/
Author: Dembowska J. Strzelecka Z.
Tags: literatura dziecięca rozwój dziecka klasa 6 fascynująca literatura
Year: 1977
Text
WYPISY DLA KLASY VI
JANINA DEMBOWSKA
ZOFIA STRZELECKA
Książka
ciu
WYDAWNICTWA
SZKOLNE
I PEDAGOGICZNE
Opracowanie graficzne” Rcmaald Klay^ar
Inicjały na > 156, 164, 215 Anna Mikke
Okładkę projektował Włodzimierz Tcreehorircs
Redaktor Stefania Oldakoutka
Rcdiktor techniczny Krystyna Milewska
Korekt rzy Irena Kmiotek, Darda Rdzanek
Podręcznik zatwierdzony do uźyrku Bzkolnego
|5>77
Wydav-afciw-Z S/kodiK. i Pedir gHZne
Wydxr.śe 6anx
100 000-220 e$7 _ _ _
aiz? <!ruJ-r lud» 20-t-I at. wkLtdki;
« dn 26 VIH 1977 r.
Podpoaao do druku 26 IX 1977 r
f>rJt ukoćczono w grudni u 1977 r
Paę-if drJr tn*t. M V, 65 g, S6 ' 122 aa
Zam. m 441) 370/k. Cen-i A 23,—
lr ' )•>’ ZiKK ! 6»fxfr.zr r l-'Ar>
Df ¥ z r F^rzr rgn i tin
PIOSENKA O KSIĄŻCE
Konstanty Ildefons Gałczyński
Chcemy książki, co w życiu pomaga,
bohaterów wesołych jak słońce,
takiej, żeby ją brać do plecaka
na wycieczkę nad morze szumiące.
Ćwiercią pióra się pisze na niby,
taka książka nam z serca ucieka,
niechaj pisze ją człowiek prawdziwy,
wierny brat prawdziwego człowieka.
Z książki płynie odwaga,
książka życiu pomaga,
chcemy książek
jak słońce
i piosenek
jak wiatr.
Gdy pracujesz rzetelnie, toś wesół,
w oczach iskry masz, ręce jak kowal,
w budowaniu hartuje się zespół,
a gdzie zespół, tam rośnie budowa.
Kiedy chcesz być sprawniejszy i lepszy,
kiedy idziesz celowo do celu,
wiedz, że radość i rytm płynie z wierszy,
a zachęta i wzór z bohaterów.
Z książki płynie odwaga,
książka życiu pomaga,
chcemy książek
jak słońce
i piosenek
jak wiatr.
Świeci czas jak pochodnia jaskrawa,
rytm podaj e ulicy ulica,
do roboty wciąż wstaje Warszawa,
nasza piękna jak dzień przodownica.
Nad iglicą Pałacu Kultury
śpiewa wieczór w sopranie i w basie,
a ty idziesz, kolego, wśród ulic,
z tobą książka, twój mądry przyjaciel.
Z książki płynie odwaga,
książka życiu pomaga,
chcemy książek
jak słońce
i piosenek
jak wiatr.
J\/asi
rd
NASZ ŚWIAT
Konstanty Ildefons Gałczyński
Dzieci idą do szkoły, wracają ze szkoły,
o, już widać czeredę, jak schodzi z pagórka.
Wiosna już niedaleko, śnieg posplywał w doły,
słońce swoim lichtarzem potrząsa wesołym,
wiatr z południa powiewa: przyleci jaskółka.
Dzieci uczą się w szkole wierszy Mickiewicza,
o tym, jak stal powstaje i skąd wziął się człowiek,
o walce, którą toczy klasa robotnicza,
by wojnę raz na zawsze znieść z ziemi oblicza,
o Komunie Paryskiej i Gwardii Ludowej.
Dzieci uczą się w szkole.
Ciężarówki wywożą z miasta resztki gruzu,
nowe parki powstają i nowe zieleńce,
rzeczywistość jest piękna i ona jest muzą*1.
Słońce świeci, oświeca księgarniom witryny*,
chmurom kontur, kobietom loki spadające,
dzioby rudowęglowców, kolejowe szyny
i wróbla, który właśnie gałązkę wikliny
rozkołysał nad Wisłą i wnet frunie w słońce.
1 Wyjaśnień wyrazów oznaczonych gwiazdką należy szukać w słowniczku za-
mieszczonym na końcu książki,
6
ONA SIĘ WYRODZIŁA / Bolesław Prus
Opowiadanie to jest fragmentem powieści „Anielka”. Autor zarysowuje
* w niej stosunki społeczne panujące w Polsce w drugiej połowic XIX wieku,
opisując życie dworu i wsi polskiej lat osiemdziesiątych, po zniesieniu
pańszczyzny. Bohaterka utworu — Anielka — kilkunastoletnia dziew-
czynka, córka właściciela dworu, różni się całkowicie od swego otoczenia.
Dostrzega krzywdę biednego dziecka wiejskiego, wspólczuje mu i boleje
nad chłopską niedolą.
/ /—x odległości kilkudziesięciu kroków do-
/ leciał Anielkę cienki głosik dziecię-
cy: — JYIalu!... malul... maluśki!...
— któremu odpowiedziało wesołe
chrząkanie prosięcia.
Karusek podniósł uszy. Anielka, zapomniawszy o swych medy-
tacjach*, jednym skokiem stanęła na ławce i rozejrzała się.
’ ’ Za ogrodzeniem parku ciągnął się gościniec* do miasteczka.
Z daleka widać było furę otoczoną tumanem kurzu, w którego klu-
bach iskrzyły się promienie słońca. Bliżej — szło dwu ubogich Żyd-
ków. Jeden niósł jakiś duży przedmiot w szarej płachcie, drugi
kiwające się buty na lasce.
Jeszcze bliżej między konarami drzew i dygoczącymi liśćmi, tuż
naprzeciw białych kominów dworu, stała chata włościanina Gajdy,
a przy niej dziewczynka w grubej koszuli.
Siedziała ona na ziemi i okruchami chlcba karmiła spore pro-
siątko. Potem wzięła ciągle chrząkające prosię na kolana i bawiła się
nim jak pieskiem.
Na Anielkę szczególna ta grupa wywierała taki wpływ jak że-
lazo na magnes. Zeskoczyła z ławki, zeszła ze wzgórka, ale po chwili —
zatrzymała się.
Gajdy, właściciela chaty, bardzo nie lubił ojciec Anielki. Wieś-
niak ten był niegdyś jego parobkiem* i mieszkał w domu, którego
później stał się posiadaczem, nieprawnym — jak mówił ojciac. Za to
nie brano go nigdy na robotę do dworu, a że Gajda miał mało gruntu,
7
więc często na terytoriach* swego niegdyś chlebodawcy* dopuszczał
się nadużyć.
Od kilkunastu lat ojciec Anielki i Gajda pasowali się z sobą.
Zniecierpliwiony dziedzic chcial już kupić grunt Gajdy, byle pozbyć
się niewygodnego sąsiada; ale wieśniak ani słuchał podobnych pro-
pozycji. Nie było prawie miesiąca, żeby Gajdzie nie zajęto krowy,
konia albo świni do dworu. On wówczas chodził ze skargą do gminy,
odbierał bydlę na mocy wyroku albo wykupywał je. Dziedzic mówił,
że Gajda płacił pieniędzmi wziętymi za drzewo kradzione w dworskich
lasach.
Anielka wiele słyszała o tych stosunkach (bo o czym nie słyszała?),
bała się Gajdy i nie lubiła jego chaty. Mimo to pociągał ją widok
dziewczyny, bawiącej się z pogardzanym przez wszystkich pro-
siątkiem. Zdawało się Anielce, że dziecko musi być biedne i dobre,
a zresztą — coś ciągnęło ją tam.
Odgarniając gałęzie krzaków, Anielka powoli zbliżała się do płotu
zbudowanego na kształt palisady*. Był on stary, obrosły ciemnozie-
lonym mchem i popielatym, łatwo rozcierającym się w palcach po-
rostem. Co kilkanaście kroków stały tęgie, zaostrzone słupy, utrzy-
mujące za pomocą długich poziomych ramion rzędy również ostro
zakończonych łat, które, zmęczone długoletnią służbą, całym cięża-
rem chyliły się naprzód albo wywracały w tył. Gdzieniegdzie brakło
już lat; w innych miejscach jaśniejszy kolor i mniej staranne obro-
bienie zdawały się opowiadać, że plot naprawiano w nowszych cza-
sach, ale już z niniejszym nakładem.
Zapominając o swych trzynastu latach i stanowisku młodej
dziedziczki*, Anielka przez jeden z szerszych otworów wydostała
się na gościniec i podeszła do dziewczyny w grubej koszuli.
Ubogie dziecko w pierwszej chwili przestraszyło się ładnie ubra-
nej panienki ze dworu. Otworzyło szeroko usta i podniosło się z ziemi,
jakby chcąc uciekać. Wtedy Anielka wydobyła sucharek z kieszeni
i ukazując go dziewczynce zawołała:
— Nie bój się mnie! Ja ci przecież nic złego nie zrobię. Wi-
dzisz oto, com dla ciebie przyniosła! Pokosztuj no!
I włożyła dziecku do ust kawałek olukrowanego ciasta. Dziew-
czyna zjadła nie spuszczając z Anielki zdziwionych oczu,
— Masz jeszcze. Smakuje ci — co?...
— Dobre! — odpowiedziało dziecko,
a
Anielka usiadła na przewróconym pniu, obok niej przykucnęła
na piasku dziewczyna.
— Jak ci na imię? — spytała, glaszcząc ją po tłustych, jasno-
żóltawych włosach.
— Magda.
______ Masz, Magdziu, jedz jeszcze sucharek. A to prosię czy two-
je ? _ dodała patrząc na prosiaka, którego Karuś chciał za ogon
schwytać i który odwrócił się do niego ryjem, pokwikując w sposób
okazujący mało ufności.
__ Tatulowe — odparła już nieco ośmielona dziewczyna. —
Żeby go choć pies nie zagryzł...
__ Karusek, do nogi!... To ty zawsze bawisz się z prosiątkiem?
— A jużci. Jałośka* już urosła, a Kaśka tego roku umarła... Malu!
malu!... I on woli być ze mną, bo także nie ma z kim chodzić. Ma-
ciore-dziedzic kazali zastrzelić, a drobiazg tatulo sprzedali. Ino ten
— A za co maciorę zastrzelili?
— Bo zdybał ją dziedzic w szkodzie.
— Wyście tylko jedną mieli?
— A skądby więcej? Tatulo przecie chłop, to u nas dobytku
nie może być wiele...
To mówiąc głaskała prosiaka, który położył się obok niej.
— I bardzo ci było żal maciory?
— O, i jak! a jeszcze lepiej, kiej mnie tatuś zbili...
— Zbił cię?
— I nie tak zbili, ino mnie wzięli za łeb i kopnęli parę razy nogą.
Dziecko opowiadało to bardzo spokojnie. Anielka aż pobladła.
Zdawało się jej, że Karusek został zabity i że ją samą skatowano tak
okrutnie.
Uczula potrzebę wynagrodzenia tylu krzywd biednej, ale czym?
Gdyby miała majątek, podarowałaby jej maciorę, sprawiła piękną
sukienkę, lecz dziś — cóż jej da?
Wtedy spostrzegła, że Magda pilnie przypatruje się szafirowej
wstążeczce, którą miała na szyi. Nie namyślając się więc, zdjęła
szybko wstążkę i zawiązała ją przy koszuli małej.
— Teraz będziesz ubrana tak jak ja — rzekla.
Magda roześmiała się na cały glos wyobrażając sobie, że już
9
posiada nie tylko szafirową wstążkę, ale różową sukienkę, białe poń-
czochy i wysokie buciki.
— A to jeszcze sobie zjedz — mówiła Anielka, dając jej drugi
sucharek.
— Zjem aż jutro, bo to słodkie.
— A za to, że cię zbili...
Ucałowała ją.
Pocałunek przecie, który Anielka uważała za najwyższą nagrodę,
najmniej oddziałał na Magdę. Ściskała ona sucharek i co chwilę
spoglądała na szafirową wstążkę, myśląc, że jest całkiem podobna do
wielkiej damy.
Tymczasem na zakręcie drogi rozległ się turkot i podniósł obłok
kurzu. Elegancki koczyk* nadjeżdżał pędem. Nim Anielka zoriento-
wała się, co to może znaczyć, kocz stanął naprzeciw chaty.
— Ojczulku! — zawołała Anielka biegnąc do powozu.
Ale ojciec spostrzegł ją pierwej jeszcze i dlatego nie pocałował
jej, tylko zawołał surowo: ___
— Panna Aniela na gościńcu!... Winszuję... Co ty tu robisz?...
Anielka przestraszona milczała.
— Piękny masz dozór... wybornie postępujesz... nie ma co mówić.
Biegasz po trakcie i tarzasz się w piasku z jakimś brudnym bacho-
rem i prosięciem!... Proszę iść do domu. Wrócę tam zaraz, a wtedy
rozmówimy się. Nie przypuszczałem nigdy, ażebyś mogła tak ciężko
zmartwić ojca!...
Na dany znak powóz ruszył, zostawiając Anielkę osłupiałą ze
strachu.
„Rozmówimy się!” O Boże, co to znaczy?...
Magda ucickla aż do progu chaty, niespokojnie patrząc na od-
dalający się powóz, za którym pogonił Karusck. Anieka odwróciła
się do niej i skinęła na pożegnanie ręką.
— Bądź zdrowa, Magdziu! — rzekła. — Pewnie będę miała
duży kłopot za to, żem tu przyszła...
Pobiegła do otworu w plocie i za chwilę zniknęła w gąszczu.
Za nią popędził Karusek, a za nimi obojgiem — Magda.
Rozumiała ona, co znaczy: duży kłopot, i rada była przynaj-
mniej dowiedzieć się o przyszłych losach nowej przyjaciółki. Zbliżyła
się ostrożnie do płotu i położywszy palec na ustach, to nasłuchiwała,
to zaglądała do ogrodu, Ale na wejście tam zabrakło jej odwagi.
JO
Wtedy we drzwiach chaty ukazał się człowiek olbrzymiego wzro-
stu, bosy, z rozpiętą koszulą na piersiach. Włożył obie ręce za pazu-
chę i patrzył, to w stronę powozu, który już znikł, to na ogród,
w którym ukryła się Anielka, to na dach i kominy dworu.
— Wyrodzila się! — mruknął. Postał jeszcze chwilę i wrócił do
izby.
MATKA I SYN / Stefan Żeromski
Opowiadanie to jest fragmentem powieści Stefana Żeromskiego pt. ,,Sy-
zyfowe prace”. Autor ukazuje w niej życie młodzieży polskiej w końcu
XIX wieku w zaborze rosyjskim. Bohaterami powieści są dwaj chłopcy:
Marcin Borowicz i Andrzej Radek. W przytoczonym niżej fragmencie
autor opowiada o tym, jak kilkunastoletni uczeń gimnazjum Marcin
Borowicz, zabrany ze szkoly przez matkę, jedzie z nią na święta na wieś
do rodzinnego domu.
twardej szosy bryczka skręciła na ubo-
czny gościniec*, z gościńca na dróżkę,
zajmującą między działkami chłopski-
mi szerokość nie większą od pospolite-
go wygonu*. Słońce już się skryło za grzbietem wzgórz, zostawiając
po sobie tylko przecudną zorzę, w której kierunku bryczka zdążała
i na którą zwrócone były oczy Marcinka i jego matki. Konie biegły
miernego kłusa, wózek toczył się z wolna w głębokich koleinach
drożyny. Po obydwu jej stronach stały niwki żyta, na których nie
widać było jeszcze kłosów, stajonka wczesnych kartofli, mocno zie-
lone smugi owsa i zagony lnu. W pobliżu czerniła się biedna wioska.
Dalej, na tle przejrzystego firmamentu*, widać było ciemne kształty
łańcucha wzgórz porosłych jałowcem i brzeziną.
Zdarzyło się, że w przeddzień uroczystości Zielonych Świątek
wypadl p. Borowiczowej jakiś pilny interes w Klerykowie. Zawarta
11
na początku roku szkolnego znajomość z panem Majewskim ułatwiła
jej pozyskanie dla Marcinka na dwa dni świąteczne urlopu, wypisa-
nego na urzędowym blankiecie* z ogromną pieczęcią. I oto wiozła
do Gawronek jedynaka jako niespodziankę dla ojca i całego folwar-
ku*. Radość obojga była tym większa, że ani matka, ani syn nie
spodziewali się tak pomyślnego załatwienia sprawy, gdyż rzadko
kiedy dawano na te święta urlopy. Gdy wózek polnymi dróżkami
zjeżdżał z pochyłego przestworza i znalazł się u wejścia do rozdołu
między dwoma wzgórzami, noc już zapadała. Zbocza gór wznosiły
się stromo po prawej i lewej ręce, a wielkie ich garby niby kolana
i stopy wysuwały się z mroku i rosły w oczach, gdy się ku nim zbli-
żano.
Dolina była dość długa, a nie szeroka — w niektórych miejscach
tak nawet wąska, że na dnie jej ledwo mogły zmieścić się obok siebie:
strumień i droga. Na wiosnę i około św. Jana potok przemieniał się
w rzekę, której wody dosięgały wysoko rosnących brzóz na zboczach
pagórków i zostawiały na jałowcach pokosy zmulonego siana, garści
lnu i całe nieraz krzewy, z korzeniami wydane na odległych górach.
Toteż droga sąsiadująca z tą burzliwą rzeczułką była, ściśle mówiąc,
suchym łożyskiem potoku. Nikt jej tam nigdy nie naprawiał ani nie
przeinaczał; była sama sobą, zmieniała się i kształtowała swobodnie,
posłuszna tylko prawom przyrody, zupełnie tak jak drzewa okoliczne,
jak osypiska i wyrwy. Były w niej kawałki z natury dobre, zupełnie
gładkie, byty inne, zawalone sporymi bryłami na dość znacznej prze-
strzeni, a były też i tak zwane dołki, istniejące tam od czasów jeżeli
nie piastowskich, to na pewno zygmuntowskich. Kto nie umiał
przez te dołki przejechać, ten nie przejechał. Łamał tam dyszel*,
oś, rozworę*, wlatywał w błoto z głową i czapką albo zostawał w dołku
z półkoszkami *, a konie szły dalej z przodkiem wozu. (...)
Konie wlokły się noga za nogą po kamienistym szlaku i były
w pierwszym dopiero skręcie doliny, gdy na górę wszedł księżyc.
Białe światło z wolna rozpadało się w dole, na zboczach gór i po
wąwozach. Widać było spiczaste jałowce pod samymi szczytami
i brzózki o listkach srebrzyście lśniących, kolyszące się od wietrzy-
ków. Na dalekiej przestrzeni bieliły się kamienie rzecznego łożyska.
Tu i ówdzie poza cieniem krzewów lśniły się między kamieniami
ruchliwe, maleńkie fale i wodospady płytkiego o tej porze strumie-
nia, który jak żywa istota coś szeptał w głębokiej ciszy.
12
Ten szept opowiadał Marcinkowi cudowne rzeczy o wszystkim,
co zaszło w wodach, odkąd pewien uczeń klasy wstępnej przestał
taplać się na bosaka w rzece, łapać sakiem* plotki, okonie i małe
szczupaki podobne do ciemnych kawałków drzewa...
Osoba wychowrańca gimnazjum została na uboczu i Marcinek
zapatrzony w blask wody począł na szum jej odpowiadać jakiejś
innej osobie, która była na poły nim samym, na poły kimś zupełnie
nieznajomym.
Tak siedząc cicho przy matce, zabrnął w niezmiernie daleki
świat marzeń. (...)
Po małych nadrzecznych łąkach rozpościerała się już rosa jak
lśniący obrus, utkany z włókienek mgły i światła.
Na niebie rozprysły się gwiazdy w niewysłowionym ich mnóstwie
i przepychu. Zdawało się, że od nich urywają się niezmiernie małe
świecące cząsteczki i powoli, nikłymi warstwami, zsypują się ku
ziemi.
Stały tam w przeźroczystym lazurze* jakieś smugi dziwnie o-
świetlone, śpiące w niebiesiech ciałka obłoków, drogi i znaki, kształty
blasku niepojęte, nęcące oczy i duszę. Z traw szerzyły się zapachy
dojrzewających kwiatów, od rzeki pociągał wilgotny, mocny i miły
odór rokit i wikliny.
A wody wciąż szeptały...
Cichą ich melodię przerywało tylko ostrożne stąpanie koni po
głazach i dźwięk żelaznych obręczy, gdy trafiały na kamienie, wspi-
nały się na nie ze zgrzytem i opadając stukały. Rozmowa ucichła.
Pani Borowiczowa miała wzrok skierowany na roziskrzone niebo.
Dawne wspomnienia ciągnęły ku niej z dalekich przestworów cu-
downej nocy, młode nadzieje wypływały z serca przeczuwającego
schyłek swych snów, kres marzeń i jakieś wielkie znużenie.
Teraz to serce rozwierało się na oścież1 dla przyjęcia wszystkiego,
co człowiek uczciwy pielęgnuje i kocha. (...)
Marcinek położył głowę na kolanach matki i przycisnąwszy usta
do jej rąk spracowanych szepnął:
— Mamusiu, jak to dobrze, że mama po mnie przyjechała...
Tak sobie jedziemy razem... To dopiero dobrze...
1 na oścież — szeroko, na całą szerokość
13
Gładziła pieszczotliwie jego włosy i schylając się, w sekrecie nie
wiedzieć przed kim, szepnęła mu do ucha:
— Będziesz zawsze kochał swoją matkę, zawsze a zawsze?
Słodkie łzy padające wielkimi kroplami z oczu chłopca zastąpiły
jej wyrazy odpowiedzi.
Tuż za rzeką droga wieszała się po urwistym zboczu góry naro-
słym tarniną i lasem dzikich głogów.
Gdy te zarośla zrzedły i rozsunęły rię, widać już było w pobliżu
migocące światełka wioski, a dalej za nią w nizinie wielką, białą od
księżyca szybę stawu i światła w gawronkowskim dworze.
Konic szły z wolna pod górę. Marcinek wyskoczył z wózka i oczy-
ma pełnymi łez spoglądał na te dalekie, duże okna świecące w ciem-
ności.
Przede wsią, w pustce na wzgórzu stała drewniana kapliczka,
spróchniała już zupełnie od przyciesi* aż do żelaznego kogutka na
szczycie dachu.
Dokoła tej staruszki rosły bujne bzy z ogromnymi kiściami pach-
nących kwiatów.
Marcinek szybko skocz}Tl ku kapliczce, wspiął się na płot i ułamał
ogromny pęk kwitnących gałęzi Wózek oddalił się i zbliżał już do
wioski. Chłopiec rzucił się pędem po równej już tam drodze, strzą-
sając rosę z kwiatówr, i, zziajany, cały ten pęk rozkwitły rzucił matce
na kolana.
Nie miała serca wymawiać mu, że obrabował biedną, starą kap-
liczkę.
Alokre kwiateczki odrywały się, spadały wraz z kroplami rosy
i lgnęły do jej palców, a duszny zapach tak dziwnie ją upajał...
PRZYMIERZE f Jan Parandowski
Opowiadanie to, zamieszczone w zbiorze pt. „Akacja”, oparte jest nr,
wspomnieniach pisarza z lat młodości. Akcja opowiadania toczy się w?
Lwowie przed I wojną światową.
en nowy kolega źle się zapowiadał:
przyszedł z Chyrowa1, był o głowę
wyższy od najwyższego z nas, nazywał
się Słowik. Chyrów miał u nas złą
sławę, wiadomo było, że kto się stamtąd wywodzi, nie sprosta wyma-
ganiom naszego gimnazjum i jest z reguły paniczykiem, maminsyn-
kiem. ZHasz Słowik był właśnie taki delikatny, uprzejmy, ktoś nawet
mruknął: dystyngowany*, czym go ostatecznie pogrążył. U nas
były obyczaje proste, żeby nie powiedzieć gorzej, wszelki wykwint*
nas raził i drażnił. Steciuk od razu na pierwszej pauzie go potrącił
i patrząc spode łba ofuknął: „Co się zaczepiasz?”. A Słowik cofnął
się: „Nie. Skądże. Bynajmniej”. To słówko wyraźnie ugryzło Ste-
ciuka, ale odszedł, tylko mu jeszcze pogroził pięścią.
Gospodarz klasy na jego widok chrząknął i dal mu miejsce w o-
statniej ławce.
— Bo jesteś za wysoki. (...)
Trudno zgadnąć, dlaczego Słowik śmieszył nas swoim nazwiskiem.
Nie brakło ptaków w naszym otoczeniu, poczynając od profesora
Wróbla, a wśród nas był i Sikora, i Sroka, mieliśmy też Wilgę, za-
pamiętałego repetenta*, który nam spadl z odległego rocznika,
a miał tę niewygodę, że jego starsza siostra przynosiła mu śniadanie
i my rozważaliśmy głośno i natrętnie, jak brzmi jej nazwisko w for-
mie panieńskiej. Słowik więc nie powinien był nas zadziwić ani
ubawić. Tymczasem nie było dnia, żeby ktoś nie odezwał się tre-
lem (Piro był w tym mistrzem) albo w inny sposób nie wywołał
wiosennego ptaszka. Aż raz...
1 Chyrów — nazwa miasteczka, w którym znajdowało się prywatne gimnazjum
z internatem.
15
Ten moment nadciągał w naszych oczach, oczywiście nie tak,
jak się rozegrał, tego nikt nie przewidywał — po prostu Słowik
zbierał dwójki jak inni znaczki. Śmieszyło nas to w zatwardziałości
naszych serc. Ale czyjeż serce poruszyłoby się dwójkami kolegi,
zwłaszcza z Chyrowa? Taka rzecz nie zdarzyła się jeszcze za pamięci
ludzkiej. Tak było i ze Słowikiem: stał samotny i śmieszny pod
deszczem dwójek. I właśnie tego dnia — było to w maju, w miesiącu
groźnym, bo bliskim końca roku — nasz fizyk go wywołał
i niecierpliwie słuchał jego nieporadnych odpowiedzi, nagle odezwał
się wierszem:
Słowiczku mój, a leć, a piej,
Na pożegnanie piej...
Bardzo to nas ubawiło.
— Czy wiecie, co to jest?
— Tak. To jest wiersz Mickiewicza do Bohdana Zaleskiego.
— A widzisz! Gdybyś był taki pewny w fizyce, nie wisiałyby
nad tobą słowa: „na pożegnanie piej”. A tak, jak jest, trzeba ci będzie
pożegnać się z tą klasą.
Śmiech zgasł w nas na widok kolegi, który stal z pochyloną głową,
wysoki, szczupły i wielkie łzy padały z jego oczu na ławkę.
— Proszę pana profesora, moja matka jest chora, bardzo chora.
Ja nic mogę przynieść złego świadectwa. Ja...
Byliśmy wstrząśnięci. Patrzyliśmy z nienawiścią na profesora,
ktoś już zaczął szurać bucikami p. d ławką. Ale on wyraźnie stropił
się, spojrzał na Słowika, potem zapatrzył się w okno. Westchnął.
— Coś trzeba poradzić. Musisz nadrobić, może koledzy ci po-
mogą.
Odezwał się dzwon szkolny, był koniec godziny. Profesor wy-
szedł. Słowik dalej stal w ławce — wysoki, wątły, „trzcina myśląca”.
— Ja znam ten wiersz, bo matka zawsze mi to śpiewała.
Nikt się nie ruszał, czekaliśmy, co dalej powie. Nic więcej nic
mówił. Usiadł, zamknął książkę, zeszył wsunął pod ławkę. A my
bez słów porozumieliśmy się z sobą. Stanęło przymierze. Odtąd
każdy w tym, w czym sam był najlepszy, pomagał Słowikowi. Ro-
biliśmy' z nim zadania, przerabialiśmy lekcje. Zapraszaliśmy go do
siebie, odprowadzali do domu późnymi wieczorem. Nasz fizyk,
zdawało się tak niefortunny' i antypatyczny *, okazał najpierw wielką
ostrożność, pytał Słowika rzadko i o rzeczy na pewno wiadome, aż
16
I
e
się przekonał o zaszłej zmianie i raz w końcu wywołał go do tablicy.
Po chwili, rozpromieniony, pochwalił go za dobrą odpowiedź. To
nas tak uradowało, jakby na każdego spadła niespodziana piątka.
Do dziś czuję w sercu ciepło owej chwili, jednej z nieprzeliczonych
w łańcuchu dni.
Słowik skończy! rok z przyzwoitym świadectwem. Wręczając mu
je gospodarz klasy powiedział:
— Winszuję.
Towarzyszyła mu cała klasa, gdy szedł z gimnazjum do domu —
istny triumfator. Pożegnał się z nami przed bramą kamienicy, w któ-
rej mieszkał — na Polnej. Każdy go uściskał. Słowik jeszcze raz się
wychylił z bramy, obie ręce uniósł w górę.
Tak mi pozostał w pamięci. Po wakacjach nie wrócił do naszej
klasy, mówiono, że wy'jechał, cała rodzina przeniosła się podobno do
Tarnopola. Długo nic mogliśmy się oswoić z jego nieobecnością,
nikt o tym nie mówił, ale każdy myślał to samo: że odebrał nam to,
co z nas wydobył — współczucie, życzliwość, oddanie, i bez własnej
winy skazał nas na powszedni chleb sztubackiej obojętności i tępej
wyobraźni.
RZUT DYSKIEM /Jadwiga Wajsówna
Opowiadanie to pochodzi z książki ,,Z dyskiem przez świat” i jest frag-
mentem wspomnień wybitnej lekkoaideLki* polskiej, mistrzyni olimpijskiej
w rzucie dyskiem.
rzebralam się szybko w strój treningo-
wy*, ale nie wybiegłam na stadion;
usiadłam na ławice w szatni. Przez
cienkie ściany dobiegał niby brzęcze-
nie pszczół gwar trybuny. Co pewien czas zrywały się okrzyki i oklas-
ki. To publiczność łódzka dopingowała* swoich pupilówr*.
Po raz pierwszy miałam brać udział w poważnych zawodach:
Książka — 2
w mistrzostwach lekkoatletycznych okręgu łódzkiego. Miałam lat
szesnaście.
Dlaczego nie wyszłam na stadion razem z kolegami? Przyznam,
że wstrzymała mnie straszna trema. Miarą mojego zdenerwowania
może być fakt, że gdy ktoś z organizatorów spytał, w jakiej konku-
rencji* występuję, powiedziałam; „w rzucie oszczepem”, zamiast:
„w rzucie dyskiem”.
Siedziałam więc sama w szatni, szczęśliwa, że nikt się mną nie
zajmuje.
„Może o mnie zapomną” — błysnęła na moment nadzieja.
Stanęło mi przed oczami dzieciństwo. Przypomniałam sobie
pierwsze „treningi* sportowe”, gdy wraz z licznym rodzeństwem
(czterech braci i siostra) skakałam przez zagon buraków. Warunek
był przy tym jeden: nie dotknąć nogami bujnych liści buraczanych.
Zabawa ta nosiła wszelkie cechy współzawodnictwa: wyłaniała zwy-
cięzców i pokonanych.
Raz nawet wzięła w niej udział moja matka — oglądając się tylko
trwożliwie, czy nie nadchodzi ojciec. Był on bowiem człowiekiem
surowym, choć jednocześnie sprawiedliwym i dobrym. W jego kie-
szeni znajdowało się dla nas — dzieci — co jakiś czas kilkadziesiąt
groszy na landrynki i ciastka.
Ojciec od 1912 roku pracował jako majster tkacki w fabryce
Kindlera w Pabianicach. Nie miał łatwego życia: wisiała nad nim
w związku z rozszerzającym się bezrobociem stała groźba redukcji*,
wzrastające coraz bardziej obowiązki utrzymania licznej rodziny.
Skoki przez buraki i krzaki bzu znudziły mi się, kiedy zaczęłam
uprawiać prawdziwy sport. Była to głównie gimnastyka. Mój pierw-
szy nauczyciel sportowy — Marciniak — powiedział któregoś dnia:
— Słuchajcie, dziewczynki, musicie przyjść na następny trening
bez pończoch i w krótkich sportowych spodenkach. Nie bardzo mi
się również podobają wasze długie warkocze z kokardami.
Warkoczy nie obcięłyśmy co prawda, ale następnego dnia przy-
niosłyśmy z sobą krótkie spodenki sportowe. W szatni zaczęłyśmy
ściągać pończochy z nóg. Przyglądałyśmy się sobie zawstydzone i nie
miałyśmy odwagi wyjść na boisko.
„O — pomyślałam — gdyby tak zobaczyła nas tutaj babcia”.
Była ona bowiem w rodzinie Wajsów bodaj jedyną osobą, która
nie uznawała sportu. (...)
18
-
i
Młodzież pabianicka, mimo trudnych warunków materialnych,
rwała się do sportu. Choć nikt się nią nie opiekował i choć nie miała
dostępu do stadionów, uprawiała latem lekkoatletykę* i grę w piłkę
nożną, a zimą — jazdę na łyżwach. Specjalnych ślizgawek nie było,
chodziłyśmy po prostu na staw. Rodzice moi sami lubili się tam
wybrać raz w tygodniu bądź też na przyfabrycznym placu używać
świeżego powietrza i ruchu.
’ Nasz „dziki” łyżwiarski sport pociągał także ofiary.
Któregoś dnia, gdy zapadt już zmierzch, a matka rozpalała pod
płytą kuchenną, aby przygotować skromną kolację, ja zaś zajęta
byłam obieraniem ziemniaków, wpadlo do kuchni kilku zdyszanych
chłopców.
— Feluś się topi! — krzyknęli przeraźliwie.
Rzeczywiście, pod moim bratem ciotecznym załamał się lód.
Koledzy Felka, chcąc go ratować, podali mu pasek od spodni. Nie-
stety, pasek pękł.
Nadjechała straż ogniowa. Było jednak za późno: Felek poszedł
na dno, pod lód. Zginął. Z czyjej winy? Cóż, ówcześni „opiekuno-
wie” młodzieży nie zaprzątali sobie głowy tym, aby stworzyć młodym
odpowiednie warunki do uprawiania sportu.
Myśl moja biegnie dalej: ileż to razy wystawałam z rówieśnikami
pod parkanem boiska sportowego, czekając, kiedy piłka przeleci na
zewnątrz, by choć przez chwilę nią się pobawić.
Piłka była dla nas nie lada atrakcją*. Wiedzieli o tym dobrze
moi rodzice, ale, niestety, kupić jej nam nie byli w stanie. Gdy ojciec
przynosił pieniądze z fabryki, musiał dawać lwią część sklepikarzowi,
by zapłacić za poczynione w ciągu miesiąca zakupy na tzw. „kredkę”.
W 1928 roku po raz pierwszy usłyszałam o Halinie Konopackiej.
Był to rok olimpiady w Amsterdamie i wspaniałego zwycięstwa
polskiej dyskobolki*. Zrodziła się wówczas we mnie jakaś dziwna
chęć rzucania tym „drewnianym talerzem”.
Dysk... dysk... dysk...
Marzeniem moim było także zobaczyć, jak wygląda kobieta,
która najlepiej na świecie rzuca dyskiem. Musi to być — wyobra-
żałam sobie — kobieta silniejsza od mojej babci i piękniejsza od
mojej matki.
W tym czasie moja szkolna drużyna harcerska zorganizowała
w lasku kolo Pabianic obóz przed zawodami lekkoatletycznymi.
19
\X\roLim już wóv.i.a» iu t.crblwą i uhią dziewczynę Koleżanki
nazywały mnie .pulpecikicm”. Chcuilam koniecznie być na obozie,
ale niestety Matka mc moda u-\obrazić sobie mnie śpiącej w na-
rmooe z dala ixi domu
— Masz c.\u na to — móuih. — Jesteś jeszcze dzieckiem.
Kiedy podrośniesz, będzie / sobie jeździć, gdzie tylko dusza zaprag-
nie. Ale je li chodzi o waę> ic udziału w zawodach, to nic stawiam ci
żadnych przeszkód.
Tak zawyrokowała i nie b\lo odwołania. Ucieszyłam się przy-
najmniej mysią. że po raz pierw .zy będę startować w zawodach
Czekałam z utęsknieniem nadejścia dnu „mistrzostw” Zulusi
łam się na ochotnika aż do trzech konkurencji: biegu na 60 ni, .kol u
w dal i wzwyż. Nie było nagród, startowałam dla własnej satysfak-
cjie. Nie śniły mi się wówczas lśniące puchary’ ani piękne dyplomy.
Chaalam jedynie wygrać.
Zdobyłam trzy' pierwsze miejsca. Nie pamiętam dokładnie, jaki
czas osiągnęłam w biegu na 60 m, ale mniejsza o to. W skoku w dal
osiągnęłam wynik 4,40 m, a wzwyż — 127 cm.
Po tych pierw-zych życiowyih sukcesach* zabrałam się do po-
ważnego treningu.
Nic zaniedbywałam również gimnastyki. Szczególnie lubiłam
tzw. obrazy' przy’ muzyce. Takie właśnie pokazy dawałyśmy w Lu-
tomiersku i Ła^ku. Porem zaprojektowano wyjazd zespołu gimna-
stycznego do Warszawy. Grupa pabianicka szykowała się do wystę-
pów na Dynasach niezwykle starannie.
„Warszawa — myślalam z radością — zobaczę naszą ukochaną
stolicę”.
Na DynasaJi w Warszawie pabianiczanie zasłużyli nie tylko na
gorące oklaski licznie zgromadzonej publiczności, ale zwrócili na
siebie uwagę znawców’ gimnastyki zespołowej.
W życiu moim zaszły tymczasem zmiany. Rodzice posiali mmc
do szkoły handlowej w Lodzi przy ulicy Cegielnianej
Wiedziałam, ze była to dla nich decyzja połączona z wielkim
wysiłkiem. Żeby kształcić mnie dalej, musieli oszczędzać na jedze-
niu, na ubraniu, na wszystkim. O jakichś stypendiach dla uczącej
się młodzieży nie było wówczas mowy. Nie mogłam w związku z tym
sprawić rodzicom zawodu. Uczyłam się też dużo, ale wobec tego
trochę zaniedbałam treningi.
20
dni i 't i /v Lu’ fui» ze <>*4^ r* z jiowę na tcir-J
tekkoatlctyki Nam-r. 1 ti mnie, żebym poda na położone bliAo ntr
hZcgo domu boisko, gdzie trenują dziewczęta.
— Wygrałaś przecież w zawodach harcerskich — mówił —
próbuj teraz szczęścia z tymi dziewczętami zrzeszonymi w klubie,
a zapewniam cię, że nie będziesz gorsza od nich.
Byto lo je icnią roku 1928 Po raz pierwszy wzLUn do r l i
dysk.
Po pierwszych treningach brat powiedział mi na ucho, ze czynię
wyraźne postępy Ja 1 moje przyjaciółki — Jadwiga i Aniela Janów-
skie — biłyśmy zdecydowanie wszystkie rywalki. Na tych pierwszych
treningach zaczęłyśmy zwracać uwagę działaczy sportowych. (...)
Po dwutygodniowym treningu zostałam zgłoszona oficjalnie* do
mistrzostw lekkoatletycznych okręgu łódzkiego.
— Jadźka’ — zawołała koleżanka klubowa, wpadając do szatni. —
Gdzież v, się podziewasz! Zaraz zaczyna się tw’oja konkurencja!
Wstałam z ławki. Nogi miałam jak z waty, a w głowie nieznośny
szum. W gardle zaschło mi zupełnie. W tym opłakanym stanie wy-
szłam na bieżnię
Wydało mi się, że kilka tysięcy par oczu z trybuny patrzy wy-
łącznie na mnie, że taksuje* mnie wątpiącym, ironicznym wzrokiem,
moje pensjonarskie* warkoczyki, mnie całą. To nie dodawało pew-
ności siebie.
Właśnie do pierwszego rzutu wezwano Kobiełską. Była to dysko-
bolka bezkonkurencyjna w Łodzi, a jedna z najlepszych w Polsce.
Śmiało weszła do koła. Wlepiłam w nią wzrok i śledziłam dokładnie
jej ruchy. Była niemal zupełnie wyprostowana, tylko nieznacznie
ugięła kolana. W tej postawie balansowrała* szeroko dyskiem. Wów-
czas nie wiedziałam jeszcze, że to jest tzw styl fiński w rzucie dys-
kiem. Starałam się mimo to zanotować w pamięci każdy ruch.
Obrót! Dysk miękko wyśliznął się z dłoni Kobielskiej. Wirując
zatoczył luk w powietrzu i spadl na ziemię. Posypały się oklaski.
Sędziowie zmierzyli odległość. Rzut był długości ponad 39 m.
Stałam jak ogłuszona. Ocknęłam się dopiero na dźwięk swTojego
nazwiska. A więc moja kolej. Jeszcze raz spojrzałam trwożnie na
trybunę. I wtedy usłyszałam wyraźnie, żc kuś z widzów zawołał:
— Jadźka, trzymaj się!
21
ZvxiykiLhh oczy w kierunku, z którego dobiegło wołanie Nie
mogłam rozróżnić marzy, ale domyśliłam aię, że tam siedzą pabia-
niczanie.
Zacisnęłam zęby i pomyślałam: „Nie sprawię zawodu”.
Ruchy moie nabrały pewności. Zrezygnowałam z naśladownictwa
Kobiehfcej. Postanowiłam rzucać „po swojemu”. Pozycja wyjściową
b\l głęboki przysiad Obracając się wokół osi wychodziłam stopnio-
wo z przysiadu i pięłam się coraz wyżej. Obrót mój był przy t\m
niesłychanie szybki. Dysk wyrzucałam z dużą silą. (...)
Długość mojego pierwszego rzutu przekraczała 32 m. Am Ko-
biclbka. ani ja sama w następnych rzutach, ani żadna inna zawodnicz-
ka nic osiągnęła tego dnia lepszego wyniku. Gdy ogłoszono, że mis-
trzem okręgu łódzkiego w rzucie dyskiem została nie znana dotąd
nikomu Jadwiga Wajsów na, cała widownia oklaskiwała mnie gorąco.
Ale najgłośniej bili brawa pabianiczanie.
— Nasza Jadźka pokazała, co potrafi — mówili.
Sukces mój był naprawdę poważny. Wygrałam pojedynek z Ko-
bielską — rutynowaną* już i starszą ode mnie zawodniczką, zwró-
ciłam na siebie uwagę łódzkiej publiczności i speców od lekkoatle-
tyki. Byłam sensacją* dnia — powrstal ruch wokół mojej osoby.
Nazajutrz zmieniłam uczesanie, obcięłam warkocze i przestałam
nosić kokardy.
ROWER „ZOŚKI” } Jerzy Kasprzak
Z Zr
iosną 1944 roku hitlerowcy przeprowa-
dzili w Warszawie wiele aresztowań.
Wywożono ludzi na przymusowe ro-
boty do Niemiec i do obozów. Pewne-
go dnia, błyskawicznie, przy pomocy’ sieci alarmowej, zastępowy
zwołał zbiórkę naszego zastępu podziemnej organizacji harcerskiej
„Zawisza” Była to zbiórka bardzo krótka, a jej sens był następujący:
22
w Arbertsamdew urzędzie pracy, w którym zarejestrowany
by 1 każdy dorosły warszawiak, sporządzone zostały pucz okupanta
listy z nazwiskami mężczyzn, którzy mają być aresztowani i wy-
wiezieni do obozów oraz na przymusowe roboty do Niemiec. Orga-
nizacji podziemnej udało się zrobić dziś w nocy odpis nazwisk osób,
którym grozi aresztowanie. Oto zadanie dla naszego zastępu: musimy
te osoby jeszcze dziś, i to natychmiast, uprzedzić, żeby zdążyły
się ukryć, uciec... . . _____.
Każdy z nas otrzymał po kilka bibułek z nazwiskami i adresami
i ruszyliśmy w teren. Mnie przypadła ulica Powsińska (na Sadybie)
i Sukcesorska na Siclcach (przy której zresztą mieszkałem). Poje-
chałem tramwajem najpierw na Powsińską. samotnie stojącym
niedaleko czerniakowskiego cmentarza domu, na pierwszym piętrze
odnalazłem rodzinę z przydzielonego mi adresu. Kiedy otworzono
drzwi, zapytałem:
- Proszą pani, czy tu mieszka pan (nazwiska już mc pamiętam 1
taki a taki?
__ Tak! — padla odpowiedź zdziwionej młodej kobiety.
— To proszą powiedzieć temu panu, żc został wpisany
w Arbeitsamcie na listą aresztowanych. Jeżeli się natychmiast nie
ukryje, to wwiozą go na roboty. Albo do obozu — dodałem.
— Co ty opowiadasz, skąd to wiesz? — krzyknęła stłumionym
głosem kobieta.
— Proszą pani, na pewno tak jest, ja nic kłamię — tłumaczyłem.
Widząc jednak niepewność w oczach kobiety, dodałem: zawiadamiam
panią o tym w imieniu Polski Walczącej! — I po dwa stopnie zbiegłem
błyskawicznie po schodach, a następnie co sil popędziłem pustą na
tym odcinku Powsińską, by zdążyć do tramwaju nadjeżdżającego od
strony Wilanowa.
Drugie zadanie, które wydało mi się początkowo dużo prostsze do
wykonania, wprowadziło mnie w kłopot. Popełniłem bowiem błąd,
biorąc do załatwienia sprawę z mojej ulicy, z domu naprzeciwko. Ja
mieszkałem na Sukcesorskiej pod numerem 9, miałem zas zaalar-
mować ludzi zamieszkałych w domu pod numerem 6 (dom ten stoi
zresztą do dziś — jedyny, który ocalał na naszej ulicy, zwanej dziś
ulicą Gagarina).
1 Czyimi; arbiiltsimcie.
23
Kiedy oznajmiłem żonie tego pana, którego miałem adres, że
został wpisany w Arbcitsamcic na listę aresztowanych, kobieta za-
niemówiła z przerażenia. Powtórzyłem jeszcze raz spokojnie to samo
i wypadlem na podwórko. Kiedy skręcałem w swoją bramę, ona
wybiegła przed dom, sądząc, że mnie jeszcze zawróci, wypyta. A ja
przecież nic jej więcej nie miałem powiedzieć. Nie mogłem przecież
do niej przemawiać jak w poprzednim miejscu: w imieniu Polski
Walczącej, żeby się na swojej ulicy nic dekonspirować*.
Tego popołudnia byłem jednak niespokojny. Przeczucie mnie
nie omyliło. Wieczorem, tuż przed godziną policyjną, rozległo się
pukanie do naszych drzwi. Weszli oboje : ta pani z mężem. Najpierw
zwrócili się do mojej matki, czy coś wie o tym aresztowaniu. Mama,
kompletnie zaskoczona, spojrzała na mnie pytająco. I wtedy opowie-
działem zmyśloną historyjkę, że dziś o godzinie 13, kiedy wracałem
ze szkoły, na ulicy Iwickiej jeden pan poprosił mnie do bramy i tam
dal kartkę z tym adresem i nazwiskiem oraz kazał mi dwa razy po-
wtórzyć zdanie — to właśnie, o liście z nazwiskami aresztowanych...
Poszli, a ojciec, jak dowiedział się o tym wydarzeniu, zaczął
mówić, że przez to moje tajemnicze latanie sprowadzę jakieś nie-
szczęście na rodzinę. Matka, bardziej wyrozumiała, wytłumaczyła
mu w końcu, że zrobiłem to dla dobra tego człowieka, który w prze-
ciwnym razie mógł znaleźć się w obozie, i że wykonałem rozkaz.
(Oboje rodzice wiedzieli o mojej przynależności do harcerstwa
i w duchu byli dumni z tego).
Na początku wakacji zastęp nasz poszedł w rozsypkę. Chłopcy
powyjeżdżali na wieś, został tylko Kazik, „Ryś” i ja. Pewnego lip-
cowego dnia wpadł do mnie „Ryś” z poleceniem stawienia się u na-
szego drużynowego „Wacka”. Z „Wackiem” udałem się na ulicę
Ursynowską, a po drodze drużynowy powiedział mi, że dziś będę
pełnił służbę łącznika u „Bolka”. W chwilę potem, kiedy znaleźliś-
my się w jednym z domów na Ursynowskiej i „Wacek” meldował
„Bolkowi” nasze przybycie, dowiedziałem się, że „Bolek” (Stefan
Mirowski) to komendant chorągwi warszawskiej „Szarych Szere-
gów”.
W obszernym pokoju na parterze dwóch chłopców klęczało na
podłodze nad wielkim planem Warszawy. Na razie nie było co robić,
więc „Wacek” polecił mi, żebym dołączy! do tych dwóch i wyszukał
24
na mapie pewne ulice. Było to takie ćwiczenie w celu lepszego po-
znania miasta.
W pewnej chwili wszedł „Bolek” i zapytał mnie, czy umiem
jeździć na rowerze. Roweru, co prawda, nigdy nie miałem (choć
to było moje największe marzenie), na siodełku czułem się niezbyt
pewnie, ale powiedziałem komendantowi, że jeździć umiem (zresztą
wstyd byłoby się przyznać, żc nie jeżdżę).
Druh komendant polecił mi odszukać na planie Warszawy ulicę
Czarnieckiego. Znalazłem ją akurat dokładnie na drugim końcu
miasta, na Żoliborzu. „Bolek” wręczył mi okrągły pakiet, który
wsunąłem za bluzę. Raźno wyprowadziłem z ogrodu czerwony rower,
który już na mnie czekał, bibułkę z adresem ukryłem w kierownicy.
Kiedy zniknąłem komendantowi z pola widzenia, przeprowadzi-
łem rower na drugą stronę ulicy, do parku Dreszera, by trochę po-
trenować*. Po trzech okrążeniach wokół parku, kiedy poczułem się
pewnie na siodełku, wyskoczyłem śmiało na Puławską i pomknąłem
prosto jak strzelił na Żoliborz.
Bardzo mi przypadła do gustu służba łącznika u komendanta
chorągwi. A to z trzech względów: czułem się zaszczycony, że po-
znałam człowieka, który kieruje pracą harcerzy w Warszawie, by-
łem dumny ze świadomości spełnienia ważnych zadań i zadowo-
lony, żc pojeżdżę sobie na rowerze (wówczas nie wiedziałem jeszcze,
że ten fbwer był własnością „Zośki”, pierwszego komendanta Grup
Szturmowych „Szarych Szeregów”, który poległ bohaterską śmiercią
w wralce z hitlerowcami).
Była już ostatnia dekada* lipca. W Warszawie wyczuwało się
napiętą atmosferę*, na ulicach tłoczno było od niemieckich taborów*
wycofujących się ze wschodu, zza Wisły. Teraz niemal codziennie
przebywałem na Ursynowskiej, rozwożąc różne materiały pod wska-
zane adresy. Pod koniec lipca (było to chyba wr niedzielę), wracając
z „Wackiem” od „Bolka”, zatrzymaliśmy się na skarpie ulicy Pu-
ławskiej. Słychać było zza Wisły łoskot radzieckiej artylerii. Widać
naw'et było wykwitające pióropusze dymu od padających (chyba
gdzieś w Aninie, a może w Wawrze) pocisków armatnich. To był głos
zbliżającej się wolności. Pobiegłem czym prędzej na nasz nisko
przycupnięty Czerniaków, by opowiedzieć w domu o tej radosnej
nowinie.
i
WIECZNE PIÓRO Jfcfou/k/rr Kamiński
okresie kotwicowego 1 szaleństwa Rudy
sporządził własnoręcznie ponad dzie-
sięć dużych stempli kotwic z chytrze
obmyśloną poduszeczką na syconą far-
bą. Sprawa nie była łatwa: chodziło o to, żeby wielki stempel dał
się łatwo ukryć, a poduszeczką nie plamiła ubrania. Nie wdając się
w szczegóły tego pomysłu, trzeba stwierdzić, że przcz kilka wieczorów
z rzędu stemplowało się dom po domu stemplami kotwic Rudego.
Drugi wynalazek by 1 jeszcze bardziej pomysłowy. Wynalazca nazwał
go „w iccznym piórem'’. I tego wynalazku nic będziemy tu opisywać.
Wystarczy powiedzieć. że za jego pomocą można było pisać farbą
wielkie i grube litery’ na wysokości trzech do czterech metrów. Ku
pochwale Rudego stwierdzić należy, że „wieczne pióro” było nie-
wielkie i łatwo dawało się ukryć nawet pod marynarką. Dodać trzeba,
że w’ czasie pisania „wiecznym piórem” zbyteczne było maczanie go
co chwila w farbie. Całe słowo pisało się za jednym zamachem. Ta-
kim to piórem wykonano m. in. „poprawkę” na wielkim szyldzie
zawieszonym na wysokości pierwszego piętra nad urzędem Arbeits-
amtu z przy’ Nowym Śniecie. Szyld głosił: „Jedzcie z nami do Nie-
miec'*, zaś po „poprawce” na szyldzie widniało: „Jedźcic sami do
Niemiec”. (...)
Któregoś dnia Rudy postanowił wymalować wielką kotwicę na
pomniku Lotnika przy placu Unii Lubelskiej. By zamiar wprowadzić
w czy n, zdecydował za pomocą swoich kluczy do lamp elektrycznych
i przy pomocy kolegów pogasić wszystkie lampy na placu Lnu
i w’ mrokach ciemności wymalować kotwicę. Chy try plan gwarantował
bezpieczeństwo i powodzenie. Pierwsza jego część wykonana zo-
stała bez zarzutu. O późnym zmroku światła pogaszono i Rudy
1 Kotwica, ryumina w kuz tafcie Uc^c-ym litery I* i W, byk podczas okupacji
nymbokm Polski WakZ-jcej, znak em wwiy * zu .uąstwo nad hiifcruw kun fn«7’ zmrm.
» Zob. t. 2J.
26
w jednej z najbliższych bram szykowa! *ię ze swym „wiecznym
piórem” do ataku na pomnik. Tymczasem w ostatniej chwili licho
przyniosło na plac mistrza od gaszenia i zapalania ulicznych latarń.
Ten najpierw zdumiał się, widząc ciemny plac, a potem pośpiesznie
zaczął zapalać lampy. Rudy i jego koledzy trzęśli się z irytacji, gdy
poczciwiec z każdą minutą wzmacnia! światło placu. Kiedy wreszcie
odszedł, była za piętnaście minut dziesiąta, to znaczy za kwadrans
zaczynała się godzina policyjna. O ponownym zgaszeniu lamp mowy
już być nie mogło. Trzeba było albo zaniechać roboty, albo natych-
miast malować kotwicę i umykać do domu, by nie zostać zatrzyma-
nym przez niemiecki patrol uliczny.
I Rudy — ten intelektualista, żyjący w świccie myśli ludzkiej —
wbrew rozsądkowi wybrał szaleńczą decyzję*. Wyjmując swe „wiecz-
ne pióro”, począł szybko iść ku pomnikowi. Jego przyjaciele, stojący
w różnych częściach placu, zamarli w niepokoju.
Na plac Unii Lubelskiej wychodzi aleja Szucha, tu zmierza wylot
Puławskiej, Marszałkowskiej i Bagateli oraz paru innych ulic, zamiesz-
kałych w znacznej części przez Niemców, przede wszystkim przez
policjantów i gestapowców*. W pełnym świetle szeregu lamp mała
postać Rudego zbliżała się do stojącego w samotnym centrum pom-
nika. Już podszedł, skaczc na stopnic i gdzieś wysoko w górze za-
czyna swym „wiecznym piórem” malować kotwicę. Gdy to robi,
na placu panuje zwykły o tej porze i w tym miejscu ruch. Jeżdżą
tramwaje, przejeżdżają auta, śpieszą do domów dziesiątki zapóźmo-
nych przechodniów. Każda sekunda obserwującym to kolegom Ru-
dego wydawała się wiecznością. Lada moment mogło się stać coś
bardzo złego.
Nic się jednak nic stało. W minutę potem Rudy siedział już
na rowerze i razem z Zośką pędził do domu.
— Cóżeś ty zrobił, wariacie! Jak można było tak lekkomyślnie
i niepotrzebnie się narażać!
Rudyr nic nic odpowiedział. Jechał w milczeniu, tylko na wargach
błądził mu ledwo uchwytny, kpiący’ uśmiech.
Fragment k&iążki „Kamicrue -.zmucc”
27
JAK CZĘSTO...
Leopold Staff
Jak często, płosząc posępne cienie,
Powracam myślą w lata najmłodsze,
Gdy świat był jasny jak przebudzenie,
A kwaśne jabłka były najsłodsze.
Kiedy się śniły wielkie przygody:
Dzielnie w słabszego stanąć obronie
Lub tonącego wydobyć z wody,
Lub rozbiegane zatrzymać konie.
Kusiła dziuplą wierzba garbata,
Nęciła każda szpara w parkanie,
Lecz nocą strach brał przed końcem świata
Lub że kraść dzieci będą Cyganie.
I winy były w małych zuchwalcach,
Ale ich nie tknął jeszcze ślad biota,
I atramentu plamy na palcach
Były jedynym brudem żywota.
ŚWIĘTO JABŁONKI jjan Edward Kucharski
ie zdradzę wam ulicy ani nazwy
osiedla, gdzie działy się te niezwykle
rzeczy, nic mogę jednak ukryć, że
było to w Warszawie,
Rośnie nasza stolica, rozbudowuje sic i coraz to nowe podmiejskie
pola i nieużytki zagarniane są przez przedsiębiorstwa budowlane pod
przyszłe domy i dzielnice. Kilka lat temu zdarzyło się, że plan roz-
budowy przeznaczył pod nowe osiedle dość znaczny obszar podmiej-
skich ogródków działkowych. Rzadko się zdarzają takie wypadki, gdyż
władze miejskie rozumieją doskonale, czym dla mieszkańców wielkie-
go miasta jest działka ogrodnicza, na której z zapałem pracują, tym
razem jednak nie dało się tego uniknąć. Plany rozwoju miasta wiążą
się ze sobą w jedną logiczną* całość, a z planów wynikało, że w tym
miejscu powinny stać domy.
Możecie sobie wyobrazić, ile było protestów* i skarg. Wszystkie
zostały starannie rozpatrzone, pokrzywdzeni działkowicze otrzymali
inne działki, ale to im nie wystarczyło.
— Trudno — mówili — oddamy tę ziemię skoro jest tak bardzo
miastu potrzebna, ale nie możemy się zgodzić, byście zniszczyli
te piękne drzewa owocowe, które na niej wyrosły. Przecież w całej
Warszawie nic ma takiego drugiego sadu! Czy on też musi zginąć?
Pytanie było bardzo słuszne, zieleń w mieście jest równie potrzeb-
na jak wodociągi i elektryczność. Mądrzy architekci zaczęli kręcić
głowami nad takim planem zabudowy, aby nowe bloki stanęły między
pięknymi drzewami, a nie na ich miejscu. Udało się.
Tak powstało duże osiedle w dorodnym *, starym sadzie owo-
cowym, pośród grusz, śliw, a przede wszystkim jabłoni.
Niektórzy warszawiacy wzruszali na taką nowość ramionami.
— Za parę lat nic z tego nie będzie — krakali. — Dzieciaki po-
łamią te drzewa i zniszczą. Wiadomo, co się dzieje w parkach z kaszta-
nami na jesieni. A tutaj jabłka, gruszki, śliwki... Zobaczycie, trzeba
będzie, jak wszędzie, sadzić na ich miejsce wierzby i topole.
29
Inni oponowali* słabo, że bpda
opieka społeczna nad osiedlem też'^^?'2 komitety blokowe> że
wać Gdzież. Sami jednak nie bTli bJ * tr2eba '^vy-
ułożą. b^dzo pewni, jak się te sprawy-
byly iuż od paru bt zamies2tane_
„ • ei” sobie "tedy rozmowy
postanowiłem sprawdzić, jak ono
talon, si, w romtej pkoli ~
na temat „owocowego osiedla” i nosm™
teraz wygląda.
pokryta była gęsto dojrzewającymi owocami, na gruszy też coś było —
jednym słowem: zwyczajnie jak w sadzie, i to w sadzie dobrze pil-
nowanym.
Kilku chłopców grało na małym boisku w siatkówkę, dwie dziew-
czynki czytały książkę na ławce w alejce.
A więc nie mieli racji pesymiści* — w środku osiedla może
być otwarty dla wszystkich sad z wiszącymi na drzewach owocami
i nikt nie łamie gałęzi, nikt nie zrywa niedojrzałych owoców.
Przyszło mi jednak do głowy, że, być może, to jest jakieś wyjątko-
we podwórko, że na innych może być inaczej. Skręciłem za naj-
bliższy blok.
Tu dla odmiany były same jabłonie. Rozglądałem się pilnie.
Kilka najbliższych drzew obranych już było z owoców, na t^wukach
. « « 152—1 mp xxrvo1siHjłłc) na żaden pogrom ,
'^bratu XJ»b-X Z'
za krzewami przed reszt, rów.e mkoa, mb ...
P„d dorodną jabłonią pokrył, 'a“a”’ ’ . n 2
nym październiku. Wydało nu su, ze |eden
porowy* do
Tu dla odmiany były same jabłonie. Rozglądałem się P*^-
teżSo trochęzielonych liści, ale to me wyglądało na
ą raczej na •_
przednim podwórku, ale też
i równoważniach, grających w piłkę.
Dostrzegłem jednak na ___
tych, co dojrzewają w Pi-
nich trzyma w ręku
kiego, co wisi na drzewie — nawet chociażby się do niczego nie
nadawało.
Podszedłem cicho do chłopców. Tak byli zajęci obserwowaniem
korony drzewa, że obrócili głowy dopiero wtedy, gdy się do nich
odezwałem.
— Ładne jabłka na tym drzewie — zacząłem rozmowę. — Ma-
cie na nie ochotę, co?
Spojrzeli na siebie porozumiewawczo i ten większy, który’ coś
tam trzymał w ręku, bąknął półgłosem:
— Pewnie, że mamy.
— Ale teraz to one jeszcze twarde. Dopiero za miesiąc będą
dobre.
— Wiemy, proszę pana — przerwał mi mniejszy z chłopców
o rozburzonej czuprynie. — Nie widzi pan, jak one już żółkną?
Ja jednak nie dawałem za wygraną.
— Chcielibyście tak jedno czy drugie jabłuszko ubić z tego
drzewa, prawda?
Spojrzeli na mnie obaj ze zmarszczonymi brwiami.
— Co pan mówi ? — mruknął ten większy. — Ubić ?
Pomyślałem o tym kawałku drzewa, który z daleka widziałem.
— No, a co tam trzymasz w ręku? — zapylałem chytrze.
Szybko wyciągnął rękę zza pleców.
— To piórnik! Widzi pan?
Bardzo się zawstydziłem niesłusznego posądzenia, zanim jednał;
zdążyłem chłopców przeprosić, mniejszy z nich, patrząc na mnie
z wyraźnym oburzeniem, powiedział:
— Te wszystkie drzewa są, proszę pana, nasze wspólne, wszyst-
kich! Nie rozumie pan? No tak, pan u nas nie mieszka.
I obaj jak na komendę obrócili się do mnie plecami i pomaszerc -
wali alejką. Patrzyłem za nimi, gdy niknęli za rogiem bloku, patrzy-
łem jeszcze chwilę, gdy zza rogu wychyliła się płowa czupryna i tra-
fiwszy na mój wzrok, cofnęła się szybko. Nie dowierzają mi — po-
myślałem. — Sprawdzają, czy ja przypadkiem tych jabłek nie będę
obijał.
W gruncie rzeczy, mimo żc tak fatalnie spudłowałem z tym
posądzeniem, byłem bardzo zadowolony. To przyjemne, gdy spo-
dziewając się czegoś gorszego, spotykamy lepsze. Spojrzałom dokoła.
Na ławce obok skalnego ogródka siedział starszy pan i czytał gazetę.
31
Zdawało mi się, że kilka razy spojrzał w moim kierunku. Podszedłem
do niego.
— Bardzo pana przepraszam — powiedziałem. — Muszę się
z panem podzielić moim wrażeniem, bardzo mi się podoba na wa-
szym osiedlu.
Znad okularów spojrzały na mnie uśmiechnięte oczy.
— Miło mi to słyszeć — odpowiedział. — Nam się tu też podoba.
— Mieszkacie jak w prawdziwym sadzie — ciągnąłem. — Te
drzewa takie dorodne i owoce, które na nich... dojrzewają.
Starszy pan roześmiał się.
— Ach tak! Widziałem jak pan rozmawiał z chłopcami. Chyba
już panu opowiadali o naszych sposobach.
— Nie, nic mi nie mówili, natomiast ja wpadlem fatalnie, po-
sądzając ich o zle zamiary względem tej jabłonki. Macie wspairalą
młodzież!
‘Starszy pan był wyraźnie rozbawiony.
— Jacy tam oni wspaniali — śmiał się. — Takie same urwisy
jak gdzie indziej. Tylko myśmy im wymyślili z tymi drzewami za-
bawę i ta zabawa się przyjęła. Niech pan siądzie, opowiem panu.
W ten sposób poznałem tajemnicę zdrowia drzewek owocowych
na osiedlu. A ponieważ jest to „tajemnica”, która doskonale może
się wam przydać, więc ją opowiem.
Zaczęło się od tego, że po wprowadzeniu się lokatorów do nowych
bloków komitet blokowy, rozmyślając nad przyszłym losem drzewek,
wpadł na doskonały pomysł. Zwołano wszystkie dzieci i ogłoszono:
Drzewka należą nie do dorosłych, lecz do dzieci i młodzieży. Dzieci
się drzewami opiekują i dzieci zbierają owoce. Owocobranie będzie
urządzane uroczyście i komitet dla grupy opiekującej się najlepszym
w tym roku drzewkiem funduje nagrody. Konkurs rozstrzygany
będzie w trzech kategoriach*: śliw, grusz, jabłoni. Specjalna ko-
misja decydować będzie, które drzewka otrzymują najwyższą ocenę.
Ilość owoców jest ważna, ale nie decydująca, najważniejsze jest
zdrowie drzewka, jego utrzymanie itd. — w regulaminie jest na to
szereg punktów.
— I jakże się to odbywa ? — zapytałem starszego pana. — Przecież
to jest dość skomplikowana sprawa.
— Nie taka znów trudna — odpowiedział. — Mamy wśród nas
ogrodników, którzy sobie z tym doskonale radzą.
32
— A owocobranie?
— Odbywa się zaraz po ocenie. W tym roku, jak przypuszczam,
zwycięży ta jabłonka. To było bardzo zaniedbane drzewko, ale teraz
zapłaci za opiekę nad sobą. Chodźmy do niej.
Podeszliśmy obaj do rozłożystej jabłoniy Trzy konary najbar-
dziej obciążone owocami wspane były na widełkowatych tyczkach,
pieii gładki i pobielony, jakieś dawne skaleczenie posmarowane
pastą ogrodniczą/
— Niech pan patrzy, jakie ma czyste liście. A owoce — bez
plamek, równe, duże. Ale jeszcze ze trzy tygodnie poczeka.
— A potem?
— Potem jabłonka będzie miała swoje święto. Tak, proszę pana,
to jest prawdziwe święto — drzewo pozbywa się ciężaru, wyprosto-
wuje gałęzie i aż do wiosny — odpoczywa. Musi pan wiedzieć, że
każde drzewko u nas ma swoje imię. To jest, o ile pamiętam, Jola.
Kiedy owoce dojrzewają, pewnego ranka obwiązujemy pień całym
rulonem czerwonej, karbowanej bibułki. Wszyscy od razu wiedzą:
Jola dostała dziś czerwoną spódniczkę — po południu ocena i owo-
cob ranie!
— I wszyscy’ przychodzą?
— Wszyscy. Do kina w tym dniu nie pójdą, telewizor}’ zamykają,
a zbierają się przy takim świętującym drzewku. Przynosi się drabiny,
kosze... zabawa jest na sto dwa. A kiedy ostatnie drzewko już odbę-
dzie swoje święto, komisja ogłasza wynik konkurencji i wtedy jest
w naszej świetlicy zabawa.
Opowiadał mi dalej rozmaite szczegóły, ale ja w tej chwili byłem
już myślami daleko. Przypomniałem sobie niektóre podwórka mię-
dzy naszymi nowymi, pięknymi blokami i westchnąłem:
— Żeby to tak wszędzie potrafili urządzić. Na pewno i trawniki
byłyby takie jak u was i lawTki na swroich miejscach i kosze do śmieci
nie uszkodzone.
— Tak — powiedział starszy pan poważnie — my prawie nie
mamy takich szkód na osiedlu. Te jabłonki, grusze i śliwy dają na-
szym dzieciom owoce, ale chyba i coś więcej, prawda?
— I ja tak myślę — odpowiedziałem idąc obok niego alejką
przez zielone podwórze osiedla, którego nazwy wam nic zdradzę,
chociaż nie mogę ukryć, że jest ono wr Warszawie.
Książka — 3
ODNALl^lONY l ROP Aiauj 5
ak bardzo chcicli jechać na obóz na
Wybrzeże, jak w zeszh-m roku Wtedy
bOo naprawdę wspaniale Kąpali się
u morzu1 Pływali statkiem! I widzieli
harcerski lągicwirc ,Za wiszą”. I od jednego z członków załogi
^Zaw.sn” J <ab na pamiątkę chustę, która teraz jest skarbem za-
stępu „Wilk *w”» przedmiotem zazdn4ci całej drużyny.
Aa tu na miesiąc przed u corocznym obozem raki zawód! Wyjazd
ru Opabacrzr ; Pt cc 10 komu?1 „Okularnik** próbował coś bąkać,
pip ru 1 enua. ze Opole, że powstania śląskie... Ale ten „Oku-
farrdk zu szc co< dziwnego wymyśli Zakrzyczeli go.
aes.ąc dzielący ich od obozu chłopcy łykali gorycz
w < bnues ra milczeniu. Aic tego ranka po przyjeździe do Opola
. W dkf’ n e rnogh juz dłużej panować nad sobą i wygarnęły dru-
h * draż •nowemu, co myślą Przecież tu okropne. Bo tylko morze!
A i&k me morze, to choćby góry, porządne, wysokie góry! No, niech-
by jeszcze zwiedzanie Warszawy albo Krakowa 2 Wawelem. Ale
tuuai pr7?jczdz-tk ? Po co?l po co?!
Drużynowy spokojnie zapytał, czy om, harcerze, nie zauważyli,
ze oda P >kka jest piękna i warta poznania. Trochę ich speszyły te
słowa. ale przecież me mogli się cofnąć. „Duży” krzyknął:
— E tam, co ciekawego! Uczyliśmy się geografii, to wystarczy!
Wtedy drużynowy uśmiechnął się, ale jakoś dziwnie, jakby
— Wydoje nu się, „Vt‘ilki \ że zgubiliście dóbr)’ trop.
Potem była zbiórki całej drużyny. Gra. Zastępami rozejść się
po rraeście. Kt ry zastęp zobaczy najwięcej ważnych i ciekawych
rzeczy, ten dostanie najwyższą punktacię.
Proszę bardzo Oni — jako harcerze — są zdyscyplinowani, więc
pójdą, zobaczą, n iwct najwięcej 7 >lxjczą 1 zanotują, bo przecież są
najlepsi u dru/snk, nie żrb> im s»ę tut ij spodobało — to nie-ma
Wlekli się nadbrzeżem. Zn wiiul w p i< 'r/u. tylkn od widy
ciągnął świeży wiew.
— O, tam barki pł>ną po Odrze’ — za-ruLU Szczurek*.
__ „Duży”! zastępowy! notuj — powwdz«b — Barki Odia.
_____ Co za upal, fajowo by było się teraz wyk pać — wahnął
„Picgas*.
— Takiś ty ! — warknął „Duży”. — Kąpać a»ę? Tuuj? Tylko
w mo .
_____ A ja gdzieś czytałem — wtrąci! niespodziewan.: „Okularnik” —
i widziałem fotografię... Tu, w Opolu, jest najpiękniejsza w Hubce
pływalnia .. podobno jedna z piękniejszych w Europie. Może tam
pójdziemy...
— „Okularnik'’, „Okularnik’1, nie narażaj mi się — pcwurdzbl
„Duży”. Ale zanotował, pływalnia. Bo przecież „Wdk mmaaly
mieć najwięcej punktów.
Stanęli
— A może i to zanotować? — spytał „Szczurek — Co to za
gmaszysko wielkie?
— Nie widzisz? Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej
— Yhy... Ale wieża tam, za gmachem, osobno stoi ?
— Jakby jakiegoś zaniku...
— „Okularnik1, może wiesz? — zakpił „Duży’’.
I „Okularnik” — coś takiego! — wiedział.
— To Wieża Piastowska. Od zamku. Bo Prusacy zamek roze-
brali, tylko wieża ocalała. O, widzicie, jakie gruba^ne mury po-
wiedział.
Obiegli basztę naokoło. Drzwi! Zamknięte1 Żelazna klamka
ugięła się pod naciskiem kilku niecierpliwa ch rąk. Ciężkie, ukute
drzwi otworzyły się ze skrzypem. Powiało chi dem» wilgocią, Jaw-
nością.
Wchodzimy? Przez jedną chwilę zawahali się Ale juz dudniąc
butanu biegli po drewnianych schodach coraz wyżej, coraz wyżej,
ufff! ufff! — łapali oddech. stawali i znów biegli. Z otworu na górze
mżyła łagodna, rozproszona poświata.
I nagle — z rozbiegu, jeden po drugim — wypadli z tri miękkiej
szarości na zalany słońcem ganek, dmlający ssccyt wieży Na chwilę
zasłonili oczy’, a potem ..
— O Wy, ale stąd u idąc .
— Druhowie koledzy pcw<
— Macic 14 mole? /d(ęb<ier
przeMOArnui uernentu luzrni.
Nk me rozumich
— Z cementowni ,Lklra
— O, urn, gdzie te wielkie kominy . U
l «*ruę NnfbhlKR droga -
druh drużynowy, to rcwu tinttywy
Glos zamiera „\X ilkom w gardle. Dobrze, źe opolski harcerz za-
czyna sam pytać.
I nagle... Strażnik śmieje się, kiwa głową, idzie do szafeczki
— Hura! Jest! jest! jest!
— Zapylona była — mówi strażnik — tom ją strzepnął i schował.
Myślę sobie: skądże się taka wzięła?
Dobrze jest krzyczeć, śmiać się, dziękować, mówić, że wszędzie
są przyjaciele.
Po skończonej grze wszystkie zastępy składały meldunki. Oka-
zało się, że napiawdę najwięcej rzeczy widziały i najwięcej punktów
zdobyły „Wilki”. Drużynowy popatrzył na nich długo, uważnie.
„Duży zaczerwienił się trochę, spuścił głowę i zapylał:
— Druhu drużynowy... czy... trafiliśmy na dobry trop?...
Wtedy ilki” zaczęły krzyczeć jeden przez drugiego:
— Opole jest piękne! Naprawdę piękne!
Tylko „Okularnik” niespodziewanie powiedział:
— Cała Polska jest piękna.
Bo ten „Okularnik” nie wiadomo dlaczego zawsze powie coś
inaczej.
KAKTUS NA DŁONI / Danuta Bieńkozuska
araz po zbiórce „WyChowaniec” kazał
Wojtkowi i „Bani” dobrać sobie ko-
lejno graczy do drużyn, które miały
rozegrać mecz siatkówki. Obaj chłop-
cy wyskoczyli przed dwuszereg kolegów: imiona posypały się jak
kule z rozpylacza. Znali się przecież świetnie, wiedzieli, kto umie
serwować, kto ma zryw i serce do gry, a kto patalaszy, snuje się po
boisku jak mucha po miodzie albo myśli, źe jest jeden pod siatką
i nigdy nie poda piłki koledze. Imiona ich padały na końcu, no bo
przecież wszyscy musieli grać. Nikomu nie było przyjemnie znaleźć
38
*
się na ostatku, lecz nie lobiono z tego tragedii, wiadomo przecież,
źe kapitan chce dobrać sobie jak najlepszych graczy. Każdy by po-
stąpił tak samo. x
Każdy, ale nie „Bania”, który ku ogólnemu zdziwieniu zaraz
po przywołaniu dwóch piłko wych asów* wezwał i Julka, chociaż
nikt go u siebie mieć nie chciał, Traktowano go jak ostatnią kartę
w grze w „durnia”: przegrywał ten, kto z nią został.
Julek sądził, że się przesłyszał, i stał dalej w miejscu, tak że „Ba-
nia” musiał powtórzyć wezwanie. Wtenczas dopiero Julek podszedł
do tamtej trójki bynajmniej nie ucieszony wyróżnieniem, bo podej-
rzewał, że znowu zechcą mu zrobić jakiś kawał. Od początku roku
płatano mu psie figle. Co prawda Julek ściągał je na siebie jak pio-
runochron gromy. Przyszedł do siódmej klasy z innej szkoły i od razu
podpadł kolegom. Zjawił się bowiem w przyciasnym ubraniu, ale
za to w kołnierzu a la Słowacki, co wydawało się tym śmieszniejsze,
że był grubawy, niezgrabny, twarz miał pyzatą i czerwienił się jak
piwonia z byle powodu, a co gorsza odzywał się w takich chwilach
cieniutkim głosem pierwszoklasisty i kolebał się z nogi na nogę.
Po każdej takiej konfuzji* biegł na przerwie do szkolnego kiosku
i kupował sobie pączka na pocieszenie, ale nie dane mu było go
spałaszować, bo koledzy ze śmiechem dopominali się o jeden kąsek
i wyrywali mu go z rękj. Stał wówczas zdziwiony na korytarzu,
chociaż zdarzało mu się to tak często, że powinien był albo zmienić
taktykę, albo przywyknąć do takiego postępowania. On jednak stał
nieruchomo, ze spuszczonymi rękami, póki nauczyciel nie powie-
dział, żeby trochę się rozruszał podczas przerwy. Koledzy mówili,
że „Julek stoi na pomniku” albo że „wieszcz* układa poematy’'.
Można by powiedzieć, że wszystko obracało się przeciw niemu.
Pod koniec drugiego okresu pani od polskiego dala na klasówce
dwa tematy: jeden z „Pana Tadeusza”, drugi wolny. Cala klasa,
spodziewając się pierwszego tematu, obkuła się na blachę, niektórzy
uzbroili się nawet w ściągi, więc jak jeden mąż rzucili się na Mickie-
wicza. Tylko Julek rozpisał się o niebieskich migdałach i koszałkach
opałkach. I to na osiem stron! A pani polonistka na następnej lekcji
sama odczytała jego pracę, dopatrując się w niej oryginalności są-
dów, precyzji* wysłowienia, ba, nawet literackiego polotu*. Dziew-
czętom podobało się to jego liryczne* zwierzenie, ale chłopcy wzięli
go na ząb. Zaczęli niby go chwalić.
39
uśmiechał
f
— Slicznieś to napisał. Trele morele.
— Niech mnie komar zdepcze, jeślim słyszał coś lepszego.
— O, cie Florek, mamy własnego wieszcza!
— Będą musicli szkołę o pięć lat przedłużyć, żeby młodzież
w przyszłości mogła poznać twoje klasyczne dzieła.
Julek stal jak niepyszny, ze spuszczonymi rękoma, i
się z wysiłkiem. Od tej pory nie zgłasza! się podczas lekcji, unikał
rozmów z kolegami, i. Dopiero w kwietniu nie wytrzymał, gdy ktoś
przy tablic}' biedził się nad zadaniem z geometrii.
— To przecież proste! — powiedział z ostatniej ławki.
Nauczyciel wezwał go do pomocy. Julek spokojnie rozwiązał
zadanie, wyjaśnił wzór, zaproponował zastosowanie innego, jeszcze
prostszego i z taką swadą* mówił, że widać było, jak świetnie opa-
nował przedmiot. Koledzy jednak znowu wzięli go w obroty.
— Po coś się wyrwał? Przez ciebie Maciek dwójkę złapał! A byłby
się jeszcze doczekał czegoś lepszego!
Julek nie odpowiedział, choć oczywiście nie chciał szkodzić
Maćkowi ani się podlizywać. Po prostu skupił się na tym zadaniu
i przestał widzieć wszystko inne. Taką już miał naturę, a może przy-
zwyczajenie, bo od dziecka uczył się w trudnych warunkach: mie-
szkał z dwojgiem młodszego rodzeństwa w jednym pokoju, więc
zazwyczaj kul w hałasie, który mu zresztą nie przeszkadzał, bo Julek
potrafił się ze wszystkiego wyłączyć i, pochylony nad książką, zapo-
minał o calvm świecie. Matka mówiła, że nawet trzęsienie ziemi
nie oderwałoby go od lektury; po prostu by go nie dostrzegł. Na
spacerze również nie zwracał uwagi na drzewa, kwiaty, domy: szedł
ze spuszczoną głową i myślał o czymś, co mu w danej chwili zdawało
się niesłychanie ważne. Czy taki chłopak mógł kiedykolwiek dobrze
grać w siatkówkę?
I tym razem wcale się nie popisał. Drużyna „Bani” przegrała.
Julek nie był tego jedynym powodem, ale na niego spad! gniew
kolegów.
-I po coś go brał? — wymawiał „Bani” jeden z asów prze-
bierając się w szatni.
— Z takim to można wygrać, jak mnie żółw kopnie!
„Bitnia” niby nie słyszał, ale gdy mu się sprzykrzyło, dźwignął
się z ławki, wymownym ruchem podciągnął rękawy swetra i oświad-
•10
— A ja wam mówię, że z Julka jeszcze będzie gracz!
Chłopcy wyruszyli tylko ramionami, bo nikt nie cheiał zadzierać
z „Banią”, dryblasem najwyższym w klasie, który od brata nauczył
się dżudo1 i każdego rozkładał w okamgnieniu. „Bania” zaś po lek-
cjach zbliżył się do Julka i powiedział:
— Słuchaj no, zapytaj w domu, czy ci pozwolą pojechać ze mną
w sobotę do mojej babki, mieszka w osiedlu kolejowym. Zostali-
byśmy na niedzielę. Tam jest ogród, są króliki i w ogóle jest bry-
lantowo.
Julek przez chwilę stal niemy, jakby słowa „Bani” wcale do niego
nic dotarły. Ale i „Bania” się nie śpieszył. Powiedział dla zachęty:
— Domek nie jest duży, ale na górce ma osobny pokój, taki
dla gości. Jak otworzyć okno, to bzy wchodzą do pokoju. Cześć
stary, do jutra!
W sobotę pojechali razem zaraz po obiedzie. W pociągu był tłok,
więc nie potrzebowali ze sobą rozmawiać. Kiedy jednak znaleźli
się na małej stacyjce, obrośniętej bzem i kasztanami, Julek postanowił
nawiązać rozmowę, ale każdy początek wydawał mu się sztuczny
i po prostu śmieszny. Wzdychał więc tylko z irytacji na samego
siebie i szedł obok „Bani” długim krokiem, który go trochę męczył,
przywykł bowiem dreptać jak pingwin. „Bania” także milczał aż
do domu i był trochę zły, że ściągnął sobie gościa na niedzielę. Ale
gdy babka wyszła im na spotkanie, zaraz wszystkim zrobiło się wesoło.
Nie wyglądała wcale na swoje lata i miała coś takiego w sposobie
bycia, że każdemu zdawało się, że zna ją i lubi od lat. Podwieczorek
czekał już w jadalni, a co ważniejsze, wcale go nie trzeba było od-
siadywać. Babka powiedziała, żeby zaraz pognali do lasu, bo szkoda
marnować popołudnie.
Poszli więc. A las byl stary, mieszany, w stu odcieniach zieleni,
pachnący wiosną, pełen śpiewających ptaków. Julek nigdy nie byl
w lesie o tej porze roku, nigdy nie otwierał oczu na jego urodę. I aż
się zachłysnął szczęściem biegając po mchu, omijając wątłe zawilce
i spóźnione, wyblakłe przylaszczki. Zdawało mu się, że wszystko,
co dotąd przeżył, jest niczym w porównaniu z tym wiosennym zme-
1 Dżudo — forma sportowa dżiu-dżitsu, starego japońskiego systemu walki
z ^paśniczej; sztuka samoobrony za pomocą wielu chwytów obezwładniających przeciw-
nika.
41
rzchem, kiedy zziajani wracali powolnym krokiem do białego domu
o zielonych okiennicach. Idąc wzięli się za ręce i wymachiwali nimi,
póki nie przyszło im na myśl, że tylko dzieci w ten sposób okazują
swą radość.
Wcześnie poszli spać do pokoiku „wygospodarowanego’5 na stry-
szku. Mieściły się tu tylko dwa drewniane łóżka z siennikami wy-
pchanymi słomą, która pachniała wsią i latem, i przygodą. Otworzyli
szeroko okno. Bzy sięgały parapetu. Julek wychylił się nieco i patrzył
na ciągnące się daleko ogrody, w których kwitły krzewy i drzewa.
Lekki powiew wiatru przynosił pomieszane zapachy7, słowiki śpie-
wały za altanką, wieczór jeszcze był jasny, jakby7 przezroczysty i pe-
łen takiego uroku, że chciałoby się go zatrzymać na zawsze, a przy-
najmniej utrwalić jego wspomnienie.
„Bania’5 mył się i prychał nad miednicą, ale plusk wody, stukot
przestawianych przedmiotów był Julkowi szczególnie miły, przy-
pominął nieustannie o obecności chłopca, który okazał mu przyjaźń.
Chociaż pewnie to za wielkie słowo. Julek jednak tak bardzo chciał
mieć prawdziwego przyjaciela, że nie wahał się tak nazwać „Bani”
pod wpływem czarownego popołudnia, jakie spędzili razem.
— Kładź się, Julek! — napominał go tamten. — Mam cudowny
pomysł na sen, muszę się śpieszyć, żeby nie zapomnieć.
Nazajutrz wstali rano, wylecieli na dwór. Teraz dopiero Julek
zauważył, ile kwiatów było we wszystkich kolejarskich ogródkach,
jak starannie uprawiano tu każdą piędź ziemi. Już od rana kręcili
się w nich ludzie.
„Bania” jednak nie pozwolił Julkowi gapić się na kwiaty. Zaraz
po śniadaniu wziął piłkę i powiedział, jakby to już było dawno usta-
lone:
— Idziemy ćwiczyć.
Poszli na łąkę, gdzie tutejsi chłopcy zwykle grali w kopańca,
lecz o tej porze nie było nikogo, rosa leżała na młodej trawie i zło-
ciły7 się mlecze. Przez dobrą godzinę ćwiczyli serwy7, podania i ścięcia,
bez powodzenia zresztą, bo Julek, jak wybił pilicę to Panu Bogu
w okno, a kiedy miał ją podać, to zawsze w tamtą stronę, gdzie nikt
na nią nie czekał. Umordował się strasznie, spocił, aż wreszcie dał
za wygraną: siadł pod brzozą i wyciągnął nogi. . ,
______ Kaktus mi prędzej na dłoni wyrośnie, niż nauczę się grac
w siatkówkę — powiedział drwiąc z siebie.
42
— Rok na nią czekałem,
„Bania” także usiadł i obracał w rękach piłkę, jakby chciał się
przyjrzeć jej wszystkim szwom. Była nowa, z dobrej skóry, starannie
wykonana.
— Dostałem ją od ojca — powiedział. — Rok na nią czekałem,
może więcej. No i ojciec mi ją dał na imieniny.
Julek dopiero teraz uświadomił sobie, że nie pamięta, jak „Bania”
ma na imię. Ale nie wypadało się zapytać. Więc tylko przeciągnął
się, aż mu w kościach łupnęło, i położył się na trawie. Widział nad
sobą niebieskie, dalekie głębie, po których wiatr przeganiał strzępy
chmur. Pomyślał, że nie ma nic milszego nad takie leżenie.
— A wiesz — podjął „Bania”, wciąż oglądając piłkę — że Kus >-
ciński, no, ten sławny biegacz, dlatego właśnie zaczął ćwiczyć, że
w biegach był zupełnie do kitu. A Krzyszkowiak także z początku
miał takie wyniki, że wstyd o nich mówić. Dopiero później stał
się znakomitym biegaczem.
Nagle zerwał się, jakby jakaś sprężyna podrzuciła go w górę.
— Chodź, pójdziemy nad jezioro. Umiesz puszczać kaczki?
Jeziorko leżało w dole wśród bukowych lasów, brzegi miało
bagniste, porosłe trzciną i tatarakiem. Tylko w jednym miejscu
czysta woda podpływała ku piaskom i stąd można było puszczać
kaczki. „Bania” wyszukał kilka płaskich kamieni, nie za małych,
nie za ciężkich, w sam raz takich, żeby z dziesięć razy podskoczyły
na migocącej tafli jeziora.
Julek nawet nie próbował tej sztuki. Siedział na pieńku i rozcie-
rał w palcach łodygę pachnącego tataraku.
„Bania” znudził się zabawą i siadł kolo kolegi. Przez chwilę
patrzyli na kajak, którym ktoś płynął pod przeciwległym brzegiem.
— Wiesz co? — powiedział „Bania” całkiem nie na r mat.
Ja to cenię ludzi, którzy potrafią być tym, czym zechcą.
— Myślisz, że dużo jest takich? — wzruszył ramionami Julek.
Owszem, w książkach. — I tu zaczął wyliczać przykłady. Rozgadali
się o ulubionych bohaterach, o telewizji, o sławnych ludziach. I do-
piero w czasie tej rozmowy Julek pozbył się przykrego uczucia,
że „Bania” nad nim góruje. Mówili jak równy z równym. A tak
w ogóle to była cudowna rozmowa. Ani się spostrzegli, kiedy trzeba
było iść na obiad.
— Do jutra, stary, i dziękuję ci za wszystko — powiedział na
dworcu „Bania”.
43
— Niedziele powinny być dwa razy dłuższe niż inne dni ty-
godnia — stwierdzi! Julek.
— Czekaj — „Bania” złapał go za ramię. — Weź tę piłkę i poćwicz
u siebie na podwórku. Solidnie, z godzinę.
Pociąg wjechał na stację, więc nie było czasu na dyskusję. Z piłką
wskoczył do przedziału i dopiero siadłszy na ławce pomyślał, że prze-
cież ćwiczyć nie będzie i ani mu w głowie ta cała siatkówka. Z dru-
giej jednak strony wstyd mu było „Bani”, który na pewno nie bez
żalu pożyczył mu piłkę. I który cenił tylko takich facetów, co potrafią
się przełamać.
Najgłupiej wszakże poczuł się w domu, kiedy brat i siostra jęli
go pytać, skąd ma piłkę, czy zamierza naprawdę grać w nią na po-
dwórzu i czy nie myśli wstąpić do kadry narodowej. Nawet mama
uśmiechała się jakoś dziwnie, choć nie powiedziała ani słowa. Wiadomo
bowiem było wszystkim, że Julek sportu nie lubi, na dwór wychodzi
niechętnie i rad by cale życie przeleżeć z książką na tapczanie, po-
gryzając słodycze. Więc właśnie im wszystkim na przekór postanowił
zmienić obyczaje.
Co dzień po lekcjach, zanim mama podała obiad, ćwiczył na po-
dwórzu sam, później z bratem. Po kilku dniach znalazło się więcej
amatorów i zaczęli rozgrywać prawidłowe partie siatkówki. Czynili„
to nawet z takim zapałem, że rodzice po kilka razy musieli przywoły-
wać ich do domu, bo przecież trzeba i lekcje odrobić. Julek grał
nienadzwyczajnie, ale nie miał się też czego wstydzić. Zauważono
to i w szkole. Gdy jednak przyszło do ustalenia składu drużyny,
która miała grać na zawodach szkolnych, koledzy nie chcieli za nic,
żeby Julek wszedł do niej. On sam się zresztą do tego nie palił. Byl
szczęśliwy, że przestał być pośmiewiskiem.
„Bania” jednak uparł się, żeby Julek grał w reprezentacji* klasy,
i nawet posprzeczał się o to z kolegami.
— Jeśli go nie weźmiecie, to i ja nie będę grał.
Groźba b}la poważna, bo trudno o lepszego gracza niż „Bania .
— Dlatego, że się z nim przyjaźnisz, mamy przegrać z Be-cia-
kami? , .
_____ Od takiej przegranej buda się nie zawali — stwierdził „Bania”
z olimpijskim spokojem. — Wolę Julka od Wojtka, który na tre-
ningi* nie przychodzi i w ogóle ma muchy w nosie.
Wojtek się obraził, a jego przyjaciele poszli na skargę do „Wy-
Chowańca”, który przecież miał ostatnie słowo w sprawie składu
drużyny. Ale i on stanął po stronie Julka.
_____W sporcie nie najważniejsza jest wygrana — powiedział ku
zdumieniu chłopaków. — Zresztą, kto wie, może Julek okaże się
naprawdę dobrym graczem. Ma mocne uderzenie, jest koleżeński,
opanowany...
Wtedy poszli wprost do Julka. Otoczyli go ciasno, powiedzieli
z zaciętymi minami:
• ___ Sam się wycofaj dla dobra klasy!
Julek stal z opuszczonymi ramionami, czerwony, doprawdy nie-
szczęśliwy. I byłby się najchętniej wyrzekl siatkówki na cale życie,
gdyby nic natknął się na wzrok „Bani”, który przecież liczył na niego,
który byl jego prawdziwym przyjacielem. Julek zaczerpnął tchu,
podniósł rękę, aby odsunąć zagradzających mu drogę kolegów, i po-
wiedział twardo:
— Ani myślę!
A było coś takiego w jego glosie, w jego spojrzeniu i postawie,
że chłopcy rozstąpili się i pozwolili mu podejść do „Bani . Kto
tam może wiedzieć, do czego zdolny jest taki uparciuch?
TORT ORZECHOWY / Irena JurgielewiczotM
/Fragmenty/
reszcie wibrujący dźwięk dzwonka
przenika mury, budząc zatajone wes-
tchnienia ulgi i oszałamiający wybuch
gwaru. (...) Koniec! Koniec! Idzie
się do domu!
Dla Inki nie jest to dzisiaj ważne, za chwilę odbędzie się przecież
rozmowa o andrzejkach! Pakuje szybko torbę i już jest przy Marcie,
Celina wpisuje jakąś notatkę do brulionu, daje znaki, że zaraz nad-
ciągnie, Dosia i Ala już są, a gdzie Jola?
45
Idę! woła Jola — przepychając się wśród chłopców między
ławkami. — Zostajemy w klasie?
— Zostajemy — decyduje Celina.
W klasie już pusto. Przysiadają na pulpitach, Maila, Inka i Jola
patrzą na Celinę, tak jakoś już jest, że „przewodnictwo” każdej waż;-
niejszcj rozmowy należy do niej. Dosia nie czeka jednak:
Rozmawiałam wczoraj z mamą... mama mówi, że zamiast
ciastek...
— Zaraz! — przerywa Celina. — O ciastkach później. Przede
wszystkim podział ról, co kto robi, mamy tylko dwa dni. Składka,
przytaszczyć patefon i płyty, ja patefonu nie mam...
— Ja mam — wtrąca Dosia. — Przyniosę.
— Dobra — kwituje krótko Celina — poza tym wosk (z wo-
skiem będzie bieda, trudno dostać), wybrać książki, kupić ciastka.
— Jakie książki? — zdziwiła się Inka.
— Do „wróżenia”. Mówi się stronę i który wiersz, i czyta się,
co wypadnie.
— Czasem jest tak zabawnie, że można umrzeć ze śmiechu —
wtrąca żywo Marta. — A jeśli jeszcze ktoś odczytuje tak świetnie
jak Jola...
— Mogę odczytywać! — uśmiecha się Jola. — Książki dobie-
rzemy razem z Celiną.
— Książki odfajkowane — stwierdza Celina. — Kto zbiera
składkę i kupuje jabłka i ciastka? Inka z Martą?
— Poczekaj! — protestuje Dosia. — Dlaczego wiecznie ciastka
i jabłka? Mogłybyśmy kupić pomarańcze, zrobić tort, na przykład
orzechowy. Moja mama ma doskonały przepis. Z czekoladową po-
lewą.
— Słuchajcie, to jest pycha! — woła Ala. — Robimy tort! Dośka,
pomogę ci!
— Będziemy piec u mnie w domu — decyduje Dosia. — Ale
orzechy, czekoladę trzeba kupić jutro. Orzechów musi być pół kilo
bez łupin.
— No, to kupimy, wielka rzecz! — Ala jest pełna entuzjazmu*
dla tortowej imprezy*. Jola, Marta i Celina nie zdają się jednał,
tego enmrjazmu podzielać, rozgwar ustępuje milczeniu. Inka uświa-
damia sobie, że prawdziwego orzechowego tortu nie jadła nigdy
46
w życiu. „To musi być coś wspaniałego! — miałaby chęć westchnąć —
ale przecież...”
— Ja bym była za ciastkami — mówi sztywno Celina.
— Ja też! — dołącza się Marta.
— A ja mam ciastek potąd! — oświadcza Dosia, chwytając się
ręką za gardło, co wyraziście oznacza, jak dalece ciastka jej obrzydły.
Ince robi się nieswojo. Fakt, że jej samej ciastka nie przejadły się
ani trochę, że — przeciwnie! — marzy o nich — wydaje jej się nagle
czymś upokarzającym.
— Ja także uważam, że ciastka cukiernicze są do niczego —
popiera przyjaciółkę Ala. — Tort lepszy sto razy.
— Możliwe — mówi chłodno Celina. — Ale bardzo drogi. Tak
samo jak pomarańcze.
— Przesada! — Dosia lekceważąco wzrusza ramionami. — Ro-
biłam obliczenia z mamą. Razem z pomarańczami wypadnie po
czterdzieści złotych.
— No właśnie!
— Nie możesz wydać na zabawę czterdziestu złotych? — Oczy
Dosi robią się okrągłe ze zdumienia. — Przecież to śmieszne!
— Nie chodzi o mnie — Celina jest wyraźnie rozdrażniona. —
Chodzi o innych!
— Naprawdę uważacie, że czterdzieści złotych to dużo? Na-
prawdę? — Dosia przygląda się koleżankom tak uważnie, jakby
je miała pierwszy raz przed sobą. Chwila ciszy — i zabiera głos
Jola:
— Mniejsza o pieniądze, to głupstwo — Inka czuje, że Jola,
zwykle taka bezpośrednia i swobodna, jest teraz jakby skrępowana.
— Tylko czy teraz można dostać orzechów? Zdaje mi się, że nie.
— Nie bój się... — mówi Dosia. — Kto ma pieniądze, ten ma
wszystko.
— Słuchaj, Dośka...
Głos Martyd Inka rozprostowała się, Dosia usłyszy wreszcie, co
jej się należy. „Gdyby Dosia robiła grymasy, to się ją unieszkodliwi”
— tak przecież Marta zapowiedziała.
— No co? — przerywa Marcie Dosia, śmiejąc się nieprzyjem-
nie. — Rodzice pożałują ci czterdziestu złotych, tak?... Jedynaczce?
Nie udawaj!
— Oczywiście, że nie pożałują.
47
— Więc o co ci chodzi?
Marta czerwienieje, zaciska z gniewem wargi... I już nic, ani
jednego słówka?... Któż więc kogo „unieszkodliwił”? „Marto, dla-
czego tak? — myśli Inka w rozżaleniu. — Dlaczego?”
— Słuchajcie — odzywa się sucho Celina — dość gadania, szkoda
czasu. Głosujemy i koniec.
— Ja jestem za tortem i pomarańczami — podnosi rękę Dosia.
— Ja też! — dodaje natychmiast Ala.
— Jak tort to tort, nie lubię się kłócić — mówi Jola. Brzmi to
niedbale, ale Inka wy czuwa w jej glosie coś sztucznego, jakby Jola
nie była pewna siebie.
— Marta? — pyta Celina — a ty?
— Ach! — lekceważąco macha ręką Marta. — Wszystko mi
jedno. Może być tort.
— Brawo! — wesoło woła Dosia. — Cztery głosy „za”. Nic
pożałujecie!
— Ale chyba twoja mama nam pomoże? — zaniepokoiła się
nagle Ala.
— Oczywiście!
— Słowem wydać trudno orzechowego tortu kolor i woń cudną...
— błaznuje Jola. Dziewczęca uśmiechają się, zły nastrój zdaje się
zanikać. Marta wypytuje Dosię o płyty, Celina ustala godzinę roz-
poczęcia zabawy.
— Lecimy! O reszcie pogadamy jutro — zdecydowała Celina. —
Cześć! — I puściła się pędem przez korytarz. (...)
Jeszcze niedawno, najdalej przed tygodniem, Inka mówiła Mar-
cie, że od czasu, kiedy Michał jest w sanatorium, w ich domu zrobiło
się tak krucho z pieniędzmi jak nigdy. Zdawało się, że Marta tym
się przejęła, parokrotnie dopytywała się o Michała bardzo serdecz-
nie. A dzisiaj?... Zrobiła małą próbę, żeby przeciwstawić się Dosi,
i natychmiast się wycofała.
— I co teraz mam zrobić? — myślała bezradnie po małej chwili
Inka. — Skąd wziąć czterdzieści złotych na cztery dni przed pierw-
szym? Poprosić mamę?... Od paru dni nie jada obiadów w domu,
mówi za każdym razem, że jadła w barze mlecznym, to oczywisty
wybieg. (...)
W godzinę potem Inka usłyszała energiczny dzwonek. W progu
stała Marta. Inka nie spodziewała się jej tego popołudnia, a że żal,
48
zręcznym milczeniem.
— I co masz taką minę? — roześmiała się beztrosko Marta. —
Można wejść?
— Wejdź — opanowała się Inka.
— Nie przepisałam z tablicy zadania z fizyki — wyjaśniła Mar-
ta. — Musisz mi dać.
Weszły do pokoju, Inka sięgnęła po zeszyty.
— Wiesz, co mi przyszło do głowy? — zaczęła z ożywieniem
Marta, nie poświęcając zeszytowi uwagi. — Byłoby zabawnie, żeby
na te andrzejki napisać jakieś wierszyki, zagadki... Jak myślisz?
Muszę pogadać z Jolą, ona potrafi takie rzeczy. Ale ty wcale nie
uważasz.
— Uważam.
— Jesteś jakaś dziwna.
— Wcale nie.
— Zdawało mi się — uspokoiła się Marta. — Najlepiej, żeby
te zagadki były o nas... Jola bywa dowcipna, pośmiałybyśmy się!
— Tak...
— In?
— Co?... Masz, przepisz sobie to zadanie.
Marta nie sięgnęła jednał; po zeszyt, z zastanowieniem wpatry-
wała się w przyjaciółkę.
— Inka, o co ci chodzi? Można by pomyśleć, że się wcale na te
andrzejki nie cieszysz, że cię to nic a nic nie obchodzi.
Inka milczała. Znalazła już wyjście ze swej sytuacji, ale teraz,
gdy trzeba było to postanowienie oznajmić, poczuła, że dławią ją
łzy. Przez chwilę bawiła się frędzlami serwety, a wreszcie nabrawszy
pewmości, że zapanuje już nad swoim głosem, rzekła sztywno:
— Bo ja nie będę na tych andrzejkach.
Tak właśnie sobie przed przyjściem Marty postanowiła. Trudno.
Zostanie w niedzielę w domu, a Jola, Dosia, Celina, Marta będą
się wesoło bawić. Trudno — powtórzyła w myśli, starając się zacho-
wać obojętny wyraz twarzy.
— Jak to? — zakrzyknęła Marta. — Dlaczego?
— Pojadę w niedzielę do Michała.
— Przecież do tej pory jeździłaś do niego w czwrartki.
— Ale teraz... teraz składa się inaczej!
Książka - 4
49
te-*
Nie... — powtórayla z rezerwą Inka. — Nic potrzeba mi
prezentów.
— Więc czego? — rozgniewała się Marta. — Nie rozumiem!
— No właśnie. Nie rozumiesz.
— Słuchaj! — Próbowała jeszcze raz Marta. — Chcę, żebyś
była na tych andrzcjkach! Chcę koniecznie!
A myślisz, że ja nie chcę? — szepnęła cicho Inka, nie patrząc
na przyjaciółkę. — Jeszcze jak! Ale cóż z tego?
Źle Marcie szło odrabianie lekcji tego popołudnia. Przerywała je
i gapiąc się rui stojącą na stole lampę, wracała myślami do rozmowy
z Inką. Nic mogła pogodzić się z tym, co zaszło. Dlaczego Inka od-
rzuciła jej pomoc? Dlaczego jej „nie rozumiesz” brzmialo jak wy-
rzut? Czy to sprawiedliwie? Przecież ona, Marta, chciala jak najle-
piej! Więc?
W końcu zmęczona myślami zadzwoniła do Celiny.
— Celina?
— No?
— Jestem wściekła na Inkę.
— Z powodu?
— Po wi ęd 7. i a 1 a, że nie będzie na andrzejkach, bo musi jechac
do brata, wiesz, tego, co w sanatorium. Domyśliłam się, że to lipa —
po prostu nie ma forsy i koniec. Więc mówię, że jej dam, że to moje
własne pieniądze, nie żadna pożyczka, tylko prezent. A ona - za
nic. Uparła się jak osioł. Czy to nic głupie ?
— j4ie — odrzekla Celina.
W telefonie zaległa nagła cisza. .
— Tak to > — odezwała się Marta, ochłonąwszy ze zdumienia.
_ Żebyś widziała jej minę. Zachowała się, jakby miała do mnie
P ____ Widocznie oczekiwała od ciebie innej pomocy.
Gelma me oopo trudno 0 pieniądze. (
Z S nie byd, M. i
na andrzejki 1 Nie masz jakiego pomysłu ?
i-. ..inna- W
muc jest Ince potrzebna.
— Innej ? Jakiej ? Nie rozumiem
Celina nie odpowiedziała na
— Kto wie, czy i _
— Celina! Tak przecież me
Na drugi dzień, zaraz po pierwszej lekcji, Celina i Marta zawo-
łały Dosię, Alę, Jolę i Inkę.
— A ja po co ? — cicho odezwała się do Marty Inka. — Przecież
ci mówiłam, że w niedzielę...
— Co ci szkodzi, chodź!
— Słuchajcie — powiedziała Celina nieco sztywno. — Muszę
wam powiedzieć, że mogę dać na andrzejki tylko dziesięć złotych,
jak w zeszłym roku.
— No wiesz! — oburzyła się Dosia. — Przecież wczoraj...
— Trudno, nie stać mnie — dokończyła Celina z zupełnym
spokojem.
— Co do mnie... — Marta zawahała się przez chwilę, ale zaraz
powiedziała całkiem gładko — moja mama jest zdania, że dziesięć
złotych powinno mi wystarczyć.
Dosia obrzuciła buntowniczki oburzonym spojrzeniem:
— Jak sobie chcecie, mogę tortu nic robić, nie zależy mi. Mogę
w ogóle na te andrzejki nie przychodzić
— A ja myślę, że przyjdziesz — rzekla Celina. — Przyjdziesz
i będziesz wesoła i mila... tak jak nieraz potrafisz.
— No, nie wiem — rzekła Dosia nieco udobruchana.
— Słuchajcie! — zawołała Jola. — Ja zamawiam napoleonlu!
Po lekcjach Inka z Martą wyszły ze szkoły razem. Długi czas
nic mówiły nic. Inka czuła lekkie ściskanie w gardle.
— Inka... — szepnęła wreszcie Maila.
— No?
— Wiesz, wczoraj... zachowałyśmy się jak stado baranów. Ale
teraz... Nie pojedziesz do Michała, prawda?
— Pojadę — w glosie Inki brzmiala stanowczość.
— Inka? — przestraszyła się Marta.
— Pojadę w czwartek — uśmiechnęła się do przyjaciółki Inka.
KOI. I Dz.Y LdU.i ITuśwh Au
ędrck rozglądał się po nowej klasie
śmiałymi, błyszczącymi oczami. Byl
przekonany, że niebawem znajdzie
przyjaciół. I rzeczywiście tak się stało.
Znalazł nie ty lko nowych, ale przede wszystkim starego przyjaciela,
Genka Skuddskiego.
Jędrek m iżc się tego trochę spodziewał, że kiedy przyjedzie do
arszawY, to odnajdzie Genka — ale dla Genka to była prawdzi-
wa niespodzianka! Towarzysz wakacji, o którym myślał, że zobaczą
się dćptcro w przy szłym roku, stoi oto w klasie, pod kremową ścianą,
na wprost okna, żywy i prawdziwy, najprawdziwszy w święcie!
Rozumiało się samo przez się, ze będą razem siedzieli. Geniek
zapytał przyjaciela:
— Skądcś się tu wziął?
Jędrek , wziął się” tu w sposób bardzo prosty — przyjechał do
wuja razem z matką.
______ Matka dostała pracę, więc już tu zostanę. Tylko nic wiem
— mówił — jak ja sobie poradzę z nauką, bo dwa miesiące wcale nie
chodziłem do szkoły ani tu, ani tam. Jeszcze nie wiadomo było,
czy miniemy. czy wrócimy, i tak jakoś zeszło. Trzeba będzie do-
pędzić ale ja dopędzę — zapewnia! śmiało swoim zwykłym to-
nem. "mrużąc oczy i uśmiechając się. Mimo to wydawał się Gen-
kowi jakiś odmieniony, mniej imponujący* nu dawniej, stanowczo
nU1p!»da2’nwS Jędrek szczypał Genka w momentach, kiedy me
rozumiał wykładu, i zadawał mu pytania.
Geniek z początku odpowiadał, ale po pewnym czasie syknął.
_ mi mokói! Przeszkadzasz... jutro ci powiem...
Geniek byl zawsze pierwszym uczniem i zależało mu na tynb
dalszym ciągu. Jędrek
Przyjaciel chętnie zaofiarował się z pomocą, ale pierwszej
aby być mm w
w nauce
trasy \X—Z. Geniek naturalnie zapragnął mu ją pokazać, i to nie-
zwłocznie. Pobiegli n.i traaę i cztery n»zy zjeżdżali na ruchomych
schodach. Jędrek nic mógł się nadr-.zyć, a Geniek także cieszył się
ogromnie, co prawda nic tyle pięknem trasy i zabawą, która dawno
mu się znudziła, bo ruchome schody juz wiele razy wiozły go w górę
i w doi, ile naiwnym zachwytem kolegi. Oprowadzał go z protekcjo-
nalną* miną starego bywalca*. Nic, doprawdy, ten niezmordowany
piechur i prawdziwy taternik* — jak dawniej my* lal o Jędrku — zu-
pełnie mu przestał imponować. Teraz on, Geniek, m.J przewagę,
j to przewagę pod każdym względem.
Nie znaczyło to wcale, że przestał Jędrka lubić, o nie, lubi go
w dalszym ciągu, ale jakoś inaczej.
Pewnego dnia nauczyciel, uważając Jędrka za dosyć już „zado-
mowionego” u klasie, wezwał go do odpowiedzi. Jędrek odpowudał
z miejsca — nauczyciel miał już taki zwyczaj, że ufał uczniom i ni-
kogo me wzywał do tablicy. Na ogól chłopcy cenili sobie to zaufanie
i mc nadużywali go. Tym razem Geniek poczuł się odpowiedzialny
za Jędrka, stojącego w ławce ze spuszczoną głową i ze zmarszczo-
nym czołem. Jędrek wyglądał jakby się namyślał nad odpowiedzią.
Geniek lepiej mż ktokolwiek inny wiedział, że ten namysł rue zda
się na nic. Pytanie dotyczyło dawniej przerobionego materiału, tego
właśnie, który on się podjął opracować z kolegą. Uczoraj nawet
Jędrek dopominał się o to. Geniek odpowiedział wtedy
— Nie nudź!
Nagle... Przyszedł mu do głowy dobry pomysł Po! żył na ko-
lanach swój porządny zeszyt, otwarty na odpowiediat । strome
Trącił Jędrka łokciem:
— Patrz I
Jędrek spojrzał, otrząsnął się, zawahał, powiodl wzrokiem po
klasie, ale wreszcie zaczął czytać .
— Obszary na Nizinie Syberyjskiej — mówił płynnie, a me
wiedział, gdzie leży Nizina Syberyjska — lezące na północ od izo-
termy* lipcowej plus dziesięć (me wiedział, co to izoterma) należą
w całości do obszaru tundry* (nic wiedział wcale, co to tundra c
— Dobrze — powiedział nauczyciel — siadaj!
Jędrek usiadł. Byl czerwony, pot błyszczał mu kropelkami na
skroniach. Otaii go palcami i głęboko odetchnął. Genka trochę
55
uraziło, że nawet nic podziękował. A przecież to on, Geniek, urato-
wał sytuację! Trącił Jędrka w bok, szepcząc:
— A to nam się udało!
Jędrek w odpowiedzi napisał na kartce papieru: „Dziś musimy
przerobić tę tundrę i izotermy”.
Geniek kiwnął głową, nie miał nic przeciwko temu. Sam rozu-
miał, że podpowiadanie na dłuższą metę to rzecz ryzykowna*. Zawsze
w końcu wyjdzie na jaw. Zabrał się nawet z ochotą do pracy, ale
cóż luki, łatwe do załatania, kiedy Jędrek przyszedł do szkoły,
powiększyły się tymczasem tak, jak się powiększa nie cerowana
dziura w skarpetce. Teraz trzeba było wiele cierpliwości, a tej, prawdę
mówiąc, brakowało i uczniowi, i korepetytorowi. Niby to się uczą,
ale nagle odzywa się Jędrek:
— Widziałeś ten nowy scyzoryk Alariana z podwójnym ostrzem?
— Widziałem. Próbowałem już go nawet na korku, kroił jak
masło! — odpowiada Geniek z wielkim przejęciem. — A bo co?
— E, nic, tylko że mój wujek ma jeszcze lepszy scyzoryk.
Niby to się uczą dalej, aż tu po pięciu minutach odzywa się
Geniek:
— Jędrek, a umiesz wyrzynać zwierzęta z kasztana?
— Scyzorykiem? Umiem, a bo co?
— Nic, ja dawniej rzeźbiłem, ale już mi się znudziło. A ty umiesz
koguta wyrzeźbić?
— Umiem. No, uczmy się dalej.
Uczą się dalej przez pięć minut, a potem Geniek pyta:
— Ale takiego prawdziwego koguta z grzebieniem i z ostrogami
wyrzeźbisz ?
Podpowiadanie było o wiele łatwiejsze od nauki. Naturalnie,
było połączone z niebezpieczeństwem wsypy, ale i to było przy-
jemne. Stworzyli sobie cały system ściągaczek. Geniek z początku
nie korzystał z nich, uważając je jedynie za formę pomocy koleżeń-
skiej okazywanej Jędrkowi. Wreszcie sam zerknął raz i drugi. Mimo
wszystko ambicja* pierwszego ucznia była w nim tak silna, że nie
zaniedbywał lekcji. Natomiast Jędrek zdał się na ściągaczki prawie
zupełnie. Najłatwiej było z geografią, ponieważ nauczyciel geografii,
o czym już była mowa, miał do uczniów zaufanie. Był to dobry,
siwy pan, o trochę wypukłych, okrągłych oczach. Umiał się serdecz-
nie śmiać i miał swoje własne porzekadła"'. Na przykład: „Piaca
jest przymusem tylko dla niewolnika” albo: „Jeśli nie chcesz być
oszukany, to ufaj ludziom”.
Tuż przed końcem półrocza, w grudniu, geograf urządził kla-
sówkę. Pytania napisał wyraźnym, dużym pismem na tablicy, od-
wrócony tyłem do klasy. Każde pytanie czytał głośno i pytał, czy
wszyscy zrozumieli.
— Moi drodzy — powiedział na koniec — jeśli ktoś czegoś nie
rozumie albo wydaje mu się trudne, niech mi szczerze powie, nim
zaczniemy pisać.
Nikt się jednak nie zgłosił. Przyjaciele zamienili między sobą
porozumiewawcze i rozbawione spojrzenia, mieli już naszykowane
pomysłowe ściągaczki i tylko czekali na odpowiedni moment, żeby
z nich skorzystać. Trzeba przyznać, że nie tylko oni jedni. Z po-
czątku, kiedy wprowadzili zwyczaj podpowiadania, klasa zaczęła
sarkać*, nawet oburzać się. Ale potem ten i ów z kolegów sam pró-
bował zakazanego owocu, wreszcie sarkania ustały, a podpowiadanie
w klasie się przyjęło.
Stary nauczyciel usiadł na katedrze.
— Co ? — rzeki z lekkim zdziwieniem — zrozumieliście wszystko ?
Nie ma żadnych pytań? A to doskonale! Doskonale! — patrzył na
klasę z zadowoleniem.
Tymczasem „ściągi” krążyły już pod ławkami, z zachowaniem
wszelkiej ostrożności. Skrobały cicho pióra, ktoś chrząknął, ktoś
przewracał kartki. Nagle w te ciche, jakby przytajone dźwięki wdarł
się odgłos kroków na korytarzu.
Po chwili otworzyły się szeroko drzwi. Stanął w nich woźny.
Nauczyciel cicho, aby nie przeszkadzać uczniom, zszedł z katedry.
Rozmawiali półgłosem. Geograf w czasie tej rozmowy zmienił się na
twarzy. Przetarł ręką czoło. Potem zwrócił się do klasy:
— Dzieci! — zamilkł. Klasa siódma przerwała klasówkę, kiedy
woźny wszedł do klasy. Teraz wszystkie oczy patrzyły na starego
nauczyciela.
— Dzieci — powtórzył tonem bardziej opanowanym — zdarzył
się... zdarzył się mały wypadek. W mojej rodzinie ktoś zachorował.
Muszę tam iść. Nie przerażajcie się... niedługo wrócę. Piszcie spo-
kojnie dalej... — wrócił na katedrę, drżącymi rękami zgarnął z pul-
pitu książki, pióro, jakieś drobiazgi. Raz jeszcze podniósł głowę:
— Mam do was zaufanie. Całkowite zaufanie. Aluszę wyjść...
57
Mój syn... — nie dokończył. Spuścił głowę i wyszedł z klasy z otwar-
tą teczką krokiem niewidomego.
Klasa siódma została sama. Ściągaczki gdzieś znikły. Genick
spojrzał na Jędrka: ten siedział z zaciśniętymi ustami, starannie
obłupując swoje pióro ze złotego papieru, którym była oklejona
obsadka. Spod papieru wyzierała brzydka, szara tektura.
Geniek spytał:
— Co ty? nie piszesz?
Jędrek nie odpowiedział od razu. Przestał zdzierać papier z ob-
sadki, umoczył stalówkę w kałamarzu i dokładnie, grubą, zdecydo-
waną kreską przekreślił wszystko, co napisał do tej pory.
— Jak to? Co ty... — mamrotał Geniek.
— Tak! Nie będę go oszukiwał.
— No dobrze
tak oddać.
Geniek czuł, że robi mu się coraz ciężej na sercu.
— A co ja napiszę, kiedy nic nie umiem — odpowiedział Jędrek,
nie podnosząc głowy. — Nie będę oszukiwał!
ale... ale pisz coś! Przecież nic możesz tego
WILKI MORSKIE fjan Stąpowski
prowiantami, a Edek —
— Wszystko gotowe! —
— Więc stary L_
Wacek.
K I । | ego wieczora zebrali się we trzech
E£. ES Iffiffl w „jaskini wilków morskich”, wydrą-
żonej w skarpie* nadbrzeżnego wy-
dmuchu. Zgodnie z umową Wacek
pnynM «Mny .to geogrfiew,
ł ‘ . ostatnie ważne wiadomości.
_____; . rzeki z triumfem. — Teraz albo mg y-
Budzisz niczego się nie domyśla? zdziwi
—^Możecie być spokojni. Rybak ĆP;i X
pie. Nie odstępowałem go dziś ani na krok, owi,
58
zaraz o świcie, zamierza ruszać na morze. Sprawdziłem — w lodzi
wszystko przygotowane do drogi: żagle, liny, ubrania ceratowe,
nawet lampy pozycyjne l. Łódź stoi nie strzeżona, widzieliście sami.
— Czy masz klucze od łódki, od łańcucha kotwicznego* i ster-
budy2? — wtrącił Jędrek.
— Naturalnie! — oburzył się Edek. — Cóż ty sobie myślisz
o mnie?
Mówiąc to wyjął z kieszeni swetra dwa zardzewiałe klucze, zwią-
zane starym sznurowadłem do butów. Spojrzeli na niego z najwyż-
szym uznaniem.
Rozłożył atlas geograficzny' na ziemi i zapalił elektryczną lampkę.
Na szerokiej karcie mapy widniał Półwysep Skandynawski jak brą-
zowy lew. Z wysoka nurkując w Bałtyckim Morzu, lew, zawieszony
w długim susie, przednimi łapami dotykał prawie zielonego punkciku,
obok którego błyszcza! napis: — Bornholm 3.
— Patrzcie sann — mówił do nich Edek z zapałem, kreśląc
paznokciem odległość na mapie. — Wyspa leży całkiem niedaleko
stąd. Przekonajcie się sami, znajduje się prawie tuż za horyzontem.
Będzie do niej z Chłapowa zaledwie dzień drogi. Trzeba tylko wziąć
kurs na zachód za Rozewiem. Niewinna wycieczka. Przy tak po-
myślnym wietrze, jak dzisiaj, wrócimy na pewno pojutrze!...
Połykali jego słowa oczami. Przecież wiadomo było wszystkim,
że Edek dwukrotnie towarzyszył Budziszowi w połowic ryb przy
brzegach Bornholmu. Rybak wyrażał się o młodym letniku z praw-
dziwą dumą. Szczęśliwiec! Edek był nawet na lądzie tej wyspy,
widział na własne oczy miasto pełne rowerzystów, ruiny kilku zam-
czysk, a w pierwszej wiosce spotykał co dziesięć kroków stare, śmiesz-
ne armaty...
Pozwolił się podziwiać przez dłuższą chwilę, po czym odezwał
się tajemniczo
— Czy mogę na was liczyć?
— Ślubowałem ci żeglarską wierność! — rzeki pierwszy Wacek
1 Lampy pozycyjne — dwie kolorowo lampy oriontacyjnc na statku czy lodzt
(zielona — z lewej strony, czerwona — z prawej). Światła te pozwalają zalodzo uniknąć
zderzenia przy wymijaniu się statków.
a Sterbuda — mała nadbudówka na pokładzie, w której znajduje się kołowrót
steru.
3 Bornholm — wyspa duńska na Morzu Bałuckim.
59
i z diuną pokazał paznokcie, za którymi widniały szare obwódki.
Był to ślad ich dwutygodniowej pracy przy budowie „jaskini wilków
morskich ’. Żadna władza rodzicielska nie mogła go zmusić do wy-
szorowania tego szlachetnego piasku zza paznokci.
— Oczywiście biorę udział w wyprawie! — dodał bez wahania. —
A ty Jędrek?
Drugi żeglarz, zażywny, okrągły, o piegowatej twarzy, wyjąkał
z nagłym zdumieniem:
— A więc to już za kilka godzin?...
Wygłaszając te słowa Jędrek uczul dziwny dreszcz wzdłuż ple-
ców. Spojrzał na Edka i zadrżał powtórnie. W tej właśnie chwili
zadymiony księżyc wyrastał z jego karku i spacerował po jego rudej
czuprynie, zupełnie jak maszynka do strzyżenia włosów. A przecież
ani jeden wiosek nie spadł mu przy tym z głowy. Tak samo niezwy-
kle i tajemniczo przedstawiał się cały świat wokoło. Zielona poświata
jakby przygniotła do piaszczystego wydmuchu krzaki jałowca i kuse,
jałowe kępy traw. Nisko, u podnóża urwiska przeświecała białością
plaża, zupełnie pusta o tej porze. Obok niej szumiało morze. Pły-
nące na niebie ziarenka gwiazd obsypywały igiełkami promieni
spokojne zwierciadło wodne. Ledwie przy brzegu załamywały się
na kamieniach miękkie, łagodne przypływy fal białych, jak runo
trzód na pastwiskach.
— Czemu się trzęsiesz? — rozległo się nagle świdrujące pytanie
Edka.
— Ja? — zdziwił się Jędrek. — Także coś!... Myślę tylko, czy
ty naprawTdę dasz sobie radę ze sterem.
— Bądź spokojny. Wcale to nie taka sztuka. Pokażę wam także,
jak łatwo stawiać żagle i wykonywać zwroty.
— Po co czekać z wyprawą do rana? — rzekł na to Wacek.
Proponuję, żeby od razu pójść do lodzi i wypłynąć....
— Tak samo myślałem — zawołał Edek chodźcie...
Wtedy Jędrek nie mógł już dłużej utrzymać najśmielszego py-
tania. Z najgłupszą w świecie miną zwrócił się do nich.
— A co powiedzą nasi rodzice?
Edek aż zatrząsł się od śmiechu.
_____ Dla prawdziwego marynarza domem jest tylko morze. A zresztą
damy sobie z tym radę po powrocie.
60
\ — Żal mi trochę poczciwego Budzisza — potulnie znów wtrącił
pó. chwili Jędrek.
Poszli pojedynczo wąską ścieżką ku morzu. Tak się zdarzyło,
że Jędrek, niosąc ciężką walizkę z prowiantami, zasapał się nieco,
wskutek czego wypowiedział powyższe słowa głosem zduszonym
i drżącym. I nagle uczul mocne uderzenie w kark. To Wacek zdzielił
go wszystkimi pięcioma częściami świata, jakie składały się na szkolny
atlas geograficzny, oprawny w grube płótno.
— Tchórz!... Tchórz!... — huknął mu w same uszy.
A Edek dodał z pogardą.
— Musisz się zdecydować. Czym chcesz być wreszcie: wilkiem
morskim czy szczurem lądowym?
— Wilkiem morskim — wyjąkał pokornie Jędrek, dźwigając
ojcowską walizę, a w niej cały połeć szynki, ściągnięty z matczynej
spiżarni.
Zeszli już ze ścieżki na plażę i brnąc w piasku zdążali ku wybrze-
żu. Morze szumiało tutaj głośniej, zarzucając desenie fal na po-
giętą, płaską linię lądu. Edek z Wackiem przyśpieszyli kroku jakby
urzeczeni nawoływaniem wichru. Zew morza ciągnął ich w dal,
w przestrzeń nie znaną. Jędrek z trudem próbował za nimi nadążyć.
Waliza ciążyła mu jak wyrzut sumienia. Chciał ją rzucić i uciec,
a jednak nie mógł się zdobyć na ten wysiłek. Potężny błysk rozew-
skiej latarni kręcił się przed nim, wirował niby w zaczarowanym
kolisku, chlustał w oczy i mącił myśli w głowie... Co powiedzą jutro
w domu? A letnicy? A gazety?... A może to wszystko żart?... Prze-
cież to niemożliwe, żeby stary rybak Budzisz pozostawił łódź bez
nikogo...
Piasek zgrzytał Jędrkowi pod nogami, jakby przedrzeźniał jego
myśli. Przez dziurawe podeszwy dostał się mu między palce. Nie-
borak zatrzymał się, aby wysypać z pantofli ów baloniarski balast*.
Gdy to uczynił, z przerażeniem skonstatował*, że tymczasem prze-
strzeń dzieląca go od towarzyszy znacznie się wydłużyła. Przymknął
więc oczy, porwał walizę i prawie pędem zawrócił do domu. Ale
nie uszedł nawet dziesięciu kroków, gdy przypomniał sobie, że
jednak w ten sposób pozostawiłby przyjaciół bez żywności, bez
szynki, bez chleba, a nawet bez wody słodkiej, którą dźwigał prze-
zornie w kilku flaszkach od wina. Ta świadomość przemogła w nim
obawę i skrupuły* sumienia.
61
f
wną pętlę. Dziób i rufia kreśliły w przechyłach ciągle
63
— Muszę, muszę, muszę! — szepnął do siebie. — Muszę im
oddać żywność, muszę się z nimi chociaż pożegnać...
Gwizdnął cicho. Odpowiedział mu gwizd podobny, ufny, niemal
radosny, i co więcej, wcale nie taki odległy. Jędrek tym razem już
bez namysłu podrepta! za tym hasłem koleżeńskim.
Zastał już obu przyjaciół na pokładzie łodzi. Tak, to była ża-
glówka Budzisza. Poznał ją po krzywej rei* podobnej do żurawia
u studni. Wacek majstrował już przy łańcuchu od kotwicy*. — Dob-
rze, żeś przyniósł prowiant! — rzeki do niego z wyraźną wdzięcz-
nością w głosie.
Jędrek podał mu walizkę. Spojrzał przy tym Wackowi w oczy,
gdy ten pomagał mu gramolić się przez burtę* na rufę*. Nie mógł
się już stąd cofnąć. Nie wypadało.
— Nie gniewaj się, że ci dałem atlasem po karku! — rzeki rap-
townie Wacek.
♦
— Głupstwo — odpowiedział — już o tym zapomniałem.
— Cicho tam! — przerwał im nagle glos Edka. — Nie czas
na rozmowy. Odbijamy! Trzeba wykorzystać wiatr.
— A więc to wszystko prawda? — mruknął do siebie Jędrek,
widząc, że Wacek wydobył już kotwicę na pokład. Nie było czasu
do namysłu. Równocześnie zgrzytnęły liny wyciągane na blokach,
pomarszczone płótno żaglowe zaczęło wznosić się w górę. W tym
samym momencie łódź zakołysala się lekko na falach.
— Chcialeś czego ode mnie? — zapytał jeszcze Wacek.
______ Nie! — odparł bezwiednie Jędrek. I dodał z otwartymi na
oścież oczami, jakby pociągnięty w otchłań; Chcialem tylko po-
— zawtórował mu w głębi duszy okrzyk, pełen
wiedzieć, że płyniemy...
_____Płyniemy! — zawtórował mu w głębi duszy okrzyk, pełen
jakiegoś niezwykłego, radosnego, a zarazem rozpaczliwego zdzi-
wienia.
A jednak ten księżyc zadymiony, który w nocy wyrósł z głowy,
Edka, wrcale nie bez powodu przestraszył Jędrka. Był przepowiednią
niepogody. Płynęli co prawda, ale dobrze nie wiedząc, jak i d a-
czcgo. Niósł ich po prostu wiatr, którego podmuchy, ponad wsze .
wątpliwość, stawały się coraz porywistsze. . .
Wraz z pierwszym blaskiem dnia wystąpiły na wschodnim sk o
nie nieba czerwone, zawiesiste chmury. Powitali świt w oslupiei
62
Stracili od razu ląd. Łódź pod napiętym żaglem przechyliła się na
le^yą bprtę i podrzucana na roztańczonych wybojach wodnych wśru-
botyała się w BKwńą pętlę. Sziób i rufia kreśliły w przechyłach ciągle
tę shmą ósemkę. Każdy ruch łodzi wyrastał teraz w jej żebrach
z trzaskiem i bolesnym skowytem desek.
— Czy nie można coś na to poradzić ? — zagadnął Wacek. Były to
pierwsze niechętne słowa, rzucone w stronę Edka, który stał w budce
sterowej obracając kołowrót. U stóp jego siedział Jędrek jak kundel
zwinięty w kłębek. Zimny wiatr ciął go po twarzy. Teraz było mu
już wszystko jedno. Fale zalewały co chwila pokład i wnikały przez
szczeliny do wewnętrznych komór i ścieków.
— Nic nie gadaj, tylko pompuj wodę! — krzyknął przez okno
Edek do Wacka.
Stara łódź rybacka, wysłużona „łajba”, nasiąkła jak gąbka. A przy
tym począł padać rzęsisty deszcz. Trzeba było ciągnąć z łodzi nie-
przerwany strumień,* wyrzucany pompą przez lewy otwór burty.
Nic też dziwnego, że Wacek miał tego dość i krzyknął po chwili
do Jędrka:
— Chodź mi pomóc!
Podniósł się z miejsca posłusznie. Wiatr nim zatargał, a nagły
przechył łodzi rzucił go jak piłkę przed siebie. Dzięki temu Jędrek
przetoczył się szczęśliwie no pokładzie, zamiast wypaść za burtę.
Chciał się podzielić z Wackiem wszystkimi myślami przy tej
okrutnej „kiwance”. Wydał się sobie znikomym pyłem w*obec jego
wiedzy.
— Powiedz, dokąd płyniemy? Gdzie już jesteśmy?... Patrzyłeś
w atlas?
Wacek otarł pot z czoła i odparł wymijająco:
— Z tamtej strony horyzontu jest wyspa Bomholm.
Spojrzeli obaj w stronę styku nieba z morzem, który od świtu
nie chciał się w żaden sposób do nich przybliżyć. Łódź, jak mała,
wątła łupinka orzecha, gubiła się teraz w olbrzymiej kopule szarej,
zimnej, bezmiernej pustki. W oddali, na otwartym morzu, płynęło
kilka statków snując za sobą wąską wstążkę dymu.
— Zda je mi się, że się wypogadza — uśmiechnął się Jędrek
i wrestchnął.
— Co pleciesz! — krzyknął Wacek. — Nie widzisz? Ten ciemny
horyzont to przecież chmury. Będzie sztorm*!...
Jędrek zdziwił się. Jak to, miała więc burza dopiero nadejść,
przecież ulewa już trwała od dobrych kilku godzin. Gdyby nie zna-
lezione w kajucie ceratowe płaszcze i kaftany skórzane, przemokliby
od samego deszczu do suchej nitki. Nie pojmował też wcale, dlaczego
Wacek, nieustraszony wilk morski na lądzie, miał teraz taką kiepską
minę na morzu.
— Nie martw się — rzeki do niego w zaufaniu. — Myślałcm
o tym długo. Rodzice nam przebaczą, a Budziszowi zapłacimy za
pożyczenie na trzy dni lodzi.
Wacek milczał jak zaklęty. Pokręcił tylko głową.
— Słuchaj!... A może ty jesteś głodny?... Mamy przecież
prowiant!...
Teraz Wacek pokręcił głową z zupełnym obrzydzeniem. To
ostatnie pytanie dobiło go do reszty.
— Daj mi spokój — wybełkotał.
Nieustraszony ten wilk morski zbladł nagle i przechylił się przez
burtę. Po prostu porwały go torsje*. Nawet w najśmielszych ma-
rzeniach nie przypuszczał Jędrek, że sprawa ich żeglarskiego honoru
tak mamie się zakończy. Musiał się teraz zająć Wackiem jak troskliwa
niańka. Choroba morska ścięła go doszczętnie z nóg. Ułożył jęczą-
cego towarzysza w kajucie na stosie gałganów, obwiązał mu głowę
chustką do nosa, a sam wrócił na pokład.
Był właśnie czas najwyższy. Edek ryczał i pienił się przy sterze,
niczym potoki fal, które zalewały teraz ze wszystkich stron pokład.
Żagiel pod zmianą wiatru przelewał się z jednej burty na drugą,
i nie, wstrzymywany linami, łopotał jak sztandar w bitwie pod gra-
dem huraganowych pocisków. Waliły w niego pęknięte powrozy
i rozluźnione bloki. Dziób lodzi zapadał się w zwałach pagórków
wodnych, które pod naciskiem nagłych przechyłów z potwornym
hukiem rozlewały się, jak rzeka wezbrana, wzdłuż pokładu.
— Do mnie! Do mnie! — wrzeszczał Edek jak szalony przez
okno sterbudy.
Jędrek z rozpaczą runął na oślep przez kipiele fal. Z wysiłkiem
dotarł do drzwi, szarpnął je i otworzył.
— Trzymaj ster! — krzyknął mu w uszy Edek. — Pójdę utwier-
dzić żagiel!
— Ster? — zapytał z przerażeniem Jędrek. Ale już Edek wystize-
lil ze sterbudy jak z procy.
64
To, co się dalej stało, przeszło wszelkie oczekiwania. Żagiel
przedziurawiony blokiem rozpruł się wzdłuż w samym środku.
Lóyy jego strzęp porwał wiatr i podarł go jak mokry papier na drobne
kawałeczki. Prawa strona obwisłej płachty nagle frunęła w górę,
zamieniła się w śnieżnobiałe skrzydła i zdmuchnięta huraganowym
pociskiem wiatru jak ptak uniosła się do lotu — bezpowrotnie. Uto-
nęła w falach. Wszystko stało się tak nagle, że Jędrek całkiem stuma-
niał. Kręcąc bezwiednie kołowrotem steru, o mało nie wywrócił łodzi.
— W prawo! W prawo! — dawał mu znaki z pokładu Edek.
Jędrek spełnił tym razem rozkaz widać zbyt gorliwie, bo łódź
nagle zaczęła groźnie wirować. Wtem otwarła się przed nim niebo-
tyczna ściana i całą łódź pokryła ciężką, kotłującą się bielą. Ster
wypad! mu z ręki. Kiedy Jędrek po chwili otworzył oczy, ujrzał
przez pękniętą szybę widok strasznego spustoszenia. Złamany maszt
sterczał za lewą burtą na tańczących falach, a na jego dawnym miejscu
leżał Edek z rozkrzyżowanymi na wznak rękami.
Jędrek pospieszył mu z pomocą. Ze zranionego czoła kolegi
ciekła krew. Z trudem podniósł się i patrząc błędnie na Jędrka rzek!
z rezygnacją:
— Dostałem belką w łeb. Dobrze mi tak. Mogło być ze mną
gorzej.
Tymczasem pokład lodzi chylił się coraz bardziej w lewą stronę
pod uderzeniem zwałów fal. Trzeba było na gwałt odciąć liny od ma-
sztu, aby zwolnić łódź od niebezpiecznego ciężaru. Jędrek w samą
porę przypomniał sobie, że nie od parady nosił żeglarski nóż w po-
chwie za pasem. Gdy po dłuższym czasie wracał do sterbudy, ujrzał
Edka, skradającego się na czworakach do luku*.
— Co — krzyknął mu w uszy — więc mnie zostawiasz samego ?...
Ty... nędzny tchórzu!
Nigdy by Jędrek nie zdobył się na lądzie na talu ohydny zarzut.
Nigdy by dotąd nie ośmielił się w ten sposób nazwać nikogo, z wy-
jątkiem chyba siebie samego. A jednak w tej chwili, wrobec rozpę-
tanych żywiołów, patrząc w rozpaczliwie rozbiegane oczy Edka,
dostrzegł w nich potwierdzenie tego zarzutu.
— Alusisz! Musisz nas ocalić! — błagały te oszalałe z trwogi oczy.
— Muszę! Muszę! — odpowiedział na to Jędrek zarówno ko-
ledze, jak i przede wszystkim sobie samemu.
I
Książka — 5
65
w okolicach Dąbek i przy-
Tcgo jeszcze dnia po południu jeden z kaszuhcbirK i
ko« lUOlUrowych) Pt?,pad£" ' kaS2UUlKh
holował z otwartego mor!L lódl “ai ZZ,. , •
masztu i prawie już zalaną ftlami. Zalega, dwóch iKz ,w Tu"™"'
leżała w kajucie „a wpói pra
kiom sil przy pompie, uratował ich i łódź od zatonięcia. StL urno-
cował linami w ten sposób, by łódź stała dziobem do fali. Ten chłopiec
kiom sil przy pompie, uratował ich i łódź od
I
wzbudził podziw nawet rybaków.
- jednak trudno być wilkiem morskim! — mówił potem
Jędrek. — Żeglarstwo jest trudną sztuką. Nie można porywać się na
morze jak z motyką na słońce. Na wyspę Bomholm bywa czasem
równie daleko, jak do Ameryki. Ale kto wie, może jednak kiedyś
do niej dopłynę...
Może. I ylko już nie na łodzi i nie z kradzionym prowiantem.
Myślę, że na morzu trzeba być nie tylko odważnym — trzeba być
również i zupełnie uczciwym. Inaczej morze się mści.
LEKCJA PŁYWANIA / Ezigeniusz Ryss
Opowiadanie to jest fragmentem powieści pt „Wychowanek kapitanów”,
w której ukazane są losy Sierioży, sieroty wychowywanego przez „wod-
niaków” (tj. marynarzy), przyjaciół jego ojca. Rodzice chłopca zginęli
w czasie II wojny aiowej. ..Wodniacy” zabrali Sieriożę z domu dziecka,
mimo że chłopcu było tam dobrze, chcieh b- icm stworzyć mu dom
i uycho*^ £ n- dzielnego .njdniata” jfcim M Jego ojdec - kapitan
floty radzieckiej.
ieriożę bardzo gnębiło to, że jeszcze
nie umie pływać. Pewnego wieczoru
na przystani, kiedy Kono.iou opowia-
dał swoim zwyczajem nie kończącą się
historię, Sierioźa, korzystając z przerwy, zapytał:
_ ewu.u Mtóu, * « «““* t«Ml sit
Ko, ono» bardzo lubił, k-ody s.g S» »^«o.
wygodniej, pomyślał chwilę i powiedział bardzo poważnym to-
nęło:
— Różne są, oczywiście, sposoby. Teraz, jak mówią, są nawet
szkoły pływackie. Nie wiem, może to i lepiej, ale dawniej uczyli
nas w bardzo prosty sposób. Kiedy miałem już siedem lat skończo-
nych, ojciec wziął mnie ze sobą na łódkę, odpłynął od brzegu i wrzu-
cił do wody. Ja, ma się rozumieć, w krzyk, ale tu woda zalewa usta.
Zacząłem się chlapać i rzucać w wodzie i jakoś wypłynąłem na wierzch.
A jak się już raz wypłynie, to później wszystko fraszka. To, można
powiedzieć, sprawa praktyki. I od tamtego czasu umiem pływać.
Nawet wcale nieźle, nie gorzej od innych.
— Wiesz co, Jewsieju Fadieiczu — powiedział Muraszow —
lepiej chłopca nie ucz takich rzeczy. Twój sposób jest nie bardzo
bezpieczny: jeden wypłyrnie, ale niejeden utonie.
— Za moich czasów wypływali — obraził się Jewsiej Fadieicz.
A jak jest teraz, tego nie wiem.
Więcej już o tym nie rozmawiano, ale słowa Kononowa głęboko
utkwiły Sierioży w sercu.
Nazajutrz z rana Ficdia Grieczychin zagwizdał pod oknem Alu-
raszowów. Przez okno wyjrzała Wasilisa Fiedorowna.
— Sierioźa wyszedł — powiedziała — będzie już z pól godziny
temu.
— Dokąd? — zdziwił się Grieczychin.
— Jak to „dokąd” ? Na ryby. Powiedział, że umówił się z chłop-
cami, że wyjdą wcześniej.
Grieczychin zdziwił się, ale podziękował i poszedł nad rzekę.
W żaden sposób nie mógł zrozumieć, z kim Sierioźa się umówił,
skoro wszyscy chłopcy byli za rogiem i czekali na Grieczyrchina.
Sierioźa istotnie z nikim się nie umawiał. Postanowił nauczyć
się pływać. Wiedział, że sposób, jaki doradzał Kononow, to sposób
niebezpieczny, i zdawał sobie sprawę, że Muraszow za nic w świecie
nie pozwoliłby mu skakać do wody. Z drugiej strony niepodobień-
stwem było znosić dłużej taką hańbę. Można było oczywiście popro-
sić Waśkę Gorkina, żeby go odwiózł łódką możliwie daleko od brzegu
i wrzucił do wody. Ale gdyby Wasia Gorkin się zgodził — na pewno
obserwowałby go przez cały czas, a Sierioźa chcial mieć pewność,
że nie może liczyć na nikogo prócz siebie. Na tym zapewne miała
polegać tajemnica skuteczności kolonowskiego sposobu. Nikt cię
ilic uratuje, więc musisz sam wypłynąć. Lekcja pływania powinna
slę odbyć bez czyjejkolwiek pomocy i w warunkach zupełnej tajemnicy
lenoza powiedział Muraszowom, że wybiera się z chłopcami na
WCZCSniej ,niż.2W>^, ubrał się i popędził nad rzekę.
. alczy dodać, ze miał wielkiego stracha, ale starał się nie myśleć
o tym, co ma nastąpić. Nie myślał o tym w nocy, nie myślał przy
śniadaniu i nie myślał idąc w stronę rzeki ani potem, gdy odwiązywał
małe czółenko, którym Stiepan Iwanycz wypływał czasami z węd-
kami na głębię; ale kiedy czółno znalazło się na środku rzeki i trzeba
y lo zaraz, natychmiast skakać do wody — Sierioża, chcąc nie chcąc
musiał myśleć o tym, co go czeka.
Ranek był cichy i pogodny. Nad wodą unosił się opar, jak gdyby
lekki obłok, a toń wodna zdawała się nieruchoma, gładka i błękitna
jak niebo. Cisza nad rzeką była zupełna. Tylko niekiedy plusnęła
ryba i z oddali, z warsztatów remontowych, napływały zgrzytliwe,
metaliczne odgłosy. Dozorca nocny wygasił już światełka na bojach
i poszedł spać; dyżurny na przystani na pewno drzemał w swym
biurze i na obu brzegach nie było żywego ducha. Pod czółnem głę-
bina wodna trwała w nieruchomym milczeniu i nikt nie umiałby
powiedzieć, co czekało Sieriożę pod jej modrą, lustrzaną taflą.
Chłopiec rozebrał się i przysiadł na chwilę. Czółno płynęło po-
woli, ledwo dostrzegalnie. Nurt wody był spokojny, równy, niespiesz-
ny. Sierioży mocno biło serce. Jak to dobrze, że nikomu nic nie
powiedział. Można było jeszcze wrócić na brzeg, zataić przed wszyst-
kimi sromotne tchórzostwo.
Nie, cofać się nie można! Czy chciał, czy nie chciał, ale musiał
skakać.
Woda była zimna i Sierioży przemknęła przez głowę tchórzliwa
myśl, że lepiej będzie wrócić teraz na brzeg i przeprowadzić do-
świadczenie później, kiedy woda porządnie się ogrzeje. Zaraz jednak
zrozumiał, że była to myśl zła i podstępna: oznaczała zamiar tchórzli-
wego, wstydem okrywającego odwrotu. >,No więc co, że tchóizłi-
wcgo ? _ pomyślał Sierioża. — Przed kim miałbym się okryć wsty-
dem? Przecież nikt o tym nic będzie wiedział”. Ale to była już zu-
pełnie nikczemna myśl i Sierioża aż czerwienił się ze wstydu, że
przyszła mu do głowy. Wciąż jednak nie mógł się zdecydować, by
skoczyć. Zrozpaczony, rozejrzał się wokoło, spoglądając w kierunku
brzegu.
68
Ścieżynką, prowadzącą od miasteczka ku rzece, szli chłopcy.
Bądź co bądź mogą go w każdej chwili zauważyć. Sierioża zrozumiał,
że jeżeli nie skoczy teraz, to już w ogóle nie skoczy, że nie ma już
celu zastanawiać się, lecz trzeba działać. I nagle, nie bardzo nawet
zdając sobie sprawę z tego, co robi, ześliznął się do wody, jedno-
cześnie silnie odpychając czółno rękoma.
Wasia Gorkin dużo razy wbijał do głowy Sierioży zasady, których
należy się trzymać, aby opanować sztukę pływania. Sierioża nauczył
się tych zasad na pamięć. Idąc nad rzekę na wszelki wypadek po-
wtarzał sobie to wszystko jeszcze raz i przekonał się, że pamięta
doskonale. Ale gdy znalazł się w wodzie — cala nauka błyskawicznie
wyleciała mu z głowy. Przerażony, będąc już pod wodą, chciał krzy-
czeć, lecz zamiast krzyku tylko pęcherzyk powietrza dobył się z jego
ust i uniósł się ku górze.
Sierioża tonął. Nie tyle rozumiał to, ile wyczuł całym ciałem.
Nie zważając na jakiekolwiek zasady, a nawet wbrew wyuczonym
zasadom, rzucał się, miotał i zachłystywał wodą. W rozpaczy zebrał
siły, zaczął gwałtownie uderzać rękami, nogami i całym ciałem
szarpnął się w górę. Głowa jego wynurzała się z wody. Poprzez
wodę, która niby błonka przysłaniała mu oczy, zobaczył niebo,
chłopców, którzy krzyczeli coś i biegli po brzegu — i znów znalazł
się pod wodą.
Przez krótką chwilę, kiedy znalazł się na powierzchni, zdołał
w jakiś sposób nabrać powietrza do płuc i zacisnąwszy wargi nie
wpuszczał do ust wody. Ale mimo to szedł na dno. Poruszał rozpacz-
liwie nogami, poszukując punktu oparcia, a nie znajdując go zanu-
rzał się coraz głębiej. Naprężył wszystkie mięśnie i ponownie wy-
szarpnął się na powierzchnię.
Zaczął teraz uderzać po wodzie rękoma i zdołał utrzymać się
przez dłuższy czas, tak że mógł kilka razy odetchnąć, dostrzegł
czyjąś głowę nad powierzchnią wody przy brzegu i chłopców tło-
czących się kolo lodzi.
I znów zaczął iść na dno, ale tym razem opadał znacznie wolniej.
Woda go trochę podtrzymywała. Ponadto zaś udało mu się teraz
wykonać rękami i nogami pewne ruchy pozwalające opadać coraz
wolniej. Obecnie już nie miotał się bezmyślnie, lecz dobierał i znaj-
dował odpowiednie ruchy. Ponownie zdołał się wydobyć na po-
wierzchnię.
69
cxl brzegu odbija lodź, a gfow., poruszająca się ni
wodne, jest >uź o wiele blifc-j i że jest to głowa Wasi Gorkinn. Zo-
?*??, ’ * 1 f S‘viny pr7>xtini n*łzi wprost na niego motorówka,
u ktnrrj nędzą Klmiow i Sirotkin. To, co widział w chwili wynu-
r/cnu sję, me dobuło do jego świadomości, jak gdyby i rzeka, i brzeg
i chłopcy w łodzi, i Klimów na motorówce, i głowa Wari Gorkinl
meznaome ty fto unosząca się nad wodą — odbiły się tylko w jego
..Trzymam się — przemknęło mu przez głowę. — Trzymam
~ta dodała mu sil. Na krótką chwilę przestał nawet trze-
pomć się i rzucać, i kilkoma szybkimi ruchami rąk, nóg i całego tulo-
uu wydumał s;ę na powierzchnię rzeki. To tylko było niedobre, że
^042 rr usiał walić rękami i nogami po wodzie, czego me robią praw-
cfciu i pływacy Dokoła mego unosiła się fontanna bryzgów i piany,
co prawdziwym pływakom wcale się nie zdarza. Ale mimo wszystko
trzymał się na wodzie.
< zoino kołysało się w odległości kilku metrów. Teraz już nie
miulby się czego wstydzić — gdyby dc niego dopłynął i chwycił się
burty. Sicrioża oddychał z trudem, sil mu już braklo i potrzebował
od;vKzynku. Ale wszystko to było głupstwem w' porównaniu z rzeczą
najważniejszą — że się trzymał. Zaczął nawet posuwać się w kierunku
czoku, uderzając bezustannie rękami i nogami po wodzie. Kaszlał,
pluł, jer kul i ciężko dyszał. Teraz już my -lal tylko o czółnie. Musi
tam za wtzclką cenę dopłynąć! Sierioży w głowie nawet nic powstało,
z: i a xa Gorkin, i chłopcy, i Klimów z Sirotkinem śpieszą mu na
p moc On przecież me potrzebował pomocy. Pływał i trzymał się
na wodne!
Kiedy Gorkin chwycił go za włosy, Sicrioża przestraszył się, nie
rozumiejąc, co się stało.
— Spokojnie! — wołał mu do ucha Gorkim Nie rzucaj się!
Ja dę wyciągnę!
Sicrioża spojrzał na niego ze zdziwieniem Gorkin miał przera-
żony J pełen napięcia wyraz twarzy.
Fi’s Ukoi'.sala ob>dwoma: akręcając gwałtownie, podpłyr.ęla do
nich mou róv.M Sm-tkrn przechyli! się, chwycił Sieriożę pod pachy
i wybkim ruchem wcisnął go do łodzi Wąsy Klumn .> /; •< ly »«:
z przerażenia. Ale Sieriożę uk przcptlniało poczucie wlasmgo
triumfu, że w dalszym ciągu me rozumiał, dl*, z eg » Klimów i Gorkin
są tacy wystraszeni.
— Umiem pływać — powiedział Sieriożx — Umiem płw-tać.
Motorówka zakoh ała się i Sirotkin wciągnął (rdifUL Ciężko
dysząc i rozczesując palcami włosy, żeby z nich v* xię, Gorkin
powiedział:
— A już myśhlcm, że nie zdążę... Wciąż to wylani J się, tu
zanurzał. ..
— Co to było? — zapytał Klimów — czy ty umyślnie nurko-
wałeś, czy jak?
Sieriożą wstrząsały dreszcze. Zimnem przejmowało go chłodne
powietrze poranka, a i przeżyte wyruszenia robiły ra^je.
— Pewnie — odparł ze zdziw ieniem — ja przecież uczyłem się
pływać1
Klimów dłonią pogładził wąsy i z nieokreślonym wyrazrm twa-
rzy spojrzał na Sienożę. Sirotkin zarzucił swoją kurtkę na rarnkzna
chłopca.
Z prawej burty ukazała się łódź. Chłopcy, wciąż jeszcze wjiitra-
szeni, napierali mocno na wiosła, choć teraz me bjio juz po co się
śpieszyć.
— Żyjc! — wołał Fiedia Grieczychin, ale wszyscy i uk dosko-
nale w idzieli, żc Sicrioża żyjc.
— 2yje! — wołał Gorkin. — Weźcie czółno ru linę i holujcie
je do brzegu.
Chłopcy zaczęli machać rę’ ami, pozdrawiając ocalonego kolegę,
i łódź skierowała się do czółna.
— Okazuje się, żc wcale nie jest trudno pływać! — n»w ił z pod-
nieceniem Sicrioża. — To tylko w pierwszej chv iii wydrę się strasz-
ne. Jak poszedłem na dno, to myślalem, że juz przrpadło. A potem
jak mc zacznę frygać — aż czuję, żc woda trute trroma
Klimów odchrząknął i spojrzał na Sieriożę z sam>m nie-
określonym wyrazem twarzy.
Wydobycie Sierioży z wody i dopłynięcie mote<nów-ki do przy-
stani — wszystko to było sprawą bardzo krótkiego czasu. A jednak
ktoś przez tę krótką chwilę zdążył już przybiec do Mura
z zawiadomieniem, żc Sicrioża tonie, a ktoś inny spodu! na ulicy
Konunowa i powiedział mu to samo.
70
Kiedy lodź zbliżyła się do przystani, wszyscy czworo stali już na
nadbrzeżu czekając na Sieriożę.
. — Umiem pływać! — krzyknął z zachwytem ocalały topielec
i skoczył na brzeg. — Wujciu, wujaszku, rozumiesz, nareszcie się
nauczyłem! *
Trzeba dodać, że Sierioża wyglądał dość dziwnie — bez spodni
za to w ogromnej brezentowej kurtce na gołym ciele. Ale nikt na
t0 ”1C.,ZW1OC11 uwagL Wszyscy razem weszli do biura Kononowa
i Wasilisa riedorowna zapytała:
— Topić się chciałeś, czy jak?
— Dlaczego topić się ? — powiedział ze zdziwieniem Sierioża. —
Ja przecież uczyłem się pływać.
Klimów podszedł do Sierioży i zachmurzony spojrzał na niego.
Głupie żarty! powiedział z gniewem. — Po prostu głupie
żarty. Przecież to przypadek, żeśmy cię zauważ}7li, bo inaczej mogłeś
zginąć jak nic.
A dlaczego ? — zdziwił się Sierioża. — Przecież ja sam wy-
płynąłem.
— Nie o to chodzi! — powiedział Klimów nadal rozgniewany. —
Popatrz no tu na wszystkich: Muraszowowie aż zmienili się na twa-
rzy, Jewsiej Fadieicz, stary człowiek, a biegiem gnał. Co ty sobie
myślisz — takie sztuczki urządzać? Ile to strachu najedliśmy się
przez ciebie 1 Przecież Jewsiej Fadieicz wczoraj tak tylko opowiadał,
jako przykład. I jeżeli ktoś cię wrzuca do wody, to znaczy, że jest
w pobliżu i w razie czego wyciągnie. Ale jakże można samemu?
A gdybyś tak trochę więcej wody się napił i poszedł na dno ?
Teraz, kiedy minęło już pierwsze uniesienie Sierioży z tego po-
wodu, że mimo wszystko nauczył się pływać, chłopiec zauważył, że
Wasilisie Fiodorownie jeszcze i w tej chwili trzęsą się ręce, a Stie-
pan Iwanycz jest cały rozdygotany. Zauważył, że Kononow wciąż
jeszcze dyszy z wysiłku i zrobiło mu się wstyd.
— Ja... ja przecież nie myślałem... — powiedział. Chciałem
tylko nauczyć się pływać.
— To teraz przynajmniej pomyśl i dobrze się zastanów po-
wiedział Klimów. — A tymczasem włóż spodnie i koszulę, bo w tej
kurtce wyglądasz jak nie wiadomo co.
Sierioża w milczeniu skinął głową i wyszedł.
Chłopcy czekali już na niego na przystani z bielizną i ubraniem,
które przynieśli ze sobą. Wszystkich pożerało pragnienie omówienia
wypadku.
Kiedy dorośli zostali sami, przez jakiś czas siedzieli w milczeniu.
— M-tak — powiedział wreszcie Muraszow. — Jeszcze i teraz
bije mi serce.
Wasilisa Fiodorowna nagle chlipnęla i otarła oczy rękawem.
Wszyscy myśleli, że coś powie, ale nie odezwała się.
— A to galgan! — powiedział gniewnie Klimów. Z zasępionym
czołem przechadzał się po pokoju i nagle uśmiechnął się z zadowo-
leniem. — Ale i zuch! W skórę oczywiście musi dostać. Ale naprawdę
trzymał się na wodzie. Teraz to już za tydzień będzie doskonale
pływał.
Tłumaczyli Irena Tuwim i Julian Stawiński
GRZYBOBRANIE/Adam Bahdaj
Opowiadanie to jest fragmentem JPodróży za jeden uśmiech”, opowieści
o przygodach dwóch chłopców, którzy wyruszyli autostopem nad morze
do oczekującej ich rodziny. Chłopcy przez pomyłkę zostawili w domu
pieniądze przeznaczone na bilety’ kolejowe, a przekonani, że je zgubili,
postanawiają dać sobie jakoś radę, chociaż nie mają kart autostopowych
ani też odpowiedniego do autostopu wieku.
Ł1W, „ m .------------------------------..-------------------------------------..
udzielec” zapytał nas, jakie mamy dal-
sze plany. Odpowiedziałem, że owszem
chcemy jechać do Międzywodzia, ale
żadnych planów nie mamy, bo trudno
mieć, gdy w kasie zostało sześćdziesiąt groszy. Okazało się, że wszyst-
ko dobrze się składa, bo oni też są goli jak święci tureccy, więc jutro
postanowili zgłosić się do pobliskiej leśniczówki, gdzie przedsiębior-
stwo „Las” organizuje zbieranie grzybów. Za kilogram borowików
płacą dwadzieścia cztery złote, a za kurki szesnaście. Jeżeli się po-
szczęści, to można przez dzień zebrać dziesięć kilogramów i dobrze
zaiobić. „Chodźcie z nami — powiedzieli tr> , . .
drogę”. 1 'Wicazieli — to zarobicie na dalszą
niozna dojechać na koniec Swiara. Podziękowałem.ZFF”’
szeme 1 bardzo się ucieszyłem, bo to przecież zaszczyt zbierać ze
studentami grzyby i jeszcze dostać za to forsę.
Rano zerwaliśmy się o świcie, a raczej ja się zerwałem, bo „Du-
duś zapomniał się zerwać. Budziłem go ja, budzili i „Rudzielec
i „Dryblas”, ale w żaden sposób nie można go było dobudzić.
„Rudzielec z „Dryblasem” postanowili zrobić mu kawał. Ro-
zebrali cichutko namiot... „Duduś” ani drgnął, ziewnął tylko prze-
ciągle i przewalił się na drugi bok. Zerwali z niego koc, ale i to nie
pomogło. Wtedy wpadli na fantastyczny pomysł: wzięli materac za
dwa końce, unieśli go wraz ze śpiącym „Dudusiem” i zataszczyli nad
jezioro. Tam opuścili na wodę. „Duduś” płynął jak śmiertelnie znu-
żony rozbitek na ostatniej desce ratunku.
Zaczęliśmy krzyczeć: „SOS! SOS! Statek tonie!” Ale „Duduś
śnił dalej — zdaje się, że o pieczonych kuropatwach...
do materaca i zaczęli go wolno zatapiać.
SOS! SOS! Statek tonie!” Ale „Duduś”
Wtedy dwaj „Meksykańczycy” 1 wskoczyli do wody, podpłynęli
Trzeba było zobaczyć minę naszego rozbitka. Ocknął się naresz-
, przetarł oczy, a gdy zrozumiał, że jest na łasce żywiołu, zawołał.
Ńie^e^babci. tylko nasze roześmiane gęby, więc odął
’ królewicz, zrobił obrażoną minę i rzeki.
i miał nam za złe takie P Wwanie,
śmiechu na
się jak obrażony
— Niesmaczne żarty. takie postępowanie,
Gniewał się do śniadania i mu doroslyrn historykiem sztuki,
ale jestem pewny, ze: g, y ferskim, pęknie ze śmiechu na
profesorem Januszem ±<ł
ie dzisiejszej przygody. cli swoje ory-
to naród niezwykle wesoły w
dizw I poranną toaletę w je-
takich obrzędo Rudzielec” wystąpił na
bardzo oryginalnie. „
Fo-
wali studentów, któ y
panem
wspomnienie
„Meksykańczycy -
finalne obyczaje i obrzędy
nawet przykrość. Do
ziorze. Wygląd^0 to
przód i -
chłopcy nazy
kańskie kapelusze.
74
— Myjmy uszy!
— Dla spokoju duszy — odpowiedzieli „Meksykańczycy”.
— Myjmy szyje!
— Niech zdechnie, kto nie umyje!
— Myjmy nos!
— Z włosem i pod włos!
— Myjmy ręce!
— Ręce i nic więcej! — zabrzmial chór. (...)
W obozie „Meksykańczycy” urządzili nowe przedstawienie.
„Rudzielec” grał na gitarze „taniec słoni”, a reszta „Mcksykariczy-
ków” tańczyła wokół gotującej się owsianki. (...)
Nagle „Rudzielec” zawołał;
— Co by było, gdyby...
— ...śmy poszli na grzyby?
— Dobrze by było — zaryczał „Rudzielec”, a wtedy „Meksy-
kańczycy” zaśpiewali:
Na grzyby idziemy, na grzyby,
Bo grzyby są dobre do ryby.
Hej, ho!
Gdy znajdziesz grzybek trujący,
Do zupy go podrzuć niechcący.
Hej, ho!
A wtedy amator grzybka
Niechcący wyciągnie kopytka.
Hej, ho!
Można powiedzieć balet* z chórem i orkiestrą. Co chwila — hej,
ho! i wesoły śmiech. A w kociołku wspaniała owsianka na przypalo-
nym mleku. Zjedliśmy więc owsiankę, a potem zwinęliśmy obóz
i z pieśnią na ustach ruszyliśmy do leśniczówki.
Tylko „Duduś” nie śpiewał, bo wciąż był obrażony.
*
Do zbierania grzybów potrzebny jest las, zbieracze i grzyby.
O las nietrudno, o zbieraczy też, najtrudniej jednak o grzyby. Zbie-
racz zawsze myśli, że grzyb to istota niezwykle układna, czeka tylko
na to, żeby zbieracz przyszedł do lasu. Na jego widok uchyla kapelu-
sza i z daleka wola: „A kuku, zbierz mnie; tutaj jestem”.
*
I
.
*
1 V:lU-zusem taden przvb nic cierpi, by go zbierano, kryje się
'* i -iig' ;bvych zarosi,>ch i dlatego zbieranie grzybów wygląda jak
zabawa w chowanego (...)
lesie da.ę sk wo — było zupełnie jak w losie, a może jeszcze
ładniej. Przy sedkow ale dęby, strzeliste jodły, wesołe, koronkowe
modrzewie, smukłe wiązy. Pnie szare, brunatne, gołębiosine, gładkie
1 Popękane. A ponad pnianu zbity dach liści i igliwia, pełen tajemni-
czy ch szmerów i wesołych pogwizdywań. Dołem deń wilgotny,
przetykany’ złotymi pasmami słońca; krzewy jagód i pióropusze pa-
proć I mchy. miękkie, soczyste, uginające się pod stopami. (...)
Pod paprocią, tuz przy' pniu wielkiej jodły, zobaczyłem wspania-
łego borowika. Był przysadzisty, pękaty’, miał wspaniały kapelusz
brunatny i wstydliwie ukrywał opasły, biały brzuch w pierzynie
z mdi v. Z radosnymi okrzykiem rzuciłem się ku niemu. To, co
zobaczyłem, przechodziło granice prawdopodobieństwa. W sąsiedz-
twie, p d paprociami, ukrywała się cala rodzina fantastycznych bo-
rowików dwa olbrzymy — niby rodzice — i pięcioro niniejszych
wyrostków. Aż żal było zrywać...
Teraz wolno ucinałem grzyby przy samej nasadzie, z rozkoszą
ważyłem je w dłoniach i ostrożnie układałem na dnie łubianki*.
Nie można opisać mojego szczęścia, a to, czego nie można opisać,
wydaje się najpiękniejsze.
Z płonącymi oczyma, z rozpalonymi policzkami rzuciłem się na
daLze poszukiwania. I trzeba przyznać, mieliśmy szczęście. Natra-
fił i^my na mwbny las,.. Nie myślcbśmy już o niczym, tylko o boro-
vikiUi i arkach.
GRZYBÓW BYŁO W BRÓD..
Adam Mickiewicz
Grzybów było w bród: chłopcy biorą krasnolicc,
Tyle w pieśniach litewskich sławione lisice,
Co są godłem panieiLstwa, bu czerw * ich me zjada,
1 dziwna, żaden owad na nich nic usiądą.
Panienki za wysmukłym gonią borowikiem,
Którego pieśń nazywa grzybów pułkownikiem.
Wszyscy dybią no rydza; ten wzrostem skromniej zy
1 mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy,
Czy świeży, czy solony, czy jesiennej pory,
Czy zimą. z\lc Wojski zbierał muchomory.
Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku1
Dla szkodliwości albo niedobrego smaku;
Lecz nie są bez użytku, one zwierza pasą
I gniazdem są owadów i gajów okrasą.
Na zielonym obrusie łąk, jako szeregi
Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brz gi
Suro jad ki srebrzyste, żóhe i czerwone,
Niby czarcczki różnym winem napełnione;
Koźlak, jak przewrócone kubka dno wypukłe,
Lejki, jako szampańskie kieliszki wysmuklę,
Bielaki krągłe, białe, szerokie i płaskie,
Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie,
1 kulista, czarniawym pyłkiem napełniona
Purchawka, jak pieprzniczka — zas innych im Dna
Znane ty lko w zajęczym lub wilczym języku,
Od ludzi nie ochrzczone; a jest ich bez liku.
Ni wilczych, ni zajęczych nikt dotknąć me raczy,
A kto schyla się ku nim, gdy bl |d swój oraczy,
Zagniewany, grzyb ziarnie albo nogą kopnie.
Tak szpecąc trawę, czyni
bardzo nieroztropnie.
I jjk-nwui ucBęru pi. ,P»n T*l«»x
PIES Maria Dąbrowska
Fragmenty/
eremonie i naprężone stosunki pano- j
jeszcze między nami i Tumrym
dość długo. I
Boczył się na nas wciąż, a najwięcej
swobody i wesołości okazywał w stosunkach z ojcem.
Bo ojciec nie chciał od niego żadnych uczuć. Po prostu uczył go
wystawiać zwierzynę i biegać za nim w pole.
i o smutku życia.
Niczym nie zrażeni czyhaliśmy wciąż na jego przyjaźń.
— Widziałeś ? Poszedł za mną aż do końca ogrodu.
— Ale, o! Poszedł, bo tam był rano kot. Po prostu poszedł zo-
baczyć, czy siedzi jeszcze na drzewie.
Tak, to nie był żaden dowód.
Ale raz się zdarzył dowód.
Bawiliśmy się w mycie owiec na trawniku przed oknem.
Tumry spał opodal.
Pobiegliśmy szukać ich za bramę.
Wtedy zobaczyliśmy, jak Tumry zerwał się - obejrzą] się, z.
nas nie ma, i w porywie uczucia zaczął szukać.
To było mało, ale zawsze dowód.
Do nas kiwał uprzejmie głową.
— Jestem taki szczęśliwy7. Czy kochacie mnie jeszcze?
Tak dalece zapomniał o swoim panu, że aż mieliśmy mu to za
złe.
Odpowiadaliśmy mu teraz na jego awanse* trochę szorstko, ale
było nam przyjemnie. (...)
A jednak pomimo to wtedy właśnie stał się dla nas uprzedzająco
grzeczny i miły.
Starał się nam poświęcać jak najwięcej swego wolnego czasu.
Bez chwili wahania zmęczony i poturbowany zrywał się ze snu,
gdy wołaliśmy, że chcemy iść na spacer, i biegł z nami. Miał dla nas
zawsze uśmiech w oczach.
Zmienił się zupełnie. Stał się dobry i mądry. Jakby, sam dużo
przecierpiawszy7, zrozumiał, że nie trzeba innym zadawać cierpienia.
Odwzajemniał nasze uczucia łagodnie i powściągliwie.
W sierpniu najstarsza dziewczynka zachorowała na tyTlis.
Wszyscy myśleli, że umrze, ale nikt w to nie wierzył.
Tatuś płakał, chodziło się na palcach, a dziewczynka mówiła
od rzeczy, co się zresztą i bez tyfusu zdaizało.
Młodsze dzieci mogły się bezkarnie objadać bobem w czeladnej
kuchni, bo nikt nie zwracał na nie uwagi.
Zapach goździków i upału wiał oknami do pokoju.
Było tak cicho w mieszkaniu, że słychać było, jak nad rezedą
w ogrodzie brzęczą pszczoły.
Tumry przeszedł wtedy cichuteńko przez wszystkie pokoje i po-
łożył głowę na kołdrze chorej dziewczynki tuż przy jej stopach.
Dziewczynka otworzyła rozognione oczy i pierwszy raz przy-
tomnie powiedziała:
— Tumry.
I łzy spłynęły jej bokiem po skroniach spod mrużących się powiek.
Wyciągnęła rękę i Tumry wnet ostrożnie i nieśmiało, a skwapliwie
podszedł i położył leciuteńko na dłoni swój łeb. Teraz się zdradził
Miał przeszło rok życia i me tno
Zresztą i
Latem Tumry zakochał się w suczce stróża, Filutce.
Był w samym rozkwicie młodości. r0ZPaczą.
Miał przeszło rok życia i nie mógł przecież
Zresztą Filutka była naprawdę mila, przyjaciclsk
Oczy Tumrego jaśniały teraz szczęściem. . biegl
Gdziekolwiek ukazywała się Filutka, zjawi. ę
tuż przy niej, nie wysuwając się ani o cal napizu .
78
Po burzach i rozterkach młodości Tumry żył pełnią dojrzałego
życia. Jego naturalna wesołość ujawniła się w pełni, spotęgowała
79
ostatecznie. Kochał nas.
1
i
rosodny i
z niego skakal wysoko i
Uh w5 tał nas lekko drżący
i warczał, żeby pokryć
„. i j , - - zębami za suknie albo za dłonie
lut- gk' °dwi'acał się ' w Pelnym, wyciągniętym galopie obiegał
•i ka razy naokoło klomb, a za każdym razem, kiedy był naprze-
ciwko nas, przypadał łapami do ziemi, pochylał głowę, śmiał się
i warczał z cicha, i znowu pędził naokoło.
Gdy nad wieczorem szliśmy na spacer z mamą w różowiejące
pola, Tumry szedł na przedzie swym najpiękniejszym chodem,
powoli, rytmicznie i do taktu każdego kroku wachlował się ogonem
w prawo i w lewo.
Szedł sobie tak pełny spokojnej radości życia, jak idzie czasem
człowiek i nuci w myślach swoich pieśń.
Wieczorem przychodził nam powiedzieć dobranoc.
Kładł głowę na poduszce, a my obejmowaliśmy go za szyję —
i tak w milczeniu patrzyliśmy wzajem na siebie.
Wtedy nie tylko pies nie mógł wypowiedzieć swych uczuć.
My nie mogliśmy także.
ai
Rudy urodził się w sam Nowy Rok,
a na Nowy Rok padał śnieg.
Książką — 6
i
I
Konstanty Udrfons Gałecki
historia rudego
/Fragmenty/
iesi Z sercem i z s11^.
, iak kryszt^ górski.
z
:
Kiedy Rudy byl mały,
ciągle mu się nogi plątały,
taki byl okrągły i niezwinny.
Kroki stawiał nieduże;
żeby przejść przez podwórze —
zużywał na to pół godziny.
Dzieci
(a dzieci w leśniczówce było wiele)
wołały na niego „Serdelek”
albo jeszcze gorzej: „Bania”.
A Rudy myślał: „No i co z tego?”
i podróżował, i ssał mleko,
i miał swroje upodobania.
Lubił wzrok zadzierać do góry,
obserwować muchy i chmury
albo jak leśniczy drzewo rąbie;
a kiedy w letnie wieczory
zapalały się gwiazdozbiory,
mały Rudy warował przy pompie.
Przez oczy przymrużone
widział leśniczego i jego żonę,
i różne kolory, i linie, *
i jak z łąki wracał koń wysoki,
i jak indyczki i kwoki
wchodzą do kurnika po drabinie.
A gdy późnym wieczorem
księżyc błyskał nad borem
jak zegarowa tarcza
i dzik rukal pod owsem,
Rudy wiatr wciągał nosem
i warczał.
Potem przyszły dzieci,
żeby powitać Rudego:
— Jaki śliczny!
— Jaki tłuściutki!
— Jaki mały!
— Jaki malutki!
— Jaki nosek!
— Jakie uszki!
— Jaki ogonek!
— Jakie nóżki!
— Jak ssie mleko!
Wszystkiego dobrego
na Nowy Rok!
JAK DO KOGO SIĘ ZWRACAĆ?
Witold Paweł Cienkowski
anim pojawiły się na horyzoncie dziejów
społecznych nazwiska, istniały imio-
na, mające niekiedy charakter naszych
przezwisk. W czasach dawnych mogło
wystarczać jedno określenie osoby również i dlatego, że ściśle rzecz
biorąc każdy mógł się nazywać inaczej: liczbę imion ograniczała
tylko fantazja. Z czasem, gdy liczba imion uległa ograniczeniu do
tradycją zatwierdzonego ich zasobu, koniecznym stal się drugi człon
odróżniający — nazwisko.
Imię dziś nadaje się każdemu dziecku po urodzeniu, nazwisko
natomiast dziedziczy się po rodzicach. To chyba najważniejsza róż-
nica między imieniem i nazwiskiem. Druga to chyba ta, że wspólne
nazwisko stanowi więź łączącą wszystkich członków jednej rodziny.
Nazwisko ma charakter bardziej urzędowy, bardziej oficjalny*.
nica między imieniem i na*w
‘ ieź łączącą wszystkich członków jednej rodziny.
82
W rodzinie i w gronie przyjaciół wszyscy zwracają się do siebie nie
po nazwisku (chyba żartując), lecz po imieniu. Imię bowiem ma
charakter bardziej intymny*. I to jest trzeci moment różniący
nazwisko od imienia.
W języku rosyjskim uprzejmą formą i ogólnie przyjętą jest zwra-
canie się po imieniu odojcowskim, np. (w przekładzie polskim)
Tichonie Iwanowiczu! albo Borysie Wladimirowiczu! W innych
językach bywa inaczej. We Francji, Anglii i w Niemczech grzeczniej
jest zwracać się po nazwisku: monsieur Duwal! mister Twister! Herr
Meier! 1 U nas mówienie do kogoś: panie Jankowski! — jest częścio-
wo przyjęte w stosunkach służbowych, natomiast razi w stosunkach
towarzyskich.
Przy bliższej znajomości i pewnej poufałości używa się imion:
pani Zofio, panie Henryku, w bardziej zażyłych stosunkach wobec
osób równych wiekiem bądź młodszych używamy imion zdrobnia-
łych: panno Zosiu, panie Heniu, w stosunkach koleżeńskich uży-
wamy formy „wy”, do przyjaciół zaś i osób o wiele młodszych mó-
wimy „ty”. Wobec osób posiadających tytuły używa się tych tytu-
łów: panie dyrektorze, panie prezesie, panie magistrze.
W Polsce użycie nazwiska w formie zdrobniałej świadczy o życz-
liwości i sympatii albo o litości bądź pobłażliwości, np. „Kowalsiu,
co Kowalsia tu robi ?” albo „Co ten Gwóźdź sobie myśli ?” — o czło-
wieku nazwiskiem Gwoździcki. (Zauważmy nawiasem, że w ten
sposób wracamy do wyrazu gwóźdź, od którego w ostatecznym ra-
chunku pochodzi wspomniane nazwisko.)
Przedstawiciele innych narodów też zresztą skracają i spieszczają
nazwiska dla podobnych celów. Czescy uczniowie przezywali kolegę
Kostomlatskiego — Kostiak, Brodskiego — Brodiak itdjW Polsce
również w każdej szkole z reguły skraca się i spieszczą — czasem
nawet przedrzeźnia — nazwiska kolegów i nauczycieli: np. Jabłoń-
skiego na Jablo, Malińskiego na Malina, Szczecińskiego na Szcze-
cina i tak dalej J
Fragment książki „Sekrety imion własnych”
1 Czytaj: mesje diwal (franc., panie Duval); mister tuister (ang., panie Twister);
hor majer (niem., panie Mcier). Grubsza czcionką zaznaczone są samogłoski akcento-
wane w wymowie Lycłi wyrazów, których nic akcentuje się na sylabie przedostatniej.
*
Jabłko” i „Główka”.
€
i
-
t
s
a
\
5! Uważać! Na pewno opłaci się trud,
tu żadne wykręty, wymówki.
na stół swoje wizytówki,
SŁÓWKA I „SŁUFKA
Julian Tuwim
Dziś po dyktandzie w szkole
wrócił Jerzyk do domu markotny.
Ziewał, ziewał — i zdrzemnął się przy stole,
bo i dzień był jakiś senny i słotny.
I przyszły do Jerzyka trzy słówka:
„Brzózka
I powiedziały:
— Jestem Brzózka, nie „bżuska”.
•— Jestem Jabłko, nie „japko”.
— Jestem Główka, nie „głufka’.
Jak można tak znieważać urodę naszą i ród?
Trzeba się uczyć. t
Nie pomogą
I rzuciły mu — . .
żeby wiedział, z kim ma do czynienia,
i wyzbył się takich zwyczajów prostackich.
Jabłko z Jabłońskich,
Brzózka z Brzozowskich,
Tl^będztosz sadził bW po błędzie
to zrobimy z Jerzego — „Jezego ,
złego jeża kolczastego.
I co, przyjemnie ci będzie.
nn Terzyka siódme poty!
si - do roboty!
Obudził się
WALKA Z GŁUPOTĄ / Grażyna Bacewic
ednym z największych wrogów
kompozytora* jest odbiornik radiowy.
Kompozytorzy bronią się przed tą
plagą w najrozmaitszy sposób.
Jedni budują dźwiękoszczelne pomieszczenia — niestety koszty
są olbrzymie, a rezultaty znikome. Drudzy przywożą z zagranicy
specjalne słuchawki nie przepuszczające dźwięku, ale niełatwo jest
przyzwyczaić się do nich. Głupio jakoś, gdy człowiek sam siebie nie
słyszy. Jeszcze inni stosują system szczotkowy.
Każdy wypracowuje sobie własną metodę walki.
A całą sprawę można by załatwić jednym zarządzeniem:
Niesiesz przez miasto włączony tranzystor — płać, bałwanie,
mandat, bo nikt cię nie prosił o zwiększanie hałasu.
Puszczasz od świtu radio na cały regulator — piać, bałwanie,
mandat.
Zostawiłeś w domu włączone radio — płać, bałwanie, mandat.
Ileż to byłoby korzyści z takiego zarządzenia: 1. zmniejszenie
szumu w kraju, 2. lepszy stan nerwów obywateli, 3. spadek zbrod-
niczości, 4. góry pieniędzy (z mandatów).
Mam nadzieję, że doczekam jeszcze uregulowania tej sprawy.
To bardzo pilne, bo osobista moja metoda walki zawiodła. Przed
laty wzięła w łeb. A polegała na uniżonym proszeniu sąsiadów o ści-
szanie radia. Czyby zechcieli uczynić mi tę łaskę, ten wielki dar, tę
olbrzymią uprzejmość.
Nie zechcieli!
' Raz zapukałam do sąsiada, \ który zamieszkał w naszym domu
dopiero przed miesiącem. Nie znaliśmy się. (Moja znajomość z są-
siadami w ogóle miała charakter szczątkowy).
Praktyki aparatowo-radiowe tego nowego sąsiada były szczegól-
nie dokuczliwe.
— Proszę pana, czy nie zechciałby mi pan łaskawie powiedzieć,
85
dlaczego u pana pusZCTne jest K,dio m
od świtu do nocy?
— Ach, proszę pani. To bardzo
Bo, widzi pani, tutaj obok, przez ścianę -
tajemniczy — - * * •
proste. Czynię to dla ochrony.
• głos mówiącego stal się
. moje radio,
co układa melodie, ale
— niespełna rozumu
Bo, widzi pani, tutaj obok
i - , . w^asnie Przez tę ścianę, koło którei stoi
mieszka jakieś bydlę. Podobno to ktoś taki, w UMi
droga pani, cóz to za melodie! Tylko człowiek ni
może...
Nie dokończył, bo ryknęłam śmiechem.
Spojrzał na mnie z przerażeniem. Jego wzrok wyraźnie mówił-
to wariatka.
— Drogi panie, nie jestem wariatką.
— Więc kim pani jest?
— Pana sąsiadką przez ścianę.
— Aaaaa? To pani układa te melodie?
Nastała chwila ciszy, następnie mój sąsiad podał mi rękę i rzeki:
— Bardzo mi przyjemnie.
— Mnie również.
— Droga pani, dlaczego pani nigdy nie ułoży jakiegoś walczyka ?
Takiego, jak to dawne walczyki. Tra la la, tra la la — zaczął nucić,
ale zaraz urwał i dodał: — A pani jakoś tak dziwnie układa.
— No, to ja już pójdę — odezwałam się grzecznie. — Przepraszam
za najście.
— Nic nie szkodzi. Ach, mam znakomitą myśli Pewien moj
znajomy, pracujący przy urządzeniach sanitarnych, układa piękne
melodie.i Walczyki i poleczki, i smutne melodie, mówię pani, cos
niebywałego. Ja go poproszę, to on może zgodzi się przyjść
pa"^’ U mnie urządzenia sanitarne są w porządku - przerwałam
_ roześmiał sią mój sąsiad. - Pani mnie me aro-
“ i, tak trochę podpowiedzieć, pizy
bardzo niedoskonała w samym
'* cicho.
biurku. Nie dokuczamy
zaniepokój ona.
— Nie, nie
zumiała. On by mógł pomóc pani,
układaniu melodii.
W ten sposób moja metoda
założeniu — legła w giuzach. r, • komponować
W c„>-u ostatnich lat nauezyfcmy s,« komp
Już nie pracujemy przy fcneptame, tyto przy -
sąsiadom.
względów ?
a
Grażyna Bacewicz (1913—1969) — wybitna polska skrzypaczka i kompozytor!^
autorka znanych i cenionych koncertów*, kwartetów* smyczkowych, baletu* cldopa
król” i innych utworów muzycznych.
PRZEPAŚĆ
Tadeusz Różewicz
Babcia w czarnych sukniach
w drucianych okularach
z laseczką
stawia stopę
nad przepaścią krawężnika cofa
rozgląda się bojaźliwie
choć nie widać śladu samochodu
Podbiega do niej chłopczyk
bierze za rękę
i przeprowadza
przez otchłań ulicy
na drugi brzeg
Rozstępu ją się
straszliwe ciemności
nagromadzone nad światem
przez złych ludzi
kiedy w sercu
małego chłopca
świeci iskierka
miłości
87
Mieczysław Jastrun
Jeżeli kiedyś dzieło napiszę,
Które przez wielu będzie czytane,
Chcę, aby o was było pisane
Słowami, które znają swą ciszę.
O was, nieznani bohaterowie,
Na pozór drwiący z niebezpieczeństwa,
Prości w uczuciach, oszczędni w słowie
I od własnego skromniejsi męstwa.
To, co w granicie będzie wyryte,
To, co się stanie kodeksem* dziejów,
W powietrzu nocy, na mgle przed świtem,
Wyście pisali krwią i nadzieją.
BIT W A POD WARKĄ / Henryk Sienkiewicz
Opowiadanie to jest fragmentem powieści pt. „Potop”, jednej z trzech
książek historycznych wchodzących w skład „Trylogii” Henryka Sienkie-
wicza. Autor opowiada w niej o walkach narodu polskiego z najazdem
szwedzkim w latach 1655—56. Na czele walczących Polaków stal znako-
mity wódz i gorący patriota, późniejszy hetman — Stefan Czarniecki
(1599—1665).
ilica dzieliła dwa wojska.
Na szwedzkim brzegu oz wały się trą-
by, kotły, bębny i krzyki żołnier-
stwa stawającego co duchu 1 do spra-
wy, a pan Czarniecki kazał również dąć w krzywuly* i następował
ze wszystkimi chorągwiami* ku rzece.
Wtem podskoczył co tchu w dzianecie* do Wąsowiczowej cho-
rągwi, która była najbliżej rzeki.
— Stary żołnierzu! — krzyknął — ruszaj mi ku mostowi, tam
z koni i do muszkietów*! Niech się na ciebie cała potęga obróci!
Prowadź!
Wąsowicz jeno poczerwieniał nieco z ochoty i machnął buzdy-
ganem*. Ludzie, krzyk uczyniwszy, pomknęli za mm jak tuman
kurzawy, gnanej wiatrem.
Dopadlszy na trzysta kroków do mostu, zwolnili biegu; tuż dwie
trzecie zeskoczyło z kulbak* i biegiem ruszyło ku mostowi.
Szwedzi zaś ruszyli z drugiej strony i wkrótce zagrały muszkiety,
zrazu wolniej, potem coraz prędzej, jakby tysiąc cepów* bilo nie-
regularnie w klepisko*. Dymy rozciągnęły się na rzekę. Krzyki za-
chęty brzmialy przy jednym i drugim naczółku 2. Uwaga obu wojsk
skupiła się na most, który był drewniany, wąski, zatem trudny do
zdobycia, a łatwy do obrony. Jednakże tylko przezeń można się było
dostać do Szwedów.
1 co duchu — co tchu, szybko
2 naczółek — tu: końcowa, brzegowa podpora mostu, przy czółek
91
Toteż w kwadrans później pchnął pan Czarniecki dragonię1
Lubomirskiego w pomoc Wąsowiczowi.
Lecz Szwedzi poczęli już i z armat ostrzeliwać przeciwległy
naczółek. Zataczano coraz nowe sztuki i faskułe2 poczęły z wyciem
przelatywać ponad głowami Wąsowiczowych i dragonii, padać na
łąkę i ryć w zagony ziemię, obrzucając walczących darniną i biotem.
Margrabia badeński stojąc pod lasem, na tyłach armii, patrzył
przez perspekunrrt3 4 naHrtrWę. UcTczasu do czasu zaFodeimowal ją
od oczu i spoglądając ze zdziwieniem na swój sztab, wzruszał ramio-
nami.
— Poszaleli — mówił — koniecznie chcą ów most sforsować*.
Kilka dział i dwa lub trzy pułki może go przed całą armią bronić.
Jednakże Wąsowicz coraz potężniej następował ze swymi ludźmi,
więc i obrona stawała się coraz zaciętsza. Most stawał się punktem
środkowym bitwy, ku któremu z wolna poczęła ciążyć i ściągała cala
linia szwedzka. W godzinę później zmienił się cały jej szyk i zwrócił
się bokiem do poprzedniej pozycji. Most zasypywano po prostu
deszczem ognia i żelaza; ludzie Wąsowicza poczęli padać gęstym
trupem, tymczasem przylatywały ordynanse 1 coraz gwałtowniejsze,
by koniecznie szli naprzód.
— Zgubi Czarniecki tych ludzi! — krzyknął nagle pan marsza-
łek koronny.
Zaś pan Witowski, jako doświadczony żołnierz, poznał, że źle
się dzieje, i aż dygotał cały z niecierpliwości; na koniec nie mógł
wytrzymać dłużej, za czym wspiął konia, aż rumak stęknąl żałośnie,
i skoczył ku Czarnieckiemu, który przez cały czas ten ciągle, nie
wiadomo dlaczego, posuwał ludzi ku rzece.
— Wasza miłość! — krzyknął Witowski — krew się próżno leje;
nie zdobędziemy tego mostu!
— Ja też go nie chcę zdobywać! — odrzekl Czarniecki.
— Więc czego wasza dostojność chcesz? Co mamy robić?
— Ku rzece chorągwiami! Ku rzece! Do szeregu waść!
Tu Czarniecki począł sypać oczyma taicie błyskawice, że Witowski
cofnął się słowa nie rzekłszy.
1 dragonia — lekka jazda, dawna konnica
8 faskula — kula tej wielkości co przekrój lufy działa
3 perspektywa — tu: luneta
4 ordynans — tu: rozkaz, polecenie
Tymczasem chorągwie doszły na dwadzieścia kroków do brzegu
i stanęły długą linią wzdłuż koryta. Nikt z oficerów ni żołnierzy nic
wiedział w pień, dlaczego to czynią.
Nagle Czarniecki pojawił się jak piorun przed frontem chorągwi.
Ogień miał w licach, piorun w oczach. Wiatr silny podnosił mu
burkę* na ramionach na kształt potężnych skrzydeł, koń pod nim
skakał i wspinał się, wyrzucając płomień z nozdrzy, on zaś szablę
puścił na temblak*, czapkę zerwał z głowy i ze zjeżoną czupryną,
z potem na czole, krzyknął do swojej dywizji:
— Mości panowie! Rzeką się nieprzyjaciel zastawił i drwi z nas!
Morze przepłynął na pognębienie nam ojczyzny, a myśli, że my w jej
obronie tej rzeki nie przepłyniem! (...)
Wtem ława mężów i koni runęła w falę, aż wyskoczyła z szalonym
rozpędem na brzegi. Za łaudańską poszła wiśniowiecka, za wiśnio-
wiecką pana Witowskiego, za nią Stapkowskicgo, za nią wszystkie
inne. Szal taki ogarnął tych ludzi, że pchały się chorągwie na wyścigi;
krzyk komendy pomieszał się z krzykiem żołnierstwa, rzeka wystą-
piła z brzegów i spieniła się na mleko w mgnieniu oka. Fala poczęła
znosić nieco pułki, lecz konie, bodzone ostrogami, płynęły jakby
nieprzejrzane stada delfinów, chrapiąc nozdrzami i stękając. Zapeł-
nili tak rzekę, że tłum łbów końskich i ludzkich utworzył jakby most,
po którym mógłbyś przejść suchą nogą na drugi brzeg.
Czarniecki przepłynął pierwszy, lecz nim woda zeń ociekła, wy-
płynęła za nim laudańska, więc machnął pan kasztelan buzdyganem
i krzyknął na Wołodyjowskiego:
— W skok 1 Bij!
A do wiśniowieckiej pod Szandarowskim:
— W nich!
I tak puszczał jedną za drugą, póki wszystkich nie odprawił.
Przy ostatniej sam stanął na czele. (...)
Stało się wreszcie jasnym, dlaczego pan Czarniecki kazał Wąso-
wiczowi zdobywać most, chociaż nic miał zamiaru po nim przecho-
dzić. Oto główna uwaga całej armii szwedzkiej skupiła się na ów punkt
i dlatego nikt nic bronił i nic miał czasu bronić przeprawy wpław.
Przy tym wszystkie niemal paszcze armatnie, cały front wojsk nie-
przyjacielskich zwrócony był na rzekę ku mostowi, a teraz, gdy
trzy tysiące jazdy szło jej w bok całym pędem, teraz dopiero trzeba
było zmieniać szyk, formować nowy front, by się choć jako tako
93
od uderzenia zasłonić. Jakoż stał się straszliwy skrzęt1 i zamie-
szanie; pułki piechoty, jazdy odwracały się co duchu ku nieprzyja-
cielowi, łamiąc się w pośpiechu, zawadzając jedno o drugie, nie
rozumiejąc wśród wrzasku i tumultu* komendy, działając na wła-
sną rękę. Próżno oficerowie czynili nadludzkie usiłowania, próżno
margrabia ruszył natychmiast stojące pod lasem pułki jazdy; nim
do jakiejkolwiek sprawy przyszli, nim piechota zdołała dzidy tyl-
nymi końcami w ziemię zasadzić, by je nadstawić nieprzyjacielowi,
wpadła chorągiew laudańska, jak duch śmierci, w sam środek szyków;
za nią druga, trzecia, czwarta, piąta, szósta. Dopieroź rozpoczął się
dzień sądu! Dymy strzałów muszkietowych przykryły, jakoby chmu-
rą, całą bitwę, a w tej chmurze krzyk, wrzenie, nadludzkie głosy roz-
paczy, krzyki triumfu, przeraźliwe dźwiękanie żelaza, jakby w kuźni
piekielnej, grzechotanie muszkietów; czasem błysnął proporzec*
i zapadł w dymy, czasem złota szpica chorągwi pułkowej, i znów nic
nie widziałeś, jeno łoskot rozlegał się coraz straszliwszy, jakoby
ziemia zarwała się nagle pod rzeką i jakoby wody jej spadały w prze-
paść niezgłębioną.
Wtem z boku nowe zabrzmiały Wrzaski! to Wąsowicz przeszedł
most i szedł w bok nieprzyjaciela. Wówczas niedługo już trwała
bitwa. (...)
Noc już była, gdy pan Czarniecki zjechał ku Warce z pobojo-
wiska. Była to może najweselsza noc w jego życiu, tak wielkiej bo-
wiem klęski nie ponieśli dotąd Szwedzi od początku wojny. Wszyst-
kie działa, wszystkie chorągwie, wszystka starszyzna prócz naczel-
nego wodza była wzięta. Armia zniesiona do szczętu: rozegnane
na cztery wiatry małe jej resztki musńiły paść ofiarą kup chłopskich.
Lecz pokazało się jeszcze przy tym, że owi Szwedzi, którzy sami za
niezwyciężonych w otwartym polu się mieli, nie mogą właśnie w ot-
wartym polu mierzyć się z rc ulamymi polskimi chorągwiami.
Rozumiał wreszcie pan Czarniecki, jak potężny skutek to zwycięstwo
w całej Rzeczypospolitej wywrze, jak podniesie ducha, jaki roz-
budzi zapał; widział już całą Rzeczpospolitą w niedalekiej przy-
szłości od ucisku uwolnioną, triumfującą... Alożc i złocistą, wielko-
hetmanską buławę widział oczyma duszy na niebie...
Wolno mu było o niej marzyć, bo szedł ku niej jak prawy żoł-
nierz, jak obrońca ojczyzny, i był z takich, którzy nie powstają ani
z soli, ani z roli, jeno z tego, co ich boli
PRZED BITWĄ POD RACŁAWICEII
Władysław Stanisław Reymont
OpO' Hłdan:** to fragmentem por. rści historycznej pt. ..Tnsurak a"
jednej z trze.ii tryl |d i.J lawa Snmibława Reynwnta . -
tuloUancj ..Rok 1794”. W urn >»— t ni autor opowiada o walkaah wy-
zwoleńczych narodu pobkiego wokredc aaborów. w czasie powitania k?o-
ciuszkowskiego. Wodzem naczelnym powianiabyl Tadeusz Kościuszko
(1746—1817) — znakomity \ Cdz gorący patriota, zwolennik retorm,
opiekun chłopów, bohater v Jk o wolność Stanów Zjednoczonych Ame-
ryki Północnej. Zwłoki Jego jaki' bohatera narodowego spoczęły na Wawelu,
usypano mu także pod Krakowem kopiec, nazwany kopcem Kościuszki.
Jego imię noszą oddział;, Wojska Tokkiego, liczne ulice, szkoły.
- -------------------- -------------------' —T-------1----------------------------------------------------------------------
oc była ciemna. Ani jedna gwiazda
nie migotała na niebie zawalonym bu-
rymi, skołtunionymi chmurami. Wiatr
huczał w dolinach i bil w lasy niby
przypływ gniewnego morza. Na garze zaś nic drgnęła nawet gałązka,
cicho było i ciemno, tyle jeno, ze deszcz szemrał nieustannie, a tu
i ówdzie żarzyły się lulki Ą Pomimo nakazanego spokoju ściszone
szeptania, kroki, parskania koni, szczęki broni czyniły głuchy szum
jakoby wód płynących nie dojrzanym łożyskiem wskroś ciemności.
Zaręba, spenetrowawszy* cały plac i wszystkie obozowi ka, su-
1 „Jam nie z soli ani z roli, jeno z tego, co mnie boh” — to □, kr* re mpo-
wiedział Czarniecki. gdy otrzymał buła1 * 3- ę 'i^Łmaiiilią; v ten sp'- -b okr^Jd wijo
zatlugi rycerzu i uiulza, wielokrotnie rannego w z.*
3 Ha — tup a
go ciekawość re-
zultatów narady.
się niekiedy wjdo-
z białej sieni na
i na drzewa wzno-
: też
na ziemi.
z góry'
w ziemię, oświetlało nieco
» * -..................................................-
nie d .wały zajrzeć do ok,c™«™i
± ,SP0S6” byl° « coiWwiek
tam wchodził, a wtedy strumień światła chlustał ‘
stratowane klomby, straże wartujące pod oknami i__
azące się przed gankiem niebosiężnym pióropuszem. Doh-zai
jakieś konie przywiązane do sztachet i kupę ludzi siedzących i
Parę lojówek w podróżnych świecznikach, przysłoniętych
derą rozpiętą na szablach wetkniętych
jakieś młodzieńcze twarze. Była to młódź szlachecka, same gołowąsy
która pouciekawszy ze szkół i domów, przystała do insurekcji1’
Formowali jakby przyboczną gwardię Naczelnika. Któryś z nich,
dojrzawszy stojącego oficera, zaprosił go do kompanii. Zaręba się
wymówil i poszedł zlustrować* swoich kosynierów. Prawie wszyscy
spali, nie bacząc na deszcz i przejmujące zimno, czuwały jeno warty
postawione oraz Bujak. Znalazł go pod oficerskim namiotem, na
barłogu, latarnia stała na ziemi, czytał przy niej jakąś książkę.
Zaręba poszedł do karczmy ogrzać się i nieco pożywić. Zasiadl-
szy przed ogniem, zapalił lulkę i puścił wodze jakimś dziwnie smut-
nymi rozmyślaniom. Czuł się znużony, wyzbyty ze sil i wielce nie-
spokojny. Jakby na coś czekał i czegoś się obawiał. Naraz podniósł
zdziwione oczy: stal przed nim jakiś młody, smukły chłopiec i dziw-
nie znajomym głosem mówił:
— Nie poznaje mnie waszmość? Jestem Stach Górski.
— Stach! Śmierci bym się spodziewał prędzej niż ciebie. Jakże
się masz? No, siadaj, mów. Co cię tutaj zagnało? — pytał, głęboko
poruszony niespodzianką.
Chłopak przysiadł się i w /znal, jako uciekł ze Sieniawy, z dworu
księcia generała ziem podolskich, i wstąpił do wojska.
Zaręba jął go w tej materii obszerniej indagować-, kiedy w pac
Bartosz. ...... .
— Pokornie melduję — szepnął strwożony —
przyjechał ze starościńskimi sługami i
zbiegłych parobków.
i chce silą odbierać swoich
1 insurekcja — powstanie
» mdag</wai w tej i»aurń — wypytywać w tej sprawie
96
— Co, śmiał aż tutaj, do obozu? Chodź, Stachu, zobaczysz
rzecz niepowszednią. Bartosz, co bądź się zdarzy, pamiętaj, ani
pary z gęby!
Kiedy dochodzili biwaku* kosynierów, Bartosz zaszeptał nie-
spokojnie:
— Czy pan komendant wyda tych chłopów? — strach zadygo-
tał w jego głosie.
— Zobaczysz! Przyprowadź paru co najtęższych parobków i cze-
kaj rozkazów.
W namiocie Bujaka czekał tęgi, wysoki szlachcic w piaskowej
opończy* podbitej futrem. Twarz miał krotochwilncgo1 opoja*,
wyłupiaste oczy, konopne, nastroszone wąsiki, stentorowy* głos.
— Jestem Jaworski z Krakuszcwic — prezentował się z niemałą
godnością. ____
Zaręba rzucił swoje nazwisko i traktując go z wyszukaną grzecz-
nością, jakby najmilszego gościa, przymuszał do rozmowy o gospo-
darstwie, pogodzie i sąsiedzkich stosunkach. Jaworski pienił się,
przysapywal i czas jakiś odpowiadał politycznie2, lecz w końcu
zabrakło mu cierpliwości i gruchnął prosto z mostu:
— Ja tam, Panie Święty, Matko jedyna, nie przyjechałem na
asamble i dyskursy3. Przed obliczność generała Kościuszki nie
dopuścili mnie, więc tandem4 rżnę do oficera kosynierów i po-
wiadam: „Żądam wydania moich poddanych. Byli wczoraj w Rze-
plinie, więc są tutaj, w obozie”. Dam ja bobu tym hultajom! Trzech
parobków i jeden żonaty: summa summarum3 dwanaście dni pańsz-
czyzny pieszej i dwa konnej, nie licząc już powinności w natura-
liach °. To nie bagatela, zwłaszcza teraz, kiedy wiosenne roboty
się zaczynają.
— Masz waćpan katalog 7 tych ludzi ?
— Oto jest: Michał Zawada, Józef Szczepanów’, Adam Mikołaj-
czyk i Tomek Barabasz.
1 krotochwilny — śmieszny, zabawny, wesoły
2 politycznie — tu: grzecznie, uprzejmie
3 asamble i dyskursy — zebrania towarzyskie i dyskusje
4 tandem (lac.) — więc
3 summa summarum (łac.) — razem, w sumie
c powinności w naturaliach — świadczenia w naturze
7 katalog — tu; spis, wykaz
Książka — 7
97
i pod bat, lepiej by zdech-
1 lońskicgo roku — zeszłego roku
— Nic mu do nas, my som żołnierze Kościuszką.
— Któż by chciał wracać do jarzma
pozostania __
— Ikmosz, prayprowaddt i
"dq'anłCnl: nie przyiuewalał* do
wy rzeki surowo i obejnal się za siebie.
w .'dehylonych ski.?dUh namiotu tal Bujak a za nim i
praestępowamc z nog, na nogę. Jaworski zapalczywie wywodź
swoje Prawa, talii i na pr2cmjany 5 w>wodził
JW jakiś pacierz Bartosz przyprowadził tych zbiegłych. Stanęli
w drzwiach narmotu nieruchomo jak posagi, światło latarni zakdwc
wy jawmlo ich umrze i posępnie rozgorzałe oczy. Kosy ściskali w re-
kach, topory błyskały za pasami.
— A psy jedne! A gnojkiI Ja wam pokażę wojaczkęI — wrzasną!
Jaworski trzęsąc pięścią.
ani kroku z miejsca! — huknął Zaręba i zwrócił
się do chłopów. — Dziedzic przyjechał po was! Jeśli macie ochotę,
to wracajcie z nim do domu...
My nie dziedzicowi, Polsce przysięgalim — wy rzeki pierwszy
— To z panów najgorszy. Pies ma u niego większe znaczenie
niźli poddany, kątownik, o bele co każę tłuc do ostatniego tchu,
do żvwego mięsa obdziera, głodem morzv. Mało Lego, bo łońskiego
roku1 zaprzeda! dwóch parobków do cesarskiego wojska Wszystkie
chałupy płacz<< na mego. Krzywdą jeno ludzką źyjc! Miłosierdzia
nie ma! Piekielnik to nad piekielniki!
Padały ciężkie słowa oskarżeń niby kamienie na hardo podnie-
siona głowę Jaworskiego. Jeno wijsy szarpał, ściskał kurczowo gło-
ie szabli, a zbiesionymi oczami nienawiści jakoby świdrem prze-
— przerwał skamlenie Za-
wnię ____ ,
wiercał parobków,
_____ Tandem. powracać nie chcecie?
ręba.
Runęli przed nim u
tclnej trwodze:
99
98
— Na miłosierdzie boskie, nie wydawaj nas, panie, temu piekiel-
nikowi 1
— Dosyć Odstąp! Marsz na swoje micjua Słyszałeś waćpan
respons ‘. Nic mam nic do nadmienienia. Moją powinnością bronić
ich przed każdą przemocą.
— Protestują! Panie Święty, Matko jedyna, protestują! — za-
ryczał już siny z gniewu, ledwie wladnący mową i sini z nic do-
tknięty. — Jak to, ja nie mam prawa do moich poddanych? Wasz-
iność gwałci kardynalne* prawa Rzeczypospolitej. Obranyś wać]xm
z rozumu, czy co? Wolne żarty, nic mmc brać na plewy? Chłopcy,
chwytać moich ludzi, zakuwać w dyby 3 i na wozy! Noże, a po-
śpieszać? Sam sobie wymierzać będę sprawiedliwość! Prędzej tam’
— Bujak, kto się tknie choćby palcem łych ludzi, wsypać mu
pięćdziesiąt odlewanych.
— Wedle rozkazu się sianie, panie poruczniku! — trzasnął ręką
w daszek i wyszedł,
•r
— Tego kpa 3 znam, byl dyrektorem 4 moich dzieci, podmawiał
chłopstwo do buntów... Teraz mi jasno, teraz miarkuję, w jaką
wpadlem kompanię! Rebelizantów 01
— Nie będę się tłumaczył, jeno przypomnę: któren z podda-
nych stanie pod chorągwiami insurekcji, wolnym ma być od pań-
szczyzny i powinności. Jeno Kościuszko władny jest .zafcv ać ich
krwią i życiem. Waść nie masz do nich najmniejszego prav a.
— Właśnie, że mam; jak mi się podoba, odpuszczę ich w żoł-
nierkę, ale na przymus odpowiem szablą! Do króla pójdę na skargę,
przed trybunały*, na sejm!
— Nie wrzeszcz waćpan! I coć jeszcze rzekę, wysłuchaj: oto
nic masz wstydu i sumienia! Kraj w upadku, nieprzyjacioły w gra-
nicach, kto jeno poczciwy, stawa w obronie ojczyzny. Kościuszko
ogłosił świętą wojnę o całość, wolność i niepodległość. Ale waśd
i jemu podobnym najważniejsza sprawa z'chowanie paii . z\zny!
Milsze wam jakieś parszywe psie WóIki uiz.ii ojczyzna? Pudle ego-
isty!
1 tespew — odpowiedź
2 sakowaC w dyby — zakuć w kłody lub deaki z oruonuni na ręce i .. <i
3 kiep — głupiec, dureń, gamoń
4 dyrektor — iu; nauczyciel
rebelizant (rtMtani) — buntownik
— Nie przyjechałem słuchać pcror*, jeno po swoich zbiegłych
poddanych!
Nie podnoś waść głosu i ruszaj sobie do wszystkich diabłów!
— Za taką obelgę zapłacisz mi krwawo, hetko pętelko1! Po-
pamiętasz Jaworskiego! Nie puszczę ci tego płazem, smyku jeden!_
wyrwał szablę i rzucił się ku niemu.
Rata2! — krzyknął Zaręba, nawet nie racząc się zasłaniać
przed ciosem.
Wpadlo sześciu żołnierzy z nasadzonymi bagnetami.
— Wyprowadzić t^go jegomościa na dół, na trakt* do Goszczy.
A będzie się opierał, burdy* wyrabiał, bronił: macie kolby. Bujak,
poprowadź! Precz z nim!
Zakotłowało się nagle pod namiotami; lecz po chwili Jaworski
był rozbrojony, zakneblowany*, gdyż ryczał niby zarzynany wól,
i wyniesiony.
— Narobi wrzasku na całą Rzeczpospolitą! — zauważył Stach
Górski.
— Niechaj krzyczy. Nie obejdzie się tam bez dotkliwych pamią-
tek! Oto masz szlacheckie fanaberie*! Cokolwiek byś poczynał
dla szczęścia i ocalenia ojczyzny, musisz takiego pierwszego lep-
szego cymbała molestować* o przyzwolenie. Bowiem on jest panem
Rzeczypospolitej i może krzyknąć: „Nie pozwalam!” I może ćwiar-
tować ją na części i bezkarnie sprzedawać! Niepodobna znosić tego
dłużej 1
CIĘŻKIE DNI / Wanda Markowska
Opowiadanie to jest fragmentem „Drogi na barykady * komuny”, książki
biograficznej* o Jarosławie Dąbrowskim (1836—1871)— wybitnym
dowódcy i działaczu o poglądach rewolucyjno-dcmokratycznych, gorącym
patriocie. Był on członkiem Centralnego Komitetu Narodowego w czasie
powstania styczniowego 1863 roku i jednym z dowódców wojsk Komuny
Paryskiej w 1871 roku. Dla uczczenia pamięci Jarosława Dąbrowskiego
1 hetka pętelka — byle kto, chłystek
2 raia — tu: dawny okrzyk wzywający pomocy
I0Q
w 1936 roku nazwano jego imieniem brygadę polską wałcząc) przeciw
faszystom o wolność narodu hiszpańskiego, a obecnie noszą jego imię
liczne ulice, place i szkoły. *
asno włosy, drobny, o dużych, błękit-
nych oczach, zacieniem przedwczesnej
powagi na wysokim czole, był Jaro-
sław pięknym chłopcem. Stanowił też
dumę matki. Z ciężkim sercem myślała o jego przyszłości w kraju
podbitym przez carat. Niełatwo przyszło jej rozstanie z synem.
A rozstać się z nim musiala. Jarosław miał już dziewięć lat Dłużej
zwlekać nie mogła. We wrześniu musi Jarosław opuścić Żytomierz
i jechać do Szkoły Kadetów w Brześciu. Tysiące razy powtarzała
sobie pani Zofia, że wyjścia innego nie ma, że jeśli się nie zdecyduje
teraz, to los chłopca będzie jeszcze straszniejszy — może zginąć
gdzieś na krańcach ogromnego imperium* w służbie cara, w soł-
datach. Pierworodnym przecież był synem, więc gdy tylko wyjdzie
z lat chłopięcych, będzie go musiała oddać znienawidzonemu sa-
trapie* na 25 lat żołnierskiej służby-katorgi *.
Wykupić się od tego nieszczęścia nie było za co. Zresztą w cyr-
kule * i tak mieli dom Dąbrowskich na oku. Wiedzieli, że brat pani
Zofii to powstaniec. Nie można więc było liczyć na ustępstwa.
Długo ważyła matka Jarosława tę decyzję; niełatwo było sercu
patriotki oddać ukochanego syna do szkoły, której celem było wy-
chowanie bezdusznego* narzędzia cara-samowładcy. Wierzyła jed-
nak w Jarosława, wiedziała, że on nie zdradzi.
Pewnego razu, a było to niedługo po przyjeździe Jarosława do
szkoły, jak błyskawica rozeszła się wieść, że car wyraził chęć zwie-
dzenia Korpusu Kadetów.
Blady strach padł na wszystkich. Ostre spojrzenie komendanta
świdrowało każdy ruch uczniów, śledziło ich zachow’anie i postawy.
Profesorowie gnani batem lęku zamęczali młodzież repetycjami * i za-
daniami. Dyscyplina* świszczała w salach, karcer* już był za cias-
101
ny. Całymi dniami musieli kadeci recytować genealogię* domu
panującego Romanowów, wymieniać tytuły, ziemie i ordery, jakie
posiada car Mikołaj I.
Nadszedł wreszcie dzień wizytacji*. Lśniący rząd karet zajechał
przed gmach szkoły, otoczony murem żandarmerii i policji. Car
Mikołaj w otoczeniu świty wkroczył do sali rekreacyjnej* przy-
strojonej odświętnie na jego przyjęcie. Przed nim to zginał się w ukło-
nach, to prężył na baczność komendant, blady, z kropelkami potu
na czole.
Car przyglądał się twarzom młodych adeptów *, niektórych pytał
o to i owo. Nagle spojrzenie jego padlo na małego Jarosława Dąbrow-
skiego. Czy to myślący wyraz twarzy, czy jasne, odważne spojrzenie
chłopca przykuły uwagę samowtadcy, dość, że skinął nań lekko
ręką. Jarosław zbliżył się, a wtedy car, chcąc widocznie grać rolę
łaskawego władcy, wziął chłopca na ręce.
— Jak się nazywasz, chłopcze? — pyta car z uśmiechem na
okrutnych, wąskich wargach.
— Nazywam się Jarosław Dąbrowski. Jestem Polakiem — śmiało
odpowiada chłopiec.
Car żachnął się* gniewnie i rzucił chłopca na ziemię. Nienawi-
dził tego narodu, który mimo klęski nie chcial uznać jego władzy
i śmiał podnosić głowę w obronie wolności.
Głuche milczenie zaległo salę. Wybladły komendant szkoły za-
trząsł się ze strachu. Wściekłym wzrokiem mierzył małego Jarosława.
On zaś leżał przez chwilę na ziemi ogłuszony upadkiem. Bezsilna
duma i upokorzenie wycisnęły mu łzy z oczu. Chciał się podnieść,
lecz siły go opuściły. Omdlałego unieśli koledzy sprzed oczu rozgnie-
wanego satrapy.
Dla Jarosława nastały jeszcze cięższe dni.
i
KOMUNA PARYSKA1 2
/Fragmenty/
Władysław Broniewski
Noc rozświetlona łuną,
złowroga, ciężka.
Chmurami ponad Komuną
zawisła klęska.
Zostało już niewiele
barykad* i nadziei.
„Na śmierć, obywatele
pójdziemy po kolei”.
Dąbrowski legł od kuli,
padł Raoul Rigault2 pod ścianą,
na skrzyżowaniu ulic
po stu rozstrzeliwano.
Obrona słabnie,
nadchodzi śmierć:
żołdacki bagnet
w roboczą pierś.
Kamienie mokre
od ludzkiej krwi.
Dwudziesty okręg
najdłużej grzmi.
Paryska — pierwszy w historii rząd klasy robotniczej utworzony
1 Komuna
we Francji w roku 1871. W czasie walk z silami burżuazii padło ponad 30 000 komu-
nardów.
2 Raoul Rigault (czytaj: mul rigo) — Francuz, jeden z przywódców Komuny,
tak jak i Polak Jarosław Dąbrowski. Obaj zginęli w 1871 roku.
103
opowieść m t
o MiODOsCl WŁODZIMIERZA LTMNA
f.a«
Gid, ni.7uni0^ł
będzie nn aę rvo,
blu ic z niebieskim kiOnicrzcm
Patrzył przed siebie, instynktem
xv nuci
oKtitnun CEr ie \Voł»xlia urósł i wyszczuplał. Jego wypukłe
to Mto uę wytac, kości pohctokMMl wystąpiły jstrzej, a jasno-
Weksla Ubh oal, jak Mamusia spytała
urósimy tułaj?
A Lciu wozu, jakby potwierdzając to „nigdy", toczyły się wciąż
dale, i dalej
Ki»to Wu/u przyprowadziły Wołudię i jego rodzinę do przystani.
Tu za u iły e inne — duże, lśniące bryzgami wodj i otulone parą
toto panMMku
U AhIw .td na pokładzie i, przechyliwszy się przez burtę*,
cbaerwow>ł >cfc pracę
Nie zairAitz i, ze kapitan ochrypłym głosem wydal rozkaz. od -
Kiedy U kdu pxluióel nczy, parostatek odbił od brzegu.
Ale pamięć zanurzyła się w przeszłość.
(>o U o! dra atr i nad urwiskiem i obwyuje lot ptaków. Szybkie
jak błyska ua jrrzki gwałtownie padają w dół lub wzbijają się
lekko i •prę/*• ’*c- *ił n», długimi, ostrymi skrzy-
dkatni pukhM, podobne do pierzyn ubluki.
Chłopiec acidta pięści, żery [ * »,/ rur L ió ? /.-!< •<h
mu oczy i zasłaniają mgłą rwdwUz irUkie wik iu
W i . y nume forty, w tadrti podano wtodo-
mość, że wyrok Specjalnego l rzędu Senatu aU/u;o ra te r
przez powieszenie GienieraLwą, Andricj, O r s
rywiewa i Uljanowa został wykonany b maja 1 fc|7 r k i
O. te słowa nie były odbite zwyczajną drukarń brt^. a krw j
brata i jego towarzyszy. Gazeta paliła rękę jak rozżarraa
— Oprawcy!... Oprawcy! . — szeptały wyiidir. etc wargi.
Co robić teraz?... Jak tyć?..-
Wytrwać. Nie dać się zmiażdż) ć rozpaczy. Wzi< wę v j^j*ć
Wołodia czul, jak boi zmienia się w decyzję*, jak trpun'cz ae dł i. c
zaciskają się u pięści, a serce wystukuje jedno proste i gr ine siewa
.AX alczjć!" Słowo, które napełniało się ładunkiem bok i gniewu.. j
Kolo parostatku drgnęła, obróciło się i znów ru C-..a»c z^.^ia
pły nąć ziemia.
Paru Uljanowu z córkami siedziała na uboczu. Marnuwa przy-
cisnęła się do ramienia matki i ucichła, a Ola, wyprost ranu, nieru-
choma i zasępiona, patrzy ła na wodę
Wolodia wpatrywał się w twarz matki i po itl. p..nr$e » Ji « r
w niej nieuchwytne rysy męstwa i iiły. Zaczęło mu iię zdwać. ze
oto wszystkie sprawy toczą się według jej woli. Nauct ruchy kuł
parostatku też jej podlegają...
Przypomniał gubię chwilę, kiedy wrócił i do d^mu po straceniu
iSaszy. Milcząc weszła do domu w czarnym pL>.sxzu, w ciężkiej,
czarnej chustce. Chwiała się, jakby całą drogę ze stobes do Symbir-
ka odb\b pieszo Otworzyła drzwi do gabinetu ojca Spoglądała
na ściany z jakąś niezrozumiałą czułością. l\xkwb J > »jcowikiego
łutela, pogłaskała ręką wysokie uparcie i przy siadła ca samy m brzezku,
jakby chciała zaczerpnąć tchu przed dalszą dru \| \XTolocLa był przy
niej, a siostry i Mitia stali w drzwiach i cykali, co nastąpi. Nikt me
mugł wymówić ani słowa.
Później matka wyprostowała się, zsunęte chu tk< z głowę na ra-
miona i Wolodia zobaczył, że jest zupełnie mwa. Zapragnął przy-
mknąć oczy i schować twarz na jej kolanach, jak w daconsune, kiedy
śniło mu się coś złego. Zrozumiał jednak, ze tetaz kolej, aby ona
złożyła swą siwą głnwę na je>jo piersi.
Nagle \s>obid2d suthe, że matka \\iovda iu; ze stolicy। a skądś,
106
107
gdzie huczą wystrzały, gdzie szczękają bagnety i martwi ludzie pa-
dają na ziemię. Do niej strzelano. To ona padała na ziemię i wstawała
znowu...
Z placu boju ludzie wracają z ranami od kul albo od szabel.
Matka powróciła z białą głową. Może to nie siwizna, a biały bandaż,
zakrywający zwojami skaleczoną głowę?
Maria Aleksandrowna podniosła się z fotela. Jej zmęczone, za-
padnięte oczy były suche. Rozpacz odeszła gdzieś w głąb, ona pa-
trzyła surowo, pytająco. Wzywała syna, aby zajął w rodzinie to
miejsce, które na zawsze opuścił jego starszy brat.
Nie mogła zdobyć się na przekazanie dzieciom okrutnej wiado-
mości o śmierci Saszy. I Wołodia, pragnąc ułatwić to trudne zadanie,
przemówił pierwszy:
— Wiemy o wszystkim — powiedział.
Z przestrachem spojrzała na syna. Schwyciła jego ręce i mocno
ściskając powiedziała:
— Prosiłam go, aby złożył prośbę o ułaskawienie.
— A on?
— Odpowiedział: „Nie mogę tego zrobić”.
Brakło jej tchu, łapała powietrze, ciągle jeszcze nie wypuszczając
rąk syna ze swoich suchych, zimnych dłoni. Ale już nie ściskała
ich tak bardzo. Nie miała siły. Za to syn trzymał mocno ręce matki.
...Teraz Wołodia stał na statku przy burcie i patrzył na matkę.
Przeszło już sporo czasu, a on ciągle nie mógł się przyzwyczaić do
tego, że jest siwa. (...)
Letnie, skwarne niebo ma osobliwy błękit. Wydaje się, że jest
rozpalone nie do białego, a do niebieskiego żaru.
W ten błękit wrzyna się portal* budynku, na którym pyszni się
dwugłowy carski orzeł i wielki napis: „Uniwersytet Cesarski .
W przededniu nowego roku akademickiego malowano kolumny
uniwersytetu. Otaczało je lekkie, drewniane rusztowanie, na którym
pracował ciemnolicy malarz, zwinny i spręż} sty Tatai Mustafa,
a chociaż rusztowanie chwiało się, mocno stał na nogach i mistrzowsko
władał pędzlem, zanurzanym co chwila w wiadrze z białą farbą.
Wyśpiewywał przy tym przeciągle, trochę przez nos.
108
*
Sary, sary, sap-sary,
Mary, czeczck, saplary.
Wydawało się, że na niepewnym rusztowaniu pracuje gimnastyk,
który dla uciechy publiczności produkuje ryzykowne ćwiczenia pod
kopułą cyrku.
Sagypyrsyn, sagypyrsyn,
Ilsje sugysz czokalary.
Kiedy wznosił pędzel, na szerokie stopnie uniwersyteckiej sieni
spadały białe bryzgi farby, aż wydawało się, że leży tam świeży,
nie wiadomo skąd spadły śnieg.
I trzeba trafu, że właśnie wtedy do budynku wchodził inspektor
Potapow.
Pomimo upału urzędnik ubrany był w sukienny, świeżo odpra-
sowany mundur z dwoma rzędami błyszczących, miedzianych gu-
zików. Wydawało się, że istnieje on tylko po to, aby nosić ten nieska-
zitelny urzędowy strój. Kiedy Potapow szedł po schodach, Mustafa
uniósł pędzel i bryzg farby spad! na czarny, błyszczący kamasz.
Inspektor wykrzywił twarz i krzyknął piskliwym, nie pasującym do
jego poważnej postaci głosem:
— Bydlaku! Gdzie masz oczy!
Mustafa przestał śpiewać i przysiadł na piętach, aby lepiej zo-
baczyć, co się stało. Dojrzał plamę na obuwiu inspektora.
— Czego sobie wasza wielmożność życzy? — spytał malarz.
— Gdzie patrzysz? — potrząsał pięścią Potapow, zezując na
plamę.
— Jak przeschnie, niech pan wytrze rękawem — radził Mustafa,
jak gdyby nigdy nic.
— Ja ciebie wytrę, kosooki!
— Mnie to nic nie pomoże. Cały jestem w plamach — odpo-
wiedział Mustafa.
Potapow splunął i pośpieszył do wyjścia.
Wtedy malarz zauważył stojącego opodal Wolodię.
Spotkali się oczami i roześmiali.
— Jak leci, panie studencie? — rzucił malarz ze swojego rusz-
towania.
— Nie jestem jeszcze studentem — odpowiedział W olodia.
— Dlaczego? Lenisz się?
109
— Czemu iiwn się knt ć ? Po prostu mc chcą mmc przyjąć na
— Ne lenna mę i mc chcą prn jąć ? — Mustafa byl zdziwiony. —
Peminm pm^1
P^cm, u kv*w domyślając się czegoś, zapytał:
— Moc tfsta obcci narodowości?
— Jestem Rotiamnan.
— sew k 4e» Rosjaninem, powinni cię przyjąć.
I aikbs umai. ze namowa trwa zbyt długo, schwycił za pędzel
l aBRru six do roboty. nuuąc • \ J po- <iikę. \\ydavalo się.
z: ; tap ysenką pędzel łatwiej chodzi tam i z powrotem po mokrej
kcduranie
> tamweh sierpniowych dniach miał jedno zadanie:
K . n wida n m ch nic tylko zdobycia wiedzy i zostania podporą
rod. • Cesarski Kazański Uniw rriyicr b\ 1 jakby jednym z czynnych
w.JkaiK u Udry d oru Jo c/.r.u budził się, dymił ogniem i wstrzą-
Pr chowano zatkać icjo krater nowym studenckim re-
/. -Ti*. czumym okiem in |xk<n* suwaniem i aresztowaniem
student-u Ale cz? można ucusić wulkan jak piec albo ognisko?
Vx paser *ch korytarzach uniwcr^Ktu panował chłód, jak gdyby
sjudenci r 'e?dźając się na wakacje zabrali wszy *1 ko ciepło z tego
uneltago, mezbyt przytulnego domu.
M i J> sunął powoli korytarzem, starają się nic stukać obca-
wu Podxsedł do jednego z audytoriów* i pchnął nic domknięte
drr*n LHupe, oJ ściany do ściany, czarne stoły i takie same długie
kawy wspcTjah sporą salkę W eiodu u tadl na brzegu ławy, prze-
suną! re*M po -ladkim stok Może tutaj wiele lat temu siedział jego
Nagk [MzypanruJ sobie słowa Mustafy; podniósł się z ławki
i głośno jc p»/wierzył
— P-jminni przyjąć!
\k durrm, pu rym potoju słowa zabraniały głośno i dźwięcznie.
Starował się do kancelarii
Pm Stok Mtdzu! urzędnik.
— >Azuwtko? — sp*.ud. nar podnosząc głowy
C-izędruk pr/^.UJa 1.J4/ papier* i (Jj^wiafi
— M pan k j ą i.-*ie 4 .k> * ; lane zaj ) raine.
— Jakaż to wprawa? — ni» oricn ug: . Wołolia. — Prz xicz
mc po sąJ^h się włóczę, a wstępuję na umwanym.
Urzędnik podnosi głowę. Na Ubl J ; tpn/ląd i długi nu*, na
którym, jak moty l z rozlnzonvmt ukntydłuai b n 5 . * Oczka
malutkie, policzki wyciągnięte. Na twarz? v -pisane . Przeci e muwię
do pana po rosyjsku!”.
— W pańskiej sprawie zostało wysiane zapytanie p.we Uijancmd
Urzędnik mówi przez nos i wydoje się, że ui ijc ią tmu bi-
nokle.
Nie da się ru nic arobić. Wolodia odwraca stę i wycb <h±
„Nie przyjdę tu przez calv tydzień”? — mó*-j dc uebic. f )
Ze schodów uniwersytetu Wolodia schodził powab, z opuKuzuaj
głową.
Mustafa specjalnie zlazł z rusztowania* żeby zamienić parę k>^
z Wolodią.
— Jak idą sprawy, panie studencie?
— Jak krew z nosa! — ponuro odezwał się Wok^lia
Chcial pójść dalej, ale tym razem malarz nic ogramcn l ię r Iko
do żartów. Przestał się uśmiechać.
— Panie studencie — zapyta! — proszę mi pow iedzieć, dUaego
pana nie przyjęli.
Wołodia zmruzvl oczy, uważnie spojrzał w twarz Mc a.fy i po-
wiedział :
— Jestem bratem Aleksandra Uljanowa.
Mustafa okrągłymi oczami spoglądał na Wołodię.
— Jestem bratem Uljanowa — powtórzył WokxLi i nagk? zro-
zumiał: nazwisko brata rewolucjonisty Mus talie rac rue mów.io.
Po prostu słyszy je pierwszy raz.
,Jak to może być — myślał — mój brat oddal tyoe za w^aęscie
ludzi, a om nawet me znają jego nazwiska. Jak to morę
Był cichy, jasny poranek. Niebieskie nirlx\ jedn/kowe prosto-
kąty okien, nawet liście drzew otulone kkką mgłą wydawał) się
niebieskie. 5X olodia, nie wiedząc kiedy, znalazł się przed śółtym
budynkiem z biały mi kolumnami
Wszyttko odbvlo się nudzTyc?*1’ pow o. lTr ' uniwciM-
teckicj kcuKclarn j oŁ;rzsłul w pajucradi i kn iko uŁu^nu!
110
111
— Jest pan przyjęty.
Am jeden mięsień nie drgnął na jego twarzy. Poprawił na nosie
binokle i starannie zaczął wypełniać studencką legitymację: „Ulja-
now Włodzimierz. I semestr. Wydział Prawny”.
\X otodia uniósł się na palce, przeczytał swoje nazwisko i imię
i z trudem powstrzymał się, aby z radości nie zaśpiewać.
Wyszedł na ulicę z nowiutką legitymacją studencką w rękach.
Trzeba umieć się cieszyć! Nawet w najtrudniejszej chwili trzeba
usilnie szukać odrobiny radości.
Tego dnia w domu Uljanowów było święto. Dźwięczał stary
symbirski fortepian. Śpiewano ulubione pieśni dzieciństwa. Wołodi
wydawało się, że znów jest na ulicy w Symbirsku w starym domu
z facjatkami*.
Z ostrzy
bagnetów
trzaskanie iskier
marynarz
bomby
niby piłki miota.
Pod Smolnym \
jak pod zjątrzonym
mrowiskiem,
w taśmach nabojów
straż przy kulomiotach.
Tu biegł ktoś z rozkazem,
tam zamek zazgrzytał,
na lewym kolanie
ktoś naboje
zmienił.
Kicdv
»
odmierzam
WŁODZIMIERZ ILJICZ LENIN
Z drugiego końca
chyłkiem przez korytarz
niepostrzeżenie
przemknął się
Lenin.
/Fragmenty/
Włodzimierz Majakowski
dni, którem przeżył,
szukając —
gdzie gorejący wątek ,
ten sam październik
staje jak świeży,
dwudziesty pi^ty1
to był początek.
, Tol^czy dwudziesty piw października (według nowego kalendarz, siódmy
listopada) 191 / roku.
Choć do niejednej
już powiódł ich bitwy,
nawet z portretów
nie znali lljicza.
Tłoczyli się,
pchali,
ostizej od brzytwy
żołnierz przez ramię
żołnierza
krzyczał.
W tej pożądanej
żelaznej burzy
113
Książka — 8
1 Smolny — nazwa gmachu w Petersburgu (obecnie Leningrad), w którym
mieściła się w 1917 roku Rada Delegatów Robotniczych i Żołnierskich centrum sił
rewolucyjnych.
Iljicz
jak gdyby
zaspany kroczył,
przystawał,
ręce
za plecy’ założył,
z ukosa
wpijał
zmrużone oczy.
W jakiegoś chłopca
w di achach l,
w onuckach*,
wraził spojrzenie —
celność straszliwa,
jak gdyby
serce
ze słów wyłuskał,
duszę
spod kanwy* zdań
wymotyw al.
— Do us/jsikich’
Do wszystkich!
Do wszystkich
frontów
od krwi pijanych,
do wszystkich
przybitych trudem,
w niewolę
bogaczom oddanych. —
Władza radom!
Ziemia chłopom!
Pokój ludom’
Gliltb głoduj m!
Tłmruczjl Adam Ważvk
114
OBLĘŻENI li WARSZAWY / Bożena Krzyuoblocka
Ofiarowanie
U nój twych kbdę, o żaMna wdowo
Puhkj.go ludu! O w
Ty di. co i’pq w U Lwym pochowani groble,
I tych — uo wierzy, że wslinitaz na mrwof
War ziuul tę pieśń u p d Dogi kładę
1 u.ig skrwawionych twoich s*ęgan> gl.wą.
Juluuz Slu^adu
Fragment utworu pt. ^Puuna Piasta Danty >zka”
rtylcria niemiecka ostrzeliwała dziel-
nicę po dzielnicy, zniszczono elektro-
wnię, część przewodów wodociągo-.
wy eh. Pod ogniem bomb i artylerii
naprawiano natychmiast uszkodzenia, opatrywano rannych. Wielu
obrońców miasta ginęło na swych posterunkach pracy.
Przy sztabie Obrony Przeciwlotniczej łączność utrzymywała
młodzież szkolna i harcerze. Było ich około stu — dziewcząt i chłop-
ców. General Rómmel1 z uznaniem wyrażał się o ich bohaterstwie.
Wielu tych łączników otrzymało odznaczenia bojowe. (...)
Inni harcerze pomagali w pracach fortyfikacyjnych*, transpor-
towali rannych, pomagali przy opatrunkach. Było ich wszędzie
pełno: ruchliwych, chętnych, uprzejmych i gotowych na wszystko.
Wzruszali swoją odwagą i gotowością służenia innym.
Stefan Starzyński był wszędzie — na pierwszej linii frontu, kon-
trolował zapasy żywności, schodził do kanałów, gdzie pracowali
robotnicy przy naprawie uszkodzeń, asystował* przy’ opatrywaniu
rannych z frontu, odwiedzał schrony pełne kobiet i dzieci. Każdego
1 Juliusz Rómmel (1381—1967) — gcocŁil pcLkich, ckmxL-i obrany
Warszawy w 19J9 fvku.
dnia rozlegał się z głośników radiowych jego spokojny głos. To
właśnie on dowodził milionową rzeszą* obrońców miasta, posłuszną
jego każdemu rozkazowi. (...)
Wśród huku bomb i rozrywających się pocisków artyleryjskich
Stefan Starzyński żegnał się ze swoją wymarzoną „Warszawą w kwia-
tach”, mówiąc:
„Chciałem, by Warszawa była wielka. Wierzyłem, że wielka bę-
dzie. Ja i moi współpracownicy kreśliliśmy plany, robiliśmy szkice
wielkiej Warszawy przyszłości.
I Warszawa jest wielka. Prędzej to nastąpiło, niż przypuszczaliśmy.
Nie za lat pięćdziesiąt, nie za lat sto, lecz dziś widzę wielką
Warszawę.
Gdy teraz do was mówię, widzę ją przez okno w całej wielkości
i chwale, otoczoną kłębami dymu, rozczerwienioną kłębami ognia,
wspaniałą, niezniszczalną, wielką, walczącą Warszawę. I choć tam,
gdzie miały być wspaniałe sierocińce, gruzy leżą, choć tam, gdzie
miały być parki, dziś są barykady* gęsto trupami pokiyte, choć
płoną nasze biblioteki, choć palą się szpitale — nie za lat pięćdzie-
siąt, nie za sto, lecz dziś Warszawa broniąca honoru Polski jest
u szczytu swej wielkości i sławy”.
Było to ostatnie jego przemówienie, gdyż 24 września na skutek
uszkodzeń zamilkła rozgłośnia radiowa Warszawa II.
25 września nadszedł zapisany strasznie w dziejach miasta „krwa-
wy poniedziałek”. 150 bombowców startujących z Piaseczna z peł-
nym ładunkiem atakowało miasto od 6 rano do godziny 20. Tego
dnia zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a nad całą stolicą zawisła
chmura ognia. Zniszczenia były coraz większe. Nie miał kto gizebac
trupów ani nosić rannych. Ale pomimo to sztuim nocny z dnia
26 na 27 został krwawo odparty.
Fragmenty utworu pt. „Warszawski wrzesień”
Warszawy, cywilny komisarz
ludności stolicy po kapitulacji,
Stefan Starzyński (1893-1943) - prezydent
obrony Warszawy w 1939 roku, bohaterski obrońca
zamordowany przez hitlerowców w 1943 roku.
116
SŁOŃCE WRZEŚNIA
Władysław Broniewski
Wrócę do Polski — i znów będą wrześnie,
będą spadały z drzew grusze i śliwy,
w niebo popatrzę i będzie boleśnie:
pod słońcem września nic będę szczęśliwy.
To słońce stało ponad horyzontem,
błogosławiące wrogim samolotom,
to słońce bilo nas żelaznym frontem,
dział hukiem, czołgów złowrogim łoskotem.
A czołgi w bagnach wyschniętych nie grzęzły7,
szły armie, szybsze niźli polski piechur,
bomby waliły w kolejowe węzły,
płonęły miasta, rzucane w pośpiechu,
szli Niemcy...
Któż to niegdyś wstrzymał słońce
Czemu nie zgasło nad warszawską bitwą?
Ono świeciło — okrutne, palące —
w oczy żołnierza, który trwał i wytrwał.
Słońce wspaniale!... Słońce nad Warszawą,
nad Westerplatte, nad Helem, nad Kutnem,
wschodzące krwawo, zachodzące krwawo,
nie nasycone widokiem okrutnym!
K*'1<”*m odd^iAl zuckuŁ
.{” zan» ’JvN*41 wt_ró<ce, ie
' kobeiowT,
POCIĄG /Ab* -j«< ' jr
*kroer>l u
amunicją,
duktem*.
I .udowei
ncgc* ZTW|<>me£O. (. )
La cm
Na linii K-k-Lt — Skarty-o. t iuni wl *n«
ruch ki'lcj<my był dmK ożywiony
nami na Unii panuje apokój, juk m 'kiera tt- ‘1
— A co cmatnio Niemcy <*<>24''
— Wiadomo. czego najwięcej czolp. l*UT!'
mente _ Spoinal i pocbiwem tu < 4 h
ruiwie uzbr>'icui' łlo> bu* lakich pari*zi..*«
no
— Pewnie, że tak. I pomagamy! Jakbym wiedział, panie, że
tego... to pewnie, że można by coś pokombinować.
W rozmowie ze starym zaświtała nam myśl, że właściwie mogli-
byśmy spróbować zablokować* tę tak ważną dla Niemców linię
kolejową.
W budce zjawił się akurat porucznik „Sokół”. Daliśmy mu po-
lecenie, aby szybko dogonił „Górala”, „Wrzos a” i „Brzozę” i za-
wrócił ze stu żołnierzy i kilku minerów*.
„Sokół”, nic zwlekając, dosiadł konia i popędził w stronę giną-
cych już w oddali oddziałów. My tymczasem nadal gawędziliśmy
z kolejarzem. Jego obserwacje były bardzo interesujące. (...)
Na rozmowie czas minął tak szybko, źc nie spostrzegliśmy nawet,
a już chłopcy zameldowali swoje przybycie. Ponieważ chętnych do
„wyważania” pociągu było dużo, przybyli więc również dowódcy
brygad i batalionów: „Łokietek”, „Orkan”, „Zygmunt”, „Góral”,
„Brzoza”, „Wrzos”. Nawet nasz „szef służby zdrowia”, dzielna
doktor „Anka”, której zabranialiśmy zazwyczaj udziału w tego ro-
dzaju eskapadach*, nie wytrzymała i poszła wraz z nami.
Powiedzieliśmy dróżnikowi, że najlepiej byłoby, aby opuścił swój
posterunek.
— Na tym odcinku i tak pociągi dziś i jutro chodzić nie będą —
wyjaśniliśmy.
— Jeżeli tak trzeba, to pójdę — zgodził się stary. — A was niech
Bóg ma w opiece.
Chciał ruszyć w stronę lasu, ale zatrzymaliśmy go.
— Nie trzeba tak szybko, zostańcie na razie z nami. Potem
już, jak wam będzie wygodniej...
Dróżnik popatrzył chwilę i machnął ręką. Pozostał. Byliśmy radzi,
żc sam się na to zdecydował. Tak czy inaczej musiałby pozostać
z nami, w tych bowiem okolicznościach nie mogliśmy pozwolić mu
odejść.
Chłopcy przynieśli ze sobą materiały' wybuchowe i wszystkie po-
trzebne akcesoria*. Cały oddział skrył się w lesie. Rozpoczęliśmy
przygotowania.
Minerzy pod kierownictwem por. „Józka’ wykonali swe zadanie
fachowo* i skrupulatnie*. Sznury przeciągnięte zostały z toru ko-
lejowego do lasu. leli końce leżały teraz u stop zaczajonych gwai-
dzistów1. Fizylierzy* i crkaemiści* rozłożyli się wzdłuż toru, two-
rząc długi, lecz niewidoczny szereg. Z ust do ust podawano szeptem
meldunek: gotowe!
W centrum tej linii znaleźli się minerzy z por. „Józkiem”. Kilka-
naście metrów w prawo za nimi leżeli żołnierze ze swymi długimi
rusznicami* przeciwpancernymi. Zadanie ich polegało przede wszyst-
kim na ostrzelaniu parowozu. Gdyby się okazało, żc w składzie po-
ciągu będą cysterny*, mieli je oczywiście natychmiast rozbić.
Wkrótce wyciągnęliśmy się na wilgotnej ziemi, gotowi do akcji.
Czekaliśmy na pociąg.
„Przyjedzie czy nic przyjedzie? A jeżeli przyjedzie, to z której
strony? Oby tak przyjechał z zachodu! Oby od strony Kielc! Oby
przyjechał ten, który jedzie na front. Ostatni raz by sobie tutaj po-
stękal”. (...)
W pewnej chwili ciszę zakłócił daleki, charakterystyczny odgłos,
a w kilka sekund później do uszu doleciał przytłumiony gwizd loko-
motywy.
Pociąg zbliżał się. To było pewne.
Nie wiedzieliśmy jeszcze, z której strony nadjedzie, i różne o tym
były zdania. Ale i na to pytanie mieliśmy już wkrótce odpowiedź.
Było tak, jak sobie życzyliśmy: pociąg szedł z zachodu na wschód.
Po ciężkim sapaniu lokomotywy można było wnioskować, że jest
solidnie obciążony. Wycofaliśmy się kilkanaście metrów w głąb lasu,
do linii natarcia, i przylgnęliśmy do ziemi. Mocniej ścisnęliśmy broń
maszynową, którą jeszcze przed kilkunastu godzinami zrzucili nam
radzieccy przyjaciele. Właśnie z tą bronią nadszedł do nas dwa dni
temu list od Nataszy, robotnicy w radzieckiej fabryce zbrojeniowej.
Pisała nam: „Towarzysze partyzanci! Ślemy wam gorące pozdrowie-
nia i życzenia sukcesów* w walce z hitlerowską bestią*”.
Listy od Kati lub Nataszy, znajdowane w workach z bronią i amu-
nicją, sprawiały nam zawsze wielką radość. Myślano o nas nie tylko
tutaj, w naszym kraju, ale i daleko, daleko, gdzie wykuwał się oręż
zwycięstwa.
1 Gwardziści — tu: członkowie Gwardii Ludowej (GL), organizacji bojowej
PPR utworzonej w 1942 roku. GL w J944 roku weszła w skład Armii Ludowej (AL).
Główne akcje GL: niszczenie komunikacji, transportu i urządzeń przemysłowych oku-
panta, akcje odwetowe przeciw hitlerowcom (np. zamach na Cafe Club, czytaj: Kafc
Klub),
121
120
Sapanie lokomotywy stawało się coraz głośniejsze. Rytmiczną
pracę maszyny słyszeliśmy coraz wyraźniej. Pociąg zbliżał się do
ostatniego niedużego zakrętu...
Jeszcze chwila i ujrzeliśmy parowóz, ciągnący za sobą długi rząd
załadowanych towarowych wagonów. Transport szedł w stronę
Wisły.
Zacisnęliśmy zęby. Nie, tego pociągu nie dostaniecie, diabły
przeklęte.
Lokomotywa, wyrzucając gęste kłęby dymu, szybko zbliżała się
do miejsca zasadzki. Maszynista, wsparty łokciem o krawędź okna,
patrzył przed siebie.
Jeszcze krótka chwila i na spotkanie stękającego parowozu wy-
biegła mała iskierka.
Sekunda — i powietrze rozdarł ogromny huk. Czarna maszyna
zaryła się w ziemię i stoczyła z toru.
Jeszcze nie zamarł piekielny odgłos piętrzących się wagonów,
niesamowity zgrzyt ścierającego się z sobą żelastwa, gdy padla ko-
menda :
— Ognia!
Jak lawina* posypał się ołów w stronę wagonów. Z głośnym
hukiem padlo kilka pojedynczych strzałów z rusznic przeciwpan-
cernych, wycelowanych w pękate cysterny.
Skoczyliśmy do załadowanych samochodami platform. Tu i ów-
dzie odzywały się jeszcze pojedyncze wystrzały, zadudniła rusznica
lub krótką urywaną serią warknął erkaem.
Wreszcie ucichło wszystko — bitwa była skończona.
Partyzanci przeszukali wagony. Znaleziono między innymi ra-
diostację, żywność, mundury, broń krótką i maszynową. Wszystko
to załadowano na wozy.
— Podpalić pociąg! . ,
Buchnęły w górę płomienie, ogarniając długi iząc wagon v
Ogień szalał jak burza, zwłaszcza przy cysternach, płonących ni y
pochodnie. Kłęby dymu z palącego sie. pociągu przysłoniły hory-
ZOI1Gdy opuszczaliśmy pole bitwy, kierując swe kroki do lasu na
wzgórzu, gigantyczny * nasz fajerwerk* jeszcze trwał...
Niebo pokrywał dym z płonącego pociągu.
Fragment utworu pt. „Barwy walki
wzgórzu, gigantyczny
122
/Fragmenty/
Krzysztof Kamil Baczyński
Mazowsze. Piasek, Wisła i las.
Mazowsze moje. Płasko, daleko —
pod potokami szumiących gwiazd,
pod sosen rzeką.
Jeszcze tu wczoraj słyszałem trzask:
salwa jak poklask wielkiej dłoni.
Był las. Pochłonął znowu las
kaski wysokie, kości i konie.
A potem kraju runęło niebo.
Tłumy obdarte z serca i ciała
i dymił ogniem każdy kęs chleba,
i śmierć się stała.
Piasku, to tobie szeptali leżąc,
wracając w ciebie krwi nicią wąską,
dzieci, kobiety, chłopi, żołnierze:
„Polsko, odczwij się, Polsko! \
123
Piasku, pamiętasz? Wisło, przepłyniesz
szorstkim swym suknem po płaszczu plemion.
Gdy w boju padnę — o, daj mi imię,
moja ty twarda, żołnierska ziemio.
1943
Krzysztof Kamil Baczyński (1921—1944) — wybitny poeta polski, którego
twórczość przypadła na okres woiiiy i okupacji hiilciow^kiej. Zginął jako żołnierz
w czasie pov, siania warszawskiego 1944 roku.
WSPOMNIENIE O JANKU KRASICKIM
Irena Perkowska-Szczypierska
Opowiadanie to jest fragmentem „Pamiętnika łączniczki”, wspomnień
okupacyjnych z lat 1939—1944 Ireny Pcrkowskiej-Szczypiorskiej. Od
pierwszych tygodni niewoli autorka brała udział w konspiracyjnej pracy
młodzieży polskiej, następnie, aresztowana w 1943 roku przez gestapo,
więziona była na Pawiaku i w Oświęcimiu. Irena Perkowska-Szczypiorska
współpracowała między’ innymi z Jankiem Krasickim (1919—1943),
współorganizatorem Związku Walki Młodych, przewodniczącym tej
organizacji po śmierci Hanki Sawickiej.
azika” (Janka Krasickiego) poznałam
w czerwcu 1942. Przysłał go do mnie
„Stary” (Marceli Nowotko). Od tej
pory spotykaliśmy się dwa, trzy razy
w tygodniu, wymieniając zaszyfrowane materiały.
Oczywiście nie znałam funkcji, jaką pełnił w partii. Domyślałam
się tylko, że musiał pełnić odpowiedzialne prace. Po śmierci Hanki
Sawickiej objął kierownictwo Związku Walki Młodych.
Pewnego dnia poszłam na spotkanie z „Kazikiem”. Dochodząc
do placu Trzech Krzyży, zobaczyłam go już z daleka. Szedł z opusz-
czoną głową. Po przywitaniu przeszliśmy koło ulicy Żurawiej, w kie-
runku Hożej. „Kazik” milczał, nie reagował na moje słowa, a pytania
pozostawiał bez odpowiedzi. Niezmiernie zdziwiona spojrzałam
na niego uważnie. Instynktownie odczulam, że mu coś dolega. Spy-
tałam, co mu jest i czy go coś boli. Wówczas „Kazik”, westchnąwszy
ciężko, powiedział: „Wiesz... Mietek nie żyje... Przedwczoraj
zginął na Żurawiej...”. Wstrząśnięta do głębi tą wiadomością, nie
mogłam wydobyć z siebie słowa. „Kazik”, nie pytany, zaczął mi
opowiadać o okolicznościach śmierci Mietka.
Dnia 9 lutego .Mietek poszedł na umówione spotkanie, na ulicę
Żurawią, w pobliżu placu Trzech Krzyży. Wstąpił do pobliskiego
sklepu elektrotechnicznego. Po krótkiej chwili wybiegł szybko. Za
nim z krzykiem wyszedł jakiś cywil i kilku umundurowanych Niem-
ców.
Mietek zdołał wskoczyć do przejeżdżającej pustej dorożki. Wy-
wiązała się strzelanina. Wtedy wyskoczył z dorożki i skrył się za
narożną budką z papierosami. Ostrzeliwał się stamtąd, nie pozwa-
lając hitlerowcom podejść do siebie bliżej. Ostatnim nabojem odebrał
sobie życie. Śmierć była natychmiastowa.
Kiedy indziej idąc pieszo z Przyokopowej na Hożą, gdzie umó-
wiona byłam z „Kazikiem”, natknęłam się na rogu Towarowej i Alej
Jerozolimskich na ciężarowy samochód z wlasowcami k Zaczepili
mnie ordynarnie, a ja, gdy samochód ruszył, krzyknęłam za nimi
ze złością, bo zauważyłam, że nikogo nie ma na ulicy: „Druhy ger-
mańca”.
Spotkawszy się z „Kazikiem”, całkowicie nie ochłonęłam jeszcze
z gniewu, więc opowiedziałam mu to wydarzenie ze wszystkimi
szczegółami. Chwilę szliśmy w milczeniu, „Kazik” poczekał, aż „wy-
sapałam” złość, a potem delikatnie wykazał mi, jakim niebezpieczeń-
stwem groził mój nieprzemyślany wybuch, bo przez takie głupstwo
mogłam wpaść razem z materiałami i pociągnąć za sobą innych...
A na dowód, jak trzeba uważać nawet na drobiazgi, opowiedział mi
wypadek, który on sam miał przed dwoma miesiącami.
Jechał przed południem tramwajem przez Krakowskie Przed-
mieście. Miał przy sobie dwie paczki, w których były materiały partyj-
1 Własowcy — oddziały zbrojne utworzone w czasie drugiej wojny światowej
przez generała Własowa^ który przeszedł na stronę Niemiec hitlerowskich.
f25
ZA M’ RASU ł’AU JAKA
T.U«w>« DkufMI 1/4
irutna
kulfon i rmki
dworze
winięnm
OPOWIEŚĆ O 2YCII’ I S.MH HC1
ROBOTNIKA I GENI KAI \
U łady Brum ki
icjace 2 i czcrucj
ponury i tragiczny przegląd picruszomajou\
foniii 14 odrębną I lu Jest ich zresztą niewielu.
ale już me do id<rz)djj więziennego ZManegu
mc potrzeba jej aureoli.
On shę urodził w Wars, uwić
<vn mbcK Utrzu 7 Woli.
Po/edł Kun«l cu nchotrda
Wśród hiszpańskich spękanych pól
spokojnym krokiem
to on, mimo świstu kul,
przechadzał się nad okopem.
Szturm Saragossy1. „Działa
na pierwszą linię!” —
Już brygada dywizją się stała.
Czas płynie... Krew płynie...
W pierwszej linii, w gąszczu tyralier*,
przy miotaczach min, cekaemach*,
pisze poeta batalii *
poemat...
Już wiosna, czterdziesty piąty.
Do Berlina droga już wolna.
Zastygły trupy, zastygły fronty
i wojna.
130
Nie o każdym śpiewają pieśń
lecz to imię opiewać będą,
ono potrafi się wznieść
ponad historię legendą*.
Zuchwale z ruin dawna Warszawa
nowym już błyska kształtem.
Armia na straży granic i prawa,
w armii — generał Walter.
Otwórzmy piersi radości,
w sercu się zmieścić nie może:
Odra i Nysa! Bałtyk na oścież!
Węgiel! Żelazo! Zboże!
Niech pomnikiem mu będzie armia
i najwyższy komin przemysłu,
pieśń niech podejmie metalowa tokarnia
i fale płynące Wisłą.
Słońce wschodzi nad zburzone miasta
zboże szumi na zrytych polach...
Robotnikowi — chleb i warsztat,
chłopu — zagroda i rola.
W ruinach ziemia polska
od września walczy i krwawi.
Już biją się polskie wojska
w Warszawie.
„Generale, na tamtym brzegu
są strzelcy wyborowi...”
Któż się sprzeciwi z szeregu
wodzowi ?
Powstanie! Błysło i zgasło.
Znów serca mróz ogarnia.
Czeka na rozkaz i hasło
Poszedł, jak idą dzieci,
zanurzył się, fala prysła.
„Toć to rzeka najmilsza w świecie:
Wisła”.
Jak Achilles 2, skąpany dzieckiem,
lęku przed niczym nie zna,
wiedzie armię na ziemie niemieckie,
do Drezna.
1 Saragossa — duże miasto w północno-wschodniej Hiszpanii.
2 Achilles — bohater utworu greckiego pt. „Iliada”, słynny z męstwa i urody
półbóg; według podania cale ciało, z wyjątkiem pięty, miał wykąpane w czarodziejskiej
wodzie i dlatego było ono odporne na rany.
Kazimierz Woje i cc howski
Posłuchajcie, robotnicy, żołnierze,
co szumią wiślane fale
o Karolu Świerczewskim-Walterze,
robotniku i generale.
Karol Świerczewski (1897—1947) — działacz polskiego i międzynarodowego
ruchu robotniczego, żołnierz Czerwonej Gwardii w czasie Rewolucji Październikowej,
w lalach 1936—1938 dowódca międzynarodowe; dywizji walczącej w obronie republiki
hiszpańskiej przeciw' faszystom, w latach II wojny światowej dowódca II Armii Wojska
Polskiego w randze generała, następnie wiceminister obrony narodowej w PRL i czło-
nek KCPPR. Zginął w Bieszczadach w walce z faszystowskimi bandami ukraiń-
skimi.
„PRAOJCOM NA CHWALĘ, BRACIOM NA
OTUCHʔ1
/Fragmenty/
wunastego października — w Dniu
Wojska Polskiego — w 1976 roku
odsłonięty został w Krakowie, na placu
Matejki, zrekonstruowany * pomnik
Grunwaldzki.
W ten sposób zrealizowane zostało przyrzeczenie złożone w dniu
28 stycznia 1945 roku na pierwszym wiecu w wyzwolonym Kra-
kowie: „Podły Krzyżak chciał zatrzeć ślady swej historycznej klęski,
a chwały polskiego oręża. Na tym samym miejscu wzniesie naród
pomnik starego i nowego Grunwaldu, na cześć zjednoczonych
Słowian”.
1 Autor zacytował w tytule swego artykułu napis wyryty na cokole* pomnika
Grunwaldzkiego w Krakowie.
132
Warto przy tej okazji przypomnieć dzieje pomnika Grunwaldz-
kiego.
Fundatorem* pomnika był Ignacy Paderewski, sławny w całym
świecie muzyk, późniejszy premier w odrodzonej Polsce. W pamiętni-
kach swych pisze: „Mając lat dziesięć, czytałem opis bitwy pod
Grunwaldem, stoczonej w 1410 roku, w czasie wojny z Krzyżakami.
Bitwa ta była olbrzymim zwycięstwem polskim. Przyszło mi wtedy
na myśl, że skoro rok 1910 będzie pięćsetną rocznicą tego zwycięstwa,
byłoby wspaniale, gdybym mógł uczcić tę wielką rocznicę wzniesie-
niem wielkiego pomnika. Myślalem o tym całe życie, a wiele lat póź-
niej zrealizowałem swe marzenie, darowując Krakowowi ów pomnik
w roku 1910”.
Przez długie lata Paderewski nie ujawniał nikomu swego pro-
jektu, jednakże odkładał z każdego honorarium* jakąś część na reali-
zację swego zamierzenia. Dopiero w 1908 roku, gdy znalazł człowieka,
który — według opinii artysty — mógł zrealizować jego ideę, wtajem-
niczył w swój zamiar najbliższe otoczenie. Człowiekiem tym był
młody rzeźbiarz i architekt, Antoni Wiwulski. Paderewski przebywał
w tym czasie w Paiyżu i pozostawał w bliskich stosunkach z synem
Adama Mickiewicza, Władysławem. Podobno żona Władysława pole-
ciła pianiście Wiwulskiego, który żył w Paryżu w wielkim niedostatku,
chory na gruźlicę.
Propozycja Paderewskiego przywróciła młodemu rzeźbiarzowi
siły do życia i z zapałem podjął się pracy nad modelowaniem pomnika.
W katedrze na Wawelu, na prośbę Paderewskiego, odciśnięto z sarko-
fagu* maskę twarzy Jagiełły, która posłużyła Wiwulskiemu za wzór.
Czasu na wykonanie pomnika było bardzo mało. W ciągu półtora
roku Wiwulski przygotował projekty i modele sześciu figur, które —
z wyjątkiem króla Jagiełły — odlano w brązie. Paderewski zgodził
się, aby tymczasowo postawić na pomniku gipsowego Jagiełłę. W pół
roku później wymieniono figurę na wykonaną w brązie.
Na dzień 15 lipca (piątek) 1910 roku przybyły do Krakowa nie-
zliczone tłumy Polaków z Galicji, Śląska, Mazowsza i Wielkopolski
(około 150 tysięcy osób). Przysłały swych delegatów miasta państw
słowiańskich: Lubiana, Ołomuniec, Zagrzeb, Belgrad, przybyli
Polacy z Ameryki, Węgier, Słowacji, Rosji. Telegramy z wyrazami
solidarności nadesłały organizacje polonijne i litewskie z terenu Rosji,
Francji, Szwajcarii, z Londynu, Nowego Jorku i innych miast.
133
Zaszczyt odsłonięcia pomnika przypadl Stanisławowi Badcniemu.
Na mównicę wszedł Paderewski, prowadząc przed sobą Wiwulskicgo.
Zanim przemówił, ucałował rzeźbiarza.
Paderewski przemawiał krótko, z niezwykłą siłą: „Dzieło, na które
patrzymy, nie powstało z nienawiści. Zrodziła je miłość głęboka Oj-
czyzny, nie tylko jej minionej wielkości i dzisiejszej niemocy, lecz i jej
jasnej, silnej przyszłości (...) Zrodziła je miłość i wdzięczność dla
tych przodków naszych, co nie po łup, nic po zdobycz szli na pole
walki, ale w obronie dobrej, słusznej sprawy zwycięskiego dobyli
oręża”.
Pomnik Grunwaldzki stał się wkrótce najpopularniejszym polskim
pomnikiem.
Przyszedł jednak wrzesień 1939 roku. Grunwaldu nie mogli
zapomnieć Niemcy. Heinrich 1 Himmler mówił: „Głowa, intelekt
tego byłego narodu Polaków (...) zostanie zlikwidowana * bez reszty,
narodu, który od 700 lat blokuje nam wschód, który od czasu bitwy
pod Grunwaldem raz po raz zagradza nam drogę”.
W ciągu kilku tygodni Niemcy rozbierali pomnik i wywozili
do hut, gdzie go przetapiano. Niektóre tylko fragmenty uniknęły
pieca hutniczego.
Przez kilkanaście lat nie stać nas było na wysiłek odbudowania
pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Dopiero 14 października 1972
roku powołano Komitet Odbudowy Pomnika Grunwaldzkiego.
Pomnik miał być odbudowany społecznym wysiłkiem.
Wielką pomoc okazała przy tym córka Franciszka Ksawerego
Blacka 2, współpracownika Wiwulskiego. Odstąpiła ona plany pom-
nika, makietę* oraz inne dokumenty.
W Dniu Wojska Polskiego stanął znowu na placu Matejki pom-
nik, symbolizujący zarówno „stary Grunwald”, dzieło oręża polskiego
i zjednoczonych Słowian, jak również „nowy Grunwald”, którym
było złamanie hitlerowskiej potęgi.
/
1 Czytaj: hnjnrych.
2 Czytaj: blaka.
134
Wszystko
I
*
MARZEC
Leopold Staff
Z upojonymi wiosną wracamy oczyma,
Krokiem lekkim, jak podczas tanecznej zabawy.
Ulicą po słonecznej stronie idziem prawej,
Za sobą ciepło słońca czujemy plecy ma.
Nie będę jak zerwana nić.
Odrzucam pustobrzmiące słowa.
Można nie kochać cię — i żyć,
ale nie można owocować.
Marzec. Wracamy z parku. Wreszcie przeszła zima.
Spod stopniałego śniegu wyjrzały murawy*.
Drzewa nagie, lecz pierwsze kiełkują już trawy,
Choć na stawie zielony, cienki lód się trzyma.
GAWĘDA O MIŁOŚCI
ZIEMI OJCZYSTEJ
/Fragment/
IV 751azca Szyn iborska
Bez tej miłości można żyć,
mieć serce puste jak orzeszek,
malutki los naparstkiem pić
z dala od zgryzot i pocieszeń,
na własną miarę znać nadzieję,
w mroku kryjówkę sobie uwić,
o blasku próchna mówić „dnieje
o blasku słońca nic nie mówić.
Jakiej miłości brakło im,
że są jak okno wypalone,
rozbite szkło, rozwiany dym
które za płytko wrosło w ziemię,
któremu wyrwał wiatr korzenie
W rozpiętych płaszczach śpieszą ochoczo przechodnie,
Jacyś świeżsi, wesoło patrzą i pogodnie;
Niańki z dziećmi wychodzą z ciemnych domów sieni.
ale już traci swe zielenie
i już nie szumi w chórze lasu?
A my, pierwszą przechadzką dumnie upojeni,
Idziem w miasto po płytach suchych już chodników,
Z grudkami pulchnej ziemi na piętach trzewików.
Ziemio ojczysta, ziemio jasna,
nie będę powalonym drzewem.
Codziennie mocniej w ciebie wrastam
'ddością, smutkiem, dumą, gniewem.
WSiMMMEMA Z DZIECIŃSTWA i Zofia Nałkowska
OpCMwJanir to ictf (rapm-rt irm p*^eici pt .,D»^n nad łąkami’', opar-
tr » w 'p.*nir!cn>Mh *p »rki r okmu dziccińmuL Dom nad łąkami”
<n 4i*m rca&tnay Z. In NftBw^kłO, m^Juący w Górkach niedale-
ka Wartarw) , na rrwaimc mizerne, duch
fk / j
^jr Jp ialyśmy wtedy jeszcze obie mało lat
______ i nasz dom stal na górze w lesie zu-
pełnie sam. Można bvlo długo iść
w różn) uh kierunkach i na próżno
szukać człowieka. (...)
T h też niewątpliwie rozmaite głębokie tajemnice, schowane
w rcznsrh kwiatach, w jednym krzaku leszczyny, z którego wyci-
.a! ' ę na;grubsze gałęzie na luki, w suuie leżącym na końcu lasu,
odzie b>l uli piony pies, a zwłaszcza pod wielkim kamieniem w bar-
dzo głębokim i d syć wąskim rowie granicznym, zarosłym od wałów
aż po dno zupełnie już dużymi sosnami.
Ściany rowu były z piasku, a na dnie mokrym i zielonym rósł
mech i sitowie, Wiosną huczała tam w dole bystra woda, dwiema
tronami omijająca ów kamień, i rozszerzała się w tym miejscu,
jak pier-cien na pr/x jęcie perły W związku z nm kamieniem mogły
aę były odbywać zdarzenia doniosłości niezmiernej — w jakieś
noce pochmurne i zarazem księżycowe. W szelaku me odbywały się
nigdy.
Kamen rozsadzono dynamitem i w gruzach zawieziono do mia-
steczka na bruki. F' w podzielono między nowych ul. cicicli. Ab'
w n gdzie krz I kiedyś ew kamień, pozostał na zawce g *
boki, rozmyty wrnap, na wierną pekn huczącej uodv, która juz
nie miała czego ( bejmouać ślicznymi, młodymi, chłodnymi ra-
mionami.
Ten rów dakn szedł na łąki i tam robił się płytki, cienisty, zie-
hny, pełen kwiatów — zupełnie inny Na brzegach rosły tylko ol-
tzyny, i to dość rzadł • Bliżej laau kuitnęlo tam na wiosnę mnós-
rwo białych .<nemonć's a dalej, głębiej w łąki — złote kaczeńce,
kwKH ukochany j Wychodzący z v ody tu powietrze
w chłodne, wietrzne dni kwietniowe.
Kaczeńce najpiękniejsze byh właśnie wtedy, gdy w wodzie
odbijały się chmur) granatowe, a one razem z i«’ ną, mkdziutką
trawą wodną wyglądały tak, jakby wciąż j-«cze nęciło słońce
I im chmurniejsze było niebo i woda, tym bardziej one były po-
godne.
Najważniejsza jednak b\ 11 uroczy sIom; pierwszych wek, du-
żych, kudłatych kwiatów fioletowych, obrosłych szary*01 UunenT.
Gdy się zjawiły, to znaczy ło, że już jest początek. Kwitnęh co roku
w tym samym miejscu, między sosnami i maKmi jałowcami, nu
największej naszej górze, od północy. Czasami niedaleka od nich
leżał jeszcze śnieg.
Trzeba było dosyć daleko iść wzdłuż tego rowu po łące, żeby dojść
do jednych wierzb, które tam rosły. Miały bażki wcześniej mź inne
wierzb) i do tamtyci niepodobne, zupełnie okrągłe, jak k.lki, pti-
chatę, złote i pachnące tak przecudnie, żc nosa od nich mc można
było oderwać. Pachniały zupełnie jak bez, tylko jes/cze ładniej,
daleko ładniej I Po te kotki chodziłyśmy czasem, jeszcze jak woda
była bardzo zimna — i później miałyśmy nogi okropnie czerwone
i szczypiące.
Zdarzały się inne jeszcze rzeczy, też bardzo ważne, dające na
d! go niewyczerpany materiał do rozmyślań.
Takim zdarzeniem w naszym życiu był pewien zaiąc, który* raz
zasnął pod sosną, niedaleko nawet od domu, i wcale me zauważył,
żeśmy do niego podeszły. Myślałam, że jest może chory albo może
oswojony, uklękłam przy nim na suchych sosnowych igłach i pogła-
skałam go po łbie. Dziś jeszcze pamiętam, jaki miał miękki i ciepły
puch na czole i między uszami. Wadę mc był chory, bo uk się obu-
dził, to dal takiego susa, żeśmy przez długa chwilę stały naokoło
pustego miejsca, nie wiedząc, co się zrobiło. A on sadził przez krzaki,
aż góra dudniła.
Kiedy indziej znowu pokazałyśmy z daleka jednej z wielu wie-
wiórek, wałęsających się po naszych drzewach, parę orzechów na
dłoni. Wiewiórka siedziała dość nisko na akucjn schyliła łeb i trochę
się przyglądała. Wreszcie powoli ze* La na pień i ostrożnie, z głową
iu dół, wyciągnęła pj^k do tych orz<xh» a Z btjącym ^crcem, pełna
wzruszenia i niedowierzania, jx /a!ani jej jeden or/o^h, a ona wzięła
139
go w zęby i na trochę wyższej gałęzi spokojnie zjadła. Później zeszła
jeszcze po drugi i po trzeci orzech, a kiedy miała dosyć, to się pomie-
szała z innymi wiewiórkami i nie można jej było poznać. Pokazywa-
łyśmy później orzechy różnym wiewiórkom, ale żadna nie tylko
nie zeszła do tych orzechów, ale nawet nie zwróciła na nie żadnej
uwagi. Co to było, nie wiem — i w długich naszych rozmowach
we dwie na próżno nieraz usiłowałyśmy tego dociec.
Wodę do polewania kwiatów brało się z rowu nad łąką, gdzie
żyła masa wstrętnych wodnych stworzeń. I zawsze z sitka od pole-
waczki wychodziły' przez dziurki różne ogony takich nieumyślnie
nabranych z wodą zwierząt, bo głowy zwykle byty większe i już się
nie chciały przez te dziurki zmieścić. Trzeba było wyjmować sitko
z polewaczki i — choć to było obrzydliwe — wytrząsać na powrót
do rowu te zwierzęta, żeby się nie męczyły. A to wcale nie było
łatwe, bo one nie mogły zrozumieć, o co chodzi, i jakby naumyślnie
siedziały’ właśnie z całej siły w ty ch dziurkach i trochę nawet zakrę-
cały swoje ogony.
Przeważnie były to kijanki żabie i okropne, trochę włochate,
dreszczem przejmujące larwy, o których wiedziałyśmy, że z nich wy-
chodzą łątki prześliczne i później fruwają nad wodą. Wiedziałyśmy
niby — ale nikt tego nie brał na serio, nikt w to naprawdę nie wierzył.
Tymczasem raz na jakimś wielkim wodnym badylu znalazłyśmy
taką łątkę, która niezupełnie jeszcze wyszła z larwy. Każdą nogę .
wyjmowała po kolei z wstrętnej, pustej, przezroczystej nogi potwora.
Była duża i szafirowa, ale zupełnie miękka i trochę nawet wilgotna.
A jak tylko wyschła, zaraz poleciała.
Wtedy też zauważyłyśmy, że łątki właściwie nie fruwają, tylko
przesuwają się po powietrzu — jakby były na nitkach.
Wielki, jasnozielony konik polny, który chodził po stole przy
-jedzeniu, mysz chowrana w pudełku od cukierków, diademy* ple-
cione z sitowia i poutykane piórami, do udawania Indian, naszyjniki
z jarzębiny, szałasy z gałęzi i fortece z kamyków, dwa równolegle
ogródki ogrodzone patykami, gdzie rosły nasturcje, dynie, słonecz-
niki i trochę sałaty, która się sama zasiała — takie było nasze życie.
140
WODOSPzAD
Tadeusz Różewicz
Tu woda się oddziela
od kamiennego loża
spada ze zgiełkiem
i kaleczy ściany
I białe piany
jak wielkie motyle
płyną lecą
Kamienie leżą
w plamach słońca
jak opuszczone
czarne stoły
Drzewo otwarło skalę
jak muszlę z ostrą krawędzią
i ptaki śpiewają
PORANEK W TATRACH / Stanisław Witkiewicz
crlowy brzask wschodu roztaczał się
jasnym półkolem, podciętym sinymi,
mglistymi smugami borów*, nad któ-
rymi wznosiła się wielka piramida
zbudowana z Hawrania, Murania i Nowego x. Ciemna, fioletowoblę-
kitna masa góry odcinała się ostro na tle wstającego za nią słońca —
pogodnego, ledwie przesłonionego nocnymi oparami.
Ze wschodu na zachód kładły się olbrzymie cienie — powietrzne,
błękitne, porozrywane jaskrawo świecącymi wierzchowinami lasów,
dachami dalekich chałup połyskującymi jak metal i okrągłymi szczy-
tami pagórków, na których drgała w blaskach słońca obfita, ciężka
rosa.
Cała dolina zdawała się kobiercem* z granatu i zieleni, hafto-
wanym zlotem i purpurą*.
Od południa piętrzyły się góry. Spodem ciemne lasy regli*; wyżej
zielone zbocza gór, z których wznosiła się szarobłękitnawa ściana
skał nagich, szczerbata, poorana bruzdami, najeżona u szczytu zę-
bami wierchów bezładnych i świecących różowo. Ponad wszystkim
czysta, wklęsła kopuła pogodnego nieba, w którym płynął blady
jak krążek opłatka księżyc. Z rozpadlin jarów* ulatywały białe kłaczki
mgieł, wiły się chwilę około ciemnych świerków i rozpływały się
w nicość przed blaskiem słońca.
Cicha, jasna i rzeźwa pogoda śmiała się z całego widnokręgu.
Jednostajny, ciągły szmer potokow ledwie wstrząsał ciszą poran-
ku. Czasem brzęknęły gdzieś w jarze dzwonki krów lub dziki, prze-
raźliwy krzyk juhaski* rozdarł powietrze.
Zza lasów, zza brzeżków wzgórz wznosiły się świecąc w słońcu
dymy i wzlatywały prosto ku niebu.
i Hawrań, Murań, Nowy Wierch — nazwy wysokich szczytów górskich
w Tatrach Wschodnich.
142
LETNI WIECZÓR
Adam Asnyk
Już zaszedł nad doliną
Złocisty słońca krąg —
Ciche odgłosy płyną
Z zielonych pól i ląk.
Dalekie ludzi glosy,
Daleki słychać śpiew —
I cichy szelest rosy
Po drżących liściach drzew.
Promieni gra różana
Topnieje w sinej mgle,
A świeży zapach siana
Skoszona łąka śle.
Wraz z wonią polnych kwiatów,
Z gasnących blaskiem zórz —
Cicha poezja światów
W głąb ludzkich spływa dusz.
W półcieniu pierś olbrzymią
Podnoszą widma gór —
Nocnymi mgłami dymią,
Wdziewają płaszcze chmur.
I wiąźą swoje skrzydła
Podarty kryjąc sloK,
143
Jak senne malowidła
Powoli toną w mrok.
W ieczoru blask niepewny
Oświetla obraz ten...
Ludzie w zadumie rzewnej *
Gonią piękności sen.
MOWA PTAKÓW
Julian Tuwim
Kto z was mowę ptaków zna?
Nikt — i tylko jeden ja.
Chrzęst i szelest, szepty cisz,
W szmerach trzciny cicho śnisz,
Ćwir-ćwir-ćwir i tiju-fit,
A to znaczy: zaraz świt,
Zaraz drgną różowe zorze.
Bo i cóż to znaczyć może?
Cóż, cóż,
Jak nie świt wiosennych zórz?
Ćwir-ćwir-ćwir i tiju-fit,
Cyt-« , ....
Jeszcze nic? A może juz.
Mokre listki polnych róż,
Blade krople chłodnych ros,
Wiew, westchnienie, jakiś glos.
„Tiju-tiju-tiju-fit”...
Tak, tak, tak, lecz cicho, cyt,
A to znaczy: Cóż, czy wiesz.
144
I
Wiem, nie powiem... Ja wiem też.
Tak, to to... Któż wytłumaczy,
Że to coś innego znaczy?
Cóż, cóż?
Czy to, czy to, czy to już?
Kuku, tiju, ćwir i fit,
Cyt — a może to już świt?
Ni to tan, ni nuty ton,
Coś z dalekich, leśnych stron,
Szelest, cisza, szept i szmer...
Czyj to, czyj to, czyj to szmer?
Liście? Trzciny? Trawy? Cóż?
Szum śród ciszy suchych zbóż?
Może tak, a może nie,
Marzę, nucę, słodko śnię,
Ćwir-ćwir-ćwir przez pola leci,
A to znaczy: słońce świeci;
Z gąszczy ptaszek ptaszka zwie.
Tak, to to... A jeśli nie?
Tak, to to... A jeśli tak?
To rozumie ptaka ptak,
To rozumiem także ja,
Jaką piosnkę las mi gra:
Że już tiju-tiju-fit,
A to znaczy — że już świt.
Książka — 10
(
JAK DZIK ZAPĘDZIŁ GAJOWEGO NA DRZEWO
Włodzimierz Puchalski
czubku sosny, napadla go
cwnego razu powrócił Wacek z lasu
rozchełstany i podniecony. Głośno opo-
wiadał o swych przejściach z dzikami.
Przez godzinę podobno siedział na
- bowiem locha (samica dzika) broniąca
warchlaków (małych dzików). Szanse* byty niewielkie, byśmy je
mogli spotkać po raz drugi. Ale okazji nic należało tracić. Ruszyliśmy
więc pośpiesznie do miejsca, skąd Wacek przed chwilą przybiegł.
Początkowo chcieliśmy się zorientować według kroków, dokąd
odeszły. Toteż dokładnie liczyliśmy wszystkie napotkane ślady.
Przychodziły one z miodnika i Wacek twierdził, że stamtąd zaata-
kowała go maciora (samica dzika). Gdyśmy przyszli na miejsce,
w którym spotkała Wacka maciora z warchlakami, doszedł nas sze-
lest w gęstwinie. Przekonani, że to znowu locha rusza do ataku,
odwróciliśmy się w kierunku szelestu. Zieleń miodnika rozchyliła
się i ukazała się jakaś szara sylwetka. Sylwetka wyprostowała się
nagle i poznaliśmy gajowego, opiekuna tych lasów.
— Panie gajowy — wykrzyknął Wacek — trzeba koniecznie
zapolować na dziki; te wstrętne świnie zniszczyły nam gniazdo
żurawi!
— Nie ma się o co na te biedne dziki tak gniewać — wziąłem
w obronę mieszkańców lasu — ja im się osobiście wcale nie dziwię,
że lubią jaja. Zresztą nie one, to trafiłby się inny wróg lis, pies,
wilk lub nawet jakiś jastrząb.
Tymczasem gajowy podszedł do nas i poznaliśmy się. (...)
— To chcielibyście, panie, zapolować na dziki? — zapytał u-
przejmie gajowy. .
— Bardzo chętnie — odpowiedziałem — ale bez brom. w i-
dzi pan, moja strzelba to jest ten aparat. Chcialbym sfotografować
lochę z małymi.
146
— No, ja tam nie jestem pewien, czy one zechcą panu pozować*
do zdjęcia.
— Byleby mi pan pokazał miejsca, przez które przechodzą, to
już postaram się dać sobie, radę.
Po krótkiej naradzie ruszyliśmy w głąb lasu. Gajowy tłumaczył,
że nic wari o podkradać się do dzików, bo one i tak zawsze umkną
wcześniej, nim się je dostrzeże. A zresztą nie było to nawet bezpiecz-
ne, gdyż rozgniewana locha mogłaby zaatakować nas w obronie
swych małych.
Szliśmy dość szybko i dotarliśmy do odcinka lasu porośniętego
zwartą gęstwiną młodych świerczków. Gajowy wyprzedził nas i przy-
garbiony, jak gdyby węsząc, szukał czegoś na ziemi. Po chwili wy-
prostował się i, wyciągnąwszy długą jak żuraw szyję, zaczął coś
przed sobą wypatrywać. Kiwnął na nas ręką, dając tym znak, byśmy
się nie ruszali z miejsca. Potem przywoła! nas kładąc palec na ustach
i począł objaśniać:
— O, spójrzcie — te maleńkie śladziki to warchlaczków. Jest
ich dziewięć sztuk. One tu z lochą sypiają w gęstwinie — wskazał
przy tym ręką przed siebie.
Staliśmy chwilę, wpatrując się w gęstą ścianę zieleni.
— Czasami chodzi z nimi duży odyniec (samiec-dzik). One
tam są, ale wam nie radzę z aparatem iść. Bo jak stara fuknie, to
szkoda mówić. Choć taka wielka, pędzi jak kula. Najwyżej stańcie
gdzieś na ścieżce, a ja ją wam napędzę.
Gajowy wsadził palec w usta, a potem wyciągnął rękę ku górze.
W ten sposób badał kierunek wiatru. Chcial nas ustawić tak, żeby
dziki ruszyły na nas z wiatrem. Składało się dobrze. Właśnie tam,
gdzie nas zaprowadził, wychodziła z gęstwiny wydeptana przez zwie-
rzynę ścieżka.
Musieliśmy iść cicho, niemal na palcach. Gajowy doprowadził
nas do malej polany, gdzie kończył się świerkowy młodnik. Tam
nas pozostawił, a sam ruszył w drogę powrotną. Po kilku krokach
znikł w gęstwinie i na próżnośmy za nim nadsłuchiwali. Szedł nie
głośniej od lis^. q t ,
LPrzygotowalerii sobie oba aparaty — jeden z obiektywem? trzy-
toccntymetrowym powiesiłem na szyi, drugi z obiektywem dwu-
dziestopięcioccntymetTowym umocowałem na sęku. Oparłem się wy-
godnie o pień i zacząłem nadsłuchiwać z zapartym oddechem. Wa-
cek skurczył się w gęstwinie i tylko oczy biegały mu we wszystkie
strony.
*
Nagie i miodnika rozległy się wołania: „A ciu, a ciu!” Byl to
glos gajowego który bił przy tym kijem po drzewach. Poczułem
krew tętniącą szy bko w skroniach. Po krótkiej chwili zatrzeszczało
Coś z prawej strony i ujrzałem, jak z ciemnej ściany świerków wy-
chyla się ogromny’ łeb odynca. Aparat już przy oku, a ręce nerwowo
manipulują* przy obiektywie. Obrazek w wizjerze* aparatu zaostrza
>ię i pada pierw >zy „strzał . Dzik znów ginie w ścianie świerków
i znowu słychać: „A ciu, a ciu!”
I znowu, ale tym razem głośniej, słychać łomot w gęstwinie
i ciężkie sapanie. Jak gdyby lokomotywa szła przez las. Gwałtownie
rozchyla ą s^c gałęzie i wypada locha z gromadą pstrokatych świnia-
ków. Nic zdążyłem jeszcze przyłożyć aparatu do oka, gdy cala gro-
mada zniknęła w gęstwinie. Nie wiedziałem, co mam dalej robić.
Spojrzałem na W acka, był przytulony do pniaka i blady ze strachu.
Wszystko ucichło na chwilę i znów słychać było tylko gajowego
hałasującego gdzieś w pobliżu. Głos jego nagle się zmienił i posły-
szałem okrzyki: „A ciu, a ciu, a pójdziesz, a ciu!”
ZrozumiJem, że coś jest nie w porządku. W jedną rękę chwy-
ciłem siekierę, w drugą aparat i zacząłem się przedzierać przez gę-
stwinę. Okrzyki stawała się coraz głośniejsze i po chwali orientowa-
łem się w kierunku. Gęstwiny rozrzedziły się i wypadlem na nie-
wielką polanę. Działo się tam coś dziwnego, w czym na pierwszy
zut oka nie mogłem się zorientować. Krzaki poruszały się i chwiały
e wszystkie strony, a na drzewie siedział gajowy, który darł się na
•łc gardło: „A precz, a pójdziesz, a ciu!” Locha jednak niewiele
. bie z tych krzyków’ robiła. Wypadała z gęstwiny i atakowała w kie-
runku drzewa.
Podbiegłem jeszcze kilkanaście kroków do najbliższego pniaka
i wskoczyłem nań. tu spod tego pniaka jak z chlewika wysypało
się z piskiem i kwikiem cale stado warchlaków.
Locha zwróciła się teraz w moim kierunku i ruszyła w susach.
Zmierzyłem z aparatu i zrobiłem zdjęcie. Uciekać i tak nie miałem
po co. Locha zahamowała i znów ruszyła w stronę drzewa, na któ-
rym siedział gajowy, uważając go widać za głównego yvinowajcę.
Prosiaki tymczasem zaszyły się gdzieś w gęstwinie. Zdążyłem jeszcze
sfotografować starą przemy łojącą się pod drzewem, na którym był
I
14#
gajowy, i
zniknęła w gęstwinie.
Ale zaledwie
znowu.
i zanim mogłem przekręcić film do nowej fotografii, locha
c~^~,.ie gajowy zdążył się nieco opuścić, wróg ukazał się
Tym razem locha zatrzymała się ukryta do połowy w krza-
glośno chrumknęła kilka razy. Na ten sygnał wysypało się jej
pstrokate potomstwo z zarośli i obstąpiło matkę. Locha przez chwilę
mierzyła nas wzrokiem, gajowy znowu podciągnął ku górze swe
długie nogi, ale maciora nie miała zamiaru nas atakować. Zniknęła
z potomstwem w zagajniku.
___________ ruszyłem w stronę gajowego, który,
mrucząc coś pod nosem, zsunął się z drzewa. Był mocno
_ I 11 U1AC1V»» •
— Już pięćdziesiąt lat chodzę po lesie, a jeszcze mnie takie coś
nie spotkało. Ażeby diabli wzięli tę bestię*!
— A no, cóż — zaśmiałem się do niego — zdarza się, że i przed
świnią trzeba uciekać. Ale ja przynajmniej skorzystałem i mam cie-
kawe fotografie.
Zeskoczyłem z pniaka i
klnąc i :
skonfundowany *.
Fragment książki pL
MÓJ KĄT MAŁY
Stanisław Piętak
Słoneczka nasturcji, łopuch, rdest, kwitną róże
a przy plocie pośród by lic i pokrzyw dzikich
usycha tęcza, wzniesiona przez ranną burzę.
Nie ma już dzieci, lecz jeszcze mkną ich okrzyki.
A krzaki ziemniaków wieją kwiatkiem liliowym
ciemnozłoty, przez który
i tw orzą korytarz
PORANEK
Adam Mickiewicz
przejść jest trudno. Motyl śpi, kotek muchy łowi,
ślepia grzeją zanurzone w piach siwe kury.
Tak spokojnie, cicho jest zwykle do obiadu,
lecz w południe, gdy grusza i dąb wznowią kłótnię,
budzi się w kwiatach i gałęziach szum owadów.
A mnie cóż zostaje? Powietrze tknąć jak lutnię*...
Nieznacznie z wilgotnego wykradał się mroku
Świt bez rumieńca, wiodąc dzień bez światła w oku.
Dawno wszedł dzień, a jeszcze ledwie jest widomy.
Mgła wisiala nad ziemią, jak strzecha ze słomy
Nad ubogą Litwina chatką; w stronie wschodu
Widać z bielszego nieco na niebie obwodu,
Żc słońce wstało, tędy ma zstąpić na ziemię,
Lecz idzie niewesoło i po drodze drzemie.
I w lasach cisza. Ptaszek zbudzony nic śpiewa,
Otrząsnął pierze z rosy, tuli się do drze1..a,
Głowę wciska w ramiona, oczy znowu mruży
I czeka słońca. Kędyś u brzegów kałuży
Klckcc bocian; na kopach siedzą wrony zmokłe,
Rozdziawiwszy się, ciągną gawędy rozwlekle,
Obrzydłe gospodarzom jako wróżby słoty*.
Gospodarze już dawno wyszli do roboty.
Już zaczęły żniwiarki* swą piosnkę zwyczajną,
Jak dzień słotny ponurą, tęskną, jednostajną,
Tym smutniejszą, że dźwięk jej w mgłę bez echa wsiąka;
Chrząsnęły sierpy w zbożu, ozwała się łąka,
Rząd kosiarzy otawę* siekących wciąż brząka,
Pogwizdując piosenkę; z końcem każdej zwrotki
Stają, ostrzą źelezca i w takt kują w młotki.
Ludzi we mgle nie widać, tylko sierpy, kosy
i pieśni brzmią jak muzyk niewidzialnych glosy.
Fragmenty utworu pt. „Pan Tadeusz”
NA PRZYKŁAD PTASZKOWO / Alojzy Sroga
ajpierw chcę wam przedstawić kilka
obrazów, które pozornie są luźne, nie
związane ze sobą. Ale tylko pozornie.
Obraz pierwszy
Jeśli zjechać z głównej szosy Poznań — Zielona Góra, gdzieś na
czterdziestym piątym, szóstym kilometrze, dosłownie kilkaset me-
trów w bok — zobaczy się rzadki na wsi widok. Oto parterowy,
bardzo ładny i przytulny budynck-pawilon*. Wielkie podwórze.
Czyściutko, nawet źdźbła słomy się nie ujrzy. Naprzeciw — białe,
pobielane budynki.
Czyżby to była jakaś klinika*, szpital?
Obraz drugi
Na kilkuscthekta owy łan zboża wypełza nagle kolumna najwięk-
szych maszyn znanych dziś w rolnictwie. Pełzną powoli, w niewiel-
kich odstępach od siebie i z daleka wydaje się, że to batalion* czoł-
gów wyszedł do walki. Za kolosami* — ciągną kolumną ciężarówki.
Za chwilę rozpocznie się kolejna wielka kampania*. Żniwa. Kilka,
151
pomoc, gdyby cokol-
na
152
a nawet kilkanaście kombajnów* zbożowych rozpocznie rytmiczne
cięcie zbóż i młócenie ich od razu w wielkich bębnach. Posypie się
złociste ziai no do worków lub zbiorników. Samochody zaczną sy-
stematycznie krążyć między kombajnami a magazynem zbożowym
Nieco z boku przyczaił się specjalny samochód: techniczny, z pod-
ręcznym warsztatem.
Stąd przyjdzie w każdej chwili fachowa*
wiek popsuło się w kombajnie.
A w południe dojedzie do ogromnej brygady kombajnów i samo-
chodów kuchnia. Przywiezie smakowity obiad, dobry, pożywny,
bardzo tani. Byle tylko najmniej stracić czasu, byle najkrótszy byl
przestój drogocennych maszyn i jak najmniej ziarna osypało się
pole.
Obraz trzeci
Stołówka jest miła, przytulna, mało powiedzieć — schludna*.
Po prostu elegancka. Białe obrusy, białe fartuszki dziewcząt-kelne-
rek. Apetycznie dymiąca waza z zupą.
Obok, po sąsiedzku — niemała sala, na kilkaset miejsc. Tu wy-
świetla się filmy, tu występuje gościnnie teatr.
Cały mądrze rozwiązany, ładny i wygodny budynek kulturalno-
-socjalny* powstał w ostatnich latach. Podobnie jak siedemdziesiąt
nowych mieszkań dla pracowników.
Obraz czwarty
Chlewnia obok chlewni. Każda ciągnie się na kilkaset metrów.
W kojcach* leżą dorodne, wielkie świnie-maciory. Obok nich kręcą
się jak świderki różowe, maleńkie prosiaczki z poddartymi do góry
ogonkami. Jest ich dziesięć, dwanaście przy każdej matce.
I w każdym kojcu specjalna lampa z promieniami podczerwonymi,
dostarczająca malutkim prosiaczkom ciepła, zapobiegająca krzywicy.
W każdej takiej chlewni dosłownie jest po kilkaset małych, we-
solutkich prosiąt.
Za to po sąsiedzku — o dwa, trzy kilometry — w wielkim budyn-
ku prawie dwa tysiące podtuczonych już świń, które wkrótce powę-
drują do rzeźni i na nasze stoły.
Jeździmy, oglądamy poszczególne gospodarstwa, czy jak się tu
mówi — „zakłady”. Patrzymy i podziwiamy: w jednym miejscu kilka-
set krów mlecznych, w innym — kilkaset młodych jałówek*. Aż
trudno okiem ogarnąć to bogactwo.
Obraz piąty
Podgórska miejscowość między Jelenią Górą a Złotoryją — Woj-
cieszów. Miejscowość znana przede wszystkim z istnienia tu kamie-
niołomów.
Ale nieco z boku, gdy jedzie się od Jeleniej Góry, w parku —
śliczny dom-palacyk. Wewnątrz pięknie kute kraty, ozdoby, pod-
stawki do kwiatów, ładne, wygodne pokoiki z wodą bieżącą. W dom-
ku zaś oddzielnym, który kiedyś był nie wykorzystaną ruderą* za-
lewaną przez wodę, urządzono stylową kawiarnię. Można tu i kawy
się napić, i potańczyć.
Całość — to dom wypoczynkowy. Wśród wielu różnych gości
znalazła się spora grupa (37 osób) emerytów. Im to zapewnił odpo-
czynek ich zakład macierzysty, będący właścicielem całego ośrodka.
— Na starość po raz pierwszy wyjechałem na urlop.
— Dopiero teraz poznaliśmy smak wypoczynku — mówili ludzie,
którzy ręce mają potwornie popękane i spracowane, twarze poradlo-
ne, głowy posiwiałe, którzy całe swe życie spędzili przy pracy
na roli.
Myślę, że wystarczy tych obrazów, choć mógłbym ukazać ich
znacznie więcej. Pora jednak na rozszyfrowanie, co to za „tajemnicze”
przedsiębiorstwo, z którego pochodzą wszystkie przedstawione ob-
razy.
Jest to kombinat* państwowych gospodarstw rolnych Ptaszkowo
w powiecie Nowy Tomyśl, w województwie poznańskim, znajdujący
się niespełna 50 kilometrów od Poznania.
I tu jestem wam winien kilka wyjaśnień. Wiele z was, dziewcząt,
i wielu z was, chłopców, zna po sąsiedzku lub z letniej wycieczki
PGR. Kilkaset hektarów ziemi, kilka czy kilkanaście traktorów, kilka-
set krów.
Ptaszkowo ma to wszystko pomnożone przez sześć, siedem.
Ptaszkowo jest jednym z kombinatów. Z początkiem roku 1969 kom-
binatów takich mieliśmy w Polsce trzydzieści pięć.
Co to jest kombinat? Ano, przede wszystkim kilka gospodarstw
153
Ol
v niż Slup** łub
r/eź) jednym 0o*r %JarM uc s<| rylko
i v >. ‘vardzu szeroko
n;u
Ponieważ
to na pr?\ U
GJv uk.»naty cwn liiiwa
pięćset. śwA- /^4.p0'’unnalcm wiani u •- !*\/bC
owiec jest
nowych mieszkań, ani domu kultury, ani domu wypoczynkowego
w W ojcieszowie na Dolnym Śląsku, gdyby Ptaszkowo nic produko-
wało tych ogromnych ilości zbóż, mięsa, mleka, gdyby nie uzyski-
wano rant tak w ielkich dochodów. Taka jest przecież prawidłowość
gospodarki: gdzie wysoka produkcja, tam i życie pracowników lepsze,
tam stać przedsiębiorstwo na inwestycje* socjalne i kulturalne,
o których jeszcze niedawno nawet nie można było marzyć. A dziś
po prostu są.
DZIADEK I WNUK ! Julian Kawalec
tym domu mieszka czlowńek-starzec
i pies-starzec. W tym domu jest
jeszcze jedna jakby żywa istota —
star}’ zegar, który wrisi na ścianie.
Czlowiek-starzcc, pies-starzec i zcgar-starzec, człowiek, zwierzę i rzecz
złączyły swnje losy w czterech ścianach domu i wspomagają się,
jak mogą. Człowiek rzuci psu jedzenie, pozwoli mu położyć się przy
woich nogach albo pójść z sobą w pole; psu już to wystarczy, psu
tak mało potrzeba. Człowiek dosunie krzesło do ściany, stanie na nim,
otworzy drzwiczki zegara i nakręci go. Pies pilnuje człowieka i domu,
łegar budzi człowieka i psa codziennie o piątej rano.
Dom także jest stary, drewniany, obity deskami, które sczerniały
i zdarły się przez lata; gdy w nic stuknąć, to wtedy między właściwą
cianą domu a jej obiciem słychać cichy szmer, próchno się sypie
szczelinami. .
I plot jest stary. Plot — za wiele powiedziane — raczej należy
powiedzieć: resztka płotu. Dwie równolegle żerdzie i słupki zostały
po tym płocie. . . , _ . ..
Dom staje się coraz bardziej odkryty, wychodzi na widok. Budynki
gospodarskie także są stare. (...)
gospodarskie obszerne, widać na nim jakieś zelazne
.To żelaze także jest stare, zardzewiałe; leży tu już
długo na tych samych miejscach i obrasta trawą.
Podwórze
części maszyn
156
sitowiem.
Ten człowiek jest dumny i ambitny. Jest na pewno dumny i am-
bitny, jeśli mając 80 lat wybrał samotność. Dość wysoki, chudy,
głowa pokryta resztkami siwizny, twarz pociągła, na policzkach
kilkudniowy siwy zarost, oczy ciemne, dłonie suche, silne, zagięte,
„na wieki” przygotowane do uchwytu. (...)
Gdy do niego przyszedłem, wrócił właśnie z pola. Powiedział mi,
że pracował przy koniczynie. Korzystał z pogody. Przełknie coś,
odpocznie trochę i pójdzie znów na pole, żeby koniczynę uło-
żyć w kopy. Będzie to robił sam. A jutro, gdy pogoda się utrzyma,
trzeba będzie zwozić. Przy tej robocie on będzie cały czas na furze,
będzie układał koniczynę, a sąsiad będzie mu ją podawał. W stodole
on będzie zrzucał koniczynę z fury.
— Tu się urodziłem, tu mieszkałem i pracowałem przez cale
życie, nie ruszałem się stąd i tu chcę umrzeć — mówił stanowczo;
musiało się wierzyć, żc dotrzyma słowa.
Niegdyś był — jak to się mówi — „grubym” gospodarzem. Odzie-
dziczył całą gospodarkę po ojcu. Niegdyś ten dom byl pełen ludzi
— rodzice, żona, czworo dzieci. Rodzice już dawno pomarli, żona
też nie żyje. A dzieci? Co stało się z dziećmi? Jakby nie usłyszał
pytania, wyciągnął ramię w kierunku gruszy, którą posadzi! w młodości.
Za nią widać było część jego pól zwaną Rędzinami. Właśnie stamtąd
wrócił niedawno, pójdzie tam także wieczorem. Lubi tam iśc, gdy
jest ciemno, żeby popatrzeć w stronę południa. Gdy stanie na naj-
wyższym punkcie Rędzin, widzi dalekie ognie i światła, od których
bije w górę czerwona łuna. Tam, wśród tych ogni i światek jest dwoje
jego dzieci — Helena i Włodzimierz. Ukończyli po wojnie wyższe
uczelnie i zamieszkali w Krakowie; bo te ognie, światła i ta czerwona
luna nad nimi — to Kraków i Nowa Huta.
Gdy dzień jest pogodny i nie ma mgieł na horyzoncie, lubi stanąć
na najwyższym punkcie tej części swoich pól, którc z dziada, pra-
dziada noszą nazwę Pastwisko. Lubi tam stanąć, żeby popatrzeć
w stronę północną. Gdy byl młodszy i miał lepsze oczy, mógł z tego
miejsca ujrzeć zarysy Gór Świętokrzyskich. Teraz gór nie widzi,
może dojrzeć co najwyżej pokryte zbożem i lasem lale ziemi zdążające
w kierunku Kielc. W Kielcach zamieszka! jego syn Fryderyk, który
po wojnie także ukończył wyższe studia.
Mówi, że patrzy w stronę tych miast, bo lubi ładne widoki, a nie
dlatego, żeby się rozczulać rozłąką z dziećmi. Mógłby do nich pójść
i zostać z nimi, ale nie chce, co bv tam robił. Siedziałby przy oknie
i przyglądałby się wielkomiejskiej micy. Jest w jego słowach lekcewa-
żenie takiej końcówki życia. Nie chce także iść do córki Kazimiery,
która mieszka niedaleko i ma własną gospodarkę. Jest dumny i am-
bitny, nie zniósłby bezczynności. (...)
A kiedy odpoczywa? Wtedy, gdy włożywszy okulary
i książki lub gdy skończywszy robotę w pal
albo gdy z bliska przygląda się drzewom. Mówi,
się drzewom, nie tylko własnym. Zna wiele drzew w caiej okolic
Do niektórych wybiera się tak jak do starych znajomych. Chce wiz
dzieć, jak się rozrastają i w ogóle co porabiają drzew
kać pod tymi pięknymi lipami, które rosną za szkołą. Stoi, głowę pod-
nosi do góry i długo pauzy w ogromny świat jednego, a potem dru-
czyta gazety
w polu patrzy na daleki świat,
że lubi przyglądać
w całej okolicy.
wie-
ża. Można go spot-
*
*
Idę z nim przez podwórze, gdzie leżą te stare, zardzewiałe na-
rzędzia. Mówi, że je uprzątnie; niemałego trzeba wysiłku, żeby
_to podwórze przyprowadzić do porządku. Przechodzimy obok resztek
starego płotu. Nic nie mówi, ale to od razu widać, że ogrodzenie
wymaga naprawy. Znów naszła nam na oczy prawa strona strzechy,
którą pokryta jest stodoła, właśnie ta część dachu wymagająca na-
prawy. Idziemy w sad, obok ścieżki rosną wysokie pokrzywy; widać,
ze w sadzie rozpleniły się chwasty. Wykoszę je, '.yykoszę, jak tylko
złapię trochę czasu. Gdy to mówi, to tak jakby się wstydził, że dał
się tym chwastom, że te zle, niepotrzebne rośliny wzięły nad nim
górę i że to nie uprzątnięte podwórze wzięło nad nim górę, i że
nie dopilnował wszystkiego, żc nic był w stanic dopilnować. Na tej
malej trasie prowadzącej przez jego podwórze i sad musiał chyba
pomyśleć o własnej starości. Dokąd będzie tę starość atakował samo-
dzielnym prowadzeniem gospodarki? Dokąd może porywać się na
przezwyciężanie własnej starości, dokąd będzie drwił z własnego wieku,
godząc się na samotność, na pracę w polu i w oborze, nawet na goto-
wanie sobie samemu jedzenia? Czy nie pojawiają się już sygnały
\wzywające do ustępstwa wobec nawału przeróżnych robót związa-
li z prowadzeniem gospodarstwa ? Na pewno pojawiają się. Ale
on mówi: Będę tu siedział sam, póki nie umrę; a potem niech to
wszystko bierze wnuk.
wfnuk jest synem córki Kazimiery, która mieszka na wsi. Skoń-
czył szkolę mechanizacji rolnictwa w Tarnowie.
Nie czekaj, wnuku, już dziś idź ze swoimi młodymi, silnymi rękami
i wiedzą rolniczą do domu dziadka. Dziadek jest dumny i ambitny
i nie chce poddać się starości; on pragnie być samodzielny i wolny,
dokąd tylko starczy mu sil; a może on musi takim być. Idź do dziadka,
wnuku, i dowiedz się, jak naprawdę z nim jest. Umiejętnie zdejmij
z jego pleców część ciężaru; tak zdejmij, aby nie poczuł się odsu-
nięty na bok. Śpiesz się wnuku, nie czekaj, aż dziadek poczuje się
zupełnie przywalony natłokiem gospodarskich zajęć, aż dziadek
poczuje się zupełnie zwyciężony. Niech powoli jego praca będzie do-
stosowywana do jego sił i niech mu nie zabraknie czasu na ek-
ranie gazet, książek i na oglądanie drzew, którym starzy ludzie prze-
kazują swoje najtajniejsze myśli.
Nie czekaj, wnuku, śpiesz się. Nie czekajcie, wnukowie, którzy
macie takich dziadków, śpieszcie się...
oglądanie drzew, którym starzy ludzie prze-
A WSZYSTKO
Helena Koiualik
ZACZĘŁO SIĘ OD KORONEK
/Fragmenty/
ogla to być wieś zagubiona między
górami. Leży na końcu Polski, kilka-
naście metrów od granicy, zamknięta
zewsząd zielonymi lasami Beskidu.
Jedna z najwyżej położonych wsi kraju. Samotna — jej sąsiadami
są tylko kopiaste wierzchołki gór, na których teraz w marcu przewa-
lają się z hukiem wiatry.
159
158.
-
i k-imunikaćil Autobusu
Nom. r*/a 2 deiegnuL
Pizcwodmcz4cy Gromadzkiej Rady
było zgod*, — mówi — mc by me zdziałały A
geograf tczns m.
do u . i dn .. iX> * -ia
No i zt>'5 PąI piętrowy, widoczny x dJ dct
— u
HI
stematycznie od kilku lat. Pewnie dlatego mogą pochwalić się znacz
nymi sukcesami* w hodowlanej produkcji. Udało im się także znacz
nie podnieść plony owsa i ziemniaków.
1966 r.
STARA CHŁOPKA
IDZIE BRZEGIEM MORZA
/Fragmenty/
Tadeusz Różewicz
Idzie brzegiem morza
w białej czystej chustce
fala biegnie do niej
młoda i gwarna jak łąka
przez którą leciała
na spotkanie
Przyjechała tu o świcie
Na srebrnych wydmach
w ostrych trawach
w różowych światłach
nieznane drżały kwiaty
Idzie
na piasku odciska ślad stopy
Pierwsza
kobieta z tej podgórskiej wioski
idzie brzegiem morskim
162
fala ślad unosi
na piasku zostawia
muszle
z jasnym wnętrzem
ziół morskich
gnijące łodygi
krople bursztynu
zgaszone
Idzie
brzegiem morza
pochyla się
bierze garść wody
zanurza twarz
czuje na wargach morze
jak Izę
pól wieku szła
do morza ogromnego
aż ją na brzeg wyniosła
nowa władza
robotniczo-chłopska
Morze wstępuje w niebo
w niebie wodzie
mewa krzyczy
śmieszka biała
kolebeczka na fali
Stara chłopka
idzie brzegiem morza
podnosi muszlę
słucha
uśmiecha się
do nieba do morza
do siebie
resz-
przez
Na ścianach tej resztówki prze-
nowe maszyny
„JAN
ZA U TOMA i YZOWANA KOPALNIA
Zdzisław Kazimierczuk
grudniu 1968 roku uruchomiono pod
Katowicami kopalnię „Jan” —
pierwszą w świecie całkowicie zauto-
matyzowaną kopalnię węgla kamien-
nego. Polska technika górnicza osiągnęła nowy sukces*, i to ni
wyjątkowo poważną.
„Jan jest kopalnią doświadczalną, usytuowaną* na tzw.
towce resztkach dużego złoża węgla eksploatowanego*
macierzystą kopalnię „Wieczorek”. ? “
chodzą ostry egzamin praktycznej przydatności
i urządzenia, nowe technologie, nowe formy zarządzania i organizacji
pracy. Poza funkcją badawczą, kopalnia-automat * będzie równo-
cześnie „normalnym” zakładem produkcyjnym o dość dużym wy-
dobyciu, wynoszącym 2500 ton na dobę.
Pierwsza na świecie kompleksowo* zautomatyzowana kopalnia
jest wyposażona całkowicie w najnowsze urządzenia polskiej produkcji.
Część z nich była już wcześniej znana górnictwu, ale wiele maszyn
to prototypy*, które powstały razem z budowaną kopalnią, tworzono
je bowiem specjalnie z myślą o wykorzystaniu nowych możliwości,
jakie dawało kompleksowe zautomatyzowanie procesów produk-
cyjnych.
Zwiedzających kopalnię „Jan” zaskakują dwie rzeczy: lekkość,
czystość i wesoła kolorystyka naziemnej części kopalni oraz cisza
i pustka w części podziemnej, gdzie można przejść parę kilometrów
obudowanym stalowymi lukami chodnikiem i nic spotkać ani jednego
człowieka. Nic dziwnego. Wszystkie prace produkcyjne wykonują
tu automaty. Rola człowieka ogranicza się tylko do nadzoru ich dzia-
łania, usuwania drobnych awarii*, konserwacji* urządzeń.
Królestwo automatów zaczyna się od zespołu urządzeń urabiają-
cy eh. Kombajn*, wyposażony w automatyczny regulator szybkości,
odcina warstwę węgla ze ściany i wrzuca ją na stalowy transporter .
164
Miejsce po wybranym węglu zostaje automatycznie zabezpieczone,
stalowa obudowa przesuwa się w odpowiednim momencie do przodu
i podpiera strop odsłonięty przez kombajn.
Urobiony węgiel wędruje następnie na gumowym transporterze
podszybia.
„Mózgiem” zautomatyzowanej kopalni jest Centrum Zarządzania.
Tu zbiegają się wszystkie informacje dotyczące przebiegu produkcji
i stanu bezpieczeństwa pracy na dole. Sieć czujników przekazuje
bez przerwy dane, na przykład o miejscu, w którym znajduje się kom-
bajn czy skip1 w szybie, o awariach i przestojach. Inna sieć czuj-
ników donosi o zawartości metanu, tlenku węgla, stanie urządzeń
wentylacyjnych itp. Centrum Zarządzania połączone jest z Ośrodkiem
Obliczeniowym, gdzie wszystkie informacje są równocześnie wprowa-
dzane do specjalnie zaprogramowanej maszyny matematycznej, do-
konującej na bieżąco obliczenia i analizy pracy kopalni.
Uzupełnieniem tej „sieci nerwowej” czujników jest dwustronna
łączność telefoniczna z każdym ważniejszym punktem kopalni i sys-
tem telewizji przemysłowej. Inżynier ruchu, dyżurujący w Centrum
Zarządzania, nie tylko wie, ale również widzi i słyszy, co się dzieje
w kopalni.
Na dźwięk słów: „kopalnia automatyczna” wypadałoby wyobrazić
sobie kopalnię bez górników i chociaż mówiliśmy już, że „Jan”
ma niewielką załogę, z tymi górnikami mielibyśmy dużo racji. Warto
bowiem wiedzieć, że górnicy stanowią tu zaledwie 20% ogółu pra-
cowników, a przygniatająca większość to elektronicy, hydraulicy7,
elektrycy itp.
Załoga kopalni stanowi samą w sobie odrębną grupę. Nie ma drugiej
takiej nie tylko w górnictwie, ale chyba i w całym polskim prze-
myślę. Jest to załoga najmłodsza i najbardziej wykształcona. Średnia
wieku wynosi tu 28—30 lat.
Przeszło 80% robotników ma średnie wykształcenie techniczne.
Pozostałych zobowiązano do zrobienia dyplomów technika w ciągu
najbliższych paru lat. Trzeba dodać, że respektują* ten warunek.
Kadra kierownicza to kilkudziesięciu inżynierów. Liczba ta wiele
mówi w zestawieniu z zatrudnieniem kopalni wynoszącym 230 osób.
1 skip — naczynie wyciągu szybowego przystosowane do ciągnięcia urobku węgla
luzem
Kilkunastu inżynierów ma ukończone dwa fakultety*, przy czym
obowiązek posiadania dwóch dyplomów dotyczy kierownictwa
„Jana”. Z tej krótkiej statystyki warto wyciągnąć wnioski. Nie tylko
w kopalniach, ale i w całym przemyśle rosnąć będą z roku na rok
wymagania stawiane pracownikom. Nowoczesna technika nie tole-
ruje* ludzi o niskich kwalifikacjach*. Przykład kopalni „Jan” jest
najlepszym argumentem* we wszystkich pogadankach dla młodzieży,
która wejdzie w wiek produkcyjny za kilkanaście lat.
Eksperymentalna* kopalnia wzbudziła duże zainteresowanie na
święcie. Można więc przypuszczać, że szybko zwrócą się pieniądze
wydane na badania i prototyp.
Kilka lat eksploatacji wykazało pehią przydatność zainstalowanych*
w „Janie” urządzeń. Przy tym wszystkim trzeba dodać, że pierwszą
kopalnię-automat zlokalizowano* celowo na terenach o gorszych
warunkach górniczych niż przeciętne w naszym przemyśle węglowym.
„Jan” może zrobić karierę jako typ kopalni nadającej się szcze-
gólnie do eksploatacji złóż resztkowych lub odciętych od macierzystej
kopalni. Na takich złożach zresztą działa. I z tą właśnie resztówką
wiąże się jeszcze jedna ciekawa cecha tej unikalnej* kopalni.
Za 10—20 lat, kiedy obecne (resztkowe) pokłady węgla zostaną
wyeksploatowane, kopalnię-automat przeniesie się na inne miejsce.
Przeprowadzka została zresztą z góry zaplanowana i stąd też wszystkie
urządzenia i budynki wykonane są z prefabrykowanych elementów,
dających się rozebrać, przenieść i na powrót złożyć. Opeiacje tego
typu można powtarzać trzykrotnie. Te same zalety mają wszystkie
urządzenia technologiczne, a więc pierwsza zautomatyzowana ko-
palnia jest zarazem pierwszą... przenośną.
\
W TARNOBRZEGU /Marian Sobański
a dzisiaj dosyć. Zbliżam}7 się do celu —
------- TZTZ oto przed nami Tarnobrzeg. Biwak
rozbijamy na lewym, wysokim brzegu
Wisły.
Z materiałem na ognisko nie ma kłopotu. Gęsta wiklina* przy-
brzeżna kryje wiele suchego drzewa, pozostawionego jeszcze przez
wiosenne przybory wody.
Po kolacji długo siedzieliśm}7 przy ognisku. Dym odganiał ko-
mary, sytość posiłku rozleniwiała, niezbyt kleiła się rozmowa.
Zaciekawiły nas światła nad rzeką. Na lewo to na pewno Tar-
nobrzeg, na prawo kombinat* w Machowie. Będziemy tam jutro.
Każdego dnia coś nowego przynosi nam Wisła. Dziś rano podzi-
wialiśmy wspaniały zamek w Baranowie, pojutrze czeka nas spotka-
nie z zabytkami Sandomierza.
A oto biwakujemy teraz na terenach, które można by nazwać
,, piekielny mi”. Pod nami przecież siarka. Szary nurt rzeki płynie
nad jednym z największych złóż siarkowych na święcie.
A wszystko dzięki Wiśle. Kiedyś płynęła szeroko i wartko. Zmy-
wała ziemię, piasek i żwir, a potem twardy jak kamień ił* sando-
mierski. W jednym miejscu uszczknęła go więcej, w innym mniej.
Niedaleko stąd, w Piasecznie, siarka leży płytko, kilkanaście metrów
pod powierzchnią. Potem pokład przechodzi pod Wisłą, a w okoli-
cach Tarnobrzega kryje się głębiej pod ziemią.
Wisła pomogła do odsłonięcia siarki, ale podarunek ten otrzyma-
liśmy znacznie wcześniej — jeszcze 20 milionów lat temu. Oliaro-
walo go nam dawne morze, które rozciągało się wówczas na tych
terenach. Na dnie morza osadziły się grube warstwy gipsów, które
przekształciły się potem w rudę siarkową.
Czujemy, że mimo wiatru wicjącego od Wisły ogarnia nas „go-
rączka siarczana". Już ktoś obliczył, że każdy rok nieeksploatowania*
złóż siarkowych „kosztuje” Polskę 10 milionów dolarów. Bagatela*.
1C7
Prawie cztery razy więcej, mi zapłacili za pobyt w Polsce w ubiegłym
roku wszyscy turyści zagraniczni.
Patrryim jak zahipnotyzowani* na światła w Machowie. To tam
w 1954 roku zaczęto wiercić pierwsze szyby*, mimo że pokłady
rudy tam m głębiej. Ale o złożach u Piasecznie nikt jeszcze nie
wiedział. Potem wyłoniła się koncepcja* eksploatacji* złóż w oko-
licach Staswwa, w Solcu i Grzybowie, gdzie odkryło również wielkie
zioia siarki. Niełatwo było jednak dobrać się do siarczanego skarbu.
Az tu rugle w 1955 roku wy buchła bomba: znaleziono płytko
lezącą rudą w Piasecznic. Oczy wiście wydobywanie takiej rudy jest
rw '[łatwiejsze. Tutaj też rozpoczęto kopanie.
Jesteśmy po te i -tronie rzeki co Piaseczno, wobec tego postana-
wiamy następnego dnia zwiedzić kopalnią.
A tymczasem ognisko prawie że wygasło. Późny sierpniowy
wieczór zanc a c raz silniej chłodem. Czas do namiotów, do ciepłych
: .. w. Dobranoc.
W GOCZ M KOV IC.kCII WISŁA
MALEŃKA-.
Władysławo Broniewski
W Goczałkowicach Wisła maleńka
jak Świder:
ręce do wody i spłynie po rękach,
ledwie wymknęła się z wideł
Na dmgą sir ną Wisły, do Machowa i Tarnobrzega, prowadzi
nowy most. Nie mulimy jednak z niego korzystać. Mamy własne
środki transportowe — kajaki. Po kilkunastu minutach jesteśmy już
na Umrym brzegu. L> Tarnobrzega idzie się nieco w górę, zboczeni
wysokiej skarpy* Typowe miasto powiatowe. Jedno- i dwupiętrowe
domy, sklepy, urzędy. Ruch duży. Wszędzie widzi się i czuje oży-
wienie wywołane budową kombinatu. Tarnobrzeg miał kiedyś za-
ledwie cztery tysiące mieszkańców, dziś jest siedem, a za pięć lat
Białej Wisełki, Czamcj Wisełki,
z Baraniej Góry.
Kwiecień. A niebo? — niebieskie szkiełko.
Obłoki, a mc chmury.
Płynie Wisełka, rzewna* i wąska,
coś tu się będzie działo!
Zbiornik dla Śląska, woda dla śl.
*
na Śląsku wody za mało!
będzie czterr^. cie.
Dla małego miasteczka to zawrotna kariera*. Dla okolicy także
Bo wielkich bopacru tu mc było — żyło się raczej biednie. Obszar
na u ich d od \\ isły to piaszczyste tereny dawnej Puszczy Sando-
mierskiej. Lu y dawno zwady wycięte. Dla przeprowadzenia kar-
czunku * c łz j ' tu v» dawnych czasach tatarskich jeńców wojen-
Tama ogromna! Ziemia i beton.
Jezioro będzie w tej wiosce.
Ach! jakże warto być dziś poetą
w Polsce l
nych- Ich po: mk >v. le zamieszkują jeszcze dziś sąsiednie wioski:
Mokszyizów. St \\ Żupawę, Furmany. Teraz „na siarce* dorabiają
f utworu W
się nu*;.domu..’,
crx.yldi i telewizorów.
169
168
„Od kiedy pływa na morzu?”
Pani kapitan Kobylińska spokojnie odpowiada: „od szesnastu
dając tym dowód, że damski wilk morski doskonale się czuje
dwie kobiety
Aleksander Rowiński, Barbara Petrozolin
ówilem, że u nas w szkole jest taki
mądry, zwyczaj zapraszania na lekcje
todziców kolegów, aby opowiadali
o swojej pracy — odezwał się Jacek. —
Był już lekarz, inżynier. Lubimy te lekcje, cisza jest na nich jak rzad-
ko kiedy. My się interesujemy — dodał.
My, kobiety, też — usłyszeliśmy dziewczęcy głos za plecami.
I tym razem była to Ewa, ktoia kilka razy porzuciła swoje zajęcia
na plaży, aby przyłączyć się do naszych męskich rozmów. (...)
— Rozmawiałem z Jackiem o pracy — poinformowałem Ewę.
— Wiem — powiedziała — słyszałam. Dlatego chcialam zapytać,
czy znacie pewną panią, która jest kapitanem statku.
— Bzdura. To męskie zajęcie — odezwał się Jacek i spojrzał na
Ewę wzrokiem zwycięskiego lwa.
Ewa przyjęła to spojrzenie bez większego wrażenia.
— A ja tę panią widziałam w porcie, w Gdyni.
Uprzedziłem Jacka, który miał coś tam na końcu języka.
— Ja też. Akurat byłem w porcie, kiedy wrócił z rejsu* statek
„Kopalnia Wujek”. Podczas rejsu zachorował kapitan statku. W ta-
kich wypadkach dowództwo obejmuje pierwszy oficer. Pierwszym
oficerem na statku była wówczas pani Danuta Kobylińska. Tym
sposobem wprawiła w zdumienie pilota, który zjawił się na pokła-
dzie, aby wprowadzić statek do portu. Zobaczył kapitana w spód-
nicy. . _ „
Było to ładnych kilka lat temu. Przez ten czas pani Danuta Ko-
bylińska zdobyła uprawnienia kapitana żeglugi wielkiej i samodzielnie
już kieruje dziesięciotysięcznikiem. Polski statek z kapitanem-kobietą
est zawsze sensacją* w zagranicznych portach. Dziennikarze ob-
sypują kapitana w spódnicy pytaniami, a najczęściej powtarzają się
trzy; . ___
lat”
w swej roli.
Drugie pytanie brzmi: „Czy ma męża?”
Pani kapitan odpowiada: „Ależ oczywiście”. I dodaje informację,
która wzbudza podziw za granicą: „Jest pierwszym oficerem na moim
statku”.
Trzecie z powtarzających się pytań idzie jeszcze dalej: „Jak daje
sobie radę kobieta z męską załogą?”
Pani kapitan zwięźle odpowiada: „Nie ma trudności”.
Dziennikarze kręcą się po statku, obserwują, fotografują, jak pani
kapitan wydaje decyzje*, jak sprawnie i zdyscyplinowanie * przebie-
ga załadunek statku, jak mężczyźni radzą się w każdej sprawie do-
świadczonego mary narza-kobi ety.
— Pani kapitan ma fajne morskie imię — dorzuciła Ewa.
— Jakie? — zainteresował się już pokojowo usposobiony Jacek.
— „Żaba”.
— „Żaba”?
— Tak ją nazywają koledzy-oficerowie — wyjaśniłem. — Jest łu-
biana, pełna wdzięku. Ułożyli o niej piosenkę. Nie zaśpiewam jej,
bo mam dzisiaj chrypkę, ale jest w niej mowa o tym, że radzieccy
kosmonauci mają swoją Walę, natomiast polscy marynarze swoją
„Żabę”.
— Tak to jest — rzeklem do Jacka. — Między nami, mężczyznami,
musimy sobie powiedzieć, że niewiasty potrafią godnie z nami ry-
walizować*. Co więcej, niektóre zawody w Polsce opanowują ko-
biety. Jest ich już więcej wśród nauczycielstwa, wśród lekarzy.
— Tak — zgodził się Jacek i nagle sobie przypomniał — prze-
cież w telewizji Polakiem roku 1963 została pani doktor.
— Jak to ? — zainteresowała się Ewa.
— Telewizja — wyjaśniłem — wybiera co roku najpopularniej-
szego Polaka. W roku 1963 telewidzowie uznali, że tytuł ten należy
przyznać pani doktor Alicji Surowcowej.
— Co ona zrobiła? — zainteresowała się Ewa.
— Trzeba oglądać telewizję — zganił ją Jacek.
— Czasami — sprostowałem. — W telewizji trzeba wybierać to,
co jest ciekawe. Wybór Polaka roku... to jest nawet emocjonujące*.
170
*
ŻOŁNIEKSK1L WSPUMM1 1A ALj.y Srv^
Pamiętaj o u arrou mczveh obo-
Słój, ho strzelam!”.
O Jx -ó ; Sun \. <o\\cj dow icdzn b<my się już wcześniej. Kiedy
uc\\ cfekimi wx buch la przerażająca w sw*ej grozie epidemia* ospy,
doktor Surowe uw st. v<A na c cle kilku osób i urządziła szpital dla
chonch Lekarka Jmcwięćdzicsiąt trzx dni przebywała w zamknię-
ciu, caWujóiac odnotowana • od i wiata.
Grosa prxnic*4cnu zarazy nic pozwalała na jakiekolwiek kon-
takty z miastem,
w
Samochód’, z żywnością podjeżdżały tylko do bramy szpitala,
urn zostawia: pakur ki i cclaly nę Lekarka nosiła żywność, pie-
lęgnowala chorych i gr chała zmarl dh. Nie miała czasu na sen.
Kaed) telefonicznie po kilkud.de<aiu dniach prac zaproponowano
jc-j zmianę — przy la ac inne go lekarz a, odpc wiedziała:
Otóor ina rei p hz\c mc । r icuiąca niemal ponad siły, trwała
ru pcistcru'ku. Wszy scy p uniętah. z. zek da się na ochotnika.
>.edzic-lr my chwileczkę u milczeniu. lużde z nas mdalo o dziel-
r?. "a l >r.ct. którą dr strzec można on tylko przy wielkich okazjach,
wymagających szczególnej odwagi lub szczep dnegp poświęcenia.
— M ,j mama pracuje na poczcie — przerwała milczenie Ewa.
— Też na pewno miałaby wam wiele ciekawego do powiedzenia.
laliśmy, po walka ) na Czerniakowie
młodego żołnierza, postawiono na war-
cie przed sztabem * dywizii ’. ,A
masz” — powiedziano piko pic.
wiązkach i prawach ’ — upomniano jeszcze.
Pamiętałem. Pamiętałem i o nm, ze niby dla żartów potrafiono
wartownikowi podczas nocnej wart) wyciągnąć zamek z karabinu,
a potem maszerować wprost na niugo, śmiać «ię z jego crapzzno-dru-
matycznego* okrzyku „Słój, bo strzelam!’*.
szum, hałas, światła reflektorów na mmc — oaobę menk-ua^ war-
townika I
— Stój, kto idzie?! — krzyknąłem.
— Swój, swój — uspokajali mnie przybysze na trzy gk »y.
— Stój, jeden zbliżyć się do podania hasła.
Nadal podwójne czy potrójne kroki i proszące gto&y: — Nic
znamy ha da...
Tacyście?! Szef kompanii ciągle robił lego rodzin psikusy,
sprawdzając naszą czujność.
Zarepctowałem * — już nic na żarty — karabin.
— Stój, bo strzelani I
Zamarli.
— My naprawdę nic znamy hc b ..
— 1-zdnij! — ryknąłem rozżatzeny uą Jj buk, >.
— Ale...
— Padniiijt
1 Armii dtfcB »i< rwi cv<r!n »-• r- . j* -nri fcrq^». - - a. I rv-
fŁda, puU. btiairuii, fc.। u.a, a-v.-j a.
ry kolejne chlupoty ciała w bioto, dobrze i starannie uformo-
wane przez całodzienny październikowy deszcz.
Karabin trzymałem wymierzony ku ziemi.
Wreszcie proszący głos:
— Słuchajcie, wartowniku. Macie rację. Ale położyliście w bioto
dowódcę dywizji. Ja jestem adiutantem*, trzeci to szofer. Nie zna-
my hasła, bo wcześnie wyjechaliśmy, a samochód po drodze się
popsuł...
— A Uleżeć! To było wszystko, na co mnie było w tym mo-
mencie stać.
AUlczeli. A ja... myślalem. Byłem niby w porządku Ale gene-
rała trzymać w błocie? Niedługo przyjdzie zmiana. Jeszcze pięt-
naście czy dwadzieścia minut. Niech leżą. A może to jednak szef-
-sierżant kompanii? On mi jutro da!... A jeśli rzeczywiście ge-
nerał? Gorączkowo szukałem w pamięci postanowień regulaminu
służby wartowniczej. Jest! Honorowe wyjście i dla nich, i dla mnie.
Karabin załadowany. Nie na żarty wprowadziłem nabój do lufy.
Uniosłem w górę i wystrzeliłem. Po dwóch minutach głośny okrzyk
w wiejskich domach, gdzie kwaterowali* nasi żołnierze: „Warta
pod broń!”
Już był dowódca warty, już mówiłem, że „tam jakichś trzech
łudzi leży”, już klaskało błocko, mieszane nogami wstających.
Przechodzili obok mnie utytłani biotem gorzej niż kaczka przy
pierwszym wiosennym wyraju*. Drugiemu błyszczały bielą na rę-
kawach dwa szerokie, białe zygzaki. Jednak generał!
I rzucone przez zęby słowa:
— Zameldujecie się jutro u dowódcy’ dywizji!
— Tak jest!
Starczyło rozważań dla całej warty na całą noc. „Karna kompa-
nia” — przepowiadali jedni. „Pochwala” — powiadali drudzy
Mój najłagodniejszy obraz to był w każdym razie obraz żołnierz i
bez pasa. Kazać leżeć generałowi u swoich stóp...
ąlem pod pasem ostatnią zmarszczkę, buty
Rankiem —
/
wysmarowałem przyzwoicie sadzą, kołnierzyk wyprałem, przyszy-
łem. Adiutant dowódcy dywizji tylko spojrzał na mnie z ironią* —
— Obywatelu generale, strzelec Sowiński melduje swoje przyby-
cie.
Za biurkiem siedział młody generał w czyściutkim, wprost spod
żelazka wyjętym, drelichowym* mundurze. Lustrował* mnie od
góry do dołu.
— To wyście mnie w nocy położyli w błoto?
To było tylko pozorne* pytanie. Patrzyłem mu prosto w twarz.
— Ja, obywatelu generale.
— Dlaczego?
— Regulaminowo, obywatelu generale.
Nareszcie zabłąkał się uśmiech.
— Czy wy tak zawsze regulaminowo postępujecie?
— Zawsze!
— No, dobrze. Skąd jesteście?
— Z Lublina, obywatelu generale.
— Z Lublina... Hmm, cóż... Jechałem właśnie z Lublina.
Spuściłem głowę. To mnie zagiął. Jak mogłem. Z mojego Lublina
jechał, a ja go tak... Milczeliśmy obaj. Czas by się odmeldować.
Chyba na tym się skończy. Wyprężyłem się.
— Obywatelu generale, czy można się odmeldować?
Pokiwał głową.
— Obywatelu generale, strzelec Sowiński...
Wstał.
— Wróć!
— Obywatelu generale, strzelec Sowiński...
— Wróć!
Szukałem błędu. Jeszcze mocniej ściągnąłem nogi. Może któryś
guzik me dopięty? Goliłem się. Buty wypucowane...
Wyciągnął rękę szeroką, mocną.
— Kapralu Sowiński, macie tydzień urlopu. Pozdrówcie Lu-
blin. Odmeldować się!
— Obywatelu generale, strze... kapral Sowiński!
Kiwnął głową. Wyskoczyłem jak z procy. Odciąłem troczki od
kalesonów, gdy tylko wpadlem na kwaterę, naszyłem belki. Defi-
lowałem przed nosem dowódcy warty i adiutanta dowódcy dywizji,
nim wyjechałem do Lublina. Grunt to regulaminowo!
ten sam mocny głos zaprosił:
— Idźcie, idźcie po nagrodę.
174
ImiwtefM kwietnia jwl Goukleuicami mój pułk wbd .,|(lp
n ;d i\Jr^ Ut, lurp radnv orzeł zolnicr kiego r.idunku,
r-jpih: „Ra , dnia, nazwisko dowódcy pjiku
lui b\to pu prrcmawieruad). p» u\ iągnięviLi ręki oficerów w kie-
runku ZBdKkda Stabtay kilkotm rzęlimj zwartych kompanii
w poHixi słupa. Jeszcae mc pódl czekany rozkaz; „rozejść uę’\
b> oxk w brwią dłonią dotknąć słupa.
Zadinut tajazgoul i zakurzy! samochód gwałtownie przyha-
fl>iWMiy OKTjjoaiyrn pchnięciem nopi kierowcy. Wyskoczył z njcijo
•«k i procy k cruply. zwinny generał Niemal bieg! ku memu do-
wódca pułku M do go przecież nic być. dlatego przysłał swego
pobiy ernego mrępcę.
Kika zdań raportu*, krótkie: „dziękuję" Błąkający się, iście
zwiadowcze Tł/rok c mcral.i. Pizech*Klził przed naszą kompanią.
PręrALxr . «ię podczas lego nici czeki wanego przeglądu. Minął mnie,
me ućmsechn J wę. me poznał.
juę położenie żołnierskich n <. • zuby bu’ w .kacnmane b\h bez-
błędnie na zachód
A btrn ru tabłiczuc. r ^d orient jakby prrrwab. być k ^bme,
jakH tez zMiirh »ię w I mendzie „haczn k”, jaktr/ podrociy
przez ostatnią minutę i eH^coły najprenr /y, n>roidzMj oczywisty
takt Rzeczpospolita Bobku.
J< j. . j !up i, culL m me po w rj kowemu zd| ął
ryfcrj ri>dgirrtkat lekko j lv ! do przo lu, po trawił między sobą
a dow dcą pułku, zaskoczonym me mniej o mnie.
— Jego, jego poibw na pierw uan^ przy nadodrzińskim
Ttuicuiz
— Tak jest?
— Ne „tak nie „rak iew”, Wieio, dl / Bo kapral
Scrwtmki regutanunowu j _Ln * ai i. i. 4 . da p ' u u nu * y Sum imki.
— Gbyualciu generate, kapral Sumiński...
— Uróćł
T l styczeń rok czterdzK -r ptąry
I w huku dział
jak liść
1.A drz^ł muz dum
I w iuietle dnia do domu mego
prz^szh żołnierze
z Kraju Rad
r. I ciaz już me trzeba b}lo pouurzać tamtej gry.
— f H;, ..icłu generale, plutonowy Śliwiński melduje, że zauizc*
a, 1 1 dzieci będą trzymać regulaminową, z obo-
Trzvmakrn mixno 1 •crdccznte palce u daszka czapki.
Gcnmł powoli podnomł pelue.
ku Odrze So z ly ’ u t ’’r n .c w e/ .15 _h I n.j mu ku czap-
Lcciutko obracał cię na pięcie
Zostali kr tko na Vv ate:
śpiewali pieśni
czyścili bron
pomagali nuue
mówili do ntej M tl o
mów ili tuc pb^z nudni
nic tiZwba
KR-uw — n
Mijają lata
ciągle widaę
jej uśmiech
przez Ly
ÓSMY WSPANIAŁY / Ryszard Zgortcki
ostaw psa. i umyj ręce — powiedziała
matka z kuchni. Szczęknęła talerzami,
odkręciła kurek z gorącą wodą.
Budrys złapał zębami ojcowski pas
b>l silny. Muszę przyznać ze wstydem:
i nie zamierzał puścić. Pies
silniejszy’ ode mnie! I to mnie zawsze złościło. Bo byłem w domu
najsłabszy, nawet Budrysowi nie mogłem dać rady, kiedy się roż-
ka "ił Więc teraz jedną ręką przy trzymałem pas, a drugą uszczyp-
nąłem psa w sam czubek nosa. Myślalem, że puści, nie puścił, tylko
głośno zawarczał.
norn\ślałem: silny jesteś, ale głupi jak pies. Masz silę, ale nic
masz rozumu. Wezmę cię fortelem*!
ojcowski pas, puściłem... Budrys szurnął do tylu, prosto pod nogi
Kiedy drugi raz szarpnij!
matki wchodzącej do pokoju z wazą gorącej zupy. Rozległ się trzask
i grzybowa zupa z łazankami, na którą miałem taki apetyt, rozlała
się po podłodze. Przestraszony Budrys porzucił ojcowski pas i czmy-
chnął do pokoju brata. Tyle go zobaczyłem.
— Tomek... — powiedziała cicho matka, lylko tyle powie-
działa, nic więcej, ale za to popatrzy ła na mnie tak smutnymi oczami,
że aż mnie coś skręciło w środku.
_____ To przecież nie ja — odpowiedziałem, robiąc minę jakby
do płaczu — to me ja, tylko Budrys.
_____ Tomek — powtórzyła matka. Na domiar złego oczy jej się
zaszkliły i wróciła do kuchni. Brat wyjrzał z drugiego pokoju. Pokrę-
cił głową i spróbował mnie obrazić.
Zrobiłem się wściekły na brata, który' zamiast zbierać z podłogi
łazanki, usiłował mi ubliżyć, na głupiego Budrysa, no i na siebie.
Przez ten wypadek z zupą marka plakalal Nic płakałaby, gdyby
ojciec był w domu, na pewno. Ale ojciec by ł akurat w pracy. Dlatego
nie wytargała mnie za ucho, lecz płakała.
Odkąd pamiętam, zawsze była taka. Kiedy ojciec wracał do do-
mu, odzyskiwała humor i glos. Śmiała się z moich genialnych dowci-
pów, na które brat wykrzywiał się, powiadając: głupie! — a gdy
przy’ pomocy Budrysa przekraczałem granice psoty — krzyczała.
Wołałem to od jej smutnych spojrzeń. Kiedy ojciec był w domu,
wszystko by ło inaczej. Ojciec wychodził za próg i wszystko się zmie-
niało. A przede wszystkim zmieniała się matka. Nie rozumiałem,
dlaczego zmieniała się na niekorzyść. Dlaczego staje się taka wrażliwa,
zdenerwowana i dlaczego gotowa płakać z byle powodu ? Dlaczego
zamiast nucić — milczy, dlaczego zamiast rozmawiać ze mną — spo-
gląda w okno i nadsłuchuje?
Ojciec wychodził z domu o różnych porach dnia i nocy. Często
wracał nad ranem, zmęczony. Nie przyznawał się do tego, że jest
zmęczony, ale kiedy prosiłem ojca, żeby zabrał mnie do kina, marka
mówiła: — Romek pójdzie z tobą. Tatuś jest zmęczony... — Ojciec
zaprzeczał. Przyrzekał mi, że jutro pójdziemy do kina, ale wiedzia-
łem, że to jedynie obietnica. Bo jutro ojca znów wyciągnie z domu
jakiś telefon. Pójdzie gdzieś z tymi swoimi saperami* i z obiecywa-
nego filmu będą nici!
Przyznaję — miałem cichy żal do ojca i do tych jego saperów.
Też nie mógł sobie wybrać innej służby, takiej, z której również
ja wynosiłbym większe korzyści. Gdyby był dowódcą okrętu, musie-
libyśmy mieszkać nad morzem. Bardzo lubię morze. Bardzo bym
chcial, żeby ojciec — zamiast zielonego — nosił granatowy albo sta-
lowoszary mundur i żebyśmy mieszkali nad morzem. Schodziłby
z okrętu i moglibyśmy chodzić do kina. „Siedmiu wspaniałych*'
oglądałbym kilka razy. Nie wyciągaliby go z domu po nocy, bo
wiadomo — Bałtyk dawno rozminowany. Ojciec mialb\ dużo wol-
nego czasu i po służbie siedziałby w domu. C hodzilibyśmy z Budrysem
na dalekie spacery, gdzieś nad Wisłę i matka śmiałaby się częściej.
Albo gdyby ojciec był lotnikiem.. To coś bardziej konkretnego.
Chłopcy by zazdrościli. Jasiek z sąsiedniej klatki, którego ojciec
178
pracuje na Okęciu, , '
stary wozi pasażerów. (. )
. M°jcicc iest i - nic mam
Ł opowiadać, jak to moj ojciec
i 2d 1 uhcznc^ chodnika pięćsetkilog
bombę lotniczą. ale wtedy kisick odparł, ź g
oah-mi godzinami potrafi opowiadać, jak jego
nic mam czym zaimponować* J.k-
to mój ojciec gołymi
ramową
po on sam no. u i i ’ - że to nic nadzwyczajnego,
“io^X^ “ iach'
Któregoś dnia w dokumentach ojca znalazłem zdjęcie z czasów
wojny. Zołte od starości, ale jeszcze wyraźne. Widać na nim było
mojego ojca, jak jedną ręką opiera się o zniszczony czołg z czarnym
,\a ezotgu wypisał koślawymi literami: „MIN NIE MA”. Wołał-
bym. zęby ojciec w tej drugiej ręce trzymał karabin maszynowy
zamiast pędzla, ale trudno. Pokazałem zdjęcie Jaśkowi z nadzieją,
żc rym zniszczonym czołgiem zatkam mu usta. Ale Jasiek pokręcił
nosem na to zdjęcie, jakby chcial powiedzieć: za takie nierówne
pismo od naszego polonisty’ twój ojciec dostałby gałę... Litery były
dla niego ważniejsze od czołgu! Ograniczony facet, choć ma ojca,
który — obojętne w jakim charakterze, ale pracuje na lotnisku Okęcie.
Dlaczego mój ojciec został saperem? Przecież byłoby o wiele
lepiej, gdyby chodził w granatowym lub stalowoszarym mundurze.
Ostatecznie mógłby pozostać w zielonym, ale powinien zamiast
zwykłej wojskowej czapki nosić czerwony beret. Chłopcy pękaliby
Dlaczego mój ojciec został saperem i ciągle me ma dla mmc
^Przepraszam - zwróciłem się do matki - już nigdy nic dam
Budn-so". pi Nie umie si, nim bawię... Mnmn. i«mm glnday
Kiedy tatuś wróci m' obia^ ? k _ odpOwiedziala pyta-
_ Już powinien byc. Odrobdcs lek
nicm na pytanie. Spytała o kkc,-, f’palności. Nad moimi
większego podobno miał więcej cierpliwości od
....... ZUr“ ‘ ’
że ojca nie ma w domu.
— Przepraszam —
Budrysowi pasa. —
«* «*» - •*-*** r,"r
J . c„.^io r, łokcie, ale w :
180
Przeszedłem do pokoju brata. Budrys poczłapał za mną. Starszy
brat już miał w głowic ostatnią zwrotkę tasiemcowego* wiersza:
„W gorodie Odessa wietier ticho teicjct..” A wyraz twarzy miał tak
wniebowzięty, jak zawodnik, który strzelił decydującą, zwycięską
bramkę.
— Romek — zwróciłem się do starszego brau. — Nic wiesz,
kiedy ojciec wróci?
______Tatuś — poprawił mnie starszy brat. — To zależy, kiedy zlik-
widują* tamten arsenał*. Ewakuowali* kilka domów. W gazecie
pisali, że pocisków było do licha i trochę. Dzisiaj mieli zakończyć
akcję-_. . .
— To dobrze — odpowiedziałem. — Jutro wyciągnę ojca do
kina. Aloże wreszcie będzie miał wolne. Niech zobaczy’ „Siedmiu
wspaniałych’. Lubię filmy kowbojskie, w których wy stępują ludzie
odważni.
— Idź do diabla! Zapylaj tatusia, czy jest człowiek, który’ się
nie boi. Każdy odczuwa lęk, tylko jeden stchórzy, a drugi potrafi
opanować strach. Na tym polega odwaga. Tatuś też się boi, kiedy
dobiera się do niewypałów. To samo jest z żołnierzami, którzy’ od-
grzebują, a potem dotykają śmierci zamkniętej w żelazie.
— Ładnie mówisz, ale się nie wysilaj, bo tu nic estrada* — po-
wstrzymałem jego krasomówcze* zapędy.
— Każdy człowiek się boi — powiedział, jakby recytował do
publiczności. Może i każdy, ale nic Alarlon Brando, kiedy wyciąga
kolta*. Ojciec się boi? Czego miałby się bać? Co innego było na
wojnie, ale teraz każdy niewypał jednakowy. Kiedyś, gdy przynio-
słem do domu dwójkę z klasówki, po prostu: omyliłem się w dzia-
łaniu — ojciec żartem powiedział: „Saper myli się tylko raz. Synowi
sapera nie wolno nawet tego. Zapamiętaj, Tomek”. Dałem słowo,
że nic będę się mylił, i dotrzymałem słowa. Więcej nie otrzymałem
ani jednej „lufy”.
Jasiek buja —r nie dotykał i w ogóle nie znalazł żadnej „srudwu-
dziestki piątki”, gdyż boi się nawet porzuconego na polu zardze-
wiałego garnka... Ale ma rację, że jest ostrożny. Niewypałów nie
wolno dotykać. Lepiej wycofać się i powiadomić, kogo należy. Tak
mówi ciągle ojciec i tak uczyli nas w szkole. Jasiek niepotrzebnie
wstawia tylko taką mowę. Boi się i nadrabia miną. Każdy człowiek
się boi. Ojciec, a nawet matka? Czego mogłaby się bać matka?...
181
czego
czony, a jutro klasówka.
Spój rżeli na mnie co na i
wjechał do mieszkania. A latka pogładziła
sam zaproponował, co nie było w jego stylu:
_ — Nie boj się klasówki z historii, powtórzę z tobą. „117 gorociie
.. No, chodź do mnie, ty... ósmy wsparły
Nie wygłupiaj się — sprostowałem. — Ósmy wspaniały do-
piero przyjdzie na obiad.
chcialbym jeszcze powtórzyć historię. Ojcie
- najmniej tak, jakbym statkiem kosmicznym
. mnie po głowie, a Romek .
c wróci zmę-
Odessa tcieritT'’.
SOKOLE OKO / Alina Kurta
arek odrzucił książkę w kępę wrzosów.
Indianin namalowany na okładce wy-
glądał teraz dużo ładniej, jakby le-
bsot....... picj się czul pośród roślin niż w szkol-
ncj teczce.
_ Glupie _ powiedział trochę do siebie, a trochę do Andrzeja.
- To po co zabijałeś się o tę książkę,
______ \X’szyscy sie zabijali w zeszhm . . nkn
do końca zełgane? Tern: niema
nic miałby mc *> rob'?„ ‘ni„
” “^ŹTkiS & <cmu «yda»* mu «
id,™ razie możliwe,
ię urwać ze szkoły na
,'dawało mi się> że
rosło się z tcSo-
westchnę! cię
do osady. Alozrw
ZC t^ch Indian, żaden Sokole Oko
wy* i koniec. Zresztą
ram S?e ^Tarek chcial jakoś określić
J _nrflW-
, r-nw nagle znikło ze świata. -
i teraz nudno.
_ kilka godzin, to tu
mógłbym być jakuns Sokobm
o. r^ał -
, Vko de —. “ 1
i koniec. Zresztą
ic nieomal praw-
dziwe, a w
Kawet jak się
Dawniej wy~
Me -
żały, przeczekać niezauważonym, aż przejdą, i dopiero potem pod-
nieść się i powiedzieć: „Znowu ośmiu przeszło na nasze tereny
łowieckie, biada im!” A „blade twarze’1 rozmawiały spokojnie o płót-
nie pościelowym, które przyszło do sklepu, i wcale nic interesowały
się Indianami. Wtedy jednak można było wierzyć, że to grupa tra-
perów *.
Posłyszeli kroki i starym indiańskim nawykiem przypadli do ziemi.
Ścieżką szli dwaj mężczyźni, głośno rozmawiając.
— Panie, niech się pan nie wtrąca do rybaków. Pan się na tym
pośliżnie — mówił zachrypnięty głos.
— To Bogucki z siódmego — szepnął Andrzej.
— Już mnie straszyli, nie warto. I powtarzam jeszcze raz: je-
denasty nie powrócił do portu tylko dlatego, żc zamiast sprzętu ra-
towniczego miał w kubryku* wódkę, a sztorm* na morzu zaskoczył
załogę pijaną. Jeśli znajdę w chwili • wyjścia na morze więcej niż
pół litra na kutrze — zatrzymam go, choćby dorsze szły tonami o go-
dzinę drogi od brzegu. Pól litra wystarczy na rozgrzewkę dla czte-
rech ludzi czy na przemycie skaleczenia.
Ten głos był obcy. Obaj podnieśli głowy i zaraz je ukryli. Tuż
obok nich przechodził wysoki mężczyzna w mundurze milicyjnym.
Zobaczyli jego proste plecy, mignęły im srebrne dystynkcje*.
— To ten nowy — szepnął Andrzej.
— Aha, ciągle się kłóci z ludźmi. Mówią, że go do wiosny stąd
wygryzą.
— Ale jedenasty naprawdę nie wrócił do portu. Utonął Gnybba,
Pucek i dwaj chłopcy z Charbrowa.
Andrzej przewrócił się na brzuch, podparł brodę rękami. Oby-
dwaj patrzyli w morze.
Nagle krzyknęli. Coś przytrzymało ich nogi, a strach było się
obejrzeć. Jakiś głos zawołał:
— Witam obywateli! Czemu nie w szkole? Wstańcie! — Nogi
zostały uwolnione.
Zerwali się. Nad nimi stał nowy komendant posterunku. Ten
sam, który przed kilkoma minutami przeszedł obok nich.
— Nie umiecie się maskować Widziałem was cały czas. Która
klasa?
— Siódma — powiedział Andrzej.
— Aha. Ty powiedziałeś: „To ten nowy’'?
185
— Nigdzie? Nawet tutaj?
I utaj - — Andrzej obruszy! <ę. .
— No dobrze. Rozmowę słyszeliście ?
Tułaj na pewno nie ma.
f ^tarzajcie. tajemnica służbowa. Zresztą nie chcę,
Nie szkodzi mówił, jakby nie wiedział, że Boguckiego
bah się ludzie, taki byl silny i taki gwałtowny. — Idźcie do domu.
Jutro w szkole uczciwie powiedzcie, że nie mogliście sobie darować
wagarów w ostami słoneczny dzień.
— Eee .. — sięknął Andrzej — może matka mi da usprawie-
— Boisz się przykrości w szkole? — komendant uśmiechnął
się ironicznie. — No, to trudno, kłam wobec tego. Trzeba pono-
sić konsekwencje swego postępowania, inaczej me jest się męź-
szarpnął pierwszy pedmud) wiatru. Morze poci cm-
zwisk. me pytał o mc więcej- Stracili humor Nie rozmawiając wn ciii
do domów Żarom jednak zamknęły się za nimi drzwi mieszkań,
już os rdą sz^irpnął pierwszy podmuch wiatru. Morze pocicm-
mało i huczało tak, źc nawet w mieszkaniach było słychać jego
186
— Mamo, czy na siedemnastym mają w porządku pasy kor-
kowe i ponton*? Czy to dobry sprzęt?
— Na pewno dobry Nie martw się.
_____ Mamo a czy .. — trudno by b» oto zapytać, ale jednak zapv~
pyta! — Czy ojciec pi je wódkę na morzu >
_____ Cos ty?! Na morzu? Pu cu gadacz ukic zecz) jeszcze dzi-
siaj ? Pozmywaj po obiedzie. ja idę po wudomoaa
Chcial powiedzieć, że on to zrobi dużo szybciej, ale matki już
nie było.
W tym samym czasie Andrzej stal w porcie i czekał na powrót
siedemnastego. W iatr osiągał silę dziewięciu stopni w skali Beau-
forta* 1. Wiedział, że przy dziewięciu ich kutry’* nie powinny się
znajdować na motru. Już pr*y siedmiu było ciężko. Kutry drew-
niane, mające po kilkanaście Lat... Co innego stalowe, te które ry-
bacy’ z przekąsem nazywali „blaszkami \ /Me dziś Andrzej oddałby
wiele za to, aby jego ojciec pływał na dwudziestym pierwszym, dru-
gim czy w ogóle na tych powyżej dwudziestego, na nowym, stalowy
działa dobrze. Już kiedyś przez trzy dni nic mogli złapać łączności,
gdy stanął im motor i fale rzucały kutrem mby łupinką, aż wreszcie
znalazł ich statek ratowniczy. A teraz „Ratownika” nie było już
w porcie. Andrzej wszedł do bosmanatu *. Bosman * krzyczał do
rofonu radiostacji:
— Dziewiąty, słyszysz mnie? Tu baza. Dziewiąty, słyszysz
mnie? Odbiór.
Głośnik odpowiadał:
— Ja dziewiąty, słyszę dę. Odbiór!
— Dziewiąty, idź do Kołobrzegu, będziesz miał falę z dzioba,
Idzie po debie „Ratownik”. Odbiór!
I znowu głośnik :
— Słyszę dę, baza. Idę do Kołobrzegu. Spotkam się z „Ra-
townikiem”. Skończyłem.
Bosman podniósł głowę i zobaczy ł Andrzeja.
— Czego chcesz?
1 Skik Beiufortt (ezyuj: bofbrt) — dsnirot skili <So ckrH.«Łii
prędkości fmły) wumi ni podenwir i-go dti^inii aa (-medmwn r-z-mne lub ra
peranerzchr ę mora Nazwa ki pxhc4ii od tiarwwfca który 'ś
i wprowaJrJ do u- y.iA. .
— Czy dziewiąty ma awarią*?
^Ky-noś aą' SMaya ? — wrzasnął bosman.
Na dwrrrc pncjemniuło. W porcie stali ludzie gęsto t w milczeniu.
Jak zawaae podczas sztormu, gdy kutry były na morzu. .Andrzej
oiszukal Jarka.
— Siedemnasty wraca. Za godziną powinni być.
mimo to światło na maszcie raz za razem znikało za filami
cy mcdaieli, źe teraz jc t najtrudniejsza chwila. Przed por-
I wLmuc na tei lali kuter hium wykonać skręt, aby zawinąć dziobem
do portu Nabrzeża portu i falochrony są ustawione po staroświe-
ccCTYła pokład Jeszcze raz zmyła go dokładnie. Nagle
białego śmignęło nad pokładem, właśnie w chwili, gdy
— Drugie* •• n... było widać,
Nie b>lo «'isć otowkta. “ k0[U'| ,mtni rajner
» „< ^ 2 £ rufie? «*
i wolno, stając raz na dzioDn,
w’^cVbb^ ”“w
hłi S14 z nidtrz za .„„„l,, — szepnął ku*-
wcbodzJ do f*’rtu T
, 1-az.e. ....
,wka zniknęła, nawet jej
merów nc udcr#crua UL
Mimo żc Kzóbiy auł już । i/mim a rybacy iuc KhoJ/ih
i pokładu. Ws/yuy patrzeli w acmrw^
— Nie wróci, za mali namnówka, k-l’M falę d<rtanx ru pokład
i koniec — szeptali ludzie. W
Andrzej i Jarek spojrzeli ni icbic i naft*- zn hdo im się uk,
żc szybko odwrócili od siebie twarze. t *> ć b I imro i r di prze-
cież mc mógł widzieć, nawet gdyby' ku*ś pbkal
Wtem w świetle reflektorów t mJI-ckż; ,<h hhtnęi Mo-
torówka, przebijając się przez fale, szła d p ru Jaz prarwła rwi-
gorszy odcinek, już rycząc dęta winję tatn.iło p rt 'uegn, prz»h>
czy la przez pierwszy basen i teraz chłopcy »baczy b
— Patrz, Jarek, patrz, dwóch!
Rzeczywiście, w motorówce siedział komendant. a ru dme H »
leżał Dziesiątki rąk wyciągnęły się po nich, daicnątta rąk cumouib
zmokłą linę i wyniosły obydwu na nabrzeże K bak krztusił o;
wodą, plui, ciężko oddychał, wreszcie aaarpil nę ramr-rjon na
czyjejś szyi, oparł głowę na czyimś ramieniu i 'tracił przyrmność
Komendant zaś...
— Twarz, patrz, na twarzy ..
Lekarz zabrał ich obu do bosmanatu. Jarek i Andn *•
się za runu cicho Rybak odzyskał iuż przytomność, a lekarz sz i
ranę na warzy komendanta, gdcrząc bez ustanku.
— Po coś się pchał motorówką przy dziesiątce -’ Winu Teraz
będziesz miał bliznę na resztę życia. Vi icm, wiem, człowiek za bur-
tą.. ale ty też jesteś człowiek. Nic kręć się, me mam tu .^\ik
znieczulających. No, już! — Bandazoual mu tvarz, gładni pny
tym po włosach jak dziecko,
— Jestem w Milicji. . Uch, ależ piecze ..
— Nie gadaj, nie będzie piekło. Mibcii. ** MlIku
Następnego dnia w szkole nikt me zapsroł chk jx' * o waewy
czycickm. 5
— Wczoraj byliśmy na wagarach. Prcwzę nam <tać kwę. .
mogliśmy wytrzymać w klacie, takie stance
Nauczyciel przyjrzał im wę
— MTasi ojcowie pływają na sicdcmna>t)i i
— Tak
— Wrócdi zdrowi?
191
190
ta" u bosmana Xl.«cmu hpmoMfanto-
L_-., Pisaliśmy klasówkę
ucmbi wa\> na hardzm cenię w czfowieku?*’ Jeśli napiszcvie mi
takx u^raccwa ic ru iuirot to... Cenię odwagę i uczciwość. Idźcie
i u imciaca ----------
IAK1LM NIEBIESKIEGO KRZYŻA
ciemnico się, gdy w budynku Górskie-
go Ochotniczego Pogotowia Ratunko-
wego zaterkota! telefon: dzwonili ze
schroniska na hali* Ornak. Ktoś opa-
1 infbrm- >vral ..Pięć os^b dorosłych
Saturna* w Dobnie Kościeliskiej. Wzywają pomocy
— Przyjąłem, jedzicmy! — Dyżurny odłożył słuchawkę i wwdal
r « lecenie knkg cm pełniącym z mm razem służbę — Zabrać haki.
bnvt burr-bu* i tobogan1. Nie zapomnieć o lampach’
Potem zadrwruł do domu jednego z najbardziej doświadczo-
nych ratowników — Srrzrboriskiego. Ten natychmiast pobiec! do
sąsiada Jćżto. Serdeczne powitanie, ch-riJa rozmowy, talrei o niczym,
Gdy obaj mężczyźni pospiesznie wych »Jzili w ciemną noc,
____- »———x ....
runku KosucIism*. i mkngl mmoebud i pięctuoM ludźmi a godboni
niebieskiego krzyza.
Od Hali Pisanej rozpoczęła rię w pniaczka W nocy, po Nirdzo
kruchych sk.il.uh. Ku de nieosti vznc -.r j . ; c gn j Ie> r.. iIn <rn
irradu kamieni na tvch, co wspinali aię puruzp
Piątkę turystów znaleziono n.i platformie skdnrj. Ratowoky
przy u iązywali ich kolejno do lin> i holowali du g n
S trze bański zszedł nieco poniżej plail ormy i przywiązany do
ubitego w skałę haka, podsadzał przerażonych rue^zczęMukowr. Gdy
windowano ostatniego, ostrzegał go:
— L wazjj pan na ten wiszący nad gk»wą gbu, nic chwytać aię
go, bo /.liaz zleci.
Słrzeboński, uderzony w głowę, zemdlał. Kolcdzs n.e m di mu
zaraz pomoc, boj^c się spowodować lawinę kamieni. Po chaih Slz>
bortski jak w półśnie wbił hak i wczołgał się rai ptatfcrrię Z po-
twornym bólem głowy przeleżał do rana, by potem d^rć al d
Hali Pisanej.
W kronikach GOPR przybyła jeszcze jedna notatka, .. . ekipa
ratunkowa, po doj: _iu do zagubionych, wyprowadziła ich ru zaJiod
od •Saturna* ( .). Nazajutrz wyciągnięto ich na czczyt *Saiurau-'
i sprowadzono na dół’*.
Pod tvm nazwiska ratowników: Strzeboński, Pawłowski, Giewont.
Holy, Goruk. I nic więcej. W raporcie nic pisze się prarocz □ tym,
w akcji przeszkadzała noc. Nie napisano o ramę Strzcbonskicgo
i o piekielnym zmęczeniu ratowników, gdy wracali i aiu i. Nie pienr-
i nie ostatni raz!
Po dziesięciu dniach Straebońaki poszedł znowu na n^wą wy-
prawę...
Kom zawsze haftowane góralskie spodnie, kaplica z
i ma duże wąsiska. Gdy zobaczycie go na Gu^ ono -a a
GOPR, jak pełen werwy* tłumaczy co, mf^yrn M egom
udziela rad turystom, nic /c iJhhyicic, re Stiot - w >4 - -
ków, zwany Staniateucm z U-a. J-wno mmd ncdcrndnesutkę.
— plącą swym trudem
DYSKOBOL*
wielki miłośnik
Wyprawa u
skład którego weszli naj-
193
Na jego marmurowe, nagie, smukłe ciało,
oliwą namaszczone, złotawe, błyszczące,
pada greckie, promienne, uśmiechnięte słońce.
Jeszcze chwila — kołysze dysk, zanim udem —
wysunął lewe ramię, biodra, zda się, zwęź} I,
na prawej nodze całym ciężarem zaciężył —
rzuci — i Laur* zdobędzie znów na skronie świeży.
- Gadać wam o bohaterstwie ? Adyć, panocku, my ni nie dla
b< h-iteratu a, ino aby ludziom pomagać. Dcscyk nas nieroz w akc\ i
Pokroi i wiaterek - bpealo - 2e zbyrka zdmuchnął, to i praw?a
^Posłuchajcie >ak naprawdę wyglądało to zdmuchnięcie ze ,^byr-
ka kzc zbcKza „ o którym tylko wspomniał sławny ratownik. Opisy-
wały to zresztą pa2ctv, aic Gąsienica i o tym nigdy nie mówił.
Działo się to przed łan.-, w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia,
gdy na dworze trzeszcza! traydziestokilkustopniowy mróz i szalah
śnieżna zawieja. Stanisław z Łasa był właśnie na Kasprowym Wierchu,
gdy koło południa jakiś turysta zawiadomił, że kilka osób błądzi po
stóku, nie mogą*, tratić do schroniska. Stanisław przypiął narty
i ruszy ! na pomoc. Jechał ostrożnie zakosami, gdy nagle silny podmuch
wiatru strącił go na strome, oblodzone zbocze. Calvm ciężarem
nym. Nie miał już ani czapki, ani rękawic, z twarzy ciekła krew.
Chcial rozgrzać ręce, gdy w tym momencie kolejny podmuch wiatru
wyrwał ze śniegu i rzucił w dół jedną nartę. Stanisław znalazł się
w tragicznej sytuacji. O powrocie na Kasprowy nie było mowy,
a i zejście na dół prawie niemożliwe. Zresztą z najbliższej Cichej
Doimy do schroniska b>ło kilka kilometrów. A jednak Stanisław
Gąsienica zszedł na jednej narcie do doliny. Gdy się ściemniło, do-
w loki się do pustego szałasu. Tu w iatr już tak nie hulał, ale mróz w no-
cy jeszcze się powiększył. Stanisław, choć był zupełnie wyczerpany,
me usiadł, lec? całą noc chodził po szałasie. iedzial, że sen oznaczałby
Rano postanowił wrócić na Kasprowy. Mimo potwornego zmę-
czenia ostatkiem sił w spiął się po stromym zboczu, bez lin i innego
sprzętu taterniczego.
Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe ma już swoją historię.
Pierwsza wyprawa ratunkowa zorganizowana została w 1909 rc
dla odszukania zaginionego w okolicach Hali Gąsienicowej znanego
kompozytora * Mieczysława Karłowicza, który
winą*. Duszą wyprawy był Mariusz Zaruski ---------------
pór oóźniejsy generał kawalerii, marynarz i literat.
g Wyprawa u nasunęła Zaruskiemu myśl utworzenia w ^opa-
nem stałego ochotniczego pogotowia, w
192
lepsi spośród górali-przcwodników tatrzańskich i najlepsi taternicy
Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe Uczy 40 ratow-
ników zawodowych, pełniących stały djżur, oraz około 400 ochotm-
kÓWŃiesterv, GOPR wciąż ma pełne ręce roboty. Gdzieś w górach
stałaś wkwa pomocy. Płaci śmiertelnym strachem za swą głupotę
'Xomvślność Ł to jednak, aby na skalnych półkach . rraepasaach
śmierć jak najrzadziej zbierała swe żniwo - phcą swym trudem
ratownicy.
Pamiętajmy: W górach nie ma żartów .
Tłum widzów. On spokojnym wzrokiem metę mierz}' —
wyprostował się, ramion wiązanie natężył,
głowę wzniósł, stopy w ziemię wrył, no n napręż} !,
w ręce trzyma dysk* krągły — wstał pierwszy z szermierzy*.
CZŁOWIEK CZŁOWIEKOWI JEST BRATEM
Jan Parandowski
asi sportowcy mogliby się bez trudu
zmieszać z tłumem swych rówieśni-
”== ków sprzed 2000 lat. Zawodnicy w pię-
, . cioboju*, biegacze, zapaśnicy*, pię-
ściarze z łatwością opanowaliby drobne różnice między dzisiejszymi
regułami a tymi, jakie obowiązywały w Olimpii, i już nic by im
nie przeszkodziło w zdobyciu gałązki świętej oliwki. Tylko nasze
zawodniczki byłyby rozczarowane: nie miałyby wstępu na olimpiadę*
i musiałyby się natrudzić, by znaleźć sobie miejsce w igrzyskach *
kobiecych — raczej dziewczęcych — dość zresztą rzadkich.
Równie spontaniczne* byłoby porozumienie sportowców dzisiej-
szych z ich antycznymi * towarzyszami w tym wszystkim, co podnosi
sport do rzędu ideałów* życia ludzkiego. To przecież z palcstr,
gimnazjonów stadionów wyrósł ów ideał doskonałości, który Grecy
określali przymiotnikiem: kalokagathos — piękny i dobry, dosko-
nałość fizyczna i moralna, uroda ciała połączona z urodą ducha —
jedna z najwznioślejszych nauk, jakie nam przekazał świat antyczny.
Niezmiennie aktualny jest ten ideał, tak samo jak niezmiennie czyn-
ny, twórczy jest duch igrzysk olimpijskich, ożywiający tak samo
dziś, jak przed wiekami miliony ludzi — i tych, co biorą w igrzyskach
i Gimnazjon — miejski zakład do uprawiania ćwiczeń fizycznych, nieodzowny
w każdym mieście starożytnej Grecji, czynny od wschodu do zachodu słońca, wyposa-
żony w bieżnie, boiska, szatnie, natryski, miejsca do wypoczynku itp.; składał się zwykle
7 oalestry. części mniejszej, z której korzystali przede wszystkim chłopcy w wieku
8—12 lat. gimnazionu właściwego i stadionu. Gimnazjony były też ośrodkami
towarzyskiego i umysłowego, niektóre z nich odegrały dużą rolę w dziejach kuln ,
greckiej.
194
bezpośredni udział, i tych, co tworzą wokół nich wzniosłą atmosferę *
entuzjazmu’ *.
A jest jeszcze jeden ideał — można go nazwać przykazaniem,
którego ludzkość XX wieku pragnie i wyczekuje — przykazanie
pokoju. W starożytności głos zapowiadający igrzyska olimpijskie roz-
brajał walczących, gasił wrogość i nienawiść, i choć ów pokój boży
trwał tylko parę miesięcy, zdarzało się nieraz, że ogarniał i następne
lata, a zawsze był przypomnieniem, że człowiek człowiekowi jest
bratem.
Fragment utworu pt. „Luźne kartki”
IDZIE POCHÓD ULICAMI
ŚWIATA
Konstanty Ildefons Gałczyński
Idzie pochód ulicami świata.
Nowe czasy skrzą się na sztandarach.
Samoloty lecą i gołębie.
Trąbi wiatr. A słońce złoci czerwień.
Szumią flagi na domach i mostach.
Idzie pochód, a z pochodem wiosna.
W ruchu kół i w ruchu ludzkich kroków
pora nowa jest i pora roku.
Ci, co dziejów zmienili zwrotnicę*,
w wielkim marszu idą przez stolicę:
195
IWÓHA WvAMktdl uni<xzmch l><:; ,
1 । paiUiw *K<ntomycht
twtap I mnfwm*
ludiic cicktHMm i Makwni,
ci xzą c^kki w Li lamiach
Tak przez ziemię idą nowe dzieje
z kaJLhm rokiem pochi*i ogrumniv)c
Grzeją ręce ludy ciemiężone
:ak przy ogniu przy 1 'ladze czu,
i pro tujq się zdrętwiałe palce,
i znów mocne są, i śluzą walce.
PIEŚNI LUDOWE
Nisfa), jeno nisko...
Nisko, jeno nisko,
do kolan ściernisko,
choćby za kolana,
gdy tam nie ma pana.
Jest tam sługa jego,
obstaje za niego.
Zachodźże, słoneczko...
Zachodźże, słoneczko,
skoro masz zachodzić,
bo nas nogi bolą
po tym polu chodzić.
Nogi bolą chodzić,
ręce bolą robić,
zachodźże, słoneczko,
skoro masz zachodzić.
Żebyś ty, słoneczko,
na zarobku było,
tobyś ty, słoneczko,
dawno zachodziło.
Zasialiśmy groszku...
Zasialiśmy groszku przy przylozku,
przy przyłozku, przy dolinie,
a w tym groszku wicprzak ryje.
198
PRZYSŁOWIA LUDOWE
Pieśń dożynkowa
(Fragment)
Kiedy ludziom prawdę powiadają, tedy się radzi gniewają.
Prawdą świat przejdziesz, fałszem w ćwierci utkniesz.
Miłe złego początki, lecz koniec żałosny.
Gdzie praca, pilność na straży, tam się bieda wejść nie waży.
Kto ma ręce do pracy, ten się naje kołaczy*.
Wyrył ci on złote ziarno,
a to ziarno, żeby wiadro.
Gdzież to ziarno podziejemy?
Do złotnika zawieziemy.
Cóż z tego ziarna lać kaźcmy?
Srebrne lyże, zloty kielich.
Kto tym kielichem pijać będzie?
Młoda para z drużebkami,
a pan młody z druhenkami.
Uchylaj, panie, cisowe* wrota
niesiem wianeczck ze szczerego złota.
Plon niesiem.
A nasz wiancczek jedwabiem wity,
nie wykupisz, pan, za talar bity.
Plon niesiem.
Nie żałuj, panie, siwego konia,
Ślij po muzyki choć do Krakowa.
Nie żałuj, panie, siwego źrebca,
Ślij po muzyki choć do Królewca.
Dożclim żyta, dożniem i jarki*,
Nie żałuj, pani, piwa, gorzałki.
Ze zbioru Oskara Kolberga pt. „Lud, jego zwyczaje”
199
b.at0. dai>
G ' ” ’ “ ChlOpskim
9(OSZ do grosza, kupi się kokosza
KiTw ^pi::^^ÓWi: jeśU ™ P^szkodzę.
t 10 w lecie ciecze.
Kto latem próżnuje, 2im, glód
K-T KS° 2Wd2i’ ‘ ' wiosna nie zasiała,
Y ™iKi **. <* żniwo już „ stodoIe.
ZAGADKI LUDOWE
Wszystkie dziury na dachu poszyli,
tylko jedną zostawili.
Czterej bracia wiecznie się gonią,
a nigdy dognać się nie mogą.
Cztery rogi ma i pierze,
ale nie ptak i nie zwierzę.
Ma nogi, nie chodzi,
ma rogi, nie bodzie,
jest z drzewa.
Skrzętnie mularze murują,
w ich murze ludzie smakują.
Ze zbioru Zygmunta Glogera pt. „Skarbczyk”
Utwory ludowe (pieśni, przysłowia, zagadki, przypowieści, baśnie) były bez-
imienne i przekazywane z pokolenia na pokolenie ustnie. W Polsce w wieku XIX i w wie-
ku XX zaczęto spisywać poezję ludową. Cenny i obszerny materiał zgromadził mi-
łośnik polskiego folkloru* Oskar Kolberg (1814—1890) i opracował oraz wydał
w wielotomowej książce pt. „Lud, jego zwyczaje”. Znawcą i miłośnikiem polskiego
folkloru był także organizator Towarzystwa Krajoznawczego w Warszawie, historyk
Zygmunt Gloger (1845—1910), W PRL twórczość ludową otacza się szczególną
opieką. Między innymi liczni pracownicy naukowi zbierają i opracowują pieśni, przy-
słowia i baśnie ludowe różnych regionów Polski.
200
I
ISKRZYCKI
9
Opowieść ludowa
ewien pan w okolicach Tarnowa po-
trzebował ekonoma. Jak raz jawi się
nieznajomy człowiek, powiada, że się
zowie Iskrzycki i prosi, aby jemu ten
obowiązek powierzono. Pan przystaje, przychodzi do umowy, później
do zgody, na koniec do kontraktu: już i kontrakt podpisany, już
go pan wręcza nowo przyjętemu, kiedy znienacka postrzega się,
że Iskrzycki nie ludzkie ma pazury.
Zmieszał się obywatel, waha się jakąś chwilę, w końcu zrywa całą
umowę i służbę Iskrzyckiemu wypowiada. Ale Iskrzycki ani da sobie
mówić o odprawie; przysięga, że raz podpisawszy kontrakt musi —
mimo woli pana — dopełnić wszystkich jego warunków; z tym zapew-
nieniem wychodzi i ginie.
Odtąd nie pokazał się już nikomu, ale obrał sobie mieszkanie
w piecu i stamtąd wszystkie usługi najgorliwiej na każde zawołanie
pełnił. Państwo bali się z początku, lecz z wolna tak przywykli do
niewidomego 1 sługi, tak byli pewni jego dobrych chęci, że wyjeżdżając
z domu, oddawali mu dzieci w dozór.
Z tym wszystkim samej pani swędziło gadanie sąsiadek, że w domu
swoim diabla przechowuje; nastaje tedy na męża, aby na czas pewny
przemienić mieszkanie. Mąż wypełnia wolę żony i bierze dzierżawę
gdzieś za Wisłą; wyjeżdżają na nowe siedlisko radzi, że z diabla
zażartowali. W drodze wypadlo przebywać jakieś miejsce tak złe czy
niebezpieczne, że pani krzyknęła ze strachu, aż tu za powozem dało
się słyszeć:
— Nie bój się, pani! Iskrzycki z wami.
1 niewidomy — tu: niewidoczny, niewidzialny (por. na s. 150: „dawno wszedł
dzień, a jeszcze ledwie jest widomy'")
201
Zdumieni państwo pomiarkowali, że nie było sposobu rozstania
się z tak wiernym sługą; wrócili do domu i żyli z nim w dawnej zgodne
póki termin kontraktu przeznaczony nie rozłączył ich na zawsze. ’
Ze zbioru Lucjana Siemieńskiego pt. „Podania i legendy”
MYSZKA, KOT I KOGUT
Stanisław Trembecki
Co by to była za szkoda!
O kąsek1 nie zginęła jedna myszka młoda,
Szczera, prosta, niewinna; przypadek ją zbawił.
To, co ona swej matce, ja wam będę prawił2:
„Rzuciwszy naszych pieczarów 3 głębiny,
Dópadlam jednej zielonej równiny,
Dyrdując4 jako szczurek, kiedy sadło śledzi.
Patrzę, aliści5 6 dwoje żywiąt0 siedzi:
Jeden z nich trochę dalej, z milczeniem przystojnym 7,
Łagodny i uniżony.
Drugi zaś zdał mi się być burdą8 niespokojnym:
W żółtym bocie z ostrogą chodził napuszony,
Ogon zadarty do góry,
Lśniącymi błyskotal pióry,
1 o kĄsck — o mało, mało co
a prawić — mówić, opowiadać
0 pieczarów — pieczar, tu: nor
4 dyrdując — dyrdając, biegnąc drobnymi kroczkami
6 aliici — a oto; ale
6 żywięta — stworzonka, zwierzątka
7 przystojny — tu: przyzwoity, należyty, odpowiedni
* burda — tu: awanturnik
202
Glos przeraźliwy, na łbie mięsa kawał,
Jakby go kto powykrawał:
Ręce miał, którymi się sam po bokach śmigał
Albo na powietrze dźwigał.
Ja, lubo 1 z łaski boskiej dosyć jestem śmiała,
Ażem mu srodze naklena2,
Bo mię z strachu drżączka wziena,
Jak się wziął tłuc z tartasem 3 obrzydły krzykała.
Uciekłam tedy4 do jamy.
Bez niego byłabym się z zwierzątkiem poznała,
Co kożuszek z ogonkiem ma, tak jak my mamy.
Minka jego nie nadęta
I choć ma bystre ślepięta,
Dziwnie mi się z skromnego wejrzenia podobał.
Jak nasze, taką samą robotą ma uszka.
Coś go w nie ukąsiło, bo się łapką skrobał.
Mój duszka!
Szłam go poiskać, lecz mi zabronił ten drugi
Tej przyjacielskiej usługi,
Kiedy nagłego narobił kłopotu,
Wrzasnąwszy na mnie z fukiem: „Kto to tu? Kto to tu?”.
„Stój — rzecze matka — córko moja luba.
Aż mrowie przechodzi po mnie.
Wieszli, jak się ten zowie, co tak siedział skromnie?
Kot bestyja*, narodu naszego zaguba!
Ten drugi był to kogut, groźba jego pusta,
I przyjdą może te czasy,
Że z jego ciała jeść będziem frykasy*,
A zaś kot nas może schrusta 6.
Strzeż się tego skromnisia, prosz^ cię jedynie,
I tę zdrową maksymę* w swej pamięci zapisz:
Nie sądź nikogo po minie,
Bo się w sądzeniu poszkapisz 6”.
1 lubo — chociaż
ażem mu srodze naklena — aż mu porządnie nawymyślalam
3 tartas — hałas, zgiełk, rwetes
1 tedy — więc
schrustać — schrupać
6 poszkapić się — palnąć głupstwo, zblaźnić się
203
HANS CHRYSTIAN ANDERSEN
(Fragmenty’)
Jarosław Iwaszkiewicz
rodził się Hans Chrystian — „Hosi”
Andeisen, jak mówią Duńczycy dla
odróżnienia go od niezmiernej liczby
Andersenów żyjących w tym kraju —
w małym miasteczku, leżącym w samym środku Danii, w samym
środku wyspy Fyn (Fionii) okrągłej jak róża. Czysto rolnicza wyspa
ta dziś jeszcze wygląda jak idylliczne* tło sielanki*. Uliczki Odense
otoczone są niskimi domkami, nad brzegiem rzeczułki Odense Aa
stoją spichrze
*, podobne do wszystkich północnych spichlerzy.
Stare kościoły i nowe hotele. Od czasów Andersena niewiele się tu
zmieniło.
Ale ta idylla* to tylko pozór. Małe, zapomniane miasteczko kryło
w swym łonie brud, nędzę i rozpacz. Rzadko który z pisarzy miał
tak nieszczęśliwe dzieciństwo jak Hans Chrystian. Mozę d a ego
mvśl ie-o zawsze krążyła wokół nieszczęśliwych, słabych, chorych
X’ Łe
uwagę opiekunów, opow dzieciom pragnąc każde dziecin-
począł opowiadać swoje baj t ’Wą fantazją... Właściwie
Mvr1nhic SWOją . J Amdersena były jeszcze gorsze,
•dsławia^Matka praczka, ojciec szewc i^żok
• a o nnętać świetlana i ważna
jaśnieje jedna postać, sw
' podania to żywy ...
A *
stwo ozdobie swoją
mówiąc, dzieciństwo i
• • łe r>rze<
niz san
nierz, -- w szarzyźnie tej ! m
Andcisena. (•*•/ , . ,__.•
jaśnieje jedna ' kontakt z Ipdem
jej opow^nia to W :
. Postać babki, matki ojca,
j . w uwagach swoich
ich nieraz powołuje się
204
ŻEBRACZKA Z ODENSE
Tadeusz Różewicz
Za oknem piękna zima
świeci jak diament
W mrocznej izbie
na zimnej blasze
stoją puste garnki
Matka otuliła synka
w szmaty
i ułożyła w drewnianym kufrze
Mały Hans Chrystian zasnął
Nie zamknęła izby
nic wszedłby do niej
najbiedniejszy złodziej
nawet mysz szara
w zielonym promieniu księżyca
nie znajdzie tu okruszyny
Zamykano bramy
sytych domów
których sienie
o beczkowych sklepieniach
pełne były gęstych zapachów
gotowanego jadła
Stała tak w iskrach mrozu
207
1
«
tak dziewczynka z zapałkami
i nie mula jednej zupalrczki
Zebrali dla syna
i
Białe wystawy sklepów
patrnh jak oko ślepca
Kobieta powoli wyciągała ręKę
kiedy nadszedł
pierwszy przechodzień
nvm J bank.cm, układały jagody na trawie, a poteni siadały ob^
choinki i mówiły: Jakie śliczne, maleńkie drzewko' - Choinka
Na^nnS’ nAu byta już znacznie wyższa, a gdy znowu upły-
< ___________hardziei; sadząc po liczbie słojów, można
Czekała w kamiennym Oduiae
z wyciągniętą ręką
aż zimny pieniążek
sparzył jej dłoń
W drewnianym kufrze
w pustej izbie
spał Hans Chryst in
i śniły mu się bajki
bvło wiedzieć, ile ma lat. .
— Ach. gdybym była już taka duża jak inne drzewa! — wzdy-
chała mała choinka. (•••) .
Kiedy nadeszło Boże Narodzenie, ścięto dwa młode drzewka,
może mniej ze, a może w tym samym wieku co choinka, ale ona nie
miała chwili spokoju, nlko ciągle chciala w świat. Tym młodym
drzewkom, a były to najpiękniejsze, nie odrąbano gałęzi, położono
je na wozie i konie wywiozły jc z lasu.
— Dokąd jc zabierają? — pytała choinka. — Nie są większe
zostawiono im wszystkie gałęzie? Dokąd je wiozą?
— Wiemy, wiemy! — ćwierkały wróble. — Zaglądałyśmy w mie-
ście do okien! Wiemy, dokąd one jadą! W^ozą jc do największych
wspaniałości, jakie sobie można wyobrazić! Zaglądałyśmy do okien
i widziałyśmy, że zasadzono je pośrodku ciepłego pokoju i ozdobiono
najpiękniejszymi przedmiotami, złoconymi jabłkami, piernikami,
zabawkami i tysiącem świeczek!
CHOINKA ; Hans Chrystian Andenn
ule ko w k-sic rosła śliczna, mała cho-
inka, wi braki sobie piękne miejsce,
słońce miało do niej dostęp, po* letrza
było dużo i wszędzie dookoła niej
n.t Si
— Więcej mc widziałyśmy. Ale to było cudowne!
,3 zy i ii jestem stworzona, aby pójść tą promienną drogą? —
my Li!i choinka. — To jeszcze lepiej niż pływać po morzu! Jakże
cierpię z tęsknoty!”
Ciesz się ze mnie! — mówiło powietrze i światło słoneczne. —
Ciesz się, ze jesteś młoda, świeża i stoisz na wolności.
Ale choinka nie cieszyła się wcale; rosła i rosła, latem i zimą
h-la zielona, ciemnozielona; ludzie, którzy j.| widzieli, mówili:
To piękne drzewo”! A na Boże Narodienie ścięto ją pierwszą.
Siekiera przecięła ją głęboko aż do szpiku, choinka upadla z jękiem
na ziemię, czulą boi, omdlenie i nic mogła wcale mvślcć o swoim
szczęściu.
Choutka ocknęła się, kiedy wypakowano j.j nutem ze wszystkimi
U6
innymi drzewami na podwórzu i kiedy usłyszała, juk jakiś człowiek
powiedział:
— Ta jest wspaniała, tylko ta nam się przyda.
Potem przyszło dwóch służących w pięknej liberii* i zaniosło
choinkę do wielkiej, pięknej sali. (...)
\X stawiono choinkę w skrzynię od śmieci napełnioną piaskiem.
Dla niepoznaki przykryło skrzy nkę dookoła zielonym suknem i po-
stawiono na dużym, barwnym dywanie. Ach, jakże drzewko drżało!
Co się teraz stanic? Przyszli lokaje* i pokojówki* i zaczęto przy-
strajać choinkę. Powiesili na jej gałązkach małe siateczki, wycię-
te z kolorowego papieru, każda napełniona była cukierkami; zło-
cone jabłka i orzechy zwieszały się jak przyrośnięte, a do gałązek
przymocowano przeszło sto czerwonych, niebieskich i białych ćwie-
czek. Lalki, które wyglądały jak żywi ludzie (choinka me widziała
takich nigdy przedtem), kołysały się wśród zieleni, a na szczycie
drzewa umocowano wielką, złotą gwiazdę — to było wspaniale,
niewypowiedzianie wspaniale! .
— Dzisiaj wieczór — mówili wszyscy dzisiaj
wieczór zabły-
śnie !
przyjdą drzewa
tu r a zawsze i
Tak czekała z upragnieniem
pliwości, a bóle kory są
nas.
W reszcie zapalono l
Adi - mvślała choinka. - Żeby to już był wieczór! Kiedyż
<ue świeczki? A co potem będzie? Czy przyjdą drzewa
“'S Czy wróble przyto, do <**>» Czy
" • .en-cut ale bolała ją bardzo kora z mecie -
tak przykre dla choinki jak bole głowy dla
świeczki Jaki blask! Jak cudownie! Gałęzie
^d^e świeczek zapaliła zieloną galą'kę,
porządnie ją zabolalo. koju margnęh gromada
Otworzyb' ^v° pkew
dzieci tak S" jiu’wmeV^ciŁ’stah- oniemiałe, ale
deszyi.
kę, potem zauzę.t
• trwało to tylko chwil-
'^ly dookoła drzewka
i -^aly i^h. PJTmpbto - CO *
Co one robiąc ~
starne?” ,liłv się do końca, a gdy tylko która’t_
beczki wypahb olono dzieciom
gaszono ją natychmiast, P
na nq t>h żx uz trze wczal/ r-1
no jeszcze
Przez całą noc
Ale wyciągnięto ją z
promyk słońca. .J
dc
d° Dritti rn^ly' zc^oimi ^knj m. zabawkami, nil t ruc pa-
X>nkc z wyjątkiem Sj nimi, któm 1 - > -
E Xizy gałązki, ule tylko po to, żeby zobaczyć, czy mc zapumma
fnii lub jabłka. ( )
drzewko stało ciche i zamyślone.
lużący i pokojówka
„Zaraź zaczną mnie n« nowo stroić” — mySLdo Jrae* *ko. —
Ale wyciągnięto ii| z pokoju na strych, gdzie me zaglądał jeden
MM , Co to ma znaczyć? — myślała choinka. Co
mam m robić? Co ja tu usłyszę?” - Oparła się o ścianę i ruzmy-
A miała dość czasu, bo upływały' dni i noce, nikt do niej nie w chodził,
a kiedy nareszcie ktoś przyszedł, to jedynie po to, aby wsauić do
kąta parę wielkich skrzyń; drzewko stało ukryte: pewnie wszyscy
o nim zapomnieli.
„Teraz tam na dworze jest zima — myślała choinka. — Zie-
mia jest twarda i przykryła śniegiem, ludzie mc mogą mnie zasadzie
i dlatego muszę tu czekać az do wiosny, w tym schronieniu. Gdyby
tu tylko nie było tak ciemno i tak strasznie samotnic’ Gdyby tu >ię
zjawił przynajmniej jakiś mały zajączek. Jakże tam było przyjemnie
w lesic, kiedy leża1 śnieg i przylatywał zając; tak, na wet kiedy prze-
skakiwał przeze mnie, ale wówczas mc lubiłam tego. Tu na strychu
jest tak strasznie samotnie'’. (...)
Pewnego ranka przyszli jacyś ludzie i zaczęli porządkować stry ch.
Odstaw ili skrzynię, wyciągnęli choinkę i wyrzucili ią dc ć ostro na
ziemię, ale służący ściągnął ją natychmiast po schodach, tam gdzie
był jasny dzień.
„Teraz znowu zaczyna się życie" — pomvslala choinka, czuła
świeże powietrze, pierwszy promień słońca, i oto b\ ,.i i podwórzu.
Wszystko odbyło się tak szybko, choinka zapominała spojrzeć
na siebie samą, było tyle do oglądania wkoło niej Podwórze
przylegało do ogrodu, gdzie wszystko kwitło. Rozo rozścieliły się
na rabatach* i były takie świeże i pachnące; kwitły lipy, a wkoło
fruwały jaskółki i ćwierkały:
— Ćwir, ćwir, przyjechała nasza ukochana! — ale nie miały
na myśli choinki.
Ktiązka — U
209
„Teraz będę żyła cieszyła się choinka i rozpostarła swoje
gałęzie szeioko, gałęzie były zeschłe i żółte, a ona sama leżała w kącie
pomiędzy chwastami i pokrzywami. Na jej wierzchołku tkwiła gwiaz-
da ze złotego papieru i błyszczała w jasnym blasku słońca.
Na podwórzu bawiło się kilkoro dzieci spośród tej wesołej gro-
madki, która na Boże Narodzenie tańczyła wokoło drzewka i tak się
nim desztła. Jedno z najmniejszych podbiegło i zerwało złotą gwiazdę.
Patrzcie, co tam zostało na tej szkaradnej, starej choince! —
powiedział chłopiec i zaczął deptać gałęzie, aż trzeszczały pod jego
butami. (...)
— Skończyło się, skończyło! — powiedziała biedna choinka. —
Dlaczego nie cieszyłam się wtedy, kiedy jeszcze było z czego? Skoń-
czyło się, skończyło!
Przyszedł parobek* i porąbał drzewo na małe kawałki, leżała ich
już cała wiązka. Paliła się jasnym płomieniem pod wielkim kotłem
i choinka wydychała głęboko, każde westchnienie brzmiało niby
krótki wystrzał i zwabiło dzieci bawiące się na podwórzu; usadowiły
się przed ogniem, patrzyły w płomień i wołały: „Piff! Paff!” Przy
każdym trzasku, który był głębokim westchnieniem, myślała choinka
o letnim dniu w lesie i zimowej nocy, kiedy błyszczały gwiazdy,
myślała o wieczorze wigilijnym — a potem spaliła się do reszty.
Chłopcy bawili się na podwórzu, a najmniejszy z nich miał na
piersi złotą gwiazdę, która zdobiła choinkę owego najszczęśliwszego
wieczoru.
Tłumaczyła Stefania Bcylin
W KOWNIE / Jadwiga Chamiec
wieca na stole dopalała się, knot
skwierczał i dymił, ale Adam nie
gasił kopcącego kaganka, chcąc do
końca wykorzystać światło. Za oknem
bowiem wciąż stała przedranna ciemność rozpłakana ł6816™?™
dżdżem. Skądś z głąbi poklasztornego gmachu dochodził głos stróża
210
1 *
u
sprzątającego klasy oraz łoskot przesuwanych ławek, grzmiącym jl
echem rozlegający się w sklepionych korytarzach, ale tu w izbic pano- fi
wała pluskająca deszczem cisza. W jednostajność wystukiwanej o szyby i!
melodii wwiercał się skrzyp biegającego po papierze pióra. Na za- B
walonym książkami i seksternami1 stole tyle tylko zostawało miej- B
sca, by ukośnie położyć arkusze i, jako tako utwierdziwszy łokieć, B
pisać, przerywając jedynie po to, by pociągnąć dym z cybucha* H
albo wydąwszy wargi zapatrzyć się w rozmazaną ciemność za oknem B
i szukać myśli... rymów? Nie. Najprostszego sposobu wyłożeń a f
uczniom tej czy innej osobliwości łacińskiej gramatyki... Mimo że r
drżał z niewyspania i głowa pękała mu z bólu, Adam nie przesta- li
wał pracować, by jako tako przygotować się do dzisiqszych lekcji. B
Jakże dotkliwie odczuwał na własnej skórze, że co innego umieć, B
co innego uczyć! Sam wiele, bardzo wicie wyniósł z wykładów, które B
miał profesor Groddeck 2. Nie posiadał jednak umiejętnpści prze- |
kazywania wdedzy innym. I oto teraz musiał się męczyć, szukając I
w gramatyce czy innych elementarnych* książkach, Których na do- I
miar złego brakowało. I to wciąż z tym upokarzającym uczuciem^ I
że uczy nie tak, jak powinien. I
Nim zdążył opracować lekcję dla klasy czwartej, świeczka zgt 1
sła nieodwołalnie i stancję3 zaległ zmrok. Ani mowy o pisaniu I
Rad nierad Adam wstał, przeciągając się, ziewnął i dygocąc z chłodu, I
wlazł w nie zasłane łóżko. Tu dopiero w cieple pościeli przestoi I
myśleć o zawodowych obowiązkach, dając folgę* prywatnym swe im I
kłopotom, goryczom i żalom. I
Wczoraj właśnie otrzymał listy od obu braci, od Franciszka z No- I
wogródka i od Olesia z Wilna. Aleksander zuch, niby nie narzekał I
i o nic nie prosił, ale między wierszami łitwo wyczytać, że bieda 1
u niego aż piszczy. Nie trzeba zresztą na to domyślności, bo Janko I
bez ceremonii łaje, że Oleś dotychczas ni miejsca, ni kwatery nie ma, I
że po cudzych kątach błąka się i głoduje, a czuły braciszek z Kowna I
ani mru-mru. Franciszek zaś... Ach, ten list Franciszka, z ktorego I
wyziera troska i frasunek*. Te nieśmiałe napomknienia o podartych I
majtkach Jurasia, o braku ksiąg elementarnych, bez których jakże I
1 seksum — zeszyt
2 Czytaj: groJJc
a stancja — tu; izba
s Sędr < Oksiowc| w Wilnie niedoli W tych wszystkich
napernkr*?criaeh i urz<l juiiach zald się bezradny smutek mamv. (...)
1 - k żk 1, bo w oknach stanął już mdły brzask, i z abo-
-i rozcinał się po swej celi zimnej, nieprzytulnej, wciąż
jc.lr ,\w obce; Najważniejszym sprzętem był tu zawalony papie-
1. c. niego znajdowała się jeszcze nadszarpnięta zębem
1- * postrzępionym włosiem, jesionowa komoda*, parę
k ui'tywabuj oraz wbite w ści inę kolki na odzienie, zresztą
p*rn- ’.e ; > W l^cie rozpierał się kaflowy piec, z reguły zimny. (...)
fV. a:ą diuc, kiedy bez określonej przyczyny wszystko drażni
c nera. i kby człowiek był odarty ze skóry, wszystko nudzi i męczy,
w / <kt? me udajc się i idzie na opak. Dzisiejszy dzień tak właśnie
,ę y iczal i mul wlec jedną za drugą nieznośne swoje godziny.
Sam: rudne lekcje, i to u najtępszych klasach. Adam powlókł więc
en . figurę do profesorskiego pokoju w nadziei na gorącą kawę,
ż'Jec . ic cdn.ik zdążył ująć w palce filiżankę i podnieść do ust
J-.r.p .cą bułeczkę. zapomniał o jedzeniu pochłonięty toczącą się
pohr ezną dyskusją*. Tematem jej były złowróżbne pogłoski krą-
żące w związku z projektem senatora Nowosilcowa l. (...)
Gdy wreszcie dzwonek położył kres rekreacji*, Adam cały roz-
trzęsiony wszedł do szóstej klasy.
— Smutne stosunki panowały w państwach greckich czytał,
z trudem powstrzymując się, by nie powiedzieć: „W Polsce’ (...)
t >prv
polską literaturę w piątej.
Jako żc Żmudzini, we wszystkim powolni,
do arnik i zb\i - /w\
nhrtT“ »• mywało się z własnych fundluszm-
!»vnowic dzierżawców, o
,-artku Adam miał co dzień lekcje i po obiedzie. Dziś
KU n ta była liczna, z górą czterdziestu chłopaków, o przecięt-
_ _j Żmudzini, we wszystkim powolni,
.cykli się kwapić. Spomiędzy tej czterdziestki
_______________________________i, . ..•i..envr4i funduszów*, reszta,
ticjahstóu * i drobnej szlachty, ży li z czego
' czy też z dozorowania bogatych malców
gardząc żadnym zarobkiem, byle jakoś ptzez
« Nowok'. o» - knmi-rz car .ki w
utaH kantat Uni«cnyrtu M itaW i
Królernck PolJum. «zrf «nkr«-
purttaJowca puiskro mlodzicżi uniwer-
212
szkolę się przebić. Jakkolwiek tajeniem aę nie v bijali, grzeczni
byli, cisi i nadzwyczaj potulni. Adama nieraz rce : ‘lało, że brac-
two to, swoje przecież, bo bliskie pochodzeniem, takie b_z fantazji,
pokorne i ulegle.
Lecz dziś zbyt był rozstrojony, by myśleć o nich. Wchodząc
powiódł po kilkudziesięciu króiko ostnyżunycb, ciemnych i jasnych
czuprynach spojrzeniem równie obojętnym, jak pa sina. - eh cia-
nach klasy. Otwórz}! notes i wyrwał pierw .zego z brzegu, najmłod-
szego w klasie, Janczewskiego.
— Wiersza nauczyłeś się?
— Tak jest, panie profesorze.
— Mów.
święta miłości kochanej Ojczyzny...
Chłopięcy, cienki głos zadychiwal się w pośpiechu, by jak naieła-
dziej i z największym zapałem wypowiedzieć tekst. OsuraJ ro bez
pomyłki.
— Siadaj! Dowuarowicz.
święta miłości kochanej Ojczyzny—
Był to najlepszy w klasie deklamator. Skandował* z nieco śmiesz-
nym patosem*, lecz jego rozgorzały wzrok świadczył o zgodności
uczuć z sensem wypowiadanych słów'. Adam zadał by ł dc nauczenia
któryś z wierszy' Krasickiego do wyboru i oto obaj wybrJi ten
właśnie.
— BirgieL
*
Święta miloki kodumcj Ojez-zny .
1 -
— Butrymowicz!
Było to chłopisko ogromne i jak niedźwiedź barcz* >te. tępe przy
tym i chorobliwie nieśmiałe. Gdy dźwignął się z laaki i st aa. ciężki,
pochylony, po twarzy przelatywały mu ognie i bladość, a wsparte
na pulpicie czerwone łapska drżały jak w febrze.
Święta miłości kochanej Ojczyzny,
Czują aę tylko umj^ly pccaciwr.
Dla ciebie zjadła smakują trucizny...
Byle oę można wspomóc, byk trać.
Nie 2*1 w nędzy, nk lal 1 usuwać...
Z t\ch mozolnie dukanych zdań bila taka prawda i moc przeko-
nania, że Adam poczuł, jak krew odpływa mu do lic*. „Żyć w nę-
dzy” — jakże to było dla nich aktualne. A umrzeć potrafiliby też
na pewno bez zmrużenia oczu. O, gdyby mógł przycisnąć do serca
tego niedźwiedzia, a z nim całą klasę, wszystkich tych ospałych,
nierozgamiętych, a jakże mocno czujących chłopców.
Przez pół godziny klasa rozbrzmiewała wzniosłym refrenem*,
powtarzanym z niejednakowym talentem, lecz z równym przejęciem.
Wzniosłe myśli, które Adam siał tu niekiedy lekką ręką, bogaty
wydały plon. Czucia, którymi w chwilach własnego uniesienia roz-
płomieniał słuchaczy, zapadły jak iskry w ich dusze, zapaliły je i te-
raz oto wracają doń niby ognista fala.
Gdy na koniec spytał prymusa, Żimajtisa:
— Czemu wy wszyscy jedno i to samo?... — wzruszony nie
mógł dokończyć pytania.
— Bo to najpiękniejsze — odparł chłopiec.
Najpiękniejsze!... Adam nie wiedział, co odrzec. Każde zdanie
wypowiedziane z wysokości katedry* zdało się śmieszne i głupie.
Powiedział więc tylko, nim przeszedł do wykładu:
— Dziękuję wam.
I wstydził się. Bo za cóż to dziękował tym chłopcom? Za to, że
czuli, tylko może głębiej, mocniej i prawdziwiej, to samo, co czuł
on, czuć powinien każdy rodak*, który nie jest „zdrajcą, sprze-
dawczykiem, psiawiarą” ? (...)
*
Ulewa nacichla już, ale po niebie wciąż przelewały się bure
chmurzyska, pryskając raz po raz gęstym, drobnym deszczem.
Adam, nie zważając na wodę lejącą się do podartych butów, brnął
przez kałuże, by jak najprędzej wydostać się z “iaste“^
Adama unosiły „skrzydła natchnienia” i nim zdązył minąć miejską
rogatkę* już w przepełnionej radością głowie narosła> się pio-
senka, owoc niedawnego przeżycia. Przeznacz^^aXnu kSry
tówx, poczęta została tam, w klasie, pod wpływ ’ ,
dotychczas jeszcze dzwonił w uszach. Tak więc o ej
* Filomaci - członkowie »ine\Patri°^
w Wilnie w latach 1820-1823, przeważnie najbliżsi koledzy i przyj
kiewicaa.
terski uścisk tamtych w Wilnie i tych tu w Kownie — wszystkich!
Narodziła się z wielkiego, radosnego wzruszenia lekko i gładko.
Wygrała się od razu w ostatecznym kształcie i gotowa pod pióro,
utrwaliła w pamięci. (...)
„Pochlebstwo, chytrość i zbytek niech każdy przed progiem
miota, bo tu święty ma przybytek ojczyzna, nauka, cnota”1 — powtó-
rzył na głos, zaśmiał się i jeszcze bardziej przyśpieszył kroku.
Fragmenty utworu pi, „Cięższą podajcie mi zbroję”
TWARDOWSKI
Podanie ludowe
wardowski był dobiy szlachcic, bo po
J I mieczu i kądzieli 2. Chciał mieć więcej
। i L * - fŁ* | rozumu, niż mają drudzy poczciwi
|,U ludzie, i znaleźć na śmierć lekarstwo,
bo nie chciało mu się umrzeć.
W starej księdze raz wyczytał, jak diabła przywołać można;
o północnej przeto dobie cicho wychodzi z Krakowa, kędy leczył
w całym mieście, i przybywszy na Podgórze, zaczął biesa głośno wzy-
wać. Stanął prędko zawezwany; jak w one czasy bywało, zawarli
z sobą umowę. Na kolanach zaraz diabeł napisał długi cyrograf*,
który własną krwią Twardowski, wyciśniętą z serdecznego palca,
podpisał.
Między wielu warunkami był ten główny: że dopóty ni do ciała,
ni do duszy czart żadnego prawa nie ma, dopóki Twardowskiego
w Rzymie nie ułapi.
Na mocy tej to umowy diabłu, jako swemu słudze, rozkazał
Pieśń”, który napisał Mickiewicz
215
1 Jest to fragment wiersza zatytułowanego
dla kolegów filomatów.
a po mieczu i kądzieli — po ojcu i matce
nupraód, by z całej Polski srebro naniósł w jedno miejsce i piaskiem
r™T,, „ Olkun; P;iu,„y S
nwte wydany t z tego srebra powstała sławna kopalnia srebra w Ob
1Tał: d° Pieskowc> Skafy by mu przyniósł skałę
r52cwtócJ na dół najcieńszym końcem, ażeby tak wiecznie
stała. T osłuszny giermek, jako pan kazał, postawił skalę, co dotąd
stoi i zwie się Skałą Sokolą. *
. . ^sz''stko> TO icno zażądał żywnie, miał na swoje zawołanie;
jeździł na malowanym koniu, latał w powietrzu bez skrzydeł, w daleką
drogę siadał na koguta i prędzej bieżał niż konno; pływał po Wiśle
ze sw oją koch;mkq wstecz wody bez wiosła i żagli, a jak szkło wziął
do ręki, zapalał wioski na sto mil odległe.
Upodobawszy jedną pannę, chcial się ożenić, ale panna chowała
we flaszce robaka i obiecała oddać temu rękę, kto zgadnie, co to za
robak.
Twardowski, w ciemię nie bity, przebrał się w dziada łachmany
i przyszedł do ładnej panny. Pyta go zaraz, ukazując z dala flaszkę:
Co to za zwierzę, robak czy wąż?
Kto to odgadnie, będzie m5i mąż.
A Twardowski odrzekł na to:
— To jest pszczółka, mościwa panno!
Pani Twardowska na miku Krakowa ulepiła z gliny domek;
w nim przedawała garnki i misy. Twardowski za bogatego przebrany
pana, przejeżdżając z licznym dworem, tłuc je zawsze czeladzi kazał.
A kiżona ze złości wyklinała w pień, co żyje, on, siedząc w pięknej
kolasie, śmiał się szczerze i wesoło.
Złota miał zawsze by piasku, bo co chciał, to diabeł znosił. Kiedy
długo dokazuje- raz był zaszedł w bór cienisty bez narzędzi czarno-
księskich. Zaczął dumać zamyślony; nagle napada go diabeł i żąda,
aby niezwłocznie udał się prosto do Rzymu.
Rozgniewany czarnoksiężnik mocą swojego zaklęcia zmusił biesa
do uckczki. Ten, zgrzytając l iami ze złości, wyrywa sosnę z korze-
i i uk silnie Twardowskiego uderza po nogach obu, że jedną
niami i
2J6
zgruchotał cale1. Od onej duby by) kula . y i / . any powszechnie
kuternogą.
W ostatku sprzykrzywszy sobie, zły duch, czekając dość długo
na duszę czarnoksiężnika, przybiera postać dworzanina i jak biegłego
lekarza zaprasza niby do swojego pana, że potrzebuje pomocy. Twar-
dowski za posłańcem spieszy do pobliskiej wioski, me wiedząc, że
w niej się gospoda nazywała „Rzymem”
Skoro tylko próg przestąpił onego mieszkania, mnóstwo kruków,
sów, puchaczy osiadło dach cały i wrzaskliwymi głosy napełniło
powietrze. Twardowski od razu poznał, co go może tutaj spotkać,
więc z kołyski dziecię małe, świeżo dopiero ochrzczone, porywa
drżący na ręce, zaczyna piastować, gdy w własnej postaci wpada diabeł
do izby.
Chociaż był pięknie ubrany — miał kapelusz trója aniasly, frak
niemiecki z długą na brzuch kamizelką, spodnie krótkie i obcisłe,
a trzewiki ze sprzączkami i wstążkami — wszyscy’ go poznali zaraz,
bo wyglądaty rogi spod kapelusza, pazury’ z trzewika i harcap* z tylu.
Już chciał porwać Twardowskiego, gdy spostrzegł wielką przeszko-
dę, bo małe dziecię na ręku, do którego nic miał prawa. Ale bies wnet
znalazł sposób; przystąpi! do czarownika i rzecze:
— Jesteś dobry’ szlachcic: zatem vt,rbian nobilc debet esse sra-
bile ’•
Twardowski widząc, że nie może złamać szlacheckiego słowu,
złożył w kołyskę dziecię, a wraz ze swym towarzyszem wylecieli
wprost kominem.
Zawrzaslo radośnie stado sów, wron, kruków i puchaczy. Lecą
wyżej, coraz wyżej. Twardowski nie stracił ducha; spojrzy na dcl
widzi ziemię, a tak wysoko poleciał, że wsie widzi takie małe jak ko-
mary, miasta duże jakby muchy, a sam Kraków by dwu pająki razem.
Żal mu szczery serce ścisnął, tam zostaw i wszystko drogie, co
polubił i ukochał, a więc podleciawszy wyżej* gdzie ni sęp, ni orzeł
Karpat skrzy dłem wiatru nie poruszy ł, gdzie zaledwo okiem sięgnął,
z zmordowanej piersi silnie dobędzie ostatku głosu i zanuci pieśń
pobożną.
1 cale — odkroicie, zupełnie
• wrbum debel nuWr Jac.) —- sk w szUćbcaae pownoo by- do
trzymyw^ne
B\h to jedna z kamyczek, które dawniej w swej młodości, kiedy
nie znał żadnych czarów, duszę jeszcze miał niewinną, ułożył na
cześć Marii i śpiewał zawsze codziennie.
Glos jego niknie w powietrzu, choć śpiewa z serca serdecznie,
ale pastei ze górale, co pod nim na górach paśli, zdziwieni podnieśli
głowy, chcąc wiedzieć, skąd pieśń nabożna słowa im z chmurą przy-
nosi. Głos jego bowiem nie poszedł w górę, ale przyległ do tej ziemi,
by zbudował ludzkie dusze.
Skończył pieśń całą, zdziwiony wielce patrzy, że w górę nie leci
wyżej, że zawisł w miejscu. Spojrzy dokoła — już towarzysza nie wi-
dzi swojej podróży, głos jeno mocny nad sobą słyszy, co zagrzmiał
w sinawej chmurze:
— Zostaniesz do dnia sądnego zawieszony tak jak teraz!
Jak zawisł w miejscu, dotychczas buja, a choć mu słowa w ustach
zamarty, choć głosu jego nikt nie dosłyszy, starcy, co dawne pamię-
tają czasy, gdy miesiąc w pełni zabłyśnie, przed niewielu jeszcze
laty wskazywali czarną plamkę jako ciało Twardowskiego, zawie-
szone do dnia sądu.
Ze zbioru Kazimierza Wójcickiego pt, ^JClechdy”
PANI TWARDOWSKA
Ballada
Adam Mickiewicz
Jedzą, piją, lulki1 palą,
Tańce, hulanka, swawola;
Ledwie karczmy nie rozwalą,
Cha, cha, chi, chi, hejże, hola!
1 lulka — ttjka
218
Twardowski siadł w końcu stola,
Podparł się w boki jak basza1;
„Hulaj dusza! hulaj!” — woła,
Śmieszy, tumani*, przestrasza.
Żołnierzowi, co grał zucha,
Wszystkich laje i potrąca,
Świsnął szablą kolo ucha,
Już z żołnierza masz zająca.
Na patrona z trybunału 2,
Co milczkiem wypróżniał rondel,
Zadzwonił kieską* pomału,
Z patrona robi się kondel3.
Szewcu w nos wyciął trzy szczutki*,
Do łba przymknął trzy rureczki,
Cmoknął, cmok, i gdańskiej wódki
Wytoczył ze łba pół beczki.
Wtem gdy wódkę pił z kielicha,
Kielich zaświstał, zazgrzytał;
Patrzy na dno: „Co u licha ?
Po coś tu, kumie, zawitał?”
Diablik to był w wódce na dnie,
Istny Niemiec, sztuczka kusa;
Skłonił się gościom układnie,
Zdjął kapelusz i dał susa.
Z kielicha aż na podłogę
Pada, rośnie na dwa łokcie,
Nos jak haczyk, kurzą nogę
I krog ulezę ma paznokcie.
1 basza — dygnitarz w dawnej Turcji
2 patron z trybunału — obrońca sądowy
3 kondel (kundel) — pies
F
yy
Jestem Alefistofelescm,
Będę miał prawo trzy razy
Patrz, oto jest karczmy godło,
Koń malowany na płótnie;
Ja chcę mu wskoczyć na siodło,
A koń niech z kopyta titnic.
A ty najtwardsze rozkazy
Musisz spełnić co do joty.
Skręć mi przy tym biczyk z piasku,
Żebym miał czym konia chłostać,
I wymuruj gmach w tym lasku,
Bym miał gdzie na popas zostać.
A, Twardowski; witam, bracie!
Io mówiąc bieży obccsem1;
Wszak ze mnąś na Łysej Górze
Robił o duszę zapisy;
Cyrograf* na byczej skórze
Podpisałeś ty, i
bisy
Miały słuchać twego rymu;
Ty, jak dwa lata przebiegą,
Miałeś pojechać do Rzymu,
By cię tam porwać jak swego.
Już i siedem lat uciekło,
Cyrograf nadal nie służy;
Ty, czarami dręcząc piekło,
Ani myśhsz o podróży.
Ale zemsta, choć leniwa,
Nagnała cię w nasze sieci;
Ta karczma Rzym się nazywa,
Kładę areszt na waszeci”.
Twardowski ku drzwiom się kwapił
Na takie dictum acerbum 2;
Diabeł za kontusz* ułapił:
„A gdzie jest nobile werbum 3?”
Co tu począć? Kusa rada,
Przyjdzie już nałożyć głową.
Twardowski na koncept* wpada
I zadaje trudność nową.
Patrz w kontrakt, Mefisto! ilu,
Tam warunki takie stoją;
Po łatach tylu a tylu,
Gdy przyjdziesz brać duszę moją
Gmach będzie z ziarnek orzecha,
Wysoki pod szczyt Krępaku !,
Z bród żydowskich ma być strzecha,
Pobita nasieniem z maku.
Patrz, oto na miarę ćwieczek
W każde z makowych ziareczek
Wbij mi takie trzy bratnale 2”.
Mefistofil duchem skoczy,
Konia czyści, karmi, poi,
Potem bicz z piasku utoczy,
1 już w gotowości stoi.
bieży obccsem — biegnie, idzie zuchwale
dictum acerbum (lac., czytaj: dtaum aeerbum) - ostre słowa
uubilc uerbum (lac., czytaj: nobile werbiutM - słowo szlacheckie
1 Krępak — dawna nazwa Karpat.
2 bratiial {bretnal} — wielki gwóźdź z dużym łebkiem
I
D^ardow^ki don ad I bicgu.su,
Próbnie podskoków, zwrotów,
Stq>a. galopuje, kłusa,
I aU.s, .u i gmach już gotów.
„No! wygrałeś, panie bisie;
l cvz dniga rzecz nie skończona,
Trzeba skąpać się w tej misie,
A to jest woda święcona*’.
Niby patrz’, niby klucha,
Tymczaieni juz bkako klamki.
Gdy mu Twardowski dokucza,
Od drzwi, od okien odp\<J .<
Czmychnąwszy dziurką od klucza.
Dotąd jak czmycha, tak czmycha.
najnych stowarzyszeń patnoncznjdł, np Towłrryinra Pfa j:Zt« bji !
działów zbrojnych, jako wykładowca i współpracownik
Skqp.il się biedak po szyję.
Wyleciał potem jak z procy,
Otrząsł się, dbrum I parsknął raźnie.
„Teraz juźeś w naszej mocy,
Najgorętsząm odbył łaźnię’*.
tycznej poery.
TadeumnT, np. „Chmury”, „Grzjbów bylu w bród”, ^Porano. ,
w podręcznikach.
Zaraz pęknie moc czartowska;
Putrzaj, oto jest kobieta,
Moja żoncczka, Twardowska.
W DRODZE DO SŁAWY / Frydtryk Chopm
Ja na rok u Belzebuba
Przyj mę za ciebie mieszkanie.
Niech przez ten rok moja luba
Z tobą jak z mężem zostanie
Przysiąż jej miłość, szacunek
iedeń, I sierpnia I Q29 r.
Najukochańsi Rodzice i Siostry roołe!
Złamiesz choć jeden warunek
Diabeł do niego pól ucha,
Pól oH zwrócił do samki
j — kubiCU
® ’ Szczęśliwie, wesoło, zdrowo, dcnk-.H
nale, nieledwic że wygodnie stanęliś-
my wczoraj w Wiedniu. Od Krakowa jechaliśmy Sr/ur.-r. 1
lepiej, amźelibyśmy własnym mogli jechać pmovm. Piękne c*ohcr
Galicji aż do Bielska, później Śląska Górnego i Morawa, rym ptryje-
1 StparaiTi J^tii (nirm. arjtaj: — dyUUm ucLL-cIah tu aiu
tyiko jednegu p<<dx oznego
..
mniejszą podroż nam czyniły, że deszcz, czasami tylko w nocy pada-
i^cy, oswobodził nas od niegodziwego kurzu.
za.cznę °Pls^vać Wiedeń, powiem, co się stało z Ojcowem.
W niedzielę po obiedzie, nająwszy sobie wóz chłopski czterokonny,
krakowski za cztery talary, paradowaliśmy w nim jak najwyborniej.
Miną asz^ miasto i piękne okolice Krakowa, kazaliśmy naszemu
woźnics prosto jechać do Ojcowa, sądząc, iż tam mieszka p. Indyk,
chłop, u którego zwykle wszyscy nocują, gdzie i panna Tańska1
nocowała także. Nieszczęście chciało, że pan Indyk mieszka o milę
od Ojcowa, a nasz woźnica, nieświadomy drogi, wjechał w Prądnik,
rzeczkę, raczej przeźroczysty strumień, i nie można było znaleźć
innej drogi, bo na prawo i na lewo skaty. Około godziny 9 wieczo-
rem spotkało nas tak koczujących * i nie wiedzących, co czynić,
jakichciś dwóch ludzi: ci, ulitowawszy się nad nami, podjęli się prze-
wodniczyć do pana Indyka. Musicliśmy iść piechotą dobre pól
mili, po rosie, pośród mnóstwa skal i ostrych kamieni. Często rzeczkę
po okrągłych belkach potrzeba było przechodzić i to wszystko w noc
ciemną. Nareszcie po wielu trudach, kuksach i marudach zaleźliśmy
do pana Indyka.
Nie spodziewał się tak późno gości. Dal nam pokoik pod skałą,
w domu umyślnie dla turystów zbudowanym. Izabello! ... tam gdzie
panna Tańska stała! Każdy więc z moich kolegów rozbiera się i su-
szy przy ogniu, roznieconym na kominku przez poczciwą panią
Indykową. Ja tylko, usiadłszy w kąciku, mokry po kolana, medytu-
ję*, czy się rozebrać i suszyć, czy nic; aż tu widzę, jak pani Indy-
kowa zbliża się do pobliskiej komory po pościel. Tknięty zbawien-
nym duchem idę za nią i spostrzegam mnóstwo wełnianych czapek
krakowskich. Czapki te są podwójne niby szlafmyce*. Zdespero-
wany* kupuję jedną za złoty, rozrywam na dwoje, zdejmuję buty,
obwijam nogi, a przywiązawszy dobrze sznurkami, tym sposobem
oswnbadzam się od niechybnego przeziębienia. Przybliżywszy się
do kominka, napiłem się wina, nuśmialem z poczciwymi kolegami,
a tymczasem pani Indykową posłała nam na ziemi, gdzieśmy się
wy bomie przespali. (...)
> Klementyno z Tańskich Hoffmanów. (1798-1945) - popularna autnrka
/, V powiekowych dla miodzie*,'. przede wszystkim dla dziewczę. Bjla wizyta-
imLi wkól źeńtkich w Warszawie do roku 1831.
Wiedeń, środa, 12 sierpnia 1829 r.
Z przeszłego listu wiadomo Wam, Najukochańsi Rodzice, że się
dałem namówić na danie koncertu: wczoraj więc, to jest we wtorek
wieczorem o godz. 7, na Teatrze Cesarsko-Królewskim Opery na
świat wystąpiłem!
To wczorajsze wystąpienie w teatrze nazywają tu eine Musika-
lische A kademie 1. (...)
Na próbie' orkiestra tak źle akompaniowała*, że Rondo 2 prze-
mieniłem na Freie Phantańe 3. Skorom się na scenie pokazał, dosta-
łem brawo: po odegraniu każdej wariacji takie były oklaski, żem nie
słyszał orkiestry. Po skończeniu tyle klaskano, że musiałem drugi
raz wyjść i ukłonić się. Freie Phantasie, lubo nie tak szczególniej
mi się udała, jednakże silniej jeszcze bito brawo i znów potrzeba było
ukazać się na scenie.
Stojąc przed teatrem widzę hrabiego Gallenberga: przybliża
się on do mnie i proponuje, ażeby grać we wtorek: przystałem na
to i nie wygwizdali mię! Jak przyjadę, opowiem wszystko lepiej,
niżbym napisać potrafił. Bądźcie spokojni o moją osobę i o moją
sławę.
Dziennikarze polubili mię: może przypną łatkę, ale to potrzeba
dla odcieniowania pochwały. Gallenbergowi podobały się moje
kompozycje*. Teatralny reżyser*, p. Demar, nadzwyczaj dla mnie
grzeczny i dobry. Przed wejściem na scenę tyle mię ośmielił swymi
zapewnieniami, tyle umysłowi mojemu roztargnienia sprawił, że
strachu nie miałem, zwłaszcza że nie było pełno w sali.
Przyjaciele moi i koledzy rozstawili się po kątach dla słuchania
rozmaitych zdań i krytyk. Celiński może powiedzieć, jak mało nagan
słyszano. (...)
Powszechny jednakże głos jest, iż za słabo grałem, za delikatnie
dla przyzwyczajonych do tłuczenia fortepianów tutejszych artystów.
Spodziewam się tego zarzutu w dzienniku, zwłaszcza że córka re-
daktora* wali strasznie po instrumencie. Nic nie szkodzi: bo prze-
1 cine Musikahsehe Akademie (niem., czytaj: ajne muz-ikalisze akademi) — mu-
zyczna akademia
3 Rondo — ..Wielkie Rondo a la Krakowiak”, utwór na fortepian z towarzysze-
niem orkiestry, skomponowany przez Chopina w 1828 roku.
J brać Phantatic (niem., czytaj: fraje faniaz-1) — swobodna improwizacja, tj. utwór
jednocześnie komponowany i wykonywany przed słuchaczami
KJUążJca — 15
225
cie nie można nie mieć żadnego ale, a wolę takie, aniżeli gdyby po-
wiedziano, że gram za mocno.
Pierwsze więc moje wystąpienie, o ile było niespodziane, o tyle
szczęśliwe. Hubę1 powiada, że człowiek nigdy zwyczajną drogą
i podług ułożonego przez siebie planu nie dojdzie do niczego, potrze-
ba coś losowi zostawić. Tak też na los szczęścia dałem się na koncert
namówić. Jeżeli w gazetach tak mię wychloszczą, że nie będę mógł
się więcej światu pokazać, zdecydowałem się malować pokoje, bo
pędzlem przez papierek najłatwiej ciągnąć, a zawsze się jest synkiem
Apollinaa.
Ciekawym, co nu to wszystko powie pan Elsner 0, może mu się nie
podoba, żem grał? Ale tak mię odurzyli, żem się nie mógł wymówić.
Zdaje mi się zresztą, iż nic złego nie zrobiłem. (...)
Dziś mędrszy i doświadczeńszy jestem o jakie 4 lata. (...)
Fragmenty dwóch listów pisanych do
rodziny w 1829 roku w czasie pierwszego
pobytu Fryderyka Chopina w Wiedniu
CIEŃ CHOPINA
Kazimierz Przerwa Tetmajer
Na wiejskie gaje, na kwietne sady,
na pola, hen,
idzie nocami cień jego blady,
cichy jak sen.
.jouiy ...
słońca oraz opiekun sztuki w mitologu gr •
ls,4) - kompozytor* *, pedagog i zalozyael Konser-
i Romuald Hubę — znajomy Chopina.
• Apclhn (Apollo) — bóg —
• Jórcf Elsner —t— -
wawrium* Wamawskiego; nauczyciel Chopina,
Słucha, jak szumią nad rzeką lasy
owite w mgły,
jak brzęczą skrzypce, jak huczą basy
z odległej wsi.
Słucha, jak szepczą drżące osiny,
malwy i bez,
i rozpłakanej słucha dziewczyny,
jej skarg, jej lez.
W wodnych wiklinach*, w blasku księżyca,
w północny chłód,
rusałka* patrzy nań bladolica
z przepastnych wód.
Słucha jęczących dzwonów pogrzebnych
i wielkich łkań,
i rozpłyniętych kędyś, podniebnych
gwiazd błędnych drgań ...
Słucha, jak serca w bólu się kruszą
i rwą bez sil,
słucha wszystkiego, co jego duszą
było, gdy żył...
Fryderyk Chopin (czynj: Szopen, 1810-1849) - genialny kompozytor’ . pia-
Żelazowej Woli pod Warszawą. Studiował w Korscrwito-
Warszawskim. W 1830 roku wyjechał za granicę i po upadku powstania hsto-
; Paryżu; do kraju już mc powrócił. Pochowany został na
u paryskim, i urna z jego sercem została przysłona do Wanzawy-i urnuro-
tóane kcctola Ś^ego Krzym- Utwory swoje przepo. Chopm nuTO”m>
j nadało im charakter wybitnie naradowy. Dla ucr-zema
odbywają się co pięć lat w Warszawa konkunj KSo uniciua
nista polski. Urodził się w
riuin * ______
padowego osiadł na stałe w
cmentarzu 1
\vana w
polskiej muzyki ludowej, co nadało im charakter wybitnie narodowy. PU itKW
pamięci Fryderyka Chopina i
dla młodych pianistów z culegn swuta.
JAK SŁUCHAĆ
hcę was namówić na rzecz podobno
niemożliwą. Tak przynajmniej twier-
dzi jeden z moich znajomych, bardzo
sławny redaktor*, którego odwiedzi-
łem parę dni temu.
Kiedy zapukałem do drzwi jego gabinetu, z wnętrza odpowiedzia-
no nu uprzejmie „Wlazł!”, więc wszedłem.
— O co chodzi? — spytał.
— Chcialcm się z panem naradzić — czekiem.
— Wal pan!
Wobec tego powiedziałem mu, żc nasza młodzież nic chce po-
dobno słuchać innej muzyki prócz jazzu* oraz big-beatu* A ja
pragnąłbym namówić ją do słuchania także muzyki zwanej nie-
słusznie „poważną”.
Redaktor zaczął się drapać po głowie.
— Chodzi panu o Beethovcna, Mozarta, Chopina i innych takich
nudziarzy ?
— Właśnie chciałbym udowodnić, że nie są nudziarzami —
odparłem — Trzeba tylko, by nasza młodzież dowiedziała się, jak
ich słuchać, żeby to było nie mniej przyjemne od jazzu.
Redaktor zachichotał:
— Myśli pan, że dadzą się nabrać?...
Po chwili rzucił:
— Trzymam zakład, że to się panu nie uda.
— Pięćdziesiąt gum do żucia o smaku drzewa chlebowego.
Na tym stanęło. Jeśli więc nie chcecic, abym przegrał pięćdziesiąt
gum do żucia o smaku drzewa chlebowego, przeczytajcie ten szkic
do końca.
Chodzi mi o rzeczy następujące:
Kiedy siedzicie, słuchacie jazzu i podrygujecie z podniecenia
wyobrażacie sobie, juk równocześnie wszyscy inni na kuli zicm-
kicj słuchają jazzu, podrjgując. 1 to was podnieca jeszcze bardziej.
Natomiast słuchając muzyki niesłusznie zwanej ..poważną”, nic
sobie nic wyobrażacie, zaczynacie się nudzić, ziewać i czym prędzej
wyłączacie radio lub adapter*,
Tymczasem... «
Tymczasem każda muzyka, i jazzowa, i wszelka inna, może być
jedynie dobra lub zła. A jak dobra, to jest na pewno ciekawa, jeśli
się tylko wszystko o niej wic, co wiedzieć trzeba. Chcecic dowodów?
Proszę bardzo!
Znacie może, właśnie z tych „poważnych” audycji radiowych,
od których uciekacie, utwór muzyczny zwany tarantellą? To jest
bardzo stary gatunek kompozycji* muzycznej, bo pochodzi aż z XV
wieku, z Włoch. A czy wiecie, jakie są jego dzieje? Z pewnością nie,
więc opowiem.
Żył wówczas na ziemi włoskiej i żyje do dziś pająk tarantula.
Byl i jest nieszkodliwy, ale zabobon ciemnych ludzi z tamtych czasów
przypisywał mu straszne właściwości! Oto człowiek ugryziony przez
tarantulę miał popadać w melancholię*, z której uleczyć mógł jedynie
taniec. Wobec tego wybrano na lekarstwo najżywszy z ludowych
tańców włoskich, tak żywy, że słysząc jego rytmiczną muzykę wTszyscy
dokoła zaczynali podrygiwać — podobnie, jak wy f
dokoła zaczynali podrygiwać — podobnie, jak wy podrygujecie przy
big-beacie. „Lekarstwo'1 rozpowszechniło się szybko i tańczyc zaczęli
nie tylko mclancholicy, ale jak najchętniej także ludzie kompletnie
zdrowi. Doszło w końcu do tego, że wszystkie brzydkie panny we
Włoszech krzyczały już pierwszego dnia karnawału, iż są pogryzione
Chorowały” aż do środy popielcowejl, po czym czuły się
przez tarantulę, aby zmusić takim sposobem litościwych kawalerów
do tańca. „
znakomicie.
Dziś już nikt nie wierzy we Włoszech w groźne jakoby ukąszenie
pająka tarantuli. Ale żwawy utwór muzyczny, który’ zmuszał do podry -
giwania chłopców i dziewczęta 500 lat temu, ostał się. Nazwano go
na cześć pająka tarantellą, a my — pamiętając o jego podniecającym
rytmie — zwać go dziś możemy pradziadkiem jazzu i big-beatu.
Myślę, żc wiedząc o tym, co wyżej napisałem, z daleko większym
zainteresowaniem słuchać będziecie np. „ 1 arantelh Rossiniego,
kiedy nadawać ją będzie Polskie Radio.
Idźmy dalej!
1 środa pnpiclcawa —
wielki posi, poprzedzajmy święu
(rodu rorociynaiica w kntadc fcitnbchm 40-dnkwy
I
tT'™d3’ «* ^iker
4
1 / • ” -/ *“'*-«-* t'
oyscie powiedzieć — nL J
Jest tak poważna i wolna,
posuwcle sic W iei ruTmi^ ’T* — __
sarabanda ichodzita 2a XVI
1 * , . ni nianiom stawały włosy dęba
kiedy widziały ówczesne córki
O zwyczajach w Hiszpanii i
organizacjakościelna pod mianem — inkwizycji1. Jeśli ktoś grzeszył,
szedł z rozkazu inkwizycji na stos, co go poprawiało szybko i raz na
zawsze. Otóż przedstawiciel inkwizycji, niejaki ojciec Marian, tak
Jest tak poważna i wolna, że^karawln*1^ 3 wesołe8°!
posuwać się w iei rvtmiP m,.. ..... . 2aC^5r Zlewać> g^by miał
gorszący ze wszystkich,
na ówczesnych głowach,
luszające do tego szaleństwa! —
ii i o moralności jej ludu decydowała wtedy
— . - • inkwizycjil. Jeśli ktoś grzeszył,
i raz na
pisał o zgubnym tańcu: „sarabanda jest do tyła namiętna w słowach
pieśni i lubieżna w ruchu tanecznym, że może ściągnąć szatańskie
pokusy na najstateczniejszego człowieka”. A wy, moi drodzy, twierdzi-
cie, że jest poważna i nudna... — wstydzilibyście się!
Idźmy dalej.
Czy wiecie, że nasz wielki Chopin grał niektóre swoje walce
i mazurki przyjaciołom do tańca? Tak, tak! Nawet i ta wspaniała
muzyka, której dziś słuchamy wyłącznie siedząc i w nabożnym sku-
pieniu, była ongiś żywą podnietą do zabawy. Nie jest przeto wyklu-
czone " że najlepsze z dzisiejszych utworów jazzowych będą kiedjs
Rurowały w pwgramach uroczystych koncertów i że wasze prawnucz-
ki^ mówić: „Znów d^te
Czyba, że prawnuczki ow e rozunu _ę choćby się
maczyć już dziś wam. Ze noWażna była ongiś młoda i pory-
wam wydawała śmiertelnie s ai jawny świat, który' ją otaczał,
waląca. Należy^ -V *
by rozkwitła od nowa, wzięła na P
cala ludzi « chwili 7“^, "£‘"' „iejaca, udałem W -
Kiedy napisałem fehu d s hąmoree.
do mego de żucia - P”0”’
______ Wygrałenl • ł-10SAc u
maszynopis.
,r pI5 dodania i karania hereoW.
inFtytucja P°^'ana uniesiona w w. XV111.
Iznwi surowością ZObUti
230
Wziął, przeczytał, po czym zachichotał. —-
— Nici z gumy! Wcale pan nie wygrał, bo to, co pan napisał,
nie jest przekonywające..., że pan zachęcił młodzież — ciągnął
redaktor — do słuchania poważnej muzyki. Otworzą radio, zaczną
słuchać i jednak usną. Trzeba bowiem umieć słuchać muzyki, a tego
nie potrafi ich pan nauczyć.
— Założę się, że potrafię! — krzyknąłem.
— O co?
— Pięćdziesiąt gum do żucia o smaku drzewa chlebowego.
Na tym stanęło. Jeśli więc nie chcecie, żebym przegrał nowych
pięćdziesiąt, czyli razem sto gum do żucia o smaku drzewa chlebo-
wego — zróbcie to, o co was teraz poproszę.
Z muzyką jest jak z człowiekiem. Głupca można łatwo poznać.
Już po kilku minutach wie się o nim wszystko. Natomiast z czło-
wiekiem mądrym trzeba pogadać raz, drugi i trzeci, nim zrozumie
się jego wartość. Podobnie z muzyką: im bardziej wartościowy utwór,
tym jest trudniejszy do zrozumienia. Należy go wysłuchać kilkakrot-
nie, by dopiero zachwycił i porwał nas bez reszty.
Proponuję wam przeto rzecz taką: jeśli macie w domu adapter,
namówcie rodziców na kupno longplaya* z nagraną na nim jedną
z najpiękniejszych serenad* świata „Eine kleine Nachtmusik”1
(Mała nocna muzyka), napisaną przez jednego z największych kom-
pozytorów świata — Wolfganga Amadeusza Mozarta. Przesłuchajcie
tę płytę kilka razy, jednego, drugiego i trzeci ego dnia. Jeśli się nią
nie zachwycicie, to — niech mnie kule biją!
Niedawno byłem na Zachodzie. Odwiedziłem Paryż i Londyn.
Miałem tam sporo do ‘czynienia z francuską i angielską młodzieżą.
Pasjonują się jazzem i podrygują akurat tak samo jak wy, słuchając
— na przykład Ellingtona. Ale prócz tego niemal każdy inteligentny
młody Francuz czy Anglik ma w swojej płytotece utwory Bacha,
Beethovena, Mozarta, Chopina, Ravela, Strawińskiego. To jest,
według nich, sprawa klasy, czyli — jak ja bym powiedział — kultury.
Jeśli więc naśladujecie zachodnie koleżanki w stroju i uczesaniu,
bądźcie też równie — jak ja bym powiedział — kulturalne.
1 Czytaj: ajne klajne nachtmuz-ik.
231
chłopów i konie. Tego
' mam dość cie-
*, step naokoło, pełen
MALARZ WSI
POLSKIEJ / Jadwiga St±pieniowa
ózek nie potrafi! być cierpliwym. Spie-
szno mu było do tego, by powiedzieć
wszystko, co w duszy śpiewało, co
rodziło się w niej z przeogromnej
_ • <
»
nn ciągu „typy”, kreślił obrazić i od-
J na sztalugach* płótno
najprawdziwsza mazowiecka
vany łan żyta, pastuch zalecający
♦
9 •— ~ —
ra
o.
o młodym Chełmońskim,
— i oto wystąpił z nadzwyczajną
4viviz.nu się w
tęsknoty’ do wsi, do przestrzeni, do swobody.
Szkicował więc w dalszy _ „Lyp\
biał szkolne zadania. Lecz gdy rozpiął
lub karton, wychodziła spod pędzla
łąka, pełna kwiatów, albo rozfalc'.
się do dziew czyny, koń rozpędzony, z rozwianą grzywą.
Nosił te obrazki do sklepu pana Hirszla, ale stały tam miesiącami —
i nikt ich nie kupował.
Któregoś dnia spotkał Józef pana Feliksa Krzyżanowskiego
Byl to dawny znajomy rodziców, właściciel dużego folwarku* i
hen na Podolu. Zasłyszał już coś niecoś
widział jego obrazy w Zachęcie
propozycją:
— Mam wielką ochotę zabrać pana z sobą do Kożuchówki.
Widzę, że lubi pan szczególnie pejzaże*,
będziesz miał pan na Podolu do wyboru. Stadninę* mam dość cie-
kawą, więc możesz malować portrety moim kasztankom i hulankom
i siedzieć u mnie, jak długo zechcesz: rok, dwa...
Józef trochę się wahał. Przecież i)ie ukończył jeszcze studiów.
Wprawdzie nadchodzą wakacje, ale co powie profesor na ten wyjazd ?
Profesor Gerson byl zachwycony propozycją pana Krzyżanow-
skiego :
— Koniecznie jedź. Zobaczysz nowy krajobraz, inne banty,
1 Zachęta właściwie; Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie,
istniejące od 1859 do 1939 roku dla krzewienia sztuki; potocznie: nazwa budynku,
który był siedzibą tego to varzyslwa, a dziś mieści Centralne Biuro Wystaw Artys-
tycznych i sale wystawowe.
232
inne światło. Obserwuj ludzi i zjawiska przyrody. Rysuj, maluj.
Skorzystasz tam więcej niż w szkole I
Więc Józef pojechał. Z radością ogromną w sercu, bo bardzo
mu już było duszno wśród miejskich murów. Tęsknił do słońca,
do przestrzeni, do powietrza pełnego ostrych, żywych barw.
Nie rozstawał się ze szkicownikiem. Kreślił sylwetki ludzi i zwie-
rząt, zarysy krajobrazu. Siedząc w karczmie, podpatrywał żebraków
i włóczęgów. Na jarmarkach i odpustach kolorowy tłum przyciągał
jego oczy nienasycone. Radował się barwnością strojów', ruchli-
wością ludzi i bogactwem tła.
Malował wiele i jak było u niego w zwyczaju — pośpiesznie.
Kilka obrazów wysiał profesorowi do oceny. W odpowiedzi przyszedł
list pełen pochwal i zachęty, aby pozostał jak najdłużej w Kożuchówrce.
Ani się Józef obejrzał, kiedy ściernisko okryło pola, krajobraz
zasnuł się mgłami, niebo poszarzało. Którejś nocy spad! śnieg, od-
mienił świat naokoło. Zaczęły się teraz szalone wyprawy na maleńkich
jak łupina saneczkach, zaprzężonych w trzy albo cztery ogniste,
rozhukane konie. Drogi zawiane, zaspy i biała, śnieżna kurzawa...
Niskie, szare niebo, ciemny horyzont i step
groźnego wycia wilków, pełen szumu i zawodzenia wiatru.
Wrócił wreszcie Józef do Warszawy. Tymczasem szopa przy
ulicy Zajęczej (w której uprzednio mieszkał) rozleciała się, więc przy-
jaciele znaleźli mu nowe mieszkanie w śródmieściu, na Climielnej,
gdzie było ciasno i duszno.
Ciasno i duszno było w ogóle w Warszawie.
Nie trafiały do gustu publiczności obrazy młodych.
Józef Chełmoński (1849—1914) — wybitny malarz polski. Bji to artysta nie-
zmiernie wrażliwy na piękno polskiej przyrody. Najbardziej lubił malować krajobrazy
i sceny z życia wsi polskiej: stadka kuropatw, loty bocianów,, rozpędzone zaprzęgi,
pastwiska, pola i ugory mazowieckie, sanny. Oto niektóre tytuły znanych jego obrazów:
„Babie lato’*, „Bociany”, „Kuropatwy”, „Na pastwisku”, „Pastuszek”, Burza”.
Przez długie lata borykał się z ciężkimi warunkami materialnymi. Realistyczne* jego
obrazy nic trafiały do gustu ówczesnej kupującej obrazy publiczności, chociaż przez
znawców były wysoko cenione.
Xx IkLI<A AKTORKA ' II
A Z Iienryk Sienki^icz
Henryk Sienkiewicz w,.u-.
pendentem •”* ‘ ltn-’ P°lski pisarz YTY • i
zdobyła światową sławę. ‘ >Stkł dlamatycznej, która później
Ibrzymie afisze teatralne porozłepia-
ne na rogach ulic w San Francisco1
dnia 20 sierpnia doniosły wszem wo-
bec i każdemu z osobna, że „cele-
Helena Modjewska” ma się ukazać na
w roli Adrianny Lecouvreur5. (...)
Polish artist 2 * * *, Mrs 3.
Califomia Theatre 4
brated
scenie
Była godzina szósta po południu. Udałem się natychmiast do
mieszkania artystki, aby osobiście dowiedzieć się, jakim sposobem
cud ten przyszedł do skutku. Odpowiedziano mi, że już jest w teat-
rze. Poszedłem do teatru — i nie mogłem się dostać do wnętrza,
więc stanąłem przed afiszem i... nie chciałem własnym oczom
wierzyć.
Wiedziałem uprzednio, że nasza artystka studiowała naprawdę
język angielski dopiero od ośmiu miesięcy. Otóż przez osiem mie-
sięcy wyuczyć się najtrudniejszego języka na świccie, wyuczyc się
1 Czytai: san frans-isko. . słynna polska
a Jebratcd Polish artist («ng, czytaj: selebrejtyd pohsz artist) .
ł 3 Mrs. (czytaj: missis, skrót angielskiego wyraz“ ””^2CI^eatr Kalifornijski
Califarnia Theatre (ang., czytaj: ka ' ornia sje ) francuska XVH
Adrianna Lecouvrenr (czyta,Jekuwreranego na wielu scenach
bohaterką licznych utworów, m. m. ar
5
wieku, która była
świata.
nie tylko potocznej mowy, ale scenicznej wymowy.,, na to istotnie
potrzeba było cudu lub cudotwórczego geniuszu*.
Bawiąc tu od lat blisko dwóch i przestając przeważnie z Amery-
kanami, nauczyłem się ich rozumieć, ale nic zawsze mogę dokazać,
aby oni mnie rozumieli. Znam rodaków naszych, Judzi wykształco-
nych, którzy mieszkają tu od lat trzydziestu, a których angielszczyzna
rozdziera jednak siedmioma mieczami amerykańskie uszy. Na ko-
niec, czytając gazety, sto razy zauważyłem, jak często krytycy* zarzu-
cają aktorom, urodzonym Amerykanom, złe wymawianie.
Nie dziwcie się więc, żem wątpił i nie mieściło mi się w głowie,
jak można było po ośmiu miesiącach zwalczyć te niczwałczone pra-
wie dla cudzoziemców trudności i występować publicznie. (...)
Ściemniło się zupełnie. Miasto zabłysło tysiącami lamp. Ścis-
kało mi się serce, gdym myślał, że za chwilę miały się ważyć losy
tej Polki i tej artystki. Czym była w Warszawie? Ona stworzyła re-
pertuar* wszystkim, ona nauczyła ludzi kochać sztukę; ona co wieczo-
ra pełnymi rękami rozrzucała złote ziarna wzniosłych myśli, szlachet-
nych uczuć, które wsiąkały w dusze ludzkie. (...) A teraz... Jeżeli
się zlęknie i nie zdoła przemówić słowa? Jeżeli zapomni roli? Jeśli
się omyli? Wszakże ma grać w obcym języku? Jeśli będzie zmuszona
przeżyć własną wielkość, własną sławę i własne wielkie wspomnienia?
Coraz większe tłumy zbierały się przed teatrem. Wśród obcych
ludzi dostrzegłem i swojskie twarze. (...) W miarę nadchodzącej
godziny coraz większe ogarniało nas wzruszenie. (...)
Uderzyła godzina ósma, weszliśmy do teatru. Nie byt pełny.
Zasłona podniosła się wreszcie: przeszedł szybko akt pierwszy,
w którym Adrianna nie ukazuje się na scenie, i rozpoczął się drugi.
Godzina stanowcza wybiła. Z głębi kulis* ukazała się nasza
artystka. Oklaski, jakimi przywitali ją rodacy*, brzmi ały długo i roz-
głośnie, ale Amerykanie zachowali się obojętnie, więc oklaski prze-
brzmiały i zrobiła się cisza.
Słyszałem bicie serca siedzących obok mnie rodaków artystki. (...)
Poważna, może wzruszona, ale spokojna, zbliżyła się na przód
sceny. Światła kinkietów* rzucały na nią blaski. Idealna* postać:
rysy tak czyste, jakby wyszły spod dłuta FidiaszaJ, szlachetność
rozlana w całej postawie i ów niewypowiedziany czar niewieści,
1 Fidiasz — znakomity rzeźbiarz grecki z V wieku przed naszą erą.
235
Ł UL“rn licbac’ uczyniły niezmierne na nie przAwkUi
□o tatach postaa fWace. Gm stała aę tak głęboka, ze me Frzer,-.. J jej
EatCHuejny szmer Na koniec posąg przemówił. Wy znacie cza-
ry tego głosu głębokiego, serdecznego, w którym drgają łzy i srebro
>CS° y?0. * potęg^' ale 03 scenie amerykańskiej,
tgdaR H najpkrwsi artyści, było to zjawuko nowe,
nwocaekjwane i niezwykłe; toteż w miarę jak arr >tka mówiła, głowy
pochyLły wę naprzód, jakby w mimowolnym hołdzie, twarze tra-
ciły codzienny swój ostry wyraz, a zimna ciekawość zmieniała sję
* pełne sympatycznego * uczucia zajęcie. (...)
Spojrzałeś po twarzach i wszędzie widziałeś przychylność: czar
Atołtał Poczęto patrzeć na nią jak na słodką istotę, której nikt nie
^.obiłby krzywdy, jakby nie zrobił gołębiowi. Sły żalem naokoło
słowa: ,,I>y mce / vcry nux!... O! by God! Haa> stnett” K Tymcza-
sem akcja ożywiła się na scenie. Niezrównanej kobiecie przyszła
• H
z
potęgą w p
oc niezrównana artystka.
( .) Głos artystki
rozległ się jakby zaziemska muzyka p > wszystkich zakątkach teatru,
oczach rodaków zabłysły łzy... O! już było zwycięstwo, zwy-
cięstwo wielkie, w rocznikach polskiej sztuki niesłychane. Gdy skoń-
czyła, cisza trwała jeszcze przez chwilę, jakby publiczr ść nie zdołała
się ocknąć od razu z upojenia. Potem .. trudno opisać, co się stało.
Burza prawdziwa oklasków, okrzyków, nawoływań. Zimna z natury
publiczność uniosła się do tego stopnia, iż potem dziennikarze mówili
mi, że jak Amenka Ameryką, nic pamiętano takiego entuzjazmu*. (...)
Artystka sama me spodziewała się niczego podobnego. Po skoń-
czonym akcie wyszła rozrzewniona i upojona. Teatr wył, ryczał,
kia skuł, tupał. Mężczyźni odbierali swoim damom bukiety i ciskali je
na scenę; starzy rodacy nasi płakali jak małe dzieci; słowem, oczywi-
stość przeszła wszelkie nadzieje i wszelkie oczekiwania. (...)
Ąmprykanie, jak wszystkie ludy mało nerwowe, niełatwo się
unoszą, ale gdy się uniosą, uniesieniom nie ma granic ni miary.
Zdawało się, że publiczność chce sobie wynagrodzić za Izy i mil-
czenie. Ogarnęło wszystkich prawdziwe szaleństwo. Sądziłem, ze
słvsze stada jaguarów, wilków i bawołów, dających razem piekieł-
nikt po skon-
* 1'ery merf 01 by God! mect ’ (*ng., czytaj: wen' god, hau wlt)
Bardzo nula! O, ua Bogu! Jaka JodLal
lzciuu nic cp^ ul *» egu luc V u.d^no prze^j* zv.ycza/"wi
j*}denaś^ie razy aity tkę. Gd wę ukazyv.'4ła. mężczyźni wstawali
i odkrywali głowy Mówiono mi potem., że < czasie ‘ej hprzechod-
nie na ulicy stawali i pyiab, co się stało. Słowem, piszę wam wprost
i otwarcie, że podobnego sukcesu* nie tylko nigdy nie widziałem,
ale i nie c?stałem o ulom nigdy Było to po pr^tu wzięcie szturmem*
Ameryki Na drugi dzień przysłano do hołdu i u ki o i- w, że cały
jeden pulaij . id. lałem nimi założony Drucie i ha je przedstawienie
było juz przepełnione, entuzjazm zaś co dzień się puwięMzti.
SPOTKANIE Z HENRYKIEM SIENKIEWICZEM
Roman Rogati ki
\ / I óźną jesienią i zimą 1905 roku prze-
1 g bywałem wraz z rodziną w Zakopa-
nem. Ulokowaliśmy się w pensjonacie*
„Liliana”. „Liliana” była to duża, dre-
wniana budowla w zakopiańskim stylu. Do dziś jeszcze, przy ul.
Sienkiewicza, nad potokiem stoi stara „Liliana” — mieści się w niej
zakopiańskie liceum. Zamieszkaliśmy w dwóch pokojach na pierw-
szym piętrze, skąd rozciągał się rozległy widok na Tany*.
Choć wówczas miałem sześć lat, jednak do dziś doskonale przy-
pominam sobie Zakopane z jego atrakcjami*, do których przede
wszystkim należały furki góralskie z płóciennymi budami (powozów
fiia resorach było zaledwie kilka), barwne ubiory' górali i góralek.
Gdy spadl śnieg, w ruch szły sanki i wchodzące w modę narty.
Pamiętam ówczesnych narciarzy, którzy wyglądali dość ory ginalnie
bo proszę sobie wyobrazić brodaty ch panów w wełnianych czapach
na głowie, które w razie zimna, naciągane w dół na szyję, pozosta-
wiały otwór na twarz, no i brodę. Narciarze wówczas posługiwali
237
'“gondolieZ*2 d‘l'k“ prz®«™«li
wywołał przyjazd
!' nami.
X? tylko jednym, długi,
T°±”Pych 'v««kich
\ wśród gości w t
którzy chętnie SWoil^ Powali znani artyści lir • •
X * 1 . *
w tany taternik* i 2aw k°“P°oP 0'• KarU^
g’czrue w górach). ' par? lat potem zginął
Wielkie poruszenie w nawm
państwa Henrykostwa Sienkiewiczów P^,Onacie wywołał przyjazd
spotęgowane jeszcze bardziej Lv znakomiteg° Pisarza zostało
wencji* w sprawie katowanych * d WkŚĆ ° jeg°
śnie zestal opublikowany, J ptasro p^^, hlt^'
kreyncza do cesarza Wilhelma II. arty
Aby dać wyraz wdzięczności i złożyć hołd bojownikowi walczą-
cemu pubhcznie w obronie gnębionych poznańskich dzieci i ich
rodziców — matki nasze uradziły, aby dzieci z „Liliany” i sąsied-
niego pensjonatu w imieniu dzieci z Wrześni — podziękowały
wielkiemu pisarzowi.
W umówiony dzień odświętnie ubrana grupa dzieci, z kwiatami,
zapukała do pokoju państwa Sienkiewiczów.
Pamiętam dobrze, jak stanęliśmy przed panem niskiego wzrostu,
z niedużą bródką, który z początku jakby zakłopotany, a potem
wzruszony, wysłuchał naszego krótkiego przemówienia i odebrał
kwiaty. *
Tego dobre, mądre oczy łagodnie patrzyły zza binokli na nasze
małe stadko. Trudno było odgadnąć, kto był bardziej Prz^W
czy młodociani delegaci, czy ten skromny pan niedużego wzrostu,
Od W pS. bXćah IwS Sienkiewto »-> ‘
“ w^kiś czas potem eah ta dzieciarnia została zaproszona na
czekoladę” do pokoju państwa' S^JSnTZedli młodzi goście,
PKy dużym ^eSnami. Państwo Sień-
a gospodarze gawędzili z na 3 spotkaii w pensjonacie, mieli
kiewiczowie, znając nas Z . 5Iub zabawnego do powiedzenia
dla każdego dziecka coś P^n^rój.
szybko więc stworzył się >
Po podwieczorku każde z nas otrzymało na pamiątkę „Krzyżaków”
w wydaniu dla młodzieży. Dokładnie pamiętam, iż na niebieskiej,
płóciennej okładce była wytłoczona konna postać komtura* z krzy-
żem na piersi i w szyszaku z piórami (według obrazu Matejki).
Każdy egzemplarz książki posiadał imienną dedykację* z datą —
wszystko napisane drobnymi, pięknymi literami przez Sienkiewicza.
Ileż to razy w ciągu wielu lat zaglądałem do moich „Krzyżaków”,
wpatrując się w czarodziejski podpis i ze wzruszeniem przywołując
w pamięci niezapomnianą chwilę, gdy wówczas po podwieczorku
w „Lilianie” gościnny gospodarz pogładził mnie po głowie i na
pożegnanie zapytał: „A będziesz bił Krzyżaków?” Bez wahania
odpowiedziałem twierdząco.
Dopiero we wrześniu 1939 roku dotrzymałem swojej obietnicy.
Pamiątkowa książka opatrzona sławnym podpisem, która wiernie
towarzyszyła mi w wędrówce życiowej — spaliła się w czasie powsta-
nia warszawskiego.. , - i (
Henryk Sienkiewicz (1846—1916) — najwybitniejszy (obok B. Prusa) powieś-
ciopisarz i nowelista polski, którego utwory tłumaczono na wiele języków świata, od-
znaczony międzimarodową nagrodą Nobla, autor „W pustyni i w puszczy1’, ,Janka
Muzykanta”, „Latarnika”, trylogii: „Ogniem i mieczem”, „Potop”, „Pan Wołody-
jowski”, oraz „Krzyżaków”. Działalność patriotyczna Sienkiewicza jako pisarza i ko-
respondenta pism warszawskich, członka wielu społecznych organizacji była wysoko
ceniona przez cały naród polski.
SŁOWA PRAWDZIWE / Hanna Januszewska
ranek — mówi ojciec — co to za
zeszyt ?
— A to mój — odpowiada Franek.
— No... no... — kręci głową ojciec
i rozkłada zeszył na stole pod lampą. Przewraca zasmarowane kartki
jedną po drugiej. Pożal się Boże, jak ten zeszyt Franka wygląda!
Tu zapisane, co zadane z arytmetyki, a tam — na skos — co
239
. następy stronie - w.clk ~
i gęste szeregi pisma. „Przygody w acropkme” -
__ -p \ „Przygody w aeroplanie” > ___ nvt.
To moja... powieść - zaczerwienił się Franek 0,QCC’
— To ty powieść piszesz?
Tak — mówi Franek i podnosi ulowe — iu
sarzem, jak dorosnę. g ę' Chcialbym być pi-
— Nie mam nic przeciwko temu - uśmiecha się ojciec -Tylko
> — pyta Franek. >ł*° '
nie wiem> co to z twoją pracowitością będzie
O, to tak łatwo pisać! — zakrzyknął Franek.
Łatwiejsze niż arytmetyka!
— Tak myślisz? —
i odłożył gazetę.
— T\ Iko co
— Tylko —
— To dużo
odezwał się nagle dziadek ze swego fotela
No Pisze się, jak jakiś pomysł do głowy przyjdzie
i już.
— I myślisz, źe taka pisanina będzie zawsze coś warta? Będzie
dziełem?
— Dziełem?
— Tak: dziełem. Wynikiem nie tylko zdolności, ale głębokiego
przemyślenia i pracy. Ach, Franek, dzieciaku! Czegokolwiek się
podejmiesz, jakikolwiek zawód, kierując się wrodzonymi zdolno-
ściami, obierzesz, aby czegoś dokonać, musisz do zdolności dodać
swoją ciężką pracę. Posłuchaj, co ci opowiem.
Franek bardzo lubi opowiadania dziadka. Przysuwa się z krze-
slcm do jego fotela. Dziadek wpatruje się chwilę w światło lampy
leżące złotym kręgiem na stole. Po czym zaczyna opowiadać.
— Było to przed pierwszą wojną światową. Warszawa me była
wtedy stolicą Polski Polska nic istniała. O nas wszystkich mówiono,
że mieszkamy w nadwiślarisktm kraju, w pubermalnym mieście -
Warszawie. Ale wiedzieliśmy, że choć me jesteśmy państw em,letz
jesteśmy narodem. Każdy kąt miasta, z którym łączy y kich
ńia wielkości Polski, był nam drogi. Na końcu Ale, Ujazdówsheh
szumialy, jak dziś, drzewa Łazienek. Jak dziś, po w od. u
240
ph.kal kib^Jza. ;«Ki ijtk hiu‘y
d/.ilem. Piękno n.i nnv pełnych
się w wodzie zachwycało mmc.
puknyk kró.^ftkj. Nic Sf r rt Chu-
w*j rmi i, drz w prz£gkjdrąąc? di
zwłaszcza jcMenią. gJv barwy zło-
tych i zielonych liści mieszają «ię z wbą.
Głos dziadka przycichł n i chwilą. chusteczkę i przctiri
nią okukiry Po czyni mówił dalej
— Raz. jesiennym przedpołudniem, spi tkJ m, idąc długą akią,
niepozornego człowieku w ciemnym# skromnym ubraniu. Siwiejący
zarost otaczał jego szczupłą twarz, oczy spoglądały spok >jnie poza
szkieł okularów. Szedł powoli, jakby z trudem. Spokojnie ro/gLjdał
się wokoło. 7 itrzyniywal się przy szerokich tr.iM nil ith. przjpuru rżą-
cych polany, przy skupionych drzewach. Zdawał się śledzie bla k
słońca w złotych, jesiennych liściach. Gdy któraś z licznych wie-
wiórek śmignęła przez aleję, by dopaść wysokich pni drze v, odpro-
wadzał ją wzrokiem, jakby chciał zapamiętać każdy jej ruch* każdy*
błysk w ciemnych, żywych oczach zwierzątka.
— Kto co był, dziadku — wyrwało się Frankowi — malarz-
Dziadek pokręcił głową z uśmiechem.
_____ Nic, był to pisarz. Jeden z najwybitniejszych i najbardziej
zasłużonych polskich pisarzy; Aleksander Głowacki, znany pod
pseudonimem Bolesław Prus.
— Ach! — zawołał Franek.
— Tak. człowiek ten, który w dziełach swych chciał przedstawić
świat prawdziwie, nie traci! czasu nawet na przechadzce. Slcdał,
nasłuchiwał, aby wszystko opisać najwierniej, gdyż wiedział, że
im w ..ej będzie prawdy w jego prostych, pięknych stewach. tym
bliższe będzie jego dzido doskonałości. Każdy ruch lisa na wietrze,
każdy skok zwierzątka utrwalał w pamięci, zapisywał, by korzystać
z tych notatek i by go pamięć zawiodła \ie było kłamstwa w fcu.-
nym jeso słowie. jego utworach widać me tylko talent, ale i uczci-
wość pisarza, który me znal kłamstwa, a d_j odkrycia prawdy me
szczędził pracy. . .
Franek westchnął. Wydawało mu się to -iz dziwnym, by uk
wielki pisarz zadawał sobie tyle trudu, abj otaczającą go przyns.ę tu.
wnikliwie obserwować.
Tymczasem dziadek ciągnął daki.
— \Vróciws/} doswujcgt skiwmego
mieszkania, którego jedynym
KaiRtka — 1*
241
bogactwem b\ ly książki, książki naukowe, do których nipm-? i
da — zasiadał Bolcstaw Prus pI2y biuriu, a“
no“"al w małym zeszyciku spostrzeżenia z całego dnia lub kreślił
reguły stylistyczne czy gramatyczne.
— O! — zdziwił się Franek.
Notował — mówił dalej dziadek — sumiennie i ściśle. (...)
Tak, nie spoczął nigdy w swych uciążliwych poszukiwaniach słów
odpowiednich do wyrażenia tego, co czuł, widząc czy słysząc. Po
przechadzkach notatnik Bolesława Prusa zapełniał się króciutkimi
zapiskami, np.:
„Jesień. Z rana biały szron na trawnikach, mostku, liściach.
Na tle zielonych sosen żółte drzewa liściaste”.
„Ogród w jesieni. Trawniki zasypane zupełnie więdnącymi
liśćmi. Dywan żółty z zielonawym odcieniem” h
Dziadek przerwał i zamyślił się. Zamyślił się i Franek, oparłszy
głowę na dziadka kolanach. Dłoń dziadka spoczęła na czuprynie
chłopca.
— Widzisz, mój drogi, tak pracował człowiek obdarzony wiel-
kim talentem. Nie dość mu jednak było patrzeć i śledzić. Che kił
on jeszcze do gruntu poznać ten język, którym władał sprawnie.
Nie żałował trudu, aby badać czasowniki, rzeczowniki, zastanawiać
znaczeniu słowa zajdzie, gdy się zmieni przed-
końcówkę. To też była żmudna, ale nie byle jaka praca.
że Bolesław Prus starał się opisywać ludzi
awdę. Praca jego była ciężka, lecz kochał ją, kocha.
pisać to jakby budować cos ze słów.
i wielkości słowa, aby tym słowem
malować, rzeźbić, śpiewać J ^1U^Cw szyby Dziadek wpa-
L1 brzęczący o szkło wiatr przypo-
trzyl się w ciemne okno £ ^żkZh Łazienek i niepozor-
tyL wielkim pisarzem, ale i mestru-
się, jaka różnica w
rostek czy
Dodaj jeszcze, że
jakimi są napn
pisarz nie znający całej mocy i ...
móc :
Dziadek umilkł. Wiatr jesienny
trzvł się w ciemne okno.
rninal mu tamtą jesień,złote bscie na
pi'knym zawodz,e'
cudzysłowie jest cytatem z
zyku polskim: murarz.
notatnika B. Prusa.
i Tekst podn r' w
- W dzisiejszy’b?
Bolesław Prus (właściwe nazwisko: Aleksander Głowacki; 1847—1912) — naj-
wybitniejszy obok Henryka Sienkiewicza polski powieściopisarz i nowelista XIX wieku
oraz ceniony dziennikarz. Utwory jego świadczą o doskonalej znajomości ówczesnego
życia, są pełne troski o los krzywdzonych i ubogich, często dzieci, dla których umiał
wzbudzić u czytelników żywe współczucie. Najbardziej znane utwory Prusa to: „Aniel-
ka”, „Placówka”, „Lalka”, „Faraon”.
KALISZ MEGO DZIECIŃSTWA /Maria Dąbrowska
Podany niżej tekst jest wypowiedzią wybitnej pisarki polskiej, opartą
na wspomnieniach z lat młodości. Autorka — Maria Dąbrowska
(1889—1965) obok powieści (np. „Noce i dnie”) pisała również nowele
i opowiadania, między innymi także opowiadania dla młodzieży, np.:
„Marcin Kozera”, „Przyjaźń”, „Wilczęta z czarnego podwórza”.
alisz to było niegdyś miejsce, do
którego — małe dzieci — jeździliśmy
z mamusią lub z obojgiem rodziców
z mojej rodzinnej wsi Russowa. Jeź-
dziliśmy te siedem wiorst (takie wówczas były miary długości) ok-
rutnie wyboistą szosą, która wydawała mi się najpiękniejszą drogą
w najczarowniejszy świat. Dzisiejsza gładka szosa między Kaliszem
a Stawiszynem, w której pobliżu przyszłam na świat, nie ma nic
wspólnego z tamtą drogą, brukowaną ręcznie tłuczonym kamieniem,
symbolem najpośledniejszej, ciężkiej, nie chcianej pracy — od któ-
rej poszły zawołania: „bodajś kamienie tłukł na szosie” albo „wołał-
bym kamienie tłuc na szosie” niż robić to lub owo.
Czy chciałabym, żeby tamta zła droga z historycznie złych cza-
sów będąca dla mnie na skutek magii* dzieciństwa szlakiem czaro-
dziejskich podróży — stała się na powrót rzeczywistością ? Nigdy
w życiu. Czy gdy półtora roku temu, jadać po tej szosie samochodem,
czułam, wspominałam coś z tamtej drogi mojego dzieciństwa? Na
Boga — nie! Tamta droga przeniosła się we mnie i nie istnieje poza
moim wnętrzem. A jeśli istnieje, może nawet nie tylko dla mnie,
to jedynie... lecz o tym za chwilę.
243
wow
byl dla mnie pierwszym objawieńZ 1? «•»**
"'"czas mówiono i ni coś o miasta‘ Możliwe, że już
ale dla mnie Kni- • • ,KS° prastarVm, rzymskim pochodzeniu
“rs;ki’r
czarów. Bo byl jedynym miastem, jakie znałam, jeśli nie liczyć by-
tności z rodzicami w Poznaniu, w czwartym roku mego życia, z czego
zostało nu kilka wyraźnych wspomnień, ale tak luźnych, że nie mogły
jako wyobrażenie miasta rywalizować* z Kaliszem.
Kalisz to były dla mnie bruki, „kocie łby”, po których dźwię-
czący turkot żelazem obitych kól zdawał mi się najweselszą muzyką
świata. I które same — mnie, dziecku mającemu zawsze pod stopą
spękaną od suszy glebę Russowa — zdawały się szczytem komfortu *,
elegancji, wielkomiejskości. Wątłe latarnie — może w najwcześniej-
szym moim dzieciństwie jeszcze naftowe? — palące się, o dziwo,
nie w domach, lecz na ulicach, były dla mnie cudem odróżniającym
jaskrawo (dla mnie) noce miasta od czarnych nocy wiejskich. Ach,
nawet ówczesne kaliskie rynsztoki* z ich wapnowanym brzegiem
i specyficzną* wonią budziły we mnie luby dreszcz - oto miasto.
PcX Sabym, żeby wróciły te „kocie łby”, te naftowe, a potem
Kalisz“o równych jezdniach o z tam-
Nie | A jeśli coś mi si? tode-
to i to już nie jest, czym było. Nau Xyś“ rosną, nawet fcnie
^•śpSz cWca
dbudowano jego
gazowe latarnie, to
Za Boga — nie 1 I
modnych j
tym starośw
ciństwa? -
i takie samo, jak było,
zdawał mi się rozle-
co
Kalisz jest
nadal pięknym miastem;
....--i ^'^kalisz teraźniejszy, r
^dd; zachwyca upiększający os
nowoczesnemu pieWsz,
podobnie jak R^6» 1 |ak
z jaktar po p.e™s;j
w 1914 roku P . , j ornimo
sie w miarę możności i p _
ŁcjC sprostania^ P»
dawnych wieków
mnie pietyzm >
zniszczone
rozwijaj^'
się i żywiąO'
swych
dziecinnych podróż}', tak i „tamten” Kalisz przeniósł się we mnie
i mieszka! tylko wc mnie lak długo, aż póki — żywy na odmienny
sposób — nic opuści! i mego wnętrza. Tu docieramy chyba do sedna*
rzeczy. Kalisz i jego okolice przeobraziły się w kreację* artystyczną,
weszły do moich książek: „Uśmiech dzieciństwa”, „Ludzie stamtąd”
i „Noce i dnie”. W tych tylko książkach źyje „mój Kalisz”, ale już
nie dla mnie — dla ludzi. I żyje jeszcze wciąż, aż i to :stnienie skończy
się i rozwiejc prawem zapomnienia i przemijania, któremu wszystko
podlega. (...)
Pozostaje mi pragnąć, aby nadal w Kaliszu żyły dzieci, dla któ-
rych to urocze miasto byłoby jak dla mnie fantastyczną przygodą,
krynicą* wrażeń dzieciństwa, nie biernie w ciągu życia wspomina-
nych, ale przeobrażających się w twórczość — w twórczość zapra-
wioną czarem tej miłości i nieomylnej wiedzy, której źródłem jest
rewelacyjny* dla każdego człowieka „kraj lat dziecinnych”. Słowem,
niech Kalisz będzie dla każdego kaliszanina natchnieniem (lecz do
większych i lepszych osiągnięć niż moje) — jak był natchnieniem
dla mnie, tak daleko od stron rodzinnych odbieglcj, tak im niewiernej,
a tak wiernej. Tak mimo wszystko wiernej.
PRZY LAMPIE NAFTO W IJan Parandawski
Cały nachylam się w przeszłość i chcę uchem
łowić dźwięk przeszłości.
Juliusz Slo&acki — Fragment pamiętnika
racalcm z matką późn\-m wieczorem.
Lipy pachniały. Na niebie spiętrzyły
się chmur}', poszarpane i zębate jak
łańcuch gór. Z ich mroku powoli
wysunął się księżyc i połową tarczy błyszczał między dwoma wier-
chami. Za chwilę cały ów grzbiet, pełen załomów i garbów, rozjaśnił
się srebrnym światłem.
Byłem g^boko przejęty. Chwyciłem matkę
— xvlamo, patrz!
Przystanęła, podniosła głowę.
— Rzeczywiście.
- a,’Utr2 byb niedziela- Caly. wolny czas poświęciłem na skła-
7PCTvb.m ’ aż Zr°bił się z nich spory tom, bo
za rękę:
danie i cięcie arkuszy papieru
Z której książka dawno uciekla. ’ .......................... U™ę’
„Czy już kiedyś tego nie robiłem?” - przemknęło przez myśl
i wnet przypomniałem sobie pewien ranek sprzed kilku lat, kiedy,
oskrzydlony wielkimi zamiarami, zasiadłem do pisania, po raz pierw-
szy bez pizymu.su i z własnego nieodpartego popędu.
Aliała to być moja kronika*. Na pierwszej karcie wypisałem rok,
nieco niżej datę wczorajszego dnia, a pod nią: „Kiedy wieczorem
wracałem do domu, widziałem bardzo piękny księżyc za chmurami”.
I ów tekst zaopatrzyłem w rysunek, starając się oddać burzliwe
zwały chmur i wysuwającą się spod nich tarczę księżyca.
Nietrwałe są zamiary dziesięcioletnich chłopców. Kronika, już
na trzeci dzień zapomniana, wsiąkła między książki i kajety, przy-
szły wakacje, po nich nowe podręczniki i nowe zeszyty7, i dopiero
przy uprzątaniu starych szpargałów* wpadł mi w ręce tom śnieżno-
białych kart. (...)
Kronikę ukrywałem wstydliwie na półce między „Fajcingerami”.
Tak się nazywał wydawca, gdzieś bodaj na Śląsku, który chłopców
w moim wieku zaopatrywał, za skromną opłatą, w cienicie tomiki
wstrząsających opowieści z kolorowym obrazkiem na okładce. Były
tam „Wielkie skarby złota w Sierra Nevada” i „Kama Samojed-a ,
i „Pożar lasów”, i owo „---- -
lić, żeby uzbierać bogactwa godne padyszacha .
Jakże je pożerałem! Do dziś dzwoni nu w uszach zdanie. ,,
w życiu ludzkim chwile, które nazywamy momentami, a v. k oi y ,
_ k p^ don Pedro, gdyi do — »b^ bhdy zelota
Samuel, krzyknął: Indianie, i zemdlał .
___________________________
55
Pole diamentowe”, gdzie dość było się schy-
Samueb nZ' niZŁZ d”
““"ZZrJZZZ mu Ma ^eiona z m-
zasługują na imano „momentów ,
246
niki. A łowiłem o (niesprawiedliwej) dwójce z niemieckiego, o tym,
jak piegowaty Karol ukradl bulkę z szynką, i oczywiście — o dwu-
dziestostopniowym mrozie, dzięki któremu nic poszedłem do szkoły.
„Mama — pisałem — zamknęła wodociąg i kazała w kuchni postawić
beczkę z wodą”. A później, pod jakąś styczniową datą, wielkimi,
rozstrzelonymi literami: „PĄCZKI”. (...)
Zarówno przez moją niedbałość, jak i z braku faktów godnych
pamięci kronika nudziła się w swych czystych kartach. Aż raz na
jedną z nich spadły wiersze. Jak to się stało i dlaczego, nie wiem.
Zaczynało się to od słów:
Widać namiotu białe płótna,
To obóz wodza, Rabarutna.
Rzecz zapewne działa się w pustyni, może nawet księżyc świecił.
Niestety, byłem niewolnikiem rymu*. Nieopatrznie wprowa-
dzone w drugim przypadku imię wodza nastręczało tak dokuczliwe
trudności, że kiedy w końcu nie dało się ominąć mianownika, a w ża-
den sposób nie mogłem go ukształtować, cała ta powieść poetycka,
tak malowniczo zaczęta, wyzionęła ducha na krzyżu zamaszystych
przekreśleń. (...)
Śniegiem podartych kartek obsypałem pakę na śmiecie, do której
ktoś właśnie wytrząsnął pokra ne w talarki orzechy, pozostałe po
odcedzeniu nalewki*. A w kronice zapisałem: „Postanowiłem nigdy
więcej nie posługiwać się mową wiązaną”. Ilekroć mijałem
pomnik Mickiewicza, powtarzałem sobie ten ślub z chmurnym spoj-
rzeniem ku szybującemu nad poetą geniuszowi*. Tam dopadł mnie
Słowacki.
Był wczesny wieczór listopadowy (...) Gromada chłopców w mo-
im wieku wyroiła się z księgarni Altenberga i tym samym gło-
sem, jakim wołali: „Wiek Nowy!” albo „Gazeta Wieczorna!”, krzy-
czeli: „Słowacki! Słowacki!”. Urzędnicy z teczkami, nauczyciele
z wiązkami zeszytów pod pachą, panie zmierzające na ciastka, pensjo-
narki idące po trzy razem, przytulone do siebie wśród szeptów i śmie-
chów, nawet oficerowie z monoklem* w oku, zaglądający pod parasolki
pań — wszystko zatrzymywało się, ogłuszone tym niezwykłym
krzykiem. Trochę jakby odurzeni wyjmowali z kieszeni parę szóstek
i brali od chłopców zeszyty w różowej lub żółtej okładce, furkocącej
na v otrze. Tak Altenberg rzucił na spokojne miasto swoje popularne*
wydanie Słowackiego.
247
Ballad; ny". f ,
w fioteira,TO atramencie, wiu,ttX ’lxX!Ś •• ““ ?'
mnie zav sxe z rm i Rvl > 1 1 P°e/n wic ! i
nraw l-r ,M L > . . V ’ z blakl Porcelanową „umbra”*
przez którą przeglądał płonący knot jak rozkwitła róża i ki. He n.Ai
• lewacki pojednał innie z
leni do ręki dhtcą, -
< -oną piórem Klapsa, które
róża, i kiedy mój
• , , , - kucająca swe dobrotliwe światło na stół,
jest zdolna budzić we mnie ów uroczy n epokuj, który ciągnie pi-
- - • wiftj oic się nie v iJzi, o niczym
> ę nic myśli jest t}lko sumo łaknienie słów. Nio-ucy, dzisinj
nic pozwekm sobie na takie swawole, pochylam się nad k^rcą po
d irzjlej rozwadze i zazwyczaj wiem aż nadto dokładnie, czym ją
sarza ku karcie papieru:
\V tamtych zaś czasach nigdy nic naprzód nie wiedziałem: cz;,
będzie ballada*,
ped piórem W' zawrotnej grze niespodzianek. Zdarzały się i dramaty*
o rozwichrzonej konstrukcji, posępne, przeplatane komizmem tak
ponurym, że niech Bóg uchowa — samemu nutoi wvi mrówki cho-
dziły' po krzyżu. Szczególną cechą owych tragedii* było zdumiewa-
jące mnożenie się osób: wyrastały z każdej stronicy now e i nic prze-
widziane. Nigdy me dochodziło do ostatniego aktu. (.. . )
Epoka rymów trwali bardzo długo, tym bardzie, zc Ul.do
gfaSSli z rtadC, w rym rzep tycza >™ •
4ti, i przez to zbyt pochopnie lJ; i.„.bo
Mogę tobie oddać sprawiedliwość, ze mc byłem uy
^z boXr tu, ode
Udręce wybmlem jeden wiersz i. P 11 Poc^tek
czy sielanka*, a co do treści — rodziła się ona
f. z honor kl.tsy wymagał ode num
udręce wybrałem jeden wiersz • £W
.1 ... I ny* formy, kronj mnie
by) taki;
1y wHtonę i tlońcc...
Wid opi. wschodu sio,Sec i ndstcpowzl,
* «(*»" ' "„''I ..ird,., uo.. J™
l .ubl<b K
j.iki ś refleksje ,
imię i nazwisko, żeby nic h\ I » pnn 111 ’ , -iłuJem -ic. czy po i i .ić
kropkę, ale się । .m-siizuiuli m, I » ktoś nu r . d ... kr \ po na-
zv. isku oznacza brak wyobraźni. Sj r ludz.km ws/} aku dziesięć
razy, zanim włożyłem do koperty 1 długo się odągakm z zakleje-
niem. Teraz adres i znaczek. (...)
Nic wiem, jak doszło do tego, że wrzuciłem list d> skrzynki.
rMe pamiętam doskonale to czamn-żółte pudło bLazane na rogu
ulicy Mickiewicza: snadź rzadko było odwiedzane, bo moja koperta
stuknęła o dno głucho jak w pustce. „Powinienem był napisać parę
słów do redakcji”. Machnąłem ręką i pogwizdując szedłem do kina
na szóstą serię „Nędzników”. Powtarzałem sobie szeptem obie moje
biedne sekstyny. „Będą niemądrzy, jeśli to umieszczą! ’
Zmieniłem jednak sąd o „nich”, gdy umieścili. Jak zawsze,
kied} się czegoś bardzo pragnie, stało się to tak poźno, żc samo prag-
nienie zdołało zwicirzeć doznałem słabego wrażenia Ale rzecz dziw-
na: pismo nie b* lu wcale poczytne, a wszyscy ten właśnie numer mieli
w ręku. Koledzy, nie wiedząc dokładnie, jak się zachować w takim
wypadku, dab mi kilka szturchańców (...). Paru profesorów pośpie-
szyło wyrwać mnie i zawstydzić bodaj w drobnych uchybieni, uh.
„Pisanie wiersz} nie zwalnia od logarytmów*, raczej przeciwnie —
p .. iedzial nasz matematyk, gdy się pociłem przy tablicy.
Do mojej macki, aby ją pocieszyć, przyszły ciotka i jedna z przy-
j b.k nosząca binokle i słynąca z wymowy. Mówiły tak głodno,
z?l żd słowo docierało do mojego pokoju.
— O, tak, moja droga, to już wejdzie w nałóg* i odt:.d zawsze
będzie pisał do gazet...
— Nie, nic. Nie martw się, Julciu, on jeszcze prawie dziecko.
Z biciem serca słuchałem głosu matki:
— Ja? Ani mi się śni. Dlaczego miałabym się martwić?
Fragmenty op. wiad-ima
ze zb ru pt. ,JZc’^F d ecnij
/Fragment/
Julian Tuwim
Obłoki leżą w stawie
Jak płatki w szklance wody.
Laską pluskam ostrożnie,
Aby nie zmącić pogody.
STROFY O PÓŹNYM LECIE
Słońce głęboko weszło
W wodę, we mnie i w ziemię,
Wiatr nam oczy przymyka.
Ciepłem przejęty drzemię.
Z kuchni aromat* leśny:
Kipi we wrzątku igliwie.
Ten wywar sam wymyśliłem:
Bór wre w złocistej oliwie.
I wiersze sam wymyśliłem.
Nie wiem, czy co pomogą,
Powoli je piszę, powoli,
Z miłością, żalem, trwogą.
I ty, mój czytelniku,
Powoli, powoli czytaj.
Wielkie lato umiera
I wielka jesień wita.
WSPOMNIENIE O WŁADYSŁAWIE BRONIEWSKIM
Lesław Marian Bartelski /Fragmenty/
yłem u niego w te „dni przedostatnie”,
jak je nazywa w swojej poezji Norwid,
gdyż zadzwonił do mnie niespodzie-
wanie z lecznicy rządowej w listopadzie
1961 roku, prosząc, by go odwiedzić. Nie wiedziałem nawet, że jest
poważnie chory, dopiero co wróciłem z Paryża i uganiałem się za I
swoimi sprawami. Ktoś mi tam powiedział, że Broniewski czuje
się źle, ale znając jego żelazne zdrowie, sądziłem, że coś chwilowego
i niegroźnego zapewne. W pierwszej chwili, gdy odebrałem telefon,
nie poznałem głosu poety; z mojego zaskoczenia wywnioskował, że
nie znam jeszcze szczegółów choroby. Nie spodziewał się, że ma aż
tak zmieniony glos. — To chrypa — powtarzał. — Przeziębiłem się
w czasie wakacji.
Najgorszy byl moment wejścia. Leżał na łóżku blady, twarz mu
wychudła, zmalała i zszarzała, wokół ust porobiły się bruzdy. (...)
Narzekał, że lato było chłodne, Bałtyk zimny, i źle się stało, że nie
wyjechał do Bułgarii. Przeziębił się nad morzem i od tej pory7 nie
może pozbyć się chrypki. Narzekał również, że kłuje go w płucach,
zwalał to przecież na komplikacje po przeziębieniu. Patrzyłem na
niego w milczeniu, byłem tak przejęty, że nie potrafiłem powiedzieć
paru zdawkowych słów. Schudł bardzo. Mówił wolno, jakby długo
namyślając się, i drażniło go to, że glos brzrmał inaczej. Martwi! się
tym faktem, miał nadzieję, że wszystko minie i znowu będzie mógł
recytować swoje wiersze przy wypełnionej jak zawsze sali.
Zjawiła się pielęgniarka, ktoś przyniósł kwiaty, na stoliku nocnym
piętrzył się stos książek, wchodzili przyjaciele i znajomi. Pokój za-
pełnił się, Broniewski każdego wchodzącego witał serdecznie, ca-
lowa! się z nimi, przyciskał do piersi. Mogłem się wtulić w fotel
i ukradkiem obserwować, jak ożywił się, gdy widział wokół siebie
parę osób. Z natury towarzyski, powiedziałbym nawet, że nie umiał
żyć bez ludzi. Nieustanny kontakt z nimi poprawiał jego samopo-
czucie, i to nic tylko teraz, w okresie choroby, ale i w codziennym
życiu. Słynne były też jego nocne telefony: dzwonił do przyjaciół,
a także znajomych, czytał im ostatnio napisane wiersze lub dysku-
tował na temat wydarzeń literackich.
Był mężczyzną wspaniałym: przystojnym, o twarzy władczej,
fizycznie niesłychanie silny, wytrzymały, doskonały taternik* i świet-
ny piechur. Umiał być na swój sposób arbitralny*, wyniósł to z lat
młodości i męskiej dojrzałości, kiedy dowodził kompanią wpatrzo-
nych w niego z uwielbieniem żołnierzy. W jego życiu na miarę po-
wieści było sporo z legendy*, pięknej i zarazem tragicznej jak w na-
szym kraju. Poeta i żołnierz; Virtuti Militari i cztery Krzyże Walecz-
nych; rewolucjonista i buntownik; (...) więzień i tułacz.
Cenił bardziej niż ktokolwiek inny ludzką przyjaźń i jego willa
przy ul. Dąbrowskiego 51 zawsze była pełna gości. Olbrzymią ja-
dalnię z widokiem na ogród zaprojektował na życzenie poety’ inż.
Mokrzyński i pokój był tak urządzony, jak sobie Broniewski wymarzył.
Sporo zieleni, agawy, na dywanie rozciągnięty rudy Lepek, piękny
i duży seter irlandzki. Kiedyś ocierał się o kanty mebli puszysty
Kitolio, wzięty jako mały kotek od naszych wspólnych przyjaciół
z Antałówki w Zakopanem. Kiedy zdechł, poeta me chcial juz mice
w domu innego kota. Zbyt przywiązywał się do zwierząt, aby nie
odczuć tej straty. Na trzy dni przed śmiercią, kiedy jechado łoż-
o Własnych Sitach, podtrzymywany prz^t żoną w halluusmdł
i odpoczywał. Miał świadomość, że odchodzi, i po bohaters - g
252
NAD WISŁĄ SIĘ URODZIŁEM .
I Pład)' siato Rrometi1 h
Nad Wisłą się urodziłem,
wszystko tu słyszę,
wiem, jakie ptaki są mile,
znam każdą ciszę.
Jest ru pogoda, jest burza,
ja jc rozumiem.
Burza się z chmurzysk wynurza,
ja też szumią.
Popatrzę na to wszystko, pomyślę;
usnę na chwilę,
a poemat będzie o Wiśle,
może go ptaki wy kwilą?...
Jeszcze nieprędko umrę,
ale czy zdążę napisać,
że konwalie są 1 ż 1 zumne,
konwalie i ich pisarz,
który kocha matkę umarłą
juk ziemię-matkę,
któremu lżej by >i /marlo,
gdyby mógł na osutku
Myśl
nieulękta.
Samuel Eliot Mormon
wachty *
I mój duch masztu lotem buja śród odmętu,
Wzdyma się wyobraźnia jak warkocz tych żagli,
Mimowolny krzyk łączę z wesołym orszakiem,
Krzysztof Kolumb (1451—1506) — słynny żeglarz wlotli u słuJbir
Hiszpanii; odkrywca Ameryki (rok 1492). Żarnie nr mzej op ia-
dame o pierwszej z czterech jego podróży do Anu-iykl <c»t u;:r c:.ie:n
dłuższej opowieści pt. „Krzysztof Kolumb”, nap anej w 1954 ru' u । i cz
Amcr)kamua Monsuna.
PIERWSZA WYPRAWA KOI
ŻEGLUGA
Adam Mickiewicz
Szum większy, gęściej morskie snują sic straszydła;
Majtek wbiegł na drabinę: gotujcie się, dzieci!
Wbiegł, rozciągnął się, zawisł w niewidzialnej sieci,
Jak pająk czatujący na skinienie sidła.
Wiatr! wiatr! Dąsa się okręt, zrywa się z wędzidła.
Przewala się, nurkuje w pienistej zamieci —
Wznosi kark, zdeptał fale i skroś niebios leci,
Obłoki czołem sieka, wiatr chwyta pod skrzydła.
Wyciągam ręce, padam na piersi okrętu
Zdaje się, żc pierś moja do pędu go nagli:
Lekko mi! rzeźwo! lubo! wiem, co to być ptakiem.
r itki mkną przed siebie, kołyszą się.
prują wodę i pryskają pianą, księżyc
srebrzy białe falc piętrzące się przy
burtach* i odbija się w gładkim lustrze
morza poza rufą*. „Finta” płynie prawdopodobnie o ćwierć mili*
w przedzie, „Santa Maria” po lewj stronie, „Nina” 1 — po prawej.
To jeden, to drugi statek wyrywa się do przodu, lecz wszystkie płyną
z maksymalną * szybkością. Kończy się szósta klepsydra1* wachty”
nocnej, wraz z ostatnimi ziarnkami piasku kończy się też era histo-
ryczna, której początek sięga zarania* dziejów. Jeszcze kilka chv.il.
a przeznaczenie odwróci klepsydrę i zacznie odmierzać nową epok
w której i my żyjemy. (...)
Dnia 12 października o godzinie drugiej po północy Rodrigo
de Triana, „oko” „Pinty”, zauważył coś w rodzaju białej skały mi-
gocącej w blasku księżyca i zakrzyknął:
: „Ticrrał Ticrraf' (Zi mia
Ziemia!). Kapitan Pinzon, przekonawszy się, źc tok jct istohhc
dal umówiony znak — w strzał z armaty, i skrócił żagle, aby ol rę
fłanowy 2 3 módl dupętlzlć .Pinię Kiedy „Santa Maria zbhzyla •
Kolumb zawołał z niej:
2 Klepsydra — tu: przyrząd do mierzenia czasu, w pn-aad <1 u ’ <d
Ł.tklguych nabyli policzonych wjakim kanalikiem, pn .-z la -ry pr» !•
lub przepływa woda. Odwrócenie klepsydry ^opróżnionym lua.^u.-n > • dii je>t
uząikicm odmiciza-iu nMtepnej iednr*’ki cz"->tL
o . Job iz>5Włyvh
podobicmtwx.m bowiem bxlo u budzić u wyroku postawionych
osobistości u ll^-paiui żarnu rccwanie samym tylko opisem kraj-
obrazów, pi/\. J . i l< J i na Kubie Kolumb nic odważy! się nawet
«i a - • • • • * *
r> —
obraz* w, pi vrcd\ i lud i na Kubie
'' rai ii ię do mai Hlucj tr<twy, aby zcjk.i.,;
buru; . R.idh>U'legrafmii rozpaczliwie wyrtukuje jeszcze sygnał SOS.
Nic wie, żc wołania o ratunek nikt nie słyszy. Radiowa-jj uszko-
d- ma.
Tłumaczył Brooubw WofdcchcwJd
SIEDEMNASTU Z „DERKACZA* i 1 r &
o 22 dniachnoluwów na Alorzu Białym
angielski łfiHner* rybacki ..Arctic Vi-
king” \ zmagając się z ogromnymi fa-
lami i szalonym wichrem, zbliżał się
ma ci erzyste go portu Hull * W ładowniach znajdował się obfity
’E w — 1400 beczek ryb. Załoga powoli przygotowywała się do
zejścia na Ląd. Ci, którzy nic pełnili służby na pokładzie, pakowali
swoje mary narskie worki Do brzegu było już niedaleko, ale wiatr
SEsfc się wzmagał. Fale przewalały się co chwila przez pokład i choć
trawler nic należał do najmniejszych, stał się zabawką dla morskiej®
żywiołu. To zapadał się, to znów wyskakiwał na grzbiety fal.
Była 830 rano, gdy krzątający’ się w kajutach* rybacy usłyszeli
ogłuszający* huk. Ogromna, wysoka jak kamienica fala runęła na nile*
statku. Woda dotiaJa się do wnętrza, zalewając maszyny. Trawler
gwałtownie się zanurzał. Ci, którzy byli na pokładzie, od razu zro-
zumieli: to już ostatnie chwile. Jeśli statku nie wywróci następne
uderzenie fali, to rozsadzi go wybuch kotłów w maszynowni. Kapitan *
Gam er rztića więc r Icaz. wygasić paleniska, wypuścić parę, opusz-
czać natychmiast Matek!
W ostatniej ch 1 iii tratwa zrarajc zepchnięta w spień;
c lale.
I idzie, nic zdążywszy nawet założyć kamizelek ratunkowych, skaczą
za burtę w lodowatą toń. Równocześnie następna fala, niczym taran,
uderza nit wę nv trawler z boku i przewraca go do góry dnem.
( i. którym udało się już dostać na tratwę, z przerażeniem pauzą,
j ik resztę ich kolegów fale rzucają w pobliżu zanurzającego ię sutku.
Ludzie na tratwie są bezsilni, nic mogą nic zrobić, b> zbliżyć się
i wciągnąć do siebie towarzyszy. A jest wśród ruch najmłodszy z całej
•ułogi, 15-lctni Clark1, pomocnik kucharza. Na szczę <ie falc wyrzu-
ci.ią i jego. Chłopiec jest ostatnim z z^sych, którzy’ dostali się na
i iwę K.ipii i i bc/\ rozbitków. C. teniastu Brakuje piecu Dla nkh
nic L Jo już ratunku Znaleźli grób u falach Mora Północnego.
\, tej samej di wili polski lugrotrawlci * ze Szczecina — .,Dcr-
k^r<\ pLnący p< 1 dowództwem młodego, ale doświadczalnego
I« ip i na R\ ar la M< -’1 k ziyl.uł niczym w przgruśa — między’
drugq lalą. Pud »bnic jak inne .•tarki rybackiekon cal] m?cą
ma n &$• mc' »z.l, czyli [ I nął p <1 wiatr i fule, aby schronić się do
najbliższego p rtu.
Była gnŁ ia 11 Kapitan Ślęczka wyznaczał właśnie ru mapie
ycję km k »o statku, gd> stojąc)’ obok mego I oficer Józef Krr-szto-
|n ki, wpatrujący się bez przerwy w morze, kliknął „Tranra,
raebitkowic**!
J ii । ni | »r ». fd.inie lui fali rozl łj !a fosforową pocho.lnia —
wołam? o ratunek.
— Ahim! C ulowi k za burtą! — zagrzmiał w męgafon* L piran
SIęc ka Dla marynarzy na całym święcie do slow tych nie trzeba
wyptómeń W m oka część zali gi „Derkacza’*, ubrana v kami-
zdki ratunki / ze, znalazła się na pokładzie.
Ka Hub D ;rk aż ii/i> czv pod naporem fal, silnik wibruje
to nu v uikich u) na rud ich obnucli Kapitan raz po raz wydaje
261
komendy: „mała naprzód”, „stop”, „ster w prawo”. Dziób „Der-
kacza” zbliża się do tratwy Musi być jak najbliżej. aby rozbitkowie
mogli złapać rzuconą im linę. Dlatego trzeba wykonać kolejny karko-
łomny wprost manewr. Kapitan Ślęczka znów decyduje się zmienić
kurs statku. Trudno, co będzie, to będzie!
Trawler na chwilę znajduje się w pozycji bokiem do fali. W każdej
chwili mcże zostać przez nią uderzony i wtedy podzieli los angiel-
skiego „Vikinga”.
Ale udało się! Dziób „Derkacza/^ przeszedł tuż obok tratwy.
Anglicy zdołali uchwycić rzuconą im linę. Teraz polscy rybacy
wciągają ich na pokład swojego statku.
*
Załoga „Derkacza” robi wszystko, co w jej mocy, aby po okrop-
nych przeżyciach angielscy koledzy przyszli do siebie. Odstępuje
im swoje koję*, pościel, pożycza ubrania, karmi i poi. Ze szczególną
troską spotyka się najmłodszy z rozbitków, 15-letni Clark.
*
Tymczasem wichura znów się wzmaga. „Derkacz” jest już wpraw-
dzie niedaleko od angielskich brzegów, ale niebezpieczeństwo nie
mija. Radiotelegrafista nawiązuje łączność z innymi polskimi statkami
znajdującymi się w pobliżu.
Ze statku-bazy „Kaszuby”, który ma na swoim pokładzie lekarza,
załoga „Derkacza” co chwila otrzymuje polecenia, jakie dawać roz-
bitkom lekarstwa.
Pełną mocą swych potężnych maszyn płynie do „Derkacza” nasz
wielki holownik ratowniczy „Koral”. Wkrótce towarzyszy lugro-
trawlerowi w dalszej podróży. Ale nie na długo. Holownik musi
spieszyć z pomocą gdzie indziej: w radiotelegrafie znów rozlegają
się sygnały SOS, płynące z jakiegoś statku.
Dopiero po dwóch dniach morderczego wysiłku „Derkacz ’
wpływa do ujścia izeki Humber 1 i zbliża się do portu Hull u wschod-
nich wybrzeży Anglii. Nasz statek wygląda opłakanie: połamane
maszty, pozrywane liny, zniszczone anteny radiotelegrafu. Bialo-czer-
1 Czytaj: hamber.
wona bandera jest opuszczona do połowy masztu na znak żałoby po
zaginionych pięciu angielskich rybakach.
* -----------------
Do portu w Hull wprowadza „Derkacza” honorowy pilot. Na
nabrzeżach tłumy ludzi. Zebrały się też rodziny ocalałych rozbitków.
Wszyscy chcą polskim rybakom wyrazić wdzięczność. Toteż po ode-
graniu przez orkiestrę polskiego i angielskiego hymnu narodowego
do naszych chłopców wyciągają się tysiące przyjaznych dłoni, zasy-
pywani są stertami kwiatów. Nie brakło oczywiście i angielskiego
„Sto lat...”.
Potem lord-major, czyli burmistrz miasta, gości u siebie załogę
„Derkacza”. Kapitan Ślęczka otrzymuje od niego herb miasta Hull.
Posiadanie herbu jest według zwyczajów angielskich zaszczytnym
wyróżnieniem i nadaje posiadaczowi tytuł honorowego obywatela
miasta oraz zwalnia jego statek od opłat portowych i celnych, obo-
wiązujących w tym mieście. „Derkacz” jest drugim — po statku
handlowym m/s „Jarosław Dąbrowski” — statkiem polskim, który
takie wyróżnienie otrzymał.
Przez kilka dni pobyt załogi „Derkacza” w Hull był dla miesz-
kańców tego miasta prawie świętem Każdy chcial gościć polskich
rybaków.
Ale wśród tych objawów wdzięczności najważniejsze są chyba
słowa: „Polscy rybacy pokazali, jak wygląda braterskie współżycie
na morzu”.
Gazety angielskie na pierwszych stronach zamieszczają zdjęcia
polskich rybaków. Radio i telewizja przeprowadzają z nimi wywiady.
Z Hull do Szczecina nadeszły też listy takiej oto treści:
„Wasz statek „Derkacz” uratował 14 naszych ludzi, a Wasz miody
szyperi! okazał się pierwszorzędnym żeglarzem, ocalając naszych
rybaków”.
„...niczym rodzeni bracia rybacy’ polscy nakarmili i odziali
naszych ludzi...”
„...piszę także do ambasadora polskiego w Londynie, aby prze-
kazano nasze stokrotne podziękowanie dla rządu polskiego. Brater-
stwo ludzi morza zostało dzięki temu całkowicie podtrzymane i stało
się wspaniałą demonstracją* dobrej woli”.
*
263
Nic mniej serdeczne jak w llull było powit anie na.zych dzielnych
n baków w ich macierzysty n porcie., w Szczecinie. I tu wiwatom
i całusom „z dubeltówki" nie było końca. Młodzi bohaterowie zostali
udekorowani medalami „Za ofiarność i odwagę" i odznakami „Za-
służony Pracownik Morza”.
Siedemnastu marynarzy z „Derkacza” ze swym 24-lctnim kapi-
tanem może służyć za wzór wiszystkim ludziom morza.
przymknął powieki, chwilę — zda się — drzemie,
nagle wprost w słońce spojrzał i natchniony
zatrzymał Słońce i poruszył Ziemię.
Mikołaj Kopernik (1473—1543) — słynny astronom polski, a także matematyk,
pra nik, lekarz i ekonomista. Dokonał odkrycia, że Ziemia obraca się dokoła Słońca,
co prowadziło przewrót w dotychczasowej nauce. Urodził się v; Toruniu, studiował
. Krakowie, Bolonii, Padwie i Ferrarze we Włoszech. Od 1497 roku prowadził obser-
wacje astronomiczne wc Fromborku,
KOPERNIK
IW / Ą1 rZdt;' Bro lie ' i
CHŁOPIEC Z ALZACJI / Olga Kuzniecowa
Ludwik Pasteur (czytaj: pastor; 1822—1895) — znakomity chemik
i bakteriolog* francuski. Największym dobrodziejstwem dla ludzkości
było wynalezienie przez niego szczepionki przeciwko wściekliźnie. Za-
mieszczone niżej opowiadanie jest fragmentem dhi/izci or- . .i pi-
sarki radzieckiej Olgi Kuzniecowej pt. „Wróg pod nukx<Mkopcm'\ p«ji .nę-
conej jego życiu i pracy naukowej.
Noc roziskrzona gwiazdami, pogodna —
to pora pracy. Astronom na wieży
patrzy na gwiazdy. Ręka jego chłodna
ujmuje cyrkiel, który wszechświat* m rzv.
Wielki Wóz sporo już objechał nieba,
niedługo błyśnie sierp księżyca blady ..
Sam przeciw gwiazdom! Odwagi pon-zŁ i
temu, kto wnika w krążące miriady*
światów i myślą je mierzy z daleka...
O, Drogo Mleczna, Plejady i Wagi!
O, Słońce! Lęka się serce człowieka.
Kopernik szepcą: — Odwagi, odwagi!
Alyśl nieulękla ku gwiazdom się z\ raca,
szukając prawa, które wszystkim rządzi.
Cyrkiel i karta, rachunek i praca —
tyle wystarcza, by w niebie nie zbłądzić.
Bicdf ; juś gwiazdy. Astronom zuużt ay
u ktoś do pana, panie profesorze —
rozległ się w drzwiach wylękniony
szept.
— Kto? Jestem zajęty... — Pasteur
gotów był krzyczeć. Tylko obawa, że przeszkodzi laborantom*,
powstrzymywała go od tego. Zaraz pizyjdę szepnął.
W gabinecie Pasteur zastał dziwną grupę- Średniego wzrostu
mężczyzna, nieokreślonego wieku i zawodu, miął w rękach nieokreslo
nego koloru kapelusz. Obok niego stała młoda kobieta. Na twarzy
jej malowała się rozpacz. Kiedy Pasteur wszedł do pokoju, kobieta
podbiegła do niego. Zauważył, że za jej plecami chowa się mały
chłopczyk. Pasteur uścisnął wyciągnięte ręce kobiety .
— jesteśmy z Alzacji. Mój syn ma dziesięć lat . chodzi do szko-
ly... W sobotę rano napadl na niego wściekł) pies.
265
— Wsnrkły pies?!
— Tuk, wściekły pies. Doktor powiedział... doktor powiedział,
ze pan h 4 icdv:Ąm człowiekiem na święcie, który może uratować
mego synka!
— Uratować Ja — Pasteur spojrzał na kobietę z zakłopotaniem.
— Proszę mi opowiedzieć wszystko po kolei.
— Alei op wiedziałam panu! Jesteśmy z Alzacji. To mój syn,
Jozef Mcistrr 1 Ma dziesięć lat.
Pasteur podszedł do chłopca.
— Czy przepalono mu rany? — spytał.
Kobieta potrząsnęła głową. Niebezpieczeństwo grożące Józefowi
Meis terowi było oczywiste. Gdyby miejscowy lekarz od razu przy-
palił rany, można by jeszcze żywić nadzieję. Ale teraz, kiedy jad
zdążył przeniknąć do organizmu, kiedy powoli, lecz nieubłaganie
zmierza do mózgu, nie ma prawie nadziei.
Pasteur obejrzał rany. Było ich czternaście. Na ręce i na nodze.
Były bardzo głębokie.
Uczony powiódł wzrokiem po obecnych. — Co mam teraz zro-
bić? Co mam teraz zrobić? — mySlał. — Oto przyszedł tak długo
oczekiwany człu .ick. Człowiek, którego mam uratować od śmierci.
A jeżeli tylko przyśpieszę jego śmierć? (...)
Pasteur spojrzał na kobietę z serdecznym współczuciem.
— Niechże się pani uspokoi... Poradzę się przyjaciół. Dobrze,
że to tak niedawno... Wypadek zdarzył się w sobotę?
—W sobotę. Czwartego.
— A dzisiaj dopiero szósty! Co za szczęście, że dziś dopiero
szósty! Niechże się pani nie niepokoi! Pomówię z przyjaciółmi
Mozę Może uda się nam pomóc pani. Bardzo mc zli " A rm-
czasem — dodał — trzeba zatroszczy ć się o miesz! anie dla pansr j
i o obiad!
Przyjezdnych ulokowano w pokoju przyległym do pracowni
Narzuciwszy pelerynę, Pasteur wyszedł na ulicę. Kapelusz trzy-
mał w ręce i d piero gdy doszedł do Akademii ' kd i rp strzc: L
żc całą drt ?ę prz byl z obnażoną* gkr a. Opu wiedział v uipia.tu.vi -
o wypadku chłopca z Alzacji.
— leżeli p in pozwoli, przyjdę do par.a i obejrzę go — zapropo-
nował Vulpian.
W* dwie godziny pó niej u< '-ni weszli do Jornu przy
ulicy Ulm. Byl z mmi również jeszcze jeden członek komisji —
doktor Grancher1. Wszyscy trzej uważnie zbadali chłopca.
— Musi się pan zdecydować na szczepienie! Musi pan?
— Dośw iadczenia z psami są dostatecznie przekonujące.
Pasteur trząsł się jak w febrze*. Bez szczepią! chłopiec zginie?
Straszny jad zrobi swoje.
— Ma pan słuszność, trzeba się zdecydować — rzeki cicho
Pasteur.
\X itczorcm przed obcy mi ludźmi w białych fartuchach •nał wy-
trą zony cldopaczek. Obracano go na wszystkie strony, oglądano,
badano. Obcy pancwie kiwali nad nim głowami i coś cichu szeptali
do siebie. U końcu położono go do łóżka. Chłopiec naciągnął kołdrę
na głowę i przyczaił się. Jeżeli będzie udawał, że śpi, to go na pev.no
zostawią w spokoju.
Past-ar usiadł na brzegu łóżka. Powoli ściągał z głowy’ chłopca
kołdrę.
— Ja śpię — krzyknął malec — ja śpię!
— No to śpij sobie, śpij kochancczku. A kiedy się obudzisz, to
ci pokaźę białe myszki.
— Białych myszek nie ma...
— Owszem, są.
— Nie ma — powtórzył cW 'piec.
Al. ciek iv u c przez '.ytiężyki w nim strach. Wylazł spod kołdry’
i zapylał:
— Naprawdę są?
— Napnwdę.
Vul| ian n r-.wał strzykawkę. Chłopiec marzy! o białych myszkach.
p trywul się w poważną, starą twarz uc: onego. Nie zauważył,
j. k \rulpian vzęczał Pasteurowi strzykawkę. Ko!’.ra isdw inęłn się
i ikoś s.tma. Pasteur wbił igłę. Ból m ? ti wal długo. Lzy szybko oschły.
— Kiedy zobaczę tc białe my jdu?
— Kiedy się naprawdę prześpisz.
Chłupczyk uśmiechnął się.
1
taj: grtiti-rzo.
— Uratuje jjo — 1' Mcister chwyciła Pasteura za ręk;
— O> umnae po p*n’
Pasteur mikal MJc..y wyszedł z pokoju* W uszach brznualy
mu sk>wa rucswc;ędiwrj matki: „Uratuje go pan?’’
Oy go uratuje* Kto wie! Pocrąwszy od tego dnia, codziennie
będzje ziccc; ał crłowSckowi śmiertelny jid. Codziennie będzie
ns*ęks -at dozę* tego jadu. Codziennie! A jeżeli jego nauka o za-
p^ępnuu chorobom jest blędru? Jeżeli organizm nic wy tworzy
u pa~ę oJtr. tki? Jeżeli jego szczepi-, nki tylko przy pro >4 ro wój
v cckLrny '? Jeżeli organizm ludzki wbrew v czclkirn rozumów.mi om
mc podleca ogólnym prawom fizjologicznym *?
Bzdury! Badury! Gri roz trojonej wyoliaiiu! Człowiek n^.m
r.rt r.żni ®ę od zwierzęcia. X czym’ T. j swoim rozumem, t\Lkj
sęą tck umną w\>14. Szczepionki* p. rylcU -o • p aro! -nc na psach,
nae riwjodą i w rvm wypudku .* Tak. Tik. Szczepionki watuj4
ctow>d a. Narwa cic on, Pasteur, warują c Uwteka!
A jeżeli me?
Dm wkkk się nieskończenie wolno. F ż ran k, upalne po-
południe, «arv wieczór, a po rum czarna m.-c. W Bocy nadzieja spi,
niepokój czuwa. O, żeby już prędzej zaświtał różowy ranek!
Brzask rozpraszał mrok nocy. Lecz niepokój me ustępów d
Pasteur wszedł do pokoju pani Mcister Uważnie wp isywał się
w *: \rychodzoną twarzyczkę dziecka. \X napięciu szukał na niej
amak zh.ui3fcixj się choroby. Ale twarzyczka zaokrigUta się i ró-
Ł tnah coraz bardziej. Chłopiec czuł aę znakomkie Widział już
1 Uale 1.. sw. i ś. inki morskie, i małpkę. Zaprzy jaźnił ię ze starym,
dobrotliwym panem Pasteurem. Pan Pasteur niczego mu me odma-
wiał. Tylko na jedną godzinę przeobraża! się on co dzień w surowego,
nie dającrgu się przebłagać profesora. Była to godzina szczepień nr
Chl ^’cc rx rodził k z n m nicuniknionsm ziem Zr M u 0
ukłucia b.l uk automy * w ponównaiuu z c idami, * j^iue obli’ -
u a! d
byhi ro t orem uwierającym wirira * N.n-^ej-- m, 1
dziahijącm jadon wścieklizny. X.- a zmarszczka ] 1
iM3MX«o Praazcdi go nmny dreszcz. „Morderca. Morderca
Pacrcur chwycił płaszcz i w.biagł na ulicę
__ Dokąd iU? Dokąd mam iść, ja, morderca dzieu*
— Co panu jest, profcior/;? — GrancIrT akurat wchodził do
1'Jin Uh-\ .1 ’.'n, d i z i n-J... :/awn-cd go z drngi
— Musi pan odpoc -jć — przeto nyt ii Pasteura. — Niech pan
jodzie na wieś, choćby do Arbois' I niech pan nic dręczy nie-
potrzebnie. Uratował pan naszego malca Cl I topit-c nie może adw-
rowsć na wściekliznę. Nie może' Pan doskonale o tym wie.
Nazaiutrz pani Mcister odprowadzała na d rzec «*< o zbawcę
Inaczej Pasteura nie nazywała. Uczony poc-1 .ał Jt w rękę i wsiadł
szybko do wagonu.
— Za tydzień ta kobieta będzie mnie przeklinała — myśtaL
..Przeklinała Przc-kli-na-la .* — stukały kota.
Pani Mcister pozostała z synem w Paryżu p <d opiera doktora
Granchcra. Chłopiec nadal czul się doskonale. Tę knil tylko bardzo
za kochanym panem Pasteurem.
27 lipca matka i syn pojechali do domu. Towarzyszył im Gran-
cher. Obiecał czuwać nad małym rekonwalescentem ‘ Niemal
codziennie wysyłał Pasteurowi telegramy o stanie admwia chłopca.
Pasteur uspokajał się po trochu Zdaje się... zdaje się. że uratowa-
łem człowieka!
W sierpniu przyszedł list do Arbois.
..Już wkrótce miną dwa miesiące od wypadku, a mały Master
jest zupełnie zdrów. Uratował pan życic malcowi i zarazem milio-
nom ludzi. Każdego z nas może pogryźć wściekły pies ł każdy z nas
będzie zawdzięczał swe.życie panu — Ludwikowi Pasteurowi,
jacielowi ludzkości!”
ŚWIĘTOJAŃSKIE ROBACZKI Ej C.
MarM Sklodowika-Curic (czyni: kitgl,
ucząc* polaka iwiłtuwtj ttawy i ourytnata maj
bta (1903 i 191t)a odkryci! w dnrdnA*
ucznn tti frarsewkjfTi Pu 'rew C e. a rata nsaiię f | sn
twórooiu*. Odkryły przez mUi r^A z •u-.
270
pomaga bowiem w zwalczaniu złośliwych nowotworów (raka! 7
czone mżej opowiadanie jest fragmentem ksiązk. pt. „Maria Cu3''"Z‘
Pisane, przez córkę wielkiej uczonej - Ewę Curie ’
ewnego dnia przed szkolą fizyczną
przy ulicy Lhomond1 zatrzymał się
ciężki wóz parokonny, podobny do
tych, jakimi wozi się węgiel. Zawia-
domiono Piotra i Marię. Wybiegli oboje, bez kapeluszy, bez płasz-
czów, w poplamionych, popalonych kwasami fartuchach laborato-
ryjnych. Piotr jest, jak zawsze, spokojny, ale Maria nic może opa-
nować podniecenia. To przecież jest smółka uranowa2, jej smółka.
Nie może ustać na miejscu, drży z niecierpliwości, biegnie za ludźmi
wyładowującymi ciężkie worki, nie chce czekać ani chwili dłużej, chce
natychmiast zobaczyć swój skarb, chwycić go w ręce. Rozcina sznurki
i zanurza dłonie w miałkie, brunatne, matowe grudki zmieszane
z resztą sosnowych igieł...
Tu kryje się rad. Stąd go trzeba wydostać — chociażby na to
przyszło poświęcić pół życia i przerobić całą górę tego proszku,
który wygląda jak wyschłe błoto, jak pył.
Szopa przy ulicy Lhomond jest kwintesencją* wszelkich możli-
wych niewygód. lecie z powodu szklanego dachu gorąco tak jak
w cieplarni. W zimie nic wiadomo, czego się bardziej obawiać: mrozu
czy deszczu. Gdy pada, krople spływają z głuchym, nieznośnym
pluskiem na podłogę i na stoły; Piotr i Maria starannie oznaczają
te miejsca, aby nigdy nie postawić tam żadnego przyrządu. Kiedy
przychodzi mróz, kostnieje się i nic ma na to żadnego sposobu.
Rozpalony do czerwoności piecyk staje się tylko źródłem rozczaro-
wań: tuż przy nim jest ciepło, lecz już o parę kroków dalej można
zmarznąć. , n. , r -_n
Lepiej jest zresztą od razu przyzwyczaić się do wszelkich zmi.
2 Smółka uranowa — minerał zawierający rzadko spotykane w przyi odzie pici
iastki* Między innymi ze smółki uranowej otrzymuje się rad.
temperatury i do pogody chociażby najgorszej; większość doświadczeń
i tak trzeba robić na podwórzu, pod gołym niebem, bo w szopie nic
ma ujścia (tzw. wyciągów) dla gazów. Tylko gdy przyjdzie nagła
ulewa, uczeni muszą na gwałt przenosić swoje przyrządy do szopy
i otwierając szeroko drzwi i okna, robić sztuczne przeciągi, bez czego
snadnie można by się tam udusić.
Maria zapewne nie chwali się lekarzowi tym specjalnym syste-
mem leczenia płuc zagrożonych suchotami*...
„Nic mieliśmy ani pieniędzy, ani laboratorium*, ani żadnej
pomocy, by wykonać to trudne i ważne zadanie — napisze kiedyś. —
Było to jakby tworzenie czegoś z niczego.
A jednak właśnie w tej nędznej szopie spędziliśmy najlepsze
i najszczęśliwsze dni życia, wyłącznie poświęconego pracy. Często
przygotowywałam tam na miejscu posiłek, abyśmy nie musicli prze-
rywać jakiejś szczególnie ważnej roboty. Czasami cały dzień schodził
mi na mieszaniu jakiegoś gotującego się roztworu mieszadłem prawic
równie dużym jak ja sama. Wieczorem padałam ze zmęczenia”.
W takich to warunkach pracować będą państwo Curie od 1898
do 1902 roku.
Przez pierwszy rok zajmują się wspólnie chemicznym wydzie-
laniem radu i polonu oraz badaniem promieniotwórczości. (...)
Ale rad uparcie chce zachować swą tajemniczość: ani myśli do-
pomóc ludziom, którzy go szukają. Dawno minęły czasy, kiedy
Maria naiwnie* sądziła, że odpadki smółki uranowej zawierają je-
den procent radu. Promieniowanie tego nowego pierwiastka jest
tak potężne, iż najmniejsza nawet jego ilość rozproszona w rudzie*
staje się źródłem uderzających zjawisk. Zjawiska te łatwo wprawdzie
stwierdzić i obliczyć, trudne za to, prawie niemożliwe, okazuje się
wydzielenie tej minimalnej ilości radu z rudy, z którą najściślej jest
związany.
Dni pracy zmieniają się w miesiące, lata... Piotr i Maria nic znie-
chęcają się jednak. Oczarowuje ich to ciało, tak silny im stawiające
opór. Złączeni wspólnym uczuciem i jednakowym umiłowaniem nau-
ki, prowadzą w swej drewnianej szopie życie „przeciwne naturze”.
„Byliśmy w tym okresie całkowicie pochłonięci nową dziedziną
wiedzy, która się dzięki niespodziewanemu odkryciu przed nami
otwarła — napisze potem Maria. — Mimo trudnych warunków
prac} czuliśmy się ogromnie szczęśliwi. Cale dnie spędzaliśmy w la-
271
kuratorium. W naszej ubogiej szopie panował wielki spokój; czasami
doglądając jakiegoś doświadczenia przechadzaliśmy się po niej wzdłuż
i wszerz, rozmawiając o bieżącej i przyszłej pracy. Kiedy było nam
zimno, pokrzepiała nas szklanka gorącej herbaty. Żyliśmy jedną tylko
myślą, jak we śnie.
Mało kogo widywaliśmy w naszym laboratorium. Od czasu do
czasu przychodził nas odwiedzić któryś z fizyków bądź chemików,
aby popatrzeć na nasze doświadczenia albo poradzić się o coś Piotra
Curie, którego kompetencja* w kilku działach fizyki była powszech-
nie znana. Zaczynały się wtenczas przy tablicy rozmowy, o jakich
się zachowuje najlepsze wspomnienia, gdyż pobudzają zaintereso-
wanie naukowe i zapał do pracy, nie przerywając toku rozmyślań
i nie mącąc tej atmosfery* spokoju i skupienia, która jest prawdziwą
atmosferą laboratoriów”.
Pozostając sami w swym nędznym królestwie, Piotr i Maria —
na chwilę odszedłszy od swych aparatów — rozmawiają czasem o tym
swoim ukochanym radzie w sposób, który przedziwnie łączy pod-
nioslość z akcentami niemal dziecinnymi:
— Ciekawa jestem, jak będzie wyglądał — powiedziała raz Maria
z gorączkowym zainteresowaniem dziecka, któremu przyobiecano
nową z^awkę. — Ty, Piotrze, jak „go” sobie wyobrażasz?
— Nie wiem —- cicho odparł uczony. — Chcialbym, żeby miał
jakąś bardzo ładną barwę. (...)
W czterdzieści pięć miesięcy od chwili, gdy małżonkowie Curie
ogłosili światu prawdopodobieństwo istnienia radu, Maria odniesie
wreszcie w roku 1902 zwycięstwo w tej lichwiarskiej* walce: wy-
dzieli jeden decygram* czystego radu i określi jego ciężar atomowy:
225.
‘^Nieufnym chemikom (jeszcze było kilku takich) nie pozostanie
nic innego, jak skłonić głowę przed faktami i przed nadludzkim
uporem tej kobiety, y
Rad istniał oficjalnie*.
Jest dziewiąta wieczór; Piotr i Maria znajdują się w swoim domku
przy bulwarze Kcllermanna 108, gdzie mieszkają od 1900 roku.
Bardzo im odpowiada ren domek. Wprawdzie od strony bulwaru
i fortyfikacji*, zasłoniętych trzema rzędami drzew, wygląda nie-
efektownie*: tylko szary, smutny mur widać stamtąd i wąską furrę.
Ale za to z tylu, za skromną piętrową willą ", kryje się zazdrośnic
272
przed ludzkimi oczyma niewielki prowincjonalny* ogródek, cichy
i dość ładny. (...)
Maria wykąpała i położyła córkę, przesiedziawszy potem długą
chwilę obok jej łóżeczka. To jest „rytuał”*. Irena, jeśli matki nie ma
przy niej wieczorem, gdy zasypia, poty ją będzie nieznużenie wzywać
swym osobliwym mianem „Me”, które dla nas obu na zawsze zastąpi
imię: „Mama”, póki Maria nie podda się uporowi swego czteroletnie-
go tyrana*. I dopiero, gdy jej równy oddech dziecka powie, że mała
zasnęła, schodzi z powrotem do Piotra, który już się niecierpliwi. (...)
Piotr przechadza się z wolna po pokoju. Maria siada, robi parę
ściegów przy obrąbku nowego fartuszka Ireny. (...)
Lecz tego wieczoru nie może skupić uwagi na szyciu. Wstaje
zdenerwowana.
— Gdybyśmy tak poszli na chwilę? — pyta nagle z akcentem
prośby, zupełnie zresztą zbytecznym, gdyż Piotr płonie taką samą,
jak ona, chęcią powrotu do szopy, którą opuścili zaledwie przed
dwoma godzinami. Rad — kapryśny jak żywa istota, zniewalający
jak miłość — wzywa ich ku swojej siedzibie, ku ubogiemu ich la-
boratorium.
Przez cały dzień ciężko pracowali i najrozsądniej byłoby teraz
położyć się odpocząć. Ale Piotr i Maria nie zawsze bywają rozsądni,
jak wiadomo. Kładą płaszcze i wymykają się szybko. Idą pieszo,
pod rękę, od czasu do czasu zamieniając parę słów. Minąwszy ludne
ulice tej odległej strony Paryża, fabryki, nie zabudowane place i ubo-
gie domy, dochodzą do ulicy Lhomond. Przecinają podwórze. Piotr
otwiera drzwi z klucza. Skrzypnęły, jak już skrzypiały tysiące razy:
co dzień, od lat czterech. Uczeni znów się znaleźli w królestwie
swych marzeń.
— Nic zapalaj światła — mówi Maria. I dorzuca z uśmiechem:
— Pamiętasz, jak kiedyś powiedziałeś mi: „Chciałbym, żeby rad
miał ładną barwę”?
Rzeczywistość, która zachwyca Piotra i Marię od kilku miesięcy,
jest jeszcze piękniejsza od tego naiwnego życzenia. Rad ma cechę
znacznie wspanialszą od „ładnej barwy” — jest świecący. I w ciemnej
szopie, gdzie jego cenne odrobiny w malutkich szklanych naczyń-
kach znajdują się — z powodu braku szaf — na stołach, na półkach
przybitych do ściany, fosforyzujące*, błękitnawe ich sylwetki błysz-
czą, jakby zawieszone w nocnej czerni.
Książka — 18
273
— Patrz... pauz! — szepce Maria.
Robi ostrożnie parę kroków,
suchenne krzesło. Siada —
po omacku znajduje wyplatane
w mroku i ciszy. Dwie twarze zwracają
się w stronę bladych błysków, tajemniczych źródeł promieni -2
w stronę radu: ich radu!l Pochylona, wpatrzona chciwie, Maria
przybiera postawę taką, jaką miała przed godziną, obok łóżeczka
swej ślicznej, śpiącej dziewczynki.
Ręka męża z lekka gładzi jej włosy.
Maria zapamiętała na zawsze ten wieczór
jańskich”. Tej bajki.
„robaczków święto-
Tłumaczyła Hanna Szyllerowa
GDAŃSKI L CZONY I Kazimierz Dziewanowski
/Fragmenty/
am, gdzie wzgórza Pustyni Libijskiej
dochodzą tuż nad lewy brzeg Nilu,
widnieją między pagórem a wodą
cztery kolosy* z żółtego kamienia:
cztery figury tego samego człowieka, wszystkie w postawie siedzącej
przed murem pustyni. Tak, jak go dziś widzimy, zwróconego do
wschodzącego słońca, siedzi już od trzech tysięcy lat. (...)
Za kilka lat stanie się to, co nigdy dotąd, przez przeszło trzy
tysiące lat, nie zagroziło potężnemu faraonowi*: słońce przestanie
wschodzić u stóp jego posągów. Po przeszło trzydziestu wiekach
skutecznej walki ze śmiercią i zapomnieniem wielki faraon zstąpi
ostatecznie do krainy wiecznej ciemności. Skały Abu Simbel zaleje
woda tak wysoko, że nie przedrą się już przez nią słoneczne promie-
nie. Sunie się tak z chwilą ukończenia budowy wielkiej tamy na Nilu:
Sadd el Ali.
Kiedy zostało zdecydowane, że woda nilowa zaleje oczy posągów
274
i zakryje przed nimi odwieczny widok, zaczęto montować akcję
ratowniczą. Rząd Egiptu zwrócił się do całego świata z prośbą o po-
moc. Nadeszła odpowiedź od Organizacji Narodów Zjednoczonych,
a ściślej od jednej z jej agend*: UNESCO1 *. Przysłano ekipę* naj-
lepszych fachowców* od ratowania zabytków. Zaczęto opraco-
wywać projekty uratowania pamięci Ramzesa II. Złowróżbny, opę-
tany własną wielkością faraon nie mógł z pewnością przypuszczać,
że jego posagi będzie kiedyś ratować cały świat.
Wśród uczonych i inżynierów, którzy pośpieszyli do Abu Simbel,
znajdował się także pewien profesor z dalekiego kraju na północy7,
w którym za czasów Ramzesa II nie było nic prócz lasów. Ów profe-
sor opowiadał mi później, że ze wszystkich miejsc na ziemi, które
widział w swym życiu, największe wrażenie zrobiła na nim pustynia.
Olbrzymia przestrzeń piasku tak wyjałowionego, że jak mówią
Arabowie, można go przyłożyć do rany.
Profesora wezwano na pomoc, ponieważ aż tam dotarło jego imię.
Wzywają go zresztą wszędzie, gdzie wali się coś bardzo cennego
albo gdzie wzniesienie jakiejś bardzo ważnej budowli napotyka nie-
przezwyciężone trudności. Był już wzywany do Włoch na ratunek
zagrożonej Wenecji i pochylającej się coraz bardziej Krzywej Wieży
w Pizie. Był wzywany do Chin, gdzie grunt usuwał się spod wzno-
szonego kombinatu* cukrowniczego. Zwrócono się do niego, gdy
inżynierowie mieli trudności przy budowie szybów przyszłego metra *
w Bukareszcie. Wzywano go i do innych krajów. A ileż razy wzywano
go na pomoc w jego własnym kraju.
♦
*
W końcu kwietnia roku 1949, w zniszczonej Warszawie, koło
kościoła Świętej Anny codziennie zbierały się tłumy. Wokół trwała
praca przy budowie Trasy W — Z, pierwszej wielkiej konstrukcji
nowej Warszawy. Tłum, który dotąd entuzjazmował* się wielką
robotą, teraz stał i patrzył w milczeniu. Piękny kościół, nierozerwal-
nie związany z sylwetką miasta, niszczał w oczach. Rysował się i pę-
kał. Grunt, naruszony budową fundamentów trasy, odmawiał swego
oparcia. Co pewien czas ze stromej skarpy* nadwiślańskiej odrywały
1 UNESCO — Międzynarodowa Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw
Oświaty, Nauki i Kultury. Polska jest jej członkiem.
275
Mużna powiedzieć, że wt/ęd/ic gd/.e ttę pojawia profesor,
zabytki przcstaią się ualić, twardnieją itare, zmunzaie mary, przc-
się grudki ncmi i spadały w doi W iedziano już, ze pod koś 1 a
bedyś płynęła rzeczka. Teraz znów zaczęła się tamtędy przedm^^
Wówczas to jeden z ludzi kierujących w tych czasach odbud
musta. profesor Zcrtctykowski, przypomniał sobie, że w gdański
pobtechmce pracuje człowiek, który- uratował już przed z.iwalenicm
icdcn z warszawskich domów, budynek przy- ulicy- Leszno 77 Czk^
przyleciał samolotem do Warszawy-. Rano ulice były puste, miasto
przygotowywało się do pochodu. Dopiero po południu udało sk
nawiązać kontakt z inżynierami. Wieczorem przystąpiono do pracy
W skirpę wbito metalowe pręty: anody*. Przed kościołem, na Kra-
wiek ów został natychmiast zawezwany do stolicy. W dniu 1
przyleciał samolotem do Warszawy. Rano ulice były puste
_______ « • « • A — .
nawiązać kontakt z inżynierami. W ieczorem przystąpiono do pracy*
W skarpę wbito metalowe pręty: anody*. Przed kościołem, na Kra-
kowskim Przedmieściu, oraz wewnątrz zagrożonego budynku wbi-
to w ziemię katody. Puszczono prąd elektryczny ze spawarek. Co
parę godzin robiono pomiary. Kościół obsuwał się nadal, az
wreszcie, nad ranem, spostrzeżono, że kontrolne studzienki wy-drą-
żonę u ziemi zaczynają napełniać się wodą, co oznaczało, że prze-
stane ona przeciekać niżej.
Kieznany dotąd uczony z Gdańska znalazł się na ustach wszystkich.
ezwano go znów, gdy przy budowie elektrowni w Dychowie
Profesor przyjechał. Znów wbito w ziemię pręty'.
Zamiast na piasku, tama wzniesiona została na skale. (...)-
Potem był szyb w „Azotach”. 96 metrów głębokości. Wokal
szy*bu rozciągały' się wodonośne grunty'. Pewnego dnia do szybu
wlała się woda. Zaczęto ją wypompowywać, ale wciąż wlewała się
nowa. Wreszcie woda ustabilizowała* się na poziomie wód grunto-
wych. O dalszej budowie nie mogło być mowy. Wówczas wezwano
profesora.
276
suwano się naprzód metr po metrze. Po każdym przesunięciu prę-
tów można było wypompować kilka metrów wody, a nowa już nic
napływała. Wreszcie szyb został osuszony.
, otaczała go skalista sko
Ale nic ma w tym mc ludprzyrodz nrgr>
ze |‘ 4i luźnego gruntu (może to bv nuujt /w.Hy p,
składu gruntu, dalej wapna gaszonego i scli kuchennej, to zaś u-ttmko
podda się działaniu prądu elektrycznego — wówczas następuje zeska-
lenie gruntu Zamiast piasku otrzymujemy twardą skałę
To wszystko? Tak, ale ile badań poprzedziło tu proste sfr*nr.u-
lowanie! I rzecz musiala nie być rak prosta, ikoro wide kr':, w
zwróciło się do Pohki o udostępnienie dokumentach* tej metod}
Dokumentacja została im przekazana.
Metodę tę nazywają współpracownicy profesora, a także cza-
sopisma fachowe* metodą cebcrtyzacji. Skąd ta nazwa- Prawda,
nie wymieniłem dotąd ani razu nazwiska profesora. Ale me było
Chodzi oczywiście o profesora Romualda Ccbcrtou icza.
Ów reprezentant nauk ścisłych potrafi także roeprawiać o lite-
raturze, jakby się mą zajmował od dawna. A przecier nu u< mało
wolnego czasu...
Kiedy już znajdzie wolną chwilę, wsiada w swój samochód i jc-
dzie nad Wisłę Tam potrafi godzinami wpatrywać się w przepływ a-
jącą wodę, obserwować jej działanie i zwyczaje. Bardzo też lubi
przyglądać się przeciągającemu ptactwu. A potem uraca do domu,
by pracować przy swoich ulach. Bo drugim ulubionym zajęciem
profesora jest praca przy pszczołach.
Ale ma na to mało, jakże mało czasu! Gdzieś daleko czekają
przecież posągi faraonów, pałace dożow*, budujące się kupalnie,
stare katedry...
14 DNI POD ZIL-AUĄ Mcnialiuk
Zvn«XTany nam teka (eM frarnfntcm dztemuk.
^Traw do )ashn, Sxc2elina J ’
• Ki.
4. II, godzina 8 rano
rzcd chwilą zgasło słońce... Nie za-
szło za chmury, nie schowało się,
a zgasło... Wpełzłem w ciasny, wąski
orwór w skale i objęła mnie ciemność. Cały świat — pokryte śniegiem
"Fatry • Dolina Chochołowska, schronisko, narciarze w kolorowych
skafandrach*, oszronione świerki — w ciągu sekundy zmienił się
v/ inny: w wąski, ciemny korytarz jaskini. Oczy nie nawykłe do ciem-
ności w słabymi świetle latarki widzą tylko czarną czeluść ginącą między
szarymi, wapiennymi skałami.
Przez ciemne wejście wpełzają do jaskini pozostali uczestnicy
wyprawy: grotołazi, alpiniści, geolodzy* i lekarze. Każdy niesie
na barkach plecak, a w nim sprzęt i ży wność. Dużo sprzętu i żywności.
W planie mamy* przecież dwutygodniowy pobyt w jaskini. 14 dni
pod ziemią. Nie czas jednak na refleksje*: przed nami 500 metrów
krętego, splątanego korytarza. Cały’ labirynt*. A na końcu mała
salka, w której urządzimy biwak.
Już po kilkunastu metrach marszu kierunki świata przestoją
dla nas istnieć. Nie ma północy i południa, wschodu i zachodu.
Jest tylko: w lewo i w prawo, w dół i pod górę. Wąska szczelina,
przez którą tylko z ledwością można się przecisnąć, potem ciasna,
niska rura, przez którą trzeba przepełznąć. Potem sala, w której
korytarze rozwidlają się, i problem: w prawo czy w lewo ? Przemek
Burchard, kierownik wyprawy i znawca jaskiń, mówi: „w prawo”.
„W prawo” znaczy środkiem wysokiego na 10 metrów pęknięcia,
gładkiego i wyślizganego... Nie chciałbym tam spaść na dno... Ci-
sza. Słychać tylko sapanie i krótkie, urywane oddechy kolegów.
Plecak ogromnie przeszkadza. I znów salka... Z mej skręt w lewo.
278
Wąski korytarzyk i ogromna salo, której *tr<jp ginie w demnofciach.
Gdzieś miarowo kapie woda. Tu już mróz z powierzchni nie dociera.
Znów sala i rozwidlenie korytarzy.
Straciłem me tylko poczucie kierunku, ale i poczucie czasu.
Jak długo idziemy? Pół godziny? Godzinę?... Wreszcie, mokrzy od
kurzu i wody płynącej po ścianach, docieramy do miejsca biwaku.
Sala końcowa. 20 metrów kwadratowych nierównej powierzchni.
Tu spędzimy 14 dni bez słońca. 336 godzin...
Tego dnia jeszcze dwukrotnie wracaliśmy do otworu, aby prze-
transportować następne porcje bagażu — łącznie ponad dwa tysiące
kilogramów. Potem długo urządzaliśmy obóz; kuchnię i nasze lego-
wiska. (...)
5. II
Śniadanie jedliśmy o 12 w południe, obiad o 19 wieczore
Dla nas jcdn.tk południe i wieczór znaczyły to samo: ciemność.
Przed kolacją, która wypadała gdzieś w środku nocy, do obozu do-
tarła trzyosobowa grupa filmowców. Będą kręcić filmy o jaskini
i naszej wyprawie.
Tego dnia razem ze Zbyszkiem Jurkowskim załetylem od otworu
linię telefoniczną. (...)
Po śniadaniu wszyscy uczestnicy wyprawy, podzieleni na grupy,
wyruszyli z obozu na poszukiwanie dalszego, jeszcze me odkrytego
ciągu jaskini. W ciągu tysięcy lat została ona wypłukana przez wodę
i ta woda musiała gdzieś płynąć dalej. Którędy? Przypadł mi w udziale
może najłatwiejszy, ale równocześnie chyba najmniej wdzięczny
odcinek pracy : wryć się w piach zalegający grubą warstwą końcową
komorę , _____
Po czterech godzinach pracy mała łopatka raptownie przebiła
warstwę muliska i wpadła w otwór. Więc jednak tędy Niecierpliwie
poszerzamy przekop. Wreszcie jest dostatecznie wielki, by wen
wpełznąć .. Sala. . Wielka i rozległa. Tylko bardzo niska może
metr Natychmiast ruszamy dalej w nieznane. Idziemy korytarzem,
którym nikt dotychczas nie szedł. Tego, co widzimy — nikt jeszcze
me ottlądal. Fascynujące* .. Ściany pokrywają przepiękne naacta
skalne, ze stropów zwieszają się ociekające wodą stalaktyty białe
279
sopk skalne. Od głównego korytarza odgałęziają się mniejsze, boczne
Nie mamy już jednak sil w nic wchodzić, jesteśmy przecież po Z
dniu pracy. Odwrót. Przyjdziemy tu jutro. (...) P 5
9. II
Po śniadaniu idę z Bcbim (tak nazywamy naszego geologa)
na poszukiwanie dalszej drogi w nowo odkrytej części jaskini Roz-
stajemy się na rozwidleniu dwóch korytarzy. Umawiamy się, żc za
godzinę z powrotem się tu spotkamy.
. Pozostaję sam. Początkowo posuwam się wygodnie dość szero-
.'i: * 11 . ' t . ... . staje się coraz gorsza. Wąsko,
susko i blotmscie. Po kilkudziesięciu metrach wszystko gwałtow-
nie się urywa. Przy samym stropie odnajduję jednak ciasny otwór.
Fo chwili tkwię w nim do pasa. Ale nie mogę przejść, kombinezon
zaczepił się o jakiś występ. Ani w tył, ani w przód... Na dodatek
zgasła latarka.
Beziadme szamoczę się uwięziony w skale. Przesuwam się po-
woli centymetr po centymetrze. W kompletnych ciemnościach i na
dodatek w niewiadome. Ostrożnie macam przed sobą rękami, aby
nie wpaść do jakiejś dziury. Jeszcze kawałek, jeszcze trochę... I już
mogę normalnie pełznąć. Bardzo powoli i ostrożnie. Wreszcie mogę
usiąść, choć głowa dosięga skały. Próbuję naprawić latarkę, ale nic
z tego. Zgubiłem gdzieś zapasową żarówkę. A więc — w tył zwrot i po
ciemku muszę przepełznąć z powrotem przez tę piekielną dziurę.
Znów skała nie puszcza, tym razem utknąłem na dobre...
Powoli mijają minuty. W ciemności i zupełnej ciszy słyszę tylko
stuk własnego serca i tykanie zegarka. Wreszcie, po minutach dłu-
gich jak wieczność, słyszę czyjeś kroki, a po chwili błyska świ?\o
latarki. Bebi. Przyszedł, zaniepokojony moją nieobecnością na rozdro-
żu. Dwoma szarpnięciami wyciągnął mnie z otworu, słychać tylko
było szelest dartego kombinezonu. W czasie powrotu opowiedział
mi o swoim korytarzu. Znalazł chyba dalszy ciąg wiodący pod masyw
górski. Do mojej pułapki wrócimy za kilka dni.
12. II
Dziś badania lekarskie, ponadto dla naukowców pobieramy
próbki wody, powietrza i nacieków.
230
13. II
Bcbi twierdzi, iż jak wynika z planów, nowo odkryte koniarze
zataczają w masywie górskim wielki luk i zmierzają z powrotem ku
powierzchni. Kierownik wyprawy Przemek Burchard i Waldek
Olech wyruszyli na poszukiwanie drugiego, nie znanego otworu.
Do obozu wrócili późno w nocy, kompletnie zabłoceni i przemoczeni,
przynosząc ze sobą muszelkę ślimaka i korzonek jakiejś rośliny. Opo-
wiadają, jak dotarli do skalnego zawaliska, z którego wieje chłodem.
Więc chyba tam jaskinia zmierza ku powierzchni.
15. II
Centymetr po centymetrze rozbieramy zawalisko. Niebezpiecz-
na robota. Co chwila spadają na nasze hełmy i piety kamienie. Wi-
dać jednak sporo czarnej ziemi, z czego wnioskujemy, że powierz-
chnia jest już niedaleko. Przekopanie dwumetrowego odcinka za
jęło kilka godzin czasu. Wreszcie do wykopu wpada pierwsza garść
śniegu. Po chwili można wyjść na powierzchnię.
Noc... Mroźno... Chowamy się więc szybko z powrotem do
znacznie cieplejszej jaskini. Powrót do bazy7 jest długi i uciążliwy.
Jesteśmy jednak bardzo zadowoleni z wykonanej pracy.
17. II
Dziś ostatni dzień pobytu w jaskini. Likwidujemy* naszą bazę
i wynosimy sprzęt do otworu. Badania zakończone. Transport trwa
całą noc i nad ranem czujemy potworne zmęczenie, jesteśmy prze-
cież już od dwudziestu dwu godzin na nogach. (...)
18. II. godzina 8 rano
Ostami raz przechodzimy korytarzami Chochołowskiej Szczeliny.
Po dwóch tygodniach ciemności przenosimy się nagle w świat za-
lany słońcem. Oczy*, odwykłe od takiej obfitości światła, bolą i trzeba
je bez przerwy mrużyć.
Przed otworem witają nas koledzy7 i przyjaciele. Czeka suche
ubranie i wygodne łóżko w schronisku. Wielka przygoda skończona.
281
SIEDZĄC W WYGODNYAl FOTELU
jfan Edward Kucharski
eśli ktoś kilkanaście lat temu chciał
w odległej wiosce obejrzeć film, mu-
siał czekać, aż przyjedzie kino ob-
jazdowe. Zdarzało się to raz, dwa
razy w miesiącu. Na przedstawienie teatralne trzeba było z małego
miasteczka jechać do teatru nieraz dziesiątki kilometrów, a słynnej
piosenkarki, której głos dobrze znany był z radia, można było wcale
nie zobaczyć.
Tak by ło kilkanaście lat temu. A dzisiaj ? Jakże się wszystko
zmieniło!
Mimo że w odległej wiosce nie zbudowano dotychczas kina,
a w małym miasteczku teatru, mimo że słynna zagraniczna piosen-
karka zapewne nigdy tam nie przyjedzie, w wiosce i miasteczku oglą-
damy codziennie filmy, kilka razy w tygodniu teatralnych aktorów,
a piosenkarzy znamy tak dobrze, że bez wątpliwości poznalibyśmy
ich na ulicy.
Jak to się stało?
Gwałtowną zmianę, która posuwa ludzkość naprzód na drodze
postępu i upowszechnienia zdobyczy kulturalnych i społecznych,
nazywamy rewolucją. Taką prawdziwą rewolucję w upowszechnieniu
kultury spowodowała telewizja.
Niewielka skrzyneczka ze szklanym ekranem znalazła się w mi-
lionach mieszkań, klubów i świetlic i przyniosła ze sobą obraz i glos
z całego świata, a nawet kosmosu*. Pomyślcie, czy to nie wspa-
niałe ?
Wprawdzie są i tacy, którzy na telewizję narzekają: że kradnie
ludziom czas, że odrywa młodzież od nauki i tak dalej, ale to przecież
nie telewizji wina, tylko tych, którzy nieumiejętnie z niej korzystają.
Nikt jednak nie zaprzeczy, że właśnie telewizja umożliwiła wszystkim,
282
jak nigdy dotąd, korzystanie z rozrywek kulturalnych, przyniosła
do domu w sposób najprostszy wiedzę o świecie.
Wystarczy tylko przekręcić gałkę telewizora, poczekać chwilę,
aż się aparat rozgrzeje, aby oglądać i słuchać ludzi znajdujących się
od nas o tysiące kilometrów, zwiedzać z nimi nieznane lądy, brać
udział w wyprawach naukowych, polowaniach, podróżach, zasiadać
w kinie lub w teatrze. Jakie to dostępne teraz dla nas, jakie lamę.
Jak wiadomo, rzeczy łatwo dostępne mniej są cenione od tych,
które osiągnąć trzeba większym wysiłkiem. Przyzwyczajamy się
do nich prędko, wyznaczamy im stałe miejsce w życiu i... zapomina-
my o wszystkich okolicznościach składających się na ich powstanie.
Tak jest i z telewizją.
Przekręcając gałkę telewizora, włączamy się do odbioru tak wiel-
kiej sumy ludzkiej pracy, że prosta sprawiedliwość, szacunek dla
wysiłku ludzi, którzy trudzą się dla naszego pożytku i przyjemności,
nakazuje nam, chociaż przez chwilę, nad tym się zastanowić.
Zaczyna się to wszystko od słowa, a więc od programu, od re-
dakcji. Aby przykład był nam bliższy, zainteresujemy się Redakcją
Teatru Młodego Widza.
Na zebraniu redakcyjnym postanowiono wstawić do programu
teatru widowisko historyczne. Jak wiadomo, historia jest mistrzynią
życia — tak mówi stare łacińskie przysłowie — przykłady historyczne
stanowią niejednokrotnie wspaniałą ilustrację dla naszych współ-
czesnych problemów i kłopotów.
Redaktor*, któremu polecono przygotować scenariusz*, za-
czyna czytać książki historyczne, zastanawiać się nad okresami
historii, w których chciałby ulokować* bohatera. Wybrał na przykład
sobie okres Zygmuntowski. Polska była wtedy potężnym państwem,
rozwijały się nauki i sztuki, pisał swoje poezje wielki Jan Kochanowski,
Uniwersytet Jagielloński promieniował wiedzą na całą Polskę i Eu-
ropę.
Redaktor rozmawia o swoich planach z dziesiątkiem ludzi, wresz-
cie znajduje autora, który podejmuje się napisać scenariusz. Ma to
być dramatyczna opowieść o wielkim polskim wynalazcy z tego
okresu, który, zapomniany wśród swoich, teraz dopiero na nowo
został odkryty przez naszych historyków. Warto o nim powiedzieć
milionom telewidzów.
Po kilku tygodniach scenariusz jest gotowy. Podoba się wszyst-
283
’ Uliisf i w Ilini Ja .. r
,vst ,ud4ki ' zrozumiały, jego przeżycia ° . prawdziWeg° bo-
11 1 ‘u '" '1*1 d/1-.lać rozmaite ' *nlCresu«cc> ale...
- - w się p°Adoba’
’xvmc.t. łkudzo niewieluXv Z A t0
Mkte im dają telewizja, a więc trzeb i imra? orzys^c możliwości,
tego mtucnć ? ’m ”a t0 zwr6cić UW;, tneba
Dt)natcr napadnięty
i ratuje się ucieczką na
zza sceny tętent kopyt,
' oczywiście
po obrazie ze
W gospodzie uchodzi przez otwarte drzwi i
komu. \X teatrze usłyszymy tylko dobiegający Ł/u svcnv I(
Vel\Y\naWmiast możemy tę ucieczkę pokazać -
tako dokrętkę filmową zmontowaną* bezpośrednio
studia-scenv.
Po tych telewizyjnych poprawkach scenariusz
do wystawienia, ale...
tację* historyczną. Tekst dostaje do ręki historyk i wi_.„„
bada go, czy to, co autor napisał, nie jest sprzeczne z prawdą histo-
wydaj e się gotowy
Teiaz przychodzi kolej na tak zwaną konsul-
i wiersz po wierszu
* * _______
roczna, z epoką, czy np. Jan Kochanowski w tym właśnie czasie był
na dworze królewskim, czy zgadza się nazwisko kanclerza i czy
opis jakiegoś historycznego wydarzenia zgodny jest ze źródłami.
Wreszcie wszystko jest w porządku i... dopiero teraz zaczyna
się kręcić wielki telewizyjny młyn. Redaktor angażuje* reżysera*,
a w porozumieniu z nim scenografa*, reżysera telewizyjnego, re-
żysera dźwięku i światła, kompozytora* dla opracowania tła mu-
zycznego widowiska, kierownika produkcji i inspicjentów*, składa
w Zakładzie Produkcji Filmów Telewizyjnych zamówienie na ope-
ratorów* z kamerami* dla nakręcenia filmowych części przedsta-
wienia, czyli tak zwanych dokrętek. Wreszcie ustala obsadę aktorską.
Powielony w dziesiątkach egzemplarzy tekst scenariusza rozdany
zostaje wszystkim zainteresowanym i zaczyna się wytężona, zawsze
pośpieszna praca.
Aktorz; uczą się na pamięć swoich ról i odbywają próby, a bpva
z h przed wejściem do studia przynajmniej 20. Scenograf czjia sce-
rysuje na kartonach dekoracje poszczególnych scen, kresa
ItiAhumÓM, wybiera w magazynach rekwizyty a to
•Izl.n.7. Hóry<.h w tym czasie używano, dywany,
u.a » U> wszystko, co jest w sztuce potrzebne.
Pracownie telewizyjne utrzymują zamówienie, zaczynają budouać
dekoracje, szyć kostiumy, uzupełniać rekwizyty, których brakuje.
Czasem trzeba robić zbroje husarskie, szable i miecze, lepić z gipsu
i papieru potężną armatę. A ponieważ kamera telewizyjna może
takie rzeczy pokazać bardzo blisko, wszystko to musi być zrobione
niezwykle starannie, z dbałością o najmniejszy szczegół.
W tym czasie kompozytor komponuje oprawę muzyczną wido-
wiska, rozpisuje tematy na poszczególne instrumenty, a muzycy
przygotowują się do nagrania utworu na taśmę magnetofonową.
W tym samym czasie rozpoczynają się dokrętki filmowe. I nagle
— niespodziewana przeszkoda! Okazuje się, że aktor grający boha-
tera, który przed napastnikami w gospodzie ratuje się ucieczką na
koniu — nie potrafi jeździć konno. A więc trzeba go nauczyć. Niby
to nic trudnego, a jednak parę dni musi poćwiczyć.
W innym wypadku pogoda nie pozwala na zrobienie zdjęć ple-
nerowych* — trzeba czekać na słońce. Wszyscy’ się denerwują,
płyną dni, ale mądry kierownik produkcji z góry przewidział możliwe
niespodzianki i dokrętki są na czas gotowe.
Właśnie — kierownik produkcji — on czuwa teraz nad wszystkim*
dogląda prób, pilnuje warsztatów, by należycie wykonały zamówienia,
stale wertuje pokryły notatkami scenariusz, czy aby czegoś nic
zapomniał. Oczywiście, znalazł, o tym jeszcze nie pomyślał! Bo-
hater chroni się przed pościgiem w wielkiej chałupie. Chłop częstu-
je go Chlebem. A więc musi być chleb, ale przecież nie może to być
chleb z mechanicznej piekarni, równiutki, o znanym kształcie. Po-
winien to być chleb wiejski, duży, okrągły, o szorstkiej powierzchni.
Ale takiego chleba w Warszawie się nie znajdzie. Kierownik produkcji
wysyła więc na wieś inspicjenta po chleb. A czy myślicie, że to tak
łatwo znaleźć dzisiaj na wsi chleb pieczony w domu ?
Wreszcie wszystko jest gotowe — studio telewizyjne zabudowane
dekoracjami, uszyte kostiumy wiszą w garderobie, wszystkie rekwi-
zyt}' potrzebne do widowiska są pod ręką, dokrętki tilmowe zmon-
towane i oddane do kina telewizyjnego, czyli telekina. Rozpoczynają
się w studiu próby kamerowe. Teraz już wkracza w grę technika te-
lewizyjna.
W świetle silnych reflektorów reżyser próbuje z aktorami Iragmen-
ty widowiska, „ustawia” każdą scenę, omawia każdy krok w ciasno
285
zabudowanym studiu. Czterc fe-
na gumowych kółkach 1-a, 5 Kamery bezszelestni
nym napięciem — ; '
praca się odbywa____
. się
- J
2 ogrom-
ta ogromna
już wszystko prze-
scena za sceną, wchodzą
— czuwa
nad całością kierownik produkcji i i
nie Posuwające si
ale je~
- m n r me Wy’ dla których cala
biega tak iak m J • a generalna- Teraz iuź
pięknie wyrysowali graficv nnfP u- Q olówka widowiska, którą
>edna
nad całością kierownik produkcji i insmcienH W dlU CZUWa
główny t telewizyjny sprawdzają, czy sceny dobrze JcT^ze^bą"
symiada12 UatUralny’ CZy 1 światło takie, jakich wymaga
Jeszcze jest czas na ostatnie, zwykle nieznaczne poprawki, jesz-
cze można na chwilę przerwać przedstawienie, zwrócić uwagę akto-
rowi, poprawić źle leżący rekwizyt. To już ostatnia chwila.
Koniec próby generalnej — teraz następuje długa przerwa aż
do momentu emisji* programu na antenie. Do akcji wkraczają
charakteryzatorzy, krawcy dokonują ostatnich poprawek kostiumów,
inspicjenci po raz dziesiąty sprawdzają rekwizyty, kontrolują porządek
W studiu.
Zbliża się godzina premiery* zapowiedziana w programie te-
lewizyjnym, ogłoszona w prasie. Wszyscy są już na swoich miejscach,
na ekranach monitorów zjawia się twarz spikera zapowiadającego
widowisko. Reżyser daje sygnał: cisza, a potem start.
tej chwili przekręcasz gałkę swego telewizora i za-
,YKUU1UC w fotelu. Tym jednym nieznacznym ruchem
ś z oszklonej skrzyneczki tak ogromną sumę ludzhej pn cy
kiedy już przedstawienie się skończy, warte
-• iy? Może ich było stu, może: dwustu,
ZA rxrnh ktÓrZV WłaŚlliC Wtedy, gdy
a przecież to dopiero częś y > technicznych stanowiskach
ekranu program, są na swux
. „ -ię W i^ś "CSpraWie^?de7pr^dSe-
wytężonej, odPowiedzia^j PJaci ty pracujesz,
J —irawiediiwosc
nasze
Być może w
siadasz wygodnie w
wyzwoliłeś z
i najlepszych starań, że
o tym pomyśleć.
O ilu ludziach mówiliśmy
rasz z
pracy.
I może wyda ci się
ludzi przy . .
wizorcm. Ale to me jest mesp
na ile cię stać, uczysz się, pomagasz w domu, działasz w społeczności
szkolnej, a kiedyś będziesz miał równie odpowiedzialną pracę.
Wszyscy pracujemy dla wszystkich — a ta zasada stanowi fun-
dament społeczeństwa.
O POWIETRZNYM MOTOCYKLU
Stanisław Smotrycki
aden z wynalazków nie osiągnął w cią-
gu ostatnich lat tak fantastycznego
rozwoju jak samolot.
W roku 1940 najwyższa szybkość sa-
molotu w rekordowym wyczynie wynosiła 800 km na godzinę.
Samoloty pasażerskie latały z szybkością około 300 km na godzinę.
Było to wielkie osiągnięcie techniki w dziedzinie komunikacji.
I oto wkrótce po drugiej wojnie światowej narodził się samolot
napędzany nie śmigłem, lecz odrzutem gazów — samolot odrzu-
towy.
Jego szybkość zaczęła gwałtownie wzrastać, wreszcie osiągnęła
szybkość dźwięku — 1200 km na godzinę! Wynalazcy postanowili
i tę szybkość przekroczyć. Było to związane z przekroczeniem jakby
niewidzialnego progu — gwałtownego oporu powietrza, rozgrzewania
się samolotu i wielu innych trudności, nie mówiąc już o specjalnym
przystosowaniu i ochronie człowieka kierującego maszyną o takiej
szybkości. Pokonano jednak wszystkie trudności. Próg został przekro-
czony, samolot osiągnął rekord szybkości — 3000 km na godzinę.
Fantazja wynalazców stała się rzeczywistością. Dziś wsiadamy
do pociągu i za pół godziny jesteśmy w Milanówku pod Warszawą —
jutro samolot w pół godziny przeniesie nas z Warszawy do Londynu
i Paryża.
Ale to będzie dopiero jutro.
287
Jednocześnie samoloty zmieniają swój wygląd. Na niebie uka-
zują się, zamiast znanych sylwetek, jakieś trójkąty, trapezy, cygara.
Najszybszy obecnie samolot świata nie ma długich skrzydeł, tylko
krótkie, małe skrzydełka.
Szybkość praktyczna pasażerskich samolotów odrzutowych wy-
nosi do 1000 km na godzinę i więcej. Jest to tak szybkie i gwał-
towne osiągnięcie, że przemysł i transport lotniczy z trudem za tym
nadąża. Komunikacja tymi samolotami wprowadzana jest nawet
w najpotężniejszych państwach świata powoli, gdyż koszt jej jest
ogromny i opłaca się tylko na długich trasach.
Są jeszcze inne trudności, które hamują ich wyprowadzenie.
Oto samoloty o tak znacznej szybkości startują i lądują również
zc znacznie większą szybkością niż dotychczas używane. Potrzebują
więc do startu i lądowania lotniska betonowego o długości ponad
3 km!
Budowa takich lotnisk jest bardzo kosztowna i wymaga dużych
przestrzeni, o które zwłaszcza w wielkich skupiskach ludzi jest
trudno.
Jak temu zaradzić?
Buduje się próbne samoloty odrzutowe, które startują i lądują
pionowo. Stosuje się też na przykład spadochron, który rozwija się
w momencie lądowania i hamuje szybkość samolotu.
Jednocześnie z rozwojem szybkości samolotów wymyślono i ulep-
szono nowe konstrukcje. Powstał więc helikopter, samolot śmigło-
wy. Osiąga on wprawdzie tylko 200 km na godzinę, ale za to może
startować i lądować na małym — nawet parumetrowym obszarze,
może też „wisieć” nieruchomo w powietrzu.
W budowie jego zastosowano śmigło umieszczone nie jak do-
tychczas z przodu, ale w górze samolotu. Śmigło to, posiadające
długie „łopaty” ustawione pod pewnym kątem, wznosi samolot
pionowo, a odpowiednio pochylone pozwala mu na poziome poru-
szanie się w powietrzu. Dzięki takiej konstrukcji Śmigla helikopter
może lądować na dachu, podwórzu, ulicy, może być zastosowany
w komunikacji miejskiej. Nieruchome trwanie w powietrzu pozwala
na dokładną obserwację, robienie pomiarów, zdjęć pewnego ob-
szaru.
Ostatnio prasa opisywała szeroko zastosowanie helikoptera do
ratowania zagubionych w górach turystów. Helikopter odnalazł
288
1969 r.
KOLUMB KOSMOSU / Marian Łucki
289
Zamieszczony niżej tekst jest wspomnieniem polskiego reportera*
A 1 f •
I
pilot, podpułkownik, odznaczony tytułem Bohatera Związku Radziec-
kiego, pierwszy kosmonauta*. 12 IV 1961 roku Gagarin na statku kos-
micznym „Wostok 1” dokonał pierwszego w świecie lotu wokół Ziemi.
o spotkaniu z Gagarinem. Jurij A. Gagarin (193-4—1968) to radziecki
. 12 IV 1961 roku Gagarin na statku kos-
ich, wylądował na szczycie niedostępnej góry i całych, zdrowych
przewiózł do domu.
A kto wic — może niedalekie już są czasy, gdy helikopter będzie
dostępny dla każdego człowieka, będzie czymś w rodzaju „moto-
cykla powietrznego”?
Tak, bajka o latającym dywanie przestajc być bajką.
a podmoskiewskich polach leżały jesz-
cze resztki śniegu, ale niebo nad
miastem było czyste i klarowne. Tego
dnia wstrząsnęło światem 108 minut
Jurija Gagarina, zdumiewająca wieść o tym, iż wiosna 1961 roku
jest także — wiosną kosmicznej ery.
W dwa dni później ludzie na całym świecie, skupieni przy tele-
wizorach, ujrzeli go po raz pierwszy. To było 14 kwietnia 1961 roku
— dzień powrotu. Na lotnisku Wnukowo, w nieprawdopodobnym
tłoku, przyciśnięci do balustrady zaimprowizowanej „loży”, prze-
żywaliśmy tę chwilę — dziennikarze i reporterzy z całego świata (...)
Po trapie* schodził człowiek. Wstąpił już na wąski, czerwony
chodnik przecinający płytę lotniska. Chodnik, który prowadzi ku
stopniom trybuny. Ma na sobie czapkę lotnika, szaroniebieski płaszcz
i granatowe, długie spodnie. Widzę go z góry samotnego na chodni-
/ ’
tnwnrH b<ndu Zatr.kiuc'*
IMDItAZ DWl 1>ZII.AIA TKZŁC1 \
stawie ry upr.u jIuithA'. o
*- prawdzi-
Podroż miałem utwnuiconą; przy zmiennej 463 zLf. U1 lnj
silnik i rakieta zaczęła spadać na gwiazdę, co mnie zaniepokoili
alhowSem temperatura tej cepheidy1 wynosi 600 000 stopni Cckju
Vpd nćwi x kMidy chwilą i w końcu stał się tak rucznośny/ze
nie nK^lcm pracować inaczej, jak tylko wcisnąwszy się do wnętrza
małej lodówki, w której trzymam zazwyczaj żywność — zai^
wny zbieg okoliczności, bo ani mi w głowie postało, żc niebawem
znajdę się w fKniobnej sytuacji. Szczęśliwie usunąwszy defekt*
juz bez przeszkód doleciałem do gwiazdy podwójnej. Składa się
ona z dwu słońc: jedno jest wielkie, czerwone jak piec i niezbyt go-
rące, drugie zaś, błękitne, wyrzuca przeraźliwy żar. Sama planeta
była raeczywiśac tak mała, żc odnalazłem ją z wielkim trudem do-
piero po przetrząśnięciu całej okolicznej próżni. Mieszkańcy jej,
Bzutowie. przyjęli mmc nader gościnnie.
Przed rac piękne są kolejne wschody i zachody obu słońc;
osobliwe • u de ki powsrają także przy ich zaćmieniach. Przez pół
doby - a lci s L ńce czerwone i wiedy wszystkie przedmioty wyglądają
jakby skarane w krwi, w drugiej połowie przyświeca słońce błękitne,
rak potężne, ze trzeba chocL
to widzi się zupełnie znośnie.
porę błękitną nazywają dniem, czerwoną zaś nocą. Miejsca jest na
planecie, u samej rzeczy, niesłychanie mało, ale Bżutowie, istoty
bardzo inteligentne, posiadające wielką wiedzę, zwłaszcza w zakresie
(fizyki, doskonale radzą sobie z tą trudnością; co prawda sposób,
jakiego używaj% przedstawia pewną osobliwość. Oto w’ odpowiednim
urzędzie z każdego mieszkańca planety' zdejmuje się za pomocą
precyzyjnego* ap iratu rentgenowskiego tuk zwany „rysopis ato-
mowy * , to jest dokładny plan ukazujący wszystkie co do jednej
materialne najmniejsze cząsteczki i związki chemiczne, z jakich zbu-
dowane jeit jego ciało. Gdy nadchodzi pora spoczynku,
wsuwa się przez malutkie drzwiczki do specjalnego aparatu i w środku
zostaje rc*zpylor; na do/bne atomy Zajmując w takiej postaci bardzo
mało miejsca, spędz i wygodn.; coc, rano zaś o wyznaczonej porze
znając w cale ciemności, Bżtirowie
bezradność nieszczęsnej i całego
orszaku weselnego. I 'siłowano namów
kujzik uruchamia aparat, który na
zespala na powrót wszystkie cząsteczki we właściwym porządku
X>lejności> drzwiczki się otwierają i Dżut, tak przywrócony do życia,
udaje się, parę razy ziewnąwszy, do pracy.
Bżutowic zachwalali mi korzystne strony tego obyczaju, pod-
kreślając, żc nie ma przy nim mowy o bezsenności, majakach nocnych,
zmorach’czy koszmarach sennych, albowiem apant rozpyla ciało
na atomy odbierając mu życie i przytomność Podobny > «powbu
używają oni także w rozlicznych innych okolicznościach, jak na
przykład: w poczekalniach lekarzy czy urzędach, gdzie zamust
krzeseł stoją małe, na różowo i niebiesko pomalowane skrzynki apa-
ratów, na niektórych posiedzeniach i zebraniach, jednym słowem,
wszędzie tam, gdzie człowiek skazany jest na nudę i bezczynność
i nic zgoła nie robiąc pożytecznego, faktem swego istnienia zajmuje
tylko miejsce. W ten sam pomysłowy sposób zwykli Bżun -.ie po-
dróżować: kto chce udać się gdziekolwiek, pnzc na kartce adres,
nakleja go na małej kasetce, którą podstawia pod aparatem, schodzi
do środka i rozpylony na atomy przedostaje się do kasetki Istnieje
umyślna instytucja, coś w rodzaju naszej poczty, która ekspediuje
takie przesyłki według adresu. Jeżeli ktoś śpieszy się szczególnie,
przesyła się telegrafem jego rysopis atomowy do miejsca przezna
czcnia, a tam odtwarza się go w aparacie. Oryginalnego Bżuta roz
proszkowuje się tymczasem i oddajc do archiwum . Taki spos<
telegraficznego podróżowania, jako nadzwyczaj szybki i prosty,
ma w sobie wicie kuszącego, kryje jednak i pewne me bezpieczeństwa.
Akurat kiedy przyjechałem, prasa donosiła o niesłychanym wypa u»
jaki właśnie się wydarzył. Oto pewien młody Lzut imieniem Ter
mofeles miał się udać do miejscowości położonej na drugiej półkuli
planety , aby wziąć tam ślub. Pragnąc, z niecierpliw cśuą zrozumiałą
u zakochanego, jak najszybciej stanąć przed wybraną, udał się na
pocztę i został przctelcgrafowany; ledwo się to stało, urzędnika t e-
grafu odwołują w jakiejś nic cierpiącej zwłoki sprawie, a jego zastępca,
nic wiedząc nic o tym, że Tcrmofeles został już wyslam, depeszuje
jego rysopis po raz drugi i oto przed stęsknioną narzeczoną staje dwnu
Tennofek-sów, podobnych do siebie jak dwie krople wody . Tru no
<»pisać przeraźliwe pomieszanie i bezradność nieszczęsne i i ego
1 1—1111 J J ić icdnceo z Tcrmofelesów,
żeby zechciał poddać się rozproszeniu na atoinj i tym samym zaKo -
293
2*2
czyi przykry incydent*, lecz spełzło to na niczym, albowiem każdy
z nich twierdził uparcie, że on jest właśnie tym prawdziwym, jedynym
Termofelesem. Sprawa poszła do sądu i toczyła się przez różne in-
stancje. Już po moim odlocie zapad! wyrok sądu najwyższego, nie
potrafię więc powiedzieć, jak się sprawa skończyła.
Bżutowie namawiali mnie serdecznie, abym zakosztował ich
sposobu wypoczywania i podróży, zapewniając, że omyłki podobne do
opisanej są największą rzadkością i że sam proces nie ma w sobie nic
zagadkowego czy nadprzyrodzonego, albowiem, jak dobrze wiadomo,
żywe organizmy są zbudowane z tej samej materii, co wszystkie ota-
czające nas przedmioty', planety i gwiazdy; cała różnica leży jedynie
we wzajemnym połączeniu i układzie cząsteczek. Rozumiałem te
argumenty doskonale, mimo to jednak głuchy byłem na namowy.
Pewnego wieczora zdarzyła mi się osobliwa przygoda. Przyszedłem
do znajomego Bżuta, zapomniawszy uprzednio powiadomić go
telefonicznie o wizycie. W pokoju, do którego wszedłem, nie było
nikogo. Szukając gospodarza, otwierałem po kolei rozmaite drzwi
(w niesłychanej, ale normalnej w mieszkaniach Bżutów ciasnocie), na
koniec, uchyliwszy drzwiczki mniejsze od innych, ujrzałem jak gdyby
wnętrze niewielkiej lodówki, puste całkiem z wyjątkiem półki, na
której stała nieduża kasetka wypełniona szarawym proszkiem. Raczej
bezmyślnie wziąłem do ręki garść tego proszku, wtem na odgłos otwie-
ranych drzwi drgnąłem i wysypałem go na podłogę.
— Co robisz, szanowny cudzoziemcze! — zawołał syn owego
Bżuta, bo to on wszedł właśnie. — Uważaj, rozsypujesz mi tatusia.
Usłyszawszy te słowa, przeląkłem się i zmartwiłem niezmiernie,
__ Wybiegł na dwór i po
lecz malec zawołał; . , •
- To nic, to nic, nie przejmuj się! - Wybiegł na dwór po
kilku minutach wrócił, przynosząc sporą bryłę węg , wrzucił
wsSstko do kasetki, zamknął drzwiczki i nacisną 1
szałem coś w rodzaju głuchego westchnienia czy mlasn^cia’ . S1
ki otwarły się i oto mój znajomy Bżut ukazał się w mch )4
z mojego pomieszania, zdrowy i nienaiwzony. Spyutem.go> p
I1 , V
mniejszej mierze, coż znowu! Znasz chyba, miły cudzoziemcze,
wyniki badań fizjologicznych*; powiadają one, że wszystkie atomy
naszego ciała nieustannie wymieniają się na nowe; jedne związki
rozpadają się, inne powstają; ubytek zastąpiony zostaje dzięki pobie-
raniu pokarmów i napojów, a także dzięki procesom oddechowym:
wszystko to razem zwie się przemianą materii. Tak więc atomy,
jakie składały się na twoje ciało jeszcze przed rokiem, dawno już je
opuściły i bujają w najdalszych okolicach; nie zmieniona pozostaje
jedynie ogólna struktura* organizmu, wzajemny układ material-
nych cząsteczek. W sposobie, jakim syn mój uzupełnił zasób materii
niezbędny dla mego odtworzenia, nie ma nic niezwykłego, ciała nasze
składają się przecież z węgla, siarki, wodoru, tlenu, azotu i szczypty
żelaza, a substancje, które przyniósł, zawierają te właśnie pierwiastki *.
Proszę cię, pozwól do wnętrza aparatu, a sam przekonasz się, jaki to
niewinny zabieg...
Odmówiłem uprzejmemu gospodarzowi i przez czas jakiś wa-
hałem się jeszcze, czy skorzystać z podobnych propozycji, w końcu
jednak, po dłuższej walce wewnętrznej, powziąłem śmiałą decyzję.
W urzędzie rentgenowskim prześwietlono mnie i sporządzono mój
rysopis atomowy, następnie zaś udałem się do mojego znajomego.
Z wciśnięciem się do aparatu miałem pewne trudności, albowiem
jestem dość pokaźnej tuszy, tak że uprzejmy gospodarz musiał mi
pomóc; drzwiczki udało się zamknąć dopiero dzięki pomocy rodziny.
Zamek trzasnął i zrobiło się ciemno.
Tego, co działo się dalej, nie pamiętam. Poczułem tylko, że jest
mi bardzo niewygodnie i brzeg półki uwiera mnie w ucho, zanim
jednak zdążyłem się poruszyć, drzwiczki otwarły się i wydostałem się
z aparatu. Spytałem zaraz, dlaczego poniechano eksperymentu ,
lecz gospodarz oświadczył mi z pogodnym uśmiechem, że się mylę.
Jakoż spojrzawszy na ścienny zegar, przekonałem się, że istotnie prze-
bywałem we wnętrzu aparatu prz^z dwanaście godzin bez najmniej-
szej świadomości. Jedyna drobna niedogodność polegała na tym,
że mój zegarek kieszonkowy wskazywał godzinę, w której wszedłem
do aparatu, albowiem, będąc tak samo jak ja rozproszony na atomy,
nie mógł oczywiście chodzić.
Bżutowie, z którymi łączyły mnie więzy sympatii coraz serdecz-
niejszej, opowiadali mi o innych jeszcze zastosowaniach aparatu:
panuje u nich zwyczaj, że wybitni uczeni, jeśli trapi ich jakiś problem,
-•
SŁOWNICZEK
ny wyższego
i tak ukazałem się moim zdumio-
przeznaczonc na skład brcni; 2. w prze-
nośni: zbiór rzeczy. fikxów, argumen-
tów, które mogą służyć do walki o coś
do starożytnej Grecji i Rzymu; 2. za-
bytkowy; 3. przestarzały, staro* w iccki
elektrycznym (w odróżnieniu od ka-
tody)
obrzydzenie, wstręt,
lat kilkadziesiąt. potem wskrzeszeni
czy ÓW problem został juz twwiązanr, a ieśli to ni ' rj - •,
nowme poddają się rozatomowaniu i tak u nastąpilo> Po-
baTZ J° d°OSn* “ ‘,Str’Z “SSSEffl
ba tylko pamiętać o nastawieniu budzika na właściwą porę; osoby
roztargnione zapominają o tym czasem i mogłyby spoczywać we
wnętrzu aparatu przez wieczność, istnieje jednak specjalna insty-
tucja kontrolerów, którzy co miesiąc sprawdzają wszystkie aparaty.
Pod koniec pobytu na planecie stałem się już zupełnym entuzja-
stą* obyczaju Bżutówr i stosowałem go, jakem już rzeki, na każdym
kroku. Za tę pochopność przyszło mi, niestety, drogo zapłacić.
Oto bowiem pewnego razu aparat, w którym przebywałem, odro-
binę się zaciął i kiedy rano budzik w łączył kontakty, odbudował mnie
błyskawicznie nie w postaci zwykłej, lecz Napoleona Bonapartego
w "mundurze cesarskim przepasanym trójkolorową szarfą Legii Ho-
norowej, ze szpadą u boku, z kapiącym od złota pierogiem na głowie
oraz berłem i jabłkiem w rękach - i tak ukazałem się moim zdumio-
nym Bżutom. Zaraz mi poradzili, żebym się poddał przeróbce w na
Ł apamete - ^psu^o me P^ '
dności, albowtem stoi o e ^P zadowolilem się jedynie prze-
nauszmkami, szpady w komplet nikn>
parasol. Kiedym juz siedział u >te
__________- daIck® ^osjpd'^^' mvślnk r-
przyszłe. w nagle *K ...
i- z. po»„.
aliści tak zraziłem się do samej
miana pieroga w czapką z
stołowych, a berła i jabłka w
rakiety’* i pozostawił planetę
* j-
schylają się na świat/p,^
' tak postępują do skutku*""’ P°'
abominacja
odraza
adapter — urządzenie do odtwarzania
nagrań z płyt gramofonowych, zwykle
łączone z oddzielnym wzmacniaczem,
np. radioodbiornika
adept — Ten, kto przyswaja sobie jakąś
sztukę, naukę, zawód; praktykant
adiutant — 1. oficer przy b
oficera-dowódcy; 2. w przenośni: osoba
stale komuś towarzysząca
admirał — najwyższy stopień oficerski
w marynarce wojennej
agenda — 1. placówka lub oddział
jakiegoś urzędu, instytucji; 2. termi-
narz, notes do wpisywania spraw wy-
magających załatwienia
akcesoria — dodatki, uzupełnienia;
przybory potrzebne przy wykonywa-
niu czegoś
akompaniować — towarzyszyć śpiewa-
kowi lub muzykowi grając na instru-
mencie
ambicja — duma, poczucie godności
osobistej, pragnienie twórczych osią-
gnięć, dążność do wy bicia się
angażować — 1. przyjmować do pracy i
X wciągać w coś
anoda — elektroda o dodatnim potencjale
chęci, odrazy
arbitralny — bezwzględny u narzucaniu
swego zdania; samowolny
archiwum — 1. up^ rządker^my zbiór
dawnych dokumentów; X msryrucja
zajmująca się gromadzeniem i porządko-
waniem dawnych dokumentów
argument — dowód. uzasadnienie, racja
aromat — przyjemny zapach, mila woń
wartość; 2. mistrz, znakomitość
asystować — I. towarzyszyć, być obec-
nym przy kimś łub przy czymś; X po-
magać, w*pó.’X: ałnć; 3- starać się o czy-
jeś względy
atmosfera — 1. powłoka gazowa ota-
czająca kulę ziemską; X powietrze
wypełniające jakąś ograniczoną prze-
strzeń; 3. w’ przenośni: nastrój
atrakcja — coś, co interr ute i pociąga
pewną niezwykłością, urozmaicenie,
przyjemność
297
audytorium — I. sala, w której odby-
wają się wykłady, odczyn; 2. ogół słu-
chaczy wykładu, przemówienia, kon-
certu itp.
aureola — 1. świetlisty, złocisty krąg
otaczający głowy bóstw i osób świętych
na obrazach i rzeźbach; 2. w przenośni:
chwała, świetność; 3. świetlista obwódka
otaczająca jakiś przedmiot, np. księżyc
lub płomień lampy w pewnych wa-
runkach
automat — 1. maszyna wykonująca
cały cykl czynności bez udziału czło-
wieka. 2. robot, przyrząd mechaniczny
zbudowany na wzór istoty żyjącej
i naśladujący’ jej ruchy; 3. pistolet
ma~zynowy
autorytet — 1. ogólnie uznana czyjaś
powaga, znaczenie, wpływ; 2. człowiek,
instytucja, dzieło naukowe itp. cieszące
się szczególnym uznaniem, powagą
awans — 1. podniesienie do wyższej
godności, na wyższe stanowisko; 2. daw-
mer. awanse — szczególne względy,
uprzejmości
awaria — uszkodzenie, zepsucie się
siliuka, aparatu, urządzenia technicz-
nego
B
bagatela — drobiazg, rzecz bez znaczenia
bajka — 1. utwór literacki niewielkich
rozmiarów napisany wierszem, rza-
dziej prozą, ukazujący cechy ludzi
przedstawionych pod postacią zwierząt
Jub rzeczy i zawierający pouczenie,
rj. morał; 2. wymysł, zmyślenie
bakteriolog — specjalista w dziedzinie
bakteriologii, tj nauki o bakteriach,
ich budowie, właściwościach i dzia-
łaniu
balansować — chwiać się, przechylać
nę w przeciwne strony, zachowując
ogólną równowagę
balast — cpecjalnc obciążenie, stono-
wane najczęściej na statkach, szybow-
cach i balonach dla utrzymania odpo-
wiedniej pozycji, głębokości zanurzenia
czy wysokości lotu; w przenośni: zbęd-
ny ciężar, zawada
balet — 1. utwór sceniczno-muzyczny,
w którym aktorzy (tancerze, tancerki)
wyrażają przebieg akcji za pomocą tańca
i mimiki; 2. sceniczny taniec wido-
wiskowy; 3. zespół zawodowych tan-
cerzy i tancerek
ballada — 1. krótki utwór poetycki opo-
wiadający’ o jakimś niezwykłym zda-
rzeniu, najczęściej znanym z legend
czyr podań; 2. rodzaj utworu muzycz-
nego
barykada — zapora, przegroda, zbudo-
wana (zwykle z lego, co jest pod ręką)
w celu zamknięcia dostępu do bronionego
miejsca, stosowana głównie w czasie
walk ulicznych
baśń — 1. opowieść ludowa lub wzoro-
wany na niej utwór literacki (zwyk e
pisany prozą), o treści fantastyczne,
przedstawiający dzieje niezwykłych po-
staci, działanie czarodziejskich przed-
miotów i inne cudowne zdarzenia,
2. wymysł, zmyślenie
batalia — bój, walka
batalion — jednostka wojskowa zło-
żona zwykle z kilku kompanii lub jed-
nostek równorzędnych
bestia — 1. dzikie, drapieżne zwierzę,
2. okrutny człowiek, łotr
bezduszny — nieczuły, obojętny
białogłowa — kobieta
big-beat (czytaj: bigbit) — współczesna
muzyka rozrywkowa i taneczna, odzna-
czająca się mocnym i głośnym wybi-
janiem rytmu oraz prostotą melodii
binokle — okulary trzymające się na
nosie za pomocą sprężynki
biograficzny — dotyczący biograf IU
i;, życiorysu, opisu życia i działalności
jakiejś osoby
298
biwak — !. obozowanie pod gołym
niebem; postój, popas; 2. miejsce
obozowania, obóz
blankiet — formularz do wypełnienia,
arkusz papieru z wydrukowanym na-
główkiem
bosman — stopień podoficerski w mary-
narce wojennej (odpowiadający sier-
żantowi); na statku handlowym lub
pasażerskim: podoficer pełniący funkcje
techniczne, przełożony załogi
bosmanat — zarząd małego portu ry-
backiego
bór — duży, gęsty las
brokat — ciężka wzorzysta tkanina jed-
wabna przetykana złotą lub srebrną
nitką
bułanek — koń bulany, tj. maści pło-
wej, żółtawej
burda — kłótnia, awantura, bijatyka
burka — 1. długie, obszerne okrycie
z grubej tkaniny, z kapturem; 2. dawne
wierzchnie okrycie bez rękawów, no-
szone na zbroi
burta — 1. boczna zewnętrzna ściana
albo górna krawędź lodzi, kadłuba stat-
ku, okrętu; bok samolotu; 2. bok lub
krawędź kanału, rowu, nasypu, grobli
buzdygan — rodzaj maczugi o stalowej,
zwykle kulistej głowicy, oznaka god-
ności dowódców w dawnym wojsku
polskim
bywalec — 1. człowiek często przeby-
wający w danym miejscu; 2. ktoś, kto
dużo podróżował, zwiedził, widział
i doświadczył
C
cal — jednostka miary długości, stoso-
wana dawniej w wielu krajach, m. in.
w Polsce (dawny cal polski ~ 24 mm,
cal angielski => 25,4 mm)
cekaem — ciężki karabin maszynowy
cep — I. narzędzie do ręcznego młó-
cenia zboża, złożone z długiej drew-
nianej rączki i przytwierdzonego do
niej rzemieniem krótkiego kija; 2. po-
gardliwe określenie człowieka głupie-
go, tępego
chlebodawca — ten, kto daje płatną
pracę, zarobek; pracodawca
chorągiew — 1. sztandar, flaga; 2. jed-
nostka organizacyjna w harcerstwie,
składająca się z kilku hufców’; 3. dawna
podstawowa jednostka wojskowa, odpo-
wiadająca w przybliżeniu dzisiejszej
kompanii
cis — drzewo (lub krzew) iglaste o czer-
wonawym, bardzo twardym drewnie
cokół — podstawa, postument
cybuch — 1. część fajki: drewniana lub
metalowa rurka, służąca do ciągnięcia
dymu; 2. przyrząd do wydmuchiwania
szkła w hutach
cyrkuł — komisariat policji w carskiej
Rosji
cyrograf — własnoręczne zobowiązanie
pisemne
cysterna — zbiornik, duże naczynie do
przechowywania lub przewozu cieczy
albo gazów
cywilizacja — stan rozwroju społeczeń-
stwa ludzkiego, przeciwstawiany sta-
nowi dzikości
czerw — 1. larwa niektórych gatunków
owadów, np. pszczół, much; 2. larwa-
-szkodnik, tocząca drzewo, owoce itp.
D
dccygram — jedna dziesiąta grama
decyzja — postanowienie, rozstrzygnię-
cie; uchwała
dedykacja — 1. formuła na książce,
fotografii irp., informująca o ofiaro-
waniu komuś tej rzeczy, napisana
własnoręcznie przez ofiarodawcę (częs-
to autora książki) i podpisana przez
niego; 2. drukowana zazwyczaj na
początku utworu wypowiedź autora
299
<• tym, żc poświęca on ten utwór jakiejś
określonej osobie
defekt — uszkodzenie, usterka
dekada — okres dziesięciu dni
dekonspirować — ujawniać, odkrywać,
wyjawiać coś, co było ukryte
demonstracja — 1. wystąpienie zbio-
rowe, pochód, zgromadzenie mające
na celu wyrażenie opinii publicznej
w jakiejś sprawie; 2. publiczne okazy-
wanie uczuć, zajęcie postawy wobec
kogoś lub czegoś przez jednostkę lub
grupę; 3. dokonywanie pokazu, pokaz
diadem — złota lub srebrna przepaska
na głowę, zwykle wysadzana drogimi
kamieniami, dawniej stanowiąca ozna-
kę wysokiej godności
dokumentacja — 1. udowodnienie,
stwierdzenie czegoś na podstawie do-
kumentów; 2. odpowiedni zbiór do-
kumentów, materiałów, np. plany, ry-
sunki i kosztorysy jakiejś budowy
dopingować — zachęcać, pobudzać do
wysiłku
dorodny — wyróżniający się zdrowym,
ładnym wyglądem
doza — dawka, porcja leku do jednora-
zowego użycia, odmierzona ilość ja-
kiegoś płynu, surowrca, przetworu itp.
doża — tytuł naczelnika państwa w daw'-
nej Wenecji i Genui
dramat — 1. utwór literacki napisany
w formie dialogowej, o dużym napięciu,
przeznaczony w zasadzie do odegrania
na scenie; 2. nieszczęście, ciężkie prze-
życie
dramatyczny — 1. dotyczący dramatu,
sceniczny, teatralny; 2. pełen napięcia,
wstrząsający
drelichowy — wykonany z drelichu,
tj. grube; tkaniny z lnu lub bawełny,
przeważnie taniej i nicozdobnej, uży-
wanej przede wszy stłum na ubrania
robocze
dukt — prosta droga powstała przez
wyrąbanie drzew w lesie
dyscyplina 1. karność, podporządko-
wanie postępowania obowiązującym
przepisom, poleceniom przełożonych
lub wymaganiom instytucji, organizaqi,
społeczeństwa; 2. gałąź nauki, techniki’
sportu; 3. narzędzie kary cielesnej:
krótki bat o kilku rzemieniach
dysk — krążek metalowy lub drewniany
okuty metalem używany w sporcie do
rzutów w dal
dyskobol — sportowiec (lekkoatleta) rzu-
cający dyskiem
dyskusja — wymiana zdań na jakiś temat,
wspólne rozpatrywanie jakiegoś za-
gadnienia
dystyngowany — wytworny, elegancki,
mający dobre maniery
dystynkcje — odznaki wskazujące na
godność, rangę wojskową, zawodową
ich posiadacza
dyszel — drąg przymocowany do przed-
niej części pojazdu konnego, umożli-
wiający kierowanie nim
dzianet — piękny koń wierzchowy rasy
hiszpańskiej, włoskiej lub tureckiej
dziedzic (dziedziczka) — 1. osoba
wchodząca w posiadanie czegoś po kimś,
spadkobierca; 2. właściciel (właści-
cielka) majątku ziemskiego, posiadłości
ekipa — grupa ludzi, zespół, drużyna
zorganizowane dla wykonania jakiegoś
zadania
ekspediować — I. wysyłać, wyprawiać;
2. obsługiwać klientów w sklepie
ekspedycja — 1. wysyłanie czegoś;
2. dział w niektórych instytucjach zaj-
mujący się przyjmowaniem i wysyła-
niem, np. pism, towarów; 3. wyprawa
grupy osób zorganizowana w jakimś
celu
eksperyment — 1. próba przeprowa-
dzenia czegoś, pierwsza realizacja no-
wego pomysłu; 2. doświadczenie, ce-
lowe wywoływanie jakiegoś zjawiska dla
zbadania jego przebiegu w określonych
u arunkach
eksperymentalny — próbny, doświad-
czalny
eksploatować — 1. korzystać z czegoś,
użytkować coś; 2. wydobywać z ziemi
i wyzyskiwać bogactwa naturalne; 3.
uprawiać wyzysk, ciągnąć zyski z cu-
dzej pracy
elementarny — najprostszy, podsta-
wowy
emigrować — wyjechać z ojczystego
kraju w celu czasowego lub stałego
osiedlenia się w obcym państwie
emisja — 1. wypuszczanie do obiegu
pieniędzy lub papierów wartościowych;
2. wysyłanie promieniowani? przez
jakieś ciała; 3. nadawanie audycji ra-
diowych i programów telewizyjnych;
4. właściwe, umiejętne wydawanie głosu
w mowie i w śpiewie
emocjonujący — wywołujący silne prze-
życia uczuciowe, podniecający
entuzjasta — 1. człowiek pełen zapału,
dobrych chęci, skłonny do zachwytu;
2. zapalony wielbiciel
entuzjazm — zapał, uniesienie, zachwyt
epidemia — szerzenie się jakiejś cho-
roby, głównie zakaźnej
cra — i. okres w dziejach ludzkości,
w którym dokonały się przełomowe
zmiany; 2. okres zapoczątkowany waż-
nym wydarzeniem, od którego liczy
się lata; 3. jeden z wielkich odcinków
czasu, na jakie dzieli się historię Ziemi
erkaemista — żołnierz posługujący się
erkaemem, tj. ręcznym karabinem
maszynowym
esesman — członek hitlerowskich par-
tyjnych oddziałów szturmowych (S.S.),
osławionych udziałem w ludobójstwie
eskapada — wypad; lekkomyślna, ry-
zykowna wyprawa
estrada —
podwyższenie nie oddzielone
od widowni, w sali lub na wolnym
powietrzu, przeznaczone na występy
artystów; podium
ewakuować — usuwać ludzi i cenniej-
sze rzeczy z terenów zagrożonych,
np. przez nieprzyjaciela w czasie wojny,
przez powódź itp.
fachowiec — specjalista w jakiejś dzie-
dzinie
fachowy — 1. specjalny, zawodowy;
2. obeznany z jakimś zawodem, wykwa-
lifikowany
facjatka — I. mieszkanie na poddaszu,
którego okna umieszczone są w połaci
dachu; 2. poddasze, strych
fajerwerk — sztuczne ognie dające na
niebie różnokolorowe efekty świetlne
fakultet — wydział na wyższej uczelni
fanaberie — kaprysy, grymasy, wybryki
faraon — władca w dawnym Egipcie
fascynujący — przykuwający uwagę,
oczarowujący, olśniewający
febra — gorączka typu molaryczncgo,
malaria lub w ogóle gorączka z dresz-
czami
filia — oddział, agencja większego
przedsiębiorstwa lub urzędu
firmament — sklepienie niebieskie, niebo
fizjologiczny — dotyczący naturalnych
czynności organizmu, zachodzący w or-
ganizmie w warunkach normalnych; na-
turalny, organiczny
fizylier — żołnierz piechoty uzbrojony
w ręczną broń moszynow.)
flota — ogół jednostek pływających
o jednakowym przeznaczeniu (np.
flota handlowa, rybacka) lub przynależ-
ności (np. flota norweska, polska)
flotylla — zespół niewielkich statków
301
309
— gospodarstwo rolne, zwykle
jednego typu pod wspólnym douódz-
twem
folga — ulga, wytchnienie, odpoczynek
«U6 folgę - dać swobodę, pozwolić
na coś, dać upust czemuś
folklor — twórczość ludowa, sztuka lu-
dowu, obejmująca podania, baśnie,
pieśni, tance, zdobnictwo itp.
folwark — gospodarstwo rolne, zwykle
stanowiące część większego majątku;
zabudowania tego gospodarstwa
fortel — podstęp, sprytny sposób poko-
nania trudności, osiągnięcia czegoś
forty fikacja — umocnienie, obwarowa-
nie obronne
fosforyzujący — świecący w ciemności
zielonkawym, bladym światłem
frasunek — zmartwienie, kłopot, troska
frykasy — smakołyki, przysmaki
fundator — człowiek zakładający, budu-
jący coś swoim kosztem dla użytku
publicznego
fundusz — środki pieniężne przezna-
czone na coś; gotówka, kapitał, ma-
jątek
furażerka — miękka czapka bez daszka,
składana wzdłuż; pierożek
garnizon — 1. oddział wojska stale prze-
bywający na danym terenie, załoga;
2. miejsce stałego pobytu wojska
gcnealopia — historia rodu, jego pocho-
dzenie, następstwo pokoleń i węzły
pokrewieństwa między członkami tego
rodu; rodowód
geniusz — 1. najwyższy stopień uzdol-
° nienia, wielki, rzadki talent; 2. człowiek
wyjątkowo utalentowany; 3. w mitoo-
gu* rzymskiej: bóstwo opiekuńcze
geolog - specjalista w zakresie geolog
tj. nauki o budowie i dziejach Ziemi,
głównie skorupy ziemskiej
gestapowiec - funkcjonariusz gestapo,
hitlerowskiej tajnej policji
funkcjonariusz gestapo,
gondolier — przewoźnik kierujący gon
doM, tj. jednowioslową, plaskodL,
wąską, ozdobną łodzią, używaną w U J’
necji c
gościniec - 1, szeroka drogB
trakt; 2. podarunek przywieziony z P .
dróży 1
gratulować — winszować z okazji
szczęśliwego wydarzenia, powodzenia
w jakiejś sprawie
guwerner ka — zawód, zajęcie guwer-
nera, tj« nauczyciela domowego, wy-
chowawcy dzieci w zamożnych domach
gwiazda — ciało niebieskie świecące
własnym światłem, zbudowane podob-
nie jak Słońce
H
hala — łąka górska położona powyżej
granicyl lasów
hall (czytaj: hol) — duży przedpokój
w domach mieszkalnych, rodzaj po-
czekalni w hotelu, kinie, restauracji itp.
harcap — warkocz peruki męskiej,
noszony w XVII i XVIII wieku
honorarium — wynagrodzenie za pracę
np. literata, artysty, adwokata
idealny - 1- wzniosły, nierealny, me-
przyziemny; 2. doskonały, ivzoroA>,
odpowiadający ideale" i
— wzór doskonałości, najwj« >
_ pogedny, spokojny, bez-
ideał
cel dążeń, pragnień
idylla —
życie
idylliczny
troski
igrzyska — zawody pubhczn
ił — u
tUia osadowa drobnoziarnista
302
imaginacyjny — będący wytworem
imaglnacji, tj. wybujałej wyobraźni,
fantazji; urojony, fantastyczny
imperium — wielkie państwo o ustroju
monarchicznym
imponować — wzbudzać podziw, sza-
cunek. uznarre; olśniewać
impreza — i. widowisko, koncert,
zuwody sportowe, bal iip. organi-
zowane najczęściej w celach docho-
dowych; 2. przedsięwzięcie, zamysł
incydent — wydarzenie, wypadek, zajście;
spór
inspekcja — 1. kontrola, przegląd, spraw-
dzenie działalności jakiejś instytucji;
2. instytucja, urząd, mające za zadanie
dokonywanie kontroli
inspicjent — pracownik teatru czuwający
nad techniczną stroną przedstawienia
interwencja — wtrącanie się w jakąś
sprawę, wywieranie wpływu na kogoś
w jakiejś sprawie w celu uzyskania okre-
ślonego skutku, np. zmiany postawy,
decyzji
intymny — 1. ściśle osobisty, poufny;
2. przeznaczony dla najbliższych, przy-
jacielski, zażyły, serdeczny
inwestycja — 1. nakład gospodarczy,
którego celem jest stworzenie nowych
hib powiększenie istniejących obiektów
majątku trwałego; 2. przedmiot (np.
budowla, maszyny), który jest wynikiem
jakiejś inwestycji
ironia — ukryta złośliwość, utajone szy-
derstwo
izolacja — 1. odosobnienie, oddzielenie
od otoczenia; 2. materiał nie przewo-
dzący prądu, ciepła itp.
izoterma — linia na mapie łącząca punk-
ty o jednakowej średniej temperaturze
J
jałoszka, jałówka — młoda krow’a nie
mająca jeszcze potomstwa
i®* — wąwóz, parów; wąska i głęboka
dolina o stromyrh zboczach wyżło-
biona przez wody rzeczne
jarka — zboże siane na wiosnę
jarzmo — drewniany zaprzęg zakładany
na kark lub rogi i czoło pracujących
wołów'; w przenośni: pęta, niewola
jazz (czytaj: dżaz albo dżez) — 1. mu-
zyka powstała w drugiej połowie
XJX wieku pod wpływem murzyńskiej
muzyki ludowej, oparta na charakte-
rystycznych rytmach (synkopy) i wy-
magająca specjalnego składu instru-
mentów; 2. orkiestra grywająca utw*ory
jazzowa
juhas — młodszy pasterz owiec w Ta-
trach i Karpatach, pomocnik starszego
pasterza (bacy )
K
kablować — przekazywać wiadomości
za pomocą kabla telegraficznego
kajuta — pomieszczenie mieszkalne na
statku; kabina
kamera — 1. aparat do fotografowania,
filmowania lub przekazywania przez
telewizję obrazu z natury; część aparatu
fotograficznego lub filmowego miesz-
cząca W' sobie błonę lub kliszę; 2. za-
mknięte pomieszczenie; pokoi, cela
kampania — 1. wyprawa wojenna, cało-
kształt działań wojennych objętych
wspólnym planem; 2. zorganizowane,
energiczne działanie, akcja zmierzająca
do określonego celu
kanwa — sztywna tkanina siatkowa z gru-
bych nici, używana jako podkład do
wyszywania; w przenośni: tło, podstawa
karawan — wóz pogrzebowy
karcer — 1. cela karna w więzieniu;
2. karne zatrzymanie ucznia po lekcjach
w zamkniętym pomieszczeniu
karczunek — oczyszczanie gruntu z pnia-
ków i korzeni wyciętych drzew
kardynalny — główny, zasadniczy, pod-
stawkowy, fundamentalny
303
kariera — powodzenie w życiu; zdoby-
wanie coraz wyższych stanowisk w pra-
cy zawodowej, naukowej, społecznej
katedra — 1. stół lub pulpit na podwyż-
szeniu przeznaczony dla nauczyciela,
wykładowcy; 2. jednostka organiza-
cyjna na wyższej uczelni kierowana
przez prolesora; 3. główny kościół
diecezji pod bezpośrednim zwierzch-
nictwem biskupa
kategoria — rodzaj, klasa, typ czegoś
katorga — przymusowe ciężkie roboty,
stosowane w Rosji carskiej jako kara
dla przestępców politycznych i krymi-
nalnych; w przenośni: bardzo ciężka
praca, udręka
katować — bić mocno, dotkliwie, bes-
tialsko; torturować
kiesa (kieska) — woreczek używany
dawniej do przechowywania pieniędzy
lub kosztowności, sakiewka; w przenoś-
ni: majątek, fortuna, dochody
kinkiet — przyścienna lampa lub świecz-
nik, przeważnie o formach ozdobnych,
zazwyczaj z tarczą metalową lub lustrza-
ną odbijającą światło, używana często
do oświetlania sceny teatralnej
klepisko — równa, gładka płaszczyzna
z mocno ubitej ziemi lub uklepanej
gliny, stosowana w stodole, gdzie się
młóci zboże, lub jako podłoga dawnych
ubogich domów wiejskich i budynków
pomocniczych (szop, wędzarni)
klinika — szpital, w którym obok leczenia
prowadzi się szkolenie studentów me-
dycyny i lekarzy oraz prace naukowo-
-badawcze
kobierzec — barwna, puszysta z prawej
strony tkanina ozdobna, służąca do
przykrycia podłogi lub ścian; dywan
kocz — półkryty powóz dwu- lub cztero-
konny
koczować — 1. prowadzić nieosiadły,
wędrowny tryb życia; 2. obozować,
biwakować
kodeks — 1. zbiór przepisów prawnych;
2. zespól norm, reguł, zasad obowiązu-
jących w jakiejś dziedzinie, np. w życiu
towarzyskim; 3. sura księga rękopiś-
mienna, zwykle bogato ilustrowana
koją — łóżko na statku w pomieszczeniu
mieszkalnym załogi, wmontowane na
stałe lub zawieszone na łańcuchach
kojec ]. klatka lub zagroda w oborze,
chlewie, kurniku dla oddzielenia zwie-
rząt; 2. rodzaj ogrodzenia, które ogra-
nicza swobodę poruszania się małego
dziecka i jednocześnie ułatwia mu stanie
i chodzenie
kolos — olbrzymi, nadnaturalnej wielkości
posąg; w przenośni: ktoś lub coś
ogromnych rozmiarów, olbrzym
kolt — sześciostrzalowy rewolwer bę-
benkowy
kołacz — ciasto z mąki pszennej w kształ-
cie kolistego placka, przygotowywane
dawniej na wesela i inne uroczystości
na wsi
kombajn — maszyna złożona z kilku
mechanizmów wykonujących różne ko-
lejne czynności, np. ścinanie zboża,
młócenie i oczyszczanie wy młóconego
ziarna
kombinat — zespół kilku wytwórni pod
wspólnym kierownictwem, związanych
ze sobą tokiem produkcji
komfort — dobre warunki bytowania,
wygoda życiowa połączona z elegancją
komoda — niski mebel skrzyniowy z szu-
fladami, służący do przechowywania
bielizny, części ubrania i drobiazgów
kompetencja — zakres uprawnień; za-
kres działania wyznaczony uprawnie-
niami i obowiązkami; zakres czyjejś
wiedzy, umiejętności i odpowiedzial-
ności
kompleksowy — ogarniający kilka dzie-
dzin, tworzący zwartą całość
komponować — tworzyć dzieło sztuki,
304
zwłaszcza muzycznej ; układać z ele-
mentów jakąś całość
kompozycja — 1. układ, budowa dzieła
sztuki ’} 2. całość, która powstała z ele-
mentów składowych; 3. nauka, teoria
komponowania dzieł sztuki, zwłasz-
cza muzycznych
kompozytor — autor utworu muzycz-
nego
komtur — w państwie krzyżackim:
zwierzchnik okręgu, a w czasie wojny
dowódca osobnego oddziału
koncepcja — ogólny zarys, projekt;
obmyślony plan rozwiązania czegoś;
pomysł
koncept — 1. trafny, szybki pomysł,
myśl szczęśliwa; zmyślność, spryt; 2.
dowcip, żart
koncert — 1. impreza artystyczna wy-
pełniona programem muzycznym; 2.
utwór muzyczny, zwykle trzyczęściowy,
na jeden lub kilka instrumentów solo-
wych i orkiestrę albo na samą orkiestro
konfuzja — zawstydzenie, zmieszanie,
zakłopotanie
konkurencja — 1. rywalizacja, współza-
wodnictwo; 2. firma, placówka kon-
kurencyjna, tj. rywalizująca, współza-
wodnicząca; 3. rozgrywka w danej
dyscyplinie sportowej
konserwacja, konserwowanie — dzia-
łanie mające na celu utrzymanie czegoś
w dobrym stanic (np. żywności, maszyn,
budynków)
konserwatorium — szkoła, uczelnia
muzyczna
konsultacja — porada fachowców, spe-
cjalistów, rzeczoznawców
kontusz — staropolski szlachecki strój
męski wkładany na żupan, rodzaj dłu-
giej, z przodu rozciętej sukni, z długimi,
rozciętymi rękawami (tzw. wylotami),
spinanymi zwykle na plecach
kosmonauta — człowiek dokonujący
lotów w przestrzeni kosmicznej
kosmos — 1. wszechświat*; 2. prze-
strzeń pozaziemska, w której dokony-
wane są loty i eksperymenty kosmiczne
kotwica — ciężki hak o dwu lub trzech
zębach, który rzucony na łańcuchu
ze statku wbija się w dno i utrzymuje
statek na miejscu
krasomówczy — oratorski, właściwy
krasomówcy, tj. człowiekowi umie-
jącemu pięknie przemawiać, wygłasza-
jącemu piękne mowy
kreacja — 1. zagranie przez aktora jakiejś
roli, stworzenie przez grę aktorską
postaci scenicznej, zwłaszcza wyrazistej,
pamiętnej; 2. oryginalny, elegancki
strój; 3. tworzenie; 4. twór, wytwór,
dzieło
kronika — 1. kolejny (chronologiczny)
zapis ważniejszych wydarzeń z życia
kraju, organizacji itp.; 2, stały przegląd
wiadomości bieżących w prasie, radiu,
filmie
krynica — źródło, zdrój
krytyk — 1. ten, kto analizuje i ocenia
dzieła sztuki, literatury, prace naukowe;
recenzent; 2. człowiek krytykujący,
ganiący coś
krzywula — dawny drewniany instru-
ment dęty, rodzaj klarnetu o zakrzy-
wionej rurze
kubryk — pomieszczenie mieszkalne dla
załogi statku morskiego
kulbaka — wysokie siodło osadzone na
drewnianvm szkielecie
kulisy — boczne części dekoracji sce-
nicznej lub część teatru za sceną;
w przenośni: okoliczności, szczegóły’
jakiegoś wydarzenia ukryte, zamasko-
wane, nie znane ogółowi
kuter — mały motorowy statek rybacki
kwalifikacje — przygotowanie, uzdol-
nienia i wykształcenie potrzebne do
wykonywania jakiegoś zawodu, jakiejś
czynności
Książka — 20
305
kwartet — I. utwór muzyczny na cztery
głosy lub instrumenty; 2. zespól mu-
zyczny lub śpiewaczy złożony z czte-
rech osób
kwaterować — 1. zajmować kwaterę,
tj. mieszkanie czy pomieszczenie na
pewien okres; 2. dawać komuś kwaterę,
pomieszczenie
kwintesencja — istota rzeczy; naj-
ważniejsze, najistotniejsze elementy
czegoś
L
labirynt — 1. w starożytności: budowla,
której wnętrze składało się z wielkiej
liczby sal i krętych, krzyżujących się
korytarzy dla utrudnienia dostępu do
pomieszczenia centralnego; 2. w prze-
nośni: plątanina, gmatwanina
laborant — pracownik pomocniczy za-
trudniony w laboratorium
laboratorium — pracownia przezna-
czona do wykonywania doświadczeń,
badań chemicznych, fizycznych, analiz
lekarskich itp.
laur — 1. drzewko o wiecznie zielonych,
silnie pachnących liściach, używanych
jako przyprawa kuchenna; wawrzyn;
2. liście, gałązki tego drzewa, wieniec
z nich jako symbol zwycięstwa, nagroda
dla zwycięzcy; zbierać, zdobywać
laury — odnosić sukcesy, cieszyć się
uznaniem, zdobywać sławę
lawina — masa śniegu lub kamieni sta-
czająca się z gór
lazur — 1. kolor niebieski, błękitny;
błękit nieba; 2. barwnik błękitny
legalny — zgodny z prawem, prawny,
jawmy
legenda — I. opowieść o postaciach
histor j cznych lub rzekomo historycz-
nych pełna niezwykłości, cudowi: sci,
często oparta na podaniach ludowych;
w przenośni: wymysły b^jka; 2. tekst
objaśniający do mapy, wykresu, ilu-
stracji itp.
lekkoatletyka — gałąź sportu obejmu-
jąca biegi, skoki i rzuty
liberia — mundur dla służby, np. w ho-
telach, restauracjach, w domach wielko-
pańskich
lichwiarski — właściwy lichwiarzowi,
tj. człowiekowi pożyczającemu pie-
niędzy na bardzo wysoki procent i w ten
sposób bogacącemu się kosztem ludzi
znajdujących się zwykle w ciężkiej
sytuacji; oszukańczy, oparty na wyzysku,
krzywdzący
lico — twarz; policzek
likwidować — 1. zwijać, usuwać coś,
uwalniać się od czegoś; 2. uśmiercać
liryczny — 1. uczuciowy, nastrojowy,
wzruszający; 2. właściwy liryce, zwią-
zany z liryką
liryka — dział literatury, rodzaj lite-
racki obejmujący głównie utwory poe-
tyckie, których treścią są osobiste prze-
życia, uczucia, nastroje i refleksje*
autorów
logarytm — wykładnik potęgi, do której
należy podnieść liczbę stalą (zasadę),
aby otrzymać liczbę daną (logaryt-
mowaną)
logiczny — sensowny, rozsądny, kon-
sekwentny
lokaj — służący w bogatych domach,
zwykle ubrany w liberię*
longplay (czytaj: longplej) — długo-
grająca drobnorowkowa płyta gramo-
fonowa
lugrotrawler (czytaj: lugrotraulci ) —
mniejszy od trawlera* statek rybacki,
poławiający włokiem i plawnicami
!uk — zamykany klapą otwór w pokładzie
statku; pomieszczenie, którego wylo-
tem jest ten otwór
luka — puste, wolne miejsce; przerwa,
wyrwa
luksusowy — zbytkowny, wytworny,
pełen przepychu, kosztowny
lustrować — dokonywać przeglądu,
sprawdzać stan, kontrolować; przy-
glądać się uważnie, krytycznie
lutnia — strunowy szarpany instrument
muzyczny, rozpowszechniony w Euro-
pie w w. XV—XVII
łubianka — koszyk (najczęściej na owo-
ce) wykonany z łubu, tj. z pasów kory
drzewnej, zdejmowanej w czasie krą-
żenia soków w drzewie, albo (obecnie)
z cienkich pasków drewna
łyko — warstwa włóknistej tkanki pod
korą drzew i krzewów, używana do
wyrobu prostych, prymitywnych przed-
miotów (np. łapci)
M
magia — wiara w cudowną władzę nad
ludźmi i rzeczami, którą mogą dać np.
zaklęcia, znaki, przedmioty magiczne;
w przenośni: niezwykły wpływ’, nie-
spotykana siła oddziaływania
makieta — 1. model wykonany w zmniej-
szonej skali; 2. plan układu książki
lub innego druku
maksyma — zasada postępowitnia, pra-
widło, reguła
maksymalny — największy, najwyższy,
osiągający swoje maksimum, tj. punkt
szczytowy, najwyższy stopień, górną
granicą
manipulować — 1. wykonywać rękami
jakąś czynność, zwłaszcza wymagającą
zręczności, dokładności; 2. posługiwać
się, operować czymś
medytacja — rozważanie, rozmyślanie
dumanie
medytować — długo się namyślać,
zastanawiać; rozważać coś powoli
megafon — przyrząd silnie wzmacnia-
jący glos, głośnik tubowy stosowany na
placach, ulicach, dworcach itp.
melancholia — 1. przygnębienie, smu-
tek, posępny nastrój; 2. chorobliwa
głęboka depresja psychiczna, niechęć
do życia
metro — podziemna kolej elektryczna,
służąca jako środek lokomocji w wiel-
kich miastach
mila — miara długości, różna w róż-
nych krajach; mila morska (między-
narodowa) ma około 1852 m
miner — specjalista, zwykle wojskowy
(saper), zakładający miny lub oczyszcza-
jący teren z min
miriady — ogromna liczba, niezliczone
mnóstwo
mitologia — zbiór mitów, podań o bo-
gach i bohaterach
mobilizacja — 1. powołanie rezer-
wistów’ do czynnej służby wojskowej;
2. przejście sil zbrojnych państwa ze
stanu pokojowego w stan wojenny i prze-
kształcenie gospodarki pokojowej na
wojenną; 3. pobudzenie do dział mia,
uaktywnienie
molestować — długo, usilnie o coś pro-
sić, nudzić prośbami, naprzykrzać się
o coś
monitor — aparat kontrolny
monokl — szkło optyczne na jedno oko,
dawniej noszone przez mężczyzn
murawa — trawa zielona, gęsta, pokry-
wająca jakąś przestrzeń
muszkiet — ręczna broń palna dużego
kalibru
muza — I. w mitologii* greckiej jedna
z dziewięciu bogiń, opiekunek sztuk
pięknych i nauki; 2. twórczość poe-
tycka, talent poetycki
N
naiwny — odznaczający się prostotą,
natiiialnośdą, szczerością, łatwowier-
nością; nic mający doświadczenia
307
nalewka — 1. napój z owoców zalanych
spirytusem; 2. wyciąg (alkoholowy,
rzadziej wodny) z ziół lub innych roślin
nałóg — 1. nawyk szkodliwy dla zdrowia;
2. zakorzenione przyzwyczajenie
nieefektowny — niepozorny, nie zwra-
cający na siebie uwagi
nietakt — postępek niestosowny, nie-
delikatny; niezręczność, uchybienie
O
obcesowy — bezceremonialny, na-
tarczywy, zuchwały
obiekt — 1. przedmiot, rzecz; 2. budynek,
zespól budynków, urządzenia terenowe
obiektyw — soczewka lub zespół so-
czewek w przyrządzie optycznym, np.
w aparacie fotograficznym, mikroskopie,
lunecie
obnażony — 1. pozbawiony ubrania,
nagi; 2. odsłonięty, odkryty
odizolowany — odosobniony, oddzie-
lony
oficjalista — pracownik zatrudniony
przy zarządzaniu prywatnym mająt-
kiem ziemskim
oficjalny — 1. ogłoszony urzędowo,
odpowiadający ustalonym formom, re-
gułom; 2. sztywny w obejściu, nie-
naturalny, wymuszony
olimpiada — 1. w starożytnej Grecji:
igrzyska w Olimpii urządzane co
cztery lata; dziś: międzynarodowe za-
wody sportowe organizowane co cztery
lata na wzór staroźytnych; 2. zawody,
rozgrywki o szerokim zasięgu, np.
olimpiada matematyczna, fizyczna
onuca — kawałek tkaniny do owijania
stóp, zastępujący skarpetkę
operator — 1- lekarz dokonujący ope-
racji; 2. specjalista w zakresie zdjęć
filmowych; 3. pracownik wyspecja-
lizowany w obsługiwaniu jakiejś ma-
szyny roboczej, np. dźwigu, koparki
oponować — przeciwstawiać swoje zda-
nie innemu, zaprzeczać czemuś
opończa — długie wierzchnie okrycie
bez rękawów, z kapturem, chroniące
przed deszczem i kurzem
opój — pijak
oryginalny — 1. nie będący naśladow-
nictwem, swoisty; 2. tworzący samo-
dzielnie, nie korzystający z wzorów;
3. osobliwy, niezwykły
osobliwy — zwracający uwagę, szcze-
gólny, wyjątkowy, niezwykły, nadzwy-
czajny, zadziwiający, dziwaczny
osowiały — przygnębiony, odrętwiały,
apatyczny
otawa — trawa wyrosła ponownie na
skoszonej łące
P
palisada — 1. ogrodzenie obronne z drew’-
nianych pali ostro zakończonych, wbi-
tych jeden przy drugim; ostrokół,
częstokół; 2. rząd pali wbitych w ziemię
(dno), stanowiących podstawę pomostu
lub umocnienie zbocza nasypu
parobek — robotnik najemny w pry-
watnym gospodarstwie rolnym; słu-
żący wre dworze lub w karczmie
patos — 1. wzniosłość, powagi właściwa
rzeczom wielkim; 2. podniosły ton,
styl mówienia lub pisania; używanie
słów, wyrażeń górnolotnych, pełnych
przesady
pawilon — 1. niewielki budynek o lek-
kiej konstrukcji, najczęściej parterowy,
zwykle wchodzący w skład jakiegoś
zespołu zabudowań; 2. część budowli
wyróżniająca się z całości własnym
dachem
pejzaż — krajobraz w naturze lub przed-
stawiony w dziele sztuki
pensjonarka — uczennica uczęszczająca
na pensję, tj. do zakładu naukowo
-wychowawczego dla dziewcząt, za
308
pewniającego także mieszkanie i utrzy-
manie
pensjonat — dom mieszkalny, najczęś-
ciej w miejscowościach wypoczynko-
wych lub uzdrowiskach, w którym
wynajmuje się okresowo pokoje z cało-
dziennym utrzymaniem
perora— uroczyste, długie, nudne upo-
minanie, pouczanie
pesymista — człowiek skłonny do
widzenia wszystkiego od strony ujem-
nej, przewidujący zawsze rzeczy naj-
gorsze
pierwiastek — 1. ważny, istotny skład-
nik, element jakiejś całości; 2. w chemii:
substancja prosta, której nie można che-
micznie rozłożyć na inne ciała; 3.
w matematyce: liczba, która podnie-
siona do pewnej potęgi dajc liczbę
pierwiastkowaną
pietyzm — poszanowanie połączone
z uwielbieniem; cześć
pięciobój — złożona konkurencja spor-
towa, w której skład wchodzi pięć
dyscyplin lub konkurencji
piroga — wąskie, długie czółno wy-
drążone w pniu drzewnym lub wyro-
bione z kory, używane przez ludy po-
łudniowe
planeta — ciało niebieskie krążące dokoła
Słońca lub innej gwiazdy, świecące od-
bitym światłem
plener — 1. otwarta przestrzeń pod go-
łym niebem jako miejsce i temat pracy
malarzy, filmowców; 2. obraz lub
zdjęcie filmowe wykonane pod gołym
niebem, w naturalnej scenerii
poemat — dłuższy wierszowany utwór
literacki; w przenośni: rzecz piękna,
doskonała; arcydzieło
pogrom — 1. całkowite rozbicie, znisz-
czenie wojsk nieprzyjacielskich; 2.
wymordowanie jakiejś grupy ludzi
pokojówka — pracownica utrzymująca
porządek w pokojach w pensjonacie,
hotelu, dawniej w mieszkaniu prywat-
nym
polot — lotność umysłu, żywość w spo-
sobie myślenia, rozumowania i wyra-
żania się, łatwość i pomysłowość w two-
rzeniu czegoś
ponton — 1. łódź płaskodenna, używana
najczęściej do budowy tymczasowych
mostów, opartych na dwu równo-
ległych szeregach takich łodzi (tzw.
mostów pontonowych); 2. rodzaj tratwy
ratowniczej
popularny — 1. przedstawiony w sposób
przystępny, łatwy, dla wszystkich zro-
zumiały; 2. słynny, powszechnie znany
i ceniony; 3. ogólnie dostępny, po-
wszechnie używany
portal — ozdobne obramienie wejścio-
wego otworu kościoła, pałacu, kamie-
nicy' itp.; wejście, brama mające takie
obramienie
porzekadło — 1. rodzaj przysłowia,
utarte powiedzenie; 2. wyraz lub wy-
rażenie, którego ktoś wciąż używa,
z przyzwyczajenia, nie z potrzeby7
postument — podstawa, cokół
pozorny — nie będący tym, czym się wy-
daje; udawany, złudny
pozować — 1. służyć jako model mala-
rzowi, rzeźbiarzowi, fotografowi; 2.
udawać kogoś, grać rolę kogoś, zacho-
wywać się nienaturalnie
półkoszek — jedna z dwu części kosza
wiklinowego, wyścielających dno i boki
wozu; wóz wyłożony takimi częściami
precyzja — dokładność, ścisłość, skru-
pulatność
precyzyjny — dokładny, ścisły; dokład-
nie, starannie wykonany
premiera — pierwsze, przedstawienie
jakiejś sztuki w danym teatrze, pierwsze
wyświetlenie nowego filmu
promieniotwórczość — radioaktyw-
ność, rozpad jąder atomowych z jedno-
czesnym wypromieniowanicm cząstek
309
proporzec — mała chorągiew, flaga,
mały sztandar; dawniej: chorągiewka
protekcjonalny — wyniosły, podkreśla-
jący swoją wyższość
protest — ostre wystąpienie przeciw
czemuś; sprzeciw'; przeciwstawienie się
czemuś lub komuś
prototyp — pierwowzór, według któ-
rego coś się tworzy
prowincjonalny — charakterystyczny
dla prowincji, tj. dla części kraju
oddalonych od stolicy, dla wsi i małych
miasteczek, zapadłych kątówy mało-
miasteczkowy, zacofany
przycieś — podstawa z belek, na której
opiera się ściana drewTiianej budowli;
podwalina
przycumować — przymocować, przy-
wiązać statek do brzegu lub innego
statku cumami, tj. bardzo grubymi
ł
1. kolor ciemnoczerwony
ubiór
przyniewalać — zmuszać
pupil — 1. ulubieniec, beniaminek,
faworyt; 2. wychowanek, pozostający
310
purpura
z odcieniem fioletowym; 2.
koloru purpurowego, będący oznaką
godności, np. królewskiej
rabata — podłużna grządka kwiatowa
rakieta — 1. pocisk używany do sygnali-
zacji świetlnej lub oświetlenia; raca,
fajerwerk; 2. nowoczesny pocisk bo-
jowy dalekiego zasięgu; 3. pocisk lub
statek poruszany silnikiem rakietowym
używany do lotów międzykontynental-
nych lub kosmicznych albo do badania
górnej warstwy atmosfery
ranga — stopień służbowy w wojsku;
w przenośni: ważność, stanowisko
raport — krótkie, zwięzłe spiawozdanie;
meldunek
realistyczny 1. liczący się z rzeczywis-
tością, oparty na trzeźwym sądzie; 2,
związany z realizmem w sztuce, w li-
teraturze, oparty na zasadach realizmu,
reprezentujący realizm, tj. dążenie do
ukazania w dziele sztuki prawdziwego
obrazu rzeczywistości
redaktor — pracownik redakcji zajmu-
jący się pisaniem lub zbieraniem, oce-
nianiem, opracowywaniem i przygoto-
wywaniem materiałów do druku, do
nadania przez radio lub telewizję
redukcja — 1. zmniejszenie, ogranicze-
nie czegoś; 2. zwolnienie z pracy dla
zmniejszenia liczby zatrudnionych
refleksja — głębsze zastanowienie, roz-
myślanie nad czymś; myśl, wypowiedź
będąca wynikiem zastanowienia się,
rozmyślania
refren — powtarzający się regularnie
fragment tekstu w utworze poetyckim
lub odcinek melodii w utworze mu-
zycznym
regle — dolne partie stromych zboczy
Tatr (na wysokości 1200—1500 m)
pokryie lasami
regulamin — zbiór zasad postępowania
obowiązujących w jakiejś dziedzinie
lub instytucji
reja — pozioma belka na maszcie, do
której przymocowuje się górny brzeg
żagla prostokątnego
rejs — podróż, którą odbywa statek
z portu macierzystego do portu prze-
znaczenia
rekonwalescent — ozdrowieniec; czło-
wiek powTacający do zdrowia po dłuższej
chorobie
rekreacja — 1. odpoczynek, wytchnie-
nie, rozrywka; 2. dawniej: przerwa
między lekcjami, pauza
rekreacyjny — przeznaczony na odpo-
czynek, służący rozrywce
rekwizyt — przedmiot potrzebny na
scenie podczas przedstawicnia lub na
planie podczas kręcenia filmu
relacja — opowiadanie o jakimś wyda-
rzeniu, wypadku; ustne sprawozdanie
z przebiegu czegoś
repertuar — zasób utworów dramatycz-
nych, muzycznych, filmów granych
w danej placówce artystycznej (teatrze,
kinie, filharmonii) w pewnym okresie,
Wykaz tych utworów; zestaw utworów,
które może wykonać jakiś zespól lub
wykonawca; role grywane przez da-
nego aktora
r petent — uczeń powtarzający klasę;
drugoroczny
repetycja — powtórzenie
reporter — dziennikarz zajmujący się
zbieraniem i przygotowywaniem dla
czasopism, radia, telewizji lub filmu
sprawozdań z wydarzeń bieżących,
głównie lokalnych; sprawozdawca
reprezentacja— 1. przedstawicielstwo;
2. wystawność życia
reprezentować — być przedstawicielem
respektować — brać pod uwagę, liczyć
się z czymś, przestrzegać czegoś
rewelacja — coś niezwykłego, zupełnie
nowego i zdumiewającego dla kogoś
rewelacyjny — niezwykły, wyjątkowy,
zdumiewający
rezerwat — 1. teren wyłączony spod
eksploatacji*, znajdujący się pod ochro-
ną w celu zachowania przyrody w pier-
wotnym stanie; 2. obszar przymuso-
wego osiedlenia resztek tubylczych
plemion w Ameryce, Afryce i Australii
reżyser — ten, kto kieruje wystawieniem
sztuki teatralnej, nakręcaniem filmu,
przygotowaniem audycji radiowej lub
telewizyjnej
rodak — 1. człowiek tej samej narodo-
wości; ziomek; 2. żartobliwie: czło-
wiek pochodząc}7 z tego samego miasta,
tej samej okolicy; krajan
rogatka — budynek, brama, szlaban
u wylotu głównych ulic na granicy
miasta, postawione dla oznaczenia tej
granicy
rozwora — drąg łączący przednią i tylną
część podwozia wozu konnego
ruda — surowiec mineralny, z którego
uzyskuje się metal
rudera — stary, walący się budynek
rufa — tylna część staiku lub lodzi
rusałka — 1. boginka, nimfa wodna lub
leśna, występująca w baśniach ludo-
wych; 2. rodzaj dużych barwnych mo-
tyli obejmujący kilka gatunków
rusznica — dawniej używana ręczna
długa broń palna; rusznica przeciw-
pancerna — ręczna broń z gwinto-
waną lufą, jedno- lub wielostrzalowa,
przeznaczona do zwalczania z bliższej
odległości lekkich pancernych wozów
bojowych
rutynowany — mający rutynę, tj.
wprawę, biegłość w czymś, nabytą
przez długą praktykę, postępujący we-
dług utartych wzorów, ulegający na-
wykom
rychły — niedaleki, szybki
rym — zgodność brzmienia zakończeń
wyrazów, występująca najczęściej na
końcu wierszy (wersów) utworu po-
etyckiego
rynsztok — ściek uliczny, obmuro-
wane wgłębienie biegnące wzdłuż chod-
nika ulicy, odprowadzające wodę do
kanału
rytuał — zespól czynności związanych
z jakimś obrzędem, uroczystością; ce-
remonia!
rywalizować — współzawodniczyć, kon-
kurować
ryzykowny — taki, który może się nic
udać, którego wyniku nie można prze-
widzieć, grożący niebezpieczeństwem
rzesza — wielka liczba osób, dum
rzewny — tkliwy, wzruszający
311
s
sak — l.t :ba. worek; 2. s >eć u kształcie
worku rozpiętego na Utb-ął ’*di
saper — 1 lic*? ve k i> \ .seryjnych
•ar^ać — I \w»u. p\ sno nicrad wo-
kn:e z ct^a, narzekać, tzermać,
uty:kiv *»; 2. odi cwx s.ę nieuprzejmie,
burczeć mruczeć fokac
sarkofag — < ak»bna trumna z kamienia,
brązu, dre na lub gliny niekiedy w for-
mie postaci ludzkiej
satrapa — despotyczny władca, tyran
satysfakcja — I. zadowolenie; 2. za-
d '.s.1ecz yrńez*;e. wynagrc dzenie krzywdy
scenariusz — utwór lite acki przystoso-
wani i przeznaczany do realizacji
fi.m.’wei lub wysławienia na scenie;
scenariusz reżyserski — tekst zawie-
rający dokładne wskazówki dotyczące
realizacji i montażu filmu: scenopis;
scenariusz wystawy — szczegółowy
p_in wystawy’ określający sposób zgra-
scenograf — artysta projektujący deko-
racje i kostiumy do sztuki lub filmu
sceptyczny — niedowierzający, powąt-
piewai ty, krytycznie ustosunkowujący
się da czegoś
schludny — czysty, porządny
sedno — to, co jest Zasadnicze, podsta-
wowe; istota czegoś
segregacja — dzielenie czegoś na grapy,
kaiegjne
sekstyna — zwrotka złożona z tześciu
wierszy jeden; . cg. >»;< ‘v ch. w któ-
rej wiersz pierw izy rymuje bię z trzecim,
drugi z czwartym, a piąty z szóstym
sensacja — 1 • wywołane
zwykłym bardzo silne wrażenie i wiel-
kie zainteresowanie; X wiadomość
lub zdarzę me wywołujące duże zain-
teresowanie, zwracające powszechną
uwagę
sentencja — krótkie zdanie wyrażające
312
jakąś głębszą myśl, zasadę moralną,
m mil
separatka — oddzielne, osobne po-
mieszczenie
serenad i — utwór muzyczny o charak-
terze spokojnym, lirycznym
sformować — 1. zmęczyć nadmiernym
wysiłkiem, przemęczyć, nadwerężyć;
2. pokonać z trudem jakąś przeszkodę,
zdobyć ją w walce
sielanka — ’ utwór poetycki przedsta-
wiający spokojne życie wiejskie; 2. bez-
troskie, spokojne, pogodne życie; idylla
skafander — 1. kurtka z kapturem
chroniąca przed deszczem i wiatrem;
2. w d zczelny ubiór nurka; 3. spe-
cjalny ubiór chroniący pilota przed
skutkami dużych przyspieszeń i zmian
ciśnienia
skandować — recytować wiersz z pod-
kreśleniem jego rylmu; mówić ryt-
micznie i dobitnie, oddzielając sylabę
od sylaby
skarpa (=»zkarpa) — 1. przypora, filar
przyścienny podpierający mury bu-
dynku z zewnątrz; 2, stok wralu,
nasypu
skompensować — zrównoważyć, wy-
równać
skonfundowany — zmieszany, zawsty-
dzony
skonstatować — stwierdzić jakiś fakt,
przekonać się o czy m i
skrupulatnie — szczegółowo, dokładnie,
sumiennie
skrupuł — wątpliwość m rai na dotycząca
własnego postępowania
słota — niepogoda, szaruga
socjalny — ł. społeczny, dotyczący spo-
łeczeństwa; 2. mający na celu zaspoko-
jenie potrzeb bytowych i kulturalnych
specyficzny — charakterystyczny tylko
dh k bib czegoś, właściwy wyłącz-
nie komuś lub czemuś, swoisty
spenetrować — przejrzeć, przeszukać
coś; przeniknąć w głąb czegoś
spichrz (spichlerz) — budynek prze-
znaczony do przechowywania zapasów
zboża
spontaniczny — samorzutny, żywio-
łowy, dobrowolny, odruchowy
stadnina — hodowla zarodowa koni,
ośrodek hodowli koni
stentorowy — donośny
step — obszar równinny, bezdrzewny,
porośnięty głównie trawami
stoicki — niewzruszony, niezachwiany,
nacechowany niezmąconym spokojem,
tównowagą
struktura — układ, wzajemne powiązanie
elementów (części) stanowiących ca-
łość; budowa, konstrukcja, ustrój
suchoty — gruźlica
suita — cykliczna forma muzyczna,
będąca zestawieniem różnych tańców,
także obrazówr muzycznych o tematyce
literackiej
sukces — udanie się czegoś, osiągnięcie,
powodzenie, triumf
swada — 1. żywość, płynność, werwa,
zacięcie w mówieniu i pisaniu; 2. tem-
perament, zapał, rozmach
symfonia — utwór muzyczny na or-
kiestrę, składający się z czterech od-
dzielnych części, różniących się od
siebie charakterem i tempem
sympatyczny — I. pociągający, miły;
2. przychylny, życzliwy
szansa — możliwość, prawdopodobień-
stwo sukcesu; widoki powodzenia;
sposobność osiągnięcia czegoś
szczurek — lekkie uderzenie palcem,
pstryknięcie palcami o coś, prztyczek
szermierz — człowiek znający sztukę
władania białą bronią (szablą, szpadą,
floretemsportowiec uprawiający' szer-
mierkę; w przenośni: ten, kio walczy
o coś
szlafmyco — miękka czapeczka męska
będąca dawniej częścią stroju nocnego
szpargał — kawałek, świstek papieru;
papier zapisany lub zadrukowany bez
większej wartości; szpargały — jakieś
bliżej nie określone, bezużyteczne pa-
piery, stare pisma, dokumenty
sztab — centrum dowodzenia
sztaluga, staluga — drewniany stojak
służący do umieszczania obrazu na
odpowiedniej wysokości w czasie ma-
lowania
sztorm — burza morska wywołana przez
silny wiatr
szturm — gwałtowne natarcie
szyb — 1. wyrobisko górnicze prowadzące
z powierzchni w głąb, do złoża, wy-
posażone w różnego rodzaju urządze-
nia; 2. otwór wiertniczy przystosowany
do wydobywania ropy naftowej lub
gazu ziemnego; 3. obudowany pionowy
kanał, w którym porusza się dźwig,
winda
szyper — dowódca małego statku
tabor — 1. ogół środk w transportu
jakiegoś rodzaju, np. tabor kolejowy;
2. środki transportowe z zaopatrze-
niem dla wojska; 3. liczna grupa
ludzi wędrujących wspólnie lub zgro-
madzonych na postoju; obóz
taksować — określać cenę, wartość cze-
goś; oceniać, szacować
tasiemcowy — bardzo długi
taternik — człowiek uprawiający turys-
tykę wysokogórską w Tatrach
temblak — 1. opaska zawieszana na szyi
podtrzymująca chorą rękę; 2. pasek
przy rękojeści brom siecznej, na któ-
rym można ją zawiesić u ręki
terytorium — obszar ziemi
tolerować — znosić, traktować pobłaż-
liwie coś niewłaściwego, niepożądanego
torsje — wymioty
313
tragedia — I. utwór dramatyczny, przed-
stawiający konflikt (ścieranie się) dążeń
bohatera z nie dającymi się przezwycię-
żyć przeciwnościami, prowadzący do
nieuchronnej klęski, często do śmierci
bohatera; 2. wielkie, wstrząsające prze-
życie lub wydarzenie; nieszczęście
tragiczny — 1. właściwy tragedii (utwo-
rowi dramatycznemu), występujący
w tragedii, związany z tragedią; 2. bu-
dzący uczucie grozy i rozpaczy,
wstrząsający, straszny
trakt — 1. droga bita; 2. ciąg, tok
transporter — urządzenie mechaniczne
służące do przenoszenia materiałów,
najczęściej sypkich, w sposób ciągły;
przenośnik
trap — ruchome schodki prowadzące
na statek; różnego rodzaju schodki
na statku prowadzące z jednego po-
kładu na drugi; schodki na kółkach,
podstawiane pod drzwi samolotu na
lotnisku
traper — myśliwy polujący (zwykle za
pomocą sideł, pułapek) na zwierzęta
futerkowe w puszczach Ameryki Pół-
nocnej
trawler (czytaj: trauler) — statek rybacki
o mocnej konstrukcji, przystosowany
do łowienia ryb za pomocą włoka, wy-
posażony często w zamrażalnic i urzą-
dzenia przetwórcze
trening — zaprawa sportowa, planowe
ćwiczenia zmierzające do lepszego
opanowania przez sportowca danej
dziedziny sportu
trenować: 1. o trenerach: systematycznie
ćwiczyć sportowców w celu podniesienia
ich sprawności, uczyć techniki sportu;
2. o sportowcach: ćwiczyć systematycz-
nie dla uzyskania jak najlepszych wy-
ników w uprawianej dziedzinie sportu
trybunał — 1. sąd, kolegium sądowe,
zwłaszcza sąd o specjalnych kompeten-
cjach lub o szczególnym znaczeniu;
2. w dawnej Polsce: najwyższy sąd
apelacyjny szlachecki
tubylec — człowiek urodzony w danym
kraju, należący do rdzennej ludności
miejscowej; stały mieszkaniec danego
miejsca; autochton
tumanie — okłamywać, oszukiwać, zwo-
dzić; ogłupiać
tumult — zgiełk, wrzawa, hałas; za-
mieszanie
tundra — bez drzewny obszar pokryty
roślinnością złożoną z mchów, po-
rostów, nielicznych ziół, krzewinek
oraz karłowatych brzóz i wierzb,
charakterystyczny dla podbiegunowych
terenów Europy, Azji i Ameryki Pół-
nocnej
tyraliera — rozproszony szyk bojowy
piechoty, w którym żołnierze są roz-
mieszczeni w odstępach na jednej linii
wzdłuż frontu
tyran — 1. człowiek narzucający wszyst-
kim swoją wolę; 2. władca okrutny,
samowolny, stosujący gwałt i przemoc;
despota; 3. w starożytnej Grecji i Rzy-
mie: panujący, który przemocą za-
garnął władzę
U
ulokować — umieścić
umbra — osłona tłumiąca światło;
klosz, abażur
unikalny — lepiej: będący unikatem,
stanowiący unikat, tj. jedyny egzem-
plarz, rzecz niepowtarzalną, jedyną
w swoim rodzaju
ustabilizować — ustalić, unormować
usytuować — umieścić, umiejscowić
W
wachta — 1. czas, w ciągu którego jedna
zmiana załogi pełni służbę na statku,
dyżur, warta na statku; 2. część załogi
statku pełniąca służbę
wątek — 1. układ nici w tkaninie bieg-
nący prostopadle do osnowy; 2. two-
rzywo, materiał, przedmiot, treść
werwa — ożywienie, zapał, energia,
temperament, wigor
wieszcz — człowiek natchniony, prze-
powiadający przyszłość; natchniony,
genialny poeta
wiklina — krzewy wierzbowe, których
pędy używane są do wyrobów koszy-
karskich ; ścięte pędy tych krzewów
willa — dom jednorodzinny, najczęściej
podmiejski
wirus — najmniejszy ustrój chorobo-
twórczy
witryna — okno sklepowe, wystawa skle-
powa; oszklona gablota, w której
wystawia się różne przedmioty do oglą-
dania albo na sprzedaż
wizjer — część aparatu fotograficznego,
umożliwiająca ustalenie wycinka foto-
grafowanego obiektu; celownik
wizytacja — kontrola, inspekcja
wrota — wielkie drzwi, brama
wszechświat — całość świata material-
nego ; zespół wszystkich ciał niebieskich
i materii międzygwiezdnej; kosmos
wygon — 1. wspólne pastwisko gromadz-
kie; 2. droga, którą pędzi się bydło
na pastwisko
wykwint — wytwomość, elegancja
wyraj — gromadny lot wędrownych
ptaków; dalekie kraje, do których
odlatują wędrowne ptaki
Z, Ż
zablokować — zagrodzić, zatarasować
zahipnotyzowany — wprowadzony
w stan hipnozy, tj. stan podobny
do snu, wywołany sugestią (wpływem)
innego człowieka
zainstalować — założyć urządzenie
techniczne; urządzić, umieścić kogoś
gdzieś
zakneblować — wsadzić komuś do ust
knebel, tj. kawałek materiału, szmatę
uniemożliwiającą wydobycie głosu
zapaśnik — 1. ten, kto się z kimś mocuje,
walczy; 2. sportowiec uprawiający
zapaśnictwo
zaranie — początek, pierwszy okres
zarepetować — przygotować broń ręcz-
ną do strzału przez wprowadzenie
nowego naboju; załadować broń; po-
nownie nabić broń
zażenowanie — zakłopotanie, zmieszanie,
skrępowanie, zawstydzenie
zdesperowany — ogarnięty desperacją,
tj. utratą nadziei, rozpaczą; zrozpa-
czony
zdyscyplinowany — kamy
zlikwidować — 1. usunąć, zwinąć coś,
uwolnić się od czegoś; 2. zniszczyć,
zgładzić
zlokalizować — 1. wyznaczyć miejsce
czegoś, umiejscowić; 2. ograniczyć
zasięg występowania, nie dopuścić
do rozprzestrzeniania się
zmontować — zestawić, złożyć, połączyć
w całość poszczególne części, elementy
znikomy — 1. nikły, ledwie uchwytny;
2. bardzo mały, nieznaczny, błahy
zrekonstruować — odtworzyć, od-
budować
zwrotnica — urządzenie do przesta-
wiania rozjazdu kolejowego przy prze-
taczaniu pociągu z jednego toru na
drugi
żachnąć się — wzdrygnąć się, wykonać
gwałtowny ruch pod wpływem obu-
rzenia, gniewu lub zniecierpliwienia
żniwiarka — 1. kobieta pracująca przy
żniwach; 2. maszyna ścinająca zboże
i pozostawiająca je na ściernisku w pę-
kach wielkości snopa
315
SPIS ILUSTRACJI NA WKŁADCE
1. Franciszek Strynkiewicz: „Żołnierz Polski Ludowej”. Fot. Z. Gamski
2. Benon Liberski: partyzanci w marszu”
3. Andrzej Jurkiewicz: „Narciarze”. Fot. Z. Gamski
4. Zofia Stankiewicz: „Stara Warszawa. Rynek Starego Miasta”. Fot. L. Myszkowski
5. Jan Tymiński: „Nowa Warszawa. Skrzyżowanie Alej Jerozolimskich i ul. Mar-
szałkowskiej”. Fot. CAF
6. Stefan Damski: „Fiuta im. Włodzimierza Lenina”. Fot. Z. Gamski
7. Janusz Uklejewski: „Stocznia im. Komuny Paryskiej w Gdyni”. Fot. CAF
8. Polska sztuka ludowa. Fot. L. Myszkowski
9. Polska sztuka ludowa. Fot. L. Myszkowski
10. Bogna Krasnodębska-Gardowska: „Orka”. Fot. Z. Gamski
11. Leon Kosmulski: „Po pracy”. Fot. Z. Gamski
12. Sianislaw Moroz: „Mazury. Polów ryb na jeziorze”. Fot. CAF
13. Adam Młodzianowski: „W hucie”. Fot. Z. Gamski
14. Zofia Stankiewicz: „Przystań”. Fot. L. Myszkowski
15. Aleksander Gierymski: „Łódź rybacka nad brzegiem morza”. Fot. L. Myszkowski
16. Bogusz Zygmunt Styczyński; „Tatry. Wodospady”. Fot. L. Myszkowski
K. I. Gałczyński — Piosenka o książce
I. Nasi rówieśnicy
K. I, Gałczyński — Nasz świat...........................................
B. Prus — Ona się wyrodzila.............................................
S. Żeromski — Matka i syn...............................................
J. Parandowski — Przymierze.............................................
J. Wajsówna — Rzut dyskiem .............................................
J. Kasprzak — Rower „Zośki” ............................................
A. Kamiński — Wieczne pióro ............................................
L. Staff — Jak często...................................................
J. E. Kucharski — Święto jabłonki.......................................
M. Szypowska — Odnaleziony trop ........................................
D. Bieńkowska — Kaktus na dłoni..........................♦..............
I. Jurgielewiczowa — Tort orzechowy ....................................
L. Woźnicka — Koledzy...................................................
J. Stępowski — Wilki morskie ...........................................
E. Ryss — Lekcja pływania ..............................................
A. Bahdaj — Grzybobranie................................................
A. Mickiewicz — Grzybów było w bród.....................................
M. Dąbrowska — Pies.....................................................
K. I. Gałczyński — Historia Rudego......................................
W. P. Cienkowski — Jak do kogo się zwracać? ............................
J. Tuwim — Słówka i „słufka”............................................
G. Bacewicz — Walka z głupotą...........................................
T. Różewicz — Przepaść..................................................
II. Ty, coś walczył dla idei...
M. Jastrun — Dedykaqa...................................................
H. Sienkiewicz — Bitwa pod Warką .................. ..... ..............
V/. S. Reymont — Przed bitwą pod Racławicami............................
W. Markowska — Ciężkie dni..............................................
6
7
11
15
17
22
26
28
29
34
38
45
54
58
66
73
77
78
80
82
84
85
87
90
91
IGO
317
w. Bxon:rw.ki — Karaim Paryika...................
•’ - Or ‘ ełć o mi..wk*.-, U l.yLinr^a Lenin. i
XX. Miuk.K"^k) — XXkxlc mtecz IbaS L c.;in
B. Kt7ywobKxka — OMęicme Warszawy
W. ItaoMwifci — Sionce Wrtóoia.........
AŁ Moczar — Pociąg
K. K. Ba^z’. ński — Mazowsze ..,
i':-,r^a — Wspomnienie o Janku Krasickim
T. D^ekciuki — Z* murzmi Pawiaka..............
103
105
112
115
117
118
123
124
12o
129
132
V. Bi.aic*-4u — Opowieść o życiu i taiicid Karola Waltera-Swiercwskiejo,
K\łx«tr_ika i generała..............................
K_ \>. succhcn sxi — U^icicum na chwalę, braciom na otuchę”........
Waiystko tobie, ukochana ziemio...
a. Szyiuborska — Gawęda o miłości Zumi ojczytej.......................... 136
1— SfirfT — .Marzec........................................................ U7
Z- Nałkowska — W .ponmierua z dzieciństwa................................. 133
T. Różewicz — Wodospad ............................................... 141
S. Witkiewicz — Poranek w Tatrach....................................... 142
A. — Letni w ieczór ...................................................... 143
J. Times — Mowa ptaków ... ............................................. 144
W. Puchahka — Jak <.zik zaptóil ajo..ri;o na drzewo .. ................... 146
S. Piętak — Mój kąt mały.................................................. 149
A. Midctewicz — Poranek................................................... 150
A. Srręa — Na przykład Ptaszkowo...................................... 151
J. Kau-dec — Dzxadel: i wnuk ............................................. 156
H. Kowalik — A wszystko zaczęło się od koronek.......................... 159
T. Różewicz — Sura cliłipka idzie brzegiem morza .........................> 162
Z. Kazimierczuk — „Jan” — zautomatyzowana kopalnia .......................1 164
M. Sobański — W Tarnobrzegu..................................,............ 167
W. Broniewski — W Goczałkowicach Wisła maleńka............................ 169
A. Rowiński, B. PetrazoUn — Dwie kobiety.................................. 170
A. Sr..ga — Żołnierskie wspomnienia....................................... 1 ‘ *
T- Różewicz — Był styczeń ...............................................
R- Zgjiecki — ósmy’ wspaniały............................................. I7#
A. Kora — Sokole Oko ..................................................... 184
B. Sosień — Pod znakiem niebieskiego krzyża...............................
K, Przcrwa-Tcunajer — Dyskobol ...........................................
J. Parandowdu — Człowiek czR-wre’ »w: jesr bratem ........................
K. I. Gałczyński — Idzie pochód ulicami świata............................ 195
IV. Wśród twórców
— Pieśni ludowe............
— Przy s! >v. ia luH' \ e .
♦♦♦ — Zagadki ludo.’.c .........
...... 198
............ 199
........ 200
318
«*« __Iskrz} eki (opowieść ludowa)
S. Trembecki — Mytzka, kot i kogut . . -- .
j Iwaszkiewicz — Hans Chrystian Andersen.
T, Różewicz— Żcbraczka z Odense ............. . -
IL Ch. Andersen — Choinka..........
J. Chamiec — W Kownie..............................
• __ Twardowski (podanie ludowe).......
A. Mickiewicz — Pani Twardowska. .
201
202
204
205
206
210
215
21 .
F. Chopin — W drodze do sławmy............... •
K. Przerw a-Tctmajer — Cień Chopina ....... "
j Waldorff — Jak słuchać muzyki.........................
TJ Siąpieniowa — Malarz wsi polskie) .......................
H. Sienkiewicz — Wielka aktorka......... • • • •' ‘ ‘
R. Rogowski — Spotkanie z Henrykiem Sicnkiw loem
H. Jąpuszewska — Słowa prawdziwe ....................
M. Dąbrowska — Kalisz mego dzieciństwa.....................
J. Parandow^ski — Przy lampie naftowej ....................
J. Tuwim — Snob' ° późnym lecie.................... ........
L. M. Bartelski — Wspomnienie o Władysławę Dron>cv ,kim
W. Broniewski — Nad Viisl4 się urodziłem ................
230
243
245
250
251
253
V. Myśl nicuRlda
A. Mickiewicz — Żegluga.............•......
S. E. Monson — Pierwsza wjw.a KolumU
B. Sosień — Siedemnastu z „Derkacza ’ ......
W. Broniewski — Kopernik ......... .......................
O. Kuzniecowa — Chłopiec z Alzacji.................... • • •
E. Curie — Świętojańskie robaczki..................’.....
K. Dziewanowski — Gdański uczony............
Cz. Momatmk — 14 dni pod ziemią ............
J. E. Kucharski — Siedząc w wygodnym fotelu
S. Smotrycłd — O powietrznym motocyklu
M. Łucki — Kolumb kosmosu . . .. -
S. Lem — Podróż dwudziesta trz.-iu ........
256
257
2oO
2 4
269
274
27S
282
287
287
291
, 1 ............................ 297
Słowniczek............................................................... 316
Spis Uusuavji aa wkładce.............................
PU1»M M DO* • I
„PARTYZANCI W MARSZU
Grafika Benona Liberskiego
NARCIARZE”
Grafika Andrzeja Jurkiewicza
..STARA WARSZAWA. RYNEK STAREGO MIASTA”
Grat ilu Zofii Stankiewicz
„NOWA WARSZAWA.
SKRZYŻOW ANIE ALEJ JEROZOLIMSKICH
1 L'L. MARSZAŁKOWSKIEJ”
Fotografia Jana Tymińskiego
„HUTA im. WŁODZIMIERZA LENINA
Grafika Stefana Damskiego
„STOCZNIA im. KOMUNY PARYSKIEJ W GDYNI
Fotografia Janusza Uklejewskiego
POLSKA SZTUKA LUDOWA
a) ceramika kaszubska
b) koronka kurpiowska
c) rzeźba w drzewie —
Nowy Targ
d) pisanki lubelskie
„ORKA”
Grat ika Bogny Krasnodębskiej-Gardowskiej
„MAZURY. POŁÓW RYB NA JEZIORZE”
Fotografia Stanisława Moroza
„W HUCIE” .
Grafika Adama Młodzianowskiego
„PRZYSTAŃ”
Grafika Zofii Stankiewicz
„ŁÓDŹ RYBACKA NAD BRZEGIEM MORZA”
Obraz olejny Aleksandra Gierymskiego
„TATRY. WODOSPADY”
Grafika Bogusza Zygmunta Soczyńskiego