, Z którą walczyłem, w którą... nie wierzę, Choć w proch rozbiłaś moje rycerze, Choć mnie druzgoczesz?—Czy silą boga Jakiego, co gdzieś we mgłach schowany, Chce nowe światu narzucać prawa W sprawiedliwości imię nieznanej, Rządząc, gdzie przemoc rządziła krwawa? A jednak... (Po chwili dziko.) Dziwna, nieznana siło!
Ktokolwiek jesteś, ja ci złorzeczę! Choćby i bogiem, ja ci zaprzeczę! Dowiodę, że cię nigdy nie było I niemal—Zwać cię będę jedynie Przypadkiem!—Walkę tobie do końca Wypowie duch mój, który nic zginie, Żywiony zemstą!
(Pu długiej chwili z goryczą.) A teraz trzeba
Umrzeć!—Nim spłynie z bladego nieba Na moje czoło obcego słońca Ostatni promień—nim tłuszcza gwarna Wpadnie tu, niosąc dla niewolnika Więzy... poślubię cię, puszczo czarna, Jak ja samotna, dumna i dzika!
(Ujmując miecz.) Pójdź tu, mój druhu, wierny jedynie! Niech cię najbliżćj serca umieszczę! O!... tak.'... (Przebija s'ę.) (Po chwili, opierając sie o skale . piowoli usuwając na ziemie.)
Czy prędko życie wypłynie Z tą krwią?... O! chciałbym ujrzeć raz jeszcze Wandę!... ha! ha! ha!!., kochankę czułą! By ją pożegnać... takićm spojrzeniem,
Któreby wszystkie dni życia struło, Wiecznym jej serce paląc... płomieniem!
(Przyciska ręce do czoła i omdlewa.)
SCENA X.
(H chodzi Wanda w pancerzu i hełmie; w ręce jej spuszczony bezwładnie luk, chwiejąca się i blada.)
WANDA.
Zwycięztwo! chwała! wola mój lud, Okrzyk radości w chmury się wzbija, Aż go szczyt Tatrów echem odbija. Zwycięztwo'... chwała! cud!
Jak Światowida oręż karzący, Tak śmierć roznosi! mój straszny luk! Jak widmo nocy, jak sen dręczący... Tak w nicość pierzchnął wróg!
(Po długiej chwili.) Lecz to nie moja, nie moja ręka Zdziałała!... bogi, w tem wyrok wasz! Wyście przed sercem, co z bólu pęka, Niezłomnćj woli stawili straż!
(Po chwili.)
Gdzie on?—Widziałam go! wśród pogoni Uchodził, zemstą tłumu ścigany!
Odkrytą głowę, włos miał rozwiany, Rozpacz na czole i oręż w dłoni!
Czy uszedł?—Bez tchu pędzę w ich ślady, Koń mój wśród drogi pada i kona!...
On... zniknął w lesie...
(Spostrzegając Rytyglera.) Ach! jakiś blady Trup tutaj leży... (Nachyla się nad nim i odejmuje mu ręce z czoła.) To on!
rytygier (budząc się z omdlenia). To... ona!
(Chwila milczenia.) RYTYGIER (gasnącym głosem).
Wiedziałem, że przyjść musisz, by męką Zgonu mojego wzrok swój nasycić!... O! patrz, patrz! lecz nie śmiej nim się szczycić.
WANDA.
Tyżeś to?...
RYTYGIER.
Króluj ziemi i morzu!
Niech zniewieścały świat wiecznie słucha Głosu kobiety!... a gdy noc głucha Po dniu zapadnie świetnym... na łożu Spocznij bezsennem—i myśl... o złotćj Szczęścia godzinie... co już... nie wróci! I... o tćj pieśni... pieśni tęsknoty...
Którą ci w burzy duch mój... zanuci!
WANDA (z jękiem).
O!... cicho! cicho!...
RYTYGIER.
Zcichnę za chwilę, Zcichnę na wieki!... tylko powieści Dziwne, przy mojej kiedyś mogile, Wisła o zdradzie będzie niewieściej Późnym mówiła wiekom!... Królowo! Ona ci, w blasku twojej... potęgi...
Przypomni często... noc... księżycową I... zatopiony... kamień... przysięgi!
WANDA (z łkaniem).
Okrutny!...
rytygier.
Ha! ha!... do zobaczenia
W świecie pamiątek!... Ziemia podemną W jakieś się morze płomienne zmienia... W sercu tak zimno... w oczach tak ciemno!... Piekło! ty swoje bramy otwićraj!...
Idę... już... idę)... (Umiera.)
wanda (z jękiem pada na kolana).
O!... nic umieraj! Ja cię... kochałam!... i... kocham! (Milczenie.) GLOS (za scena).
Dalej!
Za mną! tu ślady widać na piasku Stopy rycerskiej!... On jest w tym la«ku! Zamną!...
inne głosy.
Sam szatan go nie ocali, Jeśli jest tutaj!
SCENA XI.
(l ló hodzi orszak uzbrojonych Lechitów, a ujrzawszy Rytyglera. i klęcząca. nad nim Wandę, staje w zdumieniu.)
Ach! co to znaczy? WANDA (wstając). Zwyciężonego ścigacie zbrojni? Wstyd!—tego przyszłość wam nie przebaczy! On już nie żyje—bądźcie spokojni!
rycerze. Nie żyje?
wanda (z powaga)). Z własnej ręki umiera.
Dosyć więc zemsty!—Weźcie te zwłoki I z czcią należną dla bohatera Złóżcie je, bracia, na stos wysoki. Niech go ogarną czyste płomienie Wonnego drzewa... bo... wiedźcie o tem: Zemsta jest słodką, lecz przebaczenie Słodsze! (Po chwili.)
Na wiecu zasiądźcie potem I najgodniejszym z waszego grona W wyborze ludu niech Jesse szczęści, Bo się starego Kraka korona Znów na dwanaście rozpadnie części.
(Po długiej chwili.) A teraz— grając w trąby mosiężne, Rozbudźcie dolin echo potężne, Co aż Wawelu dobieży!
Niechaj tu wszyscy zbiegną się razem, Których ostatnim władzy rozkazem I... łzą rai żegnać należy!
(Odrzuca hełm, luk i pancerz, siada na odłamie skały i ukrywa twarz jv dłoniach. Rycerze dmą w trąby ponuro i przeciągle. Powoli z różnych stron lasu schodzą się starsi rady, wojownicy, lud, wkońcu Diwa na czele towarzyszek Wandy. Graniu powoli usta je. Chwilowa cisza, wśród nl j Wanda wstaje i postępuje naprzód sceny.)
SCENA III.
lud (w uniesieniu). Chwała królowej!
WANDA.
Witajcie, dzieci! Spełniłam bogom złożony ślub. Oto już słońce wolności świeci!
( Wskazując Rytygiera.) A oto—wroga waszego trup! O! uie pytajcie przez jakie ciernie Szłam, de w piersi krwawych mani łez. Gdym ku swobodzie wiodła was wiernie, Dziś, u jej progów —drogi mej kres. Dzisiaj już w przyszłość pójdziecie sami, Potęgą orlich niesieni piór;
Opieka bogów czuwa nad wami, Słońcem swej laski ćmiąc groźbę chmur. Mój ród skalały zdrady i zbrodnie, Zaciężył nad nim straszliwy sąd! Berła już dzierżyć nie zdołam godnie, Serce mi pękło —więc idę ztąd! Idę wygnanką w nieznaną drogę, A wam zostawiam smutną przestrogę: Jeżeli chcecie szczęścia ojczyzny, Umiejcie szczęście poświęcić własne, Umiejcie serca rozszerzyć ciasne I spełnić cicho kielich trucizny!
Bratnich się ramion zwiążcie łańcuchem Nazawsze—strzeżcie sic sideł wroga I coraz wyżćj podnoście duchem Ponad pokusy ziemskie—do Boga, Do tego Boga wiecznej miłości, Którego widzę w tej zgonu chwili, Do Boga, co się nigdy nie myli, Do Boga—sprawiedliwości!
(Po dlugiśj chwili.) A teraz żegnam was, ukochani! Żegnam na wieki!...
LUD.
Królowo!
dziewice.
Pani! lud (c łkaniem).
Chcesz nas opuścić?
DIWA.
Nieszczęsne dziecię! wanda (na skale w zachwyceniu).
Cicho!... I pocóż płacz głośny ten? Tam... taki spokój w tych fal błękicie... Taro, taki cichy... uroczy... sen! Tam już na czole, boleścią bladem, Ciężyć nie będzie... królewski dyadem, Ani ten kamień co leży na dnie, Głazem wyrzutu na pierś nie padnic! Tam mnie dłoń wodnych bogiń uwieńczy Koroną lilij, pod bramą z tęczy I w nieskończoną, cudowną ciszę Pieśnią ukoi i... ukolysze!...
Żegnam was {Rzuca się w Wisłę.)
KONIEC.
Towarzystwo ludowe w Cieszynie f).
Od czasu, gdy ludom zamieszkującym państwo austryackic nadane zostały prawa konstytucyjne, lud polski na Szlązku zaczął się budzić i przychodzić do samowiedzy, a powstające stronnictwo ludowe i narodowe na sztandarze swoim wypisało jako program: „wszechstronny rozwój, na gruncie swojskim.”
Stronnictwo to narodowe, chociaż liczebnie silne, a silne przedewszystkiem tem, że sie opierało o lud, w sprawach i czynnościach politycznych, w staraniach o uzyskanie równouprawnienia ję zykowego i o wybór posłów narodowych do ciał reprezentacyjnych, niezawsze było szczęśliwćm, bo nie było należycie zorganizowanem. Oddawna tedy rozstrzygano myśl założenia towarzystwa ludowego, któreby do wspólnej pracy wszystkie żywioły narodowe połączyło.
Towarzystwo to już się zawiązało w Cieszynie, a w dniu 19 kwietnia r. b. odbyło się pierwsze jego walne zgromadzenie, w którem wzięło udział około 100 członków, przeważnie włościan, gdyż oni dz;ś są jedynymi prawie przedstawicielami życia narodowego w kraju, wystawionym od wieków na pastwę wrogich żywiołów. Intcligencyi polskićj, wobec germanizatorskiego kierunku szkól, bardzo, niestety, mało jest u nas.
Prezes czytelni indowej, dr Andrzej Cineiała, którego walne zebranie ogłosiło swoim przewodniczącym, powitał zgromadzonych i przedstawił im cele towarzystwa. Poczem poseł Jerzy Cien--ciala. rolnik z Mistrzowie, wykazywał potrzebę nowego towarzystwa, a proboszcz ewangelicki, ks. Franciszek Michejda z Nawsia, mówił o solidarności w życiu narodowćm. Mowy te zrobiły jaknajlepsze wrażenie.
Do wydziału towarzystwa, kierującego jego sprawami, weszli z wyborów:
Dr Cineiała, prezes czytelni iudowćj i notaryusz w Cieszynie:
Glujcar Jan, rolnik w Sibicy pod Cieszynem;
-Clenciała Jerzy, poseł na sejm szląski i rolnik w Mistrzowicach pod Cieszynem;
Dr Michejda Jan, adwokat w Cieszynie;
Sikora Adam, przełożony gminy Nawsia;
Dr Widach, lekarz w Jabłonkowie;
Raszka, przełożony gminy Wisły;
Fdasiewi.cz Udary, dyrektor Towarzystwa oszczędności i zaliczek w Cieszynie;
Marek, przełożony gminy Sibicy.
Do ściślejszego zaś wydziału, który się ukonstytuował dnia 26-go kwietnia b. r., weszli: Dr Cimrała, jako przewodniczący, dr Wieluch jako jego zastępca, dr Michejda jako sekretarz i burmistrz Marek jako skarbnik.
Wydział uchwalił urządzić pićrwszy wiec w Ustroniu, dnia 24-go maja b. r.
Spodziewać się należy, że wiec ten odbędzie się świetnie.
(1) O Towarzystwie tem, założonem świeżo, ‘z upoważnienia rządu, za staraniem głównie ewangelików szlązkich, leez popiórąiącem jedynie sprawę narodową, bez żadnych jelów wyznaniowych—otrzyi.iujemy powyższą wiadomość, którą skwapliwie dzielimy się z naszymi czytelnikami.
(Przypisek redakcyi.)
---- 335 _______—
TAN NECZAS.
Do rzędu sympatycznych dla nas postaci, w pobratymczym czeskim narodzie, należy niezawodnie Jan Neczas, wielki miłośnik i znawca polskićj literatury, a zwłaszcza poezyi, którego imię, jako jednego z najczynniejszych jej heroldów wśród czeskiego społeczeństwa, nie powinno być nam obce. Neczas, jako tłumacz polskich poetów, jako czynny na niwie literackiej pracownik, położył równorzędne wobec polskićj i czeskiej literatury zasługi i równe też do uznania swoich współziomków, jak i do naszej pamięci, ma prawo.
Sam poeta i to wyższego polotu, umić on z głę-bokićm poczuciem artysty przelćwać oryginał w formę przekładu; umie zachować właściwe jego piętno, przejąć się jego duchem, słowem utrzymać się zupełnie na wysokości swego zadania.
Z prac, które dotychczas na tem polu wykonał, z artystycznie dobranych kwiatów, które do tćj pory na niwie naszego piśmiennictwa zebrał, możnaby ułożyć piękny i barwny bukiet, a porównanie nasze tem większej nabierzc trafności, skoro powii my, ze przekładom swoim nadał Neczas ogólny tytuł: „ Kwiatów z polskich niw.”
Pięknaz to zaprawdę wiązanka! Mickiewicz, Słowacki, Ujejski, Malczewski, Odyniec, Ga szyński, Syrokomla, jak siedem gwiazd świeci na polskim i czeskim lirmamencie, gorejąc równym blaskiem piękna dla nas w oryginale, dla nich w świetnym przekładzie.
Dotąd przełożył Neczas wszystkie Balady Mickiewicza; Legendy i balady Odyńca; Do autora trzech psalmów i kilka mniejszych utworów Słowackiego; całą Maryą Malczewskiego, której tłumaczenie, ze znanych nam, zdaje się być nąjwierniejszem i najlepiej odpowiadająceui formie oryginału; Sielankę młodości Gaszyńskiego; II ybór pbezyj Ujejskiego i niektóre poemata Syrokomli, jako to: Ulasa, Marglera, Spowiedź Korsaka, Marka w piekle i Zebraka-fundatora.
Plon-to, jak widzimy, niemały i coraz Obficiej mnożący się, bo niema prawie miesiąca, żeby ten pracowity żeniec na polskim łanie nie dołożył nowego snopka do dawnićj nagromadzonych zbiorów. (1)
Słówko teraz o samym tłumaczu.
Jest on synem gospodarzy osiadłych na roli w Studnicy, nieopodal Nowego Miasta na Morawach, gdzie przyszedł na świat 1849 r. Nauki gimnazyalne kończył w Lutomyślu, a prawo stu-dyował naprzemian w Pradze i w Wiedniu. Obecnie piastuje godność sędziego w Wyszkowie. Obdarzony od młodości niepospolitemi do nauk zdolnościami i niemałą dozą fantazyi, Neczas już na szkolnych i uniwersyteckich ławach zasłynął w gronie swoich kolegów, jako zdolny poeta i wierszopis. Utwory jego z tych czasów wyszły następnie w kilku zbiorkach na widok publiczny, jako to: „Z wesołych myśli,” „Żartobliwe deklamacyc,” „Z serca.” Ostatnią w tym tonie pracą Neczasa jest zbiorek jego „40 pieśni” odznaczających się tąż samą co i tamte pogodą i świeżością uczucia.
Nie w oryginalnych jednak utworach Nccza-sa leży waga jego jako pisarza, choć niebrak im poetyczności i wdzięku: większą część zasług jego stanowią wzorowe przekłady, przez które trwale zapisał się na kartach literatury obu pobratymczych narodów. Zabrał się on do nich, dzięki zachęcie Franciszka Wymazała, wydawcy zbioru „Słowiańskich poezyj,” który zażądał od Neczasa przekładów z polskich poetów. Z chwalebną wytrwałością, którą wkrótce tak świetny miał uwieńczyć rezultat, jął się młody literat studyów nad złotym okresem literatury polskićj z XVI wieku. Czytywał z zamiłowaniem dzieła । Reja, Kochanowskiego, Klonowicza, Szyniono-wieża, Opalińskiego, a z późniejszych Wacła-
(1) W chwili, gdy to piazemy, ogłupił Neczas przekład niektórych poezyj Władysława Beh.y i Włodz. Zagórskiego.
(Przyp. red.)
wa Potockiego, Naruszewicza, Węgierskiego, prze-łćwając równocześnie na język czeski to, co w tych poetach uderzało jego młodą fantazyą, co w nich wydało mu się pożądanem ku pomnożeniu skarbnicy rodzimej jego poezyi.
Jako oryginalny poeta, stoi on narówni z pokrewnym sobie duchem Witosławem Haikiem taż sama w jednym i w drugim prostota motywów, tenże sam wdzięk i łagodność.
Oto kilka wrotek z jego najświeższego zbiorku „Czterdziestu pieśni,” dających miarę jego poetyckiego talentu, któremi zamykamy to nasze o nim wspomnienie:
Od gór i lasów ostry wicher wieje, Lekki się listek na gałązce chwieje, Ostatni listek pomiędzy wszystkiemi Zżółkł, widząc inne opadłe ku ziemi.
Patrzę nań z okna i smutek mam w twarzy; Serce coś tęskno przeczuwa i marzy...
Bo jak ten listek, którym wicher toczy, Mój sen o szczęściu rozwiał się uroczy.
*
Szumią! wietrzyk po zagonie, W nocną ciszę świętą, błogą, A przez niebios biegły tonie Dwie gwiazdeczki złotą drogą.
Jedna spadła w wody zdroje
I jak żmija zasyczała;
Druga wpadła w myśli moje
I poezyą zajaśniała.
*
Tam, gdzie ptaszek szuka pieni, Tam ja biorę pieśni drobne;
Do róż letnich, łąk zieleni, Wszystkie one są podobne.
A gdy nów i gwiazdki złote Na niebieski strop wybiegą, W wianek modlitw je uplotę, Dla gwiazdeczki serca mego.
Wl. Bełza.
Cd -wyd-ei-wcó-^ir.
Szanownych prenumeratorów Tygodnika ilustrowanego zawiadamiamy, że egzemplarze Pana Tadeusza, przeznaczone na pre-mium tegoroczne, zupełnie wyczerpane zostały. Prosimy przeto, aby nadal na Pana Tadeusza pieniędzi nie nadsyłano. Marya Malczewskiego zaro może być szanownym prenumeratorom wysyłaną w żądanej liczbie egzemplarzy.
Sprostowanie.
W nrze 63 Tygodnika przez pomyłkę w składce na najbiedniejszych pomieszczono kop. 50, nadesłane przez p. Heynowskiego z Bytomia, a przeznaczone właściwie na pomnik Sarbiewskiego.
Na fundusz wieczysty imienia ś.p. Ignacego boczylińskiego. C. M. rs. 1. Razem ze złożone-mi poprzednio rs. 1,418 kop. 50.
WMAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— W Krakowie pan M. Kurnatowski zapowiada wydawanie od 1 maja r. b. kwartalnika p. t. „Zapiski numizmatyczne,” poświęconego numizmat] • ce i sfragistyce polskićj, tymczasowo w objętości
336
16-tu stronic ósemki, wraz z tablicami monet i medali, oraz ich cennikiem. Gdy wydawnictwo to, nieobliczoue na zysk, znajdzie poparcie numizmatyków, objętość zeszytów podniesioną będzie do 32 stronic, bez podniesienia prenumeraty, która wynosi rocznie 4 złr., w królestwie 4 rs.
— Złotej przędzy poetów i prozaików polskich, wydawanej pod redakcj ą Piotra Chmielowskiego i Stanisława Krzemińskiego, wyszedł zeszyt 13 ty, zamykający tom pierwszy, a rozpoczynający tom drugi tego zbioru. Podczas gdy tom I dał nam wyłącznie prawie wyjątki z celniejszych poetów naszych okresu Mickiewiczowskiego, tom II zaczyna się od prozy, a mianowicie od opowiadań dziejowych Lelewela. Przy każdym pisarzu pomieszczony jest treściwy życiorys, oraz wiadomość bibliograficzna o najważniejszych wydaniach dzieł jego. Każdy tom pożytecznego wydawnictwa tego, obejmujący 60 arkuszy wielkiej ósemki, kosztuje w Warszawie rs- 4, na prowincyi rs. 5. Prenumeratę przyjmują wszystkie księgarnie krajowe i zagraniczne.
— Nader ważny pomnik do historyi polskiej — jak donosi „Gazeta lwowska” — odkryto temi czasy w Niemczech. W rękopisie pergaminowym z roku 1204, należącym do prywatnego zbioru p. Reinharda Kadc w Lipsku, znajduje się między żywotami świętych opowiadanie łacińskie opięciu męczennikach polskich za Bolesława Chrobrego. Właściciel rękopisu napisał już o tym ciekawym pomniku rozprawę (Lipsk 1883), wktórej dowodzi, że czas jego powstania przypada na rok 1008; sam zaś pomnik ma się niebawem pojawić w XV tomie Ścriptores Pertza. Jak się dowiadujemy, redakeya monumentów Poloniom we Lwowie poczyniła już energiczne kroki, ażeby tak wiele obiecujące źródło do dziejów polskich pozyskać w jaknajkrótszym czasie dla swego zbioru.
— Uroczystości w Pompei rozpoczęły się przy najpiękniejszej pogodzie, na korzyść mieszkańców nieszczęśliwej Ischii, w dniu 10 b. m. Odkopane miasto nowem zawrzalo życiem. Przed blizko 2,000 lat otwarte szynki winne były znów napełnione gośćmi. Radosna wrzawa panowała w ulicach. Uroczystość cofnęła gród starożytny w epokę świetności państwa rzymskiego. Wszystkie kostiumy były wiernie, według wskazówek archeologów, sporządzone. W pierwszym dniu odbyło sie z wielkim przepychem przedstawienie wjazdu imperatora, w orszaku senatorów, żołnierzy i pretoryauów. Potem nastąpiły wyścigi wozami i konne w cyrku, zbudowanym ściśle na wzór cyrków starożytnych, tworzące malowniczcmi kostiumami woźniców obraz nader różnobarwny. Dalćj nastąpiła jazda przez odkopane części miasta, z jego sklepami i tawernami. Najbardziej może zajmującym epizodem uroczystości była ceremonia weselna. Orszak weselny wyszedł z domu Korneliusza Rufa przez via del’ Abondanza i przeciągnął przez forum na via dcl’ Mercurio. Panna młoda miała na sobie białą tunikę z pasem czerwonym i welonem, a głowa jej była uwieńczona
w kwiaty. Za panną młodą postępowała swatka, dalćj grono chłopców, krewnych i przyjaciół. Na czele orszaku szli młodzieńcy z pochodniami. Za nimi panna młoda i trzej chłopcy, z których jeden niósł pochodnię poświęconą Cererze, a dwaj inni prowadzili pannę młodą za ręce. Podczas całej uroczystości podawano w tawernach potrawy, sporządzone według odnalezionych starych przepisów. Drugi dzień uroczystości, której sprzyjała prześliczna pogoda, zgromadził jeszcze liczniejszy zastęp gości. Wykonany został w tym dniu starorzymski pochód żałobny z tak zwanego domu Fanusa, aż przed bramę Herkulesa. Następnie odbyły się w arenie zapasy gladyatorów, których kostiumy i uzbrojenia były ściśle historyczne. Na zakończenie urządzono przy świetle pochodni wspaniały powrót imperatora. — Opis ten wyjmujemy również z „Gazety lwowskiej.”
— Od słynnego podróżnika austryackiego, barona Hubnera, nadeszły wiadomości z Cejlonu, według których Hubner przetrząsnął Indyc całe, od najbardziej południowego ich krańca, przylądka Ko-morin, aż poza granicę Afganistanu. Powróciwszy z Kalkuty na południe, baron zamierza z Kolom-oo wypłynąć do Melbourne i wnętrzem Australii dotrzeć do Sydney, ztamtąd zaś morzem do San Francisco.
— Występy trupy Burgteatru wiedeńskiego, w drugiej połowie czerwca r. b., poświęcone będą programowi historycznemu, poczynając od Sofokłe-sa, a kończąc na Grillparzcrze. Nastąpią więc kolejno po sobie: Elektra; Cyklop; siedem dramatów królewskich Shakespeare’a; Sędzia z Zala-mci; Fedra; Wilhelm Tell; Zbójcy; Obóz Wallen-steina; Piccolomini owie; Śmierć Wallensteina; Ifigenia i Biada temu kto kłamie. Program wspaniały, a wykonany przez siły pierwszorzędne, za
powiada prawdziwą ucztę artystyczną.
— Rozwój Stanów południowych Ameryki północnej. Wobec zdumiewającego postępu Stanów północnych, zaznaczyć również należy w szeregu lat ostatnich znakomity rozwój Stanów południa, które po wojnie secesyjnej długo pogrążone były w zupełnym prawie zastoju. W r. 1879 osiem Stanów, mianowicie: Alabama, Arkansas, Florida, Georgia, Luizy ana, Missisippi, Tcnnesee i Teksas, posiadało tylko 11,604 milang, gotowych dróg żelaznych; w r. 1883 liczba ta wzrosła do 17,891. W tyui samym czasie wartość ich płodów rolniczych i leśnych podniosła się o 169 milionów dolarów; produkeya zaś mineralna bogatej w żelazo Alabamy z 4-ch na 15 milionów, a produkeya drzewna Arkansasu z 1,790,000 na 8 milionów dolarów. Cyfry te dostateczne dają pojęcie o szybkim niezmiernie wzroście przemysłu i bogactwa owych krain, ubło-gosławionych od przyrody.
—- Stowarzyszenie Czerwonego krzyża, do którego obecnie 32 rządy już przystąpiły, odprawi bieżącego lata w Genewie czwarty swój kongres międzynarodowy. Rozprawy toczyć się będą przeważnie o rzeczach poprzednio już roztrząsanych. Jedynym przedmiotem nowym ma być sprawa neutralności okrętów, mieszczących w sobie szpitale.
— W Londynie od 15 maja otwartą jest wystawa królcwskiój akademii sztuk pięknych. Katalog jćj obejmuje razem 1,856 obrazów olejnych, akwarel, rysunków i rzeźb. Zwracają na nićj uwagę dwa malowidła Ernesta Normanda i Goo-dalla, przedstawiające sceny haremowe. Główny jednak przedmiot zajęcia stanowi wielkie płótno Leightona „Ifigenia,” odznaczające się wdziękiem niepospolitym i miękkością linij. Alma Tademy „Cesarz Adryan, zwiedzający pracownię garncarza rzymskiego,” obok zwykłych zalet tego malarza, szwankować ma nieco w perspektywie. Bouguereau wystąpił z niezmiernie efektownem wyobrażeniem „Nocy.”
— Profesor Maspero, dyrektor muzeum w Bulaku pod Kairem, odkrył nieopodal Teb nieznane dotąd „miasto umarłych,” ogromnej rozciągłości. Pięć wielkich katakumb zostało już otworzonych i dostarczyło 120 wybornie zachowanych mumij. Grobowisko całe, według przybliżonego ocenienia, zawierać może do 6,000 mumij, z których jednak zapewne część tylko przedstawiać będzie interes historyczny lub archeologiczny. Poszukiwanie zato papyrusów, kosztowności i różnych innych zabytków cywilizacyi egipskiej obiecuje żniwo bardzo obfite.
— Król portugalski wysłuchał niedawno wykonania nowej opery „Lauriana” w pałacu swym Ajuda, odległym od teatru o wiorst 16, zapomocą telefonu. Według gazet lizbońskich, rodzina królewska i dwór cały słyszeć mogli najdokładniej nietylko muzykę, lecz nawet słowa śpiewaków i śpiewaczek.
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
JfoauoJieHO IJeusypoio. Bapuiaua, 11 Man 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica. Senatorska nr 18,
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dolaeza nie okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
Prenumerata w Warszawie:	1T,	.	Prenumerata
M 74 rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart.	afSZaWU, ól Blclja ICM T.	TOIH III.
*/! i 7X.	rs. 2, miesięcznie kop. 671 pół.	’	"	kwartalnie rs. 8.		  •
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa."
Trefić nilinern. Artykuły: Teodor Donimirski.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Jeszcze słówko w sprawie Kraszewskiego.—Ze świata obcego.—Czy tylko w Nancy i w Petersburgu są szczątki zwłok Stanisława Leszczyńskiego? przez II. L.—List pani Bogusławy z Dąbrowskich Mańkowskiej.—Kronika tygodniowa, przez St. M. liz.— Przegląd polityki zagraniezn j.—Składki.—Dwie doby w Gdańsku (dalszy ciąg).—Kolumna króla Michała Korybut.i na Bielanach, przez I. Starożyka.—Kościół parafialny w Lipnie przez ks. W. Lconowicza.—Jana Kochanowskiego dzieła wszystkie, wydanie pomnikowe, tom drugi.—Korespondencya od redakcyi.—Rozmaitości.—Dodatek. Miernoty, przekład z włoskiego M. Faleńskićj (arkusz 8-my). — Ryciny: Teodor Donimirski. — Kwiecie wiosenne. — Sala główna posiedzeń w ratuszu gdańskim.—Brama Zielona czyli Wysoka w Gdańsku.—Kolumna króla Michała Korybuta na Bielanach.—Kościół parafialny' w Lipnie.
TEODOR DONIMIRSKI.
W sędziwym wieku lat 78, a jednak bardzo przedwcześnie, zabrała nam śmierć nieubłagana jednego z najdzielniejszych przywódzców naszych w walce przeciw coraz natarczywiej napićrające-mu germanizmowi. Dnia 2 b. m. zmarł na ojcowiźnie swój, w Telkowicach, na ziemi malbor-skićj, Teodor Donimirski. Stra-
ta podwójnie, potrójnie bolesna; raz dlatego, że doznajcmy jćj na jednym z najwięcćj wysuniętych i najwięcćj zagrożonych posterunków kresowych, na klasycznej ziemi krzyżackiej, gdzie najtwardszych potrzeba w zapasach z nowoży-tnem krzyżactwem bojowników i najrozumniejszćj taktyki; a potem ztąd, że poległ wódz doświadczony w chwili, gdy ra-bies teutouica rozsroźyła się w niebywałym nigdy stopniu. Jak głęboką żałobą śmierć ś. p. Teodora Donimirskiego okryła społeczeństwo wybrane na przedmurze przeciw Drang nach (Men, przeciw zalaniu wschodu europejskiego tak zwaną „kulturą” niemiecką, której pos an-nictwo polega nie na tćm, żeby zapladniać i uszlachetniać, lecz na tćm, żeby z narodów nie-germańskich pognój sobie czynić—o żałobie tćj niech świadczą listy i telegramy kondolencyjne z rozmaitych a dalekich stron, między innemi od naszych posłów w parlamencie austryackim; deputacya posłów w parlamencie niemieckim; liczny zjazd obywatelstwa stanu świeckiego i duchownego z bliższych i dalszych okolic; udział ludu wiejskiego; wieńce od rozproszonej po uniwersytetach niemieckich młodzieży akademickiej; słowem, niepospolity bądź osobisty, bądź duchowy
udzial korporacyj i osób, znajomych i nieznajomych, ale znających zasługi zmarłego; udział w obrzędzie żałobnym dnia 8 b. m., który, jak zresztą i glosy dziennikarskie dowodzą, był powszechny od ujścia Wisły aż po kończyny Karpat i kresy równiny podolskiej.
Imię ś. p. Teodora Donimirskiego wyryło się niezatarcie na granitowych tablicach historyi Prus Królewskich, czyli tak zwanych Zachodnich.
Wszakże on był twórcą głównym i zarazem uosobieniem historyi czasów ostatnich. Czyż możnaby znaleźć wierniejszy odblask tćj historyi, jak go przedstawiał zgasły mąż stanu, który w dojrzałym dopiero wieku otrząsł się z duchowego jarzma gcrmanizacyi, który do ostatniego tchu nie powetował już w zupełności tego, co pod względem języka ojczystego zatraciło w nim wychowanie, a który mimo to wybił się na czoło ruchu, odbierającego potomkom krzy-
żactwa podboje duchowe, co więcćj, nawet ruch tej legalnćj rewindykacyi duchowej sam dopiero wytworzył i zorganizował? Czyż dzieje żywota jego nie są dziejami całej dzielnicy rzeczonej?
Urodził się ś. p. Teodor dnia 19 lutego r. 1806 z ojca Antoniego i matki Józefy z Biało-blockicb w Buchwaldzie, powiecie sztumskim, na ziemi inalborskićj. Donimirscy, herbu Brochwicz, są podobno czeskiego pochodzenia; nazwisko polskie przyjęli od wsi Doni-mierza, w powiecie wejhe-rowskim na Kaszubach. Ojciec ś. p. Teodora i dwóch starszych braci, Franciszka i Augusta, którzy już pomarli, tudzież młodszego Alkantazego, żyjąee-go jeszcze we wsi Czerminie, znanój dziś wyłącznie pod niemiecką nazwą Hohendorf, jako też siostry jednej—nabył Buchwald dopiero w roku 1804 za znaczną na owe czasy sumę 80,000 talarów; został landra-tem pruskim powiatu, w którym świeżo się osiedlił; pozostał gorliwym katolikiem, w domu też jeszcze po polsku mówił, ale o polskie wychowanie dzieci w szkołach już nie dbał, zwłaszcza źe i trudno było dbać o to wobec zupełnego braku szkół polskich. Nawet katolickie jedyne były na całą pro-wincyą w Braniewie (znanćm
dziś tylko pod niemiecką nazwą Jh-aunsberg) na Warmii. Tu oddał Teodora do gimnazyum w roku 1817- Ukończywszy je z odznaczeniem w roku 1826, ś. p. Teodor, zupełnie zniemczony, po polsku ły le tylko umiejąc, ile mu pobyt w domu podczas krótkich wakacjj zapomnieć nie pozwalał, udał się na uniwersytet do Wrocławia, następnie do Bonn, nakoniec do Berlina, gdzie już w grudniu r. 1828, po trzechletnich studyach uniwersyteckich, złożył egzamina prawnicze. Oprócz prawa, słuchał także pobieżnie wykładów historyi, filozofii i literatury niemieckiej. Z przyjemnością wspominał prelekcye historyka Niebubra i poety schlegla, autora najlepszego niemieckiego przekładu dziel Szekspira, w Bonn, ale nie zaraził się filozofią Hegla w Berlinie. Na wakacje akademickie wcale nie zjeżdżał do stron rodzinnych; żądny wiedzy i rozszerzenia poglądów, spędzał je na podróżach po Szwajcaryi, Włoszech i 1’rancyi, wyrabiając w sobie wrodzony po ojcu zmysł praktyczny, który też w młodzieńcu tai< się rozwinął, iż gdy doszła go wieść o śmierci ojca, zmarłego dnia 29 września 1829 r., obliczył, ze i tak nie stanąłby już na pogrzeb (dróg żelaznych wtedy nie było;, więc szkoda tracie czas cenny wobec niedalekiego egzaminu.
Po egzaminie, krótko w domu pobawiwszy, wstąpił do służby rządowej, praktykując przez dwa lata w sądownictwie, następnie przez drugie dwa w admiuistracyi. W r. 1833 na życzenie braci nastąpił podział dóbr buchwalskich, z którego przypadł ś. p. Teodorowi sam Buchwald. Tu w godzinach wolnych od zatrudnień gospodarskich z zamiłowaniem oddawał się studyom iinausowym i ekonomicznym, a wnet poznano się na wielkiem uzdolnieniu młodego prawnika i ekonomisty, gdyż w r. 1834 już właściciele ziemscy wybrali go delegatem do Towarzystwa kredytowego ziemskiego (lands:afty)t w którym-to zakładzie szybko postępował na stopnie coraz wyższe. Y r. 1838 wstąpi! w związki małżeńskie z Hortensją Kalksteinówną, ze starej rodziny pruskiej, t. j. pruskiej nic w znaczeniu tem, w jakiem llobcnzollcrny nazywają się Prusakami, lecz w prawdziwćm, liistorycznem znaczeniu, Rodzina Kalkstcinów już od piętnastego wieku sic-<Di na ziemi chełmińskiej. Małżeństwo to było pierwszym krokiem w zbliżeniu się ś. p. Teodora do życia polskiego. Wnet atoli śmierć rozerwała ten węzeł. W rok po zaślubieniu umarła mu żona, pozostawiając córeczkę, dzisiejszą panią Emi-lową Czarlińską z Brąchuówka, która sama cie-s/j' się już wnuczętami.
Bolesny cios na czas przj dłuższy z domu go wyp< dzik Puścił się w podróż, dla zwiedzenia niemieckich gospodarstw wzorowych, dla praktycznego poznajomienia się ze stosunkami wlo-ściańskiemi, i przez Pomorze, Meklemburgią i inne kraje niemieckie udał sic do Czech i Austryi; dotarł aż do Pożonia (Pr, sburg) na Węgrzech, a na Kraków i Warszawo, zatrzymawszy się u nieznajomych krewnych w królestwie, powrócił do domu. Podróż ta podwójnie korzystny wpływ wywarła. Ś. p. Teodor przed podróżą już prze myśliwając o doli ludu, po podróży tem więcej zatrudniał sic tą sprawą; ale z odmiennego już pat.zjl na rzecz stanowiska, bo obudziła sic; w nan świadomość solidarności swojej z ludi m, nietylko pod względem ekonomicznych, lecz i wznioślejszych interesów. Kilka lat jednak minęło, zanim przystąpi! do działalności w tjm duchu. Wicdzj' dużo nazbierał, stosował ją praktycznie do własuego gospodarstwa; zmytkowal ją także dla ogółu zarówno na posadzie swej w Towarzystwie kredj towun, jak w charakterze posła na prowincjonalny sejm stanowy w Królewcu w r. 1842; ale pojmował ogól rzeczywiście jeszcze w najogólniejszćm znaczeniu. Iskierki gorętt,/.ego poczucia względom bliższej sobie części społeczeństwa nie mogły rozżarzyć się w nie-miecKicm ustawicznie otoczeniu; na to potrzeba było silniejszego podmuchu z zewnątrz. Sam go szukał instynktowo i znalazł nareszcie, wchodząc poraź drugi w związki małżeńskie z Zofią, córką Mateusza Haskiego z Trzcbcza, na ziemi chełmińskiej. Ponowny ten związek z domem nie
skażonych tradycj j, ponowne zbliżenie się do obywatelstwa ziemi chełmińskiej, sprowadziło stanowczy zwrot w życiu ś. p. Teodora.
f Dokończen te nastąpi.)
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
9
(Dalszy ciąg.J
XII. Jak cię widzą, tak cię piszą.
Nic nadaremnie ponure przeczucie duszą pana Tadeusza wstrząsnęło. Sprawdziło się ono w lat dwa później. Julisia liczyła już lat osiemnaście; z sukienkami krótkiemi rozstała się oil półtora roku; rozwinęła się się świetnie, uroczo — ojciec się nią zachwycał; na drodze edukacjjuej zaszła tak daleko, jak zajść można, po chińsku idąc: po francusku mówiła biegle; z oczytania wiedziała o rzeczach wielu, o takich nawet, bez którychby się obejść wygodnie mogła; dzięki rozwojowi piśmiennictwa polskiego, i ono jej obecni nie było; obcenii nie byty jćj nauki nawet, o których wyobrażenia gruntownego nie miała; gruntownie znała tj Iko tajemnice tualety i raczćjby — zdaje się—śmierć poniosła, aniżeliby rękawiczkę nic świeżą włożyć imała. Gust miała wykształcony— wykształcony całkowicie i brakowało jćj jednego tylko: szkoły, tćj szkoły, bez którćj śpię waczką, w wyższem wyrazu tego znaczenia, być nie sposób.
Czyż posiadała ona glos odpowiedni? — ktoś zapyta. Glos posiadała i bardzo odpowiedni, ale nie posiadała ani tćj w gardle właściwości, która wydobywającym się z piersi tonom nadaje dźwięk szczególny, ani też tego uczucia, tego ognia, tego piętna, które artystę cechuje. We względzie tjm wyrobiła się otyłe, o ile kamy kowi czeskiemu nadać można, zapomocą sposobów sztucznych, pozory dyamentu prawdziwego. Brakowało jej, jak to pani Róża nazywała, szko-ty wj sokiej, a Paryż pod tym względem był portem.
Kiedy wyraz Paryż, bez epitetów, poraź pierwszy w uszach pana Tadeusza zabrzmiał, skoczył niby oparzony.
— Co wy myślicic sobie!—zawołał. — Cóż to, czy ja mam kopalnię złota? czy jestem kurą pieniądze wysiadującą? czy się u mnie w kieszeni pieniądze rodzą? Wy śpiewacie, ale nie tak cienko, jak ja... Ja ledwie dyszę.
Pani Róża i panna Julia nie odpowiedziały na to ani słówka. Rozeszły się w dwie przeciwne strony, a gdy się zeszły, matka miała na policzkach wypiek czerwone, córka łez ślady. Widok ten pana Tadeusza skruszył. Byłby wołał batogi dostać i czekał jeno ze strony żony lub córki zaczepki, ażeby rzecz naprawić, o ileby— rozumie się—• takowa rozsądnie naprawić się dała. Nie zaczepiała jednak ani ta, ani ta. Na twarzach ich świeciła rezygnacya cicha, a męczeńska. Męczeństwo wyglądało pani Róży z wypieków na policzkach, pannie Julii z bruzd łzawych.
— Sto batogów... sto batogów odlew anych walałbym dostać! Ale... co do Paryża...
Zżymał się, wzdj chał, klął i koniec końcem sam Paryż wywołał:
— Jeżeli nie można —odparła pani Róża.
Pan Tadeusz głęboko westchnął i po westchnieniu odpowiedział:
— Cóz robić! Można, nie można. Gdj by się to tylko co można robiło, to naprzód nie byliby śmy do Odessy sześć lat temu pojechali, a potem... potem. Niech to wszyscy diabli porwą! — krzyknął.—Pokazuje się, żc wszystko można... Jedzcie!
Ręką machnął.
Tu dopiero, w zestawieniu harmouijnćin, wy-stąpilj: wysoka szkoła i port. Pani Róża, wyłożywszy znaczenie „szkoły wysokiej”, wytluma-
czyla, że Paryż jest „portem,” do którego, gdy Julisia zawinie, nastąpi rezultat ten sam, jaki osiąga okręt, przybywający z wód indyjskich, z ładunkiem pereł, kamieni drogich i kości słoniowej.
— Jesteś okrętu tego sternikiem, mój Tadziu— powiadała.—Zważ żc sam: czy byłoby to z rozsądkiem, a nawet i z uczciwością zgodnćm, gdybyś sam okrętu do portu nie wprowadził? Nic pozostałoby wtedy nic innego, jak ładunek do wody wrzucić.
Pan Tadeusz na wszystko to odpowiadać nie umiał inaczej, jak westchnieniami.
O paszporty sic wystarał, sam żonę i córkę do granicy odwiózł; na granicy z niemi sic rozstał i do domu powrócił.
Kicdyśmy z nim najpićrwszą na Wygodzie znajomość zabrali, było to coś we dwa bezmała lata po wyprawieniu „do portu” żony i córki, które z nim ustawiczną utrzymywały korcspondencyą, pisując listy zawsze żywe, natchnione, ale zawsze jeden i tenże sam przedmiot na celu mające. Brak „wysokiej szkoły” zapełniony został; pokazał się atoli inny, a mianowicie: brak pieniędzy. Żądanie takowych niepokoiło pana Tadeusza zrazu. Zc skóry się wywlekał a—posyłał. Z czćm się to jednak człek nie oswaja! Oswoił sie z tem, jak z oburzeniem, jakie go przejęło na wiadomość, że Emilka za Kapusinic-go wyszła.
— Zkapucynila się... no! — zawołał. Tego brakło tylko. Howorowska za Kapucynim. Dobrze jednak przynajmniej, że... szczęśliwa.
Panie mu donosiły, że Kapusiniowic zajmują apartament wspaniały, z przepychem umeblowany, że trzymają konie, powóz, lokajów, dają wieczory artystyczne, przyjmują u siebie wielki świat; pani Emilia jest zawsze „t? s applaudie, pomimo — sława listu pani Róży — że glos jćj ani pod względem woluminu, ani pod względem cks-presyi i dźwięku, iść nie może z głosem Julisi w porównanie.” Wyrażała przytem obawę, ażeby' pani Emilia przez zazdrość nie’ szkodziła Ju lisi w karyerze, do której przedcwszystkićm potrzebne są stosunki. W liście prawie każdym opisywała skromność zajmowanego przez nie przy ulicy des Yieillćs-Ecurics aparlamenciku.
Zamiast z listów czerpać wiadomości, które o przesadę podejrzywaćby można, przenieśmy się raczej do apartamcnciku tego i podajmy wiado mość o nim de visu, byliśmy bowiem w takowym, widzieli go i podziwiali.
Podziwialiśmy mianowicie tc ofiary, na jakie skazywały się kobiety, w pogoni za marą. Apar-tamencik w rzeczy samej był skromny: trzy szczupłe pokoiki, z których jeden sahMiR; kuchenka ciemna; skład na drzewo i korytarzyk taki ciasny, żc się w nim z trudnością obracać było można. Tak mieszkała kobićta, co na Podolu posiadała dom obszerny i wygodny, pojazdy, konie, służbę — wszystko na zawołanie. Pod względem umeblowania, salonik tylko miał pozór lepszy trochę. Umeblowanie onego składało się ze sprzętów, nabytych u handlarzy mebli używanych: kanapka, dwa fotele, cztery krzesła, stolik okrągły, pod stolikiem dywanik, fortepian—oto wszystko, le stricte necessairc. Dwa okna; w oknach z lekkiego muszliuu firanki. Do składania nut służyła uiewykwintua etażerka. W pokoikach sypialnych: łóżka żelazne, krzesła plecione drewniane, stoliczki, na stoliczkach przyboiy gotowalniane, szaragi do wieszania su kica i wysiany gazetami kawałek podłogi do składania bielizny. Gdybjr nie wytworność odzieży i nic cienkość bielizny, gdyby nie klejnociki, przeglądające tu i owdzie zpośrodka gratów, na chowanie których komody nie było, pomyśleebj można, iż w pokoikach tych mieszkają kobiety bardzo ubogie. Pokoiki też tc stanowiły sanctum satictissinnim pań naszych. Nicwolno było do nich zaglądać nikomu obcemu. Dlatego zapewne obchodziły się bez sługi. Uslugiwaty sobie same we względzie uprzątania i ubierania się; co zaś do jadła — pożywienie ich ciepłe stanowiła herbata na spirytusie gotowana; wszystko zresztą inne spożywały na zimno, a nierzadko wsz,y
339
stko to ograniczało sic na chlcbic suchym. Bez prywacyi takiej obejśćby się mogły, bądźcobądź bowiem, pan Tadeusz dosyłał w początkach po parę tysięcy rubli rocznie; a ponieważ kurs rubla w owym czasie nie schodził niżej franków trzech i pół, wystarczałoby więc to na odżywia nic się, dostatnie, gdyby w mniemaniu tych pań para rękawiczek nie stanowiła rzeczy ważniejszej, aniżeli posilny obiad. Pieniądze przeto do-syłane szły przedewszystkićm na rękawiczki, na trzewiki, na kołnierzyki, wualki, kapelusze, za-rzutki, narzutki, suknie, etc., etc., etc.; dalćj na lekcyc śpiewu tak w konserwatoryum, jakoteż u firmy pierwszorzędnej; wkońcu dopiero na jadło. Ztąd żołądkowi dostawały się okruchy, które funkcyą odżywiania sprawowały w sposób umiarkowany.
histalacya i urządzenie sposobu życia świadczyły. żc się pani Róża i panna Julia oddawna do takowych przysposabiały. Musiały one już w Odessie studyować życie paryskie wedle ma-teryałów, w które obfitują wypożyczalnie książek. Nie bez tego też, żeby w Odessie uie zaciągały informacyj ustnych. Tylu Paryżan i Paryżanek po świecie sie uwija! Panie więc nasze przybyły ze świadomością gruntu dokładną, zajechały do jednego z hoteli drugorzędnych i wprzeciągu tygodnia posiadały już własny korne. Po zainstalowaniu się, wizytą najpierwszą, jaką w Paryżu oddały, była wizyta u pani Emilii.
Pani Emilia przyjęła je uprzejmie.
— Ach! kuzynki! — zawołała.—Jakżem rada! Prawie niespodzianka, pomimo że, myśląc o was, a myślę często... czyniłam przypuszczenia, że się na bruku paryskim spotkamy.
— Uległyśmy konieczności — odrzekla pani Róża.
— Słusznie, bardzo słusznie. Tadzio opierać się i zrzędzić musiał.
— Nie obeszło się bez tego.
— 11 s‘eet Jałt tirer Uoretlle. To jego rzecz. Ale — zawołała, spojrzeniem od stóp do głowy panno Julią oblewając — Jnlisia jakże pysznie wyrosła! Winszuję, winszuję! 1 to ta sama Juli-sia, którą ua ręku nosiłam? A!—pannę Julią objęła i uścisnęła—Jakże—zapytała—wielką znajdujesz różnice pomiędzy Paryżem a łloworówką?
— We wszystkiem —odpowiedziała zapytana.
— N'est-ce past Oswoisz się jednak. Nie sposób się z czćmś oswoić prędzej i łatwiej jak z Paryżem, a to dlatego, że jest-to miasto uniwersalne, w którem zaspokojenie znajdują wszystkie gusta Lfantazye. Miasto najładniejsze pod słońcem... mniej krępujące niż kraty, ale zato bez porównania w resursa wszelkiego rodzaju obfitsze.
— Ciocia żartuje — odezwała sic panna Julia—przyrównywająe Kruty do Paryża.
— Zapewne, żartuję; ale w żarcie moim jest prawda. Gdzież kuzynki mieszkacie?—zapytała.
— Zainstalowałyśmy się tymczasowo jaknaj-skroinnićj i jaknajustronniej, ażeby bez dystrak-cyi przejść szkole.
— Jnlisia kontynuje?—zapytała pani Emilia głosem bez wyrazu.
— Potośmy tu przybyły.
— To dobrze—słowa te znów zabraniały bez wyrazu.—Nie macie przecie zamiaru od świata się usuwać. Szkoła szkołą, a i świat to szkoła także.
— Tak — odparła pani Róża.—Zrobi się też znajomości parę.
— Jcżelibym w czem, kuzynki kochane, usłużyć wam mogła, jestem na rozporządzenie wasze.
Pani Róża podziękowała z udaną dobrze serdecznością.
Pani Emilia zapytała:
— Dajcież mi adres wasz; ulica? numer?
Z ociąganiem się nicjakićm pani Róża na pytanie odpowiedziała.
W czas jakiś po wizycie tćj pani Emilia odwiedziła kuzynki, w domu je zastała i tyle okazała taktu, że otaczającemu je, albo raczej służącemu im za ramy ubóstwu nic dziwiła się zgoła. Ubóstwo to bowiem wyglądało na dobrowolne, odbijając od odzieży, której kobiety
w rzeczy samej ubogie nie wkładają na siebie. Pani Emilia wiedziała, poczernił łokieć materyi na sukni pani Róży; znała wartość koronek i haftów, przyozdabiających postać panny Julii; cen-ność kolij i bransolet, pierścionków i kolczyków także obcą jej nie była. Panią Różę i pannę Julią, gdy się ubrały, szacować było można, wedle odzieży, na kilka tysięcy franków każdą z osobna. Ubóstwo przeto pomieszkania przybierało znaczenie szczególne, nacechowane umyślnością, mającą plan jakiś za punkt wychodni. Wydawało się, że, w rzeczy samćj, unikanie dystrak-cyi dla nauki miało ono na celu. W pomieszkaniu takiem przyjmować nie można było nikogo; kto nie przyjmuje, ten i sam nigdzie nic bywa: to było jasne.
— Jednak nie godzi się — mówiła, pani Emilia — córkę mając, skazywać się na żywot pustelniczy.
Pani Róża tłumaczyć nic chciala, że, wierząc w talent Julisi, żywot ten uważała za stan przechodni, mający się odmienić, jak skoro talent pełnym zajaśnieje blaskiem
— Godzi sie przecie jakąś dla nauki ponieść ofiarę—odrzekla.
— Niezawodnie. Bywacie wszakże w teatrze, na operze, ua koncertach?
— Bywamy dlatego, raz żc to potrzebne, po-wtóre że to żadnych za sobą nic pociąga konse-kwencyj.
— W razie takim mogę mieć nadzieję, że ze-cheecie czasem zajrzeć i do nas, na wieczór.... przyjmujemy we środy i dajemy w jednym tygodniu sob-će intiiiu:, w drugim xoiree parce... Będziecie mile widziane i na jednym i na drugim... Zbiera się u nas towarzystwo przeważnie artystyczne, lecz do świata artystycznego garną się światy wszystkie, tak że spotkacie w salonie naszym i bankierów, i urzędników, i wojskowych, i literatów, i uczonych, i dyplomatów i przedsta-wieili arystokracji, w próbkach wyborowych.
Miloby mi było — zaczyna pani Róża— ale...
— Tylko bez obj< kcyj—przerwała pani Emilia.—Będziecie jak w teatrze; nic zecbcccie być przedstawiane, nie zecbcecie ażeby wam przedstawiano kogo, to stanic się woli waszej zadość. A Julisi to nic zaszkodzi bynajmniej, jeżeli się pokaże. Meteor taki — dodała z przekonaniem— uwagę, zwraca na siebie. Na zwracaniu na siebie uwagi panienki niekiedy wychodzą dobrze. Zresztą nic zobowiąże to was zgoła do niczego.
Pani Riźa, na takie rzeczy przedstawienie, zaprosili nie przyjąć nie mogła; przyjmując zaś, ni?, mogła zrobić tego połowicznie. Wiec:
— Jakaś ty dobra, Emileiu! — z przyciskiem wymówiła i panią Kapusini uścisnęła.
— We środę najbliższą — podchwyciła ta ostatnia — wypada u nas soiree intime. Przyjdźcież do nas na obiad, o wpół do ósmej, a po obie-dzie zostaniecie. Przy stole, oprócz was dwóch, będzie może jeszcze osób parę, bliższych znajomych, męża mego przy jaciół.
1 te zaprosiny przyjęte zostały.
Panna Emilia następnie o mężu sie rozgadała, rzuciwszy słów parę o zabiegach jego w Paryżu, rokujących przyszłość świetną.
— Na polu artystycznem? — dopowiedziała pani Róża.
— Ach uie! — odparła pani Emilia.—Artyzm mu, jako most, służy do pomysłów i kombinacyj innego rodzaju. Mąż mój obraca sie w sferach finansowych.
Po zamianie frazesów kilku, tyczących się pana Kapusini, pani Róża, nastroiwszy minę na ton ciekawości troskliwej, zapytała:
— A nic zdarzyło ci się, Emileiu, usłyszeć bodaj czego o Pawełku?
— Ani słówka. Wyznam szczerze, iżbym go teraz spotkać rada.
Uwo „teraz” miało partykularne znaczenie swoje. Zapewneby go na wieczór zaprosiła.
Pani Emilia z godzinę zabawiła. Po odejściu jćj pani Róża córki zapytała:
— Cóż powiadasz o cioci Emilci?
— Bardzo jest dobrze... Chic.
— Kapusini do finansów sie wziął.
— Mnie się zawsze wydawało, że on ze swo-jemi zasobami wokalncmi daleko zajść nie może.
— Nic dalej, jak ciocia zc swojemi... Zdaje się, żc i Emilka za wygraną dała: miarkuję to ztąd, że się sukcesami nie chwali. Z nami będzie inaczej...
Panna Julia uśmiechnęła się i westchnęła.
— Trzeba jednak przewidzieć wszystko.... U Kapusinieh na wieczorach grają zapewne i śpiewają... Cóż, gdy ciebie prosie będą?
— Ach!., nie.
•— Trudno się wymówić będzie.
—- Wymówię się czćmkolwiek .. bólem gardła. — Ustawicznie jednak gardło boleć nie może. — To też późnić), kiedyś... co innego; ale nie odrazu. Niech się pierwej w towarzystwie rozpatrzę.
Do środy pozostawało dni kilka Panic miały czas przysposobić się do solrle intime. Nic wystąpiły strojnie, ale też nic ubraniu ich do przyga-nienia nie było, zacząwszy od głów, czesanych po mistrzowsku, a skończywszy na nogach, obutych w trzewiki pochodzenia jakuajszlachetniejszcgo.
Do stołu siadło osób dziesięć; mężczyzn sześciu i damy cztery. Dama czwarta była to jakaś jejmość ruda, czerwona i tłusta, która żartowała, śmiała się i jadła z akcentem.
— Ocli! jakież to smaczne! — wywoływała za daniem niemal każdćm.- Szef państwa posiada tajemnicę w przyrządzaniu półmisków, której nie posiada żaden inny.
— Odkryję pani tę tajemnicę — odpowiedział Kapusini —że u nas nie szef w kuchni mistrzu je, ale cordon bleu, jak na prawdziwych mieszczan przystoi.
— Winszuję—była damy' odpowiedź.
1 było winszować czego. Podanie jadła i przyrządzenie onego odpowiadało wymogom gusto-wności najwybredniejszej. Zastawa stołu przedstawiała widok ponętny, nie ograniczała sie bowiem na samych tylko bukietach, ale polegała na połączeniu figur różnych z kwiatami. Na środku stołu wznosiła się skala kryształowa, w mech i maki przystrojona. Skala ta za podstawę dla półmisków służyła. Symetrycznie do niej stały posągi w girlandach, wózki z leżącemi na takowych bokiem butelkami, naczynia srebrne pozłacane, serwisy porcelanowe. Serwis każdego z biesiadników składał się z kolekcyi całkowitej naczyń stołowych, niepodęjrzanych pod względem matcryalu i zalecających się wykwintnością formy; bielizna nosiła markę firmy najznakomitszej. Było na co patrzeć ua stole, który się zwał mieszczańskim.
Obiad dzieli! się na trzy akty. Akt pierwszy: zupa, ryba i pieczeń; drugi—drób i jarzyny; trzeci—dziczyzna i legominy; po tem wszystkiem nastąpi! epilog pod postacią wetów; wreszcie kawa czarna i likiery. Za każdym aktem naturalnie odbywała się zmiana całkowita serwisu, jakoteż zmiana win.
W układzie obiadu, w kombinacj i dań, w przyrządzeniu potraw panował wzgląd na utrzymywanie apetytu w natężeniu ustawieznem. Wciąż się jadło i piło, a ciągle się jeść i pić cliciało.
Panic nasze nie podziwiały przepychu tego głośno, ale dlatego tylko, że na podziwianie ton dobry nic pozwalał, w duszy jednak i podzi wiały— i kto wić—zazdrościły może.
Przy obiedzie panował humor jakuajlcpszy. Podtrzymywała takowy’ głównie ruda dama, w konceptach niewyczerpana. Pobudzała nieraz do śmiccliu wszystkich, z wyjątkiem jegomości jednego, chudego, łysego, niemłodego i posiadającego wstążeczkę legii honorowej w perliczce. Ten jeden się nic śmiał, nie uśmiechał nawet, nic okazywał jednak humoru złego—przeciwnie. Ktoś zażartował z niego, że śmiechu nic podziela, i o przyczynę zapytał.
— Pojąc nic umiem przydatności onego—odpowiedział.
— Pan (nazwisko wymieniła) w przydatności tylko wierzy—podchwyciła ruda dama.
Pan Kapusini rzucił uwagę, że śmiech trawieniu pomaga.
340
— Z doświadczenia wiem—odparł jegomość -źe się bez niego bardzo wygodnie obchodzić można.
— Tak, tak—potwierdziła dama—ale to dla tego może, że ja się i za siebie i za niego śmieję. W pożyciu malżeńskićm kompensaty tego rodzaju są rzeczą bardzo naturalną.
Było to więc małżeństwo.
Po obiadzie panie przeszły do apartamentu pani Emilii, panowie zaś udali się do fajczarni na cygara. W apartamentach panowała eleganeya taka sama, jak w salonach. W buduarze pani Kapusini miękkie siedzenia wabiły do siesty poobiedniej. Buda pani zajęła kącik, oparła się i zasnęła. Panna Julia zajęła się przeglądaniem albumów. Pani Emilia poczęła pani Róży nazywać spólbiesiadników i dawać każdego charakterystykę krótką.
— Mąż tej damy — na śpiącą oczami wskazała—jest to agent cle chunge, jeden z tych, za pośrednictwem których robią się interesa na kursie, figura bardzo ważna... Tamten, co obok męża mego siedział, to osobistość, jak się mówi: mini-steryalna; nie minister, ale ma ministra żonę, która go w aferach popycha. Mićć go po sobie, jest to mićć poparcie olieyahie w sferach dworskich... żona jego jest w laskach u cesarzowej.
Nazwala jeszcze osobistości kilka, a wkońcu:
— Julisiu — zapytała — jakże ci się sąsiad z prawej strony podobał?
— Hm? cóż, ciociu?—odpowiedziała.— Młody człowiek uprzejmy...
— Baron B. syn (wymieniła nazwisko jednego ze znanych bankierów) i z ojcem associe... nie żonaty jeszcze— dodała.—Jest to jedna z gwiazd, gwiazdy bowiem bywają płci żeńskiej i płci mcz-kiej, a te ostatnie rekrutują się wyłącznie w sferze finansowej. Uważałam, żc go Julisią zajęła: mierzył ją z ukosa wzrokiem.
Pannie Julii żywe do twarzy uderzyły rumieńce; pani Kóża chrząknęła.
— I—ciągnęła pani Emilia—czułam zadowolenie wewnętrzne. Julisią jest irrćproehable. Widać po niej, że łat dziewiętnastu nie fabrykuje. Bankicrowic na tem się znają, niektórzy lepiej nawet, aniżeli na kursach papierów.
Rozmowa ta byłaby się ciągnęła dalej, gdyby nie to, że się dama ruda obudziła. Obudziła się, jakby nie spala. Fizyognomią miała taką, którćj zaspanie ani trochę nie zmieniało. Słów kilka rzuciła, w zwierciadle się przejrzała, tualctę na sobie nieco poprawiła i zapytała:
— Wychodzimy?
— Możemy wyjść, mimo źe to nie późno jeszcze.
Godzina była wpół do jedenastej.
Ruda dama podała ramię pani Róży; pani Emilia wzięła pod rękę pannę Julią i dwie pary krokiem spacerowym posunęły do salonu, który się niebawem napełniać począł. Przybyli naprzód panowie z fajczarni i przysiadać się do dam po częli. Około rudej zrobiło się. kółko; do pani Emilii,* a zatem i do siedzących obok niej pani Róży i panny Julii, przysunęło się dwóch. Następnie pani Kapusini cochwila wstawać i przybywających panów i panie witać musiala. O kwadrans po jedenastej w salonach pełno było. Damy siedziały, panowie jedni siedzieli, drudzy stali, inni się przenosili z miejsca na miejsce. Potworzyły się grupy rozmawiające półgłosem. We drzwiach, o odźwierck grzbietem oparty, stał baron B. i po Zgromadzeniu okiem wodził.
Po niejakim czasie przy fortepianie widzieć się dał ruch. Lokaje wnieśli kobiercem okryte podniesienie, na podniesieniu postawili harfę i krzesło, na krześle usiadła blondynka jakaś, obok niej stanął brunet zc skrzypcami i zabrzmial duet.
Wczasie przygotowań do duetu owego, pani Emilia mówiła pani Róży do ucha:
— Julisią sprawiła na baronie wrażenie.
— Po czem tu wnioskujesz? — zapytała pani Róża.
— Po tein, że został. To rzecz nadzwyczajna. Jemu bowiem głowę zawróciła Yram.
— Co za Yram?
— Jstota zagadkowa. Jest w chwili tćj en vogue w Paryżu... Otacza ją tłum wielbicieli...
Śpiewaczka z nićj znakomita, premier choiur, elew-ka konserwatoryum tutejszego i inoglaby w operze wystąpić, ale nie chce. Tak powiadają.
— Czemuż nie chcc?—zapytała pani Róża.
— Dlatego że Rotschildy, de Morny, Yaillan-ty, dc Rochetbucauldy i inni płacą jej za wieczór po piętnaście, po dwadzieścia i więcej tysięcy franków. Dziesięć, dwadzieścia wieczorów takich w’ sezonie i... na co się tu prawami teatral-nemi wiązać?
— Ładna być musi—bąknęła pani Róża.
— Tak mówią... Tak powiada mój mąż... Nie widziałam jćj jeszcze, ale — dodała — zobaczę u siebie może: mąż mój bowiem ma zamiar zaprosić ją.
— Moja Emilciu! — zawołała pani Róża—toć to wy się nie liczycie nic a nic!
— Liczymy się— odparła pani Emilia półgło sem—poz«- etre U faut paraitre... Jak cię widzą, tak cię piszą. Kto pannie Yram dwadzieścia tysięcy daje, ten zapewnia sobie na pólmilioua przynajmniej kredytu. Liczymy sic więc, jak widzisz, moja droga.
Dźwięki harfy rozmowę przerwały. Zgromadzenie wysłuchało w cichości duetu i wynagrodziło popisującą się parę grzmiącemi oklaskami, luboe nie bardzo było za co. Lokaje podniesienie i harfę uprzątnęli.
W chwili tej przed panną Julią stanął pau Kapusini, skłonił się jćj i zaniósł do nićj prośbę, ażeby dać się słyszeć raczyła.
— Julisią sie dopióro śpićwać uczyć zaczyna— zainterweniowała matka.
— Pani mówi to człowiekowi, co pannę Julią zna.
Wymawianie się tyle tylko sprawiło, że udc-cydowanćm zostało, ażeby śpiewała naprzód pani Emilia. Śpiewała więc pani Emilia—oklaskano ją; śpiewała panna Julia — i ją spotkało toż samo, z tą jedynie różnicą, że podczas gdy ona egzekwowała jedne z aryj popisowych, baron B., który się w nią pilnie wpatrywał, opuścił swoje we drzwiach stanowisko i zniknął. Zauważyła to pani Róża—gorąco się :ći zrobiło. Po chwili, kiedy już córka na miejs. e wróciła, do ucha się pani Emili nachyliła i zapytała:
— Jak się ta śpiewaczka nazywa?
— Nazywa się Yram dc Rowob.
— Zamawiam się, gdy ją do siebie na wieczór zaprosicie.
— O!... ależ... Ja was zamawiam na środę każdą. Widzisz, Julisią jakie ma powodzenie!...
(Dalszy ciąg nastąpi.)
Jeszcze słówko w sprawie Kraszewskiego,(,)
„Inną jest sprawiedliwość sądowa, a inną— polityczna”—odpowiedział niegdyś minister pruski, Bornemann, wysłańcowi polskiemu, gdy ten skarżył się na bezprawia wojsk pruskich w Po-znańskicm. Znaczyło to, że sprawiedliwość może rozciągać swoje władzę tylko do tych granic, od których zaczyna się panowanie przemocy, nazywanej przez silnych racyą polityczną. Znaczyło to, źe stopień zdroźności wszelkich nadużyć jedynie zależy od stopnia zapewnionej im bezkarności, czyli, żc samowola nic jest samowolą, występek nie jest występkiem, gwałt nie jest gwałtem, skoro niema na nie w praktycznym rzeczy porządku hamulca i chłosty. Znaczyło to, źe prawo moralne, mające stanowić fundament wszystkich stosunków ludzkich w społeczeństwach oświeconych, bywa tak samo nicdolęźnein wobec potęgi materyalnej, jak jest słabym wędrowiec bezbronny, napadnięty w lesic przez uzbrojonych od stóp do głów olbrzymów. Może niedobrze zrozumiał zrazu delegat poznański
(‘)Wn. 115 „Gazeta polski" wydrukowała artykal wstępny, który,jako napisany z n cpospolitą silą argumcn-tacyi, a przytem w tonie poważnym i spokojnym, w całości tu powtarzamy.
(Przypisck redakcyi.)
wskazaną sobie różnicę, nad którą zresztą miał sporo czasu rozmyślać później, siedząc na dnie wieży. Ale rozumiało ją prźewybornie ówczesne ministeryum berlińskie, rozumiało wojsko prn skic, dokazujące w prowincyi polskiej, zrozumieli wkońcu i ci, którzy napróźno udawali się po sprawiedliwość do najwyższego jej organu w państwie.
Odtąd minęło lat trzydzieści sześć, była zatem pora wiele złego usunąć i jeśli jest prawdą, źc cywilizacya narodów europejskich wciąż naprzód postępuje, to wypadałoby spodziewać się, że i zasada sprawiedliwości została w Niemczech uproszczoną, to jest, zgodnie z charakterem tej cnoty, do jednej wspólnćj dla wszystkich doszła miary. Niewczesna to wszakże byłaby nadzieja. Ukończony w dniu wczorajszym proces lipski nastręcza bardzo poważne wątpliwości, co do tego pytania.
Wyrok już. zapadl. Trybunał uznał, źe Kraszewski jest winnym i skazał go surowiej, niż zdawał się żądać tego poprzednio nawet p. prokurator, który sam uważał za słuszne złagodzić pierwotne swoje wnioski. To więc, co podyktował sędziom lipskim głos icb sumienia, mićć będzie teraz moc prawnie obowiązującą. Poza czynem spełnionym jednak, poza kwestya rozstrzygniętą w duchu tćj moralności, jakiej trybunał lipski dał wyraz w swojej dccyzyi, pozostaje niezawisła od form urzędowych, ostatnia jeszcze na świecie instaneya wszelkich spraw ludzkich—sumienie publiczne. A przed niem nie ukryje się to w żaden sposób, źe ów niby zwykły proces nosi na sobie najposępniejsze cechy dramatu politycznego... Czy to może nieprawda? Czy sąd lipski może nie domyśla się, żc rozgłos nadany sprawie Kraszewskiego ma swój cel spteyalny, że nie chodzi w nićj o potępienie chorego starca, ale o zadanie bolesnego ciosu narodowi polskiemu? Czy z ręką na sercu ośmieliłby się powiedzieć, źe uie było tu zamiaru sponiewierać honor społeczeństwa, które czciło w oskarżonym długoletniego pracownika na niwie literatury ojczystej i uważało go z tej przyczyny za przedstawiciela otwartej i uczciwej pracy ogółu narodowego? Czy nie wiedział, że nic dla sprawiedliwości „politycznej,” rozgrzeszającej łatwo każdy dogodny ucisk, każdą zyskowną nierzetelność—chciano w Berlinie skazania Kraszewskiego? Albo czy może, nie będąc tak ślepym, aby tego nie spostrzegł, trybunał lipski zrobił wszystko, co było w jego mocy, żeby ustrzedz się od pokusy? Czy rozważył jak należy materyał dowodowy, nagromadzony przeciw obwinionemu przez połicyą i prokuratorów niemieckich; czy powziął przekonanie, zc od takiej gorliwości, popartej taką masą środków, nie już więcej dla dowiedzenia winy żądać nie można? Kto jest tak potężnym i wszeebwiednym oskarżycielem, a przytem bez skrupułu okazuje chęć pognębienia obwinionego, ten musi niczbite-mi argumentami poprzeć swoje zarzuty. Insy-nuacyj i przypuszczeń gołosłownych tu być nie mo żc, trzeba wszystko wyjaśnić najdokładniej, trzeba wszystkiego dowieść czarno ua białem, aby nie pozostało w niczćm cienia niepewności.
Czy trybunał oparł sic szlachetnie naciskowi wywartemu tak jawnie na sędziów przez księcia Bismarcka, w chwili właśnie, gdy proces nieco pomyślniejszy dla Kraszewskiego przybrał kierunek? Czy nic doszło do jego wiadomości, że każdy szczegół w liście kanclerza byl nieprawdziwym; że o stowarzyszeniu wojskowych w Pary żu ledwie kto słyszał; źc jeśli istniało ono kiedykolwiek, to bez szerszego zakresu działania i wpływu; że ogół polski, nieobojętny przecież na swoje sprawy, nic a nic o tem nie wiedział; źc w szeregach włoskich i francuskich walczyli z własnego natchnienia ci i owi ochotnicy polscy, niewysylani tam bynajmniej przez żadnych organizatorów; że podczas wojny wschodniej agentom angielskim udało się zaledwie trzydziestu zwerbować Polaków do służby tureckiej; że przeciw utworzeniu legionu polskiego zaprotestowało cale dziennikarstwo polskie; że próby angielskie zawiązania spisku polskiego nigdzie nic dopisa-
341
ły; że Samuel nie był naczelnikiem biura statystycznego przy francuskiem ministeryum wojny dla tej prostej racyi, iż biura takiego ministeryum nic posiadało; źe tenże Samuel nie żył już wczasie pobytu Kraszewskiego w Pau, więc też nie mógł przedstawić go Ferremu; że Ferry nie znał wcale i nie zna Kraszewskiego; że generał Tbibaudin nie zarządził rewizyi u Erlangera; że rewizya u tegoż nastąpiła nie z powodów politycznych, ani pod pozorem uczestnictwa w „Union generale,” nieistniejącej już wtedy od lat kilku, ale na żądanie akcyouaryuszów „Credit generał”... Czy to wszystko zbadał, sprawdził, skom-binował sąd lipski?
Książę Bsmarck, narzucając trybunałowi bardzo wyraźnie swoję wolę, postawił już go tćm samem w obliczu wszystkich ludzi prawych w stanie oskarżenia. Trybunał nic nie przedsięwziął, żeby oczyścić się z tego wspólnictwa, więc i wyrok zapadły w Lipsku traci dla nas wszelką doniosłość. Jesteśmy poprostu świadkami jednego z licznych przykładów znanćj nam oddawna dwojakiej sprawiedliwości, podniesionej do stanowiska zasady przez ministra Bornemanna, a podszytej, jak zwykle, drapieżnością teutoń-ską. Krzywda nas boli, ale przynajmuićj, dzięki Bogu, tej ręki, która ją wyrządziła, szanować nic potrzebujemy.
Ze świata obcego.
Eininauucl Geibcl i Michał Costa.—Boya! Acadeiny.—Poezye <lo:i Raniona de Campoamor.—Projekt akademii w Ame ryce.
Niemcy straciły najznakomitszego ze swoich liryków, Geibla. Byl-to poeta w calćm słowa te go znaczeniu, poeta popularny, którego piosenki biegły od pól wieku z pokolenia w pokolenie, z pałacu do chaty, poeta o treści jasnej, sympatycznej, o nucie patryotycznćj, a o formie skończonej, wykwintnej, misternie żłobionej. Niewielu mu podobnych zliczyćbyśmy mogli w Europie. Wiele przeciwieństw można znaleźć pomiędzy nim, a innymi lirycznymi poetami. Geibcl pisał tylko, kiedy miał coś do powiedzenia, i posiadał rozległe kosmopolityczne wykształcenie. Jego podróże po Grccyi i obcowanie poufne z Ernestem Curtiuscm wtajemniczyły go w ducha sta-rćj llclady. Nie wićmy, czy przebywał długo w Hiszpanii i Portugalii, ale jego tłumaczenia iberyjskich poetów noszą na sobie tę cechę niezaprzeczoną życiowej prawdy, to tętno rzeczywistości, którego stłumić niepodobna. Jako nlozof, jako estetyk, jako profesor muichowskićj wszechnicy, Gcihel pracował z pożytkiem niemałym dla swojego kraju. Ilekroć poeta ogranicza się do opisywania swoich indywidualnych uczuć, możemy go obdarzyć chwilowo sympatyą swoją; ale niezadługo żądamy czegoś więcej, żądamy karmi posilniejszej, horyzontu szerszego. Gdy zalet tych nic posiada, staje się tylko jeduem z tych ech, w których głosu nićma, podług trafnego słowa Goethe’go.
Geibel nietylko żc miał zawsze coś do powiedzenia w swoich lirykach, ale z prawdziwie religijną czcią starał sie o doskonałość formy. Nie znamy poety, któryby ją miał bardziej nieposzlakowaną, bardziej kryształową. Muzyka jego wićrsza kołysze ucho i pieści srebrzystemi dźwięki.
Ale i to jeszcze nie byłoby wystarczało do zapewnienia mu tego nadzwyczajnego wpływu, tej popularności, tej patryarcbalnej powagi, jakich używał w Niemczech. Pochlebną tę role dal mu jego gorący patryotyzm. Gdy w 1866 roku Pru sy zaczęły urzeczywistniać oddawna już pieszczony w głębi serc niemieckich ideał wspólnćj, jednolitej ojczyzny, Geibel naraził się na prześladowania stronnictwa partykularyzmu, na utratę katedry, ale donośnym głosem stanął po stronie Prus, które uosobiały idee narodowe. Ta nuta patryotyczna, którą nawet u nieprzyjaciół uznać
mamy sobie za obowiązek, postawiła Geibla na piedestale. Utrzyma! się tćż na nim aż do śmierci. Umarł w rodzinnćm swem mieście Lubece, gdzie pochowany został ze wspaniałością, na jaką zasługiwał. Znaczenie jego literackie zbyt jest wielkie, aby się rola poety wraz ze śmiercią jego skończyć miała.
Jednocześnie gdy Niemcy straciły swego pieśniarza, w Anglii umarł człowiek, który w świecie muzykalnym wiclko-brytańskim miał wzię-tość ogromną, prawie bezprzykładną. Mówimy tu o Michale Costa. Byl on Neapolitańczykiem z urodzenia i wiosna jego artystycznej twórczości i ięga 1828 roku: napisał wtedy swoję operę II Carcere d’JIdegonda. Po niej nastąpiło wiele innych, gdyż miody maestro był płodny i nie zrażał się małem stosunkowo powodzeniem swoich partycyj. W r. 1844 opera wioska w Londynie dała jego Don Carlom i odtąd osiadł w Anglii. Widząc, jak ciężko przychodzi dziś jeszcze Anglikom wyrobie w sobie zmysł muzykalny, możemy sobie łatwo wyobrazić ich niemowlęctwo artystyczne przed cztćrdziestu laty. Na tćm jałowem polu stanął Michał Costa i postanowił dać Anglikom muzykalne wykształcenie. Trzeba było uie-lada energii i niestrudzonej działalności, aby nie ustać w pól drogi. Rozwinął ją też w całej pełni. Można powiedzieć, że przez wiele lat byl on jedyną dźwignią muzykalną Anglii. Byl dyrektorem opery, twórcą i organizatorem Towarzystwa filbarmonicznego; jemu zawdzięczać należy przywołanie do życia tych olbrzymich festiwalów muzycznych, które wsławiły Anglią. Jako dyrektor orkiestry był nieporównanym i kto gu nie widział przewudniczącego tym potężnym masom Instrumentalnym i chóralnym, ten nie może sobie zrobić wyobrażenia o jego ogromnym pod tym względem talencie. Nawet brak geniuszu osobistego przyczynić się musiał do łatwości, z jaką się wdrażał w utwory innych kompozytorów. Nie mógł on wprawdzie nigdy wyrzec się swoich narodowych sympatyj i faworyzował włoską muzykę z uszczerbkiem innych; nie znosił przedewszystkiem nowćj szkoły niemieckiej, uosabiającej się w Wagnerze; ale mimo to nie przestał być najbardziej wpływową osobistością na polu mu-zycznćm. Stanowisko jego w Anglii było wybitne. Po powodzeniu jakie miała kantata jego Eli, królowa dala mu tytuł barona i odtąd świat arystokratyczny zawezwał go do swego kola. Bez sankcyi wyższych klas towarzyskich nićma w Anglii, jak wiadomo, ani powodzenia, ani powagi. Syt lat i chwały, zmarl teraz i spoglądając na prze-bicźonc pole, mógł sobie powiedzićć, że trzymał do chrztu muzykę w Anglii: reszta przyjdzie zczasem.
Sztuka plastyczna zato stoi tam już silnie, samodzielnie. Dwie doroczne wystawy, które się otwierają jednocześnie w lloyal Academylw Gros venor Gallery, są i tego roku przedmiotem najżywszego zajęcia londyńskiej publiczności. Jakiekolwiek ma się zapatrywanie na dążenia an-giclskićj szkoły artystycznej i na ideał, który się jej uśmiecha, trzeba przyznać, że posiadają Anglicy cały szereg artystów pełnych oryginalności z jednej strony, a wysoce posuniętej techniki z drugiej.
Nie tutaj miejsce szeroko rozpisywać się o obrazach i posągach, których parę tysięcy znajduje się na tych dwóch wystawach: przekroczyłoby to o wicie ramy, jakie mamy zakrćślonc. Nic aicwdzięczuicjszcgo zresztą dla piszącego, jak te opisy obrazów, których czytelnik nie miał sposobności oglądać: opis wygląda zawsze martwo, bezdusznie Ograniczymy się tedy do wzmianki o dwóch artystach, których europejska sława i szćroko rozpowszechnione utwory oddawna już zostały ocenione przez publiczność wykształconą. Mamy tu na myśli sir Fredericka Leigbton i J.E. Millais, najznakomitszego ze spólezesnych angielskich malarzy.
Lir Frcderick Leigbton jest prezesem królewskiej akademii sztuk pięknych i siłą swego talentu, zarówno jak wysokiem a wszeebstronnćm wykształceniem, wzniósł się na stanowisko, na którćm się utrzymuje także przez swoje towarzy-
skie zalety, swoje arystokratyczne stosunki i przyjaźń następcy tronu. Można go uważać za jedne z tych uprzywilejowanych osobistości, na które fortuna zlćwa cały zdrój swoich darów. Zawsze wybierający poetyczne przedmioty do swoich obrazów, sir Frcderick tą rażą zaczerpnął w Dekamerouie Bocacego znany epizod Cymoua i Ifigenii. Cała otulona w białe, urocze zwoje draperyj, śpi Ifigenia wśród rozkosznego krajobrazu nad brzegiem morza, a Cymon, w czcrwo-nćj todze, wpatruje się w powabne zjawisko. Spokój błękitnego morza i nieba, na które zachodzące słońce ciska snop ostatnich promieni, daje tym dwom poetycznym postaciom godne ich ramy. Nie można się napatrzeć temu obrazowi, który łączy z akademicką poprawnością sile i potęgę uczuciowości. Artysta znajduje się obecnie w całej pełni swej dojrzałości i trzeba przyznać, że ta harmonia, do której się wznieść umiał, jest świadectwem prawdziwego talentu.
Pan Millais posiada niezaprzeczony czar, którym usidlił społeczeństwo angielskie. Każdy nowy jego obraz jest wypadkiem ar ystycznym, każdy sprzedawany bywa za bajeczne sumy. Obecnie wymalował on obraz rodzajowy, pełen niezaprzeczonego wdzięku. Jest-to odpoczynek żołnierzy udających się na północ Szkocyi. Na pierwszym planie młody żołnierz, grający na pi pe, tym narodowym instrumencie wysoce popularnym w szkockich klanach; troje dziewcząt przysłuchuje się tej grze z natężoną uwagą. Niepodobna znaleźć sceny prostszćj, bardzićj z życia zwykłego wyrwanej, na której jednak artysta położył piętno poetyczne. Nazwa Idyll, którą nosi, jest zasłużoną: obraz posiada jej świeżość i ułudo.
W oddziale rzeźby mniej znakomitych spotykamy utworów. Pomiędzy popiersiami i tego roku otrzymuje palmę Konrad Dressler, któremu już w przeszłym poświęciliśmy tutaj specyalną charakterystykę. Miody ten talent wz.uaga się, krzepi na siłach i niema wątpliwości, żc będzie on wkrótce gwiazdą europejskiej sztuki. John Ruskiu, największa powaga w krytyce artysty-cznćj, uważa go także jako najznakomitszego rzeźbiarza angielskiego; oryginalność jego stylu jest widoczną nawet dla niewtajemniczonych.
Oryginalność, oto ciągłe dążenie wszystkich artystów plastyki i wszystkich ludzi dzierżących pióro. Każdy ma nadzieję wj powiedzieć idee nowe, dotąd niesformulowanc, każdy rości sobie pretensye do nowości formy przynajmniej^ jeżeli nic przedmiotu. Głównym tćż punktem, który krytyka zwykle porusza, jest oryginalność twórcza. Chociaż przysłowie stare a prawdziwe twierdzi, żc niema nic nowego pod słońcem, chociaż słusznie powiedział jeden z najbystrzejszych krytyków, żc od czasów Arystotelesa i Platona każdj myśliciel należy i należćć musi do jednego z tych dwóch obozów—mimo to istnieje nieprzeparta aspiracya do nowatorstwa, do apostolstwa nowej wieści. Nićma kraju w Europie, gdzieby kwestye tego rodzaju nie były poruszane i gdzieby interes publiczny nie był do nich przykuty.
Obecnie dzieje się tak w Hiszpanii. Jako przedmiot sporu stanęły utwory don Roniona de Campoamor. Wiadomo, jak wielkiej rcputacyi zażywa ten poeta i publicysta w swojej ojczyźnie. Nie znamy szybszego wzrostu młodej lite-rackiój indywidualności. Tryumfy jego następowały jedne po drugich, gdy naraz nieznany całkiem publicysta, Nakeus, oskarżył w szeregu krytycznych artykułów Ramona de Campoamor o plagiaty wszystkich europejskich poetów, a Wiktora Hugo w szczególności, i przez zręcznie zestawione przykłady wystawił ten wschodzący talent Iberyi, jako pozbawiony wszelkiej samodzielności. Zgiełk powstał niezmierny w cali m literackim świecie hiszpańskim, polemika wszezę la się wielojęzyczna i pierwsze pióra tameczne: J. Yalcra, Mcnandcz Pelavo, Picon, wzięły udział w tym sporze. Obecnie oskarżony poeta sam stanął w szrankach. Naprzód w szeregu odczytów w sali Ateneum, don Ramon de Campoamor odparł wymierzone na siebie ciosy, a obecnie w nader ciekawćj książce pod ty t. Poetka,
342
ten sam przedmiot wszechstronnie i wyczerpująco traktuje.
Hiszpański poeta nie przeczy bynajmniej, że opiewa te same przedmioty, że się obraca w święcie tych samych typów, co jego poprzednicy. Łatwo mu było dowieść, że sic tak działo zawsze i wszędzie i że wszyscy pisarze przekazywali sobie jedne i te same typy, jak Don Juana, Fausta, Manfreda. Nosiły one inne nazwiska, ale były tego samego pochodzenia, a jednakowość dz.iała-czów i sytnacyj koniecznie prawie wywołuje podobieństwo form}, te same zwroty w dyalogu, to samo nieledwie wysłowienie. Nie broni się tedy pisarz hiszpański przed zarzutem zapożyczenia treści do swoich utworów, ale pokazuje, że wszyscy pisarze wszechświata postępują sobie w ten sam sposób. Hląd wspólny całemu cechowi przestaje być zakałą, a leży w naturze rzeczy. Ze zaś on sam nie lęka się być wciągnionym do żadnej szkoły, prócz jedynej chyba szkoły krańcowego naturalizmu, pokazuje ostatni jego zbiór: Nuovas poenuis. Gdybyśmy mu chcieli wyszukiwać pobratymczej gęśli, znaleźlibyśmy ją chyba u tćj szkoły, co sio zaczęła z genialnym Karolem Beaudelaire’m, a zakończyła na Osbane Wilde i Maurycym liollinat. Stwierdzamy to pokrewieństwo ducha z przykrością, bo młody poeta hiszpański zdawał się nam przeznaczonym do piękniejszego zadania.
Charakterystyczną wiadomością, zaczerpniętą ua amerykańskim gruncie, zamkniemy nasze po gadankę obecną. Zarzucano często demokracyi Stanów zjednoczonych, iż przyswaja sobie insty-tucye i zwyczaje arystokratycznej Europy, tej samej Europy, dla której nic znajduje nigdy dostatecznej ironii. Otóż obecnie powstała myśl utworzenia w Nowym-Yorku akademii czterdziestu nieśmiertelnych, zupełnie na wzór akademii francuskiej, tego ciała urzędowo arystokratycznego, złożonego z patentowanych znakomitości. Śmieją się we Francyi i w Europie z przywilejów tego ciała, którego znaczenie i wpływ opiera się przedewszystkićm na dwuwiekowej tradycyi. Mogą zapewne Amerykanie znaleźć czterdziestu pierwszorzędnych pisarzy, ale nic zdołają zrobić ich strażnikami tradycyi, gdyż tradycyi tej nie mają dotąd jeszcze.
Co się tyczy talentów, nie przeczymy że ich jest podostatkiem, i to ua każdćm polu piśmienniczej działalności. Mathcw Arnold, najpierwszy z poetów i krytyków angielskich, który niedawno Amerykę odwiedził, powrócił ze Stanów zjednoczonych olśniony. Europa znała długi czas zaledwie Łongfellovv‘a, Edgara 1‘oe-i kilku innych amerykańskich pisarzy. Obecnie każdy prawie wykształcony człowiek zna romansopisarzy jak Henry James, Holmes, Cable, Crowford, historyków jak Bancroft, humorystów jak Twain, i cały szereg myślicieli, jak Emerson, Whittier, Draper i wielu, wielu innych. Byłoby tedy sił dosyć do zapełnienia szeregów. Rywalizacya naukowa pomiędzy Bostonem a Nowym-Yorkicm mogłaby nawet utworzyć dwie akademie, zamiast jednej. Dziwi nas jednak, że geniusz amerykański, do żadnych karbów nieprzywykły, dobrowolnie chce im się poddać.
Toporczyk.
Czy tylko w Nancy i w Petersburgu
83 szczątki zwłok Stanisława Leszczjistn o?(1>
Wciągu kilku ostatnich tygodni wszystkie prawie pisma polskie żywo zainteresowały się losem zwłok Stanisława Leszczyńskiego, z powodu artykułu w u. 15 „Kraju.” Adam Pług w u. 983 „Kłosów,” p. n. „Gdzie spoczywają zwłoki Stanisława Leszczyńskiego,” wyjaśnił już, że autor artykułu „Kraju” p. n. „Zwłoki dwóch Piastów”
(1) Artykuł niniejszy, jako rzucający nowe światło na losy zwłok Stanisława Leszczyńskiego, o których pisaliśmy już kilkakrotnie, najehętnićj drukujemy.
(Przyp. redak.)
omylił się, twierdząc, jakoby z Nancy wywiezione zostały przez generała Sokolnickicgo wszystkie szczątki zwłok po Stanisławie Leszczyńskim i żc wszystkie one teraz w kościele Sw. Katarzyny w Petersburgu się znajdują. Z wyjaśnień spowodowanych artykułem w n. 15 „Kraju” wypada, żc część maieńka tylko zwłok Leszczyńskiego jest w kościele Św. Katarzyny, reszta zas w Nancy pozostała. Czy jednak oprócz Nancy i Petersburga nigdzie indziej cząstek zwłok Stanisława Leszczyńskiego niema, o tem żaden z piszących w tćj kwestyi w tych czasach nie nie wspominaj *) Sądzę przeto, iż nie będzie bez znaczenia to, co tu dodam na zasadzie najautentyczniejszego źródła. Mam bowiem pod ręką mowę mianą w Poznaniu przez generała Sokolnickicgo, który właśnie razem zc zwłokami księcia Józefa Poniatowskiego w r. 1814 część zwłok Stanisława Leszczyńskiego do kraju z Nancy przywiózł. Mowa ła wydaną była bez miejsca i roku, razem z inną mową, którą miał tenże generał Sokolnicki d. 13 sierpnia 1814 r. w kościele katedralnym w Poznaniu, po skończonćm nabożeństwie za duszę Józefa Poniatowskiego. Drukowane są obie na jednym arkuszu, bez numeracyi stronic, iu quar-to. Mowa, tycząca się Poniatowskiego, jest bardzo krótką, bo wynosi tylko stronicę druku, druga zaś mowa przeszło pięć stronic zajmuje. Szczegółowy jej tytuł jest następujący: „Mowa j. w. generała dywizyi Sokolnickicgo, z okazyi obchodu pogrzebowego w kościele katedralnym poznańskim po ś. p. Stanisławie Leszczyńskim ziomku i wojewodzie miejsca tego, królu polskim, księciu Lotaryngii i Baru, teściu Ludwika XV króla francuskiego, przy oddaniu do terze katedry na wezwanie rady departamentowej ułomka zwlo-ków tego cnotliwego, mądrego i dobroczynnego monarchy i li.ozofa, w Poznaniu dnia 5 sierpnia 1814 miana.” (2)
Nic będziemy tu zastanawiali się szczegółowo nad tą mową, lecz przytoczymy tylko jej treść wogóle i te wyjątki, które dla nas w tćj chwili najwięcej mają interesu. Treść mowy jest następująca. Po ogólnym wstępie o czci dla monarchów, następuje pochwała Stanisława Leszczyńskiego, którego generał Sokolnicki od Bolesławą Chrobrego wyprowadza; dalej mówca opowiada o niefortunnem Stanisława królowaniu, o tula-ctwic jego, zasługach dla Lotaryngii i dla Polaków, którzy się do niego udawali i którym przez stosunki z Francyą, jak utrzymuje autor mowy, wskazał, „zkąd mają szukać ratunku.” Do słów tych nawiązuje mówca przedmiot inny, mianowicie tułactwo legionów polskich, które przez lat 18 walczyły obok wojsk francuskich; następnie unosi się nad pozwoleniem Aleksandra 1, żc wolno „szczątkom rodowitego wojska” powrócić do ojczyzny. W pochodzie do kraju, gdy wojska polskie przechodziły przez Nancy, znalazły się one „przed obliczeni nieśmiertelnej pamiątki cieniów króla swego Stanisława,” t. j. znalazły tam grób jego. Mówca opisuje uczucie, jakiem przejęci byli wojownicy przy wspomnieniu w Nancy „dobroczynnego filozofa.” A wspomnienie to bardzo żywe być musialo, gdyż Leszczyński „do tego stopnia podbił serca Lotaryńczyków, iż nie masz po dziś dzień i jednego Lotaryńczyka, któryby bez uronienia łzy o nim wspominał; nie masz dziecięcia, któreby imienia jego nie wymawiało, nie masz familii, któraby nie zachowywała choć odrobiny szat przezeń używanych. Przy takich wspomnieniach łzy posiwiałych w boju wojowników rozczuliły mieszkańców Nancy, a jak wyrazili swoje dla Polaków uznanie, o tćm tak mówca opowiada: „Charakter Lotaryńczyków równie z swej łagodności, jako i z tęgości ducha znany, zdawał się ułatwiać związki pobraterstwa z nami; przyjęli nas jako braci i w dowód ku
(1)	My owszem pisaliśmy w dwóch ostatnich numerach Tygodnika.
(Przyp. rodak.)
(2)	W „Kraju ‘ i w „Kłosach" cytowana jest inna mowa geu. Sokolnickicgo, ta mianowicie, którą miał w Warszawie w miesiąc po naszej mowie, oddaja.c szczątki zwłok Leszczyńskiego Towarzystwu przyjaciół nauk.
nam braterskiej miłości, zrobili z nami podział-najdroższych odrobin ciała uiriMianeyo pana, jakoby wdzięczni narodowi, co im go użyczył, a któren dziś im go pozazdrościł; jakoby pyszni ztąd, iż zwłoki dobroczynnego ieli filozofa cześć winną odbierać będą i tam, gdzie obelgi był celem.” Potem w tych słowach zwraca sic generał Sokolnicki do obecnych Poznańczyków: „Przystępuję do kresu mowy mojćj. Szanowne zgro inadzenic obywateli niegdyś województwa poznańskiego! Macie prz d oczyma waszemi przedstawione te świątobliwości zbiory, o których dopiero co wspomniałem. Są one już autentycznie w tutejszym kapitularzu udowodnione. Powolny wezwaniu Rady departamentu waszego, oddzielam z nich ułomki wnętrzności czcigodnego męża świętej pamięci /Stanisława Leszczyńskiego, ziomka, niegdyś wojewody poznańskiego, króla polskiego, księcia Lotaryngii i Baru, teścia Ludwika XV, króla francuskiego, pana wysokimi przymiotami duszy i rozumu obdarzonego, a któremu ludy, monarchowie i mędrce zazdrości godne imię Filozofa dobroczynnego nadali.” Dalej o miejscu spoczynku pozostawionego ułomku mówca powiada: „Niechaj dołączone będą do zwłoków tu spoczywających nieśmiertelnej pamięci naddziadów jego i wzorów, wiarodawcy Mieczysława i slawotwórcy Bolesława Chrobre go, których dosyć namicnić imiona, by do najwyższych uczuciów i do najświetniejszych epok historyi narodu polskiego podnieść serca i umysły.’ A dalej: „Zachowajcie te poświęcone odrobiny; zawijam one w płat szaty, niemy zgonu cnotliwego świadek, już to przez cześć, jaka się zwłokom króla należy, już przez zaszczyt, jaki dla ziomków przynosi. Niechaj pomnik wskaże potomkom naszym i sława sławie podaje, jak Polak w tym wieku umiał czuć, myśleć i działać, jak umiał jednoczyć cnotę z męztwcm, zapał z umiarkowaniem, pokorę z działaniem, roztropność z odwagą; słowem, jak umiał pojednać czułość człowieka i wierność poddanego z karnością żołnierza, z obowiązkami obywatela, by się stać godnym ojczyzny, pośw-ęccnia się dla świętej sprawy, dla którćj, iż tak rzekę, zapomniał o sobie, by dzieło uwieńczyć.”
Z przytoczonych więc ustępów, jak i z tytułu mowy widać, że z części zwłok, którą wiózł z sobą Sokolnicki, szczątek wnętrzności w Poznaniu pozostawił.
W końcu mowy Sokolnicki daje jeszcze wskazówki o przeznaczeniu innych członków zwłok królewskich. ^Palec nieskazitelny, co do historycznych zbiorów należy, będzie tłumaczył w Sy-billi polskiej te rysy, które sam kreślił dla wzoru swych naśladowców i uczestników sławy.” Mowa tu o części przeznaczonej dla Towarzystwa przyjaciół nauk, która wraz zc zbiorami tej instytucyi do Petersburga sic dostała, gdzie w kościele Sw. Katarzyny, wraz ze zwłokami Stanisława Poniatowskiego, spoczywa. Słuchajmy jednak dalćj, co mówca powiada: „Szczęka, jako członek głów ny i narzędzie prawd, które w każdej dobie życia Stanisława, z nieporównaną odwagą i czułością głosiło, ze czcią należytą i za Wysokiem wspaniałego Aleksandra dozwoleniem, miedzy grobami królów naszych w Krakowie złożona będzie. Tam ona powtarzać jeszcze będzie wyraźnie, jakie za życia, z natchnienia znać wyższego, swoim i obcym przepowiadała.” Nareszcie o przeznaczeniu sztandaru Stanisławą Leszczyńskiego, także przez Lotaryńczyków Sokolnickiemu oddanego, mówi co następuje: „Chorągiew, która wyobraża orła wpośród czarnej mgły unoszącego sic ku słońcu, z napisem jaki na wstępie mowy mojćj przytoczyłem (napis ten brzmi: „Turbinę discusso, par summis ferro serenum”), jest szcze gólniejszym uprzejmości Lotaryńczyków upominkiem. Dosyć powiedzieć, że była niegdyś w Gdańsku i tam podobno ręką cnotliwej Polki uszyta; później odesłana do Łunevillu, była cechą honoru dla gwardyi osobistej Stanisława, a przez testament przy grobowcu jego w Nasium wraz z jej rówicnniczką złożona, świątobliwie dochowana, mnie przez wysoki urząd miejscowy w zamianę kościelnego naczynia ofiarowaną została.”
343
Z przytoczonych więc dosłownie wyrazów So-kolniekiego okazuje się, iż szczątki zwłok Stanisława Leszczyńskiego są aż w 4-cli miejscach: 1) największa ich część w Nancy, w kościele Nótre Danie de Bonsccours, się znajduje; 2) „ułomki wnętrzności” złozone są w katedrze w Poznaniu; 3) palce, który byl przeznaczony dla Towarzystwa przyjaciół nauk, znajduje się w Petersburgu, w kościele Sw. Katarzyny; 4) szczeka powinna w Krakowie między grobami królów się znajdować, co należy sprawdzić, ua miejscu. Co zaś do chorągwi, to z przytoczonych słów, gdzie zlożonaostatecznic została, wnioskować niemożna.
/A L.
— Od pani Bogusławy z Dąbrowskich .Mańkowskiej otrzymaliśmy pismo poniższe, które chętnie zamieszczamy, z nadmienieniem, że drukując wzmiankowany wyjątek z listu, obejmującego wiadomość o cennych dla ogółu naszego pamiątkach, nic popełniliśmy żadnej nicdyskrecyi, osoba bowiem pośrednicząca wyraźnie nas do tego upoważniła.
Szanowny panie redaktorze.
Oddrukowałeś pan w n. 71 swego pisma wyjątek z mego listu, pisanego do osoby, z którą dużo i poufnie koresponduję. Odnajdując w kolumnach pańskiego pisma te moje słowa, widzę żc mogą one naprowadzić czytelnika na mylne przypuszczenia i ściągnąć na mnie zarzut, że miałam zamiar oskarżyć tych, którym pałac win-nogórski byl oddany pod piecze, po śmierci ś. p. brata mego. Tymczasem nie miałam zamiaru nikogo oskarżać, albowiem najzupełniej niewiado-mćni mi jest, w jakim stanie ś. p. brat mój, umierając, pozostawił swoje bibliotekę i swój zbiór monet.
To co napisałam w liście poufnym, który się przypadkowo dostał do pańskiego pisma, napisałam pośpiesznie, pod pićrwszćm wrażeniem, i tylko tym sposobem mogły słowa moje przybrać pozór, który niniejszem pismem pragnę zatrzeć.
Prosząc szanownego pana o umieszczenie w piśmie swojem powyższych kilku linij, pozostaje i t. d.
Bogusiami z Dąbrowskich Mańkowska. Poznań, 19 maja 1884 r.
Kronika tygodniowa.
Pomyślmy o imluezkicl). — Sprawozdanie o koloniach lo-tnicli.—Szczególe.—Nadzii ja rozumnego miłosierdzia. Od-czyt p. Słupskiego—Praktyczna wskazówka.—Lekarze na prowincyi.—Artykuły Gazety polskiej w tym przedmiocie.— Wystawa piękności.—Wystawa kucharska uległa zwłoce.— Indyanio amerykańscy i murzyni z muzyką narodową. Aeronauta. — Barbarzyństwo sztuczek napowietrznych1.— W imienin moralności publicznej...—Szczegóły o uwięzieniu Kraszewskiego.
Kiedy niebo jaśnieje całym blaskiem rozkwitłej wiosny, kiedy ludzie możni uciekają z bruku warszawskiego, aby całą piersią pić aromaty pól i lasów, godzi sic też pomyśleć i o tych maluczkich, co to ich nic stać na uśmiech do pogodnego nieba dlatego, żc w zaraniu życia nędza i głód odjęły im wszystkie chęci do uśmiechów...
Wciągu dwóch lat ubiegłych podwakroć tym maluczkim niesiono pomoc najrozumniejszego miłosierdzia, aby i oni przekonać sie mogli, że lasy istnieją nietylko w czarodziejskiej bajce, bydełko na polach nie jest mytem, a koniki polne istotnie skaczą w trawie, śpićwając po swojemu. Urządzono tak zwane „kolonie letnie” dla ubogich dzieci i wysyłano je w różne strony kraju w gromadkach, pod opieką starszych przewodników... Dzieciakom podobało się to ogromnie! Uciecha ich nic miała granic, a rezultat kilkutygodniowego pobytu na wsi okazał się niezmiernie korzystnym.
Świeżo wyszło „Sprawozdanie z kolonij letnich,” urządzonych w roku zeszłym przez dra G. Fritschego; pozwolimy tu sobie przytoczyć z niego ciekawsze cyfry, które może zachęcą szćr-szy ogół do niesienia pomocy młodziutkiej instytucyi.
Kapitał, jaki dr Fritscbe miał do rozporządzenia na kolonie w roku zeszłym, czynił zaledwie rs. 2,104 i kop. 15; wystarczyło to na wysłanie 86 dzieciaków na przeciąg czterech tygodni, na sprawienie im niezbędnej odzieży, kołder, przedmiotów codziennego użytku, a także na opłacenie podróży tam i z powrotem. Koszta przeciętne dla jednego dziecka wynoszą rs. 22 kop. 70.
Całą gromadkę 86 dzieci rozdzielono na pięć partyj, zpowodu źe miano ofiarowanych sobie pięć miejscowości do ich przyjęcia. Obok u ch dr Fritsche ułatwił też wyjazd na wieś i 17-tJ młodzieńcom starszym, którzy prosili o to gorąco, podejmując się zgóry wszelkiej czynności, jaka na prowincyi trafie im się może. Siedemnastu tylko, chociaż zgłaszających się. było daleko więcej, ale środki okazały się szczupłe i nie można było zrobić więcej. Sprawozdanie głosi, że w Danii corocznie korzysta w sposób taki z pobytu na wsi 7,000 chłopców, ale Dania dawno już wprowadziła u siebie kolonie letnie, znaczenie ich pojmuje dobrze i potrafi je popierać...
„Rezultat kolonij naszych — pisze dr F.—pod względem poprawy na zdrowiu dzieci był świetny. Wszędzie miały one doskonały apetyt i dobry sen, wygląd zdrowy, nie mówiąc już o humorze, który nic pozostawia! nic do życzenia.” Po powrocie waga ciała dzieci okazała sic wogóle większą, niż przed wyjazdem.
Sprawozdanie zwraca uwagę na inua, równic ważną korzyść, jaką przynoszą kolonie letnie: oto dzieci biednych rodziców, zajętych cały dzień ciężką pracą i nieinogących dbać o moralną stronę swego potomstwa, uczą się czystości, porządku, ładu, przywykają do pewnego rygoru, nabierają poczucia koleżeńskości, którego się już później nigdy nie pozbywają. Mogą się tu przekonać, żc społeczeństwo dba o nie, zajmuje się ich zdrowiem, kształci w nich moralną i fizyczną stronę, przyczynia się. do ulżenia im biedy...
Sprawozdanie głosi, źe po opędzeniu kosztów zeszłorocznych kolonij z sumy rs. 2,104 kop. 15, remanent pozostały czyni rs. 136 kop. 56. Z takim oczywiście groszem o koloniach w roku bieżącym myśleć byłoby niepodobna, gdyby nie moralna pewność,że dobrowolne ofiary ludzi zacnych zwiększą go do rozmiarów niezbędnych. Wciągu lat dwóch ubiegłych kolonie letnie istniały dzięki jedynie ofiarności takiej; niema powodu przypuszczać, aby rok bieżący okazał się obojętniejszym na sprawę biednych dzieci...
W zeszłym tygodniu p. Słupski, współpracownik pism warszawskich, w odczycie starannie przygotowanym zaznajamia! niedość licznie zebranych słuchaczów z tak zwaną metodą poglądową nauczania. Określenie jćj znaczenia i właściwości było jasne i umiejętne, a po niem nastąpiła lekcya próbna z małą dziewczynką, mająca na celu wykazanie praktycznych rezultatów metody. Tej części odczytu słuchano bardzo uważnie i... zarzucono jej, że była równie starannie przygotowaną, jak cały odczyt. Chciano przeto widocznie, aby p. Słupski odbywał niepewne eks-perymenta, zamiast przedstawić rzecz dotykalnie nieledwie przekonywającą i niepodległą chwilowym nawet zarzutom.... Jeżeli próba lekcyi z dziewczynką nauczyła słuchaczów tego, jak się odbywać powinna, to nie rozumiemy, o co więcćj chodzić im mogło. Wszakże odczyt publiczny, i to w przedmiocie poważnym, to nie sztuki czar-noksięzkie, w których prestidigitatorskiej zręczności domyślać się. trzeba.
Z odczytu p. Słupskiego tę ważną wskazówkę słuchacze odnieść mogli, źe książka nic jest niezbędnym aparatem nauczania i żc rozpocząć się ono może nawet z parolctnićm dziecięciem i prowadzić systematycznie. Jcst-to wskazówka ważna, a osobom wychowaniu czas swój poświęcającym piawie zupełnie uieziftnia. Dlatego to dziecię w pierwszych chwil ich życia swego zdawane bywa na łaskę i niełaskę brutalnych i ograniczonych nianiek i piastunek, chłonąc z niesłychaną szybkością wszystkie zlc przykłady, błędne pojęcia i szkodliwe nawyknięcia, które stają sic fundamentem dla przyszłego ich charakteru, jako ludzi dojrzałych.
Nieraz już trafiało nam się. na tero miejscu zachęcać gorąco lekarzy, aby osiadali na wsi lub po małych miastach, gdzie do dnia dzisiejszego królują bez podziału władzy i zysków najrozmaitsi szarlatani i oszuści. Wołaniu naszemu dziwić się nie można, bo przyczyną jego była znajomość prawdziwej potrzeby. Nikt przecie nie zaprzeczy, że znachorów i znachorki, czarownic i owczarzy wyprzeć zd da tylko umiejętna pomoc lekarska, i to wtedy, gdy o skuteczności swojej przekonaj niezbędność swą wykaże. A do tego potrzeba, aby medycy nasi osiadali na prowincyi. Ale.... godzi się. też wysłuchać i drugiej strony. Właśnie świeżo Gazeta polska udzieliła w szpaltach swych gościnności korespondeneyom dwóch lekarzy pro-wincyonalnych, opisujących swoje zaiste opłakane położenie. Po uważnem odczytaniu tych smutnych opisów, niepodobna się dziwić, że nasi młodzi eskulapowic dostają dreszczów na samo wspomnienie małych miast i wsi i wcięliby rzucić swe powołanie, niż iść na posługi „poczciwych wieśniaków" i poczciwszych jeszcze mieszczan.
Najwyższą plagą dla nich jest przekonanie, w masach głęboko tkwiące, że lekarz ma obowiązek jwświęcania sie bezinteresownego. ALusi on biedź na usługi chorych, bo mu ich odmówić nie wolno, tak jak nicwolno żądać zapłaty. Daje mu się ją z laski, bez jakiejś normy stalćj, lub taksy poprostu. Ani w chacie wieśniaczej, ani w zamożnym dworze nikt nie pumyśli, że lekarz pracuje na cblćb, że ma swoje potrzeby i wydatki, że ratując inuych, musi pamiętać o zdrowiu i życiu wlasnem, które jest skarbem ubogiej jego rodziny. Jeżeli nie śpieszy na zawołanie, dopuszcza się występku; jeżeli śpieszy skwapliwie, pełni tylko obowiązek. Należne honoraryum wciska mu się w rękę, jak... łapówkę, jak dar miłosierdzia. Jeżeli przez cztery godziny nieprze-spaućj nocy biedaczysko trzęsie się na wózku poto, aby za przybyciem dowiedzieć się, że pa-cycut umarł, to ci co go wezwali uważają, żc może sobie wracać swoim kosztem, bez wynagrodzenia, bo przecież byl niepotrzebnym. Można go odprawić z kwitkiem zawsze; można sic go radzie przy spotkaniu, przy preferansie, na przechadzce... znowu bez wynagrodzenia, boć to go nic nie kosztuje. Że niegdyś ślęczał nad książkami, uczył -się, pracował po nocach, aby zdobyć wiedzę, że na naukę swą łożył kapitał pracy, pieniędzy, młodości i zdrowia, wszystko to nie idzie pod rachunek.
Otóż owi lekarze-korespondcnci Gazety polskićj upominają się o uregulowanie stosunków pieniężnych, to jest o ustanowienie taksy obowiązującej, która dotąd nie istnieje, lub też, istniejąc, ogółowi jest nieznaną. Bardzo słuszne to żąda nie. Jeżeli kupujący chlćb i odzież— jak mówi jeden z korespondentów - nie zamarzy ani na chwile, aby mu wolno było nic płacić należności piekarzowi i krawcowi— to dlaczegóż z taką łatwością kwituje lekarza kwaskowatym uśmiechem, lub łaskawym ukłonem?...
Towar/.ysto lekarskie, obradujące obecnie nad zasadami etyki lekarskiej, powimioby i tę kwe-styą wziąć pod ścisłą rozwagę, a potem udzielić sprawie odpowiedniego poparcia. Nietylko na prowincyi, ale i w Warszawie panuje przekonanie, że „konsyliarze” są członkami jakiegoś bardzo idealnego towarzystwa dobroczynności, a wyzyskiwać ich wiedze i pracę jest rzeczą naturalną. Niechże sami postarają się. mylne te poję eia usunąć, bo inaczej chleba im zabraknie. Godzi się też przyznać głośno, żc ogromna ich większość dobrowolnie tyle ubogim pacycntom czyni usług, że zmuszać ich do tego jest rzeczą tak samo nieuczciwą, jak kraść piekarzowi chlćb, a krawcowi odzież.
Pomimo to wszystko nie przestaniemy wołać na młodych lekarzy, aby osiadali po małych miastach i wsiach: są oni tam potrzebni nieodbicie. Niechże się sami kłopoczą o to, aby im było dobrze, ale... miasteczka i wsie potrzebują ich, to pewnik niezaprzeczony.
Pisma codzienne doniosły, że istnieje w Warszawie kółko ludzi... dobrej woli, którzy pragną gorąco przyprowadzić do skutku wystawę piękno-
sala główna posiedzeń, w ratuszu gdańskim. Rysował Podbielski.
(379)
346
ści niewieściej, coś naksztalt słynnej wystawy peszteńskiej. My śli się o tćm poważnie... Nawet już nieoceniony Prus wziął tę sprawę pod swe dowcipne pióro i zgóry upomniał się, aby wystawiono piękności prawdziwe, nic podrabiane. Poszedł nawet dalej, bo wogóle żąda, aby fałszerstwa ua tym punkcie podlegały kodeksowi kryminalnemu, jak każde inne. Czyni słuszną uwagę, że bardzo często „bierze się za małżonkę,” przy uroczystej przysiędze ślubnej, kogoś innego, aniżeli się dostaje, bo przydatki, przykladki, po-prawk i uzupełnienia tualetowe tak dalece piękność przeinaczają, że jej potem poznać nie można.
Co się tyczy wystawy powabów niewieścich, to sądzimy że, przy ogrodzie Saskim i jego niedzielnych zgromadzeniach, byłaby zupełnie zby teczaą. Zresztą nasze piękności nie zechciałyby się wystawiać... umyślnie; czynią to mimochodem, a czynią z wdziękiem, który wszelkie specyalne ekspozycje raz na zawsze uniemożliwia. Więc nie przypuszczamy, aby „poważne usiłowania” kółka ludzi „dobrej woli” doprowadziły do skutku.
Wszakże to z wystawą kucharską sprawa łatwiejsza, a przecież nie osiągnięto jeszcze ostatecznego porozumienia, kiedy odbyć się powinna. Odłożono ją podobno na styczeń roku przyszłego, ale nie jest to jeszcze termin stanowczy.
Mieliśmy tydzień temu Indyan amerykańskich w cyrku, którym kochana Warszawka przyglądała się zawzięcie. Byli to najprawdziwsi Indya-jiic, z całym rynsztunkiem swego n;?okrzesania, bezceremonialni, pogardliwi wobec wymogów przyzwoitości, obojętni na gawiedż o bladych twarzach, ciekawą synów puszczy. Obecnie głoszą wieści, źcobaczymy lada chwila najprawdziwszych murzynów, biudmcli, cuchnących, dzikich, ale... autentycznych! Usłyszymy podobno ich muzykę narodową, wykonaną na skorupach tykw i bananów, z wrzaskiem afrykańskiego zapału i ognia. Co za konkurencja wobec Towarzystwa muzycznego, jak silna pokusa dla naszej muzykalności.'
Mieliśmy też aeronantę, który, aby podrażnić uśpione w masach instynkta lwie czy tygrysie, wzleciał w powietrze, zawieszony u drążka zwanego trapezem. Ciężki jego balon nie zaniósł go wprawdzie wysoko, ani daleko, ale i krótka podróż naraziła biednego Francuza na zimną kąpiel w nurtach Wisły, z których go z trudnością niemałą wyciągnięto.
Pisma niemieckie donoszą, że do Frankfurtu nad Menem przy byli jacy ś dwaj aeronauci, rodzeni bracia, którzy w powietrzu mają dać widowisko cyrkowo-gimnastycznc. Proszę sobie wyobrazić skoki i rzuty na wysokości tysiąca metrów!... W głowie się miesza na myśl o tej małpiej odwadze, która prędzej czy później karki śmiałkom pokręci.
Czy ci ichmość powietrzni nie mają zamiaru uraczyć i nas swoim widokiem?... Otóż to będzie rozkosz dla serc dzikich, umysłów znikezemnia-lyeh, dla tćj gawiedzi wstrętnej, którą niebezpieczeństwo bliźniego podnieca, ośmiela, do wykrzy-ków zachwytu nakłania... Tak się przyzwyczaja tłumy do najdzikszych wybryków’ rozkiełznauia. .Stojąc na twardój ziemi, liczne, zwarte, drwią one z każdego „salto inortale,” które może im przynieść nieocenioną rozkosz widoku... śmierci.
Czy nie należałoby owych śmiałków gimnastyków podniebnych zamknąć gdzieś w nizkićm podziemiu, aby na przymusowych rekolckcyach nauczyli się cenić w sobie istoty ludzkie i piawdzi-wą odwagę, njeszukającą niebezpieczeństwa za marny grosz?... W imieniu moralności publicznej prosimy zawczasu, aby wstrętnego ich popisu nie dopuszczono. Niechaj kręcą karki gdzie zccbcą, byle nie między nami.
W spraw ie uwięzienia Kraszewskiego słychać tylko smutne szczegóły. Prośba starca jubdata, aby go osadzono w Kónigsteinie, została bezlitośnie odrzuconą. Wywieziono go już do Magdcbur-; a, gdzie wyrafinowana „łagodność” pruska osłodzi mu całe lata juzy musowego pobytu. „Skazaniec,” jak się wyraził surowy nadprokurator Seckendorf, będzie mógł tam żywić się własnym
Przegląd polityki zagranicznej.
28 muja.
Izby’ francuskie otwarte zostały’ w d. 20 b. m. odczytaniem memoryalu o traktacie zawartym z Chinami, którego korzystne dla Francyi warunki już podaliśmy. Prezes gabinetu, p. Ferry, skorzystał z chwili i pod świćżem wrażeniem tego sukcesu wniósł do Izby deputowanych swój zapowiedziany oddawna projekt rewizyi konstytucyi.
Projekt ten żąda ogłoszenia rzeczypospolitćj ostateczną formą rządu we Francyi, reformy wyborów do Senatu, zniesienia instytucyi senatorów dożywotnich i ograniczenia konpctcncyi Senatu w rozstrzyganiu kwestyj budżetowych. Jeżeli obie Izby uznają w zasadzie potrzebę zrewidowania ustawy zasadniczej, naówczas zbiorą się w kongres, który uchwali odpowiednie zmiany.
Czy rząd 1 errego będzie miał tyle siły i powagi, żeby wymódz na izbach, a zwłaszcza na benacie, uchwalenie tego wniosku, niepodobna tego już dziś przesądzać, więcćj jednak powodów przemawia za przypuszczeniem, iż następca Gambetty wyjdzie zwycięzko z tej kampanii, która się samemu Ganibccie nic powiodła. Każdemu gabinetowi dodaje uroku i powagi powodzenie w kwe-styach ogólno polirycznycb, a rząd Ferrego nie może się skarżyć, żeby mu pod tym względem nic sprzyjała fortuna. Zdaje się, że i sprawę konferencyi, proponowanej przez Anglią wcelu uregulowania finansów’ egipskich, p. Ferry będzie mógł zapisać na liście swych powodzeń dyplomatycznych, ostatnie bowiem doniesienia mówią, iż konfereneya odbędzie się zupełnie po myśli Francyi. Rząd francuski w tćj sprawie pozyskał podobno cenue poparcie księcia Bismarcka, który zgodził się na projekt miedzy narodowej kontroli, przeciwnie zaś, miał oświadczy ć Anglii, iż jej wystąpienie z projektem konferencyi nic było roztropne, gdyż finanse egipskie są równoznaczne z polityką egipską i poddając pod rozbiór Europy jedne, nie można uniknąć wmieszania się w rozbiór drugiej. Według doniesień Pall Ulali Gazette, rząd angielski zgodził się ua żądanie Francyi, aby wojska egipskie opuściły Egipt wciągu dwóch lat, i przyjął w zasadzie myśl kontroli międzynarodowej. Wogóle projekt konic-rencyi dojrzał już tak dalece, że półurzędowne doniesienia z Londynu oznaczają jćj termin. Jeżeli te pogłoski się sprawdzą, konfereneya zbić-rze się w połowie czerwca.
Niepodobna zaprzeczyć szczerości wielokrotnym zapewnieniom p. Gladstona, że mu sprawa sudańska leży na sercu, ale trzeba też przyznać, iż premier angielski z wielką oględnością i kunktatorstwem bierze się do zrzucenia z serca tego ciężaru. Zapowiadana wyprawa do Chartumu na odsiecz Gordonowi-baszy jest ciągle w stadyum projektu, którego wykonanie odkłada sic na czas coraz późniejszy, a tymczasem Anglia szuka na wszy stkie strony, i w Stambule i w Abisynii, sprzymierzeńców w tćm trudnćm dziele, stawiając jednak warunki, na które pożądani sprzymierzeńcy niezawsze mogą się zgodzić.
Tymczasem fałszywy prorok coraz silniej panowanie swoje ustala. W ostatnich dniach poddała mu się stolica Darfuru El Faszer, co jest dotkliwą porażką dla Anglików, gdyż strategicznie zabezpiecza tyły armii Mahdiego i oddaje
kosztem, używać przechadzki, przyjmować odwiedziny, listy i książki, pracować i... konać zwolna w zabójczym dla jego zdrowia klimacie.
Czy Kraszewski wniósł podanie o łaskę, o tem krążą najsprzeczniejsze wieści. Zdaje się jednak, że tak nie jest. Wątpimy bardzo, aby mógł się łudzić nadzieją ułaskawienia, widząc dotychczasowe ze sobą postępowanie. Po wyroku, którego motywa zdawały się być wyraźnym protestem przeciw niesprawiedliwości, nic doznał on ani chwilki względów dla wieku swego i zdrowia. Nic dozna ich też zapewne aż do ostatniego dnia uwięzienia...
St. M. Liz.
w jego ręce cały Darfur, prowineyą dostarczającą najdzielniejszych jeźdźców. W El-Faszcr cała załoga, złożona z 0,000 żołnierzy egipskich, poddała się Mahdiemu. Oprócz tego z twierdzy zabrano 20,000 karabinów Remingtona.
Niemałe znaczenie polityczne miała mowa włoskiego ministra spraw zagranicznych Mauciuiego, wygłoszona w Senacie w odpowiedzi na kilka m-tcrpclacyj. Minister włoski ponowił w niej znane zapewnienia, iż wszelkie związki, jakie łączą Włochy z innemi narodami, mają cel tylko pokojowy i obronny, wolne zaś są od wszelkiego charakteru zaczepnego, i żc rząd włoski gotów jest zawsze do wystąpienia w imieniu porządku i sjio-koju przeciw wszystkim możliwym poduszcze-niom i nieoględnym zamachom, lub usiłowaniom wewnątrz kraju, któreby mogły skompromitować stosunki międzynarodowe zjednoczonej Italii.
W Wiedniu odbyła się w poniedziałek zacięta walka wyborcza. Wskutek złożenia mandatu przez jednego z przy wodców centralistycznych dra Józefa Koiipa i śmierci dep. Ktirandy, wybierano deputowanych na przedmieściu i w śródmieściu. W obu okręgach centraliści odnieśli zwy-cięztwo, gdyż ze śródmieścia wybrany został dr Kopp, a na Mariahilf ccntralista Ncuber, w tym ostatnim jednak okręgu kandydat centralistyczny słabą tylko większością pokonał kandydata anti-semitów dra Pattui, co dowodzi że antisemityzm w samej stolicy Austryi wielkie poczynił postępy.
Sejm galicyjski ma być zwołanym stanowczo na dzień 12 czerwca, bj.udziewane są burzliwe rozprawy w kwestyi deccntralizacyi zarządów kolejowych, tćmbardziej iż krążą wieści, że nie które wyższe posady przy urzędach rui hu we Lwowie i Krakowie mają być objęte przez Niemców.
Sprawa Kraszewskiemu bardzo żywo zajmują się. ciągle jeszcze dzienniki najrozmaitszych odcieni. Zasługują na uwagę poważne słowa, jakie, według koreępondencyi huryeta icarszawskte-yo, miał wyrzec z tego powodu sędziwy cesarz Wilhelm. „Proces ten — rzekł monarcha niemiecki—usiłują dziś gorliwie wyzyskać w celach politycznych. Zapominają tylko, że wkońcu Polacy nie są nic winni temu, iż uwielbiany ich poeta byl agentem rządu francuskiego. Nic uchodzi przecież wmawiać w naród polski, jakoby zbiorowo trudnił sic dostarczaniem Francyi sekretnego materyalu o naszych urządzeniach wojskowych. To stanowczo idzie zadaleko. Podczas wojny naszej z Francyą, polscy żołnierze i oficerowie walczyli dzielnic w szeregach wojska niemieckiego przeciw Francuzom, a któż śmiałby z tego faktu wyciągać wniosek, żc cały naród polski dopomagał nam w wojnie z Francyą? Tak samo rzecz się ma i z Kraszewskim, chociaż poza nim stała frakeya polskich wychodźców.” Tak według wia-rogodnych zapewnień ocenił sprawę Kraszewskiego monarcha państwa, przeciw któremu miał przewinić Kraszewski, którego wina zresztą, zdaniem naszem, nic została kategorycznie udowodnioną. Powinmby sobie te rozsądne i pełne taktu słowa zapisać w pamięci różni, bliżsi nas i dalsi dziennikarze obcy, którzy proces lipski właściwie w sposób tutaj napiętnowany wyzyskują politycznie przeciwko całemu narodowi....
Kraszewski nie podał się do łaski; starania o umieszczenie go w twierdzy saskiej Kónigsteinie nie odniosły skutku i w poniedziałek wieczorem przewieziono go do Magdeburga.
Na fundusz wieczysty imienia s. p. Ignacego boczylińskiego. J. B. rs. 10; zebrane w Wali-szewie rs. 10; L. Akcentowicz rs. 4; Paulina H. rs.; 1 Bronisława 11. rs. 1. liazom ze złoźonemi poprzednio rs. 1,44-1 kop. 50.
Na gmach tow. Zach. sztuk pięknych: K. Gonicwski rs 1; Z. Goniewska rs. 1 kop. 50; Anna hr. Plater-Zyberk rs. 1; E. Przewłocka rs. 1; K. Przewłocki rs. 1; M. Przewłocka rs. 1; Z. Ożarowski rs. 5; J. Koźmian .rs. 5; F. Ko-żmianowa rs. 2; K. Baszczyński rs. 3; J. Bus-socki rs. 1.
347
DWIE DOBY W GDAŃSKU.
Wrażenie ogólne.—Motlawa; spichlerze, wimiy, most Długi, most Zielony.— Dzieje.—Brama Zielona. — Ratusz —Giełda.—Arsenał.—Kościół Panny Maryi. — Kości ! dominikanów.—Klasztor ks. ks. franciszkanów.—Muzeum miejskie.— Pracownia ^tryjowskiego.—Dom szezeronolski.—Cmentarz Ś. Mikołaja. Groby Gryglcwskicgo i Rolna.—Stowarzyszenie polskie „Ogniwo.” — Oliwa.—Zakończenie.
(Dalszy ciąg.J
Najcelniejsze miejsce w rzędzie zabudowań świeckich Gdańska zajmuje niezawodnie ratusz, wzniesiony, jak się zdaje, pod koniec XIV stule-lecia. Jest to budowla w pięknym stylu gotyckim, wewnątrz poważnie ozdobiona, miejsce posiedzeń magistratu gdańskiego, pamiętne w dziejach nietylko samego miasta, ale i całej Polski. W roku 1465 zaczęto nad nim stawiać wieżę, która w r. 1556 przez pożar mocno uszkodzona, dopiero po r. 1560 doprowadzoną została do teraźniejszego swego stanu. Ma ona 264 stóp wysokości, a zręczną wysmukłością swoją korzystnie się wyróżnia od ciężkiej, pękatej wieżycy kościoła Panny Maryi. Na wieży urządzono osobliwszej mechaniki zegar, o którym Gwagnin mówi, żc wydzwaniając rozmaite melodye, w podziw przybyszów wprowadzał. W ratuszu także mieści sic starodawne, niezmiernie ważne dla dziejów polskich i pruskich archiwum, sięgające wieku XIII. Potężne schody kamienne przed gmachem, wsparte na olbrzymich karyatydach, oraz portal cały, są dziełem nowszem, dokończonem dopiero roku 1738. Wgórze herb miasta: dwa kryźe na polu owalnem, podtrzymywanem przez lwy.
Weszliśmy do sali głównej posiedzeń, przyozdobionej r. 1608 w malowidła Izaaka Blocke i rzeźby Iłerle’go, a r. 1865 wspaniale odnowionej, kosztem 50,000 talarów. Śliczne to cacko architektoniczne, przypominające salę dożów w Wene-cyi, lubo nierównie mniejszych rozmiarów, przedstawia załączony drzeworyt. Przy zdejmowaniu jej wnętrza, jak wiadomo, nieodżałowany nasz Gryglcwski, w przystępie obłąkania, wyskoczył z okna 3 go piętra i na miejscu się zabił, uie dokończywszy nawet ostatniego swego dzieła. Strop pokrywają bogato złocone rzeźby i kasetony, tworząc ramy okrągłe i czworokątne, zapełnione wczęści malowidłami. Prawdziwćm arcydziełem rzeźbiarstwa drzewnego jest portal wewnętrzny wnijścia głównego. Na nim i w kilku innych jeszcze miejscach położono charakterystyczne napisy łacińskie, na przykład:
Ad rem publicam ut ad ignem. (Ze sprawami publicznemi jak z ogniem.)
Ignem gladio nc fodito. (Ognia mieczem nie przysypać.)
Pro lege, pro grege militemus. (Walczmy za prawo i za ogół.)
Mądre to niezaprzeczenic senteneye, chociaż Gdańszczanie, odnośnie do Polski, niezawsze sic ich trzymali.
Obejrzawszy tylko jeszcze mniejszą salko posiedzeń i gabinet naczelnego burmistrza, nie-przcdstawiającc nic ciekawego, pod wrażeniem miłćm, ale tęsknem zarazem, opuściliśmy ratusz, na zwiedzenie bowiem archiwum nie starczyło już czasu.
Dajemy również drzeworyt bramy Zielonej, zwanej także Wysoką (po miejscowemu Koggen-Thor). Spojrzawszy dziś na to wielkie zabudowanie, opatrzone w przejazd i dwa przejścia boczne, ongi zaś ozdobione trzema szczytami, trudno uwierzyć, że miasto wzniosło je pierwotnie (roku 1454) narezydcncyą królów polskich wraz z dworem, podczas chwilowego ich pobytu w Gdańsku. Wistocie tćż okazało sic ono później na ten cel uieodpowiednićm i już od r. 1654 wnętrzu jego inne nadano przeznaczenie. Na fryzie w dobrze zachowanej płaskorzeźbie przedstawiono herby państwa i miasta. Front rowkowany, z czterema pilastrami. (Zob. rycinę.)
Istnieje podanie, jakoby nazwa tego mostu pochodziła od Marcina Kogge, bogatego i ambitne
go mieszczanina gdańskiego, który spiskował z wygnanymi Krzyżakami, pragnąc spowodować icb powrót i sam zagarnąć władzę w mieście; ujęty jednak, został stracony, a skonfiskowany majątek jego obrócić miano na wzniesienie owej bramy. Nie jest-to wszakże prawdopodobne, ponieważ z tą samą nazwą spotkać się można w Elblągu i Królewcu.
Dworzec Artusa, od r. 1742 obrócony na giełdę, zbudowany między 1370 a 1379, służył dawniej za miejsce zebrań i zabaw młodszego pokolenia kupców. Wnętrze jego stanowi ogromnych rozmiarów sala, wsparta na czterech potężnych filarach granitowych i przeładowana niemal chaotycznie nagromadzeniem! zabytkami przeszłości. Po prawej stronie od wnijścia znaczną część ściany zajmuje obraz kolosalny artysty gdańskiego Antoniego Moliera (1560 — 1620), podobno ucznia Rubcnsa, przedstawiający „Sąd ostateczny.” Pojęcie i wykonanie obrazu tego zupełnie jest oryginalne i różne od tego, jakie widzimy na słynnym utworze Memlinga, w kościele Panny Maryi. Postacie alegoryczne, wyobrażające różne cnoty i występki, stają przed sądem Bożym. Ostatnie przeważają liczbą, a w gronie ich spoczęła „Rozkosz światowa” (Mundus). Rysunek poprawny licznych, naturalnej wielkości figur, wyborna ich charakterystyka i świeży, niezmieniony prawic koloryt, czynią z tego malowidła prawdziwie cenne dzieło sztuki, łączące w sobie styl włoski z niderlandzkim. Zasługuje także na uwagę, starożytny bardzo, rzeźbiony wypukło wizerunek Ś. Jerzego zabijającego smoka, wykonany przez nieznanego artystę.
Oprócz branżowego posągu Augusta III, widzimy tu jeszcze w głębi sali na prawo olbrzymi piec kaflowy, 38 stóp wysoki, z wypalauemi ceramicznie portretami rodziny elektorów saskich, z czasów rcformaeyi. U spodu koncept trywialny, prawdziwie banzeatyckiej rubaszności. Nieświadomy tego figla podróżny, wezwany do zmierzenia rękami szerokości pieca, pochyliwszy się i wyciągnąwszy ręce, trafia ustami w nieestetyczną część ciała umieszczonej na gzymsie figurki męzkićj. Naprost okien galerya, niegdyś dla orkiestry przeznaczona, a pod nią nieodzowny bufet. W godzinach giełdowych środek sali wre teraz życiem haudlowćm, a na wielkich stolach spoczywają okazy zboża, na sprzedaż wystawionego.
Ciekawy wielce i charakterystyczny jest arsenał, z oknami niesymetrycznie rozłożonemi, zdobny w liczne szczyty, wieżyczki, figury kamienne i rzeźby. Gmach ten zawierał dawniej, oprócz materyalów wojennych, przeróżne ciekawości; dziś do pierwszego tylko służy celu. Nie zwiedzaliśmy jego wnętrza, na co specyalnego potrzeba pozwolenia; podziwialiśmy tylko niezmiernie kunsztownie zbudowane, kręte schody kamienne.
Z arsenału ruszyliśmy na obejrzenie głównej ozdoby architektonicznej Gdańska, kościoła Fanny Maryi. Niejaki Ulrich ze Strasburga rozpoczął roku 1343 budowę jego, w rozmiarach znacznie mniejszych, które dopiero roku 1403 doprowadzono do ich teraźniejszego ogromu. Świątynia ta po dwóch wiekach zgórą, przeszła roku 1556 w posiadanie ewangelików, z wyjątkiem ołtarza wielkiego, który jeszcze po rok 1572 służył do odprawiania nabożeństw katolickich, wnętrze jednak zachowało pierwotny swój, poważny charakter, lubo ogołocone z ozdób, wielkością tylko, nie stroną estetyczną imponuje. Rozmiary ko ściola rzeczywiście są olbrzymie; wogólności jednak wrażenie jego wnętrza nie odpowiada oczekiwaniom, jakie obudzą on z zewnątrz widziany. Nawa rozpada się. na trzy części, przedzielone po-tężnemi filarami, których atoli wspaniałą prostotę szpecą u spodu niesmaczne, dekoracyjne na płótnie malowania. Pokazywano nam chrzcielnicę wytwornej roboty, wykonaną podobno w Antwerpii, i misternie rzeźbiony tryptyk, w stylu Wita Stwosza. Prześliczne także są okna kolorowe, kazalnica i organy.
Z innych dzieł sztuki, w kościele tym zawartych, najprzedniejszem, a przynajmniej najglo-śniejszem, jest słynny „Sąd ostateczny” Memlin-
ga. Podanie niesie, źe jeden zc statków korsarskich, które Gdańsk wysyłał w walce z Niderlandami, zabrał r. 1473 jednemu z okrętów holenderskich, prócz wielu kosztowności, i malowidło Memlinga. Napróżno później kilku monarchów ofiarowało zań miastu znakomite sumy; aż roku 1807 Francuzi wywieźli je do Paryża, zkąd po upadku dopiero pierwszego cesarstwa zostało powrócono. Przedmiot traktowany tu całkiem inaczej, niż w dworcu Artusowym na obrazie Moliera, szeroko pojętym i wykonanym. Tu, przeciwnie, wykonanie jest drobiazgowe, a kompozycya dziwnie naiwnej pierwotności. Bądźcobądź, jako pomnik sztuki XV wieku, dzieło Memlinga wysoką ma wartość. Niektóre w niem rysy, jak na przykład pomieszczenie między zbawionymi Murzyna, korzystnie tćż świadczą o duchu tolerancyjnym malarza.
W 'jednej z kaplic bocznych oglądaliśmy przecudnie rzeczywiście rzeźbiony z drzewa krucyfiks. Cierpienie w rysach umierającego Zbawiciela przedstawione tam jest z taką plastyką, z tak wielką prawdą realistyczną, że niektórzy przypisują go Michałowi Aniołowi, a przynajmniej jednemu z jego uczniów. Legenda natomiast miejscowa opiewa, źe jakiś rzeźbiarz gdań ski, postanowiwszy wykonać arcydzieło niema-jące równego sobie, pasował sic długo z trudnościami techniczncmi. Dręczony nieudolnością swych pomysłów, popadl nareszcie w melancholią i w obłąkaniu powziął zamiar zbrodniczy. Zwabiwszy do swej pracowni jakiegoś chorego młodzieńca, ukrzyżował go, a potem, przypatrując się jego cierpieniu, uwiecznił w drzewie to, co na żywym widział modelu. Złoczyńca, po dokonaniu strasznego pomysłu, trawiony wyrzutami sumienia, zakończyć miał samobójstwem. Nadmienić tu jednak winniśmy, żc podania podobne kołaczą się i gdzieindziej.
W innej kaplicy na łańcuszku wisi kamień, o którym takie dochowało się podanie. Podczas wielkiego głodu w Gdańsku, jeden z patryeyu-szów za grube pieniądze zdobył bochenek chleba i ukrył go pod płaszczem. Wracając do siebie, spotyka wychudzoną kobietę, z niemowlęciem na reku. „Fanie, podaruj mnie i mojemu dziecku parę okruchów chicha, który niesiesz!”— wola nieszczęśliwa.—„Ależ mylisz się, niewiasto—odpowiada patrycyusz—niosę tylko kamień, podjęty dla odpędzenia psów natrętnych.”—IVtedy źe-braczka przeklęła nielitościwego bogacza, a chleb rzeczywiście przemieni! się w kamień.
W grobach kościoła spoczywają między innemi zwłoki dwóch radnych miasta, wysłanych w poselstwie do wielkiego mistrza krzyżackiego Henryka von Plauen, tego samego, który po śmierci Ulryka von Jungiugen, poległego, jak wiadomo, w bitwie pod Grunwaldem 1410 roku, objął władze najwyższą nad Zakonem i bronił oblężonego przez Jagiełłę Malborga. Otóż wysłańców tych, przybywających jako pośrednicy między królem polskim a Krzyżakami, Plauen zdradziecko zamordować kazał.
Na zakończenie rzeczy o kościele Maryjskim wspomnę jeszcze, że mylućm jest mniemanie nieświadomych, jakoby kolosalna wieża na tej świątyni była niedokończoną; owszem, ciężka, niezgrabna, tępo ucięta jej budowa odpowiada zupełnie stylowi innych zabytków z epoki panowania krzyżackiego. Według źródeł tćż archiwalnych nic było nigdy mowy o uwieńczeniu tej niby baszty szczytem wieżyczkowym; conajwyżćj otrzymać miała blanki, naksztalt okalających zamek malborski, a wykonania ich, dla braku może funduszów, zaniechano.
(Dokończenie nastąpi.)
Kolumna króla Michała Korybuta
na Bielanach pod Warszawą.
Pamiątki rozrzucone po różnych miejscowościach kraju, mające związek z dziejami Polski, stopniowo zamieniają się w ruinę, czy to dla bra
348
ku zamiłowania w przechowywaniu zabytków przeszłości, czy tćż z powodu nieznajomości historycznego ich znaczenia.
Do takich właśnie pamiątek zaliczyć należy stojącą pod laskiem bielańskim kolumnę, na którą nie zwrócił może uwagi żaden z mieszkańców Warszawy, udających się tam na przechadzkę, łub na odpust podczas Zielonych Świątek.
Pragnąc zbadać znaczenie tćj pamiątki, udałem się przedewszystkiem do ojców kamedulów, z prośbą o objaśnienie jakiekolwiek.
Jeden ze starszych zakonników, o. R. II., od
ją następnie. Woźnicy udało się zbiedz w gąszcz leśną, konie zaś i bryczka ugrzęzły w błocie.
Narzeczony, dowiedziawszy się o nieszczęściu ukocbanćj, pośpieszył z rodzicami jćj i swoimi na miejsce wypadku, a na widok zwłok swćj wy branki, padł ua miejscu nieżywy: pękła mu arte-rya sercowa. Ciała obojga kochanków rodzice złożyli w jednym grobie, w pobliżu miejsca stra-szućj przygody. Na mogile ich zaś postawili pomnik, z wyobrażeniem u szczytu dwu serc złączonych.	>
Dotąd opowieść sędziwego kapłana, która, co
Odnaleziony w ten sposób napis i rok dal mi wskazówkę do wyświetlenia nieznanej dotąd pamiątki historycznej.
Zanim jednak opowiem przyczynę właściwą postawienia kolumny, należy wspomnićć o fa ktacb, pozostających w związku z pamiątką rzeczoną.
Władysław IV król Polski, ruszając pod Smoleńsk, ślubował, że wrazie pomyślnego dokonania wyprawy, zbuduje klasztor braciom zakonnym reguły ś-go Romualda, to jest kamedulom. Po powrocie tedy i zawarciu korzystnego pokoju
Brama Zielona czyli Wysoka w Gdańsku.	(sso)
lat 40 u przemieszkujący w murach klasztoru bielańskiego, mile mnie przyjął w swoim eremie i opowiedział legendę, odnoszącą się do kolumny owej. Legenda niesie:
Córka ofieyalisty z folwarku Łomianek czy Ło-mna, położonych za Bialanami nad Wisłą, późnym już wieczorom wracając do domu z Warszawy, gdzie kupowała różne potrzeby do swćj wyprawy ślubnćj, pod samym lasem, na mostku wzniesionym ponad strugą, została napadniętą przez rabusiów.
Łotry, zrabowawszy biedną dziewczynę, zabili
prawda, nie wydawała mi się autentyczną, szczyt bowiem pomnika zdobi mitra książęca, nie zaś dwa serca złączone.
Nie zaprzestając poszukiwań, gdy na kostce kwadratowćj z marmuru chęcińskiego, obrosłej mchem, która znajduje się u szczytu kolumny pod mitrą książęcą, żadnego napisu nie znalazłem, wkońcu nad wnęką piedestału, pod warstwami kurzu, spostrzegłem napis w jednym wierszu:
D. O. M.
w drugim zaś wierszu:
A. D. 1C(>9.
polauowskicgo, nad rzeką Polanówką, w d. 27 maja 1634 r., sprowadził zakonników z Krakowa i darował im 1’olkową górę, nad Wisłą pod Warszawą, zwaną królewską, przy wilejem wydanym d. 5 listopada 1639 r. Wystawił on tu kościół drewniany i klasztor, jak mówi konstytucj a z r. 1641 fundacyą potwierdzająca, „wzniesiony w boru królewskim, parkanami od niego ogrodzony, młynem zwanym Ruda i wszystkiemi jego przy-leglościami, tudzież wsią Folkową był uposażony.”
Król Jan Kaźmirz następnie założył fundamen
349
ta pod murowany kościół, wystawiwszy obok pałacyk mieszkalny dla siebie. Tenże król wyjednał bullę papieską na odpust z nabożeństwem, w drugi dzień Zielonych bwiątek.
Jeremi na Wiśniowcu i Zbarażu książę Wi-śniowiecki, wojewoda ruski, słynny wojownik i obrońca rzeczypospolitej, w krwawych walkach z Kozakami i Tatarami straciwszy ogromny majątek za Dnieprem, zubożałego syna Michała pozostawił.
Michał Korybut Wi-
Nazajutrz przypadła uroczystość Bożego Ciała. Król, otoczony orszakiem, znajdował się na pro-cesyi; po obiedzie wyruszył z zamku konno pod Wolę do województwa zebranego, radując się z bracią szlachtą; wieczorem znajdował się na bankiecie u arcybiskupa. Wieści chodzą, że na bankiecie rzeczonym podano królowi truciznę. Szczęściem, że Michał Korybut poznał się na zdradzie; doktór, dawny sługa rodziny książąt
śniowiecki, wychowany na dworze książę-cia Karola Ferdynan da biskupa wrocławskiego i płockiego, będąc jeszcze prostym obywatelem rzeezypo-spolitej, polubił ojców kamcdulów i służył im nieraz do mszy świętej w eremie, wzniesionym przez Władysława IV obok kościoła, nieopodal pomnika Staszica.
Na tym to właśnie domku, nad oknem szczytowem, znajduje się wmurowany herb Wazów; odrzwia kamienne jeden mają tylko słupek boczny z na pisem:
K E X — P O
Stare odrzwia z napisami musiały uledz zniszczeniu, zastąpiły je bowiem nowe.
W trzydzieści lat po nadaniu kamedułom przywileju przez Władysława IV, na polu elekcyjnem pod Wolą obrano królem Michała Kory buta. Wprze-ciągu godziny całe pole na Woli wrzalo szalonym okrzykiem: „Niech żyje Piast, król Korybut Wiśniowie-cki!" (*)

$ 7
* /
1'4	’
(1) W Encyklopedyi większej Orgelbranda, toni III str. 506, F. M. Sobicszczań ski pisze, żo Michał Korybut dal początek tcraźuiej szeniu kościołowi murowanemu ua Bielanach, założywszy nanowo fundamenta w d J 9 czerwca 1669 r. W dziełku znów wydaneni w Krakowie 1871 r. przez Ludwika Zarewieza p. t. „Zakon kamedulów, jego fundacyc i dziejowe wspomnienia w Polsce i Litwie,' na str. 63 autor mówi, iż żaden z monarchów nic sprzyjał może więcej temu zakonowi, nad Michała Ko-rybuta. Będąc jeszcze człowiekiem prywatnym, zasyłał on zwykle w eremie warszawskim modły swe do niebios i szczególnein zdarzeniem w same uroczystość Ś-go Romualda (19 czerwca 1669 r.), gdy właśnie w eremie rzeczonym do mszy służył kapłanowi, obrany został królem. Potwierdza to i autor „Monografii zakonów'1 w Przeglądzie katolickim, u. 18 z 1866 r.
Tu należy sprostować błąd historyczny, co do założenia fundamentów pod kościół przez Michała Korybuta . w d. 19 czerwca, i służenia w tymże dniu do mszy kapłanowi w eremie.
Julian Bartoszewicz w tomie IX o Elekcyi Mich la Ko-

(381)
Kolumna króla Michała Korybuta na Bielanach. Rysował 1’odbiclski.
Wisniowieckieh, dal mu lekarstwo i obeszło się bez smutnych następstw.
Po północy (podług ówczesnego rękopisu), gdy
rybata, pisze: „0<l rana 19 czerwca 1669 r. książę Michał znajdował się w województwie Sandomierskiem, jako prosty szła elicie, i głosował za króla z innymi, a gdy się zmierzcha': zaczęło, podano kareto prymasa Prażmowskic, go, l>o król swojćj nie miał. Michał wsiadł do powozu, a prymas za nim na przedzie, świecami obwiedziono ka-
rocę. Jechali obadwaj, kroi i prymas, do kolegiaty św. Jana, złożyć Bogu dzięki za cud prawdziwy, a działa biły im po drodze “
Nie mógł więc książę Michał być jednocześnie iri polu elekeyjućm ua Woli i służyć do mszy kapłanowi wr ere-
nowy król uwolnił się od otaczającej go pompy, jechał incognito do matki swojej, Gryzeldy z Zamojskich, księżny Jcremiaszowej Wiśniowicckiej, wnuki wielkiego Jana. Mieszkała ona w pałacu drewnianym modrzewiowym, należącym podówczas do prymasa Prażmowskiego.
Król Michał wszedł tyłami ogrodu od ulicy Senatorskiej; uprzedzona o tem księżna, spotkała go na pól drogi. Syn, upadłszy jej do nóg, o błogosławieństwo upraszał. Wówczas matka
r-
jD O »ib. u
przyjęla go slo-„Miły synu! wita-cię wczora jako
7 »* .
temi wy: łam syna, dziś witam jako króla i dziękuję Opatrzności Boskiej, że cię między wszystki -mi nad wszystkimi mieć chciała, a gdy cię Bóg na tronie polskim posadził, znaj-że się być człowiekiem skazie podległym." Tu plączącego sama z płaczem ściskała. Zabawiwszy godzinę, król powrócił na zamek.
W tym-to pałacu modrzewiowym, za namową matki Gryzeldy, zpowodu niespodziewanego wyniesienia na tron polski i szczęśli wego ocalenia od śmierci, król postano wil wznieść pomnik i zająć się dalszą budową kościoła kanicdu-łów.
Owóż po założeniu fundamentów pod murowany kościół, pod wezwaniem N. M, Panny Niepokalanego Poczęcia, król Michał jednocześnie wzniósł pamiątkowy pomnik, pod laskiem bielańskim, przy szosie prowadzą-cćj do kościoła (rysunek tego pomnika po-dajemy). Na piedestale tymczasowo wyryć kazał przytoczone powyżej napisy.
Czteroletnie zaledwo panowanie króla Michała Korybuta nic dozwoliło inu dokończyć wzniesionego pomnika. Na kostce z marmuru chęcińskiego, zakon czonćj mitrą książęcą, pozostały z trzech stron wuęki, zapewne na pomieszczenie herbu państwa i książąt Wiśuio-wieckich.
Na piedestale pod kolumną również wnę ki są z trzech stron, a służyć one może miały do tablic, z napisami upamiętuiającemi wypadki powyższe.
Kolumna rzeczona jest z piaskowca szydlowie-ekiego, wysoka około 12 łokci, a stoi na silnie zbudowanym fundamencie z cegły i kamienia p ilnego. Stopień jćj kamienny uległ całkowitemu
mie, lub zakładać fundamenty pod murowany kościół na Bii łanach, wreszcie według ks. Piotra Skargi, dzień Ro inualda pustelnika, przypada 21 czerwca.
(Przypisek autora.)
zniszczeniu. Na piedestale, 4-ry łokcie w kwadrat mającym, widać sanie kolumnę G łokci wysoką, 50 cali obwodu mającą. Wierzch kolumny zakończa, jak już wspomniałem, mitra książęca z piaskowca, bez gałki i krzyżyka, a to skutkiem roz-połowienia się mitry od w ierzchu, mimo spojenia klamrą żelazną.
Przed dwoidziestu laty fundament pod kolumną był podmurowany, kosztem ś. p. Dominika Okuiń-skiego, ówczesnego inspektora instytutu agronomiczne leśnego w Marymoncic. Dziś fundament ten podbierają obozujący nieopodal żołnierze, używając cegły do czyszczenia broni.
Spoglądającego na pomnik, porosły mchem od starości, pozbawiony osztachi towania i grożący zawaleniem się, mimowoli żal ogarnia widza, z pozostawienia go tak na lasce i niełasce ludzi zlej i dobrej woli!
Król Michał Korybut był dobroczyńcą zakonników reguły Ś-go Romualda; serce też jego spoczywa tu w srebrnej puszce, z wyrytemi herbami Polski, Litwy i książąt Wiśniowieckich, w lewej nawie kościoła, przy wielkim ołtarzu.
Ildefons Staroiiyk.
Kościół parafialny w Lipnie.
Do rzędu najstarszych świątyń w dawnej ziemi dobrzyńskiej należy bezwątpicnia kościół murowany parafialny w mieście powiatowem Lipnie, gubernii płockiej. Po kilkuletniej gruntownej re-stanracyi, obecnie ukończonej, przedstawia on zw artą całość, pokaźną masę murów odwiecznych, z olbrzymią i wyniosłą od frontu wieżą.
Kiedy i przez kogo byl wystawiony, wyśledzić trudno, crekcyi bowiem na gruncie nic posiada, a yv opisach ziemi dobrzyńskiej, oraz yv dawnych przywilejach, nadaniach i swobodach przez król ów polskich, książąt mazowieckich i biskupów plo ekieh, jak ziemi dobrzyńskićj, tak i samemu miastu Lipnu udzielonych, o ile takowe mieć pod rę ką mogliśmy, żadnej wzmianki o nim niema (l). Dawny on przecież bardzo, wskazuje to sama struktura, choć dziś przekształcona, jak niemniej dawna jest i parafia lipnoska, kiedy już w r. 137(51) (końcówka niewyraźna) Dobiesłayy biskup płocki, zatwierdzając erckcyą kościoła parafialnego w Wierzbicka (2), uczynił to praesentis „Stiboro pracposito et Nicolao Canonico Ploccn-si, Pb bano J pnensi1' (3), anatem w 30 lat po założeniu miasta Lippe lipno (1349 rokuj przez Władysława ks. łęczyckiego i dobrzyńskiego (syna Ziemowita, a synowca Łokietka), jak św iadczy przywilej datowany' w Bobroyvnikach (4), istniała już parafia lipnoska, rządzona przez wspomnianego wyżćj plebana, więc byl i kościół ten sam zapewne, który muta-is mutandis przetrwał aż do dni naszych.
Kościół ten dokładnie opisał ks. Maciej Smoleński w Pamiętniku religijno-moralnym z roku 1860, do tego też opisu ciekawych po bliższe szczegóły odesłaćby nam należało; lecz z uwagi że óyv Pamiętnik przcyvażnie znajduje się yv rę kuch duchownych, w handlu zaś księgarskim jest rzadkim, nadto aby mieć wyobrażenie, jaki był stan tegoż kościoła dayvny, a jaki jest obecny— pozwalamy sonie przytoczyć z rzeczonego opisu niektóre wyjątki.
„Kościół parafialny w Lipnie — pisze ks M. Sm. — jest w formie równoległobokn, długi na
'!) Gawareckicgo Opis topograf.czno-liistoryczny ziemi dobrzyń, Płock r. 1825, str. 52—67. Baliński i Lip. Staro Żytna Polska, t. I. str. 338 i następ. Biblioteka warszaw O Zakonie dobrzyńskim, r 1857, toin 3, str. 335 341. Biblioteka waiszaw. O Ziemi dobrzyńskiej r. 18611 tom 3, sti 233—2>3 kodeks dyplom Rzyczchowskiego. wyd. z r. 1847—53, tom 2 i 3, str. 712, 742, 755, 762, 763, 789, 793, S05, 404, 712-13—14, 754. Przywileje i potwicr. królów poi. Aleks mdra (1301 r.), Zygmunta I (1519 r.J, Zygmunta Aug (1558 r.), Augusta 11 (170.1 r ), Augusta III (1752 r.), •Stanisława Aug (1785 r.). Al.ta metryk koronnych i w. i.
(2 Wieś Wierzbick należy do dóbr Skempe; kościół tam spalił się po r. 1700, parafia przeniesiona do Kar k owa.
(3)	Z akt biblioteki w Skempcm.
(4)	Gawarecki Przywileje, nadania etc. województwa płoe. z r. 1828, str. 108 i H2.
— 350 
łokci 60, szeroki w głównej nawie łokci 29, wysoki w murach pod dach na łokci 18. Cześć kapłańska (presliitcryuni), w którćj wznosi sic wielki ołtarz i dwa boczne, o 10 łokci węższa, zakończona półkolem, w którem poza wielkim ołtarzem mieści się zakrystya (l). Wieża, mająca wzdłuż i wszerz po 14 łokci, wysoka w murach na stóp 80, jak niesie miejscowe podanie, miała być pierwiastkowo daleko wyższa, lecz gdy dla braku pokrycia zaczęła sic w górnych częściach rysować, mieszkańcy, uprzedzając ruinę, znaczną jej część rozebrali, a chcąc niejako wynagrodzić tę jedyną ozdobę w dole zbudowanego miasta, przystroili ją w piramidalną kopułę z drzewa, blachą żelazną pokrytą, z drewnianym, białą blachą powleczonym na wierzchołku krzyżem. Wszystko to jednak wykonano bez smaku i pro-porcyi z całością świątyni. Grubość murów, wzmocnionych od strony zewnętrznej 10 silnemi szkar-pami, zdaje się wskazywać, że przeznaczeniem ich było dźwigać odpowiednie gmachowi murowane sklepienie, którego tu przecież nie było nigdy.” Najdawniejsza wizyta dziekańska z roku 1775 „ubolewa—mówi ks. M. Sm. dalej—że kościół lipnoski: jest iv bardzo podłym stanie, dużej reparacyi. potrzebuje, wewnątrz potrzeba ściany wy-trynkować (sic), gzymsów nadmurować i wybielić. Sujit w mniejszym chórze zreparować, w wielkim cały nowy dać, bo go nńiiiaJ1
„W roku 1819 dano z desek w kształcie luku podbiikę, która przez śnieg i zaciekanie zrujnowana, grozi niebezpieczeństwem zgromadzonym na modlitwę... kościół ten oświeca 11 wysokich okien, 4 w małym chórze, 7 w dużym; dlatego też, mimo ścian niegladkich, świątynia jest jasna i wesoła... Dach podczas ostatniej restaura-cyi, jak wskazują ślady na ścianie wieżowej, znacznie zniżony, przez co utracił cechę starożytności, wy maga naprawy. W miejscu łączenia się naw, wystaje nad dach mała wieżyczka z sygnaturką. Ołtarzy jest siedem... Obrazy w nich penzla miernego... Organ na chórze przy drzwiach wielkich, na czterech filarach oparty, o 4 oktawach bez pedału, byl w dobrym stanie, dopóki przez uderzenie piorunu (1859 r.) nie został nadwerężony. Na wieży są cztćry dzwony, z których 2 większe, Ferdynand i Józef, były przelane i poświęcone przez biskupa Łubieńskiego w roku 1853. Zakrystya przy tym kościele nader uboga. Odpustów odbywa się corocznie siedem."
Oto niektóre, w skróceniu podane wyjątki ze wspomnionego opisu, z których widnieje, żc różne i smutne dla siebie koleje opuszczenia i zaniedbania przechodziła ta starożytna świątynia Pańska, świadek niejednej dziejowej burzy, brzemiennej ogolną okolicy całej klęską, okrucieństwem lub mordem. Dość przytoczyć, żc Ulryk Jungingen mistrz krzyżacki, wpadiszy do ziemi dobrzyńskiej, Dobrzyń spalił, a Rypin i Lipno wziął, gdzie okrucieństwo swe nad mieszczanami okazał, mc przepuszczając tak dzieciom, żonom, jako i duchowieństwu... ( ). Ucierpiał wówczas zapewne i kościoł, skoro jego duchowieństwo wymordowane zostało.
Kościół więc lipnosLi, upadając i stopniowo podnosząc się, w ostatnich zwłaszcza czasach nic odznaczał się porządkiem; nie znać było gorliwej nad nim ręki kapłana, któryby, zapobiegając rui nic, naprawiał uszkodzenia ważniejsze, a jeżeli kiedy były pewne poprawki, to lubo dość kosztownie prowadzone, stanu rzeczy nic zmieniały. Tak w roku 1860, pisze wspomniany ks. M. Sm. w tymże Pamiętniku rei. morał. — zatwierdzony został anszlag na restauracyą tej świątyni, za sumę 3,600 rs., a jednak we 20 lat później (1879— 80 r.) władza czuwająca nad bezpieczeństwem nieszkańców zmuszoną bjła ją zapieczętować.
Nielcpsze by ly co do porządku i cnienta-
(1) .Dziś skasowani, a ołtarz po rozebraniu ściany wsunięty do szczytu, przez co pn sbiteryuin podlużylo się o iokei kilka, jak niemniej zyskało na szerokości, przez usunięcie owych dwóch ołtarzy, a inie,scc ich zajęły piękne, obszerne stalle
(2, Kromka Bielskiego pod r. 1409, wyd. warsz. z roku 1830, tom XIII, str 226.
rze, tak grzebalny tuż za miastem, jak i drugi przy kościele w środku miasta, nicogrodzone, zaniedbane i tak opuszczone, że smutek i politowanie wzbudzały w przechodniu.
Wobec tak niefortunnych warunków, objął zarząd parafii lipnoskiej w r. 1867 czcigodny ks. Andrzej Ploski, kanonik katedry' płockiej, dotychczasowy proboszcz. Przybywszy na miejsce, jął się wszystkierni siłami, by złemu zaradzić. Niełatwa to była do przeprowadzenia sprawa, a kosztów bardzo znacznych wymagająca; ufny jednak w opiekę nieba, przeszło oO-lctui podówczas starzec, wziął się do dzieła z młodzieńczą iście werwą i przy pomocy swoich parafian w krótkim czasie (1868—9 r.) najpierw wieżę kościelną doprowadził do porządku, nowe na niej dawszy wiązania, z pobiciem blachą i odzlocc-nicm krzyżów, co razem kosztowało rs. 3,000. Daiej z ofiar dobrowolnych ogrodził wokoło cmentarz przy kościele polnemi kamieniami na wapno, ze sztachetami z lanego żelaza, z piękną od ulicy murowaną bramą i dwoma pobocznemi wchodami. Miejscowość jest spadzista, mur więc w niektórych miejscach niezwykle wysoki, od 12 do 24 stóp dochodzi. Koszt wynosi rs. 5,721 k. 1272-
Następnie, także z dobrowolnych ofiar parafian, bądź w naturze, bądź w pieniądzach niesio-nyeh przez lat 4, dokonał ogrodzenia cmentarza grzebalnego, również z polnych kamieni na wapno. Obszar cmentarza, wynosi morgów 5, a grunt dziwnie tu nierówny; to też mur z fundamentami ma wysokości stóp 10, a grubości stóp 21/7. Koszt jego wynosi rs. 12,051 k. 25. Razem więc na ogrodzenie dwóch cmentarzy wydano rubli 17,722 k. 37‘/2.
Nareszcie przed kilku laty zabrano się do gruntownej restauracyi zapieczętowanego kościoła. Niestrudzony w pracy ks. kanonik Ploski poruszy! wszelkie sprężyny, pukał do niejednych podwoi, kołatał do niejednych serc, az formy wymagane przez prawo przeprowadzono. Dzięki energicznej działalności p. Debolego, naczelnika ptu lipnoskiego, oraz p. Drozdowskiego budowniczego, zrobiono anszlag na rs. 9,000, a rząd gu-bcr. płocki przychylnie go poparł w ministeryum, tak że wprzcciągu roku już przystąpiono do roboty, sposobem administracyjnym. Główny kłopot kierownictwa całej tej budowy znowu objął ks. kanonik. Posypały się mnogie datki w formie składek, nawet od okolicznych obywateli, inne zamieszkujących parafie. Takimi byli p. p. ś. p. G. Z. b. właś. Skempcgo, ś. p. S. Mię. b. wlaś. Nasiegnicwa, p. p. W. b. wlaś. Jastrzcm-bia, T. G. właś. Maliszewa i w. i.
Zrobiono zaś co następuje: po zdjęciu z kościoła dachówki i całego wiązania, uadmurowano ściany wokoło, nad nawą stój) 6, nad presbite-ryum stóp 4, z wysadzeniem nowych gzymsów, jak nad nawą, tak i nad presbiteryum; następnie nowe wiązania i belki na mury wprowadzono, oszalowano je deskami i blachą żelazną pokryto. Wymurowano nową kaplicę po prawej stronie, długą stój) 30, szeroką stóp 20, a po lewei presbiteryum, wchodząc od nawy, wymurowano nowa zakrystya, długą stóp 30, szeroką stop 16; kruchtę i kaplicę starą również przerobiono, dając wiązania nowe, z pokryciem ich blachą. Presbiteryum zostało zasklepione krzyżowo w arkady, ozdobnie ubrane w kasetony. Nawa ma podobnież sklepienie w arkady z kasetonami, na sposób sufitowy, t. j. trzc-inowane, ozdobione wokoło gzymsami. Mury wewnątrz, dawniej tylko pobielane, zostały wytynkowane. Okien w presbiteryum 4, w nawie 9 zostało rozszerzonych i ubranych w ramy. Chór zmurowano nowy, obszerny i ozdobny, na 3 arkadach; przejście pod wieżą zostało włączone do nawy kościoła, przez wmurowanie dwóch bram z obcrlichtami. Dla oświetlenia wreszcie chóru i pod chórem zostały wmurowane dwa piękne okna żelazne, wysokie stóp 18, szerokie stóp 41/i. Wejście na chór i na wieże rozszerzono i nowo wyrąbanemi trzema oknami oświetlono. W całym kościele posadzkę dano cementową. Robót tych, nic wymieniając już drobniejszych, dokonał nader sumiennie pan
351
Dubalski z Lipna, za co należy mu się publiczne uznanie.
Ołtarz wielki odnowił i odzlocił p. Ceglarski z Warszawy, dwa zaś boczne i ambonę odświeży! p. Balcon. malarz z Włocławka.
Kościół więc lipnoski został gruntownie zre-staurowany i wieki jeszcze przetrwać może, świadcząc potomnym o gorliwości i znacznych ofiarach dzisiejszych parafian swoich, dbałych o chwalę Bożą i ozdobę domu Bożego; lecz czy obok zapewnionej mu na długie lata trwałości, przywdział on na się szaty nowe, zgodne z wymogami estetyki i tego wszystkiego co ducha podnosi; czy uie stracił on cech dawnej swojej starożytności? Oto pytanie, jakie niejeden gotów postawić. Odpowiedź niełatwa, bo na to kompetentnym być trzeba. Wiemy tylko, żc przy tak znacznych rcstauracyacli trafia sic często i błąd popełnić tam nawet, gdzie pierwszorzędne działają siły; nic dziwilibyśmy się więc wcale, gdyby i tu jaki zarzut spotkał kościół lipnoski, chociaż wątpimy o tem.
Koszt restauracyi całej wynosi nad anszlag rs. 4,000, czyli razem rs. 13,000, a dodawszy do tego sumę jako wydatek na wieże rs. 3,000, oraz na cmentarze rs. 17,772 k. 37*A, ogólny wydatek uczyni wcale niemała sumę, bo rs. 33,772 k. 37'/-.
Biorąc te poważne cyfry na uwagę, a oraz uciążliwe miejscowe warunki, tak w wyszukaniu, jak i w sprowadzeniu materyalu (kamieni), oraz wiek czcigodnego kapłana, dziś 75 lat liczącego; zważywszy bezstronnie wszystko to, co przy podobnych budowach przenieść potrzeba, musimy wyznać, żc ks. kanonik 1'łoski dokonał rzeczy niezwykłych i trwałą po sobie zostawił pamiątkę .. milą Bogu i ludziom pożyteczną.
As. 07. Leonowie:.
JANA KOCHANOWSKIEGO
<a.E:ieła wszystkie.
Wydanie pomnikowe.. I om drugi. 1884.
Rok mija od chwili, gdy w numerze 23 naszego pisma z d. 9 czerwca 1883 r. powitaliśmy z radością toni pierwszy tego wspaniałego wydawnictwa, dokonywanego nakładem zbiorowym i pracą bezinteresowną grona czcicieli wielkiego poety, z tak ścisłą sumiennością, z jaką godzi sic przystępować do wydań pomnikowych, a jakiej w piśmiennictwie naszem niewiele mamy przykładów.
Zdawaćby się mogło niejednemu, żc praca około wydania pomnikowego postępuje zbyt wolno: mylne to jednak byłoby mniemanie. Dość spojrzeć na którąkolwiek kartę wyszlych dotąd tomów, aby zrozumieć, ile mozołu przyczyniać mu-siało krytyczne opracowanie utworów nieśmiertelnego Jana, a zwłaszcza objaśnianie ich niczbę-dnemi dla zrozumienia miejsc wiciu przypiskami. Większa część tych przypisków wymagała żmudnych bardzo poszukiwań, a nieraz nawet przetrząsania obszernych foliantów. Jeżeli przytem zwrócimy uwagę, że sąma już korekta, przy naj-ściślejszem zachowaniu pisowni wydań pierwotnych, niezmiernie wiele zajmowała czasu; źc nadto każdy utwór, po opatrzeniu go w komentarze, odczytywany byl i oceniany na posiedzeniach komitetu to dziwie się nie będziemy przydługiej pozornie zwłoce, na której jednak wartość pomnikowa wydawnictwa zyskać tylko może.
Wyszły obecnie tom drugi ma 510 stronic, czyli o 131 więcćj od tomu pierwszego, wydany zaś jest z takim sanym przepychem, zarówno pod względem ślicznego papieru, jak i wytwornego druku. Obejmuje on resztę utworów polskich naszego wieszcza, jak: Satyr, Monomachia, Odprawa posłów greckich, Szachy, Treny, Proporzec albo hołd pruski, Jezda do Moskwy, Fraszki w trzech księgach, Fragmcnta, Carmen macaronicnm i kilkanaście pomniejszych. Zdobi jc siedem drzeworytów, naśladujących wiernie karty tytułowe wydań dawnych, mianowicie tytuły: pierwszego wydania zbiorowego z r. 1585 dokonanego przez Januszewskiego, Satyra, Szachów, Zuzanny, Zgo
dy z r. 1564; Fraszek z r. 1584 i Fragmentów z r. 1590.
Całość niewątpliwie wciągu roku przyszłego zostanie ukończoną. Tom trzeci zawierać będzie wyłącznie utwory łacińskie, z dodaniem wiernego icb przekładu polskiego. Tom czwarty nakoniec obejmie: wyczerpujący życiorys Jana, wraz ze studyum nad jego dziełami; bibliografią różnych wydań Kochanowskiego; rozprawy o języku poety, o budowie jego wiersza, o domniemanych wizerunkach, i wreszcie słownik, mający ułatwić zrozumienie wyrazów wyszlych z użycia.
Widać z tego, że nic zapomniano o niczćm, co wydaniu warszawskiemu nadać może cechę prawdziwie pomnikową. Będzie to edycya wzorowa pod względem poprawności i ścisłości naukowej, wspaniała pod względem papieru i druku, a przytem tak tania, źc z podobną nizkością ceny trudno spotkać się nietylko w naszem, ale i w obcych piśmiennictwach. Gdzieindziej za księgę taką, jak na przykład tom drugi dziel Kochanowskiego, wzietoby conajmniej rs. 5; u nas kosztuje ona tylko rs. 2 kop. 50, a więc całość, złożona z czterech olbrzymich tomów, rs. 10.
A jednak, mimo tej bezprzykładnej taniości, dzieła Kochanowskiego nie rozchodzą się tak szeroko, jakby rozchodzić się powinny, ze względu i na ich wartość i na uroczystość pamiątkowej chwili trzechsetnej rocznicy śmierci poety. Kiedy pod koniec roku 1882 przystąpić miano do druku tomu pierwszego, niektórzy członkowie komitetu wydawniczego byli zdania, źc nakład tysiąca egzemplarzy będzie niewystarczający. Ograniczono się jednak na skromnej tej cyfrze, a doświadczenie dotychczasowe pokazało, że bodaj czy i ona jeszcze nie jest zawysoką.
Z owych tysiąca egzemplarzy rozprzedano dotąd zalcdwo czterysta kilkadziesiąt, a razem już z egzemplarzami bezpłatnemi dla spółpracowników i orędowników wydawnictwa, nic rozeszła się jeszcze i połowa całego nakładu. Za granicą wydania tak piękne, tak tanie i tak na czasie będące rozchodzą się w kilkudziesięciu, lub przynajmniej kilkunastu tysiącach okazów. 1' nas, przy ograniczonych warunkach materyalnych, przy mniejszej wogóle liczbie czytelników i mniejszem zamiłowaniu piśmiennictwa, na odbyt taki liczyć niepodobna; ale doprawdy, społeczeństwo nasze wystawiłoby sobie smutne świadectwo obojętności na sprawę literatury ojczystćj, gdyby tak szczupły nawet nakład wkrótce nic miał być wyczerpany.
Mamy nadzieje, źe teraz, po wyjściu drugiego tomu, powiększą się zamówienia na cenne to wydawnictwo, które w każdym zamożniejszym domu obywatelskim znaleźć się powinno, i powtarzamy raz jeszcze, iż redakeya nasza chętnie pod tym względem ofiaruje swoje pośrednictwo.
Korespoudecieya od .redakcyi.
Panu J. Ka. w Wiedniu. Korenpondeneyj z Wiednia pomieszczać nie możemy. Przedmioty, jakie się ztamtąd dla uwagi naszej nastręczają, wjezerpują korespondeneye ze Lwowa i Krakowa.
Panu S. B. w Warszawie. Próbki takie, jak nadesłany nam wiersz .,Uo człowieka,” długo jeszcze wstydliwie w tece ukrywać sie powinny.
B021WAIT0ŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— 0 procesie Kraszewskiego i Hentscha wydał świeżo p. S. Werner, redaktor lipskiej Gazety są-dowćj, osobną broszurę, przedstawiającą na 74 stronicach gęstego druku cały przebieg tej sprawy, według zapisek stenograficznych. Na czele broszury, kosztującej tylko 50 fenigów, umieszczony jest portret Kraszewskiego i krótki życiorys znakomitego ziomka naszego, skrćślony w tonie dosyć sympatycznym.
— Znany malarz Cieszkowski, przebywający w Rzymie, podarował świeżo muzeum poznańskiemu utwór swój, przedstawiający krajobraz
wioski, a nadto trzy inne swe prace nadesłał na sprzedaż. Są one tymczasowo wystawione w banku Kwilecki, Potocki i spółka.
— Tanią edycyą dzieł Niemcewicza ogłosiła księgarnia K. Bartoszewicza w Krakowie. Toni pierwszy, zawierający powieści, oraz utwory poetyczne, oryginalne i tłumaczone, opuścił już prasę.
— Pan Lukas, rodak nasz, baryton opery lwowskiej, występowa! niedawno w Wiedniu, w lokalu „Biesiady mieszczańskiej” (Obćauska beseda). Czasopismo „Yestnik,” organ stowarzyszenia cze-sko-slowiańskiego, wyraża się o nim z wielkienii pochwałami, podnosząc, obok pięknego głosu, niepospolite wyrobienie jego, oparte na studyach gruntownych. Podziękowano artyście, który śpiewał wyłącznie rzeczy polskie, grzmiącemi oklaskami i doręczeniem mu wieńca. Pan Lukas krótko a serdecznie odpowiedział po polsku.
— Albumu malarzy polskich, o którćm pisaliśmy obszerniej przed kilką tygodniami, ukazał się świeżo zeszyt drugi, obejmujący reprodukeye dzieł dwóch naszych malarzy: „Śmierć Messali-ny” Żmurki i „Przebudzenie się Goplany” Pileckiego Kopią drzeworytniczą tego ostatniego obrazu pismo nasze wkrótce zamieści.
— Wystawa obrazów Matejki we Wiocławiu niemałe obudzą zajęcie. Krytyka niemiecka o mistrzu naszym wyraża sie z Wysokiem uznaniem, a inteligeneya miejscowa dość licznie na wystawę uczęszcza. Między innemi zwiedził ją niedawno feldmarszałek hr. Moltke, wraz z orszakiem dostojników1 wojskowych i cywilnych.
— Małoznany pomnik. Na polu, w granicach wsi Rypinka i Zagorajna pod Kaliszem, stoi figura „Bożej męki,” wzniesiona na jednej z mogił wojaków poległych śmiercią walecznych, w czasie bitwy polsko szwedzko-rosyjsko-saskiej w 1706 roku. W braku należytej konserwacyi, czas ją powoli nadwerężył, a do zupełnej prawie ruiny doprowadziły burze i wichry. Szczątki tego zabytku winny być uszanowane przez miejscowych i okolicznych mieszkańców', którzy nie powinni dopuścić, aby włościanie do reszty pomnik ten zniszczyli, używając materyalu z niego do budowania sobie mostów.
— Pomysł założenia kolonii pod Berlinem, w której osiąść ma czterdziestu kilku rzemieślników japońskich; wkrótce zostanie urzeczywistniony. Osada zbudowaną będzie zupełnie w stylu krainy mikadów, z odpowicdnicmi ogrodami i warstata-mi, w których rzemieślnicy wykonywać mają swe wyroby z surowych materyalów japońskich, w oczach publiczności. Są między nimi złotnicy, emalierzy, malarze, ceramicy, lakiernicy, tkacze, słowem przedstawiciele tych wszystkich gałęzi przemysłu, w których celuje Azya wschodnia; widowisko więc będzie zarówno ciekawe, jak i pouczające.
— Posiedzenie doroczne Towarzystwa biblijnego w Londynie odbyło się d. 7 maja r. b., pod przewodnictwem hr. Sbaftesbury. Sprawozdanie wykazuje, źe Towarzystwo w roku ubiegłym miało dochodu stałego przeszło 233,000 funtów ster., a nadto ze sprzedaży pism religijnych 107,000 f. ster. Odczasu istnienia swego Towarzystwo puściło w świat około stu milionów biblij, obecnie zaś zamierza wydawać jc na dobrym papierze i czysto drukowane, niedrożej jak po jednym penny za egzemplarz.
— Uniwersytet w Chrystyanii, w którym już od dwóch lat kobiety mają prawo słuchania wykładów, jednogłośną uchwałą sejmu otrzymał prawo dopuszczania do egzaminów i stypeudyów nietylko studentów, ale i studentek.
— Ruchomości barona d’lvry, licytowane niedawno w hotelu Drouot w Paryżu, przyniosły olbrzymią sumę 1,100,000 franków. Aby mieć pojęcie o wysokości cen osiągniętych, dosyć przytoczyć, źe za 18 krzeseł z salonu Ludwika XVI, krytych gobelinami, zapłacono 81,000 fr.; za dwa kandelabry bronzowe 64,000 fr.; za dwie szafy hebanowe 46,00U fr.. za biurko z drzewa różanego, z ozdobami bronzowemi, 38,000 fr.; za dwie konsole białe, z misternemi rzeźbami, 36,000 fr.; za barometr Ludwika XVI 15,000 fr.; za zegar starożytny, wykładany szyldkretem, 12,000 fr. i t.p.
352
Kościół parafialny w Lipnie.	(382)
— Generałem jezuitów, na mocy wyboru kon-gregacyi tego zakonu, zatwierdzonego przez papieża, został w tych czasach ojciec Antoni Ander-ledy, w miejsce dotychczasowego generała, dziewięćdziesięcioletniego ojca Bex, który, z powodu sędziwego wieku, urząd swój złożył.
— Największym statkiem przewozowym na świecie będzie prawdopodobnie „Roland,” który krążyć ma między San Francisco, a koleją centralną oceanu Spokojnego. Okręt ten ma 494 stopy długości, 11G szerokości i obciążony ładunkiem, zatapiać się będzie tylko na G'/'* stopy. Wzdłuż pokładu ułożone są cztery koleje szynowe, zdolne pomieścić 24 wagony osobowe, wraz z tendrem i lokomotywą.
— Nowy kanał, mający półwysep iberyjski zamienić w wyspę, stał się obecnie przedmiotem poważnych narad i badań. Połączy on, niezależnie od cieśniny gibraltarskiej, ocean Atlantycki
z morzem Śródziemnćm, w kierunku od Girondy, na Tuluzę, przez Langwedocyą do Narbonne, a będą mogły żeglować po nim największe nawet okręty. Projektodawcy zażądali od rządu francuskiego gwarancyi na 10 milionów fr. rocznie, począwszy od r. 1889, w którym kanał ma być wykończony, a minister robót publicznych przyrzekł im swoje poparcie.
— Upowszechnione™ bardzo jest mniemanie, że na wysokości 4,000 metrów ludzie żyć długo nie mogą. Tymczasem podróżnik francuski Charnay przytacza, że w Meksyku Indyaniewydobywający siarkę z krateru Popocatepctl, przepędzają tam całe prawie życie na wysokości 5,500 metrów i wybornćm cieszą się zdrowiem. Niektórzy z nich oddają się tćj pracy od Jat 20 do 30, nie doznawszy nigdy najmniejszej dolegliwości. Charnay dodaje, że używają oni przytem napoju, sporządzonego z soku agawy, w stanie fermentacji.
— Kretynizm w cesarstwie austryackiem, jak wiadomo, bardzo bywa pospolitym. Według dra Krattera z Gracu, na 100,000 mieszkańców przypada tam kretynów: w Yorarlbergu 34, w Tyrolu 112, w Salzburgu 309, w Karyntyi 343, w Sty-ryi 240, w Górnej Austryi 155, w Dolnej 79, w Krainie 51, w Gorycyi 4G, w Istryi 3G. Kretynizm, zdaniem badacza tego, zależy głównie od łbrmacyi gór; przy składzie ich wapiennym bywa rzadki, a zato powszechny bardzo w nizinach, gdzie nawet rozradza się dziedzicznie, skutkiem zawierania małżeństw między osobami dotknięte-mi tą chorobą. Tłumaczy to pojawianie się kretynizmu w pewnych centrach odosobnionych.
— Miasteczko Hauenstein w Badeńskiem liczy w tej chwili cale 17G mieszkańców. Oprócz tego jest jeszcze w Niemczech 20 innych miasteczek, w których ludność nie dochodzi sześciuset.
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
Hoauojieno fieimyporo. Bapmana, 18 Man 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki, nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajclimana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Rękopisów pomniejszych, i materyalów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
Jtó75.
Prenumerata w Warszawie:	ttt	„	1004	Prenumerata
rocznie re. 8, półrocznie rs. 4, kwart.	W 8jFSZłIW<1	i CZftPWC^ Oo4 T. na prowincyi iw cesauiwle:
rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	9	kwartalnie rs. 3.
Adres, redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa."
Tom Ili.
GDAŃSK. Wnętrze kościoła Panny Maryi.
354
Treść nniMeru. Artykuły: Od redakcji—Niezaradni, powieść T. T. J< ża (dalszy ciąg).—Teodor Donimirski (dokończenie).—Przegląd teatralny, przez E. Łukowskiego.— Kilka wspomnień z przeszłości, spisał Wielislaw. -Kronika tygodniowa, przez bt. M. Rz.—Składki.—Dwie doby w Gdańsku (dokończenie). — Z życia i tęsknoty, napisał Adam M—S]J (wiersz). Kronika paryska—Przegląd polityki zagranicznej. — Rozmaitości.—Dodatek. Miernoty, przekład z włoskiego M. Ealeńskiej (arkusz 9 ty).—Ryciny: Gdańsk: Wnętrze kościoła Panny Maryi i klasztor po-franciszkań-ski. -Procesyra Bożego Ciała na prowincyi, rysunek A. Kędzierskiego. — Transteweranka, rysunek Reissa. — Domek kamedulski na Bielanach pod Warszawą, zbudowany przez Władysława IV.
Od redakcyi.
Szanownym czytelnikom naszym przypominamy, że czas ponowić prenumeratę Tygodnika ilustrowanego na kwartał trzeci r.b.
Z kwartałem tym rozpoczynamy tom czw ar-ty seryi IV naszego pienia, w którym, oprócz wielu innych, drukować będziemy następujące ważniejsze utwory:
Najnowszą powieść dwutomową j. I. Kraszewskiego, [». t. „Od kolebki do mogiły"
Dramat historyczny w 5-ciu aktach Juliu-SZa Bema, z epoki Kaźmirza Wielkiego, p. t. „Anna Cylejska" z ilustracyjni i Wojciecha Gersona.
Obrazek humorystyczny Aurelego Urbańskiego, p- t. „Katastrofa pod Cholewkotrem,” z ilustracyami Czesława Jankowskiego.
Studyum literackie Bronisława Chlebowskiego, p. t. „Nadobna Paskwolina," Samuela ze Skrzypny Ttoard neskiego.
„Szcśnaście lat m Ameryce" wyjątki z pra cy obszerniejszej Bolesława Horodyńskiego.
W dodatku wreszcie książkowym przeznaczonym na znakomitsze utwory literatury zagranicznej, z dniem 1 lipca r. b. roz-jiocznieiny druk trzytomon ej, przez krytykę wysoko cenionej powieści Roberta Byr’a, p t. „Andor," osnutej na tle stosunków węgierskich, w przekładzie Filipa Sulimierskiego.
Warunki prenumeraty Tygodnika ilustrowanego w Warszawie:
Rocznie. rs.	8	kop. —
Półrocznie	,,	4	,,	—
Kwartalnie	.,	2	,,	—
Miesięcznie	,,	—	,,	67*/2
Na prowincyi i w cesarstwie:
Rocznie .	rs.	12	kop.	—
Półrocznie	,,	6	,,	—
Kwartalnie	„	3	,,	—
NIEZARADKI.
ro wieść
T. T. JEŻA.
(Dalszy ciąg.J
XXIII. Yram de Rowoh.
Bardzo się nam chce do Howorówki, do pana Tadeusza powrócić, jeżeli nie dla czego innego, to dlatego, że pędził on żywot poetyczny — taki, jakieguśmy zakosztowali sami w młodości i jakiego wspomnienia żal szczery za przeszłością w sercu naszem budzą. Nie można jednak. Wrócimy tam później; a teraz grzeczność wymaga, ażebyśmy pierwszeństwo płci pięknej zostawili.
Przedstawicielki onej, wchodzące do opowiadania naszego, pędziły w Paryżu żywot, stosownie do tego, jak go sobie urządziły: paui Emilia w wielkim świecie, pani Róża i panna Julia w skromnym apartamenciku swoim, oszczędzając na żołądku, a nie żałując na grzbiet. 1 nie nudziło się im wcale. Nic rozmaitszego, jak moda, nic bardzićj skomplikowanego, jak obserwacya linij ogólnych i linijek pobocznych, kombinujących się cochwila inaczej. W epoce zwłaszcza, kiedy modzie królowała dostojna Napoleona III małżonka, odgrywała ona rolę tajemnicy stanu. Fałdy wszelkiego rodzaju posiadały znaczenie głębokie. Pamiętną jest epoka owa, pamiętną dla mnie z tego mianowicie względu, żc kiedym się ośmielił o fałdzistościach tajemuic stanu z powątpiewaniem odzywać, zarzucano mi z pogardą nierozumienie ducha czasu i wykładano o liczeniu się z czynami dokonanemi. Pani Róża i panna Julia nic zasługiwały na ten zarzut: ducha czasu rozumiały, do czynów dokonanych się stosowały, mało jadły, a zato ubierały się wedle wskazówek chwili i nierzadko się im zdarzało, że czy to w teatrze, czy na Polach elizejskich, czy tćż na ulicy, ten i ów uwagę zwracał na tę matkę i na tę córkę, zwłaszcza zaś na tę ostatnią. W kouserwatoryum i u pani V., która, po 20 franków za godzino, dawała księżniczkom i bankic-równom wielkiej wziętości używające lekcye śpiewu, szanowano je dla tkanin lyońskicb, koronek brabauckicb i kroju poprawnego. I dla tej również przyczyny nie powiadano o pannie Julii: „Pani, kierując się na śpiewaczkę, ścigasz marę, której nie dogonisz.”
Od wieczoru u państwa Kapusinich minęło tygodni kilka. Howorówczanki nasze nie śpieszyły się z bytnością powtórną dla racyj wielu, a szczególnie dla tej, że się sposobiły na solne pan'e — rodzaj wieczoru, trzymający środek pomiędzy wieczorem zwyczajnym, tak zwanym In time, a balem. Na wieczór taki kobiety wkładają wielką tualetę, nie balową jednak, ale de-koltowanąjak balowa, która, jak wiadomo, polega na uprzezroczyszczaniu wdzięków niewieścieli jaknajwiększem. Kobieta we Francyi tak jest układana, ażeby wszystkie jej władze umysłowe zwracały się w skupieniu ku czynności jednej, zwanej: seduire. To cel, to życia jej zadanie, zadanie, dla którego bal jest areną główną, otoczoną przez wiele przedsionków, przystawek, gale-ryj, dróg bitych i przesmyków. Pomiędzy niemi soirees parem zajmują miejsce właściwe. Panie nasze o tćm wiedziały i starały sic na salonach kuzynki wystąpić bez zarzutu.
Czekały na zawiadomienie o owćj Yram de Rowoh.
— Oryginalne imię i nazwisko — zauważyła razu pewnego panna Julia.
— Ach! — odparła paui Róża — te panie, we względzie tym, o oryginalność się ubiegają.
— Mama myśli że to przybrane?
— Z pewnością. Wskazuje to niepospolitość tak imienia, jak nazwiska.
Dnia pewnego około trzeciej, dzwonek u drzwi wchodowych zatętuil; panna Julia wpół otworzyła i, otwierając wnet drzwi szeroko, zawołała:
— A, ciocia! •
— Zgadnijcie tedy —- odezwaia się pani Emilia, na kanapie siadając — zkąd do was wprost przyjeżdżam.
Pani Róża i panna Julia zgadywać ani próbowały.
— Wiec wam powiedzieć muszę. Byłam z wi-zj tą u panny i ram.
— No? i cóż?
— Musialam', po naradzie z mężem, wziąć na siebie posłannictwo do niej. Mój mąż nic Rot-szyld, ani dePersigny żaden. A nużby odmówiła! Było szansy więcej, że nie odmówi mnie. Pojechałam tedy.
— Nie odmówiła?
— Nietylko nie odmówiła, ale okazała dla mnie uprzejmość, jakićj się nie spodzićwałam. Co zaś dziwnego. Ale... nie!...
Panic czekały na tłumaczenie pani Emilii, którćj wyrazy ostatnie zrozumiałem! nic były.
— Gdybym uie była głęboko przekonana, że kobieta światowa nie miesza się, powiedziała bym, że Yram de Rowoh zmieszała się na widok mój.
— To w rzeczy samej dziwne.
— Byłoby nadzwyczaj nem. Może to jest maniera taka, chociaż, hm, o manierach jej nasłuchałam sic tyle. Ona uchodzi powszechnie za farouche, co tych panów w rozpacz wprawia, albowiem bez ceremonii drzwi wskazuje i...
Zatrzymała się i zaśmiała.
— I co? — zapytała pani Róża zaciekawiona.
— I policzki wymierza, ^policzkowanych przez nią liczy się kilku, mianowicie dans la haute ji-nance, a pomiędzy nimi senator, potęga i powaga.
— Zaciekawiasz mnie, Emileiu... Cóż na to spoliczkowani?
— A cóż! Senator kupił dla niej hotclik-cacko, umeblowany jak pieścidełko, karetę, konie i ofiarował jej.
— A ona?
— Przyjęła.
— A! nie wierzę więc, ażeby pomiędzy uią a senatorem owym nie zachodziły stosunki, o których nie wiedzą żona ani dzieci.
Pani Emilia ramionami na znak przeczenia wzruszyła i odrzekla:
— Przyjmuje hołdy i upominki, jako rzecz jćj należną, nie poczuwając się do obowiązków wdzięczności zgoła. Gdyby Napoleon III pół Francyi jćj darował, onaby się przyjąć nic zawahała i... Napoleonowi drzwi pokazała.
— Osobliwa kobieta!
— Osobliwa. Natura jakaś dzika.
— Zkąd-że sic wzięła?
— krążą około nićj jakieś zagadki i tajemnice, dociekanie których stanowi w tćj chwili przedmiot wielkiej ciekawości. Mieszkanie jej pozostaje pod nadzorem.
— Policyi?—podchwyciła pani Róża z akcentem przerażenia lekkiego.
— Policyi — odrzekla pani Emilia z uśmiechem—ale wielkiego świata. Wyślcdzićby chciano une liaison. I cóż? Podsłuchy tego tylko doszły, że śpiewa po nocach całych. Zamyka się i śpiewa sama dla siebie. Ale... zobaczycie ją u nas—dodała, wstając.—Śpieszyć muszę do mę. ża z wiadomością, na którą on niecierpliwie oeze. kuje. Jest ona dla nas ważną. Adieu, kochane .
Środa następowała za dni dwa. Gdy nadeszła, gdy nadszedł wieczór, godzina dziesiąta, panie nasze remizą udały się do państwa Kapusinich. Na salony wprowadził panią Różę pod ramię pan Kapusini. Salony miały pozór odświętny, pomimo, że na oko nic się w takowych nie zmieniło. Meble, firanki, zwierciadła, malowidła były też same, tylko dotknęła ich ręka tapicera i nadała im ton. Robi się to zapomocą podfałdowania. Wspomniałem powyżej o głębokióm znaczeniu fałdów. W dekoracyi salonów draperye ogromnie ważną odgrywają rolę; układanie onycb do harmonii z ogółem ozdób stanowi sztukę, uprawianą przez specyalistów.
Pani Róża w sukni ciemnoziclonćj ciężkiej, panna Julia w popielatej o tle źóltawem, przed stawiały się wcale korzystnie śród dam, z któ rych każda miała na sobie tualetę wystudyowa-ną. Amby się kto domyślił, że od tygodni kilku mięsa nie jadły. Ramiona panny Julii wspomnienie marmurowych ramion Wcnery z Milo wywoływały; „pierś jej biała budziła ciekawość,” połączoną z pragnieniami rozkosznemu Gdy się przez salon przesuwała, przeprowadzało ją spojrzeń wiele, a w grupach czyniono półgłosem pod adresem jej uwagi podobne do tych, jakie się czynią w galeryi malowideł lub posągów. Młoda dziewczyna zafrapowała. Pani Emilia, powitawszy kuzynki, powtórzyła im dwukrotnie dwa wyrazy: parfait i irreprochable.
Goście przybywali; salony się napełniały; grupy tworzyły. Pani Kapusini przedstawiła panie howorowskie kilku damom i zostawiła je na pastwę rozmów czczych i nudnych, jakie się po salonach toczą W grupie poblizkićj mówiono o pannie Yram i o panu Kapusiuim.
— Jest to szarpniecie sic powiadał jegomość jakiś o tym ostatnim.—Czy mu to posłuży? Zobaczymy.
Panią Różę wyrazy tc zastanowiły i ucha nastawiała, chcąc rozmowy ciąg dalszy pochwycić, lecz odpowiadać musiała na ważne zapytania, jakie jej zadała dama, której przedstawioną została. Dama się pytała, ile dni jeszcze w Paryżu będzie trwała niepogoda.
— Nie wiem - odpowiedziała pani Róża.
— Bo proszę pai.i, c‘cst si cnnuyant! Nie wiedzieć kiedy promyk słoneczny rozproszy te mgły posępne, których ja tak nic lubię. Nie, nie lubię tego! A patii?
— O, i ja wolę pogodę, aniżeli słotę.
— Gdzie pani u wód była?
Żc wspomnienia o w7odach stanowią przez zimę całą treść najpowszechniejszą rozmow salonowych, o tem pani Róża wiedziała i miała na t • te odpowiedź, że spędziła lato na wsi, w dobrach swoich, en Poidle. To imponowało. Podole znanem było z brzmienia nazwy; gdy przeto pani Róża powiadała, źe była „w dobrach swo ich, en Podolie,” brano to w tem znaczeniu, źe Podole jest to pani Róży majątek.
Dama rozpoczęła o wodach opowiadać.
Opowiadanie jej przerwał szmer, który wytworzył wyrazy: nla wiła!”
Pan Kapusini prowadził pod ramię damę piękności uderzającej. Ubrana była strojnie, lecz nic strój uwagę zwracał, ale wyraz czystości niepokalanej, który z jej całej bił postaci. Wzrostem niewielka, smukła, szykowna a poważna, czarnowłosa, modrooka— śpiewaczka ta wyglądała niby w ciało i kości ubraną nutą pieśni, zwianą na paikiety salonowe.
Pan domu prowadził ją ku pani, która.na spotkanie jćj szła. Spotkanie nastąpiło na środku prawię, salonu, tuż przed panią Różą i panną Julią. Śpiewaczka w7 chwili powitania spotkała się ze spojrzeniem pani Róży, wpatrującej się w nią pilnie. Śpiewaczka, zdawało się, skamieniała. Wzrok jej przybrał wyraz szklisty, policzki zbladły, z ust ustąpił karmin żywy, co świadczyło, że karmin ów naturalnym był. Trwało to mgnienie źrenicy i przeminęło dlatego, że pan Kapusini, podając jćj ramię, które dla ukłonu umknął był przed chwilą, przemówi1 do niej z akcentem:
— Pani...
Panna Yram czepiła się z pośpiechem ramienia pana Kapusini, poszła dalej i za jęła krzesło, do którego ją odprow adził. Pizy siedzeniu jej sformowało się. wnet kółko. Baron B. i kilku panów pośpieszyli do mej z powitaniami, na które ona zrazu z roztargnieniem odpowiadała. Oczy jej, jakby magnetycznemu pociągowi ulegając, zwracały się ustawicznie w stronę pani Róży. Wreszcie roztargnienie przeszło i panna Yram rolę swoję salonową odgrywała ze zwykłą swobodą. Nic zwracano uwagi na to, źe pani Róża służjla zawsze za przedmiot spojrzeń jćj, że wzrok jej często zatrzymywał się na nićj. Cóż pani Róża z nią mieć spólnego mogła? Czćm pani Róża wobec niej była?
Goście bawili się. Panowie, co pannę. Yram otaczali, opowiadali jej o uciesze, jakiej sobie obiecują z usł) szcuia jćj głosu czarującego. Ona opowiadania słuchała i, wciągu onego, wyraziła ochotę dania się słyszeć.
— Ach! ach! — odezwały się wykrzykniki radosne.
Wiict jegomość jakiś przy fortepianie miejsce zajął; panna Yram do fortepianu podeszła. W salonach naraz zapanowała cisza i w ciszy tćj za-brzmiały dźwięki czyste, jak najczystszy kryształ, rozgłośne, jak echo w górach, łagodne jak uśmiech matki do dziecka w kołysce, słodkie, jak najpićrwsze kochanki wyznanie, przenikające, jak uniesienie. .Śpiewała — prześpiewala; chwilkę jeszcze panowała cisza, jakby publiczność dosluchiwała tułających się po zakątkach dźwięaów, i nagle zerwała się burza oklasków. Burza ta, zdawało się, końca mieć nie będzie. Przycicbala, i wznawiała sio i wzmagała.
Pani Róża spojrzała na córkę i miała łzy
355
w oczach; panna Julia spojrzała na matkę i miała także łzy w oczach.
— O, jakże ona śpiewa!—odezwała się jedna.
— Jak śpiewa!—potwierdziła druga.
Dama, niby7 to pani Róży znajoma, powiedziała.
— Rzadki talent. Spićw taki na długo w uszach pozostaje. Co za szkoda, że ona talent swój w salonach zagrzebujs!
—- Zagrzebuje?—zdziwiła się pani Róża.
— Tak. Daje się ty lko słyszeć tej części pu bliczności, co bywa u mocarzy. Ja na przykład... poraź pierwszy7 ją słyszę—wyznała.— A pani?
— Ja od niedawna w7 Paryżu bawię.
— Od jak długo?—zapytała.
Od miesięcy dwóch — odpowiedziała pani Róża, przyznać się nie chcąc, że jest mieszkanką dawniejszą nieco.
— Pani zapewne w dobrach jćj czas przyjemnie upływał. O, jak to milo być musi dobra posiadać! Namawiam męża, ażeby zlikwidował handel en gros skórami surowemi, a nabył zamek; ale on o tem słuchać nic chce. Zwrócił obecnie operacye swoje, za pośrednictwem pana Kapusi ni, wdaśnie do dóbr pani i dlatego wyraz „Podo-lie” obcym mi nic jest. Powiem mężowi memu, żem miała zaszczyt poznać się z właścicielką dc la Koddie.
Gdy oklaski przebrzmiały, nastąpiło w7 ciągu dalszym posiedzenie, podszyte oczekiwaniem na powtórny śpiewaczki popis.
Ktoś, coby zmysł spostrzegawczy posiadał, do-strzedz by mógł wejrzenie panny7 Yram, jakie ona na panią Różę zwróciła, gdy, po zakończeniu śpiewania, miejsce swoje zajęła. W wejrzeniu tem charauterystycziićm było to, że świeciło w nićni zapytanie, jakby tej, co potentatom głowy zawracała i senatorów policzkowała, chodziło szczególnie o pochwalę kobiety7 nieznanej i najmniejszego znaczenia nicposiadającej. Ale nikogo tam ze zmysłem spostrzegawczym nie było; pani Róża zaś nic brała do siebie spojrzeń, które się na niej zatrzymywały, a które widziała. Smićsznościąby jednak ze strony jej było wnioski ztąd wysnuwać jakieś.
Wieczór rozwijał się dalej trybem zwykły m. Ktoś grał na fortepianie, ktoś na skrzypcach i po skrzypcach znów7 panna Yram głos zabrała. Powtórzyło się to samo, co poprzednio, więc opisu wrażenia powtarzać nie potrzebujemy. Uwołui-my się także od opisu kołaeyi, podaućj o północy, wspominając o niej to tylko, że przydała się ona wielce właścicielkom — według mniemania małżonki handlarza skórami surowemi — Podola, które od godziny7 szóste), po herbacie z chichem suchym, uic w ustach nie miały. Dobre jadło je posiliło, wyborne wino pokrzepiło. Kolacya ciągnęła się dosyć długo; znalazło się dwóch kakim-burzystów, którzy przy stole zabawiali biesiadników, pobudzając ich niekiedy do śmiechu home-rycznego. Kalambur, w towarzyskiem życiu Francuzów, odgrywa rolę bardzo ważną.
Po kołaeyi, na zakończenie wieczoru, panna Yram śpiewała raz jeszcze.
Dziwnem by lo manewrowanie jej, gdy salon opuszczała. Zdawało się, jakby się o panią Różę otrzeć chciała. Szła i wracała, puszczała się raz w kierunku tym. znów w owym, oglądała się, i oglądalą jeszcze, kiedy już do pojazdu wsiada la. Co i dlaczego to było?
Pani Róża pytania tego nie zadawała sobie. Powróciwszy około czwartej rano do apartamen-ciku swego i opłaciwszy remizę, co —powiedziawszy nawiasem — grubo ją kosztowało, byłaby zasiadła do pisania listu do męża, gdyby nie trzy przeszkody: ciemność, chłód i rozmarzenie. Ciemność pochodziła ztąd, że się dopalała, resztka oliwy w lampie; chłód, że uie było za co zaopatrzeń się w drzewo opalowe; rozmarzenie zaś odnosiło się do śpiewu panny7 Aram, który głębokie sprawił wrażenie. Pod wrażeniem tein matka i córka z pośpiechem się rozebrały7 i do zimnych łóżek w7eszły. Sen jednak ani do jednej, ani do drugiej nic przychodził. Upłynęła godzina, a po godzinie z łóżka panny Julii odezwało się zapytaniem
— Czy mama śpi?
— Nic śpię, moje dziecko.
— Czemu tam u mamy tak cicho?
— Chaciał. bym, ażebyś zasnęła. Masz o dziesiątej lekcyą u pani Y.
— Ach!—odparła panna Julia.—Co mi po lekcy acli ty cli!
— Toż czemu?
— Czyż ja kiedy wystąpić takbym mogła, jak ta Yram?
— Mnie się wy dawało, że Yram zachęci ciebie, że ci bodźca doda.
— Ona zniechęcić raczej może. Rzuca od niechcenia tony niedoścignione.
— A przecież i ona tony te ścigała, zanim icli dosięgła.
— Nie ścigała atoli tego tinibre, co w nich dzwoni.
— Owóż—podchwyciła matka— powiem ci, źe tinibre ten i ty masz w sobie, tylko jeszcze na wierzch niewydobyty i niedostatecznie uwarunkowany. Ale też pomiędzy nią a tobą wielka zachodzi wieku różnica. Ty masz łat dziewiętnaście, ona zaś najmniej, najmniej dwadzieścia pięć. I ty więc, w wieku jej...
—- Vcli! nic—przerwała córka matce—nigdy! — Zraziłaś się przeto?
Panna Julia uic nie odpowiedziała.
— Nic nam więc chyba nie pozostaje, jak do Howorówki wracać... papie dogodzić.
— Za żadne świata skarby!—zawołała panna Julia.
— A widzisz, moje dziecko; nie pozostaje dla nas droga inna, jeno ta, którąśmy sobie otworzyły i, bądźcobądź, przctorowaly trochę. Bliżej się znajdujemy końca, aniżeli początku: idźmyż już do końca.
— Iść tak trudno!—westchnęła dziewczyna.— W Odessie szło łatwiej....
Ani ona wytłumaczyć, ani pani Róża domyśleć się nie umiały istoty trudności tej. Pani Róży wydało się, iż polega ona na zrażeniu się cnwilo-wem, na zwątpieniu; jęła więc w7 córce ducha podtrzymywać, przytaczając przykłady7 licznych w czasie owym Teres, mających jako śpiewaczki powmdzenie szalone, pomimo źe głosu im brakło i śpićwae nie umiały.
— Tyż masz glos przecie!... wszyscy ci to powiadają i ja głuchą nie jestem: chodzi tylko o to, ażebyś głos ten nelastyczn.ła, giętkość mu nadała i uzupełniła. Gdy tego dokażesz, wierz mi, moja Julisiu, będziesz taką prawdziwą primocZmi-ną, jak ta Yiatn, która się także zrażała i zniechęcała może i zapewne niejedne w życiu chwilę trudną do przebycia miała.
Panic łmworowskic odtąd czyniły co mogły. Panna Julia usiłowała „opanować szkolę” i w7 celu tym uczyła się pilnie. Codziennie po godzin kilka spędzała za domem i w domu na śpi< wauiu. Za domem niezmiennie towarzyszyła jćj matka; kiedy zaś panna. Julia domowe odbywała ćwiczenia, wówczas pani Róża zajmowała się tem, coby nazwać można „ściąganiem końców7.” Starania jej w dwóch szły kierunkach: w kierunku podtrzymywania tych marnych lepianek, jakiemi, wedle zdania powag wielkich, są ciała ludzkie, i w kierunku przystrajania tychże lepianek. Dzieliła się z córką, jej dając część lwią, sobie zabierając kości. W sposób ten dzieliła się wszyst kieni, tak co do odzieży, jak co dojadła. Zawsze pannie Juiii dostawało się coś lepszego i więcej, aniżeli matce. Pani Róża, co się odzieży n. p. tyczy, dla siebie przerabiała i odnawiała suknie dawniejsze, córce sprawiała now7e; co się jidła tyczy, jćj wetkuąe umiała coś zawsze posilniej-szego, udając żc pamięta o sobie. Rozwiązała zadanie dzielenia na dwie „nierówne połowy.”
Tak upływał) dnie, ty godnie, miesiące. Pani Emilia nie zaglądała; panie nasze nie śpieszyły do nićj. Widywał) ją niekiedy zdalcka w leatrze; lecz sic nic zbliżały, do teatru bowiem chodziły wyłącznic do opery, celem osłuchiwania się w śpiewach, zajmowały przeto miejsca tańsze, w których się na widok nie wystawiały. W operze widywały także pannę Yram, otoczoną świetnie w loży pierwszego piętra. Nadeszło lato;
356
konserwatoryum zamknięto, pani V. lek cyc zawiesiła, kto jeno szanował siebie, opuszczał bruk stolicy. Pani Emilia w odwiedziny przyjechała — w odwiedziny i z pożegnaniem.
— Jade do Trourille—mówiła i zapytała:— A wy?...
— Pisałam do Tadeusza—odpowiedziała pani Róża z zakłopotaniem.
— Rozumiem. Gdy się. przeto odpowiedzi doczekacie, przyjedźcie do Trouville, jeżcliścic sobie innego nie upatrzyły miejsca.
— Może się na Trourille zdecydujemy, a może... aż do Howorówki pojcdziem.
— Gdybyście do Howorówki pojechały, uściskajcie Tadzia odcmnie.
Gdy odeszła, pani Róża następującą zrobiła uwagę:
— Spodziewałam się jednak, że Emilka, jeżeli nie nas obie, to ciebie przynajmniej zaprosi ze sobą do morza. Za historyą z rachunkami i procentami, za to, źe na procentach tych mąż jej wgórę wyjechał, należało się to od niej... Przecież ona, lepiej niż ktokolwiek, sytuacyą nasze zna i położenie rozumie...
Wymowne a tkliwe do pana Tadeusza listy nic nie sprawiły. Lato w Paryżu spędzać trzeba było, uzbroiwszy się w cierpliwość i odwagę. Mijały więc miesiące letnie, jak przeminęły wiosenne i zimowe—mijały i poranku pewnego, około ósmej, kiedy panna Julia jeszcze spala, a pani Róża spirytus na herbatę zapalała, dzw onek przy drzwiach odezwał się w sposób niezwykły, od targnięcia gwałtownego. Pani Róża drgnęła i dowiadywać się hala. Dzwonienie się powtórzyło. Do drzwi podeszła, lecz takowych nie otwierając:
— Kto tam?—zapytała.
— To ja, Emilia—była odpowiedź.
Pani Róża, zdziwiona, otworzyła; zdziwiła się atoli bardzićj jeszcze, gdy ujrzała kuzynkę wchodzącą w odzieży podróżnej, z torbami w ręku i otwierającą drzwi szeroko dla furmana od fiakra, dźwigającego kufer i walizkę. Furman ua korytarzyk wszedł, kufer i walizę na podłodze postawił, pani Emilia z nim się rozpłaciła, a kiedy on wyszedł i drzwi się za nim zamknęły, wówczas dopiero do pani Róży się zwróciła. Pierwsze wyrazy, jakie z ust jej wyszły, były:
— Nie wypędzisz mnie przecie, Róziu?
— Cóż to znaczy?., co?—zapytała ta ostatnia.
— Okradziona jestem i opuszczona...
— W Trouville?
— Ach.'—usiadła, palce splotła i ręce załamała.—Ja nieszczęśliwa!...
— Cóż się stało? twój mąż...
— Mąż mój? Ocb!... On... „w księżycu dziurę zrobił”...
Wyrazy te, które dosłownie z francuskiego przełożyłem, używane są dla oznaczenia ulatniania sic dyrektorów i kasyerów bankowych z pić-niędzmi akcyonaryuszów i depozytaryuszów. Zabranie pićniędzy nazywa się detournement] o zniknięciu zaś dostojnika, co zabrania dokonał, mówi się, że „ w księżycu dziurę zrobił” (ii a faii le tron dana la lunę}.
Słowa te wywarły na panią Różę wrażenie przygniatające.
— O Boże!—westchnęła.
— Zostałam więc na bruku, obdarta i wyrzucona... Gdybyż mnie był uprzedził, byłabym przynajmniej klejnoty zabrała; tak zaś, nic uratowałam z rozbicia nic... nic!... To okropne!... Gdybyś ty, Róziu, na myśl mi była nie przyszła, nie pozostawałoby mi nic innego, jak do morza się rzucić... A przytem .. a przytem...
{Dalszy ciąg nastąpi.)
TEODOR DONIMIRSKI.
{Dokończenie.)
Zaślubienie Zofii ze Ślosarskicb znaczyło dla ś. p. Teodora zupełne odrodzenie duchowe, dla całej zaś dzielnicy pokrzyżackićj nową epokę historyczną. Pogrążona dziś w ciężkiej żałobie
matrona weszła była do dworu btichwaldzkicgo jako kapłanka źnieza świętego, który tam i zarazem na całej ziemi malborskićj sama dopiero roznieciwszy, pielęgnowała z taką miłością i pełną poświęcenia wytrwałością, iż ożywcze ciepło jego rozchodziło się daleko poza ziemię malbor-ską i zapladniająco wpływało na życie narodowe tam także, gdzie nie było jeszcze tak do szczętu wygasłe, jak w bezpośredniem pobliżu gniazda krzyżackiego.
Już w rok po ślubie, w r. 1844, wspólnie z teściem swym, zasłużonym obywatelem, projektuje założenie Towarzystwa pomocy naukowej dla młodzieży polskiej w Chełmnie, na wzór poznańskiego Towarzystwa imienia Karola Marcinkowskiego. Przewodnią myślą projektu było kształcenie młodzieży na kandydatów do urzędów wyższych, które znajdowały się wyłącznic w ręku Niemców. Rzecz przewlokła się dla niespokojnych czasów aż do dnia 30 października r. 1848, którego - to dnia Towarzystwo ostatecznie się ukonstytuowało z gotowym odrazu fundusikiem, który ze składek powstał był już w czteroletnim czasie przygotowań. Ś. p. Donimirski wszedł do dyrekcyi Towarzystwa i pozostawał w nićj, wciąż nanowo wybierany, bez przerwy aż do śmierci. Było to jego ulubione dziecię duchowe; śmierć zaskoczyła go przy czynności około spraw Towarzystwa pomocy naukowej.
Niedługo też po ślubie jął się praktycznego wykonywania dawnych idej swych co do podźwi-gnienia moralnego i matcryałnego bytu ludności włościańskiej. Począł zakładać towarzystwa rolnicze na ziemi malborskićj, sam stając się jakby wędrownym nauczycielem gospodarstwa włościańskiego. Oszczędnością się rządząc względem samego siebie, nie żałował ofiar dla braci, którą się zaopiekował: wprost na zagonie pokazywał, gdzie, kiedy, jak i co robić; ułatwiał stowarzyszonym włościanom sprowadzanie lepszych narzędzi i lepszego inwentarza dla przychówku.
W r. 1853 wybrany został w Kwidzynie prezesem dyrekcyi Towarzystwa kredytu ziemskiego na Prusy Królewskie (Weripreussische Land-schaft). Oddawna szczerze oddany sprawom współobywateli większej i mniejszej posiadłości, ś. p. Teodor znalazł na wpływowym urzędzie tym szerokie pole działania, któremu z całą duszą sic oddał. Z jego inieyatywy wyszło wiele zbawiennych reform na korzyść stowarzyszonych ziemian. Wypracował też osobny statut dla włościańskiego Towarzystwa kredytowego, który jednak dopiero po ustąpieniu autora z dyrekcyi otrzymał sankcyą rządową. Ustąpienie z dyrekcyi nie było dobrowolne. Gdy bowiem po upływie sześcioletniej kadencyi wr. 1859 przystąpiono do wyboru nowej dyrekcyi, już gutebesitzery niemieckie, mając przeważną większość, przestali cenić w ś. p. Teodorze znakomite zdolności, a patrzyli nań tylko jako na Polaka, który w społeczeństwie polskiem wybitne już zajął stanowisko. Niewszyscy jednak Niemcy cieszyli się z niewy-branią Donimirskiego nanowo, a sama dyrekcyą generalna wystosowała do ustępującego prezesa dyrekcyi kwidzyńskiej dnia 19 października roku 1860 pismo, w którćm wynurza głębokie ubolewanie, iż rozterki plemienne pozbawiają wielką instytueyą najlepszego spółpracownika.
Straciła go instytueyą nazawsze, a i my straciliśmy na tem tyle przynajmniej, że wykonywanie zatwierdzonego w r. 1861 statutu włościańskiego Towarzystwa kredytowego byłoby więcej wypadlo w myśl autora, gdyby sam mógł byl doglądać wykonawców; ale zato zyskaliśmy wielką i znakomitą silę wyłącznie już dla siebie, zyskaliśmy całego już człowieka, całego męża stanu dla spraw wyłącznic naszych. Postępek Niemców przekonał zarówno ś. p. Donimirskiego, jak cało obywatelstwo polskie, żenienia już żadnego, czysto ekonomicznego pola współnćj pracy z Niemcami. Odtąd Teodor Donimirski oddaje sic zupełnie i wyłącznie naszym tylko sprawom i obronie naszych interesów, a zajęty tą pracą szczćrą, nieżądną rozgłosu, kilkakrotnie odmawia przyjęcia godności poselskiej; nic chce siedzićć w re-prczcntacyi narodowćj sejmu berlińskiego, mają-
cćj w swem gronie dzielnych szermierzy, jakich tam potrzeba, bo uważałby to sobie za stratę cennego czasu, potrzebnego do pracy twórczej. Raz tylko, w r. 1867, gdy po pogromie Austryi pod Sadową zbierał się w Berlinie pierwszy parlament północno-nicmiecki, przyjął mandat po selski ze względu na to, że jedynie jego kandydatura mogła przechylić szalę zwycięztwa wyborczego na nasze stronę. Sesya parlamentu w r. 1867 pamiętna -jest z protestu rcprezentacyi naszej przeciw wcieleniu wielkiego ksieztwa poznańskiego, oraz Prus królewskich i książęcych, do Związku północno niemieckiego.
Tu miejsce będzie nadmienić, źc Teodor Donimirski już na dwadzieścia lat przedtem, w roku 1847, zasiadał w Berlinie na tak zwanym wiel kim sejmie połączonym (rerelnigter Landstag), który, składając się ze stanowych sejmów pro-wincyonalnych, byl pierwszym sejmem królestwa pruskiego. Na sejmie tym wypracowano projekt konstytucyi pruskiej, a Donimirski należał w nim do komisyi, która wygotowała projekt nowego prawa kryminalnego, i był inieyatorem wniosku o zaprowadzeniu sądów przysięgłych.
Wróćmy jednak do r. 1859. Powiedział wów czas ktoś: „Straciliśmy dyrektora Towarzystwa ziemskiego, a zyskaliśmy ministra.” To samo, tylko innemi słowy, powiedział ówczesny prezydent rcgencyi kwidzyńskiej hr. Eulenberg, który, znając Teodora Donimirskiego osobiście, radził w Berlinie, aby bądźcobądź związać go jakoś z panującym systemem, by nic mićć w nim burzyciela przeprowadzonej już germanizacyi. Pozbywszy się obowiązków urzędowych, tem gorliwiej zajął się teraz ś. p. Teodor kółkami rolni-czemi i zakładaniem towarzystw pożyczkowych dla włościan, jakoteż dyrekcyą Towarzystwa pomocy naukowej, zwłaszcza źe z członka dyrekcyi został w r. 1860 jćj prezesem. Fundusze Towarzystwa tego są bardzo szczupłe, a ponieważ ucząca się młodzież zawsze cieszyła się szczególnemu względami jego, więc nieraz z własnej szkatuły dokłada, gdy kasa Towarzystwa w nieprostym staje stosunku do wielkiej liczby zgłaszających się o wsparcie, a nawet do przyjętych już względem młodzieży zobowiązań. Nadto, ponieważ statuta Towarzystwa przepisują maksymalną wysokość wsparć i ograniczają je na liczbę lat najniezbędniejszą do ukończenia właściwych studyów, więc prezes z własnej znów szkatuły tworzy tak zwany fundusz egzaminowy, z którego udziela Towarzystwo wsparć na czas poświęcony egzaminom i na koszta egzaminacyjne. Towarzystwo to otrzymało w r. 1869 sio-strzycę w Towarzystwie pomocy naukowej dla dziśwcząt, którego prezesową została p. Zofia Donimirska, dziś wdowa po ś. p. Teodorze.
Rozwinąwszy wspólnie z Mieczysławem Ły-skowskim gorliwą działalność około zgromadzenia rozproszonych kapitałów i wytworzenia zmysłu oszczędności przez towarzystwa pożyczkowe dla włościan i rzemieślników po miasteczkach, sięgnął inieyatywą swoją wyżej. W r. 1866 stanął w Toruniu, celem wyrobienia obywatelom ziemskim kredytu na kapitał obrotowy w gospodarstwie, bank pod firmą: „Donimirski, Kalkstein, Lyskowski i spółka.” Przez to stal sic Toruń sercem całego prawic naszego życia społecznego. Tu w rok potem weszła w życie nowa z inieyatywy nieboszczyka instytueyą sejmików gospodarskich; tu odbywają sic doroczne zebrania innej z jego inieyatywy instytucyi nowćj, Towarzystwa ku popieraniu moralnych interesów ludności polskiej, powstałego w r. 1868; tu zgromadza się także od r. 1869 wyżej wspomniane Towarzystwo pomocy naukowej dla dziewcząt.
Sądzimy, źe samo wymienienie nazw tych instytucyj wystarczy, aby dać wyobrażenie o kierunku, rozległości i doniosłości prac zmarłego. Nie możemy nawet zapuszczać się w szczegóły. Tylko o Towarzystwie ku popieraniu moralnych interesów, obliczonćm także na Poznańskie, musimy wypowiedzieć, że Wielkopolanie, z pewuemi wyjątkami, nie pojęli idei tego Towarzystwa, nie poparli go należycie, co gdyby byli uczynili, nic potrzebowaliby dziś zakładać Towarzystwa
357
opieki prawnej w Poznaniu. Czem Prusy królewskie dziś są, tem są same przez sic, a w7 znacznej, bardzo znacznej części przez ś. p. Donimir-skiego. Tem większa tej dzielnicy, tćm większa nieboszczyka zasługa.
Że mąż, którego cala działalność zasadzała się na pracy i ekonomii społecznej, pod hasłem: „przez pracę i oszczędność do mienia i godności,” mimo wspaniałomyślność swą, która zresztą także była nie uczuciowa tylko, lecz w wysokim stopniu racyonalna. przysporzył własnego majątku, rozumie się samo przez się; a że prz! tem nie żalów al na troskliwe wychowanie synów, to rzecz zupełnie naturalna.
Na starość zmarły niejednej doznaje troski. Kilka lat temu pali się dworek ojcowski w Buchwaldzie, w którym urodził się, wychował, żył i pracował, a w którym u syna żywota dokonać myślal. Krótko potem umiera nagle, wskutek nieszczęśliwego wypadku, syn najmłodszy, kończący właśnie nauki techniczne w Karlsruhe. Innym dzieciom Bóg nie szczędzi niepowodzeń i trosk, a wszystko to znajduje oddźwięk w sercu czule kochającego ojca. Mimo to uie ustaje w pracy dla ogółu, podtrzymuje nawet w innych ducha upadającego w tych niesłychanie ciężkich czasach. Jeszcze w marcu r. b., po skończonym 78 roku życia, jeździ na wszystkie zebrania, bierze udział w obrodach sejmiku gospodarskiego i przewodniczy posiedzeniom dyrckcyi Towarzystwa pomocy naukowej.
Dnia 1 maja r. b., w chwili, gdy kreślił list do jednego z kolegów w dyrekcyi tej, w interesie zgłaszających się o wsparcie młodzieńców, razi go paraliż na mózg. Ustają funkeye myślącej głowy, ale rodzina pociesza się nadzieją, że skutki pierwszego ataku przeminą. Niestety, po pierwszym rychło drugi następuje, a wkrótce znów trzeci kładzie kres pracowitemu żywotowi. Aon per totam vitam, sed totus Patriae rDit.
»ł* *
Pobieżnie tylko nakreśliliśmy powyższy szkic biograficzny, bośmy go ani umieli, ani mogli nakreślić tak, jak żywot ten pojmujemy i jak stratę czujcmy. Któż nam ś. p. Teodora Donimir-skiego zastąpi? Podzielą się wpradzie synowie znaczną częścią duchowej spuścizny po ojcu, część niewątpliwie inni obejmą; ale powaga i wpływ7, których zażywał nieboszczyk, wcale nie starając się o nie, wytrwałość i jednolite kierownictwo w pracach społecznych, niełatwo przenieść się dadzą na kogo innego. Lękamy się o przyszłość, zwłaszcza gdy wśród burzy uaj sroższćj tracimy doświadczonego sternika, gdy pesymizm i apatya wielu ogarnia, gdy nietylko położenie społeczne, lecz i położenie jednostek coraz gorszćm się staje. Cóż stanic się z Towarzystwem ku popieraniu moralnych interesów7, które jedynie zmarły jeszcze pódl rżymy wał, które, mimo braku poparcia, mimo szyderstwa nawet, tyle dobrego zdziałało, szczególniej pod względem ośw'iaty ludowej, a któremu żadną miarą niewolno dać upaść, choć zreorganizować je tizeba? Cóż będzie z bankiem toruńskim, któremu w r. 1886 kończy sic konsens? Czyż chcl mińskie Towarzystwo pomocy naukowej nie uczu-jc straty założyciela, prezesa i hojnego orędownika swego?... Na rzecz tćj właśnie instytucyi, do której nieboszczyk najwięcej był przywiązany, niech nam będzie wolno rzucić tu myśl, którą uraduje się duch ś. p. Teodora Donimirskicgo, a za której wykonanie, za przyczynienie się do wykonania błogosławić będzie z niebios nam wszystkim, którzy wykonawcami się staniemy. Prusy Królewskie najwięcej potrzebowałyby pomocy sąsiedzkiej. Kto jakkolwiek zna stosunki tćj dzielnicy, nie będzie na to potrzebował dowodu. A jednak dotychczas znikąd jej nie miały. Galicya jest niezmiernie bogata w fundusze sty-pendyalne na cele naukowe, a najmniej widać tam z nich rzeczywistego pożytku dla społeczeństwa. Fundusze te wciąż pomnażają się jeszcze, nietylko z kraju samego, lecz i z sąsiedztwa. Uczyńmy coś także, choć tylko raz jeden, dla Prus Królewskich, Może ktoś, mający zamiar
zrobić znaczniejszy zapis na cele naukowe, wyjątkowo uczyni zapis na rzecz chełmińskiego Towarzystwa pomocy naukowej. Ręczymy, że i wdzięczność i wielki pożytek ztąd będzie. Ale nie ta jest właściwie myśl nasza; wypowiadamy ją w sposób następujący:
Za artykuł niniejszy, słaby, bardzo slaby dowód hołdu dla pamięci Teodora Donimirskicgo, należeć się będzie autorowi honoraryum od Tygodnika ilustrowanego. Honoraryum to przeznaczamy, chociaż jedynie z pióra żyjemy, na zawiązek funduszu składkowego, a nawet obowiązujemy się zaokrąglić kwotę, jaką to honoraryum wyniesie, z wlasnćj jeszcze kieszeni do pewnej wysokości, wmiarę sił finansowych człowieka, który w trudnych warunkach piórem pracuje na utrzymanie całej rodziny. Komu myśl ta sic podoba, niech grosz swój dorzuci do tego zawiązku; ziarnko do ziarnka, a będzie pełna miarka, będzie fundusz, lub choćby tylko fundusik żelazny na rzecz chełmińskiego Towarzystwa pomocy naukowej, który dla uczczenia pamięci założyciela tej instytucyi niechby nosił nazwę: „fundusz imienia. Teodora Don imń skii go. ”
Ig—notus.
PRZEGLĄD TEATRALNY.
„Gęsi i gąski,1' komedya w 5 aktach M. Bałuckiego.
Bałucki stał sic ulubieńcem Warszawy, od czasu „Domu otwartego." Ktokolwiek wymawia jego nazwisko, albo nazwę sztuki jego, już ma śmiech na ustach. Każdy przekonany, że się ubawi i rozwesen nic więc dziwnego, że sam już tytuł now7ćj sztuki: Gęsi i gąski, wybornie nastroił zgromadzonych licznie widzów. Przeciw tak potężnemu prądowi nie śmiemy zakładać naszego skromnego neto, tćmbardziej, żc byłoby ono z jednego tylko położone względu; nie wahamy się wszakże wyznać, że jeżeli zabawniejszym jest Bałucki w „Domu otwartym" i w „Gęsiach
i Gąskach,” to głębszym nieporównanie i oryginalniejszym w Sąsiadach, Grubych rybach, a nawet w Radcach pana Radcy i w Polowaniu na męża.
W dawniejszych tych komedyach mamy do czynienia z kilkoma typami, które pozostaną na-zawszc w spuściźuie literackiej Bałuckiego, jako jego wybitne plusy, w dwóch ostatnich widzimy tylko sylwetki, fotografie bez wykończenia, epizodyczne figury i epizodyczne sceny. Wszystko to jednak powiązane zręcznie, z tą znajomością sceny7, która nie przepuści żadnych efektów i efek-cików, ani nie umieści źle żadnego uie już dowcipu, ale choćby konceptu. Łatwość ta i zręczność, będąca znamieniem prawdz iwego talentu, popartą jest nadto stalom i bezprzykladnem prawie powodzeniem. Owładnąwszy raz publicznością, autor sypie sztuki jak z rękawa, mnićj dbając o wykończenie i wykwint, ale zawsze o rezultat finalny, to jest powodzenie. I zdobywa je, nie troszcząc się zbytnio o to, czy się porusza w wyższych sferach komedyi, czy w niższych, tak przypadających do smaku chwili. Muza więc jego, wesoła i płodna, zastępuje powolniejszą, głębszą twórczość Blizińskiego i innych, a zastępuje na warszawskiej scenie tek zwycięzko, że dyrckcya słusznie mogłaby teraz z pewnym lękiem patrzeć na oferty innych autorów. „Dom otwarty* zapełnia bezustannie teatr— co zawsze niezmiernie ważną jest rzeczą—a „Gęsi i gąski71 kto wić czy mu nie dorównają. Prawda, że Dur-nicki w Gąskach nie przeważy Fikalskiego w Domu otwartym, ale i on wyprzeć się tak łatwo nic da. Bałucki odświćża tradycyą Zabłockiego nazywania osób według charakteru, i pokazuje się, że sukces uświęca tę, jak sie zdawało, zwietrzałą modę. Durnicki nie wszedł wprawdzie jeszcze w przysłowie, ale Fikalski ustalił się już w obyczaju Warszawian i nawet w okolicznościowej poezj i. Widocznie więc autor namacal puls naszego towarzystwa.
Nie będziemj7 opowiadali treści „Gęsi i gąsek/’ bo czytelń’cy znają ten utwór z naszego pisma; atoli inna rzecz komedya czy tana, a inna przedstawiona. W czytaniu Bałuckiego komedye tracą, na przedstawianiu scenicznćm zyskują. Niedociągnictą charakterystykę uzupełnia aktor grą żywą, mimiką, akcentem i naciskiem głosu, podnosi wreszcie realistyczną grą dosadność szczegółów, które w czytaniu wydają się czasem pospolite. Tak na przykład gdy się pan Kłopotkiewicz goli i myje, w czjtaniu operat ten przechodzi niepostrzeżony, bo tćż i niema w nim nic, ua coby warto było zwrócić uwagę; na scenie, przeciwnie, wyborna gra p. Ostrowskiego podnosi tę zwykłą funkcyą do prawdziwej komiki. Autor sam zapewne tego nie nazwałby realizmem, ale na scenie robi to wrażenie sumienności realistycznej. Zresztą są widzowie i widzowie. Jedni wymagają czegoś głębszego w sztuce, i tych jest mnićj, drudzy chcą się zabawić i pośmiać, i tych jest legion, a ci znajdą to, czego chcą, w „Gęsiach i gąskach.”
Możebyśmy zrobili małe zastrzeżenie przeciw tytułowi, bo jeżeli gąską jest córka państwa Kło-potkiewiczów, która w następnych aktach staje się panienką wcale rozumną, to pani Figurkow-skićj, lekkomyślnej lafiryndy i cioci Belci, starej, próżnćj a nieznośnej egoistki, niepodobna nazwać „gęsiami.” Inny tytuł należy się im w zakresie zoologii społecznej. Autor też, dla wytłumaczenia tytułu, naśladuje W. Sardou, objaśniając przez, usta Ilulatyńskiego co to są g^si i gąski, tak samo jak Tolosan objaśniający o „szczurach w Ispa-hanie.” Ale skoro wszystko się kończy na tym najlepszym ze światów, skoro zacność domu obywatelskiego p. Kłopotkiewicza zostaje nagrodzoną w osobie panny domu, idącćj za mąż za dzielnego Marzyckiego, skoro i ciocia Belcia zostaje wkońcu należycie skarconą—przeto lekka satyra autora przydała się na coś, a zarzut stawiany7 mu czasem o stwarzanie postaci karj katuralnych tym razem upada. Jeżeli karykaturalną wydać się może ciocia Belcia, to jednak jest ona logicznym wynikiem życia spędzonego w świecie niby wyższym, wśród atmosfery, która psuła hołdami piękną niegdyś kobietę. Taka jejmość, wdowa po liofracie, gdy nagle zjeżdża do skrom-nćj wioski zapracowanego na śmierć szlachcica, musi odgrywać rolę bogini, bo w bóstwo jćj wierzą prostoduszni, nieznający fałszu i komedyi ludzie. Jest ona najgłówniejszą postacią w sztuce i słusznie jej się to miejsce należy; ale równic wyborny, choć już znany trochę, szlachcic poczciwy z kościami, Kłopotkiewicz. Dobrą sylwetką jest doktór Figurkowski. Dzielnie naszkicowany pan Pantaleon Durnicl i, mówiący ciągle każdemu: „Jestem Durnicki.” Podlotek zato Joasia trochę się zanadto powtarza w komedyach Bałuckiego, a już Marzycki, to bohater o wszystkich cnotach, choć mało w nim życia. Inne figury przyczyniają się żywo uo ogólnego ruchu, chociaż mają tylko podrzędne znaczenie.
Wszystkie sztuki Bałuckiego grają artyści warszawscy z nadzwyczajnym animuszem; wszyscy te i w „Gęsiach i gąskach” wywiązali się wybornie ze swego zadania. Całość biegła żywo, składnie i harmonijnie. Pani Niewiarowska (ciocia Belcia), przesadnie uebarakteryzowana i ubrana, grała tćż z przesadą, zupełnie odpowiednią swo" jćj roli. Ciocią Belcia inną być nie mogła i nie* 1 powinna. Panna Czakówna (Joasia), trochę zpo-czątku za głupkowata, wygładza i wyrównywa dobrze rolę swą póżnićj. Znać studya i ciągły postęp w grze tej artystki. Pan Ostrowski (Kio potkiewn z) choćby chcial, nie mógłby grać nie po mistrzowsku jednego z typów szlacheckich, należących do jego gąleryi. Doskonałym byl także p. Rapacki w roli doktora, któremu żona rogów niekiedy przyprawia, a niegorszym p. Tatarkiewicz, umiejący charakterystycznie podnosić wszelkie role dydaktyczne z uatury. Pan Chomiński typ profesora opromienił humorem dobrodusznym i sympatycznym. Nie jest-to winą p. Wolskiego, że nie widział w życiu swem oficera austryackie-go, tak zwanego „fescher Kerl,” dlatego nawiasowe jego niemieckie frazesy przechodzą bez ko
358
micznego wrażenia, chociaż poza tym szczegółem grał z werwą i humorem. Panie Lebruno-wa, Boikowska, Ladnowska przyłożyły się również do powodzenia grą sumiennie wystudyowa-ną i naturalną, a już top. Galasicwicz we właściwej sobie roli Jaśka, przebranego we frak lokaj -ski, budził huczną i szczerą wesołość.
Edward Lulwwski.
Kilka wspomniuń z przeszłości.
Spisał
I E Zj I SŁ
Pan Mikołaj Krzywice Okolowicz, poseł na sejmy z ziemi Szadkowskiej, sędzia sądu najwyższej instaneyi, miał ten rozum, iż sic wporę ze sceny świata usunął. Owdowiawszy i synom swoim majątki wŁęezyckiem iKaliskiem rozdawszy, osiadł przy klasztorze o. o. reformatów w \\arszawie.
Ńie było to, ściśle mówiąc, dla dew’ocyi, jak nazywano, bo sędzia trzymał ekwipaż, codziennie wyjeżdżał na miasto, oddawał wizyty, nigdy gości u niego nie brakowało, a i butelka z węgrzynem często gęsto na stół przychodziła; ale obrał ten rodzaj mieszkania więcej dla spokoju, dla pewności, że zawsze wieczorem będzie miał z kim grac w maryasza, przywołując do tej partyi którego z zakonników klasztoru. Dodajmy do tego, iż od trzydziestu lat był icli konwentu syndykiem, a ztąd używał pewnej powagi w całej prowincyi u braci minoris oLserrantiae.
Schodzono się tu więcej zrana i w godzinach popołudniowych, aniżeli wieczorem, bo i furtę klasztoru zamykano wcześnie, i sam gospodarz, ze względu na zdrowie, zabawy przechodzącej godzinę dziewiątą nie lubił. O tćj porze zwykle rozbierał się, odmawiał długie, tereyarzy zakonu obowiązujące pacierze, a o dziewiątej punkt byl w łóżku.
Z bywających tam pamiętam wojewodę Czarneckiego, kasztelanów Męcińskiego i Miącżyńskic-go, posłów trzech: Niemojewskiego, Złotnickiego i Sucheckiego, sławnych mówców sejmowych, Jana Ohycha Szanieckiego, Dominika Krysińskiego i wielu innych jeszcze. Z prawników: mecenasów Kamieńskiego, Ziemięckiego, jeszcze w kon-tuszu i pasach chodzących, Świeckiego, Owidz-kiego i Walentego Skorochoda Majewskiego. Z miasta przychodzili tu czasami Magier profesor fizyki w liceum, Dmuszewski dyrektor teatru, Szteinkcler bankier etc. Cytuję tu tylko więcej ogółowi znanych.
Miałem łaski u ciotecznego dziadka mojego, pana posła i sędziego, zapewne za to, żem cicho siedział i przysłuchiwał się rad temu, o czćm starsi mówili. W chwilach znowu, gdy do gry zasiedli, bez hałasu wybiegałem do ogródka, a gdy dćszcz padał, oglądałem z ciekawością to ilustrowaną drzeworytami Kronikę Bielskiego, to znowu Fortecę monarchów polskich, ałbo przewracałem karty olbrzymiego herbarza Niesicckiego— wszystko dzieła sprowadzone dla mojej zabawy z biblioteki klasztornej.
Ile razy tu się pojawiliśmy, mój dziadek rodzony, generał z czasów jeszcze Kościuszkowskich i ja z nim, pan poseł wysyłał natychmiast ulubionego służącego Cypryana po talerz ciast dla mnie z cukierni Kolanego i po kilka butelek wina do Greka Duczyńskiego (*), którego piwnicę cenił nad inne. Nieraz znowu często tu przebywający ksiądz gwardyan Korczcwicz dostarczał kontyngensu wybornych jabłek i gruszek, ku wielkiej uciesze jedenastoletniego chłopca. Z tćm wszystkićm, lubo szczęki moje niemało miały do roboty, nie pamiętam, abym co mówił kiedy. Dzieciom ówczesnym nicwolno było mieszać rozmów starszych zapytaniami, jak dzisiejszym aniołkom,
(1) Kupcy pochodzenia greckiego, jak Dobryiz, Punia, Scgeily, Duczyński, najznaczniejsze wtedy handle win trzymali. Handlujących też winem przezywano Grekami.
wolno było tylko słuchać, ua pytania odpowiadać, lub na /.udanie wydeklamować co, na przykład „Święta miłości...” o umiejętność którego to wierszyka wypytywano najwięcej, tak żc wstydem było nie umieć go dokładnie na pamięć. Może to przymusowe milczenie miało swoje strony dobre, bo skupiało uwagę, chroniło od roztrzepania i pozwalało rzeczy słyszane dobrze zachować w pamięci.
Jakby dziś pamiętam wszystko co tam mówiono; jakby niedawno rysują mi się w oczach wszystkie te sędziwe, poczęści kontuszowe jeszcze postacie, których rozmowy postanowiłem opisać, z tćm zastrzeżeniem, że nie będę odpowiadał na żadne reklamacye ani sprostowania, ż następujących powodów.
Jakkolwiek pamięć moja, po upływie pól wieku czasu, może mnie łatwo mylić co do nazwiska lub dat, zdarzenia zacytowane są zawsze autentyczne. Może już wówczas przypisywano je myl nie nic tym, którym sic należały, może jc fałszywie przedstawiano, oceniano i inaczćj na nie się zapatrywano w tem kółku, aniżeli w inny ch, Julu ta ref ero— przytaczam gawędy, nie piszę zaś historyi, i to za moje usprawiedliwienie niechaj stanic.
Zastrzeżenie to uważałem za konieczne, po przedstawieniu bowiem w ten anegdotyczny sposób świata ówczesnego naukowego warszawskiego w moich „Wieczorach piątkowymi,” pomieszczonych w Bluszczu, spotykały mnie dziwne żądania, na przykład że mogłem i powinienem byl zapamiętać, iż ten lub ów nie zażywał tabaki, a ja go jako zażywającego wspomniałem i t. p.
Otóż wystawmy sobie celę obszerną, nizką, sklepioną w ciężkie luki, oświeconą dwoma okra-towanemi oknami, a będziemy mieli salonik, do którego przez lat siedem zbierało się tyle owocze-snyeh znakomitości. Śladu tam jednak dymu tytoniowego nie poczułeś, bo nikt w owe czasy cygar ze sobą nic nosił, a papierosy były całkiem nieznane; niekiedy tylko kopcono zrana u siebie po jednej lulce na dzień. Wogóle palenie uważano za oznakę czy zaniedbanej cdukacyi, czy zbyt demokratycznego usposobienia. Nikt w obecności dam palić się nie poważył; od sukien dymem tytoniowym przejętych mdlały ówczesne zbyt wrażliwych nerwów piękności i niepiękno-ści. Magnatka też, przyjmująca Szwajcara, zaraz sobie wj mawiała, aby w bramie jej pałacu nikt tytoniu nie kurzył, uważając to za przyzwoite jedynie dla kordegardy, lub szyukowni.
Przeciwnie znowu, tabaka była wwielkiem używaniu, zażywali ją wszyscy, starzy i młodzi, panowie i damy, a trudno się było wymówić od przyjęcia jej chociaż szczypty. Tabakierki bywały przeróżnych kształtów, złote, srebrne, papierowe i drewniane; noszono nawret o cienkiej szyjce różki do wysypywania tabaki na pazno-gice, aby ją potem wprowadzić do nosa.
Jednę z najoryginalniejszych tabakier nosił z sobą zawsze, wypełnioną najlichszą tabaką, stary wojskowy, co tu czasami zaglądał, niejaki Klimaszewski. Musiał to być człowiek niezmiernie stary, bo o czasach Sasów’, o wojnie siedmioletniej, o Fryderyku Wielkim, w wojsku którego, porwany7 gwałtem, czas jakiś służył, o koronacyi Stanisława Augusta, jakby o rzeczach wczorajszych rozpowiadał.
Średniego wzrostu, krzepki i zdrów, w barach rozrośnięty, w życiu nigdy nie chorował, a zęby zachował wszystkie, ale tak już zjedzone i śei śnięte, że stanowiły tylko jeden na dziąsłach kościany7 obwód, jednakowoż tak mocne, że szpilki niemi na żądanie zajednem chrupnięciem przecinał. Mimo to znać było późny wiek jego na twarzy, bo jak na dębie star, m porastały na niej mchy różnej postaci, grzy by’ i gąbki, w7 kształcie osobliwszych narośli, które tylko u niego jednego widziałem.
Gdy ten sic u sędziego pojawił, zaraz na stół wychodziła flaszka goldwaseru z dystylarm Mom-bra, piernik fabrykacyi reformackiej, bochenek chleba dzics'ęciogroszowy, tak duży jak dziś zlo tow7y; a posyłano także po salaterkę pełną gala rety z nóg wołowy ch.
Apetyt staruszek miał ogromny. Gdy to wszystko znikło, ścisnąwszy na podziękowanie sędziego za kolano, pokrzepiony ua silach, dobywał swćj tabakiery. Była poprostu zrobiona ze zwyczajnej kory brzozowej, ale przez czas tak zczernia-ła, żc trudno przychodziło materyał rozpoznać. Mieściła na sobie różne daty, napisy7 i wyciski, a w sobie ołówek cały ćwierćfuntowy tabaki. Zamykaną była zatyczką drewnianą, z wyrzeźbionym psem łegawym i rzemyczkiem do podnoszenia wieka służącym.
W młodości bawią tego rodzaju tigliki, dla tego lepiej pomnę owę tabakierkę, aniżeli to o czćm rozpowiadał stary, a pamiętał i wiedział mnóstwo najciekawszych rzeczy. Ten-to Klimaszewski pokazywał mi jeszcze niczamurowaną wówczas całkowicie furtkę w murze ogrodu klasztornego, którą codzień przez ogród Saski, na pry-maryą do kościoła reformatów, przechodziła po^ bożna królowm Józefa, żona Augusta 111. Opowiadał, jak czasami licho ubrana stawała przed furtą z garnuszkiem, żebrząc strawy, aby doznać czćm jest upokorzenie, albo w dnie postne kazała na stół podawać najlichsze potrawy i niemi się żywiła, aby pamiętać, iż mnóstwo jest nędzarzy, co i tego naw’et nie mają.
Jak mówiłem, znaczniejsi goście schodzili się do posła w poobiedniej porze, rano zaś, szczególniej w niedzielę, bywali inni, mniej uposażeni od fortuny w tytuły, znaczenie i majątek. Wszystkich on jednak przyjmował z równą życzliwością i gościnnością, a dopiero odgłos dzwonów, zwołujących na sumę, rozpraszał to towarzystwo, z rozbitków losu w większej części złożone.
Bywał tu i rezydent klasztoru kapitan Gośki, zdaje się jeden ze szczątków naszych legionów, co walczyły na wyspie San-Dbmingo, bo pamiętam jak opowiadał o okropnościach orkanu, który im namioty, konie i ludzi postrącal do morza. Sam że ocalał, winien to był swojemu pieskowi, który przeczuwając katastrofę, zresztą w tym zwrotnikowym klimacie wydarzającą się dość często, poty wył, skomlał nad swroiin panem, aż go obudził.
Ten już Gośki całkiem był oddany dewocyi; chodził śpiewać z zakonnikami do chóru, mówiono iż w trumnie sypiał, a słynął po całej Warszawie z fabrykacyi pigułek i tak zwanych kropel długiego życia, z ziół różnych złożonych, które mieszano do kieliszka wódki. Obie te fabry-kacye przynosiły staremu wojakowi pewien do-chodzik, lubo często rozdawał je i darmo potrzebnym. Najgorętsze dyskusyc powstawały za pojawieniem się tutaj posłów Szanieckiego i Krysińskiego. Ci dwaj p; nowie należeli w Izbie do tak zwanej opozyeyi, poza salą zaś obrad sejmowych mogli owocześnie reprezentować partya postępu, podczas gdy reszta tu uczęszczających należała do obozu konserwatystów, niektórzy nawet do zajadłych i mocno zacofanych. Antagonizm ten odbijał się szczególnie w dwóch ważnych sprawach, zajmujących umysły wszystkich: w sprawne o margrabstwo pińczowskie i w sprawie oczynszowmnia włościan.
Właśnie ktoś z nowiniarzy przyniósł wiadomość, jako margrabia Wielopolski byl wczoraj u sędziego najwyższej instaneyi Plichty z podziękowaniem, że zdaniem swojem stan sprawy na jego stronę przechylił, na co Plichta miał odpowiedzieć:
— Mości margrabio, miedzy Bogiem a sędzią jest tylko jego sumienie. Sumienie to kazało mi stanąć po stronie jego żądań, na podziękowanie więc nie zasługuję, bo żadne względy nie byłyby mnie wstrzymały7 od zostania waszym prze ciwnikiem, gdyby takićm było moje przekonanie. Sądami nie rządzi łaskawość, lecz tylko sprawiedliwość.
— rictrias causa di,isplaculf sed cicta Uatoui— odezw al się mecenas Kamieński
Na te słowa zawrzała dyskusja. Ażeby7 zrozumieć jej gorącości powody, czytelnikom młodszym, którzy nie mogą znać i pamiętać tej sprawy, należy sie krótkie objaśnienie co do niej.
Koku 1G01 Piotr i Zygmunt, margrafowie de Mirów Gonzaga Myszkowscy, za pozwoleniem
359
Stawiał on w żądaniach swoich taki dylemat: albo dawne prawa szanować powinniśmy, a w takim razie ordynacya, wyraźnie nie zniesiona, istnieje w całości i do kogo należy wrócić powinna; albo, po obaleniu wszelkich praw dawniejszych, należy uszanować kodeks, ten zaś wyraźnie stanowi, źe dóbr należących do nieletnich sprzedawać niewolno bez pewnych formalności przepisanych, które przy sprzedaży dóbr ordynackich całkiem pominięte zostały.
Naturalnie że się to nie podobało tym, co te dobra za bezcen ponabywali, a liczono ich kilkuset. Niektórzy w tym interesie całe swoje mienie pomieścili, przegrywając zaś, wszystko byliby stracili.
Nie mogę zapamiętać całego przebiegu tej sprawy; wiem tylko, że sic ciągnęła lat dziesięć, dla nas, dla ogółu tćm ciekawa, że doskonale ujawniła dwa opinii prądy: prąd wsteczny był za margrabią, prąd postępowy przeciw niemu, i to z pewną zajadłością. To też i w klubie, o którym pi szę, gdy się ta kwestya wznowiła, powstały żwawe spory.
— Zwycięzca może tylko przerwać działanie prawa, ale zniesienie go nie w jego mocy—wnosił mecenas Ziemięcki, palestranc jeszcze dawny, postać powagi pełna, w ciemnym sukiennym kon-tuszu, opasanym złotolitym pasem.
— A Napoleon nie był czćm innćm, tylko zwycięzcą, uzurpatorem wszelkiej władzy—dodawał prałat Węgierski, proboszcz parafii Św. Antoniego.
— To geniusz wieku, jego gwiazda, światło! Jakże się może ks. prałat tak o nim wyrażać?— zawołał entuzyasta zawsze Krysiński.
— Przysądzając margrabiemu w całości jego żądania—mówił spokojnie Szaniecki — sąd najwyższej instancyi byłby skazał kilkaset rodzin na żebractwo zato, że w dobrej wierze kupowali, sądząc żc nami rządzi kodeks Napoleona, ten nieśmiertelny pomnik jego sławy, uie jakieś przestarzałe tam, przez móle i myszy pojedzone pergaminy.
— Pereat mundus, jiat justitial—yifAaA Kamieński.—Gdyby sędzia zważał na łzy, nigdyby wyroku nie wydał, bo zawsze koś na niego zaplacze. Nie o łzy chodzi, ale przedewszystkićm i zawsze o sprawiedliwość.
— Trudno—dowodził Szaniecki—niesprawiedliwością nazwać uwzględnienie położenia rzeczy i osób.
— Dobrodziejstwo cudzym kosztem łatwo nam przychodzi, ale do cnót nic należy — oponował prałat.—Nie miejmy się za cnotliwych, że jednemu zabieramy, a drugim dajemy; to robią i bandyci włoscy. Złotem zrabowałem lordom kupują krowy dla pasterzy, a nazwiemyż ich przeto cnotliwymi?
— Niema dyskusyi—odpowiedział Szaniecki— z kimś uprzedzonym, co najwyższą w kraju ma-gistraturę śmie porównywać do bandytów.—Tu wzruszy! ramionami.
Gwardyan, widząc że zanosi się na kłótnię, podniósł nalany kielich i wzniósł zdrowie nieobecnego, ale wszystkim znajomego sędziego Plichty. Spełnili je wszyscy i tćm zalano niezgodę, niby ogień wodą.
Właśnie jakby ua poparcie zamierzonego uciszenia powaśnionych, drzwi się otworzyły i wszedł Ludwik Dmuszewski, dyrektor teatrów warszawskich, założyciel i redaktor Kuryera warszawskiego.
Była to osobistość dość pretensjonalna, w rudawej peruce i złotych okularach, ale lubili go i szanowali wszyscy, jako człowieka z pewnemi zasługami dla sceny krajowej, poufalsi tylko wyśmiewali jego oryginalność.
Skoro się więc ukazał, po powitaniach posypały się pytania co słychać, jako do redaktora Kuryera, który zbierał miejskie plotki. Dmuszewski nie zaraz na pytania odpowiadał, ale zwolna przetarłszy okulary chustką, zażył podanej od gwardyana tabaki i dopiero rzeki:
— Co słychać? a to źle słychać. Teatr stary się wali, nic na jego reparacyą nie dają, pod pozorem że będzie nowy, a tu nowego ledwo stanęły fundamenty. Dzisiaj rozwalił się piec, co stał
stanów rzeczypospolitej, ufundowali ordynacyą pińczowską, o wiele zatem późniejszą od ordyna-cyi Tarnowskich (1470), Zamojskich (1589), Radziwiłłów (1599), a nawet od wielu drobnych, o których egzystencyi mało kto wie dzisiaj, jak Brochockicb, Karskich, Kietlińskich, Odrowążów, Karśnickich, Nowodworskich.
Ordynacya pińczowską przetrwała bez zmiany do początków naszego wieku-
Ostatni jej reprezentant, margrabia Myszkowski, znalazł się w bardzo przykrem majątkowo położeniu. Dobra ordynacyi, przez przechody wojsk i wojnę zniszczone, pomimo swej obszer-ności, nic dawały żadnego dochodu.
Na konieczne melioracye, na swe utrzymanie nawet, musiał margrabia zaciągać długi, że zaś hypoteki ordynacyi niewolno było obdiużae, dostał się w ręce najohydniejszych lichwiarzy, którzy go z reszty dochodów ogołocili.
W tem położeniu rzeczy dostał stary margrabia za doradcę do interesów Jana Olrycha. Byl to adwokat poznański, głowa zdatna, umysł niepospolity, człok wymowy rzadkićj. Ten tedy, rozpatrzywszy cały stan rzeczy, przedewszystkićm biorąc za zasadę, że świeżo nas obowiązujący kodeks Napoleona zniósł stanowczo wszelkie majoraty dawne, jak wogóle lideikomisa, doradził aby część dóbr natychmiast sprzedać, a tym sposobem pospłacae długi. Podobał się ten projekt staremu margrabiemu, który mało dbał o utrzymanie ordynacyi, bo miał tylko córki, a był ostatnim potomkiem w prostej linii od fundatorów. Otrzymane za sprzedaż części dóbr pieniądze stawiały go odrazu w możności zapłacenia długów i zyskania jakiej takiej spokojności. zwłaszcza że były tu długi niepokojące honor i sumienie, a zapłacić ich nie było sposobu.
Zyskawszy tedy od księcia warszawskiego a króla saskiego na sprzedaż dóbr aprobatę, zajęto się cożywo tym rodzajem rozbioru margrab-stwa, istniejącego dwa wieki cale. Ale czasy nie były potemu, aby sprzedaż szła pomyślnie. Ziemia była bezcenną. Obywatele, uciskani kontry-hucyami i dostawami furażów dla wojsk Napoleona, byliby się z chęcią pozbywali i swojej nawet własności, wielu zaś z tych, co mieli kapitały, nic dowierzało prawu króla saskiego do rozczłonkowania ordynacyi.
Wypadłe ztąd raczej rozmarnowanic dóbr ogromnej wartości, aniżeli sprzedaż przynosząca istotne korzyści. Ponieważ znowu Wielopolscy, już nie pamiętam z jakiej zasady, mieli pewne prawa po wygaśnięciu Myszkowskich do tej ordynacyi, przeto pani Wielopolska, matka znanego nam wszystkim margrabiego Aleksandra, wystąpiła o ich pokrzywdzenie.
Godząc te trudności, zręczny Olrych, ile pamiętam w roku 1810, nakłonił swego klienta do spisania z panią Wielopolską komplanacyi, mocą której po śmierci ostatniego z Myszkowskich, tytuły jego i wszystkie dobra przechodziły na jej syna Aleksandra.
Tymczasem pojedyncze części dóbr nabyli hrabia Henryk i zdaje się Franciszek Łubieńscy, prócz mnóstwa innych z Krakowskiego obywateli. Najważniejszą, bo Pińczów i Szaniec, o którym było nawet przysłowie (’), zachował dla siebie Olrych. Od tego czasu, przybrawszy nazwisko Szaniecki, a gromadząc znaczną bibliotekę w Pińczowie, żył po pańsku, miał otwarte stoły, nie ruszał się inaczej jak karetą i tem wystawnem życiem łatwo sobie torował drogę do poselstw na sejmy, gdzie znowu ze swej zdolności i wymowy był podziwiany.
W tym stanie przetrwały rzeczy po rok 1825. W tym czasie margrabia Aleksander Wielopolski, po ukończeniu nauk prawnych w uniwersytecie warszawskim i zagranicznych, jeden ze znakomitych legistów naszych, wystąpił o pokrzywdzenie praw swoich przez sprzedaż dóbr ordynacyi, przed trybunał województwa krakowskiego.
(1) Kto ma Chrobrz i Szaniec,
Ten idzie z królową w taniec;
A kto Książ i Oddany, Ten siada pomiędzy pany.
na środku parteru, i przygniótł stróża, ale mu nic nie będzie, trochę tylko potłuczony.
— Więc już nie będą się mieli o co rozgrzewać Niedziałkowski i Gębarzewski, co wiecznie go sobą podpierali—odezwał się ktoś z obecnych.
— Mniejsza o nich—dorzucił ktoś inny— ale dobrze że ognia nie zapuszczono. Dopieroby to był fajerwerk z tej waszej budy!
Gdy piszę o tem zdarzeniu po upływie pół wieku, mimowoli przychodzi mi na myśl, że przy tak małej wówczas dbałości o bezpieczeństwo od ognia, prawie nie było słychać o pożarach teatrów. Dziś w jednym roku spaliło się ich kilkanaście po różnych stronach świata. Czyż rzecz ta nie warta głębszego badania i zastanowienia? Czy niedhalość, niesuroienność, lekkomyślność, jeśli nie zbrodnia, nic odgrywają tu większej roli, od przyczyn czysto materyalnej natury?
— A kwestya numerowanych foteli jak stoi, dyrektorze?—pytał Szaniecki.
— Oficerowie gwardyi odrzekł Dmuszewski — koniecznie się ich domagają na sposób petersburski, a zważywszy ile dochodu teatrowi przynoszą, trzeba będzie, chcąc rzeczy pogodzić, dać ze trzy rzędy numerowanych krzeseł; reszta sali niech po dawnemu stanowi parter dla stojących.
— Narobicie sobie kłopotu, narzekań bez końca ze strony całej naszej demokracyi, która tych wyróżniali nie znosi—zwracał uwagę sam gospodarz.
— To też będziemy brali za fotel po rublu, zamiast czterech złotych, jak dziś za bilet parterowy, i na parterze damy po zwykłej cenie dwie ławki dla kobićt i osób osłabionych -odpowiadał Dmuszewski. — Na krzyki zaś nierozsądne—dodał—nie należy zwracać uwagi. Niekażdy może na nogach wystać trzy godziny, a kto chcc wygody, niech za nią zapłaci, to logiczne i rozsądne przecie.	(D. c. n.j
Kronika tygodniowa.
Zielone świątki i Bielany. — Deszcz. — Elektryczność na statku parowym i na ulicy Bielańskiej.—Spółka p.p Abakanowicza i Rajchmana. —Wyścigi, wystawa i jarmark wełniany. — Czule słówko <lo tych, co dziś owce strzyga., za Towarzystwem zachęty sztuk pięknych. — „Hołd pruski14 w .Paryżu i podpis pod tym obrazem. — [gnoraneya Francuzów i... niedbalstwo Polaków.—„Joanna <l'Arc“ i co ona dla naszej sztuki zrobię może.—Zjazd w Krakowie.—Zjazd w Poznaniu.—Przyszły zjazd literacko-artystyczuy we Lwowie.—Teatry ogródkowe. — Życzliwa przestroga. — „Echo łomżyńskie." — „Gazeta rzemieślnicza." — Jeszcze nowy dziennik.—Ś. p. Stanisław Grudziński.
Zielone świątki spłynęły ustawicznym deszczem. Warszawiacy doznali najboleśniejszego zawodu. Wycieczka do Bielan nie powiodła się! Wprawdzie byli tacy zwolennicy świeżego powietrza, którzy, nic bacząc na ulewę i błoto, puścili się odważnie ku kamedulskiemu zaciszu, ale bardzo wątpimy, aby tćj śmiałości nie żałowali, gdy po zjedzeniu i wypiciu sprowadzonych ze sobą zapasów przyszło wracać. Za kolnićrz ciekło, nogi grzęzły w glinie, a do domu daleko...
Powozy były rzadkością, dorożki można było policzyć bez trudu, a parowe statki pierwszego święta nie przeniosły nawet tysiąca osób! To mi to Zielone świątki, to mi to Bielany! Piękny świat nie brał w tej zachlapanej uroczystości udziału, bo na słocie nie można się było pokazać. Tylko rzemieślnicy warszawscy, poważni panowie majstrowie z rodzinami, nie dali za wygraną. Oni wiernie trzymają się kalendarza, nie patrząc na niebo czy chmurne lub pogodne, a za starym zwyczajem idą wytrwale.
Ci, którzy powracali wieczorem statkiem parowym, widzieli rzecz ciekawą: oto próbę elektrycznego oświetlenia paropływów i drogi przed niemi. Próba dała rezultat i dodatni i ujemny zarazem: oświetlenie statku powiodło się świetnie, oświetlenie zaś drogi chybiło, a mianowicie pod tym względem, że woda, silnie obrzucona blaskiem elektryczności płonącej, traciła barwę własną i tak zmienionym wyglądem powierzchni nie mogła sternikowi wskazywać swych ukrytych właściwości. Ale zato efekt tego oświetlenia wspaniały: proszę sobie wyobrazić olbrzymi snop
GDAŃSK.
Klasztor po-franciszkański.
(.884)
IM UIH"
Procesya Bożego Ciała na prowincyi. Rysunek oryginalny A. Kędzierskiego.
(385)
---- 362 ------
Francuzi. Kiedy ujrzą epizod z dziejów własnych, przedstawiony z silą, charakterystyką i brawurą geniuszu Matejki, z pewnością otworzą im się oczy i na inne dzieła mistrza. Zrozumieją wtedy owo „genialne barbarzyństwo,” które ma dla nich dzisiaj znaczenie ujemne, a wówczas oblecze się ono urokiem siły, kroczącej gościńcem świeżym, niewydcptaaym jeszcze. Jeżeli Matejki Joanna d’Arc stanie na wysokości Bitwy grunwaldzkiej, niezawodnie będzie to taran, który wybije w murze obojętności wygodne miejsce dla sztuki naszćj, aby niem przeszła w dziedzinę sztuki powszechnej, jako jej uprawniona obywa tclka.
Mówiąc o mistrzu krakowskim, notujemy i zjazd, jak. się odbj 1 w grodzic Jagiellońskim, dla uczczenia trzechsetnćj rocznicy śmierci Jana z Czarno-lesia. Zjazd odbywał się pod egidą poważnej Akademii umiejętności, więc poważnie, a niewątpliwie przyniesie nauce wogóle i pracom Zygmuntowskicgo poety niejedne korzyść. Odczytano tam referatów prawdziwie naukowych kilka i przedyskutowano kwestyj sporo... Obok zjazdu odbywa się i wystawa pamiątek z czasów Jana Kochanowskiego, a Matejko dał na nią portret wjeszcza, z humorystycznym napisem. Ale w szczegóły bliższe wdawać się nie możemy, pozostawiając to korespondentowi krakowskiemu, który te rzeczy słyszy i widzi, więc pomówi o nich obszerniej i opisze je lepiej.
W Poznaniu znowu odbył się zjazd przyrodników i lekarzy polskich, na którym tćż znaleźli się i goście z rożnych ziem słowiańskich, połączony z wielce dla nas sympatycznem uczczeniem pięćdziesięcioletniej pracy naszego dra W. bzo-kalskiego w zawodzie lekarskim. Pięknych, nauczających przemówień i rozpraw mnóstwo tam było nieprzebrane. Zjazd to trzeci zrzędu; czwarty ma się odbyć w Warszawie, jeżeli okoliczności pozwolą, lub we Lwowie.
W tćm ostatnićm mieście utworzone dawniej Koło litcracko-artystyczne zapowiada znowu zjad odpowiedni ua początek września. Będzie to, wedle wróżb przyjaznych, coś dobrze obmyślanego. Oczywiście przyszłość sprawdzi przepowiednie, lub im zaprzeczy; lecz z dobrego źródła wićmy, że Kolo •iteracko-artystyczne krząta się pilnie i energicznie około podjętej sprawy.
Wspomnieliśmy już o teatrzykach prowineyo-naluycb, które w dwóch ogródkach rozłożyły swój wędrowny bagaż. Tylko dwa!... Po smutnem niepowodzeniu lat kilku zrzędu, kto wić, czy i te dwie trupy nie drżą ze strachu o swą skórę. Możemy je pocieszyć: w Warszawie przedstawienia sceniczne nie zawodzą obecnie, jeżeli czyni । zadosyć dwom wymaganiom—dobrych sztuk i dobrej gry. Są to przecież wymagania słuszne. Jeżeli im się jednak zadosyć uczynić nie może, to lepiej, jak to mówią, „zwinąć budę” i licha nie wywoływać.
Wątpimy też bardzo, aby wędrowna dziatwa Melpomeny mogła liczyć na gorące poparcie prasy, a nawet na jćj pobłażliwość. Minęły piękne dni Aranjuezu. Prasa spostrzegła, że pobłażliwie od dramatów i komedyj poprowadziła teatrzyki do najlichszych fabrykatów „geniuszu” ludzkiego: do tłustej farsy i podkasanej operety. Spotrzegła tćz, że teatry ogródkowe były wyborną szkołą dla tćj publiczności, która dziś czasami i w największym z naszych teatrów, bo Wielkim, pozwala sobie wrzeszczeć z zadowolenia lub niechęci, cieszyć się z konceptów dwuznacznych, a okazywać zniechęcenie wszędzie, gdzie myśl wyższa ponad-jej sferę moralną jest dla nićj niezrozumiałą. Skoro to prasa spostrzegła, przypuścić więc można, źe postanowiła trochę ściślćj kontrolować wędrowne szkoły gustu, obyczajów i jeżyka... Należy im się to wprawdzie zawsze, ale szczególniej teraz, gdy wciągu lat kilku dowiodły jasno, źe dobry gust, dobre obyczaje i dobry język są rzeczą od nich tak daleką, jak niebo od ziemi. Mamy przecież nadzieję, że rezultaty kontroli będą pomyślne dla wszystkich, bo bieda, to wielka mistrzyni: uczy ona tej niezachwianej prawdy, że za pieniądze licncgo towaru sprzedawać nie można. To grozi zawsze wkońcu
światła, rzuconego w przestrzeń na odległość kil-kusctsążniową. Pod działaniem jego przedmioty występowały z głębi cieniów jak widma, w kształtach wyrazistych, ale narysowanych niby zaczarowanym rylcem, co zagłębia się w jakimś materyale nieziemskim, nieplastycznym, nie-ujętym. Tak to wyglądało pięknie, a fantastycznie zarazem, że się temu napatrzeć nie było można.
Skoro mowa o elektryczności, godzi się wspomnieć, źe Warszawie przybył jeden jej płomień a mianowicie na ulicy Bielańskiej. Światło piękne, równe, silne, a mimo to łagodne i barwa miłe. Godzi się też wspomnieć i o tem, żc panowie Abakanowicz i Rajchman (Bronisław) zawiązali spółkę, mającą na celu urządzanie oświetlenia elektrycznego, zakładania telefonów, mikrofonów i t. p. Życzymy im powodzenia w tej sprawie, w nadziei, że się przyczynią jeżeli nic do rozpowszechnienia lamp elektrycznych, to przy-najmuićj do wzmocnienia płomieni gazowych, które świecą nam dosyć blado, a najczęściej i póżnićj, niżby to czynić winny...
Jesteśmy w pełni zapasów wyścigowych, a przygotowujemy się do wystawy inwentarza i do jarmarku wełnianego. Niezadługo Warszawa roić się będzie przybyszami ze wszystkich stron kraju, a nasi ziemianie, których rok zeszły ostrzygł aż do samej skóry, obecnie z wielkim zapaleni strzygą wzajem swe owieczki, aby na nich odbić to, co potracili na przepadłej pszenicy.
Zacni panowie!... pozwólcie słudze swemu najpokorniej przedstawić sobie sprawę wystawy Towarzystwa sztuk pięknych, która, przeniósłszy się do nowego lokalu, miewa podobno widzów mniej, niż na dawnym. Ludzie oczywi ’>cie przywiązują sic do miejsca. Ale właśnie dlatego war-toby wynaleźć dla wystawy miejsce takie, do którego przesądni ludziska przywiązaliby się raz na-zawsze. Do tego potrzeba mice pieniądze, aby posiąść jaki taki placyk i jaki taki Budyneczek... Więc wy, zacni ziemianie, gdy złote runo swoich owieczek szczęśliwie zamienicie na tęczówki, poświęćcie maleńki od nich proceucik na ofiarę dla sztuki polskiej, aby mogła sobie zapewnić na długie lata (ba, daj Boże najdłuższe!) szczupły chociaż, skromny, ale własny domek. Gdy to uczynicie, będzie wam raźniej w Dolinie szwajcarskiej słuchać orkiestry Laubego, w teatrze Letnim podziwiać uroczą Carmen, w dwóch teatrzykach ogródkowych śmiać się z bulwarowćj Muzy francuskiej, przełożonej na żargon luzinkowych tłumaczów, w Marcelinach, Sielankach i Zaci szach spożywać nasze sztuczne kurczęta i nasze fałszowaną śmietanę.
A propos wystawy, niusimy czytelnikom naszym przypomnieć korespondencie z Paryża, drukowane wciągu ostatnich dwóch tygodni w różnych pismach, a w nich pewien szczegół zblizka nas obchodzący. Oto w tegorocznym Salonie znajduje się wielkie płótno Matejki pruski.” Francuzom nie podoba się ono, czego można było być pewnym zgóry. Obraz historyczny, o treści im nieznanej, o typach obcych, o rzutach penzla mistrzowskich wprawdzie i z dziwną, genialną energią uplastyczniających fakt doniosły... ani ch ziębi, ani grzeje. Mniejsza o to!... Są-to wielcy ignorant i na punkie spraw i rzeczy, wykracza jących poza okopy Paryża, i dlatego-to w podpisie pod obrazem słówko „ Fondatnur de PoLogne” (założyciel), zamiast „Feudateur de Pologne” (lennik) wcale ich nie razi. Piszą o tem wszyscy korespondenci od kilku tygodni, drwiąc sobie z Francuzów, gryząc ich satyrą dorywczą, skarżąc się ua ich pyszną ignoracyą. 1 o to mniejsza. Ale już nie mniejsza o to, że ci sami korespondenci mogliby przecież zarządowi Salonu błąd popełniony wskazać, znaczenie jego komiczne objaśni*-, szczegółów do poprawienia omyłki i informującego komentarza dostarczyć. Wątpimy, aby ignoraneya francuska sięgała aż do obrażania się o taką korektę, któraby ją przecież ratowała od śmieszności... Jednak dotąd o poprawce podobnćj jakoś nie słychać.
Matejko m.iluje Joannę d'Arc. Będzie to przedmiot zrozumiały pou tout le monde, jak mówią
bankructwem. Jeżeli tegoroczne teatry ogródkowe dostatecznie to zrozumiały, w takim razie nic lękamy się o nic.
Musimy tu sympatycznie powitać pierwszy numer wskrzeszonego „Echa łomżyńskiego,'’' które po kilkomicsiceznćj przerwie stanęło znów do apelu, do pracy dla dobra ogółu. Pismo to ma już swoje zasługi, pomimo żywot krótki, a nicpo-zbawiony cierniów... Krzątało się ono skwapliwie około interesówswojej prowincyi i teraz również krzątać się obiecuje. Redakeya, ta sama co dawniej, oznajmia, że zgromadziła około siebie siły obfite; umiejętności w prowadzeniu pisma dowiodła poprzednio, więc się „Echu” wróżyć godzi powodzenie, którego mu z serca życzymy.
Ze snu się tćż znudzi „Gazeta rzcmieśluiczo-przemysłowa,” na którą koncesyą (odnowioną tylko zapewne) otrzyma! dawniejszy jćj wydawca i redaktor, p. Aleksander Makowiecki. „Gazeta” odprawiła dosyć długą drzemkę po doznanych niepowodzeniach, jak niektórzy objaśniają, wskutek menaginania się do potrzeb klasy rzemieślniczej. Zapewne — ale „pierwsze koty za płoty” i dawniejsza działalność redakcyi była próbą, zdobywaniem wskazówek doświadczenia. „Gazeta rzemieślnicza” była u nas organem pierwszym w swoim rodzaju; musiała ona trzebić grunt na gościniec dla siebie, zapuszczać się w nieznane dotąd ostępy, a iść niclcdwie pooma-cku. Dziś p. Makowiecki przystępuje nanowo do dawniejszej pracy, z zasobem doświadczenia, z wnioskami wysnułem i ze wszystkich pro i <’oa-iru, które się sypały na „Gazetę.”
Słychać też i o zupełnie nowem piśmie co-dziennem, które za miesięcy kilka ma rozpocząć żywot... ciernisty. Daj Boże, jeżeli wieść prawdziwa, aby byl kwiecistym, ale o to dziś niezmiernie trudno. Przecież to Nowiny i Echo, dla braku poparcia ze strony czytającej publiczności, poszły na spoczynek, a pomimo to innym gazetom i dziennikom Izćj i raźniej sic nic zrobiło. Czy jesl miejsce na organ nowy... pozwalamy sobie wątpić.
Kończymy nasze kronikę bolesną wiadomością o skonie Stanisława Brudzińskiego, poety, po-wieściopisarza i nowelisty, którego utwory idca-l styczne, szlachetne, zacną ożywione tcndencyą, imię jego uczyniły znanćm i sympatycznem dla polskich czytelników. Nieboszczyk zmarł po długiej i ciężkiej chorobie, z żalem głębokim wszystkich, co go znali bliżej... Społeczeństwo traci w nim zacnego, utalentowanego pracownika i wiernego, dobrego syna. Wkrótce pomówimy o nim obszerniej.
St. M. liz.
HoreHponde««cya od redaacji.
Panu L. Drugi tom dziel .1. Kochanowskiego wyszedł już zpod prasy. Przyrodnik A. Waga żyje i przebywa stale w Paryżu.
Na pomnik dla sakiuewskiego. J. P. rs. 1; Kaź. Zal. rs. 1; „Conrad” rs. 1; II. K. rs. 1; Cha-bou rs. 1; B. i P. rs. 1; W. i W. kop. 50: księgarnia Krajowa rs. 1; Bott rs. 1; Sicrzp. kop. 50; K. i P. rs. 3; Ch. Tour rs. 1; Ed. Loth rs. l;lI.Stark-man sukc. rs. 1; T. S. kop. 50; J. Worom rs. 1; A. Turczyński kop. 50; G.Gcrl. rs. 1; A. F.kop.30; G' K.kop. 50; J. Fr. rs. 1;L. Bah. rs. 1; A. Rajchman rs. 2; S. B. rs. 3; 8. K. kop. 50; Mie. kop. 30; M. Szymański rs. 1; A. Pajewski rs. 1; L. Januszkiewicz rs. 1; E. W- rs. 1; S. A. rs. 1; W. W. rs. 5; S. S. rs. 1; B. Wójcicki rs. 2; L. Rudolf kop. 80; L. Jeziorowski rs. 1; J. B. rs. 2; Wróblewski kop. 50; W. Waligórski rs. 1; G. Dyszkiewicz rs. 1; Mutuiański rs. l;Koch [Kułakowski rs. 2; L. Gałkowski rs. J; Ig. Ricgert rs. 1; W. Twardzicki rs-ł; A. S. rs. 3; Gawarccki rs. 1; L. Nast rs. 1; E. Makowski rs. 3; St. Snicehuwska rs. 1; .1. Szad. kowski rs. 2; 1. R. rs. 3; M. Mankiclewicz rs. 3; L. Thonnes rs. 1; Lud. bp. rs. 3; .Servus rs. 1; Cesia i Kazia kop. 10; W. K. rs. 5. Razem z po-przedniemi rs. 202.
363
DWIE DOBY W GDAŃSKU.
Wrażenie ogólne.— Motława: .śp elilerzc, wini y, most Długi, most Zielony.— Dzieje.—Brania Zielona. — Katusz —Giełda.—Arsenał.—Kościół Panny Maryi.—Kości 1 dominikanów.—Klasztor ks. ks. franeiszkanów.—Muzeum miejskie.— Pracownia btryjowskiego.—Dom szezeropolski.—Cmentarz S. Mikołaja. Groby Gryglcwskiego i Kolna.—Stowarzyszenie polskie „Ogniwo." - Oliwa.—Zakończenie.
(Dokończenie.)
Zc wszystkich świątyń Gdańska najstarszym niezawodnie jest kościół dominikanów, o którym wspomniałem już przedtem, że zbudowany został około roku 1230 przez Świętopełka 111 księcia pomorskiego. Oryginalny bardzo jest szczyt tego gmachu, z 9-ciu otworami kolowemi i dość niezgrabną wieżą. Kościół, a raczej należący do niego obszerny klasztor, bywał nieraz widownią narad ludności, spiskującej przeciw zarządowi miasta, jak na przykład czasu sprzysicżeuia de magoga gdańskiego .Marcina Kogtrc, o którym wyżej była wzmianka. Koku 1577, podczas oblężenia miasta przez Stefana Batorego, rozhukane pospólstwo klasztor ten zdobyło i zrabowało. Zresztą niema tu nie godniejszego uwagi. Zaznaczyć tylko jeszcze wypada, żc z łona właśnie zakonu dominikanów, znanego z żarliwości religijnej, wyszedł gorliwy krzewiciel Reformacji, Pankracy Klemme, czy Klein, którego później powołano do kościoła farnego Panny Maryi.
Klasztor po franciszkański, do którego teraz się zwracamy, długo w gruzach spoczywał i dopiero przed 11 tu laty nadano mu postać taką, jaką przedstawia załączona rycina. Odbudowany w pięknym stylu gotyckim, nazewnątrz wygląda okazale, z iieznemi wieżyczkami wgórze i ostro-lukowemi oknami na piętrze dolnem. Część gmachu obrócono na gimnazjum tak zwane akademickie, refektarz na salę koncertową, krużganki zaś i piętro górne na muzeum miejskie. W salach dolnych tego zakładu mieszczą się liczne wykopaliska, rzadkie numizmaty, starożytne zbroje, szczególnej budowy sanie z XV wieku, prześlicznie rzeźbione szafy, drzwi i futryny okienne i t. p. Przyległy dział odlewów’ obejmuje w wybornych kopiach gipsowych reprodnkeye najcelniejszych arcydzieł rzeźbiarstwa dawnego i nowszego. W galeryi obrazów, pomieszczonej na piętrze, a zosta jącej pod kierunkiem światłego dyrektora, malarza Śy, ze szczególuem zajęciem oglądaliśmy prace zmarłej przed kilku laty w Kopenhadze rodaczki naszej, pani Bauman Je-richau, i Stryjowskicgo.
Pracownia tego ostatniego, w którćj artysta przepędza zwykle tylko godziny przedpołudniowe, mieszka bowiem w willi własnej za miastem, znajduje się w tymże samym gmachu, na poddaszu; naturalnie wice korzystaliśmy ze sposobności, aby ją zwiedzie. Przyjął nas człowiek w średnim wieku, z wyrazem twarzy szczerym, serdecznym i przeprosiwszy w mowie Germanów za nieład panujący w pracowni, wskazał nam miej sca. Rzecz szczególna: Stryjowski, mimo nazwiska czysto polskiego, nie umie ani słowa po polsku; sam siebie uważa za Niemca i mówiąc o swojem pochodzeniu, wyraża się dość naiwnie, że „może jego przodkowie byli niegdyś Polakami”—a jednak jakże on wybornie pojmuje typy nasze, z jak niezrównaną prawdą i charakterystyką oddaje postacie, szlachty kontuszowej, flisaków i Żydów polskich! Doprawdy, nie narzucając Strykowskiemu bynajmniej naszego pobratym-stwa, twierdzę jednak stanowczo, żc choćby się wyprżysięgał swej polskości, każdy jednak utwór jego i wyborem przedmiotu i wykonaniem dowo-dzi, żc jest on kością z naszej kości i krwią z krwi naszej. Stali zresztą czytelnicy Tygodnika znają dobrze tego dzielnego malarza z kopij dziel jego, które zamieszczaliśmy dość licznie; inne obiecał nam przesiać sam artysta.
W pracowni swej, urządzonej bardzo skromnie, lecz wygodnie, Stryjowski z uprzedzającą grzecznością (nowy dowód uiegermańskiego pochodzenia) pokazywał i tłumaczy! nam wszystko,
wyciągając z kątów wykończone obrazy i stawiając je w7 świetle należytem. Stryjowski, wbrew’ panującej teraz modzie, nic maluje ani obrazów’ olbrzymich, ani miniaturowych a la Meissonuicr; trzyma się miary średniej, ale starannie zato wykończa rodzajowe swe utwory. Widzieliśmy u niego, między innemi, wdzięczny bardzo obrazek z przeszłości Gdańska. Dziatwa patrycy u szów miejskich przedrwiwa przybranego w kontu-sik chłopczyka, który jednak nie ucieka przed naciskającą go zgrają, lecz w butnej postawie, ujęty pod boki, zwraca się ku niej, jakby wyzy-wając do walki. Twarz chłopczyka, stającego sam jeden przeciw wielu, i cala jego postać niezmiernie jest sympatyczna. Górą tu Polak, choć twórca malowidła uchodzić chce za Niemca. Niezwykły urok poetyczny' cechuje inne pló tno. Młoda i śliczna (lisaczka spoczywa W’czółnie, przcsuwającem się po kryształowej toni jeziora, i przegląda się w wodzie z załotnem zadowoleniem. Rzecz pojęta może trochę zaidealnie, ale pociągająca widza czarem mistrzowskiego wykonania.
0 instytucjach naukowo-przemysłowych i o życiu towarzyskiem Gdańska, po dwudniowym tył ko pobycie, niewiele naturalnie powiedzieć można. Nadmienię więc tylko, że miasto, oprócz gimnazjów, posiada dwie szkoły obywatelskie, a nadto szkolę handlową i szkołę żeglarską wraz z obserwatoryum.
Stosunki towarzyskie, jak wszędzie w miastach niemieckich lub zniemczonych, są prawie żadne; ograniczają się one na życiu knajpiarskićm po zakładach piwnych i ogródkach, w którem kobiety chyba w święto biorą udział, pilnując przez tydzień cały’ gospodarstwa i dzieci. Rodzin ziomków naszych w ogólności jest niewiele, a. i te zazwyczaj nic udzielają się sobie wzajem. Z jedną taką rodziną szczeropolską małe towarzystwo nasze zetknęło się bliżej. Byl to dom państwa W., dwóch braci, utrzymujących w Gdańsku kantor komisowy, z których jeden żonaty’ jest z Kaszub-ką, kobietą nadzwyczaj ujmującą i skromną, a przytćm wykształconą i biegle mówiącą po polsku. W całym też domu tym nie usłyszysz ani jednego słowa po niemiecku, począwszy’ od państwa, a kończąc ua służbie i dzieciach, którym dano imiona Tadeusza, Zosi i Jadwigi. Przyjęto nas gościnnie i rozstaliśmy się jak dawni przyjaciele.
Z panem Edwardem W., który już dawniej oprowadzał nas łaskawie po ratuszu, giełdzie i kościołach, drugiego dnia po południu zwiedzaliśmy w pobliżu miasta góry’ Gradowa i Biskupią (Ilagclberg i Stolzenbcrgj. Z ostatniej, jak wieść niesie, Stefan Batory podczas oblężenia przypatrywał się fortyfikacjom Gdańska. Widok ztaui tąd z jednej strony na miasto, z drugiej na urodzajne niwy powiatu kartuskiego, siedliska Kaszubów, jest cudowny.
Aby zwiedzieć grób Gryglcwskiego, wybraliśmy’ się przed wieczorem ua cmentarz Św. Mikołaja. Niełatwo by lo dopytać się o cel poszukiwań naszych, nazwiska bowiem Gryglcwskiego nikt tu nie zim; dopiero gdyśmy wspomnieli, żc to ów malarz polski, który z ratusza na bruk się rzucił, żona grabarza pokazała nam mogiłę jego, Wzniesioną nad podziemiem mnrowanem, ale w wiel-kiem znajdującą sio zaniedbaniu. Wartóby troskliwiej zaopiekować się miejscem spoczynku tego, który tyle nam stworzył poematów kamiennych, wskrzeszonych siłą swego talentu. Kamień nagrobny, z odpowiednim napisem, kosztowałby niewiele, a mniej jeszcze piecza około odarniowania grobu i otoczenia go krzewami. Powinna by o tem pomyśleć młodzież polska w Gdańsku, powinniby pomyśleć także koledzy w Krakowie. Nieopodal wznosi się mogiła innego ziomka naszego, zmarłego w Gdańsku zasłużonego patryoty Kóhra, którego wdowa mieszka obecnie w Sobotach (Zoppet).
Wspomniawszy o młodzieży’ polskiej, winicnem jeszcze zaznaczyć, żc wychowańcy miejscowych zakładów naukowych, oraz młodzież poświęcają
ca się zawodowi handlowemu, zawiązali w Gdańsku stowarzyszenie p. t. „Ogniwo,” celem wzajemnego wspomagania sic i podtrzymywania swej narodowości. Świeżo właśnie stowarzyszenie to straciło prezesa swego, zacnego Michała Nowa ckiego, zmarłego tam w dniu 4 maja r. b., w wieku lat 29. Zwłoki jego, przy’ licznym współudziale ziomków, złożono na miejscu wiecznego spoczynku.
0 milę zaledwo drogi od Gdańska leży’ nad jeziorem opachro Oliwa, ze wspaniałym kościele m i byłym klasztorem cystersów. Fundował je i zakonnikami osadził Sobiesław książę pomorski w r. 117G, następca zaś jego, Sambor, fundacją tę potwierdził i dochody’ opactwa pomnoży’!. Zwłoki obu tych władców i wielu innych książąt Pomorza spoczywają w tutejszym kościele. Burzone kilkakrotnie przez Prusaków, Krzyżaków i Czechów, opactwo oliwskic wkrótce zawsze dźwigało sic z ruiny. Ostatnia klęska, jak o tćm wyżćj była mowa, spotkała jer. 1577 od zbuntowanych Gdańszczan, którzy kościół i klasztor złu-pili, a potem własnym kosztem zrządzone szkody naprawie musiełi. Tu r. 1454 Kaźmirz Jagiellończyk spotkał się z Kauutein królem szwedzkim, z państw swych wygnanym; tu Zygmunt III, przybywszy' r. 1587 zc Szweeyi, parta ronrtnta podpisał; tu wreszcie roku 1660 zawarty został smutny w skutkach dla Polski pokój ze Szweda mi i elektorem brandeburskim, mocą którego Jan Kaźmirz odstąpił Szweeyi Inflanty z Rygą i uznał zarazem niezawisłość Prus książęcy cli.
Stronę malowniczą Oliwy i czarującego jej ogrodu opisaliśmy już w roku zeszłym, w korespondencji z Sobót; teraz więc nadmieniamy tylko, żc ogród ten założył i wzniósł w nim pałac w-.pa-niały jeden z opatów cysterskich, Jacek Rybiński. Dziś ogród i pałac przeszły’ na własność rodziny’ Hohenzollernów. Załączony tu widok ogólny’ zdjęty’ jest z położonej w pobliżu góry Karo-lowćj (Karlsbcrg).
Wejdźmy jednak na chwilę jeszcze do kościoła. Nad nami majestatyczne sklepienie kamienne, wsparte wysmuklemi filarami. Wkuło czterdzieści ołtarzy do cichej wzywa cię modlitwy; a gdy zagrzmią organy, jedne z największych na święcie, czujcsz się potęgą tonów przeniesionym jakby w sfery' nadziemskie. Właśnie podczas pobytu naszego w Oliwie, zjechał tam byl z Gdańska, na prośbę; towarzystwa polskiego bawiącego w Sobotach, znakomity organista Iloflman. Około stu osób, mimo ulewy przybyłych koleją i powozami, w uroczystym nastroju zajęło rzeźbione ławki nawy’ środkowej. Wtem, ręką mistrza dotknięte, odezwały się organy, naprzód miękko, łagodnie, w regestrze fletowym; potem coraz głośniej, coraz nawałniej do chóru wspólnego wtrącały się głosy gromkie, aż wreszcie huczącym potokiem zlały' się na nas misterne kombinacje kontrapunktowe, by znów pod koniec przejść w tony tkliwe, minorowe. Trwało to blizko pół godziny: kobiety płakały, mężczyźni byli rozrzewnieni. Doprawdy, dla samy ch tych organów warto przyjechać do Oliwy. Z zebranej naprędce między obecnymi składki, zaspokojono koszta miejscowe, a ponieważ zacny pan Iloflman za trud swój arty styczny żadnego przyjąć nie chcial wynagrodzenia, więc podziękowawszy mu serdecznie za sprawioną nam ucztę duchową, pozostałą resztę posialiśmy do Poznania, ua fundusz żelazny tamecznego teatru polskiego.
Na zakończenie tego szkicu pobieżnego, nie-mąjącego żadnej pretensji do wyczerpania tak bogatego przedmiotu, rzućmy raz jeszcze okiem poza siebie.
Nazwałem Gdańsk we wstępie Wenceyą północy, a przyrównanie to każdy, kto spojrzy na okolice miasta ze szczytu góry Karolowćj, wczęści przynajmniej uzna za usprawiedliwione. Uroczy wieniec wzgórz, pokrytych zielenią; majestatyczna rzeka, dźwigająca na swym grzbiecie okręty parowe i żaglowe, obok mnóstwa statków
Tranateweranka. Rysunek oryginalny Reissa,
(3«6)
363
pomniejszych; dalej po jednej stronic niezmierzone wzrokiem sino-ziclone zwierciadło morza, po drugiej, przy ujściu Wisły, grzbiet lesisty, okalający wybrzeża Bałtyku cienistą zatoką; rozsiane między tem wszystkiem powabne wille; nieopodal wspaniały klasztor oliwski, a w odleglcjszćj perspektywie Soboty, z ruehliwćm icli życiem ką-pielowein—oto cechy, które nic w szczegółach zapewne, lecz w ogólnem wrażeniu przywodzą na myśl królową Adryatyku.
Ale i pod innym jeszcze względem Gdańsk ma pewne powinowactwo z prastarą Wcnccyą. Jednemu i drugiemu miastu głos przeznaczenia przesyła groźne memento o znikomości chwały ziemskiej. Gdańsk, piękna ta ruina czasów średniowiecznych, podobnie jak Wenecya, nigdy już nic będzie i być nic może tem, czem był niegdyś. Wprawdzie pałace jego nie rozsypują się w gruzy, a okna ich nie są zabite deskami; wprawdzie nie suszy sie tu bielizny na cudnie rzeźbionych gzymsach. Pomniki dawnego bogactwa i dawnej sztuki zachowane są jako tako i wszystko wygląda jeśli nie wspauiałe, po patrycyuszowsku, to przynajmniej porządnie, po mieszczański!, bo na to miasto posiada dość jeszcze środków; ale wszystko to jest już tylko sprawą honoru, sprawą pietyzmu, a stare domy średniowieczne, zdolnie wytworną architekturą, ze stropami strojne-mi w kasetony i rzeźby, zc schodami kamienne-mi, tak kunsztownie zbudowanemi, że oko niemi dość nacieszyć się nie może, sprzedają sic dziś po 15 do 20-tu tysięcy marek. Gdy wreszcie z „Langebriicke,” rodzaju pomostu drewnianego wzdłuż Motlawy, spo jrzymy na ruch tain panujący, na ogorzałe twarze flisaków i majtków, w których bujniejsza nieco wyobraźnia widzieć może gondolierów weneckich — wtedy złudzenie staje się zupelnem i zdaje nam się, źe jesteśmy na rlta clei Sclaconi.
Pragnąłbym jeszcze wsponinićć nieco obszerniej o wycieczce naszej do Weiclisclmuude, gdzie rodzica rzek naszych wlewa sic do morza, o kanale zwanym „Ncufahrwasser,” osłoniętym baterya-mi, w którym mnóstwo okrętów stoi na kotwicy, o smuklej latarni morskićj z żelaza, z którćj szczytu rozległym napawaliśmy sic widokiem, i o wielu, wielu innych przedmiotach; ale czas już przerwać tę. pogadankę, i tak przydługą może na ramy Tygodnika.
Żegnamy cię wiec, stary grodzie pomorski, długoletni towarzyszu doli i niedoli kraju! Czy jeszcze kiedy cię zobaczę, to Bogu tylko wiadomo.
Z ŻYCIA I TĘSKNOTY.
Białe dwory litewskie, pod waszemi dachy Ze starym obyczajem i ład mieszkał Boży; Dotąd mi o was mówią lip wonnych zapachy, 1 widzę was na jawie i gdy sen mię morzj; Wspominam dwór nad rzeką, na wzgórzu wyniosłem;
Wkoło bór i kurhanów starych uroczysko I starca siwiutkiego nad moją kołyską, Kędy się urodziłem, kędy z dziecka rosłem. A była to epoka jakaś dziwnie wrząca, Bo chociaż starsi dzieciom nie mówili słowa., Lecz w piersiach żywszem tętnem bila krew go-[rąca
I dziwna była dumek dziecięcych osnowa.
Kto je daisiaj pozbiera — rozbite kryształy — Tc dziwne chrzęsty broni, te pieśni o sławie, Głuche narady starców, młodych gwar zuchwały, Cudny w scnnćm marzeniu, cudniejszy na jawie? Każdy listek się dziwnym odzjwral szelestem, Z cmentarzy tajemnicze wstawały opary;
We mgle płynął tłum duchów, szepcąc: „czuwam, [jestem”
1 rubiny świeciły na dnie każdej czary... Byłem dzieckiem, gdy niebo przyniosło nam burzę, A chociaż gdy huragan ponad ziemią szalał, Jam tylko jako świadek patrzył w oczy chmurze, Chociaż dach ponad starcem i dzieckiem ocalał, W sercu dziecka przemiana stała się głęboka: Otworzyły się jakieś przepaście bezdenne,
Weszły w nie snów dziecięcych widziadła pro-[mienne, Cala owa gromami brzemienna epoka.
II.
Pomnę dobrze tc chwile, gdy młode pacholę, Trochę wiedzy i światła zaczerpnąwszy w szkole, Pragnęło w świat wylecieć. Cóż tę żądzę nieci? O młodości, ty zawsze masz skrzydła u ramion, Szczęsny, kto na twych piórach do celu doleci, Opromieniony myślą, zwątpieniem nicsplamion. Błogi, kogo uniosła chyżoskrzydla nawa Po oceanach wiedzy do prawdy źródliska, Kto na lanie społecznym jak pracownik stawa 1 krwawym trudem życia zloty plon pozyska. 1 jam się rwał! zuchwale serce, bo młodzieńcze, Śniło, iż orłów myśli polotem prześcignie, Wymodli, wyrwie z nieb przymierza jasną tęczę I cierpiących, zbolałych pocieszy, podźwignie!
III.
1 spłynęła powoli, jak balsam Ićczebny, Lan na powieki,
I przypłynął powoli, jak obłoczek srebrny, Obraz daleki.
Od rodzinnej rzeczułki tchnął powiew wilgotny, Młyn warknął w dali;
Błysły szarych chat rzędy i płomień migotny W oknach się pali.
U „łucznika” (') ludziska zebrali się tłumnie, Bają się skazki,
A w szarych kłębach dymu wypływają ku mnie Cudne obrazki.
Otaczają mię kołem, przędą w7stegę swoją Jak barwne tęcze,
I osmutuialą duszę choć na chwilę stroją W skrzydła młodzieńcze.
Pamiętam ciebie dobrze, staruszko sędziwa, Gdy dłoń błogosławiącą kładąc mi nad głową, Mówiłaś: „Szczęście prawdą, jam była szczęśliwa, I gdy śmierć zakolacze, znajdzie mię gotową. Młodziutką czarnobrewę poślubił mię Janek, Na weselu hulali i cudzy i swoi, Dziewki wstążki i rutę uplotły na wianek. Ot—niby dotąd słyszę jak skrzypka się stroi. Byl posag, ua co chatę rodzicielską stało: Ciężki kubeł (2), gdy składa ręka co nas kocha. Potem Bóg dobry przysłał dziesięcioro dziatek, Byl przychówek w oborze, byl i grosz w kalecie, Były szmaty świąteczne i chicha dostatek, Wsercu miłość i zgoda—skarb najdroższy w świc-[cie.
Pracowaliśmy ciężko, jak woły uprzeźne, By z czasem wyposażyć potomstwo tak liczne: Osiem córek dorosło—dziś wszystkie zamężne; Dwóch synów gospodarzy, wnuki takie śliczne! Były czarne godziny: śmierć, łzy, niepokoje, Bo na każdego pada dopuszczenie Boże, We dwoje pobiedujem, lżej płakać we dwoje. A praca? któż bez pracy smacznie zasnąć może? I teraz, dzięki Bogu, darmo nie jem chleba: Woliki i cielęta pasę w ranne chłody;
Wnukom potrzeba zasnąć i poigrać trzeba, A stara szepce pacierz i strzeże od szkody.” I nie zlękła się śmierci stara Katarzyna. Ksiądz przyszedł i gromadka zeszła się u proga, Chora przyzwała ręką najstarszego syna: „Nie płakać po mnie, dzieci, ja idę do Boga. Wybieracie dla mnie miejsce tam, ua brzegu gaju, Na wschód, niechaj nademną świeci ranne zorze, Niechaj wioskowe stado huka u ruczaju I niechaj blizko szumi nasze płowe zboże. Tyle mojego potu padlo na te niwy, Tak do nich serce wzrosło, śród nich leźćć slodzićj; Na prośbę starej matki Pan Bóg miłościwy Z każdego wam ziarenka garść kłosów urodzi.
I
(1)	„Łucznik," rodzaj komina zwieszającego się od pułapu pośrodku izby; pod nim zawiesza się żelazna krata, ua której kładą zapalone sinoluiaki i łuczywo.
(2)	Kubel— w innych miejscowościach bodnia, rodzaj jakby ogromnej dzieży z pokrywą i uszami, służącą) na skład bielizny i odzieży, do niedawna nieodzowny sprzęt przy każdej wyprawie. Dziś zastępują go coraz częścićj skrzynie i kufry.
Kochajcie się, przed biednym nie zamknijcie [chaty, A wrót waszych strzedz będą aniołowie stróźe.
1 cicho—już do izby wszedł goniec skrzydlaty I z czystą, prostą duszą uleciał kugórze. Syn upadl na kolana, a za nim gromada, Chylą się, „wieczny pokój” szepcą wszystkie usta, Na glinianą podłogę łza za łzą upada, A trup zwolna zastyga, bieleje jak chusta. W kuble ubiór śmiertelny oddawna gotowy, Córki matce ostatni raz śpieszą z posługą, A u wrót tłumnie ludek kupi sie wioskowy, By śpiewając u ciała przepędzić noc długą. Na śnieżne, ręką córek uprzedzone płótno, Stawią trumnę—synowie wdół ją opuścili. Wracać, ujrzeć kąt pusty, ach, jakże tu smutno! Choć słonko takie jasne, jak wczora w tćj chwili.
I śpi przy kalinie i śpi przy choinie To serce prostacze;
A szary obłoczek, gdy z wiosną nadpłynie, To nad niem tu płacze.
I z ziemi zroszonej kwiat tryska barwiony I z wiatrem się chyli;
I szepce: obyście tej ziemi rodzonej Tak wszyscy służyli!
IV.
Czy obciąłbym takiej doli? O! gdyby mi dano Nieść trud dłoni, trud ducha na niwę społeczną, Oddałbym moje chatę i przeszłość wiośnianą 1 pierwszego uczucia krainę słoneczną.
Biedź w bój i legnąć, wierząc w świętość, w „ju-[tro” sprawy, Lub jak pęknięta struna zanieuiićć w pól pieśni! Jam zawsze wam zazdrościł, wojów tłumie krwa-[wy, Zazdrościłem wam, wieszcze, i wam, ptacy leśni! Rozsypać perły pieśni w bratnich serc miliony, Czuwać nad wlasnem gniazdem, jak skalni orlo-[wie!
Kto byl Prometeuszem, choć jak on zwalczony, Zna szczęście—nic nowego niebo mu nie powić... Lecz niekażdemu w życiu los walczyć dozwoli, Niekażdy dla swój pieśni znajdzie w świecie echo. O, jeśli być bylinką, to na ojców roli!
A jeśli być gołębiem, to pod ojców strzechą! Więc jeśli nad twćm czołem, o polskie pacholę, Nic połyska zawczasu geniuszu znamię, Sercem pełnćm miłości sprawiaj ojców rolę, Nie wahaj się do pracy od młodu wprządz ramię. Nie wiesz jaki skarb kryje ta rodzona gleba, Nic wiesz jaką błogością duszę ubogaci, Jaki sakrament leży w każdym kęsku chleba 1 w tym siermiężnym tłumie ilu znajdziesz braci; Jakie miodne balsamy w puszcz odwiecznych gin-[ezy> Jak skowronek i słowik, ci boscy lutniści, Czarodziejskim koncertem przemówią do duszy, Aż się na skrzydłach pieśni rozmodli, oczyści. Ukochaj ten łan stary, kośćmi użyźniony, Tylko w krainę, wiedzy śmiałe oczy wyślij; Niech nad tą starą niwą nowe kwitną plony, Na mogile pradziada, na rozkaz twej myśli. O; siej miłosną dłonią, o siej złote ziarna! Może się na nich prawnuk-bohatćr wychowa 1 może jego dumka nic będzie tak marna, Jak naszych snów dziecięcych szkarłatna osnowa.
Adam jlL—s/ri.
Kronika paryska.
Wystawa jubileuszowa Mcissoniera.—Sapko, nowa powieść Alfonsa Daudet.—Les lilasphimes, poezye Jana Rielicpiu.— Sarah Bernhard t w Makbecie Shakespcare’a.
W gronie francuskich artystów Ernest Mcisso-nier oddawna już zajmuje miejsce odrębne i mo-
(1)	Podobne pożegnania trafiają się nieraz wśród ludu. Piszący tę piosnkę tylko zakończenie dodał od siebie i starał się oddać, o ile mógł, po polsku rzewność pięknej białoruskiej mowy; zresztą powtórzył zupełnie wiernie słowa umierającej.
366
źna powiedzićć, źe ogólny prąd ożywiający sztukę francuską nic wpłynął nań bynajmniej. Nic należy on do żadnego stronnictwa, do żadnej szkoły, nie narzuca nikomu swojej metody, nic stara się o reklamy, o przychylne sądy krytyki. Jak sobie wytknął drogę przed pół wiekiem, tak na nićj pozostał, wierny swemu ideałowi, ciasnemu może, ale jego własnemu. Jakiekolwiek mogą być jego wady artystyczne, trzeba przyznać, że to jest charakter, że to siła, potęga, z którą rachować się należy, a przytem człowiek na bezwzględny szacunek zasługujący. Nigdy Meisso-nier nie wypuszcza zc swćj pracowni obrazu, który by nie był najzupełniej skończony, nigdy nie kopiuje siebie samego i nie powtarza się, nigdy nic maluje na obstalunek w braku natchnienia, i zdarzało mu sic odrzucić proponowaną sprzedaż, gdy nic był z pfacy swćj zadowolony. Gdy się zna ceny jego obrazów—n. p. obraz nazywający się rok 18U7 zapłacony został 300,()00 franków— można zrozumieć, żc z łatwością, będąc choć trochę mniej skrupulatnim, zarobiłby kilka milionów. Ta bezinteresowność jest jedynym z jego charakterystycznych rysów.
Niedziw tedy, żc artysta ten jest otoczony czcią ogólną i że pięćdziesięcioletni jubileusz jego malarskiego zawodu stał sic rodzajem narodowej uroczystości. Powzięto myśl zgromadzenia przy tćj okazyi pod jednym dachem choć na parę tygodni wszystkich obrazów mistrza, rozstrzelonych po świecie, których wielkie kola publiczności często widzieć nie miały sposobności. Wystawa ta jest urządzoną ria dochód dobroczynny i tłumy publiczności, które ją nawiedzają, są dowodem, jak wysokie miejsce zajmuje Meis-sonier w opinii ogółu.
Wystawa jest niesłychanie ciekawa. Meisso-uier błyszczy nawet w tych drobnych obrazkach, które przez szkło powiększające oglądać należy, taką doskonałością rysunku, tego sumienia sztuki, takiem wystudyowanicm najmniejszych szczegółów, że się im napatrzeć nic można. Figury, ubiory, rynsztunki, sprzęty, akcesorya zdają sic żyć swojem wlasnem życiem. Talent kompozy-cy i jest taki, źe nigdy obraz temi drobiazgami nie zdaje się być przeładowany, żc nigdy całość, myśl przewodnicząca nie gubi się i nic zatraca. Pod tym względem może on być postawiony obok największych malarzy szkoły flamandzkiej. Często tćż jest im pokrewny treścią, gdyż malownicze stroje XVI i XVII wieku usidliły go stanowczo. Można tego żałować. 1 nasza przecie epoka ma swoje cechy wybitne, i ona także zasługiwałaby na wiernego hisioryografa, coby odtworzył ją pcnzlem. Z tego powodu niektórzy znaj dują, że artyście temu brakuje życia, że jest skrystalizowany w jakimś niezmiennym typie. Być może, iż dla powierzchownego spostrzegacza obrazy Meissoniera są poprostu okazami mistrzowskiego wirtuoza, którego pewna ręka nigdy przez gorętsze bicie serca nic bywa poruszaną; ale i taki nawet przyzna, żc w scenach wojennych artysta ten jest istotnym czarodziejem. Nie podobna obojętnie się przypatrywać jego żołnierzom i bitwom: w każdym szczególe, w każdym rysie widać genialnego tłumacza tryumfów i boleści. Malarz co wy malował Harykade, albo Kampanią francuską, albo I«07, albo Przewodnika, należy do najznakomitszych malarzy wszystkich krajów i wszystkich epok. Jeżeli byli tacy, co wątpili o tem jeszcze, musieli przejrzeć teraz i odłożyć uabok wszystkie swoje dawniejsze uprzedzenia.
Podczas gdy ten weteran sztuki w pełni cner gii i twórczej siły zdobi laurowym wieńcem swe skronie i zażycia upaja się ambrozyą nieśmiertelności, ua innem polu miody jeszcze, a tak hojnie przez naturę obdarowany pisarz, Alfons Daudet, król romansopisarzy paryskich, z nowćm dziełem staje przed rozcieka wioną publicznością i nowe żniwo oklasków i tryumfów zbiera. Miło jest spotykać na swej drodze takie pierwszorzędne talcn ta: nawet gdy sie nie jest całkiem z nimi w zgodzie, nawet gdy się inaczej zapatruje na ich płody duchowe, i wtedy jeszcze uznąje się powiew ożywczy, który się rozchodzi z ich utworów i ciska naokół snopy światła.
Nowa powieść Alfonsa Daudet nosi tytuł Sapho. Na pierwszej stronicy autor dedykuje ją swoim synom, gdy dojdą do lat dwudziestu. Dedyka-cya ta daje klucz do dzieła i nakazuje odrzucić zarzut niemoraluości, jaki niechybnie zostanie doń wystosowany: ojciec taki jak Daudet nie dąży zapewne do demoralizowania synów swoich. Książka ta ma być. przestrogą, a nigdy przestroga bardziej nie była na dobie. Młodzież francuska bez religijnej podstawy, bez moralności, znajdując się otoczoną grubą zmysłowością i materyalizmem cynicznym, zaczyna żyć bez hamulca, bez oglądania sic na przyszłość, uważając zaspokojenie swoich namiętności i chuci jako jedyny cel życiowy. Małżeństwo dla konwenansu i dla pieniędzy odkłada na później, gdy włos rzednieje, gdy reumatyzm i podagra dawać zaczynają przestro gi, a młodość się tera w związkach nieprawych, ohydnych. Kobiety wyszarzane, bez czci i wstydu, rzucają się na tę łatwą zdobycz, porywa ją ją w swe szpony i jak wampiry wyssać umieją z tej słabej młodzieży nietylko zdrowie, energią i siły, nietylko majątek, ale i niepowetowane lata młodości, ale i zarody szlachetności, honoru, obowiązków względem ojczyzny i ludzkości.
W powieści Daudeta kobieta upadla, nierządnica starzejąca się, Sapho, rozkochuje się w uczciwym młodzieńcu, należącym do zacnej a skromnej rodziny z Prowaneyi, przykuwa go do siebie, oddala od karyery dyplomatycznej, paraliżuje jego życie i rzuca go nakoniec, powiela walkach i zawodach, zniechęconego, zrozpaczonego, bez sił, bez ideału obywatelskiego i rodzinnego życia. Widzimy jak się rozpinają sieci pajęcze, jak usidla w nie biedaka; autor maluje tę długą walkę bolesną, upokarzającą charakteru z namiętnościami i nie oszczędza nam żadnego szczegółu. Realizm opisów', charaktery z życia zdjęte, jak tego dzisiejsza szkoła wymaga, wywołują nieraz rumieniec na oblicze nieprzyzwyczajonego do takich rzeczy. Ale jest wszędzie świeży blask idealizmu, jest przeciwstawienie zacnych uczuć domowego ogniska, jest wszędzie świadectwo, żc autor nic myśli osłaniać występku powabną dra-peryą, żc nic żąda dlań okoliczności usprawiedliwiających. Sędzia to nieubłagany, niedający się rozstroić słabością ducha, nastrojem czasu. Malowidło straszne swą prawdą psychiczną. Jeżeli nie powstrzyma ono nad brzegiem toni nikogo, jeżeli dydaktyczny jego nastrój nie wywrze dobrych skutków, to zwątpiłby należało nietylko o intcligencyi, alei o zdrowym rozsądku czytelników.
Nigdy jednak siła psychologicznej analizy autora nie wydała się nam większą, donioślejszą. Dwa główne charaktery, Jan i Sapho, są wystu-dyowane. aż do najgłębszych tajników ich fizycznej i moralnej natury. Figury na drugim planie naszkicowane kilką dosadnemi rysami, co wystarcza do nadania im życia istotnego. Zby-teeznćm byłoby mówić o artystycznej formie, o stylu mistrzowskim, o języku kunsztownym, o tym talencie opisowym, które czynią Alfonsa Daudet najznakomitszym zc stylistów spólcze-snych. Pod tym względem obecny utwór jest skońezonem arcydziełem. Jesteśmy przekonani, że powodzenie tej powieści, która dzisiaj dopiero ukazała sic w książce, a była naprzód ogłoszona w odcinku V Echo de, Parts, będzie olbrzymie. Po wieści Daudeta dochodzą nieraz do licznych edy-cyj w krótkim przeciągu czasu.
Dziwnym zbiegiem okoliczności, w tej samej chwili, gdy się pojawiła, ta powieść znakomita, na łonie poezy i francuskiej wykwitl utw ór, z jakim niełatwo się spotkać. Jest to tom poezyj p. Jana Richepin, pod efektownym tytułem: les Pląs phinies. Poezye te narobiły niezmiernego hałasu. Dwanaście edycyj rozchwytano w takićj samćj ilości dni. Wszystkie dzienniki, wszystkie pisma zajęte są rozbiorem ty ch „Bluźnicrstw,” wszystkie kluby, wszystkie salony o niczem innem nie mówią. Jest to wy panek literacki, w calem słowa tego znaczeniu. Słyszeliśmy zdanie, wypowiedziane przez jednego z książąt krytyki, zdanie twierdzące, że po Homerze, Sbakespearze i Wiktorze Hugo nie było dotąd większego poety od p. Ri-
chepin. Jest to sąd przesadzony, ale pokazuje jednocześnie, ile namiętności rozbudza i ile stron życiowych porusza ten poeta. Podczas gdy kle-rykalua prasa proponuje, aby zamknąć do domu waryatów, do więzienia, albo go wygnać poza granice kraju, młodzież czyni mu owacye i popularność jego wznosi się do fantastycznych rozmiarów.
Kto jest ów poeta, co naraz tak znaczące zajmuje stanowisko? Jest to młodzieniec, który, jak sam twierdzi, ma w sobie krew cygańską i który ze społeczeństwem cywilizowanem nie ma nic wspólnego. Jest to dusza rewolucyjna, wiecznym buntem i gorączką podminowana. Wyszedł przed lat dziesiątkiem ze szkoły normalnej, ale zamiast do zawodu profesorskiego, rzucił się do literatury. Już zaraz pierwszy tom jego poezyj, les Chart-sons des < iueu.v, zwrócił ua się uwagę mistrzostwem formy i rękawicą ciśuiętą społeczeństwu. Odtąd w powieści i w dramacie sil swoich próbował, a niedawno grał sam tytułową rolę w swoim indyjskim dramacie Nana Sahib, wraz z panią Sarą Bcrnhardt. Mimo jednak wielkich jego zalet, nikt nie uważał go za zdolnego do napisania czegoś tak potężnego, choć zarazem ohy dnego, jak Bluźnierstwa. Poeta z otwartością przerażającą bluźni wszystkiemu, co świat czci i szanuje. Nietylko źe drwi ze wszech bogów i zc wszech religij, nietylko że na ruinach świata matcryalne-go stawia wielki znak zapytania, nietylko żc nie wierzy ani w ducha nieśmiertelnego, ale moralność, obowiązek, cnotę, honor — wszystko to tratuje, poniewiera. Poeta nic wierzy w nic innego, jak w przypadek, w traf ślepy, i oprócz zaspokojenia swych żądz, nie widzi w życiu innego celu. Nic jest raeyonalistą, ani pantcistą: urąga tak samo naturze, jak rozumowi i postępowi. Ludzkość jest dlań igraszką. Jest to sceptycyzm dochodzący' do obłędu, do szalu: autor sam nazywa sic nihilistą.
Oto treść kilkunastu poematów, grupujących się. około tego credo. Ani Musset, ani Byron, ani Shelley nie mogą być postawieni obok tego poety. Z jednym eby ba łacińskim poetą,zLukrecyuszem, autorem De natura, return, może on być porównanym.
Nie mamy ta zamiaru usprawiedliwiania hlu-źnierstw p. Richepin, ani potępiania jego teoryj. Zapatrujemy' się ua poezyą z objektywniejszego stanowiska. Temat jest nam znany nie od dzisiaj; jody nc pytanie: co z tćj melodyi zrobi autor, czy forma w której waryaeye swoje wykona będzie piękną pod względem artystycznym. Pod tym względem poematu p. Richepin są nąjprzc-dziwniejszą tkaniną wierszy, rytmów i rymów. Nigdy bogatsza forma nic odmłodziła zbiedniałego, w kamiennej osłonie zakutego języ ka francuskiego. Dla każdego co zna parodyą i jej tajemnice, jćj żelazne pęta, jest to rodza j cudu, rodzaj zjawiska. NLdy arlekin na linie śmielszych nie wyprawiał koziołków. Jest się porwany m w zaklęte kolo i nie można odłożyć grubego tomu, nic pochłonąwszy go odrazu.
Ale jeżeli zostawiliśmy filozoficzną doktrynę poety' na stronic, jeżeli oddaliśmy hołd jego nad-zwyeząjiicn u talentowi, to niepodobna puścić płazem jego sprośnych wybryków, jego wyuzdanego cynizmu. Z umysłu poeta ten dobiera wyrazów rynsztokowych, z umysłu fantazya jego zdziera ostatnie zasłony z wstydliwośei i przyzwoitości. Potępiamy' najusiiuićj tę metodę, w której widzimy wstrętne, zgóry obmyślane wyzyskiwanie skandalu. To trucizna, w pięknej podawana czarze.
Ten sam p. Richepin przetłumaczył damat Shakcspeare a, Macbcth, dla pani Sary Bcrnhardt, której się przywidziało grać w swoim teatrze Porte St. Martin rolę lady Macbcth. Nadworny jej poeta przetłumaczył niebiańską poezyą angielskiego tragika na rubaszną i dziką prozę. Oprócz tego pokiereszował dramat, powyrzucał jedne sceny, powkładał drugie, i to dziwacznie połatane dzieło mistrza nad mistrzu wystawione zostało temi dniami. Mimo tych wad krzyczących i mimo zlej gry wszystkich drugorzędnych artystów, taki jest urok tego arcydzieła, żc wy
wołało wrażenie niezmierne, pochłaniające. Ale bo tćż ta kapryśna czarownica, Sarah Bernhardt, odegrała swoje rolę z taką potęgą, z takiem przejęciem się, że niema słów na oddanie jej hołdu, a p. Marais, który dzielił z nią trudy i zaszczyty, zabłysnął w roli Macbctha niespodzić-wanym talentem. Szkoda, że upały wyludniają teraz teatr i że widowisko to ciekawe przerwane bądzic wkrótce przez coroczną wędrówkę znakomitej artystki po Europie.
Przegląd polityki zagranicznej.
5 czerwca.
Zapowiadane oddawna przez zwolenników O’Donnovana Rossy i sektę irlandzkich bohatć-rów dynamitu zniszczenie Londynu stało się (aktem, na szczęście zredukowanym do bardzo małych rozmiarów, w stosunku do zamierzonego skutku.
W d. 30 z. in. w zachodnićj części Londynu na najcudniejszych i najbardziej ożywionych ulicach nastąpiły trzy czy cztery wybuchy dynamitowe, których ofiarą padlo kilkanaście ciężko ranionych osób, przeważnie kobiet, posługujących w Carlton club. Kilka gmachów należących do różnych klubów, a ikźe jeden z domów ministe-ryum wojny, oraz r mach policyi tajnćj doznały dosyć znacznych uszkodzeń. Wreszcie u stóp po mnika Nelsona na Trafalgar-sąuarc polieya znalazła 17 paczek dynamitu obwiniętych w czarny papier, które zapewne także podpalić chciano, lecz jakaś nieprzewidziana przez sprawców przeszkoda ocaliła pomnik i przechodniów.
Haniebny ten zamach, który garstka kobiet służebnych i spokojnych, obojętnych mieszkańców przypłaciła krwią, kalectwem a może śmiercią, materialnie nic zrządził Londynowi nawet tyle szkody, ile wyrządzić może pierwszy większy pożar każdemu miastu. Mimo strasznej swojej potęgi, dynamit okazał się mnićj silnym od nie-dcpalonego papierosa, rzuconego przypadkiem na otwartą beczkę, nafty lub spirytusu. Olbrzymi zbrodniarz, złowrogi niszczyciel zrobił fiasco. dokonał dzielą, które mógłby zaćmić pierwszy lepszy tuzinkowy podpalacz, nicmający wyobrażenia o składzie chemicznym i niszczącem działaniu nitrogliceryny...
Być może, i dla honoru ludzkości spodziewać się tego należy, iż zwolennicy dynamitu po tym zamachu, który tak mizerny w porównaniu do zamierzonego wydał rezultat, przejrzą nareszcie i zrozumieją, iż nie tą drogą dochodzi się do jakichkolwiek reform, czy to politycznych, czy tćż społecznych. Żaden ustrój polityczny, żaden organizm społeczny nic może uledz presyi dynamitowej, gdyby bowiem jakiekolwiek państwo lub społeczeństwo chcialo uczynić pewne ustępstwa walczącym tego rodzaju bronią, to zawsze po zaspokojonych w ten sposób zwolennikach zniszczenia przyszliby inni, żądający ustępstw i reform nowych, lub nawet przywrócenia dawniejszego stanu rzeczy, a walczący tym samym systemem, tą samą groźbą ruiny i katastrof.
Sprawcy zamachu londyńskiego, według wiadomości dotychczasowych, nic zostali jeszcze ujęci. Prawdopodobnie uie ujdą oni kary i wyborna polieya angielska wytropi ich bodaj na krańcu świata, jak morderców z Feniksparku, chociażby jednak uszli, choćby sprawiedliwość ludzka ich nic dosięgła, nic zmienia to w niczem postaci rzeczy, gdyż położenie tamy tego rodzaju zbrodniom na przyszłość może być osiągniętćm tylko przez mądrze obmyślane środki zapobiegawcze, a wymiar kary na sprawcach takich piekielnych czynów jest wprawdzie koniccznćm zadośćuczynieniem danćm społeczeństwu, ale by-najmnićj nie uchyla możności ponownego pojawienia się dotkniętych tym samym szalem fanatyków obłędu i zbrodni.
Zapowiedziane i już prawic za fakt ogłoszone ustąpienie księcia Bismarcka z posad zajmowanych w gabinecie pruskim, oraz zostające z tem w związku wskrzeszenie pruskiej Rady stanu pod
------------------ 367 nominalną prezydenturą następcy tronu, a faktyczną ks. kanclerza, napotkało nieprzewidziane przeszkody i zapewne tak prędko nie przyjdzie do skutku, jeżeli zgoła zauiechanem nic zostanie. Po bliższem zastanowieniu się nad tym projektem, sfery decydujące w Berlinie zaczynają przychodzić do przekonania, że Rada stanu, zamiast ułatwić, mogłaby utrudnić i cięższym uczynić ruch machiny rządowej, że pomiędzy nową tą instytu-cyą, kierowaną przez potężnego kanclerza, a gabinetem musiałby się wytworzyć stosunek w każdym razie niepożądany, gdyż albo gabinet byłby automatycznie powolnym Radzie, a wówczas ze-szedlby do roli zupełnie podrzędnćj, albo tćż chciałby utrzymać godność swego stanowiska, co musiałoby doprowadzić do wcale niemiłych scy-syj. Dla dokładniejszego zatem uregulowania tego stosunku, postanowiono myśl wskrzeszenia Rady stanu odroczyć, a tćm samćm ks. Bismarck nie ma powodu już teraz występować z pruskiego ministeryum.
Dawne marzenie Niemiec o posiadaniu kolonij zamorskich i wyrośnięciu przez to w wielką potęgę morską, zaczyna się podobno spełniać. Takie przynajmniej znaczenie przy wiązują niektóre pisma do faktu nabycia za pół miliona marek przez dom handlowy bremeński Liideritza teryto-ryum nadbrzeżnego w Angra Peąucnha, na zacho-dniem wybrzeżu afrykańskiem. Prawdą jest, że w ten sposób z prywatnych faktoryj kupieckich powstawały niegdyś wielkie kolonie i cale olbrzymie cesarstwo indyjskie nie czemu innemu swój początek zawdzięcza, ale faktem jest również, iz państwa kolonialne jak Anglia, Fraucya, llolan-dya, Hiszpania, Portugalia były już potęgami morskiemi, nim nabytki kolonialne poczyniły, a nabytki te jiosłużyły tylko do wzmocnienia tej potęgi. Zachodzi przeto obawa, czy ci, co uważają nabytki kolonialne za drogę do stworzenia potęgi morskiej, nie popełniają czasem błędu logicznego, jakim jest branie skutku za przyczynę. Że Niemcy, posiadając znaczne wybrzeża morskie, dotąd pomimo calćj swojćj potęgi kontynentalnej nie mogą na morzu sprostać nawet bezporówna-nia słabszym państwom, jak Ilolandya, Dania i Szwecya, położonym na wybrzeżu tych samych mórz, jest do tego zapewne jakiś inny powód, a nic brak kolonij.
Tydzień ubiegły nic dostarczył zresztą wiele politycznego matcryału. Sprawa konferencyi londyńskiej nie zdecydowała się jeszcze. Układy między Anglią i Francyą wciąż trwają i za kilka dni dopiero rząd angielski ma być w możności zakomunikowania mocarstwom ich rezultatu. Nie zmieniło sie również położenie w Sudanie, nie postąpiła ani o krok dalćj sprawa ugody polityczuo-kościelnćj w Prusach, ani tćż sprawa rewizyi konstytucyi francuskićj. Senat francuski przyjął ustawę o rozwodach, a Izba deplitowanych uchwaliła ustawę rekrutacyjną, znoszącą wszelkie ja-kiegobądź rodzaju wyłączenia od służby wojsko-wćj i zobowiązującą wszystkich Francuzów do przepędzania przynajmniej 18 miesięcy pod bronią. Jeżeli do tego dodamy mowę ministra Wal-deck Rousseau mianą w Aimens, a stwierdzającą urzędownie zwycięztwo odniesione przez republikanów w wyborach gminnych, oraz wniesiony do izb portugalskich projekt rewizyi konstytucyi, to kronika wypadków politycznych uplynionych ani siedmiu będzie podobno wyczerpaną.
Dodać do niej chyba jeszcze należy wiadomość, żc rząd hr. Taaftego rozwiązał sejmy krajowe, mające większość centralistyczną, a mianowicie salzburski, styryjski, karyntyjski, morawski, szląski i bukowiński, oraz odstąpił na teraz od zamiaru zwoływania sejmu galicyjskiego ua krótką sesyą w b. m. Czemu przypisać to ostatnie postanowienie, do tej chwili niewiadomo.
BOZMAIJOŚCl
z literatury, sztuki życia społecznego.
— Nowe odznaczenie Kraszewskiego. I pobra
tymcy nasi, Czesi, inaczej nieco od Niemców za
patrują się na sprawę czcigodnego Nestora pisarzy polskich. Oto czytelnia akademicka w Pra dze, d. 25 maja r. b., a więc w dni sześć po zapadnięciu wyroku, mianowała go jednomyślnie swoim członkiem honorowym. Pogłoskę, jakoby rząd austyacki zażądać miał cofnięcia tej uchwały, uważać należy za wielce nieprawdopodobną.
— Perlą wystawy sztuk pięknych w Pradze pismo czeskie „Srctozor” nazywa obraz ziomka naszego, p. Szymona Buchbindera, zatytułowany „Zygmunt III w pracowni złotniczćj," którego staranną kopią drzeworytniczą pismo nasze zamieściło w roku zeszłym.
— Ostatni numer „Wszechświata" daje bardzo starannie litografowauą i kolorowaną mapę wybrzeża kameruńskiego i kraju Bakundu, wraz z liniami podróży odbytych przez Stefana S. Rogozińskiego i K. Tomczeka. Do mapy tćj p. Filip Sulimierski, pozostający w ciągłej korespon-dcncyi z młodym naszym podróżnikiem, dołączył opis ciekawy. Rogoziński i Tomczek, po powrocie z wycieczki wgórę rzeki Mungo, aż do jeziora słoniowego Mbu, którego dotąd żaden jeszcze biały nie widział, bawią obecnie na wysepce Mou-dołeh w zatoce mbas, gdzie założyli stacyą, zostającą pod opieką trzeciego towarzysza, L. Janikowskiego, a ua cześć kierownika wyprawy nazwaną „Stefanią.” Ztamtąd, po przeminięciu pory deszczowej, dwaj pierwsi zamierzają wyruszyć znowu w drogę i zbrojni w otrzymany nareszcie z Warszawy teodolit, dotrzeć do wielkich owych jezior Liba, w widłach rzek Mungo i Kamcriniskiej, które w Europie jeszcze nęciły ku sobie Rogozińskiego.
— Album zabytków z epoki króla Jana III, wydane świeżo w Krakowie, obejmuje 41 tablic foto-drukowych in folio, z tekstem F. Kluczyckiego, W. Luszczkiewicza, J. Mycielskiego, ks. Polkowskiego, M. Sokołowskiego, S. Tomkowicza. P. Umińskiego i T. Ziemięckiego. Cena wspanialej tćj pamiątki wynosi 16 złr.
— Restauracya katedry Ś-go Jana w Warszawie. Blizko pół wieku już upływa, od czasu ostatniej restauracyi katedry, dokonanej przez ś. p. Adama Idżkowskiego budowniczego. Obecnie j. e. ks. Popiel, arcybiskup warszawski, zajął się odnową tego kościoła, z pokryciem dachu szyfrem, w miejsce dachówki uszkodzonćj i przeciekającej w czasie ulewy. Ponieważ niema dostatecznych funduszów, na rozpoczęcie odrazu całkowitej a gruntownćj restauracyi, przystąpiono zatem tymczasowo do zewnętrznych ronót około prawego boku od strony Kanonii i odnowy presbite-ryum. Otynkowania zewnętrzne będą odbite i mary narobione wapnem z cementem, skarpy zaś murowane, podtrzymujące ściany zewnętrzne kościoła, zostaną rozebrane, a zastąpi je kamień szy-dlowiecki. Roboty kamieniarskie wykona p. Teodor Gundelach artysta rzeźbiarz, mularskie p. Wł. Uzosnowski majster mularski, ciesielskie bracia Be\ensee.
— Obrazy Matejki, mianowicie „Kazanie Skargi,” „Wernyhora" i portrety rodzinne, zostały już z Wrocławia przewiezione do Poznania, gdzie od 1 czerwca wystawiono je w pałacu hr. Dzia-łyńskich.
— W paryskiej akademii nauk toczyły się. w tych czasach rozprawy nad sposobem leczenia wścieklizny, podanym przez słynnego chemika Pasteura. Uczony ten zaszczepia jad psa zdechłego na wściekliznę kolejno kilku małpom i królikom, przez co ut.aca on wczęści pierwotną swą siłę i służyć może jako środek ochronny. Pasteur zwrócił się do ministra oświaty, żądając ustanowienia komisyi, wobec której odbywać ma odnośne doświadczenia na 4t)-tu psach. Połowa z nich będzie miała zaszczepiony jad, powyższym sposobem zmodyfikowany, a wszystkie zostaną wystawione aa pokąsanie przez psy dotknięte wścieklizną. Znakomity badacz utrzymuje, że pierwsza połowa oprze się skutecznie działaniu jadu, podczas gdy druga padnie jego ofiarą wciągu dni ośmiu. Trudnoby wprawdzie było przeprowadzić
368
Domek kamedulski na Bielanach pod Warszawą, zbudowany przez Władysława IV. (387) (Zobacz artykuł w numerze poprzedzającym.)
według tego sposobu zupełny system ochronny; lecz w każdym razie, jeżeli próby dokonać sic mające wypadną pomyślnie, osoby pokąsane przez wściekłe zwierzęta mogłyby przed wybuchem paroksyzmu poddać się zapobiegawczej metodzie 1’asteur’a.
— Z rozporządzenia Ojca świętego przy archiwach watykańskich ma być wkrótce otworzoną osobna katedra paleogralii i historyi porównawczej.
— Towarzystwo angielskie Czerwonego krzyża przeznaczyło znaczną sunie na oświetlanie pobojowisk zapomocą elektryczności. Odpowiednie próby w miesiącu lipcu r. b. odbywać będą pod Londynem dwie brygady wojsk regularnych i ochotników, w obecności księcia Walii.
— Na wystawę wszechświatową w Nowym Orleanie senat i Izba reprezentantów w Washingtonie przyznały jednomyślnie znakomitą sumo miliona dolarów.
— Dla bezpieczeństwa klejnotów koronnych francuskich, które znajdować się mają na wystawie przemysłowej w Luwrze, polieya paryska wyjątkowe przedsięwzięła środki. Będą one umieszczone w głębi sali, na estradzie dwa metry wysokiej, pokrytej grubą piątą stalową, w klatce z cegieł ogniotrwałych, opatrzonej w klapę, przez którą w jednej chwili skarb cały spuścić można do schowania pod estradą. Prócz tego klatka otoczona będzie siatką drucianą, za którćj do
tknięciem w gmachu rozlegną się bez końca dzwonki elektryczne. Straż bezpieczeństwa stanowić ma w nocy 8-iu milieyantów, a w dzień dwóch urzędników skarbowych, z pewną liczbą agentów cywilnych. Niezależnie od klejnotów koronnych, wystawione tam jeszcze będą diamenty kompanii francuskiój na przylądku Dobrej nadziei i przedniejsze wyroby jubilerów francuskich.
— Ostatni obraz Vautier’a wystawiony jest obecnie w Dusseldorfie. Przedstawia on wnętrze izby karczemnej Szwarcwaldu, w której przed zebranymi gośćmi niedzielnymi popisuje się jakiś kuglarz wędrowny. Właśnie ów sztukmistrz, ku wielkiej uciesze widzów, znikłe w niewytłumaczony dla nich sposób karty wyjmuje z pod stanika młodej, przystojnej dziewczyny, na której twarzy maluje się osłupienie, pomieszane ze wstydem. Liczne postacie obrazu mistrza fran-cusko-nicmieckiego, znanego czytelnikom naszym z kilku reprodukcyj w Tygodniku ilustrowanym zamieszczonych (ostatnio ze znakomitego obrazu: „Na krużganku klasztornym”—zob. n. 55 z d. 18 stycz. r. b.), pochwycone być mają z prawdą niezrównaną.
— Dwie niedrukowane kantaty Beethovena, które mistrz teń młodzieńcem jeszcze skomponował w Bonn, szczęśliwym trafem zostały odnalezione. Jedna z nich, z r. 1790, jest żałobną na śmierć cesarza Józefa II; druga, z r. 1792, uświetniła wstąpienie na tron Leopolda II. Podobno rękopi
sy te pochodzą z pozostałości po znakomitym muzyku Ilmumlu, a znawcy jednogłośnie autentyczność ich potwierdzają.
— Według ostatniego spisu ludności znajduje się w Londynie drukarzy 26,226, między którymi 631 żeńskich; 2,379 litografów (kobiet tylko 26); 296 miedzio i stalorytników (kobiet 8); 483 odle-waczy czcionek (kobiet 6); 1,722 pisarzy, redaktorów i dziennikarzy (kobiet 257); 1,015 repor terów i stenografów (kobiet 10). O drzeworytnikach statystyka z którćj czerpiemy nic nic wspomina, choć liczba ich musi być bardzo znaczna.
— Reforma wyborcza, gotująca się obecnie w Anglii, powiększyć ma liczbę wyborców o jakie dwa miliony. Kobiety tameczne usilnie domagają się prawa glosowania, przynajmniej dla właścicielek i dzierżawczyń majątków nieruchomych. „Jakto — zawołała jedna z nich z oburzeniem na mitingu — więc ja, właścicielka domu, płacąca wysokie podatki, mam być pozbawioną prawa, które posiada mój stangret, całkowicie odemnie zależny?” Przyznać trzeba, żc w rozumowaniu tćm wiele jest słuszności. To też deputowany Woodall przedstawić ma parlamentowi w tym duchu poprawkę do bilu wyborczego, która, jeżeli odrazu nie zostanie przyjętą, to przynajmniej silne znajdzie niezawodnie poparcie, przez członków zwłaszcza, mających w domu skłonne do emancypacyi żonki i córeczki.
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jcilike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
Jloauojieno Ifeiiaypoio. Bapiuana, 26 Man 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajohmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Rękopisów pomniejszych i materyałów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
Prenumerata w Warszawia:	Prenumerata
JM 76 rocznie rs. .8, półrocznie rs.4, kwart. \\ aPSZaWR, 14 CZeFWCft iOO4 E na	Tomlll
v WŁ •	rs. 2, miesięcznie kop. 671 poł.	’	kwartalnie rs. 8.	1	• • ,,,ł
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
Treść llllllierri. Artykuły: Stanisław Grudziński. — Od redakcyi.—Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dalszy ciąg).—Korespondcucya Tygodnika ilustrowanego z Poznania.— Kilka wspomnień z przeszłości, spisa! Wielislaw (dalszy ciąg). — Kronika tygodniowa, przez St. M. Kz. — Przegląd polityki zagranicznej.—Listy Jordanu do pana Jana, III.—Ze świata obcego.— Przegląd piśmienniczy: Poezye Mieczysława Romanowskiego, przez Zoryana. — Współczucie, przez Jarosława Yrchlickiego (wiersz;.- Sprostowanie.—Składki.'— Rozmaitości. — Dodatek. Sławomira, nowela, przez Jana Liera (arkusz 1-szy). — Ryciny: Stanisław Grudziński.-— Przebudzenie się Goplany, kopia obrazu Pileckiego.—Arsenał w Gdańsku.—Widok Oliwy, zdjęty z góry Karolowej.
STANISŁAW GRUDZIŃSKI.
Nie obcem jest czytelnikom polskim sympatyczne imię autora „Powieści ukraińskich,” z któ-rem też często spotykali się pod utworami poe-tyckicmi, nacechowanemi zawsze myślą podniosłą, wiarą i tą siłą ducha, co potrafi go utrzymać pogodnym, stałym i czystym ponad wszystkiemi walkami prądów i kółek.
Niestety, autor ten, choć młody, choć właściwie dopiero poczynał zawód przez się ukochany, na progu nicledwie szerszej działalności, złamany długą i zabijającą chorobą, w d. 3 b. m. przeniósł się do wieczności.
Śmierć dawno już groziła wątłemu jego organizmowi; na gasnące życie rodzina i koledzy spoglądali z rosnącą trwogą, a przecież sam Grudziński, nic pojmując, alty duch czynny, silny i energiczny mógł naprawdę uledz zbyt prędko— rwał się wciąż do pracy, snuł z siebie nieustannie przędzę myśli i natchnienia, wierząc, że dłuższa jeszcze przyszłość piękniejszy plon z tej zacnej siej-by społeczeństwu poniesie. Były to złudzenia, które rozbić się musialy o zimną i nielitościwą mogiłę.
Życic zmarłego poety snuło się niby nieprzerwane pasmo dni cichych, niezawsze jasnych i słonecznych; me było w niem wybuchów namiętnych, żalów i skarg, miotać się burzliwych. Ozem było życic, tćm była i pieśń jego. Grudziński nie „wieszczył,” ani przeklinał, ani przestrogi ciskał, ale wiarę w lepsze, piękniejsze cele życia krzepił i zgody a pojednania nauczał. Muza jego, tak łagodna jak on sam, wzbijała się często w swym locie pod
obłoki ideału, ale nie potrzebowała ztamtąd padać w rozterce i złamaniu o szarą i twardą, ziemię, bo ją podtrzymywało przekonanie. Pieśni jćj może dlatego właśnie nosiły na sobie cechę dydaktyzmu; poeta pragnął wiarę swą przelewać w bliźnich, koić ich ból, podtrzymywać siłę ducha...
Grudziński w chwili śmierci miał zaledwie rok
trzydziesty trzeci. Młodzieńczy to wiek, wiek siejby na przyszłość, wiek gromadzenia kapitału wiedzy i doświadczenia, który dojrzałość zupełna duszy i umysłu zamienić mogła w szczere złoto. Zmarły istotnie gromadził wiedzę i doświadczenie, wyrabiał się wciąż, tworom swej myśli nadawał coraz doskonalsze kształty. Gdy horyzont jego pojęć ogarnął życie społeczne, a myśl czuła się mniej swobodną w granicach poetyckiego liryzmu, młody pisarz przerzucił się do powieści, kreślił nowele, odtwarzać począł objektywnie to, co mu świat, jako życiowe problematu, przed wyobraźnię nasuwał. Po „Urwanych akordach,” po „Marzeniach i piosnkach” przyszła więc kolej na cały cykl utworów prozą, na czele których stanęły „Powieści ukraińskie.”—„Zuch-dziew czy-na,” „Pólpanek,” „Łokciem i miarką,” „Lolo,” _ „Koncert,” „M brew7 opinii,” „.Świat i pustynia,” oto szereg tych prac beletrystycznych, które młodzieńcze pióro w króciutkim przebiegu lat kilku zaledwie skreślić zdążyło. Jeszcze na łożu śmierci Grudziński pracował nad paro tomową powieścią p. t. „Żona artysty,” ale jej już nie skończył.
Nieboszczyk z przekonań swoich był idealistą i konserwatystą; z wyższego stanowi ska spoglądał na sztukę i na życie ludzkie. Takie właśnie stanowisko i taki pogląd sprawiły, że jego powieściowym kreacyom, przesiąklym najza-eniejszemi tendencjami, brak jednakże tego niezbędnego pierwiastku realistycznego, który postaciom nadajc prawdę życia i plastykę kształtów. Wszystko to zdaje sic być owiane lekką mgłą marzenia, utworzone niby z piany lotnej, miękkiej, ruchliwej, pod dotknięciem skalpelu
370
krytyki usuwającej się łatwo... Przyznać jednakże trzeba, że z postępem czasu i pracy Grudziński coraz bliższym bywał życia i jego codziennych warunków, coraz głębiej wnikał w jego naturalne właściwości. 1 dlatego sądzimy, że gdyby śmierć nic przerwała tego pracowitego żywota, działalność młodego pisarza zmężniałaby wszechstronnie i korzystnie dla jego umysłowej twórczości.
Nieboszczyk pisał wiele; dotknął potrosze wszy stkich rodzajów literackiej produkcyi. Było w tem wszystkiem wiele pracy' dla chleba... Życie nie jest poematem!... Pisał też i dla sceny, ale w dwóch próbach (dramat „Za wyrokiem sądu” i komedya „Meteory”) wyższego w tej dziedzinie talentu nic wykazał.
Stanisław Grudziński urodził się w r. 1851, we wsi Wodzianikach, w powiecie zwinogrodzkim. Po ukończeniu nauk gimnazyalnych, wyższe studya odbywał na wszechnicach kijowskiej i Jagiel-lońskićj. Po wyjściu z uniwersytetu, osiadł we Lwowie, gdzie zaślubił pannę Zofią Misiągiewi-czównę, poczem przeniósł się do Warszawy i tir rozwinął najżywszą działalność literacką. Po wierzono mu kierunek Tygodn Aa powszechnego, dając odrazu stanowisko poważne i wpływowe redaktora. Niestety, usilna praca, przy wyraźnie już występującej chorobie piersiowej, podkopała siły młodego pracownika, który po latach trzech, zmuszony do niepożądanego spoczynku, udał się na Podole do siostry, w nadziei źe ożywcze powietrze stron rodzinnych, świeża atmosfera wsi i urok przecudnej okolicy pokrzepią go na duszy i zdrowiu. Wyjazd taki i spoczynek w gro nie rodziny, powtórzony raz jeszcze, nie odwrócił koniecznej katastrofy. Zaledwie ś. p. Grudziński powrócił do Warszawy, zawsze łudząc się, że z nowemi silami weźmie się do pracy w ukochanym przez się zawodzie -gdy po kilku miesiącach pobytu tutaj zgasi, opłakany serdecznym żalem najzacniejszej małżonki i tych, co szlachetność jego serca, czystość jego myśl, i prawość czynów cenić umieli.
Ś. p. Grudziński, silnie stojąc przy przekonaniach własnych, umiał uszanować przekonania cudze. W zawodzie publicystycznym, acz krótkotrwałym, nie pozostawił ani śladu nienawiści stronniczej, elioćby nawet niechęci do tych, co inaczćj niż on wierzyli. Słusznie tćż sądził, że miłość dobra ogólnego jest rzeczą niezawisłą od kierunków naukowych i społecznych, a tćj żądał od wszy stkich i nadewszystko. Serce jego gorące kochało kraj i braci tak, że nie miało dla nich ani kropli żółci. Ztąd szła uczynność, uprzejmość koleżeńska, ztąd wyrozumiałość i łagodność, które mu zjednywały' sympatyą i szacunek wszystkich.
’ jawnilo się to jasno na pogrzebie Grudzińskiego; nad mogiłą świeżą nieboszczyka znaleźli się ludzie najsprzeczniejszy ch kierunków, łzą szczerą żegnając kolegę i przyjeiela, co zmarl zbyt wcześnie dla siebie i dla innych.
Krótkie to wspomnienie zakończymy' najwla-ściwiej pięknym wierszem M. Bartusówny, w który m młoda poetka, boleśnie tknięta wiadomością o śmierci Grudzińskiego, składa pamięci jego hołd żalu:
Pokój ci wieczny., synu cierpienia, Pok n ci wieczny!
I zatrzaśniętej bramy istnienia Tc są ostatn.e braci życzenia— Druhu serdeczny!
Już nie rozdzwoni martwa twa ręka Milczącej lutni...
Już z nićj nic wzięci tkliwa piosenka... Smutna—na grobie tw’oim uklęka;
1 my tak smutni.
Już szlai hetnego serca nic zbudzi Jęk nędzy bratniej,
Ni ucisk losu, ni skarga ludzi!
"Wszystko co boli, wszystko co łudzi
Wziął sen ostatni.
Tak z wiosną rzewny słowik szczebioce W gaju gęstwinie
I piosnką w jasne, gwiaździste noce, W pomoc nadziemskie wzywając noce, Ku niebu płynie.
Aż go dosłyszy ucho ptasznika
Co czyha skrycie, Aż chciwe dłonie schwycą słowika 1 zamkną w klatkę, co wraz zamyka
Piosnkę i życie.
Pokój ci wieczny!—wołamy społem Nad twą mogiłą,
Nad tego wieńca cicrniowem kołem, Który nad bladem poety czołem
Życie uw-ło.
Zamilkną] śpiewak—lecz echa gaju Żyją na wieki,
I przechowają wspomnienie maju, I wieść je będą po całym kraju W przestwór daleki.
I nic zapomną stepowe kwiaty' Słowiczych pieśni, Które im nucił piewca skrzydlaty, I nie zapomną bolesnej straty
Ptacy rówieśni!
Od redakcyi.
Szanownym czytelnikom naszym przypominamy, że czas ponowić prenumeratę Tygodnika ilustrowanego na kwartał trzeci r.b. Z kwartałem tym rozpoczynamy tom czwarty seryi 1\ naszego pisma, w którym, oprócz wielu innych, drukować będziemy następujące ważniejsze utwory:
Najnowszą powieść dwutomową J. I. Kraszewskiego, p. t. „Od kolebki do mogiły.”
Dramat historyczny w 5-ciu aktach Juliusza Bema, z epoki Kaźmirza Wielkiego, p. t. „Anna Cylcjska” z ilustraeyami Woicieoha Gersona.
Obrazek humorystyczny Aurelego Urbańskiego, p- t. „Kutastroja pod Cholcwkowem,” z ilustraeyami Czesława Jankowskiego.
Studyum literackie Bronisława Chlebowskiego, p. t. „Nadobna Paskwalina," Samuela ze Shrzypny Twardowskiego.
„Szesnaście lat w Ameryce,” wyjątki z pracy obszerniejszej Bolesława Horodyriskiego.
W dodatku wreszcie książkowym, przeznaczonym na znakomitsze utwory literatury zagranicznej, z dniem 1 lipca r. b. roz-poczniemy druk trzy tomowej, przez krytykę wysoko cenionej powieści Roberta Byr’a, j). t. „Andor,” osnutej na tle stosunków węgierskich, w przekładzie Filipa Sulimierskiego-
Warunki prenumeraty Tygodnika ilustrowanego w Warszawie:
Rocznie.	rs.	8	kop. —
Półrocznie	„	4	,,	—
Kwartalnie	„	2	,,	—
Miesięcznie	„	—	,,	67‘A
Na prowincyi i w cesarstwie:
Rocznie . rs. 12 kop. — Półrocznie ,,	6	,,	—
Kwartalnie „ 3 ,, —
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻ2K.
(Dalszy ciąg.J
XXIV. Koncert.
— ....—a przytem...—powtarzała paui Emilia głosem coraz to bardzićj zniżonym i miała coś rzec jeszcze, gdy pani Róża wybuclinęła:
— Cóż ja pocznę z tobą? — zawołała w iryta-cyi, ręce podnosząc.— Czy ty nic znasz położenia mego? Czy nic wiesz, źe mam dziecko, które...
— A cóż pocznę ja?
— Ależ, Emilciu! Gdybym obowiązków nie miała, gdybym matką nic była...
— Matką...—podchwyciła pani Emilia—i ja nia bede...
J ani Róża osłupiała na słowa tc — osłupiała i oniemiała; po chwili dopiero bąkać coś poczęła.
Na to pani Emilia w ten bratowej odpowiedziała sposób, źc dłonie złożyła i tak do niej przemówiła.
— Więc cóż, Róziu... więc ja wynosić się mam od ciebie na ulicę?
— Czyż ja cię wypędzam?
— O, nie wypędzaj mnie!... Los mnie i tak już dotknął.
— Tylko żc u mnie tu ciasno, bardzo ciasno.
— ^najdzie się przecie bodaj kącik jakiś, na tymczasem: na to, ażebym sic po ciosie tyrn niespodzianym, jaki spadl na mnie, opamiętać i rozpatrzeć mogła. Może jak... może co odkryje się...
— Co, na przykład?
— Albo ja wiem!... Napiszesz... napisztmy do Tadzia.
Wyrazy ostatnie na panią Różę podziałały w sposób uspokajający. Zwróciła się do kociołka, w którym woda na herbatę gotować się poczynała, wyszła i wnet powróciła z filiżankami, cukrem w pakieciku papierowym, połową chicha długiego i nożem.
— • Julisią już wstała—rzekla.—Zdziwiła się, gdy sie o tobie dowiedziała.
— Jam o nićj w Trouville myślała...
Pani Róża odetchnęła — czuła dla siostry mężowskiej wdzięczność za to, że panny Julii nie zaprosiła. Tego tylko brakło!
Wkrótce panna Julia osobą swoją towarzystwo powiększyła.
— Podzielisz z nami, Emilciu, śniadanie—odezwała się pani Róża.
Była to pierwsza, od czasu pobytu w Paryżu, herbata, w piciu której wzięło udział osób wie cej, aniżeli dwie. Pani Emilia filiżankę herbaty wypiła, lecz chleba—chleba suchego—nie jadła. Wczoraj jeszcze spożyła obiad przy tubie cl hutę, w jednym z najwspanialszych w Trouvilłe hoteli. Chleb suchy jej nic smakował.
Po herbacie płakała. Pani Róża prosiła, ażeby się w jćj łóiku położyła—nic chciała. Płacząc ustawicznie, przesiedziała do południa i ani tknęła kiełbaski, zwanej cereelns, która, jako główne danie, figurowała na śniadania dziedziczek llo-worówki. Oswoić się nie umiała z położeniem swojem, z tą myślą, że jest z wysokości strąconą. Zresztą głodną nic była jeszcze; ale, gdy wieczór nadszedł, głód uczuła i z apetytem zjadła ćwierć funta mięsa gotowanego, będącego daniem jedy-nem przy obiedzie Na noc pani Róża posłała jćj w pokoiku bawialnym na zdjętym z łóżka swego materacu zwierzchnim — sama bez materaca spala.
Trzy dni minęło, zanim się pani Emilia do pisania do pana Tadeusza zebrała. Napisała i list kuzynkom odczytała; tc znalazły go poprawnym, mianowicie zaś podobało się im wyrażenie: „Nie mnie ratuj, ale twoje żonę i twoje dziecko, na którc-m się ja ciężarem wielkim zwaliła; nad niemi miej litość.”
Lis* poszedł, ale tygodnie mijały, a odpowiedź nie nadchodziła. Nadeszła wreszcie, a z nią ru-
371
bli dwieście. List do pani Emilii zaczynał się od wyrazów następujących: „Moje położenie jest takie, że długi przenoszą wartość Howorówki. Kto mnie w położenie to wtrącił? Gdyby nie nacisk ze strony twojej o posag z procentami (wyraz ten był grubo podkreślony), byłoby ini Iżćj i tybyś posag swój była miała”... Rekryminacye same.
— Tadzio mi robi nadzieje niejakie—odezwała się pani Emilia, po odczytaniu listu brata— ale się spuszczać na to nic można... Trzeba myśleć o sobie.
Myśleć poczęła; poczęła czynie starania, które przedewszystkićm zwróciła ku temu, ażeby z przyaresztowanych ruchomości wydostać co, jako własność swoje osobistą. W celu tym cho dzila od komisarzy do sędziów trybunału, od sędziów do komisarzy, kołatała, radziła sic i natrafiła—co w Paryżu nie jest rzeczą trudną—-ua Polaka, przy jakiejś dykasteryi urzędnika. Ten, dowiedziawszy się, że to spólrodaczka, zainteresował się; dowiedziawszy się, że skrzywdzona, przejął sie oburzeniem i przedewszystkićm dal jćj naukę moralną: dlaczego za cudzoziemca wyszła.
— Nie tak, pani dobrodziejko, zrobiła Wanda...—były słowa jego.—Do Wisły wskoczyć wołała...
Pani Emili a, uznając słuszność uwagi, płakała.
— Nie płacz, pani... My tu jakoś poradzimy. Gdzie pani mieszkasz? co? jak?...
Pani Emilia opowiedziała położenie swoje.
— Tulą mnie przy sobie kuzynki.... same bićdne.
— Cóż one robią?
— Matka córkę żywi, a córka na śpiewaczkę się kształci.
— Na śpiewaczkę?... to doskonale! Niech koncert da.
— Ona się uczy dopiero.
— To nic. Koncert dać może... Ja się tem zajmę... ja! Z Karolem pomówię i my to urządzimy; tymczasem zaś dziś około siódmej przyjdę do pań i pauią wraz kuzynkami na obiadek do siebie zaproszę. Nie płacz tylko pani.
Pani Róża wzdrygnęła się arazu, dowiedziawszy sie o zaprosinach owych, i uprzejmie w progu swoim powitała pana Jaua, pierwszego gościa, jaki do apartamcuciku, przez panie howorowskie zajmowanego, zawitał. Pan Jan pocieszał, ducha dodawał, opowiadał żc sam w ostatecznej znajdował się biedzie, z której wybrnął, ożenił się i koniec z końcem wiąże. Uskarżał się tylko, że się z Francuzką ożenił.
—' Ale i cóż robić było?... Gdybyś mi się była pani— oczami szarmancko na panią Emilią wskazał — z posążkiem trafiła, byłbym panią wziął z pocałowaniem ręki i pewno nie okradl .. Na nieszczęście, Polki nasze z posążkami trzymają się od nas zdalcka. One za cudzoziemców wychodzą, my więc cudzoziemki bierzemy. Niechże pani —do pani Ró/-y się zwrócił—córeczki za Francuza nic wydaje. Ja dla niej męża znajdę— klaśnięciem języka dokończył.
Na obiedzic u pana Jana znajdowali się: pan Karol muzyk i pan Kalasanty weterynarz, kawaler stary, człek łysy i wąsaty, który niegdyś trzy wioski w Lubelskiem posiadał.
Muzyk, jako człowiek kompetentny, o koncercie radził i uradził, że będzie to koncert w kółku familijni in, pomiędzy swoimi, po dwa franki od osoby, dany w sali znajomej panu Kalasantemu kawiarni, właścicielka której nic mu do odmówienia nie ma, zpowodu żc jćj kota od śmierci uratował.
- Na ile osób liczyć można? — zapytał pan Jan pana Karola.
— Na moim koncercie było sześćdziesiąt trzy— odpowiedział zapytany.
— Gdy puścimy wiadomość, że to Polka, że piękna, że z kraju przybywa, zejdzie się ze dwa razy tyle... Panic Kalasanty, rusz się jeno tędy owędy... masz czasu najwięcej. Weż zresztą do pomocy Hieronima, który wciągu dnia ma do czynienia dwa razy: parę godzin rano latarnie wyciera i pól godziny wieczorem zapala je.
Naznaczono dzień i godzinę. Pan Kalasanty
nietylko się zająć obiecał, aic obowiązek kasyera wziął na siebie i z uśmiechem się odezwał:
— Przychodzi mi myśl jedna do głowy.
— Jaka?—zapytano.
— Jam śpiewaczce pewnej konia wierzchowego na kaszel leczył i ona się względem mnie bardzo uprzejmą okazała. Owóź do nićj się udam.
— Z biletem?—wtrącił pan Jan.
— Z jakim biletem? ua co tu bilety?—podchwycił pan Karol.— Na bilety starać się potrzeba o pozwolenie spccyalne, drukować afisze... kłopotu dużo! Pan Kalasanty pójdzie z gębą i to będzie najlepiij. Jakże sic—zapytał—śpiewaczka owa nazywa?
— Mam jej nazwisko w pugilaresie zapisane, a pugilares zostawiłem w domu — odpowiedział pan Kalasanty, po kieszeniach sic obmacawszy.
— Musi się mieć dobrze, kiedy konia wierzchowego trzyma—zauważył pan Jan.
— Phi!.. Koń wierzchowy, koniu cugowe, karety...
Naznaczono termin za miesiąc, w dzień sobotni, zpowodu że w dzień ten robotnicy mają czas swobodny.
Pani Róża byłaby propozycyi tego rodzaju nie przyjęła, gdyby nie to, że pan Tadeusz na listy rozpaczliwe albo nie odpisywał, albo też odpisywał bez załączenia kwoty bodaj najmniejszej. W ostatnim liście takie ulokowała okresy: „Giniemy, głód uarn dokucza, Emilka w stanie rozpaczliwym.— Co to będzie, mój Boże! co to be dzic!... Przyszlij mi choć dziesięć rubli, jeżeli więcej nie możesz, po zastawieniu bowiem kolij, bransolet, pierścionków i kolczyków, zastawiać już poczynam odzież i zagraża nam to, żc w łachmanach zostaniemy. A Emilka—za miesiąc mnićj więcej.... Tadziu, zlituj sic nad żoną, nad dzieckiem twojćm!”
Zastawianie w Mont <le Pietć byl to rekurs, do którego się pani Róża uciekała od pićrwszej chwili przybycia do Paryża. Inaczej być nie mogło. Rekurs ten atoli wyczerpywał się. Kwitów posiadała dużo i z kwitów tych już nawet sprzedała kilka. Niedziw przeto, żc propozycyą przyjęła, zc nawet w chwilach zbliżania się terminu koncertowego Bogu za nią dziękowała.
Pan Karol i pan Kalasanty zaglądali do nićj często: pićrwszy z racyi koncertu, program którego wespół z panną Julią układał, nastając na to, ażeby konccrtantka śpiewała w części pierwszej: „Hejże dalćj, do mazura!” w drugiej — „Litwinc-czko, kochaneczko;” drugi przynosił dobre wiadomości o ochotnikach do słuchania.
— Mam już, mości dobrodzieju, trzydziestu trzech zaznaczonych—powiedział raz.—Mam już czterdziestu i jeden — powiedział raz drugi.— A i Hieronim, który około tej sprawy gorliwie chodzi, coś tam zebrać musial.
Szło to cres&ndo—pow’oli, szło jednak.
Na dwa dni przed koncertem, pani Róża spotkała pana Kalasantego wyrazami następującemu
— Panie, ratuj!...
— Albo co?
— Kuzynka moja—zaczęła i w trzech słowach opowiedziała sfan pani Emilii, zwłoki nie dopu-s /.czający.
— Bab!... Pani więc przedewszystkićm paliwa potrzeba.
— Panie, nie paliwa,ale... franków kilkunastu. — Właśnie też..
Pan Kalasanty „paliwem” pieniądze nazywał. Wydobył więc sakiewkę, wydobył z takowej trzy dwudziestofrankówki i rzekł, wręczając je pani Róży:
— Policzymy się... A teraz fiakra sprowadzę, bo panią Kapusini odpowiednio ulokować potrzeba.
Paui Róża o mało nic uściskała zaradnego weterynarza, który po fiakra wybiegł.
W chwilę później, iw towarzystwie pana Kala-sentego, pani Róża panią Emilią, odwiozła i ulokowała
Usunięcie paui Emilii ułatwiło danie koncertu, który wypadł świetnie, nie pod względem ilości słuchaczy—tych by lo nie więcej, jak głów osiemdziesiąt, ale pod względem entuzyazinu, jaki
wzbudziły: „Hejże dalej do mazura!” i „Litwinc-czko, kochaneczko.” Salka wszakże, do której się kręconemi wchodziło schodami, napełnioną była, a oklaski z takim dawano przyciskiem, że aż drżała. Nic klaskała jeno osobistość jedna, która słuchała, ale nie w salce: karetą przyjechała, pan Kalasantym na nią przed kawiarnią czekał i właścicielce kawiarni ją powierzył, ta zaś zaprowadziła ją do przyległej salce izby i ulokowała przy wpółotwartycb, lekką firanką zasłoniętych drzwiach. Osobistość ta pićrwszćj tylko części koncertu wysłuchała, poczćm zeszła, do karety wsiadła i odjechała. Nikt tego nie widział. Obojętność jej dla śpiewu nie sprowadziła osłabienia entuzjazmu ogólnego, który byłjak-największy. Panonie Jan, Karol i Kalasanty ręce zacierali i okazywali zadowolenie zupełne, zwłaszcza zaś ten ostatni, gdy z obliczem rozpromie-nionćm wręczał śpiewaczce dochód
— Oto — powiadał, pieniądze oddając — coś paui zarobiła... Jak na pierwszy raz, to nieźle: po potrąceniu wydatków wszystkich za lokal, za światło, za instrument etc., pozostaje franków tysiąc pięćdziesiąt sześć.
Pani Róży twarz zapałała. Z pośpiechem gorączkowym, pannę. Juką za sobą uprowadzając, salę koncertową opuściła i nie słyszała okrzy ków podziwu, jakie niektórzy ze słuchaczy wydawali, dowiedziawszy się o wysokości dochodu.
— Przypuśćmy, że było nas stu—obliczał któryś — po dwa franki, to czyni dwieście franków brutto. Zkądże tysiąc?
— Zkąd? Ktoś z was dał—tłumaczył pan Kalasanty i honorem się świadczył, jako pieniądze wszystkie od słuchaczów pochodzą.
— Na koncercie obecnych?
— Na koncercie obecnych.
Paui Róża była nie zdziwiona, ale zirytowana, również jak panna Julia, którą dotknęły oklaski, dawane niewłaściwie. Co ona jako swoje arcydzieło uważała, publiczność przyjmowała obojętnie, wynagradzała zaś ją za ustępy bez znaczenia artystycznego. Pożaliła się matce ua to.
— Zacbcialaś... Cóż to za publiczność!—odpowiedziała paui Róża.
Tysiąc franków niepokoiły ją. Miała nawet ochotę zwrócić datek ten, pochodzenie którego uważała za podejrzane, a przynajmniej zagadkowe. Pan Kalasanty przyszedł nazajutrz po koncercie i:
— A cóż... paliwo? Bogu dzięki, jest— zaczął.
— Niech mi jednak — przerwała pani Róża— pan dobrodziej wytłumaczyć raczy, zkąd się wziął dochód tak znaczny?
— Z rozprzedaży miejsc, pani dobrodziejko.
— Ale, proszę pana... ja to rozumiem...
— Słowo honoru pani dobrodzićjce daje—podchwycił—że dochód cały pochodzi z rozprzi ęla-ży miejsc, od słuchaczy, co obecnymi byli... Takich, co miejsca zakupili, a nic przyszli, było dwóch tylko: Jakub szklarz, który zawicle „pti-werków” wychylił i po schodach wywindować się nie mógł, i Lieki, siodlarz, którego majster wyprawił do S.-Denis z robotą.
— Ktoś jednak dał za miejsce więcćj, aniżeli dwa franki.
— Ale gdzież tam! więcćj nie dal nikt.
— Być nie może, panie łaskawy. Któż bilety kupował?
— Miejsca, pani, nie były nominalne, to raz, a powtóre: złożyć się pani dobrodziejce mogę regestrami (tu wydobył z zanadrza dwie ćwiartki zabrukaue, «e czworo złożone). Oto regestr Hieronima: numera i obok numerów ilość miejsc zakupionych. Numer pierwszy jedno miejsce, drugi jedno, trzeci dwa, czwarty znów jedno i t. d., miejsc wszystkich trzydzieści i jedno. Aż oto numer trzydziesty szósty miejsc pięćset pięćdziesiąt i dwa. Potrąciwszy od tego, co do potrącenia jest, pozostało netto franków...
— Ach, panie—westchnęła pani Róża.—Jasię, jak widzę, nie dogadam z panem. Dajmy lepiej temu pokój.
— Ma pani dobrodziejka racyą; co zaś jest najlepszego do zrobienia, to... pójść de pani Ka-pusiui i zamówić dla niej wygody.
372
— A... prawda... Tak byłam tym koncertem zajęta! Nie wiem, co się z nią biedaczką dzieje.
— Urodziła syna... chłopak jak łuszczak... Szkoda, że się Kapusini nazywa; ale na to jest sposób... nazwie go Kapucyńskim i będzie z niego szlachcic. Wyniknie ztąd wygrana podwójna: ślad ojca, którym się chwalić niema co, zagubi i szereg, szlacheckie pomnoży.
Pani Róża panią Emilią odwićdziła, wygody dla niej zamówiła, co do zapłacenia było zapłaciła i swobodniej nieco odetchnęła.
Tysiąc franków przydało się ogromnie. Rozeszły się jednak tak prędko, że nie było już za co pani Emilii z zakładu wykupić.
— Ach, panie, ratuj! — znów w uszach pana Kalasantego zabrzmiało.
— Co to... znów paliwa brak?—zapytał weterynarz, drapiąc się palcem jednym za uchem i czmyt bając nosem.
— Emilka... gdyby nie Emilka... (J Boże!
— Nic to, nic... A wiele tam potrzeba?
— Nie wiem... dalibóg, nie wiem... Och!
— Pójdę i dowiem się. Niech się jeno pani nie kłopocze.
— Wydatków tyle!—zaczęła pani Róża.—Edu-kacya szkolna JuLsi kosztuje straszliwie drogo. W głowie mi sie mąci.
— Toż-bo to jest—wtrącił pan Kalasanty.— To mącenie się w głowie... hm...
— V przerywać naukę, sam pan dobrodziej powiedz.- czy się godzi?
— lim — mruknął z akcentem, wąsy rozgla-dzając i zlekka odcbrząkując, jakby sie do przemówienia zabierał.
Nie atoli nie powiedział, odszedł i nazajutrz panią Emilią z synem do apartamenciku pani Róży sprowadził.
Panna Julia do dzieciaka, który tłusto i zdrowo wyglądał, pogaruęla się tak, jak się to zazwyczaj dziewczęta do dzieci garną. Na widok ten weterynarz powiekami razy kilka łyknął, nosem pociągnął, wąsy rozgładził, głową wstrząsnął, odetchnął i, sakiewkę wj dobywając, odezwał się w sposób taki:
— Mam paniom rachunek złożyć. Owóż tedy: za panią kapusini, czyli, od czasu jak matką została, Kapucyńską, wedle zakwitowanej noty oto (notę na stole złożył), franków sto siedemdziesiąt trzy, cemimów dwadzieścia pięć. Pozostaje przeto do wręczenia franków trzysta dwadzieścia sześć, centimów siedemdziesiąt pięć. loi/a.
Pieniądze wyliczył i na stół położył.
— Panie!—zawołała pani Róża.
— No?—zapytał pan Kalasanty.
— Niech mi pan powie... czy to od pana?
— Nie—odciął niby nosem.
— Oil kogóż?
— Niech mnie pani nie pyta... bo — zaczął i uciął.
— Co? — odezwała się pani Róża głosem niepewnym.
— Nic. Bierz to pani z sumieniem spokojnem.
— Biorę, jako pożyczkę, którą, jak za pośrednictwem pana zaciągani, tak za pośrednictwem pana zwrócić się obowiązuję.
— Dobrze... dobrze... niech i tak będzie.
Rjzmowa powyższa powtórzyła się słowo w słowo prawic we trzy ty godnie później wobec franków pięciuset, przyniesionych przez pana Kalasantego, z tą atoli ważną różnicą, źe, gdy się pan. Róża pożyczkę rzekomą zwiócić zobowiązywała, pan Kalasanty odpowiedział, w sposób niegrzeczny prawie:
— Urn... zobaczę ja zwrot ów, jak moje ucho.
— Panie! — upomniała go pani Róża, tonem diimy obraźonćj.
— Gdzież... w czćm ewikeya?
— W przyszłości Julisi... w jćj talencie.
Pan Kalasanty westchnął i odrzekł:
— Pozwoli pani dobrodziejka, żebym coś pani otwarcie, a po przyjacielsku powiedział?
— Proszę pana — odparła pani Róża ustami drżąccmi lekko.
— Przyszłość, na córki pani talencie oparta, psu na budę się nie zdała.
Pani R >ża ręką po pieniądze sięgnęła, w za
miarze zapewne ciśnięcia ich dawcy w oczy, lecz ująć onych nie miała siły. Nogi pod nią zadrżały, zbladła i, gdyby jej pan Kalasanty nic podtrzymał, na podłogęby runęła. Panna Julia i pani Emilia do nićj pomoczyły. Ponieważ w domu wódek ani soli nie było, cucono więc ją z omdlenia zapomocą bryzgania na twarz wodą i nacierania skroni spirytusem, który do gotowania herbaty służył. Pan Kalasanty dawał jej butelkę z naftą do wąchania, gdy zaś to nie pomagało, tabaki w nos omdlałej napchał. Jak skoro powracać do przytomności poczęła, weterynarz się wyniósł.
Po odejściu pana Kalasantego, nastąpiła scena gwałtowna, pełna łez, uniesień i frazesów brzmiących. Panie wszystkie trzy naraz płakały i wyrzekały, zgadzając się z panią Różą, która pana Kalasantego potworem zamianowała.
— Potwór... ten potwór łysy... ten konowal, nic na celu nie miał, tylko znęcanie się nad nami! Usługi oddawał na to tylko, ażeby miće prawo obelgą w oczy bryzgnąć! A jak to zręcznie ułożył! Jak wy trwale rzecz prowadził! O, niech-źc się więcej na progu moim nie zjawia!
Pan Kalasanty nie zjawiał się też. Minął miesiąc ca!y—a był to miesiąc letni—nic pokazywał się. Tani Róża o scenie tej, ubranej w blaski jaknajbardzićj ponure, do męża pisała i otrzymała od niego odpowiedź w liście, nie już na pięć pieczęci zamknięty m i w napis „z przyłączeniem etc.” przyozdobionym, ale nawet nie zafranko-wanym. Nic rozpicczętowywala też tego listu, tak samo jak kilkunastu poprzednich, które gzyms ua kominku zalegały. Niepokazywanie się przeto pana Kalasantego poczęło dolegać. W miesiąc po owćj scenie, nic byl on już potworem, a w tydzień póżnićj stał się ogromnie pożądanym, tak dalece pożądanym, że zarówno pani Emilia, która syna karmiła, jak pani Róża, która się za żywicielkę gromadki uważała, zgodziły się na jedno, na to mianowicie, iż się z nim jakoś zejść potrzeba. Ale—jak? Tej pani na myśl przychodziło pośrednictwo pana Jana, tej pana Karola.
— A czyby najlepiej i najprościej nie było zaufanie mu okazać?—odezwała się pani Róża.
— Pójdę do niego — podchwyciła pani Emilia—z dzieckiem na ręku.
— Pójdę raczej ja, z Julisią — odparła pani Róża.
Na tćm ostatniem stanęło. Że zaś potrzeba nagliła, bez zwłoki przeto wybrała się matka z córką i w godzinę później pukała, na Batigno-lacb, na piętrze szóstem, do drzwi pokoju, w zamku których kiucz świadczył o obecności lokatora.
— Entrez!—odezwał się donośnie glos wśrodku.
Panie weszły do izby obszernej, niekoniecznie czystej, z niszą z jednej strony i z biurkiem pod oknem, zprzed którego, za ukazaniem się ich, zerwał sic z okrzykiem „przepraszam!” pan Kalasanty w szlaforku i mycce i do niszy się schował. W izbie umeblowanie składało się ze sprzętów starych, komody orzechowój, krzeseł kilku i szaf dwóch, jednćj z książkami, drugićj z daszkami, słoikami i instrumentami takicmi, jak obcęgi, piłki, iglice, szpikulce naksztalt szydeł wielkich, puszczadła, wiązania rzemienne i t. p. Panie, jedna na kanapie, druga na krześle usiadłszy, oczami dokoła wodziły, gdy z nu ży wyszedł pan Kalasanty, w surducie i z głową nicprzy-krytą.
— Jakże? jak?—zaczął, dłonie zacićrając.— Cóż to za zaszczyt dla mnie!
— Takeśmy pana dobrodzieja dawno nie widziały—odezwała się pani Róża.
— Tak... ano... Od kiedyż to?
— Pan się na mnie gniewa—podchwyciła pani Róża.
— Ja? A broń Boże! O! nie... pani dobrodziejka się myli.
— ('zemuż pan nas nie odwiedza?
— Czemu? a! dlatego, poprostu, że czekam na powrót od wód.
— Czyj?—zapytała pani Róża.
Zapytanie to widocznie starego w kłopot wprawiało. Chrząkać i jąkać się począł.
— Czyj? hm... niczyj... wszystkich: przypuszczałem, żc i panie... do wód...
Kłamał widocznie, a kłamanie nie szło mu gładko.
— A przjtćm... a przytem—bąkał — mam sobie za obowiązek powiedzieć pani...
— Co, panie dobrodzieju?—zapytała pani Róża tonem rezygnacyi, jakby mówiła: „Przyjmę od ciebie wszystko, nic gniewaj się tylko."
— To, pani dobrodziejko, żc tak dla pani, jak dla pani Kapusini, jak zwłaszcza dla panienki, rada najlepsza, najzdrowsza, najpewniejsza jest: na obłoki się nie piąć, bo z nich spaść i kark złamać można, ale, pychę z serca złożywszy, do Howorówki wracać. To daremnie; ze śpiewu nic nie będzie; wracajcie! — ręce z wyrazem prośby złożył.
— Radę pańską przyjmuję — zaczęła pani Róża.
— Ale jćj nie usłucham — podpowiedział pan Kalasanty.
— Nic... nie to... ale, czy pan w to uwierzy, żeśmy na omnibus nic miały?
— Ach paliwa brak... Hm—za uchem się podrapał.—Przed powrotem od wód mnie trudno... hm... Ano... Zróbmy tak: weź pani tymczasem ua omnibus to co mam przy sobie, a jutro... jutro ja tam do pani zaglądnę.
Wysypał z sakiewki franków kilka, wręczył je wzdragającej się pani Róży i następnie gości swoich do omnibusu odprowadził, a po drodze, w kawiarni znajomej, syropem z wodą i ciastkami jc poczęstował.
{Dokończenie nastąpi.)
Koresponflencya Tygodnika ilnsirmwD.
Poznań, n i początku czerwca.
Zjazd 1< karzy i przyrodników.—Przemówienia i adczyty.— Poczyą chemiczna. - - Wydawnictwa jubileuszowe. — Nowe książki.— „Opowiadania i stuika historyczne’’ K Jarochow-skiego.—Treść (dzicia. — Sztuki pi< kne.
Korespondent wasz dopuściłby się niełada grzechu i straciłby nadługo względy czytelników, gdyby niniejszego listu nie rozpoczął od ustępu o czwartym zjeździć przyrodników i lekarzy, bo uroczystość ta ożywiła i rozweseliła nasze miasto, dodała mu wdzięku i uroku, wpłynęła zbawiennie na rozwój umiejętności i sprowadziła mnóstwo korzystnych stosunków. Żywioły germańskie z pewną niedość tajoną niechęcią i zazdrością spoglądały na ten nowy objaw słowiańskiej żywotności (najwięcej telegramów nadeszło z Czech), a ręczyć można, żc gdyby mogli, pe-wnieby rozpędzili tę garść Słowian, która się tu zjechała, w dawnej kolebce swego plemienia.
Mimo to nie oczekujecie zapewne odemnic, szanowni czytelnicy, abym zapełniał całe łamy sprawozdaniem ze zjazdu; byłoby to rzeczą tem łatwiejszą, że dodany do tutejszych gazet Dziennik zjazdu drukuje wszystkie referaty i podaje najdrobniejsze szczegóły zgromadzeń, ale wątpię, by posiedzenia sekcyjne interesowały szerszy ogól.
Zjazd, stosownie do programu, rozpoczął się we wtorek 2-go czerwca uroczystem nabożeństwem, odprawionćm w katedrze przez ks. doktora Kanteckiugo. W dwie godziny później zagaił pierwsze posiedzenie prezes wydziału gospodarczego, doktór Bolesław Wicherkiewicz, utalentowany okulista, w pięknie przybranej sali polskiego teatru. Szczupła przestrzeń naszćj świątyni Melpomeny, której dzieje dobrze wam są znane, zapełniła się szczelnie od góry do dołu gośćmi i mieszkańcami Poznania, szczęśliwymi wielce, że mogą gościnnie podejmować przybyszów. Po serdecznej przemowie dra WicLcrkie-wicza, odezwał się w imieniu miejscowego obywatelstwa sędziwy p. Antoni Krzyżanowski, po-czćm jednogłośnie na przewodniczącego zjazdu wybrali prof. Szokalskicgo z Warszawy, na jego zastępstwo zaś siedmiu uczonych, pomiędzy któ
373
rymi znalazłeś takich mężów, jak prezesa akademii Majera, hr. Aug. Cieszkowskiego i Benedykta Dybowskiego.
Pierwszym odczytem na porządku dziennym była rzecz dra Szokalskiego: „O badaniu i obser-wacyi przyrodniczej u nas i w innych krajach.” Szanowny jubilat, podawszy zwięzłą charakterystykę metody badań i obscrwacyj narodów, stojących na czele cywilizacyi, wysnuł ztąd wniosek, żc jesteśmy najwięcej zbliżeni do Włochów, lecz oni, zdaniem prelegenta, przewyższają nas wytrwałością w pracy i głębokością poglądów. Możemy się wprawdzie pochlubić takimi olbrzymami wiedzy, jak Kopernik i Śniadecki, lecz bijącc od nich światło nic przeniknęło ogółu. Po-cicszającem jednak jest zdanie uczonego profesora, że wysokie stanowisko polskiej medycyny, wielka sława naszych chirurgów i oftalmologów, pozwala nam żywić nieplonną nadzieję, że dorównamy postronnym narodom.
Po tym odczycie znakomitego okulisty, wysłuchanym z natężoną uwagą, żywe zajęcie wzbudził wykład dra Krawczyńskiego, radcy zdrowia zc Lwowa, ]). t. „O wpływie odziedziczania na życie indywidualne i narodowe,” którego myślą przewodnią jest zdanie, żc bierzemy w spadku zarówno ogólne, jak nabyte właściwości przodków, a owo dziedziczenie działa w obydwóch kierunkach, zarówno w postępowym, jak konserwatywnym. Całość opracowana była starannie, Ijcłna trafnych i szlachetnych myśli
Dla ludzi, którym nieobojętny jest postęp krajowego przemysłu i dobrobytu, najwięcej może interesu miała prclckcya p. Leona Syroczyńskie-go, górniczego inżeniera galicyjskiego Wydziału krajowego, autora świeżo wydanej pubłikacyi p. n. „Objaśnienie mapy geologiczuo-przemyslo-wćj kopalń i źródeł nafty i wosku ziemnego w Galicy i w r. 1881.” Pod napisem: „Geologiczne badania głębszych warstw ziemi” skreślił p. S. dzieje pracy, dokonywanej zbiorowymi silami i kosztem funduszu krajowego, w kierunku badań geologicznych głębszych warstw ziemi w okolicach naftowych. Prelegent mówił przy-tem z uznaniem o inieyatywie marszałka krajowego, o wytrwałości Wydziału, oraz gorliwej a bezinteresownej pomocy uczonych geologów.
Zjazd ten upamiętnił się już także w literaturze. Ceniony lekarz tutejszy, dr Józef Koszutski „Ku uczczeniu członków IV zjazdu lekarzy i przyrodników polskich w Poznaniu” wydal w nowej drukarni kuryera poznańskiego, w nader ozdobnej szacie, dzieła p. n.: I „O stosunku dyfteryi do krupu i o jćj wyłącznie lokalnem leczeniu je-dnochloikiem rtęci,” II. „Etyologia i leczenie cholcryny niemowląt i dzieci.” Nie myślę oczywiście decydować o naukowej wartości tych prac i o nieomylności podanych w nich środków lekarskich, kcz mogę się powołać na świadectwa tutejszych lekarzy, których z nader pomyślnym skutkiem zastosowali się do przepisów autora, znanych sobie przed ogłoszeniem książki. Jeśli się p. Koszutskiemu powiedzieobezwładnić zupełnie tak wrogie nieprzyjaciólki młodego pokolenia, jak dy-fterya i choleryna niemowląt, zasługa jego będzie wielka, a wdzięczność rodziców niewymowna.
Wprost odmiennćj natury jest 'nna publikacya, wywołana tymże wypadkiem, a mianowicie „Pieśni chemiczne dla IV zjazdu lekarzy i przyrodników,” ułożone przez młodego autora, ukrytego pod pseudonimem dra A. Poła. Jest-to niewinny figiel, obliczony na rozweselenie poważnycli uczestników zjazdu, i jako taki, zasługuje na wzmiankę, choć nie może rościć sobie preteusyi do zalet poetycznych. Oto próbka rymów7 i języka:
Nr. 1. (Melodya: „Na dolinie zawierucha.")
Woda z cynkiem lub żelazem
I siarczany kwas, Połączono tworzą razem Wodorodu gaz.
Wodorodzie, wodorodzie, Gdzież cię znajdę, gdzie? Szukać będę naprzód w7 wodzie, Nic zaw7iodę się.
Tameś w domu, lecz za domem Trafię na twój tor, Bo się łączysz chętnie z bromem, Zwiaże cii i chlor. * *
Nr. 6. Krakowiaki chemiczne.
Świeci słonko, świóci, Wszystko się raduje.
Gdy się z tlenem łączy, Kruszec oksyduje.
Na błędnicę cierpi Niejedna panienka, Rdzy żelaza zażyć
Niechaj się uie lęka i t. d.
Ścisły również związek ze zbliżającym się obchodem trzeebsetnego zgonu księcia poetów Zy-gmuntowskiej epoki ma pracowite dzieło jednego z weteranów7 literatury wielkopolskiej, wyda ne św7ićżo nakładem księgarni A. Cybulskiego p. n. „Jana Kochanowskiego Pieśń świętojańska o Sobótce, wedle wydania Adama Piotrkowczy-ka z r. 1617, objaśniona i oceniona przez prof. dra Jana Rymarkicwieża.” Należymy do gorących zwolenników7 wielkich i długoletnich zasług czcigodnego pedagoga, któremu kilka pokoleń zawdzięcza edukacyą; nic taimy naszego podziwu dla szerokiej erudycyi i niezmordowanej pracy sędziwego profesora, nie odmawiamy uznania niejednej trafnej i bystrej uw7adze, lecz niepodobna nam zgodzić się — wyznajemy to szczerze— na niektóre zasadnicze wywody szanownego autora. Zaraz już pieiwsze zdanie przedmowy, że „każdego czytelnika uderzają na razie barba-ryzm i archaizm języka, anarchia między7 częściami, enigmatyczność całości utworu.” Otóż musimy zaprotestować stanowczo przeciw7 temu, jakoby takiego rodzaju było pierwsze wrażenie „każdego czytelnika,” a zarazem dodać, iż zbyteczną bywa niekiedy obrona' przeciw urojonjm zarzutom.
Książka ta, starannie i pięknie wydana, ma, powtarzamy, niepospolite zalety, lecz częstokroć grzeszy właśnie zbyt bujną imaginaeyą autora i zbyt usilną chęcią wyprowadzenia Sobótki ze źródła poezyi ludowrej Wprawd7Je przyznaje on, że kwestya tę wówczas tylko moglibyśmy roz strzygnąć, „gdybyśiny posiadali pieśnioksiąg sielski z czasów Kochanowskiego, albo zbiór tych pieśni, które przy Sobótce za czasów jego śpiewano...” lecz mimo to przytacza cały szereg pieśni ludowych, bardzo wedle niego zbliżonych duchem do Sobótki — lubo my nie znajdujemy między mcmi najmniejszego podobieństwa.
Z innych publicznych odczytów najciekawszym dla ogółu, a zarazem pełnym naukowćj treści, był wykład profesora Szokalskiego p. n. „O Jędrzeju Śniadeckim, mianowicie o wpływie teoryi jestestw7 organicznych na ogólny rozwój biologii społecznej.” Nic jest to, rzecz prosta, umiejętny traktat, lecz w ogólnych konturach rzucony szkic, w którym najwięcej uroku ma ustęp opowiadania o osobistym stosunku prelegenta do dzieła wielkiego uczonego. Popu lory zo wał on teorye Śniadeckiego pomiędzy uczonymi Niemiec i Francyi, a zwłaszcza zapoznał z niemi dokładnie (w roku 1836) Liebiga, czego wyraźny ślad pozostał w jego Chemii organicznej.
Pomijając różne inne szczegóły zjazdu, o których dawmo już rozniósł wiadomość telegraf, nie mogę nie zwrócm uwagi ua gościnne i świetne przyjęcie, jakiego nasi mili goście doznali wszędzie, zarówno w Poznaniu, jak na prowincyi, szczególniej zaś w dzielnym i patryotycznym Inowrocławiu, gdzie na nich czekało sto uwieńczonych pojazdów. Zjazd pozostawia po sobie wrażenie jaknajnrlsze, korzyści niewątpliwe; jedyną rażącą rzeczą był znów — mimo odezw przeciw zbytkowi—blask tualet na wtorkowym balu...
Najświeższą nowością wydawnictw poznańskich jest dopiero-co ogłoszona nowa serya: „Opowiadań i studyów historycznych Kaźmirza Jaro-chowskicgo,” wydana nakładem nowej księgarni F. A. Piotrowskiego. Winszujemy serdecznie powodzenia młodej firmie, rozpoczynającej edytorski zawód od tak zaszczytnie znanego imienia.
Czyż mam wyliczać zalety i zasługi tego wy trawne-go i płodnego pióra? Znają je dobrze czytelnicy Tygodnika. W obecnym grubym tomie, autor, jak sam mówi, „nie ograniczając się na tem, co znane powszechnie, zstąpił do głębin źródeł rękopiśmiennych, jakich Poznańskie posiada wiele, wydobył na wićrzch nową historyą barwniejszą, ciekawszą, zaludnioną, jeśli tak wolno powiedzieć, postaciami i wypadkami, pogrzebanemi już dzisiaj w7 niepamięci...” (str. 407).
Oto spis rzeczy:
1) Wyprawa i odsiecz wiedeńska. Szkic historyczny. 2) Wyprawa wiedeńska ze stanowiska interesu politycznego Polski. 3) Rada senatu wyszogrodzka i zabiegi polityczuo-dyplomatyczne po zajęciu Warszawy w7 miesiącu wrześniu 1784 r. 4) Wielkopolskie Leszno w roku 1707. (7stęp z dziejów w7ojennycli tegoż roku. 5) Polityka saska i austryacka po traktacie altransztadzkim. 6) Bitwa wscliowska, dnia 13 lutego 1706 r. 7) Stanisław Leszczyński po Poltawie. 8) Stosunek Brandebtirgii do kościoła katolickiego w ziemiach polskich, od roku 1640 do 1740. 9) Kamieniec i Poznań po Augustowćj restauracyi. 10) Potyczka kargowska i kapitan Więckowski.
Niepodobna nam skończyć ninicjszćj korespun-dencyi, nie poświęciwszy choćby kilka słów sztukom pięknym. Prozaiczny zwykle Poznań od dłuższego już czasu zdradza artystyczne aspira-cyc. Niemal równocześnie z polskićj i niemieckiej strony można było spostrzegać usilne starania o zbudowanie sztuce godnego jćj ołtarza. Niemcy zabrali się tak energicznie do utworzenia Kunstvercinu, że udało im sie nawet pociągnąć do siebie Augusta hr. Cieszkowskiego i mecenasów Jażdżewskiego i Głębockiego, nad czćm ubolewamy tćmbardziej, że panowie ci znani są z pa-tryotycznycb swych uczuć. Polacy, nie mając nadziei utworzenia osobnego związku, krzątają się około założenia filii krakowskiego Towarzystwa sztuk pięknych i urządzenia peryodycznych wystaw. Pierwszym owocem tych zabiegów jest obecne wystawienie Skargi i Wernyhory Matejki, wybornie w ostatnim numerze Kuryera poznańskiego ocenionych przez znanego zaszczytnie ilustratora p. Mottego, który fachowo i trafnie tłumaczy, dlaczego pierwszy z tych obrazów cieszył się w stolicy Fraucyi rzeezywistem powodzeniem, llold pruski zaś doznał nieżyczliwego przyjęcia.
Kilka wspomnień z przeszłości.
Spisał
•\X7-1 EL I SŁ A W.
(Dalszy ciąg.)
Z tego sprawozdania o tem, co mówiono w celach reformackich, przerobionych na pseudo-sa-lon, szanowni czytelnicy mogą nabrać wyobrażenia, czem sic Warszawa zabawiała pół wieku temu.
Rzeczy w treści swój się nie zmieniają, zmienia się tylko ich postać. Gwarzono wiec o tem, co ogół w tćj chwili obchodziło najwięcej; lubiono, jak i dziś, wysłuchiwać plotek brukowych i poza-kulisowych, ale powierzchowność rzeczy i osób otaczających była całkiem odmienną. Dzisiaj każdy, spodziewający się u siebie zebrania tćj dostojności osób, co owi wojewodowie, kasztelanowie, posłowie, niezawodnieby się wymeblował w aksamity, portyery, gardiny, pokojeby powy-klejal złoconą bibułą i otoczył się pozorami fałszywego zbytku, w którym się tyle lubujemy, z zapomnieniem wymagań istotnej wygody, która wcale nie na blichtrze, ale na praktyczności w udogodnieniach życia się opiera.
Czyż można bowiem używać prawdziwego komfortu w mieszkaniach ciasnych, nizkichł na wysokich piętrach pomieszczonych, zimą zaduchli-wjeb lub zimnych, latem nieprzewiewnych, gorących, które my, przyozdobiwszy rozmaitemi pstro-ciznami, pompatycznie apartamentami nazywamy;
374
lub pośród sprzętów filigranowej roboty, na których zasiąść ani oprzeć się bezpiecznie nie można, pośród mnóstwa gracików i sprzęcików, którycb porządkowanie pól dnia zabiera czasu? Nie, tego wszystkiego dawniej nie bywało, wiec i u sedzie-go-posla tak samo.
Cele sklepione, które zajmował, były przyjemnie cieple zimą, a chłodne jak piwnice latem. O tem że wicher, mróz, burza, upał na dworze, dowiadywałeś się dopiero wychodząc, bo i grzmotów przez grubość muru nie było słychać, a tem mniej miejskiego hałasu.
Stół gruszkowy politurowany, podparty dwoma zlocistemi lwami, otoczony kanapą, sześcioma krzesłami i dwunastu stołkami, wszystko to czarne, ponsową wełnianą kryte materyą, zdobne w złocone murzynków głowy, stanowiło całe umeblowanie salonu, oprócz dużego lustra nad konsolą mahoniową, z blatem marmurowym i wysokiego fotelu a la Yoltaire, ponsowym safianem obite go, w którym zwykle siadywał sam gospodarz, ustępując go tylko dostojnym wiekiem lub osłabionym osobom. Na stół ten, zasłany dywanem, stawiano wieczorem kandelabr o czterech woskowych świecach, czasami tacę z butelką wina i kieliszkami, talerz ciast lub owoców—ot i wszystko co tu widziałeś i czego spodziewać się mogłeś.
Samo ubranie sędziego warte jest opisu, bo lubo nic odznaczało się niczćm od wielu innych z tego czasu, ale równe mu dziś chyba ua rycinach zobaczyć.
Sędzia, gdy należał jeszcze do palestry, nosił się po polsku, w kontuszu przy karabeli. Po tym ubiorze chował uawet dotąd złotolite pasy i w jaszczur oprawne damascenki; lecz późńićj go zarzucił. Na sejmowe zebrania chodził przy szpadzie, w mundurze obywatelskim, to jest fraku granatowym, o kołnierzu z haftem srebrnym i srebrnemi guzikami, z herbem województwa; czasem znów we fraku jasno-granatowym o złoconych guzikach, chustce na szyi i kamizelce białej, z orderową wstążką przy dziurce od guzika.
Na codzień głównie uwagę zwracały kosztowne wysokie węgierskie jego buty, z kutasikami prze rabianemi zlotem. Buty takie, dobre prawdziwie, wyrabiał tylko szewc Zaleski naKapitulnćj ulicy (robił je i dla Napoleona, gdy ten bawił w Warszawie), bo wykonywał je trwale, a z materyalu, jak zamsz lub ircha, przyjemnego dla nogi. Nazwaliśmy je kosztownemi, bo sześć dukatów, które płacono za nie, na owe czasy uważano za zbytek wielki, zwłaszcza że z pozoru podobnych można było dostać w jatkach szewckich na Podwalu za dukata. Obcisłe strojem węgierskim spodnie, z haftem na fartuszku, i rodzaj kapoty granatowej poza kolana, krojem dzisiejszego paltota, wreszcie krawat zawsze biały, dopełniały ubrania, w którćm przedmiotem szczególnej ciekawości mojej był zawsze brelok od zegarka, wypuszczony z kieszonki na długićj ponsowćj morowćj wstążce, gdyż mieścił, oprócz pierścienia herbowego, tak zwanego sygnetu, różne złote drobiazgi, jak rybki, pieska, kotka, zielonkową żabę, raka i t. p., zawsze zaciekawiające dzieci.
Gdy tedy jegomość tak ubrany w zimie, od pierwszego zaś maja niezmiennie w nankiny i frak z sukna szaraczkowego, z dużym czarnym aksamitnym kołnierzem, zasiadł na swojem krześle, dobył zło tćj tabakiery i chustki żółtej fularowej, wielkości serwety, wówczas już tylko oczekiwał gości.
Najw< ześnićj przychodzili synowie jego Ignacy i Kwiryn, zięć Złotnicki Stefan i koligacyą familijną z nim połączeni trzej bracia Niemojewscy.
Wszyscy oni zbyt wydatne w owoczesnym świecie zajmowali stanowiska, abym nie miał ich pamięci słów kilku poświęcić, bez zamiaru jednak pisania biogralij.
Najstarszy z Niemojewskicb, Wincenty, uważany był za głowę opozycyi w sejmie. Trudno jednakby mi przyszło ściśle określić charakter tćj opozycyi. Nic była ona w niczćm podobna do stronnictw monarchicznych, rozdzielających izby francuskie, bo tego rodzaju stronnictw u uas nic było. Nic można było przyrównać jej do partyi whigów, bo głowa jej, pau Wincenty, marzył ra
czej o wskrzeszeniu zamarłej przeszłości, nie zaś o postępie, a dużo rozprawiając o liberalizmie, w gruncie rzeczy był głębokim arystokratą, nienawidzącym dcmokracyi, ze wszystkicmi śmiesz-nemi uprzedzeniami swojej kasty. Tacy też, z małcini wyjątkami, byli w tej partyi wrszyscy. Panu Wincentemu nadto zarzucano spory zapas chciwości i dumy, oraz życic mało przykładne. Obdarzony wymową łatwą, sarkastyczną, przytomnością umysłu, trafny w odpowiedziach, zdaje sie że w mowach swoich i dyskusyi naśladował w modzie bodącego podówczas w Europie całej deputowanego Paryża, Benjamina Constant, słynnego przyjaciela pani Stael, w nieporządkach życia podobnym będąc znowu do sławnego z nich angielskiego Jamesa Foksa, co stanowiło między Sobą niemałą anomalią.
Przywódzca tćj opozycyi yuand mi-me, chociażby ministrowie co najmędrszego zrobili, umarł w roku 1834 w Moskwie, w przejeździć jeszcze dalej.
Młodszy od niego, znacznie mniejszych zdolności, pan Bonawentura, lecz więcćj popularny i łubiany w obywatelstwie, sekundował ile mógł wiernie bratu w jego zabiegach parlamentarnych. Gospodarz znakomity, w dobrach swoich pod K aliszem wcześnie zaprowadził różne pożyteczne innowacye, których owoce dotąd widzimy. Posłując kilka razy, należał stałe do wzmiankowa-nćj opozycyi. Umarł roku 1834 w Paryżu, dostawszy pomieszania zmysłów. Ożeniony byl z Lubowidzką, córką generała polskiego, później rosyjskiego w czasach Targowicy, osobą pełną wdzięków, wykształcenia i serca.
Z drugą Lubowidzką, wychowaną w instytucie 8. Katarzyny w Petersburgu, ożenił się brat trzeci, Gabryel, domator, cichy, miłujący gospodarkę i spokojność nadewszystko. Prawie miał narzuconym sobie przez ambitnych braci ważny urząd prezesa komisyi województwa kaliskiego, z którego się z ogólnem uznaniem obywatelstwa i rządu wywiązać umiał. Była to godność odpowiadająca gubernatorstwu dzisiejszemu, z mniej-szemi tylko prerogatywami, jako niezgodnemi z formą ówczesnego rządu.
Pan Stefan Złotnicki, także poseł z Szadkowskiego, mało się czem na obradach odznaczał, jakkolwiek była to zdolność wychodząca ponad zwykły obywatelstwa poziom. Wychowany w Berlinie, skończywszy tam uniwersyteckie nauki, należał do tej złotej młodzieży za czasów pruskich, którćj obyczaje opisał nam dostatecznie Skarbek. Hulanki bez końca, marnotrawstwo, płatanie figlów Niemcom, dziwna obojętność na sprawy ważniejsze życia były jej hasłem. Wmieszanie się do nićj nadwerężyło znacznie p. Stefana majątek, a lubo ożenienie z panną posażuą, Honoratą Okołowiczówną, eórką posła którego salonik opisuję, poprawiło jego pozycyą, jakoś całe życie długi prześladowały p. Stefana i nie mógł nigdy z nich otrząsnąć się całkowicie.
Około roku 1820 ówczesny namiestnik, książę Zajączek, zauważywszy ogromne jeszcze puszcze leśne w okolicach Zgierza, nieprzynoszące dochodów skarbowi, za namową prezesa Hadoszew-skiego, powziął myśl sprowadzenia tu tkaczy z Czech, by przez danie gruntów i drzewa na budowle potrzebnego, zachęcić ich do osiedlenia.
Najdzielniejszą pomoc w zamiarach swoich zyskał w osobie prezesa Rajmunda llembiclińskie-go, jednego z najzdoln.ejszych administratorów tej epoki, człowieka pracowitego, pełnego nauki i energii. Myśl stworzenia przemysłu narodowego, którego nam nie dostawało, dania przytułku braciom Słowianom uciskanym gdzieindzićj, ożywiała te zabiegi i prace aż po rok 4831, od któ-rćj to daty poczęło sic wyróżnianie przybyszów od ogółu obywateli prerogatywami szczcgólnemi, a ztąd napływ Niemców i całkowite tych stron zniemczenie, zc szkodą żywiołu krajowego.
Przez to spaczenie myśli pierwotnćj, kolonie tkackie czeskie w znaczeniu upadły, upadł i Zgierz, miasto z charakterem polskim, wyprowadzające do r. 1832 sukna naszego do Chin za miliony rubli. Natomiast malutka Łódź wzrosła na miasto stutysięczne, a protegowanie jćj germanizmu
przez niektóre namiestnictwa zrobiło to, że dziś trudno się tam rozmówić po polsku.
Wielu z obywateli, posiadających rozlegle w tych stronach, a niedające dochodów lasy, widząc iż rządowi się powiodło to zakładanie osad fabrycznych, poczęło także sprowadzać fabrykantów - Niemców i oddawać im grunta na czynsz, z wymówieniem prawa propinacyi, polowania, oraz opłaty dziesiątego grosza od szacunku przy sprzedaży osady, czyli tak zwanego lau-demlum.
Operacye te były korzystne. Grunta, mało do wielkiej uprawy się nadające, lasem bez ceny zarosłe, odrazu przyniosły dochód jak na owe czasy znaczny, bez mozołu i trudu gospodarstwa, od dwóch do pięciu rubli z morgi.
Takim sposobem kolejno powstały miasta fabryczne: Zduńska Wola, Ozorków, Konstantynów, Aleksandrów, a ostatecznie Błędów w powiecie warszawskim.
Zduńska Wola należała właśnie do Stefana Złotnickiego i można ją zwać jego ulubionćm dzieckiem, bo nie było rzeczy w mocy jego będącej, którejby pomyślności tej osady nie poświęcił. Ożywiało go mocno przekonanie, iż nietylko przez to pomnoży zezasem swoje dochody, ale więcej dla kraju dobrego robi, aniżeli prowadząc spory jałowe w Izbie poselskiej. To też gdy inni panowie całe wsie dla dogodności przybyszów przenosili, chłopów z gospodarstw rugowali, Zlo tnicki wszystkich na miejscu utrzymał, tylko z pańszczyzny na czynsz przeprowadził. Z rodzajem dumy i zadowolenia, pamiętam, pokazywał mi zawieszony w swym salonie portret olejny gospodarza-wlościanina z kolonii Folków (’), mówiąc:
„Oto pierwszy chłop polski, dawny mój poddany, oswobodzony od pańszczyzny i przemieniony na wolnego właściciela ziemi.” I obaj, wpatrując się w jego rysy, zgodziliśmy się na to, iż mógł być dowodem, że nasz Kopernik z okolic Pabianic, jak niektórzy utrzymują, wychodził, tyle podobieństwa było między twarzą astronoma na pomiń ku, a podobizną tego poczciwca, ubranego w niebieską sumkanę, z włosami napół rozdzielonemi.
Może tćż dlatego, źe Złotnicki pozostawił ludność polską, tubylczą między przybyszami, Zduńska Wola należy do miast najmniej znicm-czalych z pomiędzy fabrycznych.
ZłotnicŁ i miał mało przyjaciół, bo rozmowy jego i uwagi były sarkastyczne aż do cynizmu. Patrzył z góry swego wykształcenia niemieckiego na wszystko i inaczćj od innych, ale patrzył dalej i głębiej. 1 Imarł, mając lat siedemdziesiąt blizko, w roku 1847.
Poseł Okolowicz, teść jego, także był założycielem miasta fabrycznego Konstantynowa. Przy nićm osadził w Srebrnej kolonią, złożoną z Ba-deńczyków-katolików, prześladowanych za reli-gią w swoim kraju. Kolonia ta jest jedną z najbardziej u nas kwitnących, a lud jej, poczciwy i zacny, zajmuje sic pielęgnowaniem chmielu i warzyw.
Po śmierci swej źouy, poseł Okołowicz, czując stargane już siły i zdrowie, podzielił swój majątek miedzy synów, a sam, jak rzekł, osiadł na dewocyi.
Najstarszy Ignacy dostał Konstantynów z dobrami w Łęczyckiem, był radzcą wojewódzkim, cenionym zc zdania swego na zjazdach, i dalej się zajmował dźwiganiem pomyślności miasta. Umarł bezpotomny r. 1849. Młodszy, Kwiryn, otrzymał piękne dobra Bcchcice w ziemi Szadkowskiej, także był radzcą województwa kaliskiego, a za służbę wojskową w jeździe kaliskićj otrzymał krzyż virtuti militari. Umarł w roku 1849, pozostawiając syna.
Otóż i cale kółko familijne, otaczające uielc-dwo codziennie posła sędziwego. Przybywał do niego i brat cioteczny Złotnickiego, Floryau Su-
fi) Portret ten powinienby się znajdować w Żabiej Woli pod Mszczonowem, n wnuki Złotnickiego, p. Walewskiej, dóbr tych właścicielki. Wartoby było w drzeworycie go odtworzyć.
375
checki, poseł z Wieluńskiego, człek rzadkiej poczciwości, w obywatelstwie kochany, jowialista, dykteryjki opowiadać lubiący, lecz mało w sobie posiadający tego, co przypisywać w wyobraźni członkom poważnego parlamentu zwykliśmy.
Oprócz tych przybywali i inni, z którymi zko-lei czytelnika zaznajomić będziemy musieli, wmiarę jak tego zajdzie potrzeba.
Najczęściej pierwszy z powagą wchodził kasztelan hrabia Męciński. Była to osobistość z oryginalności i dowcipny eh przycinków znana całej Warszawie.
Arystokrata do szpiku kości, nikogo za nic nie-mający, niegdyś dziedzic znacznej fortuny, którą roztrwonił marnotrawstwem swojem, dziś z pożyczek na wieczne nieoddanie i pomocy przyjaciół żyjący, był to istotnie „dziad hrabia,” jak go służba szyderczo przezywała. Słuchając jego bredni o starożytności familii hrabiów Męeiń-skich, wypowiadanych z emfazą i niewzruszoną powagą, trudno było wiedzieć, czy w nic sam wierzył, będąc na tym punkcie pomieszany, czy też żartował. Opowiadano mi, że za dobrych czasów miał w swoim pałacu obrazy. Jeden przedstawiał chwilę rozpoczynającego sic potopu. Do arki dopada czółnem jakiś człowiek i doręcza pa-tryarsze Noemu jakieś dyplomata z pieczęciami, mówiąc: „Nic zapominaj papierów wielkiej familii hrabiów Męcińskich.”
Sam znowu słyszałem, gdy się zgadało o zacności rodziny Rohanów, jak stary hrabia zlekceważeniem mówił:
— Cóż wielkiego Rohany? Żaden z nich nic może, jak mój przodek, powiedzieć: „cesarzem ani papieżem nic jestem, bo nic chciałem.”
— O tem najmniejszćj wzmianki nie czyni historya — zarzucił ktoś z przytomnych.
— Co tam historya — odrzekł z pogardą stary hrabia.—Gdybym miał miliony, znalazłbym gryzipiórka, colty faktu tego wpapierach naszych się doszukał i wydrukowałby go w swojej historyi, która sie inaczej nic pisze, jak na obstalu-nck tej lub owej partyi.
— Cóż tam hrabia robił dziś rano, że przychodzi tak późno? — pytał gospodarz, patrząc na zć-gar z kurantami, zawieszony w sypialni.
— To, co zawsze—odpowiadał Męciński z nieudaną flegmą. — Ucićralcm się za sprawiedliwością, której na świccic nic znajdzie. Ktoś u generała Krasińskiego przy śniadaniu poważył się na czcigodnego kasztelana M. rzucić kalumnią, jako dziadek jego był u mojego pradziadka kuchcikiem. To nieprawda, psiarczykicm tylko, na honor psiarczykicm, wyszukałem na to w dawnych regestrach dowodu.
Obecni w śmiech, ale drzwi się otworzyły i wszedł mecenas Świecki, autor „Opisu starożytnej Polski.” Był to wieczny antagonista hrabiego. Znal historya nasze, znal herbarze na palcach i kłamstw Mecińskicgo nie znosił; hrabia też przy nim milkł, ale pocichu nazywał go kau-zyperdą i dowodził, że w życiu ani jednej sprawy nie wygrał.
Nie lubił również przycinków Daniszewskiego i siadając po nim, zawsze starannie krzesło chustką strzepywał.
Spotyka go raz generał D., człowiek średniego majątku, rządny i oszczędny, a takich przedewszystkiem zbytkujący Męciński nienawidził.
— Generale—mówi do D. — pożycz mi tysiąc złotych. Jakem hrabia, oddam niezadługo.
— Nic mam—usprawiedliwia sic D., znający nieslowność żądającego—ale jeśli można trzema rublami służyć hrabiemu, to i owszem.
Męciński bierze ofiarowaną kwotę, ale że się to działo przed straganem, gdzie były właśnie na sprzedaż pierwsze tegoroczne brzoskwinie, pyta straganiarki po czemu sztuka.
— Po jiięe złotych—odpowiada pytana.
Hrabia w ten moment spożywa jednę, a trzy każę w papier zawinąć i pakiet ten wręcza zdumionemu generałowi, mówiąc:
— Oddasz to odemnic generałowej, bo to bardzo zacna kobieta, którą wielce szanuję, a wiem że ty jćj nic kupisz.
Takim był ten marnotrawca, że zaś święcie
Kronika tygodniowa.
Wystawa szkiców na korzyść rooziny Moniuszki.—Wystawa inwentarza. — Spodziewany zjazd miłych gości. —Wiedeńska bawarya i jej modno powodzenie.—Jak sobie rozumują cudzoziemcy, choć milionerzy. —Dobra w Płockiem.— Zbiory po ś. p. Procie. Lelewelu. — Muzeum pszczclniczc 1 jego piękne sprawy.—Stowar'yszcnie opieki nad chorymi samotnikami.—Ś. p. dr Tadeusz Wieniawski.
Wspominaliśmy o pięknej i zacnej myśli urządzenia wystawy szkiców na korzyść wdowy, pozostałej po naszym nieśmiertelnym Moniuszee. Wystawa ta od przeszłego wtorku już istnieje w salach redutowych, a jakkolwiek skromnie dotąd przemawia liczbą, jakością dzieł nadesłanych chlubnie świadczy o szlachetności naszych malarzy. Są to bowiem nic szkice, ale dzieła ponaj-większej części wykończone, a poniesione ochoczo i ciepłem sercem na dar dla tych, którzy zmarłemu mistrzowi tak byli drodzy...
Pomiędzy imionami artystów, którzy prace swoje rodzinie Moniuszki ofiarowali, znajdują sic dawno znane, uznane i cenione, a obok nich młode, pełne nadziei, walczące dopiero chlubnie o rozgłos i sławę. Obrazów dotąd zebrało się czterdzieści kilka, lecz będzie icli daleko więcej wkrótce, jak wnosić należy z dawniejszych zapowiedzi...
Pomiędzy malowidłami zwracają tu na siebie uwagę puste, poważne rozmiarami ramy. Kartka na nich znajdująca się zawiadamia publiczność, żc kto najwyższą ofiaruje za nie sumę, ten nabędzie prawa do własnego portretu wykonanego ręką... Horowitza. Pomysł dowcipny, ale szlachetny i piękny. Znakomity nasz portrecista wiedział dobrze, że taka z jego strony ofiara będzie najodpowiedniejszą, bo przynieść może pani Mouiuszkowćj sumkę pokaźną.
Na wystawie są dzieła nowe; niechaj o nich pisze spccyalny sprawozdawca. My ogłaszamy jej otwarcie wszystkim, dla których imię twórcy Śpiewników i Halki ma urok zasługi i wielkości. Niestety, tak dla jego pamięci małośmy dotąd uczynili, źe ta okazya jej uczczenia nie powinna znaleźć nas obojętnymi.
W dniu onegdajszym nastąpiło otwarcie innej wystawy, a mianowicie inwentarza gospodarczego i przedmiotów związek z nim mających. W chwili gdy to piszemy, zewsząd podążają wystawcy z okazami. Komitet wystawowy, po kil-komiesiccznych obradach, tak rzecz całą urządził, źe dla posiadaczy inwentarza ten doroczny popis staje się niezbędnym, ze względu na korzyści, jakie wzięcie udziału w nim zapewnia. Z każdym rokiem nowe doświadczenie nowe rodzi pomysły, z każdym więc rokiem liczba wystawców rośnie.
Warszawa za dni parę ożywi się... Wystawa inwentarza i jarmark wełniany sprowadzą miłych gości, którym życzymy powodzenia. Niechże się na wełnie strzydz nie dadzą! Kro z nich przeczeka cierpliwie pierwszy atak kupców obcych, temu lepiej smakować będą uciechy naszego miasteczka, w piękniejszych barwach widzieć będzie ognie sobótkowe w wigilią św. Jana, żywe obrazy, urządzane przez Towarzystwo wioślarskie, i wszystkie te cuda naszej Wisły, przyodzia nej > dświetnie. Smacznicjszem też amatorom wyda sic piwo wiedeńskie, którego „dystrybucya” powstała na miejscu, slynnćm tradycj ą bankructwa. Do tćj niemieckiej knajpy ladzie śpieszą calcmi tłumami... Za kufclcczck piwa plącą podwójną cenę, z tytułu źe to wyrób obcy, a to przecież dla naszćj fantazyi ma urok nieprzezwyciężony. O piwie jedni mówią że świetne, inni źe liche, jak to zwykle bywa, ale zanim się Warszawka nacieszy, tłok tam będzie nieznośny i ceny słone.
Ta „wiedeńska” bawarya w środku miasta na ciekawe doprowadza wnioski. Nim powstała, krajowi przedsiębiorcy na tem samem miejscu padali jeden po drugim. Cudzoziemiec zlej wróż-
wierzył w to, iź hrabia, nawet pożyczając, honor temu co pożycza czyni, to rzecz niezawodna.
(Dalszy ciąy nastąpi.)
by się nie uląkł. Ani mu przez głowę przeszło bawić się w nowym zakładzie w komfort i zbytek: wszystko tam pospolite, prócz cen. Zkądźe pewność, że interes się powiedzie? Rzecz prosta: najpierw jest on interesem obcym, powtóre ten, co go prowadzi, trzyma się zasady darcia łyk, póki się dają, wielkich rzeczy nie zapowiada i... za pożyczane pieniądze fortuny dorabiać się nie chce. Nie powiedzie się... to zwinie ma-natki i wróci zkąd przyszedł. Powiadają że jest milionerem i niepowodzenia lękać się nie potrzebuje.
Ciekawi są ci milionerzy zagraniczni! Pomimo milionów swoich biorą się do pracy. U nas inaczćj. Skoro się ma majątek, to najpierw na to, aby sic mogło próżnować, a potem, aby się go strzegło przed pretensyami przemysłu. Człowiek ma i tak dosyć kłopotu z wynajmowaniem letniego mieszkania, z wyrabianiem pasportów, z włóczęgą po obcych krajach kąpielach, domach gry.. My, choć mamy wielki pociąg do bawaryj i kawiarni (wszak ten proceder specyalnością nie jest}, i na tem polu tłoczyć się nie potrzebujemy, wiedząc źe od tego są Niemcy... Tłoczymy się zato na ich rachunek.
Bądźcobądź, rzeczą jest pewną, że Dreher na swojej warszawskiej knajpie zarobi grubo. Już my dopomożemy poczciwemu cudzoziemcowi, który musi mieć o nas bardzo pochlebną opinią, skoro tek liczy na nasze współczucie. Zawodzić go nic można... chuć kafelki miniaturowe, a ceny olbrzymie.
Słychać, źe jakieś duże dobra ziemskie w Płockiem przechodzą w ręce... Niemca. Nowonabyw-ca jest widocznie człowiekiem praktycznym, bo za warunek kupna postawił urządzenie stosunków służebnościowych przez dotychczasowego posiadacza. Czy wieść to prawdziwa—nie ręczymy, ale że gdyby nią była, byłaby zarazem smutną, to więcej niż pewne.
Niesłychanie zato trudno sprzedać w całości cenne zbiory, pozostałe po ś. p. Procie Lelewelu. Są tem pamiątki historyczne, któreby w kraju pozostać winny i w kolckcyi nierozproszouej. tle jeżeli się nie trafi jakiś nabywca obcy, to zbiór ten rozejdzie się niezawodnie po różnych rękach za bezcen. Nasi wielcy panowie, noszący świetne imiona, w pałacach swoich posiadają różne muzea, nagromadzone prziz przodków. Do brzeby było dopełniać je i bogacić.... chociaż czasami. Trzeba coś przecież ponieść w ofierze tćj tradycyi, z której się jest tak pysznym.
Za dni kilka, bo 15 b. nr., odbędzie się ogólne zgromadzenie Spółki muzeum pszczelniczego. Niechaj o tćm nie zapominają ci, którzy, jako akcyonaryusze, do spółki tćj przystąpili. Spółka jedwabnicza chroma dlatego, źe najbardziej interesowani w jej istnieniu i rozwoju najobojętnićj losy jćj traktowali. Towarzystwo osad rolnych tylko dzięki wysiłkom swojego zarządu kwitnie i celom swoim chlubnie zadosyć czyni; ogół członków liczy między sobą bardzo wielu takich, co skwapliwie rzuciwszy się do urzeczywistnienia myśli pięknej i pożytecznej, ochłodli dla niej zbyt szybko i o honorowych zobowiązaniach zapomnieli. Dzieje się podobnie i z innemi uaszemi instytucyami. Niechże przynajmniej muzeum pszczclniczc cieszy się tekiem poparciem, jakie mu słusznie zjednać powinna dobra wola i energia założyciela.
Zakład ten nie jest już dzisiaj nowicyateiu dla tych, co istnieniem jego kierują. Rozwinął on się, zmężniał, działa wciąż i ma nawet swoje zasługi. Tu się skutecznie informują pszczelarze nasi, tu czerpią wzory, tu naocznie podziwiać mogą świetne rezultaty umiejętnej, systematycznej pracy. Tu się zaopatrują w wyborne ule, w narzędzia odpowiednie, których muzeum warszawskie wyrabia i rozsyła po kraju wiele. Sprawa pszczelnictwa, za jego staraniem, idzie coraz bar-dzićj utartym i szerokim gościńcem, a jest nadzieja, że gdy tek pójdzie dalej, słodkie i sytne miody, białe i wonne woski będą u nas produktem tak pospolitym, jak za dawnych czasów.
Niemałą zasługą muzeum jest urządzenie wykładów pszczelnictwa i praktycznych odpowie-
PRZEBUDZENIE SIĘ GOPLANY.
Kopia obrazu Pileckiego.
(389)
378
dnieli zajęć. Oddajc się im z zapałem przy zakładzie paręset osób. Pomiędzy niemi sij, i kobiety, nawet zamożne panie, które, gdy tu wiedzę pszczelniczą pozyskają, stosować ją będą praktycznie u siebie, rozszerzać i krzewić u sąsiadek. W gronie uczniów, bardzo mieszanem, znajdują się synowie obywatelscy, drobna szlachta i włościanie, a nawet wlościanki. Uczą się praktycznie pszczelnictwa, a obok niego i ogrodnictwa. Muzeum posiada kilkanaście pasiek na przedmieściu Warszawy i w pobliżu miasta, więc ma praktykę rozległą, doświadczenie niemałe. Ci, co szczerze pragną z nich korzystać, mogą tu zdążać napewno. Nic się tu żartem nie robi, a wszystko tak bez rozgłosu, bez czczej reklamy, że szczegóły o działalności muzeum nicledwie przebojem zdobywać trzeba. Poświęci mu kto słówko życzliwe, zarząd wdzięczny jest za to, ale go nie żąda, ani sie go nic doprasza. Wierzy, że dobra sprawa zawsze cel osiąga, byle ją pchać ochoczą a pracowitą ręką.
Pisaliśmy już dawniej o tem, żc pewne kółko ludzi dobrej woli powzięło zamiar utworzenia w’ Warszawie towarzystwa, z celem niesienia pomocy i opieki po domach osobom chorym, a samotnym. Obecnie zawiadamiają nas p. p. Jasinow-ski i Goldszmit, premotorowie tej sprawy, że prace przygotowawcze, odnoszące się do niej, w zupełności są już ukończone, że zatem znajduje się ona w stadyum najodpowieduiejszćm do dysku-sy i nad szczegółami.
Stowarzyszenia podobne temu, o jakiem myślą wspomnieni wyżej panowie, nic są rzeczą rzadką w wielkich miastach za granicą. Już tam oddawna odkryto tę niezachwianą prawdę, źc jednostka samotna, zawsze niezbyt szczęśliwa, podczas choroby staje się ofiarą poprostu męczeństwa. Na lasce ludzi obcych, którzy, jeżeli się znajdą, tylko z narzuconego obowiązku spełniają funkeye opiekunów, biedacy ci doznają losu Łazarza, z tą tylko różnicą, że biblijnemu nieszczęśliwcowi psy z litości rany lizaniem goiły, gdy u ludzi obcych, obojętnych, płatnych, o litość niezmiernie trudno.
Jeżeli zamiar iuieyatorów w rzeczywistość sic zamieni i w mowie będąee stowarzyszenie żyć pocznie, polecamy jc szczególniej waszej uwadze, starzy kawalerowie i stare panny. O was tu bowiem idzie, biedni samotnicy!
Na zakończenie dzisiejszej kroniki wspomnimy tu o zgonie sędziwego lekarza, doktora Tadeusza Wieniawskiego, ojca znakomitych wirtuozów Henryka i Józefa, człowieka który po długim, pracowitym i pożytecznym żywocie umierał z tą pociechą, że łan przeznaczony sobie uprawił od końca do końca, a dzieciom, dobrze przygotowanym do pracy i zasługi, zacną, ojcowską, więc świętą tradycyą pozostawił.
Nieboszczyk urodzeniem należał do zeszłego wieku. Przeżył wiele, wraz z krajem, któremu w najgorętszych i najboleśniejszych chwilach pracę swą niósł w ofierze. Dwa razy poczynać musial swą karyerę, po dwakroć ubogi, zawsze wszystko sam sobie zawdzięczający.
Jako lekarz praktyczny, cały czas swój poświęcał ratunkowi bliźnich; na prace literackie i naukowe nie starczyło mu go. Sztuko swą zgłębił gruntownie, znał ją we wszystkich jej tajemnicach, ale nic więcej dla niej uie uczynił nad to, co zdziałał w obszernej i długoletniej praktyce. Zasługi jego odnoszą się do czynów i poświęceń, nic do umiejętnie stawianych teoryj. Między' innemi miasto jego rodzinne, Lublin, zawdzięcza mu w, znacznej części założenie miejscowego szpitala Św. Józefa.
Nad grobem nieboszczyka liczny tłum życzliwych jego pamięci zaświadczył chlubnie o sym-patyi, jaką życic i czyny starca wywalczyć sobie umiały'. Niechże wspomnienie zachowają długo w sercach tych, co cenie go potrafili!
Nt. M. Hz.
Przegląd polityki zagranicznśj.
11 czerwca.
Niemało wrzawy w prasie europejskiej narobił w zeszłym tygodniu umieszczony w piśmie Fort-nlghtly Hm: lew artykuł polityczny, podznaczony literą G., a przypisywany Gladstonowi. Treścią tego artykułu jest dowodzenie, iż Anglia powinna się wszelkiemi silami starać o przyjaźń Rosyi i Francyi, a przed Niemcami mieć się na baczności, bo ks. Bismarck jeżeli się okazuje uprzejmym względem Anglii, czyni to tylko dlatego, aby jej prawość postępowania wyzyskiwać. Interesa Francyi nad Nilem Anglia powinna uznać i wsłu-sznćj mierze zadowolić. Rosya zaś przestała być niebezpieczną dla Anglii od czasu jak przekonano się, iż Konstantynopol nie jest stacyą ubezpieczającą drogę do Indyj.
Artykuł ten ukazał się prawie równocześnie z zapowiedzią Pall Mail Gazette, iż konfereneya zbiorze się w d. 23 b. m. na podstawie umowy wstępnćj, która zawartą została z rządem francuskim, a ma być zatwierdzona przez inne mocarstwa traktatowe. Mocą tćj umowy okupacya angielska ma być ograniczoną do lat trzech, a nad finansami egipskicmi zaprowadzoną zostanie kontrola międzynarodowa. Inspirowany organ angielski upewnia zarazem, iż sułtan stanowczo przyjął propozycyą wysłania 15-sto tysiącznego korpusu do górnego Egiptu i Sudanu.
Usiłowano przez dni kilka zaprzeczać prawdziwości tych informacyj inspirowanego organu, lecz ostatecznie okazały się one dokladnemi. Układ treści powyższej został istotnie między Anglią a Francyą zawarty, tylko co do terminu zebrania się konferencyi zachodzi jeszcze wątpliwość.
Układ ten angielsko francuski jest wysoce w całej Anglii niepopularny i stanie się zapewne pobudką do żywych ataków opozycyi torysow-skiej przeciw rządowi Gladstona. 1 rzeczywiście, duma angielska słusznie tu czuje się upokorzoną. Przed dwoma laty zaledwie Anglia pozbyła się kondominium francuskiego w Egipcie i zaczęła sama gospodarzyć w tym kraju, o którego posiadanie zabezpieczające drogę do Indyj tyle jej idzie. Niestety, gospodarka ta była tego rodzaju, że dziś sama z własnej inieyatywy Anglia apelować musiała do Europy za pośrednictwem tej samćj Francyi, którą wyrugowała od wspólnego wpływu, i poddaje się kontroli międzynarodowej, gdy niedawno jeszcze nawet podział władzy z Francyą był dla niej uciążliwym. Niektórzy wnoszą ztąd nawet upadek gabinetu Gladstona. I byłby on niewątpliwy, gdyby nie to, żc torysi nie mają wpośród siebie dość energicznego męża, ażeby objął najeżoną trudnościami i w najwyższym stopniu kłopotliwą sytuacyą. To tylko jedno ocali zapewne obecny rząd angielski, jak go już ocaliło kilkakrotnie.
Doniesienia z Sudanu brzmią ciągle jednakowo, to jest niepomyślnie. Osman Digma opuszczony chwilowo przez plemiona arabskie, pozyskał je sobie napo wrót i w d. 10 b. m., zamierzał na ich czele wykonać atak zbiorowy ua Suakim. Zawiadomiony o tćm rząd angielski wysłał Sua-kimowi posiłki z Port Said i z Aleksandryi, niewiadomo jednak, czy siły te na czas przybyć zdołały. Według najświeższych wiadomości z Sua-kimu, powstańcy mieli zająć Berber i część wojsk egipskich wycięli, a część przeszła na ich stronę, pogłoska ta jednakże potrzebuje potwierdzenia.
Projekt rewizyi konstytucyi francuskiej przeszedł już stadyum komisyjne w Izbie deputowanych. Komisya większością 14 głosów przeciw 5 uchwaliła wnieść w Izbic przyjęcie projektu rządowego i wybrała sprawozdawcę deputowanego Dreyfusa. Izba jednak nie śpieszy się z przystąpieniem do rozpraw nad projektem rewizyi i postanowiła się zając tym wnioskiem rządowym dopiero po ukończeniu dyskusyi nad ustawą rekrutacyjną.
Sprawa ugody polityczno-kcściclnćj wPrusicch znajduje się obecnie w stadyum wyczekiwania. Według ostatnich informacyj dobrze świadomej
przebiegu układów Germanii, rząd pruski odrzucił trzech proponowanych przez Watykan kandydatów na arcybiskupstwo gnieźnieńskie i przedstawił ze swojej strony kandydata, którego kurya rzymska nic odrzuciła bezwarunkowo, wstrzymuje się jednak z zamianowaniem, żądając wprzód od rządu pruskiego oświadczenia, co dalćj czynić zamierza, aby pokój religijny przywrócić. Ponieważ reprezentant pruski w Rzymie p. Schlótzer odmówił złożenia tej dcklaracyi, twierdząc, iż sprawa kardynała Ledóchowskicgo winna być traktowaną osobno, Watykan przeto postanowił czekać, nie chcąc ani na krok ustąpić od zasady do ut des, to jest ustępstw wzajemnych i równoczesnych.
Pogłoskom, że projekt wskrzeszenia pruskiej Rady stanu został odłożony na czas dalszy, zaprzeczyła I os.s. Zt<j, donosząc iż w d. 3 b. m. cesarz Wilhelm podpisał już dekrety, powołujące nano-wo do życia tę instytucyą i mianując jćj prezesem następcę tronu, a wiceprezesem ks. Bismarcka. Ułożoną już ma być również lista przyszłych członków tćj rady i wysłano do nich zapytania, czy urząd ten przyjmują. Gdy tym sposobem Rada ukonstytujc się ostatecznie i będzie mogła rozpocząć działalność, ks. Bismarck ustąpi z posad zajmowanych w gabinecie pruskim i powołani będą nowi ministrowie. Tymczasem ks. Bismarck spędza czas na willcgiaturzc w Friedricbsruhe, nic zażywając tam jednak spokoju, jakiego miałby prawo sie spodziewać, wnosząc z nazwy tego ustronia. W drugie święto Zielonych świątek kilkuset robotników z sąsiedniej fabryki podków, podobno przeważnie Duńczyków, wyprawiło przed mieszkaniem ks. kanclerza hałaśliwą deinonstracyą, którą żandarmi i służba księcia zaledwie po użyciu broni i zranieniu kilku osób rozpędzić zdołali. W niespełna tydzień po tćm niemilćm zajściu, w dniu 7 b. m., ks. kanclerz pojechał do Berlina dla przyjęcia udziału w również niekoniecznie dla siebie przyjemnej uroczystości założenia kamienia węgielnego pod gmach parlamentu w Berlinie. Wiadomo, jak zasadniczym przeciwnikiem parlamentaryzmu jest ks. kanclerz niemiecki i zapewne, gdyby nic siła istniejącego stanu rzeczy, wołałby on usunąć kamień węgielny z pod systemu parlamentarnego, niż przyczynić się do założenia go pod budynek, mający być przybytkiem instytucyi, zktórą zostaje w ciągłej i otwartej walce. Nic wygłosił też przy tej sposobności mowy apotcozująeej parlamentaryzm, tylko odczytał pismo cesarskie, wyrażające nadzieję, iż działalność parlamentu, idącego ręka w rękę z rządami niemieckich państw związkowych, będzie i nadal pełną dobroczynnych dla ojczyzny skutków, uroczystość zaś sama odbyła się z zimną oficyaluą powagą, podczas deszczu.
W braku innych poważniejszych przedmiotów, dzienniki zajmują się dosyć żywo zatargiem serbsko bułgarskim. Serbia żąda od Bułgaryi zabezpieczenia swojego terytoryum od rabunków i grabieży, jakich się dopuszczają na samej granicy zbiegowie z ostatniego powstania. Bulgarya zaś domaga się od Serbii zniesienia posterunku utrzymywanego nad Tymokicm na terytoryum bułgar-skiem, które-to żądanie Serbia uważa za dziwne i nieuzasadnione, gdyż utrzymuje wspomniany posterunek na zasadzie traktatu berlińskiego. Zatarg ten tak się zaognił, iż przyszło z tego powodu do zerwania stosunków dyplomatycznych pomiędzy rządami króla Milana i ks. Aleksandra Battcnbcrga, i poseł serbski miał już wczoraj opuścić Sofią, dotychczas jednak zpowodu tćj burzy w szklance wody giełda nie obniżyła kursów, a mocarstwa europejskie nie zmobilizowały ani jednćj kompanii piechoty, ani jednego szwadronu kawaleryi. Być może zatem, iż na ten raz upiecze się jakoś Europie i pożar wojny powszechnej z tej drobnej iskierki naszej części świata nie ogarnie. A ciekawą byłaby niezawodnie wojna, prowadzoua przez dwie po'encyc rozmiarów Serbii i Bułgaryi.
379
LISTY JORDANA DO PARA JANA.
SERYA TRZECIA.
III.
Jeremiady somszaila Cynamonu.—Wieczór majowy i marzenia wiosenne.—Soltjs Koziołek z karmelkiem.—Bąk w nos, a Palata w kieszeń. — Jak się działo przed laty dwudziestu.—Pesymizm ś. p. rodzica wskutek spóźnionego obiadu — Jegomość w zielonym fraczku i czapce z gwiazdką.—J/o-<lus sporządzania dcklaracyj podatkowych.— Il'o ist iHe Ka-tzet alias, gdzie nadużycia? — Prawo z r. 1869 i wędrówki delegatów. — Miękkie serca wobec twardego przepisu.— Gromy z jasnego nieba. — Hazzia bez racyi. — Strachy na
Lachy.
Ze nieciekawy to teraz żywot przeciętnego szlachcica, o tćm ani ty, panie Janie, ani nikt z honeste urodzonych, lub podlej nawet na świat przyszłych, nie wątpi. Co więcej, ciernie tego żywota kłuć nawet zaczynają te jednostki, które dotąd za wybrańców, jako dzieci wybranego ludu... uchodziły.
Nie dalej jak na jednym z majowych, dziesięć dni trwających jarmarków, zbliżył się do mnie, po szczęśliwym kupnie lekko nadchwaconćj kobyły, mój dawny odbiorca skórek baranich i krowich, a dziś posiadacz trzech folwarków, wyznania mojżeszowego (nb. wyznanie nie odnosi się do folwarków), i zakładając sobie ręce za szarawary, niby za... lity pas slucki, rzecze do mnie tonem mocno żałosnym:
— Bieda, wielmożny... (tu się zaciął i szybko poprawił) bićda, panie somszedzie... Mi szlachtę, to chyba tero z torbamy ze wsziów wyńdzicmy.
— A zkądźeź, panie Cynamonie, taki horoskop?
— Jaki chory skop?... u mnie i skopy i ma-czory zdrowe, Bogu dźękować...
— Ale nie zrozumieliśmy się, panie Cynamonie, co innego chciałcm powiedzićć.
— No, to tak sze czasem wypsnie co innego, jak sze miszli—przerwał mi. — U mnie tam tera nie jęwentarze w głowie, ale inne bićde.
— Na przykład?
— Te chalate.
— Jakie chałaty? przecież kostium pański europejski...
— Ha, ha!—zaśmiał się pan Cynamon—i mnie się teraz wypsło co inszego... chciałam powiedzieć te palate.
— Jakie palate?
— Nu, te kontrolne palate. Pan somszad wi, co to z Jerozolimskiej aleje jedna pochodzi.
— A cóż mnie one obchodzą?
— Jakto co obchodzą? abo to wielmożny pan... chciałem powiedzićć pan somszad, nic jeszcze nie odebrał?
— Nic.
— No to już nic nie powiem, niech jeno wiclm... pan somszad poczeka... dostanie także takie powinszowanie, jak mi wszystkie szlachtę dostajemy.
W tćj chwili przeprowadzano drugą, lepiej już nadchwaconą kobyłę. Pan Cynamon, pożegnawszy mnie protckcyonalnie, poleciał ją potargować, trzymał się bowiem w swem gospodarstwie Bismarkowskićj zasady: „billly, aber sc/decht.”
Nie wielcm sobie robił ze zmartwienia pana Cynamona, domyślałem się bowiem, że z tytułu dawnych swoich antrepryz i okowiciauych sza-cherek, mógł się znalćźć w kolizyi z prześwietną władzą, kontrolować mającą wszystko, wszędzie i wszystkich.
Spokojny więc o losy mego somszada, powróciłem z dziesięciodniowego jarmarku, z dziesięcioma rublami w kieszeni i z czwórką fornalskich szkapiąt, zapłaconych z kośćmi, grzywami i ogonami.
Oddawszy je na łaskę fornala Jędrusia, spe-cyalisty od wybijania oczu i okulawiania koni, zasiadłem przed domem na werendzie.
Wieczór był iście majowy... jeden z tych, którym wieszczowie z dymników, patrząc na zielone... dachy kamienic, palą wiosenne sonety.
Po dniu skwarnym a dusznym, słoneczko zachodziło czerwono, a rosa niebieska osiadała na
każdym kwiatku i trawce, tworząc perełki jak łza czyste, migocące jak dyamenty, blaskiem ostatnich promieni słonecznych.
.Słowik w olszynie zawodził trele, którychby mu niejedna warszawska debiutantka pozazdrościła; żabki w błotnistym stawie rozpoczęły także swoje symfonią, zrozumialszą dla mnie od Wagnerowskiej trylogii. Chwilami wtórowały im wabiące się kuropatwy, klekot bociana w starej topoli i brzęk owadów, mówiących sobie dobranoc.
Odetchnąłem pełną piersią.
Marzyłem o blogićm powołaniu rolnika... Gołym bo jest, co prawda, jak nasi pierwsi rodzice, ale tćż tak samo jak im w istnym raju przemieszkiwać mu dano. Czyż mimo klęsk i przeciwności, z jakiemi się rok cały boryka, jest stan, któryby dawał tyle spokoju i względnćj niezawisłości?
Pragniesz gwaru... masz go wśród tego chóru, jakim stworzenie każde chwali Stwórcę wszech rzeczy. Pragniesz ciszy... masz ją, uroczystą, wspaniałą, wśród cichego szumu mocno przerzedzonej dąbrowy; obcowanie z naturą czyni cię obojętniejszym na dolegliwości życia, a wrażliwszym natomiast na to piękno i na te czary, w które się stroi wiecznie młoda przyroda. Błogosławiłem też w duszy chlćb mój czarny, ale zdrowy, błogosławiłem ten spokój wiejskiego ustronia, będący dla zbolałej duszy balsamem; gdy nagle... bąk zjadliwy, czy żarłoczny chrabąszcz, uciął mnie w sam koniec nosa i sprowadził z zenitu marzeń, do nadym rzeczywistości.
Ocknąłem się z marzenia i równocześnie ujrzałem przed sobą schyloną ku ziemi postać jm. pana Szymona Koziołka, reprezentanta władzy, którego błyszczące insygnia sołtysie bujały się nad ziemią, jak wahadło starego zćgara.
— \ co to pan Szymon rozkaże? — spytałem gościa.
— Puocbwalony!—odrzekł, ściskając mnie za kolana.
— Na wieki wieków — odparłem nawzajem, glaszcząc łysinę mojćj władzy. — Jakże się Szymonie mićwacie?
— Byłoby niczego, w. panie, żeby nie ta wiekuista mordęga z narodem.
W tćm miejscu uprzedzić cię muszę, panie Janie, źe sołtys nasz, jako człowiek wyższej inteli-gencyi (czego już sama choćby łysina dowodzi), zwykł się czasami wyrażać stylem tak barwnym, że i ja, obyty z jego krasomówstwem, niezawsze zrozuinićć go mogę.
— Z jakim narodem?—spytałem niby naiwnie.
— Juści w. panie, nie ze dworem, bo tam się człek z perjekcyją wyrozumie i koniec zbije; ale skorno się ima ciemnego narodu, wedle służby urządowćj, albo niejakiej termedyi sądowej, to bez żaden żywy sposób, kieby wćj do drewna było mówienie, ono zawdy ma racyją.
— Kto? drewno?—spytałem z uśmiechem.
— Nie drewno, ino chłop ciemny, w. panie... co wćj na wszyćko jest głuchy, jak pień drewna.
— A cóż się stało?
— A no, na ten przykład... wedle podatku, cośma nie płacili za serwietut, a tera inoma przy-kazowane...
— A bościc odeumie grunta dostali.
— Ale za serwietut...
— To prawda, ale jesteście właścicielami nowych gruntów.
— Ale zawdy za serwietut.
— Więc cóż z tego?
— A to to, w. panie, że chłopy urągają.
— Czemu urągają?
— A to temu, źe kiedyśwa nie płacili za serwietut, tośma i tera za te grunta nie powinni płacić, skoro to nic żadna darowizna, ino wymiana za serwietut.
Nic wiedziałem, co szanownemu Koziołkowi odpowiedzieć, logika bowiem chłopska, oparta na dcdukcyi, była pozornie w porządku.
— I cóżeście wy na to mówili chłopom?
— Wielmożny panie, na to urągowisko i pomstowanie zaklinilem sobie gębę językiem i niccm nie mówił.
— To nie sztuka, trzeba im było przeperswa-dować.
— Na co? toby było po próżnicy tylko i tyła... Na perswazyje oniby mieli termedyje, zresztą, choćby człowiek językowi pofolgował, to nijakiego obrachunku nic zbije, skorno się chłopy uprą przy swojej chłopskiej racyi.
— Więc odmawiają płacenia podatku?
— A juści, i uradzili że nie pofolgują, choćby im to sam diabeł przykazowal.
— No a cóż w powiecie na to mówią?
— Ten kuryjer, co przynosi zawdy powiastki, mówił że im wszyćko zarówno kto płaci, byle podatek byl gzekwowany... i oto mi tu dali pisanie.
Spojrzałem na doręczony mi papier urzędowy, zaadresowany wprost do mnie.
Była to szematyczuie wylitografowana odezwa naczelnika powiatu, donosząca mi, że kontrolna palata wykryła różnicę między danemi Izby skarbowej, a cyframi dostarczonemi jej przez Towarzystwo kredytowe ziemskie, dotyczącemi posiadanego przez „miłościwego pana” (to jest przezemnie) majątku. Bóżnica deklaracyi do podatku gruntowego, składanej w r. 1805, a taksy do Towarzystwa kredytowego robionej w r. 1880, tak pod względem przestrzeni dóbr, jako też i ich wartości szacunkowej, wykazuje, źe „miłościwy pan” płacił zamiast 680 rubli podatku gruntowego, tylko 410 rubli (czyli, grzeczniej mówiąc, okra dał skarb o rs. 270 rocznie).
W skutek czego w wykonaniu rozporządzenia kontrolnej palaty z m. kwietnia r. b. n. 11,742 (tylu więc już szczęśliwców podobne rozporządzenia przedemną otrzymało),naczelnik prosi uprzejmie o bezzwłoczne wyjaśnienie tej różnicy, wrazie bowiem przeciwnym z „miłościwego pana” będzie ściągnięty niedobór za lat 5 w podwójnej wysokości, czyli okrągła sumka rs. 2,700.
(Jbstupui!
Odczytałem raz jeszcze to „powinszowanie,” jak je nazwał mój somszad Cynamon, i oczom moim wierzyć prawie nic chciałcm. Robiąc działy przed dwoma laty, miałem w ręku świadectwo władzy skarbowej, że wszystkie podatki i należności po ów dzień są co do grosza uiszczone j źe się od „miłościwego pana” nic więcej nie należy, a tu naraz, jak grom z pogodnego nieba, spada ua mnie ciężar tak wielki!
— Któż wam ten papićr doręczył? — spytałem sołtysa, po ochłonięciu z pierwszego wrażenia.
— A no, ten kuryer od powiastek.
— I powiedział wam, że to dotyczy podatku za serwitut?
— Nie mówił nic, ale ja tak na mój rozum kombinuję, i tak też kalikułują chłopy.
— No to źle kalikulują! — odrzeklcm zniecierpliwiony — to zupełnie jest co innego.
— Przez urazy w. pana, a co to pisanie wykazuje?
— Mówię ci, źe was nie dotyczy, tylko dworu, na cóż więc wam to wiedzićć?
— E, to ino tak bez ciekawość w. pana pytom... bo to musi być mocno ciekawy papićr.
— Zkądże to wnosisz?
— Widziałem, w. panie, kilku okolicznych panów, co takie papiery w miasteczku poodbićrali. Co który przeczytał, to splunął ze złości, jakby muchę zgryzł, a zaklął, ten od pioruna, tamten od diabłów, a byli i tacy, co od cholery klęli.
— A dużo takich papierów rozesłano?
— A to kuryer od powiastek wyniósł tego cały worek, jak nie przymierzając wór plew, albo sieczki...
Uśmiechnąłem się mimowolnie na to porównanie sołtysa i pożegnawszy go, ruszyłem do mćj kancelaryjki, miętosząc w ręku teu nowy karmelek, który mi błogie wiejskie marzenia tak słodko przycukrzył.
Dhigom się napocił, nimem odnaleźć zdołał da wne deklaracyc podatkowe i operat taksowy; na stu szlachciców nie wiem czy jest dziesięciu, któ-rzyby archiwa tego rodzaju w należytym utrzymywali porządku. I dziwić sie temu nic można, bo człek zawiele ma kłopotów z teraźniejszością, aby na archeologią czasu mu stało. Porównałem
380
więc przedewszystkićm inkryminowane cyfry ze świeżym regestrem pomiarowym, sporządzonym do działów, i przekonałem się, że przestrzeń najzupełniej jest zgodną. Szanowny tylko referent, widocznie nieprotegujący wody, nie wziął w rachunek kilkudziesięciu morgów wód i sadzawek, które całą różnicę stanowiły.
Nie dziwiłem się zresztą tćj omyłce, bo ani w Starym, ani w Nowym testamencie nigdzie nie było powiedzianem, żeby wszystkie pałaty nieo-mylnemi być miały.
Uspokoiwszy się na tym punkcie, stanowić mogącym jedyny poważniejszy zarzut, wziąłem ua uwagę punkt drugi, dotyczący klasyfikacyi gruntów, czyli właściwego icb ocenienia.
W niemej kontemplacyi cyfr zupełnie odmiennych, przeniosłem się myślą... het... w czasy odległe, przywodząc sobie na pamięć i pierwszą czynność do podatku gruntowego służącą, i drugą, tak niedawną jeszcze, delegacyą Towarzystwa kredytowego.
Pierwsza odbyła się przed laty dwudziestu.
Jak dziś pamiętam, ś. p. rodzic mój powrócił był od żniwa, w szarym dreliszkowym kitlu, z którego przez cale lato nie wychodził.
Ocierając pot z czoła czerwoną fularową chustką, zasiadł sobie pod tąż samą werendką, na której mnie dziś bąk w nos uciął, a odezwa pałaty w serce i kieszeń ukłuła.
Siadłem obok rodzica, narzekającego, starym obyczajem, na czasy ciężkie, na ceny liche, na skwar podczas żniw, tamujący oddech w piersi, i na niemożność podołania wszystkim ciężarom, walącym się na rolnika ze wszech stron.
Do narzekań tych byłem jużdobrzcprzywykły, zwłaszcza gdy ojczysko rozprawiał, będąc glo dnym. Wtedy to, zly jak diabeł, klął na czem świat stoi i na wszystko w czarnych patrzył się kolorach. Niedługo jednak przeciągał się taki pesymizm. Zaledwie usta po czarnej kawie ocierał i z fajeczką w zębach na ganeczku zasiadał, humor znajdował sio odrazu, facecyjki sypały się jak z rękawa, czasy stawały sic; lepszenn, ciężary mniej dotkliwymi, słońce nic takim żarem paliło, ludzie lepiej robili i świat cały raźniej się a weselej przedstawiał.
W owym dniu pamiętnym, kuchta nasz, zata-baczony i urżnięty, dłużćj się grzebał niż zwykle, czćm mego ojca do ostatnich granic pesymizmu doprowadził. Właśnie w chwili czarnych takich na przyszłość poglądów, zaturkotał wózek przed domem i wrysiadł z niego jegomość w czapce z gwiazdką, zielonym lampasem obwiedzionej, w ciemnozielonym fraczku ze złoconcmi guziczkami i z pliką papierów pod pachą.
Ojciec mój nie miał nigdy słabości do czapek zielonym lampasem obwiedzionych i do ciemnozielonych fraków zc złoconcmi guzikami, a już do wszelakich papierów urzędowych czul wstręt tak nieprzeparty, że dość mu było spojrzeć na nie, aby na resztę dnia humor popsuć sobie całkowicie. Ledwie więc zoczył idącego ku nam urzędnika, zerwał sic na równe nogi krzyknąwszy:
— A kogóż to diabli .. obciąłem mów ić... bogowie niosą?
— Skrobecki, rachmistrz powiatu, do usług pana dobrodzieja.
— Rachmistrz powiatu? a... no... pioszę asin-dzieja... proszę—odparł, sapiąc zc złości. — Cóż mi asindziej przynosi? pewno nic dobrego... bo jak tylko papiery pod pachą, to już źle!
— Mała delegacyjka — szepnął słodko rachmistrz—w' kwestyi podatku gruntowego.
— A co, nie mówiłem... nowy jakiś diabeł...
— To jest... nowy... i nienowy... jakby to po-wiedzićć... stara ofiara, zamieniona na nowy po-datcczek.
— lim... to już pewno nie z korzyścią dla nas!—westchnął staruszek.
— To się dopiero pokaże z deklarai yj i opisów, jakie pan dobrodziej poda.
— Ja?... ja mam się jeszcze sam podawać do podatku? a to już czysta ironia!... Małoż to płacimy, mój asindziejn? Taże człowiekowi na jalo-wicze buty ledwie starczy...
Giovanni Prati. —Wskrzeszenie Pompei. — Wjstawa hygie niczn.-i w Londynie.—Produkcya literacka w Niemczech.
Jest się niesprawiedliwym dla Wioch, gdj się jc oskarża o brak poetycznego nastroju, gdy się wj raża zdziwienie, żc nagłe zmartwychwstanie tego naiodu nic wywołało utworów poetycznych, znajdujących się na wysokości historycznego wypadku. Przeciwnie, jest dzisiaj wc Włoszech cały szereg poetów, zasługujących ażeby ich sła wa i wziętośe przekroczyły granice ojczyste. Spoutaleni z tą pogadanką czytelnicy przypomnieć sobie mogą, żeśmy im kilkakrotnie o nowoczesnych włoskich poetach mówili. Obecnie zapisujemy tu zgon jednego z najprzedniejszych, jednego z przywódców poetycznych, Giovanm’cgo Prati. Byl on istotnie śpiewakiem odrodzenia włoskiego i działalność jego poetyczna obejmuje dwie epoki, epokę cierpień i walki naprzód, a potem epokę radosnego tryumfu. Urodzony w 1815 roku na trcntyjskich kresach, w sercu Italia irredenta, zespolił swój los z losem dynastyi sabaudzkiej, w której ujrzał rękojmię oswobodzenia ojczyzny. Pieśni jego wiodły w 1848 roku do walki żołnierzy małego wówczas Piemontu, który zezasem miał w swe energiczne ramiona cale Włochy pochwycić. W dziesięć lat po bitwie pod Nowarą urzeczywistniły się jego nadzieje, i widzimy go z kolei posłem we włoskim parlamencie, dyplomatą ncgocyującym z obcemi mo-carstwj, senatorem, otoczonym zaszczytami i zasługującym na nie.
Poetyczna jego karyera przebiegła także dwa stadya odmienne: naprzód muza jego jest czysto literacka, a natchnienie wyłącznie liryczne. Jego poemat Ermenegarda rozczulił i rozbawił młode pokolenie 1840 roku. Było pewne powinowactwo duchowe pomiędzy nim, a Manzonim. Chociaż już wówczas Prati rościł sobie pretensj e do braterstwa z uajpierwszymi poetyczuj mi geniuszami, nie sądzimy, ażeby potomność przyznała mu to zaszczytne miejsce, gdyby talent jego nic był się przerodził, nie byl zmężnia! w drugiem stadyum twórczości. Wtedy to napisał Pieśni dla ludu, Pieśni polityczne i cały szereg utworów, które go naprzód zaprowadziły do austryackicgo więzienia, a które nieco później wystawiły go na prześladowania żywiołu rewolucyjnego w Wene-
— Trudno, panie dobrodzieju, jest rozkaz zgóry, żeby właściciele sami podawali dcklaracyc, a jak który sam tego zrobić nie zcchce, lub nie potrafi, to ma się robić z urzędu.
— Choćbym chciał, mój dobrodzieju, nie potrafię, jak mi Bóg miły!
— W takim razie ja będę ją musial ułożyć.
— A to sobie asindziej układaj... rób co umiesz... weżcic wszystko... aby mi choć ten kitel zostawcie!
— Ee... tak źle nie będzie — pocieszał rachmistrz—niech-no się pan udobrucha... powoli, powoli, zrobimy wszystko, jak Bóg przykazał!
Ale uspakajające te słowa urzędnika byłyby grochem na ścianę, wobec wzmagającego się głodu ojca, gdyny nie dziewka, która w tej chwili dała znać o wazie na stole.
Magiczuy ten wyraz skuteczniej oddziałał na rozpogodzenie chmurnego oblicza, niż całe potoki słów, przez słodkiego rachmistrza wypowiadanych.
— Nareszcie! — odetchnął spokojniej mój rodzic.—Każ-żc asindziej tj mczasem wyprządz konie i pójdź z nami co przejeść, a potem głowę mi już z karku zdejmuj... byle uie o głodzie!
Gość nasz tćj inwitacyi nic dał sobie dwa razy powtórzyć. Byl to (jak się pokazało) nawskróś poczciwy towarzysz, jadł za pięciu, pił za dziesięciu, facecye sypał jak z rękawa, czćm sobie podczas obiadu mego ojca do reszty skaptował.
Ułatwiło też to niezmiernie całą następną czynność.
(Dokończenie nastąpi.)
Ze świata obcego.
cyi i Florencyi. Jego Dyałog pomiędzy posą giem Fili berta Emanuela a żołnierzem na warcie datuje z tej epoki. Jest-fo bez wątpienia jeden-z najpiękniejszych utworów poezyi naszego stulecia, pełen patryotycznego zapału i tego cpiczne-go powiewu, który serce aż do ostatnich posad przejmuje i porywa.
Umie on wznieść się skrzydłem w zaświaty, nie popadając w mglisty germanizm, a zachowując natomiast wszędzie prccyzyą i jasność łaciń skiego ducha. Marzył zawsze o napisaniu wielkiego poematu Bóg i ludzkość, ale posiadamy z niego kilka tylko epizodów, które pozwalają żałować, że plan całkowity urzeczywistniony nic został. Ale nawet wstanie takim dzieło jego może rościć sobie prawo do wywarcia wpływu na piśmiennictwo włoskie i w ogólnym obrazie poetycznej twórczości naszego stulecia Giovanni Prati stale zajmic miejsce.
Raz zawadziwszy o ziemię wioską, niełatwo ją opuścić: stara Circc, czarodziejka, nic chce nas ze swoich ramion uwolnić. Należy nam choć pobieżną wzmianką dotknąć scen, jakich Pompeja była widownią. Bez zaprzeczenia było to widowisko, jakie gdzieindziej znaleźć niełatwo. Często widywaliśmy wskrzeszone wieki średnie w ich obrzędach i musieliśmy uznać w nich ten węzeł nieprzerwany, co prowadzi od przyczyn do skutków. Inaczej rzecz się ma z pogańską starożytnością: pomiędzy nią a nami jest przepaść, której zajiclnić niepodobna; to świat całkiem różny od naszego. Erudyt spostrzega tu urzeczywistnienie scen, które martwe spoczywały dotąd w księgach i które wyobraźnią tylko wywoływał z po-pielisk dawno przebrzmiałych wieków; dla wielkiej zaś publiczności jest to wygodnem wtajemniczeniem się w zewnętrzną eywilizacyą starożytności.
Szczęśliwa to tedy była myśl komitetu, który chciał przyjść w pomoc ofiarom trzęsienia ziemi w Casamiccioli i który w tym celu i rządził w Pompei zabawy i widowiska, osnute na wskrzeszeniu starożytności. Przez parę dni zpośród ruin i grobowców, zpod głębokiego caluna lawy i popiołów, zmartwychwstawalo życic rzymskiego grodu: dla sąsiedniego Wezuwiusza istne urągowisko! Gdyby po upływie osiemnastu wieków Pliniusz starszy powstał z grobu, byłby się mógł sądzić przeniesionym pośród spólczesnych sobie Pompcjańczyków i szukałby okiem swych druhów i przyjaciół. Odgrzebanie Pompei nic jest, jak wiadomo, doprowadzone do takimi rozmiarów, jak w sąsiednićm llerculauum, ale i tu stoi miasto ze swemi murami, kolumnami, freskami, mozaikami: dachów tylko brakuje. Jaskrawe ucapolitańskic słońce oświecało te drobne domostwa, o szczupłych pokoikach, nieodpowiednich bynajmnićj naszym dzisiejszym wymogom hygie-nicznym. Gdy się widzi to mieszkania starożytne, zrozumieć dopiero można publiczne ich życic. Zostawiając kobiete-nicwolnicę wgłębi gj neceów, obywatele dążyli i dążyć musieli na przestroue forum, do łaźni, do świątyń, do teatrów: w domu takim wyżyć było niepodobna. A na zewnątrz wszystko wabiło i rozrywało ich oko. Można było zrobić sobie o tein wyobrażenie, nietylko rzuc.ijąc okiem na uroczy krajobraz okolicy, ale i na sceny, które się roztoczyły przed licznie zgromadzonymi widzami. Pierwszą z nich była procesya Cezara. Rozciągnięty na lektyce, dźwiganej przez szesnastu niewolników, zniechęcony, dumny, gnuśny, poprzedzony i otoczony tłumem pretorów, dcccmwdrów, edilów, dccurionów, atletów, muzykantów z cymbałami i cytara-mi, przeciągnął on do cyrku, gdzie się odbyły igrzyska. Jeżeli przedstawienie w arenie cyrkowej nabierało znaczenia nictylc przez swój programat, ile przez otoczenie archeologiczne, to cickawszem nierównie widowiskiem były ceremonie małżeństwa rzymskiego i pogrzebu, które uzmysłowiły te sceny z życia domowego z wiernością szczegółów, niepodobną do spotkania gdzieindziej. Pogrzeb wywarł wrażenie ogromne. Gdy tibicini rozwiedli swą smutną melopeę, gdy płaczki jęczały piskliwie, gdy błazny wrzeszczeli, gdy w długiej procesyi ukazały się popiersia
381
przodków, a za nimi, na noszach, z osłoniętą twarzą, sam zmarły pośród klientów i niewolników, li gdy orszak ten przystąpił do obrzędu całopalenia, złudzenie miało dojść do najwyższego stopnia. Słusznie powiedziano, że były tj sceny, których nauka i sztuka zjednoczone nie zdołałyby powołać do życia, gdyby dobroczynność, ta cnota cbrześciańska, nie była ich ożywiła swym
natchnionym duchem. Zmartwychwstanie chwi- tam w calem nieprzebranem bogactwie: trzeba Niema kraju, któryby prowadził dokładniejszą lowe pogańskiej Pompei jest świadectwem tryum- ich tylko umieć szukać w tym ogromie.	statystykę swej literackiej produkcyi, aniżeli
fu chrzcścianizmu.	Niemcy. Są oni dumni
Zjednoczenie wszystkich ży wiolów, które mogły się przyczynie do wyświetlenia jednego
ściśle ograniczonego punktu, oto co zalecało zabawy pompcjańskie. Brakiem tej jedności grzeszy właśnie wystawa hygieny, otwarta od miesiąca w Londynie, w South Kcnsington, w gmachach, geleryach i ogrodach, gdzie w roku zeszłym znajdowała się wystawa rybołówstwa. Wiadomćm jest, jak wielce Anglicy zajmują się kwestyami zdrowotności i jak przez ćwiczenia gimnastyczne, przez ścisłe przestrzeganie hygieny ulepszyli swoje zdrowie. Nigdzie kw estyc dotyczące temperatury, żywności i t. d. nie są przedmiotem żywszego interesu i wszechstronniejszych badań. Jeżeli gdzie tedy, to w Anglii wystawa hygieny mogła być nauczającą. Urządzono ją też i jest ona jedną z najciekawszych. Jedyny zarzut, jaki jej nie bez słuszności czynionym bywa, jest że objęła zanadto wiole przedmiotów, że się rozstrzeliła w zbyt licznych kierunkach, żc traktuje de omnirescibili. Wszystko wprawdzie, co istnieje na świecie, ma związek z życiem, a ży eie jest wypływem zdrowia, zdrowie zaś zależy od przestrzegania praw hygieny; ale posunąwszy to spostrzeżenie do ostateczności, dochodzi się poprostu do chaosu. Skarga, że na wystawie zbyt wiele nagromadzono przedmiotów do oglądania, zdawać się może dziwaczną, niemniej przeto jest prawdą, żc tylko specyalne wysta-
wy, ograniczające się do jednej gałęzi, mogą mićć w przyszłości po-
wodzeuie. Jesteśmy już przesyceni bazarami o mnóstwie próbek, okazów i towarów, w których gubi się. widz bez przyjemności, a najczęściej i bez pożytku.
Gdy tedy spotykamy na liygicnicznćj wystawili w Londynie fabrykę szycia rękawiczek, zpowodu żc dobrze jest okrywać ręce przed słońcem lub mrozem skórką rękawiczkowa; gdy Colman wyrabia swoje musztardę, ażeby dowieść jak dobrej używa gorczycy — możemy to jeszcze zrozumieć łatwiej, aniżeli zbiór figur woskowych,
albo odtworzenie ulicy Londynu takiej, jaką była przed wielkim pożarem w 1666 roku. Pokazuje to wprawdzie, że obecnie kanalizacya, bruk, wentylacya, przyrządy opałowe, sprzęty domowe etc. są całkiem inne i posunięte do wielkiej doskonałości; ale widzimy w tem tylko interesujące hors d‘oeuvre. Nie przeszkadza to zresztą, że i przed mioty ściśle do hygieny należące znajdują się
ArsenaŁ
iZob. artykuł „Dwie doby w Gdańsku,” w numerach popizeduicli.)
Praktyczni Anglicy chcą zresztą wyciągnąć z tej wystawy wszystkie możliwe korzyści. Odczyty i wykłady' publiczne, kongresy naukowe, zebrania techników i inżćnierów, budowniczych, lekarzy, kucharzy i t. d. będą następować jedne po drugich bez przerwy. Dotąd kuchni i gra główną rolę czynną. Najrozmaitsze systemata przychodzą kołatać do uwagi publieznćj, zalecając każdy sw'oję wyłączną metodę. Najwięcej rozgłosu mają propagatorowic wyłącznej rybnej
strawy i tak nazwana szkoła wegetaryanów. Ci ostatni karmią się wy łącznie nabiałem i jarzynami i dowodzą przez statystykę, że bez mięsa, bez wina i gorących trunków posiadają atletyczną silę i dochodzą do lat matnzalowych. Ponieważ sekta ta podszyła się pod barwę religij ną, zatem udało się jej wyrobić sobie w Anglii silne stanowisko.
nietylko ze swej jakości, ale i ze swój ilości zadrukowanego papieru. Produkeya ta wzra-
sta ciągle. Mamy przed sobą cyfry za rok ubiegły. Wyszło w 1883 r. na widok publiczny w Niemczech 14,802dzieł, o kilkaset więcćj aniżeli w roku poprzednim. W tym samym przeciągu czasu w Wielkiej Brytanii wydrukowano tylko 6,145, w Stanach Zjednoczonych Ameryki pólnocnćj 3,481 dzieł. Klasytikacya utworów piśmiennych w każdym z tych krajów pokazuje bez wyjątku tę same wyższość Niemiec w każdym oddzielę, szczególniej w teologii i pedagogii, oraz w studyach filologicznych.
Gdy od tych zimnych i pozbawionych życia cyfr chccmy! przejść do psychologicznej statystyki, jako wyborny podręcznik służyć nam może Kiirscbncra Littcra-tur-holender, który liczy już obecnie szósty rok istnienia. Jest-to prawdziwa kopalnia wiadomości, dająca w slownikowćj formie nazwiska, daty, treściwe życiorysy, listę dzieli a-dresy literatów, publicystów 1 ludzi pióra niemieckich. Autorów liczy się obecnie 19,350, z których 18,142 jest wy łącznie pisarzami i nic ma innego sposobu utrzymania się, jak pióro. Kobiet autorek jest wszystkiego 350. Pochodów materyal nych nie musi zawód pisarski w Niemczech dawać wielkich, wnosząc z tego ciekawego szczegółu, że te 19,000 rodzin autorskich posiadają wszystkiego 1616 służących.
Wogóle lionnrary a au -torskic w Niemczech nie rozwinęły się w tym sa-
mym stosunku, co we Francyi, Anglii i Ameryce i nietrudno sobie wyobrazić, że znajdując się w tak przykrych stosunkach materyalnyeh, udają się często literaci do funduszów gadzinowych. To wyjaśnia także, że rasa Adlerów ma tam licznych przedstawicieli.
Pomiędzy pisarzami niemieckimi, a ich nakładcami istnieje jeszcze ta nieprzyjażń, którćj gdzieindziej niema już śladu. Od czasu gdy Tomasz Campbell wypił zdrowie Napoleona I, „ponieważ on kazał księgarza rozstrzelać”—zmieniły sięjuż
382
stosunki na Zachodzie. Najlepszym dowodem tego jest, że utworzona przed kilku laty Company oj' Author‘s, stawiająca sobie jako zadanie wyemancypowanie się z żelaznego jarzma nakładców, nie mogła zwabić do siebie żadnego z głośniejszych pisarzy. Piawdziwym też probierzem zamożności kraju i społeczeństwa są wzrastające bonorarya autorskie. Widocznie zatem Niemcy są wgruncie bardzo ubogie.
Toporczyk.
Przegląd piśmienniczy.
Poazyo Mieczysława Romanowskiego. Lwów, u Giibrjno-wicza i bclimidta, 1883, 4 tomy.
„Leńcie, mc pieśni, niech wam towarzyszy Szczęśliwa gwiazda pod gościnne strzeciiy, Zwiastuje burzę śród gniotącej ciszy.
Smutnych pozdrówcie dźwiękami pociechy;
Leńcie, witajcie ludzi pukolci,
Jak ptactwo wiosny okrzykiem nadziei.
Może już innych pierś ma nie wyśpiewa, Może wy natchnień ostatnim wyrazem!...
Dni piorunowych serce się spodzićwa...
Leńcie pieśni moje!
Jeśli polegnę, niechaj mi w nagrodę Za was nic kładą pamięci kamienia.
Ziemią niech piersi przysypią mi młode,
Mój kurhan mech mi trawa ozielenia, A gdy majowy deszcz ten kurhan zrosi Niech nad nim ptak się, jak mój duch, unosi.”
W tych ciepłych, serdecznych strofach wypowiedział Mieczyław Romanowski wszystkie myśli swoje i pragnienia, wypowiedział cel życia, lecz zarazem przeczuł jego koniec. Pisząc te słowa, był wieszczem smutnej swojej doli. I stało się, jak sam sobie wyprorokował.
Było to pewnego zimowego wieczoru. Romanowski poszedł do swoich znajomych, gdzie bawił się wesoło w ślepą babkę. Mogłoby się to komu wydawać nieprawdopodobnćm, a jednak tak było. Jako poeta, smutnym był zawsze—jako człowiek, miły, serdeczny, wesoły jak dziecko. Bawił sic tedy, gdy wszedł ktoś z jego znajomych i szepnął mu parę słów. Pobladł, a potem silny okrył go rumieniec. Wkrótce wyszedł i nigdy już me wrócił.
A nad ciałem jego usypano mogiłkę, na której trawa się zieleni i ptak często nad nią śpiewa.
Kamienia na grobie mu nic położono, ale zato w sercach tych, co go jako poetę znają, ma wdzięczny, trwały pomnik.
Romanoyvski nie był geniuszem, ale miał talent wielki, gorące serce, które przelewał w swe utwory, więc tćż i za serce niemi chwyta i krew żywiej porusza, lub łzy nam wyciska.
Żył iv dobie ciężkiej, więc wszystko co napisał smutnćm jest bardzo, a tylko w dalekiej gdzieś perspektywie jaśnieje zorza nadziei. Czuł, żc był zwiastunem burzy, modlił się o spełnienie najgorętszych pragnień, ale smutku usunąć nie mógł. Więc często słyszymy pieśń na nutę: „O lu-tai moja, jak smutno mi!”
Powiada, iż smutek jego jest tak wielki, że gdyby był yv niebie, Bógby rozkazał wygnać „smutnego ducha z niebios, gdzie brzmi chwała,” a wtedy utkwi samotny nad rodzinną ziemią.
,jTam będę uczył płaczu chmurki białe, Śpiewaków—pieśni, tęsknych szumów—boru, Aż się roztęsknią pokolenia całe
1 będzie rzadki śmiech, naksztalt upioru...”
Pełen wielkich pragnień, czuje olbrzymią tęsknotę i rwie się w dal od świata i ludzi, aby ukoić ból życia.
„Boże, pokornćm kłonię ci się czołem, Ty wiesz, czy takiem żj ciem ja żyć mogę.
Wbij mi cierń w serce, gromów otocz kołem, Przez żar do słońca Bwego wskaż mi drogę... Pójdę, lecz zdejmij to przekleństwo doli, Zagłusz ten w piersi jęk: źe życie boli!”
Powiedzieliśmy już, ze w życiu był Romanowski wesoły, pośród bliższych znajomych byl duszą towarzystw. Zkądżc ten smutek jego pieśni? Bo miał cel wielki, ukochany, do którego nie pierwszy dążył, a dojść nie mógł, bo pomiędzy ślimaczem życiem ciała, a polotem ducha były węzły, które targał, choć icli zerwać nie mógł, bo, mówi:
„osamotnione, Namiętne serce rozdziera się we mnie;
Bo wiecznie pełne—pełne a spragnione Jćj, ach jedynej!—a wiecznie daremnie!
Bo bez nićj nićma nic z mojej młodości, I pierś mi pęka, a pęknąć nie może...
Bo tak po ziemi iść bez wzajemności...
Straszno mi, Boże!”
Te slow'a tłumaczą nam najlepićj źródło smutku, którym przepełnione są poezye Romanowskiego. Jest on bodaj czy nie najsmutniejszym z naszycli poetów, bo ani jednej jasnej nic znalazł chwili, bo jako epigon, nie dotknął się sam ani przeszłości, którą kochał, ani przyszłości, której pragnął.
A jednak jakże dalekim jest smutek Romanowskiego od zwątpienia i pesymizmu! Nigdzie ich nie dopatrzy się. najskrupulatniejszy nawet poszukiwacz. Zpoza najsmutniejszych pieśni, zpoza ciemnych strasznych obrazów, przebija bodaj na dalekim horyzoncie różowa, świetlana smuga. Na dzieje ma przez całe życie, wierzył w ziszczenie pragnień i z wiarą tą ducha oddał. Swe wyznanie wiary wypowiedział jasno w , Modlitwie7' (napisanej 15 listopada 1857 r.):
„Podaj, och! podaj czarę mi ową, Którą ci, Panie, w noc ogrójcową Anioł podawał w światłości!
Tam byl jad bólu—i mnie ból pali, Żółć— i mnie ludzie żółć podawali, Ale ja pragnę miłości.....
Bo z nią jak piorun niebios Twych błysnę, Z nią jako promyk w noc dusz się wcisnę, Z nią, jako gołąb ów biały,
Lecąc, na śpiących w skrzydła uderzę, Obudzę — potćm na jasne leże
Rój duchów zawiodę cały.”
Kilka tych wyjątków z liryki Romanowskiego wystarczy do zrozumienia jego idei przewodniej, wytłumaczy nam dostatecznie źródło głównej nuty je8’o pieśni — smutku.
Rzecz godna zastanowienia, źe już w pierwszych chwilach twórczości poetyckiej Romanowskiego owa tęsknota i ból, bez świadomości prawie, odzywa się bodaj echem w drobnych utworach. Nie był-to z pewnością oddźwięk owego „ lid Itschmerzu* któremu tak często hołdowali młodzi poeci, lecz zaród tego, co później silnie się rozwinęło we wszystkich d/idach naszego poety. Zaledwo kilka opasowych obrazków uchronił od tej żałosnej nuty, a co najdziwniejsze, że są to utwory najsłabsze. Gdzie tylko duch poetycki wzbił się wyżej, tam smutek musiał zabarwić strofy, nadając im tę cechę, która stanowi bodaj czy nie połowę uroku poezyj Romanowskiego.
Najwcześniejszy wiersz, który w zbiorowem wydaniu znajdujemy „Ato mojej lutni7' (napisany 31 grudnia 1853 r.) zaczyna się od słów:
O lutni moja, jak smutne mi!
Co sięgnę ręką do twoich strun, Oue się zleją w grobowy ton Pieśń smutno brzmi!
Pierś moja młoda za szczęściem drży, Z mojćj źrenicy wystrzela żar;
Szukając wkoło ułudy mar, Znachodzi łzy.”
Po takim początku, czyż można się spodziewać wesołych pieśni? Nie znajdujemy ich też wcale. Nawet kiedy poeta młody składa daninę Erosowi, tęskna nuta przewija się przez jego strofy, wzmaga się ciągle, aż wreszcie roztapia w łzach.
Przytoczyliśmy ustęp z pierwszego utworu lirycznego i nietrudno z niego poznać, źe pióro poety jeszcze słabe, trochę może marzycielsko rozbujane, żc sam zamalo obeznany z życiem, a i formy nie owładnął dotąd. W chronologicznym porządku zestawiwszy poezye Romanowskiego, przekonamy się z łatwością, źe kształcił się szybko, wyrabiał formę i treść, potężniał.
W początkach znać roztkliwienie, potćm dopićro ból i łzy nabierają takiej siły, że jćj się oprzeć niepodobna. Mogą być niektóre utwory Romanowskiego słabe, ale to pewna, iż jest w nich zawsze struna sympatyczna, która dlatego, źe mu z serca płynęła, do serc tćż trafia.
Nad liryką naszego poety nie będziemy sic długo zastanawiali, kilka powyżej przytoczonych ustępów dało nam ją poniekąd już poznać. Wszędzie smutek ją zabarwia, nadzieja opromienia, czasem żal skargę wyciśnie; ale ponad tem wszystkićm widnieje cel wielki, ukochany. Swćj młodości pylą, czemu tak smutna, mówi że „całą piersią wciągał świata tchnienie, wznosił serce, wzniecał płomienie”—aż wkońcu „w piersi ból został, a trucizna w czarze.” A jednak nic poddaje sic zwątpieniu, lecz woła:
„Młodości moja! wyrwij ty się ptakiem
Z tych krain bólu, nim wiosna przeminie
Leć gdzie płomienie palą się wieczyste, Gdzie jedna chwila cudowna natchnienia Rozwidnia niebios oceany mgliste.
Tam niech się dusza wznosi, rozpromienia;
Tam ty gorącem steruj serca biciem, Albo sic przepal i skonaj wraz z życiem!”
Nie powiedział sobie Romanowski z poetą niemieckim, „poważnćm jest życie, lecz sztuka wesołą,” bo widział zawiele bólów i łez, więc i śpiewał żałośnie.
„Marzyłem—cierpię—kocham—ach! szaleję!
Lecz myśli moje wi< dzic szlak słoneczny
Tam, gdzie harmonii duch przebywa wieczny
1 przyszłe ludom tka z promieni dzieje.
Ja wiem pod jakim ja zrodzony znakiem:
1 Juch mój nic kwiatem wonnym, ale ptakiem.”
Więc wzbija swój lot wysoko, aż tam gdzie świecą najwznioślejsze ideały, aż tani gdzie wiara nic rozbija się o zimną rzeczywistość, aż tam, gdzie myśl może snuć przędzę różowych nadziei.
Tę cechę wszystkich utworów Romanowskiego podnosimy najwyżej, ona im daje moc trwałą, ona je wyróżnia korzystnie z pośród nawału liryki naszej wogóle, pomimo, że często wartość ich artystyczna bywa małą.
Nie zaniedbując liryki, zaczął Romanowski jednoczę nie próbować sil w dziale poezyi opisowej. 1 na tem polu znać szybki postęp. Pierwsze prace nie domagały na brak wprawy pisarskiej i technicznego wyrobienia się; zamało w nich jeszcze oryginalności tak co do pomysłów, jak kompozyciy; formą też nic wzbił się nigdy ponad swych poprzedników, ani też mógł mistrzom spro stać. Powiemy nawet, że pierwsze prace epickie Romanowskiego są trochę chłodne, zbjt niewolniczo zapatrzone wc wzory, li tórych poeta miał przed sobą bardzo wiele. Zapewne nieśmiałość skłaniała go do naśladownictwa, lecz to go krępowało, nie pozwalało rozwinąć fantazyi, ani też wlać ciepła serdecznego, którego tyle spotykamy w imijch dziełach.
Zaznaczając ciągłe kształcenie się Romanowskiego, niusimy zwrócić uwagę na źródło, z którego najoblicićj czerpał. Była nićm poczyą rodzima. W żadnym z utworów tego poety nic możemy się dopatrzeć wpływu obcych autorów, a jednak wpływ ten ogarniał nawet najgenialniej
383
szych naszych mistrzów w ich pierwszych występach. Romanowski byl od nich szczęśliwszym, bo zastał już literaturę nowożytną bogatą, mógł więc z niej uczyć się i czerpać wiele. Ukochał ją tćż bardzo i wpływ jej na niego jest widoczny.
Początek prawie każdego epickiego utworu naszego poety przypomina nam coś już dawniej znanego. Poszukawszy dobrze, oduajdziemy pierwowzór, na który się poeta zapatrywał, odszukamy z łatwością wiele cech podobnych, począwszy od treści, a skończywszy na formie wićrsza.
1 tak pierwsza zaraz powieść „ Chorąży'1' opisami i mauicrą przypomina zhiwę z Nabrzeża Seweryna Gaszyńskiego; tylko że Romanowski nic zabrnął, jak jego poprzednik, w fantastyczne obrazy. To znowu chwilami słyszymy jakby echo Maryi Malczewskiego. Kompozycya bardzo prosta, akcya naturalna, niewyszukana, lecz trochę brak jćj prawdziwego ożywienia. Zdzisław Maryą pokochał, ona jest mu wzajemną, tylko ojciec jej nie bardzo chetućm patrzy okiem na uczucie córki. On radby jćj za męża dać kogoś bogatszego i wyższego urzędem. Ale Zdzisław zasługuje się starościc, bo go ocala wraz z córką od niechybnej niewoli tatarskiej — więc koniec końców młoda para staje na ślubnym kobiercu.
W opisach znajdujemy dość świeżości, chociaż wiersz jeszcze nie wyrobiony. Miara dziesięcio-zgloskowa wywołuje monotonią rytmu. Parzyste, rzadko przeplatane rymy tę monotonią jeszcze zwiększają. Tylko ustęp piąty, pisany wićrszem ośmio, pięcio i cztero-zgłoskowym, zabarwiony silnie liryzmem, dźwięczy jak mila piosenka:
„Co tam fala z trawką szepce, A po trawce wietrzyk depce, I całuje w skroń zieloną Córę ziemi rozpieszczoną;
Potem zdraduie
Rosę kradnie Z lica pięknych róż. A przy różach, sama róża, Marya oczka do snu zmrużą, 1 oparła czółko w dłonie, Wietrzyk pieści senne skronie; Główkę schyla....
Chwila.... chwila....
Dziewczę marzy już!”
Mnićj jeszcze oryginalnego piękna ma Chart watażki, opowieść starego towarzysza z kresów. Tu poeta zapożyczył się mocno u W. Pola, którego gawędy cieszyły się wtedy niezmierną popularnością. I ziemia, i życie i czasy te same, któ re z gawęd Pola tak mile się do nas uśmiechały. Nic dziwnego, źe Mohort tak silnie utkwił w myśli Romanowskiego, iż pod jego wpływem napi-
sal Charta watażki. A jednak, chociaż styl gawędy Pola usilnie naśladowany, niebrak Romanow skiemu pewnej lekkości i owego ciepła serdecznego, które późniejsze jego utwory tak sympaty-czncmi czyni.
Jeszcze jeden poemat w tym samym roku został napisany (1854). Jest nim Śpiewak z oazy, kolorytem przypominający trochę Mnicha i Araba Słowackiego. Kompozycya jeszcze znamionuje brak wprawy, pewności, ścisłej harmonii. Zato w szczegółach, w opisach rozlewa autor wiele spokoju, umie już malować urocze obrazy, za które-mi goni ok> czytelnika, lgnie do nich jego dusza. Wiersz gładki, opowiadanie potoczyste, ożywione, są dowodem szybkiego rozwoju talentu poety. One to sprawiają, że przy pierwszćm czytaniu nie widzimy dokładnie nierówności kompozyeyi.
E. Zoryan.
(Dokończenie iia&tapi*)
Spr©stov?-SLn.Łe-
W nrze 75, w utworze poetyckim Adama M—skiego „Z życia i tęsknoty,” na str. 365, w szpalcie środkowej, w wićrszu 2 ustępu III go zamiast: Lan ua powieki—winno być: Lza ua powieki.
Na pumnik dla sarbiewskiego. Węgrowski rs. 1; Z. W. kop. 70; Al. Bocęuet rs. 3; K. Winnicki rs. 1; 1. K. kop. 50; T. rs. 1; G. Lewi rs. 1; J. Franaszek rs. 2; M. O. rs. 2, Dr Kobyliński rs. 1; T. A. rs. 1; ILPerzyński rs. 1; K. kop. 50; Dr. Kosmowski rs. 1; E. Hordliczka rs. 3; S. W. rs. 5. Razem z poprzedniemi rs. 226 kop. 70.
Na fundusz wieczysty imienia ś. p. ignacego boczylińskiego. Aleksander B. rs. 5; z Sielca: E. Rzewuska rs. 10; N. N. rs. 2; E. Bobowska rs. 3. Razem ze złoźonemi poprzednio rs. 1,464 k. 50.
Na dokończenie kościoła na grzybowie. B. Gajewski rs. 1.
Na pomnik Mickiewicza złożyli w redakcyi Z. Gonicwska rs. 1; E. Przewłocka rs. 1; J. Koż-mian rs. 3. Razem ze złoźonemi poprzednio rs. 18,406 kop. 27.
Na STAŁY’ fundusz dla studentów. Z. Go-niewska rs. 1; z Ożarowskiego rs. 2; J. Koźmian rs. 2.
Na szkolę polska w jassach. E. Grz. rs. 3.
WSPÓŁCZUCIE.
przez
Jarosława Vrclilickiego.( *)
Przełożył z czeskiego Bronisław Grabowski.
Gdy jeszcze Sziwa święty żył na ziemi, Na wszystko patrzył bacznie: jak z czarnemi Chmurami słońce walczy zachodzące, Gdy ciągną jako słonie, co po łące W zapasy idą, i gdy wieńcem mroku Obrąbią lasy—ze wzruszeniem w oku Na kwiat poglądał Sziwa, a w potoku Kąpiąc się, mówił: Ta woda jest święta! Chwytały duszę mu czarowne pęta, Gdy patrzył na step, jako równy morzu Falami chyli się, gdy po przestworzu Marcuje wicher jak koń rozhukany, Co depce kwiaty i ryżowe lany.
Ale najwięcej miłował... stworzenia, Jak każdy, komu duszę rozpłomienia
Wiara z miłością. W pustelni samotnej Jeść z ręki starca przychodził ptak lotny; W lesie znal Sziwa wszystkie tajne tropy, Które znaczyły błędne antylopy, Idąc pić wodę, gdy lwy w puszczy spały. Niegdyś przed chatą wsparł się o spróchniały Pień bambusowy i duch po Edenie Błądził. Wtćm nagły skrzydeł szum marzenie Przerywa Sziwie—podniósł szybko oczy
I widzi, jako w mroku sęp się toczy, Cochwila rosnąc, strzałą piorunową Nad przelęknionej gołębicy głową, A nim dłoń podniósł starzec rozmarzony, Już sep pochwycił zdobycz w ostre szpony I już nieszczęsnej śnieżne pierze dziobie. —„Puść gołębicę! Stój! Dam inną tobie Zdobycz, gdy zechcesz; słowo me nie myli; Możesz się po nią zgłosić każdej chwili. Nad słabym litość miej, puść twór ten marny! Lepszym ci łupem będą w górach sarny, Niźli to ptaszę, druh dla pustelnika.” Na takie słowa sęp w pomrocc znika, Puściwszy ptaka. Sziwa podniósł z ziemi Gołębia, włożył go w zanadrze, swemi Piersiami grzejąc, ptak ożył po chwili 1 odtąd razem w jednćj grocie żyli— Sziwa, przy wiernćj sobie gołębicy. Dni biegły, nadszedł czas, gdy pustelnicy Powinni byli Gangcsowej wodzie Świętej hołd złożyć. Więc z zakonem w zgodzie Sziwa szedł w podróż. Już wmrok las zapada, Gdzie się kolyszą w gałęziach małp stada, Gdzie antylopy śpią w ciemnej gęstwinie, A pstra papuga wrzeszczy na drzewinie,
(1) Zc zbiorku p. t. , Stare zvcsti.r
Gdzie lotos modry jak dziewicze oko W świętego zdroju patrzy toń głęboką. I Sziwa szybko przez step pusty kroczy, Wokół ni drzewka nie dostrzegą oczy, Tylko na krańcu niebios krwawe chmury7. Snadź w słońcu grze je jakowyś ponury Olbrzym swe ręce, z których noc wypada. Dokoła leży kamieni gromada, Wśród nieb nie ruszy sie muszka, ni żmija. Wtem pod obłokiem coś skrzydly wywija, Sziwa wzniósł głowę—i sępa poznaje. Toż na to przyszedł w owe puste kraje, By obietnicę spełnić niegdyś daną! A więc do sępa rzeki:—„Po obiecaną Przylatasz zdobycz? Trudno na pustyni Dać ci cośkolwiek, lecz Sziwa uczyni, Co przyrzekł.”
Oko łza miłości rosi, Sziwa się schyla i kamień podnosi, Uderza w pierś swą, spaloną od słońca, Aż z niej strumieniem wytryśnie krew wrząca I serce wyrwał z piersi swej rozbitej, Sępowi rzucił pod same błękity.
—„Bierz więc i jedz je! Dotrzymuję słowa!” Sęp chwycił serce. Pada Sziwy głowa, Lecz w śnie przedśmiertnym widzi gołębicę I uśmiech rajski okrywa mu lice.
ROZMAITOŚCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Od J. I. Kraszewskiego redaktor naszego pisma otrzymał świeżo list, datowany 5 czerwca, z fortecy magdeburskiej. Czcigodny więzień narzeka w nim na bezsenność i wogóle na skołatane swe zdrowie, lecz mimo to donosi, że zaraz po sprowadzeniu sobie niektórych książek, przystąpi do dalszego ciągu cyklu powieści historycznych, a jednocześnie do wielkiej, cztćrotomowćj powieści p. t. Iłodzina, którćj plan ma już w głowie. „Węzły rodzinne—pisze między innemi—tak są obecnie rozluźnione, żckwestyątę koniecznie podjąć należy, bo stała się ona jednem z najpoważniejszych zagadnień teraźniejszości.” Jaki spokój niezachwiany! Pochylony wiekiem i nieszczęściem, starzec nie przestaje jednak sercem być z nami i myśli o potrzebach rodzin polskich.
W końcu Kraszewski oświadcza, źe mógłby i nadal zasilać pisma warszawskie korespondencyjni w języku niemieckim lub francuskim, gdyby redakeye podjęły się ich przekładu. „Innej rady niema—dodaje—bo tłumacze każą tu sobie lepićj płacić od autorów.” Tygodnik nasz, Kłosy, Bluszcz i Biesiada literacka skwapliwie już zgodziły się na to; czytelnicy więc pism tych nie będą i na przyszłość pozbawieni cennych listów niezmordowanego samotnika magdeburskiego.
— W sprawie pomnika Mickiewicza—jak donosi Czas krakowski—ua nadzwyczajnem posiedzeniu komitetu pomnikowego, odbytem d. 4 czerwca r. b., w obecności syna wielkiego poety, p. Władysława Mickiewicza, poruszono między innemi zamierzone sprowadzenie zwłok wieszcza do Krakowa. Po ożywionych rozprawach uchwalono wyznaczenie komisyi, która, obliczywszy w przybliżeniu koszta i oznaczywszy czas urzeczywistnienia tej myśli, przedstawi wnioski swoje komitetowi, a ten, po udzieleniu opinii od siebie, podda je ostatecznej dccyzyi Rady miejskiej.
Wiadomość tę przyjmujemy z radością, w nadziei, że komisya czynność swoje przyśpieszyć zechce i że sprawozdanie jej dla projektu będzie przychylne. Zarzut postawiony przez jednego z obecnych, jakoby sprowadzenie zwłok Mickiewicza nadwerężyć mogło fundusz pomnikowy, zdaniem naszem zupełnie jest bezzasadny; naprzód bowiem koszt na ten cel poniesiony nie będzie zbyt wielki, a powtóre podniecenie ofiarności pu-bliczućj, która w ostatnich czasach zupełnie prawie ostygła, w chwili właśnie przywiezienia drogich nam szczątków do Krakowa, w dziesięćkroć
384
Widok Oliwy, zdjęty z góry Karolo wój.	(391)
(Zobacz artykuł „Dwie doby w Gdańsku,” w numerach poprzednich.)
niewątpliwie wydatek ów pokryje. Z ufnością więc zupełną oczekujemy rezultatu badań komi-eyi, byle tylko czynność jej me poszła znów w odwlokę.
— Bibliotek polaka, to jest wybór celniejszych utworów beletrystycznych polskich, nic w przekładach, lecz w oryginale, z dodaniem tylko koniecznych objaśnień i słowniczka, wychodzić za-czuie niebawem w Pradze czeskiej, nakładem księgarza bzy mączką, a pod kierunkiem wybornego zna w cy piśmiennictwa naszego, p. Edwarda Jelinka. Biblioteka pojawiać się będzie w zeszytach luźnych, z których każdy stanowić ma pewną calośc, po cenie bardzo nizkićj.
Pomysł wydaje nam się nader szczęśliwym, za umiejętne zas wykonanie jego poręcza nazwisko p. Jelinka. Żadne, choćby najstaranniejsze tłumaczenie, nie odda nigdy całkowicie piękności oryginału, zwłaszcza gdy idzie o utwory owiane na wskroś duchem narodowym. Dobrze więc robi wydawca, drukując dzieła pisarzy naszych po polsku, zwłaszcza że ułatwi przez to Czechom nietylko zapoznanie się z naszą literaturą, ale i z naszym językiem.
—	W ostatnim zeszycie miesięcznika czeskiego „Kvety” znajdujemy przekład nowelki Zygmunta Sarneckiego p. t. „balusia,” dokonany przez Er. łUapifa.
— Prace i zasługi prof. Dybowskiego, na posiedzeniu Towarzystwa zoologicznego w Londynie, w osobnym, nader pochlebnym dla uczonego ziomka naszego releracie, ocenił p. Sclator, prof. uniwersytetu.	,
—	Słynny poemat Sielankowy Gothego „Herman
i Dorota*' został świeżo przetłumaczony na język portugalski, przez córkę redaktora w Porto Ale-gre w Brazylii. Piśmiennictwo polskie posiada już obecnie trzy przekłady tego arcydzieła poety niemieckiego: dwa pierwsze metryczne, Antoniego Czajkowskiego i Ludwika Jcnikcgo, i trzeci, najnowszy, rymowany, dra Teofila. Ziemby, drukowany niedawno w krakowskim „Przeglądzie polskim.”
— Szkolnictwo w Neapolu, według sprawozdań urzędowych, rozwija się bardzo pomyślnie. Do szkółek elementarnych tego miasta uczęszcza około 20,ODO dzieci, pod kierunkiem 535 nauczycieli i nauczycielek. Oprócz tego znajduje się tam kilkaset szkół bezpłatnych, utrzymywanych po większej części przez stowarzyszenia religijne, dających naukę początkową 8,000 uczniów, 157 szkółek wieczornych i 8 szkół rysunkowych, nie licząc mnóstwa ochron i przytułków dla dzieci.
— Kongres lekarski międzynarodowy, mający się odbyć od 10 do 16 sierpnia r. b. w Kopenhadze, jak donosi „Medycyna,” zapowiada się bardzo świetnie. Żgłosily się już z odczytami znakomitości takie, jak prof. Yirchow z Berlina, profesorowie Pasteur i Yerneuil z Paryża, sir William Guli z Londynu, prof. Crttdeli z Rzymu i prof. Paulini z samej Kopenhagi. Wnosząc z tych nazwisk poważnych, których liczba zapewne jeszcze się powiększy, będzie to jeden z najciekawszych i najhardziej pouczających wieców naukowych.
—	Że Niemcy hojnie wynagradzać umieją swych mężów zasłużonych, dowodzi między innemi ta okoliczność, że słynny dr Koch, przewodniczący w komisyi wydelegowanej do zbadania cholery,
na mocy uchwały parlamentu otrzymał w tych dniach za pracę swoje 100,000 marek gratyfi-kacyi.
— Zajmujące odkrycie. W pobliżu albańskiego miasteczka Marino odkopano rozległą willę rzymską, która, według znalezionych napisów, należała naprzód do rodziny Mcssalla, następnie zaś do niejakiego Yoconiusza Pollio. Dotąd oczyszczono z ziemi i gruzów kilka obszernych komnat, z posadzkami mozaikowemi lub marmnrowcmi. Napotkano także znakomite dzieła rzeźbiarskie, jak: posążek dziecka, popiersie Prometeusza, uskrzydloną Wiktorya, odłamki wazonu z figurami, oraz kandelabry z ornamentami liściowcmi, fauna z mieszkiem, wielkiego orla, posąg Apolina, gla-dyatora, Marsyasza i Herkulesa z lwią skórą. Szczególną pięknością odznaczać się ma ręka ciskająca iliscus, niestety odtrącona, choć nic stracono nadziei znalezienia i posągu, do którego ona należy.
— Wystawa wszechświatowa w Antwerpii, pod protektoratem króla Leopolda 11, ma być otwar tą w maju 1885 r. Oprócz głównego oddziału handlu i marynarki, obejmować ona będzie także dzieła sztuki, o których dostarczenie rozesłano już wezwania do artystów wszelkich narodowości. W osobnym dziale organizatorowie wystawy przedstawić zamierzają najnowsze wy nalazki i ulepszenia w zastosowaniu elektryczności. Dotychczas Anglia, Erancya, Niemcy, llo-landya, Włochy, Austryą, Portugalia, Hiszpania, Rosya, Szwajcarya i niektóre Stany Ameryki przyrzekly swoje spóldzialanie.
Wydawcy Gebethner I Wolff.-Redaktor L. Jenike. —Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
Hojbojiciio UcnsypoTO. Bapmaua, 30 Man 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
c,“	Ogólnego zbioru numer 1289.—Serya IV.	9<si> ez™ ,M1 '
Prenumerata w Warszawie	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie rs. 4, kwart. WarSZaWS, 21 CZCrWCft 1CO4 T. na prowincyi i w cesarttwle: rs. 2, miesięcznie kop. 67 i pół.	’	1	kwartalnie rs. 3.
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera i Wolffa.”
JK77.
Tom III.
Treść numeru. Artykuły: Niezaradni, powieść T. T. Jeża (dokończenie). — Kronika zagraniczna J. I Kraszewskiego.—Kronika paryska. —Kilka wspomnień z przeszłości, spisał Wieli-sław (dalszy ciąg).—Kronika tygodniowa, przez St. M. Kz.—Przegląd polityki zagranicznej.—Listy Jordanu do pana Jana, III (dokonczenie).— Przegląd piśmienniczy: Poezye Mieczysława Romanowskiego, przez Zoryana (dokończenie).—Korespondencya Tygodnika ilustrowanego z Krakowa.—Nowy gmach sejmowy w Wiedniu.—Od redakcyi.— Korespondencya od redakcyi.—Składki.— Rozmaitości. — Dodatek. Sławomira, nowela przez Jana Łiera (arkusz 2-gi).—Ryciny: Oczekiwanie, kopia obrazu Blaasa, — Mycie owiec, rysunek A. Kędzierskiego.—Nowy gmach sejmowy w Wiedniu.—Z wystawy inwentarza na polu ujazdowskiem pod Warszawą, rysunek Eismonda. — Kirgizka, rysunek J. Chelmickiego.
NIEZARADNI.
POWIEŚĆ
T. T. JEŻA.
(Dokończenie.)
XXV. Historya.
Ej, do Howorówki!... Stęskniłem się już do niej, czytelnicy mili, i nawet powracać cbcialcin dwa czy trzy rozdziały temu; ale mnie wówczas nie puścił... porządek. Teraz atoli nie stoi na zawadzie uic. Wygadałem wszystko porządkiem i mogę śmiało zaprosić na wieś tysiące czytelników—na wieś rozkoszną, podolską, w jarze rozrzuconą, na wiosnę śpiewania słowików, w jesieni wycia wilków słuchającą, piękną i poetyczną. Zapraszam, ale niech każdy nietylko łyżkę, widelec i nóż, starym obyczajem, w kieszeni, lecz oraz i zapasy jadalne w torbie ze sobą przynosi. Aniby bowiem gości tylu na wsi u chłopów rozkwaterować, jak to ongi bywało, ani tćż we dworze przekarmić można. W lloworówce zaszły zmiany, które do góry nogami wszystko wywróciły.
Powiedzićć wszelako nic można, ażeby tam nie panował porządek. Przeciwnie, w porządku odbywało się wszystko.
Oczekiwanie. Kopia obrazu Blaasa. (392>
Pan Tadeusz od lat kilku wy-kierował się na iilozofa pod tym względem, że się z nurtem puścił. Nurt go imosiŁ on płynął, kuropatwy, bekasy i krzyki strzelał, zające, lisy i wilki szczuł i rozstrzygnięcia jakiegoś czekał, nie dbając o to, ani jakiem one będzie, ani kiedy nadejdzie. A nuż nie nadejdzie nigdy! Tak sobie myśleli ojcowie nasi, powiadając, iź „Polska nierządem stoi.” Trzymał sie on reguły z dwóch pierwiastków złożonej: z rozkazywania i pytania o drogę. W pytaniu wskazówek szukał; rozkazywaniem egzekucyą przeprowadzał. Ale się wkońcu dopytał do tego, iź uic już do pytania nie pozostawało; co zaś do rozkazywania, takowe duch czasu, siła rzeczy z rąk mu wytrąciły. To ostatnie nastąpiło w momencie, kiedy się przekonał, że chłop nie dostarczy mu środków, których potrzebował w ilości coraz to większej. Miotał się z razu i szarpał; za każdym od żony otrzymanym listem niebo i ziemię poruszał, Iloworówkę w kleszcze brał, dusił, egzekwował i do Paryża po rubli kilkaset posyłał. Nagle ostygł. „Może się to jakoś zmieni, może to jakoś tam będzie”—pomyślał i, w cierpliwość się uzbroiwszy, czekać zaczął. Listy dalej otrzymywał, lecz albo nic odpisywał, albo cierpliwość doradzał. Ona do niego o pićnią-dze szturmowała, a on jej rady dawał; że zaś rady były jednakowe, więc się tak w nich wydoskonalił, że je dosłownie w liście każdym powtarzał. Niedziw przeto, że pani Kóźa listy od mę źa otwierać przestała i mocno się ua autora takowych żaliła. Nic było jednak racyi dobrćj. Pan Tadeusz nie posyłał, posyłać bowiem nie miał co. Gdy ostatnie dziesięć rubli—jak się wyrażał — „wytrząsnął,” pisał do niej: „Postaw na lotcryą; wygrasz może, niesposób bowiem, ażeby cię los do reszty zgnębił.” Panią Kóżę zgniewalo to; on zaś rad był sobie, źe wraz z groszem ostatnim i radę ostatnią wyeks-pensował. Potem już obojętnie ciosy przyjmował. Pozbawiono
386
go pańszczyzny — on na to nic; pozwano go do odpowiedzialności sądowej— on nic; wystawiono Iloworówkc na sprzedaż—on nic; ojcowizna wobce przeszła ręce—on nic; wyrzucono go wreszcie ze dworu—on wyszedł z laską w ręku i szedł przez wieś, prawiąc sobie pod nosem:
„Polak za zbrodnie do piekła skazany, Lecz zawsze poczciwa dusza, Z innemi cieniami gnany, Sam jeden wesoło rusza”... etc.
Przeszedł, deklamując, przez wieś raz; wrócił, znów szedł i znów wrócił; aż przypomniał sobie, że ma w zanadrzu od żony list, w którym go pani Kóża rozpaczliwie o ratunek w7zywa, opisując mu scenę, jaką z panem Kalasantym miała. „Trzebaby na list ten odpisać — pomyślał: ale, jak i gdzie? Ani stołu, ani stoika, ani papieru, pióra i atramentu, ani dachu nad głową, ani żadnej rzeczy, która moją była, a dziś diabli wiedzą, czyją jest.” Pomyślał to w kołowrocie właśnie; stanął i zadumał się. A kołowrotu pilnował dziad, jak zwykle. Dziad, ujrzawszy pana Tadeusza zadumanego, podszedł do niego i przypatrywać się mu jął ze złośliwym w oczach wyrazem. Trwało to chwil kilka, aż wreszcie zwróciło na siebie byłego dziedzica Howorówki uwagę.
— Czego ty mi się tak przypatrujesz? — zapytał.
— Bom dawno ciebie, panie, nie widział... raz ostatni na Wygnance, a Wówczas wyglądałeś inaczej jakoś: wyglądałeś tak, że ludzie szanowali nietylko ciebie, ale i psa twego.
— A... na Wygnance — odparł pan Tadeusz, oczy na dziada podnosząc.—Toś ty Luka?
— Ano... ja sam.
— Wyglądałem wówczas inaczej, bom nie miał tćj troski, co mnie dziś gniecie.
— Widzę ja to. Przyszła na ciebie zła godzina. Pan Bóg pokarał...
— Za co?
— Choćby za krzywdę moje... Krzywda ludzka, jak ten powiada, „bokiem wyłazi: ot i wylazła tobie...
— Jakżem ja skrzywdził ciebie?
— Jak?—zapytał Łuka ze zdziwieniem w głosie.
— Nie zabierałem ci ani pola, ani chaty, ani dobytku...
— Aleś mi zabrał iFziecko jedyne i zaprzepaścił... W rękach twoich zginęła dziewczyna moja.
— Ach! i moja ginie — zawołał pan Tadeusz głosem boleści.
Łuka powiedzieć chciał na to: „Dobrze ci tak!” słowa te atoli w gardle mu uwiozły, na widok tego wyrazu, jaki bil z oblicza szlachcica, który głęboko westchnął i dodał:
— I nawet słówka jłociechy przesiać jćj nic mogę: ani dachu nad głową, ani stolika do napisania listu, ani papieru, pióra, atramentu...
Zamyślił się; zamyślił się Lul a i po chwili odezwał się:
— Pójdź jeno, panie, na Wygnankę, pokłoń się Srulowi odmnie i powiedz mu, ażeby za to, co mi za szabas ostatni winien, dal ci, czego do pisania potrzeba.
Pan Tadeusz ruszył, „dziękuję” nawet me po-wied iawszy.
Zyd przyjął go, jak zasługiwała na to wiel kość upadla; przechadza! się i długo zwlekał, zanim z półki, z poza ksiąg, wyjął ćwiartkę papieru, kałamarz i pióro. Pan Tadeusz pisał na końcu stołu, pisał coś innego niż zwykle—byl to ten list ostatni, który rąk pani Róży doszedł nie-frankowany. Napisał i słońce już zasziło, kiedy do wsi wracał. W kołowrocie z Łuką się spotkać musial.
— Ano—zaczepił go dziad—cóż?
— Dziękuję ci, Luko... dzięl.uję. W przygo-dzieś mi stanął... Ot, widzisz jak to na świecie: ten co był w górze, idzie na spód; ten co był na spodzie, idzie do góry... Wczora jam miał wszystko, ty nic, dziś ty masz czego ci potrzeba, ja nic... ani dachu nad głową...
Rzi kłszy to, poszedł; lecz się wnet zatrzymał, usłyszawszy wołanie Łuki:
— Kanie...
— A co tam?
— Jezcłi wy dachu nad głową nie macic, to... gdzież nocować będziecie?
— Gdzieś się wproszę chyba...
— I wpraszać się wam nie potrzeba... u mnie chata pustką stoi: chaty mi popilnujcie...
— Bóg zapłać — odrzekł pan Tadeusz i pośpieszył z listem.
Dzięki sprawom sądowym, komunikacya pomiędzy Baltą a Howorówką stała się na czas jakiś ustawiczną. Posyłki krążyły tam i napowrót.
List oddal ido Pustki na nocleg się udał—no... i w chacie Łuki zamieszkał.
Powiedzieliśmy- wyżej, żc pan Tadeusz filozofem się zrobił. Z nurtem płynął, lecz ani z głodu umierać nie zamierzał, ani też myślal z jałmużny żyć. Znalazłszy się w położeniu, w które się sam wprawił, przyjął je i, nazajutrz po pierwszym w chacie Luki noclegu, wstawszy rano, przed chatę wyszedł, popatrzył na nią, następnie dokoła obszedł, oglądał, głową kręcił i pod nosem sobie pogwizdywał. Wszedł następnie do środka i po kątach zaglądać począł: tu znalazł siekierę, ówdzie topór i świder zardzewiały, gdzieindziej rydel. Ponieważ bez grosza nic był, więc się udał do karczmy’ i kupił sobie chleba bochenek, a powróciwszy, przekąsił i koło chaty majstrować począł. Ludzie, przechodząc, zatrzymywali się i zc zdziwieniem niemakm spoglądali na dziedzica, reparującego Pustkę. Ten i ów zatrzymywał się i pozdrawiał, życząc pomocy Bożej; pan Tadeusz zaś, odpowiadając, zaczepiał tego i ow7cgo o pomoc ludzką, której się też nic domagał daremnie. W sposób ten pozawie-ral układy o koły do płotu, o chrust, o zboże na nasienie, o orkę gruntu, etc. etc. i, podczas gdy Luka wrót pilnował, on strugał, wiercił, grodził, grunt orał, ogród kopal, siał, sadził, słowem spółka zawiązała się sama przez się, przez to jedynie, że pan Tadeusz, wyparty z pod strzechy ojczystej, nie zamierzał szukać dla siebie gniazda w innej strome. A mógł byl to zrobić. Mógł, gdy go z domu wyproszono, pójść w świat za oczy, zakołatać do krewnych, do przyjaciół, do znajomych i pytać daiej o drogę pochodu. Nic! On chodził po Howorówce, az na Łukę natrafił i o Pustkę się zaczepił. Nazwie to kto może fantazy a; ja nazwę poczuciem gniazdo wern. Powrócił, zltąd wyszedł: szlachta polska z łona czarniawy chłopskiej wykwitła; czarniawa chłopska. Jest dla niej łonem macierzyńskiem, najbez-pieczniejszem- -w biedzie zwłaszcza.
W łościauie howorowieccy tai y na w « t co mieli do pana Tadeusza pretensye rozmaite, z serdecznem do eks dziedzica odnosili się spółczuciem. Ci co do niego pretensje mieli, powiadali:
— Już on ukarany...
I dotrzymywał Ii mu układów7, a nawet nie bez tego, ażeby7 ten i ów czegoś ponad układ nie dołożył. Niektórzy widzieli poza panem Tadeuszem Lukę starego i to icb ujmowało. Spółka ta improwizowana miała w sobie znaczenie jakieś głębokie, którego nikt wytłumaczyć nie umiał, którą jednali wszyscy pojmowali i uznawali.
— 'ino to tak, jak — powiadali, palcem na czoło wskazując —jak być powinno...
Za staraniem pana Tadeusza chata Luki przyr-brala pozór taki, że stary, gdy po żniwach, zakończywszy służbę swoje w kołowrocie, do nićj powrócił, zaledwie ją poznać mógł. Ogrodzona, oi zyszczoiia, okryta strzechą nową, a za nią kłu-nia fstodulka) z ruin wziesiona, oto co sic oczom jego przedstawiło.
— A — odezwał się przeciągle i poszedł za chatę, zkąd do uszu Jego łopot dochodził.
Tam, na tokowi: ku, pan Tadeusz do koszuli rozebrany, cepem snopy walił.
Stary głową pokiwał, ale nic nie rzeki; do chaty wszedł, okiem powiódł i, spostrzegłszy lad, z pośpiechem pod łóżko po bednię sięgnął. W bedni nic tkniętem nie było. Starcowi łzy na powieki napłynęły. Westchnął.
1 pod jesień rozpoczęło się życic we dwójkę: szlachcica, co w pracy, w czynności ustawicznej szukał, zdawało sic. zagłuszenia zgryzoty, i chło
pa, który niejako przemocą wydartym został z opuszczenia przez szlachcica. Losy7 sprowadziły ich do mianownika jednego porządkiem naturalnym. Dzielili spółkę żywota i rzadko kiedy jeden z drugim po słów parę zamieniali.
Tak żyli—i takby żyli do śmierci, gdyby nie zdarzenie nadzwyczajne, które spadło niespodzianie. Do dworu—we dworze mieścił się teraz zarząd majątku właściciela nowego — zajechał pojazd podróżny; z pojazdu wysiadło dam trzy, lecz wnet wróciły, do pojazdu napowrót wsiadły i odjechały. W jakiś czas później do uszu pana Tadeusza doszła wiadomość, źe pani Róża i pan-na Julia przyjechały. Rzucił się, niby7 oparzony; nie wierzył; do dworu pośpieszył, rozpytywał się i przekonał, że w rzeczy samćj tak było; nie umiano mu jednak powiedzieć, dokąd te panie odjechały.
W dni kilka później, znów się w Howorówce pojawił pojazd, ale już nic podróżny, i zatrzymał się nic przed dworem, lecz przed chatą Luki. Z pojazdu wyskoczyła dama, w szarą jedwabną suknię ubrana i, zdziwionego pana Tadeusza, który się po podwórku kręcił, minąwszy7, pędem do siedzącego na przyzbie Luki pobiegła. * Zanim Łuka popatrzeć się na nią zdążył, już ona u stóp jego klęczała, kolana starca obejmowała i po rękach go całow7ala. Starzec, zdumiony, zmieszany, nie wiedział co się dzieje; zrywać się chciał, aż usłyszał wyraz przez damę wymów iony, wyraz jeden, który go obezwładnił, wyraz:
— Dziaduniu!
Wyraz ten przeniknął go ciepłem rozkosznem, rzewnością z niczćm niezrównaną, wzruszeniem do głębin duszj7 sięgającem.
— Dziaduniu! — powtórzyła dama, starcowi w oczj7 patrząc.
Łuka nad nią drżące podniósł dłonie; przemówić dn iał, ale nie mógł; łzy mu po policzkach na brodę spływały.
— To ja—zaczęła dama — dziewczyna, wnuczka wasza... Maryna...
Starzec płakał.
— Przyrzeklam wam, że z kraju świata do was powrócę i... oto... wracam... Dziadaniu... to ja... ja... wasza Maryna!
— Ta-że... widzę—odrzekł wreszcie, usiłując nad wzruszeniem zapanować.—Nu...
— Macic mnie...
— Nu—powtórzył starzec.
Pan Tadeusz, scenie tej przypatrując się zbo-ku, doznał wzruszenia, po przejściu którego nie zapytyw ał siebie, jakim cudem Maryna dawniejsza przeistoczyła się w tę oto, ale: czy nie za chodzi związek jaki pomiędzy przybyciem jej, a przyjazdem i odjazdem pani Róży? Zbliżył się przeto, zboku stanął i, skorzystawszy ze sposobności najpierwszej wtrącenia słówka, rzucił zapytanie:
— A żona moja?
Maryna się obejrzała, okiem pana Tadeusza od stóp do głowy zmierzyła i snadź go nie poznała, albowiem bąkać poczęła:
— Pan?... pan?...
— Tadeusz Howorowski... do usług...
— A! — krzyknęła i dodała: — Pani u nas... w Koszylówce... Mocno zaniepokojona... ziemi i niebios pyta o pana.
— Ha!—ryknął, kij w jedne, czapkę w drugą rękę pochwycił i kłusem z podwórka ruszył.
Na połowie drogi do Koszylówki dopędził go pojazd, w7 którym jechała Maryna. Pojazd sic zatrzymał. Pani go do zajęcia obok siebie miejsca wezwała.
Na tćm moglibyśmy opowiadanie nasze zakończyć, oszczędzając sobie opisu rozrzewnień, jakie w Koszylówce sie zamanifestowały, gdyby nie to, że część opowiadania tonie w cieniach zagadkowych, które rozproszyć należy. Zagadkowe jest nagle pojawienie się Maryny, spadającej niby z nieba dlatego niejako tylko, ażeby powieść zaokrąglić. Przepraszam! Spadnięcie jej sprowadził" logiczny rozwój wypadków. Czytajcie jeno naodwrót, od ręki prawej do lewej, jak na-
387
rody wschodnie czy tają, a imię „Yram” i nazwisko dc „Rowoh,” wypadnie: Maryna de llowo-rówka. Owa przeto panna Y rani, co taką furorę sprawiała, była to wnuczka Łuki, Maryna, uwieziona czasu owego przez pana Pawła.
Wyjaśnienia przychodzą tu same niejako przez się.
Pan Paweł uwiózł ją dla dwóch powodów: raz dla talentu, który się w niej odkrył, a którego on wielbicielem byl, powtórc dlatego, że pokochał dziewczynę, co samo przez się wystarczało na dokonanie porwania. Wypadki tego rodzaju są chichem powszednim i, gdyby zachodził był sam tylko powód sercowy, przypuszczać należy, że wszystko rozwiązałoby się w sposób taki, w jaki się pospolicie rzeczy tego rodzaju rozwiązują. Do ofiar tylu przybyłaby ofiara jedna więcej. Cytryna wyciśnięta, na śmiecisko wyrzuco-nąby została. Komplikacya atoli talentu uratowała ją od losu tego, zwłaszcza, że same tękom-plikacyą komplikowały jeszcze zaręczyny pana Pawia z panną Emilią i zniewalały go szukać dla zerwana racyi na czćmś ważnicjszem, aniżeli to, że mu piękna dziewczyna w oko wpadla. Cóż to znaczyło? — dobnostka. Dobnostki takie narzeczone, żony nawet uwzględniają. Należało przeto podnieść ją, przyozdobić, uilnstrować. Z tego to powodu pan Paweł wprost do Paryża Marynę przywiózł, imię jej i nazwisko odmienił, w zakładzie naukowym ją ulokował i na drogę kształcenia artystycznego wprowadził.
Kiedy ją wiózł, ona się do niego modliła:
— Paniczu, nie zgubcie mnie!
On jej na to odpowiadał:
— Miej jeno ufność we mnie...
Na takim, jakim był głos Maryny, znawcy się prędko w Paryżu poznali i sława jej po salonach już krążyła, kiedy ona nic występowała jeszcze inaczej, jak w popisach konserwatoryum. Dyrektorowie oper i przedsiębiorcy czyhali na nią, licytując ją zgóry i wabiąc ofertami ogromnemi, a to tćm bardzićj, iż się. rozwinęła ua piękność skończoną. Pan Paweł, widząc to i znając się na tem, czuwał nad nią, jak czuwać może jeno brat troskliwy. Dzięki jemu, uniknęła samotrzasków, jakie ludzie zręczni na talent jej, zarówno jak na osobę, zastawiał', opuściła konserwatoryum bez żadnego zobowiązania i publiczności słyszeć się dała po raz pierwszy w koncercie, urządzonym na cel jakiś dobroczynny. YV dni parę po koncercie tym, który wzbudził entuzyazm ogólny, jeden z królów finansowych zaprosił ją na wieczór, na który m ona dw ie arye tylko śpiewała. Nazajutrz w kopercie pod swoim adresem dostała czek ua dwadzieścia pięć tysięcy franków i w pudełeczku kolią brylantową. Rzecz naturalna, za królem jednym poszedł drugi, za drugim trzeci, za tym ktoś ze świata arystokratycznego i urzędowego- rozrywano ją i płacono—płacono i hołdami otaczano.
A pan Paweł nad nią czuwał z duma człowieka, mogącego powiedzieć o sobie: „Ta wielka artystka, to dzieło moje.”
Duma odnosiła się do artystki, nie stanowiła atoli uczucia jedynego, jakiego w odnoszeniu do nićj serce pana Pawła ogniskiem było. Kochał ją, jako kobietę, kochał coraz-to mocniej, a to dlatego, że miłość jego wzmagała sie wmiarę, jak się Maryna rozwijała, kształtowała, doskonaliła, subtelniała, że się. tak wyrazimy. Kochał ją, zachwycał się nią i znajdował sie względem niej w położeniu fałszywćm.
Bo—i jakże!...
— Pilnuj się — powiadał jej razy tyle. Na baczeniu się miej co do róż, których rąk tyle podaje tobie... To kwiaty zatrute...
Ona mu odpowiadała na to:
— Kwiatem moim... sztuka...
Na odpowiedź tę zamiłkal. Wołałby taką: „►Śród roż niczatrutą jest jednak jedna, ta, którą ty mi podajesz.”
Maryna tego nietylko nie mówiła, ale poznać nic dawała, że myśli coś podobnego, co pana Pawia irytowało; nic przypuszczał bowiem, ażeby się w nićj nie obudziło uczucie niewieście, nie wjerzy ł w westalizm sztuki.
— I ja sztukę miłuję—powiadał sobie—czło-wiekicm się jednak czuję...
Spodziewał się przeto, że się w niej uczucie obudzi, ale—nic dla niego.
Wprawiało go to w rozpacz i we wściekłość. Zadrościl zgóry bezimiennie, zazdrościł do tego stopnia, żc się sposobił do strzelania komuś w łeb—komuś, to znaczy pierwszemu lepszemu, ku któremuby się dziewczyna skłoniła. Ow ktoś nie nastręczał się mu. Czyhał jednak ua niego, stal się ponurym, opryskliwym—chciał się z Ma ryną rozmówić, lecz nie wiedział, od czego zacząć. Trudność jakaś na drodze mu stała i język plątała. Ona trudność tę usunęła sama.
— Tyś smutny, Pawle—rzekła razu pewnego.— Czemu to?
— Czemu... nie domyślasz się?—odparł. Nie—odpowiedziała zaniepokojona.
— Nie wiesz, że... kocham ciebie!
— Wiem— odrzekla i w oczy mu tak spokojnie, z takim naiwności dziecinnej wyrazem spojrzała, z taką ufnością na niego popatrzyła, że pan Paweł oczy spuścił, czoło na dłoni oparł, westchnął i nic więcćj nie odpowiedział.
Innym znów razem zawiązał z nią rozmowę o zamiłowaniu sztuki i dowodził, że pod słońcem niema człowieka, któremuby zamiłowanie to wystarczało. Maryna zaręczała, że jej wystarcza.
— Natcraz; a jak będzie późnićj?—zapytał.
— Nic wiem—odpowiedziała — nie widzę jednak racyi, ażeby się to zmienić miało...
Pan Paweł brwi zmarszczył, oczy zaniknął i głową pokręcił.
W ostatku doszło do tego, żc tonem rozkazującym:
— Kochaj mnie!—krzyknął.
— Ależ — zaczęła i dalej mówić nic mogła, zdołała jeno taśmę od dzwonka pochwycić i gwałtownie szarpnąć.
Pan Paweł odszedł; niebawem jednak powrócił i, nic nie mówiąc, przy drzw iach wehodo-wych stanowisko z pistoletami w ręku zajął. Zawiadomionej władzy bezpieczeństwa powiodło się pistolety mu odebrać. Dekarze obłąkanym go uznali.
Wypadek ten otworzył Marynie oczy. Poznała, że—jak się wyraża poeta: „Za wszystko płacić trzeba.”
Czy ona pana Pawła kochała? Bardzo go kochała, ale nic miłością kochanki, a to nie dlaczego innego, tylko że miłości takiej potrzeba uczuwae się nie dawała—tak ją całkowicie, wyłącznie i bczpodzielnic sztuka pochłaniała. Dla pana Pawła jednak, który ją do tego świata cudów wprowadził, czuła wdzięczność wielką i głęboko zabolała, gdy on do ostateczności takiej doszedł. Powód znała. Powodem była ona sama. To tćż, jak skoro lekarze chorobę zdefiniowali-niezwłocznie do najznakomitszych udała się alie-nistów i powierzyła im pacycnta. Zapytywała, azali choroba jest do uleczenia. Odpowridanojej, żc usuniętą być może, leczenie atoli wymaga staranności i czasu.
Na staranności nie zbrakło. Maryna czuwaniem nad chorym wywzajcmniala się za to czuwanie, jaaie rozciągał nad nią, kiedy ona, ro ślina polna, na grunt obcy przesadzona, bez rosy, na palącein słońcu zmarnieć mogła. On ją od upału osłaniał: ona tćż opieką troskliwą osłoniła pana Pawia i pomagała lekarzowi pod tym względem, że, pod jego kierunkiem, wpływała na psychiczną pacycnta stronę. Chodziło o to, ażeby powoli, stopniow7o a z ostrożnością jaknaj-większą przysposabić go do przyjęcia ze strony Maryny wyznania miłości.
— Jak skoro—powiadał psychiatra — wyznania tego zapragnie i, usłyszawszy takowe, zadowolenie okaże, wówczas na pewno uratowanym będzie.
Kuracya ciągnęła się lat kilka. Wciągu takowej pani Emilia wizytę jćj oddawała w7 celu zaproszenia na solne pańć. Maryna od pierwszego oka rzutu ją poznała; ona jednak w tym motylu świetnym poznać nie mogła gąriennicy, co niegdyś po podłodze dworu howorowicckiego pełzała. Ani się domyślała, ani przeczuwała.
Tak samo ani się domyślały, ani przeczuwały pani Róża i panna Julia. Gdyby z nich która nazwisko jej i imię na wywrót przeczytała była, możeby to je na drogę naprowadziło, zwłaszcza po tych oznakach zmieszania się i zajęcia, jakie Maryna w7 salonie pań; tw7a Kapusinich okazała. Jej samej do odkrycia tajemnicy przeszkadzała choroba pana Pawła, która ukrywaną być musiała. To ją krępowało i w7 oddaleniu od spółzimnków trzymało, pomimo, że styczności z nimi nie unikała. Spotkała się, na przykład, przypadkiem z panem Kalasantym, który jej konia na kaszel leczył, i okazała dla niego uprzejmość taką, że ta ośmieliła go do zgłoszenia się do nićj w7 interesie koncertu panny Julii.
— A!—zawołała w uniesieniu, gdy się o koncercie tym dowiedziała; lecz wnet nad uniesieniem zapanowała i zapytała:—Cóż to za jedna?
Weterynarz opowiedział osmutnem pań Howo-rowskich położeniu i o nadziejach ich wyjścia z takowego zapomocą cudnego panny Julii głosu.
— Ja głos ten słyszeć muszę—podchwyciła.
Ona to więc pięćset biletów wzięła i w przyległej izdebce koncertu za drzwiami słuchała.
— Stracony czas i trud — powiedziała panu Kalasantemu, którego prosiła, ażeby ją po koncercie tym odwiedził.—Paniom tym wyperswadować to należy... Gdyby się one w kłopotach znajdowały, zgłaszaj sic pan śmiało do mnie, bez ich wiedzy jednak. Lejnej by atoli zrobiły, gdyby śpiewów zaniechawszy, do Howorówki wróciły.. O, gdybyż im to wytłumaczyć można!
Pan Kalasanty perswadował i tłumaczył, niekoniecznie jednak zgrabnie.
Do podróży do Howorówki namówiła je ona sama, nagle i niespodzianie pojawiając się w apar-tameociku pani Róży.
Co to było!—co to było, gdy się ona pokazała, tego usta nie opowiedzą, a pióro nie opisze. Zdumienie, zmieszanie, zafrasowanie granic nie miały. Taka wielka i sławna dama w mieszkanku tak skroranćm przygniatała niejako wielkością swoją kobiety, które z wyżyny spadły. Opamiętały się nie prędzej, aż po odejściu jej i uprzytomniły sobie dane jćj przyrzeczenie. Zobowiązały się, ni mniej, ni więcćj, tylko pannę Yram de Rowoh w Howorówce ugościć. Z jakiego tytułu? Oto, panna Yram de Rowoh oznajmiła im, że dzie za mąż za człowieka ze stron tamtych, że w Podłóż poślubną z mężem na Podole się wybiera, że bodzie w Howorówce i w Koszyłówce i żc wyjeżdża za doi kilka. Wiadomości te spadały, niby grad funtowy na dachówkę. Hurkot w uszach pań stal się straszliwy . Po odejściu jej dopiero zrobiło się w7 umysłach ich jasno, w sercach zaś obudziło sic pragnienie jechania jakuajrychlćj.
— Chociażby dziś... natychmiast — zgadzały się jednogłośnie.
— Ale... za co?—zapyty w ały jednozgodnie.
Jak na toż pojawił się pan Kalasanty.
Panie, ratuj!...
Paliwa brak. . co?
Do Howorówki pojechaćbyśmy pragnęły
— A!...
Od słowa do słowa na tem stanęło, że paui Róża ua ogólną pobranych „pożyczek” sumę rewers wystawi, a pan Kalasanty o pieniądze ua podróż się wystara.
Pan Kalasanty o p.ćuiądze się wystarał; pani Róża rewers podpisała. Pan Kalasanty rewers spalił; jiani Róża z córką, z siostrą męża i z synem jćj pojechała. Wybierała się z Paryża pośpiesznie; upłynął atoli dni dziesiątek, zanim ua koniec ruszyła. Jechała wprost; nic uniknęła 'jednała spotkania wciągu jiodróży panny Yram i... jej męża.
Zagadki się porozwiązywały, tajemnice pood krywały.
Pani Róża z towarzyszkami jiodróży7 zajechała wprost do dworu, jak do siebie; lecz rejterować musiała i, nie wiedząc co się z mężem stało, nie miała udać się dokądindzićj, jeno do Koszy łów-ki, gdzie się jej nowa rozwiązała zagadka, gdy pani Pawłowa pana Tadeusza przywiozła.
388
— A jakżem ja o tem wszystkićm nie wiedziała!—zawołała, gdy ją z objęć puścił zafrasowa ny mąż.
— Czyżem nie pisał!.. czyż nie uwiadomiłem, Róziu, ciebie?
Rózia wszystkie te listy, co ją o katastrofie powiadomię mogły, nierozpieczętowane na kominku w Taiyżu zostawiła.
— A... ot... widzisz—pokazał jćj pan Tadeusz zgrubiałe od cepa i kosy ręce.—Ja już nikomu nie rozkazuję i nikogo nie pytam... Na komornem u dziadka pani dobrodziejki—oczami na Marynę wskazał — siedzę...
— Postaramy się komorne rozszćrzyć — podchwyciła pani Pawłowa—z zobopólną korzyścią naszą.
Ostatuicmi temi wyrazami zamykamy powieść, a otwieramy domysł. Musiały one mieć w ustach pani Pawiowej znaczenie jakieś. Czy nie chciała ona przez to powiedzieć, że szkodliwem jest rozdzielanie na dwa światy tych pierwiastków, które się łączyć i przenikać wzajemnie powinny? Zdaje się, że taka inteneya jćj była, rozdzielenie bowiem dzieje się z pogwałceniem natury, skutkiem którego tak świat jeden, jak drugi na błędne zapędza się drogi. I'rogami temi pan Tadeusz doszedł do bankructwa zupełnego. Na drogach tych, gdyby nie wypadek, nie byłby się przebił talent takiej miary, jak Maryny. A ileż to talentów nietylko artystycznych, ale literackich, naukowych, politycznych, istnych zaczynów cywilizacyjnych, wydobyć się nie może zpod przysypu ciemnoty, okrywającego i przygniatającego świat chłopski! Może ten powiedzenie pani Pawłowćj miało sens. Nie wiem napewno; dlatego właśnie wysnułem domysł mój, ażeby na znaczenie słów jej zwrócić uwagę czytelników, oznajmując im oraz, że opowiadanie, które dla nich skrćślilem, opartem jest, od początku do końca, na źródłach jaknajpewniejszych.
KONIEC.
Emila zacraniczna
T. I. 2EC r a s z e -w skle^o. (')
Wystawa w Turynie. — 'Wiochy i ich rozwój.—Wydawnictwa,—Przekłady.— Korcipondencya Azcglia. Korespondencya Cavoura z Napoleon* m III.—L. Capranica: Jie Alan-fredi. — Nowy romans Al. Daudeta: Sapko.—Uwagi o tum.
Wystawa włoska, otwarta świeżo w Turynie, ściągnęła, pomimo upału letniego, liczne zastępy przybyszów obcych do nicdawnćj stolicy, któ ra dzisiaj jest już tylko najzwyczajniejszem mia stem prowincyi cichej, opuszczonej... Po wszystkich ekspozycyach, których mieliśmy już tyle, bardzo trudno zrobić tu coś nowego, mimo to przecież znaleziono sposób wybrnięcia z trudności. Zamek i wieś średniowieczna, wystudyowa-ne starannie, a odtworzone drobnostkowe, dopel niają szczęśliwie ogólnego obrazu produkcyi Wioch dzisiejszych. Te stare nowości budzą za jęcie zarówno u archeologów, jak u artystów... Cała komisya, ad hoc wyznaczona, pracowała nad tćm wskrzeszeniem przeszłości, usiłując mu nadać cechę raczej prawdy, niż fantazyi Sądząc z rycin, które dała llustracya włoska, wnosimy, ze jej się powiodło i zostanie to niezawodnie jako wdzięczna pamiątka wystawy i ozdoba osamotnionego Turynu...
Italią zajmujemy się wogóle zbyt mało; lepićj znamy jej przeszłość, aniżeli teraźniejszość. Ja-kicli-to olbrzymich trzeba było wysiłków, aby się udało osiągnąć tę jedność włoską, co chociaż proklamowana, wymagała urzeczywistnienia. Nad krajem tj m przeszły długie wieki rozproszenia i rozdarcia; nic więc dziwnego, źe wieków potrzeba będzie, aby go uczynić jednolitym i niepodzielnym... Ale praca nad odrodzeniem, raz rozpoczęta, postępuje usilnie i przynosi już owoce. Na wszystkie strony dźwigają się instytucye,
(1) Przekład z francuskiego.
wskrzeszające zdrzómane życie narodu; mnożą się szkoły, powstają stowarzyszenia i przedsięwzięcia, oddziaływając zwolna, ale stanowczo i z niezachwianą pewnością skutków na masy ludu, dotychczas opuszczone i ciemne. Nadewszy-stko nauczanie początkowe, które w wiem pro-wincyach dotąd nie istniało wcale, jest przedmiotem pracy najtroskliwszej. Już tu pracuje nic sam rząd tylko; szkoły powstają i mnożą się dzięki inieyatywie i pomocy prywatnej, a w ruchu tym na wskroś patryotycznym, kobiety grają tćź rolę bardzo poważną. Ale począwszy od rolnictwa, wszystko to potrzebuje zmiany, przeróbki, ulepszeń i odrodzenia. Ażeby mieć pojęcie o tem, co zrobiono i co jeszcze do zrobienia pozo-stajc, trzeba czytać listy z podróży pana Lave-laye w „Przeglądzie belgijskim” (Rcvue de Bel-gigue).
I w innej sferze panuje działalność i ruchliwość prawie gorączkowa; wydaj e się tam i czyta wiele. Niestety jednak, w masie wydawnictw górują przekłady romansów francuskich: Zola włada umysłami, a ci, co czytanie zaczynają od niego, chłoną tćż gruby i szorstki naturalizm Wszystko co tylko obrzydliwem i skalanćm jest w piśmiennictwie francuskiem, tłumaczy się tu bez wyboru i sprzedaje nieledwie za bezcen. Szkodzi to literaturze oryginalnej, której nic brak pisarzów z talentem prawdziwym, takich jak Farina i inni.
W ogromnćj masie cdycyj popularnych, wydano tćż wiele rzeczy poważnych dla innej warstwy czytelników. W roku zeszłym zaznaczyłem wyjście zpod prasy korespondencyj Azeglia, które w autorze dają poznać człowieka najzacniejszego, najbardziej zajmującą postać Italii odrodzonej.	'
Cantu ogłosił biografią i wspomnienia o Man-zonim, ale nie czytaliśmy ich jeszcze. Korespondencya Cavoura doszła już do trzeciego tomu, który budzi najżywsze zajęcie (Leltere edite ed inedite, raaolte ed illustrate da Lwg> Chlała, deputata al parlamento. Tm ino, 1S84). Olbrzymi tom, więcej niz z siedmiuset stronic złożony, da-jc nam tylko korespondcncyą z lat 1859 — 18G0; trzysta zgórą istów wyjaśnia stosunki i układy Cavoura z Napoleonem III. Są to dowody, które zresztą potwierdzają i umacniają to wszystko, cośmy o znaczeniu i charakterze dwóch tych osobistości dawniej już wiedzieć mogli; jedna z nich stoi dotąd niewzruszona, wielka, przybrana w kształty posągowe — druga wciąż maleje, kurczy się i rozpada, jak garść wyschłej gliny...
Cavour w tych listach ma jeszcze wysokie pojęcie o tym człowieku i jego polityce, ale już przeczuwa, żc nie należy ufać zbytnio pięknym obietnicom, które mu czyniono, żc trzeba się będzie zadowolić półśrodkami. Przedmowa do trzeciego tomu stanowi część jego najbardzićj interesującą; nagromadzono tu liczne dokumenty, umacniające pojęcie o Napoleonie III takie, jakie wyrobić się musialo pod wglywem publikacyj dawniejszych. Dla stronników cesarstwa rclia-bilitaeya tćj postaci dziejowej jest zadanie ni niesłychanie trudnćm. Z ostatnim z Bonapartych cały urok imienia rozwiał się; zostało tylko bolesne doświadczenie kraju, który w ślepocie swo-jćj brał go na seryo i losy mu swoje powierzył...
Wspomnimy tu jeszcze o innej książce wło-skićj: jest to pierwszy tom romansu historycznego pana Luigi Capranica — Re Manfredi (Starta del secolo XIII. Milana, Fratełli Treves). Pomó wimy o nim po wyjściu drugiego i ostatniego tomu. W przedmowie autor staje w obronie romansu historycznego; sądzi, źe jest on wielce pożytecznym, bo zachęca do badań poważniejszych, a nadto ma racyą bytu jako dzieło sztuki.
Nowy romans Alfonsa Daudeta budzi zawsze gorączkę ciekawości nietylko w samej Francyi; skoro się ukażc, tłumaczą go natychmiast na angielskie, niemieckie, włoskie i A. Daudet zyskuje sławę między-narodową, na którą zresztą w zupełności zasługuje. Talent to sympatyczny, osobistość artystyczna nawskróś: posiada też w wysokim stopniu dar spostrzegawczy i zdol
ność odtwarzania. Ma już dzisiaj własną manierę, własny styl, a względnie do czasu, w jakim działa, jest-to bardzo wiele. Piśmiennictwu francuskiemu zbywa szczególniej na oryginalności; autorowie posiadają tam wszystkie tajemnice swej sztuki, ale na wybitniejszy indywidualizm zdobywają się rzadko. Nic podobniejszego do romansu pana de Malot, jak romanse panów dc Belot, de Thcuriet i tutt' ąuanti; zawsze to ten sam świat, ci sami ludzie, środki, sposoby, rysy i t. d. Nawet autor „Maltre des for ges," którego oskarżono o plagiat, pomimo calćj finezyi wykonania szwankuje na punkcie oryginalności.
Mówiliśmy już o Daudecie nieraz w listach poprzednich, z okazyj jego „Fromont et Risler,” „le Nabab” i t. d.; przeglądaliśmy jego „ Cemtes de Lundi” i 1 isty z młyna, te małe arcydzieła, w których celuje...
Jego „Ewangelistka,” która poprzedziła świć-żo wydaną „Sapho” (Ćharpcnticr, 1 vol. 337 p.), była studyum raczćj, monografią, szkicem bardziej wykończonym, powieścią wreszcie niedługą, niż istotnym romansem. Sapho należy do tego samego rodzaju i posiada te same prawie rozmiary. Niestety, jest-to zawsze jeszcze patologia tylko, dzieje choroby podpatrywanej zblizka, opisywanej z niezaprzeczonym talentem; ale godzi s>ę zapytać, na co się każę czytelnikowi połykać te studya patologiczne, tak bardzo przy gncbiające, tak często obrzydliwe, a tak wogóle poniżające człowieka?...
Daudet dadykuje to dzieło „swoim synom, gdy dojdą lat dwudziestu”... Zapewne, morał tej opowieści jest odstraszający, może się stać przestrogą przed nadużyciem zmysłów, które nie liczą się zbyt często z następstwami, plugawiąc i paraliżując życie. Czyż jednak korzysta się istotnie tak wiele z doświadczenia bliźnich; czy wyciąga się zyski moralne z najwymowniejszych przykładów, z najbardziej wzruszających obrazów?... Czyliź autor sam nie dowodzi w swojej Saphonie, żc rozum bywa bezsilnym w walce z namiętnością?... Wychowanie to raczćj, jakie młodzież w początkach życia swego odbiera, winno być owem jedynem lekarstwem, którego autor niefortunnie szuka, a którego nic nic zastąpi.
Ernest Daudet, mówiąc o swoim bracie, objaśnia nas, żc tworzy zawsze wedle studyów, czynionych z natury. O sobie sam on powiada, że „Ewangellstka” jest fotografią przypadkiem pod-patrzonćj rzeczywistości. „Sapho” musi nią być również, o tćm wątpić nie można. Pochwycona z natury, obserwowana bacznie, skopiowana wiernie, ujętą wreszcie została w artystyczne ramy romansu. Wszystko tu jest niezmiernie pra wdziwe, czuje się to—ale i straszliwie zarazem smutne....
Nie jesteśmy do zbytku surowymi moralistami, sądzimy przecież, źe polski przekład saphony możliwym byłby tylko zodpowicdnicmi modyfikacya-mi. W Niemczech zapewne tłumaczenie tego utworu dla szerokiej publiczności nie zyskałoby aprobaty... Obrazy to nad wyraz surowe, realistyczne. Nie jest to jeszcze Zola, bo Daudet me lubi się tarzać w brudach, ani bronić tego co nędzne — ale prawda studyów patologicznych wymaga szczegółów, a „Saphonie” na nich nic zbywa. To już trąca o manierę autora „Nam”....
Charakter kobiety upadłej, bohaterki romansu, wykończony jest świetnie. Autor ani jej zbytecznie me czerni, an: ją czyni zbyt białą—daje prawdę zupełną, naturę człowieczą jaką jest istotnie, z jej namiętnemi porywami, z jćj uniesieniami uczeiwcmi i czystemi. Lecz czy ta heroina — córka wóźnicy pijaka i karczemnej dziewki, up; dla już w dwunastej wiośnie życia—zasługuje na tak drobnostkową sekcyą, na tak troskliwą ana lizę, na monografią tak staranną?...
Daudet odpowiedziałby niezawodnie, że pra gnąl dowieść i żc z pewnością udało mu się zwy-ciczko nas przekonać, iź te związki niebaczne, te wybuchy chwilowe, jednodniowe błędy i namiot ności ślepe ruinują cale życie, mszczą się na całej przyszłości człowieka, który z niesłychaną łatwością daje się niemi skrępować, lecz uic może ich bez nadludzkiego prawie wysiłku rozerwać.
389
Czy jednak trzeba było dowodzić tego, o czem nikt nie wątpi?... Prawda, złe istnieje; ale lekarstwa na nie szukać należy nie w romansach realistycznych. Trzeba oddziaływać na młodzież przez inny tryb wychowania, aniżeli ten, jaki sic praktykuje obecnie we Francyi. Poczyna się on oddaniem dziecięcia „na mamki,” dalej ulokowaniem go w pensyouaeic, w liceum, u płatnego wychowawcy, a wreszcie rzuceniem chłopca samo-pas pośród chaotycznej stolicy, na łaskę wszystkich jej pokus i na opiece Bożćj... Rodzina nic gra żadnćj roli w jego wychowaniu. Rodzice widują dzieci swoje jaknajrzadziej i nie oddziaływają na nic wcale.
Ognisko rodzinne, tak dobroczynne, tak niezbędne dla dziecka, nie istnieje; niema już rcłi gii, ani religijnego wychowania, ani hamulca. Są prawa, które karzą, ale niema instytucyj, które zapobiegają.
Namiętności nic traktuje się tam jako rzeczy złych, jako występków przeciw moralności, jako grzechów; ukazuje jc się jako rzeczy, których w interesie własnym, dobrze zrozumianym, uuikać należy. To tylko oportunizm moralny, nic więcćj. Nie powiada sic: to cię skala—mówi się zato: to parzy, to ci sprawi cierpienie.
Jako utwór artystyczny, „Sapko11 jest malćm arcydziełem pod względem pełnego prostoty układu, stylu i wykończenia. Nic tu zbytecznego, ani śladu mozolnego wylizania i przesady, jak u Zoli; za jednym rzutem penzla autor daje nam całkowitą fizyognomią swoich postaci. Nie potrzebujemy tćż objaśniać, że są one wzięte z tego Paryża, który posiada aż nadto wzorów w danym rodzaju... Po całym tłumie wesołych cór i lore-tek, który przełknęli czytelnicy romansów francuskich, Sapho jest jeszcze oryginalną. Kobiety, które ją otaczają i ukazują sic obok nićj, są również naszkicowane ręką mistrza.
Sam Gaussin, bohater dramatu, trzymany jest niby w półcieniu; jest on ciągle na scenie, a mimo to znamy go bardzo mało. Sapho go absorbuje, osłania; jest on tylko ofiarą, wlokącą sic u jej stóp. Wszystko to ma układ niezmiernie prosty. Intrygi żadnej, ani tych sposobików, któ-rcmi autorowie francuscy tak zręcznie budzą ciekawość i gorączko czytelników. Daudet tego nie potrzebuje; opowiada on z prostotą, bez uganiania sic za efektem, łub przeciwieństwami. Tworzy dzieło wyborne, świetne.... w swoim rodzaju. W czytaniu ono gnębi i równie jest wstrctnćm, j ak „ JSwan gel lulka. ”
Namiętności po wszystkie wieki robią ludzkości wiele złego, ale niegdyś oddziaływano na nie inaczej i innemi środkami. Dzisiaj romans odgrywa zbyt śmiało rolę przestrogi i wola: nie czyńcie tego, to parzy, to zabijał... * I
Kronika paryska.
Paryż, 9 czerwca.
Hr. Ilaussoiiville. — Zabawa na dochód ofiar obowiązku.— Grand pru.—Posągi Berangcra, Dumasa, Gambctty, Dcla-croix, Balzaca.—Lite llcurou, przez Jerzego Oiiuet.
I znowu jeden z czterdziestu nieśmiertelnych członków akademii francir kićj przeniósł się w zaświaty. Hrabia llaussonville odgrywał wśród wyboru świata politycznego i towarzyskiego rolę nader wybitną i brak jego uczuć się da tam niezawodnie, lubo jako pisarz nic wzniósł sic do pierwszorzędnego stanowiska. Osobistość to była dość sympatyczna. Szlachcic lotaryński, pełen zacności, serca, patryotyzmu, arystokratycznych opinij, ale zaprawnyeh tym liberalizmem, który stanowi rdzeń orlcanizmu, ożeniony z córką księcia Broglie, a wnuczką pani dc Stael, widział się na czele jednego z najpierwszych salonów paryskich. Podczas gdy salon bywa zazwyczaj tronem, gdzie bezspornie panuje kobieta, u hrabiostwa Ilausśonriłlc władza ta była podzieloną: mąż i żona zwabiali jednocześnie wszystkie znakomitości świata politycznego i literackiego. Pani
llaussonvillc była w Paryżu przez wiele łat pierwszorzędną potęgą i przez cały czas panowania Napoleona 111 w salonie jej organizowała się opozycya tak zwanych starych stronnictw i wszystkie zatrute strzały, wszystkie wybory akademickie tam miały swoje gniazdo. Geniusz intryg, dziedziczny w rodzinie książąt de Broglie, łączył się nietylko z dziedziczną także ich inteli-gcncyą, ale był uszlachetniony przez charakter hrabiego Haussonville, w którym nie można było dopatrzeć się orla, ale którego działalność sięgała daleko i szeroko.
Od czasu jak owdowiał, hr. llaussouville stracił swoje duchową podnietę. Jako senator, nie był on nigdy osobistością wpływową i chociaż w opozycyi z dzisiejszą formą rządu, uie zapomniał nigdy, co był winien krajowi. Jako pisarz nic byl popularnym, chociaż posiadał gruntowne wykształcenie. Jego Historya polityki zagranicznej francuskiej za Ludwika Filipa, jego Historya przyłączenia Lotaryngii do Francyi, a szczególniej jego Historya kościoła katolickiego za Napoleona Z, która obejmuje wszystkie szczegóły dotyczące zaprowadzenia konkordatu, uczyniły imię jego ccnnćm dla crudytów, dla publicystów i wszystkich czytelników, umiejących cenić poważne i gruntowne prace. Nie trzeba jednak sądzić, że p. Haussonville był sztywnym i pedantycznym akademikiem — przeciwnie. Mamy jeszcze w pamięci słynną mowę, jaką powitał w gronie akademii Aleksandra Dumasa. Podczas gdy sądzono, źe pełen werwy i dowcipu dramaturg w las zapędzi orleańskiego szlachcica, stało się inaczej i mowa tego ostatniego, nacechowana humorem i życiem, zostawiła daleko za sobą goniące za oryginalnością przemówienie Dumasa.
Nic należy tćż zapomnieć o patryotyczućm działaniu hr. Haussonvillc po wojnie nieinieckiój. Gdy kolebka jego rodu przeszła w ręce wroga, postanowił on wyrwać z jego drapieżnych szponów przynajmniej jaknajwiększą liczbę synów Alzacyi i Lotaryngii. Pod jego przewodnictwem i za jego niestrudzonym udziałem utworzyły się w Algieryi kolonie wychodźców, trzy wielkie osady, z których jedna nosi jego imię. Wszystkie są w pełnym rozwoju i pod skwarnem afrykań-skiem niebem, nad brzegiem pustyni błogosławieństwa . dla dzielnego patryoty rozlegają się głośno. W Paryżu kilka tysięcy dzieci lotaryń-sko-alzackich odzićwal, wychowywał i kształcił komitet, którego on był duszą. Zostawia on po sobie w calem tego słowa znaczeniu dobre wspomnienie i nawet nieprzyjaciele polityczni pośpieszyli oddać mu hołd, na który zasłużył.
Sceptyczny Paryż niczawsze bywa obojętnym na istotną zasługę. Miasto-olbrzym ma serce gorące, zawsze otworem stające na wszystkie szlachetne porywy. Jeżeli da się nieraz wziąć na lep reklamie i błazeństwom, to jednak umie ocenić poświęcenie i bezinteresowność. Prasa paryska, stujęzyczuy organ opinii publicznej, zawsze brała w opiekę ludzi, którzy stawali się ofiarami szeroko pojętego poczucia obowiązku. Siostra miłosierdzia przy łóżku chorego, młody lekarz wczasie epidemii, strażak broniący z na rażeniem życia od płomieni, polieyant nadstawiający pierś swojo rozhukanemu koniowi, albo roz-paśanej tłuszczy—giną nieraz ua bojowisku i niema funduszów na przygarnięcie ich rodzin. O tych cichych bohaterach postanowiła prasa francuska pomyśleć i na ich dochód, na uorgauizowanic kasy emerytalnej, urządziła w tych dniach zabawę w lasku bulońskim, o jaką nawet w Paryżu niełatwo.
Wszystkie powaby, jakie posiada ten czarodziejski lasek buloński, przyparty do pól Elizejskich i Sekwany, rozciągnięty u stój) fortu S-go Waleryana, przerżnięty jeziorami, zostały w dniu tym podwojone, spotęgowane. Orkiestry, rozrzucone w rozmaitych jego ujściach, grały skoczne walce i kadryle, a baliki dziecinne bawiły oko i ucho swą świegotliwą wrzawą. Na jeziorach również pływały orkiestry, a wyścigi statków wnosiły życic na spokojne zazwyczaj wody. Nad brzegiem snuły się długim szeregiem pojazdy, przepełnione paniami i kwiatami. Na dany znak
rozpoczęła się walka bukietów. Ze wszystkich powozów ciskano na sąsiadów grad kwiatów i widowisko to urocze skończyło się dopiero brakiem amunicyi. Inną część programatu stanowiły sfory ogarów najpierwszych łowczych francuskich, które prowadzono przy wesołym odgłosie trąb myśliwskich, niby w pogoń za grubym zwierzem. Wieczorem wielki pochód z pochodniami, rzęsiste oświetlenie lasku i fajerwerk spalony na wyspie zakończyły ten dzień uroczy.
Niestety, nieubłagany święty Medard, który przynosi w swych chmurach czterdziestodniowy potop, zlał na Paryż w tym dniu gęste strugi ulewnego deszczu. Nietylko źe popsuł większą część przygotowań i zniszczył całkowicie niektóre, ale nie pozwolił napłynąć publiczności na oddaloną zabawę. Gdyby nie pismo, wydane umyślnie w tym dniu na dochód ofiar obowiązku, a które sprzedawano w wielkićj ilości, gdyby nie zapomoga rządu, ogromne koszta organizacyi tćj zabawy byłyby trudne do pokrycia. Jeżeli jednak materyalny rezultat nie odpowiedział oczekiwaniom, to w każdym razie wskazana jest Paryżowi droga ua przyszłość. Skoro na dochód Mureyi albo Szegedina Paryż mógł dawać piękne widowiska, ma teraz możność dać w ramach buloń-skiego lasku ucztę pierwszorzędną na dochód swoich własnych cierpiących, albo zasłużonych. Co się odwlecze, nie ucieczc: niezawsze ś-ty Medard psuć nam będzie igrzyska.
Nazajutrz przy tych samych atmosferycznych warunkach odbyły się wyścigi w Longchamps; te wielkie wyścigi międzynarodowe, które istnieją od lat dwudziestu kilku, weszły już obecnie w krew i życie Paryżan. Ten grand prix, 100,000 franków, stał się we Francyi narodową instytu-cyą i nic go już wyrugować nie zdoła. Inne wyścigi przechodzą niepostrzeżenie dla masy, te jedne przyciągają kilkakroć stotysięcy widzów i uczestników. Nic idzie tu o wyścigi same w sobie, ani o uszlachetnienie końskićj rasy. Względy te nie przemawiają bynajmniej do umysłu mas. Im idzie jedynie o fakt, czy koń francuski, czy angielski zwycięży. Kwestya szowinizmu góruje nad innemi. Od czasu jak wyścigi te istnieją, jedenaście razy zwyciężyli Francuzi, osiem razy Anglicy, raz jeden Ameryka i raz Węgry, a zawsze rezultat ten bywa powodem manifestacyj głośnych i hucznych.
Tą rażą nie mogło być najmniejszej wątpliwości: koń francuski Lit tle Duck przewyższał o tyle swoich cudzoziemskich współzawodników, że jego wygrana była matematycznie pewną. Mimo to zwycięztwo jego przyjęto okrzykami nadzwy-czajncmi i trudnoby policzyć korki szampana, które wystrzeliły na cześć konia.
Zadziwiającą jest rzeczą moc nieprzebrana Anglików, którzy przybywają do Paryża na grand prix. Parlament nic zasiada wskutek tego w sobotę. Ci pictyści, którzy by za nic w świecie u siebie na wyścigi w dzień świąteczny nie pozwolili, bawią się i ucztują w nowym Babilonie. Nic bierzemy na siebie wytłumaczenia tego moralnego przeciwieństwa.
Widok jest istotnie ciekawy, jedyny w świecie. Gdy się obejmie okiem tc tłumy pieszych, liczące się na krocie, te tysiące pojazdów, zalegających naprzód w nętrzc wyścigowego placu, a potem jedne za drugiemi ciągnące przez lasek buloński i pola elizejskie, gdy się widzi ten zbytek ekwipaży, ten smak wytworny strojów i te zuchwałe inowacye mody, która w dniu tym wyroki swe narzuca nie można się od podziwu powstrzymać. Tego roku jednak ta estetyczna część wyścigowych zapasów zniknęła w potokach ulć wy kilkogodzinnej. Pozamykały się powozy, a jasne, gustowne stroje pochowały się w długie płaszcze i opończe; barwny motyl zamienił się w gąsiennicę, ale i ta widocznie nie była bez powabu, skoro mimo deszczu stały na ulicach tłumy widzów. „Widzieć i być widzianym,” oto dwa magiczne słowa, w których się zamyka wielka część paryskiego życia.
Nietylko powódź deszczu, ale i powódź jiosą-gów ma spaść na Paryż. Ze wszystkich stron o niczćm innćm nie słychać, jak o tworzeniu się
390
sem z Matką Boską, a poczci wy .Świecki mocno się oburzał na przywidzenia hrabiego.
Wciągu rozmowy drzwi się roztworzyły i wpada jeszcze śmiejący się referendarz Linowski.
— Wracam z izby — mówi — opowiem wam, moi panowie, z czego się sejm cały śmieje do rozpuku. Znajomy wam wszystkim deputowany K., dystrakt jakich mało, cały zatopiony w cyfrach statystyki, którcmi głównie pobija ministrów, wychodząc z domu, nie uważał, co zamiast chustki od nosa włożył do kieszeni. W największym zapale dyskusyi, gdy mu przyszło pot obetrzeć z czoła, wyciąga zamiast chustki, zgadnijcie co — oto zabrudzoną skarpetkę. Galery a w śmićcli, a za nią i Izba. Efekt cały ura-torskich zwrotów stracony, a na rękę to było przypartemu do muru ministrowi sbarbu.
— Coś podoonego stało się i na sejmie za księstwa warszawskiego — odezwał się wojewoda Czarnecki. — Mój przyjaciel Z., poseł z Krakowskiego, także dystrakt, cale lato chodził ubrany w białe spodnie. Przygotowując na wyjściu samem dokumenta potrzebne do przemowy, a także był na ministrów biczem, ani spostrzegł, że stoi ubrany tylko w bieliznie. Spojrzawszy na zegarek, a widząc że czas jechać na sesyą, porywa tylko frak na siebie, przypasuje szpadę i siada do karety, ukostiumowany jak cesarz Sulu-k z wyspy Haiti. Na schodach było pusto, szwajcar nie uważał na jego ubranie; dopiero aż woźny w przedpokoju zwrócił go do domu, dla dokomplctowania niezbędnego ludziom cywilizowanym stroju.
O tych sejmach, posłach na nich i deputowanych nasłuchałem się przeróżnych dykteryjek, z których sądzę, iż nie bez interesu będzie kilka przytoczyć.
Każdy właściciel ziemi, du ksiąg obywatelskich wpisany, miał prawo głosu na wyborach na posłów, że zaś szlachta głównie wtedy ziemię po siadała dziedzicznie, starano się sobie ją ująć wszelkiemi sposobami. Posyłano tedy w tym celu różnych ludzi zręcznych, szczególnie na wsie, zajmowane przez drobną szlachtę, której czasem po dwóch na jednym zagonie siedziało, choć prawo głosu mieli, i rodzaj ten wyborców fornalka-mi, na wozach grochowinami wygodnie usłanych, zwożono na miejsce, gdzie sięiscjmik miał od bywać. Najczęściej dla uprzyjemnienia drogi przygrywała im muzyka, a v stawiona na wóz beczka piwa i antałek wódki próżne w końcu podroży przychodziły. Na miejscu czekał ich jeszcze sutszy traktament. Podczas gdy panowie spożywali wykwintny obiad w mieszkaniach burmistrza lub proboszcza, dla braci szlachty pod namiotami lub w szopie jakiej zastawiano stoły obficie półmiskami naladowanemi wędliną, kiełbasą lub Hakami, racząc piwem, miodem, gorzałką, a tylko z toastami od głównego stołu przychodził do nich przepijać ogromnym kielichem sam gospodarz wyprawiający ucztę.
Niektórzy z obranych, uradowani wyborem swoim, kilka dni przeciągali te pohulanki. Zaprawiano w studni świeżo ocembrowanej demokratyczny poucz i wysuszano ją do dna. Oszczędniejsi i wj rachowani, uzyskawszy tytuł posła swej ziemi, głodne rzesze wyborców do domu odpuszczali, dbając zaledwo o znaczniejszych, lub bardziej wpływowych.
Takim-to sposobem, idąc za wiciu innych przykładem, wcześnie s.ę o wyborców starał pan poseł z Kozienickiego Pieniążek, do pomocy wezwawszy jakiegoś Szcrcpeckicgo, co znał w całej ziemi bracie szlachtę, miał mir między nią i umiał ją dla kogo chciał nakłonić.
sejmik, jak każdy, odbył się pod laską marszałka, nateraz Boguckiego z Połiczny, i posłem wybrany został P.ćniążek; lecz Szerepccki zauważył, że ten od chwili, gdy już byl pewny iż osiągnie upragnioną obywatelską dostojność, zaczął mniej uważać ua niego, lekceważyć go, czy nawet odmówił mu jakiejś przyobiecanej pożyczki.
Szlachcic zły, nic wiedział jak się za to zemścić; aż tu na obiedzie przy rozjeździć wszystkich wypadlo pić zdrowie nowoobranego posła.
Szerepccki, odebrawszy potężny kielich, wnosi:
komitetów, które zajmują się zbieraniem funduszów ua uświęcenie pomnikami tej lub owej sławy narodowej. Pierwszy stanie pomnik Beran-gera. Śpiewak narodowy nie posiada już obecnie tej sławy u wyrafinowanej publiczności, co inni spólcześni poeci, ale nie przestał jeszcze być wy socc popularnym w szerokich pokładach masy ludowej. Pomnik na jego cześć wzniesiony też będzie w ludowój dzielnicy, w ogrodzie starego Tempie. Rzeźbiarz Doublemare odtworzył jego postać z całą swobodą i tą naiwnością, lekko ironią przypruszoną, która stanowiła jądro jego talentu. Posąg nic był zapłacony, gdyż składki szły leniwo, a ci co śpiewają piosenki poety nie są bogaczami; nie można więc było przewidzićć chwili jego wzniesienia, gdy sympatyczny artysta komedyi francuskiej, p. Coąuelin, zajął się uorganizowanicm przedstawienia, złożonego wyłącznie z dcklamacyi i śpiewu utworów Berange-ra. Przedstawienie to dało przeszło 30,U00 franków' i w tych dniach posąg ustawiony i poświęcony będzie.
Nie tak szybko dojdzie do skutku posąg, jaki naród francuski chce wystawić w Paryżu swojemu patryocie Gambecic. Zebrano blizko pół miliona franków w tym celu, bo dzieło ma być godne znakomitego męża stanu. Otwarto konkurs pomiędzy artystami i na takowy nadesłano niemniej jak 84 projekty. Były pomiędzy niemi potworne, ale były i piękne. Wybrano kilka najlepszych do nowego konkursu, z którego wyjść ma wielkie dzieło nowoczesnej rzeźby francuskiej, a który mimo tego dotąd w plastyczne1 formie unieśmiertelniony nie został. Komitet zbierający fundusze na uczczenie króla romansopisarzy francuskich, Balzaca, nie daje o sobie żadnej wieści, ale imię które postawił na swoim programie jaśnieje takim blaskiem, iż nic potrzeba dlań żadnych reklam: ze wszystkich krańców świata posypią się dary na jego pomnik.
Niepodobna zastanowi • się choć przelotnie nad tą wielką postacią, ażeby się nic nasunęło porównanie z dzisiejszymi powieściopisarzami francuskimi. Niema wielu takich jak Daudet, Clarć-lie, Malot, Cherbuliez w literaturze dzisiejszćj, a mimo tego powodzenie powieści jest ogromne, nigdy przedtem niespotykane. I tak ostatnia powieść Jerzego Ohnct, Lisa Fleurou, nie liczy jeszcze dwóch miesięcy żywota, a wydrukowano jćj już sześćdziesiąt tysięcy egzemplarzy. Autor ten jest najpoczytniejszym obecnie we Francyi. Nieprawdopodobne powodzenie Maitn dejorgeb da ło nowy polot jego utworom. Nie sądzimy jednak, ażeby ta ostatnia powieść była na wysokości trzech dawniejszych, Autor wziął sobie jako zadanie odmalowanie świata zakulisowego, który tak często i tak doskonale już szkicowany i opisywany bywał. Niema w tym utworze ani oryginalności, ani świeżości opisów, ani poezyi, ani psychologicznej głębi. Czyta się to z zajęciem, jak wszystkie jego powieści, gdyż jest nacechowane prawdopodobieństwem i daje możność napotkania typów codziennie widzianych na bulwarach; do wyższego jednak polotu nie mogą utwory p. Ohneta żadnej roście sobie pretensyi. O akademii marzyć mu niewolno: polna kasa zato wystarczyć mu może.
Kilka wspomnień z przeszłości.
Spisał
"W I EL I SL Zl X^7".
fDalsty ciąg.J
Ale w czasie o którym pisze hrabia nie stał jeszcze tak żle. Mówiono żc zachwiany mocno w' interesach, lecz proces o bajeczne ilości złota, sreber i klejnotów, zastawionych w klasztorze częstochowskim przez jego przodków w czasie ostatnich wojen, miał to wszystko podreparować. Śmiała się publiczność z tego, nazywając proce-
— Zdrowie jaśnie wielmożnego Szelążka, naszego elekta, do reprezentowania interesów naszej ziemi.
— Ależ Pieniążka — poprawia go sąsiad, ciągnąc za połę, sadząc iż sic pomylił.
— Czy szelążek, czy pieniążek — odpowiada Szerepccki — wszystkoć to drobna, malej warto ści moneta.
Obecni śmiech, śmiał się i elekt, ale żółkną*-na twarzy.
Wczasic sejmu agitującego sic w Warszawie, prezes senatu i marszałek Izby poselskiej trzymali otwarte dzień cały prawie stoły.
Rano bywały przekąski na zimno; po sesyi na obiady spraszano kolejno reprezentantów, czy inne wpływowe i potrzebne osobistości. Wieczorem scłiadzali się kto chciał na herbatę, na rozmowy parlamentarne, czy na partya wista, i tak doczckiwano się sutej zwykle kolacyi, podawa nej nie późuićj, jak o dziesiątej.
Bywały także różne bale ofieyalne u namiestnika, prezesa senatu, ministrów, marszałka Izby poselskiej, na które odpowiadano znowu prywa-tnemi i składkowemi.
Z ;ych zabaw zawsze wynoszono jakąś anegdotkę, szczególniej o posłach domatorach, co to mało byli obeznani z obyczajami wielkiego świata, tćm mniej zaś z ety kietą dworską. Tak cytowano jednego, co mieszkając w hotelu Gerlacha (dziś Europejski) wprost pałacu namiestnika, gdy został tam na bal zaproszony, a spadl deszcz i zrobiło się wielkie bioto, że był niezmiernie skąpy i żałował na dorożkę, kazał sic dla nie-zwalania obuwia nieść lokajowi, przy' pomocy stróża hotelowego, obdarzonego zato dziesiątką. Przechodzący tamtędy adjutant księcia, młody trzpiot, zobaczywszy to, nie sprawdzając powodów, rozniósł po sali, że poseł N. dostał apo-plcksyi.
Doszło to do namiestnika, zrobił się popłoch, aż tu mniemany chory, zdrów jak ryba, wchodzi do sali z zadziwieniem ogólnem.
Deputowany na sejm Dominik Krysiński, profesor uniwersytetu, członek Towarzystwa przyjaciół nauk i autor pełen nauki, wiadomości, dowcipu, umysł giętki, obdarzony niepospolitą wy mową polemiczną, stanowił wystąpieniami swemi postrach ministrów, którzy przez niego nieraz spać nie mogli. Niezawsze wszelako względem nich bywał sprawiedliwym, ani dosyć uwzględniającym ich trudne często położenie.
Krysiński w materyi ekonomicznej ściśle nalc* żal do szkoły fizyokratów, oprócz wolności i swo body w działaniu, innych pomocy w podnoszeniu ogólnego dobrobytu nic dopuszczając.
— Zróbcie tylko człowieka istotnie wolnym— wołał nieustannie —• a zaręczam żc sobie da sam najlepiej radę, bez waszej opieki.
W materyi finansowej wciąż wychodził z ideału rzeczypospolitćj szwajcarskiej, której rada związkowa postanowiła była, aby przez lat pięć nie pobierać podatków żadnych od mieszkańców, bo skarb tego nic potrzebował.
To tćż kiedy minister Lubccki, widząc pustki w skarbie królestwa, udał się do takich środków, jak monopol tabaczny i wódczauy w Warszawie samej, Krysiński tego darować mu nie mógł. Ograniczenie to wolności w przemyśle i handlu mien'1 zgubnem i o to do końca z nim walczył.
Nie oszczędzał i Staszica, dowodząc z Okolo-wcm, kontrolerem generalny m, żc Staszica wymarzone rządowe górnictwo produkuje grosze miedziane z krajowćj miedzi, kosztujące skarb dukata, monety zaś ze srebra i złota 1 ijujowcgo są tylko kosztowną, niegodną męża stanu zabaw ką. Ostremi satyrami dotykał i prezesa Rem bielińskiego, za jego pomysły co do jaknaj większego rozszerzenia kredytu dla przybyszów-fabry-kantów, oraz zaprowadzania dla nauki tubylców wzorowych rządowych fabryk. Po roku 1831 oddany gospodarstwu w majątku swoim dziedzicznym Jeżewie, nie przestał się zajmować żywo sprawami publiczncmi, chociaż zdalcka. To tćż kiedy minister Morawski, chcąc zapełnić deficyt skarbu, wystąpił z projektem opodatkowania
391
wódki opłatą óśmiu kopiejek od garnca, Krysiński wydał przeciw zamiarom ministra broszurę.
Właśnie ta broszura wyszła sposobem litogra-fowanym, a czytaną była i rozbieraną w mojej obecności.
(Dokończenie nastąpi.)
W ostatnićj kronice zapowiadaliśmy mające się odbyć zebranie ogólne akcyonaryuszów Spółki pszczelniczej. Już się ono odbyło i oto przytoczymy ciekawe cyfry ze sprawozdania, jakie na nićm złożono. Sprawozdanie to odnosi się do działalności Spółki za rok ubiegły, a pierwszy jej istnienia.
Spółka posiada pasiek własnych 13; największa z nich, w Sołotwinic, składa się z 750 uli. Pasiek pod zwierzchnictwem Muzeum było 140, w rozmaitych stronach kraju. Wszędzie oue używają uli Lewickiego, które zyskują coraz szersze rozpowszechnienie zarówno w kraju, jak i u obcych. W r. zeszłym sprzedano ich sztuk 7,888. luuyeb przyborów pszczelarskich sprzedano sztuk 4,293, a prócz tego miodu i wosku za rs. przeszłe 1000 (w samem Muzeum).
Ogólny obrót Spółki wynosił rs. 49,378, co dało zysku czystego rs. 3,756, dywidendy zaś 7*/z-Sprzedaż uli w Muzeum dala czystego zysku rs. 2,345.
Są to cyfry wymowne. Dobra wola i energia założyciela Muzeum i Spółki, p. Lewickiego, trafiła na grunt wdzięczny i ploduy. Żadna może z naszych instytucyj po roku istnienia nie mogła się pochwalić tak świetnym rezultatem. 1’szczol-nietwo odradza się, reformuje, rozpowszechnia, a przytoczone liczby muszą być najwymowniejszą zachętą dla tych, co z pracą około tego odrodzenia dotąd się ociągali.
Na zebraniu postanowiono przypadającą dywidendę przyłączyć do kapitału obrotowego, aby tym sposobem zarządowi zapewnić obfitsze środki działania. Postanowiono również w roku przyszłym urządzić wielką wystawę pszczelnictwa, aby dać jaknajdokladniejsze wyobrażenie o stanie tćj gałęzi gospodarstwa i o tem, co w krótkim czasie zrobiono, co zrobić potrzeba i czego od tych usiłowań spodziewać się można. Przyjęto tćż gorąco i życzliwie myśl urządzenia przy Muzeum kolekcyi jedwabniczej, zastrzegając, aby ona była jednocześnie praktyczną szkołą jedwabnictwa.
W smutnych czasach ogólnego zobojętnienia i jakby osłabnięcia energii, cyfry te i te usiłowania jednostek, skupionych w sprawie pożytku społecznego, pokrzepiającym są przykładem. Serce rośnie, gdy się pomyśli, że wszystko tak gładko pójść może, byle dobre chęci i wytrwałość. Chcemy tćż całą duszą wierzyć, żc ten piękny wzór stanic się iskrą ożywczą, budzącą z ospalstwa tych, co trzymając dłonie ua sterach, wiciu sprawom dobrym pozwalają płynąć — za wolą wiatrów ku rozbiciu.
Po opłakanym, smutne odgłosy w sercach naszych wywołującym procesie Kraszewskiego, ogólne uspokojenie pozwala chłodniej spoglądać ua tę sprawę. Ludzie nawykają nawet do nieszczęść... Obecnie oswoiliśmy się z myślą o tćm, źe nasz sędziwy Nestor w zamknięciu przymuso-wem, jak ptak w klatce, teskniść musi do wolności, do pracy swobodnej, niezmordowanej, która była zasadniczym pierwiastkiem jego życia. Ten i ów gorąco radby mu skrócić termin uwięzienia, gdyby to było możliwćm, a ci, którzy od natury wzięli temperament krewki, w gorzkich i bolesnych wykrzykach okazują współczucie i gniew...
Tych niecierpliwych uwagę zwracamy na treść listu K. Estreichera, przytoczoczoną w dzisiejszych „Hozmaitościach”... Przestroga to, przychodząca w porę, a uwagi i zastanowienia godna...
Jak wiadomo, po przeniesieniu się wystawy Towarzystwa sztuk pięknych do salonu Ungra, Muzeum przemysłowe zyskało uowy lokal w zabudowaniach po-bernardyńskich. Nic wićmy co się stanie z owym długim korytarzem, który poprzednio stanowił salę wystawy, ale domyślamy się, żc zarząd Muzeum nie zechee go pozbawiać pięknych plafonów penzla Gersona i obracać ua skład... choćby najdoskonalej przemysłowych przedmiotów. Naszem zdaniem, może on zawsze stanowić salę wystawy, i to artystycznej, byleby tylko umiano nagromadzić kolekcyą wyrobów rzemieślniczych, posiadających cechy artyzmu. To znaczy, źe ów korytarz, do któregośmy już tak przywykli przez lat dziesiątek, mógłby się
Kronika tygodniowa.
Wystawa inwentarza.—Co o niij mówią złośliwi i co raczej czynićby winni. — Wystawa niajolik nieborowskich.— Zwierzyniec warszawski w ogrodzie Bagateli. — Świetne rezultaty jednorocznej działalności .Spółki pszczelniczej.— Muzeum jedwabnictwa. — Przestroga na czasie w liście K. Estrejchera. — Muzeum przemysłowe i słówko w sprawie sztuki stosowanej. —Druga część Sprawozdania ze spisu jednodniowego. — Wiązanka cyfr.—Pożar w teatrze.—
Ś. p. Stanisław Chlebowski i J. E. Smolar.
Zeszłego czwartku po raz ostatni otwarły się dla publiczności wrota wystawy na placu uja-zdowskicm. W dniu tym dochód ze sprzedaży biletów zebrany miał pójść na wyłączny pożytek niektórych zakładów filantropijnych, a że to był dzień ostatni, więc sprowadził gości licznych.
O wystawie mówią... złośliwi, że zachowuje wszystkie pozory poważnej zabawki. Utrzymują, źe nie przedstawia ona bynajmniej wiernego obrazu, ale tylko jego małą cząstkę, ograniczoną do tych wystawców, co ze zwyczaju śpieszą ze swym udziałem. Ale któż temu winien? Czy komitet ma sposobem egzekucyi zajmować po stajniach, oborach, chlewikach i kurnikach okazy, aby wystawę zapełnić tak, by ona reprezentowała ogół usiłowań i rozwoju?... To trochę zatrudno. On stwarza kadry, których wypełnienie należy do kogo innego, kto wić czy nie do tych właśnie najbardziej, co ironicznemi uwagami paraliżują dobre chęci...
Wystawa przynajmniej o tyle zyskała sobie uznanie i powodzenie, że przez cały czas istnienia swego gromadziła tłumy ciekawych. Publiczność miejscowa interesowała się nią wielce, a i zamiejscowa pośpieszała ze stron różnych licznie. Cóżby to było z wystawą przemysłu wc-góle!...
Od kilku dni istnieje tćż w Warszawie wystawa majolik, wyrabianych w fabryce uieborow-skiej. Jest-to ckspozycya z charakterem specyal-nym, ale niemniej przeto ciekawa. Obfituje w wyroby piękne, graniczące ze sztuką, zarówno dobre kopie pierwowzorów włoskich i niemieckich, jak dzieła rodzinnego pomysłu i dowcipu.
Fabryka nieborowska młodziutką jest, ale się wciąż rozwija i doskonali. Podamy o nićj niezadługo wiadomość bliższą, zachęcając tymczasem czytelników do zwiedzania urządzonej przez nią. wystawy—którą pomieszczono w hotelu Europejskim — tembardzićj źe oplata wejścia ma zwiększyć fundusz na budowę domu dla Towarzystwa zachęty sztuk pięknych.
Przed kilkoma dniami również otwarto w ogrodzie, Bagatelą zwanym, zapowiadany oddawna zwierzyniec, o którym przesadzone wieści powitaliśmy niegdyś niezbyt sympatycznie. Krojono wówczas na rzecz kolosalną; dzisiaj pokazuje się, źe założyciele chcą rozpoczynać od małego. Naj-prawidlowsza droga do osiągnięcia celu tam, gdzie i o najdrobniejsze korzyści trudno bardzo.
Dotąd uowo-otwarty zwierzyniec posiada kilkadziesiąt zaledwie okazów. Nąjgrubszcmi sztukami w tym zbiorze są słoń i dwa wielbłądy, z ptaków orzeł i kazuar. Z krajowych zwierząt ujrzeć tam można lisy, kuny i niedźwiedzie.
Zaparć tygodni nowy transport okazów z Hamburga zasili ubogi dzisiaj jeszcze zbiór, a potro-sze dokomplctujc się on i urozmaici tak, żc istotnie stać się może wielce pożytecznym naukowo.
O zwierzyńcu warszawskim to powiedzićć można, że nialo robił hałasu wczasie przygotowań, co mu wróży piękną przyszłość. Dowód to bowiem, żc ci, co się jego urządzeniem zajmowali, nic lubią czczych dcklamacyj, a posiadają dosyć energii, aby raz powzięty zamiar doprowadzić do skutku.
stać wystawą dla przedmiotów sztuki stosowanej, więc tćm, czego dotąd uie posiadamy wcale, a co jest niezmiernie potrzebnem i byłoby niesłychanie pożytecznem.
W Paryżu gotuje się wielka wystawa w tym rodzaju na listopad... Może Muzeum nasze wyszle kogoś kompetentnego w tej mierze, aby się jćj przyjrzał, a potem by zdał relacyą szczegółową, mogącą posłużyć za wskazówkę do utworzenia odpowiedniego zbioru. Co prawda, możnaby się pod tym względem informować we wszystkich prawie większych miastach Europy, bo każde z nich posiada kolekcye sztuki stosowanej, prawdziwe muzea przemysłowe.
Nasze Muzeum przechodzi dopiero stadyum narodzin; istnieje ono w miniaturowym zawiązku i bardzo mu do tego daleko, aby mogło stanąć na wyżynie swoich celów... ale smutną okolicznością jest, że zbiorów prawie uie posiada, że gromadzenie ich zastępuje n. p. lekcyami rysunku, które, uczęszczane dość licznie, przy małym rozwoju rzemiosł, istotnych korzyści nie przedstawiają. Kopiuje się tam Apolinów i Hermesów z gipsu, ale młodzież rzemieślnicza z tej nauki nie dowiaduje się bynajmniej o tćm, że zegar, stołek, świecznik lub nawet odrzwia mogą być wykonane w tym lub owym stylu i t. p.
Nie poraź to pierwszy przemawiamy w tej sprawie, nie tając bynajmnićj, że przeprowadzenie jćj wymaga wiele umiejętności, trudu i... ofiar pieniężnych, ale też i teraz powtarzamy to, co-śmy już tyle razy powiedzieli dawniej, żc bez zbiorów sztuki stosowanej Muzeum racyi bytu nie ma.
Wyszedł zpod prasy tom drugi Sprawozdania ze spisu jednodniowego, dokonanego w roku zaprzeszłym. Materyał to niezmiernie obfity, a zestawiony umiejętnie, pracowicie i drobnostkowe. Usprawiedliwia to najzupełniej ukazywanie się oddzielnych części Sprawozdania w tak długich odstępach czasu. Na zgrupowanie materyału, rozrzuconego po kartkach, potrzeba całych miesięcy i zważywszy staranność, z jaką tego dokonano, należy przyznać, źe praca postępuje nawet szybko.
Część druga sprawozdania zawiera wyłącznie dane, odnoszące się do nieruchomości i lokalów w mieście naszem. Są tu szczegóły bardzo interesujące, a cyfry pozwalałyby wyprowadzać ze swego zestawienia najprzeróżniejsze i ciekawe wnioski, charakteryzujące miasto i ludność. Co do nas, pozwolimy sobie przytoczyć tu niektóre tylko, ogólniejsze dane, uie bawiąc się bynajmniej w rozumowe kombinacye.
Warszawa posiada wogóle nieruchomości 4172, z 19,180 zabudowaniami; 3,943 posesyj należy do osób prywatnych. Budynków murowanych mamy 9,941, drewnianych zaś 9,212. Pomiędzy zabudowaniami najwięcej jest parterowych, bo 10,483, najmniej pięciopiętrowych i więcej, bo tylko 16. Z ogólnej liczby posesyj blizko tysiąc nie ma studzien, a więcej niż tysiąc ma dziedzińce niczabriikowane; jedno i drugie nieświetnie świadczy o wygodzie, bezpieczeństwie i porządku naszym.
Na pokaźną stosunkowo liczbę nieruchomości przypada mieszkań tylko 79,477, z których połowa blizko składa się z jednego pokoju. Z tćj ogólnej liczby mieszkań spis jednodniowy w r. 1882 (w zimie) zastał 20-tą część niezajętych! Stało przeto pustką mieszkań przeszło 3,000, co drożyzny ich nic usprawiedliwia, jak również i potrzeby wznoszenia nowych zabudowań. Na jedne przecięciowo nieruchomość przypada mieszkań więcej niż 19, mieszkańców więcej niż 93. Na jedno mieszkanie przypada mieszkańców więcej niż 5.
Izb oddzielnych posiada miasto nasze 207,120, a tym sposobem na 1 mieszkanie przypada ich 3. Na każdą izbę przypada blizko 2 mieszkańców, są jednakże takie izby, w których mieszka po kilkanaście osób. Okien w mieszkaniach znajduje się 262,005, żc jednak mieszkania nie są równo niemi obdzielone, bo w antresolach przypada ich pięć na trzy izby, a ua drągiem piętrze po 4'A, to można wnioskować że 61),000
Nowy gmach, sejmowy w Wiedniu. (Zob. art. na str.
(393)
Mycie owiec. Rysunek oryginalny A. Kędzierskiego.
(394:1
394
przeszło izb nic posiada okien wcale. Maluje to charakterystycznie i dosadnie sanitarne uwzględnienia w budowie domów warszawskich! Nielepiej też jest z ogniskami, których przypada 187 na 100 mieszkań (zarówno kuchen jak i pieców), czyli 187 na 300 izb. Z tego widać, że kilkadziesiąt tysięcy izb nie ma ognisk żadnych, że przeto przynajmniej ze 3,000 mieszkań nie ma wcale ani pieców, ani kuchen. O tych ostatnich Sprawozdanie twierdzi, że prawie połowa mieszkań jest w nie zaopatrzona. W suterenach posiada je ty Iko 20<>/o mieszkań.
Na tem kończymy wyciągi nasze ze Sprawozdania, które na długi czas posłuży niezawodnie za materyał do wysnuwania najciekawszych wniosków... Istotnie, kombinacye cyfr bywają niewyczerpane, a tutaj nasuwa się ich tłum prawic nieprzebrany.
Mieliśmy zeszłej niedzieli maleńki buczek... z powodu pożaru w teatrze. Było tam wprawdzie więcej dymu, niż ognia, ale strach ma wielkie oczy i narazić Warszawę zelektryzował. Widok narzędzi ogniowych przed gmachem pozwalał wróżyć teatrowi najgorsze następstwa, skończyło się jednak na pożarze w składach garderoby i spopieleniu kilkudziesięciu kostiumów. Dla ubogiój instytucyi jest to szkoda wielka, ale w porównaniu z tem, coby ją spotkać mogło, gdyby ogień przeniósł się na scenę—żadna.
M ieści głoszą, źe pożar wybuchł z podpalenia.,. Do chwili jednak obecnej, o ile się zdaje, nie sprawdzono ich o tyle, aby przypadek można było przypisać niegodziwości ludzkiej. Kto wie, czy nie opieszałość i nieostrożność grały tu jedyną rolę, jak najczęściej wpodobnych okolicznościach.
Zc żniwa śmierci mamy do zanotowania zgon malarza Stanisława Chlebowskiego i Jana Ernesta Smolara.
Pierwszy, bardziej znany za granicą, niż w kra ju, w którym przez długi czas nie mieszkał wcale, urodził się w r. 1835 na Podolu, studya odbywał w Akademii petersburskiej, a ostatecznie kształcił się w Monachium i w Pradze. W r. 18G6 udał się na Wschód i został malarzem nadwornym sułtana tureckiego. Z pobytu na Wschodzie zebrał obfity plon w szkicach; wykonał też cały szereg obrazów olejnych, które mu zjednały chlubne imię u obcych. W Warszawie różneini czasy zaledwie kilka prac jego penzla wystawiano, z których parę daliśmy poznać czytelnikom naszym w drzeworytniczych reprodukcyaeh. Od r. 187f» ś. p. Chlebowski, podupadłszy na zdrowiu, przeniósł się do Paryża i tam przez długie lata dogorywał w ustawicznych cierpieniach.
Ś. p. Smolar, Serb-Lużyczanin, wielce zasłużony w sprawie budzenia poczucia narodowości u ziomków swoich, długoletni pracownik na niwie literatury ojczystej, pod jego niestrudzoną dłonią powstającej do życia, uczony, literat, dziennikarz, organizator stowarzyszeń, mających na celu pracę społeczną i narodową — nic jest obcy czytelnikom pisma naszego. Przed laty kilku, gdy zacny ten Łużyczanin odwiedził Warszawę, wraz z księdzem Hornikiem, proboszczem budy-szyńskim, podaliśmy portrety obudwu i szczegółowe wiadomości o tych dzielnych, niestrudzonych ludziach. Powitano ich tu wówczas serdecznie, gorąco, a Smolara uczczono za jego zacne trudy tak, jak się to uczynić godziło.
Nieboszczyk umarł zbyt wcześnie dla sprawy swoich ziomków, w sześćdziesiątym ósmym roku życia. Do ostatniej chwili stał on na strażnicy narodowej ukochanego ludu, podając mu skuteczne środki ustrzeżenia się od zagłady w nawale germanizmu, która go dotąd pochłonąć nie zdołała.
Cześć jego zacnej pamięci!
fet. J/. liz.
Przegląd polityki zagranicznej.
19 czerwca.
W początkach tygodnia, z którego zdajemy sprawę, spór serbsko-bułgarski przybrał chara
kter bardzo drażliwy. Stosunki dyplomatyczne zostały zerwane, agent serbski opuścił Sofią. Powolna wszelkiemu skinieniu rządu nowa Skup-czyna zawotowała dla p. Garaszanina jednomyślne wotum zaufania, z powodu zajęcia przez niego energicznej postawy względem Bułgaryi, i zapewniła ministeryum, iź w sprawie tej cały lud serbski stać będzie przy nim jak jeden mąż; do gazet petersburskich, jak Nowoje wremia, dochodziły nawet pogłoski nieuzasadnione o krwawych starciach wojsk pobratymczych nad Timokiem, słowem wrzala burza formalna, ale już wtedy Journal ile Ht. 1‘eti rubourg, ubolewając nad po-waśiJcnicm się „dwóch państw młodocianych, powołanych do życia z sobą w przyjaźni, bez urażania wzajemnie swojej miłości własnej,” wyrażał nadzieję, iż „dobre usługi trzecich stron zostaną uwieńczone powodzeniem i przywrócą normalne stosunki, które przy pewnej dobrej woli i umiejętności można było załagodzić.” Było to pośrednio zapowiedzią akcyi pojcdnawczćj mocarstwa opiekuńczego nad Bułgaryą, połączoną z napomnieniem dla zbyt drażliwych, a niedosyć zręcznych dyplomatów owych państw młodocianych.
Obecne doniesienia mówią już o skutkach tćj akcyi pojcdnawczćj, podjętej przez Niemcy, Austryą i Rosyą, a wdzięcznie przyjętej przez strony. Pod wpływem perswazyi mocarstw, rząd bułgarski cofnął z Bregowej postawiony tam na miejscu serbskiego posterunek, aż do załatwienia sporu, który w drodze układów ma się rozstrzygnąć.
Złe wrażenie układu zawartego z Franeyą w sprawie egipskiej starał się p. Gladstonc złagodzić, oświadczając w Izbie, iż umowa ta zgodną jest z interesami i godnością narodu angielskiego. Oświadczenie pierwszego ministra opierało się na tćm, że jakkolwiek prawdą jest, iż Anglia zniewoloną była zrzccz sie wyłącznego wpływu w Egipcie, poddając finanse, a więc i całą politykę tego kraju, kontroli międzynarodowej, ale w komisyi kontrolującej zachowała rolę naczelną, oraz na tem, że układ zawarty nic oznacza terminu 3 letniego jako mtuńinum, lecz jako minimum trwania okupacyi wojskowej angielskiej nad Nilem.
Przewidując trudności, jakie będzie miał do pokonania z uzyskaniem zatwierdzenia układu przez parlament, p. Gladstonc postanowił uprościć sobie zadanie i cofnął czynione Francyi pro-pozycye wysłania wojsk do Sudanu. Tym sposobem zatwierdzenie układu napotka o jeden szkopuł mniej, gdyż myśl odwołania się o pomoc do Turcyi nie byłaby także dobrze przez parlament widzianą.
Układ angielsko-francuski przedwczoraj został podany do wiadomości mocarstwom.
Pogłoska o wzięciu Bcrberu przez powstańców sudańskich została urzędownie potwierdzoną. Zwycięzcy wyrżnęli załogę egipską i zajęli jeden z ważnych posterunków cywilizacyi w Sudanie Naoczny świadek rzezi przybyły do Kairu opowiada, żc ofiarą jej padło 1500 żołnierzy i 2000 mieszkańców, oraz źe Mahdi z 35,000 ludzi maszeruje przeciw Dongoli.
Ciągłe posuwanie się panowania rosyjskiego w Azyi środkowej i zbliżanie się Rosyi ku Hcra-towi, na które p. Gladstonc patrzy dosyć obojętnie, wywołuje kiedy niekiedy niemało wrzawy w dziennikarstwie angielskieni. Obecnie do podniecenia tej wrzawy przyczyni się zapewne wyjaśnienie rzeczywistego stanu rzeczy, ogłoszone przez Karola Morrwiua, jednego z grunto-wnycli znawców spraw i sytuacyi Azyi środkowej. Jeżeli Rosyą, jak się mi to zanosi, zabiorze znowu znaczny pas ziemi azyatyckićj i rozciągnie swe władztwo do Gul-i-Chatum, to będzie odległa od Ileratu tylko o 150 mii ang., gdy ostatnia załoga angielska w (Jucttal. odległa jest od tegoż punktu o mil ang. 514. Zamierzona przez Rosyą budowa drogi żelaznej w Azyi środkowćj ma doprowadzić komunikacyą kolejową do Aszkabadu, odległego od Ileratu tylko o 388 mil ang., gdy kolćj angielska dochodzi również zaledwie do Quettah. W tćm posuwaniu się Rosyi Morrwin widzi niebezpieczeństwo dla cesarstwa indyjskiego, a zamiar zajęcia Gul-i-Chatum uważa on za
prowokacyą, której Anglia bez protestu najcner-giczniejszego pozostawić nie powinna.
Na krańcach widokregu politycznego zdaje się ukazywać nowa kwestya--marokańska. Wczasie ostatnich powstań algierskich, z takim trudem przez Franeya stłumionych, powstańcy znajdowali główny punkt oparcia w Maroku i ztamtąd czerpali nowe siły. Byłoby to dostatecznym powodem dla Francyi do ubiegania się o protektorat nad Marokiem, a przynajmnićj o sprostowanie zachodniej granicy Algieru, przez przyłączenie pewnych terytoryów dla zabezpieczenia swoich posiadłości afrykańskich. Rzeczywiście działalność konsula francuskiego w Tangcrzc, ziomka naszego Ordęgi, zdaje się przygotowywać grunt do utrwalenia przewagi wpływu francuskiego w tćm państwie. W parlamentach angielskim i włoskim zaniepokojono się temi projektami fran-cuskicmi, reprezentanci rządu jednak odpowiedzieli, iź p. Ferry udzielił im pod tym względem uspokajających zapewnień.
W Belgii nastąpił jeden z tych przewrotów, których kolejne następstwo w dłuższych lub krótszych okresach czasu stanowi prawic całą treść 50-kilko letniego istnienia tego szczęśliwego i kwitnącego królestwa. W ostatnich wyborach stronnictwo liberalne, które przez czas dluai było u steru władzy, nic odniosło zwycięztwa: do Izby weszła większość klerykalna i gabinet Frere-Or-bana zmuszony był podać się do dymisyi. Jak zwykłe bywa w takich razach, akcya wy borcza odbywała się wpośród większego roznainiętnie-nia i w niektórych ludniejszych okręgach, jak w Antwerpii i w samej Brukselli, przyszło do zaburzeń, w których nawet krew popłynęła i którym dopićro liczne aresztowania kres położyły. Przesilenia takie w państwach konstytucyjnych uważać należy prawic za zjawiska normalne.
Pierwszą czynnością nowego rządu było naturalnie rozwiązanie Izby wyższej, która posiada dotąd większość liberalną.
Sprawdziła się przepowiednia Foss. Zndiuuj i wskrzeszenie pruskiej Rady stanu jest już faktem dokonanym. Jak zaraz w pierwszćj chwili, gdy myśl ta została powziętą, mieliśmy sposobność zaznaczyć, przywrócenie tćj instytucyi jest nowym ciosem dla parlamentaryzmu w Prusach, odbiera bowiem Izbic bezpośrednią styczność z faktycznym rządem, a natomiast stawia ją wobec nominalnych ministrów, mogących w każdym razie zasłaniać się powagą Rady stanu.
W Gratzu rozpoczął się w dniu 11 b. m. wielki proces przeciwko 23 socyalistom, oskarżonym o związki z anarchistami w Londynie i Nowym Yorku, o knucie zamachów dynamitowych, oraz o przygotowywanie zamachu na cesarza Franciszka Józefa podczas podróży jego po Styryi. Jeżeli można polegać na szczegółach skrzętnie zbieranych przez policyą austriacką, to kierunek anarchiczny licznych ma między robotnikami zwolenąików, a wszyscy robotnicy, w wir ten porwani, zdają sic być związani w jedne szeroko rozgałęzioną organizacyą. Anarchiści styryjscy w Gratzu mieli zostawać w zw. ązku z anarchistami wiedeńskimi i peszteńskimi. Burzliwe, a nawet krwawe zajścia podczas wyborów w Węgrzech, miały być wywołane przez socjalistów jedynie w celu dania okazyi do rozruchów cechy społecznej. Nawet aresztowani niedawno we Lwowie robotnicy podejrzywani są o związki z tym rozległym ruchem, śledztwo jednak świeżo odbyte uie dostarczyło wcale danych, pozwalających przyjąć to podejrzenie za takt niezbity..
Wspomniane powyżej rozruchy w Węgrzech spowodowały rząd węgierski do wysiania znacznych oddziałów wojsk na prowineye, w celu czuwania nad porządkiem podczas wyborów. W rozruchach tych, oprócz socyalizmu, ma grać także pewną role aiitisemityzni, który na Węgrzech ize-czy wiście jest żywiołem bardzo zapalnym i niebezpiecznym.
395
LIST JORDANA Dó PANA JANA.
SERYA TRZECIA.
— To się zdaje, ale tak nie jest.
— Objechałem pola wszćrz i wzdłuż, nimem tu do domu przyjechał... pytałem tćż łudzi w polu.
— Bez mojćj wiedzy? ho, ho! szkoda... byłbym jegomości kazał jak szkodnika przyaresztować...
— Zrobiłem to o ile można dokładnie, a obecnie z podanych zasiewów widzę, że można przyjąć połowę pszennej, a połowę żytniej.
— Ale bój się asiudziej Boga, chcesz-żc mnie już połknąć z kretesem?
— Cóżby mi z tego przyszło... muszę pisać to co widzę i prawdę, bo za to jestem odpowiedzialny. Mamy nowe przepisy klasyfikacyjne i najsurowszą instrukcyą... Scriyta manent... wolę zapisać wyżej, niż niżej, bobym mógł potem grubo za to beknąć...
— A cóżby się stało?
— Co? a dymisya, a utrata emerytury, a wstyd, splamione imię uczciwe, a obciążenie sumienia?
— Więc jak biednego szlachcica obedrzecie, to to sumienia nie obciąża, a jak tłusty poleć smarować będziecie, to sobie nie macie za grzćch? Śliczne doktryny!...
— Szanowny panie — rzeki poważnie urzędnik—skarb swoje otrzymać musi w każdym razie, bo cyfra ogólna podatku, półtrzecia miliona rubli, rozdzieloną być musi na królestwo; nie o skarb więc tylko idzie, ale o sprawiedliwość... Faworyzując jednych, czyni się krzywdę innym współobywatelom.
— A... kiedy tak, to cofam wszystko com mówił—zakonkludował ś. p. mój rodzic—trzeba ini to było z kopyta powiedzieć. Rób-że asiudziej, co uważasz za sprawiedliwe, pisz coś zastał i widział, bo wreszcie każdy z nas brzydziłby się oszukaństwem, a zwłaszcza krzywdą bratnią. Tylko uie bierz mnie już dłużej na spytki, bo siedzę jak na węglach... Tam żniwo robią, a ja tu mam siedzićć za stołem...
— Przygotuję wszystko na jutro, a szanowny pan zcchcesz sprawdzić.
— A dajże mi pokój z cyframi!
— I podpisać.
— To zrobię, ale nic więcćj... wierzę wam, a we żniwa szkoda mego czasu i fatygi... mam zresztą wstręt do tych papierzysków.
Nazajutrz opis dóbr był przez rachmistrza sporządzonym, przez ojca mego podpisanym, a po dobrem śniadaniu, rachmistrz odjechał, pożegnany przez nas serdecznie.
Tak się, mutatis mutandis, odbywały podówczas deklaracye podatkowe; sporządzali je delegowani uczciwi urzędnicy nasi, wedle sumienia i przekonania, z iustrukeyami bardzo ogólne-mi, a szlachta, którćj rysem charakterystycznym była zawsze uczciwość i wstręt do jakichkolwiek szacherek, lub cudzej krzywdy, podpisywała bona fide operaty urzędowe, rzadko kiedy sprawdzając to, na czem się podpisywała.
Czy po latach dwudziestu stan gruntów, ich urodzajności i produkcyi pozostał takim, jakim byl podówczas... na to chyba nikt odpowiedzi se-ri/o dać nie może. W naturze niema zastoju, tam zwłaszcza, gdzie ciężkie warunki zmuszają nas do Syzyfowej pracy. Móglżeby kto zresztą przypuszczać, że osuszając łąkę, marglując grunt jałowy, karczując wycinki, drenując mokradła, pociągniętym za to będzie do odpowiedzialności, podczas gdy gdzieindziej sumiennych takich pracowników moralne przynajmniej spotykają na grody?...
Kiedy w kilka lat później stosunki finansowe kraju, a szczególniej rolnictwa, coraz się smutniej przedstawiać zaczynały, trzeba się było uciekać do pomocy krcdytowćj. Szlachta opędzała się biedzie, jak mogła; w szubieniezkę grywano naprzemiany, jedną ręką tu dług mazano, drugą tam dopisywmuo, a im się tak dalej jechało, tćm trudniej można sobie było radzić z małomiasteczkowymi bankierami, bo co który pożyczył, wyrabiał sobie zaraz pierwszeństwo do kupna to rzepaku, to zboża, to wełny, tak że nareszcie brakło już objektu, na którymby służebność pierwszeństwa można było Źydkowi zapewnić.
Jak gołębica z róźczką oliwną, zwiastująca
III.
Jeremiady somszaila Cyiiamuiin.—Wieczór majowy i marzenia wiosenne.—Sołtys Koziołek z karmelkiem.—Bąk w nos, a Palata w kieszeń. — Jak się działo przed laty dwudziestu.—Pesymizm ś. p. rodzica wskutek spóźnionego obiadu.— Jegomość w zielonym fraczku i czapce z gwiazdką.—J’ dus sporządzania deklaracyj podatkowych.— Ho istdie Anta? alias, gdzie nadużycia? — Prawo z r. 18(59 i wędrówki delegatów. — Miękkie serca wobec twardego przepisu.— Kromy z jasnego nieba. — Huzzia bez racyi. — Strachy na Lachy.
(Dokończenie.}
Fu obiedzie, nad dużą, zc starości pożółkłą mapą, zasiadł pan rachmistrz do zbadania przestrzeni. Ojciec, uspokojony zupełnie, pykał z rozkoszą fajeczkę, patrząc w dal na uwijających sie żniwiarzy.
— Czy nic ina pan dobrodziej regestru pomiarowego?—zapytał urzędnik.
— Był gdzieś, ale przy procesie o kontrowers zaprzepaścił mi się kanalia.
— A ileż ma folwark przestrzeni?
— Zgórą kilkanaście włók, ale na dokładność przestrzeni przysiądz nic mogę. Sieje w jedne rękę 100 korcy.
— A pól jest trzy?
— Cztery.
— Zatem ornej ziemi morgów czterysta... czy tak?
— At... kaduk was wie... zapewne żc tak podług wysiewu wypada.
— A łąk ile ma pan dobrodzićj?
— Łąk na morgi nie wiem także, ale sprzą tam pierwszego siana 80 wozów.
— A potrawu?
— Połowę.
— No, to przyjmicmy furę z morgi, czyli morgów 80.
— Jak tam cbcccie...
— A las jest?
— Byl... ale go Żydy połknęły.
— No, to ziemia została.
— A została.
— Orze sic?
Rzadko kiedy... lekkie to, a miejscami przepaliste... owczyska łażą.
— Przyjmicmy to za pastewnik... a ileż tego będzie?
— Albo ja wiem... toć mapa musi wskazywać; przemierz sobie asiudziej, kiedy laska.
Rachmistrz wydobył cyrkla, poskakał nim razy kilka po mapie, odmierzy 1 skałkę, dodawał, mnożył, odejmował, aż nareszcie wpisał morgów 150."
— A wód dużo?—spytał po chwili. To i od wody chcecie podatku? A no... bez kwestyi.
— A to awantura, jak Boga kochani! — zaśmiał się mój ojciec — od gorzałki płać podalek, od piwa piać... teraz i od wody jeszcze płacić. No, koniec świata... przyjdzie może i od powietrza coś opłacać.
— Jak każą, najszanowniejszy panie, to i od tego się. zapłaci... tylko męszą nam dać wskazówki do obliczania ilości...
U nas się wszystko potraii.
Więc tedy ileż wód ma pan dobrodzićj?
— A nie wiem... nie wiem... toć na mapie są oznaczone, zmierz je asiudziej.
I znów cyrkiel zrobił kilka susów, nóżki rozkraczał, to je zwężał, jak balctnik lub akrobafa, wreszcie wyprostował sie, a rachmistrz dodawał, mnożył, odejmował.
— liazom jest morgów 54.
— A bodajeś asiudziej pęki, jak to prawda!
— Gotówcm stawić zakład, żc niema omyłki. Ja, panie dobrodzieju, mam oko wprawne.
— Na cudzą krzywdę, mój asindzicju.
— A niech że mnie Pan Bóg broni! A teraz opiszemy klasę ziemi. Sądząc z pozoru i z zasiewów, zdaje się być przeważnie pszenną.
Noemu koniec potopu, ukazała się nam ustawa Towarzystwa kredytowego z r. 18(59, podnosząca skalę pożyczek, na podstawie mnożnika i taksy.
Rzuciła się więc szlachta do tej deski zbawić nia; delegaci Towarzystwa kredytowego rozje chali się po kraju, dla sprawdzania wartości ma jątków, aspirujących do nowych pożyczek.
Byli to istotni Mesyasze, a skoro się który ukazał, już go na progu domu przyjmowano z o-twartemi rękoma, bo widziano w nich onych synów' Jak liliowych, mających wykupić niewinnego brata z ciężkiej niewmli egipskiej. Polowano też na nich prawie, jak nic przymierzając poluje sic po miastach w Wielką sobotę na księżulka, po świecić mającego stół wielkanocny.
Kiedy zaturkotala przed domem bryka pana Piotra, ojczysko wyleciał na ganek, z rozkrzyżo-wanemi jak drogoskaz rękami, i byłby w uścisku gorącym zdusił może korpulentnego delega ta, gdyby nic brzuch jak bania, który go, niby wrał forteczny, okalał i od niechybnćj astiksyi obronił.
Festynom końca nie było; toast ua powitanie i rozpoczęcie czynności, drugi przy kłasylikacyi pól, trzeci przy łąkach (bo o lasy nie dbano, skoro je Towarzystwo w szacunku pomijało). Dalej znalazła się takaż okazyjka przy inwentarzach, przy opisie kultury, przy oznaczeniu szacunku i ceny sprzedażnej. Kielich wreszcie strzemien-nego znajdował się zwykle na odjezdnem. Wśród takich uroczystości i serdecznych wynurzeń, poczciwe serca szlacheckie miękły na bratnią niedolę, topniały jak lód wiosenny i rade były każdemu choćby samego nieba przychylić.
Niech z tego jednak złośliwi uie wnioskują, że lekceważono sobie losy Towarzystwa kredytowego—bynajmniej, szanował je każdy i dbał święcie o jedyną instytucyą reprezentacyjną, która nam po burzy ogólnej pozostała, ale wiedząc że i tak, przy odrobinie nawet uczucia, pożyczka ani trzecićj części szacunku nie wyczcr-pnie, pozwalano sobie tu i owdzie na pewne folgi, które, o ile przy operacyi podatkowćj byłyby czynem karygodnym, o tyle znów przy operacyi wyłącznie kredytowej, a zbyt ściśle i skąpo unormowanej, nie były nawet zdrożuością.
Ztąd też to powstać mogły owe różnice klasyfikacyjne. Delegaci nasi mieli instrukeye taksowe zupełnie od rządowych odmienne; mogli się tćż w szeregu 14-tu klas swobodniej nieco poruszać, niż rachmistrze powiatowi, którzy zaledwie do 5-ćj klasy (u.b. nie szkołnćj) dojść mogli. Nic zapominajmy też, żc deklaracye podatku gruntowego sporządzał urzędnik surowy jak samo prawo i biurokrata mnićj może rzeczy rolnych świadomy; zaś opisy taksowe sporządzał współobywatel, sąsiad lub przyjaciel, odczuwający równo czcśnie wspólną biedę.
Pamiętam, kiedyśmy bryką objeżdżali pula, pan Piotr, wskazując na zboże, zapytał mego ojca:
— A tu co siane, sąsiedzic?
— Pszenica.
— Bój się Boga... toć same chwasty.
— Cóż robie?... wymarzla widać... rok nieurodzajny.
— Ale i grunt nieodpowiedni.
— Jakto? to grunt niepszenny?
— Zaledwie żytni II klasy.
— Rany Boskie! a to awantura... czegóżebeesz od te i ziemi?
— Więcej spoistości, więcej glinki... ten kolor szary...
— To czarnoziem!
Szezćrk zaledwie...
— Piesiu! jak mnie kochasz, nic szykanuj że mnie, bo fajtnę z bryki.
— Ale, sąsiedzic- kochany, przyjaźń przyjaźnią...
— Wpisz do pszenicy, wpisz... jakeś poczciwi i tak mi trzeciej części tego, coście dać powinni, nic dacie. . Daj buzi, Piesiu, jak mnie kochasz!...
I po buzi z dubeltówki, szczerk awansował na czarnoziem. Pojechano dalćj.
— A tu co zasiane?—spytał znów p. Piotr. — Kpisz chyba!... nic widzisz że jęczmień?
396
— Jęczmień?... ależ to sama ognicba!
— Jak mi pokaźesz jęczmień bez oguieby, to ci dam konia z rzędem.
— Ależ tu jest ognicba bez jęczmienia...
— Któż zresztą winien tej suszy! .. susza przeklęta już od miesiąca.
— Trza było owies tu zasiać, bo to grunt nie jęczmienny.
— To grunt nic jęczmienny?!... No, Piesiu, wi-doczuieś się już zawziął na mnie!
— Wierzaj mi, sąsiedzie...
— Uwziąłeś się... jak Boga miłuję! Jeśli tu już nie miałem siać jęczmienia, to gdzieżbym go zasiał?... chyba na mojej łysinie.
— Daruj mi... ale ja go za jęczmienny przyjąć nie mogę.
— A bójcież się Boga!... czyście wy wraże sy-ny, że tak nas krótko bierzecic? Chcecież gwałtem, żebyśmy Żydom w ręce wpadli?
— To sa względy postronne...
— A ślicznie postronne!
— Mamy swoje przepisy taksowe... 14 klas.
— Ee... jabym was wszystkich do pierwszej klasy wpakował za takie przepisy.
— Żartuj sobie zdrów, mój sąsiedzie—odparł p. Piotr—ale, bądźcobądź, to grunt żytni III klasy...
— Niech że już będzie żytni... ale pierwszej...
— Trzeciej...
— No to wiesz co, mój Piesiu... dla miłej zgody... daj buzi i krakowskim targiem pal go do drugiej...
I buzia z dubeltówki znów rzecz załatwiła, grunt bowiem dostał promocyą do klasy wyższej.
W taki sposób nieraz odbywać się mogły czynności taksowe. Czy to było kryminałem? nie— przepisy bowiem były zanadto łiskalncmi i pomimo serdecznego nieraz ich stosowania, nigdzie na kontynencie własność ziemska w tak nizkim stosunku do kredytowego szacunku przyjętą nie została, jak u nas, gdzie ponad wszystkicmi względami, ponad sercem bratnieni, pragnącem przyjść nieraz z pomocą, górował jeszcze arbitralnie i panował wszechwładnie ów mnożnik z podatku gruntowego, który był wędzidłem dla delegowanych i ostatecznym hamulcem w sąsiedzkich życzliwych zapędach.
A teraz, po tem napoły humorystycznćm, a jednak prawdziwem zestawieniu sposobów, w jakich się podwójne owe taksy odbywały, możnaż brać obie te normy za jedno? Czy są na świecie gospodarstwa, któreby po latach dwudziestu żadnym nie uległy zmianom i w pierwotnej przechowały się prostocie?...
Na to chyba dwóch różnych odpowiedzi być nie może.
Że dawne przepisy' taksowe dziś uledz zmianom powinny', dowodzi najwymowniej nowe prawo dla Towarzystwa kredytowego, wkrótce wejść w życic mające. Z tej wychodząc zasady, zajdzie zapewne potrzeba nowego przeszacowania majątków do podatku gruntowego, lub też do projektowanego podatku dochodowego. Obowiązywać to jednak winno na przyszłość tylko, bez cofania się w przeszłość, a zwłaszcza bez stosowania niezasłużonych kar jakichś fiskalnych.
Ani instytucyi kredytowej, ani skarbowa pań stwa nic stała sic dotąd źadua krzywda. Za cóż dzisiaj, po latach dwudziestu, spokojni a kieskami nawiedzani rolnicy mają być trwożcui, niepokojeni i pod pręgierzem oskarżenia stawiani?. . Czy spełnione przez nich czyny nosiły cechę zlej woli, lub złój wiary?... czyż wszyscy ci sami, co deklaracye niegdyś sporządzali, siedzą jeszcze na swych rolach? czyż wreszcie pojedyncze organa wykonawcze władne są do zarządzania miedzy całą warstwą posiadaczy takich raz zyj bez żadnej gruntownej racyi?...
Odpow iedź na to znajdziesz, panie Janie, w jednym z niedawnych numerów Dziennika urzędo-wego.(’) Z mej strony uspokoić cię tylko mogę posłyszaną z pewnego źródła pogłoską, że rzecz cała ma pójść już wkrótce ad acta... jako proste strachy na Lachy.
(I) Patrz Warszawski] duicwaik z r. b. n. !>2.
Przegląd piśmienniczy.
Poezye Mieczysława Romanowskiego. Lwów, u Gubrynowi-cza i Schmidta, 1883, 4 tomy.
(Dokończenie.)
Pomiędzy utworami powyżćj wymienionemi, a dwiema ostatniemi powieściami, znajdujemy fantazy a p. t. Miody lutnista, która jest prawdziwy perełką. Z każdego słowa promienieje tu głęboka miłość tćj ziemi, której poeta był synem. Młody lutnista marzy o świetnej dziejowej przeszłości, chodząc po ruinach starego zamczyska. Lecz te zimne, rozpadające się mury, które szereg wspomnień wywołały, dziś, zamiast szczęku oręża dawnych rycerzy, odbijają tylko szyderczy śmiech puszczyka.
„A kiedy' zorza spłonęła rano W brzask dziewiczego rumieńca, Znaleźli ludzie lutnię strzaskaną, A przy nićj trupa młodzieńca.”
Z epiki Romanowskiego pozostają nam do rozbioru Łuieccy i Dziewczę z Sącza, bo o Starej łajce wspomnimy tylko. Ani pomysł, ani forma nie jest tu świeża. Przeciwstawienie miłości młodych, którzy wielbią najbardziej równość serc, staromagnackiej dumie, bardzo często służyło już za temat poetom i uiepoetom.
Natomiast Łuieccy i Dziewczę z Sącza zasługują zewszechmiar, abyśmy im więcej uwragi poświęcili. »Są to dwa najbardziej skończone dzielą Romanowskiego, o osobliwie drugie z nich możemy śmiało postawić obok Malczewskiego Maryi, Mickiewicza Grażyny, Brodzińskiego Wiesława i t. p.
Łużeckich napisał poeta w r. 1856, a więc w zaraniu swej twórczości, a jednak wzniósł się w nich ponad wszystkie swe poprzednie dzieła, okazał talent artystyczny, silny, wybitny, zdolny do tworzenia prac, które nic miały być jednodniówkami.
„Stałaś strażnicą przed ołtarzem Pana, Biała, krwi własnej wstęgą przepasana.
Sąsiad spokojny zabawia się tanem,
Kiedy ty harce zawodzisz z poganom,
I knuje zdrady, lub zaprawia wina,
A tyś mu tarczą od strzał poganina;
Ani ci poda ręki ku pomocy,
Choć wie, za kogo walczy lud północy.
Bijc godzina, ty czekasz ofiary
Z bronią w prawicy, z sercem, arką wiary: Krzyż bronić śpieszy na pola lud dzielny, Na polach ginie, a krzyż nieśmiertelny!1'
Takim wstępem zaczął poeta Łużeckich. Było to za króla Michała, na kresach wschodnich.
„Ty śpisz, Chmielnicki! a tu Ukraina
W poły rozdarta płacze i przeklina;
Pocoś zdrad uczył stepowego syna?”
Nowe burze spadają na rzeczpospolitą. Nie masz już księcia Jeremiego, któryby w ciężkiej doli mógł kraj piersiami zasłonić.
„Jego pacholę zasiadło na tronie,
W ręku ma berło, a ciernie w koronie.”
Powstała zawierucha, którą udało się wojsku koronnemu zażegnać. Hetmani przebaczyli ludowi i powrócili do domów. Ale skoro tylko wojska rzeczypospolitej cofnęły sic, Kozaczyzna powstała nanowo. Straż kresów oddano kasztelanowi podlaskiemu, Karolowi Lużcckiemu.
Tyle introdukcyi.
Ykeya rozpoczyna się obrazem ruchu wojsk kasztelańskich i charakterystyką samego wodza.
„Zasługą ojca godności sic dobił....”
Sam nie nie zdziałał ważnego. Gromił łatwo rozpierzchające się gromady rabusiów i zdawało
mu się, że jest wodzem nad wodze, źc gdzie się tylko ukażc, musi zwyciężyć.
„Brat jego, mówią, co tam na Podolu,
To mąż z żelaza i w polu i w bólu;
Ten umie gładko rzucić piękne słowo,
Lecz w walnej chwili czy nic podrwi głową?”
Coraz wyraźniej zarysowuje się postać dumnego, zarozumiałego kasztelana.
Przed bitwą odprawia ksiądz Gaudenty mszę w polu. Opis tćj podniosłej chwili prześliczny, taki ciepły i serdeczny, źe czytając go, czujemy jak nam serce rośnie.
Rozpoczyna sic bitwa. Rycerze nasi gromią wroga, który umyka z pola; kasztelan pędzi da-Ićj, bez planu i rozwagi. Rzuca się przez Boh na drugi brzeg i pomimo przestróg towarzyszy, do-staje się w pułapkę. Prawdziwie bohaterska ma-łćj tylko garstki obrona nie zdoła przeważyć szali zwycięztwa na stronę naszych. Kasztelan pierwszy daje przykład najgorszy — umyka z placu.
A tam przed ołtarzem modli się mnich i tylko garść rycerzy go otacza. Słabi liczebnie, ale silni duchem, giną w obronie ołtarza.
„A mnich się modli, podniósł obie dłonie: — O Panic! ziemia cala we krwi tonie. Spuść nam ratunek, Boże!... my Ci wierni; Za Twoją chwałę wieczuieśmy pancerni! Dzisiaj nas srodze zgnębił lud zdradziecki; Kasztelan pierzchnął!... Jest inny Łuźeckil”
Postać tego świętobliwego kapłana, kochającego ziemię rodzinną, zarysowuje się potężnie i nad wyraz sympatycznie. Serce tak lgnie do nićj, żc chyba nigdy jćj nie zapomnimy. Cały obraz malowany świetnie, pełen harmonii i spokoju artystycznego.
„Potem ucichło, znikły białe gońce, Tylko mnich klęczał i świeciło słońce.”
To pićrwsza część powieści. Wślad za haniebną porażką kasztelana, rozpuszczają Tatarzy swe zagony.
„Wsie popalono, a zostało zgliszcze, W zagrodach pusto, tylko wicher świszczę. Spojrzeć na stepy, oko łzą oplynic!
Turek już panem w całćj Ukrainie!”
„Upadl Kamieniec! a Polska... nie wierzy.”
Hordy Nurydana baszy pędzą coraz dalćj, nie znajdując nigdzie oporu. Wreszcie dotarły do Bodzanowa. Miasto niewielkie, zamek niezbyt silny, ale go bronią piersi prawdziwych rycerzy.
„Słabe tam baszty, nieliczne orężc, Ale wódz stanie za mury i mężc!
Zwą go Lużcckim; to postać olbrzyma, A miecz jak guląź w twardej dłoni trzjma.”
Tomasz Łużccki, to mąż wykuty ze stali, a duszę ma wielką, rycerską, szlachetną, że bez przesady można go policzyć do najpiękniejszych postaci, jakie kiedykolwiek stworzyli nasi poeci. Jakże wielkim jest ból jego, gdy mu mnich przy nosi wiadomość o hanicbnćj ucieczce brata. Jak on się dziwi, jak pojąć nie może tchórzostwa i zasiada do kroniki rodzinnej, pełnej imion bobatć-rów, co krew i życic oddawali w usłudze ojczyzny.
Obrona zamku opisana doskonale, bohaterstwo Tomasza Łużcckicgo rysowane spokojnie, a je duak z taką silą, że ją podziwiać trzeba u tak młodego poety. Z głodu i wycieńczenia stała się garstka obrońców podobną do wybladlych mar; przez jednę chwilę myślą nawet o poddaniu się, wtedy:
„Komuż-to w łasce ocalenia droga?—
Krzyknął Łużccki--a gdzie wiara w Boga?
Przed tym się chrześciau trwożua skroń uniża, Który zapragnął poniżenia krzyża?!
(»»' i
Z wystawy inwentarza na polu ujazdowskióm pod Warszawą, Kasował na miejscu Eismoiul. (Krótki opis wystawy damy w nmnerze następnym Tygodnika.)
398
Łakniecie życia, to ja was ocalę, Lecz nie poddaniem z hańbą i w niechwale. Myślę, że części w was tyle zostało, Żc podołacie jeszcze umrzeć z chwałą....”
Pod wodzą Luźeckiego, rzuca sic garść rycer stiva na wrogów i giną wszyscy. Ksiądz Gaudenty' trzyma sztandar wgórę. Już, sięgają poń ręce pogańców, gdy Łuźccki cięciem szabli oddzielił sztandar od drzewca. Wiatr porwał barwny znak i uniósł go daleko, ponad góry. Lużecki, schwytany, dajc głowę pod topór, ale nie zgiął kolan przed wrogiem, o ocalenie ży eia nie prosił.
Tam na skale powiewał sztandar w ręku mnicha. !’• tem
„Mnich zniknął, sztandar uniósł w ciemne lasy, Na przyszłe boje i na przyszłe czasy...”
Bohaterska przeszłość narodu nie dała poecie usnąć spokojnie. Marzy o niej ciągłe i często ją opiewa. W styczniu r. 1858 naszkicował mały obrazek, p. t. Starosta Zegocki, osnuty na tle wojen szwedzkich. Drobny to utwór i zaledwo szkicowo skreślony, a już w nim przebija się nowy pomy sł poety . Wojny szwedzkie stanowią jedne z najciekawszych kart naszych dziejów. Kraj cały zawojowany, zdawał sic upadać ped obećm jarzmem, a tylko, jak gwiazdka samotna pośród ciemnej nocy, jaśniała Częstochowa, z swymi bo hatćrskimi i natchnionymi obrońcami. Jakićjź niezwyklćj siły trzeba było dla podźwignięcia się!
Poeta czytał w kromkach o dzielnych Sande-czanach, uzupełnił fakt historyczny podaniami, skomponował artystycznie fabule powieściową i oto w połowie r. 1858 dal nam ukończony nowy poemat: /Jzirtcczę g Suiza.
Powiedzieliśmy już, że jest to najbardziej skończony' utwór Romanowskiego. Z początku zdaje muu się, jakby z poza stro. poety przebijało echo Wiesia •<?; czasem jeszcze który inny poemat się przypomni, ale wnet opowiadanie potężnieje, wzbija się natchnienie autora wyżej i wyżej, aż wreszcie ulegamy wrażeniu silnemu, nie zacierającemu się nigdy.
Rzecz dzieje się w Sączu. W bielonej izbie, za cio owym stołem, siedzą stary Janusz, żona jego, której „u czoła drzemka się wieszała,” wnuczka iih Basia i cieśla Bartek. Basia czyta żywoty świętych, a inni słuchają. Po czytaniu zaczyna się gawędka o niedoli, z powodu najazdu Szwe-di w. U Januszów'stoi Szwed na kwaterze, nazywa się Oskar, jest oficerem, ale gospodarzom swoim nie robi krzywdy. Basia powiada, że Oskar lubi jej dziadków i ją sarnę...
Bartek Basię kocha nad życie i kiedy dziadkowie się zdrzemnęli, mówi jej o miłości, a wadzi, żc dziewczyna jakaś zimna dla niego.
„O! Basiu' Basiu moja! uie masz duszy!
Lecz już boleści nie mógł wstrzymać w łonie; Zmierzył ją wzrokiem, twarde ś isnął dłonie i jęknął:—Kiedyś porwę mą siekierę, Wpół mą rozpłatam moje piersi szczere 1 wydrę serce, a ty patrz dowoli, Jak ono kocha ciebie, a jak boli, Co krwi spalonej z niego już wyciekło, I umrę... Basiu!—Basiu! pójdę w piekło!”
Basi żal Bartka, ale cóż kiedy nic ma serca dla nie o, bo je już oddała innemu- Oskarowi. Kiedy Bartek wyszedł, Basia pośpieszyła do studni i czekała na Oskara. Przyszedł i szeptał jej słowa miłości i zdradził tajemnicę straszną, że za trzy dni Szwedzi wytną wszystkich mieszkańców Sącza, a Oskar postanowił tylko ocalić Basię i jej dziadków.
Bartek kochanków podpatrzył i straszną gotuje zemstę. Podczas narady w gospodzie Janusza powiada wprost, że trzeba Szwedów wyrżnąć. Długo się wahali starsi mieszczanie, aż kiedy się dowiedzieli że Szwed grabi kościoły, kiedy Basia, dręczona wy rzutami sumienia, opowiedziała, z ‘zem jej się zwierzył Oskar, wtedy'kto żyje zbroi dioń i dnia trzeciego rozpoczynają rzeź Szwedów. Bartek walczy jak lew, szuka Oskara, aby
go w łasną dłonią zabić, lecz patrząc na ból Basi, która kochanka piersiami zasłania, wola na walczących:
„Stójcie! on jutro będzie katolikiem
Dla nićj;—ja ręczę!'1
Niestety, obrona nie przydała się na nic, bo jeden z Sandcczan z rusznicy powalił Oskara. Basia padła także, bo jej serce pękło.
Obrazy malowane z ogromnym talentem. Tyle w’ nich prawdy, życia i smętku, że się im niepodobna oprzeć. Kilka postaci zarysowuje się silnie, a już najwyraźniej występuje Bartek, bohatćr o sercu prostćm, poezciwem i czystćm jak łza. Jakże piękną jest jego miłość dla Basi, a obok nićj w sercu jego może sic chyba pomieścić Bóg i ziemia rodzinna. Jakże sympatyczną jest ta postać, gdy ją po bitwie widzimy nad trumną.
„Ol obciąłem, rzecze, inny dom postawić, lla! lecz Bóg nie chciał ręce błogosławić, I stał się, Basiu, ze mnie cieśla lichy, I wyciosałem ot ten domek cichy...”
A kiedy kochance ostatnią oddał posługę, poszedł z towarzyszami na bój za inną, większą : świętszą kochankę....
Pozostaje nam jeszcze działalność Romanowskiego napolu poezyi dramatycznćj. To, co w tym kierunku zdziałał, zapowiadało pisarza, który mógł był zezasem się wyrobić i stworzyć dzieła znacznej wartości. Tragedya Popiel i Piast ma jeszcze zawiele żywiołu lirycznego i epickiego, ażeby mogła być prawdziwą tragedya, lecz są w niej ustępy, świadczące o istotnym talencie dramatycznym. Ogólny zarys dobrze obmyślany, tylko niektóre sceny zanadto przewlekłe, akcya w nich słaba, nie skupiająca się. Kompozycya pełna spokoju i harmonii, kilka charakterów bar dzo silnie zarysowanych, a co najważniejsza, żc pod całą tragedyą jest podłożony żywioł prawdziwie dramatyczny. Akcya polityczna, wprowadzi) na jako motor działań w owćj zamierzchłej epoce, jest pomysłem bardzo szczęśliwym, świadczącym o głębokiem wejrzeniu w dzieje, nawet tak bajeczne, jak te, które dały autorowi temat do trage-dyi. Piast, Ziemowit i wogóle charaktery doda taić zbyt lirycznie są traktowane, ztąd brak im prawdziwćj siły, któraby walkę dwu stronnictw podnosiła do prawdziwćj tragiczności. Zato Popiel narysowany energicznie, śmiało, prawdziwym jest charakterem.
Kilka drugorzędnych postaci zaznaczył autor szkicowo, ale nieraz bardzo udatuie. Jakże znakomitym jest Żuraw, ten Zaodrzanin, który, przychodząc błagać króla Popicia o pomoc, mówi o nieszczęściu swoich współbraci:
„.........Bez ojczyzny,
Królu, a w sercach mają takie blizny Po tej ojczyźnie, żc ich nie zaboli Nic, cobyś, Panie, uczynił ich doli, łtylcś im tylko ojczyznę ocalił.”
Słowa te odżyw ąją się jak głos z poza grobu i w jednej chwili określają nam położenie nieszczęśliwego Zaodrza, przed tysiącem Jatl
Fragment IVandg zapowiadał dzieło doskonalsze od poprzedniej tragedyi, ale, niestety, pozostał tylko fragmentem!
Oto mnićj więcej przebiegliśmy całą literacką spuściznę po Romanowskim. Są w niej dzielą większej i mniejszej wartości artystyczny, ab* nad wszystkiem unosi sic jedna mjśl, której poeta od kolebki do grobu byl wiernym - gorące pragnienie i wielki żal epigona..
Przypomnienie poety i dziel jego, choćby w dwadzieścia lat po śmierci, nic jest, sądzimy, zbytccznem, bośmy o nim trochę zapomnieli, a wielu, wiciu nie znało go wcale. A jednak wart on pamięci i uznania.
E. Zoryan.
Koresponfleucya Tyąodnifa iiustrowauejo.
(Spóźniona.)
Kraków, dnia 6 czerwca.
Zjazd historyczno-literacki. — Nieliczni goście.—Braki dziwne w komitecie. — Przemówienia. — „Odprawa posłów" i „Fircyk w- Zalotach" na scenie. — Wj stawa pamiątek z XVI w.—.Sprowadzenie zwłok Mickiewicza,
Opóźniłem się umyślnie z pisaniem tego listu, bo chciałem w nim podać sprawozdanie o zjeździć historyczno literackim, który Akademia u miejętnośei urządziła z okazyi trzccbsetlctniej rocznicy śmierci Jana Kochanowskiego. Przypuszczałem, żc zjazd ten będzie arcyświctny, że na wezwanie tak poważnej instytucyi pośpieszą uczeni i literaci ze wszystkich stron Polski, a dzienniki miejscowe będą mogły ze słuszną dumą napisać, że wszystko prawic, co naród ma znakomitego na polu literatury i umiejętności, zgromadziło się w Krakowie. Tymczasem przybyło zaledwie kilku takich, którymi w gazetach pochwalić się można było, którzy mają rozgłos i znaczenie w literaturze, a cale zgromadzenie, licząc w to już miejscowych i zamiejscowych członków Akademii, członków korespondentów, oraz profesorów gimnazyalnych, nie dochodziło do stu osób.
Żc zagraniczni literaci i uczeni, do których Akademia wysiała bardzo uprzejme zaproszenia, nic uważali za konieczne przybyć, nie powinno nas to ani dziwić, ani martwić, bo mieliśmy dość czasu i sposobności oswoić się z obojętnością obcych, nawet takich, dla którycheśmy się wysługiwali. Uderzyć jednak każdego musialo, dlaczego z polskich literatów tak mało kto przybył; dziwiła nieobecność tych, których zjazd Kochanowskiego specyalnic dotyczył, skoro nad jego dziełami i epoką robili poważne i sumienne stu-dya. Trudno przypuścić, żc okoliczności tak się zlożyty; prędzej należy domyślać się innych powodów. Każdego bezstronnego a myślącego człowieka uderzyć również i to musialo, żc w komitecie urządzającym zjazd znajdowali się wyłącznic ludzie związani ze sobą wspólnością przekonań politycznych, a przecież jeżeli komitetowi szło tytko o dobro nauki, o zgromadzenie pracowników wszystkich, powinien byl, choć dla clecoi um, choćby dla oka ludzkiego, umieścić na swojej liście bodaj jedno z nazwisk, będących zwykle na spisie prohUńtorum. Zadziwić każdego ni usiało, żc do komitetu zjazdu, urządzonego dla uczczenia poety polskiego, nic wezwano n. p. Asnyka. To tak, jakby urządzano jakiś festyn malarski, a nic zaproszono doń Matejki, boć przecie dziś Asnyk jest jednym z pierwszych poetów naszych. Ale ten Asnyk jest zarazem redaktorem i wydawcą Nowej reformy, więc jako takiego pominięto go milczeniem. Jeżeli do tego jeszcze przypomnimy sobie, jak zeszłego roku, podczas zjazdu literackiego, wszyscy członkowie Akademii usunęli się od udziału, a niektórzy z nich, zaproszeni do komitetu, publicznie po gazetach zrzekali się tćj godności—to można usprawiedliwić wielu literatów, że usunęli się od udziału w zjeździć. To też zjazd cały, z wyjątkiem kilku osobistości, miał cechę czysto krakowską, i jako taki prezen towTal sic bardzo ładnie; ale jako zjazd historyczno-literacki polski nie udał się. Liczebnie byl bardzo slaby, jak to kilkakrotnie wspominali i prof. Tarnowski i prezes Majer w swoich przemówieniach, dodając jednak, że choć niewielki liczbą, jest on zato gleb* zy. Żałuję bardzo, że szanowni mówcy nic oznaczyli bliżej tćj głębokości; ułatwiłoby mi to znacznie zadanie pisania o doniosłości zjazdu. Mówiono tam wprawdzie o badaniu gwar polskich (Malinowski); o runach słowiańskich (Zawiliński); o rozszćrzcniu historyi literatury politycznej polskiej w głąb wieków średnich (Dobrzyński); o wpływie odkryć geograficznych, spe-cyahiie Ameryki, na literaturę polską (Czerny); o wpływie życia ziemiańskiego na poczyą (Rostafiński); o mistcryach i kazaniach średniowiecznych’ (S. Tomkiewicz); o stanie obecnym literatury poiskićj i jej potrzebach (St. Tarnowski);
399
o potrzebie i sposobie wydawnictw pisarzy XV I i XVII wieku (Piłat, Wisłocki); jakotćż o tem, jak traktować należy utwory ludowej poezyi w literaturze (Chmielowski)—ale żadnej z tych kwrc-styj nic doprowadzono do uchwały. Zeszłoroczny zjazd miał przynajmniej tę zasługę, że coś po nim zostało, żc niektóre z uchwal jego weszły lub wchodzą w urzeczywistnienie, gdy tymczasem teraz rozjechano się bez żadnego rezultatu. Nie mówię tu o rezultatach naukowych wyłącznie, bo w tych kwcstyach uczeni i literaci mogą porozumieć sic zapomocą dzienników, broszur, listów’ i t. p. W zjazdaeli idzie głównie o to, aby ludzie pracujący najednćm polu poznali się wzajemnie, zbliżyli, porozumieli, czego tu właśnie nic było.
.Ola uczczenia zjazdu, czy tćż dla uczczenia Kochanowskiego, wystawiono w teatrze krakowskim „Odprawę posłów’” tegoż poety i „Fircyka w zalotach” Zabłockiego. Obawiać się należało, że sztuki tc, mające już więcej historyczną wartość w naszćj literaturze dramatycznej, nie przypalaną do smaku dzisicjszćj publiczności. Tymczasem obie wypadły nadspodziewanie dobrze. W Odprawie posłów, którą odegrano na urządzonym ad hoc miniaturowym teatrzyku greckim na scenie, deklamacya (bo o grze nićma tu co mówić) pani Hollmanowej w roli Kasandry i Pod-wyszyńskiego w roli posła, wystąpiła na pierwszy plan i żywo zajęła uwagę widzów. W drugiej znów sztuce wszyscy prawne artyści biorący w niej udział umieli uwydatnić tę subtelną różnice, jaka zachodzić musi miedzy odtwarzaniem ko-medyj dawniejszych czasów, lekko przy kurzonej archaicznością, a dzisiejszych. To stanowiło wda-śnic urok i zaletę ich gry.
W pierwszych dniach zjazdu otworzono także wystawą zabytków starożytności z XV 1 wieku. Zapóźno jednak pomyślano o jćj urządzeniu, to tćż zebrano tylko to, co się w Krakowie zgromadzić dało, i zbiór składał sięprzcważnic z medali, druków, portretów spólezesnych, które na tle wspaniałych makat i dywanów7, w otoczeniu zieloności, efektownie się przedstawiały. Portret Kochanowskiego, wykonany przez Matejkę, śpi-źow’c popiersie tegoż poety przez W dońskiego i autograf Kochanowskiego stauowńly największą ozdobę wystawy.
Korzystając z bjtności Wl. Mickiewicza na zjeździć, prezydent Wajgel zwalał komit?t pomnika Mickiewicza i poruszył na posiedzeniu myśl sprowadzenia zwłok poety do Polski. Debaty, jakie sie nad tym przedmiotem wywiązały, musialy nadzwyczaj przykre wrażenie zrobić na synu naszego wieszcza, szczególniej odezwanie sic jednego z obecnych, który naprzód starał się przestraszyć komitet ogromem kosztów, jakieby sprowadzenie zwłok za sobą pociągnęło, a następnie, gdy Wl. Mickiewicz w7ykazal mu, że pogrzeb tego, którego naród czcią taką otoczył, nietylko wielkich kosztów’ nie ivymaga, ale owszem pobudzi ofiarność publiczną i powiększy znacznie fundusz na pomnik — przyparty do mu-ru zdradził się, że wogóle nie jest za sprowadzeniem zwłok.
Prawdopodobnie jednak utworzy się osobny ad hoe konntet i spełni ten akt wdzięczności względem największego naszego poety i wieszcza. Boć wstyd doprawdy, żc Franeya wyprzedziła nas w uczczeniu pomnikiem Mickiewicza, że na francuskiej ziemi od trzydziestu łat spoczywają zwłoki tego, który jest chlubą naszej krainy.
Nowy gmach sejmowy w YYiodniu.
Wspaniały ten przybytek, w którym od kilku miesięcy przedstawiciele konstytucyjnćj Austryi, pod prczydencyą znakomitego ziomka naszego, Franciszka Smolki, odbywają swe posiedzenia, jest dziełem budowniczego Teofila Ilanscn, lączą-cćm w sobie umiejętnie styl staro-grecki, z wymaganiami i potrzebami teraźniejszości.
Front główny gmachu sejmowego ciągnie się wzdłuż ulicy Ringstrassc, oparty na podmurowaniu z głazów ciosowych. Środek jego stanowi
potężny portyk, po obu bokach którego ciągną się galeryc jednopiętrowe, o 12-tu kolumnach ko-rynckich każda. Dalej, na prawo i na lewo, dwa portyki mniejsze, 6-cio kolumnowe. Na skraju wreszcie dwie budowle dwupiętrowe, uwieńczone atykami, ozdobioneini w7 płaskorzeźby i posągi Wiktoryi.
Podjazd dwuramienny prowadzi do portyku głównego. Przez podwoje bronzowe wchodzi się do przedsionka, z którego wspaniale schody wiodą do sal górnych i do tak zwanćj hali centralnej, olśniewającej widza przepychem kształtów i barw. Pod stropem, bogato kasetonowanym, ciągnie się fryz malowany cnkaustyczuie (farbami woskowemi) na tle zlocistem, przedstawiający najwydatniejsze chwile z dziejów oświaty ludzkości. Niema w tćj bali nic prawie białego; wszędzie panuje polychromia (wdelobarwność).
Sale posiedzeń Izby panów i Izby posłów w rozkładzie swym ogólnym, przyozdobieniu i rozmiarach są prawie jednakowe. Obie maja kształt półkolisty amfiteatrów, których ściany tylne, za fotelami prezydentów’, zdobią portyki z kolumnami jońskicmi. Gałcrye dla widzów, oparte na 18 tu slupach marmurowych, są z drzewa ciemnego, dębowego.
Naokoło sal posiedzeń grupują się inne, pomniejsze, jak: sala przyjęć prezydentów’, sale ar cyksiążąt, sale komisyj parlamentarnych, między któremi szczególniej sala komisyi budżetowej odznacza się wytwornością, sale zebrań, czytelnie, biblioteka i nieskończony szereg pokojów’ kancelaryjnych. Całość robi wrażenie zarówno imponujące, jak miłe pod względem estetycznym. Artysta wzniesieniem tego gmachu, który podług życzenia jego i zewnątrz ma być zczasem poly-cbromicznie ozdobionym, nietylko parlamentaryzmowi austriackiemu, ale i sobie trwały wystawił pomnik.
Od redakcyi.
Szanownym czytelnikom nasz)m przypominamy, że czas ponowić prenumeratę Tygodnika ilustrowanego na kw artał trzeci r.b.
Z kwartałem t) ni rozpoczynamy tom czwarty seryi IV naszego pisma, w którym, oprócz wielu innych, drukować będziemy następujące ważniejsze utwory:
Najnowszą powieść dwutomową J. I. Kraszewskiego, p. t. „Od kolebki do mogiły.
Dramat historyczny w’ 5-ciu aktach Juliusza Bema, z epoki kaźmirza Wielkiego, p. t. „Anna Cylcjska,” z ilustracyami Wojciecha Gersona.
Obrazek humorystyczny Aurelego Urbańskiego, pj t. „Katastrofa pod Cholcwkowem,” z ilustracyami Czesława Jankowskiego.
Studyum literackie Bronisława Chlebowskiego, p. t. „Nadobna Paskicalaia,” Samuela ze Skrzypną Tward neskiego.
„Szesnaście lat w Ameryce,” wyjątki z pracy obszerniejszej Bolesława Horodyńskiego.
W dodatku wreszcie książkowym, przeznaczonym na. znakomitsze utwory literatury zagranicznej, z dniem 1 lipca r. b. roz-poczniemy druk trzytomow ej, przez krytykę wysoko cenionej pow ieści Roberta Byr’a, p. t. „Andor,” osnutej na tle stosunków’ węgierskich, w przekładzie Filipa Suumierskiego.
Warunki prenumeraty Tygodnika ilustrowanego w Warszawie:
Rocznie.	rs.	8	kop.	—
Półrocznie	„	4	,,	—
Kwartalnie	„	2	,,	—
Miesięcznie	„	—	,,	67*/a
Na prowincyi i w cesarstwie:
Rocznie . rs. 12 kop. —
Półrocznie ,, 6 „ —
Kwartalnie „ 3 „ —
Na pomnik dla sarbiewskiego. Audcrs rs. 1; Wł. Matlakowski rs. 1; L. Khuk rs. I; H. Str. rs. 1; Fr. G. rs. 1; J. Markowski kop. 20; G. U. rs. 5; R. Krasuski krawiec rs. 1; F. W. rs. 1; M. K. rs. 1; dr Zaremba rs. 1; E. Maj. rs. 1; J. bzyff kop. 50; G. Seunew’ald rs. 1; Karoli et Puscb rs. 2; L. Jantzen rs. 1; 8t. Lesser rs. 3; L. R. et L. rs. 5; Kaźmirz C. rs. 5. Kazem zc złożonemi poprzednio rs. 260 kop. 10.
WMAITOŚC)
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Opinia publiczna, jak to łatwo było przewidzieć, stanowczo przechyla się ua stronę sprowadzenia zwłok Mickiewicza do kraju. Jedno z pism krakowskich — jak wyezytujemy w „Kuryerze poranny m” — zebrało już na ten cel wciągu dni kilku przeszło 700 złr. Prócz tego dr Czerwiński, kierownik zakładu leczniczego w Steiuerho-fie, przesiał na ręce prezydenta miasta Krakowa, dra Wajgla, oświadczenie, że jeżeli nićma jeszcze dostatecznego funduszu na przewiezienie drogich nam szczątków w roku bieżącym do Krakowa, w takim razie on sam obowiązuje się całkowity koszt tego aktu pietyzmu narodowego z własnych ponieść funduszów’.
Myśl bezzwłocznego sprowadzenia zwłok wielkiego wieszcza do grodu Jagiellonów i złożenia ich w grobach na Wawelu, nie czekając na wzniesienie pomnika, które z natury rzeczy tak prędko jeszcze nastąpić nie może, popieraliśmy oddawna gorąco i nadal popierać będziemy. Obecnie, przy takich objawach ofiarności, wątpić nie można, że ona urzeczywistni się wkrótce, a wtedy niezawodnie ożywi się i zapał ogólny7 dla samego pomnika, uśpiony nieco z powodu przydługiego zwlekania tej sprawy, i składki posypią sie znów obficie.
— Niespożytości duchowej Kraszewskiego dowodzi między innemi list, jaki jeden z mieszkańców M arszawy w tycb dniach od niego odebrał. Sędziwy Nestor pisarzy naszych, mimo nieszczęścia, które go zbiegiem okoliczności dotknęło, nie przestajc zajmować się żywo nawet drobnemi stosunkowo sprawami krajowemi. Wyczytawszy W’ pismach polskich, a szczególniej w naszym Tygodniku, wiadomość o zamiarze wzniesienia pomnika Sarbiewskiemu i gromadzeniu na ten cel funduszów, Kraszewski tak pisze:
„Z radością dowiaduję się, źe pomnik dla wielkiego naszego poety łacińsko-polskicgo, tak ongi uwielbianego, a w Anglii i obecnie jeszcze cenionego wysoko, wkrótce ma stanąć. Należałoby jednak koniecznie dołączyć do niego popiersie z marmuru lub bronzu. Godebski w Paryżu albo Brodzki w Rzymie bezinteresownie z pewnością wykonaliby model, marmur zaś czy7 bronz niewie-leby tćż kosztował. Możnaby zresztą ponowi-w tym celu składki, a ofiarność ogółu niezawo-duieby d Spisała."
Autor „Starej baśni” i w więzieniu pruskiem jest nietylko genialnym pisarzem, ale zacnym obywatelem i Poiakicm, interesującym się gorąco w szystkićm, co się dzieje w ojczystych jego stronach.
— Rektorem uniwersytetu Jagiellońskiego na rok 1884—5 obrany został jednomyślnie znakomity okulista i profesor doktór Lucyan Rydel. Wiadomość tc czerpiemy z Czasu krakowskiego.
400
— W sprawie Kraszewskiego prof. Karol Estreicher w temże piśmie ogłasza list, w którym wszystkich przyjaciół znakomitego pisarza naszego odwodzi od wycieczek podjazdowych przeciw prasie i sądom niemieckim, z powodu zapadłego w Lipsku wyroku, skoro od sądów tych zależy i długo może jeszcze zależeć będzie ulżenie lub o-bostrzenie losu dostojnego starca. Odradza również projektowane przez kogoś przesłanie Kraszewskiemu zbiorowego adresu, który w dzisiejszym stanie rzeczy sędziwemu więźniowi mógłby tylko zaszkodzić.
Podzielając w zupełności zdanie zasłużonego bibliografa krakowskiego, przytaczamy tu treść główną jego listu, ponieważ, dla braku miejsca, w całości powtórzyć go nie możemy.
— Wydział gospodarczy 4-go zjazdu lekarzy i przyrodników polskich, jak donosi „Dziennik poznański’’—uchwalił zająć się sporządzeniem tablicy pamiątkowej dla braci Śniadeckich, urodzonych, jak wiadomo, w miasteczku Żninie w w. ks. poznańskićm. Tablica ta ma być wmurowaną w katedrze gnieźnieńskiej. Diazebrania potrzebnych na to funduszów, postanowiono ogłosić w pismach publicznych stosowną odezwę, a nadto rozesłać zaproszenia do osób prywatnych, które zajmą się przyjmowaniem na ten cel ofiar.
— Na wystawę obrazów Matejki, otwartą obecnie w pałacu hrabiów Działyńskich w Poznaniu, przybyło w tycli dniach nowe jeszcze dzieło mistrza krakowskiego. Jest niem wizerunek ś. p. Dietla, b. rektora wszechnicy Jagiellońskiej i burmistrza miasta Krakowa. Dzieło to znawcy zaliczają do najznakomitszych prac genialnego ziomka naszego.
— Pomnik Jana Kochanowskiego postawiony będzie w Poznaniu, na placu przed katedrą. Położenie kamienia węgielnego nastąpi dnia 24 czerwca r. b., po odprawieniu stosownego nabożeństwa.
— W zbiorze wybranych utworów J. I. Kraszewskiego, wydawanym staraniem Kola polskiego w Pradze, wyszła świeżo po czesku powieść „Krwawe znamię.” Przekładu dokonał Jan Hufiec. Cena jćj wynosi tylko 80 krajcarów.
— Handel w Japonii, według tygodnika niemieckiego „Das Auslaud,” rozwija się coraz po-
(39C)
Kirgizka. Bytował J. Chclmicki.
myślnićj. Wywóz, przeważnie surowego jedwabiu, powiększył się tam w roku zeszłym o przeszło 9 milionów dolarów (około 18 milionów rubli. Przywóz zato, złożony głównie z towarów wełnianych i bawełnianych, zmniejszył się o blizko 2 miliony dolarów, co w każdym razie świadczy korzystnie o wzmaganiu się zasobów wewnętrznych tej krainy.
— Pamięć Gustawa Richtera, znakomitego malarza, uczczono świeżo w galeryi narodowej berlińskiej obchodem żałobnym. Jednocześnie otwartą została wystawa dzieł zmarłego mistrza, złożona ze stu przeszło numerów, a tworząca imponujący rzeczywiście obraz artystycznej jego działalności. Są tam, między innemi, typy odałiski i Egipcyanki, znane czytelnikom naszym z repro-dukcyj w Tygodniku ilustrowanym zamieszczonych; są przedewszystkićm liczne portrety, odznaczające się niezrównanym czarem kolory
stycznym. Interesującą także część wystawy tworzą różne sprzęty, pokryte przez nieboszczyka malowidłami, które nietylko dla rodziny, lecz dla każdego znawcy sztuki nieocenioną nadają im wartość.
— Rada narodowa szwajcarska w Bernie wybrała na prezesa i wiceprezesa swego dwóch radykałów; zgromadzenie zaś Stanów na prezesa cen-tralistę, a na wiceprezesa klcrykala. Charakteryzuje to wymownie tameczne stosunki polityczno-społeczne.
— W Paryżu na Champs Elyses od 1 sierpnia do 21 listopada r. b. odbędzie się trzecia wystawa technologiczna wyrobów sztuki zastosowanej do przemysłu. Przyjmowane będą na nią wszelkie wyroby z kamienia, gliny, drzewa i szklą. Obok okazów samych, pomieszczone zostaną także modele, narzędzia i materyały surowe, do wytwarzania ich służące. Podobnież ma tam być reprezentowaną i literatura wystawionych gałęzi przemysłu. Spólubie-ganie się będzie międzynarodowe, nagrody zaś stanowią: dwa medale.złote, w wartości po 1,000 fr., i 30 medali bronzowych.
— Pozostałość literacka po słynnym ekonomiście i profesorze p r a w a państwowego Bluntscldi, przejrzana i wydana z polecenia rodziny, pojawiła się obecnie pod tytułem: „Z mojego życia.” Tom 1 obejmuje czas poby-
tu profesora w Zurychu, tom 2 w Monachium, tom 3 działalność jego w Heidelbergu.
— Skarby książkowe lorda Ashburnham w Londynie, nagromadzone głównie z klasztorów seku-laryzowanycli we Włoszech, Francyi, Bawaryi i Tyrolu, powracają teraz w znacznej części do krajów z których pochodzą. Hządowi włoskiemu odstąpił lord za 23,000 funtów' sterł. przeszło 1,800 rękopisów, między któremi liczne autografy Dante’go, Petrarki, Vilłani’ego, Sacchctti’cgo, Boccaccia i t. d., kodeksy łacińskie z VIII, IX i X stulecia, książka do nabożeństwa Wawrzyńca dc Medicis, z miniaturami przypisywanemi Wawrzyńcowi di Credi; dalej 4 tomy listów Napoleona I, kodeksy prowausalskie i francuskie z wieku XIV i t. p. I Francya także wchodzi w układy z lordem, pragnąc za sumę (>00,000 fr. odkupie 166 białych kruków, porwanych niegdyś z bibliotek francuskich.
Wydawcy Gebethner I Wolff.—Redaktor L. Jenike.—Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
HojBOJieno HeuaypoK). Bapiuaua, 8 Iioiui 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2106 (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.
Ccna nnTo™ ^cdyuczego	Ogólnego zbioru numer 1290. — Serya IV.	16 (28) czerwca 1884 r.
Rękopisów pomniejszych i materyalów rysunkowych, nadsyłanych redakcyi Tygodnika, nie zwraca się.
JVŹ78.
Prenumerata w Warszawie	TrT	.-.n	inn.	Prenumerata
rocznie rs. 8, półrocznie n,4. kwart. WUrSZUWa, 28 CZCrWCU 1884 T.	TOHl III.
rfl. 2, miesięcznie kop. 671 pół,	7	kwartalnie rs. o.		 •
Adres redakcyi: „Warszawa. Krakowskie przedmieście nr 15, przy księgarni Gebethnera I Wolffa."
Treść imiuern. Artykuły: Ksiądz „Piotr Paweł Baranowski Kronika tygodniowa, >przez St. M. Rz. — Wólka i Willburg, obrazek przez Melanią Parczewską.—Ze świata obcego. — W cieplarni, wiersz Józefa Kuczyńskiego.— Składki. — Wazon srćbrny, z czasów Stefana Batorego. — Kilka wspomnień z przeszłości, spisa! Wielislaw (dokończenie).—Wystawa inwentarza w Warszawie 1884 r., przez Antoniego Porębskiego.—Przegląd polityki zagranicznej.—Rozmaitości. — Dodatek. Sławomira, nowela przez Jana Liera (arkusz 3-ci).—Spis rzeczy.—Ryciny: Ksiądz Piotr P. Baranowski. — Wazon srebrny, z czasów Stefana Batorego.—Po powodzi, rysunek P. Stachiewicza.—Szkice humorystyczne F. Kostrzcwskiego: Dług honorowy.
Ksiądz Piotr Paweł Baranowski.
Zacny ten kapłan i jubilat zeszłoroczny przyszedł na świat 2 stycznia 1805 r. w Bruczwał-dzie (Brauuswalde) w Warmii, z rodziny, której przez króla Augusta II szlachectwo nadanem zostało.
Odbywszy szkoły w Re-czlu i Brunsbcrgu (Roessel i Braunsberg), wstąpił do seminaryum duchownego i wyświecony na kapłana 30 czerwca 1833, był przybocznym kapelanem biskupa von Hatten, następnie wikaryuszem w Kuńczewie pod Tczewem (Kuntzendorf, Dirschau), potem w Biskupcu (Bischofsburg) ua Warmii, a od r. 1838 jest proboszczem parafii tychnow-skiej (Ticfeuau) i strarszew-skićj, oraz gminy katolickiej w Kwidzynie (Marienwer der).
W Kwidzynie, stolicy regencyjnej Brus Zachodnich, zakon krzyżacki urządził w r. 1233 biskupstwo katedralne, które istniało do czasów refonuacyi; gdy jednak biskup ówczesny, razem z kapitułą, przeszedł na lutcranizin, nie było odtąd w Kwidzynie żadnej parafii katolickiej. Dopiero ks. Baranowski niczmordo wanćin staraniem swojem urządził tam przed laty 26 gminę katolicką i wybudował kościół; jemu więc mamy do zawdzięczenia przybycie nowego zboru katolickiego i nowej świątyni.
Jako kapłan, zasłużył sobie na prawdziwą miłość nietylko licznych swych parafian, ale całej Warmii.
Jedno pod tym względem panuje tam zdanie, jeden brzmi glos uwielbienia; tylko Niemcom działalność jego niebardzo się podoba, bo wypielęgnował i wychował narodowość nasze w swych gminach. Kazania, modlitwy i pieśni tylko w pol-
skim języku tam się odbywają, tak dalece, źe chociaż Niemczyzną otoczona, ludność icb słabo tylko zna język niemiecki. Tym sposobem czcigodny jubilat tysiące dzieci polskich od germa-nizacyi obronił.
Gdy w r. 1876, będąc w Rzymie u papieża Piusa IX, odwiedził i naszego kardy nalaLedóchowskiego, ten niemało był zdziwionym, że gość jego, jako Warmijczyk, tak czysto i płynnie po polsku przemawiał.
W dniu 30 czerwca r. z. obchodził ks. Baranowski jubileusz pięćdziesięcioletniego kapłaństwa. Dnia 3 lipca odbyła się uroczy-czystość, która niezliczone tłumy narodu i duchowieństwa do Tycliuów zebrała. W tymże dniu poświęconą została prześliczna kaplica Matki Boskiej, kosztem jubilata zbudowana.
Ojciec święty Leon XIII, brewem z d. 19 czerwca r. z., nadowód uznania zasług jubilata, udzielił odpustu zupełnego wszystkim tym, którzy w dniu naznaczonym przez biskupa, to jest 18 września, w kościele tyeh-nowskim przystąpią do spowiedzi i komunii ś tćj. To też znów wtedy tysiące ludu zebrały się w Tychno wach, a do dwudziestu księży spełniało przez dzień cały obowiązki duchowne.
Oby Wszechmocny tak zacnego kapłana zecbciał nam uchować jeszcze długie lata przy życiu i czer-stwem zdrowiu!
J/. 11.
402
Kronika tygodniowa.
Odezwa redakcyi do czytelników.—Składki na powodzian.— Wianki przcpadly. Powódź.— Klęska pcryodyczna, a jednak nauka idzie w las.—Olbrzymie straty.—Ogólne wiadomości. - Mogło być dobrze, a będzie bieda. — Popisy.— Instytut głuchoniemych i ociemniałych.—Konserwatoryum.— Licytacja szkiców na rzecz wdowy po Moniuszce. — Bieda i stagnacy.-i. — Uwagi pewnego przemysłowca. — Straty w garderobie teatralnej, zrządzone przez pożar. — Urlopy „filarów sceny.”— Żółkowski na ulicy.
Klęska straszna, tem straszniejsza żc nieprzewidziana, dotknęła cale powiśle, zniszczyła żyzne niziny Narwi, Pilicy i Wieprza. Straty są olbrzymie, nieobliczone. Tysiące ludzi pozostało bez dachu, bez dobytku i kawałka chleba. Ocalić ich, ochronić od śmierci głodowej, może tylko pomoc dora-źn-i, natychmiastowa.
Rozumiemy to doskonale, że w sprawach tego rodzaju szybko i skutecznie działać inogą tylko pisma codzienne. Jakoż „Kuryer warszawski" zebrał już dla powodzian, wciągu jednego tygodnia, przeszło 7,000 rs. od osób dobrej woli, z których jedna nadesłała bezimiennie 1,500 rubli. Inne organa prasy skwapliwie poda żająw jego ślady.
Ale przewidywać należy, iż potrzeba ofiarności, jakkolwiek nagląca, nie ograniczy się tym razem na zaradzeniu chwilowej tylko nędzy Nieszczęście jest tak wielkie, że skutki jego jeszcz * i po miesiącach całych uczuć się dadzą.
Odzywamy się więc do serc Waszych, Szanowni czytelnicy. Tylokrotnie już miewaliśmy dowody gorącej chęci Waszej bądź służenia sprawie ogolnej, bądź ulżenia niedoli bliźnich, że i obecnie wątpić o niej nie możemy.
J steśmy biedni sami, w znacznej przynajmnićj części, ale są od nas biedniejsi jeszcze, a wszakże Chrystus Pan powiedział: co będzie uczynionćin jednemu z tych maluczkich, mnie będzie uczynionćin.
Każdą, choćby najdrobniejsząofiaręprzyj-iniemy z wdzięcznością i złożymy w swoim czasie ustanowionemu już z ramienia inagi-stratu warszawskiego komitetowi obywatelskiemu wsparcia.
Z dniem przeto dzisiejszym otwieramy rubrykę składek „dla powodzian.”
Redakeya Tygodnika ilustrowanego na początek przeznacza dla nich od siebie skromną kwotę rs. 25.
Czekamy dalszych wpływów.
Złożyli na ten cel: Ch. r-. 1; St. Rz. rs. 3. Razem rs. 29.
Zapowiadane „wianki” do skutku przyjść nie mogły... Niepodobna bjło uroczystośeiować na rozhukanych falach Wisły, która z brzegów wylała, zabierając ludziom pola, zasiewy, chaty, dobytek, a nawet i życie.
Co lat kilka ta straszliwa klęska dotyka biedny nasz kraj, karząc niedbalstwo ludzkie, co sie jej obronić nic chce i nie umić. Rcgulacya ko ryta i zabezpiet zenie brzegów Wisły jest zawsze tylko płochą igraszką, pochłaniającą setki tysięcy rubli napróźno. Te roboty cząstkowe, prowadzone powolnie i siłami nader ograniczonemi, co lat kilka giną pod burząecmi falami bez śladu. Istna praca Syzyfowa. . Na rok przyszły znowu się zacznie to, co obecnie przepadło, i czekać będzie z lleginą wielkićj cierpliwości klęski następnej. Możnaby już do budżetu dochodów i rozchodów społecznych wprowadzić stałą pozycyą strat olbrzymich, przez pcryodycznc powodowanych zalewy.
Tego, co woda ludziom zabrała, tej nędzy, którą wielu z nich przyniosła — żadne składki pu
bliczne, żadne komitety pomocy, żadne wsparcia nie powrócą. Dać kawałek suchego chleba komuś, co wczoraj miał własną omastę, jest to ratować go od śmierci głodowej, ale nic od nędzy... Straty, przez tegoroczną powódź wyrządzone, obliczają się na dziesiątki milionów rubli!...
Wisła przedstawia widok wspaniały. Tygrys, gdy się rzuca na swą ofiarę, bywa równie... pięknym. Niestety, gdy fale opadną, gdy rozhukana rzeka, jak zwykle, powróci do codziennej pokory i łysinami dna wyschniętego świćcić po-cznie—na zalanych poprzednio połach zgnilizna zniszczenia i śmierci przypomni smutne znaczenie tej wspaniałości.... Żal i skargi, łzy i bieda—oto hymn, który zabrzmi w ostatniej scenie tćj tra-gedyi.
Nietylko sama Wisła rozlała; słychać to i o innych rzekach w kraju. Narew i Wieprz naśladują macierz swą w zaciętości. W Galicyi Dniestr wojuje straszliwie, burząc mosty, rwąc tamy, zalewając wsie i miasta. Komunikacyc pozrywane, poczty nic dowożą listów, ztąd u wiciu niepewność, która jest zawsze straszniejszą, niż. prawda sama. U nas most n t Wiśle pod Iwangro-dem(Dęblinem)zwalony'... Opóźni to wielce budowę drogi żelaznej dąbrowskiej. Zalewy rozsiadły się na kilka wiorst szeroko; nad rwącą falą sterczą dachy i kominy pogrążonych w niej chat....
W Warszawie woda wdarła się na ulice nadbrzeżne, zalewając piwnice domów. Jak po bitwie sępy, po rzece uwijają się lodzie, chwytając to, co na grzbiecie rzeki płynie. Obławiają się chciwi, korzystając z nieszczęścia bliźniego. Ale obok tych zabiegów świeci tćż wspaniale poświęcenie, co walczy zawzięcie o życie i dobrobyt braci... — czynów odwagi i ofiary z własnego bezpieczeństwa zapisaćby można wiele. . Cząstka niemała zasługi przypada tu młodziutkiemu Towarzystwu wioślarzy naszych.
Rok bieżący zapowiadał się bardzo przyjaźnie na polach; zasiewy obiecywały płoń obfity. Zapewne żc go dadzą, ale to, co z dochodów ogólnych wytrąci powódź, nie da się nagrodzić i w rachunku ostatecznym wykażc niedobór. Zubożejemy bardziej.
Czy klęska tegoroczna będzie dobrą nauką na przyszłość—któż zgadnie? Od społeczeństwa to nie zależy... Jesteśmy jednak pewni, że dałoby się coś w tej sprawie zrobić, gdyby ci, co bezpośrednio ucierpieli, rąk w uiemćm oczekiwaniu nie opuścili.
Jesteśmy w tćj chwili w epoce popisów szkolnych. Jak zawsze, tak i obecnie, uroczyste akty Instytutu głuchoniemych i konserwatoryum zwróciły ku tym zakładom całą baczność i sympatyą Warszawian. O pierwszej z tych szkól mówiliśmy' już po wielokroć, że jest wzorową; i obecnie powtórzyć to musimy. Stara to, ale mila... nowina.
Ze sprawozdania dyrektora Papłońskiego dowiedzieliśmy się, że Instytut głuchoniemych liczył w roku zeszły m (szkolnym) 272 wychowań-ców, pomiędzy którymi ociemniałych 44. Dziewcząt śród tej ogólnej liczby jest 109. Cyfry to stosunkowo bardzo wielkie, bo w zakładach tego rodzaju za granicą liczba wychowanków nie przechodzi zwykle 180. 1 nasz Instytut radby zmniejszyć liczbę uczniów dla ich własnego dobra, boby ich mógł staranniej uczyć, lepiej karmić i odzićwae, większą troskliwością i wygodą otaczać—ale to jest niemożliwćm. Zakład to jedyny w kraju... Trzeba też wiedzieć - o czem pisaliśmy i dawniej —że rodzice umieją zwyciężać niemożność szkoły, bo jćj poprostu podrzucają swoje dzieci. Odpędzić biedactwa nie można! Więc się ściany zakładu rozszćrzają jak mogą ua przyjęcie nieproszonych gości, żołądki koleżeńskie kurczą, ale nauka i praca idą po dawnemu zawsze, z tą wytrwałością, energią, poświęceniem, miłością dla nieszczęśliwych dzieci, przed któremi czołem uderzyć trzeba.
Popis wykazał owoce trudów świetne. Zdumiewającą jest doskonałość i pewność metody wychowawczej, która z materyałem tak twardym, opornym i suchym takie cuda wyrabia. Pomyślcie tylko, co to znaczy wciągu lat sześciu nau
czyć mówić dziecko, które o wydawaniu dźwięku głosowego nie ma pojęcia... A przecież w tak krótkim stosunkowo czasie dzieci te nabywają nietylko mowę, ale i język i stosunkowo dosyć obfite wiadomości naukowe. Kto tego choćby przez kwadrans nie widział, ten niema najmniejszego pojęcia, ile tam pracy najsystematyezniej-szej, ile poświęcenia arey-chrzcściańskiego wkładać trzeba, aby z istot tępych, nieludzkich, pełnych wad, popędliwycb, obdarzonych nielcdwie tylko instynktem zwierzęcym, zrobić młodzież wysoce moralną, oświeconą, przygotowaną do pożytecznego dla siebie i bliźnich żywota.
Również sympatycznym był popis uczniów i uczenie konserwatoryum, któremu dosyć nawy-mawiać sic nic możemy, że tylko na tych dorocznych aktach daje znaki życia. Nic chcieli-byśmy go zachęcać do koncertowania, bo to nie jego rzecz, ale kilka publicznych występów szko-dyby mu nic przyniosło. Zawsze tam przecież znajdzie się garstka zdolności wybitniejszych, dla których oklask może być zachętą, występ ośmieleniem. Zresztą szkoła z kierunkiem artystycznym zyskiwać może ty m sposobem sympatyk fćj publiczności, która ma kiedyś owoce pracy jej sądzie ..
Jak od dawnego czasu, tak i obecnie, Instytut szwankuje na punkcie nauki śpiewu solowego. Szkoła śpiewu jest tu poprostu niedołężna, a jedyna ućzcnica, która ją na estradzie popisowej reprezentowała, dowiodła tego niezbicie. Matc-ryał to dobry w rękach nieumiejętnych. Śpiew chóralny zato, strona silna szkoły zawsze, i obecnie utrzyma! chlubnie jćj reputacj ą. Prowadzi go p. Juliusz Stattlcr.
Klasy fortepianu dały plon dosj'ć obfity. Najlepiej przedstawiła się klasa profesora Strobla, jak zwykle zresztą. Dala ona słyszeć kilka wybitniejszych zdolności, prowadzonych umiejętnie i zapowiadających się dobrze. Toż samo można powiedzieć o klasie skrzypiec profesora Górskiego, którego jedyny popisujący się uczeń wróży dzielnego w przyszłości wirtuoza, a jest kierowany dłonią bardzo umiejętną wybornego nauczyciela. Wiolonczela, organ i skrzypce naj-świetniej zaleciły pracę szkoły. Pierwszej uczy p. Goebelt, drugiego p. Śliwiński.
Niemałym powabem popisu było wykonanie numerów koncertowych przez orkiestrę, pod kierunkiem dyrektora Zarzyckiego. Trzyma się ona krzepko, działa jednol.cie, stanowi silę popisową kierowaną wytrawnie. Mile tćż przyjęto kwartet smyczkowy (klasa W. Górskiego), a cały popis przekonał zgromadzonych tłumnie słuchaczów, że konserwatoryum pracuje wytrwale i poważnie, choć tak cichutko...
Doznaliśmy smutnego zawodu: licytacya szkiców, wystawionych w salach redutowych, przyniosła pani Moniuszkowćj zaledwie 563 rubli! Niezmiernie to mało. Nicsprzcdanych obrazków zostało sporo i licytacya ma być ponowiona.
Ludzie się skarżą na biedę, na stagnacyą ogólną, więc i tym razem powściągliwość w szafowaniu groszem zdaje się być usprawiedliwioną; można jednak przypomnieć tym, którym wystarczy’ go na opłacenie wycieczek za granicę, że kilkadziesiąt rubli wydatku mogło ich nie zubożyć, a obowiązek spelnionyniby został.
Co się tyczy biedy' i stagnacyi, słyszeliśmy ciekawe uwagi z ust pewnego przemysłowca. Twierdzi on, że zły stan interesów, który rok temu nurtował przeważnie klasy zamożniejszych kupców i przedsiębiorców, walił firmy krzepkie na pozór i ze sfery przemysłowej wybierał ofiary najliczniejsze—obecnie przetrawia już wszystkie warstwy społeczeństwa. Bieda staje się ogólną. Przepowiedni lepszej doli i zmiany w niedalekiej przyszłości na seryo brać nie można. To, co wygłosił któryś z obcych ekonomistów, że co lat kilka przemysł przechodzi oscylacje peryody-czne między' stanem świetności i bankructwa, może się okazać bardzo omylnem. Choroba upadku interesów nie ma już charakteru objawów sporadycznych; to najformalniejsza epidemia.
Po obliczeniu strat, zrządzonych przez pożar w składach garderoby teatralnej, okazało się, żc
403
są one stosunkowo bardzo duże i dosięgają cyfry 50,000 rubli. Garderoba była wprawdzie ubezpieczoną, ale wedle normy dawnćj; ubezpieczenie wynagrodzi szkodę zaledwie w małej części. I oto znowu nasz biedny teatr stal sie uboższym!
Nic przeszkadza to jednak pracowitym „filarom sceny” wyjeżdżać na urlopy. Codzień nieledwie panowie ci i panie śpieszą w dalekie strony, w porze, w której zdwojoną tylko pracą dałoby się sale teatralną zapełniać i kasie odpowiedni wywalczać dochód. Wyjeżdżają nie poto, aby gdzieś zdała w odpoczynku czerpać siły do nowych trudów, ale aby na innych scenach dorabiać się... grosza. Tragi komiczną stroną tego postępowania jest, że ci panowie i panie występują tam w rolach, nad któremi pracowali w Warszawie... nie dla Warszawy. W Krakowie lub we Lwowie dają oni dowody niezrównanej ruchliwości...
Żc dyrckcya pozwala na liczne i długie wycieczki swoich artystów w porze obecnej, nadziwić sic niepodobna. A przecież możnaby im łatwo tanie położyć, bo jeśli który z „sumiennych i pracowitych kapłanów sztuki”(!) kontraktu z nią nie zawrze, to gdzieindziej drzwi sceny zbyt łatwo przed nim się nie otworzą. Rychter, artysta wielkiego talentu i wielkiej zasługi, raz rzuciwszy scenę warszawską, już tylko marzył o tćm ciągle, aby na nią wrócić; panowie Leszczyński i Szymanowski siedzą bezczynnie i tylko gościnnemi występami na prowincyi dają o sobie wiadomość. Pokazuje się z tego, że możnaby troszeczkę o owe urlopy się potargować i sceny nie zostawiać pustką wtedy, gdy ona zdwojonej wymaga pracy. Przypominamy, że Carmen w lecie, w upały, zapełniała salę zawsze...
Na zakończenie tych uwag wspomnimy tu o czćmś, co czytelników przejmie niezawodnie radością.—Oto widzieliśmy kilka dni temu Żółkowskiego... na ulicy. Znaczy to, że znakomity ten artysta powraca do zdrowia, że więc może niezadługo powróci i na scenę. Tak—odpoczywa ou tylko wtedy, gdy choruje, urlopu nic brał nigdy, a scenę warszawską tak kocha prawdziwie, żc nic porzucał jćj ani na dzień jeden, chyba że porzucić musiał. A mimo to wszystko jest... Żółkowskim!
Si. M. Hz.
WÓLKA I WILLBURG.
OBR XZEK przez Melanią Parczewską
Skwarny dzień lipcowy chylił się do końca. Mimo blizkiej nocy, upał był straszny; powietrze ciężkie, tamujące oddech, przepowiadało zbliżającą sic burzę. Czarne chmury, szybko przesuwające się po niebie, już, już miały trysnąć tysiącami błyskawic.
Wobec takiej wojennej wrzawy na niebie, na ziemi panowała cisza; żaden podmuch wiatru nie przerywał milczenia; kwiaty i liście zwiesiły głowy; ptactwo bez pieśni kryło się strwożone.
Burza w mieście bywa zawsze mniej groźną, niż na wsi. Tam, wśród skupionych murów raźniej jakoś ludziom; ruch pieszych, turkot jadą-cych zagłusza huk grzmotów; piorunochrony bronią miasto od wypadków, a poza dacłiy i kominy domów kryjc sic szarpane błyskawicą niebo. Na wsi, przeciwnie, hasa ona z całą silą no połach i lasach, spędzając ludność roboczą i wszystko co żyje pod dachów schronienie.
Lud wiejski, choć z burzą oswojony, chroni się przed nią starannie, gdyż obawa sprzeciwiania się woli Bożej zabrania ratować rażonyi h piorunem; to tćż tylko nadzwyczajny wypadek, taki, jaki zdarzył się właśnie w chwili rozpoczynającej nasze opowiadanie, wypędza lud wiejski z chaty.
Przeczuwana od kilku godzin, nawałnica wybuchła z całą gwałtownością. Po cmentarnej ciszy, zalegającej ziemię, powstał szalony wicher.
Z trzaskiem łamał gałęzie drzew, cale kłęby piasku i żwiru zrzucał w najrozmaitszych podskokach z szosy, po któtej sam jeden szedł, a raczej biegł, niemłody już człowiek. Ubrany w długą, szarą sukmanę, takież spodnie i kamizele, buty duże, ciężkie, chłopskim zwyczajem związane, niósł na kiju; w ręku trzymał prosty, o szerokich skrzydłach kapelusz.
Szosa, po której biegi, jak zwykle wszystkie w księztwic Poznańskiem wysadzana drzewami, systematycznie ubita w tej chwili, zarzucona żwirem i galęźmi, trudną, iście kalwaryjską przedstawiała drogę.
Bez pamięci na zawady, mimo iż pot kropla mi spadał mu z czoła, a wiatr garście piasku niemiłosiernie sypał w oczy, szedł nasz podróżny. Kiedy niekiedy odwracał się i ręką wygrażał w powietrzu. Na zakręcie szosy, przy krzyżu, gdzie rozpoczynała się prywatna, do wsi prowa dząca droga, chłop przystanął chwilkę. Rozgorzałem okiem objął zabudowania dworskie i pałacyk, okazale przedstawiający się zdała. Wsparty o krzyż, głuchy na szalejący wokoło wicher, zamyślił się głęboko. Z zabudowań dworskich przeniósł wzrok na ciemne obłoki niebios; zdawał się żebrać, prosić je o coś, gdyż oczy, gorejące przedtem groźbą, patrzyły już spokojniej, a łzy rzewne spływały po ogorzałej twarzy.
W tćj samej chwili, wężykowata błyskawica, rozdzierając niebo, poprzedziła pierwszy odgłos grzmotu. Przerażony wieśniak porwał się z miejsca, zdążając ku chacie, stojącej na wzgórku o kilkanaście kroków od szopy. Na widok przybywającego, z chaty wybiegła młoda, chorobliwie blada kobieta.
— O mój tatusiu—zawołała—jakże was długo me bj lo widać!
— I po próżnicy taki kawał drogi pędziłem— odrzekł przybyły.
— .Święta Maryo! co wy mówicie! Nie chce zaczekać?
— A nie. Niemiec, jak zawsze, sparty czort i tyła. Byłem we dworze, powiedzieli że w mieście; poszedłem za nim, tyle prosiłem i darmo. Szwargotał kanalia, że jak nie złożę jutro 40 talarów, to nas wyrzuci, bo kwit kupił od Żyda.
— A uie mówiłam wam, tatusiu, że z nim nic poradzita? — przerwała, załamując ręce, kobieta.— Lepiej było ustąpić.
— Ja miałem ustąpić?—krzyknął stary takim głosem, że zagłuszył nim świst wiatru wstrząsającego calem zabudowaniem. — Ja miałem ustąpić?—powtarzał, uderzając się ręką w piersi—ja, com tu na tćj górze wyrósł z dziada pradziada? Za co? za moję krzywdę? Niedoczckauie Filnera i landrata! Wólka nie będzie Willburgiem; do ostatniej koszuli zmarnieję, a dobrowolnie nic sprzedam chałupy. Niech poznają Tomasza Wol-czaka.
— Było już lepiej sprzedać, bo i tak nic dacie im rady, tatusiu. Wieś przezwali, a cóż dopiero nasze chudobę. Każą i musi być nazwa królewska.
— Kto mi każę? nic gadaj głupstw, Baśka!— ofuknął córkę Tomasz. — Wieś przezwali Willburgiem, bo tak chciał dziedzic, Prusak; do mego... wara Niemcom i landratowi!
— Tatusieczku, nic upićrajta się! Wólka czy Willburg, to ta wszyćko jedno; my ta i tak katolicy.
— Co ty wiesz, głupia? Ja, choć prosty chłop, ale rozumiem niejedno i wiem kiedy ustąpić, Widzisz, i pan z l iardowaipan z Dobrej woli także nie chcą przystać na niemiecką nazwę. Nie wszyćko to jedno, mówię ci.
— To pany, oni dadzą sobie radę, ale nic my cliudziaki—wtrąciła Baśka.
— Pleciesz, zwyczajnie jak baba. Pan czy chłop, to za jedno; każdy powinien bronić tego, co do niego należy — odparł stary Tomasz.
— Adyć prawujecie się, tatusiu, tyle czasu i cóż dobrego? ino same sztraly. Wszystko poszło za długi: ani krowy, ani przyodziewku. Ja zanic-inagam, a roboty nićma. Żeby choć Jędrek byl z nami.—1 rozpłakała się biedna.
Łzy córki nie przekonały Tomasza. Upór leży
już w charakterze polskiego chłopa; raz obraną drogą idzie on, bez względu na mogące ztąd wyniknąć skutki. Upór zresztą Tomasza potęgowały jeszcze osobiste przekonania. Tomasz lubił czytać. Nieraz wpadło mu w rękę jakie pismo ludowe, a dawnićj, za lepszych czasów, kiedy i Wola była w innych rękach, wspólnie z dziedzicem jeździ1 na zebrania kółek włościańskich; znał dokładnie miejscowe stosunki i miał też o nich jasne, zdrowe, prostym chłopskim rozsądkiem wyrozumowauc pojęcia. Basia jednak nie podzielała zdania ojca, przed oczyma jej stała tylko nędza obecna i jutro, grożące jeszcze straszniejszą niedolą.
— Nie płacz już, Baśka, nie—mówił, patrząc na córkę, Tomasz—nie doskiraj, bo to kara Boża. Lepiej chodźwa do izby, bom strasznie zbity i zmoczony.
W sieni Baśka nieśmiało spytała ojca:
-— A cóż, listu niema, tatusiu?
— Nićma i nie będzie —mruknął stary.—Anie mówiłem: nie posyłaj go na zarobek do Niemca. Macie teraz, ani listu, ani pieniędzy. Już go te szelmy przekabacili na swą stronę.
Baśka, dowiedziawszy się źe listu nie było na poczcie, az za głowę schwyciła się z rozpaczy.
— O mój Jezusiczku! pewnikiem chory! Jak miał, to przysyłał pieniądze i było nam lepiej. Chybaścic mu nie napisali o wszystkiem.
— Toć pisałem, pisałem, źe nas ten kuty Niemiec do krzty chce zgubie—zakończył, wchodząc do izby, Tomasz.
Ow „kuty Niemiec,” jak go nazywał Tomasz, pan Gotilieb Filner, przed kilku laty nabył na licy-tacyi publicznej Wolę, ładny i w urodzajnej okolicy księztwa położony majątek. Wieś w ręku Filnera zmieniła się do nii poznania. Zamiast starego modrzewiowego dworu, stanął pałacyk o basztach i wieżyczkach, a w parku za ogrodem, w miejscu gdzie sznmialy jodły i dęby, widniał, niby rząd iglicówek, las chmielowych tyczek.
Gottlieb Filner pochodził z okolic Berlina. Pierwszą kulturtregerską jego stacyą była wieś Wróblewo w Prusach zachodnich, którą za bezcen nabył od jednego, jak zwykle mawiał, z „pol-nisebe szlachciccn.” Po wielu latach szczęśliwego prowadzenia najrozmaitszych interesów, w Wróblewie osadził jako rządzcę swego kuzyna, a Wolę, jako więcej odpowiadającą wymaganiom bogatego już teraz dziedzica, obrał za rezydencyą własną.
Główną reformą gospodarczą Filnera w Woli było wybudowanie trzech fabryk. Założony browar, gorzelnia i młyn parowy potrzebowały wielu robotników; jednak chłop wolski nie znalazł nigdy zajęcia, ale zato cale gromady niemieckich bauerów zalewały polską ziemię.
Tak ucywilizowana Wola ustąpiła wkońcu miejsca szumnemu Willburgowi. Nazwa, którą uświęciły wieki, zmieniła się na żądanie jednego przybysza. Chłopi wprawdzie nie uznawali tćj zmiany, nikt jednak nie mógł stawiać opozycyi, gdyż Filner byl dziedzicem i miał za sobą prawo.
Owa chata na wzgórzu i kawałek ziemi, od krzyża po lewej stronie szosy leżący, Wólką powszechnie zwany, należał do starego Tomasza Wolczaka. Kto komu dał nazwę, Wolczakowie ziemi, czy ona im, niewiadomo; to tylko pewna i o tem chętnie stary Tomek opowiadał, żc wówczas jeszcze, kiedy Prusaka nie było w Polsce, ów kawałek gruntu jego pradziad dostał od dziedzica, za uratowanie mu życia na wojnie, ( bata na wzgórzu położona między dwoma miastami, na szosie, nęciła Filnera. Na całej przestrzeni nie było odpowiedniejszego miejsca do wybudowania karczmy, jak na Tomaszowym gruncie, gdzie na górze wystawiony budynek mógł już być zdała przez przejeżdżających widzianym.
Taka karczma niemałe przedstawiała korzyści; to też Filner za jakąbądź cenę postanowił nabyć grunt i wybudować na nim „Gasthof zur Stadt Olilau.”
Ułożywszy sobie ów plan, zawezwał do dworu Tomasza; lecz stary Wolczak odmówił stanowczo żądaniu dziedzica. Filner, widząc żc polubownie nic nabędzie gruntu, rozpoczął prześladowanie
chłopa. Rolę, która klinami wchodziła w grunta dworskie, wypasano mu zawsze, ale niech tylko wypadkiem bydło Tomka wpadło na grunt Fil-nera, następowały skargi jedna za drugą, a ztąd sprawy, kończące się zwykle przegraną Wol-czaka.
Kilka lat podobnego życia sprowadziło długi i ruinę. Jedyną pociechą starego była córka Baśka, wydana za cieśle Jędrka Zawałę, i wnuczek Kubuś. Jędrka również dotknęła nienawiść Filnera; nie mając w domu roboty, zwabiony przez dziedzica Woli obietnicą wielkich zarobków, wyjechał do Wróblewa.
Tomasz sprzeciwiaj się wyjazdowi zięcia, lecz Jędrek chciał spłacić dług, zaciągnięty przed rokiem u Izydora Rosba urna, mocą którego, z chwilą chybienia terminu wypłaty, grunt i chata Tomasza przechodziły na własność wierzyciela.
W pierwszych miesiącach listy, a czasami i pieniądze, przychodziły od Jędrka; ale od kilku tygodni żadnćj wiadomości nie odbierał odeń Wol-czak.
Tymczasem termin spłacenia długu nadszedł, a s4ary Tomasz nie miał ani grosza na wykupienie z zastawu chaty i ziemi, którą tak bardzo ukochał. Sama myśl opuszczenia chaty przejmowała go strachem, głuszyła obawę nędzy.
Niestety, widniała ona z każdego kąta. Chata, tu i owdzie podparta, chyliła się do upadku; stodoła i obora były próżne; nawpół obalony chlew wskazywał, że już z niego dawno odbiegi, mieszkańcy; tylko kilka szarych, kąpiących się w błocie gęsi stanowiło cale gospodarstwo.; Wi-zbie, prócz łóżka, kołyski i kilku ławek, nic więcćj nie było; ściany ciemne, okopcone, świecące szparami, ozdabiał prosty, poczerniały od starości obraz Matki Boskiej częstochowskiej, otoczony zeschlemi wiankami i palmą święconą. Na kominie, bladym oświeconym ogniem, gotowały się w garnku ziemni iki, zwykle i jedyne pożywienie biednych.
Tomasz, zgnębiony odmową dziedzica, znużony drogą, ani myślal o wieczerzy. Przewiesiwszy na kołku zmokłą kapotę, zbliżył się do okna.
— Patrz ino ty, Baśka, jak tam nad dworem biją pioruny. Żeby ich Pan Bóg wymiótł do jednego za moje krzywdę—mówił, obejmując wzrokiem widniejący zdała dwór wolski.
— Święta Maryo! tatusiu! — krzyknęła, żegnając się, strwożona Baśka—toć to grzech! Nie pomstujta icb, tatulu.
Odpowiedź Tomasza zagłuszył turkot zatrzymującego się przed chatą wozu. Na małym jednokonnym wózku siedział Izydor Rosbaum, wierzyciel Tomasza.
Na jego widok staremu krew zakrzepła w żyłach.
— Gutcn Abend—panie gospodarzu—zaczepił przybyły stojącego na progu chłopa.—Cóż u was słychać? Właśnie przejeżdżam i umyślnie wstąpiłem. Chcialem was widzieć, panie Tomaszu. Cóż, zięć czy pisał? jakże tam wasz interes?— pytał niby od ni :chcenia.
— Abo to Izydor nie wie, kićj mnie sprzedał temu zbójnikowi—z gniewem odparł Tomasz.
— jakto sprzedał? co wy mówicie, gospodarzu! Wyście byli winni, a że mi pic niądze wtedy były potrzebne, więc dziedzic wygodził i przejął wasz dług, a kto winien, ten dziś czy jutro zawsze musi oddać.
— Ale wyście umyślnie mnie pożyczyli, aby póżnićj sprzedać mnie Niemcowi. Zaprzepaściliście, zaprzepaścili mnie i moje dzieci na wieki. Za 40 talarów chcccie mnie zniszczyć, wyrzucić—zapalał się coraz bardziej Tomasz—ale ani wam, ani temu mtrowi ludzka krzywda na dobre nie wyjdzie.
Wystraszona głośną rozmową Baśka ukazała się we drzwiach.
— Tak, jak my marniejemy—dodał, wskazu jąc córkę — tak i z wami i z dziedzicem pędzie kiedyś.
— Ja nic nie winien, i dziedzic nie winien— odpowiedział drwiącym głosem Izydor.—Trzeba było słuchać Filnera, sprzedać grunt i wszystko
_____ 404 _________
byłoby dobrze. Czy wasza chałupa będzie Wólka, czy Willburg, to wszystko jedno, byle geszeft był dobry; ale wy zawsze takie głupie. No, jednak i teraz jeszcze, bylebyście tylko mnie słuchać chcieli, to mogę wam pomódz...
— Tfu! —splunął, przerywając, wieśniak.— Niech was ta wciornaścy wezmą z waszemi geszeftami i z waszą pomocą! A wam co do mnie? Niedość żeście mnie oszwabili, ale jeszcze będziecie mi tu dyszkurować i przedrwiwać? A wam co do mnie? Ruszajcie sobie z przed chaty, bo jak mi Bóg miły, zamaluję was tak, źe mnie pamiętać będziecie—zakończył, trzęsąc się z gniewu, Tomek.
Za całą odpowiedź Rosbaum, mrucząc jakieś niewyraźne przekleństwo, szybko zaciął konia i podążył w stronę dworu.
Izydor Rosbaum, Żyd, bogaty handlarz zboźo wy z sąsiedniego miasteczka, znany był w calćj okolicy z lichwy i szacherek. Tylko jedna fizyo-gnomia zdradzała w nim żydowskie pochodzenie; zresztą był to Niemiec, wykuty z jaknajlepsze-go materyalu eksploatatorów ziemi polskićj. Izydor Rosbaum mówił po polsku o tyle, o ile język ten był mu potrzebnym w prowadzeniu interesów z okolicznymi obywatelami i chłopami. Niemców lękał się i szanował ich bardzo, a nad wszelki wyraz czuł się obrażonym, jeśli go ktoś nazwał Żydem, przyczćm zawzięcie wypićrał się licznej swej rodziny, zamieszkującej jedno z małych miasteczek w królestwie, rodziny, która pędziła życie kłopotliwe, biedne, ale uczciwe.
Dla Rusbauma ideałem człowieka byl Filner. Jego umiejętność i szczęście w prowadzeniu interesów w podziw wprawiały handlarza, tak iż zawsze z najwyższem zadowoleniem i czołobitnością spełniał każde jego życzenie. Nic więc dziwnego, żc znając zamiary dziedzica Woli, wyzyskał kłopotliwe położenie Tomka Wolczaka i pożyczył mu pieniędzy na ogromny procent, aby później chatę i grunt, o wiele więcej wartujący, a wzięty w zastaw, sprzedać Filnerowi. Rosbaum nie gardził żadnym interesem, z każdej umiał korzystać chwili. I dzisiaj nawet, przybywając przed chatę Tomkową, chciał zrobić rekonesans, czy przed stanowczą bitwą nie da się wyciągnąć jakiej korzyści z chaty i z mienia biednego chłopa.
Po od jeździć Rosbauma, Tomasz , długo łzawćm okiem spoglądał w stronę oddalającego się wózka. Cisza ponura, ciężka, przerywana tylko pluskiem deszczu, zalegała izbę. Przez głowę Tomasza różne przechodziły myśli.
„Ta bestya, to mi jeszcze skargę urządzi w ge-rychcie. Ale niech go tam diabli świsną! Szkoda żem go nie sprał należycie, bo te Niemczyska, to zawdy boją się chłopa. Kićj już na ostro, to na ostro — rozmyślał Tomasz, patrząc na niknący w topolowej alei wózek. — A ta szelma Antek to mi dziś powiedział, że na darmo za łby się wodzę z Niemcem, bo i tak nas zmoże. Adyć toby był koniec świata, żebym tak marnie moję ojcowiznę wypuścił zbereźnikowi. Co taki głupi Antek, on ta niejakiej nie rozumić sprawy, aui czytanego, ani pisanego nie zna. Jak Jędrek nie przyśle pieniędzy, niech mię ta wyrzuci, a nie ustąpię”—zakończył swoje rozumowanie Tomasz.
Baśkę innego rodzaju niepokoiły myśli.
„Tatuś to ta zawdy taki barny, zamiast mnie usłuchać i poprosić grzecznie. Już ja jutro wezmę Kubusia, pójdę do dworu, pięknie się pokłonię, za nogi wezmę dziedzica i jak zacznę prosić, toć mnie prędzej wysłucha — układała sobie Baśka.—Tatuś to ta nikomu nie ustąpią, a z Niemcem toby się ino bili. I cóż to z tego, kićj oni zawsze górą.”
Baśka tak już napewno widziała uwieńczoną swoje bytność u Filnera, że nie mogąc stłumić rozpićrającćj serce nadziei, pierwsza przerwała milczenie.
— Tatusiczku! jutro rano sama pójdę do dziedzica, prosić aby zaczekał. Wezmę z sobą Kubusia; jak nas oboje obaczy, może prędzćj wysłucha.
— A rób ta co chcesz, ale ja w Niemca nie wierzę. Zaszwargocze cię i tyła będziesz miała.
— Tylko ten raz spróbuję, tatusiu; toć i list od Jędrka przyjść jeszcze może, abo sam chu-dziaczck nadjedzie.
A tymczasem na dworze burza jeszcze nie ustawała. Z okien daleki roztaczał się widok. Na dole, we wsi, rysowały się wysokie kominy i szczyty zabudowań dworskich. Mimo późnej nocy, w fabrykach pracowano jeszcze; snąć wykończano jakąś pilną robotę. Dym, ziejąc z kominów, zwiększał jeszcze cienie nocy, a czasami tryskając tysiącami iskier, wybuchał wysoko, jakby urągał burzy.
Zziębły, zmęczony drogą i troską Tomasz, zasnął wkońcu na ławie pod oknem. Baśka, z różańcem w ręku, modląc się na intencyą jutrzejszej wyprawy, uklękła przy kołysce syna.
Około północy piorunowe chmury powędrowały dalej. Świeżość skąpanego deszczem powietrza, zmieszana z zapachem kwitnących lip, balsamiczną wonią zapełniła izbę. A kiedy księżyc zajrzał do chaty z za chmur, mieszkańcy jćj zasnęli już tak cicho i spokojnie, jakby żadna troska nie ciążyła nad ich głowami. Prawo natury, silniejsze od troski ludzkiej, ukołysało ich do snu.
II.
Promienie wschodzącego słońca zbudziły Baśkę. Wstała tak blada i zmieniona, źe Tomasz, zdziwiony wyrazem jćj twarzy, zapytał:
— Bój się ty Boga! jak ty wyglądasz? Chyba nie zajdziesz do dworu.
— To nic, tatulu, nic, tylko zimno trzęsło mię w nocy, przemokłam do cna.
Smutne to życie biednych. Cierpienia moralne, ból fizyczny, wszystko trzeba złożyć na ołtarzu konieczności. Baśki nie miał kto zastąpić, wyręczyć; choć siły ją opuszczały, musiala pomy-ślće o zgotowaniu śniadania i zamieceniu izby. Przystroiwszy Kubusia w jedyną, pozostałą z lepszych czasów sukienkę, sama ubogo odziana, zabrała sic do wyjścia. Na myśl odmowy drżała ze strachu, nogi odmawiały jćj posłuszeństwa. Tomasz smntnem okiem patrzył na przygotowania córk i. Przeczuwał, że wkońcu walka z dziedzicem będzie daremną; za nic jednak nie byłby opuścił chaty. „Niechaj wyrzuca—myślał w duszy—ale sam nie ustąpię.”
— Ostajta z Bogiem, tatulu—mówiła Baśka, wychodząc z chaty.
— Idź z Bugiem—żegnał córkę Tomasz.
Droga z Wólki do dworu była niedaleką, w zwykłych warunkach w kwadrans przebywała ją Baśka, ale dzisiaj zdawała się jej przestrzenią bez granic.
Dwór w Woli, a raczej jak’ urzędownic teraz nazywano, w Willburgu, ładnie się przedstawiał. Zabudowania starannie były utrzymano i nawet najwybredniejszy Holender, myjący eotydzień nietylko drzwi, ale i dachy domów, byłby zbudowany ich porządkiem. Baśka, przeszedłszy dziedziniec, nieśmiałym krokiem dążyła do pałacu.
Była to ranna godzina. Gottlieb Filner, tłusty, rumiany, z siwemi bakenbardami Niemiec, siedział na ganku. Zajęty gazetą, nie widział zbliżającej się kobiety; zapewne czytał jakiś sensacyjny artykuł, gdyż czasami gładził się po zaokrąglonym brzuszku i pykał z krótkiej fajeczki, co u niego było zawsze oznaką najwyższego zadowolenia.
Nie wiem jak długo byłaby tak stała na schodach, w kornej postawie, Baśka, gdyby nie wejście na ganek panny Lischen, młodej, dość ladnćj córki dziedzica.
— Gut Morgcn —mówiła panna, całując ojca w rękę.
— Morgen—odrzekł Filner, obejmując zadowolonym wzrokiem krzątającą się około przyrządzenia śniadania córkę.
W tćj samej chwili Lischen, spostrzegłszy kry-jącą się poza kolumną ganku Baśkę, szepnęła z cicha:
— Papa!
— Was willst du?
— Ein armes Wcib—wskazała ręką Lischen.
405
Filner z gniewem odrzucił nabok gazetę. Nędza była mu dziwnie wstrętną, biednych, przychodzących do pałacu, odpychał zawsze nieludzko. Baśkę poznał odrazu i choć wiedział dobrze poco przyszła, stanąwszy jednak w wyzywającej postawie na ganku, z rękami włożonemi w kieszenie, zapytał surowo, czego żąda.
— Przyszłam do wielmożnego pana — mówiła cicho, schylając się do nóg dziedzica Baśka...
— Co za jedna? poco przyszła? — przerwał gwałtownie Filner.
— Adyć to ja, Baśka z Tomaszowćj Wólki— drżąc jak liść osiczyny szeptała kobieta. — Do-praszam się łaski wielmożnego dziedzica, żeby nas biednych nie wyrzucał. Pauiczku! ino do zimy czekajcie.
— Ja nic uie chce, nic nie wie, ja kwity kupił, pićuiędze wydal — krzyczał coraz głośniej Filner.
Lischen, nierozumiejąca słowa po polsku, przysłuchiwała się tej scenie, rozgniewana w duszy na żebraczkę, która śmiała irytować jej theuers-ter Vater.
— Wielmożny, jaśnie wielmożny panie—prosiła Baśka. — Jak Jędrek powróci, lub przyśle pieniądze, to zapłaci wielmożnemu panu. Tacy-śmy bićdni, paniczku!
— Cicho, głupia baba!—krzyknął Filner.—Ja mówił twemu ojciec, a on trzy lata ze mną się kłóci i nie chcial mnie słuchać. Same Lumpen, a takie harde, jak ich panowie. J¥ólka ist mein— dokończył Filner, dumny z tej nowej zdobyczy.
— Wielmożny paniczku — próbowała raz jeszcze zmiękczyć serce dziedzica Baśka—my tacy biedni! Dyć Jędrek pracuje u wielmożnego pana w Wróblewie.
— Co za Wróblewo, tylko Sperlingdorf. Zwa-ryowala baba! Co mnie do Jędrek? Dać 40 talarów, a nie, to wypędzę—krzyczał wściekły ze złości Niemiec.
Baśka raz jeszcze schyliła się do nóg, lecz Filner pchnął ją tak silnie, że aż potoczyła się biedna.
Gdy spłakana, prawie bezprzytomna kobieta opuszczała dziedziniec, Filner powrócił do „Po-sener Zeitung,” aby poglądami tej szlachetnej gazety ukoić wzburzony umysł. Filner nie cierpiał żadnych wstawiennictw i tłumaczeń; nawet kochana jedynaczka nie mogłaby była użyć swego wpływu, tćm bardziej, gdy powodem irytacyi byli „die verlluchten Polakcn." W milczeniu więc Lischen podała ojcu filiżankę świeżo sparzonej kawy i butersznit. Papa jadł, sapiąc, a córka nic przerywała ciszy.
Do codziennych zwyczajów Filnera należała owa ranna siesla na ganku. Czynny, ruchliwy, cały dzień był zajęty; tylko tej jednćj chwili wypoczynku nie mógł sobie odmówić.
Korzystając z czasu, gdy papa czytywał gazety, Lischen oddawała sic zwykle muzyce. I dzisiaj tćż, zobaczywszy uspokojoną już twarz rodzica, opuściła ganek. Za chwilę przez otwarte okna saloniku płynęła czystym, miłym głosem śpiewana melodya „O Strassburg, Strassburg, du wundersehóuc Stadt.”
Kiedy Filner rozkoszował się artykułami „Po-senerki,” a panna Lischen w nostalgicznej ekstazie śpiewała pieśń o Yatcrlandzle, Baśka, ogłuszona krzykiem Filnera, chwiejnym krokiem wychodziła z dziedzińca.
Za bramą otoczyło ją kilku ludzi dworskich. Wolczaków lubiono we wsi i szczerze ubolewano nad ich niedolą, nikt jednak nic mógł im przyjść z pomocą. Ludność polska w Woli była bardzo ubogą, a powtóre wiedzieli, że tym sposobem naraziliby się na nieubłagany gniew i zemstę dziedzica.
— Już ja wam powiadam, Jędrkowa—szeptał Błażek stajenny—żc to gorszy od biesa Niemiec. Żcbyście krwawemi płakali Izami, to nie zlituje się nad biednym człekiem. Trzaż wam już było lepiej sprzedać chałupę. Jeśli to tak dlużćj potrwa, to zginiemy wszyścy do cna, abo se z nim inak poczniemy.
Jak wrócić do domu, co powiedzićć tatulowi?— myślała biedna. Ostatnia nadzieja zawiodła,
a wraz z nią siły opuściły ją do reszty. Za opłotkami dworskiemi musiała usiąść na kamieniu. Słowa Filnera dźwięczały jej w uszach, nie słyszała nic więcćj. Nie wiedziała, co się wkoło nićj działo, nie czuła palących promieni słońca, które prostopadle padały na jćj głowę. Daremnie mały Kubuś wyciągał rączyny do rosnących w zbożu ponad drogą habrów i kąkoli. Cały świat zniknął jej zprzed oczu, a w głowie powstał dziwny, nieokreślony zamęt. Zdawało się, że życie cale odbiegło ją w chwili, gdy opuszczała pałac dziedzica Willburga.
Niespokojny o córkę, Tomasz wybiegł naprzeciwko. Zobaczywszy siedzącą nad drogą, z czer-wonemi od łez oczyma, z rozpaloną twarzą, domyślił się prawdy.
— Chodź do domu, Baśka—zbudził córkę z zamyślenia — niechta przynajmniej to cygańskie plemię nie widzi naszych łez i niedoli.
Baśka powolnym krokiem szła za ojcem. W tćj chwili już jćj uie obchodził świat cały. Nędza, odmowa Filnera, żal do ojca za upór, odzywający się czasami w skołatanej piersi—wszystkie te uczucia zamarły nazawsze. Wszedłszy do izby, machinalnie mlekiem, przyniesionem przez jakąś kumoszkę, napoiła synka, utuliła go do snu, a potem sama, spokojnie, bez skargi i jęku, położyła się na ubogie posłanie, aby już więcej z niego nie powstać. „Jeśli to śmierć—myślała, zbierając rozproszoną gorączką pamięć — toć i dobrze że mnie zabierasz z sobą, Matko częstochowska, kiej Jędrek zapomniał, a Miemiec wyrzuca z chaty."
Pod wieczór straciła przytomność. Wyrazy: Jędrek, zlitujcie się, pauiczku, tacyśmy biedni — bezładnie wracały na spieczone gorączką usta. Tomasz pobiegł na wieś, zawiadomić kumoszki o chorobie córki. Po nocy, spędzonej nad kołyską syna, w wilgotnej izbie, nastąpiło silne zaziębienie; obawa odmowy, krzyk Filnera i te kilka godzin spędzonych na upale sprowadziły zapalenie mózgu.
Nie pomogło ani puszczenie krwi kozikiem, ani zażegnywranie słynnego na całą wieś w swej sztuce owczarza: około północy skończyła ziemską pielgrzymkę, aby przejść w krainę woluą od trosk i goryczy. Chciwość i plemienna nienawiść już jej nie mogły dosięgnąć. Leżała uśpiona, z wyrazem takiego szczęścia na bladej, schorowanej twarzy, jakiego w życiu nie zaznała nigdy. Tomasz, napozór spokojny, klęczał nad zwłokami córki; tylko usta zaciśnięte mruczały jakieś niewyraźne słowa.
O świcie podniósł się z ziemi stary Tomasz i obojętnem okiem powiódł dokoła. Nie obchodził go ani cichy, pogodny ranek, ani fale koly-szącego się za opłotkami zboża, ani gęsi, krzykliwie dopominające się karmi. Wszystko przepa-dło, zginęło mu z oczu; widział tylko martwą, zastygłą pod uściskiem śmierci twarz córki. Trup leżał spokojnie ua łóżku, baby wpół senne, kiwając się na róźue strony, szeptały zdrowaśki, a Tomasz wciąż patrzył i patrzył na Baśkę. Wkońcu ukląkł, pomodlił się nad zmarłą, ucalo wal zimne ręce i szybko wyszedł z chaty.
— Gdzie to idziecie? — spytała go Matusowa.
— Do proboszcza. Litościwy, to da na trumnę i pochowa darmo. Niech ta już będzie pogrzeb jaki chce, byle prędzej, zanim ten psubrat tu przyjdzie. Jeszczeby mi trupa wyrzucił z chaty. Moja kumoszko — dodał po chwili — po pogrzebie weźcie ze sobą dziecko, bo już tu więcej nie wrócę.
Baby, potrząc na niego, kiwały głowami.
Wiadomość o śmierci Baśki lotem błyskaivicy rozeszła się po wsi; chłopi aż ręce zaciskali z gniewu, tak ciężko uczuli niedolę brata. Gdyby byl wówczas Rosbaum pokazał się we wsi, byliby kamieniami zarzucili jego jednokonny wózek, bo zlowróżbnćm okiem spoglądali w stronę dworu. Dziedzica Woli nie poruszyła wiadomość o śmierci Baśki i z takim samym spokojem odbywał ranną siestę na ganku. Miał racyą. Co Gottlieba Filnera, dziedzica rozległych dóbr, mogła obchodzić nędza i cierpienie Tomasza Wolczaka, właściciela kilku mórg i nawpól rozwalonćj chaty?
Przed wieczorem przybył proboszcz z sąsiedniej wioski, ze światłem i pochodniami; chłopi przynieśli naprędce skleconą trumnę i włożono w nią zmarłą.
Pogrzeb ubogich uie wymaga wielkich starań i zachodów, a szumne, nieraz fałszywą nutą brzmiące mowy pochwalne nie przedłużają smutnego obrzędu.
Nad trumną Baśki szczerze płakali ludzie wolscy, żałując przedwcześnie zmarnowanego życia. Tylko ojciec, zimny z pozoru, nieporuszouy, patrzył na wszystkie przygotowania.
Kiedy trumnę wynoszono z chaty, w progu ukazał się urzędnik sądowy z woźnym, zabierający na rzecz długu Filuera grunt i chatę Tomasza. Spełnieniu litery prawa nikt nie przeszkadzał, bo i któżby pomyślał o tćm? Złożono trumnę na wózku; a na jej bialem wieku, zamiast wszelkich ozdób, widniał węglem namalowany, prosty, czarny krzyż. Zapalono światła, ksiądz pokropił wodą i zaintonował pieśń żałobną. Odpowiedział mu płacz kobiet i krzyk Kubusia, wystraszonego niebywalćm dotąd w jego życiu zjawiskiem, i cały orszak, skromny, ubogi a smutny jak życie sićroty, podążył w stronę wioski parafialnej.
Zajęcie gruntu i ruchomości Tomasza nic trwało długo; nędza łatwo da się ująć, a przytćm dziwnie się śpieszyli wykonawcy woli Filnera. W izbie wiało cmentarne powietrze; dym kadzideł i świeżo pogaszonych świec dusił, a płynący zdała smutny, rzewny śpiew żałobnego pochodu mącił ich spokój. Życzeniu dziedzica Willburga stało się zadość; mógł już swobodnie na gruzach ludzkiego szczęścia budować karczmy i gasthauzy.
Tomasz na grobie córki przesiedział do wieczora; daremnie odciągali go wieśniacy i wieśniaczki.
— Do zmierzchu tu przesiedzę—odpowiadał wszystkim—niech się przyzwyczai; byłoby jej markotno tak samej leżće w dole.
Już zmrok zapanował na ziemi, gdy Tomasz wszedł do chaty Matusów, gdzie wraz z dzieckiem znalazł przytułek. Zbliżył się do kołyski wnuka. Dziecię nie spało jeszcze; leżąc swobodnie, szeroko roztwićrało oczy, przypatrując nic nowym twarzom i otoczeniu. Do dziadka z uśmiechem wyciągało rączyny, nie przeczuwając, że to poraź ostatni, że wkrótce nowe nad niem zaciąży sieroctwo. Długo wpatrywał się w malca, ucałował go szczerze i wybiegł z izby.
— A wy gdzie, kumotrze?—spytała krzątająca się koło wieczerzy Matusowa.
— Do Jóżka po kosę; obiecał mi pożyczyć, a jutro, skoro świt, chce iść na zarobek.
Zamiast jednak do chaty Jóźka, stojącej na końcu wsi, Tomasz podążył w stronę dworu. Biegł szybko, gnany jakąś niewidzialną siłą; chwilami zatrzymywał się w miejscu, patrząc ponuro w ziemię. W duszy starego Tomka rozgrywał się straszny, rozdzierający dramat, walka z samym sobą, z namiętnościami, które zbudzone do życia grozą nieszczęść i niesprawiedliwości ludzkiej, wyrywały się z więzów religii i moralności.
Wszystko, co dotąd przeszedł, przebolał, stauąło mu przed oczyma. Praca ciężka w pocie czoła, fyloletnie pasowanie się z nędzą, walka z Filne-rem, śmierć ukochanej córki kolejno przychodziły mu na myśl i jak kleszczami szarpały bijące pod prostą siermięgą serce. „Toć pracowałem cale życie, i na co mi przyszło. Nie piłem, jak Kuba lub Grzela, a tak samo marnieję—rozmyślał, zaciskając ręce.— Anim dziecka nie miał za co pochować, aui głowy gdzie schronie na stare łata. Kiej ja ginę, niech i on ginie niedowiarek”—dodał, robiąc kilka kroków naprzód.
To znów inna, odzywająca się w nim siła wstrzymywała go. Jasne chwile, których tak mało było w życiu biednego chłopa, odbiły się w zamroczonej zemstą i goryczą pamięci. Widział się małym chłopcem, jak za bydłem biegał po zagonach tatusia, jak do późnej nocy nieraz, pa robkiem będąc, wygrywał na fujarce przed chałupą, a Marysia Glapianka aż pod krzyż na szosę wychodziła z ojców izby, aby usłyszće jego granie, i po tćj muzyce śpiewała tak ślicznie, tak wyciągała nuty, że aż śmiało się serce. Przypo-
406
mniał sobie pierwsze lata gospodarki z ową Marysią na swoim już cblcbie, jak później dla wcześnie przez matkę osieroconej Baśki wystrugiwal najrozmaitsze młynki i wiatraczki. A dzisiaj.. . tej Baśki zabrakło mu.
Na tę myśl rozpłakał się stary jak dziecko. Jakiś głos wewnętrzny szeptał mu do ucha: „nie zabijaj;” to znów w dali mignęła postać księdza, mówiąca ostatniej niedzieli na kazaniu o darowaniu win i miłosierdziu Bożem. „A czemuż on nie miał miłosierdzia nad nami, czemuż mi nie darował, choć pan i bogaty, czemuż zabił mi dziecko, wyrzucił jak psa i zaco? — tłumaczy! się przed sobą Tomasz—zaco? Zato, że nie chciałcm aby moję Wólkę, moję ojcowiznę, obsiadły Niemczy ska, niedowiarki. To ja temu przybłędzie mam darować taką krzywdę? Nie, co mi ta dziś po życiu? Ja zginę, ale i on zginie!”
Blady, jednym skokiem stanął pod zabudowaniami dworskiemi. Szybko, jakby z obawy, by inne myśli nic zagłuszyły postanowienia, drżącą ręką wj ciągnął z kieszeni sznur, potargnął czy mocny, szybciej jeszcze wydobył małe zawiniątko, wyjął z niego kilka oblanych smolą drzazg i w ten sposób urządziwszy stos zapalny, p idsuuął się pod dworskie, pełne świeżo zwiezionego zboża stodoły.
Wtem, zamiast rzucić ogień pod progi swego prześladowcy, Tomasz drżący, blady jak widmo śmierci, padl na kolana. Na dworze była cisza, ani jeden liść nic drgnął; piosnka wiejskićj, siedzącej na progu chaty dziewczyny dawno już zamilkła; spracowana ludność zasypiała błogo; nawet grzechotanie żab nie mąciło harmonii spokoju natury. Wśród tej ciszy nocnej wyraźnem, choć dalekiem echem, odbijała się pieśń gromadki pielgrzymów, dążących na odpust do miejsca świętego. Unikając upału, szli nocą. Prosta a pełna głębokiego uczucia i rzewności pieśń: „Kto się w opiekę poda Panu swemu,” rozchodziła się w ciszy. Wyrazy „iżeś rzeki Panu: Tyś nadzieja moja i Bóg najwyższy jest obrona twoja” padły wprost do zranionej, przepełnionej zemstą duszy Tomasza. Wytrącając płonące łuczywo z ręki, uchroniły go od podwójnej zbrodni podpalacza i samobójcy. Ocalony, podniósł się z ziemi, chciał modlić się, lecz słowa zamarły na ustach, w sercu uczuł dziwny, niewytłumaczony ból i zaledwie zdołał się przyczołgać do Matusów chaty.
W izbie jeszcze się świeciło; na ławie, pod kominem, siedziało kilku chłopów, umyślnie na gawędę przybyłych. Rozbićrali żywo zaszłe w dniu tym wypadki, gdy Tomek chwojny, blady stanął na progu.
— Bójcie się Boga! Tomku, co wam to?
— Nic mi nie jest, ino mię strasznie ściska — odparł gasnącym głosem.
Matusowa szybko podbiegła z wodą, nim jednak mógł przyjąć orzeźwiający napój, padł, tknięty paraliżem serca.
W tej chwili powstał krzyk i płacz nie do opisania, nic wrócił on jednak życia staremu Tomkowi. Nadmiar nieszczęść zabił biednego chłopa.
Nazajutrz zjechał z miasta sąd, nastąpiło śledztwo, jak zwykle w nagłych wypadkach śmierci.
Przybyły z miasta fizyk (’) powiatowy, nie-miec, zaopiniował, że śmierć nastąpiła wskutek nadużycia wódki. Chociaż wieś cała zeznawała, że stary Tomek nigdy nie był pijakiem, a w dniu tym nawet wódki nie widział, szanowny eskulap nie mógł się zgodzić na to, aby chłop, a do tego polski, mógł umrzeć na chorobę serca.
Po ukońezonćm śledztwie na cichym, wiejskim cmentarzu stanęła druga mogiła, usypana ręką życzliwych ludzi.
W kilka dni po pogrzebie Tomka, zjawił sic we wsi Jędrek i jak obłąkany biegał od chaty do chaty. „Co się tu działo? dlaczego nie odpisywali mi? — pytał Matusowćj. — Żeby nie pisarz, anibym wiedział o niczem, nieszczęśliwy ja człowiek.”
(1) Fizykami nazywają w księztwie pozuańskiem doktorów powiatowych.
Dopiero pocztarek, przybyły z miasta do rodziny na wieś, rozwiązał zagadkę otaczającą listy Tomasza, leżące najspokojniej na biurku pocztowćm. Stary Tomasz i Jędrek nie wiedzieli o tem, że jednocześnie kiedy Wolę zamieniono na Willburg, podobnemu losowi uległo i Wróble-wo; listy więc oznaczone polskim adresem, jako niewłaściwie użytym, chociaż stanowiły o losie i życiu adresantów, powracały nazad. Urzędnik pocztowy, Niemiec, a dotego przyjaciel Filnera, mimo iż Tomasz codziennie przychodził dowiadywać się o listy, nawet nie trudził się objaśnić biedaka. I znów jedta więcej niesprawiedliwość ludzka utonęła w odmęcie życia.
Jędrek skamieniał na to wiadomość.
— To tak umyślnie wyprawił mię do Wróblewa, aby prędzej postawić na swojem. Zabił ich wszystkich; bez księdza, bez spowiedzi pomarli— opowiadał chłopom.—Chyba ztąd ocieknę, Itoina-czćj spalę i zamorduję wszystkich.
Wśród łez i żalu za zmarłymi, za kawałkiem wydartej ziemi, przyszła mu na myśl Ameryka. Tyle o nićj słyszał, takie cuda rozprawiano o tym kraju, żc postanowił wyjechać.
„Przynajmniej tam nićma landratów i Filne-rów”—myślał sobie w duszy.
W kilka tygodni po tych wypadkach, na świeżych grobach postawił krzyż własną wyciosany ręką, syna umieścił u chrzestnej Matusowćj, a sam wyruszył do Poznania, aby z innymi rozbitkami puścić się za morze.
Rozpacz i nędza wygnały go z rodzinnej ziemi; nie wiedział biedak, że uciekając przed tyrań-stwem i srogością Filnera, narażał się na równie ciężkie, smutne, pełne walki goryczy tułactwo. Całując syna poraź ostatni, żegnał go temi słowy:
— Pamiętaj, Kubuś, źe źli ludzie zabili ci matkę, a ojca wypędzili na kraj świata.
Malec, jakby zrozumiał słowa ojca, rozpłakał się szczerze, a stara Matusowa opowiadała wszystkim, źe w dniu tym nie mogła go utulić do snu.
Tymczasem w Willburgu, na gruncie niegdyś Tomasza własnością bodącym, szybko nowe stawiano budynki i nim pierwsze spadły śniegi, „Gasthof zur Stadt Ohlau,” z czerwonym, niby krwią ludzką umalowanym dachem, widniał już zdalcka. Lecz mimo kosztownego urządzenia, najlepszych zakąsek i bawarów, ludzie omijali karczmę; chyba ktoś z dalekich stron przybyły, a niezuający losu poprzednich jćj mieszkańców, zanocował w nićj wypadkiem. Chłop wolski za żadną cenę nie byłby wypił w nić) kieliszka wódki. Utrzymywali wszyscy, żc duch Tomasza, mszcząc się za doznane krzywdy, wypędza karczmarzowi gości.
Poraź pierwszy w życiu przcrachował się Fil ner. Umiał gospodarować na polskićj ziemi, znał korzyści, jakie ona dawała, ale nie znał jej synów. To tćż wściekły zc złości, klął na czćm świat stoi „die verfluchten Polaken,” a tymczasem wierzby na mogile Tomka i Baśki szumiały, nucąc po swojemu pieśń o ludzkiej nędzy i niedoli.
Ze świata obcego.
Wjstawa Słiakespcar.:’.! w Londynie.—„Rywale” Slierida-na.—Whistler i estetyzin. — Oświata publiczna we Włoszech.— Clii Amici, przez Edmunda de Amicis.—Biografia
Letainga, przez Elirieha .Schmidta.
Oddawna powiedziano, że wielkość społeczeństwa nigdzie lepiej się nic uwydatnia, jak w czci oddawanej swym geniuszom, swym literackim i artystycznym przewodnikom. Pod tym względem angielskie społeczeństwo jako wzór postawione być może. Z niestrudzoną gorliwością powraca ono ustawicznie do studyowania swych wielkich poetów i pisarzy, a przedcwszystkićm Sbakespearc a. Nie pomija żadnćj sposobności, ażeby mu okazać cześć synowską, i przedsiębiorcy widowisk, organizatorowie zebrań na cele dobroczynne, zawsze liczyć mogą na sympatyą publiczną, gdy imię to, promieniejące geniuszem
wiecznie młodym, postawione zostanie na pierwszym planie.
Mamy tego dowód obecnie w Londynie. Jeden ze szpitali, utrzymywanych, jak wszystkie tu dobroczynne zakłady, z dobrowolnych składek, potrzebował wielkiej sumy 10,000 funtów sztcrliu-gów i ażeby ją odrazu znaleźć, nie miał nie lepszego do zrobienia, jak urządzić Sluikespearean Show. W tym celu w olbrzymiej nawie Albert Hallu otworzono wystawę przedmiotów, odnoszących się do osobistości i do dzieł genialnego dramaturga. Są tu pamiątki różnorodne i wszystko co się zebrać dało do rozświetlenia tego życia, w wielu punktach mgłą głęboką pokrytego. Widoki zdjęte ze Stralford-oii-Avon, jego domek, pracownia gdzie pisał swoje nieśmiertelne utwory, kościół gdzie się modlił z wielkich dusz prostotą, jego kamień grobowy, mnóstwo portretów, popiersi, rękopisów, pieczęci etc. stanowią jedne, część tej wystawy. Druga obejmuje w sobie sceny odtworzone z ośmiu dramatów i komedyj. Figury naturalnej wielkości w utworach historycznych kosztownych, wznawiają przed widzami sceny z dobrze im znanych utworów. Podczas gdy damy-opiekunki zajmują się sprzedażą rozmaitych przedmiotów i drobiazgów, aktorowie i amatorowie odgrywają pojedyncze epizody z rozmaitych sztuk, muzyka wykonywa partycye napisane do dramatów poety, a uczeni profesorowie i krytycy w szeregu publicznych odczytów wtajemniczają słuchaczy w geniusz Shakcspeara. Oko i ucho, serce i umysł jednocześnie są poruszane. W ten żywy sposób podtrzymywana cześć dla poety przenika w soki i krew narodową: z abstrakcyjnej wyżyny, z niedostępnego Parnasu, schodzi on do domowego ogniska każdego angielskiego Iwnic i uzacnia, uszlachetnia takowe. Przykład naśladowania godzien.
Podczas gdy na scenie teatru Liceum, na którą, po tryumfalnej przejażdżce po Stanach zjednoczonych, powrócił znakomity aktor Irring, a z nim pojawiły się znowu znakomite utwory Shakcspca-re’a, na innej scenie, tam gdzie Modrzejewska grywała, w llaymarkct, dawane bywa obecnie widowisko niezwykle. Jest to wznowienie The, łiirals, genialnej sztuki Sheridana i pićrwszego dramatycznego przebłysku tego pisarza, który przez oryginalność swego talentu, jego łatwość, przez dowcip nieporównany i werwę, przez luźną moralność, przez wymowę niepoślednią, przez życie wreszcie awanturnicze — postawiony być może obok Diderota. Jeśli każdy wykształcony człowiek zna jego arcydzieło, The Schoolfor Scan-dal, to Rywale mniej dotąd spopularyzowani zostali. Zadania tego podjęli się p. Bancroft i jego żona, pierwszorzędni artyści dramatyczni londyńscy. Udało im się powoli zrobić z wytwornej sali teatru llaymarkct najbardziej elegancki teatr londyński; obecnie pragną czegoś więcej, a mianowicie utworzenia przez stowarzyszenie wyborowych artystów i wyborowego repertuaru teatru, którybj, jak Comedie francaise w Paryżu, byl niewzruszoną instytucyą, wcieleniem trady-cyi i najwyższą szkołą dramatycznej twórczości. Ambicya szlachetna i p. Bancroft obrał dobrą drogę do celu, pokazując, że w literaturze scenicznej angielskićj są talenta różnorodne, zasługujące na ciągłą uprawę i na ocalenie od zapomnienia. Przedstawienie „Rywali” stało się wypadkiem w Londynie. Nigdy nie widziano jeszcze nic podobnego.. Wierność, z jaką oddano każdy matcryałny szczegół sprzętów i ubiorów, bogactwo strojów i smak ich wykwintny przeszły najśmielsze czckiwania. Misę en scene, posunięta do takiego stopnia, staje się sama w sobie sztuką i to sztuką nielada; nic jest to już hen trouato, ale vero\ złudzenie ustępuje miejsca prawdzie. Można upatrywać wtem nadzwyczajnem uwzględnieniu zewnętrznej strony widowisk teatralnych znak upadku; można wraz z Franciszkiem Sarcey, najznakomitszym francuskim krytykiem, ubolewać gorzko nad temi fatałaszkami, które zagłuszają ducha sztuki i jej tendeneye; ale trzeba przyznać, żc strona estetyczna, podniesiona do takićj potęgi, służy także do wykształcenia publiczności, do wyrobienia w nićj dobrego smaku.
407
Pod tym względem Anglicy przekształcili sic zupełnie. Znani oni byli do niedawnego jeszcze czasu zc swego barbarzyństwa w sztukach pięknych i harmonia tonów, tak samo jak harmonia barw, zdawała sie być wygnaną z ich kraju raz nazawsze. Zarówno ubiory kobiet, jak meble w domach były obrazą dla delikatniejszego oka. Pod wpływem estetyzmu zmieniło się to zupełnie i obecnie można wyborowe towarzyskie warstwy angielskie przedstawić, jako traktujące tc kwesty e z namiętną żarliwością neolitów. Nowa szkoła malarska odbiła się także w ubiorach, w sposobie urządzenia domów, i narzuciła w despotyczny sposób swoje prawa co do sprzętów, kwiatów lub strojów. Kto się tego rodzaju kwestyami nie zajmuje, uważany jest za upośledzoną naturę. Moglibyśmy zacytować wiele charakterystycznych przykładów tej chorobliwej manii ozdobniczćj, jaka opanowała obecnie Anglików. Jako wzór przytoczymy tu jedynie malarza Wbistlera. Utalentowany ten artysta z trudnością zdobył sobie miejsce w areopagu malarskim. Znane są jego procesy z Rnskinem, wielkim krytykiem, którego liberalne teorye nie doszły aż do podobania sobie w tem gonieniu za ckscentryczonością, jakie znamionowało długo talent. Wbistlera. Obecnie pozbył się on już wielu swmich narowów, ale mimo tego wywołuje (krzyk podziwu w widzu, który nic jest do jego palety przyzwyczajonym. Ideałem Wbistlera zdaje sie być monochromiczne malowidło, trzymane w jednym t( nie. Zaliczony może być także do szkoły wrażcńeów (impresyo-nistów), gdyż idzie mu przedewszystkićm o tony przeniknięte promieniem słońca. Obrazy swoje nazywa on dziwacznie nocturnami, symfoniami, scherzami, w kolorach błękitnych, białych, żółtych i t. d. Od niejakiego czasu wpadł na pomysł, że jedynie połączenie koloru cielistego z szarym urzeczywistnić zdoła ideał harmonii, i nietylko że te dwa kolory znajdują się przeważnie w jego portretach i krajobrazach, ale nawet wprowadził jc w materyalne otoczenie swoich dzieł. Od kilku tygodni otworzył on w Londynie wystawę swoich obrazów na Boad-Strcct, w salach zc ścianami pomalowanemi ua kolor cielisty, gdzie kobierce, firanki, portyery są szare, a nawet liberya lokajów nosi tc dwa kolory. Podczas gdy się ci i owi śmieją z tego ekscentrycznego wybryku, publiczność, przysięgająca tn verba ma-gistri., widzi w tem rodzaj przy kazania, rodzaj objawienia, i naśladować się śpieszy. Jeżeli jest w skutek tego wiele poronionych ozdób, to z drugiej strony trzeba przyznać, źe to gorączkowe poszukiwanie praw estetycznego piękna wywołało nader szczęśliwe kombinaeye i postawiło bez-zaprzcczenia Anglią odrazu w rzędzie najbardziej estetycznie wykształconych społeczeństw.
Lubo hegemonia artystyczna, którą ongi dzierżyły Włochy, przeszła w inne ręce, widzimy wszakże w społeczeństwie włoskiem olbrzymie krzątanie się około podniesienia poziomu oświaty publicznej. Jest-to dowodem, źc Włosi rozumieją racyonalue podstawy rozwoju cywilizacyi i żc na silnie i zdrowo rozwijającym się konarze złotych spodziewają się owoców. Sprawozdanie włoskiego ministeryum oświaty daje pod tym względem uspokajające statystyczne dane. Wprzceiągu ostatnich lat dwunastu budżet na szkoły i oświatę wzniósł się od lti do 30 milonów lirów. Dawniej obowiązujące prawo o oświacie elementarnej przymusowej i bezpłatnej, o obowiązko-wem zakładaniu w każdej gminie szkółki, pozostali* przez długi czas martwą i niewykonywaną literą. Dopiero w ostatnich dwudziestu latach liczba szkółek podniosła sic z 21 do 42 tysięcy, a liczba uczniów z jednego do dwóch milionów bczmala. Mimo tego oświata ludowa jest jeszcze dość zacofaną we Włoszech, gdyż na 10,000 mieszkańców, szkółki elementarne liczą zaledwie 708 uczniów. Aż do ostatnich lat jedynie północne Włochy, Sardynia, Sabaudya, Toskania brały udział w oświacie; na południu panowała całkowita gnuśność pod tym względem. Wychowanie średnic inaczej sic przedstawia: Włochy posiadają 701 gimnazyów, z 3,647 profesorami i 41 tysiącami uczniów. Oprócz tego 298 kolegiów i 383
szkół technicznych przygotowuje 33,000 młodzieży. Cyfry to pocieszające. Uniwersytetów jest aż siedemnaście we Włoszech, a mają one 10,592 studentów; najliczniejsze w Turynie i Neapolu.
• Uniwersytetów katolickich, zostających poza sferą działania i wpływu ministeryum oświaty, jest cztery, z 2,000 studentów, a nadto dwadzieścia jeden szkół wyższych specyalnych. Jest tedy do 15 tysięcy młodzieży, pobierającej akademickie wykształcenie.
Ale nietylko źc obecny rząd włoski stara się o krzewienie oświaty w kraju, pojmuje on także potrzebę takowej dla Wszystkich synów Włoch, żyjących na obczyźnie. Emigracya włoska rozsypała po całej przestrzeni starego i nowego świata, a szczególniej po muzułmańskim Wschodzie i południowej Ameryce, liczne kolonie i osady. Rząd włoski nie spuszcza ich z uwagi, starając się utrzą mać i rozwinąć w nich seuflmcnto tleli’ italianita. Coraz większe sumy przeznacza corocznie na podtrzymanie tych szkół poza-krajo-wych, a książki, mapy i przybory pedagogiczne, wysyłane w ostatnich latach, reprezentują wartość •'100,000 lirów. Fakt ten i dla nas poslużyeby mógł za wskazówkę. Wiadomem jest, że w samych Stanach Zjednoczonych znajduje się obecnie do pół miliona rodaków naszych. Zostawieni samym sobie, nie zdołają oprzeć się potężnemu wpływowi anglo saksońskiej cywilizacyi i prędzej czy później ulegną zupełnemu wynarodowieniu. Gdyby się zawiązało pośród społeczeństwa naszego stowarzyszenie ludzi dobrej woli i gdyby postawiło sobie jako cel zaopatrywanie szkółek polskich w Ameryce książkami połskiemi, nie można wątpić, że w ten sposób w znacznej części byłoby można przeciwdziałać wynarodowieniu osadników naszych w Ameryce. Być może iż odpowiedzą nam czytelnicy przypomnieniem, żc bliżej nas są dzielą pilniejsze i większego znaczenia; ale nic przecząc temu, jesteśmy przekonani, żc duch obywatelski mógłby temu szerokiemu zadaniu podołać, ześrodkowawszy nań swoje uwagę i swoje energią.
Wracając do Włoch, od których odbiegliśmy mimowolnie, spotykamy tam nowy i pełen oryginalności utwór świetnego pisarza Edmunda dc Amicis, całkiem odmienny od dawniejszych plo dów jego pióra. Pisarz, który wzniósł się do rzędu najznakomitszych europejskich publicystów utworami poświeconemi charakterystyce Hiszpanii i Konstantynopola, pokazał całą elastyczność swego talentu w dwutomowem dziele p. t.: Uli Amici. Powiadają że gra słów w tytule i jego nazwisku dala mu poehop do napisania tej pracy; my jednak sądzimy, że poważniejsze ku temu istniały powody. Przywykli do książek zdradzających gorączkę nerwową, witamy tę jako rodzaj fenomenu, taki w niej spokój filozoficzny panuje. Nic wiążąc się żadnym systematem, autor rozprawia z wielką wytrawnością sądu i bystrością analizy o tych, których znał i pokochał w życiu. Opierając się jedynie na osobistem doświadczeniu, dc Amicis opowiada nam, w jaki sposób zawiązują się między ludźmi przyjacielskie stosunki i w jaki sposób się łamią; jakie jest wzajemne zachowanie się względem siebie przyjaciół, gdy się znajdują w odmiennych życiowycli warunkach, lub gdy uderzają w nich ciosy nieprzewidziane; przedstawia nam całą galcryą osób, z któremi znajdował się w stosunkach, i w kilku dosadnych rysach charakteryzuje nam takowe. Nie wiedzieć co więcćj w tych delikatnych szkicach podziwiać, czy bystrość i trafność spostrzegawczą, czy pod-niosłość ducha, czy łatwość formy. Niema goryczy piołunowej na jego piórze, chociaż znaczny zapas złudzeń, z któremi wyruszył w życic, rozwiał się oddawna. Doznajemy wtedy tylko zawodów od ludzi, twierdzi nasz autor, gdy żądamy od nich więcćj, aniżeli dać nam mogą. Uwaga ta, leżąca ua dnie tych szkiców, jest głęboką: mogłaby była znalćżć się pod piórem Montaignc’a, którego nam dc Amicis bardziej przypomina, aniżeli Cycerona, w jego klasycznym traktacie o przyjaźni. Powiedzieliśmy wyżej, źc forma tych studyów jest łatwą i poczytną; tych, co przywykli do wykrochmalonej francuskiej formy stylisty
cznej, zrazi może w pierwszej chwili ta poufałość i pospolitość, tak zwykła u włoskich prozaików. Sprawia ona jednak, że natychmiast zbliżamy się do autora, że się między nami zawiązuje węzeł serdeczny i że, gdy tego potrzeba, razem z nim czujemy.
Są pisarze, którzy nie przestają zwracać na siebie uwagi biografów i krytyków; do rzędu ich należy Lessing, o którym napisano już tuziny studyów. Mamy obecnie przed sobą nowe o nim dzieło p. Ehrieha Schmidta, profesora wiedeńskiej wszechnicy. Widocznem jest, że autor wziął sobie jako cel dopełnienie pracy Danzela O ile tamten jest abstrakcyjny i metafizyczny, o tyle ten jest historykiem. Doskonały znawca europejskiej literatury XVIII wieku, p.Elirich Schmidt pokazuje duchową genezę Lessinga i jego stanowisko względem spólczesnych mu myślicieli. Pełen zdumiewającej crudycyi, robiąc comomcnt wycieczki na prawo i lewo do przedmiotów i osób niezostających w żadnym związku ze swoim bohaterem, biograf przyzwyczaja nas do swego modus oyerandi, a dobry humor i dowcip, którym swe sążniste dzieło zaprawia, nie pozwala na jego rozmiary się skarżyć. Pierwszy tom dotąd wyszły, a doprowadzony dopiero do Minny von Barnhelm, pozwala przewidywać dalszy ciąg równie szczegółowy.
Toporczyk.
W CIEPLARNI.
(Treść z francuskiego.)
Weszliśmy... słońce w liście zapadlo nad nami I od stóp, od basenu powierzchni zgęszczonćj, Parujących korzeni ostremi sokami Otulał nas słup ciężkich wyziewów i woni, Grzał skórę, myśl odurzał, jak dotknięcie pierwsze Palącej rozkoszy dłoni...
Ciemnych kolumn rzeźbienia coraz śmielsze, szer-[sze,
Od topolowych iglic gotyckiej korony, Aż do haftów korynckich lasu palmowego, Oczu naszych przed światła jaskrawością strzegą,. A tropikahićj strefy wonie rozpicrzchnionc Wchłaniają nozdrza zdrażnioue.
Coraz dusznićj... ogniściej... soczyste kolosy Palą się we wnętrznościach,ostre tchnienia zioną... Wtem wiatr, co szedł za nami, o zielonowłosej Harty struny uderzył, strząsnąl kurz gorący, Odurzył się, chciał uciec przez ścianę oszkloną I roztopił się w ciszy mdlejącej.
Lecz w wyziewach tych ostrych, to cierpkich, to [ckliwych,
W tej muzyce zapachów melodyjną wrotką, Co szła przez feston liści wzorzyście krzykliwych I bila w nas akordem, jak pieśń haremowa, Namiętnie pierś podnosząc, źrenice mgląc słodko —
Woń jakaś była zmysłowa.
Witajcie! jak tu lekko, rzeźwo się oddycha, Kwietnik pachnie majowym deszczem... miękkie [szmery
Pieszczą ucho, jak piosnka niewinna a cicha, 1 piękna moja traci zwolna czar hetery, A bierze na się zwykłą, beznamiętną postać
Niewinnej, sielskiej dzieweczki.
O, tutaj niezdradliwie dzień cały pozostać, Jaskrawy bukiet wiązać, albo iść w porzeczki, Słówkami się zaczepiać, prosto patrzeć w oczy, Lub podziwiać paluszków zróżowioną białość; Bo byle gest zuchwalszy, kwiatcczek to zoczy, Którego godłem... nieśmiałość.
Józef Kuczyński.
Na pomnik dla sarbiewskiego. P. H. rs. 1; J. Laski rs. 1; F. L. rs. 2; Gliiekshcrg rs. 1; dr L. Jag. rs. 1; dr Rozcniberg rs. 1; G. Mann rs. 1; J. BI. rs. 100. Razem z poprzedniemi rs.368k. 10.
"Wnzon. uróbmy, s czasów Sref ina Eatcreg-o.
Jeszcze w roku zeszłym (zoli. u. 11 seryi IV Tygod. ilustr.) podaliśmy czytelnikom naszym tymczasową wiadomość o cennym tym okazie sztuki złotniczej polskiej, nabytym przez pana Jana Zawi- zę w Warszawie, zapowiadając zarazem, ze po wyjaśnieniu przez znawców pochodzenia tego skarbu arty “tycznego i scen pojedynczych na nim wyobrażonych, ząniieścimy' dokładniejszy jego opis, obok wiernie odtworzonych podobizn drzeworytniczych.
Niestety jednak, najtroskliwsze w tym celu poszukiwania, tak w Kolonii, jak zwłaszcza w Gdańsku, nie doprowadziły" dotąd do żadnego stanowczego rezultatu i niepodobna z pewnością powiedzieć, co znaczą wyrbite na wazonie cyfry C. D. i P. R ; herb tylko Gdańska (dwa krzy że z koroną) wskazuje, że wspaniały" ten zabytek XVI stulecia należy uważać za wyrób gdański.
W takim stanie rzeczy, nie chcąc czytelników naszych pozbawiać dłużej reprodukcyi tyle zajmującego dzieła sztuki, a mając oddawna gotowe drzeworyty, dajemy je w dzisiejszym numerze; p | otrzymaniu zaś pewniejszych objaśnień, dodatkowo później je zamieścimy.
Wazon, jak już powiedzieliśmy daw niej, skla da się z podstawy, czaszy" i pokrywy.
Na podstawie wykute są wypukło w części najniższej herby Korony, Litwy i Batorych. Wy żćj idą w medalionach, poprzegradzany ch prze pysznemi maskarouami, cztery sceny" historyczne: przyjęcie poselstwa. dwa oblężenia i jaki ś orszak uroczysty.
Wokoło samej czaszy, stanowiącej główną, środkową cześć wazonu, widzimy w szerokim pasie, gęsto zapełnionym figurami, wyobrażenie koronacyi, czy też pobłogosławienia Stefana Batorego. Postacią najważniejszą jest tutaj sam król, klęczący w pełnej zbroi przed biskupem. W prawo i w lewo orszak królewski, złożony z prze-dniejszych przedstawicieli ow’ego czasu, którzy, jak sic zdaje, po większej części są portretowani.
Na pokrywie wreszcie znajdujemy znów cztery sceny historyczne w medalionach, otoczonych bogatą ornamentacyą, który ch znaczenia bliżej określić nie umiemy.
Wa..on cały wykonany jest z czystego srebra, wewnątrz i po brzegach pozłacany. Wysokość jego wynosi około trzech stóp, a waży" przeszło 20 funtów.
Bliższych w tym przedmiocie szczegółów oczekujemy’ od szanownego właściciela i nie omieszkamy w swoim czasie podzielić się niemi z czy telnikami.
(398)
Wazon, srebrny z czasów Stefana Batorego.
Kilka wspomnień z przeszłości.
Spisał
W I E LI S Ł A. T7Ś7".
(Dokońc nie.)
Podobała się wszystkim ty m, co nie uwzględniali położenia ministra i żadnych podatków pomnożonych, bez uchwały cgółu kontrybuentów, znosić nie ebeieli. Zresztą Krysiński był finansistą i ekonomistą uczonym, Morawski zaś tylko praktykiem, który rad uczonych nie słuchał, i to stało się przyczyną niechęci.
Broszura była zjadliwą krytyką projektu ministra, bez zwracania uwagi na istotne położenie rzeczy. Brzmiały tam zawsze zdobywające sobie popularność miedzy ogółem frazesy, jak obrona zasady, że kto pieniądze daje, ma prawo wiedzieć, na co i jak są obracane.
Dalej szły dowcipne anegdoty, jak polieyant miasteczka Tarczyna, wiecznie rozmarzony gorzałką, nie może zrozumieć subtelności ustawy i takcwe mu Abraham arendarz dopiero tłumaczy.
Nic z rzeczy publicznych i tego co obchodziło ogół nie uszło Krysińskiego uwagi, ani ostrej satyry jego.
Pamiętam, że niekiedy zaglądał tam i Piotr Szteinkeler, bankier warszawski, człowiek używający wielkiej wziętości i popularności za swoje liczne przedsiębiorstwa, zmierzające do podniesienia przemysłu krajowego. Wysoki bez miary i chudy jak tyczka od chmielu, od rana ubrany wiecznie we frak czarny i biały krawat, znany był całej Warszawie ze swojćj oryginalności. Spotkałeś go niemal o każdej porze dnia na ulicy, w jednokonnej karecie, umyślnie zbudowanej na miarę jego nóg niezwykłej długości.
Właśnie był sprowadził statek amerykański parowy, do żeglowania po Wiśle.
Ktoś z obecnych zapytał Szteinkelera, czy sta tek wybudowany cały z mahoniu.
— Mógłby być—odpowiedział — bo tam mahoń nie stanowi żadnej osobliwości; ale dla lekkości użyto lepszego materyału, jakim jest sosna kanadyjska.
— Radca—mówił Krysiński — budujesz dom od dachu. Sprowadziłeś statek z Ameryki, a zapomniałeś o tem, że u nas nie płynie Missisipi, ale niesforna Wisła, i tę należało uregulować wprzódy. Możnaby to zrobić niewielkim kosztem, zaprzęgając do tej pracy złodziei, co darmo chleb jedzą, siedząc po kryminałach. Zrobiłem co do tego projekt, podałem go ministrom, a wiecie panowie, co mi odpowiedzieli? Oto ponieważ kontrola nad więźniami bez zamknięcia zbyt trudna i mogliby uciekać, projekt uważają za niepraktyczny. Więc dlatego, aby kilku lub kilku-
(400
W^zon srebrny, z czasów Stefana Batorego.
410
nastu złodziei nie uwolniło się przed czasem z kajdan, Wisła nasza nie ma być bulwarkowa-ną, boć przecie ziemi i kamieni nam niebrak, tylko rąk tanich do pracy. Jakich mamy ministrów, taki i porządek w kraju.
Kiedy Szteinkeller, niezabawiający nigdzie i nigdy długo, bo zawsze byl niezmiernie zajęty, wyszedł, Krysiński rzeki do pozostałych:
— Pełno zawsze u nas Krupów, co chcą robić to co Jagiełło. (*) Sprowadzić statek z takim kosztem z Ameryki dlatego, aby wozie piwoszów na Bielany, jedna to tam popularność u ulicznych gapiów, ale pożytek ztąd mały. Tymczasem nad rozpatrzeniem modelu statku płaskiego krytego, zastosowanego do dna kapryśnej Wisły, który na wystawie przedstawił Aleksandrowicz, nikt się nie zastanawiał, bo to nie jest projekt zagraniczny. Stawiać piece wielkie, gdzie niema rudy, gorzelnie, gdzie niema wody, byle stawiać tylko i pieniądze marnować, a zyskiwać pochwały gawiedzi... oto co umieją ci nasi wielcy przemysłowcy. Słyszeliście o browarze Sztciukellera w Jaworzn--mówił dalej. Jeszcze tam dołów na fundamenta nie wykopano, a już na ten browar wydal sto tysięcy, pożyczonych na gruby procent.
— Jakim sposobem? — pytali wszyscy.
— Oto uważając zapewne, żc u nas niema do syć zdatnych inżenicrów, budowniczych, piwowa rów, a może i mularzy, pozamawiał takowych z Londynu, za ogromnem wynagrodzeniem. Kazał im jechać do swoich Żarek, sam zaś, przodem ich wyprawiwszy, pojechał za nimi. Tymczasem w Berlinie, gdzie się zatrzymał za jakimś interesem, zjechał się ze swoją młodą a piękną żoną, któia żc jeszcze Włoch nie znała, nuż prosić, aby jej pokazał icb osobliwości. Nasz pan Piotr, ua takie rzeczy czuły, zapomina o Anglikach, co ich posiał do Żarek, i z panią dobrodziejką po pysznej Auzonii jeździ. Anglicy, nic mając co robie, jedzą, pija w najlepsze, a jeszcze wydziwiają, że u nas wszystko złe; musiał dla nich rządca posyłać po bifsztyki do Hamburga, a siedząc tak, rachują sobie dyety, niektórzy aż po dziesięć funtów szterlingów na dzień. Za przybyciem bankiera jeszcze go wylajali, że tak długo musicli czekać, zdaleka od interesów swoich. Koniec końców trzeba im było zapłacić, a po zrobionym obrachunku wypadło, iż samo zaprojektowanie browaru kosztowało sto tysięcy na gruby procent pożyczonych pieniędzy.
— Cały browar mało co będzie, wart więcćj— zawołał ktoś z przytomnych.
— Taki-to nasz jest przemysł narodowy—odpowiadał Krysiński —przemysł czysto polski, podobnie jak mamy bank, polski prawdziwie; bo na całym chyba świecie drugiego takiego niema, żeby przymusowo ludziom zabierał kapitały, nic od nich albo mało co płacąc, a sam ciągnął ile możności najwyższe procenta. Każdy z nas, gdyby mógł, założyłby bank taki, jak ten wysławiony minister Łubccki; manipulacja to bardzo prosta. Że taki bank jest kraj minującym, dowodziłem tego wielokrotnie w Izbach; ale głos to byl wołającego na puszczy. Paitya, ciesząca sic takicmi mamidclkami, zwyciężyła—dodawał z widoczną przykrością ua wspomnienie tych zapasów parlamentarnych.
— Podobnież, jak mi mówiono -— odezwał się kasztelan Miączyński—wprzemysl się bawi i pau Henryk Łubieński. Podobno fabryki jeszcze nic postawiono, a już jej przyszła produkcya sprzedana na lat dziesięć Koniarowi. Naturalnie Ko-niar potrącił sobie zgóry przyzwoite procenta. Za resztę wystawiono piec wielki i budynki. Cóż, kiedy pokazało się, że po rudę żelazną trzeba jeździć aż mil cztery i to przez Wisłę. Wkońcu budynki, zaledwo wykończone, spaliły się, i tak hrabia Henryk, nie jadiszy, nie piwszy, straci! przeszło milion złotych.
Hrabia Henryk Lubieński, któremu kraj zawdzięcza pierwszą fabrykę cukru w Guzowie, założenie Żyrardowa, podtrzymanie górnictwa kra-
ul Przysłowie znane: Król Jogielło bił Krzyżaki i pau Krupa chciał być taki.
jowrego i początek kolei warszawsko wiedeńskićj, nie wspominając o wielu drobnych przedsięwzięciach, był w owe czasy najbardziej wpływową osobistością. Jak się wyrażano, on to z generałem Hautcustrauchcm wpływał na całą Kadę administracyjną, a zatem jakby rządził krajem. Te wpływy i stosunki, poufalenie się z Żydami, sam wreszcie tytuł hrabiego, odejmowały mu popular ność, którćj w pełni u ogółu używał Szteinkeller, tak dalece, że wiele istotnych zasług Łubieńskiego tamtemu opinia i dziś przypisuje.
Nie było tez dnia, aby, jak o Alcybiadesie niegdyś w Atenach, nic opowiadano o panu Henryku czegoś. Dla mnogich zająć jego, niewiadomo było dobrze nikomu, kiedy spał hrabia Henryk. Od godziny dziesiątej zrana, najczęściej w mundurowym fraku, krawacie białym i nieuchronnym birecie czarnym aksamitnym na głowie, widywano go jeżdżącego nieraz po najodleglejszych ulicach miasta, pierwszą lepszą obszarpaną dorożką. Często tćż bywał w kościele, na odpustach i nabożeństwach brackich. W południe był zawsze na giełdzie lub w biurze, potem ua sesyach banku, co nie przeszkadzało widzieć go ua popołudniowych zebraniach, koncertach i t. p. Jeśli jadł obiad w domu, co przy mnogich zaproszeniach na obiady oiicyalne lub familijne bankierów i fmanistów wy darzalo się rzadko, czas u sto łu zużywał na przerzucanie gazet, listów, załatwianie drobnych interesów, a zaledwo usta otarł szy, biegł znowu do biura. Jeśli zaś nic było jakiego balu, wieczoru, zebrania w resursie, gdzie hrabia, wielką wziętość u pici pięknej mający, zabawom zwykle przewodził, to do godziny trzeciej lub czwartej zrana widziałeś światło w jego gabinecie.
Działo się to wszystko z nicmalćm utrapieniem jego przy bocznych sekretarzy, którzy nigdy nie wiedzieli, kiedy hrabia do biura wpadnie, albo kiedy z niego wyjdzie, bo różnicy między dniem a nocą u niego nic było. Znużonego całej nocy bezsennością, napadał sen zupełnie, nieraz niespo dzianie. Czatami chrapnąl w teatrze, siedząc z żoną w loży; innym razem zdrzemnął się, czekając na opakowanie czegoś w sklepie.
Dnia pewnego jadąc na bal do księżny Jabłonowskiej, w karćcie na dobre zasnął. Żc zaś zawsze jeździł bez lokaja, stangret, stanąwszy na chwilę w bramie, nic oglądając się, sądził iż pan jego wysiadł, a naglony przez policyą, aby odjeżdżać, stanął między uszykowanemi na podwórzu powozami, ani się domyślając, żc hrabia używa w karecie tyle upragnionego spoczynku.
Bal się skończył i wielkie było zdziwienie stangreta, źc nikt nic wola na niego, aby zajeżdżał; dopiero gdy znudzony zsiadł z kozia i chodzić zaczął około karćty, dojrzał róg biretu na głowie hrabiego i dowiedział się iż ten, zamiast być na balu, doskonale się wyspał, jak już dawno do tego nic miał sposobności.
Najpierwsza młodzież w kraju chętnie się wtedy na służbę do banku garnęła, uważając ją dla młodego za rodzaj dokończenia edukacyi, dla najmożniejszych nawet zaszczytnego.
Wogóle hra*bia Henryk Łubieński byl człowiekiem niepospolitych zdolności i wysoce pomysłowym, ale w wykonaniu zamiarów popełniał takie błędy, żc te do upadku doprowadzić go mu-siały. Że więcćj działał dla kraju, dla sławy, aniżeli dla widoków własnych, rzecz to niezawo dna; lecz jeżeli bywał często w ncgocyacyach układny, gładki i zręczny, to w postępkach nieraz bardzo nietaktowny i ludzi sobie narażający, miał zatem wielu nieprzyjaciół, którzy mu na każdym kroku szkodzili. Dobrą rzecz przeprowadzał z ministrem, ale z podwładnymi jego nie umiał sobie dać rady. Ostatecznie zaś, gdy się już chylił ku upadkowi, niczawsze zachowywał dosyć ściśle tćj granicy, jaka między interesami nicnarażająccmi opinii, a temi co ją psują, panuje.
Założenie przędzalni w Źy rardowic, młyna parowego w Warszawie, pierwszej kasy oszczędności, kolei żelaznej do Wiednia i Libawy, są to świetne pomysły, pićrwszcństwo których należy sic Łubieńskiemu. Ale jakże zostały przeprowadzone!... Akcyonaryusze młyna parowego potra
cili. Ci co do kasy oszczędności poskładali, nie wiemy ile odebrali; lecz dwa te upadki pożytecznych zakładów tłumaczą sic wypadkami roku 1831. Na Żyrardowie, bogacącym dziś właścicieli, Łubieński i jego wspólnicy potracili miliony. Kolej wiedeńska, przez źle zrozumianą oszczędność budowana wolno, kiedy właśnie o szybkie jej wystawienie chodziło, odebraną została wspólcc przez rząd. Budowie kolei do Libawy przeszkodziły intrygi pruskie. Z tych zatem wszystkich zamiarów pozostały dla hrabiego długi i bankructwo.
Podobnież nic uie było trafniejszego, nad założenie domu handlowego w Gdańsku, dla strzeżenia interesów handlu zbożowego królestwa. Cóż się wszakże stało? Straci! na tem najmłodszy z braci, hrabia Józef, cztery miliony złotych własnego majątku, potracili bracia inni i obcy; pełno więc było narzekań uainteres, który, prowadzony przez jakiego fachowego człowieka, niczawodnic-by go zbogacił. Dom braci Łubieńskich już w tc czasy, o których pis/.cmy, nic używał rcputacyi. Pamiętam, jak z tćj okazy i opowiadał ktoś następującą anegdotę.
Hrabia Męciński ciągle dalej prowadził swój proces z klasztorem jasnogórskim o srebra. Była nawet chwila, iż mówiono że stary hrabia wygra i to podniosło jego kredyt. Nie zaniedbywał też raczyć się w pierwszorzędnej rcstauracyi najwy-szukańszenii przysmakami. Wchodzi do tej re-restauracyi hrabia Leon Lubieński, syn generała, a synowiec Henryka, znany główny założyciel Biblioteki warszawskiej i organizator literackich conicdziela u siebie poranków’, niby sc-syj publicznych redakcyi tejże Biblioteki.
Hrabia Leon byl dowcipny i złośliwy, w'ola więc, siadając, zobaczywszy ze Męciński obraca szczątki kosztownej słomki:
— Ho, ho, po obiadkach hrabiego widać, żc pewny procesu swego wygranej. Ale powiedz mi, hrabio— dodajc — co zrobicie z tylu wygranemi pieniędzmi?
— Bądź spokojny—odrzekł Męciński ze swoją niczćm niewzruszoną pewnością i flegmą—pewno ich nić oddani na bank braci Łubieńskich w Gdańsku.
Obecni w śmiech, lecz tym razem nie po stronie hr. Leona, który przyciął wargi.
Lubo antisemityzmu wtedy nic było, jednak rozwiclmożnienic wpływu Żydów, nieznane po rok 1830, budziło obawy. Przypominano sobie przestrogi Staszica, proroctwa Niemcewicza i jak to bywa, strzelano z za płotu, mszcząc się żartami za nieznośną pychę parweniuszów, żyjących z magnatami i dygnitarzami w najlepszej komitywie.
Przyczyną tego źc Żydzi, których wyłącznic spotykałeś na Nalewkach, Franciszkańskiej i Nu-winiarskiej ulicy, tak że nie wiem czy trzech mieszkało w środku miasta, a niewinnej jak czterech miało powóz własny, zaczęli wchodzić w tak zwany wielki świat, było to, że stali się nieodzownie potrzebni magnatom i dygnitarzom.
Magnaci na majątku upadli, reparowali się pożyczkami od nich i spekulacyami pod żydowskiem prowadzonemi imieniem, lub pod Żydów kierownictwem. Oni też nauczali dygnitarzy kraju, jak nic narażając się, można wyzyskiwać swoje stanowisko. Zacytuję o tćm kilka autentycznych faktów, o których rozpowiadano wtedy głośno.
Do jednej z najwyżej położonych figur Żydzi długo nic znajdowali przystępu, ale cierpliwość i pokora przebijają mury. Dygnitarz miał ogromne dobra w Hossyi, obsiadło licznymi poddanymi, które, jak to bywa u panów, administrowano przez rządców, mało co mu przynosiły. Tymczasem przychodzi do niego bankier E. i przy najpokorniejszych pokłonach przedstawia:
— J. o. pan ma dużo bardzo poddanych w dobrach N-; ja znowu, jako entreprener budowy for tccy, potrzebuję robotnika. Tutejszy mało zdatny a drogi; czyby nic można skontraktowae u j. o. pana tysiąca poddanych z dóbr jego? Chętnic-bym za to zapłacił, oprócz ich wynagrodzenia i żywności, do kasy ich dziedzica rocznic pięćdziesiąt tysięcy rubli.'
— To niepodobna—odrzccze dygnitarz—go-
411
spodarstwoby upadłe; tyłu ich tam do wysłania niema.
— Będzie—odpowiadc bankier—korespondowałem z rządcą i oto jego list.
Propozyeya była zbyt świetna, aby ją odrzucić. Po chwilo wem wahaniu sic akceptowano ją, z zastrzeżeniem, że to sic robi na odpowiedzialność rządcy. Tym sposobem do kasy dygnitarza wpływało najregularniej co Nowy rok pięćdziesiąt tysięcy rubli, za eharlaków przysyłanych przez rządcę, dla zachowania pozorów. Ale człowieka, co nam tak niespodzianie przyspożył dochodów, nic wyrzuca się za drzwi; znaleźli więc Żydzi wstęp gdzie chcieli, otworzyli sobie furtkę, dotychczas dla nich zamkniętą.
Jak wciągnąć w swej kabały manipulacye, a przynajmniej oczy zaniknąć zacnemu, nieskazitelnemu G., dyrektorowi jednej z uajważnicj syycli instytucyj, długo przemyśliwali finansiści nasi, aż znaleźli sposób. Byl to człowiek prawy, w calem tego słowa znaczeniu, ale obarczony familią, ztąd wiecznie narzekający na biedę. Spotyka go przemysłowiec 11. i pyta, co słychać.
— Ot zwyczajnie, bieda i bieda —- odpowiada dyrektor.— Komorne drogie w Warszawie, a pen-sya szczupła.
— Boby dyrektor postawił sobie dom, mając tyle familii—powiada 11.
— Ja dom?—powiada jakby przerażony poczciwiec—a za cóżbym go stawiał? Cbybabyin kradl, jak niektórzy.
— O tem przecie nikomu nawet się nic śni— odpowiada 11. — ale przyszloby to panu łatwo. U mnie pełno zostało cegły, wapna i kamieni od budowy rządowego gmachu; mogę je dyrektorowi ofiarować, do czasu wyrobienia miejskiej pożyczki.
— A plac, czemże go okupię? One także w na-szem mieście drogie—pyta dyrektor.
— Ja sądzę, żc władza, której pan lat trzydzieści z takićm odznaczeniem służysz, nie pożałuje dla pana tego klinika placu, co został przy budowie głównej. Szczupły jest i mały, ale dla dyrektora i jego familii czyż potrzeba większego? Niechaj tylko dyrektor pozostawi mnie kierunek całego interesu, a darowanie placu u ministra wyrobię i zajmę się wszystkiem tak, że dom stanie wkrótce.
Komuż z obarczonych rodziną uie uśmiechnęłaby się perspektywa posiadania własnego domu? Czyż można nic uważać za przyjaciela i nie być wdzięcznym temu, co nas bez obrazy honoru i sumienia nim obdarza?
Odtąd II. mógł już powodować zacnym dyrektorem jak sam chciał, a tego mu właśnie potrzeba było, gdyż dawniej nieposzlakowanej prawości G. wiecznie na scsyach zdaniem swojem projektajego rozbijał.
Takiemi sposobami nasi panowie finansiści dawali sobie radę z najoporniejszymi przeciwnikami, a cóż dopiero mówić o łatwiejszych, albo skłonnych do dzielenia się z nimi zyskami.
Zresztą sprawiedliwość każę wyznać, iż nie sann Żydzi prowadzili różnego rodzaju interesa, z tą chyba różnicą, że gdy Żydzi na nich się bogacili, uasi na najświetniejszych spckulacyach, z poparciem jakiego tamci nie mieli, przez brak wytrwałości, nietrafności w prowadzeniu interesów, nierząd i marnotrawstwo potracili, dochodząc nawet do zupełnego bankructwa.
Ż tćm wszystkićm opinia złe przypisywała Żydom, może się w tein nie myląc, iż nasi byli tylko ich sprężynami.
Bawiło wtedy chwilowo całą Warszawę to, co spotkało piękną panią A., żonę bankiera, w sali teatru pomarańczami w Łazienkach.
Przybywa ona, prowadzona przez męża, późno na rcprezcntacyą, a ponieważ tam miejsc numerowanych nie było, spostrzegają, że niema gdzie siedzićć.
— Pójdę poprosić—mówi mąż—tego młodziutkiego oficerka, to może dla damy krzesła ustąpi.
— Ach, niewarte, mój drogi — odpowiada po angielsku pani A., wykrzywiając cudowne usteczka—ci panowie od piechoty tak mało są grzeczni.
Wtem porucznik, o którym była mowa, zrywa się i ofiarując zajmowane miejsce z grzecznym ukłonem, najczystszą angielszczyzną dodajc:
— Pani! Jeśli na drugi raz zcchcesz mówić tak, aby cię nie rozumiano, to najlepiej będzie przemawiać żargonem żydowskim.
Dowiedziano sic później, iż tym oficerkiem byl książę W., fligicl adjutant cesarski, którego mundur gwardyi preobrażeńskiej z kołnierzem pensowym, jak piechoty armii, omylił bankierową.
Na takim to stopniu stała tak zwana dziś kwe-stya autiscmicka. Lubiono wyśmiewać próżność magnateryi żydowskiej, ale zlćm okiem patrzano na tych, coby dla przyczyn religijnych chcieli być nietolcrantami; uważano to za brak wykształcenia i postępowości.
Od finansistów do finansów przejście łatwe.
Cały szereg lat od 1815 po rok 1844 i 1846, odznaczały obfitość i taniość niesłychane.
Najlepszej ziemi, prawie pod rogatkami Warszawy, dostać było można po 1,000 rubli za włókę, a w całym kraju przeciętnie płacono ją po rs. 200.
Jeśli za włókę lasu kto wziął po 1,500 rs., winszowano mu dobrej afery, ale musial to być las pełen towaru gdańskiego i masztowizny, bo sią-gowego w dalszych stronach nie kupowano prawie całkiem, gdyż w Warszawie pod kolumną Zygmunta dostał każdy ile chciał, po trzy ruble za sążeń.
Odpowiednio do cen ziemi i lasu, tanie były i produkta. Zyto bywało po rublu, owies pół rubla korzec, kwarta masła zloty, kwarta dobrej wódki dwadzieścia groszy. Jedna wełna mało co mniej niż dziś płaciła; ale pszenicę oddawano korzec po dukacie, i jeszcze trzeba ją było dostawiać do portów jak Żawichost, Warszawa, Wio dawek, czasami o mil dwadzieścia.
Pamiętani jak wyjeżdżającym studentom na wakacye za Grójec dawano całego pól rubla na drogę i to wystarczało, a znam familie z pięciu, sześciu osób złożone, co podróż z Warszawy do Częstochowy własnym powozem odbywały, nie wydając nad sto złotych. Więc też i mnóstwo bićdniejszćj młodzieży w Warszawie za trzy ruble na miesiąc dostatnio się stołowało, uważając obiad z pięciu potraw złożony w traktyerni za niedostępny dla siebie zbytek, bo kosztował aż dwa złote.
Że jednak ludzie muszą narzekać wiecznie, narzekano i na te bezeeunośe produktów7, jakby na jakąś plagę. Narzekała szlachta, wówczas prawie sama posiadająca ziemię, że niema czćm płacić podatków i procentów; - narzekał szewc, że buty musi oddawać za osiem złotych, krawiec, żo surdut najporządniejszy robił za dziesięć rubli. Ekonomowie przeklinali urodzaj kartofli, które od nich nabywano korzec po dwadzieścia cztery grosze.
Wszystko to dziś wydaje się bąjccznem, jak i to, aby dziewka na wsi służyła komu za dwa ruble rok cały; jednak to pewna, że tylko w Warszawie tak zwane młodsze brały na kwartał zasług po 4 do 6 talarów, a panny służące ledwo po 10.
Dopiero w roku 1844 pierwsza nieznana dotąd zaraza na kartofle, opodatkowanie gorzelni, a później nieurodzaj ogólny w 1846 r. przekonały, że może być inaczćj, i widma głodu, niedostatku, biedy, od lat wielu zapomniane, zaczęły straszyć ludzi.
Z tćm wszystkiem kapitał, lubo rzadszy, byl tani. Nie słychać było, aby kto na dobrą liypo-tekę płacił więcej jak G procent, a papiery rosyj skie tak wysoko wówczas stały, iż sam, odbierając we Lwowie w roku 1847 summę 15,000 guldenów, zarobiłem ua ich zmianie na rosyjskie tysiąc rubli. Prawda iż to byl rok, gdy ua żądanie króla Ludwika Filipa bank petersburski pożyczył paryskiemu dziesięć milionów rubli samem srebrem, złoto zaś było w tak malej cenie, iż gdy płaciłem niem 500 rubli podatku, kasyer prosił mnie, aby mu je lepiej wymienieni! na stu-rublowe papierki.
Czasy nie tak stosunkowo odlegle, a mimo to tak całkiem od tego co dziś słychać odmienne!
Nieraz na tych zebraniach, których wspomnienia zbieram, dotykano ściśle z dobrobytem ogólnym związanej kwestyi usamowolnienia włościan, ale to była kwestya naówczas całkiem niedojrzała. Mało znalazłeś ludzi patrzących dalćj, jak jeszcze przed rokiem 1830 Jan Olrych Szaniecki, Lelewel, Radwański i inni, co przedewszystkićm domagali się jej załatwienia, przez obdarowanie włościan ziemią, za opłatą lekkiego czunszu.
Popęd do jej rozwiązania wyszedł z drobnej rzeczpospolitej krakowskiej, która w obrębie swoim kilkomilowym lud rolniczy od pańszczyzny uwolniła.
Powstały ztąd po pismach zajadłe polemiki, ale ogól ziemian rozwiązaniu jej w ten sposób stanowczo był przeciwny. Nawet ludzie tacy, jak bracia Małachowscy, Sołtyk, Konstanty Świ-dziński, którym wyższości poglądów i zdania, a nawet ofiarności odmówić nie można, łączyli się z obozem tych, co usamowolnienie włościan odsuwali na odlegle czasy, przekonani, że jak dziś, środek ten zagwaltowuy, szkodliwy miał być dla kraju.
Nic dziwnego, iż to wszystko odbijało siew miniaturze w dyskusyacb prowadzonych u sędziego. Wogóle pamiętani, że obywatele sąsiedni Poznańskiego, gdzie już od 1818 roku zniesiono pańszczyznę, mnićj byli usamowolnieniu przeciwni, zarówno jak ci, co pozakładali na swoich teryto-ryach miasta i osady fabryczne. Wielu z inteli-gencyi wyższej, jak mecenasi Barankiewicz, Świecki, Owidzki, Tarczcwski, usiłowali godzić interesa obywateli z interesami włościan. Najupor-czy wszymi zato w swoim konserwatyzmie okazywali się właściciele dóbr znad Buga. Odzywały się nawet pomiędzy nimi cudaczne glosy, iż raczej należałoby przywrócić poddaństwo, jak na ościennej Litwie, naturalnie przyjmowane przez ogól uśmiechem politowania nad słabością tych głosów. Od roku 1840 wszakże, czyli od czasu, jak pisemka demokratyczne, wychodzące w.Strasburgu, wzięły się do apostołowania oswobodzenia włościan, kwestya jakby wpadla w wodę Każdego co się w niej odzywał posądzano o ultrade-mokratyzm, socyalizm, komunizm, o należenie do znienawidzonej Mieroslawczyków partyi, i nie wprzód odżyła, aż za pojawieniem się cennych broszur Goluchowskiego, Tomasza Potockiego, Uruskicgo, sięgających bliższych nam już czasów, gdy większość tamtych już żyła.
Antagoniści usamowolnienia wynajdywali różne sposoby popierania swych zdań, a między iu-nciui cytowali bez końca anegdotki, dowodzące małej dojrzałości w tej kwestyi naszego chłopa.
Takiemi dykteryjkami spychano z dnia ua dzień jedne z najważniejszych kwestyj, od której cała pomyślność przyszłości zawisła. Większość tego nie rozumiała, tylko jak trapiącą zmorę myśl same ustania wygodnćj i bogacącej pańszczyzny oddalać starała się, ile było to w jej mocy. Wogóle taniość, obfitość, panujący w Europie pokój, małe podatki, podnosząc dobrobyt ogólny, rozleniwiały umysły do takiego stopnia, o jakim zatopieni po uszy w kłopotach dzisiejsi ziemianie wyobrażenia mieć nie mogą. Nie myślano o niczem, tylko jak się rozrywać. Lud po dwa i trzy dni bawił się hulankami po jarmarkach i odpustach, aż go rozganiać pjzychodzilo i zbierać pijanych leżących po drogach. To co chłopi robili po karczmach, panowie powtarzali po handlach i dworach, i przychodziło już do tego, że się pijaństwa i rozpusty mało kto wstydził, owszem, bywali tacy, co przechwalali się birbantką, jakby czćmś zacnćm i dobrem.
Wiele szczegółów o tak niedawnych czasach z niedowierzaniem przyjmą dzisiejsi. Ani im się dziwić. Gdzie dziś usłyszy po dworach o sześciu lokajach, o poszóstnych karecianych cugach, dwóch lub trzech kucharzach—a jednak w te czasy nie było to osobliwością.
‘ Kółko, które uwadze i pamięci czytelników poważyłem się przedstawić, należało do wyjątkowych i podobne można było spotkać tylko w jednej Warszawie. Tam czytano co do czytań a
412
było, rozbierano rzeczy godne uwagi, zastanawiano się nad niemi i my ślano o przyszłości, choć może nietrafnie, bo z szowinizmem co do przeszłości.
Ale na prowincyi trudno sobie wystawić apatią dobrobytu, pośród której wygodnie spędzano życie, nie myśląc o niczem. Trudno sobie wystawić, patrząc na ruch umysłowy dzisiejszy, rodzaju wstrętu do książek i pism, jaki panował wtedy powszechnie. Kto wówczas czytywał z upodobaniem? Chyba guwerner jaki, guwernantka, ksiądz czasami, i to niekażdy. Nie przesadzę zaręczając, źe więcej dziś tomów przesylabizują w wolnych chwilach służebne w garderobie, aniżeli ówcześnie przez rok dwór cały.
Na usprawiedliwienie poczęści tego przytoczyć należy, źe tej lekkiej, choć i posilnej dla umysłu strawy, jaką nam przedstawia popularna literatura dzisiejsza, prawie żc wtedy nie było. Nieraz, gdy chciwy czytania, prosiłem o książki, podawano mi Kroniki, Herbarze, lub Nowe Ateny księdza Chmielowskiego. Historyczne romanse Niemcewicza, Bronikowskiego, obyczajowe Skarbka by ty rzadkością i dochodziły tylko podarte, niekompletne, jakby na dowód, że tego rodzaju utworów jaknajwięcej potrzeba bjlo.
O wychodzących też książkach mało było w tem naszem kółku mowy.
Politykowano zato nieraz zajadle, a dyskusye izb francuskich zwykły temat rozpraw stanowiły. Nieszczęśliwa, dziś jeszcze nie załatwiona kwestya wschodnia, miała być według ty ch panów rozstrzygniętą cowiosna postawieniem 30U,000 Francuzów nad Benem. O to, co oni zrobią i jak zrobią, pow stawalyj żywe spory. Żaden jednak z tych polityków nie doczekał 1870 roku, aby się przekonać, jak dalece fałszywie o tem wszy-stkiem sądzili.
Ale pokój tym zacnym z innych względów duszom! Chcicli lepiej, a jak Francuzi mówią: Le mu ux est sourent l’ennemi du bi‘n. Lepszy wróbel w ręku, niż kwiczoł na sęku. Kiedyż przestaniemy gardzić wróblami, a uganiać się za wiecznie ucickającemi od nas kwiczołami?
Wystawa inwentarza w Warszawie 188-i r.
Otwarta uroczyście, w dniu 11 czerwca r. b. w Warszawie, wystawa inwentarza żywego i przedmiotów z chow cm i pracą koni związek mających, była już czwartą zrzędu, od czasu gdy Towarzystwo wyścigów konnych myśl urządzenia podobnych wystaw stale i corocznie w roku 1881 podjęło.
Pojęcie, przywiązywane zwykle, poniekąd i słusznie, do wyrazu „wystawa,” wzbudza w zwiedzającej publiczności dość często pewne niezadowolenie zawiedzionej nadziei, którego źródła w prostćm tj Iko nieporozumieniu co do przewodnich celów corocznego popisu szukać należy.
Objaw powyższy przewidywały dobrze i dyre-keya Towarzystwa wyścigów konnych, jako au-toika projektu, i wykonawczyni jego, komisya wystawowa, z grona członków Towarzystwa wybrana. By wyjaśnić też owo nieporozumienie, w pierwszem zaraz swem sprawozdaniu, w roku 1881, komisya zwróciła uwagę ogółu na to mianowicie, że coroczne wystawy warszawskie za główne zadanie mają wytworzyć w stolicy kraju stały targ na wszelkiego gatunku doborowy inwentarz i otworzyć zarazem częściowym hodowcom możność zaopatrywania się w reproduktory z wzorowych, a wielkim nieraz kapitałem nakładowym popartych stad i zakładów zarodowych. Gdyby osiągnięto dwa te pośrednie niejako cele, ua ostatecznym planie łatwiej już dopiętym mógłby byćsam szczyt zadania, to jest podniesienie poziomu wszelkiej hodowli źywćj w kraju, stanow iącej tak ważne i obfite, a u nas zaniedbane źródło bogactwa narodowego.
Rozwój warszawskich wy staw wr tym kierunku usprawiedliwił już do pewnego stopnia uży
teczność zamiarów zajmującego się niemi grona, lecz nie pogodził dotąd jeszcze z zasadniczą ich myślą zwiedzającej publiczności, która ogólnie prawie zewnętrzny świetny występ i urozmaicenie popisowych rozrywek najwyżej ceni.
Sprowadzenie zbyt żywych może sądów i zdań o wystawach peryodyezuych, pomimo czterokrotnego już ich powtarzania się, na tor właściwy, poczytał za konieczne i p. Adam Goltz, członek komisyi, wzbogacając katalog bieżącej ekspozy-cyi treściwą a gruntowną odpowiedzią ua pytanie: „Jaki cel corocznych wystaw w Warszawie?” — Dorzucić kilka myśli w tym względzie i my uważaliśmy za właściwe na wstępie niniejszego sprawozdania. Jasne określenie punktu, z którego piszący na dany przedmiot się zapatruje, porozumienie z czytelnikami ułatwia, a chroni od niesłusznych często doniuicmywań. Nie potrzebujemy tćż bynajmniej przybićrać charakteru gorącego rzecznika inieyatorów, ale ściśle objektywuc przedstawienie wszystkiego, co nam o tej sprawie wiadomo, wprost nawet z obowiązku sprawozdawcy wypływa.
Nie zaprzeczamy, że wystawy, we wlaściwćm tego wyrazu znaczeniu, a mianowicie rolnicze, ani powtarzać się zbyt często, ani zbyt centralizować nie powinny. Praca ludzka i usilnośe osobista me czynią pośpiesznych w swym postępie i rozwoju kroków, a wzgląd odległości wielu ich owocom stawać może na przeszkodzie i zostawiać je w ukryciu przed okiem ogółu.
Wystawy prowincyonalne i dla nas, ani na chwilę, nie przestają być ideałem środków zachęty mnićj zamożnych producentów; ale, dążąc do niego, sądzimy, żc nieobojętnem i nie bez doniosłej ważności jest przygotowywanie skutecznych ku temu czynników. Nic wątpimy też, że chociażby nawet rozdzielona na 5 lub więcej miejsc w kraju, wystawa wszędzie jednak i zawsze znajdzie czćm wypełnić swe ramy. Za korzystny nadto dla produkcyi krajowej uważalibyśmy spe-cyalniejszy ua prowincyi rozdział okazów i ograniczenie wystaw do jednego gatunku inwentarza. Nic potrzebaby było wtedy wysokich kosztów przygotowawczych i szerokich zachodów, o co zwykle w tej kwestyi rzecz się rozbija; samo zaś porównanie ras, z pomyślnym lub przeciwnie skutkiem hodowanych w jakiej okolicy, zyskałoby szersze i pewniejsze podstawy do stanowczych orzeczeń.
Zanim jednak inteligeneya wiejska i miejska, podawszy sobie ręce, zajmą się źywićj i skuteczniej tą sprawą, zanim usuną mniemane w znacznej części albo dobrowolnie wznoszone przeszkody, trudno warszawkim wystawom, odpowiednio co do celu pojmowanym, odmówić zupełnie znaczenia, a nawet konsekwentnego rozwoju.
— To targ, nie wystaw-a — wołano. Zgoda, nie zaprzeczamy, ale nic zapominajmy zarazem, źe ułatwienie sprzedaży i nabycia za cel ich postawiono i, jeśli czynią mu zadość, już przez to samo stają na wysokości swego zadania, lub coraz wyraźnićj doń się zbliżają.
Nie przeszkadza to z drugićj strony wcale, by takie targi-wystawy, prócz gromadzenia celnych okazów na sprzedaż przeznaczonych, nie miały przedstawiać śladów pracy dawnej lub świeżo podjętej; owoców usiłowań więcćj czy mnićj szczęśliwych; przedmiotów i metod użytecznych praktycznie, a mniej znanych; okazów o wybitnych przymiotach, lub pozbawionych ich zupełnie. Szranki wystaw tego rodzaju dla wszystkich stać muszą otworem i o przedwstępnej ocenie mowy być nic może, a jasno i ściśle określone warunki szczegółowych konkursów dostateczną winny być rękojmią, źe okazy bez wartości uznania uie znajdą. Po za konkursem każdemu wolno przedstawiać sztuki, na które nabywcę znaleźć się spodziewa.
Że zaś wreszcie podobne targi wystawowe usprawiedliwioną mają racyą bytu, za dowód niech posłuży sprzedaż dokonana i udział cudzoziemców. Prawie wszystkie przeznaczone na sprzedaż okazy chętnych znalazły nabywców; owce mianowicie, pomimo cen wysokich, jak na ciężki rok bieżący, du ostatniego dnia były po
szukiwane i dla wielu źądauycli gatunków zabrakło.
Z zagranicznych owczarń, reprezentowanych przez p. J. Sypniewskiego, były tryki: elektoralne p. L. Dyhrenfurtha ze Szląska; rambouillet-elcktoralne p. M. Bertrama z Prus Zachodnich; negretti hr. Schaffgotscł/a ze Szląska i hr. F. Maltzalma z Meklemburga; ranibouilty hr. Stanisława Walewskiego ze Szląska; rambouillety negretti hr. M. Kwileckiego i p. R. Goeppuera z w. ks. poznańskiego, i merynosy francuskie p. B. Moszczeńskiego z tegoż księztwa. Sztuk razem przedstawiono 144.
Kunie zagraniczne rasy ardeńskiej, mocne i krępe, a wzrostem odpowiedniejsze dla nas, niż perszerony, przyprowadził p. Prosper Mathieu z Foy. Wszystkie sześć zostały u nas: nabyli je p. p. C. Zdziechowski, Waligórski, hr. K. Zamojski, J. Bloch, Niemojowski i hr. A. Potocki.
Z kraju i cesarstwa dział koni liczył 41 wystawców, a mianowicie: z Warszawy 8-iu koni 9, przeważnie wojskowych; z gub. warszawskićj 5-iu kuni 5; z gub. radomskiej 3 ch kuni 12; z gu-beruii lubelskiej 7-iu koni 26; z gub. siedlcckićj 7-iu koni 28, w tem 3 włościańskie; z gub. łomżyńskiej 2 ch koni 3; z gub. kaliskiej 1, koń 1; z gub. piortkowskićj 3-ch. koni 4. Płockie, Kieleckie i Augustowskie nie przedstawiły koni wcale. Z cesarstwa wystawców było 4-cb, koni 21. Koni czystej rasy dostawiono nader mało, przeważały mieszańce najrozmaitszych kombinacyj. Sędziowie wyróżnili stajnie p. p. W. Jakubowskiego, A. Rogawskiego, J. Umienieckiego, St. Trębickiego, innym zaś pomniejsze przyznano nagrody; włościanie z Podlasia Fr. Retman i Tomasz Budyta otrzymali nagrody pieniężne.
Z wystawionych koni kilka zaledwie brało udział w popisowych konkursach, jako bowiem przeznaczonych na sprzedaż, nie chciano ieh męczyć zapewne, poprzestając na codziennem oprowadzaniu. Na wyścigi w arenie wystawy, wićrz-chowe i zaprzęgowe, dostawiono konie głównie ze stajen miejskich. Wogóle i dział ten i jego popisy były najsłabszą stroną tegorocznćj wystawy.
Hodowla bydła, mimo że jej połowa kraju nawet pojedynczo z każdej okolicy nie przedstawiła, o wiele wspanialej niż stadniny zamanifestowała się ua wystawie. Jednolitość znaczniejszych ubór i sztuk w każdej szczegółowo były wymuwnym dowodem racyonalnćj i nadzwyczaj starannej hodowli, tćmbardzićj, że z małym nader wyjątkiem wszystkie okazy na sprzedaż były wystawione. Cóż wiec dopiero zostawiono w domu dla siebie, dawnem zapewne, a jak tu slusznem, kierując się przysłowiem? Przeważała rasa holenderska, za uajmlćczniejszą uważana; były też piękne sbortorny, szwyce, montafuny, Oldenburgi, simmentbale, bydło rasy szkockićj i poraź pierwszy dopićro ukazujące się augelny, z Holsztynu sprowadzane i rozmnożone ua miejscu przez p. D Janasza z Płochocina w gub. warszawskićj Krajowe woły były tylko: opasowe p. J. Rucza z Faszyc i piękna para pociągowych bliźniąt, wychowanych przez Pawła Sty-czka z Imielina, wiejskiego kolonistę.
Liczebnie dział ten przedstawiało 22 wystawców z 201 okazami, t. j. z Warszawy wystawców 2-ch, sztuk 4; z gub. warszawskićj 9-iu, sztuk 8U, z gub. piotrkowskićj 2-ch, sztuk 35, z gub. siedleckiej 2-ch, sztuk 34; z gub. płockiej 2 ch sztuk 19; z gub. lubelskiej 2-ch, sztuk 12; z Wołyniu jeden wystawca nadesłał sztuk 6 i ze Szląska 1 sztuk 9.
Hojnie też a słusznie bardzo obsypano obory nagrodami: medal zloty otrzymał p. Henryk Un-rug z Ryk, potwierdzenie takiegoż p. St. Ciechanowski z Grodźca; medale srebrne: p. p. A. Michalski (3), hr. K. Zamoyski (2j, J. Koźmian, dr A. Gliszczyński, J. Pruski, L. Karwat i W. Suski; a oprócz tego jeszcze kilka brouzowych i listów pochwalnych rozdano. Dwa dyplomy uznania dostały się: hr. St. Walewskiemu za przesyłkę ze Szląska i p. D. Janaszowi za sprowadzenie nowej rasy.
Owczarnie najliczniej, ze względu na ilość
(401)
ZE5© ypcwcćlzi. Z własnego kartonu rysował P. Stachiewicz.
414
sztuk, były reprezentowane; ale obrazu owczarstwa krajowego zbiór tegoroczny, choć w celne okazy bogaty, nie dawał. Wszystkiego 16-stu było wystawców i to z 4 ch tylko gubernij, z 360 okazami. Z gub. warszawskiej było wystawców 6-iu, sztuk 97; z gub. siedleckiej 4-ch, sztuk 92; z gub. płockiej 4-ch, sztuk 110, i z piotrkowskiej 2-ch, sztuk 61. Z ras wszystkie prawie spotkać było tu można, oryginalne i krzyżowane.
Po nader ścisłych badaniach ze wspólubiega-jąeych się owczarń przyznano złote medale chełmińskiej p. B. Skórzewskiego i konstantynowskiej hr. St. Aleksandrowicza. Owczarnie p. p. II. Unruga, lir. Karola Zamojskiego i R. RicLolda odznaczono medalami srebrnemi.
Trzodę chlewną nadesłało 8 iu wystawców, w ilości 168 sztuk ras angielskich. Z gub. warszawskiej 4-ch wystawców sztuk 78; z gub. lubelskiej 1, sztuk 62; z gub. siedleckiej 3 ch, sztuk 8; i z gub. piotrkowskiej 1, sztuk 20. Z małym nader wyjątkiem, wszystkie były na sprzedaż. ( blewniom nie przyznano świćżych nagród, potwierdzając tylko medale złote p. Walentego Makólskiego i hr. Al. Jezierskiego, a srebrne i bronzowe innych wystawców. Komu nieobce warunki hodowli i zbytu trzody u nas, ten drogę tu obraną przez p. W. Makólskiego z Przcręba za najracyonalnicjszą uzna bezwątpienia.
Drób domowy 6 iu tylko liczył wystawców: 3 ch z gub. warszawskićj i po jednym z Warszawy, z gub. piotrkowskiej i łomżyńskiej. Sztuk drobiu ogółem miało być 627; ścisły jednak rachunek mniej tu jeszcze możliwy, niż gdzieindziej. Kur w tej liczbie było 366, kaczek 147, gołębi 68, gęsi 30, bażantów 10 i 6 kuropatw. Gorliwej promotorce hodowli drobiu, pani J. Rysowej, przyznano medal srebrny, p. Wł. Majewskiemu bronzowy i 75 rs.; paniom: M. Rejcblowej i J. Schurrowej listy pochwalne.
Indyków, tak nabywanych chętnie, ale też i wielkiej w hodowaniu wymagających troskliwości, nikt nie nadesłał. Drobiarnia p. Ryxowćj z Prażmowa na rok przyszły z niemi wystąpi, aklimatyzuje już bowiem pyszne okazy amerykańskie, z Hamburga sprowadzone.
Króliki rasy afrykańskiej i lepory dy (mieszańce z zającami) przedstawił tylko p. Konrad Skier-kowski, z Zamborzyc pod Lublinem.
Klatki psów zajęło 18-tu wystawców z 30 okazami. Ceny bajeczne nakładano, nie, sprzedano tez nic prawie. Właścicielom dostały się 4 medale bronzowe, tyleż listów pochwalnych i 1 dyplom uznam' i.
Okazy nabiałowe tak ubożuchno się w ilości swej przedstawiły, że wolelihyśmy o nich zamilczeć zupełnie. Wszystkiego, ściśle biorąc, 2 wystawczy nic z kraju całego!
Zachętę do pracy w tym kierunku niosły, ratując niejako honor mleczarstwa na wystawie, ciekawe doświadczenia dra K. A. Lcssera z od-środkowcem Lcfeldta. Praktyczne tc konferen-cye powtarzały się każdodziennic. dzięki iście obywatelskiej pomocy p. L. Kosmana, który i po 11)0 garncy mleka niezbieranego do oddzielania części tłustych, i koni do kieratu, poruszającego odśrodkuwicc, codzicń dostarczał. Sędziowie wystawy, w uznaniu zasługi dra Lcssera, potwierdzili mu udzielony w r. z. medal złoty.
Oddział przedmiotów' mających związek z pracą i chowem koni zgromadził 27-iu wwstawców. Z wyjątkiem 6 iu, wszyscy inni byli z Warszawy. Delegacja przyznała tu 10 medali srebrnych, 7 branżowych i 4 listy pochwalne.
Rozdzielając oddział na pewne grupy wyrobów, widzimy żc liczyły: przetwory roślinne 2 ch wystawców; wyroby drzewne 2-cb; metalowe 5 i u; ry marskie i siodlarskic 3-ch; gumowe 2-cb; wozy i bryczki 4-ch; powozy 4 ch; dywany, płótno nieprzemakalne, gąbki i piśmiennictwo lu-dowe po jedny ni.
I ićrwszeństwo w dziale tym dajemy przetworom wojłoku roślinnego spółki udziałowej wOtwo-cku. Wytworzenie użytku z matery ału powszechnie dotąd u nas zaniedbanego, o wielostron-uem a zawsze nowem i korzystuem zastosowaniu, zupełnie i dostatecznie twierdzenie nasze popie
ra. Panu v\. Ciszkiewiczowi, inieyatorowi tego przedsięwzięcia, przyznać należy wysoką zasługę w przyswojeniu krajowi naszemu metody, otwierającej w swym rozwoju doniosłe źródło bogactwa, z którego dotąd nie czerpano wcale (*).
Wyroby otrzymane przy suchćj dystylacyi drzewa w Celejowie p. L. Klemcnsowskicgo, także w swoim zakresie służyć mogą za użyteczną wskazówkę spotrzebowania pieńków leśnych, gnijących pospolicie marnie, lub conajwyżej przerabianych na smolę zwyczajną i opał.
Wozy z warstatów osady rolnej w Studzieńcu i bryczki p. Augustynowicza o własnych wybornych osiach, odznaczały się trwałem, a drugie nadto i gustownem bardzo, przy umiarkowanej cenie, wykończeniem. Wóz p. Wcycherta, ze zmienioną wedle własnego pomysłu budową osi, cel swój pomyślnie osiąga.
W wyrobach rymarskich p. p. M. Lietz i J. Ziemski; w metalowych p. p. R. Szcwczykowski i K. Jung; w drzewnych p. W. Tworkowski i fabryka „Helena” postępu, dokładności i sumiennego wykończania wyrabianych przedmiotów nader pokaźnie i wymownie dowiedli.
Z porównawczego zestawienia wszystkich okolic kraju co do udziału w wystawie, której pobieżny przegląd powyżej skreśliliśmy, wynika, żc tylko gub. warszawska reprezentowaną była we wszystkich ośmiu konkursowych działach; miasto Warszawa w 7 iu; gub. siedlecka w G iu; piotrkowska i lubelska w 5-iu; radomska i łomżyńska w 3 ch; płocka w 2 "li; kaliska i suwalska w 1-m każda, a kielecka nic wcale nic nadesłała.
Nagrody pierwszorzędne tak porządkują grupy wystawców: gub. warszawska 10 medali srebrnych; piotrkowska 3 złote, 5 srebrnych; siedlecka 3 złote, 4 srebrne; m. Warszawa 1 zloty, 4 srebrne; gub. lubelska 1 złoty, 2 srebrne; płocka i radomska po 2 srebrne i kaliska jeden srć-brny
Nadto p. Antoniemu Bobrowskiemu ze Snopkowa, w Lubelskiem, znanemu powszechnie właścicielowi pięknego a licznego stada, mimo żc od lat dwóch stajnia jego nic bierze udziału w wystawach, przyznano medal złoty za wzorową hodowlę koni.
Posłano tćż medal srebrny firmie Lcfeldta za odśrodkowiec, którego działanie objaśniał dr Lesser na konfcrencyach mleczarskich, a dyplom uznania i 150 rs. dr. Graflbwi za próby z odgo-ryczanicm łubinu.
Prócz powyższej, pieniężnych nagród rozdano jeszcze więcćj, mianowicie: p. p. Wł. Jakubow'-skiemu rs. 500, J. Umicnieckiemu rs. 300, J. Grajncrtowi rs. 150; Styczkowi rs. 100; Wł. Majewskiemu rs. 75 i Moldcnbawerowi rs. 30— służbie w pilności hodowlanej odznaczającćj się: przy koniach rs. 45, przy bydle rs. 110, przy owcach rs. 30, przy trzodzie rs. 60, przy drobiu rs. 30 i monterowi pizy odśrodkowcu rs. 25. Razem na ten cel wydano rs. 1605.
Nic należą do tego rachunku, jako niewiadome nam ściśle, nagrody konkursowe 10 iu kowali, za wyścigi chłopców wiejskich, służby stąjcn-nćj, dorożkarzy i l. p. Wogóle popisy tegoroczne były hardzo ubogie i jednostajne, a dobrych jeźdźców jeszcze mnićj się produkowało.
Po za konkursami, to jest bez oceny i nagród, mieściły się machiny i narzędzia rolnicze, rozmaite przyrządy i przedmioty. 1’. p. Alfred Grodzki, Herman Goldcnring, Kuksz i spka i K. Brun przedstawiali machiny, narzędzia, wagi i sprzęty wy robu fabryk zagranicznych. Pan R. Neu-mann dal najnowsze zastosowania przyrządów młynarskich i pickarnianyrli, a p. p. K. Pohl i Abakanowicz, każdy oddzielnie, reprezentowali najmłodszy, a już tak rozwinięty dział przemyski zastosow ującego elektryczność do rozmaitych celów i użytków. Wszystkich trzech wystawców przedmioty pochodzą przeważnie z zagranicy, bo u nas podobnych przyrządów jeszcze
(1) Szczegółowi opis zakładu w Otwocku, wraz z rysunkiem urządzenia jego, podamy niizadlrgo oddzielnie.
(Przyp. rodak.)
nie wyrabiają, albo tćż stoi temu na przeszkodzie prawo pateutu obcych wynalazków.
Malowniczą ozdobą plai u, jakby oazą sztuki wśród olbrzymiego pola przemysłu, był kiosk p. Żóltyńskiego, wyłożony surowym gipsem, a zdobny w sztukaterye i odlewy.
Za nim leżały poważne kamienie młyńskie p, Skoryny, mieścił się parnik p. Fricdla, tak użyteczny właścicielom gorzelń, i liczny dobór sikawek p. Trótzera i wstępujących w jego ślady p.p. Bcrcndta i Adolpha, założycieli fabryki sikawek, osi i innych wyrobów żelaznych.
Wspaniały tartak parowy, wraz z poruszającą go lokomobilą, wyrobiony w zakładzie pod firmą „Orthwein, Makowski i Karasiński,” chlubnym był okazem czysto miejscowego przemysłu.
Wagi dziesiętne i setne z fabryki p. Sperlinga były dowodem, żc w tym rodzaju wyrobów zupełnie sobie wystarczyć możemy, czerpiąc z zagranicy conajwyżej wzory świeżo udoskonalonych pomysłów.
Najliczniej wreszcie przemy sł swojski przedstawiał się w oddziale machin i narzędzi rolniczych, reprezentowanym przez firmy: „Lilpop, Rau i Loewenstcin,” „Towarzystwo akcyjne warszawskie” i „11. Cegielski, Trylski i sp.” Ostatnia tu na miejscu właściwie ich nie wyrabia, lecz zaopatruje swe składy z fabryki II. Cegielskiego w Poznaniu. Obok wykonanych z zagranicznych wzorów, jak pługi Sacka, walce Gros-ąuila, grabie Howarda, młocarnic francuskie i t. p., znajdowały się tu i narzędzia pomysłu rodaków, najlicznićj w oddziale p. Lilpopa. Wysoko cenione pługi R. Cichowskiego i Oszmiań-ca, skruszacz Lawickiego, znacznik Jordana, żniwiarki Lilpopa, Jachimowicza i Grubińskiego. mlocarnia Sakowskiego i inne, bezimiennie najczęściej ulepszone luli zmienione, świadczyły, że i w zakresie mechaniki rolniczej, przygniatanej nawałem obcej konkurcncyi, mamy nielicznych, lecz wytrwałych pracowników. Żniwiarka p. F. Grubińskiego gromadziła kolo siebie przybyłych ziemian i budziła żywe ich zajęcie. Szczęśliwie obmyślane zmiany w układzie i ruchu grabi, wyrzucenie wszelkich panewek, usunięcie zupełne trybów bardzo już dobrze wróżyć o „Przodownicy” pozwalają.
Mlocarnia sztyftowa, w zastosowaniu do nasiennej koniczj ny, ogólne także zjednywała sobie uznanie, jako najodpowiedniejsza przy trudnej młocce drogiego a drobniutkiego ziarna.
Część doświadczalna wystawy co do narzędzi ograniczyła się na skromnych próbach w Służewcu. Postawiono też wniosek, aby wyznaczać na przyszłość nagrody dla zachęty i udokladnić przygotowawcze warunki konkursu.
W obrębie zato saimj wystawy, oprócz wspomnianych już wyże! okazowych doświadczeń odtłuszczania mleka, odbywały się od 11 do 14-go czerwca włącznie próby z odgoryczanicm ziarna łubinu, objaśniane przez dra Grafia, prof. szkoły rolniczej w Czernichowie. Liczne zawsze zebranie słuchaczy było nowym dowodem donioslćj wagi popularnych i jasnych, choć na ścisłej nauce opartych wykładów.
Powszechne wreszcie zajęcie poważnie myślącej publiki, a mianowicie wiejskiej, budził zbiór inżi niera St. Szafarkiewicza, obejmujący naukowe prace wysokiego ekonomicznego znaczenia.
W zbiorze p. Szafarkiewicza mieściła sic także mapa paui J. Wójcickiej, streszczająca w sobie wszystko, co mamy od natury i <> ile z jej darów korzystamy. Picrwmrys ten mapy poglądu węj królestwa polskiego jest pierwszą w tym rodzaju u nas pracą. Podjęła ją z wdclkim trudem kobieta i praca ta u matek rozumnych, jako podręcznik wy borny obeznania dzieci z krajem ojczystym, szczególniejsze winna znaleźć poparcie.
Ramy naszego sprawozdania nie pozwoliły na szczegółowe opisy wielu przedmiotów, co staraliśmy się zastąpić w skazaniem w ogólnych rysach ważniejszych przynajmniej, zc względu ich miejscowego pochodzenia i użytkowej wartości.
Na zakończenie wystawowej relacyi, zamiast ogólnego rzutu oka i sądu, który czytelnikom
415
pozostawiamy, za słuszne poczytujemy dotknąć kwestyi nieznanej szerszym koloni publiczności. Słówko zatem jeszcze o konfercncyach dolega-cyjnyclj- Ważniejsze one mogą mieć znaczenie w rozwoju hodowli, a ztąd i całego gospodarstwa wiejskiego, niżby się napozór zdawać mogło. Roztrząsanie stawianych lub nadsyłanych pytań rzuca światło na hodowlę całego kraju i oddziaływać na nią powdnno. Narady delegatów jednak, ograniczono na powoływaniu do udziału wybitniejszy ch hodowców, jeżeli z postronnych względów nie mogą być publiczne, winny przynajmniej rezultaty sw’e jaknajszćrzej rozpowszechniać. Drukowanie w „Gazecie rolniczej” i w oddzielnych z nićj potem odbitkach nie wystarcza jeszcze zupełnie. Mamy tu na myśli tę liczną sferę rolników', którzy mogą nie być w możności prenumerowania gazet, a odbitek, jako niewy-stawcy, nic otrzymują. Rozpowszechnianie więc pożądanych wskazówek w' taniej edycyi byłoby nader pożytecznem, rozszerzając poglądy naukowe i wyniki nabytego doświadczenia.
Zaznaczamy tę potrzebę w interesie ogółu i kończymy przypuszczeniem, że byłby to może także i jeden zc środków sprostowania ucierających się mniemań, żc wystawy' u nas są zabawką i tylko zabawką.
Antoni Poięliski.
Przegląd polityki zagranicznej.
2G czerwca.
Nówiniarze polityczni zapowiadają blizki zjazd cesarza Wilhelma, bawiącego obecnie w Ems, z cesarzem Franciszkiem Józefem, który około środka lipca wyjeżdża do Gasteinu. Zjazd ten, który praw dopodobnie przyjdzie do skutku, nie bodzie miał tym razem donioślejszego polity cznc-go znaczenia.
Stosownie do zapowiedzi, ugoda francusko-angielska przedłożoną została w poniedziałek parlamentom obu państw. Zostający w stosunkach z gabinetem Gladstona dziennik Dalii) he.tes zapowiedział, źe wrazie odrzucenia umow’y, nastąpi rozwiązanie parlamentu, sam jednak pierwszy minister angielski nie wystąpił z tą pogróżką, lecz oświadczy! stanowczo, iż gdyby Izba nie zaaprobowała zawartego układu, gabinet natychmiast poda się do dymisyi.
Po uchwale parlamentu konfereneya zbiorze się bezzwłocznie, a niektóre doniesienia—zapewne przedwczesne—oznaczają już nawet termin pierwszego jej posiedzenia na dzień 28 b. m.
Warunki umowy, znane już dość dokładnie, stanowią żc kontrolę w’ Egipcie wykonywać będzie komisya europejska, zostająca pod przewodnictwem Anglii, złożona z przedstawicieli czterech mocarstw7, a może pięciu, gdyż niektóre doniesienia mówią iż Rosyra także domaga się udziału w kontroli. Okupacja angielska ma sic skończyć nicprędzćj jak w r. 188b, a przed upływem tego terminu ma być zawartą osobna umowa z Francyą, w sprawie zneutralizowania kanału suczkiego.
Ks. Bismarck w poniedziałek, przełamawszy w7stręt do parlamentaryzmu, z którym się nigdy nic taił, przybył na posiedzenie komisyi parlamentarnej, rozbierającej projekt pomnożenia Motyli państwowej, utrzymującej komunikacye z od-leglemi stronami świata. Zniżając się poraź pierwszy od lat 12 aż do osobistej styczności już nawet nie z parlamentem In ple.no, ale z drobną jego cząstką zaj< tą rozbiorem specyalnćj kwestyi, ks. kanclerz dal dowód; jak wiele mu zależy na przyjściu do skutku tego projektu, w rzeczy samej drobnego, którego jednak urzeczywistnić niemożna, dopoki deputowani, ci intruzi w maszynie rządowćj, niemająey rangi służbowej, niepobić-rający płac ani dyct, niepragnący awansów i nic-obawiający się ani translokacyi, ani dymisyi, nie dadzą swojćj aprobaty. Krok ten, tyle osobiście ks. Bismarckowi niemiły, najbardziej świadczy, jak bardzo kanclerz niemiecki pragnie, aby na wodach mórzodlcglych ile można najczęściej obok Hag innych państw' powiewała Haga niemiecka.
Ale niestety, deputowani to ludzie, którzy lepiej się znają na cyfrach, niż ua odległych ideałach, ludzie, którzy z chęciąby także widzieli Hagę niemiecką powićwTającą na wodach całego śwdata, ale pod warunkiem, żeby to nic kosztowało zbyt wiele marek i fenigów. Pomimo zatem osobistej iuterwcncyi ks. kanclerza wyrachowali, iż projektowana Hotyla pocztowa kosztowałaby kraj za-drogo i odrzucili projekt rządowy, który tym sposobem w bieżącej sesyi w7cale już nie będzie wniesionym do parlamentu.
Powracając z tej sesyi, ks. kanclerz zaziębił się i dziś zmuszony jest nie opuszczać pokoju. Nie sądzimy, żeby to jego życzliwość do parlamentaryzmu podniosło.
Telegramy z Tulonu zatrwożyły Europę wieścią o wybuchłej tam cholerze, która zabiera niewielką wprawdzie, ale szybko wzrastającą liczbę ofiar. Późniejsze doniesienia z tego miasta starają sie uspokoić te obawy i mówią, że nie jest to choroba zawleczona z Azyi, lecz sporadyczna, wywołana nicpomyślnemi miejscowymi warunkami sanitarnemu
Galicya, prawne jednocześnie z królestwem pol-skićm, doznała kieski powedzi, w rozmiarach większych znacznie od poprzednich, peryodycznie powtarzających się tam wylcw'ów, i znacznie przewyższających katastrofę tutejszą. Na pierwszą wiadomość o klęsce cesarz Franciszek Józef pośpieszył z hojnym datkiem 8,000 zlr. z własnej szkatuły, na pierwsze potrzeby powodzian, i wysiał na miejsce, drogą przez Węgry z powodu przerwanych komunikacyj, adjutanta swojego feldmarszałka porucznika Becka dla naocznego przekonania się o rozmiarach nieszczęścia, po-czćm zapewne nastąpi nowy datek cesarski i wyznaczenie odpowiednich funduszów z kasyr państwa. Tymczasem we Lwowie zawiązał się komitet pomocy' pod prezydencyą marszałka Zybli-kicwicza i składki płyną bardzo obficie.
HOZMAffOBCI
z literatury, sztuki i życia społecznego.
— Stowarzyszenie niemieckie imienia Schillera obchodzić będzie w tym roku ćwierć wieku swojego istnienia. Zarząd zamierza z tego powodu rozesłać odezwy do wszystkich uniwersytetów i teatrów niemieckich, wzywając je, aby 10 listopada r. b. uczciły uroczyście 125-tą rocznicę urodzin wielkiego poety. Majątek stowarzyszenia w końcu r. 1883 wynosił 1,507,000 marek, a z odsetek funduszu tego wciągu lat 25 ciu wypłacono około 1,100,('00 marek wsparcia pisarzom niemieckim i ich rodzinom, a więc przccię-ciowo po 41,000 marek, w roku zaś ubiegłym suma ta wzrosła nawet do 57,510.
Przypominamy przy tej sposobności, żc w r. 185'J obchodzono i w Warszawie stuletnią rocznicę urodzin wieszcza germańskiego i że wtedy Kraszewski, ten sam Kraszewski, któremu dziś Niemcy tak niesłusznie zarzucają nienawiść dla swej narodowości, miał odczyt ku uczczeniu pamięci Schillera i w gorących słowach podnosił zasługę wszeehludzką genialnego poety.
— Zabytek przesziości w Warszawie. Przy samy m okopie powązkowskim, od strony miasta, na nizkich gruntach niedaleko plantu kolei obwodowej, stoi kamień polny, koloru szarego, blizko 3 łokcie wysoki, u spodu około 4 ch łokci obwodu mający. Kamień ten ma kształt piramidy. Na jednej jego stronie wyryte jest koło, z krzyżem u wierzchu; po bokach zaś kola rok 1766. Kształt napisu taki.
17 5 6 6
Na jaką pamiątkę postawiono ów kamień, trudno dociec, tameczni bowiem mieszkańcy nic wie
dzą nic o znaczeniu tej pamiątki. Należałoby to zbadać, ze względu zwłaszcza, źe niecna ręka usiłowała niedawno głaz ten rozbić, odłamując młotem kawał granitu.
— Dowiadujemy się z pism zagranicznych, że na rektora uniwersytetu lwowskiego, w ciągu roku 188*5, wybrany został prof. teologii, ks. Ludwik Kio..—We Wrocławiu znów dr Rafał Lóweuteld, znany' autor dwóch cennych monografij, ogłoszonych w języku niemieckim: o Janie Kochanowskim i Łukaszu Górnickim, otrzymał nominacyą na lektora języków słowiańskich przy' tamecznym uniwersytecie.
— Tygodnik madrycki „La lllustracion EspańJa” donosi, żc niedawno zmarł w Sewilli rodak nasz, Franciszek Maguuski, snycerz, którego prai e odznaczały się niepospolitą wartością artystyczną.
— Polacy w służbie dyplomatycznej i konsularnej. Korespondent wiedeński C~asu ogłasza nazwiska tych Polaków, którzy wogóle są czynni w służbie dyplomatycznej i konsularnej. W ministerstwie spraw zagranicznych w Wiedniu Adam Tustanowski, Adam Łukaszewicz, Karol Mogiła Stankiewicz, adjunkci; hr. Koziebrodzki altach Agenor hr. Goluchowski, radca legacyjny w Pa ryżu; Karol hr. Załuski, poseł dla Persy i, Japonii, Chin i Syamu; Józef hr. Wodzicki, sekr. pos. w Dreźnie; Józef Ryżewski, sekr kanc. kous. austr. w Londynie; Leonard hr. Starzeński, elew konsularny w Sofii; Karol Kwiatkowski, konsul w Ruszczuku; Kajetan Zagórski, konsul w Wid-dyniu; Stanisław Wysocki, konsul w Belgradzie; Julian Jaksa Dembicki, wicekonsul w Prerese; Józef Miklasicwicz, agent kons. w Satfcd i Tibe-ryi; Gustaw Udrycki, wicckons. w Folticzeni; Eliasz Zagórski, honorowy wicekonsul w Foksza-nach; (Marcinkiewicz) Emir-bcj, sekretarz poselstwa tureckiego w Rzymie; Antoni Klobukowski, szef gabinetu gubernatora Kochinchiny; Ordega, poseł francuski w Tangerzc; Jaroziński, trzeci sekr. ambasady francuskiej w Konstantynopolu; Sienkiewicz, konsul franc. w Egipcie; Kaliński, sekretarz pryw. króla greckiego; wreszcie należy wymienić kardynałów Czackiego i Ledóchowskiego, b. nuneyuszów apostolskich.
— Renan drukuje obecnie szereg studyów, objaśniających dzieje religij wszech wieków i narodów. Bcdha, Galileusz, Spinoza i t. p. znaleźli w tych rozprawach ocenienie, które pod piórem tak głębokiego myśliciela wielce w każdym razie staje się zajmującem.
— Tak zwany pociąg błyskawiczny, mający kursować pomiędzy Lizboną, Beninem a Petersburgiem, przedstawia dla podróżnych szczyt wygody i komfortu. Sidada się on z wagonów: salonowego, sypialnego i restauracyjnego. Salon pod-dlogę cala pokrytą ma kosztownemi kobiercami, wykwintne sprzęty, zwierciadła, obrazy i miękkie otomany. Sypialnia, oprócz dwudziestu kajutek z posłaniami, za wióra łazienkę, z natryskami cic-płemi i zimnemi, biblioteczkę podróżną i wszystkie ważniejsze pisma czasowe stolic europejskich. W restauracyi wreszcie jadłospis obejmuje ulubione potrawy i napoje różnych narodów. Pociąg błyskawiczny przestrzeń między Lizboną a Petersburgiem przebiegnie w 92 godzin, co, w porównaniu z najszybszemi dotychczas pociągami, zapewnia cala dobę oszczędności na czasie.
— Piecza nad noworodkami wywołała w Bru-kselli godny naśladowania przepis hygieniczuy. Każdy urzędnik stanu cywilnego, po spisaniu aktu urodzenia, doręcza osobom stawającym bezpłatnie picciostronmcową broszurkę p. t. „Rady dla matek.” Ponieważ, w niższych zwłaszcza warstwach ludności, mnóstwo dzieci nowonarodzonych pada ofiarą nieświadomości i przesądów, środek ten przeto, prosty a niezbyt kosztowny, powinienby wszędzie znaleźć zastosowanie.
— W Neuenburgu w Szwajcaryi zawiązało się towarzystwo międzynarodowe, mające na celu uchronienie młodych dziewcząt, pracujących same na siebie, od nędzy i zepsucia. Każda taka pracownica otrzymuje książeczkę, z nazwiskiem swojem i damy która książeczkę wydala, w razie więc potrzeby o pomoc do nim zwrócić się może. Na przypadek wydalenia się młodej
416 _____
Szkice liumorystyczne ZE1. Kcstrzewskieg-c.
Dług honorowy.	(402)
— Ach, przepraszam pana dobrodzieja, że dopiero wczoraj odesłałem panu mój dług z przeszłego roku...
— O, nic nie szkodzi, nawet już zupełnie o tem zapomniałem.
— A do licha! Czcmuźeś mi pan odrazu tego nie powiedział?
dziewizyny do innego miasta lub za granicę, czy jako robotnica fabryczna, czy w charakterze pomocnicy w jakim zakładzie kupieckim, wychowawczym i t. p., wpisują się do jej książeczki adresy dam lub towarzystw filialnych, które w miejscu przeznaczenia udzielą jej opieki niewieściej i rady. Działalność towarzystwa neuen-burskiego podobno w skutkach swoich nader okazuje się zbawienną.
— Towarzystwo angielskie ratowania rozbitków, o którem wzmiankowaliśmy już dawniej, ocaliło w roku zeszłym 30 okrętów i 955 ludzi, wciągu zaś lat sześćdziesięciu swego istnienia uratowało życie 30,563 osobom. Liczba stacyj ratunkowych na brzegach Wielkiej Brytanii wynosi obecnie 274, a utrzymanie ich kosztuje rocznie blizko 46,000 fun. szterl. (około 460,000 rs.), z których 40,000 przeszło pokrywają składki prywatne.
— Kongres rabinów, niedawno odbyty w Berlinie, ogłosił uchwałę, dotyczącą międzywyznaniowego stanowiska judaizmu. Powiedziano w niej, że nakazaną przez Mojżesza miłość bliźniego i sprawiedliwość uważać należy zaprawo niczćm nieograniczone i wszystkich bez wyjątku ludzi obejmujące. Każdego kto pełni miłość i sprawiedliwość, kto w pokorze żyje przed Panem, tego judaizm uznajc za uczestnika zbawienia wieczystego, chociażby do innego należał wyznania. Jest-to idzcnną zasadą międzywyznaniową Ży-dóWj a jeżeli niektórzy icb pisarze nie podnoszą się do idealnej tćj wysokości, uważać to należy jako przekonanie jednostek, nicmające dla ogółu żadnej inocy obowiązującej. Piękne to zaiste w teoryi; oby tylko ujawniło się i w czynie!
— Grotę błękitną, podobną do znajdującej się na wyspie Gapci, odkrył świeżo baron Eugeniusz Ransonnct na wyspie dalmatyńskićj Busi.
Składa się ona właściwie z trzech grot połączonych, które czółnem tylko zwiedzać można. Środkowa z nich, wysoko sklepiona, otrzymuje światło swoje przez wielki otwór, znajdujący się u jćj spodu, już pod powierzchnią morza; promienie więc, przechodząc przez wodę, łamią się i napełniają całą grotę prześliczną barwą lazurową, która następnie i dwom przyległym grotom wczęści się udziela.
— Posąg wolności, który w stuletnią rocznicę niepodległości Stanów zjednoczonych stanąć ma w porcie nowojorskim, wykończony już został w pracowniach Ganthicra w Paryżu. Jest to niewątpliwie największe dzieło rzeźbiarskie na świecie, ma bowiem od stóp do ciemienia posągu 35, a do końca, wyciągniętej ręki, trzymającej pochodnię, 46 metrów wysokości. W pochodni, po ustawieniu figury, umieszczona będzie wielka lampa elektryczna. Prawa stopa ma długości 5 metrów, a palec wskazujący 2 metry. We wnętrzu schody prowadzą aż do głowy, tworzącej dość obszerny gabinecik. W podnicsionćj dogó-ry ręce strome, lecz dostateczne dla jednej osoby schodki wiodą do pochodni, otoczonej galeryjką ochronną. Całość składa się z płyt miedzianych nitowanych i waży 200,000 kilogramów. H ad ustawieniem i ostatccznem spojeniem pojedynczych części posągu 40-tu robotników pracować będzie couajniniej przez 15 miesięcy.
— Paweł Heyse, słynny dramatopisarz niemiecki, wykończył tragedyą jednoaktową p. t. „Długi honorowe,” w której treść nowożytną z wielką podobno siłą poetycką opracował.
— Autobiografia Ryszarda Wagnera, zatytułowana „Działalność i powołanie mego życia,” nieobjęta zbiorowem dzieł jego wydaniem, wyszła temi dniami w Paryżu, w przekładzie francuskim.
— Spadkobiercy księgarza Firmin-Didot w Paryżu wystawiają teraz bogatą jego bibliotekę na sprzedaż. Księgozbiór cały podzielony jest na serye, z których pięć pierwszych przyniosło już dochodu przeszło 3 miliony franków; za szóstą zaś, ze słynnym mszałem Karola VI króla francuskiego, otrzymano 947,UUO fr. Licytowana obecnie serya obejmuje między innemi „Teoryą twarzy ludzkićj” przez Rubensa, z liczncmi rysunkami ręcznemi wielkiego malarza niderlandzkiego.
— Kobieta członkiem parlamentu. Znaczna liczba wyborców zamierza podobno przy następnych wyborach popierać jako kandydatkę do Izby gmin miss Helenę Taylor, pasierbicę Stuarta Mdlą. Jakkolwiek wniosek o przyznanie kobietom samodzielnym prawa do brania udziału w wyborach świćźo został odrzuconym, jednakże w Anglii, gdzie wszystko polega na formach, niema wyraźnego przepisu, wyłączającego pleć słabszą z grona członków parlamentu. Kto wić zatem, czy blizka przyszłość nie przyniesie nam ciekawego widoku niewiasty wybranej, choć sama wybierać nie ma prawa, i uczestniczącej w poważnych pracach sejmowych swego kraju.
— Dział elektryczny na wystawie turyńskiej, choć niezbyt wielki, zasiliło jednak do SOU wystawców najznakomitszych firm europejskich. Szczególną uwagę specyałistów zwraca wynalazek p. p. Gau-łard i Gibbs (Paryż—Londyn). Jest-lo generator, rozwiązujący zadanie przeprowadzania silnych prądów elektrycznych na największe odległości, zapomocą cienkich drutów, gdy dotąd musiano w tynl celu używać grubych i kosztownych lin metalowych. Wynalazek ten, zdaniem znawców, wpłynie znakomicie na obniżenie kosztów oświetlenia elektrycznego.
Koniec tomu trzeciego.
Wydawcy Gebethner i Wolff.—Redaktor L. Jenike. —Redakeya w Warszawie, przy ulicy Krakowskie przedmieście nr 15.
Jfoaiiojieno Ęenaypoio. Bapuiana, 15 Iioiui 1884 r.—Druk Józefa Ungra, ulica Nowolipki nr 2406 (nowy 3).
Ogłoszenia przy Tygodniku ilustrowanym przyjmuje wyłącznie biuro ogłoszeń Rajchmana i Frendlera, ulica Senatorska nr 18.
Do każdego numeru Tygodnika ilustrowanego dołącza się okładka z ogłoszeniami i rebusem.