Text
                    EDWARD LUTCZYN
24.XI.1974 r
Nr 47 (1736)
CENA 4 ZŁ
DZIWA CNOTA KRYTYK SIĘ NIE BOI"
(Krasicki)

Nt 40 pliSki. pSiklp.k.S. SzMi.pJiji Jupi.npi. fał oiki tik ODPOWIEDZ ZARZADU Zarząd Budynków Mieszkalnych Warszawa Praga-Południe przesyła wyjaśnienie w związku z zamieszczeniem ano- nimowych fotografii w Waszym poczytnym ty- godniku („Szpilki” r.r 40). Fotografia nr 1 doty- czy ADM-18 ZBM W wa Śródmieście, a skierowa- na jest pod adresem Pra- gi-Południe Fotografia nr 2 dotyczy prywatnego budynku przy ul. Obrońców 7, nie ad- ministrowanego p ijz ZBM Praga-Południe. Fotografia nr 3 doty- czy naszej posesji przy ul. Wandy 10-a. Na terenie Saskiej Kę- py MPO dokonuje wy- miany pojemników na du- że l.onten?ry. Małe pojem- niki zostały wystawione przez MPO obok altanki, w miejsce których wsta- wiono duże kontenery. Wszystkie pojemniki sta- re zostały zabrane przez samochody MPO w ciągu 2-ch dni. Trudno jest ustalić, kto złośliwie poprzewracał pojemniki przeznaczone do zabrania. Wydaje się, że redaktor przed skie- rowaniem fotografii do pisma mógłby skontak- tować się z właściwą ad- ministracją domów miesz- kalnych, gdzie uzyskałby właściwą informację. Przedstawienie fotografii bez podania adresów, jak również mylne podanie odpowiedzialnych za przedstawiony stan, stwa- rza niewłaściwą atmosfe- rę i opinię społeczeń- stwa. Pragniemy zaznaczyć, e ra przestrzeni ostat- ni, h lat nastąpiła wy- raźna poprawa w zakre- sie. utrzymania porządku. Jest to wynikiem wielkie- go wysiłku i nakładu pra- cy pracowników Admini- stracji Domów Mieszkal- nych. Nieprzemyślone przed- stawianie tego typu fo- tografii wcale nie obra- zuje ogólnego stanu sa- nitarnego danej dzielnicy, lecz wprost przeciwnie, myli opinię publiczną i zniechęca wielu pracow- ników do pracy na tak trudnym odcinku, jak go- spodarka mieszkaniowa. ZBM W -wa Praga-Południe Dyr. S. ROMANOWSKI BRZ YDKOSŁOWIE W ilustrowanej „Misji" druh Andrzej Czeczot („Szpilki ’ nr 43) posłu- żył się popularnym w harcerstwie alfabetem Morse’a. Przekazany jed- nak tekst odpowiadałby raczej starym wygom morskim ( ,A hoj!") niż harcmistrzowi generacji posłusznej wskazaniom Baden-Powella i prawu harcerskiemu Małkow- skiego. Bohater czeczo- towski miast rzec lub westchnąć „Ojczyzna — — Istnieją dwa rodzaje prezentów imieninowych: te, które są do ni- czego i te, których się nie dostaje. Nauka — Cnota”, skoin- binował obce językowi polskiemu brzydkosłowie, które — mam niepłonną nadzieję — w ślad za „Szpilkami” przyjmie się i oswoi. Czuwaj! LEON KRZEMIENIECKI Wrocław ODPIS DLA „SZPILEK” Fiszę właśnie do Was (do Polskiego Radia icd.) ponieważ kilkakrotnie w swoich audycjach wyra- żaliście się ciepło o ro- dzicach adoptujących dzieci. Otóż jestem ta- kim ojcem, który wy- chowuje syna w świado- mości, że jestem dla nie- go drugim ojcem, a moja zona jest dla niego drugą mamą, tak jak to się nie- raz naturalnie układa, ze mąż może mieć drugą żonę, a zona drugiego męża. Takie wychowanie adop- towanego dziecka trafnie zaleca Towarzystwo Przy- jaciół Dzieci i wychowa- nie to jest akceptowane życzliwością społecznoś- ci, w której żyją drudzy rodzice i ich dziecko. Niestety, poglądy real- nego społeczeństwa na te- mat przybranych dzieci znajdują zaprzeczenie w oficjalnym reprezentancie poglądów społecznych, tj. tygodniku „Szpilki" (nr 44 — ostatnia strona), z któ- rego syn mój dowiedział się, że jest podrzutkiem, bękartem i znajdzichem. Dlatego też, biorąc pod uwagę wyjątkowo dużą szkodliwość społeczną wskazanego tekstu w ty- godniku „Szpilki”, proszę o udzielenie nagany od- powiedzialnym Panom Re- daktorom i o wydanie zalecenia, żeby używanie takich słów zostało za- kazane. APOLINARY WROŃSKI Warsza wa P.S. I pomyśleć, że tacy durnie pchają się do Li- teratury polskiej. TRZY GROSZE O RADOŚCI ŻYCIA ..„spora część zaczyna z nudy i rozpaczy upra- wiać nudyzm, który to „sport” jest zresztą tań- szy niż pijaństwo” — prsze p. Helena Hamer- ska. Jakaż to klasyczna, na- sza, domorosła, bezinte- resowna zjadliwosć. Są duszyczki, które nie znoszą czyjejś radości ży- cia, upojenia wspaniałym, długotrwałym pokojem, zdrowiem, miłością, przy- rodą. One czyłrają na takich ze swoim kubeł- kiem żółci. Z jakiej nudy? Z jakiej rozpaczy? Dziś, gdy po- czuliśmy się wreszcie milionerami ? Gdy wy- starczy sto zdewaluowa- nych dolarów, aby zna- leźć się w tej samej Ab- bacji, gdzie pięćdziesiąt lat temu byli wyłącznie oni. Teraz my wreszcie mo- żemy się z naszymi dzieć- mi i żonami wykąpać na golasa jak oni. Po co obrzydzać nam te, w mozole zdobyte, chwile radości? W imię czego? ST. KOWALSKI Rzeszów — Ach, naturalnie, ze jestem bar- dzo dyskretna, jeżeli coś powtarzam, to tylko najbardziej zaufanym... i k
Cechą tego numeru jest różnorodność drukowa- nych tu materiałów. Przed tygodniem wydaliśmy numer zdominowany przez zagadnienia książki i księgarstwa. Teraz chcemy dogodzić tym, którzy — być może — odczuli pewien niedosyt materiałów innego rodzaju, chociaż ze swej strony problema- tykę poruszoną w n^rze 46 uważamy nie tyljjco za ważną, ale i wartą tego, aby zapożnaH się z nią wszyscy, którzy czytają i kupują książki. W numerze bieżącym na stronie 5 — w rubryce „Teraz ja” — głos zabiera przedstawiciel młodego pokolenia plastyków, Ksawery Piwocki (junioY). Przypominamy, że „Teraz ja” jest wolną trybuną, gdzie autorzy sami biorą całkowitą odpowiedzial- ność za prawdziwość faktów, które podają, oraz za wyprowadzone z tych faktów wnioski. Jeśli jednak wszystko, o czym pisze nasz autor, jest szczerą prawdą, to sytuacja młodych plastyków jest nie do pozazdroszczenia, a cała sprawa horrendalna! Na stronach 11—12 goszczą w tym numerze Ju- gosłowianie. Wiąże się to w jakiś sposób z przypa- dającym 29 listopada świętem Jugosławii, ale proza Envera Mehmedbasica i rysunki — specjalnie dla „Szpilek” — Jugoslava Vlahovića nie mają bynajmniej charakteru okolicznościowego, tylko są po prostu bardzo interesujące. Coraz częściej z różnych stron nadchodzą ku nam wiadomości o nadciągających mrocznych perspek- tywach ludzkości. Słyszy się więc, że zniszczy nas zatrute naturalne środowisko człowieka albo prze- ludnienie, albo rozmaite kataklizmy nuklearne. Harry Dobromir Raguza zebrał w artykule pt. Nowe strachy (str. 9) kilka najbardziej aktualnych katastroficznych hipotez, które radzimy przeczy- tać, bo są ciekawe, ale nie za bardzo się nimi przejmo- wać. Nieomal od początku świata rodzą się coraz nowe wersje o straszliwym końcu naszej cywiliza- cji, które — delikatnie mówiąc — nie w pełni się sprawdzają, czyli, chociaż jest nie najlepiej, to jed- nak nie tak źle, jak nam przepowiadano. Na str. 14 po raz ostatni drukujemy materiały nadesłane przez Czytelników w ramach Alarmu w sprawie ADM. Wiemy, że o ADM-ach można nie- skończenie i będziemy nadal zamieszczać głosy na ten temat, ale już w ramach normalnej rubryki „Spraw i sprawek”. Za tydzień natomiast, w ra- mach akcji Jaki pan, taki kran, zamieścimy — obok naszych wniosków — opis reakcji drugiej strony, tzn. ludzi, którzy kierują ADM-ami. Pragniemy po- dziękować wszystkim, którzy nadesłali nam swoje wypowiedzi i żale związane z ADM-ami i — wspól- nie z Wami — mamy nadzieję, że głosy te chociaż w niewielkim procencie odniosą jakiś praktyczny skutek.
Na marginesie „wojny bananowej" w Ameryce Łacińskiej. ZBIGNIEW ZIOMECKI OMPJIWK LITOŚCI DLA ZMARŁYCH ANTONI CHODOROWSKI Włączając się w szeroki nurt racjonalizmu „Podwieczorek przy mikrofonie" (audycja nadana w Polskim Radiu dnia 10 listo- pada) — zarzucił nas wykwintnymi żartami na temat modnej para- psychologii. Poziom, niestety, mógł wtrącić w mistycyzm najza- gorzalszego materialistę. W osłupienie jednak wprowadził słu- chaczy monolog damski (styl: idiotka z lat dwudziestych (?), najulubieńszy w tej audycji), narratorka opowiada swój sen, którego bohaterem jest nieżyjący poeta Stanisław Jerzy Lec. Brzmi to tak (cytuję z pamięci): ...idę przez Warszawę nie Warszawę, taka jakoś beztrosko po- gańska czy pogańsko beztroska, a tu naprzeciw mnie Stanisław Jerzy... Lec. Przepraszam, że mówię o takich niepoważnych rze- czach, ale państwo sobie nie wyobrażają, co się roi w mojej głowie, gdy tok spoczywam na poduszeczce w moim M-3... Mizdrzący się głosik damski zaczyna się dalej przeplatać z mi- zdrzącym męskim, bowiem następuje dialog z duchem Lecą. Przeciwnicy mistycznej fali, która jak gdyby przepływa przez kraj (o ile to w ogóle nie jest lekka przesada) — mogą śmiało powiedzieć: Boże, chroń nas przed stronnikami i przyjaciółmi, bo z przeciwnikami poradzimy sobie sami. RÓŻE W „Literaturze" (numer 45) Michał Mroziński nadesłał korespondencję z Paryża. Cytujemy początek: „A miłość na pro- wincji ma zapach dzikich róż” — śpiewała nie pamiętam juz jaka piosenkarka. Zabrzmiała mi nagle w uszach ta piosenka, gdy sa- mochód skręcił w boczną drogę i wśród białych domków otoczonych zielenią zobaczyłem ten jeden, mniejszy od innych, otoczony ogród- kiem i tonący w różach... Cała metafora na nic, niestety. Piosenka, która zabrzmiała nagle w muzykalnych uszach p. Mrozińskiego opatrzona jest bowiem tekstem: Bo miłość na prowincji ma kolor rezedowy... bo miłość na prowincji ma smak miętowej wody... Róż w owej pio- sence (A. Osieckiej i J. Abramowa) nie czas żałować, bo ich po prostu nigdy nie było. UŁASKAWIENIE Zapoznaliśmy się z dyskusją „Perspektywy Młodej Kultury" w 45 numerze „Kierunków". Szczególnie zainteresował nas głos jednego z dyskutantów: Młoda Kultura zaczyna bowiem dzia- łać nie tylko w przód — na co liczyliśmy — ale i w tył... Jerzy Gó- rzański, członek niegdysiejszej „Orientacji" — jednej z grup poetyc- kich, zwalczanych ideologicznie przez Młodą Kulturę — ubiegłego roku wydal świetną książkę, całkowicie mieszczącą się w ramach naszego myślenia... Uspokojeni co do losów Górzańskiego, który zwalczany „ideo- logicznie” przez M.K. pewnie by nie zdzierżył, czekamy kogo jeszcze ułaskawi miłosierne „działanie w tył". Runął prastary dąb lagielły w Puszczy Białowieskiej. ZBIGNIEW KIULIN TEST W „Filmie" (numeh 45) Jerzy Niecikowski omawia film Kluby. Cytujemy fragment żartobliwy: Irytujący jest tu przede wszystkim brak jakiegokolwiek realizmu... Oto para bohaterów kocha się na kupie omłóconego ziarna. Miotana miłosnymi spazmami bohaterka zanurza głowę w pszenicy, gryząc ją nieprzytomnie z rozkoszy. Piękna scena, obrazowa scena, liryczna scena. Jeśli teraz powiem, że żadnemu chłopu nie przyjdzie do głowy, żeby do harców erotycznych używać pszenicy, to być może filmowcy mi nie uwierzą. W tej sytuacji mogę tylko poradzić: pojedzcie panowie na wieś, znajdżcie jurną i ochoczą pannę, zaciągnijcie ją do spichle- rza, po czym spróbujcie posiąść na pryzmie ziarna, a wtedy zoba- czycie, co wam z tego wyjdzie... Wierzymy doświadczeniu p. Niecikowskiego. Sądzimy jednak, iż ów test na realizm sceny uzależniony będzie od tego, kogo Zespoły Filmowe zdecydują się delegować — do spichlerza. 4
Każde działanie powinno być umotywowane konkretną przyczyny i dążyć do określonego celu. Skutki decyzji, o których będzie mowa, dotyczą wszystkich absolwentów wyż- szych szkół plastycznych. Przyczyna zaś podjęcia tych decyzji, zarówno jak jej cel, pozostają w sferze mglistych przypuszczeń i domysłów. Na plenum Zarządu Głównego Związku Polskich Artystów Plastyków, które odbyło się w styczniu tego roku w Olsztynie, podjęto uchwałę o zmianie statutu. Na jej podstawie absolwenci wyższych uczelni plastycznych nie będą stawali się automatycz- nie członkami Związku, jak było dotychczas. Dopiero po odbyciu 5-letniej kwarantanny w utworzonym „Kole Młodych” będą mogli przedstawić swój dorobek artystyczny komisji kwalifiku- jącej ich na nadzwyczajnych członków Zw-iązku. „Koło Młodych” ma być organizacją korzystającą z lokali i administracji ZPAP. Członkowie tego Koła, podobnie jak wszyscy absolwenci, płacą na konto Związku podatek 3%, a wszystkie decyzje przez nich podejmowane przechodzą przez administrację ZPAP. Nie będą jednak mieli żadnych ułatwień przy wstępowaniu do organizacji. Teoretycznie tylko ich sytuacja nie będzie różnić się od sytuacji artystów-związkowców. Mimo starań Pracowni Sztuk Plastycz- nych, Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych, Ministerstwa Kultury' i Sztuki, nie wypełniono organizacyjnej pustki, w' ja- kiej znaleźli się młodzi. Tylko w 1974 roku Akademie Sztuk Pięk- nych i Wyższe Szkoły Plastyczne opuściło prawie dwa tysiące osób. (Z powodu skrócenia toku studiów uczelnie opuściły dwa roczniki). Plastyków po studiach nie obowiązuje nakaz pracy. Jedynym dokumentem, jaki będą posiadać, jeżeli nie podejmą pracy na etacie, będzie zezwolenie na wykonywanie zawodu, wydawane przez Ministerstwo KiS. Nie będzie organizacji reprezentującej, broniącej i ochraniającej interesy młodych przed- stawicieli tego w’olnego zawodu. Młodzi plastycy przyjmowani są obecnie do Związku Zawodowego Pracowników Kultury, do Sekcji Muzyki Rozrywkowej. Mam nadzieję, że na praw-ach solistów. Dotąd sprawra była jasna. Absolwenci wyższych uczelni plas- tycznych z tytułem magistra i na podstawie ukończenia wyższych studiów zawodowych, byli przyjmowani do Związku Polskich Artystów Plastyków pełniącego w tej sytuacji rolę związku zawo- dowego. O tym, czy plastyk stawał się twórczym artystą, decydo- wały tylko jego zdolności i pracowitość. Decyzja zamknięcia Związku przed absolwentami uczelni plastycznych złamała ten naturalny, zdawałoby się, rytm. Obecnie korporacja będzie decy- dować, kto jest artystą, a kto nim nie jest. Komisja kwalifikacyjna nie jest formalnością. Wydaje się, że podjęciu tej decyzji przyświecają dwa cele. Po pierwsze, wprowadzono cenzus wieku, po drugie przekształca się ZPAP w zrzeszenie twórcze. Magister sztuki liczący ok. 25 lat staje się członkiem „Koła Młodych”, około 30 roku życia zostaje członkiem nadzwyczajnym. Mając lat około 35, po pomyślnej decyzji komisji kwalifikacyjnej, może być uznany za członka zwyczajnego. Dziwi wstrzemięźliwość takiego podziału. Użyto zbyt skromnych wzorów. Członkowie tak prężnej organizacji, jaką była masoneria, uszeregowani byli na drabinie 33-szczeblo- wej, od aplikanta do Wielkiego Inspektora Generalnego. O korzy- ściach płynących z tak jednoznacznego podziału, związanego zapewne z wiekiem, nie trzeba przekonywać. Jakie problemy trzeba będzie rozwiązać przekształcając związek typu zawodo- wego w związek twórczy? W ZPAP istnieje 7 sekcji: malarstwa, grafiki, rzeźby, architektury wnętrz, proj. form przemysłowych, konserwacji i scenografii. Mniej więcej 60% członków Zwóązku to tak zwani użytkowcy. Nawet jeżeli istnieje realna możliwość porównawczej oceny plastyków z jednej sekcji, to porównanie wartości artystycznej działalności zawTodowej malarza i konser- watora wydaje się beznadziejne. Czyżby dawała znać o sobie po- kutująca w naszym życiu artystycznym spuścizna, dzieląca plasty- ków na twórczych artystów i chałturzących użytkowców ? Jeden z projektodawców nowego statutu w wypowiedzi radiowej stwierdził, że młodzi artyści na pograniczu głównego nurtu sztuki uprawiają tzw. chałtury i z tego żyją. Dobrze by było, gdyby oficjalnie ogłoszono, gdzie kończy się główny nurt sztuki, a gdzie zaczynają się jej pobocza. Czyżby wynikało z tego również, że im dalej od głównego nurtu sztuki, tym więcej pieniędzy? Czy lepiej jest zrobić wystawę złych obrazów, czy zaprojektować dobrą rączkę do prodiża ? Nie wiem, jak przebiegała dyskusja na olsztyńskim plenum. Jakich argumentów „za” i „przeciw” użyto. Żaden z moich znajo- mych odnośnego informatora nie otrzymał. Zarząd Okręgowy ZPAP materiałów na ten temat nie ma. Nie otrzymałem ich rów- nież w' redakcji Biuletynu i sekretariacie Zarządu Głównego, mimo że jestem członkiem ZPAP. Ponoć ukazać ma się w naj- bliższym czasie specjalny biuletyn, poświęcony procedurze przyj- mowania młodych plastyków' do Związku oraz omawiający za- sady. na jakich utworzono „Koło Młodych”. Wątpię jednak, by znalazły się w nim nieogólnikowo wytłumaczone założenia przy- jętego postępowania. Pewien jestem, że wszystkim zaintereso- wanym przyświecają cele najszlachetniejsze. Ale dotychczasowy brak jakichkolwiek informacji na ten temat powoduje dezinfor- mację i prowokuje takie właśnie wystąpienia, jak moje. W infor- matorze z kwietnia 1974 znalazłem tylko jedną interesującą mnie wiadomość. Przedstawiciel Socjalistycznego Związku Studentów Polskich podziękował w imieniu młodych plastyków za zajęcie się przez Związek sprawą absolwentów i za utworzenie „Koła Mło- dych”. Uczestniczyłem również w zebraniu absolwentów warszaw- skiej ASP, które odbyło się w październiku w lokalu ZPAP, a doty- czyć miało działalności Koła. Nie było tam ani jednej wypowie- dzi dotyczącej meritum sprawy. Wniosek jest oczywisty. Młodzi artyści są grzeczni, zdyscyplinowani i prawdopodobnie tak oszo- łomieni spiętrzonymi przed nimi trudnościami, że nawet nie usiłują dojść przyczyn swego nieszczęsnego położenia. Dni Seniora KAROL FERSTER 5
6
JERZY GÓRZAŃSKI z PORnoniKn DLA POCZĄTKUJ A(VEH POETÓW UNIKAJ MAŁYCH BARÓW I DUŻYCH KOBIET Podczas pobytu, dajmy na to, w Norymberdze może się zdarzyć, że dasz się uwieść mityczno-telewi- zyjnej tęsknocie za prerią i wstąpisz do małej piwiarni „Ponderosa”, aby nad butelką Pilsa powspominać o Benie Cartwrightcie i jego dziel- nych synach. Ta powtórka z „Bo- nanzy” będzie cię kosztować 2 mar- ki plus towarzystwo jakiejś olbrzym- ki o wydatnych cechach sentymen- talnej androgyne. Nie wdawaj się przypadkiem w rozmowę z ową ka- taleptyczną zmorą, tylko czekającą na takiego motyla jak ty, aby go zwabić w swoje pobliże słodkim pu- chem ledwro puszczających się wą- sików i oskubać z kieszonkowego. Okaże się, że jest rodaczką i że przyjechała tutaj przed laty i dalej wszystko się potoczy niczym w pro- zie współczesnej rodzimych pisa- rzy starszego pokolenia. Wspom- nienia jakichś bankietów, imiona mężczyzn, którzy przeszli przez jej łóżko tytanicznym truchtem, nume- ry telefonów od lat nieaktualne, książki o psychoanalizie pełne uwag na marginesach w rodzaju: „Więc ja także posiadam to libido, które ma Bronka S. Muszę o tym po- rozmawiać z Wiktorem”. Następnie zacznie się dialog, nie- winne żonglowanie słowami zmie- rzające do nieuchronnego finału. Ona: — Pan jest taki młody, pan tego nie zrozumie. Ty: — Niedawno czytałem Elio- ta, proszę pani. Ziemię jałową w za- sadzie zaliczyć można do poema- tów rekompensacyjnych, to nie- zwykle udana hipostaza braku kon- taktów erotycznych. Ona: — Wy tam wciąż żyjecie w'e mgle. Ma pan jakąś dziewczynę ? Ty: — Owszem, spotykamy się często z koleżankami na zebraniach kółka polonistów. Ona: — Romantyk z pana. Ty: — Dla mnie najważniejsze, że powtórzę za Lukacsem, to myś- leć i wyciągać wnioski. Ona: — Napije się pan piwa? Nie czekając na odpowiedź bar- man postawi dwie butelki, za które zapłacisz w sumie 4 marki. Doli- czysz 2 ofiarowane na rzecz pojed- nania z serialem z płonącą mapą i zapragniesz się wycofać z tego interesu, póki jeszcze nie jest za późno. Ale zawsze jest za późno — uczą beletryści różnej maści. Po czterech piwach (doliczysz dalsze 8 marek) znajdziesz się zu- pełnie blisko olbrzymki i jej efek- townych zderzaków’, falujących jed- nakże typową egzaltacją na pokaz. Ona: — Pańskie wiersze muszą zawierać w’ sobie jakąś czystość, świeżość i naiwność pierwszego kontaktu z naturą. Ty: — Odrzuciłem sonet, pro- szę pani, bo mnie krępował. Ona: — Jak pan to powiedział? „Odrzuciłem”. Słodkie kłamstwo małego chłopca. Ja pana właśnie widzę w sonecie. Przebił się pan przez Asnyka i teraz szuka pan no- wej fonny, bardziej współczesnej, najeżonej licznymi znakami zapy- tania. Jeszcze po omacku, jeszcze w gorsecie cezury, ale jutro obali pan te zmurszałe palisady bezdusz- nego rygoru. Najlepiej bykiem. Po chwili męczącego milczenia zaproponujesz nieśmiało: — Napije się pani piwa? Zanim uczynisz jakikolwiek ruch, łysawy barman podbiegnie z dwie- ma zroszonymi butelkami Pilsa. Doliczysz 4 marki i z rozpaczą po- myślisz o bliskich, którzy nigdy by ci nie darowali tej skandalicznej rozrzutności. Jest tylko jedno wyjście, żeby przerwać to przeciągające się sza- leństwo. Spytać znienacka: — Czy pani jest chłop czy baba ? Jeżeli okaże się, że to chłop, na wszelki wypadek skryj się za po- dwójną gardą, bacząc jednocześnie na tyły, bowriem barman, były champion wolnej amerykanki, nie pozw-oli obrażać bezkarnie swoich stałych gości. Natomiast gdyby po przeliczeniu genów wyszło na jaw, że siedzący obok ciebie osobnik posiada podstawowe dystynkcje da- my, wstań bez słowa, zapłać hono- rowo 18 marek i wyjdź na ulicę. Nie biegnij, nie forsuj na początku zbyt dużego tempa, wbrew' temu, co lansuje nadwiślańska szkoła ese- ju: żeby stać się prawdziwym poetą, trzeba wpierw' nieźle się napocić. 7
oprać. BARBARA I MARCIN GIŻYCCY na_____ tamtym śmiecie Klęska straszna, tym straszniejsza, że nieprze- widziana... Tysiące ludzi pozostało bez dachu, bez dobytku i kawałka chleba... Nieszczęście jest tak wiel- kie, że skutki jego jeszcze i po miesiącach całych uczuć się dadzą... Powodzi tak strasznej najsędziwsi ludzie przypomnieć sobie nie mogą. Ścisłe obliczenia wykażą niezawodnie strat miliony... Takimi dramatycznymi sło- wami „Tygodnik Ilustrowa- ny" opisywał wielką po- wódź, która dziewięćdziesiąt lat temu — dokładniej w po- łowie 1884 roku — wyrzą- dziła olbrzymie straty na ziemiach polskich, szczegól- nie w zaborze rosyjskim i Galicji. Wkrótce podjęto wiele społecznych akcji niesienia pomocy powodzianom: ogła- szano składki, organizowa- no imprezy, z których do- chód przeznaczony był dla poszkodowanych. Rzucona została też inicjatywa wy- dania okolicznościowych publikacji na rzecz powo- dzian, do których materiały dostarczali w formie darów często bardzo cenieni auto- rzy. Prezentowane tu rysun- ki pochodzą właśnie z jed- nego z takich wydawnictw (,,La Vistule", ukazało się w Krakowie w 1885 roku w języku francuskim). Nie- stety, autor tych prac (a zna- komicie kreślona, swobodna i ruchliwa kreska wskazuje, te był to artysta wybitny), wołał nie ujawniać swojego nazwiska. Może uznał te rysunki „z zaświatów" za zbyt niepoważne. Niemniej przetrwały one chyba próbę czasu, a ich nieco makabrycz- ny humor wytrzymuje po- równanie z rysunkami kilku współczesnych mistrzów te- go gatunku. Przy okazji przytaczamy w tłumaczeniu towarzyszący rysunkom tekst. Przenieśmy się więc na chwilę ,,na tam- ten Świat". Z ZIEMI DO RAJU Jakkolwiek z winy naszych Pierwszych Rodziców utraciliś- my ziemski Raj, pocieszmy sią myślą, te czeka na nas inny, skąd żadne wywłaszczenie nie jest możliwe. Nie róbmy so- bie jednak złudzeń; droga do nieba jest długa, trudna i bar- dzo wyboista, a środki transpor- tu — zupełnie prymitywne. Jed ni przybywają tam dyliżan- sem, inni odbywają drogą pie- szo; każdy w miarą własnych możliwości. Anioły-stróże po- magają nam i są naszymi woź- nicami. W PIEKLE Lecz któż mógłby zbadać głą- bie ludzkiego nieszcząścia! Na stu wybranych, którzy osiągają niebo, ileż milionów nieszczęś- liwych, strąconych w wieczną otchłań! Każdego dnia słudzy Szatana powracają z nowymi partiami potąpieńców. Piekło nigdy sią nie opróżnia, jego go- spodarzy jest wsządzie pełno, a kordon duchów piekielnych, które strzegą granicy, nie po- zwala nikomu zawrócić. Nie- szczęśliwi nieostrożni... U WRÓT RAJU Na kilka kilometrów przed niebem dojeżdżamy do Tunelu Śmierci. Tu czeka na nas loko- motywa, która unosi nas pełną parą. Tunel ten jest nawiedza- ny przez złe duchy, które, jako celnicy Szatana, mają za zada- nie wyłapywać przemytników, chcących zmylić czujność świą- tego Piotra. Ich gorliwość powo- duje cząsto godne politowania omyłki i katastrofy u wrót Ra- ju, co bardzo zasmuca stróża wybranych. W CZYŚĆCU Jednakże, jako że nie wszyst- kie omyłki są przestępstwami i każda szczera skrucha brana jest pod uwagą, została założo- na pomiądzy niebem a ziemią stacja pośrednia. Podróżni z Drogi Niebieskiej, pozbawieni „wizy”, jaką daje Pokuta, mogą tu ją otrzymać, poddając sią potrzebnym formalnościom i sy- stemowi kar dostosowanemu do temperamentu każdego z nich. Nowo przybyły jest ważo- ny przy wejściu, a nastąpnie przekazywany w rące aniołów, które mają za zadanie zabawić go podczas jego pobytu w Czyść- cu. Po upływie określonego cza- su dostaje sią on prosto do Raju pnzez sekretne wejście, umiesz- czone w bocznym murze. Anio- ły przenoszą tam podróżnych odciążonych z ich grzechów. 8
HOUIE STRMHV HARRY DOBROMIR RAGUZA Czym nas straszą ostat- nio naukowcy? Rok temu obawiano się niepokojów związanych z po- jawieniem się komety, zwa- nej od nazwiska odkrywcy Kohoutkiem II. Kohoutek jednak okazał się niegroźny i prawie niezauważalnie prze- szedł do historii. Z dzie- dziny astronomii mamy w tym roku inną rewelację. Jak podawał „Express Wie- czorny”, dwaj uczeni, Grib- bin i Plageman, ogłosili wy- niki swych badań nad kon- sekwencjami tzw. ,,wielkiego szyku planet”, który zdarza się raz na 179 lat. Polega on na tym, że wszystkie planety ustawią się w jed- nym szeregu ze Słońcem na czele. Ich siła przycią- gania spowoduje wzrost ak- tywności słonecznej i po- tężne wybuchy na Słońcu. Na Ziemi wywoła zakłó- cenia w łączności radiowej, huragany i inne kataklizmy, a nawet trzęsienia. Wywody Gribbina i Plagemana są uważane przez wielu uczo- nych za dyskusyjne, a w dodatku dotyczą roku 1982, a więc mamy jeszcze trochę czasu. Dwaj uczeni amerykańscy z uniwersytetu w Michi- gan, Ralph Cicerone i Ri- chard Stolarski, prorokują nam ciemną przyszłość z powodu nadmiernego uży- wania aerozoli. W amery- kańskim czasopiśmie Scien- ce z 27.9. br. ogłosili oni rezultaty swych badań na temat szkodliwości gazów zwanych potocznie freonami. Stosuje się je w agregatach lodówek sprężarkowych, a przede wszystkim stanowią siłę napędową we wszyst- kich rodzajach sprayów: de- zodorantach, pojemnikach z lakierem do włosów, z wo- dą kolońską, spryskiwaczach ze środkami owadobójczy- mi itd. Uchodząc wraz z substancjami, które rozpy- lają, gazy te — jak stwier- dzili w swych badaniach obaj uczeni — nie łączą się z żadnymi substancjami na Ziemi, nie wchłaniają ich rośliny i wszystko wskazuje na to, że unoszą się aż do stratosfery. Tymczasem na wysokości 25—39 km nad Ziemią znaj- dują się duże ilości ozonu, tworząc rodzaj filtru — naturalną osłonę Ziemi przed ultrafioletowymi promienia- mi Słońca. Gdy freony dotrą do stratosfery, a nie są to małe ilości — roczna pro- dukcja wynosi kilka mi- liardów kg — wtedy war- stwa ochronna nie będzie już spełniała należycie swojej roli, jej skład ulegnie zmia- nie, ozon zostanie częścio- wo zniszczony. Spowoduje to niebezpieczne natężenie promieniowania ultrafioleto- wego, a w konsekwencji gro- zi nieobliczalnymi szkodami: wyginięciem wrażliwszych gatunków roślin i zwierząt, zwłaszcza zagładą wszelkie- go życia w morzach, olbrzy- mim zwiększeniem zacho- rowalności na raka skóry u ludzi. Z uwagi na powolność procesów dyfuzyjnych po- czątek silnego oddziaływa- nia freonów na ozon pro- rokują Cicerone i Stolar- ski na lata 1985—1990. Mamy więc znów trochę czasu, tym razem po to, aby się opamiętać i ruszyć mózgiem. Niestety, kolejne Alanę, Tekel, Fares związane jest właśnie z tym organem, o którym powiedział kie- dyś aforysta, że jest to instrument, przy pomocy którego myślimy, że myśli- my. Biolog Theo Lóbsack, autor książki Człowiek — nieudany eksperyment natury twierdzi, że najgroźniejszy dla człowieka jest jego mózg. „Ziemia, planeta, która wy- dała człowieka, nie będzie go dłużej tolerować, gdyż wy- kroczył przeciw jej prawom”. Mózg ludzki, głosi Lób- sack, był przez miliony lat najważniejszą bronią czło- wieka w walce o utrzymanie gatunku. Człowiek nie zo- stał przez naturę wyposażo- ny w skuteczne narzędzia walki ani w członki ciała umożliwiające szybką uciecz- kę. Jeśli mimo to człowiek przetrwał, rozmnożył się i stał się — według Lóbsacka obok szczura — najbar- dziej żywotnym stworze- niem świata, zawdzięcza to swemu mózgowi, który stał się równie potężną bronią jak kły tygrysa czy siła niedźwiedzia. Inteligencja po- zwoliła człowiekowi zwy- ciężać silniejsze i szybsze od niego zwierzęta, budo- wać pułapki, wynaleźć ma- czugę, narzędzia, wykorzy- stać ciepło ognia. Człowiek nie dostosował się do na- tury, lecz zmienił warunki środowiska na swą korzyść. Zapewniało to sukces tak długo, póki ziemia była za- mieszkana przez stosunkowo niewielką liczbę ludzi i wpływ na otoczenie utrzymywał się w rozsądnych granicach. Ale człowiek, kontynuuje Lób- sack, nie tylko wykorzysty- wał siły natury, ale zadał jej gwałt. Zmieniał koryta rzek, osuszał bagna, prze- suwał potężne masy zie- mi, karczował lasy, wytępił niektóre gatunki zwierząt i roślin, a nawet chce sztucz- nie regulować pogodę. Mózg, zdaniem Lóbsacka. okazał się organem niosą- cym katastrofę, doprowa- dził do tego, że Ziemię za- mieszkują ogromne masy lud- ności, które eksploatując ją krótkowzrocznie, nie dbają o potrzeby przyszłych po- koleń i niszczą tym samym podstawy istnienia gatun- ku. Zaburzenia psychiczne, kryzys żywnościowy, zmniej- szanie się zapasów surow- cowych oraz stałe zwiększa- nie się chorób dziedzicz- nych (jest ich obecnie po- nad 1600, co 16 dziecko przychodzi na świat z jakąś dziedziczną wadą), oto wed- ług Lóbsacka skutki zachwia- nia równowagi w naturze. Człowiek — jego zda- niem — nie jest najdosko- nalszym tworem natury, lecz jej omyłką, nieudaną próbą wyposażenia istoty żyjącej w nadmiernie rozwinięty organ, w tym wypadku w mózg zdolny do logicznego myślenia. Ponieważ próba się nie powiodła i zwróciła się prze- ciw planecie, człowiek ska- zany jest na wymarcie. Za dwieście lat, a może wcześ- niej, przepowiada Lóbsack, ludzkość zostanie objęta pierwszą wielką falą wy- mieralności, będzie się- to powtarzać w coraz krótszych odstępach, aż ostatni egzem- plarz rodzaju ludzkiego znik- nie z Ziemi. W tym samym prawie czasie, gdy wyszła książka z ponurymi prognozami Lób- sacka, w którego wywodach pobrzmiewają podejrzane nutki, 50-osobowy zespół badaczy, kierowany przez profesora matematyki na uniwersytecie Cleveland, Me- sarovica, I profesora me- chaniki Wyższej Szkoły Tech- nicznej w Hanowerze, Pestla, złożył sprawozdanie ze swej trzyletniej pracy, wykona- nej na zlecenie kilku fun- dacji. Posługując się kom- puterami i danymi z całego świata, uczeni starali się odpowiedzieć na pytanie: „Czy ludzkość zdoła prze- żyć następne 50 lat?” Ich zdaniem ludzkość — nawet bez wojny atomowej — jest poważnie zagrożona w swej egzystencji. Nie byłby to wprawdzie jakiś jeden ogólny kataklizm, lecz za- głada na raty. W różnym czasie i w różnych miejscach kuli ziemskiej mogą nastą- pić klęski i kryzysy, zała- manie się gospodarki i sy- stemu żywnościowego. Wiel- ki kryzys żywnościowy prze- widują obaj futurolodzy w Południowej Azji i Afryce około roku 2010, liczba ofiar może dojść do miliar- da. W przeciwieństwie jed- nak do Lóbsacka, który nie widzi ratunku dla rodzaju homo sapiens Pestel i Me- sarovic odwołują się do ludzkiego rozumu. Klęski i kryzysy nie są nieodwracal- ne, można ich uniknąć lub co najmniej złagodzić, jeśli ludzkość zmieni swe po- stępowanie i sposób myśle- nia, zacznie wspólnie dzia- łać, wzmoże wzajemną po- moc, zwłaszcza pomoc dla krajów zagrożonych głodem. Według obu uczonych, jest na to jeszcze jakieś 10—20 lat czasu. Szereg inicjatyw, w tym także polskich, konferencja w sprawie Bałtyku, ostatnia konferencja żywnościowa ONZ w Rzymie, porozu- mienia wielkich mocarstw, wszystko to wskazuje, że mózg ludzki może być nie tylko motorem samouni- cestwienia. 9
TADEUSZ KUBIAK KTO ŚPI NIE GRZESZY - wersja nowa Kto śpi nie grzeszy, to prawda święta, zacni panowie, piękne dziewczęta... Kto śpi nie grzeszy, to prawda pewna, lecz trudno wiecznie żyć życiem drewna. Więc spać czy grzeszyć, oto pytanie, drodzy panowie, urocze panie. Sami rozważcie to należycie. Największym grzechem jest przespać życie. Q 0 CL RAJ Każdy ma własne wyobrażenie raju Dla malarza To nieoczekiwane kombinacje barw, Dla muzyka - Harmonia, a może dysharmonia tonów, Dla zakochanego - Ziemia, gdzie przebywa ukochana. Jest raj wspinaczy wysokogórskich, Gdzie zdobyte są wszystkie niedostępne szczyty; Raj garbatych, Gdzie wszystkie plecy są idealnie proste Albo - garbate; Raj daltonistów, Gdzie płonąc wyraziścieją kolory; Raj żarłoków, Z ogromnymi połciami tłustego mięsiwa; Raj dyrektorów, Gdzie łaszą się uśmiechy usłużnych sekretarek; I raj prostytutek, Gdzie rozbierają się tylko dla tych, Których kochają. 10
ENVER MEHMEDBASIC DEmoKRnui Motto: — Do wszyst- kiego, co nadej- dzie, do wszyst- kiego sie nadaję... W dyrekcji przedsię- biorstwa „Postęp w likwidacji” od- czuwało się lekkie zakło- potanie. Towarzysz Sła- wolub mówił zdecydowa- nie: — W ciągu dwudziestu czterech godzin musimy wprowadzić demokrację również w naszym kolek- tywie. — Dobra, dobra... — podchwycił towarzysz Hasib — przeżyłem biu- rokrację, przeżyję i tę demokrację... No, fajno... — A, przepraszam, jak sobie wyobrażacie — spy- tał ktoś — to wprowadza- nie demokracji? Czy ma- my ją wprowadzić drogą administracyjną ? — Może jakimś rozpo- rządzeniem dyrekcji przedsiębiorstwa ? — Ależ nie — zaprze- czył towarzysz Sławolub. — Towarzysze powinni sami swobodnie przedło- żyć swoje zdania, należa- łoby się szczerze wypo- wiedzieć, co myślicie so- bie o nas, o zarządzie i tak dalej... — Czy właśnie to jest nam konieczne? — Skoro ja mówię, to znaczy, że jest konieczne. — No, a jeśli ludzie nie będą chcieli wypowia- dać się otwarcie? — Będą mówili! — wydusił z siebie pewien zwolennik demokracji, grożąc paluszkiem. — Ależ nie, żaden na- cisk nie wchodzi w grę. Muszą mówić z własnej woli. — Hm... Nazajutrz członkowie kierownictwa siedzieli przed swoim kolektywem i właśnie miało rozpocząć się zebranie. — No, dalejże, towa- rzyszki i towarzysze, mówcie swobodnie, co myślicie o swoim zarzą- dzie, wasze uwagi będą dla nas bardzo pożyteczne i zapewniam was, że będą jak najlepiej przyjęte. Sala milczała. — No i co, towarzy- sze? Sala nadal przezornie milczała. Wówczas wstał towa- rzysz Okruszek i zaczął rozwijać swój ulubiony motyw. Mówił zawsze to samo, bez względu na te- mat dyskusji. No, sami wiecie, już zgadliście... mówił o różnorakich as- pektach pewnych zjawisk wr procesie... — Nie — przerwał mu towarzysz Sławolub. — Nie o to chodzi. Macie, towarzysze, powiedzieć, co myślicie o wraszym kierownictwie, o sukce- sach przedsiębiorstwa, o perspektywach rynko- wych. To samo powtórzył to- warzysz Hasib w pięknym i ujmującym zakłopota- niu. Sala jakby przeciągnęła się rozkosznie, troszkę się szeptało, a wreszcie pod- niósł się ten niezgrabny Ristan, którego wyskoki przyprawiały o rumieniec połowę członków zarzą- du, a sala przyjęła go śmieszkami. — Dalejże, śmiało, Ri- stanie, proszę, mów-że — zachęcał towarzysz Sła- wolub. — Taki jak on, to jeszcze i powie — szep- tał towarzysz Hasib. A Ristan przestępuje z nogi na nogę, miętosi czapkę w tych swoich łapkach i powiada: — A co by też was in- teresowało ? — No, Ristanie, co na przykład myślisz o mnie ? — Sądzę, że już naj- wyższy czas, abyście ode- szli. — A dokąd to, Rista- nie, na jakąś placówkę, w drogę służbową?... — Nie, z miejsca. Lekki rumieniec okra- sił policzek Sławoluba. — To... to znaczy, jak to rozumiesz, Ristanie? — Mało tego, że do- prowadziliście do refor- my, to jeszcze chcecie ją realizować ? — Ristanie, to nie jest podejście... — No dobrze, ale sami chcieliście, żebym powie- dział wam, co myślę. — Tak jest... temu nie przeczę... czemu nie? Po- wiedziałem. Tylko dalej i śmiało, towarzysze. Wtedy dźwignął się ten tępaczek Jevdokje i ma ochotę gadać. — I ja, tego... — po- wiada — i ja bym coś, prawda, powiedział... — Proszę, tylko śmia- ło, nasz Jevdokje. 11
— Ano tak sobie pa- trzę na waszą czwóreczkę i myślę o tym, jak to już na was dwadzieścia lat się gapię... I teraz, na przy- kład, nie tnogę sobie, prawda, uświadomić... tak, uświadomić, kto też tu z was jest sekretarzem podstawowej organizacji, kto przewodniczącym za- rządu instytucji, kto kie- rownikiem związku zawo- dowego, a kto prowadzi przedsiębiorstwo i, że tak powiem, dokąd je prowa- dzi ? Wiem tylko, praw- da, że się wy we czterech tak zamieniacie tymi sto- łeczkami, że mi się, praw- da, aż zakręciło w gło- wie... — Dobrze, i co ci to przeszkadza? — pytają tego tępawego Jevdokję. — Boję się, że mi się całkiem zakręci... A w ogóle, to wszystko jest pięknie, ja przecież nic nie mówię. — Zostawcie tego Jev- dokję, jemu się kręci w głowie, zawroty głowy ma widocznie — zaczęto go bronić. — Ależ proszę, towa- rzysz . ładnie to ujmuje, krytykuje umiejętnie...! — Tak, ale czy to jest właśnie odpowiednie? — spytał szeptem tow-arzysz Hasib towarzysza Sławo- luba. — Czyż ja nie powie- działem, że wprowadzę do tego kolektywu de- mokrację w ciągu dwu- dziestu czterech godzin ?! Wtedy podniósł się ten żółtodziób Radojca, któ- ry przez dwa lata chytrze ukryw ał, że ma ukończone wyższe studia i którego wr swoim czasie nakryto na tym, jak usiłował wtry- nić swój dyplom osobiste- mu wrogowi. I on jakby się dzisiaj nieco rozzuch- walił albo może w'stał lewą nogą, bo powiada: — Czy to jest właści- we, że wy czterej razem wzięci nie macie nawet tyle wykształcenia, ile je- den młody specjalista ? Prezydium kolektywu ukazało wszystkie barwy widma słonecznego. Tyl- ko Sławolub, pełen wiary w siebie, rzekł: — Niechaj mówi, tylko dajcie mu mówić... Nie- chaj wyrzuci z siebie znane hasło, że... — Dyplom nie jest gwarancja wiedzy — po- mógł ktoś. A ten dzieciak, Ra- dojca, na to: — Ale brak dyplomu jest jeszcze mniejszą gwa- rancją. Zarząd, to znaczy ci czterej towarzysze (zna- cie ich na pewno!), jak gdyby poprosili o czas (wiecie, jak się to robi w koszykówce?) na kon- sultację. — I co teraz? — py- tali zbulwersowani. — Wiem, co teraz się stanie — powiedział Sła- wolub. I zaraz zaczął wrzesz- czeć: — Ty, Radojca, nie jesteś żadnym Radojcą! — Przepraszam, a kim- że ja jestem? — spytał pełen zdziwienia. — Ty jesteś anarcho- radojca! — A Ristan? — Ristan to jest pseu- doristan. Tępawy Jevdokje gro- bowym głosem spytał: — A ja ? Kim jestem ? — A ty...? Ty jesteś... Rzeczywiście, kimże on jest, ten Jevdokje? — Relikt kapitalizmu! — Lokaj imperializ- mu! Tak to w porę przy- milnie podpowiadał Sła- wolubowi towarzysz Ha- sib, że ten przypomniał sobie w-szystko. — To zwykły polip! — Jakimże to ja jestem polipem ? — zachłysnął się ze zdumienia Jevdokje. — Polip biurokracji. — Tak, pięknie, czy już wszyscy są poetykieto- w-ani ? — spytał cicho Hasib. — Może niektórzy są nie tylko etykietowani, ale już i butelkowani — rzekł zadowolony Sławolub. Tego dnia, licho wie dlaczego, nikt już więcej nie miał nic do powiedze- nia. Tylko ponownie wstał towarzysz Okruszek i po- czął rozwijać swój umiło- wany temat, wiecie już jaki: o różnorakich as- pektach pewnych zjawisk w procesie... SPECJALNIE DLA WAS RYSUJE JUGOSLAY VLAH0VIĆ Jugosławia tłum. M. A. WASILEWSKI 12
POSADA Spotkaliśmy prezesa Szczawnicę. — Mam wolną posadę — rzekł. — Może potrzebujecie dla kogoś? — Jaką posadę? — spytała barono- wa Sołowiejczyk. — Normalną — odparł Szczawnica. — Na drugim piętrze. — Winda czynna? — zainteresował się poeta Koszon. — Czynna — powiedział prezes. — Mamy też dobrą opiekę socjalną, do- mek wypoczynkowy nad morzem. Po- sada jak posada. — Coś trzeba robić? — spytaliśmy. — Nic — wyjaśnił Szczawnica. — Nic nie trzeba robić i to jest dodatko- wy plus posady. Kiedyś mieliśmy ręcz- ną centralkę telefoniczną, teraz mamy automatyczną, ale etat został. Trzeba przychodzić do pracy, można patrzeć na automat, jak ktoś lubi, raz w mie- siącu idzie się do kasy. Dosyć proste. — W zasadzie tak — przyznaliśmy. — Może Nikuś Samotracki by to wziął? — zastanowiła się baronowa. — Młody, zdolny... — W jakiej dziedzinie? — spytał prezes Szczawnica. — Ogólnie — powiedziała barono- wa. — Tylko nie zna się na telefo- nach. — Nie musi się znać—rzekł Szczaw- nica. — Co to w ogóle ma do rzeczy? Kandydatura Samotrackiego wyda- wała się sensowna. Z tym, że nie chcie- liśmy wprowadzać Szczawnicy w błąd. — Miły facecik — rzekł Bezpal- czyk. — Ale trochę niebieski ptaszek. Tak, że jedno przy drugim. — Jego sprawa — powiedział Szczaw- nica. — Nie wnikamy w sprawy oso- biste pracowników. W końcu jakaś delikatność obowiązuje. Zresztą wiem o kogo chodzi. Sympatyczny z wyglą- du. — Bardzo miły — powiedzieliśmy.— Jedno jest pewne, że nie będziesz ża- łował. W rezultacie Szczawnica zatrudnił Samotrackiego na drugim piętrze. W miesiąc później Samotracki został z posady zwolniony. — Myślałem, że to łobuziak i że nie będzie z nim kłopotów — tłuma- czył się Szczawnica. — Niestety, za- wiodłem się. — Opuszczał się w pracy? — zmar- twiła się baronowa Sołowiejczyk. — Przeciwnie — rzekł prezes. — Zabrał się do konserwacji telefonów i zepsuł aparaturę. — Z głupoty — rzekł poeta Ko- szon. — To też — zgodził się Szczawni- ca. — Ale przede wszystkim z uczci- wości. Nie chciał brać darmo pienię- dzy. A nas nie stać na takie luksusy, niestety. Zrobiło się nam głupio. W końcu rekomendowaliśmy idiotę i piękno- ducha. n
Po przeczytaniu numeru „Szpilek” strasznie popra- wiło mi się samopoczucie. Przekonałam się bowiem, że kłopoty z ADM mam nie tylko ja. Okazało się na- wet, że ADM jest tak denną instytucją, że nie zważa na nic: na nazwiska, tytu- ły, łapówki. Niechże więc moja sprawa powiększy grono innych „nie do za- łatwienia". Przesyłam dwa listy interwencyjne oraz osiem pism z urzędów. Do dzisiaj stoi w piwnicy woda. Żadne ze zobowiązań wszystkich czterech insty- tucji, do których się odwoły- wałam, nie zostały wyko- nane. To są już kpiny z człowieka i obywatela. Wilgoć w kuchni objęła ok. 60% ścian, w pokoju 6 m2. W tym roku otrzy- mam mieszkanie ze spół- dzielni mieszkaniowej, mo- że będzie inaczej, lepiej. Po wykorzystaniu materia- łów bardzo proszę o odesła- nie ich na mój adres, przy- dadzą się. Pokażę wnu- kom, jaka drzewiej była administracja. Przesyłam wyrazy sza- cunku i współczucia. WANDA MOROZ Dzierżoniów, ul. Wrocławska 33 m 1 Napisałem podanie do ADM nr 2 Warszawa-Moko- tów z prośbą o wyczyszcze- nie przewodu wentylacyj- nego oraz wymianę wypa- czonych ram okiennych. Otrzymałem od inspektora technicznego zlecenie do Spółdzielni Kominiarzy, abym sam osobiście to za- łatwił, bo mnie przecież sadze lecą z przewodu wentylacyjnego, a nie ADM. W sprawie okien inspektor zwodził mnie całe lato i jesień, wreszcie trafiłem do kierownika działu tech- nicznego. Sympatyczna pa- ni poinformowała mnie bar- dzo grzecznie, że ADM tej pracy się nie podejmie, jest to sprawa wyłącznie lokatora i sam musi sto- larza załatwić, jeżeli nie chce zmarznąć w zimie. Ciocia moja, która pierw- sza urządzała wycieczki do ADM, już nie żyje. Cie- kawe, kiedy na mnie przyj- dz'e k0lej? WIESŁAW BOGDANOWICZ Warszawa, ul. Starościńska 4/6 Pisać o ADM może chy- ba tylko ten, kto wybudo- wał własny dom i nie pod- lega już relacji: ADM-loka- tor. Toteż jeśli mam na- pisać szczerze, mogę to zrobić wyłącznie anonimo- wo, nie ujawniając ani mia- sta, ani adresu, ani'nume- ru ADM, która decyduje o moich warunkach życia. Nie stać mnie na mieszka- nie spółdzielcze, więc jako prawdopodobnie dożywotni lokator muszę się po pro- stu pogodzić z faktami. X (z Nadodrzariskiego Grodu) ZBM Warszawa-Żoli- borz zdecydował, że ul. Podczaszyńskiego należy do reprezentacyjnych, wobec czego przed 1 maja br. należy balkony przemalo- wać na czarno, a balustra- dy przepleść folią żółtego koloru. Przyszli, pomalo- wali czarną farbą balkon, opryskali kwiatki w skrzyn- kach też na czarno i poszli. Farby i ochoty do malowa- nia wszystkich balkonów nie starczyło, jak i żółtych płyt też. Obecnie jest listo- pad i wystrój ulicy pasuje do święta zmarłych. Nazwisko tylko do wiadomości redakcji Zwróciłam się do ADM 1/4 Stare Miasto z prośbą o wymianę muszli klozeto- wej. Od razu spisano ze mną umowę i przyjęto za- liczkę na wykonanie tej usługi. Miałam oczekiwać fachowca. Niestety, facho- wiec w ogóle się nie zjawił. Gdy zadzwoniłam do ADM, odpowiedziano mi, że brak im muszli i żebym sama kupiła (bo zdrożeją). Po- nieważ z tą usługą nie mogłam czekać, zmuszo- na byłam wykonać ją pry- watnie. Gdy zgłosiłam się po zwrot zaliczki, kazano mi napisać podanie do DZBM i tam dochodzić należności. MARIA PRZEORSKA Wrocław, ul. Bałuckiego 1/9 Na Wasz alarm w sprawie ADM przesyłam fotografię zieleńców przy nowych blokach mieszkal- nych w Chojnicach, ul. 31 Stycznia. Ł. PAWŁOWSKI Chojnice Na tym kończymy publikowanie korespondencji na- szych Czytelników w sprawie ADM-ów. Nie udało nam się, niestety, zamieścić wszystkich nadesłanych materia- łów, musieliśmy się ograniczyć do najbardziej charaktery- stycznych. Dziękujemy naszym Czytelnikom za tak liczny udział w tej akcji, która, mamy nadzieję, zwróciła uwagę na ten wcale nie mały problem. W następnym numerze ostatecz- ne podsumowanie „Alarmu” w sprawie ADM-ów. Zgodnie z apelem prze- syłam w załączeniu plik papierów jako plon mo- jej walki z ADM w Szklar- skiej Porębie. Bałagan, brud, niechlujstwo trwa już przeszło 10 lat. Moja wal- ka — 3 lata! A jaki wynik? Zerowy. Naturalnie nie pro- szę o interwencję, to tylko tak na dowód, że nie ma mocnych. Proszę również nie odsyłać tej całej doku- mentacji (dawno już na to wszystko machnąłem ręką). Tylko po ewentualnym za- poznaniu się — do kosza. S.S. Szklarska Poręba Jestem wdową, rencist- ką, członkiem spółdzielni mieszkaniowej, mam blisko 70 lat. Oplata za mieszka- nie pochłania 1/3 mojej miesięcznej renty. Miesz- kanie w chwili wprowadze- nia się miało szereg uste- rek. Niektóre zostały usu- nięte, inne nadal istnieją i nie mogę doczekać się ich usunięcia. Czuję się zupeł- nie bezradna i zagubiona w gąszczu nie znanych mi przepisów i w obliczu wy- raźnej niechęci administra- cji (RSM ,,Lokator”) do załatwiania czegokolwiek, co wiąże się z nakładem pracy lub kosztów z jej strony. Brak mi już sił do dalszych interwencji. Chy- ba niniejsza będzie już ostatnią moją próbą. Przesyłam zespołowi re- dakcji dużo pozdrowień i najlepszych życzeń pomyśl- nego podejmowania i reali- zowania akcji podobnych do ostatniej i wielu, wielu innych. JANINA MACIEJEWSKA Łódź ul. Rojna 52 m. 44 14
fSW PORZĄDEK Jedna z tych nie najważniejszych rzeczy w życiu. A jednak trzeba go czasem zrobić: porządek generalny w naszych rzeczach, w naszym do- mu. Jest kilka szkół rozwiązywania tego problemu. Może nawet kilkanaście, i to biegnących koło siebie równolegle, z tradycją dawną, od „już starożytni Grecy” włącznie. Np. można porządku w ogóle nie robić: wariant a) — jest zawsze tak nieziemski, tak precyzyjny porządek, utrzymywany w idealnym stanie, że nie ma potrzeby robienia kiedykolwiek generalnego; wariant b) — jest zawsze tak nieziemski, tak abso- lutny bałagan, że nie ma potrzeby ro- bienia porządku: i tu różnorakie przy- czyny: nic by wtedy nie można zna- leźć, można by umrzeć z nudów, sy- tuacja jest i tak nie do opanowania, po co? itd. Od dnia, w którym postanawiamy, że trzeba będzie zrobić generalny po- rządek, nic już nie kładziemy na swoje miejsce, nie musimy, będziemy wkrótce tam sprzątać. A jeżeli nawet miejsce jest właściwe, to się to rzuca byle jak, bo i tak tam wkrótce... Po jakimś czasie okazuje się, że do dnia, w któ- rym podjęliśmy tę decyzję, było jesz- cze jako tako, to, co potem nastę- puje — staje się z wolna nie do zniesie- nia. Po jakimś czasie nic zupełnie nie można znaleźć i kopie się nerwowo, przewracając wszystko, wyrzucając rze- czy z półek itp. Ale to nic nie szkodzi, bo i tak wkrótce będziemy... Na razie nie mamy na to czasu, a poza tym opra- cowujemy strategię działania. Najpierw trzeba zrobić półki w przedpokoju, potem uprzątnąć piwnice, część rzeczy pójdzie do piwnicy, tak opróżni się starą szafę i tam da się rzeczy z wali- zek, do walizek przełoży się nie uży- wane teraz rzeczy z szafy w ścianie itp. itd. Na razie sprzątamy naszą szufladę. Dużo wspomnień i rzeczy niepotrzeb- nych. Potem robi się coraz bardziej nie do wytrzymania i nie można już znaleźć 2 jednakowych skarpetek, gdzieś podział się pantofel i lewa rękawiczka, i nosi się od innej pary. I potem nadchodzi taki dzień, zwykle mokry i szary, może być niedziela, że można by troszeczkę, no, może tylko zacząć, na przykład najpierw poukładać książki. Układamy książki według nowego systemu działami i po ustawieniu tych, które leżały w po- przek na stojących, została nam dość spora kupka, z którą nie wiadomo co robić. Włożymy je tam, gdzie były stare buty. Wyjmujemy więc wszystkie buty, okazuje się, że jest więcej starych niż było. Układamy racjonalnie i zo- stają nam letnie buty. Wkładamy je do pudła na pawlaczy z którego wyjmu- jemy resztki materiałów, które zaraz przeselekcjonujemy i wyrzucimy. Nie wyrzucamy, bo mogą się przydać na łatki, gdyby się coś starego przenico- wało. Zabieramy się do starych ciu- chów. niepotrzebnie wiszących w szafie, i mamy nową kupkę, z którą nie wia- domo co zrobić. Właściwie przydałaby się jeszcze jedna szafa. Ale zaraz, jak posprzątamy na wszystkich półkach, w komodzie, w kątach, na pewno wygospodarujemy masę miejsca. Porządek totalny, wybuch Wezu- wiusza w domu, sytuacja prawie nie do opanowania. Mijają dni, my ska- czemy przez zwały rzeczy, z którymi nie wiadomo co zrobić, potem gestem rozpaczy upychamy je na razie gdzie- kolwiek, żeby można było żyć. Skądeś wypływają na nas stosy starych listów, starych kwitów, starych pończoch, starych swetrów, trampki, które jesz- cze może kiedyś włożymy, tajemniczych pudełek, fotografii, które trzeba by ułożyć. Bombki na choinkę, których absolutnie nie ma gdzie schować, nieznanych recept i przedawnionych lekarstw. Wszystko może jeszcze się przydać! Wyrzucić łatwo, a jak potem będzie potrzebne? Gdzieś w połowie tej roboty prze- staje nas to bawić, potem załamujemy się psychicznie. Upychamy rzeczy, któ- rych aktualnie nie używamy, w inne, dalsze miejsca, do ponownego zasta- nowienia. I tak wszystko zostawiamy, aż do następnych generalnych porząd- ków. które na pewno rozpoczniemy wkrótce. WIESŁAW BRUDZIŃSKI „Po to opłacam błazna — rzekł król — aby mnie mówił przykre prawdy w oczy, nie obcemu królo- wi!” Nie przeszedł na drugą stronę tylko dlatego, że jeszcze nie zdążyła się sformować. „O szerszy dostęp do wiedzy dla mas!” „O szerszy dostęp do przesą- dów dla elity!” Dbaj o niepotrzebnych, bo nie- potrzebni mogą odejść! Złożył rezygnację z zasad. Rezygna- cja została przyjęta z zadowoleniem. 15
REDAKCJA EELIKSA OSIECKIEGO PODDAJ EMY POD ROZWAGĘ Chociaż nie lubimy cofać biegu wydarzeń, dla jednej jedynej sprawy zrobilibyśmy wyjątek. Otóż ni mniej ni więcej tylko przywrócilibyśmy w naszych biurach i urzędach tabliczki gliniane i rylce do prowadzenia korespondencji, kasując rzecz jasna, przydziały papieru. Projekt nasz nie wymaga specjalnego uza- i sadnienia. Gliny mamy w kraju pod dostat- kiem, produkcja rylców tnożna by zainteresować rzemiosło i przemysł terenowy. Zastrzegamy się, że nie chodzi nam nawet o oszczędność drewna i lasów. Mamy bowiem generalne za- strzeżenie do Caj-Luna, wynalazcy papieru, że mianowicie jego wynalazek jest tak łatwy w uży- ciu, że nie odróżnia bełkotu od słowa, że można pisać i pisać bez końca. Weźmy dla przykładu pismo Centrali Handlu Obuwiem z Lodzi, będące odpowiedzią na skar- gę klienta, którego nowo kupione buty zaczęły przemiękać. M* odpowiedzi na pismo Obywatela z dnia skierowane do M.H.W.iU. w sprawie odmowne- go załatwienia przez Stołeczne Przedsiębiorstwo Handlu Obuwiem reklamacji obuwia — Centrala po zapoznaniu sic z przedmiotem reklamacji stwierdziła co następuję... A następuje stwierdzenie, że buty powinny przemiękać, bo tak przewiduje norma (dla do- ciekliwych: PN-74 0-91030), jednakże w tym konkretnym przypadku stwierdzono wadę produkcyjną i dlatego reklamację się uznaje. Pismo to zawarte na stronie maszynopisu otrzymują do wiadomości: MHWiU — Gabi- net Ministra. Wydz. Inspekcji Skarg i Wnios- ków, St. P.H.Ob. w Warszawie. Jedna para kapci wartości 380 zł spowodowa- KORESPONDENCJA P.T. Redakcja ,.Szpilek” Doceniając Wasze akcje na temat toalet i ADM-ów — proponuję ku uciesze Waszych wiernych czytel- ników akcję pn. „Neon zgasł”. Z mojej ostatniej podró- ży służbowej w miesiącu oszczędzania przytaczam takie dwa „zgaśnięte” neo- ny: 1. W Sosnowcu jaśniał napis: ...szczę... w PKO 2. W Gliwicach ciemniał napis nieco inny: O...aj w PKO B.T. Warszawa Nagrodę tygodnia (zł 100) w naszym nieusta- jącym konkursie „Uczy- my się patrzeć satyrycz- nie” otrzymuje p. T. Bor- kowski za pismo PKP wy- korzystane w felietonie. ła lawinę korespondencji, bo przecież jeszcze pisał i klient, i Stołeczne Przedsiębiorstwo Han- dlu Obuwiem odpowiedziało mu odmownie... Ciekawe, ile takich pism wysyła rocznie Centrala Handlu Obuwiem, i nie tylko ona. Wszystkie centrale, placówki handlowe, skle- py. Zresztą dzieje się to zgodnie z przepisami, tylko czy sprawy tej nie mógł od ręki załatwić kierownik sklepu, który powinien być chyba fachowcem w swojej branży. Czy gabinet mi- nistra handlu wewnętrznego i usług nie ma przypadkiem pilniejszych spraw, niż śledzenie drogi reklamacji pary obuwia? Czas wreszcie na zaprezentowanie walorów naszego pomysłu z glinianymi tabliczkami. Otóż niech by urzędnik Centrali spróbował wyryć całe to stronicowe pismo rylcem na gli- nianej tabliczce. Należy sądzić, że albo prze- kląłby tę niewdzięczną pracę, albo przynajmniej starał się streszczać. I w tym tkwi właśnie sedno całej sprawy. W zwięzłości. Pisma ryle na ta- bliczkach wyglądałyby zupełnie inaczej niż pisane na arkuszach papieru. Wyobrażamy sobie, że stylista z Centrali wyryłby po prostu: „Buty do kitu. Zwracać pieniądze”. Koniec, kropka, i tyle się powinno w tej sprawie powiedzieć. Papier u nas służy do celów irracjonalnych, czego przykładem jest również pismo jednej ze stacji PKP d<> Oddz. Ruchowo-Handlowego RO4: Stosownie do zarządzenia RL 6... stacja za- podaje, że w związku z niemajacym miejsca wy- padkiem w stacji, zaprowadzona ewidencja pra- cowników mających związek z wypadkiem nie uległa zmianie w porównaniu z miesiącem po- przednim. POLECAMY humor i satyrę z gazet zakładowych TRADYCJE TOWARZYSKIE Po uroczystym rozliczeniu niedoborów właś- ciwych Po uroczystym spotkaniu zasłużonych w spra- wie zasadniczej. „FASTY” — Białystok 16
W SIĘ NAHAJE DO.SZPILEK Drewniany breloczek do kluczy z hotelu „Turystycznego” w Sieradzu ma rozmiary solidnej deszczułki. Praktyczni goście na delegacji chwalą sobie jednak ten pozorny mankament, gdyż z powodzeniem wykorzy- stują ową deseczkę przy sporządzaniu kana- pek, krojeniu wędliny itp. W blisko 35O.OOO-nej Bydgoszczy jest tylko jedna książka telefoniczna z numerami war- szawskimi, zdeponowana w Głównym Urzę- dzie Pocztowym w sercu miasta. Twier- dzenie, że telefon ułatwia porozumiewanie się między ludźmi, od dawna wymaga rewizji, podobnie zresztą, jak pozostałe działy pracy poczty. Chłodziarka produkcji „Predom-Polar" we Wrocławiu wykazywała dziwną właści- wość: chłodziła lub nie przy pracującym bez przerwy liczniku. Po bliższych oględzi- nach okazało się. że w tylnej ściance są szpary. Małe czy duże, nieważne, grunt że się przez nie prześliznął znak Q. którym producent opatrzył swój wyrób. Jesteśmy w posiadaniu paczki waty opa- trunkowej, którą, jak to się zaleca, należy przed użyciem „doprowadzić do kształtu walca”. Ponieważ paczuszka ma mniej więcej konsystencję granitu, nasza Czytelniczka słusznie sugeruje, żeby posłużyć się raczej walcem drogowym. Pasażerom klnącym na czym świat stoi na nieregularne kursy PKS-ów i kolei wręcza się ankietę Instytutu Transportu Samochodo- wego, która zaczyna się od słów: „Jeśli zależy Ci na poprawie warunków podróży — wypełnij niniejszą ankietę". Natomiast jeśli Instytutowi zależy na tym samym — o czym pytania ankiety nas nie przekonały — to niech czym prędzej rozwiąże sprawę ta- boru komunikacyjnego, kadr i parę innych drobiazgów. GABINET OSOBLIWOŚCI Nagrodę (zł 100) za naj- lepszy wycinek otrzymuje p. Michał Howorka z Poz- nania. DWUMINUTOWY STRZAŁ. „Nowiny Rzeszow- skie", nr 276: STRZAŁ LATY W 90 MIN. NA WAGĘ REMISU. 25 min. — Maculewicz 1:0 92 min. — Lato 1:1 I chyba na wagę czasu też. (nad. Michał Hejnar — Rzeszów) Materiały nadesłali: A. Juszczak, J. Pod- góreczny, A.L., B. Jóźwiecka, J.D. REHABILITACJA NORMALKA. „Przyjaciół- ka", 3.XI.: . Cztery lata w tygodniu, po południu odbywają się zajęcia w szkole. Wiadomo — każdy dzień w szkole dłuży się, jak rok (nad. K. Żochowski — Pruszków) PWK PRZEGLĄD WIADOMOŚCI KRAJOWYCH Kieleckie „Słowo Ludu”: Często mamy trudności z nabyciem odpowiedniej wielkości i wysokości tap- czanu. Problem można bar- dzo szybko rozwiązać. Ro- bimy szkielet z drewna, ku- pujemy gotowe materace i odpowiednią narzutę. Jeżeli nie mamy gotowych materaców i narzuty są nieodpowiednie, robimy sa- mi również materac i na- rzutę. (0 (foto: Z. Sitnicki. Na- dawcę prosimy o po- danie imienia) Tablica w sklepie WSS nr 49 w Kwidzy- niu. Przypominamy sto- sowny toast: „Widzisz mnie?". W Maciejowicach, pow. Siedlce, elektryczne oświet- lenie ulic było ponownie czynne przez dwa dni. Pan Henryk Woźniak po interwencji „Chłopskiej Drogi” nabył osełkę do no- ży ogrodniczych w sklepie spółdzielni ogrodniczej w Garwolinie. Osełka została specjalnie sprowadzona na polecenie Centrali Spół- dzielni Ogrodniczych. Zlikwidowano stację obsługi samochodów Pol- mozbytu w Księżynie. Klienci mogą się zgłaszać do stacji obsługi samocho- dów nr 4 w Białymstoku. Do pani Heleny Heinrich w Bydgoszczy przybłąkał się czarny kotek. Uczciwy właściciel proszony jest o zgłoszenie się na ul. Pomor- ską 32 m. 3. „Dziennik Bałtycki” w dziale pt. „Śmiało i szcze- rze” informuje, że jeden z czytelników pisma oddał film do wywołania w zakła- dzie „Foto-Słońce” w Gdań- sku. Film miał być gotowy 21 października, ale nie był. ŻYWE MODELE. „Express Wieczorny”, nr 255, o jugo- słowiańskiej wystawie, na której wystawiać się będzie: ...cały asortyment wyrobów produkowanych przez tę fir- mę, a więc nie tylko farmaceut- ki... Ano, jeśli ładne... (nad. Janina Kulczycka — Warszawa) WYMYŚLIŁA! „Świat Mło- dych”, nr 88: Na przykład w „Ofelii" Hamleta wymyśliłam, że od pierwszego aktu do ostatnie- go będę coraz mniej umalo- wana... Ciekawe, co by wymyśliła grając „Julię” Romea. (nad. Michał Howorka — Poznań) ZAMIAST. „Trybuna Ma- zowiecka”, nr 255; o jadło- dajni GS w Siennicy: Karygodny jest brak bydła, proszków i ręczników. A nie można by bydła za- stąpić np. drobiem? (nad. Jerzy Ruszkiewicz — Płock) 17
Michał Komar przeczytał trzecie i rozszerzo- ne wydanie antolo- gii Jerzego Wittli- na PRZEDSTA- WIAMY HUMOR POLSKI. PORY ROKU. Społeczeństwo dzieli się na milczącą większość i gadatliwą mniejszość. Mil- cząca większość spija ko- niaki, śmieje się, dyskutu- je i obżera. Sądząc z antologii Wittlinowskiej reprezentanci do spraw śmiechu, humoru i saty- ry są znacznie zdolniejsi od reprezentantów in- nych dziedzin. Może dla- tego, że spraw śmiesz- nych zawsze będzie pod dostatkiem? Od Boya-Żeleńskiego, Paczkowskiego, Świato- pełka Karpińskiego, Lecą, Słonimskiego przez tek- sty Brudzińskiego, Przy- bory, Mrożka, Potemkow- skiego, Grońskiego, po utwory Pietrzaka, Kofty, Górzańskiego i Warcha- ła — wybór Wittlina jest skuteczny, ponieważ do- wodzi, że można się śmiać bez względu na porę ro- ku, a ponadto, że trud- no wyobrazić sobie sy- tuację aż tak złą, że śmiech byłby w niej niemożliwy. Historycznie rzecz ujmu- jąc im było gorzej, tym lepsze dowcipy tworzono. Oczywiście teraz jest znacznie lepiej, ale nie mniej śmiesznie. Na przy- kład niedawno „Życie Warszawy” wydrukowało list odpowiedniego dy- rektora, który wyjaśnił brak papieru toaletowe- go w sklepach poważnym i optymistycznym wzro- stem zużycia tego specy- fiku w ostatnim okresie. Wittlin nie umieścił ani tego listu, ani komenta- rza „Życia Warszawy” w swej antologii, gdyż dru- kuje profesjonalistów-hu- morystów. Moim zdaniem, amatorzy też są nie naj- gorsi. Sławomir Mrożek opisał fabrykę produku- jącą tylko lewe buty, co wydawało mi się ogrom- nie komiczne. Do czasu, gdy sprzedano mi pudeł- ko z dwoma butami pra- wymi. W tym wypadku literatura przestała czer- pać z życia. To życie stało się cząstką literatury saty- rycznej. Żaden z zamieszczonych w tym tomie utworów — pisze twórca antologii — nie stał się dzięki temu ani jeszcze bardziej śmiesz- ny, ani też dopiero teraz śmieszny. W istocie są one śmieszne same z siebie oraz trochę dlatego, że czytelnika stać na śmiech. Człowiek nie zaznałby ko- mizmu, gdyby czuł się osa- motniony — pisał niegdyś Henri Bergson. Oznaczać to może, że tam, gdzie ludzie są osamotnieni — cichnie śmiech. Albo też, że tam, gdzie celem jest osamotnienie ludzi — śmiech uchodzi za formę niewskazaną. Przedstawia- my humor polski jest książ- ką skuteczną: śmiech to najszlachetniejsza ze wszystkich więzi łączą- cych ludzi. F.Z.K. widział JEZIORO BO- DEŃSKIE — Stani- sława Dygata w Teatrze Małym. „Panował rzeczowy na- strój Apokalipsy” — to zdanie charakterystyczne jest dla prozy Dygata. Groteski, czerpiącej siły z realistycznej obserwa- cji zdarzeń, ludzi, języka wreszcie, gdyż efekt ko- miczny osiąga pisarz czę- sto poprzez zderzenie górnolotnych zbitek po- jęciowych i słownych klisz ze zgoła niepatetyczną sy- tuacją. Bohaterowie Dy- gata — zarówno ci z Je- ziora Bodeńskiego, jak też z Karnawału czy Dworca w Monachium ujawniają charaktery ukształtowane w kręgu sarmackich mi- tów — reagując zawsze niewspółmiernie do bodź- ca, strojąc się w roman- tyczne płaszcze w czasach, gdy praktyczniejsza jest jesionka. Rodowodowe — postawić ich można obok obrażonych Polaków z Gałczyńskiego i delega- cyjnych panów kolegów z Mrożka. Nad całym tym Panteonem unosi się Gombrowicz. Animator tej zabawy. Sufler podpo- wiadający kwestie... Po trzydziestu latach obrazo- burcze dowcipy Dygata stały się anegdotami. Pam- flet na patologicznego Po- laka spoczciwiał. Jest to wina gatunku: groteska starzeje się szybko. Chwy- ty niegdyś nowatorskie wyeksploatowały teatry, kabarety studenckie i obiegowe żarty przypra- wiające o apopleksję po- kolenia kombatantów. Rozumiem jednakże za- interesowanie Hanuszkie- wicza tekstem Jeziora. W prowadzonym konsek- wentnie od lat dialogu dyrektora Teatru Naro- dowego z przeszłością i duchami Wielkich Pola- ków brakowało ogniwa antypatetycznego: spoj- rzenia nie zamglonego łzą sentymentu, drwiny, i sceptycznego grymasu polskiego inteligenta. Wy- czulony na aktualność Ha- nuszkiewicz zdał sobie sprawę z szansy, jaka za- rysowała się po latach — superata patosu i obywa- telskiej obrzędowości wy- maga ironicznej repliki. Spektakl Hanuszkiewicza, mimo zmian tekstu, wsta- wek i dodatków z innej operety — wierny jest Dygatowi. Wierny tona- cją parodii i prywatności. Parodystyczna scenografia Xymeny Zaniewskiej, pa- rodystyczne rozmowy Ła- pickiego z Hanuszkiewi- czem, reżyseria parodiu- jąca Kartotekę — wszyst- ko to sprawia, że dajemy się wciągnąć do zabawy, choć wiele głębi Jeziora daje się dziś przebyć su- chą nogą. Wzruszamy się, oglą- dając kroniki PAT-a, słu- chając Faliszewskiego i Ja- rossy’ego. Aprobujemy pomysły reżyserskie, któ- rych nadmiar jest żartem Hanuszkiewicza z Hanusz- kiewicza. A później, gdy wieczór w Teatrze Ma- łym już się kończy — po- zostaje nam w pamięci Andrzej Łapicki. Najwspa- nialszy narrator, o jakim mógł marzyć Dygat. Anna Lechicka obejrzała BEZBRONNE NAGIETKI, film amerykański, w reż. P. Newmana. Oryginalny tytuł brzmi: Wpływ promieni gamma na zachowanie się nagietek, Człowiek Na Księżycu. Człowiek Na Księżycu to nazwa gatunku nagie- tek napromieniowywa- nych przez małą bohater- kę filmu, kwiaty w zależ- ności od stopnia naświet- lenia karłowacieją lub osią- gają wspaniałość. Nie jest to tytuł obojętny, ma swo- je podteksty w odniesie- niu do ludzi, ale cóż, pro- szę Państwa z tego. Nasi spece od uprzystępniania tytułów umysłom widzów sięgnęli do ulubionej otchłani banału i wydoby- li stamtąd „Bezbronne nagietki”, co w sumie przypomina słynny dow- cip „Befsztyk, raz!”. Film sprawia wrażenie, jak byśmy oto oglądali wcielenie najskrytszych marzeń filmowych Janusza Nasfetera. Jakże bliska je- go sercu tematyka: wpływ nieudanego życia rodzi- ców na dzieci, a może po prostu wpływ nieuda- nych, karłowaciejących, niby tytułowe nagietki, rodziców. Zauważcie Pań- stwo, że metafora ‘ nie nazbyt wyszukana, ale właśnie film Newmana 18
HOPFER BIEGA Z WIERZYŃSKIM Tomasz Hopfer razem z Maciejem Wierzyńskim bie- gają po Lasku Bielańskim. Informując o tym, „Polskie Radio" nie podało ani cza- sów, ani dystansu. TATAR NIE OPANOWAŁ MIKOŁAJCZYKA Odpowiadającjózefowi Ku- ropiesce, Stanisław Tatar jako „zabawny i naiwny" uznał pomysł opanowania przez siebie Stanisława Mi- kołajczyka. Bliższe szczegóły opublikowało „Życie Lite- rackie". SZAJNA OCENIŁ TELEWIZJĘ Przyszliście do mnie, po- nieważ chcieliście mieć Szajnę w telewizji — oświadczył Józef Szajna przedstawicielo- wi „Pegaza" w programie poświęconym snobizmowi. Komentarzy nie trzeba, jak podkreśla się powszechnie. SOKORSKI Z MĘCLEWSKIM W KAWIARNI Włodzimierz Sokorski spotkał się z Edmundem Męclewskim w kawiarni „Warszawa”. Ujawniając na łamach „Ekranu" powyższy fakt, Sokorski podkreśla, że kawiarnia jest miejscem, w którym Polak zrzuca z siebie kompleksy. ANDRZEJEWSKI LICZY LATA KORNHAUSEROWI I ZAGAJEWSKIEMU Niedawno dwaj młodzi (ale nie najmłodsi) poeci Julian Kornhauser i Adam Zagajew- ski... — napisał we wtorek Jerzy Andrzejewski. ŁASZOWSKI ŚWIADKIEM W „ZIEMIAŃSKIEJ” Alfred Łaszowski poinfor- mował czytelników „Kie- runków”, że był świadkiem gwałtownego sporu Witolda Gombrowicza z Karolem Irzykowskim w kawiarni „Ziemiańska". Przedmiot sporu został ujawniony. redaktor prowadzący: TUSIAK CIUCHY W „Bedekerze warszaw- skim" Olgierd Budrewicz poświęcił warszawskim „ciu- chom" pół stroniczki maszy- nopisu. Niewiele tego, ale chwała mu i za to. albowiem „ciuchy" w powszednim mniemaniu były i pozostały czymś raczej wstydliwym, gdzie chodziło się i chodzi kupować różne rzeczy, ale do dobrego tonu nie należy mówić, skąd się je ma. Od tej zasady istnieje jednak pewne odstępstwo. Kole- żanka, chcąc napsuć krwi koleżance, opowiada, że swe- terek, którym ta druga się tak zachwyciła, kupiła na „ciuchach" dosłownie za pół- darmo i to jeszcze za pie- niądze. które uzyskała na tychże „ciuchach” ze sprze- daży bluzeczki, która, zda- niem koleżanki, nie była war- ta nawet pięciu groszy. Oce- nę „ciuchów” jako miejsca wstydliwego podzieliły wła- dze miasta. „Ciuchy" wy- eksmitowano do Remberto- wa i słuch powoli już o nich ginie. Czy jednak jest to miejsce aż tak wstydliwe? W wielkim przewodniku po Paryżu, wydanym przez nob- liwą firmę Julliard, piszą o paryskich „ciuchach", czy- li popularnych „Pisach" (peł- na nazwa brzmi: Marche aux Puces de la Porte de Saint Ouen”) jego autorzy: Naj- bardziej znane, najbardziej poszukiwane, najbardziej zabawne, najbardziej draż- niące — traktując je jako jedną z największych atrak- cji stolicy Francji, której — jak wiadomo — innych atrak- cji, i to w dużych ilościach, wcale nie brak. Anglicy na- tomiast swoje „ciuchy" uwa- żają wręcz za godną i wspa- niałą instytucję, czego dowo- dem jest „The Complete Guide to London*s Anti- que Street Markets” (Tha- mes and Hudson — London), przewodnik w obwolucie, z 70 fotografiami i 10 mapa- mi, niezwykle dokładnie in- formującymi, jak najlepiej dotrzeć do kiosku ze stary- mi wojskowymi guzikami, a jak do kiosku z zeszłowiecz- nymi opakowaniami po pa- pierosach i tytoniu. Pełen entuzjazmu dla wszystkich tych staroci autor przewod- nika, Jeremy Cooper, nie- zwykle drobiazgowo opowia- da o wszystkich stoiskach, rozkochując wręcz czytelni- ka w tych wspaniałościach. Podaje adresy już na okład- ce: Portobello Road, Cam- den Passage czy Petticoat Lane. A bywa ta miłość sza- lenie kosztowna: 1000 fun- tów za stary gramofon z tu- bą! Ale tylko 20 pensów za pocztówkę z francuskim żołnierzem przy karabinie maszynowym z czasów I woj- ny światowej. U nas ta mi- łość jest bez porównania tańsza. Ale kto się o tym dowie? Na starocie z Rem- bertowa próżno by szukać wydawcy. JERZY WITTLIN nie snobuje się na prze- intelektualizowanie i to też winno być bliskie Nas- feterowi. Nie łudźmy się jednak: film amerykań- skiego reżysera uzyskał efekt, do którego naszym filmom na podobne jakby tematy — daleko jeszcze. Przyczyna wydaje się le- żeć w tym, że Newman adresuje swoje dzieło zde- cydowanie do dorosłego widza. Stąd brak infanty- lizmu, stąd ostrość. No i brak naszej czołowej obsesji, że gdybyśmy po- kazali jedną matkę-pijacz- kę, to obrazilibyśmy Na- ród, Historię i kilka po- koleń Matek-Polek. Joanna Woodward jest aktorką znakomitą, szko- da, że oglądamy ją dopie- ro po raz pierwszy. ANDRZEJ SZCZEPANIEC 19
CHIŃSKIE PRZYSŁOWIE Zamknięta książka, to tylko kupa papieru. ŻYCIE WSPÓŁCZES- NE Osiem godzin na dobę praca, osiem godzin — wydawanie 150% tego, co się zarobiło, osiem godzin — bezsenność. (I high Allen) METAMOR- FOZY Przed wyborami do kongresu jesteś jego przyjacielem; gdy został już wybrany — wyborcą; a gdy już urzęduje, jesteś tylko podatnikiem. (..Atlanta Journal") DEFINICJA Jeśli zdobywasz pieniądze gr*jąc w pokera — to hazard; w brydża — zabawa towarzyska; na giełdzie — to cud. ( .Milwaukee Sentincl") ZACHĘTA Przyjdź tu, by posiedzieć, by pomyśleć, by popatrzeć na kościół, by pomodlić się. Nigdy nie jest za późno! Godziny otwarcia: 9- -12. (wywieszka na kościele w New York. City) Z RIPLEYA; „WIERZCIE LUB NIE-71 Mr. J.B. Swan z Loveland (Kolorado) wyhodował kiedyś kartofel wagi 97 funtów. 20 — Gdybyśmy obejrzeli to w zwolnionym tempie, zobaczyli* byśmy, że wprawdzie gladiator • „PUNCH — Ratuj się kto może! To jest Nadejście Ery Chrześcijańskiej!
— Ciągle trapi mnie myśl, w któ- rym momencie popełniliśmy błąd? „PUNCH" — Jestem sierotą. Wszystkie le- — Oskarżam o to powszechny brak ideałów. „the new yorker" — Ciekawe, jak radzi sobie ten, który grał na organkach. — Twoje zdrowie, kochanie. Przez 27 lat ani razu nie wypadłaś z roli. „THE NEW YORKER” „PUNCH"
ATUT Tenisista Fibak został zawieszo- ny w startach zagranicznych. To zawieszenie zostało mu zawieszo- ne na 6 miesięcy. — Panowie, Salomon przy nas wysiada. ANDRZEJ BARECKI POLSKĄ ZWIĄZEK TENISOWY] Nie wierzę w skuteczność namasz- czonych oracji i petycji wychowaw- czych, owych kazań i tyrad — działają anty wychowawczo; nie mogę odpę- dzić wspomnienia: grupka znakomi- tych sportowców, rekordzistów Polski i Europy siedzi nad gazetą, jeden czy- ta półgłosem „artykuł wychowaw- czy”, a reszta płacze. Dosłownie pła- cze. Dosłownie płacze ze śmiechu. Jak Boga kocham! Sam z nimi siedziałem i kto wie, czy to nie ja napisałem ten artykuł. Roiło się w nim od frazesów i banałów, było i o honorze, i etyce, nieomal o przedmurzu chrześcijaństwa i Bogu, który nam właśnie powierzył... Dla tych zuchów, którzy wspaniale reprezentowali nasze barwy na Mi- strzostwach Europy czy Świata, na Igrzyskach Olimpijskich i wielkich tur- niejach — ów „artykuł wychowawczy” był jakby nie ze „Szpilek”, taki śmiesz- ny. Przecież to dorośli ludzie, doroślej- si znacznie od swoich rówieśników. Dzisiejsze argumenty naszych bogu- ojczyźnianych dziadków z drugiej po- łowy lat czterdziestych naszego wie- ku, czyli z czasów biblijnych, nie mogą ich przekonać, mogą tylko roz- śmieszyć (dobre i to). Będę niepopularny (raz na 30 lat mam prawo) — metody wychowawcze to nagrody i kary. Nie karty promien- ne o Franciszku z Asyżu, ale karta pił- karza — paragraf 32 i 33. Rejestr praw, obowiązków i przywilejów. I słusz- nie klub zawiesza Żmudę, który bez zgody tegoż klubu przestał ni stąd ni zowąd grać i trenować. * Słusznie zawiesza Fibaka, który nie zja- wił się na eliminacjach przed turniejem o Puchar Króla. Bo gdyby szło nawet o Pu- char Pazia, nie wolno lekceważyć władz związkowych i trenera kadry narodowej (dopóki się ich nie wymieni i to nie zawsze na lepsze). Przecież nasi najlepsi z najlep- szych też trenowali poza trybami szkolenia centralnego i właśnie oni (Szewińska, Sko- wronek, Malinowski) sięgnęli po złote me- dale — zrobili to dla Paszczyka, a nie prze- ciw niemu. * Podziwiałem Żmudę, debiutanta walczą- cego w stylu arcymistrzowskim we Frank- furcie, a unikającego walki na ulicy Racła- wickiej w Warszawie. Wzbudził mój za- chwyt Fibak, który bił czołowe rakiety w Barcelonie, a stchórzył przed ul. Mysią, gdzie mieści się związek PZT. Wiem, że to niepopularne, ale jestem po stronie Gwardii i Polskiego Związku Tenisowego przeciwko naszym młodym asom. As to mocna karu, ale mocniejsza musi być karta sportowca. JÓZEF PRUTKOWSKI 22
ttfi JASNO WIDZĘ W siódmym odcinku dzieła pod tytułem Moje jasnowidzenie świata drukowanym przez tygodnik „Literatura”, a mającym nagłówek: Radości i udręki jasnowidza jasnowidz Czesław Klimuszko napisał o sobie: Ciężko jest pozostawać w służbie społeczeństwa. Jasnowidztwo, twierdzi Klimuszko, stanowi służbę społeczną pełną poświęceń i udręki: Jasnowidz (...) ma jedną cechę mocną, niezachwianą, stałą i wielką — to miłość do ludzi, gotowość przyjścia im z pomocą w cierpieniach i potrzebach, zawsze bezinteresownie i z serdecznym współczuciem. Wywód ten upewnia mnie, że jasnowidzowie należą do inteligencji, ściślej biorąc, że jasnowi- dzowie polscy są członkami inteligencji polskiej. Dwa istnieją tego świadectwa. Po pierwsze właśnie nasza inteligencja w całości jest przekonana, że pracując, poświęca się dla społeczeństwa i nie jest w zamian ani w sensie moralnym, ani materialnym wynagradzana na miarę jej wysiłków, umiejętności i dobrych chęci. Każdy więc, kto w ten sposób myśli o sobie i społeczeństwie, jest inteligentem. Po drugie nie jest pewne, czy obiektywnie istnieje w Polsce warstwa, grupa społeczna zwa- na inteligencją, chociaż inteligenci są pewni swego istnienia i ten punkt widzenia popierają nie byle jakie autorytety naukowe. Identycznie jasnowidzowie. Nie jest pewne, czy oni obiektywnie istnieją, choć sami jasnowi- dzowie żywią takie przeświadczenie i uzyskują wsparcie autorytetów, a także redaktorów Iło- wieckiego i Zieleńskiego. Silne przekonanie o własnej egzystencji mimo że jest ona mocno wątpliwa stanowi więc cechę wyróżniającą inteligencję spośród innych sfer. Nie jest przypadkiem, lecz światopoglądową konsekwShcją, że tygodnik „Literatura”, który silnie zaangażował się na rzecz jasnowidztwa (przepowiednie przyszłości, prześwietlanie oczy- ma żołądków i wykrywanie raka oraz ziemi lub wody kryjącej zaginione zwłoki), wkrótce wszczął dyskusję na temat inteligencji, gdzie pan Szela napisał, iż inteligentów wyróżnia wzmożona pod względem ilości i jakości konsumpcja war- tości kulturalnych. Bieda z tym tylko — napisał — że inteligenci czegoś takiego nie przejawiają'. A pan Ireneusz Krzemiński napisał, że inteligencji jako warstwy nic szczególnego nie wyróżnia i jest ona jakaś taka byle jaka, lecz wyróżniać ją powinno nie chłonięcie, ale tworzenie kultury oraz ogólnospołecznych wzorców. jakkolwiek by jednak z tą inteligencją było, i czymkolwiek by ona była, jest dla tygodnika „Literatura" faktem, że taka zbiorowość istnieje, podobnie zresztą jak jasnowidzenie. Wierzenie w oba wymienione byty dzielą jed- nak ważne różnice. O ile w każdym kraju na świę- cie zaznaczają się większe lub mniejsze grupy lu- dzi dających wiarę jasnowidztwu, lewitacji, du- chom, czarownikom i temu podobnym, to krajów wysoko uprzemysłowionych, gdzie zachowałaby się wiara w istnienie odrębnej warstwy inteli- gencji, w zasadzie już nie ma. Stanowi ona polską specjalność — ta wiara, to pojęcie, ta samoświa- domość przynależności do inteligencji oraz sama grupa społeczna, będąca bytem istniejącym na mocy wierzeń. Moim zdaniem jest coś takiego, jak inteligencja, ale to cecha, a nie warstwa. Podobnie istnieje szlachetność (przykładem p. Klimuszko), choć szlachta jako grupa społeczna przestała być aktual- na. W krajach, które wcześniej niż Polska uprze- mysłowiły się, wykształciły znaczną część oby- wateli, wyłoniły dużo zajęć opartych nie na pracy mięśni, tylko innych części składowych ciała ludzkiego, grupa społeczna inteligencji w ogóle nie zdążyła się wyodrębnić. Nie ma więc nawet słowa służącego do nazywania takiej warstwy. W Polsce inteligencja była warstwą realnie istnie- jącą, stworzoną przez określone przyczyny gospo- darcze, społeczne i polityczne. Ale przyczyny przebrzmiały już dawno, a skutki potem w ślad za nimi. Za inteligenta uważa siebie u nas każdy, kto nie uprawia zawodu robotnika, rolnika i rze- mieślnika, a ma przynajmniej średnie wykształ- cenie. Ten właśnie cenzus, który już staje się mi- nimalny. Samookreślenie od biedy konstytuuje warstwę. Każdy, kto czuje się melomanem, przez to samo już w jakimś stopniu jest melomanem. Sprawę komplikują socjologowie, którzy obostrzają kryteria przyjęć w poczet inteligencji. Zaliczają tu tylko ludzi z wyższym wykształceniem oraz pracujących jako eksperci lub kierownicy poważnego szczebla. Lepi się więc warstwę spo- łeczną w oparciu o nieprecyzyjne bardzo kontury graniczne i kryteria tak różne, jak wiedza i wła- dza. Jest to zlepek sztuczny, o czym upewniają ciż sami socjologowie, opowiadając nam o tym, że różnice wiedzy, intelektu, aspiracji intelektual- nych i zajęć kulturalnych są większe między móz- gowcami („intelektualiści”) a przeciętnymi ludźmi z wyższym wykształceniem, niż między tymi ostatnimi a robotnikami wykwalifikowanymi. 2e chłop, kierujący kółkiem rolniczym, pod wzglę- dem władzy bardzo góruje nad nauczycielem, że ludzi o granicznej kondycji społecznej i in- telektualnej jest o wiele więcej niż kwalifikowa- nych inteligentów. Zaś zasób wiedzy, aspiracje, styl życia i rozrywki, obyczaj, moda, oglądane filmy, brane lektury itd. są dosyć jednorodne dla całego trzonu społeczeństwa z wyjątkiem ekstre- mów. Te odstające od ogółu skrajności to z jednej strony czołówka uczonych i artyści, z drugiej niewykwalifikowani robotnicy, chłopstwo z naj- bardziej zacofanych regionów oraz margines społeczny. Rzeczowa analiza społeczeństwa wskazuje, że żadna warstwa inteligencji już nie istnieje. Wed- ług wydumanych w pracowniach socjologicznych kryteriów tworzyć można warstwy dowolne. Przykładem na to powiedzmy łysocycacja: warstwa złożona z łysych mężczyzn i z kobiet noszących staniki minimum numer pięć. Pojęcie inteligencji trzyma się jeszcze na fał- szywej świadomości osób, które uważają, że przynależą. Jest to świadomość kompensacyjna: jeśli jestem nikim, trzymam się tego, że należę do inteligencji. Może nie byłoby w tym galwa- nizowaniu trupa, jakim jest warstwa społeczna inteligencji, nic złego, gdyby samopoczucie ma- turzystki obsługującej centralkę telefoniczną re- perowane było tylko za cenę fałszowania obrazu realnej struktury społeczeństwa. Jednakże za poczuciem przynależności do inteligencji zaraz idzie ściśle z nim zespolona frustracja. Poczucie misji i szczególnie wysilonej służby dla społe- czeństwa, za którą nie otrzymuje się należnej wdzięczności i innej kompensaty. Identyfikacja z inteligencją pełna jest samozakłamania oraz pretensji. Rodzi postawę wierzyciela. Ciężko jest pozostawać w służbie społeczeństwa — pisze pan Klimuszko, wyraziciel nastrojów wszystkich czu- lących się inteligentami. Ale nie jest on takim jasnowidzem, aby wiedzieć, gdzie będą leżały zwłoki warstwy społecznej pod nazwą inteli- gencja. To ja jasno widzę: w kabarecie otóż. Raczej niebawem. Ten balon, w którego nas ro- bią, wystarczy przekłuć. Pietrzakiem, Koftą czy Innym scyzorykiem. 23
ANDRZEJ MLECZKO